Popyt na urządzenia GPS wciąż rośnie. Do 2023 r. ma rosnąć średnio 12,9 proc. rocznie, pomimo że na rynku pojawia się coraz więcej smartfonów wyposażonych w funkcję nawigacji. Już dziś nawigacje samochodowe są w stanie samodzielnie rozpoznawać znaki drogowe, ostrzegać przed wypadkami, zanim zobaczy je kierowca, lub omijać zakorkowane ulice. W przyszłości jednak ich możliwości będą jeszcze większe.
– Innowacyjne rozwiązania opierają się na połączeniu sił internetu, GPS-a oraz nowości technicznych wprowadzanych przez producentów samochodów. Już dziś umiemy rozpoznać sytuację, w której samochód zmienia pas ruchu. Samochody potrafią odczytywać znaki drogowe, potrafią utrzymywać odpowiedni dystans od innych pojazdów na drodze – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Karol Hołdyński, dyrektor marketingu w firmie TomTom.
Według raportu „GPS Tracking Device Market” firmy badawczej Markets & Markets rynek urządzeń GPS osiągnie do 2023 roku wartość 2,89 mld dolarów. Średni roczny wzrost w latach 2017–2023 ma wynieść 12,9 proc. Pomimo dużego nacisku ze strony smartfonów, których zdecydowana większość wyposażona jest w odbiorniki GPS i nawigację samochodową, urządzenia wyspecjalizowane w tym celu bronią się na rynku przede wszystkim innowacyjnym funkcjami.
– W przyszłości widzimy możliwości połączenia samochodu z infrastrukturą, która będzie informowała o wolnych miejscach parkingowych, o tym, że za chwilę zmieni się światło drogowe, dzięki czemu kierowca będzie w stanie dostosować prędkość tak, aby ruch był bardziej płynny, dzięki temu bardziej efektywny, tańszy i powodujący mniej zanieczyszczeń środowiska – twierdzi Karol Hołdyński.
Pierwsze nawigacje samochodowe opierały się wyłącznie na lokalizacji w ramach systemu GPS oraz zainstalowanych na stałe mapach, które można było co najwyżej aktualizować. Obecnie łączność GPS (i GLONASS) to tylko część funkcjonalności tego typu urządzeń. Równie istotne są dane na bieżąco pobierane przez internet, a w przypadku urządzeń wbudowanych – integracja z innymi zaawansowanymi systemami samochodu odpowiedzialnymi m.in. za bezpieczeństwo.
– Inteligentne systemy uczą się stylu jazdy, dzięki temu są w stanie zaadaptować swoje rozwiązania bezpośrednio do danej osoby. Systemy wiedzą, że za zakrętem jest jakiś wypadek, znają stan techniczny pojazdu, wiedzą, w jaki sposób reaguje na zakręty, są w stanie spowodować zmniejszenie prędkości, gdy wiemy, że zakręt będzie bardziej ostry. Wiemy, co wydarzy się za górą, jesteśmy w stanie ominąć niebezpieczne miejsca na drodze i wypadki – tłumaczy ekspert.
Jak wynika z raportu „Wypadki drogowe w Polsce w 2016 roku” Komendy Głównej Policji, w wypadkach drogowych w 2016 r. śmierć poniosło 3026 osób. W porównaniu z rokiem 2015 to o 3 proc. więcej ofiar śmiertelnych. Rannych w wypadkach zostało ponad 40 tys. ludzi, w tym ponad 12 tys. ciężko. Z danych KGP wynika, że od 2011 roku liczba ofiar systematycznie spadała aż do 2016 r. Jednym z zadań nowoczesnych nawigacji jest pomoc w unikaniu wypadków.
– Część samochodów już dziś ma systemy alarmujące pogotowie o tym, że wydarzył się wypadek, część samochodów jest również w stanie rozpoznać, jakie jest nasilenie ruchu na danej drodze – mówi Karol Hołdyński.
Mimo silnego popytu na pracę aktywność zawodowa Amerykanów jest niezwykle niska. W niektórych grupach wiekowych jest nawet jedną z najniższych w OECD. Jak się okazuje, w znacznej części może być to skutek masowego przepisywania leków opioidowych – mówi Marcin Lipka, główny analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Sytuacja na amerykańskim rynku pracy jest zagadką dla wielu ekonomistów na świecie. Od szczytów kryzysu w 2009 r. stopa bezrobocia w USA spadła o ponad połowę i wynosi obecnie 4,4 proc. Brakuje jedynie 0,6 pkt. procentowego, by zostały osiągnięte minima niespotykane od niemal 50 lat.
Z drugiej strony do połowy 2015 r. mieliśmy do czynienia z utrzymującym się spadkiem wskaźnika aktywności zawodowej (LFP – stosunek liczby osób pracujących oraz szukających płatnego zajęcia do populacji powyżej 15 roku życia), co oznaczało, że część bezrobotnych, zamiast otrzymywać zatrudnienie, przechodziła do grupy biernych zawodowo. Ten negatywny trend obecnie się zatrzymał, ale i tak aktywność zawodowa jest bardzo blisko 40-letnich minimów (62.9 proc.).
Niski poziom aktywności zawodowej nie tylko z powodu demografii
Częściowo odpowiedzialne za niski wskaźnik aktywności zawodowej Amerykanów są zmiany demograficzne. W starzejącym się społeczeństwie jego obywatele rzadziej mają pracę, bądź jej nie szukają, gdyż rośnie w nim np. liczba emerytów, którzy zwykle są bierni zawodowo. Dodatkowo Biuro Statystyki Pracy ma dość szeroką definicję wieku produkcyjnego (wszyscy powyżej 15 roku życia). Zwiększa to wpływ procesów demograficznych na wskaźnik LFS w porównaniu do krajów, gdzie aktywność badana jest dla przedziału 16-64 lata.
Warto jednak zauważyć, że nawet gdy zawęzimy badanie do tak zwanego prime age (25-54 lata), to wyniki cały czas są niezadowalające jak na tak niskie bezrobocie czy w porównaniu do rezultatów innych krajów. Według danych OECD na koniec 2016 r. LFP wynosił 81.3 proc. To nie tylko mniej niż średnia w OECD (81.9 proc.), ale także wynik słabszy niż w Polsce (84.9 proc.), Kanadzie (86.5 proc.) czy Szwecji, zajmującej drugie miejsce na podium w tym zestawieniu (90.9 proc.).
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda, gdy w zestawieniu pozostaną sami mężczyźni w wieku 25-54 lat. Wskaźnik aktywności zawodowej wynosi dla USA tylko 88.5 proc. przy średniej na poziomie 91.3 proc. Dodatkowo jest to drugi najniższy wskaźnik w OECD po Włoszech. Wiodące kraje (Szwajcaria, Japonia) charakteryzują się wskaźnikiem LFP na poziomie 95 proc. W Polsce jest to 90.8 proc.
Niewynikający ze zmian demograficznych spadek aktywności zawodowej oraz jej względnie niski poziom w relacji do innych krajów sprowokował wiele badań na ten temat. Ich rezultat wydaje się zaskakujący. Być może jest to efekt uzależniania się od leków opioidowych znacznej części społeczeństwa. Janet Yellen, szefowa Rezerwy Federalnej podczas lipcowego posiedzenia Senackiej Komisji Bankowej stwierdziła, że to “opioidowa epidemia” jest związana z malejącym wskaźnikiem aktywności zawodowej wśród osób w wieku prime age.
USA: Półtora miliona osób uzależnionych pozostaje biernych zawodowo
Komentarze Janet Yellen o powiązaniu wysokiego poziomu bierności zawodowej z nadużywaniem leków opioidowych oraz późniejszym uzależnieniem od nielegalnych substancji (np. heroiny) potwierdza badanie profesora Alana Kruegera z Uniwersytetu Princeton, opublikowane na początku września przez wiodący amerykański think-tank Brookings Institution. Prof. Krueger podkreśla, że w latach 1999-2015 sprzedaż opioidowych leków przeciwbólowych na receptę w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 356 proc. Profesor zwraca uwagę, że wydawana rocznie liczba opioidowych medykamentów wystarczyłaby na utrzymanie całej populacji USA (łącznie z dziećmi) na lekach przeciwbólowych przez cały miesiąc.
O kwestii zbyt częstego przepisywania leków opioidowych w USA pisał między innymi ponad 2 lata temu „Financial Times”. W przeliczeniu na osobę Amerykanie w 2012 r. otrzymywali w medykamentach przeciwbólowych ekwiwalent morfiny pięciokrotnie wyższy niż Niemcy, Brytyjczycy czy Francuzi. Według danych Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (CDC) tylko w związku z przedawkowaniem wydawanych na receptę leków opioidowych umiera w Stanach Zjednoczonych ponad 15 tys. osób rocznie, a 365 tys. trafia do szpitala. Biorąc pod uwagę również substancje nielegalne, przedwcześnie umiera aż 33 tys. Amerykanów rocznie. Badania CDC pokazują, że są to głównie mężczyźni w wieku 25-54 lat.
Profesor Kreuger ocenia, że skutkiem nadużywania leków opioidowych oraz późniejszego uzależnienia się również od substancji nielegalnych jest spadek wskaźnika aktywności zawodowej w USA o 0.6 pkt proc. Oznacza to, że około 1.5 miliona osób może być biernych zawodowo ze względu na wzrost spożycia leków opioidowych przez ostatnie lata. Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że według CDC większość osób uzależnionych to mężczyźni w wieku „prime age” może być to również przyczyną ich wyjątkowo niskiej aktywności zawodowej, zwłaszcza w porównaniu do innych krajów OECD.
Statystycznie co drugi Polak był w 2016 r. na zwolnieniu chorobowym. Czy naprawdę jesteśmy aż tak chorowitym społeczeństwem? Gdzieżby. Wielu z nas traktuje pójście na zwolnienie lekarskie jako sposób na unikanie pracy czy też przedłużenie urlopu. Dla ZUS absencje zdrowotne pracowników oznaczają straty sięgające miliardów złotych.
Z czego wynika takie, a nie inne wykorzystywanie zwolnień chorobowych przez Polaków? Przyczyny są bardzo różne. Jedną z nich jest specyfika polskiego rynku pracy – często możemy sobie po prostu pozwolić na pójście na L4 mimo braku choroby, bo wiemy, że nie będzie to miało znaczenia dla naszej sytuacji w firmie.
Spory wpływ na absencje zdrowotne mają także zasady planowania urlopów czy też systemy premiowania w przedsiębiorstwie, nierzadko zupełnie niejasne dla pracowników. Poza tym duża grupa pracodawców nie jest w stanie zrozumieć nowego pokolenia wchodzącego na rynek pracy, a co za tym idzie – sprostać jego oczekiwaniom.
Inną przyczyną jest społeczna akceptacja – wśród Polaków istnieje powszechne przyzwolenie na wykorzystywanie zwolnień lekarskich niezgodnie z przeznaczeniem. Ponadto jest bardzo małe prawdopodobieństwo bycia złapanym na oszustwie. A jeśli już się tak zdarzy, to wyciągane konsekwencje są niewielkie. Odnosi się to również do lekarzy wystawiających zwolnienia.
Straty będące następstwem absencji chorobowych dotyczą oczywiście nie tylko państwa, lecz także firm. „Pracodawcy muszą wypłacać wynagrodzenia chorobowe. Szacujemy, że firma zatrudniająca 500 osób z absencjami na poziomie mniej więcej 10% wypłaca miesięcznie ok. 100 tys. zł tych wynagrodzeń” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Mikołaj Zając, prezes firmy Conperio. Do tego dochodzą straty wynikające z konieczności wprowadzenia nadgodzin bądź zatrudnienia pracowników tymczasowych na czas nieobecności osoby, która poszła na zwolnienie.
Co powinien zrobić pracodawca, który uważa, że poziom absencji chorobowych w jego firmie jest niepokojąco wysoki? Najlepiej przeprowadzić audyt. Pozwoli on ustalić, z czego wynika taki stan rzeczy i jak go poprawić. Następnie trzeba wprowadzić w życie konieczne zmiany. Po drugie warto sprawdzić, czy pracownicy rzeczywiście wykorzystują swoje zwolnienia lekarskie zgodnie z przeznaczeniem. Jak zauważa ekspert: „Odpowiednio zrealizowane »działania terenowe« potrafią ograniczyć absencje chorobowe od kilku do nawet kilkudziesięciu procent”.
Trans Polonia S.A., wiodący operator oferujący przewozy cysternowe paliw, płynnych surowców chemicznych i spożywczych oraz mas bitumicznych, wypracował w I półroczu ponad 100 mln zł przychodów ze sprzedaży, przy 11,4 mln zł EBITDA i 4,6 mln zł zysku netto. Spółka sukcesywnie obniża zadłużenie finansowe i od kilku miesięcy realizuje założenia Programu Inwestycyjnego na lata 2018-2020, a w niektórych jego obszarach obserwując ponad oczekiwaną koniunkturę – zwiększa wcześniej zakładaną skalę zakupów taboru.
Półroczna dynamika przychodów, EBITDA i zysku netto (uwzględniająca wyniki I poł. 2016 r. skorygowane o koszty akwizycji) wyniosła odpowiednio 45, 28 i 70 proc. r/r. W I półroczu 2017 r. segment transportu paliw wygenerował 67,7 mln zł (vs. 43 mln zł r/r), a segment transportu chemii, asfaltów i produktów spożywczych: 36,3 mln zł (w porównaniu z 30,1 mln zł r/r). Z kolei w II kwartale ‘17 łączna sprzedaż Grupy to 57,7 mln zł (+7,3 mln zł r/r), przy nieco niższym wyniku EBITDA rzędu 6,7 mln zł (-0,6 mln zł r/r) i istotnie wyższym zysku netto, tj. 2,8 mln zł (+1,2 mln zł r/r), co oznacza wzrost marży netto do 4,8 proc. (+1,6 p.p.).
– Wzrosty półrocznego zysku EBITDA do 11,4 mln zł i przychodów powyżej poziomu 100 mln zł pokazują rozwój Grupy Trans Polonia. Mamy wokół siebie sprzyjające otoczenie: gospodarka w Polsce, jak i rynki europejskie wchłaniają więcej dóbr i towarów, co rodzi popyt na obsługę logistyczną. W Polsce obserwujemy zwyżkującą konsumpcję paliw i ożywienie w inwestycjach drogowych. Z kolei za granicą dobrą kondycję przemysłu produkcji płynnej chemii – powiedział Dariusz Cegielski, Prezes Zarządu Trans Polonia S.A. – Co najważniejsze, w naszej ocenie to czynniki trwałe i wieloletnie, choć nie polegamy tylko na nich. Istotne pozostaje właściwe zarządzanie Grupą, efektywność operacyjna i sprzedażowa oraz wysoka jakość usług – dzięki temu sukcesywnie umacniamy markę i pozycję TPG na rynku krajowym i międzynarodowym.
W każdym obszarze działalności wolumeny TPG w I poł. 2017 r. wzrosły. W segmencie paliwowym, skala przewozu zarówno paliw, jak i LPG była wyższa o 6 proc., z kolei w segmencie niepaliwowym o 13 proc. więcej r/r przewieziono płynnych surowców chemicznych, o 7 proc. płynnych środków spożywczych, z kolei w przypadku logistyki mas bitumicznych, transportowany tonaż był wyższy o 43 proc. r/r i w tym obszarze Grupa realizuje dodatkowe inwestycje, wykraczające poza wcześniejsze założenia.
– Systematycznie obniżamy nasze zadłużenie finansowe: na koniec I półrocza 2017 r. wyniosło 84,7 mln zł, co oznacza spadek o ponad 15 proc. w ciągu ostatnich 12 mies. Obniżamy poziomy długu kredytu inwestycyjnego, jak i z tytułu leasingu, co oznacza większy komfort w finansowaniu naszego rozwoju w przyszłości – dodał Dariusz Cegielski.
Spółka w czerwcu 2017 r. Trans Polonia przeprowadziła ofertę publiczną akcji, oferując 8,5 mln walorów w cenie emisyjnej 5,8 zł. środki służą realizacji Programu Inwestycyjnego na lata 2018-2020, zakładającego wzmocnienie potencjału flotowego Grupy w takich obszarach jak przewozy płynnej chemii, paliw i mas bitumicznych. W emisji wzięły udział m.in. takie instytucje finansowe, jak Quercus TFI czy NN OFE.
W pierwszych sześciu miesiącach 2017 roku Grupa Work Service wypracowała o ponad 11% wyższe przychody niż przed rokiem, które osiągnęły poziom 1,34 mld zł. W tym samym czasie zysk ze sprzedaży wzrósł o niemal 30% r/r., a wynik operacyjny został poprawiony o 14% r/r. W ramach prowadzonej transformacji w Grupie, w pierwszym półroczu, zakończony został proces sprzedaży udziałów w Grupach IT Kontrakt oraz Proservice, co spowodowało zastosowanie niepieniężnego odpisu księgowego, który jednorazowo obniżył skonsolidowany wynik netto za pierwsze półrocze 2017. Bez uwzględnienia jednorazowych odpisów dezinwestycyjnych zysk netto Grupy wyniósł niemal 7 mln złotych.
W pierwszym półroczu przychody Grupy Work Service wzrosły o 11,5% r/r., do poziomu ponad 1,34 mld zł. W tym samym okresie wynik operacyjny Grupy Work Service powiększony o amortyzację (EBTIDA) wyniósł 45,3 mln złotych, co stanowiło wzrost o 13% w porównaniu z analogicznym okresem 2016 roku. Z kolei EBIT wzrósł o ponad 14% i osiągnął poziom 36,76 mln złotych, co stanowi ponad 43% realizacji zapowiadanej prognozy na koniec roku.
Za nami bardzo aktywne półrocze, w czasie którego poprawiliśmy kluczowe wyniki operacyjne i jeszcze raz potwierdziliśmy, że realizacja naszych celów strategicznych przynosi zamierzone rezultaty. Nasz biznes rośnie w stabilnym dwucyfrowym tempie, a rozwój jest powiązany z dobrą sytuacją na rynku pracy w całym regionie CEE. Dzięki odpowiedniemu zarządzaniu nasze przychody rosną szybciej niż koszty, a przy tym udało nam się ograniczyć poziom zadłużenia. Co ważne, sprzyjającą koniunkturę widać w naszych działaniach handlowych, co powoduje, że notujemy niemal 30% wzrost zysków ze sprzedaży – mówi Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.
Realizacja zapowiadanej transformacji
W ubiegłym roku Grupa Work Service ogłosiła plan rozwoju, który wyznaczał cele strategiczne do końca 2017 r. Jednym z jego filarów była konsolidacja struktur i zwiększenie efektywności w tak dużej i różnorodnej biznesowo oraz geograficznie organizacji. W efekcie w pierwszej połowie 2017 roku zostały przeprowadzone dwa niezależne procesy sprzedaży udziałów w Grupach: IT Kontrakt i Proservice. Pierwsza z nich wpłynęła pozytywnie, zaś druga ujemnie na bilans spółki. W rezultacie podjętych działań spółka dokonała odpisu księgowego, który obciążył wynik netto na łączną kwotę 77,6 mln złotych.
Stawiając na większą przejrzystość Grupy Work Service i przewidywalne warunki prowadzenia biznesu, na przełomie roku zdecydowaliśmy o sprzedaży dwóch Grup obejmujących łącznie 10 spółek. W efekcie w pierwszym półroczu, za sprawę sprzedaży Proservice, wyszliśmy między innymi z rynku rosyjskiego, na którym jak pokazały nasze dotychczasowe doświadczenia, prowadzenie działalności biznesowej wiąże się z dużą niepewnością i różnorodnymi ryzykami. Jednocześnie po 2014 roku, czyli od momentu wprowadzenia sankcji na Rosję, wyniki osiągane na tym rynku systematycznie się pogarszały. Dlatego też postanowiliśmy skupić się na rozwijaniu działalności w krajach regionu Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie w ostatnim półroczu dynamicznie rośniemy. Obecnie 75% przychodów Grupy pochodzi z naszych biznesów w Polsce, Czechach i na Węgrzech, a na wszystkich tych rynkach rośniemy dwucyfrowo – dodaje Maciej Witucki.
Podstawowe dane finansowe Grupy Kapitałowej Work Service za okres od 1 stycznia 2017 roku do 30 czerwca 2017 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego:
Przemysł piwowarski tworzy 200 tys. miejsc pracy w polskiej gospodarce. Ta liczba może się zwiększyć o ile tempo rozwoju branży zostanie utrzymane. Do tego jednak jest potrzebne stabilne prawo. Wzrost obciążeń podatkowych może okazać się kosztowny dla sektora – to główne wnioski Kongresu Pracowników Branży Piwowarskiej, który odbył się 13 września w Ministerstwie Rozwoju. Wydarzenie zostało zorganizowane przez Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie i Stowarzyszenie Regionalnych Browarów Polskich przy udziale partnera społecznego NSZZ „Solidarność” Przemysłu Spożywczego.
Rynek piwny w Polsce jest bardzo duży – pod względem produkcji i konsumpcji plasujemy się w czołówce Europy. Na rynku działa ok. 250 browarów, w których łącznie pracuje ok. 10 tys. osób. Produkcja piwa generuje dodatkowe 190 tys. miejsc pracy w branżach powiązanych – od rolnictwa po handel i gastronomię.
– Produkcja piwa i jego spożycie utrzymują się na stabilnym poziomie. Co roku kontrybuujemy do budżetu państwa ok. 10 mld zł, dajemy stabilne zatrudnienie powiązanym branżom na poziomie ponad 200 tys. etatów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie, współorganizatora Kongresu
Branża piwowarska to największy pracodawca w polskim przemyśle alkoholowym. Za najwięcej miejsc pracy, bo ok. 80 tys., odpowiadają dostawcy surowców i usług. Im lepsza sytuacja polskiej branży piwowarskiej, tym lepsze perspektywy będą przed sektorem małych i średnich przedsiębiorstw. Rosnąca produkcja piwa to zysk dla rolników uprawiających chmiel i browarne odmiany zbóż, lecz także dla osób, które zajmują się produkcją, dystrybucją oraz sprzedażą piwa.
– Branża piwowarska silnie wpływa na tzw. branże powiązane, czyli transport, gastronomię, hotelarstwo, lecz także sprzedaż detaliczną i hurtową. Jeśli chodzi o transport i gastronomię króluje w nich sektor małych i średnich przedsiębiorstw. Jeżeli branża piwowarska będzie się rozwijać, również dobrze będą się miały małe firmy pod względem zatrudnienia i inwestycji. Browary regionalne i rzemieślnicze inwestują przede wszystkim w mniejszych miejscowościach, gdzie jest mniejsza aktywność gospodarcza, a inwestycje to rozwój przedsiębiorczości w danym regionie i wzrost zatrudnienia – przekonuje Katarzyna Blachowicz, dyrektor Departamentu Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Ministerstwie Rozwoju.
Branża piwowarska cierpi jednocześnie na brak wykwalifikowanej kadry. W dużej mierze odpowiada za to dotychczasowy model kształcenia i coraz mniejsze zainteresowanie szkołami zawodowymi. Pomóc mogłoby powołanie tzw. mentorów, czyli osób które przechodzą na emeryturę i mogłyby przeszkolić nowych pracowników.
Eksperci przekonują, że sytuacja branży zależy przede wszystkim od stabilnego otoczenia regulacyjnego. To właśnie zmieniające się przepisy są obecnie największym wyzwaniem.
– Zagrożeń upatrujemy w niezbyt korzystnych zmianach w otoczeniu regulacyjnym. Bardzo ważne jest utrzymanie pozytywnego otoczenia regulacyjnego branży. To warunek, który musi być spełniony, aby branża nie tylko zachowała stan obecny, ale żeby mogła rzeczywiście się rozwijać – ocenia Bartłomiej Morzycki.
Negatywnie na branży może też odbić się podniesienie podatku akcyzowego. Obecnie udział podatku akcyzowego i VAT w cenie detalicznej piwa kształtuje się w granicach 35 proc.
– Jeśli zaczniemy kombinować przy podatkach, akcyzowym i innych, na wyroby alkoholowe czy piwo, możemy stracić. Podniesiona akcyza w 2007 roku skutkowała zwolnieniem około 1/3 zatrudnionych, ponieważ gdzieś trzeba było szukać redukcji kosztów – podkreśla przewodniczący sekretariatu Przemysłu Spożywczego NSZZ „Solidarność”. – Jeśli stabilnie będzie rosła konsumpcja i eksport, w 2025 roku liczba miejsca pracy w browarach i powiązanych branżach może wzrosnąć do 230 tys.
Polska to trzeci największy w Europie (po Niemczech i Wielkiej Brytanii) producent piwa (40 mln hl rocznie). Średnio co roku każdy Polak wypija 98 litrów piwa. Tylko w zeszłym roku powstało 60 browarów i dziś działa ich na rynku ok. 250. Chętnie sięgamy przede wszystkim po rodzimą produkcję. Raport „Piwna Polska pod lupą” przeprowadzony przez ARC Rynek i Opinia dla Kompanii Piwowarskiej wskazuje, że 80 proc. mężczyzn i ponad połowa kobiet wybiera piwo polskiej produkcji. Importowane stanowi zaledwie 2 proc. konsumpcji.
– To wszystko składa się na obraz polskiego rynku piwa, coraz bardziej zróżnicowanego, konkurencyjnego pod względem marek i smaków. Szerokie portfolio pozwala konsumentom, również tym, którzy do tej pory po piwo nie sięgali, znaleźć coś dla siebie. To dla branży największa szansa – przekonuje Bartłomiej Morzycki.
– Jeśli spożycie wrasta o 1 proc., to pojawia się zapotrzebowanie na około 2 tys. pracowników w różnych sektorach. Tak wynika z naszych obserwacji rynku przez ostatnie 5 lat. Liczba ta może być jeszcze większa, ponieważ nie mamy pełnych danych np. z handlu osiedlowego i małych sklepów, a dwie z każdych trzech butelek piwa sprzedawane są właśnie tam – mówi Mirosław Nowicki.
Dobre perspektywy są także przed eksportem polskiego piwa. Tylko przez pierwsze 5 miesięcy tego roku krajowe browary sprzedały za granicę trunek wart ponad 230 mln zł.
– Branża eksportuje już do ponad 80 krajów świata. Tradycyjne kierunki eksportowe, czyli UE i Ameryka Północna, są uzupełniane o nowe. Jest to szansa dla branży, aby rosnąć, eksportować i szerzyć dobrą jakość polskich produktów spożywczych, w tym wypadku piwa, na rynkach zagranicznych – ocenia dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.
Z mapy Polski stopniowo znikają białe plamy, czyli miejsca bez dostępu do internetu. Spada liczba miejscowości, gdzie żaden operator nie zadeklarował dostępu do sieci stacjonarnych i radiowych. W rankingu dostępu do stacjonarnego internetu szerokopasmowego plasujemy się jednak pod koniec stawki. Co piąty budynek nie ma możliwości podpięcia internetu, a co trzeci dysponuje łączem wolniejszym niż 10 Mb/s. Dlatego T-Mobile ruszył z ofertą internetu dla klientów stacjonarnych. W podstawowej wersji T-Mobile oferuje przepustowość na poziomie 20 Mb/s.
– Dziś korzystanie z sieci stacjonarnej wymaga odpowiedniej technologii. Dla mnie najważniejsze jest, by klienci byli zadowoleni z tego, co dostają, bez względu jaka technologia za tym stoi. Oferujemy naprawdę konkurencyjną alternatywę na rynku, opartą na naszej technologii mobilnej. Klienci, którzy chcą mieć internet w domu, mogą być zadowoleni z tego rozwiązania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andreas Maierhofer, prezes T-Mobile Polska.
T-Mobile od 13 września ruszył z ofertą szybkiego internetu dla klientów stacjonarnych. Dotychczas sieć oferowała usługi głosowe i internet mobilny. Operator podkreśla jednak, że odchodzi od rozwiązań wyłącznie mobilnych, a stawia na integrację różnych usług.
– Chcemy zmieniać reguły gry. Do tego dążymy stawiając na konwergencję. FMS to logiczny następny krok dla dotychczas czysto mobilnego operatora. Wykorzystujemy naszą najbardziej zaawansowaną technologię do oferowania szybkiego, szerokopasmowego internetu. Następnym krokiem jest pełna konwergencja na rynku, dzięki czemu będziemy mogli konkurować z każdym – wskazuje Maierhofer. – Technologia mobilna i stacjonarna coraz bardziej się ze sobą łączą. Możemy z łatwością konkurować, szczególnie na obszarach, gdzie dostępna jest tylko sieć DNS. Będziemy poważną konkurencją dla operatorów kablowych – przekonuje.
Jak wskazuje prezes T-Mobile, nowy produkt odpowiada na potrzeby rynkowe. Choć dostęp do internetu w Polsce z roku na rok jest coraz lepszy, to dane Komisji Europejskiej wskazują, że daleko nam do czołówki. Pod względem internetu mobilnego plasujemy się wśród liderów, ale w rankingu dostępu do stacjonarnego internetu szerokopasmowego za nami są tylko dwa kraje unijne. Szacuje się, że nawet 20 proc. budynków w Polsce nie ma możliwości podłączenia dostępu do internetu, w co trzecim prędkość łącza nie przekracza 10 Mb/s. Tylko 32 proc. ma szybsze łącze niż 30 Mb/s.
– Chcemy wypełnić białe plamy, ale ten produkt to coś więcej. To produkt, który może funkcjonować w każdym miejscu w Polsce – podkreśla Frederic Perron, szef rynku prywatnego w T-Mobile Polska. – Wielu klientów poza miastami nie ma dobrego produkty, nasza oferta to dla nich świetna alternatywa. Nawet klienci w miastach polubią ten produkt, ponieważ jest szybki do zainstalowania, nie potrzeba do niego technika, a przy zmianie mieszkania, można zabrać go ze sobą. To dobre rozwiązanie także dla studentów.
Do 2030 roku w Polsce ma pojawić się 1,3 mln nowych gospodarstw domowych. Jednocześnie w tym samym okresie 33 z 39 największych miast (powyżej 100 tys. mieszkańców) będzie stopniowo się kurczyć, większa będzie za to liczba mieszkańców terenów podmiejskich i wsi.
T-Mobile podaje, że przed wprowadzeniem produktu na rynek, został on przetestowany w dwóch miastach. Według wyników 93 proc. osób była zadowolona z usługi, a 63 proc. poleciłaby ją znajomym. Doceniana jest stabilność i przede wszystkim szybkość połączenia. Podstawowa wersja T-Mobile 1 oferuje prędkość 20 Mb/s, czyli dwukrotnie więcej niż najczęstsze na rynku produkty.
– Cena zaczyna się od 45 złotych za miesiąc, co myślę jest bardzo atrakcyjną opcją. Oferujemy 30-dniowy okres zwrotu pieniędzy, jeżeli więc klient nie jest pewny, może wypróbować produkt przez 30 dni i ewentualnie go zwrócić – mówi Perron.
Uruchomienie usługi ma zająć niecałą minutę, nie są potrzebne dodatkowe kable, ani infrastruktura. Wystarczy włączyć router i wpisać hasło. Nie są wymagane opłaty aktywacyjne, a pakiet można zmienić podczas trwania umowy. To wszystko, zdaniem prezesa Perrona powinno pozwolić, by w Polsce usługa odniosła podobny sukces, co w innych krajach.
– Tam, gdzie wprowadziliśmy tę usługę zauważamy, że 70 proc. produktów trafia do całkowicie nowych gospodarstw domowych, z którymi wcześniej T-Mobile nie miał żadnych relacji. To świetny sposób by wejść do większej liczby domów w Polsce, który można potraktować jako punkt wyjścia, usatysfakcjonować klientów i zacieśnić z nimi relację. Ta oferta idzie w parze z pełnym pakietem rodzinnym, więc dostaje się również świetne ceny na usługi mobilne, w tym internet – podkreśla Frederic Perron.
Śmigłowce AW101 mogą powstawać w Polsce. Warunkiem jest wygrana PZL-Świdnik w postępowaniach zakupowych MON na śmigłowce dla wojsk specjalnych i marynarki wojennej. PZL-Świdnik, którego właścicielem jest Leonardo Helicopters, producent AW101, odebrał właśnie zaproszenie do złożenia ostatecznych ofert na dostawę śmigłowców dla specjalsów. Śmigłowiec AW101 jest największy w Europie. Dotychczas zamówiono już 220 takich maszyn. Ze względu na jego wielkość, konstrukcję i bezpieczeństwo jako jedyny spełnia wymogi wojska – przekonują przedstawiciele Leonardo Helicopters.
Po unieważnieniu poprzedniego przetargu śmigłowcowego ze względu na brak porozumienia z Airbus Helicopters co do oferty offsetowej, resort obrony ogłosił nowe postępowania. Przetargi dotyczą dostawy ośmiu śmigłowców zdolnych do prowadzenia przez wojska specjalne misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz czterech maszyn przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych z jednoczesną zdolnością do prowadzenia misji ratowniczych na morzu, z opcją zakupu kolejnych czterech. 8 września Inspektorat Uzbrojenia MON poinformował, że zaproszenia do złożenia ostatecznych ofert w postępowaniu dotyczącym dostawy śmigłowców dla wojsk specjalnych dostały trzy firmy: WSK „PZL-Świdnik”, konsorcjum PZL Mielec i Sikorsky Aircraft Corporation oraz konsorcjum spółek Airbus Helicopters i Heli Invest.
– W obu postępowaniach oferujemy AW101. W wersji poszukiwawczo-ratowniczej pola walki dla wojsk specjalnych, a na bazie tego samego śmigłowca śmigłowiec do zwalczania okrętów podwodnych, który jest legendą w tym zakresie i jako Merlin służy w Królewskiej Marynarce Wojennej Wielkiej Brytanii – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes zarządu Leonardo Helicopters.
Należące do grupy Leonardo zakłady w Świdniku już dziś współpracują przy produkcji AW101. W przypadku podpisania kontraktu z MON ta współpraca znacznie się rozszerzy.
– Pewne elementy tego śmigłowca wykonujemy już dzisiaj w Świdniku, natomiast mamy zdolności intelektualne i technologiczne do tego, aby cały taki śmigłowiec u nas powstawał, wszystko zależy od skali zamówienia. Jeżeli byłoby to tylko osiem śmigłowców, to industrializacja tego przedsięwzięcia będzie nieopłacalna, natomiast gdyby okazało się, że jesteśmy wybrani w obu postępowaniach, to zrobimy wszystko, by ten śmigłowiec powstawał w Świdniku – zapowiada wiceprezes Leonardo Helicopters.
Śmigłowiec AW101 to największy śmigłowiec opracowany i produkowany w Europie. Posiada trzy silniki, co wpływa na jego bezpieczeństwo i zasięg wynoszący ponad 1,3 tys. km oraz pozwala na prowadzenie długotrwałych akcji poszukiwawczo-ratowniczych. W zależności od konfiguracji w kabinie zmieści się maksymalnie 30 foteli dla żołnierzy lub 16 noszy. AW101 wyróżnia też tylna rampa.
– To jedyna tego typu konstrukcja oferowana dzisiaj polskiemu wojsku. Rampa oznacza możliwość łatwego wejścia na pokład śmigłowca i jego opuszczenia, łatwego i bezpiecznego desantowania żołnierzy, możliwość wjazdu pojazdu do wnętrza śmigłowca oraz dodatkowy punkt zainstalowania broni do obrony śmigłowca, która jest podczepiona pod sufitem – przekonuje Krystowski.
Masa startowa śmigłowca AW101 to ok. 1,5 tys. kg, maksymalnie osiąga prędkość 277 km/h. B roń montowana jest na zewnątrz, co ułatwia żołnierzom przemieszczanie się w kabinie. Konstrukcja maszyny zapewnia elastyczność i umożliwia prowadzenie różnych misji.
– Można swobodnie planować i realizować niemal każdy rodzaj misji. Nie potrzebujemy dużo czasu na rekonfigurację kabiny, zatankowanie paliwa albo zmianę wyposażenia. Dzięki trzem silnikom jesteśmy przygotowani na wiele różnych sytuacji podczas realizacji misji. To daje nam możliwość elastycznego podejścia do każdego zadania i do zmiany scenariusza także podczas lotu. Po kilku sekundach za sterami tego śmigłowca człowiek całkowicie zapomina, że kieruje tak wielką maszyną. Dla pilota to idealna sytuacja – opisuje Marco Meneghello, pilot śmigłowca AW101.
Dotychczas zamówiono 220 maszyn AW101. Brytyjskie siły zbrojne otrzymały 44 morskie helikoptery do zwalczania okrętów podwodnych, włoska marynarka wojenna kupiła 22 śmigłowce, po kilkanaście zamówiły Japonia, Dania, Norwegia, Portugalia i Kanada. Maszyna została przetestowana w warunkach bojowych łącznie przez kilkanaście państw.
Popyt na innowacje w branży farmaceutycznej może być jednym z motorów polskiej gospodarki. Polska ma wystarczające zasoby i wykwalifikowane kadry, żeby móc rozwijać innowacyjność w tym obszarze. Koniecznie jest jednak zwiększanie nakładów na ochronę zdrowia i wypracowanie regulacji prawnych, które umożliwią szybkie wdrażanie innowacji na rynek. Przełoży się to zarówno na korzyści dla pacjentów, jak i całej gospodarki.
– Popyt na innowacje może być motorem napędowym naszej gospodarki. Szczególnie, że przekłada się on na rozwój nowych, innowacyjnych firm, w tym oczywiście start-upów. Wydaje się, że na ten moment popyt jest trochę niewystarczający, co wynika po prostu z poziomu nakładów na ochronę zdrowia w Polsce. Jako kraj jesteśmy pod tym względem dość daleko w rankingach, ale rząd ma plany, aby je zwiększyć. Myślę, że podstawowym zadaniem jest działać tak, żeby te nakłady zwiększyły się jak najszybciej i do jak najwyższego poziomu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Janicki, dyrektor generalny Roche Polska.
Według opublikowanego w końcówce ubiegłego roku raportu Komisji Europejskiej i OECD Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Na jednego pacjenta przypada szacunkowo 1 259 euro rocznie. Wśród krajów UE mniej na ten cel wydają jedynie Chorwacja, Bułgaria, Łotwa i Rumunia. Dla porównania, Luksemburg wydaje średnio ok. 6 023 euro na pacjenta rocznie.
Statystyki pokazują też, że sytuacja na razie nie poprawia się znacząco: w latach 2009-2015 wydatki na służbę zdrowia w Polsce w przeliczeniu na mieszkańca wzrosły zaledwie o 0,7 procent.
Mimo to, w Polsce branża farmaceutyczna jest jednym z najbardziej innowacyjnych sektorów gospodarki. Na rynku działa ok. stu przedsiębiorstw, których szacunkowe, łączne obroty przekraczają ok. 15 mld zł rocznie. Cechuje je jeden z najwyższych wskaźników rentowności, duża liczba patentów i współpraca z ośrodkami naukowymi i akademickimi. Firmy farmaceutyczne inwestują też znaczną część swoich przychodów w działalność badawczo-rozwojową, czego efektem są innowacje w całym systemie ochrony zdrowia i korzyści dla pacjentów.
– Koszty bezpośrednie, czyli koszty leczenia pacjentów, pokazują jak ważną inwestycją w zdrowie są innowacyjne działania sektora farmaceutycznego. Musimy wziąć pod uwagę wartość niewytworzonego PKB, bo ludzie chorują, odchodzą czy przechodzą na renty inwalidzkie. Należy też spojrzeć na skutki dla finansów publicznych. Gdy ludzie chorują i zajmują się nimi opiekunowie, maleją dochody, płacone podatki, maleją oszczędności, które są napędem inwestycji. Z drugiej strony, państwo wypłaca świadczenia socjalne, chorobowe czy rehabilitacyjne. Jeżeli będziemy wpuszczali na rynek innowacyjne, metody leczenia – w długim okresie będzie zdecydowanie taniej – ocenia Ewelina Nojszewska z katedry ekonomii stosowanej na SGH.
Dyrektor generalny Roche Polska Wiktor Janicki ocenia, że Polska ma wystarczające zasoby kadrowe i wykwalifikowanych specjalistów, aby móc rozwijać innowacyjność w obszarze farmacji. Jednak – poza zwiększeniem nakładów na służbę zdrowia i innowacje w tym obszarze – ważne jest też otwarcie rynku, wykreowanie popytu i stworzenie takiego środowiska, które umożliwi szybkie wdrażanie innowacyjnych rozwiązań.
– Mamy świetne zasoby lekarzy, biotechnologów. Mamy informatyków, którzy z nimi współpracują po to, aby tworzyć innowacyjne rozwiązania i start-upy, które będą dostarczały innowacji. Jednak długoterminowo – nawet przy olbrzymiej ilości grantów – te start-upy nie będą się tworzyć, jeżeli nie będą widziały, że jest szybki popyt na innowację. Z jednej strony mówimy o poziomie nakładów, ale z drugiej strony o szybkim dostępie do rynku, abyśmy innowację dopuszczali do rynku szybko i szybko konsumowali – podkreśla Wiktor Janicki.
Eksperci oceniają, że ze względu na fakt, iż do ochrony zdrowia i branży farmaceutycznej wprowadzanych jest coraz więcej innowacyjnych rozwiązań, rząd powinien jak najszybciej stworzyć dla nich długookresową strategię i wypracować przyjazne regulacje prawne. Ewelina Nojszewska z katedry ekonomii stosowanej na SGH ocenia, że w tworzeniu innowacji w branży farmaceutycznej i biotechnologicznej państwo odgrywa rolę nie tylko jako regulator, ale inwestor.
– Innowacje w ochronie zdrowia są najważniejszą inwestycją dla gospodarki i całego społeczeństwa. Aby mogły być realizowane, trzeba – wbrew obiegowym opiniom – podkreślić znaczącą, dominującą rolę państwa, publicznego pieniądza. Sektor prywatny, venture capital czy firmy farmaceutyczne wchodzą już na pewnym etapie, kiedy można określić, że istnieje jakieś sensowne prawdopodobieństwo osiągnięcia zysku. Z prób stworzenia nowych związków chemicznych, do produkcji wchodzi 1/100 procenta, a więc 99,9 proc. to pieniądze wyrzucone w błoto. Tutaj jest rola dla cierpliwego inwestora publicznego, dopiero potem wchodzą firmy farmaceutyczne czy prywatny kapitał – podkreśla Ewelina Nojszewska.
Głównym podmiotem, który kreuje obecnie popyt na innowacje, jest Narodowy Fundusz Zdrowia, który jest dysponentem większości środków przeznaczanych na ochronę zdrowia.
– Wierzymy, że przykłady takie jak specustawa, która aktualnie jest rozważana i która ma dofinansować ochronę zdrowia dodatkowymi trzema miliardami, są jednym ze sposobów na zwiększenie tego finansowania. Czeka nas jeszcze dyskusja na temat poziomu składek zdrowotnych w Polsce. Warto zapytać polskich pacjentów i obywateli, czy chcieliby płacić wyższe składki na ochronę zdrowia po to, aby dostać lepszy standard opieki zdrowotnej – mówi Wiktor Janicki, dyrektor generalny Roche Polska.
Do końca tej dekady na polskim rynku ma działać już ponad 30 tys. internetowych sklepów, a wartość branży e-commerce skoczy z obecnych 40 do ponad 60 mld zł – prognozują eksperci Sociomantic Labs. Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków dla internetowego handlu. Poza tym rynek staje się coraz bardziej dojrzały – o sukcesie e-sklepów nie decydują już tylko niskie ceny, lecz także jakość, wygoda zakupów i zwrotów, a także serwis posprzedażowy. Spółka RUCH, która od kilku lat korzysta z rozwoju e-commerce, nie zamierza zwalniać tempa w tym segmencie.
– Handel internetowy rośnie od wielu lat. Rok do roku są to 15-proc. wzrosty. Polskie firmy e-commerce trochę różnią się od zagranicznych, są bardzo przedsiębiorcze, bo nasz rynek jest jeszcze świeży. Wielu drobnych przedsiębiorców wzięło się za e-commerce i zaczęło budować sprzedaż. Brakuje nam jeszcze dużego doświadczenia korporacyjnego i zdolności inwestycyjnych, bo naturalnie polski rynek kapitałowy jest płytszy. Jednak handel internetowy rozwija się dynamicznie, firmy dbają o to, aby być coraz bardziej profesjonalne i coraz skuteczniej zdobywać konsumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Stolarczyk, wiceprezes zarządu RUCH S.A.
Aktualna wartość rodzimej branży e-commerce wynosi około 36–40 mld zł. Z opublikowanego na początku tego roku raportu Bisnode wynika, że na polskim rynku działa obecnie ponad 20 tys. sklepów internetowych, podczas gdy jeszcze w 2006 roku ich liczba wynosiła około 2,8 tys. Co roku zakładanych jest ok. 6–8 tys. nowych sklepów internetowych. Eksperci oszacowali, że jeśli trend wzrostowy utrzyma się na podobnym poziomie, już za 5 lat liczba e-sklepów może sięgnąć blisko 30 tys. Z kolei eksperci Sociomantic Labs prognozują, że nastąpi to szybciej – już w 2020 roku. Do tego czasu wartość polskiego e-commerce ma już przekroczyć 63 mld zł.
Wzrostów spodziewają się też analitycy Knight Frank, według których tylko w tym roku wartość branży zwiększy się o 18 proc. W czerwcowym raporcie firma podkreśliła, że Polska wciąż jest jeszcze niedojrzałym, za to jednym z najszybciej rosnących rynków e-commerce. Wiceprezes spółki RUCH zauważa, że zmienia się jednak charakter branży.
– W przeszłości decydowała cena. Jeśli ktoś zorganizował towar i był w stanie wystawić go w dobrej cenie na Allegro czy innym portalu, naturalnie miał dobrą sprzedaż i mógł z dużym powodzeniem konkurować na rynku. Dzisiaj to się zmienia. W coraz większym stopniu decyduje zróżnicowana i ciekawa oferta oraz nowoczesne działania marketingowe i nowe narzędzia promocji w internecie. Konsumenci coraz częściej oczekują, że zamówiony towar dotrze do nich w czasie, na który się umawiali oraz że zostaną dobrze obsłużeni przez serwis posprzedażowy, który decyduje o długoterminowej przewadze sklepu – powiedział Dariusz Stolarczyk podczas debaty „E-commerce for entrepreneurs. Optymalizacja działalności za pomocą e-handlu”, organizowanego przez Executive Club.
Wypracowanie takiej przewagi jest istotne, ponieważ – jak wynika z danych Bisnode – 80 proc. z nowo powstających co roku e-sklepów nie odnosi rynkowego sukcesu i znika z rynku po 2–3 latach. O wyborze konkretnego e-sklepu decydują kolejno: wiarygodność, możliwość szybkiego zwrotu i wygodne płatności. Najchętniej kupowany za pośrednictwem internetu asortyment to: odzież, książki i płyty, sprzęt RTV i AGD, obuwie i elektronika.
– W przyszłości przyjdzie czas na duże gabaryty, budowlankę i na produkty, które naturalnie trudniej jest dostarczyć do domu konsumenta, bo transport jest drogi. Jednak jest to jeszcze kwestia kilku lat. Dziś dynamicznie rozwija się handel odzieżą, perfumerią i personal care. Odzież zyskuje, ponieważ pojawiło się dużo rozwiązań, które pozwalają lepiej zarządzić rozmiarówką i przede wszystkim – lepiej zarządzić zwrotami. Jest coraz więcej firm, które obsługują je szybko i sprawnie, ale jest też coraz więcej rozwiązań, które pozwalają śledzić i przewidzieć, co konsument chce kupić. To pozwala ograniczyć liczbę zwracanych produktów – mówi Dariusz Stolarczyk.
Wiceprezes RUCH wskazuje, że wzrost sprzedaży spółki w ostatnich latach był napędzany rozwojem właśnie w obszarze e-commerce. Internet jest dla Ruchu coraz ważniejszym kanałem dystrybucyjnym.
– W internecie działamy w trzech obszarach. Świadczymy usługi dla szeroko rozumianego e-commerce – mam tu na myśli usługę Paczka w RUCHu, która jest coraz popularniejszą formą dostawy przesyłek do klientów. Obsługujemy magazyny dla dużych podmiotów e-commerce, świadczymy usługi w obszarze importu z Chin, a także obsługujemy różnego rodzaju sklepy e-commerce. Drugim obszarem jest sprzedaż – z dużym powodzeniem sprzedajemy prasę w postaci papierowej przez nasze strony internetowe. Trzeci jest obszar inwestycyjny: Ruch jest inwestorem w spółce, która zajmuje się agregacją contentu elektronicznego i prasy elektronicznej – wymienia Dariusz Stolarczyk.
Paczka w RUCHu, czyli usługa logistyczna spółki dla e-commerce, umożliwia klientom nadanie lub odebranie paczki zamówionej w sieci w jednym z ponad 2 tys. kiosków i saloników marki. Ze spółką współpracuje kilkaset e-sklepów, w tym liderzy e-commerce’owej branży. Rozwój w branży handlu internetowego jest dla RUCHu jednym z kluczowych elementów biznesowej strategii.
– Jest to nasz główny kanał rozwoju. Oczywiście, poza e-commerce, stawiamy też na szeroko rozumiany multichannel czy omnichannel, bo konsument jest dokładnie taki sam – ten, który stoi przed kioskiem i ten, który zamawia w internecie. Cel jest taki, aby obsłużyć go wszędzie tak samo i zadbać, żeby czuł się dopieszczony – mówi wiceprezes spółki Dariusz Stolarczyk.
Z podsumowania Gemius/PBI wynika, że co miesiąc polski rynek e-commerce gromadzi ponad 22,6 mln użytkowników sieci, co stanowi ponad 86 proc. wszystkich internautów. W sieci kupują przeważnie Polacy ze średnim wykształceniem, ze średnich i dużych miast, częściej kobiety niż mężczyźni.
Wymiana doświadczeń i dobrych praktyk między samorządami a przedsiębiorcami oraz promocja usługi car-sharingu w polskich miastach to główne cele warsztatów zorganizowanych przez Ministerstwo Energii we współpracy z Urzędem Miasta Gdyni. Wydarzenie odbyło się 14 września 2017 r. w Parku Naukowo-Technologicznym Gdyni.
Wiceminister energii Michał Kurtyka zapowiedział wsparcie dla samorządowców we wdrażaniu CarSharingu. Po spotkaniu nie można mieć wątpliwości, że pomoc dla przedsiębiorców to warunek szybkiego wprowadzenia usługi oraz jej sprawne działanie na rynku.
„Wraz z zaproponowanym przez ME Planem Rozwoju Elektromobilności, rozwój alternatywnych form transportu zyskał wsparcie administracji państwowej. Plan stwarza przestrzeń dla rozwoju rynku car-sharingu w naszym kraju, zwłaszcza w połączeniu z preferencyjnymi możliwościami parkowania w centrach miast – zaznaczył. – Dodatkowe zachęty, które umożliwią popularyzację tego modelu biznesowego planujemy umieścić także w ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych, nad którą obecnie pracujemy – powiedział Wiceminister Kurtyka.
Można powiedzieć, że była to deklaracja, ponieważ słowa te padły w obecności wszystkich zgromadzonych, także samorządowców i przedstawicieli firm CarSharingowych. Trójmiasto już ponad dwa tygodnie temu zapowiedziało, że wesprze projekt współdzielonej mobilności na Pomorzu, co wyraziło w podpisanym liście intencyjnym. Obiecano także preferencyjne opłaty za parkowanie samochodów CarSharingowych w granicach miejskiej strefy płatnego parkowania.
Władze Warszawy póki co nie dały odpowiedzi, czy projekt uchwały o zwiększeniu opłat parkingowych dotyczyć będzie także CarSharingu. Jeśli tak, może się okazać, że cena usługi diametralnie wzrośnie i przestaną z niej korzystać mieszkańcy.
Podczas debaty, części warsztatu „Dobre praktyki w CarSharingu” temat ceny poruszono na samym początku. Jako pierwszy wypowiedział się Maciej Panek. Prezesa PANE CarSharing wywołano do odpowiedzi ponieważ firma ta posiada najtańszą na rynku usługę wynajmu na minuty.
Firma PANEK zaproponowała najniższą stawkę za przejechany kilometr ponieważ zainwestowała w samochody hybrydowe, jednak nie ukrywa, że takimi samochodami trzeba umieć oszczędnie jeździć. Maciej Panek zauważył, że energiczna jazda sprzyja ładowaniu baterii samochodów hybrydowych, co w konsekwencji wpływa na niższe spalanie i mniejszą emisję Co2, a tak właśnie zazwyczaj jeżdżą użytkownicy samochodów na minuty. Powodem jest pośpiech, ale też możliwości, które dają hybrydowe Toyoty, są po prostu szybkie i zrywne samochody.
Podczas debaty padł zarzut, że CarSharing jest za drogi, jednak szybko zareagowali na niego inni przedsiębiorcy i przedstawiciel miasta Wrocławia. Anna Badeńska, Koordynator Projektu ds. Partnerstwa Publiczno-Prywatnego miasta Wrocław, zauważyła, że cena CarSharingu powinna być wyższa od biletu transportu zbiorowego, jednak niższa od przejazdu taksówką.
CarSharing jest usługą komplementarną, nie konkurencją dla transportu zbiorowego, a stawki jakie mamy teraz są może nawet zbyt niskie. Ich utrzymanie zależy oczywiście od kosztów parkowania, ale też tego, jak samochody użytkować będą odbiorcy CarSharingu. Duża szkodowość i nadmierne spalanie mogą w przyszłości odbić się na cenie usługi.
Ważnym aspektem jest więc edukacja. Zgromadzeni na warsztatach samorządowcy zwrócili uwagę na ten fakt, który być może wcześniej nie był dla nich tak widoczny. CarSharing to bowiem nie tylko biznes, to jeden z elementów, który ma na celu uczynienie miast czystszymi i lepiej przejezdnymi. Wprowadzenie CarSharingu nie może być jednak następstwem dobrej akcji marketingowej firm, wymaga bowiem zmiany świadomości społeczeństwa przekonując je, że można coś mieć, bez kupowania.
Dialog i pomoc samorządów są konieczne, żeby CarSharing w Polsce działał, ale także żeby odnosił sukcesy. To nie jest tylko biznes, to wspólna inicjatywa firm i samorządów, która ma zasadniczo wpłynąć na jakość środowiska, w którym wszyscy żyjemy. Spotkanie w Gdyni udowadnia, że idea współdzielonej mobilności jest dla Państwa ważna. Widoki na przyszłość są optymistyczne.
Ponad 544 miliony złotych wynosiło na początku września łączne zadłużenie 9 563 przedsiębiorstw rolnych, leśnych i rybackich zarejestrowane w Krajowym Rejestrze Długów. To o 43 proc. więcej niż dwa lata wcześniej, kiedy to dług wynosił 380 milionów złotych. 84 proc. wartości niespłaconych zobowiązań przypada na producentów rolnych.
W III kwartale 2017 roku koniunktura w polskim rolnictwie po raz kolejny poprawiła się – podaje Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH. Zdaniem ekspertów dobra passa dla rolników trwa nieprzerwanie od półtora roku, czemu sprzyja m.in. pogoda, a co za tym idzie dobre plony. Potwierdzają to dane Głównego Urzędu Statystycznego: tegoroczne zbiory zbóż i rzepaku były wyższe niż przed rokiem. Co prawda plony zbóż podstawowych wzrosły o 8 proc. rok do roku, jednak w przypadku rzepaku było to aż 23 proc. więcej. Zbiór warzyw jest porównywalny z 2016 rokiem.
Pomimo dobrej koniunktury w polskim gospodarstwie i udanych tegorocznych zbiorach, zadłużenie przedsiębiorstw rolnych, leśnych i rybackich w ciągu dwóch lat wzrosło o 43 proc., przekraczając 544 miliony złotych, z czego zdecydowana większość długów (456,6 miliona złotych) to nieuregulowane zobowiązania rolników.
– Ta branża działa na trochę innych warunkach niż pozostałe gałęzie gospodarki. Najcześciej największy zastrzyk gotówki rolnicy otrzymują zaraz po żniwach. Wtedy zaczynają spłacać faktury, ale nie są to wyłącznie bieżące rachunki. Spora część pochodzi z minionych dwunastu miesięcy, kiedy to rolnicy kupowali nawozy, ziarna do posiania pól czy korzystali ze sprzętu innych rolników. Na sporej części tych faktur widniał termin zapłaty wydłużony nawet do roku. A częste tłumaczenie przedsiębiorców rolnych to „zapłacę, jak zbiorę plony”. Kiedy otrzymają pieniądze za sprzedaż zboża, warzyw czy owoców, regulują zeszłe rachunki. Jednak wtedy już brakuje pieniędzy na zakup nasion i nawozów na kolejny sezon. Koło się zamyka, a rolnik tkwi stale w nieopłaconych fakturach – dostrzega Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.
Najwięcej zadłużonych rolników, leśników i rybaków pracuje na Mazowszu, gdzie 1 470 firm z tego sektora znalazło się na liście nierzetelnych płatników. Ich zadłużenie wynosi prawie 67 milionów złotych. Z kolei najwyższy dług uzbierał się rolnikom, leśnikom i rybakom z Wielkopolski – blisko 79 milionów złotych. Na tę kwotę składają się 4 033 niespłacone zobowiązania 1 087 rolników. Podwójne trzecie miejsce (pod względem liczby dłużników i kwoty zadłużenia) należy do przedsiębiorców rolnych ze Śląska. W tym województwie 840 rolników zalega ze spłatą prawie 42 milionów złotych. Rekordzistą jest przedsiębiorca mieszkający w powiecie strzelecko-drezdeneckim na Ziemi Lubuskiej. Jego dług urósł do 7,3 miliona złotych. Większość z tej kwoty stara się odzyskać firma windykacyjna, pozostała część należy do dwóch innych rolników.
Statystyczny rolnik-dłużnik ma do oddania 57 tysięcy złotych. W porównaniu z handlem (tam średnie zadłużenie wynosi prawie 30 tysięcy złotych) i budownictwem (45 tysięcy złotych to statystyczny dług) to pokaźna kwota.
– Wysokie średnie zadłużenie rolników wiąże się z tym, że zaciągane przez nich zobowiązania często oscylują w dużych kwotach. Powodem jest najczęściej chęć zwiększenia produkcji poprzez powiększenie gospodarstwa czy zakup nowych maszyn lub modernizacji starych. To są inwestycje wymagające znacznych pieniędzy. Część z nich pochodzi z zewnętrznego dofinansowania, ale unijne czy krajowe dotacje nie wystarczają. Wtedy rolnicy sięgają po kredyty. Np. ciągnik czy maszyna to wydatek rzędu ćwierć miliona złotych. Niestety część z nich pada ofiarą przeinwestowania. Źle szacują koszty i potencjalne zyski, w efekcie wpadają w spiralę zadłużenia – wyjaśnia Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.
Potwierdzają to dane Krajowego Rejestru Długów. Najwięcej pieniędzy, bo 263 milionów złotych, są winni funduszom sekurytyzacyjnym, które odkupiły długi od pierwotnych wierzycieli.
– Fundusze sekurytyzacyjne najczęściej odkupują długi od banków i firm leasingowych, a w mniejszym stopniu od towarzystw ubezpieczeniowych czy operatorów telefonicznych. Kiedy pierwotny wierzyciel nie jest w stanie odzyskać należności na własną rękę, sprzedaje długi. To najczęściej zobowiązania z poprzednich lat. Kolejnym wierzycielem rolników, leśników i rybaków jest branża finansowa. Za nią kryją się niespłacone kredyty i pożyczki. Przedsiębiorcy mają do oddania temu sektorowi 103 miliony złotych. Gdyby zsumować długi wobec funduszy sekurytyzacyjnych, które odkupiły niespłacone zobowiązania od banków, z długami wobec sektora finansowego, nieuregulowane zobowiązania przedsiębiorstw pracujących na rzecz rolnictwa wobec finansów przekroczyłyby 300 miliony złotych – tłumaczy Adam Łącki.
Ale także sami rolnicy, leśnicy i rybacy czekają na spłatę prawie 100 milionów złotych. Ich dłużnikami są przede wszystkim firmy z branży handlowej, które nie zapłaciły za zakupione towary od rolników. Łącznie mają do oddania blisko 27 milionów złotych. Na 24 miliony złotych zalegają innym przedsiębiorcom rolnym. Najczęściej są to nieuregulowane faktury za wypożyczenie sprzętu, sprzedaż gruntów rolnych czy hodowlanych zwierząt. Pozostałymi wierzycielami gospodarzy są firmy z branży budowalnej, przemysłowej i transportowej.
O ile podatników prywatnych rząd może jedynie zachęcać do korzystania z cyfrowych form kontaktu z urzędami, o tyle przedsiębiorcy są zobligowani do stosowania się do nowych przepisów pod groźbą poważnych sankcji finansowych, a nawet karnych. W tym roku liczba zeznań podatkowych składanych przez osoby fizyczne w elektronicznej formie przekroczyła 50%. Wśród przedsiębiorstw wyboru formy już nie ma, odkąd wprowadzono obligatoryjne raportowanie ewidencji VAT wyłącznie w formie elektronicznej (deklaracje oraz dane w strukturach Jednolitego Pliku Kontrolnego). Od 1 stycznia 2018 r. wszyscy bez wyjątku przedsiębiorcy będą zmuszeni składać te dokumenty w formie cyfrowej, co oznacza, że papierowe deklaracje VAT-7 zostaną całkowicie wyeliminowane.
„Digitalizacja podatków i zapisu zdarzeń gospodarczych w postaci cyfrowej jest nieunikniona. Ministerstwo Finansów planuje stopniowe odchodzenie od innych form raportowania, np. od deklaracji VAT, na rzecz jednego spójnego źródła – JPK. Jednolity Plik Kontrolny stanowi oś raportowania zdarzeń gospodarczych. Ten trend w cyfryzacji obserwujemy także w innych krajach Unii Europejskiej i nie ma od niego odwrotu także w Polsce” – mówi Piotr Ciski, dyrektor zarządzający Sage w Polsce. „Poza tym, przy wykorzystaniu odpowiednich narzędzi informatycznych, dane uzyskane z JPK można wykorzystać na wiele innych sposobów, nie tylko na potrzeby kontroli. Jest to doskonałe źródło wiedzy m.in. na temat kondycji finansowej przedsiębiorstwa”.
Najważniejsze rezultaty digitalizacji podatków:
Skuteczna kontrola podatników
Z perspektywy Ministerstwa Finansów proces cyfryzacji podatków niesie niemal wyłącznie korzyści, nie licząc wydatków poniesionych na opracowanie oraz wdrożenie nowych systemów informatycznych. Główną zaletą digitalizacji jest skuteczniejsza kontrola rozliczeń podatkowych podatników, w tym szybka identyfikacja błędów i niespójności w raportach dostarczanych przez przedsiębiorców. Obecnie algorytmy i zaawansowana, tzw. twarda analityka wykorzystywana do analizy danych zawartych w ewidencji VAT (raportach JPK-VAT), zapewnią dokładną weryfikację przesyłanych informacji bez zaangażowania urzędników. Ci ostatni otrzymają jedynie informację, których przedsiębiorców powinno się wziąć pod lupę.
Technologia to jedno, natomiast sami urzędnicy muszą zmierzyć się z nowymi obowiązkami i nauczyć się funkcjonować w świecie danych cyfrowych. Pojawiają się głosy, że urzędnicy są przytłoczeni ilością zwracanych przez system błędów wykrytych przez ANALIZATOR_JPK, które wymagają ich interwencji. To jeden z minusów wdrażanych zmian, który jednak wydaje się czymś naturalnym – wszyscy uczymy się funkcjonować w nowych warunkach.
Mniej miejsca na oszustwa podatkowe
JPK w połączeniu z twardą analityką danych już teraz pozwala znacznie łatwiej wychwytywać oszustwa podatkowe, które, jak wiadomo, rokrocznie uszczuplają nasz budżet o kilkadziesiąt miliardów złotych. Digitalizacja jest warunkiem niezbędnym do uszczelnienia archaicznego i skomplikowanego systemu podatkowego, będąc jednocześnie ważnym elementem ograniczającym możliwości działania przestępców. Po objęciu obowiązkiem JPK wszystkich podatników oraz wprowadzeniu Centralnego Rejestru Faktur zostanie znacznie ograniczony m.in. handel fałszywymi fakturami, wyłudzanie zwrotu VAT czy zawyżania kosztów prowadzenia działalności w celu obniżenia podatku dochodowego. Dla fiskusa oznacza to większe wpływy do budżetu i ograniczenie deficytu, a dla przedsiębiorców działających zgodnie z prawem – ograniczenie nieuczciwej konkurencji.
Ścisły nadzór nad transakcjami B2B
Wdrożenie JPK, Centralnego Rejestru Faktur oraz obniżenie progu transakcji gotówkowych, uzupełnione o możliwość uzyskania przez urzędników JPK_WB przedsiębiorcy (raportu z wyciągów bankowych), pozwoli na ścisłą weryfikację faktycznego wydatkowania środków firmy w odniesieniu do wykazanych faktur zakupu. Dodatkowo zaawansowana analityka JPK, która umożliwia kontrole krzyżowe, pozwala na wykrywanie przestępczych procederów działających w modelu karuzel VAT. Tak szerokie możliwości kontroli działań przedsiębiorców mogą budzić ich sprzeciw, jednak na szerszą skalę niosą ze sobą potencjał ograniczenia lub nawet zlikwidowania przestępczości podatkowej.
Konieczność dostosowania oprogramowania do JPK i CRF
Nałożenie na przedsiębiorców obowiązku generowania i przesyłania struktur JPK wymusza na nich dostosowanie użytkowanych systemów informatycznych. Ponieważ raportowanie JPK będzie obowiązkowe dla małych podatników VAT od stycznia 2018 r., stosowne zmiany w oprogramowaniu będą musiały przeprowadzić najmniejsze firmy lub biura rachunkowe, które je obsługują. Wdrożenie Centralnego Rejestru Faktur pozwoli fiskusowi walczyć z przestępstwami podatkowymi, ale dla firm będzie oznaczał konieczność dostosowania systemów księgowych do generowania faktur elektronicznych zgodnych z wymaganiami CRF. E-faktura nie może być jedynie plikiem PDF będącym tylko obrazem dokumentu. Elektroniczna faktura powinna zawierać stosowne metadane, które mogą być automatycznie odczytywane przez systemy informatyczne.
Dla przedsiębiorców aktualizowanie oprogramowania do wymagań nowych przepisów oznacza zarówno dodatkowe koszty, jak i czas niezbędny na weryfikację użytkowanych rozwiązań. Kto nie zdąży na czas, musi liczyć się z konsekwencjami finansowymi, ponieważ niedopełnienie obowiązków raportowania jest obłożone karami. Dobrą wiadomością dla podatników jest znaczny poślizg we wprowadzaniu CR – zapowiadano je na koniec 2017 r., tymczasem resort finansów wciąż pracuje nad koncepcją rejestru, a prace nad odpowiednim systemem mogą trwać do półtora roku. Nie zmienia to faktu, że systemy prędzej czy później trzeba będzie aktualizować.
Kontrola transakcji w obrocie konsumenckim
Do tej pory fiskus próbował ograniczać szarą strefę w handlu detalicznym m.in. poprzez akcje typu Narodowa Loteria Paragonowa. Akcja miała ograniczyć nieuczciwe praktyki po stronie sprzedawców i usługodawców. Pomijając walory edukacyjne, trudno jednak spodziewać się, by tego typu akcje miały trwały i głęboki skutek. Znacznie skuteczniejsze będzie wprowadzenie do obiegu gospodarczego elektronicznych paragonów. W praktyce e-paragony mogą uniemożliwić ukrywanie transakcji sprzedawców, co w rezultacie ma przynieść znacznie większe wpływy do budżetu, zarówno z tytułu podatków dochodowych, jak i VAT.
Optymistyczne założenia dotyczące e-paragonów i nowych kas rejestrujących obiecują przedsiębiorcom lepszy wgląd w dane dotyczące sprzedaży, których analiza może posłużyć do wprowadzenia zmian i np. zwiększenia sprzedaży, obniżenia kosztów, czy zminimalizowania strat. Jednak znacznie bardziej istotne dla przedsiębiorców konsekwencje to koszty wymiany kas fiskalnych na nowe oraz zapewnienie dostępu do internetu w punktach sprzedaży, tak aby możliwe było przesyłanie paragonów do repozytoriów danych Ministerstwa Finansów. Zapowiadane zmiany w zakresie wdrażania elektronicznych paragonów już teraz budzą kontrowersje wśród samych klientów, którzy są niechętni wobec gromadzenia przez fiskus szczegółowych danych o ich zakupach. Konsumenci nie widzą też powodu, by udostępniać komukolwiek swoje dane w związku z indywidualnymi zakupami. E-paragony będą jednak stopniowo wprowadzane od początku 2018 r.
JPK_Paragon pokaże, kto zaniża dochody ze sprzedaży detalicznej
Fiskus planuje połączenie wdrożenia obowiązkowego raportowania JPK_VAT obejmującego najmniejszych podatników z wprowadzeniem nowej struktury raportu – JPK_Paragon. Będzie ona obowiązkowa dla tych przedsiębiorców, którzy nie zainstalują kas fiskalnych podłączonych do internetu i będą posługiwać się urządzeniami rejestrującymi transakcje w pamięci kasy lub na papierowej rolce. Pozwoli to fiskusowi szybciej objąć nadzorem przedsiębiorców, którzy nie zdecydują się na przesyłanie elektronicznych paragonów na serwery Ministerstwa. JPK_Paragon pozwoli na porównanie obrotów ze sprzedaży z wcześniej uzyskiwanymi przez przedsiębiorcę. Jeśli okaże się, że po wprowadzeniu nowego obowiązku dochody firmy znacznie wzrosły, będzie to sygnał do przeprowadzenia kontroli i sprawdzenia, czy podatnik wcześniej celowo nie zaniżał wyników finansowych. Dodatkowo będą możliwe kontrole krzyżowe i porównywanie dochodów podatników działających na tym samym terenie i w tej samej branży. Dzięki temu fiskus nie będzie przeprowadzał kontroli losowo, a jedynie wobec wytypowanych podatników.
Od digitalizacji podatków nie ma odwrotu. Ogólnoświatowy trend zmierza w kierunku pełnej cyfryzacji na linii administracja państwowa – podatnik. Takie jest również założenie dyrektywy unijnej, którą jesteśmy zobligowani wykonać.
11 października w Warszawie odbędzie się konferencja „EUROPA + AZJA Młodzież w strategiach CSR”, podczas której zaprezentowane zostaną europejskie i azjatyckie rozwiązania w dziedzinie społecznej odpowiedzialności biznesu.
Konferencja ma na celu podkreślenie znaczenia współpracy trójsektorowej pomiędzy administracją publiczną, biznesem oraz organizacjami pozarządowymi. Sprzyjająca atmosfera wydarzenia wpłynie na lepszą komunikację pomiędzy tymi sektorami oraz ułatwi dialog w sprawach dotyczących społecznej odpowiedzialności biznesu. Prelegenci z Indii, Filipin, Tajlandii, Wielkiej Brytanii oraz Polski przybliżą rozwiązania zawarte w strategiach CSR firm ponadnarodowych, takich jak Bosch czy Hyundai. Organizacje non-profit otrzymają wiele cennych informacji na temat możliwości korzystania z zasobów biznesu. Wszyscy uczestnicy będą mieli niezwykłą okazję pozyskać wiedzę ekspercką w dziedzinie CSR.
Dlaczego Europa i Azja?
Organizatorem konferencji jest Fundacja Autokreacja, która wspiera oraz promuje działania na rzecz rozwoju gospodarczego i kulturowego. Współpraca z partnerami z Europy i Azji, utwierdziła Autokreację w przekonaniu, że dzielenie się doświadczeniami jest najlepszą ścieżką rozwoju. Stąd też pomysł na zorganizowanie konferencji, która umożliwi poznanie europejskich i azjatyckich praktyk CSR oraz wskaże możliwości wykorzystania potencjału młodych, przedsiębiorczych ludzi.
Dlaczego młodzież?
Młodzi ludzie są często bardzo przedsiębiorczy i kreatywni, jednak nie posiadają wystarczającej wiedzy lub możliwości do realizacji swoich pomysłów, tudzież borykają się z problemami w znalezieniu wymarzonej pracy czy założeniu start-upu. Z tego powodu grupą docelową konferencji są przedstawiciele przedsiębiorstw, które w swoich strategiach uwzględniają młodych ludzi oraz organizacje non-profit, które mają bezpośredni kontakt z młodzieżą i ich potrzebami.
Zalety konferencji
Pozyskanie wiedzy eksperckiej w dziedzinie CSR
Promowanie i podejmowanie innowacyjnych działań w zakresie odpowiedzialności społecznej
Otworzenia się na potrzeby i problemy lokalnej społeczności
Dość jastrzębie stanowisko reprezentantów z Banku Anglii oraz zaskakująco dobre szacunki sierpniowej inflacji CPI ze Stanów Zjednoczonych (0,4 proc. m/m, konsensus: 0,3 proc.) – to czynniki, które istotnie podbijały zmienność na rynku walutowym w trakcie dzisiejszej sesji. W drugiej połowie dnia o miano ulubieńca inwestorów walczył funt szterling niesiony komentarzem Marka Carneya, gubernatora BOE, odnośnie powszechnie aprobowanych podwyżek stóp procentowych w horyzoncie najbliższych kilku miesięcy. Do chwilowego odpływu kapitału z bardziej ryzykownych aktywów przyczyniły się doniesienia agencji Nikkei o planowanym teście ICBM przez północnokoreański reżim Kim Dzong Una.
Na koniec dnia niekwestionowaną gwiazdą koszyka walut G10 pozostaje funt szterling, który notując 1,4 proc. umocnienie plasuje parę GBP/USD w okolicach zeszłorocznych szczytów. Zdecydowanie niżej znajdują się szwedzka korona (0,4 proc.) oraz euro (0,2 proc.). Obecnie para EUR/USD wraca w okolice dość kłopotliwego poziomu 1,1920, którego kapitulacja zwiększy szansę podejścia pod mocno testowany opór przy 1,1990. W odwrocie pozostaje dolar nowozelandzki. Jego 0,4 proc. deprecjacja okrywa cieniem niezbyt pomyślne sesje dolara kanadyjskiego (-0,2 proc.) oraz norweskiej korony (-0,1 proc.).
W gronie walut państw Emerging Markets wyraźnie bryluje rosyjski rubel (0,8 proc.) próbujący odskoczyć tureckiej lirze (0,7 proc.). W czele stawki znajduje się polski złoty (0,4 proc.), który na koniec dnia spycha EUR/PLN do poziomu 4,2770, USD/PLN do 3,5880 oraz CHF/PLN do 3,7230. Stosunkowo blisko wczorajszych poziomów znajduje się południowoafrykański rand. Jego 0,1 proc. osłabienie lekko przebija chińskie renminbi (-0,2 proc.), które usilnie próbuje wymazać wpływ zeszłotygodniowych notowań.
Czwartkowy kalendarz makroekonomiczny należał do wyjątkowo ciekawych. W trakcie sesji azjatyckiej pierwsze skrzypce grały wskazania z chińskiej gospodarki, gdzie zarówno produkcja przemysłowa (6,0 proc. r/r, konsensus: 6,6 proc.), jak i sprzedaż detaliczna (10,1 proc. r/r, konsensus: 10,5 proc.) rozczarowały oczekiwania ankietowanych uczestników rynku. Na podstawie sporządzonych analiz zauważamy, że gorsze wartości napływających wskaźników z Państwa Środka to między innymi pokłosie negatywnych własności cyklicznych, które próbują być tuszowane potężnymi wydatkami infrastrukturalnymi. Potwierdzeniu uległy szacunki japońskiej produkcji przemysłowej notującej w lipcu miesięczny spadek rzędu 0,8 proc. Zmienność dolara australijskiego próbowały podbić sierpniowe dane z rynku pracy, według których stopa partycypacji siły roboczej wzrosła o 0,2 pp. do 65,3 proc. przy udziału bezrobotnych na poziomie 5,6 proc.
Na Starym Kontynencie solidną dawkę zaskoczenia zapewniła publikacja szwedzkiej stopy bezrobocia, która w sierpniu spadła do niespodziewanych przez uczestników rynku 6,0 proc. (konsensus: 6,4 proc., poprzednio: 6,6 proc.). Do pokazu siły przez szwedzką walutę dodatkowo przyczyniły się komentarze Pera Janssona z Riksbanku, który pozostaje optymistycznie nastawiony wobec siły procesów inflacyjnych. Dawkę zaskoczenia zapewnił Centralny Bank Republiki Turcji, który w dzisiejszym komunikacie poinformował o możliwości podwyżki stóp procentowych w obliczu dość alarmujących procesów inflacyjnych. Parametry tureckiej polityki pieniężnej pozostały na niezmienionym poziomie – obecnie benchmarkowa stopa repo wynosi 8,0 proc., stopa pożyczkowa O/N 9,25 proc., a stopa depozytowa O/N 7,25 proc.
Na europejskim parkiecie obserwowano wyraźny podział sentymentu. Zwyżkowe impulsy były nie tylko obserwowane między innymi w Mediolanie, gdzie FTSE MIB zyskał 0,2 proc. Jego zwyżkę lekko przebił WIG 20 (0,3 proc.), który nadal balansuje dość blisko okrągłego poziomu 2 500 pkt. Na czele warszawskiej giełdy znalazł się Lotos (1,5 proc.), za którym uplasowały się walory PKO Banku Polskiego (1,3 proc.) oraz Banku Pekao (1,2 proc.). Niezbyt udaną sesję mają za sobą energetyczni giganci. Najsilniej tracącą spółką okazał się Tauron (-2,3 proc.) po publikacji rekomendacji „neutralnie” przez Exane z ceną docelową na poziomie 4 PLN (obecnie: 3,85 PLN).
Zdecydowanie gorszymi nastrojami mogli pochwalić się inwestorzy w Londynie. Zniżka indeksu FTSE 100 (-1,1 proc.) to między innymi pokłosie sukcesywnie umacniającego się funta szterlinga. Zniżkę Morrisona (-5,1 proc.) po publikacji dość rozczarowującej marży operacyjnej starał się załagodzić Next (13,1 proc.) wyraźnie rewidujący prognozę wyników za 2017 rok. Mniej spektakularną przecenę ma za sobą frankfurcki DAX (-0,1 proc.), na czele którego uplasował się Continental (2,1 proc.). Uwagę inwestorów zwróciły akcje Deutsche Börse (-1,7 proc.) za sprawą doniesień dotyczących postępowania wobec prezesa spółki w zakresie insider tradingu. Nieco skromniejszy ruch w stronę południa odnotowało RWE (-1,2 proc.) za sprawą zmiany rekomendacji przez Société Générale na „trzymaj” z ceną docelową wynoszącą 21,60 EUR (obecnie: 20,40 EUR).
W gronie surowców pokaźne odbicie notuje ropa WTI (1,3 proc.), która wraz z końcem dnia ponawia atak na okrągły poziom 50,00 USD. Wśród metali szlachetnych najbardziej udany czwartek ma za sobą złoto, które drożeje 0,4 proc. do poziomu 1 329 USD za uncję. W czele stawki płodów rolnych znajdują się listopadowe kontrakty na soję. Ich 1,5 proc. ruch w stronę północy stanowi przeciwwagę dla niezbyt udanych sesji w wykonaniu kakao (-1,4 proc.) czy soku pomarańczowego (-2,9 proc.).
Sebastian Matyniak, Prezes Zarządu Brainstorm Group
Zewnętrznym przejawem tego, że w firmie dzieje się coś nie tak są najczęściej: zwiększona fluktuacja kadry, problemy z płynnością i słaby wynik finansowy, jednakże czynników, które są źródłem wymienionych problemów, jest bardzo wiele.
Do najczęstszych źródeł zwiększonej fluktuacji pracowników należy feudalny styl zarządzania, brak płatności wynagrodzenia na czas, brak przepływu informacji pomiędzy zarządem a pracownikami, nierealne cele oraz koncentracja na konsumpcjonizmie właściciela.
Przyczyn braku płynności możemy upatrywać w wielu obszarach, najczęściej są to:
nadmierny stan magazynowy,
zbyt dużo towarów nierotujących na magazynie,
zmniejszona ilość klientów,
problemy z windykacją należności,
zbyt niska marża,
zbyt długie terminy płatności,
zbyt szybki rozwój.
Jak widać przyczyn tego, iż w firmie źle się dzieje jest wiele, a pochodzą one z różnych obszarów funkcjonowania firmy. Aby nie być zaskoczonym tym, że coś nas ominęło i tym, że nie dostrzegliśmy symptomów potencjalnie trudnej sytuacji, ważne jest aby wizualizować i śledzić wszystkie kluczowe parametry, które wpływają na funkcjonowanie firmy. Dzięki temu na podstawie analizy trendów można w szybkim tempie zdiagnozować czy coś jest nie tak i znaleźć rozwiązanie, które pozwoli wyjść z trudnej sytuacji.
Najczęściej wizualizowane parametry, to parametry, które mają bezpośredni wpływ na trudną sytuację w firmie i są to:
współczynnik fluktuacji kadry,
wielkość sprzedaży,
marża,
wartość stanów magazynowych,
czas leżakowania towaru na magazynie,
produktywność,
średni wskaźnik przedterminowych płatności,
współczynnik satysfakcji pracowniczej.
Jak wynika z najlepszych praktyk rynkowych wskaźniki te powinny być widoczne nie tylko dla Zarządu lub właściciela firmy, lecz dla wszystkich pracowników, tak aby można było budować kulturę współodpowiedzialności za to, co dzieje się w firmie. Niezbędna do tego jest ciągła edukacja wszystkich pracowników, wspólna analiza trendów, wspólna diagnoza przyczyn zaistniałej sytuacji oraz wspólne wypracowanie rozwiązania. Można to robić poprzez system cotygodniowych odpraw w każdym obszarze działalności firmy, na których analizowane będą przyczyny sukcesu oraz przyczyny porażki w realizacji celów cotygodniowych. Podczas odpraw grupowych generowane są pomysły na usprawnienia bieżącej sytuacji i dokonywana jest analiza, w jaki sposób działania wygenerowane w poprzednich okresach wpłynęły na wynik przedsiębiorstwa.
Kolejnym narzędziem menadżerskim stosowanym aby uniknąć trudnej sytuacji w firmie są rozmowy indywidualne menadżera z pracownikiem. Podczas tych rozmów wypracowywane są cele dla pracownika, które spójne są z celami firmy oraz monitorowany jest nie tylko wynik realizacji celów, ale przede wszystkim sposób w jaki są one realizowane. Dzięki temu szybko jesteśmy w stanie określić, które działania w największym stopniu wpływają na wynik oraz które działania nie przynoszą rezultatu. Na podstawie przeprowadzonej analizy pracownik generuje nowe bądź zmodyfikowane sposoby realizacji celu. Taka forma pracy buduje współodpowiedzialność za realizację celów, a co za tym idzie za kondycję firmy, oraz powoduje że mamy bieżącą kontrolę nad realizacją wyniku.
Oczywiście czasami bywa tak, że główne procesy w firmie nie są sparametryzowane, co powoduje, że podstawą oceny sytuacji w przedsiębiorstwie nie mogą być obiektywne dane. W takiej sytuacji trzeba jak najszybciej wyłonić kluczowe procesy wewnątrz organizacji i je sparametryzować. Realizując wiele projektów, w których pomagamy firmom w realizacji ich celów bądź w wyjściu z trudnych sytuacji, zaczynamy od stworzenia możliwości pozyskiwania rzetelnych danych dotyczących funkcjonowania firmy. To pozwala nam mieć pewność, że projekt, który realizujemy będzie miał wpływ na wyniki naszego klienta.
Firma doradcza JLL podsumowała I półrocze 2017 na rynku biurowym w Trójmieście.
„Trójmiasto to czwarty co do wielkości rynek biurowy w Polsce i zarazem czwarta największa lokalizacja pod względem inwestycji z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Przedstawiciele tej branży są głównym generatorem popytu na nowoczesne powierzchnie biurowe w regionie i tylko w ubiegłym roku odpowiadali za 65% całego zapotrzebowania na trójmiejskie biura. Tak wysoki wynik jest zasługą przede wszystkim firm z kapitałem amerykańskim i polskim, a także podmiotów z krajów nordyckich i Niemiec, które są głównymi inwestorami z sektora usług w Trójmieście. Łącznie 120 zlokalizowanych tam centrów biznesowych zatrudnia już ponad 19 000 osób, czyli o 15% więcej niż w roku ubiegłym. Dwucyfrowy wzrost zatrudnienia to dobry prognostyk zarówno dla branży usług, jak i deweloperów”, informuje Marcin Faleńczyk, kierujący pracami trójmiejskiego biura JLL.
Popyt
Popyt w Trójmieście nadal utrzymuje się na wysokim poziomie. W I półroczu tego roku wynajęto 73 800 mkw., z czego największe transakcje to odnowienie najmu przez Energa Group na 15 100 mkw.; odnowienie i ekspansja Amazon (łącznie na 7 100 mkw.) w Olivia Business Centre; jak również przednajem Swarovski (6 100 mkw.) w budynku Yoko.
„Łącznie na Kraków, Wrocław oraz Trójmiasto przypada prawie 80% popytu zarejestrowanego na głównych rynkach regionalnych poza Warszawą. Wysokie zainteresowanie nowoczesnymi powierzchniami biurowymi jest między innymi generowane przez nowych inwestorów reprezentujących sektor usług. Dla przykładu, w ostatnich kilkunastu miesiącach w Trójmieście pojawiły się takie firmy z tej branży, jak Eltel Networks, Eurofins Digital Testing, Marine Harvest, FujiFilm, czy Swarovski”, dodaje Marcin Faleńczyk.
Największe umowy najmu w Trójmieście, w I półroczu 2017
Firma
Budynek
Powierzchnia (mkw.)
Energa Group (odnowienie)
Olivia Business Centre
15 100
Amazon (odnowienie i ekspansja)
Olivia Business Centre
7 100
Swarovski (przednajem)
Yoko
6 100
Nordea AB
Oliva Business Park – Alfa
5 900
IHS Global
C200
4 300
Źródło: JLL, PORF, 2017
Podaż
„W ciągu ostatnich siedmiu lat Trójmiasto podwoiło zasoby powierzchni biurowej osiągając w I półroczu poziom 645 500 mkw. Kolejne 150 300 mkw. pozostaje w budowie. Z naszych prognoz wynika, że w II połowie 2017 roku na trójmiejski rynek biurowy może trafić nawet ponad 90 000 mkw.”, komentuje Łukasz Dziedzic, Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Do największych biurowców w budowie należą: Olivia Star, Alchemia III Argon oraz Olivia Seven.
Pustostany i czynsze
Obecnie wskaźnik pustostanów kształtuje się na poziomie 7,8%, co przekłada się na około 50 000 mkw. dostępnej powierzchni biurowej. Warto zauważyć, że jest to znaczący spadek w porównaniu z końcem 2016 r. związany z szybką absorpcją nowo oddawanych projektów.
Czynsze za najlepsze powierzchnie biurowe w Trójmieście wahają się od 12,75 do 14 euro za mkw. miesięcznie.
Grupa Murapol w pierwszym półroczu 2017 roku wypracowała 190,6 mln zł przychodów, osiągając zysk z działalności operacyjnej na poziomie 49,2 mln zł oraz zysk netto w wysokości 37,2 mln zł. Zaprezentowane dane zostały ustalone zgodnie z MSSF 15.
– Przygotowane sprawozdanie pro forma jest odpowiedzią na zapotrzebowanie zgłaszane przez naszych partnerów finansowych, którzy nabywając emitowane przez nas obligacje korporacyjne oraz certyfikaty inwestycyjne tworzonych we współpracy z nami FIZ-ów, partycypują w finansowaniu wzrostu skali naszej działalności. A ta w ciągu pierwszych sześciu miesięcy bieżącego roku znacznie się poszerzyła. Poprzez nabycie pakietu kontrolnego akcji Awbud S.A., uzupełniliśmy dotychczas wiodącą w naszej aktywności, obecność w sektorze inwestycji mieszkaniowych o projekty z zakresu budownictwa przemysłowego, ekologii i energetyki. Z kolei zakup pakietu akcji Skarbiec Holding to decyzja inwestycyjna otwierająca przed nami zupełnie nowy, z punktu widzenia dotychczasowej aktywności Grupy Murapol, segment działalności. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Oczywiście stale rozwijamy naszą podstawową linię biznesową. Tylko w pierwszym półroczu br. zakontraktowaliśmy zakup gruntów o wartości blisko 100 mln zł netto, na których zamierzamy wybudować około 4 tys. lokali czyli 166 tys. mkw. PUM-u. – dodaje Michał Sapota.
W 2017 roku po raz pierwszy zostały skonsolidowane wyniki Awbud S.A., który jako generalny wykonawca, pracuje na dużo niższych marżach niż deweloperzy mieszkaniowi, a mimo to marża na sprzedaży wyniosła 35 proc., operacyjna 26 proc., a netto 20 proc. Ponadto Grupa przekazała w pierwszym półroczu tylko ok. 700 mieszkań, co stanowi 1/3 planu na ten rok.
W skonsolidowanym sprawozdaniu finansowym pro forma za 2016 rok Grupa Murapol wykazała 486,9 mln zł przychodów, osiągając zysk z działalności operacyjnej na poziomie 123,4 mln zł oraz zysk netto w wysokości 120,8 mln zł.
Wymóg sporządzenia sprawozdania finansowego pro forma Grupy Murapol wynika z warunków emisji obligacji serii S, T, U, W, Z, BA Murapol S.A. Przedstawione dane pro forma pokazują sytuację finansową i wyniki Grupy Kapitałowej Murapol, jakie kształtowałyby się w sytuacji gdyby spółka dominująca nie spełniała definicji podmiotu inwestycyjnego i konsolidowałaby wszystkie podmioty kontrolowane zarówno bezpośrednio, jak i pośrednio.
Kurs funta gwałtownie wystrzelił w górę, po tym jak Bank Anglii zakomunikował, że konieczne mogą być szybsze podwyżki stóp procentowych niż to się obecnie zakłada. Jeszcze w tym roku kurs GBP/PLN może wrócić do 5 zł.
W czwartek za funta trzeba było zapłacić 4,80 zł. Pierwszy raz od 17 lipca. Brytyjska waluta podrożała od wczoraj o ponad 4 grosze, a od dołka z końca sierpnia już o 22 grosze, po tym jak Bank Anglii (BoE) poinformował po zakończonym dziś posiedzeniu, że konieczne może być szybsze zacieśnianie polityki monetarnej niż to obecnie zakłada rynek, jeżeli gospodarka i inflacja będą nadal rosły.
Samo posiedzenie, zgodnie z przewidywaniami, nie przyniosło zmiany stóp procentowych. Główna stopa w Wielkiej Brytanii w dalszym ciągu pozostaje na rekordowo niskim poziomie 0,25 proc. Za taką decyzją opowiedziało się 7 z 9 głosujących przedstawicieli banku, podczas gdy 2 pozostałych chciało wyższych stóp.
Ostatnia zmiana kosztu pieniądza na Wyspach miała miejsce w sierpniu 2016 roku, gdy Bank Anglii obciął stopy procentowe o 25 punktów bazowych, po tym jak wcześniej pozostawały one stabilne od marca 2009 roku.
Dzisiejszym oświadczeniem bank centralny pokazał, że obawia się ostatniego skoku inflacji konsumenckiej, która w sierpniu wzrosła do 2,9 proc. rok do roku, czyli znacząco powyżej przyjętego celu inflacyjnego na poziomie 2 proc., a inflacja bazowa (po wyłączeniu cen żywności i energii) znalazła się na poziomie 2,7 proc. i była najwyższa od początku 2012 roku.
Inflacja CPI, cel inflacyjny i stop procentowe w Wielkiej Brytanii
Źródło: Reuters, macroNEXT
Komunikat BoE diametralnie zmienia spojrzenie na funta. Dotychczas zakładano, że bank w obawie przed przyszłym spowolnieniem gospodarczym wywołanym brexitem, może zignorować wyższą inflację. Dlatego prognozowano, że stopy procentowe w Wielkiej Brytanii do końca 2018 roku pozostaną rekordowo niskie. Teraz rozpoczyna się gra pod ich podwyżki, co będzie wspierać notowania funta w relacji do koszyka walut. W tym również do złotego. Nie jest wykluczone, że na tej fali notowania GBP/PLN jeszcze w tym roku wrócą do poziomu 5 zł.
Wykres dzienny GBP/PLN
Przed południem decyzję ws. stóp procentowych podjął też Narodowy Bank Szwajcarii (SNB). Zgodnie z oczekiwaniami pozostawił je na rekordowo niskim, ujemnym, poziomie, utrzymując 3-miesięczną stopę LIBOR we franku szwajcarskim w przedziale od -1,25 proc. do -0,25 proc., a stopę depozytową na poziomie -0,75 proc.
Bank podtrzymał jednocześnie swoją deklarację interwencji na rynku walutowym w celu osłabienia franka, jeżeli tylko będzie taka potrzeba, ale jednocześnie nieco skorygował swój stosunek do obecnego kursu szwajcarskiej waluty informując, że jest ona nadal „wysoko wyceniona”, podczas gdy wcześniej wskazywał na jej „znaczące przewartościowanie”.
Ta zmiana została zinterpretowana jako opis bardziej odpowiadający aktualnej sytuacji, gdy od lutowego ekstremum frank potaniał do euro o 8 proc., a kursowi EUR/CHF brakuje 4 proc. do bronionego przez Szwajcarów do stycznia 2015 roku poziomu 1,20.
Bank opublikował też nowe prognozy inflacji na lata 2017-2019 dla Szwajcarii. Jakkolwiek zostały one podniesione, to wciąż inflacja nie stanowi większego zagrożenia, co utwierdza w przekonaniu, że przynajmniej do końca 2018 roku nie można oczekiwać zmiany stóp procentowych. A prawdopodobnie jeszcze dłużej, bo nie tylko inflacja w Szwajcarii nie rośnie, ale też wzrost gospodarczy jest dużo mniejszy niż w strefie euro. Stąd też w reakcji na wyniki posiedzenia SNB, frank osłabił się o około 0,3 proc. do koszyka walut. W tym również do złotego. Kurs CHF/PLN spadł poniżej 3,72 zł z poziomu 3,74 zł tuż przed publikacją decyzji i komunikatu przez bank centralny.
Szwajcarski Bank narodowy nie podniósł stóp procentowych. Groźby pod adresem Japonii, Korei Południowej i USA. Ropa naftowa wciąż w górę, pomimo rosnących zapasów.
Stopy procentowe w Szwajcarii bez zmian
W dalszym ciągu główna stopa dla franka szwajcarskiego wynosi -0,75%. Jest to bardzo ważna wiadomość dla kredytobiorców frankowych, gdyż jej wzrost oznaczałby jednocześnie wzrost rat z dwóch powodów. Po pierwsze im wyższe stopy procentowe tym wyższe odsetki. Po drugie wraz ze wzrostem stóp procentowych umacnia się waluta. Na rynkach widać było pewną nadzieję na podwyżkę stóp. Tuż przed decyzją inwestorzy zaczęli skupować franka po czym w momencie decyzji rozpoczęło się odwracanie pozycji. W rezultacie zobaczyliśmy szybki ruch w górę do niemal 3,75 zł po czym marsz w dół w okolice 3,72 zł.
Korea Północna znów straszy
Z Pjongjang nadszedł wczoraj bardzo prowokacyjny komunikat. Była mowa o niesamodzielności decyzyjnej Korei Południowej i Japonii. O zatapianiu głównych wysp kraju kwitnącej wiśni za brak poważnych przeprosin za inwazje z pierwszej połowy XX wieku. O zmieceniu USA z powierzchni ziemi. Ogólnie lista realizmem przypominała obietnice wyborcze populistycznej partii, która nie ma szans dojść do władzy. Jest to odpowiedź na sankcje ONZ w tym głównie ograniczenia importu surowców energetycznych. Biorąc pod uwagę zbliżające się chłodniejsze miesiące może być to już niebawem istotny problem. Rynki na razie przyjęły to spokojnie jednakże napięcia w tamtej części świata nie jest nigdy w pełni ignorowane.
Dziwna reakcja ropy naftowej
Wczoraj o godzinie 16:30 zobaczyliśmy dane z rynku ropy. Zapasy samej ropy rosną szybciej niż oczekiwali analitycy. Wciąż jeszcze jednak widać spadek w benzynie i destylatach. Co ciekawe pomimo wzrostu zapasów cena wzrosła i osiągnęła już 55 USD za baryłkę, to największy poziom od kwietnia. Analitycy wskazują, że za wzrostem cen ropy może stać wczorajsze umacnianie się dolara względem euro.
Dzisiaj w danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,
13:00 – Turcja – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – inflacja konsumencka,
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Bank Anglii nie ma argumentów, by ruszyć teraz stopy procentowe, gdyż sygnały z gospodarki i niepewność o Brexit nakazują bierność. Jednocześnie w Radzie są przynajmniej dwa głosy za podwyżką odwracającą nadzwyczajne luzowanie z ubiegłego roku. Ryzyka przeważają po jastrzębiej stronie i zaskakujący trzeci głos będzie silnym impulsem dla GBP.
Bank Anglii poda decyzję i komunikat w czwartek 14 września o 13:00. My i konsensus oczekujemy utrzymania głównej stopy procentowej na 0,25 proc. a celu dla programu skupu aktywów na 435 mld GBP. We wrześniu nie ma konferencji prasowej.
Bank Anglii nie ma amunicji, by ruszyć teraz stopy procentowe, gdyż sygnały z gospodarki wskazują w obu kierunkach. Najnowsze dane o inflacji bazowej za sierpień na 2,7 proc. r/r pokazały najwyższy odczyt od 2011 r., jednak lwia część wzrostów wynika z osłabienia funta. Wyższe ceny dóbr i usług wywierają presję na realne dochody gospodarstw domowych – szczegóły raportu o PKB za II kw. wskazały słabość konsumpcji prywatnej przy pierwszym do 2014 r. spadku popytu konsumpcyjnego poza detalem. Zaufanie konsumentów spadło do zeszłorocznego dołka, jaki pojawił się po referendum ws. Brexitu. Tymczasem rynek pracy miewa się dobrze ze stopą bezrobocia najniższą od 1975 r. (4,4 proc.), choć jak na razie nie widać przebudzenia presji płacowej. PMI dla przemysłu jest blisko wieloletnich szczytów (dzięki dobrej koniunkturze w strefie euro), ale w sektorze budowlanym i usługowym widać słabnięcie optymizmu.
Przy mało prawdopodobniej zmianie parametrów polityki monetarnej (stopa procentowa, program skupu aktywów), uwaga będzie na wydźwięku komunikatu, ale też na rozkładzie głosów za podwyżką. Obawy o słabość konsumpcji prywatnej i brak presji płacowej są racjonalnymi powodami, by teraz utrzymać politykę bez zmian. Jednocześnie BoE nie chce podsycać deprecjacji funta, zatem będzie starać się nie zamykać drogi dla potencjalnej podwyżki w listopadzie. Ponadto stopa bezrobocia poniżej poziomu NAIRU (stopa stabilizująca inflację) jest kwestią poruszaną przez jastrzębie skrzydło. Jeśli gospodarka nabierze tempa w kolejnych miesiącach, w obozie jastrzębi nasilą się głosy, by odwrócić nadzwyczajne luzowanie z ubiegłego roku. Na ten moment już dwóch spośród dziewięciu członków Rady Polityki Monetarnej popiera wniosek o podwyżkę o 25 pb (Saunders i McCafferty). Uważamy, że w tym tygodniu podział 7-2 się utrzyma.
Powyższa pasywność z jastrzębim nachyleniem zdaje się być punktem wyjścia rynkowych oczekiwań. Rynek stopy procentowej wycenia tylko 6 bp zacieśniania na listopad (ok. 24 proc.), co daje większe pole do pozytywnej reakcji na komunikat, pod warunkiem pojawienia się jastrzębich niespodzianek. Największe ryzyko leży po stronie wzrostu liczby głosów za podwyżką z czołowym kandydatem w osobie głównego ekonomisty BoE Haldane’a (w czerwcu stwierdził, że zacieśnianie polityki może być wkrótce konieczne). Jakkolwiek nie uważamy, że kolejny głos od razu przesądza o podwyżce w tym roku (głównie z powodu niepewności o kształt Brexitu), rewizja oczekiwań rynkowych będzie silnym impulsem napędzającym umocnienie GBP. Bez tego, zgodny z oczekiwaniami komunikat wystawi funta na „sprzedaż faktów”.
Konrad Białas
Główny Ekonomista
Departament Analiz
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.
Rynki finansowe obawiają się eskalacji napięć na linii USA-Korea Północna.
Inwestorzy wycofują kapitał z bardziej ryzykownych rynków długu i kupują obligacje o wyższym poziomie bezpieczeństwa.
Jedną z „bezpiecznych przystani” są polskie obligacje skarbowe.
Krzysztof Izdebski, Zarządzający Funduszami Obligacji Union Investment TFI
Chociaż pierwszy dzwonek w szkołach już wybrzmiał, wielu inwestorów nie wróciło jeszcze z wakacji. Świadczą o tym wciąż niewielkie obroty na rynku obligacji. Natomiast ci gracze, którzy są już aktywni, niepokoją się zagrożeniem nuklearnym ze strony Korei Północnej. Widać to po przepływach kapitału z bardziej ryzykownych rynków do USA czy Niemiec. Co ciekawe, jako bezpieczną przystań inwestorzy traktują także Polskę.
Warto się w tym miejscu zatrzymać i zwrócić uwagę, jak bardzo poprawiło się nastawienie inwestorów zagranicznych do Polski. Jeszcze na początku tego roku podchodzili oni z rezerwą do kupna 10-letnich obligacji Skarbu Państwa z rentownością ok. 3,8-3,9%. Nie przekonywało ich nawet to, że premia względem obligacji niemieckich (spread), wynosiła wówczas 3,6%. Obecnie zagraniczni gracze za atrakcyjny poziom do zakupu polskich papierów skarbowych uważają 3,2% i niższy. I to pomimo że spread wyraźnie spadł, do poziomu 2,8%.
Dynamiczny wzrost cen polskich obligacji ma wiele źródeł. Jednym z nich jest oczywiście bardzo dobre wykonanie budżetu (2,4 mld zł nadwyżki po lipcu). Daje ono bardzo duży komfort Ministerstwu Finansów, które w ostatnim czasie nie przeprowadziło żadnej emisji obligacji. Przy braku podaży na rynku pierwotnym ceny papierów na rynku wtórnym rosną. Aukcji spodziewamy się dopiero w IV kwartale br., kiedy resort finansów rozpocznie prefinansowanie potrzeb pożyczkowych budżetu na przyszły rok.
Polskie obligacje wspierają też agencja ratingowa Moody’s (jej analitycy dokonali rewizji prognozy PKB Polski w górę, do 4,3%) oraz Rada Polityki Pieniężnej. Gołębie nastawienie członków RPP pozwala oczekiwać, że stopy procentowe w Polsce pozostaną na obecnych poziomach przez cały 2018 rok.
Już pod koniec roku okaże się, czy świetne dotychczas wykonanie budżetu przełoży się na obniżenie deficytu budżetowego w całym 2017 roku (zaplanowanego na 59,3 mld zł). Jest na to szansa – o ile nie dojdzie do powtórki z ubiegłego roku i skala wydatków państwa w IV kwartale br. gwałtownie nie wzrośnie.
Póki co pozostaje cieszyć się dobrą koniunkturą panującą na polskim rynku obligacji i jak najlepiej ją wykorzystać.
Polski złoty od początku tygodnia się osłabia głównie na bazie umacniającego się dolara. Na szerokim rynku na parach dolarowych doszło do korekty, czy też do realizacji zysków co dodało trochę sił dolarowi. Ucierpiały na tym waluty obarczone większym ryzykiem w tym także złoty. W tym momencie, za wcześnie by mówić, że mamy do czynienia ze zmianą trendów. Inwestorzy obecny ruch osłabiający naszą walutę traktują raczej jako korektę.
USDPLN
Rynek wybronił bardzo ważne historyczne wsparcie przy 3,52. Reakcja na 8 gr dowodzi, iż byki na tą chwilę przejęły inicjatywę i będą próbować wybić górą kanał trendowy i zaatakować 3,80. Taki ruch jest możliwy w przypadku dobrych danych z USA, co przy nie najlepszym sentymencie inwestycyjnym w PLN podyktowanym np. sporem Polski z UE może osłabić złotego. W krótkim terminie oporem może być mierzenie 78,6% fibo przy 3,6480 gdzie dodatkowo wypada górne ograniczenie formacji 1 do 1. W przypadku spadków wsparciem pozostaje ostatni dołek przy 3,52.
EURPLN
Na eurozłotym zbliżamy się do lokalnej strefy oporu przy 4,29-4,30. W przypadku jej wybicia górą droga do 4,35 będzie otwarta. W przypadku spadków wsparciem pozostają ostatnie lokalne dołki przy 4,23 oraz dolne ograniczenie kanału trendowego.
Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl
Amerykański dolar zyskiwał w środę na wartości wobec głównych światowych walut po publikacji danych dotyczących sierpniowej inflacji producenckiej w USA, która była niższa niż oczekiwano. Jednocześnie inwestorzy skupiają się na danych o inflacji konsumenckiej, które zostaną opublikowane w czwartek. Na tej fali złotówka niemało straciła do swoich rywali. Nie pomogła jej nawet decyzja agencji ratingowej Moody’s, która sporo podwyższyła prognozę wzrostu PKB polskiej gospodarki w 2018 r. z 3,1% do 3,5%. Agencja obniżyła też szacunek deficytu sektora finansów publicznych na przyszły rok z 2,9% do 2,7% PKB.
Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do głównych walut: do euro (+0,85%), brytyjskiego funta (+0,71%), dolara australijskiego (+0,35%), dolara kanadyjskiego (+0,1%) oraz japońskiego jena (+0,43%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,188, GBP/USD – 1,321, USD/CAD – 1,218, AUD/USD – 0,8 i USD/JPY – 110,5. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,46%) i kurs EUR/JPY wynosi 131,2, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,899. Złotówka traci do walut światowych. W czwartek rano dolar kosztuje 3,6 zł, euro – 4,28 zł, funt – 4,76 zł, a frank szwajcarski – prawie 3,74 zł.
Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru zielonego i czerwonego. W środę londyński indeks FTSE 100 stracił 0,28%, frankfurcki indeks DAX zyskał 0,23%, a paryski indeks CAC 40 wzrósł o 0,16%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 podniósł się o 0,08%, meksykański indeks Bolsa spadł o 0,63%, a brazylijski Bovespa wzrósł o 0,33%. W czwartek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,29%, chiński indeks Shanghai Composite stracił 0,38%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,4%.
Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej poszła w górę kolejny dzień z rzędu. W środę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 55,16 USD (+1,61%), a ropy WTI – 49,3 USD (+2,17%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca skoczyła o 1 USD do 56 USD. Z kolei cena złota po wcześniejszych wzrostach spada. W czwartek rano uncję metalu rynek wycenia na 1321 USD. To 9 USD mniej (-0,68%) niż dobę wcześniej.
Ponad połowa gospodarstw roślinnych przeznacza na inwestycje minimum 100 tysięcy zł, co najmniej raz na dwa lata. Rolnicy prowadzący uprawy rolnicze decydują się na inwestycje odtworzeniowo-modernizacyjne lub mające na celu modernizację ich gospodarstwa. Niespełna 11 proc. gospodarstw skupia się jedynie na inwestycjach odtworzeniowych – wynika z badań przeprowadzonych przez Agencję Martin&Jacob na zlecenie Banku BGŻ BNP Paribas.
Jak wskazują analizy Martin&Jacob, jednym z najważniejszych czynników hamujących podejmowanie działań inwestycyjnych w gospodarstwach rolnych są niskie ceny skupu.
– Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w ciągu ostatnich dwóch lat. Ceny większości surowców rolnych kształtowały się na poziomie od kilkunastu do dwudziestu procent niższym niż przeciętnie w latach 2011-2015. W tym roku sytuacja może się jednak zmienić – mówi Marta Skrzypczyk, ekspert rynków rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.
Wysoki eksport pszenicy i kukurydzy z Polski był czynnikiem wspierającym ceny skupu zbóż w I połowie roku br. Według danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi były one od 10 do 19 proc. wyższe niż w II połowie ubiegłego roku. W samym czerwcu br. żyto i jęczmień były o 30 proc. droższe niż w czasie zbiorów w 2016 r., z kolei pszenica o około 20 proc.
– Oczywiście zboże sezonowo drożeje, ale w ostatnich dziesięciu sezonach zmiana ta dla pszenicy wynosiła średnio 14 proc. W związku z tym rolnicy, którzy w ubiegłym sezonie mieli możliwości przechowania zbóż, otrzymali za to wyższą niż przeciętnie premię. W tym roku zbiory zbóż były opóźnione, a ziarno, szczególnie na północy kraju, ma obniżone parametry jakościowe, jednak sam wolumen produkcji prawdopodobnie będzie wyższy niż w 2016 roku – dodaje Marta Skrzypczyk.
Z prognoz GUS, bazujących na podstawie danych z lipca br., czyli jeszcze przed żniwami, zbiory zbóż podstawowych (bez kukurydzy) wyniosą 27,5 mln ton, co oznacza wzrost o około 8 proc. wobec ubiegłego roku, czyli o 1,7 mln ton.
Jednocześnie globalnie produkcja pszenicy ma być o 1,6 proc. niższa niż w sezonie 2016/17, natomiast kukurydzy o 5,2 proc. Wprawdzie zapasy utrzymują się na rekordowo wysokim poziomie, nie powinno więc być trudności z dostępnością ziarna, niemniej ceny są wyższe niż rok wcześniej. Podobnie jest na rynku krajowym. W sierpniu br. większość zbóż była droższa – od 5 do 13 proc. niż przed rokiem. W ocenie analityków Banku BGŻ BNP Paribas taka sytuacja utrzyma się do końca roku, choć różnice w cenie mogą się zmniejszać.
Wyższy wolumen zbiorów oraz ceny, przy relatywnie stabilnych kosztach produkcji, przekładają się na wzrost osiąganych nadwyżek finansowych. To z kolei, oraz doświadczenia z ubiegłego sezonu, mogą zachęcać producentów rolnych do inwestowania w bazę przechowalniczą.
Zdaniem ekspertów Banku BGŻ BNP Paribas za kilka lat rynek zbóż może się zmienić. Może to oznaczać, że coraz mniej ziarna będzie sprzedawane tuż po zbiorach, właściciele gospodarstw będą aktywnie zarządzali zapasami, a sezonowe zmiany cen skupu mogą być mniej widoczne.
Jak bardzo zmienił się świat telekomunikacji najlepiej świadczy fakt, że jeszcze dwie dekady temu używaliśmy w dużej mierze telefonów stacjonarnych, a komórki były dostępne dla nielicznych. Sektor technologii telekomunikacyjnych doświadczył ogromnych, przełomowych zmian wpływających na życie społeczne, polityczne i biznes. Jak będzie wyglądał ten rynek w 2030 roku? Jak dowodzą autorzy raportu „To be or not to be. The future of the telco business model”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte jedno z kluczowych pytań odnośnie przyszłej roli operatorów telekomunikacyjnych to, kto będzie właścicielem sieci oraz kto będzie zarządzał relacjami z klientem.
Pomimo ważnej roli, jaką pełnią operatorzy telekomunikacyjni w dzisiejszej, coraz bardziej cyfrowej i mobilnej rzeczywistości, wielu z nich, zarówno w Polsce, jak i na świecie stoi w obliczu kluczowych, długoterminowych decyzji strategicznych. Będą one dotyczyć kierunków dalszego rozwoju działalności i przyszłej pozycji rynkowej operatorów telekomunikacyjnych, którzy mają świadomość spadków lub stagnacji przychodów w niektórych podstawowych obszarach ich działalności.
Konkurencja rośnie
Wśród czynników, które mogą wpłynąć na przyszłą rolę i pozycję operatorów komórkowych kluczowe znaczenie będzie miała m.in. rosnąca konkurencja ze strony graczy OTT (over the top), chociażby takich jak Netflix, Spotify, WhatsApp. Równie ważna będzie komodytyzacja standardowych usług telekomunikacyjnych (podstawowe usługi telekomunikacyjne takie jak połączenia głosowe czy transmisja danych przestają być wyróżnikiem), innowacyjność oraz sprostanie oczekiwaniom obecnych i przyszłych klientów, jak również konieczność poniesienia nakładów finansowych na modernizację sieci, usług i platform na potrzeby 5G, a idąc dalej również 6G – mówi Jan Michalski, Partner, Lider sektora TMT, Deloitte.
Eksperci Deloitte w oparciu o szeroką analizę czynników, które mogą wpłynąć długoterminowo na kształt rynku telekomunikacyjnego, opracowali cztery różne możliwe scenariusze i opisali role, jakie w 2030 roku mogą pełnić operatorzy telekomunikacyjni.
Operatorzy telekomunikacyjni w 2030 roku
Analiza Deloitte wskazała na dwa istotne pytania, które są kluczowe dla zdefiniowania możliwych ról operatorów telekomunikacyjnych w dłuższej perspektywie: kto będzie właścicielem sieci i technologii, a także będzie odpowiedzialny za innowacje w tym zakresie, jak również kto będzie właścicielem bezpośredniej relacji i kontaktu z klientem. – Dziś w obu obszarach duży lub wiodący udział mają operatorzy telekomunikacyjni i z dużą pewnością wielu z nich chciałoby, aby taki stan rzeczy się utrzymał także w przyszłości. Jest to tylko jeden z możliwych scenariuszy, a jego zrealizowanie będzie wymagało istotnego wysiłku po stronie operatorów telekomunikacyjnych – mówi Jakub Wróbel, Starszy Menedżer, Ekspert TMT, Deloitte.
Scenariusz I – Inżynier kontratakuje
W tym scenariuszu operatorzy telekomunikacyjni dominują zarówno w kontroli nad infrastrukturą, jak i w relacjach z klientami. To oni inicjują innowacje technologiczne, a jednocześnie odpowiadają za zaspokajanie potrzeb klientów, zarówno indywidulanych, jak i biznesowych, posiadając bezpośredni dostęp do swoich klientów.
Scenariusz II – Nowa rzeczywistość hurtowa
Operatorzy telekomunikacyjni tracą kontrolę nad relacjami z klientem końcowym na rzecz OTT i producentów urządzeń, ale utrzymują kontrolę nad infrastrukturą oraz są źródłem innowacji w technologiach mobilnych i stacjonarnych.
Scenariusz III – Wirtualny operator
W tym scenariuszu operatorzy telekomunikacyjni utrzymują wiodącą rolę w relacjach z klientem, ale tracą kontrolę nad infrastrukturą technologiczną na rzecz dostawców technologicznych lub innych, nowych graczy infrastrukturalnych.
Scenariusz IV – Marka dostawcy
W tym scenariuszu operatorzy telekomunikacyjni tracą kontrolę zarówno nad relacjami z klientami, jak i technologią. Operatorzy telekomunikacyjni koncentrują się, by znaleźć dla siebie miejsce na rynku bazując na swoich kompetencjach sprzedażowych, zrozumieniu klienta oraz sile marki.
Konsumenci, bezpieczeństwo, regulacje
We wszystkich opisanych scenariuszach niezwykle ważne są zachowania klientów, ochrona danych oraz regulacje prawne. Dziś już 62 proc. ludzi poniżej 24 roku życia zerka na telefon w pierwszym kwadransie po obudzeniu. Dla całej populacji odsetek ten wynosi 36 proc. Jak będziemy się zachowywać w 2030 roku? Dziś trudno wyrokować, ale już obecnie klienci oczekują połączenia z Internetem gdziekolwiek są i cokolwiek robią i to najlepiej za darmo.
Regulacje są jednym z tych czynników, które już obecnie mają duży wpływ na kształt rynku telekomunikacyjnego. Wystarczy wspomnieć wpływ organów Unii Europejskiej na wysokość opłat roamingowych.
Myśląc o maksymalizacji wartości dla udziałowców, operatorzy telekomunikacyjni powinni zdefiniować swoją przyszłą rolę. – Pomimo wielu niepewności, warto już teraz planować rozwijanie zaawansowanych rozwiązań analitycznych i automatyzacji (w tym poprzez wykorzystanie, np. robotyzacji i sztucznej inteligencji). To pozwoli operatorom telekomunikacyjnym maksymalizować efektywność operacyjną przedsiębiorstwa oraz skupić się na kluczowych obszarach, m.in. rozwoju i utrzymywaniu relacji z klientami, R&D, innowacjach oraz pozyskiwaniu i byciu atrakcyjnym miejscem pracy dla głodnych sukcesu, przedsiębiorczych i kreatywnych specjalistów – podsumowuje Jakub Wróbel.
Środowa sesja na rynku ropy naftowej była wyjątkowo udana dla strony popytowej. Notowania ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych (ropa WTI) wzrosły aż o 2,2%, podczas gdy cena europejskiej ropy naftowej (gatunku Brent) zwyżkowała o ponad 1,6%.
Ostatnie dni obfitują w raporty i dane z rynku ropy naftowej, a zachowanie inwestorów podczas wczorajszej sesji było właśnie tego odzwierciedleniem. Opublikowany został raport Międzynarodowej Agencji Energetycznej, w którym zawarte zostały optymistyczne prognozy dotyczące globalnego popytu na ropę naftową. Według MAE, w bieżącym roku wzrost popytu na „czarne złoto” wyniesie 1,6 mln baryłek dziennie, a nie 1,5 mln baryłek dziennie, jak wcześniej zakładano. Według tej instytucji, duży popyt na ropę naftową pomoże w stopniowej redukcji zapasów i w obniżeniu wielkości nadwyżki na światowym rynku surowca. MAE publikuje swój raport dotyczący sytuacji na globalnym rynku ropy naftowej, zawierający także prognozy, w okolicach 10-14 dnia każdego miesiąca. Analogiczne raporty w podobnym czasie przedstawiają także OPEC oraz Departament Energii USA.
Prognozy MAE zdecydowanie zdominowały wczorajsze nastroje na rynku ropy naftowej. Inwestorom w optymizmie nie przeszkodził fakt, że również w środę amerykański Departament Energii podał informacje o dużym wzroście zapasów ropy naftowej w USA. Według tej instytucji, w poprzednim tygodniu zapasy ropy w tym kraju zwyżkowały o 5,9 mln baryłek. Co prawda na rynku spodziewano się wzrostu zapasów, jednak oczekiwano, że będzie on o niemal połowę mniejszy. Jednocześnie bardzo dynamicznie spadły zapasy benzyny: aż o 8,4 mln baryłek.
Inwestorzy nie zareagowali zbytnio na dane dotyczące zapasów, ponieważ mimo wszystko nie były one dużą niespodzianką. Uderzenie huraganu Harvey w południowe wybrzeże USA doprowadziło do spadku aktywności rafinerii, co odbiło się na mniejszym ich zapotrzebowaniu na ropę naftową, a jednocześnie mniejszej produkcji benzyny.
Paweł Grubiak, Prezes Zarządu, Doradca Inwestycyjny w Superfund TFI, 2017.09.14
Dolar króluje teraz na rynku, a świeżym powodem jest ożywiona nadzieja, że prezydent Trump jest w stanie współpracować z obiema partiami Kongresu. Ale dziś potrzebny jest dobry odczyt inflacji, żeby podtrzymać rajd USD. Poza tym mamy decyzje SNB i Banku Anglii.
Czy prezydent Donald Trump wyciągnął lekcję ze swoich tegorocznych porażek w forsowaniu projektów w Kongresie? Ostatnie doniesienia z Waszyngtonu sugerują, że tak jest, co nie umknęło uwadze rynków finansowych. Informacje o kilku spotkaniach Trumpa z reprezentantami Republikanów i Demokratów stwarzają wrażenie, że prezydent szuka międzypartyjnych sojuszów dla swojej polityki. Ostatecznym celem jest reforma podatkowa, ale Biały Dom ogłasza też porozumienia z Demokratami na polu zaostrzenia ochrony granic (choć budowa muru wciąż stoi pod znakiem zapytania). Ale głównym przekazem jest to, że po sukcesie w przesunięciu limitu zadłużenia, Trump być może znalazł złoty środek, by wygrać więcej batalii z kłopotliwym Kongresem. Szczegóły reformy podatkowej mają się pojawić 22 września, ale nadzieja jest żywa już teraz.
Dolar i rentowności obligacji USA znalazły kolejny powód do rajdu, a rynek pośpiesznie wychodzi z pozycji wcześniej budowanych na skrajnym pesymizmie. Już nie ma obaw o wpływ huraganów ani o eskalację konfliktu z Koreą Północna, a polityka fiskalna przestaje być kulą u nogi, a staje się zaletą. Do pełni szczęścia potrzeba jeszcze solidnego poparcia w danych makro z pozytywnymi konsekwencjami dla polityki Fed. W tym kontekście kluczowe będą dzisiejsze dane o inflacji CPI. Rynek zakłada wzrost cen o 0,2 proc. m/m z pomocą i silny odczyt zapewni optymistyczny ton komunikatu FOMC za tydzień, a dla dolara oznacza kontynuację wzrostów.
Poza tym w kalendarzu na czwartek widnieją decyzje Narodowego Banku Szwajcarii i Banku Anglii. Od ostatniego posiedzenia w czerwcu EUR/CHF powędrował z 1,09 do 1,15, co dla SNB jest zadowalającą zmianą. Jednocześnie daleko jeszcze do sytuacji, którą bank uzna za komfortową, a zmiana nastawienia przedwcześnie grozi niepotrzebnym wzmocnieniem franka i zaszkodzeniem ożywieniu. Nie oczekujemy zbyt wiele po jutrzejszej decyzji, ale utrzymanie status quo w polityce będzie przemawiać za powolną deprecjacją franka. Od Banku Anglii oczekujemy niezmienionej decyzji, choć z jastrzębim nachyleniem. Rynek stopy procentowej wycenia tylko 6 bp zacieśniania na listopad (ok. 24 proc.), co daje większe pole do pozytywnej reakcji na komunikat, pod warunkiem pojawienia się jastrzębich niespodzianek. Największe ryzyko leży po stronie wzrostu liczby głosów za podwyżką z czołowym kandydatem w osobie głównego ekonomisty BoE Haldane’a (w czerwcu stwierdził, że zacieśnianie polityki może być wkrótce konieczne). Jakkolwiek nie uważamy, że kolejny głos od razu przesądza o podwyżce w tym roku (głównie z powodu niepewności o kształt Brexitu), rewizja oczekiwań rynkowych będzie silnym impulsem napędzającym umocnienie GBP. Bez tego, zgodny z oczekiwaniami komunikat wystawi funta na „sprzedaż faktów”.
Komisja Europejska w dokumencie Energy Performance of Building Directive zawarła wymogi dotyczące inteligentnych budynków, w tym zmniejszenia zużycia energii czy zwiększenia komfortu użytkowników i operatorów budynków. Tymczasem z raportu BPIE wynika, że nawet 90 proc. budynków, które obecnie stoją na terenie Unii Europejskiej, będzie w użytku do 2050 r., a większość z nich nie spełnia wymogów energetycznych. Jednym z elementów, które mają pomóc w zmniejszeniu poboru energii, są inteligentne windy.
– Możemy śmiało mówić o inteligentnych windach, najnowsze technologie i innowacje dotarły również do naszej branży. Ich wykorzystanie ma głównie na celu zapewnienia najwyższego poziomu bezpieczeństwa, oszczędności energii oraz poprawienie komfortu jazdy, czyli skrócenie czasu oczekiwania na windę, oraz zredukowania poziomu hałasu i wibracji w windach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Kucybała, szef działu zarządzania produktami i marketingu w Schindler Polska.
Z raportu „Opening the door to smart buildings”, przygotowanego przez Buildings Performance Institute Europe (BPIE) wynika, że nawet 90 proc. obecnych budynków znajdujących się na terenie UE będzie wciąż używanych w 2050 roku, a większość z nich stanowią budynki nieefektywne pod względem energetycznym, które w przyszłości będą wymagały poważnych renowacji. Z drugiej zaś strony do 2020 roku wszystkie nowe budynki muszą spełniać założenia dla nearly Zero-Energy Buildings (nZEBs), które powinny zostać zdefiniowane przez poszczególne państwa członkowskie. Jednym z elementów, który ma pomóc osiągnąć ten cel, są windy z odzyskiem energii.
– Obecnie stosowane są już windy, które mają napędy ze zwrotem energii, czyli urządzenie nie tylko pobiera prąd, lecz także go produkuje, oddając w czystej postaci do sieci budynku, gdzie może być on potem wykorzystywany. Niesie to czyste korzyści dla właściciela. Obniża koszty używania windy, a właściciel może dzięki temu łatwiej certyfikować ekologicznie dany budynek – tłumaczy Michał Kucybała.
W unijnym dokumencie Energy-Efficient Elevators and Escalators, który omawia analizę już zainstalowanych wind, jedną z poważnych przeszkód w poprawieniu wydajności energetycznej budynku jest brak informacji i świadomości o rzeczywistym poborze energii przez system wykorzystywanych wind i schodów ruchomych. Tymczasem inteligentne windy są często wyposażone nie tylko w napędy ze zwrotem energii, dzięki którym produkują prąd i oddają go do sieci budynku, lecz przede wszystkim dostarczają operatorom budynków dane dotyczące poboru energii.
– Mamy wgląd do raportów i statystyk, możemy analizować i sprawdzać, gdzie aktualnie znajdują się windy, jak są wykorzystywane czy są wykorzystywane w optymalny sposób, a wszystko to w czasie rzeczywistym – zapewnia ekspert.
Optymalizację pracy windy można osiągnąć dzięki temu, że pasażerowie przywołując windę, wciskają od razu numer piętra, na które chcą się udać. Dzięki temu, system zarządzania windami w budynku może skierować nas do odpowiedniej windy i grupować pasażerów tak, by podróż trwała jak najkrócej, a tym samym, by winda zużyła jak najmniej energii.
– To bardzo innowacyjne i nowoczesne rozwiązanie. Informując nasz system, na które piętro chcemy jechać, system jest w stanie zarządzać dyspozycjami pasażerów i grupować osoby jadące na te same piętra, dzięki czemu ograniczamy liczbę przystanków pośrednich, a w konsekwencji skracamy czas dotarcia na miejsce docelowe. Zmienia to zupełnie filozofię zarządzania windami oraz sposób komunikacji z nimi – zapewnia Michał Kucybała.
Amerykański National Institute of Building Sciences wylicza, że dla średniej wielkości budynku o powierzchni użytkowej 7000 metrów kwadratowych, w którym roczne koszty energii wynoszą około 25 dol./m2, po zainstalowaniu systemów inteligentnego zarządzania energią można liczyć na oszczędności od 15 do 50 tysięcy dolarów rocznie.
W 2016 r. głównym paliwem przy wytwarzaniu ciepła był węgiel kamienny, używany w 75 proc. źródeł ciepła. Od 2002 r. do 2016 r. zanotowano wzrost udziału odnawialnych źródeł energii w wytwarzaniu ciepła niemal o 5 pkt proc. Szansę na przyspieszenie wykorzystania OZE w źródłach ciepła ma materiał zmiennofazowy PCM, który może zrewolucjonizować sposób przechowywania i transportowania energii cieplnej.
– Technologia magazynowania ciepła za pomocą materiałów PCM polega na umieszczeniu materiałów zmiennofazowych w zbiorniku i wykorzystaniu właściwości przemiany fazowej w celach magazynowania energii cieplnej. Proponujemy mobilny zbiornik ciepła, wypełniony materiałem zmiennofazowym dobranym do temperatury, w której realizujemy ogrzewanie, a dzięki wykorzystaniu materiału PCM maksymalizujemy ilość ciepła, jaką możemy zgromadzić w jednostce objętości – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje, dr inż. Mateusz Lisowski prezes zarządu w Entech.
Materiał zmiennofazowy (PCM) jest rodzajem substancji, która może akumulować i uwalniać pewną ilość energii cieplnej podczas zmiany stanu skupienia. Swoje zastosowanie technologia znajduje np. w kolektorach słonecznych, które zebraną energie magazynują w zbiornikach wypełnionych PCM. Innym zastosowaniem jest utrzymanie odpowiedniej temperatury podczas przewozu leków i surowych artykułów spożywczych.
– Zbiornik ma pojemność cieplną około sześciokrotnie większą od typowego bojlera wypełnionego wodą. Dzięki osiągnięciu takiej ilości ciepła zgromadzonego w jednostce objętości, opłacalne staje się zredefiniowanie myślenia na temat przesyłu ciepła. Dzięki naszemu wynalazkowi możemy przewozić ciepło na niewielkie odległości, wykorzystując właściwości materiałów zmiennofazowych – tłumaczy prezes zarządu Enetech.
Jak wynika z raportu „Energetyka cieplna w liczbach 2016” Urzędu Regulacji Energetyki, w 2016 r. zanotowano znaczny spadek inwestycji na rynku ciepłowniczym. Nakłady inwestycyjne związane z działalnością ciepłowniczą były o ponad 33 proc. niższe niż w 2015 r. O prawie 40 proc. uległy obniżeniu inwestycje w źródła ciepła. Pomimo to w Polsce ma szansę narodzić się rewolucja na rynku ciepłowniczym.
– Technologia jest unikalna na skalę światową, badania nad technologią są prowadzone w wielu ośrodkach naukowych, również w Polsce, a nasza firma jest jedną z pierwszych na świecie, która komercjalizuje tę technologię. Komercjalizując technologię, usprawniliśmy ją w kilku punktach i w tym momencie staramy się uzyskać patenty właśnie w pewnych specyficznych obszarach – wyjaśnia dr inż. Mateusz Lisowski.
Według raportu URE dywersyfikacja paliw zużywanych do produkcji ciepła w Polsce postępuje bardzo wolno. W porównaniu z 2002 r. spadek udziału paliw węglowych w 2016 r. wyniósł tylko 6,7 pkt proc. i paliwa te są ciągle wykorzystywane w 75 proc. wszystkich źródeł ciepła w Polsce. W badanych latach zanotowano wzrost udziału paliw gazowych – o 3,5 pkt proc. i źródeł OZE – o 4,7 pkt proc. Wynalazek Enetechu ma szansę spopularyzować odnawialne źródła energii w Polsce.
– Technologia przeznaczona jest przede wszystkim dla odbiorców biznesowych, dla biogazowni, małych i dużych elektrociepłowni, również patrząc na szeroki rynek docelowy, dla odzysku ciepła odpadowego z przemysłu. Potrzeby, na jakie odpowiada, to przede wszystkim możliwość zagospodarowania ciepła, które dotychczas najczęściej nie było efektywnie wykorzystywane w biogazowniach – tłumaczy ekspert.
Jak stwierdza URE, w latach 2002–2016 nastąpił istotny wzrost cen ciepła. Po uwzględnieniu inflacji w tym okresie wzrost wyniósł 27 proc. Według raportu ponad 58 proc. źródeł ciepła u koncesjonowanych wytwórców ciepła to źródła małe do 50 MW.
– Magazyn pełnoskalowy ma wagę poniżej 24 ton. Może on być transportowany na większości polskich dróg. Pojemność cieplna to około 2 MWh. Koszt systemu, czyli stacji ładowania, dwóch mobilnych magazynów, które zapewniają ciągłą dostawę ciepła oraz stacji rozładowania, to około milion złotych. Czas zwrotu takiej inwestycji w zależności od kosztów pozyskiwania ciepła w źródle, które zastępujemy, wynosi od około 6 do 8–10 lat – wyjaśnia Mateusz Lisowski.
Założyciele i menedżerowie LiveChat Software odkupili część akcji wystawionych na sprzedaż przez inwestora finansowego. Prezes Mariusz Ciepły, przewodniczący Rady Nadzorczej Maciej Jarzębowski i członek Rady Nadzorczej Jakub Sitarz kupili łącznie 30 tys. akcji płacąc po 45 zł za sztukę.
We wtorek Copernicus Capital Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych S.A. poinformował LiveChat Software o rozpoczęciu przed dwóch akcjonariuszy procedury ABB (przyśpieszona budowa księgi popytu) w związku z zamiarem sprzedaży pakietu akcji.
„Dziękujemy akcjonariuszom, którzy byli z nami jeszcze przed wejściem LiveChat Software na giełdę. Dla naszej trójki LiveChat jest projektem w którego rozwój angażujemy się bardzo mocno. Między innymi dlatego wykorzystaliśmy okazję do dokupienia akcji naszej Spółki. Przed nami mnóstwo ciekawych wyzwań na których teraz chcemy się skoncentrować” – powiedział prezes Mariusz Ciepły.
LiveChat Software jest kontrolowany przez Porozumienie Akcjonariuszy w skład którego wchodzą założyciele i kluczowi menedżerowie spółki. Nikt z nich nie wziął udziału w ostatniej sprzedaży akcji spółki, a Porozumienie kontroluje łącznie akcje stanowiące ok. 47% kapitału LiveChat Software.
Według stanu na 1 września LiveChat Software miał już blisko 21,5 tys. klientów z ok. 150 krajów świata. Z rozwiązania LiveChat korzystają firmy z praktycznie wszystkich branż, wśród nich są m.in.: Sony Mobile, Stripe, Hulu, BenQ, Orange, Adobe, Samsung, Pizza Hut, Ryanair, Macy’s, PBS, NetApp i wiele innych, urzędy (w tym amerykański Departament Stanu), uczelnie (Stanford University), a nawet kluby sportowe (m.in. Tottenham Hotspur, Vancouver Canucks). Najważniejszy dla spółki rynek to Ameryka Północna, tylko z USA pochodzi ponad 50% jej klientów.
Rozwiązanie umożliwia kontakt z osobami odwiedzającymi stronę internetową i zapewnia szereg opcji wsparcia dla działu sprzedaży lub obsługi klienta, a także narzędzia analityczne.
W I kwartale roku finansowego 2017/18 (który zaczął się 1 kwietnia) spółka zanotowała wzrost skonsolidowanych przychodów o 30,2% do 21,59 mln zł. Zysk netto Grupy wyniósł 11,07 mln zł i był o 21% wyższy niż przed rokiem.
Zysk operacyjny w okresie kwiecień – czerwiec wzrósł o 22,3% do 13,74 mln zł, a wynik EBITDA o 23,3% do 14,29 mln zł. Rentowność EBITDA wyniosła w I kwartale 66,2%, rentowność operacyjna 63,7% a rentowność netto 51,3%
W tym roku polski rynek reklamowy zanotuje nieco ponad 2-proc. wzrost, a jego wartość przekroczy 7 mld zł – wynika z prognoz firmy Zenith. Pieniądze reklamodawców wciąż najszerszym strumieniem płyną do telewizji, ale to internet jest medium, które rozwija się najszybciej. Globalny rynek rośnie szybciej niż polski. Liderem wzrostu będzie rejon Azji Pacyficznej, który do 2019 roku znacząco zmniejszy dystans od największego rynku, czyli Ameryki Północnej.
– Największy wpływ na wzrost wydatków ma przede wszystkim sytuacja gospodarcza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Taranta, integrated communication director w firmie Zenith. – I i II kwartał zamknął się bardzo dobrym wynikiem. Wszystko to wpływa na poprawę nastrojów konsumenckich, konsumpcja prywatna rośnie, a wszyscy reklamodawcy, wydając budżety reklamowe, mogą oczekiwać coraz lepszych zwrotów z poniesionych inwestycji.
Według prognoz domu mediowego Zenith w 2017 roku polski rynek reklamowy wzrośnie o 2,2 proc., a jego wartość wyniesie 7,06 mld zł. Największą dynamiką wykaże się segment reklamy w internecie, na którą wydatki wzrosną o 11,8 proc. Telewizja wciąż jest medium przyciągającym najwięcej środków i co więcej, ciągle rośnie, choć już bardzo powoli. W 2017 roku będzie to 0,6 proc., podczas gdy jeszcze w 2016 roku mogła liczyć na 1,6 proc. wzrost. Był to jednak rok letnich igrzysk olimpijskich i mistrzostw Europy w piłce nożnej, co napędza reklamę zwłaszcza w telewizji.
– Najszybciej rozwijającym się segmentem polskiego rynku jest reklama cyfrowa, głównie za sprawą reklamy online, wideo oraz urządzeń mobilnych. Bardzo szybko rozwija się też reklama programatyczna, której nie jesteśmy w stanie zamknąć w jednym segmencie rynku reklamy, ona jest po prostu w różnych kanałach – informuje Michał Taranta.
Reklama programatyczna planowana jest nie przez ludzi, a przez algorytmy. Umożliwia dotarcie z przekazem do starannie wybranych odbiorców, dobieranych za pomocą analizy danych z plików cookies. Jej kariera zaczęła się w internecie, ale obecnie przeniosła się na kanały mobilne i wideo, możliwa jest już także w telewizji i reklamie zewnętrznej.
Ta ostatnia przeżywa obecnie lekki spadek z powodu wejścia w życie ustawy krajobrazowej, jednak zdaniem dyrektora w firmie Zenith powinna się potem ustabilizować. W gorszej sytuacji jest radio, gdzie spadek wynika nie ze zmiany reguł gry, do których rynek przywyknie, a z przeładowania czasu antenowego reklamami. Do łask wraca natomiast kino.
– W outdoorze w tym momencie trwa porządkowanie tablic, nośników reklamowych, po wprowadzeniu ustawy krajobrazowej. Gdy sytuacja się uspokoi, rynek się wyrówna, natomiast w 2017 roku te wydatki spadną o około 1 proc. – przewiduje Michał Taranta. – Kino jest kanałem, który rozwija się dość szybko. Wynika to głównie z ramówki, która przyciąga coraz większą widownię. Powstają coraz lepsze filmy, na które ludzie chętnie chodzą i to przekłada się na to, że reklamodawcy chętniej inwestują w ten kanał.
Wydatki na reklamę w kinie wzrosną w tym roku o 3,8 proc. i jest to druga najwyższa dynamika po internecie. Radio natomiast straci 2,5 proc. Najszybciej kurczą się jednak wydatki na ogłoszenia prasowe, przy czym mocniej niż magazyny (-14,5 proc.) tracą dzienniki (-16,9 proc.).
Choć internet, zwłaszcza w wersji mobilnej, będzie kusił producentów i usługodawców coraz mocniej, także on musi się liczyć z ograniczeniami.
– Głównym zagrożeniem dla rynku reklamy jest popularyzacja adblocków. W każdym kolejnym raporcie okazuje się, że polscy użytkownicy są w czołówce narodów najczęściej na świecie blokujących reklamy – wskazuje dyrektor w Zenith. – W przyszłym roku będą wprowadzone dwie nowe ustawy nt. prywatności – będą to RODO i rozporządzenie o ePrivacy. To może krótkoterminowo zachwiać wzrostem, który teraz napędza reklamę programatyczną – dodaje.
Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych (RODO) wejdzie w życie w maju 2018 roku. Będzie wymagało od każdego przedsiębiorcy stworzenia własnego systemu ochrony danych osobowych, dostosowanego do charakteru działalności. Konsument będzie też miał prawo zażądać zarówno udostępnienia informacji, jakimi na jego temat firma dysponuje, jak i domagać się ich usunięcia. Razem z RODO zacznie obowiązywać inne rozporządzenie, ePrivacy, które ma chronić prywatność internautów w sieci, a przez to ograniczyć możliwości analizowania danych czerpanych m.in. z plików cookies. Utrudni to kierowanie reklam do konkretnych grup docelowych.
Rozporządzenia te obejmą członków Unii Europejskiej. Jednak to reszta świata rozwija się szybciej pod względem reklamowym. Globalnie wzrost wyniesie w tym roku 4,2 proc., a wartość rynku sięgnie 559 mld dol. Największym rynkiem reklamowym są i pozostaną Stany Zjednoczone, a następnie są Chiny, Japonia i Wielka Brytania, choć ten ostatni kraj w tym roku spowolni tempo rozwoju branży w Europie Zachodniej (z 4,6 proc. w ubiegłym roku do 2 proc. w tym roku). Do 2019 roku najszybciej rosnąć będą wydatki na reklamę w regionie Azji Pacyficznej, która dzięki temu zbliży się udziałem w globalnym rynku do Ameryki Północnej (33,4 proc. wobec 36,6 proc.).
– Najszybciej będą się rozwijały obszary Azji Pacyficznej i Europy Środkowo-Wschodniej – podkreśla Michał Taranta. – W Azji mamy najwyższe tempo wzrostu gospodarczego, co przekłada się na wzrost wydatków reklamowych. Europa Środkowo-Wschodnia zaczyna się trochę zbierać po sankcjach, które były nakładane na Rosję, Ukrainę i Białoruś po konflikcie w tamtym regionie. Sytuacja się poprawia, co będzie długoterminowo wpływało na wzrost wydatków reklamowych.
Rynek w naszym regionie – według prognoz Zenith – wzrośnie w tym roku o 7,3 proc. (wobec wzrostu o 4,1 proc. w 2016 roku).
Co miesiąc na Twitterze powstają wiadomości dotyczące samochodów osobowych, które trafiają średnio do 5 mln odbiorców. Na YouTubie publikowane są eksperckie materiały, które śmiało mogłyby konkurować z telewizyjnymi programami dotyczącymi motoryzacji. Z kolei Facebook publikuje miesięcznie około 107 tys. postów dotyczących czterech kółek. To cenne statystyki dla firm motoryzacyjnych, które szukają ambasadorów swoich marek oraz nowych sposobów na prowadzenie komunikacji marketingowej.
– Przyjrzeliśmy się najbardziej angażującym profilom o samochodach osobowych na Instagramie, YouTubie, Twitterze i Facebooku. Główne wnioski, które można wysnuć na podstawie analizy monitoringu, to przepływ charakterystycznych form między mediami oraz duży potencjał do wykorzystania przez marki samochodów w social mediach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.
W sieci nie brakuje praktycznych porad dla właścicieli czterech aut ani treści przeznaczonych dla fanów motoryzacji. W okresie pomiędzy kwietniem a czerwcem tego roku IMM przeanalizował ponad 393 tysiące materiałów opublikowanych w głównych mediach społecznościowych. Publikacje zostały zbadane pod kątem wzmianek o 27 markach samochodów osobowych.
– Weźmy na przykład Twitter, tutaj co miesiąc powstają publikacje o samochodach osobowych, które trafiają średnio do 5 mln odbiorców. Dyskusja jednak dopiero raczkuje, jej rozwój będzie zależał od rozwoju samej platformy. Marki samochodowe nie włączają się aktywnie do wymiany postów, jednak dla twórców najbardziej angażujących wpisów najważniejsze jest, że sami twitterowicze chętnie dzielą się swoimi motoryzacyjnymi historiami. Nadal niedoceniany wydaje się także Instagram. Miesięcznie powstaje tam około 14 tys. postów o samochodach osobowych, które trafiają do 12 milionów odbiorców – mówi Magdalena Pawłowska.
Na podstawie wpisów i postów publikowanych w social mediach IMM stworzył zestawienie najpopularniejszych fanpage’ów i profili, które zamieszczają treści związane z markami samochodów osobowych. Instytut wyodrębnił publikacje firm motoryzacyjnych oraz te, które dotyczyły sprzedaży lub innych usług –tworząc ranking autorów docierających ze swoim przekazem do jak największego grona odbiorców.
– Autor profilu z pierwszej piątki naszego zestawienia uważa, że marki samochodowe dużo skorzystałyby, gdyby przychylniej spojrzały w stronę Instagrama. Szczególnie, że prawie 90 proc. jego obserwujących to osoby w wieku 18–44 lat, czyli idealni potencjalni klienci. Jak przyznaje jeden z fotografów, najbardziej angażujące zdjęcia to wcale nie te z samochodami ekskluzywnymi, lecz raczej zwykłymi, co wykracza poza trend car spottingu – mówi Magdalena Pawłowska.
W rankingu pod uwagę wzięto również zaangażowanie czytelników, czyli interakcje, polubienia, udostępnienia i komentarze zostawiane pod postami. Ekspertka Instytutu Monitorowania Mediów zauważa, że w komentarzach często toczą się dyskusje, w których czytelnicy mogą znaleźć pytania i odpowiedzi na temat prezentowanych marek oraz wady i zalety rozwiązań estetycznych czy technologicznych. To schemat znany już z klasycznych for dyskusyjnych.
Najbardziej eksperckie materiały, które śmiało mogłyby konkurować z telewizyjnymi programami dotyczącymi motoryzacji, powstają z kolei na YouTubie. Autorzy najczęściej skupiają się w nich na testach samochodów oraz produktów związanych z motoryzacją.
– Na Facebooku powstaje natomiast najwięcej wpisów ze wzmiankami o samochodach osobowych, jest ich około 107 tys. miesięcznie. Co ciekawe, posty te zawierają najczęściej zdjęcia z nurtu car spottingu, co wydawałoby się bardziej charakterystyczne dla Instagrama. Na Facebooku łatwiej jednak zbudować zaangażowaną społeczność. Jak podkreślił autor jednego z fanpage’ów, to właśnie fani w głównej mierze tworzą razem z nim jego stronę – mówi Magdalena Pawłowska.
Jak zauważa ekspertka Instytutu, statystyki dotyczące treści motoryzacyjnych w social mediach mogą być cenną wskazówką dla marek samochodów osobowych, które szukają naturalnych ambasadorów oraz nowych sposobów na prowadzenie komunikacji marketingowej w konkretnych kanałach społecznościowych.
Reklama wideo coraz mocniej wpływa na decyzje zakupowe. Większość osób chętniej ogląda treści wideo, niż sięga po informacje w formie tekstu. Na treści wideo w internecie statystyczny Polak przeznacza 40 minut. Większe zainteresowanie konsumentów przekłada się na wydatki reklamowe. Globalne wydatki na reklamę wideo online wzrosną w 2017 roku o 23 proc. do poziomu 27,2 mld dolarów. Reklamy wideo online stają się coraz krótsze. Wyzwaniem dla reklamodawców jest zmieszczenie najważniejszych informacji w kilkusekundowych materiałach.
– Od kilku lat widzimy znaczący wzrost wydatków na reklamę wideo w Polsce. Szacujemy, że w tym roku wydatki na reklamę wideo wzrosną o ok. 33 proc. w stosunku do roku ubiegłego. Już 90 proc. użytkowników deklaruje, że treści wideo wpływają na ich decyzje zakupowe, co samo w sobie pokazuje, jak ważna jest reklama wideo, szczególnie dla marketerów. Tego typu treści są najchętniej oglądane przez użytkowników, 55 proc. deklaruje, że dużo chętniej ogląda treści wideo, niż zapoznaje się z informacjami w formie tekstowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Jankowski z Adrino.
Z badania przeprowadzonego przez Animoto wynika, że konsumenci chętniej zdobywają wiedzę o produktach z materiałów wideo niż z opisów. 96 proc. badanych uważa, że wideo jest pomocne w zakupach online, a 73 proc. chętniej zakupi produkt po obejrzeniu materiału filmowego.
Wideo staje się coraz bardziej istotnym elementem kampanii reklamowej. Według prognozy Zenith globalne wydatki na reklamę wideo online wzrosną w 2017 roku o 23 proc. do poziomu 27,2 mld dol. Wraz z rozwojem rynku wzrosty będą mniejsze. W 2018 roku dynamika obniży się do 21 proc., a w 2019 roku – do 17 proc. W 2019 roku wydatki na reklamę wideo online wyniosą 38,7 mld dol. i będą stanowić nieco ponad 30 proc. sumy wydatków na reklamę typu display w internecie.
– Polacy najchętniej konsumują wideo na urządzeniach stacjonarnych, średnio 22 minuty dziennie, na urządzeniach mobilnych, jak smartfony i tablety ten czas to 18 minut, natomiast wideo na mobile rośnie dużo szybciej niż na desktopie, z roku na rok jest to 20 proc., w stosunku do 10 proc. na desktopie. To powoduje, że możemy się spodziewać w przeciągu najbliższych dwóch lat znaczącego wzrostu wydatków na reklamę mobilną. Szacujemy, że za dwa lata 1/3 wydatków reklamowych będzie stanowiła reklama w mobile – analizuje Jankowski.
Statystyczny Polak na oglądaniu w internecie treści wideo spędza 40 minut dziennie (przy ponad 47 minutach na świecie). Według prognozy Zenith konsumpcja wideo online na urządzeniach stacjonarnych będzie systematycznie spadać, oglądalność wideo na urządzeniach mobilnych (w tym roku 28,8 minut dziennie) wzrośnie o 25 proc. w 2018 i o 29 proc. w 2019 roku. Do 2019 roku 72 proc. konsumpcji wideo online będzie się odbywało na urządzeniach mobilnych (przy 61 proc. w 2016 roku).
– Reklama wideo jest przyszłością. Największym wyzwaniem dla marketerów jest to, aby wideo było interesujące dla użytkownika i nie było zbyt długie. Użytkownicy cenią swój czas, zwłaszcza mobilni. Obecny trend, który wprowadził serwis YouTube, czyli sześciosekundowe reklamy wideo, to duże wyzwanie dla marketerów. W ciągu tych kilku sekund należy zawrzeć najbardziej interesujące treści, a także treści ważne dla marki – przekonuje ekspert Adrino.
Reklamodawcy muszą się jednak mierzyć z nowymi wyzwaniami. Choć wciąż można inwestować w reklamy dłuższe, kilkudziesięciu minutowe, to już wiadomo, że od przyszłego roku na portalu YouTube znikną 30-sekundowe spoty, te 15- i 20-sekundowe wciąż będą miały rację bytu, ale coraz większy nacisk będzie kładziony na krótsze formaty, np. niepomijalne 6 sekundowe.
Jak podkreśla ekspert, w reklamie istotne jest badanie efektywności – ile osób obejrzało reklamę, a ile wyłączyło ją przed zakończeniem.
– Jeżeli z bieżących wyników kampanii zobaczymy, że znacząca liczba użytkowników pominie reklamę już na samym początku, świadczyć to będzie o tym, że treści są nieodpowiednie dla użytkowników i nie są oni nimi zainteresowani. Dodatkowo, ważne jest również targetowanie kampanii wideo na konkretnych użytkowników. Jeżeli na przykład mamy użytkowników, którzy są zainteresowani określoną marką samochodu, to warto targetować tego typu kampanie na konkurencję danej marki, aby zachęcić użytkowników do refleksji – podkreśla Michał Jankowski.
Tegoroczna dynamika wzrostu gospodarczego także wyraźnie przekroczy 4 proc. – uważa ekonomistka PKO Banku Polskiego. Zdaniem Marty Petki-Zagajewskiej wszystko dzięki mocnej konsumpcji i wzrostowi inwestycji. Agencja ratingowa Moody’s ostatnio zdecydowanie podniosła prognozę wzrostu gospodarczego Polski na 2017 rok z 3,2 proc. do 4,3 proc.
– Potwierdziło się, że cały czas główną maszyną napędową polskiej gospodarki pozostaje konsumpcja prywatna, ona nie tylko utrzymała bardzo silne tempo wzrostu z I kwartału, ale wręcz przyspieszyła, osiągając prawie 5 proc. rok do roku i odpowiadała za zdecydowaną większość wzrostu gospodarczego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Petka-Zagajewska, ekonomistka PKO Banku Polskiego. – Czynnikiem, na który chyba najmocniej wszyscy patrzymy, są inwestycje, czyli nasza pięta achillesowa z zeszłego roku. W danych za I i II kwartał widać, że powoli idzie ku coraz lepszym wynikom.
W II kwartale 2017 roku polska gospodarka urosła o 3,9 proc. po jeszcze wyższym, 4-proc. wzroście w pierwszych trzech miesiącach roku. Wciąż najważniejszym czynnikiem napędzającym wzrost gospodarczy była konsumpcja prywatna: w II kwartale br. spożycie w sektorze gospodarstw domowych rosło o 4,9 proc., szybciej niż kwartał wcześniej (4,7 proc.). Wpływ eksportu netto na tempo PKB, czyli różnicy między eksportem a importem, był ujemny (-1,5 proc.), natomiast zanotowano lekki wzrost nakładów brutto na środki trwałe, czyli inwestycji, zwiększyły się one o 0,8 proc. To pierwszy dodatni wynik od IV kw. 2015 roku.
– O ile w I kwartale mogliśmy powiedzieć, że inwestycje już nie umniejszają wzrostu, o tyle w II kwartale minimalnie, ale jednak do tego wzrostu się dołożyło się to, że pierwszy raz od pięciu kwartałów dynamika inwestycji była dodatnia – komentuje Marta Petka-Zagajewska. – Ona trochę rozczarowała, bo zakładaliśmy, że będzie silniejsza, niemniej najważniejsze jest to, że dane za II kwartał i powrót inwestycji do wzrostu potwierdzają oczekiwania, że z każdym kolejnym kwartałem ten komponent wzrostu gospodarczego będzie coraz silniejszy i będzie coraz istotniej wspierał ostateczne wyniki gospodarki.
Szybsze od przewidywanego wcześniej tempo rozwoju polskiej gospodarki dostrzegają także analitycy zagraniczni. Agencja Moody’s, ta sama, która w styczniu 2016 roku niespodziewanie, bo przy pozytywnej perspektywie, obniżyła rating Polski (nawiasem mówiąc, wciąż go jeszcze nie podniosła z tamtego poziomu, choć kilka miesięcy temu poprawiła się perspektywa z negatywnej do stabilnej), znacząco podwyższyła prognozę wzrostu PKB Polski – z 3,2 proc. do 4,3 proc. Według ekonomistki PKO BP to całkiem uzasadniony krok.
– Możemy liczyć na to, że w drugiej połowie roku tempo wzrostu gospodarczego będzie się utrzymywało wyraźnie powyżej 4 proc., a to znaczy, że w horyzoncie całego roku ten wynik z czwórką z przodu jest jak najbardziej bazowym scenariuszem – ocenia. – W horyzoncie całego roku ten wynik, który widzimy po czwórce, to jeszcze nie będą duże wartości, natomiast wydaje mi się, że III lub IV kwartał to mogą być wartości 4,4 lub 4,5, ale w każdym razie bieżące miesięczne dane, które poznaliśmy już za lipiec, dane, które będziemy poznawali w horyzoncie najbliższych kilku tygodni za sierpień, naszym zdaniem będą potwierdzały, że ten scenariusz wyraźnie ponad 4 proc. wzrostu gospodarczego w trakcie drugiej połowy roku jest bardzo prawdopodobny.
Stanie się tak pomimo powolnego wygasania wzrostu konsumpcji, stymulowanego przez program Rodzina 500+, który działa już od ponad roku, więc jego efekt w skali rocznej zaczyna się niwelować. Jednak wzrost płac i cen powinien w dalszym ciągu zapewniać solidną konsumpcję krajową. Inwestycje na razie ruszają w sektorze publicznym, można się jednak spodziewać, że także przedsiębiorstwa prywatne powrócą do inwestowania w kolejnych kwartałach.
– Mamy cały szereg wskaźników, które możemy traktować jako wskaźniki wyprzedzające, które zapowiadają, że inwestycje prywatne też są na ścieżce do coraz szybszego wzrostu. Jeżeli będziemy patrzeć na nastroje firm, na wartość kosztorysową inwestycji, czyli to, co firmy same deklarują odnośnie do swoich planów budżetowych, nakładów inwestycyjnych czy na przykład kondycja branży leasingowej, która jest bardzo dobrym papierkiem lakmusowym dla nastrojów inwestycyjnych mniejszych i średnich firm, to te wszystkie wskaźniki pokazują tylko jeden kolor: zielone światło – informuje Marta Petka-Zagajewska. – To oznacza, że aktywność inwestycyjna sektora przedsiębiorstw w krótkim horyzoncie zacznie podążać za coraz wyższą aktywnością inwestycyjną sektora samorządowego.
Zaostrzone przepisy o bioasekuracji mogą pomóc polskim producentom w eksporcie wieprzowiny. W Polsce odnotowano dotychczas 88 ognisk choroby afrykańskiego pomoru świń, z czego 65 ognisk w 2017 roku. Choć eksport polskiej wieprzowiny rośnie, to z powodu ASF dla producentów zamknięta jest większość dużych rynków azjatyckich. Powrót na rynki Korei i Japonii może być trudny, więc producenci liczą na pomoc rządu i dyplomację ekonomiczną.
Afrykański pomór świń to wirusowa, posocznicowa choroba trzody chlewnej o przebiegu ostrym lub przewlekłym zagrażająca człowiekowi. Tego rodzaju przypadłość występuje w szczególności w Afryce, ale na terenie Starego Kontynentu także notowane są jej przypadki. W lutym 2014 roku wykryto wirusa ASF w Polsce. Od tego czasu zanotowano już 88 ognisk ASF, z czego 65 w tym roku.
– Afrykański pomór świń jest problemem dla branży. Sprawia, że nie jest ona w stanie się rozwijać, traci sprzedażowy dostęp do rynków zewnętrznych. To również ograniczenia w produkcji trzody chlewnej, następnie mięsa czy wędlin na obszarach, gdzie pojawia się ognisko ASF. To zaś ma bardzo duży wpływ na funkcjonujące zakłady na ścianie wschodniej. Zaostrzone przepisy o bioasekuracji sprawiają, że na ścianie wschodniej gros gospodarstw rolnych, które produkowały trzodę chlewną, niestety się zamyka – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dariusz Formela, prezes zarządu Gobarto (d. PKM Duda), firmy zajmującej się rozbiorem czerwonego mięsa.
Resort rolnictwa w połowie lipca zaostrzył przepisy dotyczące bioasekuracji, które mają zapobiegać szerzeniu się afrykańskiego pomoru świń. To m.in. nowe wymogi dotyczące ogrodzenia gospodarstwa, gdzie trzymane są zwierzęta, wdrożenia programu monitorowania i zwalczania gryzoni czy okresowych zabiegów dezynsekcji. Już wiadomo, że nie będzie w stanie ich spełnić ponad 2,7 tys. gospodarstw, w których utrzymywane jest ok. 35,2 tys. świń. Najwięcej oświadczeń złożono w województwach: lubelskim – 1,35 tys. na 17,7 tys. świń, podlaskim – 912 oświadczeń na 10,8 tys. świń i mazowieckim – 447 oświadczeń na 6,6 tys. świń.
– Z punktu widzenia konsumenta ASF nie ma specjalnego znaczenia. Produkty ze stref zapowietrzonych generalnie są bezpieczne dla zdrowia, przeprowadzane w określonej obróbce termicznej, w związku z tym dla konsumenta nie ma ryzyka. Bardziej jest ryzyko sprzedażowe, jeśli chodzi o producentów mięsa, którzy chcieliby eksportować do krajów UE czy poza Unię – tłumaczy Formela.
Paradoksalnie mimo ASF eksport polskiej wieprzowiny rośnie. ARR podaje, że przez pierwsze cztery miesiące 2017 roku sprzedano poza granice 248 tys. ton żywca, mięsa, przetworów i tłuszczów wieprzowych. W ciągu roku to wzrost o 11 proc. Raport BGŻ BNP Paribas „Globalny rynek mięsa czerwonego” wskazuje, że w styczniu i lutym największymi eksporterami wieprzowiny UE na rynki trzecie były Niemcy, Hiszpania i Dania. Polska, z 35,8 tys. ton, plasuje się na 6. miejscu z 15 proc. wzrostem rdr. Wieprzowinę sprzedajemy przede wszystkim do USA i Hongkongu. Ze względu na ASF embargo na polską wieprzowinę wprowadziły jednak kraje azjatyckie. Jego zniesienie mogłoby spowodować znaczny wzrost eksportu.
– Chiny, Korea i Japonia to na pewno atrakcyjne dla nas rynki. W Korei i Japonii polska wieprzowina pojawiała się przez lata, miała bardzo duży udział w imporcie na tamtych rynkach. Obecnie zostaliśmy całkowicie wyparci, zastąpili nas Niemcy, Duńczycy i przede wszystkim Hiszpanie. Na pewno trudno będzie na te rynki wrócić, tylko działalność ministerstwa rolnictwa jest w stanie nam te rynki otworzyć, co oczywiście wpłynęłoby pozytywnie na funkcjonowanie producentów mięsa w Polsce – ocenia prezes Gobarto.
Jeszcze kilka lat temu Japonia była trzecim pod względem wartości rynkiem, na który eksportowaliśmy wieprzowinę. W 2011 roku sprzedano tam mięso o wartości ok. 200 mln euro. W 2013 roku była czwartym największym rynkiem sprzedaży polskiej wieprzowiny.
Obecnie trwają rozmowy dotyczące pozwolenia na sprzedaż wieprzowiny z terenów nieobjętych ASF.
– Liczymy na to, że prace w jakiś sposób się skonkretyzują, że będziemy w stanie wysyłać na te rynki nasze produkty. Nie są to jednak oczywiste rozwiązania. Nowe ogniska ASF stanowią ryzyko z punktu widzenia prowadzonych właśnie rozmów. Tylko bioasekuracja pozwala w rozmowach na szczeblu międzyrządowym dobrze argumentować, że polskie mięso jest bezpieczne – przekonuje Dariusz Formela.
Polska służba zdrowia może znacząco skorzystać na rozwoju współpracy pomiędzy podmiotami publicznymi a sektorem prywatnym. Polem do takich działań są inwestycje, działalność badawczo-rozwojowa oraz współpraca na rzecz ułatwiania pacjentom dostępu do nowych terapii. Ministerstwo Zdrowia chce wypracować system, który stworzy zachęty i usprawni współpracę z firmami farmaceutycznymi.
– Sektor farmaceutyczny jest olbrzymi i mocno stawiamy na jego innowacyjność. Komitet sterujący do spraw rozwoju biotechnologii w obszarze farmacji pracuje intensywnie, mamy spotkanie w przyszłym tygodniu. Staramy się poprawić warunki inwestowania dla innowacyjnych firm zarówno krajowych, jak i zagranicznych tak, aby Polska stała się krajem, w którym rozwój biotechnologii farmaceutycznej będzie jednym z wiodących kierunków. Chcemy wypracować dobry model zachęt i ułatwień, nad tym pracujemy też w ramach zmiany ustawy refundacyjnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Tombarkiewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.
W resorcie zdrowia trwają prace nad tzw. refundacyjnym trybem rozwojowym. Pomysł zakłada, że firmy farmaceutyczne, które inwestują i uruchamiają w Polsce produkcję, będą mogły liczyć na ułatwienia i preferencyjne traktowanie w trakcie negocjowania umów refundacyjnych. Tak zwany system RTR ma być częścią kompleksowej nowelizacji ustawy farmaceutycznej i premiować podmioty, które inwestują w polską gospodarkę oraz działalność innowacyjną.
– Refundacyjny tryb rozwojowy, nad którym cały czas trwają prace, jest niezwykle ważny ze względów gospodarczych w makroskali rozwoju naszej gospodarki, a także w kontekście bezpośrednim, a więc łatwiejszego i tańszego dostępu do nowoczesnych technologii medycznych, w tym technologii lekowych – mówi Marek Tombarkiewicz.
Podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia podkreśla, że partnerstwo pomiędzy prywatnym biznesem a administracją publiczną przekłada się na duże korzyści w systemie opieki zdrowotnej. Odczuwają je również pacjenci.
W tej chwili polska służba zdrowia realizuje coraz więcej projektów w modelu publiczno-prywatnym. Dyrektor generalny działu onkologicznego Novartis w Polsce Avi Matan zauważa, że oprócz inwestycji polem do takich działań jest również działalność badawczo-rozwojowa oraz współpraca na rzecz ułatwiania dostępu do nowych sposobów leczenia.
– Z oczywistych względów partnerstwo publiczno-prywatne powinno obejmować przemysł farmaceutyczny, który wprowadza wiele innowacji. Są trzy główne obszary tego partnerstwa. Pierwszym jest współpraca w dziedzinie badań i rozwoju, badaniach klinicznych, współpraca z ośrodkami akademickimi i centrami medycznymi i zbieranie twardych danych. Drugi obszar to inwestycje. We współpracy z władzami możemy inwestować więcej w infrastrukturę. To mogą być zakłady produkcyjne, centra informatyczne. Pod tym względem Polska może odgrywać ważną rolę i ma wielki potencjał za sprawą wysokiej jakości świadczonych usług i relatywnie niskich kosztów. Trzecim obszarem jest wspólne ułatwianie dostępu do nowych sposobów leczenia. Można go osiągnąć za sprawą unikalnych porozumień, które dzielą finansową odpowiedzialność pomiędzy sektor publiczny a prywatny – mówi Avi Matan.
Podsekretarz stanu w resorcie zdrowia Marek Tombarkiewicz zauważa z kolei, że dla sektora publicznego korzyścią z takiej współpracy jest nie tylko dostęp do kapitału, którego ze względu na starzenie się społeczeństwa będzie potrzeba coraz więcej, lecz także ze względu na dostęp do wiedzy i modeli zarządzania, które sprawiają, że prywatne firmy są często efektywniejsze.
– Najważniejszą korzyścią ze współpracy publiczno-prywatnej jest rozwój. Prywatny biznes ma łatwiejszy dostęp i możliwości finansowania różnego rodzaju projektów. Publiczne podmioty mają też możliwość korzystania z wiedzy i doświadczenia, ponieważ od zawsze mówi się, że pod względem ekonomicznym prywatne firmy są lepiej zarządzane i bardziej efektywne. Są też bardzo dobrze zarządzane jednostki publiczne w sektorze ochrony zdrowia czy polskie firmy farmaceutyczne, które nie mają się czego wstydzić, a taka współpraca na poziomie zarządczym jest bardzo oczekiwana. Korzystanie zarówno z pieniędzy, jak i doświadczenia oraz know-how dla publicznych jednostek będzie wartością dodaną – podkreśla wiceminister Marek Tombarkiewicz.
Dobrym przykładem współpracy publiczno-prywatnej w sektorze ochrony zdrowia jest mechanizm refundacji leków na niektóre choroby rzadkie. Podsekretarz zdrowia Marek Tombarkiewicz podkreśla konieczność rozwijania instrumentów dzielenia ryzyka w systemie refundacyjnym tak, aby usprawnić współpracę z firmami farmaceutycznymi i stworzyć pacjentom dostęp do unikalnych, nowo powstałych terapii.
– Jeśli chodzi o elementy dzielenia ryzyka między płatnikiem a firmą dostarczającą leki, to one muszą się rozwijać. Daje to szansę na czasami bardzo ryzykowne projekty, które mogą stworzyć pacjentom możliwość leczenia. Staraliśmy się to rozwijać w jak najszerszym zakresie i mam nadzieję, że będzie to kontynuowane. Oczywiście te elementy dzielenia ryzyka powinny być niejawne, dlatego że czasami stanowią bardzo duże ryzyko biznesowe dla firmy, która decyduje się na takie podejście. Z drugiej strony, to też olbrzymia szansa na dostarczenie pacjentom nowoczesnych terapii, które czasami są bardzo drogie i nie zawsze sprawdzone pod względem skuteczności – mówi wiceminister Marek Tombarkiewicz.
– Jednym z ostatnich trendów jest tzw. płacenie za efekty. Płatnik pokrywa koszty leczenia wtedy, gdy terapia okaże się skuteczna dla danego pacjenta. Jeżeli nie przyniesie ona spodziewanego efektu, odpowiedzialność finansowa dzielona jest między firmę a płatnika. Dzisiaj mówimy o spersonalizowalizowanej medycynie. Celem jest stworzenie odpowiedniej terapii dla odpowiedniego pacjenta we właściwym czasie. Wdrożenie takiej strategii nie jest proste i musimy współpracować bardzo blisko z lekarzami, z naukowcami, ze specjalistami od technologii. Taki model może przynieść obopólne korzyści, a Polska może odegrać ważną rolę w opracowywaniu leków, również w produkcji. Może być również liderem jeżeli chodzi o szerokie udostępnianie tych leków pacjentom – dodaje Avi Matan, dyrektor generalny działu onkologicznego Novartis w Polsce.
Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski podkreśla, że w partnerstwie publiczno-prywatnym tzw. mapa ryzyk, które są związane z danym przedsięwzięciem biznesowym, powinna być rozłożona równomiernie. Oznacza to, że ryzyko nie może być przerzucane z podmiotu publicznego na sektor prywatny.
– Polska służba zdrowia ma bardzo dużą szansę na rozwój dzięki partnerstwu publiczno-prywatnemu, ale potrzebna jest tutaj konsekwencja. Nie może być tak, że podmiot, który szykuje się do podjęcia inicjatywy, nagle dowiaduje się, że służba jednak powinna być publiczna, że właściwie nie ma miejsca dla partnera prywatnego. Potrzebna jest tutaj jasna konsekwencja, stabilizacja – podkreśla również Malinowski.
Współpraca administracji z biznesem w obszarze służby zdrowia była szeroko omawiana podczas panelu „Innowacyjne partnerstwo publiczno-prywatne – czy biznes może współpracować z administracją?”, który odbył się w trakcie ubiegłotygodniowego Forum Ekonomicznego w Krynicy.
W Polsce 70 proc. domów jednorodzinnych jest ogrzewanych za pomocą kotłów i pieców na paliwa stałe. Te zaś stanowią główne źródło zanieczyszczeń. Ponad połowa unoszących się w powietrzu pyłów pochodzi z gospodarstw domowych. Szczególnie rakotwórczy jest benzoalfapiren, a za ok. 87 proc. tego związku odpowiadają właśnie domy. Walkę ze smogiem mają ułatwić wycofanie z obrotu tzw. kopciuchów, ustawa o jakości paliw stałych i płynnych. W 2018 roku ma się pojawić pakiet wsparcia dla osób dotkniętych ubóstwem energetycznym.
– Przygotowany przez rząd program „Czyste powietrze” zakłada kilka kroków. Pierwszym była kwestia rozporządzenia o kotłach, czyli wycofanie możliwości wprowadzania do obrotu kotłów tzw. kopciuchów, w których można palić wszystkim, nie tylko mułem, flotami, bardzo kiepskiej jakości paliwem, ale także śmieciami, szmatami moczonymi w wyeksploatowanym oleju. 5 września zostało już opublikowane w Dzienniku Ustaw rozporządzenie o kotłach, zgodnie z którym od 1 października 2017 roku nie będzie można wprowadzać do obrotu kotłów klasy jakości niższej niż piątej – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.
Z ok. 5 mln domów jednorodzinnych w Polsce, blisko 70 proc., czyli 3,5 mln, jest ogrzewanych za pomocą kotłów węglowych. Zwykle są to proste urządzenia, które nie spełniają standardów emisyjnych. To zaś wpływa na złą jakości powietrza – Polska jest europejskim liderem w tym niechlubnym rankingu. Krajowy Ośrodek Bilansowania i Zarządzania Emisjami wskazuje, że ponad połowa (53 proc.) unoszących się w powietrzu pyłów pochodzi z gospodarstw domowych. Szczególnie rakotwórczy jest benzoalfapiren, a za ok. 87 proc. tego związku odpowiadają właśnie domy. W dużej mierze to wina ogrzewania odpadami komunalnymi i słabej jakości węglem.
Nowe regulacje przewidują restrykcyjne wymagania dla kotłów produkowanych i instalowanych w Polsce do 500 kW, czyli używanych przede wszystkim w gospodarstwach domowych. Przepisy zakładają okres przejściowy: kotły grzewcze wyprodukowane do 1 października 2017 będzie można wprowadzić do obrotu do końca czerwca 2018 roku.
– Jesteśmy też na finiszu ustawy o jakości paliw stałych i płynnych, która definiuje, co może być paliwem stałym i jakie musi spełniać kryteria jakościowe – wskazuje Emilewicz. – Za sprawą ustawy nie tylko wycofujemy możliwość opału takimi substancjami jak muły, flotokoncentraty, lecz także sprzedawca paliwa będzie musiał posiadać certyfikat tego, co sprzedaje, aby klient wiedział, jakie paliwo kupuje do swojego kotła. W przypadku niespełnienia norm, przedsiębiorca będzie podlegał karze – tłumaczy.
Ustawa została przygotowana przez resort rozwoju we współpracy z Ministerstwem Energii i Ministerstwem Środowiska. Dotyczy paliw stałych, które są przeznaczone do użycia w gospodarstwach domowych oraz instalacjach spalania o nominalnej mocy cieplnej mniejszej niż 1 megawat.
Jak przekonuje przedstawicielka Ministerstwa Rozwoju, nowe przepisy nie poprawią jakości powietrza w jednej chwili, potrzeba długofalowych rozwiązań, w tym termomodernizacji budynków.
– Mamy podwójnie trudną sytuację – 40 proc. energii produkowanej w Polsce jest użytkowane na ogrzewanie mieszkań, to dwukrotnie więcej niż w innych państwach europejskich. Duża część z nas mieszka w domach wybudowanych dawno temu, które powinny ulec termomodernizacji. Nie ulegają termomodernizacji, ponieważ są tacy, których na to po prostu nie stać – ocenia Emilewicz.
Z danych GUS wynika, że w jednorodzinnych budynkach (łącznie ok. 5,2 mln) mieszka większość Polaków – 90 proc. mieszkańców wsi (3,3 mln domów) i 30 proc. miast (1,7 mln domów). W okresie mrozów oznacza to ponad 5 mln kotłowni pracujących na pełnych obrotach i emitujących do atmosfery ogromne ilości trujących pyłów.
– To stereotyp, że budynki jednorodzinne są przypisane do ludzi zamożnych. Budynki jednorodzinne są przede wszystkim zlokalizowane na wsiach, w małych miastach. Tam nie ma pieniędzy na to, aby te budynki modernizować – przekonuje Jacek Siwiński, dyrektor generalny VELUX Polska.
Zdecydowana większość spośród 5 mln budynków jednorodzinnych jest przestarzała i tym samym nieefektywna energetycznie. 22 proc. budynków pochodzi sprzed II wojny światowej, a blisko połowa z lat 1945–1988. Ich zużycie energetyczne jest odpowiednio trzy- i dwukrotnie większe niż budynków z 2007 roku. Większości mieszkańców nie stać jednak na ich modernizację, bez wsparcia od państwa jakiekolwiek zmiany będą więc niemożliwe. Dlatego, jak wskazuje podsekretarz stanu w resorcie rozwoju, przygotowywany jest pakiet wsparcia dla najuboższych, m.in. w zakresie zakupu lepszej jakości paliwa, a także termomodernizacji.
– Ci, których definiujemy jako dotkniętych ubóstwem energetycznym, będą mogli liczyć na wsparcie, choć jeszcze nie czas, aby wskazać, jak duże będzie to wsparcie i w jaki sposób dystrybuowane. Siecią, która ma najlepsze informacje na temat tego, jaki jest stan ubóstwa, są Ośrodki Pomocy Społecznej i to one powinny być wprzęgnięte w system tej pomocy. Obecnie jesteśmy na etapie prac analitycznych, pakiet będziemy mogli zaproponować w przyszłym roku – zapowiada Jadwiga Emilewicz.
Kluczowe dla rozwiązania problemu czystości powietrza w Polsce jest stworzenie programu wsparcia dla remontów, zwłaszcza budynków jednorodzinnych, który rozwiązałby problem ubóstwa energetycznego. To istotne, zwłaszcza że według prognoz do 2050 roku 90 proc. użytkowanych budynków będą to te, które już stoją.
– Bardzo ważne, aby w kontekście smogu mówić o kompleksowym programie renowacji budynków jednorodzinnych. To program, który spełnia kilka ważnych funkcji, jest ważny społecznie, ponieważ jest adresowany do co najmniej połowy polskiego społeczeństwa, będzie przeciwdziałał tzw. ubóstwu energetycznemu, które w Polsce ma bardzo wysoki udział, jest to program proekologiczny i progospodarczy, będzie wspierał aktywność gospodarczą – wymienia Siwiński.
Jak wynika z badania „Barometr zdrowych domów 2016” przeprowadzonego na zlecenie Grupy VELUX, Polacy częściej niż Europejczycy wyrażają obawy o szkodliwe dla zdrowia warunki domowe. Dlatego istotne są nie tylko czynniki energooszczędności, lecz także te wpływające na zdrowie i samopoczucie mieszkańców.
– Szybkie i proste rozwiązania, czyli np. wymiana urządzeń grzewczych, nie spełnią tej roli, aby skutecznie walczyć o nasze zdrowie. Niezależnie od smogu również warunki mieszkaniowe, a więc wilgoć, brak światła, złe powietrze w budynkach, bardzo źle wpływają na zdrowie i zwiększają ryzyko zachorowania, także na raka, choroby układu oddechowego i choroby serca. Rozwiązaniem, jakiego potrzebujemy, jest kompleksowa renowacja budynków jednorodzinnych – podkreśla Jacek Siwiński.
Flegmatyk, melancholik, sangwinik, choleryk – te cztery typy osobowości wyodrębnił grecki filozof Hipokrates. Według Carla Gustava Junga dwa pierwsze typy to introwertycy, a kolejne ekstrawertycy. Oto jak temperament dotyka naszych finansów.
Każdy z nas jest mieszkanką osobowości, jednak zawsze przeważa jedna z nich. Zaciągając zobowiązania powinniśmy mieć świadomość własnych mocnych i słabych stron, które oddziaływają na ekonomiczną sferę naszego życia. Oto psychologia finansów inspirowana psychologią.
Flegmatyk
Osoba niezwykle spokojna, opanowana, która nie pokazuje po sobie emocji. Ma pozytywny stosunek do świata i jest niezwykle uważna w tym, co robi i mówi. Jest dobrym słuchaczem. Flegmatyk nie podejmie więc pochopnie żadnej decyzji w sprawie swoich finansów. Będzie potrzebował wyjątkowego bodźca, aby zaciągnąć kredyt. Z pewnością ten typ osobowości nie będzie miał kłopotów z rozrzutnością. Osoba, która zwiąże się z flegmatykiem, może spać spokojnie – opanowany partner nie wyda lekką ręką pieniędzy na zakupy. – Stabilność emocjonalna również wiąże się z umiejętnością samokontroli oraz realizacji wcześniej ułożonych planów, czy założonych budżetów. Osoby te są mniej podatne na podejmowanie spontanicznych, niezaplanowanych zakupów, co pomaga realizować założenia budżetu domowego – mówi dr Joanna Rudzińska-Wojciechowska, psycholog ekonomiczny z Uniwersytetu SWPS Wrocław.
Melancholik
Człowiek sumienny i zdeterminowany – urodzony analityk. Stawia sobie wysoką poprzeczkę w życiu i dąży do jej realizacji. Jeśli więc melancholik będzie potrzebował kredytu, dokładnie przeanalizuje warunki umowy, przemyśli za i przeciw, a przede wszystkim zastanowi się, czy podoła spłacie zobowiązania kredytowego. Melancholik jest bowiem niezwykle ostrożny. Z osobami, które mają ten typ osobowości bywa jednak tak, że mają zmienne nastroje. To sprawia, że świadomość niestabilnych finansów, może ich wprawić w poważne przygnębienie. Generalnie jednak melancholik jest rzetelnym kredytobiorcą, który podporządkowuje się zwartym umowom. Poza tym potrafi planować życie w dłuższej perspektywie. Według psycholog z SWPS melancholicy jako introwertycy są też mniej narażeni na porównywanie się z innymi i pokusę, aby dorównać znajomym pod względem ilości czy jakości posiadanych dóbr materialnych.
Sangwinik
To typ osoby, która określana jest mianem dużego dziecka. Żyje chwilą, nie martwi się przyszłością, ale też nie rozpamiętuje przeszłości. Sangwinik ma skłonność do gadulstwa i koloryzowania, ale jednocześnie pogoda ducha i spontaniczność sprawia, że potrafi zjednać sobie ludzi. Sangwinicy nie są najlepszymi kredytobiorcami, bo zdarza im się zapomnieć o spłacie raty. Poza tym ten typ osobowości ma kłopot z planowaniem przyszłości. Jeśli więc kredyt, to maksymalnie na rok. Stan finansów sangwinika pozostawia sporo do życzenia.
Choleryk
Weźmie kredyt, spłaci go, zainwestuje na giełdzie, założy lokatę – bo to typ odważnej osoby, urodzony przywódca nastawiony na osiąganie konkretnych celów. Jeśli popełni błąd w zarządzaniu finansami i tak się do tego nie przyzna. Choleryk poszuka wyjścia z sytuacji, aby udowodnić innym, że miał rację. Wchodząc do banku będzie chciał wynegocjować kredyt na najlepszych warunkach. W domu to choleryk będzie trzymał finanse w ręku. To także on będzie podejmował wszelkie decyzje w kwestii finansów – oszczędzania, zadłużenia, inwestowania.
Jeśli stoimy przed decyzją o zaciągnięciu kredytu, zastanówmy się jak dużo mamy w sobie z melancholika, którego będzie trapił zaciągnięty kredyt, a jak dużo z choleryka, który zaciśnie zęby i mimo wszystko dopilnuje finansów. To o tyle ważne, że banki analizują jedynie naszą zdolność kredytową – mają do dyspozycji liczby i dokumenty. My sami zaś powinniśmy wiedzieć, jak później damy sobie radę z kredytem.
Zrozumienie, kogo szuka pracodawca, pozwoli napisać CV, które wyróżni nas spośród innych kandydatów. Wiele można wyczytać z samej oferty pracy. Trzeba tylko odpowiednio zinterpretować informacje podane przez pracodawcę.
„Elastyczny czas pracy”, „przyjazna atmosfera”, „młody zespół” – brzmi świetnie, prawda? Tyle że elastyczny czas pracy może oznaczać siedzenie po godzinach, a praca w młodym zespole po prostu często wymienianych stażystów. W przyjazną atmosferę wierzyć można zaś tylko wtedy, gdy ogłoszenie o pracę na dane stanowisko w jednej firmie pojawia się raz na lata.
W ogłoszeniu o pracę każde sformułowanie ma znaczenie. Warto je przestudiować nie tylko po to, by wytropić nieprawdę, ale także po to, by odpowiednio zredagować nasze CV i list motywacyjny pod jego kątem.
Oferty pracy nie są kwestią przypadku. Nad treścią ogłoszeń pracują specjaliści od HR albo sami pracodawcy. Najczęściej ich treść jest przemyślana, bo to pierwszy krok do znalezienia dokładnie takich osób, jakich firma potrzebuje. Im dokładniej określone zostaną wymagania, tym większe prawdopodobieństwo, że zgłoszą się kompetentne osoby – mówi Joanna Żukowska, ekspertka międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.
Pasujemy do siebie?
Opis firmy to wskazówka, jak firma chce być postrzegana, jaka jest kultura pracy w organizacji i jakie wartości wyznaje pracodawca. Jeśli np. czytamy, że jest szybko rozwijającą się sportową marką dla zabieganych millenialsów, to można zakładać, że chce być widziana jako firma energiczna, świeża i nastawiona na sukces. Tego też będzie szukać u kandydatów. Warto więc uwypuklić w CV, że jesteśmy ambitni i nastawieni na rozwój.
Przestudiowanie opisu pozwala też przygotować się do rozmowy kwalifikacyjnej. W tym przypadku sprawdzamy, jak wygląda rynek sportowej odzieży oraz jak silna jest konkurencja. Odpowiedzi na pytania rekrutera po takim researchu pokażą, że odrobiliśmy lekcję.
Najważniejsze pierwsze punkty
Opis stanowiska i zakres obowiązków pracownika na nim zatrudnionego rekruterzy najczęściej układają w zwięzłą listę. Najważniejszych jest kilka pierwszych punktów. Niektóre szkoły mówią nawet, że to w pierwszych trzech punktach zawartych jest 80 proc. tego, czego firma oczekuje od pracownika – mówi Żukowska z MonsterPolska.pl. Zależność jest prosta – przy układaniu listy obowiązków najpierw wypisuje się te podstawowe, reszta to już lista życzeń. Dlatego nasze CV tworzymy niczym lustrzane odbicie oferty pracy – odpowiadamy na te pierwsze wymagania. Możemy je wypunktować – radzi ekspertka.
Liczą się konkrety
Część poświęcona doświadczeniu zawodowemu podpowie, co wyróżnić w CV i liście motywacyjnym. Analogicznie, to co najważniejsze jest wypisane na początku. Większość pracodawców chce zatrudnić kogoś, kogo nie będzie trzeba doszkalać. Wypisujemy więc doświadczenie zawodowe, ale ilustrując je konkretnymi osiągnięciami. W każdym punkcie podajemy przykład wyzwań, podjętych działań i rezultatów. Np. jeśli firma oczekuje doświadczenia w zatrudnianiu ludzi, piszemy, że wdrożyliśmy nową aplikację do poszukiwania kandydatów, która zwiększyła zatrudnienie o 25 proc. Pokażemy tym samym naszą skuteczność w codziennej pracy oraz przyciągniemy uwagę rekruterów, którzy wciąż otrzymują CV pełne powtarzających się i utartych sformułowań opisujących doświadczenie kandydatów.
Zainspiruj się stylem oferty
Pracodawca chce być traktowany poważnie i mieć pewność, że przeczytaliśmy jego ogłoszenie. Jednym ze sposobów, by go w tym upewnić, jest użycie zwrotów z ogłoszenia o pracę w naszym CV i liście motywacyjnym. To może pomóc także w przypadku, kiedy rekruterzy używają specjalnym programów komputerowych do wstępnej selekcji podań. Oczywiście nie powtarzamy samych suchych formułek, ale obudowujemy je przykładami.
Warto zatem pilnie przyglądać się ofertom pracy i wychwytywać informacje zawarte między słowami. Pozwolą one dopasować nasze CV do konkretnych oczekiwań pracodawcy i zwiększą szanse na zatrudnienie.