Przez ostatnie lata kryzys w niektórych rejonach strefy euro był utożsamiany z wprowadzeniem wspólnej waluty, nierównomiernym tempem wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów czy przepaścią w wynagrodzeniach. Jednak w USA, gdzie integracja pomiędzy stanami jest zdecydowanie głębsza niż w strefie euro, również można zaobserwować olbrzymie różnice we wzroście gospodarczym, pensjach czy w inflacji – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Gdy ekonomiści analizują przyczyny kryzysu strefy euro z początku bieżącej dekady często zwracają uwagę, że jest to rezultat niedopasowania poszczególnych krajów do siebie. Brakuje wspólnej polityki fiskalnej, która wyrównywałaby różnice pomiędzy regionami, a wprowadzanie w 1999 r. euro tylko spotęgowało przepaść pomiędzy bogatą północą a mniej zamożnym południem.
Patrząc jednak na dane z poszczególnych stanów w USA: różnice w wynagrodzeniach, inflacji czy tempie PKB, wcale nie są dużo mniejsze od tych, które obserwujemy w strefie euro. Może to oznaczać, że nawet jeżeli nastąpi zacieśnienie stosunków wewnątrz obszaru wspólnej waluty gospodarcze różnice nie zostaną zauważalnie zmniejszone.
Różna inflacja w różnych regionach
Taka sama polityka monetarna i fiskalna dla wszystkich stanów, łatwość osiedlania się czy ten sam język nie zapobiega różnicom w poziomie inflacji w różnych częściach USA. Gdy w regionie zachodnim (West – od Kalifornii i Waszyngtonu po Kolorado i Nowy Meksyk) mieliśmy czynienia z inflacją konsumentów (CPI) powyżej 1 proc. w 2015 roku, to mieszkańcom środkowej części Ameryki (Midwest – od Kansas po Illinois i Michigan do Ohio) przez większą część tego okresu, towarzyszyła dochodząca do 1 proc. deflacja.
Różne tempo wzrostu cen nie było domeną tylko jednego roku. Od początku 2014 r. do sierpnia 2017 r. skumulowany poziom inflacji dla regionu zachodniego wyniósł 7.8 proc. Natomiast dla „Midwestu” czy obszaru północnego USA (Northeast – od Pensylwanii po Nowy Jork do Maine) nie przekraczał nawet połowy tej wartości i wyniósł odpowiednio 3.7 oraz 3.4 proc.
Różnice w poziomie cen bardzo dobrze widać także na przykładzie danych Biura Analiz Ekonomicznych Departamentu Handlu (BEA). Siła nabywcza jednego dolara w Missisipi czy Arkansas jest o ok. 35 proc. wyższa niż w stanie Nowy Jork lub na Hawajach.
Jedne stany się rozwijają, a inne kurczą
Niemniej zaskakują również dane o PKB z USA. Wzrost gospodarczy dla całego kraju od 2009 r. wyniósł nieco ponad 14 proc., czyli niespełna 1.9 proc rocznie. W tym czasie jednak Północna Dakota rozwijała się trzy razy szybciej niż Stany Zjednoczone (46 proc., średniorocznie o 5.5 proc.), a Teksas dwukrotnie przekroczył przeciętny wynik (28.5 proc., średniorocznie 3.7 proc.). Dobry rezultat został osiągnięty także przez Kalifornię – każdego roku przekraczał średnio 2.6 proc.
Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Wyoming, na Alasce czy w położonej nad Zatoką Meksykańską Louisianie. W pierwszym z wymienionych stanów PKB w 2016 r. było niższe od tego osiągniętego w 2009 r. o 7 proc. Według BEA tylko w ub. roku PKB skurczył się w tym stanie o 3.6 proc.
Tylko niewiele lepiej od ostatniego kryzysu wygląda sytuacja na Alasce. Tam PKB spadło od 2009 r. o 6 proc. W Louisianie natomiast PKB jest nie tylko o 2 proc. niższe niż tuż po kryzysie. Publikacje BEA dla tego stanu pokazują, że w okresie całej ostatniej dekady gospodarka kurczyła się każdego roku średnio o 0.3 proc.
Amerykańska przepaść w zarobkach
Dane o przeciętnych dochodach Amerykanów także pokazują jak różny może być standard życia w poszczególnych regionach. Mieszkańcy stanu Nowy Jork zarabiają tygodniowo średnio 1540 dol. Wysokie wynagrodzenia notowane są także w Connecticut (1417 dol.) czy w Kalifornii (niecałe 1300 dol.).
Na przeciwnym biegunie znajdują się Zachodnia Wirginia z tygodniową wypłatą ma poziomie 830 dol. czy Nowy Meksyk (838 dol.). Warto jednak zauważyć, że średnia stanowa wcale nie pokazuje jeszcze tak dużych różnic jak podział na największe counties (hrabstwa, powiaty), w których zatrudnienie czasami przekracza liczbę osób pracujących w mniejszych krajach strefy euro. Tutaj różnice są naprawdę olbrzymie i to nie tylko ze względu na miejsce zatrudnienia, ale również na wykonywany zawód.
Dane za Biura Statystyki Pracy (BLS) za pierwszy kwartał 2017 r. pokazują np. że w powiecie zawierającym teksańskie miasto Dallas tygodniówka wynosi 1400 dol. Przy czym w restauracjach czy w hotelach przeciętne wynagrodzenie to 509 dol., a w sektorze wydobywczym 6300 dol. Najwyższe zarobki można jednak zaobserwować w Nowym Jorku dla zatrudnionych w branży finansowej. Przeciętne wynagrodzenie dla 368 tys. osób wynosi tam 9.400 dol. tygodniowo, czyli niespełna pół miliona dolarów rocznie. Dodatkowo w porównaniu z pierwszym kwartałem 2016 r. wzrosło ono o ponad 10 proc.
Ogólny obraz amerykańskiej gospodarki pokazuje, że mimo znacznej integracji pomiędzy poszczególnymi stanami ich kondycje znacznie różnią się od siebie. Przykłady z USA sugerują również, że nawet przy dalszej integracji strefy euro dysproporcje w poziomie inflacji, wzrostu PKB czy wynagrodzeń mogą nadal się utrzymać.
W niedzielę 24 września odbędą się wybory u naszego zachodniego sąsiada. Niemcy w dość skomplikowanych wyborach zagłosują na swoich reprezentantów w parlamencie. Tym samym zostanie wybrany nowy (stary?) kanclerz, którym zwyczajowo zostanie lider największego ugrupowania, któremu uda się stworzyć koalicję zdolną rządzić. Od 12 lat to stanowisko piastuje Angela Merkel i to właśnie ona ma największe szanse na ponowne objęcie urzędu. Jej koalicyjne ugrupowanie CDU/CSU według sondaży może liczyć na około 36% głosów. Oznacza to, że będą oni zmuszeni poszukać wsparcia wśród mniejszych partii. Do tej pory głównym partnerem było SPD Martina Schulza, jednak w ostatnim czasie oba stronnictwa dość mocno się poróżniły. Kością niezgody jest przede wszystkim kwestia uchodźców, ale potencjalnych konfliktów jest znacznie więcej. Dlatego w nadchodzących wyborach wzrośnie rola mniejszych ugrupowań.
Nikt nie widzi alternatywy.
Największe szanse, by zostać trzecią siłą w parlamencie, przypisuje się AfP, czyli Alternatywie dla Niemiec. Radykalna prawicowa partia jest antyislamska i antyeuropejska, przez co wszystkie pozostałe ugrupowania odrzuciły możliwość współrządzenia z AfP. Według sondaży mogą oni liczyć na około 8% poparcia, jednak wszyscy zdają sobie sprawę z możliwego niedoszacowania jej wyników. To wyniki tej partii będą swoistym barometrem nastroju u naszych sąsiadów. Większe szanse na wejście do rządu ma któraś z trzech pozostałych mniejszych partii. FDP, Die Linke oraz Die Grüne będą języczkiem uwagi i prawdopodobnie ten, kto zaoferuje im więcej, zostanie przyszłym kanclerzem.
„Rocket Man” vs “obłąkany” Trump.
Trwa festiwal gróźb i przepychanek między Koreą a Stanami Zjednoczonymi. Po wtorkowym wystąpieniu prezydenta USA na forum ONZ wczoraj przyszła odpowiedź Kim Dzong Una. W specjalnym oświadczeniu można przeczytać, że Korea rozważy „najostrzejszą w dziejach” reakcję na groźby Trumpa. Dyktator powołał się na honor swój i swojego narodu oraz oświadczył, że ostatnie wydarzenia tylko potwierdzają, że jego kraj jest na jedynej właściwej ścieżce. Możliwe, że Koreańczycy w niedługim czasie przeprowadzą kolejną próbę atomową, największą w historii. W odpowiedzi Trump zapowiedział kolejne sankcje dla reżimu. Napięcie wyraźnie rośnie, co niepokoi również rynki finansowe.
Złoty spokojnie kończy tydzień.
Dzisiaj będziemy mogli wysłuchać wystąpień Mario Draghiego, Theresy May oraz Roberta Kaplana. Ich słowa mogą wpłynąć na notowania odpowiednio euro, funta oraz dolara. Złoty dziś nieznacznie umacnia się wobec większości walut. Wyjątkiem jest euro, które drożeje o niecały grosz i kosztuje 4,27 zł. Za dolara zapłacimy 3,56 zł, brytyjski funt kosztuje 4,84 zł. Wyjątkowo słaby tydzień ma za sobą frank szwajcarski, który potaniał już do 3,68 zł.
Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl
W kolejnym tygodniu dane makroekonomiczne nie powinny namieszać na rynku. W poniedziałek poznamy jedynie wskaźnik niemieckich nastrojów biznesowych WG IFO. W kolejny dzień sesji zostanie opublikowana amerykańska sprzedaż nowych domów. Z kolei w środę poznamy amerykańskie zamówienia na dobra trwałe oraz stopy procentowe ustalane przez bank centralny Nowej Zelandii. W czwartek poznamy szereg danych ze Strefy Euro oraz amerykański wzrost PKB Q/Q. Piątkowe dane zostaną zdominowane przez publikację brytyjskiego wzrostu gospodarczego R/R.
Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii
Źródło: Admiral Markets
Stopy procentowe – Nowa Zelandia – Środa godzina 22.00
Czy Nowa Zelandia pójdzie śladami Kanady czy też Stanów Zjednoczonych? Na pewno, ale nie tym roku. Prawdopodobieństwo podwyżki w tym roku ukształtowało się na poziomie 4 procent. Inwestorzy wskazują dopiero 2018 rok na najbliższą podwyżkę stóp procentowych.
Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Nowej Zelandii
Źródło: Bloomberg
Goldman Sachs – ostrzeżenie dla kupujących
Obecna hossa na amerykańskim rynku rozpoczęła się w 2009 roku i trwa do dnia dzisiejszego. Dzięki temu znalazła się na drugim miejscu w historii amerykańskiej giełdy pod względem czasu trwania, z kolei biorąc pod uwagę stopę zwrotu znalazła się na trzecim miejscu. Każdy trend ma swój koniec, a czym dłuższy trend tym coraz mniejsze prawdopodobieństwo jego kontynuacji.
Według banku Goldman Sachs obecne prawdopodobieństwo nadejścia recesji wynosi 60 procent, z kolei bank jest pewny, że recesja gospodarcza zawita na rynek w przeciągu dwóch najbliższych lat.
Wskaźnik niedźwiedzia Goldman Sachs
Źródło: Goldman Sachs Global Investment Research
Instrument do obserwacji
Jednym z ciekawszych instrumentów do obserwacji jest para walutowa AUDUSD. Po ostatnich wzrostach zobaczyliśmy małą korektę ,ale to powinien być dopiero początek wyprzedaży a nie jej koniec.
Ostatnie wzrosty notowań AUDUSD w głównej mierze zawdzięczamy słabości USD oraz wzrostom na surowcach przemysłowych.
AUDUSD na tle indeksu metali przemysłowych
Źródło: Bloomberg
Na powyższym wykresie zobrazowano parę walutową AUD/USD (linia zielona) na tle indeksu metali przemysłowych. Z kolei linią fioletową metale przemysłowe. Zagłębiając się w temat, możemy zadać pytanie dlaczego surowce zanotowało tak mocny wzrost? Główna zasługa leży po stronie gospodarki chińskiej, a dokładniej taniego kredytu, który doprowadził do szybszego wzrostu gospodarczego i poprawy gospodarki. Niemniej jednak w najbliższych 12 miesiącach możemy spodziewać się negatywnego wpływu na surowce ze strony Państwa Środka.
Indeks metali przemysłowych na tle chińskiego impulsu nowych kredytów
Źródło: Bloomberg
Na powyższym wykresie zobrazowano indeks reprezentujący surowce przemysłowe (linia zielona) na tle chińskiego impulsu kredytowego. Czym mniej kredytu, tym wolniejszy wzrost gospodarczy i na odwrót. Czy dany czynnik doprowadzi do mocnej wyprzedaży metali przemysłowych? Prawdopodobnie tak, a to powinno przełożyć się na wyprzedaż AUDUSD.
AUDUSD, interwał tygodniowy
Źródło: Admiral Markets
Ze strony technicznej mamy otwartą przestrzeń do spadku w okolicę poziomu 0.78. Jeżeli dany poziom nie zostanie obroniony, a wyprzedaż metali będzie mocniejsza, to w niedalekiej przyszłości kurs walutowy może obsunąć się w okolicę poziomu 0.745.
Po sporych wzrostach po posiedzeniu Fedu, w czwartek amerykański dolar stracił siły i obniżył swoją wartość do większości światowych walut.
Jest to związane z groźbami Korei Północnej dotyczącymi planów testowania bomby wodorowej nad Pacyfikiem. Na słabym dolarze zyskuje polska waluta, którą umacnia też nadal obniżające się wg analityków bezrobocie oraz informacja wicepremiera Mateusza Morawieckiego, że nadwyżka budżetowa sięgnęła 5 mld zł. Dobrą wiadomością dla złotówki jest również wypowiedź Eugeniusza Gatnara, członka RPP, który w wywiadzie dla Reutersa powiedział, że w I kwartale 2018 r. będzie można rozważyć podwyżkę stóp procentowych o 25 punktów bazowych.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do dolara australijskiego (+0,22%), a traci do euro (-0,71%), brytyjskiego funta (-0,7%), dolara kanadyjskiego (-0,28%) oraz japońskiego jena (-0,35%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,197, GBP/USD – 1,359, USD/CAD – 1,231, AUD/USD – 0,794 i USD/JPY – 112. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,38%) i kurs EUR/JPY wynosi 134,1, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,88. Złotówka zyskuje do głównych walut. W piątek rano dolar kosztuje 3,57 zł, euro – 4,27 zł, funt – 4,85 zł, a frank szwajcarski – ponad 3,68 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego.
W czwartek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,11%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,25%, a paryski indeks CAC 40 podniósł się o 0,49%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 stracił 0,3%, meksykański indeks Bolsa zyskał 0,36%, a brazylijski Bovespa obniżył się o 0,53%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,25%, chiński indeks Shanghai Composite obniżył się o 0,16%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,7%.
Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach ceny ropy naftowej wahają się.
W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 56,43 USD (+0,25%), a ropy WTI – 50,55 USD (-0,28%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca podniosła się o 1 USD do 58 USD. Z kolei cena złota kontynuuje spadki. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1296 USD. To 2 USD mniej (-0,15%) niż dobę wcześniej.
Nocny skok awersji do ryzyka z winą po stronie Korei Północnej wspiera jena i inne bezpieczne przystanie, ale też stał się łatwym pretekstem do realizacji zysków z rajdu dolara. Tradycja podpowiada odreagowanie, choć bliskość weekendu może hamować aktywność. W kalendarzu mamy sporo wystąpień i danych.
Północnokoreański lider Kim Dzong Un, znany także jako „Człowiek Rakieta na misji samobójczej” (cytat z prezydenta Trumpa), chce być wierny swojemu przydomkowi i straszy testem kolejnej bomby termojądrowej. Taką informację przekazał minister spraw zagranicznych Korei w odpowiedzi na posiadane przez Trumpa akty wykonawcze wycelowane w firmy współpracujące z reżimem Kima. Rynki dawno nie słyszały niczego z Korei, więc takie przypomnienie postraszyło co niektórych, a reakcje były oczywiste – zyskuje JPY, CHF i złoto, a tracą południowokoreański won i rentowności obligacji USA. Jednak jeśli mamy być całkowicie wierni tradycji, wstępne ruchy aktywów powinny być krótko-trwałe i szybko powinno przyjść odreagowanie. USD/JPY już zdołał odbić bliżej 112, cena złota cofa się 1 USD do 1296 USD/oz.
USD dodatkowo ucierpiał na nocnym zamieszaniu, które skłoniło inwestorów do realizacji zysków z rajdu dolara po jastrzębim wydźwięku decyzji FOMC. Mimo tego fundamentalne tło, jakie teraz buduje się wokół dolara, może być coraz atrakcyjniejsze (jastrzębi Fed, poprawa w danych, reforma podatkowa), co może podtrzymać siłę USD o końca roku. Dziś w kalendarzu mamy kilka wystąpień członków Fed: Williamsa (12:00), George (15:30) i Kaplana (19:30). Ten ostatni wydaje się najważniejszy, gdyż ostatnio jego komentarze wskazywały na malejące poparcie dla grudniowej podwyżki. Po środowej decyzji FOMC, a szczególnie po wykresie kropkowym możemy domniemywać, że Kaplan utrzymał głos za podwyżką, więc jego dzisiejsza wypowiedź zapowiada się mniej gołębio.
Inne ciekawe przemówienie w piątek to wystąpienie premier Wielkiej Brytanii May we Florencji (15:15), które może zdefiniować przyszłość rozmów w sprawie Brexitu. Spekuluje się, że May zamierza zaprezentować otwartość Wielkiej Brytanii do zapłacenia UE 20 mld EUR w ramach zwrotu zobowiązań wspólnotowych w zamian za utrzymanie Wielkiej Brytanii w jednolitym rynku europejskim w trakcie okresu przejściowego. Ambitny plan i ciekawe będzie, czy UE da się „przekupić” (choć prawdopodobnie będzie żądać więcej w przyszłości)? Jeśli jednak już dziś usłyszymy głosy sprzeciwu ze strony europejskich oficjeli, funt może tracić, choć korekty powinny być płytkie, gdyż rynek ochoczo wykorzystuje przeceny GBP do zajęcia nowych pozycji.
Poza tym w piątek nie brakuje wydarzeń. Po stronie danych makro mamy wstępne odczyty PMI z Eurolandu i USA. Z Kanady dostaniemy CPI i sprzedaż detaliczną. Słaba presja inflacyjna nie powstrzymała Banku Kanady przed podwyżką stopy overnight na początku września, zatem dane te mogą teraz być mniej istotne od sprzedaży. Po względnie słabym wyniku za czerwiec (0,1 proc. m/m), lipiec może przynieść mocniejsze odbicie, co by wpisywało się w retorykę banku o silnej aktywności gospodarczej. Dla EUR ważne mogą być przemówienia Coeure, Draghiego i Constantio. Mamy też przemówienia prezesów banków centralnych Szwecji i Norwegii.
Do 2022 roku wartość sektora inteligentnych wind przekroczy 26 mld dolarów, wynika z raportu sporządzonego przez Markets and Markets. Rynek dynamicznie się rozwija od 2015 roku, notując wzrosty na poziomie blisko 16 proc. rocznie. To zasługa między innymi zmian technologicznych oraz rosnących wymagań, stawianych przed branżą dźwigową.
– Zmiany w naszym sektorze najlepiej obrazuje spadek zastosowania dźwigów hydraulicznych. Jeszcze kilka lat temu dźwigi hydrauliczne stanowiły bardzo dużą część rynku wind, w tym momencie jest to już margines. Urządzenia elektryczne są bardziej efektywne, bardziej ekonomiczne i co jest teraz bardzo ważne, są bardziej przyjazne środowisku naturalnemu i wymagają mniej miejsca w budynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Kucybała, szef działu zarządzania produktami i marketingu w firmie Schindler Polska.
Jak wynika z raportu Markets and Markets, wartość rynku inteligentnych wind rośnie 16 proc. rocznie i do 2022 r. przekroczy 26 mld dolarów. Kluczowymi czynnikami, wpływającymi na rynek inteligentnych wind są według raportu: gwałtowna urbanizacja, rosnące zapotrzebowanie na technologie bezprzewodowe, popyt na energooszczędne rozwiązania, zwiększające się środki bezpieczeństwa, a przede wszystkim ogólna poprawa gospodarek światowych.
– Windy są coraz szybsze, mają coraz bardziej wygórowane parametry, dlatego konieczne jest cały czas doskonalenie i stosowanie rozwiązań, które zapewnią najwyższy poziom bezpieczeństwa osobom, które nimi podróżują. Oprócz tego obserwujemy oczywiście podążanie za trendem oszczędności energii i pozytywnego wpływu na środowisko naturalne. To, co przewidujemy, to na pewno bardzo mocne skoncentrowanie się na digitalizacji i wykorzystaniu możliwości, jakie w tym momencie daje Internet rzeczy – mówi Michał Kucybała.
Kolejnym trendem, który można zauważyć na rynku wind jest miniaturyzacja elementów windy i rezygnacja z maszynowni. Jak twierdzi ekspert, umożliwia to zmiana systemów napędowych z lin na pasy nośne typu STM. Znacznie mniejszy promień gięcia pasów pozwala na zastosowanie mniejszych silników napędowych, które teraz mieszczą się w szybach windowych. Dzięki temu konstruktorzy mogli zrezygnować z maszynowni, która często zajmowała wiele miejsca w budynku.
– Dzięki zastosowaniu bardziej kompaktowych elementów, udało się umieścić elementy napędowe dźwigu w szybie, dzięki temu odzyskujemy przestrzeń w budynku, bo miejsce, które do tej pory było wykorzystywane na maszynownię dźwigu, właściciele budynku mogą wykorzystać do innych celów – tłumaczy Michał Kucybała z Schindler Polska.
Dużym wyzwaniem dla producentów wind są drapacze chmur. Według raportu Council on Tall Buildings and Urban Habitat, w zeszłym roku wybudowano na całym świecie 128 budynków o wysokości przewyższającej 200 metrów. Wśród nich znalazł się Warsaw Spire, który ma 220 metrów. Trzeci rok z rzędu pada rekord w liczbie budowanych wieżowców – w 2015 r. takich budynków powstało 106. Łączna liczba budynków o wysokości powyżej 200 metrów osiągnęła już na świecie poziom 1168. W windach do tego typu budynków stosuje się zupełnie inne technologie.
– Główne parametry różnicujące to zdecydowanie wysokość podnoszenia, ilość przystanków, prędkość, z jaką się porusza dana winda lub maksymalny udźwig danej windy. W budynkach wysokościowych możemy mówić, że maksymalna wysokość przejazdu może dochodzić do nawet 500 m, powyżej 120 przystanków – aby winda w sensownym czasie była w stanie pokonać taki dystans, oczywiście musi poruszać się ze znacznie większą prędkością. Najszybsze windy zainstalowane w Polsce są w budynku Warsaw Spire, osiągają prędkość 7 m/s, natomiast w budynkach mieszkaniowych windy poruszają się z prędkością maksymalnie 1-1,6 m/s – twierdzi przedstawiciel Schindler Polska.
Raport Markets and Markets wskazuje, że zarówno w Europie, jak i w Ameryce Północnej wskaźnik wykorzystania inteligentnych wind jest o wiele wyższy, niż w Azji czy pozostałych regionach świata, które dopiero się rozwijają. Co więcej, jak wynika z raportu CTBUH powstaje coraz więcej drapaczy chmur. To wszystko sprawia, że branża inteligentnych wind ma przed sobą świetlaną przyszłość.
– Przyszłość jest naprawdę fascynująca, na pewno za parę lat to nie będą te same urządzenia, które są produkowane i instalowane dzisiaj. Jest to naprawdę dynamiczny rozwój, który może niekoniecznie widoczny jest na zewnątrz, ale dzieje się naprawdę bardzo dużo – podsumowuje Michał Kucybała z Schindler Polska.
Udział tanich linii na rynku lotniczym w Europie wynosi już 41 proc. Dla takich przewoźników szczególnie istotną kwestią jest obniżanie kosztów przelotów. Inżynierowie skupiają się więc na stosowaniu coraz bardziej nowoczesnych materiałów, z których budowane są samoloty. W przyszłości lotnictwo czekają jednak duże zmiany. Za około 20 lat będziemy latać bezzałogowymi samolotami pasażerskimi, które nie tylko obniżą koszty, lecz także zwiększą bezpieczeństwo.
Jak wynika z raportu „Stabilny wzrost na polskim niebie. Prognoza rozwoju rynku lotniczego” firmy badawczej PwC, liczba pasażerów obsłużonych przez polskie porty lotnicze wzrosła o 12,5 proc. w ubiegłym roku, a w 2017 r. ma wzrosnąć o kolejne 11 proc. Rośnie także udział tanich linii lotniczych. W ciągu ostatniej dekady ich globalny udział w całkowitej liczbie oferowanych miejsc w samolotach wzrósł z 16 do 25 proc. W Europie wskaźnik ten jest największy i wynosi już 41 proc. Dążenie do obniżania kosztów, zwłaszcza u przewoźników, którzy oferują tanie przeloty, przejawia się obecnie w stosowaniu odpowiednich materiałów do budowy samolotów.
– Sprawdzają się najlżejsze, bardzo wytrzymałe materiały. Powszechnie stosuje się różnego rodzaju stopy aluminium. Obecnie przechodzi się w kierunku materiałów kompozytowych – jak włókna węglowe. W przypadku zastosowań w lotnictwie rekreacyjnym, takim jak szybownictwo, są to także włókna szklane. Samolot można zbudować praktycznie ze wszystkiego, ale żeby był on konkurencyjny na rynku, przynosił zyski ze sprzedaży, a potem operatorom, musi mieć jak największą ładowność, zabierać jak najwięcej pasażerów bądź towarów. W związku z tym walczymy o każdy kilogram, a nawet gram – wyjaśnia agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Stężycki, Dyrektor Pionu Transportu i Konwersji Energii w Instytucie Lotnictwa.
Walka o zredukowanie masy samolotów doprowadza do rozważań na temat eliminacji załogi prowadzącej statki powietrzne. Rezygnacja z usług pilotów ma również inny cel – poprawę bezpieczeństwa. Jak przekonują eksperci, większość katastrof lotniczych spowodowana jest przez człowieka. Dlatego bezzałogowe samoloty pasażerskie to nieunikniona, choć wciąż jeszcze bardzo odległa przyszłość.
– Czy nam się to podoba, czy nie, będziemy za około 20 lat, może szybciej lub później, latać bez pilotów. Eliminuje się czynnik ludzki w podejmowaniu decyzji, w popełnianiu błędów – niestety większość katastrof lotniczych nadal jest spowodowana czynnikiem ludzkim. Nie mówię, że winni są akurat piloci, ale jest to jakiś czynnik wpływający na bezpieczeństwo. Do tego oczywiście masa, systemy podtrzymujące życie, pracę pilotów, wskaźniki – jeśli zamiast pilota będzie mikroprocesor, być może zdwojony, z odpowiednim oprogramowaniem, oszczędzamy kilkaset kilogramów i mnóstwo miejsca dla pasażerów – tłumaczy Paweł Stężycki.
Każdy dodatkowy kilogram wagi samolotu pasażerskiego i ładunku oznacza w skali roku olbrzymie wydatki. Konstruktorzy samolotów starają się maksymalnie redukować ich wagę. Z wyliczeń naukowców z MIT wynika, że jeśli każdy pasażer linii Southwest Airlines będzie miał przy sobie telefon komórkowy, to w skali roku koszty paliwa zwiększą się o 1,2 mln dolarów. Kwota ta wzrośnie do 21,6 mln dolarów, jeśli będzie to nie telefon a laptop. Z kolei linie Virgin Atlantic wyliczają, że gdyby tylko każdy z ich samolotów ważył o około 0,5 kilograma mniej, to w ciągu roku zaoszczędzą 53 000 litrów paliwa. Pozbycie się pilotów z kabiny to również aspekt ekonomiczny.
– W zależności od samolotu, jego przeznaczenia, wielkości itd. możemy mówić o oszczędnościach kilku lub kilkunastu tysięcy dolarów w okresie czasu, miesiąca czy roku, natomiast jeśli chodzi o dużych operatorów linii lotniczych, to przekłada się to na grube miliony dolarów. Podsumowując, w zastosowaniach cywilnych wyeliminowanie pilotów powoduje wzrost możliwości transportowych, oszczędność masy itd. – twierdzi Dyrektor Pionu Transportu i Konwersji Energii w Instytucie Lotnictwa.
Osobną kwestią jest wyeliminowanie pilota z samolotów wojskowych. W ubiegłym roku algorytmy sztucznej inteligencji pokonały w czasie serii symulowanych walk doświadczonego pilota myśliwców, pułkownika Gene&HASH39;a Lee z US Air Force, który ma na swoim koncie tysiące misji. Natomiast przed kilkoma miesiącami amerykańskie Siły Powietrzne poinformowały o przeprowadzeniu udanych testów autonomicznego myśliwca F-16, który samodzielnie przeprowadził pełną misję bojową.
– Pilot wojskowy, mimo swoich predyspozycji, które musi mieć, aby tym pilotem zostać, stanowi w tym momencie największe ograniczenie, jeśli chodzi o manewrowość czy przyspieszenie. Człowiek jest w stanie wytrzymać przeciążenia rzędu kilku G, równe kilkukrotnemu przyciąganiu ziemskiemu, nawet przy zastosowaniu nowoczesnych kombinezonów, które ściskając mięśnie wtłaczają więcej krwi do mózgu. Eliminując pilota z kabiny, tego ograniczenia nie ma. Jedynie wówczas ograniczenie podyktowane jest wytrzymałością konstrukcji samolotu, a tutaj konstruktorzy mają wolną rękę, przeciążenie 20G nie jest problemem – mówi ekspert.
Do 2035 r. światowy rynek przewozów lotniczych według analiz PwC ma rozwijać się w tempie 4,5 proc. rocznie.
W 10 dni złoto potaniało o 4,3 proc., spadając w czwartek na koniec dnia do 1291 USD za uncję, co jest najniższym poziomem od 24 sierpnia br. Po drodze została przełamana ważna psychologiczna bariera 1300 USD, która w kwietniu i maju zatrzymała wzrosty cen tego kruszcu. Co stało za tym tąpnięciem na ryku złota? Dlaczego w oczach inwestorów świeci ono teraz mniejszym blaskiem? I co dalej z cenami?
Za zapoczątkowanymi 8 września spadkami cen, po tym jak wcześniej na przestrzeni 2. miesięcy notowania złota wzrosły z 1204,45 USD do 1357,54 USD (wzrost o 12,7 proc.), wyznaczając ponad roczne maksimum, stały aż 4 powody. Wpływ miało wyciszenie obaw wokół Korei Północnej, podtrzymanie przez Fed zapowiedzi kontynuacji podwyżek stóp procentowych, wrześniowy zwrot na amerykańskim rynku obligacji, a także spadające ceny metali na świecie.
Korea Północna nie taka straszna
Złoto, obok japońskiego jena, czy szwajcarskiego franka, historycznie traktowane jest jako tzw. bezpieczna przystań. Wzrost napięcia geopolitycznego związanego z próbami atomowymi Korei Północnej wpływał więc na wzrost cen kruszcu. W ostatnim czasie jednak prowokacje Korei tak spowszedniały inwestorom, że nie budziły one już większych emocji na rynkach finansowych. Stąd też i paliwo (czy jak ko woli pretekst) do wzrostu cen złota znikło. Przynajmniej do czasu, aż sytuacja na Półwyspie Koreańskim naprawdę nie stanie się gorąco.
Fed będzie dalej podnosił stopy procentowe
Bezpośrednim pretekstem, który sprowadził notowania poniżej 1300 USD, było wrześniowe posiedzenie amerykańskiego Fedu. Bank wprawdzie nie zmienił stóp procentowych, ale podtrzymał swoje wcześniejsze zapowiedzi dokonania trzeciej ich podwyżki w tym roku (co nastąpi w grudniu), a także trzech kolejnych podwyżek w 2018 roku. Dodatkowo Fed zapowiedział, że od października zacznie redukować swą rozdętą sumę bilansową, poprzez obniżenie o 10 mld USD miesięcznie kwoty, jaką reinwestuje z zapadających obligacji. Ten proces można uznać za umowny koniec ery taniego pieniądza w USA.
Co sygnały wysłane przez Fed mają wspólnego z rynkiem złota? Otóż bardzo wiele. Po pierwsze, mniejsza dostępność taniego pieniądza to również mniejsza pula jaka zostanie zainwestowana na rynku metali szlachetnych. Po drugie, Fed umocnił dolara, a ten jest mocno ujemnie skorelowany ze złotem. Im dolar jest silniejszy, tym złoto jest tańsze. I odwrotnie.
Bezpieczne obligacje dają zarobić
Pośrednio Fed jest powiązany z trzecim powodem stojącym za ostatnimi spadkami cen złota. Mianowicie, z tym co się dzieje na amerykańskim rynku długu. Na początku września doszło tam do zwrotu. Gdy prawdopodobieństwo grudniowej podwyżki stóp w USA zaczęło rosnąć, równocześnie zaczęły rosnąć też rentowności amerykańskich obligacji. I tak rentowność 10-letnich obligacji podskoczyła z 2,0213 proc. (najniższy poziom od wyborów prezydenckich w USA) do 2,2889 proc. Wiele wskazuje na to, że wzrosty te mogą być kontynuowane. A to oznacza, że można kupić prawdziwie bezpieczne papiery, które w niepewnych czasach będą chronić przed ryzykiem i już teraz dają przyzwoite dochody.
Korekta na rynku metali
Wreszcie ostatnim powodem cofnięcia cen złota jest ogólna sytuacja na rynku metali. Nie tylko tych szlachetnych, jak srebro i platyna. Wrzesień upływa pod znakiem spadków ich cen. Dobrym przykładem jest miedź, która po wcześniejszym mocnym rajdzie w górę, potaniała o 7,5 proc. W tym samym czasie spadały notowania też m.in. niklu i cynku.
Co dalej ze złotem?
O ile sytuację na rynku metali można jeszcze traktować jako korektę, to już wypalenie się paliwa w postaci Korei Północnej, a przede wszystkim dość jednoznaczna postawa amerykańskiego Fedu, nie są dobrą wróżbą dla złota. Sugerują nie tylko to, że zwrot z początku miesiąca nie był przypadkowy, ale przede wszystkim pokazują, iż są poważne argumenty przemawiające za spadkami cen w niedalekiej przyszłości. Szczególnie jeżeli uwzględnić fakt, że przez kolejne 9 tygodni inwestorzy mocno zwiększali długie pozycji w złocie, a teraz ich domykanie w przypadku gdy załamała się tendencja wzrostowa, może stanowić dodatkowe paliwo do spadków. Podobnie zresztą jak rozczarowanie wynikające ze spadku kursu poniżej psychologicznego poziomu 1300 USD.
Analiza wykresu sugeruje spadek do 1235 USD
Sytuacja na wykresie dziennym złota dość jednoznacznie przemawia za kontynuacją spadków w kolejnych tygodniach. Z celem na 1235 USD. Jedynym pocieszeniem jest to, że w długim terminie cena tego kruszcu ma szanse wrócić do wrześniowego maksimum.
Wykres dzienny cen złota
Źródło: Reuters
Notowania złota zawróciły z poziomu górnego ograniczenia rysowanego od grudnia 2016 kanału wzrostowego. W dniu 18 września została pokonania 2-miesięczna linia trendu wzrostowego, a po posiedzeniu Fed kurs przełamał psychologiczną barierę 1300 USD, a także lokalne szczyty z kwietnia i czerwca br. To wszystko mocne sygnały sprzedaży, które otwierają drogę do dalszych spadków. Zwłaszcza, że przestrzeń do ruchu w dół jest spora. Pierwsze liczące się wsparcie znajduje się dopiero na poziomie 1235 USD i tworzy go dolne ograniczenie wspomnianego wcześniej 9-miesięcznego kanału wzrostowego. To też potencjalny cel dla strony podażowej (będzie on się systematycznie podnosił).
Złoty problem polskich inwestorów
Potencjalny spadek cen złota w kierunku 1235 USD za uncję jest złą wiadomością dla wszystkich inwestorów z Polski, którzy zainwestowali w złoty kruszec. Ci muszą bowiem patrzeć nie tylko na ceny złota, ale też na notowania złotego do dolara. A ten, wspierany przez świetne dane z polskiej gospodarki, jest mocny. W 9 miesięcy amerykańska waluta potaniała z prawie 4,28 zł do 3,57 zł obecnie. W efekcie cena złota wyrażona w polskim złotym, która obecnie kształtuje się na poziomie 4626,3 zł za uncję, jest o prawie 4 proc. niższa niż na początku roku, podczas gdy złoto wycenione w dolarach w tym czasie podrożało o prawie 13 proc.
Przy obecnym kursie „zielonego”, spadek notowań złota do wyznaczonego przez analizę techniczną poziomu 1235 USD oznaczałby, że cena uncji spadnie do 4409 zł, czyli poniżej lipcowego dołka (4472,6 zł) i będzie najniższa od początku 2016 roku. I to jest jedna strona medalu. Nie można bowiem zapominać, że w przypadku wystąpienia sytuacji kryzysowej na świecie, a więc sytuacji przed którą chcemy się zabezpieczyć inwestując w złoto, polscy inwestorzy zarabiają podwójnie. Raz na wzroście cen. Drugi raz na drożejącym dolarze.
Eksperci Euler Hermes oraz grupy Allianz, przeanalizowali perspektywy rozwoju niemieckiej gospodarki. W 2017 roku wzrost PKB Niemiec powinien wynieść +2%, co będzie stanowić najlepszy wynik w okresie 3 ostatnich lat (od +1,7% do +1,9%). Wzrost niemieckiego eksportu w 2017 roku wyniesie 4%. Z kolei inflacja, pomimo zdrowej sytuacji gospodarczej i niskiej stopy bezrobocia, nie powinna wzrosnąć.
Bardzo dobra sytuacja gospodarcza nie powinna przesłonić konieczności przeprowadzenia koniecznych reform socjalnych i rynku pracy. W celu zachowania dynamicznego rozwoju gospodarczego, przyszły rząd Niemiec, który obejmie władzę po tegorocznych wyborach będzie musiał się zmierzyć się z wyzwaniami, na które złożą się :
od roku 2020, liczba osób zatrudnionych nie powinna rosnąć szybciej, niż o 0,5% rocznie,
poprawa warunków inwestowania w sektorze prywatnym oraz usunięcie trudności w zakresie inwestycji publicznych,
bardziej efektywne wykorzystanie potencjalnie dostępnej siły roboczej,
szybsze podnoszenia produktywności, a także inwestycje w sektorze edukacji oraz materialnych inwestycji kapitałowych,
Są to istotne wyzwania także z punktu widzenia polskiej gospodarki, dla której Niemcy są największym partnerem handlowym. Wynik wyborów i wola przeprowadzenia przez ich zwycięzców niezbędnych reform, istotne są nie tylko od strony współpracy politycznej, ale także koniunktury w polskim przemyśle.
W ubiegłym roku obserwowaliśmy wzrost liczby niewypłacalnych polskich firm produkcyjnych, który znacznie przyspieszył w drugim półroczu 2016 r. Na liście orzeczeń o niewypłacalności pojawiały się wtedy dosyć często także m.in. firmy z tradycyjnego przemysłu maszynowego i produkcji części. Obecnie sytuacja uległa odwróceniu – producenci, polscy eksporterzy z sektora przemysłu maszynowego i szerzej metalowego nie doświadczają już kłopotów, które znajdowałyby finał w orzeczeniach o upadłościach. Jak ocenia Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes ds oceny ryzyka: Dosyć często mówi się, iż podstawą rentowności w eksporcie jest odpowiedni kurs złotówki (w domyśle – jej osłabienie). Nic bardziej mylnego i nie tylko dlatego, że w dużej części eksporterzy sami potrzebują dużego wkładu komponentów importowanych z zagranicy (np. w sektorze RTV i AGD czy motoryzacyjnym)… Pomimo znacznego osłabienia się złotego w ubiegłym roku, w niektórych okresach nawet rzędu 15% polski eksport rósł wtedy w dość wolnym tempie… Konkurencyjność cenowa bowiem to nie wszystko – nie wykreuje ona popytu w sytuacji, gdy rynek naszych odbiorców kurczy się lub jest mówiąc w terminologii giełdowej w „trendzie bocznym”. Wystarczy prześledzić to na przykładzie właśnie upadłości w polskim przetwórstwie przemysłowym – w jakim stopniu koniunktura w nim jest związana z wynikami eksportowymi przemysłu niemieckiego… Zależność jest ewidentna – tegoroczne odbicie niemieckiego eksportu oznacza lepszą kondycję polskiego przemysłu elektro-maszynowego, praktyczny brak w tej branży niewypłacalności, tak częstych jeszcze przed rokiem.
Wzrost gospodarczy na poziomie 4 proc. jest poniżej obecnych możliwości i potencjału polskich przedsiębiorców. To pełzanie a nie rozwój, do którego potrzebny jest wynik przynajmniej dwucyfrowy. Tak było na początku lat 90., kiedy nie mieliśmy autostrad, rozwiniętego systemu bankowego, telefonów komórkowych ani kilkunastu roczników dobrze wykształconej młodzieży na potrzeby gospodarki.
– Mimo tego wzrost był na wysokim poziomie, bo była wolność gospodarcza – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – To ona sprawiała, że przestrzeń była łatwa do opanowania. Dziś polski przedsiębiorca prawie dwa miesiące w ciągu roku musi poświęcić wymogom biurokratycznym. To właśnie na tym polu Polska przegrywa z innymi państwami na drodze tworzenia dobrobytu i bogactwa. Jeżeli taka sytuacja ustanie, to możemy pod względem gospodarczym przeskoczyć naszych zachodnich sąsiadów. Mamy ku temu wszelkie możliwe predyspozycje. Należy zrobić wszystko, aby stało się to naszym celem. Przy obecnym poziomie rozwoju ciągle będziemy z tyłu i nie uda nam się wyprzedzić Zachodu – dodał Sadowski.
W dniu 24 września czeka nas w Europie kolejne ważne wydarzenie polityczne: wybory parlamentarne w Niemczech. Wybory te zostaną przeprowadzone w kontekście przewidywanego dynamicznego rozwoju niemieckiej gospodarki.
Znaczące reformy socjalne i dotyczące rynku pracy, przeprowadzone w ramach programu Agenda 2010 odegrały znaczącą rolę w zakresie powodzenia niemieckiej gospodarki w okresie ostatnich kilku lat. Realizacja pakietu reform przyczyniła się do zdecydowanego uzdrowienia sytuacji na niemieckim rynku pracy. Od chwili wprowadzenia reform, liczba miejsc pracy zwiększyła się o ponad 4 miliony, a stopa bezrobocia spadła dwukrotnie.
Bieżąca korzystna sytuacja nie powinna jednak ukrywać wyzwań, jakie stoją jeszcze przed Niemcami i mogą stanowić zagrożenie dla wieloletniej tradycji dynamicznego rozwoju gospodarczego tego kraju. Począwszy od roku 2020, liczba osób zatrudnionych nie powinna rosnąć szybciej, niż o 0,5% rocznie. Zachowanie wzrostu gospodarczego z okresu ostatnich kilku lat będzie wymagać szybszego podnoszenia produktywności, a także znaczących inwestycji w sektorze edukacji oraz materialnych inwestycji kapitałowych. Niemniej jednak, inwestycje tego rodzaju stanowią obecnie jeden ze słabych punktów niemieckiej gospodarki.
Aby zwiększyć potencjał wzrostu, władze rządowe powinny rozpocząć realizację polityk gospodarczych mających na celu poprawę warunków inwestowania w sektorze prywatnym oraz usunięcie trudności w zakresie inwestycji publicznych. Dalsze możliwości rozwoju powinny obejmować bardziej skuteczne wykorzystanie potencjalnie dostępnej siły roboczej. W niniejszym opracowaniu przedstawiamy pewne możliwości działania w tym zakresie.
Nowy niemiecki rząd powinien wykorzystać dobrą sytuację gospodarczą, aby położyć podwaliny pod długofalowy sukces ekonomiczny Niemiec, wykorzystując jego najsilniejsze aspekty.
Niemieckie wybory w okresie dynamicznego wzrostu gospodarczego
24 września 2017 roku, około 61,5 mln niemieckich wyborców zadecyduje, kto będzie decydował o polityce ich kraju w okresie następnych czterech lat. Wybory zostaną przeprowadzone w kontekście dynamicznego rozwoju niemieckiej gospodarki. Realna wartość PKB rosła o prawie 2% rocznie w okresie ostatnich trzech lat, natomiast w roku bieżącym próg 2% może nawet zostać przekroczony. W wielu aspektach, w okresie ostatnich kilku lat niemiecka gospodarka przekroczyła prognozy i oczekiwania. Bezrobocie spadło szybciej, niż przewidywano, a poważna migracja do tego kraju przyczyniła się raczej do przyspieszenia rozwoju gospodarczego, a nie do wzrostu bezrobocia, czego można było się obawiać.
Nieoczekiwanie także sytuacja w zakresie finansów publicznych zdecydowanie się poprawiła. Od roku 2014 odnotowujemy nadwyżkę budżetową, a relacja zadłużenia publicznego w stosunku do PKB zdecydowanie spadła.
Powyżej: Bardziej efektywne pośrednictwo pracy – Segmentacja klientów – Usługi dla pracodawców – Outsourcing usługi pośrednictwa pracy – Opiekunowie osób poszukujących pracy od dłuższego czasu Zdecydowany spadek bezrobocia (także, jeżeli chodzi o osoby poszukujących pracy od dłuższego czasu) Więcej zachęt i odpowiedzialności osobistej – Bardziej rygorystyczne zasady rejestracji osób bezrobotnych – Bardziej rygorystyczna definicja „rozsądnej oferty pracy” i sankcje – Skrócenie okresu uprawnień do zasiłku dla bezrobotnych – Konsolidacja środków pomocowych dotyczących bezrobocia i opieki społecznej Zdecydowany wzrost liczby miejsc pracy (w szczególności związanych z ubezpieczeniem społecznym) Bardziej skuteczne finansowanie systemów ubezpieczenia społecznego Większa elastyczność w celu zapewnienia wzrostu popytu na siłę roboczą – Miejsca pracy typu mini i midi – Zmniejszenie ochrony zatrudnienia – Ułatwienie zawierania umów na czas określony – Deregulacja zatrudniania pracowników tymczasowych Wysoki wskaźnik udziału Bardziej intensywny przyrost liczby miejsc pracy
Nie ma wątpliwości, że reformy przeprowadzone w ramach programu Agenda 2010 odegrały niezwykle ważną rolę dla zapewnienia tak wyraźnego sukcesu niemieckiej gospodarki. Zakrojone na szeroką skalę reformy socjalne i dotyczące rynku pracy – nazywane reformami Hartza– stanowiły centralny punkt tego pakietu środków politycznych. Poniżej przedstawione zostało krótkie omówienie najważniejszych celów i zasad pakietu reform Agenda 2010.
Realizacja tych reform przyczyniła się w bardzo poważnym stopniu do zdecydowanej poprawy sytuacji na niemieckim rynku pracy. Od chwili wprowadzenia reform, liczba miejsc pracy zwiększyła się o ponad 4 miliony (+ >10%), a stopa bezrobocia spadła dwukrotnie. Miało to miejsce w kontekście ogólnoświatowego kryzysu finansowego i gospodarczego, europejskiego kryzysu długu publicznego oraz znaczących problemów dotyczących wciąż rosnącej liczby migrantów. Nie ma wątpliwości, że przeprowadzenie reform przyczyniło się w znaczącym stopniu do tworzenia nowych miejsc pracy. W okresie od roku 2005, każdy 1% realnego wzrostu PKB Niemiec umożliwił stworzenie średnio 242.000 nowych miejsc pracy. Dla porównania, w okresie od roku 1995 do 2005, wzrost PKB o 1% umożliwiał średnio tworzenie 104.000 miejsc pracy.
Wzrost potencjału siły roboczej – ryzyko dla dalszego wzrostu niemieckiej gospodarki
Bieżąca korzystna sytuacja nie powinna jednak ukrywać wyzwań, jakie stoją jeszcze przed Niemcami i mogą stanowić zagrożenie dla wieloletniej tradycji dynamicznego rozwoju gospodarczego tego kraju. Wzrost PKB średnio o 1,9% w okresie od roku 2014 został uzyskany również dzięki systematycznemu przyrostowi dostępnej siły roboczej (średnio +1,1% rocznie). Biorąc pod uwagę, że kluczowy element wzrostu dostępnej siły roboczej jest związany z napływem migrantów (wyniki badań przeprowadzonych przez Instytut Badań dotyczących Zatrudnienia (Institute for Employment Research) wskazują, że w okresie od roku 2013 do 2017 wzrost ten wyniósł około 1,3 mln osób), tego rodzaju przyrost liczby osób zatrudnionych był możliwy. Jednym z czynników niemieckiego wzrostu gospodarczego było dodatnie saldo migracyjne, wynoszące w okresie ostatnich czterech lat około 3 miliony osób. Zagraniczni pracownicy z najważniejszych krajów, z których pochodzą migranci stanowią jeden z kluczowych czynników pozytywnych tendencji w dziedzinie zatrudnienia. Stanowią oni prawie jedną trzecią dodatkowych miejsc pracy i składek ubezpieczenia społecznego (w ujęciu rocznym).
Powyżej: Imigracja netto wynosząca prawie 3 miliony osób od roku 2013, w tysiącach Imigracja netto – zmiana liczby ludności *Od roku 2011: liczba ludności na podstawie spisu powszechnego z roku 2011 Źródło: Federalne Biuro Statystyk
Podobnie, jak wskazują na to wyniki analiz przeprowadzonych przez Bundesbank, my również spodziewamy się, że wzrost potencjału siły roboczej będzie w okresie najbliższych lat nieco słabszy, a następnie w ujęciu bezwzględnym zacznie zmniejszać się mniej więcej począwszy od roku 2020. Zakładamy, że tendencja dotycząca przybywających do kraju uchodźców będzie utrzymywać się na zbliżonym poziomie, co w roku 2017, a równocześnie liczba imigrantów z krajów UE będzie nadal spadać (2016: 201.000 osób, 2015: 431.000 osób). Przyczyną tego rodzaju odwrócenia tendencji jest systematyczny spadek liczby mieszkańców Niemiec w wieku produkcyjnym. Bundesbank ocenia, że nawet w przypadku imigracji wynoszącej 2,5 mln osób w połowie następnego dziesięciolecia (założenie to jest realistyczne), potencjał siły roboczej nie będzie większy w roku 2025, niż w 2016 (Raport Miesięczny, kwiecień 2017 r.). Będzie to stanowić znaczące ograniczenie w odniesieniu do dalszego przyrostu zatrudnienia w Niemczech. Na poniższym wykresie zaprezentowana została – opracowana na podstawie przedstawionych powyżej założeń w odniesieniu do potencjału siły roboczej – prognoza dotycząca wzrostu liczby miejsc pracy w Niemczech, który począwszy od roku 2020 nie powinien przekraczać 100.000 do 200.000 osób rocznie, jeżeli nie zostaną wprowadzone żadne nowe przepisy dotyczące zachęt i motywacji w tym zakresie.
Powyżej: Od roku 2020 potencjał siły roboczej prawdopodobnie zacznie spadać. Średnie roczne w milionach Siła robocza – potencjał siły roboczej* prognoza * Według zasad IAB, potencjał siły roboczej obejmuje osoby zatrudnione, bezrobotnych zgodnie z definicją ILO oraz rezerwy ukryte (w tym poszukujące pracy osoby niezatrudnione)
Jeżeli w okresie po roku 2020 wzrost liczby miejsc pracy rzeczywiście nie będzie większy, niż przewidywane 0,5% rocznie, utrzymanie wzrostu gospodarczego na poziomie, z jakim mieliśmy do czynienia w ostatnich latach będzie możliwe jedynie pod warunkiem zdecydowanego podniesienia produktywności. Poza niezbędnymi inwestycjami w sektorze edukacyjnym, kraj będzie musiał również wymagać poważnych materialnych inwestycji kapitałowych. Niemniej jednak, inwestycje tego rodzaju stanowią obecnie jeden ze słabych punktów niemieckiej gospodarki. Zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym odnotowaliśmy ostatnio poważne trudności dotyczące poziomu inwestycji. Zjawisko to ilustrują dwa przykłady:
Samorządy lokalne: Pomimo, iż wartość rocznych wydatków konsumpcyjnych i środków przekazywanych na poziom samorządów lokalnych wzrosła w okresie od roku 1991 do 2016 ponad dwukrotnie, wydatki inwestycyjne były w roku ubiegłym nieznacznie niższe, niż w 1991 r. Udział samorządów lokalnych w odniesieniu do całkowitej wartości inwestycji sektora publicznego spadła w tym okresie z 51% do około 35%.
Sektor prywatny: Dopiero w roku ubiegłym wartość inwestycji w sektorze prywatnym w dziedzinie maszyn i wyposażenia odzyskała poziom z roku 2007, czyli w okresie poprzedzającym upadłość banku Lehman Brothers. Należy przypomnieć, że wartość produktu krajowego brutto była w roku 2016 o prawie 25% wyższa, niż w 2007 r.
Powyżej: Zbyt niski poziom inwestycji może stanowić zagrożenie dla długofalowego rozwoju niemieckiej gospodarki Samorządy lokalne: konsumpcja* i otrzymywane środki, a wydatki inwestycyjne (wg cen bieżących, punkt odniesienia 1991 = 100) Sektor prywatny: inwestycje w maszyny i wyposażenie w porównaniu z PKB (inwestycyjne (wg cen bieżących, punkt odniesienia 1991 = 100)
W sektorze publicznym, trudności w zakresie inwestycji dotyczą w największym stopniu poziomu samorządów lokalnych. Jeżeli chodzi o szczebel krajowy i federalny, w okresie od roku 1991 poziom inwestycji odpowiadał praktycznie wzrostowi konsumpcji, pomimo bardzo poważnych fluktuacji. Brak inwestycji na szczeblu lokalnym w ostatnich latach jest związany przede wszystkim ze znaczącymi ograniczeniami budżetowymi, jeżeli chodzi o środki dostępne dla samorządów lokalnych. Pozbawione środków pieniężnych samorządy lokalne nie tylko ograniczają inwestycje, ale również zatrudnienie, na przykład w urzędach odpowiedzialnych za sektor budownictwa. Powoduje to znaczące opóźnienia w zakresie procesów planowania i wdrażania projektów inwestycyjnych, które wymagają udziału placówek różnorodnych szczebli lokalnych i federalnych, a co za tym idzie, są skomplikowane oraz czasochłonne. Niemniej jednak, z zasady ogólnej można uznać, że dostępne środki finansowe są wystarczające (także, jeżeli chodzi o poziom rządowy).
Przyczyny niskiego poziomu inwestycji w sektorze prywatnym są różnorodne. Wysoki poziom niepewności co do przyszłego rozwoju gospodarczego w kontekście globalnego kryzysu finansowego i gospodarczego, a także długu publicznego w strefie euro oraz różnego rodzaju kryzysów geopolitycznych to kluczowe przyczyny takiej sytuacji. Im mniej pewne są swojej przyszłości niemieckie firmy, w tym większym stopniu będą obawiać się inwestowania w zwiększanie swoich zdolności produkcyjnych. Względne ograniczenie wzrostu cen produktów kapitałowych i chęć wzmocnienia bazy kapitałowej w sektorze korporacyjnym to dalsze czynniki, które mogą mieć istotne znaczenie w tym zakresie. Wiele firm starało się utrzymać w ostatnim okresie wysoką stopę zwrotu z kapitału własnego, aby zachować względnie korzystne warunki dostępu do kredytów, pomimo bardziej rygorystycznych przepisów dotyczących sektora finansowego.
Podnoszenie potencjału wzrostu jako kluczowy czynnik powodzenia
Dla zapewnienia długofalowego sukcesu gospodarczego Niemiec, decydenci polityczni muszą podjąć niezbędne środki w zakresie stymulowania potencjału rozwojowego kraju. Jeżeli tego nie zrobią, czynniki demograficzne oraz ich konsekwencje dla poziomu dostępnej siły roboczej z pewnością pociągną za sobą zdecydowane ograniczenie potencjału rozwojowego, czyli także znaczące pogorszenie się perspektyw dla niemieckiej gospodarki na przyszłość. Uważamy, że rząd niemiecki powinien wykorzystać wszystkie dostępne środki polityki fiskalnej, które mogą przyczynić się do stymulowania wzrostu gospodarczego, nie wykraczając jednak poza zasady określone w pakcie na rzecz stabilności i wzrostu oraz reguł dotyczących wysokości zadłużenia publicznego Niemiec. Aby utrzymać lub w miarę możliwości nawet ograniczyć wartość współczynnika wydatków publicznych, poziom spożycia w sektorze instytucji rządowych powinien rosnąć w tempie wolniejszym, niż stopa wzrostu produkcji w krajowej gospodarce.
Naszym zdaniem, absolutnie kluczowe znaczenie mają środki umożliwiające wspieranie inwestycji i innowacyjności. Środki wykorzystywane w zakresie polityki gospodarczej powinny mieć na celu zapewnienie poprawy warunków inwestowania w sektorze prywatnym oraz usunięcie trudności w zakresie inwestycji publicznych. Biorąc pod uwagę wyzwania demograficzne, konieczne jest określenie dalszych możliwości rozwoju, które powinny zapewniać bardziej skuteczne wykorzystanie potencjalnie dostępnej siły roboczej. Lista środków dostępnych dla osiągnięcia tego celu nie może być wyczerpująca. W dalszej części niniejszego opracowania przedstawiliśmy w ujęciu nieco bardziej szczegółowym kilka kluczowych aspektów działań w poszczególnych zakresach, takich jak inwestycje w sektorze prywatnym, inwestycje publiczne i dostępność siły roboczej.
Inwestycje w sektorze prywatnym
Środki podatkowe dotyczące kosztów kapitałowych oraz podatku dochodowego od osób prawnych
Ponownie umożliwienie wykorzystywania degresywnej metody amortyzacji (ewentualnie w ograniczonym okresie i jedynie w specyficznych obszarach).
Zachęty podatkowe dla podmiotów prowadzących prace badawczo-rozwojowe w sektorze korporacyjnym Inwestycje publiczne
Doskonalenie infrastruktur cyfrowych za pośrednictwem środków finansowania wspólnego z funduszami publicznymi
Planowanie/wdrożenie projektów inwestycyjnych: usunięcie trudności stanowiących przyczynę opóźnień na szczeblu lokalnym (takich, jak brak odpowiedniego poziomu zatrudnienia w urzędach budownictwa: zachowanie/podniesienie istniejącego potencjału)
Więcej programów partnerstwa prywatno-publicznego, dla lepszego wykorzystania możliwości finansowych podmiotów sektora prywatnego oraz ograniczenia trudności stanowiących przyczynę opóźnień w sektorze publicznym
Podniesienie potencjału dostępności siły roboczej
Edukacja: rozwiązanie nieprawidłowości systemu edukacyjnego (np. liczba uczniów w klasach, brak wystarczającej liczby nauczycieli, starzenie się personelu), także jeżeli chodzi o publiczne szkoły wyższe, promowanie technologii cyfrowych (np. poprzez zapewnienie szybkiego dostępu do Internetu w szkołach)
Uwzględnienie czynników dotyczących zapotrzebowania na wykwalifikowanych pracowników w przepisach dotyczących imigracji
Promowanie zatrudniania kobiet
Poprawa dostępności środków dotyczących opieki nad dziećmi w szkołach podstawowych i średnich
Dalsza edukacja/kształcenie ustawiczne
Większa elastyczność, jeżeli chodzi o przepisy dotyczące wieku emerytalnego
Niemiecka gospodarka uzyskuje obecnie bardzo dobre rezultaty. Jeżeli nie wystąpią jakiekolwiek nagłe, poważne trudności egzogenne, uważamy, że nie istnieją żadne inne czynniki, które mogłyby spowodować znaczące ograniczenie tej stopy wzrostu w okresie najbliższych kilku lat. Nowy niemiecki rząd, który zostanie powołany po wrześniowych wyborach powinien wykorzystać ten okres, aby położyć podwaliny pod długofalowy rozwój gospodarczy kraju, wykorzystując jego obecne atuty.
Kluczowe punkty programu politycznego partii CDU/CSU i SPD
Analiza Euler Hermes, będąca liderem europejskiego rynku ubezpieczeń kredytów oraz grupa Allianz, lider europejskiego sektora ubezpieczeniowego.
W najnowszej analizie, firmy Euler Hermes, będąca liderem europejskiego rynku ubezpieczeń kredytów oraz grupa Allianz, lider europejskiego sektora ubezpieczeniowego – przedstawiły swoje szczegółowe prognozy dotyczące dalszego rozwoju gospodarki Niemiec. W pierwszym półroczu 2017 roku, niemiecka gospodarka zdecydowanie przyspieszyła. W ujęciu rocznym, wzrost PKB Niemiec wyniósł +2,7%, co stanowi wynik najlepszy od pierwszego półrocza 2011 roku. Tego rodzaju pozytywna dynamika utrzyma się z pewnością także podczas drugiego półrocza, chociaż stopa wzrostu będzie nieco niższa, niż w okresie pierwszych 6 miesięcy 2017 r.
Niemiecki eksport, który w pewnych okresach nieco cierpiał, w roku 2017 znów osiąga bardzo wysoki poziom. Na rok 2017 przewidywany jest wzrost niemieckiego eksportu o +4%, a Niemcy z pewnością utrzymają swoją wysoką pozycję na światowych rynkach. Perspektywy na rok 2018 są podobne, a przewidywany wzrost wartości eksportu jest nieco niższy od 4%.
Począwszy od roku 2008, niemiecka gospodarka w znaczący sposób korzysta ze wzrostu konsumpcji, zarówno prywatnej, jak i publicznej. Niemniej jednak, inwestycje nie przyczyniają się do tego rozwoju w odpowiednio znaczący sposób. Prognozy na ten rok są bardziej korzystne – inwestycje w sektorze budownictwa powinny przyczynić się do dalszego przyspieszenia wzrostu niemieckiej gospodarki. Wzrost wykorzystania istniejącego potencjału produkcyjnego, dobra sytuacja przedsiębiorstw, jeżeli chodzi o dostępny kapitał obrotowy oraz korzystne warunki finansowania: spełnione są wszystkie warunki korzystne dla wzrostu inwestycji w sektorze maszyn i wyposażenia.
Bez uwzględnienia inflacji, w roku 2017 wzrost PKB Niemiec powinien wynieść +2%, co będzie stanowić najlepszy wynik w okresie 3 ostatnich lat (od +1,7% do +1,9%). W roku 2018 ta dynamika wzrostu gospodarczego powinna nadal się utrzymywać (+2%). Wzrost konsumpcji gospodarstw domowych będzie niższy, niż w roku 2017, ze względu na mniejszy przyrost realnej siły nabywczej. Niemniej jednak, wartość inwestycji w sektorze maszyn i wyposażenia powinna w roku przyszłym ulec podwojeniu.
Inflacja w Niemczech pozostaje niska. Pomimo zdrowej sytuacji gospodarczej i niskiej stopy bezrobocia, nic nie wskazuje, aby inflacja miała wzrosnąć. Krzywa Phillipsa, ilustrująca ujemną korelację pomiędzy stopą bezrobocia a inflacją płac, nie wskazuje na występowanie jakichkolwiek problemów.
Bieżąca nadwyżka budżetowa Niemiec jest związana z przewagą oszczędności w odniesieniu do inwestycji na krajowym rynku. Olbrzymie nadwyżki finansowe przedsiębiorstw nienależących do sektora finansowego są szczególnie istotne. Podczas, gdy w latach 90-tych XX wieku, wysoki deficyt stanowił praktycznie regułę, od roku 2009 niemieckie firmy odnotowują doskonałe rezultaty finansowe i wciąż znajdują się w fazie rozwoju. Poziom ich inwestycji na krajowym rynku pozostaje jednak zbyt niski, co z pewnością związane jest z niepewnością co do dalszej sytuacji politycznej i gospodarczej. Niemniej jednak, niski wzrost gospodarczy w okresie ostatnich lat wymagał jedynie nieznacznego podniesienia zdolności produkcyjnych.
„Decydujące znaczenie dla rozwoju niemieckiej gospodarki w roku bieżącym ma przede wszystkim sektor budownictwa oraz dynamiczny wzrost wartości eksportu do krajów strefy euro. Po zbliżających się wyborach, nowa koalicja rządowa będzie jednak musiała wrzucić wyższy bieg. Aby możliwe było przekroczenie wreszcie progu 2%, konieczne jest przeprowadzenie reform skarbowych oraz realizacja proinwestycyjnej polityki publicznej” – podsumowuje Ludovic Subran, Główny ekonomista firmy Euler Hermes.
W Polsce coraz większym zainteresowaniem cieszą się lokale w rewitalizowanych kamienicach i lofty. Mieszkania w poprzemysłowych budynkach to połączenie industrialnych przestrzeni z nowoczesnymi elementami. Tego typu inwestycji jest jednak niewiele, przede wszystkim w Łodzi i na Śląsku. W największych miastach rośnie zainteresowanie mieszkaniami w zrewitalizowanych kamienicach. Oferty przyciągają młode osoby, które cenią nowoczesne wnętrza i bliskość centrum.
– Sektor loftów, mieszkań w budynkach pofabrycznych, nie jest dużym fragmentem rynku, stanowi kilka procent. Aktualnie inwestycji jest bardzo mało, zazwyczaj są to perełki w różnych przestrzeniach miejskich. Te projekty są zazwyczaj kameralne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Styś, dyrektor zarządzający OPG Property Professionals.
Początkowo pomieszczenia po opuszczonych zakładach przemysłowych czy fabrykach były kojarzone z bohemą artystyczną i ekstrawagancją. Teraz takich lokali poszukują nie tylko artyści, lecz także m.in. biznesmeni, przedstawiciele show-biznesu oraz młodzi ludzie, którzy szukają czegoś innego niż tradycyjne 50 mkw. Często jednak tacy klienci odchodzą z kwitkiem, bo na rynku brakuje takich inwestycji.
– Generalnie możemy je spotkać w miastach z bogatą historią budynków przemysłowych, których geneza sięga XIX wieku. Takich projektów nie ma we wszystkich miastach, jest to głównie rejon Katowic, Łodzi i bardzo pojedyncze projekty w innych miastach Polski – wymienia ekspert.
Moda na lofty narodziła się w Stanach Zjednoczonych w połowie XX wieku, potem dość szybko trafiła do Europy, ale w Polsce tego typu inwestycje zaczęły pojawiać się na początku tego wieku.
– Najbardziej rozwiniętym rynkiem z loftami są Stany Zjednoczone: Nowy Jork, Chicago, gdzie w XIX wieku bardzo dużo budynków przemysłowych powstawało w centrum miasta. Dzisiaj przemysł jest już poza centrami, w związku z tym adaptuje się te budynki właśnie do mieszkania. Innymi przykładem mogą być landy na północy Niemiec oraz Wielka Brytania, gdzie historycznie przemysł zlokalizowany w centrach miast. Budynki, które mają dziś ponad 100 lat, bardzo dobrze się adaptują do dużych przestrzeni do życia – mówi Michał Styś.
Zrewitalizowane pofabryczne zabudowania powoli stają się wizytówką Łodzi. Stosunkowo dużo loftów można też znaleźć w Gdańsku, Poznaniu i na Górnym Śląsku. Jak jednak ocenia przedstawiciel OPG Property Professionals, w Polsce rynek loftów dopiero raczkuje.
Jednym z największych projektów tego typu były lofty w XIX-wiecznej przędzalni Karola Scheiblera w Łodzi. Powstało tam 420 lokali. Jednak po upadłości dewelopera kompleks został przejęty przez syndyka. Problemy napotykały także inwestycje w Warszawie czy Żyrardowie. Zdaniem eksperta przyczynami takiego stanu rzeczy są trudności w realizacji takich projektów oraz ograniczone możliwości podaży – lofty powinny być dużymi (ok. 100 mkw.) i wysokimi pomieszczeniami, najlepiej z zachowanymi oryginalnymi elementami konstrukcji, a takich budynków nie ma wiele.
Pewną alternatywą dla tradycyjnych mieszkań mogą też być lokale w rewitalizowanych kamienicach. Tym bardziej że często znajdują się one w bardzo atrakcyjnych lokalizacjach w centrach miast.
– Na rynku są dwie grupy ludzi, którzy z powrotem chcą mieszkać w centrum miasta. To osoby młode, dobrze zarabiające, jeszcze bez dzieci, oraz osoby starsze, które chcą wrócić, sprzedać swój dom czy willę poza miastem i wrócić do centrum, bo tutaj są wszystkie usługi – mówi Michał Styś.
Często cena za metr kwadratowy mieszkania w kamienicy jest wyraźnie wyższa niż w przypadku tradycyjnych mieszkań. Dużo zależy jednak od samej kamienicy: stopnia rewitalizacji i położenia. W Warszawie lokale w kamienicach położonych w Śródmieściu najczęściej są przerabiane na biura. Na Żoliborzu, Powiślu czy w okolicach Filtrów na Ochocie mieszkania szybciej znajdują nabywców, częściej na cele prywatne.
Zakup mieszkania w zrewitalizowanej kamienicy to także dobra inwestycja. Stare kamienice mają nieocenioną wartość historyczną i niebanalną architekturę. Wysokie mieszkania pozwalają na zwiększenie powierzchni lokalu. Wynajem apartamentu zapewnia zwrot z inwestycji na poziomie nawet 7 proc. rocznie – to kilkukrotnie więcej niż zysk z przeciętnej lokaty bankowej.
– W Warszawie dobrze przygotowane projekty rewitalizacyjne kamienic cieszą się sporą renomą. Są to zazwyczaj inwestycje droższe w zakupie, ponieważ wymagały one większych nakładów ze strony dewelopera. W innych miastach kamienice mają duży potencjał, ale jest to związane z rewitalizacjami całych obszarów miast, które będą prowadzone, np. w Łodzi – w centrum miasta, we Wrocławiu – na Przedmieściu Oławskim, oraz w Katowicach, gdzie miasto planuje olbrzymie programy rewitalizacji. Dzięki temu kamienice będą zyskiwać na popularności – ocenia Michał Styś.
Polska branża kosmetyczna jest jedną z większych w Europie. Szacuje się, że kilka procent rynku stanowią kosmetyki naturalne, a ich sprzedaż stale rośnie. To efekt rozwijającego się trendu slow life. W sprzedaży takich produktów specjalizują się przede wszystkim sklepy ekologiczne, ale również drogerie rozszerzają o nie ofertę. Problemem branży jest jednak brak uregulowań prawnych i jasnej definicji naturalnych kosmetyków. To zdaniem ekspertów bardzo często może prowadzić do nadużyć.
– Polski rynek kosmetyków rośnie, pojawia się coraz więcej niedużych producentów kosmetyków naturalnych, natomiast nie wiemy, jaki jest jego rozmiar, ponieważ nikt tego nie mierzy. Wiemy, że w Europie Zachodniej to jest już poziom 10 proc. całego rynku kosmetyków, w Niemczech jest 13–16 proc. W Polsce jest to ciągle kilka procent, ale widzimy silny trend rosnący – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Hajduk, prezes Naturativ, produkującej jedyne polskie kosmetyki naturalne z certyfikatem Natrue.
Według Banku Zachodniego WBK branża kosmetyczna w Polsce do 2020 roku ma się rozwijać w tempie ok. 5 proc. PMR podaje, że wartość sprzedaży kosmetyków w Polsce w 2016 roku sięgnęła ponad 22 mld zł. Z kolei Euromonitor, bazując na danych GUS, ocenia wartość sprzedaży na ok. 14 mld zł. To zaś sprawia, że jesteśmy szóstym największym producentem kosmetyków w Europie. W sprzedaży dominują kosmetyki masowe, jednak coraz częściej sięgamy po te naturalne, bez chemii, bazujące na naturalnych składnikach.
– Po zwrocie w kierunku zdrowego trybu życia, uprawiania sportu, zdrowego, ekologicznego jedzenia, konsumenci teraz zaczynają dbać o siebie i swoją skórę i zaczynają korzystać z kosmetyków naturalnych – wskazuje Magdalena Hajduk.
Z raportu dotyczącego oczekiwań konsumentów kosmetyków naturalnych i organicznych opublikowanego przez Naturativ wynika, że przy wyborze kosmetyków naturalnych najczęściej kierujemy się unikaniem ryzyka (65 proc.), troską o środowisko i zwierzęta (18 proc.) i zgodnością z wyznawanymi zasadami i filozofią życia (17 proc.).
– W kosmetykach naturalnych najbardziej cenimy skład, czyli to, że rozumiemy, z czego dany kosmetyk się składa. Bardzo często jego skład jest podobny do jedzenia, budzi to naszą sympatię i zaufanie – podkreśla Hajduk.
W Polsce głównym kanałem dystrybucji kosmetyków naturalnych są sklepy ekologiczne – stacjonarne i internetowe. Coraz częściej jednak, ze względu na rosnące zainteresowanie, także supermarkety i drogerie uzupełniają asortyment o produkty naturalne.
– Kosmetyki naturalne i organiczne już wchodzą do drogerii i supermarketów, choć w Polsce jeszcze w bardzo ograniczonym stopniu. Ciągle dystrybucja kosmetyków naturalnych i organicznych to domena internetu i sklepów ekologicznych. Obserwuję rynek niemiecki, gdzie kosmetyki naturalne zajmują całe ściany w drogeriach. Myślę, że ten trend przyjdzie także do nas. Detaliści mają bardzo silny wpływ na edukację konsumenta – przekonuje prezes Naturativ.
W Europie za największe rynki kosmetyków naturalnych uznawane są Niemcy, Wielka Brytania i Francja. Tam też świadomość konsumentów jest większa – zwracają oni uwagę na skład i wybierają produkty certyfikowane, kosztem tych inspirowanych naturą.
Dla eksporterów atrakcyjnym kierunkiem są też kraje azjatyckie. W 2016 roku sprzedaż kosmetyków z Polski na te rynku sięgnęła blisko 11,8 mld zł przy 10,1 mld w 2015 roku. Łącznie na eksport trafia 1,5 proc. produkcji. Eksport do Chin, Indii, Japonii i Korei Południowej to jednak niecałe 0,5 proc. eksportu kosmetyków.
– Producenci kosmetyków naturalnych mają problem z rynkiem chińskim, ponieważ tam każdy kosmetyk wprowadzany na rynek musi być przetestowany na zwierzętach. Dla certyfikowanych kosmetyków naturalnych jest to więc rynek jeszcze niedostępny, jakkolwiek prawo chińskie ma się zmienić – mówi Magdalena Hajduk.
Jak wskazuje ekspertka, problemem branży jest brak standardów i jasnej definicji kosmetyków naturalnych. Obecnie są one oznaczane normą ISO 16128, która podaje definicje surowców naturalnych, pochodzenia naturalnego czy syntetycznych, a także listę dozwolonych przy produkcji surowców reakcji chemicznych.
– Standardy są bardzo potrzebne. Gdy panuje moda na dany produkt, wśród graczy na rynku istnieje pokusa, aby z tego skorzystać i powiedzieć, że produkuje się kosmetyki naturalne. Jeśli nie ma standardów, nie jesteśmy w stanie ocenić, czy dany producent nie mija się z prawdą. Dzięki wprowadzeniu standardów konsument może być pewien, że faktycznie korzysta z kosmetyku naturalnego czy organicznego, sprawdzonego, stworzonego z bardzo dobrych surowców – mówi Magdalena Hajduk.
Pozyskanie pracowników jest obecnie największym problemem dla PKP Cargo – podkreśla prezes spółki. Grupa w I półroczu zwiększyła pracę przewozową i masę przewiezionych towarów, udało się także osiągnąć zysk netto wobec straty przed rokiem. Przewoźnikowi służy coraz lepsza sytuacja w gospodarce, więc dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na pracowników. Jednak ich liczba spada. Na koniec czerwca 2017 roku była niższa o 320 niż przed rokiem.
– Nasza gospodarka rozwija się bardzo dobrze, nawet nadspodziewanie dobrze. To, jak szacowaliśmy, konieczność zwiększenia zatrudnienia rok temu zupełnie nie przystaje do dzisiejszych realiów. Dzisiaj mamy bardzo duży kłopot z pozyskaniem pracowników i wydaje się, że nie będzie lepiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Libiszewski, prezes zarządu PKP Cargo.
Na koniec I półrocza 2017 roku w grupie PKP Cargo zatrudnionych było 23,37 tys. pracowników czynnych wobec 23,48 tys. rok wcześniej. Przeciętne zatrudnienie liczone w etatach w I półroczu 2017 roku w Grupie PKP Cargo było niższe o 320 etatów (23,3 tys.), czyli o 1,3 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Jak podaje spółka, było to głównie rezultatem rozwiązywania umów o pracę w związku z nabyciem uprawnień emerytalnych i rentowych.
Jednocześnie zdecydowanie poprawiły się wyniki przewoźnika. W I półroczu 2017 roku skonsolidowane przychody grupy PKP Cargo wzrosły o 6,6 proc. do 2,23 mld zł. Zysk operacyjny wyniósł 45,4 mln zł wobec straty rok wcześniej w wysokości 194 mln zł. Na czysto grupa zarobiła 19,36 mln zł. Przed rokiem odnotowała stratę netto rzędu 195,25 mln zł.
– Wzrost produkcji stali surowej na ten rok to około 5–6 proc., a wzrost zużycia wyrobów stalowych to 2–3 proc. – tłumaczy Libiszewski. – W Polsce ten wzrost jest znacznie wyższy niż w krajach sąsiednich. Podobną sytuację mamy w kruszywach – wzrost tego rynku szacujemy na 5–10 proc. w skali roku do 2020 roku. Ze 107 mld zł do 135 mld zł podniesiony został limit finansowania Programu Budowy Dróg Krajowych – to w oczywisty sposób przełoży się na zwiększenie tego rynku, podobnie jest na nieco mniejszych rynkach, obserwujemy ten wzrost praktycznie wszędzie.
Według danych organizacji World Steel Association produkcja stali w 67 zrzeszonych krajach w I połowie 2017 roku wzrosła o 35,2 mln ton w ujęciu rocznym, czyli o 4,4 proc. (z 800,8 mln ton w I półroczu 2016 do 836,0 mln ton w I półroczu 2017). W Polsce produkcja w I połowie 2017 roku wzrosła z 4,4 mln ton w I połowie 2016 roku do 5,1 mln ton w I połowie 2017 roku, a to oznacza wzrost o 16,1 proc. rok do roku.
W transporcie kruszyw i materiałów budowlanych, które stanowią drugą największą grupę towarów przewożonych przez PKP Cargo (16-proc. udział), w I półroczu 2017 odnotowano wzrost o 28 proc. rdr. pod względem przewiezionej masy oraz wzrost o 32 proc. rdr. pod względem zrealizowanej pracy przewozowej. Wzrost przewozów w tym segmencie jest związany z intensyfikacją realizacji inwestycji drogowych oraz kolejowych z udziałem środków europejskich z perspektywy finansowej 2014–2020 oraz zwiększeniem zapotrzebowania na przewozy kruszywa do betoniarni oraz wytwórni mas bitumicznych, a także większym zapotrzebowaniem na kamień wapienny w związku z wyższą produkcją wyrobów hutniczych – informuje PKP Cargo w raporcie za I półrocze 2017 roku.
– W tej chwili najważniejszym problemem dla nas są sprawy kadrowe. W wyniku naturalnych odejść mamy zmniejszenie kadry w poszczególnych zawodach. Staramy się to uzupełniać. Niektóre z naszych spółek zależnych przyjęły w I półroczu nawet ponad 500 pracowników. Jednak cały czas jest to mało z punktu widzenia tego, że zwiększamy swoją działalność – informuje prezes PKP Cargo. – Potrzebujemy nie tylko uzupełnienia kadry, lecz także zwiększenia tego potencjału, co ma związek ze wzrostem potencjału przewozów. Będziemy starać się ten problem w najbliższych miesiącach rozwiązywać.
Podczas pierwszych 5 miesięcy 2017 roku koleją przetransportowano w Polsce łącznie 16,3 mln ton kruszyw, piasku i żwiru oraz 8,5 mln ton rud żelaza, metali i wyrobów metalowych, co stanowi wzrost odpowiednio o 1,3 mln ton rok do roku (+8,4 proc.) i 0,9 mln ton rok do roku (+11,1 proc.).
Korzystna koniunktura gospodarcza w kraju i na rynkach zagranicznych miała również wpływ na intermodalne przewozy towarów, głównie w związku z rozwojem połączeń tranzytowych i obsługą połączeń towarowych w relacji Chiny–Europa–Chiny w ramach Nowego Jedwabnego Szlaku oraz większym udziałem przewozów towarów masowych, takich jak koks czy zrębka drzewna, w kontenerach.
– Mamy nadzieję, że potencjał przewozowy będzie rósł, ze szczególnym uwzględnieniem kolei. On rósł 5–6 proc. rocznie jako potencjał całego transportu, my natomiast mamy nadzieję, że przesunie się to bardziej w kierunku kolei i że będzie ona większym beneficjentem tego wzrostu rynku transportowego –mówi Libiszewski.
Praca przewozowa PKP Cargo w I półroczu 2017 roku wzrosła o 11 proc. do 15 mld tkm (tonokilometrów), natomiast przewieziona masa towarowa zwiększyła się o 10 proc. do 57,6 mln ton.
Rośnie skala opóźnień w płatnościach w krajach Europy Zachodniej, czyli u głównych partnerów handlowych Polski – wynika z danych firmy Atradius. Problem z nieterminowo opłacanymi fakturami ma 41 proc. przedsiębiorstw. Firmy muszą też coraz dłużej czekać na płatności – średnio jest to 55 dni. Przyczyną problemów z opóźnieniami często bywa niesprawdzenie kontrahenta i nieznajomość miejscowych przepisów dotyczących warunków płatności. Przedsiębiorcy mogą zmniejszyć ryzyko m.in. dzięki opublikowanemu właśnie International Debt Collections Handbook.
– Skala nieterminowych płatności u głównych partnerów polskich jest duża, nawet większa niż w Polsce. Z naszego barometru, opublikowanego w maju bieżącego roku, wynika, że 41 proc. przedsiębiorców z krajów Europy Zachodniej otrzymuje należności z opóźnieniem. W Polsce 39 proc. firm zgłosiło nam tego typu opóźnienia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Włodzimierz Szymczak, dyrektor zarządzający Atradius Collections. – Co gorsze, z roku na rok obserwujemy, że skala opóźnień rośnie, i to nie tylko w zakresie opóźnień w terminach zapłaty, ale też liczby dni, w których nasi klienci otrzymują swoje należności. Średnio jest to teraz 55 dni.
Według Barometru Praktyk Płatniczych firmy Atradius w Europie Zachodniej kontrahenci dostawali średnio na zapłatę za fakturę około 30 dni. Jednak w krajach najmocniej dotkniętych kryzysem finansowym termin ten jest zdecydowanie dłuższy: w Hiszpanii o połowę (45 dni), we Włoszech to już 50 dni, a w Grecji nawet 54 dni. Oprócz tego w tym ostatnim kraju większy odsetek przedsiębiorców otrzymuje należności z opóźnieniem od rodzimych kontrahentów – 51,6 proc.
Paradoksalnie trudnym krajem do windykowania należności są też Niemcy, największy partner handlowy Polski, odpowiadający za 27,2 proc. polskiego eksportu.
– Więcej należności udaje się odzyskiwać w innych państwach – podkreśla Włodzimierz Szymczak. – Najważniejsza rzecz, w przypadku zabezpieczenia się przed nieterminowymi płatnościami, to odpowiednie przygotowanie. Obserwujemy, przede wszystkim przy transakcjach jednorazowych, często powtarzające się błędy: niesprawdzenie odbiorcy, niesprawdzenie miejsca dostawy, a nawet proste błędy wynikające z niezrozumienia językowego.
Ważne jest także przygotowanie się do transakcji pod względem zabezpieczenia instrumentami finansowymi, takimi jak np. ubezpieczenie należności kredytu kupieckiego. Jest to kluczowe szczególnie dla klientów i odbiorców, z którymi polscy producenci i sprzedawcy chcą dłużej prowadzić działalność.
Problemem są także zmiany prawne oraz polityczne. Wydarzenia takie jak wojna na Ukrainie czy brexit powodują albo niemożność odzyskania należności w sytuacji, gdy kontrahent nie płaci, albo zmianę otoczenia prawnego w stosunku do okresu, gdy zawierane były umowy. Z badań Atradius wynika jednak, że polscy przedsiębiorcy nie obawiają się zmian w Wielkiej Brytanii. Tylko 14,9 proc. ankietowanych w kraju stwierdziło, że rozszerzy sprawdzanie zdolności kredytowej kupujących na Wyspach, a 14,7 proc. zadeklarowało, że zwiększy rezerwy na nieściągalne należności.
– Oczywiście możemy przygotować się do ekspansji. Najważniejsze jest poznanie swojego odbiorcy, ponieważ gros problemów powstaje nie w momencie dostawy czy braku płatności, ale bierze się z tego, jak transakcja była przygotowana, czy wiemy, kto jest odbiorcą, czy sprawdziliśmy, czy taka firma jest zarejestrowana, czy ma aktywne numery NIP – wylicza dyrektor zarządzający Atradius Collections.
Analizując opóźnienia w płatnościach ze strony zagranicznych klientów B2B, 31,4 proc. polskich ankietowanych odpowiedziało, że opóźnienia te były spowodowane skomplikowanymi procedurami płatniczymi. Z nieterminowym spłacaniem faktur na rzecz polskich przedsiębiorców zetknęło się 89,2 proc. polskich respondentów. Co więcej, wśród krajów Europy Wschodniej, w których przeprowadzono ankietę, Polska odnotowała najwyższą częstotliwość nieterminowych płatności ze strony zagranicznych klientów B2B. Mimo to na nieściągalne odpisy w Polsce składały się w większości odpisy krajowe.
– Pomocny też jest nasz International Debt Collections Handbook, który co roku uaktualniamy i prezentujemy przedsiębiorcom. Pozwala on na zapoznanie się np. z tym, jakie dokumenty są konieczne do zawarcia transakcji, jakie są akceptowane na danym rynku. Działa to też w drugą stronę – klient może bardzo szybko zobaczyć, że jeżeli odbiorca nie chce dostarczyć tych dokumentów, a jednocześnie wie, że są one potrzebne i są standardem na danym rynku, to może spodziewać się w przyszłości problemów – przestrzega Włodzimierz Szymczak.
Opublikowany przez Atradius Collections, spółkę należącą do Grupy Atradius, International Debt Collections Handbook jest przydatnym narzędziem dla przedsiębiorstw operujących na zagranicznych rynkach. Tegoroczna edycja obejmuję 44 krajów, w tym najważniejszych partnerów handlowych Polski. Wszystkie informacje zostały zebrane i przygotowane przez lokalnych ekspertów oraz prawników najlepiej znających specyfikę poszczególnych rynków, czyniąc go tym samym praktycznym przewodnikiem po międzynarodowych procedurach odzyskiwania należności na świecie.
W II kwartale 2017 r. z wykorzystaniem cudzej tożsamości próbowano wyłudzić 1631 kredytów na łączną kwotę 114 milionów złotych. Rekord padł w województwie śląskim, gdzie chciano ukraść w ten sposób aż 25 milionów złotych. Średnia kwota tego rodzaju przestępstw wyniosła aż 30 tys. zł.
Dowód osobisty to nie tylko kawałek plastiku – to nasza tożsamość, która może zostać wykorzystana do dokonania szeregu przestępstw. Statystycznie, włącznie z weekendami, w II kwartale odnotowywano 18 prób wyłudzeń dziennie. Każdego dnia próbowano na cudze nazwiska ukraść łącznie 1,26 mln zł.
– Dowód osobisty bywa więcej wart dla przestępców niż nasza karta kredytowa – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich.
Łączna kwota prób wyłudzeń kredytów w II kwartale 2017 r. wyniosła ponad 114 mln zł. To najwyższy od trzech lat wynik. Jest to głównie efekt trzeciego w historii przypadku próby wyłudzenia kwoty 25 milionów złotych (woj. śląskie). Odnotowano łącznie 29 przypadków prób wyłudzeń przekraczających 500 tys. zł – średnia z pozostałych 1602 prób wyniosła dokładnie 30.144 zł.
Łącznie od 2008 r., kiedy to rozpoczęte zostały dokładne badania w tym zakresie, udaremniono już 71,1 tys. prób wyłudzeń kredytów na łączną kwotę 3,8 mld złotych.
Po wczorajszej publikacji komunikatu do decyzji Fed w sprawie przyjętych ram polityki pieniężnej dawkę jastrzębiego wydźwięku próbował podtrzymać Norges Bank. Jego przedstawiciele zdecydowali się nie tylko na utrzymanie głównej stopy benchmarkowej na niezmienionym poziomie (0,5 proc.), ale również zasygnalizowali niechęć do wdrażania szerzej zakrojonych rozwiązań ekspansji monetarnej. Chwilowy cios w siłę jena wymierzył gubernator Haruhiko Kuroda, który pokusił się o wzmianki dotyczące odległych perspektyw osiągnięcia celu inflacyjnego czy możliwości zwiększenia zakresu luzowania ilościowego.
Dzisiejsze wystąpienie prezesa ECB Mario Draghiego we Frankfurcie nie zrobiło dużego wrażenia na euro. Powodem powyższego stanu rzeczy był brak wzmianek dotyczących polityki monetarnej oraz skupienie się wyłącznie na aspektach makroostrożnościowych. Dużo większą reakcję wywołała publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia Riksbanku (6 września), w której zawarto obawy o nasilenie się ryzyka przegrzania szwedzkiej gospodarki. Decydenci ciepło przyjęli wyraźną poprawę trendów inflacyjnych zaburzonych przez wpływ czynników o charakterze tymczasowym. Na lekko gołębie wzmianki zdecydowała się Cecilia Skingsley. Jej zdaniem nagłe porzucenie luzowania ilościowego przyczyni się do powstania szerokiego spektrum efektów ubocznych, które przełożą się na wyraźne pogorszenie perspektyw gospodarczych. Na przestrzeni dnia szwedzka korona zdołała umocnić się 0,5 proc. do dolara, a EUR/USD notuje 0,5 proc. ruch w okolice poziomu 1,1950.
Swoje pięć minut w światowej bankowości centralnej miał Narodowy Bank Polski. Minutki z ostatniego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej nie rzucają nowego światła na perspektywy podwyżki stóp procentowych. Tradycyjnie zawarto wzmianki o braku nierównowag w gospodarce czy utrzymywaniu się umiarkowanie silnie procesów inflacyjnych w średnim horyzoncie czasowym. Niektórzy członkowie nadal rozważają podwyżkę stóp procentowych w sytuacji wyraźnych odchyleń dynamiki cen konsumenta od prognozowanych wartości. Dawkę zaskoczenia zapewnił Eugeniusz Gatnar, jeden z najbardziej jastrzębich członków Rady, który rozważa głosowanie za zmianą parametrów rodzimej polityki monetarnej już w I połowie 2018 roku. Jego zdaniem dość wczesna podwyżka stóp ma ograniczyć wpływ dość silnej presji płacowej oraz zapobiec niekontrolowanemu wystromieniu trajektorii cen konsumenta. Obecnie EUR/PLN wraca w okolice poziomu 4,2760, USD/PLN balansuje przy 3,5800, GBP/PLN wraca do 4,8580, a CHF/PLN przebija się przez poziom 3,7000.
Wśród pozostałych banków centralnych państw Emerging Markets uwagę zwracała decyzja Południowoafrykańskiego Banku Rezerw, który zdecydował się na utrzymanie stopy benchmarkowej na uprzednio obowiązującym poziomie (tj., 6,75 proc.). Za zmianą poziomu instrumentu głosowało trzech z sześciu członków SARB. Obecnie 0,5 proc. umocnienie randa ustępuje jedynie czeskiej koronie, która na przestrzeni dnia umocniła się 0,6 proc.
W trakcie dzisiejszej sesji agencja ratingowa Standard & Poor’s zdecydowała się na obniżenie wiarygodności kredytowej Chin do poziomu „AA minus” (perspektywa stabilna) z uprzednio obowiązującej oceny „A plus” (perspektywa negatywna). Zgodnie z naszymi oczekiwaniami uzasadnieniem powyższej decyzji była intensyfikacja ryzyk w zakresie dynamiki kreacji pieniądza przez sektor bankowy czy obawy związane z przeprowadzaną transformacją ku usługowemu modelowi gospodarki. Powyższe posunięcie chwilowo godziło w siłę walut partnerów handlowych. Na koniec dnia AUD/USD balansuje przy poziomie 0,7940, notując tym samym ruch rzędu 1,1 proc. Powyższe załamanie sentymentu istotnie ciąży również na dolarze nowozelandzkim (0,5 proc.), który spycha kurs NZD/USD w okolice 0,7315.
Do chwilowej zmiany sentymentu wobec bezpiecznych przystani przyczyniła się wypowiedź prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa, który poinformował o planowanym rozszerzeniu sankcji nałożonych na Koreę Północną. Obecnie szwajcarski frank (0,0 proc.) oraz japoński jen (-0,1 proc.) plasują się dość blisko poziomów z wczorajszego zamknięcia. Liderem pozostaje norweska korona (0,8 proc.), którą usilnie goni funt szterling (0,6 proc.).
Wbrew powszechnemu sceptycyzmowi indeks Philly Fed uplasował się na poziomie 23,8 pkt, pozostawiając w cieniu dość nisko zawieszoną medianę rynkowych oczekiwań (17,1 pkt). Powyższy wynik to pokłosie nie tylko istotnego podbicia oceny oczekiwań, ale również wyższych wartości subindeksu kosztowego czy solidnego napływu nowych zamówień.
Oczekiwania uczestników rynku wyraźnie zaskoczyły cotygodniowe szacunki z amerykańskiego rynku pracy, zgodnie z którymi wniosek o zasiłek dla bezrobotnych złożyło zaledwie 259 tys. Amerykanów. Dość wysoką medianę prognoz (302 tys.) podbijały implikacje związane z uderzeniem huraganu Irma we wschodnie wybrzeże USA.
Czwartkowe notowania na Starym Kontynencie zakończyły się wyraźnym podziałem sentymentu. Na czele głównych indeksów plasował się FTSE MIB (0,7 proc.) za sprawą świetnych nastrojów w europejskim sektorze bankowym. Niewiele skromniejszy ruch w stronę północy ma za sobą CAC 40 (0,6 proc.), którego liderem niezmiennie pozostawał Airbus (3,9 proc.). Dodatkowym motorem lotniczego giganta okazały się nowe zamówienia brazylijskich linii Azul Linhas Aéreas na pięć sztuk modelu A330-900neo.
Dzisiejszą sesję na plusie zakończył frankfurcki DAX (0,3 proc.). Najsilniejszą zwyżkę ma za sobą Commerzbank (3,5 proc.), którego aktywa według doniesień agencji Reutera mają zostać przejęte przez UniCredit (2,0 proc.). Apetyt na nieco bardziej pokaźne wzrosty ograniczały spółki energetyczne – E.ON (2,6 proc.) oraz RWE (-2,8 proc.) za sprawą realizacji wczorajszych zysków po doniesieniach o planowanym przejęciu przed drugą ze spółek pakietu większościowego Uniper. Na samym dnie niemieckiej giełdy znalazł się ThyssenKrupp (-3,3 proc.), który stał się ofiarą decyzji Moody’s w sprawie zmiany perspektyw ratingu z „ewoluującej” (developing) na „stabilną” (stable).
W Londynie uwagę inwestorów zwracały walory Anglo American (2,9 proc.), które wyłamywały się z sektorowych tendencji po wczorajszych doniesieniach o zwiększeniu zaangażowania przez indyjskiego biznesmena Anila Agarwala do kwoty 2 mld USD. Najsilniej rosnącą spółką indeksu FTSE 100 (-0,1 proc.) okazało się być Johnson Matthey (14,6 proc.) publikujące świetne perspektywy wzrostu zysku netto oraz interesujące plany ekspansji na rynku samochodowym. Na samym dnie znalazł się Kingfisher (-4,1 proc.) po nocie analitycznej Investec, w której podtrzymano rekomendację sprzedaży.
Euforyczne nastroje europejskiego sektora bankowego były widoczne na giełdzie przy Książęcej, gdzie liderami indeksu WIG 20 (-1,2 proc.) zostały BZ WBK (1,2 proc.), mBank (0,8 proc.) oraz PKO Bank Polski (0,5 proc.). Niezbyt pozytywne przetasowania na rynku ropy naftowej uderzyły w walory PKN Orlen, którego 4,6 proc. zniżka jest najsilniejszym ruchem od końca czerwca. Ofiarami pogorszenia nastrojów na rynku surowcowym okazały się być również walory KGHM Polskiej Miedzi, których 2,9 proc. przecenę przebiły Energa (-4,1 proc.) oraz PGE (-3,6 proc.) planujące tymczasowe wstrzymanie prac jednego z bloków elektrowni Bełchatów.
Na rynku surowców uwagę inwestorów zwraca potężna przecena październikowych kontraktów na gaz ziemny (-4,2 proc.), która wyraźnie dystansuje się od przeceny srebra (-1,0 proc.), miedzi (-0,8 proc.) oraz złota (-0,5 proc.). Obecnie za uncję ostatniego z metali należy zapłacić 1 294 USD, tj. najniżej od 28 sierpnia. Na rynku ropy obserwuje się względną stabilizację. Cena baryłki West Texas Intermediate ponownie wraca w okolice wczorajszego zamknięcia, tj. do poziomu 50,70 USD.
Wiele zmian zaproponowanych w projekcie nowej ustawy o komornikach sądowych oraz ustawie o kosztach komorniczych jest dla przedsiębiorców (wierzycieli) bardzo niekorzystna i bezpośrednio w nich uderza – ostrzega Konfederacja Lewiatan.
Projekt obniża opłaty przysługujące komornikom od dłużników za skutecznie przeprowadzoną egzekucję i jednocześnie przerzuca wyższe koszty egzekucji na wierzycieli.
– Do naszych ekspertów docierają niepokojące informacje, że w trakcie prac w Sejmie mogą pojawić się kolejne propozycje zwiększenia obciążeń po stronie wierzycieli kierujących wnioski o wszczęcie egzekucji do komorników. Dla wielu przedsiębiorców będą to istotne bariery w dochodzeniu roszczeń na drodze egzekucji sądowej – mówi Krzysztof Kajda, radca prawny, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.
Podczas oceny tego typu propozycji należy pamiętać, iż to dłużnik odmawiał zapłaty na drodze polubownej, następnie nie wykonał sądowego orzeczenia spłaty zadłużenia w wyznaczonym terminie. Istnieją więc racjonalne przesłanki, by to, przede wszystkim, on ponosił ciężar kosztów egzekucji.
Brak jest racjonalnego uzasadnienia, by dodatkowo karać wierzyciela dodatkowymi kosztami egzekucyjnymi i utrudnieniami w prowadzeniu egzekucji. To wierzyciel, przedsiębiorca i pracodawca, popadający w problemy finansowe w związku z faktem, że nie udaje mu się odzyskać przysługujących mu należności, powinien korzystać z dobrodziejstwa skutecznej egzekucji w sposób maksymalnie dla niego przystępny.
– Z ogromnym niepokojem oceniamy również propozycje dalszego ograniczenia wierzycielom swobody w wyborze komorników do współpracy – zarówno co do możliwości otrzymywania spraw z wyboru oraz poprzez wprowadzenie już kiedyś istniejących i nieefektywnych z punktu widzenia wierzycieli ograniczeń terytorialnych – dodaje Krzysztof Kajda.
Przykładowo, zgodnie z nowymi propozycjami komornicy katowiccy lub warszawscy (których jest bardzo dużo, jak na przeciętną liczbę komorników w kraju) nie będą mogli prowadzić egzekucji wobec dłużników w miejscach położonych od ich kancelarii wręcz o kilkanaście kilometrów, za to będą mogli to robić komornicy, których kancelarie znajdują się setki kilometrów od miejsca zamieszkania dłużnika. Takie rozwiązanie nie jest korzystne ani dla wierzycieli ani dla dłużników.
Tomasz Bogus, Prezes Zarządu Banku BGŻ BNP Paribas, zdecydował się odejść z firmy. Stanowisko Prezesa Zarządu będzie sprawować do 31 października br.
– Wspólnie z pozostałymi członkami Rady Nadzorczej pragniemy serdecznie podziękować Tomaszowi za jego istotny wkład w zarządzanie naszym Bankiem i stworzenie solidnych fundamentów dla przyszłej cyfrowej transformacji Banku – mówi Józef Wancer, przewodniczący Rady Nadzorczej Banku BGŻ BNP Paribas. – Jednocześnie mając na uwadze bogate doświadczenie Tomasza w bankowości, życzymy mu dalszych sukcesów i powodzenia w realizacji kolejnych wyzwań – dodaje Józef Wancer.
Tegoroczny wrzesień jak na razie zapisuje się w giełdowej historii bardzo spokojnie. Na rynkach utrzymuje się dobry klimat, który zaprowadził amerykańskie indeksy na nowe historyczne maksima, a w Europie Zachodniej doprowadził do przebudzenia byków, które latem pozostawały w defensywie. Tym samym u progu jesieni nie zmaterializowały się potencjalne sezonowe ryzyka, które tym razem okraszone były oczekiwaniem na rozpoczęcie przez Rezerwę Federalną procesu ograniczenia wielkości swojego bilansu. Ten spokój jest aż zadziwiający i słychać coraz śmielsze głosy, że może być to cisza przed przyszłoroczną burzą.
Nieco gorzej na tym froncie zachowuje się krajowy rynek. Małe spółki we wrześniu ustanowiły nowe minima trwającego już pół roku spadku. Indeks sWIG80 znalazł się najniżej od stycznia tego roku i zbliżył się do psychologicznej bariery 15 000 pkt. W tym samym czasie zatrzymał się dotychczasowy rajd dużych spółek, gdzie opór na wysokości 2550 pkt. bardzo skutecznie spełnił swoje zadanie. Publikacja bardzo dobrych danych z krajowej gospodarki oraz coraz częściej pojawiające się rewizje w górę oczekiwań co do tegorocznego tempa wzrostu gospodarczego nie wpływają pozytywnie na parkiet. Można więc zadać sobie pytanie, co mogłoby być dla niego nowym impulsem. Odpowiedź wydaje się koncentrować na jednym brakującym ogniwie obserwowanego ożywienia: inflacji. Przez ostatnie miesiące przedsiębiorstwa musiały zmagać się z rosnącymi cenami surowców, ale niespecjalnie były w stanie przerzucić wyższych kosztów działania na konsumentów. To oznacza presję na marże i w konsekwencji na wyniki.
Mowa w szczególności o segmencie małych i średnich przedsiębiorstw, który w ostatnich latach de facto bardzo korzystał na deflacyjnych siłach w gospodarce. Powodowały one, że ceny surowców były niskie, podobnie jak żądania płacowe pracowników. Teraz role nieco się odwróciły, na czym korzystają spółki surowcowe oraz pracownicy, ale traci wiele przedsiębiorstw, które na wysoce konkurencyjnym rynku nie za bardzo mogą podnieść ceny swoich finalnych produktów. Gdyby udało się im odzyskać utraconą w ostatnich latach przewagę w dyktowaniu cen, to skorzystałaby na tym marżowość, a wraz z nią odwrócić się powinna negatywna passa w wynikach. Wyższa inflacja miałby swoje pozytywne przełożenie również na banki, czyli bardzo istotny sektor GPW. Prowadziłaby bowiem do wyższych stóp procentowych i wsparła sektor wyraźnie już zmęczony przeciągającą się erą zbyt taniego pieniądza.
Decyzja Rezerwy Federalnej skokowo ciągnie w górę amerykańskiego dolara. Kreatorzy polityki monetarnej USA na razie nie podnieśli stóp procentowych, ale ogłosili, że ograniczanie sumy bilansowej (o wartości 4,5 bln USD) w tempie 10 mld USD miesięcznie rozpocznie się już w październiku br. W związku ze słabą inflacją Fed zasygnalizował także trzecią podwyżkę stóp procentowych jeszcze w tym roku oraz trzy kolejne w roku 2018. W efekcie dolar jest najsilniejszy wobec japońskiego jena od 2 miesięcy.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do innych walut światowych: do euro (+1,02), brytyjskiego funta (+0,15%), dolara kanadyjskiego (+0,56%), dolara australijskiego (+1,03%) oraz japońskiego jena (+0,95%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,188, GBP/USD – 1,35, USD/CAD – 1,234, AUD/USD – 0,796 i USD/JPY – 112,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,05%) i kurs EUR/JPY wynosi 133,6, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,88. Złotówka mocno traci do dolara i funta, a lekko zyskuje do euro i franka szwajcarskiego. W czwartek rano dolar kosztuje 3,6 zł, euro – poniżej 4,28 zł, funt – prawie 4,86 zł, a frank – 3,7 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W środę londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,05%, frankfurcki indeks DAX wzrósł o 0,06%, a paryski indeks CAC 40 podniósł się o 0,08%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,06%, meksykański indeks Bolsa – 0,2%, a brazylijski Bovespa – 0,04%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 0,18%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,24%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,06%.
Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę.
W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 56,29 USD (+2,04%), a ropy WTI – 50,41 USD (+1,84%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca podniosła się o 1 USD do 57 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszych wzrostach mocno spadła. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1398 USD. To 15 USD mniej (-1,06%) niż dobę wcześniej.
Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:
00:45 – Nowa Zelandia – PKB (r/r), II kw. – 2,5% (prognoza 2,5%)
Jak wynika z danych Markets and Markets, do 2021 r. wartość sektora analizy danych przestrzennych sięgnie 74 miliardów dolarów, w porównaniu do 30,7 miliarda w 2016[1]. Średni roczny wzrost tego sektora w tym okresie będzie wynosił aż 19,2 proc. Szacuje się, że obecnie nawet 80 proc. wszystkich generowanych danych posiada składnik geolokalizacyjny[2], a wykorzystaniem ich potencjału zainteresowane są firmy ze wszystkich sektorów gospodarki. Zdaniem Linux Polska, technologie przetwarzania danych oparte o open source, które stanowią alternatywę dla drogich rozwiązań komercyjnych, istotnie przyczynią się do wzrostu popularności i wykorzystania danych przestrzennych.
Według badania Markets and Markets, najszybciej rozwijającym się segmentem sektora analizy danych geoprzestrzennych jest system informacji geograficznej (Geographic Information System – GIS), który umożliwia gromadzenie i analizowanie informacji pozyskiwanych za pośrednictwem systemu GPS, a także zdjęć satelitarnych i lotniczych.
– Gromadzenie danych przestrzennych z systemu GPS czy zdjęć satelitarnych nie jest niczym nowym. Jednak rozwój nowoczesnych narzędzi analitycznych, przede wszystkim tych opartych na technologiach open source, daje zupełnie nowe możliwości wykorzystania tego typu informacji. Obecnie trudno wymienić sektor gospodarki, który nie jest zainteresowany wykorzystaniem potencjału tkwiącego w analizie danych geoprzestrzennych. Świadczy o tym, chociażby dynamiczny rozwój tego rynku – według P&S Market Research, do 2023 roku wartość sektora GIS będzie rosła na poziomie 10 proc. rok do roku – komentuje Marcin Jaworski, Starszy Architekt Rozwiązań w Linux Polska.
GIS w służbie marketingu, logistyki i sektora publicznego
Analiza danych przestrzennych posiada potencjał optymalizacji wielu gałęzi gospodarki. Przykładem jest sektor logistyczny czy usługi spedycyjne. The United States Postal Service wykorzystuje GIS w celu usprawnienia procesu dostarczania przesyłek, aby szybciej trafiały do adresatów. Amerykańska firma spedycyjna US Express analizuje duże ilości informacji zbieranych przez własne pojazdy wyposażone m.in.
w GPS, co pozwala na uzyskanie oszczędności rzędu milionów dolarów rocznie, dzięki opracowaniu możliwie najkrótszych tras przejazdu.
Analiza danych przestrzennych pozwala znaleźć bardziej precyzyjne odpowiedzi na pytania, takie jak np. kto, gdzie i co kupuje. American Express przygotowuje promocje dla swoich klientów na podstawie historii ich zakupów, zbierając dane z geo-tagingu udostępnione przez portal Foursquare. Jak wynika z raportu The Forrester Wave: Geospatial Analytics Tools And Platforms, GIS nie tylko pomaga w zbieraniu danych dla celów sprzedażowych, ale także umożliwia lepsze rozumienie zachowań klientów i dostosowanie oferty do ich potrzeb. Zastosowanie tego systemu w praktyce jest ułatwione dzięki smartfonom i innym urządzeniom podłączonym do Internetu Rzeczy (IoT). Są to bowiem narzędzia pozwalające na pobieranie danych przestrzennych, które następnie są analizowane w czasie rzeczywistym.
Obecnie analiza danych przestrzennych pomaga również zadbać o nasze bezpieczeństwo finansowe. – Chodzi o system używany przez banki do wykrywania oszustw, który analizuje próby zrealizowania transakcji kartą kredytową i odległość pomiędzy punktami, w których te próby miały miejsce – dodaje Marcin Jaworski, Linux Polska.
Na świecie najważniejszym podmiotem odpowiedzialnym za rozwój GIS pozostaje jednak sektor publiczny. W 2016 roku odpowiadał za 28 proc. przychodów tej branży[3]. – Wykorzystanie analizy danych przestrzennych w sektorze publicznym jest powszechne. Rozwiązania z tego obszaru mogą pomóc agencjom rządowym np. w kontroli przepływu produktów objętych akcyzą, czy też sposobu wykorzystania środków finansowych przeznaczanych przez UE na dofinansowanie działalności rolniczej – wyjaśnia Marcin Jaworski, Linux Polska.
Inteligentne miasta i zarządzanie klęskami żywiołowymi
Rynek analizy danych przestrzennych jest napędzany nie tylko przez zamówienia ze strony sektora publicznego, lecz również przez rozwój technologii LIDAR (Light Detection and Ranging), rozpowszechnienie się modelu przetwarzania danych opartego o chmurę obliczeniową, jak i wzrost dostępności samych danych.
Duże zapotrzebowanie na rozwiązania bazujące na GIS występuje w Chinach, Indiach oraz w krajach Azji Południowo-Wschodniej, co wiąże się z popularnością idei tzw. smart cities. Inwestowanie w rozwiązania wykorzystujące dane geolokalizacyjne ułatwia zarządzanie sytuacjami kryzysowymi, takimi jak powodzie czy pożary, a także zasobami naturalnymi, czy nawet zmianami klimatu. Fakt ten przyczynił się do wzrostu rynku analizy danych przestrzennych w Ameryce Północnej i Europie i odpowiada za ekspansję rozwiązań GIS-owych np. w Chinach czy Brazylii. – Dobrym przykładem zastosowania GIS, który przekracza granice, jest projekt aplikacji, która na podstawie danych przestrzennych pomaga rozlokować jednostki służb ratunkowych w razie katastrof naturalnych. Kolejnym będzie system, który pomoże zarządzać nawadnianiem upraw w działających na dużą skalę gospodarstwach rolnych – sugeruje Marcin Jaworski, Linux Polska.
Polski rynek z potencjałem
Jak sugeruje Marcin Jaworski z Linux Polska, wzrost zapotrzebowania na analizę danych przestrzennych widać wyraźnie na polskim rynku.
– Coraz popularniejsze stają się usługi geomarketingowe polegające na integracji danych geolokalizacyjnych z danymi biznesowymi. Dzięki tzw. geokodowaniu możliwa jest na przykład wizualizacja specyfiki poszczególnych regionów w zakresie wzorców sprzedaży czy preferencji produktowych na danym terenie. Z geomarketingu skorzystają zarówno firmy dopiero wkraczające na rynek, dla których ważna jest ocena potencjału sprzedażowego w określonej lokalizacji, jak również te, które chcą zoptymalizować już istniejącą sieć dystrybucji – zaznacza Marcin Jaworski, Linux Polska.
Jednym z symptomów rosnącego zapotrzebowanie na usługi z zakresu analizy danych przestrzennych jest pojawienie się zagadnień z nimi związanych w programach nauczania uczelni wyższych.
– Od tego roku akademickiego podjęliśmy współpracę z Uniwersytetem Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Na kierunku geoinformatyka pokażemy studentom m.in. jak przetwarzać dane przestrzenne z pomocą platformy analitycznej R i jak budować interaktywne serwisy tematyczne oparte na tego typu danych. Od absolwentów kierunków IT wchodzących na rynek pracy coraz częściej wymaga się umiejętności stosowania tych rozwiązań w praktyce. Rozwiązania technologiczne wykorzystywane w czasie zajęć, takie jak platforma R, wyznaczają standardy analityki na całym świecie i działają w systemie open source. Ich zastosowanie jest alternatywą dla drogich rozwiązań, więc mogą przyczynić się do popularyzacji analizy danych przestrzennych – dodaje Jaworski.
Rodzimy rynek e-handlu ma już dwie dekady. Gdy przypomnimy sobie jego początki, łatwo dostrzeżemy jak trudno było kiedyś zrobić zakupy online w miejscu innym niż Allegro… Dziś działa w naszym kraju kilkadziesiąt tysięcy e-sklepów, które w swoim asortymencie oferują właściwie wszystko. W 2017 roku 54 proc. polskich internautów kupowało online (w porównaniu z 50 proc. w roku 2016). To bardzo pozytywne dane, a jeszcze wiele przed nami, bo przecież handel internetowy stanowi zaledwie kilka procent (4-5%) całości sprzedaży detalicznej. Co ciekawe, wskaźnik ten w Polsce jest niższy, niż np. w sąsiadujących z nami Czechach (8%), nie wspominając o Wielkiej Brytanii, Niemczech czy krajach skandynawskich, gdzie e-commerce stanowi już kilkanaście procent ogólej wartości handlu.
Najsilniejszym czynnikiem zachęcającym do e-zakupów jest ich całodobowa dostępność (82 proc. wskazań). Zakupy online są postrzegane jako nieskomplikowane (41 proc.) i wygodne (44 proc.), ale także tańsze (33 proc.) i zajmujące mniej czasu (39 proc.) niż te w sklepach tradycyjnych. Pozytywną zmianę obserwuje się w przypadku najsłabszego elementu e-zakupów w oczach respondentów – postrzegania zakupów online jako bezpiecznych. Podczas gdy w 2016 roku 43 proc. ankietowanych uważało zakupy w sieci za ryzykowne, w 2017 opinię tę podzielało już tylko 38 proc osób.
─ Wszystko dzieje się zgodnie z planem i przewidywaniami ─ liczba kupujących w internecie rośnie, tak jak wartość całego rynku. Zresztą dotyczy to nie tylko Polski, ale też innych krajów z naszego regionu ─ mówi Marek Molicki, ekspert Gemiusa. ─ Dziś wartość rynku e-commerce w Polsce według różnych źródeł szacowana jest na 36-40 mld złotych i nikt nie ma wątpliwości, że będzie rosnąć. Czynników tego wzrostu jest sporo, ale wystarczy wymienić kilka. Po pierwsze, z każdym rokiem przybywa klientów, dla których zakupy online są zupełnie naturalne ─ to ci najmłodsi. Przybywa również tych, którzy przez lata przekonali się, że zakupy w sieci są bezpieczne ─ to kolei ci starsi. Po drugie, zakupy stają się coraz wygodniejsze i dostępniejsze ─ wielu sprzedawców zrozumiało, że bez mobile nie mają przyszłości, tak jak bez oferowania szybkiej dostawy i przyjaznej dla klientów polityki zwrotu towaru. Nie bez znaczenia jest również to, że sprzedawcy są coraz bardziej świadomi tego, jak skutecznie korzystać z danych oraz narzędzi zwiększających sprzedaż. Warto również zauważyć, że handel w sieci to nie tylko oferta dla klientów indywidualnych, ale również coraz istotniejsza rola handlu b2b ─ podsumowuje Molicki.
Świadomi e-konsumenci
Kupujący online są bardzo dobrze zorientowani w ofercie produktowej dostępnej w internecie, a ich świadomość marek serwisów i stron internetowych e-commerce jest bardzo wysoka – jedynie 17 proc. respondentów nie jest w stanie wymienić żadnej nazwy związanej z e-handlem. Najczęściej kupowane produkty to: odzież, dodatki, akcesoria oraz książki, płyty, filmy. Aż 70 proc. badanych kupiło już te produkty w sieci. Ponad połowa e-konsumentów (53 proc.) korzystała z oferty krajowych e-sklepów.
e-płatności
Jeszcze ciekawiej jest, gdy spojrzymy na e-płatności, których rozwój ma niebagatelny wpływ na wzrost popularności zakupów internetowych, w tym na urządzeniach mobilnych – mówi Joanna Pieńkowska-Olczak, Country Manager PayU w Polsce.
Kupujący wskazują, że szybkie przelewy (rozliczane w czasie rzeczywistym) zdecydowanie najbardziej ze wszystkich form płatności zachęcają ich do robienia zakupów online (62%). Deklarują też, że serwisem płatności, z którego korzystają najczęściej jest PayU. Dziękujemy. Jako PayU robimy wszystko, aby stworzyć środowisko jak najbardziej przyjazne dla e-konsumentów, aby mogli zapłacić za zakupy w dowolnym miejscu, z dowolnego urządzenia i o każdym czasie, korzystając z ulubionej metody płatności. Dlatego też poza wspomnianymi już szybkimi przelewami (w żargonie branżowym nazywamy je pay by linkami) dostarczamy szereg innych metod płatności, z tórych każda ma swoją grupę wiernych użytkowników, są to np. karty płatnicze, portfele elektroniczne takie jak Visa Checkout czy MasterPass, Android Pay, BLIK, a także formy odroczonych płatności takie jak raty udzielane całkowicie online i PayU | Płacę później.
Jednym z ważniejszych trendów, z którym mamy aktualnie do czynienia w handlu internetowym na całym świecie, są zakupy transgraniczne (tzw. cross-border commerce). To zagadnienie zstało również zgłebione przez autorów raportu ‘E-commrce w Polsce 2017’.
Jak wynika z raportu, zakupy w zagranicznych serwisach i sklepach internetowych stanowią 16% ogółu zakupów internetowych. Z prognoz ekspertów wynika natomiast, że już w 2020 r. handel transgraniczny będzie stanowił 1/3 całego e-handlu. Jest to ważny sygnał dla e-sklepów z ambicjami dotarcia do szerszej grupy odbiorócw, poza granicami Polski. Już dziś trzeba się na to przygotowywać. Z drugiej strony natomiast, sprzedawcy, którzy zdecydują się nadal działać wyłacznie lokalnie, będą musieli liczyć się z nową konkurencją, która pojawi się ze strony zagranicznych graczy, w tym również światowych gigantów e-handlu, takich jak np. chińska platforma AliExpress. Jak wskazuje E-commerce Polska serwis ten jest juz rozpoznawany spontanicznie przez 26% kupujacych w internecie, którzy korzystają z zagranicznych serwisów. To całkiem doby wynik jak na niespełna rok od uruchmienia polksojęzycznej wersji platformy.
Celem badania, którego wyniki zostały zaprezentowane w raporcie „E-commerce w Polsce 2017. Gemius dla e-Commerce Polska”, było poznanie postaw, zwyczajów i motywacji związanych z kupowaniem online. Opracowanie dostarcza wiedzy o postawach wobec zakupów internetowych wśród kupujących i niekupujących w sieci, znajomości marek obecnych w e-handlu, motywacji w zakresie wyboru sklepów internetowych, o kupowanych produktach oraz wydatkach na poszczególne kategorie, planach w zakresie zakupów w sieci, źródłach informacji na temat produktów, efekcie ROPO, preferencjach dotyczących sposobu realizacji transakcji internetowych oraz wykorzystaniu urządzeń mobilnych. Raport został przygotowany przez firmę Gemius we współpracy z Izbą Gospodarki Elektronicznej. Prezentowane w raporcie badanie zostało zrealizowane w formie ankiety elektronicznej z wykorzystaniem techniki CAWI (ang. computer-assisted web interview) na reprezentatywnej próbie 1500 internautów mających co najmniej 15 lat. Dane zbierano od 7 do 14 kwietnia 2017 roku.
Rekordowa liczba zagranicznych turystów w Polsce w 2016 r. przyczyniła się też niestety do wzrostu liczby wypadków i kolizji z udziałem aut o obcych tablicach rejestracyjnych. Jak otrzymać odszkodowanie z OC od zagranicznego ubezpieczyciela?
17,5 mln – tylu zagranicznych turystów odwiedziło Polskę w zeszłym roku. Niestety obok tej liczby pojawia się druga opublikowana przez Polskie Biuro Ubezpieczycieli Komunikacyjnych: w 2016 r. doszło do 14,7 tys. kolizji i wypadków drogowych, w których uczestniczyły auta o zagranicznych numerach rejestracyjnych. Oznacza to wzrost o 22% w porównaniu do 2015 r. Jak uzyskać odszkodowanie z OC od ubezpieczyciela z zagranicy?
Ważny jest kraj zarejestrowania pojazdu
Po pierwsze trzeba podkreślić, że ważne jest to, w którym państwie auto jest zarejestrowane, a nie narodowość kierowcy czy właściciela pojazdu – podkreśla Katarzyna Butkiewicz z porównywarki ubezpieczeń Ubea.pl. – Takie same zasady dotyczące otrzymania odszkodowania obowiązują w przypadku kolizji z Hiszpanem, który przyjechał do Polski swoim samochodem na tygodniowy urlop oraz z Polakiem na co dzień mieszkającym w Niemczech.
Jeśli doszło jedynie do kolizji (czyli nie ma osób rannych ani ofiar śmiertelnych) i jest jasne, kto jest sprawcą zdarzenia, nie trzeba wzywać policji na miejsce stłuczki. Poniższe punkty wyjaśniają krok po kroku, jak należy postępować w zależności od tego, kto jest poszkodowanym, a kto winnym kolizji, w której brało udział auto o zagranicznych numerach rejestracyjnych.
Jesteś poszkodowanym w kolizji:
Spisz potrzebne informacje: dane osobowe sprawcy, numer rejestracyjny pojazdu, numer ubezpieczenia OC / Zielonej Karty / ubezpieczenia granicznego, nazwę ubezpieczyciela. Warto też zrobić zdjęcia aut po kolizji oraz zagranicznych dokumentów.
Upewnij się, czy przedstawiona polisa OC jest ważna (spójrz na daty obowiązywania).
Wspólnie ze sprawcą sporządź oświadczenie o okolicznościach zdarzenia.
Jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości co do prawdomówności obcokrajowca czy autentyczności jego dokumentów, wezwij policję.
Na stronie PBUK sprawdź, czy zagraniczny ubezpieczyciel sprawcy ma w Polsce swojego przedstawiciela (nominowanego korespondenta). Aby się o tym przekonać, wystarczy wybrać kraj rejestracji auta i nazwę towarzystwa albo wpisać kod Zielonej Karty.
Jeśli ubezpieczyciel sprawcy ma swojego korespondenta w Polsce, zgłoś szkodę bezpośrednio do tego przedstawiciela.
Jeśli ubezpieczyciel sprawcy nie ma przedstawiciela w Polsce, zgłoś szkodę do jednego z agentów PBUK: PZU albo Warty. Do tych towarzystw możesz się zgłosić także wtedy, kiedy nie uda Ci się ustalić, kto jest ubezpieczycielem winnego kierowcy z zagranicy.
Jesteś sprawcą kolizji:
Jeśli uszkodziłeś auto obcokrajowca, powinieneś postępować tak samo jak wtedy, kiedy uszkodzi się auto o polskich numerach rejestracyjnych – zaznacza Paweł Kuczyński, prezes Ubea.pl.
Podaj poszkodowanemu potrzebne informacje: swoje dane osobowe, numer rejestracyjny pojazdu, numer polisy OC, nazwę ubezpieczyciela.
Wspólnie z poszkodowanym sporządź oświadczenie o przebiegu zdarzenia.
Teraz to już poszkodowany musi odnaleźć korespondenta Twojego ubezpieczyciela
w swoim kraju i zgłosić u niego szkodę. Ty zostaniesz jeszcze tylko ewentualnie poproszony przez towarzystwo ubezpieczeniowe o potwierdzenie przebiegu zdarzenia.
Czy Angela Merkel zostanie kanclerzem po raz czwarty? Już w niedzielę Niemcy ruszą do urn i zagłosują w wyborach parlamentarnych. Rynek walutowy nie reaguje nerwowo tak jak przed wyborami we Francji. Zwycięska partia jest już niemal znana. Rynki bardzo dobrze przyjęłyby powrót liberałów do rządzącej koalicji, która w Niemczech powstanie po wyborach.
– Nie należy się spodziewać wahań kursu euro, natomiast optymistycznie może zareagować niemiecka giełda – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.
Funkcję dyrektora personalnego kojarzymy zazwyczaj z zatrudnieniem na pełny etat. Na rynku dostępni są jednak także doświadczeni specjaliści w zakresie human resources, z usług których można skorzystać w niepełnym wymiarze czasu. W wielu sytuacjach takie rozwiązanie może być bardzo korzystne.
Czy można sobie wyobrazić dyrektora personalnego, który pojawia się w firmie tylko kilka razy w tygodniu, za każdym razem spędzając w niej zaledwie kilka godzin? W pierwszej chwili może to wydawać się nonsensowne – szczególnie, jeśli takie rozwiązanie miałoby być zastosowane w dużym przedsiębiorstwie. Po pierwsze jednak – większą część rynku stanowią firmy małe i średnie, a po drugie, nawet w największych organizacjach pojawiają się sytuacje, w których przy realizacji projektu wskazane jest skorzystanie z pomocy eksperta z zewnątrz.
– Dyrektor personalny na godziny to zdecydowanie alternatywa wobec powoływania dedykowanego stanowiska szefa HR w mniejszych organizacjach, rozwijających dopiero funkcję HR, bądź w sytuacji, gdy konieczne jest tymczasowe zastępstwo na tym stanowisku – mówi Iwona Wencel z firmy doradczej WNCL. – Ze względu na swoje doświadczenie (u nas minimum 15 lat w HR), osoba taka skutecznie pełni funkcję HR Biznes Partnera dla zarządu i menedżerów i jest w stanie zarówno efektywnie wprowadzić potrzebne narzędzia i procesy HR, jak i poprowadzić zespół, realizując główne cele i priorytety – wyjaśnia.
Przeprowadzenie przez proces zmian
Nawet w dużych przedsiębiorstwach pojawiają się sytuacje szczególnie trudne, wymagające dużego doświadczenia związanego z dogłębną znajomością procesów biznesowych. Pomoc zewnętrznego eksperta, nieuwikłanego w relacje i zależności wewnątrz przedsiębiorstwa, szczególne korzyści może przynieść wówczas, gdy konieczna jest reorganizacja struktury firmy, a także wtedy, gdy przedsiębiorstwo stoi przed koniecznością przeprowadzenia fuzji, redukcji etatów lub programu outplacementu. Wówczas wynajęty dyrektor personalny na godziny, o ile jest osobą z wieloletnim doświadczeniem w wielu organizacjach, może zadbać o pełny profesjonalizm przeprowadzanych procesów.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że jako osoba wynajęta do zrealizowania konkretnego projektu, będzie on rozliczany za rzeczywiste działania bądź efekty, które muszą pojawić się w określonym umową czasie. Zazwyczaj kontrakt podpisywany jest na okres 3-6 miesięcy. Przed dyrektorem personalnym stawiane są więc konkretne zadania, którym musi on w tym czasie sprostać.
Takie zadaniowe podejście powoduje również, że dyrektor personalny cieszy się przeważnie dużym szacunkiem, a jego działania i pomysły trudniej „storpedować” niż wtedy, gdy poważne zmiany w firmie ma przeprowadzić etatowy pracownik. Zmiany, które dotyczą pracowników, praktycznie zawsze wywołują opór, ale doświadczony ekspert powinien otrzymać od zarządu na tyle mocną pozycję, aby mógł zrealizować nawet trudne projekty. To, że jego funkcja jest tymczasowa, sprzyja – wbrew pozorom – realizacji ambitnych i skomplikowanych celów, choćby dlatego, że trzeba je osiągnąć stosunkowo szybko.
Wakat na stanowisku dyrektora personalnego
Nagłe odejście dyrektora personalnego ze stanowiska lub zdarzenie losowe skutkujące utratą osoby na takim (lub podobnym) stanowisku to przykłady sytuacji, w wyniku których pojawia się szczególnie kłopotliwy wakat. Przedsiębiorstwo staje wówczas przed potrzebą przeprowadzenia rekrutacji, a następnie wdrożenia wybranej osoby do jej obowiązków. Kto jednak miałby się zająć tym, aby znaleźć i przeszkolić właściwego kandydata do pełnienia tak odpowiedzialnej funkcji?
Tu także z pomocą przychodzi dyrektor personalny na godziny. Wynajęty ekspert może pomóc w przeprowadzeniu rekrutacji zewnętrznej, ale może również poszukać talentów wewnątrz organizacji. Bardzo często okazuje się, że osoba o odpowiednich predyspozycjach już jest zatrudniona w przedsiębiorstwie, choć czasem w zupełnie innym dziale. Wówczas potrzebny jest ktoś, kto przekaże jej potrzebną wiedzę i udzieli profesjonalnego wsparcia, np. w formie mentoringu. W czasie, gdy „młody” dyrektor personalny będzie zdobywał coraz większe kompetencje, mentor z zewnątrz będzie ustępował mu miejsca, aż w końcu jego obecność przestanie być niezbędna.
Wakat może się też pojawiać tymczasowo – np. ze względu na urlop rodzicielski lub długotrwałe zwolnienie lekarskie osoby odpowiedzialnej za politykę personalną firmy. Wówczas także o zastępstwo można poprosić dyrektora na godziny.
Dobry start dla startupu
Zdarza się, że dyrektor personalny na godziny wynajmowany jest także przez startupy. Młode i ambitne firmy, które stają przed wyzwaniem szybkiego rozwoju, mogą potrzebować pomocy już na starcie. Startupu nie stać przeważnie na zatrudnienie wysokiej klasy eksperta HR na pełny etat, podczas gdy np. nagle pojawia się konieczność zrekrutowania w krótkim czasie dużej liczby pracowników o unikalnych umiejętnościach.
Doświadczony dyrektor na godziny pomoże wówczas przeprowadzić cały proces oraz odnaleźć i pozyskać do firmy właściwych kandydatów. Wesprze także w tworzeniu właściwej struktury organizacji już na początkowym etapie rozwoju firmy, co z kolei pomoże uniknąć wielu problemów w przyszłości.
HR w małej firmie
Z pomocy ekspertów HR bez zatrudniania ich na pełny etat korzystają także małe i średnie firmy, dla których zatrudnienie dyrektora personalnego w pełnym wymiarze godzin byłoby zbyt kosztowne. Wówczas wynajęty specjalista pojawia się w firmie 2-3 razy w tygodniu, dopilnowując, aby wszystkie procesy należące do zakresu obowiązków szefa HR były realizowane na wysokim poziomie. Tego typu współpraca z zewnętrznym ekspertem może trwać nawet przez wiele lat.
Dlaczego warto?
Największą zaletą współpracy z dyrektorem personalnym na godziny jest możliwość skorzystania z eksperckiej wiedzy doświadczonego specjalisty bez konieczności zatrudniania go. Podpisując umowę np. na pół roku, można z góry ustalić zadania i projekty, które powinny zostać w tym czasie zrealizowane.
Przed dyrektorem stawiane są więc konkretne cele, a kolejne etapy w ich osiąganiu dokumentowane są raportami dla zleceniodawcy. Każda godzina pracy dla klienta powinna zostać odpowiednio udokumentowana. Dla wielu przedsiębiorstw istotną korzyścią jest także brak formalności związanych z zatrudnianiem – dyrektor personalny zazwyczaj rozlicza się ze swojej pracy, wystawiając faktury będące dla firmy kosztem podlegającym rozliczeniu.
Ale są też korzyści mniej uchwytne. Ekspert z zewnątrz bardzo często po prostu „widzi więcej” niż osoby, które są obecne w strukturach organizacji od wielu lat. Szersza perspektywa, możliwość wyjścia poza schematy myślowe dominujące w danej branży – to korzyści, które sprawiają, że dzięki dyrektorowi personalnemu na godziny organizacja może nabrać przysłowiowego wiatru w żagle.
– Taka formuła pracy sprawdza się również w przypadku ważnych, strategicznych projektów, gdzie wsparcie firmy lub zespołu HR dodatkowym, doświadczonym ekspertem jest niezbędne dla jego sukcesu (szczególnie w sytuacjach fuzji, restrukturyzacji, itp.) – podkreśla Iwona Wencel.
Dziennikarze brytyjskiego magazynu motoryzacyjnego Fleetworld uzyskali oficjalne potwierdzenie, że Lexus wprowadzi na rynek samochody hybrydowe plug-in, umożliwiające ładowanie akumulatorów z sieci. Firma prowadzi też prace nad napędem całkowicie elektrycznym.
W rozmowie z Fleetworld dyrektor zarządzający Lexus UK Ewan Shepard powiedział: – „W niedługim czasie wprowadzimy hybrydy plug-in i myślę, że w tym kierunku pójdzie branża. Już w tej chwili niemal wszystkie nasze modele są dostępne z napędem hybrydowym, co jest dużym atutem, a niektóre otrzymają wersję plug-in – choć na razie nie mogę powiedzieć, które konkretnie. Jednak dalsza przyszłość to napęd elektryczny i ogniwa paliwowe. Dlatego mamy w Japonii cały dział, który opracowuje samochody elektryczne, a drugi pracuje nad ogniwami paliwowymi – na badania i rozwój przeznaczamy co roku 9,7 mld USD”.
Na pytanie, kiedy można się spodziewać Lexusa z wodorowymi ogniwami paliwowymi Shepherd odpowiedział, że termin nie został jeszcze ustalony. Dwa lata temu Lexus zaprezentował samochód koncepcyjny zasilany wodorem, więc perspektywa 2-3 lat jest realna.
Sercem przedstawionego w październiku 2015 r. na Tokyo Motor Show Lexusa LF-FC jest układ zasilania z ogniwami paliwowymi zasilanymi wodorem. Wytworzony w nich prąd porusza silnik elektryczny dużej mocy napędzający tylne koła, a także dwa silniki elektryczne umieszczone w kołach przednich – LF-FC ma więc napęd na obie osie. Elementy układu napędowego rozmieszczono tak, by uzyskać optymalne położenie środka masy pojazdu – ogniwa paliwowe znajdują się z tyłu, sterownik mocy z przodu, a zbiorniki wodoru umieszczono pod kabiną w układzie litery T.
Branżowi specjaliści spodziewają się, że Lexus przygotuje wodorową wersję swej flagowej limuzyny LS przed rokiem 2020, by zaprezentować ją podczas olimpiady w Tokio, której oficjalnym partnerem jest Toyota.
Już wiosną przyszłego roku na wybranych stacjach paliwowych ORLEN w Warszawie, Łodzi, Wrocławiu, Lublinie, Katowicach i Białymstoku, pojawi się łącznie 35 terminali z rowerami włączonymi do systemów miejskich. Projekt realizowany jest we współpracy z firmą Nextbike Polska, która m.in. zainstaluje terminale, dostarczy 350 pojazdów, a także zajmie się ich bieżącą obsługą i serwisem.
Pojazdy dostępne na stacjach ORLEN, będą w pełni kompatybilne z istniejącymi systemami miejskimi, co oznacza, że rowery pobrane z tych lokalizacji będzie można pozostawić w dowolnych terminalach na terenie miasta i odwrotnie. Wypożyczanie na stacjach benzynowych będzie się odbywać również na tych samych zasadach finansowych i za pomocą obecnie funkcjonujących aplikacji miejskich. Ofertę uzupełni jeden terminal z 10 rowerami elektrycznymi, zlokalizowany w Warszawie.
Dla PKN ORLEN projekt stanowi kolejny krok na drodze do rozszerzania oferty pozapaliwowej i budowania postrzegania stacji benzynowej jako obiektu wielofunkcyjnego, odpowiadającego na różnorodne potrzeby klientów. Uruchomienie usługi pozwala również na stworzenie nowych narzędzi komunikacji marketingowej kierowanych do jej aktywnych użytkowników.
Zbigniew Leszczyński – Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Sprzedaży
– W strategii rozwoju sieci, mówiliśmy o tym, że w centrum naszego zainteresowania znajduje się klient i jego oczekiwania. Dlatego uważnie analizujemy to jak zmienia się nasze otoczenie, już dziś starając się je wyprzedzać. Widzimy, że konsumenci postrzegają stacje coraz częściej nie tylko jako miejsca gdzie można zatankować, ale także zaspokoić szereg innych potrzeb. Potwierdza to ciągły wzrost naszej sprzedaży pozapaliwowej oraz rosnący odsetek klientów, którzy odwiedzają stacje w innym celu niż uzupełnienie paliwa. Włączenie naszych obiektów w miejskie systemy rowerowe, pozwala nam rozszerzać ofertę dla dotychczasowych klientów oraz otwierać się na zupełnie nowe grupy konsumentów – powiedział Zbigniew Leszczyński, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Sprzedaży.
Umowa pomiędzy PKN ORLEN a Nextbike Polska obowiązuje do listopada 2020 roku. Więcej szczegółów dotyczących projektu zostanie opublikowanych wiosną 2018 roku, podczas jego inauguracji.
Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect i Catalyst, podpisała umowę z Domem Maklerskim Banku Ochrony Środowiska S.A. na przygotowanie i przeprowadzenie oferty publicznej oraz wprowadzenie jej akcji do obrotu na rynku regulowanym prowadzonym przez GPW w Warszawie. Spółka zamierza niebawem przenieść notowania swoich akcji na rynek regulowany.
Podpisana przez Emitenta umowa dotyczy przygotowania przez Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska S.A. prospektu emisyjnego dla akcji serii A, B, C, D, E oraz F, dopuszczanych i wprowadzanych do obrotu regulowanego prowadzonego przez GPW w Warszawie oraz dla akcji nowej emisji serii G oferowanych w ofercie publicznej i wprowadzenia do obrotu na rynku regulowanym prowadzonym przez GPW. Spółka planuje złożyć prospekt emisyjny do KNF-u w październiku br. po podjęciu stosownej uchwały przez jej WZA. Columbus Energy S.A. chce zadebiutować na rynku regulowanym GPW w ciągu najbliższych kilku miesięcy.
„Pracujemy już nad prospektem emisyjnym pewien czas i nadszedł moment, w którym zbliżamy się do jego złożenia do Komisji Nadzoru Finansowego. Cieszymy się bardzo, że zaufał nam DM BOŚ, który również będzie przeprowadzał ofertę publiczną. Niebawem odbędzie się Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy, które finalnie podejmie decyzję o wielkości emisji, ale szacujemy, że może to być 30 milionów złotych, które Spółka wykorzysta w 100 % na rozwój przedsiębiorstwa i budowanie wartości dla Akcjonariuszy. Jeśli cały proces przebiegnie sprawnie to pierwszego notowania na rynku regulowanym GPW spodziewamy się już za kilka miesięcy. Jesteśmy przekonani, iż przeniesienie notowań na GPW sprawi, że będziemy postrzegani jako poważny podmiot na rynku energetyki odnawialnej, a realizowanie planów i prognoz pozwoli nam zdobyć zaufanie kolejnych inwestorów. Rok 2018 zapowiada się rokiem Columbus Energy.” – ocenia Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.
Emitent zakończył pierwsze półrocze 2017 r. zyskiem netto na poziomie skonsolidowanym w wysokości 2,8 mln zł przy skonsolidowanych przychodach netto ze sprzedaży sięgających 15,4 mln zł. Columbus Energy S.A. cały czas zwiększa sprzedaż instalacji fotowoltaicznych zarówno w ramach programu abonamentowego, jak i finansowanych za gotówkę oraz uatrakcyjnia swoją ofertę, dzięki czemu umacnia pozycję lidera rynku. W 2 kw. 2017 r. Spółka podpisała ponad 600 umów na montaż mikroinstalacji fotowoltaicznych. Spółka zrealizowała ponad 400 montaży instalacji fotowoltaicznych w domach jednorodzinnych, w tym już tysięczną instalację w historii firmy produkującą prąd ze słońca.
Średnio 206 tysięcy złotych rocznie i perspektywa 8% podwyżki w najbliższych 12 miesiącach. Według badania Salary Insight 2017 właśnie na takie warunki mogą w Polsce liczyć certyfikowani specjaliści ds. rachunkowości zarządczej.
Salary Insight to cykliczna inicjatywa Międzynarodowego Stowarzyszenia Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości (Association of International Certified Professional Accountants). Co roku członkowie Stowarzyszenia z całego świata zrzeszeni w Instytucie Rachunkowości Zarządczej CIMA (Chartered Institute of Management Accountants) oraz Amerykańskim Instytucie Biegłych Rewidentów (AICPA – American Institute of CPAs) biorą udział w badaniu wynagrodzeń. W tegorocznym Salary Insight wzięło udział 13 000 specjalistów zarówno certyfikowanych (tzw. CGMA – Chartered Global Management Accountant), jak i tych, którzy są w trakcie zdobywania wykształcenia w oparciu o Globalne Zasady Rachunkowości Zarządczej.
– Warto podkreślić, że rachunkowość zarządcza to profesja przyszłości, która tylko zyskuje na postępującej automatyzacji pracy – managerowie mogą więcej czasu poświecić na podejmowanie strategicznych decyzji, dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii analitycznych. Ten trend będzie postępował wraz z kolejnymi zmianami w otoczeniu przedsiębiorstw i rewolucją technologiczną. Rosną więc i pensje w tym zawodzie, a na rynku systematycznie wzrasta zapotrzebowanie na dyplomowanych specjalistów. Według badania Salary Insight 2017 w Polsce średnioroczne dochody wynoszą 206 tys. zł, przy spodziewanym wzroście wynagrodzeń o 8%. Niewiele zawodów daje tak wiele możliwości rozwoju przy równie wysokich zarobkach, dlatego nie dziwi duże zainteresowanie rachunkowością zarządczą także w Polsce, gdzie profesjonalistów zrzesza Instytut CIMA – podsumował Jakub Bejnarowicz, szef CIMA w Europie Środkowo-Wschodniej.
Zarobki to jednak nie wszystko. Specjaliści ds. rachunkowości zarządczej nastawieni są na zdobywanie nowych umiejętności. Jako cele edukacyjne na najbliższe 12 miesięcy polscy uczestnicy badania wskazali potrzebę uzupełnienia swojej wiedzy w zakresie strategii, motywowania i inspirowania oraz coaching i mentoring.
Badani zostali również zapytani o to, co motywuje ich do ciągłego rozwoju i co skłoniłoby ich do zmiany stanowiska lub pracodawcy. Respondenci w Polsce wskazywali przede wszystkim na zakres obowiązków na danym stanowisku, korzyści finansowe związane ze zmianą oraz możliwości awansu, jakie daje dane stanowisko.
Rachunkowość zarządcza na świecie
W oparciu o Globalne Zasady Rachunkowości Zarządczej pracuje lub kształci się obecnie ponad 650 000 specjalistów na całym świecie. Zapotrzebowanie firm na ich kompetencje rośnie, ponieważ zawód ten łączy w sobie kluczowe kwalifikacje finansisty z rolą doradcy, którego kompetencje wykraczają daleko poza pracę z liczbami i obejmują niemalże każdą dziedzinę działalności biznesowej.
Średnia roczna pensja członków CIMA na świecie wynosi ponad 311 tys. zł, a certyfikowani specjaliści ds. rachunkowości zarządczej spodziewają się w najbliższym roku podwyżek wynagrodzeń na poziomie 5%.
– Zmiany w dzisiejszym świecie następują z niespotykaną dotąd szybkością, co nie pozostaje bez wpływu na biznes. Dlatego właśnie zapotrzebowanie pracodawców na umiejętności i wiedzę, jakie posiadają specjaliści ds. rachunkowości zarządczej, stale rośnie. Nie dziwi zatem fakt, że zarówno zarobki jak i możliwości zawodowe w tej profesji są tak atrakcyjne na wszystkich rynkach świata – skomentował Andrew Harding, dyrektor generalny CIMA.
W projekcie ustawy o ochronie danych osobowych część uwag zgłaszanych przez przedsiębiorców została uwzględniona, ale jest wiele kwestii, które powinny zostać zmienione, w tym m.in. przepisy regulujące postępowanie przed nowym organem – Prezesem Urzędu Ochrony Danych Osobowych (PUODO) czy zasady kontroli przestrzegania przepisów o ochronie danych – uważa Konfederacja Lewiatan.
Opublikowany został długo wyczekiwany projekt ustawy o ochronie danych osobowych (dalej: ustawa odo) wraz z projektem przepisów wprowadzających do niej. Konfederacja Lewiatan postanowiła przygotować bilans nowego projektu ustawy odo, zestawiając go z jego dotychczasową, nieoficjalną wersją.
Co można zaliczyć na plus?
– Projekt ustawy odo, podobnie jak jego wersja nieoficjalna z kwietnia tego roku, utrzymuje na poziomie 13 lat wiek dziecka, którego dane osobowe są przetwarzane zgodnie z prawem, w kontekście oferowania usług świadczonych drogą elektroniczną. Od początku prac nad projektem ustawy zabiegaliśmy o skorzystanie przez ustawodawcę z możliwości ustalenia wieku dziecka na tym poziomie – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.
Postulaty Lewiatan dotyczące certyfikacji również zostały uwzględnione w projekcie, w tym w szczególności doprecyzowany został tryb przeprowadzania czynności sprawdzających przez Prezesa PUODO po udzieleniu certyfikacji oraz warunki jej cofnięcia.
Z aprobatą należy odnieść się do uwzględnienia przez resort cyfryzacji apelu o przywrócenie możliwości zawierania przez strony ugód w postępowaniu przed PUODO. Przedsiębiorcy zrzeszeni w Konfederacji Lewiatan są zdania, że ugoda stanowi potrzebną, alternatywną formę załatwienia sprawy administracyjnej, ponieważ pozwala zażegnać spór w drodze porozumienia i bez potrzeby odwoływania się do sądu.
Co powinno ulec zmianie?
– Wątpliwości budzi rozdział poświęcony postępowaniu w sprawie naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych. Regulacje dotyczące udziału organizacji społecznych w postępowaniu przed PUODO nie zabezpieczają przed praktykami tych organizacji, które działają z niskich pobudek i czynią źródłem swego utrzymania zaskarżanie przedsiębiorców, pod pretekstem rzekomego naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych – dodaje dr Aleksandra Musielak.
Wciąż brakuje możliwości zaskarżania postanowień czy decyzji zapadłych w toku postępowania przed PUODO, w tym postanowienia w sprawie ograniczenia przetwarzania danych osobowych czy decyzji o uchyleniu zastrzeżenia o objęciu informacji i dokumentów przekazywanych do Prezesa tajemnicą przedsiębiorstwa. Są to rozstrzygnięcia daleko idące, które mogą poważnie zakłócić funkcjonowanie wielu firm, a nawet zagrozić możliwości świadczenia przez nie usług na rynku.
Resort cyfryzacji nie zrezygnował z nadawania decyzjom PUODO rygoru natychmiastowej wykonalności – który pozostaje wymogiem obligatoryjnym – bez określenia przesłanek jego zastosowania. Wstrzymanie tego trybu dotyczyć będzie wyłącznie kar administracyjnych. Zdaniem firm zrzeszonych w Konfederacji Lewiatan jest to bardzo rygorystyczna koncepcja, której realizacja w praktyce może prowadzić do nieodwracalnych skutków dla przedsiębiorców i stanowić poważne ograniczenie w zakresie realizacji ich prawa do skutecznego środka odwoławczego.
Nadal aktualnym pozostaje model sądowo-administracyjnej ścieżki odwołań od decyzji PUODO, mimo wielokrotnie podnoszonego przez przedsiębiorców argumentu na rzecz Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – jako sądu właściwego do rozstrzygania tego typu odwołań. Sąd ten dysponuje równie bogatym doświadczeniem co sądy administracyjne a przy tym pozwala przedsiębiorcom łatwiej wykazać nieprawidłowość w orzeczeniu o karze pieniężnej, w tym stopień współpracy z organem, mający wpływ na wysokość orzekanych kar.
Zdecydowanie negatywnie należy podejść również do uregulowań dotyczących postępowania kontrolnego przeprowadzanego przez PUODO, które nie chroni przedsiębiorców przed jego nadmierną uciążliwością. Ustawodawca przewidział wyłączenia od zawiadamiania o zamiarze kontroli oraz wyłączenia przepisów ograniczających czas trwania kontroli przewidziane w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej. Możliwe będzie też prowadzenie więcej niż jednej kontroli jednocześnie u przedsiębiorcy, w tym kontroli dotyczącej zapewnienia właściwej ochrony danych osobowych. Nie podważając potrzeby zapewnienia wysokiego poziomu ochrony danych osobowych w Polsce można mieć wątpliwości co do proporcjonalności przyjętych rozwiązań w kontekście zapewniania swobody działalności gospodarczej.
Niezmienna pozostała wysokość administracyjnych kar pieniężnych, nakładanych na podmioty publiczne za naruszenie przepisów z zakresu ochrony danych osobowych i wynosi 100 000 zł. Tak niski pułap maksymalnych kar dla sektora publicznego jest nieuzasadniony.
22 września przypada Światowy Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę Płacy. Można więc przypuszczać, że w najbliższych dniach wielu pracowników spróbuje porozmawiać ze swoimi przełożonymi. Jednak coraz częściej zamiast podwyżki pensji firmy decydują się wynagradzać swoich pracowników pozapłacowymi benefitami, takimi jak ubezpieczenie medyczne, karnety na zajęcia sportowe lub ubezpieczenie grupowe. Zarówno w Polsce, jak i na świecie trend ten staje się coraz bardziej widoczny. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że pozapłacowe elementy wynagrodzenia są istotne dla 35 proc. Polaków.
Pracowniku….
W Internecie nie brak rad, jak masz się przygotować na rozmowę z szefem o podwyżce swojej pensji. Aby odnieść sukces wybierz wtorek, środę lub czwartek, nigdy poniedziałek, a optymalnie byłoby, gdyby taka rozmowa odbyła się w momencie, gdy twoja firma/dział/zespół odniosła jakiś spektakularny sukces. Musisz zastanowić się nad rzetelnymi argumentami, które mają przemawiać za podwyżką. Przemyśl, co wnosisz do firmy i jak może wyglądać twój rozwój zawodowy. Przed rozmową zadbaj o swój wygląd, ale także o ton głosu, gesty, czyli jednym słowem przeprowadź próbę generalną i potrenuj z kimś bliskim albo chociaż przed lustrem. Bądź odważny, ale nie przesadzaj z brawurą.
Pracodawco…
Nieważne, który członek twojego zespołu poprosi cię o podwyżkę. Bądź otwarty na rozmowę o jego przyszłości, również tej finansowej. Potraktuj swojego pracownika z szacunkiem. Decyzja o podwyżce nie zawsze należy tylko do ciebie, więc daj sobie czas do namysłu, rozmowę ze swoim przełożonym czy też działem HR. Pośpiech w takim przypadku nie jest najlepszym doradcą, tym bardziej, że musisz pamiętać, że funkcjonujesz na rynku pracownika, czyli nie tak łatwo będzie ci znaleźć utalentowanych, wykwalifikowanych i lojalnych członków swojego zespołu. Jeżeli jednak wszelkie kalkulacje pokażą ci, że nie możesz sobie pozwolić na podwyższenie pensji swoim podwładnym, choćbyś bardzo chciał, nie martw się. Nie jesteś na straconej pozycji.
Jeżeli nie pieniądze, to co?
Co powinien zrobić szef, który z jakichś powodów, chociażby budżetowych, korporacyjnych czy proceduralnych, podwyżki swojemu pracownikowi dać nie może, a jednak uważa, że jego praca jest na tyle wartościowa, że zasługuje na wyróżnienie? W jaki inny sposób może docenić jego wysiłek? Tu z pomocą przychodzą pozapłacowe benefity: szkolenia, służbowy samochód lub laptop, pakiet opieki medycznej, karnet na zajęcia sportowe lub ubezpieczenie grupowe, gwarantujące ochronę w różnych trudnych sytuacjach życiowych. Wachlarz możliwości jest naprawdę duży. Czasem wystarczy zadbać o przyszłość, bezpieczeństwo, zdrowie podwładnych i ich najbliższych. Jak wynika z badania Glassdoor aż 84 proc. pracowników zadowolonych ze swoich benefitów równocześnie czuje satysfakcję z pracy.
I dla kogo?
Aż 90 proc. millenialsów woli benefity od podwyżki wynagrodzenia. A przypomnijmy, że do 2025 będą oni stanowić 75 proc. wszystkich pracowników. W grupie wiekowej 45-54 lata odsetek zwolenników benefitów również jest wysoki i wynosi 70 proc., a w grupie 55-64 lata 66 proc. Badanie Nationale-Nederlanden potwierdza, że przede wszystkim młodzi pracownicy są otwarci na takie rozwiązania. Pozapłacowe elementy wynagrodzenia, m.in. ubezpieczenie na życie, największym powodzeniem cieszą się wśród studentów (90 proc.) i osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych (50 proc.). Dla prawie dwóch trzecich badanych możliwość przystąpienia do ubezpieczenia grupowego w miejscu pracy jest wartościowym benefitem. I ponownie, największe uznanie dla tej formy odnotowano w grupie osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – praktycznie wszyscy badani z tej grupy uznali to za ważne. Wśród pracujących na etacie było to 76 proc., a wśród prowadzących działalność gospodarczą 58 proc.
Dla pracowników benefity mają nie tylko wymierną korzyść w postaci opieki medycznej, czy ochrony, którą gwarantuje ubezpieczenie. Czynniki pozapłacowe mają przede wszystkim motywować ich do pracy i sprawiać, że nie będą musieli ćwiczyć przed lustrem proszenia o podwyżkę.
Zgodnie z danymi JATO Dynamics europejski rynek aut z nadwoziem typu pickup odnotował w pierwszych sześciu miesiącach 2017 roku wzrosty o 19 proc., a wolumen sprzedaży wyniósł 80 000 samochodów. Samochody te wybierane są przede wszystkim przez firmy, a specjaliści JATO Dynamics podkreślają, że sam rynek pickup-ów jest trudny i wymagający. Którzy producenci odnotowali największe wzrosty?
Toyota
Toyota Hilux
Zgodnie z danymi zaprezentowanymi przez JATO Dynamics największy wzrost udziału na europejskim rynku pickup-ów odnotowała marka Toyota – na poziomie 4,8 proc. Japończycy znajdują się obecnie na trzecim miejscu wśród najpopularniejszych marek oferujących pickup-y w Europie i jako jedyni na podium odnotowali wzrosty udziału w tym segmencie.
Toyota Hilux znajduje się równocześnie na czele listy modeli segmentu pickup-ów – odnotowało bowiem największe wzrosty udziału w tym rynku – na poziomie 4,8 proc. Znajduje się tym samym na drugim miejscu najpopularniejszych modeli w Europie ze sprzedażą w pierwszym półroczu 2017 roku na poziomie 16 000 sztuk i wzrostem rok do roku o 57 proc.
FCA
Fiat Fullback
Włosko-amerykański koncern motoryzacyjny zwiększył swój udział w rynku o 2,3 proc. – wynik ten pozwolił mu uplasować się na drugim miejscu wśród mających największe wzrosty udziału w rynku europejskim producentów pickup-ów. Pomimo tego FCA znajduje się na szóstym miejscu wśród najpopularniejszych producentów w tym segmencie mając udział na poziomie 4 proc.
Fiat Fullback znajduje się na 7 miejscu wśród modeli w segmencie pickup ze sprzedażą za pierwsze 6 miesięcy 2017 roku na poziomie 3 000 sztuk i wzrostach o 192 proc.
Great Wall
Great Wall
Trzecie miejsce przypadło nie znanej szerzej w Polsce marce Great Wall. Wywodzący się z Chin producent odnotował najmniejsze spadki na liście wynoszące -0,2 proc. Modele tego producenta nie znalazły się jednak na liście najpopularniejszych pickup-ów w Europie.
Ford
Ford Ranger
Amerykański producent również odnotował spadki – ich wartość to -0,8 proc., co uplasowało go na miejscu czwartym tego zestawienia. Producent ten znajduje się równocześnie na drugim miejscu wśród najpopularniejszych producentów w Europie. Jego udział w rynku to 25 proc.
Najpopularniejszym modelem jest Ranger. Liczba sprzedanych egzemplarzy w Europie w pierwszej połowie 2017 roku to 20 000 sztuk – oznacza to wzrost na poziomie 15 proc. Model ten zmniejszył przy okazji swój udział w segmencie o – 0,8 proc.
VW Group
VW Amarok
Niemiecki koncern również odnotował spadki. Wynoszą one, podobnie jak w przypadku Forda, – 0,8 proc. Rynkowy udział grupy wynosi przy tym 11 proc. całego europejskiego rynku pickup-ów
Model Amarok zajął piąte miejsce na liście najpopularniejszych pickup-ów w Europie. Liczba sprzedanych egzemplarzy to 9 000, natomiast udział w rynku spadł o 0,8 proc.
Renault-Nissan
Nissan Navara/NP300
Koncern ten odnotował spadek rynkowy w Europie o 1,5 proc. zajmując na liście JATO Dynamics ostatnie miejsce wśród producentów pickup-ów. Równocześnie wspólny udział w rynku tych producentów to 32 proc.
Model Navara/NP300 odnotował spadek udziału w rynku o 0,6 proc. Wśród najpopularniejszych modeli zajął tym samym miejsce trzecie – sprzedaż na poziomie 3 000 sztuk i wzrost sprzedaży o 15 proc.
Z danych GUS za pierwsze półrocze 2017 roku wynika, że 31% wypadków przy pracy miało miejsce w sektorze przemysłowym. W ciągu sześciu miesięcy zgłoszono 12135 zdarzeń, z czego 118 miało charakter ciężki, a 16 zakończyło się śmiercią pracowników. Lekkiego uszczerbku na zdrowiu doznało 12001 osób.
Co prawda dane GUS wskazują, że w pierwszym półroczu 2017 roku miało miejsce o 140 wypadków przy pracy mniej niż w analogicznym okresie w 2016 r. Jednak w dalszym ciągu wypadkowość przy pracy jest bardzo wysoka.
Najwięcej wypadków miało miejsce w przetwórstwie przemysłowym. W sumie odnotowano 12135 zdarzeń. Co ważne, liczba ta zmniejszyła się o 381 w porównaniu do analogicznego okresu w 2016 roku. Jednak szczegółowa analiza charakteru danych wskazuję, że mimo spadku zdarzeń w całym sektorze, niestety wzrosła liczba wypadków o charakterze śmiertelnym (15 zdarzeń w 2016 r.; 16 zdarzeń w 2017 r.) i ciężkim (113 zdarzeń w 2016 r.; 118 zdarzeń w 2017r.).
Przeważająca liczba zdarzeń dotyczyła pracy związanej z produkcją artykułów spożywczych – 2058 wypadków. Tutaj też odnotowano spadek względem pierwszego półrocza 2016 roku, kiedy to miało miejsce 2231 wypadków. Drugi co do wielkości udział w wypadkach miał sektor związany z produkcją wyrobów z metali. Tu nastąpił wzrost liczby wypadków. Tylko w pierwszym półroczu 2017 roku miało miejsce 1730 zdarzeń, z czego dwa zakończyły się śmiercią pracownika, 21 miało charakter ciężki, a 1707 miało charakter lekki. Na trzecim miejscu znalazła się produkcja wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych, w której miało miejsce 1054 wypadków, w tym 10 o charakterze ciężkim i 1044 o charakterze lekkim.
Okazuje się także, że nadal, w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku, nie zmieniły się przyczyny wypadków przy pracy – 61 proc. z nich była spowodowana nieprawidłowym zachowaniem pracownika. Pozostałymi najczęstszymi przyczynami były: niewłaściwy stan narzędzi, wyposażenia lub budynków, co było powodem 8,4 proc. wypadków oraz niewłaściwe posługiwanie się narzędziami lub wyposażeniem, co spowodowało 7,1 proc. zdarzeń. Nieprawidłowe, samowolne zachowanie pracownika było powodem 6,5 proc. spośród odnotowanych w I półroczu 2017 roku wypadków przy pracy.
Właściwe podejście do zagadnień związanych z BHP w miejscu pracy jest konieczne. Nie tylko z uwagi na nakładane na przedsiębiorców obowiązki, ale przede wszystkim, aby zadbać o bezpieczeństwo ludzi. Jak pokazują statystyki, wypadkowość w miejscu pracy nadal jest wysoka. Pracodawcy muszą pamiętać o tym, że to oni stoją na straży bezpieczeństwa w swoich firmach.
Każdy wypadek przy pracy to także koszty ponoszone przez pracodawcę. Tylko w sektorze przemysłowym liczba dni niezdolności do pracy na jednego poszkodowanego wyniosła 30,3. Obecnie koszt jednego dnia absencji chorobowej będącej efektem wypadku przy pracy wynosi średnio 422,365 zł lub 640,365 zł. Kwota ta zależy od tego, czy został zatrudniony pracownik na zastępstwo, czy praca została rozdysponowana pomiędzy zespół, który otrzyma wynagrodzenie za przepracowane nadgodziny.
Autor komentarza: Hubert Miłosz Wawrzyniak, członek zarządu W&W Consulting
XSystem S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od września 2011 r., zmieniła strategiczne kierunki rozwoju i będzie koncentrowała się na bardziej perspektywicznym obszarze biznesowym, jakim jest elektroniczny obieg dokumentów i jej autorskie oprogramowanie – ACCELO. Spółce przyznane zostało również dofinansowanie w wysokości 0,9 mln zł oraz zakończyła ona emisję akcji serii G, z której pozyskała 0,82 mln zł.
Nowa strategia Emitenta będzie oparta na dalszym rozwoju obszaru biznesowego, jakim jest Elektroniczny Obieg Dokumentów. XSystem S.A. dostrzegając zmiany w otoczeniu rynkowym opracowała własny, innowacyjny system klasy ECM (Enterprise Content Management – korporacyjny system do zarządzania treścią) o nazwie ACCELO. Pierwsza wersja systemu powstała na przełomie 2014 oraz 2015 roku i od tego momentu system był sukcesywnie modyfikowany oraz rozwijany. Spółka zrealizowała z sukcesem jego wdrożenia w rządowym, okołobudżetowym oraz prywatnym. W związku ze stałym spadkiem marż części działalności Emitenta, która zajmowała się dostawami sprzętu biurowego i produkcyjnego na potrzeby poligrafii, Zarząd podjął decyzję o sukcesywnym wycofywaniu się z tej działalności. Krótkoterminowo decyzja ta przełoży się na spadek przychodów ze sprzedaży i jednocześnie wpłynie na istotne zmniejszenie kosztów prowadzonej działalności. W średnioterminowej perspektywie powinna się ona przełożyć się na znaczący wzrost rentowności Spółki oraz poprawę jej wyników finansowych.
„Zamierzamy działać na szeroko rozumianym polskim rynku rozwiązań w obszarze elektronicznego obiegu dokumentów, który jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się rynków na świecie, a także w Polsce. Analizy rynkowe wskazują, że wartość tego rynku w ujęciu światowym podwoi się do 2022 r. W ostatnich miesiącach dostrzegamy zwiększone zainteresowanie naszym oprogramowaniem ACCELO, co stanowi o bardzo dobrych perspektywach dla jego komercjalizacji. Nasza strategia rozwoju zakłada, że będziemy się koncentrowali na dostarczaniu oprogramowania dużym i średnim przedsiębiorstwom. Jesteśmy przekonani, że obrany kierunek przełoży się na zwiększenie rentowności Spółki, a tym samym poprawę jej wyników finansowych.” – podkreśla Adrian Weremiuk, Prezes Zarządu Spółki XSystem S.A.
XSystem S.A. otrzymała również informację, że jej odwołanie na wyniki oceny merytorycznej wniosku o dofinansowanie w ramach RPO Województwa Łódzkiego na lata 2014-2020, Oś priorytetowa I: Badania, rozwój i komercjalizacja wiedzy, Działanie I.2: Inwestycje przedsiębiorstw w badania i innowacje, zostało uwzględnione i projekt został tym samym wybrany do dofinansowania. Spółka zrealizuje projekt o nazwie „Opracowanie przez XSystem S.A. innowacyjnej technologii klasyfikowania dokumentów oraz kategoryzowania zawartych w nich informacji”, którego szacowana wartość wynosi 1,2 mln zł, a wnioskowana kwota dofinansowania sięga 0,9 mln zł. Jego głównym celem jest przeprowadzenie badań przemysłowych oraz eksperymentalnych prac rozwojowych, które będą miały na celu opracowanie innowacyjnej technologii na potrzeby systemu informatycznego pozwalającego na automatyczną klasyfikację dokumentów oraz przypisanie zawartych w nich informacji do właściwych kategorii. Opracowywana technologia będzie oparta na zastosowaniu sztucznej inteligencji wykorzystującej metody probabilistyczne i metody z zakresu logiki rozmytej, jak również algorytmy uczenia maszynowego. Technologia ujęta zostanie w prototyp systemu informatycznego zapewniającego automatyczną klasyfikację dokumentów oraz identyfikację zawartych w nich informacji na potrzeby ich kategoryzowania, archiwizowania i udostępnienia innym systemom, przede wszystkim systemom klasy ERP oraz systemom zarządzania dokumentami i procesami klasy ECM.
„Otrzymane dofinansowanie pozwoli nam realizować bardzo innowacyjny projekt, który powinien pozytywnie wpłynąć na budowanie naszej pozycji rynkowej. Posiadamy duże doświadczenie w obszarze zarządzania dokumentami i zamierzamy je efektywnie wykorzystać. Wierzymy, że opracowana technologia wykorzystująca sztuczną inteligencję odniesie sukces dzięki swojej unikatowości i innowacyjności.” – podsumowuje Prezes Weremiuk.
Emitent zakończył również emisję akcji serii G, z której pozyskał ponad 820 tys. zł. Inwestorzy objęli łącznie 2.051.600 szt. akcji serii G po cenie emisyjnej wynoszącej 0,40 zł za akcję. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na dalszy rozwój oprogramowania ACCELO oraz na jego komercjalizację.
W czerwcu 2017 r. w akcjonariacie Spółki ujawnił się nowy inwestor – ABS Investment S.A., który przekroczył próg 5% w ogólnej liczbie głosów na WZA. Jest to podmiot notowany na rynku NewConnect, zajmujący się inwestycjami kapitałowymi oraz doradztwem finansowym. Inwestycja w XSystem S.A. jest związana z bardzo dobrą oceną perspektyw rozwoju Spółki, a także branży, w której prowadzi działalność.
XSystem S.A. zajmuje się dostarczaniem rozwiązań biznesowych z zakresu optymalizacji, przetwarzania oraz obiegu dokumentów zarówno w formie tradycyjnej, jak i elektronicznej. Spółka opracowała autorskie oprogramowanie do budowy archiwów cyfrowych i zarządzania obiegiem dokumentów – ACCELO. Emitent jest notowany na rynku NewConnect od września 2011 r. W lutym 2017 r. Spółka zadebiutowała również na rynku Catalyst.
Boom na rynku powierzchni magazynowej zmienia rynek pracy w branży logistycznej. Coraz trudniej nie tylko o wykwalifikowaną siłę roboczą, ale także o osoby do wykonywania prostych zadań. W jaki sposób firmy przyciągają dziś pracowników i radzą sobie z nich niedoborem?
Jak szacują w swoim raporcie eksperci BNP Paribas Real Estate Poland, w marcu 2017 roku w naszym kraju dostępnych było 11,5 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej. Oznacza to, że na przestrzeni ostatnich czterech lat jej ilość zwiększyła się w sumie o 48%. Odsetek pustostanów utrzymuje się przy tym na niskim poziomie wynoszącym 6,3%. Nic nie zapowiada pogorszenia sytuacji. Wręcz przeciwnie – fakt, że w budowie są obecnie obiekty o łącznym metrażu 1,3 mln mkw., świadczy że dynamika wzrostu utrzyma się co najmniej na dotychczasowym poziomie.
Na zwyżki mają wpływ takie czynniki, jak: wzrost konsumpcji, dynamiczna rozbudowa infrastruktury drogowej i szeroka dostępność gruntów pod nowe inwestycje. Szczególne znaczenie przypisuje się niezwykle intensywnemu rozwojowi handlu internetowego, wymuszającemu tworzenie nowoczesnych, dostosowanych do jego potrzeb obiektów magazynowych. I choć wymienione wyżej elementy składają się na optymistyczny obraz – zarówno z punktu widzenia podmiotów wynajmujących, jak i krajowej gospodarki, jest także druga strona tego zjawiska. Operatorzy logistyczni i właściciele centrów dystrybucyjnych stają przed coraz poważniejszymi wyzwaniami związanymi z dostępem do siły roboczej. Rozpoczyna się walka o rząd dusz kandydatów. Po jaką broń sięgają pracodawcy?
Benefity w cenie
Na pierwszy plan wśród kryteriów wyboru magazynu wychodzi kwestia dostępu do podstawowych kadr – za ważną uznało ją 95% ankietowanych. W związku z pogłębiającą się asymetrią pozycji pracodawca – pracownik, coraz więcej podmiotów sięga po pozafinansowe metody zachęcania kandydatów. Zorganizowanie zatrudnionym bezpłatnego transportu do magazynu rozważa 58% przedsiębiorstw, a zapewnienie im dostępu do stołówki pracowniczej – 50%. Kartą przetargową bywa także włączenie do niepublicznego systemu opieki medycznej.
– Obserwujemy także rosnącą rolę budowania wizerunku firmy dbającej o bezpieczeństwo. Przejawem częstszego stosowania takiej taktyki jest wzrost popularności ponadobowiązkowych, warsztatowych szkoleń z zakresu BHP i minimalizującej ryzyko wypadków eksploatacji wózków widłowych – mówi Paweł Włuka, prowadzący zajęcia w ramach Akademii Bezpieczeństwa STILL. – Interesującym i bezkosztowym sposobem pokazania operatorom, że się ich ceni, jest zaangażowanie w procesy decyzyjne dotyczące inwestycji w sprzęt transportu wewnętrznego. Obserwujemy, że podejmując decyzje zakupowe menadżerowie coraz częściej biorą pod uwagę zdanie pracowników liniowych – dodaje Dyrektor Marketingu STILL Polska.
Podwaliny automatyzacyjnej rewolucji
Pomimo opisanych powyżej sposobów radzenia sobie z tą kwestią, niedobór siły roboczej jawi się jako główna bariera rozwoju sektora magazynowo-logistycznego – wynika z analiz BNP Paribas Real Estate Poland. Według badań firmy, jako zagrożenie postrzega go 3 na 4 przedsiębiorców działających w tej branży. Niemal 70% z nich objawia się także, że sytuacja skutkować będzie wzrostami kosztów pracy, a w efekcie – zmniejszeniem konkurencyjności oferty. Utrwalenie takiego stanu rzeczy może w kilku – kilkunastoletniej perspektywie przynieść zwiększenie popularności rozwiązań automatyzacyjnych, umożliwiających ograniczenie liczby pracowników dzięki poprawie produktywności.
– Współoddziaływanie takich czynników, jak starzenie się europejskich społeczeństw oraz ciągłe wzrosty w branży e-commerce będą skutkować pogłębianiem się deficytu zatrudnienia w logistyce – mówi Paweł Włuka. – Nie ma wątpliwości, że w połączeniu z rozwojem technologii automatyzacyjnych i stopniowym zwiększeniem ich dostępności zaowocuje to rosnącym zainteresowaniem wykorzystaniem autonomicznych systemów transportu wewnętrznego – mówi Dyrektor Marketingu STILL Polska.
Według raportu DHL „Robotyka w logistyce”, 80% współczesnych hal składowania wciąż jest obsługiwanych bez wsparcia rozwiązań automatyzacyjnych. W pełni oparte na ich funkcjonowaniu są procesy intralogistyczne w zaledwie 5% magazynów. Można jednak spodziewać się, że w związku z wzrostami kosztów pracy, z czasem proporcje te ulegać będą odwróceniu.
Fiskus staje się coraz bardziej cyfrowy i dysponuje coraz liczniejszymi narzędziami IT do kontrolowania rozliczeń podatkowych. Zdaniem firmy doradczej Deloitte dzięki technologiom IT, w tym analityce big data oraz możliwości odbierania i przetwarzania znacznych ilości danych podatników, rządy coraz skuteczniej będą radziły sobie z poborem podatków-. Sprzyja temu globalny trend ujednolicania rozliczeń podatkowych widoczny chociażby w postaci standardu SAF-T. Czy może zatem nadszedł czas globalnej rewolucji informatycznej w podatkach?
Kryzys finansowy wstrząsnął światową gospodarką i wywołał falę ekonomicznego nacjonalizmu. Na celowniku rządów znalazły się firmy, które wykorzystują prawne i księgowe mechanizmy, by przenosić zyski do innych krajów i unikać płacenia podatków. Globalne straty wywołane tym procederem mogą sięgać nawet 240 mld dolarów rocznie. Wg raportu Deloitte „Trendy 2017: analiza danych podatkowych”, big data, czyli przetwarzanie i analizowanie dużych ilości danych w czasie rzeczywistym, wyrównuje szanse fiskusa w walce z luką podatkową. Jednocześnie przyspiesza globalny trend ujednolicania sprawozdawczości finansowej i zmienia kształt branży doradztwa podatkowego.
Od ponad dekady międzynarodowe organizacje gospodarcze (OECD, MFW) promują upraszczanie i ujednolicanie rozliczeń podatkowych. Zwiększa to przejrzystość transakcji, ułatwia firmom prowadzenie dokumentacji finansowej i pomaga optymalizować koszty działalności gospodarczej. Już w 2005 r. OECD zarekomendowała jednolity, międzynarodowy standard rozliczeń podatkowych, tzw. SAF-T (Standard Audit File for Tax). Wiele krajów europejskich wprowadza SAF-T, również Polska zainspirowała się nim , wprowadzając swój model raportowania danych na poziomie transakcyjnym. Od połowy 2016 r. funkcjonuje tzw. Jednolity Plik Kontrolny. Ułatwia on organom analizę sytuacji podatkowej firm, wedle informacji z Ministerstwa Finansów, poprawia także ściągalność VAT. Pierwsze efekty już są – Od początku lipca 2016 r. do kwietnia 2017 r. urzędy przeprowadziły i zakończyły łącznie 7 530 czynności sprawdzających, a 3 458 czynności pozostaje w toku – podkreśla Ernest Frankowski, Partner w zespole Tax Management Consulting w Deloitte (Deloitte).
W przypadku podatków bezpośrednich, w 2015 r. OECD przygotowała plan walki z nieuczciwym przenoszeniem zysków do innych krajów, by w ten sposób uniknąć bądź obniżyć obciążenia podatkowe (tzw. BEPS – Base Erosion and Profit Shifting). Zakłada on m.in. przekazywanie organom podatkowym danych o transakcjach między powiązanymi podmiotami działającymi w różnych krajach, czyli Country by Country Reporting (CbCR). Dzięki potężnym narzędziom informatycznym, można całościowo analizować przepływy finansowe w firmach, które działają w skali międzynarodowej. W konsekwencji, siły między korporacjami a fiskusem są coraz bardziej wyrównane – mówi Rafał Sadowski, Partner w zespole Cen Transferowych w Deloitte.
Zmiany technologiczne i prawne wywołają rewolucję w doradztwie podatkowym. Zacierać się będzie różnica między biurami rachunkowymi, wydawcami publikacji i komentarzy prawnych oraz firmami informatycznymi tworzącymi aplikacje do rozliczania podatków. Doradcy podatkowi wykorzystują nowoczesne oprogramowanie do poszerzania swojej oferty o usługi oparte na analizie danych i wdrożeniach systemów.
Firmy oferujące rozwiązania informatyczne do rozliczania podatków realizują natomiast projekty (np. systemy specjalistycznych wyszukiwarek informacji i komentarzy prawnych), które pozwalają im wchodzić na teren zajęty dotychczas przez wydawców. Z kolei wydawcy i twórcy oprogramowania, dzięki narzędziom teleinformatycznym, rozwijają kompetencje doradcze by wkroczyć na rynek doradztwa podatkowego. Już teraz doradca podatkowy musi być na bieżąco z trendami technologicznymi, które wspomagają zaawansowaną analizę danych i wdrażać je u swoich klientów. Dzięki temu będzie dla nich wsparciem w konfliktowych kontaktach z fiskusem, a docelowo pomoże takim sytuacjom zapobiegać – mówi Ernest Frankowski (Deloitte).
Kognitywne technologie pomagają specjalistom podatkowym przeszukiwać ogromne ilości aktów prawnych, obszerne orzecznictwo i praktykę organów podatkowych. Pozwalają również pozyskać dane z umów i innych dokumentów i na tej podstawie poprawnie rozliczać podatki. W najbliższym czasie komputerowa analiza danych podatkowych sprawi, że człowiek będzie coraz częściej zastępowany przez sztuczną inteligencję. Systemy takie będą błyskawicznie przeszukiwać bazy danych podatkowych i prawnych, by udzielać wskazówek i porad dotyczących rozliczeń z fiskusem. Im więcej analizowanych informacji, tym bardziej trafne będą wyniki wyszukiwania. W ten sposób systemy te będą samodzielnie uczyć się, ograniczając tym samym udział człowieka – zauważa Ernest Frankowski (Deloitte).
Rozbudowujące się systemy informatyczne coraz sprawniej „uczą się” komunikować ze sobą. Przez HMCR (brytyjski urząd podatkowy) przechodzi obecnie 2/3 rządowych transakcji (ponad 1,24 mld operacji finansowych). W Estonii można głosować, składać deklaracje podatkowe i uzyskiwać recepty na leki za pośrednictwem jednej strony internetowej. W Ameryce Łacińskiej obowiązują już e-faktury oraz miesięczne e-deklaracje. Indie zreformowały podatek od towarów i usług. Niezależni analitycy porównują dane od przedsiębiorców, a na ich podstawie organy podatkowe tworzą ranking firm pod kątem przestrzegania przepisów podatkowych. Im wyższa pozycja w rankingu tym mniejsze ryzyko kontroli skarbowej.
Nowe źródła informacji w połączeniu z analizą danych podatkowych pozwalają fiskusowi sprawniej ocenić ryzyko i lepiej selekcjonować potencjalne podmioty do kontroli podatkowej. Szybko zmieniające się technologie zmuszają firmy, służby podatkowe i doradców do stawienia czoła nowym wymaganiom. Globalna przebudowa systemu podatkowego będzie charakteryzować się większą przejrzystością, zmianami w systemach podatkowych i bliższą współpracą między organami podatkowymi w ramach inicjatyw OECD, G20, EU i Światowej Organizacji Celnej. Wpłynie to na przeobrażenie kontaktów pomiędzy organami skarbowymi a podatnikami – wskazuje Krzysztof Wilk, Dyrektor w zespole ds. VAT w Deloitte
Dlatego, patrząc globalnie, warto zwrócić uwagę na postęp, jaki dokonał się w niektórych gospodarkach. Wskazuje to bowiem na prawdopodobny kierunek globalnej ewolucji systemów podatkowych w nadchodzących latach.
Fed nie zamierza rezygnować z wcześniej nakreślonej ścieżki zacieśniania monetarnego i staje w opozycji do sceptycznie nastawiony uczestników rynku. Teraz to rynek musi się ugiąć przed nieugiętością Fed, a to oznacza odbicie niedowartościowanego dolara.
W porównaniu z czerwcem nie powiększyło się grono oponentów kolejnej podwyżki w grudniu. Wciąż aż 12 członków komitetu chce co najmniej jednej podwyżki do końca roku. Nie obniżyła się również mediana optymalnego kosztu pieniądza na koniec przyszłego roku, co oznacza utrzymanie kursu na trzy kolejne podwyżki w 2018 r. Jest to solidny cios dla rynku, który dla najbliższych 15 miesięcy zakładał jedynie półtorej podwyżki. W Fed wciąż silna jest wiara, że w gospodarka notuje przejściowe spowolnienie inflacji, który nie należy się zbytnio przejmować. Yellen na konferencji podkreśliła także, że Fed nie zamierza też wyciągać pochopnych wniosków ze skutków huraganów, które powinny być krótkotrwałe. W skrócie, gdzie rynek widział powody do zahamowania normalizacji, Fed te problemy zbagatelizował i widzi szklankę do połowy pełną.
Inwestorzy mają teraz sporo do „przetrawienia”, gdyż budowana przez całe lato strategia porzucania USD straciła swój najsolidniejszy filar. My osobiście nie zaliczaliśmy się do tego gremium i z tego też względu utrzymujemy nasze konstruktywne spojrzenie na perspektywy zbyt mocno przecenionego amerykańskiego dolara. Przy akompaniamencie rosnących rentowności obligacji skarbowych USA (wystromienie krzywej przez dostosowanie się rynku do agresywniejszej polityki podwyżek Fed) główne uderzenie przypadnie na USD/JPY, a dalej na USD/CHF. W przypadku jena dziś dostaliśmy potwierdzenie, że Bank Japonii nie zamierza prędko odchodzić od ekspansywnej polityki – wręcz przeciwnie, gdyż na wrześniowym posiedzeniu pojawił się pierwszy głos za rozszerzeniem ekspansji monetarnej. Na zmianę nastawienia do USD i polityki Fed będą też waluty surowcowe (AUD i NZD, ale nie CAD) oraz waluty rynków wchodzących o wysokich rynkowych stopach procentowych (np. TRY i ZAR). Z tej drugiej grupy może płynąć negatywny impuls także dla złotego, więc podchodzimy sceptycznie do perspektywy umocnienia PLN w średnim terminie.
Norges Bank podejmuje dziś decyzję w sprawie stóp procentowych, ale nie oczekujemy niespodzianki. Ostatnim razem w czerwcu bank prognozował termin pierwszej podwyżki pod koniec 2019 r. Słabszy odczyt sierpniowej inflacji niejako gwarantuje, że bank powstrzyma się od zaostrzenia języka. Przybliżenie terminu podwyżki byłoby impulsem do rajdu korony, jednak Norges Bank raczej chciałby uniknąć podsycania aprecjacji NOK. Zatem po decyzji bardzie prawdopodobne jest podbicie EUR/NOK w górę.
Z innych wydarzeń mamy przemówienia Praeta i Draghiego z ECB. Ostrożny ton jest możliwy, gdyż przecieki z ECB sugerują, że bank nie chce dalej podsycać aprecjacji euro. Z drugiej strony członkowie Rady Prezesów raczej nie powiedzą nic, co mogłoby przekreślić ogłoszenia strategii wygaszania QE na następnym posiedzeniu w październiku, więc szkody dla EUR powinny być ograniczone. Perspektywa normalizacji polityki ECB jest tarczą ochronną dla euro i dlatego EUR/USD nie jest dobrym wehikułem do dyskonta wczorajszych rewelacji Fed.
Cały czas potrzeba kolekcjonerów, pasjonatów sztuki, ludzi, którzy będą chcieli kupić obraz w galerii, a nie obrazek w dużej sieci handlowej – mówią organizatorzy projektu Warsaw by Art. Jednocześnie wyrażają nadzieję, że wpisze się on w kalendarz cyklicznych imprez kulturalnych w stolicy. Wszystkie galerie biorące udział w projekcie w najbliższy weekend będą otwarte w godzinach 11–21, a każda z nich, oprócz wystaw, zaoferuje gościom spotkania z artystami, kuratorami i właścicielami, a także wydarzenia specjalne, takie jak wernisaże, happeningi, projekcje filmów czy dyskusje panelowe.
– Warsaw by Art to tak naprawdę inicjatywa społeczna galerników w Warszawie. Postanowili oni zjednoczyć swoje siły i we wrześniu zorganizować dni otwarte w galeriach. Przez trzy dni od rana do wieczora galerie będą otwarte, oferując wszystkim gościom VIP-owskie traktowanie oraz różne specjalne wydarzenia – spotkania z artystami, otwarte wernisaże, rozmowy z twórcami, projekcje filmowe. W sumie będzie ponad 30 eventów rozłożonych na trzy dni. To wszystko oczywiście nieodpłatnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Krzysztof Pułtorak z Galerii Apteka Sztuki.
– Robimy na przykład brunch z artystami – w sobotę będzie można razem z artystą zjeść drugie śniadanie. Oprócz tego będą filmy, wspólne malowanie obrazów, oprowadzanie kuratorskie po każdej wystawie. Wydajemy specjalny folder, katalog z mapą, z którą będzie można przejść te wszystkie miejsca, żeby niczego nie ominąć i wybrać to, co dla siebie najlepsze – tłumaczy Iwona Pleskot z Galerii Bohema Nowa Sztuka.
Organizatorzy Warsaw by Art wierzą, że ich inicjatywa zainteresuje wielu odbiorców sztuki. Jej celem jest szeroko pojęta promocja sztuki współczesnej oraz budowanie wizerunku Warszawy jako metropolii z bogatą ofertą kulturalną. Wydarzenie ma także pomóc w wypracowaniu modelu współpracy między instytucjami, które na co dzień teoretycznie ze sobą konkurują, i dzięki temu podnosić atrakcyjność stolicy jako dobrego miejsca na prezentację różnorodnej oferty artystycznej. Organizatorzy chcą także budować rynek sztuki, podnosić jego jakość i rozszerzać zasięgu.
– W tej chwili rynek sztuki w Polsce wygląda i dobrze, i źle. Wygląda coraz lepiej – mamy coraz lepsze dane na temat sprzedaży aukcyjnej. Półrocze po półroczu sytuacja się poprawia. Podmioty zajmujące się sztuką zaczynają prężnie funkcjonować, cały czas jest to jednak bardzo hermetyczny rynek. Nam cały czas potrzeba kolekcjonerów, pasjonatów, ludzi, którzy będą chcieli kupić obraz u nas, a nie obrazek w dużej sieci handlowej – mówi Iwona Pleskot.
Warsaw by Art ma się przyczyniać do umacniania zwyczaju odwiedzania galerii i instytucji prezentujących wystawy współczesnych artystów.
Przyznaje, że właściciele galerii bardzo walczą o to, by skupić na sobie uwagę klientów. Sporą rolę odgrywają tu media społecznościowe.
– Kolekcjonerzy trafiają do nas, bo wcześniej zadziałała poczta pantoflowa, Facebook, inne media, natomiast jest nam trudno. Projekt Warsaw by Art ma służyć temu, abyśmy wspólnie mogli wpłynąć na zainteresowanie, żeby odwiedzalność była coraz większa, żeby nam się lepiej pracowało, żebyśmy mogli dotrzeć do szerszego grona i aby nie było to tak hermetyczne, jak jest to w tej chwili – podkreśla Iwona Pleskot.
Z raportu Rynek Sztuki przygotowanego poprzez redakcję serwisu Rynekisztuka.pl wynika, że 2016 rok przyniósł na polskim rynku kilka rekordów aukcyjnych, ale także wiele ważnych wydarzeń wystawienniczych i odkryć artystycznych. Zestawienie najdroższych dzieł ubiegłego roku zdominowały dzieła sztuki współczesnej, chociaż dotychczas większość stanowiły prace historyczne, zwłaszcza z przełomu XIX i XX wieku.
Na szczycie listy najdroższych sprzedanych w Polsce dzieł znalazł się jeden z obrazów z liczonej serii Romana Opałki (2,3 mln zł), „Młyn zimą” Ferdynanda Ruszczyca (1,85 mln zł), a także autoportret Andrzeja Wróblewskiego (1,3 mln zł).
Udział w Warsaw by Art zadeklarowało 20 galerii, w tym galerie Delfiny, Bohema Nowa Sztuka, 101 Projekt, Fibak, PROM Kultury czy Apteka Sztuki. Od 22 do 24 września te placówki będą otwarte w godzinach 11–21.