Andrzej Sadowski: Rekonstrukcja rządu to za mało – potrzeba zmian w administracji państwowej

Podczas ostatniej rekonstrukcji rządu powołane zostało Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii. Zmiany wymaga jednak cały system, bo sama wymiana osób na stanowiskach w rządzie nie jest wystarczająca. Gdyby taka metoda była skuteczna, to partie rządzące nie traciłyby władzy w wyniku niezrealizowania swoich obietnic, zwłaszcza wobec przedsiębiorców. Dotychczas nie stosowano zasady, jakiej przestrzega już kilka parlamentów na świecie. Chodzi o to, że wprowadzenie jednej ustawy wymaga likwidacji kilku innych, istniejących do tej pory.Pojawiają się deklaracje, że polską gospodarkę trzeba skierować na nowe tory. Nie znaczy to jednak, że należy stawiać do pionu przedsiębiorców, narzucając im innowacyjność na każdym kroku. Trzeba zmieniać administrację, którą ciągle jeszcze znajduje się w epoce analogowej.

 Utworzenie nowego resortu nie zmieni faktu, że do tej wciąż powstają przepisy, które stale ograniczają przedsiębiorczość w Polsce. Nie otrzymaliśmy jednoznacznej deklaracji – poza stwierdzeniem premiera Morawieckiego o nadmiarze regulacji – że ta inflacja prawa zostanie zatrzymana – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – Wtedy polscy przedsiębiorcy mogliby liczyć na lepszą sytuację. Dzisiaj, zwłaszcza małe firmy otrzymują kolejne obowiązki podatkowe, jak choćby większe zobowiązania w postaci rosnącego podatku, jakim są składki ZUS. Premierem polskiego rządu jest prezes jednego z bardziej renomowanych banków. Dotychczas nic nie stało na przeszkodzie, aby przenosić najlepsze rozwiązania z sektora komercyjnego do życia administracji publicznej. Od lat postuluje się wprowadzenie w administracji samorządowej i rządowej bankowego systemu obsługi klienta. Oznacza to umożliwienie rozwiązywanie problemów za pomocą telefonicznego kontaktu z bankiem, otrzymywanie dokumentów kurierem, bez udawania się do placówki. Stąd należałoby oczekiwać, że te najlepsze standardy zaczną obowiązywać w obecnym rządzie. Zmiany personalne bez zmiany administracji zwłaszcza centralnej i publicznej niewiele dadzą. Dopiero niedawno zaczęto stosować w niej standardy znane sektorowi prywatnemu już od kilkunastu lat, zwłaszcza w obszarze cyfrowym. Samo powołanie Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii nie przyniesie rezultatu. Konieczne jest, aby zmieniała się administracja i działania rządu – jego zadaniem jest edukowanie i wypracowanie zmian wśród polskich przedsiębiorców – dodał Sadowski.

Rynek najmu w 2018 roku: dalszy wzrost cen nieruchomości mieszkaniowych

Rok 2018 będzie kolejnym rokiem intensywnego inwestowania w mieszkania na wynajem, a także wzrostu cen nieruchomości. Jednak jak oceniają eksperci z Grupy Mzuri – lidera w zakresie zarządzania najmem w Polsce – w roku 2018 właściciele mieszkań na wynajem zderzą się z barierą dostępności fachowców, jak i rosnącymi kosztami robocizny i materiałów.

Rok 2017 stał pod znakiem wzrostów cen mieszkań w większości z polskich miast zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Średnia cena transakcyjna na rynku pierwotnym w siedmiu największych miastach Polski wzrosła o 4,6 proc. (III kwartał 2017 r. wobec III kwartału 2016 r.), a na rynku wtórnym o 5,4 proc. w analogicznym okresie. Dalszy wzrost cen mieszkań będzie efektem rosnących cen gruntów o przeznaczeniu mieszkaniowym; rosnących kosztów produkcji budowlano-montażowej, które w ciągu ostatnich miesięcy 2017 roku wzrosły o ponad 2 proc. w ujęciu rocznym; widocznego już dzisiaj ryzyka ograniczenia podaży nowych mieszkań przez deweloperów; a także utrzymującego się nadal w 2018 r. silnego popytu na zakup mieszkań, zarówno ze strony konsumentów, jak i inwestorów. – Spodziewamy się, że popyt nadal będzie przewyższać podaż, co skutkować będzie dalszym wzrostem cen najmu. Inwestycje w mieszkania na wynajem będą popularne, by nie powiedzieć powszechne. Sprzyjać temu będą niskie stopy procentowe, a więc i niska opłacalność utrzymywania środków na lokatach – komentuje Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri Investments i spółek Mzuri CFI, które umożliwiają grupowe inwestowanie w mieszkania na wynajem osobom dysponującym nawet relatywnie niewielkim kapitałem. – Rozwój gospodarczy i wzrost wynagrodzeń utrzymają optymizm inwestycyjny oraz będą podsycać wspomniany już wzrost czynszów – dodaje Kaźmierczak.

Nie bez znaczenia pozostaje też fakt rosnącego udziału obcokrajowców wśród najemców. Według danych Mzuri, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje stanowią dużą część rynku najmu: ok. 10 proc. Stale rośnie też liczba studentów przyjeżdżających do Polski na studia (w roku 2015/16 było ich wg. GUS ok. 60 tys., a więc o 20 proc. więcej niż rok wcześniej). Niemniej nie tylko imigranci będą motorem wzrostu. – Kończy się program MDM (Mieszkanie Dla Młodych). Spodziewamy się, że przełoży się to na ograniczenie możliwości nabycia własnego M, a w konsekwencji na zwrot części z potencjalnych klientów MDM w kierunku długoterminowego wynajmu – dodaje Kaźmierczak.

Do wzrostu popularności najmu w Polsce niezmiennie przyczyniają się też tendencje społeczne (zwiększona mobilność pracowników, zmniejszająca się presja społeczna na posiadanie mieszkania, rosnąca niechęć do wieloletnich kredytów, duża liczba rozwodów). Stale spada też liczba pustostanów, co eksperci z Grupy Mzuri zauważyli już w 2017 roku, kiedy to średni poziom pustostanów, liczony pośród portfela ponad 3000 mieszkań, którymi zarządza Mzuri, wyniósł jedynie 4,8 proc. wobec średnio 6,1 proc. w 2016 roku.

Rynek inwestowania w mieszkania na wynajem będzie zatem nadal rozkwitać, jednak dla właścicieli mieszkań będzie to mieć też negatywne konsekwencje. W roku 2018 właściciele mieszkań na wynajem zderzą się z barierą dostępności fachowców, jak i rosnącymi kosztami robocizny oraz materiałów. Według oficjalnych źródeł koszty prac budowlano-montażowych w budynkach mieszkalnych wzrosły od października 2016 r. do października 2017 r. o 1,3 proc. (główny wzrost nastąpił od czerwca 2017 r.), przy czym najszybciej rosły koszty istotne dla właścicieli mieszkań – montaż osprzętu instalacyjnego (wzrost o 4,3 proc.), instalacje (wzrosty o 1,2 do 2,3 proc. zależnie od typu instalacji), czy tynkowanie (1,2 do 2,8 proc.). – W naszym odczuciu ten wzrost był znacznie większy i wyniósł ok. 15 proc. – komentuje Kaźmierczak. Przyczynami są zarówno wzrost wynagrodzeń (ogółem wzrost o 4,9 proc. w III kw. 2017 r. względem roku poprzedniego, a w sektorze budownictwa o 5,7 proc., wywołane przede wszystkim malejącym bezrobociem, które wg metodologii BAEL spadło do jedynie 4,7 proc. w III. kw. 2017 r.), jak i wzrost kosztów materiałów budowlanych, zarówno tych istotnych przy budownictwie pierwotnym (stal, cement), jak też przy pracach wykończeniowych (np. płytki ceramiczne). – Oczekujemy, że bolesny będzie nie tylko już dzisiaj obserwowany wzrost oczekiwań wynagrodzeniowych, ale także przeciągające się remonty, czy wręcz przypadki porzucania rozpoczętych już prac – dodaje Kaźmierczak.

Różnice kulturowe a wpływ na proces rekrutacji

Obcokrajowcy mają inne podejście do rozmów o pieniądzach, czasie pracy czy umowach. Wciąż wielu HR-owców nie jest na to przygotowanych. Tymczasem znalezienie wspólnego języka, daje większą szansę na skuteczną rekrutację.

Proces rekrutacji obcokrajowców wiąże się z poznaniem ich kultury oraz specyfiki rynku pracy, na którym obecnie się znajdują. Dodatkowa wiedza pozwala szybciej i skuteczniej zamykać procesy rekrutacyjne  – taki wniosek płynie z badań jakościowych, w których wzięli udział przedstawiciele działów HR z branży nowoczesnych usług biznesowych w Polsce, w ramach raportu Monster Talent Sourcing Services „Skuteczne sposoby na rekrutacje językowe”. HR-owcy udzielili szczegółowych odpowiedzi na pytania o proces rekrutacji obcokrajowców.

Wsparcie zewnętrznego partnera

Większość rekruterów deklaruje, że rekrutacja cudzoziemców pod kątem przebiegu nie różni się od pozyskiwania Polaków do pracy. Proces rekrutacji obcokrajowców zdecydowanie różni się jednak długością i poziomem skomplikowania. Często wymaga  również wsparcia zewnętrznego partnera oraz dopełnienia dodatkowych procedur.

„Zewnętrzny partner, którzna międzynarodowe uwarunkowania, może doprowadzić do udanego finału rekrutację, która była bliska porażki. Czasem wystarczy kilka zmian w podejściu do kandydatów i mamy sukces. Takim kluczem do osób z zagranicy są chociażby pakiety wsparcia. Wystarczy dodatkowy bonus dla kandydata, a firma będzie w stanie przebić ofertę konkurencji” – zauważa Aleksandra Pocheć, Konsultant w Monster Talent Sourcing Services.

Proces rekrutacji standardowo rozpoczyna się od przygotowania oferty pracy i następnie zamieszczenia jej w serwisach internetowych. Jednak już na tym etapie warto zwrócić szczególną uwagę na międzynarodowość danego serwisu i dotarcie ogłoszenia do wybranej grupy docelowej.

Współpracujemy z agencją rekrutacyjną we Włoszech i w Polsce. Główną korzyścią jest dostęp do pracowników i fakt, że w ten sposób mamy możliwość znaleźć kandydata, o którym normalnie byśmy nie pomyśleli” – deklaruje HR-owiec, który rekrutuje dla firm zarówno w Czechach, na Ukrainie i we Włoszech. Zewnętrzni partnerzy często mają lepszą wiedzę o danym rynku.

„Potem w ramach rekrutacji odbywają się wideo rozmowy, negocjowanie warunków i w konsekwencji ustalanie zasad relokacji. Finalnie rekrutacja trwa od trzech tygodni do trzech miesięcy” – mówi Pocheć z Monster Talent Sourcing Services.

Przykładowo kandydaci z Hiszpanii czasem odpowiadają na wiadomości nawet po kilkunastu dniach. Grecy z euforią podchodzą do oferty pracy, ale na entuzjazmie się kończy.

Inaczej jest na Ukrainie. Tam jest kultura dziękowania za każdą ofertę pracy, nawet gdy kandydat nie jest zainteresowany” – mówi HR-owiec z wrocławskiej firmy zatrudniającej 700 osób. Chętnie zaś w procesach rekrutacji biorą udział Włosi.

Zrozumienie innych kultur kluczem do skutecznej rekrutacji

Mając kandydata do pracy, wyzwaniem jest odpowiednie poprowadzenie rozmowy.

Staram się rozumieć inne kultury, być bardzo obiektywny i otwarty. Jest to aspekt, którego wciąż często brakuje. Osobiście otrzymuję opinie od Włochów i Francuzów, że nie byli zadowoleni po rozmowach kwalifikacyjnych z rekruterami z Polski, ponieważ nie poczuli się przez nich wysłuchani” – mówi HR-owiec. Dodaje, że Włochom i Francuzom przeszkadzał system machinalnie zadawanych pytań, bo jak tłumaczyli cudzoziemcy  „nie chcieli dołączyć do firmy, która trzyma się jednej procedury i traktuje ich jak numer, a nie jako osobę”.

HR-owiec podkreśla, że w przypadku bardziej otwartych kultur – Włochów, Francuzów czy pewnych siebie Holendrów – ważne jest prowadzenie rozmowy w sposób bardziej naturalny, jednocześnie z zachowaniem profesjonalizmu. HR-owiec musi też otwarcie mówić o pieniądzach – gdy rozmawia z Brytyjczykiem, o warunkach umowy – gdy spotyka się z Niemcem, o integracji w firmie – gdy ma przed sobą południowca.

Argumenty, czyli kogo najtrudniej przekonać do przeprowadzki

Najtrudniej przekonać do przeprowadzki do Polski kandydatów mieszkających w Niemczech czy Szwajcarii. W tych krajach są zarówno wysokie płace, jak i bardzo dobre warunki socjalne.

Im bardziej na Wschód, tym łatwiej. Wynika to z niekorzystnej sytuacji politycznej i ekonomicznej w rym rejonie. Polskie firmy są bardzo zadowolone z pracowników z Ukrainy. Sumiennie pracują i nie mają wygórowanych oczekiwań finansowych” – mówi HR-owiec z firmy outsourcingowej IT.

Pieniędzmi można przekonać również mieszkańców południowej Europy – Włochów, Hiszpanów czy Portugalczyków, gdzie wciąż widać skutki kryzysu gospodarczego.

Popyt na pracowników z zagranicy, np. tych z określonymi kompetencjami językowymi, wciąż rośnie. Warto, więc przygotować się na rekrutacje obcokrajowców i budowanie zespołów wielokulturowych.

Już 1,5 mln Polaków korzysta z pożyczek pozabankowych

Polacy pożyczają pieniądze poza bankami. Z takich pożyczek w zeszłym roku skorzystało już 1,5 mln osób – wynika z danych Biura Informacji Kredytowej. Taka forma jest szczególnie popularna wśród klientów, którzy chcą pożyczyć niskie kwoty, czyli do 4 tys. złotych. Wartość niskokwotowych pożyczek wyniosła w zeszłym roku 10 mld zł, z czego jedna czwarta przypada na firmy oferujące chwilówki. W przypadku finansowania do kwoty 1 tys. zł udział rynkowy „chwilówek” zbliża się do połowy łącznego finansowania banków i firm pożyczkowych.

– Wydawać by się mogło, że rynek pożyczkowy to rynek dla osób, które nie mają pieniędzy i bardzo źle sobie dają radę. Jest to błędna informacja. Klient pożyczkowy to tylko czasami osoba wykluczona z rynku bankowego, ale głównie to klient młody od 21 do 34 lata, bez historii kredytowej, najczęściej kobieta. Jest to klient, który potrzebuje pieniędzy na tu i teraz, na swoją potrzebę konsumpcyjną. Odpowiedź dostajemy natychmiastowo, a pieniądze przelane na konto przychodzą bardzo szybko – mówi newsrm.tv Beata Szwankowska, prezes Miloan Polska.

Dlaczego Polacy wybierają firmy pożyczkowe? Pożyczki pozabankowe to często jedyne rozwiązanie dla grupy ponad miliona osób, nie mających zdolności otrzymania kredytu w bankach, tzw. „wykluczonych finansowo”. Surowe wymagania, brak pracy „na etat” czy raczkująca własna działalność gospodarcza jest poważną przeszkodą dla uzyskania kredytów bankowych w Polsce. Z jednej strony – dzięki niskiemu wskaźnikowi niespłaconych kredytów, związanemu z wysokimi wymaganiami – polskie banki należą do najsprawniej działających w Europie. Z drugiej strony spora grupa osób jest odcięta od możliwości wsparcia się kredytem bankowym.

– Konkurencja na rynku firm pożyczkowych jest olbrzymia. Staramy się dzielnie walczyć na tym rynku. W Miloan Polska pożyczamy pieniądze klientom w sposób łatwy, przy minimum formalności i bardzo szybko. Dlatego zostało to docenione i jesteśmy najlepszą firmą pożyczkową online w Polsce – dodaje Beata Szwankowska.

P. Kuczyński: surowce będą drożały. Tempo wzrostu będzie zależeć od rozwoju sytuacji między Iranem a Arabią Saudyjską

P. Kuczyński: surowce będą drożały. Tempo wzrostu będzie zależeć od rozwoju sytuacji między Iranem a Arabią Saudyjską 1

Dopóki dolar będzie tracił, trzeba się liczyć z podwyżką cen surowców – mówi Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. W ubiegłym roku złoty umocnił się wobec amerykańskiej waluty o prawie 18 proc., początek 2018 roku przyniósł kontynuację tego trendu. Nowy rok rozpoczął się też od podwyżek cen ropy, które przebiły maksima z 2015 roku. Jednak kierowcy nie muszą się na razie obawiać gwałtownych podwyżek cen paliw, chyba że na Bliskim Wschodzie dojdzie do bezpośredniej wojny między Iranem a Arabią Saudyjską.

Rynki czasami są irracjonalne. Jeżeli dolar będzie dalej tracił, choć nie powinien, to surowce powinny drożeć. Arabia Saudyjska wstawiła do swojego budżetu na 2018 rok cenę ropy na poziomie 75 dolarów. Mamy ok. 60 dolarów, to tak jakby liczyli na 25-proc. wzrost ceny ropy. Niekoniecznie musi się stać tak, jak oni tego chcą, ale na razie trend jest absolutnie wzrostowy dla surowców – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

W ubiegłym roku euro umocniło się wobec dolara o 14 proc., z kolei złoty zyskał wobec amerykańskiej waluty 17 proc. Początek tego roku przyniósł kontynuację tego trendu.

Nowy rok rozpoczął się też od podwyżek cen ropy – baryłka surowca na amerykańskiej giełdzie kosztuje nieco ponad 63 dolary. Obecna cena jest najwyższa od ponad dwóch lat i przekracza maksimum z 2015 roku. Od strony popytowej sprzyja temu m.in. spadek zapasów ropy w USA, dobre dane makroekonomiczne i niespokojna sytuacja w Iranie, która nie wpływa jednak na produkcję.

Dla inwestorów liczy się miedź i ropa, czyli KGHM oraz spółki paliwowe jak Orlen czy Lotos. Ropa jest najważniejsza również dla ludzi, bo warunkuje koszty transportu. Jeżeli złoty będzie mocny, to nawet drożejąca ropa specjalnie nie zawyży inflacji, ale gdyby coś się zmieniło na świecie i złoty – po wspaniałym 2017 roku – zacząłby tracić, wtedy natychmiast uderzy w nas inflacja, jeśli ropa będzie droższa – mówi Piotr Kuczyński.

Główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion ocenia, że kierowcy nie powinni się na razie obawiać drastycznych podwyżek cen paliw, ale może do nich dojść, jeżeli zaostrzy się konflikt Iranu i Arabii Saudyjskiej, który spowoduje gwałtowny wzrost cen ropy. Oba państwa toczą już zastępcze wojny na terenie Jemenu. Bezpośredni zbrojny konflikt obu bliskowschodnich potęg prawdopodobnie oznaczałby też zaangażowanie Stanów Zjednoczonych i Izraela, a dla reszty świata – poważny kryzys gospodarczy.

Sytuacja się zaostrza, w Iranie dochodzi do olbrzymich niepokojów, a wiadomo, że nie ma nic lepszego na uspokojenie wewnętrznych niepokojów niż zewnętrzna wojna. Gdyby wybuchła prawdziwa wojna na linii Arabia Saudyjska – Iran, wtedy cena ropy poleciałaby gwałtownie w górę – mówi Piotr Kuczyński.

Grecja numerem jeden wśród kierunków wakacyjnych. Wybiera ją blisko 40 proc. turystów

Grecja numerem jeden wśród kierunków wakacyjnych. Wybiera ją blisko 40 proc. turystów 2

Grecja to wakacyjny hit ubiegłego sezonu. Szacuje się, że nawet 39 proc. Polaków od lipca do września na wypoczynek wybrało właśnie ten kierunek. Taki trend powinien się utrzymać także w 2018 roku. Grecja przyciąga turystów coraz lepszą infrastrukturą, nowymi formami aktywnego wypoczynku oraz formatami wakacyjnymi. Największą popularnością cieszą się duże wyspy: Kreta, Rodos, Zakynthos i Korfu. Do łask wracają też Attyka i Peloponez.

– Grecja jest absolutnym hitem wakacyjnym Polaków nieprzerwanie od kilku sezonów. Każdego roku jej udział istotnie rośnie i nic nie wskazuje na to, żeby ta tendencja miała się odwrócić. To najbardziej popularny kierunek wakacyjny, który dystansuje konkurentów. Udział Grecji w rynku to 35–40 proc., jeśli mówimy o letnim wypoczynku czarterowym, a w przypadku innych kierunków jest to kilkanaście procent – podkreśla w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Biznes Janusz Śmigielski, wiceprezes zarządu Grecos.

Z danych Travelplanet.pl wynika, że Grecja jest wakacyjnym numerem jeden dla polskich turystów. Od czerwca do września 2017 roku urlop spędziło tam 39 proc. Polaków. Drugie i trzecie miejsce, podobnie jak w 2016 roku, należało do Bułgarii i Hiszpanii, jednak łącznie do tych dwóch krajów wyjechało 28 proc. wypoczywających. Zdaniem przedstawiciela Grecos taki trend powinien się utrzymać, choć wzrost może nie być już tak dynamiczny jak obecnie. Ze styczniowych danych serwisu Wakacje.pl wynika, że więcej niż co czwarty rezerwujący wycieczki na lato zdecydował się na Grecję.

Przez ostatnie kilka lat podwoiliśmy liczbę klientów wysyłanych do Grecji. Teraz wzrosty z roku na rok mogą być dwucyfrowe, ale nasycenie jest już bardzo duże. Wiele zachodnich nacji powraca do Grecji i robi się już ciasno, dlatego trzeba mieć świadomość, że wzrosty nie będą już tak spektakularne jak kiedyś. Niemniej w tym roku planujemy też dwucyfrowy wzrost – ocenia Śmigielski.

W 2017 roku liczba turystów, którzy wyjechali z Grecosem do Grecji, wzrosła o 12 proc. Również u innych touroperatorów ten kierunek cieszy się dużą popularnością. Analizy Greckiej Konfederacji Turystycznej (SETE) wskazują, że już w najbliższym sezonie letnim w samolotach do Grecji będzie o 4 proc. więcej miejsc niż w poprzednim sezonie.

Polacy lubią wracać do Grecji, cenią przede wszystkim gościnność Greków, ich styl życia, brak pośpiechu, czyli tzw. siga, siga. Każdy, kto jedzie na wakacje, szuka chwili wytchnienia, spokoju i zresetowania się, więc to greckie siga, siga jest idealną receptą na udany wypoczynek. To wyjątkowy klimat wakacyjny, do którego wszyscy chcą zawsze wracać – tłumaczy wiceprezes Grecos.

Największym zainteresowaniem turystów cieszą się znane i duże greckie wyspy, czyli Kreta, Rodos, Zakynthos i Korfu. Wiele osób wybiera też małą wyspę Kos położoną tuż przy tureckim wybrzeżu. Rosnącą popularnością cieszy się także królowa Wysp Jońskich – Kefalonia.

 Jeśli ktoś był na Krecie i powiedział, że był już w Grecji, to błąd. To tak naprawdę dopiero początek, ponieważ klienci wracają co roku do Grecji i odkrywają inne fantastyczne rejony: maleńkie wyspy, jak Lefkada, Skiathos, Skopelos, archipelag Cyklady z Mykonos czy królową Santorini. Do łask wraca także kontynent, czyli wypoczynek na Riwierze Ateńskiej z możliwością zwiedzania Aten, na wyspie Evia, a także Peloponez południowy, piękny i spokojny, oraz północny, gdzie blisko jest do wszystkich atrakcji Koryntu – wymienia Śmigielski.

Według SETE przychody Grecji z turystyki w 2017 roku mogły sięgnąć 14,5 mld euro. Duże zainteresowanie wyjazdami do tego kraju przekłada się na coraz lepszą infrastrukturę. Część hoteli przejmowana jest przez duże międzynarodowe sieci, inne hotele podwyższają swój standard. Ma to niemałe znaczenie dla polskich turystów, którzy – jak pokazują dane Travelplanet – chętnie wybierają 4- i 5-gwiazdkowe hotele z opcją all inclusive.

 Standard obsługi i wypoczynku w Grecji diametralnie się zmienia – przekonuje Śmigielski. – Dodatkowo pojawia się tam wiele form nowoczesnego, aktywnego wypoczynku, coraz więcej formatów wakacyjnych, które nie były dotąd spotykane. Sprzedają się pakiety willa plus samochód albo hotel plus samochód. Pojawiają się unikalne kluby wakacyjne dla dorosłych i dzieci, podróże kulinarne czy autorskie programy zwiedzania. To wszystko powoduje, że na tle innych krajów Grecja zyskuje.

Grecja od lat utrzymuje się w czołówce wakacyjnych destynacji, jednak od 2015 roku jej popularność dynamicznie rośnie. Ma to związek z wydarzeniami geopolitycznymi w Afryce Północnej i niespokojną sytuacją w Turcji. Grecja jest bezpieczna, a jednocześnie tańsza niż np. Hiszpania.

– Turcja w wyniku zawirowań geopolitycznych w ostatnich latach straciła swoje udziały w rynku, które przynajmniej na rynku polskim były i tak niższe niż Grecji. Teraz ta tendencja zaczyna się odwracać, ale powrót na poprzednie poziomy na pewno będzie trwał przez wiele sezonów – prognozuje Janusz Śmigielski – Zatem jeśli spokojne, to tylko wielkie greckie wakacje.

Sztuczna inteligencja zwiększy możliwości biznesowe firm. Wymusi także prowadzenie przedsiębiorstw w bardziej przejrzysty sposób

Sztuczna inteligencja zwiększy możliwości biznesowe firm. Wymusi także prowadzenie przedsiębiorstw w bardziej przejrzysty sposób 3

Od przedstawicieli branży finansowej oczekiwane są kompetencje moralne – uczciwość, etyka i dbanie o dobro wspólne. Jednocześnie większość osób ocenia, że instytucje finansowe działają przede wszystkim na swoją korzyść. To może zmienić rozwój sztucznej inteligencji jako jednej z przełomowych technologii. Z jednej strony daje ona więcej możliwości biznesowych firmom, niekoniecznie moralnych, ale z drugiej strony sprawi, że prowadzenie interesów stanie się bardziej transparentne – ocenia prof. Piotr Płoszajski, kierownik Katedry Teorii Zarządzania SGH w Warszawie.

Wszystkie sektory gospodarcze powinny być moralne, a sektor finansowy w szczególności, bo w pewnym sensie jest to sektor zaufania publicznego –wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Piotr Płoszajski, kierownik Katedry Teorii Zarządzania Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Od zawodów finansowych w większym stopniu niż od jakichkolwiek innych oczekiwane są kompetencje moralne. Na większe zaufanie do sektora mogłyby wpłynąć mocniejsze nastawienie na realizację potrzeb klienta, a nie tylko na sprzedaż produktu, oraz wysokie standardy etyczne. Jak wynika z ubiegłorocznego badania przeprowadzonego w ramach projektu „Nienieodpowiedzialni.pl”, ok. 80 proc. respondentów uważa, że instytucje finansowe próbują naciągać klientów na niepotrzebne produkty finansowe, a ok. 70 proc. podkreśla, że stawiają one przede wszystkim na własne korzyści. Zmiana takiego podejścia jest istotna, zwłaszcza w świetle ery IT i robotów.

Przełomowe technologie – a sztuczna inteligencja jest na pewno jedną z nich – mogą być używane w sposób dobry i zły. O potędze danej technologii świadczy fakt, że może ona być wykorzystana w zły sposób – im gorzej, tym jest potężniejsza – mówi prof. Płoszajski.

Zdaniem naukowców lata 2040–2050 będą pierwszym w historii okresem, w którym sztuczna inteligencja dorówna ludzkim możliwościom lub je przewyższy. Szacunki IDC z 2016 roku wskazują, że wartość rynku wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości (VR i AR) może wzrosnąć z 5,2 mld dol. w 2016 roku do 162 mld dol. w 2020 roku. Prognozy mówią o 29 miliardach rzeczy podłączonych do internetu w 2022 roku.

Żyjemy w świecie cyfrowym, gdzie wszyscy ze wszystkimi są w jakimś sensie połączeni. Można więc oczekiwać, że sztuczna inteligencja zwiększy możliwości biznesowe firm, ale zwiększy też oczekiwania biznesu, żeby zarabiać więcej, niekoniecznie w sposób moralny – ocenia przedstawiciel SGH. – Jest też druga, optymistyczna strona. Gospodarka cyfrowa jest bardziej przezroczysta, niż była. To już nie jest świat Wielkiego Brata, a świat milionów małych braciszków, którzy patrzą sobie wzajemnie na ręce. To dla mnie nadzieja.

Postępująca robotyzacja i komputeryzacja postrzegane są przede wszystkim jako zagrożenie dla miejsc pracy. Roboty coraz częściej zastępują człowieka, przede wszystkim w produkcji i przemyśle. Badania Oxford Martin School wskazują, że w konsekwencji postępu technologicznego w ciągu 10–20 lat niemal połowa wszystkich amerykańskich zawodów może zostać skomputeryzowana. Sztuczna inteligencja – zwłaszcza samoświadoma – może się okazać dla ludzkości niebezpieczna. Z drugiej jednak strony zastąpienie w biznesie ludzi przez sztuczną inteligencję może wyeliminować ryzyko nieetycznych zachowań.

Chciałbym przyjąć tezę, że banki, sektor finansowy i wszystkie inne sektory będą chciały robić coś dobrze, mam też dużo zaufania do mechanizmu pilnowania się nawzajem. Z jednej stronie nowe technologie ułatwią robienie dużych biznesów, z drugiej strony zmuszą do zrobienia tego w sposób bardziej przejrzysty niż dawniej. Jestem więc optymistą – podsumowuje prof. Piotr Płoszajski.

Dzięki najnowszej technologii lekarz wykona badanie USG nawet w domu. Może to poprawić wykrywalność chorób

Dzięki najnowszej technologii lekarz wykona badanie USG nawet w domu. Może to poprawić wykrywalność chorób 4

Badanie ultrasonograficzne pozwala szybko i bezboleśnie zdiagnozować wiele schorzeń. Nie wymaga od pacjenta specjalnego przygotowania i można je powtarzać tak często, jak tylko zachodzi potrzeba – nawet w odstępie kilkunastu godzin. Jest całkowicie bezpieczne i nie ma żadnego wpływu na zdrowie chorego. Dzięki rozwojowi technologii takie badanie może przeprowadzić nie tylko specjalista w pracowni USG, lecz także lekarz pierwszego kontaktu w gabinecie czy podczas domowej wizyty.

Ultrasonografia jest badaniem obrazowym, którego sukces polega na tym, że jest pozbawione właściwie jakichkolwiek negatywnych skutków dla organizmu. To badanie, poza wyjątkowymi sytuacjami jak wczesna ciąża, może być wykonywane u pacjentów bez żadnych ograniczeń – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Batko, pediatra.

Badanie ultrasonograficzne, popularnie znane jako USG, to podstawa diagnostyki w medycynie. Jest nieinwazyjne i – o ile lekarz nie zaleci inaczej – nie wymaga specjalnego przygotowania. Można je powtarzać wielokrotnie, bez żadnego wpływu na bezpieczeństwo i zdrowie pacjenta. Jedynym przeciwwskazaniem są otwarte rany albo oparzenia w polu badania.

Dzięki aparatowi USG lekarz może bezboleśnie i szybko wykryć wiele ciężkich schorzeń, na przykład choroby układu pokarmowego czy krążenia, dysfunkcje tarczycy czy stawów. Regularnie wykonywane USG piersi jest podstawą profilaktyki tego typu nowotworu u kobiet. Z kolei w ciąży to badanie pozwala lekarzowi ocenić, czy płód rozwija się prawidłowo.

Nie ma żadnych ograniczeń co do częstotliwości wykonywania badań. Zdarzają się sytuacje, w których moi pacjenci wymagają powtórzenia USG w odstępie kilku czy kilkunastu godzin, wtedy absolutnie bezpiecznie możemy to badanie wykonać powtórnie. Doskonałymi pacjentami są dzieci, u których – ze względu na mniejszą masę – możemy zobaczyć w USG dużo więcej niż u dorosłych – mówi dr Tomasz Batko.

Do obrazowania wnętrza ludzkiego ciała wykorzystywane są fale akustyczne o wysokiej częstotliwości, których nie jest w stanie wychwycić ludzkie ucho. Są całkowicie bezbolesne i bezpieczne – w przeciwieństwie do promieni rentgenowskich (w badaniu RTG) nie wpływają negatywnie na tkanki.

W trakcie badania lekarz najpierw smaruje fragment ciała specjalnym żelem, który ułatwia przewodzenie i prosi, aby ułożyć się w odpowiedniej pozycji. Potem przykłada głowicę aparatu USG, w której znajduje się przetwornik ultradźwięków. Przesuwając ją, uzyskuje dość dokładny obraz narządów wewnętrznych i zmian w ich obrębie.

USG to taka zmyślna maszyna, która zamienia prąd ze ściany na niesłyszalny dla nas dźwięk. Echo tego dźwięku, który wysyłamy do pacjenta, powraca do głowicy i pojawia się na ekranie. Głowica ultrasonograficzna – to, co lekarz trzyma w ręku – pełni rolę nadajnika i odbiornika. Wysyłamy falę ultradźwiękową w głąb ludzkiego ciała, ona do nas powraca i w palecie odcieni szarości widzimy to na ekranie – wyjaśnia Mateusz Kosiak, ekspert medycyny rodzinnej, ultrasonografista.

Dzięki technologii miniaturyzacji aparaty do USG mają coraz mniejsze rozmiary przy zachowaniu wysokiej jakości obrazu. W tej chwili lekarz może przeprowadzić takie badanie już nie tylko w specjalistycznie wyposażonym gabinecie, lecz także na przykład na miejscu wypadku czy w szpitalu, bezpośrednio przy łóżku pacjenta. Przy wykorzystaniu mobilnego aparatu USG połączonego z aplikacją w smartfonie może zbadać pacjenta w trakcie wizyty domowej.

– Mobilne USG działa jak normalny aparat. Cała technologia ukryta jest w głowicy, która za pomocą kabla USB komunikuje się z ekranem na telefonie komórkowym albo tablecie. Obraz z głowicy USG przesyłany jest na ekran i pozwala uruchomić aplikację, która ten obraz przetwarza, potrafi nim sterować, dostosowywać go tak, żeby jak najlepiej uwidocznić anatomię pacjenta – wyjaśnia Karol Wesołowski, dyrektor biznesu ultrasonografii w Philips.

Mobilny ultrasonograf Philips Lumify to głowica podłączona do urządzenia mobilnego, które przetwarza obraz dzięki specjalnej aplikacji. Urządzenie pozwala wykonać szybkie badanie USG w sytuacjach, kiedy liczy się czas albo lekarz pierwszego kontaktu potrzebuje potwierdzenia dla wstępnej diagnozy. Dlatego mobilne USG może ułatwić pracę zwłaszcza lekarzom rodzinnym, internistom czy pediatrom. W takim przypadku pacjent nie otrzyma jednak wyników badania wraz z opisem, jak w przypadku klasycznego USG.

– W przypadku Philips Lumify mówimy o badaniu poglądowym, orientacyjnym. Nie ma konieczności stosowania opisu, nie jest to pełne badanie USG. Ono służy bardziej do uwidocznienia tego, co dla lekarza będzie potwierdzeniem jego wstępnej diagnozy. Można wysnuć taką analogię badania USG do badania stetoskopem – przy badaniu stetoskopem lekarz nie wykonuje dokumentacji, ale oczywiście opisuje to, co zdiagnozował. Ta diagnoza jest tutaj najważniejsza – podkreśla Karol Wesołowski.

Co dla druku oznacza RODO?

Z dniem 25 maja 2018r. we wszystkich krajach UE zacznie obowiązywać nowe Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych (RODO). Od tego dnia wszystkie firmy i organy administracji publicznej działające w UE będą musiały zapewnić zgodność infrastruktury IT z nowymi regulacjami.

Należy podkreślić, że w nowym rozporządzeniu zakres danych osobowych uległ znacznemu rozszerzeniu. Informacje, które mogą prowadzić do zidentyfikowania osoby fizycznej uwzględniają szereg elementów, począwszy od informacji ekonomicznych i kulturowych, jak i tych dotyczących zdrowia psychicznego, numerów telefonów, adresów IP, nazw użytkowników w mediach społecznościowych i wiele innych. Ponadto organizacje są zobowiązane do poinformowania o wykryciu wycieku danych w ciągu 72 godzin. W przeciwnym wypadku zostaną ukarane wysoką grzywną.

W debacie na temat dostosowania infrastruktury IT do nowych regulacji przeoczono kwestię ochrony danych osobowych na wydrukach. Wyciek danych to nie zawsze cyberatak na wielką skalę, do jakiego doszło niedawno. Może się po prostu zdarzyć, że wydruk znajdzie się w niewłaściwych rękach.

Problematyczne kwestie związane z drukowaniem

Słabe punkty zabezpieczenia wydruków to zarówno kwestie zaawansowane, związane
z szyfrowaniem, jak i podstawowy błąd ludzki. Wiele firm prawdopodobnie nawet nie wie, że dane osobowe podczas drukowania są często przesyłane bez szyfrowania w sieci. Dane osobowe są również przechowywane bez szyfrowania na serwerach, a nawet na dysku drukarki.

Często zdarza się, że firmy nie wprowadzają alternatywnego obiegu dokumentów (workflow) – kluczowego narzędzia, dzięki któremu dane wrażliwe nie dostają się w niepowołane ręce. Bez alternatywnego obiegu dokumentów dane osobowe mogą zostać przesłane do drukarek pracujących w niezabezpieczonych lokalizacjach. Nawet dokument pozostawiony w tacce drukarki to niewłaściwie chronione dane.

Są to tylko niektóre zagrożenia, na jakie narażone są firmy zabezpieczające dane na wydrukach.

Wraz z rozwojem technologii IoT, która będzie przenikać do wszystkich procesów biznesowych, pojawią się jednak bardziej skomplikowane wyzwania. Firmy, chcąc się przygotować do wejścia w życie RODO, niewątpliwie mają przed sobą trudne zadanie.

Jak zabezpieczyć flotę drukarek

Bezpieczeństwo drukowania stanie się kluczowym elementem procesów planowania IT
w przedsiębiorstwach. Dlatego firmy muszą uwzględnić trzy kluczowe obszary bezpieczeństwa drukowania:

Pierwszy obszar obejmuje urządzenia – wiele organizacji posiada stare, słabo zabezpieczone urządzenia drukujące. Najlepszym zabezpieczeniem jest wdrożenie funkcjonalności bezpiecznego dostępu, które zezwalają na dostęp do urządzeń wyłącznie użytkownikom posiadającym odpowiednie uprawnienia.

Kolejny obszar to sieć. Coraz powszechniejsze korzystanie z urządzeń mobilnych oraz konieczność wspierania urządzeń będących własnością pracowników sprawiają, że działy IT stale poszukują równowagi pomiędzy udostępnianiem użytkownikom narzędzi, które są im potrzebne do poprawy efektywności, a minimalizacją ryzyka naruszenia bezpieczeństwa sieci i połączeń. Problemy rozwiązywane są poprzez nadawanie certyfikatów cyfrowych, filtrowanie portów, adresów IP, nadawanie uprawnień dostępu w zależności od zajmowanego stanowiska itd.

Ostatni obszar dotyczy dokumentów. Można zapobiec „złośliwemu“ drukowaniu przez skonfigurowanie urządzenia w taki sposób, aby wydruk mógł zostać aktywowany wyłącznie przez uwierzytelnionego użytkownika. Można również wprowadzić uwierzytelnianie kart w celu uzyskania dostępu do budynków i urządzeń, rozwiązania w zakresie wyzwalania druku i bezpiecznego monitorowania dokumentów. Tego rodzaju opcje umożliwiają pełny wgląd w wydrukowane dokumenty, równocześnie zmniejszając odpowiedzialność związaną z zagrożeniami z wewnątrz.

Ponadto firmy powinny zwrócić uwagę na to, aby bezpieczeństwo stało się integralnym elementem również urządzeń drukujących, a nie tylko oprogramowania czy infrastruktury IT. Od maja 2018 r. przypadkowo wydrukowany dokument, który dostanie się w  niepowołane ręce, może okazać się równie kosztowny jak cyberatak. UE ostrzega: organy ochrony danych będą mogły nakładać grzywny w wysokości do 20 mln EUR lub nawet do 4% rocznego globalnego obrotu firmy (w zależności od tego, która kwota jest wyższa). Z punktu widzenia przedsiębiorstw najważniejsze jest zapobieganie tego rodzaju problemom.

Ponieważ powoli zbliża się godzina zero dla RODO, firmy już teraz powinny się zastanowić, jak zamierzają chronić gromadzone przez siebie dane osobowe, zarówno te pochodzące z zewnątrz, od klientów, jak i dane pracowników. Zasadniczo przedsiębiorstwa powinny zadbać o przestrzeganie regulacji dotyczących ochrony danych osobowych we wszystkich obszarach – od bezpieczeństwa sieci po samą tackę drukarki.

Jednolity Rynek Cyfrowy wśród tegorocznych priorytetów UE. Polska mocno promuje swobodę przepływu danych w Europie

Jednolity Rynek Cyfrowy wśród tegorocznych priorytetów UE. Polska mocno promuje swobodę przepływu danych w Europie 5

Jednolity Rynek Cyfrowy ma pobudzić innowacje i unijne PKB, a także stworzyć setki tysięcy miejsc pracy i nowe możliwości rozwoju dla biznesu. Obok likwidacji barier legislacyjnych do wdrożenia JRC wymagane są też wielomiliardowe inwestycji, np. w utworzenie szybkiej sieci 5G. Na forum europejskim Polska awansowała już do miana lidera w promowaniu zagadnienia JRC i swobody przepływu danych.

– W obszarze Jednolitego Rynku Cyfrowego w UE mamy kilka działań legislacyjnych, mocno merytorycznych i technicznych. Są to działania związane z budową sieci 5G i potrzebnych do tego elementów. Mamy cały obszar tzw. kodeksu telekomunikacyjnego, nad którym będziemy pracować, rozporządzenie RODO o ochronie danych osobowych oraz e-privacy. Najważniejszym elementem – z punktu widzenia obywateli, biznesu i zrównoważonego rozwoju UE – jest natomiast obszar swobodnego przepływu danych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Szubert, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, pełnomocnik rządu ds. Jednolitego Rynku Cyfrowego.

Europejska gospodarka jest w fazie cyfrowej transformacji – przechodzi z modelu opartego o geopolitykę i zasoby naturalne na bardziej nowoczesny, bazujący na wykorzystaniu danych (tzw. Data Economy). Znaczenie danych – jako głównego surowca przyszłości – podkreślają Komisja Europejska, ONZ czy OECD.

Według raportu „Data Utilization Intensity 2017”, opracowanego na zlecenie resortu cyfryzacji, dostęp, analiza i wykorzystanie danych już w tej chwili wpływają w 48 proc. na produktywność polskiej gospodarki i w 46 proc. na PKB UE. Dlatego cyfrowa transformacja to jeden z najważniejszych punktów polityki gospodarczej UE realizowany m.in. w ramach Jednolitego Rynku Cyfrowego.

– Jednolity Rynek Cyfrowy jest wyceniany na 415 mld euro rocznie przepływów finansowych związanych z jego implementacją. To duże pieniądze, które będą inwestowane przez państwa członkowskie, biznes i szeroko rozumianą UE. Najważniejsze jest to, żeby w miarę szybko implementować współpracę między państwami w ramach Jednolitego Rynku Cyfrowego, bo duże gospodarki światowe – jak USA, Indie czy Chiny – nie czekają. Musimy maksymalnie przyspieszyć prace. Stąd temat Jednolitego Rynku Cyfrowego na ostatniej Radzie Europejskiej – mówi Krzysztof Szubert.

W połowie grudnia przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, przewodniczący Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani oraz Jüri Ratas, premier Estonii (która sprawowała rotacyjną prezydencję), podpisali nową deklarację dotycząca priorytetów legislacyjnych UE na lata 2018–2019. Rada i PE będą traktować je priorytetowo. Wśród siedmiu kluczowych zagadnień – obok migracji, unii energetycznej, zatrudnienia i wzrostu inwestycji oraz szeroko rozumianego bezpieczeństwa, także w kontekście cybernetycznym – znalazł się również Jednolity Rynek Cyfrowy.

– Polska, jako szósta gospodarka w Europie, ma tutaj zdecydowanie dużą rolę do odegrania. Tym bardziej że w obszarze cyfryzacji i Jednolitego Rynku Cyfrowego jesteśmy bardzo aktywnym graczem, pozytywnie postrzeganym w UE jako lider. Mamy pozytywną agendę przyszłościową dla UE, bardzo dobrze odbieraną przez komisarzy odpowiedzialnych za tematy cyfrowe – podkreśla sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Na forum europejskim Polska aspiruje do roli lidera grupy państw podobnie myślących w kwestiach cyfrowych (tzw. Digital Like Minded Group). Poprzednio to miejsce zajmowała Wielka Brytania. W grudniu 2016 roku z inicjatywy Polski czternaście państw przyjęło wspólne stanowisko dotyczące swobodnego przepływu danych, wzywając Komisję Europejska do działania. Z kolei we wrześniu 2017 roku w Tallinie odbył się pierwszy w historii szczyt Rady Europejskiej poświęcony wyłącznie kwestiom cyfrowym, którego inicjatorem była Polska.

– Nie jest to już obszar informatyzacji, czyli kupowania sprzętu i oprogramowania. To zupełne przedefiniowanie prowadzenia biznesu, budowy ekonomii, funkcjonowania gospodarek europejskich i światowych. Proces transformacji jest ogromny, dotyka wielu elementów, za które odpowiadają różne resorty w różnych państwach. Obszar skutecznego zarządzania tą transformacją jest jednym z topowych tematów, o których dyskutujemy teraz na forum europejskim – mówi Krzysztof Szubert.

Pełnomocnik rządu ds. Jednolitego Rynku Cyfrowego podkreśla, że pierwszym krokiem do realizacji tego projektu jest uporządkowanie dwudziestu ośmiu różnych porządków prawnych, które obowiązują w poszczególnych państwach UE. Usunięcie barier legislacyjnych w obszarze cyfrowym umożliwi stworzenie wspólnego rynku, stworzy setki tysięcy miejsc pracy, nowe możliwość rozwoju dla biznesu oraz zapewni europejskim konsumentom nieograniczony dostęp do towarów i usług. Co najważniejsze, swoboda przepływu danych pobudzi innowacje, start-upy i wzrost gospodarczy.

Jednolity Rynek Cyfrowy – w ramach którego zagwarantowany będzie swobodny przepływ towarów, osób, usług, kapitału i danych – wymaga też szeregu inicjatyw technologicznych i wielomiliardowych inwestycji (np. w utworzenie sieci 5G).

– Będziemy przesyłać coraz więcej danych. Teraz rozmawiamy o sieci 5G, a może w przyszłości pojawią się kolejne prędkości. Poza samym dostępem do internetu chcemy coraz szybciej z tego korzystać. Dużo rozmów, które prowadzimy, dotyczy obszaru bezpieczeństwa oraz platform internetowych i ich wpływu na naszą rzeczywistość. Patrząc na największe platformy, widzimy ich przełożenie na politykę, więc dyskutujemy o tym, jak je traktować. Generalnie większość obywateli UE jest za, ale jednocześnie mamy dyskusję o bezpieczeństwie dostępu do takich wrażliwych danych – mówi Krzysztof Szubert.

Fitch grozi obniżeniem ratingu USA. Polski złoty najsilniejszą walutą regionu

Fiskalne problemy Stanów Zjednoczonych doczekały się kolejnego komentarza agencji Fitch, która tym razem zagroziła ścięciem prestiżowego ratingu AAA. Zadłużeniowy kryzys znalazł się również na ustach oficjeli Państwa Środka zwiastujących możliwość zmniejszenia tempa pozyskiwania amerykańskich obligacji lub nawet całkowite wstrzymanie się od ich zakupu. Chwilowe fluktuacje nie przeszkodziły sukcesywnemu powiększaniu zyskowności długu. Na koniec dnia rentowność „dziesięciolatek” plasuje się na poziomie 2,5660 proc., tj. 1,3 pb. wyżej względem wczorajszego zamknięcia.

Środowy kalendarz ekonomiczny należał do dość obfitych, aczkolwiek nadal mu było daleko do tych, które zapewniały nieprzerwaną zmianę sentymentu na rynku walutowym. Wśród komponentów koszyka G10 w środku stawki znalazła się norweska korona. Jej 0,4 proc. umocnienie należy wiązać nie tylko z pozytywnymi przetasowaniami na rynku ropy naftowej, ale również publikacją zdecydowanie silniejszych miar inflacji – w grudniu norweskie ceny konsumenta odnotowały roczny skok na poziomie 1,6 proc. (konsensus: 1,5 proc.), gdy w tym samym horyzoncie czasowym najmniej zmienne kosztowo produkty zdołały podrożeć o 1,4 proc. (konsensus: 1,2 proc.). Na swoje pięć minut czekał funt szterling (-0,2 proc.), który oczekiwał na świetne dane dotyczące produkcji przemysłowej zapowiadane przez napływające „soft-data”. Wpływ dobrych danych, tj. rocznej dynamiki na poziomie 2,5 proc., zniwelował bardziej pokaźny deficyt w handlu zagranicznym. Według najnowszych szacunków bilans wymiany uplasował się na poziomie -12,2 mld GBP, co wyraźnie uplasowało się poniżej rynkowych oczekiwań (-10,9 mld GBP). Niezagrożoną pozycję lidera dzierży japoński jen (1,1 proc.), który na przekór przesłankom fundamentalnym spycha parę USD/JPY w okolicę 111,50.

Miano najsilniejszej waluty regionu zyskuje polski złoty, którego 0,5 proc. aprecjacja jest wystarczająca ku uplasowaniu pary USD/JPY w okolicach poziomu 3,4910. Jego umocnienie zdecydowanie przebija argentyńskie peso (1,3 proc.) będące beneficjentem decyzji banku centralnego w sprawie mniej agresywnego ścięcia stóp procentowych. W wyraźnym odwrocie znajdują się południowoafrykański rand (-1,3 proc.) oraz turecka lira (-0,9 proc.), która pozwoliła na przebicie przez USD/TRY górnego ograniczenia kanału spadkowego.

Popołudnie było dość obfite w wypowiedzi amerykańskich bankierów centralnych. Cykl przemówień otworzył Neel Kashkari, reprezentant Fed z Minneapolis, rezygnujący z komentarza na temat aspektów związanych ze strategią sukcesywnego podnoszenia stóp procentowych. Kashkari podtrzymuje przekonanie o tym, że członkowie FOMC powinni pochylić się nad poprawą stabilności systemu finansowego, co raz na zawsze zakończy erę instytucji „zbyt wielkich, aby upaść”. Małomówność Neela Kashkariego, reprezentanta z Minneapolis, skutecznie rekompensowały wypowiedzi Charlesa Evansa i Roberta Kaplana. Pierwszy z nich podchodzi dość sceptycznie wobec zamiarów szybkich podwyżek stóp procentowych w 2018 roku, co należy wiązać z obawami dotyczącymi siły presji cenowej. Większą dawką optymizmu wykazał się Evans, który spodziewa się przyspieszenia wzrostu gospodarczego do 2,5 proc. między innymi za sprawą świetnej kondycji partnerów handlowych. Według Kaplana należy oczekiwać przebudzenia presji płacowej oraz wyraźnego podbicia nakładów kapitałowych (CAPEX) za sprawą świeżo przyjętej reformy podatkowej.

Konferencje po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej nie należą zwykle do ekscytujących. Tym razem było podobnie. Zarówno komentarz do decyzji, jak i wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego pokrywały się z doskonale znanym stanowiskiem z poprzednich spotkań. W dalszej mierze czytamy o niskich stopach zapewniających brak nierównowag ekonomicznych, solidnym wzroście gospodarczym, rozczarowująco niskich cenach bazowych czy inflacji CPI pozostającej w okolicach celu do końca horyzontu projekcji. Rada spodziewa się, że w trakcie najbliższych kwartałów dynamika PKB pozostanie na stosunkowo wysokim poziomie, aczkolwiek nie tak spektakularnym jak w II półroczu 2017 roku. Mniej optymistyczny wobec perspektyw wzrostu pozostaje Adam Glapiński, który przewiduje średnioroczną zmianę produktu na poziomie 3,5 proc. Glapiński nie widzi uzasadnionych przesłanek za podwyżką stóp procentowych w 2018 roku i dopuszcza możliwość utrzymania obecnych parametrów nawet do końca horyzontu projekcji (tj. do 2019 roku). Co więcej, prezes NBP jest wysoce zdumiony odważnymi prognozami rynkowymi w zakresie posunięć członków RPP w horyzoncie najbliższych dwunastu miesięcy (konsensus: 1,85 proc., TMS Brokers: 1,5 proc.). Dawkę zaskoczenia zdecydował się zapewnić Eugeniusz Gatnar, jastrzębio nastawiony członek Rady, który pod koniec 2017 roku optował za podniesieniem stóp jeszcze w I kwartale 2018 roku. Gatnar dopuszcza możliwość pozostawienia stóp na poziomie 1,5 proc. w zdecydowanie dłuższym horyzoncie. Czynnikiem ważącym na jego decyzji będzie marcowa projekcja kluczowych wskaźników makroekonomicznych przez NBP.

Niekwestionowaną gwiazdą rynku akcji pozostaje amerykański Eastman Kodak (79,3 proc.), który dzięki doniesieniom związanym z wprowadzeniem kryptowaluty KODAKcoin w dwa dni wypracował zwyżkę oscylującą w okolicach 300 proc. W Europie obserwowano wyraźny podział sentymentu. Spadkowym nastrojom oparły się między innymi mediolański FTSE MIB (0,7 proc.) oraz londyński FTSE 100 (0,2 proc.) za sprawą przychylnej noty analitycznej UBS (-0,4 proc.), gdzie wskazano na rosnący optymizm wśród władz spółek sektora finansowego. Na Wyspach zestawienie stu największych spółek otworzył Royal Bank of Scotland, którego 4,6 proc. zwyżkę goniło HSBC (3,8 proc.) oraz Prudential (3,3 proc.). Po drugiej stronie zestawienia wyraźnie rządziły Taylor Wimpey (-4,2 proc.) oraz Paddy Power Betfair (-3,7 proc.) plasujące się poniżej średniej z ostatnich 50 notowań. Dość nisko znalazł się również holding Rolls-Royce’a (-3,2 proc.) informujący o planowanym teście silników odrzutowych w Fort Worth w Teksasie.

Na szczycie frankfurckiej giełdy znalazły się również spółki z sektora finansowego, aczkolwiek ich zwyżka nie była wystarczająca ku temu, aby utrzymać indeks DAX (-0,8 proc.) nad poziomem 13 300 pkt. Potężny skok wyceny Commerzbanku (5,1 proc.) oraz nieco skromniejszy Deutsche Banku (3,0 proc.) skutecznie niwelowały walory Continentala (-3,5 proc.), który miał się stać beneficjentem dość solidnych wyników finansowych. Cios w wycenę producenta opon wymierzyła nota Invest Securities, gdzie rekomendowano sprzedaż walorów z ceną docelową na poziomie 218 EUR (obecnie: 242,40 EUR).
Niezbyt udane nastroje panowały również przy Książęcej, gdzie WIG 20 (-0,7 proc.) coraz odważniej zbliża się do okrągłego poziomu 2 500 pkt. Na szczycie notowań znalazło się Asseco Poland, którego 2,0 proc. zwyżkę gonił KGHM (1,4 proc.) niesiony wyższymi cenami miedzi (0,6 proc.) na światowych rynkach. Perspektywę przeceny CCC (0,2 proc.) skutecznie oddaliła zmiana rekomendacji przez Wood & Company na „kupuj”, gdzie analitycy wyznaczyli cenę docelową na poziomie 351 PLN (obecnie: 299,60 PLN). Solidny ruch w stronę południa odnotowało LPP (-5,1 proc.), które od wczorajszych szczytów straciło już 9,0 proc.

Środowemu zestawieniu surowców zdecydowanie przewodzą płody rolne. Najbardziej pokaźną zwyżką mogą pochwalić się marcowe kontrakty na kakao, których 2,6 proc. zwyżkę usilnie goni bawełna (1,9 proc.). Na rynku metali szlachetnych wyraźnie traci pallad (-1,5 proc.), sprzeciwiając się tym samym skromnym ruchom w wykonaniu złota (0,5 proc.; 1 319 USD) czy srebra (0,2 proc.; 17,01 USD). Wśród surowców energetycznych istny roller coaster ma za sobą lutowy kontrakt na gaz ziemny (-0,8 proc.), który obecnie jest wyceniany po 2,90 USD/MMBtu. Pod presją lekkich przetasowań sentymentu znalazła się ropa naftowa, która oczekiwała na najnowsze szacunki amerykańskiego Departamentu Energii. Zapasy czarnego złota zmalały o 4,9 mln baryłek, co przebiło rynkowe oczekiwania (-3,4 mln baryłek), ale pozostało w cieniu wyśrubowanych -11,2 mln baryłek podanych przez API. Szczególną uwagę inwestorów zwrócił solidny wzrost rezerw destylatów (4,3 mln baryłek, konsensus: 2,3 mln) wzmacniany przez spodziewanie większe pokłady benzyny (4,1 mln baryłek, konsensus: 3,0 mln). Na koniec dnia baryłka West Texas Intermediate plasuje się przy poziomie 63,30 USD, notując tym samym dzienny ruch na poziomie 0,6 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Alior Bank i BGK aktywnie wspierają polskie firmy

10 stycznia br. Alior Bank podpisał z Bankiem Gospodarstwa Krajowego umowę w ramach Programu Akredytyw Eksportowych. Dzięki temu Alior Bank będzie mógł bezpośrednio potwierdzać akredytywy eksportowe klientom, zaś BGK przejmie ryzyko banku zagranicznego. Tego typu współpraca banków znacząco ułatwi eksporterom realizację zamówień na rynkach o podwyższonym ryzyku.

Akredytywa jest narzędziem zobowiązującym bank importera do zapłaty określonej kwoty w zamian za dokumenty, które w jej ramach zaprezentuje eksporter za pośrednictwem swojego banku. Jeżeli okażą się one zgodne, bank otwierający akredytywę zobowiązany jest do dokonania zapłaty. Przejęcie ryzyka banku importera przez BGK poprawia bezpieczeństwo transakcji i daje Alior Bankowi nowe rozwiązania w zakresie wspierania firm poszukujących możliwości rozwoju na rynkach zagranicznych.

Michał Chyczewski
Michał Chyczewski, wiceprezes Zarządu, p.o. prezesa Alior Banku

Dzięki podpisaniu umowy z BGK Alior Bank uzyska dodatkowe możliwości wspierania współpracy polskich eksporterów z kontrahentami w krajach o podwyższonym ryzyku, co pozwoli na rozszerzenie ich działalności zarówno na bliskich, jak i dalekich rynkach, np. w Afryce – mówi Michał Chyczewski, wiceprezes Zarządu, p.o. prezesa Alior Banku. – Jako bank dążymy do kompleksowej obsługi firm z sektora MŚP, więc ten instrument doskonale uzupełnia naszą ofertę – dodaje Michał Chyczewski.

Od kilku lat Alior Bank aktywnie uczestniczy w programach rządowych wspierających rozwój MŚP. Dzięki gwarancjom de minimis udzielanym przez BGK, od 2013 r. Alior Bank przyznał prawie 35 tys. kredytów o łącznej wartości ponad 12 mld zł. Coraz większy udział w finansowaniu tych programów mają środki unijne, m.in. gwarancje COSME czy Program Operacyjny Inteligentny Rozwój, w ramach którego Alior Bank oferuje kredyty na innowacje technologiczne oraz gwarancje portfelowe dla klientów biznesowych.

Alior Bank wykorzystuje również szeroką paletę programów pomocowych i gwarancyjnych ze środków publicznych i Unii Europejskiej w celu zapewnienia firmom kompleksowego wsparcia w zakresie zbadania dostępności programów unijnych, poznania warunków otrzymania dotacji, jej pozyskania oraz skutecznego i bezpiecznego rozliczenia przed instytucją wdrażającą. W oferowanym przez Alior Bank Pakiecie Europejskim przedsiębiorcy mogą znaleźć m.in. promesy kredytowe, finansowanie pomostowe czy finansowanie wkładu własnego inwestycji realizowanej z udziałem dotacji.

Ponadto Alior Bank jest jedyną w Polsce instytucją, która podpisała umowę z BGK w zakresie finansowania dostępu do szybkiego Internetu, mogąc zaoferować klientom z branży telekomunikacyjnej tzw. pożyczkę szerokopasmową, czyli finansowanie inwestycyjne dla rozwoju sieci światłowodowych. Kredyty w kwocie od 20 tys. do 10 mln złotych udzielane są na okres maksymalnie 15 lat. Do tej pory do banku wpłynęło 29 wniosków na kwotę około 80 mln zł i wkrótce zostaną podpisane pierwsze umowy.

Największe wzrosty i spadki cen hoteli w Europie i na świecie w 2017 r.

Obserwujemy wzrost cen hoteli w polskich miastach. Portal rezerwacji hotelowych HRS, wspierający firmy w organizacji podróży służbowych, przanalizował stawki hotelowe w 2017 roku.

Średnia cena za nocleg w hotelu w Polsce w 2017 roku wyniosła 262 złote, czyli 6,8% więcej niż w roku 2016. Najdroższa nadal pozostaje Warszawa, w której ceny osiągają średnio 340 zł za nocleg. Wzrost cen w hotelach obserwujemy w całej Europie. Najdroższym europejskim miastem pozostaje nadal Londyn z cenami oscylującymi w granicach 735 zł za nocleg. Na świecie najdroży jest Nowy Jork, w którym średnia cena to aż 1040 zł.

Polska: tendencja wzrostowa cen w Polskich miastach

Ceny noclegów w hotelach w Polsce w porównaniu z 2016 rokiem wzorsły średnio o 6,8%. Największy wzrost cen, o ponad 9%, firma HRS zanotowała w Warszawie, następnie Łodzi (8%), we Wrocławiu (6,1%) i Bydgoszczy (5,4%). Jeżeli chodzi o wysokość cen, to na pierwszym miejscu jest Warszawa (śrenia cena: 340 zł za nocleg), na drugim miejscu jest Wrocław (290 zł za nocleg), dalej Kraków (278 zł) i Poznań (274 zł).

Europa: Średni wzrost cen w największych miastach europejskich o około 5%

Zainteresowanie wyjazdami do Londynu nie słabnie, a ceny sięgają tam średnio około 735 zł (wzrost o 2,9%), zrównując się tym samym z Zurychem (wzrost o 1,7%). W Europie największy wzrost cen HRS zanotował w Pradze – 12%. Średnia cena w stolicy Czech to około 350 zł. Wzrost na podobnym poziomie zanotowano także w Moskwie (+10,3%, średnia cena na poziomie 400 zł) oraz w Madrycie (+10,1%, średnia cena około 450 zł). Jedną z najtańszych stolic europejskich pozostaje Stambuł, w którym średnia cena za nocleg w hotelu wynosi 324 zł, chociaż w porównaniu z ubiegłym rokiem jest to wzrost o 4%.

Świat: Najwyższy wzrost cen o 30,6% zanotowano w Toronto

Po krótkim okresie spadku cen, Nowy Jork znowu podbija stawki i ląduje na pierwszej pozycji rankingu HRS ze średnią ceną za nocleg na poziomie 1040 zł (wzrost o 4,2%). Na drugiej pozycji znajduje się Waszyngton ze stawkami na poziomie 950 zł za nocleg (wzrost o 5.5%). Najwyższy wzrost cen o 30,6% HRS zaobserwował w Toronto. Średnia cena noclegu w hotelu w największym kanadyjskim mieście to w tej chwili około 655 zł. Wzrost cen w Toronto może być związny z obchodami 150 rocznicy uzyskania niepodległości Kanady. Obchody odbywały się w 2017 roku właśnie w Toronto i jego okolicach.

GŁÓWNE KIERUNKI W POLSCE 2017 2016 Wzrost/Spadek o
Polska (ogólnie) 63 € 59 € 6,8 %
Warszawa 82 € 75 € 9,3%
Wrocław 70 € 66 € 6,1%
Kraków 67 € 64 € 4,7%
Poznań 66 € 64 € 3,1%
Gdańsk 65 € 63 € 3,2%
Szczecin 64 € 63 € 1,6%
Katowice 61 € 58 € 5,2%
Gliwice 60 € 57 € 5,3%
Bydgoszcz 59 € 56 € 5,4%
Łódź 54 € 50 € 8,0%
Rzeszów 51 € 49 € 4,1%

Analiza stawek hotelowych HRS w 2017 roku

Główne kierunki w Europie 2017 2016 Wzrost/Spadek o
Londyn 177 € 172 € 2,9%
Zurych 177 € 174 € 1,7%
Oslo 165 € 170 € -2,9%
Kopenhaga 161 € 155 € 3,9%
Sztokholm 148 € 148 € 0,0%
Amsterdam 142 € 132 € 7,6%
Paryż 136 € 132 € 3,0%
Helsinki 135 € 131 € 3,1%
Barcelona 129 € 118 € 9,3%
Mediolan 116 € 115 € 0,9%
Madryd 109 € 99 € 10,1%
Rrzym 106 € 102 € 3,9%
Ateny 103 € 94 € 9,6%
Lizbona 102 € 93 € 9,7%
Wiedeń 99 € 95 € 4,2%
Moskwa 96 € 87 € 10,3%
Berlin 93 € 93 € 0,0%
Budapeszt 88 € 81 € 8,6%
Praga 84 € 75 € 12,0%
Warszawa 82 € 75 € 9,3%
Stambuł 78 € 75 € 4,0%

ceny hoteli w Europie

Główne kierunki na Świecie 2017 2016 Wzrost/Spadek o
Nowy Jork 250 € 241 € 3,7%
Waszyngton 230 € 219 € 5,0%
Sydney 196 € 175 € 12,0%
Tokio 180 € 191 € -5,8%
Singapur 160 € 171 € -6,4%
Toronto 158 € 121 € 30,6%
Miami 154 € 155 € -0,6%
Dubai 145 € 134 € 8,2%
Cape Town 133 € 118 € 12,7%
Mexico City 128 € 109 € 17,4%
Seul 125 € 167 € -25,1%
Mumbaj 118 € 105 € 12,4%
Buenos Aires 115 € 114 € 0,9%
Rio de Janeiro 97 € 121 € -19,8%
Szanghaj 89 € 88 € 1,1%
Pekin 81 € 81 € 0,0%
Bangkok 77 € 76 € 1,3%
Kuala Lumpur 51 € 64 € -20,3%

O analizie cen HRS: Do analizy włączono wszystkie rezerwacje hotelowe, które nie zostały anulowane, dokonane w okresie między 1 stycznia a 21 grudnia 2017 roku na portalu HRS. W analizie wzięto pod uwagę zarówno pokoje jedno- jak i dwuosobowe, z wliczonym i niewliczonym w cenę śniadaniem, w hotelach w kategoriach od 1 do 5 gwiazdek. Analizę przeprowadzono dla miast, w których dokonywana jest znacząco duża liczba rezerwacji.

Zmiany prawa dla przedsiębiorców

Sejm pracuje nad rządowym projektem ustawy Prawo przedsiębiorców, który ma ułatwić wykonywanie działalności gospodarczej.

W myśl rządowego projektu ustawy Prawo przedsiębiorców definicja działalności gospodarczej nie będzie zawierała już, jak jest w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej, wyliczenia rodzajów działalności. Zamiast tego będzie wskazywała na cztery cechy takiej działalności: zorganizowanie, zarobkowość, wykonywanie jej we własnym imieniu oraz ciągłość.

Wśród praw i obowiązków przedsiębiorców projekt wymienia np. zasadę proporcjonalności, która będzie polegała na tym, że urzędnicy będą mogli podejmować tylko te działania, które są konieczne do osiągnięcia zamierzonego celu. Ponadto projekt przewiduje np. zasadę równego traktowania przedsiębiorców według jednakowej miary.

Wprowadzone mają być zasady uczciwości podatnika i rozstrzygania wątpliwości na korzyść przedsiębiorcy.

Osoba fizyczna, której osiągany przychód nie przekracza 50 proc. minimalnego wynagrodzenia (dla przykładu w 2018 r. jest to 1050 zł), nie będzie musiała rejestrować działalności ani płacić składek ZUS. Jeżeli osoba taka przekroczyłaby limit dochodów, od dnia przekroczenia jej działalność będzie uznawana za działalność gospodarczą.

Projekt wprowadza też zwolnienie przedsiębiorców z obowiązku płacenia składek na ZUS przez pierwsze sześć miesięcy prowadzenia działalności gospodarczej. Po tym okresie przedsiębiorca będzie mógł korzystać z dotychczasowego obniżenia składek na ZUS przez 24 miesiące.

Zniesiony ma być też numer REGON, a przedsiębiorcy będą musieli posługiwać się jedynie numerem NIP. Ponadto likwidacji mają ulec zgody i licencje na prowadzenie działalności gospodarczej.

Wiele informacji przedsiębiorcy uzyskają w Punkcie Informacji dla Przedsiębiorcy (np. listę działalności gospodarczej, która wymaga uzyskania koncesji).

Projekt reguluje też zasady tworzenia prawa dla firm. Ministrowie będą mieli obowiązek dokonywania okresowych przeglądów aktów prawnych dla firm.

Projekt wprowadza instytucję objaśnień prawnych dotyczących przepisów dla przedsiębiorców, którzy nie poniosą w związku z zastosowaniem się do nich negatywnych konsekwencji. Objaśnienia będą wydawane z urzędu lub na wniosek Rzecznika Praw Przedsiębiorców i instytucji, które mają prawo przedkładać projekty aktów prawnych (takich jak Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów).

Zmianie ulegną zasady dotyczące zawieszania działalności gospodarczej. Będzie możliwe zawieszenie prowadzenia działalności gospodarczej bezterminowe lub na dowolny okres.

Projekt ma zastąpić obecnie obowiązującą ustawę o swobodzie działalności gospodarczej. Zgodnie z projektem Prawo przedsiębiorców ma zacząć obowiązywać 1 marca 2018 r., z wyjątkiem przepisów dotyczących zwolnienia przedsiębiorców z płacenia składek na ZUS przez pierwsze sześć miesięcy prowadzenia działalności gospodarczej, które mają zacząć obowiązywać 31 marca 2018 r.

Autorzy: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Daniela Sotirovic nowym członkiem zarządu UNIQA Polska

Daniela Sotirovic
Daniela Sotirovic

Rada Nadzorcza spółek UNIQA w Polsce zdecydowała o powołaniu z dniem 2 stycznia 2018 roku Danieli Sotirovic na stanowisko członka zarządu (COO) odpowiedzialnego za operacje, IT oraz Departament Organizacji i Projektów. 

Daniela Sotirovic przed rozpoczęciem pracy w UNIQA Polska przez wiele lat była związana z UNIQA w Austrii oraz Serbii. Karierę w ubezpieczeniach rozpoczęła w dużej międzynarodowej grupie finansowej w Serbii, gdzie odpowiadała za rozwój organizacji i procesy. W ciągu ponad 15 lat pracy w branży ubezpieczeniowej miała okazję uczestniczyć m.in. w opracowywaniu i wdrażaniu strategii organizacyjnych, które stawiają klienta na pierwszym miejscu.

 Daniela Sotirovic jest menedżerem od kilkunastu lat pracującym na rynku ubezpieczeniowym. Ma bogate doświadczenie w obszarze strategii, organizacji i procesów. 10 lat pracy w UNIQA pozwoliło jej dobrze poznać specyfikę działania naszej firmy, również w Polsce. Jesteśmy przekonani, że nasza nowa koleżanka wraz ze swoim zespołem jeszcze bardziej umocni pozycję UNIQA na polskim rynku  – mówi Jarosław Matusiewicz, prezes spółek UNIQA.

Od 2007 roku Daniela Sotirovic jest związana z UNIQA. Pełniła funkcję kierownika ds. organizacji biznesowych w UNIQA Serbia (5 lat), była też starszym menedżerem ds. organizacji biznesowych w UNIQA International (6 lat), odpowiedzialnym za rozwój, projektowanie oraz wdrażanie efektywnych i wydajnych podstawowych procesów ubezpieczeniowych w 11 krajach (projekt TOM).

Daniela Sotirovic ukończyła Zarządzanie Jakością na Wydziale Nauk Organizacyjnych Uniwersytetu w Belgradzie, uzyskując tytuł inżyniera nauk organizacyjnych ds. jakości.

Czy rekonstrukcja rządu ma wpływ na kurs złotego?

Rok 2018 zaczął się dobrze dla polskiej waluty. Złoty się umacniał. Kształt rekonstrukcji Rady Ministrów wskazuje, że priorytetem rządu będzie gospodarka, a jednocześnie możliwa jest poprawa relacji z UE. Czy rekonstrukcja rządu Mateusza Morawieckiego będzie miała wpływ na kurs złotego?

– Dla takich rynków jak złoty, czynniki polityczne zwykle pozostają obojętne, o ile nie są to ekstremalne zmiany, mogące zrazić na przykład inwestorów zagranicznych – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Na kurs złotego w najbliższym czasie mogą mieć istotny wpływ dwie tendencje: wzmacnianie się dolara i kurs akcji na światowych rynkach, bo w lutym minie 9 lat, gdy trwa hossa. Choć dobre wiadomości dla niemieckiej gospodarki są też dobrymi wiadomościami dla polskiej gospodarki, co wynika przede wszystkim z silnych relacji handlowych, to jednak coraz słabsze euro wobec dolara znalazło przełożenie w dalej spadających notowaniach złotego.

– Kwestie krajowe są co najwyżej drugorzędne – dodaje ekspert.

RPP pozostawiła stopy na niezmienionym poziomie

Zgodnie z oczekiwaniami RPP pozostawiła stopy na niezmienionym poziomie

  • stopa referencyjna 1,50% w skali rocznej;
  • stopa lombardowa 2,50% w skali rocznej;
  • stopa depozytowa 0,50% w skali rocznej;
  • stopa redyskonta weksli 1,75% w skali rocznej;

Od ostatniego grudniowego posiedzenia banku centralnego nastąpiło kilka wydarzeń, które wzmacniają bardziej umiarkowane nastawienie w polityce pieniężnej. Wśród nowych argumentów pojawił się m.in. grudniowy spadek inflacji do poziomu 2,0% r/r (wstępne dane). Chociaż był on oczekiwany i wynikał z „efektu statystycznego”, to jednak uprawdopodabnia scenariusz zakładający stabilizację inflacji w kolejnych miesiącach na tym niższym poziomie. Daje to Radzie silny argument za utrzymaniem dotychczasowej komunikacji. Do tego należy też pamiętać, że wzrost ścieżki inflacji w Polsce pod koniec zeszłego roku był wywołany głównie wzrostem cen surowców, co zasadniczo nie powinno wpływać na politykę pieniężną (istnieje ryzyko, że w 2018 r. ceny ropy naftowej w średnim terminie spadną, tym razem z kolei obniżając ścieżkę inflacji). Póki co rosnąca presja płacowa nie przekłada się na wzrost presji inflacyjnej, na co zresztą wskazują najważniejsze banki centralne świata.

Cały pierwszy 1Q 2018 będzie najprawdopodobniej z inflacją poniżej celu NBP, co powinno wywierać presję na osłabienie złotego wobec euro w kolejnych miesiącach tego okresu.  Pod koniec zeszłego roku rynek mocno „nakręcał się” na możliwą pod koniec 2018 roku podwyżkę stóp NBP pomimo, że prezes Adam Glapiński wyraźnie zaprzeczał takim prognozom. Teraz, po słabszych grudniowych danych inflacyjnych gołębi członkowie RPP mogą mocniej przekonywać do swoich założeń. Tym samym łagodna RPP razem z oczekiwanym dalszym umocnieniem dolara będą deprecjonować złotego względem głównych walut. Na koniec 1Q2018 kurs EURPLN powinien wynosić 4,23.

Konferencja prasowa, na której przedstawione zostanie uzasadnienie decyzji Rady, odbędzie się dziś o godzinie 16:00 (Sala im. Wł. Grabskiego, Centrala NBP, ul. Świętokrzyska 11/21)

Nowy rok dobrą okazją do rozmów o podwyżce?

Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj
Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj

Jak wynika z badania „Benefity oczami pracowników” przeprowadzonego przez Pracuj.pl w grudniu 2017 roku, prawie jedna trzecia respondentów stawia sobie jako cel noworoczny rozmowę z przełożonym o podwyżce. Nowy rok może być dobrą okazją do takiej rozmowy – warto wiedzieć jak się do niej przygotować, by przebiegła po naszej myśli.

Podwyżka to temat delikatny i jak każdy związany z pieniędzmi – drażliwy. Pracownikom zależy, by zarabiać więcej, z kolei pracodawcy nie są skłonni do zwiększania pensji, jeżeli nie idą za tą prośbą konkretne argumenty. W badaniu Czy pieniądze szczęścia nie dają, aż 40% ankietowanych przyznało, że przynajmniej raz starało się o podwyżkę, ale jej nie dostało. W tym samym badaniu aż 70% ankietowanych zadeklarowało, że obecnie w pracy brakuje im raczej podwyżki niż benefitów.

Odpowiedni moment i plan działania

Oczywistym jest, że najłatwiejszym sposobem uzyskania podwyżki jest zmiana pracy, ale co zrobić w sytuacji, w której pracy nie chcemy zmieniać, a podwyżkę jednak chcielibyśmy uzyskać?

Należy odpowiednio przygotować się do rozmowy z przełożonym. Oto 5 pomocnych kroków.

  1. Rozmowa o podwyżce wymaga odpowiedniej oprawy i właściwego przygotowania – należy wyczuć sytuację ekonomiczną firmy.
  2. Lepiej podjąć rozmowę z przełożonym zaraz po ukończeniu ważnego projektu, a niekoniecznie w trakcie jego trwania ze względu na mniej komfortowe okoliczności (stres, presja czasu).
  3. Warto także wcześniej zarezerwować salkę konferencyjną i przynajmniej godzinę na rozmowę, a także przygotować kwotę podwyżki i argumenty, które pokażą szefowi, że wiemy czego chcemy i co robimy dobrze.
  4. Kwotę dobrze przygotować zarówno w formie kwoty brutto, jak i wynagrodzenia na rękę.
  5. Nie warto poruszać wątków osobistych czy porównywać swojej sytuacji, do sytuacji współpracowników: „X dostał podwyżkę, a ja nie”.

Przygotowanie argumentów

Wniosek o wyższe wynagrodzenie należy uzasadnić. Ważne, aby były to argumenty biznesowe, ponieważ dla pracodawcy, podwyżka jest inwestycją w pracownika. Lepiej nie powoływać się na drożejące paliwo, a na swoje osiągnięcia i kompetencje, które są wartością dla firmy lub które przyniosły firmie bezpośredni zysk.

Myśląc o rozmowie, najpierw opracujmy plan działania. Warto pamiętać, że do przełożonego najlepiej iść w momencie, gdy jesteśmy po sukcesie zawodowym, który przełożył się finansowo na korzyści firmy lub gdy zwiększył się zakres naszej odpowiedzialności. Dobrym momentem jest również czas świeżo po ukończeniu studiów podyplomowych lub ważniejszych kursów. –Konstancja Zyzik, Talent Acquisition Manager w Grupie Pracuj

Nie jest dobrym rozwiązaniem powoływanie się na istniejącą lub wymyśloną na potrzeby negocjacji kontrofertę od innego pracodawcy. Takie działanie może sprawić, że osiągniemy sukces, jakim jest przyznanie podwyżki, jednak stracimy zaufanie szefa, który już zawsze będzie nas postrzegał jak pracownika, który może w każdej chwili odejść.

Negocjacje

Negocjacje to dość niełatwy i delikatny temat – nikomu nie przychodzą one z łatwością, do tego często rodzą frustrację. Mamy świadomość, że szef może odmówić, a nasze oczekiwania dotyczące wyższej pensji legną w gruzach. Gdy już przedstawiliśmy nasze osiągnięcia oraz oszczędności, które za naszą inicjatywą są generowane dla firmy, warto powołać się także na zarobki w branży. Dobrym pomysłem może okazać się porównanie swojego wynagrodzenia, ze średnim wynagrodzeniem dla danego zawodu. Z kolei, jeśli w firmie była przeprowadzana ocena okresowa, która wypadła dobrze – warto się na nią powołać.

Może jednak zdarzyć się tak, że wymarzona podwyżka nie jest w tym momencie w zasięgu naszych możliwości. W tym wypadku należy negocjować dalej. Być może uda się wywalczyć nieco mniejszą podwyżkę albo dodatkowe benefity – więcej dni pracy z domu, dofinansowanie do kursów czy studiów podyplomowych lub opiekę medyczną.
W przypadku, gdy negocjacje finansowe zakończą się fiaskiem, warto zapytać szefa, jakie wymagania należy spełnić, żeby otrzymać podwyżkę i kiedy możliwy jest powrót do tematu. Dodatkowe doświadczenie, kolejne kompetencje albo nowy budżet na wynagrodzenia mogą sprawić, że za kilka miesięcy podobne negocjacje zakończą się sukcesem. Jeśli nie, będzie to wyraźny sygnał do rozważenia zmiany pracy.

„Czy pieniądze szczęścia nie dają”, badanie zrealizowane przez Kantar TNS na zlecenie Pracuj.pl, N=1001, wrzesień 2017

„Benefity oczami pracowników”, badanie na użytkownikach Pracuj.pl przeprowadzone przez Pracuj.pl, N= 2339, grudzień 2017

Zawód księgowy – czy to się opłaca?

Nawet 10 tys. złotych netto wynagrodzenia może otrzymywać księgowy, kiedy średnia zarobków w tej branży w 2016 roku wynosiła 3,9 tys. Skąd wynikają tak duże różnice i jakie warunki trzeba spełniać, aby zarabiać wysokie kwoty?

Księgowy niejedno ma imię

Z upływem lat zawód księgowego przybrał wiele nowych funkcji. – Oprócz typowej pracy administracyjnej, żmudnego opracowywania danych czy monitorowania zachodzących zmian w prawie, jego rola obejmuje już znacznie szersze spectrum. Rosnące wymagania na rynku pracy spowodowały, że obecnie zawód ten scala stanowisko księgowego, doradcy podatkowego i dyrektora finansowego w jedno, a osoba posiadająca ich kompetencje jest najbardziej pożądaną w branży – komentuje Beata Kostrzycka, Dyrektor ds. Rozwoju w MojeBiuro24.pl, platformy dla biur rachunkowych, która pozwala na bieżąco łączyć pracę księgowych i przedsiębiorców. Wiąże się to przede wszystkim z potrzebą otoczenia coraz większą troską “swojego” płatnika, a to z kolei przekłada się na nieustanne doradzanie i zapewnienie mu poczucia bezpieczeństwa.

Kompetencje na miarę XXI wieku

Znajomość ustawy o rachunkowości, ordynacji podatkowej, KSR, MSR czy MSSF oraz umiejętność sporządzania sprawozdań finansowych i przejrzystych raportów o sytuacji finansowej jednostki to minimum wiedzy, która klasyfikuje zainteresowanego do objęcia stanowiska samodzielnego księgowego. Obecnie od księgowych wymaga się również szczegółowej znajomości prawa podatkowego, nie tylko w zakresie poprawnego sporządzania deklaracji podatkowych, ale także efektywnego obniżenia płaconych podatków. Główny księgowy sprawuje nadzór nad przygotowaniem rocznego budżetu, planów wieloletnich oraz jest odpowiedzialny za płynność finansową jednostki. Do jego obowiązków należy również negocjowanie umów np. z bankami czy firmami leasingowymi, a to z kolei wymusza rozumienie zasad handlowych i biznesowych.

Start w zawodzie

Dla osoby dopiero stawiającej pierwsze kroki w tym zawodzie, pracodawcy proponują kwotę 2 tys. zł netto, kiedy jeszcze rok temu takie wynagrodzenie było niższe o 500 zł. Jak się okazuje, tendencja zarobków jest wzrostowa i w 2018 roku będzie ona wynosić nawet 2,5 tys. zł. Pamiętajmy jednak, że dotyczy to osób, które podjęły pracę w trakcie trwania studiów lub dopiero po ich zakończeniu, a ich doświadczenie jest niewielkie albo opiera się wyłącznie na wiedzy teoretycznej.

Ile zarabia współczesny księgowy?

Kwoty wynagrodzeń poszczególnych księgowych znacząco się między sobą różnią. Z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń wynika, że może on zarabiać nawet blisko 10 tys. zł, kiedy mediana wynagrodzeń w księgowości w 2016 roku oscylowała w granicach 3,9 tys. zł. Jednym z głównych czynników warunkujących różnice nie jest staż pracy, ale przede wszystkim kompetencje oraz zakres obowiązków osoby wykonującej ten zawód. Osoby nawet z kilkunastoletnim doświadczeniem w księgowości, jednak zajmujące się jedynie danym jej segmentem, posiadają wąski zakres kompetencji związany wyłącznie z tą dziedziną. Księgowi, którzy odpowiadają za daną specjalizację w spółce, np. księgowanie kosztów czy rozliczanie sprzedaży, otrzymują wynagrodzenie w granicach 3,5 tys. zł netto.

Inaczej sprawy mają się w przypadku tzw. bilansistów, czyli osób samodzielnych i w pełni odpowiedzialnych za zamknięcie danego okresu rozliczeniowego. Ich pensja jest znacznie wyższa i wynosi nawet ok. 6 tys. zł  na rękę. Podyktowane jest to przede wszystkim większym zakresem obowiązków oraz wyższym stopniem odpowiedzialności. Natomiast współczesny księgowy z wszechstronnością kompetencji – od wiedzy prawnej, po skuteczne doradztwo podatkowe oraz efektywną kontrolę finansów – może liczyć na zarobki od 6 tys. zł wzwyż. – Interdyscyplinarność jest w cenie. Osoby zaangażowane w swoją pracę i stale rozwijające swoje umiejętności mają szansę zarabiania naprawdę wysokich kwot – komentuje ekspert. Obowiązki osoby wykonującej zawód głównego księgowego sprowadzają się nie tylko do typowych dla tej profesji kwestii. Jego wynagrodzenie uzależnione jest również w dużej mierze od umiejętności prawidłowej organizacji pracy działu księgowo-finansowego, co wiąże się z przejęciem odpowiedzialności za podległy zespół pracowników. Poza tym, istotną cechą jest także rozumienie zasad działania firmy. Stała i efektywna współpraca z zarządem, podyktowana znajomością kierunku rozwoju firmy i przynosząca konkretne usprawnienia, z których wynikają wymierne dla jednostki korzyści, może w znacznej mierze przyczynić się do zwiększenia jego zarobków.

Technologia w służbie rozwoju

Wraz z ewolucją w zakresie nowej roli księgowego, zmianom uległy również same narzędzia. W dobie szerokiej cyfryzacji tradycyjne, codzienne wykonywanie obowiązków zostało wyparte przez mechanizmy i systemy technologiczne. Obecnie większość księgowych posługuje się nowoczesnymi narzędziami typu ERP z możliwością  automatycznego księgowania sprzedaży, importem wyciągów bankowych czy funkcji sprawdzania podatkowego, które w znacznej mierze przyśpieszają codzienną pracę. Wynikiem tego jest wypieranie ręcznego wprowadzania danych na rzecz automatyzacji procesów księgowych. Tym samym zaoszczędzony czas niejako wymusza prowadzenie działań doradczych czy po prostu poszerzanie własnych kompetencji, które będą przydatne w przyszłym życiu zawodowym.

Postęp technologiczny swoim zakresem objął nie tylko biura rachunkowe czy firmy, które korzystają z księgowości online, ale też placówki organów kontroli skarbowej. Obecnie Ministerstwo Finansów pracuje nad rozwiązaniem, którego celem będzie możliwość automatycznego zaciągania do systemów księgowych wystawionych faktur. Po jego udostępnieniu praca księgowego będzie polegać jedynie na prawidłowym zadekretowaniu dokumentu.

Możliwości, jakie dają współczesne narzędzia, są duże, a ich rozwój cały czas jest intensywny. Obecnie na rynku prym wiodą oprogramowania, dzięki którym korzystanie może odbywać się z każdego miejsca o dowolnej porze. Dobrze wybrany przez księgowego system jest wartością dodatnią dla całej firmy. Zapewnia komfort pracy nie tylko samemu księgowemu, ale też pozwala przedsiębiorcy na stały dostęp do informacji podatkowych firmy. Nowoczesne platformy, tworzone są przede wszystkim pod kątem wygody użytkowania, zgodności z aktualnym stanem prawnym oraz w myśl ogólnemu postępowi, jaki narzuca współczesna technologia. Nasuwa się jednak pytanie, w jaki sposób przepisy prawne związane z księgowością znalazły odzwierciedlenie w narzędziach do jej prowadzenia? O tym w kolejnym artykule.

Ambitne plany, ekspansja zagraniczna i debiut na NewConnect – rozmowa z Prezesem BLOOMGA SA

BLOOMGA SA – polski producent gier przeglądarkowych przygotowuje się do emisji akcji dla inwestorów prywatnych i instytucjonalnych przed debiutem na rynku NewConnect. Celem jest sfinansowanie nowej produkcji i wejście na rynki zagraniczne. Obecnie trwają spotkania z inwestorami i testy gry z europejskimi wydawcami. Spółka dzięki środkom z emisji akcji zwiększy min. liczbę graczy w ISLANDOOM przynajmniej o milion w roku 2018 i o kolejne dwa miliony w roku 2019. Prezes BLOOMGA SA zapowiada, że Spółka jeszcze w I kwartale br. ze swoją grą przeglądarkową ISLANDOOM pojawi się przynajmniej w Niemczech i w Rosji, co pozwoli jeszcze mocniej zwiększać przychody z podstawowego biznesu. Trwają również prace nad kolejną produkcją „Clash of Ships”, w tym rekrutacja programistów i grafików do nowego projektu. Spółka przed przygotowywanym na początek 2018 roku debiutem na rynku NewConnect, w ramach private placement pozyskała już blisko trzydziestu inwestorów, w tym również fundusze inwestycyjne.

Dawid Przygodzki - Bloomga
Dawid Przygodzki – Bloomga

Panie Prezesie, spotykamy się po raz pierwszy w tym roku i widzę, że dobry humor dopisuje całemu zespołowi. Jak w Spółce idą przygotowania zdobywania nowych rynków? Przypominam sobie poprzednie rozmowy i wynika z nich, że plany ekspansji zagranicznej na ten rok są bardzo ambitne.

– Dzień dobry. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, dla czytelników i dla redakcji. Trudno się nie cieszyć z tak fantastycznych wzrostów, które osiągamy miesiąc po miesiącu. Udało się nam kolejny raz zrealizować wewnętrzne założenia co do produktu i rozwoju spółki, więc humor dopisuje wszystkim członkom zespołu. W styczniu wprowadzimy ISLANDOOM w nowych wersjach językowych. Zaczniemy od wersji angielskiej i z nią rozpoczniemy sprzedaż i promocję gry w Niemczech oraz w Rosji. Cały rok będzie okresem wzmożonego rozwoju pod hasłem „ekspansja zagraniczna”. Do końca 2018 mamy zamiar aby ISLANDOOM stało się obecne w ponad 20 krajach. W części z nich mamy już gotowych do współpracy partnerów w modelu RS – Revenue Share. Zawsze jednak twierdziłem, że kupowanie graczy i efektywna kampania brandingowa będzie naszym celem nadrzędnym. Na ten cel potrzebne są jednak dodatkowe środki obrotowe. Mamy więc plan aby działać w ten sposób. Pracując w Polsce zdobywamy ruch przy wykorzystaniu największych platform takich jak Facebook Ads oraz Google Adwords. Tak samo będzie się odbywać ekspansja poza krajem. Skala zależeć będzie od wielkości środków pozyskanych z emisji akcji.

W takim razie proszę nam przedstawić jaka jest sytuacja w zakresie zrealizowanych planów rozwoju i sprzedaży gry?

– Technologicznie osiągnęliśmy już na trzecim świecie gry ISLANDOOM standard jakości wymaganej w Europie. Wdrażamy teraz nowe zadania dla Graczy i to jest wspaniały etap kiedy możemy być dumni ze spełnienia się podstawowego celu biznesowego jakim jest dostarczenie gry dającej satysfakcję graczom, zarządowi i całemu studiu oraz jak sądzę inwestorom. Tym już obecnym w spółce i przyszłym. Na podstawie tego, co sobą prezentujemy możemy myśleć o przejściu do kolejnego etapu jakim jest zwiększenie skali biznesu, między innymi przez rozbudowę gry. W grudniu zintegrowaliśmy się z kolejnym wydawcą, z portalem „Nasza Klasa”, co otwiera nam dostęp do kolejnych graczy krajowych. Zależnie od rankingów w Polsce plasujemy się w pierwszej dziesiątce gier przeglądarkowych. W Interii, jesteśmy przykładowo na topie. Bardzo wysokie noty uzyskujemy na Onecie i w grupie WP. Biznesowo osiągnęliśmy więc coś, co można nazwać sukcesem, a teraz musimy udowodnić dalszą ciężką pracą, że to zjawisko będzie trwać przez długie lata. Przełomowe zmiany szykujemy również w zakresie wizerunku i komunikacji. W ostatnim czasie dołączyła do nas Karolina Jaroś, wcześniej członek zespołu odpowiedzialnego m.in. za głośny rebranding marki X-KOM, dzięki czemu powiększony zespół grafików sprosta zadaniom postawionym w zakresie kreowania wizerunku i rozbudowy graficznej gry. Bardzo mocny trend wzrostowy widać we wszystkich kluczowych parametrach. Dane z gry ISLANDOOM ujawniają, że mamy dobry produkt. W porównaniu do pierwszego miesiąca funkcjonowania gry z opcją monetyzacji sytuacja przedstawia się obecnie następująco:

  1. W zakresie ilości rejestracji Graczy nastąpił wzrost (12.2017 vs. 09.2017) o 638%.
  2. W zakresie ilości dokonywanych transakcji nastąpił wzrost (12.2017 vs. 09.2017) o 675%.
  3. W zakresie ilości graczy dokonujących płatności nastąpił wzrost (12.2017 vs. 09.2017) o 682%.
  4. W zakresie wartości transakcji nastąpił wzrost (12.2017 vs. 09.2017) o 1481%.

Z biznesowego punktu widzenia bardzo dobre jest dla nas to, że dynamicznie zwiększamy przychody, a mamy przecież dostępne obecnie tylko trzy światy gry. Zamierzamy w tym roku uruchomić ich ponad sto, więc potencjał jaki dają nowe międzynarodowe rynki zachęcą inwestorów z jakimi prowadzimy rozmowy o emisji akcji. Obecnie wskaźnik ARPPU od września wzrósł o 172%, a ARPU o 184%. Wskaźniki te wyrażane w gotówce są już ponad dwukrotnie wyższe niż planowaliśmy w założeniach finansowych rok temu. Dzisiejsze wzrosty wskaźników są więc tylko namiastką tego, co pokażemy biznesowo w przyszłości. Nie mierzymy wskaźnika zadowolenia graczy z rozwoju produktu, a ten byłby pewnie równie imponujący. Trzymamy się planu aby z końcem 2018 roku w ISLANDOOM grano w ponad dwudziestu krajach, z ponad 120 dostępnymi światami gry.

Jakie są więc najważniejsze plany na przyszłość?

W zakresie produktu, możemy przyjąć do jednego świata gry ISLANDOOM kilkadziesiąt tysięcy graczy, a w razie konieczności planujemy otwierać kilka światów jednocześnie. ISLANDOOM działa już zgodnie z naszymi zamierzeniami, więc milion graczy w tej produkcji to cel nadrzędny. W oparciu o tę grę planujemy systematycznie wprowadzać nowe zadania i funkcjonalności oraz nowe światy, aby gra ciągle się rozwijała i nie straciła na atrakcyjności. Dotrzymamy daty premiery nowej produkcji „Clash of Ships” i odbędzie się to w IIIQ2018, a pełna funkcjonalność powinna być osiągnięta z końcem tego roku.
Dofinansowanie Spółki m.in. dzięki nowemu kapitałowi z emisji akcji dla inwestorów to ważny etap rozwoju i planów strategicznych. Od kilku miesięcy rozważamy ten model finansowania dynamicznego rozwoju naszej spółki – BLOOMGA SA. Emisja akcji odbędzie się jeszcze przed debiutem na rynku NewConnect. Musimy pogodzić zawieranie ważnych dla nas kontraktów z zagranicznymi partnerami, ze spotkaniami z inwestorami. Road Show zakończymy niebawem i planujemy uchwalenie emisji w styczniu, tak aby nowa grupa inwestorów miała akcje wprowadzane do obrotu na rynku NewConnect wraz z akcjami z emisji zakończonej w czerwcu 2017.

Czy Spółka ma już określony cel emisyjny dla nowej emisji akcji przed planowanym debiutem?

– Środki jakie zamierzamy pozyskać z nowej emisji akcji, posłużą spółce w pierwszej kolejności na finansowanie produkcji nowej gry „Clash of Chips”, czyli na koszty funkcjonowania powiększonego zespołu. W drugiej kolejności z emisji akcji chcemy sfinansować kampanie brandingowe dla gry ISLANDOOM. Z takich kampanii pozyskujemy naszych graczy bez udziału wydawców, a wówczas zwiększamy zyski. Jestem głęboko przekonany co do zasadności zwiększenia budżetów na taki sposób pozyskiwania Graczy. Nasze wyniki potwierdzają dobitnie, że mamy rację i efektywnie zarządzamy budżetem reklamowym. Chcemy zwiększać skalę działalności, a dzięki zwiększeniu nakładów na sprawdzone formy reklamy możemy powiększać przychód z gry, który zostaje w spółce.

Obecnie szukacie nowych środków i prowadzi Pan rozmowy z inwestorami, ale kiedy można się spodziewać debiutu spółki na NewConnect?

– Jesteśmy zdeterminowani aby stało się to w ciągu kilku miesięcy, tak aby wykorzystać dużą dotację z programu 4Stock. Spółka rozwija się dynamicznie, a wysokie przyrosty ze sprzedaży i wszystkie wskaźniki z gry ISLANDOOM powinny ułatwić nam rozmowy z Giełdą. Inwestorzy nie mają obaw, że pokazujemy światową jakość i potrafimy generować przychody. Wobec tych faktów nie można być obojętnym. Debiut BLOOMGA SA nie jest dla nas celem samym w sobie, ale krokiem jaki obiecaliśmy inwestorom. Z pewnością dołączenie do grona podmiotów publicznych ułatwi mi dalsze finansowanie i zdobywanie nowych rynków oraz zwiększy naszą rozpoznawalność. Chciałbym aby planowany debiut na NewConnect nie był tylko pierwszym etapem obecności na rynku kapitałowym. Jako spółka publiczna z pewnością łatwiej będzie nam rozmawiać z bankami o finansowaniu rozwoju. Pojawiają się też w naszym scenariuszu opcje emisji instrumentów dłużnych. Debiut giełdowy będzie ważnym krokiem w historii firmy. Co więcej, w naszym gronie inwestorów są obecnie podmioty krajowe, a mając na uwadze ostatnio przeprowadzoną transakcję przejęcia spółki produkującej gry przeglądarkowe za kwotę 270 mln EURO, widzę możliwość pozyskania inwestorów zagranicznych po wejściu na giełdę. Szczególnie, przy atrakcyjnej wycenie naszej spółki. Z tego względu nie wykluczamy publicznej emisji akcji dla zagranicznych inwestorów może w ciągu roku od debiutu, aby sfinansować kolejne produkcje. Choć to dość odległe zamiary to sam fakt, że interesują się nami duże podmioty spoza kraju jest dla mnie budujący. Mamy już zainteresowane takim scenariuszem domy maklerskie i drugą stronę transakcji jaką są inwestorzy oceniający na bieżąco nasz rozwój.

Jak Pan ocenia debiuty giełdowe innych producentów gier. Ostatnio kilka spółek dołączyło do grona spółek publicznych.

– Ciężkie pytanie, gdyż nie jest łatwo być cenzorem naszej jakby nie było bratniej konkurencji. Rozumiemy modele biznesowe naszej konkurencji, ale nie wszystkie wydają się efektywne i skuteczne. Niewiele podmiotów może się pochwalić stabilnym modelem biznesowym i realnymi planami ekspansji, tak jak to ma miejsce w BLOOMGA SA. Z tego względu mogę ocenić debiuty pozytywnie, gdyż spółki ostatnio debiutujące będą stanowić realny benchmark dla nas. Jestem przekonany, że będziemy mogli dostać się do ścisłej czołówki i zyskać uznanie inwestorów. W tym celu ważne jest posiadanie dobrego tytułu, a to już mamy. Wśród spółek jakie ostatnio z naszego sektora znalazły się na NewConnect można się doszukać podmiotów, które mocno rozczarowały inwestorów. Wnioskuję, że coraz ciężej jest zbudować dobre studio, a nasza reputacja i zadowolenie graczy dowodzi, że nam się udało. Są też tacy debiutanci, którzy podwyższają swoje prognozy wyników i nabierają tempa. Te firmy będą dla nas stanowić wyzwanie i z nimi chcemy konkurować o uznanie inwestorów, choćby dzięki zwiększaniu sprzedaży i międzynarodową strategię rozwoju. Mamy z kim konkurować, a to pozytywne. Dla inwestorów będziemy bardzo atrakcyjną spółką, a to z racji że nie ma na rynku wyspecjalizowanego studia w produkcjach przeglądarkowych. Bycie w tej intratnej niszy może być naszą przewagą w gronie kilkunastu różnorodnych spółek. Jak podałem wcześniej konkretny przykład, nasza konkurencja z pięcioma tytułami została przejęta za 270 mln EURO. BLOOMGA ma dobry tytuł na rynku i drugi na etapie produkcji. Już za niecały rok rynek oceni naszą drugą grę, a my mamy głębokie przekonanie, że będzie to popularna gra, w której z pewnością wykorzystamy obecne doświadczenia. Pracujemy nad bieżącą oceną sytuacji rynkowej z naszym doradcą transakcyjnym, giełdową Spółką MERIT INVEST SA. GameDev to wciąż niedoceniana branża, a wiemy, że liczba osób aktywnie grających rośnie, więc mimo różnej jakości debiutantów na rynku będziemy dążyć do czołówki. Każdy debiutant robi dużo dobrego dla popularyzacji wśród inwestorów naszego sektora. Mam nadzieję, że każdy znajdzie dla siebie miejsce dla rynku i pozwoli osiągać satysfakcjonujące stopy zwrotu inwestorom.

Proszę naszym czytelnikom wyjaśnić model biznesowy.

– Wszystkie firmy wydawnicze z jakimi pracujemy w modelu RS – Revenue Share, to uznani i renomowani branżowi partnerzy. Mamy dzięki nim zapewnioną stabilność i ciągłość codziennego pozyskiwania nowych graczy w modelu RS. Partnerzy inwestują w reklamę, ściągają graczy w oczekiwaniu na udział w zyskach. My w takim modelu nie angażujemy swoich środków na promocję gry, a budujemy wartość dla partnerów i dla siebie zdobywając nowych graczy. Technicznie model RS wygląda tak, że dzielimy się zyskami z mikropłatności od ściągniętych przez partnerów Graczy dokonujących zakupu usługi premium. To znacząca przewaga gier przeglądarkowych. Kolejnym modelem jest pozyskiwanie Graczy poprzez wykorzystanie sieci afiliacyjnych, w których rozliczamy się za poprawne rejestracje. Dodatkowo zdobywamy ruch przy wykorzystaniu największych platform takich jak Facebook Ads oraz Google Adwords. Przez te platformy spółka posiada ogromną ilości stargetowanych graczy. W ostatnim modelu wykorzystujemy ruch organiczny zdobywany np. z wyszukiwarek, poleceń graczy oraz naszych grup na Facebook. Dzięki ciągłemu budowaniu pozytywnego wizerunku notujemy z miesiąca na miesiąc coraz większą ilość rejestracji w tym modelu, a działa on na całym Świecie. Przeniesienie już wdrożonych w BLOOMGA SA na ryku krajowym rozwiązań w zakresie sprzedaży przeniesiemy na pozostałych rynkach.

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów w rozmowach z inwestorami.

– Ja również dziękuję.

Rekonstrukcja rządu. Posiedzenie RPP

Zmiany w rządzie z punktu widzenia rynków nie są przełomowe. Znacznie ważniejsze są jednak zmiany wizerunkowe, gdyż rząd opuściło kilka bardzo silnych osobowości. Dzisiaj poznamy decyzję po pierwszym w tym roku posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej.

Zmiany w rządzie

Zgodnie z oczekiwaniami doszło wczoraj do rekonstrukcji rządu. Stanowisko Ministra Finansów zajęła po Mateuszu Morawieckim dr Teresa Czerwińska. Powstało Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, objęła je dotychczasowa Wiceminister Rozwoju Jadwiga Emilewicz. Nowo Utworzone Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju objął Jerzy Kwieciński, również były pracownik Ministerstwa Rozwoju. Z rządu odeszli również Antoni Macierewicz, Witold Waszczykowski, Jacek Szyszko, Konstanty Radziwiłł oraz Anna Streżyńska. W mediach szczególnie głośno jest o pierwszych trzech osobach z tej listy, jednak ich znaczenie dla polityki gospodarczej jest znacznie mniejsze. Jak zareagował złoty? Zmiany najwyraźniej zostały odebrane jako pretekst do kolejnej realizacji zysków, gdyż inwestorzy wycofywali się z polskiej waluty. Być może powodem były plotki o możliwym konflikcie w partii rządzącej i związanymi z tym niepokojami.

Posiedzenie RPP

Dzisiaj odbędzie się pierwsze w tym roku posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Analitycy są zgodni co do tego, że w najbliższym czasie nie należy spodziewać się zmian stóp procentowych w Polsce. Ciekawszym elementem są spekulacje kiedy mogłoby dojść do podwyżek stóp procentowych. Od tego będzie zależało zachowanie rodzimej waluty. Im szybciej rynki będą spodziewać się wzrostu stóp tym złotówka powinna stawać się mocniejsza. Jest również odwrotna relacja. Im później spodziewane będą wzrosty stóp procentowych w Polsce tym gorzej będzie to wpływać na walutę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – Polska – komunikat po decyzji RPP,
  • 16:30 – USA – zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Złoty odrabia straty, posiedzenie RPP bez znaczenia

Po trzydniowej wyprzedaży złoty ponownie się umacnia. Rodzimy rynek walutowy obecnie bardziej jest zapatrzony w wahania EUR/USD, niż trwające posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, będące tylko w teorii głównym wydarzeniem środy.

Środowe przedpołudnie na rynku walutowym upływa pod znakiem umocnienia złotego do głównych walut, który tym samym odrabia silne straty z ostatnich 3 dni. Tłem dla tych wahań jest posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (RPP), które w teorii stanowi główne wydarzenie dnia na krajowym rynku walutowym, ale w praktyce nie będzie istotnym impulsem dla złotego.

O godzinie 11:22 za euro taniało o 1,4 gr w stosunku do wczorajszego zamknięcia, cofające się do poziomu 4,1780 zł z 4,1930 testowanych jeszcze rano. Dolar również taniał o 1,4 gr do 3,4980 zł, szwajcarski frank o 0,6 gr do 3,5645 zł, a funt aż o 3,4 gr do 4,7210 zł.

Ostatnie 3 dni na krajowym rynku walutowym upłynęły pod znakiem wyprzedaży złotego, który tym samym korygował swe wyraźne umocnienie z przełomu roku, w następstwie czego notowania euro spadły do 2,5-rocznych minimów, a amerykańskiego dolara i szwajcarskiego franka do ponad 3-letnich minimów. Efektem piątkowo-wtorkowej wyprzedaży złotego, która była skorelowana ze spadkiem EUR/USD i analogicznym zachowaniem innych walut regionu, euro podrożało łącznie o 5 gr, dolar o 8 gr, frank o 5 gr, a funt aż o 10 gr.

Opisywanej korekty notowań złotego nie należy utożsamiać z rekonstrukcją rządu pod przewodnictwem Mateusza Morawieckiego, ani z powrotem na wokandę sporu na linii Warszawa-Bruksela. W sytuacji gdy koniunktura gospodarcza w Polsce pozostaje dobra polityka schodzi zdecydowanie na dalszy plan.

Wahań złotego z poprzednich 3 dni, ani też dzisiejszego jego umocnienia, nie należy również utożsamiać z trwającym posiedzeniem Rady Polityki Pieniężnej. Jego wyniki inwestorzy poznają dziś w godzinach południowych, a o godzinie 16:00 zostanie opublikowany komunikat po posiedzeniu i rozpocznie się konferencja prasowa.

Niespodzianki nie będzie. RPP nie tylko nie zmieni stóp procentowych, pozostawiając główną z nich na poziomie 1,50 proc., ale też nie zmieni swej gołębiej retoryki. Należy zakładać, że dobre wyniki gospodarki w 2017 roku zostaną przez nią zignorowane, a odnotowany w grudniu spadek inflacji do 2 proc. z 2,5 proc. zostanie określony jako oczekiwany. Prezes Glapiński dalej też będzie twierdził, że w jego opinii nie będzie powodów do podnoszenia stóp procentowych w tym roku. Jedynym konkretem może zas być to, że RPP skieruje uwagę rynków na marcową projekcję inflacji, jako na potencjalny czynnik mogący rozstrzygnąć o tym w jakim kierunku dalej w tym roku będzie zmierzać polityka monetarna. Nie mniej jednak po tym posiedzeniu rynkowy konsensus wciąż będzie wskazywał na ostatni kwartał 2018 roku jako prawdopodobny termin pierwszej od lat podwyżki stóp procentowych w Polsce.

Wyniki posiedzenia RPP, jej komunikat i konferencja prasowa pozostaną bez większego wpływu na notowania złotego, który podobnie jak w ostatnich dniach, w dużej mierze pozostanie pod wpływem zachowania EUR/USD. Można oczekiwać, że po 3-dniowej wyprzedaży, złoty dziś na koniec dnia może lekko się umocnić.

Ostatnie zachowanie złotego, w tym skok kursów polskich par o 5-10 gr w 3 dni sugerują, że nastąpił pewien przełom na rynku. Wskazują, że wcześniejsza aprecjacja złotego się zakończyła. Tym samym,  że w zeszłym tygodniu zostały wykreślone średnioterminowe dołki na EUR/PLN, USD/PLN, CHF/PLN, ale też i GBP/PLN. Dlatego nie tylko w najbliższym czasie raczej nie zobaczymy kursów tych par niższych niż w pierwszych dniach 2018 roku, ale też mogą one być jeszcze wyższe.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, niezależny analityk

Sprawdź najnowszą analizę USDPLN oraz USDCHF

Przez cały 2017 rok polska waluta lśniła, umacniała się względem większości walut na całym świecie. Powodem był dobry stan gospodarki polskiej, umocnienie indeksu WIG 20, słaby dolar amerykański oraz odwrócenie tendencji odpływu kapitału z państw rozwijających się. Na notowaniach pary walutowej USDPLN sprzedającym udało się pokonać mocną strefę popytu 3.53-3.577, która łączyła ze sobą minima z 2015 roku. Strefa została pokonana pod koniec grudnia ubiegłego roku. Z kolei od początku 2018 roku notowania USDPLN znajdują się w korekcie, która ma bardzo ograniczony zasięg.

Korekta może zatrzymać się w okolicy wcześniejszego wsparcia, które teraz odpowiada za opór. Przebicie strefy może sprawić bardzo dużo problemów dla kupujących, dlatego bazowym scenariuszem pozostanie obrona strefy podaży. Aczkolwiek gdyby do tego doszło, to kolejnym miejsce, gdzie wzrosty pary walutowej USDPLN mogą się zatrzymać jest strefy podaży 3.67-3.73, która już raz została przetestowana.

Spoglądając na główne wskaźniki jak EMA 20, MACD, Alligator oraz SMA 50 trend spadkowy na interwale daily oraz weekly jest w tym samym kierunku, czyli mamy utrzymanie tendencji spadkowej. Z kolei na interwale czterogodzinowym notowania znalazły się powyżej krótkoterminowej średniej kroczącej 20 EMA oraz 50 SMA. Zmiana trendu na mniejszym interwale mogłaby zwiastować zakończeniu korekty. Kolejnym celem sprzedających może być psychologiczna bariera poziomu 3.40, po czym następnie kurs może zmierzać w okolicę 3.30. Wskaźnik użyty w analizie obrazujący kilka interwałów czasowych oraz wskaźniki AT jest dostępny razem z dodatkiem MetaTrader 4 Supreme Edition.

usdpln

Źródło: AdmiralMarkets

Jednym zagrożeniem dla kontynuacji trendu spadkowego jest oscylator stochastyczny, który wskazuje na bardzo silnie wyprzedanie kursu.

USDCHF

Kolejną ciekawą parą walutową tygodnia jest USDCHF, od początku grudnia na interwale dziennym notowania znajdują się w kanale spadkowym. Ostatni test dolnej bandy kanału spadkowego zakończył się mocną, kilkudniową korektą kursu. Stronie kupującej udało się wywindować kurs w okolicę strefy podaży 0.983. Wskaźniki podążające za trendem wskazują na trend spadkowy na interwale tygodniowym oraz dziennym. Z kolei na interwale niższego rzędu jak czterogodzinowym mamy do czynienia z korektą wzrostową, która może dojść nawet do górnej bandy kanału wzrostowego. Niemniej jednak oscylator stochastyczny wskazuje na mocne wykupienie kursu.

Jeżeli notowania na interwale czterogodzinowym przebiłyby średnią kroczącą EMA 20 oraz SMA 50, to mogłoby to być jednoznaczne z zakończeniem korekty, a sam kurs zmierzałby w okolicę dolnej bandy kanału spadkowego.

usdchf

Źródło: AdmiralMarkets

Dział Analiz AdmiralMarkets

Co przyniesie 2018 rok dla branży e-commerce w Polsce?

E-commerce to dynamicznie rozwijająca się branża polskiej gospodarki, której wartość do 2020 roku ma wzrosnąć do 63 mld zł[1]. Dziś niemal każdy może bardzo niskim kosztem stworzyć własny sklep internetowy i samodzielnie prowadzić skuteczne kampanie marketingowe, aby dotrzeć do klientów. Aby utrzymać tendencję wzrostową w 2018 roku polscy e-sprzedawcy powinni obserwować rozwój najnowszych technologii, przygotować się na zmiany regulacyjne oraz dostosować swoją ofertę do coraz bardziej wymagających klientów.

  1. Zakaz handlu w niedziele i nowe przepisy unijne

Z naszych badań wynika, że 83% polskich internautów wybiera zakupy online głównie ze względu na możliwość ich zrobienia o dowolnej porze oraz brak kolejek. Ustawa zakazująca handlu w niedzielę, która wejdzie w życie już w marcu, otwiera dla branży e-commerce nowe możliwości rozwoju. E-sklepy zyskają idealną okazję, by przyciągnąć dotychczasowych klientów galerii handlowych, którzy na zakupy wybierają się najczęściej weekendy. Z drugiej strony, dla sklepów tradycyjnych, dotychczas nieobecnych w internecie, zmiany w prawie mogą okazać się dodatkową motywacją do rozważenia uruchomienia nowego kanału sprzedaży. Jakkolwiek sprawy się potoczą, skutki zawsze będą pozytywne dla wzrostu handlu elektronicznego w Polsce.

W 2018 roku polskie e-sklepy będą musiały także dostosować się do nowych przepisów unijnych. Chodzi przede wszystkim o RODO, czyli rozporządzenie UE o ochronie danych osobowych, które zacznie obowiązywać w Polsce od 25 maja 2018 r. Na firmy zostanie nałożone m.in. zobowiązanie do prowadzenia rejestru czynności przetwarzania danych osobowych, informowania klientów o profilowaniu danych oraz w jakim celu dane te są przetwarzane. W związku z tym wszystkie e-sklepy czeka modyfikacja ich regulaminów.

  1. E-commerce bez granic

W 2018 roku polski e-handel będzie podążał za globalnym trendem, jakim jest rozwój handlu transgranicznego. Polacy będą coraz częściej kupować w zagranicznych sklepach internetowych, w których szukają tańszych towarów, jak również unikalnych lub trudno dostępnych produktów. Ważnym  kierunkiem zakupowym są dla internautów Chiny, o czym świadczy m.in. popularność platformy AliExpress w naszym kraju. Według nieoficjalnych danych co miesiąc odwiedzą ją nawet kilka milionów osób. Warto jednak pamiętać, że oferta polskich e-sprzedawców jest również atrakcyjna dla zagranicznych klientów, przede wszystkim ze względu na wysoką jakość produktów oraz korzystne ceny. Dlatego polskie sklepy internetowe powinny w jak największym stopniu otworzyć się na obcokrajowców. Duże znaczenie ma w tym przypadku wybór zaufanego dostawcy płatności, który będzie wspierać sprzedaż zarówno na poziomie lokalnym, jak i międzynarodowym.

  1. Sztuczna inteligencja nie tylko dla wielkich graczy

Wykorzystanie najnowszych narzędzi technologicznych, takich jak AI (sztuczna inteligencja), AR (rozszerzona rzeczywistość) czy VR (wirtualna rzeczywistość) dotychczas należało głównie do największych graczy e-commerce, w szczególności z obszaru FMCG. Na przykład Ikea stworzyła aplikację opartą na AR, pozwalającą na urządzenie własnego mieszkania wirtualnymi meblami, a Sephora uruchomiła chatbota udzielającego indywidualnych porad urodowych. Zastosowanie tego typu rozwiązań pozwala także na większą personalizację oferty e-sklepu, dostarcza zupełnie nowych doświadczeń zakupowych użytkownikom oraz pozwala na analizowanie zachowań konsumentów. Chatboty, wirtualne przymierzalnie czy testery wykorzystujące rozszerzoną rzeczywistość wkrótce mogą stać się standardem w e-handlu. Dlatego podmioty, które chcą być konkurencyjne na rynku powinny w 2018 roku zwrócić szczególną uwagę na działania marketingowe oparte na tych nowoczesnych technologiach.

  1. Mobile wciąż rośnie

Jeśli w 2017 roku e-sklep nie posiadał aplikacji mobilnej lub  strony internetowej dostosowanej do urządzeń mobilnych, to 2018 rok jest ostatnim momentem, by to zrobić. Tablety i smartfony odpowiadają już za połowę ruchu w internecie, a za ich pośrednictwem, przynajmniej częściowo, dokonuje się już 40% zakupów internetowych. To fakt, którego sprzedawcy nie powinni ignorować. Warto pamiętać nie tylko o wprowadzeniu funkcjonalności stron przyjaznej dla urządzeń mobilnych,  ale również o wygodnych dla użytkowników opcjach płatności, takich jak kartowe portfele elektroniczne czy przelewy typu one-click..

  1. Social media w nowej roli

W 2017 roku platformy społecznościowe przestały pełnić wyłącznie funkcje wizerunkowe czy komunikacyjne i odkryły potencjał e-handlu, umożliwiając sprzedaż za pośrednictwem swoich kanałów. Dostrzeżono, że droga konsumenta od zobaczenia oferty do finalizacji transakcji powinna być jak najkrótsza, a media społecznościowe, takie jak Instagram czy Facebook, są do tego idealnym narzędziem. W październiku ubiegłego roku Facebook uruchomił dla polskich użytkowników własną platformę zakupową, umożliwiającą im bezpośrednią sprzedaż swoich produktów. Można się spodziewać, że marketplace Marka Zuckenberga będzie w 2018 roku rósł w siłę, przejmując nowych sprzedawców z platform gromadzących oferty sprzedaży.

  1. Nowe formy płatności szyte na miarę

Płatności bezgotówkowe  rozwijają się w Polsce bardzo dynamicznie, a konsumenci oczekują nowych możliwości zapłaty za zakupy w internecie. Z  naszych badań wynika, że 42% polskich e-konsumentów było w sytuacji, gdy brak wystarczających środków na koncie uniemożliwił im pilny zakup. Dane te wskazują na dużą potrzebę stworzenia rozwiązania dedykowanego właśnie dla tej grupy konsumentów. Naszą odpowiedzią dla nich jest nowy sposób finansowania zakupów, jakim jest usługa PayU Płacę później, dzięki której można odłożyć płatność nawet do 30 dni od momentu zakupu.

Autorem komentarza jest Joanna Pieńkowska-Olczak, Country Manager PayU w Polsce.

[1] Sociomantic Lab, Barometr E-commerce 2016.

Raport: Jak będzie wyglądać bank przyszłości?

Chatboty, Data Science, OCR, NLP czy tzw. robo-inwestowanie zmieniają instytucje finansowe nie do poznania.

Instytucje finansowe starają się coraz silniej dopasować do prywatnych upodobań klientów. Głównym źródłem tego procesu jest analiza danych z różnych platform, które układają się w jedną całość – portret klienta. W jaki sposób może to zmienić oblicze współczesnej bankowości? Analiza przeprowadzona przez firmę analityczną TogetherData, wskazuje iż głównymi filarami „banku przyszłości” stały się chatboty, Data Science, OCR, NLP czy tzw. robo-inwestowanie.

Przyszłość dzieje się już teraz. Widzimy pierwsze jej przejawy, na przykład w postaci aplikacji mobilnych banków czy coraz bardziej spersonalizowanych usług finansowych skierowanych do klienta. Instytucje finansowe, które nie będą nadążały za zmianami technologicznymi, będą traciły na tym wiele, nie tylko pod względem środków pieniężnych, ale także i reputacji, dlatego też warto inwestować w takie rozwiązania, których dodatkowym atutem są relatywnie niskie koszty – komentuje Paweł Brach, współzałożyciel i wiceprezes TogetherData.

Chatboty

Coraz więcej przedsiębiorstw stara się podejść do każdego klienta w osobisty sposób. Mobilne aplikacje do wysyłania wiadomości miały już 1,82 mld użytkowników do końca 2017 roku, wynika z raportu eMarketer*. Dostępność dla użytkowników przez całą dobę, przy w zasadzie dowolnej konfiguracji, dostosowanej do świadczonych usług, to ich największe zalety. Doskonale sprawdzają się również w sektorze bankowym, co udowodnił m. in. singapurski bank OCBC. Chatbot Emma rozpoczęła swoją pracę 17 stycznia br. i jest w stanie odpowiedzieć na pytania o kredyty hipoteczne oraz na cele remontowe przy pomocy kalkulatora, który wskaże ogólne koszty zaciągnięcia pożyczki. Według statystyk OCBC, ponad 10 proc. rozmów z Emmą poskutkowało skorzystaniem z usług singapurskiego banku. Natomiast konwersacja z robotem umożliwia zaoszczędzenie ponad 4 minut w porównaniu do tradycyjnej rozmowy z pracownikiem infolinii. Do 2022 roku chatboty mają być odpowiedzialne za roczne oszczędności aż do 8 mld dolarów, wynika z danych firmy badawczej Juniper Research*.

Data Science

Odpowiednie użycie danych umożliwia rozwiązywanie problemów w najbardziej optymalny sposób, zarówno dla banku, jak i dla klienta. Dlatego instytucje finansowe będą coraz częściej sięgały po analitykę danych w celu zminimalizowania strat lub zmaksymalizowania zysków. Działający w Indiach HDFC Bank, podzielił klientów na segmenty pod względem etapów życiowych, na których się znajdują, a następnie zaczął wysyłać do nich spersonalizowane pod tym kątem wiadomości i przygotowywać promocje na ważne dni (np. urodziny). W rezultacie zwiększono liczbę sprzedanych kart kredytowych, redukując koszty pozyskania każdego klienta.

OCR i NLP

W latach 50-tych Bank of America używał oprogramowania OCR do odczytywania cyfr wydrukowanych na czekach. Współcześnie ta technologia może wspomóc odczytywanie dokumentów przeskanowanych przez klienta czy też sprawdzić podpis na czeku. NLP (programowanie neurolingwistyczne) oraz głębokie uczenie pozwoli z kolei na inteligentne zautomatyzowanie procesów i zarazem przyśpieszenie procedur bankowych. Analizowanie oszustw czy zarządzanie ryzykiem – odpowiednia maszyna pomoże we wszystkich aspektach funkcjonowania banku. JP Morgan Chase niedawno wprowadził na rynek platformę Contract Intelligence, której zadaniem jest analiza dokumentów prawnych i wyciąganie z nich zasadniczych informacji oraz klauzul. Ręczne przejrzenie 12 tysięcy umów zawieranych co roku to koszt 360 tysięcy godzin. Korzyści z głębokiego uczenia i sztucznej inteligencji są zatem oczywiste. A 78 proc. amerykańskich bankowców badanych przez VMWare wierzy, że w ciągu najbliższych pięciu lat SI oraz systemy głosowe zmienią oblicze branży.

Robo-inwestowanie

Roboty mogą generować nawet do 80 proc. dziennych wolumenów, realizując transakcje w ciągu zaledwie paru mikrosekund. Zindywidualizowany i zróżnicowany portfel inwestycyjny, optymalizacja podatkowa i dostęp do certyfikowanego doradcy – to wszystko wchodzi w skład niedrogiej oferty robo-inwestorów.

Uwierzytelnianie tożsamości klientów

Bank przyszłości to bank bezpieczny. Klienta można zidentyfikować na coraz więcej sposobów – już nie tylko hasło, ale i głos czy kształt twarzy podpowiedzą systemowi bankowemu, czy na pewno ma do czynienia z daną osobą. W ten sposób uwierzytelnienie stanie się nie tylko łatwiejsze, ale i rzetelniejsze – łatwo można poznać czyjeś hasło, ale ciężko zmienić kształt twarzy lub inne cechy charakterystyczne w sekundę. Technologie biometryczne, które umożliwiają rozpoznanie kogoś po odciskach linii papilarnych, są już w użyciu w jednym z banków w Los Angeles.

Neobanking

W świecie, gdy coraz więcej przedsiębiorstw przenosi się z działaniem do sieci, a coraz więcej zakupów jest robionych online, nic dziwnego, że powstają instytucje finansowe, działające praktycznie tylko w sieci. Neobanking to trend, który będzie się wzmacniał w przyszłości, a przykładów nie trzeba szukać daleko. Już dzisiaj większość spraw w banku można załatwić dzięki kurierom lub aplikacjom mobilnym. A w Indiach powstał OPEN – bank czysto cyfrowy i obsługujący przedsiębiorstwa, nieposiadający żadnej placówki stacjonarnej.

Bank intuicyjny

Bank intuicyjny to kombinacja wielu czynników, które skracają czas trwania procedur bankowych i pozwalają na skorzystanie z jego usług na całym świecie. Analiza danych połączona z geolokalizacją pozwala systemowi na zgadnięcie, czego może wymagać klient – od wymiany waluty po założenie nowego konta – i szybkie podsunięcie rozwiązania. Procedury zostaną uproszczone do minimum, a wszelkie formalności już nie będą łączyć się z wypełnianiem wielostronicowych formularzy mało zrozumiałych dla osób nieobeznanych z ekonomią. Obecnie banki już podejmują kroki, aby wydawać aplikacje na smartfony, za pośrednictwem których można rozwiązać wiele problemów w prosty sposób. Praktycznie każdy polski bank dysponuje takim oprogramowaniem, które można pobrać na większość telefonów.

Technologie umożliwiające powstanie banku przyszłości mogą z powodzeniem działać dzięki analityce danych. Dlatego też coraz więcej banków zatrudnia specjalistów ds. Data Science i wdraża technologie mające na celu opanowanie potężnych zbiorów danych dostarczanych przez klientów – dodaje Paweł Brach. Bank przyszłości już powstał, teraz pozostaje go tylko udoskonalić.

Uwaga na kolejne fałszywe aplikacje w Google Play

Google Play to największy sklep z aplikacjami na urządzenia wyposażone w system Android. Jest w nim dostępnych około 3,5 miliona aplikacji, a każdego miesiąca jest dodawanych kolejne kilkadziesiąt tysięcy. Niestety nie wszystkie z nich tworzone są z myślą o korzyściach dla użytkowników. Na Google Play można natknąć się na wiele potencjalnie szkodliwych aplikacji, które podszywają się pod najbardziej popularne programy.

By zwieść użytkowników, twórcy fałszywych aplikacji wykorzystują podobieństwo ikon i nazw, podszywając się pod takie programy jak Messenger, Facebook czy WhatsApp.

Co prawda według zasad Google tego typu aplikacje nie są dozwolone w sklepie, jednak, jak się okazuje, wiele z nich jest dostępnych przez krótki czas (od kilku dni do kilku tygodni). Niektóre z nich potrafią osiągać nawet do kilkuset tysięcy pobrań.

Przykłady aplikacji podszywających się pod WhatsAppPrzykłady aplikacji podszywających się pod WhatsApp

Inną sztuczką stosowaną przez nieuczciwych twórców jest generowanie bądź kupowanie pozytywnych ocen aplikacji. Wysoka ocena podnosi wiarygodność aplikacji w oczach potencjalnego użytkownika.

Jak działają fałszywe aplikacje na Androida?

Analitycy z firmy Fortinet sprawdzili trzy aplikacje podszywające się pod komunikator WhatsApp.

Pierwsza z nich miała przeźroczystą ikonę, przez co nie można było jej zobaczyć na liście aplikacji w smartfonie. Użytkownik mógł nawet nie mieć świadomości, że jest ona zainstalowana na jego urządzeniu. Program pozoruje pobieranie aktualizacji dla oficjalnej aplikacji WhatsApp. Aplikacja wykorzystuje bibliotekę o nazwie startapp.android.publish, by wyświetlać reklamy przy zmianie ekranu i ostatecznie nie pobiera żadnych danych. Twórca aplikacji najwyraźniej czerpie korzyści za każdą emisję reklamy.

Aplikacje po sortowaniu

Dopiero po sortowaniu aplikacji według daty instalacji widać, że jedna z nich ma przeźroczystą ikonę

Druga analizowana przez specjalistów Fortinet aplikacja działała w podobny sposób, wyświetlając natrętne reklamy oraz ekrany z linkami, za którymi mogło się kryć dużo groźniejsze oprogramowanie – np. potajemnie wykonujące zrzuty ekranu czy przechwytujące komunikację SMS.

Trzeci program różnił się od poprzednich tym, że rzeczywiście pobierał dane do pamięci urządzenia. Była to zmodyfikowana wersja WhatsAppa oferująca, przynajmniej według opisu, dodatkowe funkcje niedostępne w oficjalnej wersji aplikacji. Użytkownik otrzymywał nawet instrukcję instalacji aplikacji z innych źródeł niż Google Play. Sama aplikacja nie wykazywała groźnego działania, ale również wyświetlała reklamy.

Na co uważać przy instalowaniu aplikacji?

Użytkownicy systemu Android muszą zachować czujność podczas pobierania aplikacji nawet z oficjalnych źródeł takich jak Google Play. Należy sprawdzać, czy nazwa i ikona aplikacji są dokładnie takie, jak należy. Nawet najmniejsze odstępstwo od oficjalnej identyfikacji powinno wzbudzić podejrzenie.

Warto zwrócić uwagę na liczbę instalacji oraz przejrzeć więcej niż kilka opinii użytkowników – nawet jeżeli większość ocen fałszywej aplikacji jest wygenerowanych, to często ci, którzy dali się nabrać, ostrzegają przed tym pozostałych.

Po zainstalowaniu aplikacji trzeba zawsze przyjrzeć się wymaganym przez nią uprawnieniom oraz być szczególnie ostrożnym wobec programów chcących pobierać pliki z nieznanych źródeł – radzi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet.

Przeciętny majątek netto gospodarstwa domowego w 2016 r. wyniósł 264 tysiące złotych

Przeciętny majątek netto gospodarstwa domowego w 2016 r. wyniósł 263,6 tys. zł. O jego wartości netto decydowały przede wszystkim aktywa rzeczowe, w przeważającej mierze wartość głównego miejsca zamieszkania (przeciętnie 265,4 tys. zł), innej nieruchomości (119,8 tys. zł) oraz zasobu majątku wynikającego z prowadzenia działalności gospodarczej (144,9 tys. zł). Zdecydowana większość gospodarstw domowych była właścicielem głównego miejsca zamieszkania (79,2 proc.) oraz pojazdów samochodowych (65,8 proc.), znacznie rzadziej innych nieruchomości (24,3 proc.) czy majątku związanego z prowadzeniem działalności gospodarczej (20,4 proc.).

Aktywa finansowe miały dużo mniejsze znaczenie dla wartości netto majątku gospodarstwa domowego (przeciętnie 15,3 tys. zł). Wśród nich najbardziej popularną formą gromadzenia środków finansowych były depozyty bankowe, będące w posiadaniu 84,9 proc. gospodarstw domowych, z przeciętną wartością na poziomie 12,0 tys. zł.

Majątek netto jest nierównomiernie rozłożony w populacji gospodarstw domowych,a jego silną koncentrację obserwujemy w zbiorowości gospodarstw najbardziej majętnych. W posiadaniu 10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych znajduje się 41 proc. całkowitego majątku netto, podczas gdy majątek (netto) 20 proc. najmniej zasobnych gospodarstw stanowi jedynie niewielką część (1,0 proc.) całego majątku gospodarstw domowych. Zróżnicowanie majątku jest w Polsce większe niż w przypadku dochodów, o czym świadczy wyższa wartość współczynnika Giniego dla majątku netto (57 proc.) niż dla dochodu (32 proc.). Większe zróżnicowanie majątku niż dochodu jest zjawiskiem powszechnym na świecie. Nierówności majątkowe w Polsce są relatywnie niskie na tle innych krajów rozwiniętych.

Całkowity majątek netto gospodarstw domowych wzrósł w latach 2014 – 2016 o 4,1 proc. (w cenach stałych). Złożył się na to niewielki przyrost wolumenu aktywów rzeczowych (o 0,8 proc.), znaczne zwiększenie stanu posiadania aktywów finansowych (o ok. 94 proc.) i wyraźny wzrost skali zadłużenia (o ok. 23 proc.). W efekcie, udział aktywów rzeczowych w majątku brutto zmniejszył się o ok. 4 punkty procentowe i odpowiednio zwiększył się udział aktywów finansowych.

Dług gospodarstw domowych, na który składają się różne formy zadłużenia, obejmuje 40,5 proc. gospodarstw domowych i stanowi w przypadku przeciętnego gospodarstwa domowego relatywnie niewielkie obciążenie jego majątku (10,0 tys. zł). Poziom zadłużenia według poszczególnych rodzajów zobowiązań jest silnie zróżnicowany. Główny składnik długu to zobowiązania z tytułu zabezpieczonych kredytów mieszkaniowych (hipotecznych). Dotyczą one jedynie 13,9 proc. gospodarstw domowych, ale stanowią dla nich dość wysokie obciążenie (przeciętnie 114,8 tys. zł). Natomiast kredyty o innym charakterze, przede wszystkim konsumpcyjne, są bardziej popularne (32,9 proc. gospodarstw domowych), ale ich przeciętna wartość jest o wiele niższa (ok. 3 tys. zł).

Gospodarstwa domowe w Polsce należą do umiarkowanie majętnych na tle krajów strefy euro. Dysponują przeciętnie majątkiem netto (60,6 tys. euro) stanowiącym ok. 58 proc. mediany majątku netto przeciętnego gospodarstwa domowego w strefie euro (104,1 tys. euro). Najwyższym zasobem majątku netto w strefie euro, przypadającym na gospodarstwo domowe, wyróżniają się Luksemburg (437,5 tys. euro) oraz Belgia (217,9 tys. euro), najniższym – Łotwa (14,2 tys. euro) i Węgry (26,2 tys. euro). Polskie gospodarstwa domowe znacznie częściej są właścicielami głównego miejsca zamieszkania (79,3 proc.) w porównaniu z przeciętną dla strefy euro (61,2 proc.). To sprawia, że poziom majątku gospodarstw domowych w Polsce w relacji do niektórych krajów strefy euro, gdzie gospodarstwa domowe bardziej preferują wynajem zamieszkiwanych nieruchomości niż ich zakup, jest korzystniejszy niż wynika to z porównania PKB na głowę mieszkańca w tych krajach (głównie dotyczy to Austrii i Niemiec, gdzie posiadaczami głównego miejsca zamieszkania jest mniej niż 50 proc. gospodarstw domowych). Gospodarstwa domowe w Polsce wyróżnia też relatywnie wysoki odsetek respondentów deklarujących posiadanie majątku z tytułu prowadzenia działalności gospodarczej (20,4 proc. wobec 11,0 proc. w strefie euro) oraz wyższa niż w strefie euro przeciętna wartość tego składnika majątku (33,3 tys. euro wobec 30,0 tys. euro w strefie euro).

Aktywa finansowe mają w przypadku polskich gospodarstw domowych (mediana 3,5 tys. euro) mniejsze znaczeniejako składnik ich całkowitego majątku niż ma to miejsce w strefie euro (mediana 10,6 tys. euro), stanowiąc 8,4 proc. łącznej wartości aktywów, wobec 17,8 proc. dla strefy euro. Depozyty stanowią znacznie większy udział w strukturze aktywów finansowych gospodarstw domowych w Polsce (74,1 proc.) w porównaniu do strefy euro (44,2 proc.), gdzie gospodarstwa domowe więcej inwestują w aktywa o wyższym ryzyku (akcje, obligacje, fundusze inwestycyjne itp.).

Gospodarstwa domowe w Polsce są znacznie mniej zadłużone niż to ma miejsce w strefie euro. W Polsce przeciętne gospodarstwo domowe jest zadłużone w wysokości 2,4 tys. euro (nieco ponad 3 proc. w relacji do majątku brutto), podczas gdy w strefie euro przeciętne zadłużenie wynosi 21,5 tys. euro, co stanowi ok. 15 proc. aktywów łącznie.

Na tle krajów strefy euro Polska jest krajem o niskich nierównościach majątkowych, o czym świadczy wyraźnie niższy współczynnik Giniego dla majątku netto (57,8 proc. wobec 68,5 proc. przeciętnie w strefie euro). Najsilniejsza koncentracja majątku, mierzona współczynnikiem Giniego, występuje na Łotwie (78,5 proc.), w Niemczech (76,2 proc.) i w Irlandii (75,2 proc.), zaś krajami o stosunkowo niewielkich nierównościach majątkowych, podobnie jak Polska, są Hiszpania (59,9 proc.), Belgia (58,9 proc.) i Słowacja (49,2 proc.).

Raport prezentuje wyniki badania ankietowego przeprowadzonego przez Narodowy Bank Polski we współpracy z Głównym Urzędem Statystycznym w 2016 r. na próbie 12 tys. gospodarstw domowych z całego kraju. Publikacja została przygotowana w Departamencie Analiz Ekonomicznych oraz Departamencie Stabilności Finansowej.

Cyberzagrożenia w 2018 roku według eksperta F-Secure

Leszek Tasiemski – lider centrum cyberbezpieczeństwa F-Secure w Poznaniu
Leszek Tasiemski – lider centrum cyberbezpieczeństwa F-Secure w Poznaniu

W 2018 roku należy spodziewać się dalszej popularyzacji osobistych asystentów (takich jak Siri czy Alexa). Wraz ze wzrostem zainteresowania użytkowników z pewnością pojawią się też ataki na tego typu systemy. Początkowo będą to żarty czy akty wandalizmu – mieliśmy już przykłady aktywacji asystentów przez reklamy telewizyjne czy ultradźwięki. Przyszły rok może przenieść nowe kategorie ataków w tym zakresie, być może już o komercyjnym charakterze.

Warto również uważać na urządzenia z kategorii Internetu rzeczy (IoT). Z pewnością wielu dorosłych otrzymało pod choinkę gadżety codziennego użytku podłączone do internetu, a dzieci – zabawki tego typu. Należy pamiętać, że w oczach hakera takie urządzenie to po prostu niewielki komputer podłączony do sieci, który może być wykorzystany do nielegalnych celów. W tym przypadku szczególnie ważny jest odpowiedni dobór producentów urządzeń oraz właściwe zabezpieczenie domowej sieci, do której taki gadżet podłączamy. Na celowniku hakerów będą w dalszym ciągu telewizory (smart TV), a także… samochody. Są już pierwsze przypadki skutecznej kradzieży pojazdów z użyciem narzędzi hakerskich. Otwieranie samochodu smartfonem na co dzień to kusząca możliwość, ale warto zachować ostrożność.

Coraz poważniejszym zagadnieniem jest też cybermanipulacja i rozpowszechnianie tzw. postprawdy (fake news), a w efekcie próby wpływania na opinię publiczną. Przykłady są liczne – od wyborów prezydenckich w USA i Francji po niedawny pucz w Zimbabwe. Coraz trudniej będzie nam, jak również mediom, odróżnić prawdę od fałszu.

W 2018 roku usłyszymy jeszcze niejednokrotnie o tradycyjnych zagrożeniach takich jak ransomware, phishing, adware czy SPAM. Spekulacyjny rollercoaster Bitcoina może powodować nietypową aktywność cyberprzestępców, zwłaszcza w sferze ransomware, gdzie Bitcoin jest główną walutą. Ze względu na rosnącą wartość Bitcoina (i jej zmienność), z pewnością atrakcyjnym celem będą bitcoinowe portfele, mieszarki oraz kantory. Za przykład może posłużyć niedawny atak na słoweński NiceHash.

Zaskakująca decyzja Banku Japonii

Japoński jen sporo zyskuje do innych walut światowych, w tym do amerykańskiego dolara i euro, po tym, jak Bank Japonii zdecydował się na obniżenie wartości kupowanych obligacji długoterminowych. Ta decyzja to zaskoczenie dla rynku i jest ona odpowiedzią na komentarze o negatywnych skutkach przedłużającego się luzowania ilościowego banku centralnego.

Nie licząc jena, dolar wzrasta do innych walut, także względem złotówki, która trzeci dzień z rzędu traci na wartości. Nie jest to związane ze zmianami rządowymi w Polsce ani polską gospodarką (Bank Światowy podniósł prognozy wzrostu polskiego PKB na 2018 r. z 3,6% do 4%), a z sytuacją na szerokim rynku, czyli właśnie zyskującym na wartości dolarem.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,82%), a zyskuje do euro (+0,21%), brytyjskiego funta (+0,24%), dolara kanadyjskiego (+0,47%) oraz dolara australijskiego (+0,36%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,194, GBP/USD – 1,352, USD/CAD – 1,246, AUD/USD – 0,783 i USD/JPY – 111,9. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-1,04%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,883. Złotówka traci do głównych walut światowych. W środę rano dolar kosztuje 3,51 zł, euro – 4,19 zł, funt – ponad 4,74 zł, a frank szwajcarski – 3,57 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. We wtorek w Europie londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,45%, frankfurcki indeks DAX – 0,13%, a paryski indeks CAC 40 – 0,67%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł 0,13%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,59%, a brazylijski indeks Bovespa obniżył się o 0,65%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,26%, indeks Shanghai Composite zyskał 0,23%, a hongkoński indeks Hang Seng podniósł się o 0,11%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej nadal rosną. We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 68,82 USD (+1,51%), a ropy WTI – 62,96 USD (+1,95%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 2 USD do 72 USD. Z kolei cena złota idzie w dół. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1311 USD. To 7 USD mniej (-0,53%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 2:30 – Chiny – Inflacja CPI (r/r), grudzień – 1,8% (prognoza 1,9%)
  • 2:30 – Chiny – Inflacja PPI (r/r), grudzień – 4,9% (prognoza 4,8%)
  • 9:00 – Czechy – PKB (r/r), III kw. – 5% (prognoza 5%)
  • 9:00 – Czechy – Inflacja CPI (r/r), grudzień – 2,4% (prognoza 2,4%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Produkcja przemysłowa (r/r), listopad (prognoza 1,8%)
  • 13:00 – USA – Wnioski o kredyt hipoteczny, tydzień (poprzednio 0,7%)
  • 15:00 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Chicago
  • 15:10 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Dallas
  • 16:00 – Polska – Komunikat po posiedzeniu RPP (decyzja ws. stóp procentowych, oczekiwania: bez zmian)
  • 16:00 – USA – Zapasy hurtowników (m/m), listopad (prognoza 0,7%)
  • 19:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z St. Louis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Jaki był rok 2017 dla komunikacji mobilnej? Co nas czeka w kolejnym?

Za nami bardzo ciekawy rok w branży komunikacji mobilnej. Wydarzeniem ostatnich 12 miesięcy w Polsce było z pewnością wprowadzenie ustawy antyterrorystycznej, której regulacje spowodowały konieczność aktualizacji wielu baz danych. W 2017 roku marki wprowadziły czatboty do komunikacji z klientami w mediach społecznościowych. Po raz kolejny raporty UKE i GUS odnotowywały spadek wysyłanych SMS-ów oraz wzrost liczby kart SIM Machine2Machine, mających ogromne znaczenie dla rozwoju m.in. branży e-commerce czy IoT, czyli Internetu Rzeczy.

Początek 2017 roku był gorącym okresem zwłaszcza dla użytkowników kart przedpłaconych, którzy w myśl wprowadzonej w lipcu 2016 roku ustawy antyterrorystycznej do 1 lutego 2017 r. musieli dokonać obowiązkowej rejestracji kart pre-paid. Nie wszyscy jednak skorzystali z tej procedury i niezarejestrowane numery zostały zdezaktywowane. Taka sytuacja sprawiła, że instytucje finansowe, agencje marketingowe, centra obsługi telefonicznej, biura obsługi klienta i wiele innych instytucji stanęły przed problemem aktualizacji swoich baz danych.

Efektem wprowadzenia obowiązku rejestracji kart pre-paid był spadek liczby aktywnych kart SIM. Na rynku było ich 55,5mln, czyli o 2 procent mniej niż rok wcześniej. Pociągnęło to za sobą także spadek liczby wysłanych SMS-ów, zresztą kolejny rok z rzędu. Duży wpływ na taki stan rzeczy z pewnością miało wprowadzenie na szerszą niż dotychczas skalę czatbotów. Potencjał komunikatora Messenger zauważyły firmy i marki szukające nowych kanałów, którymi mogą docierać z informacjami bezpośrednio do partnerów handlowych w ramach komunikacji B2B. – W 2017 roku firmy zaczęły traktować taką formę komunikacji całkiem serio. Zaletami, które dostrzegli marketingowcy są nie tylko gwarancja dotarcia do swoich odbiorców kanałami, w których są oni obecni na co dzień, ale przede wszystkim możliwość nawiązania z nimi interakcji oraz spersonalizowania przekazu. – mówi Kamila Górna, Business Development Manager w firmie Infobip.

Właśnie personalizacja wiadomości była w 2017 roku trendem, który coraz więcej polskich firm brało pod uwagę planując komunikację ze swoimi klientami. – Kierowanie ogólnych wiadomości na firmowe skrzynki mailowe i smartfony już od dawna nie przynosi żadnych efektów – mówi Kamila Górna. – Teraz liczy się komunikacja skrojona na potrzeby odbiorców. Właśnie dlatego marki powinny starać się możliwie jak najlepiej poznać swoich klientów, a następnie dostarczać im spersonalizowane komunikaty. Widzimy, że coraz więcej polskich firm wdraża taką strategię i sięga po narzędzia takie jak wiadomości głosowe i SMS, aby pozostawać w stałym kontakcie ze swoją grupą docelową – dodaje.

W roku ubiegłym w dalszym ciągu obserwowaliśmy zwiększenie ruchu wiadomości SMS w modelu A2P (Application2Person) wykorzystywanych m.in. w branży e-commerce, przez systemy bankowe oraz systemy zakupowe. Do tego ruchu zaliczyć możemy całą komunikację marketingową oraz powiadomienia wysyłane przede wszystkim przez samorządy oraz instytucje.

Co czeka branżę komunikacji mobilnej w 2018 roku?

Z pewnością dalszy, bardzo dynamiczny rozwój rynku mobilnego. Eksperci Infobip przewidują, że będzie rosnąć zainteresowanie bankowością mobilną, w dalszym ciągu wzrastać będzie liczba płatności mobilnych, z których sporą część, tak jak w 2017 roku generować będzie branża e-commerce. Rozwój tego sektora biznesu przełoży się na wzrost wysyłanych wiadomości SMS/MMS a także powiadomień PUSH, które należą do najbardziej efektywnych narzędzi do kontaktu z klientami. Według Infobip możemy spodziewać się wzrostu ruchu wysyłanych wiadomości na poziomie 10-15% w porównaniu z ubiegłym rokiem. – Branża komunikacji mobilnej w Polsce rośnie szybko, ale jednocześnie ewoluuje. Zmienia się jej krajobraz ze względu na zmiany przepisów jak w przypadku ustawy antyterrorystycznej oraz potrzeby klientów. Coraz więcej firm stawia na wielokanałowość w komunikacji, dlatego na rynku najmocniejsi są gracze, którzy w swoim portfolio posiadają platformę, która umożliwia prowadzenie rozbudowanych kampanii mobilnych. – tłumaczy Kamila Górna z Infobip.

Jeśli chodzi o nowinki techniczne to eksperci przewidują, że w dalszym ciągu rozwijać się będą czatboty. W 2017 roku udowodniły swój duży potencjał w komunikacji, pokazały także, jak bardzo są jeszcze niedoskonałym narzędziem.

W 2018 roku raczej nie powinien zmienić się spadkowy trend w liczbie wysyłanych SMS-ów, ale wciąż rosnąć będzie liczba kart SIM M2M. Szacuje się, że na polskim rynku już teraz aktywnych jest ok. 2,5 mln kart Machine2Machine. Eksperci oceniają, że jego wartość będzie zwiększać się każdego roku o 20-25%. Najczęstsze zastosowania M2M obejmują usługi związane z bezpieczeństwem fizycznym, medycyną bądź ratownictwem medycznym, a także sterowaniem procesami przemysłowymi lub biznesowymi. Technologie telekomunikacyjne są stosowane między innymi w pojazdach – samochodach osobowych czy pojazdach komunikacji miejskiej, gdzie mechanizm M2M pozwala identyfikować pojazdy wzajemnie unikając kolizji. Karty SIM zapewniają także transfer danych pomiędzy terminalami płatniczymi czy urządzeniami medycznymi.

500 plus skłania do bierności? Podatek nawet 85 proc.

Program Rodzina 500 plus jednak skłania do mniejszej aktywności zawodowej? W porównaniu do danych sprzed roku spada zatrudnienie wśród młodych kobiet, i to mimo bardzo dobrej koniunktury w krajowej gospodarce. Czy to efekt pułapki bierności, która zniechęca do podejmowania płatnego zajęcia? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Na pierwszy rzut oka polski rynek pracy kwitnie. W trzecim kwartale 2017 r., według najnowszych danych Eurostatu, nadal spadało bezrobocie oraz rosło zatrudnienie, i to zarówno w odniesieniu do poprzedniego kwartału, jak i publikacji sprzed roku.

Istnieje jednak grupa, której statystyki wyraźnie się pogorszyły. I może to się wiązać z programem Rodzina 500 plus. W przypadku niektórych gospodarstw domowych ów program sprawia, że praktycznie nie uzyskujemy dodatkowego dochodu, jeżeli współmałżonek podejmuje zatrudnienie.

Rośnie bierność zawodowa wśród młodych kobiet

Stopa bezrobocia dla kobiet w wieku 25-49 lat cały czas spada. W porównaniu do danych sprzed roku jest ona niższa o 1,2 pkt proc. (ponad 60 tys. osób) i wynosi 4,5 proc. (229 tys.). Niestety, w tym samym czasie zamiast wzrostu obniżył się wskaźnik zatrudnienia. Wynosi on obecnie 74,9 proc. To o 0,3 pkt proc. (ok. 12 tys.) poniżej wartości sprzed roku.

Oznacza to, że młode kobiety zamiast przejść z grupy bezrobotnych do zatrudnionych zasiliły szeregi biernych zawodowo, czyli tych osób, które ani nie mają posady, ani jej nie szukają. Dodatkowo część badanych z zatrudnienia przeszła w stan nieaktywności zawodowej.

Potwierdzają to również inne dane Eurostatu. Wynika z nich, że odsetek kobiet niemających oraz nieszukających płatnego zajęcia wzrósł z poziomu 20,4 proc. w III kw. 2016 r. do wartości 21,6 proc. rok później.

Liczba biernych zawodowo kobiet w wieku 25-49 lat powiększyła się o 78 tys. w ciągu roku i osiągnęła wartość niespełna 1,4 mln. Warto także podkreślić, że ten proces następuje w momencie silnego wzrostu gospodarczego.

Pogorszenie się parametrów rynku pracy dla opisywanej grupy osób może wynikać ze zbyt wysokiego opodatkowania dodatkowego dochodu dla tych, którzy bierność zawodową chcieliby zamienić na zatrudnienie.

Praca nie popłaca? Podatek 84,84 proc.

Szukając przyczyn spadku aktywności zawodowej, warto zwrócić uwagę przede wszystkim na kwestię pułapki bierności, czyli braku zachęty finansowej do znalezienia pracy. Jest ona szczególnie dotkliwa, gdy podjęcie zatrudnienia nie przekłada się na zauważalny wzrost dochodu do dyspozycji w rodzinie, gdyż powoduje utratę świadczeń społecznych oraz zwiększenie obciążeń podatkowych.

Właśnie z tym problemem możemy mieć do czynienia w Polsce. Dane Komisji Europejskiej  pokazują, że w przypadku rodziny z dwójką dzieci, gdzie jeden z współmałżonków zarabia dwie trzecie średniej krajowej (ponad 30 proc. społeczeństwa uzyskuje takie lub mniejsze wynagrodzenie) pójście do pracy przez drugą dorosłą osobę, która otrzyma 40 proc. średniej krajowej (np. praca na część etatu) oznacza faktyczne opodatkowanie dodatkowego dochodu stawką aż 84,84 proc.

Krańcowa efektywna stopa podatkowa (METR – marginal effective tax rate) w okolicach 85 proc. dla badanego przypadku jest najwyższa w całej Unii. Średnia we Wspólnocie wynosi  32 proc. Dodatkowo w porównaniu z 2015 r. wzrosła ona o ponad 30 pkt proc., co należy przede wszystkim wiązać z wprowadzeniem programu Rodzina 500 plus.

METR jest także bardzo wysoki w przypadku innych kombinacji dochodu w gospodarstwie domowym. Przy zarobkach jednego współmałżonka na poziomie dwóch trzecich średniej krajowej i uzyskania zatrudnienia przez drugiego także na poziomie dwóch trzecich przeciętnego wynagrodzenia METR wynosi 63 proc. dla czteroosobowej rodziny z dwójką dzieci. Opodatkowanie dodatkowego dochodu wynosi również ponad 60 proc., gdy w gospodarstwie domowym (2+2) jeden z dorosłych zarabia średnią krajową, a drugi wraca do pracy i uzyskuje 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia (np. część etatu).

Szereg negatywnych konsekwencji

Systemowa dezaktywizacja zawodowa niesie za sobą wiele niepożądanych skutków. Wypychanie z rynku pracy części społeczeństwa przekłada się na znacznie trudniejszy powrót do zatrudnienia w przyszłości i powolną erozję kwalifikacji. Brak dochodów z pracy to również ubytek w podatkach czy składkach społecznych oraz niższe późniejsze świadczenie emerytalne.

Rozwiązaniem tego problemu może być stopniowa redukcja świadczenia Rodzina 500 plus na pierwsze dziecko w przypadku przekroczenia kryterium dochodowego, a nie jak obecnie jego całkowita utrata. Wzrośnie wtedy zachęta, żeby podejmować zatrudnienie bez obawy o utratę 500 plus.

Innym podejściem może być taka konstrukcja kwoty wolnej od podatku czy ulgi na dzieci, która osobom tracącym 500 plus w znacznym stopniu zrekompensuje utratę świadczenia. Chociaż każda z tych operacji prawdopodobnie wygeneruje dodatkowe obciążenia budżetowe, to jednak w dłuższym terminie okażą się one znacznie mniej dotkliwe niż systemowe wypychanie coraz większej liczby osób do grupy biernych zawodowo.

Odkle-JEN-ie od fundamentów

Jen złamał międzyrynkowe korelacje, ignorując sygnały z rynku długu i akcji. Choć umocnienie waluty opiera się na mylnych założeniach, trzeba dać rynkowi się wyszumieć. Dla euro włoskie ryzyko polityczne wyparowało, zanim ktokolwiek zaczął się nim przejmować. W Polsce mamy finał dwudniowego posiedzenia RPP, którego rynek złotego może nawet nie zauważyć.

Mijająca noc przynosi dwie fale nagłej aprecjacji jena bez wyraźnego uzasadnienia w informacjach, choć pękające poziomy techniczne i ucieczka inwestorów niewiedzących co się dzieje robi swoje. Jak jeszcze wczorajszy zjazd USD/JPY można byłoby reakcją na zmniejszenie wolumenu skupowanych przez Bank Japonii obligacji skarbowych z rynku wtórnego, dziś ruch wziął się z niczego. Jednocześnie podtrzymuję moje zdanie z wczoraj, że dywagacje teraz odnośnie szybszego zacieśniania polityki monetarnej w Japonii są przedwczesne. Inflacja jest dużo poniżej celu (0,6 proc. vs 2 proc.), a jeśli już szukać kluczowych elementów ekspansji monetarnej BoJ, to nie w wielkości cyklicznych przetargów skupu obligacji, ale w polityce stabilizowania rentowności 10-letnich obligacji skarbowych blisko 0 proc. Jeśli BoJ jest w stanie osiągać ten cel mniejszym kosztem – dobrze dla niego. Co więcej, w przeszłości BoJ pokazał, że jak tylko rentowności miałyby uciekać ponad 0,1 proc., bank decyduje się na nielimitowany skup obligacji. Na razie jednak rynek walutowy podąża swoją dziwaczną ścieżką, gdyż międzyrynkowe zależności nie wspierają spadków USD/JPY. Rentowności 10-letnich obligacji USA w ciągu ostatnich 24 godzin skoczyły 9 pb do 2,57 proc.; indeks tokijskiej giełdy Nikkei 225 jest najwyżej od 1991 r.! Takie rozdźwięki w relacjach aktywów nie utrzymują się długo, ale na razie trzeba dać się rynkowi wyszumieć.

EUR/USD walczy o utrzymanie ponad 1,19, a po rynku nie widać reaktywacji popytu pod realizację topowej strategii na 2018 rok. Wczoraj rynek obiegła informacja, że włoska partia Ruch 5 Gwiazd rezygnuje z postulatu wyjścia ze strefy euro. Wcześniej liderzy anty-establishmentowej stawiali zarzuty przeciw sojuszowi Niemiec i Francji oraz mieli obiekcje wobec surowej polityki fiskalnej nakazujące cięcia budżetowe zadłużonym krajom. Porzucenie postulatu Italexitu wyraźnie umniejsza ryzyko nerwowej reakcji rynków na wybory we Włoszech na wiosnę. Dla euro jest to neutralna informacja, ponieważ rynek jeszcze nie zdążył przenieść uwagi na temat wyborów.

W Polsce Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzję, ale nikt nie ma złudzeń, że stopy procentowe ulegną zmianie. Spadek inflacji CPI z grudniu do 2 proc. z 2,5 proc. w listopadzie przemawia za argumentacją gołębi, że inflacja nie ucieka spod kontroli banku centralnego. Poza tym inflacja bazowa wciąż pozostaje nisko (ok. 1 proc.), i dopóki tutaj nie dojdzie do przyspieszenia, nie ma co liczyć na zwrot w polityce pieniężnej. EUR/PLN odbił do 4,19 pod wpływem ostygnięcia apetytu na rynki wschodzące. Okrągły poziom 4,20 jest w zasięgu, ale do dalszych wzrostów potrzeba by było pogorszenia sentymentu na rynkach zewnętrznych, czego obecnie nie widzę.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

A1, Zakopianka i obwodnica Marek – trwają prace na polskich drogach

Wielokrotne przekładanie terminów otwarcia ofert, kiedy mięliśmy poznać warunki cenowe budowy kolejnych odcinków dróg nie podobało się i kierowcom i firmom budowlanym. Było tak w przypadku autostrady A1, czyli ostatniego brakującego fragmentu na Śląsku – między Częstochową a Łodzią. Pięciokrotnie przekładano otwarcie ofert, w końcu nastąpiło to w grudniu.

– Wszystko wskazuje na to, że jeżeli oferty po sprawdzeniu będą mogły przejść do fazy podpisania umów z wykonawcami, nastąpi to w pierwszej połowie 2018 roku. Można szacować, że za trzy lata cała autostrada A1, druga w naszym kraju, będzie w pełni przejezdna dla kierowców, od południowej granicy aż do Trójmiasta – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski wiceprezes ZDG TOR – Trwają także prace na Zakopiance. Choć wielu drogowców chciałoby przejechać trasą dwupasmową do samego Zakopanego, jest to oczywiście niemożliwe. Nie można rozszerzyć miasta i wpuścić tam dróg ekspresowych. Istnieją jednak inne rozwiązania, które mogą usprawnić tamtejszy ruch samochodowy. Są to realizowane obecnie inwestycje za kilka miliardów złotych, jak budowa skomplikowanych tuneli. Rząd powinien jednak intensywniej pracować nad poprawą połączenia kolejowego. Trwają już prace, które mają doprowadzić do budowy łącznic na tej linii. Oznacza to już skrócenie czasu przejazdu nawet do kilkudziesięciu minut. Usprawnienie komunikacji kolejowej jest niewątpliwie ratunkiem dla Zakopanego. W 2017 roku było kilka terminów otwarcia innego, kluczowego fragmentu – obwodnicy Marek. W grudniu została ona zgłoszona do Inspektora Budowlanego, aby sprawdził czy mogą na nią wjechać kierowcy. Dla mieszkańców miejscowości to olbrzymie odciążenie, ponieważ w ciągu doby przejeżdża tam 70 tys. pojazdów. Kolejna trasa wyprowadzająca ruch z Warszawy będzie bardzo przydatna. Należy mieć nadzieje, że nie ma ona żadnych wad i na przełomie roku trafi na listę inwestycji zakończonych – wskazał Furgalski.

Cyfrowy dowód rejestracyjny pojazdu jeszcze w tym roku

Na III kwartał 2018 roku Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada wdrożenie do aplikacji mDokumenty dowodu rejestracyjnego, polisy OC i prawa jazdy. Oznacza to, że wszystkie te dokumenty będzie można okazywać za pomocą smartfona. Już teraz można poprzez portal historiapojazdu.gov.pl sprawdzić szczegółową historię auta, również sprzed jego sprowadzenia do kraju. Ministerstwo Cyfryzacji zapowiada, że niebawem zostaną uruchomione kolejne usługi i ułatwienia dla zmotoryzowanych.

Aplikacja mDokumenty ma sprawić, że jej użytkownicy nie będą musieli nosić przy sobie niektórych dokumentów, tylko w razie potrzeby wyświetlą je na ekranie telefonu. Od maja 2017 roku w Łodzi, Ełku, Koszalinie i Nowym Wiśniczu trwa pilotaż tej usługi dla dowodów osobistych. Zgodnie z harmonogramem opublikowanym przez Ministerstwo Cyfryzacji, jeszcze w I kwartale 2018 roku usługa ma być dostępna w całym kraju. Na III kwartał zaplanowano natomiast zdigitalizowanie dokumentów dotyczących samochodu, czyli dowodu rejestracyjnego, polisy OC oraz prawa jazdy.

– Na przełomie stycznia i lutego planujemy uruchomić usługę „Mój pojazd”, która pozwoli wyświetlić kompletną informację o posiadanym samochodzie. Będzie można wydrukować raport, który udostępnimy jako potencjalni sprzedawcy przyszłemu nabywcy. Dane dostępne w portalu historiapojazdu.gov.pl są w pewnym stopniu ograniczone. Te, które będzie można wygenerować w usłudze „Mój pojazd”, będą kompletne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Okoński, podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Już teraz można korzystać z udogodnień pozwalających na sprawdzenie dokładnej historii kupowanego samochodu. Osoby zainteresowane zakupem mogły dotychczas sprawdzić na portalu historiapojazdu.gov.pl szczegółową historię aut pochodzących z Polski oraz tych, które były sprowadzone i zostały już zarejestrowane w kraju. Od początku 2018 roku kupujący mają możliwość sprawdzenia tam również tego, co działo się z samochodem przed jego pojawieniem się w Polsce.

– Oprócz tego, co widzieliśmy do tej pory, czyli historii badań technicznych, podstawowych informacji o historii zmian właściciela, zyskujemy dodatkowe informacje o przeszłości auta sprzed jego sprowadzenia do kraju. To dane o czynnikach ryzyka, czyli alertach, które mają potencjalnego nabywcę poinformować o tym, czy auto było na przykład złomowane, użytkowane jako taksówka lub uczestniczyło w wypadku, po którym stwierdzono szkodę całkowitą – wyjaśnia Karol Okoński.

Raport jest dostępny zarówno dla kupujących, jak i sprzedających. Aby uzyskać dostęp do danych sprzed sprowadzenia auta z zagranicy, trzeba jednak posłużyć się profilem zaufanym. Jak wyjaśnia podsekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji, dzieje się tak dlatego, że dane udostępnia komercyjna firma Carfax. Jednym z warunków współpracy było to, że informacja ma być dostępna tylko dla obywateli polskich. Należało więc uniknąć sytuacji, w której ktoś z zagranicy, dowiadując się, że jest w Polsce taka usługa, zacznie wykorzystywać ją do swoich potrzeb.

– Założenie profilu zaufanego w tym momencie jest możliwe również zdalnie, bez wychodzenia z domu, korzystając z możliwości potwierdzania przez bankowość internetową już w wielu bankach, więc zakładamy, że nie będzie to przeszkoda, żeby tej usługi użyć, natomiast jest ona adresowana do osób fizycznych, nie do firm – wyjaśnia wiceminister.

Z informacji dostępnych w Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców wynika, że w Polsce rocznie rejestruje się od 1,5 do niemal 2 mln samochodów. Większość z nich to auta używane, często sprowadzane z zagranicy.

Ile kosztuje wyszkolenie drugiego Lewandowskiego? Całkiem sporo, bo aż pół miliona złotych

Szacuje się, że koszty profesjonalnego przygotowania dziecka od 3. do 16. roku życia do zawodowej gry w piłkę nożną to wartość nawet 3-4 pokojowego nowego mieszkania w dużym mieście. Z obserwacji części ekspertów wynika, że wielu rodziców inwestuje tak poważne środki, w pełni wierząc, że zwrócą się one z nawiązką. Szkolenie traktowane jest wówczas jak swego rodzaju prestiżowe studia wyższe. Rodzice chcą w ten sposób zapewnić swoim dzieciom jak najlepszy życiowy start. Dlatego nie przejmują się bieżącymi wydatkami, choć nie ze wszystkich zdają sobie sprawę, bo rzadko aż tak skrupulatnie je podsumowują. W całym tym procesie nie mogą jednak liczyć na wsparcie sponsorów, bo ci nie chcą finansować młodych sportowców o bardzo niepewnej przyszłości. Tymczasem bez tego, niewielu z tych młodych piłkarzy ma szansę na prawdziwą karierę w znanym klubie.

Małe dziecko – małe koszty

Z przeprowadzonej analizy wynika, że w okresie od 3. do 7. roku życia miesięczne koszty związane ze szkoleniem dziecka na profesjonalnego piłkarza kształtują się od 800 zł do niemal 2 tys. zł. Jest wśród nich uwzględniony m.in. dojazd na trening z rodzicem, sprzęt, jak również cena pojedynczych zajęć. Zatem rocznie wszystko daje od blisko 10 tys. zł do nawet 24 tys. zł. Przez 5 lat może uzbierać się więc suma w przedziale od ponad 50 tys. zł do prawie 120 tys. zł.

– Z moich obserwacji wynika, że wiele polskich rodzin, szczególnie w dużych i średnich miastach, jest gotowych ponosić tego rzędu wydatki. Trudności występują oczywiście w mniejszych miejscowościach i na terenach o dużym współczynniku bezrobocia, gdzie możliwości zarabiania pieniędzy są ograniczone. Natomiast obserwuję, że bez względu na miejsce zamieszkania czy też status finansowy rodzice poszukują środków na profesjonalne, piłkarskie szkolenie dla swoich dzieci. Czasem odbywa się to kosztem pewnych wyrzeczeń, z myślą o przyszłości i ewentualnym zwrocie dokonywanych nakładów – zauważa Konrad Adamczyk, dyrektor ds. szkolenia i metodyki z warszawskiej Akademii Piłkarskiej EsKadra.

Koszt 12 treningów miesięcznie, czyli 3 tygodniowo, w prywatnych akademiach dla tego przedziału wiekowego w małych miastach wynosi od 70 zł do 120 zł, w średnich – od 80 do 120 zł, a w dużych aglomeracjach – od 120 zł do nawet 250 zł. W skali roku rodzice mogą wydać prawie półtora tys. zł, o ile mieszkają w mniejszej miejscowości. W stolicy województwa to może wynosić nawet dwa razy tyle, czyli 3 tys. zł. Niektórzy wykupują również  treningi doszkalające. Pojedyncze zajęcia kosztują od 75 zł do 180 zł. Jeśli dziecko uczęszcza na nie raz w  tygodniu, to przez cały rok potrafi uzbierać się kwota od blisko 4 tys. zł do prawie 9 tys. zł.

– Absolutnie nie popieram, panującego wśród rodziców, trendu wydawania dziesiątek tysięcy złotych na profesjonalne szkolenie dzieci w wieku od 3 do 7 lat. Według mnie, w tym okresie należy umiejętnie zaciekawić malca sportem i uważać na to, żeby go czasem nie zniechęcić zbyt dużą ilością zajęć. W mojej opinii, nie jest on jeszcze gotowy na to, aby uczestniczyć w większej liczbie treningów, niż 3 tygodniowo. Zatem te koszty mogą zostać znacznie zredukowane – zaznacza Roman Kosecki, były kapitan reprezentacji Polski, a w latach 2012-2016 wiceprezes zarządu PZPN ds. szkolenia.

Młodego piłkarza trzeba też dowieźć na zajęcia i przywieźć do domu. W analizie założono, że średnio 3 razy w tygodniu rodzice i dziecko mają do przebycia w dwie strony ok. 2-5 km. Korzystając przez rok tylko z publicznej komunikacji, trzeba zapłacić od 900 zł do niemal 1,2 tys. zł. W przypadku własnego pojazdu wyjdzie od blisko 1,4 tys. zł do przeszło 1,7 tys. zł. A to dopiero początek wydatków. Na każdy sezon dziecko potrzebuje minimum jednego dresu, koszulki i spodenek. W okresie jesienno-zimowym musi mieć jeszcze kurtkę, getry, ubrania termiczne, rękawiczki, czapkę i opaskę na głowę. Rocznie to może być koszt ponad tysiąca zł. Natomiast halówki, korki i lanki, które też są niezbędne dla kilkulatka, potrafią wynieść łącznie 700 zł na rok. Jak wiadomo, dziecko szybko ze wszystkiego wyrasta, szczególnie w tym wieku. Ponadto młodemu zawodnikowi trzeba także kupić ochraniacze na nogi, plecak na trening oraz piłkę. Łącznie 3 takie rzeczy mogą wynieść ponad 400 zł.

– Kiedyś najlepsze lekcje gry w piłkę dawało podwórko, ale te czasy mocno się zmieniły. Dziś przyszły piłkarz powinien od najmłodszych lat trenować w profesjonalnej akademii, założonej przy dużym klubie. Wtedy naturalnie zdobywa kontakty, które mogą zaważyć na jego dalszej karierze. I co ważne, rozwija się pod opieką wysoko wykwalifikowanych trenerów, a tych w Polsce wciąż brakuje, ze względu na trudną drogę do zdobywania uprawnień. Nawet w Czechach jest ich więcej, niż u nas. To oczywiście wpływa na ceny treningów i sumę kosztów, które muszą ponosić rodzice – komentuje Radosław Majdan, były bramkarz reprezentacji Polski, obecnie działacz piłkarski i trener.

Z wiekiem rosną wydatki

W przedziale od 8. do 15. roku życia wszystkie koszty za okres 8 lat mogą wynieść od 180 tys. zł do nawet 400 tys. zł. Składają się na nie średnie miesięczne wydatki, od blisko 2 tys. zł do ponad 4 tys. zł, a następnie roczne – od przeszło 22 tys. zł do kwoty powyżej 51 tys. zł. Analogicznie do młodszej grupy wiekowej, uwzględniono w nich m.in. opłaty za poszczególne zajęcia, biorąc pod uwagę potrzeby starszych dzieci. Największe nakłady finansowe, również w przypadku tych starszych zawodników, generują treningi doszkalające. Jeśli odbywają tylko raz w tygodniu, to rocznie mogą przynieść sumę od 4 tys. zł do nawet blisko 10 tys. zł, w zależności od wielkości miasta. Jednak dla rozwoju piłkarza w tym okresie bardzo ważne są także wyjazdy na turnieje lokalne, czasem ligowe lub międzynarodowe rozgrywki. Rocznie mogą one pochłaniać przeszło 7 tys. zł. Dodatkowo tygodniowy letni obóz sportowy, który raczej też jest koniecznością dla młodego adepta piłki nożnej, wynosi od 1 tys. zł do 1,5  tys. zł, 10-dniowy – do 2 tys. zł, a zimowy – to nawet wydatek 1,6 tys. zł w przypadku tygodnia i ponad 2 tys. zł dla 10 dni.

– Przeprowadzona analiza jednoznacznie wykazała, że najmniejsze znaczenie dla całości wydatków ma sprzęt piłkarza. Niemniej jednak, ubrania oraz buty w tej grupie wiekowej kosztują więcej, niż dla młodszych dzieci. Przykładowo, komplet na 1 rok, zawierający żwirówki, halówki, lanki i wkręty, może wynieść ponad 2 tys. zł, tj. o półtora tys. więcej, niż w przypadku specjalistycznego obuwia dla kilkulatka. Podstawowe treningi też czasem są droższe. W dużych miastach miesięczna opłata za zajęcia odbywające się 3 razy w tygodniu, może sięgać nawet 300 zł, co daje koszt ok. 3,6 tys. zł rocznie – dodaje Konrad Adamczyk.

Na Zachodzie w tej grupie wiekowej, oprócz inwestowania w treningi, wyjazdy i sprzęt, modne jest też wysyłanie dziecka do psychologa, np. w celu budowania jego motywacji. Jak wynika z analizy, w Polsce, tzw. trening mentalny, czyli stała opieka, może polegać na 2 wizytach w miesiącu. Każda z  nich to koszt od 100 zł do 200 zł. Tego rodzaju wsparcie w dużym mieście wynosi więc rocznie aż 4,8 tys. zł. Jednak zdaniem ekspertów, u nas mało którą rodzinę stać na tego typu dodatkowe wydatki, oprócz już wyżej wskazanych. Z drugiej strony, nie każdy rodzic zdaje sobie sprawę z tego, że taka opieka bywa niekiedy bardzo potrzebna.

– W dzisiejszych czasach prawie każdy młody piłkarz żyje pod dużą presją. Odczuwa ją nie tylko podczas rozgrywek i treningów, ale też w szkole, na innych zajęciach pozalekcyjnych i często w domu lub będąc wśród rówieśników na podwórku. Zdarza się, że chłopcy zwyczajnie sobie dokuczają, np. złośliwe komentują wyniki lub bieżące osiągnięcia, co negatywnie wpływa na psychikę tak młodych  osób. Szczere rozmowy sam na sam z terapeutą mogą rozwiązać tego typu problemy i lepiej nastawić do rywalizacji na boisku – podkreśla Konrad Adamczyk.

Kolejnym dodatkowym wydatkiem mogą być konsultacje z dietetykiem. Moda na tego rodzaju pomoc również dociera do nas z Europy Zachodniej. Cena każdego indywidualnego spotkania, odbywającego się raz w miesiącu, mieści się w przedziale od 80 zł do 150 zł. Wówczas roczny koszt waha się od bisko 1 tys. zł do 1,8 tys. zł. Zadaniem specjalisty jest wyjaśnienie dziecku oraz jego rodzicom, co należy jeść, o jakich porach i przy jakim wysiłku fizycznym, aby to idealnie współgrało z uprawianym sportem, a także było dla niego bezpieczne. Brak tego rodzaju wiedzy w niektórych przypadkach może prowadzić np. do anemii lub innych poważnych chorób. Wszak wiadomo, że organizm młodego piłkarza jest mocno eksploatowany, na co rodzice powinni odpowiednio reagować.

– W dużych akademiach co pewien czas odbywają się tzw. pogadanki z psychologiem i z dietetykiem, które mieszczą się comiesięcznych opłatach. Takie spotkania są też często organizowane na obozach letnich i zimowych. Według mnie, wielu zawodnikom to wystarcza. Ale oczywiście zdarza się, że młodzi piłkarze tracą kondycję i zapał do sportu, bo zwyczajnie są zagubieni pod wpływem przerośniętych ambicji rodziców. Buntują się. Wówczas trudno jest im osiągać jakiekolwiek sukcesy – ocenia Roman Kosecki.

Wszystko na barkach rodziców?

Jak wynika z analizy, suma wszystkich wydatków ponoszonych przez całe 13 lat może sięgać od 220 tys. do ponad 500 tys. zł. W opinii Konrada Adamczyka, wyliczone kwoty robią ogromne wrażenie. Przecież za pół miliona złotych można kupić mieszkanie 3-4 pokojowe w dużym mieście, które w przyszłości też będzie swego rodzaju zabezpieczaniem dla dziecka. Biorąc jednak pod uwagę wszystkie wydatki związane z profesjonalnym trenowaniem, przedstawiona suma jest jak najbardziej realna. Dyrektor z warszawskiej Akademii Piłkarskiej EsKadra dodaje również, że w większości rodzice nie zdają sobie z tego sprawy, jak duże sumy finalnie inwestują w dziecko, ponieważ na bieżąco nie liczą ponoszonych wydatków. I często przez to tracą rachubę.

– Wydawanie fortuny na szkolenie piłkarskie dzieci jest wyłącznie kwestią wyboru rodziców. Wiele akademii na terenie Polski to prywatne biznesy i bywa, że te podmioty działają poza piłkarskimi strukturami i nie są zrzeszone w żadnym – wojewódzkim czy regionalnym – związku piłki nożnej. Ustalają wysokie opłaty, choć nie zawsze oferują najwyższą jakość usług. Tymczasem Akademia Młodych Orłów PZPN-u zapewnia całkowicie bezpłatne treningi w 3 kategoriach wiekowych: Skrzaty – 6-7 lat, Żaki – 8-9 lat i Orliki – 10-11 lat. Do tego każdy adept zostaje wyposażony w profesjonalny sprzęt sportowy – informuje Jakub Kwiatkowski, rzecznik prasowy Polskiego Związku Piłki Nożnej.

Innego zdania jest ojciec 11-letniego zawodnika jednej z warszawskich szkółek piłkarskich, który chce pozostać anonimowy. Uważa on, że tego typu inicjatywa nie przygotuje jego syna do kariery tak dobrze, jak prywatna akademia. W przypadku AMO lokalizacji jest bardzo mało na terenie kraju. Dla przykładu, w samej Warszawie nie ma zajęć, a najbliższe są ok. 30 km od niej. Finalnie sam koszt dowożenia dziecka w tak odległe miejsce, nie licząc czasu rodzica, może więc być kompletnie nieopłacalny. Chcąc dać chłopcu szansę na życiowy sukces, ojciec sam wszystko finansuje. Jego syn jest jeszcze zbyt młody, żeby mógł uzyskać wsparcie sponsora. Producenci, zwłaszcza alkoholu czy innych produktów dla dorosłych, są zainteresowani wyłącznie pełnoletnimi i ukształtowanymi już graczami.

– Nikt nie będzie sponsorował cudzego dziecka, dopóki nie wykaże się ono szczególnym potencjałem na boisku. Zdarza się natomiast, że łowcy talentów z obcych krajów przyjeżdżają do Polski i proponują przeprowadzkę za granicę całej rodzinie młodego, uzdolnionego zawodnika. Tam znajdują rodzicom pracę, a dzieci trenują na swoich narodowych mistrzów – wyjaśnia Jakub Kwiatkowski z PZPN-u.

Jednak sponsoring to nie jedyne rozwiązanie. Zgodnie z realiami rynkowymi, młody piłkarz ma szansę zacząć zawodową karierę wcześniej, korzystając np. z usług profesjonalnych firm doradczych. Ich atutem są m.in. dobre kontakty z największymi zagranicznymi i krajowymi klubami. Natomiast dziecko powinno mieć przynajmniej 15-16 lat i wykazywać się obiecującymi zdolnościami, żeby nawiązać z nimi współpracę. Specjalista ocenia jego możliwości np. na podstawie obejrzanych 3 meczy. Wtedy też decyduje, czy ma ono odpowiedni potencjał. Jeśli postanowi wziąć go pod swoją opiekę, to może podpisać kontrakt z rodzicami niepełnoletniego zawodnika. Później, gdy dochodzi już do transferu, czyli do zmiany klubu, taka firma pobiera swoją prowizję, np. 10% od sumy odstępnego bądź tyle samo od wynagrodzenia zawodnika. Nie dotyczy to zwykle symbolicznych kwot, tj. skromnego stypendium.

– Nie ulega wątpliwości, że wyszkolenie młodego piłkarza sporo kosztuje. Ale mało który rodzic zraża się wydatkami, zresztą nie każdy zdaje sobie z nich sprawę, bo ich regularnie nie sumuje. W większości te osoby mocno wierzą, że ich dziecko w przyszłości będzie zawodowo grało w piłkę, jak np. Robert Lewandowski, a wtedy zwrócą się wszystkie poniesione koszty. Wystarczy posłuchać rozmów tych, którzy czekają na swoje pociechy podczas treningów. To jest podobne myślenie do tego, że trzeba wysłać dziecko na porządne studia, żeby miało odpowiedni start w życiu, a potem dobrze zarabiało – wyjaśnia ojciec 11-letniego zawodnika.

Jak podsumowuje Radosław Majdan, warto pamiętać o tym, że piłka nożna wywodzi się z tzw. nizin społecznych. Dała szansę na lepsze życie wielu biednym chłopcom z różnych krajów świata. Ci, którzy dobrze ją wykorzystali, w wielu przypadkach są dziś niesamowicie zamożnymi ludźmi i często sami pomagają finansowo innym. Tym bardziej PZPN powinien aktywniej wspierać utalentowanych adeptów. Inaczej rodzice, których obecnie nie stać na ponoszenie wysokich kosztów, będą wręcz zniechęcać swoje dzieci do tej drogi zawodowej. A to byłaby wielka strata dla polskiego sportu i wszystkich miłośników futbolu.

Analizę przeprowadził Instytut Badawczy ABR SESTA we współpracy z warszawską Akademią Piłkarską EsKadra. W badaniu zostały wzięte pod uwagę wszystkie koszty, które rodzice mogą ponosić w zakresie profesjonalnego przygotowania młodego piłkarza do ewentualnej kariery zawodowej.

Ponad 80 proc. Polaków skarży się na ból kręgosłupa. Wielu bagatelizuje problem, co może mieć poważne skutki dla zdrowia

Ponad 80 proc. Polaków skarży się na ból kręgosłupa. Wielu bagatelizuje problem, co może mieć poważne skutki dla zdrowia 6

84 proc. Polaków przyznaje, że mieli do czynienia z bólem kręgosłupa. Siedmiu na dziesięciu badanych cierpi na przewlekły, nawracający ból, ale połowa bagatelizuje problem i nie podejmuje żadnego leczenia – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Carolina Medical Center. W większości przypadków drobne bóle kręgosłupa są kojarzone z przepracowaniem, przedźwiganiem czy stresem, ale to może być oznaka poważnego schorzenia, jakim jest dyskopatia. Nieleczona może prowadzić do przewlekłej choroby zwyrodnieniowej kręgosłupa, a nawet do niedowładu.

Dyskopatia to schorzenie krążka międzykręgowego – potocznie zwanego dyskiem, znajdującego się w odcinku szyjnym bądź lędźwiowym (w rzadkich przypadkach również piersiowym). Są to najbardziej ruchome fragmenty kręgosłupa, które narażone są na duże przeciążenia.

Najczęstszą przyczyną bólu kręgosłupa jest choroba zwyrodnieniowa dolnego odcinka kręgosłupa, czyli dyskopatia. Ból powoduje najczęściej zwyrodnienie krążków międzykręgowych w odcinku lędźwiowym i te dolegliwości mają swój charakterystyczny przebieg. Najczęściej jest to jeden lub kilka powtarzających się ostrych ataków bólu w dolnym odcinku kręgosłupa, ale ból jest łagodniejszy wraz z upływem czasu. Jeżeli pacjent włącza fizykoterapię, zaczyna ćwiczyć, dba o sylwetkę, to te dolegliwości z reguły ustępują – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Jurij Kseniuk, neurochirurg Carolina Medical Center w Warszawie.

Powody do niepokoju pojawiają się wtedy, gdy ból jest bardzo silny, trwa dłużej niż kilka lub kilkanaście dni, często nawraca lub kiedy promieniuje do kończyn dolnych i towarzyszy mu kłopot z utrzymaniem moczu. Te objawy powinny skłonić pacjenta do jak najszybszego kontaktu z lekarzem.

Wiele osób jednak bagatelizuje problemy z kręgosłupem. Ponad 64 proc. osób podkreśla, że ból nie był aż tak silny, aby wymagał specjalistycznej terapii. Co trzeci badany nie decyduje się na leczenie ze względu na brak czasu.

Przyczyna, dla której pacjenci nie podejmują leczenia, leży w naturze tej choroby, ponieważ jej przebieg jest usypiający. Gdy po kilku dniach po ostrym ataku ból ustąpi, pacjent nie zwraca już na to uwagi. Jeżeli objawy nie nasilają się, ból nie promieniuje do nogi, to z reguły pacjent zaniechuje ćwiczeń i dalszego leczenia, natomiast przebieg z częstymi nawrotami jak najbardziej skłania pacjenta ku temu, by zwrócić się do lekarza – podkreśla dr Jurij Kseniuk.

Lekarze podkreślają, że bagatelizowanie problemu może mieć poważne konsekwencje. Im dłużej pacjent zwleka z podjęciem leczenia, tym bardziej skomplikowane terapie go czekają.

Jeżeli pacjent ponad dwa lata cierpi na przewlekłe dolegliwości bólowe, to ma już zapuszczone pewne mechanizmy, kiedy układ nerwowy zaczyna generować impulsy bólowe sam. Dlatego tak ważne jest wyleczenie pacjenta przed końcem pierwszego roku choroby – wtedy wyniki są najlepsze. Po ponad dwuletnim nieskutecznym leczeniu mamy do czynienia z chorobą bólową, która wymaga oddzielnego leczenia. Taki pacjent jest zdecydowanie trudniejszym przypadkiem i wyeliminowanie u niego dolegliwości w całości często nie jest możliwe – wyjaśnia dr Jurij Kseniuk.

Brak odpowiednich działań może nawet prowadzić do niedowładu. Tymczasem – jak podkreślają eksperci – współczesna medycyna szybko umie sobie poradzić z takimi dolegliwościami. Dyskopatię można dziś wyleczyć jednym zastrzykiem, którym wprowadza się żelową protezę do uszkodzonego dysku.

Jeżeli dyskopatia jest niepowikłana, taki pacjent jest edukowany, jak ma się zachować, i kierowany jest na fizykoterapię. U większości pacjentów jest to wystarczające postępowanie. Ważne jest, aby nie przeoczyć chorób, które można wyłapać na wcześniejszych etapach. W większości przypadków da się jak najbardziej kontrolować sytuację. Dyskopatia ma korzystny przebieg naturalny dla pacjentów. Większość osób, które dbają o sylwetkę, stan mięśni, regularnie ćwiczą czy współpracują z rehabilitantem dobrze się czuje. Trzeba pamiętać, że jest to choroba przewlekła – nie da się cofnąć zmian, natomiast da się z nimi żyć i współistnieć – tłumaczy dr Jurij Kseniuk.

U osób, u których przepuklina dyskowa jest duża, najlepiej sprawdzi się operacja przy wykorzystaniu minimalnej inwazji. Współczesne techniki neurochirurgicznie nie naruszają mięśni i więzadeł przykręgosłupowych, dzięki czemu rekonwalescencja jest szybsza.

W przypadku choroby zwyrodnieniowej dolnego odcinka kręgosłupa ważna jest także profilaktyka.

Wszystko to, co korzystnie wpływa na stan mięśni, jest dobrą inwestycją w stan krążka: niepozostawanie w jednej, niewygodnej pozycji przez wiele godzin, przerwy na ćwiczenia i rozgrzanie mięśni, dopasowanie stanowiska pracy do naszych potrzeb. Wdrożenie kompleksu ćwiczeń w przypadku, jeżeli mamy już dolegliwości, z reguły pomaga. Te działania często pomagają nam nie dopuścić do dalszego rozwoju choroby – dodaje dr Jurij Kseniuk.

Sklepy elektroniczne i dyskonty liderami wydatków na przedświąteczną reklamę. Ich łączny budżet wyniósł 400 mln zł

Sklepy elektroniczne i dyskonty liderami wydatków na przedświąteczną reklamę. Ich łączny budżet wyniósł 400 mln zł 7

W tygodniach przedświątecznych firmy prześcigały się w pomysłach reklamowych. Wśród badanych przez IMM branż pod względem wydatków przodowały handel i farmacja. Marki handlowe wydały na reklamę w sumie 400 mln zł, a najczęściej reklamowane były sklepy z elektroniką i dyskonty. Z kolei wśród firm farmaceutycznych widoczny był wzrost kosztów promocji preparatów na rzucanie palenia. Tradycyjnie najwięcej zarobiła w tym okresie telewizja – tu trafiło 80 proc. budżetu reklamowego.

 Instytut Monitorowania Mediów po raz kolejny przeprowadził badanie wydatków reklamowych w prasie, radiu i telewizji. Analiza branży farmaceutycznej, finansowej, handlowej, motoryzacyjnej i telekomunikacyjnej pokazała, że reklamodawcy dostosowali rodzaj promowanych produktów do okresu przedświątecznego oraz postanowień noworocznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Liderem wydatków okazała się branża handlowa, która zagospodarowała ponad 40 proc. przestrzeni reklamowej badanej przez IMM. Najwięcej zainwestowały w promocję marki Media Expert (54,5 mln zł), Lidl (39,7 mln zł) oraz Media Markt (27,2 mln zł).

 Według oficjalnych cenników marki z branży handlowej wygenerowały łącznie ponad 400 mln zł na reklamy w grudniu. Ta kwota została przede wszystkim przeznaczona na promowanie sklepów z elektroniką, dyskontów i hipermarketów – mówi Magdalena Pawłowska. – Przedświąteczny okres sprzyja także wymianie sprzętu elektronicznego oraz modernizacji wnętrz, co  jak wynika z naszych badań  zostało zauważone przez reklamodawców.

W listopadzie to firmy farmaceutyczne wydały więcej na reklamę. Z danych IMM wynika, że zagospodarowały 38 proc. czasu reklamowego. W okresie przedświątecznym było to 33 proc. Firmy z tego sektora największe środki przeznaczają na promowanie produktów zwalczających objawy grypy i przeziębienia (13 proc.) oraz tych na katar (6 proc.) i kaszel (7 proc.). Wysoko są również reklamy suplementów diety i tabletek przeciwbólowych. Jednak liderem wydatków reklamowych w grudniu okazała się marka spoza wymienionych kategorii.

– Na pierwszym miejscu znalazł się tutaj Desmoxan, który wydał na promocję niemal 8 mln zł. To preparat, który pomaga w rzuceniu palenia, czyli wyzwaniu, które pewnie znalazło się na niejednej liście noworocznych postanowień – tłumaczy Magdalena Pawłowska.

Trzecią branżą generującą największe budżety reklamowe jest sektor finansowy. W grudniu w pierwszej piątce firm kupujących najwięcej czasu reklamowego nastąpiła zaskakująca zmiana.

– W grudniu Visa zainwestowała niemal 8 mln zł w promocję kampanii, w której do wygrania jest wyjazd na zimowe igrzyska olimpijskie – podkreśla  Magdalena Pawłowska.

Za firmą Visa znalazły się: mBank (7,1 mln zł), Provident (7,1 mln zł), ING (6,5 mln zł) i Millennium Bank (4,7 mln zł). Wśród najczęściej reklamowanych kategorii znalazły się pożyczki gotówkowe (37 proc.), inne usług bankowe (15 proc.), karty płatnicze (11 proc.) i konta osobiste (9 proc.).

Czwartym największym reklamodawcą były w grudniu firmy telekomunikacyjne. W tej kategorii liderem było Orange (29,1 mln zł), a na kolejnych miejscach znalazły się Plus (18,4 mln zł) i T-Mobile (11,1 mln zł). Piąta pozycja w rankingu reklamodawców przypadła branży motoryzacyjnej, w której przodowały Skoda (9,2 mln zł), Volkswagen (7,5 mln zł) oraz Citroen (6,2 mln zł).

Kredyty podrożeją, ale nieprędko i nieznacznie. Analitycy spodziewają się pierwszej podwyżki stóp procentowych najwcześniej za kilka miesięcy

Kredyty podrożeją, ale nieprędko i nieznacznie. Analitycy spodziewają się pierwszej podwyżki stóp procentowych najwcześniej za kilka miesięcy 8

Trzeci lub czwarty kwartał 2018 roku, a nawet dopiero 2019 rok, to spodziewany przez analityków termin pierwszej prawdopodobnej podwyżki stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. To przyniesie wprawdzie zwyżki rat kredytów złotowych o zmiennym oprocentowaniu, czyli głównie hipotecznych, oraz wzrost oprocentowania lokat, ale nie będą to znaczące zmiany, bo spodziewana podwyżka ma wynieść 25 punktów bazowych – ocenia analityk Marcin Kiepas.

 Oczekuję podwyżek stóp procentowych dopiero pod koniec 2018 roku, w IV kwartale. Będzie to jedna podwyżka o 25 punktów bazowych – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Kiepas, niezależny analityk finansowy.

Jak podkreśla, gdyby miał rozważać zmiany w swojej prognozie, to raczej obstawiałby przesuniecie podwyżki na kolejny rok niż jej przyspieszenie, oraz związane z tym lekkie osłabienie złotego (podwyżka stóp, a nawet jej zapowiedź, zwykle umacnia walutę).

– W 2018 roku może dojść do paradoksalnej sytuacji, że w połowie roku amerykańskie stopy procentowe będą wyższe niż stopy w Polsce. Jest to związane z faktem, że amerykański Fed już od dłuższego czasu podnosi stopy, natomiast RPP pomimo rosnącej inflacji jest raczej wstrzemięźliwa i z tą decyzją będzie zwlekać do ostatniego momentu – uważa Marcin Kiepas

Średnie ceny dóbr i usług konsumpcyjnych zaczęły rosnąć w grudniu 2016 roku. W ciągu 2017 roku były wyższe od analogicznych z poprzedniego roku o od 1,5 proc. (w czerwcu) do 2,5 proc. (w listopadzie). Są to jednak przedziały uważane przez ekonomistów za zdrowe dla gospodarki. Dlatego nie spodziewają się oni szybkich podwyżek stóp procentowych. Ostatnia miała miejsce w maju 2012 roku, po niej nastąpiło jeszcze dziesięć obniżek. Od marca 2015 roku stopy pozostają na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie  – referencyjna wynosi 1,5 proc.

Według Marcina Kiepasa najbliższa podwyżka będzie jednak niewielka i nie zmieni wiele w finansowej rzeczywistości Polaków.

– Wzrost stóp procentowych o 25 punktów bazowych [0,25 proc., czyli do 1,75 proc. – red.] podniesie nam odrobinę raty kredytu, zwiększy atrakcyjność inwestowania, natomiast będzie to na tyle niewielka podwyżka, że konsument w szczególny sposób nie powinien tego odczuć –  uspokaja Kiepas.

Dodaje także, że jego zdaniem presja na wzrost cen będzie kontynuowana, przy czym nie będzie już – tak jak w 2017 roku – wynikała ze wzrostu cen energii oraz żywności, lecz m.in. z wyższych cen dóbr i usług.

Oczekuję, że średnioroczna inflacja w 2018 roku ukształtuje się na poziomie 2,3–2,4 proc., więc wciąż będzie poniżej celu inflacyjnego RPP. Poziom 2,5 proc. może zostać przekroczony dopiero w 2019 roku, przy czym inflacja nie będzie się kształtowała liniowo – przewiduje Kiepas. – Początek roku, co już pokazują dane, przyniesie nam spadek inflacji może nawet do poziomu 1,7 proc., a dopiero od kwietnia czy maja inflacja ponownie powinna wzrastać.

Polscy naukowcy odgrywają ważną rolę w rewolucji grafenowej. Pracują nad udoskonaleniem metody uzyskiwania grafenu płatkowego

Polscy naukowcy odgrywają ważną rolę w rewolucji grafenowej. Pracują nad udoskonaleniem metody uzyskiwania grafenu płatkowego 9

Grafen to wciąż młody materiał, który znajduje zastosowanie w kolejnych branżach. Jest wytrzymały, doskonale przewodzący ciepło i elektryczność, a przy tym bardzo elastyczny. W rewolucji grafenowej poważną rolę odgrywają Polacy. Naszym naukowcom udało się opracować metodę pozyskiwania grafenu płatkowego na skalę przemysłową, który w przeciwieństwie do tzw. odmiany epitaksjalnej jest materiałem mającym objętość, dzięki czemu można uformować z niego elementy przestrzenne. Już teraz znajduje zastosowanie m.in. w sporcie wyczynowym.

– Grafen płatkowy to odmiana dwuwymiarowego kryształu węgla, czyli grafenu, który jest otrzymywany z grafitu. W odróżnieniu od grafenu epitaksjalnego jest to materiał objętościowy, czyli możemy uzyskać cały pojemnik takiego grafenu, w przeciwieństwie do warstwy, którą jest grafen epitaksjalny – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Woluntarski, kierownik Pracowni Grafenu Chemicznego w Instytucie Technologii Materiałów Elektronicznych.

Grafen to dwuwymiarowy kryształ węgla, przypominający kartkę papieru – ma długość i szerokość, ale nie ma grubości. Jego siatka atomowa przypomina plaster miodu. Z niezwykłej budowy wynikają pewne właściwości. Jest to materiał wytrzymały, doskonale przewodzący ciepło i elektryczność, a przy tym bardzo elastyczny. Pojedyncza warstwa grafenu jest praktycznie przezroczysta, zatrzymuje około 2 proc. światła.

– Jeśli zrobilibyśmy płachtę z grafenu o rozmiarach makroskopowych, centymetrowych, ona by się nam bardzo łatwo przerwała. Makroskopowo ten materiał nie jest tak wytrzymały, jak wszyscy mówią, ale grafen płatkowy można zastosować jako wzmacniacz dzięki temu, że jego płatki są mikrometryczne lub nanometryczne. Te właściwości, które są w skali nano, zostają w tej skali, a płatki rozsiane w całym materiale wzmacniają go lub zmieniają inne jego cechy – tłumaczy ekspert.

Nowy materiał już znajduje zastosowanie, choć na razie w węższej skali. Chodzi przede wszystkim o głównie hobbystyczne, wysoko wyspecjalizowane dziedziny, jak np. sport wyczynowy czy ekstremalny. Kaski lub ramy rowerowe z dodatkiem grafenu są dużo lżejsze a jednocześnie równie wytrzymałe, jak konkurencyjne produkty. Grafen płatkowy wytwarzany przez zespół dr inż. Ludwiki Lipińskiej jest także stosowany jako dodatek do polimerów, m.in. filamentów do druku 3D.

Firmy takie jak Samsung czy Huawei wprowadzają już prototypowe akumulatory oparte na różnych technologiach grafenowych. Tak zmodyfikowane magazyny energii mogą pracować przy wyższej temperaturze, będą się szybciej ładować lub mogą mieć większą pojemność.

– Przyszłość maluje się obiecująco. Tych zastosowań jest parę na horyzoncie, nie wiemy, które z nich będzie kołem zamachowym. Być może będą to ogniwa słoneczne, być może będzie to właśnie wzmacnianie materiałów, a być może będą to zastosowania w medycynie, gdzie grafen będzie używany do transportu leków albo terapii antynowotworowej – mówi Michał Woluntarski.

Choć grafen cieszy się coraz większą popularnością, to w ciągu najbliższych 10–15 lat nie zastąpi choćby np. krzemu w elektronice. Jak zauważa ekspert są jednak dziedziny, w których technologie bazujące na grafenie stopniowo wypierają dotychczasowe rozwiązania.

Polscy specjaliści z Instytutu Technologii Materiałów Elektronicznych mają już duże osiągnięcia zarówno w pracach nad innowacyjnymi technologiami otrzymywania grafenu o określonych właściwościach, jak i jego wykorzystaniem w konkretnych przypadkach. Dzięki dużemu doświadczeniu pracownicy instytutu są otwarci m.in. na współpracę z przedsiębiorcami i przedstawicielami przemysłu.

– Znajdujemy takie miejsca, w których wspólnie z polskim przemysłem moglibyśmy zrobić jakąś innowację, która byłaby zauważalna w Europie. Taką niszą będą np. ogniwa fotowoltaiczne, tutaj współpracujemy z firmą FreeVolt. Rozwiązania, które ta firma proponuje, są naprawdę innowacyjne, nie tylko na skalę polską, europejską, lecz także światową – zauważa kierownik Pracowni Grafenu Chemicznego w Instytucie Technologii Materiałów Elektronicznych.

Nadchodzą rewolucyjne zmiany w Kodeksie pracy. Dla firm mogą oznaczać wzrost kosztów zatrudnienia, dla pracowników – dłuższe urlopy i likwidację śmieciówek

Nadchodzą rewolucyjne zmiany w Kodeksie pracy. Dla firm mogą oznaczać wzrost kosztów zatrudnienia, dla pracowników – dłuższe urlopy i likwidację śmieciówek 10

Wyrównanie urlopów do 26 dni dla wszystkich pracowników niezależnie od stażu oraz likwidacja umów cywilnoprawnych, które zastąpi całkiem nowa forma zatrudnienia – to najważniejsze założenia proponowanych zmian w Kodeksie pracy. Projekt ma być gotowy w marcu i powiela rozwiązania stosowane w wielu innych krajach Europy. Nowe przepisy mają szansę wejść w życie jeszcze w tym roku. To dobra wiadomość zwłaszcza dla osób zatrudnionych na śmieciówkach.

Najbardziej istotne zmiany w Kodeksie pracy, planowane do wprowadzenia w przyszłym roku, dotyczą po pierwsze urlopów, a po drugie całkowitej likwidacji zatrudnienia na podstawie umów cywilnoprawnych – mówi agencji Newseria Biznes Agnieszka Bagieńska-Petryka, radca prawny.

Nad zmianami, które mają się znaleźć w nowym Kodeksie pracy, od ponad roku pracuje komisja kodyfikacyjna. Projekt ma być gotowy w marcu. Jedno z głównych założeń to 26 dni urlopu w roku dla wszystkich pracowników, niezależnie od stażu pracy. W tej chwili taka liczba wolnych dni przysługuje wyłącznie osobom, które mają przepracowane co najmniej 10 lat (poniżej 10 lat stażu pracy przysługuje 20 dni urlopu w roku). Na tej zmianie skorzystają głównie osoby, którym okres wypracowany na umowie-zlecenie lub o dzieło nie wlicza się do stażu pracy lub osoby, które prowadziły dotychczas własną firmę.

– Idea, która przyświeca autorom projektu, to zrównanie praw osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych i prowadzących działalność gospodarczą, bo oni również nie mają doświadczenia, które wlicza się do stażu pracy. Kolejna istotną zmianą ma być to, aby urlop został wykorzystany w roku, w którym pracownik nabył do niego prawo. Teraz ograniczają nas wyłącznie przepisy dotyczące przedawnienia, czyli mamy 3 lata na wykorzystanie urlopu wypoczynkowego. Natomiast idea jest taka, aby urlop z danego roku został wykorzystany do końca I kwartału kolejnego roku – mówi Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Według nowego Kodeksu pracy niewykorzystanego urlopu w danym roku kalendarzowym nie będzie można wziąć w kolejnym, a wolne dni przepadną.

Ta propozycja jest absolutną nowością na gruncie polskiego prawa. Jednak nie jest to rozwiązanie nieznane w Europie. Tak dzieje się na przykład we Francji, gdzie niewykorzystany urlop wypoczynkowy z danego roku przepada. Co więcej, we Francji istnieje rozwiązanie, wedle którego 12 dni urlopu wypoczynkowego trzeba wykorzystać między majem a październikiem. Z tego punktu widzenia polskie rozwiązania w zakresie urlopów są bardzo korzystne dla pracowników – ocenia Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Kolejną nowością w Kodeksie pracy ma być całkowita likwidacja umów cywilnoprawnych. W ich miejsce pojawi się zupełnie nowa forma zatrudnienia – odpowiednik rozwiązania stosowanego w Wielkiej Brytanii.

– Ustawodawca proponuje nam wyłącznie zatrudnienie na podstawie umowy o pracę, czyli mamy albo zatrudnienie etatowe, które odpowiada dotychczasowym umowom o pracę, albo zatrudnienie nieetatowe, które jest odpowiednikiem kontraktu zero godzin w Wielkiej Brytanii. Przykładowo, młody pracownik, który dopiero zaczyna pracę i nie chce pracować regularnie 40 godzin w tygodniu, podpisuje kontrakt zero godzin, na podstawie którego może pracować maksymalnie 16 godzin w tygodniu – wyjaśnia Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Zatrudnienie nieetatowe ma zapewnić elastyczność obu stronom. Pracownik może podjąć pracę w niepełnym wymiarze, zyskując przy tym wszystkie świadczenia, takie jak chronione wynagrodzenie, składki i prawo do urlopu. Nie musi się też stawiać do pracy na wezwanie, chyba że wcześniej się na to zgodzi. Z kolei pracodawca nie ma obowiązku zapewniania mu tej pracy. Jest to bardziej liberalna forma zatrudnienia, która ma zastąpić umowy cywilnoprawne.

– Pojawią się też obwarowania związane z działalnością gospodarczą. Intencją ustawodawców jest to, żeby działalność była wykonywana przez osoby, które świadczą usługi lub pracę na rzecz wielu podmiotów. Niedopuszczalna będzie sytuacja, w której pracownik – zamiast być zatrudnionym na podstawie umowy o pracę – zakłada działalność gospodarczą i świadczy usługi na rzecz jednego zleceniodawcy. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca – mówi Agnieszka Bagieńska-Petryka.

Radca prawny zauważa, że takie rozwiązanie również jest popularne w krajach europejskich. Nie budzi ono jednak entuzjazmu wśród pracodawców, ponieważ dla nich wiąże się ze znaczącym wzrostem kosztów zatrudnienia.