Podwyżka stóp procentowych a sprzedaż mieszkań

W jakim stopniu podwyżka stóp procentowych może zdaniem deweloperów wpłynąć na sprzedaż mieszkań? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Podwyżka stóp procentowych to oczywiście wzrost kosztów kredytu, spadek zdolności kredytowej, wzrost oprocentowania lokat, a więc możliwy odpływ klientów inwestycyjnych. Należy jednak zaznaczyć, iż zmiana stóp procentowych w 0,25 p.p. nie zmieni wiele. Wystarczy bowiem spojrzeć na bardzo dobrą sprzedaż, choć oczywiście nie tak dużą jak obecnie, w 2013 czy 2014 roku, kiedy to stopy procentowe wynosiły 2-3 proc., czyli nawet dwukrotnie więcej niż obecne 1,5 proc. Zmiana będzie miała jednak aspekt psychologiczny, po jednej podwyżce należy się spodziewać kolejnych, tym bardziej że rośnie inflacja. Obecnie wynosi ona około 2 proc., a jeszcze w latach 2014-2016 mieliśmy do czynienia z deflacją.

Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Polnord S.A.

Trudno spodziewać się, by ewentualna podwyżka stóp była czynnikiem, który doprowadzi do znacznego obniżenia popytu na rynku mieszkaniowym. Mamy bowiem jednocześnie do czynienia ze stałym wzrostem wynagrodzeń, co przekłada się na poprawę zdolności kredytowej wielu potencjalnych nabywców mieszkań. Aktualnie poziom stóp procentowych jest rekordowo niski, więc jego stopniowe podnoszenie nie wpłynie na popyt i rynek kredytów w sposób gwałtowny.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Dziś wysokość stóp procentowych utrzymuje się na wyjątkowo atrakcyjnym dla kupujących poziomie, jednak w dłuższej perspektywie liczymy się z ich wzrostem. Czas pokaże, czy to nastąpi już w tym roku. Warto pamiętać, że na koniunkturę na rynku mieszkaniowym mają wpływ również inne czynniki makroekonomiczne, jak rosnące płace i spadek bezrobocia, a w tym przypadku, nic nie wskazuje na zmianę korzystnego trendu. Inwestycja w nieruchomości cechuje się wciąż wyższą stopą zwrotu niż na przykład lokaty bankowe, poziom stóp procentowych ma więc wpływ na zainteresowanie zakupami nieruchomości. Dlatego wszelkim zapowiadanym zmianom w tym zakresie będziemy się bacznie przyglądać.

Eryk Nalberczyński, dyrektor ds. sprzedaży Lokum Deweloper

W 2018 roku spodziewamy się utrzymania popytu, mimo zapowiadanych podwyżek stóp procentowych. W Polsce nadal brakuje setek tysięcy mieszkań, a zainteresowanie zakupem w celach inwestycyjnych lub zaspokojenia własnych potrzeb mieszkaniowych wciąż jest wysokie. Inwestorzy przekonali się, że kupno mieszkania to dobra i pewna lokata kapitału.

Ponadto w ostatnich latach obserwujemy wzrost siły nabywczej Polaków, dzięki czemu zyskują coraz większe możliwości kredytowania zakupu mieszkania. W związku z tym umiarkowana podwyżka stóp procentowych, jakiej rynek się spodziewa, nie powinna wpłynąć na zahamowanie koniunktury. Również lokaty bankowe nie staną się wtedy atrakcyjną alternatywą dla tych, którzy poszukują sposobu na zainwestowanie środków.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Zapowiadane na koniec tego roku podwyżki stóp procentowych nie powinny znacząco wpłynąć na zahamowanie popytu na mieszkania. Poza tym są to tylko zapowiedzi, które nie wiadomo, czy zostaną zrealizowane. Jak się okazało, nabywcy mieszkań w ubiegłych latach poradzili sobie ze wzrostem wkładu własnego i nie wpłynęło to negatywnie na rynek mieszkaniowy, choć były takie obawy. W tym przypadku może być podobnie i kupujący także poradzą sobie z wyżej oprocentowanymi kredytami. Natomiast osoby, które będą miały nadwyżki finansowe nadal chętnie będą je lokowały na rynku nieruchomości, bo to bezpieczna forma inwestowania kapitału. Tym bardziej, że lokaty bankowe pomimo zapowiadanego wzrostu stóp procentowych i tak prawdopodobnie nie będą na tyle atrakcyjnie oprocentowane, aby dawały podobny zwrot z inwestycji, jak wynajem lokali.

Mirosław Łoziński, prezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Przy oprocentowaniu lokat bankowych na obecnym poziomie w przedziale od 1 proc. do 2 proc. inwestycja w mieszkanie dająca zwrot powyżej 4 proc. wciąż jest atrakcyjna. Znacząca część klientów kupuje mieszkania za gotówkę. Możliwy wzrost stóp procentowych, w krótkim okresie dotknie głównie osoby ubiegające się o kredyt hipoteczny, dla których istotna jest zdolność do obsługi zadłużenia, ustalana na dzień zawarcia umowy kredytowej.

Zuzanna Kordzi, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Na razie nie ma żadnych, potwierdzonych informacji na temat podwyżek stóp. Jeżeli nastąpią to w dalszej perspektywie i będą nieznaczne. Dopóki mamy dobrą sytuację gospodarczą, a klientów stać na raty lub częściowe finansowanie zakupu mieszkania gotówką, popyt nie zmaleje. Ważna jest też rentowność wynajmu, który jeszcze długo będzie podstawową konkurencją dla lokat bankowych.

Marcin Liberski, dyrektor marketingu i sprzedaży w Atlas Estates

Jeśli potwierdzi się scenariusz sygnalizowany przez analityków, zgodnie z którym stopy wzrosną w ostatnim kwartale bieżącego roku, popyt na mieszkania może ulec osłabieniu, ale w niewielkim stopniu. Może mieć to swoje konsekwencje dopiero w 2019 roku, jeśli Rada Polityki Pieniężnej po ewentualnej podwyżce podtrzyma swoje decyzje w kolejnych okresach.

Małgorzata Szwarc-Sroka, Członek Rady Nadzorczej J.W. Construction Holding S.A. nadzorujący Pion Ekonomiczny i Biuro Relacji Inwestorskich

Sądząc po naszych wynikach sprzedaży, zapowiedzi podwyżki stóp procentowych zdają się nie zniechęcać inwestorów do lokowania oszczędności w nieruchomościach. Inwestowanie w nieruchomości nadal przynosi większe zyski niż lokaty bankowe. Na zmniejszenie popytu mogą wpłynąć też inne czynniki, na przykład rosnące ceny mieszkań, które generowane są coraz wyższymi cenami gruntów i materiałów budowlanych oraz kosztami wykonawstwa.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Podwyżki stóp procentowych prawdopodobnie wpłyną na zmniejszenie popytu na mieszkania. Osoby decydujące się na kredyt będą uważniej przeglądać oferty, kalkulować, czy kupno mieszkania w danej inwestycji jest dobrym wyborem, najkrócej mówiąc – zastanawiać się czy im się to opłaca. Jeśli chodzi o inwestorów, nawet jeżeli stopy procentowe wzrosną o 1 proc. nadal zakup mieszkania będzie bardziej opłacalny niż lokata bankowa.

Jerzy Kłeczek, specjalista ds. marketingu w Activ Investment

Podwyżki stóp procentowych nie powinny znacząco obniżyć popytu na mieszkania, bo większość kredytobiorców posiada środki na wkład własny i ma wystarczające dochody, by podołać wymogom bankowym. Jeszcze większa grupa klientów nabywa lokale za gotówkę. Dotyczy to szczególnie mieszkań pod wynajem, a ten rynek w dużych miastach wciąż się rozwija. Jedynie kupno mieszkania na wynajem przy wsparciu kredytowym może przestać się opłacać.

Adam Dąbkowski, dyrektor generalny Nexity Polska

Ceny rosną, a nieodłącznym zjawiskiem towarzyszącym temu procesowi jest wzrost stóp procentowych, z czym wszyscy inwestorzy muszą się z nim liczyć. Wyższe stopy oznaczają droższe kredyty, co może spowodować spadek popytu na mieszkania. Same mieszkania również prawdopodobnie zdrożeją.

Drugim czynnikiem związanym ze wzrostem stóp jest coraz lepsze oprocentowanie lokat. To także może mieć znaczenie dla osób, które rozważają zakup mieszkania, jako jednej z form inwestowania kapitału. Być może część z nich zdecyduje się właśnie na lokatę. To zmniejszy skalę zakupów inwestycyjnych.

Spodziewamy się jednak, że potencjalne zmiany na rynku będą miały łagodniejszy charakter niż te, które można było obserwować w latach 2007-2008. Polska nadal charakteryzuje się niskim odsetkiem osób żyjących w wynajętych mieszkaniach w porównaniu do zachodnich sąsiadów. Popularność najmu nadal będzie rosła, podobnie jak średni poziom czynszów, toteż taka inwestycja będzie nadal opłacalna.

Autor: Dompress.pl

Realne bezrobocie w Polsce to 16 procent

Poland, Holland – brzmi podobnie i na pierwszy rzut oka bardzo podobnie wyglądają rynki pracy obu państw w ostatnich danych Eurostatu. Stopa bezrobocia w Polsce oraz w Holandii jest dokładnie taka sama – 4,4 proc. Niestety, pozostałe parametry pokazują, jak wiele brakuje nam jeszcze do Holendrów – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Stopa bezrobocia, choć to bardzo wygodny miernik kondycji rynku pracy, informuje nas jedynie, jaki jest odsetek osób, które szukają płatnego zajęcia, do aktywnych zawodowo. Nie dowiemy się jednak na tej podstawie, np. jaki procent osób w wieku produkcyjnym ma zatrudnienie, a przecież to kluczowa informacja dla gospodarki. Różnice, zresztą nie tylko w poziomie zatrudnienia, dobrze pokazuje zestawienie innych danych z Polski oraz z Holandii.

Łączy nas tylko stopa bezrobocia

Publikacje Eurostatu za grudzień pokazują, że stopa bezrobocia w Polsce oraz w Holandii wynosi 4,4 proc. Dane są porównywalne, gdyż uzyskiwane dzięki tej samej metodologii – ankiet wśród gospodarstw domowych (ok. 30 tys.). W obu przypadkach uwzględnia się także efekt sezonowy na rynku pracy (zimą np. zmniejsza się aktywność rolnictwa czy budowlanki), co także umożliwia lepsze porównanie odczytów.

Ciekawi fakt, że bezrobocie wśród Polek jest nawet niższe niż wśród Holenderek i wynosi odpowiednio 4,5 oraz 4,7 proc. Inny interesujący element: w podziale na wiek bezrobocie osób starszych w wieku 50-64 lata jest wyższe w Holandii – 4,2 proc. niż w naszym kraju – 3,4 proc. (dane za III kw. 2017 r.). To jednak, co należy podkreślić, wcale nie oznacza, że zatrudnienie w obu krajach wygląda podobnie.

Zatrudnienie – olbrzymie różnice

Dane Eurostatu wskazują, że odsetek zatrudnionych w Holandii w wieku 15-64 lata na koniec III kw. 2017 r. wynosił 76,3 proc. W Polsce było to 66,5 proc., czyli prawie 10 pkt proc. mniej.

10 pkt proc. na korzyści Holandii to diametralna różnica. Aby wyrównać wynik, Polska musiałaby zwiększyć zatrudnienie o 2,4 mln osób. Z kolei gdyby te 2,4 mln, obecnie bierne zawodowo, nagle zaczęło szukać pracy, to stopa bezrobocia skoczyłaby w Polsce z obecnych 4,5 proc. do ponad 16 proc., a liczba bezrobotnych podniosłaby się z ok. 800 tys. osób do 3,2 mln. To bardzo dobrze pokazuje skalę ukrytego w bierności zawodowej bezrobocia.

To młodzi najbardziej zaniżają wynik

Nie jest zaskakujące, że poważne różnice w poziomie zatrudnienia Polaków i Holendrów dotyczą osób w przedziale wiekowym 55-64 lata. U nas ten odsetek wynosi 49,4 proc. (niższy niż np. w Hiszpanii), a w Holandii – 66 proc. Od lat jednak kuleje nad Wisłą polityka senioralna w kontekście zatrudnienia osób starszych i utrzymywania ich aktywności zawodowej.

Pewną niespodzianką może być natomiast inna informacja. Według Eurostatu stopa zatrudnienia osób młodych (15-24 lata) w Polsce wynosi tylko 30 proc., a w Holandii – 64 proc. Oczywiście młodzi Holendrzy nie pracują na pełen etat i znaczna część z nich kontynuuje naukę (45 proc. osób w wieku 25-34 lata ma wyższe wykształcenie, czyli bardzo podobnie jak w Polsce). Może to oznaczać, że poza brakiem zachęt do systemowego wspierania w zatrudnianiu młodych (np. podatki), łączenie pracy z nauką w Polsce nie jest po prostu w modzie.

Lepiej dłużej, a mniej intensywnie

Inne poważne systemowe zaniedbanie polega na tym, że w Polsce brakuje promocji zatrudnienie na niepełny etat. W Holandii ponad 70 proc. kobiet pracuje w niepełnym wymiarze godzin, dzięki czemu łatwiej godzą obowiązki domowe z zawodowymi. W Polsce natomiast ten odsetek wynosi zaledwie 10 proc.

Mniejsza intensywność pracy prawdopodobnie pozwala także Holendrom dłużej utrzymywać się na rynku pracy, dłużej odkładać na emeryturę i cieszyć się jej względnie wysokim poziomem w relacji do ostatnich zarobków. Holendrzy są aktywni zawodowo przez równo 40 lat, Polacy przez 32,9. To olbrzymia różnica, która stanowi poważne wyzwanie, zwłaszcza dla możliwości zgromadzenia wystarczającego kapitału na jesień życia.

Nowe przepisy, nowe stawki VAT – czy będą spory z fiskusem?

Uchwalona przez sejm nowelizacja ustawy o VAT wyrzuca część towarów z obniżonej stawki 8%, co oznacza, że zostaną one objęte podstawową stawką 23%. Podwyżka dotyczy m.in. okularów przeciwsłonecznych i odżywek dla kulturystów. Miały zdrożeć nawet prezerwatywy, ale dyrektor Departamentu VAT w Ministerstwie Rozwoju i Finansów zapewnił, że tak się nie stanie, bo prezerwatywy to wyrób medyczny. W kogo najbardziej uderzą kolejne zmiany, które mają przynieść do budżetu 1,3 mld zł rocznie?

Rząd realizuje wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE (C-678/13), który już w 2015 r. nakazał Polsce podwyższyć stawkę VAT na produkty, które nie służą do celów stricte leczniczych ani nie są przeznaczone wyłącznie do użytku przez osoby niepełnosprawne. W związku z tym zmieni się teraz ustawa z dnia 11 marca 2004 r. o podatku od towarów i usług, a dokładnie jej załącznik nr 3.

Chorzy i kulturyści

Uchylenie poz. 82 załącznika zabierze niższą stawkę VAT cysteinie, cystynie i ich pochodnym, które, jak się argumentuje, nie są produktami farmaceutycznymi ani środkami spożywczymi, a jedynie ich składnikami. Najbardziej na podwyżce ucierpi branża suplementów diety, ale nie tylko. L-cysteina może bowiem być pomocna przy leczeniu alergii, osłabionej odporności czy niepłodności u mężczyzn.

Tylko wyrób medyczny

Z kolei uchylenie poz. 92 oznacza, że preferencyjną stawkę utracą wyroby higieniczne lub farmaceutyczne (włączając smoczki) z gumy innej niż ebonit, a więc: osłonki antykoncepcyjne, cewki, strzykawki i ich zbiorniki, rozpylacze, kroplomierze itp., odciągacze do mleka, smoczki do karmienia, torebki na lód, butelki na gorącą wodę, worki tlenowe, gumowe osłonki na palce czy specjalne poduszki pneumatyczne dla chorych.

Pomysłodawcy zmian pozostawiają jednak pewną furtkę. Towary, które będzie można uznać za wyroby medyczne w rozumieniu ustawy o wyrobach medycznych dopuszczonych do obrotu na terytorium RP, zachowają nadal obniżoną 8-procentową stawkę VAT. To samo dotyczy smoczków dla niemowląt i dzieci, które, by nie narazić się matce Polce, zostały wymienione wprost w poz. 107a załącznika jako podlegające niższej stawce opodatkowania.

Lateksowy problem

Od początku ujawnienia projektu, w związku z planowanym uchyleniem preferencyjnej stawki VAT na wyroby z gumy innej niż ebonit, istniały wątpliwości, czy producenci lateksowych prezerwatyw również na tym ucierpią. Czy fiskus będzie uznawał ten produkt za wyrób medyczny? Wydaje się, że obawy te rozwiewa nie tylko wspomniana na wstępie wypowiedź dyrektora Departamentu VAT w MRiF, lecz także ustawodawstwo unijne.

Dyrektywa Rady Europejskiej (006/112/WE z dnia 28 listopada 2006 r.) w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej wyraźnie bowiem wskazuje, iż preferencyjną stawką VAT mogą zostać objęte „produkty farmaceutyczne zwykle stosowane dla ochrony zdrowia, zapobiegania chorobom oraz do celów medycznych i weterynaryjnych, łącznie z produktami używanymi do celów antykoncepcyjnych oraz higieny osobistej”.

Ciemne okulary

Planowane zmiany w VAT może odczuć branża optyczna. Wymienione w poz. 103 załącznika soczewki kontaktowe, soczewki okularowe ze szkła i innych materiałów nadal będą korzystać z preferencji fiskalnych, ale pod jednym warunkiem: muszą służyć do korekty wzroku. Wyższym opodatkowaniem powinny zostać więc objęte szkła „bez recepty”, stosowane do okularów ozdobnych, a przede wszystkim do okularów przeciwsłonecznych.

Spory z fiskusem

Zgodnie z uzasadnieniem projektu wprowadzone zmiany w przepisach mają przede wszystkim pozwolić na uniknięcie unijnych reperkusji. Dodatkowo budżet państwa ma dzięki nim zarabiać ok. 1,3 mld zł rocznie. Czy w świetle tego, w razie wątpliwości, organy podatkowe będą przyznawały podatnikom możliwość zastosowania preferencyjnych stawek? Na tym tle mogą znów powstawać spory z fiskusem. Bo czy przeciwsłoneczne okulary, które mają zostać objęte wyższą stawką VAT, nie są wyrobem medycznym dla dotkniętych światłowstrętem?

Szkoda, że tak istotne zagadnienia nie zostały doprecyzowane na etapie legislacyjnym, bo teraz będzie trzeba czekać na rozstrzygnięcie orzecznictwa w sprawach firm zajmujących się importem, handlem, produkcją wspomnianych szkieł do okularów przeciwsłonecznych i innych wyrobów niemedycznych. A urzędniczej swobody interpretacyjnej chciałby uniknąć każdy przedsiębiorca, zwłaszcza w obliczu postępowania i domiaru podatkowego oraz dalszych, nieraz negatywnych konsekwencji.

Jak się przygotować?

Planując import, produkcję oraz dalszą sprzedaż wyrobów objętych nowelizacją, dobrze jest wcześniej przeprowadzić audyt podatkowy takich działań. Oczywiście jednym z rozwiązań jest wystąpienie do fiskusa o wydanie indywidualnej interpretacji. Niestety, może to się okazać jałowym staraniem, jeśli przedmiotem zapytania do organów skarbowych będzie transakcja, której wartość przekracza 100 tys. zł, bo wówczas fiskus najczęściej odmawia wydania interpretacji. Podejrzewa bowiem próbę naruszenia klauzuli obejścia prawa podatkowego, skoro zgodnie z art. 119e Ordynacji podatkowej obniżenie wysokości zobowiązania podatkowego jest uznawane za osiągnięcie korzyści majątkowej. Dlatego też jako prewencyjne rozwiązanie dla firm, które najbardziej ucierpią na zmianach, czyli specjalizujących się w obrocie niemedycznymi wyrobami higienicznymi i farmaceutycznymi, soczewkami i szkłami do okularów oraz odżywkami, pozostaje doradztwo podatkowe.

Jakoś to będzie

Sami pomysłodawcy zmian stwierdzili, że na rynku mogą pojawić się nowe produkty, w odniesieniu do których nie można obecnie stwierdzić, czy będą mogły być uznane za wyrób medyczny. Dlatego nie jest możliwe przygotowanie zamkniętego katalogu wszystkich towarów, które będą mogły korzystać z obniżonej 8-procentowej stawki podatku. Nie da się również przewidzieć, jakie skutki ekonomiczne odczują podmioty wykonujące działalność leczniczą w związku z nieobjęciem obniżoną stawką VAT niektórych wyrobów higienicznych.
Trudno przypuszczać, by fiskus w razie wątpliwości, czy np. dany wyrób może korzystać z preferencyjnej stawki czy nie, działał na korzyść podatników. Projektodawcy ustawy w uzasadnieniu zmian jasno wskazali: „Mając na uwadze, że orzeczenie TSUE de facto przesądza, jaki kształt winny mieć polskie przepisy w tym zakresie (tzn. niemożliwe jest stosowanie wobec tych towarów obniżonej stawki podatku), niezbędne jest szybkie przyjęcie proponowanych zmian celem uniknięcia przez Polskę kar finansowych” (Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług z dnia 23 listopada 2017 r., druk nr 2056).

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

BIK: niedzielne zakupy już nie na raty

W niedzielę 11 marca 2018 r. nie zrobimy zakupów w galeriach handlowych. Brak handlowych niedziel zmieni strukturę sprzedaży kredytów zaciąganych w weekendy. Jak informowało w grudniu ub. roku Biuro Informacji Kredytowej, Polacy dokonują najwięcej zakupów na raty w soboty i niedziele. Kredyty ratalne w weekendy, udzielane przez banki w sieciach handlowych oraz pożyczki w firmach pozabankowych, stanowią niemal 1/ 4 łącznej sprzedaży kredytów z całego tygodnia.

Z dniem 1 marca 2018 r. zaczną obowiązywać nowe przepisy o zakazie pracy w handlu w niedziele i święta. Praca w handlu będzie dozwolona w pierwszą i ostatnią niedzielę miesiąca, a także w niedzielę bezpośrednio poprzedzającą pierwszy dzień Wielkiej Nocy. Zakupy w weekendy będą utrzymane w grudniu – w kolejne dwie niedziele poprzedzające pierwszy dzień Bożego Narodzenia.

Raty kredytowo-pożyczkowe obciążają budżet domowy

W badaniu o kondycji kredytowej Polaków, przeprowadzonym w listopadzie 2017 r. przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie BIK*, aż połowa ankietowanych (osoby, które aktualnie spłacają co najmniej jedną pożyczkę lub kredyt) potwierdziła, że posiada kredyty gotówkowe (50%). W kolejności osoby te wymieniały kredyty ratalne i mieszkaniowe, stanowiące udział po 32%, a dalej kredyt na karcie kredytowej (24%) i chwilówka (7%). Kredyty ratalne i gotówkowe są jednocześnie rodzajem zobowiązań, z którymi badani najczęściej mieli styczność. Warto przy tym nadmienić, że zobowiązania kredytowo-pożyczkowe w większości gospodarstw domowych obciążają nie więcej niż 30% dochodów, przy czym najczęściej podawany przedział to wartość od 10 do 19% dochodów.

BIK potwierdza trendy

Analitycy BIK podsumowali sprzedaż kredytów ratalnych na zakup towarów i usług, która w grudniu 2017 r. wyniosła blisko 1,5 mld zł, co było o 23,2% więcej niż w grudniu 2016 r. Wynik ten jest w dużym stopniu spowodowany postawą konsumentów, którzy grudniowych zakupów dokonują w centrach handlowych, posiłkując się wówczas kredytami ratalnymi, na terenie sklepów, oraz zaciągają pożyczki w firmach pozabankowych.

O tym, że kredyty ratalne służyły finansowaniu świąteczno-noworocznych zakupów, pokazuje rosnący w grudniu ub. roku trend dziennych kwot udzielonych kredytów ratalnych. Im bliżej świąt i nowego roku, tym więcej było kredytów.

BIK niedzielne zakupy już nie na raty
Trend ten potwierdzają także inne wydarzenia w końcówce roku, jak np. wielkie przeceny w tzw. „Black Friday”. W piątek, 24 listopada br. banki udzieliły 20,5 tys. kredytów ratalnych na łączną kwotę 71,8 mln. zł. Zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym jest to prawie o 100% więcej niż średnia dzienna dla pozostałych dni roboczych w listopadzie 2017 r. Z kolei w weekend, występujący bezpośrednio po „czarnym piątku”, Polacy ruszyli do sklepów i za sprawą zakupów ratalnych, wpłynęli na wzrost sprzedaży o prawie połowę w stosunku do pozostałych weekendów w listopadzie.

– Jak informują dane GUS*, sprzedaż detaliczna towarów w grudniu 2017 r. była wyższa o 6% w porównaniu z grudniem 2016 r. Nie jest to dużo w zestawieniu z danymi o wzroście płac i zatrudnienia w grudniu – mówi Sławomir Grzybek, dyrektor Departamentu Business Intelligence BIK. – Średnie płace w grudniu 2017 r. były wyższe (sektor przedsiębiorstw) w porównaniu z grudniem roku poprzedniego o 7,3%, zatrudnienie wzrosło o 4,6%, więc wzrost dochodów z pracy był prawdopodobnie dwukrotnie wyższy niż sprzedaż detaliczna – wyjaśnia Sławomir Grzybek.

W weekend na raty

Według analityków BIK, trend wzrostowy w sprzedaży ratalnej w okresach przedświątecznych, a także w poprzedzające je weekendy może świadczyć o wzmożonym zainteresowaniu zarówno instytucji finansowych, jak i ich klientów finansowaniem zakupów kredytami ratalnymi.

Kredyty ratalne zaciągane są w większości w centrach handlowych lub u samych sprzedawców, którzy współpracują z bankami „consumer finance”. Decyzja o zakupie na raty podejmowana jest w sklepie, z udziałem rodziny, która właśnie w weekend wspólnie udaje się na zakupy dóbr trwałego użytku. Zaciągnięte kredyty ratalne najczęściej przeznaczane są na zakup sprzętu AGD i RTV (34%) lub urządzeń elektronicznych – komputera, laptopa (24%).

Inaczej jest w przypadku kredytów gotówkowych, służących finansowaniu potrzeb i wydatków bieżących, o charakterze nagłym i nieprzewidzianym, dlatego też zaciągane są każdego dnia od poniedziałku do piątku, w oddziałach bankowych zlokalizowanych zazwyczaj poza galeriami handlowymi.

– Kredyty gotówkowe w grudniu 2017 r. zostały udzielone na kwotę o 7% niższą niż w grudniu 2016 r., co można tłumaczyć m.in. mniejszą liczbą dni roboczych w 2017 r. W segmencie do 15 tys. zł udzielono o 2,3% mniej niż przed rokiem – mówi Sławomir Grzybek z BIK. – Inaczej, jak w przypadku kredytów ratalnych, nie rosły dzienne kwoty i liczby zawieranych umów kredytowych, ponadto w grudniowe weekendy zawierano niewielkie liczby kredytów gotówkowych – dodaje Sławomir Grzybek.

Dużą aktywność w okresie przedświątecznym ub. roku miały firmy pożyczkowe. W grudniu 2017 r. firmy spoza sektora bankowego, raportujące do BIK, udzieliły pożyczek (łącznie ratalnych i gotówkowych) na kwotę 482 mln zł (wzrost r/r o 43%), w tym w segmencie do 15 tys. zł na kwotę 420 mln zł (wzrost r/r o 30%). W grudniu sprzedaż firm pożyczkowych w segmencie kwot do 15 tys. zł stanowiła ok. 20% sprzedaży bankowej.

Potrzeba czy zbytek

Zaciąganie kredytu na raty czy chwilówki, to sposób na dokonywanie zakupów często pod wpływem impulsu a nie realnej potrzeby. Podatność społeczeństwa na oferty promocyjne czy przeceny, silnie wspomaga popyt na towary i usługi. Pytanie, czy ograniczenie handlu w niedziele zmieni postawy zakupowe.

BIK, w badaniu opinii, zapytał Polaków o emocje towarzyszące zaciąganiu kredytów i pożyczek. Jak wynika z odpowiedzi ankietowanych, zadowoleniu z posiadania zakupionego produktu czy usługi towarzyszą negatywne emocje. Aż 47% osób potwierdziło, że odczuwa stres z powodu konieczności przyszłej spłaty, przy czym kobiety (51%) mają większe obawy z tym związane niż mężczyźni.

Dobrym prognostykiem może być stosunek Polaków do oszczędzania oraz do regulowania zobowiązań. Ponad 60% badanych zgodziło się ze stwierdzeniem, że niezależnie od poziomu zarobków, należy zawsze oszczędzać. Potwierdzały to zwłaszcza osoby z regionu południowego (śląskie, małopolskie).

Powołując się na wychowanie i wartości wyniesione z domu rodzinnego, aż 77% osób przyznało, że zaciągnięte zobowiązania pożyczkowe czy kredyty należy spłacać oraz korzystać z nich tylko wtedy gdy ma się pewność ich spłaty (78%).

W informacji wykorzystano źródła:

* GUS, Dynamika sprzedaży detalicznej w grudniu 2017 r. , Przeciętne zatrudnienie i wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w grudniu 2017 r.
* Badanie opinii zlecone przez BIK, pt. „Polacy na rynku kredytowym”, ARC Rynek i Opinia dla BIK S.A., listopad 2017 r., 18-65 lat, N=1000.

Do 2019 r. liczba pokoi hotelowych w Polsce wzrośnie o 30 proc.

Według szacunków Emmerson Evaluation do końca 2019 r. liczba pokoi hotelowych w Polsce wzrośnie średnio o ponad 30% względem bazy dostępnej na koniec 2016 r.[1] W niektórych lokalizacjach przyrost podaży osiągnie poziom nawet 50%. Takiej dynamiki analitycy firmy spodziewają się w pasie nadmorskim (+53%)[2] i Trójmieście (+48%). Inwestorów do rynku przyciągnie wysoki popyt na usługi hotelowe oraz rentowność, która dla najlepiej zarządzanych obiektów może przyjmować wartości ponad 40%[3].

Wśród lokalizacji, w których w latach 2017-2019 ma powstać najwięcej nowych pokoi hotelowych przoduje Wybrzeże. Na dalszych miejscach znalazły się: Łódź, w której wg obliczeń Emmerson Evaluation podaż ma wzrosnąć o 43% oraz Poznań i Warszawa z przyrostem sięgającym odpowiednio 36% i 31%. Najmniejszy przyrost miejsc pojawi się na południu Polski – w Krakowie, Katowicach i pasie górskim (Zakopane, Karpacz, Beskidy – Wisła, Ustroń, Szczyrk), gdzie podaż ma wzrosnąć o niespełna 11%[4].

Wykres 1.

Do 2019 r. liczba pokoi hotelowych w Polsce wzrośnie o 30 proc.Źródło: Emmerson Evaluation

– Pod względem liczby nowych pokoi hotelowych liderem pozostaje niezmiennie Warszawa, w której do dostępnej na koniec 2016 r. bazy prawie 13 tys. miejsc do 2019 r. ma dołączyć kolejnych 3,9 tys. Wzrost inwestycji hotelowych na Wybrzeżu przyniesie z kolei 2,7 tys. pokoi w Trójmieście i 1,8 tys. w pasie nadmorskim obejmującym takie kurorty, jak Kołobrzeg, Świnoujście, Jurata, Jastarnia, Chałupy. Część z nowych obiektów już trafiła na rynek, ale inne są dopiero w budowie i zostaną oddane do użytku w ciągu najbliższych miesięcy. Planując nowe projekty inwestorzy powinni więc staranie analizować potencjał obecnej oraz powstającej bazy hotelowej w poszczególnych lokalizacjach. W popularnych kurortach, takich jak Trójmiasto, rynek już jest mocno nasycony i kolejne realizacje mogą doprowadzić do nadpodaży – komentuje Dariusz Książak, Prezes Zarządu Emmerson-Evaluation.

Wykres 2.

Do 2019 r. liczba pokoi hotelowych w Polsce wzrośnie o 30 proc. 2Źródło: Emmerson Evaluation

Wysoka rentowność kusi inwestorów

Rosnący popyt na usługi hotelowe oraz wysoka stopa zwrotu stymulują inwestycje w tym segmencie rynku nieruchomości. Według obliczeń Emmerson Evaluation wskaźnik rentowności EBITDA, mierzony relacją do całkowitego przychodu, dla hoteli kategorii 3, 4 i 5 gwiazdek waha się od ok. 20% do 40%. Największą efektywność biznesową wykazują obiekty o najwyższym standardzie. W ich wypadku wskaźnik rentowności przyjmuje wartości od 29% do nawet 42% dla najlepiej zarządzanych obiektów. Średnia dla obiektów 3 i 4-gwiazdkowych wynosiła odpowiednio 29% i 33%.

Wykres 3.

Do 2019 r. liczba pokoi hotelowych w Polsce wzrośnie o 30 proc. 3Źródło: Emmerson Evaluation

Ile kosztuje inwestycja w hotel?

Analitycy Emmerson Evaluation przeanalizowali także koszty budowy 3, 4 i 5-gwiazdkowych obiektów hotelowych w Polsce. Ich wysokość została określona w przedziałach, co wynika ze zróżnicowanego wyposażenia, standardu wykończenia oraz funkcjonalności obiektów. W przypadku hoteli 3-gwiazdkowych koszt budowy 1 pokoju zaczyna się od 160 tys. zł, ale może wynieść nawet do 360 tys. zł. W przypadku obiektów 4-gwiazdkowych rozbieżności w kosztach są jeszcze większe i wahają się od 250 do 600 tys. zł. Inwestycja w najwyższej klasy hotele 5-gwiazdkowe wymaga nakładów sięgających od 350 do 730 tys. zł na jeden pokój.

Wykres 4.

Do 2019 r. liczba pokoi hotelowych w Polsce wzrośnie o 30 proc. 4Źródło: Emmerson Evaluation

[1] Dane z suplementu do raportu Emmerson Evaluation pt. „Rynek hotelowy w Polsce 2017”.
[2] Pas nadmorski: Kołobrzeg, Świnoujście i Półwysep Helski – Jurata, Jastarnia, Chałupy.
[3] Rentowność mierzona relacją EDITDA do całkowitego przychodu.
[4] Procentowy przyrost liczby pokoi hotelowych względem bazy dostępnej na koniec 2016 r.

Polskie kosmetyki dobrze sobie radzą w Wielkiej Brytanii

Przedstawiciele Banku Zachodniego WBK uważają, że Polska może odważnie zmierzać w kierunku podium wśród najważniejszych importerów kosmetyków do Wielkiej Brytanii. Duże nasycenie tamtejszego rynku czy niepewność związana z Brexitem nie wstrzymują umacniania się pozycji naszych producentów. Dane brytyjskiej organizacji Cosmetic, Toiletry & Perfumery Association (CTPA) pokazują, że spośród wszystkich krajów dostarczających kosmetyki na Wyspy to właśnie znaczenie Polski rośnie najszybciej[1]: w 2015 r. nasz kraj był na miejscu 6., w 2016 r. już na 4. Wyniki za 2017 r. są również bardzo obiecujące.

Brytyjki bezustannie poszukują wielkiego hitu. Chcą skuteczności i błyskawicznych efektów. Z tego powodu są niezwykle otwarte na nowości i chętnie próbują nowych specyfików – mówi Krystyna Rzemieniecka z firmy The Biz Mentor, zajmująca się doradztwem dla firm kosmetycznych na rynku brytyjskim. Renata Dutkiewicz, dyrektor sektorowa z Banku Zachodniego WBK, podkreśla z kolei, że ta otwartość Brytyjek i ich determinacja w poszukiwaniu najskuteczniejszych produktów stanowią ogromną szansę dla polskich marek. – Polskie kosmetyki powstają w oparciu o najnowsze technologie, często chronione patentami. Dzięki temu mogą pochwalić się wieloma unikalnymi właściwościami. Mają więc szansę trafić idealnie w oczekiwania brytyjskich konsumentek (i konsumentów) – podkreśla Renata Dutkiewicz. Już teraz dla krajowych producentów Wyspy to drugi najważniejszy zagraniczny rynek zbytu, na którym w okresie I-IX 2017 r. sprzedaż sięgnęła ponad  984 mln zł, a nadal ma on potencjał wzrostu.

Dalszy potencjał nadal istnieje. Rynek kosmetyczny Zjednoczonego Królestwa należy do największych w Europie. Jak podaje CTPA, jego wartość (w cenach detalicznych) sięga już prawie 10 mld £ (9,379 mld £)[2]. Co więcej, choć jest to rynek nasycony, to każdy jego sektor wciąż odnotowuje wzrost, średnio o 2-3% rocznie. Sam rynek kremów nawilżających wart jest blisko 1,11 mld £ i ciągle się rozwija. W 2017 roku, według prognoz Beauty Market ma osiągnąć wzrost rzędu 1,8%. Największe udziały rynkowe posiadają na nim globalne marki, takie jak L’Oreal (14%), Estee Lauder (10%) i Beiersdorf (10%), ale widać duży udział mniej znanych i małych marek, w tym także zagranicznych.

Receptura na Wielką Brytanię

O tym, że warto być na rynku brytyjskim wie Inglot, dobrze znana za granicą firma kosmetyczna z Przemyśla. Swój pierwszy salon w Wielkiej Brytanii, w Westfield White City, marka otworzyła w 2008 r. Od listopada 2016 r. „mieszka” na jednej z najsłynniejszych ulic handlowych na świecie, legendarnej Oxford Street, a dodatkowo umożliwia brytyjskim klientom zakupy online. Jowita Kotuła z Inglota wskazuje, że w przypadku kosmetyków kolorowych jednym z kluczowych czynników sukcesu na tym rynku jest szeroka gama produktów dostosowanych do bardzo niejednolitej grupy docelowej. – W Wielkiej Brytanii wyzwaniem jest ogromna różnorodność społeczeństwa. Musieliśmy zaproponować produkty dla wszystkich typów karnacji, odpowiedzieć na bardzo różne preferencje klientów, uwarunkowane również społecznie i kulturowo. Biorąc to pod uwagę organizujemy w salonach eventy tematyczne, np. weekendy hinduskie. Nie bez znaczenia pozostaje również wszechobecna konkurencja. Plusem jest zdecydowanie to, że Wielka Brytania jest dużym i zamożnym rynkiem o wysokiej świadomości konsumenckiej – mówi Jowita Kotuła.

Krystyna Rzemieniecka wskazuje, że polskie marki powinny pamiętać, że na Wyspach do potencjalnych klientów należy przemawiać językiem korzyści, nie zapominając o właściwej prezentacji produktu, w tym o opakowaniu. Podkreśla także, że Brytyjki są dobrze wyedukowane w dziedzinie pielęgnacji oraz działania kosmetyków i ich poszczególnych składników. Doświadczenia Inglota potwierdzają to: – Kładziemy duży nacisk na odpowiednie przeszkolenie sprzedawców. W naszych salonach pracują profesjonalni wizażyści. Coraz bardziej świadome klientki oczekują rzetelnych informacji o składzie produktów, cenią również fachowe podejście wizażystów – wskazuje Jowita Kotuła.

Wirtualny świat, bardzo realna sprzedaż

Poza dopasowaniem swoich produktów do lokalnej specyfiki i preferencji klientów, firmy myślące o ekspansji na Wyspach powinny bardzo gruntownie przemyśleć strategię sprzedaży i promocji swoich wyrobów. Popularność mediów społecznościowych i kultury „selfie” powoduje, że internet jest dla polskich firm kosmetycznych zainteresowanych rynkiem brytyjskim ważnym kanałem zarówno dla promocji, jak i sprzedaży. Coraz mniej Brytyjczyków kupuje kosmetyki w sklepach stacjonarnych, za to na popularności zyskują internetowe i telewizyjne kanały sprzedaży (na Wyspach zakupy online per capita są najwyższe w Europie).[3] Social media są wpływowymi narzędziami promocji nowych marek i produktów branży kosmetycznej. Przykładowo, Inglot prowadzi osobne profile dla poszczególnych rynków, w tym dla Wielkiej Brytanii.

Ogromny potencjał internetu sprawia, że polskie marki mogą wejść na rynek brytyjski, ponosząc na początku stosunkowo niewielki koszt uruchomienia i prowadzenia sklepu online. – Firmy kosmetyczne z Polski powinny się jednak liczyć z tym, że samo postawienie strony internetowej nie wystarczy, aby posypały się zamówienia z Wysp – podkreśla ekspertka The Biz Mentor. – Nowa marka musi najpierw zdobyć zaufanie konsumentów, prezentując swoje doświadczenie, jak i pozycję za granicą oraz na rynku rodzimym. Aby osiągnąć długoterminowy sukces, świadomość marki musi być zaplanowana i starannie rozwijana. Wprowadzanie jej na rynek brytyjski wymaga więc czasu i cierpliwości – dodaje Krystyna Rzemieniecka.

Niepewność Brexitowa: wskazany spokój

Dla wielu eksporterów zainteresowanych Wielką Brytanią – nie tylko z Polski i nie tylko sprzedających kosmetyki – sporym znakiem zapytaniem jest Brexit. Według ekspertki Banku Zachodniego WBK, Renaty Dutkiewicz, w kontekście handlu zagranicznego wcale nie musi przynieść negatywnych rozstrzygnięć, ale na pewno trzeba wziąć go pod uwagę, mądrze i ze spokojem planując biznes na Wyspach. – Nie jest zasadne, aby z racji samego Brexitu rezygnować choćby ze wstępnego rozpoznania możliwości. Wielka Brytania to duży rynek i dla wielu branż pozostanie bardzo atrakcyjny niezależnie od wyniku negocjacji z Unią Europejską. W najgorszym wypadku należy liczyć się z wejściem w życie w marcu 2019 r. ceł WTO. Już teraz niektóre firmy uwzględniają w analizach dotyczących opłacalności wejścia czy rozwijania biznesu na Wyspach scenariusz przejścia na zasady WTO, biorąc pod uwagę ewentualne cła czy bariery pozataryfowe. Dzięki temu unikną niespodzianek w przypadku braku porozumienia co do np. czasowego utrzymania unii celnej – wskazuje dyrektor sektorowa z Banku Zachodniego WBK. Ekspertka podkreśla przy tym, że spory wpływ na zyski ze sprzedaży na rynku brytyjskim mogą mieć towarzyszące dalszym negocjacjom wahania kursów walut. Przed tymi ostatnimi eksporterzy wyrobów kosmetycznych mogą się jednak zabezpieczyć, np. za pomocą kontraktów terminowych forward.

Efekt… szminki

Jak wskazują ostatnie dane, gospodarka Zjednoczonego Królestwa radzi sobie znacznie lepiej niż spodziewali się tego ekonomiści, zapowiadający po decyzji o Brexicie znaczne spowolnienie. Według ostatnich danych brytyjskiego urzędu statystycznego, PKB w ojczyźnie Szekspira nadal rośnie, w 2017 r. zwiększyło się o 1,8% r/r.[4] Nawet jeśli z powodu Brexitu czy innych powodów gospodarka brytyjska zacznie się kurczyć, to eksporterom kosmetyków optymizmu może dodawać wiara w tzw. efekt… szminki. Koncepcja ta mówi o tym, że w przypadku pogorszenia koniunktury konsumenci rezygnują z dóbr luksusowych o znacznej wartości (np. samochody, nieruchomości) na rzecz tych o niższej wartości – w tym właśnie kosmetyków. Ekonomiści Banku Zachodniego WBK przypominają z kolei, że produkty z Polski już kilkukrotnie podbijały rynki unijne właśnie w okresach dekoniunktury w Europie Zachodniej. Tak było choćby w pokryzysowych latach 2008 i 2009, kiedy udział naszych eksporterów na rynku EU rósł pomimo gospodarczego zastoju czy spowolnienia w krajach UE. – W okresie pogorszonej koniunktury w Niemczech, konsumenci zamiast np. AGD droższych marek, kupowali produkty porównywalnie dobre, ale w niższej cenie, często importowane. Jeśli spowolni gospodarka UK, to można zakładać, że brytyjskie konsumentki będą bardziej otwarte na mniej znane, nieco tańsze marki, w tym te z Polski – podkreśla Piotr Bielski, ekonomista Banku Zachodniego WBK.

Przedstawiciele firmy Inglot, zapytani o największe ryzyko związane z prowadzeniem biznesu na Wyspach, nie mówią o Brexicie. Wskazują, że w ostatnim czasie prowadzenie biznesu w Wielkiej Brytanii zakłócają głównie niepokoje społeczne związane z atakami terrorystycznymi. Także Krystyna Rzemieniecka sugeruje, żeby do Brexitu podchodzić ze spokojem. – Tak naprawdę na razie nie wiadomo kto i w jakim stopniu ucierpi z powodu wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Toczy się nieskończenie wiele debat, ale część z nich to, kolokwialnie mówiąc, „sianie paniki”. Osobiście żywię wielką nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek i ostatecznie zmieni się niewiele lub wręcz nic. Należy po prostu planować z uwzględnieniem kilku scenariuszy. Poza tym, na bazie swoich wieloletnich doświadczeń i obserwacji wiem jedno: kobiety zawsze znajdą pieniądze na dobry krem – mówi Krystyna Rzemieniecka.

Swoje własne wrażenia na temat potencjału brytyjskiego rynku i możliwości rozwoju sprzedaży na tym kierunku polskie firmy kosmetyczne mogły także wynieść ze zorganizowanej przez Bank Zachodni WBK pod koniec 2017 r. misji wyjazdowej do Londynu. W ramach wydarzenia krajowi przedsiębiorcy mieli okazję spotkać się z ekspertami i firmami posiadającymi doświadczenie w eksporcie do Zjednoczonego Królestwa oraz nawiązać bezpośrednie relacje biznesowe z potencjalnymi kontrahentami i partnerami.

[1] CTPA, Annual Report 2016, http://www.ctpa.org.uk/annualreport/2016/#32/z, s. 32.
[2] Jak wyżej, s.28.
[3]Average annual spending per capita for online shopping in Europe in 2015 and 2016, by country (in euros), https://www.statista.com/statistics/435928/online-shopping-e-commerce-spending-per-capita-by-country-europe/.
[4] Gross domestic product, preliminary estimate: October to December 2017, https://www.ons.gov.uk/economy/grossdomesticproductgdp/bulletins/grossdomesticproductpreliminaryestimate/octobertodecember2017.

W Europie kobiety zarabiają 16-17 procent mniej niż mężczyźni

Wypowiedź: Monika Banyś, biuro prasowe  Personnel Service.

Z danych Eurostatu wynika, że różnica w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn w krajach Unii Europejskiej wynosi aż 16,7%. I choć na razie brakuje ogólnych regulacji w tym zakresie, niektóre kraje wprowadzają własne rozwiązania. Niemcy pracują nad prawem, które zobowiąże firmy do ujawniania różnic płacowych. Natomiast Islandia jako pierwszy kraj na świecie lukę w wynagrodzeniach uznaje za przestępstwo.

– Różnice w wynagradzaniu kobiet i mężczyzn to problem, na który Unia Europejska zwraca uwagę już od dłuższego czasu. Znane są wytyczne dotyczące niwelowania luki płacowej, ale nadal brakuje odpowiednich rozwiązań prawnych w tym zakresie. Można się jednak spodziewać, że niedługo się to zmieni. Islandia dała fantastyczny przykład tego, jak skutecznie poradzić sobie z luką płacową. Od początku roku obowiązuje tam prawo, które nierówne wynagradzanie kobiet i mężczyzn za analogiczną pracę, traktuje jak przestępstwo. Firmy, które stosują dyskryminację płacową narażają się na karę wynoszącą nawet do 500 dolarów dziennie – mówi Krzysztof Inglot, prezes zarządu Personnel Service.

Islandia przeciera szlaki do równości płacowej

Z danych Statistics Iceland wynika, że w Islandii w 2016 roku kobiety zarabiały średnio 16,1% mniej niż mężczyźni pracujący na analogicznych stanowiskach. Tak wysoki wskaźnik nierówności w wynagrodzeniach, który jest zbliżony do średniej w krajach Unii Europejskiej, zmobilizował lokalny rząd do wypracowania odpowiedniego rozwiązania systemowego, które ma rozwiązać problem. Od początku tego roku w Islandii obowiązuje prawo zobowiązujące firmy zatrudniające więcej niż 25 osób do uzyskania specjalnego certyfikatu, który potwierdza sprawiedliwą politykę płacową wśród kobiet i mężczyzn. Przedsiębiorstwa, które nie uzyskają takiego zaświadczenia, w świetle prawa popełnią przestępstwo i narażą się na kary finansowe.

Nad rozwiązaniem dotyczącym niwelowania luki płacowej pracują również Niemcy. Nie jest to zaskoczeniem biorąc pod uwagę, że z danych Federal Statistical Office (DeStatis) wynika, że luka płacowa w Niemczech w 2016 roku wyniosła aż 21% i była jedną z najwyższych w całej Unii Europejskiej. Zgodnie z nowym prawem, pracodawcy w Niemczech będą zmuszeni do ujawniania różnic płacowych w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Jednak inaczej niż w przypadku Islandii to prawo będzie obowiązywało tylko w firmach, które zatrudniają więcej niż 200 pracowników.

Rynek pracy w Polsce sprzyja kobietom

Nierówności w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn na polskim rynku pracy są stosunkowo niewielkie. Z ostatnich dostępnych danych Eurostatu wynika, że luka płacowa wynosi 7,7%, jest zatem zdecydowanie niższa niż średnia w Unii Europejskiej (16,7%). Jak wskazuje Krzysztof Inglot, obecnie kobietom na rynku pracy sprzyja deficyt kadrowy, z którym mamy do czynienia już od jakiegoś czasu.

– Duże zapotrzebowanie na pracowników powoduje, że kobiety i mężczyźni mają zapewniony równy start. Dodatkowo, nasz rynek pracy pod względem równości płac jest dosyć dojrzały. Pracodawcy zdają sobie sprawę, że nie liczy się płeć pracownika, tylko jego kompetencje – mówi Krzysztof Inglot.

W dłuższej perspektywie na wyrównywanie płac kobiet i mężczyzn wpłynie również większa automatyzacja i robotyzacja pracy.

Broker kurierski alternatywą dla giełdy transportowej

Giełda transportowa to w dzisiejszych czasach bardzo popularny sposób znajdowania kontrahentów odpowiedzialnych za przesyłkę towarów. Pozwala na szybkie wyszukanie firmy, w zależności od wymagań finansowych oraz innych parametrów.

Poza niewątpliwymi zaletami posiada jednak również swoje negatywne strony, jak np. stosunkowo niskie bezpieczeństwo oraz możliwość trafienia na nierzetelnego partnera. Coraz więcej firm korzysta więc z usług brokerów kurierskich, dających większą pewność udanej usługi.

Giełdy transportowe działają na zasadzie pośrednictwa pomiędzy przedsiębiorstwami szukającymi potencjalnych kontrahentów. Firmy zgłaszają zapotrzebowanie na transport pewnego towaru w konkretnym czasie, między danymi punktami. Następnie zgłaszają się przewoźnicy, którzy są skłonni zaoferować swoje usługi na warunkach przedstawionych przez firmę, przedstawiając swój cennik. Działanie takie przypomina trochę porównywarki cen produktów. Pozwala to na łatwy dostęp do zróżnicowanych ofert i wybór tej najlepszej. Jednak ten, wydawałoby się, niemal idealny system ma również swoje poważne ograniczenia.

Po pierwsze, przedsiębiorstwo, które chce skorzystać z takich usług nigdy nie ma pewności, że firma transportowa prawidłowo wykona swoje zadanie. Zwłaszcza, jeżeli jest ona mała i nieznana, a takie najczęściej, ze względu na niską rozpoznawalność, walczą o klienta ceną. Ale niedotrzymanie terminów, czy odpowiedniej jakości usługi to nie jest jeszcze największy problem. Nieszczęśliwy wybór firmy transportowej niejednokrotnie kończy się oszustwem, kradzieżą towaru lub jego zaginięciem w trakcie przewozu. Oczywiście platformy zarządzające giełdami transportowymi starają się minimalizować takie ryzyko, jednak do nieprawidłowości nadal dochodzi stosunkowo często. Czy jest więc jakiś sposób, aby uniknąć wspomnianych problemów, bez konieczności rezygnacji z niewątpliwej wygody powyższych rozwiązań?

Odpowiedzią na kłopoty wokół giełd transportowych mają być usługi brokerów kurierskich. Są to firmy pośredniczące między przedsiębiorstwami zlecającymi transport, a spedytorami. Wszystko odbywa się online, a ponadto klient ma możliwość szybkiego dostępu do wybranych ofert, w zależności od ilości środków planowanych na tę operację. Nie trzeba zatem wykonywać żadnych dodatkowych czynności, ponieważ wszystkim zajmuje się firma pośrednicząca. Jedną z takich firm świadczącą usługi na bardzo wysokim poziome jest Sendello, której ofertę odnajdziemy tutaj – http://www.sendello.pl/.
Ważną zaletą takiej formy współpracy jest możliwość śledzenia przesyłki, co znacznie poprawia bezpieczeństwo i pozwala na kontrolowanie jakości wykonanej usługi jeszcze przed jej zakończeniem. Wszystko to sprawia, że nie trzeba rezygnować z wygody i sprawności nowoczesnych rozwiązań podczas poszukiwania opcji zapewniających pewność oraz bezpieczeństwo.

Mądry wybór może oszczędzić problemów

Decydując się na sposób wyboru kontrahentów należy więc zwrócić dużą uwagę na zalety i wady dostępnych ofert i wybrać najlepszą opcję. Samodzielne poszukiwanie firmy transportowej, przy dzisiejszych możliwościach, nie będzie zbyt dobrym rozwiązaniem. Dlatego obecnie funkcjonuje tak wiele platform oferujących swoje usługi w zakresie pośrednictwa. Giełdy transportowe są sposobem pozwalającym zapoznać się z ofertą licznych usługodawców, w zakresie transportu, jednak mają swoje bardzo poważne ograniczenia w postaci niewystarczającej gwarancji bezpieczeństwa. Wybór brokerów kurierskich, ze względu na swoje możliwości kontrolowania kontrahentów, może zaoszczędzić czas, pieniądze oraz nerwy związane z nieprawidłowo wykonaną usługą.

Dzień indeksów PMI. Stabilizacja cen ropy

Dzisiejszy poranek zdominowały na rynkach publikacje indeksów koniunktury z Europy. Dobrym danym ze Szwajcarskiego przemysłu towarzyszy słaby odczyt sprzedaży detalicznej. Rosnące wydobycie ropy dusi jej ceny.

Indeksy PMI dla przemysłu

Dzisiaj poznaliśmy odczyty tego wskaźniki. Jest to wynik badania ankietowego menadżerów odpowiedzialnych za zamówienia w przedsiębiorstwach branży przemysłowej. Im więcej pozytywnych odpowiedzi tym wyższy wskaźnik. Na tej podstawie ocenia się czy gospodarka będzie się rozwijać czy nie. Polska osiągnęła 54,6 punktów. Jest to wynik poniżej granicznej 50 oddzielającej rozwój od recesji. Jest jednak słabszy od oczekiwań 55,3 punktów. Dane nie nie miały jednak większego wpływu na złotego, nie licząc krótkiego odbicia, po którym od razu pojawiła się korekta. Warto zwrócić uwagę, że optymizm w Europie zachodniej jest znacznie większy. Dla całej strefy euro wynosi zgodnie z oczekiwaniami 59,6 punktów. Słabiej od oczekiwań wypadła z kolei Wielka Brytania, która uzyskała rezultat 55,3 punktów czyli 1,2 poniżej oczekiwań. Dane te nieznacznie osłabiły funta.

Dane ze Szwajcarii

Rewelacyjne są dane na temat indeksu PMI ze Szwajcarii wynoszące aż 65,3 pkt. Spowodowały one krótkotrwałe umocnienie franka. Ruch ten został już zniwelowany. Warto zwrócić uwagę, że w ostatnich dniach frank umocnił się o niemal 2% względem euro. W rezultacie nie może dziwić, że inwestorzy realizują zyski z zakupu franków osłabiając tą walutę. Sygnałem do realizacji zysków były słabsze dane na temat sprzedaży detalicznej, która wzrosła rok do roku o zaledwie o 0,6%. To znacznie poniżej oczekiwanego 1,5%. W efekcie tych danych frank, który jeszcze wczoraj zmierzał do 3,60 zł dzisiaj spada i kosztuje już poniżej 3,58 zł.

USA zwiększają produkcję ropy

Wzrost cen ropy zachęca firmy naftowe do zwiększania wydobycia. W rezultacie amerykania osiagnęli najwyższą produkcję od 1970 roku. Efektem tego jest pierwszy od dawna wzrost zapasów ropy naftowej i to od razu o niemal 7 milionów baryłek. Efektem wzrostu produkcji jest stabilizacja cen ropy w okolicach 70 dolarów. Po tym jak od połowy 2017 roku ropa podrożała w półrocznym ruchu o 50% nastąpiło wyhamowanie ruchu. Nie można wykluczyć oczywiście dalszych wzrostów, ale ceny te powodują wyraźne zwiększanie wydobycia.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA -wnioski o zasiłek dla bezrobotnych
  • 16:00 -USA – raport ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Czesi podniosą dziś stopy procentowe

Koszty kredytu u naszych południowych sąsiadów prawdopodobnie wzrosną już dziś. Rada Polityki Pieniężnej prawdopodobnie nieprędko pójdzie jednak śladami Czechów.

Aż 20 z 22 ekonomistów ankietowanych przez agencję Bloomberg oczekuje, że Narodowy Bank Czeski (CNB) w dniu dzisiejszym kolejny raz podniesie stopy procentowe. Kurs EUR/CZK w ostatnich dniach nie był poddany znacznym wahaniom. Na przestrzeni ostatnich miesięcy czeska korona jednak istotnie zyskiwała w relacji do wspólnej europejskiej waluty, m.in. właśnie z uwagi na oczekiwania inwestorów wobec podwyżek stóp procentowych w Czechach.

W kontekście tego, iż Narodowy Bank Polski systematycznie odsuwa w czasie perspektywę zmian kosztów pieniądza rodzi się pytanie – dlaczego nasi południowi sąsiedzi czynią takie kroki, podczas gdy RPP pozostaje bierna?

Mimo zbliżenia geograficznego i kulturowego, bieżąca sytuacja gospodarcza na południu – pomimo pozornych podobieństw – istotnie różni się od tej w Polsce. Po pierwsze – widać presję inflacyjną, która jest manifestowana przez wzrost inflacji bazowej, która obecnie wynosi 2,4% rocznie i rośnie wraz z inflacją CPI. W Polsce inflacja bazowa od trzech kwartałów stoi w miejscu w okolicy poziomu 0,9% rocznie. Cel inflacyjny CNB jest dodatkowo niższy niż ten w Polsce (2% wobec 2,5%, oba z odchyleniami +/- 1 p.p.).

Czeska gospodarka w przeciwieństwie do polskiej wykazuje oznaki przegrzania. Wzrost gospodarczy jest praktycznie dwukrotnie wyższy od potencjalnego, rynek pracy cierpi na wyraźny brak wystarczającej podaży pracy (który nie jest łagodzony, tak jak u nas, przez imigrantów z Ukrainy), a dwucyfrowy wzrost cen nieruchomości sugeruje nierównowagę.

Stopy procentowe w Czechach są również wyraźnie niższe niż koszt pieniądza w pozostałych krajach – Czesi podwyżki zaczynali od poziomu 0,05%. W dniu dzisiejszym stopy powinny podskoczyć o 25 punktów bazowych z poziomu 0,5% do 0,75%. Bardziej istotna dla kursu czeskiej waluty od samej decyzji Banku powinna być konferencja po spotkaniu i publikacja projekcji makroekonomicznych, które pozwolą ocenić inwestorom, jak CNB zapatruje się na stan gospodarki i – tym samym – jakie będzie tempo zacieśniania polityki monetarnej w przyszłości.

SPOJRZENIE NA WALUTY 

PLN

Środa zakończyła się lekkim umocnieniem polskiego złotego w relacji do głównych walut. Wczorajszy dzień przyniósł pozytywne informacje o stanie polskich finansów publicznych. Deficyt budżetu państwa w 2017 r. był wyraźnie niższy od oczekiwań i wyniósł 25,4 mld złotych, czyli 42,7% wartości zaplanowanej w ustawie budżetowej. Niższemu deficytowi sprzyjał istotny wzrost dochodów z podatków, w szczególności z podatku VAT.

Dzisiejszego dnia opublikowany został natomiast nieco słabszy od oczekiwań  krajowy odczyt PMI dla sektora przemysłowego w styczniu. Indeks spadł z poziomu 55,0 do 54,6, podczas gdy konsensus zakładał wzrost do poziomu 55,3. Niemniej, nadal znajdujemy się w okolicy notowanego miesiąc temu 34-miesięcznego maksimum, w kontekście publikacji wyraźnie cieszyć może również wzrost zatrudnienia.

W dniu dzisiejszym po południu opublikowane zostaną “minutki” z ostatniego  posiedzenia RPP, inwestorzy prawdopodobnie większą uwagę niż do informacji z Polski będą przywiązywali do danych z USA: dzisiejszych indeksów aktywności. Najbardziej jednak liczyć się będą oczywiście jutrzejsze payrollsy.

EUR

Kurs EUR/PLN w środę osłabił się o 0,1%, wahając się w widełkach 4,14 – 4,16. Pomimo podwyższonej zmienności w ciągu dnia, w środę euro zakończyło dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do dolara amerykańskiego. Euro osłabiło się natomiast w parze z funtem brytyjskim i polskim złotym. Ostatecznie indeks EUR również zakończył dzień na minusie. Wczorajsze dane o inflacji w strefie euro nie zaskoczyły. Dynamika cen w styczniu spadła z 1,4% do 1,3% rocznie, bazowy indeks cen pokazał z kolei wzrost z poziomu 0,9% do 1% w ujęciu rocznym. Bezrobocie w strefie euro w styczniu pozostawało na poziomie 8,7%. We wczorajszym przemówieniu Benoit Coeure z EBC poinformował, iż bank centralny ostatnio obserwuje wahania kursu wymiany. Zwrócił uwagę, iż członkowie Rady nie dyskutowali jeszcze na temat ewentualnego wydłużenia programu QE oraz, iż pierwsze podwyżki stóp procentowych nadejdą długo po zakończeniu programu skupu aktywów.

Dzisiejszy wskaźnik PMI dla przemysłu strefy euro okazał się zbieżny ze wstępnymi szacunkami sprzed tygodnia. Indeks aktywności gospodarczej w sektorze pokazał imponujący odczyt na poziomie 59,6.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,71 – 4,75. Dzisiejsze dane PMI dla przemysłu Wielkiej Brytanii w styczniu nieco rozczarowały. Indeks aktywności w sektorze spadł do poziomu 55,3 z 56,2 notowanego miesiąc wcześniej wobec oczekiwań na poziomie 56,5. Reakcja rynku na informacje była negatywna, jednak dość ograniczona, odzwierciedlając niewielką różnicę między prognozami, a finalnym odczytem.

USD

Kurs USD/PLN w środę osłabił się o 0,3%, wahając się w widełkach 3,33 – 3,35.  Wczorajsze przemówienie Donalda Trumpa przed obiema izbami Kongresu nie było obfite w istotne informacje, stąd również reakcja rynku była dość ograniczona.

Wśród wczorajszych danych gospodarczych z USA warto zwrócić uwagę w szczególności na odczyt ADP, który pokazał zmianę zatrudnienia w sektorze prywatnym. W porównaniu z ostatnim miesiącem powstało nieco mniej miejsc pracy (234 tys. wobec 242 tys.), już drugi miesiąc z rzędu mamy jednak do czynienia z silnym zaskoczeniem na plus wobec oczekiwań (234 tys. wobec 186 tys). Dane wspierają optymizm i dolara amerykańskiego, jednak bynajmniej nie gwarantują, że piątkowy odczyt NFP będzie równie dobry – miesiąc temu mieliśmy do czynienia z sytuacją odwrotną.

Wczorajsze spotkanie FOMC nie przyniosło istotnych zmian. Rezerwa Federalna zgodnie z oczekiwaniami zdecydowała się utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie 1,25-1,5%. W komentarzu ze spotkania  poinformowano, iż ryzyka dla gospodarki USA są zbalansowane, a kondycja Stanów Zjednoczonych uzasadnia dalsze, stopniowe podwyżki stóp procentowych. Reakcja USD na wczorajsze spotkanie FOMC była pozytywna.

Początek roku przynosi również pewne zmiany w samej strukturze banku centralnego, któremu od tego miesiąca przewodzić będzie Jerome Powell, mający zastąpić Janet Yellen na stanowisku prezesa Rezerwy Federalnej. Z początkiem roku prawo głosu traci również czterech członków FOMC, którzy przekazują je swoim – w większości bardziej jastrzębim – kolegom.

W dniu dzisiejszym kluczową publikacją z USA będą odczyty PMI/ISM dla przemysłu USA w styczniu (15:45/16:00), poznamy oprócz tego tygodniowy odczyt liczby zadeklarowanych bezrobotnych (14:30).

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – publikacja “minutes” RPP
  • 14:30 – tygodniowa liczba zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 15:45/16:00 – dane PMI/ISM dla przemysłu USA w styczniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury

PMI: Dobry start w Nowy Rok

Odczyt PMI polskiego przemysłu za styczeń 2018 r. wyniósł 54,6. Pomimo wyniku niższego od zanotowanego w grudniu (55,0) i oczekiwań rynkowych (55,3) należy uznać ten poziom za pozytywny. Styczniowy odczyt jest bowiem drugim najwyższym od roku i plasuje się powyżej średniej z badań długoterminowych będącej na poziomie 50,6.

W raporcie za styczeń IHS Markit zwraca uwagę na najsilniejszy wzrost liczby nowych zamówień w sektorze przemysłowym od stycznia 2015 r. Przełożyło się to na największy od dziewięciu miesięcy wzrost poziomu zatrudnienia, mimo niewielkiego spowolnienia produkcji.

Badania potwierdziły zwiększenie się zaległości produkcyjnych (po raz czwarty w ciągu ostatnich sześciu miesięcy) oraz nasilenie się presji inflacyjnej. Koszty produkcji wzrosły w tempie porównywalnym z najwyższym ośmiomiesięcznym rekordem z listopada 2017 r., na co wpływ miały rosnące ceny stali.

Podsumowując, w polskim sektorze przemysłowym dalej panuje optymizm, który trwa nieprzerwanie od czterdziestu miesięcy, co jest najdłuższym wynikiem w blisko dwudziestoletniej historii badań. Nic nie wskazuje na to, aby najbliższe miesiące miały popsuć pozytywny nastrój.

Piotr Ludwiczak, Zarządzający funduszem, Michael/Ström Dom Maklerski

Wystarczająco dobrze, by zachować spokój

Dolar ma za sobą najgorszy miesiąc od blisko dwóch lat, ale optymizm Fed pozwala na nowe otwarcie, gdyż rynek odczytał komunikat FOMC lekko jastrzębio. Czwartkowy kalendarz kipi od odczytów PMI/ISM.

Bazując na generalnie pozytywnych informacjach z gospodarki Fed miał prawo zabrzmieć konstruktywnie w temacie dalszych podwyżek stóp procentowych i to rzeczywiście zrobił. Jednak ogólnie nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Język dotyczący polityki fiskalnej oraz inflacji pozostał bez zmian. Nic nie znalazło się w temacie wartości dolara i wysokich rentowności obligacji. Dodano fragment o pozytywnej ocenie aktywności gospodarczej. Na koniec swojej kadencji prezes Janet Yellen chciała zostawić Fed na drodze ku dalszej normalizacji polityki monetarnej, ale jednocześnie pozostawiając jak największą elastyczność dla przejmującego stery Jerome’a Powella. W rezultacie oczekiwania rynkowe dla kolejnej podwyżki stóp procentowych w marcu nie uległy praktycznie zmianie i wycena prawdopodobieństwa przekracza 90 proc. To pomaga USD, choć tylko w takim sensie, że Fed nie dał pretekstu do konsytuacji wyprzedaży po fatalnym styczniu. Generalny pesymizm wobec USD (dodatkowe podsycany optymizmem względem EUR) pozostaje, choć teraz handel będzie bardziej przemyślany i ostrożnie badający czynniki ryzyka. Uwaga przenosi się na jutrzejszy raport z rynku pracy – jeśli dane zaskoczą pozytywnie, wówczas jest sporo krótkich pozycji w USD, które mogą być przeznaczone do zamknięcia.

W takim scenariuszu największe ryzyko jest w USD/JPY i GBP/USD. Na pierwszym spadki są w sprzeczności z pozytywnym klimatem inwestycyjnym na świecie i gołębim nastawieniem Banku Japonii. W drugim, panuje niezrozumiałe przeze mnie przeświadczenie, że Wielka Brytania ma już dogadany „łagodny Brexit”, który w niczym nie zaszkodzi brytyjskiej gospodarce, przez co wartość GBP powinna być wyższa. A jednak doniesienia prasowe z tego tygodnia sugerują, że przed startem rozmów o warunkach okresu przejściowego (który startuje w kwietniu 2019 r.) jest wiele spraw spornych w kwestii granicy z Irlandią, praw obywateli UE i handlu. Na ten moment sprzedawanie już GBP jest trochę płynięcie żaglówką pod wiatr, ale pogoda bywa zmienna.

Argument za tym, że przy zastopowaniu bezrefleksyjnej wyprzedaży USD crossy z dolarem stają się podatne na załamania, widać dziś na AUD/USD. Kolejna paczka rozczarowujących danych z Australii (wczoraj – CPI, dziś – pozwolenia na budowę) wystraszyła posiadaczy długich pozycji. Australijczyka ciągną w dół też kursy krzyżowe z NZD i CAD, gdyż AUD/NZD i AUD/CAD były ostatnio popularne na wzrosty. Teraz na prymusa w całej trójce wysuwa się CAD –lepszy od prognoz PKB z Kanady z wczoraj oraz optymistycznie zakończona 6. runda negocjacji NAFTA daje powody do kupna.

Początek miesiąca to tradycyjnie wysyp odczytów PMI dla przemysłu. Wskaźnik z Polski (54,6) wypadł poniżej prognoz (55,2) i styczniowego odczytu (55,0), ale dane rzadko mają przełożenie na złotego. EUR/PLN w tym tygodniu odbił do 4,15 (korekta na rynkach wschodzących przy zatrzymaniu wyprzedaży USD) i czeka na dalsze instrukcje z zewnętrznego rynku. Dane z Eurolandu są tylko rewizją i nie przyciągną dużej uwagi. Nieco akcji można będzie zobaczyć na GBP przy PMI z Wlk. Brytanii oraz USD przy ISM z USA, jednak w tym drugim przypadku warto pamiętać, że w przemyśle zatrudnionych jest tylko 9 proc. Amerykanów, a zatem i subindeks zatrudnienia niewiele powie przed jutrzejszym raportem NFP.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bezrobocie w Polsce spadnie poniżej 6%

Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oszacowało, powołując się na dane z urzędów pracy, że w grudniu 2017 r. stopa bezrobocia wynosiła 6,6 %. W polskiej gospodarce jest nadal bardzo duża pula osób długotrwale bezrobotnych, co ogranicza możliwości, aby bezrobocie spadało w szybkim tempie. Jednak zanotowano już ponad 130 tys. wakatów i można spodziewać się, że ta liczba będzie wciąż rosła.

– Rok 2018 to czas, kiedy spodziewamy się kontynuacji spadków bezrobocia – powiedział serwisowi eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Nie będą one tak dynamiczne, jak w ostatnich latach – natomiast oczekujemy, że bardzo duży popyt na pracę spowoduje zmniejszenie bezrobocia w Polsce poniżej 6%. Firmy będą tworzyć wiele miejsc pracy, a trudności rekrutacyjne będą na tyle wyraźne, że część stanowisk będzie nadal nie obsadzonych – podkreślił Andrzej Kubisiak.

Jak wynika z centralnej ścieżki projekcji NBP bezrobocie w 2018 roku spadnie do 4,3%. Pracodawcy muszą zwrócić uwagę na politykę kadrową i koszty rotacji.

Zestawienie procedur windykacyjnych i porównanie ich skuteczności na poszczególnych rynkach w 2018r

  • Euler Hermes przygotował analizę „Zestawienie procedur windykacyjnych i porównanie ich skuteczności na poszczególnych rynkach w 2018r”, która może być wsparciem przy podejmowaniu decyzji o kierunkach ekspansji handlowej za granicą.
  • Europa Zachodnia stanowi przykład dla reszty świata jak skutecznie uregulować odzyskiwanie należności, przy czym Szwecja, Niemcy i Irlandia zaliczają się do najmniej skomplikowanych krajów pod względem windykacji długów.
  • Na przeciwległym krańcu skali znajdują się: Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie i Malezja, jako trzy najbardziej skomplikowane pod względem windykacji należności rynki.

Analiza Euler Hermes „Zestawienie procedur windykacyjnych i porównanie ich skuteczności na poszczególnych rynkach w 2018r” ma na celu zmierzenie stopnia złożoności procedur windykacji należności z zagranicy w każdym z 50 uwzględnionych krajów. Analizie poddano trzy główne czynniki: lokalne praktyki płatnicze, lokalne postępowania sądowe i lokalne postępowania upadłościowe. W związku z tym wspomniana analiza dostarcza prostej i porównywalnej oceny postępowań windykacyjnych w każdym kraju, pomagając tym samym w podejmowaniu decyzji i zarządzaniu prowadzonymi działaniami przez prowadzących handel poza granicami swojego kraju.

Kraje Europy Zachodniej na czele stawki

Podczas gdy globalna średnia wynosi 51 w skali 0-100, co świadczy o wysokim poziomie złożoności kolekcji na całym świecie, bardzo wysoki poziom złożoności procedur windykacyjnych na całym świecie, Europa Zachodnia wyróżnia się pod względem ułatwiania życia firm próbujących odzyskać należności.

Wiodącą pozycję zajmują Szwecja, Niemcy i Irlandia, zaliczając się do najmniej złożonych krajów z odpowiednimi ocenami 30, 30 i 31. Szwecja i Niemcy naprawdę mogą służyć za wzór, będąc krajami o najniższym stopniu złożoności lokalnych praktyk płatniczych, lokalnych postępowań sądowych i lokalnych postępowań upadłościowych.

Europa Zachodnia to region charakteryzujący się również największą liczbą i udziałem krajów o jedynie „zauważalnej” (najniższy stopień w skali) złożoności procedur windykacyjnych (uszeregowano je wg. rosnącej kolejności skomplikowania: zauważalne, wysokie, bardzo wysokie, dotkliwe). W 14 na 16 krajów regionu poziom skomplikowania procedur windykacyjnych jest najmniejszy, wyjątkiem są Grecja i Włochy (w obydwu poziom złożoności działań windykacyjnych oceniany jest jako bardzo wysoki).

Bliski Wschód w ogonie

Bliski Wschód znajduje się na przeciwległym krańcu skali, przy czym pozycję najbardziej skomplikowanych krajów pod względem windykacji długów zajmują Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Złożoność procedur windykacji długów z zagranicy w Arabii Saudyjskiej składa się na wynik aż 94 punktów (na 100 możliwych), będąc tym samym trzykrotnie bardziej skomplikowana niż w Szwecji.

Region Azji i Pacyfiku nie jest daleko z przodu, to tam mamy do czynienia z największą liczbą krajów o wysokim stopniu złożoności działań windykacji zagranicznej, wspominając tylko Malezję (tuż za wspomnianymi Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi), Chiny i Indonezję.

Zawiłości i pułapki procedur windykacyjnych wszędzie mają miejsce

Raport Euler Hermes pokazuje również, że największe gospodarki, najbardziej dynamiczne rynki i mniej podatne na zagrożenia kraje niekoniecznie automatycznie charakteryzować się muszą bardziej sprzyjającym otoczeniem biznesowym. Zawiłości i pułapki procedur windykacyjnych istnieją we wszystkich krajach, nawet w Szwecji. Złożoność procedur międzynarodowej windykacji należności handlowych zależy od wielu różnych zmiennych. Na poziomie globalnym wydaje się, że kluczowym czynnikiem warunkującym złożoność postepowań windykacyjnych są lokalne postępowania upadłościowe, które nie zawsze są skuteczne, m.in. z powodu. uwzględniania (lub nie) zasady pierwszeństwa i możliwość anulowania wcześniejszych transakcji.

Kluczowa zasada mająca zastosowanie przy windykacji długów jest następująca: im dłuższy okres oczekiwania (z jej rozpoczęciem), tym większa złożoność i większe ryzyko niepowodzenia prowadzonych działań. Dlatego chcemy pomagać naszym klientom w podejmowaniu właściwych decyzji we właściwym czasie. Rating procedur windykacyjnych i porównanie ich skuteczności na poszczególnych rynkach w 2018r zapewniają przedsiębiorcom prostą ocenę procedur windykacyjnych w każdym kraju, wspierając naszych klientów w dostarczaniu kluczowych informacji tam, gdzie i kiedy tego chcą” powiedziała Jennifer Baert, dyrektor ds. windykacji w grupie Euler Hermes.

Polscy eksporterzy mogą skorzystać na relatywnym nieskomplikowaniu i skuteczności windykacji w Europie Zachodniej

Paul Flanagan, prezes TU Euler Hermes SA ocenia: Polscy przedsiębiorcy – tak jak i cała gospodarka korzystają na silnych więziach gospodarczych z Europą Zachodnią: wzrostowi gospodarczemu i popytowi stamtąd na polskie produkty towarzyszy jedna z najlepszych na tle ogólnoświatowym dyscyplina płatnicza i skuteczność w odzyskiwaniu należności. Warto pamiętać, że pomimo jednego obszaru gospodarczego, w UE na każdym rynku występują lokalne różnice w kwestiach zarówno prawnych, jak i praktyki biznesowej. Warto je znać lub polegać na specjalistach w tym zakresie, aby mieć największą szansę na skuteczne odzyskanie należności – nic nie dzieje się w tym względzie “z urzędu”. Nieświadomy tego eksporter może znaleźć się na końcu kolejki oczekujących na swoje pieniądze nawet na najbezpieczniejszym z pozoru rynku…

Komisja Europejska oceni potencjał technologii blockchain

Komisja Europejska rozpoczęła przetarg na analizy, które ocenią potencjał ogólnoeuropejskiej infrastruktury opartej o blockchain. Z kolei w Polsce, Komisja Nadzoru Finansowego rusza z programem Innovation Hub, który ma wesprzeć sektor FinTechów, który możliwości tej technologii dostrzegł jako pierwszy.

Rozwiązania z potencjałem

Organ legislacyjny bloku gospodarczego (KE), rozpoczyna analizy wykonalności i potencjału ogólnounijnej infrastruktury z wykorzystaniem blockchain. Na ten cel ma zostać przeznaczone 250 000 euro. Badania skupiać mają się na ocenie, czy blockchain może wesprzeć dążenia KE w kierunku stworzenia warunków dla wiarygodnego, przejrzystego i zgodnego z prawem UE „środowiska danych i transakcji”. Być może blockchain będzie mógł pomóc władzom publicznym w dostarczaniu usług europejskich i wdrażaniu polityk w zoptymalizowany sposób.

Choć dokument nie zawiera wielu szczegółów, wiadomo, że zbadany zostanie „szeroki zakres opcji”, w tym istniejące inicjatywy na poziomie krajowym lub lokalnym. W dalszej części eksperci będą  się też przyglądać, jak skalować taką infrastrukturę na poziomie UE oraz jakie usługi mogą być obsługiwane w takim systemie.

Blockchain a branża finansowa

Możliwości zastosowania technologii są, jak się okazuje, bardzo szerokie. Jako pierwsza blockchain zaczęła wykorzystywać branża kojarzona z innowacyjną bankowością. Tak zwane FinTechy, dzięki blockchain znacznie usprawniły poziom bezpieczeństwa i szybkość transakcji wykonywanych w wirtualnym świecie. W Polsce to rozwiązanie wciąż nieznane – na razie korzystają z niego m.in. Credit Agricole i TransferGo (poprzez platformę RippleNet). Wkrótce ma się to zmienić.

W ramach programu Innovation Hub. Komisja Nadzoru Finansowego zaprosiła do współpracy polskie przedsiębiorstwami z sektora FinTech, z którymi  chce wypracować rozwiązania prawne i kontrolne dla całej branży. To wyraźny zwrot w stronę startupów świadczących usługi finansowe online, które w Polsce rozwijają się bardzo sprawnie i mogą stać się siłą napędową gospodarki. Branża FinTech uważana jest obecne za jedną z najbardziej innowacyjnych gałęzi rynku.  Dzięki współpracy z rządem, a także dzięki regulacjom, których potrzebę wprowadzenia dostrzegła ostatnio także Unia Europejska, jej przewaga nad bankami prawdopodobnie wzrośnie.

Jeszcze w styczniu wchodzi w życie unijna dyrektywa PSD2, regulująca rynek usług płatniczych.  Odbije się to na działalności takich podmiotów jak banki, instytucje płatnicze czy pozabankowi dostawcy usług płatniczych. FinTechy zyskają na przykład dostęp do bankowych baz danych, dzięki czemu jeszcze szybciej będą mogły wdrażać innowacyjne rozwiązania. Do tej pory miały znacznie skromniejsze możliwości niż duzi rynkowi gracze. Ponadto, wszyscy uczestnicy transakcji płatniczych będą mieli zagwarantowane jednolite warunki działania, czyli innowacyjność oraz bezpieczeństwo sposobów płatności ma być ustandaryzowane w całej UE.

To zdecydowanie dobry krok w stronę wyrównania rynkowych szans. Do tej pory startupom z branży FinTech, było bardzo trudno konkurować z wielkimi bankami. Otoczenie gospodarcze także nie było bardziej przyjazne dla tego typu usług. Tymczasem rozwiązania finansowe, które proponujemy są o wiele bardziej nowatorskie i konkurencyjne od tych kojarzonych z tradycyjną branżą finansową. Dla rynku program Innovation Hub jest więc ogromną szansą  – mówi Magnus Olby, dyrektor marketingu w TransferGo TransferGo. 

Zarówno Komisja Europejska jaki i Unia Europejska oraz polski rząd, dostrzegły możliwości rozwoju wynikające z wykorzystania innowacyjnych technologii jak i konieczność wprowadzenia regulacji zwalczających nieuczciwą konkurencję.

Źródło: transfergo.com/pl

Zeroemisyjny pojazd trójkołowy przyszłością usług kurierskich i pocztowych. Koszt przejechania 100 km to 2 złote

Zeroemisyjny pojazd trójkołowy przyszłością usług kurierskich i pocztowych. Koszt przejechania 100 km to 2 złote 1

Trójkołowy pojazd elektryczny na homologacji skutera firmy JedenŚlad może zrewolucjonizować pracę listonoszy zatrudnionych w Poczcie Polskiej. Koszt przejechania nim 100 kilometrów to maksymalnie 2 złote. Pojazd nie emituje spalin, a  w zabudowanej kabinie mogą podróżować dwie osoby, za kierownicą może siedzieć każdy, kto ukończył 23 lata. W przyszłości może także znaleźć zastosowanie w branży kurierskiej i gastronomicznej.

– To pierwszy w Polsce w pełni zabudowany, w pełni zeroemisyjny elektryczny pojazd trójkołowy na homologacji skutera. Przeznaczony jest do doręczeń listów i paczek w różnych rejonach miejskich i podmiejskich dla Poczty Polskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Banach, współwłaściciel firmy JedenŚlad.

Pojazd posiada homologację skutera. Oznacza to, że rozwija maksymalną prędkość 45 km/h, wystarczającą dla ruchu miejskiego. Sprawność przejazdu przez zakorkowane ulice zwiększa możliwość jazdy między samochodami. Jego szerokość wynosi 115 cm, czyli tyle ile skutera z kuframi. Pojazdu nie obowiązują także opłaty parkingowe, a samo parkowanie może odbywać się nie tylko w wyznaczonych miejscach, ale i na chodniku, pod warunkiem pozostawienia 1,5 metra szerokości dla pieszych.

Zasięg na jednym ładowaniu wynosi od 50 do 200 km przy pełnym obciążeniu. Za kierownicą może bez dodatkowych uprawnień zasiąść osoba, która ukończyła 23 lata. Młodsi muszą legitymować się prawem jazdy kategorii AM.

– Jest on zbieżny z wieloma priorytetami zdefiniowanymi w strategii Poczty Polskiej, takimi jak zeroemisyjność i niski koszt eksploatacji. Wynosi on zaledwie od złotówki do 2 złotych za przejechane 100 km. To także większy komfort pracy dla listonosza w ogrzewanym, zabudowanym pojeździe, ale i możliwość przewiezienia znacznie większej liczby paczek w danym rejonie, niż za pomocą roweru czy tradycyjnego skutera spalinowego – przekonuje Łukasz Banach.

Pojazdem trójkołowym może podróżować kierowca i pasażer, przy czym jedna osoba siedzi za drugą. Jest on wyposażony w pasy bezpieczeństwa, ogrzewanie, radio, mp3, ładowarkę do telefonów komórkowych, wycieraczki a nawet kamerę cofania. Co więcej, mogą nim kierować osoby niepełnosprawne z dysfunkcją kończyn dolnych.

Pojazd znajdzie zastosowanie jako uzupełnienie oferty wypożyczalni skuterów elektrycznych JedenŚlad. Będzie on także wykorzystywany przez pracowników Poczty Polskiej, która zainwestuje w firmę JedenŚlad w ramach programu dla start-upów GammaRebels. Pierwsze pojazdy do PP mają trafić w połowie tego roku. Ofertą powinny być zainteresowane również firmy kurierskie i działające w branży gastronomicznej. Cena, w zależności od wyposażenia waha się od kilkunastu do 25 tys. złotych.

– Dla klientów jest to możliwość przewożenia wielkogabarytowych przesyłek. To możliwość szybszego, bardziej sprawnego docierania w te rejony, gdzie np. jazda rowerem, szczególnie w gorszych warunkach atmosferycznych jak deszcz i śnieg, jest utrudniona – tłumaczy współwłaściciel JedenŚlad.

Rozwój elektromobilności leży nie tylko w interesie przedsiębiorców chcących usprawnić logistykę i obniżyć koszty wynikające z przejazdów. Jest to strategia wpisana również w politykę państwa. 16 marca 2017 r. polski rząd przyjął Plan Rozwoju Elektromobilności.

Jego celem jest stworzenie warunków dla rozwoju elektromobilności w Polsce i rozwój przemysłu związanego z tym sektorem, a także stabilizacja sieci elektroenergetycznej. Cała strategia ma zostać wdrożona do 2025 roku, kiedy to zgodnie z założeniami, po polskich drogach ma jeździć milion samochodów elektrycznych.

Urządzenie polskiej firmy zrewolucjonizuje proces przepisywania pacjentom antybiotyków

Urządzenie polskiej firmy zrewolucjonizuje proces przepisywania pacjentom antybiotyków 2

Problem antybiotykooporności, z którym zmaga się współczesna medycyna, może doprowadzić do tego, że już za kilka lat proste infekcje bakteryjne staną się chorobami zagrażającymi życiu pacjentów. Obecnie mało który lekarz pierwszego kontaktu wykonuje odpowiednie badanie przed przepisaniem antybiotyku. Polska firma opracowała urządzenie, które ma mu to umożliwić bez potrzeby zlecania badania mikrobiologicznego w laboratorium.

Zjawisko antybiotykooporności jest procesem zachodzącym naturalnie, ale niewłaściwe stosowanie antybiotyków może je przyspieszać. Coraz więcej infekcji, takich jak zapalenie płuc, gruźlica czy salmonella, jest trudnych w leczeniu, ponieważ bakterie stały się odporne na działanie dotychczas stosowanych leków. Jednym z najczęściej popełnianych błędów jest przyjmowanie antybiotyków w infekcjach spowodowanych przez wirusy, na które ta grupa leków nie działa. To najczęściej przeziębienia.

Z raportu „Monitorowanie zużycia antybiotyków – aktualne dane europejskie” tworzonego w ramach Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków wynika, że Polska znajduje się na 10. miejscu w Europie pod względem zażycia tej grupy leków w oparciu o wskaźnik dawek dobowych definiowanych na 1000 mieszkańców.

Zgodnie z zaleceniami specjalistów włączenie do leczenia antybiotyku powinno być poprzedzone wykonaniem antybiogramu, czyli badania mikrobiologicznego określającego działanie leku na konkretną bakterię. Niestety, w lecznictwie otwartym taką procedurę stosuje się niezwykle rzadko. Polska firma opracowała urządzenie mające umożliwić lekarzom właściwy dobór antybiotyku już podczas pierwszej wizyty pacjenta w gabinecie.

– Nasze urządzenie jest wielkości drukarki biurowej. Może ono być umieszczone w każdej przychodni, u każdego lekarza pierwszego kontaktu. Skupiamy się na lekarzach podstawowej opieki zdrowotnej, ponieważ to głównie oni przepisują antybiotyki. Nasze urządzenie powie lekarzowi, który antybiotyk będzie najlepszy dla konkretnego pacjenta – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jakub Wysocki z firmy Biolumo.

Dobór antybiotyku poprzez przeprowadzenie wywiadu lekarskiego i w oparciu o typowe objawy nie jest właściwy, zaznacza specjalista. Każdy pacjent jest inny i inaczej może reagować na infekcję. Urządzenie ma rozwiązać ten problem, nie będzie się odnosić do grupy statystycznej, ale do konkretnego przypadku pacjenta.

Rozwiązanie Biolumo to przenośna aparatura testująca, zastępująca laboratorium mikrobiologiczne. Badanie diagnostyczne przeprowadza lekarz pierwszego kontaktu. Pobraną od pacjenta próbkę umieszcza w urządzeniu za pomocą wymiennego kartridża testowego. Następnie urządzenie, stosując algorytmy analityczne, zwraca wyniki badania w ciągu 6 godzin.

– Dążymy do tego, żeby nasze urządzenie znalazło się w każdej przychodni. Rozpoczęliśmy już proces patentowy. Urządzenie na rynku pojawi się w ciągu dwóch lat – twierdzi Jakub Wysocki.

Antybiotykooporność jest obecnie jednym z największych problemów związanych z ochroną zdrowia. Już w kwietniu 2014 roku Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmowała w raporcie „Oporność drobnoustrojów na antybiotyki”, że problem jest na tyle poważny, że zagraża osiągnięciom współczesnej medycyny i staliśmy się świadkami ery post-antybiotykowej, kiedy to ponownie najprostsze infekcje mogą prowadzić do śmierci.

– Nie zamierzamy rozwiązać problemu antybiotykooporności, ale chcemy dać czas naukowcom i różnym zespołom na świecie, żeby w ogóle byli w stanie go rozwiązać. Staramy się zatrzymać problem antybiotykooporności, poprzez umożliwienie lekarzom pierwszego kontaktu właściwej selekcji antybiotyku – twierdzi ekspert.

Aby zwiększyć świadomość społeczeństwa dotyczącą stosowania antybiotyków, Komisja Europejska wprowadziła Europejski Dzień Wiedzy o Antybiotykach (EADD). Jest on obchodzony 18 listopada w całej Europie. WHO ustanowiła zaś Światowy Tydzień Wiedzy o Antybiotykach (WAAD) w dniach 16-22 listopada. W ramach obu inicjatyw na całym świecie propagowana jest wiedza na temat racjonalnego stosowania antybiotyków.

Polacy coraz częściej płacą kartą podczas pobytu za granicą. Nie zawsze jest to jednak opłacalne

Polacy coraz częściej płacą kartą podczas pobytu za granicą. Nie zawsze jest to jednak opłacalne 3

W trakcie podróży zagranicznych Polacy korzystają głównie z kart płatniczych – dużo częściej niż statystyczni Europejczycy. Są też coraz bardziej świadomi w kwestii kosztów związanych z wymianą walut – dlatego częściej niż tradycyjną kartę wybierają karty walutowe, które pozwalają zaoszczędzić znaczną część kosztów transakcyjnych. Coraz częściej turyści decydują się też na wymianę walut online – już ok. 30 proc. transakcji wymiany jest realizowanych w internecie.

– Polacy coraz chętniej sięgają po kartę, płacąc za granicą. Według danych opublikowanych przez TNS już prawie 48 proc. wydatków podczas podróży zagranicznych jest opłacanych kartą – to dużo więcej niż w przypadku płatności statystycznego Europejczyka. Dokonując płatności za granicą, dużo bardziej opłacalne jest korzystanie z kart walutowych, które są bardziej korzystne pod względem kosztów i dużo wygodniejsze dla użytkownika – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Justyna Skorupska, sales manager Xchanger.

TNS oszacował też, że 45 proc. kosztów jeszcze przed podróżą, w trakcie planowania wyjazdu, jest regulowanych za pomocą kart. Badanie firmy Visiona, na które powołują się autorzy raportu „Ferie za granicą – ile tracimy, płacąc kartą?” wskazuje, że kartą kredytową w czasie zagranicznych zakupów posługuje się 23,1 proc. turystów, a debetową – 9 proc. Wciąż jednak wiele osób wybiera gotówkę. Przed wyjazdem 29 proc. podróżnych odwiedza kantor, a 30 proc. wypłaca gotówkę w bankomacie w innym państwie.

Justyna Skorupska zwraca uwagę na fakt, że przed zagranicznym urlopem warto rozeznać się w dostępnych na rynku rozwiązaniach finansowych, ponieważ część wydatków związanych z przewalutowaniem transakcji można zaoszczędzić. Koszty towarzyszące transakcjom kartowym są często zaskoczeniem dla turystów płacących w ten sposób poza granicami Polski. Prowizje operatorów kart Visa czy Mastercard oraz koszty związane z transakcją mogą też się znacznie różnić w zależności od banku.

– Płacąc za granicą kartą złotówkową, musimy pamiętać, że zostanie nam doliczony dodatkowy koszt w postaci przewalutowania środków. Prowizja za przewalutowanie w polskich bankach waha się obecnie od 0 do 6 proc. Jednym z banków, który pobiera najwyższe prowizje za przewalutowanie jest np. mBank – mówi Justyna Skorupska.

Alternatywą dla kart złotówkowych stają się coraz popularniejsze karty walutowe. Najczęściej występują w euro, dolarze amerykańskim, funcie i franku szwajcarskim. Płacąc nimi w kraju, gdzie obowiązuje dana waluta, turysta unika dodatkowych opłat za przewalutowanie. Wiele banków ma ofercie konta walutowe jako dodatek do zwykłych kont złotówkowych. Aby zacząć korzystać z konta walutowego, należy przelać na nie środki, które bank przeliczy na wybraną walutę po swoim kursie.

– Nie jest to drogie rozwiązanie, często można się spotkać z zerową opłatą za prowadzenie konta walutowego. Jedynymi kosztami są opłaty za karty walutowe, jednak są one dosyć niski – mówi Skorupska.

Na rynku są dostępne także karty wielowalutowe, które są powiązane z kilkoma kontami walutowymi. System samodzielnie rozpoznaje walutę danej transakcji.

Ekspertka Xchanger ocenia, że Polacy są coraz bardziej świadomi w kwestii kosztów związanych z wymianą walut i dlatego decydują się na usługi internetowych kantorów, gdzie spready są dużo niższe niż w bankach czy tradycyjnych kantorach. Z danych serwisu wynika, że w 2017 roku ok. 30 proc. transakcji wymiany walut zostało zrealizowanych w internecie.

– Prognozujemy, że w 2018 roku w internecie będzie odbywać się już około 40 proc. transakcji wymiany walut. Kantory internetowe starają się być coraz bardziej innowacyjne: wychodzą do użytkowników, starają się podnosić poziom swoich usług i uprościć cały proces wymiany waluty. Do tej pory był wymóg posiadania konta walutowego, które pozwalało na wymianę środków. Teraz jednak możemy spotkać się z kantorami, które oferują tzw. e-wallety, dzięki którym nie trzeba zakładać konta walutowego w banku i podpinać go później do kantorów – mówi Justyna Skorupska.

Z październikowego badania, przeprowadzonego na zlecenie eService w ramach kampanii społecznej „Warto Bezgotówkowo”, wynika, że już ponad połowa Polaków (56 proc.) wybiera płatności bezgotówkowe, doceniając głównie wygodę i oszczędność czasu. Dla 86 proc. karta jest naturalnym, spontanicznym wyborem sposobu płatności. Z danych NBP za III kwartał 2017 roku wynika, że w obiegu znajduje się 38,5 mln kart, z czego blisko 79,5 proc., czyli ponad 30 mln to karty zbliżeniowe.

– W życie wchodzi właśnie dyrektywa PSD2, która pozwoli uzyskać firmom informacje na temat rachunku bankowego użytkowników. Myślę, że to duża szansa nie tylko dla klientów, ale także dla nowopowstałych firm – ze względu na możliwość oferowania nowych, wygodnych, dużo tańszych przelewów czy innych usług związanych z branżą finansową. Dla klientów jest to z kolei szansa na skorzystanie z dużo bardziej efektywnych i wygodniejszych rozwiązań – zauważa Justyna Skorupska.

Mazowsze stawia na kolej. To element walki o czyste powietrze

Mazowsze stawia na kolej. To element walki o czyste powietrze 4

Budowa połączeń kolejowych między stacją a terminalem lotniczym w Modlinie oraz między Chorzelami a Ostrołęką, a także oraz reaktywacja linii Zegrzyk – to najpilniejsze inwestycje kolejowe na Mazowszu. Nowe linie i unowocześnianie taboru Kolei Mazowieckich mają zachęcić mieszkańców do rezygnacji z samochodu na rzecz pociągów. To element walki o czyste powietrze, ale też niezbędna kwestia dla rozwoju miejsc pracy – mówi marszałek województwa Adam Struzik.

Najważniejsze inwestycje kolejowe zwiększą w newralgicznych miejscach możliwość podróżowania. Pierwsza z nich to łącznik kolejowy między stacją kolejową Modlin a terminalem w porcie lotniczym Modlin. Druga to aktywizacja specjalnej strefy ekonomicznej w Przasnyszu i w Chorzelach, to połączenia kolejowe Chorzele-Ostrołęka, a trzecia inwestycja to reaktywowanie krótkiej, ale niezwykle ważnej linii, tzw. Zegrzyk, łączącego główną sieć kolejową z Zalewem Zegrzyńskim – mówi agencji Newseria Biznes Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.

Te inwestycje, które zdaniem marszałka, są najpilniejsze dla regionu. Będą one realizowane przy wsparciu środków z Regionalnego Programu Operacyjnego. Zarząd województwa liczy jednak także na inwestycje kolejowe finansowane z Funduszu Spójności czy w ramach programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko.

 Dzisiaj kreując rozwój całego Mazowsza, musimy mieć przewozy kolejowe na najwyższym poziomie, bo to, że miliony pasażerów przenoszą się ze swoich samochodów do kolei jest elementem walki o czyste powietrze. Stanie się tak pod warunkiem, że te koleje są najwyższej jakości, że zapewniają komfort podróżowania – mówi Adam Struzik.

Elementem poprawy jakości podróżowania koleją jest program modernizacji taboru Kolei Mazowieckich, które pod względem liczby przewożonych pasażerów są wśród przewoźników kolejowych numerem dwa w Polsce. Według danych Urzędu Transportu Kolejowego w ubiegłym roku przewiozły ponad 62 mln pasażerów, co daje spółce ponad 20-proc. udział w rynku przewozów. Ten rok Koleje Mazowieckie rozpoczęły z rekordowym zamówieniem. Spółka samorządu województwa mazowieckiego kupi 71 elektrycznych zespołów trakcyjnych za 2,2 mld zł.

Nowe pociągi będą klimatyzowane, wyposażone m.in. w bezprzewodowy dostęp do internetu, w wewnętrzny i zewnętrzny monitoring, platformę dla osób z niepełnosprawnościami, mocowania wózków inwalidzkich, dziecięcych i rowerów, toalety z obiegiem zamkniętym oraz interkom umożliwiający kontakt pasażera z maszynistą w sytuacji awaryjnej, a także defibrylatory.

– Koleje Mazowieckie to krwioobieg rozwoju społecznego i gospodarczego Mazowsza. Trzeba sobie uświadomić, że te prawie 63 miliony pasażerów to głównie mieszkańcy Mazowsza i ośrodków subregionalnych takich, jak Radom, Płock, Siedlce, Ostrołęka, Ciechanów – mówi marszałek województwa mazowieckiego. – Zwracam tu uwagę na element gospodarczy, np. rynek pracy. Trudno sobie wyobrazić dobry rynek pracy bez możliwości przemieszczania się ludzi i to głównie za pomocą kolei.

Gdy KM zaczynały 13 lat temu miały do dyspozycji jedynie dzierżawione, mocno używane pociągi. Dziś mają 317 składów, a po dostarczeniu nowych będą miały ich łącznie 388. Więcej pojazdów to przede wszystkim zwiększenie częstotliwości kursowania pociągów na Mazowszu.

Marszałek Mazowsza podkreśla jednocześnie znaczenie kolei dla promowania kultury. Koleje Mazowiecki na początku 2017 roku uruchomiły całoroczną akcję promocyjną „Koleją do kultury”, zachęcając do podróży pociągiem połączonej z wizytą w jednej z 13 partnerskich instytucji kultury.

W 2018 roku spółki Koleje Mazowieckie i Warszawska Kolej Dojazdowa dofinansowane zostaną z budżetu Mazowsza łącznie na kwotę 286,6 miliona złotych.

Rolnictwo w Polsce stawia na innowacje. Powstaną sieci gazowe i biogazownie na terenach wiejskich

Rolnictwo w Polsce stawia na innowacje. Powstaną sieci gazowe i biogazownie na terenach wiejskich 5

Utworzenie sieci gazowych i biogazowni na terenach wiejskich, wsparcie dla OZE i produkcji biogazu rolniczego jako źródła energii odnawialnej – to jedne z głównych projektów Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa w zakresie innowacyjności. Ośrodek utworzył też dwa konsorcja, których zadaniem jest wsparcie dla wyprodukowanego w Polsce materiału siewnego oraz wyselekcjonowanie najkorzystniejszych ras zwierząt hodowlanych. Dzięki zaawansowanym technologiom molekularnym do hodowli będą mają trafiać tylko te najlepsze gatunki.  

Po raz pierwszy w KOWR został utworzony pion innowacji i rozwoju. Minister Krzysztof Jurgiel pokłada w tym pionie wielką nadzieję, wskazując, że zadania z nim związane powinny być priorytetem. Wydaje się, że innowacje w rolnictwie to przede wszystkim mechanizacja gospodarstw, ale nie tylko. Jest kilka obszarów, w których warto rozwijać innowacyjność – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Strobel, dyrektor Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

KOWR to nowa jednostka wykonawcza, utworzona we wrześniu ubiegłego roku. Powstała z połączenia  Agencji Rynku Rolnego i Agencja Nieruchomości Rolnych. Najważniejsze jej zadania to m.in. gospodarowanie nieruchomościami Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa, promocja polskich produktów w kraju i zagranicą, wsparcie rodzimych producentów na rynkach zagranicznych, nadzór nad spółkami Skarbu Państwa (m.in. roślinnymi i zwierzęcymi) oraz rozwój innowacyjności w sektorze rolno-spożywczym. W tym celu – w strukturach KOWR – został powołany pion innowacji i rozwoju.

Podchodzimy do tego dosyć poważnie. Jednym z obszarów innowacyjności jest energetyka na obszarach wiejskich. Chcemy wspólnie z Polską Spółką Gazownictwa stworzyć sieci gazowe o charakterze wyspowym. Mogłyby one korzystać również z biogazowni, które też chcielibyśmy rozwijać na obszarach wiejskich. Chodzi o to, żeby sieć zaopatrywała odbiorców w jakimś określonym promieniu, tam, gdzie nie opłaca się budować klasycznego gazociągu – mówi Witold Strobel.

Do zadań KOWR związanych z innowacyjnością należy m.in. wspieranie rozwoju OZE na terenach wiejskich oraz monitorowanie produkcji biogazu rolniczego jako źródła energii odnawialnej. Witold Strobel ocenia, że przyczyni się to do poprawy jakości życia na obszarach wiejskich.

– Postęp biologiczny w polskim rolnictwie to z kolei projekt, który jest już wdrożony. Podpisaliśmy z Instytutem Zootechniki i naszymi spółkami strategicznymi umowę utworzenia konsorcjum „Polska Genetyka”. W jego ramach instytut będzie wspierać rozwijanie tych ras zwierząt, których hodowla jest najbardziej obiecująca. W oparciu o bardzo zaawansowane technologie molekularne będziemy selekcjonować materiał genetyczny, żeby do dalszego rozwoju trafiały te najlepsze pod względem genetycznym rasy. To już się dzieje – podkreśla Witold Strobel.

KOWR ma też w planach podobną inicjatywę w dziedzinie upraw i nasiennictwa. W grudniu – we współpracy z państwowymi spółkami, które zajmują się hodowlą roślin  – powstał pomysł utworzenia „Grupy Polskie Nasiona”. Jego zadaniem będzie promocja wyprodukowanego w Polsce materiału siewnego. Inicjatywa została zgłoszona do akceptacji ministra rolnictwa i rozwoju wsi.

– W tej chwili ok. 50 proc. materiału siewnego na krajowym rynku pochodzi z Polski. Chcielibyśmy zwiększyć tę proporcję. W podległych nam spółkach hodowli roślin przygotowywany jest taki najlepszy materiał – chcielibyśmy go sprzedawać pod jedną marką i promować, żeby mieli go do dyspozycji polscy rolnicy. Nasza spółka Danko na ostatnich targach Polagra-Premiery zdobyła cztery złote medale za różne odmiany przygotowanych przez siebie zbóż. To naprawdę duży sukces. Chcielibyśmy, aby polskie nasiona były w ten sposób promowane – podkreśla Witold Strobel.

Jak podkreśla, niezależnie od tego KOWR będzie też monitorować projekty realizowane przez ministerstwo rolnictwa, wpisane w Strategię Odpowiedzialnego Rozwoju oraz realizuje swoje statutowe zadania, z których głównym jest dzierżawa gruntów rolnych należących do Krajowego Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa.

– W tej chwili w zasobie pozostał jeszcze ponad 1 mln hektarów takich gruntów. Rozdysponowujemy je przede wszystkim w drodze dzierżawy. Chodzi o to, aby rolnicy stosunkowo tanio dostawali ją do dyspozycji, żeby ta ziemia rolna służyła produkcji rolnej. Jeżeli ją sprzedajemy, wyzbywamy się możliwości wpływania na to, w jaki sposób będzie wykorzystywana. W latach 90. w Krajowym Zasobie było 4,5 mln ha ziemi przejętych po byłych PGR-ach, co oznacza, że przeszło 3,5 mln ha zostało sprzedanych – podkreśla Witold Strobel.

W minionym roku KOWR realizował też program dopłat do materiału siewnego, dzięki któremu polscy rolnicy mogą korzystać z lepszego, wysoko kwalifikowanego materiału siewnego, pomagającego osiągać wyższe plony. Na podstawie 65 tys. złożonych wniosków ośrodek wypłacił rolnikom wsparcie w wysokości przekraczającej 102 mln zł.

Wspieramy również rynek pszczelarstwa. Miód jest cenionym produktem, sami pszczelarze prowadzą gospodarstwa w charakterze dodatku do produkcji rolnej. Wpłynęło kilkaset wniosków, wypłaciliśmy prawie 30 mln zł wsparcia dla tej branży. Monitorujemy również rynek biokomponentów, biopaliw, energii odnawialnej w rolnictwie, wspieramy też rozwój eksportu – wylicza Witold Strobel.

Zbliża się termin rozliczeń z fiskusem. Oszczędzający na emeryturę w ramach III filara mogą liczyć na sporą ulgę

Zbliża się termin rozliczeń z fiskusem. Oszczędzający na emeryturę w ramach III filara mogą liczyć na sporą ulgę 6

Wpłaty na indywidualne konta zabezpieczenia emerytalnego dokonane w danym roku podatkowym można odliczyć od podstawy opodatkowania. Dzięki temu obniży się kwota należnego do zapłacenia podatku. W rozliczeniach za 2017 rok przy maksymalnych wpłatach wynoszących ponad 5,1 tys. zł ulga sięgnie 900–1,6 tys. zł w zależności od progu podatkowego. Posiadacze IKZE muszą pamiętać, żeby do końca kwietnia dołączyć do swojego zeznania podatkowego odpowiedni formularz PIT-0.

– Osoby, które mają IKZE, powinny pamiętać, żeby uwzględnić kwoty wpłacone na to konto w ubiegłym roku w swoim zeznaniu podatkowym. Aby to zrobić, należy do swojego zeznania dołączyć dodatkowy formularz PIT-0, na którym znajduje się odpowiednia pozycja. Jeżeli ktoś nie pamięta, ile wpłacił w ubiegłym roku na IKZE, może się zwrócić do instytucji finansowej, w której prowadzone jest konto, i potwierdzić tę informację – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Grzegorz Drybała, ekspert do spraw kluczowych klientów Union Investment TFI SA. – Pamiętajmy, że odliczenie jest przywilejem. Jeżeli zapomnimy uwzględnić je w zeznaniu podatkowym, nikt nie będzie o tym za nas pamiętać.

Ekspert Union Investment TFI SA przypomina, że posiadacze IKZE mają czas na rozliczenie ulgi do końca kwietnia – wtedy mija termin składania zeznań podatkowych. Na dodatkowym formularzu PIT-0, który należy dołączyć do zeznania podatkowego, w odpowiedniej rubryce trzeba po prostu wpisać sumę wpłat dokonanych na IKZE w 2017 roku.

– Na tej podstawie Urząd Skarbowy wyliczy nam kwotę ulgi podatkowej, którą otrzymamy na przykład w formie zwrotu na rachunek bankowy albo która obniży należny do zapłacenia podatek – mówi Grzegorz Drybała.

IKZE, czyli indywidualne konta zabezpieczenie emerytalnego, to jeden z dwóch instrumentów długoterminowego oszczędzania na emeryturę w ramach dobrowolnego III filara. Limit wpłat na IKZE jest ustalany co roku na podstawie prognozy przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. Według obwieszczenia Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2017 roku wynosił on 5 115,60 zł. W 2018 roku będzie o ponad 200 zł wyższy – 5 331,60 zł.

Wpłaty na IKZE dokonane w danym roku podatkowym można odliczyć od podstawy opodatkowania. Dzięki temu kwota należnego do zapłacenia podatku będzie niższa. Podstawę rozliczenia ulgi stanowią dowody wpłat zawierające dane identyfikacyjne płatnika.

– To, ile zyskamy przy odliczeniu wpłat na IKZE od podstawy opodatkowania w tym roku, będzie zależne od skali podatkowej, w której się mieścimy. Mamy dwie główne skale podatkowe, czyli 18 i 32 proc., a dodatkowo podatek liniowy w wysokości 19 proc. Jeżeli ktoś wykorzystał pełny limit wpłat w ubiegłym roku, teraz będzie mógł zyskać odliczenie w kwocie 900–1,6 tys. zł – podkreśla Grzegorz Drybała.

Odliczenia mogą dokonać osoby uzyskujące dochód, osoby fizyczne, przedsiębiorcy, a także emeryci. Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, że na koniec I półrocza 2017 roku liczba IKZE wyniosła 644,1 tys., a wartość zgromadzonych na nich środków sięgnęła prawie 1,33 mld zł. W stosunku do poprzedniego półrocza liczba kont zwiększyła się o prawie 21 tys. (3,3 proc.), a wartość środków wzrosła o 23,1 proc. To oznacza, że w ciągu sześciu miesięcy Polacy odłożyli na IKZE blisko 250 tys. zł.

Indywidualne konto zabezpieczenie emerytalnego można założyć po ukończeniu 16 roku życia. Oszczędności odkładane w ramach IKZE nie są obciążone podatkiem Belki, czyli 19-proc. podatkiem od zysków kapitałowych. Jednak w tym celu muszą pozostawać na koncie właściciela do osiągnięcia przez niego 65 roku życia. Pieniądze można wypłacić wcześniej (w tym celu trzeba złożyć odpowiedni wniosek), uiszczając 10-proc., zryczałtowany podatek od wypłaconej kwoty. Po ukończeniu 65 roku życia pieniądze zgromadzone na koncie można wypłacić jednorazowo bądź w ratach, a wypłata środków oznacza automatyczną likwidację konta.

Gwiazdy sportu promują aktywność fizyczną wśród uczniów polskich podstawówek. W akcji udział bierze sto szkół

Gwiazdy sportu promują aktywność fizyczną wśród uczniów polskich podstawówek. W akcji udział bierze sto szkół 7

Ideą Drużyny Energii jest promowanie sportu wśród uczniów polskich podstawówek. Program wykorzystuje w tym celu internet i media społecznościowe. Swój akces do programu zgłosiło aż 600 szkół z całej Polski, spośród których organizatorzy wyłonili setkę najbardziej aktywnych i kreatywnych. Te, przy wsparciu gwiazd sportu, promują wśród uczniów ruch i zdrowy styl życia. – Sport uczy ich też dyscypliny i systematyczności – zauważa dyrektor jednej z zakwalifikowanych do programu placówek w podkrakowskich Olszynach.

Gdyby zapytać uczniów o ich ulubiony przedmiot, to z pewnością będzie to WF: dobre zaplecze sprzętowe, fajni nauczyciele – uczniowie chętnie uczestniczą w tych zajęciach, natomiast gorzej jest już po szkole – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Samborski, dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Olszynach.

Drużyna Energii to ogólnopolska akcja sportowo-edukacyjna, która wystartowała w październiku. Jej celem jest zachęcenie młodzieży do aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych w niestandardowy sposób – poprzez internet i media społecznościowe.

– Łączymy dwa światy: ten wirtualny, internetowy, ukryty w telefonie komórkowym, który ukochali sobie młodzi ludzie, oraz fizyczne uprawianie sportu, czas spędzany na trzepaku, boiskach, salach gimnastycznych. Mamy swoich ambasadorów, czyli ludzi, którzy są autorytetem w jednym i w drugim świecie. Mistrz świata w piłce siatkowej Krzysztof Ignaczak czy lubiany przez internautów Turbokozak wyznaczają zadania dzieciakom skupionym w Drużynach Energii rozsianych po całej Polsce. Te zadania trzeba wykonać, sfilmować i wysłać, a wtedy jury wybiera najbardziej energetyczne drużyny – mówi Adam Kasprzyk, rzecznik prasowy Grupy Energa, organizatora programu.

Program wspierają znani i lubiani przez młode pokolenie ambasadorzy: mistrz świata i Europy w siatkówce Krzysztof Ignaczak, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik, były piłkarz Marek Citko oraz Krzysztof Golonka, najpopularniejszy sportowy youtuber w Polsce.

Akcja jest skierowana do uczniów klas VI i VII szkół podstawowych, którzy chcą spędzić czas aktywnie. Została skonstruowana tak, żeby stworzyć młodzieży pole do wykazania się kreatywnością. W trakcie naboru zgłosiło się do niej sześćset podstawówek z całej Polski, które nadesłały nagrane przez uczniów filmiki zgłoszeniowe. Jury wybrało setkę najlepszych i najbardziej pomysłowych.

W ramach zmagań o tytuł Drużyny Energii uczniowie zakwalifikowanych szkół powtarzają ćwiczenia, które przygotowali dla nich ambasadorzy akcji i nagrywają filmy wideo. Za każde nagranie, w którym powtórzą trening mistrzów, szkoła otrzymuje punkty.

Dyrektor szkoły Krzysztof Samborski ocenia, że wykorzystanie nowych technologii i internetu do tego, aby skłonić młodzież do ruchu, jest strzałem w dziesiątkę. W grudniowej rywalizacji szkół do programu nadesłano prawie trzy tysiące filmików z ćwiczeniami. Najaktywniejsza placówka, Zespół Szkolno-Przedszkolny w małopolskich Olszynach, nadesłała ich aż 140, dlatego w styczniu odwiedzili ją wszyscy czterej ambasadorzy Drużyny Energii, którzy poprowadzili wspólny trening.

Zainteresowanie szkół jest bardzo duże, przychodzi dużo filmów. Jeżeli 20–30 proc. z tych dzieci dalej będzie bawić się w sport, a niektórzy pójdą w zawodowstwo, to dla nich warto robić takie imprezy, warto przyjeżdżać do mniejszych miejscowości, promować sport i ruch – mówi Marek Citko, były piłkarz, reprezentant Polski, ambasador programu.

W finale do rywalizacji staną trzy szkoły z największą liczbą punktów, z których każda w ramach nagrody otrzyma wyposażenie sali gimnastycznej, a najlepsi zawodnicy otrzymają indywidualne wyróżnienia.

Choć nabór dla szkół jest już zamknięty, to organizatorzy akcji zachęcają do wykonywania ćwiczeń proponowanych przez ambasadorów oraz czytania dostępnego na stronie DruzynaEnergii.pl energetycznego bloga, na którym znajdują się artykuły dotyczące zdrowego stylu życia oraz odpowiedniej dla dzieci diety.

 Trochę więcej szkół powinno do tego programu przystąpić, bo naszej młodzieży potrzeba rozwoju w kierunku sportu – dodaje Tadeusz Bąk, burmistrz małopolskiego Wojnicza.

Bardzo często uczeń dobry z WF-u jest tak samo dobry w innych przedmiotach. Sport uczy dyscypliny i systematyczności – podkreśla inne korzyści z promowania sportu dyrektor szkoły.

Mitsubishi Motors podsumowuje 2017 rok

  • Roczny wolumen sprzedaży wzrósł o 10% do 1,03 miliona pojazdów w 2017 roku kalendarzowym
  • Sprzedaż w ostatnim kwartale wzrosła o 18%
  • Chiny stały się największym rynkiem, na którym roczna sprzedaż wynosi ponad 100 000 sztuk
  • Kluczowe znaczenie miały również wyniki krajach ASEAN: w Indonezji, Tajlandii i na Filipinach

Firma Mitsubishi Motors Corporation (MMC) ogłosiła, że utrzymała znakomitą dynamikę wzrostu sprzedaży uzyskując wynik sprzedaży detalicznej w roku kalendarzowym 2017* o 10% większy.

W 2017 roku firma Mitsubishi Motors sprzedała 1 030 000 pojazdów, w porównaniu do 934 000 sztuk w 2016 roku. Ostatni kwartał 2017 r. był szczególnie dobry, ponieważ sprzedaż detaliczna wyniosła 279 000 sztuk, co stanowi poprawę o 18% w stosunku do 237 000 sprzedanych w tym samym okresie poprzedniego roku.

Największy wzrost sprzedaży odnotowano w Chinach, które są kluczowym rynkiem dla ogłoszonego niedawno trzyletniego, średniookresowego planu strategicznego Mitsubishi Motors, „DRIVE FOR GROWTH”. W roku kalendarzowym 2017 Chiny stały się największym rynkiem dla Mitsubishi, dzięki dużemu popytowi na produkowany na tamtejszym rynku model Outlander. Sprzedaż wzrosła o 56% do 129 000 sztuk.

Z kolei w Stanach Zjednoczonych grupa również osiągnęła dobre wyniki, windując sprzedaż na poziom 104 000 egzemplarzy w skali roku, co oznacza wzrost o 8% w 2016 r. Po raz pierwszy od 2007 r. sprzedaż przekroczyła 100 000 sztuk.

W krajach ASEAN, Mitsubishi Motors również wzmocniło swoją pozycję, dzięki premierze rynkowej w Indonezji wielofunkcyjnego pojazdu XPANDER compact. Roczny wolumen sprzedaży w Indonezji, gdzie w zeszłym roku japoński koncern uruchomił nową fabrykę, wzrósł o 19% do 80 000 sztuk.

Dobre wyniki odnotowano ponadto w Tajlandii (roczna sprzedaż wzrosła o 26% do 70 000 sztuk), na Filipinach (o 20% do 71 000 sztuk) oraz w Australii (wzrost o 10% do 81 000 sztuk). Mitsubishi Motors ma ponad 5% udział w rynku w każdym z krajów ASEAN: Indonezji, Tajlandii, Filipinach i Australii.

W całym regionie ASEAN roczna sprzedaż wzrosła o 17% do 242 000 sztuk.

W innych krajach np. w Niemczech sprzedaż wzrosła o 16% do 45 000 pojazdów. Firma skorzystała także na ożywieniu w rosyjskiej gospodarce, gdzie roczny wolumen sprzedaży wzrósł o 45% do 24 000 egzemplarzy. Jednocześnie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odnotowano spadek sprzedaży o 18% do 24 000 sztuk, częściowo z powodu napięć polityczno-ekonomicznych w tym regionie.

Na rynku japońskim Mitsubishi również osiągnęło postęp, zwiększając sprzedaż o 7% do 92 000 sztuk, głównie dzięki wznowieniu kampanii marketingowych modeli z segmentu kei-cars.

Trevor Mann, dyrektor operacyjny Mitsubishi Motors, powiedział: „Rok 2017 był dobry dla Mitsubishi Motors dzięki wynikom osiągniętym przez nasze oddziały w Chinach i regionie ASEAN. Budujące jest też to, że nasz plan wzmocnienia pozycji na lokalnym rynku w Japonii zaczyna przynosić pierwsze pozytywne efekty.”

* Rok fiskalny dla Mitsubishi Motors kończy się zawsze 31 marca. W bieżącym roku fiskalnym 2017, kończącym się 31 marca 2018 r., MMC przewiduje roczną sprzedaż na poziomie 1 029 000 sztuk i przychody w wysokości 2 bilionów jenów.

Wyniki Banku Zachodniego WBK za 2017 r.

W I-IV kw. 2017 roku Grupa Banku Zachodniego WBK zanotowała wynik netto należny akcjonariuszom podmiotu dominującego w wysokości 2,2 mld zł. Po wyłączeniu zdarzeń jednorazowych w 2016 roku (przychody z VISA w wysokości 316 mln zł brutto/256 mln zł netto) porównywalny zysk netto wzrósłby o 16% r/r.

Michał Gajewski BZ WBK
Michał Gajewski, BZ WBK

– Kończymy rok z ogromną satysfakcją, którą przyniosły nie tylko dobre rezultaty finansowe, ale także realizacja strategii, będącej podstawą naszego rozwoju w nadchodzących latach. Wypracowaliśmy ponad 2,2 mld zysku, co po wyłączeniu zdarzeń jednozrazowych oznacza wzrost o 16% r/r. Wzrosły zarówno przychody odsetkowe, jaki i prowizyjne, a koszty utrzymaliśmy na niezmienionym poziomie. Kontynuujemy transformację cyfrową, dostosowując bank do wyzwań przyszłości. To kolejny rok dobrych wyników finansowych, czym udowadniamy swoją silną pozycję w sektorze.

– W tym roku po raz kolejny wzięliśmy udział w konsolidacji sektora bankowego w Polsce. Planowana transakcja włączenia wydzielonej części Deutsche Bank Polska wzmocni pozycję Banku Zachodniego WBK o dodatkowe kompetencje i umiejętności w relacjach z klientami zamożnymi, private banking oraz biznesowymi. Łącząc najlepsze praktyki obu firm, osiągniemy wiodącą pozycję banku dla klientów zamożnych.

Michał Gajewski, Prezes Zarządu Banku Zachodniego WBK

Wyniki w  2017 roku:

 

  • Dochody ogółem – wyniosły 7,8 mld zł, i były wyższe o 2% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W warunkach porównywalnych dochody Grupy wzrosły o 6,5% r/r.
  • Wynik z tytułu odsetek wyniósł 5,3 mld zł i wzrósł o 11% r/r. dzięki efektom akcji kredytowej dla klientów indywidualnych oraz optymalizacji depozytów z naciskiem na rozwój bazy środków bieżących oraz długotrwałych relacji z depozytariuszami.
  • Wynik z tytułu prowizji wyniósł 2,0 mld zł i wzrósł o 5% r/r. Wzrost wyniku z tytułu prowizji nastąpił dzięki przyrostom w większości linii produktowych (w obszarze dystrybucji funduszy inwestycyjnych, działalności maklerskiej, obsłudze kart kredytowych i debetowych, rachunków klientów i kredytów). Prowizje ubezpieczeniowe pozostają pod presją zmian w regulacjach prawnych.
  • Przychody z tytułu dywidend były niższe w 2017 roku wyniosły 77 mln zł w porównaniu do 97 mln zł w 2016 roku, w tym dywidenda ze spółek z Grupy AVIVA w wysokości odpowiednio 89 mln zł i 96 mln zł.
  • Koszty operacyjne ogółem wyniosły 3,4 mld zł i pozostały na niezmienionym poziomie r/r.
  • Wskaźnik C/I ukształtował się na poziomie 43,4%,
  • Obciążenia podatkowe Grupy wzrosły o 10% r/r i wynoszą łącznie 1.240 mln zł i, z czego 424 mln zł to podatek bankowy i 817 mln podatku dochodowego
  • Odpisy netto z tytułu rezerw kredytowych wyniosły 690 mln zł, a zannualizowany koszt ryzyka kredytowego ukształtował się na poziomie 64 pb., głównie dzięki poprawiającej się jakości portfela kredytowego (wskaźnik NPL: 5,77% wobec 6,58% na koniec grudnia 2016 r.) i proaktywnej polityce zarządzania ryzykiem w korzystnym otoczeniu makroekonomicznym.

Kapitały Silna pozycja kapitałowa Grupy BZ WBK: CAR na poziomie:16,69% oraz Tier1: 15,28%.

Klienci Należności brutto od klientów zwiększyły się o 4,4% r/r do 113 mld zł w wyniku wzrostu kredytów dla klientów indywidualnych o 5% r/r do 58 mld zł oraz należności od podmiotów gospodarczych o 5% r/r do 55 mld zł.

Fundusze klientów nieznacznie wzrosły, przy czym depozyty bieżące wzrosły o 11% r/r, przy jednoczesnym spadku depozytów terminowych o 13%. Wskaźnik kredytów do depozytów wynosi 96,7%. Co ważne podkreślenia, w tym samym czasie zanotowaliśmy wzrost funduszy w zarządzaniu o 20 % r/r.

Na dzień 30 września 2017 r. łączna wartość aktywów netto funduszy inwestycyjnych zarządzanych przez BZ WBK TFI wyniosła 16,4 mld zł, co oznacza wzrost o 20% w skali roku i 3% w skali kwartału.

Transformacja cyfrowa Liczba aktywnych klientów, korzystających z elektronicznego dostępu do banku wzrosła w ciągu roku o 5%.Bank wdrożył pierwsze roboty w procesach bankowych, które umożliwiły m.in. skrócenie czasu rozpatrywania wybranych typów reklamacji średnio z 2 dni do kilku godzin.

Bankowość detaliczna BZ WBK w 2017 r.:

  • strategia dystrybucji zakładająca nową rolę kanałów cyfrowych, rozwój sieci partnerskiej
  • 335 tys. otwartych Kont Jakie Chcę
  • wideoweryfikacja w procesie otwarcia konta
  • wzrost portfela kredytów gotówkowych o 6% r/r
  • rekordowe wyniki sprzedaży netto funduszy inwestycyjnych Arka – niemal 3-krotny wzrost sprzedaży netto r/r oraz wzrost aktywów o 20% do poziomu 16,4 mld
  • 2,09 mln (+5% r/r) aktywnych klientów digital, w tym 1,09 mln klientów mobilnych (+27% r/r);
  • Dynamiczny wzrost sprzedaży produktów kredytowych w kanałach zdalnych (mobile, internet, contact center)– liczba udzielonych produktów kredytowych o +36% r/r;
  • 100 tys. miesięcznie użytkowników Kantoru BZWBK24 (+34% w 2017)
  • 43 tys. użytkowników Android Pay i 97 tys. użytkowników HCE
  • ponad 23,5 mln transakcji użytkowników bankowości mobilnej– wzrost o ponad 10,2 mln (+76%) r/r;
  • ponad 187,3 mln transakcji w bankowości internetowej – wzrost o ponad 25,7 mln (+16%) r/r;

MŚP w 2017 r.:

  • wzrost wolumenu depozytów o 4,8% r/r (o 0,6 mld zł);
  • wzrost wartości pracującego portfela kredytowego MŚP o 8% r/r
  • wzrost sprzedaży kredytów o 10% r/r
  • Wzrost wolumenu finansowania włączając (leasing i faktoring) r/r 10%
  • Dochód brutto większy o 7% r/r
  • Nagroda BGK za doskonałe wyniki sprzedażowe w ramach sprzedaży gwarancji de minimis (nagroda otrzymana wraz z Bankowością Korporacyjną).

Bankowość Biznesowa i Korporacyjna w 2017 r.:

  • Wzrost dochodów 9% r/r
  • Wzrost wolumenów kredytowych 10% r/r, dochody kredytowe 12% r/r
  • Wyniki w zakresie leasingu 18% r/r
  • V i VI edycja ogólnopolskiego Programu Rozwoju Eksportu
  • Międzynarodowe Korytarze Biznesowe – wykorzystanie atutów międzynarodowej Grupy dla zwiększenia możliwości biznesowych pomiędzy Polską, Wielką Brytanią, Niemcami i Hiszpanią
  • Biometria głosowa
  • Nagroda Eurobuild CEE Awards 2017 – Financing Provider of the Year

Globalna Bankowość Korporacyjna w 2017 r.:

  • Udział w największej prywatnej ofercie publicznej w historii Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych będącej rezultatem refinansowania i udziału w kredycie konsorcjalnym dla jednej z największych spółek telecom w Polsce.
  • Znacząca umowa finansowania łańcuch dostaw ze spółkami należącymi do funduszy typu Private Equity oraz ze spółkami z sektora handlowego
  • Udział w kredycie konsorcjalnym dla klienta z sektora automotive oraz długoterminowe zabezpieczenie przed ryzykiem walutowym poprzez serię transakcji forward EUR / PLN
  • Ustrukturyzowanie, underwriting oraz pełnienie roli agenta finansowania dla klienta z sektora rozrywki
  • Finansowanie łańcucha dostaw i udzielnie linii wieloproduktowej dla firm z sektora handlowego

Leasing w 2017 r.:

  • w 2017 r. BZ WBK Leasing sfinansował aktywa o łącznej wartości blisko 4,2 mld zł netto, z czego finansowanie maszyn i urządzeń to blisko 2 mld zł, tj. o 19 proc. więcej r/r
  • dla rolnictwa sfinansowano maszyny i urządzenia o wartości 726 mln netto, czyli o ponad 17 proc. więcej r/r
  • wartość portfela leasingowego to ponad 7,7 mld zł, co oznacza wzrost 14 proc. r/r, przy jednoczesnym utrzymaniu jego bardzo wysokiej jakości
  • w 2017 r. liczba klientów wzrosła o +14 proc. r/r

Faktoring w 2017 r.:

  • Obroty spółki faktoringowej wyniosły 23,4 mld zł i były wyższe o 23% r/r;
  • Portfel kredytów wzrósł o 25% r/r i osiągnął poziom 4,2 mld zł;
  • Spółka wzmocniła drugą pozycję na rynku, z udziałem na poziomie 12,6%;
  • Sprzedaż na koniec 2017 roku wyniosła 3,2 mld zł.

Santander Consumer Bank w 2017 r.:

  • Wynik finansowy netto Grupy SCB – 645 mln zł (tj. o +35,2%)
  • należności kredytowe netto Grupy – 14,55 mld zł
  • Wzrost sprzedaż kredytów konsumenckich – o 9,1% r/r
  • Sprzedaż produktów finansujących rynek zakupu samochodów osobowych wzrosła o 64% w porównaniu do 2016 roku

Transition Technologies ogłasza wyniki za 2017 rok i plany na przyszłość

Grupa Kapitałowa Transition Technologies (GK TT) – lider IT w obszarze energii, gazu i przemysłu, podsumowuje wstępne wyniki za miniony rok i przedstawia optymistyczne prognozy na najbliższe miesiące.

Niezależnie od zawirowań na krajowym rynku informatycznym, Transition Technologies utrzymuje założony, silny trend wzrostowy. Spółki Grupy Kapitałowej TT osiągnęły w roku 2017 – zgodnie z wcześniejszymi prognozami – sprzedaż na poziomie 260 mln PLN. To
powyżej 35 proc. wzrostu sprzedaży w porównaniu do poprzedniego roku.

Przez cały ubiegły rok, spółka kontynuowała realizację kluczowych projektów w sektorze energetycznym i przemysłowym, notując dynamiczne zwiększanie sprzedaży w segmencie informatycznych usług outsourcingowych i Managed Services. Dynamicznie rozwijała się także działalność GK TT w Polsce, gdzie obecna sieć już 12 biur pozwala spółce efektywnie pozyskiwać nowych pracowników, sukcesywnie zwiększając obecny poziom zatrudnienia.

Na dość trudnym i wymagającym rynku usług informatycznych dla sektora przemysłowego Grupa Kapitałowa właściwie od początku swojego istnienia stale notuje wzrost przychodów. – GK TT stanowi kombinację firmy usługowej i produktowej o unikatowym portfolio. Cały czas rośniemy zarówno na bardzo dynamicznym rynku outsourcingowym, jak i sprzedając własne kompleksowe rozwiązania mówi Konrad Świrski Prezes Zarządu Transition Technologies S.A.

W 2018 roku Transition Technologies prognozuje sprzedaż w całej Grupie Kapitałowej na poziomie około 340 mln PLN (30 proc. wzrostu r/r), a także nowe inwestycje w biura zagraniczne. – Struktura naszej firmy i długoterminowe kontrakty dają możliwość dość precyzyjnego przewidywania przychodów. Na początku roku mamy już backlog zamówień na poziomie 65 proc. i optymistycznie patrzymy w przyszłość. Rok 2018 na pewno dalej będzie bardzo trudny dla polskich firm informatycznych, szczególnie opierających się na zamówieniach publicznych, jednak to paradoksalnie dodatkowy korzystny dla nas czynnik – dodaje Świrski. – Widzimy też wzrastającą konkurencję i presję na marże w outsourcingu. Jednakże w odróżnieniu od innych firm oferujemy kompleksowy model współpracy z partnerami, gdzie nie tylko dostarczamy pracowników, ale razem rozwijamy produkty i realizujemy wdrożenia. Ten model to rozwinięcie dotychczas znanego modelu współpracy Managed Services – w zupełnie nowy – Customer Centric Outsourcing.

Trzy strzały w bitcoina

To nie był dobry miesiąc dla bitcoina. Właściwe najgorszy od trzech lat. Najpopularniejsza kryptowaluta straciła w styczniu jedną czwartą wartości, przygnieciona ciężarem negatywnych informacji z ostatnich dni. Czy jednak spadki cen zapowiadają złe czasy dla kryptowalut? – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Od połowy grudnia cena bitcoina spadła o połowę, a w samych tylko ostatnich trzech dniach o 14 proc. [stan z 31 stycznia, godz. 11]. BTC balansuje przy granicy 10 tys. dolarów.

Na rynek kryptowalut padł cień po ogłoszeniu Facebooka o wprowadzeniu zakazu reklam promujących m.in. kryptowaluty i oferty publiczne kryptowalut tzw. ICO. Biorąc pod uwagę, że największy serwis społecznościowy na świecie ma ponad miliard użytkowników, istnieje obawa, że ograniczenie ekspozycji kryptowalut może przełożyć się na mniejszy popyt, co z kolei prawdopodobnie spowoduje istotne spowolnienie tempa wzrostu cen lub nawet spadki.

Po decyzji zarządców Facebooka, wczoraj “The Wall Street Journal” opisał, jak amerykański AriseBank przeprowadzał ICO, w którym firma chciała zebrać 1 mld dolarów. Niecałe dwa tygodnie temu (18 stycznia) AriseBank pochwalił się nawet w komunikacie prasowym, że zebrał już 600 mln dol. W rzeczywistości jednak mógł zebrać tylko 1,1 mln.

Na jaw wyszło również w ostatnich dniach, że Bitfinex, jedna z największych kryptogiełd, oraz Tether, firma tworząca kryptowalutę o tej samej nazwie, dostały wezwanie od CFTC (regulator m.in. kontraktów terminowych w USA) i toczy się przeciwko nim postępowanie. Jak informuje Bloomberg, oba te podmioty są powiązane, mają m.in. tego samego prezesa. Tether to “moneta”, która stała się niejako substytutem dla dolara na wielu tego typu giełdach i kupowano za nią m.in. bitcoiny. Jej kapitalizacja rynkowa wynosi obecnie ok. 2,2 mld dolarów i wg spółki jej “monety” w pełni poparte są rezerwami w dolarach. Problem w tym, że dziś nie ma na to dowodów, co może być również przedmiotem wspomnianego postępowania.

Choć przedstawione powyżej przypadki z ostatnich dni mogą negatywnie wpływać na cenę kryptowalut w krótkim okresie, w dłuższej perspektywie może skorzystać na tym cała branża oraz użytkownicy czy inwestorzy. Historie ku przestrodze przyczynią się do zwiększenia świadomości potencjalnych nabywców kryptowalut i sprawią, że będą oni ostrożniejsi w wyborze inwestycji.

Na rynku kryptowalut, podobnie jak w przyrodzie, może dochodzić teraz do naturalnej selekcji, a chwilowe spadki stają się jej przejawem. W rezultacie może to wyjść na dobre zarówno inwestującym w kryptowaluty, jak i firmom tworzącym narzędzia i usługi na nich bazujące.

Przemysł 4.0, PLM i PLM w chmurze: Pięć najważniejszych wyników badania IDC

Podczas forum 3DEXPERIENCE w Lipsku przedstawiono wyniki badania przeprowadzonego przez International Data Corporation (IDC) zatytułowanego „Następny etap transformacji cyfrowej w Niemczech: technologia PLM w chmurze kluczem do większej innowacyjności produktu i wydajności”.

Badanie zlecone przez Dassault Systèmes pokazuje, że rok 2017 był przełomowy w kontekście liczby wdrożeń technologii z zakresu Przemysłu 4.0 – w badaniu IDC z 2016 r., co szósta firma podawała, że ​​wdraża tego typu inicjatywy, teraz deklaruje to już co druga firma. Chodzi tu na przykład o większą integrację hali produkcyjnej, cyfrową ciągłość procesu tworzenia wartości dodanej lub nowe modele biznesowe oraz rozwój produktów Przemysłu 4.0. Według badania ten zwiększony poziom dojrzałości koncepcji Przemysłu 4.0 wynika z lepszej wymiany informacji – zarówno wewnątrz firmy, jak i z ekosystemem partnerów, dostawców i klientów. Pomimo to, 90 procent respondentów zgłasza, że ​​nadal zbyt wiele czasu poświęca na uzgodnienia z poszczególnymi działami, odpowiedzialnymi za różne etapy procesu produkcyjnego. Dzięki wdrożeniu platform zarządzania cyklem życia produktu możliwe jest utrzymanie przewagi konkurencyjnej, nawet jeśli pionierzy branży cyfrowej już wyprzedzili konkurencję. Według IDC „PLM w chmurze pełni przy tym rolę akceleratora innowacji w transformacji cyfrowej”.

  1. Realizacja projektów z zakresu Przemysłu 4.0 przebiega niezwykle szybko: Atmosfera przełomu pojawiła się, gdy widoczne stały się wielkie możliwości, jakie daje cyfryzacja, takie jak optymalizacja procesów i poprawa wydajności. Obecnie 86% respondentów zajmuje się Przemysłem 4.0. Przedsiębiorstwa dostrzegły, że technologie cyfrowe i dane nie tylko poprawiają ich wydajność operacyjną, ale również zwiększają innowacyjność całej organizacji. Podczas gdy w 2016 roku brakowało przykładów inicjatyw z zakresu Przemysłu 4.0, to w 2017 r. odnotowano trzykrotnie więcej wdrożonych tego typu projektów.
  1. Cyfrowa ciągłość dla transformacji cyfrowej: w porównaniu z rokiem 2016 znacznie rozszerzono użycie platform PLM. W efekcie znacząco wzrosła liczba działów z dostępem do wspólnej platformy danych: projektowanie 41%; rozwój 51%; przygotowanie produkcji 40%; produkcja 35%; utrzymanie ruchu/serwis 34%; marketing 36%. Cyfrowa ciągłość procesu tworzenia wartości dodanej jest ważną przesłanką pomyślnego wdrożenia – tylko w taki sposób mogą być, na przykład, szybko przenoszone doświadczenia z produkcji do rozwoju produktu lub wymagania materiałowe przekazywane automatycznie do łańcucha dostaw. Tu swoje zastosowanie mają właśnie platformy zarządzania cyklem życia produktu. Zalety takiego rozwiązania mówią same za siebie: silosy danych zostają otwarte, wszystkie istotne dane zbiegają się w jednym miejscu, zespoły mogą współpracować między działami i równolegle w wielu lokalizacjach, a partnerzy zewnętrzni, dostawcy i klienci mogą być łatwo w ten proces włączeni. Za rozwojem platform przemawia również inny wynik, mianowicie 32 % respondentów uważa, że ich firma traci wysokość obrotów
    z powodu złej współpracy między działami.
  2. PLM w chmurze siłą napędową: 56% badanych przedsiębiorstw korzysta z części usług PLM w chmurze. Również wśród pozostałych widać wysoką gotowość do wdrożenia tego typu rozwiązań. Wśród argumentów za wdrożeniem oprogramowania w środowisku chmury respondenci najczęściej wymieniali: niskie koszty (42%), szybkie wdrożenie (38%) i niską złożoność (34%). Początkowe obawy zmalały, ale powściągliwość niemieckich firm spowodowała 18-24 miesięczne opóźnienie
    w korzystaniu z rozwiązań PLM w chmurze – w porównaniu do amerykańskich przedsiębiorstw. Zostanie ono nadrobione, ale nie należy się spodziewać szybkiej rezygnacji z istniejącego oprogramowania PLM we własnym centrum obliczeniowym. IDC przewiduje, że w nadchodzących latach w wielu niemieckich firmach będzie realizowane mieszane, hybrydowe podejście do usług w chmurze i usług w modelu on-premise. Przy tym, 83% respondentów uważa za istotne, by w przyszłości dane PLM przechowywane w chmurze znajdowały się na terenie Niemiec.
  3. Szybkie wdrożenie decyduje o przyszłości: Przedsiębiorstwa powinny nadal przyspieszyć swoje działania w zakresie Przemysłu 4.0. W ciągu najbliższych kilku lat rozstrzygnie się, kto będzie zwycięzcą, a kto przegranym transformacji cyfrowej. Istniejące silosy danych na przestrzeni procesu tworzenia wartości dodanej muszą zostać ostatecznie otwarte, aby umożliwić owocną współpracę i innowacje. Ujednolicona platforma toruje ku temu drogę. Ponadto, przedsiębiorstwa powinny sprawdzić, z których funkcjonalności PLM lepiej korzystać w chmurze, a które zapewnić on-premise.
  4. PLM przekształca się w platformę innowacji produktu i wydajności: Jeśli platformy spełnią wymogi takie, jak: szybka współpraca; produkcja oparta na współpracy (zespołów inżynieryjnych, projektowych i produkcyjnych); holistyczne podejście do procesu produkcji; zintegrowane informacje jakościowe i serwisowe oraz szybsza reakcja na problemy jakościowe, to PLM przekształci się w platformę innowacji produktu. Będzie to miało wpływ na powodzenie innowacji w zakresie produktu, produkcji lub modelu biznesowego.

BU: Badanie przeprowadzone przez International Data Corporation (IDC) na zlecenie Dassault Systèmes wyraźnie pokazuje, że PLM w chmurze jest kolejnym etapem transformacji cyfrowej w Niemczech, której celem jest efektywne wdrożenie koncepcji Przemysłu 4.0.

* W październiku 2017 r. IDC przeprowadziło badania ankietowe wśród 100 niemieckich przedsiębiorstw z sektora produkcyjnego. Próba losowa była porównywalna z badaniami IDC dotyczącymi Przemysłu 4.0 z poprzednich lat, co umożliwiło zaprezentowanie zmian od 2014 roku.

Prawo autorskie: IDC White Paper „Die nächste Stufe der digitalen Transformation in Deutschland: Mit Cloud-PLM zu mehr Produktinnovation und Effizienz“, 2017

Uważaj. Szkodliwe aplikacje podszywają się pod popularne programy

Pobierając aplikację trzeba uważać. Szkodliwe aplikacje podszywają się pod popularne programy. By zwieść użytkowników, twórcy fałszywych aplikacji wykorzystują podobieństwo ikon i nazw.

Wiele fałszywych aplikacji jest dostępnych przez krótki czas, od kilku dni do kilku tygodni. Mimo to niektóre z nich potrafią osiągać nawet do kilkuset tysięcy pobrań. Sztuczką stosowaną przez nieuczciwych twórców jest generowanie bądź kupowanie pozytywnych ocen aplikacji. Wysoka ocena podnosi wiarygodność aplikacji w oczach potencjalnego użytkownika.

Jak działają fałszywe aplikacje?

Analitycy z firmy Fortinet sprawdzili trzy aplikacje podszywające się pod znany komunikator.

Pierwsza z nich miała przeźroczystą ikonę, przez co nie można było jej zobaczyć na liście aplikacji w smartfonie. Użytkownik mógł nawet nie mieć świadomości, że jest ona zainstalowana na jego urządzeniu. Program pozoruje pobieranie aktualizacji dla oficjalnej aplikacji. Aplikacja wykorzystuje bibliotekę o nazwie startapp.android.publish, by wyświetlać reklamy przy zmianie ekranu i ostatecznie nie pobiera żadnych danych. Twórca aplikacji najwyraźniej czerpie korzyści za każdą emisję reklamy.

Druga analizowana aplikacja działała w podobny sposób, wyświetlając natrętne reklamy oraz ekrany z linkami, za którymi mogło się kryć dużo groźniejsze oprogramowanie – np. potajemnie wykonujące zrzuty ekranu czy przechwytujące komunikację SMS.

Trzeci program różnił się od poprzednich tym, że rzeczywiście pobierał dane do pamięci urządzenia. Była to zmodyfikowana wersja komunikatora oferująca, przynajmniej według opisu, dodatkowe funkcje niedostępne w oficjalnej wersji aplikacji. Użytkownik otrzymywał nawet instrukcję instalacji aplikacji. Sama aplikacja nie wykazywała groźnego działania, ale również wyświetlała reklamy.

Na co uważać przy instalowaniu aplikacji?

Użytkownicy systemu Android muszą zachować czujność podczas pobierania aplikacji nawet z oficjalnych źródeł. Należy sprawdzać, czy nazwa i ikona aplikacji są dokładnie takie, jak należy. Nawet najmniejsze odstępstwo od oficjalnej identyfikacji powinno wzbudzić podejrzenie.

Warto zwrócić uwagę na liczbę instalacji oraz przejrzeć więcej niż kilka opinii użytkowników – nawet jeżeli większość ocen fałszywej aplikacji jest wygenerowanych, to często ci, którzy dali się nabrać, ostrzegają przed tym pozostałych.

Po zainstalowaniu aplikacji trzeba zawsze przyjrzeć się wymaganym przez nią uprawnieniom oraz być szczególnie ostrożnym wobec programów chcących pobierać pliki z nieznanych źródeł – radzi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

Wyniki finansowe Ericsson za czwarty kwartał i cały rok 2017

  • Sprzedaż spadła o -12%. Sprzedaż skorygowana o porównywalne jednostki i waluty spadła o -7% r / r, zgodnie z oczekiwaniami częściowo z powodu niskiej sprzedaży LTE w Chinach.
  • Zgodnie z wcześniejszym komunikatem, dokonano odpisu aktywów dokonano, z ostatecznym wpływem -14,5 mld SEK. Ponadto rezerwy i korekty projektów klienta wyniosły -3,2 mld SEK. Koszty restrukturyzacji wyniosły -2,4 (-4,6) mld SEK.
  • Marża brutto wyniosła 21,0% (26,1%). Skorygowana marża brutto wzrosła do 29,9% (29,4%) dzięki wzroście marży brutto w sektorze Networks.
  • Marża brutto w sektorze Networks była stabilna w QoQ, dzieki większej sprzedaży oprogramowania i wzrostu marży sprzętu. Sukces 5G-ready portfolio był kontynuowany z kilkoma nowymi kontraktami.
  • Zysk z działalności operacyjnej wyniósł -19,8 mld SEK (-0,3). Skorygowany zysk operacyjny spadł do 0,4 (4,4) mld SEK ze względu na niższą sprzedaż i wyższe koszty operacyjne. Wyższa amortyzacja niż kapitalizacja kosztów rozwoju i wyższe uznanie niż odroczenie kosztów sprzętu miały negatywny wpływ -1,4 (0,8) mld SEK.
  • Przepływy pieniężne z działalności operacyjnej wyniosły 11,2 mld SEK (19,4). Wolne środki pieniężne wyniosły 10,1 mld SEK (14,3).

KLUCZOWE INFORMACJE (PEŁNY ROK 2017)

  • ZaraportowanA sprzedaż spadła o -10%, spadek dotyczy wszystkich segmentów. Sprzedaż skorygowana o porównywalne jednostki i waluty spadła o -10%.
  • Przychody z licencjonowania IPR wyniosły 7,9 SEK (10,0). Podstawą obecnego portfolio kontraktów licencyjnych na IPR jest około 7 mld SEK.
  • Zysk z działalności operacyjnej spadł do -38,1 mld SEK (6,3), głównie z powodu odpisów aktualizujących wartość aktywów oraz rezerw i dostosowań projektów klientów.
  • Przepływy pieniężne z działalności operacyjnej wyniosły 9,6 mld SEK (14,0). Wolne środki pieniężne wyniosły 5,1 mld SEK (0,3). Stan środków pieniężnych netto na koniec roku wyniósł 34,7 mld SEK (31,2).

Zarząd zaproponuje dywidendę za rok 2017 w wysokości 1,00 SEK (1,00) za akcję.

SEK (w miliardach) Q4
2017
Q4
2016
Zmiana (RDR) Q3 2017 Zmiana (RDR) Pełny rok 2017 Pełny rok 2016
sprzedaż netto 57.2 65.2 -12% 47.8 20% 201.3 222.6
Sprzedaż netto dla porównywanych jednostek -7% 17% -10% -10%
Marża brutto 21.0% 26.1% 25.4% 22.1% 29.8%
Zysk operacyjny -19.8 -0.3 -4.8 -38.1 6.3
Marża operacyjna -34.5% -0.4% -10.0% -18.9% 2.8%
Zysk netto -18.9 -1.6 -4.3 -35.1 1.9
Zysk rozwodniony na SEK -5.68 -0.48 -1.34 -10.61 0.52
EPS (non-IFRS), SEK -1.19 0.62 -0.55 116% -3.99 2.66
Cash flow z działalności operacyjnej 11.2 19.4 -43% 0.0 9.6 14.0
Przypływy pieniężne netto na koniec okresu 34.7 31.2 11% 24.1 44% 34.7 31.2

Jak dobierać nowych pracowników do starego zespołu

„Największą pułapką, w jaką wpadają pracodawcy to fakt, że umniejszają wpływ, jaki na zespół ma nowa osoba przyjęta do pracy. Nowy pracownik może taki zespół wzmocnić, ale i sprawić, że dział zacznie się rozpadać” – mówi Joanna Żukowska, ekspertka serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.  

Jak więc powinna wyglądać rekrutacja, która prześwietli „nowego”?

Przypadek 1.

Trzydziestoosobowa firma w Warszawie. W styczniu 2017 roku przyjęto do pracy młodego specjalistę z pokolenia Z, który miał wprowadzić markę do mediów społecznościowych. Już po pierwszym tygodniu współczująco komentował zachowanie kolegów z działu, którym zdarzało się zostawać po godzinach.

Był zszokowany, gdy dowiedział się, że niektórzy latami pracują bez podwyżki. Podważał też zalety oferowane przez pracodawcę takie, jak etat i ubezpieczenie. Argumentował, że „etat nic nie daje”, a „ubezpieczyć się można dobrowolnie”. Sam był zatrudniony tylko do konkretnego zadania, bo dorabiał także w innych firmach. Po miesiącu pracy, do krytyki dołączył chwalenie się dobrze płatnymi zleceniami u innych pracodawców. Często podejmował temat walki o podwyżki i prawa pracownicze.

W zespole, który miał stabilną pracę, na czas wypłacane pensje i dobrą atmosferę, zaczęły budzić się marzenia o nowych wyzwaniach i wyższych zarobkach, co doprowadzało do coraz bardziej napiętej atmosfery. W końcu zespół zażądał od szefostwa lepszej organizacji pracy i systemu motywacyjnego. Oczekiwania finansowe pracowników przerosły możliwości pracodawcy, więc jeden z wieloletnich pracowników złożył wypowiedzenie, kilka osób rozpoczęło poszukiwania nowej pracy.

Szefostwo dopiero po ośmiu miesiącach dowiedziało się, że sprawcą zamieszania jest pracownik z pokolenia Z, który coraz głośniej wygłaszał swoje poglądy. Firma zakończyła z nim współpracę i zaczęła odbudowywać atmosferę. Jednym z elementów odbudowy zaufania pracowników były pierwszy raz wypłacone premie świąteczne.

Rekrutacja

W opisywanym przypadku jednym z głównych problemów był brak szczerej rozmowy pomiędzy pracownikiem z pokolenia Z a pracodawcą. Szefowi firmy tak zależało na zaistnieniu marki w serwisach społecznościowych, że skupił się jedynie na kompetencjach zawodowych pracownika. Rekrutacja trwała kwadrans. Nie przeprowadził testów, czy młoda osoba z pokolenia Z odnajdzie się w firmie o średniej wielkości, wśród pracowników z pokolenia X i Y. Nie było także rozmowy na temat obowiązującej kultury pracy, ani planach zawodowych młodego człowieka. W tym przypadku nowa osoba dostała bardzo duży kredyt zaufania, którego nadużyła.

„Podczas prawidłowo przeprowadzonego procesu rekrutacyjnego należałoby tak młodej osobie zaproponować np. miesiąc próbny i w tym czasie dokładnie się przyglądać jej pracy oraz postawie wobec firmy” – radzi Żukowska z MonsterPolska.pl.

Przypadek 2.

Duża korporacja doradcza. Do kilkunastoosobowego zespołu w połowie 2017 roku dołączył analityk. Był to znajomy osoby pracującej już w dziale. Dość szybko okazało się, że nowy pracownik wraz z kolegą zaczęli działać we dwóch. Zagarniali najciekawsze projekty, nie znali zasad fair play, grali na siebie. Być może sytuacja rozwinęłaby się niekorzystnie dla zespołu, ale dołączyła do niego nowa menadżerka, która momentalnie zauważyła tworzącą się frakcję.

Osoba ze świeżym spojrzeniem, której zależało na dobrej współpracy wszystkich członków zespołu, ale też z imponującym doświadczeniem zawodowym, bardzo szybko stała się dla członków działu autorytetem. Nowa menadżerka rozpisała precyzyjnie zakres pracy osób w dziale. Ceniła współpracę i ją premiowała, dzięki czemu zastopowała rozłam i wygórowane ambicje niektórych członków zespołu.

Rekrutacja

System poleceń jest coraz bardziej popularny w polskich firmach. Sam w sobie jest pomocny, zwłaszcza w momencie, gdy rekrutacja dotyczy osób na stanowiska specjalistyczne. Rekrutując jednak tym systemem, nie należy zapominać o przeprowadzeniu rozmowy kwalifikacyjnej. Nie warto stosować taryfy ulgowej podczas weryfikacji kandydata (co się zdarza) tylko dlatego, że jest on z polecenia.

„Nowy kandydat, także z polecenia, musi pasować do organizacji, mieć podobne cele i sposób pracy. W momencie wątpliwości co do kandydatury warto posiłkować się listami referencyjnymi” – dodaje Żukowska.

Przypadek 3.

Alina jest asystentką działu od trzech miesięcy. Zbiera doskonałe recenzje od współpracowników, którzy już nazywają ją „pozytywnym duchem biura”. Wspiera dobrym słowem, jest pomocna, nie odkłada zadań „na już”. Sama Alina docenia w firmie wszystko – zarobki, umowę i przyjemną atmosferę pracy. Podoba jej się także nowoczesne biuro.

Rekrutacja

Proces rekrutacyjny Aliny trwał prawie trzy miesiące i pokazał, w jaki sposób powinno dobierać się nowe osoby do istniejących zespołów. Na początku, w odpowiedzi na ogłoszenie w serwisie internetowym, Alina wysłała CV. Z kilkunastoma osobami trafiła do kolejnego etapu – musiała wraz z zespołem wymyślić niebanalny pomysł na promocję firmy i przedstawić ją przed potencjalnymi kolegami z działu. Stres był podwójny, bo podobną prezentację przygotowywał drugi zespół złożony z kandydatów do pracy. Kiedy jej zespół wygrał, rozpoczęły się rozmowy kwalifikacyjne – były dwie, z różnymi osobami w firmie. Wielostopniowa rekrutacja zakończyła się dla Aliny wymarzonym etatem.

Na lojalną postawę Aliny wobec nowej firmy i zespołu wpłynęły dwa czynniki. Jednym okazała się rekrutacja. Alina przyznaje, że docenia pracę, bo ją wywalczyła. Z drugiej strony Alina długo szukała firmy z odpowiednią pozycją na rynku. Kiedy więc ją znalazła – doceniła.

„Niezależnie od sposobu rekrutacji – ekspresowego z polecenia, czy wieloetapowego z ogłoszenia – należy bacznie obserwować nowego pracownika i to, w jaki sposób wpływa na zespół. Pamiętajmy, że może on być cennym wzmocnieniem dla zespołu, ale i sprawić, że dział zacznie się rozłamywać” – podsumowuje ekspertka MonsterPolska.pl.

Niewypłacalność firm wyraźnie rośnie, zwłaszcza w transporcie, handlu i budownictwie

W całym minionym roku w oficjalnych źródłach (Monitor Sądowy i Gospodarczy) opublikowano łącznie 900 przypadków niewypłacalności przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 12% w stosunku do roku 2016. Na czele sektorów windujących tak wysoki wzrost znajdują się transport, a także usługi i produkcja. Chociaż sektor budownictwa nie odnotował wzrostu liczby upadłości w 2017 r., spowodował on kłopoty wielu dostawców i firm usługowych – w efekcie tego firmy związane z budownictwem stanowiły 40% niewypłacalności. Ponadto wiele wskazuje, iż problemy sektora budownictwa mogą powrócić w 2018 roku.

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkują upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

  • 12% wzrost liczby niewypłacalności polskich firm w 2017 roku, wobec 8% w roku 2016. Główny problem firm rzutujący na wydłużające się terminy płatności to brak poduszki powietrznej spowodowanej niskimi marżami.
  • Niewypłacalności w transporcie wzrosły o 43%. Sektor oczyściły międzynarodowe regulacje prawne, stałe problemy z transportem na wschód oraz wyniszczająca walka o klienta objawiająca się koniecznością inwestycji w jakość obsługi, a z drugiej strony niska marża.
  • Rosnące w siłę sieci handlowe wypierają mniejszych handlowców, jak również wywierają presję cenową na producentach.
  • Rok 2017 był względnie spokojny dla większych wykonawców infrastrukturalnych. Kłopoty mogą powrócić w 2018 roku, gdy projekty przejdą z fazy projektowej w fazę wykonawczą i napotkają wiele związanych z tym czynników (wahania cen materiałów budowlanych, kłopoty z ich dowozem, wzrost płac, opóźnienia, problemy z podwykonawcami, błędy w projektach etc.).

Podstawowym problemem przedsiębiorców są wydłużające się terminy płatności i rosnące zatory płatnicze. Wielu firmom w Polsce w minionym roku nie udało się wytworzyć wystarczającej poduszki finansowej, by móc przetrwać ewentualne problemy. Coraz częściej mamy więc do czynienia z wegetacją, niż z rozwijaniem biznesu.

Obecny w kluczowych sektorach marazm generuje wysokie ryzyko niewypłacalności w 2018 roku, gdy rynek odbiorców może się załamać lub co bardziej prawdopodobne wzrosną stopy procentowe, a tym samym koszt obsługi długu.

Transport otrzymał ciosy z każdej niemal strony – sytuacja geopolityczna, międzynarodowe regulacje prawne, wzrost wymagań klientów wobec innowacji, a w efekcie wysoka konkurencja i niskie marże.

Transport, przy spadku liczby niewypłacalności, jaki odnotował w 2016 roku (49% w stosunku do 2015 roku), osiągnął wysoki, bo 43% wzrost liczby przypadków niewypłacalności w 2017 roku. Po latach szybkiego rozwoju branży transportowej nastąpił czas stagnacji. Wpływ na sytuację sektora miało wiele czynników, występujących w ciągu ostatnich kilku lat. m in. zmiany geopolityczne, w tym zamknięcie niektórych rynków, spowolnienie eksportu na rynki wschodnie, rosnące ceny paliw, spadek cen za usługi transportowe oraz nowe regulacje prawne. – Dla wielu polskich firm transportowych, które zbudowały swoją potęgę po wejściu Polski do Unii Europejskiej na niskich kosztach, nowe regulacje mają fundamentalne znaczenie i mogą znacząco wpłynąć na ich działalność a nawet – w przypadku firm mniejszych – stanowić o ich przetrwaniu. To głównie nowe regulacje w przepisach międzynarodowego transportu dotyczące stawek minimalnych, zwiększająca się ilość zagranicznych kontroli dodatkowo obciążą rachunek przedsiębiorców – wskazuje Tomasz Starus, Członek Zarządu ds. oceny ryzyka w Euler Hermes – A pamiętajmy, że firmy transportowe to często jednoosobowe działalności gospodarcze, w których przypadku problemy płatnicze stają się przyczyną upadku firmy. Nie zapominajmy również, iż wysoka konkurencja wywołała efekt bardzo niskich marż, które wciąż ulegają obniżeniu, przez co część firm najzwyczajniej przestała zarabiać.

Kolejnym punktem w liście problemów sektora jest cyfryzacja stawiająca przed TSL nowe wyzwania, jeśli chodzi o jakość, szybkość, czy dostępność. To wymaga otwartości na innowacje, co powinno skutkować wzrostem nakładów na inwestycje. Przedsiębiorstwa mocno więc obciążają swój budżet wiedząc, że brak nowoczesnych rozwiązań technologicznych może przełożyć się na spadek liczby kontrahentów.

Sektor zmaga się także z typowym efektem domina, gdyż problemy, które mocno dotknęły branże detaliczną, czy budowlaną w sposób naturalny przeniosły się także na sektor usługowy, w tym na TSL.

Handel i produkcja przyduszone rosnącą pozycją sieci handlowych.

Liczba firm tracących płynność finansową w produkcji, jak i handlu jest stosunkowo wysoka. Problemy odczuli producenci żywności, zdominowani przez sektor dystrybucyjny opanowany przez sieci handlowe. Mniejsi handlowcy również nie zaliczą 2017 roku do udanych.

W dystrybucji sieci handlowe i dyskonty przewyższyły liczbą małe sklepy, które to chcąc obecnie konkurować cenowo również łączą się w sieci zakupowe lub działają w ramach programów afiliacyjnych. Sieci będąc dużym graczem zyskały mocniejszą pozycję przetargową, co wymusiło na dużo liczniejszej grupie producentów większą konkurencję, głównie cenową. Z drugiej strony, mniejsze sklepy konkurujące z dyskontami, które wciąż działają samodzielnie nie są w stanie zaoferować lepszych cen, przez co mają mniejszy zbyt, a to bezpośrednio wpływa na ich lokalnych, mniejszych dostawców.

– Problematyczną sytuację w handlu i pośrednio w produkcji, tylko w małym stopniu zahamowała konsumpcja napędzona programami socjalnymi, głównie 500+. Niestety to za mało, by hurtownicy i dostawcy zwiększyli rentowność. Większej szansy wyczekiwałbym we wzroście inflacji, która pozwoliłaby podnieść marże dystrybutorom. – mówi Tomasz Starus.

Dla wykonawców budowlanych może nadejść trudny czas. W tej chwili cierpią przede wszystkim dostawcy.

Pomimo, iż liczba niewypłacalności polskich firm budowlanych wzrosła o 1%, to łączna liczba firm związanych z budownictwem – wykonawców, jak i producentów, hurtowników oraz usługodawców – stanowi aż 35-40% ogólnej liczby niewypłacalności. Dzieje się tak z prostego powodu – to dostawcy często finansują kredytem handlowym wiele inwestycji. Z drugiej strony największe inwestycje właśnie kończą fazę projektową, więc ich realizacja i finansowanie ruszy dopiero w 2018 roku i kolejnych latach. I wówczas to mogą pojawić się duże problemy.

– Projekty budowlane w Polsce będą realizowane w pośpiechu, ponieważ termin jest istotnym parametrem, który może poprawić wynagrodzenie wykonawców. Będą oni chcieli ukończyć projekty jak najszybciej, ale finansowo i fizycznie mogą nie być w stanie tego dokonać. Wiele będzie zależeć od postawy zamawiających, głównie GDDKiA, PKP oraz samorządów. Co prawda kontrakty podpisywane w ostatnich latach pozwalają na dostosowanie wynagrodzenia wykonawcy do rosnących kosztów materiałów budowlanych, czy też robocizny, w praktyce oznacza to jednak konieczność każdorazowego wchodzenia w proces negocjacji z zamawiającym. To z kolei w znaczącej liczbie przypadków kończy się ścieżką sądową z tytułu wyegzekwowania dopłat za ponadstandardowy wzrost kosztów. Biorąc pod uwagę, jak niskie są marże w dużych kontraktach infrastrukturalnych, jak ogromny kapitał trzeba zaangażować w ich wykonanie, można przypuszczać, że mniejsi wykonawcy mogą nie dotrwać do pozytywnego rozstrzygnięcia – wskazuje Tomasz Starus i dodaje – Do tego dojdzie problem z presją cenową spowodowaną niedoborem pracowników oraz split payment, które negatywnie wpłyną na bieżącą płynność wielu podmiotów. Spodziewamy się zatem kolejnych upadłości, a w konsekwencji możliwych opóźnień w wielu kontraktach.

Euler Hermes nie spodziewa się jednak, że rok 2018 będzie powtórką roku 2012. Wówczas to upadło wiele dużych podmiotów, zaskoczonych trybem i tempem rozliczania kontraktów, akceptowania aneksów na roboty dodatkowe, zmianę kosztów, itd. Obecnie, przynajmniej część największych graczy na rynku dużo lepiej jest przystosowana do współpracy z publicznymi zamawiającymi, a i strona publiczna dostosowała swoje działania do realiów rynku.

Znaczącym prawdopodobieństwem niewypłacalności zagrożone mogą być mniejsze podmioty, które nie zdołały zbudować poduszki finansowej oraz stabilnego strumienia finansowania, by podołać tym wszystkim gwałtownym zmianom.

Najbardziej ucierpiało rozwinięte Mazowsze (wzrost o 44%) oraz województwa Polski północnej

Oprócz branżowego charakteru mapy niewypłacalności (największego wzrostu ich liczby w województwach, gdzie skupione są branże z największa ich liczbą – jak usługi i handel w woj. mazowieckim) warto porównać mapę niewypłacalności za 2017 rok z ta wcześniejszą o rok. Widać, iż województwa z obecnie największym wzrostem liczby niewypłacalności o rok wcześniej były na przeciwnym krańcu skali – przodowały w spadku ich liczby. Można więc powiedzieć iż w dłuższej perspektywie liczba niewypłacalności, trendy w tym względzie ulegają wyrównaniu.

Polskie strony WWW coraz rzadziej z polską domeną

Domeny krajowe są popularne w europejskim biznesie, co potwierdza raport CENTR, organizacji zrzeszającej głównie europejskie rejestry domen krajowych. Z danych wynika, że w krajach takich jak Niemcy, Włochy, Francja czy Rosja, liczba stron z adresem zawierającym oznaczenie danego kraju (odpowiednio .de, .it, .fr oraz .ru) urosła pod koniec 2017 r. w przeciwieństwie do polskiej końcówki – .pl z największym spadkiem względem europejskich odpowiedników.

Niska liczba rejestracji domen z końcówką „.pl” to po części pochodna kondycji światowego rynku domen. Cechuje go słaba dynamika wzrostu, o czym świadczy m.in. fakt, że popularne niegdyś rozszerzenie „.eu” również zanotowało spadek. Weryfikacji podlega także pozycja nietypowych domen, które swoim pojawieniem wywołują z reguły spore zainteresowanie na rynku. Z czasem, gdy popularność słabnie, nie następują ich odnowienia i tym samym spadają w rankingu. Przykładem są domeny z rozszerzeniem „.xyz”, które jeszcze niedawno były najpopularniejszym rozszerzeniem wśród nowych domen tzw. ngTLD.

Przepełniony rynek .pl

Siedem lat temu zarejestrowano dwumilionowy polski adres w Internecie. Ten wynik plasował Polskę w europejskiej czołówce, tuż za Włochami, których rejestr ccTLD bogatszy był wtedy jedynie o 100 tysięcy adresów. Dostawcy usług hostingowych optymistycznie patrzyli w przyszłość i w walce o klienta prześcigali się w propozycjach atrakcyjnych pakietów łączonych. Rynek domen nad Wisłą napędzały oferty usług serwerowych, gdzie własny adres WWW w pakiecie otrzymywało się za 0 zł. To miało motywować przedsiębiorców, aby próbowali swoich sił w sieci i sprawdzili możliwości, jakie daje posiadanie własnej witryny z końcówką „.pl”.

Błyskawiczny wzrost rejestracji polskich domen nie utrzymał się jednak na dłużej, a rynek wyrównał do europejskiej średniej. Efektem polityki firm hostingowych były nadmiarowe rejestracje, nierzadko sięgające kilkudziesięciu domen pod jeden biznes. Po czasie klienci decydowali się na odchudzenie portfolio domen, a współczynnik odnowień dla wielu dostawców usług hostingowych był niezadowalający.

Spadek liczby domen „.pl” nie zawsze oznacza, że dostawca usług hostingowych traci klienta. Firmy wybierają spośród wielu rozszerzeń, które niekiedy lepiej oddają charakter ich działalności. Wyzwaniem, przed którym stoi rynek, jest odpowiednie dostosowanie oferty tak, aby spełnić oczekiwania biznesu. W OVH odnotowaliśmy wzrost o 7.000 domen z rozszerzeniem .pl kwartał do kwartału m.in. dzięki kompleksowości naszej oferty, ale także temu, że doceniliśmy potencjał takich końcówek jak „.net” czy „.shop” i zaproponowaliśmy korzystną ofertę na strony z różnymi rozszerzeniem – mówi Robert Paszkiewicz, Dyrektor Sprzedaży w OVH.

Znajdź nas na Facebooku

Spadek liczby nowych rejestracji domen z rozszerzeniem „.pl” wynika również z silnej konkurencji w postaci mediów społecznościowych. Kawiarnie, kluby czy mniejsze firmy często decydują się na założenie strony – wizytówki na Facebooku czy TripAdvisorze, która pełni rolę strony WWW. Nie jest to skomplikowane, a w przypadku wielu portali, także darmowe.

Media społecznościowe oferują szybki i bezpośredni kontakt z klientem. Łatwo za ich pośrednictwem doprecyzować adresatów działań, stworzyć grupę zamkniętą czy dedykowane wydarzenie. Założenie profilu w social mediach jest łatwe. Wysiłek wiąże się z regularnym, rzetelnym i ciekawym prowadzeniem konta oraz z jego odpowiednim zabezpieczeniem przed cyberzagrożeniami. Musimy także pamiętać, że budowanie wizerunku musi uwzględniać odpowiednią prezentację firmy i jej miejsce w sieci. Stąd nie dla każdego jedynym lub najlepszym rozwiązaniem będą social media.

W najbliższym czasie nie zanosi się na to, aby polski rynek przekroczył magiczną granicę 3 milionów domen „.pl”. Specjaliści z OVH przewidują, że kolejne lata postawią przed branżą hostingową wiele wyzwań. Dostawcy usług będą musieli elastycznie reagować na zmieniające się preferencje klientów i bacznie obserwować rynek domen funkcjonalnych.

Opinia Polskiej Rady Centrów Handlowych w sprawie zakazu handlu w niedziele

Polska Rada Centrów Handlowych od początku stała na stanowisku, że podpisana dziś przez Prezydenta RP ustawa ograniczająca handel w niedziele jest złym rozwiązaniem ze względu na liczne, niekorzystne skutki społeczno-ekonomiczne ustawy dla przedsiębiorców, pracodawców, pracowników, konsumentów oraz ze względu na wady legislacyjne tej ustawy. Jako Stowarzyszenie w trakcie prac nad ustawą wielokrotnie wskazywaliśmy zawarte w niej błędy i wnioskowaliśmy o  jej odrzucenie przez Parlament a następnie przez Prezydenta.

Jak pokazują liczne badania opinii publicznej Ustawa już teraz, przed wejściem w życie budzi coraz większy opór wśród społeczeństwa.

Tytułem wstępu wskazać należy, że zarówno rozwiązania zawarte w ustawie, jak i sam sposób procedowania nad tym aktem budzą uzasadnione wątpliwości natury prawnej,
w tym w szczególności w zakresie przepisów europejskich. Nie chodzi to o ideę ograniczania handlu ale rozwiązania zawarte w ustawie, w szczególności w zakresie przepisów technicznych odnoszących się do usług społeczeństwa informacyjnego, powinny były zostać notyfikowane Komisji Europejskiej na etapie prac legislacyjnych
w Sejmie.

Ponadto, charakter wskazanych w akcie wyłączeń spod ogólnego zakazu handlu, wykonywania czynności związanych z handlem oraz powierzania pracownikom lub zatrudnionym wykonywania pracy w handlu lub czynności związanych z handlem, może uzasadniać sprzeczność tych regulacji z unijną zasadą swobody przepływu towarów na rynku wewnętrznym Unii Europejskiej.

Co równie ważne, ustawę cechuje tak wysoki stopień niedookreśloności i wewnętrznych sprzeczności o charakterze legislacyjnym i merytorycznym, że zarówno wdrożenie zaproponowanych w niej rozwiązań, jak i ich praktyczne wyegzekwowanie, może wiązać się z szeregiem problemów, a w niektórych przypadkach, okazać się nawet niemożliwe do realizacji, a w konsekwencji powodować szereg negatywnych skutków prawnych zarówno dla przedsiębiorców jak i konsumentów.

Uważamy, że przyjęta dziś ustawa – jakkolwiek mogąca wprowadzić istotne z punktu widzenia społecznego zmiany – zawiera szereg przepisów uniemożliwiających jej stosowanie.

Co więcej, również uchybienia legislacyjne, których dopuszczono się na etapie prac parlamentarnych, prowadzą do wniosku, że rozwiązania przyjęte w ustawie mogą być nieadekwatne do pierwotnego, wskazanego przez przedstawicieli komitetu inicjatywy obywatelskiej, celu ustawy.

Warto wspomnieć, że było rozwiązanie, które spełniało postulaty Związków Zawodowych i nie prowadziło do dezorganizacji pracy handlu w Polsce i które nie ingerowałoby w sposób w jaki Polacy spędzają swój wolny czas w niedzielę. Rozwiązaniem proponowanym przez branżę handlowo-usługową (reprezentowaną przez Polską Radę Centrów Handlowych, Forum Polskiego Handlu, Polską Organizację Handlu i Dystrybucji, Polską Izbę Handlu, Konfederację Lewiatan oraz Krajową Radę Gastronomii i Cateringu), było zagwarantowanie pracownikom handlu, obligatoryjnych dwóch wolnych niedziel w miesiącu dzięki odpowiedniej nowelizacji Kodeksu pracy. Implementacja proponowanego rozwiązania wiązała się tylko z jedną zmianą w Kodeksie pracy, w zastępstwie wprowadzania bardzo dyskusyjnej ustawy, której konsekwencje nie są do końca znane – ograniczenia w formie zupełnego zakaz handlu w co drugą niedzielę w miesiącu nie stosuje bowiem żadne z państw UE.

Radosław Knap, Dyrektor Generalny – Polska Rada Centrów Handlowych

Barcelona przechodzi na open source

Władze miejskie Barcelony poinformowały, że do wiosny 2019 r. stolica Katalonii zamierza zrezygnować z produktów Microsoftu i przejść na rozwiązania open source. W nadchodzącym roku 70 proc. budżetu przeznaczonego na oprogramowanie zostanie wydane na rozwiązania otwarte. Tym samym Barcelona jako pierwsza dołączą do europejskiej kampanii Public money, public code. Projekt jest częścią większych zmian, w ramach których miasto zamierza wspierać rozwój własnych rozwiązań, a także współpracę z lokalnymi przedsiębiorstwami technologicznymi.

W ramach przejścia na rozwiązania otwarte, administracja publiczna Barcelony zamierza zastąpić oprogramowanie Microsoftu, system operacyjnym Linux, pakietem biurowym LibreOffice i programem pocztowym Open-Xchange. Domyślną przeglądarką ma być z kolei Mozilla Firefox, która również działa na otwartym kodzie źródłowym. Ratusz motywuje swoją decyzję korzyściami w postaci zmniejszenia wydatków na zakup licencji i zredukowaniem zależności od dostawców rozwiązań zamkniętych.

– Zaletą wdrożenia open source, szczególnie istotną z punktu widzenia sektora publicznego, jest uniezależnienie się od jednego dostawcy. Zjawisko tzw. vendor lock-in zachodzi wtedy, kiedy zakup danego oprogramowania łączy się z koniecznością nabycia kolejnych rozwiązań u tego samego producenta, ponieważ tylko one będą kompatybilne z wcześniej zamówionym oprogramowaniem. Co istotne, w przypadku sektora publicznego, zjawisko vendor lock-in może mieć jeszcze dalej idące konsekwencje, jeśli wdrożony system wymusza wybór rozwiązań tego samego dostawcy na obywatelach korzystających z e-administracji – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska.

Wsparcie lokalnego biznesu

Barcelona dołącza do projektu Public code, public money, zainicjowanego przez Free European Software Foundation. Jej założeniem jest nakłonienie przedstawicieli sektora publicznego do inwestowania przychodów  z podatków w otwarte rozwiązania technologiczne, z których mogą korzystać także lokalni przedsiębiorcy. Miasto deklaruje także, że chce zwiększyć ilość zamówień powierzanych lokalnym małym i średnim przedsiębiorstwom technologicznym, a także stworzyć własny zespół ponad 60 deweloperów. Ponadto zamierza udostępnić tworzone przez siebie rozwiązania administracjom innych hiszpańskich miast.

– Wdrożenie otwartego oprogramowania, opartego na dostępnym dla wszystkich kodzie źródłowym, to nie tylko kwestia oszczędności, ale przede wszystkim zmiana w podejściu do rozwoju technologii i innowacyjności. Bezpłatne udostępnianie know-how w postaci kodu źródłowego przyspiesza rozwój gospodarczy  – komentuje Dariusz Świąder, Linux Polska.

Kiedy Polska?

Rozwiązania open source są z powodzeniem stosowane przez sektor publiczny na całym świecie. Duży wkład do zasobów otwartego kodu ma administracja USA. Z tego typu rozwiązań korzysta też z powodzeniem włoska armia, czy polska gmina Jaworzno, gdzie systemu operacyjnego Linux używają nie tylko urzędnicy, ale także uczniowie uczęszczający na lekcje informatyki. Jak jednak zauważają eksperci, w Polsce wciąż brakuje systemowych rozwiązań, które umożliwiłyby wykorzystanie otwartych rozwiązań na szerszą skalę.

– Do czynników hamujących rozwój polskiego rynku open source należy niedostateczne upowszechnienie wiedzy o tego typu rozwiązaniach. Wątpliwości budzą m.in. kwestie związane z prawami autorskimi i dokładnymi warunkami licencji, np. możliwością modyfikacji kodu na własny użytek. Dlatego jednym z postulowanych przez nas pomysłów jest utworzenie publicznego centrum kompetencyjnego zapewniającego wsparcie merytoryczne poszczególnym organom administracji w zakresie wyboru rozwiązań technologicznych, a także maksymalnego wykorzystania potencjału oprogramowania opartego na otwartej licencji –  dodaje Dariusz Świąder, Linux Polska.

Rozwój eko-budownictwa, Internet Rzeczy i inteligentne zarządzanie energią – trzy prognozy na rok 2018

Anna Nowak – Jaworska_Schneider Electric
Anna Nowak-Jaworska ze Schneider Electric

Wzrost znaczenia eko-budownictwa

Obecnie mamy do czynienia z bardzo dobrą kondycją w całej branży budowlanej. Indeks Koniunktury Budowlanej PMR w 2017 r. osiągnął wartość 25,8 pkt. Jest to największa wartość od września 2008 r. Również, zgodnie z raportem PMR „Sektor budowlany w Polsce – II połowa 2017”, średnio co druga badana firma budowlana spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy nadal utrzyma się dobra sytuacja w sektorze. Prognozy są zatem bardzo pomyślne.

Miniony rok był również okresem dalszego rozwoju zrównoważonego budownictwa w Polsce. Ekologiczne obiekty coraz wyraźniej zapełniają krajową mapę. O dynamicznym rozwoju krajowego rynku eko-budynków świadczy chociażby liczba certyfikowanych obiektów w Polsce. Według raportu „Certyfikacja zielonych budynków w Polsce”, opracowanego przez Polskie Stowarzyszenie Budownictwa Ekologicznego, w marcu ubiegłego roku w naszym kraju było 551 certyfikowanych obiektów. Stanowi to aż 68 proc. wzrost  w porównaniu do analogicznego okresu w roku 2016, gdzie liczba certyfikowanych obiektów wynosiła 331. Pokazuje to, że krajowy rynek eko-budynków rośnie systematycznie z roku na rok. Szczególny wzrost zainteresowania obserwowaliśmy w sektorze komercyjnym, gdzie biurowce już w standardzie wykorzystują nowoczesne technologie do zarządzania obiektem. Dzięki temu są one bardziej ekologiczne i coraz częściej pożądane przez najemców. W 2018 roku należy spodziewać się, że trend eko-budownictwa się utrzyma, a liczba kolejnych inwestycji w inteligentne i efektywne energetycznie budynki będzie wzrastać. Według raportu World Green Building Trends 2016 od Dodge Data & Analytics, najważniejsze powody przemawiające za realizacją idei eko-budownictwa to redukcja zużycia energii (66 proc.), ochrona zasobów naturalnych (37 proc.) oraz ograniczenie konsumpcji wody (31 proc.).

Biorąc pod uwagę fakt, że 75 proc. kosztów ponoszonych w całym okresie istnienia budynku stanowią wydatki na konserwację i eksploatację, a 30 proc. energii zużywanej w budynkach marnuje się z powodu nieefektywnego działania systemów BMS, eko-budownictwo jest naturalnym kierunkiem zmian. Systematycznie rosnący koszt energii ma swoje odzwierciedlenie w wartości eksploatacji wszystkich obiektów, niezależnie od ich typu, rozmiaru czy też lokalizacji. Dlatego też inwestorzy będą coraz chętniej korzystać z nowoczesnych systemów zarządzania obiektem, dzięki którym budynki będą efektywne energetycznie, komfortowe i bezpieczne. Odpowiedzią na te potrzeby są nowe technologie, a zwłaszcza Internet Rzeczy. Analizując zmiany zachodzące na rynku budownictwa, stworzyliśmy rozwiązanie EcoStruxure Buliding. Platforma integruje kluczowe systemy budynku, takie jak np. zasilanie, ogrzewanie, wentylacja, klimatyzacja, oświetlenie, czy ochrona przeciwpożarowa, w celu jak najlepszego wykorzystania nowych możliwości oferowanych przez Internet Rzeczy. Umożliwia użytkownikom uzyskanie cennych informacji na podstawie danych budynku, dzięki czemu jego środowisko może być inteligentniejsze, bezpieczniejsze i wydajniejsze nawet o 30 proc.

Prym Internetu Rzeczy

Rok 2017 z całą pewnością należał do technologii Internetu Rzeczy. Z globalnego badania Schneider Electric „IoT 2020” przeprowadzonego wśród 2500 firm wynika, że 70 proc. kadry kierowniczej dostrzega wartość biznesową, jaką niesie ze sobą IoT, a 63 proc. planuje zastosować to rozwiązanie w celu lepszej analizy zachowań klientów i podniesienia jakości usług. Stwarza to ogromny potencjał do dalszego wykorzystania tej technologii w różnych sektorach, także w 2018 roku. Aktualnie nasze rozwiązanie EcoStruxure pozwala wykorzystać IoT by zintegrować systemy operacyjne i IT, skomunikować ze sobą wszystkie poziomy organizacji i dostarczać dane z całego cyfrowego ekosystemu przedsiębiorstwa. Należy mieć na uwadze, że Internet Rzeczy stopniowo rewolucjonizuje niemal wszystkie sektory gospodarki. Już teraz swoje szerokie zastosowanie znajduje w budownictwie komercyjnym i mieszkaniowym, centrach danych, obiektach infrastrukturalnych, a także w energetyce oraz przemyśle.

Inteligentne zarządzanie energią

Rokrocznie rośnie zapotrzebowanie na energię. Według danych opracowanych przez Schneider Electric, do 2050 roku popyt na nią wzrośnie aż o 50 proc. Wynikać to będzie przede wszystkim ze wzrostu znaczenia trzech zjawisk: industrializacji, cyfryzacji oraz urbanizacji. Co więcej szacuje się, że już za dwa lata połączonych ze sobą będzie 50 mld urządzeń, zaś do 2040 roku aż 70 proc. nowych zasobów energetycznych będzie pochodziło z odnawialnych źródeł energii. Oznacza to, że dotychczasowe podejście do zarządzania energią musi stać się bardziej innowacyjne, a co za tym idzie – inteligentne. Przed tym wyzwaniem stają nie tylko podmioty prywatne i publiczne, ale m.in. całe aglomeracje miejskie. Dla przykładu, w grudniu 2017 roku przyjęta została „Ustawa o elektromobilności i paliwach alternatywnych”. Zgodnie z jej założeniem, do 2020 w Polsce ma powstać m.in. 6 tys. punktów ładowania samochodów energią elektryczną. Gminy natomiast będą mogły ustanowić strefy czystego transportu. Zarówno auta elektryczne, jak i ładowarki będą elementem budującym inteligentny system energetyczny w miastach. Dla przykładu, przy siedzibie Schneider Electric, zlokalizowanej przy ul. Konstruktorskiej 12, znalazła swoje zastosowanie ładowarka do samochodów elektrycznych EV Link. Pozwala ona naładować samochód w ciągu maksymalnie dwóch godzin, co umożliwia pokonanie trasy 150 kilometrów. W obliczu nowych zmian legislacyjnych, ładowarki do samochodów elektrycznych będą zyskiwać na znaczeniu. Dlatego też niezbędne jest wypracowanie kompleksowej – w zakresie inteligentnego zarządzania energią – strategii integrującej obszar efektywności energetycznej, politykę zrównoważonego rozwoju oraz wdrożenie technologii, które pozwolą ograniczyć koszty operacyjne, a jednocześnie przyczynią się do poprawy środowiska naturalnego.

Podsumowując, w roku 2018 należy spodziewać się dalszego rozwoju sektora ekologicznego budownictwa, w którym coraz większe znaczenie odgrywają nowe technologie, jak np. Internet Rzeczy. Rok 2017 pokazał, jak ogromny jest potencjał wykorzystania IoT w różnych sektorach gospodarki. Miniony rok był także wyjątkowy dla mnie. W listopadzie, podczas 5. Forum Menadżerów Elektrotechniki otrzymałam tytuł Menadżera Roku Branży Elektrotechnicznej w kategorii – Producent.

Komentarz ekspercki: Anna Nowak-Jaworska jest Wiceprezesem Pionu Building w Schneider Electric na region Europy Środkowo-Wschodniej. Podczas V Forum Menadżerów Elektrotechniki otrzymała tytuł Menadżera Roku Branży Elektrotechnicznej w kategorii – Producent.

Na co pożyczają przedsiębiorstwa w Polsce? Raport o kredytach dla firm

Firmy w Polsce najczęściej poszukują kredytu w wysokości do 50 tysięcy złotych, który zamierzają spłacić w ciągu maksymalnie pięciu lat – wynika z badania przeprowadzonego przez serwis Oferteo.pl. Przedsiębiorcy najczęsciej szukają kredytów na inwestycje, w tym m.in. zakup lub remont nieruchomości, kupno maszyn i urządzeń, jak również na prowadzenie bieżącej działalności.

Kwota kredytu

Jaka jest wysokość kredytu (ogółem)

Biorąc pod uwagę wszystkie podmioty, które złożyły zapytania o kredyt w Oferteo.pl, największym polskim serwisie łączącym poszukujących produktów z ich dostawcami, najbardziej poszukiwany przedział kredytu to kwoty od 10 000 do 50 000 złotych (39%).

Co czwarte zapytanie dotyczyło kredytu w kwocie od 100 000 do pół miliona, a najmniej zapytań dotyczyło kredytów w wysokości nieprzekraczającej 10 000 złotych oraz powyżej pół miliona złotych.

Kto szuka kredytu?

Jaka jest forma prawna firmyWedług analizy Oferteo.pl zdecydowanie najczęściej poszukują kredytu osoby fizyczne prowadzące własną działalność gospodarczą. Ich zapytania stanowiły niemal 80%. Z kolei 16% zapytań pochodzi od spółek kapitałowych, a 5% – od spółek osobowych.

Cel kredytu

Jaki jest cel kredytu (ogółem)

Firmy najczęściej poszukiwały kredytu w celu finansowania swojej bieżącej działalności, na co wskazała jedna trzecia z nich. W dalszej kolejności kredyt miał zostać przeznaczony na rozwój firmy: kupno maszyn lub urządzeń, zakup lub budowę nieruchomości, czy zakup samochodu. Dla 4% badanych kredyt miał być pomocą w spłacie zobowiązań wobec kontrahentów.

Spłata na krótkie lata

Jaki okres spłaty preferujesz (ogółem)Podobnie jak w ubiegłorocznej edycji badania, najczęściej wybierany okres spłaty kredytu wynosi od 2 do 5 lat. Wskazało tak 47% badanych, 29% chciałoby spłacić kredyt w czasie od 6 do 10 lat. Spłatą długoterminową, trwającą powyżej 10 lat, zainteresowanych było 18% badanych – zwłaszcza tych, którzy decydowali się pożyczyć większe kwoty.

Na co pożyczają osoby fizyczne?

Jaki jest cel kredytu (osoby fizyczne)

Niemal jedna trzecia osób fizycznych zaciągała kredyt, aby finansować bieżącą działalność firmy. Kolejnymi najpopularniejszymi celami były: kupno maszyn lub urządzeń (14%), kupno samochodu (12%) oraz kupno towarów, materiałów lub surowców a także zakup lub budowa nieruchomości (11%).

Na co pożyczają spółki?

Jaki jest cel kredytu (spółki kapitałowe)Również w przypadku spółek kapitałowych zdecydowanie najczęściej celem kredytu miało być finansowanie bieżącej działalności – wskazało tak aż 46% z nich. Drugim najczęściej wskazywanym celem był zakup lub budowa nieruchomości (20%).

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 720 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl w 2017 roku przez podmioty poszukujące kredytu dla firmy.

Łagodny Trump może ugrać więcej

Tuż przed nocnym orędziem Donalda Trumpa mówiło się o występowaniu ryzyk o czysto asymetrycznym charakterze mogących jedynie uderzyć w wycenę dolara. Na przestrzeni ostatnich tygodni obserwuje się wyraźną zmianę retoryki prezydenta USA, który po przyjęciu przez Kongres reformy podatkowej zdecydował się na wielokrotne eksponowanie osiągnięć swojej administracji. Jedno z najdłuższych wystąpień o stanie państwa było spektaklem przechwałek świadczących o tym, że Trump jest na drodze realizacji swoich wyborczych postulatów – w tym powrotu do statusu supermocarstwa.

W pierwszym orędziu Donald Trump wyraźnie ograniczył obecność dość ostrych wzmianek mogących dzielić nie tylko amerykańskie społeczeństwo, ale również wybranych przez nie kongresmenów. Głównym powodem powyższego stanu rzeczy jest próba przeforsowania pokaźnego pakietu infrastrukturalnego, co przy obecnej kondycji finansów publicznych USA należy postrzegać jako nie lada wyzwanie. Trump w dalszej mierze zwraca uwagę na nieefektywną politykę imigracyjną, która w jego odczuciu zyskuje miano przestarzałej. Jednym z „nowoczesnych” rozwiązań pozostaje budowa muru na granicy z Meksykiem, której ukończenie skutkowałoby niemalże stuprocentowym ewidencjonowaniem przepływu ludności z południa. Należy pamiętać, że tego typu posunięcie będzie długofalowo rzutowało na notowane tempo wzrostu. W obecnej sytuacji, tj. relatywnie nieelastycznego potencjału wytwórczego, jedyną nadzieją na sukcesywne zwiększanie bogactwa przez USA pozostaje relatywnie otwarta polityka imigracyjna.

W trakcie wtorkowej sesji czarę goryczy próbowały przelać rozczarowujące szacunki niemieckiej inflacji HICP za grudzień (1,4 proc. r/r). Ryzyko odnotowania mniej satysfakcjonującego wskazania zwiększyły odczyty regionalne, które sugerowały uplasowanie indeksu CPI zaledwie 1,6 proc. wyżej niż przed rokiem. Obserwowane tendencje istotnie ciążą na przewidywaniach dotyczących siły presji cenowej w państwach strefy euro, co zauważa się między innymi przez pryzmat obniżenia rynkowego konsensusu do poziomu 1,2 proc. r/r (poprzednio: 1,4 proc.). Perspektywę utrzymania inflacji możliwie jak najbliżej celu próbują narzucić najnowsze szacunki francuskiej inflacji HICP, która w ujęciu rocznym niespodziewanie przyspieszyła do 1,5 proc.

Środowe notowania można postrzegać przez pryzmat dość ciekawego spektaklu kończącego się doskonale znanym zakończeniem. W tym przypadku miano punktu kulminacyjnego zgarnia decyzja FOMC w sprawie przyjętych ram polityki pieniężnej. Obecnie szansę na podwyżkę stóp procentowych o kolejne 25 pb oscylują na granicy błędu statystycznego, co pozwala inwestorom na przywiązanie jeszcze większej wagi do towarzyszącego komunikatu. Spodziewamy się, że ostatnie posiedzenie pod wodzą Janet Yellen będzie skutkowało bilansem poglądów przesuniętym w stronę jastrzębiości – tym bardziej, że rozczarowanie wynikające z najnowszych szacunków tempa wzrostu należy utożsamiać wyłącznie z silnym wzrostem zapasów oraz ujemną kontrybucją eksportu netto.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

260 godzin rocznie – tyle poświęca polski przedsiębiorca na obsługę podatków

Powołanie podczas ostatniej restrukturyzacji Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii miało potwierdzać, że polski rząd stoi po stronie przedsiębiorców. Jednak zmiany w obszarze podatkowym temu przeczą. Do niedawna w prezentacji obecnego premiera Morawieckiego pojawiała się informacja, że polscy przedsiębiorcy przeznaczają rocznie 260 godzin na obsługę podatków. Firmy w Estonii poświęcają na ten cele nie więcej niż 150 godzin. To różnica aż dwóch godzin tygodniowo, które można byłoby poświęcić rodzinie albo na rozwój firmy.

– System podatkowy w Polsce jest zły i patologiczny. Świadczą o tym kolejne rankingi. Takiego systemu nie można uszczelnić. Należy go zmienić i radykalnie uprościć – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – Polski rząd nie musi stosować deklaracji, która ma ponad 60 rubryk. W Wielkiej Brytanii polscy przedsiębiorcy korzystają z formularzy, które mają zaledwie kilka pól. Można więc utrzymać lub zwiększyć wpływy z VAT-u bez obciążania firm kolejnymi obowiązkami, jak jednolity plik kontrolny czy splitpayment. Zwłaszcza podzielona płatność jest szczególnie niebezpieczna dla uczciwych polskich przedsiębiorców. Nagle okazuje się, że środki, jakimi mogli dysponować w obrocie, zostają zamrożone na specjalnych kontach. System podatkowy – zwłaszcza w obszarze VAT – jest niezwykle skomplikowany. Według profesora Witolda Modzelewskiego zawiera dziś już ponad 1,5 mln stron przepisów i ich interpretacji. W takiej postaci nie można go uszczelnić, a należy uprościć. Dokładanie kolejnych regulacji do złego systemu uderzy w uczciwe firmy. Przestępcy poradzą sobie w każdych warunkach. Ucierpią jednak zwykli przedsiębiorcy, których wpływy finansowe zostaną zamrożone. Będą zmuszeni do zaciągania pożyczek obrotowych w bankach. W ten sposób ruszy akcja kredytowa w Polsce. Nie jest to jednak cel polskiego rządu wprowadzającego te regulacje – ocenił Sadowski.

Unijna dyrektywa przyniesie bankom nowe kłopoty

Europejskie przedsiębiorstwa od wielu lat są znane z nadmiernego zadłużania się w instytucjach bankowych. Ale od 21 lipca będą mogły znacznie łatwiej wprowadzać do obiegu papiery wartościowe, niż dotychczas. Dzięki temu, polskie firmy zaczną rozwijać się w sposób, który jest popularny np. w słynnej Dolinie Krzemowej. Takie zmiany umożliwi Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2017/1129 z dnia 14 czerwca 2017 roku w sprawie prospektu, który ma być publikowany w związku z ofertą publiczną papierów wartościowych lub dopuszczeniem ich do obrotu na rynku regulowanym oraz uchyleniem dyrektywy 2003/71/WE. Zgodnie z tym, KNF nie będzie mogła już nadzorować emisji akcji, w kwocie do 1 mln euro, realizowanej nie częściej, niż raz na rok. Eksperci są podzieleni co do tego, czy sektorowi bankowemu to zaszkodzi, czy jednak pozostanie bez wpływu na jego działalność.

Unijne wsparcie

Ze statystyk Europejskiego Banku Centralnego oraz Systemu Rezerwy Federalnej wynika, że w latach 2002-2008 kredyty bankowe stanowiły aż 70% całkowitego finansowania w strefie euro, podczas gdy w USA było to jedynie 40%. W kolejnych latach dysproporcja pomiędzy tymi rynkami nieco się obniżyła, ale nadal pozostaje na dość dużym poziomie. Kryzys subprime ujawnił sztywność tego modelu pozyskiwania kapitału. Zdolność banków do udzielania kredytów poważnie się zmniejszyła, czego powodem było pogorszenie się jakości aktywów bilansowych banków i ograniczeń kapitałowych. Dotknęło to głównie małe i średnie przedsiębiorstwa.

– Po przeprowadzeniu analizy porównawczej rynku europejskiego i amerykańskiego, KE wprowadza poważne zmiany. 21 lipca br. wejdzie w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2017/1129 z dnia 14 czerwca 2017 roku. Jak wynika z art. 1 ust. 3 tego aktu, raz na 12 miesięcy będzie można emitować papiery wartościowe w drodze emisji publicznej w kwocie o równowartości do 1 mln euro, bez kontroli nadzoru krajowego. W mojej ocenie, faktycznie przełoży się to na realne wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw – zapowiada Mariusz Sperczyński, szef inicjatywy bitSecurities.io.

Nowe regulacje mają głównie pomóc młodym, rozwijającym się podmiotom z sektora MŚP w zdobywaniu kapitału z emisji na rynku publicznym, przy jednoczesnym zapewnieniu ochrony inwestorów. Dotychczas, z powodu braku doświadczenia, nie radziły sobie z kosztami i przygotowaniem prospektów emisyjnych, wymaganych przez regulatorów. W związku z tym, najczęściej rezygnowały z tego typu aktywności. Była to jedna z podstawowych barier, wskazanych jako przyczyna różnicy stanu rynku kapitałowego pomiędzy UE i USA. Niemniej, ocenia się, że potrzeba co najmniej 15 lat, aby obecne dysproporcje zostały widocznie zniwelowane. Rynek kapitałowy jest oparty na sprawdzonych wzorcach i zwyczajach. I dlatego ich zmiana wymaga długiego czasu.

Banki się nie boją?

– W Polsce właściciele firm, szczególnie rodzinnych, dość niechętnie dzielą się nimi z nowymi udziałowcami. Jeśli mają możliwość pozyskania finansowania dłużnego, to wolą się zapożyczać. Dlatego nowe przepisy nie będą zagrożeniem dla działalności bankowej. Obawiam się natomiast braku dojrzałości inwestycyjnej, szczególnie w naszym kraju. Tutejsi inwestorzy nie do końca rozumieją ryzyko. Amerykanie są pod tym względem znacznie bardziej doświadczeni i potrafią pewne rzeczy z góry przewidywać – podkreśla Marek Zuber, ekonomista i analityk rynków finansowych.

Z kolei, dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek uważa, że w sektorze bankowym niewiele się zmieni. Przede wszystkim możliwość emisji papierów wartościowych dotyczy spółek kapitałowych, a tych w całym sektorze przedsiębiorstw jest niespełna 12%, a w grupie, której zmiany mogą dotyczyć – tj. mikroprzedsiębiorstw, w tym startupów – ok. 9%. Generalnie dwie ostatnie formy działalności są traktowane przez banki jako klienci detaliczni, bo ich obroty są niewielkie. Ponadto Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan dodaje, że jeśli przy dotychczasowej możliwości niedużo podmiotów z tego skorzystało, to podniesienie limitu do 1 mln euro niewiele wniesie, z punktu widzenia banków. Jeżeli jednak, coś jest w stanie zmienić kierunki zainteresowania startupów, w zakresie alternatywnych źródeł pozyskiwania kapitału, to z pewnością może to być rozwój technologii blockchain i wykorzystanie jej do ICO i tokenów.

– Nowatorskie pomysły z założenia są niepewne. Potrzebują więc inwestorów, którzy mogą i chcą ponieść związane z nimi ryzyko. Dokładnie tak ten system działa za oceanem. Przykład USA pokazuje, że nawet w środowisku rynku kapitałowego system bankowy też jest potrzebny. Startupy mogą się rozwinąć i stać się kolejnymi klientami instytucji finansowych. W realiach europejskich nowe przepisy wypełnią istniejącą lukę. Według mnie, mają one nie tyle zabrać klientów bankom, co pomóc przedsiębiorcom, którzy nie mogą korzystać z ich ofert – ocenia Marek Zuber.

Jak twierdzi prof. Stanisław Gomułka, Główny Ekonomista Business Centre Club, sektor bankowy nie powinien poważnie obawiać się dużego spadku popytu na kredyty. Ich oprocentowanie dla MŚP jest stosunkowo wysokie, bo ryzyko niewypłacalności tego typu działalności też jest duże. Tylko dobre firmy będą emitowały obligacje. Dla nich oprocentowanie może być niższe i taką reakcję banków przewiduje ekspert. Trzeba też dodać, że firmy w Polsce korzystają z kredytów bankowych w dużo mniejszym stopniu, niż w krajach wysoko rozwiniętych.

Eksplozja ofert

– W Europie od dziesięcioleci system bankowy jest głównym źródłem finansowania przedsiębiorstw. W USA mocny udział rynku kapitałowego ukształtował się już w XIX wieku. Ale na Starym Kontynencie dopiero w ostatnich latach zaczęto pozyskiwać środki za pośrednictwem akcji i obligacji. Teraz ten trend ma szansę się umocnić. Nowe przepisy rzeczywiście mogą bardzo zmienić model finansowania firm w UE, w tym w Polsce, co zresztą leżało u podstaw ich wprowadzenia. Należy więc spodziewać się wielu nowych, alternatywnych ofert na nienadzorowanym rynku – przyznaje Marek Zuber.

Natomiast Mariusz Sperczyński, przewiduje, że zmianami będą szczególnie zainteresowane nowe firmy i startupy, które obecnie zdobywają finansowanie w kampaniach equity crowdfunding, tj. w złotym, lub w tzw. Initial Coin/Token Offering, czyli w cyfrowalutach. Ponad 4 mln zł kapitału zakładowego, sfinansowanego w ten sposób na start i w każdym kolejnym roku, pozwoli zmienić większość projektów w poważne i dochodowe biznesy, z czym teraz jest duży problem. Należy spodziewać się tzw. eksplozji ofert na nienadzorowanym rynku. I to może być sporą konkurencją dla banków. Zapowiada się też ekscytujący rok pobudzenia kapitałowego sektora MŚP. Ponadto, zmiany unijne będą miały także znaczenie dla wielkich przedsiębiorstw, poprzez ujednolicenie systemu prospektów emisyjnych.

– Sama publikacja rozporządzenia nie zmieni struktury finansowania polskich przedsiębiorstw, zwłaszcza sektora MŚP. Z punktu widzenia przedsiębiorcy, ważne są koszty pozyskania zewnętrznego kapitału. Porównuje on opłaty z tytułu kredytu, leasingu i wykorzystania pożyczek rodzinnych w porównaniu z kosztami wejścia na rynek kapitałowy. Według mnie, oferty banków są dla przedsiębiorstw konkurencyjne w stosunku do innych źródeł kapitału – twierdzi Norbert Jeziolowicz, Dyrektor Zespołu Bankowości Detalicznej i Rynków Finansowych ze Związku Banków Polskich.

Tymczasem Marek Zuber przekonuje, że nadchodzące zmiany w finansowaniu firm są nieuniknione i podyktowane dwoma poważnymi czynnikami. Po pierwsze, odpowiadają na zwiększenie awersji do ryzyka ze strony banków, co z kolei jest pochodną kryzysu z lat 2008-2009. Drugim bodźcem jest obecna rewolucja, którą wywołały tzw. startupy innowacyjne. Powstaje nowa gospodarka. I jeśli chcemy dogonić lidera innowacyjności, jakim są Stany Zjednoczone, to musimy w Europie stworzyć podobny system finansowania, tego typu działalności.

Jaka będzie przyszłość?

– Emisja w wysokości do 1 mln euro jest na tyle niewielka, że zainteresowanie inwestorów także będzie nieduże. Mikrofirmy i małe przedsiębiorstwa nie mają takich potrzeb w zakresie kapitału, aby uzasadnić wypuszczenie papierów wartościowych w wysokości atrakcyjnej dla inwestorów. Wystarczającą alternatywną może być dla nich nie tylko kredyt bankowy, ale też pożyczka społecznościowa, oferowana przez platformy crowdfundingowe. Tymczasem, rola emitenta wiąże się z szeregiem obowiązków i sankcji, np. za ich niepoprawne wykonanie. I to wciąż będzie podlegać nadzorowi KNF-u – dodaje Norbert Jeziolowicz.

Jednak branża dostrzega, że zainteresowanie inwestycjami rzędu do 1 mln euro podczas ofert publicznych w tzw. equity crowdfundingu jest ogromne na bardziej zaawansowanych rynkach, niż Polska. Przykładem tego może być chociażby Wielka Brytania, gdzie nadzór finansowy FCA pozwolił stosować takie rozwiązanie już kilka lat temu. Wskutek tego, powstało kilka platform inwestycyjnych o skumulowanej sumie kilku miliardów funtów rocznie, jak np. crowdcube.com, czy też seedrs.com. Ten fakt potwierdza ewidentne zapotrzebowanie rynku.

– Regulacja unijna dotyczy wszystkich emitentów papierów wartościowych w UE, a więc nie tylko mikrofirm i małych podmiotów. Rozwiązuje ona zidentyfikowane potrzeby, o których wyraźnie i od lat wspominają przedstawiciele platform equity crowdfunding w Polsce. Twierdzą oni, że potrzeby przedsiębiorstw są znacznie większe, niż dotychczasowy limit 100 tys. euro. Potwierdzają również to badania wskazane i zaopiniowane w unijnym dokumencie SWD z zeszłego roku – argumentuje Mariusz Sperczyński.

Ponadto, nowe przepisy jasno wskazują, że państwa członkowskie nie będą mogły narzucić żadnych dodatkowych regulacji w limicie do 1 miliona euro, podobnie jak obecnie do 100 tys. euro. Ktokolwiek rozszerzy obowiązki lub sankcje przekraczające tę wyraźnie zarysowaną linię swobody gospodarczej powinien liczyć się z poważną reakcją Komisji UE. Może też oczekiwać pozwów od przedsiębiorców o utracone korzyści lub szkody związane z niewłaściwym działaniem aparatu urzędniczego. W Polsce doprowadziłoby to do starć prawnych aparatu chroniącego przywileje regulacji, wg starego prawa, z firmami, szukającymi swojej szansy w ułatwieniach wskazanych w nowej regulacji unijnej.

– Nie wszyscy chcą pozostać na etapie mikrofilm, zwłaszcza jeśli mają widoczny potencjał. Dotychczas, z powodu ustawy o ofercie publicznej, nasze przedsiębiorstwa we wczesnej fazie rozwoju rzadko korzystały z finansowania pozabankowego. Istniejącą lukę przez lata starały się wypełniać ułatwienia rynku NewConnect. Ale rewolucyjny charakter nowej regulacji może szybko przeszeregować dane gospodarcze. Polacy słyną bowiem ze sprawnego wykorzystywania możliwości systemowych dla rozwoju swoich przedsiębiorstw – podsumowuje ekspert z bitSecurities.io.

Internet rzeczy i drony przyszłością rolnictwa. Ericsson chce przeszkolić polskich rolników z nowych technologii

Internet rzeczy i drony przyszłością rolnictwa. Ericsson chce przeszkolić polskich rolników z nowych technologii 8

Polskie rolnictwo otwiera się na nowe technologie. Producenci nowinek dostrzegają potencjał i możliwości w tej branży. Na nowości otwarci są również sami rolnicy. Tym razem rozwojowi sektora agro ma pomóc internet rzeczy. Do internetu podłączane będą m.in. maszyny rolnicze. Opracowywane rozwiązania mają m.in. podpowiedzieć, kiedy nawozić uprawy, oraz wyznaczą optymalny czas zbioru. Ericsson zorganizuje serię szkoleń dla rolników, m.in. z korzyści, jakie przyniesie technologia 5G.

W 2050 roku świat będzie musiał produkować 70 proc. więcej jedzenia niż w 2006 r., wynika z prognoz Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa. To wyzwanie wymaga od rolników ciągłego rozwoju. Szansą na rewolucję w rolnictwie jest internet rzeczy, czyli internetowa komunikacja pomiędzy przedmiotami codziennego użytku.

– Powinniśmy spojrzeć na takie obszary jak dobrostan zwierząt oraz kontrolę i sprawdzanie ich zdrowia. Spójrzmy też na uprawy: kiedy je podlewać, kiedy nawozić, podcinać, a kiedy zbierać. Dotyczy to także pojazdów, które nie poruszają się w końcu wyłącznie na drogach, lecz także po polach. Traktory czy kombajny operujące sprawnie na dużych obszarach mogą przynieść rolnikom duże korzyści – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Martin Mellor, szef firmy Ericsson w Polsce.

Internet rzeczy może być nieocenioną pomocą dla rolników. Poprzez zamontowanie czujników np. w ziemi, w wodzie czy na maszynach rolniczych można zbierać dane takie jak wilgotność gleby czy informacje o stanie zdrowia plonów. Zbierane dane przechowywane mogą być w chmurze lub na serwerze, a rolnik może mieć do nich ciągły dostęp poprzez np. tablet czy smartfon. Dane pozwalają zmniejszyć koszty produkcji i wielkość strat, dzięki optymalizacji nakładów.

BI Intelligence szacuje, że w 2020 roku rynek urządzeń internetu rzeczy wykorzystywanych w rolnictwie osiągnie wartość 75 mln dol., przy średniorocznym wzroście na poziomie 20 proc. Rolnicy korzystają także z innych nowinek technologicznych. Już teraz przy uprawach pomagają drony, dzięki którym łatwiej kontrolować ich stan na większych polach. To jednak nie wszystkie możliwe zastosowania bezzałogowych maszyn.

– Drony to bardzo interesujący temat w wielu obszarach. Mogą być bardzo ważną częścią przyszłości rolnictwa. Od razu przychodzą mi do głowy misje ratunkowe w obszarach trudno dostępnych dla ludzi, na przykład skażonych radiologicznie albo takich, które będą wymagały szybkiego przekazu wideo – twierdzi Martin Mellor.

Według prognoz ekspertów zawartych w raporcie IDTechEx, rolnictwo stanie się poważnym rynkiem dla producentów dronów. Wartość tego rynku w 2027 roku osiągnie 480 mln dol. Drony znajdą zastosowanie m.in. przy opracowywaniu map lotniczych gospodarstw rolnych, a ich wyposażenie w różnego rodzaju czujniki pozwoli zmierzyć parametry ważne przy uprawach roślin.

Nowe technologie mają szansę przynieść rolnikom wiele korzyści. Ericsson rozpoczął współpracę z jednym z dużych rolniczych stowarzyszeń, Fundacją PLON. Twórcy nowinek chcą w ten sposób dotrzeć do jak największej liczby rolników, zainteresować ich tematem i przeprowadzić szkolenia w zakresie oferowanych usług. Na początek będą to rozwiązania związane z kontrolą zwierząt i ich dobrostanu. Firma ma w planach także szkolenia z nowej technologii łączności 5G (następcy LTE) i korzyści z jej wdrożenia.

– Współpraca ze stowarzyszeniem PLON pozwala nam dotrzeć do dużej liczby rolników, szkolić ich. Mamy w planach szkolenia w technologii 5G dla poszczególnych branż, tak by rolnicy w przyszłości wyciągali maksimum korzyści z nowych technologii – zapewnia prezes Ericssona w Polsce.

Zastosowanie robotów i dronów już teraz systematycznie przekształca wiele aspektów rolnictwa. Jak wynika z raportu IDTechEx, na całym świecie zainstalowano już tysiące robotów udojowych, tworząc rynek o wartości 1,9 mld dol., który do 2023 roku ma wzrosnąć do poziomu 8 mld dol. Z kolei mobilne roboty pomagają w automatyzacji wielu zadań, np. podawania paszy czy usuwania obornika.