Fake newsy mają coraz większy wpływ na rzeczywistość. Sprzyjają im media społecznościowe i bezkrytyczne spojrzenie odbiorców

Fake newsy mają coraz większy wpływ na rzeczywistość. Sprzyjają im media społecznościowe i bezkrytyczne spojrzenie odbiorców 1

Żyjemy w erze fałszywych informacji i postprawdy – przekonują eksperci. W dużej mierze to efekt dynamicznie rosnącej roli mediów społecznościowych. W Polsce ponad połowa społeczeństwa uważa je za główne źródło informacji. To o tyle istotne, że tylko na Twitterze nawet 49 mln kont jest zautomatyzowanych. Fake newsy stają się coraz groźniejsze, bo mają efekt kuli śnieżnej. Jedna informacja w ciągu kilku minut może być na ustach całego świata.

– Skala zjawiska fake newsów jest naprawdę ogromna. Każdego dnia media na całym świecie podają tysiące tego rodzaju informacji. Winny jest rozwój technologiczny, coraz większa liczba użytkowników internetu i jego popularność. Media tradycyjne takie jak prasa, radio czy telewizja wchodzą do internetu i poprzez swoje konta internetowe udostępniają serwisy informacyjne i wiadomości. Myślę, że za rozwój tego zjawiska odpowiedzialne są także sieci społecznościowe traktowane jako źródło takich informacji, których autorem może być dosłownie każdy i które mogą mieć bardzo różne konsekwencje – podkreśla Artur Woliński, prezes zarządu agencji informacyjnej Newseria.

Raport „Fake news, czyli jak kłamstwo rządzi światem” przygotowany przez agencję informacyjną Newseria oraz firmę doradczą Szapiro Business Advisory wskazuje, że niemal każdy może decydować o tym, co jest prawdą. Dzięki rosnącej popularności mediów społecznościowych coraz łatwiej tworzyć alternatywne wersje rzeczywistości, które trudno zweryfikować. Raport podaje, że tylko w Stanach Zjednoczonych w latach 2013–2016 odsetek osób traktujących social media jako źródło informacji wzrósł dwukrotnie, do 46 proc. W Polsce wynosi on 58 proc., a w Grecji rekordowe 74 proc.

– O tym, jak duża jest skala zjawiska fake newsów może świadczyć chociażby fakt opublikowania nieprawdziwej informacji o serii wybuchów w Białym Domu, która w 2013 roku doprowadziła do obniżenia indeksów nowojorskiej giełdy o 136 miliardów dolarów. Każdy zna także historię z chińskich mediów, które podały, że administracja Donalda Trumpa zawija telefony komórkowe w folię aluminiową, aby uchronić się przed podsłuchami – wymienia Artur Woliński.

O roli fake newsów zrobiło się głośno podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych, kiedy fałszywe artykuły na temat wyborów zebrały ponad 8,7 milionów wyświetleń, polubień i komentarzy przy 7,3 mln, które zebrały prawdziwe wiadomości. Jednak już wcześniej fałszywe treści doprowadziły m.in. do zachwiania kursu akcji, miały wpływać na wyniki wyborów czy nastroje społeczne.

 Powodów tworzenia fake newsów jest bardzo dużo. To próba wpływania na wyniki wyborów, na kursy giełdowe, oszukiwanie inwestorów. Czasem można też na nie wpłynąć w niezamierzony sposób, poprzez błędy czy złe przygotowanie do konferencji prasowej – wymienia Karol Schwann, dyrektor operacyjny Szapiro Business Advisory.

Manipulacje danymi pełnią coraz częściej rolę polityczną (np. podanie przez rosyjskie media informacji o tysiącach amerykańskich czołgów przy granicy), mogą dyskredytować polityków (np. w 2015 roku dziennikarz Tomasz Lis powołał się na informację z fałszywego konta Kingi Dudy, córki ówczesnego kandydata na prezydenta Polski), a także wpływać na ważne zdarzenia polityczne. Przykładem może być pomyłka rzecznika monopartii NRD, a następnie podanie błędnej informacji przez zachodnioniemiecką stację ARD, co doprowadziło do otwarcia granic między dwoma niemieckimi państwami.

Innym – współczesnym przykładem – może być narracja Rosji w kwestii konfliktu z Ukrainą. Opracowanie NATO Strategic Communications Centre of Excellence, na które powołuje się raport Newserii i Szapiro Business Advisory, wskazuje, że rosyjskie działania informacyjne związane z konfliktem na Ukrainie wykonuje wiele mediów. Początek zazwyczaj jest jednak taki sam: na portalu społecznościowym pojawia się relacja naocznego świadka rzekomego zdarzenia, którą natychmiast podchwytują prorosyjskie media.

 Za pomocą fake newsów można oczernić przeciwnika, pokazać, że nasza strona ma rację w przypadku konfliktu zbrojnego czy w przypadku szerszej dyskusji międzynarodowej. Działania Rosji zmierzają nie tylko do tego, by oczernić Ukraińców, lecz także do tego, by pokazać cały Zachód w złym świetle. Kampania rosyjska może mieć bardzo szeroki zasięg zwłaszcza na Twitterze. Istnieją duże sieci powiązanych kont, często są to konta zarządzane zdalnie, właściwie boty, a liczba tych kont idzie w dziesiątki tysięcy – zauważa Schwann.

Odsetek zautomatyzowanych kont na Twitterze ocenia się na 29–49 mln kont (9–15 proc.). Christopher Lawrence odkrył w tym serwisie sieć 17 tys. powiązanych ze sobą kont. Przed wyborami prezydenckimi w USA 18 proc. wszystkich postów dotyczących kampanii wyborczej wygenerowały boty. A to właśnie Twitter często jest dla dziennikarzy źródłem newsów.

– Największym problemem w walce z fake newsami jest brak możliwości ustalenia źródła takiej informacji. Osoby, które umieszczają ją w sieci, posługują się tysiącami fałszywych kont. W raporcie opisujemy zjawisko tzw. rojów informacyjnych, w skład których wchodzi kilkanaście tysięcy fałszywych kont i witryn internetowych, zatem mówimy już nie o jednej czy dwóch osobach, które chcą zrobić dowcip, ale o całym systemie wpływania na rzeczywistość, o erze fake newsów – podkreśla prezes Newserii.

Fałszywe informacje odbiorcy coraz częściej przyjmują bezkrytycznie i przekazują dalej bez weryfikacji ich zgodności z prawdą. Badanie Instytutu ARC Rynek i Opinia na zlecenie agencji Public Dialog wskazuje zaś, że w Polsce 42 proc. dziennikarzy spotyka się z fake newsami przynajmniej kilka razy w tygodniu. 43 proc. przyznało zaś, że w ciągu miesiąca uwierzyło w przynajmniej jedną taką informację.

 Jedna informacja podana w Stanach Zjednoczonych może w ciągu kilku chwil być na ustach prezenterki w Chinach czy w Polsce. Zanim ktoś zorientuje się, że ta informacja jest nieprawdziwa, już jest za późno, ponieważ weszła ona do świadomości odbiorców. Jej usunięcie może być trudne, jeśli nie niemożliwe. Problem z fake newsami przypomina efekt kuli śnieżnej –  jeżeli zacznie się toczyć, to nikt jej nie zatrzyma – podkreśla Artur Woliński.

Badania Uniwersytetu Stanforda wskazują, że ponad 80 proc. amerykańskich uczniów nie rozróżnia informacji sponsorowanej od tekstu informacyjnego. Z kolei Instytut Badań Edukacyjnych podaje, że 60 proc. polskich gimnazjalistów nie potrafi odróżnić faktu od opinii.

 W przyszłości może być to bardzo duży problem. Jeśli tacy gimnazjaliści nie będą mieli podstawowego nawyku sprawdzania wiarygodności informacji, to nie będą w stanie tych newsów w przyszłości odróżniać. Jest to też duży problem dla firm – zauważa Karol Shwann.

Raport Newserii i Szapiro Business Advisory wskazuje, że choć nie można się całkowicie obronić przed fake newsami, to można z nimi walczyć. Używany język i argumenty, brak cytatów, odpowiedni dobór cytowanych osób, zdjęcia, także lead i tytuł mogą już sugerować, że dana wiadomość może nie być wiarygodna. Dobrze też sprawdzić domenę danej redakcji, a w przypadku mediów społecznościowych sprawdzić, czy konto nie jest fałszywe.

– W walce z fake newsami mogą nam pomóc także witryny, które posługują się treściami wideo. Tego rodzaju content jest bardzo trudno wyprodukować, jest on bardzo kosztowny, a przede wszystkim jeszcze trudniej jest go sfałszować – ocenia Artur Woliński.

Problem cudzoziemców w dostępie do pracy w Polsce

Obecnie, jednym z największych problemów branży transportowej jest niedobór kierowców zawodowych na rynku pracy. Odpowiedzią na tę sytuację miał być napływ wykwalifikowanych pracowników ze wschodu Europy. Jednak bariery stawiane przez instytucje w Polsce i UE sprawiają, że coraz częściej odmawia się kierowcom-cudzoziemcom wydania niezbędnego zaświadczenia A1.

Formularz A1 to tzw. unijny formularz wprowadzony w kwietniu 2014 roku na terenie wszystkich państw UE, zastępując funkcjonujący do tej pory druk E 101. Dokument potwierdza odprowadzanie składek na ubezpieczenie społeczne w danym kraju, należącym do wspólnoty europejskiej, a także zwalnia przedsiębiorstwo z obowiązku ponownego opłacania świadczeń w innym państwie członkowskim. Pracownicy delegowani do pracy za granicą na terenie Unii Europejskiej, muszą posiadać formularz A1 w kabinie pojazdu na wypadek kontroli drogowej. Przedsiębiorcy, którzy na skutek braków kadrowych zdecydowali się przyjąć do pracy kierowców z krajów Europy Wschodniej, szczególnie odczują skutki tego problemu. Zaświadczenie A1 stanowi potwierdzenie, że delegowany pracownik podlega polskim ubezpieczeniom oraz polskiemu ustawodawstwu. Aby zdobyć ten dokument pracodawca lub sam pracownik muszą złożyć odpowiedni wniosek do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Praktyka pokazuje, że może to być problematyczne w przypadku firm zatrudniających pracowników pochodzących spoza UE – wyjaśnia Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Barierą do wydania formularza A1 dla obywateli państw niebędących członkami Unii Europejskiej są niejednoznaczne przepisy prawa unijnego m.in. czas trwania i ciągłość pobytu na terytorium państwa członkowskiego, charakter wykonywanej pracy, czas trwania umowy o pracę czy nawet więzi rodzinne wnioskodawcy. Przewoźnicy ostatnio coraz częściej informują nas o odmowie wydania przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych niezbędnego w transporcie międzynarodowym dokumentu. Jest to
o tyle niepokojące, że bez zaświadczenia A1, firma nie może wysłać kierowcy z towarem poza granice Polski. W przypadku kontroli pojazdu bez takiego dokumentu, przedsiębiorcy grożą kary. Niestety, coraz częściej jedynym rozwiązaniem, aby uzyskać takie zaświadczenie jest walka na drodze sądowe  
– komentuje Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Dodatkowym utrudnieniem w kwestii odmowy wydawania dokumentów cudzoziemcom są nie do końca jasne regulacje prawne. Przede wszystkim, w przepisach brakuje uporządkowania kwestii związanych z tym, kiedy i na jakiej podstawie można odrzucić wniosek o przyznanie dokumentu poświadczającego opłacanie składek. Pracownicy ZUS-u rozpatrując wniosek o poświadczenie formularza A1, decydują, czy ich zdaniem spełnione zostały kryteria dotyczące miejsca zamieszkania, zawarte w art. 11 Rozporządzenia 987/2009. W efekcie, poszczególne oddziały interpretują przepisy w zupełnie różny od siebie sposób. Im dłużej polskie prawo nie będzie w jasny sposób regulowało przepisów, tym większy spadek konkurencyjności dotknie polską branżę transportową. W obecnej sytuacji, przedsiębiorcy nie mogą czuć się pewnie zatrudniając pracowników ze Wschodu, właśnie ze względu na zaświadczenie A1 – dodaje Wolański.

W ostatnim czasie dzięki pomocy ekspertów Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, sąd uchylił decyzję Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w sprawie odmowy wydania zaświadczenia A1 dla obywatela Ukrainy.

BIK powiększy powierzchnię magazynów o 80%

Biuro Inwestycji Kapitałowych S.A. w pierwszym półroczu br. osiągnęło 8,7 mln zł skonsolidowanych przychodów oraz 0,6 mln zł zysku netto. Grupa aktualnie prowadzi budowę kolejnej hali magazynowej w Śląskim Centrum Logistycznym, a wkrótce powinna ruszyć także budowa nowego parku magazynowego w Targowisku w pobliżu Krakowa. Realizacja tych inwestycji zapewni wzrost powierzchni magazynowej o blisko 80%.

Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w pierwszym półroczu 2017 r. osiągnął ponad 8,7 mln zł skonsolidowanych przychodów, czyli o blisko 2% więcej niż w tym samym okresie poprzedniego roku. Biuro Inwestycji Kapitałowych w pierwszych sześciu miesiącach br. wypracowało jednocześnie 0,6 mln zł zysku netto, względem 2,9 mln zł na plusie w analogicznym okresie rok wcześniej. Pogorszenie wyniku finansowego to głównie efekt umocnienia złotówki w odniesieniu do euro o blisko 5%. Aprecjacja polskiej waluty miała bezpośredni wpływ na spadek wartości nieruchomości inwestycyjnych o kwotę ponad 5,1 mln zł do poziomu 181 mln zł. Na koniec czerwca br. Grupa posiadała aktywa o wartości 205,4 mln zł oraz kapitały własne w wysokości 90,5 mln zł, czyli na porównywalnym poziomie do wartości na koniec minionego roku.

„Osiągnięte wyniki są zgodne z założeniami. Zmiana wyceny nieruchomości inwestycyjnych nie ma wpływu na naszą podstawową działalność operacyjną. W tym zakresie obecnie koncentrujemy się na istotnym zwiększeniu tempa i skali działalności poprzez realizację inwestycji na posiadanych gruntach” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Biura Inwestycji Kapitałowych S.A. ”W Sosnowcu jesteśmy w trakcie budowy nowej hali o powierzchni 11,5 tys. m2. W efekcie w tym roku zwiększymy zarządzaną powierzchnię magazynów o około 20%. Dysponujemy również pozwoleniem na budowę kolejnej hali o pow. 13 tys. m2 i jej budowa powinna ruszyć jeszcze w tym roku.  W planach mamy również inwestycję, która dostarczy ok. 19 tys. m2 powierzchni magazynowej oraz biurowej w okolicach Krakowa. Centrum Logistyczne Kraków III powstanie w miejscowości Targowisko znajdującej się w niedalekiej odległości od Krakowa w kierunku wschodnim, bezpośrednio przy autostradzie A4. Realizacja także tych inwestycji zapewni wzrost powierzchni magazynowej łącznie o blisko 80%” – dodał Mirosław Koszany.

„Nie zapominamy też o rozwoju naszego segmentu handlowego. Obecnie jesteśmy w trakcie realizacji parku handlowego w Radomiu, który dostarczy 5,2 tys. m2  powierzchni, już obecnie wynajętej w 75%. Zakończenie inwestycji nastąpi w pierwszym kwartale przyszłego roku” – stwierdził Prezes Biura Inwestycji Kapitałowych S.A..

Grupa zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 55,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest w pełni wynajęty Retail Park „Karpacka” w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2.

Wyspy Marshalla – anonimowy raj podatkowy dla ceniących prywatność

Wyspy Marshalla strzegą prywatności udziałowców wyjątkowo skutecznie. Informacji o beneficjencie spółki nie posiada nawet sam rejestr spółek. Co więcej, Republika dopuszcza usługi powiernicze wobec dyrektorów i wspólników, a państwo nie pobiera podatków od nierezydentów. To tylko niektóre z korzyści, które płyną z założenia firmy w tym raju podatkowym.

Republika Wysp Marshalla to niewielkie państwo wyspiarskie położone na Oceanie Spokojnym. Jest uznawane za nowoczesną i stabilną jurysdykcję odpowiednią do prowadzenia działalności gospodarczej. Jej elastyczność i poufność przysparza temu państwu zwolenników zarówno wśród przedstawicieli dużego biznesu, jak i osób prywatnych.

Minimalne obowiązki sprawozdawcze

Na Wyspach Marshalla zasadę zero opodatkowania stosuje się do wszystkich rodzajów przychodów, tj. zysków z dywidend, licencji, odsetek i innych źródeł. Niezbędne jest więc uiszczanie tylko jednej daniny publicznoprawnej – w postaci rocznej zryczałtowanej opłaty na rzecz podmiotu prowadzącego rejestr korporacji. Najlepiej, jeśli opłata ta jest uwzględniona w cenie usługi utrzymania rocznego spółki – nie trzeba się wtedy martwić o dodatkowe płatności. Poza tym firmy nie mają żadnych innych zobowiązań podatkowych. Ponieważ firmy zarejestrowane na Wyspach Marshalla nie muszą płacić podatków od swoich dochodów, nie muszą też składać rocznego sprawozdania władzom lokalnym. Nie ma też obowiązku przeprowadzania audytu, który funkcjonuje np. w Hongkongu.

Minimalne wymogi względem wspólników, zarządu, sekretarza i siedziby spółki

Nie ma specjalnych wymogów dotyczących kapitału zakładowego spółki. Ma ona obowiązek posiadania tylko jednego dyrektora zarządzającego (ang. director) i jednego udziałowca (ang. shareholder). Nie ma obowiązku, aby członkowie tych organów byli rezydentami Wysp. Mogą nimi być zarówno osoby fizyczne, jak i prawne. Jedna osoba może łączyć funkcje sekretarza i dyrektora. Przy składaniu wniosku rejestrowego spółka musi co prawda posiadać adres rejestrowy na Wyspach Marshalla, jednak może ona przenieść swoją siedzibę do innego kraju w dowolnym momencie działalności.

Dobrowolność kształtowania stosunków wewnątrz spółki

Wspólnicy mogą kształtować wewnętrzne stosunki bardzo elastycznie. Dopuszczone są udziały imienne, na okaziciela, uprzywilejowane, umarzalne, z wartością nominalną lub bez niej, a także te z prawem głosu lub bez. Spółka ma możliwość wystawienia 500 udziałów bez wartości nominalnej lub może posiadać kapitał z podaną wartością do 50 tys. dolarów. Kapitał może być wyrażony w dowolnej walucie. Co istotne, jest on deklarowany a nie wpłacany, a więc spółka nie musi posiadać w chwili rejestracji wskazanej sumy.

Nazwa spółki – jak ją poprawnie wybrać?

Firma spółki może być wybrana dowolnie. Powinna kończyć się jednym z określonych słów lub ich odpowiednimi skróconymi oznaczeniami formy prawnej, np. Limited, Corporation itd. Tworząc nazwę, przedsiębiorca może skorzystać przykładowo z brytyjskich lub amerykańskich oznaczeń form prawnych spółek. Można używać tylko alfabetu łacińskiego. Jeśli nazwa jest w innym języku niż angielski, sąd rejestrowy może zażądać tłumaczenia firmy spółki. W nazwie nie można używać słów: bank, charity, chartered, establishment, foundation, insurance, partnership, trust. Firma spółki nie powinna wskazywać na powiązania z rządowymi instytucjami.

Wyspy Marshalla chronią prywatności właścicieli spółek

Dla osób, którym z wielu względów zależy na jak największej anonimowości, Wyspy Marshalla mogą okazać się właściwym wyborem. Jedną z zalet tej lokalizacji jest nieujawnianie beneficjentów rzeczywistych dla danej spółki. Miejscowy urząd rejestrowy nie prowadzi rejestru danych zarządu ani udziałowców – w przeciwieństwie chociażby do znanego polskim przedsiębiorcom Krajowego Rejestru Sądowego. Rejestr Republiki nie ujawnia żadnych informacji dotyczących firmy, z wyjątkiem adresu siedziby i nazwy zarejestrowanego agenta (ang. registered agent). Skorzystanie z usług tego ostatniego jest niestety obligatoryjne. Jedynie agent ma wiedzę na temat struktury własnościowej spółki. Na Wyspach Marshalla dopuszczono możliwość powoływania tzw. nominowanych dyrektorów, udziałowców i sekretarza w ramach świadczonych przez nich usług powierniczych (ang. nominee services).

Jak założyć rachunek bankowy dla spółki offshore?

Ze względu na zwiększone przestrzeganie procedur KYC (ang. know your customer) oraz AML (ang. anti-money laundering) przez światowe instytucje finansowe, założenie konta dla spółki offshore w europejskim banku może być kłopotliwe, jeżeli nie ma się odpowiednich kontaktów i doświadczenia w tym obszarze. Jest to jednak jak najbardziej wykonalne – nawet w polskich bankach. Alternatywą może być korzystanie z portfela walutowego online (ang. e-wallet provider). W większości z nich możliwe jest wyrobienie karty przedpłaconej. Ze względu na zniesienie tajemnicy bankowej na terenie UE, interesującym rozwiązaniem może być założenie rachunku w banku offshore’owym. W pobliżu Wysp Marshalla działają banki lokalne: Bank of Guam oraz Bank of the Marshall Islands.

Dodatkowe korzyści

Prowadzenie firmy na Wyspach to przede wszystkim ograniczenie zbędnych formalności i biurokracji. Dzięki oszczędności czasu przedsiębiorcy mogą skupić się na prowadzeniu właściwej, głównej działalności swojej firmy. Inaczej niż np. w polskim systemie prawnym, w Republice nie ma także wymogów formalnych co do zgromadzeń wspólników – mogą się one odbywać gdziekolwiek na świecie, dopuszczalne jest głosowanie telefoniczne, elektroniczne lub przez pełnomocnika. Jurysdykcja dopuszcza również wypełnianie dokumentów za pomocą faksymile, a dokumenty korporacyjne spółki nie muszą być uprzednio poświadczone w konsulacie. Na korzyść tej jurysdykcji przemawiają także inne czynniki – jej oficjalną walutą jest dolar amerykański, natomiast językiem urzędowym jest angielski. System prawny Wysp Marshalla wywodzi się z systemu common law przyjętego przez Stany Zjednoczone, ale wiele lokalnych rozwiązań zapożyczono z porządku prawnego Wielkiej Brytanii.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec

E-paragony: konsumenci powinni dostać informację o nowym paragonie na e-maila

Już w 2018 roku kasy fiskalne zostaną dostosowane do emitowania elektronicznych paragonów fiskalnych. Będzie to duże ułatwienie dla klientów, zwłaszcza przy zakupie towarów objętych długą gwarancją. Nadal jednak trwają ustalenia dotyczące tego, jak dostarczyć e-paragony konsumentom. Pomysły to m.in. specjalna aplikacja lub wykorzystanie systemu bankowości elektronicznej. Eksperci EmailLabs wskazują, że bez względu na wybraną formę, klienci powinni otrzymywać informację o nowym e-paragonie na e-maila. To nie tylko kwestia wygody, ale również zasięgu – e-mail to jedna z najbardziej rozpowszechnionych form kontaktu.

Z opublikowanego w kwietniu tego roku raportu CBOS wynika, że z Internetu, co najmniej raz w tygodniu korzysta 67 proc. Polaków. Dla aktywnych użytkowników sieci poczta e-mailowa jest najczęściej wybieraną formą komunikacji. Korzystanie z niej deklaruje aż 97 proc. polskich internautów.

Praktycznie każdy, kto korzysta z Internetu, ma założoną skrzynkę pocztową. To właśnie tam dostajemy faktury elektroniczne, wyciągi bankowe czy potwierdzenia zamówień ze sklepów internetowych. Naturalne więc wydaje się, że paragony elektroniczne również powinniśmy dostawać na e-maila. Nawet jeżeli będzie istniał osoby serwis czy aplikacja, informację o nowym dokumencie warto dostarczyć konsumentom e-mailem, tak jak dzieje się to m.in. w Danii – mówi Michał Walachowski, dyrektor zarządzający EmailLabs.

Na tropie najlepszego rozwiązania

W tym momencie, jednym z największych wyzwań, przed jakimi stoi polski rząd, jest opracowanie systemu, który pozwoli połączyć osobę, która dokonuje zakupów z jej danymi. Pomysłów na rozwiązanie tego problemu jest kilka. Jednym z nich jest połączenie e-paragonów z systemem bankowości elektronicznej. Jednak zarówno Ministerstwo Rozwoju jak i Ministerstwo Finansów zgłaszają obawy związane ze zbyt dużym udziałem instytucji finansowych w procesie. Kolejny pomysł to stworzenie dedykowanej strony (na wzór Elektronicznego Biura Obsługi Klientów – eBOK) lub specjalnej aplikacji.

Na naszym spotkaniu z przedstawicielami rządu, które odbyło się pod koniec sierpnia, rozmawialiśmy o możliwościach dostarczania e-paragonów oraz o wyzwaniach, z jakimi się to wiąże. Oczywiście najważniejsza kwestia to bezpieczeństwo, ale nie bez znaczenia jest też dostępność rozwiązania. I tutaj właśnie wkracza e-mail, który jest dla wielu najwygodniejszą opcją. W końcu kiedy kupujemy coś online i szukamy potwierdzenia zakupu sprawdzamy e-maile, zamiast logować się do banku czy sklepu internetowego. W przypadku e-paragonów będzie podobnie – mówi Michał Walachowski.

Jeżeli rząd zdecyduje się na stworzenie dedykowanej strony lub aplikacji, zaletą takiego rozwiązania będzie swoboda wyboru przez użytkownika sposobu informowania o nowych dokumentach – może się to odbywać za pomocą e-maila, SMSa albo notyfikacji PUSH. Dzięki temu usługa zostałaby dostosowana do preferencji użytkowników.

Miliony transakcji miesięcznie

Z najnowszych danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że tylko w I kwartale 2017 roku przy użyciu kart płatniczych przeprowadzono 854,6 mln transakcji bezgotówkowych, o 21% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. To oznacza, że miesięcznie należałoby wysłać prawie 300 mln wiadomości e-mail o e-paragonach do klientów. Do tego oczywiście należy doliczyć transakcje gotówkowe.

Polacy dokonują kilkadziesiąt milionów transakcji miesięcznie. Zapewnienie infrastruktury mogącej obsłużyć tak wielki ruch e-mailowy to wielkie wyzwanie. Użytkownicy nie mogą czekać na wiadomość w nieskończoność. W związku z tym skalowalność i niezawodność to priorytetowe kwestie. Podobnie jak dostarczalność e-maili. Duży nacisk trzeba położyć na to żeby wiadomości nie były blokowane lub nie trafiały do folderu SPAM. W tym właśnie mogłaby pomóc nasza usługa – podsumowuje Michał Walachowski.

NIK o dotowaniu zadań zleconych samorządom

Ocena systemu dotowania zadań zleconych samorządom jest zróżnicowana i zależy od charakteru udzielonych dotacji. W całym systemie dotacyjnym najwięcej udzielano dotacji o charakterze transferowym – i ich przekazywanie na ogół przebiegało właściwie. Natomiast nieprawidłowo system dotacyjny działał w obszarze finansowania wydatków ponoszonych przez jednostki samorządowe bezpośrednio (w związku z wykonywaniem przez nie zadań zleconych). Powodem nieprawidłowości były tu przede wszystkim niespójne oraz niejasne regulacje, dotyczące zarówno planowania, jak i rozliczania dotacji.

Biorąc pod uwagę problemy o charakterze systemowym oraz najważniejszych beneficjentów wykonywanych zadań, Najwyższa Izba Kontroli zwraca się do Rady Ministrów z wnioskiem o rozważenie możliwości przekształcenia zadań zleconych z zakresu administracji rządowej, mających charakter zadań stałych, w zadania własne jednostek samorządu terytorialnego.

Zgodnie z art. 166 Konstytucji jednostki samorządu terytorialnego wykonują zarówno zadania własne, które służą zaspokajaniu potrzeb wspólnoty samorządowej, jak i – jeżeli wynika to z uzasadnionych potrzeb państwa – inne zadania publiczne, zlecone ustawami. Na realizację zadań zleconych samorządy otrzymują z budżetu państwa dotacje celowe, które, zgodnie z przepisami, powinny zapewniać ich pełne wykonanie.

NIK uznała za celowe skontrolowanie systemu dotowania zadań zleconych, gdyż dotacje stanowią znaczącą część dochodów samorządów. Dodatkowo w 2016 r. nastąpiło bardzo znaczące zwiększenie łącznej kwoty tych dotacji, spowodowane wprowadzeniem Programu Rodzina 500+.

Dotacje celowe na zadania zlecone można podzielić na dwie podstawowe grupy. Pierwsza z nich obejmuje środki transferowane z budżetu państwa do wskazanych w ustawach osób i instytucji za pośrednictwem budżetów jednostek samorządu terytorialnego. Drugą grupę stanowią środki przeznaczone na finansowanie wydatków ponoszonych przez jednostki samorządu terytorialnego w związku z wykonywaniem przez nie zadań zleconych. Warto podkreślić, że dotacje o charakterze transferowym dominowały w strukturze dotacji celowych na zadania zlecone – w 2016 r. sześć kwotowo największych dotacji, które miały 92-procentowy udział w łącznej kwocie dotacji celowych na zadania zlecone, służyło właśnie finansowaniu świadczeń i innych wypłat realizowanych na rzecz podmiotów zewnętrznych, a koszty obsługi tych zadań były stosunkowo nieduże. Dotacje na finansowanie działalności jednostek samorządowych nie przekraczały 10 proc. łącznej kwoty dotacji na zadania zlecone.

W latach 2015-2017 NIK przeprowadziła kontrole w Ministerstwie Finansów, w trzech urzędach wojewódzkich i w dwunastu jednostkach samorządu terytorialnego. Głównych celem tych kontroli była ocena funkcjonowania systemu dotowania zadań zleconych. W wyniku przeprowadzonych kontroli stwierdzono, że przekazywanie dotacji o charakterze transferowym, dominujących kwotowo w systemie dotacyjnym, przebiegało na ogół we właściwy sposób, a kontrolowane samorządy otrzymywały pełne środki na dokonywanie wypłat na rzecz uprawnionych podmiotów. Natomiast w zakresie finansowania wydatków ponoszonych bezpośrednio przez jednostki samorządowe w związku z wykonywaniem przez nie zadań zleconych system dotacyjny działał nieprawidłowo. Wynikało to przede wszystkim z obowiązywania niespójnych oraz niejasnych regulacji, dotyczących zarówno planowania, jak i rozliczania dotacji.

Niespójność przyjętych rozwiązań polegała między innymi na tym, że w sferze planowania ustanowiono jednocześnie obowiązek zapewnienia każdej dotowanej jednostce środków odpowiednich do pełnego wykonania zadań zleconych oraz obowiązek stosowania, przy planowaniu dotacji, zasad przyjętych w budżecie państwa dla wydatków podobnego rodzaju. Przyjęcie takich zasad – w ustawie nie wskazano, które zasady powinny być stosowane, ani jak należy rozumieć wydatki podobnego rodzaju – nie musi jednak zapewniać każdej jednostce środków umożliwiających pełne wykonanie zadania.

Ponadto jednostki samorządu terytorialnego kierowały się przepisami pozwalającymi im na swobodę w dostosowaniu sposobu wykonywania zadań zleconych do miejscowych warunków oraz na stosunkowo dużą swobodę w kształtowaniu polityki płacowej, a jednocześnie uwzględniały zakaz różnicowania wynagrodzeń pracowników samorządowych ze względu na kryterium rodzaju zadań, ustalając wynagrodzenia pracowników wykonujących zadania zlecone zgodnie z przyjętym w danej jednostce regulaminem płac. Tymczasem Minister Finansów i wojewodowie byli zobowiązani do przestrzegania zasady oszczędnego wydatkowania środków publicznych, dlatego nie mogli dostosowywać wysokości dotacji do polityki wydatkowej prowadzonej przez każdą jednostkę samorządu terytorialnego oddzielnie. Prowadziło to do sytuacji, w której jednostki samorządu terytorialnego współfinansowały zadania zlecone mimo przepisów wskazujących, poza kilkoma wyjątkami, na pełne finansowanie zadań zleconych z budżetu państwa.

Również system rozliczania dotacji nie mógł działać prawidłowo ze względu na niejasny przepis art. 168 ust. 6 ustawy o finansach publicznych, zgodnie z którym dotacje celowe przyznane jednostkom samorządu terytorialnego na realizację zadań zleconych podlegają zwrotowi do budżetu państwa w części, w jakiej zadanie nie zostało wykonane. W przepisach nie określono jednak, jak należy rozumieć wykonanie zadania oraz w jaki sposób należy mierzyć stopień tego wykonania, chociaż są to pojęcia kluczowe przy rozliczaniu dotacji lub ubieganiu się dotowanych jednostek o zwrot wydatków sfinansowanych z własnych środków.

Podjęcie w Ministerstwie Finansów prac nad jednolitym algorytmem obliczania dotacji pozwoliło ujednolicić i zobiektywizować zasady stosowane w różnych województwach – celowość tych działań NIK oceniła pozytywnie – jednak nie rozwiązało to problemu współfinansowania zadań zleconych przez jednostki samorządu terytorialnego. Ponadto sam proces wprowadzania jednolitego sposobu obliczania dotacji nie był wolny od problemów, gdyż wojewodom nie udzielono wskazówek, jak mają ustalać poszczególne wartości wykorzystane później w Ministerstwie Finansów do obliczeń, w metodyce szacowania kosztów roboczogodziny pominięto niektóre wydatki, w tym wydatki rzeczowe, nie zbadano też przyczyny istotnych różnic w wartościach danych przekazywanych przez wojewodów. Z przesłanych do Ministerstwa danych wynikało na przykład, że wydanie jednej decyzji w sprawach meldunkowych trwało średnio od 12 godzin w gminach województwa warmińsko-mazurskiego do 32 godzin w gminach województwa podlaskiego, a sporządzenie aktu cywilnego – od jednej godziny do prawie trzech, w zależności od województwa.

Z innych ważnych ustaleń kontroli wskazać należy:

  • niejasny podział obowiązków dotyczących finansowania zadań zaleconych z zakresu: Państwowej Straży Pożarnej, melioracji wodnych oraz geodezji i kartografii; przepisy wskazują dwa publiczne źródła finansowania tych zadań: dotacje celowe z budżetu państwa i środki z budżetów samorządów,
  • planowanie, ewidencjonowanie i wykazywanie wydatków ponoszonych przez jednostki samorządu na finansowanie zadań zleconych we właściwych rozdziałach klasyfikacji budżetowej tylko do wysokości dotacji; wynikało to z faktu, że przepisy nie przewidują w przypadku większości zadań zleconych możliwości planowania wydatków w kwocie wyższej niż wynosi planowana dotacja; jednostki radziły sobie z tym problemem w ten sposób, że ujmowały część wydatków na zadania zlecone w innych rozdziałach klasyfikacji budżetowej, co prowadziło do wykazania nieprawdziwych danych w sprawozdaniach budżetowych;w rezultacie nie wiadomo, jaka jest dokładna skala współfinansowania zadań zleconych przez samorządy,
  • wprowadzenieujednoliconej metody rozliczania dotacji przekazanej na zadania z zakresu spraw obywatelskich spowodowało problemy w planowaniu dotacji przez wojewodów: w 2015 r. wojewodowie przekazali 40% gmin niższą dotację niż wynikało z wprowadzonego algorytmu, a 59% – wyższą; w 2016 r. 31% gmin otrzymało niższą dotację, a 64% wyższą niż wynikało z algorytmu Ministerstwa Finansów,
  • większość wojewodów zwracała się do gmin o zwrot dotacji na zadania z zakresu spraw obywatelskich, pomijając przepis art. 168 ust. 6 ustawy o finansach publicznych, zgodnie z którym niewykorzystana część dotacji celowych na zadania zlecone zwracana jest w części, w jakiej zadanie nie zostało wykonane; niektórzy wojewodowie mieli jednak wątpliwości, czy należy występować w takim przypadku o zwrot dotacji, dlatego nie prowadzili czynności w tym zakresie,
  • wątpliwości może budzić rozliczanie dotacji celowych w oparciu o liczbę i jednostkowe stawki usług publicznych realizowanych przez dotowane jednostki, jak miało to miejsce w przypadku rozliczania dotacji na zadania z zakresu spraw obywatelskich, gdyż dotacja nabiera wtedy cech dotacji przedmiotowej; zgodnie z definicją, dotacje przedmiotowe są to środki przeznaczone na dopłaty do określonych rodzajów wyrobów lub usług, kalkulowane według stawek jednostkowych; obowiązujące przepisy nie przewidują finansowania zadań zleconych za pomocą dotacji przedmiotowej.

Mimo podejmowanych w Ministerstwie Finansów prób, nie udało się znaleźć rozwiązania, które eliminowałoby problem współfinansowania zadań zleconych przez jednostki samorządu terytorialnego, a jednocześnie chroniłoby budżet państwa przed niekontrolowanym wzrostem dotacji. Podkreślić jednak warto, że znalezienie satysfakcjonującego rozwiązania opisanego wyżej problemu jest niezwykle trudne w warunkach samodzielnego, pod względem kształtowania poziomu wynagrodzeń i doboru środków i metod, działania poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego.

Uwagi i wnioski

Rozwiązanie problemów z zapewnieniem j.s.t. odpowiednich środków na finansowanie zadań zleconych przy uwzględnieniu obiektywnych czynników różnicujących wielkość ponoszonych przez nie wydatków, natrafia na dwie poważne przeszkody. Po pierwsze oszacowanie wydatków niezbędnych do realizacji zadań zleconych, przy uwzględnieniu zasady oszczędnego gospodarowania środkami publicznymi, jest niezwykle trudnym zadaniem ze względu na występowanie czynników lokalnych mających wpływ na zróżnicowanie wydatków w poszczególnych jednostkach. Po drugie wątpliwości budzi możliwość sprawowania przez urzędy wojewódzkie skutecznej kontroli w samorządach pod względem gospodarnego wykorzystania dotacji. Spór, do jakiego doszło pomiędzy Wojewodą Mazowieckim a Samorządem Województwa Mazowieckiego odnośnie metodyki szacowania wydatków na zadania zlecone, nakazuje ostrożność w formułowaniu wniosku, że wojewodowie mogą skutecznie kontrolować samorządy w oparciu o kryterium gospodarności. Ponadto należy rozstrzygnąć, czy uzasadniona jest sytuacja, w której jednostki samorządu terytorialnego różnią się pod względem poziomu wynagrodzeń pracowników realizujących takie same zadania zlecone, co przekłada się na zróżnicowanie wydatków ogółem na realizację tych zadań. Z jednej strony należy wziąć pod uwagę interes Skarbu Państwa oraz zasadę oszczędnego gospodarowania środkami publicznymi, z drugiej – samodzielność jednostek samorządu pod względem kształtowania poziomu wynagrodzeń oraz obowiązek równego traktowania pracowników wykonujących w danej jednostce zadania własne i zadania zlecone.

Biorąc pod uwagę wymienione wyżej problemy, Najwyższa Izba Kontroli zwraca się do Rady Ministrów o rozważenie rozwiązania polegającego na przekształceniu zadań zleconych z zakresu administracji rządowej, mających charakter zadań stałych, w zadania własne j.s.t. Ze względu na istotny udział w budżetach samorządów i trudność w dopasowaniu strumienia dochodów własnych, wydatki o charakterze transferowym – na przykład świadczenia, wypłaty na rzecz przedsiębiorców, wypłaty związane z gospodarowaniem nieruchomościami Skarbu Państwa – powinny być w dalszym ciągu finansowane z budżetu państwa, w formie dotacji celowych na zadania własne, natomiast koszty obsługi tych zadań byłyby pokrywane przez jednostki samorządu terytorialnego, po adekwatnym zwiększeniu ich wpływów z tytułu dochodów własnych lub subwencji ogólnej.

Za takim rozwiązaniem przemawiają następujące argumenty:

  • w większości przypadków samorządy wykonują zadania własne i zadania zlecone przy wykorzystaniu tych samych zasobów i zgodnie z tymi samymi zasadami,
  • przejmując zadania od administracji rządowej, samorządy mogą w bardziej elastyczny sposób gospodarować środkami;
  • przekształcenie zadań zleconych w zadania własne pozwala rozwiązać problem polegający na konflikcie interesów pomiędzy Ministrem Finansów, podejmującym działania na rzecz zachowania kontroli nad wydatkami budżetu państwa oraz zna rzecz ograniczenia jego deficytu, a jednostkami samorządu terytorialnego, zainteresowanymi zachowaniem samodzielności odnośnie doboru środków i metod realizacji zadań publicznych i ustalania poziomu wynagrodzeń,
  • środki własne samorządów powinny służyć finansowaniu zadań własnych, dzięki czemu system finansowania zadań publicznych jest bardziej przejrzysty,
  • w budżecie państwa i w budżetach samorządów zostałyby ograniczone wydatki związane z planowaniem, przekazywaniem i rozliczaniem dotacji,
  • kontrolowane przez NIK jednostki samorządu terytorialnego w istocie traktują zadania zlecone tak jakby to były ich zadania własne; podczas kontroli wskazywano, że zadania zlecone są wykonywane przede wszystkim na rzecz mieszkańców danej wspólnoty samorządowej,
  • mieszkańcy na ogół nie odróżniają zadań zleconych od zadań własnych i nie różnicują oceny funkcjonowania samorządów ze względu na status zadania; z tego powodu władzom samorządowym w równym stopniu zależy na zapewnieniu wysokiego standardu obsługi zadań zleconych i zadań własnych, niezależnie od wielkości otrzymywanej dotacji.

Realizacja tego wniosku nie prowadziłaby do rozszerzenia zakresu zadań samorządu terytorialnego, tylko do zmiany charakteru czynności już wykonywanych przez jednostki samorządu terytorialnego. Na przykład zapewnienie prawidłowego funkcjonowania jednolitego systemu rejestrów państwowych i wprowadzanie jednolitych wzorów dokumentów państwowych byłoby w dalszym ciągu zadaniem państwa, natomiast obsługa tych systemów, wykonywana dotychczas przez j.s.t. jako zadanie zlecone, stałaby się ich zadaniem własnym.

Przeszkodą dla przyjęcia powyższego wniosku może być, w przypadku niektórych zadań zleconych, zmiana trybu odwoławczego od decyzji organów samorządowych. W przypadku przekształcenia zadań zleconych w zadania własne odwołania te byłyby składane do samorządowego kolegium odwoławczego, a nie do wojewody lub innego, wskazanego w ustawie organu administracji rządowej. Oprócz tego zostałyby również ograniczone uprawnienia kontrolne wojewody, który obecnie ma możliwość przeprowadzania kontroli wykonywania zadań zleconych pod względem legalności, rzetelności i gospodarności, a po przekazaniu zadań j.s.t. sprawowałby kontrolę tylko pod względem legalności. Mimo że z przeprowadzonej w 2014 r. kontroli NIK – Nadzór wojewodów nad wykonywaniem przez jednostki samorządu terytorialnego wybranych zadań zleconych z zakresu administracji rządowej – wynika, że pracownicy urzędów wojewódzkich prowadzą kontrole wykonania zadań zleconych niemal wyłącznie pod kątem zgodności prowadzonych w jednostkach samorządu działań z przepisami, a nie pod kątem gospodarnego wykorzystania dotacji, to nie można wykluczyć występowania przypadków, w których kryteria oceny wykonania zadań zleconych zostaną rozszerzone o dwa pozostałe elementy. Należy jednak podkreślić, że w przypadku przekształcenia zadań zleconych w zadania własne samorządów ograniczenie uprawnień wojewody dotyczyłoby wyłącznie zakresu kontroli, a nie zakresu nadzoru, który zarówno w przypadku zadań własnych, jak i w przypadku zadań zleconych dotyczy wyłącznie kryterium legalności.

Mając świadomość, że powyższa propozycja ma charakter daleko idący, w przypadku, gdyby nie została uwzględniona, albo w przypadku zadań publicznych, które zachowają status zadań zleconych, należy rozważyć dalsze udoskonalanie rozwiązań wypracowanych w Ministerstwie Finansów, służących ujednoliceniu metodyki planowania dotacji celowych. Wprowadzenie obowiązku planowania przez wojewodów dotacji w oparciu o ujednoliconą metodę obliczeniową powinno jednak zostać poprzedzone rozstrzygnięciem:

  • czy i w jakich przypadkach j.s.t. mogą współfinansować z własnych środków zadania, które nie są ich zadaniami własnymi, i jak w takich sytuacjach rozkłada się odpowiedzialność pomiędzy dotującym i dotowanym za finansowanie zadania; w szczególności należy rozstrzygnąć, czy samorządy, po wykorzystaniu środków z budżetu państwa, mają obowiązek wykonywania zadania zleconego w sytuacji, gdy zaniechanie działań spowodowałoby szkodę dla obywateli,
  • w jakim stopniu państwo, ustalając zasady dotowania zadań zleconych, powinno oddziaływać na poziom wynagrodzeń w samorządach, który istotnie wpływa na wysokość wydatków ogółem ponoszonych na niektóre zadania zlecone.

Istotne byłoby też rzetelne zbadanie, czy występują czynniki determinujące różną efektywność realizacji zadań zleconych w poszczególnych grupach jednostek samorządu terytorialnego oraz uwzględnienie tych czynników w obliczeniach.

Wyniki kontroli wskazują, że, niezależnie od przyjętych rozwiązań, w celu zapewnienia zgodności systemu dotowania zadań zleconych z przepisami i poprawienia jego efektywności i przejrzystości, wskazana jest dalsza przebudowa tego systemu.

W uzupełnieniu do powyższych wniosków, odnoszących się do systemu finansowania zadań zleconych jako całości, w związku z potrzebą przestrzegania zasady przejrzystości w podziale zadań publicznych, Najwyższa Izba Kontroli zwraca się do Rady Ministrów o rozważenie celowości utrzymywania formy zadań zleconych o charakterze stałym, wykonywanych przez samorząd województwa, a jednocześnie finansowanych z budżetu państwa przez wojewodów. Odbywa się to w sytuacji, w której obszar działania urzędu wojewódzkiego pokrywa się z obszarem działania województwa samorządowego, w związku z czym zadania o charakterze ogólnopaństwowym, zlecone województwu, mogą być wykonywane bezpośrednio przez administrację rządową, a zadania służące zaspokajaniu potrzeb wojewódzkich wspólnot samorządowych mogą być przekształcone w ich zadania własne, przy zachowaniu adekwatnego udziału województw w dochodach publicznych.

Ponadto w związku z nieprzejrzystym sposobem finansowania zadań zleconych z zakresu Państwowej Straży Pożarnej i zadań zleconych z zakresu geodezji i kartografii, dla których wskazano w ustawach, jako źródło finansowania, zarówno dotacje z budżetu państwa, jak i środki własne samorządów, NIK zwraca się do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji o ustalenie, w wyżej wymienionym zakresie, katalogu zadań finansowanych obligatoryjnie z budżetu państwa. Funkcjonowanie systemu, w którym różne organy władzy publicznej są odpowiedzialne za finansowanie tych samych zadań publicznych, prowadzi do zatarcia odpowiedzialności w tym zakresie.

Jak przygotować swoją sprzedaż do Czarnego Piątku w pięciu krokach?

Z roku na rok coraz większą popularność w handlu online, także w Polsce zdobywa Czarny Piątek, czyli dzień, w którym startuje sezon świątecznych zakupów oraz wyprzedaży. Z tej okazji, PayPal podpowiada co mogą zrobić właściciele sklepów internetowych, aby przygotować się na zakupy w tym okresie i zwiększyć swoją sprzedaż za granicą.

W Czarny Piątek, klienci mogą skorzystać z największych promocji i zniżek cen. Black Friday znany jest przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych i obchodzony co roku w ostatni piątek listopada, następnego dnia po słynnym amerykańskim Święcie Dziękczynienia. Z tej okazji sklepy internetowe oferują dla swoich klientów atrakcyjne promocje, a klienci tylko na nie czekają.

Oto kilka kluczowych rzeczy, które powinien przygotować e-sklep gdy zbliża się okres świąteczny w Stanach Zjednoczonych, aby zmaksymalizować sprzedaż:

  1. Mobilna strona internetowa

Klienci chcą przeglądać i dokonywać zakupów na swoich urządzeniach przenośnych. Zgodnie z danymi zebranymi przez firmę StatCounter, która monitoruje globalne wykorzystywanie internetu, obecnie ponad 50% aktywności w internecie odbywa się na smartfonach. Dlatego niezwykle ważne jest, aby dostosować stronę internetową sklepu na urządzenia mobilne i zapewnić klientom przyjazną nawigację na stronie, wyszukiwanie czy metody płatności za produkty. Kwestie te stają się jeszcze ważniejsze w okresie zakupowej gorączki.

Warto zastanowić się, co pozwala klientowi na łatwe przejście od wyboru produktu do zapłaty. Strona powinna poprawnie wyświetlać się na małych ekranach. W tym celu warto użyć większych czcionek i przycisków, zminimalizować ilość danych, a co najważniejsze – przetestować ją wcześniej na różnych systemach operacyjnych. Wiele platform, takich jak Shopify, SquareSpace, i BigCommerce może pomóc w stworzeniu sklepu internetowego zarówno internetowego, jak i mobilnego z zaawansowanymi funkcjami i opcjami, opracowanymi w sposób nieszablonowy.

  1. Uproszczenie zakupów i płatności

Jeżeli klienci nie będą mogli kupić produktu za pomocą kilku kliknięć, porzucą swój koszyk. Badania pokazują, że ponad 45 procent wszystkich przypadków porzucenia koszyka ma miejsce na etapie płatności. Kluczowe znaczenie dla dokończenia zakupów ma zapewnienie klientom przyjaznych doświadczeń związanych z zapłatą. Wygodnym rozwiązaniem jest na przykład PayPal’s One Touch™ lub inny cyfrowy portfel, który daje możliwość płacenia kartami debetowymi lub kredytowymi.

  1. Narzędzia zwiększające efektywność

Doskonałym przykładem na zwiększenie świadomości klientów o świątecznych okazjach może być e-mail marketing, który należy do jednych z najbardziej skutecznych sposobów dotarcia do konsumenta. Warto przy tym pomyśleć o partnerstwie z wyspecjalizowaną firmą oferującą masowe wysyłki newsletterów, taką jak Freshmail czy Get Response.

  1. Zapasy produktów to podstawa

Duże wydatki w okresie świątecznym mogą być problemem nie tylko dla klientów, ale także dla sprzedawcy. Przed szczytem zakupowym warto zrobić zapasy, aby mieć pewność, że poszukiwane przez klientów produkty będą dostępne. Niestety jest to związane z dużymi kosztami. Istnieje jednak wiele firm oferujących kredyty i pożyczki dla małych firm, ale też dla klientów online. Sprzedawcy mogą oferować opcje kredytowe, które mogą przekształcić przeglądających w kupujących. Na przykład współpraca z partnerem który oferuje klientom proste kredyty podczas dokonywania transakcji poprzez wprowadzenie kilku informacji, umożliwia konsumentom kupowanie przedmiotów droższych i ich spłatę według elastycznego harmonogramu.

  1. Sezon świąteczny trwa na całym świecie, nie tylko w Polsce

Okres przedświąteczny jest doskonałym momentem na rozszerzenie sprzedaży za granicę. Kluczowe w tym znaczenie ma nawiązanie współpracy z odpowiednimi partnerami, którzy pomogą sprzedawać transgranicznie i ułatwią procesy. Niektóre programy partnerskie pomagają sprzedawcom w tworzeniu globalnych wersji ich strony internetowej, tłumaczeniu, lokalizowaniu, a nawet zarządzaniu wysyłką i zwrotem na całym świecie.

Mamy końcówkę września, ale na Czarny Piątek i szał świątecznych zakupów trzeba się przygotować z odpowiednim wyprzedzeniem, gdyż to najbardziej gorący okres w handlu. Warto wykorzystać ten moment na rozwój biznesu nie tylko na rodzimym rynku, ale także międzynarodowym.

Spore wzrosty na rynku oprogramowania do obsługi klienta

29 miliardów dolarów – tyle według specjalistów Markets&Markets będzie wart rynek oprogramowania contact center do 2022 roku

Z raportu firmy analitycznej Markets&Markets „Contact Center Software Market” wynika, że wartość rynku oprogramowania dla call i contact center na przestrzeni najbliższych 5 lat wzrośnie z 13,72 mld dolarów do 29,13 – to niemal 14% wzrost rok do roku.

Firmy stawiają na customer experience i corss selling więc ich potrzeby związane z wielokanałową komunikacją rosną. Obsługa odbywa się na różnych płaszczyznach za pomocą, głosu, sieci, wideo czy social mediów a zgodnie z prognozami w najbliższych latach możemy się również spodziewać coraz większego udziału narzędzi zawierających również elementy sztucznej inteligencji. Wielu obserwatorów rynkowych uważa, że to właśnie boty konwersacyjne są przyszłością obsługi klienta — coraz częściej będą wyręczały konsultantów w prostych i powtarzalnych czynnościach, jak informowanie o produktach i usługach, rezerwowanie wizyt, odbieranie reklamacji czy powiadamianie o statusie zamówień.

MSP z największą dynamiką

Najszybszy wzrost inwestycji w oprogramowanie wspierające zarządzanie call i contact center będzie zauważalny w sektorze MSP, gdzie firmy muszą mierzyć się z nieco innymi uwarunkowaniami niż największe przedsiębiorstwa, chociażby ze względu na mniejszą liczbę pracowników, ograniczony budżet czy swoje techniczne kompetencje.

Jeszcze kilka lat temu posiadanie profesjonalnego contact center było domeną największych firm, jednak dzięki popularyzacji chmury zaawansowane oprogramowanie stało się dostępne również dla mniejszych podmiotów. Obecnie to one napędzają ten rynek. Można powiedzieć, że sektor MSP upodobał sobie wirtualne platformy do obsługi komunikacji, bo chmura daje centrom kontaktu nieosiągalne dotychczas rozwiązania, takie jak skalowalność, elastyczność, i znacznie niższe koszty operacyjne. Specjaliści prognozują, że w najbliższych latach wzrost inwestycji wśród firm z sektora MSP wpłynie na znaczny wzrost ich efektywności – wyjaśnia Paweł Pierścionek Chief Technology Officer w Cludo, firmie dostarczającej wielokanałowe rozwiązania do obsługi call i contact center w modelu SaaS.

Rosnące potrzeby zacieśniania komunikacji pomiędzy firmami a klientami i dodawania kolejnych punktów styku powodują, że również coraz większa liczba dostawców oprogramowania opiera swoją ofertę o rozwiązania chmurowe.

Dodatkowo warto przytoczyć również wyniki raportu Deloitte Digital Transformation 2016 mówiące o nieuchronnej konieczności modernizacji architektury rozwiązań IT poprzez wirtualizację, konteneryzację i standaryzację, bo tylko taki model zapewnia zwiększenie wydajności i tempa wdrożeń nowych rozwiązań a co za tym idzie lepsze wyniki. To kolejny powód, dla którego przedsiębiorstwa coraz częściej decydują się na reorganizację i zaczynają oferować produkty bądź realizować procesy biznesowe w modelu „as a-service”.

Banki i ubezpieczyciele jako trendsetterzy

W kontekście sektorów, które najszybciej i najintensywniej będą inwestowały na rynku oprogramowania contact center eksperci wyróżniają bankowość, usługi finansowe i pion ubezpieczeniowy. Wynika to głównie z faktu, że sektory te wymagają chociażby wieloskładnikowej weryfikacji tożsamości, która zmienia się wraz z rozwojem technologii, dlatego też coraz częściej zahaczają o AI np. w kwestii weryfikacji głosu na infolinii.

Bankowość oraz szeroko pojęte usługi finansowe i ubezpieczeniowe, to doskonały przykład branży, w której nie tylko mieszają się ze sobą wszystkie dostępne kanały kontaktu, ale mamy również do czynienia z często złożonymi problemami, związanymi nie tyle ze sprzedażą czy zakupem usług, co z rozwiązywaniem bardziej skomplikowanych spraw, jak np. zmiana poufnych danych. Analizując ścieżkę działania przykładowego klienta ubezpieczeniowego możemy zauważyć ciekawe tendencje, które warto wykorzystać w planowaniu architektury swojego centrum kontaktowego – wyjaśnia Paweł Pierścionek z Cludo i dodaje, że klienci na etapie poszukiwania informacji o produkcie chętnie korzystają z kanałów cyfrowych, z kolei przy zakupie produktu często oczekują wsparcia ze strony doradców, po to żeby przy obsłudze zakupionej usługi znowu powrócić do wygodnych kanałów elektronicznych. – Klientom coraz bardziej zależy na integracji wszystkich kanałów kontaktu, bo swoboda wyboru w zależności od problemu i sytuacji przede wszystkim oszczędza ich cenny czas. Jeżeli więc będą mogli rozpocząć zakup ubezpieczenia przez internet, a następnie dokończyć ten proces przez infolinię lub u agenta, bez konieczności ponownego uzupełniania wniosku ich odczucia względem firmy będą pozytywne a efektywność centrum kontaktowego wzrośnie – podsumowuje ekspert Cludo.

Zmieniające się oblicza chmury

Pomimo że początek polskich profesjonalnych call centers sięga wczesnych lat 90-tych XX wieku, to boom na oprogramowanie w modelu SaaS rozpoczął się na polskim rynku zaledwie kilka lat temu. Firmy nieśmiało zaczęły spoglądać w stronę technologii udostępnianych w modelu chmurowym a korzyści i oszczędności, które udało im się osiągnąć były istotnym argumentem przemawiającym za kolejnymi inwestycjami. Można założyć, że prognozowane przez autorów raportu Markets&Markets inwestycje w rynek oprogramowania call center będą dotyczyły coraz bardziej zaawansowanych technologii, takich jak właśnie narzędzia działające w oparciu o AI czyli sztuczną inteligencję wykorzystywane np. do rozpoznawania głosu, obrazów, wideo, automatycznych tłumaczeń czy wykrywania anomalii w działaniu ludzi lub urządzeń.

Plast-Box Ukraina płaci dywidendę

Zarząd Plast-Box S.A., producenta opakowań z tworzyw sztucznych, poinformował o podjętej przez spółkę córkę – Plast-Box Ukraina sp. z o.o. , decyzji o wypłacie dywidendy w wysokości 7,9 mln UAH czyli 251,6 tys. EUR.

W pierwszym półroczu tego roku spółka córka na Ukrainie przyniosła około 25 % skonsolidowanych przychodów Grupy Kapitałowej Plast-Box, a także znacząco poprawiła swoją rentowność. Po 6 miesiącach br. ukraińska spółka osiągnęła 11,0 mln UAH zysku netto i wypracowała marżę EBITDA na poziomie 21,9 mln UAH, przy stopie EBITDA wynoszącej 15,1%.

Dobra kondycja finansowa spółki córki zlokalizowanej na Ukrainie wpłynęła na podjęcie decyzji o wypłacie dywidendy z jej zysku za rok 2016 – stwierdza Krzysztof Pióro, wiceprezes zarządu Plast-Box S.A. – Sytuacja gospodarcza na Ukrainie stale się poprawia. Ostatnie lata pokazały, że potrafimy w sposób bezpieczny i efektywny prowadzić tam nasze interesy – dodaje.

Grupa Plast-Box jest znaczącym producentem opakowań z tworzyw sztucznych typu pudełka, wiaderka, skrzynki, pracującym w formule B2B. Plast-Box eksportuje swoje wyroby do zdecydowanej większości krajów Europy, w tym między innymi do Niemiec, Francji, Austrii i Wielkiej Brytanii, oraz na wschód – głównie na Ukrainę.

Jastrzębie przebudzenie szefowej Fed Janet Yellen

Niekwestionowanym wydarzeniem wtorkowej sesji było wystąpienie Janet Yellen, przewodniczącej Fed, która zdecydowała się na podtrzymanie jastrzębiej retoryki. W tekście jej przemowy uwagę zwróciły wzmianki dotyczące obaw o zbyt wygładzoną ścieżkę stóp procentowych, co może godzić nie tylko w kondycję sektora finansowego, ale również podbijać ryzyko przegrzania się amerykańskiej gospodarki. Co więcej, obawy Yellen dotyczące trajektorii inflacji uległy wyraźnemu wymazaniu. Jej wzmianki dotyczące niepewności osiągnięcia założonego celu zostały zamienione przez akcentowanie wpływu czynników tymczasowych na obserwowane procesy cenowe.

Obecnie sile dolara nie jest w stanie oprzeć się żadna z walut koszyka G10. Najbardziej skromne osłabienie notują dolar kanadyjski (-0,2 proc.) oraz funt szterling (-0,2 proc.), który w trakcie najbliższych godzin może ponowić atak na poziom 1,3500. Po wczorajszym wystąpieniu na fali odpływu kapitału znajdują się bezpieczne przystanie. Na przestrzeni dnia japoński jen osłabił się o 0,5 proc., wypychając tym samym kurs USD/JPY w okolice poziomu 112,20.

We wtorkowym kalendarzu makroekonomicznym uwagę zwracały doniesienia zza oceanu, wśród których prym wiodły dane dotyczące konsumenckiego sentymentu. Zgodnie z indeksem sporządzanym przez Conference Board należy mówić o nieco silniejszym pogorszeniu nastrojów, bowiem wrześniowy wskaźnik uplasował się na poziomie 119,8 pkt (konsensus: 120,0 pkt). Za powyższym rozczarowaniem stoi solidna rewizja danych za sierpień. W minionym miesiącu wskaźnik oceny sytuacji bieżącej uplasował się na poziomie 148,4 pkt wobec uprzednio podanych 151,2 pkt. Niezbyt korzystny wydźwięk publikacji wzmacniały dane z amerykańskiego rynku nieruchomości. W sierpniu przedmiotem transakcji było raptem 560 tys. nowych domów, tj. 3,4 proc. mniej niż to odnotowano w lipcu (konsensus: 2,5 proc.). W następnych miesiącach spodziewamy się istotnego odbicia wskaźnika, co uzasadniamy falą klęsk żywiołowych nawiedzających Stany Zjednoczone.
Swoje pięć minut miały doniesienia z polskiej gospodarki. W trakcie dzisiejszej sesji gabinet szydło przyjął projekt ustawy budżetowej na 2018 rok, w której założono dynamikę PKB na poziomie 3,9 proc. oraz średnioroczną inflację rzędu 2,3 proc. Powyższe wartości należy ocenić jako realne do osiągnięcia przez polską gospodarkę. W pierwszym budżecie przekraczającym próg 800 mld PLN uwagę zwraca w miarę bezpieczny poziom deficytu na poziomie 2,7 proc. PKB. Istotnym obciążeniem pozostaje finansowanie programu Rodzina 500 Plus, który ma pochłonąć 24 mld PLN, tj. 1,3 mld PLN więcej niż w 2017 roku. Na wyższy limit wydatków w nowych dokumencie rządu Szydło może liczyć nie tylko obrona narodowa, ale również budownictwo. Zgodnie z planem na pakiet Mieszkanie Plus zostanie przeznaczone 2,1 mld PLN. Zgodnie z założeniami zarządzania długiem należy oczekiwać relatywnie niewielkiego wzrostu (0,4 pp.) relacji długu do PKB, która powinna uplasować się na poziomie 54,2 proc. Zaprezentowane doniesienia nie wpłynęły na sentyment wobec polskiego złotego, który z przeceną rzędu 1,0 proc. jest najsłabszą walutą koszyka Emerging Markets. Na koniec dnia USD/PLN balansuje przy 3,6400, EUR/PLN przy 4,2900, GBP/PLN wraca w okolice 4,8900, a CHF/PLN notuje ruch do 3,7500.

Koniec sesji na Starym Kontynencie stał pod znakiem wyraźnego podziału nastrojów. Dość skromnymi wzrostami może pochwalić się frankfurcki DAX (0,1 proc.), którego motorem napędowym okazały się być walory Linde (2,9 proc.) oraz Volkswagena (2,4 proc.). Apetyt na bardziej pokaźny ruch w stronę północy ograniczył Adidas (-2,4 proc.) będący podejrzany o korupcję w amerykańskiej uczelnianej lidze koszykówki. Na londyńskim parkiecie o miano lidera notowań walczyły NMC Health (2,8 proc.), który planuje ekspansję na saudyjski rynek opieki zdrowotnej, oraz Carnival (2,7 proc.) po rewizji prognoz wyników pomimo klęsk żywiołowych w Stanach Zjednoczonych. Listę komponentów indeksu FTSE 100 (-0,2 proc.) zamknęło Shire (-2,4 proc.) dystansujące się od przeceny WPP (-1,7 proc.) spowodowanej publikacją niezbyt przychylnej noty analitycznej przez Morgan Stanley.

Ze zniżkowych nastrojów nie udało się wyłamać giełdzie przy Książęcej. Nastroje w indeksie WIG 20 (-0,4 proc.) próbowała poprawić Energa (3,1 proc.), której udało się odskoczyć wzrostom spółek paliwowych. W cieniu wzrostów Lotosu (2,6 proc.) znalazło się między innymi PGE (1,2 proc.) za sprawą doniesień o wysokim efektywnym popycie na surowce wydobywane przez PGG. Na samym dnie zestawienia pojawiło się LPP (-3,5 proc.). Nieco skromniejszy ruch w stronę południa notuje CCC (-2,9 proc.) oraz sukcesywnie wymazujący ostatnie wzrosty Bank Zachodni WBK (-2,8 proc.).

Na rynku surowców stosunkowo udany wtorek notują listopadowe kontrakty na sok pomarańczowy, których 1,0 proc. zwyżka odskakuje wzrostom cen palladu (0,5 proc.). W wyraźnym odwrocie znajdują się metale szlachetne. Obecnie najsilniejszą przecenę notuje srebro (-1,8 proc.), którego uncja balansuje przy poziomie 16,89 USD. Dużo skromniejszy ruch w stronę południa ma za sobą złoto (-0,8 proc.) tańczące przy 1 300 USD za uncję. Liderem przeceny w gronie surowców pozostają marcowe kontrakty na cukier, które na przestrzeni dnia tracą 3,8 proc.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Dolar najdroższy od miesiąca, oczy skierowane na Yellen i Macrona

We wtorek dolar drożej o ponad 2 grosze w ślad za spadkiem kursu EUR/USD. Tym samym jest on najdroższy od miesiąca. Tendencja ta może jeszcze się pogłębić.

Temat niedzielnych wyborów parlamentarnych w Niemczech wciąż pozostaje jednym z głównych tematów na rynku walutowym. Obawy przed długim formowaniem nowej rządowej koalicji, a także malejące w ocenie komentatorów szanse na ściślejszą integrację strefy euro, osłabiają wspólną walutę w relacji do dolara, ściągając dziś kurs EUR/USD poniżej 1,18, czyli do poziomów nieoglądanych od 25 sierpnia. Aczkolwiek w tym miejscu trzeba podkreślić, że niemiecka polityka to nie jedyny pretekst do spadków. Za ruchem w dół stoją też nieudane ataki euro na barierę 1,20, oczekiwanie na środową prezentację założeń reformy podatkowej w USA, a także gołębie wypowiedzi przedstawicieli Europejskiego Banku Centralnego (ECB).

Drugi kolejny dzień wyprzedaży EUR/USD odciska swe piętno na notowaniach złotego. Traci on na wartości do głównych walut. Zwłaszcza do dolara, który drożeje o ponad 2 grosze. O godzinie 13:54 kurs USD/PLN testował poziom 3,6315 zł i był on najwyżej od miesiąca. W tym czasie za euro trzeba było zapłacić 4,28 zł, szwajcarski frank kosztował 3,7365 zł, a funt 4,8715 zł. Do końca dnia krajowy rynek walutowy pozostanie pod głównym wpływem czynników globalnych.

W godzinach popołudniowych uwaga inwestorów będzie się koncentrować przede wszystkim na wystąpieniach bankierów centralnych, przemówieniu prezydenta Francji, a także serii publikacji makroekonomicznych z USA.

Liczne wystąpienia przedstawicieli czołowych banków centralnych są jednym z głównych wydarzeń obecnego tygodnia. Inwestorzy traktują je jako wskazówki co do przyszłych decyzji tych banków. Wczoraj głos zabrał Mario Draghi, prezes Europejskiego Banku Centralnego (ECB), który powtórzył, że europejska gospodarka wciąż potrzebuje pewnego wsparcia ze strony polityki monetarna, a ewentualne decyzje odnośnie wartości programu skupu aktywów będą podejmowane na październikowym posiedzeniu.

Dziś głos zabierze szefowa Fed Janet Yellen. Jej wystąpienie zaplanowane jest na godzinę 18:45 czasu polskiego. Weźmie ona udział w dorocznym spotkaniu National Association fot Business Economics w Claveland. Jej słowa, podobnie jak wcześniejsze wystąpienia Mester (godz. 15:30), Brainard (godz. 16:30) i Bostic (godz. 18:30) z Fed, będą analizowane w kontekście prawdopodobieństwa grudniowej podwyżki stóp procentowych w USA.

Innym ważnym wystąpieniem będzie zaplanowane na godzinę 15:00 przemówienie prezydenta Francji Emmanuela Macrona na paryskiej Sorbonie, gdzie zaprezentuje swoje propozycje niezbędnych reform Unii Europejskiej.

Trzecim elementem mogącym mieć wpływ na decyzje inwestorów, a więc i pośrednio na złotego, będą dane z USA. O godzinie 15:00 zostanie opublikowany indeks S&P/Case-Shiller odnoszący się do cen domów (prognoza: 5,8 proc. R/R), a godzinę później będą to indeksy zaufania konsumentów (prognoza: 120 pkt.) i Fed z Richmond (prognoza: 13 pkt.) oraz sierpniowe dane nt. sprzedaży nowych domów (prognoza: 585 tys.).

Marcin Kiepas, niezależny analityk

Marek Dietl prezesem Zarządu GPW

  • 26 września 2017 r. Komisja Nadzoru Finansowego wydała zgodę na powołanie Marka Dietla w skład Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie i powierzenie mu funkcji prezesa Zarządu
  • Decyzję o powołaniu go na stanowisko prezesa Zarządu GPW podjęło 19 czerwca 2017 r. Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW

26 września, po otrzymaniu wymaganej zgody Komisji Nadzoru Finansowego, Marek Dietl obejmuje stanowisko prezesa Zarządu GPW.

– Dziękuję pracownikom, członkom Zarządu i Rady Nadzorczej Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie za ich pracę w okresie oczekiwania na powołanie prezesa. Praca w okresie przejściowym jest trudna. Można śmiało stwierdzić, że wszyscy stanęli na wysokości zadania – dbając o Giełdę i cały rynek kapitałowy. Ogromnie się cieszę, że dołączam do tak profesjonalnego zespołu – powiedział Marek Dietl, prezes Zarządu GPW.

Uchwałę w sprawie powołania Marka Dietla na stanowisko prezesa Zarządu GPW podjęło Zwyczajne Walne Zgromadzenie GPW 19 czerwca 2017 r. Uchwała wejdzie w życie w momencie doręczenia GPW decyzji Komisji Nadzoru Finansowego w sprawie udzielenia zgody na dokonanie zmiany w składzie Zarządu GPW SA.

Marek Dietl

Marek Dietl jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. Tytuł doktora nauk ekonomicznych uzyskał w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Podczas studiów doktoranckich odbył staż w University of Glasgow. Od 2012 r. jest adiunktem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie (SGH). W latach 2012-2013 odbył staż na Uniwersytecie Ekonomicznym w Essex. Ukończył także specjalistyczne dwuletnie studia w zakresie finansów EY Executive Studies in Finance.

W latach 1999-2008 Marek Dietl pracował w międzynarodowej firmie doradczej Simon-Kucher & Partners, w której przeszedł wszystkie szczeble kariery od praktykanta do prokurenta i lidera warszawskiego biura. W latach 2008-2012 pracował w Krajowym Funduszu Kapitałowym, najpierw jako menedżer inwestycyjny, następnie jako zastępca dyrektora inwestycyjnego.

Marek Dietl zdobył doświadczenie w ponad dwudziestu Radach Nadzorczych, Komisjach Rewizyjnych, Komitetach Inwestycyjnych (Selekcyjnych) m.in. Atende S.A., Banku Gospodarstwa Krajowego, BSC Drukarnie Opakowań S.A., Mercator Medical S.A., Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, PZU Witelo FIZAN.

Marek Dietl podejmował również działalność społeczną i ekspercką jako: Doradca Prezydenta RP, Doradca Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki, mediatora w sądzie polubownym przy Komisji Nadzoru Finansowego, Radzie Edukacji Ekonomicznej Narodowego Banku Polskiego, ekspert Business Centre Club oraz Instytutu Sobieskiego. Kierował zespołami ds. Instrumentów Finansowych powołanymi przez Dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Nadchodzą znaczące zmiany na rynku cukru

Z początkiem października 2017 roku przestaną obowiązywać dotychczasowe regulacje na unijnym rynku cukru. Zlikwidowane zostaną wyznaczone dla poszczególnych krajów UE kwoty produkcji cukru i izoglukozy. Zniesiona będzie również cena referencyjna cukru,  minimalna cena  skupu buraków cukrowych oraz opłaty produkcyjne. Niewątpliwie zmiany te dotkną zarówno producentów cukru, jak i  producentów buraków cukrowych.

Wejście w życie nowych regulacji oznacza, że wielkość produkcji cukru w poszczególnych krajach będzie w dużo większym stopniu zależeć od uwarunkowań rynkowych. To one będą decydować o wielkości zapotrzebowania na ten surowiec. Według analiz Komisji Europejskiej, Polska, obok takich krajów jak Francja, Niemcy, Belgia i Holandia, wymieniana jest jako kraj o konkurencyjnych warunkach produkcji buraków cukrowych.

Polska jest trzecim, po Francji i Niemczech, największym producentem buraków cukrowych w Unii Europejskiej. Uprawa buraków cukrowych w Polsce obejmowała 36,6 tys. gospodarstw. Powierzchnia upraw w  2016 roku wyniosła 206 tys. hektarów, co stanowiło 14,5 proc. ogólnej powierzchni upraw w UE. Jednak w porównaniu z 2004 rokiem areał wykorzystany pod uprawę zmniejszył się aż o 31 proc. Warto również zauważyć, że w połowie lat 70. powierzchnia uprawy była ponad dwukrotnie większa niż obecnie i wynosiła  ok. 500 tys. ha. Co więcej,  tuż po II wojnie światowej, w 1947 roku, w Polsce buraki uprawiano na większej powierzchni (209 tys. ha) niż w 2016 roku. Z zebranych buraków w sezonie 2016/17 wyprodukowano w Polsce 2,05 mln ton cukru, co stanowiło 13,3 proc. produkcji cukru w UE.

Nadchodząca liberalizacja rynku cukru skłoniła zarówno producentów w Polsce, jak i w innych krajach Unii, do zwiększenia upraw buraków cukrowych, które po raz pierwszy od pięciu dekad nie będą podlegały żadnym regulacjom. Według szacunków Komisji Europejskiej w 2017 roku powierzchnia ich upraw będzie o 16 proc. większa niż przed rokiem. W Polsce według szacunków Instytutu Ekonomiki i Rolnictwa Gospodarki Żywnościowej, w tym roku areał upraw buraków zwiększył się o 7 proc. do 220 tys. hektarów.

Według prognoz Komisji Europejskiej w sezonie 2017/2018 w UE produkcja cukru białego wyniesie 20,1 mln ton, tj. o 20 proc. więcej niż w poprzednim sezonie, ale tylko o 3 proc. więcej niż w sezonie 2014/2015. Oznacza to, że produkcja cukru w UE wciąż będzie o 1,8 mln ton mniejsza od jego zużycia. Różnica ta będzie jednak znacznie mniejsza niż w trzech poprzednich sezonach, kiedy wyniosła 3,3 mln ton.

Przy założeniu podobnego jak w sezonie poprzednim zużycia wewnętrznego cukru w UE, jego bilans będzie zależał od relacji cen cukru białego w UE w stosunku do cen światowych. Według założeń ekspertów Komisji Europejskiej, ze względu na spadek cen cukru w UE i dostosowanie ich do cen światowych, import może znacznie się obniżyć o 49 proc. do 1,5 mln ton.

W sytuacji dostosowania się unijnych cen cukru do cen światowych, szacuje się, że wolumen eksportu cukru z UE może zwiększyć się nawet dwukrotnie do 2,8 mln ton. Przy takim scenariuszu, na koniec sezonu 2017/2018 poziom zapasów może osiągnąć niski poziom tj. 1 mln ton, czyli nieco mniejszy niż na koniec sezonu 2016/2017.

Paweł Wyrzykowski, analityk rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas

Sprawdź, jakie prawa przyznaje Ci RODO

Anna Dmochowska, ekspert ds. ochrony danych ODO 24
Anna Dmochowska, ekspert ds. ochrony danych ODO 24

W centrum unijnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych został postawiony obywatel. RODO przyznaje mu prawo do niepodlegania decyzji opierającej się wyłącznie na zautomatyzowanym przetwarzaniu, w tym profilowaniu wywołującym skutki prawne. Ponadto wszelkie informacje powinny być do niego kierowane w sposób precyzyjny i zrozumiały. Co oznacza to w praktyce? Na co muszą przygotować się przedsiębiorcy?

Prawo do bycia zapomnianym

Dzięki Artykułowi 17 unijnego rozporządzenia zyskujemy prawo do usunięcia naszych danych ze wszystkich źródeł. Na nasz wniosek osoby, której dane dotyczą, administratorzy danych zobowiązani są do niezwłocznego wykasowania wszelkich dotyczących nas danych osobowych ze wszystkich systemów, w których są przetwarzane.

Jest to tylko z pozoru łatwa czynność. Samo usuwanie danych ze wszystkich źródeł będzie dość problematycznym procesem. Nie zawsze administrator danych osobowych ma bowiem świadomość wszystkich źródeł pochodzenia danych i miejsc ich przechowywania, nadto ich usuwanie może w praktyce spowodować naruszenie innych danych zapisanych na tych samych nośnikach a nie objętych procesem skorzystania z prawa do bycia zapomnianym. Z punktu widzenia organizacji dostosowanie się do zmian wynikających z przepisów RODO jest zadaniem wymagającym wdrożenia odpowiednich procedur. Każdy bowiem wniosek o usunięcie danych osobowych będzie musiał być rozpatrzony i zrealizowany bez zbędnej zwłoki – mówi adw. Anna Dmochowska, ekspert ds. ochrony danych ODO 24.

Zautomatyzowane podejmowanie decyzji w indywidualnych przypadkach, w tym profilowanie

Nowe rozporządzenie Unii Europejskiej wprowadza prawo do niepodlegania decyzji opierającej się wyłącznie na zautomatyzowanym przetwarzaniu, w tym profilowaniu i wywołuje wobec tej osoby skutki prawne. Profilowanie polega na dowolnym zautomatyzowanym przetwarzaniu danych osobowych pozwalającym ocenić czynniki osobowe osoby fizycznej. Wykorzystują je np. aplikacje bankowe, które na podstawie pozyskanych informacji automatycznie oceniają naszą zdolność kredytową. Warto wiedzieć, że o profilowaniu musimy zostać poinformowani na etapie zbierania danych osobowych.

Wprowadzenie ograniczenia profilowania spowoduje z pewnością konieczność modyfikacji istniejących formularzy zgód, na podstawie których przedsiębiorcy mogą przetwarzać dane osobowe. Aby przygotować się do wdrożenia zasad opisanych w unijnym rozporządzaniu firmy powinny w pierwszej kolejności  ocenić, w jakich procesach wykorzystują profilowanie klientów oraz kiedy decyzje te są podejmowane w sposób automatyczny i wywołują wobec danej osoby skutki prawne – mówi adw. Anna Dmochowska.

Większy zakres informowania i przystępny język

W RODO bardzo mocno podkreślana jest waga retencji danych. Firmy podczas zbierania informacji zobowiązane będą do podania okresu ich przechowywania. W przypadku kiedy nie będzie to możliwe przedsiębiorcy będą musieli przedstawić kryteria jego ustalenia. Do tej pory konieczność wskazania takich informacji nie była wymagana przez prawo.

Co istotne w kontaktach z osobą, której dane dotyczą administrator danych osobowych, jak i procesor – firma, której powierzane są dane – już teraz powinni kierować się zasadą przejrzystości. Wszelkie informacje należy udzielać precyzyjnie, jasno i w terminie miesiąca od zapytania – uzupełnia ekspert ODO 24.

Ponadto dzięki nowym przepisom zyskujemy możliwość bezpośredniego kontaktu z Inspektorem ochrony danych  – IOD (obecny administrator bezpieczeństwa informacji – ABI). Rozporządzenie nie określa, jakie dane kontaktowe Inspektora powinny  podawać firmy. Zaleca się jednak, aby były to informacje, które pozwolą na nawiązanie kontaktu w łatwy sposób, np. poprzez maila.

Podsumowanie 1 półrocza 2017 r. w kredytach

W I półroczu 2017 r. na rynku kredytowym panowały wzrosty zarówno w udzielonych kredytach mieszkaniowych, jak i wzrosty średnich kwot przyznanych kredytów i limitów we wszystkich produktach kredytowych. Charakterystyczną obserwacją dla tego okresu jest wyraźna tendencja ograniczania przez większość banków udzielania kredytów na niższe kwoty. Ponadto, na rynku kredytów dla osób prywatnych zwraca uwagę wysoki poziom koncentracji – pięć banków liderów udziela ponad połowy kredytów w Polsce. BIK Indeks Jakości Kredytów potwierdza utrzymującą się wysoką jakość kredytów, udzielanych osobom prywatnym.

Kredyty konsumpcyjne – główne obserwacje

Sektor bankowy wyraźnie koncentruje swoją ofertę kredytów konsumpcyjnych w coraz wyższych kwotowo segmentach. Wyniki 1 półrocza br. pokazały, że liczba kredytów na kwoty poniżej 4 tys. była niższa niż rok wcześniej, nawet po uwzględnieniu transakcji firm pożyczkowych. Zwraca uwagę fakt, że klienci firm pożyczkowych w zdecydowanej większości obsługują jednocześnie kredyty bankowe. Sytuacja ta może w dalszej perspektywie prowadzić do wpadania części kredytobiorców w spiralę zadłużenia poprzez zaciąganie kolejnych zobowiązań w firmach pożyczkowych.

Wartość udzielonych kredytów w I półroczu 2017 r. jest wyższa niż przed rokiem.

– W I półroczu 2017 r. banki i SKOK-i udzieliły 3412 tys. kredytów konsumpcyjnych, jest to o 3% mniej niż przed rokiem. Zbliżone spadki r/r odnotowaliśmy w I półroczu 2016 r. – mówi dr Andrzej Topiński, główny ekonomista BIK. – Firmy pożyczkowe udzieliły w I półroczu 2017 r. 962 tys. pożyczek, o 9,4% więcej niż rok wcześniej. Część wzrostu wynika z zacieśniania przez firmy pożyczkowe współpracy z BIK-iem – dodaje dr Topiński z BIK.

Dwa wskaźniki w segmencie kredytów konsumpcyjnych pozostają stabilne w 1 półroczu 2017 r. – należy do nich jakość udzielanych kredytów konsumpcyjnych oraz stała liczba kredytobiorców.

Kredyty mieszkaniowe – kontynuacja tendencji wzrostowej

W I półroczu 2017 r. banki udzieliły 108 tys. kredytów mieszkaniowych, tj. o 5,7% więcej niż w 2016 r. Natomiast, w wymiarze wartościowym wzrost był ponad dwukrotnie wyższy (12,7%).

Dobre wyniki wiązano na ogół z programem MdM.

– Gdyby MdM był główną przyczyną ożywienia sprzedaży kredytów mieszkaniowych, to w II kwartale wzrosty wygasłyby wraz z wykorzystaniem puli dopłat, jednak tak się nie stało, bo utrzymuje się wysoki poziom liczby i kwoty udzielanych kredytów na mieszkania – mówi dr Topiński. – Jeśli, co wydaje się prawdopodobne, sprzedaż kredytów mieszkaniowych w II półroczu 2017 r. utrzyma się na poziomie II kwartału, to wskaźnik dynamiki za cały 2017 r. wyniesie 11,6%, a w IV kwartale nawet 19,7%. Przewidywania te należy jednak interpretować ostrożnie – dodaje główny ekonomista BIK.

Liczba kredytobiorców obsługujących kredyty walutowe stale spada. Portfel kredytów walutowych maleje między innymi wskutek umacniania złotego. Wahania kursowe wydają się nie mieć wyraźnego wpływu na spłacalność kredytów walutowych. Kredyty te spłacane są dobrze, średnio lepiej niż kredyty złotowe.

Jakość portfeli kredytów mieszkaniowych jest stabilna. W I półroczu 2017 r. do statusu opóźniony >30 dni weszło o 23% mniej rachunków niż w 2014 r, do statusu >60 mniej o 19%, a do statusu >90 dni mniej o 18,5%. Wszystko to świadczy o dobrej kondycji portfeli kredytów mieszkaniowych.

Karty kredytowe – dla sprawdzonych klientów

W I półroczu wystąpiła rekordowo niska liczba otwieranych rachunków kart kredytowych – otwarto o 6,2% mniej rachunków niż rok wcześniej. Liczba posiadaczy kart kredytowych, a także liczba osób używających karty jest stabilna, nie ulega większym zmianom, przy spadku wydawnictwa nowych kart. Co piąty posiadacz nie używa swojej karty.

– Od trzech lat maleje liczba otwieranych rachunków kart kredytowych. Spadek wydawnictwa kart ma kilka przyczyn, m.in. kilka banków wydawało karty kredytowe osobom zaciągającym kredyty ratalne i rozliczało ich kredyty na rachunkach tych kredytów – ostatnio praktyka ta wygasa – tłumaczy dr Topiński z BIK.

Obserwowanej słabej dynamice rynku kart kredytowych, towarzyszy wzrost limitów kredytowych przyznawanych zarówno na nowych kartach, jak i na kartach czynnych. Banki wydają się wycofywać z używania kart w „cross sellingu”, koncentrując się w większości na wydawaniu kart sprawdzonym klientom.

Kredyty mikroprzedsiębiorców – wzrost w liczbie i wartości

Rośnie zarówno liczba, jak i wartość kredytów mikroprzedsiębiorców. W 1 półroczu 2017 r. wielkość portfela wzrosła o 9,3% a wartość o 11%; łącznie banki udzieliły 115 tys. kredytów firmowych na kwotę 11 mld zł.

W strukturze kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom w I półroczu 2017 r. dominuje kredytowanie działalności bieżącej – 67% kwoty udzielonych kredytów w pierwszym półroczu 2017: 42% wartości kredytów udzielanych mikroprzedsiębiorcom to kredyty obrotowe a 24,7% to kredyty w rachunku bieżącym.

Udział kredytów mikroprzedsiębiorców opóźnionych w obsłudze >90 dni w portfelach bankowych jest od 3 lat stabilny i kształtuje się na poziomie ok. 11% w ujęciu wartościowym.

75 proc. klientów e-sklepów nie finalizuje zakupów

Według Fullestop w I kw. 2017 r. globalny wskaźnik klientów, którzy nie sfinalizowali transakcji w e-sklepach, wyniósł ponad 75 proc. Każdego roku firmy tracą z tego powodu 4 biliony dolarów. Powodem porzucania zakupów w wirtualnych koszykach są złe doświadczenia w korzystaniu z aplikacji mobilnych sklepów lub internetowych serwisów sprzedażowych. Na szczycie listy rzeczy, które najbardziej przeszkadzają użytkownikom, znalazło się m.in.: zawieszanie się systemów, konieczność zakładania konta, by dokonać zapłaty czy powolny proces sprawdzania poprawności zamówienia. Dbanie o zadowolenie klientów jest kluczowe – jak wynika z analiz firmy Walker[1], do 2020 r. customer experience (CX) stanie się czynnikiem wyróżniającym daną markę, ważniejszym nawet niż cena czy sam produkt. Z kolei Genesys wśród trzech najważniejszych korzyści, jakie zyskuje firma, inwestując w poprawę doświadczeń kupujących, wymienia: zwiększenie lojalności i satysfakcji klientów oraz wsparcie cross- i upselling-u[2].

Niezadowolony klient nie finalizuje transakcji

Zakupy w sieci stają się coraz bardziej popularne. Już 55 proc. polskich internautów nabywa produkty w ten sposób, a wartość krajowego rynku e-commerce przekracza 34 mld zł[3]. Jednak nie wszystkie firmy w pełni wykorzystują potencjał tego kanału. Według badania przeprowadzonego przez Fullestop, w I kw. 2017 r. wskaźnik klientów, którzy nie sfinalizowali transakcji, porzucając koszyk w wirtualnych sklepach wyniósł 75,6 proc. Jakie są powody takiego zachowania konsumentów? Za 3/4 wszystkich porzuceń koszyków odpowiadają zbyt wolno działające strony sklepów internetowych. Wśród innych przyczyn znalazły się: dodatkowe koszty, np. konieczność zapłaty za przesyłkę (61 proc.), wymóg założenia konta w sklepie internetowym, by dokonać zakupy (35 proc.), zbyt skomplikowany proces sprawdzania poprawności zamówienia (27 proc.) i zawieszanie się stron www (22 proc.)[4]. Z powodu braku finalizacji zamówień przez e-klientów, firmy mogą tracić nawet 4 biliony dolarów rocznie.

– Jak podaje firma SeeWhy, 1/3 klientów, którzy porzucili koszyk, nie będzie chciała dokończyć zakupów, powracając na stronę internetową marki lub udając się bezpośrednio do sklepu stacjonarnego producenta. Co więcej, niezadowolony klient nie tylko może nie powrócić do danej marki, ale 13 proc. spośród nich wystawi jej negatywną ocenę, a o swoich odczuciach wspomni minimum 15 osobom – komentuje Marek Safiejko, CEO 9bits. – Z drugiej strony, blisko 9 na 10 kupujących jest w stanie zapłacić więcej w zamian za posiadanie lepszych doświadczeń podczas robienia zakupów przez Internet.

Customer experience: 3 razy TAK

Do 2020 r. customer experience ma stać się ważniejszym wyróżnikiem marki niż cena czy nawet sam produkt. Już teraz 82 proc. firm uważa doświadczenie klientów za czynnik, który pozwala im uzyskać przewagę konkurencyjną[5]. – Firmy, które w najbliższym czasie nie zmienią swojego modelu biznesowego i nie wdrożą rozwiązań, które pozwolą na monitorowanie i analizowanie odczuć klientów związanych z kupowaniem przez Internet oraz zapewnią, że już pierwszy kontakt ze sklepem internetowym danej marki sprawi, że w przyszłości do niej powrócą, stracą niebywałą okazję biznesową i zostaną w tyle za konkurencją. Jeżeli jednak wykorzystają tę szansę, mogą liczyć na sukces. Wśród trzech najważniejszych korzyści, jakie daje aktywne zarządzanie przedsiębiorstwem i zainwestowanie w CX Genesys wymienia: zwiększenie lojalności klientów i satysfakcji klientów (odpowiednio 42i 33 proc.) oraz wsparcie cross- i upselling-u (32 proc.) – wyjaśnia Marek Safiejko, 9bits.

Jak skutecznie poprawić CX, czyli rola kanału mobile

Ponad połowa konsumentów (52,3 proc.), którzy porzucili koszyk w wirtualnym sklepie w 2017 r., dokonywała zakupów korzystając z urządzeń mobilnych[6]. Dane zebrane przez portal Statcounter.com pokazały, że w zeszłym roku po raz pierwszy światowe statystyki ruchu mobile okazały się wyższe niż te dla ruchu desktop. Ponad 51 proc. wszystkich użytkowników Internetu korzysta obecnie z urządzeń mobilnych. Dla Polski ten odsetek jest wyższy i wynosi 56 proc., podczas gdy z urządzeń typu desktop korzysta 42 proc.[7]. – W efekcie bardzo dynamicznego rozwoju technologii, na których oparte jest działanie smartfonów, pojawiania się na rynku coraz to nowszych rozwiązań z obszaru mobile design & development oraz dzięki szybkiemu Internetowi w standardzie LTE, jesteśmy w stanie załatwić coraz więcej spraw jedynie przy wsparciu naszego smartfona. Obowiązki zawodowe, potrzeby prywatne, ale przede wszystkim wygoda sprawiają, że pozostajemy on-line przez większość dnia, nie rozstając się z telefonem (lub innym urządzeniem mobilnym). Po smartfona sięgamy także wtedy, gdy planujemy zakupy w sieci, dlatego, jak podaje firma SuperOffice.com, 84 proc. marek, które określają siebie mianem ‘customer-centric’, skoncentrowanych jest na budowaniu customer experience w kanałach mobilnych[8] – komentuje Marek Safiejko, 9bits.

Za złe doświadczenia w kontakcie z daną marką odpowiadają nie tylko wadliwe witryny internetowe. Problem dotyczy także aplikacji mobilnych, za pośrednictwem których firmy sprzedają swoje produkty. Aż 1,5 mln spośród 1,6 mln aplikacji obecnych na rynku nie zdaje testu CX[9], bo są za wolne, zawieszają się lub nie działają w taki sposób, w jaki obiecywał producent. Stworzenie strony mobilnej sklepu internetowego lub udostępnienie klientom aplikacji na smartfony, dzięki której będą mogli w dowolnym czasie i miejscu kupić wybrane produkty jednak nie wystarczy. Te rozwiązania muszą być przyjazne użytkownikowi i tym samym zachęcać do powtórnych zakupów. W przeciwnym wypadku, konsumenci nie będą zadowoleni z komunikacji z daną firmą przez kanał mobilny i zainteresowanie marką zmaleje, co potwierdzają np. dane zebrane przez WOW Local Marketing. 52 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało, że są mniej chętni zostać lojalnym klientem firmy, jeżeli wcześniej mieli złe doświadczenia związane z obsługą jej strony mobilnej, a 66 proc. przyznało, że zawiodło się na stronie mobilnej firmy, którą lubią.

Bez względu na to, w jaki sposób konsumenci ostatecznie nabywają produkty, kupując je w sklepie stacjonarnym czy internetowym, dla wielu z nich pierwszym kontaktem z daną marką jest właśnie kanał mobilny.

– Jeżeli strona mobilna danej firmy zrobiła na nas dobre wrażenie, tzn. grafika i wszystkie kluczowe elementy strony załadowały się po kilku sekundach, a poruszanie się po systemie było intuicyjne i w dodatku nie mieliśmy problemów ze znalezieniem konkretnych informacji, jest duże prawdopodobieństwo, że będziemy o tym pamiętać podczas kolejnych zakupów – zauważa Marek Safiejko, 9bits.

Konsumenci nie poprzestają tylko na oglądaniu produktów na swoich smartfonach i tworzeniu wirtualnych list zakupów w drodze do pracy, a coraz częściej traktują urządzenia mobilne jako alternatywny sposób robienia zakupów. – Dlatego wszystkie firmy, które działają w obszarze e-commerce, idąc za przykładem największych marek odzieżowych i kosmetycznych, które wdrożyły rozwiązania wzmacniające customer experience, chcąc zdobyć lojalnych klientów, powinny pamiętać o kilku zasadach budowania CX w kanałach mobile – podpowiada Marek Safiejko, 9bits.

Jak zdobyć lojalnych klientów, czyli 6 sposobów na usprawnienie customer experience – radzi 9bits

1. Postaw na personalizację

Robienie zakupów w aplikacji mobilnej lub w serwisie internetowym, który został przygotowany pod kątem wymagań stawianych przez użytkowników smartfonów, może być tak samo komfortowe, jak
w asyście profesjonalnego personal shoppera. Wystarczy, że użytkownicy będą mieli do dyspozycji zaawansowany, ale przyjazny i łatwy w obsłudze mechanizm wyszukiwania interesujących ich produktów. Przeglądanie wielu pozycji nie jest wygodne i zabiera zbyt wiele czasu, dlatego po wpisaniu odpowiednich haseł, algorytm wyszukiwarki powinien pokazywać listę tych produktów, które potencjalnie mogą zainteresować konsumenta.

2. Niech goście poczują się jak u siebie, czyli na zakupy bez konta

Wielu konsumentów dopiero w momencie podejmowania próby zapłaty za zakupy dowiaduje się, że nie może sfinalizować transakcji, jeżeli nie ma założonego konta w sklepie internetowym. Proces rejestracji nowego użytkownika jest dodatkowym krokiem podczas robienia zakupów, który może zniechęcić do dalszych kontaktów z daną marką. Zazwyczaj składa się z wielu etapów i nierzadko wiąże się z opuszczeniem aplikacji, np. w celu kliknięcia na link aktywacyjny, a nawet z powtórnym uzupełnianiem formularzy zakupowych. Pominięcie tego kroku byłoby także sporym ułatwieniem nawet dla tych użytkowników, którzy posiadają stałe konta, ale nie chcą poświęcać dodatkowego czasu na logowanie się do systemu.

3. Prosty, ale bezpieczny system płatności, także w kanałach mobilnych

Korzystanie ze smartfonów nie będzie wygodnym sposobem robienia zakupów w sieci, jeżeli jedyną metodą płatności oferowaną przez aplikację mobilną sklepu, będzie przelew bankowy, który dodatkowo użytkownik będzie musiał wykonać od początku do końca samodzielnie, logując się specjalnie do systemu internetowego swojego banku. Dlatego po wyborze operatora, system płatności powinien automatycznie odsyłać do strony mobilnej lub aplikacji banku, gdzie klient musiałby tylko zatwierdzić internetową płatność. Użytkownicy powinni mieć także możliwość wyboru innych opcji płatności, np. kartą, BLIKiem czy poprzez jeden z serwisów dedykowanych płatnościom mobilnym. Bez względu na dostępne metody płatności, klient musi mieć poczucie, że sprzedawca dopełnił wszelkich starań, by transakcja przebiegała w bezpieczny sposób. Nie oznacza to jednak konieczności wypełniania dodatkowych formularzy, ani wpisywania kolejnych haseł bezpieczeństwa.

4. Przechowywanie historii zakupów

Witryna sklepu powinna umożliwiać zapamiętywanie wyborów klientów. Konsumenci często wracają wielokrotnie do tych samych produktów, dlatego ważne jest, aby mogli skrócić czas transakcji, wybierając zapisaną wcześniej listę zakupów, bez konieczności każdorazowego szukania towarów i pojedynczego dodawania ich do koszyka. Wtedy będą częściej powracać także do danej marki.

5. Zadbaj o automatyczny feedback

System sprzedaży powinien uprzedzać ewentualne pytania klienta, czyli automatycznie informować go o wszystkich etapach transakcji, wysyłając potwierdzenia dotyczące złożenia zamówienia, zapłaty, a także wysyłki zakupionego towaru, np. w postaci powiadomień mailowych lub sms. Użytkownik ma wtedy poczucie, że został właściwie obsłużony, a sprzedawca oszczędza sobie w ten sposób czytania dużej ilości wiadomości z zapytaniami od klientów.

6. Wsparcie klienta 24/7

Klient, który w trakcie dokonywania zakupów w mobilnym serwisie napotka problem lub będzie miał pytanie związane z funkcjonowaniem systemu i nie otrzyma pomocy w odpowiednim czasie, z pewnością porzuci zakupowy koszyk i nie będzie chciał powrócić, by sfinalizować transakcję. Warto, aby sklepowe aplikacje mobilne umożliwiały klientom skorzystanie ze wsparcia ze strony działu IT lub działu obsługi klienta, nie tylko w postaci infolinii czynnych nawet w niedzielę. Alternatywą dla ponoszenia wysokich kosztów obsługi klientów przez pracowników są chatboty. To interaktywny program komputerowy, który prowadzi konwersację z konsumentem przy użyciu języka naturalnego, bądź interfejsu tekstowego, sprawiając wrażenie, że klient rozmawia z rzeczywistym konsultantem, który udziela mu fachowej pomocy i odpowiada na jego pytania odnośnie zakupów.

[1] https://www.walkerinfo.com/customers2020/
[2] https://www.superoffice.com/blog/wp-content/uploads/2016/01/why-improve-customer-experience.png
[3] McKinsey & Company, Cyfrowi Polacy – konsumenci w czasach e-rewolucji, 2016.
[4] Dane: Fullestop.
[5] Dane: Dimension Data: http://alias.cloud-marketing.dimensiondata.com/Web/DimensionData/%7B7755a968-ea99-42a4-a7a2-7089682518b5%7D_2016_Global_Contact_Centre_Benchmarking_Report_Summary.pdf
[6] Dane: Fullestop.
[7] http://gs.statcounter.com/.
[8] https://www.superoffice.com/blog/customer-experience-statistics/
[9] https://www.forbes.com/sites/danielnewman/2017/04/04/improving-customer-experience-through-customer-data/#6fab766a4e64.

Walka o talenty z pomocą sztucznej inteligencji wkracza w nową fazę

73% pracowników optymistycznie postrzega rynek pracy w przyszłości i nie obawia się, że technologia zastąpi człowieka. Jednocześnie 74% z nich jest świadoma konieczności zdobywania nowych kompetencji, aby utrzymać pracę w coraz bardziej cyfrowym świecie. Już teraz aż 76% prezesów firm w Europie Środkowo-Wschodniej jako najważniejsze wyzwanie dla biznesu wskazuje brak osób z odpowiednim zestawem kompetencji – wynika z opracowania firmy doradczej PwC „Kapitał ludzki coraz bardziej digital. Jak cyfryzacja zmienia rynek pracy”.

86% respondentów badania PwC (Workforce of the future: the competing forces shaping 2030) jest zdania, że nowe technologie i automatyzacja nie zastąpią kompetencji ludzkich, zmuszają jednak pracowników do większej elastyczności. Dlatego aż ¾ badanych za kluczowy czynnik utrzymania się na rynku pracy uznaje zdolność do przekwalifikowania i zdobywania nowych umiejętności, by dotrzymać kroku zmianom napędzanym przez transformację cyfrową.

Zagrożenie związane z dostępem do kluczowych umiejętności dostrzegają także liderzy biznesowi w naszym regionie. 76% z nich w badaniu PwC „CEO Survey” wskazało właśnie na ten obszar, jako jedno z największych wyzwań obecnie i w nadchodzących latach. Dlatego 78% przyznaje, że jest trakcie zmiany lub już zmieniła strategię zarządzania talentami, aby lepiej odpowiadać na wyzwania przyszłości.

Prezesi przedsiębiorstw słusznie identyfikują wyzwania, jakie stwarza transformacja cyfrowa w zakresie kapitału ludzkiego, nie dostrzegają jednak drugiej strony, czyli szans, a te są przecież ogromne. Z jednej strony można tu wskazać na automatyzację niektórych procesów, z drugiej zaś na jeszcze dalej idące zmiany, które niesie ze sobą wykorzystanie sztucznej inteligencji – w rekrutacji, kształtowaniu ścieżek kariery, budowaniu programów motywacyjnych, czy nawet świadomym współtworzeniu kultury organizacyjnej, która pozwoli zwiększać zaangażowanie i skuteczniej osiągać zakładane cele biznesowe.
Anna Szczeblewska, dyrektor w dziale doradztwa biznesowego, lider zespołu People & Change w PwC

Sztuczna inteligencja – odpowiedź na wyzwania pracowników i pracodawców

Rekrutacja to jeden z obszarów, gdzie sztuczna inteligencja może w istotny sposób pomóc zarówno kandydatom szukającym odpowiedniego zatrudnienia, jak też pracodawcom poszukującym osób o określonym zestawie kompetencji, które dopasują się nie tylko do wymagań, ale też kultury organizacyjnej danej firmy.

Rok temu PwC w Polsce rozpoczęł0 unikalny projekt MatchBeta, wykorzystujący właśnie sztuczną inteligencję w zakresie doradztwa kariery dla studentów i dopasowywania ich do właściwych pracodawców. Pierwszym etapem było zasilenie narzędzia danymi od profesjonalistów oraz ich analiza i wnioskowanie. Dzięki temu obecnie młodzi ludzie mogą zbadać swój potencjał zawodowy i otrzymać rekomendację indywidualnej ścieżki kariery. Mogą też skorzystać z dopasowanych do swojego potencjału ofert pracodawców.

Przez rok test psychologiczny w MatchBeta opracowany wspólnie z ekspertami z Centrum Innowacji Uniwersytetu SWPS wypełniło niemal 3 000 osób. To niezwykle ważne, bo model informacji zwrotnej dla studentów korzystających z naszego narzędzia odzwierciedla faktyczny stan polskiego rynku pracy, nie zaś jedynie założenia teoretyczne. Z platformy korzysta obecnie prawie 1 500 młodych osób. – Ewa Zmysłowska, dyrektor zespołu kapitału ludzkiego w PwC

Nie tylko jednak rekrutacja, ale również utrzymanie talentów czy zapewnienie właściwego poziomu zaangażowania pracowników to wyzwania, na które odpowiedzią może być sztuczna inteligencja. Przykładem takiego zastosowania jest platforma M.A.I.A. (Matching Artificial Intelligence Assistant) stworzona przez PwC. Dzięki niej możliwe jest strategiczne planowanie zasobów ludzkich, usprawnienie rekrutacji, rozwoju pracowników czy zmniejszenie rotacji kluczowych talentów. M.A.I.A. wykorzystuje sztuczną inteligencję do analizy kultury organizacyjnej firmy, potencjału pracowników pod kątem ich kompetencji, czy badania zadowalania z pracy (happines index).

Nowe technologie to nie tylko automatyzacja pracy, co od razu może kojarzyć się z zastępowaniem pracowników przez roboty. To przede wszystkim możliwość zbadania tego, co do tej pory było niemożliwe lub opierało się tylko na intuicji. Narzędzia takie jak M.A.I.A. wspierają decyzje liderów biznesowych wnioskami uzyskanymi z analizy dużych zbiorów danych. W najbliższych latach mogą okazać się kluczowe na coraz bardziej konkurencyjnym rynku pracy. – Anna Szczeblewska, dyrektor w dziale doradztwa biznesowego, lider zespołu People & Change w PwC

Niemcy ciągną kurs euro w dół. Korea straszy

Reżim północnokoreański ogłosił, że to USA wypowiedziało mu wojnę. Niepewność po wyborach w Niemczech. OPEC skutecznie podnosi ceny ropy naftowej.

Rośnie napięcie na linii USA – Korea Północna

Wczoraj na zakończenie sesji ONZ północnokoreański minister spraw zagranicznych oświadczył, że USA wypowiedziały jej wojnę. Komentarze reżimu z Północy zawsze były przesadne, jednakże tym razem nawet mimo filtrowania wypowiedzi inwestorzy zareagowali. Bardzo szybko w górę poszły tzw. bezpieczne inwestycje. Za takie uważane, jest chociażby złoto, które wzrosło o około 1%. W górę szedł również frank szwajcarski. W rezultacie wróciły nerwy kredytobiorców frankowych. Frank nie tylko pożegnał się z poziomem 3,67 zł ale nawet przez chwilę powrócił do 3,75 zł. Co ważne parkiety giełdowe na razie przyjmują te deklaracje w miarę spokojnie. Kolejne dni pokażą nam czy sytuacja będzie eskalować.

Niemcy ciągną euro w dół

Niepewność co do koalicji w Bundestagu po wyborach była wczoraj zdaniem analityków głównym powodem dlaczego euro traciło na rynkach względem dolara. W zależności od tego jak szybko uda się Angeli Merkel zbudować koalicję można spodziewać się stabilizacji na europejskiej walucie.

Kolejne szczyty na ropie naftowej

Wczoraj czarne złoto osiągnęło kolejne wielomiesięczne maksima. Ostatni raz tak drogą ropę widzieliśmy na samym początku tego roku. Co jest powodem wzrostów? Analitycy wskazują na kombinację kilku czynników. Po pierwsze OPEC wywiązuje się z umów o zmniejszeniu wydobycia ropy naftowej. Po drugie już teraz mówi się o przedłużeniu redukcji wydobycia. Dotychczasowa umowa zakłada marzec przyszłego roku. Po trzecie mamy do czynienia z Turcją, która ma problemy z kurdyjskim ruchem autonomicznym. Nadchodzące referendum w Iraku na terenach kontrolowanych przez kurdów może zaostrzyć sytuację na Wschodzie kraju. Już teraz zapowiedziano reakcje w tym sankcje ekonomiczne. Jeżeli mowa o sankcjach to najprawdopodobniej będzie to dotyczyło właśnie eksportu ropy. Jak reagują waluty? Jak to często bywa w takiej sytuacji głównym beneficjentem z naszego regionu jest rosyjski rubel.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
16:00 – USA – indeks zaufania konsumentów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Deklaracja wojny? Wzrost napięcia z konsekwencją na kurs dolara

Podczas przemowy w Nowym Jorku Ri Yong Ho, minister spraw zagranicznych Korei Północnej, określił ostatnie tweety prezydenta Donalda Trumpa o jego kraju jako „wyraźną deklarację wojny”, dodając, że Pyongyang ma prawo do zestrzelenia amerykańskich bombowców. W związku z tymi nowymi agresywnymi wypowiedziami ze strony północnokoreańskich oficjeli wobec władz USA, amerykański dolar tracił na wartości do walut będących bezpiecznymi przystaniami – japońskiego jena (do poniżej 112 JPY) i szwajcarskiego franka (najniższy poziom od 4 dni). Jen zyskiwał wyraźnie także do innych walut, np. euro. Wzrost światowego napięcia pompuje również ceny ropy naftowej i złota.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena
(-0,56%), a zyskuje do euro (+0,61%), brytyjskiego funta (+0,58%), dolara kanadyjskiego (+0,36%) oraz dolara australijskiego (+0,26%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,185, GBP/USD – 1,349, USD/CAD – 1,237, AUD/USD – 0,794 i USD/JPY – 111,5. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-1,22%) i kurs EUR/JPY wynosi 132,2, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,879. Złotówka traci do głównych walut.
We wtorek rano dolar kosztuje prawie 3,61 zł, euro – ponad 4,27 zł, funt –  ponad 4,86 zł, a frank szwajcarski – niemal 3,73 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,13%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,02%, a paryski indeks CAC 40 obniżył się o 0,27%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 stracił 0,22%, meksykański indeks Bolsa wzrósł o 0,11%, a brazylijski indeks Bovespa spadł o 1,26%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,33%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,06%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,07%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej kolejny dzień idą w górę. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 59,02 USD (+3,66%), a ropy WTI – 52,22 USD (+2,99%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 2 USD do 60 USD. Po wcześniejszych spadkach rośnie także cena złota. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1311 USD. To aż 19 USD więcej (+1,47%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 0:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis
  • 1:50 – Japonia – Protokół z posiedzenia Banku Japonii
  • 15:00 – USA – Indeks S&P/Case-Shiller (r/r), lipiec, (prognoza 5,8%)
  • 15:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Cleveland
  • 16:00 – USA – Sprzedaż nowych domów, sierpień (prognoza 585 tys.)
  • 16:00 – USA – Indeks zaufania konsumentów – Conference Board, wrzesień (prognoza 120 pkt.)
  • 18:30 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Atlanty
  • 18:45 – USA – Wystąpienie prezes Fed

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Enefit zawarł pierwsze umowy na polskim rynku

Enefit, spółka należąca do estońskiej grupy Eesti Energia – największego wytwórcy energii elektrycznej w krajach bałtyckich, podpisał pierwsze kontrakty na polskim rynku. Enefit dostarczy gaz ziemny dla łódzkiej wytwórni filmowej i telewizyjnej Opus Film oraz energię elektryczną warszawskiej firmie z branży motoryzacyjnej.

– W krótkim czasie po rozpoczęciu działalności w Polsce udowodniliśmy, że nasza oferta jest konkurencyjna i zasługuje na uwagę przedsiębiorców. To między innymi zasługa elastycznego podejścia i innowacyjności naszych usług. Zdajemy sobie sprawę, że firmy energetyczne muszą dziś zaoferować swoim klientom coś więcej niż wyłącznie usługa sprzedaży. Właśnie dlatego stawiamy na profesjonalne doradztwo przy zmianie sprzedawcy i innowacyjne usługi – mówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit w Polsce.

W ciągu 12 miesięcy Enefit dostarczy 550 MWh gazu ziemnego do łódzkiej siedziby firmy Opus Film, która jest jednym z największych producentów filmowych, telewizyjnych i reklamowych w Polsce. Z kolei umowa na dostawę 800 MWh energii elektrycznej z warszawską firmą motoryzacyjną spółka Enefit podpisała na 2 lata.

Z końcem czerwca br. spółka Enefit otrzymała od Urzędu Regulacji Energetyki koncesje na obrót energią elektryczną i paliwami gazowymi. Firma kieruje swoje produkty do segmentu małych i średnich przedsiębiorstw, jak również największych odbiorców przemysłowych. Opierają się one na trzech modelach: FIX (produkt dostarczany po stałej cenie przez cały okres obowiązywania umowy), SPOT (rozwiązanie pozwalające na zakup energii elektrycznej lub paliwa gazowego na Towarowej Giełdzie Energii po cenach produktu opartych na hurtowych zmiennych cenach) oraz FIX+SPOT (rozwiązanie pozwalające na wybór jaki procent całkowitego zużycia energii elektrycznej lub gazu przez firmę będzie opłacany po stałej cenie, a jaki po cenie rynkowej).

W przyszłości Enefit planuje także poszerzyć swoją ofertę o energię wytwarzaną ze źródeł odnawialnych oraz rozwiązania fotowoltaiczne.

Wynagrodzenie za urlop pracowników tymczasowych

Konfederacja Lewiatan proponuje zmiany w sposobie ustalania wysokości wynagrodzenia za urlop wypoczynkowy czy ekwiwalent pracowników tymczasowych. Dotychczasowe przepisy wymagają uwzględnienia w tzw. podstawie urlopowej wyłącznie wynagrodzenia, które zostało pracownikowi faktycznie wypłacone, czyli zostało postawione do jego dyspozycji w gotówce albo wpłynęło na jego konto. Prowadzi to do zaniżenia wynagrodzenia urlopowego pracownika tymczasowego, a nawet jego niewypłacenia.

Pracodawcy proponują nowelizację ustawy o zatrudnianiu pracowników tymczasowych. Specyfika pracy tymczasowej oraz trójstronny charakter zatrudnienia wymuszają wypłatę wynagrodzenia po zakończonym miesiącu pracy, w terminie do 10-ego następnego miesiąca. Jest to związane z faktem, że praca jest świadczona na rzecz pracodawcy użytkownika, który prowadzi ewidencję czasu pracy i po jej sporządzeniu przekazuje ją do agencji pracy tymczasowej (co jest możliwe najwcześniej z upływem ostatniego dnia miesiąca). Specyfika ta powoduje, że w praktyce niemal 100% naliczeń i wypłat wynagrodzenia pracowników tymczasowych następuje nie do końca miesiąca, za który zostało wypracowane, ale do 10-ego następnego miesiąca kalendarzowego.

– Obecne przepisy są niekorzystne dla pracowników tymczasowych. Na przykład, jeśli pracownik tymczasowy przepracował jeden miesiąc u pracodawcy użytkownika i zakończył zatrudnienie, nabędzie prawo do dwóch dni urlopu, ale nie otrzyma ekwiwalentu pieniężnego za ten urlop (bowiem żadne wynagrodzenie nie będzie wypłacone w okresie stanowiącym tzw. podstawę urlopową) – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.

Z kolei pracownik tymczasowy, który przepracował dwa miesiące i korzysta z urlopu, np. w marcu, otrzyma niższe wynagrodzenie urlopowe, bowiem do jego podstawy urlopowej zostanie zaliczone tylko jedno wypłacone wynagrodzenie (w podanym przykładzie będzie to wynagrodzenie płatne w lutym).

– Rozwiązaniem problemu wyliczania wysokości wynagrodzenia urlopowego byłoby odejście od zapisanego w ustawie pojęcia „wynagrodzenie wypłacone” na rzecz sformułowania „przysługujące”. W ten sposób wynagrodzenie uwzględniane w tzw. podstawie urlopowej będzie skorelowane z godzinami pracy, w ramach których zostało ono wypracowane – dodaje Robert Lisicki.

Konsekwentnie należy również wprowadzić zmiany, które regulują zasady ustalania wysokości wynagrodzenia za ekwiwalent. Obecna regulacja odnosi się do wynagrodzenia „wypłaconego”.

Małym firmom o kredyt nigdy nie było łatwo. Teraz będzie jeszcze trudniej

  • W najnowszej ankiecie NBP banki zadeklarowały zaostrzenie wymagań kredytowych dla podmiotów MSP.
  • Na takiej polityce korzystają firmy pożyczkowe i faktoringowe, również udzielające finansowania przedsiębiorcom.
  • Przewagą faktoringu jest bardziej elastyczny system oceny zdolności kredytowych firmy, ukierunkowany na to, z kim przedsiębiorstwo kooperuje.

Wzrost ryzyka kredytowania małego biznesu

Z najnowszej ankiety Narodowego Banku Polskiego (NBP) wynika, że w drugim kwartale tego roku zaostrzeniu uległy warunki udzielania krótkoterminowych pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z jednej strony wzrosły pozaodsetkowe koszty kredytu, a z drugiej skróceniu uległ maksymalny możliwy czas kredytowania. Banki zaostrzenie wymagań tłumaczą wzrostem ryzyka związanego z kredytowaniem małego biznesu, w szczególności kilku branż. Tradycyjnie do tych szczególnie mocno prześwietlanych przez instytucje finansowe należą budowlanka, transport, ostatnio także IT. Zawieszanie działalności, księgowość prowadzona w formule ryczałtu, a przede wszystkim strata na koniec roku zazwyczaj dyskwalifikują w oczach bankowców przedsiębiorców starających się o finansowanie.

Gdzie bank nie może…

Z tej samej ankiety NBP wynika, że banki odczuły zwiększenie się popytu na kredyty dla firm. Korzystają na tym inne instytucje finansowe, do których przedsiębiorcy zwracają się po środki na bieżącą działalność lub inwestycje. Niepokoju wyrażonego przez banki w ankiecie nie odczuwa branża faktoringowa, również zajmująca się finansowaniem działalności MSP.

– Nie podzielam obaw banków, my aktualnie nie wprowadzamy żadnych zaostrzeń warunków finansowania przedsiębiorstw. Oczywiście spośród zgłaszających się do nas są firmy mniej i bardziej stabilne, ale przy rzetelnej ocenie można zminimalizować ryzyko i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy finansowanie takiego podmiotu będzie rodziło problemy. Niezależnie od reakcji banków na bieżącą sytuację, firmy faktoringowe, takie jak nasza, zawsze w większym stopniu zwracają uwagę na kontrahentów naszego klienta i zawarte kontrakty, niż na bieżące zadłużenie w ZUS lub US, czy też krótki okres działalności przedsiębiorstwa – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

Pieniądze pożyczone vs własne zarobione

Inny system oceny czy przedsiębiorca zasługuje na finansowanie i czy jego wsparcie nie niesie ryzyka, przynosi korzyści branży faktoringowej, która z roku na roku ma większy udział w finansowaniu firm. Jeszcze 10 lat temu udział był śladowy i niemal niezauważalny. Obecnie z takiej formy finansowania korzysta nawet 10% przedsiębiorców, a wzrost obrotów branży faktoringowej osiąga dwucyfrowe wskaźniki. Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku (dane Polski Związek Faktorów – PZF).

– Obawy banków przed finansowaniem MSP zmuszają przedsiębiorców do poszukiwania innych źródeł finansowania. Naturalnym wyborem stają się firmy faktoringowe, które są relatywnie tańsze od firm pożyczkowych, a jednocześnie bardziej elastyczne w analizie, oczekiwanych zabezpieczeniach, a także już na etapie wykonywania umowy (finansowania konkretnych faktur). Właśnie elastyczność na każdym etapie współpracy z klientem uważam za nasz największy atut. Jednocześnie ciągle pracujemy nad tym, aby nasza oferta była jeszcze lepiej dopasowana do potrzeb i możliwości MSP. Od kilku lat intensywnie rozwijamy również siły sprzedażowe i analityczne, żeby nadążyć za potrzebami przedsiębiorców z grupy MSP – Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew. Faktoring zmniejsza ten czas do kilkudziesięciu godzin.

Stare skazy znów odkryte

Triumf Macrona w wyborach prezydenckich we Francji położył fundament pod wymazanie premii za ryzyko polityczne w Eurolandzie. To pozwoliło na redukcję negatywnego nastawienia inwestorów względem euro obrazowanego chyba najlepiej przez rozbudowaną krótką pozycję spekulacyjną w danych CFTC. Wyparowanie obaw o wzrost poparcia dla partii populistycznych i antyestablishmentowych stało się istotnym czynnikiem dla wykrystalizowania się wzrostowej tendencji w notowaniach EUR/USD, w ramach której kurs w tym roku wystrzelił kilkanaście procent. Wspólna waluta umocniła się w tym roku także około 6 proc. względem koszyka ważonego obrotami handlowymi.

Bazując tylko na wymazaniu premii za ryzyko kurs nie dotarłby aż tak daleko. Porzucenie negatywnego nastawienia to jedno a wybuch entuzjazmu to drugie. Od kilku miesięcy (a dokładniej od czerwca) podstawowym elementem stojącym za siłą euro jest gwałtownie postępujące ożywienie gospodarcze i zwrot Rady Prezesów ECB w kierunku porzucenia ultrałagodnej polityki. Dlatego też powrót obaw o wzrost napięć w europejskiej polityce po niemieckich wyborach federalnych będzie oddziaływać na euro jedynie krótkoterminowo: do katalońskiego referendum możemy obserwować napięcia na rynku długu państw strefy euro. Okresowo obawy będą również zapewne rosnąć przed ważnymi głosowaniami, zwłaszcza przyszłorocznymi wyborami we Włoszech, gdzie do władzy dojść może Ruch Pięciu Gwiazd komika Beppe Grillo. Głównym problemem euro w najbliższych tygodniach powinny być zbyt rozbudowane rynkowe oczekiwania względem tempa normalizacji polityki przez ECB oraz – naszym zdaniem – nieuchronne osłabnięcie tempa poprawy koniunktury (przy utrzymaniu się tempa wzrostu na bardzo przyzwoitym pułapie). Na razie trend wzrostowy EUR/USD wyraźnie wytracił impet i przebija się przez bardzo szeroką strefę silnych wsparć 1,1790- 1,1880. Jej sforsowanie będzie tożsame z uformowaniem średnioterminowego szczytu i otworzy drogę do zejścia w kierunku 1,16, gdzie widzimy kurs na koniec tego roku.

Wzrost napięć na linii USA – Korea Północna zepchnął USD/JPY w kierunku 111,50 a rentowność długu USA 10Y do 2,22 proc. W obu przypadkach – jeśli nie dojdzie do dalszego zaostrzenia konfliktu i jego wejścia na nowy poziom – należy postrzegać te ruchy jako korekcyjne odreagowanie ostrych zwyżek. W przypadku USD/JPY scenariuszem bazowym pozostaje kontynuacja zwyżek do szczytów z lipca i kwietnia, które położone są tuż pod 114,50. Warto odnotować, że nadal słaby pozostaje dolar nowozelandzki. Niepewność polityczna po weekendowych wyborach i słabe dane (nastroje biznesu najgorsze od dwóch lat) już teraz wywierają presję na kurs. Z pomocą nie przyjdzie naszym zdaniem RBNZ, co skazywać będzie NZD na słabość nie tylko względem USD, ale również sugeruje zwyżki AUD/NZD czy spadki NZD/CAD. Dziś wydarzeniem numer jeden będzie wystąpienie publiczne Janet Yellen. Uważamy, ze decydentka nie zrobi nic, żeby przymknąć drzwi do grudniowej podwyżki stóp procentowych.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Wydział Inżynierii Lądowej i Środowiska Politechniki Gdańskiej opracowuje inteligentnego drona

Naukowcy z WILiŚ pracują nad innowacyjnym projektem autonomicznej platformy latającej przeznaczonej do badania i rozwijania algorytmów sztucznej inteligencji oraz nawigacji w środowisku pozbawionym dostępu do sygnału GPS. Tworzony przez nich dron będzie przenosić urządzenia do przetwarzania obrazu w czasie rzeczywistym, wykorzystując najnowsze dostępne na rynku procesory graficzne.

Multirotor aiRPAS AI-Geo 4X Developers Kit, rozwojowa platforma przeznaczona dla naukowców, wynalazców i developerów, powstaje we współpracy z jednym z wiodących polskich producentów tego typu pojazdów, firmą aiRPASMahines. Jego zadaniem będzie wykonywanie autonomicznych lotów w środowisku pozbawionym dostępu do nawigacji satelitarnej. Takie działanie wymaga zastosowania różnorakich rozwiązań technicznych, między innymi technologii SLAM (Simultaneous Localization And Mapping, jednoczesne określanie położenia i mapowanie). Prowadzone w tym celu obliczenia w czasie rzeczywistym muszą być wykonywane przez wydajne jednostki obliczeniowe, dlatego twórcy projektu postanowili powierzyć je procesorom graficznym. Wyposażenie platformy ma wyznaczać światowe trendy w dziedzinie widzenia komputerowego.

– Środowisko naukowców od wielu lat boryka się z brakiem optymalnej, dedykowanej platformy badawczej. Odpowiedzią na te potrzeby, zdefiniowane dzięki moim wcześniejszym badaniom nad systemami nawigacji autonomicznych platform bezzałogowych, będzie właśnie aiRPAS AI-Geo 4X – zapewnia dr inż. Paweł Burdziakowski, adiunkt w Katedrze Geodezji Wydziału Inżynierii Lądowej i Środowiska. Dr inż. Burdziakowski jest zamawiającym i koordynatorem projektu, a badania finansowane są z jego własnych środków.

Dron został zaprojektowany z myślą o swobodzie rozmieszczania i dostępu do urządzeń podkładowych oraz rozbudowy o nowe sensory. Ochronę wyposażenia zapewni wysoka odporność na uszkodzenia, a cały pojazd ma dać się łatwo serwisować.

– Oferowane na rynku komercyjne platformy nie są przystosowane do przenoszenia dodatkowych procesorów graficznych ani specjalistycznych kamer stereo. aiRPAS AI-Geo 4X będzie oferować taką możliwość, a dodatkowo zostanie zoptymalizowany z użytkowego punktu widzenia – zaznacza dr inż. Paweł Burdziakowski.

Etap projektowania i produkcji platformy został już zakończony. Następny etap prac to badanie zgodności założeń projektowych z prototypem. Później nastąpi wyposażenie platformy w procesory graficzne, kamerę 3D i zaawansowany kontroler lotu oraz integracja tych urządzeń i ich oprogramowanie.

Szczyt Ubezpieczeniowy w tym tygodniu

Na dniach odbędzie się pierwsza w Polsce internetowa konferencja skierowana do sektora ubezpieczeniowego. Podczas Szczytu Ubezpieczeniowego wystąpi kilkudziesięciu ekspertów z Polski i zagranicy.

Rynek usług ubezpieczeniowych w Polsce jest uważany za największy wśród państw Europy Środkowej. Według badania firmy Inteliace Research jego wartość jest wyceniana na 13 mld euro. Szacuje się, że do 2018 roku dynamika rozwoju rodzimego rynku asekuracyjnego utrzyma się na poziomie 4% rocznie.

Pomimo tych optymistycznych prognoz, ta gałąź polskiej branży finansowej jest uważana za ostatnią, w której nie doszło do rewolucji technologicznej. Czy rodzimy sektor ubezpieczeniowy ma szansę powtórzyć historię usług bankowości internetowej, które są uważane są za jedne z najbardziej nowatorskich w Europie?

Ta kwestia będzie jednym z tematów poruszonych podczas nadchodzącego Szczytu Ubezpieczeniowego. Wydarzenia, które odbędzie się w nietypowej formule – wyłącznie w internecie. Podczas dwóch wieczorów (28 i 29 września) w sieci zostanie opublikowanych kilkadziesiąt 20-minutowych wystąpień prelegentów.

Wachlarz tematów, które zostaną poruszone przez praktyków i ekspertów z branży ubezpieczeniowej, będzie ogromny. W ramach Szczytu Ubezpieczeniowego pojawi się sporo wystąpień dotyczących wykorzystania marketingu internetowego (SEO, social media, wideo, email). Nie zabraknie wątków związanych ze sferą HR, sprzedażą, technologią, a także prawnymi uregulowaniami. Pojawi się także nieco bardziej wyspecjalizowanych prelekcji, np. o tajnikach sprzedaży ubezpieczeń grupowych.

Szczyt Ubezpieczeniowy Swoją wiedzą podzielą się m.in. Arkadiusz Bednarski, Rafał Mróz, Paweł Tkaczyk, Mikołaj Winkiel, Piotr Czublun, Igor Rusinowski, Rafał Pikul oraz Rain Takahashi.

  • Mam nadzieję, że Szczyt Ubezpieczeniowy wpisze się jako cykliczne wydarzenie dla branży ubezpieczeniowej; jako wydarzenie oferujące wystąpienia prominentnych gości z gotowymi zestawami porad do natychmiastowego wdrożenia – przyznaje Marcin Kowalik, organizator Szczytu Ubezpieczeniowego.

Wydarzenie jest skierowane do przedstawicieli rodzimego sektora ubezpieczeniowego, w szczególności do: agentów, brokerów oraz reprezentantów multiagencji.

Udział w Szczycie Ubezpieczeniowym jest darmowy.

(28-29.09 – czwartek, piątek) http://szczytubezpieczeniowy.pl/

Rekomendacje w social mediach bardziej skuteczne niż reklamy telewizyjne

Konsumenci coraz częściej są skłonni wydawać pieniądze na transmisję wideo online. Jak pokazuje badanie Deloitte „Digital Democracy Survey”, prawie połowa (49 proc.) konsumentów w Stanach Zjednoczonych subskrybuje płatne usługi transmisji strumieniowej. Co trzeci przedstawiciel pokolenia Z i Y (milenialsi) przyznaje, że serwisy społecznościowe są dla nich głównym źródłem informacji, a 70 proc. milenialsów używa ich do komunikacji z markami. Wraz z nowymi formatami, rozwijają się nowe sposoby konsumpcji treści. Jednym z nich jest binge-watching, czyli oglądanie serialu lub programu po kilka odcinków z rzędu lub cały sezon na raz. Prawie trzy czwarte (73 proc.) badanych zadeklarowało, że ogląda treści wideo w ten sposób.

Krzysztof Przybysławski, Digital Media Director z Deloitte Digital
Krzysztof Przybysławski, Digital Media Director z Deloitte Digital

Jak pokazuje badanie Deloitte, 40 proc. milenialsów (dzisiejsi 20- oraz 30- latkowie) oraz pokolenia Z (urodzeni po 2000 roku) regularnie ogląda seriale oraz programy telewizyjny „seryjnie”. W praktyce oznacza to, że oglądają oni średnio sześć odcinków (około 5 godzin) jednorazowo. Ponieważ binge-watching staje się coraz popularniejsze, reklamodawcy i marketerzy stają przed wyzwaniem, jak dotrzeć do swoich odbiorców, wykorzystując ten trend. – Jednym z wielu rozwiązań jest bardziej strategiczne lokowanie produktów w treściach, które są oglądane „seryjnie”, a które często są pozbawione reklam. Innym jest wypuszczenie pełnometrażowych filmów jako mini-seriali, aby uczynić je bardziej atrakcyjnymi – mówi Krzysztof Przybysławski, Digital Media Director z Deloitte Digital. – Oczywiście, pozostaje również rozwijanie nowych platform, które umożliwią zarabianie na fenomenie zjawiska binge-watching – dodaje. Mainstreamowe social media? Co wpływa na podejmowanie decyzji zakupowych konsumentów dotyczących różnego rodzaju dóbr i usług? Według badania Deloitte, dla pokoleń Z i Y kluczowe znaczenie mają rekomendacje w portalach społecznościowych. Tym samym ich wpływ jest dużo większy niż reklam telewizyjnych. 27 proc. przedstawicieli pokolenia Z przyznaje, że polecenie online przez osobę z kręgu jej znajomych w social mediach, w wysokim stopniu pomaga podjąć im decyzje o kupnie danego produktu lub usługi. Dla porównania, w przypadku reklam telewizyjnych, takiego zdania jest jedynie 18 proc. ankietowanych.

Michał Owczarek, Creative+Strategy Director w Deloitte Digital
Michał Owczarek, Creative+Strategy Director w Deloitte Digital

W przypadku telewizyjnych spotów reklamowych, dodatkowym wyzwaniem jest sam sposób ich oglądania. Mianowicie, blisko 99 proc. ankietowanych z pokolenia Z oraz milenialsów przyznaje, że w trakcie oglądania telewizji wykonuje inne czynności. Jak pokazuje badanie Deloitte, patrząc w ekran, średnio zajmujemy się czterema innymi rzeczami. – Gdy firmy decydują się na tę formę reklamy, muszą mieć świadomość, że wskaźniki oglądalności to nie wszystko. Włączony telewizor nie gwarantuje uwagi widza. Planując kampanię reklamową, marki muszą uwzględnić siłę rekomendacji w social mediach – mówi Michał Owczarek, Creative+Strategy Director w Deloitte Digital.

Portale społecznościowe jako źródło informacji

Jak wynika z badania Deloitte, 84 proc. konsumentów w Stanach Zjednoczonych korzysta z portali społecznościowych (ponad 90 proc. z pokolenia Z oraz milenialsów). Wykorzystują oni social media do odkrywania nowych programów – pokolenie Z i milenialsi wskazują, że portale społecznościowe są do tego bardziej skutecznym narzędziem niż reklamy telewizyjne. Co więcej, co trzeci z nich przyznaje, że serwisy społecznościowe traktuje jako główne źródło informacji, podczas gdy telewizję wskazało 21 proc. badanych w tej grupie wiekowej. Natomiast biorąc pod uwagę wszystkich respondentów, dla 40 proc. jest ona najpopularniejszą platformą informacyjną. Portale społecznościowe dają okazje markom do bezpośredniego komunikowania się ze swoimi klientami. Według badania Deloitte, blisko połowa (45 proc.) konsumentów w USA deklaruje, że czuje się bardziej związana z firmą i brandem, jeżeli angażuje się w sieci społecznościowe. 70 proc. milenialsów porozumiewa się z korporacjami za pomocą mediów społecznościowych. Prawie trzy czwarte z nich uważa, że jest to bardziej efektywny sposób niż rozmowa telefoniczna.

Olgierd Cygan, Deloitte Digital CE leader
Olgierd Cygan, Deloitte Digital CE leader

– Pokolenie wychowane w świecie nowych technologii świetnie wykorzystuje je, aby osiągnąć swoje cele. Media społecznościowe przynoszą korzyści obu stronom – zarówno markom, jak i odbiorcom. Natomiast nieodpowiednio stosowane mogą zrodzić wiele pytań i wątpliwości. Gdy firmy nie odpowiadają na potrzeby klienta, ten ma narzędzie, by podzielić się swoim niezadowoleniem z potencjalnymi konsumentami. Dlatego w świecie nowych mediów, dbanie o satysfakcję swoich odbiorców musi być priorytetem dla firm – mówi Olgierd Cygan, Deloitte Digital CE leader.

Reklama online? Tak, ale nie każda

Obecnie trudno wyobrazić sobie, aby firma nie była dostępna ze swoim przekazem w Internecie. Jednak mimo popularności social mediów i potencjale reklamowym, który oferują, dotarcie do odbiorców może być wyzwaniem. Szczególnie że prawie połowa (45 proc.) milenialsów używa oprogramowania blokującego reklamy, a 85 proc. tej grupy twierdzi, że robi to, aby poprawić szybkość i wydajność korzystania z Internetu. Około 40 proc. z nich blokuje reklamy również na swoich smartfonach. Jak zatem stworzyć opłacalny komunikat reklamowy w Internecie? Ponad połowa konsumentów chciałaby otrzymać reklamę w oparciu o lokalizację. Co więcej, 46 proc. deklaruje, że zwraca większą uwagę na reklamę, którą mogą pominąć w stosunku do tej, której nie można pominąć. – Internet nie różni się w tej dziedzinie od innych środków przekazu – odbiorcy nie chcą nachalnej i nieprzemyślanej reklamy. Natomiast w stosunku do mediów tradycyjnych daje dodatkowe możliwości, takie jak chociażby geolokalizacja – podsumowuje Michał Owczarek.   Tajemnice angażującego wideo online i ich możliwości wykorzystania w reklamie, podczas Filmteractive Festival 2017. Deloitte Digital jest partnerem strategicznym wydarzenia. Więcej o festiwalu na stronie www.filmteractive.eu Badanie Deloitte zostało przeprowadzone w 2016 r. na reprezentatywnej grupie 2 131 amerykańskich konsumentów.

Podawać wysokość oczekiwanych zarobków? Co to jest track record? Ekspert radzi, jak przygotować nowoczesne CV

Chcąc wyróżnić swój życiorys na tle tysięcy innych, warto zastosować dość proste triki, np. punktory, pogrubioną czcionkę czy kursywę w wybranych przez siebie fragmentach. Trzeba tylko zachować umiar, zgodnie z zasadą, że im prostsze CV, tym bardziej efektowne. Natomiast, nie wolno używać znaków towarowych pracodawców. Do tego wymagana prawem jest pisemna zgoda każdej firmy. Można natomiast wpisać linki do swoich profili w social mediach, oczywiście związanych z życiem zawodowym. Czasem warto też wymienić oczekiwania finansowe i termin, w którym będziemy gotowi rozpocząć pracę. To pozwoli nam zaoszczędzić czas. Z kolei, lista dotychczasowych osiągnięć pomoże nam wyraźniej zabłysnąć.

Aplikując na większość stanowisk, posługujemy się czcionką typu Arial lub Times New Roman, w rozmiarze od 11 do 14, o kolorze czarnym, ewentualnie granatowym. Jak zaznacza Oskar Kasiński, Managing Director HR Design Group, klasyka jest najpewniejsza. Ale, jeśli ubiegamy się o pracę, w której liczy się kreatywność, możemy zastosować dodatkową barwę liter lub tła w życiorysie. Musimy jednak pamiętać o tym, żeby nie przesadzić, ponieważ granica pomysłowości jest bardzo cienka. Jeżeli nie jesteśmy pewni swojego wyboru, warto poprosić o opinie inne osoby. Natomiast, w tym przypadku zdania zawsze mogą być podzielone. To kwestia gustu i osobistego wyczucia.

– Należy unikać wzorów CV sprzed kilku czy kilkunastu lat. Dla przykładu, pracodawcy często nie interesuje miejsce urodzenia kandydata do pracy. Dokument powinien wyglądać dość nowocześnie i zawierać niezbędne w dzisiejszych czasach dane, czyli numer telefonu, miasto lub dokładny adres zamieszkania i ewentualnie informację o gotowości do relokacji. Istotny jest również nasz oficjalny e-mail, który składa się z imienia i nazwiska. Absolutnie trzeba unikać żartobliwych treści, które nie wzbudzają zaufania rekruterów. Najgorszym świadectwem o nas może być e-mail nieadekwatny do powagi dokumentu, np. [email protected] czy [email protected] – mówi Oskar Kasiński.

Zdaniem eksperta, dobre wrażenie robi prosta konstrukcja graficzna z danymi po lewej stronie i zdjęciem po prawej. Fotografia powinna znaleźć się w pierwszej części CV i nie może być zbyt duża. Idealny rozmiar to 5 cm długości i 4 cm szerokości. Ponadto, warto napisać krótkie podsumowanie naszego życia zawodowego. Wystarczą 2 zdania, ale muszą się odnosić do stanowiska, na które aplikujemy, czyli trafiać w samo sedno. To pozwoli nam dobrze zabłysnąć. Chodzi o to, żeby zachęcić rekrutującego do przeczytania dalszej części dokumentu i pomóc mu lepiej zapamiętać naszą kandydaturę.

– Najrzadziej spotykaną praktyką jest podawanie w CV swoich oczekiwań finansowych oraz terminu, w którym możemy rozpocząć pracę. Tymczasem, właśnie te dane często decydują o dalszych rozmowach. Dla przykładu, kandydat napisał, że chciałby zarabiać 10 tys. zł. brutto. Natomiast, budżet na dane stanowisko wynosi maksymalnie 8 tys. W innym przypadku może się okazać, że pracodawca natychmiast potrzebuje kogoś do pracy i nie będzie czekał na osobę z 3-miesięcznym okresem wypowiedzenia. Nie musimy oczywiście podawać takich informacji. Ale, jeśli znamy swoje bezwzględne minimum, warto to rozważyć. Zaoszczędzimy swój i cudzy czas – zaznacza Oskar Kasiński.

Po wyróżnieniu podstawowych informacji, należy dokładnie przedstawić swoje doświadczenie zawodowe, podając nazwy firm i stanowisk, a także okres pracy w każdym przedsiębiorstwie, nie tylko w latach, ale też miesiącach. Dodatkowo, w zależności od branży, warto mieć też spisane językiem korzyści swoje osiągnięcia, czyli tzw. track record. Podajemy wówczas konkretne efekty naszej pracy, np. oszczędności poczynione dla firmy. Aplikując np. na stanowisko Managera ds. Najmu, można wskazać, ile transakcji przeprowadziliśmy, pracując w danych firmach. Im więcej konkretów wymienimy, tym bardziej zainteresujemy rekrutera.

– Przez wiele lat opis doświadczenia zawodowego poprzedzał fragment poświęcony edukacji, który obecnie jest wymieniany w następnej kolejności. Wynika to z tego, że pracodawcy szukają pracowników, czyli praktyków, a nie teoretyków. Dlatego, najpierw analizowane jest to, czym obecnie zajmuje się kandydat, a nie jaką szkołę ukończył. Są oczywiście stanowiska, np. w branży budowlanej, które wymagają specjalistycznych uprawnień i bez nich nie wolno wykonywać konkretnych obowiązków. Wówczas można pozostawić edukację na początku. Jednak, zgodnie z rynkowym trendem, doświadczenie zawodowe wymienia się jako pierwsze – podkreśla ekspert.

Jeśli uzyskaliśmy wyższe wykształcenie, nie podajemy już liceum, nawet, jeżeli uczyliśmy się w najlepszej szkole średniej w regionie lub w całej Polsce. Ale, gdybyśmy ukończyliśmy studia podyplomowe, to oczywiście warto wskazać nazwę uczelni, na której obroniliśmy tytuł magistra. Liczy się to, jaki poziom wykształcenia prezentujemy. Odbyte kursy i szkolenia powinny znaleźć się w osobnej sekcji. Należy w niej wymienić uzyskane certyfikaty i dyplomy. W tej części może znaleźć się np. informacja dotycząca posiadanego prawa jazdy.

– Kolejnym ważnym aspektem jest znajomość języków obcych. To powinien być oddzielny podrozdział w życiorysie. Jak wynika z moich obserwacji, osoby aplikujące na różne stanowiska często mają problem z określeniem zakresu swojej wiedzy i kompetencji. Tak zwany poziom komunikatywny, który wielokrotnie pojawia się w dokumentach, nie brzmi obiektywnie i jest zupełnie niemierzalny. Dlatego proponuję stosować się do zaleceń Rady Europy i używać klasyfikacji od A do C. Można znaleźć opis tej skali w Internecie i wykonać test sprawdzony potem przez lingwistę – podpowiada ekspert.

W CV należy podawać wyłącznie fakty, a nie wyobrażenia o nas samych. To dotyczy również charakterystyki naszych umiejętności i zainteresowań, czyli dwóch kolejnych części w życiorysie. W obu miejscach warto zamieszczać linki do naszych profili na portalach społecznościowych, związanych z życiem zawodowym, a także adresy blogów czy też innych własnych stron, jeśli je prowadzimy. Będą one stanowiły potwierdzenie wymienianych przez nas informacji. Możemy zaprezentować oryginalne pasje i interesującą osobowość, ale lepiej unikać odniesień do spraw czysto prywatnych, np. zdjęć z wakacji, chyba że chcemy pracować w serwisie podróżniczym.

– Chcąc zaprezentować opis swojej kandydatury opublikowany na portalu rekrutacyjnym, musimy koniecznie podać właściwy link lub tzw. QR code zlinkowany z profilem. Trzeba też pamiętać o tym, że dziś rekrutuje się pracownika przez każde dostępne źródło – Facebook, LinkedIn, serwisy ogłoszeniowe i bezpośrednie wyszukiwanie. Wszystko, co publikujemy w Internecie, zostaje tam na zawsze i zaczyna żyć własnym życiem. Wiele ludzi straciło już pracę, bo ktoś ze współpracowników pokazał przełożonym ich kompromitujące zdjęcia, np. z prywatnej imprezy – ostrzega Oskar Kasiński.

Na końcu dokumentu należy umieścić klauzulę dotyczącą przetwarzania danych osobowych. Ważną kwestią jest objętość CV. Idealne dokumenty mają maksymalnie 2-3 strony. Jednak czasem kandydaci do pracy wysyłają życiorysy, zawierające ponad 20 stron. To działa bardzo zniechęcająco na rekruterów, którzy codziennie analizują dziesiątki dokumentów. Zdaniem eksperta, życiorys powinien być jak najkrótszy. Jednocześnie musi on zawierać fundamentalne podrozdziały. Ewentualnie, możemy wysłać dodatkowy dokument aplikacyjny, np. spis zrealizowanych przez nas projektów.

Mieszkanie Plus nie wstrząśnie polskim rynkiem nieruchomości

Mieszkanie Plus to program, który może poprawić warunki lokalowe części Polaków, ale na pewno nie zmieni znacząco obrazu rynku nieruchomości. Rynek deweloperski dalej będzie się rozwijał, osoby inwestujące w najem także będą zarabiać. Rządowy program będzie tylko uzupełnieniem, ale nie realną konkurencją dla obecnie funkcjonujących rozwiązań. Z pewnością będzie dużą wartością dla mniejszych miejscowości, gdzie aktywność deweloperów jest niewystarczająca – pisze w swojej analizie Michał Krajkowski, główny analityk Notus Finanse.

Według różnych szacunków w Polsce brakuje od 300 tys. do 1,5 miliona mieszkań, a różnice w tych wartościach zależą od zdefiniowania potrzeb mieszkaniowych Polaków. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko zaspokojenie bieżących braków, to deficyt będzie zbliżony do pierwszej wartości. Jeśli jednak uwzględnimy fakt, że część zamieszkałych obecnie lokali czy domów jest poniżej minimalnego standardu dotyczącego czy to stanu technicznego czy metrażu na osobę, to pożądana liczba mieszkań przekracza 1 milion.

Najem wciąż mało popularny w Polsce

Jednym z pomysłów na zaspokojenie popytu na własne lokum jest budowa mieszkań na wynajem z opcją uzyskania także prawa własności. Program Mieszkanie Plus w zamyśle autorów ma zmienić podejście Polaków do własności mieszkania, na rzecz najmu mieszkań. Aktualnie według danych Eurostatu w Polsce w nie swoim mieszkaniu mieszka około 16,6 proc. osób, z czego tylko 4,5 proc. wynajmuje mieszkania na zasadach rynkowych. Pozostała grupa wynajmujących to osoby zamieszkujące lokale socjalne, komunalne, czy czynszowe. Pod tym względem nasz kraj wygląda blado na tle Unii Europejskiej. W 28 krajach członkowskich średnio 30,6 proc. mieszkańców wynajmuje nieruchomości, z czego 19,8 proc. wynajmuje jest na zasadach rynkowych. Liderem wyróżniającym się spośród wszystkich krajów są Niemcy, gdzie wskaźniki te wynoszą odpowiednio 48,1 proc. oraz 38,9 proc.wynajem mieszkań w europie

Rządowy program budowy mieszkań w niektórych opiniach ma zrewolucjonizować rynek w Polsce i całkowicie zmienić podejście Polaków do nabywania i wynajmowania mieszkań. Czy jednak program Mieszkanie Plus wpłynie na rynek deweloperski i rynek najmu? Program ten trzeba traktować jako uzupełnienie w miejscach gdzie rynek deweloperski i rynek najmu nie działa. Tam gdzie inwestorzy prywatni nie są zainteresowani zaspokojeniem popytu program Mieszkanie Plus może zmienić obraz rynku. Jednak w największych miastach zmian praktycznie nie będzie.

Mieszkanie Plus, a rynek deweloperski

Analizując wpływ rządowego programu na rynek mieszkań deweloperskich trzeba zwrócić uwagę na duże zróżnicowanie geograficzne. Deweloperzy koncentrują bowiem swoją działalność w dużych ośrodkach. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) w latach 2010-2016 w Polsce budowano średnio 16 mieszkań na 10 tysięcy mieszkańców. Jednak w największych ośrodkach wskaźnik ten był kilkukrotnie wyższy. W Krakowie budowano średnio 73 mieszkania, w Warszawie 68, a w rekordowym Wrocławiu 83 mieszkania na każde 10 tysięcy mieszkańców. Właśnie na największych miastach w Polsce koncentrowała się działalność deweloperów i tam budowano sprzedawano najwięcej mieszkań. Trudno znaleźć przyczyny dla których w najbliższych latach miałaby nastąpić radykalna zmiana w tym kierunku.

Analizując pod względem geograficznym dotychczasowy zasięg programu Mieszkanie Plus niewiele jest miast wspólnych zarówno dla rządowego programu jak i działalności deweloperów. Większość inwestycji jest aktualnie w przygotowaniu lub realizowanych w mniejszych miejscowościach. Na różnym etapie zaawansowania jest prowadzonych aktualnie około 80 inwestycji, ale tylko 20 to inwestycje realizowane w miastach wojewódzkich. Takie inwestycje znajdziemy między innymi we Wrocławiu, Łodzi, Krakowie czy Warszawie.

Czy jednak nawet kilka inwestycji realizowanych w miastach w których działają deweloperzy może zmienić strukturę rynku i wpłynąć na ceny nieruchomości? W dużych miastach równolegle realizowanych jest co najmniej kilkadziesiąt inwestycji przez deweloperów. Dodatkowych kilka prowadzonych w ramach programu Mieszkanie Plus nie zmieni cen na rynku. Ponadto musimy pamiętać, że mieszkania w rządowym programie mają być budowane w innym, znacznie niższym standardzie wykończenia. Założenia przewidują także budowę bez miejsc postojowych, co w przypadku inwestycji deweloperskich jest niemal standardem.

Najważniejszym jednak czynnikiem, który powoduje, że te dwa rynki nie są dla siebie konkurencją, a uzupełnieniem są kryteria skorzystania z Mieszkania Plus. Teoretycznie o mieszkanie z tej puli będzie mogła ubiegać się każda zainteresowana osoba. Ustalone zostaną jednak kryteria na podstawie, których ma być tworzona lista osób uprzywilejowanych. W Art. 56 Ust. 3 ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości wymienione są między innymi kryteria dochodowe oraz wcześniejszy brak jakiejkolwiek nieruchomości. W praktyce oznaczać to może, że z programu Mieszkanie Plus będą korzystać osoby, których nie byłoby stać na zakup mieszkania od dewelopera, czy to za gotówkę, czy z kredytu bankowego. Z kolei wiele osób, które mogą być klientami rynku deweloperskiego na liście oczekujących na Mieszkanie Plus zostanie umieszczonych na bardzo odległych pozycjach. Przy niewielkiej dostępności mieszkań osoby te będą się decydowały na samodzielny zakup.

Inaczej sytuacja będzie wyglądała w mniejszych miejscowościach. Z racji na małe zainteresowanie tymi miastami przez deweloperów rządowy program będzie uzupełnieniem istniejącej oferty. W tzw. „Polsce powiatowej” buduje się mało mieszkań, a nowe budownictwo to domy realizowane przez osoby prywatne. Często osoby, które nie chcą mieszkać w domu mają bardzo mały wybór wśród dostępnych mieszkań. Rządowy program będzie więc uzupełnieniem, ale nie konkurencją dla deweloperów, gdyż w wielu mniejszych miastach ich po prostu nie ma.

Rynek najmu

Drugim obszarem na jaki może wpłynąć program Mieszkanie Plus jest rynek najmu nieruchomości. Jednak tu także musimy zwrócić uwagę na duże zróżnicowanie geograficzne inwestycji realizowanych w Mieszkaniu Plus. Mieszkania na wynajem będą budowane głównie w małych miejscowościach. Z kolei zapotrzebowanie na mieszkania na wynajem koncentruje się głównie w dużych ośrodkach. To tam ludzie przeprowadzają się na studia, to w dużych miastach są miejsca pracy i tam także z mniejszych miast przeprowadzają się Polacy. Sama budowa mieszkań, także tych dostępnych cenowo, nie wystarczy do zatrzymania fali wewnętrznej i zewnętrznej migracji. Czynnikiem, który w największym stopniu może wpłynąć na zahamowanie tego zjawiska jest poprawa sytuacji na rynku pracy.

Analizy wymaga także porównanie cen najmu w programie Mieszkanie Plus oraz cen rynkowych. W założeniach autorów rządowego programu cena najmu ma wahać się od 10 do 20 złotych za 1 metr kwadratowy. Ostateczna kalkulacja ma być dokonana w późniejszym terminie, ale możemy założyć, że ten najwyższy poziom będzie w dużych miastach. W takim przypadku za wynajęcie mieszkania o powierzchni 50 metrów kwadratowych trzeba będzie zapłacić około 1 tys. złotych. Średnie ceny najmu w największych miastach w Polsce są wyższe, jednak trzeba mieć świadomość, że mieszkania w programie Mieszkanie Plus będą budowane w mniej atrakcyjnych lokalizacjach, więc rynkowa cena najmu może odbiegać od średniej dla całego miasta. Ponadto trzeba jeszcze zwrócić uwagę na dodatkowe koszty jakie mogą się pojawić. Wynajmując mieszkanie w ramach rządowego programu co jakiś czas wnętrze trzeba wyremontować, pomalować czy przeprowadzić inne pracy, których koszty będzie musiał pokryć najemca. W sytuacji wynajmowania nieruchomości na zasadach rynkowych prace te najczęściej finansuje, przynajmniej w części, właściciel lokalu. Zatem kalkulując koszty trzeba wziąć pod uwagę także wydatki w perspektywie wieloletniej. Zaletą Mieszkania Plus w zestawieniu z najmem na zasadach komercyjnych jest jednak stabilność. Korzystając w przyszłości z oferty rządowego programu zyskujemy możliwość mieszkania przez wiele lat w tym samym miejscu, gdzie w przypadku najmu na zasadach rynkowych najemca jest zdany na łaskę i niełaskę właściciela lokalu.

Miasto Średnia cena najmu mieszkania w II kw. 2017 r.
Łódź 894
Poznań 1216
Kraków 1390
Gdańsk 1389
Wrocław 1470
Katowice 859
Warszawa 1559

Źródło: AMRON

Mieszkanie Plus – na rok nie wynajmiesz

Przyglądając się obecnemu rynkowi najmu musimy zwrócić uwagę na jego specyfikę. Wiele osób poszukuje mieszkania na względnie krótki okres 1-3 lat, kiedy to po upływie tego czasu albo kupują własne mieszkanie, albo przeprowadzają się do innego miasta, zmieniają mieszkanie na większe, itp. Osoby dopiero rozpoczynające swoje dorosłe życie często nie wiedzą jeszcze gdzie będą mieszkać, trudno będzie więc im podejmować decyzję o ubieganiu się o najem w ramach Mieszkania Plus. Długotrwała procedura będzie też czynnikiem zniechęcającym przez takim najmem. Musimy także pamiętać, że w dużych miastach część popytu to studenci. Te osoby także nie będą zainteresowane rządowym programem. Zatem rynek najmu w obecnym kształcie będzie musiał zaspokajać popyt ze strony takich osób. Wielu chętnych poszukuje lokum tylko na kilka lat i nie chcą się wiązać z jedną nieruchomością wieloletnią umową.

Z całą stanowczością trzeba podkreślić, że program Mieszkanie Plus będzie tylko uzupełnieniem funkcjonującego obecnie rynku deweloperskiego i rynku najmu. Dzięki temu, że rządowy program dociera głównie do małych miejscowości będących poza obszarem zainteresowania deweloperów również mieszkańcy małych miast będą mieli szansę na poprawę swoich warunków mieszkaniowych. Nieliczne inwestycje realizowane w dużych ośrodkach nie zdestabilizują obecnej sytuacji na rynku mieszkaniowym. Po pierwsze ofert tych będzie względnie mało, a po drugie grupy osób zainteresowanych programem rządowym i ofertami rynkowymi są różne. Osoby spełniające kryteria w Mieszkaniu Plus funkcjonują często poza rynkiem deweloperskim czy najmu rynkowego. Oczywiście sytuacja mogłaby się zmienić gdyby w dużych miastach realizowano wiele inwestycji w Mieszkaniu Plus. Ograniczeniem jednak będzie tu zasób tanich gruntów, na których można by realizować budowę. Co prawda spółki Skarbu Państwa posiadają ciągle duży „bank ziemi”, jednak często są to grunty położone w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach i mogą być one przeznaczone na inne cele, niż program Mieszkanie Plus. Z tego powodu nie należy oczekiwać dużej liczby inwestycji w największych miastach. Rządowy program może zmienić sytuację w małych miejscowościach, ale w dużych ośrodkach rynek deweloperski i rynek najmu będzie dalej będą się rozwijać.

Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Niemcy: najbardziej prawdopodobna koalicja chadeków z FDP i Zielonymi

Angelę Merkel czekają trudne negocjacje w sprawie stworzenia nowego rządu

Po raz pierwszy od lat 50. w niemieckim Bundestagu będzie reprezentowanych siedem partii politycznych (CDU i CSU to dwa odrębne ugrupowania, ściśle ze sobą współpracujące). Jeszcze nigdy w historii RFN dwa główne bloki polityczne nie miały w sumie tak niskiego poparcia (CDU/CSU 33 proc., SPD 20,5 proc.). To oznacza, że tym razem powstanie nowego rządu będzie znacząco utrudnione.

Z deklaracji liderów SPD wynika, że w nowej kadencji tzw. wielka koalicja nie będzie możliwa. Tym samym jedynym realnym scenariuszem jest powstanie tzw. koalicji jamajskiej, czyli CDU/CSU, liberalnej FDP i Zielonych. Niedawno taki sojusz powstał w landzie Szlezwik-Holsztyn. Jednak w skali Niemiec do tej pory nigdy nie było koalicji rządowej składającej się z tak wielu partii. Zapowiada to żmudne negocjacje przed utworzeniem nowego rządu.

Partia Zielonych od 2005 r. pozostaje w opozycji i jej liderzy wydają się być skłonni do współpracy w rządzie z CDU/CSU. Tym bardziej, że od 2016 r. działa już zielono-chadecka koalicja w Badenii-Wirtembergii. Bardziej ostrożni w deklaracjach koalicyjnych są jak na razie liberałowie z FDP. Ich ostatni udział w rządzie Angeli Merkel zakończył się klęską wyborczą cztery lata temu, kiedy nie przekroczyli progu wyborczego i nie znaleźli się w Bundestagu.

W sprawach programowych Zieloni i liberałowie są sobie znacznie bliżsi niż było to jeszcze kilka lat temu. Przy czym FDP opowiada się za większymi redukcjami podatków oraz chce zmian w niemieckiej polityce wobec strefy euro. W sprawach zagranicznych obydwaj potencjalni koalicjanci CDU/CSU krytycznie oceniają prezydenturę Donalda Trumpa, ale opowiadają się za utrzymaniem więzów transatlantyckich. W swoim programie FDP wypowiedziało się za wzmocnieniem wschodniej flanki NATO, zaś Zieloni regularnie krytykują działania Rosji na wschodzie Ukrainy.

Pewne rozbieżności pomiędzy obydwoma partiami pojawiają się w Polityce wobec Rosji, co wynika z niejasnej pozycji liberałów. Formalnie obydwie partie opowiadają się za utrzymaniem sankcji wobec Rosji. W przypadku Zielonych nieco to zaskakuje, gdyż lewicowe partie w Niemczech tradycyjnie zajmują stanowisko prorosyjskie. FDP natomiast, choć nie wyklucza „zaostrzenia sankcji w przypadku ponownej eskalacji militarnej”, to jednak jest zarazem gotowa do ich łagodzenia lub całkowitego zniesienia, jeśli dojdzie do „istotnych ustępstw ze strony rosyjskiego rządu”.

Pod koniec kampanii wyborczej przewodniczący FDP Christian Lindner poszedł jeszcze dalej i publicznie rozważał, czy obecny status Krymu nie powinien zostać uznany jako „trwałe prowizorium”, dzięki czemu możliwy byłby powrót do współpracy z Rosją. Ponieważ temu pomysłowi sprzeciwili się inni wpływowi liberałowie, nie jest do końca jasne, jaki kurs w tej sferze może objąć po wyborach FDP.

Wyzwaniem dla Merkel będą także negocjacje z „siostrzaną” CSU. Chadecy z Bawarii osiągnęli najgorszy wynik w historii i zapewne jeszcze bardziej zechcą zaznaczyć swoją odrębność, szczególnie w polityce migracyjnej. Za rok w Bawarii odbędą się wybory regionalne , których stawką będzie utrzymanie samodzielnych rządów CSU w tym landzie.

W 2013 r. negocjacje nad utworzeniem koalicji rządowej CDU/CSU z SPD trwały blisko trzy miesiące.

Nie wiadomo, jaką drogą pójdzie Alternatywa dla Niemiec

Alternatywa dla Niemiec (AfD) po raz pierwszy weszła do niemieckiego Bundestagu i od razu została trzecią siłą polityczną w RFN. Reprezentować ją będzie 94 posłów. To bezprecedensowe osiągnięcie w powojennej historii Niemiec.

Część deputowanych AfD to politycy, którzy działali wcześniej w innych partiach. Najczęstszym motywem do zaangażowania się w nowym ugrupowaniu była dla nich imigracyjna polityka rządu Angeli Merkel, a także decyzje jej gabinetu w czasie kryzysu w strefie euro. Z list tej partii dostali się do Bundestagu również politycy, którzy reprezentują poglądy nacjonalistyczne ichcą przeciwdziałać „kultowi winy”, jaki ich zdaniem od II wojny światowej obowiązuje w Niemczech. Nie jest jasne, jak będzie układała się ich współpraca.

Dzień po wyborach przewodnicząca AfD Frauke Petry ogłosiła na konferencji prasowej, że nie zostanie członkiem klubu poselskiego swojej partii. Jako powód podała rewizjonistyczne wypowiedzi innych wpływowych członków swojego ugrupowania. Nie wiadomo, czy doprowadzi to do dalszych podziałów w tej partii. Pod przewodnictwem Petry AfD okazała się najsilniejszym ugrupowaniem w Saksonii, ale wewnątrz Alternatywy jej liderka już od kilku miesięcy pozostawała izolowana. Obecnie ton w AfD nadają politycy o twardych poglądach narodowych. Szczególnie mocno reprezentuje je Alexander Gauland, który w wieczór wyborczy zapowiedział, że Alternatywa będzie teraz „ścigać Merkel”.

Wojna w Syrii w niewielkim stopniu pomaga Rosji zwiększyć eksport broni

Kilka miesięcy temu prezydent Władimir Putin stwierdził, że wartość rosyjskiego eksportu broni w 2016 r. przekroczyła 15 mld dolarów, co jest rekordowym osiągnięciem, a kampania w Syrii dowiodła jej „niezawodności i efektywności” w warunkach bojowych. W ocenie prof. Stefana Hedlunda https://www.gisreportsonline.com/professor-stefan-hedlund,3,expert.html są to jednak przesadzone opinie.

Przy okazji interwencji w Syrii rosyjskie siły zbrojne rozmieściły w tym kraju systemy przeciwlotnicze S-400 oraz wystrzeliły z okrętów podwodnych rakiety Kalibr. Dowodzi to dalekiego zaawansowania rosyjskiej technologii rakietowej, która stanowi wyzwanie dla NATO. Ekspert GIS zwraca jednak uwagę, że działania w Syrii miały jednostronny charakter i w dużej mierze polegały na bombardowaniu niebronionych celów.

Głównymi odbiorcami rosyjskiego uzbrojenia są Chiny i Indie, które same mają jednak ambicje rozwoju przemysłu obronnego. Obydwa kraje rozpoczęły niedawno budowę własnych lotniskowców i zaczynają konkurować na rynkach, na których dotąd dominowała Rosja. Wielu ekspertów uważa, że w dziedzinie techniki lotniczej Chiny są już przynajmniej na takim poziomie, co Rosja. Poza tym wątpliwe jest, by Egipt i Arabia Saudyjska, które nie tak dawno zakupiły sprzęt wojskowy w Rosji za kilka miliardów dolarów, na trwale pozostały rosyjskimi kontrahentami.

Prof. Stefan Hedlund przewiduje, że wobec malejących przychodów z ropy i gazu Rosja będzie chciała zwiększyć eksport broni. Ze względu na rosnącą konkurencję oraz konieczność dużych inwestycji w najnowsze technologie będzie to jednak trudne. (Treść raportu płatna) https://www.gisreportsonline.com/boom-or-bust-for-russian-arms-exports,defense,2334.html

Ambitne cele klimatyczne mogą być zagrożeniem dla stabilności i pokoju

Na początku października minie rok od wejścia w życie porozumienia klimatycznego z Paryża. Do tej pory ratyfikowało je 166 spośród 197 sygnatariuszy konwencji. Głównym jego celem jest, by wzrost średniej temperatury na świecie był znacznie niższy niż 2°C w porównaniu z poziomem sprzed epoki przemysłowej. Ekspert GIS dr Frank Umbach https://www.gisreportsonline.com/dr-frank-umbach,6,expert.html zwraca uwagę, że krajom uprzemysłowionym będzie trudno pogodzić politykę ograniczania emisji z interesami geopolitycznymi.

Na razie nie jest jasne, czy USA pozostaną stroną porozumienia paryskiego. W czerwcu prezydent Donald Trump zapowiedział odstąpienie Stanów Zjednoczonych od tej umowy, co formalnie nastąpiłoby w listopadzie 2020 r. Ostatnio pojawiły się jednak doniesienia, że pod pewnymi warunkami USA mogą pozostać stroną tej konwencji, co z kolei zostało zdementowane przez Biały Dom. Tymczasem, jak zauważa dr Umbach, w ostatnich latach Stany Zjednoczone zredukowały emisję CO2 do poziomu z lat 90., co jest najlepszym wynikiem na świecie.

Ekspert GIS wskazuje, że sama rezygnacja z wykorzystywania węgla nie pozwoli na osiągniecie celów klimatycznych. Oznacza to, że konieczne będą także ograniczenia w eksploatacji ropy i gazu. „W politykach, których celem jest dekarbonizacja, rzadko uwzględnia się interesy narodowe głównych producentów kopalin” – ocenia dr Frank Umbach.

Arabia Saudyjska oraz mniejsze państwa Zatoki Perskiej od dawna przygotowują się do mniejszego popytu na ropę i gaz i dlatego starają się o gospodarczą dywersyfikację. W całkowicie odmiennej sytuacji są Rosja, Iran i Irak oraz Wenezuela, których zależność od eksportu tych surowców zapewne jeszcze będzie się zwiększać i które nie przygotowują się do globalnej dekarbonizacji.

W ocenie dr Franka Umbach możliwe są różne scenariusze, w tym także te wymagające specjalnych działań ze strony Zachodu. W innym razie ambitne cele związane z walką z ociepleniem klimatu mogą doprowadzić do różnego rodzaju kryzysów społecznych i politycznych w krajach, które są eksporterami surowców energetycznych, w tym także do nowych wojen. (Treść raportu płatna) https://www.gisreportsonline.com/decarbonization-and-global-instability,energy,2337.html

Secesja regionów nie powinna być traktowana jako zagrożenie

Na niedzielę 1 października władze Katalonii zaplanowały referendum w sprawie niepodległości regionu. Zbiega się to z niepodległościowym referendum w Kurdystanie, będącym teraz częścią Iraku. O ile pierwsze głosowanie doprowadziło do kryzysu konstytucyjnego w Hiszpanii, to drugie staje się kryzysem międzynarodowym i może doprowadzić do nowych konfliktów na Bliskim Wschodzie. W ocenie księcia Michaela von Liechtenstein możliwość secesji regionów powinna być raczej uważana za szansę niż za zagrożenie.

Założyciel GIS zwraca uwagę, że prawo do samostanowienia narodów jest fundamentalnym prawem, zapisanym w Karcie Narodów Zjednoczonych. Tymczasem w wielu przypadkach o przyszłości państw nie decydują narody, lecz społeczność międzynarodowa, która często za wszelką cenę próbuje utrzymywać utworzone w sztuczny sposób państwa. Takimi właśnie państwami są Syria i Irak, które powstały po upadku Imperium Otomańskiego jako wynik rozdziału interesów pomiędzy Francją i Wielką Brytanią.

„Jednym z takich sztucznych tworów była także Jugosławia, która powstała po I wojnie światowej i w której Chorwaci, Słoweńcy, Macedończycy, Bośniacy, Albańczycy i inni zmuszeni byli do życia w jednym państwie, zdominowanym przez Serbów. Gdyby umożliwiono tym narodom ogłoszenie niepodległości, udałoby się zapobiec mordowaniu milionów ludzi na masową skalę” – uważa książę Michael von Liechtenstein. Jego zdaniem prawdziwie dobrowolne członkostwo w związku państwowym przynosi także korzyści ekonomiczne i społeczne. https://www.gisreportsonline.com/opinion-catalonia-kurdistan-and-the-legitimacy-of-independence,politics,2338.html

Polska produkcja drobiu będzie rosnąć. Szansą dla hodowców jest eksport na rynki rozwijające się

Polska produkcja drobiu będzie rosnąć. Szansą dla hodowców jest eksport na rynki rozwijające się 2

Na europejskich i światowych rynkach rośnie popyt na mięso drobiowe. Polska jest jednym z największych jego producentów i eksporterów. Większość rodzimego eksportu trafia do krajów Unii Europejskiej, jednak hodowcy rozwijają też sprzedaż na rynki rozwijające się w Afryce i Azji. Eksperci podkreślają, że kluczem do sukcesu jest wysoka jakość, bezpieczeństwo, atrakcyjna cena i śledzenie potrzeb konsumentów. 

Polska ma bardzo silną pozycję w produkcji drobiu. Szacuje się, że jest to około 2,5 mln ton mięsa drobiowego rocznie, z czego 40 proc. przeznaczone jest na rynki zewnętrzne. W większości są to rynki europejskie, aczkolwiek w naszym interesie leży to, żebyśmy eksportowali nasze produkty dalej, do krajów rozwijających się, gdzie zapotrzebowanie na drób będzie wzrastać – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Torzyński, kierownik produktu ds. drobiu w De Heus.

Od trzech lat Polska jest liderem w produkcji drobiu w Europie. Przesądza o tym między innymi wysoka jakość i efektywność produkcji, atrakcyjna cena oraz rosnące zapotrzebowanie na tanie i zdrowe źródło białka zwierzęcego. W 2016 roku wyprodukowano w Polsce ponad 2,2 mln ton mięsa drobiowego (blisko 13-proc. wzrost rok do roku).

Komisja Europejska prognozuje, że ten trend się utrzyma i krajowa produkcja drobiu wzrośnie nawet o 17 proc. Choć zdaniem rynkowych ekspertów są to nieco zawyżone szacunki, faktem jest, że produkcja mięsa drobiowego w Polsce rośnie najszybciej w Europie. Na początku tego roku wzrost sięgnął 11,5 proc., podczas gdy średnia dla krajów UE wyniosła tylko 1,6 proc.

Polska jest również jednym z największych eksporterów drobiu. W ubiegłym roku eksport sięgnął 1,2 mln ton, co stanowiło 19-proc. wzrost rok do roku. Około 80 proc. krajowego eksportu trafia do państw Unii Europejskiej (głównie do Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji), jednak systematycznie rośnie również sprzedaż na inne, rozwijające się rynki zagraniczne, takie jak Afryka i Azja.

Nadal musimy się skupiać na rynku europejskim, pomimo że wzrost eksportu nie jest już tak intensywny. Jednak on przyrasta ciągle, w tej chwili mówi się o około 0,7 proc. w skali roku. To nadal bardzo ważny rynek zbytu. Natomiast cały nasz produkcyjny potencjał możemy wykorzystać na rynkach Dalekiego Wschodu. Chiny to potencjalnie potężny odbiorca polskiego mięsa drobiowego. Bardzo ważnym konsumentem są też kraje Bliskiego Wschodu i Afryka – wylicza Grzegorz Torzyński.

Choć ceny żywca drobiowego spadają systematycznie od czterech lat, a Agencja Rynku Rolnego prognozuje dalsze spadki, to ekspert De Heus pozytywnie ocenia rentowność i wydajność produkcji drobiu w Polsce.

– Jeśli chodzi o wydajność produkcji drobiu w naszym kraju, to absolutnie nie mamy się czego wstydzić. To poziom światowych standardów. Oczywiście nie wszędzie, są fermy, na których można wiele poprawić i wiele udoskonalić. Natomiast odnosząc się do średniej, jest ona na wysokim poziomie. Mamy też fermy naprawdę zaawansowane – zaznacza Grzegorz Torzyński.

Wyzwaniem dla polskich hodowców drobiu – w szczególności hodowców nioski konsumpcyjnej – jest jednak rosnący nacisk na ekologię i trend, który zmierza do wycofania ze sprzedaży detalicznej jajek z chowu klatkowego. Dla producentów oznacza to konieczność szybkiego dopasowania się do wymogów rynku.

Hodowcy muszą podążać za tym trendem. Czeka ich na pewno bardzo dużo zmian. Muszą przemodelować swój typ produkcji albo na wolierowy, wolno wybiegowy lub ściółkowy. To największy obszar, w którym czekają nas zmiany, zwłaszcza że obecnie ok. 80 proc. produkcji jajka konsumpcyjnego odbywa się w systemie klatkowym. Nie zakładamy, że hodowcy zmienią swój typ produkcji w ciągu roku czy dwóch. Natomiast 5–7 lat to całkowicie realny czas – mówi Grzegorz Torzyński.

Ekspert De Heus podkreśla, że aby dalej się rozwijać, polscy hodowcy drobiu muszą postawić na eksport i szukać nowych kierunków. O sukcesie na zagranicznych rynkach będą przesądzać nie tylko jakość i bezpieczeństwo eksportowanych wyrobów, lecz także śledzenie trendów i dopasowywanie się do oczekiwań konsumentów.

Należy podążać za trendami rynkowymi, bo to jednak konsument ostatecznie decyduje o tym, że kupuje dany produkt albo nie. Śledzenie trendów rynkowych jest bardzo ważne, tak jak podążanie za certyfikatami, zwłaszcza tymi, które odnoszą się do dobrostanu zwierząt. Popularny ostatnio kierunek to brojlery wolno rosnące, które już w tej chwili w Polsce zaczynają się rozwijać – mówi Grzegorz Torzyński.

Rozwój technologii wymusza zmiany w edukacji najmłodszych dzieci. Potrzebne są odpowiednie kompetencje nauczycieli

Rozwój technologii wymusza zmiany w edukacji najmłodszych dzieci. Potrzebne są odpowiednie kompetencje nauczycieli 3

65 proc. dzieci dziś rozpoczynających naukę w przyszłości będzie pracować w zawodach, które jeszcze nie istnieją. Większość będzie związana z technologią, cyfryzacją lub sztuczną inteligencją. Konieczne jest więc podnoszenie kompetencji cyfrowych i edukacja w zakresie nowych technologii oraz ich mądrego wykorzystania. I to nie tylko wśród uczniów, lecz także nauczycieli i wychowawców. Temu ma służyć program MegaMisja Fundacji Orange, w którym uczestniczy 600 szkół i 12 tys. uczniów.

 Wyzwania, które stoją przed nami w zakresie podnoszenia kompetencji społeczeństwa, to przede wszystkim edukacja. Zarówno przekazywanie informacji o tym, jak korzystać z technologii, jak i edukacja wykorzystująca te technologie. Istotne jest to, aby nie tylko mówić o tym, jak obsługiwać smartfon. Chodzi o to, aby przekazywać wiedzę w sposób nowoczesny. To oswojenie z technologią od małego i zrozumienie, na czym ona polega – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zagórski, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji.

Jak wynika z opublikowanego w 2016 roku raportu Światowego Forum Ekonomicznego, 65 proc. dzieci rozpoczynających dziś naukę w szkołach podstawowych będzie w przyszłości pracować w zawodach, których dziś na rynku jeszcze nie ma. Będą one związane głównie z nowymi technologiami, cyfryzacją i sztuczną inteligencją. To wymaga zmian w podstawie nauczania. Od tego roku szkolnego w podstawie programowej najmłodszych klas znalazła się nauka programowania. Przede wszystkim jednak dzieci należy oswoić z technologią: nie tylko zaznajamiać je z urządzeniami, ale też nauczyć ich mądrego wykorzystywania.

– Od dawna wiadomo, że niezbędne jest uczenie się przez całe życie. W dobie cyfrowej uczenie to jest jeszcze bardziej potrzebne, a nawet wymagane. Każdy dzień przynosi nowe rozwiązania, pomysły. W biznesie, choćby najmniejszym, jeśli prześpi się jakieś zmiany w ramach danej branży, to może się okazać, że konkurencja już dawno nas wyprzedziła – zaznacza Zagórski.

Z danych Ministerstwa Edukacji Narodowej wynika, że pracownie komputerowe nie działają we wszystkich szkołach: ma je 88 proc. szkół podstawowych i 73 proc. gimnazjów. Problemem są też kwalifikacje nauczycieli, którzy są często słabiej obeznani z komputerami niż ich podopieczni. Na szkolenia dla pedagogów przeznaczonych ma zostać 124 mln zł.

– Do tego wyzwania muszą być przygotowani nauczyciele, rodzice i szkoła. Musi być też baza w postaci dostępu do internetu i wyposażenia w odpowiedni sprzęt  tłumaczy przedstawiciel resortu cyfryzacji.  Potrzebny jest mistrz do tego, aby przekazywać wiedzę. Sposób jej przekazywania może być różny. Chodzi o to, aby oswoić nauczycieli z nowymi technologiami, pokazać im, jakie dają możliwości, aby tę wiedzę lepiej przekazywać.

Edukacja nauczycieli jest niezbędną do zbudowania kompetencji cyfrowych u najmłodszych. Właśnie do nauczycieli, opiekunów i dzieci z klas nauczania początkowego jest skierowany program MegaMisja organizowany przez Fundację Orange.

– Pokazujemy dzieciom, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych, uczymy ochrony wizerunku, praw autorskich w internecie. Pokazujemy, jak wyrażać w internecie emocje, jak tworzyć swoje własne prace, grafiki, kampanie społeczne, cyfrowe komiksy. To dzieje się w świetlicach szkolnych, ale też na lekcjach nauczania zintegrowanego w klasach I–III szkół podstawowych, ponieważ wierzymy, że ta edukacja musi się zaczynać bardzo wcześnie. Mamy scenariusze zajęć przygotowane na bardzo różne przypadki, ale też zachęcamy nauczycieli do tego, aby sami wymyślali zajęcia dla uczniów  wymienia Ewa Krupa, prezes Fundacji Orange.

Obecnie w programie bierze udział 12 tys. uczniów i 600 szkół. W ubiegłym tygodniu w Warszawie odbył się Zjazd Liderów MegaMisji, w którym uczestniczyło 300 zaangażowanych w edukację osób: nauczycieli i wychowawców świetlic klas 13.

Wrzesień przyniósł ożywienie na rynku najmu. Nowe przepisy zmieniły sytuację lokatorów

Wrzesień przyniósł ożywienie na rynku najmu. Nowe przepisy zmieniły sytuację lokatorów 4

Wrzesień to dla studentów ostatni dzwonek na znalezienie lokum przed rozpoczęciem roku akademickiego. Wynajmując mieszkanie czy pokój, muszą pamiętać o kilku zasadach bezpiecznego najmu, które pozwolą im uniknąć konfliktów z wynajmującym. Gwarantem bezpieczeństwa lokatora jest precyzyjnie sporządzona umowa najmu, określająca dokładne warunki i koszty ponoszone przez obie strony, wysokość kaucji i opis stanu mieszkania. Lokatorzy muszą też pamiętać o tym, że od 11 września obowiązuje nowe prawo, które poluzowało dotychczasowe przepisy dotyczące eksmisji.

– Przede wszystkim trzeba sprawdzić, czy osoba, która chce wynająć lokal, jest jego właścicielem. Dla wielu może być niespodzianką, że umowę najmu można zawrzeć, nie będąc właścicielem nieruchomości. Teoretycznie ktoś może wynająć mieszkanie bez wiedzy właściciela – i to będzie skuteczna umowa najmu. Dlatego pierwsza rzecz, którą trzeba zweryfikować, dotyczy tego, kto wynajmuje mieszkanie i czy ma do niego tytuł prawny – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Dobrowolski, radca prawny i wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Dla studentów wrzesień to ostatni moment na znalezienie lokum przed rozpoczęciem roku akademickiego. Sieć biur nieruchomości Metrohouse – która przeanalizowała w tym miesiącu oferty najmu w największych miastach – podaje, że za dwupokojowe mieszkanie 40–50 mkw. tradycyjnie najwięcej będzie trzeba zapłacić w Warszawie, Wrocławiu, Gdańsku, Krakowie czy Poznaniu. Jednak na przedmieściach i w tańszych dzielnicach można trafić na niższe stawki najmu, dlatego zdaniem eksperta warto przeanalizować lokalny rynek.

Przy wynajmie mieszkania obowiązuje kilka zasad bezpieczeństwa. Po pierwsze, umowa powinna określać obowiązki i prawa obu stron oraz dokładnie precyzować, kto i za jakie koszty odpowiada (np. która ze stron umowy płaci za wymianę okien, naprawę lodówki czy cieknącego kranu). Wprawdzie te zasady zostały określone w ustawie o ochronie praw lokatorów, warto je jednak powtórzyć w umowie, by każda ze stron już w momencie jej zawierania wiedziała, za co odpowiada. Jeśli właściciel pobiera kaucję na poczet ewentualnych zniszczeń (zwykle wynosi ona równowartość miesięcznego czynszu, choć może więcej), taka informacja również musi zostać wpisana do umowy. Przepisy prawa dopuszczają bowiem możliwość ustanowienia kaucji, lecz nie jest ona obligatoryjna.

Załącznikiem do umowy najmu jest też protokół zdawczo-odbiorczy, który dokładnie opisuje stan mieszkania i jego wyposażenie. Dobrze, jeśli jest uzupełniony o dokumentację zdjęciową. Dokładny opis stanu lokalu w momencie najmu pomoże później rozstrzygać ewentualne spory z właścicielem.

Umowa powinna też dokładnie określać, z jakiego powodu może dojść do przedterminowego rozwiązania umowy i jak ma przebiegać okres wypowiedzenia

Wielokrotnie spotykaną praktyką rynkową jest to, że umowy są pisane źle i w sposób niezgodny z prawem. Lokator ma daleko idące prawa, które wynikają z ustawy o ochronie praw lokatorów. Wypowiedzenie umowy najmu mieszkalnego jest bardzo sformalizowane, trzeba zachować całą masę różnego rodzaju drobiazgowych procedur, żeby mogły one zostać uznane za ważne. Pominięcie tych procedur powoduje nieskutecznością wypowiedzenia. Warto więc sprawdzić, czy w umowie nie zostały zawarte jakieś postanowienia sprzeczne z porządkiem prawnym – podpowiada Piotr Dobrowolski.

11 września tego roku zaczęła obowiązywać ustawa o Krajowym Zasobie Nieruchomości. Nowe przepisy wprowadziły tzw. najem instytucjonalny. Dotychczasowy najem okazjonalny został w wyniku tych zmian zarezerwowany dla osób fizycznych, które nie prowadzą działalności gospodarczej w zakresie najmu lokali. Natomiast wynajmującym w umowie najmu instytucjonalnego mogą zostać tylko przedsiębiorcy (zarówno osoby fizyczne, jak i spółki), których przedmiotem działalności jest właśnie wynajem lokali.

Wynajmującym w umowie najmu instytucjonalnego może być zarówno osoba fizyczna, jak i spółka prawa handlowego. Istotne jest to, że prowadzi działalność w zakresie wynajmu lokali – precyzuje Piotr Dobrowolski.

W przypadku najmu instytucjonalnego lokator musi dołączyć do umowy najmu oświadczenie w formie aktu notarialnego, w którym oświadcza, że w razie odmowy dobrowolnego opuszczenia lokalu po zakończeniu najmu poddaje się dobrowolnie egzekucji i przyjmuje do wiadomości, że w takim przypadku nie przysługuje mu prawo do lokalu socjalnego ani zastępczego.

– Pociąga to za sobą ryzyko eksmisji na bruk. Najemcę lokalu w ramach najmu instytucjonalnego można będzie bardzo prosto i bez wielkich konsekwencji wyprowadzić z lokalu za pomocą komornika – przypomina radca prawny.

Lokalni producenci żywności zyskują na współpracy z sieciami handlowymi. To dla nich często przepustka do zagranicznych rynków

Lokalni producenci żywności zyskują na współpracy z sieciami handlowymi. To dla nich często przepustka do zagranicznych rynków 5

Wielomilionowe kontrakty, stały rynek zbytu i możliwość pozyskania dodatkowych środków na inwestycje – to lista korzyści, jakie lokalne firmy czerpią ze współpracy z dużymi sieciami handlowymi. Dla wielu z nich takie partnerstwo okazało się kluczowe także przy ekspansji zagranicznej. Partnerzy z Ukrainy czy Niemiec doceniają, że od lat współpracujemy z Jeronimo Martins Polska i spełniamy ich wymogi – mówi prezes Green Factory, firmy dostarczającej świeże i pakowane warzywa do sieci Biedronka.

Dla małych, lokalnych dostawców współpraca z dużą siecią handlową to gwarancja stałego zbytu produktów i stałych zysków przez lata. To sprzyja z kolei wynikom finansowym i inwestycjom w dalszy rozwój firmy. Dzięki partnerstwu z sieciami handlowymi w ostatnich latach działalność rozwinęło kilkaset małych i średnich przedsiębiorstw, przede wszystkim producenci słodyczy, nabiału i przetworów oraz lokalni dostawy warzyw i owoców.

– Mamy bardzo wiele branż, które zyskują na działalności z wielkimi sieciami handlowymi. Znam osobiście kilkadziesiąt firm, które zaczynały jako bardzo małe przedsiębiorstwa o obrotach rzędu kilku milionów złotych. Natomiast dzisiaj ich obroty liczone są w setkach milionów. Skorzystała przede wszystkim branża spożywcza, ale także inne, które systematycznie wchodziły do oferty sieci handlowych. Gdy popatrzymy na największe polskie sieci spożywcze, to asortyment sprzedawanych tam towarów mocno się poszerza. Mamy tam dzisiaj także elektronikę, a ostatnie dwa lata przyniosły duży rozwój firm, które dostarczają tego typu produkty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zuber, ekonomista.

– Współpraca z siecią handlową jak Lidl czy Biedronka powoduje, że nasza żywność ma bardzo dobrą cenę i bardzo wysoką jakość. Tylko się cieszyć – dodaje Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

Kooperacja z dużą siecią handlową to dobra rekomendacja dla banków, akcjonariuszy czy obligatariuszy – a zatem możliwość znalezienia dodatkowego finansowania dla przedsiębiorstwa. Takie partnerstwo uwiarygadnia też firmę w oczach potencjalnych kontrahentów i może być przepustką na zagraniczne rynki.

– Współpraca z Jeronimo Martins Polska jest dla nas wizytówką także poza Polską, na nowych rynkach takich jak Ukraina czy Niemcy. Jest to nobilitujące: jeśli ktoś spełnia wymagania i oczekiwania Biedronki, jest w stanie sprostać dostawom do 2700 sklepów, to jest wiarygodnym partnerem także na innych rynkach – mówi Artur Rytel, prezes spółki Green Factory, dostawcy sieci Biedronka.

Rodzinna spółka Green Factory jest modelowym przykładem korzyści, jakie potrafi zapewnić kooperacja z dużą siecią handlową. Firma sprzedaje gotowe mieszanki sałatkowe i warzywno-owocowe marki Fit & Easy, dostarcza swoje wyroby do restauracji McDonald’s, a także produkuje marki własne dla sieci handlowych, m.in. Vital Fresh dla Biedronki. Z największą w Polsce siecią dyskontów współpracuje od 15 lat, dzięki czemu – jak przyznaje Artur Rytel – firma miała szansę na rozwój i mogła inwestować w innowacje.

Od chwili podjęcia współpracy z dwoma gigantami zainwestowała m.in. w pierwszy w Polsce tunel do mycia produktów delikatnych, takich jak rukola, roszponka czy szpinak. Wraz z rozwojem Green Factory rosło również zatrudnienie – w 2002 roku firma zatrudniała kilkudziesięciu pracowników, obecnie pracuje w niej ponad tysiąc osób.

– Współpraca z sieciami w większości przypadków jest partnerska. My potrzebujemy sieci, a sieci potrzebują naszych produktów i naszych mocy produkcyjnych. Dzisiaj ta współpraca układa się pozytywnie. Jesteśmy na bardzo konkurencyjnym rynku, konkurują między sobą zarówno dystrybutorzy, jak i producenci. To ciągła stymulacja do wprowadzania nowych produktów, nowych optymalizacji, jeszcze wyższych stopni jakości i bezpieczeństwa produktu. Jeśli inwestujemy, rozwijamy moce produkcyjne, budujemy linie, to wiemy, że możemy też na nich produkować w przyszłości – zapewnia Artur Rytel.

Potwierdza to też przykład spółki Przedsiębiorstwo Produkcji Ogrodniczej Siechnice, jednego z blisko 600 dostawców sieci Biedronka. Mała, rodzinna firma dzięki współpracy z Jeronimo Martins Polska przeistoczyła się w jednego z największych w kraju producentów warzyw szklarniowych. Pięć lat temu w momencie nawiązania współpracy z właścicielem Biedronki zatrudniała około 200 osób. Aktualnie zatrudnienie w firmie wzrosło do 450 osób, a firma przeznaczyła już 250 mln zł na rozwój i działalność inwestycyjną.

Poza kapitałem do firm nawiązujących współpracę z dużymi sieciami płyną też standardy i wiedza z zakresu zarządzania.

– To wsparcie dotyczące zarządzania sklepem, zarzadzania finansami sklepu, także wsparcie sprzedażowe i dotyczące działań marketingowych, różnego rodzaju szkolenia – wylicza ekonomista Marek Zuber.

Korzyści z tego typu współpracy czerpią także konsumenci. Sieci handlowe przykładają bardzo dużą uwagę do tego, żeby produkty na ich półkach były bez zarzutu. Dlatego od producentów i dostawców wymagają dbałości o jakość nie tylko na etapie produkcji, lecz także przechowywania czy dystrybucji. Dodatkowy bonus to szeroka oferta i większy wybór dla konsumentów.

– Ogromny plus współpracy polskich firm, producentów rolno-spożywczych, z wielkimi sieciami handlowymi jest taki, że zdecydowanie wzrosła jakość produkcji, ponieważ sieci wymuszają na swoich producentach wysoką jakość, jakość sprawdzaną na bieżąco. Wymaga to dużej pracy i ogromnego zaangażowania i nie wszyscy sobie z tym radzą – mówi Krzysztof Przybył.

Prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” dodaje, że w ostatnich latach – obok branży spożywczej – na współpracy z obecnymi na polskim rynku sieciami handlowymi bardzo skorzystał też sektor chemiczny i budowlany.  

Trwa technologiczny wyścig zbrojeniowy. Coraz więcej środków trafia na cyberbezpieczeństwo

Trwa technologiczny wyścig zbrojeniowy. Coraz więcej środków trafia na cyberbezpieczeństwo 6

Nowe technologie napędzają rynek zbrojeniowy. W 2016 roku łącznie na obronność na świecie wydano 1,68 bln dolarów. Liderami są Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny. Największy postęp notują rakietowe systemy przeciwlotnicze i przeciwrakietowe, zwłaszcza rosyjskie uzbrojenie. Rosną też wydatki na indywidualne wyposażenie żołnierzy, przede wszystkim wojsk specjalnych i lotnictwa. Cyfrowa rewolucja sprawia, że coraz istotniejszym obszarem staje się cyberprzestrzeń. W ubiegłym roku wydatki na bezpieczeństwo cyfrowe przekroczyły 81 mld dolarów.

– Największy postęp zauważalny jest w technice rakietowej, która zawsze generowała bardzo nowoczesne technologie, m.in. rakiety, które służą do obrony powietrznej. Dużo do powiedzenia w tym zakresie ma Rosja, skonstruowała takie systemy, jak S-400, czy S-300, które należą do bardzo nowoczesnych. To także systemy produkowane przez amerykańską firmę Raytheon, która ma być dostawcą uzbrojenia rakietowego dla Polski – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Paweł Soroka, Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy Jana Kochanowskiego w Kielcach.

Dane Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) wskazują, że w 2016 roku na cele wojskowe na świecie wydano 1,686 bln dolarów. Najwięcej, 611 mld dolarów, wydały Stany Zjednoczone, Chiny (215 mld dol.) i Rosja (69,2 mld dol.). Duży nacisk kładziony jest zwłaszcza na systemy przeciwlotnicze i rakietowe. Do najnowocześniejszych należą pociski rakietowe SkyCeptor produkowane przez koncern Raytheon, które ma pozyskać Polska. Rosyjskie uzbrojenie, S-300 i zwłaszcza S-400, jest owiane tajemnicą. Według Rosjan systemy są w stanie zestrzelić wszystko w promieniu 400 km, nie zostały jednak użyte w działaniach wojennych, dlatego trudno zweryfikować ich możliwości. Znaczna część budżetów obronnych inwestowana jest w lotnictwo.

– Są samoloty najnowszej generacji, jak amerykańskie F-22 czy F-35 czy rosyjski podobny samolot najnowszej generacji, którego producentem będzie Suchoj. W Europie też jest całkiem nieźle, najnowszej generacji myśliwiec, który został wyprodukowany w ramach kooperacji międzynarodowej przez konsorcjum firm zachodnioeuropejskich Eurofighter, zwany też Tajfunem, należy do bardzo nowoczesnych samolotów najnowszej generacji. Także samolot A400 transportowy, co prawda turbośmigłowy, ale jeśli chodzi o lotnictwo transportowe bardzo nowoczesny, wejdzie niebawem na wyposażenie państw Europy Zachodniej – przekonuje Soroka.

Najbardziej zaawansowane technicznie samoloty produkują Stany Zjednoczone (F-22 Raptor czy F-35 Lightning II), Rosja (PAK FA, czyli Su-50) i Chiny (Chengdu J-20 czy Shenyang J-31). Zmodyfikowany samolot Eurofighter Typhoon ma podobne parametry, co amerykański F-22, może osiągać naddźwiękowe prędkości bez wykorzystania dopalacza. Został też sprawdzony w misjach na Bliskim Wschodzie. Airbus A400, ogólnoeuropejski wszechstronny transportowiec wojskowy, trafił już do części krajów europejskich. Jak podkreśla prof. Soroka, w ten sposób Europa dorobiła się własnego transportu strategicznego. Dotychczas korzystała z amerykańskiego i ukraińskich zakładów produkujących samoloty Antonov. Postęp dokonał się również w zakresie indywidualnego wyposażenia żołnierzy.

– Kiedyś żołnierz był uzbrojony w karabin, plecak, hełm, teraz może walczyć w nocy, dysponuje środkami rozpoznania, głównie dotyczy to w tej chwili wojsk specjalnych, gdzie dokonał się największy postęp. Indywidualne wyposażenie polskich żołnierzy z takich jednostek jak GROM, FORMOZA czy AGAT jest coraz bardziej nowoczesne – zauważa ekspert.

W Polsce realizowany jest projekt „Zintegrowany Indywidualny System Walki Tytan (ZISW Tytan)”. Według założeń do 2020 roku do polskich żołnierzy ma trafić wyposażenie (m.in. lornetki noktowizyjne, wyświetlacze nahełmowe) i uzbrojenie (np. karabin MSBS, pistolet PR-15, granatnik 40 mm) na miarę XXI wieku. Dodatkowo ma zostać stworzony nowoczesny system łączności i komunikacji, a do 2019 roku finansowanie projektu ma sięgnąć blisko 130 mln zł.

Rewolucja cyfrowa sprawiła, że coraz więcej środków trafia na cyberbezpieczeństwo. Według Gartnera w 2016 roku globalne wydatki na ten cel przekroczyły 81 mld dolarów. W ciągu najbliższych lat będą one jednak coraz większe, zwłaszcza że cyberprzestępcy zagrażają nie tylko firmom, lecz także państwowym systemom.

– Znaczny postęp dokonał się w obszarze walki w cyberprzestrzeni. Świat wszedł w rewolucję informatyczną, szereg urządzeń wojskowych i będących elementem infrastruktury krytycznej jest uzależniony od komputerów, internetu, wzrasta groźba ataków hakerskich, w związku z tym coraz większe środki są generowane na oprogramowanie, które może się przeciwstawić tym atakom. Trwa również wyścig pomiędzy bronią ofensywną a defensywną – podkreśla prof. Paweł Soroka.

Tylko połowa polskich firm jest gotowa na nowe przepisy o ochronie danych osobowych. Za ich naruszenie od maja 2018 roku będą grozić wysokie kary finansowe

Tylko połowa polskich firm jest gotowa na nowe przepisy o ochronie danych osobowych. Za ich naruszenie od maja 2018 roku będą grozić wysokie kary finansowe 7

Od maja 2018 roku, czyli od wejścia w życie nowych unijnych przepisów, kary dla przedsiębiorców za naruszenie ochrony danych osobowych będą znacznie bardziej dotkliwe niż obecnie. Choć na przygotowanie firmy mają coraz mniej czasu, 23 proc. z nich nie ma świadomości wprowadzenia koniecznych zmian – wynika z badań Fundacji Wiedza to Bezpieczeństwo. 42 proc. badanych twierdzi, że w ich firmach nigdy nie doszło do incydentu naruszenia danych.

– Niewłaściwe przetwarzanie danych osobowych oznacza przetwarzanie niezgodne z zasadami określonymi obecnie w przepisach ustawy o ochronie danych osobowych, a już za 9 miesięcy niezgodne z nowymi przepisami RODO, czyli rozporządzenia ogólnego na poziomie UE – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych z ODO24.pl.

Obecnie zagadnienia związane z ochroną danych osobowych reguluje ustawa o ochronie danych osobowych i rozporządzenia wydane na jej podstawie. Za przetwarzanie danych przez osobę nieuprawnioną, udostępnianie danych takim osobom czy naruszenie obowiązku zabezpieczenia danych grozi kara grzywny, która nie może przekraczać 10 tys. zł w stosunku do osób fizycznych lub 50 tys. zł w stosunku do osób prawnych.

Od maja 2018 roku i wejścia w życie przepisów RODO kary będą już znacznie dotkliwsze. Każda instytucja będzie musiała wdrożyć odpowiednie procedury bezpieczeństwa i zbudować system raportowania. Kary administracyjne będą mogły sięgnąć 20 mln euro lub 4 proc. światowego obrotu firmy.

 Najważniejsze elementy, które większość organizacji powinna wdrożyć, w zasadzie obowiązują od 20 lat. Przede wszystkim chodzi o to, aby dane osobowe w organizacji miały podstawy prawne. Kolejnym istotnym elementem jest konieczność zapewnienia obowiązku informacyjnego, czyli poinformowanie osób, których dane dotyczą, o ich podstawowych uprawnieniach. Pewnym novum w RODO jest kwestia związana z koniecznością przeprowadzenia analizy ryzyka, która wskaże, jakie zabezpieczenia w stosunku do danych osobowych muszą zostać zastosowane – wymienia Gałaj-Emiliańczyk.

Jak wynika z raportu Fundacji Wiedza to Bezpieczeństwo „Co wiemy o ochronie danych”, w ponad połowie firm zmieniono już procedury przetwarzania danych osobowych w związku ze zmianą przepisów. 41 proc. ankietowanych zostało zaś kilka razy wprowadzonych w nowe obowiązki w zakresie przetwarzania danych.

 Od maja 2018 roku urząd nadzorujący przestrzeganie przepisów ustawy o ochronie danych osobowych przestanie istnieć, nowy urząd będzie egzekwował nowe przepisy. Inną kluczową zmianą jest przejście z modelu ustawowo regulowanego systemu ochrony danych osobowych na model autoregulowany – wskazuje ekspert.

Przepisy RODO zakładają, że funkcję administratora bezpieczeństwa informacji (ABI) w firmach przejmie inspektor ochrony danych (IOD). Ponad połowa ABI twierdzi, że ma wystarczającą wiedzę, aby pełnić funkcję IOD. Pozostała część stara się zwiększyć swoje kompetencje w zakresie ochrony danych osobowych, z czego 54 proc. twierdzi, że zna szczegółowo zakres zmian, jakie wprowadza RODO, ale 46 proc. ma jedynie ogólną wiedzę. 

– Naruszenia prawa w przedsiębiorstwie powinniśmy traktować poważnie. W żadnym wypadku nie powinniśmy ignorować takich sytuacji. Celem nadrzędnym jest, aby naruszenia nigdy nie występowały. Temu ma sprzyjać funkcja inspektora ochrony danych, która powstanie pod rządami rozporządzenia – mówi Aleksandra Piotrowska, prezes zarządu Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Choć nowe przepisy wymuszają na firmach dostosowanie procedur i systemów informatycznych, to 23 proc. przedsiębiorstw nie ma świadomości wprowadzenia koniecznych zmian. Co więcej, 42 proc. badanych twierdzi, że w organizacjach, z którymi są związani, incydenty związane z ochroną danych osobowych nigdy się nie zdarzyły.

 Z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością pozwala nam to przypuszczać, że tak naprawdę wśród przedsiębiorców nie ma w ogóle wiedzy o tym, co to jest incydent i jakie konsekwencje mogą być z tym związane. Pod rządami RODO taka nieświadomość może mieć daleko idące konsekwencje, bowiem powstaje nowy obowiązek zgłoszenia incydentu w przeciągu 72 godzin – wyjaśnia Aleksandra Piotrowska.

– Nie wiadomo jeszcze, jak będzie egzekwowane prawo o ochronie danych osobowych. Przepisy wskazują na to, że będą to kary grzywny nakładane przez nowy Urząd Ochrony Danych Osobowych. Egzekucja będzie się opierała przede wszystkim na działaniach urzędu, który będzie przeprowadzał kontrole bezpośrednio w organizacjach – mówi Konrad Gałaj-Emiliańczyk.

Banki udzielają coraz mniej małych kredytów konsumpcyjnych

Charakterystyczne dla I półrocza br. jest ograniczanie przez większość banków udzielania kredytów na niższe kwoty. Sytuacja ta może prowadzić do wpadania części kredytobiorców w spiralę zadłużenia, poprzez zaciąganie kolejnych zobowiązań w firmach pożyczkowych.

Na rynku kredytów konsumpcyjnych dla osób prywatnych zwraca uwagę też wysoki poziom koncentracji. Pięć banków udziela ponad połowę kredytów w Polsce.

Sektor bankowy wyraźnie koncentruje swoją ofertę kredytów konsumpcyjnych w wyższych kwotowo segmentach, w przedziale powyżej 100 tys. zł. Wyniki I półrocza br. pokazały, że liczba kredytów na kwoty poniżej 4 tys. była niższa niż rok wcześniej, nawet po uwzględnieniu transakcji firm pożyczkowych. Zwraca uwagę fakt, że klienci firm pożyczkowych w zdecydowanej większości obsługują jednocześnie kredyty bankowe.

BIK Indeks Jakości Kredytów potwierdza jednak utrzymującą się wysoką jakość kredytów, udzielanych osobom prywatnym. W rozmowie z MarketNews24 mówi o tym dr Andrzej Topiński, główny ekonomista BIK.

W I półroczu 2017 r. banki i SKOK-i udzieliły 3 412 tys. kredytów konsumpcyjnych. To o 3% mniej niż przed rokiem. Zbliżone spadki r/r odnotowaliśmy w I półroczu 2016 r.

Firmy pożyczkowe udzieliły w I półroczu 2017 r. 962 tys. pożyczek. Okazuje się, że to o 9,4% więcej niż rok wcześniej.

35 proc. transakcji wymiany walut odbywa się w internecie. Nowe przepisy jeszcze bardziej zwiększą konkurencyjność na rynku fintech

35 proc. transakcji wymiany walut odbywa się w internecie. Nowe przepisy jeszcze bardziej zwiększą konkurencyjność na rynku fintech 8

Wartość obrotów w internetowych kantorach sięgnęła w ubiegłym roku 35–40 mld zł i dynamicznie rośnie. Tradycyjne kantory coraz częściej ustępują pola konkurencji w sieci. Klienci, którzy wymieniają walutę w internecie, oszczędzają średnio 8 proc. kwoty. Przewagą e-kantorów jest szybsze wprowadzanie innowacji, są też otwarte na współpracę z innymi fintechami. Eksperci oceniają, że nową tendencją w sektorze fintechów jest tworzenie platform, które umożliwiają użytkownikowi korzystanie w jednym momencie z kilku kompatybilnych względem siebie produktów.

Kantory online zdecydowanie są sektorem fintech, to przede wszystkim nowoczesne, innowacyjne spółki technologiczne. Najważniejszą działalnością kantorów online jest wymiana walut, obecnie kantory rozwijają się również w kierunku przelewów międzynarodowych. Sektor przelewów międzynarodowych i wymiany walut jest najbardziej rozwijającym się obecnie sektorem rynku, 25–30 proc. to bardzo duża dynamika wzrostu – podkreśla w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Innowacje Monika Kania, prezes zarządu xchanger.io.

Raport „Kantory online. Wymiana waluty w internecie” przygotowany przez interaktywnie.com wskazuje, że w 2016 roku wartość obrotów w e-kantorach szacowana była na 35–40 mld zł. Obecnie w Polsce działa ok. 50 e-kantorów, a ich liczba dynamicznie rośnie. W dużej mierze ze względu na coraz większe zainteresowanie kantorami online wśród Polaków. Raport „Trendy w wymianie walut – I półrocze 2017 roku” przygotowany przez xchanger i fintek.pl ocenia, że już ok. 35 proc. transakcji wymiany walut odbywa się w internecie. W 2016 roku odnotowano w kantorach 20 proc. wzrost zakładania kont walutowych.

Kantory online bardzo mocno wpisują się w całą ideologię nowoczesnych spółek technologicznych, czyli tworzenie rozwiązań przyjaznych użytkownikowi, które wpływają na szybkość wykonywania transakcji, w jaki sposób użytkownik codziennie ułatwia sobie życie, ale są też związane z bezpieczeństwem. Kantory online wprowadzają ogromną zmianę, jeśli chodzi o kwestie wykonywania przelewów międzynarodowych, zmniejszają odległości międzykontynentalne – wskazuje Kania.

Rozwój e-kantorów nie musi oznaczać, że te tradycyjne zostaną wyparte z rynku, jednak stopniowo oddają pole fintechom, zwłaszcza że te gwarantują klientom wyższy poziom komfortu. Zauważają to także banki, które same wprowadzają własne kantory online (przykładem Rkantor banku Raiffeisen, oferta mBanku czy Alior Banku). Usługi online oferuje też Poczta Polska, która pracuje nad własnym kanałem internetowym.

Kantory online rozumiane jako spółki technologiczne są w stanie szybciej wprowadzać pewne innowacje, droga decyzyjna w takich spółkach jest dużo krótsza. Są w stanie szybciej testować i dewelopować pewne produkty, jak przelewy na telefon, przelewy na rachunek bankowy, szybciej otwierać konta bankowe w innych bankach. Co istotne, kantory online jako spółki fintech są też bardzo otwarte na współpracę, nie zamykają się przed innymi fintechami na tworzenie usług, które są zagregowaną ofertą – tłumaczy prezes xchanger.io.

Rozwijanie oferty stanie się jeszcze łatwiejsze po wprowadzeniu w przyszłym roku przepisów dyrektywy PSD2. Umożliwi ona dostęp firmom spoza sektora bankowego do informacji na temat rachunku bankowego klienta. Banki będą zmuszone do otwarcia swoich systemów transakcyjnych i dostępu do zgromadzonych danych. Firmy działające na rynku finansowym będą mogły w ten sposób uzyskać dostęp do danych o historii transakcji klienta. Dzięki PSD2 na rynku może powstać więcej podmiotów, to oznacza większą konkurencyjność rynku.

– Będzie nie tylko taniej, bo użytkownicy będą mieli możliwość korzystania z produktów, które bardzo mocno wpłyną na ich życie codzienne – zaznacza ekspertka. – Punkt ciężkości na pewno będzie przenosił się z produktów kartowych na produkty związane z przelewami bankowymi, inicjacja transakcji będzie prowadzona z konta użytkownika – dodaje.

Dzięki dyrektywie i otwarciu przez banki dostępu do rachunków klientów i ich historii, e-kantory będą w stanie zaoferować nowe usługi, dzięki którym klienci nie będą musieli korzystać z innych aplikacji wprowadzony zostanie trend znany m.in. z bankowości elektronicznej.

– Tendencją, którą obserwuję jeśli chodzi o tworzenie produktów fintechowych, to tworzenie ekosystemów usług, czyli platform, które umożliwiają użytkownikowi w jednym momencie korzystanie z kilku kompatybilnych względem siebie produktów – ocenia Monika Kania.

Technologia radarowa najnowszym trendem na rynku kamer przemysłowych. Rynek ten będzie rósł w tempie blisko 13 proc. rocznie

Technologia radarowa najnowszym trendem na rynku kamer przemysłowych. Rynek ten będzie rósł w tempie blisko 13 proc. rocznie 9

Światowy rynek kamer przemysłowych w 2025 r. ma osiągnąć wartość ponad 23 mld dolarów. W latach 2017–2025 będzie rósł w tempie 12,7 proc. rocznie. Jednym z najnowszych trendów na tym rynku jest technika radarowa wykorzystywana do wykrywania ruchu na obszarze, który kamera monitoruje. Dotychczas wykorzystywano w tym celu czujniki ruchu czy kamery termowizyjne. Od pewnego czasu do tego zestawu narzędzi dodano technologię radarową, zaczerpniętą z branży automotive.

– Technika radarowa w kamerach przemysłowych oferuje większą skuteczność w zakresie detekcji ruchu. Wykrywanie ruchu za pomocą analityki pracującej w kamerach jest już dostępne od jakiegoś czasu i jest cały czas udoskonalane, jednak ma swoje ograniczenia. Technika radarowa pozwala dramatycznie zmniejszyć liczbę fałszywych alarmów – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jakub Kozak, sales manager na Polskę, Ukrainę i kraje bałtyckie w Axis Communications, producenta kamer przemysłowych.

Według danych firmy analitycznej IHS na koniec 2016 roku na całym świecie zainstalowanych było niemal 350 milionów kamer CCTV. Najszybszy wzrost zaobserwowano w segmencie kamer komunikujących się za pomocą protokołu IP. W 2012 roku takich kamer zainstalowanych było około 19,5 mln, a w 2016 roku było ich już ponad 140 mln. Liczba zainstalowanych kamer analogowych wzrosła w tym samym czasie ze 137 do 208 mln. Dynamika wzrostu nowoczesnych kamer przemysłowych zdaniem ekspertów jest spowodowana mnogością funkcji, jakie mogą spełniać.

– Zabezpieczenie jakichś obszarów na zewnątrz, tzw. ochrona perymetryczna, obwodowa – za pomocą tego rozwiązania wykrywać intruzów. Jesteśmy w stanie wykrywać ruch osoby wkraczającej na teren, do którego nie powinna mieć ona dostępu właśnie za pomocą termowizji, kamer wizyjnych, ale również za pomocą radarów. Radary działają w odległości 50 metrów, ale oferują bardzo szeroki kąt 120 stopni, bardzo skutecznie uzupełniają systemy ochrony obwodowej i perymetrycznej – tłumaczy Jakub Kozak.

Z danych serwisu Statista.com wynika, że w ubiegłym roku wartość rynku CCTV wyniosła 13,24 mld dolarów, z czego rynek analogowy wart był 6,9 mld dolarów, a rynek CCTV IP – 6,34 mld dolarów. Z raportu „CCTV Camera Market Global Industry Analysis, Size, Share, Growth, Trends, and Forecast 2017–025” autorstwa Transparency Market Research dowiadujemy się, że roczna skumulowana stopa wzrostu na rynku kamer CCTV w latach 2017–2025 wyniesie 12,7 proc., a rynek ten w tym czasie osiągnie wartość 23,32 mld dolarów. Dynamiczny rozwój kamer przemysłowych wspierają nowoczesne technologie, takie jak radary, które do kamer trafiły z branży automotive.

– W przypadku zastosowania radaru w tym przemyśle nie korzystamy z technologii wojskowej, czego moglibyśmy się spodziewać, bo radary kojarzą się głównie z łodziami podwodnymi czy samolotami wojskowymi, a korzystamy tu z branży automotive. Radary dziś są codziennością w samochodach, nie tylko autonomicznych, lecz także tych codziennie wykorzystywanych, które sprawiają, że są to samochody bezpieczniejsze. Skala ich zastosowania w tej branży jest znacznie większa niż w przypadku zastosowań wojskowych, dzięki temu te radary są dostępne również do zastosowań takich jak telewizja dozorowa – twierdzi ekspert.

Innym ważnym trendem na rynku kamer przemysłowych jest internet rzeczy. Trend, który dotyka coraz więcej branż, znajduje zastosowanie także w przypadku CCTV. Kamery mogą być integrowane bezpośrednio z budynkami oraz innymi elementami inteligentnych budynków, co usprawnia komunikację.

– Właściwie wszystkie kamery komunikują się dziś za pomocą sieci i protokołów IP,  sieci ethernetowych czy w rzeczywistości internetu rzeczy. Kamery są integrowane również na poziomie budynków, czyli współpracują z innymi systemami, systemami kontroli dostępu, systemami sygnalizacji włamania i napadu czy systemami HVAC, czyli systemami klimatyzacji, chłodzenia i ogrzewania budynku – podsumowuje sales manager w Axis Communications.

Liczba cyberataków na firmy wzrosła w ciągu roku o 900 proc. Co godzinę ma miejsce 971 takich incydentów

Liczba cyberataków na firmy wzrosła w ciągu roku o 900 proc. Co godzinę ma miejsce 971 takich incydentów 10

W ubiegłym półroczu niemal co czwarta firma bądź organizacja na świecie padły ofiarą wirusa RoughTed, który w ramach złośliwej kampanii reklamowej instalował na komputerach użytkowników niechciane oprogramowanie. Według raportu Check Point Security liczba ataków malware na firmy wzrosła w ciągu ostatniego roku o 900 proc. Co godzinę ma miejsce średnio 971 takich incydentów. Skokowo rośnie też liczba ataków na urządzenia mobilne. Fala cyberprzestępczości zalewa sieć, ponieważ zdaniem ekspertów coraz łatwiej jest ich dokonywać.

– Widzimy wyraźny wzrost przeprowadzanych ataków hakerskich w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Liczba ataków na firmy podwoiła się, wzrost sięgnął 48 proc. Można powiedzieć, że co druga firma na świecie została w pewien sposób dotknięta cyberatakiem. Te ataki są w tej chwili różnorakie: od prostych po celowane i bardzo skomplikowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Głażewski, dyrektor zarządzający Check Point Software Polska.

Z danych specjalizującej się w cyberbezpieczeństwie firmy wynika, że w pierwszej połowie 2017 roku ataki w Ameryce, Europie, Afryce oraz na Bliskim Wschodzie były niemal dwukrotnie powszechniejsze niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Liczba ataków ransomware prawie podwoiła się w tym okresie z 26 proc. do 48 proc. (raport Cyber Attacks Trends 2017). Ransomware to rodzaj złośliwego oprogramowania, które szyfruje dane na dysku w celu szantażu lub wymuszenia okupu. Rodzajów cyberataków jest jednak wiele, a do ich przeprowadzenia coraz częściej nie potrzeba już specjalistycznej wiedzy.

– Ataki hakerskie zalewają świat. Przede wszystkim dlatego, że coraz łatwiej jest je wykonać. Istnieje pełen wachlarz narzędzi do przeprowadzania ataków hakerskich, jest to coraz prostsze, nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Można się wręcz spotkać z firmami, które oferują usługę wykonania cyberataku na zasadzie podziału dochodów z takiej działalności – mówi Wojciech Głażewski.

Aktualnie najpowszechniejszymi typami malware (szkodliwego oprogramowania wykorzystywanego np. do wykradania danych osobowych, finansowych albo blokowania dostępu) są RoughTed, Fireball i Kelihos. Ten pierwszy zainfekował blisko co czwartą firmę bądź organizację na świecie. Ofiarą Fireballa padło blisko 20 proc. firm, natomiast ostatni z nich – Kelihos – wykryto w co dziesiątej sieci. Zdaniem analityków Check Pointa potwierdza to wysoką skuteczność ataków hakerskich.

– Ostatnio borykamy się z wszelkiego rodzaju atakami ransomware, które są dość mocno nagłaśniane, bądź atakami, które wykorzystują proste mechanizmy rozprzestrzeniania się. Niektóre z nich są na tyle skuteczne, że dotknęły 20 proc. firm na świecie. Większość ataków dotknęła firmy międzynarodowe, ponieważ dość proste było użycie mechanizmów rozprzestrzeniania się wewnątrz korporacji. Natomiast głównym celem ataków był sektor finansowy – mówi Wojciech Głażewski.

Analitycy podkreślają, że w ciągu minionych miesięcy nastąpił też duży wzrost ataków na urządzenia mobilne. Najpopularniejszym obecnie malware na urządzenie mobilne jest Hiddad (który zainfekował 10 urządzeń na całym świecie) oraz HummingBad (8 proc. infekcji), działające na systemie Android. Malware na systemy mobilne Apple jest powszechny przede wszystkim w Ameryce, ale zagraża również użytkownikom w innych krajach. Podobnie jak w ubiegłym roku, jednym z najbardziej popularnych zagrożeń dla urządzeń mobilnych jest również XcodeGhost.

– Smartfony czy tablety są w tej chwili de facto mocno skomplikowanymi urządzeniami, porównywalnymi do komputerów. Są dość wdzięcznym źródłem ataków, ponieważ dużo częściej niż na komputerach stacjonarnych czy laptopach, zbiega się w nich nasze życie zawodowe z życiem prywatnym. Są używane w bardzo różnorodny sposób i często nie tylko przez ich właściciela – przestrzega Wojciech Głażewski.

Wzrost zagrożenia cyberatakami na świecie potwierdza również globalna firma doradcza PwC. Jej ubiegłoroczny raport Global Economic Crime Survey pokazuje, że 54 proc. amerykańskich firm padło ofiarą ataków hakerów w ciągu ostatnich 2 lat. Mimo coraz większego ryzyka nadal wiele firm i organizacji skupia się na wykrywaniu zagrożeń i cyberataków, zamiast wprowadzać proaktywne działania, które mogą im zapobiegać, zwłaszcza w przypadku urządzeń mobilnych.

– Trzeba mieć świadomość tego, że cokolwiek robię i cokolwiek wykonuję za pomocą smartfona, to może to mieć dużo szersze skutki, niż tylko to, co widzę na ekranie. To samo dotyczy atakujących. Muszą oni być świadomi, że zabranie pliku z komputera to już nie jest tylko fajny kawał, ale przestępstwo. To tak samo, jakbym wyciągnął  komuś portfel z kieszeni i powiedział: udało mi się, nikt tego nie zauważył. W tej chwili nie widzę różnicy – mówi ekspert.

Targi RetailShow – wiodące wydarzenie dla całej branży handlowej już w listopadzie

VIII Międzynarodowe Targi Wyposażenia Sklepów RetailShow 2017 odbędą się 15 i 16 listopada br. w Centrum EXPO XXI w Warszawie. Jedną z nowości będzie usytuowane w Meeting Point studio nowego programu telewizyjnego „Sklepowe Rewolucje”, gdzie właściciele sklepów, otwarci na metamorfozę swych biznesów, będą mogli uzyskać porady i zgłosić się do udziału do wiosennej edycji tej produkcji. Targi RetailShow, największe wydarzenie branży retail w Europie Środkowo-Wschodniej, to najlepsze miejsce by poznać bogatą ofertę wiodących polskich i zagranicznych dostawców wyposażenia, technologii i usług dla handlu oraz najnowsze trendy w projektowaniu i wyposażaniu sklepów prezentowane w  Modelowym Sklepie, a także wziąć udział w konferencji i warsztatach.

Targi RetailShow to dynamicznie rozwijające się biznesowe wydarzenie branży handlowej. Organizator przewiduje, że ofertę przedstawi 200 wystawców z Polski i zagranicy. Podobnie jak w ubiegłym roku ekspozycje zostaną przygotowane na 5250 mkw. powierzchni wystawienniczej. Zeszłoroczną edycję targów odwiedziło ponad 4,5 tys. branżowych klientów. Coraz większy procent zarówno wystawców, jak i gości stanowią firmy i sieci handlowe z zagranicy.

Nowoczesny sklep

Na Targach RetailShow zostaną zaprezentowane najnowsze rozwiązania z zakresu projektowania sklepów, mebli i wyposażenia, kas fiskalnych i wag, systemów informatycznych do zarządzania sieciami handlowymi, programów lojalnościowych, usług outsourcingowych i finansowych, systemów zabezpieczeń i ochrony, usług doradczych, prawnych i consultingowych. Jeden z ekspertów, dr Marek Borowiński, specjalista od visual merchandisingu, zarówno w studiu „Sklepowych Rewolucji”, ale również podczas bezpłatnych wykładów w Retail Innovations Theatre, doradzi jakie rozwiązania wybrać, by jak najskuteczniej przyciągać klientów.

– Targi RetailShow to świetna okazja dla zarządzających sklepami, by porozmawiać o problemach prowadzenia biznesów, poszukać rozwiązań, poznać najnowsze produkty, a nawet zgłosić się do 2. edycji programu by poddać swój sklep metamorfozie mówi dr Marek Borowiński. W nowym programie telewizyjnym „Sklepowe Rewolucje” emitowanym od października, pokazane będą metamorfozy sklepów i butików z różnych branż, w tym także rodzinnych biznesów. Ekspert podzieli się także wrażeniami po nagraniu 13 odcinków programu, opowie z jakimi problemami mierzyli się właściciele sklepów oraz jaką drogę pokonali, by odmienić swoje sklepy. Dodaje także, że w szczególności czeka na sklepy, których nie było w pierwszej serii, czyli specjalistyczne np. salony optyczne, sklepy rowerowe czy motocyklowe. Warto więc zarezerwować czas, by odwiedzić targi i skorzystać z cennej wiedzy dr Marka Borowińskiego oraz innych ekspertów.

RetailShow – miejsce spotkań biznesu

Targi co roku są odwiedzane przez zarządzających sieciami i centrami handlowymi, najemców, właścicieli sklepów, przedstawicieli firm dostarczających wyposażenie dla handlu. Będą obecni reprezentanci wszystkich rodzajów sieci handlowych tj.: sieci spożywczych, odzieżowych, gastronomicznych, obuwniczych, sportowych, drogeryjnych, RTV-AGD, Dom i Ogród, jubilerskich, sieci saloników prasowych, banków, aptek, stacji paliw oraz innych sklepów specjalistycznych. Wiele z tych osób weźmie udział w konferencji Retail Congress 2017 oraz w warsztatach w Retail Innovations Theatre. Podczas Targów RetailShow wyłaniani są laureaci konkursów „Best Shop Concept” oraz „Innowacje Handlu”. W pierwszym Jury nagradza sklepy z unikalnym konceptem oraz wysokimi walorami estetycznymi i użytkowymi. W drugim premiowane są najlepsze urządzenia, produkty i usługi dla branży handlowej spośród tych prezentowanych na targach.

Informacje praktyczne

VIII Targi RetailShow odbędą się w dniach 15-16 listopada 2017 w godzinach 9:00-17:00 w Centrum EXPO XXI przy ul. Prądzyńskiego 12/14 w Warszawie. Organizatorem Targów RetailShow jest firma ECP Polska. Wstęp jest bezpłatny po zarejestrowaniu się na stronie internetowej http://www.retailshow.pl/pl/rejestracja lub w recepcji w dniu targów.