Tuż przed nocnym orędziem Donalda Trumpa mówiło się o występowaniu ryzyk o czysto asymetrycznym charakterze mogących jedynie uderzyć w wycenę dolara. Na przestrzeni ostatnich tygodni obserwuje się wyraźną zmianę retoryki prezydenta USA, który po przyjęciu przez Kongres reformy podatkowej zdecydował się na wielokrotne eksponowanie osiągnięć swojej administracji. Jedno z najdłuższych wystąpień o stanie państwa było spektaklem przechwałek świadczących o tym, że Trump jest na drodze realizacji swoich wyborczych postulatów – w tym powrotu do statusu supermocarstwa.
W pierwszym orędziu Donald Trump wyraźnie ograniczył obecność dość ostrych wzmianek mogących dzielić nie tylko amerykańskie społeczeństwo, ale również wybranych przez nie kongresmenów. Głównym powodem powyższego stanu rzeczy jest próba przeforsowania pokaźnego pakietu infrastrukturalnego, co przy obecnej kondycji finansów publicznych USA należy postrzegać jako nie lada wyzwanie. Trump w dalszej mierze zwraca uwagę na nieefektywną politykę imigracyjną, która w jego odczuciu zyskuje miano przestarzałej. Jednym z „nowoczesnych” rozwiązań pozostaje budowa muru na granicy z Meksykiem, której ukończenie skutkowałoby niemalże stuprocentowym ewidencjonowaniem przepływu ludności z południa. Należy pamiętać, że tego typu posunięcie będzie długofalowo rzutowało na notowane tempo wzrostu. W obecnej sytuacji, tj. relatywnie nieelastycznego potencjału wytwórczego, jedyną nadzieją na sukcesywne zwiększanie bogactwa przez USA pozostaje relatywnie otwarta polityka imigracyjna.
W trakcie wtorkowej sesji czarę goryczy próbowały przelać rozczarowujące szacunki niemieckiej inflacji HICP za grudzień (1,4 proc. r/r). Ryzyko odnotowania mniej satysfakcjonującego wskazania zwiększyły odczyty regionalne, które sugerowały uplasowanie indeksu CPI zaledwie 1,6 proc. wyżej niż przed rokiem. Obserwowane tendencje istotnie ciążą na przewidywaniach dotyczących siły presji cenowej w państwach strefy euro, co zauważa się między innymi przez pryzmat obniżenia rynkowego konsensusu do poziomu 1,2 proc. r/r (poprzednio: 1,4 proc.). Perspektywę utrzymania inflacji możliwie jak najbliżej celu próbują narzucić najnowsze szacunki francuskiej inflacji HICP, która w ujęciu rocznym niespodziewanie przyspieszyła do 1,5 proc.
Środowe notowania można postrzegać przez pryzmat dość ciekawego spektaklu kończącego się doskonale znanym zakończeniem. W tym przypadku miano punktu kulminacyjnego zgarnia decyzja FOMC w sprawie przyjętych ram polityki pieniężnej. Obecnie szansę na podwyżkę stóp procentowych o kolejne 25 pb oscylują na granicy błędu statystycznego, co pozwala inwestorom na przywiązanie jeszcze większej wagi do towarzyszącego komunikatu. Spodziewamy się, że ostatnie posiedzenie pod wodzą Janet Yellen będzie skutkowało bilansem poglądów przesuniętym w stronę jastrzębiości – tym bardziej, że rozczarowanie wynikające z najnowszych szacunków tempa wzrostu należy utożsamiać wyłącznie z silnym wzrostem zapasów oraz ujemną kontrybucją eksportu netto.
Powołanie podczas ostatniej restrukturyzacji Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii miało potwierdzać, że polski rząd stoi po stronie przedsiębiorców. Jednak zmiany w obszarze podatkowym temu przeczą. Do niedawna w prezentacji obecnego premiera Morawieckiego pojawiała się informacja, że polscy przedsiębiorcy przeznaczają rocznie 260 godzin na obsługę podatków. Firmy w Estonii poświęcają na ten cele nie więcej niż 150 godzin. To różnica aż dwóch godzin tygodniowo, które można byłoby poświęcić rodzinie albo na rozwój firmy.
– System podatkowy w Polsce jest zły i patologiczny. Świadczą o tym kolejne rankingi. Takiego systemu nie można uszczelnić. Należy go zmienić i radykalnie uprościć – powiedział serwisowi eNewsroomAndrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – Polski rząd nie musi stosować deklaracji, która ma ponad 60 rubryk. W Wielkiej Brytanii polscy przedsiębiorcy korzystają z formularzy, które mają zaledwie kilka pól. Można więc utrzymać lub zwiększyć wpływy z VAT-u bez obciążania firm kolejnymi obowiązkami, jak jednolity plik kontrolny czy splitpayment. Zwłaszcza podzielona płatność jest szczególnie niebezpieczna dla uczciwych polskich przedsiębiorców. Nagle okazuje się, że środki, jakimi mogli dysponować w obrocie, zostają zamrożone na specjalnych kontach. System podatkowy – zwłaszcza w obszarze VAT – jest niezwykle skomplikowany. Według profesora Witolda Modzelewskiego zawiera dziś już ponad 1,5 mln stron przepisów i ich interpretacji. W takiej postaci nie można go uszczelnić, a należy uprościć. Dokładanie kolejnych regulacji do złego systemu uderzy w uczciwe firmy. Przestępcy poradzą sobie w każdych warunkach. Ucierpią jednak zwykli przedsiębiorcy, których wpływy finansowe zostaną zamrożone. Będą zmuszeni do zaciągania pożyczek obrotowych w bankach. W ten sposób ruszy akcja kredytowa w Polsce. Nie jest to jednak cel polskiego rządu wprowadzającego te regulacje – ocenił Sadowski.
Europejskie przedsiębiorstwa od wielu lat są znane z nadmiernego zadłużania się w instytucjach bankowych. Ale od 21 lipca będą mogły znacznie łatwiej wprowadzać do obiegu papiery wartościowe, niż dotychczas. Dzięki temu, polskie firmy zaczną rozwijać się w sposób, który jest popularny np. w słynnej Dolinie Krzemowej. Takie zmiany umożliwi Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2017/1129 z dnia 14 czerwca 2017 roku w sprawie prospektu, który ma być publikowany w związku z ofertą publiczną papierów wartościowych lub dopuszczeniem ich do obrotu na rynku regulowanym oraz uchyleniem dyrektywy 2003/71/WE. Zgodnie z tym, KNF nie będzie mogła już nadzorować emisji akcji, w kwocie do 1 mln euro, realizowanej nie częściej, niż raz na rok. Eksperci są podzieleni co do tego, czy sektorowi bankowemu to zaszkodzi, czy jednak pozostanie bez wpływu na jego działalność.
Unijne wsparcie
Ze statystyk Europejskiego Banku Centralnego oraz Systemu Rezerwy Federalnej wynika, że w latach 2002-2008 kredyty bankowe stanowiły aż 70% całkowitego finansowania w strefie euro, podczas gdy w USA było to jedynie 40%. W kolejnych latach dysproporcja pomiędzy tymi rynkami nieco się obniżyła, ale nadal pozostaje na dość dużym poziomie. Kryzys subprime ujawnił sztywność tego modelu pozyskiwania kapitału. Zdolność banków do udzielania kredytów poważnie się zmniejszyła, czego powodem było pogorszenie się jakości aktywów bilansowych banków i ograniczeń kapitałowych. Dotknęło to głównie małe i średnie przedsiębiorstwa.
– Po przeprowadzeniu analizy porównawczej rynku europejskiego i amerykańskiego, KE wprowadza poważne zmiany. 21 lipca br. wejdzie w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2017/1129 z dnia 14 czerwca 2017 roku. Jak wynika z art. 1 ust. 3 tego aktu, raz na 12 miesięcy będzie można emitować papiery wartościowe w drodze emisji publicznej w kwocie o równowartości do 1 mln euro, bez kontroli nadzoru krajowego. W mojej ocenie, faktycznie przełoży się to na realne wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw – zapowiada Mariusz Sperczyński, szef inicjatywy bitSecurities.io.
Nowe regulacje mają głównie pomóc młodym, rozwijającym się podmiotom z sektora MŚP w zdobywaniu kapitału z emisji na rynku publicznym, przy jednoczesnym zapewnieniu ochrony inwestorów. Dotychczas, z powodu braku doświadczenia, nie radziły sobie z kosztami i przygotowaniem prospektów emisyjnych, wymaganych przez regulatorów. W związku z tym, najczęściej rezygnowały z tego typu aktywności. Była to jedna z podstawowych barier, wskazanych jako przyczyna różnicy stanu rynku kapitałowego pomiędzy UE i USA. Niemniej, ocenia się, że potrzeba co najmniej 15 lat, aby obecne dysproporcje zostały widocznie zniwelowane. Rynek kapitałowy jest oparty na sprawdzonych wzorcach i zwyczajach. I dlatego ich zmiana wymaga długiego czasu.
Banki się nie boją?
– W Polsce właściciele firm, szczególnie rodzinnych, dość niechętnie dzielą się nimi z nowymi udziałowcami. Jeśli mają możliwość pozyskania finansowania dłużnego, to wolą się zapożyczać. Dlatego nowe przepisy nie będą zagrożeniem dla działalności bankowej. Obawiam się natomiast braku dojrzałości inwestycyjnej, szczególnie w naszym kraju. Tutejsi inwestorzy nie do końca rozumieją ryzyko. Amerykanie są pod tym względem znacznie bardziej doświadczeni i potrafią pewne rzeczy z góry przewidywać – podkreśla Marek Zuber, ekonomista i analityk rynków finansowych.
Z kolei, dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek uważa, że w sektorze bankowym niewiele się zmieni. Przede wszystkim możliwość emisji papierów wartościowych dotyczy spółek kapitałowych, a tych w całym sektorze przedsiębiorstw jest niespełna 12%, a w grupie, której zmiany mogą dotyczyć – tj. mikroprzedsiębiorstw, w tym startupów – ok. 9%. Generalnie dwie ostatnie formy działalności są traktowane przez banki jako klienci detaliczni, bo ich obroty są niewielkie. Ponadto Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan dodaje, że jeśli przy dotychczasowej możliwości niedużo podmiotów z tego skorzystało, to podniesienie limitu do 1 mln euro niewiele wniesie, z punktu widzenia banków. Jeżeli jednak, coś jest w stanie zmienić kierunki zainteresowania startupów, w zakresie alternatywnych źródeł pozyskiwania kapitału, to z pewnością może to być rozwój technologii blockchain i wykorzystanie jej do ICO i tokenów.
– Nowatorskie pomysły z założenia są niepewne. Potrzebują więc inwestorów, którzy mogą i chcą ponieść związane z nimi ryzyko. Dokładnie tak ten system działa za oceanem. Przykład USA pokazuje, że nawet w środowisku rynku kapitałowego system bankowy też jest potrzebny. Startupy mogą się rozwinąć i stać się kolejnymi klientami instytucji finansowych. W realiach europejskich nowe przepisy wypełnią istniejącą lukę. Według mnie, mają one nie tyle zabrać klientów bankom, co pomóc przedsiębiorcom, którzy nie mogą korzystać z ich ofert – ocenia Marek Zuber.
Jak twierdzi prof. Stanisław Gomułka, Główny Ekonomista Business Centre Club, sektor bankowy nie powinien poważnie obawiać się dużego spadku popytu na kredyty. Ich oprocentowanie dla MŚP jest stosunkowo wysokie, bo ryzyko niewypłacalności tego typu działalności też jest duże. Tylko dobre firmy będą emitowały obligacje. Dla nich oprocentowanie może być niższe i taką reakcję banków przewiduje ekspert. Trzeba też dodać, że firmy w Polsce korzystają z kredytów bankowych w dużo mniejszym stopniu, niż w krajach wysoko rozwiniętych.
Eksplozja ofert
– W Europie od dziesięcioleci system bankowy jest głównym źródłem finansowania przedsiębiorstw. W USA mocny udział rynku kapitałowego ukształtował się już w XIX wieku. Ale na Starym Kontynencie dopiero w ostatnich latach zaczęto pozyskiwać środki za pośrednictwem akcji i obligacji. Teraz ten trend ma szansę się umocnić. Nowe przepisy rzeczywiście mogą bardzo zmienić model finansowania firm w UE, w tym w Polsce, co zresztą leżało u podstaw ich wprowadzenia. Należy więc spodziewać się wielu nowych, alternatywnych ofert na nienadzorowanym rynku – przyznaje Marek Zuber.
Natomiast Mariusz Sperczyński, przewiduje, że zmianami będą szczególnie zainteresowane nowe firmy i startupy, które obecnie zdobywają finansowanie w kampaniach equity crowdfunding, tj. w złotym, lub w tzw. Initial Coin/Token Offering, czyli w cyfrowalutach. Ponad 4 mln zł kapitału zakładowego, sfinansowanego w ten sposób na start i w każdym kolejnym roku, pozwoli zmienić większość projektów w poważne i dochodowe biznesy, z czym teraz jest duży problem. Należy spodziewać się tzw. eksplozji ofert na nienadzorowanym rynku. I to może być sporą konkurencją dla banków. Zapowiada się też ekscytujący rok pobudzenia kapitałowego sektora MŚP. Ponadto, zmiany unijne będą miały także znaczenie dla wielkich przedsiębiorstw, poprzez ujednolicenie systemu prospektów emisyjnych.
– Sama publikacja rozporządzenia nie zmieni struktury finansowania polskich przedsiębiorstw, zwłaszcza sektora MŚP. Z punktu widzenia przedsiębiorcy, ważne są koszty pozyskania zewnętrznego kapitału. Porównuje on opłaty z tytułu kredytu, leasingu i wykorzystania pożyczek rodzinnych w porównaniu z kosztami wejścia na rynek kapitałowy. Według mnie, oferty banków są dla przedsiębiorstw konkurencyjne w stosunku do innych źródeł kapitału – twierdzi Norbert Jeziolowicz, Dyrektor Zespołu Bankowości Detalicznej i Rynków Finansowych ze Związku Banków Polskich.
Tymczasem Marek Zuber przekonuje, że nadchodzące zmiany w finansowaniu firm są nieuniknione i podyktowane dwoma poważnymi czynnikami. Po pierwsze, odpowiadają na zwiększenie awersji do ryzyka ze strony banków, co z kolei jest pochodną kryzysu z lat 2008-2009. Drugim bodźcem jest obecna rewolucja, którą wywołały tzw. startupy innowacyjne. Powstaje nowa gospodarka. I jeśli chcemy dogonić lidera innowacyjności, jakim są Stany Zjednoczone, to musimy w Europie stworzyć podobny system finansowania, tego typu działalności.
Jaka będzie przyszłość?
– Emisja w wysokości do 1 mln euro jest na tyle niewielka, że zainteresowanie inwestorów także będzie nieduże. Mikrofirmy i małe przedsiębiorstwa nie mają takich potrzeb w zakresie kapitału, aby uzasadnić wypuszczenie papierów wartościowych w wysokości atrakcyjnej dla inwestorów. Wystarczającą alternatywną może być dla nich nie tylko kredyt bankowy, ale też pożyczka społecznościowa, oferowana przez platformy crowdfundingowe. Tymczasem, rola emitenta wiąże się z szeregiem obowiązków i sankcji, np. za ich niepoprawne wykonanie. I to wciąż będzie podlegać nadzorowi KNF-u – dodaje Norbert Jeziolowicz.
Jednak branża dostrzega, że zainteresowanie inwestycjami rzędu do 1 mln euro podczas ofert publicznych w tzw. equity crowdfundingu jest ogromne na bardziej zaawansowanych rynkach, niż Polska. Przykładem tego może być chociażby Wielka Brytania, gdzie nadzór finansowy FCA pozwolił stosować takie rozwiązanie już kilka lat temu. Wskutek tego, powstało kilka platform inwestycyjnych o skumulowanej sumie kilku miliardów funtów rocznie, jak np. crowdcube.com, czy też seedrs.com. Ten fakt potwierdza ewidentne zapotrzebowanie rynku.
– Regulacja unijna dotyczy wszystkich emitentów papierów wartościowych w UE, a więc nie tylko mikrofirm i małych podmiotów. Rozwiązuje ona zidentyfikowane potrzeby, o których wyraźnie i od lat wspominają przedstawiciele platform equity crowdfunding w Polsce. Twierdzą oni, że potrzeby przedsiębiorstw są znacznie większe, niż dotychczasowy limit 100 tys. euro. Potwierdzają również to badania wskazane i zaopiniowane w unijnym dokumencie SWD z zeszłego roku – argumentuje Mariusz Sperczyński.
Ponadto, nowe przepisy jasno wskazują, że państwa członkowskie nie będą mogły narzucić żadnych dodatkowych regulacji w limicie do 1 miliona euro, podobnie jak obecnie do 100 tys. euro. Ktokolwiek rozszerzy obowiązki lub sankcje przekraczające tę wyraźnie zarysowaną linię swobody gospodarczej powinien liczyć się z poważną reakcją Komisji UE. Może też oczekiwać pozwów od przedsiębiorców o utracone korzyści lub szkody związane z niewłaściwym działaniem aparatu urzędniczego. W Polsce doprowadziłoby to do starć prawnych aparatu chroniącego przywileje regulacji, wg starego prawa, z firmami, szukającymi swojej szansy w ułatwieniach wskazanych w nowej regulacji unijnej.
– Nie wszyscy chcą pozostać na etapie mikrofilm, zwłaszcza jeśli mają widoczny potencjał. Dotychczas, z powodu ustawy o ofercie publicznej, nasze przedsiębiorstwa we wczesnej fazie rozwoju rzadko korzystały z finansowania pozabankowego. Istniejącą lukę przez lata starały się wypełniać ułatwienia rynku NewConnect. Ale rewolucyjny charakter nowej regulacji może szybko przeszeregować dane gospodarcze. Polacy słyną bowiem ze sprawnego wykorzystywania możliwości systemowych dla rozwoju swoich przedsiębiorstw – podsumowuje ekspert z bitSecurities.io.
Polskie rolnictwo otwiera się na nowe technologie. Producenci nowinek dostrzegają potencjał i możliwości w tej branży. Na nowości otwarci są również sami rolnicy. Tym razem rozwojowi sektora agro ma pomóc internet rzeczy. Do internetu podłączane będą m.in. maszyny rolnicze. Opracowywane rozwiązania mają m.in. podpowiedzieć, kiedy nawozić uprawy, oraz wyznaczą optymalny czas zbioru. Ericsson zorganizuje serię szkoleń dla rolników, m.in. z korzyści, jakie przyniesie technologia 5G.
W 2050 roku świat będzie musiał produkować 70 proc. więcej jedzenia niż w 2006 r., wynika z prognoz Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa. To wyzwanie wymaga od rolników ciągłego rozwoju. Szansą na rewolucję w rolnictwie jest internet rzeczy, czyli internetowa komunikacja pomiędzy przedmiotami codziennego użytku.
– Powinniśmy spojrzeć na takie obszary jak dobrostan zwierząt oraz kontrolę i sprawdzanie ich zdrowia. Spójrzmy też na uprawy: kiedy je podlewać, kiedy nawozić, podcinać, a kiedy zbierać. Dotyczy to także pojazdów, które nie poruszają się w końcu wyłącznie na drogach, lecz także po polach. Traktory czy kombajny operujące sprawnie na dużych obszarach mogą przynieść rolnikom duże korzyści – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Martin Mellor, szef firmy Ericsson w Polsce.
Internet rzeczy może być nieocenioną pomocą dla rolników. Poprzez zamontowanie czujników np. w ziemi, w wodzie czy na maszynach rolniczych można zbierać dane takie jak wilgotność gleby czy informacje o stanie zdrowia plonów. Zbierane dane przechowywane mogą być w chmurze lub na serwerze, a rolnik może mieć do nich ciągły dostęp poprzez np. tablet czy smartfon. Dane pozwalają zmniejszyć koszty produkcji i wielkość strat, dzięki optymalizacji nakładów.
BI Intelligence szacuje, że w 2020 roku rynek urządzeń internetu rzeczy wykorzystywanych w rolnictwie osiągnie wartość 75 mln dol., przy średniorocznym wzroście na poziomie 20 proc. Rolnicy korzystają także z innych nowinek technologicznych. Już teraz przy uprawach pomagają drony, dzięki którym łatwiej kontrolować ich stan na większych polach. To jednak nie wszystkie możliwe zastosowania bezzałogowych maszyn.
– Drony to bardzo interesujący temat w wielu obszarach. Mogą być bardzo ważną częścią przyszłości rolnictwa. Od razu przychodzą mi do głowy misje ratunkowe w obszarach trudno dostępnych dla ludzi, na przykład skażonych radiologicznie albo takich, które będą wymagały szybkiego przekazu wideo – twierdzi Martin Mellor.
Według prognoz ekspertów zawartych w raporcie IDTechEx, rolnictwo stanie się poważnym rynkiem dla producentów dronów. Wartość tego rynku w 2027 roku osiągnie 480 mln dol. Drony znajdą zastosowanie m.in. przy opracowywaniu map lotniczych gospodarstw rolnych, a ich wyposażenie w różnego rodzaju czujniki pozwoli zmierzyć parametry ważne przy uprawach roślin.
Nowe technologie mają szansę przynieść rolnikom wiele korzyści. Ericsson rozpoczął współpracę z jednym z dużych rolniczych stowarzyszeń, Fundacją PLON. Twórcy nowinek chcą w ten sposób dotrzeć do jak największej liczby rolników, zainteresować ich tematem i przeprowadzić szkolenia w zakresie oferowanych usług. Na początek będą to rozwiązania związane z kontrolą zwierząt i ich dobrostanu. Firma ma w planach także szkolenia z nowej technologii łączności 5G (następcy LTE) i korzyści z jej wdrożenia.
– Współpraca ze stowarzyszeniem PLON pozwala nam dotrzeć do dużej liczby rolników, szkolić ich. Mamy w planach szkolenia w technologii 5G dla poszczególnych branż, tak by rolnicy w przyszłości wyciągali maksimum korzyści z nowych technologii – zapewnia prezes Ericssona w Polsce.
Zastosowanie robotów i dronów już teraz systematycznie przekształca wiele aspektów rolnictwa. Jak wynika z raportu IDTechEx, na całym świecie zainstalowano już tysiące robotów udojowych, tworząc rynek o wartości 1,9 mld dol., który do 2023 roku ma wzrosnąć do poziomu 8 mld dol. Z kolei mobilne roboty pomagają w automatyzacji wielu zadań, np. podawania paszy czy usuwania obornika.
Przestępczość przenosi się ze świata realnego do świata wirtualnego. Nasila się proceder kupowania w internecie złośliwego oprogramowania i usług cyberprzestępców. Usługę Cybercrime-as-a-Service można zamówić łatwo i szybko, przede wszystkim za pomocą tzw. darknetu, czyli ukrytej części internetu. Obecnie najpopularniejsze są usługi typu ransomware, czy DDoS, ale w przyszłości w ten sposób mogą być prowadzone już całe kampanie teleinformatyczne. Ceny takich usług zaczynają się od kilku dolarów.
– Cybercrime-as-a-Service to zjawisko kupowania, w sensie komercyjnym, złośliwego oprogramowania czy usług związanych z atakowaniem komputerów, urządzeń przez użytkowników, którzy nie potrafią czy z jakichś powodów nie chcą sami takiego ataku przeprowadzić. Usługi tego typu głównie można nabyć w ukrytej sieci – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Gapińśki z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.
Przestępczość coraz częściej przenosi się do świata wirtualnego. Usługi cyberprzestępców czy złośliwie oprogramowanie są stosunkowo łatwe do kupienia. Oferty stron, które oferują np. ataki DDoS, można znaleźć w zwykłej wyszukiwarce. Najczęściej jednak wykorzystywany jest darknet, czyli ukryta część internetu. Wystarczy tylko zaznaczyć, z jakiej usługi chce się skorzystać, i zapłacić.
– Darknet jest miejscem transakcji, gdzie w coraz większym stopniu można kupić cyberatak. Ceny takich usług wahają się w zależności od tego, jak dana operacja jest skomplikowana, np. prosty, podstawowy atak blokady usług można zakupić już od kilku dolarów. Jeśli mówimy o ataku typu ransomware, czyli szyfrowaniu dysku w zamian za okup, są to zupełnie inne, wyższe ceny – wskazuje Gapiński.
Cena za stworzenie złośliwego oprogramowania, które wykorzystuje luki w systemach, zaczyna się od kilku tysięcy dolarów. W zależności od systemu może jednak wynieść ok. 200 tys. dol.
Anonimowość takich usług sprawia, że ich popularność rośnie. McAfee Threat Report wskazuje, że tylko w ciągu kilku miesięcy liczba ataków ransomware wzrosła o 58 proc. Check Point ocenia zaś, że w przypadku przedsiębiorstw ataki ransomware mogą się stać powszechne, podobnie jak ataki DDoS, i skutecznie uniemożliwić dokonywanie codziennych operacji firmowych.
W darknecie można także znaleźć usługi, które wykorzystują uczenie maszynowe. Dostępne są nawet programy, które pozwalają cyberprzestępcom sprawdzić, czy złośliwe oprogramowanie zostanie wykryte przez różnego rodzaju narzędzia bezpieczeństwa.
– Na pewno zyskiwać na znaczeniu będą ataki typu ransomware, ale powstaną różne odmiany tej usługi – teraz najpopularniejszy jest Ransomware-as-a-Service czy DDoS-as-a-Service, natomiast wyobrażam sobie także całe kampanie zagrożeń teleinformatycznych oparte o tego typu usługi – prognozuje Kamil Gapiński.
Oprogramowanie, które blokuje dostęp do danych i żąda okupu w zamian za przywrócenie dostępu, czyli właśnie ransomware, było w ubiegłym roku jednym z głównych cyberzagrożeń. Eksperci z Kaspersky Lab poinformowali, że w ciągu roku częstotliwość takich ataków na firmy wzrosła trzykrotnie. Z kolei ataki na użytkowników indywidualnych przeprowadzane były średnio co 10 sekund. Każde takie zgłoszenie należy zgłosić organom ścigania.
– Jednostką w Polsce, do której trzeba zgłaszać incydenty tego typu, która ściga hakerów, czarny rynek złośliwego oprogramowania, jest oczywiście policja. To pierwszy punkt kontaktowy, który pełni rolę zapobiegawczą, prewencyjną i reagowania na tego typu zjawiska – mówi ekspert.
Polskie prawo rozróżnia wiele różnych form cyberprzestępczości. W zależności od zakwalifikowania czynów, sprawcom ataków grożą różne kary. Za przeprowadzenie ataków DDoS, czyli spowodowanie ograniczenia dostępu do informacji, grozi według Kodeksu karnego do 5 lat pozbawienia wolności. Kary grożą zarówno zleceniodawcy czy kupującemu program w sieci, jak i wykonawcy zlecenia, a nawet twórcy oprogramowania do przeprowadzania takich ataków (tu kara wynosi do 3 lat więzienia).
W poniedziałek do Senatu trafiła ustawa Prawo przedsiębiorców, która w piątek została przyjęta przez Sejm. To najważniejsza ustawa z tzw. Konstytucji biznesu. Nowe przepisy mają zachęcić zwłaszcza młodych Polaków do zakładania własnych firm. Zdaniem Wojciecha Warskiego, szefa Konwentu Business Centre Club, choć sam fakt uchwalenia ustawy jest pozytywny, to ustawodawca nie ustrzegł się błędów. Według niego przedsiębiorcy chcą prawa prostego i przejrzystego, a sama ustawa powinna po dwóch latach funkcjonowania zostać zrewidowana.
– Prawo przedsiębiorców ma ambicję być całościową ustawą regulującą relacje między administracją państwową a przedsiębiorcami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Warski, przewodniczący Konwentu Business Centre Club, wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego. – Czy z tego się wywiąże, to dopiero pokaże przyszłość. W tej chwili można powiedzieć, że na pewno ustawa jest bardzo potrzebna, była bardzo oczekiwana, natomiast już gołym okiem widać pewne jej braki, mimo że dopiero co przeszła przez Sejm.
Prawo przedsiębiorców wprowadza zasadę „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”, możliwość prowadzenia przy niewielkich obrotach (połowa minimalnego wynagrodzenia) działalności gospodarczej bez rejestracji, a także daje początkującym przedsiębiorcom ulgę na start, czyli półroczne zwolnienie ze składek na ubezpieczenia społeczne.
Zdaniem Wojciecha Warskiego jedną z wad ustawy jest niedostateczne podkreślenie jej nadrzędności wobec innych aktów prawnych.
– Mamy bardzo duży niedosyt. Po pierwsze, nigdzie w ustawie nie jest zaznaczone, nawet w formie intencyjnej, że ta ustawa ma pełnić rolę ustawy logicznie nadrzędnej nad innymi ustawami regulującymi obrót gospodarczy – mówi Wojciech Warski. – Jeżeli coś ma być Konstytucją biznesu, to pierwszeństwo tej ustawy nad innymi powinno być gdzieś zaznaczone, mimo że w sensie prawnym wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że wszystkie ustawy są równe.
Ekspert argumentuje, że w ustawie zawarto szereg zasad o charakterze konstytucyjnym, takich jak np. proporcjonalność reakcji administracji państwowej wobec przedsiębiorcy czy zasada interpretowania wątpliwości na rzecz przedsiębiorcy, natomiast zabrakło w niej miejsca dla potrzebnego i obecnego w pierwotnym projekcie zapisu o dopuszczalności popełnienia przez właściciela firmy tzw. błędu małej wagi, czyli powstałego nieumyślnie i z niewielką szkodą dla budżetu państwa. Drugą usuniętą, a potrzebną według niego, propozycją byłaby zasada, że przy pierwszym błędzie przedsiębiorcy udzielane jest pouczenie, a dopiero przy powtórnym przewinieniu byłby karany sankcją.
– Ustawa dotyczy bardzo wielu drobnych przedsiębiorców, dla których materia prawna nie jest istotą codziennego życia, w związku z tym możliwość popełnienia błędu mniejszej wagi, za który należy wpierw udzielić pouczenia, a potem dopiero ewentualnie karać, wydawałaby się oczywista – argumentuje Wojciech Warski. – To sygnalizuje, że w trakcie uzgodnień międzyresortowych ta ustawa była poddawana różnym naciskom, nie wszystkie z nich były w zgodzie z duchem tej ustawy, to bardzo niedobrze świadczy o mentalności Polski resortowej.
Wiceprzewodniczący Rady Dialogu Społecznego uważa, że przedsiębiorcom potrzebne jest prawo jak najprostsze, jak najmniej ingerujące w ich działalność i niepróbujące przewidzieć każdej możliwej do wystąpienia sytuacji w relacjach między administracją a biznesem. Postuluje także zmniejszenie obowiązków informacyjnych ciążących na firmach, chociażby na potrzeby statystyki.
– Życie gospodarcze jest na tyle bogate, że zawsze znajdą się sytuacje nieopisane w ustawie, w związku z tym nie ma sensu nawet próbować opisywać wszystkich możliwych kombinacji przypadków, a raczej zawierać w takiej ustawie nowe zasady interpretacji i relacji, a dopiero na tej podstawie później wychodzić z interpretacjami podatkowymi czy operacyjnymi – wyjaśnia Wojciech Warski.
Samą ustawę proponuje natomiast zweryfikować po pewnym czasie obowiązywania, gdy zarówno środowisko biznesowe, jak i sami urzędnicy przekonają się, jak działa ona w praktyce.
– Po pewnym czasie, np. po dwóch latach, ustawa powinna być poddana ocenie funkcjonowania i rewizji pod kątem tego, czego w niej faktycznie brakuje, a które zapisy są pro forma i można je śmiało skasować – mówi Wojciech Warski. – Taki jest m.in. zapis o odpowiedzialności urzędniczej. Trzeba się na coś zdecydować – albo urzędnicy opowiadają za swoje błędy i wtedy te zapisy muszą być istotnie rozbudowane, albo w ogóle zapis martwy należy skasować i zająć się osobnymi ustawami o odpowiedzialności urzędniczej.
Prawo przedsiębiorców to jedna – i najważniejsza – z pakietu pięciu ustaw zwanych Konstytucją biznesu. Pozostałe to ustawa o Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców, ustawa o Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej i Punkcie Informacji dla Przedsiębiorcy, ustawa o zasadach uczestnictwa przedsiębiorców zagranicznych i innych osób zagranicznych w obrocie gospodarczym na terytorium RP oraz ustawa – Przepisy wprowadzające ustawę – Prawo przedsiębiorców oraz inne ustawy dotyczące działalności gospodarczej. Wszystkie zostały przyjęte przez Sejm 26 stycznia.
Z danych PARP wynika, że w Polsce działa ponad 1,9 mln firm, z których zdecydowana większość to mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa (99,8 proc.). Udział małych i średnich firm w tworzeniu PKB w ostatnich latach systematycznie rośnie i przekroczył już 50 proc. Sektor ten stanowi miejsce pracy dla 69 proc. pracujących w przedsiębiorstwach, generuje 56 proc. przychodów ogółem oraz 30 proc. wartości eksportu wyrobów i usług.
Do ponad 85 tys. wzrósł w tym roku limit 50-proc. kosztów uzyskania przychodów, czyli kosztów autorskich, które można odpisać od podstawy opodatkowania. Skorzystać z tego w tegorocznych rozliczeniach PIT będą mogły jednak osoby prowadzące konkretną działalność twórczą, wymienioną w ustawie. Na nowych przepisach podatkowych w tym roku skorzystają również m.in. pracownicy uzyskujący różnego rodzaju zapomogi.
– Od 2018 roku mamy zmiany w zakresie stosowania podwyższonych kosztów uzyskania przychodu, tzw. kosztów autorskich. W tym zakresie mamy do czynienia z dwoma zmianami. Jedna jest bardzo korzystna dla podatników, ponieważ zwiększono dwukrotnie limit 50-proc. kosztów uzyskania przychodu. Osoby osiągające przychody z praw autorskich, przenoszące prawa autorskie bądź rozporządzające prawami autorskimi do utworów będą miały prawo do tego, ażeby rozliczyć te koszty w znacznie wyższej wysokości – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Misiak, doradca podatkowy, szef zespołu ds. podatków osobistych w MDDP.
Od tego roku limit 50-proc. kosztów uzyskania przychodów został podwyższony z dotychczasowych 42 764 zł do 85 528 zł. Preferencyjne przepisy będą dotyczyć działalności twórczej, badawczo-rozwojowej oraz naukowo-dydaktycznej, artystycznej, produkcji audiowizualnej oraz publicystycznej. Dotychczas możliwość skorzystania z preferencyjnych kosztów uzyskania przychodów zależała od tego, czy przychód został uzyskany z tytułu wykonania utworu lub innego przedmiotu praw własności intelektualnej, które są przedmiotem prawa autorskiego.
– Druga zmiana jest niekorzystna, ponieważ wprowadzono do ustawy katalog działalności twórczej, w stosunku do której mogą w ogóle być zastosowane 50-proc. koszty. W efekcie może wystąpić taka sytuacja, że osoba rzeczywiście jest twórcą utworu, który mieści się w definicji przepisów prawa autorskiego, niemniej jednak jej działalność w tym zakresie nie mieści się w katalogu działalności wskazanym w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych. Wówczas nie będzie ona uprawniona do tego, ażeby zastosować podwyższone koszty uzyskania przychodu, a więc finalnie zapłaci wyższy podatek – tłumaczy Anna Misiak.
Zmiany w podatku dotkną też przychody z programów motywacyjnych opartych na akcjach lub pochodnych instrumentach finansowych, które są nabywane jako nieodpłatne świadczenie lub świadczenie w naturze. Takie dochody będą opodatkowane według skali podatkowej 18 i 32 proc.
– Przychody z takich pochodnych instrumentów finansowych będą kwalifikowane jako przychody z tego źródła, w ramach którego podatnik otrzymał takie nieodpłatne świadczenie, np. ze stosunku pracy albo z działalności wykonywanej osobiście. Jeżeli w planie programu motywacyjnego pochodny instrument finansowy nie będzie finalnie przekładał się na nabycie akcji, to przychód będzie opodatkowany według skali. Nie będzie można skorzystać na opodatkowaniu 19-proc. podatkiem, który do tej pory był stosowany do tego rodzaju przychodów – wskazuje doradca podatkowy MDDP.
Jeżeli akcje zostaną zaś nabyte w ramach programów opracowanych przez pracodawców lub firmy, z którymi podatnicy są związani kontraktem menadżerskim, to podatek z tytułu przychodu zapłacą w momencie zbycia akcji.
Na nowelizacji przepisów o podatku dochodowym skorzystają m.in. ci, którzy uzyskają dochody z tytułu zapomogi, np. z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Zmianę może odczuć kilka milionów pracowników, bo większość firm przygotowuje paczki świąteczne, noworoczne czy bony dla pracowników. Limit zwolnienia z 380 zł wzrośnie do 1 tys. zł.
– W przypadku zapomóg z tytułu długotrwałej choroby czy indywidualnych zdarzeń losowych, jeżeli udzielane są z ZFŚS, będą mogły być otrzymywane przez podatników bez limitu i niezależnie od ich wysokości będą korzystały ze zwolnienia podatkowego. W przypadku, gdyby zapomogi były dawane z innych źródeł, np. ze środków obrotowych pracodawcy, to limit rośnie aż do 6 tys. zł – mówi Anna Misiak. – Rośnie również wysokość zwolnienia w przypadku nagród otrzymywanych w konkursach, jak i nagród związanych ze sprzedażą premiową. Z 760 zł kwota wolna od podatku wzrośnie do 2 tys. złotych.
Na zmianach skorzystają też najmniej zarabiający. Kwota wolna od podatku wzrośnie dla nich z 6,6 tys. do 8 tys. zł. Zwolnienie z podatku obejmie natomiast kwoty umorzonych zaległości z tytułu np. czynszu za mieszkanie, opłat za dostawy energii, gazu i wody.
Zimowe wyprzedaże powoli dobiegają końca. Obniżając ceny produktów po świętach Bożego Narodzenia, sklepy chcą zniwelować skutki tradycyjnego styczniowego spowolnienia handlu. I mają rację – nic tak nie działa na konsumentów jak promocje cenowe. Oczywiście pod warunkiem że są one dobrze komunikowane. Zaplanowanie wyprzedaży nie jest po prostu obniżką ceny – podkreślają eksperci firmy Simon-Kucher & Partners.
– Polacy bardzo chętnie korzystają z promocji cenowych. Wynika to w pewnej mierze z naszej natury. Poszukujemy okazji, gratek, czujemy się dobrze, jeśli znajdziemy produkt w atrakcyjnej cenie. Mówi się, że Polacy mają dużą skłonność w zapamiętywaniu cen, przez co są sprytnymi konsumentami. Świetnie orientują się w tym, jakie produkty w danym momencie i w jakim sklepie kupić. To cecha, która wyróżnia nas na tle innych krajów Europy – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Stec, dyrektor w warszawskim biurze Simon-Kucher.
Z badania firmy doradczej KPMG, opublikowanego w grudniu 2017 roku, wynika, że 49 proc. Polaków zwleka z zakupami do czasu promocji. Połowa badanych przyznaje, że kupiło dodatkową rzecz właśnie dlatego, że była ona objęta promocją. Dla 76 proc. Polaków atrakcyjna cena jest głównym czynnikiem motywującym do kupienia produktów w czasie promocji.
– Konsumenci nie lubią być oszukiwani, nie lubią kupować produktów w pseudopromocji. Jeśli już stosujemy obniżkę cen do 70 proc., to znacząca część naszego asortymentu faktycznie w takiej obniżce powinna występować. Klientowi nie spodoba się sytuacja, w której prawie wszystkie produkty będą przecenione o 10 proc., natomiast tylko bardzo niewielka część produktów, w zbyt dużych rozmiarach albo w nieatrakcyjnych wariantach, będzie przeceniona zgodnie z komunikatem – mówi Tomasz Stec.
Uczciwość w komunikowaniu to nie jest jedyna kwestia, którą powinny uwzględniać firmy, planując wyprzedaże. Druga istotna kwestia to odpowiednie zaprezentowanie obniżki – tak by klient widział, ile zyskuje.
– Przy planowaniu obniżki cenowej najistotniejsze jest określenie, jaka powinna być wielkość obniżki – dodaje Tomasz Stec. – Jednak odpowiednie oznaczenie promocji ma bardzo duże znaczenie. Z naszego doświadczenia wiemy, że potrafi nawet kilkukrotnie wzmocnić to efekt promocji, niż gdyby takiego silnego komunikatu nie było.
Obniżone ceny nie powinny też przekraczać pewnych psychologicznych progów cenowych – to stąd właśnie te słynne końcówki 99 groszy. Eksperci podkreślają, że zdecydowanie lepiej na klientów działa cena 9,99 zł niż 10,20 zł – mimo że różnica jest minimalna.
– Powinniśmy bardzo wyraźnie pokazywać klientom korzyści z zakupu produktu promocyjnego, czyli nie tylko nową, promocyjną cenę, ponieważ nie muszą oni znać tej starej. Bardzo silnym elementem jest pokazanie poziomu obniżki poprzez procent, o jaki zmieniła się cena, albo wartość w złotówkach, o jaką cena się obniżyła. To dodatkowy bodziec, aby klient uzmysłowił sobie atrakcyjność oferty promocyjnej – wyjaśnia Tomasz Stec.
Z badania KPMG wynika, że najczęściej o wyborze konkretnego sprzedawcy decyduje cena. Jest to najważniejszy czynnik dla 83 proc. badanych. Prawie co czwarty respondent przy dokonywaniu zakupów kieruje się marką sprzedawcy. Dla co piątego konsumenta czynnikiem, który pomaga podjąć decyzję o wyborze danego sprzedawcy, są pozytywne doświadczenia z poprzednich zakupów.
Promocje mogą napędzić sprzedaż i przyciągnąć do sklepu nowych klientów, jednak wszystko musi być dokładnie zaplanowane.
– Musimy wyjść od zaplanowania celów i strategii promocji – tłumaczy Tomasz Stec. – Każda firma powinna przestać myśleć o promocjach jako o pewnych zdarzeniach, które należy planować krótkookresowo, i przygotować długoterminową strategię promocyjną, która odpowiada strategii i celom ogólnym firmy. Ta strategia powinna określić, do jakich grup klientów te promocje są kierowane i jakie kategorie produktów chcemy wspierać sprzedażowo poprzez planowanie promocji.
Szczególna uwagę muszą na to zwracać firmy handlowe i producenci FMCG, którzy mają szerokie portfolio produktów. Niektóre towary nie sprawdzają się w akcjach promocyjnych.
Kolejny ważny element strategii to wybór typu promocji, które firma chce przeprowadzić – czy ma być to zwykła obniżka ceny, czy tzw. bundling, czyli łączenie produktów w zestawy promocyjne, czy może dodatkowy produkt prezent, który uczyni zakup atrakcyjniejszym dla klienta. Wybór zarówno skali obniżki, jak i rodzaju promocji oraz sposobu jej komunikowania klientom powinien być uzależniony od tego, jaki cel firma chce osiągnąć poprzez tę promocję.
– Musimy się zastanowić, czy chcemy zwiększyć wartość koszyka zakupowego klientów, którzy już przychodzą do naszego sklepu, czy chcemy przyciągnąć promocją nowych klientów. To decyduje np. o tym, czy komunikacja powinna być na zewnątrz sklepu czy wewnątrz niego – mówi ekspert.
Z roku na rok przybywa bogatych Polaków, czyli zarabiających ponad milion złotych rocznie. W 2016 roku było ich już ponad 20 tysięcy. W związku z tym rośnie też zapotrzebowanie na droższe i unikatowe nieruchomości. Ze względu na wysokie stopy zwrotu coraz częściej stają się one dobrą inwestycją. Eksperci szacują, że do 2020 roku rynek nieruchomości premium wzrośnie o 22 proc.
Dane z urzędów skarbowych wskazują, że w 2014 roku było ponad 15 tys. osób zarabiających rocznie ponad milion złotych, rok później liczba ta wzrosła do 19,6 tys., a w 2016 roku przekroczyła 20 tys.
– Z roku na rok przybywa nam milionerów w Polsce. To znaczy, że ci ludzie mogą kupować droższe apartamenty i inne nieruchomości. To znaczy też, że ich wymagania wobec sektora rynku nieruchomości są wyższe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aneta Małaszuk-Kołodziejczak, członek zarządu Property Value Investments, nadzorująca realizowane inwestycje nieruchomościowe.
Coraz więcej osób stać na luksus. Coraz chętniej zamożni Polacy inwestują w nieruchomości z najwyższej półki, oczekując, że nie tylko ich wartość w czasie będzie rosła, lecz także że będą one niepowtarzalne.
– Szacuje się, że do 2020 roku rynek nieruchomości premium wzrośnie o 1/5. To bardzo dobre perspektywy, zważywszy na to, że te dane są bardzo optymistyczne i wskazują jednoznacznie, że Polacy się bogacą – dodaje Aneta Małaszuk-Kołodziejczak.
Zwraca też uwagę na fakt, że zamożni ludzie, z większymi wymaganiami, doceniają rynek nieruchomości, które mają wyższy standard wykończenia czy lepszą lokalizację. Na tym rynku można wyróżnić kilka segmentów: nieruchomości o bardzo wysokim standardzie z bardzo wysoką ceną za metr kwadratowy (z usługą concierge, fitness klubami etc.), rynek nieruchomości premium (dobre jakościowo materiały wykończeniowe, bardzo dobra lokalizacja, bez większych udogodnień) oraz odrestaurowane kamienice dla ceniących nieruchomości z duszą.
– Mamy coraz więcej osób przyjeżdżających zza granicy, które zarządzają firmami w Polsce, mamy coraz więcej menadżerów wyższego i średniego szczebla w Polsce, którzy wynajmując mieszkania, oczekują wyższego standardu, który będzie dawał im komfort zamieszkiwania i przebywania, więc ten rynek się rozwija i będzie się rozwijał – podkreśla Małaszuk-Kołodziejczak.
W ocenie przedstawicielki PVI na uwagę zasługuje fakt, że rynek nieruchomości premium jest dużo bardziej odporny na wszelkiego rodzaju kryzysy, ponieważ operują na nim ludzie dysponujący znacznymi środkami finansowymi, bez obciążenia kredytowego.
– Zwrot z wynajmowanych lokali premium jest między 4 a 7–8 proc. rocznie. To dużo więcej niż standardowo można uzyskać na lokacie terminowej czy obligacjach skarbowych – podkreśla Aneta Małaszuk-Kołodziejczak.
Z raportu KPMG wynika, że najwięcej ofert lokali luksusowych znajduje się w Warszawie. Na kolejnych miejscach znalazły się Kraków, Wrocław i Trójmiasto. Na razie jednak nieruchomości premium stanowią niewielki, choć perspektywiczny, segment całego rynku. Raport „Luxury Realty Map” opracowany przez Poland Sotheby’s International Realty wskazuje, że w okresie 2012–2016 wartość rynku nieruchomości luksusowych oraz premium w Polsce zwiększyła się o ponad 40 proc. Eksperci szacują, że wartość rynku w 2020 roku może wynieść 1,3 mld zł, ale w zależności od przyjętej definicji luksusowej nieruchomości może to być nawet 3,6 mld zł.
Sprzedaż ubezpieczeń stopniowo przenosi się do internetu. Dynamicznie zyskują m.in. porównywarki ubezpieczeniowe. Do 2020 r. połowa polis będzie kupowana przez internet – oceniają eksperci mfind.pl. Po cyfrowe narzędzia ubezpieczyciele sięgają też coraz częściej przy obsłudze klienta czy likwidacji szkód. W tym roku na rynek ubezpieczeniowy w największym stopniu wpłynie dyrektywa IDD, która wprowadzi nowe obowiązki dla agentów i brokerów, a co za tym idzie – lepszą ochronę klientów.
Unijna dyrektywa o dystrybucji ubezpieczeń (IDD, ang. Insurance Distribution Directive) nakłada na dystrybutorów ubezpieczeń wiele nowych obowiązków, takich jak rzetelne informowanie o cechach produktu, opłatach, zasadach wynagradzania pośredników przez towarzystwa ubezpieczeń. Dystrybutorzy będą musieli dokładnie analizować potrzeby klientów, by zaprezentować im jak najkorzystniejsze oferty.
– Wymusi ona na pośrednikach i sprzedawcach ubezpieczeń większą profesjonalizację i podnoszenie własnych umiejętności. Wpłynie to też poniekąd na transparentność przedstawianych usług, co będzie oczywiście z zyskiem dla klientów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Pepla z mfind.pl.
Zakup polisy u agenta, brokera lub bezpośrednio w towarzystwie ubezpieczeń jest wciąż najpopularniejszym kanałem sprzedaży. W opinii ekspertów mfind.pl kanał direct, czyli przez telefon lub internet, będzie jednak zyskiwał coraz więcej zwolenników.
– Polacy szukają ubezpieczeń najczęściej w sposób tradycyjny, tzn. u agentów stacjonarnych. Takie rozwiązanie ma jednak wady – jest przede wszystkim czasochłonne. Samo wyszukiwanie i przedstawienie oferty zajmuje kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt minut. Co więcej, agenci stacjonarni często nie mogą przedstawić ofert wszystkich ubezpieczycieli, gdyż po prostu z nimi nie współpracują. Polacy starają się też dzwonić i wyszukiwać oferty bezpośrednio u ubezpieczycieli, jednak takie rozwiązanie zajmuje jeszcze więcej czasu – mówi Przemysław Pepla.
Jak podkreśla, do 2020 roku połowa polis ubezpieczeniowych będzie zawierana przez internet. To konsekwencja postępującej cyfryzacji na rynku.
– Z perspektywy towarzystw ubezpieczeniowych przede wszystkim pomoże to ograniczyć koszty – mówi ekspert mfind.pl. – Już teraz niektóre towarzystwa ubezpieczeniowe oferują wycenę szkód komunikacyjnych za pośrednictwem internetu, oszczędzając przy tym na kosztach dojazdu do klientów. Ponadto, sama obsługa internetowa również jest tańsza niż obsługa stacjonarna.
Na znaczeniu w coraz większym stopniu zyskują porównywarki ubezpieczeniowe, gromadzące oferty wielu towarzystw, dostępne 7 dni w tygodniu i 24 godziny na dobę. Najczęściej wyszukiwaną polisą jest obowiązkowe OC. Coraz częściej klienci poszukują też ochrony na wyjazd – w sezonie zimowym szczególnym zainteresowaniem cieszą się polisy turystyczne dla narciarzy.
Zdaniem Przemysława Pepli to w tym segmencie – ubezpieczeń podróżnych – można się spodziewać w tym roku nowych produktów. Jednak to segment komunikacyjny powinien zyskiwać najmocniej.
– W największym stopniu zyskają ubezpieczyciele działający na rynku polis komunikacyjnych. Wynika to z faktu, że w ubiegłym roku sprzedano w naszym kraju ponad pół miliona nowych samochodów, co było absolutnym rekordem ostatniej dekady – mówi ekspert mfind.pl.
Zgodnie z danymi Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego w całym 2017 roku zarejestrowano 486 352 nowych samochodów osobowych, czyli o 16,9 proc. więcej niż w 2016 roku. W grupie samochodów osobowych w grudniu ubiegłego roku zarejestrowano 48 011 pojazdów. Wzrost utrzymał się już 33. miesiąc z rzędu.
– Każdy z nowych samochodów musi być ubezpieczony. Z kolei właściciele nowych samochodów najczęściej decydują się nie tylko na podstawowe ubezpieczenie OC, lecz także na pełen pakiet wraz z AC, NNW, Assistance czy ubezpieczeniem szyb – dodaje Pepla.
Ostatnie wzrosty na amerykańskim rynku akcji wskazują na huraoptymizm, który został rozsiany na globalny rynek kapitałowy. Skutki dużego optymizmu widać także po polskim rynku kapitałowym. Niemniej jednak każdy huraoptymizm kończy się mocniejszą korekta i ostudzeniem emocji.
Ostatnie wzrosty na rynku kapitałowym doprowadziły do największej migracji kapitału do funduszy aktywnie zarządzających, co tylko napędzało kolejne wzrosty. W poprzednim tygodniu do funduszy aktywnych wpłynęło 12.2 mld USD, co jest historycznym rekordem.
Oprócz tego wskaźnik byka oraz niedźwiedzia, który został opracowany przez BofA Merrill Lynch Global Investment Strategy wskazuje na bardzo ekstremalne przesilenie rynku (w krótkim terminie).
Pomimo coraz większej ilości sygnałów zapowiadających krótkoterminową korektę rynek byka trwa w najlepsze. Inwestorzy podnoszą swoje oczekiwania co do dalszego wzrostu notowań, aczkolwiek analizując historię dowiemy się jednego – żaden trend nie trwa wiecznie, nawet ten najmocniejszy (np. trend wzrostowy na notowaniach Bitcoina przerywany 50 procentowymi korektami notowań).
A jak ma się to wszystko do notowań indeksu WIG 20?
Na samym początku warto przypomnieć, iż kapitalizacja giełdy w Stanach Zjednoczonych wynosi 40 procent kapitalizacji globalnej. Zatem notowania giełdy amerykańskiej wywierają największy wpływ na rynek globalny. Na tle historycznym wyprzedaż giełdy w Stanach Zjednoczonych kończyła się przeważnie spadkami na polskim rynku kapitałowym.
WIG 20 – analiza techniczna
W ostatnich czasie na indeksie WIG doszło do pokonania szczytu z 2013 roku, co było oczywiście wydarzeniem miesiąca i na długo pozostanie w pamięci inwestorów. Inwestorzy na polskim rynku kapitałowym długo wyczekiwali na ten moment. Jednak ze względu na duży huraoptymizm na amerykańskim rynku prawdopodobnie przyjdzie nam poczekać na trwałe pokonanie poziomu 2636 punktów. Jeżeli amerykański indeks znajdzie się w korekcie, to WIG 20 również się w niej znajdzie. A gdzie korekta może się zakończyć? Najbliższym wsparciem na interwale miesięcznym znajduje się w okolicy 2360 punktów.
Notowania WIG 20, interwał miesięczny
Źródło: Admiral Markets
Kolejnym argumentem za kilkutygodniową korektą jest negatywna dywergencja na oscylatorze stochastycznym.
Oprócz tego korekta na globalnym rynku kapitałowy przełoży się na osłabienie rodzimej waluty. W trakcie korekty na globalnym rynku kapitał zaczyna migrować do bezpiecznych przystani, do których nie zaliczamy polskiej waluty ani obligacji. Kapitał przekierowywany jest do Japonii, Stanów Zjednoczonych lub tez Szwajcarii.
Żadnego rynku nie możemy traktować jako osobnego aktywa, ponieważ rynek działa jak powiązana sieć połączeń. Jedno wydarzenie wpływa na rynek, a to przekłada się na notowania pozostałych rynków.
PLN – analiza techniczna
Przebicie poziomu 3.50 na parze walutowej USDPLN stało się faktem. Aktualnie sprzedający dolara amerykańskiego celują w okolicę 3.27, co prawdopodobnie zostanie osiągnięte. Aczkolwiek w scenariuszu korekty na globalnym rynku inwestorzy zaczną skupywać USD za PLN, co doprowadzi do korekty notowań. Ostatnio przebite wsparcie stało się oporem, zatem korekta może sięgnąć poziomu 3.50.
W znowelizowanej ustawie o wychowaniu w trzeźwości radykalnie ograniczono miejsca, gdzie można pić alkohol. Jednak mamy rok wyborczy i w miejscach zakazanych mogą powstać specjalne strefy, które nimi pozostaną.
Nie było można pić alkoholu na ulicach i placach czy w parkach. Obecnie ten zakaz bardzo rozszerzono na wszystkie miejsca publiczne.
– Nie będzie już można pić piwa nad Wisłą i na plażach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Tatała, ekspert FOR.
Marek Tatała, wiceprezes Forum Obywatelskiego Rozwoju, wygrał najsłynniejszy spór sądowy o zasady picia alkoholu, gdy został uniewinniony przez Sąd Okręgowy w Warszawie od zarzutu, który postawiła mu policja w lipcu 2015 roku. Marek Tatała odmówił wtedy przyjęcia mandatu za picie piwa na nadwiślańskim bulwarze. Sąd orzekł, że nie nie złamał prawa pijąc alkohol na betonowych schodach na nadwiślańskim bulwarze. W uzasadnieniu sąd uznał, że skoro „obwiniony nie spożywał piwa na ulicy, to równocześnie nie popełnił wykroczenia”. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że bulwar nadrzeczny nie był jednak ulicą, a próba ukarania za wypicie tam butelki piwa była niezasadna.
Czy definitywnie teraz pożegnaliśmy się z piciem piwa nad Wisłą i innymi rzekami? Mamy jednak rok wyborczy, mogą powstać enklawy, gdzie prawo zostanie zliberalizowane.
– Samorządy będą mogły liberalizować nowe zakazy, tworząc specjalne strefy. Można więc walczyć, by taka strefę stworzyć na przykład w dużym parku.
Wtorkowa część europejskich notowań to istne preludium przed nocnym testem siły dolara, który znajdzie się pod ostrzałem słów zawartych w długo wyczekiwanym orędziu Donalda Trumpa o stanie państwa. Osoby liczące na nagłe zwroty akcji mogą jednak poczuć się zawiedzione. W obecnej sytuacji nie należy wykluczać powtórki z Davos, gdzie głowa jednego z mocarstw postanowiła jedynie w dość buńczuczny sposób eksponować osiągnięcia swojej administracji. Zbliżające się wydarzenie stawia amerykańską walutę w obliczu ryzyka o czysto asymetrycznym charakterze. Obecnie mało kto się spodziewa, aby deklaracje potencjalnie umacniające dolara zostały poważnie przyjęte przez uczestników rynku.
Wtorkowy kalendarz ekonomiczny należał do stosunkowo obfitych, co pozwoliło na wystąpienie lekkich przetasowań na rynku walutowym. Na szczycie koszyka G10 w dalszej mierze znajduje się funt szterling, który stara się wypchnąć kurs GBP/USD nad opór przy 1,4140. Do chwilowej deprecjacji wyspiarskiej waluty próbował przyczynić się Mark Carney, gubernator Banku Anglii, który w trakcie swojego wystąpienia zdecydował się „ponarzekać” na mało satysfakcjonującą dynamikę wynagrodzeń oraz wyjątkowo niskie nakłady inwestycyjne. Solidną dawkę rozczarowania zapewnił szwajcarski indeks KOF. Wskazanie na poziomie 106,9 pkt (konsensus: 110,8 pkt) nie pokrzyżowało dalszych planów na aprecjację franka, który pod koniec dnia próbuje uplasować kurs EUR/CHF w okolicach 1,1590. Miano gwoździa programu zyskały wstępne szacunki tempa wzrostu z Eurolandu. W ostatnich trzech miesiącach 2017 roku kwartalna dynamika PKB wyniosła 0,6 proc., co było zgodne zarówno z naszymi prognozami, jak i z rynkowym konsensusem. Chwilowy cios w wycenę euro (0,2 proc.) wymierzyła rozczarowująca inflacja z Niemiec, na co wskazywały sporządzone przez nas modele nowcastowe wykorzystujące zależności w poszczególnych regionach. W grudniu indeks CPI osunął się do poziomu 1,6 proc. r/r (konsensus: 1,7 proc.), gdy jego zharmonizowana wersja uplasowała się przy październikowych 1,4 proc. (konsensus: 1,6 proc.).
W trakcie dzisiejszej sesji swoje pięć minut miała polska gospodarka. Według wstępnego szacunku zaprezentowanego przez Główny Urząd Statystyczny, średnioroczne tempo wzrostu za ostatnie dwanaście miesięcy uplasowało się na poziomie 4,6 proc. wobec 4,4 proc. zgłaszanych przez konsensus Polskiej Agencji Prasowej (TMS Brokers: 4,5 proc.). Za tak fenomenalnym wskazaniem stoją nie tylko stabilne trendy w spożyciu indywidualnym, szeroko wspieranym przez program Rodzina 500 Plus, ale również odczuwalne odbicie inwestycji. Zgodnie z zaprezentowanym raportem nakłady brutto na środki trwałe wzrosły aż o 5,4 proc. wobec 7,9 proc. spadku rok wcześniej. Na koniec dnia złoty (-0,1 proc.) znajduje się w środku stawki walut Emerging Markets. Z niezbyt udanych nastrojów najsilniej wybija się turecka lira (0,3 proc.), która spycha kurs USD/TRY do poziomu 3,7820. Obecnie EUR/PLN próbuje stabilizować się przy 4,1560, USD/PLN podchodzi pod 3,3500, CHF/PLN wraca do 3,5840, a GBP/PLN pozostaje przy 4,7380.
Azjatycka część notowań nie należała do zbyt optymistycznych. Za spadkami w Tokio czy Seulu stały doniesienia płynące z Cupertino, gdzie Apple spodziewa się wyraźnie mniejszego popytu na iPhone’a X. Wyraźna przecena indeksów Nikkei (-1,4 proc.) czy KOSPI (-1,2 proc.), idąca za spadkami przy Wall Street, wyraźnie warunkowała sentyment na europejskim parkiecie. Przy Książęcej miano najsilniej przecenionego walory zyskała Energa, której 2,9 proc. spadek próbowały gonić spółki z sektora bankowego – Bank Zachodni WBK (-2,6 proc.) oraz mBank (-2,6 proc.). W sektorze udało się wyłamać akcjom PKO Banku Polskiego (0,3 proc.) – lidera indeksu WIG 20 (-1,1 proc.) mającego w planach emisję długu podporządkowanego. We Frankfurcie uwagę inwestorów próbował zwrócić Henkel, który z 0,6 proc. zwyżką zyskał miano najsilniejszego komponentu indeksu DAX (-1,0 proc.). Uwagę inwestorów skradły jednak oczekujący na wyniki Deutsche Bank (-4,5 proc.) czy RWE (-3,7 proc.). O dość dobrej sesji w Londynie mogą mówić spółki z branży FMCG. Na czele indeksu FTSE 100 (-1,1 proc.) stanął Reckitt Benckis, który z 1,4 proc. wzrostem oddalił się od wzrostów Coca-Coli (1,0 proc.). Na Wyspach najsilniej ciążyły spółki z sektora bankowego. Wśród nich niechlubna palma pierwszeństwa należała do Standard Chartered (-2,9 proc.) informującego o przetasowaniach na wyższych szczeblach kadry menedżerskiej.
Na rynku surowców energetycznych w dalszej mierze obserwuje się wyraźny podział nastrojów, bowiem dość pokaźnym wzrostom marcowych kontraktów na gaz ziemny (2,2 proc.) przeciwstawia się odczuwalna przecena ropy. Na koniec dnia za baryłkę West Texas Intermediate należy zapłacić 64,40 USD, tj. 1,7 proc. mniej względem wczorajszego zamknięcia. Blisko swoich poziomów wyjściowych znajdują się złoto (-0,1 proc.; 1 339,10 USD) oraz srebro (0,0 proc.; 17,16 USD). Wśród metali szlachetnych najsilniejszy rajd w stronę niższych poziomów ma za sobą pallad, notujący na przestrzeni dnia zniżkę rzędu 2,9 proc.
W 2017 r. Polska rozwijała się najszybciej od 6 lat – informuje GUS. W ostatnim kwartale wreszcie ruszyły inwestycje, co pozwala z optymizmem spojrzeć na bieżący rok. GUS udostępnił także publikację o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju, która jednak już nie jest tak jednoznacznie optymistyczna – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Zaczynamy od wiadomości dobrych i bardzo dobrych.
Pozytyw nr 1: Inwestycje
Najszybszy od 2011 r. wzrost gospodarczy cieszy. Jednak poza rozwojem na poziomie 4,6 proc. w ub.r. zdecydowanie ważniejsza jest informacja, że wreszcie przyspieszyły inwestycje. Przez trzy kwartały ich wkład do PKB był marginalny i wyniósł ok. 0,3 pkt proc. W całym roku (brak na razie szczegółowych danych za czwarty kwartał) wkład inwestycji zwiększył się do 1 pkt proc.
To oznacza, że w samym czwartym kwartale inwestycje mogły wzrosnąć o ok. 13 mld zł, podczas gdy w poprzednich trzech było w sumie ok. 5 mld zł. Rosnące nakłady brutto na środki trwałe to sygnał, że aktywność gospodarcza może być dobra również w kolejnych kwartałach.
Pozytyw nr 2: Eksport
Specyfika gospodarki kraju rozwijającego się, jakim jest Polska, powoduje, że zwykle przy rosnącej aktywności ekonomicznej (silna konsumpcja, rosnące inwestycje) pogarsza się wyraźnie saldo obrotów handlowych z zagranicą. Szacunki GUS pokazują jednak, że wkład eksportu netto w 2017 r. był pozytywny, a to oznacza, że to pogorszenie nie nastąpiło. Niewykluczone, że jest to efekt coraz lepszej kondycji oraz pozycji konkurencyjnej polskiego eksportu usług, który stanowi już jedną czwartą eksportu towarowego i kreuje nadwyżkę na poziomie 75 mld zł (wzrost o 16 mld zł za okres od grudnia 2016 r. do listopada 2017 r. – dane NBP).
Pozytyw nr 3: Zatrudnienie ostro w górę
Według wstępnych danych zamieszczonych w opracowaniu GUS „Informacja o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju w 2017 r.” [dalej „Opracowanie”] w ub.r. zatrudnienie w gospodarce narodowej wzrosło do 15,72 miliona osób, czyli ok. 430 tys. W sumie przez dwa lata liczba miejsc pracy w Polsce powiększyła się o ponad 900 tys., co należy uznać za bardzo optymistyczną informację.
Pozytyw nr 4: Kobiety żyją dłużej
Według danych zamieszczonych w “Opracowaniu” mediana wieku osób zmarłych w 2016 r. wyniosła 77 lat, podczas gdy 16 lat wcześniej było to 73 lata. Długość życia bardzo wyraźnie wydłużyła się wśród kobiet – aż o 4 lata, do 82 lat.
Negatyw nr 1: Długość życia mężczyzn praktycznie bez zmian
Niestety, długość życia mężczyzn przez ostatnie 16 lat praktycznie się nie zmieniła. Według “Opracowania” mediana wieku zmarłych mężczyzn w 2016 r. wyniosła 70 lat i jest to tylko o rok więcej niż na początku nowego millenium.
Negatyw nr 2: Wzrost cen żywności
Ceny żywności w całym 2017 r. wzrosły w porównaniu z ub.r. o 4,2 proc. To ponad pięć razy szybciej niż rok wcześniej. Średnioroczna cena masła wzrosła o 31 proc., owoców o 8 proc., jogurtów o 7,3 proc., a mięsa wieprzowego o 8,6 proc. Biorąc pod uwagę wzrost wynagrodzeń, w większości przypadków siła nabywcza pracujących konsumentów nie pogorszyła się w kontekście zakupów żywności.
Negatyw nr 3: Niski wzrost rent i emerytur
Dane zamieszczone w “Opracowaniu” pokazują, że w ub.r. przeciętny wzrost rent i emerytur z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych wyniósł 2,5 proc. To minimalnie powyżej ogólnego poziomu inflacji (2,0 proc), co jednak nie odpowiada dokładnie tzw. koszykowi zakupowemu emeryta czy rencisty. W przypadku zakupów żywnościowych siła nabywcza emerytów i rencistów obniżyła się ok 1,7 proc.
Jeszcze gorzej sytuacja przedstawiała się w przypadku rolników indywidualnych. Ich emerytury oraz renty średnio wzrosły tylko o 1,5 proc., co oznacza, że nawet biorąc ogólnie przyjęty poziom inflacji siła nabywcza tych świadczeniobiorców uległa obniżeniu w ciągu ubiegłego roku.
Negatyw nr 4: Emerytów i rencistów więcej o 237 tys.
Procesy demograficzne są nieubłagane i liczba emerytów w Polsce będzie rosnąć. Jednak IV kw. ub.r. był wyjątkowy. Obniżenie wieku emerytalnego spowodowało, że w ciągu jednego kwartału przybyło 237 tys. świadczeniobiorców. Emerytów i rencistów jest już 9126 tys. Dla porównania pomiędzy I kw. 2016 r. oraz III kw. 2017 r. liczba świadczeniobiorców wzrosła tylko o 4 tys – wg “Opracowania” GUS.
Umocnienie dolara amerykańskiego z ostatniego dnia szło w parze z przeceną aktywów uznawanych za bardziej ryzykowne. Przecena nie ominęła również złotego, który w relacji do dolara amerykańskiego osłabił się niemal o 1%.
Wczorajszy dzień przyniósł dwie interesujące wypowiedzi członków RPP, którzy odnieśli się do siły polskiej waluty. Jerzy Żyżyński wyraził opinię, że – patrząc na parytet siły nabywczej –polska waluta ma dosyć dużą przestrzeń do umocnienia, zwrócił jednocześnie uwagę, że umocnienie krajowej waluty miałoby negatywny wpływ na eksport, co w jego opinii przełożyłoby się na wystąpienie deficytu w handlu.
Komentarz Eryka Łona był dużo ostrzejszy. Zdaniem członka Rady, znanego z kontrowersyjnych opinii, dalsze umacnianie się polskiej waluty mogłoby być na tyle niekorzystne, że zasadnym mogłaby być obniżka stóp procentowych.
Dzisiejsze dane gospodarcze z kraju były wyjątkowo optymistyczne. Zgodnie z szacunkami dynamika wzrostu gospodarczego w 2017 r. wyniosła 4,6% i była wyraźnie wyższa niż ta z poprzedniego roku (2,9%). Przewyższyła również szacunki konsensusu ekonomistów (4,5%). Dane sugerują, że dynamika wzrostu w samym czwartym kwartale powinna wynieść ponad 5% rocznie – na odczyt za czwarty kwartał przyjdzie nam jednak poczekać do połowy lutego. Dane pokazały, że 2017 r. przyniósł największą roczną dynamikę konsumpcji od czasu ostatniego kryzysu finansowego. Konsumpcja pozostała głównym silnikiem polskiej gospodarki, wszystko jednak wskazuje na to, że po odbiciu w trzecim kwartale, pod koniec roku mieliśmy do czynienia z małym boomem w inwestycjach, których utrzymująca się niska dynamika przez wiele miesięcy była solą w oku wielu ekonomistów.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w poniedziałek umocnił się o 0,3%, wahając się w widełkach 4,13 – 4,15. Wczorajszy dzień był mieszany dla wspólnej waluty. Euro traciło w relacji do dolara amerykańskiego, zyskiwało natomiast w parze z funtem brytyjskim i złotym.
Dzisiejsze dane gospodarcze ze Starego Kontynentu do tej pory raczej sprzyjają wspólnej walucie. Styczniowe odczyty indeksów nastrojów konsumentów i biznesu dla strefy euro były nieco gorsze od oczekiwań, nadal jednak znajdują się w okolicy ostatnich maksimów.
Dynamika wzrostu gospodarczego w strefie euro w czwartym kwartale zgodnie z oczekiwaniami wyniosła 2,7% w ujęciu rocznym, co daje 2,5% średniorocznego wzrostu PKB. Tym samym dynamika w strefie euro była wyższa niż w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Solidne dane stanowią oparcie dla wspólnej europejskiej waluty, która zyskuje po publikacji.
Dzisiaj po południu poznamy jeszcze dane inflacyjne z Niemiec, które będą stanowić “przystawkę” przed jutrzejszymi wstępnymi szacunkami dla strefy euro.
GBP
Kurs GBP/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,70 – 4,73. Zgodnie z podanymi wczoraj informacjami dotyczącymi okresu przejściowego po zakończeniu negocjacji z UE, proces wyjścia Wielkiej Brytanii z UE wydłuży się co najmniej do 2020/21 r.
USD
Kurs USD/PLN w poniedziałek umocnił się o 0,8%, wahając się w widełkach 3,32 – 3,36. Dolar amerykański wczoraj odrobił część strat z ostatniego tygodnia. Wczorajszy odczyt inflacji PCE nie przyniósł niespodzianek. Bazowy indeks wydatków konsumpcyjnych w grudniu pokazał dynamikę rzędu 1,5% rocznie.
Dzisiejszy dzień, w przeciwieństwie do pozostałej części tygodnia nie jest zbyt obfity w istotne informacje z USA. Późnym popołudniem poznamy jedynie styczniowy odczyt indeksu zaufania amerykańskich konsumentów Conference Board. Uwaga inwestorów powinna skupić się na jutrzejszym spotkaniu FOMC (które będzie ostatnim posiedzeniem, któremu przewodzić będzie Janet Yellen) oraz przede wszystkim na piątkowych danych z amerykańskiego rynku pracy.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:00 – wstępne szacunki inflacji w Niemczech w styczniu
16:00 – wskaźnik zaufania konsumentów Conference Board w USA w styczniu
Dynamika rynku leasingu w 2017 roku wyniosła 15,7 proc. To wynik porównywalny z ubiegłymi latami, co dowodzi, że Polacy doceniają korzyści związane z tą formą finansowania. Szczególnie istotny jest fakt, że największa część klientów firm leasingowych to sektor małych i średnich firm, które stanowią podstawę gospodarki kraju. To właśnie te podmioty, dzięki inwestycjom, mają realny wpływ na wzrost polskiego PKB, które w ubiegłym roku osiągnęło poziom niespotykany od 2011 roku.
Warto zwrócić uwagę na ponad 20 proc. wzrost wartości finansowania maszyn i urządzeń. W szerszym ujęciu, dane te to dobry miernik rozwoju gospodarczego sektora MŚP, które dla firm leasingowych są głównymi klientami. Tak duży wzrost w kolejnym kwartale z rzędu jest dowodem, że chęć inwestycji małych i średnich przedsiębiorstw w nowoczesne technologie jest bardzo wysoka.
Wzrost wartości rynku leasingu wynika częściowo z konieczności inwestycji przedsiębiorstw. Konkurencja pomiędzy firmami produkcyjnymi na rynku europejskim jest bowiem coraz większa, co z jednej strony jest dobre dla polskich firm – mogą one bowiem łatwiej docierać na nowe rynki – z drugiej jednak może oznaczać konieczność większe rywalizacji na rodzimym rynku. Dlatego inwestycje m.in. w technologie związane z digitalizacją produkcji, ograniczeniem przestojów i przerw, czy zwiększeniem elastyczności produkcji są koniecznością. Wymagają one jednak znacznych nakładów finansowych. To właśnie w takich przypadkach doskonale sprawdza się leasing.
Jednym z obszarów, które w najbliższych latach będą odgrywać kluczowe znaczenie dla rozwoju firmy – także w kontekście konurencyjności – jest wdrożenie koncepcji tzw. Przemysłu 4.0. To technologie automatyzujące produkcję, które obniżają koszty lub umożliwiają wytwarzanie większej ilości dóbr przy tych samych nakładach finansowych. Wyzwaniem stojącym przed zarządzającymi jest jednak sfinansowanie transformacji. W wielu przypadkach leasing okazuje się najlepszym rozwiązaniem i to nie tylko ze względu na koszty. Zaletą tego instrumentu finansowego jest duża elastyczność, uproszczone procedury oraz większa dostępność szczególnie dla mniejszych firm.
W Polsce aż połowa wartości PKB wytwarzana jest przez mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa. Aby się rozwijać, są one zmuszone do inwestycji. A leasing to najlepszy sposób finansowania potrzeb zakupowych. Dlatego uważam, że perspektywy dla firm leasingowych są bardzo dobre.
Autor: Krzysztof Kuniewicz, wiceprezes i dyrektor zarządzający Siemens Finance.
W 2017 roku branża wynajmu długoterminowego samochodów w Polsce zanotowała najwyższy w ostatnich 6 latach poziom wzrostu, sięgający 13,1% r/r. Wysokie tempo rozwoju jest wynikiem dynamicznie rosnącej już od kilku lat popularności wynajmu długoterminowego wśród przedsiębiorców, przede wszystkim z sektora MŚP. W efekcie, branża rozwijała się w ubiegłym roku pod względem wzrostu liczby zarejestrowanych nowych samochodów szybciej od pozostałych form finansowania aut firmowych, czyli zakupu, kredytu i klasycznego leasingu finansowego.
W wynajmie długoterminowym znalazł się co piąty nowy samochód osobowy nabywany przez przedsiębiorców w naszym kraju. Branża zakupiła w polskich salonach o 22,8% więcej samochodów niż rok wcześniej oraz o blisko połowę więcej, aniżeli 2 lata temu. Doskonałe wyniki odnotowała w zeszłym roku również branża Rent a Car, która osiągnęła tempo wzrostu aż 33,2% r/r.
Rok 2017 był drugim z rzędu bardzo udanym dla całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Sprzedaż nowych samochodów osobowych osiągnęła najwyższy w tym stuleciu poziom. Z salonów wyjechało 486 tys. aut – o 17%, czyli ponad 70 tys., więcej niż rok temu. Tak dobrych rezultatów rynek nowych samochodów w naszym kraju nie odnotował od 1999 roku. Za dobrą koniunkturę, podobnie jak w kilku ostatnich latach, odpowiadały przede wszystkim firmy – były one nabywcami blisko 70% wszystkich nowych samochodów osobowych sprzedanych w minionym roku. W porównaniu z rokiem 2016 rola klientów instytucjonalnych była jeszcze większa – udział przedsiębiorców w sprzedaży aut zwiększył się o 2%. Co więcej, to właśnie zakupom firm rynek motoryzacyjny zawdzięcza wyższy poziom sprzedaży osiągnięty w minionym roku – na o 70 tys. więcej sprzedanych aut osobowych, zdecydowana większość, bo aż 81,5% (ponad 57 tys.) zostało nabyte przez przedsiębiorców (w 2/3 przez firmy leasingowe, Rent a Car i CFM, czyli wynajmu długoterminowego). Mówiąc prościej, wzrost sprzedaży nowych samochodów w Polsce w 2017 roku został niemalże w całości wygenerowany przez firmy.
Na o ponad 70 tys. większą w 2017 r. w Polsce sprzedaż nowych aut osobowych r/r wpłynęły przede wszystkim firmy
Liczba nowych aut w wynajmie długoterminowym rosła szybciej niż w przypadku leasingu finansowego, zakupu i kredytu łącznie
W 2017 r. firmy zakupiły w Polsce łącznie 339 tys. nowych aut osobowych. W wynajmie długoterminowym znalazło się co piąte z nich (19,6%), a więc 66,3 tys. samochodów, z czego zdecydowana większość, bo blisko 52 tys., zostało nabyte przez firmy należące do PZWLP.
Branża wynajmu długoterminowego zakupiła o 22,8% więcej nowych aut osobowych niż przed rokiem, dzięki czemu rozwijała się pod względem wzrostu liczby rejestrowanych pojazdów szybciej od pozostałych form finansowania samochodów służbowych. Z wykorzystaniem zakupu ze środków własnych, kredytu i klasycznego leasingu finansowego firmy nabyły w zeszłym roku o 19,8% aut więcej.
Trend rosnącej popularności wynajmu długoterminowego aut wśród przedsiębiorców
13,1% r/r, czyli osiągnięta w 2017 r. dynamika rozwoju wynajmu długoterminowego aut, to najlepszy wynik odnotowany przez branżę w ostatnich 6 latach. Tempo rozwoju branży rośnie bez przerwy od 2014 roku, co zdaniem ekspertów jednoznacznie wskazuje już na rynkowy trend.
Zwiększające się już od kilku lat tempo rozwoju wynajmu długoterminowego aut w Polsce,
w połączeniu z szybciej rosnącą od innych form finansowania floty liczbą nowych rejestrowanych przez branżę samochodów wskazuje, że mamy do czynienia z rynkowym trendem wzrostu popularności wynajmu długoterminowego – mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Polska. – Branżę w coraz większym stopniu napędzają nowi klienci z sektora małych i średnich przedsiębiorstw.
W najbliższych latach ich wpływ na wzrost rynku CFM będzie jeszcze większy. Mali i średni przedsiębiorcy są coraz bardziej przekonani do pełnego outsourcingu aut służbowych, a więc wynajmu długoterminowego. Za rosnącą dynamikę rozwoju branży odpowiada także dokonująca się obecnie zmiana preferencji i filozofii przedsiębiorców w Polsce względem aut firmowych. Ewoluują oni od modelu posiadania samochodów flotowych, a więc finansowania ich poprzez zakup czy na kredyt, do modelu używania. Obecnie zdecydowana większość nabywanych przez firmy samochodów znajduje się już w którejś z form leasingu – klasycznego finansowego, operacyjnego lub operacyjnego z obsługą, a więc wynajmu długoterminowego. Jak wynika z doświadczeń bardziej rozwiniętych rynków zachodnioeuropejskich, które mają już tę transformację za sobą, odchodząc od zakupu czy kredytu, firmy zazwyczaj początkowo wybierają leasing w najprostszej jego formie, a więc klasyczny leasing finansowy. Dopiero w następnej kolejności sięgają po tzw. wynajem długoterminowy, a więc pełen outsourcing w zakresie nie tylko finansowania, ale i obsługi floty. Przewidujemy, że część przedsiębiorców korzystających obecnie w Polsce z klasycznego leasingu finansowego, w którymś momencie zamieni go na wynajem długoterminowy. Wówczas branża może otrzymać silny, kolejny impuls rozwojowy.
Łączna flota w wynajmie długoterminowym firm należących do PZWLP przekroczyła na koniec roku 2017 symboliczną barierę 150 tys. pojazdów i liczyła prawie 152 tys. aut (bez floty firmy Athlon Car Lease). W Full Serwis Leasingu, czyli jednej z dwóch usług wynajmu długoterminowego, gwarantującej pełną obsługę samochodów, znajdowało się 85% aut, natomiast w Leasingu z Serwisem, zapewniającym przedsiębiorcy częściową obsługę samochodów, pozostawało 15% pojazdów. Wśród najpopularniejszych modeli samochodów w łącznej flocie firm PZWLP w wynajmie długoterminowym były: Skoda Octavia, Ford Focus, Toyota Yaris, Skoda Fabia, a także Volkswagen Passat.
Udział Diesla największy, ale spada – coraz więcej aut benzynowych i ekologicznych
Na koniec ubiegłego roku dominującym napędem w samochodach w wynajmie długoterminowym pozostawał nadal Diesel, stanowiąc 2/3 (66,3%) wszystkich pojazdów. Od kilku kwartałów zauważalny był jednak już trend spadkowy udziału aut z silnikami wysokoprężnymi. W ciągu całego roku 2017 udział Diesla zmniejszył się o 4,5%. Rosła natomiast popularność samochodów napędzanych silnikami benzynowymi, których udział w łącznej flocie wyniósł na koniec 2017 roku 32,7% i zwiększył się w minionym roku o 3,8%. Aut ekologicznych, a więc napędzanych silnikami hybrydowymi i elektrycznymi było wciąż relatywnie bardzo mało – ich udział wyniósł 1%. Na uwagę zasługuje jednak dynamiczny wzrost udziału samochodów z silnikami ekologicznymi – w 2017 roku urósł on ponad trzykrotnie. Łącznie na koniec grudnia we flocie firm PZWLP w wynajmie długoterminowym jeździło 1566 aut ekologicznych – 1542 hybrydy (wzrost z 382 pojazdów tego typu na koniec 2016 r.) oraz 24 samochody elektryczne.
Nabywane przez firmy skupione w PZWLP pojazdy na potrzeby wynajmu długoterminowego były coraz bardziej przyjazne dla środowiska, jeśli chodzi o emisję dwutlenku węgla. W przypadku kupowanych w IV kw. 2017 r. samochodów osobowych średnia emisja CO2 wyniosła 123,9 g/km i była o 4,5% (5,8 g/km) niższa niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Jeśli chodzi o auta dostawcze to średnia emisja CO2 nabywanych w ostatnim kwartale ubiegłego roku pojazdów tego typu wyniosła 149 g/km i była o 5,9% (9,3 g/km) mniejsza niż w porównywalnym czasie roku 2016.
Branża Rent a Car – w 2017 roku wzrost wyniósł aż 33,2% r/r
2017 rok był również bardzo udany dla branży Rent a Car, reprezentowanej w PZWLP przez 7 dużych sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów. Na koniec grudnia łączna flota firm Rent a Car w PZWLP (bez Avis Budget / Jupol – Car Sp. z o.o.) w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła ponad 15 tys. aut (15.068), co oznacza, że branża odnotowała wzrost na poziomie aż 33,2% r/r.
Stabilność przepisów ważna dla rozwoju branży flotowej w 2017 roku
Bardzo dobre wyniki odnotowane w 2017 roku przez cały rynek flotowy w Polsce, w tym przez branżę wynajmu długoterminowego, to zdaniem ekspertów PZWLP, poza wieloma innymi czynnikami, zasługa także stabilnych już od kilku lat przepisów.
Rosnącym zakupom aut firmowych dokonywanych przez przedsiębiorców sprzyjają w dużej mierze stabilne przepisy, w tym regulacje podatkowe – mówi Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska Fleet Management. – Dobre perspektywy w tym zakresie są także w 2018 roku. W bieżącym roku jedną z ważniejszych i długo oczekiwanych przez branżę flotową regulacji będzie ustawa o elektromobilności, która o ile wprowadzi planowane na etapie projektu ustawy ulgi podatkowe oraz ułatwienia dla przedsiębiorców nabywających auta hybrydowe i elektryczne, ma szansę pozytywnie wpłynąć na wzrost liczby samochodów ekologicznych we flotach.
Do ważniejszych wydarzeń w branży flotowej w 2017 roku należy zaliczyć uruchomienie w październiku na Wydziale Transportu Politechniki Warszawskiej pierwszych w Polsce, pełnowymiarowych i rozbudowanych programowo flotowych studiów podyplomowych „Zarządzanie flotą samochodową i mobilnością”. Program studiów kładzie nacisk na praktyczną, faktycznie potrzebną na rynku flotowym wiedzę i był współtworzony przez ekspertów PZWLP i SKFS (Stowarzyszenie Kierowników Flot Samochodowych). Eksperci obydwu organizacji stanowią również ponad połowę wykładowców prowadzących zajęcia na studiach.
Ponadto, w 2017 roku podczas Jubileuszowej X Gali Nagród PZWLP, organizacja po raz pierwszy w historii przyznała swoją nagrodę dla dealera samochodów. Nowa kategoria Nagrody PZWLP została wprowadzona w odpowiedzi na coraz ważniejszą rolę branży flotowej dla kondycji rynku motoryzacyjnego w Polsce i podkreśla rangę dobrych relacji i współpracy firm flotowych ze środowiskiem dealerów samochodów.
Firmy PZWLP kupiły łącznie ponad 114 tys. nowych samochodów osobowych
Biorąc pod uwagę całokształt działalności 20 firm należących do Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP), a więc przede wszystkim usługi wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego samochodów, ale również leasing finansowy aut, firmy PZWLP zakupiły w 2017 roku łącznie 114,5 tys. nowych samochodów osobowych – o 14,5% więcej niż w 2016 r. Oznacza to, że ponad 1/3 (33,8%) nowych aut osobowych kupowanych w 2017 roku przez przedsiębiorców w polskich salonach zostało nabyte przez firmy należące do PZWLP*
*– Firmy PKO Leasing, Volkswagen Leasing i mLeasing są również członkami ZPL (Związku Polskiego Leasingu).
GUS opublikował szacunkowe dane o PKB w Polsce. Prezes NBP potwierdza przypuszczenia analityków o nudzie na kolejnych posiedzeniach RPP. Wzrost gospodarczy w Unii Europejskiej również wysoki.
Szacunkowy wzrost PKB w Polsce
GUS podał pierwsze wyliczenia na temat wzrostu PKB w Polsce. Są to na razie szacunki, więc na finalny rezultat przyjdzie nam jeszcze poczekać. Wynik 4,6% musi jednak cieszyć. To w końcu najlepszy wynik jaki Polska zanotowała od 2011, kiedy to gospodarka wzrosła o 5%. Analitycy co prawda spodziewali się zbliżonego rezultatu w postaci 4,5%. W wyniku tych danych inwestorzy przychylniej spojrzeli na złotego, który w ciagu godziny umocnił się o około grosz do głównych walut.
Adam Glapiński o stopach procentowych
Prezes Narodowego Banku Polskiego w wywiadzie dla “Dziennik Gazeta Prawna” potwierdził to co dotychczas już wielu analityków przewidywało. Nie należy spodziewać się zmian stóp procentowych w Polsce w 2018 roku. Mowa oczywiście o scenariuszu gdzie w gospodarce nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Tutaj wskazano np. na podwyżki stóp procentowych przez Europejski Bank Centralny. Taki ruch najprawdopodobniej spowodowałoby wzrosty również w Polsce. Prezes pozwolił sobie również na spekulację na temat 2019 roku. Przewiduje on, że raczej pierwsza połowa powinna upłynąć również bez zmian stóp procentowych. Jako znacznie bardziej prawdopodobne przewiduje on podnoszenie stóp procentowych niż ich obniżanie. Jaki wpływ ma to na kurs złotego? Rosnące stopy procentowe podnoszą atrakcyjność bezpiecznych form lokowania kapitału. W rezultacie rośnie popyt na walutę. Wzrost stóp zatem powinien umocnić złotego względem walut, które stóp procentowych podnosić nie będą.
Wzrost gospodarczy w Europie
Oprócz dobrych danych z Polski zobaczyliśmy dzisiaj również dobre dane z Europy. Wzrost gospodarczy dla strefy euro był najwyższy od początku kryzysu. Wyniósł 2,5%. Tyle samo osiągnął indeks dla całej Unii Europejskiej. Ten również osiągnął swoje 10 letnie maksimum. Pełne dane dla krajów członkowskich z raportu eurostatu poznamy dopiero w lutym.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Dynamika branży leasingowej na koniec 2017r. wyniosła 15,7 proc.
W 2017r. firmy leasingowe sfinansowały inwestycje polskich firm o łącznej wartości 67,8 mld zł.
Digitalizacja procesu leasingowego wśród priorytetów branży na lata 2018-2020.
Związek Polskiego Leasingu, reprezentujący polski sektor leasingowy, podsumował ubiegły rok. W 2017r. branża leasingowa sfinansowała inwestycje polskich firm o łącznej wartości 67,8 mld zł. Dynamika inwestycji finansowanych leasingiem i pożyczką, po trzecim kwartale wyniosła +14,3% (r/r), w ostatnich trzech miesiącach ubiegłego roku przyspieszyła do +19,5% (r/r), co przełożyło się na 15,7 proc. wzrost rynku liczony rok do roku.
„Trzy ostatnie lata to czas, kiedy dynamika sektora leasingowego utrzymywała się na wysokim, 16 proc. poziomie. W 2016r. – jako branża – sfinansowaliśmy inwestycje polskich firm o wartości 58,6 mld zł, w ubiegłym roku było to już 67,8 mld zł. Przedsiębiorcy korzystający z leasingu mogą liczyć na utrzymanie podobnego poziomu finansowania w 2018 roku. Jak pokazują badania Komisji Europejskiej, zamiar skorzystania z leasingu deklaruje 60 proc. właścicieli firm z sektora MŚP. Jest to trzeci najwyższy wynik w Europie, przy średniej europejskiej na poziomie 48%” – powiedział Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL.
Źródła finansowania MŚP w Polsce, klienci firm leasingowych
Zgodnie z wynikami badania SAFE, opublikowanego pod koniec 2017r. przez Komisję Europejską, dla 60 proc. polskich przedsiębiorców z sektora małych i średnich przedsiębiorstw, leasing jest najbardziej istotnym źródłem finansowania inwestycji. Jednocześnie rozważają oni skorzystanie z tego instrumentu w przyszłości. Szacunki Związku Polskiego Leasingu pokazują natomiast, że największą, bo ok 71 proc. grupę korzystających z leasingu stanowią klienci o obrotach do 20 mln zł. Do tej grupy zaliczane są mikro i małe firmy. 28,5% stanowią klienci o obrotach powyżej 20 mln zł, a klienci indywidualni – 0,5%. Finansowanie sektora publicznego pozostaje marginalne.
Interesująco wygląda zestawienie wartości inwestycji sfinansowanych leasingiem i kredytem. Na koniec 2017r. łączna wartość aktywnego portfela branży leasingowej w kwocie 119,3 mld zł była porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki (127,0 mld zł).
Struktura rynku i wyniki w kategoriach produktów
Klienci firm leasingowych, w ubiegłym roku, najczęściej finansowali pojazdy osobowe i dostawcze do 3,5 tony (45 proc. udział w strukturze rynku), maszyny i inne urządzenia, w tym IT (27,2 proc. udział) oraz środki transportu ciężkiego (25,9 proc. udział). Pozostałe transakcje dotyczyły nieruchomości (1,3%) i finasowania innych aktywów (0,6%).
W 2017r. ożywienie na rynku leasingu było obserwowane w trzech głównych kategoriach rynku: pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5t (+21,9 proc. dynamika r/r), maszyn i innych urządzeń, w tym IT (+20,4 proc. dynamika r/r) oraz nieruchomości (+26,5 proc. dynamika r/r).
Spośród wszystkich finansowanych aktywów, przedsiębiorcy najczęściej podpisywali kontrakty dotyczące pojazdów lekkich tj. pojazdów osobowych i dostawczych do 3,5 tony. W 2017r. przeważały pojazdy osobowe (83,8 proc. udział) nad dostawczymi (16,2 proc. udział). 30,5 mld zł to wartości wszystkich pojazdów lekkich sfinansowanych za pomocą leasingu lub pożyczki inwestycyjnej w 2017. Wynik o 21,9 proc. lepszy niż przed rokiem, był możliwy m.in. dzięki rekordowej liczbie pojazdów lekkich zarejestrowanych w ubiegłym roku na firmy. Najsilniejszą grupę, wśród nabywców instytucjonalnych, stanowiły firmy zajmujące się leasingiem/CFM/RC, wyróżniając się 68,8 proc. udziałem (w tej grupie nabywców).
W całym 2017r. znacząco wzrosło znaczenie finansowania maszyn i innych urządzeń (w tym IT). Na dobry wynik tego segmentu rynku miały wpływ: dobra koniunktura w przemyśle, przyspieszenie wzrostu gospodarczego oraz wykorzystanie funduszy unijnych z perspektywy na lata 2014-2020. Łączna wartość maszyn i urządzeń sfinansowanych przez branżę leasingową w ubiegłym roku wyniosła 18,5 mld zł i była wyższa o 20,4 proc. w odniesieniu do wyników z 2016r. Istotne dynamiki branża leasingowa odnotowała w większości kategorii produktowych, raportowanych w ramach tego segmentu (maszyny rolnicze: +45,4% r/r, sprzęt budowalny: +27,4% r/r, maszyny do produkcji tworzyw sztucznych i obróbki metali: 18,1% r/r). Znacząco wzrosły także transakcje dotyczące finansowania IT: +21% r/r.
Trzecim najważniejszym dla rynku segmentem były transakcje dotyczące środków transportu ciężkiego. Po ujemnej dynamice odnotowanej w pierwszej połowie roku, segment transportu ciężkiego zakończyły ubiegły rok lekkim plusem. Do tej grupy zaliczane są takie aktywa jak ciągniki siodłowe, naczepy/przyczepy, pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 tony, autobusy, samoloty, statki i środki transportu kolejowego. Przy wartości nowych kontraktów na poziomie 17,5 mld zł, na koniec 2017r. branża odnotowała 2,3 proc. wzrost (r/r). Mające najwyższy udział w opisywanym segmencie, transakcje dotyczące ciągników siodłowych, zanotowały 1,4 proc. wzrost, transakcje dotyczące finansowania naczep i przyczep: +3,1 proc. dynamikę r/r, podczas gdy transakcje odnoszące się do pojazdów ciężarowych powyżej 3,5 tony wzrosły o 11,5proc. r/r.
W 2017r. w strefie wzrostów pozostawało także finansowanie nieruchomości. Firmy leasingowe sfinansowały nieruchomości o wartości 909 mln złotych, przy 26,5% dynamice tego segmentu (r/r). W ubiegłym roku swoje udziały w rynku poprawiły dwie kategorie transakcji w zakresie finansowania obiektów handlowych i usługowych (273,1 proc. dynamika r/r) oraz hoteli i obiektów rekreacyjnych (152,3proc. wzrost r/r).
Priorytety branży leasingowej na lata 2018-2020
Pod koniec 2017r. Związek Polskiego Leasingu przyjął i ogłosił strategię na trzy kolejne lata. Istotne dla branży leasingowej będą: digitalizacja procesu leasingowego, rozwinięcie projektów badawczych oraz otwarcie się na nowe trendy w zakresie kluczowego dla rynku obszaru tj. motoryzacji. Wysoki priorytet utrzymują także aktywności odnoszące się do bezpieczeństwa obrotu tj. prawo i podatki, przeciwdziałanie fraudom, rachunkowość.
„Chcemy, aby branża leasingowa była postrzegana jako nowoczesny sektor, wykorzystujący najnowsze rozwiązania techniczne. Uważamy, że wprowadzenie e-leasingu wpłynie na wzrost konkurencyjność branży, a klienci zyskają wygodny kanał dostępu. W kolejnych latach zamierzamy także zaprezentować nowe podejście do statystyki, dzielić się wynikami badań, które pokażą rolę branży leasingowej w finansowaniu polskiej gospodarki i przedsiębiorstw. Interesują nas nowe zjawiska: rosnąca rola mobilności, nowe sposoby korzystania z pojazdów, ekonomia współdzielenia – podkreślił Andrzej Krzemiński, Przewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL.
Wyniki badania koniunktury branży leasingowej
Związek Polskiego Leasingu kwartalnie realizuje Badanie koniunktury branży leasingowej. Badanie jest przeprowadzane wśród osób odpowiedzialnych za sprzedaż w firmach zrzeszonych w ZPL. Dane dotyczą oceny mijającego okresu oraz trendów w kolejnym kwartale. Ankietowane firmy oczekują wzrostu zatrudnienia oraz przyspieszenia aktywności sprzedażowej w obecnym kwartale. Jednocześnie spodziewają się ustabilizowania jakości portfela leasingowego w I kwartale 2018 roku. Badane firmy, na początku roku, spodziewają się wyższego poziomu finansowania dla wszystkich głównych grup środków trwałych na rynku ruchomości. Po raz kolejny najlepsze perspektywy rysują się dla finansowania pojazdów lekkich. W dalszej kolejności wskazywane są wzrosty w zakresie finansowania maszyn i IT, a następnie środków transportu ciężkiego. Według badanych w I kw. br. finansowanie nieruchomości powinno nieznacznie wzrosnąć.
Prognoza na 2018r.
2018 będzie szóstym rokiem z rzędu z dwucyfrowym tempem rozwoju. Dynamika rynku leasingu w 2018 roku na poziomie 15,1 proc. będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego w Polsce. Struktura wzrostu gospodarczego oraz przyspieszenie wykorzystania funduszy unijnych z perspektywy finansowej na lata 2014-2020 powodują, że finansowanie maszyn staje się głównym motorem rozwoju całej branży leasingowej. Rozwój rynku będzie również w zrównoważony sposób oparty o: pojazdy lekkie (ze względu na mocny popyt krajowy i korzystne przepisy fiskalne) oraz finansowanie pojazdów ciężarowych (rosnący wolumen przewozów i dalszy wzrost gospodarczy w strefie euro).
Nawet najlepiej wynegocjowane umowy i najsprawniejsi menedżerowie nie są w stanie zapewnić stuprocentowej gwarancji bezkonfliktowego prowadzenia biznesu. Większość tego typu konfliktów niestety kończy się procesem sądowym, który jeszcze bardziej podnosi temperaturę sporu. Sam proces, niejednokrotnie długi, kosztowny i dla stron skomplikowany powoduje wzrost stresu i frustracji jego uczestników, w tym menedżerów odpowiedzialnych za relacje biznesowe.
Po takim doświadczeniu ciężko mówić o wzajemnym zaufaniu, które jest podstawą budowania relacji w biznesie a tym samym realizowania wspólnych przedsięwzięć. Ponadto, w takich sytuacjach kryzysowych ogromną rolę odgrywa kwestia prestiżu, dobrego imienia na rynku i poufności.
Powstaje więc pytanie, czy można się kłócić w biznesie zachowując relację biznesową i nie rujnując zbudowanego wzajemnie zaufania, dobrego imienia czy prestiżu? Otóż można, jak w każdej sferze życia, konflikty są i będą obecne. Kluczowe jednak jest, jak podejdziemy do kwestii rozwiązywania tego typu sporów.
Niewątpliwie ogromną szansę przedsiębiorcom daje mediacja gospodarcza jako alternatywny dla ścieżki sądowej sposób rozwiązywania sporów.
Mediacja gospodarcza – nowa jakość w biznesie
Mediację definiuje się jako metodę rozwiązywania sporów w trybie szczególnego rodzaju negocjacji prowadzonych przez strony sporu przy pomocy neutralnej osoby mediatora. Do mediacji może skierować sąd w ramach wytoczonego już postępowania lub też do mediacji można zgłosić się prywatnie, jeszcze zanim zapadnie decyzja o pójściu do sądu.
Obydwa rodzaje mediacji łączy bardzo ważna kwestia proceduralna, a mianowicie, że wypracowana w ramach mediacji ugodę można potwierdzić przed sądem, co powoduje, iż ugoda nabiera mocy wyroku i po nadaniu klauzuli wykonalności, co jest jedynie formalnością, może być egzekwowana przez komornika. W skutkach prawnych jest więc wówczas równoznaczna wyrokowi sądowemu, od procesu, w wyniku którego strony otrzymują końcowy wyrok, różni ją jednak cała masa elementów.
Do podstawowych cech mediacji należą jej dobrowolność, poufność, elastyczność procedury oraz szybkość. Niezwykle istotnym ogniwem każdej mediacji jest oczywiście profesjonalny, bezstronny mediator, który jest wybierany przez strony. Wszystkie te elementy, w przypadku mediacji prywatnej reguluje precyzyjnie podpisana umowa z mediatorem, dająca stronom jasny obraz postępowania i reguł mediacji. Należy zaznaczyć, że mediator nie ma żadnych uprawnień władczych, tj. formalnie nie rozstrzyga sporu a ma za zadanie doprowadzić do zawarcia ugody stron.
Profesjonalny mediator to połowa sukcesu
Mediator często porównywany jest do arbitra czy nawet sędziego. Nic bardziej mylnego. Mediator nie jest arbitrem i nie jest sędzią. Istotna różnica pomiędzy mediatorem a sędzią czy arbitrem jest taka, że mediator nie rozstrzyga za strony sprawy, nie decyduje o losach sporu. W mediacji strony same podejmują decyzje, mają pełną kontrolę nad sporem. Mediator jest niezależnym uczestnikiem negocjacji prowadzonych pomiędzy stronami i w bardzo umiejętny sposób niejako nimi zarządza, przybliżając tym samym strony do pomyślnego rezultatu w postaci ugody. Ważne, żeby mediacje gospodarcze prowadzili odpowiednio przeszkoleni mediatorzy, osoby zaznajomione ze specyfiką obrotu gospodarczego i niuansami danej branży. Tylko tacy ludzie, mogą zrozumieć przedsiębiorców i pomóc im rozwiązać problem.
Mediatora obowiązuje zasada poufności i co ważne, mediator nie może być przesłuchiwany jako świadek w postępowaniu cywilnym. W przypadku więc fiaska mediacji, mediator nie może zeznawać, chyba że zgodę na to wyrażą bezpośrednio obie zaangażowane w spór i mediacje strony. W przypadku fiaska mediacji, strony w ewentualnym dalszym postępowaniu cywilnym nie będą też mogły powoływać się na okoliczności ujawnione w toku mediacji, a w szczególności na propozycje wzajemnych ustępstw.
Czy mediacja się opłaca?
Wszystkie badania pokazują, że mediacja jest najbardziej ekonomiczną formą rozstrzygania sporów w biznesie. Barierą do rozwoju mediacji wydaje się być świadomość tej metody u samych przedsiębiorców i ich gotowość podjęcia tej ścieżki rozwiązywania sporów.
Rozwiązując spór w drodze mediacji zamiast tradycyjnej ścieżki sądowej przedsiębiorca oszczędza około dwóch lat, które musiałby spędzić ze swoim kontrahentem w sądzie. Czas postępowania sądowego to także czas ogromnych kosztów z tym związanych oraz utraconego biznesu w wyniku zerwania relacji biznesowej.
Inaczej jest w przypadku mediacji, która niejednokrotnie ratuje tę relację i umożliwia dalszą współpracę z kontrahentem. Jak pokazuje praktyka przedsiębiorcy, którzy już zgodzą się na mediacje, oprócz rozwiązania sporu istniejącego wielokrotnie „naprawiają” relacje, na nowo ustalając warunki dalszej współpracy.
Jak wygląda postępowanie mediacyjne?
W pierwszej kolejności sprawę należy zgłosić do centrum mediacji, najlepiej zanim trafi ona do sądu. Jeśli jednak sprawa jest już procedowana przez sąd, to przedsiębiorcy mogą z pomocą mediatora przenieść sprawę z sali sądowej do mediacji.
Jeśli tylko jedna strona zgłasza chęć mediowania, zadaniem ośrodka mediacji jest poinformowanie o tym drugiej strony i prowadzenie dalszej procedury np. pomoc w wyborze mediatora, kontakt mediatora z przedsiębiorcą wnoszącym o rozstrzygnięcie sporu ugodowo, spotkanie w celu omówienia problemu i strategii działania.
Kiedy obydwie strony wyrażają zgodę na mediacje, zaakceptowały osobę mediatora – rozpoczyna się postępowanie mediacyjne. Mediator dba, aby takie postępowanie przebiegało w dobrej atmosferze, z uwzględnieniem interesów wszystkich stron. Zaproponuje on tryb procedowania i przeprowadzi odpowiednie sesje mediacyjne: wspólne i/lub indywidualne. Następnie zaś poprowadzi postępowanie w sposób najbardziej efektywny czasowo i kosztowo, dbając o komfort obydwu stron sporu.
Ostatnim krokiem jest zawarcie ugody. Wypracowaną ugodę mediator pomoże przedsiębiorcy zatwierdzić w sądzie tak, aby nabrała mocy wyroku sądowego i stanowiła tytuł egzekucyjny. Warto podkreślić, że zgadzający się na mediację przedsiębiorcy dobrowolnie akceptują wypracowaną ugodę.
Do mediacji można zgłosić się zawsze, tym nie mniej jest rekomendowane zawieranie we wszelkiego rodzaju umowach ze swoimi kontrahentami odpowiednio sformułowanej klauzuli mediacyjnej, tak aby w przypadku zaistnienia sporu od razu rozpocząć mediacje.
Klauzula mediacyjna
Przykładowa treść klauzuli mediacyjnej proponowana przez centrum mediacji działające przy izbach przemysłowo-handlowych w Polsce (www.mcm.org.pl)
„Wszelkie spory wynikające z niniejszej umowy lub pozostające w związku z nią, będą rozwiązywane polubownie w ramach Międzynarodowego Centrum Mediacji działającego przy międzynarodowych Izbach Przemysłowo-Handlowych w Polsce.
W przypadku braku porozumienia i niemożliwości rozwiązania sporu w postepowaniu mediacyjnym w terminie 60 dni od dnia złożenia wniosku o przeprowadzenie mediacji lub innym terminie uzgodnionym pisemnie przez strony, każda ze stron może poddać spór pod rozstrzygnięcie właściwego sądu”.
Autor: Dr Ewelina Stobiecka, radca prawny, partner zarządzający w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie, inicjator i koordynator Międzynarodowego Centrum Mediacji, członek Zespołu ds. Prawa Gospodarczego przy Ministrze Rozwoju.
Z badania KPMG wynika, że najważniejszym trendem wskazującym kierunki rozwoju rynku motoryzacyjnego są obecnie pojazdy elektryczne napędzane energią pochodzącą z ogniw paliwowych. Z odpowiedzi ponad 900 przedstawicieli kadry zarządzającej firm motoryzacyjnych wynika jednak, że na rynku w dłuższym okresie współistnieć będzie kilka rodzajów układów napędowych, a ich popularność będzie zależała od charakteru wykorzystania pojazdów, lokalnych przepisów i preferencji klientów. Jednocześnie aż 3 na 4 menedżerów z branży uważa, że udział pojazdów wyprodukowanych w Europie Zachodniej będzie mniejszy o 5% do 2030 roku, a produkcja w dużej mierze przeniesie się do krajów azjatyckich.
Pojazdy elektryczne napędzane w oparciu o ogniwa paliwowe trendem nr 1 w motoryzacji
W tegorocznej edycji badania KPMG, 52% przedstawicieli kadry zarządzającej wskazało rozwój pojazdów elektrycznych napędzanych energią generowaną przez ogniwa paliwowe jako najważniejszy trend w branży motoryzacyjnej. Na drugim miejscu znalazła się digitalizacja i zdolność łączenia się pojazdów z otoczeniem (50%) oraz rozwój pojazdów o napędzie akumulatorowym (49%) i hybrydowe pojazdy elektryczne (47%). Zdaniem respondentów badania najmniej istotnymi trendami są zmniejszenie pojemności i optymalizacja silników spalinowych (35%), a także racjonalizacja produkcji w Europie Zachodniej (31%).
Wpływ pojazdów elektrycznych napędzanych przy użyciu ogniw paliwowych na branżę motoryzacyjną wciąż rośnie. Jeszcze dwa lata temu ten rodzaj napędu był wskazywany przez respondentów naszego badania na 5. miejscu, a w tym roku zastąpił na miejscu 1. pojazdy elektryczne o napędzie akumulatorowym. Menedżerowie z sektora nie mają wątpliwości, że napędy elektryczne są kluczowe dla przyszłości branży, świadczy o tym choćby fakt, że 3 z 5 pierwszych pozycji zajmują właśnie technologie zaliczane do tej grupy – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Kluczowe trendy na rynku motoryzacyjnym do 2025 r.
Źródło: Raport KPMG International pt. „Global Automotive Executive Survey 2018”
Konkurencja firm motoryzacyjnych z firmami technologicznymi
Obecność globalnych firm technologicznych jest w branży motoryzacyjnej coraz większa. 50 głównych producentów samochodów stanowi zaledwie 20% kapitalizacji rynkowej 15 największych firm technologicznych (w 2010 roku stanowiły one 40%). Ponad połowa zarządzających z branży motoryzacyjnej (56%) przewiduje, że liczba dealerów samochodowych do roku 2025 spadnie o 30-50%. Jeśli tradycyjni producenci samochodów chcą realnie konkurować z technologicznymi gigantami o dużo większych możliwościach finansowych, muszą współpracować i szukać partnerstw biznesowych.
Bezpieczeństwo danych jako standardowe wyposażenie
W badaniu KPMG ponad 80% menedżerów wskazało, że wykorzystanie danych nt. kierowcy i samochodu będzie podstawą przyszłego modelu biznesowego przemysłu motoryzacyjnego. Oznacza to, że popularny termin „wyposażenie standardowe” będzie musiało być zdefiniowane na nowo – zdaniem 85% menedżerów i 75% klientów bezpieczeństwo danych będzie warunkiem zakupu samochodu w przyszłości.
Znaczenie firm teleinformatycznych w branży motoryzacyjnej stale rośnie. Samochód przestaje już być samodzielnym produktem, a staje się elementem szeregu usług, w związku z którymi jest wykorzystywany. Są to głównie usługi oparte o dane teleinformatyczne, stąd wzrost znaczenia kwestii bezpieczeństwa związanych z nimi danych – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.
Z raportu KPMG wynika, że w przyszłości problematyczne stanie się rozróżnienie modeli biznesowych dotyczących transportu ludzi i towarów. Usługi dostaw z wykorzystaniem samochodów autonomicznych, oparte na współdzieleniu i nowych platformach usługowych zrewolucjonizują schematy mobilności i doprowadzą do połączenia mobilności i logistyki. 73% kadry kierowniczej w branży jest przekonanych, że za 10 lat tradycyjne rozwiązania transportu publicznego mogłyby zostać zastąpione autonomicznymi pojazdami na żądanie.
Złoty rok zaczął bardzo dobrze i to może być koniec dobrych informacji dla naszej waluty. Koniec silnego złotego może być bliski. Na wzrost wartości złotego wpływają przede wszystkim czynniki zewnętrzne. Właśnie one mogą już niebawem spowodować odwrócenie sytuacji – prognozuje Cinkciarz.pl.
Sytuacja w większości gospodarek Europy, przede wszystkim strefy euro, również wyraźnie się poprawiła. A lepsze warunki w Europie, a także większa stabilizacja polityczna, spowodowały istotne zwiększenie zainteresowania inwestorów, prowadząc do wzrostu napływu kapitału do tego regionu. Z samych funduszy obligacji z USA do rozwiniętych krajów Europy w 2017 r. napłynęło 15 mld dolarów, najwięcej od czterech lat (dane EPFR).
Z kolei na rynki obligacji krajów rozwijających się w minionym roku wpłynęło 70 mld dolarów, najwięcej od 13 lat, i o co najmniej 75 proc. więcej niż w poprzednich latach. W naturalny sposób zwiększyło to także popyt na złotego, walutę charakteryzującą się nieco większym ryzykiem i przez to większą stopą zwrotu dla inwestorów.
Kolejnym czynnikiem sprzyjającym walutom krajów rozwijających się, w tym złotemu, było osłabienie dolara. Przez ostatni rok euro zyskało do dolara ok. 16 proc. (złoty ok. 17 proc.). Spadek wartości dolara wywołał odpływ części kapitału z USA, który w dużej mierze napłynął do krajów wschodzących, znacznie wzmacniając tym samym złotego.
Jak prognozuje Cinkciarz.pl możemy jednak być świadkami końcówki okresu słabości dolara. W USA w tym roku scenariuszem bazowym są trzy podwyżki stóp procentowych, co z założenia powinno wspierać amerykańską walutę. Dodatkowo, obniżenie podatków już od początku tego roku najprawdopodobniej wywoła szybszy wzrost cen przez pryzmat m.in. zwiększonej konsumpcji i inwestycji, co być może spowoduje konieczność nawet czterech podwyżek stóp procentowych.
Z tego też względu prognozy zysków amerykańskich firm znacznie wzrosły, co już teraz pomogło osiągnąć historyczne rekordy głównych indeksów giełdowych w USA. Tylko w styczniu indeks największych 30 spółek zyskał blisko 6 proc.
Wzmacniający się dolar i zastopowanie silnego napływu kapitału do krajów wchodzących – to scenariusz, w którym złoty najprawdopodobniej będzie tracił i stopniowo oddalał się od obecnych wartości. Pomocy próżno też szukać w Polsce. Rada Polityki Pieniężnej nie jest skłonna podnosić stopy procentowe przed końcem bieżącego roku. Na ostatniej konferencji prasowej jej prezes, Adam Glapiński, zasugerował nawet, że mogą one również nie zostać podniesione na początku 2019 r. Brak wsparcia czynników zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych może zatem w coraz większym stopniu uprawdopodobniać osłabienie złotego w najbliższym czasie.
Z badania przeprowadzonego przez Salesforce wynika, że nowoczesne firmy mają szansę wzmacniać swój wizerunek poprzez społeczne działania i stwarzanie w miejscu pracy równych szans w zakresie wynagrodzenia i rozwoju. Nagrodą jest wyższy zysk, lojalność klientów i większa efektywność pracowników.
Choć kluczowym czynnikiem rozwoju biznesu jest dziś technologia, z przeprowadzonego przez Salesforce badania wynika, że firmom nie wolno bagatelizować działań związanych ze społeczną odpowiedzialnością, zaangażowaniem na rzecz równości oraz wyznawanym przez siebie wartości. Jeżeli przedsiębiorstwo dba o swój wizerunek i chce być postrzegane jako nowoczesne, nie powinno skupiać się jedynie na osiąganiu biznesowych rezultatów. Ważne dla niego jest wykazywanie rzeczywistego zaangażowania w sprawy społeczne oraz dążenie do osiągnięcia równouprawnienia w miejscu pracy.
Raport Salesforce „The Impact of Equality and Values Driven Business” zawiera wynik badania przeprowadzonego w USA na grupie 1500 pełnoetatowych pracowników na stanowiskach kierowniczych w biznesie oraz administracji (nie ograniczano się do klientów Salesforce). Celem badania było ustalenie, jakie korzyści dla klientów, pracowników i samych firm wynikają z promowania kultury równości i działań prospołecznych oraz na ile współczesne firmy są zaangażowane na tym polu.
Najważniejsze wnioski z raportu:
Pracownicy, którzy wiedzą, że ich głos liczy się w pracy, prawie pięć razy częściej (4,6 razy) czują się zobowiązani do wykonywania swoich zawodowych zadań jak najlepiej.
Jeśli firma zapewnia pracownikom równe szanse, niemal cztery razy częściej (3,8 razy) pracownicy ci z dumą dla tej firmy pracują.
Pracownicy, którzy mają poczucie przynależności do swojej firmy, 5,3 razy częściej czują się zobowiązani do wykonywania swojej pracy jak najlepiej.
80% konsumentów i pracowników uważa, że przedsiębiorstwa mają obowiązek wywierać pozytywny wpływ na społeczeństwo.
11 z 14 ankietowanych kierowników wyższego szczebla stwierdziło, że promowanie równości staje się coraz ważniejsze w kulturze ich przedsiębiorstw.
51% konsumentów jest bardziej lojalnych wobec marek, które dzielą się zyskiem ze społeczeństwem.
Tylko jedna trzecia kadry kierowniczej (36%) twierdzi, że ich firma aktywnie działa na rzecz większego równouprawnienia, a mniej niż połowa (44%) uważa, że angażuje się ona w działalność społeczną.
Nowoczesna firma kreuje wizerunek poprzez działania społeczne i kulturę wartości
Coraz częściej kadra kierownicza w firmach jest zwolennikiem budowania pozycji przedsiębiorstwa nie tylko poprzez dążenie do uzyskania jak najlepszych wyników finansowych, ale także poprzez działania społeczne i politykę promującą wartości istotne dla klientów i pracowników.
Jak wykazano w badaniu Salesforce, podejście oparte na wartościach współgra z wizerunkiem nowoczesnego biznesu i może zapewnić większą lojalność klientów, podnieść morale pracowników i pozytywnie wpłynąć na społeczności otaczające firmę. Zarówno klienci jak i pracownicy coraz częściej przy wyborze produktu czy też pracodawcy biorą pod uwagę nie tylko rozpoznawalność marki, czy oferowane wynagrodzenia, ale również działania społeczne właścicieli tych marek. Ponad 70% konsumentów oraz 82% potencjalnych inwestorów rozważających zakup danej organizacji twierdzi, że dzięki technologii zawsze mogą pójść do konkurencji lub dokonać zakupu w innym miejscu na świecie. Nic zatem dziwnego, że aż 80% managerów wyższego szczebla uważa, że firmy, także w trosce o podniesienie własnej konkurencyjności, mają obowiązek wywierać pozytywny wpływ na społeczeństwo.
W kwestii odpowiedzialności społecznej, a zwłaszcza równouprawnienia w miejscu pracy jest jednak jeszcze wiele do zrobienia. Na przykład tylko kierownictwo co czwartej firmy (25%) twierdzi, że ich firma dba o likwidację różnic w zarobkach kobiet i mężczyzn.
Biznes i praca na rzecz społeczeństwa buduje lojalność wobec marki
Klienci, a zwłaszcza coraz bardziej wpływowe pokolenie millenialsów (urodzeni pomiędzy 1980 a 1995 rokiem), są bardziej lojalni wobec firm, które dzielą się z innymi swoimi zyskami. Według 58% millennialsów inwestycje we wsparcie społeczności mają duży wpływ na ich lojalność wobec danej marki. Większość (60%) twierdzi, że rozważałaby zmianę marki, jeśli firma będąca jej właścicielem. nie byłaby zaangażowana w sprawy społeczne. A zatem przedsiębiorstwa mają możliwość odróżnienia się od konkurencji dzięki większej aktywności w zakresie filantropii czy wolontariatu.
Mimo że klienci oczekują działań na rzecz społeczeństwa, mniej niż połowa kierownictwa firm twierdzi, że ich organizacje aktywnie prowadzą tego rodzaju działania. Tylko jedna trzecia angażuje się w publiczną politykę społeczną związaną z zapewnieniem równych praw obywatelom, rozwojem edukacji czy np. wspieraniem edukacji STEM (Science, Technology, Engineering and Mathematics).
Działania na rzecz społeczności zyskują jednak coraz bardziej na znaczeniu. Z badań prowadzonych przez Salesforce wynika, że w porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat społeczne zaangażowanie firm wzrosło. Coraz więcej przedsiębiorstw staje się rzecznikami społecznymi, partnerami rządów i organizacji non-profit oraz promotorami edukacji.
Zaangażowanie na rzecz równości a efektywność pracowników
Ważnym wnioskiem z badania Salesforce jest pokazanie, że rozwój kultury równości w miejscu pracy służy wzrostowi efektywności zatrudnionych. Kiedy pracownicy mają równe szanse i czują się doceniani w pracy, większe jest ich morale i wydajność. Poszanowanie praw pracowników staje się ważnym elementem budowania przewagi konkurencyjnej w rekrutacji i walce o talenty, stając się kluczowym wyróżnikiem najlepszych firm. Przedsiębiorstwa takie potrafią na dłużej związać ze sobą pracownika.
Aż 65% pracowników czuje dumę z pracy w przedsiębiorstwach, które promują integrację, zapewniają wszystkim równe szanse i dbają o likwidację zróżnicowania wynagrodzenia ze względu na płeć.
Jednak badanie wykazało też, że nierówności w miejscu pracy wciąż są problemem. Prawie połowa (49%) przedsiębiorców nie wierzy, że ich firmy zapewniają równe szanse pracownikom. Chociaż 80% kierownictwa twierdzi, że ich przedsiębiorstwo sprzyja kulturze integracji, to już tylko 43% uważa, że dba o jednakowe zarobki dla obydwu płaci.
Trzy kroki do biznesu opartego na wartościach
Według ekspertów Salesforce, firmy powinny zastosować zasadę trzech kroków, które zapewnią im lojalność klientów, przyciągną i zatrzymają najlepsze talenty oraz pozwolą wywierać korzystny wpływ na społeczeństwo.
Należy podążać za wartościami Demonstrowanie autentycznego zaangażowania społecznego wymaga jasnego określenia wartości. Choć ponad połowa szefów firm ankietowanych przez Salesforce stwierdziło, że ich firmy jednoznacznie definiują wartości i cele, do jakich zmierzają (poza zyskiem), tylko 40% uznało, że faktycznie się nimi kierują. Nie wolno więc jedynie zdefiniować wartości, ale przede wszystkim należy rzeczywiście zgodnie z nimi działać. Prowadzi to do osiągnięcia lepszej pozycji w kontakcie z klientami i pracownikami.
Należy stać się platformą pozytywnych zmian społecznych Firmy powinny podejmować współpracę z agencjami rządowymi, organizacjami non-profit i instytucjami edukacyjnymi, a także zabierać głos w ważnych tematach społecznych i wspierać tych, którzy nie mogą tego zrobić w swoim własnym imieniu. Takie inicjatywy są ważne dla biznesu, gdyż firmy zaangażowane społecznie również edukują i budują swój przyszły kapitał ludzki.
Należy tworzyć kulturę równości Zaangażowanie na rzecz równości i otwartości staje się konkurencyjnym wyróżnikiem dla firm pragnących przyciągnąć i zatrzymać nowe pokolenie talentów. Bycie otwartym, przejrzystym i aktywnym w promowaniu równości w miejscu pracy może zapewnić trwałe zaufanie pracowników.
Społeczne zaangażowanie polskich firm i jego wpływ na wyniki finansowe
W polskich firmach, poza dużymi przedsiębiorstwami, oddziałami wielkich korporacji oraz firmami z kapitałem zagranicznym, potrzeba działań społecznych oraz równouprawnienia w pracy wciąż nie jest sprawą wielkiej wagi, choć z roku na rok świadomość związana z budową wizerunku poprzez działania CSR (corporate social responsibility) poprawia się. W 2015 roku powstała kompleksowa publikacja, przygotowana przez Fundację CentrumCSR.PL oraz Monitoring Społecznej Odpowiedzialności Biznesu: „Społeczna odpowiedzialność biznesu w polskich realiach. Teoria i praktyka”. Wynika z niej, że raport społeczny wydało tylko 15,4% ankietowanych firm. Najważniejszym aspektem związanym ze społeczną odpowiedzialnością przedsiębiorstw w Polsce jest u nas ekologia. To kryterium spełniło aż 67,8% wszystkich badanych podmiotów. W znacznie mniejszym stopniu w politykę firm wpisane są prawa człowieka, W jakimś stopniu nawiązała do niech nieco więcej niż połowa (55,9%) podmiotów.
Z kolei w 2014 roku firma KPMG opublikowała raport „Społeczna odpowiedzialność biznesu: fakty i opinie. CSR oczami dużych i średnich firm w Polsce”, według którego choć 96% firm w Polsce uważa, że działania CSR są obowiązkiem biznesu, to jedynie 46% faktycznie je realizuje. Ważne jest jednak, że polskie firmy (77% przedstawicieli dużych i średnich przedsiębiorstw) zaczynają sobie zdawać sprawę z tego, że prowadzenie działalności biznesowej zgodnie z koncepcją CSR ma korzystny wpływ na wyniki finansowe przedsiębiorstwa. Może być to silny impuls do zwiększenia społecznego zaangażowania. Najczęściej wskazywaną potencjalną korzyścią z działań na tym polu była poprawa rynkowego wizerunku firmy (52%). Kolejne wskazywane korzyści to: wzrost akceptacji otoczenia (36%), wzrost zainteresowania ze strony kontrahentów (30%), wzrost sprzedaży (26%) oraz wzrost zainteresowania firmą wśród potencjalnych pracowników (24%).
Więcej danych z badania przeprowadzonego przez Salesforce:
Działania w jakie angażują się firmy:
prace społeczne – 44%
różnorodność i równość w środowisku pracy – 41%
wsparcie lokalnych szkół – 32%
polityka publiczna – 31%
równe prawa w społeczeństwie (w szerokim znaczeniu) – 28%
edukacja STEM / rozwój pracowników w tym kierunku – 26%
Odsetek przedstawicieli kierownictwa firm, zgadzających się / niezgadzających się z następującymi stwierdzeniami:
Zgadzam się
Nie zgadzam się
moja firma dba o wyrównanie dysproporcji płacowych pomiędzy płciami
75%
24%
mam możliwość czuć się autentycznym w pracy
74%
26%
moja firma ma pozytywny wpływ na społeczeństwo
73%
24%
moja firma sprzyja kulturze równości
70%
30%
moja firma zapewnia równe możliwości rozwoju wszystkim pracownikom
75%
20%
M.in. ze względu na zaokrąglenia nie wszystkie wartości procentowe w raporcie wynoszą 100%.
Eurodolar pozycjonuje się teraz – po siódmej rano 30 stycznia – na poziomie 1,2360. Wczoraj był momentami jeszcze niżej, potem wyżej, teraz znów osuwa się lekko na południe. W długoterminowym ujęciu można mówić o potwierdzaniu linii spadkowej, ciągnącej się od szczytów przy 1,60 – zakreślonych w roku 2008.
Przypomnijmy: wczoraj mieliśmy wypowiedź Petera Praeta z EBC o charakterze dość gołębim (w myśl której kwestia inflacji jest w Eurolandzie nadal niepewna i w związku z tym trzeba prowadzić ostrożną, luźną politykę monetarną), a do tego mieliśmy też przeciek medialny, według którego Bank nie utnie QE w nagły sposób, ale raczej przystąpi do stopniowego wygaszania procedury. To sygnały przeciwko sile euro, skłaniające do inwestowania w dolara. Ale oczywiście testem dla waluty amerykańskiej będzie przede wszystkim piątek, bo wtedy poznamy payrollsy, czyli dane z rynku pracy USA.
Pojutrze miernikiem sytuacji będą odczyty PMI dla przemysłu Strefy Euro i Stanów, a już jutro poznamy raport ADP, który też ma pewne znaczenie. Dziś z kolei mamy o 11:00 dynamikę PKB Strefy Euro za IV kw. 2017, prognozuje się +0,6 proc. k/k oraz +2,6 proc. r/r.
Prócz tego w dzisiejszym kalendarium: o 7:30 ujrzymy dynamikę PKB Francji za IV kw. 2017, natomiast o 9:00 indeks KOF ze Szwajcarii. Wtedy też przyjdzie czas na PKB Hiszpanii za IV kw. 2017. Przewidywania to +0,7 proc. k/k oraz +3,1 proc. r/r. O 14:00 Bank Węgier określi stopę procentową, zapewne utrzymując poziom 0,90 proc., w Niemczech zostanie zaś przedstawiona inflacja CPI i HICP. O 15:00 mamy indeks cen nieruchomości S&P/Case-Shiller z USA, zaś o 16:00 Conference Board zaufania konsumentów. O 16:30 publicznie wypowie się Mark Carney, szef Banku Anglii.
Polskie dane
O godzinie 10:00 w kalendarium przewidywany jest odczyt dotyczący polskiego PKB – w zasadzie chodzi o dane szacunkowe za rok 2017. Perspektywy tradycyjnie już są optymistyczne, tym razem to +4,5 proc. r/r.
Tymczasem złoty jest trochę osłabiony z powodu czynników globalnych, związanych z główną parą. Na ten przykład euro-złoty lokuje się już przy 4,15, a dolar-złoty pzy 3,3570. Tymczasem jeszcze niedawno na pierwszej z tych par kreślono mniej niż 4,13, zaś na drugiej mniej niż 3,31.
Setanta ASI S.A., Spółka notowana na Głównym Rynku GPW w Warszawie, będąca Grupą Kapitałową (Jednostką Inwestycyjną) skoncentrowaną na trzech obszarach: projektach globalnych, projektach lokalnych oraz nieruchomościach, liczy na osiągnięcie ponadprzeciętnych stóp zwrotu z inwestycji w projekty mające realizować sprzedaż na rynkach zagranicznych. W portfelu inwestycyjnym Emitenta znajdują się obecnie cztery takie spółki, które posiadają bardzo duży potencjał wzrostowy.
Projekty globalne, obok projektów lokalnych i nieruchomości, stanowią jeden z trzech filarów działalności inwestycyjnej Setanta ASI S.A. Spółki te zostały bardzo wnikliwie wyselekcjonowane i realizują innowacyjne projekty w skali globalnej, a docelowo ich sprzedaż ma być skoncentrowana na rynkach zagranicznych. Strategia Emitenta zakłada, że podmioty te mają umożliwić osiągnięcie ponadprzeciętnych stóp zwrotu przy odpowiednio podwyższonym poziomie ryzyka. Setanta ASI S.A. posiada aktualnie w swoim portfelu inwestycyjnym cztery spółki o globalnym potencjale rozwoju: MODE S.A., Excelead S.A., PRIDE Gaming Sp. z o.o. oraz City Inspire S.A. Zdaniem Zarządu Setanta ASI S.A. wszystkie te projekty mają przed sobą ogromne perspektywy i za kilka lat mogą osiągnąć sukces w skali światowej.
„Dokonując wyboru projektów globalnych zwracaliśmy szczególną uwagę na ich skalowalność na rynkach zagranicznych. Wszystkie cztery spółki, czyli MODE S.A., Excelead S.A., PRIDE Gaming Sp. z o.o. oraz City Inspire S.A. taką cechę posiadają. Ponadto każda z nich ma zapewnioną kompetentną kadrę menadżerską. Aktualnie jedynym poważnym wyzwaniem dla tych spółek jest kwestia pozyskania odpowiedniego finansowania. Jako akcjonariusz i udziałowiec wspieramy spółki w tym zakresie. Ich dynamiczny rozwój może mieć bowiem znaczący wpływ na wyniki finansowe i wartość spółki Setanta.” – podkreśla Konrad Szwedziński, Członek Zarządu Spółki Setanta ASI S.A.
Jednym z najbardziej perspektywicznych podmiotów znajdujących się w portfelu Setanty jest Grupa City Inspire zajmująca się realizacją innowacyjnych przedsięwzięć w obszarze e-turystyki i posiadająca dwa flagowe produkty – aplikację SaaS StayForLonger przeznaczoną dla hoteli oraz internetowe przewodniki dla turystów CityInspire.com. Spółka ma bardzo ambitne cele i chce stać się globalnym graczem w swojej niszy rynkowej. Obecnie City Inspire S.A. przeprowadza kampanię crowdfundingową na platformie beesfund.com, a pozyskane środki przeznaczy na zwiększenie sprzedaży na rynku w Polsce oraz rozpoczęcie sprzedaży na rynkach zagranicznych, co przybliży ją do realizacji planów związanych z ekspansją międzynarodową. Spółka planuje także zadebiutować w drugiej połowie bieżącego roku na rynku NewConnect, dzięki czemu będzie w stanie wzmocnić rozpoznawalność swojej marki.
Ważnym aktywem w portfelu inwestycyjnym Setanta ASI S.A. jest Spółka MODE S.A. notowana na rynku NewConnect od marca 2012 r. Posiada ona niezwykle wysoki potencjał wzrostu, bowiem działa w niszy rynkowej i konsekwentnie umacnia swoją pozycję w branży. MODE S.A. to producent wysokiej jakości nowatorskich rozwiązań służących do automatycznego generowania fotografii produktów oraz ich prezentacji obrotowych, które mogą w najbliższych latach stać się marketingowym standardem.
„Spółki City Inspire i MODE są naszymi najbardziej obiecującymi spółkami portfelowymi. Podoba nam się to, że działają w niszach, w których nie mają znaczącej konkurencji i jednocześnie dzięki swojemu doświadczeniu oraz bazie produktowej i rynkowym relacjom posiadają przewagę nad potencjalnymi naśladowcami. Zarząd City Inspire pracuje aktualnie nad rundami finansowymi, które mają zapewnić spółce niezbędne środki do skokowego zwiększenia sprzedaży. Natomiast spółka MODE z sukcesami koncentruje się na dostępnych dotacjach na badania i rozwój, dzięki którym ma szansę na dołączenie do globalnych liderów w jej segmencie.” – zakończył Konrad Szwedziński.
Zarząd Setanta ASI S.A. wiąże duże nadzieje z PRIDE Gaming, które działa w niezwykle perspektywicznej branży esportu i jest profesjonalną organizacją sportów elektronicznych oraz prowadzi m.in. drużynę Counter Strike: Global Offensive – Mistrzów Polskiej Ligi Esportowej, a także Zdobywców Pucharu Polski. Rynek esportu należy do najszybciej rozwijających się w Europie i stoi przed dobrymi perspektywami do dalszego dynamicznego wzrostu w kolejnych latach. PRIDE Gaming posiada niezbędne kompetencje, które mogą pozwolić na globalną ekspansję.
Natomiast Excelead S.A. jest autorem dwóch innowacyjnych narzędzi pro-sprzedażowych dla firm – Calltracker i Clientel. Konkurencja w tej branży jest niewielka, a grupa docelowa klientów bardzo szeroka, co stanowi o dużym potencjale tego projektu. Dzięki planowanej sprzedaży na rynkach zagranicznych Excelead S.A. zamierza zwielokrotnić przychody ze sprzedaży, a dynamika ich wzrostu w latach 2017-2019 ma wynieść zgodnie z szacunkami ponad 100% rocznie.
Setanta ASI S.A. w ramach segmentu projektów lokalnych posiada również w swoim portfelu inwestycyjnym akcje lub udziały w spółkach: Kantoris Sp. z o.o., Mennica Skarbowa S.A., XSystem S.A., Tax4u Sp. z o.o., Clean Energy Venture S.A. oraz Zachodniopomorski Zespół Elektrowni Sp. z o.o. Natomiast w segmencie nieruchomości prowadzonym przez Emitenta (usługi i niszowe inwestycje), który ma odpowiadać przede wszystkim za bezpieczeństwo portfela, funkcjonują dwa podmioty: Piaseczno Park Sp. z o.o. oraz Warsaw Properties Sp. z o.o. Pierwszy z nich przygotowuje realizację wielorodzinnego budynku mieszkalnego zlokalizowanego w Piasecznie. Z kolei Warsaw Properties Sp. z o.o. zajmuje się świadczeniem usług dla inwestorów prowadzących inwestycje na lokalnym rynku nieruchomości, przede wszystkim doradztwa przy wyszukiwaniu projektów inwestycyjnych, przeprowadzania transakcji, zarządzania nabytymi nieruchomościami, a także działalnością remontowo-wykończeniową.
W czerwcu 2017 roku Setanta ASI S.A. przystąpiła do Programu Wspierania Płynności. Spółka złożyła również wniosek do Komisji Nadzoru Finansowego o wpis do rejestru wewnętrznie zarządzających ASI.
Wall Street jest w euforycznej, hiperbolicznej fazie hossy i nie reaguje na raporty kwartalne spółek (jeśli są słabe) oraz na dane makro (jeśli nie potwierdzają szybkiego wzrostu gospodarczego), ale my musimy na to spoglądać.
W poniedziałek opublikowany został raport o dochodach/wydatkach Amerykanów w grudniu, ale miało to znikomy wpływ na nastroje. Dowiedzieliśmy się, że dochody i wydatki wzrosły o 0,4% m/m (oczekiwano wzrostu dochodów o 0,3%, a wydatków o 0,4 %).
Najwięcej uwagi jednak skupiały wydarzenia na rynku obligacji. Rentowności na całym świecie całkiem mocno rosły. W USA wróciły do poziomu sprzed 4 lat, w Niemczech sprzed 2 lat. Wzrosły też na przykład w Polsce.
Ucieczka kapitałów z rynku obligacji może nawet pomagać akcjom (kapitał gdzieś musi szukać miejsca), ale jeśli rentowności będą zbyt wysokie to rynkowe stopy procentowe mogą obóz byków na rynku akcji wystraszyć. To jednak jeszcze nie jest ten poziom. W USA musiałyby przekroczyć trzy procent, żeby inwestorzy zaczęli się niepokoić (obecnie około 2,7% na obligacjach dziesięcioletnich).
Dla Wall Street ważne mogło być to, że przed sesją kilka dużych spółek opublikowało wyniki kwartału, co nieznacznie wpłynęło na zachowanie rynku akcji. Indeksy giełdowe trzymały się przez całą sesję tuż pod poziomem neutralnym. W końcu sesji doszło jednak do pogłębienia spadków.
S&P 500 stracił 0,67%, a NASDAQ 0,52%. Po długiej fali wzrostowej taka realizacja zysków była czymś normalnym i teoretycznie trudno uznać tą sesję za początek większej korekty, ale zachowanie rynków azjatyckich i kontraktów na amerykańskie indeksy (mocne spadki) we wtorek rano sygnalizuje, że rynki z chęcią by taką korektę zobaczyły.
W poniedziałek GPW rozpoczęła sesję podobnie jak inne giełdy europejskie, czyli neutralnie. Co prawda WIG20 szybko zabarwił się na czerwono, ale nie miało to znamion prawdziwego ataku podaży. Nasz indeksy blue chipów był jednak wyraźnie słabszy od innych indeksów europejskich.
Ta słabość doprowadziła przed rozpoczęciem sesji na Wall Street do wyłamania indeksu ze stabilizacji w dół. Było to załamanie niesprowokowane tym, co działo się na innych giełdach. Końcówka była nieco lepsza, ale WIG20 stracił 0,27%. Lepiej zachowały się indeksy mniejszych spółek – MWIG40 i SWIG80 zakończył dzień neutralnie.
Wczorajsze zakończenie sesji w USA oraz na GPW nie daje sygnałów, w którym kierunku dzisiaj pójdzie nasza giełda. Muszę powtórzyć to, co już pisałem w poniedziałek: najlepsze by było, gdyby nasz rynek wszedł w trend boczny w oczekiwaniu na amerykańską korektę. Początek sesji może być jednak dla posiadaczy akcji niekorzystny, bo nastroje na świecie zrobiły się bardzo „niedźwiedzie”.
Piotr Kuczyński
Główny Analityk
Dom Inwestycyjny Xelion
Rentowności obligacji skarbowych rosną wraz z solidnymi danymi makro. Złoty odreagowuje ostatnie umocnienie. W poniedziałek kurs EURPLN zbliżył się do poziomu 4,15.
Rynek walutowy i stopy procentowej
Poniedziałek na krajowym rynku walutowym przyniósł niewielkie osłabienie złotego (kurs EURPLN podszedł pod 4,15 wobec 4,13 testowane zaraz po otwarciu sesji), do czego przyczyniła się stabilizacja kursu EURUSD w okolicach 1,24 pod koniec sesji europejskiej przekształcająca się już w wyraźną aprecjację dolara. Po silnych ruchach w ostatnich dniach (w zeszłym tygodniu złoty osiągnął najwyższy poziom wobec euro od lipca 2015 roku, a wobec dolara od października 2014 roku) korekta wręcz prosiła się. Zmiany na złotym nie są jednak duże, inwestorzy koncentrują się na wtorkowej publikacji PKB dla Polski za 2017 (ekonomiści PKO zakładają wzrost o 4,6% wobec 4,5% szacowanych przez rynek) oraz czwartkowych danych dla styczniowego PMI i publikacji protokołu ze styczniowego posiedzenia RPP. W międzyczasie na rynek napłyną ważne informacje ze świata (w tym: inflacja bazowa PCE i raport NFP z USA oraz decyzje Fed dot. polityki monetarnej). W tym tygodniu prezydent D. Trump wygłosi też w Kongresie swoje coroczne orędzie, w którym będzie zapewne chciał w jak najlepszym świetle przedstawić perspektywy dla gospodarki amerykańskiej i nawiąże do ostatniej reformy podatkowej. Również J. Yellen (ostatni raz w roli prezesa Fed) powinna potwierdzić dobry stan gospodarki podczas kończącego się w środę posiedzenia amerykańskiego banku centralnego i nie jest wykluczone, że nakreśli plany odnośnie marcowej podwyżki stóp, która przez rynek jest obecnie wyceniana w ponad 80%, a tym samym może wzmocnić zaufanie inwestorów do dolara. Dolar stanie więc przed szansą na dalszy wzrost względem głównych walut, co powinno deprecjonująco wpływać na złotego. Jednakże PLN w najbliższych dniach pozostawać może jednocześnie pod pozytywnym wpływem wspomnianych publikacji krajowych. Raporty potwierdzające mocne fundamenty polskiej gospodarki, mogą więc ograniczać potencjalnie możliwą skalę przeceny naszej waluty.
Na rynku stopy procentowej początek nowego tygodnia stanowił kontynuację trendu wzrostowego rentowności obligacji. Na krajowym rynku stopy w dalszym ciągu dochodzi do wzrostu nachylenia krzywej dochodowości, gdzie krótki koniec krzywej utrzymywany jest nisko w związku z gołębią retoryką RPP (na zmianę której ciężko liczyć w minutes ze styczniowego spotkania, które zostaną opublikowane w czwartek). Z kolei rentowności papierów z dłuższym terminem do wykupu przekroczyły 2,75% w przypadku 5-letnich oraz 3,50% dla 10-letnich, na co w dużym stopniu wpływ mają czynniki zagraniczne. Lokalnie, rentowności obligacji znajdują się też pod wpływem danych gospodarczych, gdzie oczekiwane przyspieszenie PKB w 2017 r. (z 2,9% w 2016 r.) daje paliwo do ich wzrostu. W najbliższym czasie czynnikiem powstrzymującym dalsze przesunięcie się krzywej dochodowości w górę może być wyhamowanie wzrostu inflacji, gdzie w grudniu polskie CPI spadło do 2,1% r/r z 2,5%. Wraz z brakiem publikacji flasha za styczeń przez GUS (w związku ze zmianą koszyka wag), uwagę będą przyciągały wtorkowe dane z Niemiec, gdzie oczekuje się, że CPI za styczeń utrzyma poziom 1,6% r/r.
Na rynkach globalnych przecena obligacji przekraczająca 5pb była kierowana oczekiwaniami na działania władz monetarnych. Zeszłotygodniowe posiedzenie EBC nie rozwiało oczekiwań na normalizację polityki monetarnej w strefie euro, a obecnie pierwsza podwyżka stóp procentowych jest już w pełni wyceniona w pierwszym kwartale 2019 roku. W takim otoczeniu zmniejsza się pula aktywów z ujemnymi rentownościami, gdzie niemieckie obligacje 5-letnie po raz pierwszy od ponad 2 lat znalazły się powyżej 0%. Zdecydowanie wyżej znajdują się też notowania rentowności obligacji w USA, gdzie 10-letnie papiery przekroczyły poziom 2,70%. Przecenie papierów towarzyszy rosnąca liczba zajmowanych przez inwestorów krótkich pozycji w kontraktach na amerykańskie papiery skarbowe. Autorzy: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek – PKO Bank Polski
Zaświadczenia lekarskie w formie elektronicznej mają pozwolić pracodawcom na szybsze uzyskanie informacji o zwolnieniach wystawianych pracownikom na formularzach ZLA i ich długości. Może to z korzyścią wpłynąć na organizację pracy, jednak nie rozwiązuje najważniejszych problemów związanych z chorobowymi.
Zmiany na plus
Wprowadzenie e-zwolnień niesie ze sobą pozytywne zmiany w procesie przyznawania zwolnień chorobowych. Jest on zdecydowanie sprawniejszy. Wystawianie e-ZLA, zajmuje lekarzowi znacznie mniej czasu niż wypisanie papierowego zwolnienia. W większości niezbędne do jego wypełnienia dane są automatycznie pobierane z systemu albo wybierane z listy. Następnie dokument trafia do ZUS i na profil PUE płatnika a pacjent nie ma obowiązku dostarczenia zwolnienia do pracodawcy w terminie 7 dni.
Z punktu widzenia pracodawcy e-ZLA pozwolą od razu kontrolować krótkotrwałe zwolnienia czyli te, które są największą bolączką pracodawców. – Dla nas również jest to zmiana na lepsze ponieważ usprawni komunikację z przedsiębiorstwami, przez co szybkość działania będzie zdecydowanie większa. Proces kontroli rozpoczniemy wówczas natychmiastowo – komentuje Mikołaj Zając z firmy konsultingowej Conperio, specjalizującej się w audycie absencji chorobowej. – Uruchomienie systemu elektronicznych zwolnień lekarskich pozwoli też na przypisanie e-ZLA do konkretnych lekarzy. Umożliwi to likwidowanie patologii takich jak handel zwolnieniami. Łatwiej będzie też zidentyfikować tzw. „generatorów zwolnień” czyli lekarzy wypisujących zwolnienia na dużą skalę – dodaje Zając.
Gdzie faktycznie przebywa chory?
Przy wielu korzystnych zmianach, które mają nastąpić, ekspert Conperio zwraca jednak uwagę na istotny fakt. – Wprowadzane zmiany nie rozwiązują największego problemu związanego ze zwolnieniami chorobowymi, jakim jest kwestia przypisania adresu pobytu w trakcie choroby do dokumentu e-ZLA. Umożliwiłoby to faktyczną weryfikację tego czy pracownik przebywa na zwolnieniu zgodnie z zaleceniami lekarza. Za wskazanie niewłaściwego miejsca pobytu w trakcie choroby nie ma żadnej odpowiedzialności. Zwolnienie chorobowe jest dokumentem na podstawie którego pracodawca wypłaca wynagrodzenie i jeśli zawiera on nieprawidłowe dane teoretycznie można byłoby go uznać za niewiążący. Obowiązujące przepisy nie regulują jednak tego w jaki sposób należy traktować zwolnienia z błędnymi danymi i w praktyce sposób w jaki zostaną wyciągnięte konsekwencje wobec pracownika leży po stronie pracodawcy.
Pracodawcy pozostawieni sami sobie
Za cyfryzacją obiegu dokumentów powinny również pójść zmiany systemowe. Pracodawca zyska możliwość szybszego zweryfikowania zwolnienia chorobowego, jednak w dalszej perspektywie jest on pozostawiony sam sobie. W skali kraju ZUS dysponuje garstką kontrolerów terenowych, stanowiących kroplę w morzu potrzeb pracodawców. Rzeczywistość jest taka, że konsekwencje wobec pracowników, którzy przebywają na nieuczciwych zwolnieniach mogą efektywnie wyciągać jedynie pracodawcy. Niewielu jest jednak takich, którzy są do tego przygotowani. Brakuje im przede wszystkim odpowiednich narzędzi i pomocy prawnej.
Rosną nam rachunki za prąd, nasz komputer działa wolniej a smartfon się przegrzewa – to może oznaczać, że nasze urządzenia działają dla hakerów. Mogą nawet być wykorzystywane do kopania kryptowalut. Takie szkodliwe aplikacje są szczególnie niebezpieczne dla telefonów. Jeden ze złośliwych programów potrafi doprowadzić do uszkodzenia telefonu lub wybuchu baterii.
Badacze z Kaspersky Lab zidentyfikowali nowy, nietypowy szkodliwy program dla Androida — Loapi. Trojan posiada zaawansowaną budowę modułową, co pozwala cyberprzestępcom na niemal nieograniczone dodawanie nowych funkcji — od kopania kryptowalut po przeprowadzanie ataków DDoS. W niektórych przypadkach, najprawdopodobniej w wyniku błędu cyberprzestępców, szkodnik generuje tak duże obciążenie zainfekowanego smartfona, że może dojść do jego fizycznego uszkodzenia w wyniku deformacji baterii.
Loapi rozprzestrzenia się poprzez fałszywe kampanie reklamowe, w których szkodnik udaje program antywirusowy lub aplikacje dla dorosłych. Po zainstalowaniu trojan upomina się o uprawnienia na poziomie administratora, a gdy zostaną one przyznane, szkodnik po cichu inicjuje komunikację z serwerem cyberprzestępczym, by pobierać dalsze szkodliwe moduły.
Na chwilę obecną architektura trojana obejmuje między innymi następujące moduły:
Moduł Adware — stosowany do agresywnego wyświetlania reklam na urządzeniu użytkownika.
Moduł SMS — używany przez szkodliwy program do wykonywania rozmaitych operacji z wiadomościami tekstowymi.
Moduł subskrypcji płatnych usług premium — wykorzystywany do ukradkowego subskrybowania płatnych usług bez wiedzy użytkownika. Moduł SMS ukrywa wiadomości przed użytkownikiem, odpowiada na nie, jeżeli zajdzie taka potrzeba, i usuwa wszystkie ślady dodawania nowych subskrypcji.
Serwer proxy — pozwala atakującym na wysyłanie żądań HTTP z użyciem połączenia internetowego zainfekowanego urządzenia. Moduł ten może być wykorzystywany np. do przeprowadzania ataków DDoS.
Koparka kryptowaluty Monero — służy do kopania kryptowaluty Monero (XMR) na zainfekowanym urządzeniu bez wiedzy użytkownika.
Poza rozbudowanym zestawem funkcji Loapi posiada możliwości pozwalające mu na aktywne zabezpieczanie się przed usunięciem. Gdy użytkownik spróbuje wycofać nadane uprawnienia na poziomie administratora, szkodnik blokuje ekran urządzenia i zamyka okno. Dodatkowo Loapi pobiera z serwerów cyberprzestępczych listę aplikacji, które mogą być dla niego niebezpieczne, takich jak rozwiązania bezpieczeństwa. Po odnalezieniu w systemie aplikacji z tej listy trojan wyświetla fałszywy komunikat z informacją o wykryciu szkodliwego programu i oferuje użytkownikowi możliwość usunięcia go. Komunikat jest zapętlony, co oznacza, że nawet gdy użytkownik odmówi usunięcia aplikacji, wiadomość będzie się pojawiać w dalszym ciągu.
Badacze dokonali jeszcze jednego interesującego odkrycia: podczas przeprowadzania testów na losowo wybranym smartfonie z Androidem Loapi wygenerował tak duże obciążenie, że gwałtowny wzrost temperatury spowodował deformację baterii. Jest mało prawdopodobne, że twórcy trojana świadomie zastosowali taką funkcję, ponieważ zależy im przede wszystkim na zarobieniu jak największej ilości pieniędzy, a do tego szkodnik musi działać w zainfekowanym urządzeniu tak długo, jak to możliwe. Jednak błędy w optymalizacji szkodliwego kodu doprowadziły do powstania tego nieoczekiwanego, fizycznego „wektora ataku”, który może doprowadzić do poważnych uszkodzeń, a nawet zniszczenia zainfekowanego urządzenia.
– Loapi jest nietypowym przykładem zagrożenia dla Androida, ponieważ cyberprzestępcy zaszyli w nim niemal wszystkie możliwe szkodliwe funkcje. Powód takiego działania jest dość oczywisty — znacznie łatwiej raz zainfekować urządzenie rozbudowanym trojanem i później wykorzystywać je do różnych szkodliwych działań w celu zarobienia pieniędzy, niż atakować systemy kilkukrotnie różnymi szkodliwymi aplikacjami. Niespodziewanym zagrożeniem generowanym przez trojana jest ryzyko fizycznego uszkodzenia, a nawet zniszczenia zainfekowanego urządzenia — powiedział Nikita Buczka, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa, Kaspersky Lab.
Loapi może być powiązany z innym trojanem dla Androida — Podec. Tuż po infekcji obydwa szkodliwe programy pobierają podobne informacje z serwerów cyberprzestępczych, a ponadto stosują zbliżone metody ukrywania swojej obecności w systemie.
To, co motywuje jedną osobę, inną może zniechęcić do działania. Według badań Polacy są mocno przywiązani do zasad i cenią sobie stabilizację emocjonalną, a odczuwają niską potrzebę konkurowania. Austriaków najbardziej motywuje chęć zdobywania wiedzy, za to Finowie chcą delektować się posiłkami, być aktywni fizycznie i osiągać wysoki status społeczny. W kwestii zachęty do działania różnimy się jednak nie tylko jako narody. Jak poznać wewnętrzną motywację swoją oraz pracowników i jak może to pomóc w rozwoju zespołu?
– Choć istnieją pewne tendencje najsilniejszych motywatorów dostrzegalne wśród mieszkańców poszczególnych państw, tę kwestię tak naprawdę należy rozpatrywać jako indywidualną dla każdego człowieka, wynika bowiem nie tylko z uwarunkowań kulturowych i społecznych, ale i z naszych genów, jak oraz życiowych doświadczeń. Nie należy wartościować tych motywatorów, bo każdy z nas jest odrębną jednostką, która posiada swój unikalny zestaw cech i wartości, wyzwalających naturalną motywację. Poznanie tego, co sprawia, że nam czy członkom naszego zespołu chce się podejmować określone działania, jest bardzo istotne nie tylko pod kątem własnego rozwoju osobistego, ale i z perspektywy zarządzania pracą innych osób – zauważa Łukasz Przybylski, trener biznesu z firmy doradczo-szkoleniowej Integra Consulting Poland.
Polacy lojalni wobec zasad
Według badań najważniejszym motywatorami dla Polaków jest potrzeba stabilizacji emocjonalnej, co nieraz przejawia się ostrożnością, skoncentrowaniem na przyszłości, ale i strategicznym postępowaniem. Wysoko cenimy sobie także lojalność wobec zasad, którą często wyrażamy zachowując się moralnie w danych sytuacjach niejako w naturalny sposób. A co w ogóle na nas nie działa? Spośród 23 krajów, w których zebrano i zestawiono wyniki badań Reiss Motivation Profile, określających profile motywacyjne, to właśnie w Polsce najsłabiej pobudza nas do działania chęć rewanżu, nasza potrzeba konkurowania oraz współzawodnictwa jest więc dość ograniczona.
Jak w tym samym badaniu wypadają inne kraje? Dla przykładu Austriaków najbardziej zachęca potrzeba zdobywania wiedzy, a w dalszej kolejności również uporządkowanego otoczenia oraz klarownych zasad, a także kontaktów społecznych, za to najmniej – potrzeba przebywania w pięknym otoczeniu. Finowie odczuwają natomiast silną potrzebę delektowania się posiłkami, uprawiania aktywności fizycznej i osiągnięcia wysokiego statusu społecznego, potrzeba posiadania i gromadzenia rzeczy oddziałuje na nich za to najmniej. – W kwestii bodźców do podjęcia aktywności różnimy się nie tylko ze względu na kraj, w którym żyjemy, ale i między płciami – do kobiet najbardziej przemawiają takie wartości jak wrażliwość na estetykę, akceptacja czy idealizm, do mężczyzn zaś – władza, aktywność fizyczna czy rewanż – mówi Łukasz Przybylski z Integra Consulting Poland.
Jedzenie vs idealizm
Pomimo pewnych ogólnych tendencji, motywacja to bardzo indywidualna kwestia – jednych do działania przekona chęć zyskania uznania, następnych szczytna idea lub ciekawość, a dla kolejnych motorem napędowym będzie na przykład wrażliwość na estetykę, potrzeba spokoju albo przeciwnie – rewanżu bądź władzy. Jeszcze inne działania wyjaśni za to chęć… delektowania się posiłkiem. Uświadomienie sobie tego, co w nas i członkach naszego zespołu wyzwala chęci do podejmowania starań i uwzględnianie tych preferencji w codziennych aktywnościach pomoże w rozwijaniu naturalnych predyspozycji i osiąganiu spełnienia zarówno w sferze prywatnej, jak i zawodowej. – Pracodawcy powinni mieć na uwadze, że motywacja wewnętrzna jest długotrwała, warto ją pobudzać, bo przekłada się na satysfakcję członków zespołu, a zarazem ich zaangażowanie. Pracownicy muszą jednak czuć, że przełożony szczerze interesuje się tym, co jest dla nich ważne i w miarę możliwości uwzględnia to planując pracę oraz ich rozwój – zauważa Łukasz Przybylski. Dla przykładu osoba, u której dominuje potrzeba porządku, ceni sobie przejrzystość struktury organizacji i zasad, a także planowanie, dba o szczegóły i przygotowuje listy zadań bardzo skrupulatnie. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że może przywiązywać zbyt dużą wagę do szczegółów, przez co, choć projekty jej powierzone najprawdopodobniej będą wykonane bardzo dokładnie, ich realizacja może trwać zdecydowanie dłużej niż u innych. – Menedżer, który zauważy u pracownika silną potrzebę uporządkowania, powinien docenić jego skrupulatność i zaangażowanie w poszczególne zadania i starać się przypisywać mu aktywności wymagające tych cech. Równocześnie jednak warto, aby pomógł podwładnemu w nauce wyznaczania priorytetów. Dzięki temu dany członek zespołu będzie mógł poświęcić więcej czasu na działania najważniejsze zarówno dla rozwoju własnego, jak i całej organizacji – zauważa Łukasz Przybylski z Integra Consulting Poland. Jeżeli za to pracownik działa nieco chaotycznie, ale jednocześnie bardzo kreatywnie, dobrze docenić jego pomysłowość i otwartość na nowe rozwiązania, motywować na przykład poprzez zadania wymagające nieszablonowego podejścia i umożliwienie elastyczności w działaniu. Równocześnie jednak warto pomóc mu w realnej ocenie tego, ile projektów i zadań będzie w stanie zrealizować w danym czasie, szczególnie kiedy terminy ich realizacji się zazębiają. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że pomimo początkowych deklaracji i szczerych chęci, osoba, która działa bez planu i pod wpływem chwili, zacznie zajmować się na raz kilkoma zadaniami i w rezultacie może mieć problem z doprowadzeniem do końca jednego, a czasem i wszystkich zobowiązań.
Wyzwania dla pracodawców
Odwoływanie się do wartości, które nie są istotne dla pracowników, może przynieść efekt odwrotny do zamiarów przełożonego – poczują oni bowiem, że coś im się narzuca, co może wywołać ich opór. Podobnie zarządzanie zespołem w oparciu jedynie o motywatory zewnętrzne na dłuższą metę zwykle się nie sprawdza. Nawet jeśli benefity są coraz bardziej wartościowe, taki system może doprowadzić do wypalenia zawodowego. Niektórzy menedżerowie wychodzą też z założenia, że aby zachęcić zespół do działania, wystarczy charyzma i motywacyjna przemowa. – Warto uświadomić sobie, że każdego motywuje co innego i dopiero poznanie tych indywidualnych preferencji daje szansę na dopasowanie odpowiedniego sposobu zachęcania danego pracownika czy grupy, a także odpowiednie przydzielanie zadań zgodnych z talentami oraz potrzebami tych osób – zauważa Łukasz Przybylski. Dlatego też menedżerowie coraz częściej sięgają po pomagające w tym narzędzia. Jednym z nich jest badanie profilu motywacyjnego w oparciu o dorobek prof. Stevena Reissa, który wyznaczył 16 głównych motywatorów ludzkich działań. Specjalny test określa ich indywidualne natężenie, a na bazie jego wyników można sprecyzować priorytety i wartości danej osoby. – Uwzględniając indywidualne preferencje i system wartości członków zespołu, menedżer powinien starać się stwarzać takie warunki pracy, aby wzbudzać wewnętrzną, naturalną motywację pracowników. Z jednej strony pomaga im to w osiągnięciu satysfakcji oraz poczucia sensu płynącego z realizacji swoich wartości i zaspokajania swoich potrzeb, a równocześnie prowadzi do większego zaangażowania – podsumowuje Łukasz Przybylski z Integra Consulting Poland.
Branża alkoholowa pod względem terminowych płatności wypada dwa razy gorzej niż ogół polskich firm. Najwięcej niesolidnych płatników, aż 30 proc., można znaleźć wśród producentów cydru i win owocowych, w najsłabszej kondycji finansowej znajduje się najwięcej sklepów monopolowych – widać w BIG InfoMonitor oraz Bisnode Polska. W procentowym biznesie nie jest dobrze, choć Polacy nie unikają piwa czy wódki. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) rocznie każdy z nas wypija 10,3 l alkoholu. Więcej spożywają jedynie Litwini – 18,2 l i Białorusini. Polska razem z Rosją zajmuje czwartą pozycję.
Wyniki WHO potwierdzają badania Polskiej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, według nich Polska znajduje się wśród krajów, w których spożycie alkoholi wysokoprocentowych (blisko 30 proc.) należy do najwyższych w Europie, konkurujemy pod tym względem z Bułgarią, Rumunią, Litwą, Estonią, Francją i Hiszpanią. Jesteśmy też na pierwszym miejscu wśród narodów, które uważają, że alkohol jest w naszym kraju łatwo dostępny, uważa tak 60 proc. badanych i jesteśmy przekonani, że tak powinno być. Jesteśmy w czołówce krajów przeciwnych restrykcjom w sprzedaży alkoholu. Nie widzimy też potrzeby ograniczenia dostępności do alkoholu, np. poprzez zwiększenie ceny czy zmniejszenie liczby sklepów oferujących napoje wyskokowe.
Co dziesiąta firma ma na koncie niezapłacone na czas faktury czy kredyty
Jeśli chodzi o popyt, warunki dla działalności, branża alkoholowa (produkcja, handel hurtowy i handel detaliczny napojami alkoholowymi) ma nad Wisłą idealne. Coś jest jednak nie tak, bo dane z baz BIG InfoMonitor i BIK pokazują, że niesolidnym płatnikiem wobec dostawców towarów i usług czy też banków jest aż co dziesiąta firma – 10 proc. czyli prawie dwa razy więcej niż ogólnie (średnia dla wszystkich wynosi, 5,4 proc.).
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
– Widać tu pewną prawidłowość, o ile przedstawiciele branży starają się utrzymać dyscyplinę w obsłudze kredytów, tak już w relacjach z kontrahentami, gdzie w sumie wchodzą w grę mniejsze kwoty jest znacznie gorzej – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Statystyki nie pozostawiają wątpliwości, że firmy sprzedające z odroczonym terminem płatności usługi czy towary, na rzecz produkujących alkoholem i handlujących nim, powinni być ostrożni – dodaje.
Według danych zgromadzonych w bazach BIG InfoMonitor i BIK, co najmniej 60-dniowe opóźnienia w płatnościach na minimum 500 zł, ma 1 112 firm z branży alkoholowej na 11 tys. widniejących w CEiDG, KRS i rejestrze spółek cywilnych. Wśród dłużników z branży alkoholowej prawie 70 proc. zalega swoim partnerom biznesowym, a 30 proc. instytucjom finansowym. Łącznie chodzi o kwotę 148 mln zł. Średnia zaległość jednego przedsiębiorstwa z branży alkoholowej wynosi ponad 133 tys. zł.
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Sytuacja z terminowym opłacaniem zobowiązań różni się w zależności od charakteru działalności. U producentów kwota zaległości jest najniższa – 26,1 mln zł, ale to produkcja oraz sklepy monopolowe (prawie 74 mln zł zaległości) wypadają najsłabiej jeśli chodzi o solidność płatniczą. Nie płaci tu niemal co ósma firma (12 proc.) Szczególnie źle jest wśród producentów cydru i win owocowych, gdzie prawie co trzeci producent ma na koncie nieuregulowane rachunki, faktury czy raty kredytów. Lepiej od producentów i sklepów prezentują się hurtownie alkoholu z 9 proc. odsetkiem firm z zaległościami, chociaż kwota zadłużenia jest całkiem spora, bo wynosi 48,1 mln zł.
Źródło: BIG InfoMonitor i BIK
Czy zmiany przepisów pogorszą sytuację małych sklepów?
Według PARPA jesteśmy w czołówce krajów przeciwnych restrykcjom w sprzedaży alkoholu. Nie widzimy potrzeby ograniczenia dostępności do alkoholu poprzez zwiększenie ceny czy zmniejszenie liczby sklepów oferujących napoje wyskokowe. Jednak rząd jest innego zdania. Nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, która weszła w życie od tego roku zakłada m.in. możliwość ograniczenia nocnej sprzedaży alkoholu. Projekt wprowadza m.in. możliwość ograniczenia przez gminy nocnej sprzedaży alkoholu od godziny 22 do 6 rano oraz zakazu picia w miejscu publicznym, za wyjątkiem wyznaczonych do tego miejsc.
Co to może oznaczać w praktyce? Może to też wpłynąć na wzrost cen. Według najnowszego wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych GUS (z grudnia 2017 r.), ceny alkoholu w stosunku do 2016 r. wzrosły o 0,2 proc., podczas gdy jeszcze rok wcześniej spadły o 0,6 proc.
Nowe przepisy mogą spowodować też problemy finansowe małych sklepików i nie tylko, a także wysyp nielegalnych źródeł alkoholu. Ocena kondycji finansowej branży alkoholowej dokonanej przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska już teraz pokazuje, że z grona producentów, hurtowników i detalistów związanych z napojami alkoholowymi, właśnie sklepy detaliczne wypadają najgorzej, bo aż 56 proc. z nich jest słabej i złej kondycji finansowej. Podczas gdy dla ogółu firm, producentów i sprzedawców napojów alkoholowych odsetek firm z problemami nieznacznie przekracza 50 proc.
Po ubiegłotygodniowym posiedzeniu ECB rynek powinien z większym zainteresowaniem analizować sygnały ze sfery realnej: dynamikę PKB i dane o inflacji. Jednak przez większą część tygodnia oczy zwrócone będą na drugą stronę Atlantyku. Za nami szalone dni na rynku, lecz tempo wydarzeń wcale nie będzie zwalniać.
Środa to posiedzenie FOMC, czwartek i piątek – kluczowe dane, w tym comiesięczna porcja wskaźników obrazujących kondycję rynku pracy. Do tego dochodzą informacje o zapasach i wydobyciu ropy w Stanach Zjednoczonych Produkcja lada moment przekroczy 10 milionów baryłek na dzień i będzie dalej dynamicznie rosnąć. Z kolei zapasy powinny przestać się kurczyć. Dotychczas druga z wymienionych tendencji zdecydowania silniej oddziaływała na zachowanie inwestorów, ale sytuacja powinna ulec diametralnej odmianie przynoszącej silną korektę przegrzanego rynku surowca. Jej pierwszym katalizatorem będzie zejście przez West Texas Intermediate pod obecnie testowany poziom 65 USD za baryłkę. Jakby tego było mało aż 125 spółek z S&P500 w tym tygodniu pochwali się sprawozdaniami finansowymi za zakończony przed miesiącem kwartał (wśród nich: Facebook, Amazon, Apple, Alhabet). W ostatnich latach sezon wyników był to czynnikiem ryzyka jedynie na papierze, ale przy ekstremalnie wykupionym rynku i skrajnie wyśrubowanych wycenach nie można przejść obojętnie obok takiej kumulacji publikacji raportów.
Zresztą już początek tygodnia to najwyższy poziom rentowności dziesięcioletnich obligacji USA od 2014 roku (2,70 proc.) i ważne dane o inflacji bazowej, które nie zaszkodziły dolarowi. USD powoli zaczął odrabiać ubiegłotygodniową przecenę sprowadzającą jego siłę na długoterminowe, trzyletnie minima. Choć ostatnią fazę wyprzedaży amerykańskiej waluty można postrzegać w kategoriach przestrzelenia (overshooting) i wyraźnego oderwania od fundamentów, czy też wartości godziwej bazującej na relatywnej wycenie aktywów, to droga od odwrócenia negatywnego trendu jest bardzo daleka.
Kluczowe może okazać się nocne wystąpienie Donalda Trumpa (03:00 polskiego czasu). Administracja USA wzbudziła wiele kontrowersji ostatnimi komentarzami dotyczącymi siły waluty. Mleko się rozlało i diametralna zmiana znanej od lat retoryki nie zostanie łatwo wyrugowana ze świadomości uczestników rynku. Sporo emocji budzi też przyszłość porozumienia NAFTA i szerzej: polityka handlowa. Chaos prezydentury Trumpa ewidentnie szkodził ostatnio dolarowi i sprawił, że zapomniano o fundamentach. Sentyment wobec amerykańskiej waluty jest tak fatalny, że inwestorzy każde odbicie będą próbować wykorzystywać do jej sprzedaży. Przed paroma dniami (w Davos) prezydent USA zadziwił ukazując dość powściągliwe oblicze. We własnym kraju, w kontekście zbliżających się listopadowych wyborów i fatalnych notowań może sięgnąć po sprawdzone środki, czyli ostrą, protekcjonistyczną retorykę z czasów kampanii wyborczej. Ostatnio światu objawił się Dr Jekyll, ale dziś do głosu równie dobrze może dojść Mr Hyde. W takim wypadku wczorajsza korekta, w tym odbicie USD/JPY w okolice 109,00 może nie zapewnić odpowiedniego bufora i bezpiecznego dystansu przed ubiegłotygodniowym dołkiem stojącym na drodze do 107,00. Eurodolar nie zagroził natomiast poważnie wsparciu 1,2320, którego naruszenie będzie erodować strukturę wzrostową i eksponować letnie szczyty w pobliżu 1,21. Jeśli chodzi o złotego, to widzimy pole do odreagowania ostatniej siły i dryfu EUR/PLN w kierunku 4,20.
Sporządził
Bartosz Sawicki, Dom Maklerski TMS Brokers
Od 2018 r. weszły w życie zmiany dotyczące ulgi podatkowej na badania i rozwój. Czy polscy przedsiębiorcy będą z niej teraz korzystać chętniej? Sprawdź, co się zmieniło.
„Zarówno firmy, które płacą PIT, jak i te, które płacą CIT, mogą skorzystać z dodatkowego odliczenia od podstawy opodatkowania tzw. kosztów kwalifikowanych. Ich katalog jest szeroki. Obejmuje m.in. koszty pracownicze, wydatki na nabycie surowców i materiałów, jak również odpisy amortyzacyjne od środków trwałych oraz wartości niematerialnych wykorzystywanych na potrzeby prowadzonej działalności badawczo-rozwojowej” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Jakub Makarewicz, doradca podatkowy w firmie Grant Thornton.
Wysokość odliczeń zależy od wielkości firmy. Za 2017 r. mikroprzedsiębiorstwa, a także małe i średnie firmy mogą odliczyć co do zasady 50% kwot kosztów kwalifikowanych. Jeśli chodzi o duże przedsiębiorstwa, o wysokości tej decyduje kategoria wydatków. W przypadku kosztów pracowniczych jest to 50%, w przypadku pozostałych wydatków – maksymalnie 30%.
Prawo do ulgi przysługuje zasadniczo wszystkim przedsiębiorcom, niezależnie od branży czy wielkości firmy. Są jednak pewne wyjątki. W rozliczeniu za 2017 r. z ulgi nie skorzystają przedsiębiorstwa prowadzące działalność w specjalnej strefie ekonomicznej na podstawie zezwolenia. Drugie ograniczenie odnosi się do przedsiębiorców, którym poniesione wydatki zostały zwrócone, np. w formie dotacji. Mogą oni odliczyć ulgę, ale sfinansowanych wydatków odliczenie to obejmować nie może.
Co ważne, od 2018 r. weszły w życie zmiany dotyczące ulgi podatkowej na badania i rozwój, dzięki którym stała się ona atrakcyjniejsza. „Przede wszystkim zmianie uległa wysokość dopuszczalnych odliczeń. Za rok 2018 wyniesie ona co do zasady 100% kwot poniesionych wydatków, a w przypadku podatników mających status centrum badawczo-rozwojowego – nawet 150%. Inne istotne zmiany to usunięcie niektórych wątpliwości interpretacyjnych, a także rozszerzenie katalogu kosztów kwalifikowanych m.in. o wydatki na nabycie specjalistycznego sprzętu, który nie spełnia definicji środka trwałego” – informuje ekspert.
Monopol nie jest dobrym motorem napędowym dla rozwoju rynku, ponieważ ogranicza konkurencyjność. Trudno jednak przewidzieć, aby którekolwiek z państw unijnych wypuściło ze swojej ręki branże wrażliwe dla bezpieczeństwa kraju. Patrząc na rynek globalny można stwierdzić, że przedsiębiorcy łącza się w coraz większe struktury. Część podmiotów nie będzie mogła bez pomocy państwa konkurować z innymi korporacjami. Dotyczy to szczególnie polskich przedsiębiorców.
– Rzecz w tym, jak zakwalifikujemy tendencje włączania się banków pod auspicjami kapitału państwowego – czy jest to ochrona bezpieczeństwa państwa, czy też monopolizowanie rynku, który przynosi duże przychody. To dyskusja otwarta – powiedziała serwisowi eNewsroom Agnieszka Durlik, ekspert Krajowej Izby Gospodarczej – Należy robić to jednak z umiarem, aby nie przesterować rynku i nie wprowadzić zbyt potężnych państwowych spółek. Trzeba też pamiętać, że państwowość powinna być połączona z prywatnością po to, aby z jednej strony znalazły się środki na inwestycje, ale także skłonność do podejmowania ryzyka. Spółki Skarbu Państwa nie mają jej tak dużo, jak podmioty prywatne. Najlepsze byłoby pewne integrowanie działań tych dwóch stron – oceniła Durlik.
Zamiast stawiać na elektryczne samochody, rząd powinien poważnie zainteresować się blockchainem, bo to przyniesie nam większe korzyści. Tak uważa prof. Krzysztof Piech. Jak dodaje, ten rynek jest w początkowej fazie rozwoju. Wkrótce zdominują go najlepsze firmy zagraniczne, finansowane w dziesiątkach milionów dolarów. Jednak Polacy mają jeszcze szansę na stworzenie konkurencyjnego oprogramowania. Wszak w tej dziedzinie są uznawani za najlepszych programistów po Amerykanach, Rosjanach i Niemcach. Ale przestają realizować swoje projekty w naszym kraju, bo brakuje im jasnych interpretacji podatkowych, np. do rozliczania transakcji w nowym systemie. I jeśli ta sytuacja szybko nie ulegnie poprawie, to za kilka lat będziemy skazani na importowanie tej technologii z zagranicy.
Jak zauważa ekspert z warszawskiej Uczelni Łazarskiego, rodzime startupy coraz częściej przenoszą się zagranicę. Ostatnio rozważają Białoruś, bo tam mogą mieć lepsze warunki do rozwoju, niż w Polsce. Tutaj nawet gdy pracują legalnie i korzystają z pomocy wyspecjalizowanych kancelarii prawnych lub podatkowych, to na wszelki wypadek unikają rozgłosu. Boją się kar finansowych i posądzenia ich o oszustwo. Taki scenariusz jest jak najbardziej realny, jeśli ktoś prowadzi działalność w nieuregulowanym prawnie sektorze. Wówczas często ryzykuje całą swoją karierą i majątkiem.
– Z jednej strony rząd chce postawić na innowacyjność, a z drugiej – tłamsi najbardziej nowatorską branżę na świecie poprzez niepewność podatkową i niechęć do stworzenia odpowiednich regulacji. Może któregoś dnia premier Morawiecki zobaczy, że cały świat dyskutuje na temat tej technologii i stwierdzi, że ona da nam dużo więcej, niż np. samochody elektryczne. Blockchain pozwoli m.in. na prawidłowe i bezpieczne rozliczanie ładowania tych pojazdów, ale też zużycia i produkcji energii przez gospodarstwa domowe oraz firmy. Jest wiele możliwości zastosowania tego systemu – mówi prof. Krzysztof Piech.
Ekspert przypomina, że nie żyjemy w dobie rewolucji motoryzacyjnej, tylko informatycznej. Dlatego trzeba dopasowywać strategie rozwoju kraju do aktualnych czasów. Najnowocześniejsze samochody elektryczne nie zmienią tak bardzo naszego codziennego życia, jak blockchain. Ten system przyniesie ludzkości przełom na miarę Internetu, a niektórzy twierdzą, że jego wpływ będzie jeszcze większy. Dla przykładu, dziś nie mamy żadnych ograniczeń w zakresie wysyłania listów elektronicznych zarówno w nocy, jak i w święta. Nie płacimy za nie, nie przyklejamy znaczków i nie wrzucamy do skrzynek pocztowych. Z kolei adresaci natychmiast je otrzymują. Przed powstaniem Internetu tego przecież nie było. Analogiczne udogodnienia przyniosą nam szybkie i bezpłatne przelewy oraz umowy finansowe przy użyciu telefonu komórkowego. Odbiorca, zamieszkały nawet na innym kontynencie, od razu odbierze pieniądze, bez względu na porę dnia i nocy. Zapewni nam to bankowość typu blockchain.
– Przewiduję, że następną tak wielką rewolucję technologiczną będziemy przeżywać za jakieś 2 dekady. Jednak nigdy nie wiadomo, w jakiej dziedzinie nauki nastąpi kolejny ważny przełom dla ludzkości. Być może będzie to astronautyka lub genetyka. I nie można być pewnym, czy w tych branżach Polacy okażą się aż tak wybitnymi specjalistami, jak nasi dzisiejsi programiści. Obecnie pracują oni dla zagranicznych firm, np. amerykańskich. W związku z tym, budują potencjał gospodarczy obcych państw. Na rynku motoryzacyjnym nie mamy teraz aż takiej dużej siły przebicia, żeby nie powiedzieć dobitniej, że w ogóle się w tym wyścigu nie liczymy – dodaje prof. Piech.
Zdaniem eksperta, samochody elektryczne mogą cieszyć się większym zainteresowaniem rządu, niż blockchain, bo istnieją w przestrzeni fizycznej, a nie w wirtualnej. To oczywiście archaiczny sposób myślenia, że lepiej mieć coś, co można dotknąć. Wystarczy popatrzeć na listę największych, globalnych przedsiębiorstw. Firmy informatyczne, które powstały w ostatnich latach, wyprzedzają motoryzacyjne, założone dziesiątki lat temu. Ponadto, to złudne wrażenie, że blockchain nie przenika do świata realnego. Wręcz odwrotnie. W Japonii można robić zakupy np. za Bitcoiny i szacuje się już wpływ tego na wzrost gospodarczy kraju. Nie będąc w czołówce najbogatszych krajów świata, Polska powinna starać się je doganiać dzięki pomysłowości i nowoczesnym technologiom. Jak wskazuje prof. Piech, blockchain otwiera drzwi do większej fortuny, niż dotychczas przyniosły swoim założycielom najpopularniejsze serwisy społecznościowe.
– Dla przykładu warto podać, że obecny majątek zaledwie 24-letniego Vitalika Buterina, twórcy Ethereum, jest kilkukrotnie większy, niż Marka Zuckerberga, założyciela Facebooka, gdy ten był w jego wieku. Wynika to z szerokiego zastosowania systemu, uruchomionego w 2015 roku. Jest on nie tylko kryptowalutą, ale też platformą blockchain, służącą m.in. do inwestowania, a także do zawierania tzw. inteligentnych umów. Nasi studenci też mogliby próbować odnosić tak wielkie sukcesy, jak wskazany Rosjanin, gdyby mieli do tego warunki, np. w formie dedykowanego startupom blockchain środowiska regulacyjnego, tzw. sandboxa, czy dostępu do nielimitowanego, zagranicznego kapitału – twierdzi prof. Piech.
Tymczasem Chiny podejmują właśnie eksperyment stworzenia nowego miasta na kilkadziesiąt tysięcy osób, które będą używały jedynie elektrycznych samochodów. Rozliczanie wszelkich transakcji będzie się tam odbywać w oparciu o blockchain. Z kolei, Dubaj opracował strategię blockchainizacji kraju. I za 3 lata wszystkie rejestry publiczne oraz płatności mają być oparte na tej technologii. Ponadto, rozwój w jej zakresie jeszcze w tym roku planuje Szwajcaria, Singapur, Kanada, Indie, Estonia, Korea Południowa, Japonia i Wielka Brytania. To pokazuje, jak bardzo przyszłościowy i poważnie traktowany jest ten system. W ocenie prof. Piecha, w Polsce istotnym hamulcem jego rozwoju jest brak zdecydowania w podejmowaniu decyzji po stronie władzy państwowej. Obawia się ona utraty kontroli nad szybko rozwijającym się, zupełnie nowym rynkiem finansowym, którego nie rozumie. Potrzeba nam więc bardzo światłych rządzących, jakich miała np. Estonia w początkach poprzedniej rewolucji technologicznej, tj. internetowej.
– Gdybym tylko miał szansę porozmawiać z premierem Morawieckim, to powiedziałbym mu, że polskie banki są bardzo dobre na poziomie lokalnym. Ale, jeśli mają dominować w Europie i narzucać swoje standardy instytucjom finansowym z innych krajów, to muszą śmiało zacząć korzystać z nowych technologii. Teraz jest na to odpowiedni moment. I jeśli osoba, wywodząca się z branży bankowej, nie rozumie, że blockchain jest szansą na ekspansję polskiej bankowości na świecie, to obawiam się, że grozi nam poważne zacofanie – ostrzega prof. Krzysztof Piech.
Od kilku miesięcy jest głośno w przestrzeni publicznej o tym, że waluty cyfrowe „są złe”, ponieważ „czasem używa się ich do niecnych celów”. Na ten problem zwróciły uwagę KNF i NBP we wspólnym komunikacie, wydanym w lipcu ub. roku i późniejszych kampaniach informacyjnych. Ekspert odpowiada na szerzące się wątpliwości stwierdzeniem, że Internet też bywa wykorzystywany przez cyberprzestępców. Ale zakaz korzystania z sieci byłby już nie do pomyślenia w dzisiejszym świecie. I podobnie stanie się niebawem z walutami cyfrowymi.
– Jeśli prześpimy obecną rewolucję technologiczną, to utkniemy w starej tradycyjnej bankowości. Dla technologii blockchain staniemy się tzw. czarną dziurą. Ale największą szkodą dla nas będzie zmarnowany potencjał intelektualny, wytworzony tutaj w ostatnich kilku latach przez rodzimych programistów i przedsiębiorców. Będą oni rozwijali się w różnych innych krajach i budowali zagranicą swoje fortuny – alarmuje prof. Piech.
Według eksperta z Uczelni Łazarskiego, trudno wskazać inną dziedzinę, w której moglibyśmy znaleźć się w światowej czołówce bez żadnych nakładów budżetowych. Tak było dotychczas w przypadku walut cyfrowych, które w większości oparte są na technologii blockchain. Jeszcze teraz, przy odpowiednich warunkach prawnych i podatkowych, bylibyśmy w stanie stworzyć w Polsce coś na miarę amerykańskiej Doliny Krzemowej – „doliny blockchainowej”. Ale startupy nie chcą się łudzić, że sposób myślenia naszego rządu szybko się zmieni. Natomiast, jeśli teraz nie wykorzystamy szansy na rozwój, to jako społeczeństwo na długo zostaniemy w tyle. Za kilka lat Polska będzie musiała importować tę technologię z zagranicy, co oczywiście będzie bardzo kosztowne.
Od 2017.02.19 notowania pary walutowej EURAUD znajdowały się w silnym trendzie wzrostowym. W tym czasie notowania wzrosły z poziomu 1.362 do poziomu 1.577 (maksimum). Z kolei od kilku tygodni mogliśmy obserwować korektę, która być może przerodzi się w trend spadkowy. Z ostatnim mocniejszym wybiciem na EURAUD mieliśmy do czynienia w listopadzie 2017 roku, aktualnie całe zostało zniesione przez korektę. Obecnie notowania spoczęły na wcześniej przebitym oporze, które stało się wsparciem. Analizując notowania tylko pod tym względem trend wzrostowy powinien być kontynuowany. Natomiast czynnikiem, który zapowiada większą korektę jest przebita linia trendu (interwał tygodniowy) oraz ostatnia tygodniowa świeca, ponieważ na wykresie powstała formacja świecowa, która zapowiada kontynuację ostatniej korekty.
Notowania EURAUD, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Z kolei analizując parę walutową EURAUD wskaźnikami technicznymi podążającymi za trendem bardziej prawdopodobna jest kontynuacja wyprzedaży euro na rzecz dolara australijskiego. Na interwale dziennym cztery z pięciu wskaźników wskazują na trend spadkowym. Na tym interwale czasowym notowania znalazły się poniżej szybkiej średniej EMA 14 oraz wolnej SMA 55. Jedynym wskaźnikiem wskazującym trend wzrostowy jest Parabolic, aczkolwiek jest on też najbardziej zmiennym wskaźnikiem z nich wszystkich. Z tego względu na interwale dziennym mamy do czynienia z trendem spadkowym.
Z kolei na interwale tygodniowym tylko dwa wskaźniki informują o trendzie spadkowym, EMA 14 oraz Parabolic, czyli najbardziej zmienne wskaźniki. Zatem analizując wszystkie czynniki mamy zgrzyt interwałów. W związku z tym możemy wyróżnić dwa scenariusze. Pierwszym z nich jest kontynuacja korekty w okolicę 55-okresowej średniej kroczącej SMA. Aczkolwiek na samym początku musi zostać pokonane wsparcie 1.52. Dopiero po pokonaniu strefy popytu korekta będzie mogła być kontynuowana w okolicę średniej SMA. Natomiast drugim scenariuszem zostanie obrona wsparcia i kontynuacja wzrostów, aczkolwiek przed tym na interwale dziennym musi zostać pokonana 14-okresowa średnia krocząca EMA.
GBPNZD – trend wzrostowy
W przypadku pary walutowej GBPNZD sprawa jest prostsza, ponieważ tylko jeden wskaźnik na interwale tygodniowym wskazuje trend spadkowy.
Notowania GBPNZD, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Przebicie ostatniego oporu wyznaczonego przez szczyt notowań z maja 2017 roku w długim terminie otworzyło drogę kupujący do poziomu 2.04. Z kolei w krótkim terminie doszło do korekty, która przetestowała ostatnie wsparcie 1.88. Jedynym zagrożeniem jest niezdecydowanie kupujących, które widać po tygodniowej świeczce (mocne wzrosty, które zostały nadszarpnięte atakiem niedźwiedzi).
Analizując notowania pod względem wskaźników technicznych na interwale tygodniowy oraz dziennym mamy większe prawdopodobieństwo kontynuacji trendu. Na interwale dziennym wszystkie pięć wskaźników wskazuje trend wzrostowy. Natomiast na interwale większego rzędu jedynie Parabolic wskazuje trend spadkowy. Według tego bazowym scenariuszem pozostanie kontynuacja ostatnich wzrostów.
Chory pracownik może liczyć na wynagrodzenie chorobowe, a potem na zasiłek chorobowy. To pierwsze świadczenie finansuje pracodawca, a drugie jest wypłacane z ubezpieczeń społecznych. Tylko w 2016 roku Polacy spędzili na zwolnieniu lekarskim łącznie 276 milionów dni. Koszty z tym związane są liczone w miliardach złotych.
– Pracownik, kiedy zachoruje, może liczyć na wynagrodzenie chorobowe, które gwarantuje mu Kodeks pracy. Po 33. dniu, a w przypadku osób powyżej 50. roku życia po 14. dniu zwolnienia, przysługuje zasiłek chorobowy. Jest wypłacany przez ZUS albo pracodawcę, jeśli zatrudnia i ubezpiecza powyżej 20 osób – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Radosław Milczarski z Centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
Osoby, które podlegają obowiązkowo ubezpieczeniu chorobowemu, np. pracownicy, nabywają prawo do zasiłku po 30 dniach nieprzerwanego ubezpieczenia, a osoby dobrowolnie ubezpieczone, czyli np. prowadzące działalność – po 90 dniach ubezpieczenia.
– Zasiłek chorobowy wynosi 80 proc. podstawy wymiaru. Może wynosić 70 proc., jeżeli okres zwolnienia chorobowego spędzamy w szpitalu.100 proc. zasiłek (także za czas pobytu w szpitalu) przysługuje, jeżeli ulegliśmy wypadkowi w drodze do pracy lub z pracy, a także gdy zwolnienie lekarskie związane jest z ciążą – wskazuje Radosław Milczarski.
Na 100-proc. zasiłek można także liczyć w razie niezdolności do pracy z powodu wypadku przy pracy lub choroby zawodowej. Przysługuje on z ubezpieczenia wypadkowego bez tzw. okresu wyczekiwania – określonego okresu ubezpieczenia.
Pracownik, który wyzdrowieje przed upływem okresu zwolnienia, może wrócić do pracy.
– Pracodawca musi mieć jednak pewność, że dany pracownik może wykonywać określony rodzaj pracy. Dlatego pracownik powinien się udać do swojego lekarza prowadzącego, jeżeli jego zwolnienie było poniżej 30 dni, i uzyskać zaświadczenie, które uspokoi pracodawcę i pozwoli przystąpić do pracy. Jeżeli zwolnienie pracownika było dłuższe niż 30 dni, pracownik musi się udać do lekarza medycyny pracy, który wyda odpowiednie zaświadczenie stwierdzające, że może wykonywać pracę na określonym stanowisku i w określonym zakresie – tłumaczy Karolina Polewacz-Rogowska, adwokat z kancelarii Rogowski Olszewski Adwokaci.
Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że w 2016 roku Polacy spędzili na zwolnieniach lekarskich łącznie 276,3 milionów dni. Oznacza to, że statystycznie każdy pracownik przebywał na chorobowym średnio kilkanaście dni w roku. Z tego tytułu wypłacono z ubezpieczeń społecznych świadczenia na 16,2 mld zł.
Szybszą kontrolę poprawności wykorzystania zwolnienia umożliwiają elektroniczne zwolnienia lekarskie (e-ZLA). Lekarze mogą wystawiać takie zwolnienia od stycznia 2016 r. za pomocą funkcji dostępnych na Platformie Usług Elektronicznych ZUS (PUE ZUS). Na swoim profilu na PUE ZUS lekarz ma dostęp do danych pacjenta, jego pracodawców (płatników składek) czy członków rodziny. Gdy wpisze numer PESEL pacjenta, to pozostałe dane identyfikacyjne są zapisywane w e-ZLA automatycznie. Z kolei adres pacjenta i dane pracodawcy lekarz wybiera z wyświetlonej listy. Również z listy może wybrać kod choroby. System weryfikuje datę początku okresu niezdolności z zasadami wystawiania zwolnień określonymi w przepisach oraz z ostatnim wystawionym zwolnieniem. Podpowiada również kod literowy A i D oraz numer statystyczny choroby (np. po wpisaniu fragmentu jej nazwy).
– Od stycznia 2016 roku lekarze wystawili już 1,8 miliona takich zwolnień. Do końca czerwca 2018 roku lekarze mogą wybrać formę wystawienia zwolnienia – elektroniczną albo papierową. Od 1 lipca 2018 roku lekarze będą wystawiali tylko elektroniczne zwolnienia lekarskie – zaznacza ekspert ZUS.
Elektroniczne zwolnienia lekarskie to także ułatwienie dla pacjentów, którzy nie muszą się martwić o terminowe dostarczenie zwolnień do pracodawcy albo ZUS. E-ZLA to również korzyści dla pracodawców.
– Pracodawcy od razu widzą na swoim koncie na PUE ZUS zwolnienie lekarskie swojego pracownika. Mogą elektroniczne wystąpić do ZUS o kontrolę prawidłowości wystawienia takiego zwolnienia. Jeśli lekarz wystawi e-ZLA, nie muszą sprawdzać, czy pracownik dostarczył zwolnienie w terminie 7 dni od jego otrzymania i w razie przekroczenia tego terminu obniżać zasiłków – wskazuje Radosław Milczarski.
Duże firmy mają szansę pozyskać z UE 100 mln zł wsparcia na projekty zwiększające ich efektywność energetyczną. Taki jest budżet konkursu, do którego nabór wystartuje 31 stycznia. Inwestycje, które będą z niego finansowane, muszą wynikać z przeprowadzonego audytu energetycznego w firmach. To jeden z kluczowych warunków konkursu. Od ubiegłego roku audyt jest obowiązkowy dla dużych przedsiębiorstw, ale z danych URE wynika, że przeprowadziło go tylko 58 proc. zobowiązanych podmiotów.
Z końcem stycznia (31.01) rusza nabór do konkursu 1.2 „Promowanie efektywności energetycznej i korzystania z odnawialnych źródeł energii w przedsiębiorstwach” w ramach Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Duże firmy mogą w nim uzyskać wsparcie finansowe na zwiększenie efektywności energetycznej.
– Konkurs jest skierowany do dużych przedsiębiorstw oraz przedsiębiorstw zajmujących się dystrybucją energii. Wspiera wszelkiego rodzaju inwestycje związane z poprawą efektywności energetycznej, takie jak modernizacja budynków, oświetlenia czy wymiana energochłonnych maszyn i urządzeń. Prawdopodobnie będzie to jedyny konkurs w tym roku. Warto z niego skorzystać ze względu na to, że alokacja w ramach konkursu wynosi 100 mln zł –podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Przemysław Gabrysiak, project manager w Ayming Polska.
Inwestycje proefektywnościowe zostaną sfinansowane w ramach pożyczki preferencyjnej w wysokości do 75 proc. kosztów kwalifikowanych. Jednak od 5 do 15 proc. z tych kosztów może zostać umorzonych w postaci dotacji. To oznacza, że – przykładowo – przedsiębiorstwo realizujące inwestycję wartą 10 mln zł może uzyskać preferencyjną pożyczkę w wysokości 7,5 mln zł, a – po osiągnięciu zwiększenia efektywności energetycznej na oczekiwanym poziomie – 1,5 mln zł może zostać umorzone w postaci dotacji. Karencja spłaty pożyczki preferencyjnej będzie wynosić 12 miesięcy, a okres, na który zostaje udzielona, to 15 lat.
Nabór w konkursie potrwa do 30 marca br. Jednym z warunków, jakie firmy muszą spełnić, by wziąć w nim udział, jest przeprowadzony audyt energetyczny.
– Pozwoli on ustalić obszary, w których może dojść do zoptymalizowania zużycia energii, w tym energii elektrycznej, ciepła oraz chłodu. Jednocześnie wskazuje, jakiego rodzaju inwestycje przedsiębiorstwo może w tych obszarach przeprowadzić – wyjaśnia Przemysław Gabrysiak. – Drugim warunkiem jest wprowadzenie inwestycji proefektywnościowej, która będzie innowacyjna na skalę przedsiębiorstwa. Co istotne, największe szanse na uzyskanie maksymalnego umorzenia mają inwestycje, które przełożą się na poprawę efektywności energetycznej o co najmniej 15 proc.
W październiku 2016 roku weszła w życie ustawa z dnia 20 maja 2016 r. o efektywności energetycznej, która nałożyła na wybrane przedsiębiorstwa obowiązek przeprowadzenia audytu energetycznego w terminie 12 miesięcy od wprowadzenia nowych przepisów. Ten obowiązek objął firmy, które spełniały w ciągu dwóch ostatnich lat obrotowych jedno z kryteriów: średnioroczne zatrudnienie co najmniej 250 pracowników lub osiągnęły roczny obrót netto powyżej 50 mln euro, a sumy aktywów ich bilansu sporządzonego na koniec jednego z tych lat przekroczyły 43 mln euro.
– Audyt energetyczny powinien być punktem wyjścia dla wszystkich inwestycji o charakterze proefektywnościowym. Taki dokument pozwala ustalić przedsiębiorstwu, w jakich obszarach mogą nastąpić inwestycje, które zoptymalizują zużycie energii w przedsiębiorstwie, jak chociażby modernizacja budynku, wymiana oświetlenia, energochłonnych maszyn i urządzeń stanowiących części instalacji linii produkcyjnych czy technologicznych, wymiana ciągów linii produkcyjnych czy ciągów technologicznych mediów – mówi agencji Przemysław Gabrysiak.
Do przeprowadzenia audytu energetycznego zobowiązanych jest ok. 6 tys. przedsiębiorstw. Jak wynika z danych URE, do tej pory zawiadomienie o przeprowadzeniu audytu złożyło ok. 3 500 podmiotów, czyli zaledwie 58 proc. zobligowanych.
– Taki audyt jest nie tylko obowiązkowy dla dużych przedsiębiorstw, lecz także stanowi podstawę do znalezienia źródeł dofinansowania inwestycji o charakterze proefektywnościowym. Z naszych badań wynika, że aż 65 proc. przedsiębiorstw nie ma wiedzy na temat możliwych źródeł dofinansowania takich projektów. Jedynie 10 proc. z nich wskazuje na środki unijne jako optymalne źródło finansowania inwestycji – mówi Przemysław Gabrysiak.
Bezrobocie wśród osób głuchych i niedosłyszących w Polsce przekracza 70 proc. Dla pracodawców, którzy borykają się z trudną sytuacją na rynku pracy i niedoborem kadr, to atrakcyjna grupa potencjalnych pracowników. Poczta Polska testuje platformę, która umożliwia komunikację z niesłyszącym pracownikiem. Innowacyjne rozwiązanie może ułatwić też komunikację z niesłyszącymi klientami.
– Poczta Polska to olbrzymi pracodawca, który wciąż rekrutuje i ma bardzo duże potrzeby w tym zakresie. W ramach projektu „Gamma Rebels powered by Poczta Polska” zrekrutowaliśmy głuchych pracowników dla Poczty Polskiej i Banku Pocztowego i udostępniliśmy obu spółkom narzędzie do komunikacji, które może służyć zarówno dla głuchych pracowników, jak i dla głuchych klientów – mówi agencji Newseria Paweł Potakowski, prezes zarządu spółki Praca bez Barier (i dyrektor marketingu w Migam.org).
Poczta Polska jest jednym z największych w kraju pracodawców, zatrudniającym na umowach o pracę blisko 80 tys. pracowników. W ubiegłym roku spółka we współpracy z akceleratorem HardGamma Ventures uruchomiła program akceleracyjny „GammaRebels powered by Poczta Polska” dla start-upów i początkujących, kreatywnym przedsiębiorców. Celem było znalezienie i wdrożenie takich produktów lub usług, które stworzą wartość dodaną dla spółki i 40 mln jej klientów.
W ramach akceleratora Poczta Polska nawiązała współpracę ze spółką Praca bez Barier, która realizuje projekt Innowacyjnej Platformy Aktywizacji. IPA to wielostronna platforma, której celem jest aktywizacja zawodowa Głuchych (z docelowym rozszerzeniem na inne niepełnosprawności). Obecnie trwa pilotaż platformy, po zakończeniu którego zostanie podjęta ewentualna decyzja o współpracy.
Platforma łączy dwie grupy odbiorców – osoby głuche poszukujące pracy oraz podmioty, które są zainteresowane ich zatrudnieniem. Wyposaża pracodawcę w narzędzie, które umożliwia komunikację z niesłyszącym pracownikiem. Z kolei głusi użytkownicy platformy automatycznie dostają spersonalizowaną ścieżkę kariery i za pośrednictwem platformy mogą samodzielnie podnosić swoje kompetencje.
– Rozwiązanie, które udostępniamy, to online’owe połączenie z tłumaczem języka migowego. Poczta Polska zyska dzięki temu pracowników, którzy skutecznie będą wykonywali swoje obowiązki, a jednocześnie otworzy się na niesłyszących klientów. Aby skutecznie komunikować się z osobami niesłyszącymi, trzeba się komunikować z wykorzystaniem polskiego języka migowego – mówi Paweł Potakowski.
W ubiegłym roku Poczta Polska podpisała porozumienie z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz PFRON, zobowiązując się do zwiększenia poziomu zatrudnienia osób niepełnosprawnych.
Pierwszą rekrutację skierowaną do osób głuchych Poczta Polska rozpoczęła w listopadzie ubiegłego roku. Spółka rekrutowała pracowników do biura w Warszawie, m.in. na stanowiska kierowcy, pracownika sortowni, listonosza i specjalisty SEM i SEO. Na swojej stronie i w mediach społecznościowych udostępniła m.in. filmy rekrutacyjne opisujące warunki zatrudnienia i zakres obowiązków. W efekcie pilotażowych rekrutacji zatrudniono już w Poczcie dwie osoby głuche w warszawskiej sortowni w dziale sortowania listów.
Szacuje się, że liczba osób głuchych w Polsce sięga około 50 tys., a 900 tys. Polaków ma poważny uszczerbek słuchu. Istotnym problemem jest bardzo niska aktywność zawodowa w tej grupie. Bezrobocie wśród osób głuchych sięga 70 proc.
– Niestety, głusi w Polsce są grupą bardzo nieaktywną zawodowo ze względu na barierę komunikacyjną oraz obawę pracodawców przed ich zatrudnieniem. Naszym zdaniem niesłuszną obawę, ponieważ Praca bez Barier skutecznie pokazuje, że problem 70-procentowego bezrobocia, które dotyka głuchych, można skutecznie przełamać – podkreśla Paweł Potakowski.
Polacy chętnie inwestują w zakup mieszkań. Kupują je też na własne potrzeby z racji wyższych dochodów. W ubiegłym roku sprzedaż deweloperów notowanych na Catalyst wzrosła o prawie jedną czwartą. Ze względu na to, że liczba inwestycji, których budowę rozpoczęto lub na których budowę wydano pozwolenia w 2017 roku, także rosła dynamicznie, 2018 i 2019 rok mogą się okazać jeszcze lepsze dla tej branży.
– Rok 2017 był bardzo dobrym okresem na rynku deweloperskim, rekordowym od dekady, od czasu boomu z okresu 2006–2007. Deweloperzy znowu są w bardzo dobrej kondycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Mucha, menadżer w Domu Maklerskim Navigator. – W 2017 roku piętncie analizowanych przez nas w raporcie deweloperów sprzedało łącznie niemal 23 tys. mieszkań, co jest wzrostem o ponad 24 proc. w porównaniu z 2016 rokiem.
Dane te potwierdzają liczby dotyczące całego rynku. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w 2017 roku oddano do użytku prawie 89,8 tys. lokali wybudowanych z przeznaczeniem na sprzedaż lub wynajem. To wzrost wobec 2016 roku o 13,5 proc. Jednocześnie rozpoczęto budowy jeszcze większej liczby mieszkań i domów – ponad 105,4 tys., a to liczba wyższa od tej z 2016 roku o 23,3 proc. O jedną piątą zwiększyła się natomiast pula lokali, które otrzymały zezwolenia na budowę lub budowę których zgłoszono – łącznie to niemal 128,5 tys.
– Sądzimy, że rekordowe sprzedaże z lat 2016–2017 w tym roku przełożą się na spory wzrost, jeżeli chodzi o przekazania lokali, co też wiąże się z pokazywaniem wyników finansowych – deweloperzy wykazują je dopiero w momencie przekazania lokalu finalnemu odbiorcy. Pod kątem wyników finansowych 2018 rok będzie jeszcze dużo lepszy niż 2017 – prognozuje Mateusz Mucha.
Ożywienie na rynku deweloperskim zaczyna jednak nakręcać spiralę cen. Na razie wyraźnie wzrosły ceny gruntów, co musi się przełożyć na bilans deweloperów w perspektywie kilku lat. Według Colliers International w ostatnim roku ceny gruntów w najlepszych lokalizacjach wzrosły w Warszawie nawet o 80 proc., zaś w pozostałych miastach o 40–50 proc. Na razie najwięksi deweloperzy korzystają z już zakupionego banku ziemi, jednak w ciągu roku, dwóch się on wyczerpie.
Wzrosły również koszty budowy inwestycji deweloperskich – niska stopa bezrobocia oraz wzrost płac zaczynają wymuszać na generalnych wykonawcach podniesienie cen świadczonych usług. Niektórzy deweloperzy wskazują, że w 2017 r. koszty generalnego wykonawstwa wzrosły nawet o 10 proc. To może w dalszej perspektywie wymusić wyższe ceny mieszkań, a w bliższej – zmusić deweloperów do szukania większych środków na realizację projektów. Coraz chętniej sięgają oni po pożyczki do kieszeni obligatariuszy.
– Jeżeli chodzi o aktywność deweloperów na rynku kapitałowym, to zdecydowanie największa aktywność była na polu emisji obligacji. Analizowani deweloperzy wyemitowali obligacje za 1,3 mld zł, wykupując przy tym obligacje za około 600 mln zł, więc mamy 700 mln zł nadwyżki nowego długu dla deweloperów – informuje manager DM Navigator. – W 2018 roku deweloperzy mają do wykupu około 600 mln zł obligacji, a w 2019 roku około 900 mln zł. Co ciekawe, wzrost zadłużenia nie przełożył się na wzrost zadłużenia netto, które rok do roku wzrosło o około 10 proc., z 2,2 mld do 2,4 mld zł.
Na razie deweloperzy mogą się cieszyć dobrą koniunkturą. Autorzy raportu wskazują jednak na kilka zagrożeń, takich jak Mieszkanie+ (rządowy program mieszkań na wynajem), który może w perspektywie kilku lat osłabić popyt na zakup mieszkań, choć z zastrzeżeniem, że osoby, które zakwalifikują się do programu, raczej nie są tą samą grupą, którą stać na kredyt w banku czy zakup mieszkania za gotówkę.
Drugim czynnikiem, który może odwieść konsumentów od zakupu mieszkań, są stopy procentowe. Wprawdzie prezes NBP prof. Adam Glapiński wypowiadał się ostatnio w sposób pozwalający myśleć, że do końca 2018 roku nie zostaną one podniesione, jednak inflacja (co prawda pozostająca w celu RPP) jest faktem od ponad roku, a część ekonomistów spodziewa się pierwszej podwyżki już w tym roku. To automatycznie podniesie raty kredytów w złotych.
– Sądzimy, że 2018 rok będzie dalej bardzo dobry dla deweloperów. Dużym sukcesem dla nich będzie podtrzymanie rekordów sprzedażowych z 2017 roku. Może się to trochę odbić na Kowalskim, ponieważ rosną koszty realizacji, koszty budowlane, w związku z czym prawdopodobnie deweloperzy będą chcieli przerzucać koszty na końcowego odbiorcę – przewiduje Mateusz Mucha.