J. Kurski: Oglądalność opolskiego festiwalu pobiła wszelkie rekordy. To był horror z happy endem

J. Kurski: Oglądalność opolskiego festiwalu pobiła wszelkie rekordy. To był horror z happy endem 1

Festiwal w Opolu okazał się wielkim sukcesem – ocenił prezes Telewizji Polskiej Jacek Kurski. Tegoroczny Festiwal Polskiej Piosenki mimo dużej konkurencji komercyjnych stacji przyciągnął w weekend przed telewizory największą liczbę widzów. I to mimo obaw, że wrześniowy termin będzie mniej atrakcyjny niż czerwcowy. Jacek Kurski podziękował artystom za to, że „nie dali się skłonić do bojkotu” i upolitycznienia festiwalu. 

– Oglądalność pobiła wszelkie rekordy i wszelkie oczekiwania. Mieliśmy obawy, że wrześniowy termin, atmosfera pewnego hejtu plus konkurencja premierowych serii w jesiennej ramówce konkurencyjnych, komercyjnych stacji przełożą się na słabszą oglądalność. Tymczasem okazało się, że zarówno w piątek, sobotę, jak i w niedzielę Jedynka pobiła konkurencję – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kurski, prezes Telewizji Polskiej S.A.

Według danych Nielsen Audience Measurement w piątek 15 września festiwal piosenki w Opolu obejrzało przez telewizorami 2,4 mln widzów (udział 22,7 proc.). Natomiast w sobotę i niedzielę koncerty w opolskim amfiteatrze oglądało odpowiednio 1,7 mln (15,9 proc.) oraz 2,1 mln (18,3 proc.) widzów. Hitem okazał się koncert Maryli Rodowicz, który w trakcie weekendu był najchętniej oglądanym programem spośród wszystkich stacji telewizyjnych. Według Nielsena jubileusz 50-lecia kariery estradowej piosenkarki śledziło w TVP1 3,5 mln osób, choć – według prezesa stacji Jacka Kurskiego – są to znacznie zaniżone statystyki.

– W piątek w szczytowym momencie Marylę Rodowicz oglądało 5,5 mln ludzi. „Premiery” w sobotę obejrzało 3,8 mln widzów, a koncert „Od Opola do Opola” w czasie wykonu Margaret – 4,4 mln. To są niebotyczne, olbrzymie liczby, które pokazują, że Polacy chcieli tego festiwalu i czekali na niego, nawet w opóźnionym terminie. Dzisiaj możemy być dumni z tego, że podjęliśmy decyzję o uratowaniu tego fenomenu polskiej kultury – mówi Jacek Kurski.

54. Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu miał do pokonania dużą konkurencję. Przesunięcie terminu festiwalu z czerwca na wrzesień spowodowało, że był on nadawany równolegle z nowym serialem Polsatu czy kolejną edycją show „Mam Talent” w TVN.

Na wczorajszej konferencji prezes TVP Jacek Kurski podsumował wyniki oglądalności i ocenił, że festiwal w Opolu zakończył się wielkim sukcesem – zarówno pod względem organizacyjnym, jak i artystycznym. Podziękował też ponad setce artystów, którzy wstąpili na deskach opolskiego amfiteatru za to, „że nie dali się skłonić do bojkotu” i wciągnąć w próby upolitycznienia festiwalu.

– Od strony finansowej koszty festiwalu będą podobne lub minimalnie niższe niż w czerwcu. Wydałem taką dyspozycję służbom konstruującym budżet, żeby całość nie wyszła drożej. Od strony organizacyjnej też udało się fantastycznie, natomiast jest pewna zmienna, na którą nie mamy wpływu – to jest pogoda, deszcz i zimno. Było 9–10 stopni i ulewa. Bilety na koncert Maryli Rodowicz były sprzedane w 90 proc., w 75 proc. na sobotę i prawie w 70 proc. na niedzielę, a więc określona liczba osób podjęła w tych warunkach atmosferycznych decyzję o tym, żeby wyjść wcześniej albo w ogóle nie przyjść. Telewizja odpowiada za oglądalność tam, gdzie nie pada i nie jest zimno, czyli przed telewizorami i tam była ona fantastyczna. To jest dla nas wyznacznik – podkreśla Jacek Kurski.

Prezes TVP poinformował również, że otrzymuje pierwsze sygnały świadczące o tym, że Opole chce wrócić do współpracy jako współorganizator Festiwalu Polskiej Piosenki. Jednocześnie zaznaczył, że Telewizja Polska jest otwarta na współpracę, choć pokazała, że „sama też jest w stanie zorganizować bardzo dobry festiwal”.

Mam sygnały od osób, które tworzyły artystycznie ten festiwal, że jest takie zainteresowanie. Potrzeba teraz pewnej refleksji, żeby opadł kurz i żebyśmy nabrali dystansu do zdarzeń od maja do września, do tego horroru z happy endem. Musimy ustanowić taki rodzaj współpracy, który będzie optymalny i dla polskiej kultury, i dla telewizji, telewidzów, i dla Opola – mówi Jacek Kurski.

W ocenie prezesa TVP formuła festiwalu w Opolu nie wymaga większych zmian. W przyszłości należałoby jednak rozważyć zadaszenie amfiteatru, żeby uniezależnić festiwal i publiczność od warunków pogodowych.

Nie wiem, czy da się to zrobić w rok, ale przydałoby się zadaszenie. To nie jest wielki amfiteatr i wydaje się, że nie jest to wielka inwestycja, żeby uniezależnić się od deszczu – mówi Jacek Kurski.

ZUS zawiera coraz więcej układów ratalnych z zadłużonymi przedsiębiorcami. W I połowie 2017 roku rozpatrzył pozytywnie ponad 26 tys. wniosków

ZUS zawiera coraz więcej układów ratalnych z zadłużonymi przedsiębiorcami. W I połowie 2017 roku rozpatrzył pozytywnie ponad 26 tys. wniosków 2

Zakład Ubezpieczeń Społecznych pomaga przedsiębiorcom, którzy mają problem z terminowym opłacaniem składek. W II półroczu 2016 roku liczba płatników spłacających zadłużenie w ramach układu ratalnego wzrosła o 3 663, a w I połowie 2017 roku  o 16 656 płatników. ZUS może też odroczyć termin płatności składek albo je umorzyć. W razie problemów z terminowym opłacaniem składek lepiej nie unikać kontaktu z ZUS. Konsekwencje mogą być poważne, a można ich uniknąć.

– Przedsiębiorcy, którzy mają nieuregulowane należności z tytułu składek, mogą się ubiegać o tzw. układ ratalny. Może wówczas nastąpić rozłożenie tych zobowiązań na dłuższy okres, z ograniczeniem wysokości odsetek za zwłokę w spłacie, co ułatwia wywiązanie się z nich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Kozłowski z Pracodawców RP.

W roku 2016 wpłynęło do ZUS 67 565 wniosków o rozłożenie należności na raty. Oddziały ZUS rozpatrzyły pozytywnie 42 901 wniosków. Natomiast w pierwszym półroczu 2017 r.  było 34 362 takich wniosków, a ZUS rozpatrzył pozytywnie 26 691.

Na raty ZUS może rozłożyć zadłużenie, jeśli dotyczy ono składek za osobę prowadzącą działalność gospodarczą, ale również zatrudnionych pracowników. Przedsiębiorcy, którzy mają problemy z płynnością finansową, mogą też skorzystać z drugiej ulgi proponowanej przez ZUS, czyli z odroczenia terminu płatności składek. Tak jak w przypadku rozłożenia należności na raty, uldze podlegają obecnie również składki finansowane przez ubezpieczonych niebędących płatnikami. Jak wskazuje Łukasz Kozłowski, można zauważyć, że ZUS stara się iść na rękę zadłużonym przedsiębiorcom.

– W ciągu roku o 67 proc. zwiększyła się liczba uznanych wniosków o układ ratalny, a wartość długu, który został rozłożony na raty, wzrosła aż o 181 proc., do 3 mld zł w 2016 roku. Jeśli firma ma kłopoty finansowe i narastające zadłużenie z tytułu niezapłaconych składek, jest to opcja, z której warto skorzystać –przekonuje przedstawiciel Pracodawców RP.

O rozłożenie zadłużenia na raty mogą się ubiegać nie tylko osoby prowadzące własną działalność, lecz także te, które już ją zawiesiły, lub te, na które została przeniesiona odpowiedzialność za zobowiązania, np. w drodze spadku.

 Dla składek przyszłych, czyli takich, których termin jeszcze nie upłynął, przewidziano możliwość odroczenia terminu ich płatności, maksymalnie o kilka miesięcy. Zarówno odroczeniem, jak i rozłożeniem na raty zaległości składkowych można objąć całość należności, czyli składki finansowane przez płatnika i przez osoby ubezpieczone – przypomina Agnieszka Jakubiec.

ZUS może również umorzyć należności z tytułu składek. Jest to jednak rozwiązanie wyjątkowe i stosowane niemal wyłącznie wtedy, gdy należności są całkowicie nieściągalne. Co więcej można umorzyć tylko należności dotyczące osób prowadzących działalność gospodarczą, natomiast w przypadku składek za pracowników – tylko w tej części, która jest finansowana ze środków przedsiębiorcy.

– Składki za zatrudnianych pracowników lub inne osoby ubezpieczone mogą być umorzone tylko w przypadku stwierdzenia przez ZUS braku możliwości ich odzyskania nawet w ramach postępowania egzekucyjnego. Składki, które finansują sami pracownicy, a które płatnik powinien odprowadzać do ZUS, nie mogą być umorzone – podkreśla Agnieszka Jakubiec z Departamentu Realizacji Dochodów w Centrali ZUS. – W przypadku trudności z zapłatą składek warto się umówić na spotkanie z doradcą ds. ulg i umorzeń, który pomoże załatwić wszystkie formalności.

Część przedsiębiorców w przypadku zadłużenia unika kontaktu z ZUS, bo obawia się konsekwencji. Aby pomóc takim osobom, we wszystkich oddziałach ZUS są doradcy ds. ulg i umorzeń. Pomagają oni znaleźć optymalne rozwiązanie. Brak kontaktu z Zakładem może mieć poważne konsekwencje. W pierwszej kolejności może on wszcząć postępowanie w sprawie zapłaty wszystkich zaległych składek. Płatnik, który złośliwie lub uporczywie narusza prawa pracownika wynikające ze stosunku pracy lub ubezpieczenia społecznego, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch. 

– Długotrwałe niepłacenie składek na ubezpieczenia społeczne pracownika może być traktowane przez niego jako naruszenie jego podstawowych praw, a jednoczenie naruszenie przez pracodawcę jego podstawowych obowiązków – podkreśla Michał Kibil, adwokat z Kancelarii Adwokackiej Michał Kibil.

Nowe technologie zmieniają branżę zakupową. Firmy mogą dzięki temu znacząco obniżyć koszty

Nowe technologie zmieniają branżę zakupową. Firmy mogą dzięki temu znacząco obniżyć koszty 3

Usprawnienie procesów zakupowych pozwala firmie zaoszczędzić kilkanaście procent kosztów. Dlatego menadżerowie przykładają do tego obszaru coraz większą wagę i równolegle z Przemysłem 4.0 rozwija się idea Zakupów 4.0. Ostatni trend to wykorzystanie analityki big data i nowych technologii, które pozwalają zoptymalizować zakupy i obniżyć ich koszty. Przykładem mogą być maszyny vendingowe, np. z odzieżą roboczą, działające jak automaty z napojami, które połączone z siecią same wysyłają do dostawcy informację o tym, że wymagają uzupełnienia.

Nowe technologie mają duży wpływ na branżę zakupową. Przyspieszają i pozwalają na automatyzację procesów zakupowych. To ważne, ponieważ w dobie coraz krótszych cyklów życia i coraz większej liczby wariantów poszczególnych produktów bez automatyzacji procesów zakupowych zarządzanie nimi byłoby praktycznie niemożliwe. Automatyzacja procesów ma również wpływ na możliwość komunikacji z dostawcami globalnymi. Gdziekolwiek oni się mieszczą, można w dosyć łatwy i przystępny sposób się z nimi komunikować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Gonsior, partner OptiBuy.

Ekspert prognozuje, że procesy zakupowe będą coraz ważniejsze dla sprawnego funkcjonowania przedsiębiorstw. Wynika to z coraz większego podziału łańcucha dostaw i coraz krótszego cyklu życia produktów. Sprawne zarządzanie obszarem zakupów w firmie nie obejdzie się bez automatyzacji i wykorzystania technologii.

Cyfryzacja w branży zakupów nabrała tempa w ostatnich kilku latach. Z moich obserwacji wynika, że lata 90. były okresem rozwoju systemów ERP, z kolei po 2000 roku bardzo silnie rozwijały się systemy sprzedażowe, systemy CRM. Ostatnich kilka lat to czas szybkiego rozwoju systemów zakupowych – mówi Mateusz Borowiecki, prezes OptiBuy, świadczącej usługi analizy i doradztwa zakupowego dla firm.

Optymalizacja procesów zakupowych pozwala firmie zaoszczędzić duże kwoty. Z globalnego badania Deloitte wynika, że właśnie redukcja kosztów jest celem, który przyświeca większości szefów działów zakupów. Wysoko na liście priorytetów znajduje się też wdrażanie nowoczesnych technologii. Andrzej Zawistowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Menedżerów Logistyki i Zakupów, wskazuje, że na branżę zakupową bardzo duży wpływ ma cyfryzacja.

– W tej chwili mówimy bardzo dużo o przemyśle 4.0. Te wszystkie nowe technologie, które wchodzą do przemysłu i gospodarki, mają też bezpośredni wpływ na procesy zakupowe. Dlatego równolegle mówimy o zakupach 4.0 – mówi Andrzej Zawistowski.

Dobrym przykładem technologii, która wpływa na obszar zakupów, są bardzo popularne w krajach zachodnioeuropejskich maszyny vendingowe, które można spotkać na ulicy, w metrze, w biurach czy przejściach podziemnych. Zamiast wydawać coca-colę czy batoniki, taka maszyna może też dystrybuować np. odzież ochronną, kaski, rękawice, narzędzia skrawające czy materiały ścierne. Zamiast chodzić do magazynku, pracownicy mogą pobierać niezbędny sprzęt z automatu.

Dzięki połączeniu z siecią maszyna sama komunikuje się z dostawcą. Informuje go, kiedy poziom zaopatrzenia osiągnie minimalny poziom. Wysyła sygnał, a dostawca przywozi towar i uzupełnia maszynę. To powoduje, że po stronie zakupów nie ma zamówienia, indywidualnej faktury czy dostawy, którą trzeba przyjąć na magazyn, więc jest to ogromna oszczędność kosztów operacyjnych. Jednak te maszyny, na Zachodzie stosowane powszechnie w biznesie, w Polsce ciągle traktowane jest bardziej jako technologia konsumencka, a nie przemysłowa – mówi Andrzej Zawistowski.

Maszyny vendingowe to przykład wykorzystania technologii w celu uproszczenia i obniżenia kosztów zamówień. Dodatkowy bonus to usprawnienie procesów operacyjnych w zakładzie pracy. Prezes zarządu firmy OptiBuy wskazuje, że jedną z kluczowych dla branży zakupowej jest też analityka big data. Potwierdzają to globalne badania Deloitte – zdaniem 65 proc. ankietowanych dyrektorów działów zakupów w kolejnych dwóch latach to właśnie te rozwiązania będą miały największy wpływ na branżę. W perspektywie kolejnych pięciu lat oczekują jednak wzrostu znaczenia automatyki i robotyki procesowej.

Dotychczas firmy miały w swoich zasobach dane w systemach finansowo-księgowych. Co za tym idzie, pod względem jakości i ilości te dane były mocno ograniczone w stosunku do tego, czym dysponujemy dziś. Wraz z pojawieniem się big data, oprogramowanie umożliwiło nam analizę nie tylko dotychczasowej historii współpracy z dostawcami, lecz także danych z wywiadowni gospodarczych czy analizę ryzyka związanego z dostawcami. Połączenie tych źródeł danych spowoduje, że klienci będą wiedzieć dużo więcej na temat swoich dostawców. To dzieje się już dzisiaj – mówi Mateusz Borowiecki.

Rosnące znaczenie działów zakupów w firmach oraz rola nowych technologii w tej branży będą dominującym tematem PROCON/POLZAK 2017, największej konferencji dla branży zakupowej w Polsce. Kilkuset przedstawicieli działów zakupów i ekspertów będzie przez dwa dni – 17 i 18 października – dyskutować o koncepcji Zakupy 4.0.

Minister infrastruktury: Trzeba zachęcać społeczeństwo do korzystania z transportu zbiorowego. To wymaga sporo inwestycji

Minister infrastruktury: Trzeba zachęcać społeczeństwo do korzystania z transportu zbiorowego. To wymaga sporo inwestycji 4

Zrównoważony transport to łatwiejsze, bezpieczniejsze i bardziej przyjazne dla środowiska podróże – podkreśla Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury i budownictwa. To jednak wymaga jeszcze wiele inwestycji, m.in. w parkingi Park & Ride czy nowy, niskoemisyjny tabor. Zrównoważony transport to również rozwiązania z zakresu ekonomii współdzielenia, które skłaniają mieszkańców do zostawienia swoich aut w garażach. W tym roku „Mobilność czysta, współdzielona i inteligentna” jest motywem przewodnim Europejskiego Tygodnia Zrównoważonego Transportu, który trwa od 16 do 22 września.

 Każdego dnia planujemy podróże – do pracy, na wczasy, służbowe. Każdego dnia najczęściej wybieramy swój samochód, osobowy czy służbowy. Warto docenić podróż innymi środkami transportu: pociągi, tramwaje i autobusy są w stanie dowieźć nas do celu. Będzie łatwiej i korzystniej dla otoczenia, lepiej dla środowiska i bezpieczniej dla nas samych, podróż innych również będzie przez to bezpieczniejsza i łatwiejsza podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury i budownictwa.

W tym roku Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu promuje m.in. mobilność współdzieloną, czyli opartą na czasowym korzystaniu z produktów lub usług dostarczanych głównie przez osoby prywatne. W takiej formule działają m.in. systemy carsharingowe – doświadczenia europejskich miast pokazują, że jedno auto w takim systemie może zastąpić kilkanaście pojazdów prywatnych. Po dołączeniu do usługi 25 proc. użytkowników rezygnuje z zakupu własnego pojazdu i jeździ o 44 proc. mniej niż przeciętny kierowca. System carsharing oferuje już kilka największych miast w Polsce. W ofercie związanej z wynajmem pojazdów na minuty znajdują się również skutery czy rowery.

Eksperci podkreślają, że tego typu systemy przynoszą wymierne korzyści społeczne. Dzięki temu korki w miastach są mniejsze, a powietrze czystsze. Dlatego prognozują ich dalszy dynamiczny rozwój. Tym bardziej że tworzeniu mobilności współdzielonej sprzyja technologia – nowoczesne platformy pomagają łączyć dostawców produktów i usług z osobami zainteresowanymi skorzystaniem z nich.

 Chciałbym, żeby zrównoważony transport był naszym udziałem przez 52 tygodnie i 365 dni w roku. Żeby nie była to tylko tygodniowa inicjatywa, ale coś, co wejdzie nam już w nawyk, pozwoli łatwiej, bezpieczniej i przyjaźniej dla środowiska przemieszczać się w ruchu miejskim – podkreśla Andrzej Adamczyk.

W Polsce transport odpowiada za około 13 proc. emisji gazów cieplarnianych, ale jego udział w emisji szkodliwych zanieczyszczeń, szczególnie w miastach i poza sezonem grzewczym, jest już znaczący i w niektórych przypadkach osiąga nawet poziom 60 proc. emisji zanieczyszczeń powietrza.

Zmniejszenie ruchu samochodowego w centrach miast i zachęcanie mieszkańców do korzystania z alternatywnych środków, autobusów, tramwajów, metra czy rowerów, mogą się więc przyczynić do ograniczenia smogu. Redukcja szkodliwych emisji jest też możliwa dzięki wymianie taboru na niskoemisyjny, w co inwestuje już coraz więcej polskich miast. Bardziej ekologiczne powinny być też samochody prywatne, ciężarówki i taksówki.

Zrównoważony transport to cel, do którego zmierzają samorządy. Na tym etapie trudno mówić o doskonałości. Brakuje nam przede wszystkim parkingów Park & Ride na obrzeżach miast, na których możemy pozostawiać swoje samochody i przesiadać się do środków transportu zbiorowego – wskazuje minister infrastruktury. – Struktura komunikacji w miastach musi być dostosowana do tego, aby zachęcać społeczeństwo do korzystania z transportu zbiorowego. To jest możliwe, tak już się dzieje, niemniej jednak sporo jeszcze przed nami w zakresie inwestycji, w zakresie konkretnych rozwiązań komunikacyjnych.

Od 2002 roku organizowany jest Europejski Tydzień Zrównoważonego Transportu, który ma zachęcić mieszkańców Polski do korzystania ze środków transportu stanowiących alternatywę dla samochodu. W ponad połowie miast, które uczestniczą w akcji, wprowadzono trwałe rozwiązania związane ze zrównoważonym transportem, np. obniżono ceny biletów, otwarto nowe linie tramwajowe, powstały ścieżki rowerowe, nowe strefy dla pieszych, czy miejskie systemy wypożyczania rowerów publicznych. Na zakończenie tygodnia organizowany jest Dzień bez Samochodu, podczas którego wyznaczane są strefy wyłącznie dla pieszych, rowerów i transportu publicznego. W 2016 roku wzięły w nim udział 953 miasta.

4Mobility rozpoczyna publiczną emisję akcji

Spółka 4Mobility przechodzi do kolejnej fazy rozwoju. Po etapie organicznego wzrostu, dzięki któremu udało jej się zbudować portfel klientów oraz silną pozycję na rynku, także pod względem partnerstw, przyszedł czas na dynamiczny wzrost.

– Najbliższe półrocze to czas, kiedy realizowanych będzie wiele projektów. Dlatego też spółka postanowiła zrealizować pierwszą emisję publiczną akcji – powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Błaszczak, założyciel 4Mobility – Jej wysokość wyniesie do 2,5 mln euro. Celem jest pozyskanie odpowiednich środków na przejście do kolejnego etapu rozwoju. Z tej puli 80 proc. zostanie przeznaczone na pokrycie operacyjnych kosztów rozwoju przedsięwzięcia, które wiążą się z powiększaniem floty, infrastruktury oraz wejściem na rynek w kolejnych miastach. Pozostałe kwestie ważne dla spółki to wymagające rozwoju technologie, na co również zostaną przeznaczone środki. Około 5-10 proc. pozyskanych funduszy pokryje koszty budowania kanałów sprzedaży, co dla świadczących detaliczne usługi masowe jest także ważnym elementem rozwoju. Pomysł emisji publicznej akcji zrodził się jednak nie tylko z potrzeby dodatkowych środków, ale też w skutek dużego zainteresowania usługą car sharing wśród inwestorów. To jednocześnie możliwość dla użytkowników, aby stali się udziałowcami spółki – dodał Błaszczak.

Już co trzeci polski rodzic rozmawia z dzieckiem o finansach, ale co sam o nich wie?

„Oszczędzaj i ucz oszczędzać” – dzisiejsi trzydziesto- i czterdziestolatkowie mogą pamiętać to hasło ze szkoły, gdy odkładali pieniądze w Szkolnych Kasach Oszczędności. Kiedyś była to właściwie jedyna forma edukacji finansowej kierowana do dzieci. Dziś tych możliwości jest już znacznie więcej. Ale co właściwie nasze dzieci wiedzą o finansach i czy rodzice są dla nich odpowiednim źródłem wiedzy? Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 63 proc. Polaków uważa swoją wiedzę finansową za wystarczającą, ale jednocześnie wielu z nas nie potrafi realnie oszacować kosztów wynikających z różnych sytuacji życiowych.

Co trzeci Polak (37 proc.) rozmawia z dziećmi o finansach, a 58 proc. zachęca je do oszczędzania. Jedna piąta nie robi jednak zupełnie nic w kwestii edukacji finansowej swoich pociech. Te wyniki nie napawają optymizmem, a piętnaście-dwadzieścia lat temu było jeszcze gorzej. Jedynie 18 proc. z nas pamięta, że rodzice rozmawiali z nami o finansach, a 41 proc. było przez nich zachęcanych do oszczędzania. Jedna czwarta w ogóle nie poruszała kwestii pieniędzy z rozmowach z rodzicami. – Te deklaracje pokazują, że zarówno w przeszłości, jak i obecnie rodzice chcieliby, by ich dzieci odkładały pieniądze, ale znacznie mniej osób zdobywa się na wysiłek, by edukować je w zakresie finansów. Wygląda więc na to, że oczekujemy od najmłodszych racjonalnych postaw, ale jednocześnie nie dajemy im chociażby teoretycznej podstawy – mówi Michał Nestorowicz, Dyrektor ds. Badań i Analiz w Nationale-Nederlanden.

Co ciekawe, rodzice w wieku 40-50 lat, z uwagi na to, że posiadają starsze dzieci, bardziej angażują je w sprawy finansowe, zachęcają do oszczędzania i regularnie dają im kieszonkowe. Z kolei rodzice z pokolenia trzydziestolatków nieco częściej niż w pozostałych grupach wiekowych rozmawiają z dziećmi na tematy związane z finansami i budżetem domowym.

Nie jest tak dobrze, jak myślimy

Ciekawe jest również to, jak Polacy oceniają swoją wiedzę finansową. Za wystarczającą uważa ją prawie dwie trzecie respondentów (63 proc.). Najlepiej w tym względzie postrzegają siebie trzydziesto- i czterdziestolatkowie, częściej mężczyźni niż kobiety. A jak wygląda rzeczywistość? W obejmującym trzydzieści krajów badaniu poziomu świadomości finansowej przygotowanym przez OECD Polacy znaleźli się na ostatnim miejscu. Tylko 32 proc. ustawia sobie długoterminowe cele finansowe i dąży do ich realizacji.

Potwierdza to badanie Nationale-Nederlanden. Jedna czwarta Polaków uważa, że ogólne koszty (wydatki na prywatną opiekę medyczną, koszty leków, rehabilitacja, ewentualne utracone dochody), jakie pociąga zachorowanie na raka mieszczą się w kwocie do tysiąca złotych. Tę samą sumę wskazało 15 proc. badanych pytanych o wydatki związane z wystąpieniem zawału serca. – Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Wizyta prywatna u specjalisty to koszt od 150 do 250 zł, nie wspominając o kosztach badań, jak chociażby tomografia komputerowa czy rezonans magnetyczny – mówi Michał Nestorowicz. Suma łącznych wydatków ponoszonych w przypadku zachorowania na nowotwór to według Polaków średnio 5 tys. zł. Jednocześnie koszty, które trzeba ponieść w przypadku uszkodzenia samochodu w wypadku samochodowym, wyceniają średnio na 10 tys. zł. Z kolei ich zdaniem start dziecka w dorosłość, bez kosztów edukacji, to wydatek rzędu średnio 15 tys. zł, a przeciętne wydatki na emeryturze zamykają się według Polaków w sumie 2 tys. zł miesięcznie.

Przykład idzie z góry

Polacy posługują się mitami w swoich opiniach o ubezpieczeniu. Pytani o to, jaką część budżetu domowego może pochłonąć indywidualne ubezpieczenie na życie, około 25 proc. respondentów odpowiedziało, że składka musi być droga i wynosić ponad 100 zł miesięcznie. Z kolei jedna trzecia ankietowanych w ogóle nie potrafi określić jej wysokości. – Polacy są wciąż przekonani, że takie ubezpieczenie jest drogie i się nie opłaca lub po prostu nie myślą o tym. Ich wiedza na temat ubezpieczeń jest ciągle bardzo mała. Nie wiemy więc nie tylko ile ubezpieczenia kosztują, ale też co można na nich zyskać – mówi Anna Hełka, Psycholog społeczna z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego.

Przykład ubezpieczeń pokazuje, że z edukacją finansową Polaków nie jest więc najlepiej. Tymczasem pozwala nam ona nie tylko na co dzień w lepszy sposób gospodarować domowym budżetem, ale również zabezpieczyć się przed nieprzewidzianymi sytuacjami losowymi. Podnoszenie poziomu edukacji finansowej jest nie tylko w naszym interesie, ale również najmłodszych. Zdaniem specjalistów powielają one bowiem zazwyczaj w dorosłym życiu model, który znają z domu. – Gdy rodzice nadmiernie zadłużają się, wielce prawdopodobne jest, że dzieci będą robić to samo. Jeżeli jednak zadbamy o przyszłość najbliższych, chociażby poprzez oszczędzanie czy też wykupienie ubezpieczenia, które wesprze naszą rodzinę na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń, to pokażemy dzieciom, że nasza edukacja finansowa to nie tylko deklaracje – podsumowuje Michał Nestorowicz.

Rocznie na drogach ginie blisko 300 rowerzystów, a ponad 4 tys. z nich jest rannych

Zgodnie z polskimi przepisami, w razie wyprzedzania roweru, należy zachować minimum metr odstępu. Włosi rozważają właśnie wprowadzenie półtorametrowej odległości. Według eksperta, Bartłomieja Morzyckiego, w Polsce nie trzeba zwiększać wymaganego dystansu. Musimy tylko zacząć stosować się do obowiązującego już nakazu. Aż dwie trzecie wypadków z udziałem rowerzystów powstaje właśnie z winy kierowców.

 

Jak wynika z danych Komendy Głównej Policji, w sumie w ubiegłym roku w całej Polsce rowerzyści uczestniczyli w 4737 wypadkach drogowych. 271 z nich zginęło. Rannych było ponad 4298 osób, 4276 kierujących rowerami i 22 pasażerów. W porównaniu do 2015 roku, liczba wypadków z udziałem rowerzystów wzrosła o 103 zdarzenia, tj. o 2,2%. Zdaniem eksperta ze stowarzyszenia działającego na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego, jedną z głównych przyczyn tragedii jest nieprawidłowe wyprzedzanie rowerów przez kierowców. Za to, na obecną chwilę, grozi im mandat w wysokości 300 zł.

– W Polsce przeprowadzono już wiele kampanii edukacyjnych, które apelowały do kierowców o to, żeby zachowali 1,5 m odległości od mijanych rowerzystów. Dokładnie tyle, ile chcą teraz wprowadzić Włosi. Oczywiście można to usankcjonować. Ale gdyby wszyscy polscy kierowcy respektowali przynajmniej ten 1 metr, który teraz obowiązuje, to nie dochodziłoby do wielu tego typu tragedii. Problemem nie są więc złe przepisy, tylko nieprzestrzeganie ich przez naszych kierowców ¬– mówi Bartłomiej Morzycki, Prezes Zarządu Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego.

Jak podkreśla ekspert, sankcja jest tylko jednym z elementów budowania bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Oczywiście im wyższe będą kary za nieprzestrzeganie przepisów, tym więcej kierowców zacznie uważać przy mijaniu rowerzystów. A przynajmniej taką można mieć nadzieję. Jednak Prezes Zarządu Partnerstwa Dla Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego nie wierzy w to, że gdy podniesiemy wysokość mandatu, np. do 400 czy 500 zł, to zmienią się zwyczaje polskich kierowców.

– Uważam, że zwiększenie minimalnej odległości przy mijaniu rowerzystów nie zlikwiduje problemu. Ludzie po prostu muszą odpowiedzialnie się zachowywać i myśleć na drodze. To jest najważniejsze. Trzeba być skupionym i patrzeć na innych, a nie tylko egoistycznie starać się jak najszybciej dojechać do celu. Jeżeli jako kierowca prawidłowo wyprzedzam rowerzystę, to nie po to żeby uniknąć kilkuset złotych mandatu. Nie chcę zabić ani uszkodzić człowieka. Rośnie ruch rowerowy w miastach, więc wszyscy musimy wzajemnie siebie tolerować i szanować na jezdni – podsumowuje Bartłomiej Morzycki.

Rynki na fali przecieków

Chwilowe przetasowanie sentymentu na rynku walutowym zapewniły najnowsze przecieki z Rady Prezesów ECB, która obecnie jest mocno podzielona w sprawie potencjalnych implikacji szybkiej aprecjacji euro. Na pierwszym planie znalazły się wzmianki dotyczące wyraźnego sprzeciwu ustanowienia jasno sprecyzowanego końca QE w trakcie październikowego posiedzenia oraz przesunięcia części kwestii związanych z luzowaniem na ostatnie spotkanie w 2017 roku, co potwierdza nieco zlekceważone przez rynek wzmianki prezesa Banku Finlandii Erkki Liikanena. Swoje pięć minut miał również funt szterling, którego chwilowym motorem wzrostu okazały się być doniesienia o planowanej rezygnacji Borisa Johnsona, ministra spraw zagranicznych w gabinecie Theresy May.

Na zmianę parametrów prowadzonej polityki zdecydował się Narodowy Bank Węgier, który ściął stopę depozytową do poziomu -0,15 proc. Z późniejszych wypowiedzi Mártona Nagy, wiceprezesa MNB, należy domniemywać, że decydenci biorą pod uwagę kolejną obniżkę instrumentu. Na poprzednio obowiązującym poziomie pozostała główna stopa benchmarkowa wynosząca 0,90 proc.

W Europie Środkowo-Wschodniej uwagę zwróciła fenomenalna produkcja przemysłowa z Polski, której roczna dynamika przyspieszyła do 8,8 proc. (konsensus: 5,9 proc., TMS Brokers: 6,8 proc.). W dekompozycji przedstawionej przez GUS uwagę zwracają świetne nastroje w sektorze wytwórstwa dóbr z metali, a także te panujące wśród producentów samochodów czy napojów. Możliwość osiągnięcia jeszcze lepszego wyniku ograniczyło górnictwo, bowiem odnotowano wyraźny spadek wydobycia węgla. Powyżej oczekiwań znalazły się również wskazania sprzedaży detalicznej, która w ujęciu rok do roku odnotowała skok rzędu 7,6 proc. (konsensus: 7,1 proc.). Dzisiejsze dane istotnie zaważą na szacunkach wzrostu gospodarczego za III kwartał. Według sporządzonego przez nas modelu nowcastowego spodziewamy się, że przy podtrzymaniu obecnych trendów roczna dynamika PKB dotknie poziomu 4,3 proc.

Na poprawę nastrojów w niemieckiej gospodarce wskazał indeks ZEW, który plasując się na poziomie 87,9 pkt okrył cieniem mało pozytywne oczekiwania uczestników rynku (86,2 pkt). Naszym zdaniem dość niska mediana prognoz była spowodowana napływem dość rozczarowujących szacunków dotyczących produkcji przemysłowej czy zamówień na nowe maszyny. Na uwagę zasługuje wyraźny skok oceny perspektyw, który wymazał sierpniowe załamanie (17,0 pkt, poprzednio: 10,0 pkt).

W gronie walut G10 najsilniejszą skalę umocnienia wobec amerykańskiej waluty odnotowało kiwi (0,7 proc.), który w trakcie dzisiejszej sesji przeszło obojętnie wobec wyników aukcji mleka. Nocna publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia RBA nie uderzyła w siłę dolara australijskiego (0,6 proc.) okrywającego dość mizerne zwyżki norweskiej korony (0,3 proc.) czy euro (0,2 proc.). W lekkim odwrocie znajdują się bezpieczne przystanie – na przestrzeni dnia szwajcarski frank osłabił się 0,2 proc., dystansując się tym samym od 0,1 proc. deprecjacji japońskiego jena.

Niekwestionowanym królem walut Emerging Markets pozostaje węgierski forint, który stanowi przeciwwagę dla dzisiejszej przeceny południowokoreańskiego wona (-0,4 proc.), rosyjskiego rubla (-0,4 proc.) czy południowoafrykańskiego randa (-0,2 proc.). Jego 0,7 proc. zwyżkę próbuje gonić polski złoty (0,5 proc.), który spycha kurs USD/PLN do poziomu 3,5730. Na koniec dnia EUR/PLN balansuje przy 4,2800, GBP/PLN przy 4,2820, a CHF/PLN schodzi do 3,7080.

Wtorek na europejskich parkietach zakończył się stosunkowo skromnymi wzrostami. Blisko poziomów z wczorajszego zamknięcia balansował frankfurcki DAX (0,0 proc.), którego gwiazdą był Deutsche Telekom (3,1 proc.) planujący finalizację przecięcia amerykańskiego operatora Sprint. Nieco niżej znalazły się walory Lufthansy zyskującej na przestrzeni dnia 2,0 proc. Zwyżkę lotniczego giganta podbudowała nowa strategia Eurowings dotycząca zwiększenia częstotliwości lotów długodystansowych, co należy traktować jako następstwo posunięć Air Berlin. Na podstawie komunikatu spółki-córki należy oczekiwać, że obłożenie tego typu lotów będzie ponadprzeciętnie wysokie, co potwierdzają wstępne rezerwacje biletów. Nieco niżej znalazł się ProSiebenSat.1 (1,8 proc.), który na swoim horyzoncie ma dziesięć scenariuszy przejęć.

W Londynie uwagę inwestorów zwracały Marks&Spencer (3,5 proc.), IAG (2,6 proc.) oraz Sainsbury (2,5 proc.), czyli trzy najsilniej rosnące spółki indeksu FTSE 100 (0,3 proc.). Wpływ ich dzisiejszej zwyżki wyraźnie ograniczyły niedźwiedzie nastroje inwestorów TUI po wczorajszych doniesieniach Die Hannoversche Allgemeine Zeitung w sprawie koniecznej redukcji kosztów na poziomie 30 mln EUR przez TUIfly.

Koniec notowań przy Książęcej stał pod znakiem utrzymania się przez indeks WIG 20 (0,0 proc.) powyżej okrągłego poziomu 2 500 pkt. Na czele rodzimych gigantów znalazł się Alior Bank (4,2 proc.) za sprawą wyraźnego podbicia wolumenu (588% średniej z ostatnich trzech miesięcy), do czego przyczyniły się trzy potężne transakcje opiewające na milion akcji. Zdecydowanie mniej pokaźną zwyżkę mają za sobą PKO Bank Polski (1,4 proc.) oraz CCC (1,3 proc.) rejestrujące w KDPW akcje serii H. Na dnie zestawienia pojawił się Orlen (-1,5 proc.), który poinformował o zapisie 1 188 inwestorów na 4,3 mln obligacji detalicznych o wartości nominalnej 100 PLN każda.

Na rynku metali szlachetnych niezbyt pozytywnymi nastrojami może pochwalić się pallad, który na przestrzeni dnia tanieje 2,8 proc. Obecnie blisko kreski plasują się złoto (0,0 proc.) oraz srebro (0,1 proc.). Obecnie uncje ostatnich dwóch kruszców balansują przy poziomach 1 307,20 USD oraz 17,23 USD. W gronie płodów rolnych niezbyt optymistyczne nastroje dotyczą grudniowych kontraktów na kawę. Ich 3,8 proc. zniżkę usilnie gonił październikowy kontrakt na cukier, którego 3,5 proc. przecena pozostawia w tyle przetasowania na rynku kukurydzy (-1,2 proc.) oraz pszenicy (-0,8 proc.). W przypadku ropy należy mówić o nieco skromniejszym ruchu na północ. Na koniec dnia baryłka West Texas Intermediate balansuje przy poziomie 49,60 USD, tj. 0,5 proc. niżej względem wczorajszego zamknięcia.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Seria A obligacji PKN ORLEN zgodna z oczekiwaniami inwestorów

Ponad dwukrotnie wyższa suma obligacji w złożonych zapisach niż liczba dostępnych obligacji, na które zapisało się łącznie 1 188 inwestorów – to wynik serii A w ramach drugiego programu emisji obligacji detalicznych PKN ORLEN. W dniu dzisiejszym przewidziane w ramach pierwszej serii obligacje o wartości nominalnej 200 mln zł zostały przydzielone inwestorom i rozpoczęto zwroty środków z redukcji.

W ramach pierwszej serii programu emisji papierów dłużnych skierowanych do inwestorów indywidualnych, łączna pula środków, na jakie złożone zostały zapisy wyniosła ponad 429 mln zł. To dwukrotnie więcej niż przewidziana w ramach pierwszej serii kwota emisji o wartości 200 mln zł. Oznacza to, że zaoferowane warunki emisji – zmienne oprocentowanie oparte o sumę WIBOR-u 6M powiększonego o marżę w wysokości 1% zostały uznane za atrakcyjne przez inwestorów. Intencją PKN ORLEN jest wprowadzenie obligacji do obrotu na Rynku Catalyst w ciągu najbliższego miesiąca.

Wyniki zapisów odbieramy przede wszystkim jako wyraz ogromnego zaufania ze strony inwestorów. To oczywiście także korzystny sygnał dla kredytodawców oraz agencji ratingowych, wzmacniający ocenę jakości kredytowej PKN ORLEN. Szukaliśmy najlepszego momentu na wyjście z naszą ofertą i widać, że lata doświadczeń na rynkach finansowych procentują. Sukces serii A pokazuje, że bardzo precyzyjnie odpowiedzieliśmy na oczekiwania inwestorów zarówno w zakresie daty emisji, jak i zaoferowanych warunków – powiedział Wojciech Jasiński, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

W ramach kolejnego programu, PKN ORLEN zastosował nowy mechanizm, który ma na celu promowanie drobnych inwestorów. Zastosowana procedura tzw. maksymalnego przydziału polegała na znalezieniu maksymalnej liczby obligacji, jaką będzie mógł otrzymać każdy z inwestorów, który dokonał zapisu. Dodatkowo wyznaczony okres zapisów w dniach 6-15 września, gwarantował każdemu inwestorowi, w tym mniej doświadczonym lub początkującym, możliwość dokładnego zapoznania się z warunkami emisji bez obaw o wyczerpanie się puli oferowanych obligacji.

Zgodnie z zasadami „maksymalnego przydziału”, zastosowanymi po raz pierwszy przy ofercie obligacji przez PKN ORLEN, wszyscy inwestorzy, których zapisy nie przekraczały liczby 4 237 obligacji, otrzymali pełną kwotę, ponieważ ich zapisy nie podlegały żadnej redukcji. W efekcie spółka osiągnęła zakładany cel, jakim było wspieranie mniejszych inwestorów, których zapisy na obligacje zostały w pełni zrealizowane.

Cały program PKN ORLEN przewiduje emisje obligacji do łącznej kwoty 1 mld zł. Parametry poszczególnych emisji będą na bieżąco dostosowywane do oczekiwań rynkowych oraz potrzeb Koncernu. Papiery dłużne oferowane przez Koncern zyskały wysoką ocenę agencji Fitch Ratings, który przyznał całemu programowi rating na poziomie A(pol). Oferującym obligacje jest Dom Maklerski PKO Banku Polskiego.

Split-payment dostał zielone światło od rządu

Rada ministrów pozytywnie rozpatrzyła projekt nowelizacji ustawy o VAT wprowadzający mechanizm podzielonej płatności tego podatku, czyli tzw. split-payment. Projekt wzbudza niepokój przedsiębiorców obawiających ewentualnego zachwiania płynności finansowej firm.

Split-payment w zamyśle Ministerstwa Finansów ma być kolejnym – po np. pakiecie paliwowym, wprowadzeniu Jednolitego Pliku Kontrolnego – narzędziem do walki z oszustwami podatkowymi.

Jego zasada działania polega na tym, że zapłata za towar lub usługę jest dzielona na dwie części. Wartość netto jest płacona przez nabywcę na rachunek rozliczeniowy dostawcy lub jest rozliczana w inny sposób. Natomiast kwota VAT jest płacona na specjalny rachunek bankowych dostawcy – rachunek VAT. Zdaniem przedstawicieli resortu finansów podzielona płatność podatku od towarów i usług znacząco ogranicza, a nawet eliminuje możliwość jego wyłudzenia.

Ze względu na liczne wątpliwości zgłaszane w trakcie konsultacji społecznych, kształt proponowanych przepisów był wielokrotnie zmieniany. Obawy dotyczyły przede wszystkim ryzyka zaburzenia płynności finansowej przedsiębiorstw, co – jak sami przyznali przedstawiciele resortu finansów – może być skutkiem ubocznym wprowadzenia tego rozwiązania.

Po wprowadzeniu split-payment Ministerstwo Rozwoju i Finansów będzie musiało uważnie analizować sytuację na rynku i w razie potrzeby szybko reagować, aby zapobiec negatywnym skutkom utraty płynności finansowej firm.
Po pozytywnym rozpatrzeniu projektu przez radę ministrów dalszymi pracami nad jego kształtem zajmie się Sejm. W związku z tym możliwe są kolejne zmiany przepisów projektu. Najważniejsze jest, aby dążenie do uszczelnienia systemu podatkowego nie przesłoniło interesu przedsiębiorców i nie utrudniało w zbyt dużym stopniu prowadzenia działalności. W przeciwnym wypadku korzyści wynikające ze zmniejszenia skali wyłudzeń mogą okazać się niewspółmierne do kosztów, jakie poniesie gospodarka.

Pracodawcy RP

Jak wydobywać kryptowaluty – przy użyciu ASIC czy GPU?

Urządzenia ASIC są wydajne, lecz mogą być wykorzystywane jedynie do wydobywania pojedynczej monety. To sprawia, że ​​przywiązujesz się do jednej monety –  a inwestycja opiera się wyłącznie na przyszłości tej monety. Z drugiej strony, GPU są wielkimi kalkulatorami na wszystko, za jednym naciśnięciem przycisku można kopać inną monetę. Teraz można dokonać wyboru, kiedy i jakie monety kopać. Daje to GPU przewagę i może znacznie zwiększyć zyski.

Jednostka ASIC to specyficzny typ elektronicznego układu scalonego, który został zaprojektowany i wyprodukowany do realizacji z góry określonego zadania. Układy ASIC, dzięki budowaniu ich od podstaw na potrzeby danego systemu elektronicznego, mogą zastąpić całą plejadę dodatkowych układów ogólnego przeznaczenia realizujących tę samą funkcję. Aby dokonać zestawienia posłużono się przykładem dwóch monet: Bitcoin’a i Litecoin’a. Przyjrzyjmy się zatem temu co przemawia za i przeciw wykorzystywaniu ASIC’s w procesie kopania kryptowalut.

Zalety tego typu sprzętu leżą po stronie niskiego zużycia energii, bowiem ASIC jest w stanie pobierać znaczenie mniej mocy aniżeli GPU lub CPU a wydajność H/W ASIC’s jest niezrównana z czymkolwiek innym. Poza tym jednostki te charakteryzują się bardzo wysokimi Hashrate dla danych monet np.: w przypadku Litecoin’a ASIC znaczenie przewyższa inne możliwości w wydobywaniu tejże waluty. Poza tym fizyczne wymiary mają także znaczenie gdyż ASIC są zwykle mniejsze i lżejsze w przypadku podobnych osiągów GPU’s. W wymiarze korzyści finansowych należy mieć na uwadze wyższe marże zysku dla urządzeń ASIC.  Przeciwko użytkowaniu ASIC przemawia ich bardzo wysoka ingresja  czyli punkt (miejsce) w podprogramie, od którego rozpoczyna się wykonywanie zawartych w bloku podprogramu instrukcji, w wyniku wywołania tego podprogramu. Dlatego też koszty mogą być bardzo wysokie. Układ scalony powoduje, że ASIC dla monety Litecoin może kopać tylko monetę Litecoin i jest zupełnie bezużyteczny dla jakiejkolwiek innej kryptowaluty. Niska wartość odsprzedaży sprawia, że w przeciwieństwie do GPU, ASIC są bardzo mało i rzadko używane do kopania kryptowalut a ich krótka żywotność powoduje, że Bitcoin ASIC jest obecnie w wersji 9 a poprzednich 8 wersji było poważnie wadliwych. Ponadto urządzenie może stać się bezużyteczne jeśli dokonamy zmiany algorytmu haszowania. Kontrolowanie rynku ASIC przez kilku producentów to także poważny minus bowiem implikuje to bardzo wysokie koszty projektowania i produkcji partii urządzeń, które utrzymują większość tego rynku. Projektanci często tworzą ASIC w celu wydobywania długoterminowego aby zachować zainteresowanie tą monetą. Aż wreszcie przeciwko urządzeniom ASIC stoi fakt, że odznaczają się one brakiem możliwości ich aktualizacji, co sprawia że kiedy pojawi się nowy model ASIC starsze stają się nieaktualne.

W drugiej części przejdźmy do opisania zalet i wad towarzyszących wykorzystywaniu GPU do kopania kryptowalut. I tak należało by zacząć od wyjaśnienia co określamy mianem GPU – otóż to główna jednostka obliczeniowa znajdującą się w kartach graficznych. Głównym zadaniem GPU było wykonywanie obliczeń potrzebnych do uzyskania grafiki 3D, co spowodowało uwolnienie głównego procesora (CPU) od konieczności wykonywania tego zadania.

W tej sytuacji mógł on zająć się innymi obliczeniami, co skutkowało zwiększeniem wydajności komputera podczas renderowania grafiki. Nowoczesne procesory graficzne wyposażone są w szereg instrukcji, których nie posiada z kolei CPU komputera. Najbardziej zaawansowane procesory graficzne używane są obecnie w niezależnych urządzeniach, które nazywa się „dedykowanymi kartami graficznymi”. Takie karty montuje się na płytach głównych, za pomocą przeznaczonych do takich zastosowań złącz jak choćby PCI Express x16. Procesory graficzne projektowane są do współpracy z pamięcią RAM znajdującą się na kartach graficznych. Porównanie zostało dokonane wziąwszy pod uwagę 3 waluty: Ethereum, Monero i Zcash. Zdecydowaną zaletą GPU jest ich uniwersalna moc obliczeniowa co sprawia, że bardzo dobrze sprawdzają się one przy złożonych obliczeniach, bez względu na ich typ. GPU może kopać wszelkiego rodzaju monety a także przekształcić się w specjalistyczną maszynę lub coś innego, jeśli wydobywanie przestanie być opłacalne. GPU są łatwe do pozyskania mimo, że tylko AMD i NVIDIA projektuje procesory graficzne, wiele firm takich jak ASUS, EVGA czy Gigabyte produkuje i odsprzedaje GPU. To stwarza konkurencję i uniemożliwia jednemu podmiotowi kontrolowanie rynku. Dobre jest to w przypadku GPU, że są standardowym rodzajem sprzętu w rozumieniu, że składają się ze standardowej obudowy i płyty głównej, tworząc tym samym niedrogi system, który jest wiarygodny, łatwy w obsłudze i przeznaczony do wielokrotnego użytku. Wysoka wartość odsprzedaży jest szalenie istotnym elementem w wymiarze korzyści finansowych ponieważ GPU zawsze można sprzedać za dużo wyższą część pierwotnej wartości aniżeli w przypadku ASIC. Procesory graficzne są także możliwe do uaktualnienia co z punktu widzenia korzyści dla wydobywających jest wielce znaczące, dlatego też aktualizacje BIOS są zawsze dostępne co może drastycznie poprawić wydajność, w najgorszym przypadku można dokonać wymiany pojedynczo poszczególnych GPU. Przy tych wszystkich zaletach są jednakże pewne wady GPU w porównaniu z ASIC. Składają się na to: wyższe zużycie energii przez GPU, nie mają one tak potężnej mocy wydobywczej jak jednostki ASIC, mniejsza ogólna wydajność w porównaniu z ASIC. Poza tym GPU gabarytowo wymagają dużego sprzętu w przeciwieństwie do kieszonkowych rozmiarów systemu ASIC. Nieopłacalne jest wydobywanie niektórych monet jak Bitcoin czy Litecoin, lub jakiejkolwiek innej monety, która ma dostęp do ASIC.

Wydobywanie przy użyciu GPU ma zalety w sieci, dlatego monety takie jak Monero najprawdopodobniej nie trafią do ASIC. Nowe blokchainy jak Ethereum mogą wykonywać różne typy obliczeń w bloku blockchainowym. Z tego powodu mało prawdopodobne jest, aby zobaczyć ASIC na Ethereum. Zawsze będzie duża liczba monet, które będą odporne na ASIC. Szanse, że jedna z tych monet stanie się zyskowna, jest wyższa niż zdobycie pojedynczej monety w nadzieji, że ta jedna moneta odniesie sukces kryptowalut. Jednakże istnieje sytuacja, w której ASIC są korzystne, i dotyczy to przypadku, w którym po stronie wydobywającego jest zgoda na przywiązanie się do jednej monety w dłuższej perspektywie, bez względu na wszystko, to można rzecz – ASIC są zdecydowanie najlepszym wyborem dla Ciebie. GPU natomiast to odpowiedni wybór, jeśli chcesz elastyczności i wolności od pojedynczej monety.

Podczas projektowania urządzeń wydobywczych GPU, głównym celem firmy CCG Mining było ograniczenie liczby haseł i zużycie energii przez te produkty. Firma wykorzystała także najnowsze zasady i technologie, aby zapewnić wydobywającym kryptowaluty wielozadaniowy algorytm. Każdy z produktów firmy może być wykorzystany do wydobywania Ethereum, Dash, Litecoin, Bitcoin i innych. Dlatego też, przy użyciu tych urządzeń obliczeniowych, wydobywający będą mogli przełączyć się na monety, która jest dla nich najbardziej korzystna – wyjaśnia Michał Kwieciński CEO, advisor w CCG Mining, spółce technologicznej wyspecjalizowanej między innymi w budowie wysoce specjalistycznych serwerów obliczeniowych, dostosowanych do wydobywania kryptowalut.

Rosyjskie zagrożenie wojną hybrydową nie jest priorytetem Pentagonu

Niemieckie partie mało interesują się Polską

Żądanie reparacji wojennych, z którymi Polska mogłaby wystąpić wobec Niemiec, jest istotnym tematem w niemieckich mediach. Nie podejmują go jednak niemieccy politycy. W ocenie rzecznika rządu RFN Steffena Seiberta kwestia reparacji została „prawnie i politycznie ostatecznie uregulowana”.

W kończącej się kampanii wyborczej w Niemczech kwestie związane z Polską nie były przedmiotem poważniejszej dyskusji. Brak zgody polskiego rządu na relokację uchodźców w ramach UE kilkakrotnie krytykował Martin Schulz (SPD). Z kolei kanclerz Angela Merkel (CDU) podkreśliła w kontekście Polski, że kwestia państwa prawa jest „poważnym tematem” i bez „praworządności nie ma Unii Europejskiej”.

W programach wyborczych siedmiu głównych partii startujących w wyborach do Bundestagu sprawę relacji z Polską podejmują tylko trzy ugrupowania. CDU/CSU chce z Polską „rozwijać intensywną współpracę”, w tym w ramach Trójkąta Weimarskiego. Liberałowie z FDP opowiadają się za wzmocnieniem obecności NATO, w tym niemieckich sił, w krajach bałtyckich i w Polsce. Z kolei Zieloni krytykują polskie władze za niszczenie demokracji i państwa prawa. Te dwie partie są potencjalnymi partnerami CDU/CSU w przyszłym rządzie koalicyjnym.

Wybory do niemieckiego Bundestagu odbędą się w najbliższą niedzielę 24 września, lokale wyborcze są otwarte w godzinach 8-18.

Frank znów traci na wartości, co cieszy szwajcarski przemysł

W pierwszych miesiącach tego roku notowania franka szwajcarskiego były bardzo stabilne i w stosunku do euro pozostawały na poziomie 1,07. W ostatnich tygodniach sytuacja znacząco się zmieniła i kurs EUR/CHF wynosi około 1,15. Główną przyczyną osłabienia franka jest zapowiedź zmiany polityki kursowej przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB). Zdaniem eksperta GIS prof. Enrico Colombatto

https://www.gisreportsonline.com/professor-enrico-colombatto,2,expert.html sytuacji nie wyjaśniają makroekonomiczne dane dotyczące Szwajcarii.

Jak zauważa prof. Colombatto, wzrost gospodarczy poniżej 1,5 proc. PKB byłby problemem dla wielu europejskich państw, ale nie dla Szwajcarii. Jest to i tak więcej niż średnie tempo wzrostu w tym kraju w ostatnich dekadach. Poza tym bardzo niskie bezrobocie (poniżej 3 proc.), niewielkie zadłużenie sektora finansów publicznych (poniżej 33 proc. PKB) oraz tradycyjnie niska inflacja (poniżej 2 proc. w ostatnim dwudziestoleciu) nie wymagają nowej polityki ze strony banku centralnego Szwajcarii.

„Polityka pieniężna tego kraju została przejęta przez przemysł. Ktoś, kto chce prognozować losy franka, powinien się wsłuchiwać w wypowiedzi prezesów szwajcarskich firm produkujących na eksport” – uważa prof. Enrico Colombatto.

Prawie 54 proc. handlu zagranicznego Szwajcarii stanowi wymiana z krajami UE. Szwajcarscy eksporterzy są więc zainteresowani, by nie doszło do aprecjacji franka wobec euro, co miało miejsce na początku 2015 r. W związku z tym prof. Enrico Colombatto prognozuje różne scenariusze rozwoju wydarzeń, wśród których możliwe są także ograniczenia napływu zagranicznego kapitału do Szwajcarii.

https://www.gisreportsonline.com/the-swiss-franc-20,economy,2325.html

Zagrożenie wojną hybrydową ze strony Rosji nie jest priorytetem Pentagonu

Na rok fiskalny 2018 (rozpoczyna się 1 października) administracja prezydenta Donalda Trumpa zaplanowała zwiększenie wydatków obronnych o 52 mld dolarów do poziomu blisko 640 mld dolarów.

https://www.whitehouse.gov/sites/whitehouse.gov/files/omb/budget/fy2018/budget.pdf

Dzięki temu siły zbrojne USA mają zakupić 84 nowe myśliwce i uzyskać środki na ponad 55 tys. nowych etatów. Te plany czekają na zatwierdzenie przez amerykański Senat, który nie podjął jeszcze decyzji w sprawie budżetu federalnego na nowy rok.
Amerykańskie wydatki na obronność są obecnie ponad dwa razy wyższe od łącznych nakładów na ten cel Chin i Rosji. Mimo to w niektórych dziedzinach i regionach świata przewaga USA maleje, a Pentagon nie znalazł odpowiedzi na nowe zagrożenia. Zwraca na to uwagę ekspert GIS dr James Jay Carafano.

https://www.gisreportsonline.com/dr-james-jay-carafano,14,expert.html

Jednym z nowych wyzwań jest wojna hybrydowa. Amerykańscy planiści wojskowi jako zagrożenie wskazują chińską straż przybrzeżną, która mogłaby być instrumentem w morskiej wojnie hybrydowej. Jak zauważa dr Carafano Pentagon nie ma własnych koncepcji w sprawie zwalczanie wojny hybrydowej w Europie. Chodzi tu o działania takiego typu, jakie prowadziła Rosja m.in. podczas aneksji Krymu w 2014 r. i może prowadzić wobec krajów bałtyckich.

„Należy się spodziewać, że nowa amerykańska Strategia Bezpieczeństwa Narodowego (NSS) skoncentruje się na zwalczaniu ponadnarodowych organizacji przestępczych, które są znaczącym elementem działań hybrydowych. Kwestia zagrożenia wojną hybrydową ze strony Rosji pozostanie zaś domeną NATO” – ocenia dr James Jay Carafano. (treść płatna) https://www.gisreportsonline.com/the-us-militarys-skeptical-response-to-hybrid-warfare,defense,2331.html

Także Warszawa zabiega o przejęcie agendy UE po Brexicie

Aż 19 miast w UE, w tym Warszawa, zabiega o przejęcie Europejskiej Agencji Leków (European Medicines Agency, EMA). http://www.consilium.europa.eu/en/policies/relocation-uk-based-agencies/ema/ Do czasu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii siedzibą Agencji pozostaje Londyn. EMA zatrudnia 900 osób i ma kluczowe znaczenie dla jednolitego rynku leków w UE.

W związku z Brexitem Londyn opuści także Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (European Banking Authority, EBA). Faworytem do przejęcia tej instytucji jest Frankfurt nad Menem, gdzie swoją siedzibę ma już Europejski Bank Centralny. Decyzję w obydwu tych kwestiach mają podjąć w tajnym głosowaniu przywódcy państw i rządów UE podczas szczytu w listopadzie.

Łącznie działa ponad 40 tego typu unijnych agend, które zatrudniają ponad 10 tys. pracowników i których łączny budżet przekracza dwa miliardy euro. Jedna z nich to mieszczący się w Warszawie Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej. Dysponuje on rocznie 250 mln euro i zatrudnia ponad 300 osób.

„W 1990 r. istniały tylko trzy takie agencje. Oczywiście, od tego czasu zadania i złożoność polityk UE wzrosły ponad dziesięciokrotnie. Kluczowe jest jednak to, że po rozszerzeniu UE każde państwo członkowskie chciało mieć co najmniej jedną z tych prestiżowych, wysoko płatnych agencji’ – uważa dr Michael Wohlgemuth.

https://www.gisreportsonline.com/brussels-quango-quagmire,expert-view,2333.html Z tego powodu kompetencje niektórych agencji nakładają się, co sprawia że problematyką zdrowotną zajmuje się aż pięć tego typu unijnych instytucji.

UE na razie przedłuża sankcje wobec Rosji

W zeszłym tygodniu przedstawiciele rządów UE zdecydowali o utrzymaniu zakazu podróży do Unii i zamrożeniu aktywów wobec osób i instytucji zaangażowanych w działania wojenne na Ukrainie. Na liście jest 149 osób i 38 instytucji, głównie z Rosji. Restrykcje wobec nich zostały przedłużone o sześć miesięcy, czyli do połowy marca 2018 r.
W czerwcu przywódcy UE zdecydowali o utrzymaniu sankcji gospodarczych wobec Rosji do końca stycznia 2018 r. Te działania ze strony UE prowadzona są od marca 2014 r., czyli od czasu aneksji Krymu przez Rosję. Do tej pory sankcje przeciw Rosji były przedłużane sukcesywnie. W marcu 2015 r. przywódcy UE zdecydowali, że ich zniesienie nastąpi dopiero po pełnym wdrożeniu porozumienia pokojowego z Mińska.

Ostatnio jednak pojawia się coraz więcej głosów, że unijne sankcje mogłyby być łagodzone, o ile ze strony Rosji będą widoczne postępy przy realizacji uzgodnień pokojowych we wschodniej Ukrainie. Te typu pogląd przedstawia m.in. szef dyplomacji RFN Sigmar Gabriel.

Twardszą postawę wobec Moskwy prezentuje kanclerz Angela Merkel. Kluczowe znaczenie dla tej kwestii będzie miał wynik wyborów do niemieckiego Bundestagu, a w konsekwencji to, jakie partie utworzą nowy rząd w Berlinie.

Sankcje wobec Rosji mogą być przedłużone tylko na mocy jednomyślnej decyzji wszystkich 28 państw członkowskich UE.

W mieście pędzimy, na autostradach jedziemy zgodnie z przepisami

Ponad 86 proc. kierowców przekracza dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym – wynika z raportu firmy CARTRACK, przygotowanego na próbie ponad   19 tys. aut wykorzystywanych służbowo. Według danych Komendy Głównej Policji w wakacje (czerwiec, lipiec, sierpień) 2017 roku miało miejsce prawie 10 tys. wypadków.

Polska od lat jest w czołówce krajów Unii Europejskiej pod względem liczby ofiar śmiertelnych wypadków drogowych. Tylko w ciągu trzech wakacyjnych miesięcy na polskich drogach zginęło prawie 800 osób, a ponad 12 tys. zostało rannych. – Brak odpowiedniej edukacji w ośrodkach  szkoleniowych i uczulania na przewidywanie możliwych zagrożeń mogących pojawić się na drodze to główne bolączki systemu edukacji kierowców – powiedział na konferencji „Odpowiedzialni na drodze” Krzysztof Gos z Akademii Bezpiecznej Jazdy, współinicjator akcji. – Polakom wsiadającym do auta często brakuje wyobraźni. Aby zapobiec kolizji czasami wystarczy jedynie zdjąć nogę z gazu wjeżdżając na skrzyżowanie lub przejście dla pieszych a co jest bardzo ważne  utrzymywać prawidłową odległość między jadącym z przodu pojazdem – dodaje. 

Spiesz się powoli!

Dane Komendy Głównej Policji pokazują, że do największej liczby wypadków dochodzi w piątki (17 proc.), czyli wtedy kiedy spieszymy się na weekend do domu bądź weekendowy wyjazd. Co ciekawe, prawie 70 proc. ma miejsce, kiedy jest jeszcze światło dzienne, a więc teoretycznie najlepsza widoczność. – Szacuje się, że na polskich drogach jeździ prawie 2 miliony samochodów służbowych. Przeanalizowaliśmy dane zbierane z 20 tys. z nich, co daje nam miarodajny obraz tego, jak jeżdżą kierowcy zawodowi, a więc ludzie korzystający z auta na co dzień. Uważam, że obraz wyłaniający się z wyników tego raportu można przełożyć na pozostałych kierowców w Polsce. Zastrzec trzeba jednak, że kierowcy z badania byli świadomi, że ich styl jazdy będzie poddawany ocenie, a więc dane mogą być bardziej optymistyczne niż w rzeczywistości – mówi Kamil Jakacki, Dyrektor Sprzedaży CARTRACK.

Szybcy i…

Z raportu przygotowanego przez CARTRACK wynika, że polscy kierowcy przekraczają dozwoloną prędkość w terenie zabudowanym (86,5 proc.), a jedynie 13,3 proc. jedzie przepisowo. Poza terenem zabudowanym przepisy łamie 61 proc. kierowców, zgodnie z prawem auto prowadzi 39 proc. Na autostradach i trasach szybkiego ruchu jedynie 27 proc. jedzie z nadmierną prędkością. 73 proc. kierowców prowadzi przepisowo. – Niedostosowanie prędkości do warunków pogodowych, natężenia ruchu, stanu jezdni czy widoczności niejednokrotnie przesądza o kolizji. Pokłosiem nadmiernej prędkości są uderzenia w tył samochodu jadącego przed nami. Ciągle zapominamy, że czas reakcji, czyli 1 sekunda, wystarcza, aby przy prędkości 130 km przejechać od 39 do nawet 50 metrów. Wystarczy spojrzeć na sznury aut jadących w obszarach niezabudowanych – jeden za drugim, dzieli ich maksymalnie 10 metrów. W takiej sytuacji nietrudno o wypadek – przypomina Krzysztof Gos. Dane z raportu CARTRACK pokazują, że 38 proc. kierowców hamuje zbyt gwałtowanie. – Oznacza  to najczęściej, że właśnie taki odsetek kierowców miał nieodpowiednią odległość w stosunku do auta jadącego z przodu – ocenia Kamil Jakacki.

Był kij, pora na marchewkę

W raporcie CARTRACK jedynie 35 proc. kierowców zostało przypisanych do kategorii „Bezpieczny”. Akceptowalnie jeździło 48 proc. badanych. „Nieakceptowalny” styl jazdy miało 17 proc. kierowców. – Praktyka pokazuje, że w przypadku kierowców służbowych należy zwrócić szczególną uwagę nie tylko na tych, którzy jeżdżą nieakceptowalnie. Oczywiście z nimi należy pracować w pierwszej kolejności, jednak monitorować należy także największą grupę kierowców, a więc „Akceptowalnych” – mówi Anna Okręglicka-Majda, Global Workplace Safety & OH Consultant DuPont – W DuPont sprawdza się prewencja i system dokształcania.. Kierowcy, którzy najbardziej świadomie podchodzą do szkoleń i, co najważniejsze, wdrażają je w codziennej pracy, są nagradzani. Grywalizacja to potężne narzędzie pozwalające uzyskać dobre efekty. Jesteśmy dumni z tego, że nasi kierowcy niemal wcale nie mają wypadków drogowych. Polaków głównie straszy się karami i mandatami. Tymczasem środek ciężkości powinien być przeniesiony na odpowiednią edukację i wyróżnianie za prawidłową jazdę. Jestem przekonana, że wtedy w Polsce mielibyśmy mniej wypadków – dodaje.

Konferencja „odpowiedzialni na drodze” została zorganizowana przez firmy DuPont, CARTRACK i Akademia Bezpiecznej Jazdy GOS 19 września 2017 roku w Warszawie.

O kursie dolara zadecydują niuanse

Dzień pod znakiem oczekiwania na posiedzenie Fed. Jakie stanowisko obierze tym razem Janet Yellen? Inflacja w strefie euro bez zaskoczenia. Kolejny atak EUR/PLN na granice 4,30. Członkowie RPP sugerują brak zmian w polityce monetarnej aż do końca 2018 roku. Dane z krajowej gospodarki mają pokazać odbicie w sierpniu, po słabym lipcu. Indeks ZEW z Niemiec.

EUR/USD pod granicą 1,20

Wtorkowy handel na rynku walutowym powoli się rozkręca. Trudno jednak spodziewać się dzisiaj znaczących ruchów na głównych walutach. Inwestorzy z niecierpliwością oczekują środowego posiedzenia Fed. To wydarzenie i jego wydźwięk z pewnością wyklaruje ruchy na dolarze na najbliższe kilka tygodni. EUR/USD od wczoraj porusza się w okolicach poziomu 1,1950-1,20.

Co zrobi prezes Fed?

Większość analityków oczekuje jastrzębiego wystąpienia prezes Fed. Przynajmniej w takim kontekście, że zostanie ogłoszony termin redukcji bilansu władz monetarnych USA. Nie wydaje się jednak, by coś zostało ogłoszone w kwestii podwyżki stóp w tym roku. Członkowie Fed dość ostrożnie się wypowiadają w tym temacie czekając niejako na rozruszanie się presji inflacyjnej. Trzeba też zauważyć, że bank centralny USA już nie jest na czele wychodzenia z luźnej polityki monetarnej. Konkretne działania podjął już Bank Kanady, a może też zaskoczyć Bank Anglii. Mocne ruchy na dolarze będą więc zależały od niuansów i tego jak grę słów zinterpretują inwestorzy.

Bez niespodzianki

Nie wiele na rynek wniosły wczorajsze dane o inflacji w strefie euro. Ceny w sierpniu wzrosły o 1,5% r/r. Dane więc zupełnie nie zaskoczyły inwestorów. Publikacja pokazuje jednoznacznie, że obecnie prowadzona polityka monetarna prowadzona przez EBC jest prawidłowa. I tak naprawdę na zmiany trzeba jeszcze poczekać. Dane z Eurostatu pokazują jednak inną tendencję, dla państw szybko rozwijających się czyli PKB w okolicach 4% polityka EBC jest zbyt łagodna. Zauważalna jest w tych krajach presja inflacyjna. Nie wydaje się jednak, że taka w sytuacji w krajach pokroju Litwy czy Łotwy wpłynie na działania EBC.

Szansa na odrobienie strat

Na krajowej walucie nieco uspokojenie sytuacji po wczorajszym niewielkim osłabieniu. Warto jednak zwrócić uwagę na kolejne podejście pod granice 4,30 na EUR/PLN. Wczorajsze dane pokazały, że w polskiej gospodarce narasta presja płacowa. Oczywiście to mogłoby przełożyć się na szybszą decyzję RPP o podwyżce stóp procentowych. Kolejni członkowie RPP sugerują jednak by nie ruszać stóp aż do końca 2018 roku. Stanowisko Rady wait&see może się jednak zderzyć z twardymi danymi makro. Dzisiaj w trakcie dnia poznamy dość istotne dane z rodzimej gospodarki. Oczekuje się wzrostu produkcji przemysłowej o 6% i sprzedaży detalicznej o 7,2% r/r. Wygląda więc na to, że inwestorzy uważają słabsze dane lipcowe za czynnik przejściowy a teraz nastąpi odbicie. Wyższe odczyty będą działały na pewno na plus dla złotego ale ważniejsza będzie środa i posiedzenie Fed.

Kilka danych

Na szerokim rynku przede wszystkim dane z Niemiec i indeks ZEW. Odczyt gorszy od prognoz może nieco osłabić euro. Trzeba jednak pamiętać, że zwyczajowo odczyt ten jest nieco w cieniu indeksu Ifo. Nie bez znaczenia mogą być też dane z USA. O 14.30 poznamy ilość rozpoczętych budów i wydanych pozwoleń na budowę.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Pożyczki krótkoterminowe w rozkwicie

Rynek pożyczek krótkoterminowych przeżywa swoje złote chwile. Według ekspertów KPMG, Polska posiada jeden z najwyższych w Europie potencjałów do rozwoju alternatywnych sposobów pożyczania pieniędzy. Ich zdaniem to efekt wysokiego oprocentowania i wymagań banków.

Węgry, Słowenia, Rumunia, Grecja, Irlandia oraz Polska – to kraje które, w opinii KPMG, charakteryzują się najlepszymi perspektywami rynku pożyczkowego dla sektora pozabankowego. W stworzonym przez firmę doradczą Indeksie Alternatywnego Rynku Pożyczkowego (ALI) nasz kraj z wynikiem 5,8 pkt. (w skali od 0 do 10) zalicza się do ścisłej czołówki jeśli chodzi o środowisko dla rozwoju pozabankowych usług finansowych, jest też jednym z najbardziej obiecujących miejsc w Europie dla firm fintechowych, czyli mających na celu świadczenie usług finansowych przy użyciu oprogramowania i nowoczesnej technologii.

Wg danych BIK z usług sektora pozabankowego korzysta rocznie 1,5 mln osób, natomiast wartość niskokwotowych pożyczek – do 4 tys. złotych – wyniosła w zeszłym roku 10 mld zł, z czego jedna czwarta przypada na firmy oferujące chwilówki. W przypadku finansowania do kwoty 1 tys. zł udział rynkowy „chwilówek” zbliża się do połowy łącznego finansowania banków i firm pożyczkowych!

Pożyczki pozabankowe to często jedyna opcja dla grupy ponad miliona osób, nie mających zdolności otrzymania kredytu w bankach, tzw. „wykluczonych finansowo’’. Surowe wymagania, brak pracy „na etat” czy raczkująca własna działalność gospodarcza jest poważną przeszkodą dla uzyskania kredytów bankowych w Polsce. Z jednej strony – dzięki niskiemu wskaźnikowi niespłaconych kredytów, związanemu z wysokimi wymaganiami – polskie banki należą do najsprawniej działających w Europie; z drugiej strony spora grupa osób jest odcięta od możliwości wsparcia się kredytem bankowym.

Niepewna przyszłość rynku

Wysoki potencjał rynku może być jednak zagrożony przez brak przychylności rządzących.

Wzrastająca niepewność co do przyszłości działań legislacyjnych niepokoi wszystkich interesariuszy firm pożyczkowych. Obecnie branża zatrudnia łącznie co najmniej 20 tys. osób. W przypadku surowych regulacji, może dojść do załamania rynku i masowych zwolnień. Należy przypomnieć, że dobrze funkcjonująca branża pożyczkowa to spory zastrzyk środków dla budżetu państwa. Branża corocznie zasila budżet miliardem złotych z tytułu podatków – twierdzi Beata Szwankowska, prezes Miloan Polska.

Przedstawiciele branży obawiają się działań Rządowego Centrum Legislacyjnego, które przygotowało projekt nowelizacji tzw. ustawy antylichwiarskiej. Niestety – twierdzą przedstawiciele branży – nie był on poprzedzony żadnymi konsultacjami społecznymi. Część ekspertów obawia się niebezpieczeństwa ze strony potencjalnie narzuconych wysokich limitów kosztów pozaodsetkowych, które w znacznym stopniu mogą ograniczyć rentowność działalności.

Mocne zagraniczne rynki akcji

Wyniki funduszy Superfund

wykres11

Ubiegły tydzień, pomimo panujących huraganów w Stanach Zjednoczonych, kolejnych gróźb ze strony Korei Północnej, czy mieszanych odczytów gospodarczych okazał się bardzo udany dla rynków akcji na całym świecie. Indeksy amerykańskie wspinają się na nowe szczyty, a w Europie oraz Azji indeksy najważniejszych gospodarek również osiągają zadowalające rezultaty. Dodatkowo, na bazie porozumienia Donalda Trumpa z przedstawicielami kongresu w sprawie limitu zadłużenia federalnego, nastąpiło odbicie rentowności amerykańskich obligacji skarbowych. Wzrost rentowności, dobre wyniki indeksów akcyjnych oraz ogólna poprawa sentymentu rynkowego spowodowała wyhamowanie wzrostu cen złota, co odbiło się na wynikach funduszu Supefund GoldFuture.

W Polsce miał miejsce spokojny tydzień, nastroje rynkowe nie były jednak tak dobre jak na Zachodzie. Indeks szerokiego rynku WIG znalazł się na lekkim plusie (0,57%). Kolejny raz jednak, wzrost był napędzany przez największe spółki. Indeksy mniejszych spółek mWIG40, czy sWIG80 kończą tydzień pod kreską.

Zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem tego tygodnia będzie posiedzenie FOMC, które zakończy się w środę. Rynki z niecierpliwością czekają na reakcje przedstawicieli Fedu na bieżącą sytuację w gospodarce amerykańskiej oraz decyzję odnoście redukcji sumy bilansowej banku. W Polsce czekają nas odczyty produkcji sprzedanej przemysłu, sprzedaży detalicznej oraz inflacji PPI we wtorek, zapiski z posiedzenia RPP opublikowane w czwartek oraz odczyt podaży pieniądza M3 w piątek. Na rynkach globalnych najistotniejsze (oprócz posiedzenia FOMC) wydają się odczyty indeksów ZEW z gospodarki niemieckiej we wtorek oraz odczyty PMI w przemyśle i usługach w Europie oraz z USA.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND Towarzystwo Funduszy
Inwestycyjnych SA

Podwyżki stóp procentowych w Polsce dopiero w 2019

Stopy procentowe w Polsce pozostają rekordowo niskie od marca 2015 roku. W opinii Jerzego Kropiwnickiego z Rady Polityki Pieniężnej (RPP) nie zmienią się one jeszcze przez 2 lata. To realny scenariusz. Niestety to zła wiadomość dla wszystkich oszczędzających. Oprocentowanie lokat nie tylko nie wzrośnie, ale prawdopodobnie będzie dalej spadać.

„Na podstawie danych, które są obecnie dostępne, nie widzę powodu do rewizji poziomu stóp procentowych w ciągu kolejnych 24 miesięcy”, stwierdził wczoraj Jerzy Kropiwnicki z Rady Polityki Pieniężnej (RPP). Te pozostają rekordowo niskie od marca 2015 roku, gdy ostatni raz zostały one obniżone, co sprowadziło główną stopę (stopę referencyjną) do obecnego poziomu 1,50 proc. Ostatnia podwyżka zaś miejsce w maju 2012 roku. Wówczas Rada podniosła je o 50 punktów bazowych do niewyobrażalnego teraz poziomu 4,75 proc.

Wypowiedź Kropiwnickiego jest kolejną sugestią płynącą z RPP, że na pierwszą podwyżkę przyjdzie nam zaczekać do 2019 roku. Wcześniej Jerzy Żyżyński sugerował brak konieczności podnoszenia stóp przez minimum rok, zastrzegając jednocześnie, że będzie to najprawdopodobniej dłuższy okres. Eryk Łon wskazał nawet na konieczność cięcia stóp do poziomu 1,00 proc.. A prezes Glapiński już od prawie roku twardo stoi na stanowisku, że w 2018 roku nie będzie potrzeby zmiany kosztu pieniądza.

Pula „gołębi” w Radzie, a więc zwolenników łagodnej polityki monetarnej i wspierania w ten sposób wzrostu gospodarczego, nawet za cenę wyższej inflacji, jest znacznie większa. Do tego grona zalicza się też Grażyna Ancyparowicz i Jerzy Osiatyński. Jastrzębi jest natomiast tylko trzech: Kamil Zubelewicz, Eugeniusz Gatnar i Łukasz Hardt.

Ostatnie „gołębie” wypowiedzi, jak również stosunek „gołębi” do „jastrzębi” w Radzie wskazywać mogą, że na pierwszą podwyżkę stóp procentowych w Polsce zaczekamy dłużej niż do ostatniego kwartału 2018 roku, co obecnie zakłada rynek. Wydaje się, że zdominowana przez „gołębi” Rada będzie maksymalnie zwlekać z podwyżkami, żeby w ten sposób wspierać wzrost gospodarczy, który w latach 2018 i 2019 powinien wyhamować w stosunku do świetnego tego roku. Co więcej, Rada nie będzie spieszyć się również dlatego, że z podobnymi decyzjami będzie zwlekał Europejski Bank Centralny, co w sposób naturalny zdejmie z Rady presję na podejmowanie szybkich decyzji.

Rekordowo niskie stopy procentowe to zła wiadomość dla wszystkich oszczędzających. Już teraz trzymanie pieniędzy na lokacie jest nieopłacalne. Jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego (NBP) średnie oprocentowanie nowozakładanych lokat w bankach kształtuje się obecnie na poziomie 1,4 proc. (od czego należy jeszcze odliczyć tzw. podatek Belki). Tymczasem inflacja w sierpniu ukształtowała się na poziomi 1,8 proc. rok do roku.

Perspektywy wyglądają jeszcze gorzej. Należy się spodziewać, że oprocentowanie lokat będzie w kolejnych miesiącach spadać. Nie tyle dlatego, że perspektywa podwyżek stóp się oddala, co z uwagi na nadpłynność polskiego sektora bankowego. To powoduje, że banki nie konkurują o depozyty. Sytuację dodatkowo pogarsza wprowadzony w lutym 2016 roku podatek bankowy. W sytuacji nadpłynności banki dodatkowo obniżają oprocentowanie depozytów, żeby uzyskać lepszą marzę. Dlatego nie jest wykluczone, że w przyszłym roku lokaty będą zawierane ze średnim oprocentowaniem na poziomie bliskim 1 proc.

Sytuacja oszczędzających nie poprawiłaby się nawet, gdyby Rada Polityki Pieniężnej w najbliższym czasie nieoczekiwanie podniosła stopy procentowe. Właśnie z uwagi na wspomnianą nadpłynność. Jak słusznie zauważył Kropiwnicki, mogłoby to przynieść nawet odwrotne skutki dla klientów. W jego opinii „ewentualna podwyżka stóp procentowych nie zwiększyłaby oprocentowania depozytów, a na pewno zwiększyłaby oprocentowanie kredytów”.

Marcin Kiepas, niezależny analityk

Witajcie w średniowieczu – felieton Piotra Prajsnara

Miał ogromne doświadczenie i wiedzę, mimo to w jednym z wywiadów stwierdził wprost: „Nie ogarniam świata, nie rozumiem go”. Słowa Ryszarda Kapuścińskiego jeszcze nigdy nie były tak aktualne. Dziś, mimo dostępu do niezliczonych źródeł informacji, jesteśmy zagubieni jak nigdy wcześniej. Przestajemy rozumieć mechanizmy, które stoją za zjawiskami i wydarzeniami a dystans pomiędzy tymi, którzy starają się wsiąść do informacyjnego pociągu, a tymi, którzy z niego wysiadają, systematycznie się powiększa. W tym chaotycznym świecie zaawansowana analityka danych to dla biznesu „must have”, a nie opcjonalny, modny dodatek.

Dwa programy telewizyjne, kilka stacji radiowych i tytułów prasowych. Dziś trudno w to uwierzyć, ale taka była rzeczywistość informacyjna lat 90-tych. Dziś kioski z trudem mieszczą wydawane magazyny, mamy dostęp do niezliczonej liczby stacji radiowych i telewizyjnych. A jest przecież jeszcze internet wypełniony materiałami video, mediami społecznościowymi, komunikatorami. I wciąż pojawiają się nowe narzędzia obiecujące nam lepszą komunikację, łatwiejszy dostęp do wiedzy i informacji. Co ciekawe, mimo, że mamy ich coraz więcej, to wciąż ogarnia nas poczucie deficytu. Przykładów nie trzeba szukać daleko.

Słyszymy, widzimy, czujemy. A gdyby tak dołożyć jeszcze jeden zmysł lub rozszerzyć ten, z którego korzystamy? Nic prostszego. Dwa lata temu Gabriel Licina i Jeffrey Tibbetts opracowali krople do oczu, które pozwalają widzieć w ciemnościach. Po sześciu miesiącach prac nad substancją, wykorzystującą chloryn E6 stosowany w leczeniu raka, postanowili wykorzystać go na sobie. „Nie było to dramatyczne doświadczenie, czułem, że po prostu mam przewagę nad wszystkimi innymi, którzy nie zastosowali kropli. Byłem w stanie zobaczyć rzeczy, których wcześniej nie widziałem. To było trochę zadziwiające – dlaczego inni się potykają? Nie widzą tego, co ja widzę?” – wspominał jeden z twórców.

Joanna Sosnowska, dziennikarka i pasjonatka elektroniki wszczepiła sobie niedawno w mostek chip, który wibrując informuje, gdy poruszamy się w kierunku północnym. „Przypomnijcie sobie najbardziej żywe wspomnienie z wakacji. Macie? Zapamiętaliście je ze względu na smak, zapach, kolory, dźwięki – jakieś wrażenia zmysłowe. U mnie dochodzą jeszcze wrażenia pochodzące z implantu.” – tłumaczy.

Dawid Eagalman w książce „Mózg incognito” zwraca uwagę, że widzimy jedynie wycinek otaczającej nas rzeczywistości. Mniej niż jedną dziesięciotrylionową część spektrum światła. „Cała reszta przepływa przez nas, a wraz z nią programy telewizyjne, sygnały radiowe, mikrofale, promieniowanie rentgenowskie, promieniowanie gamma, rozmowy przez telefony komórkowe i tak dalej – w ogóle nie jesteśmy tego świadomi”.  Nic więc dziwnego, że chcemy po tę wiedzę sięgnąć. Skoro korzystamy z okularów, aparatów słuchowych, to dlaczego nie wspomóc się technologią po to, by lepiej zrozumieć otaczający nas świat?

To dążenie do zrozumienia zachodzących procesów i interakcji w największym stopniu widać w biznesie. Wraz z technologicznym postępem i spadkiem kosztów przetwarzania informacji, firmy wykładają miliardy dolarów na rozwiązania, które analitycy z IDC nazywają Trzecią Platformą. Mowa o Internecie Rzeczy, chmurze obliczeniowej oraz Big Data. Za ich pośrednictwem firmy próbują zrozumieć informacyjny ocean, który nieustannie się rozrasta. 74 kilometry w sekundę na megaparsek. Z taką prędkością rozszerza się Wszechświat. Choć większości z nas nic to nie mówi, to jest to szybkość zawrotna.  Udało się ją ustalić badaczom korzystającym z Kosmicznego Teleskopu Spitzera. W niemniej imponującym tempie rozszerza się świat cyfrowy. Zanim skończą Państwo czytać to zdanie, wyszukiwarka Google obsłuży ponad 600 tys. zapytań, internauci odtworzą video na YouTube ponad 700 tys. razy, na świecie zostanie wysłanych około 20 mln maili. Centra danych będące rezerwuarem terabajtów informacji rozwijają się w dwucyfrowym tempie. Nie bez powodu.

Ponieważ wszystkie procesy przyśpieszyły i mocno się skomplikowały, potrzeba lepszego zrozumienia otaczającej rzeczywistości stała się jeszcze istotniejsza. Konsumenci podejmują dziś decyzje w czasie rzeczywistym – jednym uderzeniem klawisza dając albo odbierając „lajki”. Zmienność i szybkość stała się znakiem naszych czasów. 20 lat temu nietrudno było przewidzieć decyzje konsumentów i łatwo było na nie wpływać. Dziś jest inaczej. Gdyby wówczas przedsiębiorca albo dyrektor marketingu przeniósł się do naszych czasów, zapewne treść jego lakonicznej depeszy wyglądałaby tak: Telewizja umiera. STOP. Reklamy nie działają. STOP. Wszystkiego jest więcej. STOP. Wracam, bo nie ogarniam. STOP.

Z technicznego punktu widzenia, radzenie sobie z powiększającą się ilością informacji jest sprawą prostą – wystarczy zainwestować w pamięć, szybsze łącza i procesor. Nie da się tego jednak zrobić z ludzkim mózgiem, który mimo, że wykorzystuje niewielką część swoich możliwości, jasno mówi: nie chcę więcej. Okazuje się, pod wpływem nadmiaru informacji, mózg częściowo wyłącza się i skraca obieg informacji. Dobrze ilustrują to słowa Joanny Sosnowskiej, która mówi wprost: „Mój mózg tak się przyzwyczaił do nowych doświadczeń, że zaczął je traktować jak szum informacyjny. I po prostu go wycinać. Wrażenia okazały się więc intensywne, ale krótkotrwałe.”

Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies

Bezpieczeństwo danych osobowych – czego obawiają się Polacy?

Korzyści oferowane przez dostawców usług cyfrowych sprawiają, że często automatycznie podajemy dane osobowe, przymykając oko na zagrożenia jakie na nas czekają. Na szczęście, w ostatnich latach nie mieliśmy do czynienia ze spektakularnymi przykładami naruszenia naszych praw. Jednak czy oznacza to, że nie musimy się niczego obawiać?

Według najnowszego raportu Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo pt. „Co wiemy
o ochronie danych” Polacy najbardziej obawiają się, że padną ofiarą przestępczości internetowej lub ich dane trafią do niekompetentnej firmy czy instytucji, która nie będzie należycie ich przetwarzać.   Co ciekawe, o ile kradzieży danych, np. za sprawą wirusa czy ataku hakera, obawia się największa liczba badanych (41 proc. osób nieaktywnych zawodowo, 31 proc.  pracowników proc., 36 proc. kadry zarządzającej), to specjaliści zawodowo zajmujący się ochroną danych, szczególne zagrożenie widzą właśnie po stronie firm (52 proc.) .Wykres

Wiele organizacji przetwarzających dane wciąż nie przykłada należytej uwagi do ich ochrony. Potwierdza to fakt, że znakomita większość ankietowanych Administratorów Bezpieczeństwa Informacji (ABI) w swoich miejscach pracy wykonuje także inne zadania. Tak naprawdę ABI może zostać każdy pracownik posiadający odpowiednią wiedzę. Bardzo często funkcję tę pełnią sekretarki, pracownicy działu HR lub księgowości – mówi Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

Kolejnym istotnym problemem dostrzeganym przez Polaków jest wykorzystywanie danych osobowych, bez ich wcześniejszej zgody.

Firm z różnych branż świadomie przetwarzają nasze dane osobowe niezgodnie z celami, dla których je pozyskały oraz bez wiedzy i zgody osób, których one dotyczą. Podczas naszego badania ankietowani zostali zapytani o dwa rodzaje zagrożeń – utratę swoich danych oraz uzyskanie do nich dostępu przez osoby niepowołane. Zebrane opinie pokazują, że mimo obowiązujących regulacji prawnych, nadal mamy do czynienia z niewłaściwym wykorzystywaniem danych osobowych. Najczęściej przez podmioty, które świadczą rozmaite usługi. Wynikiem tego są np. częste telefony z ofertami różnych produktów z firm których nie znamy – dodaje Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

Mniejszym zagrożeniem dla danych osobowych jest brak wiedzy współpracowników i znajomych z danego zakresu oraz organizacje chcące zwiększać oszczędności kosztem ochrony danych osobowych – wynika z odpowiedzi respondentów badania Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Niestety tylko mała cześć ankietowanych wskazała, że niebezpieczna może być własna niewiedza w obszarze bezpieczeństwa danych.

Zdecydowana większość zagrożeń związanych z bezpieczeństwem danych osobowych dotyczy tych przetwarzanych w systemach teleinformatycznych.  Systemy te ułatwiają gromadzenie  i dokonywanie innych czynności przetwarzania na dużych zbiorach danych, często w sposób zautomatyzowany. Ponadto zazwyczaj umożliwiają one dostęp za pośrednictwem Internetu – mówi Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady.

Brak odpowiednich zabezpieczeń w takich systemach może prowadzić np. do nieautoryzowanego dostępu przez osoby trzecie, wycieku danych osobowych pracowników lub cennych strategicznych informacji firmy.

Jak ustawa o REIT-ACH i wprowadzenie MSSF 16 zmienią rynek nieruchomości komercyjnych?

CBRE opracowało nową edycję raportu „Rynek Nieruchomości Komercyjnych w Polsce”, która opisuje aktualną kondycję oraz prognozy ekspertów dotyczące kluczowych sektorów nieruchomości komercyjnych: biurowego w Warszawie i miastach regionalnych, przemysłowo-logistycznego, handlowego oraz inwestycyjnego. Dodatkowo, raport zawiera odrębne sekcje poświęcone nowemu standardowi sprawozdawczości finansowej – MSSF 16 (ang. IFRS 16) oraz nowym przepisom podatkowym dot. REIT-ów i jego potencjalnym wpływie na rynek nieruchomości w Polsce.

Stabilna gospodarka, dobrze wykwalifikowana siła robocza i ogromny potencjał wzrostu gospodarczego stawiają Polskę na pierwszym miejscu pod względem atrakcyjności inwestycyjnej w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Postępujący rozwój gospodarczy wpływa na atrakcyjność inwestycyjną oraz na rozwój rynku nieruchomości. Rynek powierzchni biurowych w  kraju jest w niezmiennie dobrej kondycji i cieszy się znaczącą aktywnością zarówno ze strony najemców jak i deweloperów.

 

Jedynym czynnikiem przedłużającym proces transakcyjny na rynku inwestycyjnym jest niepewność polityczna w zakresie interpretacji podatkowych dot. zwrotów VAT, a także zakazu handlu w niedzielę. Chociaż wprowadzenie przepisów może mieć bezpośredni wpływ na rynek nieruchomości komercyjnych, największym problemem jest aktualne ryzyko i niepewność, którą ciężko wycenić przez inwestorów.

Jonna Mroczek, Senior Director, CBRE_mJoanna Mroczek, Senior Director, Dział Badań i Doradztwa CBRE:

„Spodziewamy się, że wprowadzenie ustaw o REIT-ACH i przyjęciu MSSF 16 może na nowo zdefiniować wiele podmiotów działających na rynku nieruchomości komercyjnych. Jedną z istotniejszych zmian będzie większa skłonność korporacji do posiadania, a nie wynajmowania  budynków. Wymagać to będzie również nowych kompetencji od biznesu, ale również od deweloperów, dla których klient korporacyjny może się okazać finalnym klientem zakupującym budynek. Niewątpliwie obie ustawy przyczynią się do wzrostu dynamiki oraz ilość graczy na rynku inwestycyjnym.”

MSSF 16 – gruntowne zmiany dla najemców

Wprowadzenie nowego MSSF 16 od początku 2019 roku będzie miało znaczący wpływ na politykę rachunkowości spółek, co będzie mieć bezpośrednie przełożenie na decyzje biznesowe najemców. Nowe regulacje znoszą rozróżnienie leasingu na leasing finansowy i operacyjny, a także zobowiązują do ujmowania w księgach aktywów będących przedmiotem umowy leasingowej. Umowy najmu powierzchni biurowej lub magazynowej, dotychczas prezentowane jako leasing operacyjny i ewidencjonowane pozabilansowo, zgodnie z MSSF 16 będą ujmowane bezpośrednio w sprawozdaniu z sytuacji finansowej. Ponadto MSSF 16 będzie miał wpływ na  wartości niektórych wskaźników finansowych m.in. wskaźnik zadłużenia, wskaźnika bieżącej płynności, ROA, EBITDA, EBIT czy wskaźnik pokrycia odsetek. W związku z wprowadzanymi zmianami, które będą miały wpływ na kalkulację konwenantów umów kredytowych, zaleca się leasingobiorcom weryfikację polityki rachunkowości i odpowiednie przygotowanie na nadchodzące zmiany.

Nowa ustawa o REITach szansą dla rynku inwestycyjnego w Polsce.

Chociaż rynek inwestycyjny w Polsce cieszy się cały czas dużym zainteresowaniem z strony inwestorów, propozycje zmian dot. opodatkowania spółek rynku wynajmu nieruchomości (ang. REIT) mogą być kolejnym bodźcem do jego rozwoju. Nowa ustawa o REITach, której wprowadzenie jest spodziewane z początkiem 2018 roku powinna zaktywizować kapitał polskich inwestorów, którego udział  na rynku inwestycyjnym aktualnie nie przekracza 10%. Projekt ustawy, skonsultowany z branżą nieruchomości, zakłada preferencyjne opodatkowanie dla przychodów pochodzących z najmu i sprzedaży nieruchomości. Niestety nie jest jeszcze w 100% pewne, jakie szczegółowe dochody będą podlegać preferencjom podatkowym wg. obniżonej stawki. Podstawowym problemem pozostaje fakt, czy ustawa ostatecznie sprosta oczekiwaniom inwestorów i będzie miała realne przełożenie na polski rynek inwestycyjny. Ostateczna odpowiedź będzie w głównej mierze zależała od finalnego kształtu projektu.

Silny dolar

Dolar pozostaje silny globalnie z pomocą rosnących rentowności obligacji i panującym przeświadczeniu, że Fed będzie dążył do kolejnej podwyżki w grudniu. Do decyzji FOMC mamy jeszcze ponad 24 godziny, a w międzyczasie kalendarz danych makro nie rozpieszcza. Więcej emocji było ostatnio przy wystąpieniach przedstawicieli banków centralnych, ale tych też dziś brakuje.

Kalkulowane ze stawek rynku pieniężnego prawdopodobieństwo grudniowej podwyżki stóp procentowych USA stoi od wczoraj trochę powyżej 50 proc., ale są inne oznaki rosnących oczekiwań na pozytywny sygnał z jutrzejszego komunikatu FOMC. Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych USA dotknęły 2,23 proc. (pierwszy raz od miesiąca), co najmniej podsyca rajd USD/JPY, ale pogrąża wyceny metali szlachetnych (złoty wróciło do 1300 USD). Ale przeświadczenie, że Fed będzie kontynuował normalizację wspiera też wyceny banków na Wall Street i sektor finansowy ciągnie indeksy do nowych rekordów. Osobiście uważam, że Fed spełni oczekiwania rynkowe, gdyż ma za dużo do stracenia, jeśli wykaże oznaki zawahania. Jednak finał tych rozważań dopiero jutro po 20:00, a do tego czasu nastawiajmy się na zachowawczy dryf i obserwujmy rynek długu.

USD/JPY wydaje się najprostszym barometrem oceny nastawienia rynku do dolara, nawet jeśli w tym tygodniu mamy decyzję Banku Japonii (czwartek), po której jednak nikt niczego nie oczekuje. Na innych crossach dodatkowe czynniki zaprzątają uwagę inwestorów, choć także mają podłoże monetarne. Wczoraj prezes Banku Anglii Mark Carney miał swoje 5 minut, w trakcie których wykazywał ostrożność w ocenie ryzyka Brexitu, ale powtórzył za swoimi kolegami, że podwyżka stopy procentowej może nadejść w „najbliższych miesiącach”. Dla inwestorów nie było to na tyle jastrzębie, jak się spodziewali i GBP spadał, ale na krótko. Na rynku wciąż jest sporo nietrafionych pozycji na sprzedaż funta, które teraz panicznie szukają okazji do wyjścia, jak również inwestorzy polują na dogodny moment do załapania się na rajd GBP. Pierwsza grupa hamuje spadki GBP/USD, druga – napędza GBP/JPY. Kolejna szansa na mini-korektę nadarzy się dopiero jutro przy publikacji danych o sprzedaży detalicznej z Wielkiej Brytanii.

Wczoraj wieczorem wiceprezes Banku Kanady Lane przedstawiał stanowisko banku, ale dodał sporą dawkę gołębiości do przekazu. Zaznaczył, że bank „uważnie przygląda się” wpływowi wyższych stóp procentowych oraz siły waluty i szczególnie ta druga kwestia wystraszyła tych inwestorów, którzy ochoczo kupowali „loonie” po niespodziewanej podwyżce stopy overnight BoC na początku września. Mimo to BoC wciąż pozostaje wśród przodowników normalizacji polityki pieniężnej i to powinno wspierać CAD w średnim i długim terminie, kiedy kolejne podwyżki stóp procentowych będą coraz bardziej pewne. Na razie jednak zaskoczony (ponownie) rynek musi się przegrupować. W przyszłym tygodniu zaplanowane jest przemówienie prezesa BoC Poloza, który może uderzyć w podobne tony, co Lane. Fakt ten może premiować powolne osłabianie się CAD w najbliższych dniach, zanim pozycjonowanie nie unormuje się.

W kalendarzu we wtorek bez rewelacji. Zew z Niemiec i rozpoczęte budowy domów w USA straciły ostatnio na znaczeniu. Z Polski dane z przemysłu i handlu nie będą mieć przełożenia na rynek złotego. Umacniający się USD przed FOMC wywiera presję także na waluty rynków wschodzących i w tym należy upatrywać ostatniej słabości PLN. Jeśli moje oczekiwania przed FOMC są słuszne, złoty ma jeszcze nieco pola do oddania (EUR/PLN 4,32).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kraków z milionem metrów kw. biur

Drugi co do wielkości rynek biurowy w Polsce oferuje już ponad 1 milion mkw. nowoczesnej powierzchni

Kraków z zasobami przekraczającymi milion mkw. powierzchni pozostaje największym regionalnym ośrodkiem biurowym w kraju. Specjaliści Walter Herz szacują, że w drugiej połowie bieżącego roku krakowski rynek może wzrosnąć jeszcze o przeszło 100 tys. mkw., jeśli zostaną dotrzymane terminy zakończenia projektów. W budowie pozostaje około 285 tys. mkw. powierzchni biurowej w prawie 30 prowadzonych obecnie inwestycjach.

Szybki przyrost podaży (ponad 80 tys. mkw. biur oddanych w pierwszej połowie br.)   wywołany jest ogromnym zapotrzebowaniem na powierzchnię biurową w stolicy Małopolski. Niemniej, jak zauważają eksperci, pomimo rosnącej oferty i wzrostu współczynnika pustostanów do ponad 9 proc., w aglomeracji krakowskiej nadal odczuwalny jest niedobór biur, szczególnie w przypadku kiedy poszukiwana jest duża powierzchnia.

Największe zapotrzebowanie na biura spośród regionów

Popyt stale rośnie. Tylko w pierwszym półroczu bieżącego roku w Krakowie wynajęte zostało prawie 100 tys. mkw. biur. To ponad 70 proc. średniego popytu rocznego rejestrowanego w ciągu ostatnich 5 lat. Największe umowy na wynajem zawierają tu najczęściej firmy z sektora usług dla biznesu, czego przykładem może być niedawne przedłużenie kontraktu przez firmę Brown Brothers Harriman na wynajem 14,7 tys. mkw. powierzchni w kompleksie Orange Office Park.

Z danych Walter Herz wynika, że Kraków odpowiada za 30 proc. całkowitego wolumenu najmu notowanego na głównych rynkach regionalnych, poza Warszawą (ponad 330 tys. mkw. w pierwszej połowie br.). Większość zawieranych na krakowskim rynku transakcji stanowią umowy typu pre-let. Stolica Małopolski jest zdecydowanym liderem, jeśli chodzi o popyt w miastach regionalnych, za nią plasuje się Wrocław i Trójmiasto.

1 milion mkw. biur w budowie poza Warszawą

W opinii ekspertów Walter Herz, notowana obecnie na rynkach regionalnych najwyższa w historii aktywność deweloperów (łącznie około 1 mln mkw. powierzchni w budowie) nie przyniesie znaczącego wzrostu współczynnika pustostanów. Chłonność rynku jest bowiem tak duża, że nowa powierzchnia biurowa szybko znajdzie najemców. W drugiej połowie tego roku, według obliczeń Walter Herz, zasoby biurowe w miastach regionalnych mają szansę wzrosnąć łącznie o około 330 tys. mkw., w czym największy udział będzie miał Kraków, Trójmiasto i Łódź.

Głównym czynnikiem stymulującym rozwój regionów, w tym także rynku krakowskiego, jest sektor usług dla biznesu. Firmy z tej branży przenoszą do naszego kraju swoją działalność ze względu na dostęp do szerokich zasobów wykwalifikowanej kadry, tańszej niż w Europie Zachodniej, a także niższe stawki wynajmu powierzchni. Inwestorzy, którzy są już obecni w Polsce z kolei nieustannie rozbudowują struktury swoich centrów.

Sektor usług dla biznesu największym inwestorem w regionach

Jako przykład można tu wymienić Shell Business Operations Kraków, zatrudniające 2,7 tys. osób, które w połowie roku otworzył w Krakowie koncern petrochemiczny Shell. Niedawno inwestor uzyskał następne zezwolenie dla swojego krakowskiego ośrodka zlokalizowanego na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej, w którym zwiększy zatrudnienie o kolejne 300 osób. Centrum usług mieści się w czterech zaprojektowanych specjalnie dla firmy budynkach, w których znajduje się 26 tys. mkw. powierzchni biurowej.

W połowie roku w okolicy ronda Mogilskiego oficjalnie otwarty został też budynek biurowy Axis, oferujący 20 tys. mkw., w którym Globalne Centrum Usług Wspólnych ma firma ABB, specjalizująca się w technologiach dla energetyki i automatyki.

Rozbudowa rejony ronda Mogilskiego

Przy rondzie Mogilskim stanie także nowe wielofunkcyjne, krakowskie centrum biznesowe – Unity Centre.  Kompleks o funkcji biurowej, usługowo – handlowej i hotelowej będzie składał się z pięciu budynków o zróżnicowanej skali zabudowy. Obiekt powstanie dzięki przebudowie istniejącej konstrukcji wieżowca NOT i budowie czterech nowych budynków. Największy z nich, 27- kondygnacyjna wieża Unity Tower (Tower A), mierząca ponad 102 metry i oferująca 16, 5 tys. mkw. powierzchni najmu brutto, będzie najwyższym budynkiem w Krakowie.

Niedawno został podpisany kontrakt na realizację obiektu. Budowa całego kompleksu ma potrwać do stycznia 2020 roku, a zakończenie prac związanych z fit-outem we wszystkich budynkach planowane jest na czerwiec 2021 roku. Kompleks, który dostarczy 46 tys. mkw. powierzchni, w tym 30-32 tys. mkw. biur i wyróżni się m.in. najwyższym w Krakowie tarasem widokowym połączonym z przeszkloną restauracją.

Inwestycje realizowane z rozmachem  

W trakcie realizacji jest również projekt Mogilska Office, który ma być gotowy na koniec 2018 roku. A inwestor obiektu ma już w planach kolejną inwestycję w Krakowie, którą chce zrealizować w okolicy hotelu Chopin. Kompleks Chopin Office ma zapewnić 21 tys. mkw. powierzchni biurowej i 5 tys. handlowo-usługowej. Inwestycja zostanie oddana w 2019 roku.

Przy ulicy Wielickiej trwa natomiast rozbudowa kompleksu Equal Business Park. Budowa trzeciego biurowca wchodzącego w skład inwestycji, który zaoferuje ponad 22 tys. mkw. powierzchni, ma zakończyć się w drugim kwartale przyszłego roku. Niedawno oddany do użytkowania został natomiast budynek Equal 2, który przyniósł ponad 18 tys. mkw. biur. Inwestor przygotowuje również do budowy projekt Tischnera Office, zlokalizowany przy Zakopiańskiej i ulicy Księdza Józefa Tischnera, dzięki któremu zasoby biurowe w Krakowie zwiększą się o kolejne przeszło 32 tys. mkw. powierzchni.

Wśród największych, prowadzonych w Krakowie projektów jest też Podium Park, w którym w trzech budynkach znajdzie się przeszło 65 tys. mkw., w tym ponad 47 tys. mkw. powierzchni biurowej i ponad 3 tys. mkw. powierzchni usługowej. Pierwszy etap inwestycji, usytuowanej przy skrzyżowaniu alei Jana Pawła II i ulicy Izydora Stella-Sawickiego, ma być gotowy w czerwcu 2018 roku.

W połowie tego roku rozpoczęła się też budowa pierwszego etapu kompleksu Fabryczna Office Park, która ma dobiec końca na przełomie 2018 i 2019 roku. Obiekt złożony będzie z trzech budynków biurowych, które wejdą w skład większego projektu – Fabryczna City. Inwestycja realizowana na terenie dawnej fabryki Polmosu zakłada stworzenie małego miasta, w którym poza biurowcami powstaną budynki mieszkalne i rozbudowana część usługowa ulokowana w zabytkowych obiektach.

Autor: Walter Herz

Sektor usług biznesowych wynajął 210 000 mkw. biur poza Warszawą

Aż 210 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej wynajęły w pierwszym półroczu 2017 firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Stanowi to 60% ogólnego popytu poza stolicą. Według prognoz ABSL, zatrudnienie w centrach usług w Polsce stale rośnie i w 2020 r. może osiągnąć około 300 000 osób. To wzmocni zapotrzebowanie na biura. O inwestorów będą coraz aktywniej walczyć również mniejsze miasta.

Firma doradcza JLL przeanalizowała aktywność najemców z sektora usług dla biznesu w pierwszej połowie 2017 r. poza Warszawą.

„Sektor usług dla biznesu rokrocznie wynajmuje w Polsce coraz więcej biur. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy na ośmiu największych rynkach regionalnych poza stolicą wynajęto ponad 187 000 mkw., a uwzględniając także mniejsze ośrodki – 210 000 mkw. Najwięcej – prawie 66 000 mkw. przypado na Kraków. Z kolei, rekordowy w skali kraju udział sektora w popycie odnotowała Łódź, gdzie niemal 80% zapotrzebowania na biura wygenerowały firmy BPO/SSC. Największe umowy najmu podpisały takie firmy jak ATOS – 21 700 mkw. w Business Park Kraszewskiego w Bydgoszczy, Brown Brothers Harriman – 14 700 mkw. w krakowskim Orange Office Park, czy Capgemini – 13 100 mkw. w Business Garden we Wrocławiu, wymienia Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL.

Powierzchnia wynajęta i udział sektora usług w najmie na sześciu głównych rynkach biurowych poza Warszawą w I półroczu 2017

Miasto Powierzchnia (mkw.) wynajęta przez sektor usług Udział sektora usług w najmie
Kraków 65 800 67%
Wrocław 55 000 60%
Trójmiasto 33 300 45%
Katowice 4 500 27%
Poznań 3 000 24%
Łódź 23 300 79%

Źródło: JLL, PORF, 2017 r.

Sektor usług dla biznesu jest głównym odbiorcą projektów biurowych poza Warszawą.

„Centra usług dla biznesu zajmują 62% wynajętej powierzchni biurowej w Krakowie, 50% we Wrocławiu czy 48% w Łodzi. Dla porównania – w Warszawie jest to 9%, chociaż spodziewamy się wzrostu tego udziału w najbliższych latach. Jest to również związane ze specyfiką stolicy, w której historycznie lokowały się przeważnie główne siedziby firm. Łącznie, firmy z sektora usług dla biznesu zajmują w Polsce ponad 2 mln mkw. biur”, dodaje Mateusz Polkowski.

Dziś w centrach usług biznesowych w Polsce pracuje już 244 000[1] wykwalifikowanych specjalistów, którzy obsługują coraz bardziej zaawansowane procesy.

„Do 2020 r. liczba zatrudnionych może osiągnąć 300 000, czyli tyle ile w tym momencie pracuje w centrach usług w Wielkiej Brytanii. Firmy te będą potrzebować nowej powierzchni biurowej, co oznacza dalszy dynamiczny wzrost rynku”, Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL.

Mniejsze miasta w wielkiej grze

Nadal w czołówce, jeśli chodzi o wolumen najmu powierzchni biurowej, pozostają duże aglomeracje – Kraków, Wrocław i Trójmiasto. Umowy często przekraczają tutaj 10 000 mkw.

„O globalnych inwestorów coraz intensywniej walczą także mniejsze ośrodki, takie jak Szczecin, Lublin czy Bydgoszcz, które oferują konkurencyjne koszty i często większą dostępność wykwalifikowanych kadr. Jednym z dobrych przykładów może być ostatnia decyzja firmy Uber o uruchomieniu centrum wsparcia biznesowego w Lublinie, jak również umowa najmu działającej już w Bydgoszczy firmy ATOS”, informuje Jakub Sylwestrowicz.

Największe umowy najmu zawarte w Polsce w I półroczu 2017 przez firmy z sektora usług dla biznesu

Miasto Budynek Najemca Powierzchnia (mkw.)
Bydgoszcz Business Park Kraszewskiego ATOS 21 700
Kraków Orange Office Park Brown Brothers Harriman 14 700
Wrocław Business Garden I Capgemini 13 100
Wrocław Sagittarius EY 10 500
Kraków O3 Business Campus II HCL 10 400
Łódź Textorial Park Fujitsu Technology Services 10 000

Źródło: JLL, PORF, www.bazabiur.pl, 2017 r.

Nowe umowy najmu oraz regularne przedłużenia i ekspansje obrazują skalę rozwoju sektora usług biznesowych w polskich miastach regionalnych. Kraków od lat znajduje się w pierwszej dziesiątce zestawienia Tholons Top 100 Outsourcing Destinations. W tym roku stolica Małopolski awansowała o jedno oczko na ósme miejsce, wyprzedzając Warszawę, Wrocław, ale i wiele globalnych lokalizacji. Polska jest dziś najbardziej rozwiniętym rynkiem BPO/SSC/ITO w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Nowe wyzwania i nowe powierzchnie

Dynamiczny rozwój sektor usług dla biznesu w Polsce zmienia nie tylko mapę biurową poszczególnych miast. Zmieniają się również projekty i przestrzenie biurowe, aby jeszcze lepiej odpowiedzieć na potrzeby pracowników tej branży.

 

„Dziś jednym z ważniejszych narzędzi rekrutacyjnych jest biuro. Powinno ono odpowiadać na potrzeby coraz młodszych pokoleń pracowników. Są oni biegli w nowoczesnych technologiach, otwarci na innowacje i kreatywne rozwiązania. Dlatego powierzchnia biurowa powinna być zaaranżowana tak, aby godzić różne style pracy zespołu i odpowiadać na potrzeby chwili. Pracodawcy z sektora nowoczesnych usług biznesowych tworzą więc w swoich biurach różne strefy – służące burzy mózgów, oficjalnym spotkaniom, pracy w skupieniu czy relaksowi. Ponadto, coraz większą uwagę przykładają do otoczenia budynku i jego pozabiznesowych funkcji. Firmy wychodzą bowiem z założenia, że kompleks biurowy to jedna z najważniejszych wizytówek firmy”, wyjaśnia Anna Bartoszewicz-Wnuk, Dyrektor Działu Doradztwa ds. Miejsca Pracy, JLL.

[1] Dane ABSL

Kurs dolara zyskuje do większości światowych walut

Nie licząc euro, w poniedziałek amerykański dolar zyskiwał do większości światowych walut, w szczególności do japońskiej i kanadyjskiej. W efekcie uciszenia politycznego napięcia pomiędzy USA a Koreą Północną amerykański dolar osiągnął najwyższy poziom do japońskiej waluty od końcówki lipca. Z kolei protekcjonistyczny ton wypowiedzi Timothy’ego Lane’a, wicegubernatora Banku Kanady, co mogłoby uderzyć w kanadyjską gospodarkę, spowodował, że amerykańska waluta była najsilniejsza do kanadyjskiej od 12 dni. Teraz inwestorzy czekają na wynik posiedzenia Fedu, szukając sygnałów w kwestii ewentualnej grudniowej podwyżki stóp procentowych.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,43%), a zyskuje do brytyjskiego funta (+0,36%), dolara kanadyjskiego (+0,94%), dolara australijskiego (+0,48%) oraz japońskiego jena (+0,53%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,199, GBP/USD – 1,354, USD/CAD – 1,229, AUD/USD – 0,798 i USD/JPY – 111,8. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,9%) i kurs EUR/JPY wynosi 134, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,886. Złotówka traci do euro i szwajcarskiego franka, zyskuje do funta i pozostaje na tym samym poziomie do dolara. We wtorek rano dolar kosztuje 3,58 zł, euro – 4,29 zł, funt – poniżej 4,85 zł, a frank – 3,73 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 wzrósł o 0,52%, frankfurcki indeks DAX – 0,32%, a paryski indeks CAC 40 – 0,3%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 zyskał 0,15%, meksykański indeks Bolsa – 0,67%, a brazylijski Bovespa – 0,31%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się aż o 1,96%, chiński indeks Shanghai Composite spadł o 0,18%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,2%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej wahają się. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 55,48 USD (-0,25%), a ropy WTI – 49,91 USD (+0,04%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca pozostała na poziomie 57 USD. Z kolei cena złota kontynuuje spadki. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1308 USD. To 9 USD mniej (-0,68%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 3:30 – Australia – Protokół z posiedzenia RBA, wrzesień
  • 9:00 – Polska – Wskaźnik Dobrobytu wg BIEC, wrzesień – 106,6 pkt.
    (poprzednia wartość 105,9 pkt.)
  • 14:00 – Polska – Sprzedaż detaliczna (r/r), sierpień (prognoza 7,15%)
  • 14:00 – Polska – Produkcja budowlano-montażowa (r/r), sierpień (prognoza
    24%)
  • 14:00 – Polska – Produkcja przemysłowa (r/r), sierpień (prognoza 6%)
  • 14:00 – Węgry – Decyzja ws. stóp procentowych, wrzesień
  • 14:30 – USA – Pozwolenia na budowę domów, sierpień (prognoza 1220 tys.)
  • 14:30 – USA – Rozpoczęte budowy domów, sierpień  (prognoza 1175 tys.) 

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Facebook oraz EURUSD – co się stanie na wykresie?

Facebook – analiza techniczna

Facebook, spółka należąca do FANG-u, czyli czterech jeźdźców napędzających amerykańską hossę. Od początku roku dała zarobić niespełna 50 procent, natomiast od czasu debiutu ponad 481 proc. Wzrosty są niesamowite, a pomimo tego wszyscy spodziewają się kontynuacji północnego kierunku notowań.

Kondycję finansową spółki można ocenić 10/10. Nie ma do czego się przyczepić, spółka nie posiada żadnego zadłużenia. Marża zysku netto utrzymywana jest na poziomie 41 procent, co jest jednym z lepszych wyników w tej branży. Z kolei patrząc na wskaźniki wyceny możemy być zawiedzeni. Facebook jest bardzo drogą spółką, wskaźnik PE ukształtował się na poziomie 37. Kolejnym zagrożeniem jest jej popularność, inwestorzy obdarzyli ją zbyt dużym zaufaniem, popadli w huraoptymizm, który nigdy nie kończył się dobrze.

Pomimo zagrożeń oraz przewartościowania spółki analiza techniczna mówi „sky is the limit„. Wróżenie korekty w warunkach huraoptymizmu może być nierozsądne. Od połowy 2013 roku do połowy 2017 notowania spółki poruszały się w kanale wzrostowym po czym nastąpiło wybicie górą sugerujące przyspieszenie wzrostów. Kolejnym celem kupujących może być okrągły poziom 180 USD, następnie 190 USD oraz 200 USD. Z drugiej strony gdyby doszło do korekty, to najbliższe wsparcie wyznacza krótkoterminowa linia trendu wzrostowego oraz górne ograniczenie kanału wzrostowego.

Notowania FB, interwał tygodniowy

Notowania FB, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets, Supreme Edition

Ciekawostka: kilkuletnia korelacja popularnej spółki Facebook z Nasdaq 100 oraz S&P 500 jest bardzo silna.

EURUSD – analiza techniczna

Notowania EURUSD na interwale miesięcznym znalazły się w niebezpiecznym miejscu. Z jednej strony mamy do czynienia z bardzo silnym trendem wzrostowym, natomiast z drugiej z silnym oporem, który może pokrzyżować plany bykom oraz wspomóc stronę sprzedającą.

Notowania EURUSD, interwał miesięczny

Notowania EURUSD, interwał miesięczny

Źródło: Admiral Markets

Dopiero trwałe przebicie poziomu 1.20 będzie oznaczało kontynuacje wzrostów, na chwile obecną nie jest to bazowym scenariuszem. Bardziej prawdopodobna będzie kilkutygodniowa korekta do poziomu 1.16. Niemniej jednak należy uważać na środowe FOMC, które może namieszać.

Posiedzenie FOMC

Pomimo tego, że prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych wynosi jedynie 2 proc, to wrześniowe posiedzenie FOMC będzie jednym z najbardziej emocjonujących wydarzeniem w tym miesiącu. W środowym oświadczeniu FOMC, a także konferencji z udziałem Prezesa FED inwestorzy oczekują ogłoszenia programu zmniejszenia bilansu banku poprzez wyprzedaż papierów wartościowych nabytych w trakcie programu QE 1, QE 2 oraz QE 3.

W krótkim terminie ogłoszenie przeciwieństwa programu QE powinno przełożyć się pozytywnie na siłę dolara amerykańskiego, aczkolwiek w długim terminie powinniśmy zaobserwować dalszą jego wyprzedaż. Będzie to czynnik, który osłabi gospodarkę amerykańską, tak samo jak każda kolejna podwyżka stóp procentowych. Ponadto na samej konferencji Janet Yellen może rzucić więcej światła na temat przyszłej kadencji jako Prezesa FED.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Deloitte Digital: Dwie sekundy często decydują o sukcesie wideo online

Konsumpcja wideo w Internecie rośnie. Jak wynika z badania Wideo mobile 2016, aż 41 proc. ankietowanych deklaruje, że ogląda materiały wideo online na smartfonie bądź tablecie. Wśród nich 62 proc. robi to codziennie. Popularność filmów wykorzystuje branża marketingowa i reklamowa, dla których jest to jeden z najważniejszych i najszybciej rozwijających się formatów digital. Jak zauważają eksperci Deloitte Digital, zwrócenie uwagi widza to jedno z największych wyzwań branży wideo. 

Według badania „Wideo mobile” nieco mniej respondentów ogląda wideo online stacjonarnie. 38 proc. osób wyświetla je na ekranie komputera lub laptopa, a 10 proc. – na telewizorze z dostępem do Internetu. Aż połowa badanych zadeklarowała, że ogląda jeden lub kilka materiałów wideo dziennie, 12 proc. odpowiedziało, że kilkanaście.

Jak pokazuje badanie gemiusAdReal, najpopularniejszą reklamę w kwietniu br. w Polsce – ShowMax.pl – obejrzało ponad 3,4 miliona internautów. YouTube stale utrzymuje się jako druga najpopularniejsza wśród internautów aplikacja – wynika z comiesięcznych badań Gemius/PBI. A tych, które umożliwiają oglądanie i nagrywanie filmów, ciągle przybywa.

– Niewątpliwym potencjałem reklamowym wideo jest to, że ma ono grono „lojalnych” odbiorców, którzy subskrybują szereg kanałów na YouTube. Młode pokolenia wychowały się na filmach dostępnych w Internecie i jest to dla nich źródło pierwszego wyboru. Mogą je oglądać, kiedy chcą i gdzie chcą na urządzeniach mobilnych. Jest to przewaga Internetu nad tradycyjną telewizją – mówi Piotr Podgajny, Social Media Manager z Deloitte Digital.

Serwisy VOD jako źródło reklam

Według badania Gemius z maja br., wśród serwisów VOD, liderem na polskim rynku pod względem zasięgu pozostaje serwis VoD.pl, a pod względem liczby odsłon i średniego czasu korzystania – Player.pl.

Jak pokazuje badanie MEC z maja br. czas bloków reklamowych w serwisach VOD największych nadawców stanowi już ponad połowę tego, który główne stacje poświęcają na reklamy w swoim czasie antenowym. Serwisy VOD związane z największymi nadawcami pokazują średnio ok. 7 minut reklam na godzinę – przed oraz w trakcie programów emitowanych online. Mimo dużego obłożenia reklamowego, serwisy te tworzą czołówkę rynku wideo pod względem wskaźnika viewability, czyli obecności reklam wideo w polu widzenia użytkowników.

Liczy się historia

Wideo w Internecie ma ogromny potencjał, jednak jego twórcy stają przed wieloma dylematami. Tylko nieliczne filmy przyciągają miliony widzów. Jak podkreślają eksperci Deloitte Digital, zwrócenie uwagi widza to jedno z największych wyzwań branży wideo. Tym bardziej, że w przepełnionym treścią Internecie, coraz trudniej pozyskać zaangażowanego odbiorcę. Jak zauważa Bartosz Fiszer, Senior Performance Specialist w Deloitte Digital, uwagę użytkownika zdobywa się często w ciągu dwóch pierwszych sekund.  – Mniej więcej tyle post jest widoczny podczas przeglądania news feed’u Facebooka na telefonie. Zatem już dwie pierwsze sekundy muszą przykuć uwagę użytkownika i zatrzymać go – tłumaczy.

Zarówno marketerzy, jak i twórcy internetowi poszukują coraz bardziej wymyślnych sposobów na podtrzymanie zainteresowania widzów. Ze względu na powszechność treści, jest to nie lada wyzwanie. Na co zwrócić uwagę planując produkcję? Jak podkreślają eksperci Deloitte Digital, najważniejszy jest pomysł i wartość dodana dla widza, czyli to, co z niego wyniesie po obejrzeniu.  – Wykorzystując wszelkie innowacje, warto jednak pamiętać o sprawdzonych rozwiązaniach, nawet gdy mówimy o filmie reklamowym. Ludzie kochają historie, dlatego wideo z wplecioną narracją ma zdecydowanie większą szansę na zaabsorbowanie widza – mówi Adrian Kwiatkowski, Senior Social Media Executive, Deloitte Digital.

Reklama – przed, w trakcie czy po filmie?

Za reklamami w formie wideo on-line przemawia wiele argumentów. Są dużo mniej kosztowne niż te w telewizji, a ich mierzalność jest wyższa. Dodatkowo za ich pomocą można skuteczniej dotrzeć do grupy docelowej. Wraz ze wzrostem ich skuteczności i popularności, zmienia się sposób ich dystrybucji – pojawiają się przed filmami, w trakcie, pod koniec, a także w formie zawoalowanego product placement. W świecie reklamy, trwa dyskusja, który sposób jest najbardziej skuteczny.

Jak zauważają eksperci Deloitte Digital, sposób dystrybucji reklam wideo w Internecie naśladuje metody obecne w telewizji. Prezentowanie reklam w środku materiału wideo jest kontynuacją tradycji reklamy telewizyjnej, która wyświetlana jest w odpowiednich blokach podczas różnego rodzaju programów. Ten sposób dotarcia do odbiorcy jest powszechny od dekad i teraz coraz częściej adaptowany także w marketingu internetowym. Taki rodzaj komunikatu otwiera szansę na zapoznanie się z fragmentem docelowo oglądanego materiału i powrót do niego po kontakcie z reklamą – zakładając, że był interesujący. – Uważam, że jest tym samym bardziej uczciwy niż reklamy typu pre-roll. Użytkownik decydując się na poświecenie uwagi na docelowy materiał, nie jest natychmiast przekierowywany do innej treści, na oglądanie której nie był przygotowany. Z jednej strony można rozpatrywać to jako element zaskoczenia, który może, choć nie musi, przełożyć się na korzystne statystyki oglądalności. Z drugiej jednak strony, oglądający może poczuć dyskomfort – mówi Łukasz Korczewski, Senior Social Media Executive, Deloitte Digital.

– Najlepszym rozwiązaniem w tej kwestii byłoby dostosowanie lokowania produktu do oczekiwań użytkownika. Reklama nie może ingerować w content, a jeżeli już to robi – musi być jak najmniej inwazyjna – dodaje Bartosz Fiszer.

Amatorskie wideo gratką dla reklamodawców

Eksperci Deloitte Digital podkreślają również rolę filmów „amatorskich” – ulotnych, nagrywanych „tu i teraz”, nieperfekcyjnych, ale dzięki temu autentycznych. Pojawia się coraz więcej możliwości transmisji na żywo, a pożądane przez rynek wideo to takie, które jest dostosowane do wyświetlania na urządzeniach mobilnych. Co więcej, możemy spodziewać się dalszych rozwiązań, które umożliwią zarówno użytkownikom, jak i markom korzystanie z tego trendu. – Wszyscy zachwycaliśmy się Snapchatem, a teraz zachwycamy się Instagramem. W kilka sekund można opowiedzieć ciekawą historię, a co dopiero zainteresować użytkownika swoim pomysłem czy produktem. Wierzę, że filmy nagrywane telefonem i livestreaming staną się kluczowymi elementami stosowanymi do budowania historii wokół marki – podsumowuje Bartosz Fiszer.

Wyraźny wzrost zainteresowania leasingiem w Europie

  • Federacja Leaseurope podała, że europejski rynek leasingu na koniec 2016 roku osiągnął wartość 333,7 mld euro, co oznacza +10,3 proc. wzrost w porównaniu do 2015 r.
  • Polski sektor leasingu, który w ostatnich latach rośnie w dwucyfrowym tempie, zajmuje wysoką szóstą pozycję w Europie (przy wartości nowych umów zawartych w 2016r. na poziomie 13,3 mld euro tj. 58,1 mld zł i 16,6% dynamice w porównaniu do 2015r.).

Federacja Leaseurope, reprezentująca europejski rynek leasingu podała, że w 2016 roku wartość wszystkich nowych umów leasingowych, zawartych w Europie wyniosła 333,7 mld euro, co oznacza +10,3 proc. wzrost rynku w stosunku do 2015r. [1]. Wysoki trend wzrostowy, obserwowany w Europie od 2014 r. nie omija także naszego kraju. Polska branża leasingowa z +16,6 proc. dynamiką w 2016r. (w porównaniu z 2015r.) i dwucyfrowym wzrostem w ostatnich 5 latach, znajduje się w gronie sześciu największych rynków leasingu w Europie.

Europejska branża leasingowa wkroczyła w trzeci wzrostowy rok. Trend ten jest  zauważalny na wszystkich krajowych rynkach, biorących udział w badaniu statystycznym federacji Leaseurope. Wartość nowych umów leasingowych odnoszących się do pojazdów osobowych wzrosła w Europie o +12,6 % w 2016r. w porównaniu z rokiem 2015, podczas gdy dynamika segmentu samochodów dostawczych wyniosła +13,1 %. Równie dobre wyniki odnotowano w zakresie transakcji dotyczących maszyn i urządzeń przemysłowych (wzrost o 10,3 % r/r). W 2016r. skromny, +1,8 proc. wzrost, europejska branża leasingowa wypracowała w obszarze leasingu nieruchomości, natomiast segment leasingu komputerów i maszyn biurowych, odnotował spadek o -7,4 %.

Sytuacja polskiego rynku leasingu, którego dane do Leaseurope raportuje Związek Polskiego Leasingu, jest bardzo dobra. 2017 rok jest piątym z rzędu rokiem z dwucyfrowym tempem wzrostu polskiego rynku leasingu. Według analiz ZPL, po I półroczu 2017 wartość aktywnego portfela tj. inwestycji aktualnie finansowanych przez branżę leasingową przekroczyła 109 mld zł i była porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki (120,7 mld zł na koniec czerwca 2017r). Związek szacuje,  że w Polsce z takiego finansowania aktywnie korzysta około 600 tysięcy firm. Największą grupą klientów polskich leasingodawców pozostają mikro i małe firmy. Branża leasingowa blisko połowę swoich usług (49 %), kieruje do najmniejszych firm, czyli klientów o rocznych obrotach do 5 ml zł., a ¾ wszystkich klientów stanowią firmy mikro i małe

„Dane Leaseurope za 2016r. i wcześniejsze lata pokazują, że sektor motoryzacyjny jest stabilnym czynnikiem sprzyjającym wzrostowi koniunktury branży leasingowej. Wyniki badania Oxford Economics[2] potwierdzają tezę zgodnie z którą, firmy korzystające z leasingu charakteryzują się wysokim poziomem aktywności inwestycyjnej. Zarówno dane płynące z Europy jak i z polskiego rynku leasingu świadczą o tym, że firmy z sektora MŚP wykazują rosnący popyt na leasing, co może oznaczać ich gotowość do inwestowania w środki trwałe także w kolejnych miesiącach roku”– powiedział Mieczysław Woźniak, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego ZPL, Członek Rady Dyrektorów Leaseurope.

[1] Dane Leaseurope: Leaseurope Annual Survey 2016.

[2] Oxford Economics, The Use of Leasing Amongst European SMEs, 2015

Algorytmy generowania domen przez przestępców internetowych

Wiele nowych przykładów złośliwego oprogramowania wymaga kontaktu z serwerem sterującym C&C w sieci w celu uzyskania instrukcji lub przeniesienia wykradzionych danych. A jak to wygląda w praktyce? O tym przeczytać można w poniższym artykule.

Konieczność kontaktu z serwerem sterującym charakteryzuje w szczególności botnety oraz złośliwe oprogramowanie atakujące systemy bankowości (np.ZeuS czy ZeuS Panda). Adresy tego typu serwerów sterujących zostały często zakodowane w złośliwym oprogramowaniu, wskutek czego przy każdej instalacji złośliwego oprogramowania dochodzi do kontaktu z adresem. Strategia ta ma jeden oczywisty słaby punkt, przynajmniej z perspektywy atakującego: gdy tylko serwer sterujący lub jego domena zostaną usunięte lub przechwycone przez władze, atakujący straci kontrolę nad zainfekowanym sprzętem. Czy nie lepiej (z punktu widzenia przestępców) byłoby, gdyby nie musieli już więcej martwić się kwestią przejmowania ich serwerów sterujących? Okazuje się, że w pewnych sytuacjach nie muszą się martwić. W przypadku, gdy nikt nie wie, z którym serwerem ma zamiar skontaktować się złośliwe oprogramowania, bardzo trudno jest go zamknąć. W tym miejscu do gry wchodzą algorytmy generujące domenę DGA (Domain Generation Algorithm).

W uproszczeniu, algorytmy DGA tworzą mniej lub bardziej przypadkowy adres internetowy. Może do tego dochodzić raz dziennie lub nawet kilka razy na godzinę. Złośliwe oprogramowanie kontaktuje się następnie z wygenerowanymi domenami o wcześniej ustalonej porze.

Przestępca musi jedynie zarejestrować te losowo wygenerowane domeny, powiązać je ze swoją infrastrukturą sterującą i jest „w domu”. Atakujący musi oczywiście wiedzieć, z którymi domenami jego “twór” ma zamiar się skontaktować w danym momencie tak, by mógł wcześniej te domeny zarejestrować. I jako że wie już, w jaki sposób działa algorytm, może z wyprzedzeniem opracować i zarejestrować setki domen i nie martwić się już więcej o to, jaki wpływ będzie miało usunięcie jednej z nich. Dla badaczy i władz powstaje w tym miejscu błędne koło – usuwając jeden serwer mogą zorientować się, że ich cel przeniósł się już na kolejny. Przestępca może spać spokojnie – wkrótce zainfekowany komputer skontaktuje się z nowym adresem, który pozostaje pod jego kontrolą.

Nie wszystko jeszcze jednak stracone. Sposób, w jaki domeny są tworzone przy pomocy algorytmu zdaje się opierać na konkretnych wzorach, a tam, gdzie mamy wzory, możemy znaleźć sposób na ich rozszyfrowanie. Skoro badacze potrafią przeanalizować ruch w sieci generowany przez podejrzane oprogramowanie, mogą z dużą dozą prawdopodobieństwa dowiedzieć się, czy domena, z którą został nawiązany kontakt powstała przy pomocy DGA, czy też nie. Nadal pozostaje ryzyko wykrycia fałszywie dodatnich przypadków, mimo że bardzo niewiele legalnych aplikacji korzysta z DGA (o ile w ogóle takowe istnieją). Niektóre algorytmy sprawiają wrażenie, że uzyskano dostęp do legalnej domeny, np. Google (jednak w adresie występują literówki, np. „goolge.com”). Dodatkowo pomiędzy różnymi grupami złośliwego oprogramowania mogą tworzyć się połączenia w oparciu o to, w jaki sposób ustalają one swoje domeny C&C.

Adresami internetowymi (określanymi również jako URL od Uniform Resource Locators) posługuje się na co dzień większość ludzi, są one więc łatwe do zapamiętania, by przyciągnąć jak największą liczbę odwiedzających– mówi Robert Dziemianko z G DATA. – Dlatego nasz adres to gdata.pl, a nie na przykład www.kfualh85gdgiwe.pl -dodaje. Jako że serwer C&C nie zostanie nigdy świadomie odwiedzony przez przeciętnego internautę, algorytmy DGA mogą cieszyć się dużo większą wolnością przy tworzeniu adresów URL.

Przy analizowaniu generowanych domen swój udział ma, co ciekawe, także lingwistyka: sensowne słowo, które może zostać wykorzystane jako część adresu internetowego najprawdopodobniej nie będzie zawierało określonych kombinacji liter. Każdy język na świecie opiera się na pewnych regułach tworzenia słów niosących znaczenie. Zgodnie z nimi sekwencja przytoczona powyżej nigdy nie będzie stanowiła sensownego słowa w jakimkolwiek języku (może poza Klingon). Dlatego najprawdopodobniej taka strona nie jest legalna, a więc należałoby uważniej przyjrzeć się procesowi nawiązywania połączenia. Jest to tylko jedno z kryteriów mających na celu ustalenie, czy mamy do czynienia z podejrzaną działalnością; wśród innych metod znaleźć możemy mechanizmy wykrywające losowe kojarzenie słów.

Po ustaleniu, w jaki dokładnie sposób tworzone są adresy URL, jednym z możliwych (lecz również kontrowersyjnych) scenariuszy jest zastrzeżenie domen przez organy państwowe tak, by nie były one dostępne dla atakujących. Eksperci nazywają ten proces również „sinkholingiem”. Skutkuje on jednak ostrzeżeniem przestępców i poinformowaniem, że ktoś trafił na ich trop. Wtedy z reguły algorytm DGA tworzony jest na nowo i koło się zamyka.

Nieudana wstępna rejestracja domeny przyczyniła się również do złagodzenia skutków ataku niszczycielskiego złośliwego programowania WannaCry: Marcus Hutchins, zajmujący się badaniem tego zagadnienia, odkrył, że domena nie została zarejestrowana i sam podjął się tego zadania. W trakcie jego wykonywania przypadkowo natknął się na osławiony wyłącznik awaryjny WannaCry i dla wielu firm na całym świecie stał się bohaterem. Jednak nie było dane cieszyć mu się sławą, bowiem okazało się, że po jakimś czasie został zatrzymany przez FBI za udział w tworzeniu innego złośliwego oprogramowania o nazwie “Kronos”.

Klienci są gotowi zapłacić ci więcej. Pod jednym warunkiem

Aż jeden na pięciu klientów rezygnuje z usług firmy, jeśli choć raz nie odpowiadał mu sposób, w jaki go obsłużono. Za to aż 81 procent z nich przystanie na wyższą cenę, jeśli uzyska większą satysfakcję w doświadczeniu usługi lub produktu.

Od UX do CX – firmy wyciągają wnioski

Doświadczenie związane z korzystaniem z danego produktu lub usługi, nazywane User Experience, ma dla klientów znaczenie większe, niż mogliby przypuszczać przedsiębiorcy, z których aż 78 procent uważa, że koncentruje się na kupującym i zapewniają mu obsługę na najwyższym poziomie. Z tą opinią zgadza się jednak tylko 7 procent konsumentów, jak wynika z raportu The Disconnected Customer przygotowanego przez ekspertów Capgemini. Reszta jest niezadowolona ze standardów.

Tymczasem jakość doświadczeń ma tak duże znaczenie dla klientów, że aż 81 procent z nich jest w stanie zgodzić się na wyższe ceny, jeśli tylko przełoży się to na zwiększenie ich satysfakcji. Najchętniej dopłacą za to internauci (aż 87 procent z nich jest w stanie zgodzić się na wyższą cenę produktu lub usługi, jeśli będzie się z tym wiązać UX na wyższym niż dotychczas poziomie). Na drugim miejscu znajdują się klienci szeroko pojętej branży handlowej, a dalej zwykli konsumenci i osoby korzystające z usług bankowych.

Eksperci Capgemini odkryli ponadto, że to, jak chętnie klienci są w stanie dopłacić za lepszą jakość obsługi, zależy w dużej mierze od kraju ich pochodzenia. Największą gotowość w tym zakresie wyrażają mieszkańcy Azji. Aż 98 procent Hindusów i 95 procent Chińczyków deklaruje taką chęć, w porównaniu z tylko 75 procentami Francuzów, 72 procentami Holendrów czy jedynie 62 procentami Niemców.

Jeśli firma chce budować dobre doświadczenia użytkowników związane z obsługą oferowanych przez nią produktów, musi zmienić stosunek do klienta. Stąd zrodził się najnowszy trend Collaborative Exchange (CX), następca User Experience. Na czym polega? Jego istotą jest baczne obserwowanie konsumentów i ich oczekiwań, aktywne pozyskiwanie od nich informacji zwrotnej, dopuszczenie ich do głosu oraz włączenie ich w proces ulepszania usług i produktów. Takie podejście daje klientowi większą kontrolę nad procesem, w którym bierze udział, oferując dużą wartość firmie, z której oferty dany klient aktualnie korzysta.

Kawa z telefonu

Z raportu The Disconnected Customer jasno wynika, że klientom zależy na wysokiej jakości obsługi. Ale czy zależy na tym firmom? Nie zawsze. Wiele z nich nie potrafi podnieść standardów, a wprowadzane przez nie rozwiązania nie zawsze się sprawdzają. Inne jednak są warte zauważenia — ze względu na olbrzymi sukces, jakie odniosły, przynosząc tym samym niemały zysk przedsiębiorstwu, które je wprowadziło. Autorzy raportu powołują się między innymi na przykład sieci Starbucks, która uruchomiła aplikację mobilną, pozwalając swoim klientom składać zamówienia online. Dzięki temu nie muszą oni stać w kolejce. Wystarczy, że wejdą do lokalu i odbiorą zamówienie. Co więcej, za pomocą platformy mogą oni także otrzymywać nagrody w ramach programu lojalnościowego za zebrane dzięki wcześniejszym zakupom punkty.

Uruchomienie aplikacji było tak dużym sukcesem, że na początku tego roku korzystało z niej około 17 milionów użytkowników na całym świecie. Już po ośmiu miesiącach od wprowadzenia platformy w 2015 roku klienci składali za jej pośrednictwem siedem milionów zamówień w ciągu miesiąca. To imponujący wynik, który — wraz z innymi, podobnymi przykładami — stał się punktem wyjścia dla analityków Capgemini. Postanowili sprawdzić, co stoi za podobnymi sukcesami i jak wiele przedsiębiorstwa mogą zyskać, podnosząc jakość UX. W rezultacie zaproponowali wskaźnik: Digital Customer Experience (DCX) Index, który ma wiele wyjaśnić.

Wyższe ceny… przyciągają klientów?

Wskaźnik DCX ma za zadanie pokazać związek między standardem cyfrowej obsługi klienta w danej organizacji a zyskami, jakie ta firma jest w stanie wygenerować. Im więcej zatem pozytywnych praktyk w tym zakresie implementuje przedsiębiorstwo, tym wyższy wskaźnik DCX.

Podczas badania, dzięki któremu możliwe było ustalenie wskaźnika DCX wielu firm, zadawano przedstawicielom wybranych organizacji wiele pytań, których celem było ustalenie, jakie praktyki są stosowane przez firmę w zakresie obsługi konsumenta. Dotyczyły one na przykład istnienia i zasad działania programów lojalnościowych. Ale o to samo zapytano również klientów badanych firm. Sprawdzono, czy zgadzają się oni z odpowiedziami uzyskanymi od organizacji. Dopiero na tej podstawie wyliczany był wskaźnik DCX — mówi Marek Woźny, Vice President, Managing Director Application Services w Capgemini Polska.

Raport Capgemini pokazał, że firmy, którym udało się osiągnąć najwyższy wskaźnik DCX, w największym stopniu podniosły też ceny oferowanych usług lub produktów (w przypadku dziesięciu firm z najwyższym wskaźnikiem DCX wzrost cen wyniósł 16 procent; firmy z dołu listy podniosły je dla porównania tylko o sześć procent).

Marek Woźny tłumaczy jednak, że wbrew oczekiwaniom, wzrost cen nie odstrasza klientów,  przeciwnie, pozwala podwyższyć jakość obsługi i tym samym zatrzymać ich, a nawet pozyskać nowych.

Raport jasno pokazuje, że wzrost wskaźnika DCX wiąże się także z gotowością klientów do wydawania większych kwot na usługi świadczone przez daną organizację — mówi. I dodaje, że firmom zwyczajnie opłaca się wydawać pieniądze na jakość obsługi, nawet kosztem podniesienia cen.

Marketing to nie wszystko

Jeszcze jeden ważny wniosek płynie z badań przeprowadzonych przez ekspertów Capgemini. Okazuje się, że jakość obsługi klienta ma tak samo duże znaczenie dla rozwoju firmy, jak działania promocyjne i marketingowe.

Przedsiębiorcy powinni zdać sobie sprawę z tego, że dział sprzedaży odpowiada tylko za część złożonego procesu, jakim jest zatrzymanie klienta i zachęcenie go do ponownego zakupu — zauważa Woźny — Weźmy na przykład sprzedawcę sprzętu elektronicznego, choćby telewizorów. Dział marketingu i sprzedaży jest w stanie zainteresować potencjalnego klienta ofertą handlową, zachęcić go do zakupu, a wreszcie sprzedać urządzenie. Ale już cały proces obsługi transakcji, a potem także obsługi gwarancyjnej, jeśli zajdzie taka potrzeba, leży po stronie działu obsługi klienta. To od niego zależy, czy klient będzie zadowolony ze współpracy, a także czy poleci sprzedawcę swoim znajomym, napisze o nim dobrą opinię w internecie, a w końcu wróci po nowy telewizor. Dział sprzedaży nie będzie w stanie zatrzeć negatywnego doświadczenia związanego z obsługą na późniejszych etapach — tłumaczy.

GK IMMOBILE S.A.: ponad 2-krotny wzrost przychodów w I półroczu 2017 r.

Grupa Kapitałowa IMMOBILE S.A. podsumowała I półrocze 2017 r. notując skonsolidowane przychody na poziomie 112,25 mln zł, co oznacza wzrost o 140%. Taki wynik jest spowodowany przede wszystkim przejęciem kontroli nad PROJPRZEM S.A. oraz pierwszym efektom synergii w Grupie IMMOBILE. Zarząd pracuje nad aktualizacją strategii dla całej Grupy, jednocześnie ją reorganizując.

W I półroczu 2017 r. Grupa Kapitałowa IMMOBILE wypracowała bardzo dobre wyniki finansowe. Przychody wyniosły 112,25 mln zł, wobec 46,79 mln zł w I półroczu 2016 r., co oznacza, że były ponad 2-krotnie wyższe. EBITDA Grupy IMMOBILE w I półroczu br. wyniosła 8,5 mln zł i była o 72% wyższa wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. Zysk operacyjny ukształtował się na poziomie 3,92 mln zł, co oznacza poprawę o 77% w stosunku do wyniku wypracowanego w I półroczu 2016 r. Wynik netto ukształtował się na poziomie -1,38 mln zł wobec -1,70 mln zł. Strata na poziomie netto była związana z kosztami podatkowymi porządkowania przemysłowej gałęzi Grupy. Bardzo dobry wynik jednostkowy w I półroczu br. (24,98 mln zł, wobec -2,61 mln zł w I półroczu 2016 r.) umożliwi ewentualną wypłatę dywidendy w kolejnych latach.

 „Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyników finansowych jakie osiągnęliśmy w minionym półroczu. To przede wszystkim zasługa konsekwentnie realizowanej strategii. Niezaprzeczalnie największy wpływ na wyniki miało przejęcie kontroli nad spółką PROJPRZEM, która jest w końcowej fazie restrukturyzacji i którą zamierzamy konsekwentnie rozwijać. Osiągnęliśmy również bardzo dobre wyniki w pozostałych segmentach operacyjnych, szczególnie w hotelarskim. To m.in. efekt precyzyjnego zarządzania kosztami czy realizacji wyznaczonych celów.” – powiedział Rafał Jerzy, prezes zarządu GK IMMOBILE.

W I półroczu 2017 r. Grupa zanotowała wzrost sprzedaży w większości segmentów operacyjnych. W segmencie przemysłowym przychody wzrosły ponad 6-krotnie do poziomu 78,71 mln zł. Wynik operacyjny w tym segmencie ukształtował się na poziomie 2,49 mln zł wobec -1,71 mln zł w I półroczu 2016 r. Taka poprawa była głównie spowodowana objęciem kontroli nad PROJPRZEM S.A. Segment hotelarstwo wniósł do przychodów za I półrocze br. 19,19 mln zł (30% wzrost w porównaniu do analogicznego okresu 2016 r.). Wzrost segmentu hotelarskiego, poza czynnikami organicznymi, wynika z włączenia do zasobów sieci w I półroczu br. zabytkowego, 4-gwiazdkowego Hotelu Pod Orłem w Bydgoszczy. Segment najem aktywów osiągnął przychody w wysokości 4,78 mln zł (wzrost o pół miliona r/r). W segmencie developingu przychody wyniosły 6,07 mln zł. Niższe przychodny w tym segmencie r/r wynikają z etapowania głównej inwestycji spółki – osiedla Platanowy Park. Mieszkania realizowane w etapie „0” inwestycji Platanowy Park zostały już wyprzedane. Mieszkania kolejnego etapu („I”), mają zostać oddane pod koniec bieżącego roku, stąd większość osiągniętego przychodu przypadnie na kolejne okresy. W IV kwartale 2017 r. spółka planuje rozpocząć budowę kolejnego etapu.

GK IMMOBILE S.A. konsekwentnie zwiększa skalę biznesu. 23 czerwca 2017 r. poinformowała o zwiększeniu zaangażowania w PROJPRZEM S.A. do 65,73%. W wyniku przeprowadzonych transakcji GK IMMOBILE S.A. posiada 3 932 370 akcji spółki PROJPRZEM S.A. i taką samą liczbę i procent głosów na WZA tej Spółki. Jednocześnie GK IMMOBILE stała się jedynym znaczącym akcjonariuszem PROJPRZEM S.A. Jest to kolejny krok milowy, który pozwoli na zdynamizowanie rozwoju Spółki PROJPRZEM pod skrzydłami Grupy Kapitałowej IMMOBILE. Jej kurs od dnia obrad WZA, podczas których stosunek dominacji stał się faktem, wzrósł już o 56%.

Akcjonariusze GK IMMOBILE S.A. 30 czerwca br. zdecydowali o wypłacie dywidendy. Zgodnie z rekomendacją Zarządu, Spółka wypłaci 4,52 mln zł, co oznacza, że dywidenda na jedną akcję wyniesie 0,06 zł. Według kursu zamknięcia z 30 czerwca 2017 r. daje to 1,6% stopy dywidendy. Dzień dywidendy wyznaczono na 31 sierpnia 2017 r., natomiast jej wypłata nastąpi 30 września br. To druga z rzędu dywidenda w giełdowej historii Spółki. Zarząd rozważa wprowadzenie polityki dywidendowej.

GK IMMOBILE S.A. 23 czerwca 2017 r. otrzymała zawiadomienie od Nationale-Nederlanden PTE o przekroczeniu progu 5 proc. udziału w głosach na Walnym Zgromadzeniu. Obecnie NN PTE, posiada 4 000 000 akcji Spółki, czyli 5,31 proc. Fundusze NN są pierwszą instytucją finansową, posiadającą ponad 5 proc. akcji Spółki. Innym inwestorem finansowym Spółki jest TFI PZU Asset Management, który posiada 1,23 proc. akcji GK IMMOBILE S.A.

Zarząd GK IMMOBILE S.A. pracuje nad szczegółową strategią rozwoju Grupy i zapowiedział, że opublikuje ją ok. IV kwartału 2017 r. Stawia na prężny rozwój wszystkich segmentów, tak żeby każdy z nich miał równomierny udział w budowaniu wartości Grupy.

Efekty procesów reorganizacji spółek PROJPRZEM i PROMStahl powinny być ciągle widoczne w wynikach nadchodzących okresów. W segmencie przemysłowym świetne są perspektywy dla segmentu przeładunków, z uwagi na dynamicznie rosnący rynek e-commerce i zwiększone zapotrzebowanie na powierzchnie magazynową w Europie. Spółka zauważa też spory wzrost zainteresowania automatycznymi systemami parkingowymi, związany z boomem na rynku deweloperskim.

Przyszły rok przyniesie duży skok wyników segmentu hotelarskiego z powodu otwarcia w 2018 r. trzech nowych obiektów: w Sopocie, Poznaniu i Lublinie. Spółce prawdopodobnie uda się również zrealizować założenie ekspansji zagranicznej i otworzyć pierwsze obiekty zagranicą.

Etapowanie największej inwestycji deweloperskiej w Bydgoszczy, osiedla Platanowy Park, powinno zapewnić stabilny przychód na kolejne lata, powiększony o kolejne projekty, które Grupa planuje podjąć (kolejna inwestycja w Bydgoszczy oraz nowe inwestycje w miastach w których spółka deweloperska posiada oddziały, tj. w Warszawie, Poznaniu i Łodzi).

Zarząd planuje również wprowadzenie na rynek główny GPW wszystkich segmentów operacyjnych aby GK IMMOBILE mogła stać się jeszcze bardziej transparentna i uzyskać prawidłową wycenę rynkową.

Po e-booki sięga tylko 7 proc. Polaków. Tempo rozwoju tego rynku zwalnia przez wysoką stawkę VAT i piractwo internetowe

Po e-booki sięga tylko 7 proc. Polaków. Tempo rozwoju tego rynku zwalnia przez wysoką stawkę VAT i piractwo internetowe 5

Rynek e-booków w Polsce wart jest 86 mln złotych, ale tempo jego rozwoju spada. 3 proc. Polaków deklaruje, że czyta książki wyłącznie w formie elektronicznej, zaś 7 proc., że przeczytało w zeszłym roku choć jednego e-booka. Stosunkowo niewielki odsetek osób, które sięgają po książki w formie elektronicznej, może być spowodowany wysoką stawką podatku VAT oraz szerzącym się piractwem internetowym.

Jak wynika z raportu Digital Goods.pl, sporządzonego przez firmę Digital Virgo, wartość rynku e-booków w Polsce w 2016 roku to 86 mln zł. Według badań Biblioteki Narodowej 63,5 proc. Polaków nie przeczytało żadnej książki w 2016 r. Jednocześnie tylko 7 proc. respondentów przyznało, że przeczytało w minionym roku co najmniej jednego e-booka, zaś 3 proc. ankietowanych stwierdziło, że książki czyta wyłącznie w formie elektronicznej.

– W ostatnich latach niestety musimy stwierdzić, że dynamika rozwoju rynku e-booków poważnie zmalała. W Polsce tak jak i w większości krajów Europy Zachodniej obserwujemy silną stagnację w popularyzacji tego rynku. Obecnie udział książki elektronicznej w rynku książki ogółem oscyluje w granicach 3–4 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Horbaczewski, założyciel Arta Tech, polskiego producenta e-czytników.

Według badania Instytutu Badawczego ARC Rynek i Opinia na zlecenie księgarni internetowej Virtualo blisko 60 proc. osób woli tradycyjne książki od tych elektronicznych ze względu na możliwość dotknięcia papieru, zaś dla połowy badanych ważny jest zapach książki. Mniejsza popularność e-booków w Polsce wynika nie tylko z samego wyboru konsumentów, lecz także z prawnych obostrzeń.

– Obecnie rynek książki elektronicznej napotyka kilka ważnych problemów, które hamują dalszy rozwój i powodują zatrzymanie jego wzrostu od dłuższego czasu. Przede wszystkim to prawo podatkowe, które klasyfikuje książki elektroniczne nie jako książki obciążone stawką VAT 8 proc., ale jako usługę wyświetlenia treści obciążoną stawką VAT 23 proc. – tłumaczy Paweł Horbaczewski.

Badania Instytutu badawczego ARC Rynek i Opinia wskazują, że nabywcami książek w formie elektronicznej w Polsce są głównie młodzi ludzie w przedziale wiekowym 25–34 lat (34 proc.) oraz osoby w wieku 15–24 lat (32 proc.). Jednocześnie z danych Biblioteki Narodowej wynika, że najczęściej wymienianymi źródłami pozyskiwania książek w formatach cyfrowych są: internet (90 proc.), zakup (48 proc.) oraz prezent (36 proc.). Nielegalne pozyskiwanie e-booków z internetu oraz formaty, w jakich są one dystrybuowane, to główne problemy, jakie wskazują eksperci na tym rynku.

– Obecnie książki elektroniczne nie są sprzedawane jako książki, ale jako pliki .epub, .mobi bądź .pdf, z którymi czytelnik sam musi zdecydować, co zrobić i w jaki sposób uzyskać do nich dostęp. Bolączką rynku w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej jest również poszanowanie praw autorskich. Nie każdy z czytelników uważa, że książki elektroniczne powinny być czymś, za co należy się honorarium wydawcy czy autorowi, co generuje dużo większe ryzyko biznesowe dla samych wydawców – tłumaczy założyciel Arta Tech.

Według raportu Digital Goods.pl rośnie odsetek czytelników, którzy sięgają po co najmniej 7 książek rocznie – z 8,4 proc. w 2015 r., do 10,2 proc. w 2016 r. Jak przekonuje księgarnia internetowa Virtualo w swojej infografice współpracuje obecnie z 800 wydawcami i notuje cykliczny wzrost sprzedaży na poziomie nawet 100 proc. W ofercie księgarni internetowej Virtualo w 2017 roku znajduje się już ponad 50 000 e-booków i 5 700 audiobooków. Oprócz samych usług dystrybuowania e-książek ważnym czynnikiem rozwoju rynku są urządzenia do przeglądania e-booków.

– Rozwój czytników ebooków będzie zmierzał za rozwojem samych usług i będzie starał się zapewnić jak najlepszy dostęp do nowych form dystrybucji książki elektronicznej. Od strony technologicznej w najbliższych latach główny nacisk rozwoju technologii e-ink zostanie położony na dalsze doskonalenie kontrastu ekranu. Będzie on coraz bardziej przypominał kartkę papieru pod kątem doświadczenia czy komfortu użytkowania. Prędkością odświeżania, także samą responsywnością i tempem pracy czytniki elektroniczne powoli będą się zbliżać do ekranów znanych z tabletów – zapewnia Horbaczewski.

Raport „Digital Market Outlook – eBook” portalu Statista.com wskazuje, że największą dynamiką wzrostu sprzedaży wykazują się Chiny – średnio 4,6 proc. rocznie. W 2021 wartość rynku e-booków w Chinach ma wynieść ponad 1,2 mld dol. W przypadku USA wzrost w latach 2017–2021 ma się wynieść średnio zaledwie 0,1 proc. rocznie i osiągnąć wartość 5,32 mld dol. w 2021 r. W odpowiedzi na potrzeby konsumentów na rynku pojawiają się nowe formy dystrybucji książek elektronicznych.

– Pojawiają się na rynku w różnych krajach modele abonamentowe dostępu do treści, gdzie możemy wykupić sobie abonament na nieograniczony dostęp do większości oferty rynkowej, płacąc miesięcznie jedną płaską stawkę, podobnie jak czynimy to w serwisach z muzyką czy filmami – mówi ekspert.

Polskie firmy coraz częściej wymieniają służbowe samochody. To napędza branżę motoryzacyjną i rynek leasingu

Polskie firmy coraz częściej wymieniają służbowe samochody. To napędza branżę motoryzacyjną i rynek leasingu 6

Firmy wymieniają flotę co 3-5 lat, więc stanowią bardzo ważny segment dla branży motoryzacyjnej. Tylko w I półroczu 2017 roku przedsiębiorstwa kupiły w Polsce ponad 167 tys. nowych samochodów osobowych, czyli 67 proc. wszystkich sprzedanych nowych pojazdów. Zakupy flotowe napędzają także rynek wynajmu długoterminowego, ponieważ co piąte auto służbowe jest w ten sposób użytkowane. Ważnym graczem są na tym rynku małe i średnie przedsiębiorstwa, użytkujące do 10 aut.  

– W Polsce rynek samochodów służbowych jest stosunkowo młody. Około 60 proc. to samochody zakupione jako nowe, natomiast pozostałe to auta używane. Mamy ponad 2 mln przedsiębiorstw, w których jeździ łącznie ok. 6,5 mln służbowych samochodów. Stan floty w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw wynosi do 10 samochodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Chodkiewicz, dyrektor sprzedaży do firm Peugeot, Citroën, DS Automobiles  w Polsce.

Jak podaje Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów, w I półroczu 2017 roku sprzedano 250 tys. nowych samochodów osobowych (17-proc. wzrost rok do roku). Blisko 68 proc. pojazdów kupiły firmy i przedsiębiorstwa (167,3 tys., o 28,8 tys. samochodów więcej niż jeszcze rok wcześniej). Blisko co piąty samochód firmowy jest w wynajmie długoterminowym (18,6 proc.). Taka forma zakupów aut rośnie od pięciu kwartałów – w I półroczu o ponad 24 proc. (przy 20-proc. wzroście zakupu z własnych środków, kredytu i leasingu). Zdecydowana większość floty w wynajmie długoterminowym znajduje się w obsłudze Full Service Leasing (niemal 89 proc.).

– W pierwszej kolejności klient wybiera markę, a następnie model samochodu. Z deklaracji wynika, że ok. 60 proc. kieruje się tymi kryteriami. Źródło finansowania to kolejny czynnik. W przypadku mikrofirm finansowanie  odbywa się głównie za pośrednictwem środków własnych i kredytu. Natomiast małe i średnie przedsiębiorstwa to przewaga finansowania typu leasing – mówi Tomasz Chodkiewicz.

Ważnym czynnikiem, który decyduje o wyborze samochodu, są względy ekonomiczne: koszty eksploatacji i wartość końcowa samochodu po okresie użytkowania. Klienci coraz częściej zwracają też uwagę na dodatkowe usługi, na przykład systemy telematyczne i GPS-y, które na bieżąco monitorują przebieg, trasę i zużycie paliwa oraz pozwalają obniżyć koszty i zwiększyć bezpieczeństwo.

Rozwój rynku napędzają zarówno zmieniające się potrzeby klientów, jak i nowe programy leasingu oferowane przez marki motoryzacyjne. Grupa PSA (Peugeot, Citroën, DS Automobiles) prowadzi dwa programy sprzedaży dedykowane małym i średnim firmom – Peugeot Perfect Drive oraz Citroën Simply Drive. W obu przypadkach klient ma możliwość wyjechania samochodem bez wpłaty wkładu własnego, płaci tylko miesięczną ratę za użytkowanie samochodu. W zależności od jego potrzeb trwa to od 24 do 60 miesięcy. Po tym okresie klient ma możliwość wymiany samochodu na nowy.

– Bardzo mocno koncentrujemy się na małych i średnich przedsiębiorstwach, które stanowią ponad 60 proc. całego rynku. Jednak idziemy też w stronę programów dedykowanych, czyli pakietów korzyści dla klientów. Mówimy tu zwłaszcza o branżach takich jak kurierzy, firmy kosmetyczne, farmaceutyczne czy ochroniarskie –mówi dyrektor sprzedaży do firm Peugeot, Citroën, DS Automobiles w Polsce. – Mówiąc o pojazdach używanych, możemy zaproponować klientom sprawdzone samochody. Posiadamy dwa programy, w których sprzedajemy samochody z gwarancją. Jest to Peugeot Używany Gwarantowany oraz Citroën Select.

W I półroczu Grupa PSA (Peugeot, Citroën, DS Automobiles) zanotowała 36-proc. wzrost sprzedaży samochodów do firm. To blisko dwukrotnie więcej, niż wyniosła dynamika rynku (18 proc.). Marka Peugeot wzrosła w tym czasie o ponad 29 proc., a Citroën – o ponad 43 proc. Grupa PSA (Peugeot, Citroën, DS Automobiles) chce zachować podobną dynamikę również w II połowie tego roku.

Utrzymanie dotychczasowej dynamiki sprzedaży Grupa PSA (Peugeot, Citroën, DS Automobiles)  chce osiągnąć między innymi dzięki ofensywie nowych modeli. W segmencie klientów flotowych jej filarem będą trzy modele: nowy Citroën C3, nowy SUV Peugeot 5008 oraz nowy SUV Peugeot 3008, który zdobył już w sumie blisko 30 nagród, w tym prestiżowy tytuł „Car of The Year 2017”. Z kolei w listopadzie planowana jest premiera nowego modelu Citroën C3 Aircross.

– W marce Peugeot mamy istną ofensywę nowych modeli. We wrześniu wprowadziliśmy model 308 w segmencie C, który dynamicznie rozwija się w Polsce. Drugi segment, który bardzo mocno idzie w sprzedaży, to nowy SUV 3008 oraz 5008 – nasz największy model, wybierany głównie przez kadrę menadżerską. Pojawiły się też nowe samochody w gamie dostawczej: nowy Citroën Jumpy czy 9-osobowy SpaceTourer. W przypadku marki Peugeot jest to nowy Expert oraz Traveller, który może pomieścić do 9 osób – wymienia Tomasz Chodkiewicz.

Grupa PSA (Peugeot, Citroën, DS Automobiles) szykuje się obecnie do ofensywy na 2018 rok. Planowany wynik sprzedaży w kanale B2B to ponad 23 tys. samochodów.

– Możemy się pochwalić dynamicznym rozwojem tego kanału, mianowicie bardzo mocną ofensywą sprzedaży przez wynajmy długoterminowe, ale również w wynajmach krótkoterminowych. Na ten segment patrzymy z dużą satysfakcją – mówi Tomasz Chodkiewicz.

W sezonie wiosenno-letnim 13 proc. Polaków zostało ugryzionych przez kleszcza. Jesteśmy świadomi zagrożenia, ale nie wiemy, jak się przed nim chronić

W sezonie wiosenno-letnim 13 proc. Polaków zostało ugryzionych przez kleszcza. Jesteśmy świadomi zagrożenia, ale nie wiemy, jak się przed nim chronić 7

Temat kleszczy wraca co jakiś czas do mediów i poradników. Szeroko omawiany jest też na portalach społecznościowych – w wakacje pojawiło się ponad 10 tys. publikacji na ten temat. Jak wynika z monitoringu mediów IMM, mogły one dotrzeć do grona 34,8 mln potencjalnych odbiorców. Sondażowe badania CBOS pokazują, że Polacy są świadomi zagrożenia i szukają informacji o tym, jak się przed nim uchronić. Znikome jest jednak zainteresowanie szczepionkami przeciw chorobom odkleszczowym – z danych CBOS wynika, że tylko 4 proc. Polaków wykonało kiedykolwiek takie szczepienie. 

 Do tematu kleszczy podchodzimy z pewnym respektem, mamy tendencję do podkreślania problemu. Jesteśmy świadomi zagrożenia, raczej go nie bagatelizujemy. Bardziej jednak obawiamy się wystąpienia choroby po ugryzieniu niż samego ugryzienia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Herrmann, analityk CBOS.

Co drugi Polak został kiedyś ugryziony przez kleszcza, natomiast w ostatnim sezonie wiosenno-letnim doświadczyło tego około 13 proc. osób – wynika z badania CBOS. Na początku każdego sezonu wiosenno-letniego temat zagrożenia związanego z kleszczami regularnie wraca w mediach, gazetach i poradnikach. Jest też szeroko omawiany na portalach społecznościowych.

– Większość z nas próbuje się w jakiś sposób zabezpieczyć przed ugryzieniem kleszcza, kiedy wybiera się na spacer do lasu czy parku. Jednak więcej niż co czwarta osoba nie robi tego w ogóle. Na ogół staramy się ubrać w odpowiedni sposób albo po prostu unikamy miejsc, w których spodziewamy się występowania kleszczy. Mamy więc poczucie pewnego zagrożenia, staramy się zabezpieczać, natomiast nie do końca potrafimy prawidłowo poradzić sobie z kleszczem – mówi Marcin Herrmann.

Polacy zapytani o sposoby radzenia sobie z kleszczem podkreślają, że w pierwszej kolejności udaliby się do lekarza lub gabinetu zabiegowego (47 proc.). 36 proc. próbowałoby go usunąć na własną rękę, a 15 proc. poprosiłoby o pomoc kogoś z bliskiego otoczenia. Ponad połowa Polaków (52 proc.) deklaruje, że potrafi samodzielnie i w bezpieczny sposób usunąć kleszcza. Realnie ta liczba jest jednak niższa.

– Dopytaliśmy naszych respondentów o metody usuwania kleszczy. Tu okazuje się, że nie do końca były to metody bezpieczne i rekomendowane przez środowiska lekarskie. Pozwala to wysnuć wniosek, że mniej więcej 30 proc. dorosłych Polaków potrafi w bezpieczny sposób usunąć kleszcza ze swojego ciała – mówi Marcin Herrmann.

Jak wynika z sondażowych badań, 96 proc. osób nigdy nie szczepiło się na choroby przenoszone przez kleszcze. Mimo że Polacy są świadomi zagrożenia, zainteresowanie szczepionkami przeciw chorobom odkleszczowym jest znikome, co mogą potwierdzać dane IMM z monitoringu mediów społecznościowych.

– W porównaniu z innymi zagadnieniami w mediach społecznościowych pytań dotyczących szczepień przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu było niewiele – od lipca do końca sierpnia Polacy pisali o szczepieniach zaledwie 350 razy – zauważa Anastasiia Kuzhda, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów. – W tym samym czasie na temat przenoszonej przez kleszcze boreliozy w mediach pojawiło się ponad 1,5 tys. publikacji, które wywołały 12,5 tys. interakcji. Informacje na ten temat były bardzo często udostępniane oraz komentowane przez internautów – mówi Anastasiia Kuzhda.

 Od lipca do końca sierpnia w mediach społecznościowych pojawiło się ponad 10,5 tys. publikacji na temat kleszczy. Internauci chętnie dzielili się informacjami i włączali się w dyskusje – w badanym okresie odnotowano aż 170 tys. interakcji z publikacjami o kleszczach, z których dużą część stanowiły udostępnienia treści – mówi Anastasiia Kuzhda, Jak wynika z analizy, publikacje dotyczące kleszczy mogły dotrzeć nawet do 34,8 mln potencjalnych odbiorców. Te najbardziej angażujące dotyczyły groźnej choroby odkleszczowej – boreliozy.

Głównym miejscem dyskusji o zagrożeniach związanych z kleszczami jest Facebook, który skupia ponad połowę treści o tej tematyce. Ważną rolę informacyjną mają też portale internetowe (22 proc.), natomiast stosunkowo niewielki odsetek korzysta z forów internetowych (9 proc.) i Twittera (7 proc.). Najczęściej pojawiające się treści to informacje o wysokim zagrożeniu w poszczególnych regionach, chorobach przenoszonych przez kleszcze oraz wskazówki dotyczące tego, jak się uchronić albo prawidłowo usunąć kleszcza.

Fake newsy coraz bardziej wpływają na biznes. Aby chronić wizerunek, firmy zmuszone do monitorowania informacji na swój temat

Fake newsy coraz bardziej wpływają na biznes. Aby chronić wizerunek, firmy zmuszone do monitorowania informacji na swój temat 8

Wraz ze wzrostem przychodów, skali działalności i rozpoznawalności marki przedsiębiorstwa zyskują także wrogów. W dobie internetu i mediów społecznościowych wykreowanie szkalującej informacji jest niezwykle proste. O ile w przypadku informacji całkowicie nieprawdziwej firmy wiedzą, jakie podjąć kroki, to w obliczu negatywnego przekazu opartego na wyrwanych z kontekstu faktach często są zupełnie bezradne.

– W samym biznesie mamy do czynienia z dwoma rodzajami fake newsów. Pierwsze to po prostu nieprawdziwe informacje, rozprowadzane na zlecenie, kiedyś nazywało się to czarny PR, drugie natomiast to informacje wynikające z tego, że zmienił się pejzaż dostępu do informacji biznesowych – o ile kiedyś mieliśmy niedobór informacji, o tyle teraz jest ich zbyt wiele – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Bosak, dyrektor komunikacji w Vivus Finance. – W zasadzie na temat dowolnej dużej firmy możemy wybrać trzy ze stu informacji dostępnych na rynku, zestawić je, dodać narrację i wyprodukować na ten temat bardzo ładny fake news, który zacznie się rozchodzić w mediach, to są wiadomości, do walki z którymi firmy są najbardziej nieprzygotowane.

W razie informacji w oczywisty sposób fałszywej prezesi firm wiedzą, jakie podjąć kroki: publikują dementi, grożą konsekwencjami prawnymi, żądają sprostowania, wreszcie oddają sprawę do sądu. Natomiast w dobie blogów, mediów społecznościowych i forów internetowych każdy może wykreować w sieci dowolną informację opartą na prawdziwych wydarzeniach, ale skonstruowaną tak, że w efekcie powstaje nieprawdziwy, negatywny przekaz.

– Jest coraz większa łatwość rozpowszechniania informacji z pominięciem tradycyjnych mediów. Dotychczas odpowiednio spreparowaną informację musieliśmy dostarczyć do redakcji, przekonać do tego redaktora, ktoś musiał wziąć za to odpowiedzialność, na jakimś portalu to musiało się pojawić, nawet jeśli był to internet – mówi Bosak. – Obecnie wszystkie informacje mają swój początek na Facebooku, Twitterze, w mediach społecznościowych, na blogach, których redakcji nie jesteśmy w stanie w żaden sposób ustalić ani ich skasować, bo znajdują się na anonimowych amerykańskich serwerach.

Także skala oddziaływania takich informacji jest dużo większa niż kiedyś i ma dużo większy zasięg. Przez to dużo bardziej może zaszkodzić przedsiębiorcy. Eksperci jednak zauważają, że wielu przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy ze skali zagrożenia i nie ma przygotowanych procedur na wypadek zaistnienia takiego zjawiska.

– Fake newsów obawiają się te firmy, które mają ich świadomość, i te, które już raz się na tym sparzyły. Z mojego doświadczenia w pracy z firmami wynika, że jest tu trochę jak z ubezpieczeniem – jeżeli komuś ukradli samochód albo komuś spalił się dom, to wie, za co płaci to ubezpieczenie – konstatuje Marek Bosak. – Firmy, których jeszcze to nie dotknęło, a często to firmy, które szybko rosną i dotychczas ich to nie dotyczyło, one dorastają do pełnej wielkości, zaczynają mieć wrogów biznesowych w swoim otoczeniu. Wtedy zazwyczaj przychodzi pierwszy strzał, gdzie firmy muszą zdecydować, czy angażują w to środki i podejmują szybkie decyzje, czy odpuszczają i zostawiają to ze wszystkimi konsekwencjami, które mogą być bardzo groźne.

Problemem jest często niedostateczna wiedza osób zarządzających firmami, z jakich narzędzi korzystać do walki z celowo szkodliwą informacją. Konieczny jest monitoring internetu i reagowanie na ewentualnie pojawiające się negatywne i nieprawdziwe wpisy na temat spółki. Z drugiej strony warto też pamiętać o tym, by nie koncentrować wyłącznie na tej kwestii i nie walczyć z każdą, często niewiele znaczącą opinią, lecz zajmować się podstawową działalnością firmy. Konieczne jednak jest trzymanie ręki na pulsie.

– Walkę z fake newsami powinniśmy zacząć od relacji z influencerami, czyli wpływowymi osobami, które mogą być pierwszymi węzłami publikującymi informacje sprawdzone lub nie, czyli z dziennikarzami, z blogerami. Jeżeli mamy firmę, która nie utrzymuje żadnych relacji ze światem zewnętrznym, jej tłumaczenie się w momencie pojawienia się informacji nieprawdziwej będzie co najmniej niewiarygodne, będzie dużo trudniejsze – przekonuje dyrektor komunikacji w Vivus Finance. – Wówczas zajmie to nie 10 minut, tak jak bezpośredni telefon do odpowiedniej osoby, ale dzień–dwa. Straty, które powstaną w tym okresie, mogą być już nie do odrobienia.

Tylko co piąty Polak potrafi udzielić pierwszej pomocy. Profesjonalne kursy z pomocy przedmedycznej coraz popularniejsze wśród firm

Tylko co piąty Polak potrafi udzielić pierwszej pomocy. Profesjonalne kursy z pomocy przedmedycznej coraz popularniejsze wśród firm 9

Według badań CBOS 67 proc. Polaków deklaruje, że potrafi udzielać pierwszej pomocy, ale tylko 19 proc. jest pewnych swoich umiejętności w tym zakresie. Rosnąca świadomość społeczna wpływa na coraz większą popularność profesjonalnych kursów pomocy przedmedycznej. Firmy i korporacje również chcą szkolić swoich pracowników z zakresu udzielania zasad pierwszej pomocy, traktując to jako element polityki społecznej odpowiedzialności biznesu.

– Od pewnego czasu obserwujemy coraz większe zainteresowanie pracodawców tym, aby szkolić swoich pracowników w zakresie udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover.

Obok wypadków drogowych jedną z najczęstszych sytuacji wymagających udzielenia pierwszej pomocy jest zasłabnięcie albo zatrzymanie akcji serca. Każdego dnia zawał mięśnia sercowego ma około 300 Polaków, a w skali roku dotyczy to ponad 100 tys. osób. Jak podaje Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu, największą śmiertelność odnotowuje się wśród pacjentów z zawałem przed ich dotarciem do szpitala.

Średni czas od momentu wezwania karetki do przyjazdu służb ratunkowych na miejsce zdarzenia wynosi 8 minut w mieście i około 15 minut na terenach poza miastem. Dlatego życie poszkodowanego lub ofiary wypadku często zależy od świadków i ich umiejętności udzielania pierwszej pomocy. 67 proc. Polaków badanych przez CBOS deklaruje, że umiałoby w razie wypadku udzielić pierwszej pomocy, ale tylko 19 proc. jest całkowicie pewnych swoich umiejętności w tym zakresie. Szacunki wskazują, że można byłoby uratować o połowę więcej osób wymagających natychmiastowej pomocy, gdyby świadkowie nie czekali na przyjazd karetki i natychmiast udzielali pierwszej pomocy poszkodowanemu.

– Na powodzenie akcji resuscytacyjnej ma wpływ wiele czynników, przede wszystkim szybkie rozpoznanie i powiadomienie pogotowia ratunkowego, a po drugie, odnalezienie automatycznego defibrylatora zewnętrznego, które można spotkać w metrze, na stacji benzynowej, w hotelu, na basenie, a po trzecie – rozpoczęcie resuscytacji, czyli uciskania klatki piersiowej i sztucznego oddychania – przypomina Ireneusz Urbanke, kierownik Pogotowia i Hotline Medicover.

Na tle innych państw Europy aktywność Polaków w zakresie udzielania pierwszej pomocy nie wypada zbyt dobrze. W europejskiej skali ok. 40 proc. osób z zatrzymaną akcją serca wraca w pełni do zdrowia dzięki szybkiemu udzieleniu pierwszej pomocy. W Polsce odsetek ten wynosi jedynie 4 proc.

– Świadomość Polaków w zakresie udzielania pierwszej pomocy na tle krajów europejskich czy skandynawskich jest znacznie gorsza. Natomiast zainteresowanie szkoleniami cały czas rośnie. Rosną również umiejętności dzieci i młodzieży w zakresie udzielania pierwszej pomocy, ponieważ mają ten przedmiot w szkole – mówi Ireneusz Urbanke.

Jak wskazują lipcowe badania CBOS, 44 proc. Polaków wyraża zainteresowanie szkoleniem się i pogłębianiem umiejętności ratowniczych. Dlatego wzrasta też liczba uczestników profesjonalnych kursów. Zapotrzebowanie na takie usługi zgłaszają też firmy i korporacje, które coraz częściej chcą szkolić swoich pracowników z zakresu udzielania zasad pierwszej pomocy, traktując to jako element polityki CSR.

– To nie są zwykłe wykłady, ale praktyczne, czterogodzinne ćwiczenia z użyciem fantomów, z użyciem automatycznego defibrylatora zewnętrznego. Takie szkolenia cieszą się u nas coraz większą popularnością – mówi Ireneusz Urbanke.

– Z punktu widzenia pracodawcy to bardzo istotne, ponieważ na terenie zakładu pracy zdarzają się wypadki. W takich sytuacjach osoby przeszkolone są w stanie udzielić pierwszej pomocy, co często ratuje zdrowie i życie. Pracownik, który jest przeszkolony w zakresie udzielania pierwszej pomocy, to dla pracodawcy osoba, która może pomóc w sytuacji awaryjnej, w sytuacji zagrożenia życia – dodaje Artur Białkowski.

Realizowany od 2006 r. przez Akademię Ratownictwa Medicover projekt Bezpieczna Firma ma propagować i edukować w zakresie inicjatyw zwiększających bezpieczeństwo życia i zdrowia wśród pracowników, klientów oraz społeczności lokalnych. Do tej pory w ramach programu przeszkolono już ponad 1,5 tys. osób. Rokrocznie Medicover organizuje też Mistrzostwa w Ratownictwie Medycznym – Bezpieczna Firma, w których biorą udział przedstawiciele polskiego biznesu.

Mottem przewodnim tegorocznych mistrzostw jest „Platynowe 10 minut”. Jest to średni czas dojazdu zespołu ratownictwa medycznego na miejsce zdarzenia lub wypadku. Jak podkreśla Ireneusz Urbanke, w trakcie tych 10 minut to właśnie przygodni świadkowie powinni rozpocząć udzielanie pierwszej pomocy.

Celem mistrzostw jest przećwiczenie pomocy przedmedycznej nie w warunkach sali treningowej, lecz w bardzo realistycznych sytuacjach, które odwzorowują realne zagrożenie życia. Zawodnicy muszą też radzić sobie ze stresem i ograniczonym czasem. Wśród zadań, z którymi muszą się zmierzyć, jest m.in. udzielenie pomocy osobom poszkodowanym w wypadkach komunikacyjnych, zatrzymanie akcji serca, opatrzenie ran, otwartych złamań i amputacji. Realizmu dodaje charakteryzacja ofiar wypadków i profesjonalny sprzęt, z którym pracują uczestnicy.

– W tym roku odbyła się 10., jubileuszowa, edycja zawodów Bezpieczna Firma. Biorą w nich udział bardzo różne firmy, nie tylko z sektora medycznego, lecz także z branży FMCG, sektora produkcyjnego czy motoryzacyjnego. Organizacja tych zawodów daje więcej niż samo szkolenie teoretyczne, ponieważ stwarza szansę sprawdzenia się w realistycznych warunkach i przećwiczenia pierwszej pomocy w sytuacjach stresowych, które mogą wystąpić w prawdziwym życiu – mówi wiceprezes zarządu Medicover.

W Warszawie powstała pierwsza, profesjonalna pracownia dla majsterkowiczów i konstruktorów. Mogą korzystać z darmowych warsztatów z druku 3D czy stolarki

W Warszawie powstała pierwsza, profesjonalna pracownia dla majsterkowiczów i konstruktorów. Mogą korzystać z darmowych warsztatów z druku 3D czy stolarki 10

W Warszawie zadebiutował pierwszy, profesjonalny FabLab – to pracownia wyposażona w elektronikę i narzędzia, w której majsterkowicze, konstruktorzy i entuzjaści „zrób to sam” mogą własnoręcznie realizować swoje pomysły. W przestrzeni zaadaptowanej po studiu telewizyjnym będą się odbywać bezpłatne warsztaty i szkolenia z modelowania 3D, stolarki i obróbki drewna czy krawiectwa. Jest też miejsce przeznaczone dla start-upów. Wspólny projekt Fundacji Orange i Stowarzyszenia Robisz.to organizuje już pierwsze zajęcia.

 Chcemy, aby takie laboratoria popularyzowały cyfryzację, nowe technologie i innowacje we wszystkich miastach i miasteczkach w kraju. Żeby były dostępne co najmniej na poziomie powiatów i każde dziecko mogło złapać bakcyla kreatywności, wykorzystując cyfrowe urządzenia oraz dostęp do sieci mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes minister cyfryzacji Anna Streżyńska, która wzięła udział w otwarciu warszawskiego FabLabu.

FabLaby (fabricaton laboratory) to pracownie, w których majsterkowicze, konstruktorzy, entuzjaści rzemiosła i do-it-yourself (zrób to sam) mogą własnoręcznie realizować pomysły i projekty. Są one wyposażone w narzędzia, nowoczesny sprzęt i ogólnodostępne dla wszystkich niezależnie od wieku, doświadczenia czy technicznych umiejętności. Pomysł na FabLaby powstał na prestiżowej, amerykańskiej MIT, najlepszej politechnice świata, i szybko się rozprzestrzenił. Obecnie, jak podaje stowarzyszenie Fab Foundation, w 78 krajach świata działa już ponad tysiąc takich miejsc.

W Warszawie pierwsza pracownia FabLab powered by Orange zadebiutowała w ubiegłym tygodniu. To wspólna inicjatywa Fundacji Orange i stowarzyszenia Robisz.to. Na laboratorium zaadaptowana została przestrzeń po studiu telewizyjnym w budynku przy ul. Twardej, w centrum stolicy. Wnętrze wyposażono w stoły warsztatowe, komputery, drukarki 3D, plotery laserowe, cyfrowe frezarki i elektronikę. Dzięki narzędziom (i pomocy trenerów) majsterkowicze mogą zrealizować swoje własne pomysły i stworzyć praktycznie wszystko  od biżuterii po drona.

Z jednej strony FabLab to cyfrowe technologie, z drugiej – te materialne. Można tu tworzyć wirtualne projekty i później wyprodukować je np. za pomocą druku 3D, z drewna lub metalu. Chodzi o wspieranie kreatywności ludzi poprzez udostępnienie im narzędzi, do których inaczej nie mieliby dostępu, by mogli robić to, o czym marzą  mówi Jean-François Fallacher, prezes zarządu Orange Polska.

FabLab powered by Orange został podzielony na kilka pracowni tematycznych. W Strefie Szycia wyposażonej w 10 maszyn do szycia, overlock, hafciarkę CNC oraz akcesoria krawieckie mają się odbywać kursy szycia i warsztaty rękodzieła. Stolarnia jest przeznaczona do nauki obróbki drewna, a w Prototypowni pomysły przechodzą od razu w fazę realizacji. W Strefie Elektroniki dostępne są podstawowe narzędzia i materiały wykorzystywane przy prototypowaniu układów elektronicznych, w tym stacje lutownicze, zasilacze laboratoryjne i części elektroniczne. Makerspace to otwarta przestrzeń do kreowania projektów, urządzania warsztatów i szkoleń, z kolei Strefa Druku 3D została wyposażona zarówno w drukarki DIY, jak i profesjonalne drukarki 3D na świecie.

Warszawski FabLab powered by Orange zainaugurował działalność serią warsztatów dla dzieci i młodzieży, w trakcie których można było zaprojektować i uszyć plecak, stworzyć sobie robota z Gwiezdnych Wojen i opanować podstawy modelowania 3D.

– Rolą dorosłych i osób odpowiedzialnych za ten rynek jest pomoc dzieciakom, które przychodzą do takich miejsc. Stąd różne plany na Ogólnopolską Sieć Edukacyjną i wypełnianie cyfrowych białych plam. Wszystkie te inicjatywy biznesowe, niezwykle kreatywne i odpowiadające codziennym potrzebom ludzi oraz te nasze, które budują duże struktury  współpracują ze sobą i razem tworzą dobrą przyszłość – mówi minister cyfryzacji Anna Streżyńska.

W pracowni będą się odbywać bezpłatne, otwarte warsztaty nie tylko dla dzieci, lecz także dla dorosłych. FabLab może odwiedzić każdy, kto ma kreatywny pomysł i chce własnoręcznie go zrealizować.

W laboratorium znajdzie się też miejsce dla start-upów uczestniczących w programie akceleracyjnym Orange Fab, które dostaną wsparcie ekspertów, doradztwo i pomoc w realizacji pomysłów. Kolejny ciekawy projekt to trzymiesięczne warsztaty Maker Woman dla kobiet, które wracają na rynek pracy z urlopu macierzyńskiego albo chcą poszerzać swoje kompetencje. W programie jest m.in.: stolarka, projektowanie i druk 3D, szycie, zajęcia z fotografii produktowej i elektroniki oraz podstawy tworzenia stron www i spotkania z doradcą biznesowym.

FabLab powered by Orange to jeden z całego szeregu projektów telekomu nastawionych na cyfryzację i kształcenie kompetencji. W ramach adresowanego do szkół podstawowych programu HASHSuperKoderzy dzieci i młodzież w 9–12 lat uczą się podstaw programowania i robotyki. Z kolei placówki dostają granty na zakup sprzętu niezbędnego do prowadzenia zajęć i szkolenia dla nauczycieli. W HASHSuperKoderach uczestniczy już kilkadziesiąt szkół w całej Polsce i systematycznie dołączają kolejne.

Do 2019 roku, na mocy umowy z resortem cyfryzacji, Orange nieodpłatnie podłączy do światłowodu 4,5 tys. polskich szkół, dzięki czemu placówki zyskają dostęp do szybkiego internetu. To część większego planu Ministerstwa Cyfryzacji, który zakłada połączenie wszystkich 30 tys. polskich placówek edukacyjnych wspólną siecią. Ma to umożliwić wykorzystanie cyfrowych narzędzi w edukacji na szeroką skalę.

– Podłączyliśmy już do superszybkiej sieci ponad 260 szkół w całym kraju i cały czas pracujemy dalej. Orange bardzo mocno inwestuje w światłowody. Podłączyliśmy do sieci już ponad dwa miliony gospodarstw domowych w Polsce. Do końca roku powinno być ich 2,5 miliona. Uczestniczymy też w programie operacyjnym Polska Cyfrowa prowadzonym przez Ministerstwo Cyfryzacji i finansowanym przez Unię Europejską, którego celem jest podłączenie do światłowodów gospodarstw domowych na obszarach wiejskich  wylicza prezes Orange Polska.

Co trzeci mężczyzna przegrywa walkę z rakiem prostaty. Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych w standardach nowoczesnego leczenia

Co trzeci mężczyzna przegrywa walkę z rakiem prostaty. Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych w standardach nowoczesnego leczenia 11

Pod względem leczenia raka prostaty Polska znacząco odbiega od europejskich standardów. W krajach Europy Zachodniej i w Stanach Zjednoczonych nowoczesne leki hormonalne są stosowane jeszcze przed chemioterapią, co pozwala poprawić jakość życia pacjentów i wydłużyć je nawet o cztery lata. Natomiast w Polsce lekarzy ograniczają sztywne wytyczne i brak dostępu do nowoczesnych terapii. W efekcie walkę z rakiem prostaty przegrywa średnio co trzeci mężczyzna.

Dla chorych z zaawansowanym i przerzutowym rakiem gruczołu krokowego istnieje potrzeba wdrożenia przed chemioterapią nowoczesnego leczenia, tzw. prechemo. Doniesienia z najpoważniejszych instytucji onkologicznych i urologicznych świadczą o szansie wydłużenia życia chorych na raka gruczołu krokowego w porównaniu z grupą, która nie otrzymałaby takiej terapii. Uważam, że jest to szansa, z której należy bezwzględnie skorzystać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Piotr Chłosta, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego.

Pod względem dostępności i skuteczności leczenia tego nowotworu Polska znacząco odbiega od państw Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. W Polsce pięcioletnie przeżycie chorego z rakiem prostaty sięga niewiele ponad 50 proc. przypadków, podczas gdy na Zachodzie ten odsetek wynosi 70 proc. Średnio co trzeci (ok. 30 proc.) pacjent przegrywa walkę z rakiem, a Polska jest jednym z niewielu państw, w których – wbrew ogólnemu trendowi – zachorowalność i umieralność na nowotwór prostaty wzrasta.

– W bieżącym stuleciu rak gruczołu krokowego jest chorobą przewlekłą, jesteśmy w stanie wydłużyć naszym chorym życie nie o 2–3, ale o kilkadziesiąt miesięcy i tym samym opóźnić czas do leczenia drugiego rzutu opartego na chemioterapii. Są to udowodnione sposoby leczenia. Jako polski urolog nie chcę, aby mój pacjent różnił się od tego, który mieszka w krajach Europy Zachodniej – podkreśla prof. Piotr Chłosta.

Wśród nowości, które pojawiły się w zakresie leczenia raka gruczołu krokowego, jest lek hormonalny nowej generacji – octan abirateronu. Dotąd był on tradycyjnie stosowany u chorych na opornego na kastrację raka prostaty.

Natomiast w tej chwili wiemy, że jest to lek, który możemy zastosować na bardzo wczesnym etapie choroby, w momencie, kiedy trafiają do nas chorzy z rozsianym procesem nowotworowym, którzy nie przechodzili wcześniej żadnego leczenia onkologicznego. U takich pacjentów możemy zastosować octan abirateronu na samym początku, uzyskując bardzo dużą korzyść w zakresie wydłużenia przeżycia – mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Wysocki, kierownik Kliniki Onkologii Uniwersytetu Jagiellońskiego – Collegium Medicum w Krakowie.

W ocenie ekspertów i lekarzy polscy pacjenci z rakiem prostaty zbyt późno otrzymują nowoczesne leczenie, które wykazuje wysoką skuteczność. Europejskie i amerykańskie standardy zalecają wdrażanie innowacyjnych terapii we wcześniejszej fazie leczenia, czyli jeszcze przed zastosowaniem chemioterapii. Polskich lekarzy ograniczają natomiast sztywne wytyczne.

Leczenie przerzutowego raka prostaty na etapie oporności na kastrację jest zdefiniowane zapisami programu lekowego, co mocno utrudnia nam stosowanie standardów zachodnioeuropejskich. Niestety, zapisy programu lekowego w Polsce wskazują, że mamy tylko jedną strategię leczenia – w momencie rozwoju oporności na kastrację w przypadku obecności przerzutów stosujemy najpierw chemioterapię, a dopiero w kolejnym etapie nowoczesny lek hormonalny – wyjaśnia prof. Piotr Wysocki.

Zgodnym z międzynarodowym standardem jest duża autonomia lekarza w zakresie strategii leczenia. W Polsce zapisy programu lekowego nie pozwalają stosować nowoczesnych leków hormonalnych przed chemioterapią, choć – jak wskazują lekarze – mogłoby wydłużyć im to życie średnio o cztery lata.

– W Polsce chcielibyśmy leczyć z większą dowolnością, ale niestety musimy się trzymać bardzo ścisłych zapisów programu lekowego. Jest bardzo wielu chorych, u których proces oporności na kastrację się rozwija, ale przerzuty nie dają żadnych objawów. Chorzy są w bardzo dobrym stanie, bez żadnych dolegliwości bólowych. Potencjalnie jest to grupa chorych, u których chętnie stosowalibyśmy leki hormonalne nowej generacji, odraczając moment, kiedy musimy wejść z bardziej agresywną formą leczenia, czyli chemioterapią. Taka możliwość, czyli ustalanie przez lekarza optymalnej sekwencji leczenia, jest najlepszym rozwiązaniem dla pacjenta – podkreśla prof. Piotr Wysocki.

Prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego zauważa, że w krajach zachodnioeuropejskich zmiany, które zaszły w leczeniu chorych na nowotwór gruczołu krokowego, dotyczą nie tylko wprowadzenia nowoczesnych leków hormonalnych. Coraz częściej standardem jest też współpraca zespołów interdyscyplinarnych, złożonych z urologów i onkologów, którzy wspólnie koordynują proces leczenia.

– Do niedawna nasi pacjenci otrzymywali wyłącznie toksyczne leczenie chemiczne. Obecnie w ramach wielu programów lekowych istnieje szansa otrzymania zarówno leczenia przedchemicznego, jak i leczenia pochemicznego, które istotnie wydłuża okresy przeżycia wolnego od progresji i wiąże się z poprawą jakości życia chorych. Niestety, nie wszystkie te leki są dostępne w ramach naszego systemu ochrony zdrowia – dodaje prof. Piotr Chłosta.

– Nie mamy dostępu do nowoczesnego chemioterapeutyku jakim jest Cabazitaxel, nie mamy dostępności Alpharadinu, czyli radioizotopu, który można stosować po chemioterapii u chorych z przerzutami ograniczonymi do kości. W kontekście tego, jakie są wytyczne międzynarodowe, możliwości leczenia pacjentów w Polsce są mocno ograniczone – ocenia prof. Piotr Wysocki.

W Polsce nowotwór prostaty jest drugim najczęściej występującym wśród mężczyzn, zaraz po raku płuc. Występuje najczęściej po 45 roku życia, a ryzyko rośnie wraz z wiekiem. Stale wzrasta również zachorowalność na raka gruczołu krokowego: jeszcze w 2012 roku ta choroba była diagnozowana u ok. 11 tys. mężczyzn. Obecnie jest to już blisko 16 tys. przypadków rocznie. Według prognoz w ciągu najbliższych 12 lat zachorowalność na ten typ nowotworu w Polsce może wzrosnąć o blisko jedną trzecią.

Oczekiwania klientów zmieniają oferty bankowe. BZ WBK właśnie wprowadził spersonalizowane konto

Oczekiwania klientów zmieniają oferty bankowe. BZ WBK właśnie wprowadził spersonalizowane konto 12

Zmieniające się oczekiwania klientów napędzają rozwój usług bankowych. Bank Zachodni WBK, jeden z liderów polskiego rynku, jest obecnie na etapie dużych zmian w ofercie produktowej i komunikacji z klientami. W sierpniu marka uprościła ofertę i wprowadziła nowe konto, które klienci mogą spersonalizować i dopasować do swoich potrzeb. Wkrótce pojawią się kolejne usługi oparte na tym trendzie. Prostsza i bardziej przyjazna ma być też nowa komunikacja marki.

– Najważniejsze zmiany w naszej kampanii dotyczą tego, że odeszliśmy od komunikacji produktowej. Zaczęliśmy mówić o wartościach i emocjach, czyli o tym, co jest ważne dla naszych klientów i czego oczekują od banku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Błońska-Orzoł, dyrektor departamentu marketingu w Banku Zachodnim WBK.

Nowy przekaz marketingowy BZ WBK ma być oparty na emocjach i wartościach takich jak wsparcie, empatia, stabilność i elastyczność rozumiana jako dopasowywanie do aktualnych potrzeb klienta.

– Klient wiąże się z bankiem na wiele lat, w tym czasie jego potrzeby bardzo się zmieniają. Inne potrzeby mamy, kiedy wchodzimy w dorosłość, a inne – kiedy zakładamy rodzinę. Od nas klienci oczekują, żebyśmy my także dopasowali nasze produkty do tych zmian – precyzuje Iwona Błońska-Orzoł.

Z sondażowych badań, które na zlecenie BZ WBK przeprowadził instytut ARC Rynek i Opinia, wynika, że 44 proc. Polaków oczekuje od banku, że będzie dostosowywał się do ich oczekiwań i zmiennych okoliczności życiowych.

– Skupiliśmy się na analizie potrzeb klientów, ich oczekiwaniach wobec banku. Okazało się, że najważniejsza jest dla nich długofalowa, partnerska relacja, wsparcie i zrozumienie. Na tych wartościach opiera się nasza nowa kampania. Słuchamy naszych klientów i reagujemy na to, co mówią – dodaje Iwona Błońska-Orzoł.

Bank chce uprościć ofertę produktowa. W sierpniu bank zdecydował o wycofaniu z oferty dotychczasowych rachunków osobistych (w listopadzie br.). Zastąpi je nowy, uproszczony rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy – Konto Jakie Chcę. Docelowo będzie to jedno z dwóch kont w ofercie banku.

Nowy produkt został zaprojektowany z wykorzystaniem metody design thinking, którą stosują m.in. projektanci wnętrz czy sztuki użytkowej. Dobrze sprawdza się ona w branżach, które charakteryzuje duża konkurencja i oczekiwania klientów. Istotą design thinking jest praca w interdyscyplinarnych zespołach złożonych z projektantów, badaczy i strategów. Ich zadaniem jest zaprojektowanie i przetestowanie produktu w oparciu o wskazówki klientów.

W tej chwili bank pracuje nad kolejnymi produktami w oparciu o koncepcję „jakie chcesz” – inwestycyjnymi, ubezpieczeniowymi i kredytowymi.

– Pierwsze produkty, czyli Konto Jakie Chcę z kartą Dopasowaną, dokładnie reagują na to, czego oczekują klienci i odpowiadają na ich potrzeby. Nie chcemy oferować im rzeczy, których nie potrzebują. Stąd otwarte, spersonalizowane podejście, ukierunkowane na to, czego klient dokładnie oczekuje –podkreśla Iwona Błońska-Orzoł.

Razem z nowym kontem Bank zaoferował także kartę płatniczą – kartę Dopasowana. Podobnie jak w przypadku rachunku jej funkcjonalności i pakiety cenowe za obsługę można dowolnie ustawić. Samodzielne zarządzanie produktami bankowymi ma być dla klientów proste, szybkie i intuicyjne (zarówno w aplikacji, przez internet i w oddziale).

Co istotne, posiadacze dotychczasowych rachunków w BZ WBK będą mogli zmienić je na nowe, bezpłatne konto bez dodatkowych warunków (numer rachunku ani ustawienia się nie zmienią) albo nadal korzystać ze swoich ROR-ów na dotychczasowych zasadach.

Dzięki uproszczeniu oferty i komunikacji na koniec pierwszego półrocza 2018 roku Bank Zachodni WBK chce mieć już przynajmniej milion klientów korzystających z Konta Jakie Chcę. Na ten moment korzysta z niego blisko 70 tys. osób.

Małgorzata Kasperska nową dyrektor działu IT Division w Schneider Electric

Od 1 września funkcję dyrektora działu IT Division w Schneider Electric Polska pełni Małgorzata Kasperska. Na nowym stanowisku będzie odpowiedzialna za wzmocnienie działu sprzedaży, utrzymanie wiodącej pozycji marek Schneider Electric na rynku oraz jeszcze ściślejszą współpracę z partnerami.

Małgorzata Kasperska jest ekspertem w dziedzinie wdrażania nowoczesnych technologii i zarządzania.. Absolwentka Wydziału Elektroniki Politechniki Gdańskiej, przez ostatnich 16 lat zarządzała firmą Emerson Network Power (aktualnie Vertiv) – najpierw na terenie Polski, później również w krajach bałtyckich. Dwa ubiegłe lata kierowała regionem całej Europy Centralnej, obejmującym dwadzieścia cztery kraje – od Polski po Izrael. W swojej dotychczasowej karierze zarządzała już kilkoma przedsiębiorstwami – w 1996 roku stanęła na czele Tour & Andersson Hydronics, polskiej spółki należącej do światowego lidera w zakresie systemów hydraulicznego równoważenia przepływów i ciśnień w instalacjach c.o., c.w.u., wentylacyjnych oraz klimatyzacyjnych. W zaledwie trzy lata wyprowadziła spółkę na pozycję lidera polskiego rynku. W roku 2000 zarządzała firmą powstałą po fuzji T&A Hydronics i IMI International.

– Na nowym stanowisku chcę przede wszystkim skupić się na wzmocnieniu sprzedaży działu IT Division. Przykładam dużą wagę do Zarządzania Sprzedażą oraz jestem rzecznikiem silnej, kompetentnej struktury serwisowej – jako elementu przewagi konkurencyjnej. APC by Schneider Electric to marka z ogromnym doświadczeniem i ugruntowaną pozycją, ale też ogromnym potencjałem do dalszego rozwoju. Dlatego też dołożę wszelkich starań, aby utrzymać pozycję lidera rynku – mówi Małgorzata Kasperska, Dyrektor IT Division w Schneider Electric.

Maszyny i Internet Rzeczy zastąpią człowieka w procesach operacyjnych

Każdy z nas codziennie w różnych miejscach spotyka się z tzw. maszynami vendingowymi, czyli wydającymi. Są to np. automaty z jedzeniem i piciem. Rodzi się pytanie, czy technologie, które standardowo stosowane są w obszarze konsumenckim, mogą być wykorzystane w procesach gospodarczych i przemysłowych.

– Oczywiście, są już takie technologie i rozwiązania. Obecnie w Polsce istnieje kilka przypadków, gdzie firmy stosują je do dystrybucji w zakładach produkcyjnych takich elementów, jak odzież robocza, materiały biurowe czy narzędzia – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Zawistowski, członek zarządu Polskiego Stowarzyszenia Menadżerów Logistyki – Pracownicy za pomocą własnego ID pobierają z maszyn potrzebną ilość danych rzeczy. Każdy ruch jest rejestrowany i autoryzowany. W ten sposób wiadomo, co dzieje się z każdym produktem, kiedy i przez kogo jest pobierany. Maszyna, która jest podłączona do Internetu Rzeczy, może łączyć się z magazynem dostawcy towarów. Kiedy nadejdzie taka potrzeba, zostaje wysłany sygnał o zapotrzebowaniu na kolejną dostawę i uzupełnienie produktów. To bardzo optymalizuje proces zakupowy. Niepotrzebna jest analiza zużycia, stanu zaopatrzenia czy składanie zapotrzebowania. To wszystko robi sama maszyna. Za pomocą Internetu wysyła odpowiednie informacje do magazynu. Obowiązuje tylko jedna faktura zbiorcza, za cały miesiąc, obejmująca wszystkie wydania z danej maszyny vendingowej. Automat i Internet Rzeczy zastępuje więc człowieka w czynnościach operacyjnych. Dzięki temu może on skupić się na bardziej ambitnych projektach i nie zajmować się przetwarzaniem dokumentów, co nie przynosi dużej wartości dodanej, jednak w standardowym procesie musi być wykonane. Maszyny wykorzystujące nowe technologie oraz przykłady ich zastosowań zostaną zaprezentowane podczas tegorocznej konferencji zakupowej PROCON/POLZAK – dodał Zawistowski.