Nowe przepisy nałożyły na agencje pracy tymczasowej więcej obowiązków. Kobiety w ciąży mogą liczyć na większą ochronę

Nowe przepisy nałożyły na agencje pracy tymczasowej więcej obowiązków. Kobiety w ciąży mogą liczyć na większą ochronę 1

Agencje pracy tymczasowej mierzą się z nowymi wyzwaniami. Ograniczenie okresu, w jakim dany pracownik tymczasowy może pracować dla jednej firmy, wprowadzenie większej ochrony pracownic w ciąży i zmiany w sposobie wypłacania wynagrodzenia urlopowego mogą sprawić, że część agencji przestanie istnieć. Obowiązujące od czerwca tego roku zmiany eksperci oceniają pozytywnie. Część z nieuczciwych agencji zrezygnuje z tej działalności, a pracownicy tymczasowi zostali objęci większą ochroną – wskazuje dr Magdalena Rycak z Uczelni Łazarskiego.

– W czerwcu 2017 roku weszło w życie wiele zmian dotyczących zatrudniania pracowników tymczasowych. Najważniejsze dotyczą ograniczenia w praktyce czasu zatrudniania pracowników tymczasowych i osób zatrudnionych przez agencje pracy tymczasowej na podstawie umów cywilno-prawnych przez agencje pracy tymczasowej, ale też przez pracodawców użytkowników. Ten okres maksymalnego zatrudnienia wynosi teraz 18 miesięcy w ciągu 36 miesięcy – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Magdalena Rycak, radca prawny, kierownik studiów podyplomowych Prawo Pracy i Ubezpieczeń Społecznych – Kadry i Płace w Uczelni Łazarskiego.

Dotychczas pracownik mógł pracować nie dłużej niż 18 miesięcy dla danej agencji pracy tymczasowej. Po zmianach limit ten stosuje się już nie tylko do agencji pracy, lecz także do zatrudnienia u pracodawcy użytkownika. Nawet po zmianie agencji pracy pracownik nadal może pracować tylko 18 miesięcy w ramach 36 kolejnych miesięcy na rzecz jednej firmy.

Niedostosowanie się do tego wymogu może oznaczać grzywnę w wysokości do 30 tys. zł. Ma to wyeliminować sytuacje, które przeczyły idei pracy tymczasowej, kiedy dana osoba pracowała u jednego pracodawcy nawet kilka lat, zmieniając tylko pośredniczące w zatrudnieniu agencje pracy tymczasowej.

– W ślad za tą zmianą wchodzi w życie szereg innych, w tym nakładające na pracodawcę użytkownika dodatkowe obowiązki informacyjne. Doszedł też obowiązek umieszczania w świadectwie pracy informacji przez jaki czas i na rzecz jakiego pracodawcy użytkownika dany pracownik tymczasowy pracował oraz wydawania analogicznych zaświadczeń w przypadku zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych – mówi Magdalena Rycak.

Wśród nowych obowiązków informacyjnych, które spoczywają na pracodawcy, jest m.in. prowadzenie ewidencji osób wykonujących pracę tymczasową zawierającą informacje o dacie rozpoczęcia i dacie zakończenia wykonywania takiej pracy.

Ustawa przyniosła też inne istotne zmiany, na przykład ochronę dla kobiet w ciąży. Do tej pory osoby pracujące w oparciu o umowę o pracę tymczasową nie miały gwarancji przedłużenia umowy, gdy okazywało się, że są w ciąży. Teraz kobiety zatrudnione w danej agencji pracy tymczasowej przez co najmniej dwa miesiące w momencie zakończenia trzeciego miesiąca ciąży zyskują gwarancję, że umowa będzie musiała zostać przedłużona do dnia porodu.

– Wcześniej takie umowy bywały rozwiązywane albo same się rozwiązywały, więc w dniu porodu takie pracownice nie nabywały prawa do zasiłku macierzyńskiego. To jest bardzo duża zmiana na korzyść pracownic tymczasowych – przekonuje ekspertka.

Nowe przepisy rozszerzają też katalog wykroczeń, z których każde zagrożone jest karą grzywny od 1 tys. do 30 tys. zł. Do najważniejszych eksperci zaliczają zastępowanie pracą tymczasową pracowników uczestniczących w strajku, naruszanie zakazu zatrudniania pracowników zwolnionych w okresie ostatnich trzech miesięcy z zakładu z przyczyn niedotyczących pracowników czy przekroczenie dopuszczalnych okresów, na jakie może być pracownikowi tymczasowemu powierzona praca tymczasowa.

– Te zmiany miały na celu uszczelnienie systemu. Było dużo obowiązków w ustawie nałożonych na pracodawcę użytkownika, za których niewypełnieniem nie szły żadne sankcje. Pracodawca użytkownik miał i nadal ma obowiązek prowadzenia ewidencji czasu pracy pracowników tymczasowych, ale do tej pory, jeśli tego nie robił, nie groziły mu żadne sankcje. Teraz po zmianie prawa pracodawca popełnia wykroczenie np. za nieprowadzenie ewidencji czasu pracy czy za nieudzielenie zgodnie z przepisami ustawy urlopu wypoczynkowego – tłumaczy kierownik studiów podyplomowych z prawa pracy w Uczelni Łazarskiego. – Istotna zmiana jest też w sposobie wypłacania i obliczania wynagrodzenia urlopowego pracownikom tymczasowym oraz ekwiwalentu pieniężnego za niewykorzystany urlop wypoczynkowy – dodaje.

Pracownicy tymczasowi są najliczniejszą grupą zatrudnianą przez agencje pracy. W 2016 roku za ich pośrednictwem prace znalazło 1,2 mln osób. Dane resortu rodziny, pracy i polityki społecznej wskazują, że w ubiegłym roku pracowników tymczasowych zatrudniło 18,6 tys. firm (9 proc. wzrost rdr.). Większy popyt na pracowników tymczasowych sprawia, że rośnie też średnie wynagrodzenie. Z danych Polskiego Forum HR wynika, że za godzinę pracy płaci się 14,49 zł brutto, a miesięcznie wynagrodzenie przekracza 2,4 tys. zł (wzrost o 11 proc.). Zdaniem ekspertki nowe przepisy będą mieć pozytywny wpływ na rynek pracy w Polsce.

– Przepisy ucywilizują rynek pracy tymczasowej, chociaż część kwestii wciąż wymaga ponownej nowelizacji. Na pewno będą one pozytywne dla pracowników tymczasowych, bo zostali oni objęci większą ochroną, zwłaszcza pracownice tymczasowe w ciąży. Ta zmiana raczej nie doprowadzi do zwiększenia zainteresowania pracą tymczasową, ze względu na zmniejszenie dysproporcji w usprawnieniach pracowników tymczasowych i stałych. Z punktu widzenia interesów pracowników zazwyczaj bardziej korzystna jest praca stała na rzecz jednego pracodawcy, u którego jednocześnie wykonywana jest praca. Dla części nieuczciwych agencji tego typu biznes może się stać nieopłacalny. Na skutek zmian część tych nieuczciwych agencji może zrezygnować z tego typu działalności, co będzie pozytywne dla rynku pracy – podkreśla dr Magdalena Rycak.

Uczelnie czekają duże zmiany. Będą musiały poradzić sobie m.in. z wprowadzeniem sześciomiesięcznych praktyk

Uczelnie czekają duże zmiany. Będą musiały poradzić sobie m.in. z wprowadzeniem sześciomiesięcznych praktyk 2

Projekt nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, który minister Jarosław Gowin zaprezentował w ubiegłym tygodniu, wchodzi w etap kilkumiesięcznych konsultacji. Środowisko naukowe pozytywnie oceniło część zawartych w nim propozycji, ale niektóre mogą stanowić duże wyzwanie. Wśród nich jest m.in. wprowadzenie sześciomiesięcznych praktyk i wydłużenie studiów niestacjonarnych. Te uczelnie, które nie poradzą sobie z nową regulacją, mogą zniknąć z rynku. 

– Część zaproponowanych rozwiązań będzie wyzwaniem dla uczelni. Dotyczy to chociażby wydłużenia studiów niestacjonarnych czy likwidacji minimum kadrowych i zastąpieniem go koniecznością realizacji co najmniej 50 proc. zajęć przez etatowych pracowników. Nie są to zmiany rewolucyjne. Jednak wiele uczelni – w szczególności niepublicznych – będzie musiało dość mocno i gruntownie przebudować sposób funkcjonowania, żeby się do nich dostosować – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Arkadiusz Doczyk, dyrektor działu dydaktyki i rozwoju produktów w Centrum Rozwoju Szkół Wyższych TEB Akademia.

Na Narodowym Kongresie Nauki, który odbywał się w ubiegłym tygodniu w Krakowie, minister Jarosław Gowin przedstawił założenia nowej ustawy o szkolnictwie wyższym i nauce. Kierowany przez niego resort pracował nad tym projektem przez ostatnie półtora roku. Zmiany odczują zarówno uczelnie publiczne, jak i niepubliczne.

– Na rynku szkolnictwa niepublicznego ta ustawa wprowadzi bardzo wiele zmian, które mogą spowodować, że uczelni będzie trochę mniej. Odejście od minimum kadrowych na rzecz realizacji co najmniej 50 proc. zajęć dydaktycznych przez etatowych pracowników na pewno będzie wyzwaniem i spowoduje, że uczelnie będą musiały przykładać jeszcze większą wagę do tego, kogo zatrudniają i kogo proponują studentom do prowadzenia zajęć – uważa Arkadiusz Doczyk.

Problematyczne dla uczelni niepublicznych może się okazać też wydłużenie studiów niestacjonarnych. Zdaniem ekspertów część z nich może próbować obejść ten przepis.

 Idea zmiany w ustawie była taka, żeby studenci mieli dłuższy czas na nabycie tych samych umiejętności, które nabywa student studiów stacjonarnych. Wydłużenie czasu studiowania będzie zwiększało koszty. Dlatego spodziewałbym się, że część uczelni może dość nowatorsko i innowacyjnie potraktować ten obowiązek. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że część uczelni niepublicznych będzie starała się niejako ominąć ten przepis i nie dokona jakichkolwiek zmian w programie, tylko rozłoży w dłuższym czasie tę samą liczbę zjazdów – mówi Arkadiusz Doczyk. – Także sześciomiesięczne praktyki będą ogromnym wyzwaniem dla uczelni publicznych i niepublicznych, ponieważ jest to wydłużenie praktyk jeszcze raz w stosunku do tego, co obowiązuje dzisiaj.

Wśród najważniejszych propozycji tzw. ustawy 2.0. jest m.in. poszerzenie autonomii uczelni wyższych, podzielenie ich na akademickie i zawodowe, przywrócenie egzaminów wstępnych na studia oraz stworzenie nowego modelu kształcenia doktorantów. Ustawa ma uprościć i zmniejszyć liczbę przepisów i rozporządzeń, integrując w całość dotychczas obowiązujące prawo o szkolnictwie wyższym, o stopniach i tytule naukowym oraz ustawę o kredytach i pożyczkach studenckich. Najbliższe miesiące MNiSW poświęci na konsultacje projektu. Zgodnie z harmonogramem resortu reforma ma wejść w życie w 2018 roku.

– Ten projekt ustawy i sposób jej procedowania jest odmienny od dotychczasowych. Proces konsultacji trwał wiele miesięcy, także najbliższe miesiące będą poświęcone konsultacjom społecznym. W tej ustawie nowością jest to, że okres wdrożenia nowych przepisów jest rozciągnięty na blisko 10 lat, a rewolucyjne zmiany mają wchodzić stopniowo tak, aby uczelnie miały czas na dostosowanie się do zaproponowanych przepisów – zauważa Arkadiusz Doczyk.

W ministerialnym projekcie przewidziano katalog kar dla uczelni – w szczególności tych, które kształcą odpłatnie – za nieprzestrzeganie nowych przepisów. Ministerstwo będzie mogło nałożyć taką karę również wtedy, kiedy uczelnia nie wyda dyplomów w terminie.

Zdaniem eksperta prawdziwie rewolucyjne zmiany resort szykuje w obszarze nauki. Zawarte w projekcie ustawy 2.0 propozycje zakładają m.in. wprowadzenie nowego modelu kształcenia doktorantów i likwidację niestacjonarnych studiów doktoranckich, które zostaną zastąpione przez szkoły doktorskie. Wprowadzony ma też zostać powszechny system stypendialny dla doktorantów. Nowa ustawa zniesie też obowiązek habilitacji i wprowadzi duże zmiany w systemie ewaluacji jednostek naukowych.

 W obszarze nauki nastąpi dość duża rewolucja ze względu na to, że wprowadza się zarówno nową kategorię naukową, jak i nowy sposób ewaluacji działalności naukowej na uczelni. To jest rzeczywiście ogromna zmiana w stosunku do dotychczasowego sposobu funkcjonowania nauki – ocenia dyrektor działu dydaktyki i rozwoju produktów w Centrum Rozwoju Szkół Wyższych TEB Akademia.

We Wrocławiu powstało pierwsze w Europie Środkowo-Wschodniej nowoczesne centrum szkoleniowe. Wirtualna rzeczywistość może poprawić jakość i atrakcyjność szkoleń BHP dla pracowników

We Wrocławiu powstało pierwsze w Europie Środkowo-Wschodniej nowoczesne centrum szkoleniowe. Wirtualna rzeczywistość może poprawić jakość i atrakcyjność szkoleń BHP dla pracowników 3

W ubiegłym roku Główny Urząd Statystyczny odnotował blisko 87,9 tys. wypadków przy pracy, z czego 239 śmiertelnych. Te statystyki od kilku lat wahają się nieznacznie. Problemem są przestarzałe przepisy i nieświadomość pracowników, którzy w większości przypadków sami przyczyniają się do wypadku. Amerykański koncern 3M otworzył właśnie we Wrocławiu pierwsze w regionie centrum szkoleniowe, w którym firmy i ich pracownicy mogą szkolić się z zakresu bezpiecznego wykorzystania sprzętu i bezpieczeństwa pracy. 

– Najbardziej zagrożony wypadkami przy pracy jest przemysł budowlany i przetwórstwo. Trudno sobie wyobrazić, że osoba która spadnie z wysokości i nie jest odpowiednio zabezpieczona uniknie poważnych obrażeń bądź wypadek nie będzie śmiertelny. Statystycznie, najwięcej wypadków zdarza się w przetwórstwie, ale są to incydenty, gdzie ktoś został skaleczony lub skręcił nogę. Prawie 40 proc. wypadków przy pracy ma miejsce w trakcie poruszania się, wtedy najczęściej dochodzi do skręcenia kostki albo zwichnięcia kolana – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Duda, dyrektor badań i rozwoju 3M w Polsce.

Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku blisko 87,9 tys. osób zostało poszkodowanych w wypadkach przy pracy, co oznacza niewielki wzrost liczby takich incydentów (o 0,3 proc. rok do roku). Większość wypadków miała niegroźne skutki. Ciężkich obrażeń doznały 464 osoby, natomiast 239 to liczba wypadków śmiertelnych (o 21,4 proc. mniej rok do roku). Od kilku lat te statystyki utrzymują się na zbliżonym poziomie.

– Świadomość jest coraz większa i coraz częściej pracownicy sami wymuszają na pracodawcy stosowanie odpowiednich środków bezpieczeństwa. Osobna kwestia to ich praktyczne zastosowanie. Pracownikowi, który nosi maskę czy respirator wydaje się, że jest zabezpieczony. Oczywiście tak, ale pod warunkiem, że maska jest odpowiednio założona. Jeżeli nie jest, wtedy jest to iluzoryczne zabezpieczenie – zauważa Tomasz Duda.

Ekspert 3M ocenia, że obwiązujące w Polsce przepisy, które dotyczą bezpieczeństwa pracy, są dość rygorystyczne, ale i przestarzałe. Problemem jest też kwestia ich egzekwowania.

– Niestety, są to przepisy jeszcze z lat 70., które bardziej nastawiają się na dokumentację niż na część praktyczną szkoleń. Przepisy same w sobie nie są złe, natomiast zmiany wymaga kwestia egzekucji jak również przejścia z części legislacyjnej do części praktycznej. Powinniśmy nastawić się głównie na część praktyczną – podkreśla Tomasz Duda.

Jak pokazują dane GUS, wypadkom przy pracy najczęściej ulegają osoby zatrudnione w przetwórstwie przemysłowym, budownictwie i przy naprawie pojazdów samochodowych. Przyczyną większości takich incydentów (60,1 proc.) jest niewłaściwe zachowanie się pracownika. Dlatego – poza kontrolą z zakresu przestrzegania BHP w firmie – istotne są praktyczne szkolenia dla pracowników, którzy powinni wiedzieć, jak korzystać z narzędzi i sprzętu ochronnego, żeby nie ulec wypadkowi.

– Chcielibyśmy wpłynąć na to, żeby przepisy prawa nie tylko wymagały od pracodawców stosowania środków bezpieczeństwa, ale również wymagały odpowiedniego przeszkolenia pracowników. Produkty, których będą używali do ochrony, muszą być odpowiednio założone, tylko wówczas spełniają swoje zadanie – podkreśla Tomasz Duda.

W tym tygodniu firma uruchomiła we Wrocławiu jedyne w Europie Środkowo–Wschodniej centrum szkoleniowe. Kosztem blisko 10 mln zł powstała 10-metrowa wieża wysokościowa oraz specjalistyczne działy, m.in.: obróbki ściernej czy napraw blacharsko-lakierniczych. Firmy, z którymi 3M współpracuje na polskim rynku, mogą wysyłać tutaj swoich pracowników na szkolenia z zakresu bezpieczeństwa pracy i bezpiecznej obsługi sprzętu. Wrocławskie Centrum Szkoleniowe 3M to jeden z 53 tego typu obiektów na całym świecie.

– Nowoczesną metodą szkolenia BHP jest wirtualna rzeczywistość, którą wprowadziliśmy w jednym z laboratoriów. Pracownik, który zakłada gogle wirtualnej rzeczywistości, wchodzi na symulowaną platformę bez zabezpieczenia przed upadkiem i nagle spada. Wirtualna rzeczywistość dość dokładnie obrazuje, jakie mogą być skutki nieprzestrzegania przepisów bezpieczeństwa, czyli niezabezpieczenia się przed upadkiem z wysokości. Mamy tu przykład uprzęży czy drabin, po których mogą wspinać się pracownicy. To środowisko pracy na wysokości, ale w warunkach kontrolowanych, w których możemy praktycznie przeszkolić pracowników z bezpieczeństwa pracy – mówi Tomasz Duda.

– Chcemy rozwijać takie centra w większych krajach. Dziś jest ich 53, to we Wrocławiu jest pierwszym  w naszym regionie i dlatego traktujemy je bardzo poważnie. Głównym celem jest możliwość goszczenia tutaj naszych klientów i użytkowników naszych produktów czy rozwiązań. Chcemy szkolić naszych klientów, dzielić się z nimi najlepszymi praktykami i doświadczeniem naszych ekspertów. Szkolenia rozpoczną się w październiku, czyli już niedługo – mówi Alain Simonnet, dyrektor generalny 3M w Polsce.

Amerykańska firma, która należy do czołówki najbardziej innowacyjnych na świecie, inwestuje w Polsce od 25 lat. Łączna wartość inwestycji przekroczyła w tym czasie 500 milionów dolarów. We Wrocławiu firma zlokalizowała już swoje centra innowacji, dział badań i rozwoju, centrum usług wspólnych oraz centrum produkcyjne. Jest największym w regionie pracodawcą, który zatrudnia ponad 3 tys. osób.

– Dwa lata temu zainwestowaliśmy w Global Service Center, czyli centrum usług wspólnych we Wrocławiu. Rozbudowujemy też naszą fabrykę. Nasze zaangażowanie na tutejszym rynku należy do największych na świecie i jest drugie co do wielkości w Europie. Będziemy nadal inwestować w różne obszary, kompetencje i rozwiązanie. Nie jest to więc koniec tej przygody – zapowiada Alain Simonnet.

Globalny koncern 3M jest obecny w ponad 70 krajach a nasze produkty są dostępne w ponad 200 krajach na całym świecie. Firma ma w portfolio ok. 55 tys. produktów, a statystycznie każdy Polak codziennie spotyka się kilkanaście razy z rozwiązaniami i innowacjami 3M.

Czym skusić wymagającego pracownika?

Dobre parametry rynku pracy – niskie bezrobocie, zwiększająca się liczba ofert pracy to pozytywne sygnały dla pracowników. Pracodawcy jednak mają wysoko postawioną poprzeczkę – coraz trudniej znaleźć i zachęcić do przyjęcia oferty pracy wysoko wykwalifikowanych specjalistów.   

  • Czy tylko pensja jest ważna? Polacy nie tylko nie są zadowoleni z otrzymywanego wynagrodzenia, ale też źle oceniają politykę dotyczącą świadczeń dodatkowych.
  • Benefity w firmach – grzechy pracodawców i marzenia pracowników.  
  • Czy branża ma znaczenie? Czy laptop skusi programistę?

Wynagrodzenie jest jednym z ważniejszych powodów, dla którego pracujemy.
Rywalizacja o najbardziej rozchwytywanych specjalistów na rynku pracy, na którym (w wielu branżach) warunki dyktują pracownicy, rozgrywa się więc w oparciu o szybko rosnące propozycje finansowe. Czy można zrobić coś jeszcze? Tak. Świadczenia dodatkowe są bardzo mile widziane przez większość pracowników i okazuje się, że często mogą pomóc w podjęciu decyzji o przyjęciu oferty pracy.

Wrześniowe badanie Praca.pl pokazało, że blisko połowa Polaków nie jest zadowolona z poziomu otrzymywanego wynagrodzenia. Podobnie wygląda sytuacja ze świadczeniami dodatkowymi – 48% nie otrzymuje żadnych benefitów. Pracodawcy, chcąc więc odpowiadać na potrzeby coraz bardziej wymagających pracowników, powinni dobrze przemyśleć nie tylko politykę płacową, ale również tę, dotyczącą dodatków do pensji.

Zacznijmy od grzechów pracodawców:

Oferujemy:

  • przyjazną atmosferę w zespole,
  • atrakcyjne wynagrodzenie,
  • narzędzia do pracy: laptop, telefon służbowy i samochód.

Warto pamiętać, że, o ile nie ma możliwości używania samochodu służbowego do celów prywatnych, to nie jest on benefitem, a jedynie narzędziem do pracy. Tak samo jest z laptopem i telefonem służbowy. Ten ostatni, nawet na prywatny użytek, mocno traci na atrakcyjności w dobie darmowych połączeń.  Ważne jest to, żeby benefity nie związywały pracownikowi rąk. Jeśli pracodawca pisze w ogłoszeniu, że zaletą pracy w firmie jest work-life balance, a jednocześnie zobowiązuje pracownika do odbierania telefonu służbowego po godzinach to może szybko stracić na wiarygodności.

A o czym marzą pracownicy?

Co zatem powinien napisać w ogłoszeniu pracodawca, żeby zachęcić do aplikacji tych, których zachęcić najtrudniej? Analizując ogłoszenia na Praca.pl najczęściej spotykamy:

  • pakiet medyczny,
  • pakiet rekreacyjny – głównie dofinansowania do zajęć sportowych,
  • szkolenia językowe,
  • ubezpieczenie na życie,
  • elastyczny czas pracy.

Świadczy to o coraz większej świadomości pracodawców, bo wyżej wymienione są też na liście najchętniej widzianych przez pracowników. W badaniu serwisu wynagrodzenia.pl pt. „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników w 2017 roku” ankietowani wskazali trzy najbardziej kuszące:

  • rozszerzony pakiet medyczny,
  • samochód służbowy do celów prywatnych,
  • elastyczny czas pracy.

Na popularności zyskują również dodatki w postaci jedzenia – najczęściej spotykane są śniadania dla pracowników i owoce. Często pracownicy mogą liczyć na dofinansowania do obiadów w firmowych stołówkach lub do cateringu.

Czy atrakcyjność benefitów jest zależna od branży?

Analizując różne grupy zawodowe zauważamy pewne charakterystyczne preferencje. Handlowcy z pewnością częściej wspomną o możliwości korzystania z samochodu służbowego w celach prywatnych (bo jest to narzędzie często przez nich wykorzystywane), programiści chętnie widzieliby elastyczny czas pracy (np. możliwość pracy w domu przez 2 dni w tygodniu), natomiast nawet najlepszy laptop traktują jako narzędzie pracy, finansiści mocno stawiają na udział w szkoleniach, kursach (ze względu na często zmieniające się przepisy i regulacje prawne).

Na Praca.pl pojawiają się już ogłoszenia rekrutacyjne, w których pracodawcy starają się spersonalizować świadczenia dodatkowe, pozostawiając pracownikowi możliwość decyzji o ich kształcie. Tego typu działania employer brandingowe będą zyskiwać na popularności, bo poza oczywistymi korzyściami jakie niosą ze sobą benefity, dają pracownikowi poczucie, że to on decyduje. A to ważne, szczególnie wśród wchodzących na rynek pracy przedstawicieli pokolenia Z, dla których pasja i radość z pracy są na pierwszym miejscu.

KIG: Porównania Rządu do czasów Gierka to duża przesada

Istnieją opinie, że to, co obecnie dzieje się w gospodarce, przypomina wydarzenia z czasów Gierka. Chodzi o coraz większe zadłużanie się Polski. Ostatnio byliśmy świadkami otrzymania miliardowego kredytu z Europejskiego Banku Inwestycyjnego. Dług wewnętrzny i zagraniczny przekroczył już bilion zł.

– Doszukiwanie się paraleli z czasami PRL-u to jednak mocna przesada. Wzięcie kredytów nie jest niczym złym. Wszystko zależy od tego, jak te kredyty zostaną spożytkowane – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej – Jeśli wiemy na co wydać zaciągnięte środki, to pozytywny impuls. Zwłaszcza, jeśli w efekcie zwiększymy efektywność i nowoczesność gospodarki, moce wytwórcze i konkurencyjność gospodarczą. Ze sprzedaży dóbr powstałych w wyniku inwestycji można uzyskać środki na spłacenie należności, a w gospodarce pozostaną wtedy trwałe zmiany. Jak było za czasów Gierka? Wtedy także chodziło o unowocześnienie gospodarki. Zaciągnięto olbrzymią, jak na tamte czasy, pożyczkę na miliardy dolarów. Przestarzały system gospodarki socjalistycznej nie był jednak w stanie zrobić efektywnego użytku z tych środków. Skierowano je do działów przemysłu, które nie mogły wpłynąć na nowoczesność kraju, jak np. produkcja broni a nie budowa infrastruktury czy produkcja na rynek rozwoju usług. Nie było więc zwrotu z inwestycji, o jakim myślano. Części zamówionego wtedy sprzętu nie rozpakowano nawet przez kilkanaście lat. Obecnie pieniądze rozplanowane są właściwie – na rozwój infrastruktury energetycznej, odtworzenie majątku wytwórczego w tej dziedzinie oraz naukę i badania. Ma to na celu zwiększenie poziomu nakładów do 2 proc. rocznie. Dzisiaj Polska jest pod tym względem z tyłu Europy. Zwrot z powyższych inwestycji powinien wystarczyć na spłacenie długu. Gwarantem tego jest też Europejski Bank Inwestycyjny, który – w odróżnieniu od tych, którzy pożyczali nam pieniądze na początku lat 70. – będzie bacznie kontrolował ich wydawanie i w razie potrzeby zainterweniuje. Dlatego porównania te są zbyt odważne – ocenił Arendarski.

Dolar przed testem siły

W trakcie najbliższych godzin prawdziwym testem siły dolara będzie wystąpienie prezydenta USA Donalda Trumpa, w którym padną deklaracje dotyczące planowanej reformy systemu podatkowego. Rozczarowanie zdawkowymi ogólnikami z pewnością przyczyni się do wymazania pokaźnego wzrostu rentowności amerykańskiego długu. Na przestrzeni dnia zyskowność obligacji 10-letnich wzrosła o 7 pb., wspinając się tym samym w okolice dwumiesięcznych szczytów.

Środowy kalendarz makroekonomiczny został zdominowany przez dane napływające z amerykańskiej gospodarki. Prawdziwą dawkę zaskoczenia zapewniło silniejsze odbicie zamówień na dobra trwałe, które w sierpniu odnotowały miesięczną dynamikę na poziomie 1,7 proc. Pozytywne zaskoczenie zapewniły również szacunki zamówień na dobra kapitałowe za wyłączeniem sektorów lotniczego oraz zbrojeniowego (0,9 proc. m/m, konsensus: 0,3 proc.). Lekkie rozczarowanie zapewniły dane dotyczące podpisanych umów kupna domu (-2,6 proc. m/m, konsensus: -0,5 proc.), aczkolwiek ich wydźwięk nie był w stanie pokrzyżować szyków sile amerykańskiej waluty.

Do wyraźnej zmiany nastrojów wobec dolara kanadyjskiego przyczyniło się wystąpienie Stephena Poloza, gubernatora Banku Kanady, który zdecydował się na serię gołębich komentarzy, studząc tym samym nadzieję na rychłą podwyżkę stóp procentowych. Jego zdaniem działania BOC nie są podyktowane sprecyzowaną trajektorią stóp procentowych, a decyzje członków nie będą mechaniczne, lecz wysoce przemyślane i ostrożne. Poloz uważa, że tymczasowe czynniki mające wpływ na dynamikę cen ulegną szybkiemu wymazaniu, aczkolwiek założony cel inflacyjny zostanie bardzo delikatnie przestrzelony w 2019 roku. Co ważne, Poloz podkreśla dość poważne skutki podwyżek dla gospodarstw domowych, które charakteryzują się dość wysokim poziomem zadłużenia. Obecne poziomy długu jednoznacznie wskazują, że kanadyjskiego gospodarka nie jest gotowa na poważne szoki asymetryczne.

Obecnie dolar kanadyjski (-0,7 proc.) jest najsilniej tracącą walutą w koszyku G10. W jej cieniu znajduje się między innymi norweska korona (-0,6 proc.) czy funt szterling, którego 0,5 proc. deprecjacja spycha kurs GBP/USD w okolice poziomu 1,3400. W odwrocie pozostają również japoński jen (-0,4 proc.) oraz euro (-0,3 proc.) próbujące ustabilizować kurs EUR/USD w okolicach 1,1750. Sile amerykańskiej waluty sprzeciwia się nowozelandzki dolar (0,2 proc.), który czeka na decyzję RBNZ.

Wśród walut państw Emerging Markets uwagę zwracała czeska korona (-0,2 proc.), która znalazła się pod presją decyzji Narodowego Banku Czeskiego w sprawie poziomu stóp procentowych. Motorem dla chwilowej aprecjacji waluty stały się wzmianki Jiříego Rusnoka, prezesa ČNB, o trzech głosach za zmianą parametrów prowadzonej polityki. Finalnie Rusnok zdecydował się na nieco gołębi wydźwięk, który nie uczynił z korony gwiazdy środowej sesji. Najsilniejszą skalę deprecjacji notuje południowoafrykański rand (-1,4 proc.), którego przecenę goni polski złoty (-1,0 proc.). Na koniec dnia USD/PLN wraca do poziomu 3,6720, EUR/PLN atakuje poziom 4,3200, GBP/PLN przebija się w okolice 4,9230, a CHF/PLN notuje skok nad 3,7800.

Notowania na Starym Kontynencie stały pod znakiem prowzrostowych nastrojów, z których udało się wyłamać parkietowi przy Książęcej. Zniżka indeksu WIG 20 na poziomie 0,4 proc. wyraźnie oddaliła perspektywę powrotu do kotwicy w postaci okrągłego poziomu 2 500 pkt. Wśród polskich blue-chipów najsilniej ciążyły spółki z sektora energetycznego na czele z Tauronem (-2,4 proc.), który przedłuża o dwa dni wstrzymanie prac 460-megawatowego bloku elektrowni Łagisza. Najbardziej pokaźną zwyżkę odnotowało CCC (3,4 proc.) wymazujące wczorajszą zwyżkę. Obecnie przed walorami obuwniczego giganta stoi wyzwanie ustanowienia nowych szczytów powyżej poziomu 296,00 PLN.

W Europie Zachodniej najbardziej euforycznymi nastrojami popisywał się madrycki IBEX 35 (1,8 proc.), któremu przewodziły spółki z sektora bankowego. W czołówce znalazły się walory CaixaBanku (4,4 proc.) będącego na fali wczorajszej decyzji ECB o prawnej dekonsolidacji instytucji. Powyższe nastroje dodatkowo warunkuje referendum w sprawie niepodległości Katalonii, co potwierdza potężna zwyżka Banco Sabadell (6,9 proc.). We Frankfurcie miano lidera zyskała Lufthansa (3,3 proc.), która zdecydowała się na wprowadzenie lotów długodystansowych po upadku Air Berlin. Wśród komponentów indeksu DAX (0,4 proc.) dość pokaźnymi ruchami w stronę północy mogły pochwalić się instytucje finansowe. Na ich czele znalazł się Commerzbank (2,9 proc.), który ma przed sobą realizację planu za 2017 rok. Na londyńskiej giełdzie w centrum uwagi znalazły się walory Pearsona (3,9 proc.) po zmianie rekomendacji przez Exane na „doważaj” z ceną docelową na poziomie 7,00 GBP (obecnie: 6,06 GBP). Na fali nowych not analitycznych znalazły się również akcje Royal Bank of Scotland (3,4 proc.). Według Jefferies mogą one sięgnąć poziomu 3,06 GBP (obecnie: 2,71 GBP).

Na rynku surowców najbardziej optymistycznymi nastrojami mogą pochwalić się kakao (2,4 proc.) oraz gaz ziemny, którego listopadowe kontrakty zyskały na przestrzeni dnia aż 2,2 proc. Kolejną dobrą sesję z rzędu notuje sok pomarańczowy (1,6 proc.) uznający wyższość między innymi grudniowych kontraktów na pszenicę (1,9 proc.). O zdecydowanie skromniejszym ruchu w stronę północy należy mówić w przypadku ropy WTI (0,4 proc.), która stabilizuje się nad poziomem 52 USD za baryłkę. W odwrocie natomiast znajduje się ropa Brent. Jej przecena na poziomie 1,1 proc. wyraźnie okrywa cieniem zniżkę złota (-0,6 proc.), którego uncja wraca do poziomu 1 286 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Kurs euro do złotego najwyżej od pół roku

Euro jest dziś najdroższe w relacji do złotego od pół roku. Dolar od początku tygodnia podrożał o prawie 11 groszy. Szwajcarski frank o 9 groszy. Czy ta masowa ucieczka od złotego oznacza koniec dobrej passy polskiej waluty?

Środa jest kolejnym dniem silnej wyprzedaży złotego w relacji do głównych walut. O godzinie 16:30 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3180 zł. Tym samym euro nie tylko podrożało o 2,7 grosza od wczoraj oraz przełamało silną strefę oporu na poziomie 4,30 zł, która od ponad miesiąca nie pozwalała na wzrost kursu, ale też wspólna waluta jest obecnie najdroższa marca br. i o prawie 17 groszy droższa niż w majowym dołku.

Jeszcze silniej drożeje w tym tygodniu dolar i szwajcarski franka. Za amerykańską walutę trzeba zapłacić teraz 3,6790 zł, czyli o 11 groszy więcej niż w piątek na zamknięciu i najwięcej od połowy lipca br. Frank w tym tygodniu podrożał natomiast o 9 groszy do poziomu 3,7730 zł obecnie, wykonując wcześniej zwrot z sierpniowego dołka.

Wyprzedaż złotego nie jest przypadkiem lokalnym. Tanieją też inne waluty krajów zaliczanych do rynków wschodzących. Za takim zachowaniem stoją bowiem czynniki globalne. Przede wszystkim umacniający się dolar, którego wspiera oczekiwanie na kontynuację podwyżek stóp procentowych przez Fed, nadzieje związane z reformą podatkową w USA, a także słabnące euro po niedzielnych wyborach parlamentarnych w Niemczech. Mocny dolar tymczasem oznacza odpływ kapitałów z rynków wschodzących i taki proces właśnie obserwujemy.

Złotemu z pewnością też nie pomagają ostatnie gołębie wypowiedzi członków Rady Polityki Pieniężnej (RPP), podważające zasadność podwyższania stóp procentowych w przyszłym roku, pomimo obserwowanego silnego przyspieszenia gospodarczego w Polsce. Lekko też może ciążyć spór polityczny wokół polskiego sądownictwa, jaki odżył po prezentacji przez prezydenta Andrzeja Dudę projektów ustaw dotyczących SN i KRS. Aczkolwiek w tym miejscu trzeba podkreślić, że oba wymienione czynniki odgrywają zdecydowanie drugoplanową rolę w przecenie złotego.

Obserwowany od poniedziałku skok kursów głównych walut w relacji do złotego, nie tylko zwraca uwagę swą skalą, ale również konsekwencjami. Euro wybiło się powyżej ważnej strefy oporu na 4,30 zł, co otwiera mu drogę do 4,3250 zł, a później może nawet i do 4,40 zł. Szwajcarski frank dynamicznie zawrócił z poziomu sierpniowego dołka. Dolar natomiast, po tym jak w pierwszej połowie miesiąca wyznaczył dołek na 3,5115 zł, teraz przełamał rysowaną od grudnia 2016 roku linię trendu spadkowego na wykresie dziennym USD/PLN.

To wszystko sugeruje, że krajowy rynek walutowy jest po przesileniu, a zapoczątkowane w grudniu spadki wymienionych walut już się zakończyły. Wprawdzie z uwagi na dobrą kondycję rodzimej gospodarki, co prawdopodobnie w październiku zostanie potwierdzone wyższą oceną od agencji S&P, trudno oczekiwać w najbliższych tygodniach równie dynamicznych wzrostów kursów euro, dolara i franka, ale też w najbliższych miesiącach wykluczone są ich spadki poniżej tegorocznych minimów.

Marcin Kiepas, niezależny analityk

Oczekiwania Polaków na rynku nieruchomości

Jesteśmy świadkami rekordowego roku dla polskiego rynku nieruchomości. W 2017 roku oddano już 108 tysięcy mieszkań[1] i zapowiada się, że ta liczba będzie dalej rosnąć. Duża podaż mieszkań powoduje, że kupujący mogą przebierać w ofertach i stają się coraz bardziej wymagający. Na co zwracają szczególną uwagę podczas poszukiwań swojego wymarzonego „M” ?

Coraz większa liczba oddawanych mieszkań (niemal 10 proc. dynamika w porównaniu do roku 2016) powoduje, że obecnie na rynku nieruchomości spotykamy się z rynkiem klienta. W tej sytuacji zarówno deweloperzy, jak i biura nieruchomości muszą dostosowywać swoją ofertę do obecnych wymagań klientów i trendów rynkowych. – Rynek jest w fazie rozkwitu i mamy prawdziwy boom na mieszkania. Jednakże zauważalne jest też to, że kupujący są coraz bardziej wymagający i najczęściej szukają mieszkania mając już skomponowaną własną listę oczekiwań, zarówno wobec samego lokalu, jak i jego otoczenia – mówi Agata Stradomska, ekspert RE/MAX Polska, części globalnej sieci nieruchomości RE/MAX. – Obecnie największą przewagę osiągają ci sprzedawcy, którzy najlepiej dostosują ofertę do swoich potencjalnych klientów – dodaje Stradomska.

Kupujący stawiają przede wszystkim na jakość i wygodę. W końcu mieszkanie to inwestycja na długie lata i większość kupujących spędzi tam znaczny okres swojego życia. Obecnie najpopularniejsze oczekiwania Polaków to:

  1. Lokalizacja

Niezmiennie w czołówce oczekiwań klientów znajduje się lokalizacja. To właśnie ten czynnik jest jednym z kluczowych podczas wyboru mieszkania i to nie zmienia się od lat. Warto zauważyć, że jest on równie ważny zarówno dla osób kupujących lokal w celach mieszkalnych, jak i inwestycyjnych.

W każdym mieście są lepsze, droższe, i tańsze dzielnice. W ostatnim czasie zauważyliśmy, że większość osób woli zapłacić więcej pieniędzy za korzystniej położone mieszkanie. Taka inwestycja zazwyczaj gwarantuje zarówno atrakcyjniejsze połączenie komunikacyjne, jak i lepszą infrastrukturę, m.in. szkoła, basen, sklep, czy park – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska. – Dobra lokalizacja to jednak przede wszystkim krótszy czas codziennego dojazdu do pracy, który, szczególnie w dużych miastach, może przekraczać nawet 3 godziny[2]. Stąd też dobre umiejscowienie domu to oszczędność czasu, który można przeznaczyć na rodzinę, rozrywkę, hobby czy po prostu na wypoczynek – dodaje Stradomska.

  1. Miejsce parkingowe

Coraz większa liczba samochodów na polskich drogach powoduje, że – szczególnie w miastach – ciężko znaleźć wolne miejsce parkingowe zarówno w centrum, jak i na osiedlach mieszkalnych. Stąd też deweloperzy oprócz budowy mieszkań muszą skupić się na budowie garaży oraz miejsc parkingowych dla swoich potencjalnych klientów. – Obecnie coraz więcej osób kupuje mieszkanie już nie z jednym, a z dwoma miejscami postojowymi. Wszystko przez to, że w rodzinie najczęściej występuje model z dwoma autami. O ile problem z miejscami parkingowymi jest do rozwiązania na rynku pierwotnym, to na rynku wtórnym jest dużą przeszkodą dla sprzedawców – mówi Stradomska.

  1. Bezpieczeństwo

Ważnym aspektem dla kupujących mieszkania jest bezpieczeństwo. Zamknięte osiedle, ochrona oraz pełen monitoring to wymagania, które coraz częściej są stawiane sprzedającym mieszkania. Deweloperzy starają się spełniać te oczekiwania już w fazie projektowania, a kroku dotrzymują im wspólnoty mieszkaniowe oddanych już budynków. Wiele wspólnot mieszkaniowych, jeśli mają takie możliwości zamykają osiedla i wprowadzają monitoring.

  1. Wygoda

Sprzedawcy prześcigają się w udogodnieniach oferowanym potencjalnym kupcom. Wpływa na to konsumpcyjny styl życia, który rozprzestrzenił się na cały świat. Dzisiaj każdy dąży do jak największej wygody, uzyskanej jak najmniejszym nakładem. Stąd też na rynku pierwotnym standardem stają się takie udogodnienia jak winda, balkon (ewentualnie loggia), czy druga łazienka w mieszkaniach przekraczających 60 m kw. – Co ciekawe, ostatnio ponownie modna staje się osobna lub częściowo odseparowana kuchnia. Bardzo duży wpływ na to obecny trend na gotowanie, co wpływa na chęć posiadania osobnego pomieszczenia, w którym można realizować swoją pasję – mówi Agata Stradomska z RE/MAX Polska.

Zakup mieszkania – trudny wybór?

Osoby poszukujące mieszkania, oprócz zbudowania swojej hierarchii potrzeb i oczekiwań odnośnie nowego lokum, muszą przede wszystkim podjąć decyzję czy dokonają zakupu na rynku pierwotnym, czy na rynku wtórnym. Kupując mieszkanie prosto od dewelopera zdecydowanie łatwiej będzie spełnić wszystkie stawiane wymagania. Zazwyczaj inwestor dysponuje większą pulą mieszkań o podobnym metrażu, co daje wybór lokalu z interesującym nas położeniem względem stron świata, na wybranym piętrze czy możliwością dokupienia dodatkowych opcji (m.in. miejsca postojowe czy komórki). Nowe mieszkanie jest też łatwiej i taniej przearanżować, ponieważ kupujący lokal na wczesnym etapie budowy bloku może wprowadzić własne modyfikacje bez zbędnych wyburzeń, czego nie da się uniknąć przy zmianie układu pomieszczeń na rynku wtórnym.

Jednak myśląc o połączeniu konkretnej lokalizacji lub korzystniejszej ceny kupującym najczęściej pozostaje rynek wtórny. – Szukając mieszkania należy pamiętać o tym, że warto szukać kompromisów względem wcześniejszych oczekiwań, w innym wypadku poszukiwania mieszkania mogą znacznie się wydłużyć – radzi Agata Stradomska z RE/MAX Polska.

[1] Dane GUS – sierpień 2017 – http://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/przemysl-budownictwo-srodki-trwale/budownictwo/budownictwo-mieszkaniowe-w-okresie-styczen-sierpien-2017,5,70.html

[2] Dane dotyczą 10 największych polskich aglomeracji. Badanie przeprowadzone przez Instytut Badania Outdooru

Techniki behawioralne w pismach organów podatkowych, czyli jak manipulować podatnikami

Bank Światowy ogłosił wynik badań dotyczących zastosowania technik behawioralnych w celu poprawienia ściągalności podatków. Odpowiednie formułowanie wezwań do zapłaty podatku ma skłonić podatników do tego, by zrealizowali ciążący na nich obowiązek podatkowy. Nie dziwiłoby, gdyby organy państwowe liczyły na to, że skutkiem zastosowania technik behawioralnych będzie odruchowa, niczym u psa Pawłowa, reakcja na otrzymane upomnienie w postaci zapłaty wskazanej kwoty podatku. I to bez względu na to, czy upomnienie jest zasadne, czy też nie.

Cel: poprawa ściągalności podatku = załatanie dziury budżetowej

W raporcie czytamy: „Zwiększenie dochodów podatkowych jest priorytetem dla polskiego rządu, ale nie jest to łatwe zadanie. (…) Działania o charakterze behawioralnym (…) mogą ułatwić realizację celu stosunkowo szybko i w sposób efektywny kosztowo”. Już pierwsze strony raportu wskazują zatem, co jest najistotniejsze dla polskiego rządu. Oczywiście, zdają sobie z tego sprawę obywatele, którzy obserwują wszystkie ostatnie zmiany w prawie podatkowym i karnym. Techniki behawioralne mają być jednak środkiem kontaktu z podatnikami polegającym na bezpośrednim wzywaniu podatnika do uiszczenia zobowiązań. Wiele wskazuje na to, że możemy się spodziewać w tym zakresie nadużyć.

Grupy docelowe i wyniki badań

Celem badania było sprawdzenie, czy na wzrost ściągalności podatku mają wpływ (1) zastosowanie poszczególnych komunikatów behawioralnych, a także (2) sposób wysłania pisma (list zwykły lub list polecony), a jeśli tak, to jaki. Podatnicy zostali losowo podzieleni na grupy. Część z nich otrzymała pisma stosowane dotychczas przez polskie urzędy skarbowe, a część – jedno z dziewięciu pism zmodyfikowanych w oparciu o zasady ekonomii behawioralnej. Z tych dziewięciu pism jedno było standardowym pismem behawioralnym, natomiast reszta miała dodatkowo komunikat o działaniu perswazyjnym. Jak czytamy w raporcie, komunikat taki oparty był na „koncepcjach ekonomicznych, moralnych, dumy osobistej, wizerunku i wzajemności”. Już z samej treści zawartej na stronie 5 raportu wynika zatem, że pojęcie technik behawioralnych można uznać za łagodniejszą odmianę technik manipulacyjnych.

Raport wskazuje na następujące wyniki badań:

  • „Pisma behawioralne są znacząco bardziej skuteczne w kwestii poprawy ściągalności podatków niż standardowe upomnienie”.
  • „Przekaz zredagowany w surowym tonie jest skuteczniejszy niż przekaz w łagodnym tonie”.
  • „Skuteczność niektórych rodzajów przekazu była uzależniona od charakterystyki podatników”.
  • „Wysyłka pism listem zwykłym (tańsza opcja) okazała się równie efektywna jak wysyłka listem poleconym”.
  • „Istnieje możliwość przyjęcia efektywnego kosztowo podejścia do poprawy ściągalności zaległych podatków”.

Podatniku, nie daj się zmanipulować

Raport zawiera następującą tezę: „Takie działania powinny być postrzegane jako dodatkowe narzędzia (…) w zestawie dostępnych środków wspierających poprawę ściągalności zobowiązań, w ten sposób uzupełniając, a nie zastępując, tradycyjne mechanizmy polityki i administracji podatkowej”. Jednakże nietrudno sobie wyobrazić nadużycie takowych technik przez organy administracji skarbowej – nie tylko w stosunku do osób fizycznych, lecz również do przedsiębiorców; nie tylko w celu poprawy ściągalności podatku dochodowego od osób fizycznych, lecz również podatku dochodowego od osób prawnych czy podatku od towarów i usług. Techniki behawioralne polegają bowiem na odpowiednim przygotowaniu upomnienia, tj. trafnym użyciu słów i optymalnym ich zestawieniu. Skoro tak, to mają one za zadanie wpłynąć na człowieka i jego tok myślenia, a w efekcie na wykonanie zaległego zobowiązania. A przedsiębiorcami czy zarządzającymi podmiotem gospodarczym są ludzie. Powszechnie wiadomo, że to właśnie przedsiębiorcy pozostawiają w budżecie państwa najwyższe podatki. Są jednak też tacy, którzy nie odprowadzają podatków. Najbardziej logiczny wniosek jest taki, że właśnie w stosunku do nich stosowane będą „techniki manipulacyjne”.

Przedsiębiorca (czy też osoba fizyczna) otrzyma specjalnie przygotowane upomnienie, odnoszące się do wartości moralnych, dumy osobistej, wizerunku i wzajemności, dodatkowo zredagowane w surowym tonie. Sposób sformułowania pisma wpłynie na tok myślenia odbiorcy, na jego rozumowanie, być może wywoła wyrzuty sumienia. W konsekwencji podatek zostanie opłacony. I wszystko byłoby w porządku – idea słuszna. Co jednak z przedawnionymi zobowiązaniami podatkowymi? Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, że niezapłaconego dawno temu podatku (o którym być może nawet taka osoba nie wiedziała) zgodnie z przepisami prawnymi wcale nie trzeba już płacić – bo zobowiązanie się już przedawniło. Każde zobowiązanie się przedawnia. Zarówno w prawie cywilnym, jak i w prawie podatkowym.

Co z prawami podatnika, prawami człowieka? Organy KAS, mając do dyspozycji specjalnie dla nich przygotowane teksty upomnień, które najprawdopodobniej odniosą pożądany skutek, nie będą sprawdzać, czy zobowiązanie się przedawniło. Co więcej, może być nawet tak, że po odpowiedzi na takie upomnienie i zwróceniu uwagi na termin przedawnienia mimo wszystko będą dochodziły zapłaty podatku. Cel bowiem jest jeden – załatanie dziury budżetowej. Dlatego właśnie, w momencie otrzymania takiego listu, dobrze byłoby skontaktować się z kimś, kto na co dzień trudni się doradztwem w zakresie prawa podatkowego, z kimś, kto pomoże – czy to w sprawie upomnienia, czy ewentualnej kontroli.

Nie pierwszy raz do czynienia mamy z sytuacją, w której organy państwowe chcą nas przerobić w homo sovieticus. Oczekują bowiem, że podatnik stanie się osobnikiem całkowicie uległym, bez odrobiny nawet skłonności do buntu, a do urzędników państwowych będzie odnosił się z nabożną wręcz czcią. A to wszystko w myśl peryfrazy znanego ukazu carskiego, że podatnik powinien przed obliczem poborcy podatkowego mieć wygląd lichy i durnowaty – po to, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć urzędnika.

Autorzy: prawnik Weronika Marjańska, mec. Robert Nogacki

Kancelaria Prawna Skarbiec

Rząd szykuje spore zmiany w ustawach o PIT i CIT

Wprowadzenie tzw. minimalnego podatku dochodowego w odniesieniu do podatników posiadających nieruchomości komercyjne o znacznej wartości oraz rocznego limitu kwotowego w wysokości 100 000 zł warunkującego możliwość stosowania ryczałtu od przychodów z najmu poza działalnością gospodarczą – to tylko niektóre zmiany przewidziane w rządowym projekcie nowelizacji ustaw o PIT i CIT.

Rządowy projekt nowelizacji ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne przewiduje wyodrębnienie w ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych źródła przychodów w postaci zysków kapitałowych oraz rozdzielenie dochodów uzyskiwanych z tego źródła od pozostałych dochodów podatnika.

Projekt zmienia zarówno przepisy ograniczające wysokość odliczanych odsetek (kosztów finansowania dłużnego), jak i te dotyczące kontrolowanej spółki zagranicznej (Controlled Foreign Company – CFC) i regulujące funkcjonowanie podatkowych grup kapitałowych.

Wprowadzone mają być również przepisy limitujące wysokość kosztów uzyskania przychodów związanych z umowami o usługi niematerialne (umowy licencyjne, usługi doradcze, księgowe, badania rynku, usług prawnych itp.) oraz z korzystaniem z wartości niematerialnych i prawnych, a także przepisy precyzujące pojęcie nabycia wartości niematerialnej i prawnej.

Wprowadzony będzie tzw. minimalny podatek dochodowy w odniesieniu do podatników posiadających nieruchomości komercyjne o znacznej wartości.

Zmianie ulegnie przepis dotyczący ustalania przychodu z odpłatnego zbycia rzeczy lub praw majątkowych poprzez m.in. rozciągnięcie go na przypadki przekazania takich rzeczy nieodpłatnie.

Modyfikacji ulegną przepisy określające sposób ustalania przychodów i kosztów uzyskania przychodów przy podziale przez wydzielenie i umożliwiające zaliczenie do kosztów uzyskania przychodów strat z tytułu odpłatnego zbycia wierzytelności uprzednio zaliczonej do przychodów należnych poprzez wyeliminowanie z tej straty kwoty nieodliczonego podatku VAT.

Wprowadzony ma być roczny limit kwotowy w wysokości 100 000 zł warunkujący możliwość stosowania ryczałtu od przychodów z najmu poza działalnością gospodarczą (stawka 8,5%).

Podwyższeniu z obecnych 3500 zł do 5000 zł ma ulec limit wartości środków trwałych lub wartości niematerialnych i prawnych umożliwiający jednorazowe zaliczenie wydatków na nabycie tych środków lub wartości do kosztów uzyskania przychodów.

Wyłączone będzie stosowanie przepisów o cenach transferowych i o obowiązku dokumentowania tych cen w przypadku tych podmiotów, u których jedynym czynnikiem kwalifikującym do uznania je za „podmioty powiązane” jest fakt, że udziały (akcje) w tych podmiotach posiada Skarb Państwa lub jednostka samorządu terytorialnego.

Przepisy omawianej nowelizacji mają wejść w większości w życie 1 stycznia 2018 r. Na razie trafi ona pod obrady rządu.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

Instytucje finansowe będą mogły pytać o niekaralność

Firmy z sektora finansowego będą mogły pytać kandydatów do pracy o niekaralność – to propozycja Ministerstwo Rozwoju. Projekt nowej ustawy wyeliminuje obecną lukę w prawie. Powoduje ona bowiem kuriozalną sytuację: agenci ubezpieczeniowi muszą spełniać wymóg niekaralności, a pracownicy banków już nie.

W tej chwili pracodawca może żądać od kandydata oświadczenia o niekaralności tylko wtedy, gdy obowiązek ten wynikał z innych przepisów. Nie dotyczyło to jednak sektora finansowego. W efekcie np. pracownicy ochrony czy detektywi musieli przedstawić oświadczenie o niekaralności, a osoby starające się o pracę w instytucjach finansowych, odpowiedzialne za obrót środkami pieniężnymi – nie.

To, że lepiej aby w sektorze finansowym pracowały osoby niekarane jest sprawą oczywistą. W tej branży występuje duże ryzyko po stronie pracodawcy, a negatywne konsekwencje ewentualnego nadużycia popełnionego przez pracownika są odczuwalne dla klientów i kontrahentów. Jak wynika z uzasadnienia do projektu, ustawa ma umożliwić lepszy dobór kadry pracowniczej oraz przyczynić się do „ograniczenia ryzyka systemowego, a także wzmocnienia stabilności systemu finansowego i bezpieczeństwa uczestników rynku”. Propozycja rozszerzenia kręgu pracodawców, mogących zażądać od kandydatów do pracy informacji o niekaralności, jest więc jak najbardziej słuszna.

Projekt wskazuje wprost podmioty sektora finansowego, którym będzie przysługiwało takie uprawnienia – ma być ich 62, w tym m.in. banki, instytucje pożyczkowe czy domy maklerskie. Z przepisów będzie również wynikało, iż nieudzielenie informacji o niekaralności lub jej nieudokumentowanie może stanowić przyczynę uzasadniającą nienawiązanie stosunku pracy. Co ważne, projekt przewiduje, że jeśli pracodawca zażąda od kandydata przedstawienia informacji o niekaralności z KRK, to jest on także zobowiązany do zwrotu kosztów poniesionej opłaty. Nowe przepisy mają obowiązywać już od początku przyszłego roku.

Warto przypomnieć, że postulat dotyczący przedstawiania zaświadczenia o niekaralności w sektorze finansowym, nie jest nowy. Został on ujęty w tzw. „pakiecie 100 zmian dla firm”, wprowadzającym ułatwienia dla przedsiębiorstw, ale ostatecznie się w nim nie znalazł.

Z uwagi na zgłaszane zastrzeżenia zdecydowano, że kwesta ta powinna być uregulowana bardziej szczegółowo. Stąd pomysł stworzenia odrębnej ustawy. Można jednak zapytać, czy tego zagadnienia nie można było dodać do którejś z ustaw branżowych dotyczących sektora finansowego? Tworzenie nowych ustaw zawsze będzie komplikować system prawny – w przeciwieństwie do udoskonalania i wzbogacania już istniejących.

Wioletta Żukowska-Czaplicka, ekspert Pracodawców RP

Brakuje kandydatów do pracy tymczasowej

Polskie Forum HR, podsumowało sytuację na rynku agencji zatrudnienia w 2Q2017, analizując wyniki firm członkowskich, reprezentujących około 55% wartości rynku pracy tymczasowej i 30% rynku rekrutacji stałych.

Firmy członkowskie PFHR w 2Q2017 zatrudniały 126,2 tys. pracowników tymczasowych. Porównując to z danymi za ten sam okres roku ubiegłego, widzimy nieznaczny wzrost na poziomie 1%. Gdy jednak podsumowujemy całe pierwsze półrocze 2017 roku, widzimy że liczba pracowników wyniosła 159,7 tys. osób, czyli o 5% mniej niż w pierwszym półroczu 2016 roku.

Niski napływ nowych osób, wynikający z niskiej stopy bezrobocia i rynku kandydata, powoduję że liczba pracowników tymczasowych w ujęciu półrocznym spada.

Spada również liczba godzin przepracowanych przez pracowników tymczasowych, w 2Q2017 FTE w firmach członkowskich PFHR wyniosło 62 tys. pełnych etatów, o 4% mniej niż w tym samym okresie roku ubiegłego.

Firmy członkowskie PFHR zatrudniają pracowników tymczasowych przede wszystkim w oparciu o umowę o pracę na czas określony, ma to miejsce w 90% przypadków.
Nadal praca tymczasowa jest najbardziej popularna na stanowiskach produkcyjnych (71% wszystkich godzin wypracowanych przez pracowników tymczasowych), mimo że w ostatnim okresie zauważyliśmy 4% spadek. Bardzo szybko natomiast rośnie zatrudnienie w usługach, w 2Q2017 aż o 26% rok do roku. Już 27% godzin wypracowanych przez pracowników tymczasowych miało miejsce właśnie w sektorze usług.

Rośnie grupa pracowników tymczasowych powyżej 50 roku życia, w 2Q2017 roku wzrost ten był na poziomie 11% rok do roku. Ta grupa wiekowa stanowi obecnie 12% wszystkich pracowników tymczasowych.

Liczba pracodawców użytkowników pozostaje na tym samym poziomie. Agencje, w zakresie usługi pracy tymczasowej, podobnie jak rok temu współpracowały z liczbą 3,6 tys. klientów.

Wartość rynku agencji zatrudnienia

Wartość obrotów firm członkowskich PFHR w 2Q2017 wyniosła 992 mln PLN, to o 8% więcej niż w poprzednim roku i o 2% więcej niż w poprzednim okresie. Szacowana wartość całego rynku w Polsce wyniosła 1803 mln PLN.

Obroty w zakresie poszczególnych usług wyglądały następująco:
• praca tymczasowa 874 mln PLN
• rekrutacja 35 mln PLN (w tym 4 mln PLN rekrutacje międzynarodowe)
• delegowanie 43 mln PLN

Liczba agencji zatrudnienia w Polsce nadal bije rekordy

Na koniec 2Q2017 w Polsce było zarejestrowanych blisko 8 tys. agencji zatrudnienia, aż o 32% więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku.liczba pracowników tymczasowych

Przywództwo 360°, sposobem na sukcesywne zarządzanie zespołami

Przez kolejne dekady zmieniała się koncepcja roli menadżera zespołu. W ostatnich latach pod presją rynku pracy, rozwoju technologicznego, spłaszczenia struktur w wielu firmach oraz rozwoju innowacyjnych gałęzi gospodarki, koniecznością stało się przedefiniowanie roli menadżera. Dziś jego rola sprowadza się nie tylko do zarządzania, lecz do znacznie bardziej wielowymiarowego wpływania na zespół i jego identyfikację z celami firmy.

Bartosz Rusek
Bartosz Rusek
Członek Zarządu i Dyrektor Sprzedaży w Brainstorm Group Sp. z o.o.

Oczekiwania wobec menadżerów ulegają zmianom. Wynika to po części ze zmian rynkowych, rosnącej roli lidera zespołu i konieczności znacznie szerszego spojrzenia na pracowników oraz na firmę. W przedsiębiorstwach coraz większe znaczenie odgrywa koncepcja menadżera, który ma całościowy widok (czyli owe 360 stopni) na to co się dzieje w jego zespole i jak to wpływa na firmę jako całość. Jednak takie przekrojowe spojrzenie wymaga również uniwersalnego zestawu narzędzi do zarządzania. W takim przypadku mówimy o tzw. przywództwie wielowymiarowym, które nie tylko staje się coraz popularniejsze w przedsiębiorstwach (zarówno dużych korporacjach jak i w sektorze MSP), ale z racji na wymagania rynku, staje się koniecznością.

Można powiedzieć, że Przywództwo 360° to przywództwo zorientowane na zespół, którego menadżer jest liderem dysponującym szerokim wachlarzem odpowiednich zachowań i umiejętności. To wielowymiarowe przywództwo odnosi się nie tylko do delegowania zadań i ich egzekucji, ale także do wsparcia członków zespołu, przekazywania im kompetencji, umiejętności, wzmacniania ich zaangażowania i poczucia zaangażowania w sprawy firmy. Menadżer powinien potrafić w odpowiedni sposób rozwijać i motywować zespół, potrafić zarządzać informacją, mieć techniki i umiejętności wywierania wpływu, którymi może oddziaływać na zespół i poszczególne osoby.

Obecnie, coraz częściej – już podczas etapu rekrutacji – sprawdza się jakim zestawem zachowań i narzędzi dysponuje menadżer. Idealny szef potrafi budować swój autorytet w wielu obszarach. W tym celu wykorzystuje nie tylko swoja władzę formalną, wynikającą ze stanowiska w firmie, ale także poprzez zachowania codzienne, osobowość, pasje, uprawiane sporty lub uczestnictwo w rozmaitych aktywnościach poza pracą. To bardzo istotne, szczególnie w czasach powszechności social mediów i dostępu do informacji o nas. Pracownicy mogą dzięki temu szybko sprawdzić swoich szefów i porównać ich do swoich wyobrażeń o tym, jak ich szef powinien wyglądać, jak się zachowywać. Szczególnie, że młodsze pokolenie jest znacznie mniej skłonne ufać i podporządkowywać się autorytetom.

Choć brzmi to nieco utopijnie to jednak wszystkie, wspomniane wyżej cechy, można wypracować, a firmy obecnie idą w kierunku kształcenia swoich menadżerów nie tylko na polu merytorycznej pracy, ale także wyposażając ich w skuteczne narzędzia budowania autorytet wśród pracowników – którzy często są z generacji nie uznającej autorytetu wynikającego jedynie z zajmowanego stanowiska. Kolejnym wnioskiem płynącym z filozofii Przywództwa 360° jest to, że doświadczenie szefa i jego wiedza ekspercka nie jest podstawowym źródłem budowania autorytetu, a często wręcz może utrudniać sprawne zarzadzanie. Menadżer musi być zatem z jednej strony psychologiem, z drugiej zaś sprawnym HR-owcem, mieć zdolności handlowe, przywódcze i wiedzę ekspercką. Niestety, w mało której firmie dba się o to, aby menadżerowie mieli tak szeroki wachlarz kompetencji. Szczególnie te braki widać w sektorze MSP, gdzie cały czas dominuje autokratyczny styl zarządzania.

Zatem, gdy mówimy o Przywództwie 360° to tak naprawdę mamy na myśli szereg elementów, które połączone i spójne ze sobą dają nam obraz menadżera idealnego. Tymi elementami są:

  • umiejętne budowanie autorytetu,
  • sprawne spełnianie funkcji menadżerskich (analiza, planowanie, motywowanie, kontrolowanie),
  • zarządzanie sytuacyjne i delegowanie zadań,
  • rozwój pracowników, wspieranie ich kreatywności,
  • oraz, co ma ogromne znaczenie, uświadomienie pracownikom, jak ich praca przekłada się na wyniki całego przedsiębiorstwa i realizację celów.

Jednocześnie, w tym modelu zarządzania, menadżer nie spełnia roli lokomotywy, lecz jest w centrum zespołu i tworzy swojego rodzaju osią obrotową, wokół której kręci się cała praca i aktywność zespołu.

Prekursorami tego typu podejścia do zarzadzania są w szczególności firmy z branży IT. Z jednej strony stawiają one bardzo duże wymagania swoim menadżerom, a z drugiej spotykają się stale z niedoborem ludzi, z trudnościami dotyczącymi motywacji i lojalności wobec firmy, szczególnie, że w tej branży często to nie zarabiane pieniądze są największym motywatorem, a możliwość rozwoju i doskonalenia umiejętności. Informatycy obecnie mogą przebierać w ofertach pracy i wynikająca z tego rotacja wykreowała nowe potrzeby i oczekiwania firm wobec zespołów i ich liderów. Presja na coraz wyższą jakość pracy, na utrzymanie pracowników w firmie, na zmniejszenie rotacji, zwiększenie poziomu identyfikacji z pracodawcą, to wszystko spowodowało, że szukano nowej koncepcji zarządzania zespołami, a odpowiedzią na te potrzeby stało się Przywództwo 360°.

Jednak tego typu problemy możemy rozszerzyć również na inne branże szczególnie media, reklamę oraz startupy, gdzie często panują relacje „kumpelskie”, co samo w sobie jest oczywiście dobre, ale menadżerowie tych zespołów mają problem z pozycjonowaniem swojej osoby i stanowiska w grupie. Zadaniem firmy, oraz zatrudnionych przez nią doradców od zarządzania i HR, jest przekonanie menadżerów do zmiany ich zachowania, nauczenie umiejętności sięgania po twardsze techniki menadżerskie oraz nauka odpowiedniego dyscyplinowania. Bowiem dobry menadżer nie może przesadzać w żadną ze stron, być zbyt miękki lub zbyt twardy, musi umieć wypośrodkować stosowane techniki i w zależności od sytuacji umieć z nich korzystać.

Firmy powinny również unikać sytuacji, w której szef zespołu, jako jedyny ma wiedzę ekspercką i ściśle jej strzeże. To model prowadzący wprost do frustracji pracowników, ich przekonania o braku możliwości rozwoju w firmie i chęci zmiany pracy. Dodatkowo akceptacja tego rodzaju zachowań powoduje, że kolejni menadżerowie chętnie replikują taki – na swój sposób autorytarny – styl zarządzania. Kultura korporacyjna firmy powinna być skoncentrowana na pracownikach i ich rozwoju, tak aby mogli oni znaleźć właściwe dla siebie miejsce w zespole i firmie, a menadżer w tym wypadku spełnia rolę koordynującą i motywującą. Postawienie na rozwój pracowników jest niezwykle ważne, gdyż zwiększenie satysfakcji i motywacji do pracy zawsze wiedzie do zwiększenia produktywności.

Ostatnią sprawą, na którą musimy zwrócić uwagę, gdy mówimy o Przywództwie 360 stopni to zmiany i wzrost różnorodności pokoleniowej na rynku pracy. 50-letni menadżer zarządzający zespołem 25-latków, musi nauczyć się budować autorytet w zupełnie inny sposób niż ten, który znał do tej pory i który wcześniej działał. Samo stwierdzenie, że „ja w tej firmie pracuje już 30 lat, więc masz słuchać, co mówię” nie działa już tak, jak działało kiedyś. Takim podejściem nie zbuduje się autorytetu przywódcy w pokoleniach wchodzących właśnie na rynek pracy. Bardziej na nich będzie wpływała zbudowana relacja, świadomość, że szef ma jakąś prywatną pasję, uprawia sport, dba o kondycję, ma profil na portalu społecznościowym, gdzie nie boi się pokazać części swojego życia, oraz podziela, częściowo przynajmniej, wartości i zainteresowania swojego – znacznie młodszego – zespołu.

Przywództwo 360° wiąże się także z coraz popularniejszą ostatnimi czasu filozofią Lean Management. Mówi ona, że dopiero wejście w zespół, porozmawiane z pracownikami, daje przekrojową informację, co nie działa, skąd się biorą trudności i błędy, oraz umożliwia szybką naprawę złego stanu rzeczy. W filozofii Lean Management to szef zespołu stymuluje swoich pracowników do brania odpowiedzialności za swoją pracę.

Reasumując, Przywództwo 360°, może funkcjonować w każdej strukturze, choć pamiętać należy, że jednocześnie powoduje spłaszczenie panującej w niej hierarchii. Menadżer schodzi z pozycji ex cathedra, na pozycję „jestem jednym z Was”, czyli niejako wchodzi do środka zespołu. Powoduje to zintensyfikowanie interakcji z pracownikami, a celem jest zwiększenie ich motywacji, wiedzy, zaangażowania i identyfikacji z celami firmy. Bycie częścią zespołu, bycie w jego środku, daje z kolei menadżerowi perspektywę 360 stopni, co pozwala mu szybciej i skuteczniej reagować, niż gdyby miał spojrzenie na zespół strategiczne, nieco z zewnątrz i nie był jego częścią. Najważniejszą siłą menadżera jest tutaj szeroka perspektywa, szybka informacja i umiejętność odpowiedniego nią zarządzania. Menadżer jest wówczas kimś kto informacje zbiera, analizuje, wyciąga wnioski i szybko reaguje poprzez adekwatne do sytuacji zachowanie.

Autor: Bartosz Rusek – Członek Zarządu i Dyrektor Sprzedaży w Brainstorm Group Sp. z o.o. Ekspert w dziedzinie zarządzania i sprzedaży. Posiada ponad 16 lat doświadczenia zawodowego.

Czy Polak przejmuje się zadłużeniem?

Posiadanie długów z reguły bywa tematem trudnym i wstydliwym. Badanie „Sytuacja materialna Polaków”[1], zrealizowane na zlecenie Lindorff SA, ukazało, że 2 na 5 ankietowanych jest lub było zadłużonych. Zweryfikowało również jak Polacy odbierają problem zadłużenia i jak postrzegają osoby, które się z nim borykają.

Badanie określiło, że 18% ankietowanych posiada zadłużenie, natomiast 23% miało je w przeszłości. Zdecydowana większość respondentów, bo prawie 60%, zadeklarowała że nigdy nie była zadłużona.

Przy podziale odpowiedzi na męskie i kobiece możemy zauważyć delikatną różnicę, głównie w kontekście osób będących obecnie w stanie zadłużenia. 15% badanych kobiet twierdzi, że w dniu deklaracji posiadała niespłacone zobowiązania finansowe. Tę samą odpowiedź zadeklarowała ponad 1/5 badanych mężczyzn. Różnica między odpowiedziami wskazującymi na dawne problemy ze zobowiązaniami wynosi 4 punkty procentowe, z przewagą kobiecych wskazań (25% odpowiedzi) vs. 21% deklaracji mężczyzn). Stosunkowo podobna liczba kobiet i mężczyzn nigdy nie była dłużnikami (różnica jedynie 2 punktów procentowych z przewagą kobiecych wskazań).

wykres1Analizując powyższe wyniki należy z pewnością wziąć pod uwagę jak ankietowani rozumieją pojęcie zobowiązania. Tę kwestię także zweryfikowało badanie. Ankietowanych zapytano, jakie formy zobowiązania znają. Najbardziej popularną odpowiedzią (66%) był kredyt, bez specyfikacji jego rodzaju. Drugie miejsce zajęła pożyczka gotówkowa ze wskazaniami na poziomie 36%. Trzecią najliczniej wymienianą formą zobowiązania okazała się karta kredytowa z 15% wskazań. Jednak mniej niż 1 na 10 badanych jest świadomych tego, że np. zakupy na raty to także forma zadłużenia. Wobec tego można przypuszczać, że dłużników jest w rzeczywistości więcej niż wskazują na to deklaratywne wyniki badania.

Kobiety przywiązują większą wagę do zadłużenia

wykres2Czy w związku z posiadanym zadłużeniem Polacy czują się wyobcowani? 15% badanych stwierdziło, że zdecydowanie tak. Niewiele ponad 1 na 10 ankietowanych odpowiedziało – raczej tak. Ponad 60% ankietowanych nie czuje odizolowania, z czego prawie połowa nie ma co do tego wątpliwości.

Wyraźne różnice można zaobserwować dzieląc odpowiedzi ze względu na płeć. 25% kobiet czuje zdecydowane wyobcowanie w kontraście do 6% odpowiedzi męskich. Tendencja jest równie widoczna przy odpowiedzi „zdecydowanie nie” – którą wybrało 22% kobiet oraz 37% mężczyzn. Różnice przy innych odpowiedziach nie przekroczyły 4 punktów procentowych. Powyższe wyniki wyraźnie wskazują na to, że kobiety dużo bardziej niż mężczyźni odczuwają brzemię niespłacanego zobowiązania.

Według raportu „Moralność finansowa Polaków”[2] dla 58% badanych osoby unikające spłaty zadłużenia nie cieszą się dobrą opinią w swoim środowisku. Dane te ukazują, że mniej więcej w równym stopniu nie tolerujemy zadłużenia u innych, jak i nie czujemy się dobrze, kiedy sami znajdziemy się w takiej sytuacji. Często nasza ocena osoby z zadłużeniem może również zależeć od sytuacji, w której aktualnie się znajdujemy.

Nowe praktyki rynkowe stosowane przez firmy zarządzające wierzytelnościami starają się zapewnić osobom zadłużonym komfort i pomoc, tworząc rozwiązania dopasowane do ich potrzeb. W dzisiejszych czasach kontakt z wierzycielem nie musi ograniczać się już tylko do drogi listownej lub telefonicznej. Komfortowy system spłaty zadłużenia oferują serwisy internetowe, dzięki którym całość procesu staje się łatwiejsza i mniej stresogenna.

[1] Raport zrealizowany na zlecenie firmy Lindorff SA – badanie ilościowe realizowane techniką CAWI – przeprowadzone wśród członków społeczności badawczej Zymetrii. Realizacja badania: 20.01.2017 – 24.01.2017 r, N=551.

[2] Raport zrealizowany na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce – badanie przeprowadzone metodą CATI wykonała firma Pactor na ogólnopolskiej, reprezentatywnej 1000-osobowej próbie Polaków w wieku powyżej 18 lat w kwietniu 2017 roku. Partnerzy badania: Lindorff SA, Big InfoMonitor SA, Ferratum Bank p.l.c.

Czy mamy do czynienia z kryzysem demokracji?

Czy doświadczamy schyłku demokracji, a zwłaszcza demokracji liberalnej? Jeśli tak jest, to zdaniem uczestników panelu „Schyłek demokracji? Wgląd intelektualistów versus nauki społeczne” na EFNI 2017, pewnie nie poznamy momentu, gdy dojdzie do wydarzeń absolutnie przełomowych.

Jest wiele niepokojących wydarzeń i mówi się o kryzysie, ale jednocześnie wiele wskaźników pokazuje, że demokracja trzyma się mocno. Problemem jest jednak alienacja i rosnące dysproporcje między różnymi grupami społecznymi oraz brak przygotowania instytucji i całych społeczeństw do nadchodzących globalnych zmian.

Zdaniem prof. Radosława Markowskiego, dyrektora Centrum Studiów nad Demokracją SWPS, nie widać schyłku demokracji liberalnej. Spada jednak jakość „demokratycznego obywatela”. Nie wystarczą świadome rządy. Zaangażowani powinni być obywatele i od tego zależy jakość demokracji. Tymczasem ludzie odsuwają się obecnie od wielu wartości, które wcześniej były bardzo istotne. Odsuwają się od życia społecznego, partii, ale też od kościoła czy rodziny. To wpływa na jakość życia publicznego.

Michael D. Kennedy, profesor socjologii, spraw międzynarodowych i Public Affairs Uniwersytetu Browna twierdzi, że obserwujemy wzrost demokracji w pewnych obszarach i spadek w innych. Jednak zasadne i przydatne może być nazwanie naszych czasów jako okresu kryzysu demokracji. Obecnie działające instytucje nie radzą sobie bowiem z ogromnymi wyzwaniami współczesności. Jeśli nie nazwiemy obecnej sytuacji jako kryzysowej, nie dokonamy ważnych zmian. Odpowiedzialność za te zmiany powinny wziąć na siebie nie tylko politycy, ale też naukowcy. Uniwersytety powinny nie tylko wykonywać badania, ale też prowadzić dialog ze społecznościami.

– Dominującym uczuciem we współczesnych społeczeństwach jest strach przed przyszłością. Ludzie boją się, że to, czego nauczyli się dotąd stanie się nieużyteczne. Rządy, naukowcy i całe społeczeństwa nie są w stanie nadążyć za współczesnymi zmianami – zwłaszcza technologicznymi. Powinniśmy mówić o tym, w jaki sposób technologie mają pomóc ludziom, a mówimy raczej o efektywności. To powinno się zmienić, jeśli chcemy mówić o prawdziwej demokracji – zwrócił uwagę Michal Kořan, wicedyrektor Instytutu Aspen w Europie Centralnej.

Leszek Jażdżewski, redaktor naczelny pisma Liberté! dodał, że kryzys jest nieodłącznym elementem systemu, w którym funkcjonujemy. Wszyscy nie nadążamy za globalizacją. Czas rozumu się skończył. Ludzie odsuwają się od partii, odcinają się od demokracji. Być może warto by było skończyć z iluzją, że głosujemy na programy pozytywne i wprowadzić system głosowania „przeciw”?

Uczestnicy panelu zgodzili się, że do utrzymania dobrej kondycji demokracji niezwykle ważna jest wysoka jakość instytucji publicznych, edukacji i społeczny dialog.

Rynek gamingowy notuje stały wzrost

W pierwszej połowie 2017 roku segment sprzętu przeznaczonego do gier znacząco przyczynił się do wzrostu przychodów producentów komputerów oraz urządzeń peryferyjnych na rynku B2C. Oprócz komputerów stacjonarnych i notebooków, na stałym wzroście popularności gier elektronicznych skorzystała również kategoria akcesoriów.

Po trudnych latach spowodowanych pojawieniem się nowych urządzeń i technologii, takich jak tablety czy smartfony, komputery PC do gier z niszowego segmentu rozwinęły się do pozycji dobrze sprzedającego się produktu. Tendencja ta utrzymywała się w pierwszej połowie 2017 roku, a segment komputerów stacjonarnych do gier zwiększył globalnie sprzedaż o 55 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. Przenośne komputery PC do gier zanotowały wzrost o 24 proc. Globalne przychody ze sprzedaży komputerów gamingowych (stacjonarnych i laptopów) na analizowanych przez GfK rynkach (z wyłączeniem Ameryki Północnej) wyniosły w sumie 1,5 mld euro.

Największy udział w globalnej sprzedaży ma rynek Europy Zachodniej, który odpowiada za 44 proc. sprzedaży (na poziomie 682 mln euro, wzrost o 11 proc.). Udział regionu Azji i Pacyfiku wyniósł 34 proc. (522 mln euro; wzrost o 67 proc), a Europy Wschodniej (w tym Rosji) – 12 proc. (193 mln euro; wzrost o 42 proc).

Wciąż duże popyt na akcesoria do gier komputerowych

Dużą popularnością wśród konsumentów cieszyły się akcesoria do gier komputerowych (mysz, klawiatura, zestawy słuchawek, monitory), a wzrost uzyskany w ostatnich kilku latach ma też solidne perspektywy. Segment ten od stycznia do czerwca odnotował globalny wzrost sprzedaży o 56 proc. w stosunku do roku ubiegłego (przychody za pierwszą połowę 2017 r. wyniosły 1,1 mld euro).

Do tak dobrego wyniku najbardziej przyczyniły się monitory gamingowe, których sprzedaż wzrosła o ponad 110 procent. Dużym zainteresowaniem konsumentów cieszyły się ekrany wielkoformatowe (24 cali i więcej) z wysoką częstotliwością odświeżania, synchronizacją GPU czy ekranem zakrzywionym. Monitory do gier są najlepiej rozwijającym się segmentem akcesoriów, notującym najwyższą sprzedaż. Udział tego segmentu w sprzedaży wynosi 57 proc. (sprzedaż: 597 mln euro). Ale w pierwszej połowie 2017 r. istotnie zwiększyła się także sprzedaż myszy do gier (130 mln euro; wzrost o 15 proc.), klawiatur do gier (117 mln euro; wzrost o 23 proc.) oraz zestawów słuchawkowych do gier (210 mln euro; wzrost o 10 proc.).

W drugiej połowie roku spodziewany jest dalszy wzrost segmentu gamingowego, stymulowany przez rosnącą popularność e-sportu oraz coraz bardziej upowszechniającą się technologię VR.

O badaniu
Powyższe analizy powstały w oparciu o dane pochodzące z prowadzonego przez GfK badania sprzedaży do klientów końcowych. Instytut GfK regularnie gromadzi dane w 80 krajach na całym świecie na temat sprzedaży sprzętu i urządzeń powszechnego użytku. W Polsce próbę stanowi około 6500 punktów sprzedaży różnego typu, zarówno sklepów detalicznych jak i firm działających na rynku B2B. W próbie GfK są sklepy różnej wielkości, usytuowane w całym kraju, zarówno tradycyjne jak i internetowe, specjalizujące się w różnych branżach (AGD, RTV, IT, optyce, książkach, motoryzacji i innych), a także hipermarkety i hipermarkety budowlane. Na podstawie raportowanych danych, instytut GfK opracowuje analizy strukturalne – zagregowane dla całych kanałów dystrybucji i rynków.

Prezentowane analizy nie uwzględniają Ameryki Północnej.

* W euro, na postawie obowiązującego kursu wymiany.
** Australia, Belgia, Brazylia, Chiny (50 miast), Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Grecja, Hong Kong, Indonezja, Włochy, Japonia, Malezja, Holandia, Portugalia, Rosja, Arabia Saudyjska, Singapur, Korea Południowa, Tajwanie, Tajlandii, Ukrainie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Mieszkanie dla studenta – wynająć czy kupić?

  • Koszt wynajęcia kawalerki w mieście akademickim to ok. 1300 zł miesięcznie (plus opłaty).
  • Miesięczna rata kredytu na zakup małego mieszkania wynosi natomiast nawet połowę tej kwoty, czyli 673 zł.
  • Taka inwestycja nie wiąże się z większym ryzykiem, nawet jeśli student opuści mieszkanie – kupno nieruchomości pod wynajem to jeden z bezpieczniejszych sposobów na inwestowanie i pomnażanie kapitału.

W tym roku do egzaminu maturalnego przystąpiło 258 tysięcy uczniów. Duża część z nich zdecyduje się na kontynuację nauki od października. To spory stres zarówno dla samych zainteresowanych, jak i dla ich rodziców, którzy będą musieli zapewnić dziecku utrzymanie, często w innym mieście. Jednym z największych wydatków jest niewątpliwie zakwaterowanie.

78 tys. zł do cudzej kieszeni

Z roku na rok wynajęcie mieszkania w dużych miastach, zwłaszcza akademickich, wiąże się z coraz większym wydatkiem. Koszty dodatkowo rosną, jeśli zależy nam na dobrej lokalizacji i wysokim standardzie. Obecnie wynajęcie kawalerki kosztuje ok. 1300 zł miesięcznie i to kwota bez opłat za użytkowanie. Miesięczny koszt zapewnienia studentowi dachu na głową sięga więc nawet 1700 zł. Oczywiście koszty te można zmniejszyć poprzez znalezienie współlokatorów, jednak nie wszyscy chcą się na to decydować. Pozostaje zatem wpłacanie co miesiąc dużych sum na cudze konto – przez 5 lat może to być w sumie nawet 78 tys. zł – lub zdecydowanie się na zakup własnego mieszkania.

Rata kredytu o połowę niższa niż koszt miesięcznego wynajmu

Eksperci z ANG Spółdzielni wyliczyli, ile kosztowałoby kupno takiego samego mieszkania. Średnia cena za metr kwadratowy kawalerki w mieście akademickim to ok. 6 tys. zł. Jeżeli chcielibyśmy kupić 30-metrowe mieszkanie w tej cenie, to musielibyśmy przeznaczyć na ten cel 180 tys. zł. Większość z nas nie dysponuje taką kwotą, więc zdecyduje się na kredyt hipoteczny. Należy pamiętać, że od 2017 r. banki wymagają od nas 20 proc. wkładu własnego, dlatego na starcie musimy mieć 36 tys. zł, jeżeli nie chcemy ponosić kosztów podwyższonej marży przy kredytach na 90 proc. wartości nieruchomości – co oferują niektóre banki. Kwota kredytu hipotecznego wyniesie zatem 144 tys. zł. Prowizja przy takim kredycie to od 0 do 2 proc., a oprocentowanie 3,35 proc*. Daje to przy 20 letnim okresie kredytowania miesięczną ratę równą w wysokości 824 zł. Przez 5 lat spłacimy ok 24 000 zł,.

Powyższa kalkulacja została wykonana przy założeniu 20-letniego okresu kredytowania, ponieważ kredyt na mieszkanie dla studenta będą zapewne zaciągać rodzice, którzy mogą mieć już pewne ograniczenia ze względu na wiek. Jednak są banki, które są w stanie udzielić kredytu nawet do 75. roku życia, a wówczas, ze względu na ograniczoną ilość ofert, musimy się liczyć z nieco wyższą marżą, która wynosi 3,83 proc*. Stała miesięczna rata takiego kredytu to 673 zł. Możemy oczywiście zdecydować się na wyższą ratę, odpowiadającą kwocie, jaką należałoby przeznaczyć na wynajem podobnego lokum. Wtedy mieszkanie spłacimy znacznie szybciej. Jednak decydując się na ratę w wysokości 673 zł, zestawiając tę kwotę z ceną za wynajem, oszczędzamy ponad 620 zł – kwota ta może zasilić kieszonkowe naszego studenta – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Jeśli nie mieszkanie na stałe, to dobra inwestycja

Największą obawą przed kupnem nieruchomości jest niepewność co do dalszych losów studenta. Być może znajdzie pracę w innym mieście lub z różnych względów nie będzie mógł zostać w zakupionym mieszkaniu. Jednak jak pokazały wyliczenia, własne mieszkanie w mieście, takim jak Kraków czy Warszawa, to dobra inwestycja, bez względu na to, kto będzie w nim mieszkał. Ryzyko, że mieszkanie będzie stało puste, ponieważ nikt nie będzie zainteresowany wynajmem, jest niewielkie.

Jeżeli stać nas na zakup mieszkania, tzn. posiadamy środki niezbędne na wkład własny oraz zdolność kredytową, możemy zdecydować się na inwestycję, która zapewni w okresie studiów własny kąt i poczucie bezpieczeństwa naszej pociesze, a po zakończeniu studiów możemy czerpać korzyści z wynajmu tego mieszkania lub po prostu je sprzedać – dodaje Katarzyna Dmowska.

*Wyliczenia na podstawie wybranych ofert dostępnych w dniu 26.09.2017r.

Kurs dolara po wypowiedzi Janet Yellen

Amerykański dolar zyskiwał we wtorek na wartości wobec swoich rywali po wypowiedzi Janet Yellen, szefowej Rezerwy Federalnej. Powiedziała ona, że byłoby „nieostrożne” pozostawienie polityki monetarnej bez zmian i czekanie na moment, aż inflacja osiągnie poziom będący celem banku centralnego. To zdaniem inwestorów oznacza większe szanse na podwyżkę stóp procentowych jeszcze w tym roku. Sporo wobec dolara straciło euro, które osłabiane jest dodatkowo problemami z utworzeniem koalicji rządowej po wyborach parlamentarnych w Niemczech oraz planowanym referendum w sprawie niepodległości Katalonii. Do euro zyskuje także brytyjski funt, który jest najsilniejszy wobec wspólnej waluty od 10 tygodni.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do dolara kanadyjskiego (-0,02%), a zyskuje do euro (+0,62%), brytyjskiego funta (+0,5%), dolara australijskiego (+1,06%) oraz japońskiego jena (+0,79%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,177, GBP/USD – 1,341, USD/CAD – 1,237, AUD/USD – 0,786 i USD/JPY – 112,5. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,21%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,5, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,878. Złotówka sporo traci do głównych walut. W środę rano dolar kosztuje prawie 3,65 zł, euro – 4,29 zł, funt – ponad 4,88 zł, a frank szwajcarski – 3,75 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego.
We wtorek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,21%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,08%, a paryski indeks CAC 40 podniósł się o 0,03%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,01%, meksykański indeks Bolsa stracił 0,02%, a brazylijski indeks Bovespa obniżył się o 0,17%. W środę w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,31%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,05%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,4%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej idą w dół.
We wtorek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 58,44 USD (-0,99%), a ropy WTI – 51,88 USD (-0,66%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca spadła o 1 USD do 59 USD. Po wcześniejszych sporych wzrostach mocno spada także cena złota. W środę rano uncję metalu rynek wycenia na 1294 USD. To 17 USD mniej (-1,3%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 10:00 – Strefa euro – podaż pieniądza M3 (r/r), sierpień (prognoza 4,6%)
  • 13:00 – Czechy – Decyzja CNB ws. stóp procentowych, wrzesień
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), sierpień (prognoza 0,2%)
  • 14:30 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), sierpień (prognoza 1%)
  • 15:15 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis
  • 18:00 – Kanada – Wystąpienie szefa Banku Kanady
  • 19:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z St. Louis
  • 22:00 – Nowa Zelandia – Decyzja RBNZ ws. stóp procentowych, wrzesień

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Dynamika rynku faktoringu zwolniła do +13,6% r/r

Po dynamicznym okresie wzrostu rynku faktoringu przez ostatnie 5 lat, w pierwszym półroczu b.r. nastąpiło jego nieznaczne wyhamowanie, na rzecz przyspieszenia tempa wzrostu kredytów bieżących odbywało się to w warunkach dobrej koniunktury przedsiębiorstw, a zwłaszcza ich korzystnej sytuacji płynnościowej. Obroty firm faktoringowych wzrosły o +13,6% r/r, jednak dynamika wzrostu była niższa od średniorocznego tempa wzrostu w ostatnich latach, które było na poziomie +17,5%. Branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności o wartości 83,6 mld zł.

Według analizy przygotowanej przez Departament Strategii Banku PKO, na taką sytuację wpłynęło kilka czynników, m.in. znaczący spadek obrotów faktoringu krajowego niepełnego o -12,8% r/r w 2Q b.r., dobra sytuacja płynności finansowej polskich przedsiębiorstw, korzystna oferta udzielanych kredytów, ich dostępności oraz cena rynkowa. Tempo wzrostu rynku kredytów bieżących jest niższe od dynamiki wzrostu rynku faktoringu. Choć rynek faktoringu stał się już dużo bardziej dojrzałym i oczywistym rozwiązaniem finansowym na rynku średnich i dużych firm, to jego świadomość jest jeszcze niższa od popularnego kredytu w szczególności w obszarze MŚP.

– Produkty faktoringowe oraz kredyty odnawialne jako komplementarne rozwiązania finansowania biznesu będą nadal wzrastać w kolejnych kwartałach. Wraz ze wzrostem finansowania obrotowego rośnie skala przychodów przedsiębiorstw, a zatem i należności, które są bazą do faktoringu, mówi Sergiusz Kulka Dyrektor Wykonawczy PKO Faktoring.

PKO Faktoring wykazał wyższe niż rynkowe tempo wzrostu, po 2Q b.r. utrzymujące się na poziomie +23,4%. Motorem wzrostu był faktoring niepełny, krajowy oraz eksportowy.

Dobra koniunktura gospodarcza oraz sytuacja przedsiębiorstw zachęca faktorów do podejmowania większego ryzyka transakcyjnego, dzięki czemu udział finansowania faktoringiem pełnym, zarówno krajowym jak i eksportowym tak mocno rośnie w porównaniu do faktoringu niepełnego. Wpłynie to na rozwój i zwiększenie popularności tej formy finansowania.

Branża spożywcza, chemiczna i metalowa najczęściej korzystały z usług faktoringowych. Wzmożone działania konkurencji wpłynęły na spadek do 56,8% koncentracji rynku mierzonej udziałem obrotów pięciu największych faktorów (-1,8% p.p. r/r). Zmieniająca się oferta została również skierowana do najmniejszych podmiotów gospodarczych, co również mogło mieć przełożenie na zmniejszenie wartości średniej kwartalnej faktury -7,8% r/r po 2Q b.r.

Jawność zarobków według pracodawców i pracowników – wyniki badania

W Polsce kwestia zarobków jest wciąż tematem tabu. Z jednej strony firmy chętnie dowiedziałaby się, ile płaci konkurencja. Z drugiej strzegą informacji o siatkach płac we własnej firmie. Podobnie jest wśród pracowników. Sami chętnie dowiedzieliby się, ile co miesiąc wpływa na konto sąsiada, ale o swojej płacy mówią mniej ochoczo.

Wyniki badania – infografika62 proc. badanych Polaków chciałoby wiedzieć, ile zarabiają sąsiedzi, znajomi i osoby z najbliższego otoczenia. Wiedzę o płacach innych osób chcieliby posiadać częściej mężczyźni niż kobiety – wynika z badań serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl przeprowadzonych w maju i czerwcu br. w dziewięciu krajach – w Czechach, Chorwacji, Finlandii, Litwie, Łotwie, Słowacji, Słowenii, Serbii oraz w Polsce. Z drugiej strony tylko 55 proc. badanych przyznała, że bliskie osoby wiedzą, ile co miesiąc wpływa na ich konto. Aż 21 proc. uważa, że zarobki są sprawą prywatną.

Im wyższa płaca, tym mniejsza chęć do finansowych zwierzeń

Polacy na tle wyników dla 9 badanych krajów wypadają podobnie. Przeciętnie tyle samo badanych pracowników co w Polsce chciałoby wiedzieć, ile zarabiają ich przyjaciele, sąsiedzi i ludzie z  najbliższego otoczenia. Tylko 23 proc. – raczej nie ma potrzeby posiadania takiej wiedzy, a 15 proc. – zupełnie nie jest zainteresowania, ile miesięcznie zarabiają znajomi. Z tych samych badań wynika jednocześnie, że 59 proc. badanych faktycznie rozmawia z bliskimi o swoich zarobkach, 27 proc. rzadko czuje taką potrzebę, a 15 proc. trzyma wysokość płac w tajemnicy. Z badań wynika, że im wyższe zarobki, tym zmniejsza się chęć zwierzania się. Gotowi do mówienia o warunkach płacowych okazywali się głównie pracownicy zarabiający poniżej średniej krajowej.

Norwegowie liderami jawności płac. Jak jest w Niemczech i Finlandii?

W Europie coraz częściej mówi się o jawności płac, gdyż właśnie najgorzej zarabiający pracownicy nie chcą być wykorzystywani na rynku pracy. Przykładowo w Niemczech osoby pracujące w firmach zatrudniających ponad 200 pracowników mają prawo zapytać pracodawcę o zarobki swoich kolegów. Z kolei w Finlandii ludzie mogą wysłać zapytanie o zarobki współpracowników do urzędu skarbowego. Żadne z państw nie jest w stanie jednak przebić rozwiązań stosowanych w Norwegii. W tym kraju oficjalne dokumenty pokazują zarówno dochód netto, jak i zapłacone podatki. Norwegowie od 2014 roku mogą sprawdzić, ile zarabiają ich znajomi, ale muszą się liczyć z tym, że osoba, którą sprawdzamy, dowie się o tym. Wcześniej Norwegowie mogli kontrolować finanse sąsiadów anonimowo, przez co przeglądanie zarobków innych osób stało się wręcz narodowym sportem. Teraz to wciąż popularne, ale nie nagminne.

Ciekawość rzecz ludzka, ale są tematy tabu

W Polsce zarówno pracodawcy, jak i pracownicy mają pewne opory w mówieniu o wynagrodzeniach. Doświadczają tego najmocniej osoby, które przez lata pracowały m.in. w Niemczech lub Wielkiej Brytanii. –  Informacja o zarobkach znajduje się dosłownie przy każdym ogłoszeniu prasowym lub internetowym. Jeśli jej nie ma, kandydat ma prawo uznać, że firma nie jest wiarygodna – opowiada Karol, który przez dziesięć lat pracował w Londynie. – Kiedy wróciłem do Warszawy i rozpocząłem poszukiwanie pracy, byłem w szoku. Pracodawcy nie tylko nie informowali o płacy na stanowisko w ogłoszeniu, ale unikali rozmowy o pieniądzach także podczas pierwszego etapu rozmowy o pracę – mówi Karol. Także znajomi mówiąc o zarobkach, nie mówili o stawkach, ale o widełkach lub posługiwali się określeniem „poniżej/powyżej średniej krajowej”. – Jednocześnie ci sami znajomi byli bardzo ciekawi, ile zarabiałem w Wielkiej Brytanii – mówi.

Ryzykowne gierki płacowe

Jak pracodawcy starają się utrzymać wysokość wynagrodzeń w tajemnicy? Po pierwsze bardzo rzadko informują o wynagrodzeniu w ogłoszeniu o pracę. Po drugie temat płacy często nie pojawia się na pierwszej rozmowie kwalifikacyjnej. A po trzecie już na „dzień dobry”, firmy wymagają od pracowników podpisania lojalki o tajemnicy na temat wysokości otrzymywanego wynagrodzenia. Jednocześnie pracodawcy próbują dowiedzieć się, jakie stawki oferuje konkurencja. Służą temu m.in. analizy raportów płacowych. Chwalenie się wynagrodzeniami jest firmom nie na rękę, gdyż tajemnica płac sprawia, że łatwiej ukryć nierówności płacowe chociażby ze względu na płeć. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że kobiety na tych samych stanowiskach w firmach zarabiają mniej. Firmy, które utajniają płace, powinny mieć na względzie dwie kwestie. Po pierwsze powinny zaznaczać podczas rekrutacji, że w firmie jest określona polityka płacowa oraz poziomy wynagrodzeń przypisane konkretnym stanowiskom. Po drugie powinny tej polityki przestrzegać. W sytuacji, gdy na jaw wychodzą drastyczne nierówności płacowe, pracodawcy poddawani są ostracyzmowi społecznemu. Zupełnie niedawno BBC podjęła odważny krok i ujawniła płace poszczególnych gwiazd ze świata mediów. Okazało się, że kwoty były astronomiczne, ale że większe płace mieli przede wszystkim mężczyźni. Tylko 34 kobiety i aż 62 mężczyzn zarabiało rocznie więcej niż 150 tys. funtów. BBC musiało zmierzyć się z potężną falą krytyki. I właśnie takiego obrotu spraw boi się wielu przedsiębiorców, strzegąc tajemnicy płac. Zapominają jednak o drugiej stronie medalu. Podanie nawet widełek zarobków zwiększa liczbę aplikacji.

Badanie zostało przeprowadzone w maju i czerwcu 2017 roku. Wzięło w nim udział ponad 40 tys. respondentów z 9 krajów, w tym 582 ankietowanych z Polski.

Obamacare przetrwa erę Trumpa, Yellen przyznaje się do błędu, słabszy dzień dla złotego

Obamacare jako symbol

Podczas kampanii wyborczej składa się mrowie obietnic, czasami im więcej, tym lepiej. Wiele z nich okazuje się tak zwaną kiełbasą wyborczą zupełnie bez znaczenia. Zdarza się jednak, że jakaś obietnica staje się symbolem całej kampanii wyborczej, co więcej pozostaje symbolem całej prezydentury. Czymś takim było przyrzeczenie stworzenia powszechnego systemu opieki zdrowotnej, które znacząco przyczyniło się do zwycięstwa w wyborach Baracka Obamy. To właśnie Obamacare jest wymieniane wśród najważniejszych dokonań poprzedniej administracji. System ten ma właśnie szansę, by zostać kolejnym symbolem, tym razem nieporadności i nieskuteczności następcy Obamy. Donald Trump budował swoją kampanię wyborczą właśnie na obietnicy pogrzebania socjalnego programu. Już pierwsze tygodnie pokazały jednak, że realia kampanii znacząco różnią się od faktycznej prezydentury. Republikański prezydent mimo posiadania większości w kongresie, nie był w stanie przeforsować kluczowej dla siebie reformy.

Collins ucina temat

            W tym tygodniu miała mieć miejsce kolejna próba likwidacji Obamacare. Jednak po ostatniej jednoznacznej deklaracji Susan Collins, republikańskiej kongresmen z Maine, głosowanie wydaje się bezzasadne. Już wcześniej swoje poparcie dla obecnego systemu wyrazili John McCain i Rand Paul, tak więc krucha większość republikanów właśnie została złamana. Wiele wskazuje na to, że Trump będzie musiał w końcu oddać pola. Klęska jest tym bardziej bolesna, że przychodzi w momencie, kiedy wydawało się, że dzięki tematowi Korei Trump odzyskuje kontrolę nad prezydenturą. Kolejna porażka w kongresie zapewne rzuci cień, także na zapowiadane z podobnym zapałem co walka z Obamacare reformy gospodarcze. A to już może wyraźnie ciążyć dolarowi, który ostatnio radził sobie coraz lepiej.

Szczera Yellen

            We wczorajszym wystąpieniu pani prezes FED, nastąpiła zaskakująca zmiana narracji. Janet Yellen przyznała, że członkowie FOMC prawdopodobnie źle zrozumieli naturę czynników wstrzymujących inflację. Wyjątkowo rzadko się zdarza, by bankierzy centralni publicznie przyznawali się do błędu. Nie oznacza to jednak, że FED wycofuje się z polityki podnoszenia stóp. Prezes Yellen nie zamierza czekać z kolejnymi podwyżkami, aż inflacja powróci powyżej 2%. Jak powiedziała, byłoby to “nierozsądne”. Słowa te spowodowały wzrost prawdopodobieństwa  grudniowej zmiany stóp procentowych, a tym samym umocniły dolara na szerokim rynku.

Słabszy złoty

Złotówka pozostaje dzisiaj pod presją sprzedażową. Drożeją praktycznie wszystkie główne waluty świata. Euro kolejny raz testuje poziom 4,30 zł, frank właśnie przebił 3,75 zł, więcej zapłacimy także za dolara i funta. Wpływ na to mają przede wszystkim czynniki globalne, a zwłaszcza mocny dolar, który wysysa kapitał z EM.

Dzisiaj warto zwrócić uwagę na naszych południowych sąsiadów, gdzie czeski bank centralny będzie decydował o stopach procentowych. Później poznamy wartość sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii oraz indeks zamówień w USA. Na koniec dnia decyzję w sprawie stów procentowych podejmie bank centralny Nowej Zelandii.

Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

Analiza fundamentalna i techniczna indeksu dolara

Kilka tygodni temu zwracaliśmy uwagę na zbyt mocną wyprzedaż dolara amerykańskiego. Scenariusz ten potwierdził się niemalże doskonale, ale czy mamy do czynienia tylko z kilkudniową korektą czy też mocniejszym trendem aprecjacji USD?

DXY – analiza techniczna – interwał dzienny

Spojrzenie na wykres dzienny nie napawa optymizmem. Indeks dolara od początku roku porusza się w kanale spadkowym. Ostatni ruch wzrostowy nie pokonał jeszcze górnego ograniczenia kanału spadkowego. Kupującym udało się jedynie pokonać strefę oporu 92.40-92.70.

DXY, interwał dzienny

DXY, interwał dzienny

Źródło: Admiral Markets

Według analizy technicznej powinniśmy spodziewać się kontynuacji trendu, dopiero po przerwaniu górnej bandy kanału spadkowego możemy liczyć na dłuższy trend wzrostowy.

DXY – analiza techniczna – interwał tygodniowy

Interwał tygodniowy daje większe prawdopodobieństwo na dłuższe odbicie, aczkolwiek tutaj również kurs musi pokonać barierę w postaci strefy oporu 92.93-94.00. Po pokonaniu wspomnianej strefy kupujący otworzą sobie drogę do kontynuacji wzrostów w okolicę 95 punktów.

Ponadto oscylator stochastyczny pokazuje mocną dywergencję kursu, co zapowiada mocniejsze wzrosty i większe prawdopodobieństwo pokonanie oporu.

DXY, interwal tygodniowy

DXY, interwal tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

DXY – Jastrzębi FED

Ostatnie wypowiedzi Janet Yellen oraz innych przedstawicieli FOMC nie dają wiele do namysłu, FED jest jastrzębi. W przeciągu kilku ostatnich tygodni prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych na grudniowym posiedzeniu FOMC wzrosło z 20 proc. do 70.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych na grudniowym posiedzeniu

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych na grudniowym posiedzeniu

Źródło: Bloomberg

Ponadto zapowiedź taperingu QE dolała oliwy do ognia, nastąpił mocny wzrost rentowności obligacji USA. Wzrost rentowności długoterminowych obligacji USA jest pozytywny dla dolara amerykańskiego.

DXY, rentowność 10-letnich obligacji USA

DXY, rentowność 10-letnich obligacji USA

Źródło: Bloomberg

Ciekawostka: Możesz sprawdzić cenę 10-letniej obligacji USA na platformie MT 4 Admiral Markets

DXY – pozycjonowanie zarządzających

W cotygodniowych analizach śledzimy pozycje na kontraktach terminowych zawierane przez zarządzających oraz fundusze lewarowane. Już kilka razy zwracaliśmy uwagę na zbyt jednostronne pozycjonowanie się dużych graczy, pora na realizację zysku i mocniejsze odbicie DXY.

Pozycjonowanie się zarządzających na kontraktach terminowych

Pozycjonowanie się zarządzających na kontraktach terminowych

Źródło: Bloomberg

Powyższy wykres przedstawia pozycjonowanie się zarządzających na indeksie dolara. W górnym oknie linia biała przedstawia pozycje netto (długie odjąć krótkie) na kontraktach terminowych. Z kolei pomarańczowa indeks dolara. Warto zauważyć, że pozycje netto spadły poniżej 0, na rynku jest o wiele więcej krótkich pozycji niż długich. Historycznie patrząc obecny stan nie utrzymywał się zbyt długo, zarządzający zaczną zamykać swoje krótkie pozycje, co spowoduje wzrost indeksu dolara.

W drugim oknie przedstawiono pozycje długie (linia zielona) względem pozycji krótkich (linia żółta). Pozycje długie znalazły się na długoterminowym maksimum, co rodzi pytanie „kto zdoła zepchnąć indeks dolara na niższe poziomy”?

DXY – północ czy południe?

Na interwale dziennym indeks dolara porusza się w trendzie spadkowym. Z kolei na interwale tygodniowym mamy do czynienia z dywergencją oscylatora stochastycznego, która zapowiada mocniejsze odbicie. Dodatkowym argumentem zapowiadającym kontynuację wzrostów jest analiza fundamentalna.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Spadł Indeks Zaległych Płatności Polaków

Spadł Indeks Zaległych Płatności Polaków. Najmniej problemów jest w województwach, w których przeważają mieszkańcy wsi. Indeks Zaległych Płatności Polaków obniżył się w II kwartale z 77,7 pkt do 76,8 pkt., co oznacza poprawę terminowych płatności konsumentów. Wskaźnik, wyliczany na podstawie danych z baz Rejestru Dłużników Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej, opisuje jaka liczba osób, nieradzących sobie z terminowym regulowaniem zobowiązań pozakredytowych oraz kredytowych przypada na 1000 dorosłych mieszkańców. Chodzi tu o opóźnienia wynoszące co najmniej 60 dni na kwotę min. 200 zł.

Z danych BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że konsumentów opóźniających spłatę różnego rodzaju rachunków oraz rat kredytowych, ubyło w II kwartale 2017 r. o 29,4 tys., jednak wartość zaległości pozakredytowych i kredytowych wzrosła w tym czasie o 2,52 mld zł (3,7 proc.)do 58,18 mld zł.

Obecnie w obu bazach jest 2 417 113 niesolidnych dłużników, czyli o 1,2 proc. mniej niż na koniec marca 2017 r. Sytuacja nie jest jednoznaczna, zmniejszyła się bowiem liczba niepłacących zobowiązań kredytowych, wzrosła natomiast liczba osób z zaległościami pozakredytowymi, w skład których wchodzą m.in. niezapłacone rachunki za telefon, internet, telewizję kablową, raty pożyczek, alimenty, czynsze, kary za jazdę bez biletu czy też należności windykowane.

Spadł Indeks Zaległych Płatności Polaków

W II kwartale br., najbardziej zauważalnie ubyło niesolidnych dłużników w woj. kujawsko-pomorskim. Jest ich tam obecnie 96 osób na każde 1000 dorosłych mieszkańców wobec 101 – kwartał wcześniej. O jednego dłużnika mniej na każde 1000 dorosłych mieszkańców jest też w województwach: łódzkim, lubuskim, lubelskim, małopolskim, podkarpackim, podlaskim, pomorskim, śląskim oraz warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim.

Sytuacja pogorszyła się jednak na Dolnym Śląsku, gdzie statystycznie na 1000 dorosłych mieszkańców jest 100 nierzetelnych dłużników, zamiast 99 kwartał wcześniej, co oznacza, że co dziesiąty Dolnoślązak ma kłopoty z terminowym regulowaniem zobowiązań. Aktualnie jeszcze w dwu innych województwach Polacy mają kłopoty finansowe na taką skalę, w zachodniopomorskim i lubuskim.

Cechą charakterystyczną trzech negatywnie wyróżniających się regionów jest bardzo wysoki udział mieszkańców miast. Gdy w Polsce w miastach mieszka 60 proc. osób, a na wsi 40 proc., w zachodniopomorskim i dolnośląskim niemal 7 na 10 mieszkańców województwa pochodzi z miast. Większy odsetek mieszkańców miast ma w Polsce jeszcze jedynie Śląsk – 77 proc. W lubuskim, które też wypada w zestawieniu źle, mieszka w miastach 65 proc. osób, czyli nieco więcej niż wynoszą statystyki dla kraju.

 Z kolei na wschodzie i południowym-wschodzie, gdzie w skali kraju największą cześć mieszkańców stanowią osoby z terenów wiejskich, odnotowujemy najmniejszy udział osób z problemami finansowymi. W woj. lubelskim, podkarpackim, świętokrzyskim i małopolskim, mieszka na wsi od 52 do 59 proc. osób i udział niesolidnych dłużników jest tu o niemal połowę niższy niż w zurbanizowanej Polsce Zachodniej – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Wyjątek stanowi woj. podlaskie, gdzie mimo tego, że przeważają mieszkańcy miast, statystyki dotyczące liczby niesolidnych dłużników przedstawiają region w bardzo dobrym świetle. Podobnie wyróżnia się jeszcze Mazowsze, choć mieszkańców miast jest tu więcej niż przeciętnie w kraju, to jednak odsetek osób z problemami finansowymi jest niższy niż w Polsce.

– Nasze dane wyraźnie od lat pokazują różnice w moralności płatniczej pomiędzy bardziej zurbanizowaną Polską Zachodnią i w większym stopniu rolniczą Polską Wschodnią. Mieszkańcy Polski Zachodniej w zdecydowanej większości żyjący w miastach częściej niż mieszkańcy Polski Wschodniej sięgają po kredyty, biorą też na siebie chętniej inne zobowiązania. Jednocześnie widzimy, że ta większa otwartość na zadłużanie nakłada się na niższą solidność płatniczą – dodaje Sławomir Grzelczak.

Różnice w przepisach drogowych w różnych rejonach Europy

Znaki drogowe nie powiedzą wszystkiego o zasadach prowadzenia pojazdów w różnych rejonach Europy. Np. w Hiszpanii auto trzeba wyposażyć w dwa trójkąty ostrzegawcze, w Holandii doświadczeni kierowcy mogą mieć wyższe stężenie alkoholu we krwi niż początkujący, a samochodach osobowych na norweskich szosach nie trzeba wozić gaśnicy.

Nawet rutyniarz za kółkiem może się poczuć niepewnie, gdy wyjeżdża za granicę Polski. Czy poradzi sobie, polegając na sygnalizacji świetlnej oraz pionowych i poziomych znakach drogowych? Tyle powinno wystarczyć, by ustrzec się przed łamaniem elementarnych zasad bezpieczeństwa. Jeżeli dołożyć do tego przezorność, powinno się obyć także bez mandatu z zagranicznych podróży. Jednak gwarancję poruszania się zgodnie z obowiązującymi normami zyskamy dopiero, poznając najważniejsze zasady charakterystyczne dla różnych państw.

Zapinamy pasy, nie rozmawiamy przez telefon

Istnieją uregulowania zbieżne niemal dla całej Europy. Gdziekolwiek jedziemy, powinniśmy trzymać przy sobie dokumenty – prawo jazdy, dowód rejestracyjny, ważne badania techniczne. Należy też pamiętać o zapinaniu pasów bezpieczeństwa i – jeśli nie korzystamy z zestawu głośnomówiącego – o zakazie rozmów przez telefon komórkowy.

Chociaż nie wszędzie wymagają tego przepisy, przez całą dobę warto jeździć z włączonymi światłami, jesienią zmieniać opony z letnich na zimowe, a wiosną na odwrót. “Zimówki”, wprawdzie jeszcze nie w Polsce, w wielu państwach stały się już obowiązkiem, który dotyczy posiadacza każdego samochodu.

O ograniczeniach prędkości najczęściej informują umieszczane przy drogach znaki. W terenie zabudowanym z reguły obowiązuje zakaz przekraczania 50 km/h. Poza miejscowościami – w terenie niezabudowanym najczęściej można się poruszać maksymalnie 90 km/h. Na drogach ekspresowych rozbieżności robią się już spore. Np. na niemieckich autostradach istnieją fragmenty bez ograniczeń prędkości, tymczasem na Malcie, Łotwie i w Finlandii w ogóle nie wolno wykraczać poza barierę 80 km/h. Amatorzy szybkiej jazdy nie poszaleją także w Norwegii, gdzie na najlepszych nawet szosach kierowców ogranicza 100 km/h. W Estonii dozwolona prędkość zależy od pory roku. I tak latem na ekspresowych drogach dwujezdniowych można jechać 110 km/h, lecz zimą już tylko 90 km/h.

Dość powszechnie wiadomo, że w Wielkiej Brytanii obowiązuje nietypowy dla Europy ruch lewostronny. Zjednoczone Królestwo nie stanowi jednak na Starym Kontynencie jedynego wyjątku. Lewej strony należy się trzymać także w Irlandii oraz na Cyprze i na Malcie.

Po spożyciu najlepiej w ogóle nie prowadzić, ale…

Ogólna zasada mówi: Piłeś? Nie jedź! Większość europejskich państw dopuszcza jednak margines na prowadzenie samochodu np. po obiedzie z kieliszkiem wina.

Dopuszczalne stężenie alkoholu we krwi w Szwecji wynosi np. 0,2 g/l. Podobnie wyglądają zasady u sąsiadów z Norwegii i Finlandii, a także w Polsce. Bardziej liberalne przepisy stosują np.: Francuzi, Grecy, Holendrzy, Hiszpanie, Irlandczycy – 0,5 g/l oraz 0,2-0,3 dla kierowców początkujących. Największą tolerancję zachowują Brytyjczycy i Maltańczycy – 0,8 g/l. Istnieją też w Europie kraje, w których nie wolno sobie pozwolić nawet na odrobinę alkoholowej domieszki we krwi. W Czechach, Bułgarii i na Słowacji limit wynosi 0,0.

Nie trzeba pamiętać wszystkiego

W europejskich państwach różnią się także przepisy dotyczące obowiązkowego wyposażenia samochodów. W Polsce wymaga się tylko gaśnicy i trójkąta ostrzegawczego. Gdy wybieramy się za granicę, lepiej doposażyć auto w kamizelkę odblaskową. W wielu krajach przyda się także zestaw do udzielania pierwszej pomocy. W Chorwacji kierowcy pojazdów z tradycyjnymi reflektorami muszą mieć przy sobie zapasowe żarówki. Z kolei hiszpańskie reguły wymagają dwóch przenośnych trójkątów ostrzegawczych na pokładzie jednego auta.

Samochodowa wyprawa po całej Europie wiązałaby się z koniecznością zapamiętania wielu norm. Na szczęście istnieją narzędzia, które pozwalają na bieżąco sprawdzić, co w kwestii drogowych przepisów warto wiedzieć, jadąc do różnych krajów. Wystarczy pobrać darmową aplikację np. Going Abroad, by uzyskać pod ręką dostęp do reguł poruszania się po drogach wszystkich państw członkowskich UE. Aplikacja jest dostępna w języku polskim i działa na smartfonach wyposażonych w systemy: Android, iOS i Windows.

Za nieznajomość lub nierespektowanie przepisów się płaci

Kierowcy w Polsce, nawet w kontekście ostatniego zaostrzenia kar za łamanie przepisów, nie powinni narzekać na wysokość mandatów, jeśli porównają stawki z Norwegią, Danią, Szwajcarią czy Holandią. – Różnią się oczywiście także średnie zarobki między pracownikami w europejskich krajach. W Polsce przeciętna pensja w sektorze przedsiębiorstw w przeliczeniu na europejską walutę wynosi ok. 1 tys. euro, podczas gdy w Niemczech średnia sięga 3,7 tys. euro, a jeszcze wyższa jest np. w Danii, Irlandii, Szwecji, Belgii – mówi Bartosz Grejner, analityk spółki Cinkciarz.pl. Różnice w zarobkach nie są jednak proporcjonalne do stawek mandatowych. W niektórych krajach łamanie przepisów kosztuje naprawdę słono. Za przekroczenie prędkości o 20 km/h w Polsce płaci się najczęściej 100 zł, czyli ok. 23-24 euro. Za identyczne wykroczenie w Czechach kara byłby już niemal dwukrotnie wyższa, w Szwecji dziesięciokrotnie, a w Norwegii nawet 20-krotnie i według kursów Cinkciarz.pl z 25 września 2017 r. sięgałaby w przeliczeniu na polską walutę niemal 1,8 tys. zł.

Statystycznie blisko Niemców

Polacy należą do europejskiej czołówki, jeśli chodzi o liczbę zarejestrowanych aut osobowych w stosunku do liczby obywateli. Ostatnie dane Eurostatu (dostępne za 2015 r.) pokazują, że czołówkę utworzonego pod tym względem rankingu tworzą: Liechtenstein – 766, Luksemburg – 661 i Malta – 634. Czwarta jest Finlandia – 590, a szóste są Niemcy – 548.

– Co ciekawe, w Polsce było tylko o dwa samochody mniej na 1000 mieszkańców niż u zachodniego sąsiada. Tym samym nasz kraj już znajduje się wśród państw z najwyższą średnią aut na 1000 mieszkańców, wyprzedzając znacznie bogatsze europejskie gospodarki – zauważa analityk Cinkciarz.pl. – Dane nie określają jednak średniego wieku i wartości samochodów – dodaje analityk Cinkciarz.pl. W końcówce europejskiego rankingu (z 2015 r.) posiadaczy samochodów osobowych są: Rumunia z 261 samochodami na 1000 mieszkańców oraz Węgry – 325.

10 wiodących trendów na rynku biurowym w Polsce

Doradcy Walter Herz wskazują główne trendy w rozwoju polskiego rynku biurowego  

Rekordowy popyt i nowa podaż

Bicie rekordów stało się już domeną sektora nieruchomości biurowych w naszym kraju. Ta tendencja rynku, którą możemy obserwować od kilku kwartałów, bardzo znacząco pokazuje jego obecny charakter. Pierwsze półrocze bieżącego roku zapisało się rekordowym wolumenem – ponad 720 tys. mkw. wynajętej powierzchni w największych miastach w Polsce, co oznacza poprawę o 15 proc. w porównaniu do roku ubiegłego. Swój, najlepszy rezultat w historii odnotowały przede wszystkim rynki regionalne (poza Warszawą), na których wynajęte zostało ponad 330 tys. mkw. biur, o jedną czwartą więcej niż przed rokiem.

Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o podaż. W budowie w największych aglomeracjach w kraju pozostaje około 1,8 mln mkw. biur, z czego 800 tys. mkw. przypada na Warszawę, a 1 milion mkw. na rynki regionalne. W tym przypadku zeszłoroczny wynik poprawiony został o prawie jedną trzecią.

Inwestycje realizowane w myśl zrównoważonego rozwoju

Nowe kompleksy biurowe projektowane są teraz najczęściej tak by płynnie integrowały się z otoczeniem i wpływały na poprawę infrastruktury miejskiej. Deweloperzy nie skupiają się dziś tylko na samych budynkach, ale także zagospodarowują całą przestrzeń wokół nich, w taki sposób, żeby była jak najbardziej atrakcyjna dla pracowników biur i okolicznych mieszkańców. Coraz liczniej włączają się w realizację idei miastotwórczości, kreując nową tkankę miejską.

W pobliżu biurowców aranżują przestrzeń publiczną, w tym strefy rekreacyjne, deptaki oraz zielone dziedzińce i skwery, a także śródmiejskie pasaże z restauracjami i kafeteriami, sklepami i usługami. W pobliżu biurowców pojawiają się też place z fontannami, otoczone miejscami do wypoczynku i ogródkami kawiarnianymi. W niektórych lokalizacjach inwestorzy tworzą przestrzeń na kształt miejskich podwórek, gdzie latem można włączyć się w gry zespołowe, poćwiczyć na świeżym powietrzu, czy obejrzeć film w kinie letnim.

W wielu projektach biurowych kładziony jest również mocny nacisk na sport i rekreację. Poza kompleksowymi udogodnieniami dla rowerzystów, które stają się powszechne, można w nich znaleźć też boiska do koszykówki, do gry w badmintona, czy do siatkówki plażowej, tory do gry w bule, czy ścianki wspinaczkowe.

Deweloperzy śledzą zmieniające się preferencje, co do formy spędzania wolnego czasu i wychodzą  z inicjatywą, chcąc stworzyć w częściach wspólnych w budynkach i ich otoczeniu jak najbardziej atrakcyjne warunki do pracy. I sprawić, by biurowce żyły także poza godzinami pracy.

Wielofunkcyjność projektów

Coraz większą rolę na rynku odgrywają obiekty typu mix-use. W wielu kompleksach, poza biurami, projektowane są również powierzchnie handlowe, usługowe, rekreacyjne, a także hotelowe i mieszkalne. Dywersyfikacja funkcji zmniejsza ryzyko inwestycji, a pracownicy biur mają na miejscu sklepy, usługi i miejsca, w których mogą odpocząć i zrelaksować się.

Wielofunkcyjność obiektów wzbogacona jest też w wielu przypadkach strefami konferencyjnymi, eventowymi, gastronomią, a także lokowanymi w biurowcach już powszechnie klubami fitness, czy placówkami medycznymi i SPA oraz innymi usługami. Bo to właśnie obiekty kompleksowo zaspokajające zapotrzebowanie na różnego rodzaju usługi cieszą się obecnie na rynku największym powodzeniem.

Eko faza

Nowe inwestycje z segmentu biurowego realizowane są teraz zwykle zgodnie ze standardami budownictwa ekologicznego i energooszczędnego. Są obiektami przyjaznymi dla środowiska i ludzi, co potwierdzają przyznawane im certyfikaty.

Ekologiczne budownictwo przynosi jednocześnie korzyści najemcom, którzy płacą mniej za media, dzięki systemom pozwalającym oszczędzać i ponownie wykorzystywać wodę i energię, czerpaną przeważnie ze źródeł odnawialnych. Zielone budynki zapewniają bardzo dobrej jakości środowisko pracy, co jest niezwykle istotne dla samopoczucia ludzi, którzy spędzają w biurowcach sporą ilość czasu.

Budowa wież biurowych

Od niedawna w Polsce  rosną spektakularne wieże biurowe. W ubiegłym roku w Warszawie oddany został 155 metrowy biurowiec Q22 i 220 metrowa wieża w kompleksie Warsaw Spire. Pod koniec minionego roku przy dworcu Centralnym rozpoczęła się też budowa inwestycji Varso, w której powstanie najwyższy budynek w Polsce. Wraz z iglicą wysokościowiec będzie sięgać 310 metrów.

Ponadto nieopodal ronda Daszyńskiego powstaje wieżowiec Skyliner, który ma mieć 195 metrów wysokości. W tej samej okolicy w kompleksie Mennica Legacy Towers wyrośnie 130 metrowy biurowiec. Dwie podobnej wysokości wieże powstaną również w realizowanej w tym samym rejonie inwestycji Warsaw HUB, a kolejna w projekcie Spark.

Poza tym, do budowy przy Pańskiej przygotowywana jest też Spinnaker Tower.

Ale nie tylko w Warszawie realizowane są widowiskowe projekty. Gdańsk ma 180 metrową Olivię Star, a Gdynia Sea Towers wysokości 142 metrów. W realizowanym w Katowicach projekcie .KTW powstanie 133 metrowa wieża, która będzie najwyższym budynkiem w mieście, a w Krakowie nie będzie miał sobie równych 102 metrowy budynek, który wejdzie w skład będącego już także w budowie Unity Centre.

Inwestycje biurowe przy dworcach

Szeroko zakrojone inwestycje biurowe powstają też coraz częściej przy największych dworcach, czego przykładem w Warszawie może być kompleks Gdański Business Center przy dworcu Gdańskim i West Station przy dworcu Zachodnim oraz wspomniany już projekt Varso przy Centralnym. Planowana jest również realizacja inwestycji Dworzec Warszawa Gdańska.  W ramach tego projektu powstanie nowoczesny budynek dworca i duży kompleks obiektów biurowo-usługowych oraz przestrzeń publiczna.

Obiektów komercyjnych usytuowanych w bezpośrednim sąsiedztwie dworców będzie przybywać, bo to idealne lokalizacje, tak z punktu widzenia dojeżdżających pracowników, jak również inwestorów. Kolejne tego typu projekty są już zapowiadane w różnych miastach. Hub biurowy wyrośnie m.in. w Łodzi w okolicy nowego dworca Łódź Fabryczna. A w Krakowie 21 tys. mkw. nowej powierzchni ma dostarczyć kompleks biurowo-usługowy Central Railway Station Office Park zlokalizowany przy dworcu Głównym.

Rewitalizacja zabytkowych zabudowań pofabrycznych

W wiodących aglomeracjach w Polsce możemy obserwować inwestycje, prowadzone w oparciu o modernizację historycznych zabudowań industrialnych. Tego typu projekty, świadczące o dojrzewaniu rynku, stanowią ekskluzywne uzupełnienie oferty. Do rewitalizacji dawnych fabryk, kompleksów przemysłowych, elektrowni, czy browarów zachęca inwestorów, nie tylko wyjątkowy potencjał zabytkowych obiektów, ale także ich doskonałe, zwykle centralne położenie.

Do retro-nowoczesnych projektów realizowanych w Warszawie należy m.in. Centrum Praskie Koneser, Elektrownia Powiśle, czy hotel Europejski oraz oddana niedawno Hala Koszyki. Na starcie budowy jest fabryka Norblina przy Żelaznej, która przekształci się w kompleks Art N. Na swoją kolei czeka również fabryka Polleny przy ulicy Szwedzkiej. Niepowtarzalnym w skali europejskiej tego rodzaju przedsięwzięciem jest Nowe Centrum Łodzi. W Gdańsku zaś inwestycją bazującą na rewitalizacji historycznej tkanki miejskiej jest Wyspa Spichrzów.

Przestrzenie coworkingowe

Na naszym rynku biurowym rośnie nowa grupa najemców. To operatorzy przestrzeni coworkingowych, którzy zaznaczyli już swój udział w kreowaniu popytu na powierzchnie biurowe w największych aglomeracjach, a w najbliższym czasie będą go systematycznie zwiększać.

Przestrzeń coworkingowa, wspierająca przedsiębiorczość i rozwój start-upów, powstaje w najnowocześniejszych i największych obiektach biurowych, które budowane są w całej Polsce. A operatorzy obecni na rynku, jak Business Link, the Brain Embassy, The Heart, Mindspace, czy TechHub współpracują z największymi deweloperami w kraju.

Sektor nowoczesnych usług dla biznesu winduje popyt na rynkach regionalnych

U podstaw rozwoju polskiego rynku biurowego, szczególnie w miastach regionalnych, leży intensywna działalność firm z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Ten segment rynku rośnie w naszym kraju tak szybko, jak żaden inny, w tempie 15 – 20 proc. rocznie.

W pierwszej połowie 2017 roku firmy z tej branży, które nieustannie rozwijają w Polsce swoje struktury, wynajęły przeszło 200 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej na największych rynkach biurowych w kraju, poza Warszawą. Sektor odpowiada za 60 proc. całego popytu na biura w aglomeracjach regionalnych.

Firmy sektorowe z roku na rok zwiększają swoje zapotrzebowanie na powierzchnię biurową. Największym ośrodkiem BPO w kraju jest Kraków, w którym firmy świadczące nowoczesne usługi dla biznesu wynajęły 66 tys. mkw. z 98 tys. mkw. biur, jakie znalazły najemców w pierwszej połowie tego roku w stolicy Małopolski.

W opinii doradców Walter Herz, na wyjątkową uwagę zasługuje Łódź, w której udział BPO/SSC w popycie na powierzchnię biurową jest rekordowo wysoki. W pierwszych sześciu miesiącach roku sektor wygenerował na rynku łódzkim prawie 80 proc. zapotrzebowania na biura.

Umowy przednajmu w regionach i wydłużanie się kontraktów

Dominującą formą kontraktów w miastach regionalnych, poza Warszawą, gdzie wolnych biur jest mało są umowy typu pre-lease, polegające na wynajmowaniu powierzchni jeszcze przed rozpoczęciem lub w trakcie realizacji inwestycji. Kilkanaście lat temu podpisywano je w Polsce bardzo rzadko, a w pierwszym półroczu tego roku w siedmiu największych miastach poza Warszawą obejmowały niespełna jedną trzecią kontraktów. W regionach firmy poszukujące dużych biur często nie znajdują odpowiednich powierzchni w istniejących obiektach, stąd przednajem nie ma tam alternatywy.

Taką sytuację od dłuższego czasu można obserwować w Krakowie, a od niedawna w Łodzi. Na rynku trójmiejskim również najemcy czekają na oddanie do użytku kolejnych, dużych inwestycji. W Trójmieście transakcje typu pre-lease od dwóch lat stanowią od 30 do 45 proc. transakcji.

Specjaliści obserwują też trend związany z wydłużaniem się terminów najmu, co dowodzi stabilizacji na rynku. Firmy podpisują umowy na dłuższy okres niż wcześniej, chcąc zagwarantować sobie najem na tych samych warunkach. Inwestorzy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu to najemcy należący do podpisujących największe umowy najmu. Wynajmują nie tylko biura o największym metrażu, ale też zawierają najdłuższe kontrakty, nawet na kilkanaście lat.

Autor: Walter Herz

Dolar gromadzi zalety

Spokojny handel na FX w ostatnich godzinach wskazuje, że rynek zdaje się porządkować po dość emocjonującym wtorku. USD oddaje pokłady pesymizmu, gdyż coraz więcej znaków układa się w pozytywny obraz do końca roku. Dziś kolejny może dołożyć prezydent Trump. Poza tym w nocy decyzja RBNZ, która jednak powinna przejść bez echa.

Zgodnie z oczekiwaniami prezes Fed Janet Yellen we wczorajszym wystąpieniu nie zrobiła nic, aby przymknąć drzwi do grudniowej podwyżki stóp procentowych. Wręcz przeciwnie, podtrzymała względnie jastrzębi ton kontynuowany po zeszłotygodniowej konferencji po posiedzeniu FOMC. Jej zdaniem „nieroztropnym” byłoby czekanie z podwyżkami do czasu, aż inflacja wzrośnie do 2 proc., a Fed powinien uważać, by nie zmieniać polityki się zbyt wolno. Yellen jest tka pewna, że inflacja będzie wyżej, że przyznała, że oczekuje przestrzelenia celu. To były mocne słowa, które wysyłają na rynek sygnał, aby nie przywiązywać zbyt dużej uwagi do ostatnich słabych odczytów inflacji. A przynajmniej Fed nie zamierza się tym przejmować i preferuje normalizować politykę bazując na innych, mocnych stronach gospodarki (wzrost, rynek pracy, wciąż luźne warunki finansowe).
Stopniowo realizuje się scenariusz, który nakreślaliśmy już kilka tygodni temu. Rynek zbyt pesymistycznie podchodził do perspektyw dolara i teraz, gdy widzi błędy swojego nastawienia, odwrót jest dynamiczny i gwałtowny. Gospodarka ma się dobrze (nawet ze skutkami huraganów), Fed jawnie dąży do grudniowej podwyżki (o czym wczoraj wspominał także Bostic z Fed z Atlanty). Dziś usłyszymy od Brainard i Bullarda, po których prędzej można się spodziewać ostrożnie-łagodnego tonu. Nawet jeśli miałoby to zaszkodzić dolarowi, to z pewnością na rynku nie brakuje inwestorów tylko czekających na przejściową słabość USD, by odświeżyć długie pozycje (EUR/USD 1,1850, USD/JPY 111,50 to bariery, które powinny się bronić w krótkim terminie). Okno czasowe do reakcji może być krótkie, gdyż przed końcem dnia dolar może dostać kolejny pozytywny impuls. Okło 23:00 polskiego czasu prezydent Trump ma przedstawić szczegóły projektu reformy systemu podatkowego. Wczoraj Trump w swoich stylu ujawnił, że projekt „ogromnie” obniża podatki dla średniej klasy i przyczyni się do „spływania” pieniędzy z zagranicy. Jeśli założenia reformy okażą się wykonalne do przeforsowania w Kongresie, USD otrzyma kolejny filar do podtrzymania siły w średnim terminie.

Przemówienia Bullarda i Braianrd sa dość późno (odpowiednio 19:30 i 20:00). Wcześniej uwaga skupi się na danych o zamówieniach na dobra trwałe z USA (14:30). Wieczorem mamy decyzję Banku Rezerwy Nowej Zelandii, która powinna przejść bez echa. Stopa OCR powinna zostać pozostawiona na 1,75 proc., a komunikat w większości powtórzony z poprzedniego posiedzenia w sierpniu. Sytuacja w gospodarce nie zmusza do zmiany neutralnego nastawienia, a niepewność po wyborach parlamentarnych i zmiana przywództwa w banku centralnym wybijają się na pierwszy plan. W rezultacie NZD, poza chwilowymi wahnięciami w reakcji na kosmetyczne zmiany w doborze słów, powinien być stabilny. Jednocześnie neutralne stanowisko RBNZ w dobie mnożących się jastrzębich głosów z innych banków centralnych powoduje, że NZD może znaleźć się pod presją w średnim terminie (względem USD, EUR, GBP, CAD).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W 2016 roku średnia wartość transakcji M&A na rynku dóbr luksusowych wynosiła prawie 450 mln dolarów

Branża dóbr luksusowych cieszy nie tylko duży zainteresowaniem konsumentów, ale również inwestorów. W 2016 roku na tym rynku doszło do 211 transakcji fuzji i przejęć o średniej wartości 449 mln dolarów. Jak wynika z raportu „Fashion & Luxury Private Equity and Investors Survey 2017 przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, inwestorzy z funduszy private equity przewidują, że w perspektywie kolejnych trzech lat branża mody i dóbr luksusowych będzie nadal rosła o 5-10 proc. rocznie. Największym zainteresowaniem cieszyć się będą odzież i akcesoria oraz kosmetyki i perfumy.

W Polsce kondycja polskiego rynku dóbr luksusowych wygląda bardzo optymistycznie, zwiększa się liczba osób zamożnych a co za tym idzie rosną wydatki na te dobra, to z kolei powoduje dalszy wzrost znaczenia tego rynku. Zjawisku temu sprzyja coraz większa dostępność marek luksusowych w Polsce. Stąd też należy spodziewać się dalszych wzrostów w tym segmencie, zwłaszcza w obszarze: aut, odzieży, akcesoriów, kosmetyków oraz alkoholi – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Raport analizuje transakcje M&A na rynku dóbr luksusowych, do których zalicza osobiste dobra luksusowe (odzież i akcesoria, kosmetyki i perfumy oraz biżuteria i zegarki), jak również meble, auta, prywatne odrzutowce, jachty, hotele, luksusowe rejsy oraz cyfrowe dobra luksusowe.

Liczba fuzji i przejęć rośnie

W 2016 roku branża dóbr luksusowych cechowała się wzmożoną aktywnością na rynku fuzji i przejęć. W tym czasie doszło do 211 transakcji, czyli o 70 więcej niż rok wcześniej. Liczba fuzji i przejęć w segmencie osobistych dóbr luksusowych systematycznie rosła (wzrost o 62 w porównaniu do 2015 r.), na co największy wpływ miała aktywność w na rynku odzieży i akcesoriów (33 proc. wszystkich transakcji, wzrost o 36 transakcje) oraz zegarków i biżuterii (18 proc. wszystkich transakcji, wzrost o 23).

W innych sektorach liczba transakcji M&A nie zmieniła się w sposób radykalny w porównaniu do poprzedniego roku (osiem nowych transakcji). – Sektor dóbr luksusowych cieszy się stałym zainteresowaniem inwestorów, zarówno branżowych, jak również funduszy private equity. Do tej branży przyciąga je możliwość osiągnięcia wysokich zwrotów z inwestycji, ponieważ wyceny spółek przy realizacji wyjścia z inwestycji są wyższe niż w innych branżach – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza. – Sektor ten cieszy się również zainteresowaniem ze względu na możliwość osiągnięcia wysokich stóp zwrotu z inwestycji, ponieważ wyceny spółek przy transakcjach wyjścia z projektu są wyższe niż w innych sektorach – dodaje.

W orbicie zainteresowań większe firmy

Pomimo zwiększenia liczby transakcji ich średnia wartość spadła o 23 proc. z 582 mln dolarów do 449 mln dolarów w 2016 r. Wzrost średniej wartości nastąpił wyłącznie w segmentach: odzież i akcesoria, zegarki i biżuteria oraz jachty (odpowiednio o 9,9 proc., 111,5 proc. i 11,1 proc.).

W 2016 r. liczba fuzji i przejęć wzrosła przede wszystkim w regionie Azji i Pacyfiku, a także w Ameryce Północnej (odpowiednio o 22 i 24 transakcje), głównie dzięki segmentowi odzież i akcesoria (odpowiednio: 8 i 11 nowych transakcji), a także zegarki i biżuteria (odpowiednio: 5 i 6 nowych transakcji). W Europie zawarto 14 nowych transakcji, przede wszystkim w segmencie osobistych dóbr luksusowych.

W 2016 r. największym zainteresowaniem inwestorów cieszyły się większe spółki (powyżej 250 mln dolarów), które były przedmiotem 28 proc. wszystkich przeprowadzonych transakcji w porównaniu do 21 proc. w roku poprzednim. – W Polsce nie odnotowano transakcji w tym sektorze z wyjątkiem sprzedaży pięciogwiazdkowych hoteli (np. sprzedaż warszawskiego hotelu Westin do Al Sraiya czy też krakowskiego Sheratona do Quinn Group). Wynika, to przede wszystkim z ograniczonej podaży spółek na sprzedaż oferujących wysokowartościowe produkty oraz ciągle małego rynku dóbr luksusowych. Można przewidywać, że wraz ze wzrostem zamożności społeczeństwa jak i również rozwoju polskich firm oferujących produkty markowe, transakcji na rynku M&A w sektorze dóbr luksusowych w Polsce będzie więcej. Jak na razie rynek transakcyjny w Polsce jest zdominowany przez sektor dóbr szybko zbywalnych, finansowy oraz handel detaliczny – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Najdroższe luksusowe hotele

Do największych transakcji na rynku dóbr luksusowych doszło przede wszystkim w segmencie hoteli.

Największą wartość, aż 12,9 mld dolarów osiągnęło przejęcie Starwood Hotels & Resorts Worldwide przez Marriott International. Równie znaczące było przejęcie Strategic Hotels & Resorts przez Anbang Insurance Group za około 6,5 mld dolarów. Na tę samą sumę opiewała umowa pomiędzy Hilton Worldwide Holdings przez HNA Tourism Group. Z kolei w kategorii osobistych dóbr luksusowych największe transakcje w 2016 roku to: przejęcie Tumi przez Samsonite (ok. 1,8 mld dolarów), przejęcie Too Faced przez Estée Lauder (ok. 1,5 mld dolarów) czy przejęcie It Cosmetics przez L’Oréal (za ok. 1,2 mld dolarów za 100 proc. udziałów).

Spośród wszystkich transakcji fuzji i przejęć 68 proc. zostało przeprowadzonych przez strategicznych inwestorów, co oznacza wzrost o 73 transakcje w stosunku do 2015 r. Z kolei aktywność inwestorów finansowych nie zwiększyła się w porównaniu do roku poprzedniego.

Największe wzrosty sięgną ponad 10 proc. rocznie

Badanie przeprowadzone przez firmę Deloitte wśród funduszy private equity miało na celu poznanie opinii inwestorów na temat możliwości rozwoju rynku mody i dóbr luksusowych w nadchodzących latach. Wśród respondentów panuje przekonanie, że do 2018 r. wskaźnik sprzedaży kluczowych graczy na rynku osobistych dóbr luksusowych zwiększy się do 1,3 jego obecnej wartości (ok. 8 proc. CAGR w latach obrotowych 2015-2018), natomiast w przypadku przedsiębiorstw z innych segmentów rynku dóbr luksusowych wskaźnik ten wzrośnie do 1,2 obecnego poziomu (ok. 6 proc.).

 

Według przewidywań inwestorów w perspektywie kolejnych trzech lat branża mody i dóbr luksusowych będzie nadal rosła o 5-10 proc. rocznie. Ponadto prognozowany jest zdecydowany wzrost w segmencie cyfrowych dóbr luksusowych oraz kosmetyków i perfum (o ponad 10 proc. rocznie). W segmencie odzieży i akcesoriów, hoteli oraz mebli prognozowane jest spowolnienie (wzrost od 5 do 10 proc. rocznie). Z kolei sytuacja w segmencie zegarków i biżuterii oraz jachtów powinna pozostać stabilna. Mniej optymistyczne prognozy dotyczą segmentu samochodów, prywatnych odrzutowców i selektywnej sprzedaży detalicznej, gdzie stopa wzrostu może być ujemna, a nastawienie inwestorów private equity znacznie się pogarsza.

Przyszłość leży w digitalizacji

Autorzy raportu przyjrzeli się strategiom, jakie inwestorzy będą realizować w 2017 r., aby w dalszym ciągu budować portfel aktywów w branży mody i dóbr luksusowych bądź je wyprzedawać.

Około 36 proc. funduszy rozważa możliwość dezinwestycji, co oznacza niewielki spadek w porównaniu do poprzedniego roku (-8 p.p.). – Na decyzje o wyprzedaży aktywów wpływ mają zazwyczaj takie czynniki jak możliwość osiągnięcia wysokiego zysku, zakończenie okresu inwestycji, niedopasowanie trendów rynkowych czy obawy związane ze spadkiem mnożników – wyjaśnia Katarzyna Sermanowicz-Giza.

W 2017 roku 90 proc. funduszy rozważa możliwość ulokowania kapitału w branży mody i dóbr luksusowych, a zwiększenie zainteresowania dotyczy przede wszystkim takich segmentów jak odzież i akcesoria (68 proc. respondentów), kosmetyki i perfumy (49 proc.), selektywna sprzedaż detaliczna (30 proc.), meble (26 proc.), zegarki i biżuteria (21 proc.) oraz cyfrowe dobra luksusowe (15 proc.).

Internacjonalizacja stanowi obecnie główne strategiczne narzędzie wykorzystywane przez inwestorów w celu zwiększenia wartości aktywów w branży mody i dóbr luksusowych (67 proc.). Dla 23 proc. równie skuteczna jest digitalizacja biznesu. – Fundusze private equity nierzadko przejmują spółki osiągające słabsze wyniki z zamiarem zwiększenia osiąganych przez nie przychodów ze sprzedaży oraz marż do ponad przeciętnego poziomu rynkowego – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

ROR-y pokonały depozyty

W bankach szybko przybywa pieniędzy, ale głównie na nieoprocentowanych kontach osobistych. Wartość depozytów nie tylko nie rośnie, ale zaczyna spadać.  

Przybywa pieniędzy na kontach bankowych i to w dużym tempie. Eksperci BGŻOptima przeanalizowali raporty półroczne 11 banków giełdowych o największym udziale w rynku depozytów. Wynika z nich, że na koniec czerwca tego roku wartość oszczędności Polaków na kontach i rachunkach osobistych wyniosła 564 042 mld zł. Sześć miesięcy temu, 31 grudnia 2016 r., te same banki miały na bilansach 556 061 mld zł należących do klientów detalicznych.

Rachunki górą

Wzrost wartości wkładów powierzanych bankom nie jest niczym nowym, bo dodatnia dynamika wpływów na konta i rachunki to zjawisko notowane od dawna. W pierwszym półroczu tego roku doszło jednak do sytuacji wcześniej niespotykanej. Chodzi o stały wzrost wartości pieniędzy przetrzymywanych na nieoprocentowanych rachunkach osobistych, kosztem lokat terminowych, gwarantujących określoną premię za złożenie depozytu. Proces ten zaczął się w 2014 r. i znacząco nasilił w 2016 r. W tym roku doszło jednak do kulminacji.

Według obliczeń BGŻOptima, w czerwcu tego roku na kontach bieżących spoczywało więcej pieniędzy niż na lokatach terminowych. W 11 analizowanych bankach wartość rachunków osobistych wyniosła 295 278 mld zł, podczas gdy stan depozytów wynosił 268 764 mld zł. Dla porównania, na koniec roku klienci tych banków na nieoprocentowanych kontach trzymali 273 862 mld zł, a na lokatach 283 099 mld zł.

Odpływ depozytów

Wśród analizowanych banków, tylko w dwóch wartość depozytów była wyższa niż rachunków bieżących. Znamienne jest to, że również w największym banku depozytowym w kraju w pierwszej połowie roku doszło do przełamania wieloletniego prymatu lokat nad rachunkami osobistymi i podobnie jak w całym sektorze bankowym, konta osobiste cieszą się większym zainteresowaniem niż produkty oszczędnościowe.

Jak wspomniano przyrost „osadów”, czyli nieoprocentowanych środków na rachunkach rozliczeniowych, jest zjawiskiem obserwowanym od wielu kwartałów. Od tego roku rysuje się jednak jeszcze jeden, niepokojący trend na rynku oszczędności detalicznych. Otóż wzrost wartości rachunków bieżących odbywa się kosztem depozytów. Wygląda na to, że klienci są w mniejszym stopniu niż kiedyś zainteresowani odnawianiem zapadających lokat. Dane z sektora bankowego sugerują, że po wygaśnięciu depozytu, pieniądze wracają na rachunek osobisty i już tam zostają. Właściciel środków nie zakłada nowego depozytu i środki „leżą” na nieoprocentowanym koncie.

Środowisko niskich stóp skutecznie zniechęca osoby indywidualne do otwierania depozytów. Rzeczywiście oprocentowanie w bankach jest niskie, jednak trzeba pamiętać, że w tym roku, w przeciwieństwie do roku ubiegłego, mamy wzrost inflacji, zatem pieniądze trzymane na rachunku bieżącym nie tylko „nie zarabiają” dla posiadacza konta, ale realnie tracą na wartości.

Warto pamiętać przy tym, że jak na razie nic nie wskazuje na możliwość zmiany na rynku stóp procentowych i najbliższe podwyżki spodziewane są w najlepszym razie za rok. Nie jest to zresztą cecha charakterystyczna tylko dla polskiego rynku, ponieważ w całej Europie stopy są rekordowo niskie, a perspektywy rychłej zmiany tego stanu niewielkie. W innych krajach, pomimo historycznie niskiego oprocentowania poziom oszczędności systematycznie rośnie. Być może wynika to z faktu, że na bardziej dojrzałych, stabilnych rynkach, oszczędzający są przyzwyczajeni do niskich odsetek.

W Polsce jeszcze kilka lat temu na półrocznym depozycie można było dostać 5 proc. w skali roku.

Spadek oprocentowania w bankach w ostatnich latach nie oznacza, że należy rezygnować z aktywnego zarządzania oszczędnościami. Rezygnacja z otrzymywania  odsetek, tylko dlatego że są one niewysokie, nie jest optymalną strategią dbania o finanse. Najgorszą jest przychowywnaie środków na nieprocentowanym koncie osobistym. W rzeczywistości  to zgoda na pomniejszanie naszego kapitału, ‘zjadanego’ powoli przez inflację. Osoby, które chciałyby uzyskać wyższą stopę zwrotu niż oferują banki, powinny zainteresować się rynkiem kapitałowym lub funduszami inwestycyjnymi, które w tym roku notują dobre wyniki w związku z koniunkturą na światowych giełdach.

Bardzo dobre wyniki notują fundusze akcji polskich oraz globalnych i europejskich rynków wschodzących ( 16,9 proc., 11,3 proc., 12,8 proc. YTD na koniec sierpnia). Średnia stopa zwrotu 60 funduszy polskich akcji uniwersalnych od stycznia do końca sierpnia wyniosła 16,22 proc. Od początku roku mocno w górę idą giełdowe indeksy. WIG20 wzrósł w ciągu ośmiu miesięcy o 29 proc., a WIG o 25 proc. Bierne przetrzymywanie pieniędzy na nieoprocentowanych kontach osobistych jest więc niewykorzystaną szansę na regularne pomnażanie oszczędności.

***
Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima

Polska firma stworzyła ekologiczny silnik jonowy. Urządzenie wydłuży czas misji kosmicznych i rozwiąże problem zaśmiecenia orbity okołoziemskiej

Do 2023 roku według przewidywań ekspertów ze SpaceWorks na orbitę ma trafić niemal 2400 niewielkich satelitów. Wrocławska spółka SatRevolution testuje ekologiczny silnik jonowy, który ma nie tylko wydłużyć czas kosmicznych misji, lecz także zlikwidować problem zaśmiecenia orbity okołoziemskiej. Nowa generacja silników znajdzie zastosowanie w nanosatelitach, przeznaczonych zarówno do użytku prywatnego, jak i komercyjnego. 

Według przewidywań agencji SpaceWorks w 2016 r. miało zostać wystrzelonych w kosmos 210 nanosatelitów, jednak tylko 101 zostało faktycznie posłanych na orbitę. W stosunku do 2015 r. dało to 23 proc. spadek liczby wystrzelonych nanosatelitów. Mimo to SpaceWorks przewiduje na 2017 r. wzrost całego rynku niewielkich satelitów na poziomie 10 proc. rok do roku.

– W tej chwili z ziemi jest wysyłanych kilkaset satelitów. Plany mówią, że takich satelitów do 50 kg w ciągu najbliższych lat będą tysiące. Satelity nisko wysyłane dość szybko spadają z powrotem na ziemię, w związku z tym pozostałości paliwa, czy elementy, które spalą się w atmosferze, wrócą, a my będziemy tym oddychać. Są już dość zaawansowane rozmowy o konieczności montowania takich silników deorbitujących na satelitach, aby one po prostu nie latały tam jako kosmiczny złom – tłumaczy agencji informacyjnej Radosław Łapczyński, dyrektor naukowy, członek zarządu SatRevolution.

Według przewidywań ekspertów ze SpaceWorks w latach 2017–2023 na orbitę ma trafić niemal 2400 niewielkich satelitów. Polska firma SatRevolution przygotowała prototyp innowacyjnego silnika, który będzie napędzał małe satelity tzw. cubesat. Choć idea silników jonowych istnieje od dawna –pierwsze prace prowadzono w latach 50. XX wieku, to do tej pory były jedynie uzupełnieniem napędów chemicznych, ponieważ nie były w stanie samodzielnie pokonać przyciągania ziemskiego. Nowe silniki są skierowane do znacznie mniejszych satelitów, a do tego napędzane są przez pochodną teflonu, który zajmuje mniej miejsca niż alternatywne kosmiczne paliwa. Całość ma być także bardziej ekonomiczna w stosunku do istniejących rozwiązań.

– Silnik jest napędzany paliwem stałym, co jest swego rodzaju nowinką w takich małych silnikach, na razie wszystkie są napędzane gazem. To powoduje, że one są ogromne, trochę przypominają instalację LPG w samochodzie, a nasz po prostu będzie mały, kompaktowy, niemal na pewno będzie więc o wiele tańszy. Silniki jonowe mają to do siebie, że w środku nie ma spalania, w związku z tym nie musimy wysyłać toksycznych chemikaliów do góry. W silniku jonowym materiał, który tam wsadzimy, w naszym przypadku będzie to pochodna teflonu, rozpada się na poszczególne atomy, więc w ogóle nie zanieczyszczamy środowiska – przekonuje Radosław Łapczyński.

Jak wynika z raportu SpaceWorks, w najbliższych latach małe satelity będą wysyłane w kosmos głównie w celach obserwacji Ziemi (64 proc.). W celach naukowych wysłanych zostanie 15 proc. niedużych satelitów. Duża część wysyłanych satelitów poleci w kosmos w celach komercyjnych. Dlatego tym bardziej ważny jest aspekt ekologiczności tego typu projektów.

– Każdy silnik, każdy satelita, którego wysyłamy, powinien spełniać standardy ekologiczne, ponieważ na końcu one wszystkie wpadną w atmosferę i się tutaj spalą – to, co my wyślemy, to do nas powróci. Na razie problemy technologiczne nie pozwalały na to, aby w ogóle skupiać się na tym aspekcie, postanowiliśmy to trochę zmienić i nadać inną narrację tym konstrukcjom – zapewnia członek zarządu SatRevolution.

Rynek robotów humanoidalnych szybko rośnie. Do 2025 r. 1/3 pracowników zostanie zastąpiona przez maszyny

Rynek robotów humanoidalnych szybko rośnie. Do 2025 r. 1/3 pracowników zostanie zastąpiona przez maszyny 4

Do 2025 r. 1/3 tradycyjnej siły roboczej ma być zastąpiona zautomatyzowanymi robotami. Szybko rośnie rynek robotów humanoidalnych, przypominających człowieka, reagujących na dotyk i wchodzących w interakcje z ludźmi. Do 2020 roku wartość rynku robotów współpracujących z ludźmi ma przekroczyć miliard dolarów. Globalna wartość rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji w podobnym czasie może sięgnąć 100 miliardów dolarów. 

– Bezsprzecznie roboty zastąpią ludzką pracę prawdopodobnie w ciągu kilku dekad, jednak musi nastąpić przełamanie kosztowe, robot w sensie ekonomicznym musi być tańszym rozwiązaniem niż zasób ludzki. To już dzieje się w przemyśle, jednak w zastosowaniu pozaprzemysłowym są to raczej próby i eksperymenty niż zjawisko, które można byłoby już skalować – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Kuliś, dyrektor generalny Weegree.

Badania opublikowane przez ABI Research wskazują, że między 2015 a 2020 rokiem rynek robotów współpracujących z ludźmi wzrośnie dziesięciokrotnie, z 95 milionów dolarów do nieco ponad miliarda dolarów. Cały rynek AI do 2025 roku może osiągnąć wartość 100 miliardów dolarów. Instytut Gartnera prognozuje, że w przyszłym roku 3 miliony pracowników na całym świecie będą wspierane przez roboty, natomiast do 2025 roku jedna trzecia tradycyjnej siły roboczej zostanie zastąpiona przez cyfrowych pracowników.

– Samo pojęcie sztucznej inteligencji jest dość odważnym zagadnieniem. W tej chwili jednoznacznie musimy stwierdzić, że sztuczna inteligencja to coś, co nie istnieje, istnieje bardziej w sferze fantazji, jednak jest czekającą nas przyszłością. Mamy szerokie rozeznanie w technologiach dostępnych na rynku i jest to jeszcze w powijakach, ale na pewno konsekwencją tego typu działań będzie ograniczenie wykorzystania zasobu ludzkiego do prostych, powtarzalnych prac – tłumaczy Grzegorz Kuliś.

Coraz częściej na rynku pojawiają się roboty humanoidalne, przypominające człowieka nie tylko z wyglądu zewnętrznego, lecz także reagujące na bodźce i dotyk. Tego typu roboty wchodzą w interakcje, pomagają w codziennych czynnościach, mogą być także towarzyszem życia. Jednym z takich robotów jest „Weegree One”, produkt myśli inżynierskiej francusko-japońskiej, do którego produkcją oprogramowania zajmuje się polska firma Weegree.

– Będziemy produkować pierwszą w Polsce i prawdopodobnie w Europie recepcję, która będzie w sposób zupełnie autonomiczny obsługiwana tylko i wyłącznie przez roboty. Oczywiście ze względu na to, że jest to technologiczne novum i badamy wiele kontekstów, np. interakcje z użytkownikiem, który nie do końca jest świadomy technologii i możliwości robota, mamy jeszcze masę problemów, które musimy rozwiązać – tłumaczy dyrektor generalny Weegree.

Eksperci z Oxford University szacują, że do 2034 roku zniknie 47 proc. obecnie istniejących zawodów. Raport Światowego Forum Ekonomicznego wskazuje, że do 2020 roku roboty i sztuczna inteligencja zabiorą ponad pięć milionów miejsc pracy. Z jednej strony jest to zagrożenie, z drugiej jednak, na co uwagę zwraca ekspert, szansa.

– W przyszłości będziemy musieli się zderzyć ze społecznymi konsekwencjami robotyzacji i automatyzacji, np. z dochodem gwarantowanym, którego ja osobiście jestem wielkim fanem i jest to coś, na co ludzkość powinna czekać, bo roboty będą wyręczały nas w pierwszej fazie w prostych pracach, później we wszystkich, w związku z tym czekają nas fajne czasy, w których człowiek nie będzie musiał pracować. Z drugiej strony czeka nas trudny okres transformacji – twierdzi ekspert.

Według firmy badawczej IDC globalny rynek robotyki i powiązanych z nią usług ma osiągnąć wartość 155 miliardów dolarów w 2019 roku. Rynek ten ma rosnąć 17 proc. średniorocznie. Międzynarodowa Federacja Robotyki w raporcie „Roboty przemysłowe 2016” wskazuje, że najczęściej w roboty inwestuje branża elektroniczna, medyczna i chemiczna. Łącznie w 2015 roku na świecie sprzedano blisko 258 tysięcy maszyn. Światowa populacja aktywnych robotów wzrosła do 1,6 miliona (wzrost o 11 proc.).

Obraz polskiego przedsiębiorcy na podstawie badania przeprowadzonego przez home.pl

Zapracowany, nękany przez biurokrację, ale zadowolony z wyników swojej pracy, wierzący w sukces i potrafiący efektywnie używać nowych technologii  – taki obraz polskiego przedsiębiorcy wyłania się z badania przeprowadzonego przez home.pl z okazji 20 urodzin firmy.

Badanie „Polski przedsiębiorca. Portret własny” zostało przeprowadzone w 2017 roku z okazji 20. urodzin home.pl. Wzięło w nim udział tysiąc klientów firmy home.pl, zaliczających się do sektora MMŚP (-mikro, -małe i średnie firmy).

– Zrobiliśmy to po to, żeby poznać nastroje polskich przedsiębiorców, dowiedzieć się jakie mają priorytety oraz jak widzą i oceniają swoje otoczenie ekonomiczne, a także jaką rolę w ich biznesie odgrywają nowe technologie – mówi Marta Puczyńska, dyrektor działu sprzedaży i marketingu w home.pl.

Niezależność ma swoją cenę

home-raport45Dlaczego Polacy w ogóle decydują się na zmiany w swoim życiu zawodowym i stawiają na własne przedsiębiorstwo? Okazuje się, że polskich przedsiębiorców zaliczających się do sektora MMŚP (-mikro, -małe i średnie firmy) kusi bycie niezależnym. Odpowiedziało tak aż 67 proc. respondentów. Zachęca ich także wizja elastycznego czasu pracy (56 proc.). Dla prawie połowy przedsiębiorców ważne jest to, żeby ich przyszłe zajęcie było związane z pasjami i zainteresowaniami (45 proc.). Rzadziej wskazywano na możliwość samorozwoju, zabezpieczenie swojej przyszłości. Odpowiedziało tak odpowiednio 37 i 26 proc. ankietowanych przez home.pl przedsiębiorców z sektora MMŚP. Co ciekawe, dla bardzo małej grupy przedsiębiorców motywacją do tego, żeby założyć swój biznes były wysokie zarobki. Wskazało na nie tylko 13 proc. respondentów.

home-raportWiadomo jednak, że prowadzenie biznesu nie jest zajęciem łatwym. Dlaczego? Ponieważ istnieją liczne bariery utrudniające rozwój polskim firmom. Jakie? Przedsiębiorcy ankietowani przez home.pl najczęściej wskazywali, że zniechęcają ich wysokie składki ZUS i podatki. Odpowiedziało tak aż 77 proc. respondentów. Właściciele firm narzekają także na biurokrację (58 proc.), wysokie koszty stałe, m.in. opłaty za czynsz czy media (30 proc.), trudności w pozyskiwaniu klientów (27 proc.). Prowadzących biznesy zniechęca także rosnąca konkurencja (19 proc.) i brak wykwalifikowanych pracowników (17 proc.).home-raport2home-raport3

A jakby tak wydłużyć dobę…

Czego ciekawego można się jeszcze dowiedzieć z raportu firmy home.pl? Otóż dla przeważającej większości polskich przedsiębiorców z sektora MMŚP wykonywanie służbowych obowiązków przez osiem godzin dziennie nie wystarcza do tego, żeby należycie kierować swoim biznesem.

Aż 38 proc. przedsiębiorców przyznało się do tego, że od poniedziałku do piątku pracuje więcej niż dziewięć godzin dziennie, 31 proc. – nawet więcej niż 10 godzin! Tylko 24 proc. ankietowanych właścicieli firm przeznacza mniej czasu na wykonywanie swoich służbowych obowiązków. Przyznali się, że zajmuje im to od pięciu do ośmiu godzin dziennie. Z kolei przedsiębiorcy pracujący jeszcze krócej to margines. Tylko 7 proc. właścicieli firm spędza w pracy mniej niż pięć godzin dziennie.

A jak przedsiębiorcy wykorzystywaliby swój czas, gdyby codzienne zarządzenie firmą nie było aż tak absorbujące? Aż 66 proc. ankietowanych postawiłoby na wypoczynek, 49 proc. – na rozwój osobisty (np. szkolenia), 32 proc. – rozwój oferty biznesowej firmy, 30 proc. – poszukiwanie nowych rynków dla swoich produktów lub usług, 20 proc. – testowanie nowych aplikacji ułatwiających prowadzenie przedsiębiorstwa.

Pieniądze? Są rzeczy ważniejsze

Co ciekawe, osiągnięcie sukcesu nie jest utożsamiane przez badanych przedsiębiorców z uzyskiwaniem dużych dochodów. W takim razie z czym? Okazuje się, że aż 65 proc. utożsamia go z… niezależnością. Z kolei 48 proc. przedsiębiorców wskazało na rozpoznawalność marki na rynku, 34 proc. – stworzenie jej od początku, 23 proc. – na tworzenie miejsc pracy. Tylko 28 proc. właścicieli firm utożsamia sukces z uzyskiwaniem miesięcznie konkretnych dochodów (od 10 do 100 tys. zł netto).

Polscy przedsiębiorcy są zadowoleni ze swoich dokonań. Aż 36 proc. badanych uważa, że osiągnęło sukces. Kolejne 31 proc. jest pewne, że dokona tego w ciągu najbliższych dwóch lat. Tylko 6 proc. właścicieli przedsiębiorstw z sektora MMŚP nie czuje, że osiągnęło sukces, 28 proc. nigdy o tym nie myślało. Przeważająca większość z nich jest optymistami, jeśli chodzi o rozwój swoich firm. Odpowiedziało tak 93 proc. ankietowanych. Za pesymistów uważa się tylko 7 proc. badanych.

Zdecydowana większość badanych przedsiębiorców, którzy prowadzą firmy z sektora MMŚP, twierdzi, że cechą pomagającą osiągnąć sukces jest pracowitość. Uważa tak 77 proc. ankietowanych. Z kolei 73 proc. wskazało na kreatywność, 59 proc. – zdolność adaptacji do zmian, 56 – determinację , 55 proc. – zdolność do podejmowania ryzyka, 45 proc. – zdolność zarządzania czasem, 43 proc. – szybkość podejmowania decyzji.

Polski przedsiębiorca świadomie używa nowych technologii

Firmę home.pl interesowało także jak polskie –mikro, –małe i średnie przedsiębiorstwa wykorzystują nowe technologie w prowadzeniu swojego biznesu.  Analizując przesłane dane, podzielono je na trzy grupy. Pierwsza z nich to przedsiębiorcy „początkujący”, druga – „świadomi”, trzecia – „fachowcy”.

home-raport4Kim są zatem „przedsiębiorcy początkujący”? To właściciele firm, którzy uważają, że prowadzony przez nich biznes nie wymaga tego, żeby w jakikolwiek sposób korzystać z nowych technologii. Dlatego też nie widzą sensu, żeby w nie w ogóle inwestować. Chyba, że chodzi o prowadzenie własnej strony internetowej. To rzecz absolutnie podstawowa, nawet dla tych „początkujących”. Zdarza się też, że posiadają kilka adresów internetowych związanych z branżą, w której działają, ale ich nie wykorzystują. Rocznie wydają na to do 1 tys. zł.  Stanowią oni ok. 20 proc. ankietowanych.

home-raport5Druga grupa, zdecydowanie najliczniejsza (67 proc.), to „przedsiębiorcy świadomi”. Komunikują się ze swoimi klientami za pomocą firmowej poczty, inwestują w swój sprzęt komputerowy i nowoczesne oprogramowanie, zazwyczaj wystawiają e-faktury, posiadają konto przedsiębiorstwa w mediach społecznościowych, często korzystają ze specjalistycznego oprogramowania (graficznego, zabezpieczającego dane, analitycznego). Zdarza się, że posiadają firmowe sklepy internetowe. Rocznie na nowe technologie wydają od 1 do 10 tys. zł.

Ostatnia grupa, wyodrębniona dzięki badaniu „Polski przedsiębiorca. Portret własny”, to „fachowcy”. Oprócz działań wymienionych przez „świadomych”, zdecydowali się na zatrudnienie zespołu informatyków, np. programistów PHP lub user expierience. Są oni m.in. odpowiedzialni za rozwój aplikacji i serwisów internetowych, projektów e-commerce, programowanie logiki biznesowej serwisów. Ponadto swoje dane firmowe lokują w chmurze technologicznej. Na nowe technologie wydają rocznie co najmniej 10 tys. zł. „Fachowcy” stanowią 13 proc. badanych przedsiębiorców.

Co się może zmienić w niemieckiej polityce?

W Bundestagu po raz pierwszy jest sześć partii. Koalicja rządząca będzie wielopartyjna, trudniej będzie o kompromisy programowe, ale inwestorzy są optymistycznie nastawienie, bo do rządu wracają liberałowie.

Co się może zmienić w niemieckiej polityce? – Możliwe, że kanclerz Merkel zrezygnuje z ostrej retoryki dotyczącej integracji europejskiej i tworzenia UE różnych prędkości – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Nasze „drogie” dzieci, czyli jak rodzice wydają pieniądze z 500 plus

Belgowie mają powiedzenie: „Jedno dziecko to jeden dom”. Wrzesień to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu każdego rodzica. Nie tylko muszą zadbać o logistykę przedszkolno-szkolną, ale jeszcze w tym czasie ich portfele znacznie się uszczuplają. Wyprawka szkolna, ubezpieczenie, opłaty za zajęcia dodatkowe – wydatków naprawdę nie brakuje. W takich sytuacjach rodzicom mają pomóc pieniądze z programu „Rodzina 500+”. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 62 proc. Polaków przeznacza je właśnie na bieżące wydatki. Tylko nieco ponad jedna trzecia odkłada pieniądze otrzymywane z tego świadczenia na przyszłość.

Wsparciem rządowego programu „Rodzina 500+” w czerwcu 2017 roku objęto ponad 3,98 mln dzieci do 18 lat, czyli 58 proc. Do ponad 2,6 mln rodzin trafiło już ponad 29,2 mld zł. Na co Polacy wydają te pieniądze? Aż 62 proc. osób biorących udział w badaniu Nationale-Nederlanden przyznało, że przeznacza je na codzienne potrzeby rodziny. Z kolei 36 proc. traktuje te środki jak oszczędności.

Słodka, ale i kosztowna inwestycja

Wychowanie dziecka, to czasochłonny, ale też kosztowny proces. Według wyliczeń Centrum im. Adama Smitha koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia 19. roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do 190 tys. zł, a dwójki dzieci – od 317 tys. do 350 tys. zł. Według szacunków ekonomistów w przypadku rodzin z trójką dzieci koszty te wynoszą przeciętnie od 421 do 460 tys. zł. Z wyliczeń OECD wynika, że koszty wychowania i utrzymania dziecka są stosunkowo wysokie i sięgają przeciętnie od 15 do 30 proc. budżetu rodzinnego. – Nic więc dziwnego, że większość rodzin przeznacza zarabiane i otrzymywane środki przede wszystkim na bieżące, codzienne potrzeby. Jeżeli jednak naprawdę chcemy pomóc naszym dzieciom i zapewnić im dobry start w przyszłość, najpierw musimy zadbać o siebie i pomyśleć czy nasze finanse są w dobrej kondycji. W praktyce oznacza to minimalizowanie zadłużenia i posiadanie oszczędności – mówi Martyna Kucicka-Witek, Menedżer ds. Produktów Ochronnych i Majątkowych w Nationale-Nederlanden.

Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że blisko dwie trzecie Polaków deklaruje, że posiada jakiekolwiek oszczędności odłożone z myślą o przyszłości. Jednocześnie 40 proc. badanych deklaruje, że trudno im oszczędzać, ponieważ codzienne wydatki pochłaniają ich całe dochody. Blisko 20 proc.  respondentów przyznaje, że nie myśli jeszcze o oszczędzaniu, a kolejne 15 proc. woli wydać pieniądze na przyjemności.

Bezpieczne i regularne oszczędzanie

Polacy zazwyczaj rozpoczynają oszczędzać z myślą o przyszłości dzieci już od momentu ich urodzenia. Prawie 40 proc. rodziców, którzy dotąd nie oszczędzali na ten cel, deklaruje, że w ciągu najbliższego roku zaczną to robić. Takich planów nie ma co piąty rodzic, a deklarowanym powodem takiej decyzji jest brak odpowiednich funduszy.

Jaką formę oszczędzania wybierają ci Polacy, którzy decydują się odkładać otrzymywane w ramach programu „Rodzina 500+”? Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że są to przede wszystkim produkty bankowe: konto oszczędnościowe (62 proc.), zwykłe konto bankowe (24 proc.) i lokata (18 proc.). Jedynie 4 proc. wybiera fundusze inwestycyjne, a 3 proc. polisę ubezpieczeniową. – Możliwości inwestycji jest naprawdę wiele i można je dostosować do własnych potrzeb. Jedną z wartych zainteresowania form są na pewno polisy ubezpieczeniowe, które zapewniają jednocześnie ochronę całej rodzinie i oferują lokatę kapitału – mówi Martyna Kucicka-Witek.

Blisko połowa rodziców, którzy otrzymują świadczenie „Rodzina 500+”, ale do tej pory nie oszczędzali pieniędzy z tego źródła, deklaruje, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zacznie to robić. Co mniej optymistyczne, blisko jedna czwarta (23 proc.) ankietowanych nie ma jednak zamiaru w najbliższym czasie odkładać tych pieniędzy. – Tymczasem regularne oszczędzanie nawet części tej sumy da naszej rodzinie poduszkę bezpieczeństwa finansowego, która pozwoli nam przygotować się na nieprzewidziane sytuacje, chociażby takie jak ciężka choroba czy trwała lub czasowa niezdolność do pracy i zapewnić najmłodszym dobry start w dorosłość – mówi Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden.

Najnowsze dane o sprzedaży kredytów w Polsce

W sierpniu 2017 r., w ujęciu wartościowym, udzielono więcej każdego rodzaju produktu kredytowego, w porównaniu z sierpniem 2016 r. Największe wzrosty odnotowano w kredytach mieszkaniowych (+7,5%) oraz zaakceptowanej wartości limitów kredytowych w kontach osobistych (+7,6%). W ujęciu liczbowym, na podobnym poziomie, jak rok wcześniej udzielono kredytów konsumpcyjnych (-0,4%) oraz kredytów mieszkaniowych (+0,7%). Natomiast przyznano znacznie więcej limitów kredytowych w kontach osobistych (+13,9%), wyraźnie spadła natomiast liczba wydanych kart kredytowych (-7,5%).  

Z otoczenia gospodarczego napływają dobre informacje dotyczące wzrostu produkcji przemysłowej, spadku bezrobocia, wzrostu wynagrodzeń i sprzedaży detalicznej. Czynniki te pozytywnie przekładają się na zainteresowanie kredytami, dlatego w kolejnych miesiącach analitycy BIK spodziewają się dobrych wyników banków w zakresie wartości udzielanych nowych kredytów oraz pozytywnych informacji o jakości portfeli kredytów udzielonych we wcześniejszych okresach.

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W sierpniu 2017 r. banki udzieliły 611,5 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 6,5 mld zł. Stanowi to spadek o 0,4% w ujęciu liczbowym i wzrost o 3,1% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. banki udzieliły 4,6 mln kredytów na łączną kwotę 51,9 mld zł. Jest to mniej o 2,1% w ujęciu liczbowym i więcej o 3,1% w ujęciu wartościowym, niż w analogicznym okresie 2016 r.

– W sierpniu br. banki udzieliły nieznacznie mniej kredytów konsumpcyjnych, ale na wyższą kwotę niż rok wcześniej. Jest to trwały trend obserwowany od dłuższego czasu, narastająco od początku roku kredytów konsumpcyjnych udzielono mniej o 2,1% i na wartość wyższą o 3,1%. Spadek liczby udzielonych kredytów dotyczy kredytów niskokwotowych, rośnie natomiast liczba kredytów udzielanych na wyższe kwoty. Wzrost sprzedaży kredytów i jednocześnie wzrost portfela kredytów konsumpcyjnych następuje przy zachowaniu dobrej jakości kredytów na stabilnym, bezpiecznym poziomie – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

Kredyty mieszkaniowe

W sierpniu 2017 r. banki udzieliły 15,5 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 3,6 mld zł. Stanowi to wzrost o 0,7% w ujęciu liczbowym i wzrost o 7,5% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. banki  udzieliły łącznie 140,5 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 31,4 mld zł. Jest to więcej o 5,9% w ujęciu liczbowym i więcej o 12,9% w ujęciu wartościowym niż w analogicznym okresie 2016 r. 

– Sierpień jest kolejnym w 2017r. wzrostowym miesiącem dla kredytów mieszkaniowych. Wartość udzielonych kredytów wzrosła 7,5% w porównaniu z sierpniem 2016 r. Na rynku kredytów mieszkaniowych nadal panuje więc wzrost, który w dużej mierze zawdzięczamy wartości udzielanych kredytów nie zaś ich liczbie. Średnia kwota kredytu mieszkaniowego udzielonego w okresie styczeń – sierpień 2017 r. wyniosła bowiem 223,7 tys. zł i była wyższa o 6,7% względem średniej z pierwszych ośmiu miesięcy 2016 r. Jeżeli chodzi o dynamikę udzielanych kredytów mieszkaniowych w różnych przedziałach kwotowych od początku roku widzimy stałą tendencję. Najbardziej wzrosła o 22,8% liczba kredytów udzielonych na kwoty w przedziale 250-500 tys. zł, w dalszej kolejności najwyższy wzrost o 20,8% odnotowano wśród kredytów na kwoty od 0,5 do 1,0 mln zł. Wyraźnie spadła natomiast liczba kredytów udzielonych na niskie kwoty do 100 tys. zł. W tej grupie kredytów zanotowano spadek o 14,7%. – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Karty kredytowe

W sierpniu 2017 r. wydano 79,8 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 428 mln zł. Stanowi to spadek o 7,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 0,1% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. wydano 664,7 tys. kart na łączną kwotę 3,6 mld zł przyznanych limitów. Jest to mniej o 6,6% w ujęciu liczbowym i więcej o 3,8% w ujęciu wartościowym, niż w analogicznym okresie 2016 r.

– W sierpniu kontynuowany był dotychczasowy trend obserwowany w kartach kredytowych, których banki wydają mniej, ale jednocześnie przyznają wyższe kwoty limitów kredytowych. Z taką sytuacją mamy do czynienia od początku roku, wydano o 6,6% mniej kart, a kwota zaakceptowanych limitów była wyższa o 3,8%. Średnia kwota przyznanego limitu w karcie kredytowej wyniosła 5 371 zł w sierpniu i stanowi to wzrost o 8,2% w porównaniu do średniej kwoty z sierpnia 2016 r. Największy o 13,9% wzrost liczby wydanych kart w okresie styczeń – sierpień 2017 r. zanotowano w kartach z przyznanym limitem na kwotę powyżej 10 tys. zł, Liczba wydanych kart z limitem poniżej 3 tys. zł spadła natomiast o 22%. Wzrost wartości przyznawanych limitów można tłumaczyć wzrostem dochodów Polaków – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W sierpniu 2017 r. przyznano 54,2 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę przyznanych limitów 227 mln zł. Stanowi to wzrost o 13,9% w ujęciu liczbowym i wzrost o 7,6% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do sierpnia 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. przyznano 403,5 tys. limitów na łączną kwotę 1,7 mld zł przyznanych limitów. Jest to więcej o 3,3% w ujęciu liczbowym i więcej o 5,7% w ujęciu wartościowym, niż w analogicznym okresie styczeń – sierpień 2016 r.

– W sierpniu zaobserwowaliśmy wyraźny wzrost liczby i wartości przyznanych limitów kredytowych w kontach osobistych, odpowiednio o 13,9% i 7,6% w porównaniu z sierpniem ubiegłego roku. Średnia kwota zaakceptowanego limitu w okresie styczeń – sierpień br. wyniosła 4 369 zł i była wyższa o 2,3% w porównaniu do odpowiedniego okresu rok wcześniej. Od początku roku obserwujemy wzrost zainteresowania limitami kredytowymi w kontach osobistych. Przyczyną może być atrakcyjne oprocentowanie i niższe koszty produktu w porównaniu do kredytów gotówkowych. Wzrost wartości przyznawanych limitów może być powiązany również ze wzrostem wartości wpływów na rachunki, co wiąże się z ogólnym wzrostem wynagrodzeń – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Ponad połowa Polaków oczekuje podwyżek, ale tylko co 10 firma podniesie wynagrodzenia

W Polsce utrzymuje się silna presja płacowa – ponad 50% Polaków oczekuje. że w najbliższych miesiącach otrzymają podwyżki. Plany pracodawców są niestety inne, ponieważ tylko 11% firm planuje podnosić wynagrodzenia.

– Rozdźwięk pomiędzy oczekiwaniami pracowników, a możliwościami pracodawców jest duży – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Kubisiak, szef biura prasowego Work Service – Patrząc przez pryzmat historii na nasze dane widzimy, że jesienią skłonność do podwyżek ze strony pracodawcy była relatywnie niższa. W danych rok do roku mamy wzrost o 2 punkty procentowe, a 2 lata temu było o połowę mniej wskazań deklaracji podwyżek. Wynik 11% należy uznać za znacznie lepszy niż w ostatnich latach ­– ocenił Kubisiak.

Liczba opublikowanych niewypłacalności polskich firm po ośmiu miesiącach wyższa o 17% niż przed rokiem

Euler Hermes opublikował swoją ostatnią analizę nt. niewypłacalności. W sierpniu 2017r. opublikowano informacje o niewypłacalności 80 polskich przedsiębiorstw wobec 68 niewypłacalności w sierpniu 2016r (+18%).

Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego. W tym roku w ciągu ośmiu miesięcy opublikowano informacje o niewypłacalności 591 przedsiębiorstw, tj. o 17% więcej niż w tym samym okresie ub. roku (503 niewypłacalności).

Kluczowe wnioski:

  • Niewypłacalności jest więcej i nadal będzie ich przybywać – jak można spodziewać się na podstawie wiedzy o zaszłościach (w tym podatkowych) z ostatnich lat
  • Budownictwo – rekordowa liczba upadłości wyspecjalizowanych podwykonawców, zmagających się z kosztem odwróconego VAT, jak i wysokimi cenami robocizny i materiałów.
  • Produkcja – upadłości firm spożywczych nie są może masowe, ale stale obecne m.in. w branży mięsnej. Ma w niej miejsce koncentracja większych podmiotów i specjalizacja mniejszych, budujących swoją markę i sieć dystrybucyjną.
  • Widoczny efekt niewypłacalności firm budowlanych i powiązanych z nimi firm w zwłaszcza w województwach Polski północnej i na Mazowszu, gdzie liczne są również problemy firm handlowych i usługowych. Ten sam charakter – w handlu i usługach, a nie w sektorze produkcyjnym miały niewypłacalności w woj. dolnośląskim.niewypałacalności

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Zsumowany łączny obrót firm, których niewypłacalności opublikowano w sierpniu wyniósł około 1,9 mld złotych a zatrudnienie ok. 2 tys. osób (według ostatnich dostępnych danych). Sierpień był kolejnym miesiącem, w którym odnotowano wysokie zatrudnienie i obroty tych firm – w kontekście niewypłacalności straty społeczne i finansowe są wyraźnie widoczne. Oprócz strat u dostawców, straty w niezrealizowanych dochodach podatkowych występują zarówno na poziomie lokalnym, jak i krajowym. Największa niewypłacalność w sierpniu to firma o obrocie ok. miliarda złotych, z branży dystrybucji hurtowej wyrobów RTV/AGD. Był to jeden z ostatnich „mastodontów” – firm rozwijających w minionych latach przede wszystkim dużą skalę obrotu, mniej zwracających uwagę na rentowność, koszty a także na to, kto od nich to kupował (co obecnie rodzi problemy podatkowe).

 niewypałacalności2

Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

„Firmy upadają ze względu na historyczne zaszłości. Nadal będziemy mieli z tym do czynienia, nawet dobra bieżąca koniunktura tego nie zmieni”mówi Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiadający za ocenę ryzyka. „Bardziej wnikliwe podejście do rozliczeń podatkowych wyciąga na światło dzienne sytuacje sprzed kilku lat, „winowajcy” (albo i nie, ale to okazać się może po dłuższym czasie, gdy już „nie będzie niczego”) ogłaszają niewypłacalność przekazując pałeczkę dalej, nominują swoich kontrahentów do bycia kolejnymi. Zarówno z powodu braku rozliczeń – strat z powodu niespłaconych należności – jak i z powodu skupienia uwagi (i zarzutów) kontrolerów o niedochowanie należytej staranności, zakwestionowanie tym samym rozliczeń podatkowych w kolejnych firmach.” Idea podniesienia pewności obrotu gospodarczego, eliminacji patologii podatkowych jest słuszna, wydaje się jednak, że wiąże się z przeniesieniem części obowiązków urzędów (i konsekwencji ich realizowania) na przedsiębiorców. To oni mają dochować „należytej staranności”, co jest po prostu trudne – chociażby dlatego, że nie jest to dostatecznie sprecyzowane.

Budownictwo – obecnie niewypłacalne są najczęściej firmy mniejsze, ponieważ w tej chwili to podwykonawcy odczuwają największe problemy.  Z jednej strony otrzymują już zlecenia od głównych wykonawców, ale zanim zainkasują pierwsze raty za ich realizację, to muszą z własnych środków finansować koszt VAT użytych materiałów. Nie mogą go refakturować – muszą czekać na zwrot z urzędów skarbowych, z reguły wolniejszy niż i tak nie najszybszy spływ należności od zleceniodawcy. W efekcie wielu głównych wykonawców napotyka problem schodzących z placów budów czy niepodejmujących obowiązków podwykonawców – oferujących im wynajęcie swojego sprzętu, ale nie podejmujących się niemożliwej z powodów finansowych realizacji kompleksowej usługi. Kwestia odwróconego podatku VAT oznacza konieczności kredytowania jego wartości przez relatywnie najsłabszych pod względem kapitalizacji uczestników rynku budowlanego. Ponadto obserwujemy problem z rosnącymi kosztami materiałów budowlanych oraz zatrudnienia pracowników – tempo ich wzrostu jest większe niż zmiany cen samych prac budowlanych. Dla przykładu uszczelnienie systemu podatkowego i przeciwdziałanie oszustwom w handlu stalą sprzyja wzrostowi krajowej produkcji, ale też wzrostowi cen.

W sierpniu miało miejsce kilka kolejnych miesiącem niewypłacalności (5) firm z branży spożywczej. Liczba może nie największa, ale ryzyko z tym związane jest stale obecne. Dwie z tych firm zajmowały się produkcją mięsną. Niezależnie od zmian cen surowca produkcja w tej branży wiążę się z niską rentownością na pojedynczym etapie: produkcji, uboju czy przetwórstwa. Tymczasem duże firmy mięsne skokowo rosną i przejmują rynek – wypierając mniejszych dostawców, ale też przejmując kolejne zakłady, konsolidując branżę. Firmy te łączą duże zaplecze kapitałowe, bazę produkcyjną i hodowlaną (własne hodowle, a nawet więcej – mają swoje firmy produkujące/handlujące paszami), kumulują więc osiągane na każdym etapie marże. Mniejsi przedsiębiorcy mogą przetrwać, znaleźć swoje miejsce na rynku, budując markę i rozwijając własne sieci sklepów, oferując w nich produkt wyższej jakości za wyższą cenę. Wybór modelu biznesowego ogranicza się więc do dwóch opcji: albo być gigantem, który skalą produkcji i zamkniętym cyklem produkcyjnym zarabia więcej, albo wyspecjalizowanym podmiotem oferującym we własnej sieci, pod własna marka droższe produkty. Pozostałe firmy – musząc kupić surowiec, operując przy niskiej marży, nie mogą skutecznie konkurować z wolumenem, rentownością i cenami tych największych graczy. To kluczowa przyczyna niewypłacalności w branży mięsnej – nawet znanych niegdyś marek i zakładów, o wcale niebagatelnej skali produkcji (ok. 100 mln złotych jeszcze 5 lat temu).

niewypałacalności3Źródło: Monitor Sądowy i Gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Województwo dolnośląskie – pomimo znacznej liczby niewypłacalności opublikowanych w sierpniu nie zagrażały one specjalności regionu – sektorowi produkcyjnemu. Dotyczyły one (odmiennie niż w poprzednich miesiącach) firm usługowych i handlowych a także – co akurat nie dziwi z powodu położenia – transportowych. Problemy branży budowlanej – firm wykonawczych, ale tez obsługujących proces inwestycyjnych były z kolei częste w przypadku niewypłacalności firm z woj. wielkopolskiego, zachodniopomorskiego i warmińsko-mazurskiego. Podobnie było na Mazowszu (6 firm budowlanych), gdzie działało najwięcej podmiotów (bo aż 22 firmy), których niewypłacalność opublikowano w sierpniu. Oprócz tego jak zawsze w tym województwie mieliśmy do czynienia z wieloma niewypłacalnymi firmami handlowymi (8) i usługowymi (5).

Dobrze zorganizowana przeprowadzka do nowej siedziby nie zaburzy pracy przedsiębiorstwa. Potrzeba na to co najmniej 8–12 miesięcy

Dobrze zorganizowana przeprowadzka do nowej siedziby nie zaburzy pracy przedsiębiorstwa. Potrzeba na to co najmniej 8–12 miesięcy 5

Wybór odpowiedniej przestrzeni na biuro firmy i jej właściwe zaaranżowanie decydują o komforcie pracy, samopoczuciu, a w rezultacie – o zaangażowaniu i lojalności pracowników. Sam wybór to jednak nie wszystko. Eksperci zauważają, że ważne jest także sprawne zorganizowanie przeprowadzki, począwszy od rozpoczęcia poszukiwania nowej lokalizacji, a skończywszy na dostosowaniu wnętrza do potrzeb firmy. Na cały ten proces potrzeba co najmniej 8–12 miesięcy.

– Podczas procesu zmiany biura kluczową rolę gra czas – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kajetan Michalski, senior property broker w firmie Nuvalu Polska, specjalizującej się w doradztwie przy szukaniu, wyborze i aranżowaniu pomieszczeń komercyjnych. – Założenia, pomysły i wizja nie są tak ważne jak czas, ponieważ 8–12 miesięcy przed końcem danej umowy najmu to najkrótszy czas, który pozwala na wykonanie całego procesu racjonalnie i z korzyścią dla najemcy. To jest czas, w którym poszukujemy na rynku najlepszej oferty dla danego klienta. To wcale nie znaczy najtańszej, ale takiej, która spełnia wszystkie jego wymagania i jednocześnie jest korzystna finansowo.

Według danych firmy Colliers International na koniec I połowy 2017 roku na dziewięciu głównych rynkach w Polsce działało niemal 9,3 mln mkw. powierzchni biur. Tylko w ciągu wspomnianych sześciu miesięcy oddano do użytku 300 tys. mkw. nowych powierzchni biurowych, w tym 130 tys. mkw. w Warszawie. W budowie jest 1,7 mln mkw. powierzchni, z czego 40 proc. w stolicy. Kraków, Wrocław i Łódź to kolejne po Warszawie miasta, w których przybywa najwięcej nowoczesnych wnętrz komercyjnych. Firmy korzystają z tej podaży i chętnie zmieniają siedziby na bardziej nowoczesne. Nie zawsze jednak w przemyślany sposób.

– Czynnikiem numer dwa jest partner do takiego działania. Naturalne jest to, że dany office manager czy dyrektor biura nie zna się na wszystkim i potrzebuje w tym pomocy. Na samym końcu, aby wszystkie zaplanowane etapy szły zgodnie z planem, ważne jest, aby mieć ogólną strategię tego procesu chociażby w formie harmonogramu i podążać wytyczonymi krokami, zamykać dane etapy – podpowiada Michalski.

Także sprawność samego procesu fizycznej przeprowadzki zależy od organizacji: zamiast np. dwóch pełnych dni, w czasie których firma praktycznie zmuszona jest zawiesić działalność, Nuvalu poleca przeprowadzkę trwającą po sześć godzin w ciągu trzech weekendów, przy czym najpierw przenosi się bierne składniki mienia, a na końcu same miejsca pracy. Najważniejsze jednak jest przemyślenie organizacji przestrzeni pod kątem potrzeb pracowników i ich zadań.

– Z naszej perspektywy obecnie wszystkim aranżacjom przyświeca wytypowanie stref socjalnych. Kładzie się duży nacisk na to, aby zapewnić jak największy komfort pracownikowi podczas kilkugodzinnego dnia pracy, wyposażając te strefy w najróżniejsze elementy typu meble, siedziska, sprzęt do wypoczynku czy do grania, np. PlayStation, bilard, piłkarzyki – informuje Monika Szawernowska, prezes zarządu Concept Space. – Najważniejszym elementem jest przeniesienie wszystkich pozytywnych elementów z obecnego biura i zastosowanie ich w nowym, ale też wyrzucenie wszystkiego, co w starym biurze nam się nie podoba, co się nie sprawdziło.

Dobry projekt nie powinien zatem być wytworem fantazji czy ekstrawagancji architekta, lecz skutkiem realnych potrzeb najemcy, który musi projektanta o nich poinformować zanim ten przystąpi do aranżowania wnętrza. W zależności od specyfiki pracy różny jest bowiem podział przestrzeni na mniejsze powierzchnie, rodzaj oświetlenia, kolorystyka, elementy wykończenia czy izolacja od hałasu.

– Dobre biuro to takie, które nie ma za dużo krzykliwych elementów. One na początku są fajne i przyjazne dla oka, natomiast spędzenie ośmiu godzin w bardzo kolorowej przestrzeni powoduje, że nie jesteśmy w stanie się skupić – przestrzega Szawernowska. – Duża część naszych klientów chce mieć biura loftowe, z otwartym sufitem. Jednak jeśli w starym budynku nie dopilnujemy tego w trakcie prac budowlanych, może się okazać, że później praca bez sufitu podwieszonego jest bardzo uciążliwa, bo jest bardzo głośno.

Kolejnym elementem jest kwestia perspektywy rozwoju firmy. Jeśli w ciągu kolejnych kilku lat przedsiębiorstwo rozwinie się na tyle, że zwiększy liczbę pracowników, liczbę działów, wchłonie inną firmę, rozbuduje portfolio usług, to przestrzeń biurowa powinna to uwzględniać. Dlatego lepiej jest zdecydować się na ruchome ścianki – parawany niż na ściany z płyty gipsowo-kartonowej, które choć lekkie, są jednak nieprzesuwne.

– Niedobry projekt nie będzie zwracał uwagi na te elementy, a będzie trochę pokazówką, czymś, czym można się pochwalić na początku. Jednak po pół roku ludzie zaczynają myśleć już o tym, że chcieliby mieć komfort wokół swojego stanowiska pracy, dobrą salę konferencyjną, która będzie spełniała warunki akustyczne, dobre doświetlenie, fajną wykładzinę, która będzie przez 5 lat najmu wyglądała tak samo. Na te wszystkie elementy naprawdę trzeba zwracać uwagę – reasumuje prezes Concept Space.

Programy partnerskie coraz popularniejsze w reklamie. Ich rozwój mogą zahamować nowe obostrzenia dotyczące przetwarzania danych osobowych

Programy partnerskie coraz popularniejsze w reklamie. Ich rozwój mogą zahamować nowe obostrzenia dotyczące przetwarzania danych osobowych 6

Afiliacja to trend w marketingu internetowym, który zdobywa w Polsce coraz większą popularność. W tym modelu korzyści odnosi zarówno reklamodawca, jak i wydawca, bloger lub portal internetowy, który przekierowuje swoich użytkowników na jego witrynę. Wartość rynku programów partnerskich w ubiegłym roku została oszacowana na blisko 230 mln zł. Jednak rozwój marketingu afiliacyjnego może zahamować unijna dyrektywa RODO, która zacznie obowiązywać w przyszłym roku i znacznie zaostrzy przepisy dotyczące ochrony danych osobowych.

– Afiliacja nie ma jednej definicji. W ogólnym ujęciu jest to współpraca wielu podmiotów dla zrealizowania konkretnego celu. W przypadku reklamodawców, którzy chcą reklamować swoje produkty, oraz wydawców, którzy chcą promować te produkty celem dokonania ich sprzedaży, sieć afiliacyjna pełni rolę pośrednika, który łączy te dwa podmioty. Jej celem jest ustalenie takich warunków, aby były one dogodne zarówno dla jednej, jak i drugiej strony – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mateusz Łukianiuk, dyrektor zarządzający polskiego oddziału Awin.

Termin „afiliacja” zyskuje coraz większą popularność w marketingu internetowym. Marketing afiliacyjny to rodzaj programu partnerskiego, w którym afiliant (wydawca, bloger, portal internetowy) zarabia na promowaniu produktów i usług partnera (reklamodawcy) i przekierowywaniu internautów na jego witrynę.

Przykładowo: bloger, który dołącza do sieci afiliacyjnej, umieszcza u siebie linki i banery reklamodawcy. Później nie musi już robić nic – jest wynagradzany za każde kliknięcie w odnośnik na swoim blogu bądź dostaje procent wartości od zakupów dokonanych przez internautę, którego przekierował na strony reklamodawcy. W tym przypadku bloger ma dodatkowy dochód, a reklamodawca – dodatkowych klientów.

– Afiliacja nie jest złotym środkiem dla wszystkich podmiotów. Jeśli chodzi o reklamodawców, muszą oni dysponować produktem ogólnodostępnym, który cieszy się dużym powodzeniem i jest dostępny w przystępnej cenie, tak aby jak największa liczba użytkowników mogła dokonać zakupu. W przypadku mniejszych reklamodawców są wprowadzane dodatkowe obostrzenia, chociażby w postaci liczby unikalnych użytkowników na stronie. Jeśli chodzi o wydawców – nie ma tutaj większych obostrzeń. Mogą to być duże serwisy horyzontalne, sieci reklamowe albo małe podmioty, zarządzane hobbistycznie przez jedną osobę, które docierają do bardzo sprecyzowanej grupy docelowej – wyjaśnia Mateusz Łukianiuk.

Program partnerski przynosi korzyści obu stronom. Reklamodawcom sieć afiliacyjna oferuje zwiększenie potencjału sprzedażowego. Z kolei dla wydawców jedną z korzyści może być zwiększenie portfolio oferowanych produktów.

– Wśród operacyjnych korzyści dla obu stron może być na przykład kompleksowość usług, ponieważ sieci afiliacyjne oferują bardzo szerokie spektrum działań związanych z promocją w internecie. To może być czas poświęcony na realizację tego typu działań oraz kwestie finansowe, ponieważ to my jesteśmy odpowiedzialni za rozliczanie tego typu podmiotów. Klient nie musi się martwić wystawianiem stu odrębnych faktur dla stu podmiotów. To także dostępność nowinek technologicznych, bo staramy się stale podążać za trendami zachodnimi, rozwijać technologię tak, aby była ona bardziej dopasowana do klienta i do użytkownika końcowego – mówi Mateusz Łukianiuk.

Z opublikowanego w 2016 roku raportu IAB i firmy doradczej PwC wynika, że wartość wydatków na reklamę online wyniosła łącznie ok. 3,3 mld złotych. Biorąc pod uwagę 7-proc. udział afiliacji, wartość tego rynku sięgnęła ok. 230 mln zł. W roku 2017, jeśli ta wartość procentowa się utrzyma, będzie to już około 250 mln zł.

– Na zachodzie trend rozwija się dużo bardziej, świadomość klientów jest dużo większa. Stąd udział afiliacji w wydatkach na reklamę online jest też dużo większy – stanowi on około 13–15 proc. Największy wpływ na rozwój tego rynku będzie mieć świadomość klientów, ponieważ dziś w Polsce te działania traktowane są nieco marginalnie. Reklamodawcy nie zwracają na to uwagi, więc nie poświęcają na to znaczących budżetów, skupiają się na reklamie wizerunkowej. Jeżeli zaczną przykładać większą wagę do tego typu działań, zaczną tworzyć dedykowane strategie onlinowe, które będą spójne ze strategią 360 online, na pewno te wydatki też się zwiększą – ocenia Mateusz Łukianiuk.

Dyrektor zarządzający polskiego oddziału Awin zastrzega, że rozwój programów partnerskim może jednak zahamować unijna dyrektywa RODO, która zacznie obowiązywać w maju 2018 roku. Regulacja znacząco zaostrzy przepisy dotyczące przetwarzania danych osobowych i narzuci szereg wymogów na podmioty i organizacje, które gromadzą informacje o swoich klientach.

– Wiemy już, że ta regulacja może znacząco ograniczyć dostęp do danych użytkowników, przez co ograniczy też nasze działania – zauważa Mateusz Łukianiuk.

Niedobór informatyków będzie odczuwalny jeszcze przez kilka lat. Rozwiązaniem mogą być kursy programistyczne dla pracowników innych działów

Niedobór informatyków będzie odczuwalny jeszcze przez kilka lat. Rozwiązaniem mogą być kursy programistyczne dla pracowników innych działów 7

Co roku mury szkół wyższych opuszcza kilkanaście tysięcy świeżo upieczonych informatyków. Jednak jak szacują eksperci już w tej chwili na rynku brakuje co najmniej 50 tys. rąk do pracy w zawodzie programisty. Remedium na tę sytuację mogą być kursy programistyczne dla pracowników innych działów w firmach.

– Rynek pracy dla programistów jest obecnie bardzo chłonny. Zapotrzebowanie zdecydowanie przewyższa liczbę absolwentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kosedowski, ‎szef marketingu w szkole programowania online Kodilla. – Ministerstwo Cyfryzacji szacuje, że jest zapotrzebowanie na 50 tys. programistów ponad tych, którzy już są zatrudnieni. Jednocześnie co roku uczelnie informatyczne kończy około 13 tys. absolwentów, z tym że nie każdy z nich pójdzie do pracy i nie każdy pójdzie do pracy w Polsce, bo wielu z nich wyjedzie.

W 2006 roku na kierunkach informatycznych studiowało w Polsce ponad 100 tys. młodych ludzi. Obecnie ich liczba nieznacznie przekracza 75 tys. Liczba studentów topnieje, mimo iż są to kierunki, po których nie trzeba się obawiać braku pracy. W perspektywie kilku lat można liczyć na wyższe niż w innych branżach zarobki, praca nie jest ograniczona geograficznie, a do tego prestiżowa. Problem leży jednak gdzie indziej.

– Głównym problemem, przez który jest tak mało absolwentów, jest wielki niż demograficzny. W ciągu ostatnich kilku lat o 40 proc. spadła liczba osób w wieku studenckim – tłumaczy Kosedowski. – Warto też zauważyć, że coraz większy odsetek osób kończy studia informatyczne, jeszcze kilka lat temu było to około 2 proc. 23-latków, obecnie to ponad 3 proc. Również więcej osób kończy te studia w stosunku do tych, które zaczęły.

Liczba urodzeń w XXI wieku w Polsce to między 350 a nieco ponad 400 tys. rocznie. W rekordowym roku 1983 urodziło się ponad 700 tys. dzieci. Aż do 2003 roku przychodziło na świat coraz mniej dzieci, co oznacza, że liczba studentów prawdopodobnie będzie spadać co najmniej do 2022 roku.

Z prognoz Kodilla wynika, że do 2020 roku na kierunkach informatycznych frekwencja zmniejszy się o kolejne 15 tys. osób – czyli o jedną piątą.

– Pracodawcy z branży IT próbują radzić sobie na różne sposoby – mówi szef marketingu w szkole Kodilla. – Przede wszystkim szukają nowych programistów nie wśród absolwentów uczelni, ale na przykład wśród osób kończących szkolenia programistyczne, takie jak na przykład w Kodilli. Sami również organizują różnego typu akademie, kursy przygotowawcze dla nowych pracowników albo przekwalifikowują pracowników innych działów, np. marketingowców czy osoby zajmujące się księgowością.

Jak dodaje, rocznie kursy programistyczne kończy około 3 tys. osób, czyli niemal jedna czwarta liczby absolwentów studiów na tych kierunkach. W sytuacji braku młodych ludzi kursy te często kończą osoby bardziej dojrzałe, dysponujące już za to doświadczeniem zawodowym w swojej branży i umiejętnością współdziałania z innymi pracownikami.

– Dużo nowych pracowników jest po 40 roku życia. Są również osoby po 50 roku życia, natomiast jest to margines, chociaż z drugiej strony często takie osoby pracują jako analitycy, project managerowie czy kierownicy. Są to stanowiska lepiej płatne. Po prostu te osoby wykorzystują swoje wcześniejsze doświadczenie i dodatkowo uzupełnioną wiedzę informatyczną – wyjaśnia Kosedowski.

Jego zdaniem programistom wyspecjalizowanym w języku Java nie grozi bezrobocie w przewidywalnym czasie, choć coraz większą popularność zdobywa zupełnie z nim niezwiązany poza podobieństwem nazwy język JavaScript. Znawcy któregokolwiek z nich mogą liczyć na zatrudnienie.

– Programiści znający Javę poszukiwani są przede wszystkim w dużych miastach: w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, polskich zagłębiach informatycznych. Podobnie wygląda to w naszym rejonie i w całej Europie oraz na świecie. W dużych miastach programuje się w Javie, w mniejszych miastach, gdzie działają raczej mniejsze firmy, bardzo popularny jest język JavaScript – informuje Marcin Kosedowski.

Dzięki postępowi w medycynie szpiczak może być chorobą przewlekłą a nie wyrokiem. Nowe terapie są jednak jeszcze poza zasięgiem polskich pacjentów

Dzięki postępowi w medycynie szpiczak może być chorobą przewlekłą a nie wyrokiem. Nowe terapie są jednak jeszcze poza zasięgiem polskich pacjentów 8

W ciągu ostatnich kilku lat nastąpiła rewolucja w leczeniu szpiczaka plazmocytowego – groźnego, rzadkiego nowotworu krwi. Zarejestrowano sześć nowoczesnych terapii ratujących życie chorych z nawracającym szpiczakiem. Nowe leki są mniej toksyczne, bardziej skuteczne, dwa z nich mają doustną formę podania, dzięki czemu chorzy mogą przyjmować je samodzielnie w domu i prowadzić względnie normalne życie. Niestety, żaden z nich nie jest jeszcze dostępny dla polskich pacjentów.

– Szpiczak plazmocytowy jest chorobą skomplikowaną, wiąże się z uszkodzeniem wielu narządów, nerek, kości. Wczesne rozpoznanie choroby, zwłaszcza  że pojawiły się już skuteczne terapie, wpływa na jakość i długość życia pacjentów. Im bardziej mamy ułatwioną wczesną diagnostykę szpiczaka, tym szybciej pacjent będzie diagnozowany i wdrażany we właściwe leczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Dominik Dytfeld, prezes Polskiego Konsorcjum Szpiczakowego.

Szpiczak plazmocytowy (inaczej mnogi) jest złośliwym nowotworem szpiku kostnego. Występuje bardzo rzadko, stanowi nie więcej niż 2 proc. wszystkich chorób nowotworowych. Co roku w Polsce diagnozuje się około 1,5 tys. nowych przypadków tej choroby.

W gronie nowotworów układu krwionośnego (hematoonkologicznych) szpiczak plazmocytowy jest drugi pod względem występowania, odpowiadając za ok. 10–15 proc. wszystkich zachorowań. Wykrycie tej choroby jest bardzo trudne, ponieważ objawy są niecharakterystyczne (osłabienie, zmęczenie, częste infekcje, bóle kręgosłupa). Łatwo pomylić je z infekcjami, schorzeniami nerek albo problemami na tle reumatologicznym. Dlatego tak trudno o trafną diagnozę, o której często decyduje przypadek.

– Leczenie szpiczaka jest bardzo skomplikowane i złożone. Jest to ciągle choroba nieuleczalna, ale chcemy, aby stała się chorobą przewlekłą. Pierwszą linię leczenia mamy na poziomie europejskim – mogłoby być lepiej, ale zasadniczo jesteśmy zadowoleni z dostępu do leków. Podobnie wygląda druga linia leczenia, w której też mamy dostępną satysfakcjonującą terapię dla pacjentów. Problemy pojawiają się dalej. Szpiczak zawsze nawraca, a po zastosowaniu pierwszej i drugiej linii leczenia mamy już ograniczony dostęp do nowoczesnej terapii – podkreśla dr Dominik Dytfeld.

W ciągu ostatnich czterech lat w leczeniu szpiczaka mnogiego zarejestrowano na świecie sześć nowych cząsteczek. Tak szybkiego postępu terapeutycznego nie ma w przypadku żadnego innego nowotworu. Jednak w Polsce nowoczesne zarejestrowane w ostatnich latach leki są poza zasięgiem pacjentów.

– Te leki są zarejestrowane, natomiast nie są refundowane. Dlatego przy nawrotach choroby stosujemy stare chemioterapie, które mogłyby być zastąpione lepszymi, mniej toksycznymi i skuteczniejszymi terapiami – mówi dr Dominik Dytfeld.

– Jeżeli mamy większy wybór leków, to jesteśmy w stanie uzyskać u pacjentów lepszą odpowiedź na leczenie, wydłużyć przeżycie całkowite lub okres bez progresji. Większa dostępność leków do wyboru oznacza też, że jesteśmy w stanie optymalnie dobrać leczenie do indywidualnych potrzeb pacjenta, a to zawsze przekłada się na jego jakość życia – dodaje prof. Roman Hajek, szef Oddziału Hematoonkologii Szpitala Uniwersyteckiego w Ostrawie.

W leczeniu zaawansowanego szpiczaka plazmocytowego – zwłaszcza nawrotów tej choroby – stosuje się najczęściej połączenie dwóch lub trzech leków. Według europejskich standardów zalecaną kombinacją w trzeciej linii leczenia (po trzecim nawrocie choroby) jest połączenie pomalidomidu, stosunkowo nowego leku w formie doustnej, który na refundację czeka już od 2013 roku, z deksametazonem.

– Są pewne ograniczenia związane z kosztami. Łączenie dwóch bardzo kosztownych leków zawsze i wszędzie będzie powodowało problemy związane z ich refundacją. To problem nie tylko w Polsce czy w Czechach, lecz także w zamożniejszych krajach Europy Zachodniej. Przeprowadziliśmy niedawno badanie kwestionariuszowe, które ujawniło, że w zasadzie tylko Niemcy i Luksemburg nie mają żadnych ograniczeń finansowych – zauważa prof. Roman Hajek, dodając, że w jego kraju refundowany jest pomalidomid.

Nowe leki zarejestrowane w leczeniu szpiczaka plazmocytowego są mniej toksyczne, mogą znacznie wydłużyć życie pacjentów i poprawić jego jakość. Ponieważ są podawane w formie doustnej, chory nie musi spędzać wielu  dni, a nawet tygodni w szpitalach i może prowadzić względnie normalne życie. Choć leczenie szpiczaka jest trudne, dzięki ostatnim postępom w medycynie ta choroba powoli przestaje być nieuleczalna i staje się przewlekła.

– Jako lekarz chciałbym mieć wszystkie leki na półce i wybierać tę chemioterapię, która jest najlepsza, optymalna dla danego pacjenta. W takiej sytuacji jest mój przyjaciel w USA i mam nadzieję, że kiedyś w Europie też będziemy mieli takie możliwości – mówi dr Dominik Dytfeld.