Uczniowie polskich szkół zawodowych liderem wśród korzystających z programu Erasmus+. Stanowią 15 proc. wyjeżdżających

Uczniowie polskich szkół zawodowych liderem wśród korzystających z programu Erasmus+. Stanowią 15 proc. wyjeżdżających 1

W Polsce z programów stypendialnych Erasmus+ skorzystało dotychczas 180 tys. osób. Co roku na takie stypendium za granicę wyjeżdża średnio 14 tys. Polaków. Decydują się na to nie tylko studenci, lecz także uczniowie czy nauczyciele. W sektorze kształcenia zawodowego jesteśmy liderem – polscy uczniowie stanowią ponad 15 proc. wyjeżdżających. Możliwość odbycia stażu za granicą wzbogaca naukę zawodu, rozwija kompetencje miękkie i zwiększa szansę na znalezienie lepszej pracy.

– Wszystkie projekty i przedsięwzięcia, które są finansowane w ramach programu Erasmus+, dotyczą mobilności osób i wymiany doświadczeń między instytucjami. Te doświadczenia młodzi ludzie wykorzystują potem na rynku pracy. Uczniowie, którzy byli na stażach i wymianach, mówią, że o wiele łatwiej jest im posługiwać się językiem obcym, zaistnieć w swojej branży, znaleźć pracę, mogą się pochwalić przed przedsiębiorcami swoim doświadczeniem. Jeżeli był to staż zagraniczny, to spotykają się tam bardzo często z nowoczesnymi technologiami, które są wykorzystywane w danej branży – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Paweł Poszytek, dyrektor generalny Fundacji Rozwoju Systemu Edukacji, Narodowej Agencji Programu Erasmus+.

W ciągu 20 lat działania programu Erasmus+ w Polsce z wyjazdów zagranicznych skorzystało 180 tys. osób. Liczba Polaków, którzy decydują się na edukacyjny wyjazd, wzrosła przez ten czas ponaddziesięciokrotnie – ze średnio 1,4 tys. do ponad 14 tys. osób rocznie. Program kojarzy się przede wszystkim z wyjazdami studenckimi i na ten cel przeznaczanych jest najwięcej środków. W edycji 2014–2018 aż 150 mln euro.

– Studia przez semestr na partnerskiej uczelni, wymiana pracowników akademickich czy współpraca nad wspólnymi dyplomami, wspólnymi studiami, poszerzaniem oferty dydaktycznej na uczelniach to projekty kosztochłonne i tutaj fundusze są największe. Ponad 80 mln euro jest przekierowane na szkolnictwo zawodowe, tu także mamy do czynienia z wyjazdami i stażami – tłumaczy dr Paweł Poszytek.

Pod względem liczby uczniów i nauczycieli kształcenia zawodowego, którzy biorą udział w stażach i praktykach organizowanych przez program Erasmus+, Polska jest liderem w Europie. Ponad 15,2 proc. uczestników z sektora kształcenia zawodowego stanowią właśnie Polacy. Najczęściej wyjeżdżają uczniowie z branży gastronomicznej, hotelarskiej, stolarskiej czy fryzjerskiej.

– Szkolnictwo branżowe pełni bardzo ważną funkcję. Priorytet kładą wszyscy interesariusze – to nie tylko kwestia reformy edukacji i priorytetu narzuconego przez MEN, ale wszyscy interesariusze, organizacje branżowe i eksperci wiedzą, że to szkolnictwo wymaga w tej chwili dużego wsparcia, bo brakuje nam fachowców od różnych zawodów – przekonuje dyrektor generalny FRSE.

Jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku dwie trzecie uczniów szkół podstawowych decydowało się na naukę w szkołach zawodowych i technikach. Odwrót nastąpił w latach 90. – do szkół bezpośrednio przygotowujących do zawodu trafiało tylko czterech na dziesięciu uczniów. Sytuacja w szkolnictwie zawodowym powoli się jednak poprawia. Obecnie już połowa młodych polskich gimnazjalistów zdecydowała się na edukację w szkołach technicznych i zawodowych. To o prawie 25 proc. więcej niż w 2000 roku.

– Tworzymy kolejne przepisy, które umożliwiają nie tylko zmiany w podstawie programowej i w prawie oświatowym. Obecnie przepisy pozwalają już na dużą elastyczność szkoły branżowej i technikum tak, aby być razem z pracodawcą, być na stażach, żeby móc fundować stypendia, żeby zajęcia odbywały się w miejscu pracy – podkreśla Anna Zalewska, minister edukacji narodowej.

Wyjazdy zagraniczne to dla uczniów szansa na zdobycie cennego doświadczenia, poznanie języków obcych i rozwój kompetencji miękkich, które są coraz istotniejsze na rynku pracy.

– Na polu edukacji zawodowej, branżowej, wszyscy eksperci i zaangażowane instytucje mówią jednym głosem: mobilność uczniów, studentów czy pracowników jest bardzo ważna z punktu widzenia rynku pracy. Wyposaża ich w dodatkowe kompetencje, które bardzo trudno jest rozwijać w trakcie formalnej edukacji. Mówimy o kompetencjach miękkich, takich jak współpraca w grupie, umiejętność rozwiązywania problemów czy komunikowania się –tłumaczy dr Paweł Poszytek.

Badanie losów absolwentów staży i praktyk zawodowych finansowanych z programów zarządzanych przez FRSE wskazuje, że możliwość pracy za granicą wzbogaca naukę zawodu. Ponad 80 proc. badanych podkreślało, że staż pozwolił im na poznanie zupełnie innego systemu pracy, a blisko 70 proc. poleciłoby praktyczną naukę zawodu osobom, które wchodzą na rynek pracy. Jak wynika z badania FRSE, 74 proc. respondentów wskazuje, że staż pozwolił im na nabycie umiejętności w pracy w międzynarodowym środowisku.

– Możliwość poszerzania wiedzy za granicą daje uczniom szkół branżowych doskonalenie umiejętności zawodowych i językowych. Nabywają umiejętności interpersonalno-społeczne. Dla nas jest bardzo ważne, żeby każdy uczeń był odpowiedzialny, zdyscyplinowany, punktualny i m.in. tego uczą się na projektach. Wielu naszych uczniów otrzymuje szereg ciekawych propozycji, zarówno w kraju, jak i za granicą, bo będąc na stażu zagranicznym, już tam otrzymują propozycje pracy – mówi Joanna Żebrowska, dyrektor Zespołu Szkół nr 7 w Tychach.

Rewolucja w szkoleniach maszynistów kolejowych. Symulator wykorzystujący technologię wirtualnej rzeczywistości pozwoli obniżyć koszty szkoleń nawet o 70 proc.

Rewolucja w szkoleniach maszynistów kolejowych. Symulator wykorzystujący technologię wirtualnej rzeczywistości pozwoli obniżyć koszty szkoleń nawet o 70 proc. 2

Powstaje symulator maszynisty w technologii wirtualnej rzeczywistości, który pozwala doskonalić umiejętności w realistycznych warunkach, na prawdziwych trasach i z prawdziwymi zdarzeniami. Połączenie wirtualnej rzeczywistości z tradycyjnym, fizycznym symulatorem kolejowym pozwoli obniżyć koszty szkolenia o nawet 66 procent bez utraty efektywności. Zastosowane w nim rozwiązania są innowacyjne w skali Polski i świata. Twórcy chcą stworzyć podobne rozwiązania dla motorniczych, kierowców TIR-ów czy operatorów dźwigów.

– Oddana jest pełna fizyka maszynowozu i trasa, po której maszynista może ćwiczyć swój przejazd. Instruktor zarządzający panelem symulacyjnym może wprowadzać online zdarzenia, które wywołują konieczność reakcji ze strony maszynisty. Rozwiązanie służy do tego, by ćwiczyć reakcje w niebezpiecznych sytuacjach, które mogą mieć miejsce na trasie danego przejazdu – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jerzy Durślewicz, prezes zarządu firmy Tomorrow.

Dzięki zastosowaniu grafiki 3D i stworzeniu realistycznych scenariuszy szkoleniowych, producentowi udało się osiągnąć wysoki poziom immersyjności. W symulatorze SARTEM mamy do czynienia z dużym realizmem, zarówno w zakresie kierowania pojazdem, jak i otoczenia. Ponadto symulator jest mobilny. Nie wymaga dostosowywania pomieszczeń szkoleniowych pod jego montaż. SARTEM ma rzeczywiste manipulatory, prawdziwy system dźwięków i realistyczny system komunikacji.  Samo urządzenie może być dostosowywane pod konkretnego klienta.

– Pulpit symulatora jest zawsze dokładnie odwzorowany. Za każdym razem przygotowany zostanie symulator, który będzie odpowiadał pojazdom posiadanym lub zamawianym przez przewoźnika – informuje Jerzy Durślewicz.

Trenażer będzie zawierał scenariusze rekomendowane przez Urząd Transportu Kolejowego. Będą one stale rozbudowywane dzięki informacjom z Państwowej Komisji Badania Wypadków Kolejowych. Powstanie obszerna baza scenariuszy, oparta na rzeczywistych zdarzeniach, do których doszło w Polsce i innych krajach Unii Europejskiej. Dzięki temu ma wzrosnąć skuteczność szkoleń i poprawić się bezpieczeństwo polskich pasażerów.

– Wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z drogimi urządzeniami i zaawansowanymi technologicznie maszynami, których obsługa wymaga pewnej wiedzy, ćwiczenie oraz symulowanie określonej pracy za pomocą bądź to rozszerzonej, bądź wirtualnej rzeczywistości jest zastosowaniem, które znacznie obniża koszty, pozwala na ćwiczenie określonych umiejętności i ich weryfikowanie – tłumacz ekspert.

Symulator zaprojektował zespół składający się z polskich inżynierów, najlepszych maszynistów instruktorów oraz ekspertów z Politechniki Śląskiej. W przyszłości możliwe jest także przygotowanie symulatorów dla innych branż.

Tworzenie symulatorów szkoleniowych w oparciu o wirtualną rzeczywistość, nie tylko dla maszynistów, lecz także dla straży pożarnej, policji, wojska czy chociażby obsługi lotnisk, jest wyjątkowo ciekawą alternatywą dla dotychczasowych szkoleń teoretycznych i praktycznych – podsumowuje Jerzy Durślewicz.

Jarosław Miziołek nowym Prezesem Zarządu w Arcadis

Jarosław Miziołek objął stanowisko Prezesa Zarządu w Arcadis, zastępując Marcina Klammera. Przez ostatnie 3 lata Jarosław zarządzał największą linią biznesową Arcadis w Polsce jako Dyrektor Pionu Infrastruktury. Od stycznia 2016 roku jest członkiem zarządu Europy Centralnej w Arcadis, odpowiedzialnym za Pion Infrastruktury.

Jarosław Miziołek
Jarosław Miziołek

Jarosław odpowiada za dynamiczny rozwój zespołu Infrastruktury, który liczy aktualnie blisko 100 specjalistów w branży drogowej, mostowej, kolejowej, hydrotechnicznej i sanitarnej. Pod jego kierownictwem stworzony został zespół Sterowania Ruchem Kolejowym, który jest w tej chwili największym zespołem w tej branży w Polsce. Wszystkie zespoły są obecnie zaangażowane w realizację największych inwestycji infrastrukturalnych zarówno w kraju jak i poza jego granicami.

Jarosław dołączył do Arcadis w marcu 2015 roku jako Dyrektor Pionu Infrastruktury. Posiada 20-letnie doświadczenie w zarządzaniu dużymi zespołami projektowo-konstrukcyjnymi, realizującymi najbardziej znaczące projekty infrastrukturalne w Polsce.

Jarosław jest absolwentem geodezji i kartografii na Politechnice Warszawskiej, posiada również tytuł Executive MBA.

Marcin Klammer obejmuje rolę lidera sektora Manufacturing & Technology w Arcadis Europe

Marcin Klammer
Marcin Klammer

Marcin Klammer przekazał obowiązki Prezesa Zarządu w Arcadis Jarosławowi Miziołkowi, aby w pełni skupić się na roli Europejskiego Lidera Sektora Manufacturing & Technology. Od początku 2016 roku Marcin łączył obie te funkcje.

Marcin będzie osobiście kierował relacjami z szeregiem kluczowych regionalnych i globalnych klientów. Lata pracy w Arcadis i międzynarodowe doświadczenie Marcina wzmocnią program obsługi i rozwoju klientów w Europie i na świecie. W swojej pracy w ramach sektora Manufacturing & Technology Marcin będzie koncentrował się w szczególności na projektach inwestycyjnych klientów oraz na programie digitalizacji (Digital).

Polskie przedsiębiorstwa nie są gotowe na czwartą rewolucję przemysłową

Rzeczywistość 4.0 staje się faktem w Polsce, a przedsiębiorstwa powinny być na nią gotowe. Nie da się włączyć w wizję Przemysłu 4.0, kiedy aż 70% zmian w polskich przedsiębiorstwach kończy się niepowodzeniem. Widać jednak oznaki poprawy, bo wynik jest lepszy od ubiegłorocznego o prawie 5 p.p. Dzisiaj opublikowano raport z III Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą. Autorzy przebadali prawie 300 organizacji, w większości dużych firm. To największy tego typu raport w Polsce. Pokazuje także, jak można zwiększyć efektywność wdrożenia zmian.

Z raportu przygotowanego przez Szkołę Zarządzania Zmianą wynika, że w polskie firmy wciąż przeprowadzają wiele zmian, ale z miernym efektem. Zakładane cele udało się w pełni osiągnąć w 30% przypadków (jednocześnie do 12,5% spadła liczba zmian zakończonych wyraźnym niepowodzeniem).

Autorzy raportu przeprowadzili także pogłębioną analizę zarządzania zmianą w polskich przedsiębiorstwach stojących wobec wyzwań Gospodarki 4.0. Zbadali jakie zmiany są wdrażane, kto nimi kieruje i jaki jest poziom osiągania celów zmiany. Odkryli jakie metody i narzędzia są najchętniej wykorzystywane w procesie zmiany oraz jakie czynniki utrudniały wdrożenie, a jakie wpłynęły na jego powodzenie

Co zmieniają i dlaczego? Kto kierował zmianami?

W ponad 40% głównym celem wdrażania zmiany była zmiana strategii. Kolejne 1/3 przypadków dotyczyło zmiany struktury organizacyjnej, a nieco ponad ¼ zmian miało na celu zmianę kultury organizacji. 80% wszystkich zmian trwało nie dłużej niż 12 miesięcy. Podobnie jak przed rokiem krótsze zmiany (trwające do 6 miesięcy) kończyły się najczęściej sukcesem.

Prawie 2/3 zmian było kierowanych zespołowo – przez koalicję liderów, ale liczba zmian zarządzanych zespołowo zmniejszyła się w porównaniu z rokiem poprzednim o ponad 10%. Zmiany w organizacji było najczęściej kierowane przez zespół projektowy złożony z menedżerów (prawie 30%) lub zespół projektowy złożony z menedżerów i pracowników (ponad 20%). Co ciekawe, zespoły złożone z menedżerów i pracowników były znacznie skuteczniejsze (o ok. 20%) od zespołów złożonych wyłącznie z menedżerów.

Warto pamiętać o dzieleniu się odpowiedzialnością za rezultat zmiany z innymi pracownikami. Spowoduje to uznanie przedsięwzięcia za swoje, zwiększy zaangażowanie pracowników i, co równie istotne, pozwoli menedżerowi zachować na dłużej dobrostan psychiczny i fizyczny. – mówi dr Jarosław Rubin, założyciel Szkoły Zarządzania Zmianą, konsultant procesów zmian w firmach.

Z jakim efektem wdrażano zmiany?

Tylko 30% respondentów stwierdziło, że rozpatrywana zmiana osiągnęła w pełni zakładane cele. Inaczej mówiąc 70% zmian wprowadzanych w polskich organizacjach nie osiągnęło celów na poziomie w pełni zadowalającym inicjatorów zmian.

Znacznie lepiej od średniej radziła sobie z wdrażaniem zmian branża produkcyjna, gdzie poziom realizacji celów sięgnął 48%. Na drugim końcu stawki znalazły się branża IT ze skutecznością 19% i usługi – 18%.

Kiedy lider efektywności wdrażania zmian osiąga wynik na poziomie 50%, to jest to ostrzeżenie w obliczu wyzwań Gospodarki 4.0.

Z tegorocznej edycji Badania, co symptomatyczne, nie wynika, że menedżerowie i właściciele zmieniają swoje przedsiębiorstwa (modele, zasoby) w wyniku coraz silniejszego wpływu dwóch głównych trendów współczesnej gospodarki- rewolucji technologicznej zwanej umownie „przemysł 4.0” i zmian na rynku pracy. – zauważa dr hab. Krzysztof Safin, profesor Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Jak zwiększyć efektywność zarządzania zmianą?

Co niepokojące, ponad 20% zmian wdrażano „na czuja” – nie wykorzystywano żadnej formalnej metodyki zarządzania zmianą. Sukces zmiany zależy od koncentracji na jednej, dobrze opanowanej metodyce zarządzania zmianą i konsekwencji w jej stosowaniu.

Pojawiają się sygnały budzące nadzieję:

W tym roku metodyki zwinne i im pokrewne (Agile, Design Thinking, Scrum, Lean Change) wyraźnie zaznaczyły swoją pozycję w zarządzaniu zmianą doganiając klasyczne zarządzanie projektem, którego historia liczy ponad 100 lat, a potencjał w zarządzaniu zmianą już się wyczerpał. Pisząc „zwinne” mam na myśli wszystkie metodyki, które uwzględniają fakt, że zmiana składa się z cykli planowania, działania i przeglądu efektów, a więc zakłada posługiwanie się eksperymentem w celu sprawdzania pomysłów w praktyce – mówi dr Jarosław Rubin.

Najczęściej wykorzystywanym narzędziem komunikacji było spotkanie informacyjne kierowników liniowych ze swoimi podwładnymi, ale najskuteczniejszym narzędziem komunikacji okazała się kanwa zmiany, czyli strategiczny plan zapisany na jednej kartce. Potwierdza się wniosek z poprzednich Badań, że korzystanie z większej liczby narzędzi komunikacyjnych zwiększa szanse na sukces wdrażanej zmiany.

Dokładnie tak samo jak komunikacja może wspierać zmiany, tak może je utrudniać – tylko otwarta i ciągła komunikacja – możliwość wypowiadania się wszystkich pracowników, uwzględnianie uwag, nieformalne spotkania – pozwalają ludziom w organizacji rozumieć i wspierać zmiany – zauważa Marek Naumiuk, interim menadżer, trener i konsultant.

Polskie organizacje podają, że często (78% odpowiedzi) dają pracownikom wyrażenia swoich opinii na temat zmiany, jednakże skuteczność korzystania z tego sposobu angażowania pracowników w zmiany wyniosła tylko 52%, czyli mniej niż dla całości odpowiadających.

To może sugerować, że w polskich firmach nie umiemy w pełni wykorzystać możliwości ze zbieranych informacji. Być może informacje są zbierane z opóźnieniem lub są niskiej jakości z powodu kryzysu zaufania wynikającego z braku otwartości i przejrzystości liderów zmian – mówi Wiesław Grabowski, doradca organizacyjny, trener i coach biznesu.

Co miało największy negatywny wpływ na wdrażanie zmiany? Ankietowani najczęściej wskazywali emocje pracowników (17%) oraz sabotowanie procesu zmian przez niektórych pracowników (8%).

Jakie czynniki miały najsilniejszy pozytywny wpływ na proces przeprowadzania zmiany? Tu ankietowani wskazywali przede wszystkim na postawę menedżerów najwyższego szczebla (55%) oraz pracę zespołową (51%).

Gdybyśmy na podstawie wyników tego pytania pokusili się o sformułowanie jednej wskazówki dla osób zarządzających zmianami w organizacji mogłaby ona brzmieć:

„Utwórz zespół, świeć przykładem, wskaż ludziom cel, do którego mają zmierzać i na bieżąco wykorzystuj zebraną informację zwrotną”. – mówi Wiesław Grabowski.

Odpowiedź na pytanie: jak zwiększyć efektywność zarządzania zmianą, nie jest prosta. Wyniki i wnioski z III Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą dowodzą, że bez zmian w zarządzanie zmianą w Polsce trudno będzie radzić sobie z Gospodarką 4.0 i innymi megatrendami.

* Raport powstał na bazie Ogólnopolskiego Badania Zarządzania Zmianą, przeprowadzonego w listopadzie i grudniu 2017 r. przez Szkołę Zarządzania Zmianą. W badaniu wzięło udział 276 respondentów. Co czwarty z respondentów należał do kadry zarządzającej organizacją, a niemal 40% kierowało wdrożeniem opisywanej zmiany (samodzielnie lub w ramach zespołu projektowego). To największe tego rodzaju badanie przeprowadzone w Polsce.

Krajobraz ryzyk spółek w 2018 r.

Barometr Ryzyk Allianz: przerwy w działalności i ryzyka cybernetyczne zdominują krajobraz ryzyk spółek z wszystkich sektorów i każdej wielkości w 2018 r.

  • Zmienna natura ryzyka i wzrost przestępczości cybernetycznej oznaczają, że przerwy w działalności są głównym zagrożeniem dla firm na całym świecie zdaniem ponad 1900 ekspertów ds. ryzyka z 80 krajów.
  • Potencjalny „huragan cybernetyczny” i zaostrzone zasady ochrony danych kształtują środowisko ryzyka cybernetycznego na najbliższy rok. Reakcja na sytuacje kryzysowe jest kluczowa dla złagodzenia skutków.
  • Przerwy w działalności są jednym z głównych ryzyk w Polsce.
  • Przedsiębiorstwa obawiają się pojawiających się ryzyk i obciążeń wynikających z nowych technologii.

Z Barometru Ryzyk Allianz 2018 wynika, że najważniejszymi ryzykami biznesowymi na świecie w tym roku są przerwy w działalności (#1 z 42 procentami wskazań / #1 w 2017 r.) oraz ryzyka cybernetyczne (#2 z 40 procentami wskazań, awans z #3 w 2017 r.).

Większe straty wynikające z klęsk żywiołowych (#3 z 30 procentami wskazań, #4 w 2017 r.) także przysparzają biznesowi coraz większych zmartwień. 2017 był rekordowym rokiem pod względem katastrof, przez co zmiany klimatu i coraz większa zmienność pogody (#10) po raz pierwszy znalazły się w top 10 najważniejszych ryzyk. Jednocześnie ryzyko związane z nowymi technologiami (#7 w 2018 / #10 w 2017 r.) awansowało w zestawieniu. Firmy zaczęły zdawać sobie sprawę, że w przyszłości innowacje takie jak sztuczna inteligencja czy mobilność autonomiczna mogą skutkować nowymi obciążeniami i większymi stratami, ale też możliwościami. Z drugiej strony firmy martwią się niestabilnością rynkową mniej niż rok temu(#4 w 2018 r. / #2 w 2017 r.).

To najważniejsze wnioski siódmego Barometru Ryzyk Allianz publikowanego co roku przez Allianz Global Corporate & Specialty (AGCS). Raport 2018 powstał w oparciu o ankietę przeprowadzoną wśród rekordowej liczby 1911 ekspertów ds. ryzyka z 80 państw.

Także w Polsce przerwy w działalności są postrzegane jako jedno z największych ryzyk – wyjaśnia Ole Ohlmeyer odpowiedzialny za działalność AGCS w Europie Wschodniej. – Przez długi czas działalność była paraliżowana głównie przez zagrożenia naturalne i wypadki przemysłowe. W połączonej cyfrowo gospodarce do tej listy dochodzą takie zagrożenia jak cyberataki, awarie systemów informatycznych czy konsekwencje strajków lub ataków terrorystycznych. W takich wypadkach możliwe są olbrzymie straty finansowe bez uszkodzenia lub zniszczenia obiektów czy budynków. Z punktu widzenia zarządzających ryzykiem oznacza to, że ochrona dóbr niematerialnych, takich jak dane, sieci i własność intelektualna staje się coraz ważniejsza.

Nowe czynniki powodujące przerwy w działalności

Szósty rok z rzędu przerwy w działalności zostały uznane za najważniejsze ryzyko, zajmując pierwsze miejsce w 13 krajach, a także w Europie oraz regionie Azji i Pacyfiku, w Afryce oraz w regionie Środkowego Wschodu. Nawet najmniejsza działalność może ucierpieć. Firmy wystawione są na coraz więcej niebezpieczeństw, poczynając od tak tradycyjnych jak pożar, klęski żywiołowe czy zakłócenia w łańcuchu dostaw, a kończąc na nowych czynnikach będących wynikiem cyfryzacji i połączeń firm, które zwykle nie powodują fizycznych uszkodzeń, ale pociągają za sobą wysokie straty finansowe. Awaria kluczowych systemów informatycznych, akty terroryzmu czy przemocy politycznej, spadek jakości produktów czy niespodziewane zmiany regulacyjne – wszystko to może spowodować tymczasowy lub przedłużony zastój, a w efekcie druzgocące straty w przychodach.

Zdaniem ekspertów ds. biznesu i ryzyka ataki cybernetyczne po raz pierwszy zajęły czołowe miejsce wśród wzbudzających największe obawy czynników prowadzących do przerw w działalności. Dodatkowo przerwy w działalności zajmują drugie miejsce na liście czynników powodujących największe straty (po ryzyku cybernetycznym). Firma Cyence zajmująca się modelowaniem ryzyka cybernetycznego, ocenia, że awaria usług w chmurze trwająca powyżej 12 godzin w wypadku firm z sektora finansowego, opieki medycznej i handlu detalicznego może kosztować średnio 850 mln dolarów dla firm z Ameryki Północnej i 700 mln dolarów dla Europy.

Przerwy w działalności zajęły także drugie miejsce na liście najbardziej niedocenianych ryzyk Barometru Ryzyk Allianz. – Rzeczywiste przyczyny, zakres i wpływ finansowy przerwy mogą zaskoczyć firmy, które mogą nie doceniać jak bardzo złożony jest proces ‘powrotu do działalności’. Powinny one wciąż dopasowywać swoje plany dotyczące sytuacji awaryjnych tak by odzwierciedlały one nowe otoczenie i odpowiednio uwzględniały rosnące cybernetyczne zagrożenie – mówi Volker Muench, ekspert ds. Global Property i przerw w działalności, AGCS.

Dalszy rozwój ryzyk cybernetycznych

Trwa zwyżkowy trend ryzyk cybernetycznych w Barometrze Ryzyk Allianz. Pięć lat temu zajmowały 15. miejsce. W 2018 r. są drugie. Liczne zagrożenia obejmujące naruszenie bezpieczeństwa danych, problemy związane z siecią, ataki hackerskie czy cybernetyczne przerwy w działalności sprawiają, że ryzyka cybernetyczne zajmują pierwsze miejsce wśród ryzyk biznesowych w 11 państwach objętych badaniem i w regionie Ameryk, a także drugie miejsce w Europie i regionie Azji i Pacyfiku. Jest to także najbardziej niedoceniane ryzyko i główne długofalowe zagrożenie.

Ostatnie wydarzenia takie jak ataki oprogramowania szantażującego WannaCry i Petya doprowadziły do znacznych strat finansowych wielu firm. Inne, takie jak botnet Mirai, największy w historii atak rozproszonej odmowy usługi (DDoS) na najważniejsze platformy i usługi w Europie i Ameryce Północnej przeprowadzony pod koniec 2016 r, pokazują związki między ryzykami oraz współzależność od powszechnej infrastruktury internetowej i dostawców usług. Na poziomie indywidualnym zidentyfikowane niedawno wady zabezpieczeń chipów komputerowych zastosowanych w nieomalże każdym współczesnym urządzeniu pokazują jak bardzo podatne cybernetycznie są współczesne społeczeństwa. Możliwość zaistnienia tzw. huraganu cybernetycznego, kiedy to hackerzy zakłócają funkcjonowanie większej liczby firm, atakując wspólne jednostki infrastruktury, będzie w 2018 r. nadal rosnąć.

Jednocześnie ryzyko naruszenia prywatności znów znalazło się w centrum uwagi w następstwie olbrzymiego naruszenia bezpieczeństwa danych w USA. Wprowadzenie w Europie ogólnego rozporządzenia o ochronie danych planowane na maj 2018 jeszcze bardziej zintensyfikuje kontrolę, wprowadzając możliwość częstszych i większych kar dla przedsiębiorstw nie stosujących się do rozporządzenia. Firmy mają coraz mniej czasu na przygotowanie się do jego wdrożenia. – W USA prawa dotyczące prywatności są od dziesięcioleci restrykcyjne, a bezpieczeństwo cybernetyczne oraz regulacje w zakresie prywatności wciąż ewoluują. Teraz także firmy w Europie muszą przygotować się na ostrzejsze zobowiązania i wymogi dotyczące notyfikacji. Po pełnym wdrożeniu wiele przedsiębiorstw może szybko zorientować się, że kwestie prywatności mogą pociągać za sobą poważne koszty – mówi Emy Donavan, Globalna Dyrektor ds. Cybernetyki, AGCS. – Doświadczenia z przeszłości pokazały, że sposób, w jaki firma odpowiada na kryzys cybernetyczny, taki jak wszelkie naruszenia, ma bezpośredni wpływ zarówno na koszty, jak i na reputację firmy i wartość rynkową.

Zagrożenia cybernetyczne różnią się także w zależności od wielkości firmy i sektora. – Małe firmy poniosą najprawdopodobniej duże straty, jeśli ucierpią na skutek ataku oprogramowaniem szantażującym, podczas gdy większe firmy narażone są na więcej niebezpieczeństw, jak ataki DDoS, które mogą uszkodzić systemy – mówi Donavan.

Wyniki Barometru Ryzyk Allianz pokazują, że świadomość zagrożeń cybernetycznych rośnie w sektorze MŚP, notując znaczny skok z #6 na #2 wśród małych przedsiębiorstw i z #3 na #1 dla średnich firm. W odniesieniu do narażenia sektora, ryzyka cybernetyczne zajmują pierwszą pozycję w sektorze rozrywkowym i w mediach, usługach finansowych, sektorze technologii i telekomunikacji.

Rosnące ryzyko związane ze zjawiskami pogodowymi i technologią

W następstwie rekordowych strat objętych ubezpieczeniem w wysokości 135 mld dolarów powstałych na skutek klęsk żywiołowych w samym tylko roku 2017[1] – huraganów Harvey, Irma i Maria w USA i na Karaibach, klęski żywiołowe powróciły do czołowej trójki globalnych ryzyk biznesowych. – Wpływ klęsk żywiołowych wykracza znacznie poza fizyczne uszkodzenia struktur na dotkniętych obszarach. Wraz z upraszczaniem struktur i coraz większym połączeniem sektorów, klęski żywiołowe mogą mieć negatywny wpływ na wiele gałęzi gospodarki na całym świecie, które na pierwszy rzut oka nie powinny bezpośrednio ucierpieć – mówi Ali Shahkarami, Dyrektor ds. Badań Ryzyka Klęsk, AGSC.

Respondenci obawiają się, że rok 2017 mógł być zwiastunem narastającej siły i częstotliwości zagrożeń naturalnych. Zmiany klimatu / coraz większa zmienność pogody to nowa pozycja w top 10 Barometru Ryzyk za 2018.

Tymczasem wpływ ryzyka nowych technologii zaliczył jeden z największych skoków w Barometrze Ryzyk Allianz – z #10 na #7. Jest to także drugie najważniejsze ryzyko w długofalowej przyszłości po ryzykach cybernetycznych, z którymi nowe technologie są ściśle powiązane. Podatność zautomatyzowanych albo wręcz autonomicznych lub samouczących się maszyn na awarie lub wrogie ataki cybernetyczne (takie jak wyłudzenia czy działalność szpiegowska) będzie w przyszłości rosnąć i może mieć znaczny wpływ, jeśli objęte zostaną najważniejsze elementy infrastruktury, jak sieci IT lub źródła zasilania.

Możemy mieć do czynienia z mniejszą ilością niewielkich strat, co ma związek z automatyzacją i monitoringiem minimalizującym czynnik w postaci błędu ludzkiego, ale jednocześnie może pojawić się możliwość zaistnienia szkód na dużą skalę w następstwie incydentów – wyjaśnia Michael Bruch, Dyrektor Wschodzących Trendów, AGCS. – W miarę jak odpowiedzialność przenosi się z ludzi na maszyny, a w związku z tym na producenta lub dostawcę oprogramowania, firmy muszą także przygotować się na nowe ryzyka i obciążenia.

[1] Munich Re NatCatSERVICE

Chiny zaostrzą walkę z kryptowalutami. Bitcoin tańszy już prawie o połowę!

Wystarczyło ledwie kilka tygodni, by wartość Bitcoina poleciała w dół – aż o 9 tys. dolarów. Spadek mogły wywołać działania władz Korei Południowej, Chin oraz notowania giełdowe w oparciu o Bitcoina – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

W połowie grudnia najpopularniejsza kryptowaluta kosztowała blisko 20 tys. dolarów. We wtorek 16 stycznia, czyli ledwie miesiąc później kosztuje już prawie o połowę mniej – nieco poniżej 11 tys. dolarów.

Wątek koreański oraz wejście na giełdę

Spadek ceny Bitcoina może być efektem pogorszenia się ogólnego sentymentu, m.in. przez działania władz Korei Południowej, które ostatnio sugerowały pomysł znacznego ograniczenia handlu kryptowalutami. Cytowany przez agencję Bloomberg minister finansów Kim Dong-Yeon powiedział, że “zamknięcie giełd kryptowalut nadal pozostaje opcją”, ale ta sprawa wymaga “poważnej” dyskusji pomiędzy ministrami.

Z kolei dwie giełdy w USA (CBOE i CME) w grudniu uruchomiły notowania kontraktów terminowych (futures) w oparciu o Bitcoina. Krótko po tym cena najbardziej znanej kryptowaluty wzrosła do blisko 20 tys. dolarów.

Jednak teraz uruchomienie kontraktów mogło się stać także jednym z powodów zatrzymania wcześniejszych spektakularnych wzrostów Bitcoina, ponieważ zwiększyła się liczba inwestorów instytucjonalnych zaangażowanych w obrót Bitcoinem. Kontrakty pozwalają korzystać ze strategii handlu nastawionych również na spadki ceny Bitcoina.

Spadek i co dalej?

Czy przecena najpopularniejszej kryptowaluty może jeszcze się pogłębić? Trudno o odpowiedź, ponieważ w odróżnieniu od standardowych walut, czynniki fundamentalne w cenie BTC nie odgrywają dużej roli. Zdecydowanie ważniejsze są emocje, które mogą spowodować, że procentowa skala wahań przekroczy nawet te widziane w ostatnich latach.

Z ostatniej chwili: Chiny zaostrzą walkę z kryptowalutami

Z pozyskanej dzisiaj przez agencję informacyjną Reuters wewnętrznej notatki z ubiegłotygodniowego spotkania rządu Chin wynika, że rząd Chin będzie wywierał znaczną presję na kryptowaluty. Wiceprezydent chińskiego banku centralnego (PBOC) twierdzi, że “władze powinny zakazać scentralizowanego handlu kryptowalutami oraz zakazać działalności usług z tym powiązanych zarówno przez przedsiębiorców, jak i osoby prywatne” – pisze Reuters. Biorąc pod uwagę, że Chiny to jeden z największych rynków kryptowalut, może to wywierać dodatkową negatywną presję na notowania wirtualnych walut, w tym Bitcoina.

Miało być nowocześnie, a wychodzi śmiesznie – digitalizacja KRS

Rozpoczęcie działalności gospodarczej w Polsce to droga przez mękę. O ile proces zakładania jednoosobowej działalności gospodarczej został już nieco usprawniony, o tyle powołanie do życia spółki nadal nastręcza trudności i trwa przynajmniej miesiąc. System S24, który rzeczywiście umożliwiał założenie spółki w przeciągu 24 godzin roboczych (a w praktyce w ciągu 3–4 dni), przez zmiany w ustawie o KRS i w Kodeksie spółek handlowych cofa przedsiębiorców do biznesowego średniowiecza.

Jedno okienko i jego ewolucja

Ustawodawca od lat twierdzi, że dąży do uproszczenia procedury zakładania podmiotów podlegających wpisowi w KRS. Kiedyś, żeby założyć i zarejestrować spółkę oraz wyposażyć ją w numery NIP i REGON, niezbędne do rozpoczęcia faktycznej działalności, trzeba było pokonać istny tor przeszkód. Odwiedzić należało notariusza (w przypadku spółek, których umowa wymaga formy aktu notarialnego), sąd rejestrowy, urząd skarbowy oraz urząd statystyczny, w każdym z nich zostawiając wypełniony uprzednio wniosek i załączając do niego plik dokumentów.

Ustawodawca wprowadził więc tzw. procedurę jednego okienka, która polegała na tym, że te same sterty dokumentów trzeba było zostawić w sądzie rejestrowym. To na niego przerzucono obowiązek przesłania ich odpowiednio do „skarbówki” oraz urzędu statystycznego. W praktyce oznaczało to, że wprawdzie nie trzeba było osobiście tych urzędów odwiedzać, ale nie skróciło to w żaden sposób procedury. W niektórych przypadkach nawet mogło ją wydłużyć, bo sprawnie zorganizowany przedsiębiorca mógł działać szybciej niż sekretariat sądu rejestrowego.

Z początkiem 2016 r. nastąpił pewien przełom, ponieważ w kompetencje nadawania numerów NIP i REGON wyposażono sądy rejestrowe. Z technicznego punktu widzenia spowodowało to znaczące skrócenie czasu oczekiwania na nadanie spółce wszystkich trzech numerów niezbędnych do jej funkcjonowania – wszystkie były nadawane jednocześnie. Tak czy inaczej, średni czas rejestracji spółki, od momentu złożenia wniosku do wpisania spółki do rejestru, wynosił od 2 tygodni do nawet półtora miesiąca.

S24 i związana z nim rewolucja

Niespełna miesiąc oczekiwania na rozpoczęcie działalności spółki (a niektóre spółki działalność rozpocząć mogą dopiero z chwilą uzyskania wpisu w rejestrze) to wciąż bardzo długo. Zwłaszcza w porównaniu z innymi krajami UE – np. w Wielkiej Brytanii istnieje możliwość założenia spółki w jeden dzień.

Odpowiedzią na potrzebę szybkiego zakładania spółek było wprowadzenie systemu S24 i umożliwienie założenia spółki w 24 godziny robocze. Pomimo że system funkcjonuje od kilku lat, to na popularności zyskiwał stosunkowo powoli, zapewne ze względu na jego niedoskonałości techniczne. Bez wątpienia stał się jednak alternatywą dla opisanego wyżej „analogowego” sposobu założenia spółki i podlegał ciągłemu udoskonalaniu. W latach 2015–2017 był już całkiem sprawnie działającą platformą, a dzięki ułatwieniu uzyskania profilu zaufanego ePUAP jego użytkowanie stało się w miarę bezproblemowe.

Trzy dni zamiast trzech tygodni to faktycznie rewolucja. Pozytywna rewolucja. Oczywiście wzorzec umowy spółki udostępniony w systemie S24 zawiera tylko absolutnie podstawowe postanowienia umowy spółki wymagane przepisami. Nie przewiduje on możliwości pokrycia kapitału zakładowego wkładami niepieniężnymi, podwyższenia kapitału bez zmian umowy spółki czy pierwokupu udziałów lub ograniczenia praw ich zbywalności. Tym niemniej dla sporej części przedsiębiorców to, co oferuje S24, będzie wystarczające. Gdy nasze wymagania co do treści umowy są większe, warto poradzić się prawnika, który zaproponuje rozwiązania adekwatne do założeń biznesowych i postulatów wspólników, a także odpowiednio zredagowanymi klauzulami odzwierciedli w treści umowy faktyczne uzgodnienia między wspólnikami.

Nowoczesność w polskim wydaniu

Prostą spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością za pośrednictwem S24 można było założyć dosłownie nie wychodząc z domu, korzystając z zaufanego profilu Ministerstwa Sprawiedliwości, zakładanego bez odwiedzania jakiegokolwiek urzędu czy banku. Niestety trudno oprzeć się wrażeniu, że jak się Polakowi da narzędzie, którego użycia nikt nie weryfikuje, to na pewno znajdzie się ktoś, kto będzie chciał z tego zrobić niewłaściwy użytek. Takich osób musiało być całkiem sporo, ponieważ wprowadzona została nowelizacja Kodeksu spółek handlowych, która usunęła możliwość podpisywania dokumentów założycielskich spółki z o.o. zaufanym profilem MS. Nic dziwnego – znając czyjeś imię, nazwisko i PESEL, można było bez problemu powołać taką osobę do zarządu założonej uprzednio na jej rzecz spółki, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Po zmianie przepisów dokumenty w systemie S24 można podpisać elektronicznie przy użyciu profilu zaufanego ePUAP lub kwalifikowanego podpisu elektronicznego i nie ma już rozróżnienia pomiędzy różnymi typami spółek.

Zmiana w gruncie rzeczy zrozumiała, bo nadmiar wolności i zaufania najwyraźniej niektórym szkodzi, ale to nie jedyne utrudnienie, jakie napotka potencjalny użytkownik systemu. Od 1 czerwca 2017 r. każdy podmiot, który chce zostać wpisany do KRS, a także ten, który po zmianie przepisów składa pierwszy wniosek o ujawnienie zmian w rejestrze, obowiązany jest złożyć oświadczenie w przedmiocie bycia lub niebycia cudzoziemcem w rozumieniu ustawy o nabywaniu nieruchomości przez cudzoziemców, a w razie posiadania takiego statusu również oświadczenie, czy spółka jest właścicielem lub użytkownikiem wieczystym nieruchomości położonej na terytorium Polski. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wzoru takiego dokumentu nie ma w systemie. Jedynym sposobem na to, by złożyć je w formie elektronicznej, jest załączenie dokumentu zewnętrznego, który musi być podpisany kwalifikowanym podpisem elektronicznym. Alternatywą jest oczywiście złożenie dokumentu w formie papierowej we właściwym sądzie rejestrowym, ale chyba nie o to chodziło w systemie pozwalającym założyć spółkę za pośrednictwem internetu w 3 dni.

Co więcej, w papierowej wersji formularzy wniosków do KRS wprowadzono już odpowiednie rubryki, niejako wymuszające złożenie potrzebnych oświadczeń, a w systemie S24 do tej pory nie tylko nie ma takiej konieczności, ale nie ma też takiej możliwości, jeśli nie posiada się kwalifikowanego podpisu elektronicznego.

Nowoczesność się nie przyjęła

Za pośrednictwem systemu S24 spółkę od A do Z założyć można wyłącznie, posiadając kwalifikowany podpis elektroniczny, który oczywiście trzeba sobie samemu wykupić. Chcąc skorzystać z ePUAP-u, trzeba pofatygować się do sądu lub na pocztę z odpowiednim oświadczeniem w wersji papierowej. Jeżeli wybierzemy to drugie rozwiązanie, czas rejestracji spółki w praktyce wyniesie ok. dwa tygodnie. Mając w pamięci ograniczenia wzorca umowy spółki oraz trudności techniczne, o których mowa wyżej, należy się zastanowić, czy to nie jest przysłowiowa skórka za wyprawkę.

Oczywiście życie, a zwłaszcza obrót gospodarczy, zna takie przypadki, kiedy działać trzeba niezwłocznie. W takich sytuacjach system S24 nie jest rozwiązaniem, które można poczytywać za szybkie, pewne i przewidywalne. Gdy liczy się każdy dzień a czasem nawet każda godzina, należy pomyśleć o innych rozwiązaniach. Pierwsza możliwość to rozpoczęcie działalności jako spółka z o.o. w organizacji – spółki kapitałowe mogą bowiem działać już po podpisaniu aktu założycielskiego. Mogą stawać się podmiotem praw i obowiązków, nabywać własność, zaciągać zobowiązania, pozywać i być pozywane. W przypadku spółek osobowych nie ma jednak takiej możliwości.

Panaceum może być zakup gotowego podmiotu, który trudy rejestracji ma już za sobą. Jest to wprawdzie rozwiązanie droższe, ale za to najszybsze i najpewniejsze. Taki podmiot posiada komplet dokumentacji założycielskiej, numery NIP, REGON i KRS. Przedsiębiorca, który taką spółkę nabędzie, może zająć się od razu działalnością operacyjną.

Autorzy: Radca prawny Kamil Nagrabski, radca prawny Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Euro z łatką zakładnika

Wtorkowe notowania były dość trudne dla euro. Wraz z początkiem europejskiej części notowań pojawiła się seria nagłówków Der Spiegel, które sugerowały niepokorność berlińskiego oddziału SPD w obliczu finiszu rozmów koalicyjnych z blokiem kanclerz Angeli Merkel. Czynnikiem istotnie ważącym na sentymencie okazały się być doniesienia agencji Reutera w sprawie pozostawienia w styczniowym komunikacie tzw. easing bias, czyli komunikatu dotyczącego możliwości zmian parametrów luzowania w zależności od realizacji celu stabilności monetarnej. Dodatkowy cios w wycenę euro zdecydował się wymierzyć François Villeroy de Galhau, prezes Banque de France, który traktuje wszelkie wybiegające scenariusze QE jako „czysto spekulacyjne”.

Na koniec dnia EUR/USD próbuje znaleźć punkt zaczepienia tuż przy 1,2240, czemu częściowo sprzyja najnowsza wypowiedź Jensa Weidmanna, szefa Bundesbanku. Znany ze swoich jastrzębich zagrywek Weidmann oczekuje, że na przestrzeni najbliższych dwunastu miesięcy nastąpi koniec programu skupu aktywów. W przypadku amerykańskiej waluty nie należy mówić o napływie czynników makroekonomicznych, które mogłyby podbudować rynkowy optymizm. Styczniowe szacunki indeksu NY Empire State wyraźnie rozczarowały ankietowanych uczestników rynku oczekujących poprawy nastrojów wśród lokalnych producentów. Za uplasowaniem wskaźnika na poziomie 17,7 pkt (konsensus: 19,0 pkt) stoi wyraźny spadek subindeksów odpowiedzialnych za zatrudnienie (3,8 pkt, poprzednio: 22,9 pkt) oraz nowe zamówienia (11,9 pkt, poprzednio: 19,0 pkt). Dawkę potencjalnego rozczarowania skutecznie ograniczyły coraz wyższe poziomy subindeksu kosztowego, który osiągnął poziom 36,2 pkt wobec podanych w grudniu 29,7 pkt.

W koszyku walut G10 niemoc dolara nieznacznie wykorzystała norweska korona (0,1 proc.). Mało satysfakcjonującą skalę aprecjacji należy wiązać z silnymi przetasowaniami sentymentu na rynku ropy naftowej, gdzie obserwuje się spadek ceny Brent (-1,7 proc.) do poziomu 69,10 USD za baryłkę. Do chwilowego podbicia zmienności surowców przyczyniły się między innymi doniesienia związane z wydobyciem w Północnej Dakocie, które w listopadzie osiągnęło poziom 35 848 tys. baryłek.

W okolicach poziomów z wczorajszego zamknięcia plasuje się Loonie (0,0 proc.). Próba stabilizacji notowań USD/CAD tuż przy poziomie 1,2430 wiąże się z jutrzejszą decyzją Banku Kanady, który według rynkowych oczekiwań powinien zdecydować się na zmianę parametrów prowadzonej polityki. Lekką przecenę funta szterlinga (-0,1 proc.) zapewniły grudniowe szacunki inflacji bazowej, która w ujęciu rocznym spadła do poziomu 2,5 proc. (konsensus: 2,6 proc.). W rynkowe oczekiwania idealnie trafiła inflacja CPI (3,0 proc. r/r) znajdująca się pod presją zaniku dodatniego efektu bazy związanego z podbitymi cenami importowymi. Miano najsilniej przecenionego komponentu zyskuje Kiwi (-0,4 proc.), które przeszło obojętnie wobec wyników dzisiejszej aukcji mleka – według danych Fonterry średnia cena mleka w proszku wzrosła aż o 5,1 proc. do poziomu 3 010 USD za tonę przy 4,9 proc. skoku cen nabiału (3 310 USD za tonę).

W gronie walut państw Emerging Markets czoło silniejszemu dolarowi stawił południowoafrykański rand, który na przestrzeni dnia zdołał umocnić się o 0,3 proc. W cieniu lidera znalazła się czeska korona (0,1 proc.) spychająca parę EUR/CZK w okolice poziomu 25,4460. Za jej aprecjacją stały wypowiedzi Vojtěcha Bendy, członka zarządu ČNB, który spodziewa się bardziej agresyjnych podwyżek stóp procentowych niż wynika to ze scenariusza bazowego oraz stabilizacji długookresowej stopy procentowej w paśmie 2,6-3,0 proc. W przypadku złotego należy mówić o względnym balansowaniu tuż przy poziomach z końca poniedziałkowych notowań, choć wtorkowa sesja obfitowała w dość odczuwalne przetasowania. Na koniec dnia EUR/PLN przebija się przez 4,1700, USD/PLN wraca do 3,4070, GBP/PLN jest kwotowany po 4,6920, a CHF/PLN czeka przy 3,5400.

Miano niekwestionowanej gwiazdy europejskich parkietów należało do indeksu WIG 20 (1,9 proc.), co należy wiązać z masywnym napływem kapitału zagranicznego po poniedziałkowych obchodach Dnia Martina Luthera Kinga w Stanach Zjednoczonych. Do naruszenia okrągłego poziomu 2 600 pkt oraz dotknięcia czteroletnich szczytów najsilniej przyczyniły się spółki z sektora bankowego. Na ich czele znalazł się Bank Zachodni WBK (4,4 proc.), któremu po piętach próbowało deptać PGNiG (3,7 proc.) przebijające się przez średnią z ostatnich 200 notowań. W centrum uwagi znalazły się również PGE (3,1 proc.) oraz Tauron (2,5 proc.) dość ciepło przyjmujące doniesienia o braku planowanych przetasowań na wyższych szczeblach kierowniczych. Dość wysoko znalazły się również spółki z branży rafineryjnej – w tym Orlen (2,5 proc.), który zlekceważył wygenerowaną formację krzyża śmierci. Najmniej optymistycznymi nastrojami przy Książęcej mogą pochwalić się inwestorzy KGHM Polskiej Miedzi (-1,0 proc.) za sprawą awarii największego na świecie pieca zawiesinowego, co należy wiązać z błędami konstrukcyjnymi wycenianymi na 2,5 mld PLN.

Zdecydowanie mniej euforyczne nastroje obserwowano we Frankfurcie. Na szczycie indeksu DAX (0,4 proc.) znalazły się walory BMW (3,2 proc.) niesione nie tylko zakupem Parkmobile, ale również przychylną notą analityczną Credit Suisse. Możliwość odnotowania jeszcze bardziej satysfakcjonujących wyników sprzedażowych w branży motoryzacyjnej pomogła również Volkswagenowi (2,3 proc.), który trzyma się planów w zakresie zaplanowanych dostaw modelu Lamborghini Urus. Skalę potencjalnych wzrostów skutecznie ograniczyły notujące 1,4 proc. przecenę ThyssenKrupp oraz HeidelbergCement.
Niezbyt pomyślne nastroje na rynku surowców przemysłowych uderzyły w wycenę wydobywczych gigantów, którzy zamknęli listę komponentów indeksu FTSE 100 (-0,2 proc.). Najbardziej odczuwalny ruch w stronę południa odnotowało Fresnillo (-3,5 proc.), któremu po piętach deptało Rio Tinto (-3,0 proc.) za sprawą noty Barclaysa (2,0 proc.) w sprawie spodziewanej przeceny rudy żelaza do 50 USD. Najbardziej optymistycznymi nastrojami mógł pochwalić się Johnson Matthey (2,8 proc.) dzięki rekomendacji kupna wystawionej przez Berenberg.

Na rynku surowców energetycznych najbardziej pokaźną przecenę notują lutowe kontrakty na gaz ziemny (-3,5 proc.), które obecnie schodzą do poziomu 3,087 USD/MMBtu. Nieco większym ruchem w stronę południa może pochwalić się najbardziej przeceniony z płodów rolnych. W tym przypadku mowa o marcowych kontraktach na cukier, które na przestrzeni dnia tracą aż 3,9 proc. Na rynku metali szlachetnych również obserwuje się dominację podaży. Relatywnie małą skalę przeceny ma za sobą złoto (-0,4 proc.) schodzące do poziomu 1 334,60 USD za uncję. Najbardziej dotkliwą zniżkę notuje obecnie pallad (-3,0 proc.), który w minionym roku zyskał miano ulubieńca inwestorów za sprawą pogłębiających się nierównowag rynku.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

BVT S.A. kupuje kolejny pakiet wierzytelności o wartości ponad 8,6 mln zł

BVT S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od września 2015 r., zajmująca się zakupem oraz windykacją pakietów wierzytelności masowych i indywidualnych, nabyła pakiet wierzytelności pochodzących z sektora masowego transportu kolejowego. Wartość nominalna tego pakietu wynosi ponad 8,6 mln zł.

Emitent podpisał umowę na zakup pakietu wierzytelności pochodzących z sektora masowego transportu kolejowego, którego wartość nominalna sięga ponad 8,6 mln zł. Szacowany czas windykacji wierzytelności z tego pakietu został określony na 3 lata. Zrealizowany zakup kolejnego pakietu wierzytelności masowych wpisuje się w założenia strategii rozwoju BVT S.A. Zarząd Spółki przewiduje, że dalsza rozbudowa portfela pakietów wierzytelności przełoży się na dalszą poprawę jej wyników finansowych w nadchodzących latach.

„Zakup kolejnego, tak dużego pakietu, jest związany z naszą podstawową działalnością, jaką jest obsługa pakietów masowych. Pakiet ten został zakupiony od dostawcy, którego wierzytelności już wcześniej obsługiwaliśmy. Jest on obsługiwany tym samym schematem, co pozostałe pakiety masowe z sektora transportu. Oczywiście przyznać należy, że na przestrzeni prawie 5 lat działalności Spółki schemat ten ulegał zmianom oraz pewnego rodzaju dostosowaniom do zmieniającego się otoczenia np. prawnego. W chwili obecnej bardzo duży nacisk kładziemy na windykację polubowną, kontakt z dłużnikiem oraz docieranie do niego nowoczesnymi kanałami komunikacji. Uważam, że tego typu podejście jest skuteczne, a jego wynik finansowy będziemy sukcesywnie pokazywać w kolejnych okresach działalności.” – ocenia Katarzyna Szuba, Prezes Zarządu Spółki BVT S.A.

W grudniu 2017 r. BVT S.A. zawarła umowę zakupu dwóch pakietów wierzytelności pochodzących z sektora telekomunikacyjnego. Ich wartość nominalna przekracza 3,1 mln zł, a szacowany czas windykacji wierzytelności z tych pakietów wynosi 3 lata. Z kolei w listopadzie ub. roku Emitent nabył dwa pakiety wierzytelności masowych pochodzących z sektora masowego transportu kolejowego, których łączna wartość nominalna wynosi 24,7 mln zł. Przewidywany okres windykacji wierzytelności z tych pakietów został określony na 3 lata.

W 3 kw. 2017 r. BVT S.A. zanotowała 80 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 1.436 tys. zł. Po trzech kwartałach 2017 r. Spółka osiągnęła 334 tys. zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży w wysokości 4.023 tys. zł. Emitent prowadzi obsługę posiadanych pakietów wierzytelności zgodnie z wypracowanymi i sprawdzonymi procedurami, utrzymując w ten sposób stały wzrost wpływu środków finansowych oraz minimalizując czynniki ryzyka. Spółka rozbudowuje także posiadany portfel pakietów wierzytelności oraz go dywersyfikuje, głównie pozyskując kolejne wierzytelności z sektora bankowego, które dotyczą osób fizycznych oraz są zabezpieczone hipotekami lub poręczeniami. Ważnym obszarem biznesowym realizowanym przez Spółkę i powiązanym z sektorem bankowym jest restrukturyzacja zadłużeń.

Technologie kognitywne wkraczają do przemysłu. Czego się po nich spodziewać?

Technologie kognitywne są ważnym punktem na mapie inwestycji wielu firm, również tych z sektora przemysłowego. Zdaniem analityków z Deloitte niebawem staną się one powszechne, przyczyniając się do zmodernizowania 80 proc. procesów biznesowych. To ogromna rewolucja, której znakiem rozpoznawczym będzie znacznie wyższa efektywność przy niewielkim zaangażowaniu zasobów ludzkich. „Witamy w erze kognitywnej!” – czytamy na w raporcie firmy IBM, z którego wynika, że do roku 2019 rynek takich rozwiązań wart będzie 12.5 miliarda dolarów.

Komputery, które postrzegają otaczającą je rzeczywistość, rozumieją ją coraz lepiej i na podstawie zaawansowanych analiz wyciągają przełomowe wnioski, do niedawna istniały jedynie w filmach science fiction. Tymczasem inteligentne maszyny na naszych oczach przestają być domeną kina czy literatury, a ich obecność w domach i miejscach pracy z roku na rok będzie coraz bardziej odczuwalna. Czym rozwiązania kognitywne różnią się od pozostałych, nowych technologii? Ich unikalną cechą jest wykonywanie zadań, które dotychczas mogli realizować jedynie ludzie. Dzięki uczeniu maszynowemu komputery zyskały m.in. zdolność rozpoznawania obrazów i interpretowania mowy. Choć na tym etapie ich sprawność pozostawia wiele do życzenia, to jeśli weźmiemy pod uwagę tempo, z jakim na przestrzeni ostatnich lat rozwijała się sztuczna inteligencja, możemy oczekiwać, że niebawem przepaść dzieląca człowieka i maszynę zmniejszy się diametralnie.

Marvin Lee Minsky, kognitywista i prekursor badań nad SI, uważał, że słowo inteligencja to worek, do którego lekką ręką wrzuca się rożne, często mylne pojęcia. Oczekiwań od technologii tego pokroju jest tyle, co jej interpretacji. Jego zdaniem inteligencję najlepiej interpretować jako zdolność uczenia się, rozumienia zjawisk i problemów oraz radzenia sobie z nowymi lub trudnymi sytuacjami. Taki zestaw umiejętności jest niezwykle atrakcyjny dla firm działających w przeróżnych sektorach. Rozwiązania kognitywne mają zrewolucjonizować działanie łańcuchów dostaw, pracę fabryk, R&D, marketing czy obsługę klienta. Z analiz opublikowanych na łamach raportu Deloitte „TMT Predictions 2016” wynika, że do 2025 r. wykorzystanie technologii tej klasy będzie powszechne i przyczyni się do zmodernizowania aż 80 proc. procesów biznesowych. Podobne wnioski można wysnuć z lektury raportu IBM „The cognitive advantage”, który przewiduje, że do 2019 r. rynek technologii kognitywnych osiągnie wartość 12,5 mld dolarów.

Era kognitywnego przemysłu

Sztuczna inteligencja wdziera się również do firm produkcyjnych i już dziś odgrywa ważną rolę w analityce danych dostarczanych przez sensory i inne urządzenia działające w obrębie internetu rzeczy. – Korzystanie specjalnych czujników drgań harmonicznych i analiza strumienia danych daje szerokie możliwości w zakresie wykrywania i identyfikacji konkretnych usterek, zanim dojdzie do uszkodzenia całej maszyny i w konsekwencji wstrzymania procesu produkcyjnego – tłumaczy Jan Skowroński z DSR, firmy specjalizującej się w nowoczesnych rozwiązaniach IT dla przemysłu i podaje przykład tego, jak IIOT pozwolił wykryć przyczyny zdarzających się co jakiś czas kosztownych awarii maszyn CNC u jednego z jej klientów. – Lokalizacja kilkunastu operatorów obsługujących maszyny oraz monitoring parametrów ich pracy pozwoliły stwierdzić, że wszystkie nieprawidłowości w działaniu sprzętu, w konsekwencji prowadzące do awarii, pojawiały się, gdy operatora nie było przy stanowisku pracy – wspomina ekspert.

Analityka predykcyjna czy optymalizacja linii produkcyjnej to obszary, w których coraz częściej napotkamy technologie kognitywne, a to dopiero początek. Zdaniem Piotra Rojka, dyrektora generalnego w DSR SA, dotychczas proces automatyzacji polegała na zastępowaniu ludzi maszynami podczas wykonywania powtarzalnych czynności, ale niebawem ma on sięgnąć dużo dalej. Podobne wnioski można wyciągnąć z lektury raportu „CLOUD: Opening up the Road to Industry 4.0” opublikowanego przez Oracle. Wynika z niego, że aż 62 proc. firm produkcyjnych korzysta już z robotów lub niebawem planuje ich implementację. – Maszyny z umiejętnościami poznawczymi będą mogły nie tylko zastąpić człowieka w systematycznych czynnościach, lecz również uczyć się rozpoznawania wzorców, przewidywania potrzeb, identyfikowania nieprawidłowości lub ostrzegać pracowników firmy o potencjalnych problemach Technologie kognitywne zacierają granicę między maszyną a człowiekiem. W praktyce oznacza to, że wiele zadań, z którymi zmaga się dziś kadra zarządzająca zostanie scedowanych na komputery, które dzięki sztucznej inteligencji i zaawansowanej analityce danych wykonają je lepiej od człowieka, co bezpośrednio przełoży się na wydajność fabryk – przewiduje Rojek.

4 obszary transformacji

Szerokie zastosowanie technologii kognitywnych to na razie pieśń przyszłości. Nie jest to jednak przyszłość odległa i trudna do przewidzenia. Mimo, że technologie kognitywne znajdują się dopiero w początkowym stadium rozwoju, to już dziś w wielu dziedzinach przekraczają kolejne granice zyskując coraz większą popularność. W firmach produkcyjnych eksperci wyodrębnili 4 podstawowe obszary, w których za sprawą inteligentnych rozwiązań informatycznych odbędzie się cicha rewolucja. Pierwszy związany jest z wydajnością i redukcją przestojów. Kognitywne systemy komputerowe wykorzystywać będą zdolności poznawcze, dane pochodzące z maszyn i czujników oraz rozwiązania analityczne oparte o uczenie maszynowe, by komunikować o potencjalnych problemach, samoistnie je diagnozować i wdrażać najodpowiedniejsze rozwiązania. Drugi obszar dotyczy procesów i operacji. Analizując różnorodne informacje o przepływie pracy, kontekstach i środowisku, rozwiązania kognitywne mają przyczynić się do zwiększenia jakości produktów, optymalizacji działań i podejmowania przez kadrę zarządzającą lepszych decyzji taktycznych i strategicznych. Kolejną dziedziną, w której możemy spodziewać się rewolucji jest zarządzanie zasobami ludzkimi. Jego automatyzacja ma być możliwa dzięki analityce danych o pracownikach, ich umiejętnościach oraz przebiegu pracy wraz ze szczegółowymi informacjami o lokalizacjach i stanowiskach. Ostatnie na tej liście znalazło się planowanie i harmonogramowanie. Wraz z pojawieniem się inteligentnych systemów APS zmieni się ono nie do poznania, redukując rolę człowieka do akceptowania planów proponowanych przez stale uczący się komputer. Ich nieustane doskonalenie przełoży się na lepsze zarządzanie gospodarką magazynową i redukcję opóźnień w realizacji zamówień.

We współczesnych fabrykach na człowieku wciąż spoczywa spora część obowiązków, podczas gdy rola maszyn pozostaje mocno ograniczona. Mówi się jednak, że taki stan rzecz może ulec zmianie na przestrzeni najbliższych 15 lat. – Technologia rozwija się w zawrotnym tempie skręcając często w nieprzewidzianym kierunku. Ciężko określić, kiedy technologie kognitywne całkowicie zmienią sposób funkcjonowania fabryk. Wydaje mi się, że przed nami jeszcze długo droga – kwituje Piotr Rojek z DSR SA.

Co czeka nas w obszarze technologii i biznesu? 10 prognoz IDC na 2018 rok

Firma doradcza International Data Corporation (IDC) ogłosiła prognozy dotyczące tego, co czeka nas w obszarze technologii oraz biznesu. Będą one szczegółowo omawiane podczas marcowej konferencji IDC Predictions organizowanej w Warszawie. Główny wniosek? W ciągu najbliższych 4 lat cyfrowa gospodarka będzie generowała już przynajmniej 50% wartości światowego PKB. Najbliższe lata upłyną pod znakiem szybkiego rozwoju chmury obliczeniowej, sztucznej inteligencji, technologii blockchain, API i agile oraz wzrostu liczby programistów nie posiadających kompetencji technicznych. Paradoksalnie, mimo, że digitalizacja jest dla firm koniecznością, to będzie im coraz trudniej odnaleźć się w cyfrowej rzeczywistości. O ich rynkowej pozycji zdecydują najbliższe 3 lata.  

Dane nie pozostawiają złudzeń: jak wynika z analizy IDC, cyfrowa transformacja stanie się głównym elementem strategii biznesowej przedsiębiorstw już do końca bieżącej dekady. Liczba firm rozpoczynających swoją „cyfrową” podróż będzie stale rosnąć, bo digitalizacja niemal wszystkich obszarów zarządzania firmą będzie stanowić warunek nie tylko zwiększenia, ale utrzymania zdolności do rywalizacji na rynkach. Warto przypomnieć, że w ciągu najbliższej dekady z rynku może zniknąć nawet blisko połowa największych organizacji, notowanych w rankingach takich jak Fortune 500 czy Global 2000, jeśli nie uda im się sprawnie przeprowadzić procesów transformacyjnych.

– Już przed rokiem informowaliśmy, że rosnąca wartość cyfrowej gospodarki oznacza, że wszystkie przedsiębiorstwa, niezależnie od branży czy skali działania, muszą przeobrazić się w firmy typu „digital native”. Niektóre z przygotowanych przez nas prognoz są bezpośrednią kontynuacją tych przedstawionych rok temu, inne zaś pojawiają się dopiero po raz pierwszy, wskazując kolejne kierunki cyfrowego rozwoju dla biznesu – tłumaczy Frank Gens, główny analityk IDC.

Oto 10 najważniejszych prognoz IDC, będących jednocześnie wskazówkami dla firm mierzących się z wyzwaniami cyfrowej transformacji:

  1. Do 2021 roku cyfrowa gospodarka będzie generowała już co najmniej 50% światowego PKB. Dzięki cyfryzacji i wdrażaniu nowych technologii, możliwe będzie lepsze profilowanie ofert, firmy będą szybciej podejmowały decyzje o wprowadzaniu nowych produktów czy usług na rynek, będą też sprawniej komunikowały się z biznesowymi partnerami i klientami wykorzystując w tym celu wiele kanałów komunikacji. To wpłynie na wzrost sprzedaży w każdej branży. Organizacje, które nie przyspieszą digitalizacji, będą systematycznie tracić swoją konkurencyjność. Jak prognozuje IDC, kluczowa dla ich rynkowej pozycji będzie zdolność do cyfrowej transformacji w ciągu najbliższych trzech lat.
  2. Do 2020 roku 60% przedsiębiorstw będzie w trakcie wdrażania nowych rozwiązań IT w ramach kompleksowej cyfrowej strategii – IDC definiuje nowe „platformy DX” jako architekturę IT przyszłości, umożliwiającą szybkie tworzenie cyfrowych produktów oraz usług i pozwalającą wnieść doświadczenia klienta na zupełnie nowy poziom. Platforma DX będzie sterowana danymi i dzięki interfejsom API, bez problemu będzie mogła komunikować się z cyfrowym ekosystemem na zewnątrz organizacji.
  3. Do 2021 r. globalne wydatki przedsiębiorstw na usługi chmury obliczeniowej na świecie wyniosą ponad 530 mld USD. Ponad 90% przedsiębiorstw będzie korzystać z wielu usług i platform w chmurze. Wdrażanie rozwiązań chmurowych nie jest już tylko kwestią oszczędności czy uzyskiwanej dzięki nim elastyczności – stają się one ważnym źródłem innowacji. Zarządzanie zasobami IT i integracja informacji z wielu platform chmurowych stanie się kluczowym celem dla firm w ich transformacyjnej „podróży”. Nakłady inwestycyjne na powiększenie swoich chmurowych zasobów zwiększą nie tylko przedsiębiorstwa oferujące usługi B2B, ale zrobi to także ponad 50% firm z sektora konsumenckiego.
  4. Do 2019 roku 40% inicjatyw z obszaru cyfrowej transformacji będzie wykorzystywać narzędzia sztucznej inteligencji (SI); do 2021 roku 75% aplikacji biznesowych będzie budowanych w oparciu o SI. Coraz więcej dostawców usług chmurowych poszerza swoją ofertę o rozwiązania sztucznej inteligencji, zaś platformy i aplikacje pozbawione funkcjonalności SI będą jednym z głównym źródeł opóźnień we wprowadzaniu innowacji w zarządzaniu firmą. W najbliższym czasie obserwować będziemy rosnące zapotrzebowanie przedsiębiorstw na inżynierów specjalizujących się w obszarze sztucznej inteligencji czy analityków danych. Będą oni niezbędni do tego, by wspierać projekty cyfryzacyjne, które oparte są na wykorzystaniu sztucznej inteligencji.
  5. Do 2021 roku aplikacje biznesowe przeniosą się w stronę „ultra-zwinnych” (hiper-agile) architektur, 90% aplikacji w platformach chmurowych (PaaS) będzie wykorzystywało mikrousługi, zaś 95% nowych mikrousług będzie ulokowanych w kontenerach. Ponieważ firmy będą tworzyć coraz więcej usług na potrzeby cyfrowej gospodarki, będą poszukiwały zupełnie nowych sposobów na to, by móc je sprawnie i szybko opracować. Oznacza to wykorzystanie „ultra-zwinnych” metod tworzenia aplikacji, które zapewniają szereg korzyści, m.in. dużą elastyczność czy mobilność. Te technologie wpłyną na 10-krotny wzrost liczby aplikacji i mikrousług.
  6. Do 2020 roku obserwować będziemy rozwój i urozmaicenie interfejsów odpowiedzialnych za komunikację na linii człowiek – technologia. 25% pracowników terenowych, w tym serwisantów IT, będzie wykorzystywać rozszerzoną rzeczywistość, zaś prawie 50% nowych aplikacji mobilnych będzie korzystać z głosu jako podstawowego interfejsu komunikacyjnego. Zdaniem IDC, rozszerzona rzeczywistość (AR) zredefiniuje sposób pracy terenowych serwisantów dzięki technologii nakładania obrazów, stałemu dostępowi do aktualizowanych specyfikacji technicznych czy kontaktowi wideo z koordynatorami i doświadczonymi pracownikami technicznymi. Rozszerzona rzeczywistość fundamentalnie zmieni także sposoby wykorzystania przez pracowników cyfrowych informacji. Co więcej, zdaniem IDC, głos jest na najlepszej drodze do tego, by stać się domyślnym sposobem interakcji z biznesowymi aplikacjami mobilnymi.
  7. Do 2021 roku co najmniej 25% organizacji z rankingu Global 2000 będzie wykorzystywać na dużą skalę technologię blockchain jako podstawę realizacji bezpiecznych operacji cyfrowych. Rozproszone rejestry (Distrubuted Ledger Technology) stanowiące rdzeń tej technologii, mają duży potencjał do zwiększenia bezpieczeństwa transferu danych (jedna wersja prawdy), szybszego prowadzenia rozliczeń oraz wdrażania inteligentnych kontraktów (automatyczne zakupy i sprzedaż). IDC przewiduje, że adaptacja technologii blockchain będzie wolno, ale systematycznie zyskiwać na popularności przez następne 36 miesięcy. Podmioty, które wcześniej skorzystają z tej technologii, będą miały większą szansę na zwiększenie swojej przewagi konkurencyjnej. Te, które wstrzymają się z jej adaptacją nie będą wprawdzie jeszcze tracić swojej pozycji rynkowej, lecz będą zmuszone do obserwacji zastosowania blockchain.
  8. Do 2020 roku 90% dużych przedsiębiorstw będzie generować zyski z rozwiązań opartych o dane w modelu „dane jako usługa” (Data as a Service). Zdolność firm do tworzenia, pozyskiwania i zarządzania danymi o dużej wartości biznesowej i wykorzystywania ich zarówno na własny użytek, jak i do celów komercyjnych, dość szybko stanie się kolejnym ważnym parametrem wyceny i możliwości przedsiębiorstw. Zapewnienie dostępu do krytycznej masy zewnętrznych danych, będzie kluczowym składnikiem opartych na sztucznej inteligencji rozwiązań i usług.
  9. Dzięki ulepszaniu prostych narzędzi programistycznych (low-code/no-code), w ciągu najbliższych 36 miesięcy znacznie zwiększy się liczba programistów i deweloperów nieposiadających kompetencji technicznych. Wzrost liczby rozwiązań programistycznych umożliwiających obsługę za pośrednictwem interfejsów graficznych sprawi, że znacznie więcej firm będzie cyfrowo wspomagać swoje operacje biznesowe bez konieczności sięgania po wsparcie doświadczonych i wykwalifikowanych specjalistów w obszarze programowania czy kodowania. Rosła będzie liczba deweloperów o korzeniach biznesowych, zdolnych do tworzenia przy użyciu intuicyjnych narzędzi deweloperskich coraz bardziej wyrafinowanych cyfrowych produktów i usług. Przedsiębiorstwa będą z większym zainteresowaniem sięgać po tego typu rozwiązania programistyczne, propagując jednocześnie trend „każdy jest deweloperem”.
  10. Do 2021 roku ponad połowa organizacji z rankingu Global 2000 będzie przeprowadzać jedną trzecią interakcji z usługami cyfrowymi za pośrednictwem otwartych ekosystemów API, czego nie obserwowaliśmy niemal wcale w 2017r. Tworzenie otwartych interfejsów programowania aplikacji pozwoli firmom na maksymalizację przychodów dzięki współpracy z podmiotami trzecimi, wykorzystującymi ich cyfrowe platformy. Doskonałym przykładem jest tutaj branża technologii finansowych (fintech), która dzięki dostępowi do cyfrowego know-how oraz systemów transakcyjnych i ogromnych zbiorów danych dużych organizacji finansowych jest w stanie oferować bardziej innowacyjne i wygodniejsze w obsłudze usługi oraz produkty. Zdaniem IDC, w ciągu najbliższych 36 miesięcy liderzy cyfrowej transformacji zaczną bardziej inwestować w otwarte ekosystemy API, zaś firmy, które nie podążą w tym kierunku, znajdą się na marginesie gospodarki kształtowanej przez cyfrową transformację.

Prognozy zostały opublikowane w nowym raporcie IDC FutureScape i zaprezentowane podczas konferencji internetowej, której gospodarzem był główny analityk IDC Frank Gens. Zarówno raport, jak i zapis konferencji internetowej są dostępne pod adresem: https://www.idc.com/events/futurescapes.

Czy wybory we Włoszech zakłócą europejskie rynki?

Według obserwatorów jednym z najważniejszych wydarzeń, które zdeterminuje w najbliższym czasie rytmy ekonomiczne Unii Europejskiej są marcowe wybory do włoskiego parlamentu. Dzięki sondażom można przypuszczać, że największe szanse na zwycięstwo ma partia populistów, która zapowiada opuszczenie strefy euro. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że po nieudanym referendum sytuacja jest przesądzona, ale czy na pewno? Sytuację analizuje Krzysztof Sadecki, polski finansista i ekspert w dziedzinie zachowań rynków inwestycyjnych.

Krzysztof Sadecki
Krzysztof Sadecki

Obserwatorzy włoskiej sceny politycznej zwracają uwagę, że nie ma znaczenia czy Ruch Pięciu Gwiazd założony przez znanego we Włoszech komika utworzy rząd. Samo działanie tej partii jest wystarczającym bodźcem dla wskaźników rynkowych. Im większą siłę ma ugrupowanie, które chce opuścić strefę euro tym większym strachem reagują rynki. Ruch Pięciu Gwiazd dopiero zaczyna prowadzić w sondażach, ale nie jest w nich sam. Przewaga ugrupowania Beppe Grillo jest niestabilna, w związku z powyższym nic nie jest jeszcze przesądzone.

– Zwycięstwo Ruchu Pięciu Gwiazd jest brane pod uwagę. Nie oznacza to jednak poważnych zmian na rynkach europejskich. Rynkom nie jest oczywiście na rękę populistyczne zachowanie liderów tej partii. Jak na razie reaguje na nie giełda włoska i inwestorzy, którzy muszą się liczyć z programem wyborczym Ruchu. Populiści zapowiadają przebudowę systemu bankowego, wyjście z Europejskiego Mechanizmu Stabilności, rezygnację z programów pomocowych dla europejskich gospodarek, wspomina się również o referendum w sprawie wyjścia ze strefy euro. Skoro nie zapowiada się na koalicję Ruchu Pięciu Gwiazd z kimkolwiek, w przeciwieństwie do możliwości porozumienia między Partią Demokratyczną a Forza Italia, to ważniejsze od waluty będą gospodarcze problemy Włoch – twierdzi Krzysztof Sadecki.

Włochy borykają się z problemem sporego długu publicznego i koniecznością jego obsługi systemem pożyczek, których możliwości uzyskania w razie zwycięstwa populistów zostaną mocno ograniczone. To konkretny problem przy radykalnym sprzeciwie wyborców wobec polityki oszczędzania, która pozwoliłaby dług ten zredukować. Bezrobocie we Włoszech jest wyższe niż Polsce, a wzrost gospodarczy oscyluje wokół minimum. Odwrócenie się od UE może Włochom wyłącznie zaszkodzić tym bardziej, że ich gospodarka bazowała do tej pory na dobrych relacjach z Francją i Niemcami.

Jak na razie nie ma mowy o zagrożeniu dla procesów ekonomicznych na całym kontynencie, a tym bardziej w Polsce. Eksperci zdają sobie sprawę z umownego podziału Włoch na Północ i Południe. Północ postrzega samą siebie jako pracowitą i kumulującą cały przemysł, a przy tym proeuropejską. Południowcy żyjący głównie z turystyki oraz rolnictwa i jako jedyni mogliby uwierzyć populistycznym hasłom. Prędzej więc doszłoby do rozłamu między samymi Włochami aniżeli do jakichś poważniejszych tąpnięć pomiędzy Włochami a Unią Europejską i strefą euro. Wybory we Włoszech zasługują więc na uwagę, ale na pewno nie na tak duże lęki jakimi na progu nowego roku próbuje nas elektryzować medialne forum – podsumowuje analityk biznesowy.

Kierunki rozwoju rynku hotelarskiego w Polsce

W tym roku w naszym kraju w obiektach hotelowych przybędzie kilkanaście tysięcy miejsc noclegowych

Branża przeżywa obecnie swój czas. W 2017 roku podstawowe wskaźniki operacyjne hoteli wzrosły w większości aglomeracji miejskich w Polsce, pomimo rekordowych wyników odnotowanych w 2016 roku. Już  od kilku lat w tym segmencie rynku można obserwować dużą aktywność inwestorów, dzięki czemu zaplecze hotelowe w naszym kraju stale wzbogaca się o atrakcyjne obiekty.

Jak zauważają eksperci Walter Herz, w Polsce nieustannie rośnie popyt na usługi hotelowe, zarówno ze strony turystów, jak i klientów biznesowych. Według danych GUS, liczba turystów korzystających z noclegów w obiektach hotelowych w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy 2017 roku wzrosła w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej o 1,5 mln, co stanowi wzrost na poziomie 6 proc.

Hoteli brakuje w największych aglomeracjach  

Polski rynek hotelarski wciąż jest rynkiem rozwijającym się, choć liczy już ponad 2,7 tys. skategoryzowanych obiektów hotelowych, które oferują łącznie ponad 135 tys. pokojów. To wciąż niewiele porównując z rynkami Europy Zachodniej i liczbą pokojów hotelowych przypadających na mieszkańców danego państwa.

Duży potencjał inwestycyjny wykazują niezmiennie największe aglomeracje w kraju, przede wszystkim Warszawa, gdzie jak obliczają analitycy Walter Herz, rynek hotelowy w przeciągu najbliższych trzech lat wzbogaci się o ponad 5 tys. pokojów. W stolicy wciąż jest miejsce dla nowych placówek wszystkich kategorii. Specjaliści zauważają, że do niedawna na warszawskim rynku dominowali klienci biznesowi, teraz Warszawę coraz liczniej odwiedzają turyści, których jest już ponad 10 mln rocznie.

W tym roku w Warszawie w miejscu dawnego Hotelu Europejskiego na Krakowskim Przedmieściu ma zostać oddany m.in. reprezentacyjny hotel Raffles ze 103 pokojami. Kolejne inwestycje hotelowe, które zostaną ukończone to hotel Renaissance na Lotnisku Chopina z 225 pokojami, hotel Four Points by Sheraton na Służewcu Przemysłowym ze 192 pokojami, czy Moxy Koneser na Pradze ze 141 pokojami, wyliczają specjaliści Walter Herz.

Inne obiekty hotelowe, które przyjmą gości w tym roku to 163 pokojowy Hampton by Hilton przy ulicy Postępu, ponad 350 pokojowy Krakowska Residence w warszawskiej dzielnicy Włochy, czy 220 pokojowy Ibis Styles przy ulicy Grzybowskiej. W warszawskich obiektach, które mają zostać oddane do użytku w 2018 roku znajdzie się łącznie ponad 2 tys. pokojów.

Przyszłe inwestycje w Warszawie

W kolejnych latach w Warszawie otworzy się jeszcze m.in. 330 pokojowy Motel One w Śródmieściu, 120 pokojowy Port Praski, 300 pokojowy hotel combo marek Residence Inn i Moxy, a także kolejne hotele ibis Styles.

Na warszawski rynek wejdzie również Holiday Inn przy Dworcu Zachodnim z 217 pokojami, Focus Hotel na Służewcu z 238 pokojami, 150 pokojowy hotel Puro Warszawa Centrum i liczący ponad 100 pokojów, 5 gwiazdkowy Autograph Collection na warszawskiej Starówce.

Pod koniec przyszłego roku na Ursynowie ma zostać oddany również pierwszy hotel marki Staybridge Suites należącej do Grupy InterContinental, który dostarczy 190 pokojów, podają specjaliści Walter Herz.

Planowane inwestycje w regionach

W opinii doradców Walter Herz, ogromny potencjał i pole do lokowania nowych inwestycji hotelowych w Polsce ma nie tylko Warszawa, ale i inne aglomeracje. W Krakowie, Poznaniu, czy Wrocławiu na najbliższe lata również zaplanowanych zostało wiele inwestycji hotelowych.

W Gdańsku ruszyć ma niebawem 76 pokojowy hotel ibis Budget w Jelitkowie, 354 pokojowy hotel Deo na Wyspie Spichrzów, 236 pokojowy Holiday Inn, 140 pokojowy Grano Residence, a także 154 pokojowy Hampton by Hilton na Starym Mieście i hotel w Dworze Uphagena ze 150 pokojami. W okresie najbliższych dwóch lat w mieście przybędzie łącznie ponad tysiąc miejsc noclegowych.

We Wrocławiu na 2019 rok planowany został hotel MGallery by Sofitel ze 190 pokojami i hotel Klasztor Grupy Arche z 200 pokojami.

Nowe marki hotelowe w Polsce

W Krakowie ma zostać otwarty m.in. hotel Puro na Kazimierzu na ponad 200 pokojów, hotel Radisson Red z 230 pokojami, hotel B&B Kraków Centrum ze 130 pokojami oraz dwa butikowe hotele Ferreus i H15 łącznie ze 140 pokojami. W centrum Krakowa, przy ulicy Stradomskiej, w bezpośrednim sąsiedztwie Wawelu powstanie także Autograph Collection Hotel ze 125 pokojami lifestylowej marki należącej do Marriott International, który będzie pierwszym obiektem tej ekskluzywnej linii w Polsce. W tym roku rozpocznie się również budowa hotelu Best Western Balice Airport.

W Poznaniu na ten rok przewidziane jest otwarcie Hampton by Hilton (117 pokojów) i Focus Hotel Poznań (94), a w przyszłym hotelu Moxy (120) przy lotnisku Ławica. Poza tym, do sieci Best Western Hotels & Resorts dołączyć mają dwa nowo powstające poznańskie obiekty – Edison Park Hotel pod marką Premier Collection i hotel na Starym Rynku marki Sure Hotel, a istniejący Hotel Edison, położony w miejscowości Baranowo pod Poznaniem, poddany zostanie procesowi modernizacji.

Inwestorzy wchodzą do mniejszych miast

Nowym trendem rynkowym, jaki zauważają eksperci Walter Herz, jest coraz większe zainteresowanie inwestorów działających w segmencie hotelowym i międzynarodowych franczyzodawców mniejszymi ośrodkami miejskimi w Polsce. Jako przykład wymieniają realizację obiektu hotelowego w rewitalizowanej fabryce fortepianów w Kaliszu. W jej miejscu powstaje kompleks  biurowo-hotelowo-kulturalny Calisia One, w którym w tym roku ma zostać oddany do użytku hotel marki Hampton by Hilton z ponad 100 pokojami. W Oświęcimiu w hotelu Hampton by Hilton znajdzie się zaś 120 pokojów.

Nowe obiekty międzynarodowych marek otworzą się też w polskich kurortach, w tym m.in. hotel Radisson Blu w Zakopanem ze 158 pokojami i 68 apartamentami oraz hotel Hilton Garden Inn w Kołobrzegu.

Eksperci Walter Herz zwracają uwagę, że w strukturze polskiej bazy hotelowej przeważają hotele indywidualne, których właścicielami są polskie firmy, zajmujące się samodzielnie ich prowadzeniem. Podobnie jest z popytem na noclegi. W Polsce to głównie rodzimi turyści napędzają koniunkturę w sektorze hotelarskim. Z usług hotelowych w naszym kraju korzysta jedna trzecia obcokrajowców i dwie trzecie Polaków.

Autor: Walter Herz

Niemiecka koalicja i dane inflacyjne w centrum uwagi

Dane inflacyjne z Polski prawdopodobnie przypieczętują neutralne stanowisko RPP. Kurs EUR/USD wyhamował wzrost, a dzisiejszą europejską sesję rozpoczyna spadkami. Część członków SPD sprzeciwia się Wielkiej Koalicji.

Wczorajszy odczyt inflacji pokazał, że dynamika cen w Polsce w grudniu wyniosła 2,1%, a nie 2% r/r, jak sugerował ostatni „szybki szacunek” GUS. Spadek inflacji z poziomu 2,5% w listopadzie do 2,1% r/r w grudniu był spowodowany przede wszystkim efektem wysokiej bazy statystycznej. Jedną z głównych przyczyn utrzymywania się dynamiki cen na obecnych poziomach pozostaje relatywnie wysoka dynamika cen żywności, która w poprzednim miesiącu wyniosła aż 5,8%.

Dzisiaj poznamy wyliczenia krajowej inflacji bazowej w grudniu. Zgodnie z oczekiwaniami konsensusu dynamika cen bazowych powinna spaść z poziomu 0,9% do 0,8% rocznie. Faktyczny spadek inflacji bazowej powinien stanowić dla RPP kolejny argument za tym, żeby nie podnosić stóp procentowych w ciągu najbliższych kilku kwartałów.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,17 – 4,19. Wspólna waluta kontynuowała umocnienie w relacji do głównych walut, jednak dynamika wzrostu była znacznie bardziej ograniczona niż w poprzednich dniach. We wczorajszej wypowiedzi Ardo Hansson z EBC stwierdził, iż program skupu aktywów (QE) mógłby zakończyć się już we wrześniu. Natychmiast, bez przeprowadzania bardziej łagodnego “stopniowego wygaszania”.  Stwierdził również, iż ostatnia aprecjacja EUR w jego opinii nie stanowi istotnego ryzyka dla perspektyw wzrostu inflacji. Na jego słowa warto patrzeć jednak z dystansem – Hansson jest jednym z najbardziej jastrzębich członków EBC i nie reprezentuje poglądów większości członków banku centralnego.

Umocnienie wspólnej waluty pod koniec ubiegłego tygodnia było związane w dosyć istotnym stopniu z informacją, iż Niemcy znajdują się już na ostatniej prostej do utworzenia Wielkiej Koalicji partii CDU/CSU i SPD. Pozostawały jednak obawy, czy przewodniczący SPD, Martin Schulz będzie w stanie przekonać własną partię do poparcia sojuszu. Póki co nie ma jednoznacznej zgody – do tej pory dwie regionalne gałęzie SPD (berlińska i saksońsko-anhalcka) wyraziły w wewnętrznych głosowaniach otwarty sprzeciw wobec koalicji.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,2%, wahając się w widełkach 4,68 – 4,70. We wczorajszej wypowiedzi Silvana Tenreyro z Banku Anglii skupiła się na kwestii niskiej produktywności, która ciąży brytyjskiej gospodarce, stwierdzając przy tym, iż Brexit (z uwagi na niepewność związaną z negocjacjami) szkodzi inwestycjom, tym samym będzie negatywnie wpływał na produktywność.

Dzisiejsze dane z gospodarki Wielkiej Brytanii pokazały spadek inflacji CPI z poziomu 3,1% r/r w listopadzie do 3% r/r w grudniu, który był w pełni zgodny z oczekiwaniami. Inflacja bazowa spadła nawet nieco bardziej – z poziomu 2,7% do 2,5% (wobec oczekiwań 2,6% rocznie). Jest to na pewno dobra wiadomość dla Banku Anglii, który był zaskoczony ostatnim wzrostem dynamiki cen. Jest to jednocześnie niezbyt dobra wiadomość dla funta, dla którego niższa inflacja oznacza mniejszą presję na Bank Anglii w kwestii podwyżek stóp procentowych. Reakcja brytyjskiej waluty na dane była jednak dość ograniczona, co można powiązać z tym, iż spadek CPI był oczekiwany, powyżej oczekiwań dodatkowo wzrosły ceny producentów.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek osłabił się o 0,5%, wahając się w widełkach 3,39 – 3,42. Amerykańska waluta wczoraj kontynuowała straty, dzisiejszy dzień rozpoczyna natomiast lekkim umocnieniem. Może to być związane z tym, iż ostatnia wyprzedaż – nawet biorąc pod uwagę czynniki za nią stojące – była bardzo silna i wyjatkowo gwałtowna, co może wymuszać korektę. Pytanie, czy nastąpi ona teraz, czy przed spotkaniem EBC w przyszłym tygodniu, przed którym inwestorzy mogą chcieć realizować zyski. Interesujące w kontekście wspomnianego spotkania będzie to, w jaki sposób Mario Draghi zmieni ton komunikacji oraz czy zwróci uwagę na siłę euro, które w relacji do USD od ostatniego spotkania EBC zyskało około 4%.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

14:00 – inflacja bazowa w Polsce w grudniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Wyhamowuje aprecjacja złotówki

W poniedziałek Główny Urząd Statystyczny podał najnowsze dane o inflacji. W porównaniu z grudniem 2016 r., w grudniu 2017 r. ceny towarów i usług konsumpcyjnych były wyższe o 2,1%, podczas gdy prognozowano zwyżkę o 2%. Z kolei w całym 2017 r. ceny w Polsce wzrosły o 2% wobec spadku o 0,6% w 2016 r. Największy wpływ na tę sytuację miał wzrost cen żywności i transportu. Jednocześnie mamy do czynienia z wyhamowaniem aprecjacji złotówki, która w ciągu ostatniej doby z głównych walut światowych zyskuje tylko do nadal słabnącego dolara amerykańskiego.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar nadal traci do głównych walut: euro (-0,12%), brytyjskiego funta (-0,32%), dolara kanadyjskiego (-0,11%), dolara australijskiego (-0,12%) oraz japońskiego jena (-0,1%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,222, GBP/USD – 1,378, USD/CAD – 1,244, AUD/USD – 0,795 i USD/JPY – 110,8. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,08%) i kurs EUR/JPY wynosi 135,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,887. Złotówka zyskuje do dolara, minimalnie traci do funta i franka szwajcarskiego i jest na tym samym poziomie do euro. We wtorek rano dolar kosztuje 3,41 zł, euro – 4,17 zł, funt – 4,7 zł, a frank – prawie 3,54 zł.

Giełdy: Na europejskich giełdach dominuje kolor czerwony, a na amerykańskich i azjatyckich – zielony. W poniedziałek w Europie londyński indeks FTSE 100 stracił 0,12%, frankfurcki indeks DAX – 0,34%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,13%. W Amerykach meksykański indeks Bolsa podniósł się o 0,47%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,51%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei wzrósł o 1%, indeks Shanghai Composite – o 0,77%, a hongkoński indeks Hang Seng – o 1,66%.

Ropa i złoto: W porównaniu z sytuacją w weekend ceny ropy naftowej nadal rosną. We wtorek rano baryłka ropy Brent kosztuje 69,92 USD (+0,07%), a ropy WTI – 64,42 USD (+0,19%). Z kolei cena złota po wcześniejszych wzrostach została nieco zredukowana. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1339 USD. To 3 USD mniej (-0,22%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Niemcy – Inflacja CPI (r/r), grudzień – 1,7% (prognoza 1,7%)
  • 9:00 – Czechy – Inflacja PPI (r/r), grudzień – 0,7% (prognoza 0,6%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja CPI (r/r), grudzień (prognoza 3%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja PPI (r/r), grudzień (prognoza 2,9%)
  • 11:00 – Włochy – Inflacja CPI (r/r), grudzień (prognoza 0,9%)
  • 14:00 – Polska – Wskaźniki inflacji bazowej, grudzień
  • 14:30 – USA – Indeks NY Empire State, styczeń (prognoza 18 pkt.)
  • 18:00 – Szwajcaria – Wystąpienie publiczne szefa SNB

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Od ransomware do miner malware. Cyberprzestępcy zmieniają upodobania?

Według badań przeprowadzonych przez University of Cambridge, kapitalizacja rynkowa kryptowalut wzrosła ponad trzykrotnie od początku zeszłego roku i raczej na tym się nie skończy. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę, że inwestycja w kryptowaluty może być bardzo opłacalna. Z kolei tam, gdzie pojawia się zysk, pojawiają się też ataki cyberprzestępców.                               

Analitycy z laboratorium FortiGuard Labs firmy Fortinet odkryli nowe, ale podobne do znanych już wcześniej, złośliwe oprogramowanie atakujące rynek kryptowalut. Odpowiedzialna za jego powstanie jest grupa przestępcza, która stoi za ransomware VenusLocker.

Autorzy tego malware’u zmienili swój sposób działania i zwrócili uwagę na Monero, kryptowalutę open-source utworzoną w kwietniu 2014 r., która obecnie kosztuje około 400 USD.

Jak działa Monero miner?

Złośliwe oprogramowanie ma na celu wykopywanie kryptowaluty na rzecz przestępców z komputera ofiary. Atak nadchodzi jako phishingowa wiadomość e-mail. Na przykład jeden z wariantów udaje, że pochodzi od sprzedawcy odzieży online, który twierdzi, że dane odbiorcy zostały ujawnione w wyniku włamania do witryny. Oczywiście wiadomość e-mail nakłania do otwarcia zainfekowanego załącznika, aby uzyskać więcej szczegółów i instrukcję działania. Inny wariant informuje odbiorcę maila, że jest prawnie odpowiedzialny za wykorzystywanie na swojej stronie www grafik bez zgody ich twórców. Następnie zaleca, aby odbiorca otworzył załącznik, aby sprawdzić pliki, o których mowa.

Po załadowaniu szkodliwego oprogramowania uruchamiany jest plik binarny narzędzia Monmer CPU XMRig v2.4.2. Aby ukryć tę operację, malware podszywa się pod plik wuapp.exe, który uruchamiany jest wcześniej, co pozwala uniknąć podejrzeń.

Co ciekawe, ten sam schemat został użyty w przeszłości przez ransomware VenusLocker. – Aby to potwierdzić, analitycy FortiGuard Labs przyjrzeli się metadanym plików skrótów i znaleźli bezpośredni związek z oprogramowaniem ransomware. Oprócz ścieżek docelowych pliki skrótów używane w ransomware VenusLocker są praktycznie identyczne z używanymi w tej kampanii – wyjaśnia Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

Dlaczego Monero?

Dlaczego cyberprzestępcy nie skupiają się na Bitcoinie tylko na wycenianym o wiele niżej Monero? Istnieją dwa główne powody.

Po pierwsze: algorytm wydobywania Monero jest przeznaczony dla zwykłych komputerów, w przeciwieństwie do Bitcoina, który wymaga specjalistycznego sprzętu, takiego jak układy scalone specyficzne dla aplikacji (ASIC) lub wysokiej klasy procesory graficzne. Zatem przestępcy wybierają tę kryptowalutę, która pozwala im na przeprowadzanie szerzej zakrojonych kampanii.

Drugim powodem jest obietnica anonimowości transakcji Monero, które używa tak zwanych „adresów stealthowych” wraz z „mieszaniem transakcji”, co sprawia, że ​​ szczegółowa przejrzystość nie istnieje.

Możemy się tylko domyślać, czy zmiana zainteresowań z ransomware na wykopywanie kryptowalut jest początkiem nowego trendu na nadchodzący rok. Prawdopodobnym powodem takiego „przebranżowienia” grup przestępczych jest znaczący wysiłek, jaki branża cyberbezpieczeństwa wkłada w walkę z atakami ransomware. Z tego powodu wymuszenie okupu nie jest już tak łatwe, jak w przeszłości.

Jak zniesienie limitu składek ZUS wpłynie na gospodarkę

Polacy zarabiający powyżej 10 tys. zł miesięcznie będą płacili składki emerytalne przez cały rok, a obecnie płacą je do momentu przekroczenia w danym roku wynagrodzenia odpowiadającego 30-krotności średniego wynagrodzenia w gospodarce.

Zmiany mają obowiązywać od 2019 r., a ustawowe rozwiązania rząd początkowo komentował jako uderzające w najbogatszych, choć jest akurat przeciwnie.

W rzeczywistości próg 30-krotności miał chronić system emerytalny przed wypłacaniem bardzo wysokich emerytur. Tym bardziej, że ZUS ma coraz większą “dziurę” finansową, która trzeba łatać z budżetu państwa.

Przeciw zmianom były zarówno związki zawodowe, jak i pracodawcy, co było sytuacją dość wyjątkową. Po co więc wprowadzono takie zmiany?

-To są zmiany wynikające z bieżących potrzeb budżetu państwa – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Teraz budżet państwa zaoszczędzi, ale przyszłości zmiana ta będzie bardzo niekorzystna.

Inflacja poniżej celu. Zmiana premiera w Rumunii

Wczorajsze dane na temat inflacji nie przybliżają nas do podwyżki stóp procentowych w Polsce. W Rumunii premier utracił poparcie własnej partii i podał się do dymisji. Wenezuela pogłębia kryzys.

Inflacja wciąż poniżej celu

Wczoraj poznaliśmy dane na temat wzrostu cen w Polsce. W skali roku jest to 2,1%, to o 0,1% więcej niż oczekiwali analitycy oraz o 0,5% mniej niż poprzednio. Jaki jest wpływ inflacji na kurs walutowy? Najlepiej go widać z perspektywy stóp procentowych. Rosnące ceny powodują, że państwo zaczyna podnosić stopy procentowe aby zmniejszyć ilość taniego pieniądza na rynku. Jeżeli stopy rosną to rośnie również atrakcyjność bezpiecznych form inwestowania, co przyciąga kapitał. W rezultacie umacnia się waluta. Z tego też powodu analitycy uważnie śledzą wskaźniki makroekonomiczne w Europie. W USA cykl podwyżek już na dobre się rozpoczął, z kolei na starym kontynencie wciąż stopy pozostają na poziomach z kryzysu gospodarczego.

Problemy polityczne w Rumunii

Gospodarka tego kraju zaskakuje. W końcu wzrost w trzecim kwartale po wyrównaniu sezonowym o 8,6% to nie jest coś co widuje się na co dzień. Nie znaczy to wcale, że pozycja premiera odpowiadającego za te wyniki jest stabilna. Po zaledwie 7 miesiącach ze stanowiskiem pożegnał się Mihai Tudose. Powodem była utrata poparcia ze strony jego własnej partii. Tymczasowym premierem został jeden z liderów partii. Od informacji o rezygnacji waluta Rumunii osłabiła się już niemal o 1% względem euro.

Wenezuela wciąż rozdaje pieniądze

Wydawać by się mogło, że kraj przeżywający takie problemy powinien jednak ograniczyć wydatki. Inaczej działa to jednak w Wenezueli. Prezydent zapowiedział właśnie zasiłek macierzyński. Ma on mieć wartość 700 tysięcy boliwarów. Wartość bolivara jednak ciągle spada. W listopadzie za 40 tysięcy można było kupić dolara. Dzisiaj jest to już niemal 200 tysięcy. W kraju zdaniem obserwatorów panuje hiperinflacja, czego najlepszym dowodem jest kolejna zapowiedź wzrostu płacy minimalnej. W 2017 roku wspomniana płaca minimalna by gonić inflację wzrastała pięciokrotnie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – inflacja bazowa,
  • 14:30 – USA – indeks NY Empire State.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Sprawdź analizę techniczną na EURJPY oraz GBPUSD

Pomimo mocnego pesymizmu związanego z Brexit-em funt brytyjski znajduje się w trendzie wzrostowym niemalże na każdym wyższy interwale czasowym. Po ostatniej panicznej wyprzedaży GBP w stosunku do USA, która miała miejsce w 2016.10.02 nie pozostało nic. Po batalii kupujących oraz sprzedających pierwsza grupa pokazała swoją przewagę. Na parze walutowej GBPUSD trend wzrostowy potwierdzony jest przez trzy wysokie interwały czasowe – tygodniowy, dzienny oraz czterogodzinowy. Notowania na każdym ze wspomnianych interwałów czasowych znajdują się powyżej wolnej 55-okresowej średniej kroczącej oraz szybkiej 14-okresowej EMA. Ponadto trend wzrostowy został potwierdzony przez pozostałe wskaźniki techniczne.

Notowania GBPUSD, interwał tygodniowy

Notowania GBPUSD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Notowania funta szterlinga w stosunku do dolara amerykańskiego od początku 2017 roku poruszają się w kanale wzrostowym. W połowie 2017 roku doszło do pokonania mocnej strefy oporu 1.300. Dzięki temu strona kupująca umożliwiła sobie dojście do kolejnego poziomu oporu 1.38 -1.40. Głównym pytaniem jest, czy poziom oporu zostanie pokonany za pierwszym razem?

Niestety jest to bardzo mało prawdopodobne, nawet przy mocno wzrostowych wskazaniach wspomnianych wskaźników technicznych. Po pierwsze od kilku tygodni notowania GBPUSD znajdują się w mocnym rajdzie wzrostowym, zatem korekta byłaby zdrowa dla kontynuacji trendu. Po drugie notowania dotarły w okolicę konfluencji oporów technicznych. Tuż nad aktualnym kursem znajduje się strefa oporu wyrysowana przez minimum z lutego 2016 roku. Oprócz tego w pobliżu aktualnego kursu przebiega górna banda kanału wzrostowego, co może wyhamować obecny rajd.

Gdzie może dotrzeć korekta? Gdyby doszło do korekty, to prawdopodobnie notowania GBPUSD będą zmierzać w okolicę mocnego wsparcia 1.326. Pokonana strefa byłaby jednoznaczna z możliwością przetestowania dolnej bandy kanału wzrostowego. Po zakończonej korekcie trend wzrostowy prawdopodobnie będzie kontynuowany.

Kolejną ciekawą parą walutową jest EURJPY, na której w najbliższych dniach być może dojdzie do zakończenia korekty spadkowej długoterminowego ruchu wzrostowego. Na interwale dziennym wskazania wskaźników technicznych świecą na czerwono, zatem mamy do czynienia z trende spadkowym. Natomiast spoglądając na wskazania interwału tygodniowego trzy z pięciu wskazują na trend wzrostowy.

Notowania EURNZD, interwał dzienny

Notowania EURNZD, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Oprócz tego notowania EURJPY znajdują się ponad długoterminową linią trendu, co potwierdza wskazania trzech wskaźników na interwale tygodniowym. Ponadto aktualnie notowania pary walutowej odbiły się od mocnego wsparcia w okolicy 1.66. Korekta dyktowana jest przez krótkoterminową linie trendu spadkowego. Jeżeli kupującym uda się wybronić wsparcie oraz pokonać linię trendu korekty, to prawdopodobnie notowania EURJPY powrócą do długoterminowego trendu wzrostowego.

Po pokonaniu linii trendu spadkowego pierwszy celem kupujących może być strefa podaży w okolicy poziomu 1.70. Przegrana sprzedających w tym miejscu oznaczałaby kontynuację wzrostów w okolicę szczytu z 2017 roku.

Dział Analiz Admiral Markets

Branża HR nie obawia się sztucznej inteligencji. Roboty mogą tylko pomóc, ale pracy nie zabiorą

Przedstawiciele wielu grup zawodowych, m.in. prawnicy i lekarze, boją się, że z czasem maszyny zupełnie wyeliminują ich z rynku. Natomiast rekruterzy wręcz odwrotnie. Oczekują rozwiązań, które ułatwią im wybieranie odpowiednich kandydatów. Ponadto, chcą odstąpić od wykonywania nudnych, biurokratycznych obowiązków. Dzięki wsparciu sztucznej inteligencji, będą mogli lepiej zająć się przygotowaniem pozyskanego już pracownika do nowego stanowiska i precyzyjniej zaprojektować mu dalszą ścieżkę kariery. Według ekspertów, ludzie szybko docenią korzyści wynikające z krótszych procesów rekrutacyjnych. Ale zanim to nastąpi, mogą obawiać się kontaktu z robotami, a często nawet rezygnować z nowoczesnych rozmów kwalifikacyjnych. Jednak branży to nie zraża. Jak będzie w praktyce, czas pokaże. Na pewno pierwsze zachowania kandydatów w stosunku do automatycznych „rekruterów” mogą być różne.

Jak przewiduje Wojciech Wdowiak, wiceprezes zarządu portalu Kariera.pl, za 10 lat wszyscy będziemy przyzwyczajeni do obecności robotów w wielu dziedzinach naszego życia. W rekrutacji również będą one powszechnie stosowane. Dzięki odpowiedniemu przygotowaniu algorytmów, wyszukiwanie kandydatów do pracy stanie się znacznie łatwiejsze. Wówczas główną rolą rekrutera będzie weryfikacja miękkich umiejętności i dopasowanie potencjalnego pracownika do organizacji.

– Roboty całkowicie nie zastąpią specjalistów z tej branży. Moim zdaniem, ten moment raczej nigdy nie nastąpi, bo zawsze w cenie będzie wieloletnie, w tym życiowe doświadczanie w analizie niektórych predyspozycji zawodowych, a także prowadzenie indywidualnych konsultacji czy negocjacji. Co więcej, rekruterzy będą rozszerzać swoją działalność w innych dziedzinach, skupiając się na bardziej holistycznym podejściu do budowania zespołów oraz wizerunku pracodawcy. Dlatego specjaliści z tej branży nie obawiają się widma tzw. bezrobocia technologicznego – mówi Wojciech Wdowiak.

Polacy bardzo szybko przyzwyczajają się do korzystania z nowoczesnych technologii, które ułatwiają im życie. Pokazuje to choćby przykład bankowości mobilnej. Tak samo, jak sprawnie zaczęliśmy wykorzystywać telefony komórkowe do wykonywania przelewów, zaczniemy stosować nowe metody w rekrutacji. Jeszcze 15-20 lat temu mało kto by przewidział, że w przyszłości praktycznie cała bankowość będzie w przenośnym urządzeniu. A dziś aplikacje mobilne służą zarówno do poszukiwania pracy, jak i do obsługi procesów kadrowych.

– Za pośrednictwem telefonu można już występować o dni wolne, zaświadczenia o zatrudnieniu czy zgłaszać zwolnienia chorobowe. Dzięki temu, nasza praca staje się szybsza i łatwiejsza. Według mnie, cała szeroko pojęta branża na tym zyska, bo wymaga zmian. Trzeba opracować nowe modele rekrutacji, bo dotychczasowe narzędzia powoli przestają się sprawdzać. Dlatego rekruterzy nie mogą się bać nadchodzących rozwiązań. Powinni blisko współpracować z działami IT i marketingu, bo mieszanka tych umiejętności będzie kluczowa na przyszłym rynku pracy – dodaje Wojciech Wdowiak.

W opinii eksperta, zanim sztuczna inteligencja całkowicie upowszechni się w procesach rekrutacyjnych, wielu kandydatów do pracy może oczywiście czuć się niepewnie w kontakcie z nią. Z początku niektórzy będą rezygnowali z takich spotkań. Będą z góry przekonani, że to nie skończy się pozytywnie, bo na maszynie nie da się zrobić innego, jak tylko merytorycznego wrażenia. Osoby mniej otwarte na nowoczesne rozwiązania mogą mieć problem z odnalezieniem się w nowej rzeczywistości, ale będą musiały się przystosować. Podobnie, jak dziś pisanie CV na komputerze jest powszechnym zjawiskiem, tak za kilka lat nikogo nie będzie dziwić rozmowa w sprawie pracy z robotem.

– Dzięki sztucznej inteligencji znacznie skrócą się procesy rekrutacyjne. Wyraźnie skorzystają na tym kandydaci, którzy obecnie bardzo długo muszą czekać na informację zwrotną od potencjonalnego pracodawcy lub agencji HR. Nowa technologia przyspieszy zarówno analizę danych, jak również organizację bezpośrednich spotkań. To spowoduje, że osoba poszukująca posady będzie czuła się lepiej obsłużona. Właśnie tego typu korzyści przełamią barierę technologiczną między ludźmi i maszynami – stwierdza Wdowiak.

Według eksperta z portalu Kariera.pl, już teraz sztuczna inteligencja jest w stanie dużo szybciej i skuteczniej pozyskiwać wiele informacji na temat danej osoby, niż zrobiłby do człowiek. To powoduje, że wie więcej od doświadczonego rekrutera. Potrafi przeanalizować kompetencje i zachowania potencjalnego kandydata, a tym samym lepiej dopasować go do oferty pracodawcy. Oczywiście to nie koniec możliwości, bo ta technologia stale się rozwija. I coraz nowocześniejsze rozwiązania bardzo szybko trafiają do Polski. Zasadniczo nie odbiegamy od tego, co funkcjonuje obecnie w innych krajach UE czy też USA.

– Nie wszystkie dane, które analizuje sztuczna inteligencja, są brane pod uwagę w procesach rekrutacyjnych. Firmy muszą egzekwować obecne ograniczenia prawne i jednocześnie przygotowywać się do wprowadzenia nowych regulacji dotyczących RODO. Największym zagrożeniem z zakresu ochrony danych osobowych jest budowanie profilu kandydata, zarówno kompetencyjnego jak i osobowościowego, na podstawie jego działań w Internecie, np. odwiedzanych stron czy też informacji udostępnianych na portalach społecznościowych – zwraca uwagę wiceprezes Wdowiak.

Kolejnym niebezpieczeństwem jest to, że algorytm, źle dopasowany do konkretnego procesu rekrutacyjnego, może wykluczać dobrych kandydatów do pracy. Jak wyjaśnia ekspert, na podstawie nieadekwatnych danych „zepsuta” sztuczna inteligencja może przedstawić profil osoby, który zasadniczo odbiega od rzeczywistości. W ten sposób zamknie komuś drogę do awansu, podjęcia nowego wyzwania zawodowego czy też przejścia do innej firmy.

– Pamiętajmy jednak, że wszystkie programy komputerowe są tworzone przez ludzi. Znając zasadę działania danego algorytmu, wysokiej klasy ekspert jest w stanie go oszukać. Jednak w przypadku zwykłego Kowalskiego to byłoby bardzo trudne zadanie. A nawet, gdyby próbował tego dokonać, to nie będzie wiedział, w jaki sposób maszyna przeanalizuje jego zachowanie. Kłamiąc, z równym prawdopodobieństwem może pomóc sobie w znalezieniu pracy albo zaszkodzić. Dlatego tego rodzaju maszyny są dla branży przyszłością – podsumowuje Wojciech Wdowiak.

Abolicja umów zleceń korzystna dla rządu, pracowników i przedsiębiorców

Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawiła projekt abolicji w zakresie ozusowania umów zleceń za lata 2010-2017. To jedno z najlepszych rozwiązań, jakie może zostać przyjęte w najbliższym czasie przez rząd. Jest ono korzystne dla wszystkich. Dodatkowo wprowadzi pewność prawną, jakiej do tej pory brakowało. Zakład Ubezpieczeń Społecznych będzie mógł skoncentrować kontrole tylko na obszarze, gdzie występuje niepewność.

– Po pierwsze – przyniesie korzyść rządowi i Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych, ponieważ w znaczący sposób zwiększy wpływy do budżetu. Szacuje się, że mogą to być nawet 2 miliardy złotych – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Propozycja ta jest też korzystna dla pracowników. Obecnie podstawa ich emerytury jest zaniżana poprzez nieodprowadzanie wszystkich składek na ubezpieczenie społeczne za wskazane lata. Dzięki abolicji wszystkie te okresy rozliczeniowe zostałyby im zaliczone do podstawy świadczenia. Oprócz tego, na proponowanym rozwiązaniu skorzystają także przedsiębiorcy. Uwolni ich to od obecnych zobowiązań wobec ZUS-u, które są nierealne do spłacenia. Jeżeli system w tym zakresie zostanie uszczelniony i będzie zapewniona pewność obrotu, ZUS będzie mógł skierować swoje działania w innym kierunku – dodał Kowalski.

Prezes Zarządu Emperia Holding: postanowienie sądu nie wpływa na spełnienie warunku wezwania

Dariusz Kalinowski Prezes Zarządu, Dyrektor Generalny Emperia Holding S.A.
Dariusz Kalinowski Prezes Zarządu, Dyrektor Generalny Emperia Holding S.A.

Komentarz Zarządu Emperia Holding S.A. dotyczący wydanego w dniu 8 stycznia 2018 r. przez Sąd Okręgowy w Warszawie, XVI Wydział Gospodarczy, postanowienia o zabezpieczeniu roszczenia Eurocash S.A. o uchylenie uchwały nr 2 Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Emperia Holding z dnia 20 grudnia 2017 r. w sprawie zmiany Statutu poprzez wstrzymanie wykonania tej uchwały, w kontekście wezwania ogłoszonego przez MAXIMA GRUPĖ do sprzedaży 100% akcji Emperii Holding.

W nawiązaniu do raportu bieżącego Emperia Holding S.A. („Spółka”) nr 2/2018 z dnia 11.01.2018 pragniemy podkreślić, że postanowienie Sądu o zabezpieczeniu roszczenia Eurocash poprzez wstrzymanie wykonania uchwały nr 2 Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Emperia Holding z dnia 20 grudnia 2017 r. w sprawie zmiany statutu Spółki, w ocenie Spółki pozostaje bez wpływu na spełnienie warunku wezwania ogłoszonego w dniu 24 listopada 2017 r. przez MAXIMA GRUPĖ do sprzedaży 100% akcji Emperii Holding („Wezwanie”) w postaci podjęcia przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Spółki uchwały o zmianie statutu Spółki zmieniającej art. 6e ust. 1 Statutu w sposób określony w pkt. 30 lit. (i) Wezwania.

W dniu 21.12.2017 bowiem, w komunikacie dotyczącym ogłoszonego Wezwania, MAXIMA GRUPĖ poinformowała o ziszczeniu się warunku, o którym mowa w pkt. 30 (i) Wezwania, tj. podjęciu przez Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy Spółki uchwały o zmianie statutu Spółki zmieniającej art. 6e ust. 1 Statutu w sposób określony w pkt. 30 lit. (i) Wezwania.

Zarząd Emperia Holding S.A. nie zgadza się ze wskazanym powyżej rozstrzygnięciem Sądu, w związku z czym podjął decyzję o jego zaskarżeniu.

Pragniemy również zaznaczyć, że sprzeciw wobec uchwały nr 2 Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Spółki z dnia 20 grudnia 2017 r. w sprawie zmiany statutu Spółki zgłosiła jedynie spółka Eurocash, która jest naszym konkurentem rynkowym. Podkreślamy, że na grudniowym Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy Spółki uchwałę o zmianie statutu poparli akcjonariusze reprezentujący ponad 98% głosów w Spółce.

Dariusz Kalinowski, Prezes Zarządu Emperia Holding S.A.

Kurs funta wspiera słabość dolara

Po wczorajszej wyprzedaży dolara, dziś przyszedł czas na przejściowe odreagowanie, ale warunki gry nie uległy zmianie i przyszłość USD pozostaje w mrocznych barwach. Chęć do fundamentalnego kupowania euro także jest obecna, a szum polityczny z Niemiec stwarza tylko okazję do powiększania pozycji po promocyjnej cenie.

Szeroka wyprzedaż dolara osiągnęła przystanek, gdzie rynek musi ocenić, co robić dalej? Przez ostatnie 24 godziny nic nie uległo zmianie po stronie czynników przemawiających za takim, a nie innym układem siły na rynku, ale USD spadł mocno i szybko i i teraz techniczne odbicie może mieć sens. EUR/USD cofa się spod 1,23, choć nie tyle z powodów „dolarowych”, co przez niemiecką politykę. Najnowsze przecieki prasowe sugerują, że oddala się wizja powrotu do Wielkiej Koalicji CDU/CSU i SPD. Tak, jak w piątek doniesienia o przełomie w rozmowach wspierały euro, dziś ten efekt wyparowuje. Nie ma się co jednak spieszyć z odwracaniem pozycji, gdyż czynnik polityczny odpowiadał za ok. 30 pipsów z 200 popisowego ruchu na EUR/USD i jest tylko dodatkiem, niż głównym motorem zmian. Zwolennicy długoterminowej siły EUR z zadowoleniem przyjmą okazję na powiększanie pozycji po promocyjnej cenie. Co najwyżej dzisiejsza informacja sprzyja przejściu do konsolidacji pod 1,23 w oczekiwaniu na nowy impuls.

Dziś o taki może być jednak ciężko. Rano finalny odczyt inflacji z Niemiec potwierdził wstępne szacunki. Z USA po świątecznej przerwie widać, że rentowności rządowe nadrabiają wyprzedaż USD i 10-latki tracą, ale tylko 1 pb do 2,53 proc., więc nie ma dramatu. W kalendarzu dziś tylko NY Empire State, gdzie jednak trudno będzie o rozczarowanie, gdyż przemysł w USA pozostaje solidnym filarem gospodarki.

W Wielkiej Brytanii inflacja CPI za grudzień powinna wskazać pierwsze symptomy wygasania presji związanej z deprecjacją funta po referendum ws. Brexitu. Zakładana korekta z 3,1 proc. do 3 proc. nie jest duża, ale może ostudzić oczekiwania, że Bank Anglii zdecyduje się prędko na kolejną podwyżkę stóp procentowych. Nie jest to jednak kwestia będąca głównym motorem dla funta w ostatnich dniach. Częściowo funta wspiera słabość dolara i wybicie GBP/USD na poziomy niewidziane od czasu referendum działa na wyobraźnię (i naruszenie stop lossów). W temacie negocjacji Brexitu, brak złych wieści jest traktowany jako dobra wiadomość, a pozytywne niespodzianki przyjmowane są bez krzty zastanowienia. Tak było w piątek, kiedy rynek obiegła informacja, że Hiszpania i Holandia są gotowe przystąpić od porozumienia „łagodnego Brexitu”. Inna sprawa, że pozostałe kraje, szczególnie te o większej roli w bloku, nie są tak entuzjastyczni wobec Londynu. Zobaczymy, jak funt zniesie szum wokół Brexitu pod koniec stycznia, kiedy mają ruszyć formalne rozmowy na temat okresu przejściowego, a w brytyjskim parlamencie ma być głosowana ustawa o wyjściu z UE, co do której partia rządząca nie ma większości w Izbie Lordów. Jestem sceptyczny w odniesieniu do siły funta w średnim terminie, gdyż nie uważam, aby zagrożenia związane z Brexitem przestały mieć znaczenie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs dolara może sięgnąć 3,43 zł

Dolar koryguje swoje silne wyprzedanie, które wczoraj sprowadziło notowania USD/PLN do najniższych poziomów od ponad 3 lat. Korekta może rozszerzyć się na kolejne dni i sięgnąć poziomu 3,43 zł. To jednak jeszcze nie koniec przeceny „zielonego”.

Wtorkowy poranek przynosi lekkie osłabienie złotego do głównych walut. O godzinie 08:33 za euro trzeba było zapłacić 4,1755 zł, dolar kosztował 3,4144 zł, szwajcarski frank 3,5390 zł, a brytyjski funt 4,7040 zł. W tej grupie najmocniej zyskuje dolar, który drożeje o 1,3 gr. Z uwagi na jego duże wyprzedanie, korekta notowań dolara ma szanse nie tylko przybrać jeszcze na sile, ale też rozciągnąć się na kolejne dni.

W poniedziałek, pod nieobecność świętujących inwestorów z USA (Dzień Martina Luthera Kinga), na rynku walutowym kontynuowana była wyprzedaż dolara. Tracił on do szerokiego koszyka walut. W tym do złotego. „Zielony” potaniał wczoraj o 2 gr do 3,4013 zł na koniec dnia, spadając przejściowo nawet poniżej 3,39 zł i wyznaczając nowe, ponad 3-letnie, minimum na wykresie USD/PLN. Poniedziałek był też 4. kolejnym dniem wyprzedaży dolara. W tym czasie potaniał on łącznie o 11 gr.

Obserwowane od tygodnia spadki USD/PLN związane były nie tyle z siłą złotego, co ze słabością dolara i korelowały z mocnymi wzrostami EUR/USD. Notowania tej pary w ciągu 4. dni wzrosły z poziomu 4,1935 do prawie 1,23 wczoraj, gdy znalazły się one najwyżej od końca 2014 roku.

Ostatnia przecena dolara doprowadziła do jego dużego wyprzedania. Obserwowane dziś rano wzrostowe odbicie USD/PLN, tak samo jak równoczesny spadek notowań EUR/USD, jest więc prostą tego konsekwencją. Jest korektą wcześniejszej przeceny. Z uwagi na skalę wyprzedania, korekta ta może przedłużyć się na kolejne dni. W przypadku USD/PLN jej zasięg ogranicza strefa oporu 3,4285-3,43 zł. Wybicie wyżej będzie trudne i na chwilę obecną mało prawdopodobne. Znacznie mniej prawdopodobne niż kolejna wizyta dolara poniżej 3,39 zł.

Aktualnie rynek walutowy skoncentrowany jest na dolarze, stąd też oczekiwanej wzrostowej korekcie notowań USD/PLN, będzie towarzyszyła względna stabilizacja notowań EUR/PLN i CHF/PLN. Szczególnie, że podobnie jak wczoraj, impulsem do większej zmienności nie będą publikowane dziś o godzinie 14:00 przez Narodowy Bank Polski (NBP) dane inflacyjne. W grudniu inflacja bazowa w Polsce powinna pozostać na poziomie 0,9 proc. w relacji rok do roku, przy oczekiwanym przez rynek jej wyhamowaniu do 0,8 proc. Jednakże nawet ta wyższa od prognoz inflacja nie wpłynie na zmianę oczekiwań co do przyszłych decyzji Rady Polityki Pieniężnej (RPP). W dalszym ciągu należy zakładać, iż na pierwszą podwyżkę stóp zaczekamy do ostatniego kwartału 2018 roku, a ewentualna zmiana tych oczekiwań może nastąpić dopiero po publikacji marcowej projekcji inflacji.

Większych emocji na krajowym rynku walutowym nie wywołają nie tylko dzisiejsze dane o inflacji, ale również środowe dane o płacach i zatrudnieniu. W tym czasie złoty pozostanie pod głównym wpływem rynków globalnych. Taki stan rzeczy utrzyma się aż do piątku. Wówczas światło dzienne ujrzą dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej w Polsce, które będą uzupełniać jeszcze raporty o inflacji producenckiej i koniunkturze konsumenckiej. I to właśnie te dane rozstrzygną o zamknięciu tygodnia na krajowym rynku walutowym.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, niezależny analityk

Polski start-up uruchomi platformę do tworzenia profesjonalnych transmisji na żywo za pomocą smartfona. Skorzystają na niej małe firmy i youtuberzy

Polski start-up uruchomi platformę do tworzenia profesjonalnych transmisji na żywo za pomocą smartfona. Skorzystają na niej małe firmy i youtuberzy 3

Do końca marca ruszy tworzona przez Polaków platforma Liveact.me. Za pośrednictwem przeglądarki internetowej, bez konieczności instalowania dodatkowego oprogramowania i zakupu drogiego sprzętu, będziemy mogli prowadzić profesjonalne transmisje na żywo w internecie. Relacje będzie można wzbogacić o plansze, slajdy czy wcześniej nagrane materiały wideo. Będzie także możliwość przeprowadzenia transmisji z wielu różnych źródeł.

– Platforma Liveact.me działa wyłącznie w przeglądarce internetowej na dowolnym komputerze, nie trzeba instalować żadnego oprogramowania, kupować sprzętu. Każdy, kto potrafi obsłużyć przeglądarkę, jest w stanie korzystać z naszego narzędzia. Liveact.me pozwala w bardzo łatwy i szybki sposób stworzyć profesjonalną, interaktywną transmisję live, czy to do serwisów społecznościowych, czy na strony www – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Leszek Bogdanowicz z firmy Liveact.me.

Do obsługi transmisji nie potrzeba kupować drogiego, profesjonalnego sprzętu. Jako kamery mogą posłużyć zwykłe smartfony, które oferują coraz lepszą jakość nagrywanego wideo. Nie trzeba instalować zewnętrznej aplikacji, wystarczy zainstalowana przeglądarka internetowa. Transmisję z komórek można prowadzić zarówno z jednego pomieszczenia, jak i z telefonów na całym świecie. Relację można także wzbogacić o inne elementy.

– Można w tej transmisji wykorzystywać takie elementy, jak plansze, obrazy, slajdy, materiały wideo nagrane wcześniej, ale można przede wszystkim wykorzystywać strumienie live z wielu różnych kamer – twierdzi Leszek Bogdanowicz.

Rozwiązanie jest proste w obsłudze. Aby rozpocząć interaktywną transmisję live na Facebooku, wystarczy pięć kroków – należy się zalogować na swoje konto, wybrać fanpage, na którym chcemy opublikować transmisję, zdefiniować ustawienia, czyli np. liczbę kamer czy wyświetlane grafiki, opublikować post z relacją i w końcu zarządzać nią bezpośrednio z przeglądarki internetowej.

Platforma Liveact.me jest skierowana przede wszystkim do małych firm, dla których dotychczasowe rozwiązania były zbyt kosztowne lub trudne w obsłudze. W przyszłości twórcy chcą jednak poszerzyć grupę docelową swojej aplikacji.

– Chcemy pokonać pewne wyzwanie komunikacyjne, które mówi o tym, że trudno jest dotrzeć w obecnym czasie do dużej grupy odbiorców ze skutecznym, efektywnym przekazem i jeszcze zainteresować ich, wywołać jakąś reakcję i interakcję. Docelowo chcemy również uzupełnić naszą grupę odbiorców o zwykłych klientów indywidualnych, ludzi, którzy już teraz dość masowo tworzą różnego rodzaju treści wideo i transmisje live w internecie, a chcieliby to robić lepiej, szybciej i łatwiej – podkreśla Leszek Bogdanowicz.

Platforma Liveact.me zadebiutuje na rynku jeszcze w pierwszym kwartale 2018 roku, po pomyślnym przeprowadzeniu testów zewnętrznych, które mają ruszyć w przyszłym miesiącu. Korzystanie z aplikacji będzie płatne i oparte na modelu subskrypcyjnym. Co miesiąc użytkownicy będą uiszczać opłatę za oferowany zestaw funkcjonalności.

Jak wynika z najświeższych danych Search Engine Journal, w Europie z Facebooka korzysta ponad 307 mln osób. Co sekundę globalnie zakładanych jest pięć nowych profili, co oznacza, że potencjalna widownia, do której można dotrzeć, wciąż rośnie.

W kwietniu 2016 roku Facebook uruchomił platformę Facebook Live do strumieniowego przesyłania wideo na żywo. Według danych badaczy z firmy Livestream, wideo na nowej platformie Facebooka ogląda już 78 proc. amerykańskich internautów.

Sześć na dziesięć dużych firm chce zrezygnować z diesla

Rynek flotowy systematycznie odwraca się od technologii Diesla. Zgodnie z wynikami ankiety przeprowadzonej przez RAC Business, 62 proc. firm zatrudniających od 250 do 499 pracowników rozważa wycofanie ze swojego parku samochodów zasilanych olejem napędowym.

Najnowsze dane JATO Dynamics pokazują, że liczba rejestracji nowych samochodów w Europie – zgodnie z danymi za listopad 2017 – zwiększyła się rok do roku o 5,2 proc.  Specjaliści podkreślają, że wzrosty spowodowane są przede wszystkim rosnącą sprzedażą samochodów benzynowych, hybrydowych i elektrycznych, a także znaczną popularnością segmentu SUV. Do dobrych wyników przyczynia się przede wszystkim Francja, Włochy, Hiszpania i Polska – czytamy w dalszej części raportu.

Firmy zmieniają nastawienie – koniec ery Diesla?

Badania przeprowadzone przez RAC Business – brytyjską firmę zajmującą się obsługą flot – pokazały, że sześć na dziesięć przedsiębiorstw zatrudniających od 250 do 499 pracowników rozważa wycofanie ze swoich flot samochodów z silnikami Diesla. W przypadku średnich firm o odejściu od oleju napędowego myśli 47 proc. ankietowanych menadżerów flot, a w mniejszych firmach, zatrudniających do 10 osób, odsetek ten wynosi 33 proc.

W przypadku samochodów z napędem alternatywnym hybrydy budzą większe zaufanie od aut elektrycznych. Czterech na dziesięciu przedstawicieli dużych firm podkreśliło, że obecnie nie widzą możliwości wykorzystania elektryków w swoim biznesie, a 25 proc. zapytanych stwierdziło, że takie pojazdy mają zbyt mały tonaż i nie mogą przewozić wymaganych przez nich ładunków.

Większość z firm zdaje sobie sprawę z oszczędności płynących z użytkowania samochodów z alternatywnymi napędami. Ankietowani docenili redukcję kosztów paliwa, ale około 45 proc. z nich podkreśla, że obecnie największą przeszkodą w wymianie floty są kwestie finansowe.  Szczególnie w przypadku aut elektrycznych, gdzie koszty początkowe są zbyt wysokie. Dodatkowo 22 proc. przedsiębiorstw uważa, że bardzo istotną przeszkodą w przejściu na technologię elektryczną jest brak infrastruktury umożliwiającej ładowanie floty pojazdów.

Jakie silniki wybierają Europejczycy?

Analitycy sygnalizują, że październik 2017 r. był momentem przełomowym pod względem wybieranego przez kierowców rodzaju paliwa. W ciągu tego miesiąca zarejestrowano ponad 619 tys. pojazdów z silnikami benzynowymi, co oznacza wzrost udziału w rynku o 5,1 punktów procentowych i udział w rynku na poziomie 51,5 proc. Równocześnie zmniejszył się w Europie popyt na pojazdy z silnikami Diesla – spadek wolumenu wyniósł 9,9 proc., zaś udział w rynku obniżył się do 41,4 proc., co jest najgorszym wynikiem od dziesięciu lat.

Coraz większą popularnością cieszą się samochody AFV, czyli z napędami alternatywnymi. We wspominanym okresie zarejestrowano 66 tys. pojazdów hybrydowych i elektrycznych, co stanowi 5,5 proc. wszystkich rejestracji w Europie. JATO Dynamics podkreśla, że dziesięć lat temu pojazdy te stanowiły zaledwie 0,3 proc. rynku.

W przypadku samochodów AFV, prym wiodą auta z napędem hybrydowym. Liderem rynku europejskiego niezmiennie jest Toyota, która wg najnowszych danych odnotowała po raz ósmy rekordową roczną sprzedaż samochodów z takim napędem.

Najpopularniejszym modelem tego segmentu jest Yaris Hybrid z wynikiem 102 400 egzemplarzy. Drugie miejsce na liście hybrydowych bestsellerów zajęła Toyota C-HR – aż 80 proc. sprzedanych egzemplarzy nowego crossovera Toyoty miało napęd elektryczno-spalinowy. W ubiegłym roku na rynek europejski trafiło 406 tys. hybryd Toyoty i Lexusa, o 38 proc. więcej niż w 2016 roku.

Również w Polsce samochody z napędem hybrydowym odnotowują systematyczne wzrosty. Według ostatnich danych opublikowanych przez Instytut Monitorowania Rynku Motoryzacyjnego Samar liczba rejestracji samochodów z napędem hybrydowym wyniosła w grudniu 2017 roku 1635 sztuk, co w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku oznacza wzrost na poziomie ponad 28 proc. W przypadku samochodów z silnikami benzynowymi wzrost wyniósł nieco ponad 10 proc. – 33,5 tys. rejestracji, natomiast auta zasilane olejem napędowym tracą na popularności – spadek o 7,5 proc. (12,3 tys. rejestracji). Pojazdy elektryczne nadal stanowią niewielki ułamek wszystkich rejestracji – w grudniu pojawiło się 19 rejestracji takich aut.

Jak wygląda sytuacja na innych rynkach europejskich? Jeszcze dziesięć lat temu w Belgii rejestracje samochodów z silnikami Diesla stanowiły 78,9 proc., w 2016 roku liczba ta wynosiła 52 proc., a rok 2017 przyniósł wynik na poziomie już tylko 46 proc.  Równocześnie wzrasta zainteresowanie samochodami benzynowymi – 48,2 proc. rejestracji, a resztę stanowią pojazdy AFV.

Również na francuskim rynku specjaliści odnotowują zmiany. Przy rosnącej o 4,7 proc. sprzedaży nowych samochodów po raz pierwszy od 2000 roku zainteresowanie dieslami spadło poniżej 50 proc. – warto dodać, że pięć lat temu auta z silnikami wysokoprężnymi stanowiły w tym kraju aż 75 proc. rocznej sprzedaży. Dane płynące z Francji pokazują, że w 2017 roku sprzedaż hybryd zwiększyła się o 48 proc. (3,25 proc. udziału w rynku), a sprzedaż samochodów elektrycznych o 15 proc. (1,2 proc. udziału w rynku).

W Niemczech sprzedaż samochodów z silnikami Diesla również spada. Wiodący europejski rynek odnotował w 2017 roku sprzedaż na poziomie 3,44 mln aut – wzrost o 2,7 proc. Udział samochodów z silnikami wysokoprężnymi spadł w 2017 roku do zaledwie 38,8 proc. (w 2016 roku było to 45,9 proc.). Równocześnie udział aut z silnikami benzynowymi wyniósł 52,1 proc. Samochody elektryczne mają przy tym udział na poziomie 0,7 proc. Hybrydy natomiast odnotowały wzrosty o 76,4 proc. – udział ich rejestracji to 2,5 proc.

Rok 2018 powinien przynieść ulgę frankowiczom. Złoty będzie się dalej umacniał do szwajcarskiej waluty

Rok 2018 powinien przynieść ulgę frankowiczom. Złoty będzie się dalej umacniał do szwajcarskiej waluty 4

Po pozytywnym dla złotego 2017 roku obecny powinien być równie udany – uważa niezależny analityk Marcin Kiepas. To dobra wiadomość dla osób, które mają kredyty w walutach obcych. Trend wzrostowy będzie się utrzymywać dzięki dobrym nastrojom w światowej i polskiej gospodarce. Jednak zdaniem eksperta nie będzie to proces stabilny. Wielką niewiadomą pozostaje zachowanie brytyjskiego funta.

– 2018 rok powinien być dobry dla złotego. Przemawia za tym kilka czynników. Są wśród nich dobre wyniki polskiej gospodarki i dobre nastroje na rynkach globalnych, co będzie wspierać waluty wschodzące, w tym m.in. złotego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kiepas, niezależny analityk. – Oczekuję, że jakkolwiek w relacji do euro te najniższe poziomy w tym roku, poniżej 4,15 zł, być może już zostały osiągnięte, to dolar na koniec 2018 roku może potanieć do 3,32 zł, natomiast frank szwajcarski, co z pewnością ucieszy całą rzeszę spłacających kredyty denominowane w tej walucie, do poziomu 3,46 zł.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy złoty umocnił się do euro o 5 proc., do dolara o niemal 20 proc., do franka szwajcarskiego o ponad 15 proc., natomiast do funta brytyjskiego o ponad 7 proc. Analityk zaznacza jednak, że według niego rozpoczęty właśnie rok nie będzie czasem spokojnego umacniania się złotego, a polska waluta będzie silna ze względu na słabość innych głównych walut.

– Oczekuję osłabienia dolara i frank szwajcarskiego. Niewiadomą jest natomiast kurs funta. Dużo zależy od tego, jak będzie się rozwijał temat brexitu. Mój scenariusz bazowy jest taki, że za funta na koniec roku możemy płacić w okolicach 4,40 zł, natomiast nie zdziwiłbym się, gdyby to były poziomy powyżej 5 zł, jeśli okazałoby się, że wbrew powszechnej opinii do brexitu wcale w przyszłości nie dojdzie. Nie wykluczam takiego scenariusza – mówi Marcin Kiepas.

Brytyjczycy zdecydowali o opuszczeniu Unii w referendum 23 czerwca 2016 roku. Miałoby to nastąpić w 2019 roku, wciąż jednak nie ustalono warunków, na jakich rozstanie miałoby nastąpić. W Wielkiej Brytanii przybywa przeciwników brexitu. Według grudniowych sondaży jest ich już o 10 pkt proc. więcej niż zwolenników. O ponownym referendum, które miałoby się odbyć pod koniec 2018 roku, gdy będą już znane wyniki negocjacji między Londynem a Brukselą, mówił ostatnio były premier Tony Blair. Co więcej, nawet Nigel Farage, główny orędownik opuszczenia wspólnoty, dopuścił taką możliwość. Dla Polaków, którzy otrzymują wsparcie od bliskich pracujących w Wielkiej Brytanii, byłoby dobrze, gdyby funt był mocny, a po ogłoszeniu wyników pierwszego referendum stracił do złotego już ok. 20 proc.

Natomiast przeciwne życzenia mają odnośnie do szwajcarskiej waluty posiadacze kredytów we franku. I mogą się one spełnić.

– Dobre nastroje na świecie, brak zagrożeń – a wiadomo, że frank jest uważany za bezpieczną walutę na trudne czasy – będzie sprzyjał osłabieniu franka, tak samo brak zmian stóp procentowych w Szwajcarii. Oczekuje się, że Bank Szwajcarii najwcześniej w 2019 roku zacznie podnosić stopy – tłumaczy analityk. – Z jednej strony frank będzie tracił na rynkach globalnych, z drugiej będziemy mieć do czynienia z siłą złotego jako pochodną dobrych nastrojów w polskiej gospodarce.  

Według najnowszych prognoz Banku Światowego globalna gospodarka przyspieszy w 2018 roku do 3,1 proc., w dodatku rozpoczęty rok może być pierwszym od czasu kryzysu finansowego sprzed dekady, w którym będzie się ona rozwijać z pełnym wykorzystaniem swojego potencjału. Dobre nastroje na rynkach globalnych będą sprzyjały apetytowi inwestorów na ryzyko, co może ściągać kapitał na polski rynek, umacniając z jednej strony złotego, z drugiej strony warszawską giełdę. Wzrost gospodarczy w Polsce powinien wynieść ok. 4 proc., czemu ma sprzyjać powrót do inwestycji.

System opodatkowania stoczni w Polsce pod lupą Komisji Europejskiej. Bruksela sprawdzi, czy nie narusza on zasady konkurencji

System opodatkowania stoczni w Polsce pod lupą Komisji Europejskiej. Bruksela sprawdzi, czy nie narusza on zasady konkurencji 5

Zachęty podatkowe dla polskich stoczni będą sprawdzane przez Komisję Europejską. Umożliwienie stoczniom płacenia zryczałtowanego podatku w wysokości 1 proc. od sprzedaży pochodzącej z budowy i przebudowy statków zamiast podatku dochodowego od osób prawnych lub od osób fizycznych może dawać niektórym podmiotom przewagę konkurencyjną. Państwa członkowskie są wolne, aby określać swoje systemy podatkowe, ale tak, aby było to zgodne z traktatami unijnymi – podkreśla Piotr Świtalski z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

 Komisja Europejska podjęła dwie decyzje dotyczące polskich stoczni – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Świtalski z Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – Jedna to decyzja bliższego przyjrzenia się pomocy państwowej dla stoczni. Chodzi o ryczałtowany podatek od sprzedaży i remontu statków w polskich stoczniach.

We wrześniu 2016 roku w Polsce przyjęto ustawę, która umożliwia polskim stoczniom płacenie zryczałtowanego podatku w wysokości 1 proc. od sprzedaży pochodzącej z budowy i przebudowy statków zamiast podatku dochodowego od osób prawnych (gdzie 19 proc. dochodu podlega opodatkowaniu) lub fizycznych (18 lub 32 proc. w przypadku osób fizycznych i 19 proc. w przypadku przedsiębiorców). Dodatkowo podatek mógłby być płacony już po wybudowaniu lub przebudowaniu statku.

– Komisja przygląda się bliżej sprawie, gdyż ma obawy, że proponowany podatek ryczałtowany jest nielegalną formą pomocy, która odbija się na konkurencyjności całego przemysłu i nie zawiera się w dozwolonych formach pomocy publicznej – podkreśla Piotr Świtalski.

Komisja ocenia, że zryczałtowany podatek od sprzedaży to tzw. pomoc operacyjna. Przy wykorzystaniu funduszy publicznych stocznie są zwolnione z kosztów, które normalnie musiałyby ponieść w ramach bieżącej działalności. Pomoc operacyjna narusza zasady konkurencji, a straciłyby na tym podmioty, które nie kwalifikują się do wsparcia w ramach polskiego systemu podatkowego. KE wskazuje też, że polskie stocznie mogą konkurować na rynku na podstawie własnych osiągnięć i nie potrzebują takiego wsparcia podatkowego.

Jak podkreśla KE, Polska może interweniować w sprawy własnego przemysłu stoczniowego, ale w ramach dozwolonych unijnych zasad pomocy państwa.

– Dozwolone formy pomocy publicznej to pomoc na innowacje, rozwój, ale też pomoc regionalna, a nie – tak jak w tym przypadku – pomoc operacyjna. Dlatego KE podjęła decyzję o bliższym przyjrzeniu się sytuacji. Trzeba podkreślić, że państwa członkowskie są wolne w zakresie kształtowania swoich systemów podatkowych, ale musi to być zgodne z traktatami unijnymi – przypomina Piotr Świtalski.

Komisja zatwierdziła natomiast program regionalnej pomocy inwestycyjnej. Zakłada on wsparcie małych i średnich przedsiębiorstw w sektorze stoczniowym w województwie pomorskim oraz zachodniopomorskim w formie dotacji, dopłat do oprocentowania i gwarancji. Łącznie na pomoc trafi 77 mln zł. Zdaniem KE pozytywne skutki dla rozwoju regionalnego przewyższają w tym przypadku zakłócenia konkurencji spowodowane pomocą państwa.

W 2017 r. liczba profesjonalnych sprzedawców eBay w Polsce wzrosła o 20%

eBay zamyka poprzedni rok z łączną liczbą prawie 200 000 nowych sprzedawców na swoich europejskich serwisach. Z danych jednego z największych portali aukcyjnych na świecie wynika, że w Polsce w ostatnim roku liczba sprzedawców profesjonalnych wzrosła o 20%, z czego znaczna większość zdecydowała się rozpocząć działalność w pierwszych trzech miesiącach roku.

Dane eBay za 2017 r. pokazują, że obroty 10 największych sprzedawców z Polski, którzy dołączyli do platformy w ubiegłym roku, wyniosły prawie milion euro. Oznacza to, że każdy z przedsiębiorców wygenerował średnio 100 000 euro obrotów w pierwszym roku sprzedaży online. To więcej niż średni wynik nowych sprzedawców eBay z Francji, Włoch czy Hiszpanii i prawie tyle samo, ile wygenerowali nowi sprzedawcy eBay z Niemiec.

Najchętniej wybieranymi działami przez nowych sprzedawców eBay w 2017 r. były Dom i Ogród, Moda, Elektronika i Motoryzacja. Łącznie nowi sprzedawcy z Polski na aukcjach wystawili około 700 000 przedmiotów. Chętnie też wychodzili ze swoją ofertą na rynki międzynarodowe. W 2017 r. każdy z nich eksportował swoje produkty średnio do 21 krajów. Najpopularniejszymi kierunkami pozostawały Niemcy i Wielka Brytania. – Decyzja o rezygnacji ze sprzedaży tradycyjnej i przeniesienie jej do internetu wpłynęła na dynamiczny rozwój mojej firmy. Kiedy postanowiłem wyjść na rynek międzynarodowy szybko okazało się, że ponad 95% produktów z mojej oferty znajduje nabywców poza Polskąpodkreśla Bartłomiej Kalisz, właściciel sklepu DIS_AUTOPARTS na eBay.

Startuje specjalna „Strefa Sprzedawców”

15 stycznia br. eBay uruchomił Strefę Sprzedawcy (https://strefasprzedawcy.ebay.pl/). To miejsce, w którym można znaleźć przydatne informacje na temat głównych kategorii eksportowych polskich firm, kosztów prowadzenia sklepu czy wskazówek na temat konkretnych narzędzi i rozwiązań, które mogą pomóc w rozwoju potencjału firmy.

Nasze dane pokazują, że w 2017 r. aż 36% nowych sprzedawców dołączyło do eBay w styczniu. Dlatego właśnie teraz zdecydowaliśmy się uruchomić specjalną strefę, która ma z jednej strony pomóc potencjalnym sprzedawcom w pierwszych krokach na eBay, a z drugiej ułatwić rozwój biznesu tym, którzy mają już doświadczenie w sprzedaży online na naszej platformie – mówi Małgorzata Gliszczyńska, dyrektor zarządzająca na Polskę i Europę Centralną w eBay.

W 2017 r. eBay ogłosił szereg nowych funkcjonalności dla sprzedawców w Polsce w ramach rozwoju portalu. Wśród nich znalazło się m.in. zniesienie opłaty za wystawienie przedmiotów na eBay.pl, udostępnienie bezpłatnego narzędzia „eBaymag” do wystawiania ofert na zagranicznych rynkach czy umożliwienie udziału w programie „Okazje”, który umożliwia wystawianie limitowanych ofert z darmową dostawą objętych rabatami od 20 do nawet 90 procent. W grudniu eBay rozpoczął również współpracę z Shoplo, czyli platformą, na której sprzedawcy mogą koordynować sprzedać w wielu kanałach jednocześnie.

Konsumenci oczekują cyfrowych technologii działających w intuicyjny sposób

Konsumenci oczekują cyfrowych technologii działających w intuicyjny sposób 6

Zmieniają się oczekiwania konsumentów wobec nowych technologii. Chcą rozwiązań, które ułatwią życie – pozwolą wyeliminować codzienne problemy, pomogą w nauce – wynika z raportu „10 gorących trendów konsumenckich na 2018 rok” firmy Ericsson. W przyszłości liczą na bardziej bezpośrednią interakcja między konsumentami a technologią – głos czy intonacja zastąpią przyciski i inne przełączniki. Choć konsumenci potrzebują, by urządzenia reagowały na ich indywidualne zachowania, to jednocześnie obawiają się inteligentnych technologii.

Przewidujemy, że jako konsumenci będziemy korzystali z różnego rodzaju dobrodziejstw, które przynoszą ze sobą sztuczna inteligencja, rozszerzona i wirtualna rzeczywistość. To, co to będzie, w jaki sposób zaproponuje nam to przemysł i jakie będziemy mieli propozycje, jeżeli chodzi o rozwiązania aplikacji, to już kwestia zupełnie wtórna. Będziemy na bieżąco weryfikowali, z czego chcemy korzystać i co jest nam najbardziej przydatne – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Pąk, dyrektor Działu Komunikacji i Marketingu w Ericsson Polska.

Z raportu firmy Ericsson „10 gorących trendów konsumenckich na 2018 rok i później” wynika, że konsumenci oczekują technologii cyfrowych, które będą funkcjonować na bardziej ludzkich zasadach, ułatwią naukę i pracę oraz wyeliminują codzienne problemy.

Konsumenci częstokroć mają mniej wyobraźni, niż faktycznie jest możliwości już do zrealizowania. Nasza wyobraźnia tak daleko nie wybiega. Raczej borykamy się z tym, co nam doskwiera dzisiaj – 52 proc. respondentów chciałoby wyeliminować chrapanie członka rodziny, 63 proc. z kolei odpowiedziało, że chciałoby mieć w słuchawkach tłumaczenie języków w czasie rzeczywistym, a 40 proc. z nas sądzi, że robot powinien nam pomóc w wykonywaniu codziennej pracy – wskazuje Katarzyna Pąk.

Ponad połowa obecnych użytkowników inteligentnych asystentów głosowych uważa, że będziemy używać języka ciała, ekspresji, intonacji i dotyku do interakcji z urządzeniami technicznymi tak, jakby były innymi ludźmi. Większość ocenia, że stanie się tak już w ciągu najbliższych trzech lat.

Co trzeci badany uważa, że nowe technologie wymagają wciąż nowych umiejętności, co pozwala szybciej stawać się ekspertem. Blisko połowa (46 proc.) twierdzi, że internet pozwala szybciej niż kiedykolwiek wcześniej uczyć się nowych umiejętności, lecz także szybciej je zapominamy.

– Nauka to element, który czerpiemy z internetu, ale sztuczna inteligencja powinna nam podpowiadać, co i jak, gdzie i w którym miejscu. Staniemy się ekspertami, ale taki osobisty asystent powinien nam podpowiadać, w jaki sposób i z czego korzystać, ponieważ nowe urządzenia to niezmieniająca się nauka i doskonalenie umiejętności korzystania z nowych urządzeń – tłumaczy ekspertka Ericsson Polska.

Konsumenci oceniają, że sztuczna inteligencja mogłaby być przydatna w sprawdzaniu faktów zamieszczanych w mediach społecznościowych.

64 proc. z nas uważa, że to sztuczna inteligencja powinna nam pomóc wyszukiwać odpowiednie informacje, które nas interesują, w mediach społecznościowych. Social media są dla nas źródłem informacji, naszym oknem na świat. Okazuje się jednak, że chcielibyśmy, aby ktoś nam podpowiadał, co tak naprawdę nas interesuje i z czego chcemy korzystać – zaznacza Pąk.

Większość konsumentów docenia media społecznościowe. Te jednak, choć miały gwarantować komunikację dwukierunkową, napędzaną przez użytkowników, dającą głos indywidualnym konsumentom, zostały opanowane przez jednostronnych nadawców. Ponad połowa użytkowników (55 proc.) ocenia, że wpływowe grupy wykorzystują sieci społecznościowe do rozpowszechniania swojego przekazu.

Nowe technologie wpłyną także na reklamy. Ponad połowa osób korzystających z rzeczywistości rozszerzonej lub wirtualnej uważa, że reklamy staną się na tyle realistyczne, że będą nie do odróżnienia od rzeczywistych produktów. Dzięki VR i AR konsumenci inaczej spojrzą również na zdjęcia. Trzech na czterech respondentów uważa, że już za pięć lat będą używali tych technologii do spacerów po zdjęciach ze swojego smartfona.

– Chcemy korzystać przy pomocy rozszerzonej rzeczywistości ze wspomnień, wchodzić do zdjęć, zwiedzać własne zdjęcia i ożywiać wspomnienia – mówi Katarzyną Pąk.

Według badanych przez firmę Ericsson nowe technologie znaczącą będą zmieniać wiele sfer życia. Choć dla wielu oznacza to szereg ułatwień i nowych możliwości, to nie brakuje również sceptyków. Część konsumentów obawia się negatywnych konsekwencji coraz inteligentniejszych urządzeń. Połowa respondentów uznaje, że niemożność rozróżnienia między człowiekiem a maszyną byłaby dla nich niepokojąca. 40 proc. uznało zaś, że czułoby się nieswojo, gdyby ich smartfon widział, jaki mają nastrój i reagował stosownie do tego.

– Jesteśmy tu trochę niekonsekwentni. Z jednej strony chcielibyśmy, aby urządzenia reagowały na nas i nasze indywidualne zachowania, z drugiej strony nieco się tego obawiamy. Myślę, że będziemy w stanie to wypośrodkować – przekonuje Katarzyna Pąk.

Rośnie rynek condohoteli w Polsce. Apartamenty mogą być alternatywą dla inwestycji w mieszkania na wynajem

Rośnie rynek condohoteli w Polsce. Apartamenty mogą być alternatywą dla inwestycji w mieszkania na wynajem 7

Coraz więcej osób jest zainteresowanych zakupem apartamentu w condohotelu. Inwestorów przyciągają przede wszystkim atrakcyjne stopy zwrotu – od 4,5 do 9 proc. rocznie. Ze względu na to, że rynek rozwija się nie tylko w lokalizacjach atrakcyjnych turystycznie, condohotele mogą być alternatywą dla tradycyjnych mieszkań kupowanych pod wynajem. Perspektywy przed rynkiem wydają się dobre, ale ze względu na to, że jest on względnie młody, mało wiadomo o jego słabościach.

Condohotele nie są jeszcze w Polsce bardzo popularne, ale cały czas zyskują. To stosunkowo młody rynek, który dopiero dojrzewa. Są inwestorzy, którzy specjalizują się w tym rynku i zbudowali już kilka takich obiektów – zarówno w pasie nadmorskim, jak i górskim, ale widzimy też zainteresowanie deweloperów mieszkaniowych, którzy szukają alternatyw i również zaczynają inwestować w tym segmencie rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Książak, prezes zarządu Emmerson Evaluation.

W Polsce condohotele zaczęły powstawać ok. 10 lat temu. Dziś, jak wynika z raportu Emmerson Evaluation, w budowie jest kilkanaście takich inwestycji w dużych polskich miastach, które dostarczą ok. 2,5 tys. nowych apartamentów.

– Rynek condohoteli w innych krajach jest już znacznie bardziej rozwinięty. W USA zaczął się rozwijać już w latach 70.–80. XX wieku i tam jest już nasycony. Wiele obiektów funkcjonuje w tej formule i stanowią one konkurencję dla zwykłych obiektów hotelowych – mówi Dariusz Książak.

Formuła condohotelu polega na tym, że prawo własności poszczególnych apartamentów jest rozproszone między indywidualnych inwestorów. Zwykle otrzymują oni określoną stopę zwrotu z wynajmu takiej nieruchomości, której stawka jest z góry określona w umowie.

Zarządzaniem condohotelem, wynajmem apartamentów i pełnym serwisem zajmuje się na ogół profesjonalny operator.

– Możliwe do uzyskania stopy zwrotu z inwestycji w apartamenty condohotelowe wahają się od 4,5 do 8–9 proc. W dużej mierze to deweloperzy gwarantują odpowiednią stopę zwrotu nabywcom poszczególnych lokali i najczęściej kształtują się one w przedziale 6–7 proc. Poza gwarantowaną stopą zwrotu – de facto wyższą niż w przypadku inwestycji w zwykłe mieszkanie – plusem jest jeszcze to, że z reguły w umowie z deweloperem czy zarządcą obiektu mamy zagwarantowany okres w roku, w którym możemy sami korzystać z takiego apartamentu – zauważa Dariusz Książak.

Eksperci zwracają uwagę na to, że realny zwrot z inwestycji w apartament condohotelowy może być w rzeczywistości niższy niż zaoferowany przez dewelopera. Właściciel takiego lokalu musi ponosić koszty związane z jego funkcjonowaniem, podobnie jak w przypadku tradycyjnych mieszkań – uiszczać opłaty za czynsz, ubezpieczenie czy podatek od nieruchomości. Poza tym zysk z apartamentu w formule condo jest gwarantowany w umowie tylko na określony czas, wynoszący zwykle od 5 do maksymalnie 10 lat. Po jej wygaśnięciu nie ma już gwarancji zysku w określonej wcześniej wysokości.

Jest ryzyko, że w momencie wygaśnięcia umowy o gwarantowanym dochodzie, samemu trzeba zadbać o generowanie zysków z tego obiektu albo też ponieść jakieś nakłady na podwyższenie standardu lokalu, ponieważ powstają nowe, konkurencyjne i bardziej atrakcyjne obiekty condohotelowe – mówi Dariusz Książak.

Zwrot z inwestycji jest też uzależniony od czynników takich jak położenie czy popyt. Jednak za atrakcyjną lokalizację trzeba odpowiednio więcej zapłacić. Przykładowo, apartament w Świnoujściu kosztuje 6,8–12 tys. mkw., ale za te umiejscowione w bezpośrednim sąsiedztwie plaży trzeba zapłacić już ok. 16 tys. zł. Rynek otwiera się także na coraz drobniejszych inwestorów – powstają inwestycje, w których próg wejścia zaczyna się od 200 tys. zł.

W grudniowym raporcie „Rynek hotelowy w Polsce” eksperci Emmerson Evaluation prognozują, że segment condo będzie się rozwijał także w dużych miastach, gdzie deweloperzy mieszkaniowi zaczęli traktować go jako alternatywny sposób sprzedaży lokali na wynajem. Mieszkania w formule condo to najczęściej w pełni wyposażone i umeblowane mikroapartamenty, o powierzchni zaczynającej się już od kilkunastu metrów kwadratowych.

Prognozy dla rynku condohoteli w Polsce oceniamy optymistycznie. To młody rynek, który dopiero się rozwija i na którym jest miejsce na nowe inwestycje. Poza tym stopy zwrotu są nieco atrakcyjniejsze niż w przypadku inwestycji w zakup zwykłych lokali mieszkalnych. Uważamy, że znajdzie się duża grupa inwestorów, która będzie chciała lokować kapitał w tym rynku – ocenia Dariusz Książak.

60 proc. polskich firm ma problem z zatrudnieniem pracowników. Coraz większą rolę odgrywają rekrutacja i motywowanie pracowników

60 proc. polskich firm ma problem z zatrudnieniem pracowników. Coraz większą rolę odgrywają rekrutacja i motywowanie pracowników 8

Rekordowo niski poziom bezrobocia w Polsce powoduje, że coraz więcej przedsiębiorstw ma problemy ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników. To stawia przed działami HR wiele nowych wyzwań. Rekrutacja i motywowanie pracowników stają się coraz ważniejsze dla rozwoju firm.

Sytuacja na polskim rynku pracy jest bardzo dobra. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, bezrobocie w październiku spadło do 6,6 proc. Rosną natomiast płace – średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło o 7,4 proc. względem października ubiegłego roku, co było najszybszym tempem od 2009 roku, do poziomu 4 574 zł brutto. Od początku 2017 roku płace w tym segmencie rynku zwiększyły się o blisko 300 zł. Eksperci nie mają wątpliwości, że obecnie można mówić o rynku pracownika w Polsce, ale nie na wszystkich stanowiskach.

– Z jednej strony mamy tysiące ofert pracy na przeróżnego rodzaju stanowiska, z drugiej strony są to stanowiska ludzi z kilkuletnim doświadczeniem. Nadal rynek pracy menadżerów wysokiego stopnia jest bardzo konkurencyjny i tylko najlepsi dają sobie na nim radę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Niezgoda, partner zarządzający Tower Executive Search.

Jak podaje BIG InfoMonitor, w 2017 roku 35 proc. Polaków planowało zmienić pracę. W poprzednim roku 27 proc. pracowników zrealizowało ten zamiar, odchodząc z dotychczasowego miejsca zatrudnienia. Z raportu Grant Thornton wynika natomiast, że 60 proc. średnich i dużych firm w Polsce ma problemy ze znalezieniem pracowników, przy czym rok temu odsetek ten wynosił 32 proc.

Zdaniem Katarzyny Niezgody pracodawcy dążą obecnie do zmniejszenia rotacji w kadrach i zatrzymania pracowników na dłużej. Poszukują więc ludzi wykształconych, zdecydowanych, mających jasną wizję swojej przyszłości zawodowej, potrafiących zdefiniować swoje oczekiwania wobec pracodawcy i określić źródła motywacji.

– Pracodawcy szukają ludzi, którzy mają kompetencje bardzo im teraz potrzebne, czyli elastyczność, komunikatywność, umiejętność dostosowania się, bo te wszystkie cechy w połączeniu z bardzo szybkim, zmieniającym się biznesem pozwalają na to, żeby takie osoby zostały dłużej – mówi Katarzyna Niezgoda.

Oczekiwania pracowników różnią się w zależności od wieku. Starsze pokolenie szuka dobrze płatnego, długoterminowego zatrudnienia, młodsi pracownicy chcą przede wszystkim pracodawcy, który zapewni im inspirujące obowiązki zawodowe oraz zrozumie ich potrzebę stałego rozwoju osobistego. Młodzi ludzie wybierają ponadto firmy szanujące podział na życie prywatne i zawodowe. W związku z dynamiczną sytuacją na rynku pracy wyjątkowego, wręcz kluczowego znaczenia nabiera działalność takiej dziedziny, jaką jest HR.

– Ostatnio czytałam o prezesie, który powiedział, że firma postanowiła wyjść z kluczowego sektora swoich usług, ponieważ nie jest w stanie zatrudnić pracowników do wypełnienia luk, które mają. To pokazuje, jak bardzo HR i obszary, za które odpowiada, czyli rekrutacja, motywowanie, zatrudnianie, są teraz ważne i wreszcie doceniane przez zarządy firm – mówi Katarzyna Niezgoda.

Na obecny kształt procesów z dziedziny HR istotny wpływ mają nowoczesne technologie. Zdaniem ekspertki najnowsze zdobycze techniki wspierają działalność tych działów, pozwalają bowiem dotrzeć do konkretnych grup docelowych i środowisk, w których firma szczególnie chce się dać poznać. Niezgoda uważa, że firmy powinny w jak najszerszy sposób korzystać z nowych technologii w procesach rekrutacji. Z punktu widzenia przedsiębiorstw bardziej opłacalne jest wyprzedzanie trendów rynkowych w tym zakresie niż późniejsze nadrabianie zaległości.

– Nie każdą firmę stać na szerokie stosowanie technologii, opracowywanie nowych rozwiązań czy kupowanie bardzo drogiego oprogramowania, ale myślę, że warto w to inwestować – mówi Katarzyna Niezgoda.

Młode firmy technologiczne z szansą na wsparcie biznesowe i bootcamp na prestiżowej uczelni w USA. Nabór wniosków do końca lutego

Młode firmy technologiczne z szansą na wsparcie biznesowe i bootcamp na prestiżowej uczelni w USA. Nabór wniosków do końca lutego 9

Do końca lutego można składać aplikacje do programu MIT Enterprise Forum Poland, skierowanego do młodych firm technologicznych. Dzięki niemu dwadzieścia pięć zespołów otrzyma wsparcie biznesowe i mentorskie. Pięć najlepszych otrzyma szansę udziału w bootcampie w Bostonie, który będzie połączony z wizytami w kampusie i laboratoriach jednej z najbardziej prestiżowych uczelni technologicznych na świecie – Massachusetts Institute of Technology.

MIT Enterprise Forum Poland jest akceleratorem działającym zgodnie z metodyką przedsiębiorczości zdyscyplinowanej autorstwa Billa Auleta, profesora MIT. W dwudziestu czterech krokach prowadzi do efektywnego wykorzystania potencjału drzemiącego w start-upie. Program od początku swojego działania w Polsce uzyskał patronat Ministerstwa Rozwoju oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Mogą się do niego zgłaszać młode firmy technologiczne.

– Są one na wczesnym etapie rozwoju. Potrzebują więc różnego rodzaju wsparcia biznesowego i mentorskiego w kontaktach międzynarodowych. Właśnie to dostarczamy w trakcie trzymiesięcznego programu warsztatowego, programu mentoringowego oraz networkowania ich ze środowiskiem biznesowym –mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Magdalena Jabłońska z Fundacji Rozwoju Przedsiębiorczości Technologicznej,

Do programu zakwalifikuje się dwadzieścia pięć najlepszych zespołów. Finałem programu i jednocześnie główną nagrodą jest wyjazd do USA i bootcamp w Bostonie. Pięć najlepszych start-upów otrzyma szansę na prezentację swoich pomysłów przed inwestorami w USA w trakcie DemoDay. Jest to również okazja, by poznać ekosystem powstały wokół MIT – laboratoria, akceleratory, zwiedzić sam kampus MIT oraz spotkać się z przedsiębiorcami, start-upami, naukowcami, którzy realizują tam swoje marzenia o biznesie opartym na technologiach. MIT Enterprise Forum Poland kieruje swoją ofertę do młodych przedsiębiorców o konkretnym profilu.

– Zapraszamy młode firmy technologiczne. Mają to być zespoły minimum dwóch osób, które stworzyły unikalne know-how, unikalne IP bądź model biznesowy. Powinny być zainteresowane wsparciem firm, które z kolei wspierają nasz program akceleracji w ścieżkach branżowych, bądź wsparciem różnorodnym, które oferujemy w ramach ścieżki ogólnej. Aplikować można online za pośrednictwem platformy aplikacyjnej MIT do 28 lutego – wyjaśnia Magdalena Jabłońska.

W dotychczasowych trzech edycjach akcelerację przeszło już prawie siedemdziesiąt młodych firm reprezentujących różne branże. W ostatnich dwóch edycjach były to głównie te, które są reprezentowane przez ścieżki branżowe.

– Zdrowie, energetyka, surowce czy fintech. Znalazły się wśród nich m.in. bardzo ciekawe rozwiązania związane z internetem rzeczy, a dla fintechu, czyli firm finansowych działających wyłącznie w sieci – systemy blockchain. Jeśli chodzi o zdrowie, to uczestnicy stawiali zarówno na rozwiązania dla medycyny, jak i dla samego pacjenta – przypomina przedstawicielka Fundacji Rozwoju Przedsiębiorczości Technologicznej.

MIT Enterprise Forum jest nienastawioną na zysk międzynarodową organizacją wspierającą start-upy, powiązaną z czołową uczelnią techniczną – Massachusetts Institute of Technology. Organizacja istnieje od 1978 roku i działa w ponad trzydziestu krajach świata. Jej polski oddział powstał w 2015 roku. Jak dotychczas w naszym kraju zostały przeprowadzone trzy edycje programu wsparcia młodych form technologicznych. Obecnie trwa nabór do 4. edycji.

Na ten rok zapowiadana jest jeszcze jedna edycja, co oznacza, że kolejne start-upy otrzymają wsparcie pozwalające na zdobycie wiedzy ułatwiającej im sukces rynkowy.

British Automotive Holding przyspiesza na wzrostowej ścieżce i rozszerza skład Zarządu

Rada Nadzorcza British Automotive Holding, notowanej na GPW będącej generalnym importerem i dystrybutorem aut Jaguar Land Rover, powołała do grona zarządu Arkadiusza Miętkiewicza, Arkadiusza Rutkowskiego i Rafała Suchana. Tym samym Spółka przygotowuje się do dalszego silnego wzrostu sprzedaży, popartego szeregiem inwestycji.

Prezesem Zarządu pozostaje Mariusz Książek, dla którego BAH jest niezmiennie kluczowym aktywem. Decyzja Rady Nadzorczej wynikająca z rekomendacji prezesa, oznacza istotne wzmocnienie kompetencji menadżerskich i decyzyjnych w BAH.

Do naszego Zarządu dołączają doświadczeni menadżerowie o wyjątkowych kompetencjach, którzy podczas dotychczasowej współpracy wielokrotnie udowodnili wysokie umiejętności, przekładające się na sukcesy i rosnącą pozycję BAH na rynku. Jestem przekonamy, że w najbliższych latach wspólnie uda nam się wiele osiągnąć. W ciągu kilku lat chcemy podwoić wolumen sprzedaży aut JLR – powiedział Mariusz Książek, prezes zarządu i główny Akcjonariusz British Automotive Holding.

Arkadiusz Miętkiewicz i Arkadiusz Rutkowski otrzymali funkcję wiceprezesów zarządu i będą odpowiedzialni odpowiednio za działalność Generalnego Importera oraz za sieć dilerską, natomiast Rafał Suchan, w funkcji członka zarządu, niezmiennie będzie pełnił obowiązki dyrektora finansowego. Jednocześnie z dniem 15 stycznia zakończył sprawowanie funkcji Mariusz Poławski, dotychczas wiceprezes zarządu, który operacyjnie zaangażowany będzie w spółce Marvipol Development.

British Automotive Holding to spółka o solidnych podstawach i wielu możliwościach rozwoju. W bliskiej przyszłości chcemy jeszcze silniej budować wartość Grupy, poprzez m.in. ambitne inwestycje we własną sieć dilerską, rozwój sieci dilerów spoza Grupy BAH, najwyższą oferowaną jakość, jak i siłę marki Jaguar Land Rover – tutaj na pewno będą nam sprzyjać zapowiadane ciekawe premiery nowych modeli światowego koncernu – wskazał Arkadiusz Miętkiewicz, wiceprezes zarządu British Automotive Holding.

Wolumen sprzedaży BAH (wypracowany poprzez spółki zależne) wyniósł w 2017 r. 2 500 szt. aut Jaguar Land Rover, tj. o 20 proc. więcej niż w 2016 r. Spółka w br. liczy na osiągnięcie dalszego dwucyfrowego tempa wzrostu, a czynnikami sprzyjającymi będą inwestycje dilerów własnych, nowe lokalizacje dilerów zewnętrznych oraz prognozowany sukcesywny zwyżkujący popyt na auta klasy premium.

Naszym najważniejszym operacyjnym celem na 2018 r. jest dalszy wzrost wolumenu sprzedaży w dwucyfrowym tempie – dodał Arkadiusz Rutkowski, wiceprezes zarządu British Automotive Holding.

Arkadiusz Miętkiewicz posiada 25-letnie doświadczenie w branży motoryzacyjnej. Przez szereg lat związany był z Iberia Motor Capital Group, m.in.: jako prezes oraz członek rad nadzorczych spółek zależnych. Jest współautorem sukcesu marki SEAT w Polsce, Ukrainie i Rosji. Od 2015 r. związany z Grupą BAH, jako dyrektor zarządzający spółką importerską – British Automotive Polska, wchodzącą w jej skład.

Arkadiusz Rutkowski rozpoczął karierę zawodową w 1996 roku w Iberia Motor Company S.A. W 2002 r. objął stanowisko prezesa spółki Auto Barcelona należącej do IMC S.A. W kolejnych latach odpowiadał dodatkowo za pozostałe dilerstwa należące do grupy IMC. Od 2013 r. związany z Grupą BAH, gdzie początkowo objął stanowisko dyrektora zarządzającego spółką dilerską British Automotive Centrum, a od 2015 r. odpowiada również za pozostałe dilerstwa JLR należące do Grupy BAH.

Rafał Suchan od 2007 r. przez dekadę związany z dzisiejszą Grupą MetLife, zasiadając m.in. w zarządzie MetLife TFI oraz odpowiadając za finanse MetLife PTE. Dysponuje bogatym doświadczeniem w pracy w działalności doradczej oraz w audycie, zdobyte w Ernst & Young. W BAH pracuje od 2017 r., gdzie odpowiada za sprawozdawczość finansową i pełni funkcję dyrektora finansowego.

Dalsze umocnienie kursu euro do dolara

Poniedziałek przyniósł dalsze umocnienie euro do dolara, jeszcze podczas sesji europejskiej kurs EURUSD zbliżył się do poziomu 1,23. Zmiany na szerokim rynku wspierają spadek notowań USDPLN, wczoraj poniżej 3,39. Nadal stabilny zaś pozostaje kurs EURPLN, od piątku oscylując w okolicach 4,17.

Słabość dolara amerykańskiego wynika z rosnących oczekiwań, że po Banku Anglii, wkrótce EBC, a następnie inne duże banki centralne rozpoczną zacieśnianie prowadzonych obecnie bardzo luźnych polityk monetarnych. Pod koniec zeszłego roku po raz pierwszy od dziesięciu lat koszt pieniądza w Wielkiej Brytanii podniesiony został o 25pb, co było reakcją na dynamiczny wzrost inflacji o jeden punkt procentowy powyżej celu inflacyjnego BoE. Z kolei w grudniu bank centralny strefy euro utrzymał jeszcze stopy procentowe bez zmian, w tym poziom 0,0% dla głównej stawki rynkowej oraz minus 0,4% dla depozytowej, jednakże z opublikowanego w zeszłym tygodniu minutes wynikało, że decydenci monetarni rozważają zmianę forward guidance, i to być może już na początku bieżącego roku. W ocenie członków komitetu nadszedł bowiem czas na dostosowanie języka wysyłanych treści do polepszających się warunków gospodarczych w Europie. W poniedziałkowym wywiadzie prasowym, członek Rady Prezesów ECB Ardo Hansson zasugerował, że wart 2,55 bln EUR program aktywów po wrześniu EBC mógłby zakończyć jednym ruchem, jeśli wzrost gospodarczy i inflacja będą się kształtować zgodnie z oczekiwaniami.

Pomimo braku sugestii w ostatnim czasie na rynku pojawiły się też spekulacje, iż również Bank Japonii przygotowuje się do zmiany kierunku w prowadzonej dotychczas polityce monetarnej, po tym jak podczas jednego z przetargów zdecydował się na ograniczenie zakupów długoterminowych obligacji. Takie zachowanie BoJ automatycznie podbiło rentowności japońskich obligacji i notowania japońskiego jena do dolara.

Mają to na uwadze, Narodowy Bank Szwajcarii (SNB) będzie prawdopodobnie jednym z ostatnich banków centralnych decydującym się na normalizację polityki monetarnej. Walka z silnym frankiem nie pozwala SNB ani na podwyżkę stóp, ani na ograniczenie sumy bilansowej. Aprecjacji CHF (jako waluty „bezpiecznej przystani) można też spodziewać się w przypadku ewentualnego światowego kryzysu finansowego. Choć w 2017 roku frank osłabił się, w grudniu prezes SNB Thomas Jordan podkreślał, że jest jeszcze zbyt wcześnie, aby mówić o normalizacji polityki. Bank Szwajcarii musi więc poczekać, aż EBC zrobi pierwszy krok, aby nie sprowokować niechcianej aprecjacji franka.

Z obawy przed zbyt silną walutą również NBP najprawdopodobniej będzie czekał na ruch EBC. RPP nadal prezentuje mocno gołębią postawę i to nie tylko ze względu na zachowanie ścieżki inflacji, ale też ze względu na PKB. Aby uchronić złotego przed gwałtowną aprecjacją, która mogłaby zaszkodzić konkurencyjności polskiej gospodarki, a tym samym długofalowemu wzrostowi PKB, Rada będzie zapewne utrzymywać na niezmienionym poziomie obecny dysparytet nominalny stóp procentowych między Polską a strefą euro. W rezultacie, RPP może być niechętna zmianom, zanim EBC nie zacznie podnosić ujemnej stawki depozytowej. Jednakże, nawet biorąc pod uwagę obecną, bardziej jastrzębią postawę EBC w kwestii terminów zakończenia QE, nadal dość daleko jest do podwyżek stóp procentowych w strefie euro, które powinny pojawić się nie wcześniej niż w 2019 roku. Ponadto, perspektywy zbliżania się do górnego przedziału celu inflacyjnego NBP w 2018 r. są również raczej słabe (pomimo, że GUS zrewidował w górę wstępny odczyt inflacji za grudzień do 2,1% r/r z 2,0% pierwotnie szacowanych), co razem powinno przełożyć się na brak podwyżek stóp w Polsce w tym roku. W związku z tym planowane na ten tydzień krajowe odczyty makro (w tym produkcyjno-sprzedażowych oraz dot. rynku pracy) o ile mogą chwilowo wesprzeć złotego, to jednak nie będą czynnikami kierującymi zmianami PLN wobec głównych walut.

Tymi bowiem nadal pozostawać będą wahania eurodolara. W tym tygodniu brak jest jednak znaczących danych z USA i strefy euro, stąd wpływ na złotego mogą mieć realne dane z Chin (m.in dot. wzrostu PKB za IV kw. 2017 roku), które mogą zaskoczyć negatywnie, osłabiając naszą walutę.Rynek walutowy

Autor: Joanna Bachert, PKO Bank Polski

Jak zwiększyć konwersję w sklepie internetowym?

Generowanie ruchu w sklepie to coś, czego nie można zaniedbać. Równie ważna jest jednak optymalizacja strony, która bezpośrednio przekłada się na konwersję i, co za tym idzie, twoje zarobki.

Dużą część budżetu wydajesz na generowanie ruchu w swoim sklepie, ale taka inwestycja nie zawsze się zwraca? Przyczyny tkwią prawdopodobnie w złej optymalizacji strony sklepu, która nie skłania gości do sfinalizowania transakcji. Co jednak zrobić, by klienci, którzy odwiedzili sklep chętniej robili w nim zakupy? Oto kilka porad, które pomogą ci podnieść konwersję w e-handlu.

Produkt to podstawa

Klient nie szuka artystycznych zdjęć i literackich opisów. Szuka produktów. Dlatego zadbaj o to, by wszystkim artykułom towarzyszyły czytelne fotografie wysokiej jakości, ukazujące je z różnych perspektyw i dające klientowi wrażenie, że zapoznał się z produktem równie dobrze co w sklepie. Postaraj się też, by towarzyszyły im rzeczowe, przedstawiające wszystkie atuty produktów, opisy.

Zoptymalizuj ofertę

Przy układaniu oferty sklepu łatwo o błędy. Tym bardziej, że na decyzję o zrobieniu zakupów niekorzystnie wpływa zarówno zbyt wąska, jak i za szeroka oferta. Postaraj się więc, by w twoim sklepie dostępnych było wiele różnorodnych produktów, ale nie dawaj klientom zbyt wielu opcji, sprzedając bardzo podobne towary w zbliżonych cenach.

Bez przesady

Na konwersję w twoim sklepie rzutuje także projekt strony. Layout nie może być zbyt skomplikowany, bo w natłoku elementów trudno wyłowić te, które są naprawdę istotne i przydatne. Zadbaj o to, by kluczowe przyciski i informacje były widoczne na pierwszy rzut oka – chodzi między innymi o ikonę koszyka oraz informacje o płatnościach czy sposobach i kosztach wysyłki. Jeśli klient nie znajdzie ich po pobieżnym przeglądnięciu strony, może nawet zrezygnować z zakupów i zrobić je w konkurencyjnym sklepie.

Bądź ekspertem

Idealny sprzedawca to taki, który na temat oferowanych przez siebie produktów wie wszystko. Dotyczy to także e-commerce. Wizerunek eksperta zbudujesz nie tylko konstruując merytoryczne opisy produktów. Dobremu sklepowi internetowemu powinien też towarzyszyć blog poruszający tematykę związaną ze sprzedawanymi produktami i udowadniający, że naprawdę się na nich znasz.

Nic nie ukrywaj

Jest również coś, co sprawia, że klient rezygnuje z zakupów nawet, jeśli przed chwilą dodał produkty do koszyka. To wydatki, o których dowiaduje się dopiero w momencie finalizowania transakcji – zwłaszcza za wysokie jego zdaniem koszty wysyłki. Dlatego powinieneś zatroszczyć się o to, by informacje o tym, ile zapłaci, były dla niego widoczne od samego początku.

Co z porzuconym koszykiem?

Zdarza się jednak, że klient porzuca koszyk bez wyraźnego powodu. W takich sytuacjach przydatne okażą się powiadomienia web-push, dzięki którym o niedokończonych zakupach poinformujesz klienta nawet, jeśli ten opuścił już twoją stronę. We wdrażaniu takich powiadomień do swojego sklepu warto wspomóc się specjalistycznymi narzędziami, jak na przykład platforma PushPushGo.

Inflacja nie tak niska

Nadwyżka na krajowym rachunku obrotów bieżących wyniosła po listopadzie 0,3% PKB, a saldo usług nadal pozostaje w solidnym trendzie wzrostowym. Oczekujemy, że trendy te będą utrzymywać się także w trakcie 2018 r. i po nadwyżce na rachunku obrotów bieżących w 2017 r., którą szacujemy na 0,3% PKB, w tym roku wzrośnie ona do 0,5% PKB. Mocniejsza niż oczekiwano strukturalna poprawa w bilansie płatniczym jest dla RPP jednym z ważnych argumentów za utrzymaniem stóp procentowych NBP na obecnym poziomie przez długi okres.)

Inflacja CPI w grudniu 2017r. spadła do 2,1% r/r, a opublikowane dane sugerują, że inflacja bazowa pozostała stabilna. Nieprzejednanie gołębia retoryka Rady, zmiana jej funkcji reakcji (wyższa waga wzrostu PKB oraz postrzeganie obecnego poziomu stóp za neutralny), umocnienie kursu złotego oraz strukturalna zmiana w saldzie usług prowadząca do utrzymania stabilnej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących w kolejnych kwartałach ograniczają w naszej ocenie prawdopodobieństwo podwyżek w 2018 do 40% i oznaczają, że RPP wstrzyma się z pierwszą podwyżką stóp przynajmniej do 2019 r.Inflacja nie tak niska

Źródło: PKO Bank Polski

Trendy w reklamie Digital OOH w 2018 roku

Rok 2017 był dla branży DOOH bardzo owocny. Dzięki dynamicznemu rozwojowi najnowszych technologii w sektorze reklamy digital out-of-home reklamodawcy zyskali większy dostęp do kreatywnych możliwości, przez co medium to stało się jeszcze atrakcyjniejsze w oczach odbiorców niż kiedykolwiek wcześniej. Czego zatem możemy się spodziewać w nadchodzącym roku i na co reklamodawcy powinni zwrócić szczególną uwagę chcąc optymalnie wykorzystać potencjał cyfrowej reklamy zewnętrznej? Odpowiedzi na to pytanie postaram się udzielić w poniższym artykule.

Dynamiczny rozwój DOOH

Postęp technologii, a wraz z nim możliwości cyfrowej reklamy zewnętrznej, spowodowały wzrost popularności tego medium. Właściciele lokalnych firm coraz chętniej wykorzystują ten środek komunikacji do prezentowania swoich produktów i usług potencjalnym klientom. Co roku wydatki przeznaczone na reklamę DOOH na całym świecie rosną. Na tej podstawie możemy wnioskować, że branża ta dalej będzie się szybko rozwijać. Potwierdzają to badania opublikowane przez Advertising Association / Warc Expenditure Report, z których wynika, że budżety przeznaczone na digital out of home w 2020 roku będą stanowić ponad 50% środków przeznaczonych na reklamy zewnętrzne.

Wraz ze wzrostem zainteresowania cyfrową reklamą zewnętrzną rośnie zapotrzebowanie na kreatywne rozwiązania i sposoby wykorzystania tego medium w praktyce. Według raportu opublikowanego przez firmę MyLED na temat reklamy DOOH w Polsce najczęściej wykorzystywanymi możliwościami w ubiegłym i bieżącym roku będzie geotargetowanie (73%), dostosowywanie emitowanych treści do czasu i dodatkowo do lokalizacji (62%) oraz interaktywność, czyli pobieranie z sieci treści i aktualizowanie ich w czasie rzeczywistym w kampanii DOOH (60%). Opinie blisko 300 ekspertów biorących udział w tym badaniu potwierdzają również zagraniczne trendy.

Geotargetowanie

Kampanie z wykorzystaniem geolokalizacji cieszą się coraz większym zainteresowaniem. Dostosowanie treści reklamy do miejsca jej wyświetlania pozwala na lepsze dotarcie z komunikatem do odbiorcy i zwiększa skuteczność jej odbioru. Z tego rozwiązania skorzystało już wielu zagranicznych reklamodawców. Jednym z nich jest przewoźnik kolejowy Virgin Trains, który w zeszłym roku dzięki użyciu geolokalizacji oraz danym o aktualnym natężeniu ruchu, informował kierowców o różnicy w czasie dojazdu do Londynu poruszając się samochodem oraz korzystając z kolei, dając im tym samym do zrozumienia, że pociąg jest zdecydowanie szybszym środkiem transportu niż samochód.Virgin Trains

Warunkowanie komunikatu porą dnia i lokalizacją

Dostosowywanie treści do czasu i miejsca jej wyświetlania to bardzo ciekawe rozwiązanie, które jest szczególnie atrakcyjne dla marek spożywczych. Doskonałym przykładem użycia tego typu możliwości jest kampania przeprowadzona przez sieć hipermarketów Sainsbury’s w Wielkiej Brytanii. Firma ta w swojej jesiennej kampanii zachęcała osoby wracające z pracy do wstąpienia do sklepu ich marki na zakupy. W kampanii wyświetlano dialogi prowadzone między bliskimi na temat tego, co zjeść na obiad. Reklamę emitowano w godzinach popołudniowych w miejscach o dużym natężeniu ruchu, w tym m.in. w centrach handlowych i dworcach kolejowych.Sainsburys

Interaktywność

Pobieranie z sieci treści i aktualizowanie ich w czasie rzeczywistym w kampanii DOOH to świetne rozwiązanie dla reklamodawców, którzy pragną podnieść zaangażowanie widzów w odbiorze reklamy. Sprawdza się zwłaszcza w kampaniach, które mają trafić do młodego pokolenia. Świetnie obrazuje to realizacja sprzed miesiąca, w której z okazji wypuszczenia nowej części Gwiezdnych Wojen – Ostatni Jedi użyto tego interaktywnego rozwiązania w połączeniu z mediami społecznościowymi. Na cyfrowych ekranach LED wyświetlały się tweety od fanów wypowiadających się na temat ósmej części kultowego filmu.Gwiezdne Wojny – Ostatni Jedi

Diana Polska
Diana Polska

Oczywiście nie są to jedyne trendy, które będą obowiązywać w roku 2018. Możemy spodziewać się, iż z innowacyjnych możliwości reklamy DOOH zacznie korzystać coraz więcej polskich reklamodawców, a zagraniczne kampanie zainspirują ich do wykorzystywania w realizacjach coraz to nowszych technologii tego medium.

Diana Polska – Marketing & PR Manager w MyLED, odpowiedzialna m.in. za public relations, budowanie komunikacji marketingowej firmy oraz kreowanie kampanii na nośnikach DOOH, dostosowanych do potrzeb klientów. Pasjonuje się innowacyjnymi rozwiązaniami technologicznymi wykorzystywanymi w cyfrowej reklamie OOH oraz tworzeniem pozytywnego wizerunku marki.

Masz złom srebra? Zrób z niego sztabki!

Osoby posiadające złom srebra, które chcą przekształcić swoje kolekcje w formę srebra rotacyjnego (tworząc z niego sztabki) powinny przeczytać dzisiejszy wpis.

Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie: Co to jest złom srebra i czy za każdym razem warto robić z niego sztabki?

sztućce złom srebraZłom srebra to przedmioty, które zostały wykonane z tego metalu. Z czasem uległy jednak uszkodzeniom. Warto wiedzieć, że do tej grupy zaliczamy takie elementy, jak na przykład kolekcjonerskie monety, srebrne medale, sztućce czy uszkodzoną biżuterię itp.

Pamiętajcie, że zanim zdecydujecie się oddać srebro do rafinacji należy zastanowić się czy warto w ogóle pozbywać się swoich zbiorów. Wydaje się, że dużym błędem jest oddawanie do rafinacji przedmiotów, które charakteryzują się bardzo dobrym stanem. Mają one przecież dużą wartość sentymentalną i przypominają nam o wielu miłych wydarzeniach z przeszłości…

Dlaczego warto przekształcić złom srebra w sztabki? Podpowiadają eksperci z firmy www.mennica-krakowska.pl

złom srebraTrzeba podkreślić, że przerobienie złomu srebra w sztabki lokacyjne oznacza wiele korzyści w trakcie wychodzenia z inwestycji. Dlaczego? Kiedy zdecydujecie się sprzedawać zbiory srebra, Wasi kontrahenci tak naprawdę nie mają pewności, jakiej próby srebra nabywają. To oznacza, że muszą podjąć większe ryzyko i zlecić testy próbne konkretnych materiałów. W związku z tym są zazwyczaj skłonni zapłacić mniej za konkretne rekolekcje. Natomiast forma rotacyjna srebra próby 999 jest zdecydowanie łatwiej zbywalna. To oczywiście gwarantuje lepszą płynność w trakcie wychodzenia z inwestycji. Firmowe sztabki srebra są bardzo dobrze rozpoznawalne w naszym kraju. Nic zatem nie stoi na przeszkodzie, aby były ciekawym dodatkiem do inwestowania – na przykład w srebrne monety bulionowe.
Niestety, bardzo dużo osób nieświadomie pozbywa się zbiorów srebra, a tym samym traci dużo gotówki. Wydaje się, że znacznie lepiej jest wykorzystać posiadane surowce dzięki skorzystaniu z szeroko dostępnych i bardzo szybko rozwijających się placówek skupu złomu, niż wyrzucić tego typu elementy na wysypiska śmieci. Warto wiedzieć, że wśród zazwyczaj marynowanych materiałów znajdują się często spore ilości srebra.

Srebro to jeden z najważniejszych metali szlachetnych . Występuje on często w naszym codziennym życiu – i to w wielu sytuacjach. Warto zaznaczyć, że najpopularniejszymi formami srebra są – podczas rzecz jasna samym pierwiastkiem – między innymi takie elementy jak medale, monety czy sztućce. Ze srebra często tworzone są także naczynia oraz różnego rodzaju ozdoby.

Oprócz tego srebro wchodzi również w skład różnorodnych sprzętów elektronicznych. Tym samym stanowi jeden z najczęściej wykorzystywanych materiałów w tym sektorze. W związku z tym ten surowiec jest bardzo pożądany przez punkty skupu złomu, które dokonują recyklingu.

Warto zaznaczyć, że skup srebra możliwy jest tak naprawdę w każdej upoważnionej do tego instytucji. W związku z tym z kupowany materiał może być używany ponownie. To oznacza, iż istnieje możliwość, aby w dużym stopniu zaoszczędzić zarówno na konkretnym surowcu, jak i na stanie swoich portfelów.

Złoty silny słabością dolara

Silny wzrost kursu EUR/USD z ostatniego tygodnia sprzyjał polskiej walucie, która zyskiwała w relacji do dolara amerykańskiego. Złoty był dość silny również w relacji do pozostałych głównych walut, wobec których tydzień zakończył jedynie lekkimi stratmi.

Druga połowa minionego tygodnia przyniosła silne umocnienie euro, co wsparło również polskiego złotego. Publikacja “minutek” z ostatniego spotkania EBC pokazała, że decydenci skłaniają się ku niewydłużaniu programu QE ponad obowiązujący obecnie okres (program ma skończyć się we wrześniu). Dodatkowo, informacje z Niemiec sugerują, że zachodni sąsiedzi Polski są bliscy osiągnięcia Wielkiej Koalicji (koalicji partii CDU/CSU i SPD).

W bieżącym tygodniu uwaga rynków powinna skupić się na walutach rynków wschodzących.  Czwartek będzie dniem wzmożonej aktywności banków centralnych. Tego samego dnia spotkają się: Bank Centralny Turcji, Południowoafrykański Bank Rezerw, Bank Korei, Bank Centralny Indonezji. Niewiele informacji będzie natomiast istotnych dla walut G10.

PLN

Początek ubiegłego tygodnia przyniósł osłabienie złotego, co związane było z umocnieniem amerykańskiej waluty. Ostatecznie jednak złoty zakończył tydzień zyskując w relacji do dolara, korzystając przede wszystkim ze słabości tego ostatniego. W relacji do pozostałych głównych walut złoty zachowywał się podobnie – tracił w pierwszej części tygodnia i zyskiwał w drugiej. PLN w parze z funtem brytyjskim i euro nie był jednak w stanie odrobić wszystkich strat i zakończył tydzień na lekkim minusie.

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej podczas spotkania w środę utrzymała stopy procentowe na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i przewodzonej przez niego RPP. Prezes nadal powtarza, że w jego indywidualnej ocenie stopy procentowe w 2018 r.  powinny pozostać niezmienione, nie wyklucza również, że stabilne stopy procentowe pozostaną z nami jeszcze dłużej. Glapiński zwrócił uwagę na niski poziom inflacji bazowej oraz na fakt, że w gospodarce nie tworzą się nierównowagi. Podkreślił przy tym, że cel inflacyjny banku jest symetryczny (2,5% z odchyleniami 1 p.p. w górę i w dół) i właśnie w ten sposób powinna zapatrywać się na niego RPP. To, czy dyskusja w kwestii podwyżek stóp procentowych rozpocznie się jeszcze w tym roku w ocenie prezesa NBP zależeć będzie od napływu kolejnych danych gospodarczych.

W przypadku istotnego wzrostu presji inflacyjnej przed końcem roku mogłaby rozpocząć się dyskusja nad podwyżkami, w ciągu najbliższych kwartałów stopy procentowe w naszej opinii powinny jednak pozostać na niezmienionym poziomie.

Na przestrzeni tygodnia poznamy kilka interesujących odczytów z Polski, m.in. odczyt inflacji bazowej w grudniu, dane o płacach i zatrudnieniu, jak i produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Uwaga inwestorów prawdopodobnie skupi się natomiast na innych kwestiach, takich jak zmiany polityczne na Starym Kontynencie (w kontekście tworzącej się w Niemczech koalicji i nadchodzących wyborów powszechnych we Włoszech) oraz sytuacja na rynkach wschodzących.

GBP

Brytyjska waluta, podobnie jak euro zakończyła tydzień zyskując w relacji do dolara amerykańskiego. Pozytywne informacje z rynku – wysoka dynamika produkcji przemysłowej oraz wzrost dynamiki sprzedaży detalicznej – sprawiły, że zmniejszyły się obawy o siłę brytyjskiej gospodarki, tym samym uwaga inwestorów znów bardziej skupia się na Banku Anglii. Informacje o tym, iż Hiszpania i Holandia wspierają tzw. “soft Brexit” również pomogły brytyjskiej walucie.

W bieżącym tygodniu, we wtorek opublikowany zostanie raport inflacyjny za grudzień. Jeśli dane pokażą utrzymanie lub wzrost (już i tak bardzo wysokiego) poziomu inflacji, rynki powinny zwiększyć oczekiwania wobec podwyżek stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, co oczywiście wzmocniłoby brytyjską walutę.

EUR

“Minutki” z grudniowego spotkania EBC ujawniły rosnącą wiarę decydentów w perspektywy gospodarcze krajów strefy euro. Co bardziej kontrowersyjne, oficjele stwierdzili, iż poprawa na rynku pracy powinna przełożyć się na wzrost dynamiki płac i presji cenowej. Oczekiwana przez nich poprawa do tej pory istotnie nie przełożyła się na poziom inflacji bazowej, przy której wyliczaniu nie bierze się pod uwag zmian cen energii i żywności. Dynamika bazowa w grudniu wbrew oczekiwaniom konsensusu nie wzrosła nawet do poziomu 1% rocznie, wyraźnie pokazując, iż pozytywne otoczenie gospodarcze nie przekłada się istotnie na wzrost presji płacowo-cenowej. Niemniej, widać było zmianę oczekiwań rynków finansowych wobec daty rozpoczęcia podwyżek stóp procentowych przez EBC. Podwyżki kosztów pieniądza obecnie oczekiwane są jeszcze w 2018 r. (wcześniej szacowano, że rozpoczną się w połowie 2019 r.). Ta zmiana pomogła wspólnej walucie umocnić się do najwyższego poziomu od trzech i pół roku.

USD

Dane makroekonomiczne ze Stanów Zjednoczonych w ubiegłym tygodniu zaskoczyły. Sprzedaż detaliczna rośnie w tempie zbliżonym do poziomu 6% w ujęciu rocznym.

Co bardziej istotne – wygląda na to, że dobra sytuacja na rynku pracy ostatecznie przekłada się na wzrost inflacji. Bazowa dynamika cen w grudniu rosła o 1,8% w ujęciu rocznym, tym samym znalazła się dość blisko celu inflacyjnego FED. Rynki jednak nie przywiązały zbyt dużej uwagi do danych, a inwestorzy kontynuowali skup euro. Dane wspierają nasze oczekiwania wobec wysokiego tempa wzrostu stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Obecnie spodziewamy się, że stopy w USA wzrosną cztery razy w 2018 r. W tym samym okresie w naszej opinii stopy w strefie euro powinny pozostawać na niezmienionym poziomie. Biorąc pod uwagę różnicę w wysokości krótkoterminowych stóp procentowych po obu stronach Atlantyku trudno oczekiwać, że euro może kontynuować wzrost, zwłaszcza biorąc pod uwagę ogromną wartość długich pozycji inwestorów na EUR.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury