Koleje Mazowieckie zainwestowały 2,2 mld zł w zakup 71 pociągów od firmy Stadler. To największe zamówienie w historii polskiej kolei. Od kilku lat KM są drugim przewoźnikiem kolejowym w Polsce. Obecnie wożą pasażerów 317 składami, po inwestycji będzie ich już 388. Więcej pojazdów oznacza większą częstotliwość kursowania. Nowe składy będą dostarczane w transzach – pierwsze wyjadą na tory w przyszłym roku.
– To bardzo duża inwestycja, nie tylko w Kolejach Mazowieckich, ale właściwie w całym zamówieniu na pojazdy regionalne w Polsce. To umowa na 71 elektrycznych zespołów trakcyjnych, w tym 61 pięcioczłonowych i 10 dwuczłonowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Czesław Sulima, członek zarządu, dyrektor eksploatacyjny Kolei Mazowieckich.
To największe zamówienie na pociągi w historii polskich firm kolejowych. 71 ezt dostarczy firma Stadler Polska, która będzie produkować je w zakładzie w Siedlcach. Przedstawiciele producenta podkreślają, że m.in. dzięki temu zamówieniu na Mazowszu powstanie dwieście nowych miejsc pracy. Pojazdy mają być dostarczane do Kolei Mazowieckich w transzach do 2022 roku.
– W pierwszej transzy będzie to dwanaście pojazdów, w drugiej – dwanaście, w kolejnej – piętnaście, w ostatniej – szesnaście pojazdów. Zakończenie dostawy przewidziane jest na 2022 rok – mówi Czesław Sulima. – Pierwsze pociągi zostaną wdrożone do eksploatacji w I połowie 2019 roku na odcinku Sochaczew – Warszawa – Celestynów. Druga transza pojazdów to będzie odcinek Skierniewice – Mińsk Mazowiecki.
Wartość zamówienia wynosi 2,2 mld zł. Koleje ubiegają się o dotację z unijnego programu Infrastruktura i Środowisko, która ma pokryć połowę kosztów zakupu.
Nowe pociągi osiągną prędkość co najmniej 160 km/h. Będą też nowocześnie wyposażone, m.in. w klimatyzację, bezprzewodowy dostęp do internetu, wewnętrzny i zewnętrzny monitoring, defibrylatory czy interkom, który umożliwi pasażerom kontakt z maszynistą w awaryjnej sytuacji. We wszystkich nowych pojazdach mają być urządzenia ETCS, europejskiego systemu sterowania.
– Każda dostawa nowych pojazdów powoduje poprawę warunków podróżowania, a tym samym jakości podróżowania. Będą to pojazdy bardzo nowoczesne i bezpieczne. Będą wyposażone w najnowocześniejsze urządzenia techniczne – wymienia dyrektor eksploatacyjny Kolei Mazowieckich.
Koleje Mazowieckie zaczynały 13 lat temu. Wówczas miały do dyspozycji dzierżawione i używane pociągi. Obecnie mają 317 składów, a po dostarczeniu nowych będzie ich już łącznie 388. Nowa inwestycja pozwoli zwiększyć częstotliwość kursowania, wydłużyć zestawienia pociągów, ale i zapewnić rezerwę taborową.
– Planujemy w międzyczasie wycofywać z eksploatacji trzydzieści dziewięć najstarszych użytkowanych pojazdów – mówi Czesław Sulima.
Koleje Mazowieckie od lat utrzymują się na drugim miejscu pod względem liczby obsłużonych pasażerów. Z danych Urzędu Transportu Kolejowego wynika, że przez jedenaście miesięcy 2017 roku liczba pasażerów kolei przekroczyła 279 mln, przy czym udział Kolei Mazowieckich sięgnął 20,3 proc. (przy 26,4 proc. Przewozów Regionalnych).
– Dzisiaj sytuacja spółki Koleje Mazowieckie jest bardzo dobra. Ona zależy z jednej strony od liczby przewiezionych pasażerów, a z drugiej strony od wsparcia finansowego samorządu województwa. My co roku wspieramy je kwotą ponad 250 mln zł w formie umowy, ale spółka korzysta też znakomicie z pieniędzy unijnych, zwłaszcza w obszarze inwestycyjnym. Sytuacja jest na tyle dobra, że banki decydują się na wsparcie finansowe dużych projektów. W związku z tym spółkę stać na montaż finansowy, który umożliwi zakup nowego taboru – przekonuje Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego.
Zakup nowych pociągów to nie jest jedyna inwestycja Kolei Mazowieckich.
– Planujemy wybudować w Sochaczewie nowoczesną bazę utrzymywania taboru w tzw. poziomie utrzymania P4 – mówi Czesław Sulima.
Przedstawiciele spółki podkreślają, że wybudowanie hali utrzymaniowo-naprawczej to strategiczny projekt. Postępowanie ruszyło jesienią ubiegłego roku. Projekt ma być realizowany w formule partnerstwa publiczno-prywatnego – partner prywatny zobowiąże się do poniesienia wydatków na budowę obiektu, jego utrzymania i zarządzania nim, a spółka Koleje Mazowieckie będzie zlecała naprawy taboru w poziomie P4, wykonywane co 3–5 lat.
Facebook zmienia algorytm pozycjonujący treści w Newsfeedzie użytkowników. Pierwszeństwo będą miały posty, którymi dzielą się rodzina, bliscy znajomi i te publikowane w grupach, do których należy użytkownik, a dopiero w dalszej kolejności wpisy firm. Wśród nowych funkcji serwisu pojawi się możliwość zawieszenia wyświetlania postów konkretnego użytkownika na 30 dni. Serwis Zuckerberga chce też walczyć z postami, których celem jest jedynie zachęcanie użytkowników do interakcji.
– Zgodnie z zapowiedzią Marka Zuckerberga Facebook chce teraz kłaść większy nacisk na relacje międzyludzkie. W związku z tym posty publikowane przez znajomych, rodzinę czy grupy będą wyświetlać się w Newsfeedzie wyżej niż te dodawane przez strony, czyli m.in. przez marki lub wydawców – mówi agencji Newseria Biznes Paulina Piotrowska, redaktor PRoto.pl.
Specjaliści ds. mediów społecznościowych, zapytani przez redakcję PRoto.pl, jak to wpłynie na obecność firm na portalu, ale także na pracę PR-owców, uspokajają i podkreślają, że nie jest to pierwsza zmiana algorytmu Facebooka. Poza tym jest jeszcze zbyt wcześnie, by przewidywać, w jakim kierunku ta zmiana pójdzie i jakie będą jej efekty.
– Wyzwaniem, które stanie przed osobami odpowiedzialnymi za komunikację w mediach społecznościowych, będzie opracowanie nowej strategii obecności firmy na Facebooku. Trzeba będzie teraz skupić się na tworzeniu jakościowego contentu, a mniej zwracać uwagę na ilość – podkreśla Paulina Piotrowska.
Eksperci zalecają większą dbałość o tworzenie przez firmy i marki treści wartościowych dla użytkowników zamiast takich, które często stanowią nachalną reklamę. Zmiana algorytmu najmocniej dotknie małe strony, które swojej działalności na Facebooku nie opierają na płatnej promocji, a raczej na zasięgu organicznym. One będą musiały poszukać nowych pomysłów na dotarcie do odbiorców.
Użytkowników serwisu Marka Zuckerberga ucieszy kolejna z zapowiedzianych zmian. Facebook będzie walczył z postami wyłudzającymi lajki.
– Chodzi tu o wpisy, które namawiają nas w nachalny sposób do dodawania polubień, komentarzy, udostępnień czy tagowania znajomych. Do tego celu portal wykorzysta uczenie maszynowe. Jak poinformowano, zostało już przeanalizowane kilkaset tysięcy postów, dzięki którym łatwiej będzie zidentyfikować niechciane wpisy – tłumaczy Paulina Piotrowska.
Nową funkcją na Facebooku będzie Snooze. Dzięki niej użytkownicy będą mogli na 30 dni zawiesić oglądanie postów dodawanych przez wybrane strony. „Zawieszony” użytkownik lub grupa użytkowników nie będą o tym fakcie informowani powiadomieniem.
Do zmian od grudnia przyzwyczajają się także użytkownicy Instagrama. Serwis dał im możliwość archiwizowania materiałów dodawanych w Stories. Wszystkie relacje, które dana osoba opublikuje, są archiwizowane automatycznie, a użytkownik ma możliwość wyróżniania wybranych relacji i przypinania ich do profilu.
Po ubiegłorocznej stabilizacji cen polis OC w 2018 roku spodziewane są podwyżki, ale nie będą one tak znaczące jak w latach 2015–2016 – oceniają eksperci mfind.pl. To efekt rosnących wypłat odszkodowań dla osób poszkodowanych w wypadkach. Dziś najwięcej za ubezpieczenie OC płacą kierowcy z Wrocławia – to ponad 1,5 tys. zł, z kolei najmniej ci Zielonej Góry, Rzeszowa i Białegostoku – ok. 800–900 zł.
Lata 2015 i 2016 przyniosły kierowcom ponad 50-proc. podwyżki cen obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych. W kilku miastach ceny wzrosły prawie dwukrotnie. Ubiegły rok przyniósł uspokojenie na rynku. Średnia cena polisy OC ustabilizowała się na poziomie nieco powyżej 1 tys. zł, ale kierowcy bez zniżek czy z bardziej ryzykownej grupy wiekowej płacili ok. 1,4–2 tys. zł.
– Choć ceny ubezpieczeń komunikacyjnych wciąż są na wysokim poziomie, to na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy ceny ustabilizowały się, ponieważ odnotowaliśmy wzrost zaledwie o 0,4 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Pepla z mfind.pl.
Także początek tego roku był dla kierowców łaskawy. Ceny przestały rosnąć, a wielu miastach nawet spadły, np. w Kielcach (o 27 proc.), Białymstoku (14 proc.) i Bydgoszczy (13 proc.). Na bardziej atrakcyjną ofertę mogą liczyć także kierowcy w Poznaniu, Rzeszowie i Zielonej Górze. Podwyżki odczują za to mieszkańcy Gorzowa Wielkopolskiego, Katowic, Olsztyna czy Opola.
– Najdroższe ubezpieczenie OC jest we Wrocławiu. Już drugi rok z rzędu kierowcy w tym mieście muszą płacić za nie najwięcej spośród wszystkich miast wojewódzkich w Polsce, już ponad 1,5 zł – mówi Przemysław Pepla.
Podobne kwoty muszą zapłacić mieszkańcy Olsztyna – średnio 1 439 zł. Dla porównania, w Gdańsku średnia cena wynosi 1 313 tys. zł, w Warszawie nieco ponad 1 202 tys. zł, w Łodzi 1 244 tys. zł, a w Krakowie 1 146 tys. zł.
– Choć obecnie ceny polis OC ustabilizowały się, co jest dobrą wiadomością dla kierowców po gwałtownych podwyżkach w ubiegłych latach, to w nadchodzących miesiącach spodziewamy się niestety dalszych podwyżek. Nie powinny jednak być one tak duże jak w poprzednich latach – mówi Przemysław Pepla.
Powodem są wciąż rosnące wypłaty odszkodowań z tytułu szkód osobowych. W ciągu III kwartałów 2017 roku ubezpieczyciele wypłacili 6,3 mld zł odszkodowań i świadczeń z OC komunikacyjnego. To o 8,3 proc. więcej niż rok wcześniej.
– Odsetek wypłat odszkodowań z tytułu szkód osobowych jest w naszym kraju stosunkowo niewielki, jeśli zestawimy go z danymi z Europy Zachodniej. Prognozujemy, że odsetek ten będzie rósł, a wraz z nim niestety także i ceny polis komunikacyjnych – mówi Przemysław Pepla.
Ekspert mfind.pl przypomina, że w najbliższych miesiącach największy wpływ na rynek ubezpieczeń będzie miała unijna dyrektywa o dystrybucji ubezpieczeń (IDD), której intencją jest zapewnienie wyższego poziomu ochrony klienta. Regulacja nakłada na dystrybutorów ubezpieczeń wiele nowych obowiązków, takich jak rzetelne informowanie o cechach produktu, opłatach, zasadach wynagradzania pośredników przez towarzystwa ubezpieczeń. Dystrybutorzy będą musieli analizować potrzeby klientów, by zaprezentować im najkorzystniejsze oferty.
Za niecały miesiąc ruszy nabór wniosków w pierwszym konkursie INGA To wspólne przedsięwzięcie PGNiG SA, Gaz-System SA i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju z rekordowym budżetem przekraczającym 400 mln zł. Na granty mogą liczyć nowatorskie projekty, które potem trafią do pilotażowego wdrożenia i komercjalizacji. Na programie INGA ma skorzystać cały polski sektor gazowniczy.
Począwszy od 19 lutego ruszy nabór wniosków w pierwszym konkursie programu INGA – Innowacyjne Gazownictwo. To wspólnie przedsięwzięcie realizowane przez PGNiG SA, Gaz-System SA oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Strategicznym celem programu jest zwiększenie konkurencyjności polskiego sektora gazowniczego.
– Zgłaszać mogą się przedsiębiorcy, konsorcja złożone z małych i średnich przedsiębiorstw oraz tych dużych we współpracy ze światem nauki. Czekamy na przełomowe pomysły, dzięki którym będziemy mogli dorównywać najlepszym na świecie. Już teraz jesteśmy liderem w tej części Europy. Mam nadzieję, że do programu INGA będą zgłaszali się najlepsi z najlepszych – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Kroplewski, wiceprezes do spraw rozwoju w PGNiG.
Łączny budżet programu to 400 mln zł, z którego połowę zapewnia Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, a drugą połowę partnerzy przemysłowi: PGNiG SA – 133 mln zł i Gaz-System SA – 67 mln zł.
– Budżet w ramach działalności innowacyjnej GK PGNiG kolejnych pięciu latach wyniesie 700 mln zł, a uwzględniając finansowanie zewnętrzne – ponad 1 mld zł. Więc jest o co walczyć – mówi Łukasz Kroplewski. – Zespoły ekspertów oceniające wnioski będą pracowały z bezpośrednim udziałem przedstawicieli naszych firm tj. PGNiG SA i naszych spółek oraz Gaz-System SA. W ciągu 3 miesięcy od zamknięcia zgłoszeń zostaną wyłonione najlepsze projekty i podpisane będą umowy z konsorcjami wykonawczymi. Po zakończeniu realizacji projektów ocenimy i zadecydujemy, które z realizowanych projektów będziemy chcieli komercjalizować. Musi to wynikać oczywiście z rachunku ekonomicznego – dodaje.
O dofinansowanie na prace badawczo-rozwojowe mogą się ubiegać konsorcja złożone z przedsiębiorstw i jednostek naukowych lub wyłącznie z jednostek naukowych. Granty otrzymają najlepsze, nowatorskie projekty z ośmiu kluczowych obszarów: poszukiwanie i wydobycie węglowodorów oraz produkcja paliw gazowych, pozyskanie metanu z pokładów węgla, materiały do budowy i eksploatacji sieci gazowych, sieci gazowe, użytkowanie, obrót i nowe zastosowania LNG i CNG, technologie wodorowe i paliwa gazowe, technologie stosowane we współpracy z klientami oraz ochrona środowiska.
– To największy program badawczy w historii naszej firmy, o niebagatelnej wartości. Wspólne przedsięwzięcie bazuje na tzw. agendzie badawczej, co oznacza że partnerzy przemysłowi zgłaszają swoje tematy – problemy badawcze, które uważają za istotne i które chcieliby rozwiązać z udziałem otoczenia naukowo-badawczego – mówi Dariusz Dzirba, dyrektor Departamentu Badań i Rozwoju w PGNiG SA.
– W naszym wypadku projekty, których oczekujemy to m.in. innowacyjne pomysły związane z poszukiwaniem i wydobyciem węglowodorów, ale także nowoczesne rozwiązania związane z wykorzystaniem LNG, CNG czy dystrybucją gazu – dodaje Łukasz Kroplewski.
Wiceprezes do spraw rozwoju w PGNiG SA podkreśla, że gazownictwo nie może już obejść się bez innowacji, a spółka ma ambicję być liderem tego obszaru. Na programie INGA ma jednak skorzystać cały sektor gazowniczy i energetyczny.
Jak podkreśla Aleksander Zawisza, wicedyrektor pionu rozwoju w spółce Gaz-System SA, oczekiwania dotyczące programu są bardzo wysokie.
– Oczekujemy nowych rozwiązań, nowego podejścia czy złożenia dotychczasowych rozwiązań w zupełnie nową całość. Nie musi być to coś, co można porównać do wynalezienia koła czy dynamitu. Połączenie rozwiązań, które istnieją na rynku i złożenie ich w odpowiedni sposób może stworzyć dodatkową wartość. Nam – jako przedsiębiorstwu sieciowemu, które zajmuje się przesyłem gazu i ma terminal w Świnoujściu – zależy przede wszystkim na obszarach związanych z budową sieci, ze wszystkim, co łączy się z LNG, z chłodem i wykorzystaniem gazu w tejże postaci. Dodatkowo, nastawiamy się także na ochronę środowiska – mówi Aleksander Zawisza.
– Mamy bardzo duże oczekiwania wobec tego programu. Naszą ambicją jest, abyśmy znaleźli innowacje przełomowe. Zależy nam też na usprawnieniach, które pomogą w codziennej eksploatacji, w codziennej pracy – to jest ważne, to nasza bazowa działalność. Natomiast ze względu na skalę programu myślę, że wyłowimy wśród realizowanych projektów takie, które przyniosą nam rozwiązania o charakterze fundamentalnym i przełomowym. Oczekuję bardzo znaczących efektów programu INGA – dodaje Dariusz Dzirba.
Wnioski w ramach programu INGA – Innowacyjne Gazownictwo będzie można składać od 19 lutego do 20 kwietnia br., a laureaci zostaną wyłonieni drugiej połowie roku.
We wtorek w USA publikacji raportów makro nadal nie było, ale pojawiło się sporo raportów kwartalnych spółek, co mogło mieć umiarkowany wpływ na nastroje. Jak zwykle jednak rynek albo zachwycał się wynikami albo je lekceważył.
Wpływ mogło mieć też to, że po sesji poniedziałkowej prezydent Trump wydał dekret nakładający cła importowe na chińskich producentów paneli słonecznych i pralek. Mówiono, że to nie będzie miało wielkiego wpływu na globalna wymianę handlową, ale mogło być tylko początkiem dłuższej serii takich działań, a to zaszkodziłoby koniunkturze. Wall Street zdawała się tego problemu nie dostrzegać.
Wall Street rozpoczęła sesję od kolejnego wzrostu indeksów i kolejnych rekordów. Na szerokim ryku (S&P 500) widać było już pewne wahanie, ale NASDAQ nadal wyraźnie zyskiwał. Przypominam, że spółki z tego ostatniego indeksu niewiele skorzystają na zmianach podatkowych… Potem niewiele się już zmieniło. S&P 500 zyskał 0,22%, a NASDAQ 0,71%. Oczywiście były to kolejne rekordy.
GPW rozpoczęła wtorkową sesję w doskonałych nastrojach. Po pół godzinie WIG20 zyskiwał już blisko jeden procent. WIG zyskiwał nieco mniej, ale ustanawiał (wreszcie) nowy rekord wszech czasów. Po południu nastroje na europejskich parkietach się pogorszyły, a to natychmiast obniżyło indeksy również na GPW. Bardzo szybko rynki się uspokoiły, a WIG20 zaczął wdrapywać się w kierunku przedpołudniowych szczytów.
Ten ruch zakończył się niepowodzeniem. WIG20 zanurkował (mimo tego, że na innych rynkach niewiele się zmieniło) i zabarwił na czerwono. Zanosiło się na zakończenie sesji neutralnie lub kosmetycznym spadkiem, ale dzięki fixingowi WIG20 zyskał 0,36%, MWIG40 zyskał 0,40%, a WIG 0,31% – na tym ostatnim (indeksie szerokiego rynku) zostało 40 punktów (0,06%) do szczytu wszech czasów.
Na innych rynkach rozwijających się nastroje są znakomite. Węgierski BUX bije rekord za rekordem, indeks z Szanghaju jest najwyżej od dwóch lat, indeks turecki ustanowił rekord itp. Z tego wniosek, że nasz rynek też powinien nadal rosnąć. Wtorkowa sesja pokazuje jednak, że widać u nas strach przed szaleństwami Wall Street. Nie wykluczam, że GPW będzie chciała przeczekać korektą na Wall Street (w końcu kiedyś musi się rozpocząć).
Za pomocą telefonii internetowej i wirtualnej centrali telefonicznej TeleCube.pl, każda firma, nawet mikro i małe przedsiębiorstwo, może zbudować automatyczny sekretariat, z wieloma funkcjami telefonicznymi i usystematyzować zarządzanie połączeniami wewnątrz firmy, jak i z jej Klientami. Pomoże to zdecydowanie polepszyć komunikację z Klientami oraz usprawni działanie firmy i ułatwi pracę działom i osobom odpowiedzialnym za telefoniczny kontakt z Klientem.
Innowacyjne oblicze telefonii stacjonarnej
Telefonia internetowa, to odmiana telefonii, która wykorzystuje technologię VoIP (dlatego jest też określana mianem, telefonii VoIP), do przesyłania dźwięku. Krótko mówiąc rozmowa jest w tym przypadku realizowania via łącze internetowe. Czy zatem połączenia odbywają się li tylko poprzez komputer czy laptop ? Nic bardziej mylnego. Opcji w tym aspekcie jest o wiele więcej. Co oprócz tego może być (w zależności od operatora) atutem telefonii internetowej? Już odpowiadam: dowolna numeracja, w tym również zagraniczna; szereg usług i funkcji (np. wirtualna centrala, nagrywanie rozmów czy telekonferencje); dostęp do panelu Klienta 24 h / dobę (zawierającego m.in. rozbudowane statystyki połączeń); integracja z CRM i wiele więcej. O tym wszystkim i innych zaletach VoIP, opowiem Tobie w niniejszym artykule, na przykładzie telefonii TeleCube i oferowanych przez nią usług, a przede wszystkim wirtualnej centrali telefonicznej.
Wielość urządzeń, wolność wyboru
Połączenia w telefonii VoIP, można realizować na wiele sposobów, które sam wybierasz, w zależności od Twoich aktualnych preferencji, czy też miejsca przebywania, Twojego bądź pracowników i współpracowników Twojej firmy. Możesz dzwonić przy użyciu: tradycyjnego telefonu analogowego (połączonego z tzw. bramką VoIP), komputera, laptopa czy telefonu komórkowego (wykorzystując odpowiednią aplikację, np. darmowy komunikator ZoIPer i słuchawki z mikrofonem) oraz dedykowanego (przewodowego lub bezprzewodowego) telefonu VoIP. Możesz dostosować konkretne urządzenia do wybranych osób czy też działów. Co więcej w przypadku zmiany siedziby firmy, przeniesienie i wdrożenie usługi jest bardzo wygodne i proste.
Numery z dowolnej polskiej strefy oraz zagraniczne
W Telecube, korzystasz z tradycyjnych numerów stacjonarnych, z prefiksem odpowiednim dla danej strefy numeracyjnej (np. 22 – Warszawa, 32 – Katowice). Wybierając jednak numery stacjonarne z puli TeleCube, nie ma znaczenia lokalizacja Twojej firmy. Jeśli pracujesz w Katowicach, a chciałbyś użytkować numer katowicki i do tego warszawski oraz poznański, nie będzie z tym najmniejszego problemu. Ba, numer możesz otrzymać także z puli zagranicznej (w przypadku niektórych krajów, do przydzielenia numeru należy potwierdzić posiadanie w nim siedziby Twojej firmy). Jeśli dysponujesz własnymi numerami i nie chcesz z nich rezygnować, możesz je przenieść do TeleCube. Powitamy je bardzo serdecznie J
Tanie, a nawet bezpłatne rozmowy telefoniczne
Wszystkie połączenia pomiędzy numerami w ramach sieci TeleCube.pl będziesz mógł realizować bezpłatnie. Nawet jeśli Twoja firma zatrudnia kilkuset pracowników. Darmowe rozmowy, zrealizujesz również, ze swoimi współpracownikami, freelancerami czy nawet partnerami, pod warunkiem, że posiadają oni numery w sieci TeleCube. Za połączenia wychodzące (poza siecią TeleCube) zapłacisz, zgodnie z cennikiem TeleCube. Najtańsze rozmowy przeprowadzisz już od 5 groszy netto/minutę.
Pakiet Mini, za 9 zł netto / miesiąc
Do realizacji tradycyjnych połączeń i wysyłania SMSów, wystarczy zaopatrzyć się w pakiet Mini, który kosztuje 9 zł netto miesięcznie. W jego ramach TeleCube oferuje polski numer stacjonarny do rozmów telefonicznych oraz dodatkowo numer faxowy. Drugi z wymienionych numerów posłuży do odbierania i wysyłania dokumentów faxowych, przy użyciu rozwiązania o nazwie fax internetowy. Fax internetowy, to nic innego jak przeniesienie tradycyjnej usługi faxowej do świata wirtualnego. Z tą różnicą, że nie jest w tym przypadku wymagany tradycyjny sprzęt, ponieważ faxy przychodzą na adres mailowy, a ich wysyłanie jest realizowane przy wykorzystaniu panelu Klienta TeleCube.
Do pakietu Mini można dokupić np. numery zagraniczne. Ich koszt jest zależny od konkretnego kraju i wynosi od 19 zł netto / miesiąc (np. numer z USA czy Kanady).
Pakiet Mini to jednak tylko preludium do szerokiego wachlarza możliwości, które oferuje TeleCube. A główną z nich jest wirtualna centrala telefoniczna.
Centrala telefoniczna, co to jest ?
Centrala telefoniczna jest rozwiązaniem funkcjonującym na rynku, już od ładnych paru lat i służy do zarządzania połączeniami i usługami telefonicznymi. Kiedyś była ona jednak wykorzystywana, w głównej mierze przez podmioty sektora publicznego i korporacje. Wymagała znacznych nakładów finansowych i miejsca na sprzęt oraz okablowanie. Od kilku lat dzięki m.in. TeleCube, można zakupić centralę w wersji w chmurze, czyli tzw. wirtualną centralę telefoniczną. Jest ona wygodniejsza w użytkowaniu, bardziej skalowalna, a przede wszystkim o wiele tańsza, przez co dostępniejsza dla większej liczby firm, nawet tych najmniejszych.
Wirtualna centrala TeleCube, milowy krok do usprawnienia zarządzania komunikacją telefoniczną
Jeśli obecnie używasz w swojej firmie tradycyjnej telefonii stacjonarnej i często Klienci nie mogą się do Ciebie dodzwonić słysząc sygnał zajętości, koniecznie zainteresuj się wirtualną centralą telefoniczną.
Wirtualna centrala (telecube.pl/wirtualna-centrala-telefoniczna) TeleCube to narzędzie do zarządzania połączeniami, numerami i funkcjami telekomunikacyjnymi, administrowane przez Ciebie z poziomu panelu Klienta, do którego masz dostęp o każdej porze, za pomocą dowolnego urządzenia zaopatrzonego w przeglądarkę internetową.
Twój Klient już nigdy nie usłyszy sygnału zajętości
Wirtualna centrala, ma wiele zastosowań. Możesz dzięki niej powitać dzwoniącego Klienta komunikatem głosowym, z prośbą o wybór tonowy konkretnego numeru, przyporządkowanego do określonej osoby czy działu. Po dokonaniu wyboru, nastąpi połączenie z konkretną osobą lub dzwoniący usłyszy kolejny komunikat/powiadomienie albo np. zostanie przekierowany do poczty głosowej. Wszystko zależy od tego jak zaprojektujesz schemat działania centralki. Jeśli wszyscy konsultanci prowadzą aktualnie rozmowy, dzwoniącego możesz skierować do tzw. kolejki. Podczas oczekiwania będzie mu emitowana muzyka oraz komunikat o aktualnym miejscu w kolejce. Jeśli w trakcie rozmowy zajdzie potrzeba, jej transferu na inny numer będzie to możliwe do zrealizowania bez konieczności rozłączania się dzwoniącego, również na numer spoza sieci TeleCube, w tym komórkowy (za dopłatą). Co więcej komunikaty powitalne lub informacyjne (można je przygotować bezpłatnie, korzystając z wirtualnego lektora TeleCube, dostępnego w kilku językach lub odpłatnie zlecić ich nagranie profesjonalnym lektorom proponowanym przez TeleCube) mogą być różnorodne i dopasowane do konkretnych przedziałów czasowych i dni. Ma to najczęściej miejsce w przypadku zróżnicowania wiadomości emitowanych w godzinach pracy oraz poza godzinami pracy czy w święta. W przypadku gdy Klienci nie zechcą czekać w kolejce i postanowią się rozłączyć, na panelu Klienta będzie można odszukać wszystkie takie nieodebrane połączeniai jednym kliknięciem zainicjować rozmowę z danym numerem. Dzięki temu, nie stracimy potencjalnego Klienta i na pewno zyskamy w jego oczach. No i będziemy postrzegani jako firma, która potrafi szybko reagować.
Nagrywanie rozmów, Claude Control, SMS, KeyPass
Wirtualna centrala TeleCube ma jeszcze wiele innych funkcjonalności. W dziale handlowym (i nie tylko) bardzo przydatne będzie zapewne nagrywanie rozmów. W TeleCube rozmowy są dostępne, na panelu Klienta przez 30 dni. W tym okresie można je pobrać (pojedynczo lub zbiorczo) na swój serwer i na stałe zarchiwizować. Nagrywanie jest przydatne nie tylko do odsłuchania rozmowy i przypomnienia sobie pewnych jej ustaleń (np. do opracowania oferty i Umowy oraz reklamacji) ale również do weryfikacji przez przełożonego umiejętności konsultanta infolinii i korygowania pewnych błędów dotyczących technik sprzedaży i obsługi Klienta, na podstawie materiału w postaci nagrania. Inną funkcją, która z kolei pozwala managerowi przysłuchiwać się via wybrane urządzenie telefoniczne, rozmowom pracownika i „na żywo” podpowiadać mu (podpowiedzi słyszy oczywiście tylko pracownik, a nie Klient) co ma mówić dzwoniącemu jest ClaudeControl. Taki monitoring rozmowy, można prowadzić nawet jeśli manager i pracownik znajdują się w innych miastach.
Po skończonej rozmowie czasami warto, nawet tylko w kilku zdaniach czy słowach wysłać Klientowi jej podsumowanie, ustalenia, albo po prostu jeszcze raz za nią podziękować. Do realizacji bardzo krótkiego przekazu, np. wspomnianego podziękowania, odpowiedni będzie SMS, którego można wysłać z panelu Klienta (również z nazwą własną, w polu nadawcy np. swojej marki).
Wybranym Klientom czy też grupom vipowskim, którym chcesz udostępnić ekskluzywne treści (np. informacje o limitowanych produktach czy określonych promocjach) i/lub przyporządkować dedykowanych doradców, możesz przydzielić, dzięki usłudze KeyPass, specjalne kody PIN. Posiadacz kodu wykorzystuje je gdy dzwoni na Twój numer i następnie wprowadza je tonowo. Jest wtedy automatycznie przekierowany do konsultanta lub miejsca gdzie odsłucha wybrane treści.
Przechodzimy do kosztów centrali, a tu miła niespodzianka
Najtańszy pakiet wirtualnej centrali, o nazwie Start, który zawiera większość dostępnych funkcjonalności centralkowych, kosztuje tylko 29 zł netto / miesiąc. W tej cenie TeleCube oferuje opisywane już opcje: IVR, warunki czasowe, wirtualny lektor, wysyłanie Smsów, fax internetowy, kolejkowanie, przekierowanie połączeń, KeyPass czy pocztę głosową. Pakiet jest przewidziany dla 4 użytkowników/stanowisk (4 konta SIP, nazywane numerami wewnętrznymi), którzy otrzymują 2 numery stacjonarne. W TeleCube, z jednego numeru stacjonarnego może korzystać nawet kilka osób, które posiadają jednak odrębne numery wewnętrzne. Dlatego też Klient dzwoniący na jeden i ten sam numer stacjonarny, może być następnie łączony z różnymi osobami, które mają zdefiniowane numery wewnętrzne. Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby każda osoba w Twojej firmie, oprócz numeru wewnętrznego, posiadała też swój indywidualny numer stacjonarny. Zwłaszcza wtedy, gdy ma ona się prezentować indywidualnym numerem, a nie głównym numerem firmy, przy połączeniach wychodzących.
Pakiet Start sprawdzi się doskonale w mikrofirmie. TeleCube posiada jednak rozwiązania, dla praktycznie każdego rodzaju działalności, niezależnie od branży i ilości pracowników. Najdroższy pakiet Elite (w cenie 129 zł netto/miesiąc), zawiera oprócz funkcjonalności pakietu Start również nagrywanie rozmów, telekonferencje (grupowe rozmowy, w wirtualnym pokoju telekonferencyjnym, do 15 osób) oraz 32 numery wewnętrzne i 16 numerów stacjonarnych. Nie oznacza to jednak, że maksymalna ilość stanowisk, oferowanych przez TeleCube, to 32. W tym przypadku nie ma ograniczeń i można dokupić w każdej chwili, do wybranego pakietu, tak numery wewnętrzne, jak i numery stacjonarne, jak również usługę ClaudeControl.
Usługi, usługami, ale ten Panel klienta
Pisałem już o tym, że TeleCube oferuje całodobowy panel Klienta, z dostępem do nieodebranych połączeń i opcją wysyłania faxów i SMSów. To jednak tylko namiastka tego co znajduje się na panelu. Panel to po prostu intuicyjne, łatwe w obsłudze centrum informacyjne oraz zarządcze twoich połączeń i usług w TeleCube. Znajdziesz tu m.in. billingi połączeń, statystyki z kolejek (w podziale na konsultantów, grupy), faktury, dostępne do wyboru polskie i zagraniczne numery telefoniczne oraz graficzne narzędzie do samodzielnego zaprojektowania schematu Twojej centrali. Ta ostatnia informacja, a w zasadzie użycie słowa „samodzielnie” może Ciebie zaskoczyć. Zwłaszcza jeśli jeszcze nie miałeś do czynienia z takimi kwestiami. Należy podkreślić, w tym miejscu, że takie narzędzie to duże udogodnienie dla Ciebie. Po pierwsze jest ono intuicyjne, a po drugie uniezależnia Cię w dużym stopniu od działu technicznego dostawcy, ponieważ możesz w każdej chwili dokonać edycji Twoich ustawień centralkowych. Ma to szczególne znaczenie, gdy trzeba coś zmienić „na wczoraj” np. komunikat, czy też godziny emitowania go. Jeśli mimo wszystko taka samodzielność trochę Cię zniechęca, od razu spieszę żeby Cię uspokoić. W przypadku jakichkolwiek niejasności Biuro Obsługi Klienta TeleCube, udzieli wskazówek i pomoże w konfiguracji centrali, łącznie z przeprowadzeniem stosownego szkolenia.
Integracja TeleCube z CRM
Dobrze funkcjonującą i zautomatyzowana usługa telekomunikacyjna, bardzo ułatwia i usprawnia pracę Twojej firmy i kontakt z Klientami. Nie wyczerpuje ona jednak wszystkich możliwości komunikacyjnych oraz nie jest też dedykowana do ogólnego zarządzania kontaktami z Klientami.
W tym celu sugeruję zaopatrzyć się w narzędzie zwane CRM (np. Sugester.pl czy CRMVision.pl). TeleCube.pl go nie oferuje, ale może zintegrować się z konkretnym rozwiązaniem CRM (dzięki posiadaniu API) z korzyścią dla TeleCube, jak i danego systemu CRM, a przede wszystkim Ciebie, jako ich użytkownika J
Sprawdź TeleCube w akcji, bez żadnych zobowiązań
Nikt nie lubi podejmować decyzji, jeśli nie jest przekonany, że zakup spełni jego potrzeby. TeleCube to rozumie, dlatego oferuje swoją usługę do testów, na 14 dni. W tym okresie możesz przetestować większość opcji bezpłatnie, przy użyciu darmowych minut i testowej numeracji. Po testach możesz zrezygnować z dalszego użytkowania TeleCube albo rozpocząć płatną współpracę w opcji prepaid (tzw. przedpłata) lub na podstawie okresowej Umowy.
Dodatkowe darmowe minuty, z kodem promocyjnym
Zachęcam do testów wirtualnej centrali TeleCube. Jeśli chcesz się przekonać jak działa pakiet Elite, kliknij w ten link: www.telecube.pl/rejestracja/?product_id=18, wypełnij formularz rejestracyjny i przejdź (po otrzymaniu linku aktywacyjnego) do panelu Klienta. Jeśli w trakcie rejestracji wpiszesz Kod: CEO18 (ewentualnie możesz go podać telefonicznie, kontaktując się z naszym działem sprzedaży, do 24 godzin od rejestracji, pod numerem 221131415) otrzymasz, zamiast tradycyjnej puli, aż 150 minut na testy (dotyczy połączeń w cenie 5 groszy netto / minutę, dla droższych połączeń ilość minut będzie relatywnie mniejsza). Kod jest ważny do 15 lutego br. (w tym terminie należy się zarejestrować) i dotyczy tylko Klientów, którzy nigdy wcześniej (tj. do 25 stycznia 2018 r.) nie korzystali z usług telefonii TeleCube.
Ważne! Większą pule darmowych minut otrzymasz również w przypadku wyboru innego niż Elite, pakietu wirtualnej centrali
Rynek szkoleń można podzielić na kilka segmentów. Pierwszymsą reprezentanci międzynarodowego know-how – np. House of Skills – sprzedający produkt, który jest obrandowany, zwalidowany oraz bardzo ciekawie opakowany. Kolejnym segmentem jest know-how powszechne – open source – z którego korzystają zarówno osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą, jak też osoby bez wykupionego prawa licencyjnego sprzedaży know-how. Planktonem można nazwać firmy, które powstały jako pokłosie programów unijnych i bardzo zepsuły rynek. Są one gotowe dostarczać rozwiązania szkoleniowe w sposób niewystarczający jakościowo oraz po bardzo niskiej cenie.
– Wiem jak wygląda ten rynek, spotykam się z przedstawicielami różnych firm szkoleniowych i uczestniczę w procesach sprzedażowych, Dla coraz mniejszej liczby klientów cena za dzień szkolenia jest jedynym kryterium podczas procesu decyzyjnego, który stanowi o wyborze danej firmy. Uczestnik ma wynieść ze szkolenia jak najwięcej praktycznych umiejętności, a nie wyłącznie znaleźć się na liście obecności – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Konieczny, partner w firmie „House of Skills” – Zarówno rynek, jak i spektrum usług są bardzo szerokie. Czym innym jest coaching 1 na 1, a czym innym jest organizacja bardzo dużej konferencji dla 1000 osób, podczas której przemawia 1 keynote speaker. Największym obszarem, gdzie można rozwinąć umiejętności, są 1-2 dniowe szkolenia – podsumował Konieczny.
Decyzja podjęta. Zaczynasz inwestować w nieruchomości. Początki bywają trudne. Chcesz zarobić jak najwięcej, ale boisz się, że lokując kapitał w nieodpowiednie mieszkanie możesz tylko stracić. Spokojnie. Mamy dla Ciebie krótki poradnik, jak zacząć inwestować w nieruchomości.
– Dziś kiedy lokaty bankowe są tak słabo oprocentowane, najlepszą formą inwestycji kapitału jest kupno mieszkania. Dla przykładu, kupując mieszkanie w Piasta Park II roczna stopa zwrotu wynosi 8-9%. Szacujemy, że podobne wyniki osiągną mieszkania w Apartamentach Nowa Bonarka. Porównując lokaty bankowe (ok. 2%) i średnią rentowność inwestycji w nieruchomości (5-6% rocznie) jednoznacznie widać, co się bardziej opłaca – mówi Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.
Krok pierwszy: oblicz stopę zwrotu
W tym przypadku racjonalne myślenie jest wskazane. Zacznij od obliczenia stopy procentowej. Im będzie wyższa tym inwestycja bardziej opłacalna. Jak to zrobić? Jeśli na przykład kupiłeś mieszkanie w Krakowie za 300 tys. zł i chcesz je wynająć za 2 tys. zł, a koszty utrzymania mieszkania wynoszą 500 zł to:
(2 000 zł – 500 zł) x 12 miesięcy / 300 000 zł = 6%
Jeżeli jednak takie samo mieszkanie kupiłeś na kredyt to od kosztów przychodu musisz odliczyć odsetki kredytowe np. 500 zł:
Im stopa kredytu jest niższa tym zainwestowane środki będą się zwracać dłużej.
Krok drugi: zadbaj o kapitał
Wiesz już, jaki zysk możesz otrzymać, pora na zadanie sobie pytania, czy jest on dla ciebie satysfakcjonujący. Jeśli tak – zadbaj o odpowiednie środki. Warto już na początku drogi inwestora racjonalnie ocenić warunki finansowe i obliczyć zdolność kredytową. Najkorzystniej kupić mieszkanie za gotówkę, ale mało kto może sobie na to pozwolić. Kredyt wiąże się z posiadaniem wkładu własnego (obecnie to 20% ceny mieszkania). Pamiętaj też o kosztach dodatkowych (opłaty bankowe, założenie księgi wieczystej, opłaty u notariusza). Najlepiej, jeśli będziesz miał odłożone dodatkowe kilkanaście tysięcy.
Krok trzeci: określ ryzyko
Niebezpieczeństwo niepowodzenia jest zawsze. Oczywiście mniejsze, kiedy kupujesz mieszkanie w stolicy, które możesz wynająć studentom, większe – jeśli masz zamiar wziąć na kredyt zabytkowy dworek na Mazurach. Bez względu na to, którą opcję wybierzesz – zastanów się, jaką część środków możesz stracić? Jeśli zrobisz dobry research – sprawdzisz ceny wynajmowanych lokali w okolicy, zapotrzebowanie na lokale biurowe będziesz mógł ocenić ryzyko, jakie niesie za sobą inwestycja.
Krok czwarty: wybierz nieruchomość
Jeśli znasz już swoje możliwości finansowe i oszacowałeś ryzyko, jakie możesz ponieść – wybierz lokal, w który chcesz zainwestować. Pewny, ale niższy zysk da mieszkanie w dobrej lokalizacji, które wynajmiesz z łatwością. Jeżeli chcesz zainwestować większą sumę pieniędzy może warto zastanowić się nad kupieniem domku w górach i urządzeniem w nim ekskluzywnego SPA?
Krok piąty: wybierz sposób inwestycji
Teraz powinieneś zdecydować, w jaki sposób ma zarabiać na ciebie mieszkanie. Czy chcesz w nim zamieszkać, a potem drożej sprzedać? A może wynająć lokatorom lub dzierżawić firmie? Możliwości jest sporo. Zastanów się, ile czasu możesz poświęcić inwestycji. Czy jesteś gotowy, by pomagać studentom zawsze, jeśli coś się zepsuje? A może wolisz, aby to osoba wynajmująca przejęła wszystkie obowiązki związane z lokalem?
Krok szósty: zainwestuj
Kiedy już znajdziesz wymarzone mieszkanie pod inwestycję – zastanów się, czy sam chciałbyś w nim mieszkać. Dzięki temu ocenisz czy nieruchomość jest atrakcyjna. Zwróć uwagę na lokalizację, otoczenie, rodzaj zabudowy, plan zagospodarowania przestrzeni. Porównaj ofertę, która wydaje ci się najlepsza z innymi, a jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości – skonsultuj się z rzeczoznawcą.
Pamiętaj!
Jeśli chcesz zostać inwestorem powinieneś poznać ustawy, które pozwolą ci doszkolić się z zakresu prawa mieszkaniowego:
Ustawa o ochronie praw lokatorów i mieszkaniowym zasobie gminy i zmianie kodeksu cywilnego,
Ustawa prawo spółdzielcze,
Ustawa o wspólnotach mieszkaniowych.
W przypadku wątpliwości możesz skonsultować się z prawnikiem, możesz też wybrać się do notariusza, który wytłumaczy ci za co i ile musisz zapłacić.
Mateusz Halawa, kierownik zespołu humanistyki i nauk społecznych, Katedra Wzornictwa School of Form, Uniwersytet SWPS w Poznaniu
Jedna z grup roboczych Parlamentu Europejskiego zajmuje się wyzwaniami, jakie stawia przed naszym systemem prawnym rozwój robotów i maszyn bazujących na sztucznej inteligencji. Czy rozwój technologii doprowadzi do tego, że roboty nas zastąpią czy też uda się nam oswoić technologię tak, by nam służyła? Co odróżnia roboty od ludzi, a raczej wytwory pracy człowieka od efektów działania robota i dlaczego inaczej wartościujemy tą pracę – wyjaśnia Mateusz Halawa, kierownik zespołu humanistyki i nauk społecznych, Katedra Wzornictwa School of Form, Uniwersytet SWPS w Poznaniu.
Przedstawicielka komisji Mady Delvaux podkreślała w przemówieniu, że komisja chce upewnić się, że w miarę jak wpływają na coraz więcej obszarów naszego życia codziennego, roboty „pozostaną w służbie ludzi”. Jest w tej frazie niepokój znany z literatury science-fiction z klasycznymi tropami praw robotów i dystopijnymi wizjami świata, w którym roboty przejęły kontrolę nad ludźmi. Przyszłość, jak pisał William Gibson, rozgrywa dziś, tylko jest nierówno rozłożona. Gdy Parlament Europejski opracowuje ramy prawne dla nowego rodzaju osób, „osób elektronicznych”, czytamy o autonomicznych samochodach na szosach Kalifornii, które to auta analizując dynamicznie zmieniającą się sytuację, nieuchronnie stają przed moralnymi dylematami. Kogo omijać w sytuacji zagrożenia? Czy poświęcić życie pasażerów, jeśli miałoby to uratować więcej istnień?
My w świecie robotów
Za tymi zmianami próbuje nadążyć humanistyka i nauki społeczne, którym wydawało się, że pozostaną dyscyplinami wiedzy o relacjach między ludźmi. Tymczasem media coraz częściej opisują sytuacje społeczne, które nie rozgrywają się jedynie między ludźmi, lecz między ludźmi a technologiami. Badacze społeczeństwa coraz częściej zwracają uwagę na światy i byty stworzone za pośrednictwem cyfrowego kodu. Rozwijają się krytyczne badania nad oprogramowaniem (software studies), które pokazują, że nasze sprawy w znacznym stopniu są kształtowane przez algorytmy decydujące o tym, jakie wiadomości czytamy, jaką mamy zdolność kredytową, czy komu przedstawi nas aplikacja randkowa. Filozofowie tacy jak Grégoire Chamayou przyglądają się dronom, które zmieniają myślenie o etyce wojny. Psycholodzy obserwują niezwykle bliskie i nacechowane czułością więzi, jak te między starszymi mieszkańcami japońskich domów opieki a interaktywnymi, robo-foczkami Paro. Socjolodzy i ekonomiści zaś stawiają pytania o przyszłość pracy i opartego na niej ładu społecznego w czasach, w których blisko połowę zadań wykonywanych przez ludzi będzie można zrobotyzować.
Cyfrowa edukacja
Biorąc pod uwagę, jak bardzo rewolucja technologiczna przekształca naszą codzienność, zaskakuje, jak słabo jest wciąż obecna w edukacji. Cyfrowe rozwiązania pojawiają się w szkołach i na uczelniach, ale nie pozwalają użytkownikom stawać się aktywnymi twórcami cyfrowej kultury. A to właśnie młode pokolenia powinny być siłą napędową rozwoju nowych technologii, ale i źródłem namysłu nad jej kierunkami. Pod kierunkiem projektantów dr. Oskara Zięty, architekta, wynalazcy technologii FIDU, i dr. Krzysztofa Kubaska – projektanta robota EMYS do nauki języków obcych, który wyraża emocje, studenci i studentki Industrial Design School of Form od kilku lat mierzą się ze zrobotyzowaną przyszłością.
W ramach projektu „Do roboty” za przedmiot badań i eksperymentów posłużyło tradycyjne rzemiosło, ceniona przez nas praca ludzkich rąk wyposażonych w narzędzia, którą przez wieki uznawano za etykę dobrej roboty. Co wynika z pracy z robotami? Czy można nauczyć robota klasycznych rzemiosł? Studenci odpowiadali na te pytania nie tylko z projektantami i programistami, ale też z filozofami pracującymi w School of Form, m.in. z dr Joanną Malinowską, która pytała: “co odróżnia rzemieślnika od robota, który co prawda nie potrafi (jeszcze) z finezją tworzyć nowych obiektów, ale umie perfekcyjnie powielać znane już wzory? Czy gdyby roboty czuły zadowolenie z własnej pracy i były jej świadome, docenilibyśmy bardziej ich wytwory? Co stanowi o unikalności pracy ludzkich rąk? Czy jest to błąd, którego stara się uniknąć rzemieślnik, a który nie pojawia się zwykle w przypadku dzieła robota?”
Jedna z grup studentów zajęła się kaligrafią, sztuką kunsztowną, która od wieków była ekspresją humanistycznych wartości oraz dowodem skupienia, samokontroli i doświadczenia oddanego dziełu człowieka. Inny zespół poświęcił się sztuce tatuażu; jeszcze inny cukiernictwu. W miarę jak analizowali pracę ludzkich rąk i coraz bardziej wprawnie próbowali przełożyć ją na działanie maszyny. Ich odpowiedzi na filozoficzne pytania o robotyczną przyszłość miały postać materialną. To obiekty, które dowodzą, że zarówno ludzki kunszt, jak i wynikające z niego błędy czy niedoskonałości, szybko nie znikną z naszej kultury. Ale pokazują też, że pisanie kodu też może być kunsztem, a drogą do pokazania wartości rzeczy tworzonych przez maszyny jest dowartościowanie pracy tych, którzy maszyny tworzą i programują.
Studenci i studentki przewartościowywali jednocześnie znaczenie rzemiosła w XXI wieku. Odrzucili fantazje o robotyzacji wszystkiego, zamiast tego skupili się na trwałej wartości ludzkiego doświadczenia. Rozpatrywali nowy podział obowiązków: robotowi to, co powtarzalne, uciążliwe, szkodliwe dla zdrowia; człowiekowi to co odpowiedzialne i kreatywne? Jedna z grup postawiła pytanie o to, czy da się rozwiązać konflikt między zimną racjonalnością robota a bogactwem ludzkich emocji. Czy robot może zrobić coś, wobec czego człowiek nie pozostanie obojętny? Odpowiedzią był proces produkcyjny, w którym robot tworzył gliniane formy pracując w rytmie ludzkiego tętna. Wynikiem był zautomatyzowany proces produkcji zindywidualizowanych obiektów. Reakcje widzów obserwujących produkcję świadczą o tym, że technologia może być mniej zagrażająca, jeśli widzimy, że współpraca między człowiekiem a robotem jest ułożona uczciwie, sprawiedliwie i z korzyścią dla humanistycznych wartości.
Europejscy ustawodawcy próbują przygotować społeczeństwa do nowej zrobotyzowanej przyszłości, a młode pokolenie projektantów chce przystosować roboty tak, żeby cyfrowy kod stał się w ich rękach kolejnym narzędziem twórczości. Oswajanie robotów, jak każda nowa relacja, rodzi nadzieje, ale i wiele wątpliwości. W najbliższych latach to wokół nich koncentrować się będzie uwaga zarówno projektantów i inżynierów, jak i humanistów. Od tego, czy znajdziemy wspólny język, wiele będzie zależeć.
Mateusz Halawa, Kierownik zespołu humanistyki i nauk społecznych, Katedra Wzornictwa School of Form, Uniwersytet SWPS w Poznaniu
Grupa ERGIS, lider przetwórstwa tworzyw sztucznych w Europie Środkowo–Wschodniej, opublikowała wstępne wyniki finansowe za 2017 rok. W 2017 roku Grupa zanotowała rekordowe w swojej historii przychody, w wysokości 750,6 mln zł (wzrost o 7,8%). Wynik EBITDA wyniósł 56,6 mln zł (spadek o 5,4%), wynik operacyjny: 32,9 mln zł (spadek o 6,6%), a zysk netto sięgnął poziomu 20,5 mln zł (spadek o 13,9%).
Wartości EBITDA i zysku w 2017 roku są obciążone wzrostem kosztów wynagrodzeń w Grupie – o 7,2 mln zł (w porównaniu z kosztami wynagrodzeń w 2016 r.). Niekorzystnie na poziom realizowanych marż wpływała również sytuacja surowcowa. Negatywnie na prezentowane wyniki wpłynęły także rezultaty sprzedaży twardych folii i laminatów do pakowania żywności – w IV kwartale zrealizowany zysk EBITDA był o 2,5 mln niższy niż w IV kwartale 2016. Niższy był również, o 1,7 mln PLN, EBITDA zrealizowany na sprzedaży specjalistycznych folii PVC. Jednocześnie Spółka w pełni zrealizowała zamierzenia co do wysokości EBITDA osiągniętego na sprzedaży folii stretch.
Wstępne wyniki finansowe Grupy ERGIS w 2017 roku przedstawia poniższa tabela:
W tys. PLN
IV kw. 2017
(wstępne)
IV kw. 2016
Dynamika
2017
(wstępne)
2016
Dynamika
Przychody ze sprzedaży
175 866
165 727
6,12%
750 572
696 487
7,77%
Zysk operacyjny
1 553
4 891
-68,26%
32 888
35 209
-6,59%
Zysk brutto
690
3 767
-81,69%
29 295
29 952
-2,19%
EBITDA
7 629
10 872
-29,83%
56 579
59 783
-5,36%
Zysk netto
29
2 641
-98,89%
20 452
23 767
-13,95%
Zadłużenie odsetkowe
162 987
132 868
22,67%
162 987
132 868
22,67%
W 2017 roku odnotowaliśmy rekordowy poziom sprzedaży. Od czasu wprowadzenia na rynek folii nanoERGIS® udział folii stretch w EBITDA Grupy rośnie w sposób istotny. Te pozytywne zjawiska nie przełożyły się jednak na poprawę wyników finansowych, ze względu na wzrost kosztów pracy oraz niemożność przeniesienia w krótkim czasie wzrostu cen surowców na ceny niektórych wyrobów gotowych – szczególnie miękkich folii PVC, twardych folii i laminatów do pakowania żywności oraz opakowań elastycznych. Obecnie naszym priorytetem jest, planowane na pierwsze półrocze 2018 roku, uruchomienie nowej linii do produkcji folii i laminatów PET w naszej berlińskiej fabryce oraz inwestycja w kolejną linię do produkcji wielowarstwowej folii stretch w naszym zakładzie w Oławie,
a także dalsza dywersyfikacja źródeł zaopatrzenia – powiedział Tadeusz Nowicki, Prezes Zarządu ERGIS S.A.
W rozpoczynającym się roku zarówno inwestorzy, jak i wykonawcy będą musieli dostosować się do szeregu nowych obostrzeń przewidzianych w regulacjach prawnych, które weszły w życie w drugiej połowie 2017 roku oraz tych, które mają zastosowanie od 1 stycznia 2018 roku. Zmiany wprowadzone zostały m.in. w prawie wodnym, przepisach dotyczących zamówień publicznych oraz kodeksie cywilnym. W tym roku planowane jest także wdrożenie założeń projektu ustawy o jawności życia publicznego oraz nowelizacji kodeksu urbanistyczno-budowlanego. Na które zmiany warto zwrócić szczególną uwagę podpowiadają eksperci kancelarii Gotkowicz, Kosmus, Kuczyński i Partnerzy Adwokaci oraz Multiconsult Polska – firmy specjalizującej się w konsultingu inżynierskim.
Zmiany w Prawie wodnym
Z 1 stycznia tego roku ustawodawca powołał nowy organ odpowiedzialny za gospodarkę wodną – Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie, który sprawuje zarząd nad wodami. Zwiększona została także liczba Regionalnych Zarządów Gospodarki Wodnej – z 7 do 11 (ustanowiono nowe RZGW w Bydgoszczy, Białymstoku, Lublinie i Rzeszowie). Zlikwidowane zostały Wojewódzkie Zarządy Melioracji i Urządzeń Wodnych, a w ich miejsce powstało 49 Zarządów Zlewni. Do kompetencji Wód Polskich należy wydawanie zgód wodnoprawnych we wszystkich przewidzianych w ustawie trybach. Nowością w przepisach jest ponadto tzw. ocena wodnoprawna. Jej uzyskanie jest wymagane dla inwestycji lub działań, które mogą w znaczący sposób wpłynąć na środowisko.
Wraz z wejściem w życie ustawy wygasły wszystkie decyzje o lokalizacji inwestycji celu publicznego oraz o warunkach zabudowy dotyczących nieruchomości zagrożonych powodzią wydane na podstawie ustawy o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym. Co istotne nie dotyczą one zmian w istniejących już obiektach liniowych, jak również pozwoleń na budowę uzyskanych przed wejściem w życie nowych przepisów. Ponadto wygaśnięcie nie odnosi się do decyzji dotyczących zagospodarowania terenu niezwiązanego z wykonywaniem robót budowlanych lub polegających wyłącznie na budowie drogi rowerowej, urządzeń melioracji wodnych lub budowli przeciwpowodziowych.
Warto również zwrócić uwagę na włączenie – bez okresu przejściowego – nowego organu uzgadniającego (Wody Polskie) do procesów oceny oddziaływania na środowisko inwestycji. Oznacza to, że również w przypadku trwających już procedur administracyjnych, związanych z opiniowaniem i uzgadnianiem dokumentacji środowiskowej, a nawet np. zaskarżaniem już wydanych decyzji o uwarunkowaniach środowiskowych, nowy organ powinien zostać uwzględniony. Może to powodować szereg problemów natury proceduralnej i utrudniać realizację projektów inwestycyjnych – wskazuje Andrzej Krzyszczak, Multiconsult Polska.
Zmiany w prawie zamówień publicznych
Zamawiających i wykonawców czekają również zmiany w sposobie komunikacji. W określonych przypadkach obowiązkowo będą musieli porozumiewać się drogą elektroniczną. Zgodnie z nowymi przepisami składane przy użyciu środków komunikacji elektronicznej powinny być oferty lub wnioski o dopuszczenie do udziału w postępowaniu, jak również oświadczania, a także formularz jednolitego europejskiego dokumentu zamówienia, Każdy dokument powinien zostać opatrzony kwalifikowanym podpisem elektronicznym – mówi ekspert Wojciech Olobry z GKK Adwokaci.
Nowe zasady komunikacji, zakładające określoną formę kontaktu, mają na celu ułatwienie dostępu do zamówień potencjalnym wykonawcom. Choć właściwy w tym zakresie przepis art. 10a ustawy został wprowadzony na mocy nowelizacji z 2016 r., to w pełni wejdzie on w życie 18.10.2018 r.
Nowelizacja Kodeksu cywilnego w zakresie solidarnej odpowiedzialności inwestora wobec podwykonawców
Wśród zmian prawnych, które będą oddziaływać na rynek inwestycji w 2018 roku warto wskazać przepisy dotyczące powstania solidarnej odpowiedzialności inwestora i wykonawcy za zapłatę wynagrodzenia podwykonawcy. Zgodnie z nimi wykonawca lub bezpośrednio podwykonawca ma obowiązek zgłoszenia zakresu robót jeszcze przed ich rozpoczęciem. Inwestor może zgłosić pisemny sprzeciw w terminie 30 dni od doręczenia mu takiego zgłoszenia. Odpowiedzialność za zapłatę wynagrodzenia podwykonawcy ograniczona jest do kwoty uzgodnionej między inwestorem a wykonawcą za wykonanie określonego zakresu prac.
Aktualizacja projektu ustawy o jawności życia publicznego
Aktualnie trwają prace nad projektem ustawy o jawności życia publicznego. Jeśli zmiany zostaną przyjęte a ustawa zacznie już obowiązywać to inwestorzy staną w obliczu obowiązku wprowadzenia rejestru umów cywilnoprawnych.
Ponadto przedsiębiorcy będą zobligowani do stosowania wewnętrznych procedur antykorupcyjnych pod groźbą kary od 10 000 do 10 000 000 zł oraz możliwości wykluczenia z postępowań o udzielenie zamówienia publicznego.
Prace nad projektem ustawy Kodeks urbanistyczno-budowlany
W 2018 roku obszar gospodarowania przestrzenią zostanie objęty jednym aktem prawnym. Nowa ustawa zastąpi obecnie obowiązujące regulacje, takie jak ustawa o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym oraz Prawo budowlane.
Bardzo ważną zmianą dla uczestników procesu inwestycyjnego jest zastąpienie decyzji o warunkach zabudowy, decyzji o pozwoleniu na budowę, zgłoszenia budowy oraz zgłoszenia zmiany sposobu użytkowania obiektu budowlanego jedną decyzją – tzw. zgodą inwestycyjną – mówi Jarosław Wielopolski. Nowością jest także podział projektów budowlanych na sześć kategorii. O zakwalifikowaniu do jednej z nich decydować będzie spełnienie określonych wymogów formalnych – dodaje.
Zamknięcie rządu trwało zaledwie 3 dni. Republikanie i demokraci mają 2 tygodnie na ustalenie porozumienia. Polska giełda na historycznych maksimach. Stopy procentowe w Japonii nadal ujemne.
Koniec zamknięcia rządu w USA
Prezydent Donald Trump podpisał ustawę, która zakończyła tzw. shutdown. Warto zwrócić uwagę na bardzo krótki horyzont tego rozwiązania. Ustawa działa bowiem zaledwie do 8 lutego bieżącego roku. Warto zwrócić uwagę, że porozumienie jest tymczasowe, gdyż obydwie partie nie chciały brać odpowiedzialności za przedłużenie wstrzymania rządu, które trwało od piątkowego wieczora. Rynki podeszły do tej wiadomości z dystansem. 8 lutego jest za 16 dni i dopiero dłuższe porozumienie powinno wyjaśnić sytuacje. Obecnie widać pewną ulgę z powodu porozumienia, aczkolwiek wciąż widać presję na dolara.
Maksima na polskiej giełdzie
Ostatnie miesiące to dobra passa nie tylko zachodnich giełd. Zwyżki nie ominęły także Polski. Od początku roku WIG poszedł 5% w górę przebijając nawet maksima z 2007 roku. WIG20 nie ma aż takich osiągów, ale i tak jest na najwyższym poziomie od 2011 roku. Powód wzrostów zdaniem analityków jest prosty. Jest to bardzo duża ilość taniego kapitału na rynku i poszukiwanie wysokich stóp zwrotu. Lokaty i obligacje skarbowe ze względu na niskie stopy procentowe nie dają dobrze zarobić zatem inwestorzy poszukiwali alternatywnych inwestycji.
Stopy procentowe w Japonii bez zmian
Zgodnie z oczekiwaniami analityków Bank Japonii utrzymał ujemną stopę procentową na dzisiejszym posiedzeniu. Główna stawka znajduje się na poziomie -0,1% już drugi rok. Po tych danych jen przez moment tracił na wartości, po czym nie tylko odrobił straty, ale nawet umocnił się do głównych walut. Analitycy wskazują, że niskie stopy procentowe są elementem politykiem osłabienia jena. Słaba waluta ma podnosić konkurencyjność eksportu i tym samym przywracać wzrost gospodarczy.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Luksusowe marki, w tym Gucci, Ralph Lauren aby stawić czoła rosnącej konkurencji zmieniają strategię i rezygnują z produkcji skupionej na działaniach sezonowych. Zasłużeni gracze na rynku mody czują na sobie oddech młodych firm, takich jak np. hiszpańska Zara, która wypuszcza nowe produkty do pięciu razy szybciej. By zachować konkurencyjność ekskluzywni producenci rozpoczęli proces dogłębnej cyfrowej transformacji, wdrażając technologie, mające przyspieszyć i zoptymalizować produkcję.
Ekskluzywne brandy odzieżowe, w których od lat największe gwiazdy show businessu dumnie paradują na salonach, zrozumiały, że nadszedł czas na zmianę. Jej katalizatorem są nie tylko badania rynkowe, lecz również – jeśli nie przede wszystkim – wyniki i prognozy finansowe. Na tyle młodych, dynamicznych firm odzieżowych, które nie tylko biją rekordy sprzedaży detalicznej za sprawą bogatej i dynamicznie zmieniającej się oferty w sklepach w lokalach handlowych, lecz również opanowały internet, gdzie czują się jak ryba w wodzie. Rynkowi seniorzy w bolesny sposób mieli się przekonać, że w cyfrowym świecie szybkich interakcji nie ma miejsca na zastój. Dawny blask i splendor zdają się nie wystarczać. Według ekspertów we współczesnej gospodarce liczą się szybkość w reagowaniu na bieżące trendy i zaplecze produkcyjne, które takie reakcje umożliwia. Zdaniem Piotra Rojka z DSR, firmy specjalizującej się w rozwiązaniach IT dla przemysłu, aby nadążyć za młodą, dynamiczną konkurencją nie wystarczy uznana marka.
– Utrzymanie rynkowej pozycji przez firmy z długą tradycją wymaga nieustannych reform i inwestycji. Doskonale widać to w dziedzinie produkcji. Dzięki technologiom informatycznym Przemysłu 4.0 firmy odzieżowe mogą płynnie realizować zróżnicowane harmonogramy produkcyjne i sprawnie reagować na zmiany. Technologia znacząco usprawnia również przepływ informacji od projektantów do zakładów produkcyjnych w różnych lokalizacjach. Pozwala im to wyjść poza sztywne ramy sezonowości i nieustane zaskakiwać klienta nowymi produktami – wyjaśnia Rojek.
Kurs na ucieczkę od sezonowości obrały Gucci, Ralph Lauren, Coach, Helmut Lang, Burberry and Rag & Bone, które do niedawna skupiały się przede wszystkim na trendach w obrębie cykli wiosna/lato, jesień/zima. Ich nowa strategia ma zapewnić większą elastyczność i szybsze okna produkcyjne. –Szybkość to dziś wszystko – mówi Karin Tracy, szefowa działu mody i urody w Facebook. Jej zdaniem w przepadku marek luksusowych szybkość oznacza przewagę nad konkurencją, a skupianie się na perfekcyjności kosztem tempa wprowadzania nowych produktów na rynek może je słono kosztować.
Dynamiczne firmy odzieżowe, które według analityków z Alvanon wypuszczają nowe produkty do 5 razy szybciej niż ospała konkurencja oraz sprzedawcy działający na rynku e-commerce pokroju Zelando czy Boohoo, każdego dnia mogą uaktualniać swoją ofertą i stronę sklepu internatowego o najnowsze style, wiodą prym w wyścigu trendów i najlepiej odpowiadają na drzemiącą w konsumentach potrzebę nowości. Luksusowe marki modowe próbowały różnych półśrodków. Niektóre zdecydowały się na dodanie dodatkowych kolekcji w ciągu roku, inne próbują dostosować się do zyskującego na popularności trendu „see-now-buy-now” – czyli zobacz teraz i kup teraz. Zakłada on, że przedstawianie kolekcji kilka miesięcy wcześniej niż jest ona udostępniana klientom, to schemat nieadekwatny do współczesnych realiów. Zaprezentowane po raz pierwszy kreacje powinny być błyskawicznie dostępne w sprzedaży. Taki model działania przyjął niedawno szwedzki gigant H&M. Aby funkcjonować w ten sposób nie wystarczą dobre chęci. Firmy oferujące odzież ekskluzywną muszą liczyć się z totalną rewolucją, która w największym stopniu musi dotknąć samej produkcji.
Włosi internacjonalizacją
Pod koniec zeszłego roku grupa Kering, do której należy szereg luksusowych marek, ogłosiła plany uruchomienia „Gucci Art Lab” –35 000 stóp kwadratowych przestrzeni przemysłowej we Włoszech. W nowej fabryce wytwarzane będą dobra skórzane z własnych, zróżnicowanych materiałów. Wszystko po to, by łańcuch dostaw Gucci znalazł się bliżej domu. – To krok w kierunku internalizacji produkcji, szczególnie produktów skórzanych. Z czasem zyskamy lepszą kontrolę nad rozwojem produktów, materiałów i pobieraniem próbek – powiedział Jean-Marc Duplaix, CFO Kering. Większa kontrola nad procesami produkcyjnymi oznacza również większą kontrolę nad terminami i częstotliwością wypuszczania nowych produktów. W ten sposób takie marki jak Burberry czy Tommy Hilfiger miały zmienić swoje harmonogramy produkcji na bardziej dynamiczne w zaledwie kilka tygodni. Wertykalnie zintegrowany łańcuch dostaw daje poziom autonomii, którego nie mają mniejsze firmy polegające na zewnętrznych wytwórcach. Jednak nawet to nie wystarczy, jeśli celem jest przyspieszenie i zoptymalizowanie procesów produkcyjnych. Bez inwestycji w nowe technologie przemysłowe i automatyzację trudno nie sposób nawet dogonić konkurencji, a tym bardziej jej wyprzedzić. Firmy takiej jak PVH Corporation i Xcel Brands wykorzystują oprogramowanie do projektowania w 3D, co pozwala im wykraść cenne miesiące z procesu produkcji. – Marki luksusowe powinny radzić sobie lepiej z wdrażaniem nowych technologii, by wspomóc procesy produkcyjne. Oprogramowanie do tworzenia produktów w 3D testowane jest przez różne firmy i niebawem zmieni to, w jaki sposób funkcjonowania detalistów – uważa Ed Gribbins z Alvanon.
W branży modowej, gdzie liczy się czas a każdy przestój opóźnia wyjście w produktu na rynek, niezwykle istotne jest utrzymaniu sprawnej linii produkcyjnej. Z pomocą przychodzi przemysłowy internet rzeczy – technologia, która zaoszczędziła firmom setki milionów dolarów. – IIOT to nie tylko konserwacja predykcyjna, wykrywająca anomalie w pracy maszyn i ostrzegająca o potencjalnych awariach nim się one wydarzą. Analizując dane z sensorów można zoptymalizować linię produkcyjną tak, aby wszystkie maszyny pracowały z wydajnością oczekiwaną przez zarządzających. Nie dzieje się to jednak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. To pewien proces, który wymaga zaangażowania doświadczonych specjalistów, jednak w ostatecznym rozrachunku taka optymalizacja to opłacalna inwestycja – zauważa Piotr Rojek.
Technologia przeciwko podziałom
W tradycyjnych, mocno rozbudowanych organizacjach zazwyczaj komunikacja pomiędzy departamentami i zagranicznymi oddziałami jest niewystarczająca, by nie powiedzieć znikoma. Gdy tempo wypuszczania nowych produktów na rynek może wpłynąć na pozycję organizacji, usprawnienie komunikacji staje się priorytetem. Zespoły projektantów, marketingu, produkcji i analityki danych muszą ze sobą rozmawiać, aby szybciej podejmować decyzje. Doskonale rozumie to firma Xcel Brands, która powołała specjalny task force w jednym celu: aby zidentyfikował nowe technologie, które mogą wpłynąć nie tylko na komunikację wewnątrz organizacji, lecz również na wszystkie sfery prowadzenia biznesu. – To, nad czym pracujemy będzie integrować przeróżne funkcje. Marketing, działy projektowania i planowania oraz nasi partnerzy detaliczni będą pracować wspólnie. Szybkość wejścia na rynek ma kluczowe znaczenie i musimy działać tak szybko, jak to możliwe – mówi Kate Twist, chief digital officer w Xcel Brands.
Projekty umożliwiają skuteczną komunikację na wielu płaszczyznach są niezwykle istotne dla sprawnego funkcjonowania organizacji, jednak zdaniem ekspertów, jeśli jej informatyczny fundament jest słaby i nie spełnia współczesnych wymogów, to pozostałe rozwiązania na niewiele się zdadzą. Dlatego firmy coraz częściej decydują się na wymianę systemów ERP na takie, które obejmują większość obszarów ich funkcjonowania. – Nie możemy mówić o skutecznej komunikacji wewnątrz rozbudowanej organizacji bez rozbudowanego systemu do planowania zasobów przedsiębiorstwa. ERP jest sercem całego informatycznego ekosystemu, które gromadzi informacje z kluczowych działów. W ten sposób kadra zarządzająca może w czasie rzeczywistym obserwować aktualną sytuację w firmie i na tej podstawie szybko podejmować świadome decyzje – dodaje dyrektor zarządzający w DSR SA.
Po prawie 11 latach inwestorzy doczekali się nowych historyczny rekordów na giełdzie w Warszawie. Nowy rekordowy poziom indeksu WIG to 67933,05 pkt. I zapewne nie ostatni. Od dołka z 2009 roku WIG urósł ponad 2-krotnie.
Inwestorzy prawie 11 lat czekali na powrót polskiego rynku akcji do szczytów z 2007 roku, gdy najpierw pęknięcie bańki na amerykańskim rynku kredytów subprime, a później upadłość banku Lehman Brothers, doprowadziła do największego kryzysu finansowego na świecie od czasów Wielkiego Kryzysu, powodując jednocześnie załamanie na światowych giełdach. W następstwie tego kryzysu indeks WIG stracił prawie 70 proc., spadając z poziomu 67772,9 pkt. w lipcu 2007 roku do 20370,3 pkt. w lutym 2009 roku, co wówczas było najniższym poziomem od 2003 roku. Prawdopodobnie wtedy mało kto przewidywał, że powrót do rekordów zajmie polskiej giełdzie ponad dekadę.
We wtorkowe południu (godz. 12:07) indeks WIG testował poziom 67509,1 pkt., rosnąc o 0,3 proc., po tym jak w pierwszej godzinie notowań pokonał szczyt z 2007 roku i wyznaczył nowy historyczny rekord na poziomie 67933,05 pkt. Indeks ten od początku roku zyskał już ponad 6 proc., a w rok wzrósł o 26,7 proc. W tym samym czasie WIG20 rósł o 0,58 proc. do 2636,06 pkt., testując dziś najwyższe poziomy od 2011 roku. Indeks mWIG40 miał wartość 5061 pkt., rosnąc o 0,33 pkt. i testując poziomy nieoglądane od 2007 roku.
Dzisiejsze dobre nastoje na warszawskiej giełdzie to przede wszystkim zasługa utrzymującego się relatywnie dobrego klimatu na globalnych parkietach. Zwłaszcza na Wall Street, gdzie poniedziałkowa sesji, w reakcji na zakończenie tzw. shutdownu, przyniosła mocne wzrosty i nowe historyczne rekordy.
Pomaga też mocne zachowania sektora bankowego. Zwłaszcza akcji BZ WBK (+2,75 proc.), Pekao SA (+2,1 proc.) i mBanku (+1,3 proc.). Jak również dobrze przyjęte wstępne wyniki Energii, która poinformowała, że w IV kwartale 2017 roku EBITDA wyniosła 525 mln zł, przekraczając rynkowe prognozy o 7,1 proc. i była o 5,4 proc. wyższa niż przed rokiem.
Największym zagrożeniem dla kontynuacji w wzrostów jest duże już krótkoterminowe wykupienie polskiego rynku akcji, co może wywoływać wśród graczy pokusę zrealizowania zysków z ostatnich tygodni blisko szczytów (pierwsze takie symptomy są widoczne nawet dziś). Niemniej jednak, gdyby nawet taki scenariusz zrealizował się w kolejnych dniach, to cofnięcie indeksów powinno być krótkie, a wzrosty szybko wrócić.
Dobre nastroje na globalnych rynkach akcji, trwający sezon publikacji wyników kwartalnych w USA, a także powoli zbliżający się sezon wyników na GPW (m.in. w czwartek raport kwartalny opublikuje PKN Orlen) sugerują, że indeks WIG20 w najbliższych tygodniach jeszcze wielokrotnie może poprawiać swój rekord. Większej korekty, być może nawet kilkutygodniowej, należy spodziewać się dopiero w połowie lutego.
Zupełnie inne nastroje niż na GPW panują dziś na krajowym rynku walutowym. Gdzie złoty wprawdzie lekko traci do głównych walut, w ślad za cofnięciem EUR/USD, ale wciąż pozostaje w konsolidacji czekając na nowe impulsy. Takim w tym tygodniu mogą przede wszystkim być czwartkowe wyniki posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego oraz piątkowe dane nt. dynamiki amerykańskiego PKB za IV kwartał 2017 roku. W południe za euro trzeba było zapłacić 4,1730 zł, dolar kosztował 3,4070 zł, a szwajcarski frank 3,5440 zł.
Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, analityk niezależny
Choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, perswazja towarzyszy nam na każdym kroku – zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym. Czasem stosujemy ją sami, jednak bywa i tak, że ze zdumieniem zastanawiamy się, dlaczego zgodziliśmy się spełnić czyjąś prośbę lub przystaliśmy na jakąś propozycję. Jak w porę rozpoznać techniki stosowane przez naszych rozmówców i podejmować decyzje świadomie?
Wiedza to podstawa
Umiejętność skutecznego przekonywania jest kluczowa nie tylko dla handlowców czy telemarketerów. Każdy szef na co dzień, aby skutecznie zarządzać zespołem, skłania jego członków do określonych działań, współpracownicy za to chcą, by inni ich słuchali lub pomagali im. Każdy człowiek choć raz na jakiś czas stara się namówić kogoś do czegoś. Większość robi to odruchowo, nieświadomie korzystając z własnych i cudzych doświadczeń, a przecież umiejętność przekonywania innych osób do własnych racji i poglądów to esencja perswazji. Często wiąże się ona ze stosowaniem przez rozmówców określonych technik czy metod wywierania wpływu. Ich wykorzystywanie samo w sobie nie jest jeszcze czymś złym. Przeradza się jednak w manipulację, kiedy nie wiemy, jaki cel ma mówiąca do nas osoba. – Klienci wiedzą, że promocje w sklepach mają prowadzić do zwiększenia obrotów, jeśli jednak ktoś zaprosi na obiad wujka czy kolegę po to, by ten pożyczył mu pieniądze lub potencjalnego partnera biznesowego, przedstawiając mu pierwotnie zupełnie inny cel spotkania mowa już o manipulacji, a nie perswazji. Mając tę świadomość, a także znając podstawowe techniki wywierania wpływu, łatwiej będzie nie poddać mu się zbyt pochopnie – zauważa Artur Gryzik, trener biznesu z firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland.
Bądź uważny
Równie ważne, jak znajomość samych technik, jest to, żebyśmy umieli je rozpoznać podczas rozmowy. Wymaga to uważności i skupienia na rozmówcy, aby w porę uświadomić sobie, że stosowana jest wobec nas dana metoda perswazji. Musimy jednak uważać na to, by doszukiwanie się w każdym zdaniu technik wywierania wpływu nie zdominowało naszego zaangażowania. Pamiętajmy o chęci poznania celu nadawcy, jego intencji. Warto zwracać uwagę nie tylko na słowa, ale i warstwę niewerbalną, co może pomóc nam w zauważeniu takich alarmujących niespójności jak np. nieadekwatny komplement, zaskakujący prezent czy przysługa. Kiedy mamy wątpliwości dotyczące wiarygodności przekazu i dostrzeżemy niespójności w komunikatach nadawcy, według zasady Alberta Mehrabiana aż 55% uwagi angażujemy w obserwację gestów i sygnałów niewerbalnych, 38% skupiamy na tonie i barwie głosu, a tylko w 7% przywiązujemy wagę do znaczenia słów. Uważność może być przydatna także przy unikaniu sytuacji, w których stajemy się wobec kogoś zobowiązani do grzeczności. W myśl zasady wzajemności nawet niechciany podarunek obliguje nas do rewanżu, czujemy się zobowiązani do wdzięczności, a co więcej – do odwdzięczenia się za otrzymane od kogoś prezenty czy wyświadczone przysługi. Bywa tak, że chcąc pozbyć się zobowiązania, możemy zgodzić się podarować czy oddać znacznie więcej, niż pierwotnie dostaliśmy, na przykład otrzymując od dostawcy atrakcyjne próbki, zdecydujemy się na złożenie zamówienia w tej konkretnej firmie, nie zapoznając się wcześniej z ofertą konkurencji, która mogłaby być korzystniejsza.
Sprawdzaj i neutralizuj
O ile zadziałaniu reguły wzajemności możemy czasem zapobiegać, inne techniki, kiedy już je rozpoznamy, dobrze jest neutralizować. Jeśli na przykład podczas spotkania biznesowego potencjalny kontrahent, chcąc zyskać lepsze warunki współpracy, mówi nam, że zgodziłby się na naszą propozycję, ale jego szef bądź partner spółki ją odrzuci, najlepiej podjąć rozmowę bezpośrednio z tą osobą. – Gdy natomiast spotkamy się z taktyką opóźniania rozmów i usłyszymy przykładowo: „musimy poczekać do następnego tygodnia…”, wyjaśnijmy, czy ta zwłoka jest chwytem, czy ma uzasadnienie. Najlepiej wówczas uzgodnić termin końcowy, którym może być początek rozmów z innym kontrahentem. A kiedy za to druga strona próbuje wywrzeć na nas presję, stosując regułę niedostępności i strasząc, że jeśli nie podejmiemy decyzji niemalże natychmiastowo, propozycja przepadnie, najlepiej podejść do tego z dużym dystansem i wyjaśnić, że ona też poniesie straty, gdy nie dojdzie do porozumienia. Równocześnie starajmy się stworzyć adwersarzowi szansę na zmianę stanowiska bez utraty honoru – podpowiada Artur Gryzik z Integra Consulting Poland. Zdarza się też, że rozmówca stosuje inne taktyki, których celem jest wytworzenie napięcia i poczucia dyskomfortu, skłaniając w ten sposób często zupełnie niczego nieświadomą drugą stronę do szybszego zakończenia rozmów.
– Kiedy zauważymy, że ktoś na przykład celowo powoduje sytuację stresującą czy niekomfortową, chociażby poprzez zbyt wysoką temperaturę pomieszczenia czy tworzenie atmosfery braku prywatności dobrze otwarcie omówić te niedogodności i poszukać możliwości ich usunięcia. Podobnie nazwanie sytuacji, a dokładniej zachowań i wskazanie na ich bezpodstawność zwykle sprawdza się, gdy rozmówca stosuje ataki osobiste, przejawia oznaki lekceważenia (na przykład zajmuje się czymś innym w trakcie rozmowy), unika kontaktu wzrokowego, nieuważnie słucha czy nierzeczowo krytykuje nasze poglądy – mówi Artur Gryzik. Szybko reagujmy także, gdy nasz adwersarz stosuje tzw. taktyki walki pozycyjnej, w wyniku których chce stworzyć sytuację zmuszającą nas do znaczących ustępstw. Kiedy na przykład ktoś prosi nas o 10 000 zł za rzecz wartą 2 500 zł, najlepiej wprost zapytać, co uzasadnia taką cenę i nazwać zastosowaną taktykę po imieniu – to „ekstremalne żądanie”. A gdy mamy do czynienia z tzw. eskalacją żądań i na przykład po naszym ustępstwie słyszymy kolejną prośbę lub powrót do wcześniej zgłoszonej, warto uświadomić nadawcy, że dostrzegliśmy tę technikę i jej nie akceptujemy. Można wówczas zrobić przerwę i zastanowić się, które z zagadnień zamierzamy kontynuować w dalszych negocjacjach.
Nie przesadzaj ze stosowaniem technik negocjacyjnych
Znając określone techniki perswazji i umiejąc dostrzegać ich stosowanie przez innych, łatwiej będzie nam prowadzić rozmowę świadomie. Trzeba uważać jednak na to, by nie popaść w skrajność i chęć stosowania samemu za wszelką cenę wszystkich znanych technik wywierania wpływu, by osiągnąć to, na czym nam zależy. Jeśli uda nam się od tego powstrzymać, istnieje szansa na to, że i nasz rozmówca postąpi podobnie i skupi się przede wszystkim na porozumieniu.
– Starajmy się też o to, żeby osoba, z którą rozmawiamy, czuła się w naszym towarzystwie dobrze. Wzbudzania sympatii nie traktujmy jednak tylko jako jednej z zasad perswazji, a jako chęć nawiązania autentycznego porozumienia. Kiedy bowiem sympatii zabraknie, a w jej miejsce pojawi się obojętność czy wręcz antypatia, osoba chcąca wywierać wpływ może spotkać się ze skutkiem dokładnie odwrotnym do zamierzonego – odbiorca zamiast zmienić postawę w kierunku zakładanym przez nadawcę, jeszcze bardziej utwierdzi się w słuszności dotychczasowego sposobu myślenia i postępowania – zauważa Artur Gryzik z Integra Consulting Poland. Miejmy świadomość tego, że w myśl prawa sympatii chętniej spełniamy prośby osób, które znamy i lubimy. Nie ma w tym nic dziwnego, dobrze jednak zdawać sobie sprawę z tego, za co lubimy innych – zdecydowanie wolimy przebywać w towarzystwie osób uznawanych przez nas za atrakcyjne fizycznie, równocześnie nieświadomie zakładamy, że są również mądre, dobre czy inteligentne, a także oceniamy je łagodniej w przypadku popełnionych błędów. Lubimy także osoby podobne do nas, te, z którymi często się kontaktujemy, a także tych ludzi, którzy prawią nam komplementy czy kojarzą nam się z czymś miłym (zdarzeniem, informacją czy nawet zapachem).
Każdy wygrywa
Prowadząc negocjacje biznesowe lub prywatne rozmowy, podczas których ktoś chce nas do czegoś przekonać, pamiętajmy o modelu perswazji, w którym każdy wygrywa. W myśl tej zasady perswazja ma miejsce wtedy, gdy obie strony mają poczucie, że odniosły korzyść. Zakłada ona także, że osoba poddawana perswazji działa świadomie, bez strachu wywołanego naciskiem czy dezorientacji spowodowanej manipulacją lub oszustwem. – Żyjąc wśród ludzi, w naturalny sposób codziennie robimy coś dla kogoś albo chcemy, żeby ktoś zrobił coś dla nas. Naszymi największymi zasobami podczas negocjacji są czas i emocje, a w przypadku spotkań biznesowych – również pieniądze. Jeśli nasz rozmówca „wyda” ich zbyt wiele, może poczuć się wykorzystany, a my stracimy na wiarygodności. Równocześnie nie pozwólmy drugiej stronie na to, by spowodowała, że to my będziemy stratni – podsumowuje Artur Gryzik z Integra Consulting Poland.
Na przestrzeni ostatnich trzech kwartałów frank szwajcarski wyraźnie osłabił się w relacji do euro i pozostałych europejskich walut.Co dalej? Według aktualnych prognoz Ebury, na koniec 2018 roku kurs EUR/CHF powinien wynosić 1,14 a CHF/PLN 3,65.
Ostra deprecjacja franka szwajcarskiego była wywołana odpływem kapitału, który był konsekwencją większego spokoju na światowych rynkach oraz utrzymywania gołębiego stanowiska przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB). Ostatecznie CHF zakończył rok jako jedna z najgorzej radzących sobie walut G10 (najważniejsze i najbardziej płynne waluty na świecie).
Szwajcarski Bank Narodowy pozostaje jednym z najbardziej gołębich banków centralnych w grupie G10, nawet pomimo ogólnej poprawy warunków w światowej gospodarce. Podczas spotkania we wrześniu Szwajcarski Bank Narodowy porzucił dotychczas powtarzaną mantrę o tym, iż frank jest „znacząco przewartościowany”, zamiast tego poinformował, iż waluta jest „wysoko wyceniana”. Mimo to, Bank nie zasygnalizował odejścia od swojego ultra-luźnego stanowiska w kwestii polityki monetarnej i utrzymał stopy procentowe na niezmienionym poziomie, poniżej zera i powtórzył, że pozostaje gotowy do interwencji na rynku walutowym.
SNB był aktywnym graczem na rynku walutowym w pierwszej części roku, dokonując interwencji polegających na zakupie walut obcych w celu osłabienia franka szwajcarskiego. Interwencje walutowe pozostają istotnym narzędziem banku centralnego, jednak słabość CHF powinna sprawić, że potrzeba ich wykorzystania będzie ograniczona. Zmiany w metodologii wyliczania indeksów kursu wymiany franka szwajcarskiego, do których doszło w marcu (pokazały, że CHF jest słabszy niż oczekiwano) powinny również ograniczyć potrzebę interwencji. Warto dodać, że wiceprezes SNB, Fritz Zurbruegg w listopadzie udzielił wywiadu, w którym bronił wykorzystania ujemnych stóp procentowych i interwencji walutowych SNB.
Słabość waluty przełożyła się na wyższą inflację, co dodatkowo powinno ograniczyć potrzebę głębszych działań ze strony banku centralnych. Inflacja CPI w listopadzie wzrosła do poziomu 0,8% rok do roku i znalazła się najwyżej od 2011 r. (Wykres 2). Inflacja bazowa również wzrosła w analogicznym okresie do poziomu 0,6% rocznie, co można uznać za sukces, biorąc pod uwagę, iż przez niemal dwa lata, do lutego ubiegłego roku dynamika cen nie była wyższa od zera.
Dynamika PKB Szwajcarii w trzecim kwartale przyspieszyła do poziomu 1,2% rocznie (Wykres 3). Wzrost aktywności przemysłu pod koniec roku powinien wesprzeć ekspansję gospodarczą w ostatnim kwartale roku. W październiku indeks PMI dla sektora wzrósł do poziomu 62,0 i znalazł się najwyżej od sześciu lat, znacznie powyżej długoterminowej średniej 53,8. Dynamika płac na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy również rosła, osiągając poziom 0,7% w ujęciu rocznym, najwyższy od trzech lat. Wzrost dynamiki zarobków powinien pozytywnie wpływać na popyt konsumpcyjny.
Wykres 3: Wzrost PKB w Szwajcarii w ujęciu rocznym (2010-2017)
Ton ostatniej komunikacji ze strony Narodowego Banku Szwajcarii sugeruje, że decydenci pozostają przeciwni silnej walucie. Jesteśmy zdania, że SNB będzie kontynuował interwencje, jeśli kurs CHF w zdecydowany sposób skieruje się na północ. Z drugiej strony, dalsze osłabienie CHF i większy optymizm ze strony EBC mogłyby ograniczyć potrzebę dodatkowej stymulacji monetarnej ze strony Szwajcarskiego Banku Narodowego. Aktualizujemy prognozę EUR/CHF w górę, aby odzwierciedlić ostatnie zmiany na rynku, obecnie spodziewamy się jedynie lekkiego umocnienia franka szwajcarskiego w relacji do przewartościowanego – naszym zdaniem – euro oraz stabilizacji kursu EUR/CHF w kolejnych kwartałach. Na koniec 2018 roku kurs EUR/CHF powinien wynosić 1,14 a CHF/PLN 3,65.
Autorzy: Analitycy Ebury (Matthew Ryan, Enrique Diaz-Alvarez, Roman Ziruk)
Przełom roku to czas podsumowań i prognoz. Pojawiło się już wiele spekulacji na temat tego, co będzie ważne w SEO w 2018 roku. Wiele w zakresie pozycjonowania się nie zmieni, jednak w nowym roku możemy liczyć na pojawienie się kilku nowości, które być może będą przełomowe. Czego może spodziewać się branża? O tym w artykule Bartosza Michalaka, Marketing Managera Senuto.
Bartosz Michalak | Marketing Manager Senuto
Rewolucja czy ewolucja SEO
2018 nie przyniesie wielu zmian – nadal ważne będą kwestie techniczne, takie jak szybkość ładowania strony, dostępność dla robotów oraz czystość kodu. Wciąż istotny będzie także content, a właściwie jego optymalizacja pod odpowiednie słowa kluczowe, stosowanie nagłówków, tytułów, opisów (tutaj już widoczna jest pierwsza zmiana – wzrost liczby dopuszczalnych znaków z około 160 do około 230) i linkowania wewnętrznego. Pomimo wielu prognoz mówiących co innego, nadal znaczący będzie linkbuilding. Tak jak do tej kluczowe będzie to, aby pozyskiwane linki były wysokiej jakości.
Czeka nas raczej ewolucja tego, co już istnieje, a nie rewolucja i przewrócenie wszystkiego do góry nogami.
Trendy na 2018 rok
Na znaczeniu coraz bardziej zyskuje UX i to nie tylko pod kątem SEO. Sami użytkownicy zwracają większą uwagę na to, aby strony były czytelne, przejrzyste, żeby mogli się po nich łatwo poruszać i odnajdować informacje.
Kolejnym często pojawiającym się prognozowanym trendem SEO w 2018 roku jest voice search, czyli wyszukiwanie głosowe. Według statystyk Google, jedno na pięć zapytań przeprowadzane jest właśnie w ten sposób. Sceptyczne nastawienie niektórych osób do wyszukiwania głosowego może być spowodowane tym, że w języku polskim nie działa ono najlepiej. Powoduje to, że nie jest wygodniejsze i szybsze od tradycyjnego wyszukiwania. Jeżeli chodzi o znaczenie tej technologii dla SEO, to sposób zadawania pytań podczas wyszukiwania głosowego można podsumować dwoma słowami: kontekst i semantyka.
Prowadzi to do kolejnego trendu, który przybiera na sile, czyli Topical Authority – teorii, według której serwis szeroko pokrywający dany temat będzie osiągał wysokie pozycje na ten właśnie temat, nie tylko na pojedyncze słowa kluczowe. Dzięki RankBrain, czyli sztucznej inteligencji Google potrafi już rozpoznawać kontekst, synonimy oraz powiązania semantyczne pomiędzy frazami. Oznacza to, że Google wchodząc na stronę dotyczącą na przykład cukrzycy „spodziewa” się na niej znaleźć również takie frazy jak dieta dla diabetyka, indeks glikemiczny, glukometr itd. W tym przypadku popularne od lat stwierdzenie „Content is King” staje się coraz bardziej aktualne. Liczy się to, jak szeroko zostanie opisany temat i jak bardzo będzie on wartościowy dla użytkowników.
Filary SEO
W 2018 na pewno nie zmieni się to, na czym opiera się SEO, czyli wiedza, doświadczenie oraz systematyczna praca nad kwestiami technicznymi i contentowymi. Wbrew przewidywaniom niektórych osób o tym, że nie ma sensu realizować już działań SEO, eksperci w tej dziedzinie nie mają się czym martwić. Wyszukiwarka była, jest i nadal pozostanie bardzo istotnym elementem w customer journey. Tak jak do tej pory, wciąż ważne jest, aby w wyszukiwarce być jak najlepiej widocznym.
Piłka nożna znowu bije finansowy rekord – przychody klubów z czołowej dwudziestki wyniosły 7,9 mld euro. Manchester United drugi rok z rzędu na czele klubów o największych przychodach.
Manchester United ponownie jest klubem piłkarskim o największych przychodach na świecie. W sezonie 2016/2017 przychody angielskiego giganta wyniosły 676 mln euro. O jego zwycięstwie nad drugim w zestawieniu Realem Madryt zdecydował triumf w Lidze Europejskiej UEFA. Trzecie miejsce w rankingu zajęła FC Barcelona. Przychody dwudziestki największych futbolowych drużyn wyniosły 7,9 mld euro, o sześć procent więcej niż rok wcześniej. To najważniejsze wnioski z 21. edycji raportu „Football Money League”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte.
Aby znaleźć się w zestawieniu trzeba było przekroczyć poziom niemal 200 mln euro, czyli prawie dwa razy więcej niż w edycji w 2010 roku. Najwyższy udział w przychodach, sięgający 45 proc. mają przychody z transmisji telewizyjnych.
Manchester United wygrał z Real Madryt o włos
W 2018 r. Manchester United utrzymał pierwsze miejsce w zestawieniu, ale od drugiego w kolejności Realu Madryt dzieli go najmniejsza w historii różnica w wysokości 1,7 mln euro. Zwycięstwo Czerwonych Diabłów nad Ajaxem w finale Ligi Europejskiej UEFA było kluczowym czynnikiem, decydującym o utrzymaniu pozycji lidera, ponieważ wiązało się to z otrzymaniem od UEFA 44,5 miliona euro premii. To ponad czterokrotnie więcej niż Atletico Madryt otrzymało w sezonie 2011/12 za wygranie tego samego turnieju. Tym samym, wysiłki podejmowane w ostatnich latach przez UEFA na rzecz zwiększenia korzyści finansowych płynących z udziału w Lidze Europejskiej zaprocentowały w tym roku dla Manchester United.
– Europejska branża piłkarska nadal rozwija się finansowo, osiągając prawie pół miliarda euro wzrostu przychodów w dwudziestce czołowych klubów rankingu Deloitte. Europejski futbol nadal generuje duże obroty, czego potwierdzeniem jest zwiększenie przychodów pierwszej dwudziestki klubów Football Money League o kwotę niemal pół miliarda euro. W tym sezonie obserwowaliśmy najbardziej jak dotąd wyrównany pojedynek na szczycie. Ostatecznie Manchester United utrzymał pozycję najlepiej zarabiającego klubu piłkarskiego, pokonując o włos Real Madryt. W roku 2016/17 Manchester United osiągnął przychody w wysokości 581 mln funtów – mówi Dan Jones, Partner w Sports Business Group w Deloitte UK. – Utrzymanie pozycji lidera przez Manchester United wydaje się tym bardziej imponujące wobec osłabienia kursu funta w stosunku do euro. Biorąc pod uwagę, że zarówno Real Madryt, jak i FC Barcelona przewidują wzrost przychodów w sezonie 2017/18, w przyszłym roku prawdopodobnie walka o pierwsze miejsce znów będzie uzależniona od sukcesów na boisku. Po zakwalifikowaniu się przez wszystkie trzy kluby do grupy szesnastu najlepszych zespołów, które zagrają w Lidze Mistrzów UEFA, można oczekiwać, że drużyna, która awansuje najdalej, zdobędzie również najwyższą pozycję w rankingu Football Money League – dodaje.
Premier League nadal dominuje
Angielską Premier League reprezentuje w zestawieniu aż dziesięć drużyn w pierwszej dwudziestce, w tym debiutant na 18 miejscu Southampton (182,3 mln funtów przychodów). Manchester City umacnia swoją pozycję w pierwszej piątce, a Leicester City awansuje z 20 na 14 miejsce. Wszystkie kluby Premier League czerpały korzyści z lepszych umów na transmisje telewizyjne, a dodatkowo występy Southampton i Leicester w europejskich rozgrywkach sprawiły, że kluby te zdobyły najwyższe w historii pozycje. Tylko same przychody z transmisji w przypadku Southampton przewyższają całkowite przychody 26. drużyny w tegorocznej Money League (Crystal Palace, 140,9 miliona funtów).
Z kolei Arsenal okazał się lepszy od Paris Saint-Germain, a Tottenham Hotspur awansował o jedno miejsce na jedenastą pozycję. Chelsea i Liverpool pozostają odpowiednio na ósmym i dziewiątym miejscu, West Ham United na 17., a Everton na 20 pozycji. Cztery angielskie kluby znalazły się w trzeciej dziesiątce rankingu. W sezonie 2016/17 przychody 28. AFC Bournemouth wyniosły 136,8 miliona funtów i były o 135,7 miliona wyższe niż w pierwszym rankingu w 1996/97 roku. – W tym roku angielskie kluby zdominowały Deloitte Football Money League, co nie wydaje się zaskakujące, biorąc pod uwagę nową umowę sprzedaży praw do transmisji i rozgrywki UEFA, które zwiększyły przychody z transmisji klubów z pierwszej dwudziestki o ponad pół miliarda funtów – mówi Tim Bridge, Senior Manager w Sports Business Group w Deloitte UK. – Trwają właśnie procedury przetargowe na sprzedaż praw do transmisji meczy Premier League w kolejnym sezonie od 2019/20 roku. Ich wyniki na dłuższy czas ukształtują skład Money League – dodaje.
Kluby z Hiszpanii, Francji, Niemiec i Włoch to reszta futbolowych krezusów
Pierwszą piątkę uzupełnia Bayern Monachium, zajmując czwarte miejsce. Z kolei Paris Saint-Germain spadł na siódmą pozycję. Podczas gdy PSG jest jedynym francuskim klubem w Football Money League, Olympique Lyon odradza się, awansując w rankingu tuż poza pierwszą dwudziestką po tym, jak zwiększył przychody, będące skutkiem przeprowadzki na nowy stadion i awansu do półfinału Ligi Europy. Po raz pierwszy w rankingu nie znalazł się AC Milan. Tymczasem po przejęciu przez chińską firmę Suning i znacznej poprawie przychodów z reklam jego rywal z Mediolanu, Inter, awansował o cztery miejsca na pozycję piętnastą. Wyniki w rozgrywkach UEFA zagwarantowały Napoli 19 miejsce i spowodowały, że klub AS Roma po raz trzeci w ciągu ostatnich 21 lat, czyli od początku istnienia Money League, wypadł z rankingu. – Football Money League to nadal najskuteczniejsza i najbardziej wiarygodna metoda porównywania wyników finansowych klubów piłkarskich. Zmiany w rankingu w ciągu nadchodzących lat na pewno okażą się bardzo interesujące. Ponadto, po zmianie systemu kwalifikacji do Ligi Mistrzów należy spodziewać się dalszych przetasowań – mówi Tim Bridge.
O rankingu:
Wartości przychodów uwzględnione w rankingu pochodzą z rocznych sprawozdań finansowych poszczególnych klubów lub z innych bezpośrednich źródeł dotyczących sezonu 2016/2017. Przychody nie uwzględniają wpływów z tytułu transferu zawodników, podatku VAT oraz podatku obrotowego. W niektórych przypadkach dokonano korekt wartości sumarycznych, które zdaniem Deloitte umożliwiły uzyskanie bardziej wiarygodnych wyników umożliwiających porównanie poszczególnych klubów pod względem działalności sportowej. Na przykład jeżeli istniały informacje dotyczące znaczącego zakresu działalności niezwiązanej z branżą piłkarską lub transakcji kapitałowych, wartości te zostały wyłączone z przychodów.
Przed dokonaniem analizy Deloitte nie przeprowadził weryfikacji ani audytu informacji dotyczących poszczególnych klubów zawartych w sprawozdaniach finansowych i innych źródłach stanowiących podstawę naszej publikacji. Aby umożliwić porównanie wyników, wszystkie dane za sezon 2015/2016 zostały przeliczone po kursie z dnia 30 czerwca 2017 r. (1 GBP = 1,1637 EUR). Dane porównawcze zaczerpnięto z poprzednich edycji naszego rankingu, z rocznych sprawozdań finansowych lub innych bezpośrednich źródeł.
W grudniu 2017 r., w porównaniu z grudniem 2016 r. w ujęciu wartościowym, odmiennie jak w poprzednim miesiącu udzielono mniej kredytów w każdej z czterech grup produktowych. Najwyższy spadek odnotowano w przypadku kart kredytowych (-9,0%) oraz kredytów mieszkaniowych (-6,0%). W ujęciu liczbowym, jedyny wzrost w stosunku do grudnia 2016 r. odnotowała sprzedaż kredytów konsumpcyjnych (+9,2%). Pogłębia się negatywna tendencja w sprzedaży kart kredytowych – w porównaniu do grudnia 2016 r. spada zarówno liczba wydawanych kart kredytowych (-16,2%), jak i wartość przyznawanych limitów (-9,0%).
Dodatnie dynamiki w ujęciu wartościowym, a nie wolumenowym, w całym 2017 r. w porównaniu z 2016 r. dotyczyły wszystkich 4 produktów kredytowych. Najwyższa dodatnia dynamika (+ 11,1%) dotyczyła kredytów mieszkaniowych. W ujęciu liczbowym w 2017 r. banki i SKOKi udzieliły o 5,5% więcej limitów kredytowych oraz o 4,9% kredytów mieszkaniowych. W całym 2017 r. banki i SKOKi udzieliły łącznie 9,05 mln kredytów na wartość 133,2 mld zł.
Jakość Portfeli Kredytów dla klientów indywidualnych
W grudniu 2017 r., w porównaniu do listopada 2017 r. pozytywnie zmienił się poziom jakości portfela kredytów konsumpcyjnych (-0,05). Nieznaczne pogorszenie jakości (+0,13) odnotował tylko portfel kart kredytowych. W porównaniu do sytuacji sprzed roku, tylko w portfelu kart kredytowych nastąpiło pogorszenie jakości. Najwyższą poprawę odnotował indeks jakości portfela kredytów mieszkaniowych (pozytywna zmiana o -0,17). Wszystkie cztery indeksy nadal pokazują, pomimo rosnącej sprzedaży, niski, bezpieczny a nawet dla części portfeli obniżający się poziom ryzyka portfela kredytowego gospodarstw domowych
Nowy Międzynarodowy Standard Sprawozdawczości Finansowej nr 16 (MSSF16) dotyczący leasingu, zacznie obowiązywać spółki raportujące oraz sporządzające sprawozdania finansowe według międzynarodowych standardów (MSR/MSSF) 1 stycznia 2019 roku. Według szacunków, MSSF16 wpłynie na mniej niż 1 na 100 europejskich firm. Eksperci Związku Polskiego Leasingu, wspólnie z doradcą rachunkowym PWC, przygotowali materiał informacyjny dla klientów firm leasingowych.
Materiał przygotowany przez ZPL dla klientów firm leasingowych informuje m.in. o tym, że nowe wymagania eliminują pojęcie leasingu operacyjnego, a co za tym idzie pozabilansowe ujęcie użytkowanych na tej podstawie aktywów.
Edyta Witczak, ekspert ds. rachunkowości Związku Polskiego Leasingu
„Przedsiębiorcy coraz częściej spotykają się z twierdzeniem, że nowy standard rachunkowości MSSF16 wprowadza pojęcie jednego leasingu, a wszystkie użytkowane aktywa i zobowiązania do zapłaty czynszów będą musiały zostać ujęte w bilansie. Należy podkreślić, że wprowadzane zmiany wpłyną jedynie na spółki raportujące oraz sporządzające sprawozdania finansowe według międzynarodowych standardów rachunkowości. Leaseurope szacuje, że nowe zasady będą dotyczyć mniej niż 1 na 100 europejskich firm. Pozostałe podmioty będą korzystać z leasingu i ujmować te transakcje na dotychczasowych zasadach. Nowe regulacje nie wpłyną także na rozliczenia podatkowe – te pozostają bez zmian” – powiedziała Edyta Witczak, ekspert ds. rachunkowości Związku Polskiego Leasingu.
Wpływ MSSF 16 na leasingobiorców
Nowy standard wpłynie na zmianę podstawy kalkulacji powszechnie używanych wskaźników finansowych, takich jak wskaźniki zadłużenia czy EBITDA. Zastosowanie standardu może również oddziaływać na kowenanty w umowach kredytowych, ratingi kredytów, koszty finansowe oraz postrzeganie spółki przez interesariuszy.
Co istotne, zmiany w ujmowaniu leasingu będą miały znaczący wpływ na procesy biznesowe, systemy informatyczne oraz środowisko kontroli wewnętrznej leasingobiorców. Leasingobiorca, który zastosuje MSSF 16, będzie potrzebował zdecydowanie większej liczby danych na temat swoich umów leasingowych ze względu na wymóg ujęcia wszystkich tego typu umów w bilansie. Spółki będą zobligowane do kompleksowego podejścia do tematu wdrożenia nowego standardu, nie ograniczając się tylko do kwestii rachunkowych. Z tego względu przygotowania do wdrożenia należy rozpocząć z odpowiednim wyprzedzeniem.
Jednak nowy standard precyzuje także możliwe wyłączenia. MSSF16 umożliwia nieujmowanie w bilansie aktywów oraz zobowiązań leasingowych dla umów leasingu trwających 12 miesięcy lub krócej. W takim wypadku leasingobiorca może ujmować płatności leasingowe w rachunku zysków i strat metodą liniową w trakcie trwania umowy leasingu. Podobnie będzie w przypadku aktywów takich jak: tablety, komputery, telefony czy meble biurowe o niskiej wartości początkowej. Sugerowana przez RMSR maksymalna wartość aktywa kwalifikującego się do tego typu zwolnienia wyniesie ok. 5.000 dolarów amerykańskich.
Już od marca 2018 w życie wchodzi rozporządzenie Sejmu zakazujące handlu w niedziele. Na początku zakaz będzie obejmował pierwszą i ostatnią niedzielę w miesiącu. Nowe prawo będzie wyzwaniem zarówno dla konsumentów przyzwyczajonych do robienia zakupów tego dnia, jak i dla handlowców, którzy będą musieli szukać sposobu na zminimalizowanie strat spowodowanych zakazem. Kto najwięcej zyska, a kto straci na rządowych zmianach?
Niedziele wolne od handlu spowodują straty nie tylko dla właścicieli sklepów oraz najemców. Firmy, obsługujące galerie, w tym biura ochrony, firmy sprzątające czy utrzymania obiektów będą musiały renegocjować stawki oraz zmniejszyć zatrudnienie. Dodatkowo pracownicy, w tym studenci, którzy często pracowali w niedzielę, również poniosą straty. Jednak konsumenci oraz handlowcy będą szukali luk w prawie, które i tak pozwolą na handel w zakazane niedziele. Pierwsze pomysły już są.
Beneficjenci nowych przepisów
Na zakazie zyska przede wszystkim branża e-commerce oraz przemysł związany z logistyką i dystrybucją produktów. E-commerce stał się ważnym elementem branym pod uwagę przy opracowaniu strategii handlowej i stanowi składnik przewagi konkurencyjnej. Wywiera on największy wpływ na rynek centrów handlowych w Europie, ale również w Polsce. O ile duże i mniejsze centra dobrze radzą sobie z internetową konkurencją, o tyle sytuacja w przypadku średnich obiektów wygląda już nieco gorzej.
Bogdan Łukasik, Przewodniczący Rady Nadzorczej firmy Modern-Expo
– Do 2022 roku e-commerce będzie stanowić 25% wolumenu sprzedaży i będzie generować około 46% przyrostu sprzedaży. Dziś wartość rynku e-commerce w Polsce według różnych źródeł szacowana jest na 36-40 mld złotych i nikt nie ma wątpliwości, że będzie rosnąć – twierdzi Bogdan Łukasik, Przewodniczący Rady Nadzorczej firmy Modern-Expo.
Wyłączone z zakazu są m.in. piekarnie, lodziarnie oraz cukiernie. Jednak w ustawie nie zostało zaznaczone, jaki procent sprzedaży mają stanowić bułki i chleby wypiekane w sklepie, by miejsce uznać za piekarnię, która będzie mogła być otwarta w niedziele. Dzięki tej luce duże sklepy, oferujące na miejscu świeże wypieki najprawdopodobniej wciąż będą mogły handlować przez cały weekend.
Na zmianach w przepisach zyskają sklepy internetowe, oferujące swoim klientom ścieżkę dostawy omijającą sklepy stacjonarne, a opartą o sieć punktów odbioru. Dla przykładu artykuły spożywcze zamówione online będzie można odebrać z dowolnego miejsca z Fresh-Boxa, bez obawy o utratę świeżości i walorów odżywczych.
Piotr Kraśnicki, Dyrektor Sprzedaży Modern-Expo S.A.
– Terminale paczkowe, które oferujemy zawierają opcję chłodzenia oraz mrożenia towarów. Dzięki nim, konsument w niedzielny poranek będzie mógł odebrać świeżą wędlinę czy warzywa wprost z Fresh-Boxa, który będzie najbliżej jego miejsca zamieszkania. Wystarczy, że nieco wcześniej zakupi wszystkie produkty przez internet z konkretnego hipermarketu. Jest to dodatkowym atutem dla osób powracających w niedzielę po kilkudniowej podróży do domu, gdzie w lodówce nie ma nic – mówi Piotr Kraśnicki, Dyrektor Sprzedaży Modern-Expo S.A.
Zakaz handlu poza polską
Całkowity zakaz handlu w niedzielę obowiązuje już w Niemczech, Austrii oraz Szwajcarii. W tych krajach otwarte są tylko stacje benzynowe i sklepiki na dworcach kolejowych oraz sklepy położone w sąsiedztwie atrakcji turystycznych. Dla Niemców nie jest to problem, ponieważ traktują niedzielę jako dzień przeznaczony dla rodziny, wypoczynku oraz przygotowań do nadchodzącego tygodnia. Większe zakupy robią zawsze przed weekendem, natomiast ewentualne produkty mogą zakupić na stacjach benzynowych lub skorzystać z automatów oferujących papierosy, napoje czy słodycze. Kilka razy w roku władze lokalne organizują niedziele handlowe. Dotyczy to sytuacji, gdy w miastach odbywają się ważne wydarzenia, np. targi, koncerty lub przed świętami.
Natomiast w takich krajach jak Grecja oraz Hiszpania nie ma pełnego zakazu handlu w niedzielę. W Grecji ustanawianych jest siedem niedziel handlowych w roku. Tego dnia otwarte są wszystkie rodzaje sklepów, supermarkety i centra handlowe. Natomiast w pozostałe niedziele czynne są punkty handlowe jedynie w turystycznych rejonach. W Hiszpanii, oprócz Madrytu, w którym w niedziele są otwarte tylko centra handlowe, handel dozwolony jest w dziesięć świątecznych dni w roku.
Koniec z opłacaniem ubezpieczeń społecznych na cztery różne konta. Od stycznia 2018 roku przedsiębiorcy opłacają je w ramach e-składki na jedno konto. Robiąc wpłatę trzeba też uważać. Już pojawili się oszuści, którzy podszywając się pod ZUS rozsyłali listy z fałszywymi numerami kont.
Nowe rozwiązanie to udogodnienie dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Trzeba jednak pamiętać, że wraz z końcem 2017 roku ważność straciły dotychczasowe numery kont, na które przelewane były środki przeznaczone na ubezpieczenie społeczne, ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych oraz na Fundusz Emerytur Pomostowych. Jeśli przez nieuwagę ktoś będzie chciał dokonał płatności na dotychczasowe konta ZUS, to bank nie zezwoli na taką płatność, gdyż te rachunki obecnie nie istnieją.
Skąd wziąć numer konta do zapłaty e-składki?
Od października 2017 roku ZUS rozsyłał listy do przedsiębiorców, w których zawarty był dla każdego z nich indywidualny numer konta (NRS), na który należy kierować płatności. Jeśli z jakiegoś powodu list nie dotarł bądź nie został przeczytany, informacje o nowym numerze konta można otrzymać w każdej placówce ZUS lub na infolinii czy w serwisie PUE ZUS. Numer rachunku powinien natomiast zawierać stały dla wszystkich numer identyfikacyjny 60000002 i być skonstruowany według schematu, w którym pierwsze dwie cyfry to liczba kontrolna, a ostatnie 10 cyfr to NIP płatnika.
Niestety, ale pojawili się oszuści, którzy podszywając się pod ZUS rozsyłali listy z fałszywymi numerami kont. Dlatego bardzo ważne jest, aby dokładnie sprawdzić NRS – musi on zawierać numer NIP przedsiębiorcy opłacającego składki. Dodatkowo warto go jeszcze potwierdzić we własnym zakresie na stronie ZUS, korzystając z wyszukiwarki (e-skladka.pl).
Jeśli w przypadku danego przedsiębiorcy nie zmieniły się rodzaje składek oraz ich podział, to księgowanie również pozostaje bez zmian:
składki społeczne księgowane są do kosztów lub odliczane od dochodu
składki na FGŚP i FP są księgowane do kosztów
7,75% podstawy wymiaru składki zdrowotnej jest odejmowane od podatku
Dotkliwe skutki płacenia e-składki po terminie
W przypadku spóźnionej płatności e-składki płatnik musi liczyć się z tym, e mogą wystąpić odsetki do zapłaty. Mogą wystąpić także inne konsekwencje czyli wyłączenie płatnika z ubezpieczenia chorobowego lub zasiłku macierzyńskiego. Jeśli to nastąpi, należy złożyć wniosek o przywrócenie terminu płatności. – Miejmy też na uwadze, że po otrzymaniu środków na konto ZUS będzie uznawał najpierw najstarsze zobowiązania – mówi Aneta Socha, ekspert kadrowo-podatkowy z firmy inFakt. – W ten sposób przelewy będą w pierwszej kolejności pokrywały najstarsze zadłużenie z odsetkami.
Warto mieć na uwadze, że ZUS nie będzie informował o przypadkach zaległości w opłacaniu e-składki. Przedsiębiorcy powinni kontrolować swoje płatności we własnym zakresie.
„Kłamstwo ma krótkie nogi”, ale mimo to kandydaci nadal po nie sięgają. Jak wynika z najnowszych badań Work Service, niemal 1 na 10 Polaków podał nieprawdziwe informacji w CV lub podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlaczego tak się dzieje? Zdaniem eksperta serwisu Kariera.pl część osób aplikujących na wybrane stanowisko zawyża swoje kompetencje, aby spełnić wymagania wskazywane w tradycyjnych ogłoszeniach. Jednak, jak się okazuje, nowe metody rekrutacji mogą zniechęcić do koloryzowania w czasie rekrutacji.
Tylko w ciągu pierwszych 9 miesięcy 2017 roku w Polsce powstało ponad 551 tys. nowych miejsc pracy. Oznacza to, że pracodawcy prowadzili przynajmniej tyle procesów rekrutacyjnych, czyli weryfikowali kompetencje i umiejętności setek tysięcy kandydatów. Jednak w warunkach rekordowo niskiego bezrobocia i rosnących trudności z obsadzeniem stanowisk, pojawia się jeszcze jeden problem – wiarygodność kandydatów. Z badania Work Service wynika, że 9,8% aktywnych lub potencjalnych uczestników polskiego rynku pracy przyznaje się do kłamstwa w procesie rekrutacyjnym. 16,1% badanych raczej zaprzecza, aby podawało nieprawdę w CV lub podczas rozmowy o pracę, a ponad 70% zdecydowanie nie przyznaje się do podawania nieprawdziwych informacji.
Pomimo nadejścia nowego rynku pracy, wiele zjawisk z przeszłości nadal jest kontynuowana. Głównym problemem pozostaje zaburzona komunikacja na linii kandydat-pracodawca. W efekcie, niemal 10% Polaków przyznaje się do świadomego kłamstwa w procesie rekrutacyjnym. Jednak możemy przypuszczać, że skala tego zjawiska jest większa, bo część osób mogła zataić taką informację. Z drugiej strony, wiele firm nadal preferuje tradycyjne ogłoszenia o pracę opartych o listę wymagań wobec kandydatów. Z naszych analiz wynika, że to jest mechanizm zachęcający do koloryzowania w CV. Dzieje się tak, ponieważ spełnienie określonych, a często także wygórowanych kryteriów jest konieczne do przejścia do kolejnego etapu procesu rekrutacyjnego. Zamiast tego warto w ogłoszeniach skupiać się na roli potencjalnego pracownika w organizacji, a także wskazywać szerokie otoczenie, w jakim będzie wykonywać swoje obowiązki – komentuje Piotr Adamczyk, Prezes serwisu Kariera.pl.
Kłamstwo nie popłaca
Z danych Work Service wynika, że najczęściej do podawania nieprawdziwych informacji w procesie rekrutacyjnym, przyznawały się osoby młode z wykształceniem podstawowym, a także osoby aktualnie pozostające bez pracy. Oznacza to, że do kłamstwa w CV lub podczas rozmowy o pracę, dochodzi najczęściej u osób o małym doświadczeniu zawodowym lub o nieaktualnych lub niskich kompetencjach. Zdarzają się też sytuacje, w których kandydaci potrafią posługiwać się fałszywymi dokumentami, które mają świadczyć o ukończonych kursach czy edukacji. W takim przypadku mowa jest o przestępstwie za który grożą kary finansowe, a nawet pozbawienie wolności do lat pięciu. Jednak, także w przypadku drobnych korekt takich jak wyolbrzymianie doświadczenia, zakresu obowiązków etc., zła opinia może się za daną osoba ciągnąć.
Doświadczeni rekruterzy mają sposoby na sprawdzenie wiarygodności kandydata. Najczęściej weryfikują je w praktyce lub kontaktują się z wcześniejszymi pracodawcami wskazanymi w CV. Dlatego kłamstwo wcześniej czy później wychodzi na jaw, a konsekwencje ponosił kandydat. A te mogą być daleko idące, bo zła reputacja może ciągnąć się latami. Oczywiście najlepiej, aby osoby niespełniające wszystkich wskazanych oczekiwań w ogłoszeniu, nie zawyżały swoich kompetencji i aplikowały z prawdziwymi informacjami. Przekonać do takiego postępowania może fakt, że w dzisiejszych warunkach rynkowych, wiele zatrudnianych osób spełnia większość, a nie wszystkie wskazane pierwotnie oczekiwania na danym stanowisku – dodaje Piotr Adamczyk.
Firmy w Polsce mają rosnące trudności ze znalezieniem odpowiednich kandydatów do pracy. Tylko w pierwszych trzech kwartałach 2017 roku odnotowano w całej gospodarce ponad 131 tysięcy wakatów, co oznaczało wzrost o 37% r/r.
Z początkiem 2018 roku InnoEnergy i RAFAKO podpisały umowę, na mocy której wiodąca polska spółka branży energetycznej stała się udziałowcem InnoEnergy – europejskiej firmy inwestującej w innowacje w energetyce. Obie firmy współpracowały już wcześniej przy projektach innowacyjnych, a w ubiegłym roku podczas organizacji PowerUp! – największego konkursu dla start-upów energetycznych w Europie Środkowej.
Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe
– Nasze partnerstwo jest najlepszym znakiem pozytywnych zmian, które zachodzą w polskich firmach. RAFAKO, dołączając do grona wiodących podmiotów, takich jak ABB, Schneider Electric czy EDF, potwierdza swoją ambicję nie tylko w zakresie podążania za trendami w światowej energetyce, ale również do ich aktywnego współtworzenia. InnoEnergy angażuje się we flagowe projekty europejskie, takie jak powstająca w Szwecji gigafabryka Northvolt Petera Carlssona, byłego wiceprezesa Tesli, czy uruchomiona w 2017 roku przez estońską firmę Skeleton fabryka superkondensatorów opartych na grafenie – tłumaczy Jakub Miler, dyrektor generalny InnoEnergy Central Europe. Liczę, że dzięki naszej współpracy z Rafako będziemy mogli się wkrótce pochwalić podobnymi inwestycjami w Polsce.
Partnerstwo oznacza szereg korzyści. RAFAKO zyskuje możliwość współdecydowania o strategii dalszego rozwoju InnoEnergy, jak również uzyskuje pierwszeństwo dostępu do technologii rozwijanych w czołowych uniwersytetach oraz ośrodkach badawczych będących partnerami InnoEnergy oraz udziału w ich komercjalizacji. Firma staje się także aktywnym uczestnikiem społeczności InnoEnergy, zyskując możliwość współpracy z innowatorami jak również globalnymi koncernami energetycznymi. InnoEnergy zyskuje sprawdzonego partnera do wielkoskalowych komercjalizacji innowacyjnych rozwiązań. Doskonałym przykładem takiej współpracy jest wspólna inwestycja w rozpoczęty w 2016 roku projekt wysp poligeneracyjnych, w którym hiszpańscy i francuscy partnerzy InnoEnergy dostarczyli technologie, na bazie których Rafako zbuduje produkt oraz go skomercjalizuje.
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO:
Agnieszka Wasilewska-Semail, prezes i dyrektor generalny RAFAKO
– Misja InnoEnergy w zakresie nowatorskich rozwiązań w dziedzinie energii zrównoważonej jest zgodna z filozofią biznesową RAFAKO – nasza praca nie ogranicza się do projektowania i produkcji różnego rodzaju instalacji. Mamy ambitny cel, by doprowadzić do wytwarzania energii elektrycznej w jak najbardziej przyjazny dla środowiska sposób. Obecnie szukamy między innymi rozwiązań z zakresu energetyki rozproszonej i circular economy. Przyglądam się projektom wspieranym przez InnoEnergy i jestem pewna, że wiele z nich ma szansę na komercjalizację w niedalekiej przyszłości.
– InnoEnergy zarządza największym ekosystem innowacji na świecie, który liczy już ponad 320 członków. Wśród nich znajdują się wiodące przedsiębiorstwa energetyczne w Europie, ośrodki akademickie i badawcze, miasta oraz regiony. Mamy ofertę zarówno dla dużych przedsiębiorstw, jak również tych z sektora MŚP, dzięki czemu mogą do nas dołączyć firmy każdej wielkości. Warunkiem jest pomysł oraz ambicja tworzenia rozwiązań o zasięgu globalnym – dodaje Jakub Miler.
Bank Japonii naprostował rynek, uciszając plotki o prędkiej zmianie nastawienia. JPY traci, ale po nocy najbardziej wyróżnia się AUD, ściągany w dół przez spadki cen rudy żelaza. EUR drzemie w oczekiwaniu na czwartek i EBC, a uporanie się Kongresu USA z government shutdown ma zero wpływu na USD i nastroje.
Prezes Banku Japonii Kuroda wykonał swoją robotę. Bank musiał zmierzyć się z nabudowanymi w ostatnim czasie oczekiwaniami, że wkrótce podąży śladem instytucji z innych krajów i zacznie odchodzić od ekspansji monetarnej. I w jakiś dziwny sposób rynek kompletnie nie zwracał uwagi na makroekonomiczne argumenty stojące za kontynuowanie luźnej polityki. Dlatego BoJ przypomniał, że ryzyka dla inflacji przeważają po negatywnie stronie i nie należy się spieszyć z normalizacją tylko z tego powodu, że oczekiwania inflacyjne podskoczyły (ja z resztą wszędzie na świecie). BoJ nie jest jeszcze w sytuacji, kiedy może rozważać strategię wyjścia, bo cel inflacyjny pozostaje odległy. Na koniec Kuroda dodał, że luzowanie monetarne musi pozostać „silne”. Gołębi przekaz powinien zdławić presję na umocnienie JPY z większą wrażliwością waluty na apetyt na ryzyko. USD/JPY ma szanse nadgonić korelację z rynkiem długu, choć dostosowanie i wzrost do 113 raczej będzie powolnym procesem niż szybkim rajdem.
Przeszkadzającym elementem układanki pozostaje brak chęci inwestorów do kupowania USD. Rynku nie było stać nawet na odrobinę „radu ulgi” po ogłoszeniu końca government shutdown. W sumie, to nie ma się co dziwić. Całe zamieszanie w Kongresie tylko potwierdziło, że ta kadencja nie przyniesie imponujących sukcesów legislacyjnych, a batalia o budżet został doroczna tylko do 8 lutego. Dolara ratuje tylko to, że już sporo wycierpiał na przełomie roku i nie kopie się leżącego. Mimo to dla rozpędzenia USD/JPY może to nie wystarczyć. Do strategicznej sprzedaży jena lepszy może okazać się EUR/JPY, tylko najpierw trzeba przejść przez burzę, jaką w czwartek może zgotować prezes EBC Mario Draghi. Na razie rynek cierpliwe czeka, co dla EUR oznacza flautę w notowaniach.
Największy ruch dziś w nocy dobywa się na AUD, który traci 0,5 proc. Przyczyną są spadki cen rudy żelaza, który zalega w chińskich portach bez szans na szybkie znalezienie zastosowania. Zapasy surowca zwiększyły się 14 tydzień z rzędu, gdyż podaż surowca nie zwalnia, natomiast konsumpcja kuleje po tym, jak chińskie władze nałożyły ograniczenia na produkcję stali. AUD pozostaje w ścisłych relacjach z cenami rudy żelaza i negatywne sygnały z rynku towarowego mogą uderzyć w już dość wykupionego Aussie, który ewidentnie męczył się w ostatnich dniach z utrzymaniem ponad 0,80 USD. Większa korekta może być w grze.
W trendach rekrutacyjnych na rynku IT w 2018 roku silną pozycję zajmuje język oprogramowania Java, wynika z badania CodersTrust Polska. Dodatkowo raport wykazuje rosnącą otwartość pracodawców, rekrutujących na stanowiska programistyczne i pokrewne, do zatrudnienia osób bez wykształcenia technicznego oraz zmniejszone wymagania wobec praktyki zawodowej . Badanie pokazuje także otwartość pracodawców na pracę zdalną .
Na zlecenie szkoły oprogramowania online CodersTrust Polska Fundacja Instytut Innowacyjna Gospodarka przeprowadziła badanie* (jego treść w załączeniu) określające potrzeby kompetencyjne pracodawców z sektora ICT (m.in.: media, telekomunikacja, IT) oraz możliwości zastosowania pracy zdalnej i zatrudniania osób z niepełnosprawnościami. Najwięcej, bo aż 35% z ankietowanych firm – które wyraziły zamiar zwiększenia zatrudniania w działach IT w ciągu najbliższych 12 miesięcy – wskazało język programowania Java jako najbardziej pożądany w planowanych procesach rekrutacyjnych.
„Od początku uruchomienia szkoły kodowania CodersTrust Polska największe zainteresowanie obserwujemy w obszarze kursów z zakresu języka programowania JAVA. Dotyczy to zarówno kursantów jak i naszych partnerów, którzy zatrudniają absolwentów szkoleń CodersTrust Polska. Z pewnością trend ten będzie się utrzymywał przez kolejnych kilka lat” – mówi Joanna Pruszyńska, współzałożycielka CodersTrust Polska.
Trend wynikający z Badania CodersTrust Polska potwierdzają dane publikowane przez międzynarodowy portal pracy Indeed.com . Z danych dotyczących nowych ogłoszeń o pracę w IT opublikowanych w grudniu 2017 roku wynika, że wakatów na stanowiska wymagające znajomości Java i JavaScript jest ponad dwa razy więcej niż ofert pracy dla specjalisty każdego innego języka programowania.
„W kategorii backendowej najpopularniejszą technologią jest Java i w najbliższych latach ten trend z pewnością się nie zmieni. Jej maszyna wirtualna wciąż jest wykorzystywana w zdecydowanej większości aplikacji biznesowych, co sprawia, że zapotrzebowanie na specjalistów z tej branży jest bardzo duże. Ponadto, coraz więcej na wartości będą zyskiwać języki pochodne, takie jak Scala czy Kotlin” – mówi Tomasz Bujak, Współzałożyciel portalu pracy IT, No Fluff Jobs.
Badanie wykazało także, że aż 78% spośród ankietowanych firm z sektora ICT zamierza zatrudnić nowych pracowników w ciągu najbliższego roku, z tego 17% ma w planach zatrudnienie dużych zespołów od 35 do 100 osób .
Z kolei wiodącą pozycję wśród stanowisk technologicznych związanych z organizacją projektu zajął Project Manager . Blisko połowa respondentów wymieniła to stanowisko w planach rekrutacji na bieżący rok.
Większe szanse dla juniorów i samouków
Jak wynika z corocznego raportu zarobkowego Sedlak & Sedlak obecnie w Polsce brakuje aż 50 tys. specjalistów IT a luka ta stale się powiększa. Rosnący od kilku lat popyt na kompetencje programistyczne zmienia nastawienie firm do zatrudniania pracowników na poziomie początkującym. Firmy coraz chętniej deklarują chęć przyjęcia pracowników bez wcześniejszej praktyki w zawodzie. W ankiecie CodersTrust Polska aż połowa badanych firm deklaruje brak wymaganego doświadczenia przy zatrudnianiu nowych pracowników IT.
Szczegółowe dane z Raportu pokazują, że długość najbardziej pożądanego w procesach rekrutacji doświadczenia jest stosunkowo nieduża i wynosi 1-2 lata dla 59 % ankietowanych .
Tyle samo, bo około 20 procent firm będzie szukać pracowników z najkrótszą praktyką zawodową – 0-3 miesiące, jak i największym deklarowanym w badaniu doświadczeniem tj. 3-5 lat.
Firmy coraz przychylniej patrzą również na kandydatów do pracy w IT, którzy nie ukończyli technicznych kierunków studiów . W badaniu CodersTrust Polska 40% firm deklaruje chęć przyjęcia absolwenta kierunków nietechnicznych, podczas gdy niespełna 60% jest przeciwna przyjmowaniu do pracy osób bez wykształcenia programistycznego lub pokrewnego.
Analogiczne wyniki pokazał wywiad dotyczący rekrutacji osób nietechnicznych. Na pytanie o zatrudnienie pracowników bez wiedzy technicznej z możliwością przeszkolenia do pracy 40% firm wyraziło chęć do takiej formy zatrudnienia i wdrożenia pracownika działu IT a blisko 60% wypowiedziało się negatywnie.
Praca zdalna
77% firm, które wzięły udział w Badaniu stwierdziły, że pracownicy w ich firmie mogą pracować zdalnie . W 40% ww. firm praca zdalna dopuszczalna jest 1-2 dni w tygodniu, tylko w 27% przedsiębiorstw pracownicy mogą pracować zdalnie 5 dni w tygodniu.
Podsumowanie
„Rok 2017 obfitował w poszukiwania między innymi Java developerów, back-end / front-end, C#, C++, PHP i Ruby on Rails developerów czy architektów systemowych. – W 2018 wciąż na topie będą wyżej wymienione stanowiska, szczególnie Java wraz z popularnymi frameworkami, ponieważ projekty, które ruszyły będą kontynuowane. Zapotrzebowanie na specjalistów w tych dziedzinach na pewno nie spadnie. Dużą popularnością cieszą się także rekrutacje związane z web-design, czyli np. stanowisko: Front-end developer. Zapotrzebowanie jest tak duże, że firmy gotowe są do inwestowania w bootcampy tematyczne o różnych stopniach zaawansowania, przygotowujące ich przyszłych współpracowników do pracy” – komentuje Łukasz Mazek, Lider zespołu IT w firmie Bigram.
*Badanie przeprowadzono na grupie 27 firm z sektora ICT zatrudniające od 1 pracownika do 15 000. Firmy były zróżnicowane pod względem wielkości oraz świadczonych usług, zarówno dla klientów zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Badanie powstało w ramach pozyskanego przez CodersTrust Polska grantu „Skrzydła dla innowacji przyszłością dojrzałej edukacji”, którego celem jest wspieranie innowacyjnych rozwiązań i pomysłów w zakresie kształcenia ustawicznego osób dorosłych realizowanego w ramach Programu Operacyjnego Wiedza, Edukacja, Rozwój, oś priorytetowa IV Innowacje społeczne i współpraca międzynarodowa.
System poboru opłat drogowych viaTOLL jest obecnie dużą niewiadomą. W 2018 roku zostanie on upaństwowiony. To bardzo ryzykowna decyzja podjęta przez rząd. Unieważniony zostanie przetarg na wybór nowego, prywatnego operatora, a odpowiedzialność przejmie Inspekcja Transportu Drogowego. Większość komentujących poddaje w wątpliwość jej przygotowanie do tego ze strony technicznej, personalnej i merytorycznej. W listopadzie 2018 roku mogą wystąpić problemy z systemem płatności za poruszanie się po polskich drogach.
– Póki co kierowcy nie mają żadnych informacji, jak będzie wyglądać system. Już kilka lat temu obiecywano likwidację bramek na autostradach i wprowadzenie nowoczesnego rozwiązania – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski wiceprezes ZDG TOR – Zdecydowanie więcej inwestycji w przyszłym roku czeka nas w transporcie kolejowym. Będzie też więcej zamknięć torowych. Oznacza to duże komplikacje dla ruchu pasażerskiego i towarowego, co może spowodować spadek lub zmniejszenie tempa przyrostu liczby pasażerów w skali całego kraju. Kolejne linie będą wyłączane z ruchu i część osób przejdzie do alternatywnych form transportu. W 2018 roku rząd powinien przyjąć program utrzymania infrastruktury kolejowej. Oznacza to, że pieniądze z budżetu co roku trafiałyby do polskich linii kolejowych. Po pewnym czasie możliwe byłoby zmniejszenie stawek za dostęp do infrastruktury. To ważna informacja dla przewoźników. W przyszłości mogliby obniżyć ceny, które obecnie dyktują klientom. W 2017 z zaangażowaniem państwa rozpoczęło się ratowanie zakładów produkujących tabor PESA. Do marca przyszłego roku ma zostać znaleziony inwestor. Nie jest też wykluczone, że aktywnym graczem stanie się państwo. Być może będzie starało się stworzyć z polskich firm działających na rynku jeden potężny podmiot, który zacznie liczyć się na rynku europejskim – dodał Furgalski.
Ponad 40 proc. stad ryb żyjących w morzach i oceanach jest zagrożonych wyginięciem z powodu nadmiernych połowów – szacują naukowcy. Oznacza to, że w perspektywie kilkunastu lat z oceanów mogą zniknąć przeławiane gatunki. Sytuację mogą poprawić odpowiednie regulacje międzynarodowe, a także codzienne decyzje konsumentów, którzy kupują produkty rybne. Pomocą w wyborze są międzynarodowe certyfikaty nadawane firmom poławiającym i hodującym ryby.
Według ostatnich szacunków naukowców, którzy badali zasoby ryb i owoców morza na zlecenie FAO, Organizacji Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa, jedynie 58 proc. stad ryb na całym świecie jest poławianych w sposób zrównoważony, który gwarantuje ich naturalne odnawianie. Pozostałe stada są przeławiane, a więc zagrożone wyginięciem.
– Jeśli nic z tym nie zrobimy, to tych ryb za parę lub paręnaście lat może zabraknąć. Jest to bardzo duży problem, z którym my – jako przeciętni konsumenci – możemy dużo zrobić, ponieważ jeśli będziemy wybierać produkty pochodzące ze zrównoważonych połowów i robić zakupy odpowiedzialnie, to będziemy wspierać tylko zrównoważone rybołówstwo – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Olga Sarna z Fundacji Mare.
W 2011 roku w sposób zrównoważony poławiane były ryby i owoce morza z 61 proc. stad. Za pogorszenie sytuacji w dużej mierze odpowiadają kraje Azji, które zajmują czołowe miejsce w światowym rankingu nielegalnych połowów ryb. W ten sposób poławiane są na przykład rekiny. Zupa z ich płetwy to znany przysmak w Chinach.
– Rekiny są wyławiane z wody, płetwy są im odcinane, a rekiny z powrotem trafiają do wody. Jest to absolutnie nielegalny sposób połowów, a ma miejsce na bardzo dużą skalę na świecie – mówi Olga Sarna.
Wyginięciem zagrożony jest także tuńczyk błękitnopłetwy. To dziś najdroższa ryba na świecie, używana choćby do przygotowania ekskluzywnego sushi.
– Taki tuńczyk – póki jeszcze jest łowiony – jest głęboko mrożony, żeby za 30 lat mógł być sprzedany za jeszcze większe kwoty. A ceny już dziś dochodzą nawet do miliona dolarów – tłumaczy Olga Sarna.
Międzynarodowe certyfikaty to najprostszy sposób, by w czasie zakupów wybrać produkty, które pozyskiwane są w sposób nieeksploatujący nadmiernie zasobów mórz i oceanów.
– To przede wszystkim certyfikat MSC, znak z niebieską rybką, który dotyczy połowów dzikich. Jeśli chodzi o ryby hodowlane, które są zupełnie oddzielną kwestią, to one mają certyfikat ASC, który świadczy o tym, że hodowle są zrównoważone – mówi przedstawicielka Fundacji Mare.
Konsumenci, którzy chcą świadomie robić zakupy, powinni zwracać uwagę także na pochodzenie ryb hodowlanych. To dynamicznie rosnący segment rynku spożywczego. W 1974 roku hodowle dostarczyły na rynek około 7 proc. ryb i owoców morza na cele konsumpcyjne. W 1994 było to już 26 proc., a w roku 2004 – 39 proc.
– Często ryby hodowlane są karmione mączką rybną robioną z ryb z niższego poziomu łańcucha pokarmowego i tak naprawdę jeszcze więcej ryb jest zużywanych do hodowli, niż byłoby w przypadku, gdybyśmy jedli ryby dzikie – wyjaśnia Olga Sarna.
Zdaniem organizacji pozarządowych niezbędne są również nowe przepisy, które będą chronić zasoby mórz i oceanów. Przykładem może być Wspólna Polityka Rybołówstwa UE, zakładająca odbudowę i utrzymanie stad na stabilnych poziomach najpóźniej do 2020 roku. Przepisy są jednak wdrażane zbyt wolno.
– W UE wchodzi coraz więcej takich przepisów, niestety spotykają się one z różnym odbiorem, ponieważ nie zawsze środowisko rybackie jest zadowolone z nowych regulacji, też chętnie chcą wspierać ochronę środowiska – podkreśla przedstawicielka Fundacji Mare.
Szwajcarska waluta jest najtańsza od trzech lat. Stosunkowo niski kurs franka do złotego może zachęcać osoby mające kredyty mieszkaniowe w tej walucie do przewalutowania ich na rodzimą walutę i zdjęcie sobie z barków ryzyka zmiany kursu. Jednak zdaniem przedstawiciela Związku Banków Polskich warto poważnie rozważyć, czy taki krok nie podniesie jednak rat kredytów.
– Po trzech latach wszystko powróciło do normy, rata miesięczna kredytu branego w polskich złotych czy we frankach szwajcarskich jest na podobnym poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich. – Frankowicze, jeśli patrzymy na spłacone kapitały we frankach, spłacili znacząco więcej przez te lata niż ci, którzy mają kredyty w polskich złotych. Jeśli patrzymy na skumulowane raty, czyli to wszystko, co złotówkowicz i frankowicz zapłacili do banku, to np. w wypadku kredytu o wartości 300 tys. zł, jeśli był on denominowany do franków szwajcarskich, okazuje się, że złotówkowicz zapłacił do banku 44 tys. zł więcej niż osoba, która wzięła kredyt we frankach szwajcarskich.
W połowie stycznia 2015 roku Szwajcarski Bank Narodowy nieoczekiwanie uwolnił kurs franka do euro, wcześniej powiązany ze wspólną europejską walutą w proporcji 1 euro za minimum 1,20 franka. Ruch banku centralnego spowodował gwałtowne umocnienie szwajcarskiej waluty, która przez moment kosztowała nawet 5 zł. Choć potem fala nieco opadła, frank przez większość minionych trzech lat znajdował się raczej powyżej granicy 4 zł. Wyraźny marsz w dół rozpoczął się w ubiegłym roku: o ile w ciągu trzech lat frank stracił do złotego ponad 16 proc., o tyle niemal 13 pkt proc. to zasługa ostatnich dwunastu miesięcy. Obecnie za franka trzeba zapłacić niewiele ponad 3,5 zł.
Mimo że w ciągu trzech ostatnich lat obciążenie frankowiczów wzrosło, nie spowodowało to lawinowych kłopotów ze spłatami rat.
– Kredyty frankowe są najzdrowsze spośród wszystkich kredytów, które mają polskie banki. Zaledwie około 2 proc. to kredyty trudne albo zagrożone. To kredyty, które nie są obsługiwane dłużej niż 30 dni albo dłużej niż 90 dni. Te osoby rzeczywiście mają problem, ale biorąc pod uwagę populację i to, że tych kredytów jest pół miliona, to te 10 tys. osób to jest naprawdę niewiele – mówi Przemysław Barbrich. – To są najczęściej sytuacje losowe, ktoś stracił pracę czy zachorował. Po to został utworzony przez banki specjalny fundusz pomocowy, żeby w tego typu przypadkach zwracać się do niego z prośbą o pomoc. Z tego funduszu udziela się wsparcia osobom, które znalazły się nie ze swojej winy w trudnej sytuacji.
W Polsce kredyty we frankach, których jest obecnie ponad pół miliona, a to ponad 80 proc. wszystkich kredytów walutowych, spłaca ponad 870 tys. osób. Łącznie pożyczki te mają wartość ok. 114 mld zł (dane BIK z grudnia 2017 roku). Opóźnienie w spłacie tych kredytów dotyczy 1,1 proc. mających je osób. Relatywnie niski kurs franka mógłby skłonić ich posiadaczy do przewalutowania kredytu – skoro frank jest tani, to kwota wyrażona w złotych będzie odpowiednio niższa, niż w momencie, gdy kosztował np. o złotówkę więcej.
Zaletą tego rozwiązania jest zlikwidowanie ryzyka kursowego. Ma ono jednak i wady: wyższe odsetki oraz ryzyko wzrostu stóp procentowych, których podniesienie przewidywane jest w przyszłym roku. Stopa WIBOR, która jest składnikiem kosztu kredytu, może ponadto wzrosnąć zanim RPP zdecyduje się na podniesienie stóp – wystarczy, że rynek będzie przekonany, że podwyżka nastąpi. Dlatego Przemysław Barbrich radzi dobrze przemyśleć decyzję w tej sprawie.
– Jeśli mamy mieszkanie, które jest naszym docelowym lokum, nasza rata dzisiaj jest taka sama jak trzy lata temu, a zarobki na pewno są wyższe, bo z każdym rokiem zarabiamy więcej, to naprawdę trzeba się dobrze zastanowić. Szczególnie w kontekście tego, że coraz częściej w Polsce mówi się o podwyżce stóp procentowych, a to może oznaczać, że kredyty w polskich złotych będą znacząco droższe niż te, które są we frankach szwajcarskich – zauważa ekspert ZBP.
Polska jest potęgą na europejskim rynku transportowym. Wraz ze wzrostem wolumenu przewożonych towarów rośnie popyt na zasoby powierzchni magazynowej, a także nowych pracowników, z których pozyskaniem firmy mają coraz większe problemy. Dlatego konieczne są inwestycje w innowacyjne rozwiązania i automatyzację pracy. FM Logistic, lider na rynku logistycznym, zapowiada, że w najbliższych miesiącach ten obszar inwestycji będzie kluczowy. W tym roku spółka zamierza zatrudnić trzystu nowych pracowników.
– Rynek Polski i Europy Centralnej wciąż jest konkurencyjny. Staje się coraz bardziej konkurencyjny dla krajów Europy Zachodniej i wciąż wiele będzie się na nim działo przez najbliższe kilka lat – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Sukiennik, dyrektor zarządzający FM Logistic na Europę Centralną.
Polska staje się potęgą na rynku transportu i logistyki. Nasze firmy mają w przewozach europejskich około 25-proc. udział. Rośniemy w siłę od momentu wejścia do UE i otwarcia europejskich rynków. Według statystyk GUS bezpośredni udział sektora usług transportu i logistyki w polskim PKB zwiększył się o ponad jedną piątą od momentu wstąpienia Polski do UE (wzrost z 5,4 proc. w 2004 roku do poziomu 6,5 proc. w 2015 roku). Polska staje się też coraz częściej krajem pierwszego wyboru dla największych firm logistycznych.
– Dla FM Logistic polski rynek jest jednym z ważniejszych. Jesteśmy obecni w 14 krajach, a Polska to jeden z głównych filarów grupy – wskazuje Piotr Sukiennik. – W 2017 roku podjęliśmy decyzję o integracji kilku krajów w regionie Europy Centralnej: Polski, Czech, Słowacji, Węgier, krajów bałtyckich. Stworzyliśmy jeden wirtualny kraj, dzięki czemu Europa Centralna jest zarządzana w sposób zunifikowany.
Rok temu podjęto decyzję o tym, że Polska będzie ośrodkiem zarządzania regionem, w którym grupa FM Logistic ma 22 lokalizacje, 17 platform i 4,7 tys. pracowników.
– Mamy plany rozbudowy naszych lokalizacji i budowy kilku nowych w regionie Europy Centralnej. Te inwestycje, m.in. w cross-dock [pozwala odebrać przesyłki z wielu punktów i dostarczyć je do jednego odbiorcy – red.] czy infrastrukturę transportową, będą dokonywane w najbliższych miesiącach –zapowiada dyrektor zarządzający FM Logistic na Europę Centralną. – Chcemy wzmacniać swoją pozycję w usługach magazynowych, copackingowych, repackingowych, comanufacturingowych, a przede wszystkim dystrybucyjnych.
FM Logistic co roku notuje kilkuprocentowe wzrosty sprzedaży. Prawie połowę przychodów generują usługi transportowe, w tym transport drobnicowy, w którym notowane są kilkudziesięcioprocentowe wzrosty rok do roku. To napędza inwestycje – rozbudowę centrów logistycznych i hubów przeładunkowych. Dziś w Polsce znajduje się dziesięć platform logistycznych i piętnaście hubów. W ubiegłym toku otwarty został nowy magazyn w Robakowie pod Poznaniem, nowe obiekty w Odrzywołku, Mszczonowie i Będzinie na Śląsku, a także rozbudowano centrum dystrybucyjne w Błoniu. W sumie do dyspozycji klientów firmy jest 630 tys. mkw.
– Nasza strategia opiera się na kompleksowości i synergii usług. Chcemy być proaktywnym ekspertem, innowacyjną firmą, co realizujemy poprzez rozwiązania i automatyzację, ale i innowacje w usługach. Trzecim filarem jest dostarczanie najwyższej możliwej jakości usług i budowanie kompleksowej usługi transportu drobnicowego w regionie – wymienia Piotr Sukiennik.
Wzrost zamówień powoduje także zwiększone zapotrzebowanie na kadry. W ubiegłym roku liczba zatrudnionych osób wzrosła o sto osiemdziesiąt osób – do poziomu trzech tysięcy, a w tym roku plany zakładają zatrudnienie kolejnych trzystu pracowników. Trwają rekrutacje do pracy w centrum logistycznym w Będzinie oraz w Centrum Dystrybucji do Klienta, prowadzonego dla IKEA, w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego.
Logistyka coraz mocniej stawia też na innowacyjne rozwiązania, które pozwalają usprawnić prace w centrach logistycznych i przyspieszają czas dostawy towarów.
– Mamy wiele nowych projektów, nad którymi pracujemy. Jednym z rozwiązań jest Inventory Viewer. Inne rozwiązanie, które opatentowaliśmy, to Dual Frame. Kolejne projekty będziemy chcieli wdrażać w najbliższych 2–3 latach – zapowiada Piotr Sukiennik.
Inventory viewer, czyli automatyzowany system inwentaryzacji, który nie wymaga korzystania z podnośników, sprawdza się przede wszystkim w centrach logistycznych. Został nagrodzony nagrodą główną w konkursie na najbardziej Innowacyjny Produkt dla Logistyki, Transportu i Produkcji.
– Najbliższe miesiące to czas inwestycji w innowacyjność i automatyzację procesów, nie tylko magazynowych, lecz także tych, które pozwolą nam na zagwarantowanie stabilności serwisu usług i ich jakości. To nasze główne zadanie na najbliższe miesiące – zapowiada Piotr Sukiennik.
Przedstawiciele firmy FM Logistic podkreślają, że inwestycje w innowacje są nieuniknione ze względu na sytuację na rynku pracy.
– W całym sektorze transportu brakuje kilkuset tysięcy kierowców. Brak pracowników w innych gałęziach gospodarki sprawia, że samochody przyjeżdżają i nie są rozładowywane na czas – ocenia Jacek Oraczewski, dyrektor ds. transportu międzynarodowego FM Logistic.
Już teraz na rynku jest ok. stu tysięcy wakatów dla zawodowych kierowców. Co roku z zawodu odchodzi ok. dwadzieścia pięć tysięcy osób, natomiast liczba kierowców uzyskujących kwalifikację to około trzydzieści pięć tys., co nie pozwala na uzupełnienie niedoborów. Mimo że w ubiegłym roku podwoiła się liczba ukraińskich i białoruskich pracowników zatrudnionych w polskich firmach transportowych, problem się nie zmniejszył – wynika z analiz PwC i TLP.
Dla właścicieli firm bolesne może się okazać wprowadzenie pakietu drogowego, czyli zmiany w unijnych przepisach dotyczących transportu drogowego. To m.in. stosowanie takich samych warunków zatrudniania kierowców na terenie danego kraju członkowskiego, zwiększenie liczby kontroli płacy minimalnej. Zmianie mają też ulec normy czasu odpoczynku kierowców, którzy będą musieli wykorzystać przynajmniej dwa regularne i dwa skrócone tygodniowe okresy odpoczynku w ciągu 4 tygodni zamiast minimum jednego regularnego i jednego skróconego w ciągu dwóch tygodni.
– Są prowadzone rozmowy na szczeblu europejskim, ale na razie nie ma pozytywnych sygnałów, żeby poszło to w innym kierunku, niż to, co mieliśmy w ostatnich latach, czyli wprowadzanie ograniczeń co do odpoczynku kierowców i nowych regulacji dotyczących płacy minimalnej. Czekamy, co przyniosą nam regulatorzy rynku w najbliższym czasie – mówi Jacek Oraczewski.
Polski głos dotyczący cyfryzacji i Jednolitego Rynku Cyfrowego oraz swobody przepływu danych coraz mocniej wybrzmiewa na forum Unii Europejskiej. Polska szybko awansuje w rankingach poziomu cyfryzacji i buduje swoją pozycję w UE w oparciu o zagadnienia dotyczące gospodarki opartej na wykorzystaniu danych. Zastąpiła też Wielką Brytanię w fotelu lidera grupy państw Digital Like Minded, podobnie myślących w sprawach cyfrowych.
– W grupie Digital Like Minded, państw podobnie myślących w kwestiach cyfrowych, Polska już jest postrzegana jako lider, który zastąpi Wielką Brytanię po wyjściu z UE. Jeżeli będziemy z taką samą, a nawet wzmożoną siłą promować tematy cyfrowe na forum europejskim, mamy bardzo duże szanse przewodzić tej nieformalnej grupie, narzucać rytm prac, proponować tematy i zbierać koalicje, co miało już miejsce w minionych miesiącach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Szubert, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, pełnomocnik rządu ds. Jednolitego Rynku Cyfrowego.
W grudniu 2016 czternaście państw z grupy Digital Like Minded przyjęło wspólne stanowisko dotyczące swobodnego przepływu danych, wzywając Komisję Europejską do podjęcia działań w tym kierunku. Do Polski, która zapoczątkowała tę inicjatywę, dołączyły również Belgia, Bułgaria, Czechy, Dania, Estonia, Irlandia, Łotwa, Litwa, Luksemburg, Holandia, Słowenia, Szwecja i Wielka Brytania. W odpowiedzi Komisja Europejska rozpoczęła w tej sprawie konsultacje z krajami członkowskimi.
Od tego czasu Polska odnosi na europejskim forum kolejne sukcesy w promowaniu zagadnień cyfrowych. W kwietniu 2017 po raz pierwszy w historii uczestniczyła w spotkaniu ministrów ds. cyfrowych G20 w Düsseldorfie. Z kolei we wrześniu 2017 w Tallinie odbył się – również pierwszy w historii – szczyt Rady Europejskiej poświęcony wyłącznie kwestiom cyfrowym, którego inicjatorem była Polska.
Na poziomie EU polski głos w sprawach dotyczących cyfryzacji jest bardzo wyraźny, a Polska jest już w tej chwili postrzegana jako lider nieoficjalnej grupy Digital Like Minded. Wcześniej przewodziła jej Wielka Brytania, która półtora roku temu zapoczątkowała jednak procedurę wystąpienia z Unii.
– My, jako kraj, zauważyliśmy, że dane będą najważniejszym elementem przyszłych zmian gospodarczych. Niezależnie od tego, jak będą się rozwijać w przyszłości i tak będą bazowały na coraz większej liczbie danych. Dane będą surowcem rozwoju gospodarek i będą wpływały na zmianę pozycji poszczególnych państw w gospodarkach światowych. Stąd nasza bardzo duża aktywność w promowaniu tego obszaru – podkreśla Krzysztof Szubert.
Według raportu „Data Utilization Intensity 2017”, opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji, dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB UE. Znaczenie danych jako głównego surowca przyszłości podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD. Z kolei brytyjskie „The Economist” określa dane jako najważniejszy surowiec XXI wieku, który generuje już więcej pieniędzy niż ropa.
– W dawnym modelu gospodarki rozwijały się, a państwa zdobywały swoją pozycję w zależności od uwarunkowań geograficznych, zasobów naturalnych, złóż czy ropy. Natomiast to się powoli przesuwa w stronę budowania gospodarek opartych o wiedzę i dane. Stąd mamy trend Data Economy. W tym obszarze chcemy zaistnieć jak najbardziej, stąd nasza wzmożona aktywność – szczególnie w ostatnim roku – bardzo pozytywne postrzeganie w UE – mówi Krzysztof Szubert.
Pełnomocnik rządu ds. Jednolitego Rynku Cyfrowego zwraca uwagę na to, że Polska szybko awansuje w międzynarodowych rankingach dotyczących ucyfrowienia. Po awansie o jedną pozycję zajmuje w tej chwili 23. miejsce w europejskim rankingu DESI (Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego). Natomiast w opublikowanym niedawno wskaźniku dyplomacji cyfrowej OECD, w którym Polska awansowała o osiem oczek, zajmujemy 12. miejsce (na 209 pozycji).
– Procesy transformacji cyfrowej w Polsce przebiegają bardzo szybko. Od dwóch lat jesteśmy bardzo aktywnym graczem na forum europejskim, budujemy pozytywny przekaz i pozytywną agendę cyfrową. Na forum europejskim jesteśmy postrzegani jako liderzy zagadnień cyfrowych. Koronnym tematem jest swoboda przepływu danych – podkreśla Krzysztof Szubert.
Notowania dolara nowozelandzkiego względem jena japońskiego od kilku tygodni znajdują się w trendzie wzrostowym. Z kolei analiza w szerszej perspektywie wskazuje na szeroką konsolidację kursu walutowego, która trwa od końca 2016 roku. Obecny krótkoterminowy trend wzrostowy został zapoczątkowany przez odbicie notowań od strefy wsparcia 75.00-76.00. Kurs przetestował dany obszar dwa razy, w każdy z nich byki skutecznie odparły atak niedźwiedzi.
Na chwile obecną wszystko wskazuje, że notowania zmierzają w okolicę górnego ograniczenia szerokiej konsolidacji 83.00-84.00. Opór został wyznaczony przez styczniowy oraz lipcowy szczyt z 2017 roku, zatem nie należy go lekceważyć. Do wspomnianego poziomu pozostało 250 pipsów, obecny kierunek potwierdzają wskaźniki techniczne.
Kurs walutowy zarówno na interwale dziennym jak i tygodniowym znajduje się ponad krótkoterminową średnią kroczącą EMA 14 oraz średnioterminową SMA 55. Pozostałe wskaźniki obrazujące trend również wskazują na trend wzrostowy. Z kolei spoglądając na interwał niższego rzędu, jak czterogodzinowy możemy powiedzieć, że mamy do czynienia z korektą ostatnich wzrostów. Zmiana trendu na niższym interwale może zwiastować zakończenie korekty oraz kontynuację wzrostów do oporu.
Notowania NZDJPY, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Zagrożeniem dla powyższego scenariusza jest dwutygodniowa konsolidacja oraz fakt, że poprzednie odbicie od strefy popytu było bardziej zdecydowane. Obecne niezdecydowanie może przerodzić się w ponowny retest strefy podaży.
EURCHF – trend wzrostowy
15 stycznia 2015 roku, data warta zapamiętania. Inaczej czarny czwartek, Szwajcarski Bank Narodowy przestał bronić poziomu 1.20 na EURCHF. Niemniej jednak SNB do końca nie zrezygnował ze swojej polityki monetarnej, ponieważ teraz broni kursu walutowego, ale nikt nie wie na jaki poziomie docelowym zależy SNB.
Notowania waluty EUFCHF od lutego 2017 roku znajdują się w silnym trendzie wzrostowym. Z kolei od kurs porusza się w wąskim kanale wzrostowym. Obecna zmienność oraz zachowanie notowań daje duże prawdopodobieństwo przetestowania poziomu z dnia załamania kursu walutowego – 1.20.
Notowania pary walutowej EURCHF na interwale tygodniowym, dziennym oraz czterogodzinowym znajdują się ponad krótkoterminową oraz długoterminową średnią kroczącą. Jedynym wskaźnikiem wskazującym korektę na czterogodzinowym interwale jest Awesome oscylator.
Notowania EURCHF, interwał dzienny
Źródło: Admiral Markets
Trend wzrostowy na wyższy interwale czasowym został potwierdzony przez wszystkie wskaźniki techniczne (tabela u góry po lewej stronie wykresu). W związku z tym jest większe prawdopodobieństwo kontynuacji trendu niż jego odwrócenie. Najbliższy wsparciem dla notowań EURCHF jest dolna banda kanału wzrostowego, natomiast oporem – górna banda kanału. Obecnym targetem dla kupujących może być poziom 1.20. Niemniej jednak należy pamiętać o SNB, który interweniuje na rynku walutowym.
Rok 2018 zaczął się bardzo dobrze dla rynków akcji. To już trzeci tydzień wzrostów na światowych giełdach z rzędu. W dalszym ciągu najlepiej radzą sobie giełdy w Stanach Zjednoczonych, nawet w obliczu problemów z finansowaniem części administracji federalnej. Po nieudanym głosowaniu w Senacie nastąpił tzw. „government shutdown”, czyli częściowe zawieszenie finansowania instytucji rządowych. Póki co to wydarzenie nie ma większego wpływu na rynki i w przeciągu całego tygodnia indeks S&P 500 wzrósł 0,86%, a DJIA 1,04% – tyle samo co indeks giełdy Nasdaq.
Rok 2018 zaczął się bardzo dobrze dla rynków akcji. To już trzeci tydzień wzrostów na światowych giełdach z rzędu. W dalszym ciągu najlepiej radzą sobie giełdy w Stanach Zjednoczonych, nawet w obliczu problemów z finansowaniem części administracji federalnej. Po nieudanym głosowaniu w Senacie nastąpił tzw. „government shutdown”, czyli częściowe zawieszenie finansowania instytucji rządowych. Póki co to wydarzenie nie ma większego wpływu na rynki i w przeciągu całego tygodnia indeks S&P 500 wzrósł 0,86%, a DJIA 1,04% – tyle samo co indeks giełdy Nasdaq.
Dla funduszy Superfund Managed Futures początek roku należy do wyjątkowo udanych. To już kolejny tydzień solidnych wzrostów. W minionym tygodniu fundusz Superfund Green zyskał 3,09%, Superfund Red 1,17%, a Superfund Goldfuture wzrósł aż o 4,13%. Warto zwrócić uwagę, że od początku roku wyniki są już na poziomie: Superfund Green 7,71%, Superfund Red 2,05%, a Superfund Goldfuture 11,04%.
Dobre nastroje panują także na naszym krajowym parkiecie. Indeks szerokiego rynku zyskał w przeciągu tygodnia 2,19%, indeks największych spółek WIG20 2,46%, a indeksy mniejszych i średnich spółek mWIG40 i sWIG80 zakończyły tydzień z wynikami odpowiednio 2,37% i -0,02%. Jest to pierwszy tydzień od dawna, w którym zachowanie indeksu sWIG80 było słabsze w porównaniu z resztą rynku. Istotne w minionym tygodniu były również odczyty makroekonomiczne. W środę opublikowane zostały bardzo dobre dane z rynku pracy – wynagrodzenie i zatrudnienie, a w piątek, tym razem gorzej od oczekiwań, wypadły dane sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. Rozbieżności przypisuje się jednak różnicom w układzie kalendarza.
W tym tygodniu w Polsce nie czeka nas wiele istotnych danych. Warto jedynie przyjrzeć się odczytowi stopy bezrobocia w środę, który zostanie opublikowany przez GUS wraz z Biuletynem Statystycznym. W Europie zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem będzie czwartkowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli chodzi o dane makroekonomiczne to tydzień upłynie pod znakiem koniunktury. We wtorek opublikowany zostanie indeks Zew dla gospodarki niemieckiej, w środę zobaczymy odczyty indeksów PMI w przemyśle i usługach dla krajów europejskich, a w czwartek czekamy na indeks Ifo dla Niemiec. W USA w środę opublikowane zostaną wartości indeksów PMI w przemyśle i usługach, a w piątek czekamy na pierwszy szacunek PKB za IV kwartał dla gospodarki amerykańskiej.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA
Siedlce to miasto na prawach powiatu, położone we wschodniej części województwa mazowieckiego. Miasto zajmuje czwarte miejsce w województwie mazowieckim pod względem liczby mieszkańców. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2016 roku Siedlce liczyły 77 020 osoby. Liczba ludności w mieście nieznacznie zwiększa się, co może wpływać na wzrost zapotrzebowania na nieruchomości mieszkaniowe. Liczba mieszkań oddawanych do użytkowania w Siedlcach w latach 2012, 2013, 2015 była rekordowo wysoka. Nieznaczny spadek notowany był w roku 2014, natomiast w roku 2016 odnotowano najniższą liczbę mieszkań w badanym okresie.
Wykres 1. Liczba mieszkań oddanych do użytkowania w latach 2012 – 2017
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych GUS
Liczba pozwoleń na budowę nowych budynków wielorodzinnych utrzymuje się na zbliżonym poziomie od kilku lat. Rynek pierwotny w Siedlcach jest umiarkowanie rozwinięty. W ciągu roku powstają pojedyncze inwestycje mieszkaniowe.
Tabela 1. Liczba pozwoleń na budowę w latach 2012 – 2017
Rok
2012
2013
2014
2015
2016
Q1-Q3 2017
Pozwolenia na budowę
10
5
9
7
7
7
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych GUS
Zmiany cen, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym w Siedlcach są na zbliżonym poziomie. Na poniższym wykresie przedstawione zostały zmiany na rynku w ujęciu kwartalnym na przestrzeni sześciu ostatnich lat. Rynek mieszkaniowy w analizowanym okresie charakteryzował się stabilnością, średnie ceny ulegały nieznacznym zmianom, jednak były to wahania o znaczeniu fluktuacyjnym. Pod koniec badanego okresu nastąpił nieznaczny wzrost cen. Ceny na rynku pierwotnym są średnio o 400 zł wyższe w porównaniu do rynku wtórnego. Obecnie rynek siedlecki notuje najwyższe ceny lokali mieszkalnych na przestrzeni ostatnich sześciu lat.
Wykres 2. Średnie ceny mieszkań w Siedlcach na rynku pierwotnym i wtórnym w latach 2012 – 2017
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych AMRON
Analizując powierzchnię użytkową lokali mieszkalnych będących przedmiotem obrotu na rynku siedleckim w latach 2012 – 2017 można zaobserwować, że na przestrzeni tego okresu preferencje kupujących pozostawały na stabilnym poziomie. Najwięcej transakcji notowano w przedziale od 50 do 75 m kw. powierzchni użytkowej – stanowiły one średnio 48,02% mieszkań będących przedmiotem obrotu na badanym rynku. Drugie miejsce pod względem popularności powierzchni zajęły lokale w przedziale 35 – 50 m kw., co stanowiło średnio 38,43% odnotowanych transakcji. Rynek siedlecki nie różni się w tym zakresie od pozostałych regionów kraju, gdzie najczęściej przedmiotem transakcji są lokale 2 i 3 pokojowe. Mieszkania małe, czyli poniżej 35 m kw., oraz duże, powyżej 75 m kw., stanowiły mniejszy odsetek transakcji notowanych na rynku. Szczegółowe dane przedstawia poniższy wykres.
Wykres 3. Udział mieszkań o różnej powierzchni w całkowitej liczbie sprzedanych mieszkań w latach 2012 – 2017
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych AMRON
Mariusz Gnys
Analityk, Specjalista ds. Obsługi Rynku Nieruchomości
Centrum AMRON
Najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego pokazuje, że Polacy coraz częściej decydują się na zakup większych mieszkań. Tendencja jest szczególnie widoczna w dużych miastach, a najlepszym przykładem jest Wrocław, gdzie udział w sprzedaży mieszkań do 40 mkw. w III kwartale 2017 roku spadł łącznie o niemal 11 punktów procentowych.
Raport NBP z grudnia ubiegłego roku[1] pokazuje, że największą popularnością na polskim rynku nieruchomości cieszą się nieruchomości o powierzchni 40-60 mkw. oraz 60-80 mkw. Odsetek sprzedaży tej wielkości mieszkań w III kwartale ubiegłego roku był największy zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Wzrost odbył się głównie kosztem najmniejszych lokali, które nie przekroczyły granicy 40 mkw. Oznacza to, że kupujemy coraz większe mieszkania.
Warszawa i Wrocław na czele
W Warszawie, gdzie sprzedaje się najwięcej mieszkań, największą popularnością cieszyły się lokale o powierzchni 40-60 mkw. Na rynku pierwotnym było to aż 48,35 proc. sprzedanych w tym czasie mieszkań, natomiast na wtórnym udział transakcji lokali o tym metrażu wyniósł 45,75 proc. Warto też dodać, że odsetek mieszkań mniejszych, do 40 mkw., spadł w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku o około 2 p.p., a na rynku wtórnym o blisko 3 p.p. i wynosił odpowiednio 23,14 proc. i 29,48 proc.
Największą dynamikę spadku sprzedaży małych mieszkań można zauważyć we Wrocławiu. W stolicy województwa dolnośląskiego na rynku wtórnym udział sprzedanych mieszkań do 40 mkw. spadł o ponad 18,5 p.p., natomiast na rynku pierwotnym odsetek ten zmalał o ponad 6 p.p.
– Polacy kupują coraz większe mieszkania. Jest to bardzo dobre zjawisko, ponieważ ostatnie dostępne dane Eurostatu pokazują, że na jednego Polaka średnio przypada 25 mkw., co jest jednym z najmniejszych wyników w Unii Europejskiej. Nasz kraj w tej klasyfikacji wyprzedza zaledwie Rumunię i Łotwę. Mam nadzieję, że obecne trendy rynkowe wpłyną na polepszenie tej statystyki, a co się z tym wiąże, na większą wygodę społeczeństwa – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska, części globalnej sieci biurach nieruchomości RE/MAX.
Decydująca cena
W 2017 roku byliśmy świadkami rekordowego popytu na mieszkania i wszystko wskazywało, że spowoduje to ogólny wzrost cen nieruchomości. Jednak jak pokazuje raport NBP, rynek okazał się dosyć łaskawy dla konsumentów i w większości przypadków ceny mieszkań nie zmieniły się znacząco. Najbardziej podrożały lokale w Gdańsku (ok. 12 proc.). Znaczne wahania cen na rynku były zauważalne również w Łodzi, gdzie znacznie drożej trzeba dzisiaj zapłacić zarówno za najmniejsze, jak i największe mieszkania. Cena mieszkań do 40 mkw. na rynku wtórnym wzrosła o ponad 19 proc., natomiast za lokale powyżej 85 mkw. na rynku pierwotnym należy zapłacić ponad 13 proc. więcej, a na wtórnym ceny urosły niemal o 11,5 proc. Natomiast w pozostałych dużych aglomeracjach, m.in. Poznaniu i Warszawie, ceny niemal pozostały bez zmian.
Przy wyborze mieszkania warto jednak nie sugerować się wyłącznie średnimi cenami w wybranej lokalizacji. – Różnice w cenach metra kwadratowego pomiędzy najtańszą a najdroższą nieruchomością w obrębie tego samego miasta mogą być znaczące – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska. – Koszt mieszkania zależy od wielu czynników. Pomijając lokalizację, która w dominujący sposób determinuje poziom cenowy, to nawet w tym samym budynku może być on zróżnicowany. W ramach jednej inwestycji deweloperskiej różnice w cenie mkw. mogą wynieść nawet 20 proc. W takim przypadku dysproporcje wynikają z atrakcyjności samego mieszkania, m.in. rozkładu pomieszczeń, piętra, strony świata, dodatkowej przestrzeni w postaci balkonu lub tarasu, czy wielkości lokalu. Warto zwrócić uwagę na ten ostatni czynnik, ponieważ często mniejsze mieszkania mają wyższą cenę za metr kwadratowy – dodaje Stradomska.
Wzrost zainteresowania Polaków mieszkaniami o większym metrażu to bezsprzecznie efekt rozkwitu, który nastąpił w ostatnich latach na polskim rynku nieruchomości. Wszystkie dane makroekonomiczne wskazują, że ten rozwój będzie dalej trwał, a Polska jako kraj rozwijający się będzie gonić w rankingach Europę Zachodnią.
Do zarządu ViDiS SA dołączył Szymon Staruchowicz, absolwent Informatyki na Uniwersytecie Wrocławskim. Od 2000 r. związany z branżą AV, dzięki czemu legitymuje się znakomitą znajomością rynku prezentacyjnego. Absolwent licznych szkoleń z zakresu zarządzania i nowych technologii (Uniwerstytet Ekonomiczny, Brian Tracy International, InfoComm).
„ViDiS SA jest obecnie w najlepszym momencie na inwestycje. Już wkrótce, serce firmy, którym jest dział handlowy będzie wyposażone w nowoczesne narzędzia, które pozwolą jeszcze szybciej reagować na potrzeby rynku, nie tylko krajowego.” – informuje Szymon Staruchowicz.
Nowy wiceprezes wzmocni ViDiS SA ogromną wiedzą techniczną z zakresu zarządzania skomplikowanymi wdrożeniami w dużych firmach i korporacjach, a także doświadczeniem w zakresie projektowania, wdrożenia i obsługi serwisowej dużych podmiotów.
Szymon Staruchowicz przejął nadzór nad działami serwisu, IT, finansów i administracji, dzięki czemu będzie mógł skierować swoją uwagę na kompleksowe przygotowanie firmy VIDIS S.A. do nowych wyzwań na ciągle zmieniającym się rynku AV i IT.
W wolnym czasie nowy wiceprezes trenuje Crossfit, a także bierze udział w biegach przeszkodowych typu Runmageddon. Sport uprawa także z dwiema córkami i w wolnym czasie nie stroni od dobrej literatury (z dziedziny rozwoju osobistego i fantastyki)
• Samochody osobowe obu luksusowych marek są dostępne w ramach leasingu 100%. • Oferta jest dedykowana do nowych oraz aktualnych klientów PKO Leasing
W połowie stycznia br. około dziewięciu tysięcy klientów PKO Leasing otrzymało maile z informacją o rozpoczętej kampanii promocyjnej. W jej ramach nowe samochody Land Rover i Jaguar dostępne są w leasingu 100%, a wybrane modele dodatkowo z dziesięcioprocentowym rabatem. Z oferty, aktualnej do 31 marca, mogą skorzystać również nowi klienci.
Leasing 100% to popularne określenie takiej formy finansowania, w której całkowity koszt ponoszony przez klienta, obejmujący raty leasingowe, opłatę wstępną i końcową, jest równy cenie nabywanego przedmiotu, na przykład samochodu. To bardzo korzystna sytuacja, analogiczna wobec popularnych w obrocie konsumenckim „rat 0%”. Od połowy stycznia klienci PKO Leasing mogą w ramach leasingu 100% z subwencją importera nabywać nowe samochody Land Rover i Jaguar.
Warunkiem skorzystania z oferty jest wybranie jednej ze wstępnie określonych struktur transakcji. Są one dostępne na stronie internetowej i dotyczą okresu finansowania (od 24 do 48 miesięcy) oraz wysokości opłaty wstępnej i końcowej. Promocja trwa do końca marca br. Jest dostępna również dla nowych klientów.
Dodatkowo, wybrane modele obu marek są dostępne z rabatem wynoszącym aż 10% ceny katalogowej. Chodzi o auta: Jaguar XE, Jaguar XF, Jaguar F-ACE, Land Rover Discovery, Land Rover Discovery Sport, Range Rover Evoque.
W ustawie zakazującej handlu w niedziele wprowadzono ponad 30 wyjątków. Wyjątki te mogą prowadzić do absurdalnych sytuacji. Supermarkety będą powstawać przy stacjach benzynowych i na stadionach sportowych. Największe zamieszanie może spowodować olej rybny.
– Wiele stacji benzynowych prawdopodobnie przemyśli swój model biznesowy i powstaną tam supermarkety, które będą czynne w niedziele – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marek Tatała, ekspert Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR).
Wśród wyjątków od zakazu handlu w niedziele wpisano także miejsca, które prowadzą odbiór i handel produktami pochodzenia rybnego.
– Olej rybny to produkt pochodzenia rybnego, czy pod tym pretekstem supermarket, który ma taki olej będzie mógł być czynny w niedziele? – dodaje ekspert i wymienia kolejne absurdy wynikające z ustawy.
Ustawa uznana została przez FOR za prawny bubel roku. Na Facebooku i Twitterze FOR trwa akcja #BubelRoku dotycząca ustawy. Poprzez 44 grafiki – publikowane codziennie w mediach społecznościowych – aż do 1 marca, czyli dnia, w którym ustawa o zakazie handlu wchodzi w życie, eksperci FOR będą pytać o to, co ustawodawca miał na myśli, formułując tak niezrozumiałe przepisy. Akcja określana jako #BubelRoku ma pokazać, że prawo powinno być stanowione z rozwagą.
Farsa związana z senacką przepychanką pomiędzy Demokratami oraz Republikanami dobiegła końca. Osiągnięcie konsensusu zostało wyraźnie zlekceważone przez rynek walutowy, który w dalszej mierze oczekuje na pojawienie się bardziej konkretnych sygnałów warunkujących obserwowane nastroje. Szansę na jeszcze bardziej nudny początek tygodnia skutecznie podbił dość skąpy kalendarz ekonomiczny. Uwagi inwestorów nie zdołała również zwrócić ropa naftowa, która za sobą ma zdecydowanie mniej pokaźny roller coaster. Obecnie za baryłkę West Texas Intermediate należy zapłacić 63,20 USD, tj. 0,3 proc. mniej względem piątkowego zamknięcia.
Miano najsilniejszej waluty koszyka G10 zgarnął funt szterling (0,6 proc.), który w dalszej mierze ma perspektywę wypchnięcia pary GBP/USD w okolice psychologicznego poziomu 1,4000. Względnie pozytywne nastroje na rynku metali przemysłowych wspierają Kiwi (0,4 proc.) oraz Aussie (0,1 proc.). Po drugiej stronie zestawienia wyraźnie króluje japoński jen (-0,4 proc.) oczekujący na nocną decyzję banku centralnego w sprawie ram prowadzonej polityki. W gronie walut Emerging Markets na samym szczycie znajduje się południowoafrykański rand (0,8 proc.), któremu po piętach depcze turecka lira (0,7 proc.). O miano lidera regionu w dalszej mierze biją się rosyjski rubel (0,2 proc.) oraz polski złoty (0,2 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN schodzi do 4,1670, USD/PLN stabilizuje się przy 3,4030, GBP/PLN wraca do 4,7520, a CHF/PLN notuje 80-pipsowy ruch do 3,5340.
Początek tygodnia na europejskich parkietach stał pod znakiem wyjątkowo dobrych nastrojów. Ze wzrostowej euforii skutecznie wyłamali się inwestorzy w Londynie, którzy zepchnęli indeks FTSE 100 (-0,2 proc.) w okolicę poziomu 7 715 pkt. Wśród najsilniej tracących szczególną uwagę zwracał Rolls-Royce (-1,9 proc.) za sprawą pogłosek dotyczących wybudowania przez General Electric silników do Airbusów A380 zamówionych przez linie lotnicze Emirates. W gronie stu wyspiarskich komponentów silniejszy ruch w stronę południa odnotowały jedynie Rentokil (-3,0 proc.) oraz RELX (-2,6 proc.), który zyskał miano zakładnika noty analitycznej wydanej przez Morgan Stanley. Skalę dzisiejszych spadków skutecznie ograniczała słuszna zwyżka Barclaysa (4,3 proc.) z racji na zwiększenie ekspozycji przez Tiger Global do poziomu 1 mld USD. Dość wysoko znalazły się również spółki z sektora wydobywczego, którym przewodził Anglo American ze zwyżką rzędu 2,1 proc. Dość udaną sesję ma za sobą również NMC Health (2,4 proc.) za sprawą planowanych przejęć na terenie Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Arabii Saudyjskiej.
Na szczycie giełdy we Frankfurcie uplasowały się walory Deutsche Banku (2,9 proc.), którego władze zaprzeczyły pogłoskom związanym z przeprowadzaniem podejrzanych transakcji przez Jareda Kushnera, doradcę i zięcia prezydenta USA Donalda Trumpa. O dość dobrej sesji może mówić niemiecki sektor motoryzacyjny. W absolutnej czołówce indeksu DAX (0,2 proc.) znalazł się Volkswagen (2,6 proc.) zobowiązany do naprawy 127 tys. modeli sprzedawanych pod marką Audi. Po drugiej stronie zestawienia znalazła się Lufthansa (-1,9 proc.), która w dalszej mierze czeka na rozstrzygnięcie spraw związanych z wykupieniem części masy upadłościowej po Air Berlin. Na fali niezbyt przychylnej noty znalazła się Vonovia – w oczach analityków Deutsche Banku zasługuje ona jedynie na „trzymaj”.
Bardziej pokaźną zwyżkę indeksu obserwowano przy Książęcej, gdzie WIG 20 (0,7 proc.) uplasował się nad poziomem 2 620 pkt. Absolutnym liderem został Lotos (4,4 proc.), którego wzrosty podsyciły najnowsze oczekiwania w sprawie wyników PKN Orlen (2,9 proc.) za czwarty kwartał. Zgodnie z konsensusem należy się spodziewać, że spółka zaraportuje 1 691 mln PLN zysku netto (-5 proc. r/r) przy wyniku EBITDA na poziomie 2 668 mln PLN (-20 proc. r/r) oraz przychodach wynoszących 24 419 mln PLN (7 proc. r/r). Dość wysoko znalazły się również walory PZU (2,3 proc.), co należy utożsamiać z podniesieniem przez Pekao prognoz wyników za najbliższe cztery kwartały. Najsilniej tracącą spółką okazał się być Bank Zachodni WBK (-2,3 proc.), który zdołał wyraźnie odskoczyć rodzimym gigantom z szeroko definiowanej branży energetycznej – PGNiG (-1,2 proc.) oraz PGE (-0,8 proc.).
Pieniądz… jego wartość uzależniona jest od wiarygodności emitenta, który za nim stoi. Wpływa na nią wiele czynników makro- i mikroekonomicznych. Dlaczego więc świat zaufał walucie, którą zna zaledwie od 8 lat, której nikt nie widział, za którą nie stoi żaden namacalny, wiarygodny emitent?
Choć ludzie często deklarują, że aby w coś uwierzyć, muszą to zobaczyć, zdarza im się składać deklaracje wiary bez żądania dowodu istnienia. Na tym zbudowane są największe religie tego świata. Dziś taką ufność miliony ludzi pokłada też w kryptowalucie, której nikt nigdy nie dotknął, nie widział i nigdy nie zobaczy.
Nikt nic nie wie
1 $ = 1 309 BTC – tyle wynosił pierwszy kurs bitcoina ustalony w październiku 2009 r. Osiem lat później, 11 grudnia 2017 r., jego cena osiągnęła blisko 17 000 $, czyli ok. 60 000 zł. Chyba nie tylko dla ekonomistów i maklerów jest szokujące, że ktoś podejmuje grę na giełdzie po tak wysokim kursie walutą, o której wie tak niewiele.
Bitmoneta to tworzony w oparciu o zasady matematyki i kryptografii kilkudziesięciocyfrowy kod, zawierający – na podobieństwo systemu księgowego – zapis wszystkich transakcji dokonanych między użytkownikami. Kryptowaluty powstają jako wynik mocy obliczeniowej połączonej pracy milionów komputerów z całego świata. Są więc wirtualnym, nienamacalnym tworem, funkcjonującym pomiędzy umawiającymi się na to użytkownikami w tzw. sieci P2P. Nie ma nadzoru nad tą siecią, za to każdy ma do niej dostęp.
To wszystko brzmi dość szokująco. Trochę jak z błyskotkami, którymi konkwistadorzy handlowali na odkrywanych lądach – dla tamtejszych mieszkańców zwykłe szkiełka miały wartość złota tylko dlatego, że wcześniej ich nie znali i że sami odkrywcy im tak powiedzieli. Idąc tym tropem, wartość pieniądza da się przypisać również banknotom używanym w grach planszowych. Przecież można było za nie kupić sieć hoteli, a nawet wykupić się z więzienia. Niepokojące jest, że tak jak większość ludzi na świecie dokładnie nie wie, skąd się bitcoin bierze, tak niewykluczone jest, że nie będzie wiedziało, gdy ten nagle zniknie.
Sztuczny twór
Do czego służy ta kryptowaluta? Wyjaśnienie znajdziemy w wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 22 października 2015 r. (C-264/14): „Waluta wirtualna «bitcoin» należy do systemu walut wirtualnych z tzw. «dwukierunkowym przepływem», za pomocą którego użytkownicy mogą kupować i sprzedawać pieniądze wirtualne zgodnie z kursami wymiany walut (…) pozwalają na zakup zarówno wirtualnych jak i rzeczywistych dóbr i usług”.
Przeniesienie wartości wirtualnych pieniędzy do rzeczywistego świata staje się powoli zjawiskiem niebezpiecznym. Z uwagi na to, że kryptowaluta gromadzi tylko historie transakcji, bez zapisywania informacji na temat osób ich dokonujących, jest ona wykorzystywana w hazardzie online, głównie w tych krajach, gdzie jest on zakazany. Uznaje się, że służy ona praniu brudnych pieniędzy czy też w ogóle do przeprowadzania nielegalnych transakcji.
A znaczenie tej kryptowaluty rośnie. Powstają wciąż nowe wydobywcze „kopalnie” bitmonet, a zwłaszcza giełdy, skupiające ogromne pieniądze coraz liczniejszej grupy ludzi. Ustawodawstwa państw starają się dotrzymać kroku nowej „walucie”, dostosowując do niej swoje prawo. Niektóre, tak jak Malta, wręcz promują bitcoina jako środek płatniczy w swoim kraju. Nie można jednak zapomnieć, że ugruntowaniu wartości klasycznych walut służyły wieki istnienia państw-emitentów, ich gospodarek i uwarunkowań polityczno-społecznych. Bitcoin zbudował swą ogromną wartość w zaledwie osiem lat, bez historii i stojących za nim nieanonimowych ludzi. A większość rzeczy na świecie, które urasta do tak znacznych rozmiarów w tak szybkim tempie, jest wynikiem sztucznych zabiegów.
Nie tylko bitcoin
Duża popularność, a przede wszystkim wartość bitcoina jest fenomenem, zwłaszcza że nie jest on jedyną ani pierwszą kryptowalutą na świecie. Wszystko zaczęło się od Davida Chauma w 1983 r. Amerykański kryptograf i informatyk opracował algorytm zapewniający bezpieczne przesyłanie danych DigiCash. W 1998 r. firma Chauma zbankrutowała. Los jego kryptowaluty dzieliły później wielkie giełdy tych wirtualnych monet, zwłaszcza skupionych wokół bitcoina. Pierwszy znaczący atak hakerski nastąpił w 2010 r. – po nim bitcoin sporo stracił na wartości. Cztery lata później wyparowała jedna z największych giełd bitcoina, Mt. Gox, która jeszcze w 2013 r. trzymała w rękach blisko 70% jego obrotu. W 2016 r. to samo stało się z polską giełdą bitmonety – Bitcurexem, a w grudniu 2017 r., po drugiej kradzieży hakerskiej, bankructwo ogłosiła południowokoreańska giełda Youbit.
Obecnie na rynku dostępnych jest już ponad 1 000 kryptowalut. Wśród najpopularniejszych są ethereum, dash i goldcoin. W 2014 r. własnej kryptowaluty, o nazwie polcoin, doczekała się Polska. Nieustannie trwają na całym świecie prace nad stworzeniem kolejnych kryptowalut. Może to właśnie rosnąca konkurencja będzie szpilką, która przekłuje bitcoinową bańkę.
Co można stracić
Bankructwo kryptowalutowych giełd to nie jedyne zagrożenie dla zaangażowanych w bitcoinowy rynek. Głównym czynnikiem, który powinien wzbudzić czujność, jest jego hossa. Tak niestabilnego kursu nie mają żadne dobra będące przedmiotem obrotu. Jako nowe, niepoznane dobrze zjawisko, kryptowaluty będą jeszcze długo ulegały silnym wahaniom wartości.
Istnieją również zagrożenia często określane mianem siły wyższej. Wojna i klęski żywiołowe potrafią doprowadzać rządy państw na skraj bankructwa, co skutkuje drastycznym spadkiem wartości emitowanych przez nie pieniędzy. Dla bitcoina wystarczy odcięcie od prądu, a ściślej rzecz ujmując – od internetu. Bez niego nie da się dokonać kryptowalutowej transakcji. Bez internetu bitcoin nie będzie nic warty. Nie będzie się dało nim zapłacić. Ogólnie w czasie kryzysu nie będzie miał on żadnej wartości – wówczas liczy się złoto, srebro lub po prostu twarda waluta.
No i jeszcze podatki. Definicja odnosząca się do bitcoina nie będzie zawarta w ustawie o NBP ani ustawie o usługach płatniczych, tylko o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu. Dokonujący nim obrotu mogą mieć więc uzasadnione obawy, że fiskus będzie chciał ten „niebezpieczny” obrót wziąć pod lupę, a już dziś dochody „uzyskane” z bitcoinów należy rozliczyć w rocznym zeznaniu PIT.
Spekulacja manipulacja
Ekonomii znane jest pojęcie rynku spekulacyjnego. Każdy zainteresowany inwestycją w bitcoina powinien się tylko głęboko zastanowić, czy w obliczu tak potężnego, błyskawicznego wzrostu jego wartości nie stanie się ofiarą manipulacji, pamiętając o tym, że ekonomii równie dobrze znane jest pojęcie spekulacyjnej bańki.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.