Prezes rady nadzorczej Oracle i CTO Larry Ellison zaprezentował nowe, przełomowe aplikacje oparte na algorytmach uczenia maszynowego i odporne na zagrożenia cyber ataków, podczas prezentacji programowej pierwszego dnia konferencji Oracle OpenWorld 2017 w Centrum Moscone w San Francisco.
Ellison zapowiedział wprowadzenie usługi Oracle Autonomous Database Cloud, będącej w istocie pierwszą na świecie całkowicie samoobsługową, autonomiczną bazą danych, jak również automatycznych mechanizmów aplikacyjnych, które wykrywają i usuwają skutki ataków hakerskich w czasie rzeczywistym.
Nowa, zautomatyzowana baza danych jest oparta na algorytmach uczenia maszynowego i eliminuje wiele pracy administracyjnej, ponieważ zapewnia automatyczne poprawki, aktualizacje i strojenie podczas pracy. Dzięki wyeliminowaniu możliwości popełnienia błędu ludzkiego i konieczności wykonywania testów wydajnościowych, Oracle może zminimalizować kosztowne planowane i nieplanowane przestoje do mniej niż 30 minut rocznie i gwarantuje użytkownikom dwukrotne obniżenie kosztów w porównaniu do technologii Amazon.
Podczas krótkich demonstracji Ellison zaprezentował także wyniki testów porównawczych, które podkreślały ogromną różnicę w wydajności między bazą danych Oracle w chmurze Oracle i bazą danych działającą w najlepszej usłudze Amazon, czyli Amazon Relational Database Service (RDS). Bezpośrednie porównanie uwypukliło również różnicę między niezawodnością i dostępnością Amazona (99,95%, przy wykluczeniu większości źródeł nieprzewidzianych i planowanych przestojów), a gwarancją 99,995% jaką daje Oracle w swoich umowach SLA.
Oto kilka cytatów z przemówienia Larry’ego Ellisona:
„Nie używam wyrażenia „rewolucyjna nowa technologia” co roku podczas Oracle OpenWorld. Nie robię tak, bo nie ma aż tak wielu rewolucyjnych nowych technologii. Ale ta jest właśnie taka”
„Te rozwiązania są elastyczne, naprawdę elastyczne. Nie ma więc potrzeby dostarczania większej ilości zasobów, niż potrzebuje użytkownik. To naprawdę jest przetwarzanie na żądanie”
„To nie jest tak, że Oracle tworzy i pokazuje różne dema, aby wykazać że Amazon wygląda źle. Są to prawdziwe dane biznesowe, których użyliśmy w skrajnych warunkach do testów wydajności i sprawdzania poprawności bazy danych”
„Amazon jest pięć do ośmiu razy droższy, działając z identycznym obciążeniem jak Autonomiczna baza danych Oracle”
„Gwarantujemy, że zmniejszymy dwukrotnie rachunek jaki wystawia Amazon. To chyba nieźle, gdy można mieć od pięciu do ośmiu razy szybsze przetwarzanie”
„Nie jest niczym niezwykłym, że nasi konkurenci wykorzystują naszą technologię. Amazon jest jednym z największych użytkowników Oracle na świecie. Podobnie SAP”
„Nowy model „Bring-your-own-license” dotyczy wszystkich naszych usług PaaS. Nie chodzi tylko o bazę danych, ale także middleware, czy analitykę. Daje to naprawdę znaczne obniżki wydatków”
„Nadchodzą wielkie zmiany w umiejętnościach związanych z bazami danych – teraz będzie można koncentrować się bardziej na projektowaniu aplikacji, czy wykonywaniu prac analitycznych, albo tworzeniu korporacyjnych zasad i polityk dotyczących bezpieczeństwa i odzyskiwania danych”
Zainteresowanie promocjami wśród Polaków utrzymuje się na stałym poziomie, chociaż konsumenci dostrzegają też ciemne strony akcji promocyjnych, jak zawyżanie cen sprzed promocji czy niską atrakcyjność gadżetów. Mimo to Polacy deklarują, że w kolejnych miesiącach będą częściej korzystać z promocji niż dotychczas. Nadal to obniżki cen produktów czy usług są najbardziej atrakcyjnym typem promocji, jednak ich atrakcyjność spadła w porównaniu z ubiegłym rokiem o 10 punktów procentowych. Z kolei na atrakcyjności najbardziej zyskuje testowanie produktów i usług – wynika z Monitora Promocji 2017 ARC Rynek i Opinia.
Wzrasta znajomość różnych form promocji – więcej osób niż jeszcze przed rokiem zna promocje polegające na zaproszeniach na imprezy, jak również wydarzenia sponsorowane, konkursy czy loterie. Największy wzrost znajomości wspomaganej odnotowany został przy degustacjach, z którymi spotkało się 2/3 badanych, a także przy zwrocie pieniędzy w przypadku braku efektów oraz testowaniu produktów, na które wskazała połowa respondentów.
Zdecydowanie najbardziej atrakcyjną promocją w opinii Polek i Polaków są obniżki cenowe. Niemniej odsetek klientów uznających je za najbardziej atrakcyjne jest niższy niż w roku ubiegłym. Konsumenci deklarują też rzadsze korzystanie z tego typu promocji (83% w 2016 roku versus 79% w 2017 roku).
Tegoroczny wzrost znajomości większości typów promocji może z jednej strony świadczyć o wysokiej intensywności działań promocyjnych producentów, dystrybutorów, sieci handlowych czy usługodawców, z drugiej zaś o coraz większej świadomości konsumenckiej w tym zakresie. To powoduje, że konsumenci są bardziej ostrożni w stosunku do promocji i mają narzędzia, aby sprawdzić, czy dana promocja jest rzeczywiście opłacalna. Wielu z nich, będąc jeszcze w sklepie, sprawdza na smartfonie, czy oferowana atrakcyjna cena rzeczywiście jest najniższa na rynku. Ponadto, konsumenci wymieniają się w mediach społecznościowych oraz na różnych forach bieżącymi informacjami na temat aktualnych promocji. Tak więc wymiana informacji jest błyskawiczna. – komentuje dr Adam Czarnecki z ARC Rynek i Opinia
W 2017 roku niemal co ósmy respondent zrezygnował z korzystania promocji polegającej na obniżce ceny produktu lub usługi, a co dziesiąty z degustacji produktów i loterii.
Respondenci jako powody rezygnacji z różnych typów promocji twierdzili, że ich zdaniem ceny są zawyżane przed promocją, a na przykład gratisy są mało atrakcyjne lub nieprzydatne. Ponadto, konsumenci wskazywali, że wydawali pieniądze na rzeczy, których nie potrzebują, tylko dlatego, że mieli do wykorzystania kupon.
Najczęściej wskazywane problemy związane z promocjami:
Zawyżanie ceny przed wprowadzeniem promocji – kupiony produkt kosztuje w efekcie więcej lub tyle samo co tuż przed wprowadzeniem promocji.
Niejasne zasady promocji – np. skomplikowane regulaminy konkursów albo brak jednoznacznej informacji, które produkty danej marki są objęte promocją.
Niedostępność produktów objętych promocją – dotyczy to zwłaszcza produktów FMCG, ograniczonej ofercie czasowej czy geograficznej.
Niewywiązywanie się organizatorów promocji ze zobowiązań – zwłaszcza w kontekście konkursów i loterii, ale także sytuacji, kiedy rabat naliczany jest przy kasie.
Promocje, mimo iż pozytywnie odbierane przez zdecydowaną większość społeczeństwa, mają swoje ciemne strony. Jest grupa klientów, którzy mają poczucie, że są oszukiwani poprzez zawyżanie cen sprzed promocji czy też naciągani na rzeczy, których nie potrzebują. Na razie jest to niski odsetek, który w porównaniu z ubiegłymi latami nie rośnie. Dlatego tak ważne jest, aby producenci, handlowcy i usługodawcy organizowali promocje tak, by ich uczciwość nie budziła wątpliwości. Polski konsument, mający duży wybór, coraz baczniej przygląda się miejscom, w których wydaje pieniądze – dodaje dr Adam Czarnecki z ARC Rynek i Opinia.
Informacja o badaniu
Badanie zostało przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia w dniach 18-24 sierpnia 2017 r. metodą CAWI (ankiety online na własnym panelu epanel.pl), łączna próba N=1000 osób, które korzystały z przynajmniej jednej promocji w ciągu ostatnich 12 miesięcy.
Rynek finansowy nieustannie się rozwija. Instytucje co chwila uzupełniają i modyfikują oferty, tworząc nowe produkty. Zmienia się także sposób korzystania z usług finansowych. Świat pieniądza staje się w coraz większej mierze wirtualny. W obliczu tej ewolucji można zadać sobie pytanie, kto lub co odgrywa w niej kluczową rolę. Czy to instytucje kształtują zmiany i jednocześnie narzucają pewne zachowania społeczeństwu, czy to jednak klienci, wraz ze swoimi potrzebami i wymogami, stymulują rynki finansowe do zmiany. Okazuje się, że odpowiedź nie jest jednoznaczna.
Klient ma decydujący głos
W wolnorynkowej gospodarce, to klienci i ich wybory mają decydujący głos. Nawet najlepszy pomysł nie obroni się i nie sprzeda bez zainteresowania z ich strony. Z szerokiej oferty konsumenci wybierają to, co najbardziej im pasuje i rzeczywiście odpowiada na ich potrzeby. Jednym słowem, współczesny klient wie czego chce, dlatego też kluczowe jest zrozumienie jego potrzeb i dostosowanie do nich proponowanych opcji. W tym kontekście na znaczeniu zyskuje trend Disruptive Marketing. Polega on na stałym i regularnym wprowadzaniu innowacji i dostosowywaniu się do wymogów i nastrojów rynkowych, spowodowanych właśnie zachowaniami konsumenckimi. Jest on szczególnie widoczny w kontekście kanału online, który w wielu branżach, także w finansach, szybko zyskuje na znaczeniu.
Obecnie na co dzień z sieci korzysta 26 milionów Polaków i właśnie ich codzienne doświadczenia, wyniesione z różnych sfer wirtualnego świata, stają się kluczowe dla działania instytucji finansowych. Rośnie siła konsumentów online, którzy stale stymulują instytucje do działania, wpływając na kształt oferty.
Migracja przyzwyczajeń i praktyk
Popularyzacja e-commerce wpływa na potrzeby i oczekiwania klientów. Kredyt czy pożyczkę chcemy załatwić tak samo, jak zakupy w sieci, czyli szybko i sprawnie, za pomocą kilku kliknięć. Klienci nie chcą już wizyt w bankach, rozmów z doradcami, masy formalności i długiego czasu oczekiwania na decyzję. Potwierdzają to badania Kantar TNS, zrealizowane na zlecenie Inbank, gdzie wśród największych trudności w uzyskaniu kredytu wymieniane zostały właśnie te elementy.
Obecnie mamy do czynienia z konsumentem cyfrowym, który przenosi najlepsze jego zdaniem praktyki, znane z social media czy handlu internetowego, na inne sfery życia. Podobne jak na Facebooku czy w sklepie online, także w kontakcie z branżami usługowymi, także finansowymi, oczekuje szybkiej obsługi, wygody i natychmiastowego wsparcia. Instytucje finansowe, chcąc być atrakcyjnymi, muszą kształtować swoją ofertę w oparciu o takie właśnie filary: dostępność online z dowolnego miejsca, szybkość i wygoda oraz egalitaryzm w podejściu do klienta. Takie potrzeby zidentyfikował Inbank, wywodzący się z innowacyjnej Estonii bank działający wyłącznie w kanale online i na nich oparł swój model biznesowy.
Nie bez znaczenia w kontekście dostosowywania się do oczekiwań klientów, jest wkroczenie w rynek usług finansowych pokolenia Y, a więc osób, dla których kanał online jest bardzo ważnym aspektem codziennego życia i naturalnym środowiskiem, który dominuje w wielu sferach.
Samoświadomość instytucji finansowych
Z drugiej jednak strony wiele źródeł i motywatorów do zmian leży po stronie samych instytucji finansowych. Przede wszystkim, obserwując całokształt zachowań konsumentów i szybki rozwój kanałów cyfrowych, instytucje finansowe wykazują samoświadomość konieczności innowacji.
Banki i inne instytucje dostrzegają, że nie inwestując w nowoczesne rozwiązania, nie wdrażając nowych funkcjonalności i nie dostarczając tego czego oczekuje współczesny klient, będą mieć problem z utrzymaniem jego zainteresowania, a tym bardziej ze zdobyciem nowego. Właśnie ta świadomość napędza zmiany na lepsze. Prowadzi do modyfikacji archaicznych procedur, ulepszania procesów, dostarczania klientom lepszych produktów. Dodatkowo, rozwój w kanale online w dużej mierze wiąże się z obniżeniem kosztów, co jest niezaprzeczalną korzyścią dla klientów.
Konkurencja motywatorem
Niewątpliwy wpływ na stałą ewolucję rynku finansowego ma też silna konkurencja na rynku. Banki, chcąc pozyskać klientów, muszą elastycznie dostosowywać ofertę do jego potrzeb i wymagań. Sięgając po terminologię marketingową, powinny zgodnie z ideą real-time marketingu, natychmiastowo reagować na zmiany postaw i oczekiwań konsumentów. Mnogość instytucji działających na rynku wymusza na nich innowacyjne podejście.
Siła innowacji
Nie bez znaczenia w tym kontekście jest również dynamiczny rozwój fintechów, czyli firm z pogranicza najnowocześniejszych technologii oraz sektora finansowego. To one stoją za wieloma nowinkami, które usprawniają obsługę produktów finansowych. Przykładem powszechnie znanym, choć niekoniecznie utożsamianym z pojęciem fintech, jest PayPal czy operator płatności natychmiastowych, Blue Media.
Na rynku funkcjonuje coraz więcej start-up’ów, które identyfikując najbardziej skostniałe narzędzia i procedury, pracują nad ich usprawnieniem. Tworzą one bezcenny know-how, który może zrewolucjonizować działalność instytucji finansowych w wielu obszarach. Jego wdrożenie pozwoliłoby na znaczące usprawnienie procesów bankowych i tworzenie ciekawej, a przede wszystkim dostosowanej do wymagań współczesnego cyfrowego konsumenta oferty, a tym samym na zyskanie przewagi konkurencyjnej. Kluczowe jest jednak dostrzeżenie przez instytucje tego potencjału i nawiązanie ściślejszej współpracy. Pozwoli to na tworzenie nowatorskich rozwiązań, które na zawsze zmienią krajobraz rynku.
Autorem wypowiedzi jest Tomasz Głodowski, Dyrektor marketingu i sprzedaży bezpośredniej Inbank
Rada Ministrów zajmie się we wtorek projektem nowelizacji ustawy o związkach zawodowych. Przyznaje ona m.in. samozatrudnionym oraz osobom pracującym na umowach cywilnoprawnych prawo tworzenia i przystępowania do organizacji związkowych. Niestety, nadaje ona takim osobom również szerokie uprawnienia związkowe, np. ochronę przed zwolnieniem.
Tymczasem ani z wyroku Trybunału Konstytucyjnego (sygn. K 1/13), którego realizację ma stanowić nowelizacja, ani z zaleceń przedstawicieli Międzynarodowej Organizacji Pracy, nie wynika obowiązek przyznania osobom niebędącym pracownikami tożsamych przywilejów związkowych, jakie przysługują obecnie pracownikom.
W opinii MOP, poza prawem koalicji, należy zagwarantować jedynie ochronę przed dyskryminacją i prawo do rokowań. Z tego względu w naszej ocenie całkowicie zbędne jest wprowadzanie rozwiązań wykraczających poza standardy przyjęte w krajach europejskich, w tym przyznanie samozatrudnionym oraz osobom pracującym na podstawie umów cywilnoprawnych szczególnej ochrony przed wypowiedzeniem czy prawa do płatnych oddelegowań związkowych.
Co więcej, proponowane przepisy rodzą wątpliwości interpretacyjne, a to oznacza, że ich stosowanie przyniesie wiele kłopotów. Nawet sama definicja osoby wykonującej pracę zarobkową już teraz jest uznawana za problematyczną. Zgodnie z projektowaną regulacją warunkiem uznania za taką osobę jest to, aby „nie zatrudniała ona do tego rodzaju pracy innych osób”, „nie ponosiła ryzyka gospodarczego związanego z wykonywaniem pracy” oraz miała „takie interesy zawodowe związane z wykonywaniem pracy, które mogą być grupowo chronione”.
Jest to opis bardzo enigmatyczny, a przepisy ustawy nie zawierają żadnego wyjaśnienia. Taki zapis będzie prowadził do sporów sądowych, ponieważ pracodawca (przedsiębiorca) będzie musiał w każdym przypadku ocenić, czy zatrudniony (zleceniobiorca, wykonawca, samozatrudniony) spełnia warunki ustawowe.
Przedmiotowa nowelizacja jest rewolucyjna. Zmienia dotychczas obowiązujące w Polsce zbiorowe prawo pracy i będzie miała daleko idące konsekwencje. Trudno również ocenić jak ma się ona do prac Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Pracy. Komisja w lutym przyszłego roku ma przedstawić dwa nowe projekty kodeksów pracy, w tym kodeksu zbiorowego prawa pracy. Czy nowelizacja, którą niebawem przyjmie rząd, będzie spójna z efektami prac Komisji Kodyfikacyjnej? Czy też w następnym roku czekać nas będzie kolejna rewolucja w zbiorowym prawie pracy? Na te pytania nie ma odpowiedzi.
Katalonia zaburza spokój na rynkach. Czwarta gospodarka UE może mieć jeszcze długo problem z separatystycznym okręgiem. Wzrost ryzyka politycznego oraz mocniejszy dolar mogą wpłynąć na ucieczkę kapitału z rynków wschodzących. CHF/PLN wzrasta bo na rynkach znów mamy ucieczkę do bezpiecznych przystani. Inwestorzy patrzą w końcu na fundamenty i dlatego umacnia się dolar. USD/PLN pod lokalnym oporem. Odwrócenie uwagi od brytyjskich problemów wpływa korzystnie na funta.
Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 17.08.2017-02.10.2017
Para walutowa
EUR/PLN
CHF/PLN
USD/PLN
GBP/PLN
Minimum
4,2310
3,6750
3,5150
4,5850
Maksimum
4,3290
3,8000
3,6890
4,9360
Kurs euroMimo sporego zamieszania w Europie presji na aktywach rynków wschodzących póki co nie widać. Wspólna waluta pozostaje słaba na początku tygodnia a jest to konsekwencja wydarzeń w Katalonii. Władze Hiszpanii mocno się starały by zaburzyć referendum niepodległościowe w tym rejonie ale mimo to oddano ponad 40% głosów z ogółu uprawnionych. Sam wynik nie mógł być inny, za oderwaniem od Hiszpanii głosowało ponad 90% głosujących. Trudno się spodziewać by rzeczywiście do takiego rozwiązania doszło mimo to jednak złe wieści dla europejskiej waluty i jeszcze jakiś czas może być pod presją. Dzisiejszy PMI z Polski mimo, że był bardzo dobry niewiele pomógł kwotowaniom par złotówkowych. Polska waluta mimo, że pod koniec tygodnia dostała pozytywny zastrzyk w postaci wyższej inflacji jednak pozostaje w trendzie spadkowym. EUR/PLN po tych danych zatrzymał się na wsparciu w okolicach 4,30. Początek nowego tygodnia to znów ruch w górę. Oporem będzie ostatnie maksimum blisko granicy 4,33.
Kurs franka
Oczywiście wzrost ryzyka politycznego w Europie to momentalnie zwrot inwestorów w aktywa uznawane za bezpieczne. Tym samym zyskuje frank szwajcarski. EUR/CHF zjechał poniżej poziomu 1,14. To przekłada się na ruch wzrostowy na CHF/PLN. Od momentu ustanowienia minimum pod koniec sierpnia krajowa waluta straciła już niemal 11 groszy. Bez wątpienia w dalszej części tygodnia CHF/PLN będzie pod presją wzrostową. Referendum w Katalonii z pewnością będzie miało wpływ na rynki finansowe. Mimo, że przez władze Madrytu jest nieuznane i zostało przeprowadzone w wątpliwy sposób to głosów ponad 2mln ludzi nie można lekceważyć. Trzeba więc czekać na kolejne decyzje w tej sprawie.
Kurs dolara
Na USD/PLN mamy silny krótkoterminowy trend wzrostowy. Można oczekiwać nawet kontynuacji tego ruchu i w dłuższym terminie. Biorąc pod uwagę przede wszystkim jastrzębi ton wypowiedzi członków Fed. Są oni gotowi prowadzić dalej zacieśnianie polityki monetarnej według zakładanych wcześniej planów czyli jeszcze jedna podwyżka w tym roku i trzy kolejne w 2018 roku. Jest to nowość w ostatnich tygodniach gdyż inwestorzy mocno zwątpili w takie działania władz monetarnych w USA. Jeśli publikowane dane z USA w tym tygodniu nie zasieją jakiś wątpliwości choćby piątkowe z rynku pracy to możemy być świadkami dalszego umocnienia dolara na szerokim rynku. USD/PLN zbliża się znów do lokalnego oporu z końca sierpnia. Jego złamanie otworzy drogę do 3,70. Przypomnijmy, że na początku sierpnia było to nawet 3,51 a więc w dość krótkim czasie kurs podskoczył o 15 groszy. Nie można też pominąć kwestii wprowadzenia reformy podatkowej w USA, która ma przyspieszyć wzrost gospodarczy. To byłby kolejny argument za amerykańską walutą. Wsparciem będzie linia trendu wzrostowego.
Kurs funta
GBP/PLN również pozostaje w dynamicznym trendzie wzrostowym. Niemniej jednak widać delikatne oznaki wyhamowania. Za wzrosty odpowiada Bank Anglii, który zaprezentował dość jastrzębie stanowisko zgłaszając gotowość do zakończenia programu luzowania ilościowego. Jest to związane z dość wysokim tempem wzrostu cen w Wielkiej Brytanii. Mimo to jednak bank centralny nie ma wcale łatwej decyzji gdyż owszem presja inflacyjna jest duża ale przy kiepskim wzroście gospodarczym należałoby poczekać. Wyprzedany bardzo mocno funt miał jednak spory argument za odreagowaniem ostatnich spadków. I od dobrych kilku dni wykorzystuje ten fakt. Niemniej jednak trzeba pamiętać o tym, że nieco ucichły tematy związane z Brexitem i to zdecydowanie pomaga. Uwaga inwestorów jest skupiona w ostatnich tygodniach na innych sprawach, choćby polityki Fed, wyborów w Niemczech i teraz Katalonii. Wciąż jednak czekamy na informacje w sprawie negocjacji Brexitowych, a szczególnie jaki rachunek może Wielka Brytania zapłacić i jak długo jeszcze będzie miała dostęp do wspólnego rynku. Dzisiaj nieco gorzej wypadł PMI z Wysp ale nie wpłynęło to na rozwinięcie korekty na funcie. Oporem w przypadku dalszych wzrostów będzie ostatnie maksimum.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Pierwotna wersja omawianego projektu była już przedmiotem stanowiska Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. W ramach stanowiska, a następnie dodatkowych uwag do projektu, ZPP poparł generalny kierunek zmian i zwrócił uwagę na konieczność uszczelniania systemu podatkowego w celu przeciwdziałania skrajnie agresywnym metodom optymalizacji podatkowej, które zaburzają konkurencję podatkową pomiędzy małymi i dużymi podmiotami. Jednocześnie, wskazano na kilka ryzykownych, a kilka wręcz niemożliwych do zaakceptowania przepisów. Na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji pojawiła się ostatnio nowa wersja projektu, nie tylko zmieniona w zakresie kluczowych elementów ostatniego dokumentu, ale uzupełniona o kilka dodatkowych rozwiązań mających istotne znaczenie dla przedsiębiorców. Z tego też tytułu, zasadne jest opublikowanie nowego stanowiska, odnoszącego się do zmian zawartych w nowym projekcie.
W zakresie tych przepisów, które były już obecne w poprzednich wersjach projektu, warto zwrócić uwagę na kilka kluczowych zmian. Znacznie zmodyfikowany został pomysł dotyczący „minimalnego podatku dochodowego”, będącego de facto swojego rodzaju odmianą podatku od nieruchomości. Generalny zamysł nie zmienił się – podatek miałby dotyczyć tych podatników, którzy posiadają nieruchomości komercyjne w postaci centrów handlowych, domów towarowych, sklepów i budynków biurowych, których wartość początkowa przekracza 10 milionów złotych. W tej wersji przepisów, która zawarta jest w najnowszym projekcie, w istotnym stopniu zmniejszona została stawka podatku (0,035% vs. 0,042% w wersji poprzedniej) Dodatkowo, zmieniona została konstrukcja podatku – miałby być naliczany jedynie od nadwyżki wartości początkowej nad 10 milionów złotych, a nie od całej kwoty jego wartości. Trzeba zwrócić jednak uwagę na fakt, iż elementarne zastrzeżenia do koncepcji „minimalnego podatku dochodowego” cały czas pozostają aktualne i w tym zakresie stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawców nie zmienia się – wprowadzone modyfikacje mogą spowodować, że danina będzie mniej dokuczliwa, jednak wciąż brak jest wyraźnych przesłanek świadczących o tym, że jej wprowadzenie jest uzasadnione.
W istotnym stopniu zmieniona została propozycja dotycząca zaliczania wydatków na usługi niematerialne w poczet kosztów uzyskania przychodu. W pierwotnej wersji, nielimitowane miały być wydatki do 1,2 miliona złotych rocznie. Jeśli dany podmiot wydał więcej, kwota byłaby ograniczona do 5% zysku operacyjnego powiększonego o amortyzację. Według nowego brzmienia projektu, nielimitowane mają być wydatki do 3 milionów złotych, a limit nałożony na nadwyżkę ma sięgać 5% kwoty, którą otrzymamy po odjęciu sumy kosztów uzyskania przychodu, pomniejszonych o odpisy amortyzacyjne i odsetki, od przychodów osiągniętych przez dany podmiot ze wszystkich źródeł. Najistotniejszą jednak zmianą jest fakt, iż omawiane limity nie mają już dotyczyć usług profesjonalnych nabywanych od podmiotów zewnętrznych – objęte mają nimi być jedynie koszty ponoszone na rzecz podmiotów powiązanych z podatnikiem. Tak istotne złagodzenie propozycji legislacyjnej wydaje się wynikać ze stosunkowo masowej krytyki, która spłynęła na postulaty Ministerstwa Finansów zaprezentowane pierwotnie. Rzeczywiście pierwsza wersja projektu szła w ograniczeniach zbyt daleko, stąd też autorefleksja projektodawcy zasługuje na uznanie.
W kontekście wprowadzanych do projektu zmian, należy krytycznie odnotować brak jakiegokolwiek odniesienia się projektodawcy do składanych w toku konsultacji publicznych uwag dot. braku precyzyjnych przepisów przejściowych. Chodzi tu przede wszystkim o rozliczanie wydatków poniesionych na usługi niematerialne, które nie zostały dotychczas rozpoznane jako koszty uzyskania przychodów dla celów podatkowych. Warto pamiętać, że niejednokrotnie nakłady ponoszone są na prace, które trwają latami – rozpoznaje się je wówczas jako koszty uzyskania przychodu dopiero po zakończeniu prac i oddaniu ich efektów do użytku. Kwestia ta zostanie bardziej szczegółowo poruszona na łamach memorandum ZPP, stąd też w ramach stanowiska ten bardzo istotny problem jest jedynie sygnalizowany.
Jakkolwiek ważne są przytoczone wyżej zmiany legislacyjne względem poprzedniej wersji projektu, najwięcej emocji i dyskusji budzą nowości, które projektodawca zdecydował się zawrzeć w akcie. Chodzi tu m.in. o propozycję podniesienia kwoty wolnej od podatku do 8 tysięcy złotych. Zmniejszenie obciążeń podatkowych w stosunku do osób najmniej zarabiających jak najbardziej zasługuje na aprobatę, stąd też przedstawiony w projekcie postulat należy przyjąć z zadowoleniem. Warto jednak zwrócić szczególną uwagę na propozycje nowych przepisów dotyczących przedsiębiorców. W projekcie proponuje się bowiem m.in., by przedsiębiorcy zostali zwolnieni z obowiązku zapłaty zaliczki na podatek dochodowy, gdy jej kwota nie przekracza 1000 złotych – zmiana pozytywnie wpłynie przede wszystkim na mniejszych przedsiębiorców, chociaż wpisana jest zarówno do ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, jak i do ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Warto zaznaczyć, że propozycja nie wiąże się ze zmniejszeniem obciążenia przedsiębiorców daninami publicznymi. Podstawowa korzyść, jaka wynika z jej wprowadzenia, to ograniczenie częstotliwości wykonywania określonych obowiązków administracyjno-finansowych przez najmniejszych przedsiębiorców. Chodzi o to, by przedsiębiorca osiągający niskie dochody nie musiał – w trybie miesięcznym albo kwartalnym – płacić zaliczek na podatek dochodowy natychmiast, jeśli opiewają one na niewielkie kwoty. Wiąże się to z ułatwieniem prowadzenia działalności dla najmniejszych przedsiębiorców – to oni będą głównymi beneficjentami tego rozwiązania. Z tego też powodu, przedstawioną w projekcie propozycję należy zdecydowanie poprzeć. Kolejną nowością, która ma na celu poprawę warunków prowadzenia najmniejszych działalności gospodarczych w Polsce, jest postulat zniesienia obowiązku zgłaszania prowadzenia podatkowej księgi przychodów i rozchodów. W tej chwili, obowiązek taki dotyczy wszystkich podatników, którzy rozpoczynają prowadzenie działalności gospodarczej i wybrali formę opodatkowania, dla której niezbędne jest prowadzenie takiej księgi, oraz którzy w poprzednim roku podatkowym korzystali ze zryczałtowanego opodatkowania podatkiem dochodowym i zdecydowali się na zmianę formy opodatkowania lub prowadzili księgi rachunkowe, ale przestały istnieć przesłanki zobowiązujące ich do ich prowadzenia. Likwidacja tego obowiązku, jak słusznie zauważył projektodawca, skutkuje przede wszystkim ograniczeniem liczby procedur administracyjnych, których dopełnić trzeba przy zakładaniu działalności gospodarczej. Z tego też powodu, propozycja zasługuje na poparcie.
Trzeba odnotować fakt, iż projektodawca uwzględnił w nowej treści aktu, jedną z głównych uwag zgłoszonych w toku konsultacji przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców – limit wartości początkowej środków trwałych oraz wartości niematerialnych możliwych do jednorazowego odliczenia od przychodu, zwiększono z 3,5 tysiąca złotych nie do 5 tysięcy złotych, jak miało to miejsce w pierwotnej wersji projektu, a do 10 tysięcy złotych, czyli do tego poziomu, który postulował Związek Przedsiębiorców i Pracodawców. Aktualne pozostają przemawiające za implementacją tego rozwiązania argumenty przedstawione w stanowisku do poprzedniej wersji projektu – polska gospodarka potrzebuje solidnego impulsu proinwestycyjnego. Przedsiębiorcy są gotowi inwestować w środki trwałe, potrzebują jedynie zielonego światła od ustawodawcy – wydaje się, że zwiększenie progu jednorazowej amortyzacji do 10 tysięcy złotych, będzie stanowiło istotną zachętę do inwestowania i będzie odpowiednio spożytkowane przez przedsiębiorców, szczególnie tych z sektora MSP.
Reasumując, przedstawione w nowej wersji projektu rozwiązania, ocenić należy generalnie pozytywnie. Nowe propozycje Ministerstwa Finansów zasługują na aprobatę i trzeba je poprzeć. Zmiany wprowadzone do istniejących już w poprzedniej wersji aktu przepisów również mają charakter z grubsza pozytywny, jednak zastrzeżenia zgłaszane w toku konsultacji w wielu przypadkach wciąż pozostają aktualne – warto zatem liczyć na dalsze prace i poprawki nanoszone w ramach procedury legislacyjnej, zwłaszcza w odniesieniu do przepisów przejściowych, które powinny zagwarantować brak retrospektywności projektowanych regulacji.
Według badań spośród Europejczyków to właśnie Polacy najgorzej radzą sobie z zachowywaniem równowagi między pracą a życiem prywatnym. Na skutek braku balansu wielu z nich cierpi z powodu chronicznego stresu, co źle wpływa nie tylko na ich zawodową efektywność, ale i relacje międzyludzkie. Co Polacy i ich pracodawcy mogą zrobić, żeby poprawić ten stan?
Eksperci zwracają uwagę, że choć świadomość polskich firm dotycząca kapitału ludzkiego wzrasta, wiele z nich nadal nie zdaje sobie sprawy z tego, że głównym „pożeraczem” efektywności pracowników jest stres. – Jako nacja zbyt często tolerujemy przepracowywanie się, życie w dyskomforcie. Praca w atmosferze ciągłej presji nie tylko przyczynia się do tworzenie kultury stresu i napięcia w firmie, ale i do fluktuacji kadr oraz fali zwolnień lekarskich. Zachodnie organizacje już wiele lat temu to zrozumiały i dlatego wdrażają swoiste programy antystresowe. Warto wziąć z nich przykład i szkolić kadrę menedżerską w tym, jak pomagać pracownikom w wychodzeniu z takiego stanu, ale też jak nie generować niepotrzebnych stresów poprzez nieodpowiednio zorganizowane miejsce pracy i błędy w zarządzaniu – zauważa Marek Małkowicz, trener biznesu i prezes zarządu firmy szkoleniowo-doradczej Integra Consulting Poland. Zarówno pracodawcy, jak i członkowie zespołu powinni uświadomić sobie, jakie mechanizmy kierują nimi w sytuacjach napięcia i co mogą zrobić, aby szukać wówczas równowagi i działać efektywnie.
Chyba każdy z nas słyszał o tym, że przewlekły stres obniża działanie układu odpornościowego, co w konsekwencji może powodować choroby autoimmunologiczne, takie jak nowotwory czy najzwyczajniej zwiększać podatność na infekcje. Może być również przyczyną zawałów lub udarów.
Dlaczego więc tak wielu polskich pracowników pozostaje w tym stanie? – Można wymienić kilka mechanizmów i zachowań, które odpowiadają za podtrzymywanie wysokiej aktywacji na przykład:
• zacięta płyta – gdy jesteśmy w stresie, wciąż myślimy o minionej sytuacji, poszukując drugiego dna, a powinniśmy najpierw obniżyć poziom napięcia, bo nasze myślenie jest wtedy poważnie upośledzone;
• paranoiczny obraz świata – kiedy tworzymy sobie obraz rzeczywistości jako zagrażającej nam, każde zachowanie szefa interpretujemy jako nieprzychylne (na przykład: jeśli się uśmiecha – na pewno z nas szydzi);
• wyuczona panika – przyzwyczailiśmy się do tego, że w życiu zbyt często reagujemy przerażeniem i frustracją przy naprawdę błahych sytuacjach (na przykład: przeklinamy, gdy upadnie nam szklanka, natychmiast jesteśmy niezadowoleni, kiedy stajemy w korku);
• brak kontaktu ze sobą – nie poświęcamy czasu w ciągu dnia na to, aby uświadomić sobie, jak się czujemy i dostrzec brak równowagi;
• brak wypracowanych zdrowych nawyków związanych z organizacją dnia, dzięki którym możliwe jest rozładowanie istniejącego napięcia (na przykład poprzez rozmawianie z bliską osobą, robienie przerw, aktywność fizyczną);
• akceptacja niezdrowych relacji i sytuacji, przez którą tkwimy w związku czy firmie, gdzie sytuacje stresujące powtarzają się dość często (na przykład kłócimy się, doznajemy upokorzeń z czyjejś strony) – wyjaśnia Marek Małkowicz z Integra Consulting Poland.
Walka, zamrożenie czy proaktywność?
Ze stresem można sobie radzić w różny sposób. Jednym z mechanizmów jest zwiększona mobilizacja – gdy aktywacja naszego układu nerwowego jest na wysokim poziomie, mięśnie napięte, a ciśnienie krwi podwyższone, działamy w trybie przetrwania – walki lub ucieczki. W pierwszym z nich jesteśmy wciąż napięci, łatwo wybuchamy, atakujemy z byle powodu. Rozładowujemy presję w sposób niekonstruktywny, który dodatkowo negatywnie oddziałuje na inne osoby, co może wzbudzać ich agresję – tak zaczyna się błędne koło. Ten styl reagowania niestety od razu powoduje spadek efektywności pracowników. Funkcjonowanie w tym trybie przez dłuższy czas może doprowadzić po miesiącach czy latach do wypalenia zawodowego i niechęci do pracy w danej firmie. W trybie ucieczki natomiast unikamy odpowiedzialności – nieprzyjemnych i trudnych zadań lub konfliktowych osób, odkładamy na później ważne zadania, wyłączamy swoją uwagę. Dla niektórych reakcją na stres jest natomiast swoisty stan zamrożenia – apatia, brak inicjatywy czy nawet jakiejkolwiek reakcji, bezradność i twierdzenie, że nic nie da się zrobić. Łatwo więc wyobrazić sobie teraz, w jaki sposób stres może obniżać efektywność zawodową pracowników, a poprzez to całej firmy.
W przeciwieństwie do tych mało konstruktywnych zachowań w obliczu trudności, istnieje także stan proaktywności i społecznego zaangażowania. W tym przypadku traktujemy stres jako coś naturalnego i aktywnie poszukujemy wsparcia na zewnątrz oraz sposobności do rozładowania kumulującego się napięcia. Niektórzy spontanicznie znajdują przyjaznego rozmówcy, który ich wysłucha, inni nawiązują kontakt z bliskimi lub też starają się na chwilę zapomnieć o sytuacji trudnej – zanurzając w inną aktywność czy też rozładowując nadmiar pobudzenia poprzez aktywność fizyczną, świadome oddychanie. Pracownicy, którzy stosują ten rodzaj mechanizmów osiągają najwyższy poziom efektywności, gdyż nie zabierają się za zadania dopóki najpierw nie zredukują napięcia.
Pracownik i pracodawca – jak szukać równowagi?
Świadomość własnych reakcji na stres i skutków długotrwałego pozostawania w stanie wysokiej aktywacji oraz rozpoznanie, co wywołało w nas określone zachowania czy odczucia, to pierwszy krok do szukania równowagi. – Kiedy już to wiemy, warto poznać najefektywniejsze dla siebie sposoby na redukowanie napięcia, zacząć je stosować i następnie starać się przekuć te praktyki w zdrowy nawyk. Kluczem do tego jest świadomość tego stanu w ciele (najpierw uczucia dyskomfortu) oraz własnego pobudzenia emocjonalnego. Wiele osób nie jest w stanie powiedzieć, jak się czuje w danym momencie, bo raczej koncentruje się na sytuacji zewnętrznej niż na sobie, a bez tego nie ma szans na zastosowanie metody proaktywności i społecznego zaangażowania – zauważa Marek Małkowicz z Integra Consulting Poland – Wielu młodych Polaków, 20- czy 30-latków, dba już dużo lepiej niż ich rodzice o swoją równowagę wewnętrzną i redukcję napięcia. Większy problem ze stresem mają natomiast osoby po 40. roku życia. Dla komfortu zarówno młodszych, jak i starszych ważna jest jednak atmosfera w pracy i podejście przełożonego – dodaje.
Pomoc członkom zespołu w zwalczeniu stresu to dobry sposób na poprawę efektywności ich samych, a zarazem całej firmy. – Organizacje, które od lat wykorzystują coaching jako narzędzie wsparcia rozwoju kompetencji, wysyłają pracowników także na szkolenia nie związane z tematami stricte zawodowymi, takie jak na przykład zarządzanie stresem czy work-life balance, wiedzą bowiem, że warsztaty inne niż sprzedażowe, finansowe czy techniczne pozytywnie wpływają na poziom zaangażowania i realizacji zadań. Coraz powszechniejsze stają się też w firmach inne profilaktyczne działania, jak na przykład tworzenie przyjaznej kultury zarządzania, organizowanie pokoi odpoczynku, wprowadzanie warsztatów z zakresu zdrowego trybu życia i odżywiania, finansowanie zdrowych posiłków czy karnetów na siłownię – mówi Marek Małkowicz. – Dzięki stosowaniu metod tego typu pracownikom i firmom łatwiej jest osiągnąć równowagę – podsumowuje.
PKN ORLEN udostępni usługę carsharingu na kolejnych 19 stacjach paliw, tym razem we Wrocławiu i Poznaniu. Tym samym Koncern konsekwentnie zwiększa zakres oferty dostępnej dla klientów i odpowiada na aktualne trendy w mobilności w oparciu o polski kapitał.
Możliwość wynajmu auta na minuty, w ramach współpracy z polską firmą Traficar, zostanie udostępniona na kolejnych 7 stacjach we Wrocławiu i 12 obiektach w Poznaniu. Usługa wypożyczania samochodu na stacjach paliw ORLEN w tych miastach będzie dostępna od 03.10.2017 r. Poza wyznaczeniem dedykowanych miejsc parkingowych na obiektach Koncernu, planowany jest również szereg wzajemnych działań sprzedażowych, promocyjnych i społecznych.
Dostrzegamy zmiany trendów w zakresie poruszania się i chcemy z nich korzystać, a wręcz mamy ambicję, aby je kształtować. Dlatego konsekwentnie wdrażamy wiele innowacyjnych projektów na stacjach paliw m.in. usługę carsharingu, czy udostępnioną ostatnio na obiektach PKN ORLEN możliwość wynajmu rowerów, które mają na celu zaspokojenie rosnących potrzeb klientów. Co więcej zależy nam na zwiększaniu świadomości klientów w zakresie proekologicznych rozwiązań komunikacyjnych, stąd pomysł wdrożenia stoisk promujących carsharing na stacjach paliw Koncernu – powiedział Zbigniew Leszczyński, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Sprzedaży.
Udostępnienie innowacyjnego rozwiązania na kolejnych, obok warszawskich i krakowskich, stacjach jest owocem współpracy pomiędzy PKN ORLEN, a firmą Traficar. W ramach tej współpracy PKN ORLEN poza zapewnieniem dostaw paliwa dla samochodów będzie świadczył także dodatkowe usługi, np. myjni. Łącznie, razem z obiektami w Warszawie i Krakowie, usługa carsharingu dostępna będzie na 50 stacjach Koncernu.
Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości 19 października uruchamia konkurs na akcelerator, który wypracuje innowacyjne projekty dla branży elektromobilności z co najmniej 30 startupami. Otrzyma on na ten cel 10 milionów złotych dofinansowania z Agencji. Wnioski można zgłaszać do 7 listopada 2017 r. Pilotaż wpisuje się w rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności.
– Rozwój elektromobilności w Polsce jest jednym z kluczowych priorytetów rządu. Branża ta ma bowiem duże znaczenie dla wzrostu innowacyjności i konkurencyjności polskiej gospodarki. Stawiamy sobie ambitne cele, które chcemy osiągać we współpracy z przedsiębiorcami, instytucjami oraz stroną społeczną. Uruchomienie przez PARP kolejnego programu dla branży sprawi, że realizacja tych zadań stanie się jeszcze bardziej realna – mówi Michał Kurtyka , wiceminister energii.
Program Elektro ScaleUp ma zwiększyć podaż startupów, które pracują nad rozwiązaniami w zakresie elektromobilności. Najbardziej istotnymi barierami w rozwoju tego rynku są obecnie bariery technologiczne, zwłaszcza dotyczące baterii i infrastruktury ładowania.
– Dziś ogłaszamy start kolejnego programu w ramach Start in Poland. Stawiamy na polską myśl techniczną i umiejętności młodych osób. Wiemy, że akceleracja przy udziale dużych firm, to istotny element pomocy dla przedsiębiorstw na wczesnych etapach ich rozwoju. Chcemy z tego mechanizmu korzystać m.in. przy wspieraniu perspektywicznych sektorów naszej gospodarki, takich jak elektromobilność. Branża ta ma szansę stać się przykładem budowania w Polsce przemysłu przyszłości. Dlatego pilotaż oparty jest właśnie o ten model współpracy – podkreśla wiceminister rozwoju Jadwiga Emilewicz.
Na program akceleracyjny złoży się kilka elementów. Pierwszym będzie wsparcie młodych firm przez mentorów, ekspertów biznesowych i technologicznych. Drugim – zapewnienie dostępu startupom do polskich liderów polskiego rynku elektromobilności. Trzecim – dofinansowanie dla najlepszych startupów w wysokości od 100 do 500 tys. złotych, które będą mogły przeznaczyć na prace nad rozwojem swojej technologii i przygotowaniem jej do wdrożenia. Warto podkreślić, że średnie i duże firmy z branży będą uczestniczyć merytorycznie i finansowo w projekcie, ponieważ to one będą odbiorcami innowacyjnych rozwiązań wypracowanych przez startupy. Minimum 1 milion złotych będzie pochodzić od tych firm.
– Zależy nam na tym, żeby Elektro ScaleUp miał konkretny efekt dla rozwoju branży, a startupy, które wezmą w nim udział otrzymały pierwsze zlecenia. Dlatego założenia programu wypracowaliśmy we współpracy ze wszystkimi interesariuszami tego sektora, tj. startupami, akceleratorami, średnimi i dużymi przedsiębiorstwami, jednostkami naukowymi oraz jednostkami samorządu odpowiedzialnymi za zakup taboru transportu publicznego. Tworząc ten program czerpaliśmy także z doświadczeń realizowanego przez PARP programu ScaleUp, który skutecznie łączy duże firmy ze startupami – mówi Patrycja Klarecka , prezes PARP.
Ceny konsumenckie we wrześniu były aż 2,2 proc. wyższe niż przed rokiem. Dynamika CPI bliżej celu inflacyjnego ostatnio była w grudniu 2012 roku. Taki stan rzeczy jest głównie wynikiem drożejących paliw oraz warzyw i owoców. Obie tendencje nadal będą windować inflację.
Ostatniemu wystrzałowi kursu ropy na dwuletnie maksima (i w okolice 60 dolarów za baryłkę w przypadku brent) towarzyszyło kilkunastogroszowe osłabienie złotego do dolara. Wpływ tych tendencji na rodzimą inflację będzie wyraźny. Średnie ceny paliw od końca czerwca wzrosły już o ponad 25 groszy. Możemy spodziewać się dalszych podwyżek na polskich stacjach, których kulminację zobaczymy już w połowie października.
Dodatkowo szacunki GUS mówią o zbiorach owoców nawet o jedną trzecią niższych niż przed rokiem i wskazują na ich niską jakość (np. część jabłek mogła trafić jedynie do przetwórstwa przemysłowego). Kombinacja tych czynników będzie do końca roku utrzymywać dynamikę CPI powyżej 2 proc. a wstępna prognoza analityków TMS Brokers sugeruje, że w listopadzie może nawet wypchnąć wskaźnik do celu NBP.
Ostateczne dane dotyczące wzrostu cen w poszczególnych kategoriach poznamy w połowie miesiąca. Można domniemywać, że do silniejszego niż zakładał to rynek wyskoku cen swoją cegiełkę mogły dołożyć też wyższe ceny leków (zmiana listy leków refundowanych), biletów lotniczych czy podręczników szkolnych. Eksperci TMS Brokers szacują, że dynamika cen bazowych przyspieszyła we wrześniu z 0,7 do 0,9 proc. rok do roku.
Przy silnym rynku pracy i gospodarce (prognozujemy dynamikę PKB w III kwartale na pułapie 4,3 proc. rok do roku i jej przyśpieszenie do 4,5 proc. w ostatnich trzech miesiącach 2017) głównym zagrożeniem może stać się eskalacja oczekiwań płacowych prowadząca do wybuchu presji kosztowej w gospodarce. Na razie władze monetarne nie wykazywały zaniepokojenia taką ewentualnością i nie zakładamy by zmieniły stanowisko na przyszłotygodniowym posiedzeniu RPP. Przy ujemnych realnych stopach procentowych nie widzimy znacznego potencjału do umocnienia złotego (prognozujemy EUR/PLN przy 4,28 na koniec grudnia).
Ważną składową koszyka jest paliwo. Niestety, nasi analitycy przewidują dalszy wzrost jego cen. Wyraźne przetasowanie nastrojów na światowym rynku ropy istotnie uderza w kieszenie zmotoryzowanych, którzy od czerwcowego dołka płacą za litr 95-oktanowej benzyny aż 26 groszy więcej. Przy założeniu scenariusza bazowego, tj. przeciętnego rocznego przebiegu na poziomie 20 tysięcy kilometrów, spalania 8 litrów paliwa oraz względnej stabilizacji cen na stacjach, budżet gospodarstw domowych powinien być uszczuplony na przestrzeni najbliższych miesięcy o ponad 400 złotych. Obecne tendencje wyraźnie zwiększają szansę powrotu cen Pb95 w okolice magicznego progu pięciu złotych.
Do drożejących cen paliw istotnie przyczynia się ostatnia deprecjacja złotego, która czyni baryłkę Urals relatywnie droższą niż wynikałoby to z ruchu wyrażonego w amerykańskiej walucie. Sporządzone przez nas symulacje jednoznacznie wskazują, że przy obecnych poziomach cen rosyjskiego surowca jego skok o dziesięć złotych przełoży się na podbicie cen paliw o ponad osiem groszy po pierwszym tygodniu. Całkowity efekt drożejących cen paliw jest rozłożony nawet w okresie dwóch miesięcy. Należy również pamiętać o tym, że skumulowany impuls przekłada się nie tylko na budżet zmotoryzowanych. Wyraźny skok cen ropy będzie skutkował przełożeniem na żywność, która według naszych wyliczeń we wrześniu podrożała o 5,0 proc. r/r.
Autorzy:
Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers
We wrześniu indeks PMI® polskiego sektora przemysłowego (Wskaźnik Managerów Logistyki) zarejestrował 53,7 punkty, co jest najwyższym wynikiem od pięciu miesięcy.
Jak podała firma badawcza IHS Markit, wskaźnik PMI dla Polski za wrzesień jest wyższy niż w sierpniu br. (52,5 pkt.), oraz nieco wyższy od dotychczasowej średniej dla roku 2017 (53,4 pkt.). Wskaźnik znajduje się powyżej neutralnego poziomu już trzeci rok z rzędu, co wskazuje na konsekwentną poprawę sytuacji w polskim przemyśle.
Głównym motorem wzrostu indeksu była rosnąca liczba nowych zamówień. Dynamika w tym segmencie była najwyższa od 31 miesięcy. Na dobre odczyty dotyczące nowych zamówień wpływ miał także wzrost liczby zleceń eksportowych, który był najwyższy od stycznia bieżącego roku.
Wysoki odczyt PMI wynikał również z silniejszej ekspansji produkcyjnej, której tempo było najwyższe od kwietnia i jednocześnie wydłużyło wzrostowy trend trwający już od 14 miesięcy.
Silna aktywność producentów na rynku zakupów surowców doprowadziła do istotnego wydłużenia czasu dostaw surowców, a tempo wzrostu kosztów produkcji było najwyższe od czterech miesięcy. IHS Markit wskazuje na rosnące ceny stali jako główny czynnik determinujący wzrost tych kosztów. W wyniku droższej produkcji zwiększyły się ceny wyrobów gotowych. Dynamika tego wzrostu była najintensywniejsza od kwietnia 2011 r.
Pomimo wzrostu zleceń oraz produkcji, zatrudnienie w sektorze uległo stagnacji po 49-miesięcznym trendzie rosnącym. Brak zmian w poziomie zatrudnienia przy obecnej sytuacji zmusił producentów do uszczuplenia magazynów, a zaległości produkcyjne osiągnęły poziom najwyższy od stycznia 2015 r.
Wrześniowy poziom indeksu PMI sygnalizuje przyspieszenie tempa wzrostu w polskim przemyśle po spowolnieniu jego dynamiki w okresie wakacyjnym. Stabilny poziom zatrudnienia, rosnące koszty produkcji oraz wydłużenie czasu dostaw surowców przełożyły się na najszybszy wzrost cen wyrobów gotowych od kwietnia 2011 r. Optymizm polskich przedsiębiorców wciąż jest duży i wynika głównie z wprowadzenia nowych technologii oraz planów dotyczących zdobywania nowych rynków zbytu.
Michał Mordel, analityk Domu Maklerskiego Michael/Ström
Powszechnie przyjmuje się, że zarobki osób świadczących płatne usługi seksualne są wysokie. Działalność ta należy do szarej strefy i nie jest w żaden sposób rejestrowana. Trudno zatem o obiektywne źródła danych dotyczących zarobków tej grupy. Biznes ten przenosi się jednak w coraz większym stopniu do Internetu, gdzie Panie tej profesji publikują swoje ogłoszenia, wraz z cenami świadczonych usług. Zebraliśmy więc informacje z 10 635 ogłoszeń internetowych i na ich podstawie oszacowaliśmy średnie zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne. Dane zostały zebrane w sierpniu 2017 roku.
Status prawny
Świadczenie usług seksualnych za pieniądze zgodnie z polskim prawem nie jest czynem zabronionym. Polski system prawny przyjmuje tzw. podejście abolicjonistyczne. Oznacza to, że tego typu działalność nie jest w żaden sposób ścigana ani karana. Z drugiej strony osoby pracujące w ten sposób nie mogą rejestrować swojej działalności ani podpisywać umów ze swoimi klientami. Taki stan rzeczy powoduje, że działalność ta jest poza kontrolą organów państwa.
Również przepisy podatkowe nie nakładają obowiązku rozliczania się z fiskusem wobec kobiet oferujących płatne usługi seksualne. Zgodnie z Ustawą o Podatku Dochodowym od Osób Fizycznych, zyski osiągane w ten sposób są wyłączone z podstawy opodatkowania, gdyż nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy.
Warto również dodać, że zgodnie z polskim prawem zabronione są niektóre czyny związane ze świadczeniem opisywanych usług jak: stręczycielstwo (nakłanianie innych do takiej działalności), sutenerstwo (czerpanie korzyści z działalności innych) i kuplerstwo (ułatwianie innym osobom świadczenia tego typu usług).
Formy świadczenia
Świadczenie usług seksualnych przybiera różne formy i adresowane jest do różnego rodzaju klientów. Najbardziej znane są agencje towarzyskie. Funkcjonują one zwykle jako kluby wysokiej klasy, które adresowane są do zamożnych klientów. Poza świadczeniem usług seksualnych i pokrewnych jak np. striptiz czy masaż erotyczny, oferują one zwykłe usługi towarzyskie, jak przestrzeń do tańczenia czy bar z napojami alkoholowymi. Przez swoją ekskluzywność i szeroką ofertę, ceny – a co za tym idzie zarobki – w agencjach towarzyskich są najwyższe wśród wszystkich form świadczenia usług seksualnych. Z drugiej strony kobiety decydujące się na takie rozwiązanie muszą się liczyć z tym, że część przychodu przejmowana jest przez właścicieli lokalu.
Inną formą płatnych usług seksualnych jest oferowanie ich na ulicy. Osoby, które wybrały to rozwiązanie szukają swoich klientów przy najbardziej ruchliwych drogach tranzytowych i wylotowych z miasta. W największych miastach znajdują się również specjalne miejsca, gdzie kobiety pracujące w ten sposób mogą oczekiwać na swoich zmotoryzowanych klientów. Ten rodzaj usług cechuje się niską jakością, a co za tym idzie niskimi zarobkami.
Trzecim rodzajem płatnych usług seksualnych w Polsce są tzw. mieszkaniówki. Osoby te stanowią odrębna grupę, najczęściej niezwiązana z żadną większą organizacją. Kobiety te prowadzą swoją działalność najczęściej na własną rękę albo w porozumieniu z kilkoma innymi osobami pracującymi w ten sam sposób. Swoje usługi świadczą w wynajmowanych przez siebie mieszkaniach, natomiast klientów poszukują na portalach internetowych, gdzie publikują swoje ogłoszenia. Dzięki dyskretnej atmosferze i łatwości w dostępie do ogłoszeń ta forma zyskuje na popularności. Wysokość zarobków jest zróżnicowana, w zależności od jakości świadczonych usług i zamożności klientów, do których są one adresowane. Zebrane przez nas dane dotyczą głównie tej formy.
Zarobki
Poniżej prezentujemy wyniki naszych analiz powstałe w oparciu o informacje z 10 635 ogłoszeń internetowych. Dane zostały zebrane w sierpniu 2017 roku. Prezentujemy je zarówno dla stawek godzinowych jak i za całą noc.
Mediana za godzinę pracy kobiety świadczącej płatne usług seksualne w 2017 roku wynosi 150 PLN. Usługa całonocna to zarobek rzędu 1 500 PLN. Średnie wynagrodzenia były wyższe i wynosiły odpowiednio 183 PLN i 1 732 PLN.
Tabela 1. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w 2017 roku (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Zwykle w naszych opracowaniach posługujemy się medianą. Informacje publikowane w ogłoszeniach towarzyskich zdominowane są jednak przez dwie stawki, tj. 150 PLN i 200 PLN za godzinę pracy oraz 1 500 PLN w przypadku usług całonocnych. Z tego powodu dalsze analizy zdecydowaliśmy się oprzeć na średniej, gdyż miara ta lepiej pokazuje różnice dla różnych parametrów.
Zarobki w miastach
Poniżej prezentujemy zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w różnych miastach Polski. Uwzględniliśmy te miasta, w których próba wyniosła co najmniej 20 ogłoszeń.
Kobiety pracujące jako panie do towarzystwa najwięcej zarobić mogą w Warszawie. Stolica wyraźnie wyróżnia się pod tym względem. Średnia stawka za godzinę to 254 PLN. Usługa całonocna kosztuje z kolei 2 256 PLN. Wysokie stawki w tym mieście wynikają z pewnością z faktu, że zarówno zarobki jak i koszty życia w stolicy są najwyższe. Wysokie ceny za godzinę występują również w Lubinie i Białymstoku. Wynoszą one odpowiednio 219 i 216 PLN.
Wykres 1. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w miastach, w których stawki godzinowe są najwyższe (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Zestawiając średnie stawki za całą noc okazuje się, że poza Warszawą jeszcze w trzech miastach przekraczają one kwotę 2 000 PLN. Są to odpowiednio Leszno (2 130 PLN), Łomża (2 082 PLN) i Rybnik (2 015 PLN).
Wykres 2. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w miastach, w których stawki za noc są najwyższe (PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Średnie godzinowe zarobki w miastach, gdzie usługi kobiet do towarzystwa są najtańsze, nie przekraczają 150 PLN. Najniższe średnie zarobki za godzinę występują w Piotrkowie Trybunalskim i wynoszą niespełna 130 PLN. Ograniczone możliwości zarobkowania mają również panie pracujące w Olsztynie, Częstochowie i Kościanie.
Wykres 3. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w miastach, w których stawki godzinowe są najniższe (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Średnie stawki za całą noc tylko w części pokrywają się ze stawkami godzinowymi. Najniższe średnie wynagrodzenie za noc pracy pobierają panie z Olsztyna (1 249 PLN), Włocławka (1 294 PLN) i Chorzowa (1 300 PLN).
Wykres 4. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w miastach, w których stawki za noc są najniższe (PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Zestawiając stawki w wybranych miastach warto również przedstawić te ośrodki miejskie, w których pojawia się najwięcej ogłoszeń. Najliczniejsza próba zebrana została z Wrocławia (1 303 ogłoszenia). Popularność anonsów z tego miasta wynikać może z faktu bliskości zachodniego sąsiada, jakim są Niemcy. Co ciekawe Warszawa, która pod względem ceny usług seksualnych jest najdroższym polskim miastem, w tym zestawieniu znalazła się dopiero na 4. miejscu. Wśród miast, gdzie liczba ofert jest największa, najniższe stawki godzinowe za płatny seks funkcjonują w Łodzi (157 PLN). Najniższe stawki za całą noc występują natomiast w Bydgoszczy i wynoszą 1 527 PLN.
Tabela 2. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w miastach, w których liczba publikowanych ogłoszeń jest największa (w PLN)
Cechy fizyczne
Kobiety świadczące usługi seksualne za pieniądze, w publikowanych przez siebie ogłoszeniach informują również o cechach własnego ciała. Dane te dotyczą wieku, wzrostu, wagi i rozmiaru biustu. Potocznie mówi się, że wszystkie te cechy to kwestia gustu. Warto więc zbadać wpływ wymienionych aspektów na stawki, które żądają za swoje usługi.
W większości zawodów generalnie wraz wiekiem rosną również zarobki. W branży płatnych usług seksualnych jest odwrotnie. Z zebranych danych wynika, że im kobieta młodsza, tym kwoty przez nią żądane są wyższe. Tendencja ta dotyczy zarówno stawek godzinowych jak i za całą noc. Panie z przedziału od 18 do 25 lat za godzinę pracy inkasują średnio o 58% więcej niż ich starsze koleżanki w wieku 56 lat i więcej. W przypadku stawek za całą noc różnica jest jeszcze większa i wynosi 93%.
Wykres 5. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w różnych przedziałach wiekowych (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Kolejne omawiane zagadnienie to wpływ wagi na proponowane stawki. Generalnie zakłada się, że szczupłe kobiety są bardziej atrakcyjne. Pogląd ten znajduje pełne odbicie w zebranych przez nas danych. Im wyższa waga, tym niższe stawki. Dotyczy to zarówno stawek godzinowych, jak i za całą noc. Najwyższe kwoty pojawiają się w ogłoszeniach publikowanych przez kobiety, których waga nie przekracza 50 kilogramów.
Wykres 6. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w zależności od wagi (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Z wagą bezpośrednio związany jest wzrost. W przypadku tego kryterium trudno wskazać intuicyjnie, jaki wzrost kobiet świadczących opisywane usługi powinien cieszyć się największym pożądaniem wśród klientów. Z danych wynika jednak jednoznacznie, że im kobieta wyższa, tym wyższe są stawki za jej usługi. Najwyższe kwoty w swoich ogłoszeniach zamieszczają panie o wzroście 180 cm i wyższe. Różnica między ich stawkami a stawkami niższych koleżanek z przedziału 170-179 cm jest skokowa i wynosi 49 PLN za godzinę i 483 za noc.
Wykres 7. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w zależności od wzrostu (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Znaj proporcję, mocium Panie… pisał w Zemście Aleksander Fredro. Znając deklarowany wzrost i wagę kobiet oferujących płatny seks można obliczyć stosunek obu miar, czyli popularny wskaźnik BMI (Body Mass Index), a następnie zbadać jego wpływ na stawki.
Z naszych obliczeń wynika, że najdroższe usługi świadczone są przez kobiety z niedowagą, których BMI jest poniżej 18,5. Średnie stawki dla tej grupy przekraczają 200 PLN za godzinę i 2 000 PLN za noc. Warto jednak dodać, że z naszych obliczeń wynika, iż 26% osób w badanej przez nas próbie ma niedowagę. Można to tłumaczyć tym, że autorki ogłoszeń celowo zaniżają swoją wagę i zawyżają wzrost, aby ich ogłoszenia wydały się bardziej atrakcyjne dla potencjalnych klientów.
Tabela 3. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne z różnym wskaźnikiem BMI (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Ostatnią omawianą cechą fizyczną jest deklarowany rozmiar biustu kobiet świadczących płatne usługi seksualne i jego wpływ na zarobki. Dla wielu osób korzystających z takich usług sprawa ta ma kluczowe znaczenie.
Analizując stawki zamieszczane w ogłoszeniach pod kątem rozmiaru biustu okazuje się, że najwyższe są one dla rozmiarów od 1 do 5 (8-stopniowa skala). Powyżej rozmiaru 5 stawki zarówno za godzinę jak i noc są wyraźnie niższe.
Wykres 8. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w zależności od rozmiaru biustu (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Języki obce
Kolejną istotną kwestią jest znajomość języków obcych i ich wpływ na średnie stawki. Kobiety świadczące tego typu usługi deklarujące znajomość wielu języków mogą nawiązywać kontakty z zagranicznym i często bogatszym klientem, co powinno wpływać na wyższe zarobki.
Teza ta znajduje odzwierciedlenie w zebranych przez nas danych. Okazuje się, że stawki kobiet, które nie zadeklarowały znajomości jakichkolwiek języków obcych są wyraźnie niższe.
Wykres 9. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne w zależności od liczby znanych języków obcych (w PLN)
Źródło: Opracowanie Sedlak & Sedlak na podstawie ogłoszeń publikowanych w Internecie
Zarobki miesięczne
Znając wysokość stawek godzinowych i za całą noc można przeprowadzić symulację jak kształtować się będą miesięczne zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne. Głównymi parametrami symulacji będzie cena usługi i liczba klientów w miesiącu.
Z przeprowadzonej poniżej symulacji wynika, że miesięczne zarobki kobiet pracujących na stawkach godzinowych wahają się od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy PLN miesięcznie. Założyć jednak należy, że panie z wysokimi stawkami przyjmują znacznie mniej klientów niż te, których usługi są najtańsze. Wynika to z faktu, iż droższe, ekskluzywne usługi wymagają większego zaangażowania i dopasowania do indywidualnych potrzeb klienta. W przypadku najtańszych usług często mamy do czynienia z przywiązywaniem większej wagi do przysłowiowej ilości niż jakości.
Biorąc pod uwagę powyższe założenia, przeciętne miesięczne zarobki osób z branży płatnych usług seksualnych oszacować można w przedziale od 5 000 do 15 000 PLN miesięcznie. Są to jednak ostrożne szacunki, które obarczone mogą być dużym błędem.
Tabela 4. Miesięczne zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne pracujących na godziny (w PLN)
W przypadku stawek nocnych sytuacja wygląda podobnie. Wyniki symulacji miesięcznych zarobków są wyższe niż w przypadku stawek godzinowych. Założyć jednak trzeba, iż wynajęcie kobiety na całą noc jest raczej usługą okazyjną i rzadziej praktykowaną, która stanowi uzupełnienie oferty zwykłej pracy na godziny.
Tabela 5. Miesięczne zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne pracujących w nocy (w PLN)
Analizując zarobki miesięczne uwzględnić trzeba również stronę kosztową tego rodzaju działalności. Jeżeli kobiety działają w ramach większej organizacji, konieczny będzie podział zysku z zarządzającym taką organizacją. Pamiętać jednak trzeba, że zgodnie z polskim prawem czerpanie zysków z takiej działalności przez inne osoby jest nielegalne. Uwzględnienie tego typu kosztów jest trudne i wykracza poza ramy niniejszego opracowania.
Kolejne koszty, ponoszone przez kobiety oferujące płatny seks, to wynajem mieszkania, w którym świadczone będą usługi, zakup odpowiednich strojów i akcesoriów, a także przeprowadzenie ewentualnych badań medycznych koniecznych przy prowadzeniu tego typu działalności. Mogą one pomniejszyć zarobki nawet o kilka tysięcy złotych miesięcznie.
Podsumowanie
Reasumując, najwyższe zarobki osiągają kobiety pracujące w Warszawie, w wieku 18-25 lat, ze wskaźnikiem BMI poniżej 18,5, biustem nie większym niż pięć, znające przynajmniej jeden język obcy.
Z zebranych danych wynika, że średnia stawka godzinowa kobiet, które spełniały wszystkie wymienione kryteria, wynosi 395 PLN. Cena usług za całą noc sięga natomiast 3 347 PLN.
Tabela 6. Zarobki kobiet świadczących płatne usługi seksualne spełniających kryteria najwyższych zarobków (w PLN)
Szacując ich zarobki miesięczne, okazuje się, że mieszczą się one w przedziale od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy PLN miesięcznie, w zależności od trybu pracy, wysokości stawek i liczby klientów.
Na koniec warto dodać, że powyższe analizy nie uwzględniają podstawowego kryterium mającego wpływ na wysokość zarobków, jakim jest realna jakość świadczonych usług. Póki, co jest ona jednak bardzo trudno mierzalna. Rozwój nowych technologii, w tym aplikacji mobilnych, przenoszenie relacji międzyludzkich (w tym również sfery seksualnej) do Internetu, a także zmiana nastawienia do opisywanej grupy może jednak spowodować, że w przyszłości porównywanie jakości usług na podstawie opinii klientów będzie możliwe.
Hiszpania nie zgadza się z referendum niepodległościowym w Katalonii. Brutalność policji w starciach z głosującymi jeszcze długo będzie na pierwszych stronach gazet. Wspólna waluta traci na bazie wzrostu ryzyka politycznego. PMI ze strefy euro potwierdziły panujące ożywienie. Amerykańska waluta znów pierwszym wyborem inwestorów.
Polityka znów rządzi
Początek tygodnia to znów powrót do ryzyka politycznego w Europie. Po wyborach w Holandii i Francji wydawało się, że polityka w strefie euro odejdzie na boczny tor. W końcu wyniki partii eurosceptycznych w tych krajach były dość niskie i nie doszły one do władzy. To na tej podstawie notowaliśmy spore wzrosty na wspólnej walucie. EUR/USD od początku roku wzrósł do poziomów ponad 1,20.
Najpierw Niemcy teraz Hiszpania
Trochę zaczęła się sytuacja komplikować po wyborach w Niemczech w ubiegłym tygodniu. Owszem obecna kanclerz utrzyma władzę ale stworzenie koalicji rządzącej z pewnością nie będzie łatwe. Wczoraj jednak doszedł zdecydowanie mocniejszy czynnik niepewności. Referendum w Katalonii na temat niepodległości i tym samym oderwania od Hiszpanii. Temat ten już pojawiał się w mediach ale tym razem region ten poszedł nieco dalej.
Oderwanie Katalonii od Hiszpanii bardzo trudne
Póki co Madryt nie uznaje wyniku referendum, który wyniósł ponad 90% za niepodległością Katalonii. Droga do takiego rozwiązania jest jeszcze bardzo daleka gdyż teraz zgodę musiałby wydać hiszpański parlament. Co będzie się jeszcze długo pojawiać w mediach to brutalność policji wobec głosujących, blokowanie lokali wyborczych. Oczywiście taka sytuacja przekłada się na presję spadkową na parach powiązanych z euro. Główna para ma zdecydowanie pretekst by zejść teraz niżej łamiąc wsparcie w okolicach 1,17.
Dolar ma silne argumenty
Po okresie wakacyjnym zdecydowanie obserwujemy przebudzenie waluty amerykańskiej. Przede wszystkim na bazie wzrostu oczekiwań do kontynuacji zapowiedzianej drogi zacieśniania polityki monetarnej przez Fed. Czyli jedna podwyżka stóp jeszcze w tym roku plus 3 ruchy w 2018 roku. W mediach pojawiają się także kandydaci do objęcia fotela szefa Fed. Oczywiście cały czas możliwa jest reelekcja Janet Yellen ale na co warto zwrócić uwagę to pozostali kandydaci są zdecydowanie bardziej nastawieni na zacieśnianie monetarne niż obecna szefowa. Widać więc, że nastawienie do waluty amerykańskiej zmienia się na lepsze a każde kolejne dane mogą być zapalnikiem do silnych wzrostów.
Cała seria PMI
Dzisiaj mieliśmy całą serię odczytów badań ankietowych tzw PMI. Dane z Europy były tylko rewizją wstępnych danych więc niewiele zmieniły w notowaniach wspólnej waluty. Niemniej jednak pokazały, że w strefie euro utrzymuje się ożywienie. Nieco gorzej wypadł wskaźnik PMI dla przemysłu z Wielkiej Brytanii.
Miłe zaskoczenie
Również dla krajowej gospodarki był prezentowany wskaźnik PMI. I tutaj można mówić o sporym zaskoczeniu gdyż wynik 53,7 pkt był znacznie wyższy od prognoz. Niestety dobry wynik nie wpłynął na umocnienie polskiej waluty gdyż ta pozostaje pod wpływem czynników globalnych a przede wszystkim rosnącej siły dolara. To powoduje, że rośnie presja spadkowa na krajową walutę.
ISM i PMI z USA
Dzisiaj po południu jeszcze sporo ważnych danych z USA. O 15.45 wskaźnik PMI dla przemysłu. O 16.00 ISM dla przemysłu. Prognozy wskazują na utrzymanie wysokich poziomów.
Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
Liczba rejestracji pojazdów elektrycznych w Europie dynamicznie rośnie. W konsekwencji, ogólna liczba aut z napędem elektrycznym poruszających się po drogach Starego Kontynentu może przekroczyć milion sztuk już w przyszłym roku, jak prognozuje Obserwatorium Rynku Paliw Alternatywnych ORPA.PL.
W II kwartale 2017 roku w Europie zarejestrowano 49589 pojazdów elektrycznych (pojazdy w pełni elektryczne, pojazdy zasilane ogniwami paliwowymi, hybrydy typu ”plug-in”, samochody elektryczne z range extenderem). Tak wynika z danych opublikowanych przez Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA). Oznacza to wzrost o 45,8 procent w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 roku. W segmencie pojazdów w pełni elektrycznych liczba nowych rejestracji wyniosła w drugim kwartale br. 22047 sztuk, co oznacza wzrost o 49,7 proc. W segmencie pojazdów hybrydowych typu „plug-in“ zarejestrowano 26731 nowych pojazdów, co oznacza wzrost o 42,3 proc.
W 2016 roku wszystkich zarejestrowanych pojazdów elektrycznych w UE było ponad pół miliona. Na koniec tego roku ta liczba może przekroczyć 700 tysięcy, by w 2018 roku osiągnąć pierwszy milion pojazdów elektrycznych na drogach Starego Kontynentu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Mazur z Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.
Na kolejny milion będziemy czekali dużo krócej. Bardzo prawdopodobne, że już w 2019 roku ten wynik zostanie osiągnięty – prognozuje Obserwatorium. Najwięcej samochodów elektrycznych zarejestrowano w drugim kwartale br. w: Niemczech (12137 pojazdów; wzrost o 159,6 proc. w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku), Wielkiej Brytanii (10279 pojazdów; wzrost o 21,5 proc.), we Francji (9117 pojazdów; wzrost o 13,3 proc.), Szwecji (4271 pojazdów; wzrost o 14 proc.) oraz Belgii (4041 pojazdów, wzrost o 72,6 proc.).
Łącznie, w pierwszej połowie 2018 roku zarejestrowano w Europie 96 888 pojazdów elektrycznych oraz 214 208 „klasycznych” hybryd, których nie można naładować z gniazdka. Większa dynamika wzrostów jest obserwowana w tym drugim segmencie – wyniosła 61,1 proc. (I połowa 2017 r. vs. I połowa 2016 r.).
W Polsce w II kwartale br. zarejestrowano 203 pojazdy elektryczne oraz 3781 „klasycznych” hybryd. W porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku oznacza to wzrost o 75 proc. w pierwszym segmencie oraz o 57,8 proc. w drugim.
Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednak warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym
Źródło: Opracowanie własne
Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców
Źródło: Opracowanie własne
– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich
-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic
MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD
Z puntu widzenia raportu Commitment of Traders najciekawiej przedstawia się AUDUSD oraz Gold
AUDUSD – kierunek południowy
Pomimo kilkudniowej wyprzedaży AUD/USD fundusze lewarowane nie otworzyły większej ilości krótkich pozycji, lecz zamknęli ich ponad 6 tysięcy. Oprócz tego wyprzedali 1 265 długich pozycji. Z kolei pozycje netto cały czas znajdują się bardzo wysoko, co daje większe prawdopodobieństwo dalszego upłynniania długich pozycji i zawierania krótkich.
Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto
Źródło: Cmegroup
Wzrost pozycji netto był spowodowany wzrostem metali przemysłowych, które są głównym produktem eksportowym Australii. Z kolei przez ostatnie kilkanaście dni mamy do czynienia z mocną korektą tychże surowców, co powinno wspierać dalszą wyprzedaż AUDUSD.
Z kolei patrząc na tygodniowy wykres AUD/USD możemy dojść do innego wniosku, ponieważ notowania znalazły się tuż nad bardzo silnym wsparciem.
Notowania AUD/USD, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Z jednej strony mamy zbyt dużo pozycji długich względem krótkich na kontraktach terminowych wśród funduszy hedge, z drugiej silne wsparcie, które może powstrzymać dalszą wyprzedaż. Niemniej jednak musimy zadać sobie pytanie, kto zdoła je obronić jeżeli duzi gracze są już po długiej stronie rynku? Czy powiększą swoje zaangażowanie? Być może czeka nas korekta, która pozwoli na wyjście z długich pozycji oraz zawieranie pozycji krótkich po lepszej cenie. Niemniej jednak w przeciągu najbliższego miesiąca powinniśmy zobaczyć przełamane wsparcie.
GOLD – dalsza wyprzedaż
Miesiąc temu zwracaliśmy uwagę na złoto oraz na zbyt jednostronne pozycjonowanie zarządzających na tym metalu szlachetnym. Scenariusz spadkowy został zrealizowany, ale z analizy najnowszego raportu Commitments of Traders wynika, że możemy spodziewać się kontynuacji kierunku południowego.
W poprzednim tygodniu zarządzający na kontraktach terminowych upłynnili 32 tysięcy pozycji długich oraz otworzyli 5 tysięcy krótkich. Pozycje netto zaczęły być redukowane, ale cały czas znajdują się na bardzo wysokim poziomie, zatem prawdopodobieństwo kontynuacji obecnego ruchu jest większe niż jego odwrócenie.
Pozycje zarządzających, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto
Źródło: CmeGroup
Scenariusz spadkowy wspiera analiza techniczna na wykresie tygodniowym. Notowania zdołały pokonać bardzo silną strefę wsparcia 1282-1295, co w długim terminie może skutkować wyprzedażą nawet w okolicę 1200 USD. Jednakże na samym początku niedźwiedzie muszą poradzić sobie z krótkoterminowym wsparciem 1274 USD za uncję złota.
Przedstawiciele firm produkcyjnych i HoReCa w III kwartale br. najlepiej ocenili swoją sytuację spośród badanych sześciu sektorów. Ich odczyty „Barometru EFL” wyniosły odpowiednio 62,6 pkt. (-6,4 pkt. k/k) dla sektora produkcyjnego oraz 62,2 pkt. (+3,7 pkt. k/k) dla hoteli i restauracji. W przypadku produkcji dobre oceny wynikają przede wszystkim z optymistycznych prognoz dotyczących sprzedaży – aż 40% zapytanych liczy na wzrost zamówień. Natomiast 41% przedstawicieli HoReCa zamierza więcej inwestować.
– Z branżowego obrazu, jaki wyłania się z „Barometru EFL” za III kwartał br., wyraźnie widać, że obecnie największymi optymistami są zarządzający firmami produkcyjnymi oraz hotelami i restauracjami. Co więcej, ich indeksy są wyższe niż główny odczyt Barometru, który w tym kwartale nie przekroczył 60 punktów. Skąd tak dobre wyniki? W przypadku HoReCA jest to z pewnością związane z sezonem wakacyjno-urlopowym, w którym tradycyjnie branża ta notuje największe wzrosty. Produkcja natomiast w naszym kraju już dawno nie była w tak dobrej kondycji, co potwierdzają ostatnie dane GUS. Od stycznia do sierpnia br. produkcja sprzedana przemysłu była o ponad 6% wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, natomiast produkcja budowlano-montażowa była aż o 12,5% wyższa niż przed rokiem – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.
Produkcja drugi kwartał z rzędu z najlepszym odczytem
Odczyt „Barometru EFL” dla produkcji w III kwartale br. wyniósł 62,6 pkt. i był najwyższy spośród badanych sześciu sektorów (budownictwo, handel, HoReCa, produkcja, transport, usługi). Wynik jest niższy niż w poprzednim kwartale (-6,4 pkt), ale już wyższy niż w III kwartale 2016 roku (+4,9 pkt.). Potwierdza to przypuszczenie z poprzedniego kwartału – rekordowego dla firm produkcyjnych – że przedsiębiorcy liczą na zdecydowanie lepszy rok niż poprzedni. Warto także zwrócić uwagę, że wartość subindeksu jest wyższa (+3,3 pkt.) od głównego wskaźnika dla całego rynku MŚP w Polsce.
Tak optymistyczne nastroje zarządzających przedsiębiorstwami produkcyjnymi to pochodna pozytywnych prognoz w kilku obszarach. Po pierwsze, sprzedaży. 4 na 10 zapytanych firm liczy na większe zamówienia na ich usługi i produkty – to lepszy wynik niż kwartał wcześniej (35%). Za planowanym wzrostem sprzedaży idzie najlepiej oceniana wśród badanych sektorów płynność finansowa. W III kwartale br. 30% przedsiębiorców produkcyjnych spodziewa się jej poprawy. O lepszej kondycji produkcji świadczyć może także to, że co trzecia firma planuje więcej inwestować (35,6%).
Firmy produkcyjne najczęściej swoje inwestycje finansują (biorąc pod uwagę tylko zewnętrzne narzędzia finansowania) kredytem bankowym (61%) oraz leasingiem (48%). Co ciekawe, już co piąta firma korzysta z ubezpieczenia majątku firmy.
Hotele i restauracje z największym inwestycyjnym optymizmem w tym roku
W III kwartale br. subindeks „Barometru EFL” dla HoReCa wyniósł 62,2 pkt. Jest to jedyny sektor, który w porównaniu do poprzedniego kwartału odnotował wzrost wskaźnika (+3,7 pkt.). Co więcej, ten odczyt dla hoteli i restauracji jest drugim najwyższym wskaźnikiem w historii badania – w II kwartale 2016 roku wyniósł rekordowe 62,8 pkt. Tak optymistyczne nastroje wynikają głównie z pozytywnych prognoz dotyczących inwestycji i sprzedaży. Po pierwsze, aż 41% hoteli i restauracji spodziewa się więcej inwestować. Odsetek inwestycyjnych optymistów jest aż o 7,8 p.p. wyższy niż kwartał wcześniej. Co więcej, co trzeci przedstawiciel HoReCa sygnalizuje wzrost zamówień.
Przyglądając się zewnętrznym instrumentom finansowym, po jakie najczęściej sięgają zarządzający hotelami lub restauracjami, na pierwszym miejscu znajduje się kredyt (58,8%). Jednak również więcej niż połowa przedsiębiorców (51,3%) finansuje swoje inwestycje leasingiem. Po 12,5% firm decyduje się na faktoring lub ubezpieczenie majątku.
MŚP pozostają w dobrych nastrojach
Po najwyższym w historii wyniku dla II kwartału br. na poziomie 63 pkt., główny odczyt „Barometru EFL” za III kwartał 2017 roku wyniósł 59,3 pkt. Warto jednak podkreślić, że wartość wskaźnika jest wyższa nie tylko niż w III kwartale ubiegłego roku (56,6 pkt.), ale w porównaniu do wszystkich pomiarów z 2016 roku. To oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, pomimo odrobinę gorszych prognoz, widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach
W wyniku automatyzacji, w ciągu najbliższych pięciu lat ubędzie 1 mln miejsc pracy tylko w czterech krajach. „Powstanie średnio jedno miejsce pracy związane z zarządzaniem procesami automatyzacji na każde cztery etaty, które będą nią zastąpione” — twierdzą autorzy raportu.
19 września 2017 r. A.T. Kearney opublikował „2017 Global Services Location Index (GSLI)” – raport analizujący 55 krajów pod względem atrakcyjności dla centrów BPO (usług biznesowych zlecanych na zewnątrz) w trzech głównych kategoriach: atrakcyjności finansowej, umiejętności i dostępności pracowników, a także otoczenia biznesowego. GSLI rzuca światło na złożone procesy decyzyjne dot. outsourcingu procesów biznesowych (BPO).
Od czasu ostatniego GSLI z 2016 r. doszło do niewielkich zmian w pozycji rankingowej najważniejszych krajów. Jednakże, wyniki badania wskazują nie tylko na zmiany rankingowe, ale i na niepokojące skutki automatyzacji dla sektora usług biznesowych. Ósma edycja raportu zatytułowana „Zwiększający się wpływ automatyzacji” uwypukla rosnące zagrożenie na rynku pracy szacując, że tylko w czterech krajach ubędzie aż milion etatów.
„Pomimo tego, że trzy pierwsze kraje utrzymują się na tym samym miejscu w rankingu każdego roku od rozpoczęcia badań w 2004 r., zaczęliśmy dostrzegać powiększającą się różnicę między Indiami (pierwsze miejsce w rankingu), a całą resztą, w szczególności Chinami, które znajdują się na miejscu drugim” – zauważa Arjun Sethi – partner and global head of A.T. Kearney Digital Transformation Practice, współautor raportu.
„Rozpowszechniony trend automatyzacji pracy pozwala nam przewidzieć redukcję etatów setek tysięcy niskowykwalifikowanych pracowników w krajach związanych z centrami BPO”.
GSLI jest wiodącym rankingiem określającym atrakcyjność lokalizacyjną dla firm chcących przenieść swoje usługi finansowe, księgowość lub obsługę klienta, a tegoroczne badania mają również szersze spojrzenie na prawdopodobne konsekwencje automatyzacji w kilku typach gospodarek na świecie.
„Nowością w tegorocznych wynikach jest to, że widzimy skutki automatyzacji, które uderzają o miejsca pracy na stanowiskach usługowych. Powiedział Johan Gott – A.T. Kearney principal i współautor raportu. „Kraje z tańszą siłą roboczą doświadczyły w ostatnich latach ogromnego wzrostu w wysokiej jakości zatrudnieniu i transformacji ekonomicznej. Oczywiście, była to część strategii ich rozwoju ekonomicznego. Jednakże, dzisiaj automatyzacja odciska swoje piętno w krajach takich jak Indie czy Filipiny, które do tej pory korzystały ze światowego arbitrażu pracy. Naszym celem jest pomoc firmom w podejmowaniu trafnych decyzji dotyczących outsourcingu procesów biznesowych oraz automatyzacji usług”.
Podsumowanie „2017 Global Services Location Index (GSLI)”:
Indie, Chiny i Malezja po raz kolejny znalazły się w pierwszej trójce destynacji dla centrów BPO, Indie znacząco wyprzedzają resztę krajów.
Indonezja i Brazylia zamieniły się miejscem rankingowym (miejsce czwarte i piąte).
Meksyk wypadł z pierwszej dziesiątki, Wielka Brytania znalazła się w pierwszej 20, Peru pokonuje 27 miejsc i znajduje się na pozycji 20.
Automatyzacja spowoduje masowe cięcia etatów. Badanie szacuje, że powstanie średnio jedno miejsce pracy związane z zarządzaniem procesami automatyzacji, na każde cztery etaty, które są przez nią zastępowane.
Ranking GSLI 2017 i zmiany, jakie zaszły w porównaniu z rokiem 2016:
Kraj
Ranking 2017
Zmiana
Indie
1
0
Chiny
2
0
Malezja
3
0
Indonezja
4
+1
Brazylia
5
-1
Wietnam
6
+5
Filipiny
7
0
Tajlandia
8
-2
Chile
9
0
Kolumbia
10
+10
Sri Lanka
11
+3
Polska
12
-2
Meksyk
13
-5
Egipt
14
+2
Bułgaria
15
-3
Republika Czeska
16
+10
Niemcy
17
+6
Rumunia
18
-5
Wielka Brytania
19
+6
Peru
20
+27
Bangladesz
21
+1
USA
22
-7
Rosja
23
-6
Ukraina
24
0
Estonia
25
+8
Węgry
26
+6
Maroko
27
+7
Łotwa
28
-10
Więcej o “A.T. Kearney Global Services Location Index”
W jego ósmej edycji od 2004 roku, raport GSLI pomaga firmom podejmować decyzje o tym, gdzie lokalizować swoje operacje offshore oraz rzuca światło na ich złożone wybory. Kraje wybrano na podstawie danych dotyczących przedsiębiorstw, bieżącej działalności w zakresie usług zdalnych oraz inicjatyw rządowych w celu promowania sektora. Każdy z krajów oceniany jest według 38 pomiarów w celu oceny jego atrakcyjności finansowej, umiejętności i dostępności pracowników, a także otoczenia biznesowego. Pełne badanie można znaleźć pod adresem: https://www.atkearney.com/strategy-and-top-line-transformation/article?/a/the-widening-impact-of-automation.
ITMAGINATION nie tylko stworzy dla 4Mobility nowoczesną platformę obsługi klienta. Firma zdecydowała się również na zakup akcji. „Wierzymy, że 4Mobility będzie liderem rynku nowoczesnych usług transportowych”, przekonują przedstawiciele ITMAGINATION.
Zmieniające się zwyczaje i styl życia mieszkańców miast sprawiają, że szybko rośnie popyt na innowacyjne usługi transportowe. Car sharing, czyli wynajem auta na minuty, spotyka się z dużym zainteresowaniem, ponieważ zapewnia niezależność i wygodę samodzielnej jazdy samochodem. Pozwala przy tym uniknąć problemów i kosztów, z którymi borykają się posiadacze aut w dużych miastach.
„Po roku działalności widzimy jak duża jest dynamika rozwoju usługi car sharing, co automatycznie wymusza na nas sięganie po najnowocześniejsze rozwiązania IT. Dlatego z przyjemnością informujemy, że nasz nowy partner biznesowy – firma ITMAGINATION – oprócz dostarczenia bardzo nowoczesnej platformy pozyskiwania i obsługi klientów postanowił zaangażować się kapitałowo obejmując całość emisji serii E”, mówi Paweł Błaszczak, założyciel i CEO firmy 4Mobility.
Nowy partner biznesowy
Wejście znaczącego inwestora do 4Mobility usprawni dalszą realizację strategii firmy i pozwoli na budowanie przewag konkurencyjnych, dotyczących zwłaszcza obszaru IT.
„Skalowalność rozwiązań informatycznych jest istotna dla komfortu naszych dotychczasowych użytkowników, ale również umożliwi szybsze pozyskiwanie nowych odbiorców naszych usług. Partnerstwo z ITMAGINATION – spółką specjalizującą się w tworzeniu innowacyjnych systemów informatycznych dla największych europejskich firm – gwarantuje nam stworzenie usług car sharing nowej generacji”, dodaje Paweł Błaszczak.
„Misją ITMAGINATION jest wzmacnianie innowatora w każdym z nas. Dlatego tworzymy wyjątkową platformę car sharing dla 4Mobility z myślą o konsumentach i innowacjach wynikających z nowej ekonomii. Dzięki temu zapewnimy użytkownikom wysoki komfort korzystania z aut za dostępną cenę – wtedy, kiedy tego potrzebują”, podkreśla Daniel Arak, członek zarządu i współzałożyciel ITMAGINATION.
„Ponadto w ramach ITMAGINATION Ventures zdecydowaliśmy się objąć pakiet akcji spółki 4Mobility. Wierzymy szczególnie w rozwój e-mobilności, a 4Mobility – wraz z nową platformą i konsekwentnie realizowaną strategią – stanie się liderem tego rynku. Jesteśmy przekonani, że jest to świetna inwestycja”, podsumowuje Dawid Łaziński, członek zarządu i jeden z założycieli ITMAGINATION.
Korzyści dla klientów
ITMAGINATION stworzy dla 4Mobility nowoczesną platformę obsługi klienta, dzięki czemu dostępność usług będzie dostosowywana na bieżąco do zapotrzebowania. Zastosowanie algorytmów analizy Big Data oraz sztucznej inteligencji pozwoli na przewidywanie zmian w zapotrzebowaniu na auta i reakcję z wyprzedzeniem – umożliwiając jak najlepsze rozlokowanie floty samochodów. System pozwoli ponadto na szeroką integrację z usługami obecnych i przyszłych partnerów. Integracja obejmie systemy płatności, programy rabatowe oraz inne usługi zwiększające komfort klientów 4Mobility. Wszystkie usługi będą dostępne za pomocą aplikacji mobilnej.
Klienci 4Mobility skorzystają na współpracy głównie, dzięki zwiększeniu dostępności aut oraz ilości miejsc, gdzie można je zostawić. Możliwość integracji z innymi usługami sprawi, że klienci 4Mobility będą mieli dostęp do aut w hotelach, na lotniskach czy dworcach. Integracja z systemami rabatowymi zapewni natomiast dostęp do dodatkowych benefitów.
Platforma 4Mobility będzie wciąż rozwijana. Celem jest nie tylko ułatwienie korzystanie z aut, ale również zapewnienie komfortowego przemieszczania się po mieście – niezależnie od wyboru środka transportu.
Euro traci po tym, jak w referendum w Katalonii aż 90% głosujących opowiedziało się za odłączeniem tego regionu od Hiszpanii. Zyskuje natomiast polska waluta nie tylko do euro, ale także do dobrze radzącego sobie amerykańskiego dolara, co nie jest zjawiskiem częstym (przy wzrastającej sile dolara złotówka wraz z walutami innych rynków wschodzących zwykle traci do innych głównych walut światowych). To skutek decyzji agencji indeksowej FTSE Russell, która przesunęła Polskę z grupy rynków wschodzących do grupy 25 państw mających rynek rozwinięty. Co więcej, złotówkę wsparła też nowa prognoza Goldman Sachs, który podniósł szacunek tempa wzrostu PKB Polski z 4,3% do 4,4% w tym roku i z 3,5% do 3,6% w 2018 r.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar nadal zyskuje do głównych walut: do euro (+0,42%), brytyjskiego funta (+0,28%), dolara kanadyjskiego (+0,22%), dolara australijskiego (+0,18%) oraz japońskiego jena (+0,35%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,176, GBP/USD – 1,336, USD/CAD – 1,25, AUD/USD – 0,782 i USD/JPY – 112,9. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,07%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,88. W porównaniu do piątku złotówka zyskuje do głównych walut. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,66 zł, euro – 4,31 zł, funt – 4,89 zł, a frank szwajcarski – 3,7 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,68%, frankfurcki indeks DAX – o 0,98%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,68%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,37%, meksykański indeks Bolsa – 0,42%, a brazylijski indeks Bovespa – 0,99%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,22%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,48%.
Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej odrabiają część strat. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 57,54 USD (+0,23%), a ropy WTI – 51,67 USD (+0,21%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostaje na poziomie 59 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszych wzrostach idzie w dół. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1273 USD. To 12 USD mniej (-0,93%) niż dobę przed weekendem.
„Jastrzębi” ton amerykańskiego banku centralnego spowodował przecenę obligacji na rynkach bazowych – w USA i Niemczech.
Polskie papiery skarbowe też poddały się korekcie, jednak wciąż mają potencjał do dalszych zwyżek.
Polskie obligacje są wspierane przez czynniki lokalne. Ryzyko stanowi ewentualne szybsze zacieśnianie polityki monetarnej w strefie euro.
Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI
Niedawna zapowiedź aż trzech podwyżek stóp procentowych w USA w 2018 roku wyraźnie zaskoczyła rynki finansowe. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. W ostatnich dniach rentowność amerykańskich obligacji 10-letnich wzrosła do ok. 2,30%, a niemieckie na moment przełamały poziom 0,5%. W ślad za rynkami bazowymi korekcie poddał się także rynek długu skarbowego w Polsce. Rentowności polskich obligacji 10-letnich przekroczyły 3,3%, chociaż jeszcze niedawno znajdowały się blisko 3,1% – tegorocznego minimum. Rzut oka na przepływy kapitału pozawala stwierdzić, że za ten ruch na polskim rynku długu są, w pewnym stopniu, odpowiedzialni amerykańscy inwestorzy. Wobec obniżenia spreadu (premii za inwestowanie w Polsce) oraz braku perspektyw na umocnienie złotego, które dałoby dodatkowy zysk z inwestycji, część z nich postanowiła wycofać środki do USA.
W najbliższym czasie uczestnicy rynku powinni zwracać szczególną uwagę na to, w jakim kierunku podąży polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego. Inwestorzy z krajów Europy Zachodniej posiadają obecnie największy udział w polskim długu, dlatego rentowności naszych obligacji będą wrażliwe na to, co powie Mario Draghi. Jeśli zasygnalizuje szybsze zacieśnianie polityki monetarnej niż spodziewają się tego inwestorzy, na rynku może dojść do zawirowań.
Lokalne fundamenty wciąż silne
O ile otoczenie zewnętrzne stanowi niewiadomą, o tyle krajowe fundamenty są niezmiennie solidne. Jednym z nich jest bardzo dobre wykonanie budżetu i nadwyżka, która po sierpniu wyniosła prawie 5 mld zł. Obniża to ryzyko kredytowe emitenta (Skarbu Państwa) i zwiększa atrakcyjność polskich obligacji w oczach inwestorów. Wsparciem dla obligacji, a więc i funduszy obligacyjnych, jest także stabilna inflacja. W sierpniu wzrost cen w Polsce nieco wyhamował w porównaniu do lipca, a rok do roku wzrósł o 1,8%.
Na kształtowanie się inflacji w Polsce w kolejnych miesiącach będą miały wpływ dwa czynniki. Zewnętrzny, w postaci zmian cen surowców, oraz wewnętrzny – tempo wzrostu płac. W sierpniu wynagrodzenia wzrosły o 6,6% w porównaniu do ubiegłego roku, co stanowi najwyższy odczyt od 2012 roku. Spodziewamy się, że pensje będą rosły jeszcze szybciej, jednak dopóki gwałtownie nie wystrzelą w górę, także inflacja pozostanie w ryzach. A dopóki nie przekroczy 2%, dopóty polskie obligacje będą atrakcyjne dla inwestorów. I da się jeszcze zarobić na funduszach obligacyjnych.
Plan Rozwoju Elektromobilności przedstawiony w ubiegłym roku przez rząd, w ocenie aż 68% przedstawicieli zakładów motoryzacyjnych w Polsce, jest nie do zrealizowania w zakładanych ramach czasowych i ilościowych. Tak wynika z najnowszej, drugiej edycji raportu „MotoBarometr 2017. Nastroje w automotive” przygotowanego przez Exact Systems. Brak optymizmu to pochodna wielu wyzwań, z jakimi wiąże się wdrożenie rządowego projektu. Najważniejsze to brak odpowiedniej infrastruktury, w tym sieci doładowywania pojazdów, (32%) oraz niska „elektroświadomość” Polaków (27%).
– Pojazdy elektryczne z pewnością na stałe wpiszą się w przyszły obraz motoryzacyjny Polski, ale nie stanie to się w ciągu najbliższych kilku lat. To będzie raczej zmiana ewolucyjna, a nie rewolucja. Jej wprowadzenie wiąże się z ogromną pracą w wielu obszarach, które z jednej strony wpłyną na rozwój przemysłu elektromobilności w Polsce, z drugiej zaś wykreują popyt na auta elektryczne.Jednak chciałbym podkreślić, że elektrokierunek, w którym zmierza polski rząd, jest dobry i wpisuje się w europejską politykę elektromobilności. Wszystkie najważniejsze kraje naszego kontynentu również wyszły ze swoimi propozycjami, których celem jest przesiadka kierowców z pojazdów spalinowych do elektrycznych. Najszybciej, bo już od 2025 roku, wprowadzenie zakazu sprzedaży aut z silnikami benzynowymi i diesla planują rządy Norwegii i Holandii, Niemcy mówią o roku 2030, a Francja i Wielka Brytania chcą, by ostatnim rokiem, kiedy w ich kraju będą oferowane samochody z silnikami spalinowymi, był 2040. O ile jednak w tych państwach elektromobilna rewolucja jest realna – rocznie sprzedaje się tam kilkadziesiąt tysięcy samochodów elektrycznych, o tyle w Polsce z roczną sprzedażą na poziomie kilkuset e-aut, założony cel sprzedaży 1 mln pojazdów z elektrycznym napędem do końca 2025 roku będzie znacznie trudniejszy do osiągnięcia. Jeśli elektromobilność ma być masowa, samochody elektryczne muszą być tańsze lub korzyści wynikające z ich użytkowania, jak i zasięg większe, a infrastruktura do tankowania dostępniejsza – twierdzi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems S.A.
Bez infrastruktury elektroniczne auto daleko nie pojedzie
Wśród przedstawicieli branży motoryzacyjnej w Polsce nie widać optymizmu w kwestii realizacji Planu Rozwoju Elektromobilności. Aż dwie trzecie zapytanych uważa, że rządowy Plan w przedstawionym kształcie nie ma szansy na realizację.
Brak optymizmu wynika z wielu wyzwań, jakie wiążą się z wdrożeniem rządowego projektu. Jedna trzecia zapytanych wskazała na brak odpowiedniej infrastruktury, w tym sieci doładowywania pojazdów, a co czwarty uważa, że barierą jest niska świadomość społeczeństwa i popularyzacja tego rozwiązania wśród Polaków. Ponadto, przedstawiciele polskich zakładów produkcyjnych zdają sobie sprawę, że zmiana technologiczna, z jaką wiąże się wprowadzenie napędu alternatywnego, to rewolucja na wielką skalę, która wymaga przygotowania kompleksowego łańcucha produkcyjnego oraz czasu. 21% respondentów uważa, że polscy dostawcy mają zbyt niskie kompetencje i doświadczenie w obszarze elektromobilności, a 14%, że pozostało zbyt mało czasu na dostosowanie linii produkcyjnych w istniejących zakładach. Tylko co czwarty zapytany uważa, że Plan Rozwoju Elektromobilności ma szansę na realizację.
Tadeusz Syryjczyk, Partner w Zespole Doradców Gospodarczych TOR, zwraca uwagę, że na pesymistyczne postrzeganie perspektyw elektromobilności w Polsce wpływ mają – obok oczywistego braku infrastruktury – obecnie dostępne parametry techniczne. – Przed przemysłem motoryzacyjnym i elektroenergetycznym stoi problem, który sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: jak wysoką cenę baterii zrównoważyć niskim kosztem eksploatacji (energii elektrycznej, trwałości i niewielkich nakładów na konserwację) w okresie jej użytkowania? Jest to zarówno problem technologiczny, jak i odnoszący się do sposobu finansowania. Nie chodzi tu tylko o kwestie czysto finansowe, ale także o realną gwarancję trwałości baterii i rozłożenia finasowania zakupu w czasie tak, aby ponoszony na początku koszt był porównywalny z klasycznym pojazdem, a późniejsze koszty energii i spłata dodatkowych elementów – zwłaszcza baterii – dawały wymierny efekt w postaci oszczędności – mówi Tadeusz Syryjczyk.
Plan Rozwoju Elektromobilności przybliży nas do globalnych trendów
Z Planem Rozwoju Elektromobilności wiąże się nie tylko wiele obaw, ale również korzyści dla rozwoju automotive w Polsce. Dwie najważniejsze, na jakie wskazali przedstawiciele branży motoryzacyjnej, dotyczą obszaru podażowego Planu (podaż rozumiana jako rozwój przemysłu elektromobilności w Polsce, który ma zaopatrywać Polaków w pojazdy elektryczne). 36% ankietowanych uważa, że na potrzeby realizacji Planu powstaną nowe zakłady produkcyjne, a 32%, że wzrosną zamówienia na części i akcesoria do pojazdów elektrycznych w istniejących już zakładach. Co czwarty przedstawiciel zakładów motoryzacyjnych w Polsce ma natomiast nadzieję, że dzięki pracom nad obszarem elektromobilności, nasze automotive będzie podążać za globalnymi trendami motoryzacyjnymi (24% wskazań). Co ciekawe, tylko 15% zapytanych jest zdania, że realizacja Planu Rozwoju Elektromobilności jest w stanie wykreować wśród Polaków popyt na auta elektryczne. – Ten dosyć niski odsetek optymistów może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że budowanie „elektroświadomości” jest jednym z filarów rządowego projektu – zwraca uwagę Paweł Gos z Exact Systems S.A.
e-Bus wyprzedzi e-Auto
Plan Rozwoju Elektromobilności opiera się na dwóch najważniejszych filarach – rozwoju samochodu elektrycznego oraz autobusu elektrycznego. Na pytanie, który segment ma większe szanse na sukces, blisko połowa przedstawicieli branży motoryzacyjnej wskazała na e-Busa. Co czwarty uważa, że to samochód elektryczny może mieć większe szanse na powodzenie.
– Warto pamiętać, że oba projekty obarczone są wieloma czynnikami ryzyka oraz związanymi z nimi wyzwaniami. Jednak o ile w przypadku samochodów elektrycznych obecnie mamy do czynienia zarówno z brakiem wystarczającej infrastruktury jak i zaplecza produkcyjnego, o tyle w przypadku autobusów z napędem elektrycznym, w Polsce funkcjonuje kilka zakładów produkujących, i to na skalę międzynarodową – podkreśla Paweł Gos.
Plan Rozwoju Elektromobilności w Polsce został przyjęty przez Radę Ministrów 16 marca 2017 roku. Dokument jest jednym z trzech elementów opracowanego w Ministerstwie Energii Pakietu na Rzecz Czystego Transportu, na który składają się również Krajowe ramy polityki infrastruktury paliw alternatywnych oraz Fundusz Niskoemisyjnego Transportu. Plan Rozwoju Elektromobilności w Polsce określa korzyści związane z upowszechnieniem stosowania pojazdów elektrycznych w naszym kraju oraz identyfikuje potencjał gospodarczy i przemysłowy tego obszaru.[1]
Metodologia badania
Badanie „MotoBarometr 2017. Nastroje w automotive. Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja” zostało przeprowadzone przez firmę Exact Systems na celowej próbie przedstawicieli firm z sektora automotive będących klientami Exact Systems. Wśród nich znajdują się m.in. producenci samochodów, poddostawcy części i komponentów samochodowych Tier I i Tier II takich jak wycieraczki, szyby samochodowe, dachy, kolumny kierownicze czy elementy bezpieczeństwa. Wielkość próby wyniosła 429 respondentów z 6 państw (Polska, Czechy, Niemcy, Rosja, Rumunia, Słowacja).
Badanie zrealizowano metodą telefonicznych wywiadów (CATI), ankiet online oraz ankiet indywidualnych od kwietnia do lipca 2017 roku.
[1] Źródło informacji o Planie Rozwoju Elektromobilności: Biuletyn Informacji Publicznej Ministerstwa Energii: http://bip.me.gov.pl
Po huraganie Harvey, który zaburzył proces produkcji paliw na amerykańskim wybrzeżu, kierowcy mają kolejne powody do obaw. Silny wzrost popytu na diesla po obu stronach Atlantyku oraz rekordy pozycji spekulacyjnych nastawionych na wzrost tego paliwa mogą oznaczać wyraźny wzrost ceny oleju napędowego – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
W ostatnich tygodniach kierowcy nie mają szczęścia do wydarzeń na globalnym rynku paliw. Niszczycielski żywioł, który nawiedził południe Stanów Zjednoczonych, spowodował silne zaburzenia w produkcji benzyn i znaczny wzrost jej cen na całym świecie. Jeszcze pod koniec sierpnia litr popularnej bezołowiówki, według danych Komisji Europejskiej (KE), kosztował w Polsce średnio 4,46 zł, a w połowie września było to już 4,64 zł.
Odzyskanie mocy produkcyjnych przez rafinerie usytuowane w Teksasie czy Luizjanie pozwoliło na korektę spadkową tych wzrostów. W minionych dniach litr benzyny w hurcie na europejskim rynku ARA kształtował się blisko granicy 1,65 zł, czyli ok. 10 gr mniej niż podczas szczytu huraganowych problemów. Również dane z krajowego rynku hurtowego pokazują, że może być pole do kilkugroszowych spadków cen „95” na początku października.
Zupełnie inaczej wygląda sytuacja oleju napędowego (ON). Ceny na rynku ARA rosną praktycznie nieprzerwanie od miesiąca. Obecnie litr tego paliwa kosztuje 1,72 zł, czyli 25 gr więcej niż miesiąc temu i 40 gr powyżej wartości obserwowanych pod koniec czerwca. Bieżące notowania ON sugerują, że średnia cena tego paliwa na stacjach może wzrosnąć o kilkanaście gr w kolejnych dniach i utrzymywać się w przedziale 4,55-4,60 zł, czyli praktycznie zrównać się z ceną benzyny. To niestety nie koniec złych informacji.
Rośnie popyt. Spekulanci chcą zarobić
Bieżące wzrosty cen diesla coraz mniej mają wspólnego z zaburzeniami związanymi z huraganem, a coraz więcej z zaskakująco szybko rosnącym popytem, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Europie. Według wrześniowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) zapotrzebowanie na ON w Stanach Zjednoczonych przekroczyło 5-letnie maksima zarówno w maju, jak i w czerwcu.
Zaskakująco mocno rośnie również popyt na diesla we Francji czy w Niemczech. W porównaniu do czerwca ub. r. zwiększył się on odpowiednio o 10 proc. i 13 proc. IEA zwraca także uwagę na silny wzrost zapotrzebowania na ON we Włoszech, w Polsce oraz w Hiszpanii, co przede wszystkim jest związane z poprawą koniunktury gospodarczej na terenie UE.
Wzrost popytu powoduje z kolei bardzo szybką redukcję zapasów. Jeszcze w połowie sierpnia, według danych agencji Bloomberg, przekraczały one o 10 proc. pięcioletnią średnią w Północnej Europie oraz w USA, a w Singapurze były wyższe o 30 proc. W drugiej połowie września już na wszystkich wymienionych rynkach zapasy są niższe od pięcioletniej średniej.
Rosnący popyt i nienadążająca za nim produkcja ON skłoniły kapitał spekulacyjny do gry na dalsze wzrosty tego paliwa. Według danych CFTC w ostatnim tygodniu liczba netto pozycji obstawiających kontynuację trendu wzrostowego cen diesla zwiększyła się o ponad 11 tys. i doszła do 62 tys. Są to najwyższe poziomy od 2006 r., czyli od momentu publikacji tych danych.
Zima kluczowa dla diesla
Poza obserwowaniem danych o popycie i podaży ON bardzo istotne mogą się okazać informacje pogodowe. Jeżeli temperatura w okresie jesienno-zimowym nie spadnie poniżej wieloletniej średniej, to prawdopodobnie spekulanci zaczną redukować pozycje nastawione na wzrosty cen diesla, co z kolei powinno szybko zatrzymać wzrost cen na stacjach.
Gdyby natomiast pogoda w Europie oraz w Ameryce Północnej nie rozpieszczała, to popyt na ON będzie rósł nie tylko z powodu wyższego zapotrzebowania w transporcie, ale również w związku rosnącą konsumpcją w celach grzewczych. Wtedy diesel na stacjach może być droższy niż „95”, i przekraczać spodziewane w najbliższych dniach okolice 4,50-4,60 zł/litr.
W ostatnim czasie dużo emocji wzbudziła ustawa o systemie ubezpieczeń społecznych. W tej sprawie interweniowali przedsiębiorcy oraz Rada Dialogu Społecznego, również u premier Beaty Szydło.
– Jest to zapis niekorzystny dla przedsiębiorców, ponieważ daje ZUS-owi możliwość przeksięgowywania środków z płatnika pozornego (zdaniem ZUS-u) – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodnicząc Federacji Przedsiębiorców Polskich – Nie jest to jednak największym problemem przedsiębiorców. Są nim obecne kontrole Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, który dotychczas uznawał ustawową możliwość odprowadzania składki od pierwszej umowy, nie zmuszając przedsiębiorców do ozusowania drugiej za okresy do 2016 roku. Obecnie jednak ich do tego obliguje, uznając pierwszą umowę za pozorną. Natomiast przedsiębiorcy sprzedawali usługi wg kalkulacji bez dodatkowego ozusowania i takie płatności otrzymywali od zamawiających, zatem nie mają środków na pokrycie powstającej luki między składkami z obu umów. Za usługi świadczone w latach 2008-2015 przedsiębiorca dostawał w granicach 5-8 zł i tyle płacił również Skarb Państwa w ramach zamówień publicznych – a zatem był beneficjentem tak skonstruowanego prawa. Tymczasem ZUS oczekuje uzupełnienia składek od kwoty 13zł. Przedsiębiorcy tej różnicy nie dostali od zamawiających, więc nie mają na nie środków. Jedynym beneficjentem tego przedsięwzięcia był Skarb Państwa i to tam zapewne są te pieniądze – dodał Kowalski.
Powrót do wieku emerytalnego w postaci 60 i 65 lat stało się faktem. Nie oznacza to jednak, że wszyscy, którzy nabyli i w przyszłości nabędą uprawnienia do świadczeń zrezygnują z aktywności zawodowej. Z danych Kantar Millward Brown dla Work Service wynika, że blisko 54% Polaków planuje po przejściu na emeryturę dalej pracować. Powody? Przeważają te finansowe. Polacy pozostając na rynku pracy chcą albo otrzymać wyższe świadczenie albo dorobić do już otrzymywanego. Blisko 18% kieruje się jednak innymi przesłankami niż pieniądze. To dobra informacja dla pracodawców, bo masowy odpływ pracowników mógłby mocno odbić się na ich bieżącej działalności.
Od 1 października wszyscy mężczyźni, którzy mają 65 lat i kobiety, które osiągnęły wiek 60 mogą przejść na emeryturę. To efekt obniżenia wieku emerytalnego z 67 lat dla obu płci. Z szacunków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że po zmianach prawo do świadczeń uzyska dodatkowo ponad 330 tys. osób. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że część tych osób pozostanie na rynku pracy. Podobnie będzie w przyszłości, kiedy uprawnienia będą nabywać kolejne roczniki. Potwierdzają to dane Work Service, z których wynika, że 53,7% Polaków planuje pozostać na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego.
Nasze dane pokazują, że 36% osób pracujących kieruje się względami finansowymi. Chodzi o wyższe świadczenie i dorobienie do emerytury. W obu przypadkach dłuższa aktywność zawodowa ma się przełożyć na lepszy poziom życia. Dzisiejsze świadczenie, które wynosi średnio ok. 1780 zł netto wielokrotnie nie zaspokaja potrzeb osób starszych. Tym bardziej, że mediana jest o blisko 200 zł niższa. Jednocześnie to, że Polacy chcą pracować na emeryturze jest dobrą informacją dla pracodawców. Tym bardziej, że wobec rosnących niedoborów kadrowych, każdy odpływ pracowników to dla firm ogromny kłopot – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Najbardziej chętni do pracy są seniorzy
Patrząc na kategorie wiekowe to największy odsetek deklarujących aktywność zawodową po przejściu na emeryturę znajduje się wśród osób powyżej 60 roku życia i wynosi 60,2%. W tej grupie 15,4% badanych uznaje potrzebę dalszej pracy, aby opóźnić pobieranie świadczenia emerytalnego i tym samym zwiększyć jego wartość. Z kolei niemal co trzecia osoba (30,3%) kieruje się dorobieniem do otrzymywanego świadczenia. Natomiast wśród Polaków między 18 a 24 rokiem życia chęć do pracy po wejściu w wiek emerytalny jest jedna z najmniejszych i wynosi 49,8%. Jest to spowodowane m.in. oddaloną perspektywą emerytury, która może nie być poważnie brana pod uwagę przez osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z rynkiem pracy.
W kontekście wchodzących w życie zmian wieku emerytalnego powinna cieszyć informacja, że w grupie 60+ występuje tak duża chęć pozostania na rynku pracy. Bliska perspektywa emerytury i świadomość wysokości świadczeń na pewno działa mobilizująco, ale jest z pewnością skorelowana z większą dostępnością miejsc zatrudnienia – dodaje Maciej Witucki.
Etat i niskie zarobki zachęcają do emerytury
Polacy pracujący na pełny etat (49,3%) rzadziej myślą o aktywności zawodowej na emeryturze niż osoby, które mają inne formy zatrudnienia (60,7%). Co ciekawe jeśli przeanalizuje się deklaracje badanych pod względem płac, to najrzadziej aktywność zawodową deklarują ci, którzy zarabiają co miesiąc poniżej 2000 zł (49,3%). W ich przypadku różnica w miesięcznych dochodach z pracy i emerytury byłaby niewielka. Inaczej jest w grupach lepiej zarabiających, w których skłonność do pozostania na rynku pracy jest wyraźnie większa. W przypadku osób otrzymujących co miesiąc między 2000 a 2999 zł odsetek ten wynosi 60,3%, a wśród ludzi, których pensja przekracza 3000 zł 60,5%.
***
Metodologia badania:
Dane prezentowane zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowano na próbie osób pracujących (N=636) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-3,96%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATIBUS w okresie 12-16.09.2017 r.
Instytut Badawczy ABR SESTA sprawdził we wszystkich wydziałach gospodarczych KRS, jak długo trzeba czekać na założenie sp. z o.o. Najwięcej z nich, bo aż 38%, podało, że średnio trwa to ok. 1 miesiąc. 19% poinformowało, że potrzebny jest zaledwie 1 tydzień. Tyle samo wskazań, miało stwierdzenie „trudno powiedzieć”. W 14% sądów padła odpowiedź, że należy czekać 2 tygodnie. A w 10% placówek zapewniono, że procedura zajmie ok. 2-3 miesiące. W tydzień zarejestrujemy spółkę w Kielcach, Szczecinie i Toruniu. W Koszalinie i w Warszawie zajmie to ok. 2 tygodni. Najdłużej poczekają na rozpatrzenie sprawy przedsiębiorcy w Bydgoszczy – kwartał i w Poznaniu – 2-3 miesiące. Jednak, zdaniem ekspertów, 1 lub 2 tygodnie to tylko prognozy, które w praktyce bardzo rzadko się sprawdzają.
Jak stwierdza Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office, założenie sp. z o.o. w tydzień lub dwa tygodnie teoretycznie jest możliwe, gdy wniosek składamy bez braków formalnych w mniejszych województwach. Natomiast już w większych aglomeracjach graniczy to z prawdziwym cudem. Według danych Krajowego Rejestru Sądowego, w świętokrzyskim jest zarejestrowanych w sumie ok. 8 tys. spółek, fundacji i stowarzyszeń. W wydziale KRS Sądu Rejonowego w Kielcach zajmuje się nimi 1 sędzia i 7 referendarzy. Adwokat oblicza, że na 1 osobę przypadło tam zatem blisko 1000 zarejestrowanych podmiotów. Ekspert zestawia to z wynikiem dla Warszawy – ok. 1700 i Wrocławia – ok. 1100. Zdaniem Bartosiaka, różne tempo rejestracji działalności zależy m.in. od ilości pracy w konkretnej lokalizacji.
– Dane instytutu badawczego ABR SESTA wyraźnie wskazują, że w dużych miastach zarejestrowanie spółki z o.o. zajmuje najczęściej miesiąc. W tym czasie przedsiębiorca może np. podpisać umowę wstępną na wynajem biura i zakupić meble, o ile zdecydował się na sporządzenie umowy spółki przed notariuszem. Jednak trudno mu będzie zawrzeć poważny kontrakt z klientem. Choć nie jest to niemożliwe z punktu widzenia przepisów, to jednak trzeba pamiętać o tym, że wpis podmiotu w KRS wiąże się m.in. z domniemaniem prawdziwości podawanych danych. Na takie potwierdzenie będzie czekał zarówno nabywca usług, jak i kontrahent – mówi radca prawny Marek Niczyporuk z Kancelarii MSDS LEGAL Szczotka Szczygieł.
Unijne standardy?
W Unii Europejskiej założenie działalności gospodarczej średnio zajmuje 1 dzień. Ponadto, w wielu krajach nie ma dublowania rejestrów i numerów identyfikacyjnych. U nas jest KRS, REGON i NIP. W ramach unijnych struktur zachęca się kraje członkowskie do wprowadzenia zasad, zgodnie z którymi czas założenia firmy nie przekracza 3 dni roboczych. Ponadto, państwa powinny zapewniać możliwość dopełnienia wszelkich procedur za pośrednictwem jednego organu administracyjnego i przez Internet. W Polsce istnie możliwość założenia spółki w trybie online, ale nadal to forma, która nie jest popularna wśród przedsiębiorców, bo generuje kilka istotnych problemów.
– Należy zaznaczyć, że w Polsce nie wszystkie rodzaje spółek można założyć w tym trybie. Kodeks spółek handlowych przewiduje takie rozwiązanie dla spółki jawnej, komandytowej i z ograniczoną odpowiedzialnością. Poza tą możliwością pozostają zatem nadal popularne spółki akcyjne czy partnerskie. Ponadto na obniżenie popularności rejestracji spółki online wpływa bardzo ograniczona możliwość modyfikacji samych umów spółek w stosunku do obowiązkowego wzorca. To powoduje, że większość wspólników niedługo po zarejestrowaniu spółki w trybie S24 i tak udaje się do notariusza w celu zmiany treści umowy – wyjaśnia Marek Niczyporuk.
Jest coraz dłużej
Ekspert z Business Centre Club, dr Tomasz Chilarski, dostrzega, że okres oczekiwania na wpis znacząco się wydłużył w ostatnich miesiącach. Zdaniem radcy prawnego, ta sytuacja wynika z poważnych zmian organizacyjnych i administracyjnych, jakie zachodzą obecnie w sądach rejestrowych. Następują one w związku z ustawą o sądach powszechnych, która weszła w życie 4 maja br. Powołani przez Ministra Sprawiedliwości dyrektorzy sądów reorganizują działanie instytucji. Dochodzi przy tym do dużej wymiany kadrowej na stanowiskach administracyjnych, zmieniają się też wewnętrzne procedury w wydziałach rejestrowych. W związku z tym, wydłuża się kolejka wniosków o wpis do KRS.
– Instytut badawczy ABR SESTA wykazał, że rejestracja spółki z o.o. trwa w Polsce nawet kwartał. To oczywiście stanowczo za długo. Trzeba zwrócić uwagę na fakt, że sędziowie mają zbyt wiele pracy i za mało wsparcia administracyjnego. Aż kilkaset stanowisk sędziowskich wciąż pozostaje nieobsadzonych. Liczba asystentów nie rośnie, a sekretariaty mają niedostateczną obsadę. Ten problem pogłębia się od lat i nikt go realnie nie rozwiązuje. Co więcej, w tym roku sędziowie z KRS dodatkowo zostali obciążeni rozpoznawaniem wniosków o ogłoszenie upadłości konsumenckich, bo sądy upadłościowe nie dawały sobie z tym rady. To pogorszyło sytuację – zaznacza Mateusz Medyński z Kancelarii Zimmerman i Wspólnicy.
Tymczasem Marek Niczyporuk zauważa, że w wielu branżach są powoływane odrębne spółki nawet dla wykonania pojedynczych inwestycji, np. deweloperskich. Dlatego w ostatnich latach znacznie wzrosła liczba wniosków wpływających do wydziałów KRS. Ponadto te instytucje, oprócz rejestracji nowych spółek, zajmują się także wykreśleniami podmiotów czy dokonywaniem zmian we wpisach. W dużej mierze, również wskutek wprowadzenia instytucji tzw. jednego okienka, przejęły one część obowiązków, które wcześniej wykonywały urzędy skarbowe czy urzędy statystyczne. Niekoniecznie wiązało się to ze zwiększeniem obsady tych wydziałów nowymi sędziami, referendarzami czy chociażby kadrą administracyjną.
Źródła problemów
– W przeprowadzonym badaniu na pytanie, czy ewentualnie można złożyć do przewodniczącego wydziału wniosek o przyspieszenie rejestracji, większość wydziałów KRS odpowiadała twierdząco. Ale dodawano, że w zasadzie to niewiele zmieni. Należy wyjaśnić, że wniosek o przyspieszenie rejestracji nie jest formalnie uregulowanym narzędziem. Natomiast przedsiębiorcy go nadużywają, bo formularz nie zawiera rubryki, w której można wyjaśnić dlaczego trzeba szybko rozpatrzeć daną sprawę, np. w związku ze śmiercią prezesa. Trudno jest oczekiwać empatii od referendarzy, gdy większość petentów powołuje się na pilną potrzebę wpisu bądź dokonania zmian w rejestrze – zauważa Marek Niczyporuk.
Co trzeba zmienić?
Zdaniem adwokata Jakuba Bartosiaka, problem z długim oczekiwaniem na zarejestrowanie spółki powinno rozwiązać uproszczenie formularzy i umożliwienie wypełniania ich online. Należy wykorzystać istniejące komputerowe bazy danych, tak aby nie było konieczne wielokrotne wpisywanie tych samych informacji. Ważny jest także szybki kontakt z wnioskodawcami, telefoniczny lub mailowy. Niektóre braki można by było uzupełnić na bieżąco, dowożąc osobiście brakujący dokument. Jednocześnie trzeba podnieść efektywność i kulturę pracy w tego typu instytucjach. Chodzi o to, żeby orzecznicy nie ograniczali się do dziennej normy rozpatrzenia 10 czy 15 wniosków i czuli się odpowiedzialni za podejmowane decyzje.
– Zgodnie z badaniem Instytutu Badawczego ABR SESTA, a także z codzienną praktyką, zasadnym wydaje się przeprowadzenie poważnych audytów w wydziałach KRS. Ich celem powinno być ustalenie potrzeb kadrowych. Znacznie większe nakłady w zakresie doinwestowania należy kierować do sądów znajdujących się w okręgach bardziej uprzemysłowionych. Tam potrzeby są największe. Rzeczywistość biznesowa w Polsce jest bardzo dynamiczna, a zatem warto regularnie przeprowadzać tego typu działania, by móc na bieżąco reagować na zmieniającą się sytuację – podsumowuje Marek Niczyporuk.
Badanie zostało zrealizowane metodą mystery shopping, czyli Tajemniczy Klient, w 21 wydziałach KRS w Polsce. Odbyło się w dniach 19-21 września br.
Grupa Murapol w pierwszym półroczu 2017 roku wypracowała 125,8 mln zł przychodów, osiągając zysk z działalności operacyjnej na poziomie 98 mln zł oraz zysk netto w wysokości 92,2 mln zł. Grupa poszerzyła mapę działalności o nowe lokalizacje zarówno krajowe, jak i zagraniczne oraz współtworzyła kolejne produkty inwestycyjne oparte o realizowane projekty nieruchomościowe.
Największy wpływ na wysokość przychodów wypracowanych przez Grupę Murapol w pierwszym półroczu 2017 r. miał segment doradczo-wykonawczy, którego wpływy wyniosły 89 mln zł oraz deweloperski z 44 mln zł przychodów. Ujemny wynik na działalności inwestycyjnej, na poziomie 7 mln zł, jest związany z zakupem pakietu akcji Skarbiec Holding S.A. oraz późniejszym krótkoterminowym spadkiem kursu akcji tej spółki.
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br., Grupa Murapol w ramach segmentu deweloperskiego prowadzonej działalności, zakontraktowała sprzedaż 1 609 mieszkań, co stanowi wzrost o 24 proc. r/r. W tym czasie wydała klientom 696 lokali wobec 772 rok wcześniej.
Grupa Murapol, w pierwszym półroczu br., wprowadziła do sprzedaży 6 nowych inwestycji, w których zaoferowała 812 mieszkań. Nowe lokale dostępne były w Tychach, Wrocławiu, Poznaniu, Toruniu i Warszawie. Na koniec czerwca, w ofercie Grupy znajdowało się ponad 1,4 tys. mieszkań.
W pierwszym półroczu br. Grupa Murapol zrealizowała 7 inwestycji, uzyskując pozwolenie na użytkowanie 699 lokali o łącznej powierzchni użytkowej wynoszącej blisko 29 tys. mkw. Grupa kontynuowała budowę 7 inwestycji oraz rozpoczęła realizację kolejnych 13. Na koniec czerwca br. w budowie znajdowało się ponad 2,8 tys. mieszkań o łącznej powierzchni użytkowej blisko 122 tys. mkw. Z kolei portfel projektów w przygotowaniu na najbliższe 3 lata obejmuje ok. 25 tys. lokali i odpowiadający im PUM na poziomie blisko 1,1 mln mkw.
– Pierwsze półrocze 2017 roku było okresem dalszego dynamicznego rozwoju Grupy Murapol. Podjęliśmy szereg działań, których celem jest budowanie organizacji o zasięgu międzynarodowym przy jednoczesnym umacnianiu pozycji na krajowym rynku działalności. Poza wchodzeniem do kolejnych miast w Polsce, coraz odważniej spoglądamy za granicę. Obecnie przygotowujemy po dwa projekty w Niemczech i Szkocji i zapewne na tym nie poprzestaniemy. Z kolei Sosnowiec, Gliwice i Mikołów to rodzime lokalizacje, w których podjęliśmy kroki, aby wejść z działalnością. Oczywiście, poza zwiększaniem zasięgu geograficznego naszej oferty, kluczowe znaczenie ma dla nas uzyskiwana marża na projektach inwestycyjnych, która od dwóch lat jest na stabilnym, jednym z najwyższych na rynku, poziomie. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Minione półrocze to także czas inwestycji kapitałowych, których efektów spodziewamy się już niebawem. – dodaje Michał Sapota.
W maju br. Abadon Real Estate S.A., należąca do holdingu Murapol, sfinalizowała przejęcie pakietu większościowego akcji spółki AWBUD S.A., której kompetencje uzupełniają ofertę segmentu wykonawczego holdingu. Z kolei w czerwcu br. Murapol S.A. nabył 32,99 proc. akcji spółki Skarbiec Holding, właściciela jednego z wiodących na polskim rynku towarzystw funduszy inwestycyjnych – Skarbiec TFI.
– Inwestycja w Skarbiec Holding to, z naszego punktu widzenia, wykorzystanie okazji rynkowej na zaangażowanie się w spółkę, której działalność nie stanowi bezpośredniego uzupełnienia naszych kompetencji, ale w dłuższej perspektywie transakcja ta pozytywnie wpłynie na działalność obydwu podmiotów. – podsumowuje Michał Sapota.
Październik na rynku walutowym rozpoczął się od spadku EUR/USD, a w ślad za nim za wzrostem USD/PLN. Dziś w centrum będzie Katalonia, przyszły szef Fed, a także cała seria publikowanych danych makroekonomicznych.
Pierwszy tydzień października przynosi powrót kurs EUR/USD poniżej poziomu 1,18 dolara, co można wiązać zarówno z tematem Katalonii, jak i spekulacjami nt. nowego szefa Fed oraz po prostu sytuacją na wykresie tej pary, która sprzyja spadkom w kierunku 1,16 dolara. Zmiany na EUR/USD automatycznie wpływają na zachowanie złotego, który traci w relacji do dolara, jednocześnie pozostając stabilnym w relacji do euro i szwajcarskiego franka. O godzinie 08:33 kurs USD/PLN testował poziom 3,6640 zł, wracając do wzrostów po dwóch dniach realizacji zysków. W tym czasie za euro trzeba było zapłacić 4,31 zł, a frank kosztował 3,7730 zł. Jeżeli w kolejnych godzinach dolar będzie dalej się umacniał, to złoty zacznie tracić również w relacji do euro i franka.
Warsh zastąpi Yellen?
W ciągu 2-3 tygodni rozstrzygnie się, kto od początku lutego 2018 roku będzie kierował amerykańską Rezerwą Federalną (Fed). Obecnie najpoważniejszym kandydatem do stanowiska szefa Fed jest 47. letni Kevin Warsh, z którym prezydent Trump spotkał się w poprzednim tygodniu (aczkolwiek wciąż w grze jest jeszcze Janet Yellen).
Warsh w latach 2006-2011 był członkiem Fed, ale zrezygnował w proteście przeciwko ultraluźnej polityce monetarnej prowadzonej wówczas przez Bena Bernanke. Warsh wciąż krytykuje Fed za obecną, zbyt łagodną politykę, dlatego objęcie przez niego stanowiska może oznaczać małą rewolucję w Fed. A na pewno takie będą oczekiwania inwestorów. Stąd też nominacja Warsha może oznaczać mocniejszego dolara i skok rentowności obligacji USA.
Katalonia chce niepodległości
Rząd Katalonii ogłosił, że w niedzielnym referendum niepodległościowym, w którym wzięło udział 42 proc. uprawnionych, 90 proc. głosujących opowiedziało się za oderwaniem od Hiszpanii. Rząd w Madrycie natomiast oświadczył, że żadne referendum się nie odbyło, gdyż wg hiszpańskiego rządu i tamtejszego Trybunału Konstytucyjnego, głosowanie było nielegalne. Sprawa Katalonii, zwłaszcza, że już wkrótce podobny plebiscyt chcą przeprowadzić Baskowie, lekko ciąży wspólnej walucie. W średnim terminie, o ile na horyzoncie naprawdę nie pojawi się realne widmo rozpadu Hiszpanii, nie będzie to miało jednak dużego znaczenia, a kluczowa dla euro pozostanie polityka ECB i perspektywy wzrostu gospodarczego.
Polska rynkiem rozwiniętym wg FTSE
W piątek wieczorem agencja indeksowa FTSE Russel, która tworzy i dostarcza indeksy dla London Stock Exchange, poinformowała o przekwalifikowaniu we wrześniu 2018 roku Polski do kategorii „rynków rozwiniętych” z kategorii „rynków rozwijających się”. Tym samym Polska znajdzie się w gronie 25. najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. To ważny krok, aczkolwiek w bliskiej perspektywie on niewiele zmienia. Głównie dlatego, że przez inną agencję indeksową, a mianowicie MCSI, wciąż Polska jest klasyfikowana w gronie „rynków rozwijających się”. Ponadto trudno oczekiwać, że duże globalne fundusze natychmiast będą przebudowywać swoje portfele. Stąd też nie należy oczekiwać, ani silnych wzrostów na warszawskiej giełdzie w najbliższym czasie, ani też tego, że złoty przestanie być skorelowany z węgierskim forintem i innymi walutami emerging markets.
Bogate kalendarium i święto w Chinach
Rynkowe kalendarium jest dziś bardzo bogate. Inwestorzy poznają przede wszystkim całą serię przemysłowych indeksów PMI dla Europy i USA, a także analogicznych amerykańskich indeksów ISM. W tym gronie znajdą się również dane z Polski. O godzinie 09:00 dowiemy się jaką wartość we wrześniu miał indeks PMI. Oczekiwany jest jego wzrost do 53,2 pkt. z poziomu 52,5 pkt. miesiąc wcześniej.
W całym tygodniu uwaga rynków, oprócz wspomnianych wcześniej tematów przyszłego szefa Fed i Katalonii, będzie się koncentrować właśnie na indeksach PMI (w środę zostaną opublikowane jeszcze indeksy dla usług), a także danych z rynku pracy w USA (raport ADP, bezrobocie, zatrudnienie, płaca godzinowa). Ponadto warto zwrócić uwagę na bilans handlowy USA i zamówienia przemysłowe w Niemczech. Nie można też zapominać, że przez cały tydzień zamknięte są rynki finansowe w Chinach.
W kraju wydarzeniem będzie posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (RPP). Stopy nie zostaną zmienione, ani też nie zostanie zasygnalizowana ich zmiana w bliskiej przyszłości, ale interesujące będą komentarze Rady do ostatnich danych o wyższej od oczekiwań inflacji i lepszych danych o produkcji i sprzedaży.
W poniedziałek przykre sceny z Katalonii będą tematem numer jeden, co przejściowo będzie ciążyć na EUR, choć nie zmienia generalnej sytuacji. Poza tym atrakcyjność USD dalej rośnie z jastrzębimi nadziejami wokół zmian w Fed. W tle dziś odczyty PMI/ISM.
Euro jest słabsze na starcie tygodnia i wini się za to wydarzenia w Katalonii. Referendum niepodległościowe, nieuznawane przez rząd w Madrycie, odbywało się przy asyście hiszpańskiej policji, która blokowała dostęp do lokali wyborczych i konfiskowała urny. mimo to ponad 40 proc. uprawnionych oddało głos i w 90 proc. był on za niepodległością. Wyniki referendum zostały jednak przyćmione przez doniesienia o brutalności policji w starciach z Katalończykami. Będzie to temat numer jeden dla europejskiej prasy i zdominuje rozmowy w trakcie poniedziałkowego handlu. Presja na hiszpańskich aktywach (Ibex, obligacje) zdaje się oczywista. Euro też cierpi, choć w szerszym ujęciu wydarzenia w Katalonii niewiele zmieniają. Wciąż jest mało prawdopodobne, aby Katalonia wystąpiła z Hiszpanii, więc teraz byłoby niedorzeczne wyceniać w EUR ryzyko rozpadu unii walutowej. Mimo to złe wieści, to złe wieści, a przy wyciszeniu tematu redukcji QE przez ECB (przynajmniej do posiedzenia banku pod koniec miesiąca) i ożywieniu pozytywnego nastawienia wobec USD, EUR/USD ma powody, by schodzić niżej.
A USD ma się dobrze na starcie nowego miesiąca. Wrzesień był okresem przebudzenia po stronie USD i rentowności obligacji skarbowych przy akompaniamencie wzrostu oczekiwań na kontynuację zacieśniania Fed. W piątek do zestawu pozytywnych czynników dołączyły spekulacje odnośnie przyszłego przewodnictwa w Fed. Prezydent Trump poinformował, że odbył cztery spotkania w tej kwestii i podejmie decyzję w ciągu 2-3 tygodni. Według Politico kandydatami są: prezes Janet Yellen, wiceprezes Jerome Powell, szef rady gospodarczej prezydenta Gary Cohn i Kevin Warsh. Nie rozpisując się za bardzo w temacie, z całej czwórki Janet Yellen jest uznawana za najbardziej gołębią. Ta sama Janet Yellen, która kilkanaście dni temu przejawiała dużą determinację dla jeszcze jednej podwyżki w tym roku i trzech kolejnych w 2018 r. Jeśli dodamy do tego, że rotacja głosujących członków FOMC w przyszłym roku jest w stronę bardziej jastrzębiej grupy, otrzymujemy warunki, które ułatwiają dalsze wzrosty rentowności obligacji w USA, a za nimi podtrzymują wzrosty USD. Warunki są, potrzebny jest jeszcze impuls. W tym tygodniu mamy odczyty ISM (dziś z przemysłu, w środę w usług) oraz raport z rynku pracy (piątek). Wpływ huraganów na gospodarkę dla nikogo nie będzie tajemnicą, więc słabsze odczyty mogą być ignorowane. Za to oznaki siły powinny być dobrym katalizatorem dla USD.
W tle dyskusji o wydarzeniach w Katalonii mamy całą serię odczytów PMI. Dane z Eurolandu są tylko rewizją, więc odczyty te raczej niewiele zmienią w sytuacji EUR. W Wielkiej Brytanii PMI w sierpniu skoczył do niemal 56,9 pkt. – drugiego najwyższego poziomu od 2014 r. We wrześniu spodziewane jest cofnięcie, choć wciąż ponad 56 pkt. Niższy wynik będzie rozczarowaniem, który może podsycać korektę siły GBP. Po południu od ISM oczekuje się utrzymania wysokiego poziomu, gdyż regionalne wskaźniki sugerowały podtrzymany optymizm w regionach niedotkniętych wpływem huraganów.
W Polsce PMI dla przemysłu zaskoczył wzrostem do 53,7 z 52,5 w sierpniu. Dobry wynik tylko na moment dał umocnienie złotego, ale obecnie złoty podlega większemu wpływowi czynników zewnętrznych, głównie presji na aktywa rynków wschodzących ze strony wzrostu rentowności obligacji USA i umocnienia USD. Widzimy pole do większego osłabienia złotego w krótkim terminie.
Branża utrzymania czystości zainwestuje w nowe technologie 500 mln zł do końca 2018 r., wynika z raportu przygotowanego przez Polską Izbę Gospodarczą Czystości. Pieniądze zostaną przeznaczone m.in. na autonomiczne roboty czyszczące, które zwiększą wydajność i obniżą koszty pracy. Ponadto PIGC szacuje, że wartość branży w ubiegłym roku wynosiła 5,4 mld zł.
– Branża utrzymania czystości niewiele różni się od innych segmentów rynku, tutaj również trwa wyścig o zwiększenie efektywności i wydajności pracy, obniżenie kosztów z jednoczesną dbałością o ochronę środowiska. Ta branża jest coraz bardziej innowacyjna, świadczą o tym chociażby systemy montowane w maszynach, które w znaczny sposób wspierają proces utrzymania czystości – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Damian Kozłowski z firmy Nilfisk Polska.
Powstaje coraz więcej innowacyjnych systemów, które znacząco upraszczają proces sprzątania. Polska Izba Gospodarcza Czystości szacuje, że do 2018 r. branża utrzymania czystości przeznaczy na nowe technologie 500 mln zł. Najnowszym trendem na tym rynku są autonomiczne maszyny czyszczące.
– Maszyny autonomiczne to już teraźniejszość, lada moment do sprzedaży trafi pierwszy autonomiczny automat szorująco-zbierający, który po odpowiednim oprogramowaniu będzie gotowy do samodzielnej pracy i czyszczenia powierzchni na halach produkcyjnych, obiektach usługowych czy handlowych. Zastosowanie takich maszyn na pewno pozwoli na zwiększenie wydajności pracy, także odciąży ludzi z tych zadań, które są wykonywane w warunkach trudnych czy nawet niebezpiecznych – tłumaczy Damian Kozłowski.
Z danych przedstawionych przez PIGC wynika, że wartość branży utrzymania czystości w 2016 roku wynosiła 5,4 mld zł, przy zatrudnieniu na poziomie 400 tys. osób. Ekspert zapewnia, że choć wpływ nowych technologii będzie coraz bardziej widoczny, to nowe urządzenia nie zastąpią pracy człowieka.
– Maszyny w znaczny sposób będą wspierały proces utrzymania czystości i będą odciążały ludzi w realizacji zadań związanych z pracą w warunkach trudnych lub niebezpiecznych. Mimo to człowiek był, jest i będzie bardzo istotnym elementem procesu utrzymania czystości – przekonuje Damian Kozłowski.
Jak wynika z danych Polish Retail Research Forum, na koniec 2016 r. w Polsce łączna liczba powierzchni w centrach handlowych wyniosła 11,2 mln mkw. Zdaniem eksperta z firmy Nilfisk ze względu na swoją funkcjonalność zaawansowane urządzenia autonomiczne znajdą zastosowanie właśnie w centrach handlowych i w obiektach usługowych.
– Są to duże powierzchnie, które najczęściej myte są w nocy, w związku z tym maszyna autonomiczna, która samodzielnie porusza się po obiekcie, mapuje ten obiekt, zapamiętuje układ i realizuje zadania, będzie mogła to robić przy zgaszonym świetle – podsumowuje Damian Kozłowski.
W I kwartale 2018 roku kasy fiskalne mają emitować elektroniczne paragony fiskalne. Dla klientów to duże ułatwienie, bo e-paragony będą mogły do nich trafić np. na skrzynkę mailową. Rozwiązanie sprawdzi się przede wszystkim przy droższych produktach, objętych dłuższym terminem gwarancji. Wprowadzenie elektronicznych paragonów oznacza konieczność wdrożenia nowego systemu, który powinien móc zidentyfikować każdego konsumenta, a w przypadku wysyłki paragonów drogą mailową – móc sprawdzić, czy dana osoba taki dokument otrzymała i przeczytała.
– Wprowadzanie e-paragonów jest bardzo wygodnym rozwiązaniem, również dla obywateli. Obecnie, kiedy otrzymujemy papierowy paragon wiadomo, że on wyblaknie, można go zgubić, czy podrzeć. Płatność kartą może być dowodem, jeżeli mamy potwierdzenie, ale jeżeli płacimy gotówką, to bardzo łatwo jest ten dowód zgubić. Gdy otrzymamy paragon drogą elektroniczną, np. na e-maila, którego ma niemal każdy z nas, będziemy mogli go w prosty sposób odszukać, nigdy nie zagubimy. Dodatkową korzyścią jest ekologia, nie będziemy marnować papieru, wydawać pieniędzy na drukowanie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Michał Walachowski, dyrektor zarządzający EmailLabs.
Projekt nowelizacji ustawy o podatku od towarów i usług zakłada, że od I kw. 2018 roku kasy fiskalne będą musiały być dostosowane do wymogu emitowania elektronicznych paragonów fiskalnych. Kasy będą przesyłać dane bezpośrednio do fiskusa. Krajowa Administracja Cyfrowa będzie w ten sposób gromadziła informacje o sprzedaży, której dokonuje każdy podatnik, nie będzie jednak zbierać danych identyfikujących klientów. Wciąż nie ma decyzji, w jaki sposób e-paragony mają trafić do konsumentów. Zdaniem ekspertów najlepszym rozwiązaniem jest przekazywanie informacji o e-paragonie na e-maila. Zwłaszcza że własny adres mailowy ma większość Polaków.
– Z pewnością e-paragony wiążą się z wprowadzeniem nowej technologii. Trzeba będzie opracować cały system, który będzie w stanie zidentyfikować użytkownika, prawdopodobnie z jego unikalnym numerem, kontem w aplikacji, prawdopodobnie adresem e-mail. Będzie wprowadzona specjalna platforma, która będzie musiała obsłużyć bardzo wiele danych. Z drugiej strony, jeżeli rząd będzie decydował się na wysyłkę takich powiadomień drogą mailową czy SMS-em, można skorzystać z dostępnych rozwiązań na rynku, które współpracują z biznesem – tłumaczy Walachowski.
Obowiązek kas online będzie wprowadzony stopniowo. W pierwszej kolejności zostanie nałożony na stacje benzynowe oraz firmy z branży motoryzacyjnej i wulkanizacyjnej – od 1 stycznia 2019 roku. W połowie 2019 r. nowe przepisy obejmą branżę gastronomiczną i budowlaną, a od 1 stycznia 2020 r. z fiskalizacji online będą musiały korzystać także zakłady fryzjerskie i kosmetyczne, hotele oraz kluby fitness. Nowelizacja ustawy pozwoli na śledzenie tego, co dzieje się z wystawianymi dokumentami.
– Kiedy wysyłamy pocztą fakturę, bardzo łatwo ją zagubić, nie mamy dowodu na to, że ta faktura została do kogoś doręczona. Jeżeli wysyłamy ją e-mailem, możemy śledzić z jakiego serwera została wysłana i do kogo została wysłana. Nasze platformy umożliwiają śledzenie takiej wiadomości i sprawdzenie, czy użytkownik dostał fakturę – podkreśla Michał Walachowski.
Poza elektronicznymi paragonami ustawa o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy Prawo o miarach zakłada, że kasy fiskalne online będą automatycznie przesyłały informacje o transakcjach do Centralnego Repozytorium Kas. Ma to na celu uszczelnienie systemu podatkowego. Projekt nowelizacji jest w tej chwili w fazie opiniowania.
Jak wynika z projektu ustawy, kasy z papierową kopią paragonów będzie można sprzedawać do końca 2018 roku, zaś kasy z kopią elektroniczną będą sprzedawane do końca 2022 roku.
Wirtualne postaci 3D animowane na żywo przez aktora to przyszłość animacji i filmów na żywo. Coraz częściej po taką technologię sięgają firmy w kampaniach reklamowych, przede wszystkim w mediach społecznościowych. Marketerzy szukają nowych form komunikacji, a tradycyjne reklamy tracą na skuteczności. Szacuje się, że do 2022 roku rynek animacji 3D ma być wart ponad 21 mld dolarów. Sam rynek wirtualnych postaci jest bardzo duży i ciągle rośnie.
– W przypadku awatarów czy wirtualnych postaci rynek jest bardzo duży. To narzędzie może być wykorzystane do tworzenia animacji czy filmów na żywo. Tego typu narzędzie pozwala tworzyć także komunikaty do marketingu w social media. Wszelkiego rodzaju kampanie marketingowe czy reklamowe na ulicach także są dość dużym rynkiem. Rynek reklamy jest ogromny i wciąż się rozwija, a marketerzy szukają nowych form komunikacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Adrian Perdjon, członek zarządu Virthu, firmy specjalizującej się w tworzeniu animowanych postaci.
Najszybciej rosnącym segmentem reklamy online jest reklama w mediach społecznościowych. Zmieniająca się struktura reklam, także outdorowych, wymaga unowocześniania nośników i samej treści. Z raportu „3D Animation Market by Technology, Services, Deployment, and Region – Global Forecast to 2022” wynika, że do 2022 roku globalna wartość rynku animacji 3D sięgnie 21 mld dolarów, w porównaniu z 12 mld dol. w 2017 roku. Najnowszym trendem w reklamie są awatary, czyli wirtualne postaci 3D.
– Realizujemy wirtualne postaci pod kątem kampanii marketingowej klienta. Najczęściej jest to albo maskotka, brand hero, którego już posiada marka, albo zupełnie od podstaw tworzymy postać, która w jakiś sposób wkomponuje się w profil eventu lub odpowiada oczekiwaniom albo naszym wyobrażeniom jako np. atrakcja dla dzieci, jeśli spektakl, widowisko czy show jest dedykowane dzieciom – tłumaczy Perdjon.
Awatar wygląda jak rzeczywista osoba, albo postać z bajki. Można go wyświetlić na każdym nośniku, od zwykłego ekranu, po hologram z mgły. Zastosowania animacji reklamowych, zarówno 2D, jak i 3D są w wideo-marketingu praktycznie nieograniczone. Rodzaj animacji zależy niemal wyłącznie od wyobraźni twórcy, stosunkowo niewielkim kosztem można opowiedzieć różne historie. Krótkie animacje, czy awatary pomagają zaprezentować markę, przedstawić jej zalety, a wszystko w łatwo przyswajalnej i zapadającej w pamięć formie. Warto zaznaczyć, że sam proces tworzenia takiej postaci jest dość czasochłonny.
– Kompleksowe zrealizowanie w pełni działającej postaci od szkicu, zajmuje około 4-6 tygodni. Zależy to od tego jak jest ona skomplikowana, czy np. mamy futro na tej postaci, czy jest to zwykła postać 2D w stylistyce cartoonowej, czy jest bardziej fotorealistyczna. Wówczas wymodelowanie postaci wymaga więcej czasu, następnie oprogramowanie postaci w silniku, przetestowanie w działaniu i aplikacja jest gotowa – mówi Adrian Perdjon.
W tym roku po raz pierwszy globalne wydatki na reklamę online przewyższą te na reklamę w telewizji. W 2017 roku światowy rynek reklamy w Internecie ma wynieść 205 mld dol. i wzrosnąć o ok. 13 proc.
Drony znajdują zastosowanie już niemal w każdej dziedzinie przemysłu. Z raportu Instytutu Mikromakro wynika, że wartość tego sektora w Polsce wynosi nieco ponad 200 mln zł. W najbliższych latach rynek bezzałogowych statków rozwinie się jeszcze bardziej. Eksperci szacują, że do 2025 roku w przestrzeni powietrznej Unii Europejskiej ma latać przeszło 400 tysięcy profesjonalnych dronów. Oczekiwana na rynku jest zmiana przepisów prawnych w zakresie ograniczeń dotyczących zastosowań cywilnych.
Polski rynek dronów według Instytutu Mikromakro, osiągnął w 2016 r. wartość nieco ponad 201 mln zł, notując jednocześnie wzrost rok do roku na poziomie 22,75 proc. Za przychód w tej branży odpowiedzialna jest głównie sprzedaż sprzętu rekreacyjnego oraz wykorzystywanego do wykonywania profesjonalnych fotografii i kręcenia filmów, a także usług, takich jak szkolenia na licencjonowanych operatorów. W przyszłości rynek ten może się rozszerzyć o nowe zastosowania.
– Podstawowym warunkiem dalszego rozwoju branży jest w mojej ocenie zmiana przepisów prawnych, w szczególności w zakresie ograniczeń przy zastosowaniach cywilnych. Ciekawym kierunkiem rozwoju będzie transport przesyłek kurierskich i pocztowych oraz transport osób, poza tym bezzałogowce mogą służyć do rozwoju internetu rzeczy, czyli łączenia różnych systemów, które dzisiaj nie mają bezpośredniego połączenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Szudejko, dyrektor operacyjny firmy Robot Aviation.
Jak wynika z raportu Instytutu Mikromakro, około 2025 roku w przestrzeni powietrznej Unii Europejskiej latać będzie około 400 tys. profesjonalnych dronów. Łączne przychody z pracy takich jednostek bezzałogowych mają być liczone w dziesiątkach mld euro. Pierwsze kompleksowe przepisy dotyczące wykorzystania dronów na masową skalę mają być wprowadzone w UE od 2019 roku. Otworzy to pole do jeszcze większego zastosowania dronów w wielu sektorach.
– Trudno wyobrazić sobie taką dziedzinę przemysłu bądź życia, w której drony nie znajdują żadnego zastosowania. W rolnictwie, które generalnie nie kojarzy się z zaawansowaną technologią, bezzałogowce służą do tego, aby optymalizować decyzje w zakresie zbiorów bądź zastosowania środków chwastobójczych W leśnictwie mogą służyć do sprawdzania stanu lasów, zagrożenia pożarowego. Służą także do poszukiwania rozbitków na morzu, do rozpoznania na polu walki, do dokonywania inspekcji linii energetycznych, do transportu medycznego czy przekazywania informacji o stanie zniszczeń po huraganach – wymienia Piotr Szudejko.
Według raportu Instytutu Mikromakro pt. Rynek dronów w Polsce: Edycja 2017, w sektorze bezzałogowych technologii militarnych dominują na świecie Stany Zjednoczone oraz Izrael. W segmencie dronów, stosowanych do celów rozrywkowych, zdecydowanie przodują Chiny. Unia Europejska skupia się zaś na zastosowaniach cywilnych i rządowych. Drony powszechnie wykorzystuje się także w celach wojskowych.
– Podstawowym zastosowaniem jest rozpoznanie, mogą też służyć do zastosowania w sieci bezpieczeństwa, np. w obserwacji granic, są również stosowane do przewożenia ekwipunku na linię frontu do wysuniętych jednostek, mogą pełnić pomocniczą funkcję w zakresie transportu medycznego – wyjaśnia Piotr Szudejko.
Sam rynek szkoleń operatorów dronów w Polsce jest wart ponad 13,8 mln złotych. W efekcie, w ponad 46 certyfikowanych ośrodkach szkoleń, wyszkolono ok. 3600 operatorów bezzałogowych statków powietrznych – wynika z raportu Instytutu Mikromakro. Warto zaznaczyć, że Polska w zakresie liczby operatorów na 1000 mieszkańców jest liderem w Unii Europejskiej. Szkolenia są niezbędne po to, aby opanować sztukę operowania nowoczesnymi dronami, które w niektórych przypadkach latają tyłem do przodu.
– Nasze płatowce nie wykorzystują klasycznej budowy samolotu, wykorzystują rozwiązania latającego skrzydła jeśli chodzi o mniejszy system, natomiast duży system ma budowę kaczki, czyli leci tyłem do przodu – twierdzi dyrektor operacyjny Robot Aviation.
Toyota zainwestuje 373,8 mln dolarów w 5 fabryk w USA, aby uruchomić produkcję pierwszego napędu hybrydowego w tym kraju. Napęd trafi do samochodów hybrydowych tej marki produkowanych w Ameryce Północnej. Fabryka silników w Alabamie zostanie całkowicie przebudowana i dostosowana do systemu produkcyjnego TNGA. Inwestycje zostaną zakończone w 2020 roku.
„Ta operacja to efekt naszego dążenia, żeby budować więcej samochodów i części na rynkach, na których są sprzedawane” – powiedział Jim Lentz, CEO Toyota Motor North America. – „Dzięki temu możemy lepiej służyć naszym klientom i dilerom”.
Restrukturyzacja fabryk części Toyoty
Inwestycje obejmą wdrożenie do produkcji hybrydowych przekładni w Buffalo w Zachodniej Wirginii, zwiększenie możliwości produkcji 2,5-litrowego silnika benzynowego w Georgetown w Kentucky oraz głowic cylindrów do 2,5-litrowej jednostki w fabryce Bodine Aluminum w Troy w Missouri. Zakład Bodine Aluminum w Jackson w Tennessee zostanie zmodyfikowany, aby przystosować go do produkcji obudowy przekładni planetarnej i bloku silnika 2,5 l. Fabryka w Huntsville w Alabamie zostanie poddana gruntownej modernizacji, która dostosuje ją do produkcji silnika w architekturze TNGA. Jej restrukturyzacja przyniesie 50 nowych miejsc pracy.
Hybrydowe modele w USA
Toyota produkuje w Ameryce Północnej hybrydowe wersje terenowego Highlandera (w Princeton w Illinois), sedanów Camry i Avalon (w Georgetown w Kentucky) i Lexusa RX w Ontario w Kanadzie. W 2019 roku w kanadyjskiej fabryce zostanie uruchomiona produkcja RAV4 Hybrid. Wszystkie te modele są napędzane układem hybrydowym z 2,5-litrowym silnikiem, z wyjątkiem Lexusa RX, wyposażonego w silnik V6 3,5 l.
Toyota sprzedaje na świecie najwięcej samochodów hybrydowych – ich łączna liczba zbliża się do 11 milionów. W Stanach Zjednoczonych firma sprzedała do tej pory ponad 3 miliony hybryd. Sprzedaż Highlandera Hybrid w USA wzrosła w sierpniu rok do roku o 197,1 procent, do liczby 11 099 egzemplarzy.
Blisko jedna trzecia Polaków wymienia waluty przez internet. Klienci potrzebują ich już nie tylko na wakacyjne wyjazdy, lecz także na co dzień – przy prowadzeniu firmy lub spłacie kredytu walutowego. Do kantorów online użytkowników zachęcają wygoda, szybkość, bezpieczeństwo i niskie koszty takich operacji. Branża rośnie co roku o ponad 30 proc.
– Już ponad 30 proc. Polaków wymienia waluty online. Trend jest rosnący, ponieważ klienci doceniają kwestię bezpieczeństwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Kania, prezes xchanger.io. – Nie korzystając z kantorów stacjonarnych, które stanowiły do tej pory alternatywę dla banków, nie muszą się obawiać o bezpieczeństwo odbieranych fizycznie środków. Mogą wykonać szybkie przelewy internetowe i widzą te środki od razu zaksięgowane na swoim rachunku bankowym. Te transakcje są też zawsze dla nich korzystne kosztowo.
Jak wskazują autorzy raportu „Polacy wymieniają waluty w internecie”, przygotowanego przez xchanger.io i fintek.pl, w bankach spready wynoszą 4–9 proc., w kantorach stacjonarnych – 1–1,5 proc. W kantorach online różnica między kursem sprzedaży a zakupu wynosi mniej niż 1 proc.
– Liczba nowych rejestracji w kantorach rośnie miesięcznie o 20 proc., to bardzo duży wzrost. Sama branża kantorów internetowych, wymiany walut i transferów internetowych notuje wzrost 25–35 proc. rocznie. Tak dynamicznego wzrostu trudno byłoby szukać w innych sektorach – podkreśla prezes xchanger.io.
Kantory internetowe zaczęły powstawać w 2010 roku. Po wejściu w życie ustawy antyspreadowej, która nakazała bankom przyjmowanie spłaty rat kredytów walutowych bezpośrednio w walucie, w której zaciągnięto kredyt, rola kantorów w sieci wzrosła, bo stały się źródłem zakupu franków czy euro po niższych cenach niż przeliczniki banków. Dziś takich firm działa na polskim rynku ponad pięćdziesiąt.
– Użytkownicy indywidualni zazwyczaj wymieniają mniejsze lub większe kwoty z przeznaczeniem na kredyty hipoteczne. Średnia wartość transakcji to około 2,5 tys. zł. Przy takiej wartości transakcji użytkownicy mogą na jednej wymianie zaoszczędzić około 50 zł – liczy Monika Kania. – W okresie kredytowania 25–30 lat można zaoszczędzić nawet 45 tys. złotych. To bardzo duża suma, której nie widać przy pojedynczej transakcji, ale razem zbiera się kwota, która pozwala na wcześniejszą spłatę kredytu.
W I półroczu 2017 roku wartość pojedynczej transakcji sięgała od 3–4 jednostek zakupionej waluty do nawet kilku milionów. Z kantorów korzystają bowiem nie tylko klienci indywidualni, potrzebujący środków na spłatę raty kredytu czy wybierający się na zagraniczne wakacje, lecz także przedsiębiorstwa, zajmujące się eksportem, importem czy po prostu kupujący za granicą wyposażenie lub urządzenia niezbędne do wykonywanej działalności.
– Drugą grupą klientów, którzy wymieniają waluty, są małe i średnie przedsiębiorstwa. Odnotowujemy ostatnio bardzo dynamiczny wzrost importu i eksportu, bardzo dynamicznie rosną polskie przedsiębiorstwa na rynkach międzynarodowych. Te transakcje sięgają już nawet kilkunastu milionów złotych – informuje prezes xchanger.io. – Cały czas najczęściej wymienianą parą walut jest dolar–złoty i euro–złoty. Dolar i euro stanowią 70 proc. wymienianych walut. Na kolejnych miejscach znajdują się frank szwajcarski, funt brytyjski, a coraz większą popularność zyskują korona norweska i czeska.
Najpopularniejszą walutą, na którą w I półroczu 2017 roku klienci wymieniali złote, jest amerykański dolar. Jego udział w całkowitej liczbie transakcji wynosił w zależności od miesiąca od 39 do 45 proc. Na drugim miejscu znalazło się euro (32–39 proc.). Granicę 10 proc. zdarzało się jeszcze przekraczać (choć nie we wszystkich miesiącach) funtowi brytyjskiemu oraz frankowi szwajcarskiemu, które wymiennie zajmują miejsca trzecie i czwarte pod względem popularności. Udziały pozostałych walut są jednocyfrowe, choć np. widać wyraźny wzrost zainteresowania chorwacką kuną w czerwcu, gdy udział tej waluty w transakcjach był czterokrotnie wyższy niż w styczniu czy lutym.
– Polacy wymieniają waluty cały czas, bo grupa kredytobiorców hipotecznych, która obecnie jest liczona na około 700–800 tys., ma comiesięczną potrzebę wymiany walut. Przedsiębiorstwa operują także cały rok. Widzimy cały czas wzrost zainteresowania Polaków wymianą walut w internecie, nie tylko pod względem liczby transakcji, lecz także ich wartości – podkreśla Monika Kania.
Mniej więcej co szósty uczeń szkoły podstawowej cierpi na zaburzenia słuchu. U młodszych dzieci częstym powodem są nawracające infekcje dróg oddechowych. U starszych uszkodzenia na ogół są trwałe i wymagają wysokospecjalistycznego leczenia. Blisko 30 proc. uczniów skarży się też na szumy uszne, które utrudniają koncentrację i mogą powodować problemy w nauce. Ani nauczyciele, ani rodzice zazwyczaj nie zauważają u dziecka problemów ze słuchem – takie wnioski płyną z programu badań przesiewowych, który od 20 lat prowadzi Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu.
– Badania przesiewowe słuchu to realna wczesna profilaktyka. Natomiast później musi być zapewniony dostęp do specjalistów i leczenie. Nasze doświadczenie z tych 20 latach pokazują, jak kształtować politykę zdrowotną państwa i jakie wyniki możemy uzyskać, obniżając koszty leczenia, zarówno po stronie pacjenta, jak i systemu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Henryk Skarżyński, dyrektor Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu.
Z inicjatywy Instytutu od 1988 roku prowadzone są badania przesiewowe słuchu wśród dzieci. W ciągu 20 lat badaniami objęto ponad milion dzieci w wieku szkolnym z całej Polski, z których prawie połowa pochodziła z terenów wiejskich. Wyniki pokazały, że na zaburzenia słuchu cierpi średnio co 5–6 uczeń.
– Zaczynaliśmy w bardzo trudnych warunkach i przy naszej stosunkowo małej wiedzy dotyczącej skali problemu. Systematycznie rozwijaliśmy te badania przy małym zrozumieniu zarówno w szkołach i środowisku medycznym, jak i pozamedycznym. Dzięki temu zebraliśmy bardzo duże doświadczenie. Dzisiaj możemy powiedzieć, jak powinna wyglądać profilaktyka w ramach medycyny szkolnej, jak ją zorganizować, ilu powinno być specjalistów i jaki powinien być dalszy model opieki – mówi laryngolog prof. Henryk Skarżyński.
W roku szkolnym 2015/2016 badania przesiewowe słuchu przeprowadzono wśród 113 tys. uczniów z 5,2 tys. szkół. Natomiast do czerwca tego roku przebadano już kolejne 67,3 tys. dzieci, w tym również z klas pierwszych szkoły podstawowej.
Jak poinformował prof. Henryk Skarżyński, różnego rodzaju problemy ze słuchem wykazuje 18–20 proc. dzieci. Wśród pierwszoklasistów często bywają one powiązane z nawracającymi infekcjami górnych dróg oddechowych. Natomiast u dzieci starszych uszkodzenia słuchu z reguły są trwałe i wymagają wysokospecjalistycznego leczenia. U około 13 proc. uczniów zachodzi podejrzenie zaburzeń słuchu powiązanych z dysfunkcją ucha zewnętrznego lub środkowego (zaburzenie obwodowe). Natomiast blisko 30 proc. skarży się na szumy uszne, które mogą być przyczyną zaburzeń koncentracji. Instytut wyraźnie podkreśla, że zaburzenia słuchu wśród dzieci są poważnym problemem zdrowotnym i społecznym.
Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu to jedna z najbardziej uznanych na świecie jednostek, które zajmują się chorobami słuchu. W ciągu ostatnich 20 lat zespół Instytutu we współpracy z licznymi ośrodkami krajowymi i zagranicznymi stworzył podwaliny pod programy badań przesiewowych – opracował metody, procedury i urządzenia służące do ich przeprowadzania. Od połowy 2008 roku współpracuje z KRUS-em, przeprowadzając badania przesiewowe wśród dzieci z gmin wiejskich.
– Zaangażowaliśmy we współpracę 272 jednostki terenowe Kasy, a więc łatwiej było nam dotrzeć do dzieci i rolników objętych naszym ubezpieczeniem poprzez ulotki czy informacje zawarte w prasie lokalnej. Czasami nawet na kościelnej mszy podawana była informacja, że takie badania odbędą się w szkołach. Dzięki temu była zgoda samorządu, dyrekcji szkół i rodziców na przebadanie dzieci – mówi Janina Pszczółkowska, zastępca prezesa KRUS.
W ramach programu badaniami objęto prawie 470 tys. dzieci z 6,9 tys. gmin wiejskich i ponad 24 tys. szkół. Niepokojące jest jednak to, że nauczycielom i rodzicom rzadko kiedy udaje się zauważyć u dziecka problemy ze słuchem.
– Po zakończeniu całej edycji otrzymywaliśmy wyniki badań, które pokazują że blisko 13–14 proc. dzieci miało mniejsze lub większe wady słuchu. Co jest niepokojące, 80 proc. rodziców w ogóle nie zdawało sobie z tego sprawy. Dziecko wykazywało brak koncentracji, gorzej się uczyło, ale winy szukano gdzie indziej. Dlatego uważam, że badania należy kontynuować, bo rok po roku wchodzą nowe roczniki dzieci. Dla przyszłości właściwego słuchu naszego społeczeństwa jest to bardzo trafiona inicjatywa – podkreśla Janina Pszczółkowska.
Z początkiem roku szkolnego 2017/18 Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu rozpoczął kolejny program badań przesiewowych słuchu, które obejmą całe Mazowsze. Będzie to pierwszy na świecie region, w którym badaniami zostanie objęta cała populacja dzieci rozpoczynających naukę w szkole (około 81 tys. uczniów).
Od wielu lat Instytut współpracuje też w ośrodkami medycznymi z niemal wszystkich kontynentów, dzięki czemu pilotażowe przesiewowe badania słuchu u dzieci w wieku szkolnym zostały też przeprowadzone m.in. w Rosji, Mołdawii, Rumunii, na Ukrainie, w Armenii, Senegalu, Ghanie, Rwandzie, w Tanzanii czy Kolumbii.
– Doszliśmy do bardzo dużej wprawy, dzięki czemu mogliśmy zaproponować nasze rozwiązania reszcie Europy. To zaowocowało przyjęciem przez Parlament Europejski i ministrów zdrowia krajów UE konkluzji dotyczących tego, jakie znaczenie mają badania przesiewowe nie tylko słuchu, lecz także wzroku i mowy. Zaowocowało to badaniami pilotażowymi, które przeprowadzamy na różnych kontynentach: w Azji Środkowej, na Syberii Zachodniej, w Afryce Środkowo-Wschodniej i Środkowo-Zachodniej czy Ameryce Południowej, nie mówiąc o krajach Europy Południowej i Wschodniej – wymienia prof. Henryk Skarżyński.
Z ostatniego raportu Najwyższej Izby Kontroli na temat działania systemu zbiórki zużytych urządzeń elektrycznych i elektronicznych płyną niepokojące wnioski o niedostatecznym stopniu odzyskiwania takiego sprzętu. Zdaniem autorów raportu, a także Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Ochrony Środowiska konieczne jest wprowadzenie standardów w tym zakresie. Bez uporządkowania rynku będziemy mieć problem, żeby sprostać wymogom unijnym. W tym roku musimy zebrać 40 proc. zużytego sprzętu, a w 2021 roku – już 65 proc.
– Unia Europejska stawia przed nami takie wymogi, że w 2017 roku możemy zebrać 40 proc. zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, wprowadzonego na rynek i przetworzyć go, ale ten udział procentowy ma stosunkowo szybko wzrastać. W przyszłym roku musimy już zebrać 50 proc., a w 2021 roku – 65 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Henryk Buczak, przewodniczący rady nadzorczej Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Ochrony Środowiska. – Bez radykalnych zmian polegających m.in. na uszczelnieniu systemu zbiórki, zapewnieniu natychmiastowego odbioru zużytego sprzętu z polskich domów przy zakupie nowego oraz wprowadzeniu standardów do zakładów przetwarzania nie uda się nam spełnić tych wymogów – dodał.
Z kwietniowego raportu NIK wynika, że choć w 2015 roku masa niezebranego sprzętu zmniejszyła się do 328 tys. ton wobec 346 tys. ton w 2014 roku, to i tak jest wyższa niż w poprzednich dwóch latach. W 2015 roku wprowadzono na rynek 527 tys. ton nowego sprzętu, najwięcej od 2008 roku. A jest on coraz lżejszy, więc przekłada się to na większą liczbę pralek i lodówek niż np. 10 lat temu. Tymczasem przed Polską stoi zadanie poprawy zbieralności zużytych urządzeń elektrycznych i elektronicznych o ponad połowę w ciągu czterech lat.
– To przede wszystkim jest zagrożenie dla przedsiębiorców importujących i wytwarzający sprzęt elektryczny i elektroniczny, bo ich obowiązki mogą nie zostać wykonane, wówczas przedsiębiorcy ci będą zmuszeni do zapłacenia opłaty produktowej za tę część obowiązków, których nie byli w stanie wykonać. Są to duże kary, które na pewno zostaną przeniesione na nabywców sprzętu elektrycznego. To jest najpoważniejsze zagrożenie – tłumaczy Buczak.
Zebranie sprzętu to jedno, jego przetworzenie – drugie. Tylko raz, w 2011 roku, przetworzono więcej sprzętu niż zebrano. W ostatnich latach postęp z roku na rok jest tu minimalny: między 2012 a 2015 rokiem masa przetworzonych urządzeń zwiększyła się zaledwie o 10 tys. ton do 169 tys. ton.
Jednak zebrany sprzęt utylizowany jest w sposób pozostawiający wiele do życzenia. Jak punktuje NIK, „stan techniczny niektórych polskich zakładów przetwarzania zdecydowanie odbiega od standardów podobnych podmiotów działających w innych krajach Unii Europejskiej oraz wiele zakładów przetwarzania opiera swoją działalność na ręcznym demontażu zużytego sprzętu, do którego wykorzystuje narzędzia ręczne oraz elektronarzędzia”.
– Na rynku przede wszystkim ktoś powinien zacząć panować nad obrotem zużytym sprzętem, ściśle nadzorować ten obrót i zakłady przetwarzania. Należałoby również bardziej pilnować funkcjonowania ustawy o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym, ponieważ zgodnie z nią zużyty sprzęt, duże AGD, musi być odebrany od klienta przez dostawcę nowego sprzętu – podkreśla przewodniczący rady nadzorczej OIGOŚ. – Rzecz w tym, że nie wszyscy dostawcy zabierają ten sprzęt natychmiast. Wiadomo, że jeśli ktoś ma starą lodówkę, a przyjechała do domu nowa, on natychmiast chce pozbyć się tej starej, bo jest to brzydki i zużyty grat. To oczywiste, że jeżeli nie zostanie odebrana natychmiast, to zostanie wystawiona tego samego wieczora pod wiatę śmietnikową, a tam dalej zajmą się nią złomiarze.
Od 2016 roku obowiązuje ustawa o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym, nakazująca sklepom RTV i AGD darmowy odbiór zużytych urządzeń w placówkach handlowych, nawet jeśli klient nie dokonuje zakupu w nich nowego sprzętu oraz zapewnienie odbioru od klienta zużytych urządzeń przy zakupie nowych z dostawą do domu. Ze względów logistycznych jednak dostawcy nie zawsze od razu zabierają zużyte urządzenia.
– Najważniejsza zmiana to jednak wprowadzenie standardów przetwarzania sprzętu elektrycznego, przynajmniej dla grup sprzętów niebezpiecznych takich jak świetlówki, telewizory i monitory oraz sprzęt chłodniczy – mówi Henryk Buczak.
Zdaniem zarówno OIGOŚ, jak i NIK konieczne jest dokładne określenie sposobu postępowania z różnymi rodzajami elektrośmieci tak, by zawarte w nich szkodliwe substancje nie uwalniały się do środowiska. Najwyższa Izba Kontroli wskazuje na taką możliwość prawną, jaką daje ministrowi środowiska ustawa o odpadach. Miałaby ona mieć formę rozporządzenia.
– Brak standardów skutkuje tym, że odpady są przetwarzane nieprawidłowo. W przypadku sprzętu chłodniczego skutkuje to na przykład tym, że nie odzyskuje się gazów szkodliwych zawartych w piance izolacyjnej, nie odgazowuje się oleju etc. W ten sposób zawarte w nich szkodliwe substancje trafiają do atmosfery, gleby i wody – obrazuje Henryk Buczak. – W przypadku świetlówek sprawa wygląda trochę lepiej, ale w przypadku sprzętu chłodniczego wygląda to bardzo źle – siedemdziesiąt podmiotów ma decyzję zezwalającą na przetwarzanie, a trzy są w pełni do tego przygotowane.
Zmiana przepisów ma stworzyć grunt pod unijne rozporządzenie RODO, które w Polsce zacznie obowiązywać w maju 2018 roku. Jego założeniem jest ujednoliceniem przepisów dotyczących ochrony danych we wszystkich 28 państwach członkowskich UE. Konsultacje dotyczące projektu potrwają do połowy października. Część propozycji Ministerstwa Cyfryzacji budzi jednak wątpliwości Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.
– Rozporządzenie europejskie, które weszło w życie w ubiegłym roku, zacznie obowiązywać w polskim porządku prawnym od 25 maja 2018 roku. Zatem nowa ustawa o ochronie danych osobowych powinna wejść w życie odpowiednio wcześniej. Teraz projekt jest na etapie konsultacji, na które mamy 30 dni. Zachęcam do konsultowania tego projektu w jak największym stopniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Bielak-Jomaa, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.
Unijne rozporządzenie RODO – przyjęte w maju ubiegłego roku – ma ujednolicić przepisy dotyczące ochrony danych we wszystkich 28 państwach członkowskich UE. Regulacja nałoży szereg nowych obowiązków na organizacje i firmy, które gromadzą i przetwarzają informacje o swoich klientach. Będą one musiały m.in. każdorazowo uzyskiwać zgodę swoich klientów na przetwarzanie ich danych osobowych, raportować każdy wyciek danych oraz wdrożyć cały szereg rozwiązań technicznych i organizacyjnych, które zagwarantują wysoki poziom bezpieczeństwa danych osobowych.
Podmiotom, które nie dostosują się do nowych przepisów, grożą wysokie kary finansowe, sięgające 20 mln euro albo 4 proc. rocznych obrotów przedsiębiorstwa. Dla podmiotów administracji publicznej (np. ZUS-u) kary będą niższe – do 100 tys. zł. O ich wysokości będzie decydował organ nadzorujący.
Dostosowanie się do unijnych wymogów wymaga gruntownych zmian w prawie krajowym. Dlatego w tym miesiącu Ministerstwo Cyfryzacji przedstawiło projekt nowej ustawy o ochronie danych osobowych. Dokument jest w tej chwili na etapie konsultacji społecznych, które potrwają do połowy października.
– Jeśli chodzi o moją pierwszą refleksję po lekturze tych propozycji, to niestety jestem zaniepokojona pewnymi propozycjami. Według mnie zaproponowano obniżenie wysokiego standardu w zakresie niezależności organu ochrony danych osobowych – mówi Edyta Bielak-Jomaa.
Według nowelizowanych przepisów GIODO ma zastąpić nowy organ – Urząd Ochrony Danych Osobowych. W jego kompetencji będzie nadzór i nakładanie kar finansowych na podmioty, które nie przestrzegają przepisów w tym zakresie. UODO będzie sam nadawać sobie statut (dotychczas robił to prezydent).
Zgodnie z projektem nowej ustawy prezes UODO ma być powoływany przez Sejm na wniosek premiera na czteroletnią kadencję. Odwołanie go będzie możliwe tylko w szczególnych przypadkach, jak na przykład prawomocny wyrok sądu za umyślne przestępstwo (prezes UODO będzie chroniony immunitetem).
W obecnym modelu GIODO jest powoływany przez Sejm na wniosek marszałka lub grupy 35 posłów. Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych ocenia, że nowy tryb powoływania UODO stwarza ryzyko upolitycznienia tego urzędu.
– Zgodnie z projektem dwóch zastępców prezesa urzędu ma powoływać premier na wniosek ministra cyfryzacji. To rodzi naturalne pytanie o to, czy zanadto nie dokonujemy upolitycznienia tego urzędu, stąd moje obawy – wyjaśnia Edyta Bielak-Jomaa.
Zauważa również, że propozycje zawarte w nowej ustawie są probiznesowe, nakierowane na przedsiębiorców i ułatwienie działalności administracji publicznej, jednak budzą obawy z perspektywy ochrony interesów obywateli.
– Część tych przepisów wzbudza mój niepokój również w kontekście ich zgodności z ogólnym rozporządzeniem o ochronie danych osobowych (RODO) – podkreśla Edyta Bielak-Jomaa.
Jak dodaje, część przepisów obniża poziom ochrony danych poprzez różnego rodzaju wyłączenia przepisów rozporządzenia z określonych sektorów.
– Chociażby w prawie pracy proponuje się zmianę, która polegałaby na tym, aby za zgodą pracownika dopuszczalna była biometria w stosunkach pracy. Generalny Inspektor od lat stoi na stanowisku, potwierdzonym zresztą przez NSA kilka lat temu, że w stosunkach pracy o zgodzie jako przesłance przetwarzania danych osobowych trudno mówić, ponieważ zgoda musi być dobrowolna. Trudno mówić o całkowicie dobrowolnej zgodzie w stosunkach pracy – oczywiście co do zasady, bo dopuszczamy możliwość stosowania biometrii również w stosunkach pracy, ale na określonych zasadach – podkreśla Edyta Bielak-Jomaa.
Rządowy harmonogram zakłada, że projekt nowej ustawy o ochronie danych osobowych ma trafić do Sejmu jeszcze w tym roku. Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych przypomina, że firmy i przedsiębiorcy muszą jak najszybciej zacząć przygotować się na nowe przepisy.
– W pierwszej kolejności wszyscy przedsiębiorcy powinni dokonać oceny stanu ochrony danych osobowych w podmiotach, którymi kierują pod kątem wymogów rozporządzenia. Następnie ocenić ryzyka, które występują w związku z przetwarzaniem danych i zacząć wdrażać instrumenty przewidziane w rozporządzeniu – podkreśla Edyta Bielak-Jomaa.
Jedynie 10 proc. rolników ubezpiecza swoje uprawy. Jeszcze mniej żywy inwentarz. Pomóc to zmienić mają ubezpieczenia Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych pod marką AGRO Ubezpieczenia. Państwowe dopłaty sięgają 65 proc. i można je nabyć w prawie dwóch tysiącach placówek pocztowych. W tym roku na ubezpieczenia rolników trafi blisko 500 mln zł. W perspektywie najbliższych trzech lat dopłaty rządowe do upraw i hodowli mogą sięgnąć 1,8 mld zł.
– Tylko 10 proc. upraw jest obecnie ubezpieczonych. To powód, dla którego weszliśmy we współpracę z resortem rolnictwa. Postanowiliśmy wykorzystać potencjał Poczty Polskiej. W ten sposób zmienimy niekorzystne proporcje. Mamy nadzieję, że wkrótce zamiast 90 proc. nieubezpieczonych upraw będzie 90 proc. ubezpieczonych– podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury i budownictwa.
Choć świadomość rolników dotycząca konieczności i korzyści płynących z ubezpieczeń jest coraz większa, problemem często była dostępność takich ubezpieczeń. Współpraca Poczty Polskiej, Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych i Funduszu Składkowego Ubezpieczenia Społecznego Rolników ma to zmienić.
– Chcemy wykorzystać fakt, że Poczta ma ponad 7,3 tys. placówek. Chcemy być obecni w każdej placówce. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że każdy rolnik wie, gdzie znajduje się najbliższy urząd pocztowy i że jesteśmy w stanie dotrzeć do tych rolników, którzy do tej pory się nie ubezpieczali – wskazuje Zbigniew Pusz, prezes zarządu Pocztowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych.
W Polsce jest 1,4 mln gospodarstw, w tym 0,2 mln to te o powierzchni większej niż 15 ha. Ze względu na prawo, które nakłada na rolników obowiązek ubezpieczania budynków wchodzących w skład gospodarstwa, 90 proc. rolników ubezpiecza budynki.
Obecnie 40 proc. rolników ubezpiecza ruchomości rolnicze. Znacznie gorzej wygląda sytuacja ubezpieczeń upraw i zwierząt – tylko 10–12 proc. gospodarstw wykupuje ochronę dla plonów i tylko ok. 8 proc. zwierząt jest ubezpieczonych (głównie drób). Najczęściej na ubezpieczenie upraw decydują się największe gospodarstwa. Szacuje się, że ubezpieczonych jest 25–30 proc. powierzchni upraw. Ubezpieczenia oferowane w placówkach Poczty Polskiej, które znajdują się nawet w najmniejszych miejscowościach, mogą tę proporcję poprawić na korzyść małych gospodarstw.
– Nie przedstawiamy się jako konkurencja dla towarzystw ubezpieczeniowych, które oferują pełną gamę produktów dla rolników. Zależy nam głównie na tym, abyśmy poprawili penetrację ubezpieczeniową, dotarli do tych rolników, którzy do tej pory jeszcze nie skorzystali z tej oferty, aby procent ubezpieczonych gospodarstw zwiększył się z 10–12 proc. przynajmniej czterokrotnie, a procent areału uprawnego docelowo zwiększył się trzykrotnie – zapowiada prezes PTUW.
Dzięki nowelizacji ustawy o ubezpieczeniach upraw rolnych i zwierząt gospodarskich dopłaty rządowe do ubezpieczeń mogą sięgnąć 65 proc. Jak wskazują przedstawiciele resortu infrastruktury i rolnictwa, w tym roku na ubezpieczenia rolników trafi 500 mln zł, jednak kwota ta ma być stopniowo zwiększana. W przyszłym roku może przekroczyć już 1 mld zł. W ciągu najbliższych 3 lat dopłaty do ochrony upraw i hodowli mogą sięgnąć 1,8 mld zł.
– Nie przewidujemy takich zdarzeń jak w tym roku, gdy rolnicy chcieli się ubezpieczać, a nie mogli. Będzie tu płynne ubezpieczanie, przejście z oferty jesiennej na ofertę wiosenną. Dostęp do ubezpieczeń dla rolnika, dotowanych i niedotowanych, będzie zapewniony w sposób ciągły, przynajmniej w naszej firmie, ale myślę, że także u konkurencji – mówi Zbigniew Pusz.
Oferowany rolnikom zakres ubezpieczenia upraw obejmuje ryzyka od zjawisk pogodowych, strat w produkcji zwierząt gospodarczych spowodowanych przez nawałnice czy burze. AGRO ubezpieczenia obejmują m.in. plony zbóż, rzepaku, chmielu, warzyw gruntowych i krzewów owocowych.
Większość udziałów w PTUW należy do Poczty Polskiej (50,46 proc.). Pod koniec lipca 49,5 proc. udziałów zostało objęte przez Fundusz Składkowy Ubezpieczenia Społecznego Rolników.
– Głównym założeniem tego porozumienia jest wykorzystanie potencjału, jaki stoi za Kasą Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, Funduszem Składkowym oraz Pocztą Polską w celu upowszechnienia i propagowania idei ubezpieczeń upraw rolnych i ubezpieczeń rolników. Fundusz Składkowy objął udziały za ponad 27,5 miliona złotych w PTUW – mówi Adam Sekściński, prezes zarządu Funduszu Składkowego Ubezpieczenia Społecznego Rolników.
W ubiegłym tygodniu opublikowano wyniki wrześniowej inflacji mierzonej CPI. Indeks zaskoczył silnym odbiciem o 2,2% w ujęciu rocznym. Do skoku przyczyniły się głównie wyższe koszty transportu oraz ceny żywności. Wzrost poziomu cen był zbliżony do celu inflacyjnego NBP, który wynosi 2,5%. Wywołało to spekulacje dotyczące możliwego wcześniejszego zaostrzenia polityki pieniężnej i rozpoczęcia podnoszenia stóp procentowych przez NBP wcześniej niż oczekiwano, nawet już w pierwszej połowie przyszłego roku.
Warto jednak powstrzymać się jeszcze z wyciągania długoterminowych wniosków na podstawie jednego wyniku. Dopiero kolejne zmiany pokażą, czy było to jednorazowe wahanie czy ceny będą nadal wzrastać w takim tempie. Jeżeli okaże się, że jest to incydentalne zdarzenie i inflacja spadnie poniżej 2%, szanse na wcześniejsze podwyższenie stóp procentowych spadną.
W Republice Czeskiej po raz kolejny zbliża się regulacja polityki pieniężnej. W ubiegłym tygodniu w głosowaniu czeskich bankierów o mały włos nie przeszła propozycja podwyższenia stóp procentowych. Oczekuje się jednak, że zostaną one podniesione w listopadzie. Korona powinna więc w dalszym ciągu się umacniać.
Pomimo spekulacji na temat wcześniejszego zaostrzenia polityki pieniężnej złoty osłabił się w zeszłym tygodniu. Jego kurs w stosunku do euro w piątek wynosił 4,31 EUR/PLN. Główna para walutowa tego dnia zanotowała kurs na poziomie 1,18 EUR/USD.
Jarosław Prawicki dołączył we wrześniu do warszawskiego zespołu Grupy Karimpol i objął stanowisko Leasing Director.
Do jego obowiązków będzie należało zarządzanie pełnym procesem komercjalizacji w realizowanych projektach biurowych firmy w Warszawie: Equator IV przy Alejach Jerozolimskich oraz flagowej inwestycji Grupy w Europie Środkowo-Wschodniej – Skyliner przy Rondzie Daszyńskiego. Dodatkowo dyrektor będzie odpowiedzialny za współpracę z agencjami doradczymi i nadzór nad strategią działań marketingowych i PR firmy.
Jarosław Prawicki posiada wieloletnie doświadczenie menedżerskie oraz wiedzę w zakresie nieruchomości komercyjnych, które zdobył pracując na różnych stanowiskach zarówno po stronie deweloperów jak i agencji nieruchomości w takich firmach jak: Cushman & Wakefield, CBRE, HB Reavis, UBM, Immobel, GE Capital Golub. Z rynkiem nieruchomości biurowych jest związany od 14 lat. Przed dołączeniem do Karimpol Polska pełnił funkcję Head of Office Leasing w Immobel Poland.
Jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej na kierunku Marketing i Zarządzanie. W życiu prywatnym pasjonat podróży i fan piłki nożnej.