Biuro Maklerskie Alior Banku z najlepszym wynikiem w Lidze Ekspertów w sierpniu

W sierpniu br. w projekcie Liga Ekspertów organizowanym przez portal Analizy Online portfel Agaty Filipowicz-Rybickiej z Biura Maklerskiego Alior Banku osiągnął najwyższą stopę zwrotu. W projekcie bierze udział 17 specjalistów, wśród których znajdują się przedstawiciele banków, domów maklerskich czy instytucji zarządzania aktywami. Ich zadaniem jest zbudowanie dwóch portfeli inwestycyjnych w oparciu o strategie ofensywną i defensywną.

Liga Ekspertów to projekt edukacyjny portalu Analizy Online będącego niezależnym ośrodkiem opiniotwórczym prezentującym najnowsze informacje na temat rynku funduszy inwestycyjnych i emerytalnych, aktualnych notowań i wyników z funduszy inwestycyjnych. Głównym celem projektu jest rozpowszechnienie idei inwestowania w fundusze inwestycyjne jako formy systematycznego budowania kapitału na lata. Wśród 17 uczestników znajduje się m.in. Agata Filipowicz-Rybicka, kierownik zespołu analiz działu inwestycyjnego Alior Banku, której w zeszłym miesiącu udało się zbudować najlepszy portfel defensywny z najwyższą stopą zwrotu na poziomie 0,96%.

Zadaniem uczestników jest budowa dwóch portfeli inwestycyjnych z szeroko dostępnych na rynku funduszy polskich i zagranicznych w oparciu o strategie ofensywną i defensywną. Portfel skonstruowany w oparciu o strategię ofensywną zawiera fundusze o dowolnym poziomie ryzyka, portfel defensywny z kolei składa się przede wszystkim z funduszy o niskim poziomie ryzyka – funduszy dłużnych, gotówkowych i pieniężnych oraz ochrony kapitału z maksymalnym możliwym udziałem pozostałych funduszy do 10% portfela.

Dzień z inflacją

Ważne dane dla funta, inflacja w Szwecji i w Polsce, co dalej ze stopami?

Funt odrabia straty

Dzisiaj na rynkach największe zainteresowanie wzbudza funt oraz jego reakcja na odczyty inflacyjne. Te okazały się wyższe od oczekiwań, zwłaszcza w przypadku zmian w skali miesiąca. Funt zareagował dynamicznie umacniając się na szerokim rynku. Coraz więcej wskazuje na przełamanie słabej passy brytyjskiej waluty, która od połowy kwietnia straciła wobec euro ponad 10%. Kolejnym ważnym impulsem będzie posiedzenie Banku Anglii, który w tym tygodniu ma decydować o wysokości stóp procentowych. Jastrzębi komunikat  powinien skutkować kolejną falą umocnienia. Funt względem złotego drożeje dziś o 6 groszy i już teraz kosztuje 4,73 zł.

Umocnienie korony

We wtorek opublikowany został także raport dotyczący inflacji w Szwecji. Okazała się ona raczej zgodna z oczekiwaniami analityków, co nie przeszkodziło tamtejszej koronie w umocnieniu się na szeroki rynku, także wobec złotego. Szwedzka waluta drożeje o ponad pół procenta i obecnie kosztuje 0,446 zł. Na kolejne istotne odczyty będziemy musieli poczekać do jutra, tych w środę będzie aż nadmiar, co może skutkować większą zmiennością.

Inflacja nie przeszkadza RPP

Wczoraj poznaliśmy finalny odczyt inflacji w Polsce, który okazał się tożsamy z wcześniejszymi szacunkami. Oznacza to, że ceny w Polsce rosną w tempie 1,8% rocznie. W sierpniu głównym motorem napędowym inflacji były ceny żywności oraz transportu. Wyższe też były koszty mieszkaniowe. Nie zmienia to jednak perspektywy Rady Polityki Pieniężnej, która uparcie powtarza, że na podwyżkę stóp procentowych przyjdzie nam poczekać co najmniej rok. Jeszcze dalej posunął się w ostatnim wywiadzie Eryk Łon, który zauważa potrzebę dalszego łagodzenia polityki pieniężnej. W świecie, w którym wszystkie banki centralne stają się coraz bardziej jastrzębie, bylibyśmy ewenementem. Jednak jak na razie żaden inny członek RPP oficjalnie nie podziela tych poglądów.

Krzysztof Adamczak – analityk walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Stanowisko ZPP ws. propozycji Komisji Europejskiej dot. dyrektywy o pracownikach delegowanych

W artykule 3 ust. 3 Traktatu o Unii Europejskiej, ustanowiony został wspólny rynek wewnętrzny, który – zgodnie z dokładnym brzmieniem przepisu – działać ma na rzecz rozwoju Europy, opartego o zrównoważony wzrost gospodarczy, stabilność cen oraz wysoką konkurencyjność. Przepis ten został w swój sposób skonkretyzowany w artykule 26 Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, zgodnie z którym rynek wewnętrzny obejmuje obszar bez granic wewnętrznych, w którym jest zapewniony swobodny przepływ towarów, osób, usług i kapitału. Artykuł 56 TFUE z kolei wprost zakazuje ograniczania swobody świadczenia usług wewnątrz Unii Europejskiej w odniesieniu do obywateli Państw Członkowskich mających swe przedsiębiorstwo w Państwie Członkowskim innym niż państwo odbiorcy świadczenia. W dalszych artykułach rozdziału dotyczącego usług przeczytać można m.in., że Państwa Członkowskie winny dokładać starań w celu zliberalizowania usług w zakresie wykraczającym poza zobowiązanie wynikające z odpowiednich dyrektyw, o ile ich ogólna sytuacja gospodarcza na to pozwala. Analogicznie, wprost stwierdzono również, że w celu zapewnienia liberalizacji określonej usługi Parlament Europejski i Rada przyjmują dyrektywy. Wszystkie przytoczone przepisy stanowią ramy dla funkcjonowania unijnego rynku wewnętrznego – i w każdym z nich podkreślona jest rola albo swobody przepływu usług, albo konkurencyjności, albo liberalizacji przepisów. Swoboda świadczenia usług jest dla rynku wewnętrznego tak kluczowa, że w istocie poświęcono jej osobną dyrektywę (2006/123/WE, tzw. dyrektywa usługowa). Jej celem miało być m.in. uproszczenie procedur administracyjnych dotyczących usługodawców oraz wspieranie współpracy pomiędzy krajami UE. Głównym jednak postanowieniem dyrektywy jest umożliwienie przedsiębiorcom rozpoczęcia działalności w innych krajach Unii Europejskiej, na zasadzie funkcjonowania na wspólnym rynku, w uproszczony sposób i na warunkach równych z rodzimymi przedsiębiorcami. W preambule do dyrektywy usługowej przeczytać można wiele argumentów świadczących o tym, że swoboda przepływu usług jest dla Unii Europejskiej i jej rozwoju kluczowa. Pozwala ona bowiem na zwiększenie konkurencyjności na rynku usług, co jest bardzo istotne przy wspieraniu wzrostu gospodarczego i tworzeniu miejsc pracy. Wskazano na to, że bariery na rynku wewnętrznym dotykają przede wszystkim małych i średnich przedsiębiorców, którzy chcieliby świadczyć usługi w państwach innych, niż swoje. Ostatecznie, co jest kluczowe w kontekście dalszych rozważań, stwierdzono również że wolny rynek zobowiązujący Państwa Członkowskie do znoszenia ograniczeń w transgranicznym świadczeniu usług, oznacza dla konsumentów większy wybór i lepszą jakość usług po niższych cenach. Między innymi te kwestie wymieniono jako największe zalety swobodnego przepływu usług na wspólnym rynku Unii Europejskiej.

Warto pamiętać o tym, że postulat drastycznego zmniejszenia liczby barier w przepływie usług wewnątrz UE, spotkał się z entuzjazmem dużej części Państw Członkowskich. Nie wszystkie były temu jednak przychylne. Słynne stało się pojęcie ukute przez Philippe de Villiersa, ówczesnego eurodeputowanego z ramienia Francji, który stwierdził, iż projekt dyrektywy liberalizującej świadczenie usług na wspólnym rynku w tak daleko idący sposób, jak wówczas zakładano, pozwoliłby polskiemu hydraulikowi czy estońskiemu architektowi świadczyć swoje usługi we Francji, za wynagrodzenie obowiązujące w kraju ich pochodzenia, co jego zdaniem byłoby próbą zniszczenia francuskiego modelu gospodarczego i socjalnego. Reakcje na te słowa były gorące, a ostatecznie – mimo sprzeciwów przedstawicieli części Państw Członkowskich – dyrektywę usługową uchwalono, choć w nieco ograniczonym kształcie. Warto pamiętać jednak o przytoczonych słowach – świadczących o ewidentnie protekcjonistycznym podejściu do gospodarki niektórych państw Unii Europejskiej, co de facto wyklucza możliwość zaistnienia w pełni wspólnego rynku, oraz o niebywałym przywiązaniu do własnego „modelu gospodarczego i socjalnego”, z reguły opartego o wysokie pozapłacowe koszty pracy i dokuczliwy klin podatkowy.

Obawa niektórych państw „starej Unii” przed konkurencją ze strony gospodarek mniejszych, ale dynamicznie rozwijających się, wydaje się być zrozumiała, natomiast nie można nie zauważać, że stanowi ona poważną przeszkodę w dalszej integracji gospodarczej Unii Europejskiej i kształtowaniu wspólnego rynku. Temat ten znów stał się aktualny, tym razem w kontekście propozycji Komisji Europejskiej w sprawie rewizji dyrektywy 96/71/WE dotyczącej delegowania pracowników.

Zgodnie z art. 2 ust. 1 dyrektywy, pracownikiem delegowanym jest pracownik, który przez ograniczony okres wykonuje swoją pracę na terytorium innego Państwa Członkowskiego, niż państwa w którym zwyczajowo pracuje. Artykuł 3 dyrektywy z kolei stanowi o warunkach zatrudnienia pracownika delegowanego. Zgodnie z nim, pracownicy delegowani mają mieć w Państwie Członkowskim, w którym wykonują pracę, zapewnione m.in. maksymalne okresy pracy, minimalne okresy wypoczynku, czy też minimalne stawki płacy, wraz ze stawką na nadgodziny. Z treści dyrektywy, wspartej orzecznictwem TSUE, jasno wynika, że pojęcie minimalnego wynagrodzenia może być w tym kontekście rozumiane wyłącznie tak, jak jest to określone w krajowych przepisach, czy układach powszechnie obowiązujących.

Dwa wymienione wyżej przepisy są kluczowe w kontekście omówienia propozycji Komisji Europejskiej, ponieważ to do nich odnoszą się najgroźniejsze jej elementy.

Po pierwsze, Komisja Europejska proponuje wprowadzenie do treści dyrektywy artykułu 2a. Zgodnie z nim, gdy zakładany lub rzeczywisty okres delegowania przekracza 24 miesiące, za państwo, w którym wykonywana jest normalnie praca, uważa się państwo członkowskie, na którego terytorium delegowany jest pracownik. W przypadku zastępowania pracowników delegowanych wykonujących te same zadania w tym samym miejscu, brać się ma pod uwagę łączny okres delegowania danych pracowników w odniesieniu do pracowników, których rzeczywisty okres delegowania wynosi przynajmniej sześć miesięcy. Propozycja Komisji Europejskiej stoi w całkowitej sprzeczności z całą konstrukcją delegowania pracowników jako taką. Główną cechą delegowania pracowników jest bowiem jego tymczasowość – trudno jest oczywiście zdefiniować, jakie są dokładnie jej granice, w każdym jednak razie, nie sposób okroić jej do jakkolwiek sztywno określonych ram czasowych. Pracowników deleguje się bowiem w różnych branżach, do różnych zadań i do realizowania różnego rodzaju przedsięwzięć, spośród których jedne są mniej czasochłonne, a inne bardziej. Z tego też powodu, ustanowienie tak sztywnych ram czasowych, uznać należy za bezzasadne i sprzeczne z całą ideą regulacji dotyczących delegowania pracowników. Stanowisko takie jest zbieżne z orzecznictwem TSUE – w wyroku w sprawie C-215/01 Schnitzer, Trybunał orzekł wprost, że usługi w rozumieniu TFUE mogą obejmować różne rodzaje usług, o zróżnicowanym charakterze, również takie, które świadczone są przez bardzo długi okres (np. kilka lat). Z tego też względu, niemożliwe jest odgórne ustalenie a priori ram czasowych wykonywania usługi. Sensowność wprowadzania do dyrektywy artykułu 2a o takiej treści, jest wątpliwa również  z innego powodu. Przyjęta jest już bowiem tzw. dyrektywa wdrożeniowa do dyrektywy 96/71/WE, czyli dyrektywa 2014/67/UE. W ramach jej artykułu 4 ustęp 3 wyraźnie zaadresowano kwestię „tymczasowości” pracy w innym Państwie Członkowskim, wypisując szereg kryteriów, które brane są pod uwagę przy ocenie, czy z taką tymczasowością w danym przypadku mamy do czynienia. W dyrektywie wdrożeniowej nie określono zatem ścisłych granic czasowych do delegowania, posłużono się bardziej pojemną treściowo i abstrakcyjną metodą sformułowania kilku przykładowych przesłanek, które świadczyć mogą o tymczasowości wykonywania przez pracownika pracy w innym Państwie Członkowskim. Jasno określone jest, że przy takiej ocenie uwzględnia się wszystkie elementy faktyczne cechujące taką pracę i sytuację danego pracownika, w tym w szczególności między innymi: fakt, że praca jest wykonywana przez ograniczony okres w innym państwie członkowskim; datę rozpoczęcia delegowania; fakt, że pracownik jest delegowany do innego państwa członkowskiego, niż państwo, w którym lub z którego wykonuje swoją pracę; fakt, że po zakończeniu wykonywania pracy lub usług, do wykonania których został delegowany pracownik wraca do państwa członkowskiego, z którego został delegowany, lub ma w tym państwie ponownie podjąć pracę; charakter działalności. Z tego też powodu, jako że ścisłe określenie czasu, w którym mówić można o „tymczasowości” pracy pracownika delegowanego w innym Państwie Członkowskim, ale również z uwagi na fakt, iż kwestia kryteriów oceny danego stanu faktycznego została szczegółowo opisana w dyrektywie wdrożeniowej, wprowadzanie do treści dyrektywy o pracownikach delegowanych artykułu 2a w treści proponowanej przez Komisję Europejską, wydaje się być niemożliwe do zaakceptowania.

Drugą kluczową zmianą proponowaną przez Komisję Europejską, jest zmiana artykułu 3 dyrektywy, który określa wymagania dotyczące warunków zatrudnienia pracownika delegowanego. Główną osią sporu dotyczącego tego przepisu jest kwestia wynagrodzenia. Do tej pory, na mocy art. 3 ust. 1 dyrektywy, pracownikowi delegowanemu przysługuje minimalna stawka płacy, wraz ze stawką za nadgodziny, obowiązująca w Państwie Członkowskim, w którym wykonywana jest praca. Dla celów dyrektywy, pojęcie minimalnej stawki płacy jest definiowane przez prawo krajowe danego Państwa Członkowskiego, albo przez jego praktykę. W propozycji Komisji Europejskiej zapisano, by pracownikom delegowanym gwarantowane było ustalone prawem lub układem zbiorowym wynagrodzenie wraz ze stawką za godziny nadliczbowe, przy czym dla celów dyrektywy przez „wynagrodzenie” rozumieć by się miało wszystkie elementy wynagrodzenia obowiązkowe na mocy krajowych przepisów ustawowych, wykonawczych i administracyjnych, układów zbiorowych lub orzeczeń arbitrażowych, które zostały uznane za powszechnie stosowane lub, w przypadku braku systemu uznawania układów zbiorowych lub orzeczeń arbitrażowych za powszechnie stosowane, innych układów zbiorowych lub orzeczeń arbitrażowych w Państwie Członkowskim, na którego terytorium pracownik jest delegowany. Zmiana w tym zakresie jest zatem znacząca. Propozycja Komisji Europejskiej zakłada bowiem zmianę gwarancji „minimalnego wynagrodzenia za pracę” na gwarancję zapewnienia „wynagrodzenia” obejmującego wszystkie składniki wynagrodzenia obowiązujące w danym Państwie Członkowskim. Jest to zmiana, której – jak się wydaje – nie można zaakceptować z punktu widzenia troski o konkurencyjność na wspólnym rynku europejskim. Dotychczasowe warunki delegowania pracowników i gwarantowane wynagrodzenie minimalne, stanowiło wystarczające zabezpieczenie socjalne pracowników. Jednocześnie, regulacja ta uwzględnia fakt, iż poszczególne Państwa Członkowskie cechują się różnym poziomem rozwoju społeczno-gospodarczego, a przecież m.in. właśnie od tego zależy wysokość wynagrodzeń. Jednym z głównych argumentów wspierających propozycję Komisji Europejskiej, jest powoływanie się na tzw. „dumping socjalny”. Według opinii Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, dumping socjalny oznacza sytuację, w której tańsi pracownicy z jednego Państwa Członkowskiego, zajmują miejsca pracy mieszkańców drugiego Państwa Członkowskiego. Niezależnie jednak od podejścia, chodzi tu o układ, w ramach którego niżej opłacani pracownicy, czy dostawcy usług, mają wypierać z rynku  rodzimych pracowników w danym Państwie Członkowskim. Sugerowanie, że dotychczasowe regulacje dot. pracowników delegowanych doprowadzają do pojawiania się dumpingu socjalnego, są nieprawdziwe. Przede wszystkim, pamiętać należy o skali zjawiska. Pracownicy delegowani to niespełna 1 proc. siły roboczej w całej Unii Europejskiej. Ponadto, wbrew pozorom, wcale nie jest tak, że pracownicy delegowani to wyłącznie pracownicy pochodzący z biedniejszych państw UE i wykonujący pracę w państwach bogatszych. Oczywiście najwięcej pracowników delegowanych pochodzi z Polski, ale już drudzy w kolejności są Niemcy, a trzeci – Francuzi. Ponad 1/3 przepływu pracowników delegowanych odbywa się z państw zamożnych do tych równie zamożnych. Według badań Instytutu Bruegla, nieprawdziwe jest również przekonanie, że pracownicy delegowani z Europy Środkowo-Wschodniej zaniżają stawki, wykonując pracę za wynagrodzenie mniejsze, niż minimalne określone w prawodawstwie Państwa Członkowskiego. Argumenty, które używane są w celu poparcia propozycji Komisji, są zatem na wielu płaszczyznach zwyczajnie nieprawdziwe. Zjawiska „dumpingu socjalnego”, o ile można w ogóle przyjąć jego istnienie w skali jakkolwiek zasługującej na uwagę, nie można wiązać z zagadnieniem delegowania pracowników, ponieważ pracownicy delegowani wykonują pracę za stawki wyższe, niż minimalne wynagrodzenie w danym państwie, a ich przepływ odbywa się w dużej mierze pomiędzy wysoko rozwiniętymi, zamożnymi państwami. Dodatkowo, niesłuszne jest przytaczane często stwierdzenie, jakoby zróżnicowanie stawek wynagrodzenia pracowników pomiędzy poszczególnymi Państwami Członkowskimi, stanowiło element nieuczciwej konkurencji części z nich. Jest to normalny element budowania przewagi konkurencyjnej, a do tego prawo ma każdy przedsiębiorca funkcjonujący na jakimkolwiek rynku. Jak wynika z wcześniejszych rozważań – jednym z celów wspólnego rynku europejskiego jest zapewnienie konsumentom dostępu do coraz lepszych usług w niższych cenach. Może się tak stać jedynie wskutek zachowania warunków swobodnej konkurencji pomiędzy poszczególnymi przedsiębiorcami. Niemożliwa do zaakceptowania jest z kolei sytuacja, w której części przedsiębiorców, pochodzących z łatwych do zidentyfikowania w tym przypadku regionów Europy, odmawia się możliwości wykorzystania swoich przewag konkurencyjnych względem ich odpowiedników z innych państw. Propozycja Komisji Europejskiej uderza zatem nie tylko w istotny element wspólnego rynku, czyli zasadę swobody świadczenia usług, ale także w pewną konkretną grupę przedsiębiorców, ponieważ część graczy na rynkach zachodnich nie jest w stanie konkurować z nimi cenowo. Analogiczna, choć odwrotna, sytuacja istnieje przecież w branży handlowej – międzynarodowe sieci handlowe, wykorzystując efekt skali, również konkurują ceną z lokalnymi sklepikami i sieciami, które często tę walkę przegrywają. O inicjatywach mających na celu ograniczenie wykorzystywania przewag konkurencyjnych tychże sieci nie słychać (to dobrze, ponieważ istotą wspólnego rynku są równe reguły gry i swobodna konkurencja), mimo – a być może właśnie dlatego – że najgorętsi orędownicy rewidowania dyrektywy o pracownikach delegowanych to jednocześnie często państwa pochodzenia tych sieci. Nie sposób zatem nie zauważać, że w podejściu generalnym mamy tu do czynienia ze swojego rodzaju hipokryzją, polegającą na protekcjonistycznym podejściu do własnej gospodarki, przy jednoczesnym wspieraniu ekspansji – z wykorzystaniem każdej możliwej przewagi konkurencyjnej – własnych przedsiębiorstw w ramach gospodarek innych Państw Członkowskich. Takie podejście nie może stać się obowiązującą w Unii Europejskiej normą, ponieważ stoi w sprzeczności z podstawami wspólnego europejskiego rynku.

Jak wyżej wspomniano, pracownicy delegowani stanowią niewielką część siły roboczej w skali całej Unii Europejskiej. Jednocześnie, ograniczanie swobody konkurencji poprzez obwarowywanie delegowania pracowników dodatkowymi regulacjami, wywrzeć może bezpośredni, punktowy wpływ na ściśle określone gałęzie gospodarki i grupy przedsiębiorstw. To z Polski delegowanych jest najwięcej pracowników, a największa ich część do pracownicy sektora budowlanego, przemysłu, edukacji zdrowia i prac socjalnych oraz usług. Są to branże, które ewentualne przyjęcie propozycji Komisji Europejskiej odczują wyjątkowo boleśnie. Warto zwrócić jednocześnie uwagę, że propozycja uderza w istocie w cały sektor mikro, małych i średnich przedsiębiorstw, które nie prowadzą swoich stałych oddziałów w różnych Państwach Członkowskich, i dla których możliwość delegowania pracowników do innych krajów stanowi jedną z niewielu możliwości konkurowania na zagranicznych rynkach. A podjęcie takiej konkurencji w wielu przypadkach warunkuje ich dalszy wzrost i rozwój.

Całkowicie osobnym zagadnieniem jest z kolei branża transportu drogowego, która w propozycji Komisji Europejskiej bezpośrednio zaadresowana jest jedynie w preambule, gdzie zwrócono uwagę na jej szczególny charakter, trudny do ujęcia w ramy delegowania pracowników. W tym kontekście trzeba zaznaczyć, że pozycja polskich przewoźników na rynku europejskim jest bardzo wysoka – 30 tysięcy przedsiębiorców z branży dysponuje flotą ponad 180 tysięcy pojazdów ciężarowych. Głębokim interesem Polski jest zatem utrzymanie wiodącej pozycji rodzimych przedsiębiorców z tej branży na europejskim rynku.

Reasumując, przedstawiony projekt zmiany dyrektywy 96/71/WE może prowadzić do ograniczenia swobody konkurencji na wspólnym rynku Unii Europejskiej, poprzez znaczne zmniejszenie możliwości świadczenia usług. W rezultacie, uderza nie tylko w podstawy wspólnego rynku jako takiego, ale również w określone grupy przedsiębiorców z konkretnego regionu Europy.

Kolejne gminy łączą siły. Będzie ekologicznie i tanio

Ciepłowody, Stoszowice, Ziębice i Ząbkowice Śląskie powołały w czwartek Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej. Do blisko 60 tys. osób popłynie tańsza energia. To kolejna tego typu inicjatywa – wcześniej klastry stworzyło 20 dolnośląskich samorządów.

Klastry energii odnawialnej to stosunkowo nowa forma w polskim prawodawstwie. Mimo to na mapie Dolnego Śląska znaleźć można już pięć samowystarczalnych „wysp energetycznych”, które stworzyło blisko 25 samorządów. Najnowsza, Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej, powstała w czwartek. Elektrownie fotowoltaiczne i bioelektrownie mogą zostać teraz wybudowane w pięciu gminach – Ciepłowody, Stoszowice, Ziębice i Ząbkowice Śląskie. Dlaczego samorządy zdecydowały się na ten krok?

Zawsze myśleliśmy o odnawialnych źródłach energii – mówi Paweł Gancarz, wójt gminy Stoszowice. – Mieliśmy nawet zaawansowany projekt farmy wiatrowej. Niestety w ostatnim etapie został zablokowany przez nową ustawę OZE. Cały czas czekaliśmy na inną szansę i na możliwość skorzystania ze środków zewnętrznych na budowę infrastruktury. Teraz będziemy mogli wykorzystać 5-hekatarową działkę w Stoszowicach. Chcemy wybudować na niej farmę fotowoltaiczną. Pierwszy wniosek o dofinansowanie planujemy złożyć jeszcze we wrześniu, co może pozwolić obniżyć koszty związane z oświetleniem ulicznym czy z utrzymaniem budynków użyteczności publicznej – dodaje.

Gmina Ciepłowody przyłączyła się do Klastra Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej między innymi z myślą o przedsiębiorcach. – Ich rozwój jest dla nas bardzo ważny, a mamy sygnały, że są zainteresowani inwestowaniem w odnawialne źródła energii. Dodatkowo, w zależności od możliwości jakie będą stwarzały nabory, rozważymy kwestię produkcji energii na własne potrzeby. Pamiętamy również o geoenergii – mówi Łukasz Białkowski, wójt gminy Ciepłowody.

Podobne plany ma gmina Ząbkowice Śląskie. – Jednym z pomysłów, które chcemy realizować na terenie gminy Ząbkowice Śląskie jest budowa paneli fotowoltaicznych na budynkach użyteczności publicznej. Pozwoli to na efektywne zarządzanie energią oraz ograniczenie jej zużycia – mówi Marcin Orzeszek, burmistrz gminy Ząbkowice Śląskie.

Gmina Ziębice jest na etapie wyboru gruntów pod inwestycje związane z klastrem energii odnawialnej. – Mamy dużo terenów na których możemy wybudować elektrownię fotowoltaiczną. Jednak konkretna decyzja jeszcze nie zapadła. Jesteśmy na etapie badania gruntów. Bez względu na to, gdzie powstanie nasza farma, cieszymy się, że będziemy mieli swój wkład w ochronę środowiska – mówi Alicja Bira, burmistrz Ziębic.

Zgodnie z ustawą klastry mogą funkcjonować na terenie jednego powiatu lub pięciu gmin. Wbrew pozorom takie ograniczenie przekłada się na oszczędności. – Energii nie trzeba przesyłać na odległość nawet kilkuset kilometrów. Kolejna oszczędność wiąże się z wytwarzaniem prądu. Produkcja czystej energii w długim okresie wiąże się z niższymi nakładami w porównaniu do energii uzyskiwanej z paliw konwencjonalnych – mówi Jacek Ryński, członek rady nadzorczej spółki Strzelin PS Energetyka Odnawialna.

Przy tym wszystkim – jak zauważa Jacek Ryński – klastry nie są konkurencją, a uzupełnieniem energetyki systemowej, która stanie się bardziej odporna na potencjalne przerwy w dostawach prądu. – Docelowo gminy będą stanowić tak zwane „wyspy energetyczne”, czyli uzyskają samowystarczalność energetyczną. To ważne dla bezpieczeństwa energetycznego regionu – dodaje.

Przewidywana moc klastra Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej wyniesie, sumując potencjał projektowanych instalacji na terenie wszystkich czterech gmin, około 15 MW (średnio 3 MW na jedną gminę). Spółka Strzelin PS Energetyka Odnawialna szacuje, że na inwestycje umożliwiające zbudowanie źródeł OZE na potrzeby klastrów potrzeba około 80 mln zł. Swoim działaniem firma wspiera cel związany z członkostwem Polski w Unii Europejskiej, czyli osiągnięcia progu 15% energii elektrycznej wytwarzanej ze źródeł odnawialnych do 2020 roku.

Przed polskim sektorem energetycznym stoją duże wyzwania. Są to głównie rosnący wzrost zapotrzebowania na energię, większe ceny, zamortyzowana infrastruktura, a także wyzwania związane z ochroną środowiska, mające bezpośredni wpływ na zdrowie społeczeństwa. Tworzenie klastrów może pomóc w każdym z tych obszarów – mówi Jacek Ryński.

Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Ząbkowickiej jest piątym tego rodzaju przedsięwzięciem w Polsce realizowanym przez samorządy. Wcześniej powołano: Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Trzebnickich (Prusice, Oborniki Śląskie, Wisznia Mała, Wołów i Żmigród), Klaster Energii Odnawialnej Ziemi Łużyckiej (Olszyna, Gryfów Śląski, Leśna, Siekierczyn i Lubań), Izerski Klaster Energii Odnawialnej (Mirsk, Wleń, Lubomierz, Lwówek Śląski i Stara Kamienica) i Klaster Energii Odnawialnej Wzgórz Strzelińskich (Domaniów, Kondratowice, Przeworno, Strzelin i Wiązów). Na terenach wszystkich 25 gmin mieszka ponad 260 tys. osób.

Hazard w grach komputerowych według znowelizowanej ustawy hazardowej

Definicje gier hazardowych, w tym gier na automatach zawarte w niedawno znowelizowanej ustawie hazardowej budzą kontrowersje interpretacyjne. Ze względu na ich pojemność, potencjalnie objąć mogą również gry komputerowe umożliwiające rozgrywkę online.

Niedawno znowelizowana ustawa o grach hazardowych wyjaśnia, że grami hazardowymi są m.in. gry na automatach. Definiuje ona, że są to gry na urządzeniach mechanicznych, elektromechanicznych lub elektronicznych, w tym komputerowych oraz gry odpowiadające zasadom gier na automatach urządzane przez sieć Internet o wygrane pieniężne lub rzeczowe, w których gra zawiera element losowości. Zaznaczyć przy tym należy, że za wygraną rzeczową uznaje się także samą możliwość przedłużenia gry bez konieczności wpłaty stawki za udział w grze, a także możliwość rozpoczęcia nowej gry przez wykorzystanie wygranej rzeczowej uzyskanej w poprzedniej grze. Co więcej, dana gra może zostać uznana za grę na automatach nawet w przypadku, gdy gracz nie ma możliwości uzyskania jakiejkolwiek wygranej, a będzie tak w sytuacji, gdy organizowana jest przez dostawcę w celach komercyjnych.

Przytoczone definicje budzą kontrowersje co do ich potencjalnego zakresu znaczeniowego. Po nowelizacji ustawy, która weszła w życie w dniu 1 kwietnia 2017 r.  definicje te mogą obejmować opisane wyżej gry urządzane przez Internet, oczywiście z zastrzeżeniem spełnienia pozostałych przesłanek.

Powyższe martwić powinno w szczególności dostawców gier komputerowych umożliwiających rozgrywkę online, których scenariusz zawiera element losowości, zwłaszcza że w świetle dotychczas wypracowanego na tym tle orzecznictwa sądów element ten wcale nie musi mieć przeważającego znaczenia dla wyniku samej rozgrywki, czy dla uzyskania wygranej. Według stanowiska sądów nie ma bowiem znaczenia na jakim etapie rozgrywki przypadkowość ma miejsce i jaka jest waga przypadku (por. np. wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 11 czerwca 2013 r., II GSK 1010/11). Nie można więc wykluczyć ryzyka, że nawet w przypadku, gdy w danej grze kluczowe znaczenie będą miały inteligencja, umiejętności i zręczność gracza, pomimo to gra zostanie zakwalifikowana jako gra na automacie, której urządzanie jest objęte monopolem państwa.

Autor: Marcin Przybysz, adwokat w Kancelarii Taylor Wessing w Warszawie

Maciej Drozd (Echo Investment) : Ceny mieszkań wzrosną o 5-10 proc.

To jest pewne mieszkania zdrożeją. Szacuje się, że ich cena może być wyższa o 5-10 proc. Wszystko przez rosnące ceny gruntów. Już teraz deweloperzy więcej płacą za ziemię pod inwestycje.

– Ceny mieszkań będą rosły i pewnie zaczną rosnąć trochę szybciej dlatego, że dotychczas deweloperzy budowali na gruncie kupionym jakiś czas temu. W tej chwili widać, że cena zwłaszcza atrakcyjnych działek jest znacznie wyższa niż parę lat temu. Mieszkania, które będą na tych droższych działkach budowane będą też nieco droższe. To nie jest efekt, który nastąpi natychmiast, ale on jest już wyraźny i myślę, że w ciągu paru lat na pewno ceny mieszkań będą musiały też rosnąć – mówi newsrm.tv Maciej Drozd, wiceprezes ds. finansowych Echo Investment.

Już teraz szacuje się, że podwyżka może sięgnąć 5-10 proc. Na rynku można też zaobserwować inny efekt, który polega na większym zróżnicowaniu klasy lokali. Obok tych mieszkań tańszych w ofercie pojawia się coraz więcej mieszkań droższych i luksusowych. Ta różnorodność także powoduje, że wyliczana średnia cena dla całego rynku jest wyższa.
– Dużo mieszkań kupowanych jest na cele inwestycyjne. Coraz częściej są one traktowane jako alternatywa dla lokaty i innych form inwestycji. Ten trend jest też coraz silniejszy – dodaje Maciej Drozd.

Prezes Daniel Obajtek kontynuuje porządkowanie Grupy Energa

11 września 2017 r. zarząd spółki Energa-Obrót S.A. podjął decyzję o zaprzestaniu realizacji dwudziestu dwóch skrajnie szkodliwych dla spółki ramowych umów sprzedaży praw majątkowych wynikających ze świadectw pochodzenia (tzw. zielonych certyfikatów) oraz o wszczęciu postępowań sądowych i arbitrażowych przeciwko farmom wiatrowym i bankom, zmierzających do uzyskania sądowego potwierdzenia nieważności tych umów.

Umowy te zostały zawarte w latach 2007-2013, gdy nadzór właścicielski nad Grupą Energa sprawowali kolejni ministrowie Skarbu Państwa z rządu Platformy Obywatelskiej: Aleksander Grad, Mikołaj Budzanowski i Włodzimierz Karpiński. Ideą było związanie spółki Energa-Obrót S.A. wieloletnimi, niewypowiadalnymi kontraktami z zagranicznymi właścicielami farm wiatrowych, na mocy których spółka zmuszona była nabywać zielone certyfikaty bez względu na ich cenę, która zależała od zmiennych całkowicie niezależnych od spółki i znajdujących się poza jej kontrolą.

W ostatnich latach, w trakcie trwania umów, nastąpiły zmiany w systemie wsparcia OZE, które spowodowały drastyczny spadek cen rynkowych certyfikatów od poziomu opłaty zastępczej, do której były odnoszone zawarte w umowach formuły rozliczeniowe. W ostatnim czasie ceny spadały nawet do 20 zł za jeden certyfikat, podczas gdy zgodnie z umowami Energa-Obrót S.A. zobowiązana była płacić cenę ponad dziesięciokrotnie wyższą.

Taka sytuacja skutkowała powstawaniem po stronie spółki Energa-Obrót S.A. gigantycznych strat w postaci różnicy pomiędzy ceną rynkową zielonych certyfikatów a ceną ich zakupu. Tylko w ostatnich latach szacowane straty Grupy Energa wyniosły ok. 600 mln zł, sięgając nawet 30 mln zł miesięcznie. Spółka zmuszona była płacić całkowicie nierynkową cenę na rzecz właścicieli farm wiatrowych, za którymi od początku stał i nadal stoi zagraniczny kapitał z Niemiec, Hiszpanii, Austrii, Japonii czy USA, współfinansowany przez zachodnie banki.

Dążąc do przeciwdziałania ponoszeniu przez Grupę Energa olbrzymich strat finansowych, Zarząd podjął działania zmierzające do zakończenia stanu związania spółki Energa-Obrót S.A. niekorzystnymi Umowami. Zgodnie z uzyskanymi opiniami prawnymi renomowanych kancelarii prawnych, istnieją poważne argumenty przemawiające za uznaniem, że Umowy są nieważne, w związku z rażącym naruszeniem prawa przy ich zawieraniu. Tezy te znajdują potwierdzenie w najnowszym orzecznictwie sądów (zob. wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 10 maja 2017 r. w sprawie o sygn. akt II GSK 2299/15). Mając na uwadze powyższe, Grupa Energa postanowiła zaprzestać wykonywania skrajnie niekorzystnych dla niej umów i wytoczyć powództwa zmierzające do uzyskania wyroków sądowych potwierdzających, że umowy od samego początku były nieważne.

Wytoczenie przez Grupę Energa powództw, co na konferencji prasowej podkreślał Prezes Daniel Obajtek, nie ma żadnego związku z wejściem w życie ustawy z dnia 20 lipca 2017 r. o zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii (Dz.U. z 2017 r., poz. 1593). Nieważność dwudziestu dwóch umów nie wynika bowiem ani nie wiąże się w żaden sposób z nowymi regulacjami dotyczącymi wysokości jednostkowej opłaty zastępczej. Ceny zielonych certyfikatów od czasu podpisania nowelizacji ustawy przez Prezydenta Andrzeja Dudę systematycznie zresztą rosną. Z kolei według wyliczeń Prezesa Jarosława Dybowskiego z Energa-Obrót S.A., oszczędności związane z zaprzestaniem realizacji umów mogą przynieść Grupie Energa w najbliższych latach ok. 2,1 mld zł. Te gigantyczne pieniądze mogą pozwolić m.in. na dokonanie szerokich inwestycji i w perspektywie lat przynieść korzyści nie tylko akcjonariuszom, ale również indywidualnym odbiorcom.

Działania te wpisują się także w szeroki plan reorganizacji Grupy Energa, zmierzającej do zapewnienia jej stabilizacji finansowej, a pośrednio do budowy bezpieczeństwa energetycznego Polski. Misją Zarządu jest sprawienie, by Energa przestała być postrzegana przez lobbystów jako źródło pozyskiwania kapitału dla zagranicznych koncernów, a zaczęła wreszcie służyć polskiej gospodarce.

Czy banki zapłacą 5 mld euro kar? Linux Polska ocenia nowe regulacje o ochronie danych osobowych (GDPR)

Z szacunków AllClear ID[1] wynika, że europejskie banki mogą zapłacić nawet 4,7 miliarda euro kar w ciągu pierwszych trzech lat od momentu obowiązywania nowej unijnej regulacji o ochronie danych (GDPR), czyli od maja 2018 r., jeżeli nie zastosują się do wprowadzonych zmian. W ciągu minionej dekady tylko największe europejskie banki padły ofiarą ataków co najmniej 27 razy[2], z czego niektóre więcej niż jednokrotnie. Z raportu Capgemini wynika, że naruszenia bezpieczeństwa dotyczą nawet 1 na 4 instytucje z sektora finansowego. Jednocześnie, tylko co drugi bank lub ubezpieczyciel posiada dziś adekwatną politykę bezpieczeństwa.

Jak pokazują badania, ataki, których celem są przechowywane przez instytucje finansowe dane osób fizycznych, stanowią realne zagrożenie biznesowe. Jeden na czterech przedstawicieli banków i firm ubezpieczeniowych, który brał udział w tegorocznym badaniu Capgemini przyznał, że jego instytucja padła ofiarą ataku hakerskiego.  Z kolei firma AllClear ID przeanalizowała średnią częstotliwość takich incydentów. Na jej podstawie obliczyła, że z momentem obowiązywania nowych przepisów, europejskie banki mogą się liczyć z koniecznością zapłacenia nawet 4,7 mld euro kar, jeśli nie spełnią wymogów stawianych przez nowe prawo.

Ważnym wyzwaniem jest nowy obowiązek poinformowania o naruszeniu bezpieczeństwa danych w ciągu 72 godzin od incydentu. Sankcjom podlega także m.in. użycie danych do innych celów niż te, na które użytkownik wyraził zgodę w momencie ich gromadzenia. Bowiem wedle nowego prawa, zakres wykorzystania danych zbieranych od użytkownika powinien zostać szczegółowo określony – instytucja finansowa, która pobiera dane od osoby wnioskującej o kredyt, nie może ich użyć do innych działań, np. do oceny wiarygodności klienta w innym obszarze. Ograniczeniom może podlegać także profilowanie i segmentowanie klientów i usług pod kątem wybranych danych, na wykorzystanie których nie została udzielona osobna zgoda.

Najpierw zmiana podejścia, potem inwestycje

Nowe regulacje w zakresie bezpieczeństwa danych osobowych wprowadzają na tyle rozległe zmiany, że instytucje finansowe obawiają się o nakłady finansowe potrzebne do ich wdrożenia.

Zanim instytucja zdecyduje się na inwestycje w konkretny produkt związany z nową infrastrukturą zarządzania danymi, powinna zacząć od zmiany swojego dotychczasowego podejścia do prowadzenia biznesu, w szczególności obrotu danymi osób fizycznych. Pierwszym krokiem powinien być audyt tego, w jaki sposób pozyskiwane i przechowywane są dane, do czego są później wykorzystywane, a także, jak zminimalizować ilość przetwarzanych informacji. Inwestycje w narzędzia IT, które pozwolą spełnić wymogi stawiane przez regulację, to dopiero kolejny etap przygotowań – komentuje Marek Najmajer, ekspert Linux Polska.

W świetle dotychczasowych przepisów instytucjom finansowym wystarczała ogólna zgoda na wykorzystanie danych osobowych pobieranych od klientów. Administrator tych danych pozostawał prawnie chroniony, jeśli wdrożył ogólne zasady bezpieczeństwa. Nowe regulacje oznaczają, że wiele systemów IT stosowanych w bankach i instytucjach od wielu lat i działających bez zarzutu, teraz przestanie spełniać swoje funkcje. Nawet dla dużego i dobrze prosperującego przedsiębiorstwa, kompletna zmiana dotychczas używanej infrastruktury IT i wymiana oprogramowania dbającego o bezpieczeństwo baz danych osobowych, byłaby niezmiernie kosztowna. Eksperci sugerują podejście minimalizujące koszty zmian w systemach, zapewniające szybkie korzyści ze wdrożenia. Takie rozwiązanie  polega na ograniczeniu zmian w istniejących już, trudnych do modyfikacji, aplikacjach i otoczeniu ich rozwiązaniami czuwającymi nad przepływem danych.

Zmiany regulacyjne wymagają uzupełnienia infrastruktury IT, która pozwoli na śledzenie nieupoważnionych prób pozyskania danych osobowych i rejestrację takich działań. Te systemy powinny z kolei współpracować z rozwiązaniami takimi jak platformy SIEM (Security Information and Event Management), które służą do zaawansowanej analityki zdarzeń i powinny zostać poszerzone o analizę zachowań użytkownika. Takie rozwiązanie pozwala z jednej strony na ochronę przed incydentami złamania bezpieczeństwa, z drugiej dostarcza dodatkowych informacji o wszystkich udostępnieniach, odczytach, zapisach, przekazaniach danych. Pozwala też na zweryfikowanie, czy na każde z tych udostępnień, została udzielona zgoda właściciela danych. Dodatkowo umożliwia sprawdzenie, czy dane nie zostały nielegalnie pobrane – wyjaśnia Marek Najmajer, Linux Polska.

Zdążyć na czas

Jednym z ważniejszych wyzwań związanych z przystosowaniem się przez instytucje finansowe do wprowadzenia GDPR jest krótki czas pozostały do momentu, kiedy zaczną obowiązywać regulacje (maj 2018), przy jednoczesnych wątpliwościach związanych z interpretacją przepisów.

Firmy, które do tego momentu nie rozpoczęły jakichkolwiek działań, już są spóźnione. Jeżeli chodzi o czekające je kary, jeszcze nie ma wykładni prawnej, więc nie ma pewności, jak będzie wyglądało w praktyce egzekwowanie nowego prawa. Dopiero pierwszy wyrok skazujący będzie wskazówką dla sądów, jak rozpatrywać takie sprawy. Wydaje się, że pomóc w uniknięciu lub ograniczeniu kar tym firmom, które jeszcze nie zaczęły przygotowań do wdrożenia nowych regulacji może rzetelna ocena ryzyka i analiza tych aplikacji i oprogramowania, którym dysponują obecnie oraz realny i wdrażany plan działań zmierzających do ograniczenia tego ryzyka – dodaje Marek Najmajer, Linux Polska.

[1] https://www.allclearid.com/business/resource/banks-breaches-billion-euro-fines/

[2] Według danych Consult Hyperion.

Jak skutecznie przygotować firmę do stosowania RODO – porady nie tylko dla przedsiębiorców

Już za dziewięć miesięcy – 25 maja 2018 r. zaczną obowiązywać przepisy europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych – RODO. Wprowadza ono zmiany, które dotyczą funkcjonowania wielu aspektów organizacji, dlatego warto odpowiednio wcześnie przygotować się do ich wdrożenia – wskazuje Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo. Jak to zrobić i kiedy warto skorzystać z pomocy zewnętrznej firmy?

Do dnia wejścia w życie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych każda organizacja pozyskująca i przetwarzająca dane swoich klientów lub współpracowników musi dostosować się do nowych przepisów. Konsekwencją niedostosowania się do zmian mogą być nie tylko kary pieniężne, ale także negatywne konsekwencje prawne i wizerunkowe.  Można ich uniknąć odpowiednio implementując przepisy RODO.

Sposoby na wdrożenie RODO

Podmioty zobowiązane do wdrożenia RODO mogą samodzielnie przygotować się na wejście w życie nowych regulacji wykorzystując własne zasoby kadrowe. Jeśli w organizacji funkcjonuje biuro bezpieczeństwa lub system, którego celem jest zapewnianie zgodności działania z prawem (compliance) proces implementacji przepisów powinien już przebiegać.

Inną możliwością jest zatrudnienie firmy wyspecjalizowanej w ochronie danych osobowych.

Skorzystanie z podmiotu, który posiada wypracowaną metodologię wdrażania nowego aktu prawnego może znacząco usprawnić cały proces oraz zagwarantować większą obiektywność działań. Należy pamiętać o tym, aby wybrać taką firmę, która oferuje wsparcie również po zakończeniu procesu wdrożenia RODO w formie, np. audytów kontrolnych lub pakietu szkoleń dla pracowników – wskazuje Tomasz Ochocki z Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Dopasowanie do potrzeb organizacji

Jednym z głównych założeń RODO jest to, aby organizacja zbudowała własny, adekwatny do profilu swojej działalności, system ochrony danych osobowych. Oznacza to, że we wszystkich etapach wdrożenia nowych przepisów powinny brać udział osoby, odpowiedzialne za dany obszar funkcjonowania firmy.

Zewnętrzni eksperci mogą wspomóc organizacje w dopasowaniu do wymogów RODO zachodzących w niej procesów. Z ich specjalistycznego wsparcia powinni skorzystać zwłaszcza właściciele firm, kadra zarządzająca oraz Administratorzy Bezpieczeństwa Informacji.

Wdrożenie RODO to złożony i wieloetapowy proces, który wymaga określenia przez administratora danych, czyli przedsiębiorcy, zakresu prac, przewidywanych kosztów, czasu realizacji oraz niezbędnych zasobów. Ze względu na jego interdyscyplinarny charakter – połączenia wiedzy m.in. z dziedziny prawa, informatyki, ciągłości działania czy zarządzania kryzysowego często okazuje się, że posiadane zasoby ludzkie nie gwarantują sukcesu planowanego projektu i warto zwrócić się do eksperta w tej dziedzinie. Przed podjęciem decyzji o współpracy należy jednak precyzyjnie określić zakres współpracy – mówi Tomasz Ochocki.

Porównując oferty zewnętrznych konsultantów należy sprawdzić, jakie elementy wdrożenia objęte są zaproponowaną ceną oraz czy nie zawiera ona ukrytych kosztów. Korzystana propozycja współpracy powinna obejmować dostosowanie wszystkich realizowanych przez organizację procesów przetwarzania danych osobowych.

Podział na Polskę A i B coraz mniej widoczny na rynku pracy

Dane z „Regionalnego Barometru Rynku Pracy” przygotowanego przez Work Service pokazują, że wraz z dobrą koniunkturą na rynku pracy zmieniają się też realia w poszczególnych regionach kraju. Najmniej pewni o swoją pracę nadal są mieszkańcy wschodniej części Polski, ale jednocześnie ponad 55% spodziewa się tam podniesienia poziomu wynagrodzenia – to wynik lepszy niż w centrum kraju. Najwięcej rekrutacji zapowiadają przedsiębiorcy w Małopolsce oraz na Śląsku i w tych województwach co ósma firma planuje podwyżki. Największe trudności z pozyskaniem pracowników występują na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie, do czego przyznaje się ponad 70% pracodawców.

Bezrobocie w skali całego kraju utrzymuje się na rekordowo niskich wskazaniach, choć nadal są miejsca w kraju, gdzie jest dwucyfrowe. Obecnie już w tylko w 2 z 16 województw mamy do czynienia z taką sytuacją (w warmińsko-mazurskim 12% i w kujawsko-pomorskim 10,4%). Co ciekawe w ostatnich miesiącach najbardziej poprawia się sytuacja we wschodnich województwach, gdzie stopa bezrobocia wyraźnie spada. Z najnowszych badań Work Service wynika, że obecnie najpewniej na rynku pracy czują się mieszkańcy południowo-zachodniej Polski – tam tylko 6% boi się utraty pracy. Nadal najbardziej utraty miejsca zatrudniania obawiają się mieszkańcy wschodniej części kraju – 15,6% czyli niewiele więcej niż w centrum, gdzie odsetek wynosi 14,2%.11

Podział na Polskę A i B coraz bardziej się zaciera. Gdybyśmy popatrzyli tylko na obawy o zatrudnienie to nadal regiony wschodnie odstają od reszty kraju. Jednak gdy przeanalizujemy już presję płacową to okazuje się, że we wschodniej części kraju jest naprawdę wysoka, bo aż 55,2% oczekuje tam w najbliższym czasie podwyżki. Wyższy wynik jest tylko w 3 województwach – zachodniopomorskim, lubuskim i wielkopolskim. Równocześnie ponad połowa osób we wschodniej Polsce uważa, że nową pracę znajdzie w miesiąc i jest to wynik znacznie lepszy niż w zachodniej części kraju. To pokazuje, że poprawa koniunktury na rynku pracy zaczyna rozlewać się na coraz większe obszary kraju, a  dotychczasowe różnice regionalne stają się coraz mniejsze i nie są już tak jednoznaczne, jak jeszcze 2-3 lata temu – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Problemy rekrutacyjne mają rozwiązać podwyżki

Najwięcej miejsc pracy w najbliższych miesiącach będzie powstawało w Polsce południowej. W województwach małopolskim i śląskim przeszło połowa firm planuje rekrutacje. To co dodatkowo może cieszyć kandydatów, to fakt, że w tym regionie 13% pracodawców planuje wzrosty wynagrodzeń. Co ciekawe na mapie Polski coraz wyraźniej widać regiony, w których notowane są wzmożone problemy rekrutacyjne. Niemal ¾ przedsiębiorców z południowo-zachodniej części kraju nie może znaleźć odpowiednich kandydatów do pracy, co powoduje, że w tym regionie obecni pracownicy czują się najbardziej spokojni o swoje zatrudnienie.

12Rosnące wyzwania rekrutacyjne po stronie pracodawców zaczynają przekładać się na większą skłonność do podwyżek. Z taką sytuacją mamy do czynienia, gdy spojrzymy na dwie przeciwległe części Polski – północ i południe. W tych regionach ponad połowa firm miała w ostatnim czasie problemy ze znalezieniem kandydatów i tam przedsiębiorcy najczęściej deklarują podniesienie poziomów wynagrodzeń, odpowiednio 17% i 13% badanych. Oznacza to, że firmy rywalizując na coraz trudniejszym rynku o kandydatów zaczynają sięgać do własnych kieszeni, aby oferować wyższe stawki – dodaje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach „Barometru Rynku Pracy VIII” zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało podzielone na dwie kategorie:

  • Pracowników – Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=515) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania), wyniki poddano procedurze ważenia. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATIBUS w okresie 19-24.07.2017 r.
  • Pracodawców – Badanie zrealizowano na próbie pracodawców (N=300) dobranych w kwotach dla wielkości zatrudnienia, po 100 wywiadów dla firm małych (10-49 pracowników), średnich (50-249 pracowników) oraz dużych (250+ pracowników), z uwzględnieniem województwa – miejsca prowadzenia działalności oraz branży firmy. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby to +/- 4,2%, a dla wyróżnionych trzech klas wielkości zatrudnienia +/- 10,2%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI Ad Hoc w okresie 14-27.07.2017 r.

Fat Dog Games (SITE S.A.) prezentuje nową strategię spółki

Zarząd SITE S.A. (“Spółka” lub “Fat Dog Games”) informuje, iż w związku z powołaniem nowego Zarządu Spółki – w osobie Pana Dariusza Skrzypkowskiego, pełniącego funkcję Prezesa Zarządu oraz Aleksandra Sierżęgi i Radomira Woźniaka pełniących funkcje Członków Zarządu – podjął decyzję o zmianie profilu działalności i rozpoczyna działalność w zakresie wydawania i koprodukcji gier cyfrowych.

Spółka, uchwałą Zgromadzenia Akcjonariuszy, w związku ze zmianą profilu działalności przyjmuje nazwę oraz brand Fat Dog Games oraz zmienia nazwę na Fat Dog Games S.A.

Fat Dog Games planuje działalność polegającą na pozyskiwaniu z rynku wartościowych produkcji growych, finansowanie i wspieranie produkcji, a po ich ukończeniu promowanie oraz wydawanie na platformach cyfrowych jak i w sprzedaży detalicznej.

Produkcje które nad którymi Spółka pracuje są na wczesnym etapie rozwoju i w celu ich ukończenia wymagają finansowania zewnętrznego.

W ramach strategii na lata 2017-2020 Fat Dog Games planuje koprodukcję równocześnie do 25 projektów oraz 20 premier gier w każdym pełnym roku obrotowym. Celem spółki jest osiągnięcie sprzedaży w wysokości minimum 200 tys kopii przynajmniej 2 gier w roku obrotowym.

Spółka zamierza osiągnąć cel poprzez:

1) 18 projektów w portfelu.

W związku z przejęciem przez Spółkę firmy Dopamine sp. z o.o., Fat Dog Games dysponuje od września 2017 roku 18 grami w produkcji, w tym trzema ukończonymi grami, a jedną wydaną na platformie Steam. Spółka jest gotowa do podpisania 3 nowych umów w pierwszej połowie września 2017 r.. W portfelu Spółki są produkcje z różnych gatunków growych, także z potencjałem e-sportowym jak War Builder League oraz Exorder.

2) Pozyskiwanie produktów o wysokiej jakości. Spółka pozyskała kojarzącą się pozytywnie wśród twórców gier ‘indie’ markę wydawniczą Fat Dog Games.

Spółka pozyskała doświadczony w branży produkcyjno-wydawniczej gier komputerowych zespół ze znanymi nazwiskami, który wykazuje odpowiednie kompetencje do oceny projektów. Spółka planuje pozyskiwać projekty możliwe do stworzenia w 12 miesięcy w małych zespołach. Spółka planuje wydawać nie więcej niż 300 tys. złotych na produkcję jednego tytułu.

3) Wysoki udział w zysku w projektach.

W związku z połączonym działaniem w zakresie wydawania, finansowania oraz koprodukcji Fat Dog Games zapewni sobie udział w zyskach na poziomie od 50% do 75% od każdego projektu.

4) Dywersyfikacja ryzyka.

Spółka wdrożyła strategię działania bazującą na statystyce i korelacji która wykazuje, że najpewniejszym i najmniej ryzykownym sposobem na sukces w branży gier jest dywersyfikacja ryzyka poprzez wydawanie dużej ilość różnych projektów oraz związane z tym zwiększanie szans sprzedażowych.

Model strategii Fat Dog Games zakłada, że niskie koszty produkcji pojedynczego projektu oraz zoptymalizowane efektem skali koszty promocji oraz sprzedaży spowodują możliwość koprodukcji dużej ilości gier, co powoduje zwiększenie szansy na realizację celu. W ramach dywersyfikacji ryzyka Spółka nie ogranicza się do konkretnych typów gier ani platform. Zarząd Fat Dog Games w procesie wyboru projektu kieruję się możliwościami przyszłej monetyzacji produktów.

5) Strategia sprzedażowa.

Spółka dysponuje kompetencjami do sprzedaży i promowania gier które finansuje. Spółka będzie realizować sprzedaż poprzez promowanie gier w kanałach społecznościowych oraz poprzez content marketing. Spółka prowadzi zaawansowane rozmowy z kluczowymi partnerami technologicznymi takimi jak Microsoft oraz przygotowuje swoje produkty pod dystrybucje na konsole.W strategii Spółki kluczową rolę odgrywa udział w targach growych, w szczególności w segmencie B2B w trakcie których Spółka pozyskuje kluczowych partnerów do współpracy.

Fat Dog Games uczestniczył tylko w 2017 roku w targach Taipei Game Show, ChinaJoy, Gamescom, PAX West, co spowodowało znaczny wzrost rozpoznawalności marki na świecie.Głównymi platformami na których Spółka będzie publikować produkcje są komputery osobiste oraz konsole. Rozwijany jest także segment gier mobilnym ze względów na dystrybucję na rynki azjatyckie. Spółka planuje sprzedawać swoje gry zarówno w ramach dystrybucji cyfrowej oraz detalicznej. Spółka posiada konto w serwisie Steam, a w trakcie PAX West rozpoczęła bezpośrednie relacje z Valve w ramach spotkania polskim firm growych ze Steam.

6) Współpraca z dystrybutorami na rynki azjatyckie.

Rynek Azja-Pacyfik to obecnie prawie połowa wartości sprzedaży na rynku gier (48,6%). Fat Dog Games w związku z tym przyjął strategię traktowania rynków azjatyckich jako kluczowego rynku zbytu. Spółka prowadzi zaawansowane rozmowy z partnerami z Japonii, Chin, Tajwanu oraz Singapuru. Spółka w IV kwartale 2017 roku ogłosi podpisanie kluczowych umów dystrybucyjnych z partnerami azjatyckimi.

Inwestorem strategicznym jest fundusz ERNE VENTURES notowany na NewConnect, którego udział w kapitale zakładowym Fat Dog Games po dokonaniu rejestracji emisji akcji serii F będzie wynosił 36%. Do dnia dzisiejszego poziom inwestycji w spółkę Fat Dog Games sięgnął już poziomu powyżej 1mln PLN. Ponadto ERNE VENTURES zadeklarował, iż w przeciągu dwóch kolejnych lat poziom inwestycji osiągnie poziom 5 mln PLN.

Spółka informuje, że nie zamierza kontynuować dotychczasowej działalności Spółki. Podsumowując Zarząd nie będzie kontynuował strategii rozwoju opublikowanej raportem EBI 14/2010 z dnia 13.12.2010.

EBC uspokaja inwestorów

Benoît Coeuré, członek zarządu Europejskiego Banku Centralnego, powiedział w poniedziałek, że kurs wymiany walut nie pływa już tak mocno na wzrost gospodarczy, jak to było w przeszłości. W tej sposób uspokajał inwestorów obawiających się, że silne euro negatywnie wpłynie na wzrost w strefie euro. Stwierdził też, że polityka monetarna eurolandu pozostanie luźna przez dłuższy czas, dodając, że EBC termin „średni horyzont czasowy” rozumie bardziej jako dłuższy niż krótszy okres. Tymczasem wspólna waluta traci na wartości wobec amerykańskiego dolara i brytyjskiego funta, a zyskuje do japońskiego jena.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do brytyjskiego funta (-0,1%) i dolara kanadyjskiego (-0,36%), a zyskuje do euro (+0,37%), dolara australijskiego (+0,24%) oraz japońskiego jena (+0,83%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,197, GBP/USD – 1,319, USD/CAD – 1,21, AUD/USD – 0,803 i USD/JPY – 109,3. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,47%) i kurs EUR/JPY wynosi 130,8, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,907. Złotówka traci do dolara, euro i funta, a kurs wobec franka szwajcarskiego pozostaje na podobnym poziomie. We wtorek rano dolar kosztuje 3,55 zł, euro – 4,25 zł, funt – 4,68 zł, a frank – poniżej 3,72 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 zyskał 0,49%, frankfurcki indeks DAX – 1,39%, a paryski indeks CAC 40 – 1,24%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 1,08%, meksykański indeks Bolsa – o 0,68%, a brazylijski Bovespa – o 1,7%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei podniósł się o 1,18%, chiński indeks Shanghai Composite zyskał 0,09%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,04%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 53,84 USD (+0,11%), a ropy WTI – 48,07 USD (+1,23%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca podniosła się o 1 USD do 55 USD. Z kolei cena złota kontynuuje spadki. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1325 USD. To 11 USD mniej (-0,82%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Rumunia – Produkcja przemysłowa (m/m), lipiec -1,5% (poprzednio -1,4%)
  • 8:00 – Rumunia – Inflacja CPI (r/r), sierpień – 1,2% (prognoza 1,45%)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Inflacja CPI (r/r), sierpień (prognoza 2,8%)
  • 10:20 – Wielka Brytania – Inflacja PPI (r/r), sierpień (prognoza 3,1%)
  • 14:00 – Polska – Inflacja bez cen żywności i energii (r/r), sierpień (prognoza 0,8%)
  • 15:45 – Strefa euro – Wystąpienie publiczne wiceszefa EBC

Przygotował zespół analityczny easyMarkets 

S&P może dziś podnieść prognozy dla Polski

Agencja S&P prawdopodobnie podąży śladem Moody’s i jeszcze dziś podniesie prognozy dla polskiej gospodarki, wspierając tym samym złotego i rozbudzając nadzieje na korektę w górę ratingu w październiku.

We wtorek złoty lekko traci do euro i dolara, stabilizuje się w relacji do szwajcarskiego franka i mocno traci do brytyjskiego funta, który drożeje o ponad 4 gr po publikacji sierpniowych danych o wyższej od prognoz inflacji w Wielkiej Brytanii. O godzinie 11:12 kurs EUR/PLN znajdował się na poziomie 4,2510 zł, USD/PLN 3,5540 zł, CHF/PLN 3,7140 zł, a GBP/PLN wzrósł do 4,7170 zł.

Funt, po zaskakujących danych o dużo wyższym od oczekiwań wzroście inflacji w sierpniu, jest dziś najdroższy od miesiąca. Brytyjska waluta od dołka w końcówce sierpnia podrożała już o 16 gr. Nie jest wykluczone, że w oczekiwaniu na czwartkowe posiedzenie Banku Anglii funt będzie dalej drożał, zarówno w relacji do złotego, jak i innych walut.

Złoty może natomiast umacniać się dziś do innych walut. Sprzyjać mu będzie nie tylko obserwowana poprawa nastrojów na rynkach globalnych, co neutralizuje „gołębi” ton ostatnich wypowiedzi Eryka Łona („w najbliższych miesiącach może być konieczna obniżka stóp procentowych o 50 pb”) i Jerzego Żyżyńskiego („stopy procentowe mogłyby pozostać bez zmian do połowy 2018 roku albo dłużej”) z Rady Polityki Pieniężnej (RPP), ale przede wszystkim prawdopodobna korekta w górę prognoz dla polskiej gospodarki przez agencję S&P, tak jak przed tygodniem uczynił to Moody’s.

O godzinie 16:00 polskiego czasu rozpocznie się konferencja S&P poświęcona regionowi Europy Środkowo-Wschodniej. W tym Polsce. W ocenie agencji perspektywy dla regionu poprawiły się. Naturalne jest więc oczekiwanie, że S&P podwyższy swoją prognozę dynamiki polskiego Produktu Krajowego Brutto (PKB) na 2017 rok z szacowanego obecnie poziomu 3,6 proc. w okolice 4 proc., co teraz jest rynkowym konsensusem (przypomnijmy, że Moody’s podniósł prognozę do 4,3 proc. z 3,2 proc.). Jednocześnie należy oczekiwać istotnego obniżenia prognozy deficytu sektora finansów publicznych na ten rok z dotychczas szacowanego poziomu 3 proc. PKB (Moody’s prognozuje 2,5 proc. PKB).

Lepsze oceny rodzimej gospodarki automatycznie rozbudzą nadzieje na wyższy rating. S&P decyzję w tej sprawie podejmie 20 października. Obecnie, po obniżce w styczniu 2016 roku, S&P utrzymuje rating dla Polski na poziomie BBB+. To o dwa poziomy niżej niż Moody’s i o jeden poziom niżej niż Fitch. Od grudnia 2016 roku rating ten ma on perspektywę „stabilną”.

Spodziewana dziś korekta w górę prognozy PKB, przy jednoczesnym znaczącym obniżeniu szacunków deficytu, to istotne przesłanki do podniesienia przez S&P perspektywy ratingu ze „stabilnej” do „pozytywnej”. Byłby to krok analogiczny do tego, jaki agencja w sierpniu podjęła wobec Węgier, gdy podniosła perspektywę węgierskiego ratingu na poziomie BBB- do „pozytywnej”.

Dlaczego S&P nie podniesie samego ratingu Polski? Przeciwko przemawiają przede wszystkim wciąż utrzymujące się ryzyka związane z osłabieniem otoczenia instytucjonalnego w Polsce (m.in. wojna o sądy), ostrym kursem jaki obrał rząd Beaty Szydło w sporze z Komisją Europejską, czy przyszłe zagrożenia dla finansów publicznych jakie niesie obniżka wieku emerytalnego.

Pozytywne sygnały wysłane przez S&P, wespół z poprawą klimatu inwestycyjnego na rynkach światowych, powinny we wtorek wzmocnić złotego oraz inne waluty regionu.

Większych emocji nie wzbudzi natomiast zaplanowana na godzinę 14:00 publikacja inflacji bazowej dla Polski, tak samo jak wczoraj takowych nie wywołała publikacja danych o sierpniowej inflacji CPI. Dane, podobnie zresztą jak cytowane wcześniej wypowiedzi Łona i Żyżyńskiego z RPP, nie zmieniają bowiem oczekiwań co do terminu pierwszej podwyżki stóp procentowych w Polsce. W dalszym ciągu należy zakładać, że nie nastąpi to wcześniej niż w IV kwartale 2018 roku. Z dużymi szansami na to, że w większości „gołębia” Rada wstrzyma się z tą decyzją do 2019 roku.

Marcin Kiepas, niezależny analityk

Bashware zagraża 400 mln komputerów z Windows 10

Eksperci ds. bezpieczeństwa z firmy Check Point Software Technologies wykryli nową „furtkę” dla działań hakerskich na komputerach z systemem Windows 10. Technika wykorzystuje funkcję WSL, pozwalającą na uruchamianie plików wykonywalnych systemu Linux. „Bashware” może potencjalnie zagrozić ponad 400 milionom urządzeń z systemem Windows 10!

2 1– Niedawno znaleźliśmy nową i niepokojącą metodę, która pozwala każdemu złośliwemu oprogramowaniu obejść nawet najpopularniejsze rozwiązania zabezpieczające, takie jak antywirusy nowej generacji, narzędzia do inspekcji i antyrasomware. Technika ta, nazwana Bashware, wykorzystuje nową funkcję Windows 10 o nazwie Subsystem for Linux (WSL), która niedawno została uruchomiona jako wersja beta, a obecnie jest w pełni obsługiwaną funkcją systemu Windows. – informują eksperci Gal Elbaz i Dvir Atias na stronach bloga firmy Check Point.

Funkcja WSL sprawia, że popularny terminal bash jest dostępny dla użytkowników systemu Windows, a tym samym umożliwia użytkownikom natywne uruchamianie plików wykonywalnych systemu operacyjnego Linux w systemie operacyjnym Windows.

Istniejące rozwiązania zabezpieczające wciąż nie są przystosowane do monitorowania procesów wykonywalnych w systemie operacyjnym Linux działającym jednocześnie pod systemem operacyjnym Windows w koncepcji hybrydowej, która umożliwia równoczesne uruchamianie kombinacji systemów Linux i Windows. Może to otworzyć drzwi dla cyberprzestępców, którzy chcą uruchomić złośliwy kod i pozwolić im na korzystanie z funkcji udostępnianych przez WSL w celu ukrycia przed zabezpieczeniami, które jeszcze nie zintegrowały właściwych mechanizmów wykrywania.

Według ekspertów Bashware powinien być poważnym ostrzeżeniem, ponieważ pokazuje, jak łatwo można skorzystać z mechanizmu WSL, aby omijać produkty zabezpieczające.

-Testowaliśmy tę technikę na większości wiodących produktów antywirusowych i zabezpieczających na rynku, z powodzeniem pomijając wszystkie. Oznacza to, że program Bashware może potencjalnie wpłynąć na 400 milionów komputerów z systemem Windows 10 na całym świecie. – dodają Gal Elbaz i Dvir Atias z Check Point Software Technologies.

Jak twierdzą przedstawiciele firmy Check Point, o nowej metodzie zostały poinformowane wszystkie firmy zajmujące się cyberbezpieczeństwem i wezwane zostały do natychmiastowych działań modyfikujących własne systemy bezpieczeństwa.

Przeterminowane zaległości firm budowlanych wynoszą ponad 4 mld zł

Przeterminowane zaległości firm budowlanych wobec sektora finansowego i partnerów biznesowych wynoszą 4,06 mld zł. W ciągu sześciu miesięcy kwota ta wzrosła o 259 mln zł (6,8 proc.). Widać jednak efekty poprawy koniunktury na rynku budowlanym, liczba firm niesolidnych dłużników zmalała o 256 do 31 267 przedsiębiorstw – wynika z danych BIG InfoMonitor oraz BIK. Opóźnione płatności ma na koncie niemal co szóste działające na większą skalę przedsiębiorstwo budowlane (spółka prawa handlowego) i co dwudzieste czwarte zarejestrowane jako działalność gospodarcza.

Z danych z baz Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że w ciągu pierwszego półrocza 2017 r. zaległości sektora budowlanego wzrosły z 3,8 mld zł do 4,06 mld zł. Mowa tu m.in. o niespłaconych w terminie kredytach oraz zobowiązaniach za usługi czy zakupiony towar, dla których opóźnienie wynosiło min. 60 dni, na kwotę co najmniej 500 zł.zaległości sektora budowlanego wzrosły z 3,8 mld zł do 4,06 mld zł

Po I półroczu więcej niezapłaconych w terminie zobowiązań mają zarówno małe (8,2 proc.) jak i większe firmy budowlane (6,2 proc.). Skala zaległości jest jednak mocno zróżnicowana, w zależności od wielkości przedsiębiorstwa. Wśród dużych firm – spółek prawa handlowego, problemy kontrahentom i bankom sprawia 15 proc. firm wobec 14 proc. pół roku wcześniej. Liczba płacących z opóźnieniem zwiększyła się tu o 375 do 5 717.Liczba płacących z opóźnieniem zwiększyła się tu o 375 do 5 717

– Ważne jest, aby ograniczyć ryzyko powstawania zatorów płatniczych i systematycznie monitorować sytuację finansową, a także wiarygodność płatniczą i kredytową kontrahentów. Niestety czasami brak płatności tylko jednego odbiorcy potrafi zachwiać płynnością finansową firmy. Nie można zdawać się wyłącznie na dobre relacje z kontrahentem. Ostrożnym warto być nawet w okresie lepszej koniunktury gospodarczej, bo zawsze występuje grupa firm o gorszej kondycji, charakteryzujących się słabszą dyscypliną płatniczą – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Zauważalnie skróciła się natomiast lista niesolidnych dłużników funkcjonujących jako działalności gospodarcze (zarejestrowanych w CEIDG) – o 631 podmiotów do 25 550. Spadek liczby niesolidnych dłużników i jednoczesne wydłużenie listy firm zarejestrowanych w CEIDG spowodowały, że w gronie małych firm odsetek niesolidnych dłużników zmalał z 4,8 do 4,2 proc. Niewykluczone, że jest to efekt obserwowanej od początku 2017 r. poprawy sytuacji na rynku budowlanym. Z miesiąca na miesiąc tendencja ta jest coraz bardziej dostrzegalna, w lipcu wzrost produkcji budowlano-montażowej, rok do roku, wyniósł niemal 20 proc. Stało się to głównie w następstwie inwestycji samorządowych, ale po części również ożywienia na rynku dużych inwestycji infrastrukturalnych jak drogi czy koleje.s-640-x (1)

Po okresie spowolnienia w ogłaszaniu przetargów w pierwszej połowie tego roku nastąpiło wyraźne odbicie – w ramach postępowań Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad wykonawcy złożyli oferty o wartości ponad 6 mld zł, a dla PKP Polskie Linie Kolejowe – na blisko 10 mld zł. Zdecydowana większość tych kontraktów realizowana jest w formule zaprojektuj i wybuduj, co oznacza, że znacząco przyczynią się do wzrostów za min. 18 miesięcy. Wtedy też spodziewamy się  szczytu koniunktury.

Dane GUS pokazują, że lipcowe zwiększenie dynamiki produkcji budowlano–montażowej wynikało z przyspieszenia wzrostu we wszystkich jej kategoriach w: „obiektach inżynierii lądowej i wodnej” w produkcja wzrosła w lipcu o 33,7 proc. rok do roku, „roboty budowlane specjalistyczne” zyskały 9,1 proc., a „wznoszenie budynków” 13,1 proc.

– Publiczny inwestor po roku zastoju ruszył na zakupy, tylko czy przewidział, że rynek ma swoją wydajność? Wysyp licznych nowych kontraktów to wzrost cen usług i materiałów, brak rąk do pracy i problemy z transportem. Już dziś wiele samorządów narzeka, że nie dostaje ofert w ogłaszanych przetargach, albo że jeśli już są, to przekraczają budżet – zwraca uwagę Rafał Sebastian Bałdys, wiceprezes Polskiego Związku Pracodawców Budownictwa. – Nie zmienia to faktu, że firmy budowlane mają powody do zadowolenia. Produkcja budowlana idzie w górę, napełniają się portfele zamówień. Perspektywa dalszych wzrostów też wydaje się pewna, a to spora odmiana po tym, jak w zeszłym roku budownictwo było kotwicą dla wzrostu gospodarczego Polski  – dodaje Rafał Sebastian Bałdys z PZPB.

Budownictwo jako jedyny dział gospodarki narodowej w ubiegłym roku doświadczyło spadku wartości produkcji i to o 6,9 proc. Główną przyczyną takiej sytuacji było znaczące ograniczenie zamówień ze strony sektora publicznego, spowodowane w dużej mierze wyhamowaniem realizacji projektów współfinansowanych ze środków Unii Europejskiej z nowej perspektywy finansowej. Najbardziej ucierpiało budownictwo inżynieryjne, którego wartość produkcji obniżyła się w 2016 r. o 14 proc., wznoszenie budynków straciło 7 proc. , a roboty specjalistyczne – 3 proc. (do których zaliczają się prace: przy różnego rodzaju instalacjach, w tym elektrycznych, wodno-kanalizacyjnych, rozbiórkach, związane z przygotowaniem terenu czy roboty wykończeniowe).

Największe prawdopodobieństwo spotkania niesolidnego dłużnika istnieje w budownictwie inżynieryjnymNajwiększe prawdopodobieństwo spotkania niesolidnego dłużnika istnieje w budownictwie inżynieryjnym

Stosunkowo najwięcej niesolidnych płatników znajduje się wśród firm budowlanych zajmujących się robotami inżynieryjnymi, czyli reprezentującymi najmniejszą część produkcji budowlanej (24 proc.).s-640-x

Odsetek przedsiębiorstw z kłopotami sięga tu 7,2 proc. Nieco lepiej wypadają firmy zajmujące się wznoszeniem budynków, gdzie jest 6,2 proc. niesolidnych płatników. Najkorzystniej sytuacja wygląda w grupie generującej największą część produkcji budowlanej, czyli wśród przedsiębiorstw budownictwa specjalistycznego, tutaj odsetek niepłacących w terminie wynosi 4,1 proc. Poniekąd może to być wynikiem najmniejszej skali spadków produkcji, jaka dotknęła w zeszłym roku właśnie firmy budowlane zajmujące się robotami specjalistycznymi. Zdecydowanie największą część z całej puli 4 mld zł zaległości, bo ponad 60 proc., przypada na przedsiębiorstwa wznoszące budynki.s-537-x

Nowe zamówienia pomogą, ale odwrócony VAT i brak rąk do pracy nie

Rokowania dla budownictwa są dobre, choć firmy budowlane zwracają uwagę na bariery – niską rentowność kontraktów, dużą konkurencję cenową, rosnące trudności z pozyskaniem pracowników, a co za tym idzie również kosztów zatrudnienia. Spośród nowych czynników największe kłopoty sprawiają firmom budowlanym zmiany dotyczące uszczelniania systemu podatkowego. Obowiązujący od stycznia tego roku w branży budowlanej odwrócony VAT na usługi podwykonawcze, powoduje trudności z utrzymaniem bieżącej płynności finansowej. Jego efektem może być też powstawanie zatorów płatniczych, a już na pewno zwiększenie kosztów finansowych.

 Budownictwo z Mazowsza i Śląska najbardziej zadłużone

Najwięcej działających firm budowlanych w Polsce znajduje się na Mazowszu, w Małopolsce oraz w Wielkopolsce. Mazowsze dominuje też pod względem kwoty przeterminowanego zadłużenia i liczby niesolidnych dłużników z sektora budownictwo. Odsetek firm z problemami sięga tu 5,5 proc. co akurat sytuuje województwo na trzeciej pozycji w kraju. s-427-x

Na pierwszym miejscu pod względem udziału firm z zaległościami wśród ogółu firm budowlanych są województwa: śląskie oraz dolnośląskie, gdzie odsetek problematycznych przedsiębiorstw wynosi 6,3 proc. przy średniej dla kraju 4,8 proc. To pokazuje, że właśnie w tych regionach firmy budowlane stosunkowo najczęściej mają kłopoty z utrzymaniem płynności finansowej pozwalającej na terminowe rozliczanie się z kontrahentami. Śląsk, Dolny Śląsk, ale także Mazowsze, Pomorze oraz woj. kujawsko-pomorskie to regiony w których najłatwiej wpaść w pułapkę zatorów płatniczych w relacjach z firmami budowlanymi.  s-418-x

Dobry początek tygodnia dla dolara i aktywów ryzykownych

Wczoraj słońce zaświeciło dla aktywów ryzykownych i dolara przy mniejszych obawach o Koreę Płn. i Irmę. Jednak jest jeszcze za wcześnie, by stwierdzić, czy mamy do czynienia z przejściowym odbiciem, czy zawiązaniem trwalszego ruchu, gdyż inwestorzy pozostają chimeryczni. We wtorek otrzymamy kolejne dane o inflacji (Szwecja, Wlk. Brytania) i kolejne głosy z ECB.

Bez bombowych (proszę mi wybaczyć) wiadomości z Korei Północnej, poniedziałek przebiegał pod dyktando „rajdu ulgi” z silną postawą rynku akcji a stratami bezpiecznych przystani. Mało prawdopodobna wydaje się eskalacja konfliktu po ogłoszonych w nocy nowych sankcjach nałożonych przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Twarde żądania USA zostały rozwodnione dla uzyskania poparcia Chin i Rosji. Blokada eksportu tekstyliów z Korei i częściowe wstrzymanie dostaw ropy będą bolesne, ale nie krytyczne. Korea Północna z pewnością odpowie na ustalenia, ale o ile nie przyjmie to formy kolejnego testu rakiety balistycznej, rynek przejdzie obok tego obojętnie.

Dolar zaliczył mocny start tygodnia i dziś widać pole do kontynuacji, choć trzeba pozostać czujnym. Narracja wokół USD przyjęła przyjazne oblicze. Huragan Irma (już zdegradowany do tropikalnej burzy) ominął Miami i przyniesie mniejsze straty. Jednocześnie prace na rzecz odbudowania zniszczeń na Florydzie i wcześniej w Teksasie i Luizjanie oznaczają wsparcie dla aktywności gospodarczej, a skok cen benzyny może zapewnić podbicie inflacji w kolejnych miesiącach. Osobiście nie chce mi się wierzyć, że rynek tak szybko obrócił się z pesymizmu wobec USD i teraz każdy czynnik czyta od pozytywnej strony, zatem zalecam ostrożność w gonieniu siły USD. Za kontynuacją odbicia przemawia przesycenie w krótkich pozycjach w ubiegłym tygodniu, które teraz grozi tzw. „short squeeze”. Mimo tego, aby ruch miał solidne podstawy, przydałoby się potwierdzenie fundamentalne. Na to trzeba poczekać do czwartkowych danych o CPI i dalej na przyszłotygodniowy komunikat FOMC.

Po wczorajszej posusze w danych wtorkowy kalendarz przynosi tylko nieznaczne podkręcenie tempa. Zaczynamy od inflacji ze Szwecji, gdzie rynek nastawia się na rozczarowanie po wczorajszym słabym odczycie z Norwegii. Odczyt może zaszkodzić koronie, ale lipiec i sierpień pokazały, że EUR/SEK przy 9,60 spotyka się z dużym ożywieniem sprzedających i tak też może być teraz. Rynek szuka dobrych poziomów do kupna korony, licząc na wyraźne umocnienie w średnim terminie wskutek odejścia Riksbanku od gołębiego nastawienia. W Wielkiej Brytanii inflacja CPI ma pozostać wysoko i potwierdzenie będzie podsycać rynkowe oczekiwania na jastrzębie przebłyski w czwartkowym komunikacie Banku Anglii. Co do samego stanowiska BoE nie mamy przekonania i nasz optymizm w stosunku do funta powoli zaczyna się wyczerpywać. Po południu warte odnotowania będzie wystąpienie wiceprezesa ECB Constancio. Wczoraj mieliśmy kanonadę komentarzy członków Rady Prezesów ECB, gdzie jednak nie było wzmocnienia presji na euro (po nieudanej próbie w wykonaniu prezesa Draghiego w zeszłym tygodniu). Coeure właściwie umniejszał wpływ siły waluty, a w pozostałych przypadkach jastrzębie pozostawali jastrzębiami, a gołębie – gołębiami. Jeśli EUR/USD ma zaliczyć głębszą korektę, to prędzej pod wpływem dolarowych impulsów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wschód czy zachód rynków wschodzących?

Dla jednych zaczęła się dekada handlu na rynkach wschodzących. Inni uważają, że kraje rozwijające są dla inwestorów największym źródłem ryzyka. Podczas gdy ETF odwzorowujące zachowanie spółek emerging markets są blisko rekordowych poziomów, indeks ryzyka dla aktywów z tego obszaru wzrósł dwukrotnie od początku roku. W jakim kierunki zmierzają rynki wschodzące?

16 sierpnia br., po 21 tygodniach nieprzerwanego napływu pieniędzy do funduszy inwestujących w akcje rynków wschodzących i po 28 tygodniach rosnącego zaangażowania inwestorów w rynek długu gospodarek rozwijających się, po raz pierwszy odnotowano odpływ środków z tych aktywów. Z funduszy akcyjnych ubyło 1,6 mld dolarów, a funduszy instrumentów dłużnych – 2,3 mld USD. Przerwana passa dla jednych oznacza koniec byczej szarży na rynkach wschodzących, dla innych jest oznaką typowej dla tych gospodarek niestabilności.

Największe ryzyko na świecie          

Pesymiści uważają, że rynek długu w krajach wschodzących (emerging markets – EM) jest już przegrzany. Julian Brigden z funduszu hedgingowego Macro Intelligence2 Partners doradził w sierpniu swoim klientom sprzedaż obligacji rynków rozwijających się, bo jak stwierdził, są przewartościowane i stwarzają obecnie „największe ryzyko na świecie” dla inwestorów.

John-Paul Smith, założyciel Ecstrat Ltd, jeden z niewielu strategów, którzy przewidzieli czteroletnie załamanie EM, jakie zaczęło się na początku 2011 r., w raporcie z lipca napisał, że dług i waluty krajów rozwijających się należą do trzech najgorętszych aktywów, obok euro i akcji spółek technologicznych.

Obydwaj menedżerowie należą do niewielkiej wciąż grupy inwestorów obstawiających spadki na rynkach wschodzących. Choć są to głosy mniejszości, nie brak im argumentów na rzecz tezy, że emerging markets są przewartościowane. Ich siła wynika częściowo ze słabości rynków rozwiniętych. Rynki wschodzące korzystają na deprecjacji dolara w tym roku. Dług wielu krajów rozwijających się jest denominowany w amerykańskiej walucie i tańszy dolar zmniejsza koszt obsługi zadłużenia. Kij ma jednak dwa końce. Dolar był w centrum zainteresowania inwestorów pod koniec 2016 i na początku tego roku, w związku z dużymi oczekiwaniami co do szybkiego wzrostu stóp w FED.

Wolniejsze tempo podwyżek spowodowało odwrót od amerykańskiej waluty i napływ środków do EM. Niedźwiedzie przekonują, że stabilizacja dolara negatywnie odbije się na rynkach wschodzących. Jeśli do tego w górę pójdą ceny obligacji krajów rozwiniętych, wtedy dług na emerging markets może znaleźć się w poważnych opałach.

Obligacje zaś drożeją od amerykańskich, po niemieckie bundy. Zdaniem części analityków, efekt może być równie dotkliwy jak skutki pamiętnego „taper tantrum” z 2013 r. Chodzi o panikę jaka ogarnęła rynek długu po tym jak Ben Bernanke, ówczesny szef FED, zapowiedział stopniowe wycofywanie się z luzowania ilościowego. Rynek wpadł w histerię i zaczęła się wyprzedaż obligacji EM co pociągnęło za sobą zjazd rynku FX. Waluty krajów wschodzących, jak obliczyła agencja Bloomberg, straciły 14 proc. , natomiast obligacje 7,3 proc.

Inwestycje w rozwój

Optymiści przekonują, że ostatnie spadki mają charakter przejściowy, są motywowane zdarzeniami politycznymi i nie mają związku z fundamentami. Odwrót inwestorów od bardziej ryzykownych aktywów nastąpił w związku ze wzrostem napięcia wokół Korei Północnej oraz niepokojami wewnętrznymi w USA po zamieszkach w Charlottesville i przewrotnych działaniach prezydenta Trumpa. Na początku 2016 r. fundusz Pacific Investment Management ogłosił, że nadciąga „dekada handlu” dla aktywów emerging markets.

Rzeczywiście, ostatnie kilka miesięcy to pasmo sukcesów na tych rynkach. W tygodniu poprzedzającym odpływ pieniędzy z funduszy inwestujących w dług i aktywa rynków wschodzących, indeks IShares MSCI Emerging Markets ETF (EEM) osiągnął najwyższy poziom od 2014 r., a w relacji do notowań S&P500 odnotował najwyższy kurs od dwóch lat. Od początku roku do 1 września indeks EEM zyskał już 28,22 proc. i jest to najwyższa dynamika od 2009 r. Z drugiej strony do historycznych maksimów z 2007 r. brakuje mu jeszcze 25 proc.

Zdaniem byczo nastawionych inwestorów, akcje EM są gotowe do szybkiego wzrostu. Fundamenty gospodarek wschodzących są o wiele zdrowsze niż z czasów turbulencji rynkowych z 2013 r., inna jest też ich struktura. UBS w nocie wysłanej do inwestorów na początku sierpnia wskazuje na istotną zmianę w zachowaniach rynków rozwijających się w czasach słabości dolara. W 2017 r. doszło jednak do przełamania tego wzorca. Słabość dolara jest tylko czynnikiem wspierającym, natomiast motorem wzrostu jest sektor IT. O ile indeks EEM wzrósł o około 25 proc. to akcje spółek technologicznych na tych rynkach zyskały 43 proc.

Konkluzja jest taka, że kraje rozwijające się dużo inwestowały w ostatnich latach w rozwój technologii i na zasadzie efektu tzw. żabiego skoku, mocno unowocześniły swoje gospodarki. Nie są one już, jak w poprzednich latach, uzależnione od cen na rynku surowców.

Indeks ryzyka w górę

Ostatnie lata to wreszcie czas istotnych zmian na poszczególnych rynkach emerging markets. W 2013 r. JP Morgan ukuł termin „fragile five” (tzw. „wrażliwa piątka”) odnoszący się do Brazylii, Indii, Indonezji, RPA i Turcji. Obecnie za słabe ogniwa uważana jest Korea Południowa, ze względu na ryzyka polityczne oraz RPA z powodu słabości politycznej i ekonomicznej. Analitycy Renaissance Capital uważają, że od 2013 r. wzrosła wrażliwość na wstrząsy takich krajów jak Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Bahrajn i Oman. RBC Capital Market na liście „kruchej piątki” umieścił Irak, Libię, Nigerię, Algierię i Wenezuelę, czyli kraje mocno związane z rynkiem ropy.

Niezależnie od różnic, wszystkie kraje rozwijające się uważane są za rynki podwyższonego ryzyka. Globalny indeks ryzyka, mierzony przez firmę doradczą CrossBorder Capital, wzrósł z 32,1 na koniec roku do 67,9 obecnie, osiągając najwyższy poziom od przeszło roku. Jednym z głównych czynników ryzyka jest bardzo duża liczba takich samych pozycji zajmowanych przez inwestorów, oczekujących wzrostów cen.

Wyceny, zdaniem JP Morgan, mogą jednak iść w górę, bo według ich prognoz, zyski spółek z EM (ponad 1 tys. analizowanych firm) wzrosną w tym roku o 20 proc., a w przyszłym o ponad 11 proc.

***
Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

Pracownicy firm powyżej 10 osób mają większe szanse na podwyżki. Ale muszą zabiegać o nie zbiorowo

Według ekonomisty Łukasza Komudy, dobra koniunktura na rynku sprzyja teraz podwyżkom, bo duża część pracodawców ma na nie środki. Jednak zatrudnieni muszą nauczyć się negocjować lepsze warunki pracy. Powinni zwiększyć swoją świadomość w zakresie wysokości zarobków w danej branży i zbiorowo bronić wspólnych interesów. Jeśli pracują w małej, kilkuosobowej firmie, która ma problem z utrzymaniem się na rynku, to faktycznie mogą niczego nie osiągnąć. Wówczas, zdaniem eksperta, warto pomyśleć o zmianie pracy na bardziej atrakcyjną.

Jak twierdzi przedstawiciel Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, właśnie teraz pracodawcy mogą być skłonni do tego, żeby dzielić się z pracownikami wypracowaną wartością dodaną. Stanowi ona nadwyżkę przychodów nad ponoszonymi przez firmę kosztami. Z perspektywy udziałowców, inwestycje w kadry zwykle są postrzegane jako marnowanie pieniędzy. Jednak, jak zaznacza Łukasz Komuda, zarząd firmy lub jej właściciel może zgodzić się na podwyżki, gdy zyska świadomość, że w przeciwnym razie straci dużą część kadry. To wiąże się z podniesieniem wydatków na rekrutację i przeszkolenie nowych osób w firmie. Ekspert dodaje, że pracownicy mogą też zagrozić pracodawcy akcją protestacyjną, strajkiem lub nagłośnieniem problemu zaniżonych pensji.

– Oczywiście nie wszyscy przedsiębiorcy mają środki na podwyżki płac. Należy wiedzieć, że ponad połowa polskich pracowników najemnych przypada na firmy zatrudniające do 9 osób. Tam, przez niewielką skalę działalności i obecność silnej konkurencji, marże są niskie, więc wartość dodana okazuje się niezbyt wysoka. Trudno oferować ludziom dobre warunki pracy, gdy problemem jest utrzymanie stanu posiadania, np. lokalu czy maszyn – mówi Łukasz Komuda.

Ekspert zwraca uwagę na to, że wzrost gospodarczy to suma wartości dodanych na rynku. To znaczy, że jedne firmy radzą sobie lepiej, a inne gorzej. Zwiększenie zamówień na usługi i produkty oznacza wyższe przychody przedsiębiorstwa, a przy założeniu kosztów stałych na określonym poziomie, również większe zyski. W ocenie Komudy, sytuacja ekonomiczna sprzyjająca podwyżkom z dużym prawdopodobieństwem potrwa przynajmniej do końca 2017 roku i nie dłużej, niż do połowy 2019 roku. To wynika z charakterystycznej zmienności 12-miesięcznej dynamiki stopy bezrobocia rejestrowanego.

– Zatrudnieni muszą jednak zwiększyć swoją siłę negocjacyjną w relacji z przedsiębiorcami tak, aby jak najwięcej skorzystać na obecnym wzroście gospodarczym. Będą mieli większą siłę przebicia, gdy zaczną grupowo reprezentować swoje interesy, najlepiej w ramach związku zawodowego. Będą poważniej traktowani, niż niezorganizowana grupa ludzi. Wygrają tylko wtedy, gdy nikt nie zgodzi się na wykonywanie pracy za określoną, niższą stawkę – zauważa Łukasz Komuda.

Ekonomista podpowiada, że punktem odniesienia dla pracowników może być wzrost wynagrodzeń w firmach zatrudniających powyżej 10 osób. Aktualnie wynosi on ok. 5%. Zatrudnieni powinni zdobyć wiedzę o płacach w swojej branży i na podobnych stanowiskach do tych, które wykonują. To pozwoli im stwierdzić, czy mają podstawy do starania się o podwyżki lub o pracę u konkurencji. Jak podkreśla Łukasz Komuda, zmiana pracodawcy to zwykle najprostszy sposób na poprawę warunków finansowych w Polsce.

– Na naszym rynku pracy bezrobocie utrzymywało się na dość wysokim poziomie przez ponad 20 ostatnich lat. To spowodowało, że wynagrodzenia zostały sprowadzone do relatywnie niskich stawek. Niektórzy eksperci twierdzą, że zatrudnionym płaci się tak mało, jak tylko jest to możliwe, zgodnie z prawem Davida Ricardo. Gdy zwiększyło się zapotrzebowanie na pracowników, przedsiębiorcy zaczęli zatrudniać więcej Ukraińców, którzy są gotowi pracować za stawki minimalne – zwraca uwagę ekspert z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Zdaniem Komudy, pracodawcy uznają, że taniej i lepiej jest ściągnąć pracowników z kraju, gdzie płaci się 4-krotnie mniej, niż u nas. W związku z tym, można zaproponować przyjezdnym gorsze warunki. Długoterminowo to oczywiście nie służy naszej gospodarce, bo utrzymuje niskie wynagrodzenia na rynku. A taki trend zachęca kolejne rzesze Polaków do emigracji na Zachód. Ponadto, powstrzymanie wzrostu płac jest równoznaczne z zahamowaniem konsumpcji. Ekonomista przypomina, że odpowiada ona za 60% naszej gospodarki na rynku wewnętrznym.

– W 2016 roku przybyło oświadczeń pracodawców o przyjęciu do pracy cudzoziemców z Ukrainy o ok. 65%. Liczba tych deklaracji w całej Polsce wyniosła ponad 1,2 mln. W pierwszym półroczu br. wzrost przyniósł kolejne 47%, w ilości 905 tys. Ze strony urzędów pracy pojawiają się sygnały, że jesteśmy blisko szczytu fali napływu osób z Ukrainy. Wraz ze spadkiem bezrobocia w naszym kraju, Ukraińcy zaczęli działać w usługach, np. fryzjerskich i kosmetycznych. Ponadto pracują jako taksówkarze, sprzedawcy, kasjerzy, magazynierzy, pakowacze i kierowcy – informuje Łukasz Komuda.

Jak wyjaśnia ekspert, Ukraińcy wolą przyjechać do nas, niż do Niemiec czy Francji, m.in. ze względu na mniejszą barierę językową i kulturową. Tutaj mają mnóstwo znajomych, więc mogą łatwo znaleźć kogoś, kto wskaże im tani pokój do wynajęcia oraz uczciwego pracodawcę. Plusem jest także bliskość geograficzna. Mogą tu przyjechać autobusem i wrócić do rodziny np. na święta. O wyjeździe dalej na Zachód myślą ci, którzy znają dobrze język angielski lub niemiecki, mają mniej kontaktów w Polsce i są bardziej skłonni do ryzyka.

– Tymczasem, część pracodawców w dużych polskich miastach narzeka na wymagania finansowe młodych pracowników. Jednak kandydaci do pracy mają do nich prawo, podobnie jak firmy do tego, żeby zaczynać rozmowę o wysokości pensji od kwoty tak niskiej, jak tylko się da. W małych miejscowościach wybór pracy jest bardziej ograniczony, co drastycznie pogarsza pozycję negocjacyjną  kandydatów na pracowników. Osoby, które wyjeżdżają z takich miejsc, początkowo mają często skromniejsze aspiracje finansowe i dopiero z czasem oczekują więcej – podsumowuje Łukasz Komuda.

Sposób reakcji na kryzys wizerunkowy może zdecydować o przyszłości marki. Z konsumenckim bojkotem w ostatnim czasie musiało się zmierzyć kilka firm

Sposób reakcji na kryzys wizerunkowy może zdecydować o przyszłości marki. Z konsumenckim bojkotem w ostatnim czasie musiało się zmierzyć kilka firm 1

Sierpień upłynął pod znakiem kryzysów wizerunkowych – ocenia Małgorzata Baran, redaktor PRoto.pl. Z krytyką musiały się zmierzyć PGE i Tiger, które wykorzystały w promocji rocznicę powstania warszawskiego. Z kolei jako seksistowskie zostały określone reklamy i zdjęcia napoju energetycznego Zbój oraz organizatora ekstremalnych biegów Runmageddonu. To, w jaki sposób marki reagują na negatywne komentarze, ma decydujący wpływ na postawę konsumentów i może się przełożyć na wyniki sprzedażowe.

– W sierpniu mieliśmy do czynienia z kilkoma mniejszymi lub większymi kryzysami marek. Już na samym początku miesiąca z sytuacją kryzysową musiało poradzić sobie PGE, które opublikowało reklamę nawiązującą do powstania warszawskiego. Na grafice znalazł się powstaniec na tle płonącego miasta oraz hasło informujące o tym, że PGE angażuje się we wspieranie instytucji kultury, m.in. Muzeum Powstania Warszawskiego. Znalazł się tam też dopisek sprzedażowy i to właśnie on wywołał krytykę internautów, po której firma zdecydowała się na zmianę hasła kampanii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Baran, redaktor PRoto.pl.

Znacznie większa krytyka spadła na właściciela napoju energetycznego Tiger. W rocznicę wybuchu powstania warszawskiego na profilu napoju na Instagramie pojawiła się grafika przedstawiająca dłoń z wystawionym środkowym palcem i hasłem „Chrzanić to, co było, ważne to, co będzie”. W związku z bardzo negatywną reakcją internautów firma Maspex, właściciel marki, przeprosiła i wpłaciła 0,5 mln zł na rzecz powstańców. Agencja J. Walter Thompson Group Poland, która odpowiadała za komunikację marki w social media, przeprosiła, mimo to umowa obu stron została rozwiązana. Wydawało się, że Tiger szybko się nie podniesie, zwłaszcza że w mediach co chwila pojawiały się apele o bojkot marki.

– Po wpisie na Instagramie Tigera Grupa Lotos zapowiedziała, że napój zniknie z półek na stacjach paliw. Z badania przeprowadzonego przez SW Research wynikało z kolei, że co czwarty Polak planuje bojkot produktów należących do koncernu Maspex. Okazuje się jednak, że sprzedaż napoju Tiger w małych sklepach w ostatnim czasie wcale nie spadła, a nawet nieznacznie wzrosła – podkreśla Baran.

Na początku lipca udział Tigera w sprzedaży małych sklepów sięgał 22,3 proc. Tuż po wpisie na Instagramie spadł do 19 proc., jednak ostatnie wyniki pokazują, że negatywny trend udało się odwrócić i sprzedaż zaczęła rosnąć.

– Dyskusję internautów wywołały także spoty reklamowe napoju energetycznego Zbój. Komentujący uznali, że przedstawienie w reklamach nagich lub półnagich kobiet jest obraźliwe i seksistowskie. Byli jednak również tacy, którym te reklamy się podobały. Sama marka nie za bardzo przejęła się krytycznymi opiniami – przypomina redaktor PRoto.pl.

Internautom nie spodobał się również wpis zachęcający do udziału we wrześniowej edycji ekstremalnego biegu Runmageddon. Sama treść nie wzbudziła specjalnych emocji, ale ilustrujące ją zdjęcie damskich pośladków już tak.

– Część komentujących uznała, że jest to wpis obraźliwy dla kobiet. Po krytyce marka zdecydowała się zamieścić przeprosiny, które również spotkały się z krytyką, ponieważ część internautów uznała przeprosiny za seksistowskie, a druga część uznała, że przeprosiny są niepotrzebne, ponieważ do sprawy trzeba podejść z dystansem – wskazuje Małgorzata Baran.

Krytyka spadła też na Główny Inspektorat Sanitarny. Sama kampania ostrzegająca przed tabletkami gwałtu i pozostawianiem bez opieki drinka była oceniana pozytywnie. Hasło „Mądra dziewczynka pilnuje drinka” wzbudziło jednak kontrowersje. Pojawiły się komentarze o seksistowskim podejściu do tematu.

– Samo przesłanie miało skłonić kobiety do pilnowania swoich drinków podczas imprezy. Chodziło o to, by pamiętały o zagrożeniu wynikającym z tzw. pigułki gwałtu. Część komentujących uznała jednak, że kampania przenosi odpowiedzialność za gwałty na kobiety, a samo nazywanie ich dziewczynkami jest protekcjonalne – mówi Małgorzata Baran.

80 proc. dzieci w wieku 7–8 lat ma własny smartfon. Korzystają z niego średnio 2,5 godziny dziennie

80 proc. dzieci w wieku 7–8 lat ma własny smartfon. Korzystają z niego średnio 2,5 godziny dziennie 2

Większość dzieci otrzymuje pierwszy smartfon w wieku ok. 8 lat – wynika z badania F-Secure i sieci Plus „Bezpieczny smartfon dla dziecka”. Wśród uczniów pierwszych klas szkół podstawowych już 80 proc. ma do swojej dyspozycji telefon, który łączy się z internetem. Średnio korzystają z niego przez 2,5 godziny dziennie. Większość rodziców deklaruje, że rozmawia z dzieckiem o bezpiecznym użytkowaniu internetu. Coraz częściej rodzice korzystają też z dostępnej u operatorów ochrony rodzicielskiej.

– Zgodnie z naszymi badaniami 8 na 10 dzieci w pierwszych klasach szkoły podstawowej ma już swój smartfon. Dzieci, które jeszcze mają zęby mleczne, zaczynają dzięki smartfonom wchodzić w świat bardzo dorosły jak na swoje możliwości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Małagocka, ekspert ds. prywatności w F-Secure.

Z badania F-Secure oraz sieci Plus „Bezpieczny smartfon dla dziecka” wynika, że dzieci pierwszy smartfon dostają w wieku 7–8 lat. Jeszcze kilka lat temu smartfon był popularnym prezentem komunijnym. Obecnie okazuje się, że większość dzieci w tym wieku już ma urządzenie mobilne i z łatwością się nim posługuje. Uczniowie, którzy mają swój telefon, rzadko się z nimi rozstają. Pozostała grupa – która jeszcze smartfonów nie ma – często korzysta z urządzeń innych osób, np. rodziców.

– Zgodnie z deklaracjami rodziców dzieci w przedziale 6–9 lat spędzają średnio 2,5 godziny przed ekranem telefonu, co w porównaniu do innych krajów, głównie Europy Zachodniej, plasuje nas dość wysoko. Oznacza to, że dzieci faktycznie nie tylko telefony mają, lecz także bardzo aktywnie używają ich każdego dnia – ocenia Małagocka.

Smartfony – zgodnie z założeniami rodziców – mają służyć dzieciom przede wszystkim do kontaktu. Większość opiekunów wskazuje, że z telefonu dzieci dzwonią (71 proc.) i piszą SMS-y (59 proc.). Dla rodziców posiadanie przez podopiecznego smartfonu zwiększa też poczucie bezpieczeństwa. Dzięki aplikacjom opartym na geolokalizacji, mogą łatwo sprawdzić, gdzie w danym momencie przebywa dziecko. Smartfony to jednak, zwłaszcza dla dzieci, źródło rozrywki: na telefonach grają (63 proc.), robią zdjęcia, kręcą filmy (59 proc.) oraz co istotne przeglądają strony internetowe. Te zaś mogą wprowadzić dziecko w świat dla niego jeszcze nieodpowiedni. Już małe dzieci potrafią składać litery, z łatwością mogą więc surfować po internecie, a przede wszystkim – ściągać aplikacje.

– Ku naszemu zaskoczeniu, aż 25 proc. rodziców deklaruje, że ich dzieci w tak młodym wieku korzystają z Facebooka, kolejne 10 proc., że z innych mediów społecznościowych – mówi ekspertka.  – To wszystko świadczy o tym, że te bardzo młode osoby mogą się zetknąć z przeróżnymi treściami w internecie – dodaje.

Przy wyborze telefonu dla dziecka rodzice kierują się przede wszystkim ceną (46 proc.), dopiero w drugiej kolejności zwracają uwagę na kwestie związane z bezpieczeństwem (18 proc. przy 58 proc., gdy bezpieczeństwo znalazło się wśród odpowiedzi sugerowanych). Przeważnie telefon dla dzieci wybierany jest z oferty ogólnej, nie tej skierowanej do najmłodszych. Rodzice troszczą się o dziecko przede wszystkim w świecie realnym, nie zawsze pamiętają, że równie duże niebezpieczeństwa czekają w sieci.

– Stąd właśnie specjalne aplikacje, takie jak Ochrona Internetu, które pozwalają ochronić dziecko przed ewentualnymi zagrożeniami – tłumaczy Marek Nowowiejski, kierownik ds. rozwoju usług w Plus.

Większość rodziców rozmawia z dziećmi, w jaki sposób bezpiecznie korzystać z internetu. Jednak co piąty rodzic w ogóle takiego tematu nie podejmuje. Zazwyczaj tłumaczą, że dziecko jest na to zbyt małe lub korzysta z internetu pod opieką dorosłego. Ci zaś rodzice, którzy deklarują, że rozmawiają o zagrożeniach, jakie niesie ze sobą dostęp do sieci, często robią to dopiero wówczas, gdy dziecko zapozna się już z treściami nieodpowiednimi do ich wieku. Tymczasem taką rozmowę warto przeprowadzić, gdy pojawia się pomysł zakupu smartfona dla dziecka i powtórzyć ją, gdy zaczyna korzystać z urządzenia mobilnego.

– Jest to kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa, żeby jak najwięcej dzieci znało zasady korzystania z internetu i potencjalne zagrożenia. Staramy się pomóc w tym, żeby rodzice mieli większą świadomość i wiedzieli, jak należy prowadzić takie rozmowy oraz w jaki sposób ochronić dzieci – mówi Nowowiejski.

Większość rodziców nie chce kontrolować tego, co ze smartfonem robi dziecko. Chcą uszanować jego prywatność. Co trzeci rodzic nie kontroluje stron, na które wchodzi ich dziecko. Tymczasem 1 na 15 najmłodszych z pierwszych trzech klas szkoły podstawowej miało kontakt ze stronami pornograficznymi. Co czwarty rodzic przyznaje, że ich kilkuletnie dzieci korzystają z aplikacji przeznaczonych dla nastolatków.

– Trzeba rozwijać kompetencje u rodziców. Staramy się to wprowadzić poprzez specjalne aplikacje dostępne w naszych ofertach tak, aby rodzice mieli ułatwiony dostęp do tego typu ochrony i uświadamiania dzieci – przekonuje ekspert z Plus.

Dostęp do niechcianych treści można ograniczyć nie tylko przez sprawdzanie na bieżąco odwiedzanych przez dziecko stron. Operatorzy oferują oprogramowania, które dobierają aplikacje na telefon dziecka czy pozwalają odciąć dostęp do sieci po określonej godzinie. Ponad połowa rodziców wskazuje, że chciałaby skorzystać z tego typu zabezpieczeń. Wśród osób, które jeszcze nie kupiły dziecku smartfona, 84 proc. przyznaje, że chciałoby skorzystać z aplikacji ochronnej.

Jak podkreślają eksperci, nie można zapominać, że niezależnie od rodzicielskiej kontroli, smartfon z dostępem do sieci nie pozostaje bez wpływu na zachowanie dzieci. Ponad 80 proc. rodziców wskazuje pozytywne i negatywne strony, choć przeważają zalety: możliwość kontaktu (65 proc.), kontroli (15 proc.) czy wsparcia w rozwoju dziecka (11 proc.).

Zgłoszenie do ZUS stało się prostsze. W ciągu 2 miesięcy z nowych możliwości skorzystało 14 proc. przedsiębiorców rozpoczynających działalność

Zgłoszenie do ZUS stało się prostsze. W ciągu 2 miesięcy z nowych możliwości skorzystało 14 proc. przedsiębiorców rozpoczynających działalność 3

Nowe przepisy ułatwiają początkującym przedsiębiorcom zgłoszenie siebie do ubezpieczeń w ZUS. Zgłoszenie przedsiębiorca może dołączyć zarówno do wniosku sporządzonego elektronicznie, jak i do wypełnionego w formie papierowej – w tym przypadku dokument ubezpieczeniowy przedsiębiorca składa razem z wnioskiem CEIDG-1 w organie ewidencyjnym. Wszystkie dane przekazywane są do ZUS automatycznie. Z obowiązujących od maja przepisów skorzystało już 14 proc. przedsiębiorców rozpoczynających działalność.

– Od 20 maja przedsiębiorca może dołączyć do wniosku CEIDG-1 dokumenty zgłoszeniowe ZUS. W zależności od rodzaju wniosku przedsiębiorca dołącza dokumenty, na podstawie których może zgłosić siebie do odpowiednich ubezpieczeń ZUS lub z nich wyrejestrować, zmienić swoje dane identyfikacyjne lub adresowe. Może również zgłosić lub wyrejestrować swoich członków rodziny z ubezpieczenia zdrowotnego – mówi agencji Newseria Biznes Monika Męczyńska z Departamentu Obsługi Klientów w Centrali ZUS.

Nowe przepisy ułatwiają przedsiębiorcom zgłoszenie siebie do ubezpieczeń w ZUS. Mogą to zrobić przy rejestracji w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Jeżeli zdecydują się na elektroniczną formę przekazania kompletu dokumentów, wszystkie formalności załatwią bez konieczności wychodzenia z domu.

– Dane, które przedsiębiorca uzupełnia we wniosku CEIDG-1 oraz na dokumentach zgłoszeniowych, są przekazywane automatycznie do ZUS. Zapisujemy je na kontach ubezpieczonego i płatnika, którymi jednocześnie jest przedsiębiorca – tłumaczy ekspertka ZUS.

Jeśli przedsiębiorca nie dołączy dokumentów zgłoszeniowych do wniosku CEIDG-1, będzie musiał je przekazać do ZUS tak jak dotychczas. Wprowadzone od maja udogodnienie od początku spotkało się z dużym zainteresowaniem przedsiębiorców.

 Do końca lipca 14 proc. przedsiębiorców, którzy rozpoczęli działalność gospodarczą, załączyło dokumenty zgłoszeniowe do wniosku CEIDG-1 – mówi Męczyńska.

Z wnioskiem CEIDG-1 przedsiębiorca może w urzędzie miasta, dzielnicy lub gminy zgłosić siebie do ubezpieczenia. Z nowego rozwiązania mogą też skorzystać osoby już prowadzące działalność, które w ten sposób wyrejestrują siebie z ubezpieczeń lub zmienią swoje dane identyfikacyjne lub adresowe. Przepisy pozwalają też na zgłoszenie lub wyrejestrowanie z ubezpieczenia zdrowotnego nie tylko przedsiębiorcy, lecz także członków jego rodziny. Do wniosku CEIDG-1 wystarczy wówczas dołączyć dokument ZUS ZCNA. Przedsiębiorca ma na to 7 dni od momentu powstania obowiązku tego zgłoszenia.

– Wniosek CEIDG-1, podobnie jak dokumenty zgłoszeniowe ZUS, przedsiębiorca może wypełnić papierowo lub elektronicznie. Jeśli zdecyduje się na formę papierową, jest zobowiązany przekazać dokumenty do organu ewidencyjnego, jeśli jednak zdecyduje się na formę elektroniczną, wystarczy, że dokumenty prześle przez internet – wyjaśnia Monika Męczyńska.

Nowe przepisy dotyczą wyłącznie zgłaszania przedsiębiorców do ubezpieczeń. Nie zmieniają się zasady zgłaszania do ubezpieczeń pracowników oraz innych ubezpieczonych, czyli zleceniobiorców, osoby współpracujące oraz członków ich rodziny, które muszą być zgłaszane przez przedsiębiorców do ZUS.

Energetyka inwestuje w nowe technologie. Kluczowymi trendami są elektromobilność, magazyny energii i internet rzeczy

Energetyka inwestuje w nowe technologie. Kluczowymi trendami są elektromobilność, magazyny energii i internet rzeczy 4

Sektor energetyczny w Polsce przechodzi technologiczną transformację. Inwestycje w innowacje mają pomóc firmom utrzymać się na rynku, wygrać z konkurencją i sprostać coraz surowszym wymogom klimatycznym. Największe koncerny energetyczne stworzyły już osobne podmioty, które mają rozwijać innowacje i współpracę ze start-upami. Kluczowe trendy to elektromobilność, magazyny energii, odnawialne źródła energii i internet rzeczy. Do tego niezbędna jest integracja energetyki z innymi branżami, zwłaszcza z branżą IT.

– W ostatnich dwóch latach polska energetyka mocno postawiła na innowacje. Narodowi liderzy powołali dedykowane spółki, które – bazując na biznesplanie – wybierają odpowiednich graczy, zarówno start-upy, jak i firmy, które już osiągnęły pewną dojrzałość biznesową. Dzięki nim chcą pozyskiwać nowe pomysły, które pozwolą uzyskać dodatkowe źródła przychodu, oddziaływać na wskaźniki jakościowe, takie jak satysfakcja czy lojalność klienta, albo rozwiązywać problemy kosztowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Górniak, lider obszaru strategii i transformacji cyfrowych w Deloitte.

PGE zamierza do 2020 roku przeznaczać 20 mln zł rocznie na rozwijanie współpracy ze start-upami. W czerwcu spółka utworzyła fundusz PGE Ventures, którego zadaniem jest zapewnienie grupie nowych pomysłów biznesowych i źródeł przychodu. W ubiegły wtorek 5 września 2017 r. podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy fundusz zainaugurował program wsparcia dla wybranych start-upów. Do końca roku zamierza poprowadzić 3–4 inwestycje kapitałowe.

Spółka PGNiG niedawno utworzyła natomiast inkubator InnVento, dedykowany naukowcom, start-upom i młodym innowacyjnym spółkom z branży energetycznej. W ten sposób zamierza wyłuskiwać pomysły i rozwiązania technologiczne, które najlepiej odpowiadają na wyzwania stojące przed energetyką.

Tauron i Energa zainwestowały najpierw w inteligentne liczniki. Ta druga powołała również spółkę-córkę Enspirion, która świadczy usługi w obszarze emobility i carsharingu samochodów elektrycznych. Prowadzi też projekt badawczy Living lab, w ramach którego w ponad 300 gospodarstwach domowych testuje innowacje i najnowsze technologie z zakresu smart home (m.in. narzędzia wspierające zarządzanie energią elektryczną). Energa określa ten projekt jako „pierwsze w Polsce laboratorium energetyczne”.

W stronę innowacji idzie też Enea, która chce przekształcić cały swój model biznesowy, żeby rozwijać się w kierunku innowacyjności. Postawi m.in. na elektromobilność i internet rzeczy. W ubiegłym roku spółka uruchomiła też fundusz venture capital Enea Innovation, który zainwestuje około 50 mln zł we współpracę ze start-upami, które mogą podnieść rynkową wartość firmy.

– Polska energetyka może być innowacyjna, ponieważ ma na to pomysł. Inwestycje w energetykę wiążą się właśnie z pomysłem na biznes, rozwój czy rozwiązanie danego problemu. – mówi Wojciech Górniak.

Także wiceminister energii Michał Kurtyka stwierdził w trakcie Forum Ekonomicznego w Krynicy, że przyszłością energetyki jest postęp technologiczny i integracja z innymi branżami – w szczególności z branżą IT. Ocenił również, że znaczącą rolę w zwiększaniu innowacyjności mają do odegrania start-upy, natomiast Polska powinna być bardziej zadowolona z poziomu innowacyjności sektora energetycznego.

– Technologie, na które powinniśmy postawić, muszą być rozpięte na całym łańcuchu wartości. Są to technologie związane z efektywniejszym procesem wytwarzania energii elektrycznej, lepszym przesyłem oraz lepszą analizą potrzeb klienta i tworzeniem nowych produktów.Są to również technologie, które umożliwiają integrację sektora energetycznego z innymi branżami. Mówimy tu o szerokim ekosystemie, m.in. o branży ubezpieczeniowej, paliwowej czy motoryzacyjnej – mówi Wojciech Górniak.

Unijne wymogi klimatyczne i surowe przepisy dotyczące emisji CO2, rosnące zapotrzebowanie na energię, kurczące się zasoby surowców i rozwój OZE wymuszają na branży energetycznej odejście od tradycyjnego modelu działalności i zwrot ku innowacjom.

– Inwestycje powinny być przede wszystkim dobrze przemyślane, bo jest to bardzo szeroki obszar. Zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Energii poszczególne obszary będą dobierane w sposób bardzo pragmatyczny. Dostosowujemy problem, który rozwiązujemy, dostosowujemy model danej firmy i sposób integracji tego pomysłu z naszymi graczami. Bardzo ważne jest też rozważenie aspektu skalowalności tego biznesu, zarówno na rynku polskim, jak i na rynkach zagranicznych – mówi ekspert firmy Deloitte.

W panelu „Nowe technologie w energetyce” na Forum Ekonomicznym w Krynicy wzięli udział m.in. Piotr Czak prezes PGE Ventures SA, Michał Kurtyka podsekretarz stanu w Ministerstwie Energii, Grzegorz Należyty odpowiedzialny za branżę w Siemens Polska oraz Grzegorz Nowaczewski, prezes Virtual Power Plant oraz Wojciech Górniak, dyrektor w Deloitte Digital.

W panelu „Nowe technologie w energetyce” na Forum Ekonomicznym w Krynicy, w którym wystąpił Wojciech Górniak z Deloitte, wzięli udział również m.in. Piotr Czak prezes PGE Ventures SA, Michał Kurtyka podsekretarz stanu w Ministerstwie Energii, Grzegorz Należyty odpowiedzialny za branżę w Siemens Polska oraz Grzegorz Nowaczewski, prezes Virtual Power Plant.

Polski rynek fintech wart 856 mln euro. Rozwój tego sektora napędzają m.in. coraz wyższe oczekiwania konsumentów dotyczące innowacji w finansach

Polski rynek fintech wart 856 mln euro. Rozwój tego sektora napędzają m.in. coraz wyższe oczekiwania konsumentów dotyczące innowacji w finansach 5

Wartość polskiego rynku fintechów to około 856 mln euro – szacuje Deloitte. Polska jest liderem w Europie Środkowo-Wschodniej w tym zakresie, ale mimo to wartość inwestycji venture capital w innowacyjne firmy z sektora finansowego wciąż jest niewielka. Mimo braku kapitału, nadrabiamy wykształconymi kadrami. Wysokie są również oczekiwania konsumentów dotyczące innowacji w finansach, co dodatkowo napędza rozwój tego sektora.

Wielu prezesów banków czy firm ubezpieczeniowych na Zachodzie, w USA czy Wielkiej Brytanii twierdziło, że największym zagrożeniem XXI wieku są dla nich małe start-upy fintechowe. Ja tak nie uważam, wręcz przeciwnie. Myślę, że największe pole do popisu pomiędzy tymi dwoma branżami tkwi we współpracy. Banki potrzebują małych, sprytnych start-upów technologicznych. One mają świeże pomysły na to, jak wykorzystać technologię na potrzeby konsumentów i partnerów biznesowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Loukas Notopoulos, prezes zarządu Vivus Finance.

Na świecie branża fintech rozwija się dopiero od kilku lat, za to bardzo dynamiczne. W 2015 roku wartość globalnych inwestycji w ten sektor sięgnęła 20,3 mld dolarów. Wartość polskiego rynku fintechów Deloitte wycenia na około 856 mln euro. Zdaniem analityków wartość inwestycji venture capital w fintechy w Polsce w stosunku do PKB wciąż wynosi tylko 0,005 proc., natomiast w globalnej skali venture capital odpowiada za około 70 proc. wartości całkowitych inwestycji w firmy finansowo-technologiczne (dane Deloitte z 2017 roku).

W Polsce fintechom jest bardzo trudno, ponieważ polskie banki są na wysokim poziomie zaawansowania technologicznego. Gdyby mBank, Alior czy dawne Inteligo, kupione przez PKO BP, funkcjonowały w USA, byłyby globalnymi dominatorami w branży fintechowej, łączącej technologię z finansami – mówi Loukas Notopoulos.

Jedną z głównych barier dla rozwoju sektora fintech jest brak wystarczającego kapitału na rozwój. Jednak prezes Vivus Finance ocenia, że w początkowej fazie ważniejszy jest dobry pomysł. O to w Polsce nietrudno, ponieważ mamy bardzo dobrze wykształcone kadry w sektorze finansowym i informatycznym.

– Na początku jest to faktycznie kwestia dobrego pomysłu, który odpowiada na jakąś potrzebę. Później osiągnięcie efektu skali wymaga kapitału, na przykład na marketing. Z drugiej strony, aby dotrzeć do partnerów biznesowych, potrzeba dobrego ambasadora i dobrych referencji – mówi Loukas Notopoulos.

Z raportu „Sektor finansowy coraz bardziej fintech” globalnej firmy doradczej PwC wynika, że prawie dwie trzecie (57 proc.) klientów banków jest skłonnych zastąpić doradcę rozwiązaniem technologicznym. Fintechy mogą w nadchodzących latach przejąć do 33 proc. światowego rynku usług finansowych – prognozuje PwC.

Polacy lubią szybkie przelewy albo minimum formalności przy pożyczkach online, ale nie do końca zdają sobie sprawę, że wykorzystują do tego rozwiązania fintechów. Przyzwyczailiśmy się, że tak powinno to wyglądać, jesteśmy wymagającymi klientami. Polacy bardzo szybko akceptują nowinki technologiczne. Przykładowo, w technologii bezstykowej jesteśmy w pierwszej trójce na świecie – mówi Loukas Notopoulos.

Prezes Vivus Finance ocenia, że przewagą branży fintech nad tradycyjnym sektorem finansowym jest możliwość dotarcia do bardzo szerokiego grona klientów nie tylko na lokalnym rynku, ale i na całym świecie. Dzięki temu, że fintechy wywodzą się ze środowiska internetowego, są w stanie bardzo szybko i szeroko spopularyzować swoje produkty i usługi.

– Sektor fintech jest w centrum zainteresowania nie tylko ludzi, którzy pracują w branży, ale również analityków, inwestorów, dziennikarzy. Zatem jest to prawdopodobnie najlepszy moment w historii tej branży. W Polsce nie widzę zbyt wielu barier dla rozwoju fintechów. Spółki, które działają w naszym ekosystemie, rozwijają się dosyć prężnie. Moja rada dla polskich twórców start-upów fintechowych jest taka, aby nie ograniczali się tylko do rodzimego rynku, ale zaczęli patrzeć globalnie. Tam jest miejsce dla polskich start-upów fintechowych – mówi Loukas Notopoulos.

Autobusy napędzane wodorem przyszłością komunikacji miejskiej. Niebawem w Polsce mają powstać pierwsze stacje wodorowe

Autobusy napędzane wodorem przyszłością komunikacji miejskiej. Niebawem w Polsce mają powstać pierwsze stacje wodorowe 6

Już w 2018 roku w Polsce mają powstać pierwsze stacje wodorowe. Dotychczas byliśmy pod tym względem białą plamą w Europie. Eksperci podkreślają, że powstanie infrastruktury jest konieczne, by napęd wodorowy miał szansę zaistnieć. Samochody napędzane wodorem są przyszłością motoryzacji. Ze względu na krótki czas ładowania i duży zasięg wygrywają z pojazdami elektrycznymi. Powstają nie tylko samochody osobowe, lecz także autobusy. Produkcyjną wersję autobusu zasilanego ogniwami wodorowymi ma już Ursus.

– Nasz kraj jest w tej chwili ciemną plamą na mapie tej części Europy, stacje wodorowe kończą się na granicy polsko-niemieckiej, z drugiej strony taka stacja wodorowa dostępna jest w Rydze. W Polsce nie mamy szansy zatankować samochodu na zewnętrznej, działającej komercyjnie stacji – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Mularczyk, PR Manager w Toyota Motor Poland.

Jeszcze w 2015 roku w Europie było 40 stacji tankowania wodoru, w 2020 roku ma ich być 200, a w 2025 roku ich liczba przekroczy tysiąc. Najbardziej rozbudowaną infrastrukturę ma Japonia, gdzie znajduje się ok. 100 stacji tankowania wodoru. Powoli doganiają ją jednak kraje europejskie. W Niemczech pierwsza stacja powstała w 2004 roku, obecnie działa ich już kilkadziesiąt. Łącznie do 2030 roku na całym świecie ma funkcjonować 4 tys. stacji. W Polsce mimo różnych zapowiedzi wciąż jeszcze stacji wodorowych brakuje.

– Liczymy na rozwój tej inicjatywy także w Polsce, rozmawiamy z kilkoma podmiotami na temat budowy takich stacji wodorowych, więc jestem pewny, że w 2018 roku pierwsze takie stacje w Polsce powstaną – zapowiada Mularczyk.

Powstanie infrastruktury jest konieczne, by w Polsce mógł się rozwijać trend samochodów napędzanych wodorem. Dla koncernów motoryzacyjnych to właśnie napędzane wodorem ogniwa paliwowe są przyszłością. Mogą skutecznie konkurować z samochodami elektrycznymi, których na koniec 2016 roku było już ponad 2 mln, a do 2040 roku już blisko 100 mln. Pojazdy napędzane wodorem mogą się sprawdzić przede wszystkim na dłuższych dystansach. Ich przewagą jest krótki czas ładowania, zbliżony do samochodów o tradycyjnym napędzie.

– Naładowanie takiego samochodu to czas od 3 do 5 minut, w przypadku elektryków nieosiągalny, także jeśli weźmiemy pod uwagę zasięg do 700 km. To olbrzymia różnica w stosunku do samochodów elektrycznych, gdzie pracuje się dopiero nad możliwościami 400–450 km. Mamy też łatwo dostępny węgiel, który możemy przetwarzać na paliwo wodorowe, to przetwarzanie jest czystsze. Energia zużytkowana przez taki samochód jest czystsza, więc niewątpliwie państwo powinno zwrócić na tego typu rozwiązania większą uwagę, niż ma to miejsce obecnie – tłumaczy Adrian Furgalski, wiceprezes zarządu Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Wodór jest paliwem znacznie bezpieczniejszym niż benzyna czy LPG, 14 razy lżejszym od powietrza, szybko więc ulatnia się, nie stwarzając zagrożenia dla pasażerów i auta. Co istotne, może być uzyskiwany w sposób nieszkodliwy dla środowiska i nie emituje spalin. Można go pozyskać z różnych źródeł, różnymi metodami, m.in. z wody czy węgla.

– Aby polski rynek był istotnym czy interesującym dla napędów wodorowych, przede wszystkim musi powstać infrastruktura dystrybucyjna dla czystego wodoru. To musi być czysty wodór, ewentualnie odpad, ale oczyszczony. Dopóki tego nie ma – tych stacji jest dopiero około 80 – dopóty pojazdy z napędem wodorowym pozostaną śpiewem przyszłości – ocenia Maciej Srebro, przewodniczący Rady Nadzorczej Ursus Bus.

Na rynku dostępne są trzy modele samochodów wodorowych, m.in. Toyota Mirai, której sprzedaż do 2020 roku ma sięgnąć 30 tys. sztuk. Nad samochodami wodorowymi pracują też inne duże koncerny: Honda, Lexus, BMW, Ford, Mercedes, Audi czy Hyundai. Ale pojazdy napędzane wodorem to nie tylko samochody osobowe, lecz także autobusy. W Polsce w lubelskiej firmie Ursus powstał właśnie taki pojazd przeznaczony do użytku w komunikacji zbiorowej zasilany wodorem – City Smile Fuel Cell Electric Bus.

– To autobus, który ma baterie elektryczne, dodatkowo zasilane są ogniwem wodorowym, co powoduje, że taki autobus może całą dzienną pracę przewozową zrealizować na jednym ładowaniu, co jest istotne z punktu widzenia budowy infrastruktury pod autobusy elektryczne, które nie przejadą na jednym ładowaniu całej pracy przewozowej w mieście takim jak Warszawa. W Polsce autobusy wodorowe to alternatywa dość hipotetyczna, brakuje czystego wodoru, natomiast w takich krajach jak Niemcy czy Holandia ten czysty wodór jest dystrybuowany, jest dużo stacji ładowania wodorem, w związku z tym ten rynek jest bardzo interesujący z punktu widzenia naszej obecności – przekonuje Srebro.

Łącznie po Europie jeździ nawet kilkadziesiąt autobusów napędzanych wodorem. Ich liczba ma dynamicznie rosnąć. Ursus ma produkować ok. 100 autobusów rocznie, w przyszłości produkcja ma sięgnąć kilkuset sztuk.

– Przewagę autobusu elektrycznego z ogniwem wodorowym stanowi to, że jest tańszy w eksploatacji i lżejszy. Na razie jesteśmy na samym początku drogi, te autobusy są drogie, rynki bardziej dojrzałe typu niemiecki czy holenderski są otwarte na tego typu rozwiązania, polski musi jeszcze chwilę zaczekać. Trzeba uruchomić stacje ładowania wodorem, być może przykład Toyoty, która wprowadziła seryjny samochód osobowy napędzany wodorem, to właśnie ten początek drogi, który wymusi budowanie dystrybucji wodorowej w Polsce – mówi Maciej Srebro.

Grupa Europa ubezpieczy klientów Lidla

Grupa Ubezpieczeniowa Europa pozyskała nowego, strategicznego partnera. Jest nim Lidl – czołowy przedstawiciel branży handlowej, który rozpoczyna sprzedaż zagranicznych i krajowych usług turystycznych pod marką Lidl Podróże. Nad wypoczynkiem jego klientów będzie czuwało Towarzystwo Ubezpieczeń Europa, które zaoferuje im ubezpieczenie turystyczne o najwyższym standardzie ochrony do kupienia w internecie.

Markę Lidl zna każdy Polak. Dlatego to dla nas ważne partnerstwo, które wpisuje się w naszą strategię odkrywania dla branży ubezpieczeniowej nowych kanałów sprzedaży. Mam nadzieję, że współpraca z Lidlem będzie rozwijać się i już wkrótce będziemy mogli poinformować o wspólnym wprowadzeniu do sprzedaży kolejnych rodzajów ubezpieczeń – mówi Marat Nevretdinov, wiceprezes Grupy Ubezpieczeniowej Europa.

Strategia Europy zakłada rozwój alternatywnych, nietradycyjnych kanałów sprzedaży i poszukiwanie nowych partnerów biznesowych. Realizując ją ubezpieczyciel, który do tej pory koncentrował się na dystrybucji polis za pośrednictwem banków, rozpoczął współpracę m.in. z firmami telekomunikacyjnymi, podmiotami z branży e-commerce czy dostawcami energii elektrycznej.

Klienci Lidl Podróże mogą liczyć na najwyższą klasę ochrony ubezpieczeniowej, gwarantowaną przez TU Europa. Przygotowane specjalnie dla nich ubezpieczenie podróżne oferuje unikalny standard i jakość w atrakcyjnej cenie.

Projektując produkt dla klientów Lidla, położyliśmy nacisk nie tylko na wysokie sumy ubezpieczenia, ale także na bardzo szeroki zakres ochrony. Nasze ubezpieczenie ma być tarczą, chroniąca przed wszystkimi zagrożeniami, które mogą zakłócić ich wypoczynek – mówi Jacek Wakulski, dyrektor Departamentu Programów Partnerskich w Grupie Europa.

Z oferty ubezpieczeń podróżnych będą mogli skorzystać zarówno wypoczywający w kraju, jak i za granicą. W przypadku wczasów zagranicznych, turyści mogą liczyć na wysokie sumy ubezpieczenia na pokrycie wydatków związanych z chorobą lub wypadkiem i kosztami ich leczenia: w wariancie Optymalnym do 80 tys. euro, a w wariancie Najlepszym do 500 tys. euro. Dodatkowo osoby ubezpieczone, nie znającego języka używanego w państwie, w którym wypoczywają, w przypadku zachorowania będą mogły skorzystać z konsultacji telefonicznych z polskim lekarzem.

Ubezpieczenie nie tylko będzie chronić przed skutkami zachorowania. Objęci ochroną mogą liczyć także na opiekę  i odszkodowanie w razie wypadku, ochronę bagażu podróżnego, sprzętu sportowego, telefonu komórkowego, kluczy i dokumentów oraz ochronę w przypadku nieumyślnego wyrządzenia szkód osobom trzecim lub ich mieniu.

Polisa podróżna dla klientów Lidla gwarantuje bez dodatkowych opłat ochronę w przypadkach szczególnych, za które według przyjętego na rynku standardu trzeba dopłacić. W szczególności chodzi o osoby, które są przewlekle chore (mają problemy np. z chorobą wieńcową, nadciśnieniem lub cukrzycą) lub chcą amatorsko uprawiać takie sporty jak narciarstwo, snowboard, nurkowanie czy windsurfing. Całość uzupełnia ochrona przed skutkami aktów terroru podczas wypoczynku poza granicami Polski.

TU Europa zaoferuje także klientom Lidla ubezpieczenie kosztów rezygnacji z imprezy turystycznej. To produkt, który chroni osoby, które kupują wypoczynek z wyprzedzeniem. W przypadku wystąpienia niespodziewanych przeszkód (takich jak choroba, wypadek, śmierć osoby bliskiej, utrata pracy czy akt terroru), które uniemożliwią im wyjazd, mogą liczyć na zwrot wydatków poniesionych na zakup wczasów.

Oferta ubezpieczeń turystycznych TU Europa dla klientów Lidla jest dostępna za pośrednictwem strony internetowej www.lidl-podroze.pl.

Najgroźniejsze cyberprzestępstwa przeciw domenom w 2017 roku

Cybersquatting, typosquatting, phishing i… napad z bronią w ręku – Hekko.pl wskazuje na najpopularniejsze taktyki przestępców działających przeciw domenom w 2017 roku.

Próby nielegalnego przejęcia domen internetowych to dziś chleb powszedni. Przykładów takich działań można mnożyć – to cybersquatting, typosquatting czy phishing. Czasem domenę można stracić przez własną nieuwagę, czasem w efekcie… napadu z bronią w ręku. Sprawdziliśmy, jak oszukują cyberprzestępcy w 2017 roku i co zrobić, gdy padniemy ich ofiarą?

Domanier czy cybersquatter?

Domanierzy to osoby zajmujące się kupowaniem, sprzedawaniem, parkowaniem i kolekcjonowaniem domen internetowych. Nierzadko i niesłusznie myleni są z cybersquatterami, których działanie polega na celowej rejestracji domen z nieużywanymi przez daną firmę rozszerzeniami, celem odsprzedania ich po odpowiednio zawyżonych cenach.

Cybersquatterzy działają w złej wierze, bazując na renomie firmy korzystającej z danej nazwy czy znaku towarowego. Co zatem zrobić, jeżeli padnie się ich ofiarą? Wszystko zależy od ustalonych priorytetów. Jeżeli rozszerzenie domeny nie jest zbyt popularne (to np. „.net.pl” czy „.co”), być może warto pogodzić się ze stratą. Drugą opcją jest podjęcie negocjacji z cybersquatterem i odkupienie domeny. Trzecim rozwiązaniem – skierowanie sporu do sądu, np. Sądu Polubownego ds. Domen Internetowych przy Polskiej Izbie Informatyki i Telekomunikacji w Warszawie lub Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie. Jeżeli udowodni się, że osoba, która zajęła domenę naruszyła prawo ochronne na znak towarowy czy dobra osobiste powoda, działała w złej wierze lub dopuściła się czynu nieuczciwej konkurencji, można doprowadzić do wycofania takiej rejestracji.

Jak ustrzec się cybersqattingu? Najlepiej zastosować profilaktykę i wykupić wszystkie najpopularniejsze rozszerzenia dla danej domeny, zatem nie tylko „.pl”, ale również „.com.pl”, „.com” i „.eu”.

Typosquatting, czyli celowa literówka

W tym przypadku oszustwo polega na rejestracji domeny o nazwie bardzo podobnej lub niemal identycznej do nazwy danej firmy lub marki. Przykładem może być adres tvn23.pl czy urządzamy.pl. Ten drugi można zakupić za nie bagatela 72 tys. złotych.tvn23

Dlaczego cyberprzestępcy stosują typosquatting? Ponieważ dzięki wykorzystaniu domeny o podobnie brzmiącej nazwie, mogą przechwytywać ruch internauty, kierując go na strony z reklamami lub własne portale (zwiększając w ten sposób liczbę odwiedzin i czerpiąc korzyści finansowe). Na szczęście sądy kładą coraz większy nacisk na kwestie związane z ochroną własności intelektualnych w internecie, traktując typosquatting jako korzystanie z cudzej marki i renomy dla uzyskania własnych korzyści.

Jak ustrzec się typosquattingu? Trzeba zarejestrować wszystkie alternatywne nazwy z możliwymi do popełnienia literówkami. Dobrze na tę okoliczność zabezpieczył się serwis aukcyjny allegro.pl. Po wpisaniu w wyszukiwarkę adresu z literówką – alllegro.pl, następuje słuszne przekierowanie na adres allegro.pl (choć allgero.pl kieruje już do typowego parkingu, czyli strony z reklamami).allgero

Phishing, czyli uważaj na maile

Kolejną praktyką jest phishing, w którym cyberprzestępca podszywa się pod inną osobę czy firmę w celu wyłudzenia informacji lub nakłonienia do wykonania określonych działań. Ofiara najczęściej otrzymuje maila z adresu do złudzenia przypominającego adres właściwego dostawcy usług, z fakturą proforma do opłacenia lub zachętą do zalogowania się lub podania jednorazowego kodu SMS. Jeżeli wykona się tego rodzaju działanie -konsekwencje zazwyczaj są poważne.

Jak uchronić się przed phishingiem? – Przede wszystkim należy dokładnie sprawdzać nadawcę maili, szczególnie jeżeli w załączniku znajdują się dokumenty obligujące do płatności lub generują konieczność kliknięcia w link. Dobrą ochroną jest też sprawdzanie certyfikatów SSL, szczególnie w dobie najnowszej aktualizacji Google Chrome, która oznacza jako niebezpieczną każdą stronę wymagającą podania danych i nieposiadającą SSL. Jeśli jesteś operatorem strony, koniecznie pamiętaj o ochronie swojej domeny odpowiednim certyfikatem – tłumaczy dr inż. Artur Pajkert.

Pilnuj terminów

Pamiętajmy, że sam fakt rejestracji domeny nie oznacza, że stajemy się jej właścicielem. Formalnie otrzymuje się czasową możliwość jej użytkowania. Dlatego, jeżeli nie przedłuży się domeny w odpowiednim czasie, trafi ona na giełdę, skąd będzie mógł kupić ją każdy, zgodnie z zasadą: „kto pierwszy, ten lepszy”.

Przykładem jest sytuacja, jaka spotkała Klub Parlamentarny „Prawo i Sprawiedliwość”. Klub nie przedłużył domeny kppis.pl, w wyniki czego obecnie pod tym adresem można znaleźć stronę Klubu Przyjaciół Pieczywa i Sera. Według wielu spektakularną gafą na rynku domen była też sytuacja z Tchibo z początku tego roku. Z niewiadomych powodów firma nie przedłużyła wartej kilkaset tysięcy złotych domeny kawa.pl. Przypomnijmy, że adres należał do Tchibo przez ponad 10 lat.

Jak więc uchronić się przed taką sytuacją? To proste – wystarczy ustawić sobie przypomnienie o przedłużeniu domeny.

Podsumowując, jak zabezpieczyć domenę?

  1. Zarejestruj domenę we wszystkich popularnych rozszerzeniach
  2. Zarejestruj alternatywne nazwy domeny z możliwymi do popełnienia literówkami
  3. Zwracaj uwagę na maile z załącznikami, szczególnie fakturami do opłacenia
  4. Pamiętaj o regularnym odnawianiu domen
  5. Nie daj się domenowym naciągaczom, zgłaszając problem do odpowiedniego sądu

Na koniec dość ciekawy przykład z życia wzięty. Kilka tygodni temu 43-letni Sherman Hopkins z Iowa w Stanach Zjednoczonych dokonał próby przejęcia domeny, grożąc jej właścicielowi… bronią palną. W efekcie strzelaniny obaj mężczyźni zostali ranni. Niestety nie udało się ustalić, o jaki adres chodziło.

Rynek domen rozwija się w sposób dynamiczny, a wraz z nim rośnie pomysłowość cyberprzestępców, szukających sposobów na łatwy i szybki zarobek. Obecnie najpopularniejszymi praktykami domenowych hakerów jest cybersquatting, typosquatting oraz phishing, choć domenę można stracić także na skutek własnych zaniedbań. Warto zabezpieczyć się na wszystkie te sytuacje, aby uniknąć bolesnych finansowo i wizerunkowo konsekwencji – podsumowuje Jakub Dwernicki, prezes Hekko.pl.

Dobre prognozy dla producentów pieczywa chrupkiego

Z danych pochodzących z Panelu Gospodarstw Domowych GfK wynika, iż w okresie od sierpnia 2016 do lipca 2017, w stosunku do analogicznego okresu lat poprzednich, wydatki gospodarstw domowych na kategorię pieczywa chrupkiego zwiększyły się o 7,4 proc. W ujęciu ilościowym zakupy kategorii wzrosły o 5,3 proc.

Analizowana kategoria pieczywa chrupkiego obejmuje pieczywo chrupkie typu wasa, wafle i snacki (mini wafle) ryżowe i kukurydziane, macę naturalną i smakową oraz naturalne i smakowe sucharki.

Magdalena Pac-Pomarnacka, analityk kategorii Panelu Gospodarstw Domowych GfK komentuje: „Pozytywny trend na rynku pieczywa chrupkiego wynika z rosnącej świadomości Polaków i dbałości o zdrową i mniej kaloryczną dietę, w której pieczywo jest jednym z produktów, których konsumpcję próbujemy świadomie ograniczać.”

Prognozy dla kategorii pieczywa chrupkiego są pozytywne. Dwa segmenty napędzające pozytywny trend dla całej kategorii to wafle ryżowe i kukurydziane, kupowane przez 54 proc. polskich gospodarstw domowych. W ujęciu ilościowym ich udział w całej kategorii wynosi 58 proc. Drugim segmentem jest pieczywo chrupkie typu wasa, kupowane przez 29 proc. polskich gospodarstw i stanowiące 27 proc. wolumenu kategorii. W okresie ostatnich 12 miesięcy obydwa segmenty zyskały nowych nabywców oraz odnotowały wzrosty w ujęciu ilościowym i wartościowym w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego.

Według danych pochodzących z Panelu Gospodarstw Domowych GfK, 66 proc. konsumentów kupuje pieczywo chrupkie przynajmniej raz w roku. W analizowanym okresie ostatnich 12 miesięcy przeciętny nabywca sięgał po produkty z tej kategorii około 7 razy, a podczas pojedynczego aktu zakupowego sięgnął po 200 g tego produktu. W skali roku przeciętne polskie gospodarstwo domowe kupiło blisko 1,3 kg pieczywa chrupkiego, wydając na nie średnio około 30 zł.

Biorąc pod uwagę miejsca zakupu i kanały sprzedaży, niemal 40 proc. całkowitej ilości pieczywa chrupkiego zostało zakupione w dyskontach. W stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego kanał ten znacząco zwiększył swoje udziały. Magdalena Pac-Pomarnacka dodaje: „Bardzo dobrze radziła sobie Biedronka. Sieć nie tylko przyciągnęła nowych nabywców kategorii, ale również zwiększyła intensywność zakupów oraz wydatki na kategorię.”

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z prowadzonego od ponad 20 lat Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8 tys. polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.

Kobiety współPRACUJĄCE” – portret aktywności zawodowej Polek

Ponad ¾ kobiet uważa, że ma niezbędne umiejętności, wiedzę i doświadczenie, aby poprowadzić własną firmę, podobny odsetek przychyla się także do stwierdzenia, że Polki są częściej od mężczyzn dyskryminowane na rynku pracy. Jednak blisko 30% kobiet jako preferowanego przełożonego wybrałoby… właśnie mężczyznę – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie firmy Nesperta, właściciela marki Semilac. To początek organizowanej przez przedsiębiorstwo akcji promującej przedsiębiorczość Polek.

Niska aktywność zawodowa kobiet w Polsce to poważny problem na rynku pracy. Dane Eurostatu wskazują, że wskaźnik dotyczący Polek jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej[1]. Przekłada się to m.in. ich problemy z wyjściem z długotrwałego bezrobocia oraz na trudniejszą sytuację finansową nie tylko samych kobiet, ale również całych rodzin.

Dlatego  firma Nesperta – właściciel marki Semilac opracowała raport pt. „Kobiety współPRACUJĄCE”, stworzony w oparciu o badanie przeprowadzone wśród Polek posiadających doświadczenie zawodowe. Wyniki zostały dodatkowo opatrzone komentarzami osób, którym tematyka aktywności zawodowej kobiet jest bliska – dziennikarek, pracownic naukowych czy przedstawicieli fundacji wspierających samorozwój.

Nasza firma od początku swojego istnienia miała na celu wyzwalanie kobiecego potencjału.  Chcemy, aby Polki były pewne siebie i swoich możliwości – również w miejscu pracy. Przystępując do opracowania tego raportuchcieliśmy odtworzyć swoisty obraz Polek na rynku pracy: ich przedsiębiorczości oraz solidarności zawodowej – powiedziała Paulina Piątek, PR manager w firmie Nesperta. Jesteśmy przekonani, że  dogłębne zrozumienie tej kwestii pomoże wypracować rozwiązania, które sprawią, że kobiety nie będą obawiały się zawodowych wyzwań i dostrzegą, jak wiele możliwości zapewni im współdziałanie – dodała.

Przedsiębiorcza jak Polka

Respondentki biorące udział w badaniu nie miały wątpliwości, że mimo pozytywnych zmian, które zaszły na rynku pracy w ostatnich latach, Polki wciąż nie mogą liczyć na równe traktowanie w środowisku zawodowym. Aż 72% badanych przychyliło się do stwierdzenia, że kobiety są częściej dyskryminowane zawodowo niż mężczyźni, a ponad 2/3 respondentek przyznało, że panie zbyt rzadko zajmują kierownicze stanowiska. Jednocześnie badane podkreślały, że „kobiety to doskonale wykształceni i wyszkoleni pracownicy” (81%).

Brak równościowej polityki w wielu firmach jest jednym z powodów, dla którego panie decydują się na założenie własnej działalności. Polki odznaczają się przy tym dużą przedsiębiorczością – już ponad co trzecia firma w naszym kraju została założona i jest prowadzona przez kobietę. Pod tym względem przewyższamy średnią europejską (odpowiednio 34% przedsiębiorstw w Polsce oraz 31% w UE). Badanie firmy Nesperta potwierdza ową chęć prowadzenia własnego biznesu – blisko 46% respondentek pozytywnie odniosło się do możliwości założenia działalności gospodarczej, przy czym istotnie częściej taką gotowość deklarowały kobiety w wieku 25-35 lat.

Warto zwrócić uwagę na wysoki odsetek badanych, które są przekonane, że posiadają odpowiednie kompetencje, aby poprowadzić własną firmę – taką opinię wyraziło 75% kobiet. Wśród głównych czynników, które skłaniałyby panie do założenia przedsiębiorstwa jest większy poziom niezależności zawodowej oraz perspektywa uzyskania wyższych dochodów. Badane zostały również zapytane o powody, dla których nie zdecydowałyby się na własny biznes. Najwięcej kobiet wskazało na „brak pomysłu na firmę”, „strach przed niepowodzeniem” oraz „brak własnych środków finansowych”.

– Przekonanie kobiet o tym, że posiadają odpowiednie kompetencje, aby stworzyć własną firmę nie są dla mnie zaskakujące; w swoim otoczeniu spotykam się z dowodami kobiecej przedsiębiorczości niemal każdego dnia – skomentowała Dorota Warakomska, Prezeska Stowarzyszenia Kongresu Kobiet. Z kolei czynniki, które zniechęcają do założenia działalności to problem ogólny, z którym zmagają się zarówno Polki, jak i Polacy.

Rzeczywistość zniekształcona

Szczególnie zaskakujące okazały się wyniki badania związane ze sposobem postrzegania kobiet na rynku pracy przez inne kobiety. Respondentki chwaliły przygotowanie merytoryczne pań oraz ich zaangażowanie w wykonywane obowiązki. Jednak zaledwie 7% badanych wskazało kobietę jako preferowanego przełożonego/współpracownika, uzasadniając, że mężczyźni są „bardziej konkretni”, „działają racjonalnie”, „kierują się kwestiami merytorycznymi”. Warto jednak zaznaczyć, że ponad 2/3 badanych uznało, że w środowisku zawodowym istotne są kompetencje, nie zaś płeć  pracownika.

Badane zostały zapytane również o to, czy kobiety zapewniają sobie wsparcie na płaszczyźnie zawodowej, czy są raczej nastawione na rywalizację. Opinie badanych rozłożyły się niemal równomiernie  – 33% uznało, że panie są solidarne, zaś 36% wskazało na współzawodnictwo.

Zdaniem ekspertów komentujących zgromadzone wyniki badań, jednym z wyzwań stojących przed kobietami na rynku pracy jest zmiana sposobu myślenia o sobie samych. Okazało się bowiem, że Polki często wzajemnie postrzegają  się w sposób stereotypowy, a to przekłada się na ograniczoną chęć współpracy z innymi kobietami oraz trudności w osiąganiu celów zawodowych.

Problem stosunkowo niskiej aktywności zawodowej Polek jest oczywiście zjawiskiem złożonym. Nie mamy jednak wątpliwości, że zachęcanie pań do zakładania własnych firm oraz promowanie kobiecej solidarności na rynku pracy są elementami, które pomogą w jego rozwiązaniu – tłumaczyła Paulina Piątek.

[1] 2017 Report on equality between women and men in the EU

Węgry biją płacowe rekordy. Czy w Polsce osiągniemy takie tempo wzrostu wynagrodzeń?

O Węgrach zrobiło się głośno. Na Węgrzech płace rosną o kilkanaście procent. Czy w Polsce można pójść tym śladem?

Węgry zaliczyły kryzysy walutowe, a to bardzo drastyczne katastrofy gospodarcze. Na kilka lat nawet obniżono wynagrodzenia w budżetówce. W Polsce nic podobnego się nie stało, nawet w okresie transformacji. W jaki sposób na Węgrzech tak duży wzrost wynagrodzeń stał się możliwy?

– Węgrom bardzo sprzyja ożywienie gospodarcze na świecie, ich gospodarka jest dwukrotnie bardziej otwarta niż to ma miejsce w Polsce – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Wyniki Banku Pocztowego za I półrocze 2017 r.

W I półroczu 2017 roku Grupa Banku Pocztowego poprawiła większość kategorii budujących dochody z podstawowej działalności, w tym wynik z tytułu odsetek oraz wynik prowizyjny. Jednocześnie Grupa skutecznie obniżała koszty działalności. Wypracowany zysk netto wyniósł 1,6 mln zł.

Zysk Banku Pocztowego w I półroczu 2017 r. wyniósł 1,6 mln zł, co w porównaniu do zysku osiągniętego rok wcześniej jest dobrym wynikiem, zwłaszcza przy uwzględnieniu faktu, że zysk wypracowany przez Grupę przed rokiem determinował istotnie jednorazowy przychód w wysokości 16,9 mln zł z tytułu transakcji sprzedaży akcji VISA Europe na rzecz VISA Inc.

Dochody Banku Pocztowego w I półroczu 2017 r. wyniosły 166,0 mln zł. Bank odnotował 4,0 proc. wzrost wyniku z tytułu odsetek, do poziomu 137,0 mln zł. Wynik z tytułu prowizji wzrósł zaś o 7,1 proc., osiągając poziom 26,0 mln zł. W I półroczu 2017 r. Grupa Banku Pocztowego skutecznie obniżała koszty działania, dzięki czemu spadły z poziomu 112,0 mln zł w I półroczu 2016 r. do 107,3 mln zł w I półroczu 2017 r. (-4,2 proc r/r). Wskaźnik relacji kosztów do dochodów C/I dla Grupy wyniósł 65,4 proc.

Jednocześnie w I półroczu 2017 r. Grupa Banku Pocztowego za sprawą wyższego wyniku z odsetek zrealizowała marżę odsetkową na dobrym, rynkowym poziomie 3,8 proc, tj. o 0,2 p.p. wyższym niż rok wcześniej.

– Możemy dziś wykazać 1,6 mln zł zysku, jaki Bank Pocztowy wypracował w I półroczu 2017 r. Jednocześnie traktujemy ten wynik jako punkt wyjścia do systematycznej poprawy osiąganych przez Bank rezultatów, na co pozwoli nam Strategia Banku do 2021 r., którą pod koniec czerwca br. przyjęła Rada Nadzorcza i którą od 2 miesięcy realizujemy – mówi Sławomir Zawadzki, Prezes Zarządu Banku Pocztowego.

Dalsza poprawa jakości

Po I półroczu 2017 r. Bank Pocztowy obsługiwał blisko 1,3 mln Klientów, pozyskując w ciągu 6 miesięcy ok. 40 tys. nowych Klientów detalicznych. Jednocześnie Bank koncentrował się na poprawie jakości prowadzonych rachunków, co wiązało się z koniecznością zamykania tzw. „uśpionych ROR”. W skutek prowadzonych działań liczba obsługiwanych przez Bank rachunków osobistych wyniosła 818 tys. przy jednoczesnej istotnej poprawie ich jakości – średni stan środków na rachunkach bieżących w Banku Pocztowym wzrósł r/r ponad 20 proc.

W I półroczu 2017 r. Bank utrzymał saldo kredytów konsumpcyjnych powyżej 2 mld zł – ich poziom obniżył się nieznacznie z 2,2 mld zł do 2,1 mld zł na koniec I półrocza br. Jest to efekt nieco słabszej sprzedaży w pierwszym półroczu br. po wdrożeniu z końcem marca nowego procesu sprzedaży kredytu gotówkowego, w związku z koniecznością poprawy jakości portfela. Bank sprzedał w ciągu 6 miesięcy 2017 r. kredyty konsumpcyjne o wartości 293 mln zł. Łączna wartość kredytów i pożyczek brutto udzielonych Klientom osiągnęła na koniec półrocza 2017 r. poziom 5,3 mld zł.

Saldo depozytów wzrosło łącznie w I półroczu 2017 r. o 3,2 proc., osiągając poziom 5,9 mld zł. Poziom depozytów detalicznych wzrósł w tym samym czasie o 4,0 proc. do poziomu 4,9 mld zł.

Aktywne półrocze

Pierwsze 6 miesięcy 2017 r. było dla Banku Pocztowego czasem intensywnej pracy w wielu obszarach. Pod koniec czerwca br. Rada Nadzorcza jednogłośnie zatwierdziła Strategię Banku Pocztowego na lata 2017-2021, definiującą miejsce bankowości pocztowej i Banku Pocztowego w polskim systemie finansowym.

W obszarze produktowym, w lutym br. Bank wprowadził do oferty 2 nowe rachunki osobiste – Bliskie Konto Pocztowego oraz Pocztowe Konto Bez Ograniczeń – w miejsce Konta Zawsze Darmowego.

Od marca br. Bank intensywnie pracował nad wdrożeniem oraz udoskonaleniem nowego procesu sprzedaży kredytu gotówkowego, w celu zwiększenia sprzedaży przy zachowaniu oczekiwanej jakości. Ponadto w maju br. na rynku zadebiutowała pierwsza wspólna karta płatnicza Banku Pocztowego i Poczty Polskiej, będąca symbolem synergii w Grupie Poczty Polskiej. W obszarze płatności bezgotówkowych Bank wprowadził do oferty także naklejki płatnicze oraz udostępnił usługę bezpiecznych płatności internetowych w standardzie 3D-Secure. Zarówno nowe rachunki, jak i Kredyt Pocztowy promowane były poprzez telewizyjną kampanię. Dalsze uatrakcyjnianie oferty produktowej znalazło uznanie w rankingach eksperckich. Wśród wielu z nich szczególnie ważne było wystawienie bardzo dobrej oceny Bankowi Pocztowemu przez Klientów w badaniu ARC Rynek i Opinia w marcu br. – 2. miejsce w rankingu satysfakcji Klientów detalicznych banków, 3. miejsce w rankingu lojalności, 1. miejsce w rankingu opłat i prowizji oraz tytuł „Bank doceniany przez Klientów”. Warto podkreślić też zajęcie 1. Miejsca przez Bliskie Konto Pocztowego w sierpniowym rankingu TotalMoney.

Dążąc do ciągłego podnoszenia satysfakcji Klientów z usług Banku, od lipca br. bankowe Contact Centre zaczęło działać w trybie dostępności 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.

Bank Pocztowy angażował się także w perspektywiczne inicjatywy będące spójne z jego misją. Dlatego m.in. podpisane zostały: porozumienie o współpracy z Pełnomocnikiem Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych oraz PFRON pod Patronatem Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w marcu br., a także list intencyjny dot. partnerstwa w realizacji projektu „Własnościowe dla Rodziny 500+” w ramach programu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego DIALOG w czerwcu br. Bank Pocztowy dołączył także do programu akceleracyjnego „GammaRebels powered by Poczta Polska”. Celem Banku jest skorzystanie potencjału, jaki daje współpraca ze start-upami w obszarach bezpieczeństwa, edukacji, komunikacji oraz narzędzi skierowanych do grup wykluczonych finansowo.

Bank w drugiej połowie roku

Również druga połowa 2017 r. zapowiada się w Banku Pocztowym bardzo intensywnie. Trwa odliczanie do startu nowej marki – EnveloBanku. Ma ona przyciągnąć nowych Klientów, dla których naturalnym środowiskiem jest internet, a którzy dotychczas nie korzystali z usług Banku Pocztowego.

Ponadto Bank prowadzi działania mające na celu poprawę efektywności działania, m.in. poprzez budową wspólnego z Pocztą Polską modelu zarządzania siecią naziemną czy zrównoważony wzrost sprzedaży kredytów konsumpcyjnych w oparciu o unowocześniony proces kredytowy. W ramach oferty Banku Pocztowego – ma ona być rozbudowywana zarówno w zakresie obsługi Klientów detalicznych, jak i mikrofirm, przy zachowaniu dotychczasowej transparentności i dostępności.

W sierpniu br. Bank ustanowił nowy Program Emisji Obligacji do maksymalnej łącznej wartości nominalnej 500 mln zł, skierowany do inwestorów instytucjonalnych.

Na dzień 29 września 2017 r. zostało zwołane Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Banku Pocztowego S.A. dotyczące podwyższenia kapitału zakładowego poprzez emisję akcji. Zgodnie z zaakceptowaną przez Radę Nadzorczą w czerwcu 2017 r. Strategią Banku Pocztowego na lata 2017-2021, jeszcze w tym roku powinno nastąpić dokapitalizowanie Banku przez dotychczasowych Akcjonariuszy w kwocie 90 mln zł w proporcji zgodnej z dotychczasowym akcjonariatem.

Andrzej S.Bratkowski: Niepewność polityki rządu hamuje inwestycje firm

Duży wzrost produkcji budowlanej jest zaskoczeniem. Czy stwarza nadzieje na przyspieszenie inwestycji przedsiębiorstw, które są na rekordowo niskim poziomie w skali kilkunastu lat?

Wzrost inwestycji jest najważniejszy, jeżeli za kilka najbliższych lat gospodarka ma się rozwijać, a PKB ma rosnąć. W lipcu produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 19,8 proc. Właściciele polskich firm zaczęli inwestować?

– Produkcja budolano-montażowa to tylko około 1/3 nakładów inwestycyjnych – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Andrzej S.Bratkowski, były wiceprezes NBP i b.członek Rady Polityki Pieniężnej. – Aby dowiedzieć się czy ta dynamika oznacza przyśpieszenie inwestycji musimy poczekać na bardziej szczegółowe dane GUS.

Ekspert dodaje: – Wzrost inwestycji nadal hamuje duża niepewność dotycząca polityki rządu, także dotycząca współpracy z UE.

Prezydencka koncepcja Trójmorza dotycząca energetyki

Koncepcja Trójmorza dotyczy współpracy energetycznej pomiędzy krajami Bałtyku, Adriatyku i Morza Czarnego. Kojarzona jest z koncepcją J.Piłsudskiego, jednak dotyczy wspólnej infrastruktury gazowej. Jaka jest prezydencka koncepcja?

– Ta koncepcja powstaje głównie dzięki wsparciu Komisji Europejskiej i ten wysiłek dotyczący infrastruktury, to jest pomysł na współpracę, która gdzie indziej nam nie wychodzi – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Trzeba ją budować krok po kroku.

Ta koncepcja dotyczy takich krajów, jak: Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Węgry, Łotwa, Litwa, Polska, Rumunia, Słowacja i Słowenia.

Odbicie od bezpiecznych przystani

Dość spokojny kalendarz makroekonomiczny pozwolił inwestorom zwrócić uwagę na wypowiedzi bankierów centralnych. Rynek walutowy stał się przez moment zakładnikiem słów Benoîta Coeuré z ECB, który częściowo zasugerował możliwość przeprowadzenia interwencji w sytuacji dalszej aprecjacji euro. Nagłego zwrotu akcji nie zapewniły natomiast komentarze przedstawicieli Rady Prezesów zawarte w broszurze Eurofi, gdzie koncentrowano się na stopniowym oraz przejrzystym porzucaniu ekspansywnej polityki pieniężnej. Swoje pięć minut miał również Eryk Łon, jeden z najbardziej gołębich członków RPP. Jego zdaniem nie należy wykluczać nie tylko obniżki stóp o 50 pb, ale również potencjalnych interwencji osłabiających złotego.

Niekwestionowaną gwiazdą na rynku walutowym okazał się być amerykański dolar niesiony solidnym skokiem rentowności. W gronie walut G10 jego wyższość najsilniej uznała norweska korona (-1,3 proc.), która znalazła się pod presją wysoce rozczarowującego szacunku inflacji za sierpień. Według najnowszych danych dynamika cen konsumenta spowolniła do 1,3 proc. r/r (konsensus: 1,7 proc.) pomimo obecności dość korzystnych efektów bazy. Brak dodatkowych spięć na linii Waszyngton-Pjongjang skutkuje odpływem kapitału z bezpiecznych przystani, za które uważa się japońskiego jena (-1,2 proc.) oraz szwajcarskiego franka (-1,0 proc.). W przypadku euro (-0,6 proc.) należy mówić o nieco skromniejszym ruchu, bowiem na koniec dnia EUR/USD balansuje przy 1,1960.
W gronie walut państw Emerging Markets najbardziej udane notowania ma za sobą rosyjski rubel (0,4 proc.), który znalazł się na szczycie za sprawą publikacji rachunków narodowych.

W II kwartale rosyjska gospodarka rozwijała się w tempie 2,5 proc., potwierdzając tym samym fenomenalny wstępny odczyt. Nieco niżej plasuje się turecka lira, która na przestrzeni dnia zyskuje 0,3 proc. W wyraźnym odwrocie znajdują się waluty Europy Środkowo-Wschodniej. W powyższym rankingu najsilniejszy ruch w stronę południa notuje złoty (-0,6 proc.), któremu wtóruje węgierski forint (-0,6 proc.). Na koniec dnia EUR/PLN balansuje przy 4,2440, USD/PLN przy 3,5470, GBP/PLN przy 4,6750, a CHF/PLN wraca do 3,7220.

W trakcie poniedziałkowej sesji swoje pięć minut miała polska gospodarka. W sierpniu dynamika cen finalnie spowolniła o 0,1 proc. wobec uprzednio podanych 0,2 proc., co jest zasługą przetasowań na rynku ropy naftowej. Wpływ dość silnego wzrost cen paliw (2,2 proc. m/m) starały się niwelować niższe ceny żywności (-0,7 proc. m/m), której spadek to pokłosie tańszych artykułów na targowiskach – według szacunków GUS za warzywa oraz owoce płaciło się odpowiednio 8,1 proc. oraz 4,0 proc. mniej. Uwagę zwracały również wskazania subindeksu odzieży i obuwia. W tym przypadku spadek cen na poziomie 2,5 proc. m/m należy wiązać z wyprzedażą kolekcji letniej oraz ze stopniowym wprowadzaniem modeli ubrań przewidzianych na zdecydowanie niższe temperatury.

Początek tygodnia na europejskich parkietach stał pod znakiem dość pokaźnych wzrostów. Na czele głównych indeksów uplasował się IBEX 35 (1,9 proc.) za sprawą pozytywnych nastrojów w sektorze bankowym. Nieco mniej pokaźnych ruchem może popisać się frankfurcki DAX (1,4 proc.), którego motorem napędowym okazały się walory reasekuratora Munich Re. Powodem aż 4,1 proc. zwyżki były doniesienia o mniej spektakularnych szkodach wyrządzonych przez Irmę oraz o braku wysokiej ekspozycji na region objęty klęską żywiołową. Jedyną spółką, która zakończyła niemiecką sesję pod kreską okazał się być Daimler (-0,3 proc.) planujący opcję wyposażenia każdego modelu marki Mercedes-Benz w silnik elektryczny do 2022 roku.

Na Wyspach najbardziej udaną sesję wśród komponentów indeksu FTSE 100 (0,5 proc.) odnotował Provident, którego 3,7 proc. starał się gonić EasyJet (3,4 proc). Euforię w europejskim sektorze lotniczym wzmacniały doniesienia o wznowieniu lotów na tereny, które zostały dotknięte przez huragany. Najsilniej tracącą spółką w Londynie okazało się być Associated British Foods (-5,0 proc.), któremu nie pomogła dość optymistyczna nota analityczna sporządzona przez Goldman Sachs.

Sesja przy Książęcej stała pod znakiem zdecydowanie lepszych nastrojów, bowiem WIG 20 (1,2 proc.) zdołał powrócić nad okrągły poziom 2 500 pkt. Najsilniej rosnącą spółką okazał się być Orlen (5,4 proc.) za sprawą dość solidnych wzrostów na rynku ropy naftowej. Nieco niżej uplasowała się Energa, która zyskała 4,1 proc. względem piątkowego zamknięcia za sprawą zaprzestania realizacji umów sprzedaży praw majątkowych. Według szacunków spółki w 2018 roku wynik spółki zostanie powiększony o 110 mln PLN, a w pozostałym okresie o około 2,1 mld PLN. Po drugiej stronie zestawienia panowały spółki z sektora bankowego dzięki doniesieniom o planowanej sprzedaży przez Leszka Czarneckiego 51,2 proc. udziałów LC Corp. Najmniej optymistycznymi nastrojami mógł pochwalić się mBank, który na przestrzeni dnia odnotował stratę rzędu 0,9 proc.

Na rynku surowcowym uwagę inwestorów stara się zwrócić ropa naftowa, która ma za sobą istny roller coaster. Obecnie baryłka West Texas Intermediate stara się ustabilizować przy poziomie 48,10 USD, notując tym samym ruch rzędu 1,4 proc. Na koniec dnia jej zwyżkę przebija październikowy kontrakt na gaz ziemny (2,0 proc.), który może ponowić atak na okrągły poziom 3,00 USD/MMBtu. Dość dobrą sesję notuje również drożejąca 1,0 proc. miedź. Brak spięć dyplomatycznych istotnie wpływa na cenę złota, które tanieje 1,0 proc. do poziomu 1 333,30 USD za uncję. Nieco silniejszy ruch w stronę południa notuje platyna (-1,1 proc.) dystansująca się od mniej niedźwiedzio nastawionej sytuacji na rynku srebra (-0,5 proc.).

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

5 mld zł na budowę polskich dróg

180 km nowych dróg, 6 inwestycji o wartości ponad 11 mld zł i 5 mld zł wsparcia z UE – te cztery liczby pokazują skalę przedsięwzięć, dla których zawarto dzisiaj umowy o dofinansowanie. Środki z Programu Infrastruktura i Środowisko (POIiŚ) trafią na kolejne odcinki dróg ekspresowych S2, S5, S6, S7 i obwodnicę Góry Kalwarii.

Umowy o dofinansowanie podpisali Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad Krzysztof Kondraciuk i p.o. dyrektor Centrum Unijnych Projektów Transportowych Przemysław Gorgol. 5 mld zł z UE zostanie zainwestowane w:

  • budowę drogi ekspresowej S2 odc. węzeł Puławska – węzeł Lubelska (część obwodnicy Warszawy),
  • budowę drogi ekspresowej S5 Bydgoszcz – Mielno, odcinek Białe Błota – Mielno,
  • budowę drogi ekspresowej S6 Szczecin – Koszalin, odcinek Kiełpino – początek obwodnicy Koszalina i Sianowa,
  • budowę drogi ekspresowej S6 Szczecin – Koszalin, obwodnica Koszalina i Sianowa (S6/S11),
  • budowę drogi ekspresowej S7, odcinek Lubień – Rabka (tzw. zakopianka),
  • budowę obwodnicy Góry Kalwarii w ciągu drogi krajowej 50 i 79.

Inwestycje będą realizowane w czterech województwach: kujawsko-pomorskim, małopolskim, mazowieckim, zachodniopomorskim. Łącznie to ponad 180 km nowych dróg. Wszystkie inwestycje mają już rozstrzygnięte przetargi i są w realizacji.

Razem z dzisiejszymi umowami długość dróg, które GDDKiA buduje ze wsparciem z POIiŚ 2014-2020, wynosi już blisko 1000 km. Drogowa dyrekcja ma zagwarantowane w programie 42 mld zł na budowę dróg. Ponad 22 mld zł (około 53 proc.) zostały już zagospodarowane.

– 180 km i 5 mld dofinansowania to tylko liczby, choć robią wrażenie. Zyskują sens, gdy pokażemy jaka jest ich rola. Jeżeli chcemy rozwijać Polskę jako strefę inwestycji, co mocno podkreślaliśmy podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy, potrzebujemy spójnej i drożnej infrastruktury transportowej – krwioobiegu, który dotleni organizm gospodarczy – podkreślił wicepremier, minister rozwoju i finansów Mateusz Morawiecki.

– Podległa Ministrowi Infrastruktury i Budownictwa Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad jest największym beneficjentem środków unijnych, pochodzących z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko. Jest też instytucją, która doskonale radzi sobie z zagospodarowaniem tych środków. Skala inwestycji realizowanych w ramach Programu Budowy Dróg Krajowych jest tak duża, że z pewnością moglibyśmy wykorzystać dużo więcej pieniędzy, niż przysługuje nam to w ramach alokacji z obecnej perspektywy finansowej UE – ocenił wiceminister infrastruktury i budownictwa Jerzy Szmit.

– Trasy objęte dofinansowaniem są już na etapie prac budowlanych, po zrealizowanych wcześniej optymalizacjach i projektach przez wykonawców. W najbliższych dwóch, trzech latach oddamy większość z nich do użytku. Nowe, ekspresowe połączenia podniosą poziom bezpieczeństwa i komfortu podróży oraz płynności transportu w Polsce. Co ważne, przyczynią się również do jeszcze szybszego rozwoju gospodarki naszego Państwa – stwierdził Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad, Krzysztof Kondraciuk.

Po podpisaniu umów znacząco wzrosło też wykorzystanie funduszy unijnych w całym Programie Infrastruktura i Środowisko (oprócz dróg, z jego środków finansowane są inwestycje m.in. w linie kolejowe, sieci energetyczne, ochronę środowiska) – z 40,5 proc. do 44,9 proc. Z dostępnych 109,5 mld zł zagospodarowano już blisko 50.

PODSTAWOWE INFORMACJE O INWESTYCJACH

Budowa drogi ekspresowej S2 odc. w. Puławska – w. Lubelska (bez węzła)

Droga ekspresowa S2 jest kontynuacją autostrady A2 na terenie Warszawy i pełni funkcję południowej obwodnicy stolicy. Zaczyna się po zachodniej stronie Warszawy, na połączeniu z autostradą A2 na węźle Konotopa, a skończy docelowo 33 km dalej na wschód, na węźle Lubelska, gdzie ponownie wpadnie w autostradę A2 oraz skrzyżuje się z projektowaną drogą ekspresową S17 (wschodnią obwodnicą Warszawy).

Projektowany odcinek drogi ekspresowej S2 będzie się zaczynać tuż za węzłem „Puławska” w rejonie Warszawy-Grabówka, a kończyć się będzie przed węzłem „Lubelska”, zlokalizowanym na przecięciu trasy południowej obwodnicy Warszawy z poprzeczną drogą krajową nr 17 (planowana do realizacji w ramach POIiŚ).

  • Okres realizacji: 2015 – 2020
  • Wartość całkowita: 4,59 mld zł
  • Dofinansowanie UE: 1,7 mld zł
  • Długość odcinka: 18,51 km

W ramach całego projektu przewidziana jest m.in. budowa:

  • 18,5 km drogi ekspresowej, posiadającej 2 jezdnie po 3 pasy ruchu,
  • tunelu pod Ursynowem,
  • mostu przez Wisłę,
  • estakad nad Mazowieckim Parkiem Krajobrazowym,
  • węzłów: „Ursynów Zachodni”, „Ursynów Wschodni ”, „Przyczółkowa”, „Wał Miedzeszyński”, „Patriotów” oraz docelowo przewidziano dodatkowy węzeł „Czerniakowska Bis”, który usytuowany będzie na odcinku pomiędzy węzłami „Przyczółkowa” i „Wał Miedzeszyński”.

Budowa drogi ekspresowej S5 Bydgoszcz – Mielno, odcinek Białe Błota – Mielno

Inwestycja jest częścią przedsięwzięcia, które zapewni bezkolizyjne połączenie Bydgoszczy z Poznaniem oraz dalej z Wrocławiem.

  • Okres realizacji: 2015 – 2019
  • Wartość całkowita: 1,37 mld zł
  • Dofinansowanie UE: 716,3 mln zł
  • Długość odcinka: 54,1 km

Inwestycja zlokalizowana w województwie kujawsko-pomorskim polega na budowie odcinka drogi o długości 54,12 km i składa się z 3 zadań:

  • węzeł „Białe Błota” – węzeł „Szubin” o długości około 9,7 km,
  • węzeł „Szubin” – węzeł „Jaroszewo” o długości około 19,3 km,
  • węzeł „Jaroszewo” – do granicy województwa o długości około 25,1 km.

Budowa drogi ekspresowej S6 Szczecin – Koszalin, odc. Kiełpino – pocz. obwodnicy Koszalina i Sianowa

Cała droga ekspresowa S6 ma połączyć Szczecin z Kołobrzegiem i Koszalinem. Trasa ma długość około 140 km. Nadmorskie położenie tej drogi ma duże znaczenie dla regionu i kraju zwłaszcza w kontekście turystyki.

  • Okres realizacji: 2015 – 2019
  • Wartość całkowita: 1,47 mld zł
  • Dofinansowanie UE: 641,1 mln zł
  • Długość odcinka: 62,8 km

Droga podzielona jest na 3 odcinki:

  • węzeł Kiełpino – węzeł Kołobrzeg Zachód o długości 24km,
  • węzeł Kołobrzeg Zachód – węzeł Ustronie Morskie o długości 14,6km,
  • węzeł Ustronie Morskie – początek obwodnicy Koszalina i Sianowa o długości 24,2km.

Budowa drogi ekspresowej S6 Szczecin – Koszalin, obwodnica Koszalina i Sianowa (S6/S11)

  • Okres realizacji: 2016 – 2020
  • Wartość całkowita: 793,14 mln zł
  • Dofinansowanie UE: 370,88 mln zł
  • Długość odcinka: 20,12 km

Droga o długości 21 km przewiduje przekrój dwujezdniowy, o dwóch pasach ruchu w każdym kierunku wraz z poboczami awaryjnymi. Szerokość pasa rozdziału będzie umożliwiała dobudowę jednego pasa ruchu po wewnętrznej stronie, w przypadku, gdy będą tego wymagały potrzeby ruchowe.

W ramach projektu maja powstać m.in.: wiadukty, mosty, przejazdy gospodarcze, przejścia dla zwierząt, przepusty oraz 5 węzłów („Koszalin Zachód”, „Bielice”, „Koszalin Północ”, „Koszalin Wschód”, „Sianów Wschód”).

Budowa drogi ekspresowej S7, odc. Lubień – Rabka

  • Okres realizacji: 2016 – 2020
  • Wartość całkowita: 2,47 mld zł
  • Dofinansowanie UE: 1,32 mld zł
  • Długość odcinka: 15,83 km

Przedsięwzięcie swym zakresem obejmuje budowę 15,83 km drogi ekspresowej, w tym:

  • odcinka Lubień – Naprawa, o długości 7,59 km,
  • odcinka Naprawa – Skomielna Biała o długości 3,05km w tym budowa dwukomorowego tunelu pod górą Luboń Mały o długości ok. 2,1 km,
  • odcinka Skomielna Biała – Chabówka o długości 5,19 km.

Ponadto projekt przewiduje budowę węzłów drogowych (Skomielna, Zabornia) wiaduktów, estakad, przejazdów nad i pod trasą główną.

Budowa obwodnicy Góry Kalwarii w ciągu dk 50 i 79

  • Okres realizacji: 2016 – 2019
  • Wartość całkowita: 419,85 mln zł
  • Dofinansowanie UE: 254,2mln zł
  • Długość odcinka: 8,96 km

Droga będzie miała przekrój dwujezdniowy z dwoma pasami ruchu. Przewidziano także m.in. budowę 3 węzłów drogowych („Kąty”, „Marianki”, „Stadion”),

Sytuacja na rynku złotego

Spoglądając w średnim terminie na dolara, trudno znaleźć argumenty przemawiające za ewentualnym umocnieniem się amerykańskiej waluty. Delikatnie gołębi wydźwięk konferencji Mario Draghiego nie spowodował wielkich zmian na rynku eurodolara, utrzymując psychologiczny poziom 1,20. Dla potencjalnych inwestorów może to być sygnał, iż w najbliższym czasie będziemy mieli kolejną falę wzrostów. Ponadto rynek nisko wycenia szanse na dalsze tempo zaciśnięcia polityki monetarnej przez FED, co w połączeniu z napiętą sytuacją polityczną na półwyspie koreańskim oraz szalejącymi klęskami żywiołowymi nie doda dolarowi siły. Na tej słabości i ryzyku ciągle zyskuje polski złoty.

Kurs dolara do złotego

Kurs dolara do złotegoObecnie rynek broni silnego historycznego wsparcia przy 3,52. Brak zdecydowanej reakcji popytu może sugerować, iż kolejne testy wsparcia mogą się powieść i droga do dalszych spadków będzie otwarta. Kolejne istotne wsparcie może być stanowione przez dolne ograniczenie kanału trendowego przy 3,38. Ponadto zauważyć należy, iż z podobną sytuacją mieliśmy już do czynienia w 2010 roku, kiedy to kurs w ciągu 11 miesięcy osunął się o 91 groszy. Gdyby sytuacja miała się powtórzyć, a linia trendowa miała by być przetestowana po raz trzeci, to wspomniane wsparcie może zostać osiągnięte końcem października. Trend spadkowy jest silny i w tym momencie silna reakcja byków bez istotnych bodźców zewnętrznych jest mało możliwa.

Kurs euro do złotego EURPLN

Kurs euro do złotego EURPLNPo kolejnym teście wsparcia przy 4,23 skorygował się o 2 grosze. Test wsparcia zbiegł się z kolejnym testem dolnego ograniczenia kanału trendowego, jednakże reakcja popytu nie była duża. W krótkim terminie można oczekiwać testów lokalnych szczytów przy 4,27 czy 4,29, lecz bardziej prawdopodobna jest konsolidacja na obecnym poziomie.

Michał Bartos
Główny Analityk Walutowy
ergokantor.pl

Podwyżki stóp procentowych nie będzie

W sierpniu br. inflacja w ujęciu rocznym wzrosła do 1,8 proc., ale w stosunku do lipca spadła o 0,1 proc.- podał GUS.

Inflacja zmniejsza dochody realne Polaków, szczególnie tych mniej zamożnych. Cały czas rosną, w ujęciu rocznym, ceny żywności. Na szczęście w okresie wakacyjnym zaobserwowaliśmy ich spadek w ujęciu miesięcznym. Dotyczy to zwłaszcza owoców i warzyw, co pozytywnie odczuły w portfelach gospodarstwa domowe. Jednocześnie cały czas drożeją masło, mleko, sery i w ogóle wyroby mleczne. Do tej grupy dołączyło też pieczywo. A warto pamiętać, że te produkty mają duży udział w wydatkach gospodarstw domowych o niskich dochodach.

Zdrożały paliwa, chociaż to zapewne efekt „sytuacji pogodowej” w USA i konieczności ograniczenia wydobycia ropy naftowej. Niewykluczone jednak, że we wrześniu wysokie ceny paliw się utrzymają, z tego samego powodu.
Wzrosły też ceny usług zdrowotnych – szpitalnych, stomatologicznych, jak i wyrobów farmaceutycznych. Polacy, mając wyższe dochody, zaczynają na większą skalę korzystać z prywatnych placówek medycznych, nie mogąc doczekać się takich świadczeń w publicznej służbie zdrowia.

Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zatrudnienie i wynagrodzenia, przełożyły się w okresie wakacji na wzrost cen usług turystycznych. Więcej trzeba było zapłacić za obiad w restauracji, pokój w hotelu czy bilet lotniczy.

W ciągu ośmiu miesięcy wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł do 1,9 proc. Jeśli anomalie pogodowe (huragany) w USA nie wpłyną na zmniejszenie dostaw ropy naftowej, to na koniec roku inflacja nie powinna przekroczyć 1,8 proc. W innym przypadku może być wyższa.

Bez względu na to, czy inflacja wyniesie 1,8 proc., czy będzie wyższa, Rada Polityki Pieniężnej na pewno w tym roku nie podwyższy sto procentowych. Kredytobiorcy mogą się nadal cieszyć z niższych rat spłacanych kredytów, ale oszczędzający nie mają co liczyć na wyższe oprocentowanie lokat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Liderzy branży energetycznej łączą siły by zwiększyć bezpieczeństwo

Przy Krajowej Izbie Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (KIGEiT) powstała Sekcja Producentów Aparatury Elektrycznej (SPAE). Należą do niej firmy: ABB Sp. z o.o., Dehn Polska Sp. z o.o., Eaton Electric Sp. z o.o., ETI Polam Sp. z o.o., Hager Polo sp. z o.o., Legrand Polska Sp. z o.o., Schneider Electric Polska  Sp. z o.o., Siemens Sp. z o.o.

Sekcję powołano w odpowiedzi na problemy, z jakimi spotyka się branża i reprezentujące ją firmy. Głównie chodzi o obecność na rynku detalicznym, hurtowym, internetowym oraz projektowym aparatów z zakresu: aparatury zabezpieczającej, ochrony przeciwporażeniowej, ochrony przepięciowej oraz aparatury kontrolnej i sterującej, które nie spełniają wymogów, norm i standardów technicznych. Dochodzi więc do wypierania z rynku produktów bezpiecznych i pełnowartościowych poprzez nieuczciwą konkurencję.

‒ Unia Europejska w sposób zasadniczy określa standardy dla produktów elektrycznych, poprzez zdefiniowane normy i konieczność ich przestrzegania. – mówi Marek Tabaka z firmy Eaton Electric, członek zarządu Sekcji. Niestety do Europy trafia wiele aparatów elektrycznych niespełniających norm. W wielu przypadkach produkty te są powszechnie stosowane, także przez osoby bez kwalifikacji. Użytkownik taki nieświadomie naraża się na ryzyko utraty zdrowia i mienia. Dlatego też wspólnie podejmujemy inicjatywę ochrony rynku przed takimi właśnie produktami.

Sekcja została utworzona w ramach MSSI Electrical (Market Surveillance Support Initiative). Jest to inicjatywa wytwórców produktów i systemów z zakresu infrastruktury elektrycznej oraz instalacyjnej niskiego napięcia, zlokalizowanych w Europe oraz ich ogólnoeuropejskich (CAPIEL*, ORGALIME**) i krajowych organizacji branżowych.

‒ Inicjatywa powstała na poziomie europejskim w 2012 roku – mówi Wojciech Świątek z firmy Schneider Electric, przewodniczący Sekcji. – Kilka krajów ma już wypracowany sposób działania na podstawie konkretnych doświadczeń. Są to: Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania i Włochy.

W tym roku inicjatywa jest sukcesywnie wdrażana w Czechach i Słowacji, Rumunii oraz krajach Beneluxu i krajach nordyckich. W Polsce napotykamy te same problemy, dlatego zdecydowaliśmy się wspólnie działać i wdrożyć ten projekt także w naszym kraju.

Podstawią działalności KIGEiT SPAE jest koordynacja i wsparcie działań podmiotów działających na rynku elektrotechnicznym.  Istotne staje się współtworzenie i wdrażanie obowiązujących branżowych norm technicznych i prawa ochrony konkurencji w zakresie wytwarzania, testowania, sprzedaży, stosowania i dystrybucji produktów i systemów z zakresu infrastruktury elektrycznej, elektrotechnicznej oraz instalacyjnej niskiego napięcia. Izba będzie także zwracać uwagę na przestrzeganie obowiązujących branżowych norm technicznych i prawa ochrony konkurencji.
Do swoich zadań zalicza również monitorowanie rynku w obszarze produktów i systemów z zakresu infrastruktury elektrycznej, elektrotechnicznej oraz instalacyjnej niskiego napięcia, w zakresie bezpieczeństwa  użytkowania tych produktów i systemów (dla osób, towarów, mienia, gospodarki krajowej i środowiska) oraz ich zgodności z bezwzględnie obowiązującymi przepisami prawa
i branżowymi normami technicznymi.

W ramach inicjatywy MSSI ELECTRICAL, Sekcja Producentów Aparatury Elektrycznej w Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (SPAE KIGEiT) przy współpracy z niezależnym, akredytowanym laboratorium Biura Badawczego ds. Jakości (BBJ) zleciła przebadanie dwóch typów produktów z omawianego zakresu. Pierwsze badanie dotyczyło 23 próbek wyłączników nadprądowych różnych producentów obecnych na rynku polskim. Badanie miało na celu sprawdzenie produktów pod kątem ich zgodności z deklarowanymi przez producentów parametrami technicznymi. Wyniki badań wykazały, że 10 spośród badanych wyłączników nadprądowych (ponad 40%) nie spełnia wymagań normy PN-EN 60898-1.

Kolejne badanie tym razem wyłączników różnicowo-prądowych dało jeszcze gorsze rezultaty: na próbkę składającą się ponownie z 23 wyłączników różnych producentów, aż 13 (ponad 56%) nie przeszło badań z wynikiem pozytywnym (wg normy PN-EN 61008-1 2013).

‒ Niemcy poddają wyroby elektryczne procedurom nadania rodzimego symbolu jakości VDE – podkreśla Magdalena Malewska z firmy ABB, członek zarządu Sekcji. – O wysoki standard infrastruktury elektrycznej dbają przede wszystkim organy normalizujące i profesjonalni uczestnicy tego rynku czyli instalatorzy, dystrybutorzy i oczywiście producenci. Dlaczego nie robić czegoś podobnego w Polsce? Wyróżniajmy firmy oferujące bezpieczeństwo, profesjonalizm, innowacyjność, jakość i powtarzalność. Konkurujmy profesjonalizmem i jakością, a nie ceną. Trendy gospodarcze są takie, że zmierzamy w kierunku efektywności energetycznej, bezpieczeństwa dla zdrowia i mienia użytkowników oraz ciągłego podnoszenia czasu bezawaryjnej pracy instalacji i urządzeń, jak również komfortu życia. Na taki rozwój technologii potrzebne są niestety nakłady na badania i rozwój. Oczywistym jest, że absurdalnie tanie produkty powodują, iż technologicznie stoimy w Polsce w miejscu.

– Dobrym przykładem jest także Wielka Brytania, gdzie 5 lokalnych organizacji ACI, BEMA, ESCO, GAMBICA i LIA z zakresu odpowiednio okablowania, osprzętu elektrycznego, elektroniki, sterowania i pomiarów oraz oświetlenia od kilku lat działa wspólnie w zakresie bezpieczeństwa – dodaje Wojciech Świątek.

Sekcja KIGEiT SPAE powstała 7 stycznia 2016 r. Liczy obecnie 8 firm. Sekcja jest otwarta dla producentów i przedstawicieli zagranicznych firm, jeśli tylko działają etycznie na rynku, a ich wyroby spełniają wymagania techniczne.

Ogromne różnice w cenach OC dla tego samego kierowcy. Jak to możliwe?

  • Różnica pomiędzy najtańszą a najdroższą polisą OC dla przykładowego kierowcy z Warszawy wynosi ponad 2100 zł – podaje multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia.
  • Każdy bez wyjątku kierowca znajdzie na rynku zarówno stosunkowo tanią, jak i o wiele droższą ofertę ubezpieczenia.
  • Ceny różnią się w zależności od ubezpieczyciela, choć każda firma kalkuluje składki w oparciu o te same kryteria – jak to możliwe?

Ubezpieczenie OC jest obowiązkowe dla wszystkich zmotoryzowanych i bez względu na to, w jakiej firmie je kupimy, będzie miało dokładnie taki sam zakres ochrony. Wynika to z Ustawy o ubezpieczeniach obowiązkowych, UFG i PBUK. Natomiast cena OC nie jest narzucana przez ustawodawcę i ubezpieczyciele, tak jak przedstawiciele innych branż, rywalizują ze sobą przy użyciu cen.

Codziennie spotykamy się z tym, że wielu kierowców nie ma świadomości, że składki za OC wyraźnie różnią się między sobą w zależności od ubezpieczyciela. Praktyka w branży ubezpieczeniowej uczy, że chociaż zakres ochrony jest opisany ustawą, to za najtańszą dostępną na rynku polisę zapłaci przynajmniej kilkaset złotych mniej niż za najdroższą – mówi Jakub Nowiński z multiagencji Superpolisa Ubezpieczenia.

Ponad 2100 zł różnicy w cenie dla tego samego kierowcy…

Porównanie cen OC w różnych towarzystwach pozwala na znalezienie zarówno taniej, jak i bardzo drogiej oferty. Multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia ustaliła to na przykładzie wyliczeń przeprowadzonych dla przykładowego kierowcy: 37-letniego właściciela volvo V70 III z 2012 r. o mocy 180 KM i pojemności 1.6l, który prawo jazdy ma od 12 lat, od 8 lat wykupuje ubezpieczenie OC i w tym czasie jeździł bez szkód. Składki sprawdzono w kilkunastu zakładach ubezpieczeń.

W Warszawie ten kierowca najtańsze ubezpieczenie kupiłby obecnie za 1064 zł, natomiast wybierając usługi jednego z konkurencyjnych towarzystw, musiałby zapłacić aż 3178 zł – to 2114 zł więcej! Rozpiętość cen w różnych firmach to reguła, od której nie ma wyjątków – każdy kierowca może spodziewać się skrajnie różnych pod względem składki ofert. Na potwierdzenie wyliczenia dla 45-letniego właściciela skody octavii z 2013 r., którego staż za kierownicą to 18 lat, OC kupuje od 10 lat i nie ma szkody na koncie. Przygotowaną dla niego propozycję najtańszej i najdroższej polisę dzieli obecnie w stolicy aż 895 zł. To mniej niż w pierwszym przypadku, ale wciąż blisko 900 zł…

Sytuacja prezentuje się tak samo niezależnie od miasta, w którym mieszka kierowca.

Dlaczego ceny OC tak bardzo różnią się od siebie?

Na cenę OC wpływ ma wiele parametrów dotyczących kierowcy i jego pojazdu. Do najważniejszych należą historia jazdy (liczba i data spowodowanych szkód), wiek kupującego polisę oraz pojemność silnika jego auta. Wszyscy ubezpieczyciele analizują te same kryteria, ale nadają im różną wagę. Poza tym prowadzą mniej lub bardziej restrykcyjną politykę kształtowania cen OC.

– Zbierane przez ubezpieczycieli informacje służą do oceny ryzyka spowodowania szkody przez danego kierowcę. Każda firma ustala własne zasady interpretacji pozyskanych danych i wyceny polisy na ich podstawie. Np. jedne firmy skłonne są stosunkowo tanio ubezpieczyć młodego kierowcę, a inne zaproponują mu zaporową cenę, ponieważ nastawiają się tylko na doświadczonych kierowców. Ilu ubezpieczycieli, tyle sposobów kalkulacji składek takiego samego przecież OC mówi Jakub Nowiński z Superpolisy Ubezpieczenia.

Istnieje również szereg innych zmiennych, które ubezpieczyciele mogą – ale nie muszą – uwzględniać przy kalkulacji cen OC. To chociażby wykonywany przez właściciela pojazdu zawód czy kolor karoserii auta. W sumie można wyszczególnić kilkadziesiąt kategorii danych, które w różnym stopniu wpływają na ostateczną składkę za ubezpieczenie.

– W rezultacie jeden kierowca dostaje bardzo zróżnicowane cenowo oferty, choć zawsze kupuje ten sam produkt. I w pewnym sensie to dobra informacja dla zmotoryzowanych, którzy mają pewność, że dzięki porównaniu różnych dostępnych na rynku ofert kupią OC na miarę swoich finansowych możliwości, czyli nie przepłacą – dodaje Jakub Nowiński.

Źródło: multiagencja Superpolisa Ubezpieczenia

Dolar tani, ale może być jeszcze tańszy

Brak informacji z Korei pozytywnie wpływa na rynki. Spore zniszczenia w USA przez huragan Irma. Nieudana próba osłabienia wspólnej waluty przez prezesa EBC. Złotówka zyskuje do większości głównych walut z wyjątkiem funta. USD/PLN w obliczu słabości dolara notuje nowe minima. Sytuacja na EUR/USD wskazuje na kolejną falę wzrostów. Ważny tydzień dla funta.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 10.07.2017-11.09.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2270 3,6814 3,5150 4,5820
Maksimum 4,2960 3,8700 3,6640 4,7705

 

EURPLNTydzień na rynkach rozpoczął się dość spokojnie. Brak negatywnych informacji z Korei Północnej wpływa korzystnie na waluty krajów wschodzących w tym złotego. Nie oznacza to absolutnie, że groźba konfliktu zbrojnego przestała być aktualna. Jeśli chodzi o EUR/PLN to pozostajemy w krótkoterminowym kanale spadkowym. Wsparcie w postaci 4,23 okazało się skuteczne i obserwujemy delikatną korektę. Mario Draghiemu nie udało się osłabić wspólnej waluty. Mimo, że prezes EBC się starał być bardzo gołębi to inwestorzy wcale nie odeszli od kupna euro. Kto liczył na to, że trend wzrostowy na EUR/USD po posiedzeniu EBC się zakończy mógł się czuć rozczarowany. Może to oznaczać kolejną falę wzrostową na głównej parze walutowej świata. W efekcie EUR/PLN może pozostawać w konsolidacji w najbliższych dniach. Nieco zaskakująca wypowiedź pojawiła się od strony członka RPP Łona. Uważa on, że w Polsce powinno się obniżyć stopy procentowe w związku ze znacznym umocnieniem krajowej waluty. Póki co reakcji na złotym nie było ale jeśli pojawią się podobne głosy z RPP od pozostałych członków można oczekiwać osłabienia krajowej waluty. Trzeba przyznać, że nie są to jakieś kontrowersyjne słowa biorąc pod uwagę słabe tempo inwestycji i niskie tempo wzrostu cen w Polsce. A do tego koszt pieniądze w Polsce pozostaje nadal wysoki na tle innych gospodarek. Wsparciem i oporem będą odpowiednio dolne i górne ograniczenie kanału spadkowego.

CHFPLNPowrót do ryzykownych aktywów dzisiaj pozwolił parze CHF/PLN utrzymać dość niskie poziomy. Od kilku dni na tej parze obserwujemy niewielką zmienność. Kurs porusza się w ramach wąskiego pasma wahań. Zbliżamy się jednak do oporu jakim jest linia trendu spadkowego co może skutkować jakimś rozstrzygnięciem na tej parze. Każdy dzień spokoju w Korei Północnej będzie skutkował oddaleniem się perspektywy wybuchu tam wojny. W efekcie sentyment na rynkach będzie dobry i większy ruch w górę będzie mało prawdopodobny. Również zagrażający USA huragan Irma nieco osłabł co wywołało pozytywną reakcję i nieco osłabiło waluty uznawane za bezpieczne jak frank szwajcarski. Tydzień przyniesie posiedzenie SNB co jest oczywiście szansą na interwencję słowną prezesa Jordana i osłabienie nieco waluty tego kraju. Wsparciem w przypadku ruchu w dół będzie ostatnie minimum.

USDPLNW przypadku USD/PLN dalej utrzymuje się trend spadkowy. W ostatnich dniach po posiedzeniu EBC dolar ustanowił nowe minima. Prezes EBC starał się jak mógłby osłabić euro ale ta sztuka się nie udała. Efekt był taki, że EUR/USD był blisko granicy 1,21 a USD/PLN tym samym notował nowe minima docierając do poziomu 3,5150. Patrząc na perspektywę w średnim terminie to próżno szukać argumentów za amerykańską walutą. Sytuacja techniczna na głównej parze sugeruje dalszą falę wzrostów co przełoży się na dalsze spadki dolara w relacji do złotego. Do tego szansa na podwyżkę stóp w USA w tym roku pozostaje znikoma. Napięta sytuacja na półwyspie koreańskim oraz klęski żywiołowe typu huragan Irma nie pomagają dolarowi. Obecnie na USD/PLN mamy jeszcze obronę wsparcia na 3,52. Warto jednak zauważyć, że popyt pozostaje znikomy co może podpowiadać, że jeszcze to nie czas na kupno waluty amerykańskiej. Kolejne testy tego poziomu mogą spowodować, że zostanie przełamane to wsparcie. W ramach ciekawostki można powiedzieć, że dość zbliżoną sytuację na wykresie mieliśmy już w 2010 roku. A biorąc to pod uwagę to pole do spadków jeszcze jest. Wtedy w niecały rok nastąpił spadek o niemal 90 groszy. Mało skuteczna polityka Trumpa w zderzeniu z coraz bardziej zbliżająca się normalizacją polityki pieniężnej w strefie euro sprawia, że inwestorzy zdecydowanie wolą kupować euro. I będzie ciężko zmienić taki obraz w niedalekiej przyszłości.

GBPPLNNa GBP/PLN sytuacja nieco się zmieniła. Przebity został poziom oporu w postaci linii trendu spadkowego. Od minimum z końca sierpnia kurs zyskał już niemal 10 groszy. Ten tydzień będzie jednak kluczowy dla funta. Jutro nastąpi publikacja danych o inflacji, w środę danych z rynku pracy w czwartek będziemy wiedzieć jak kształtowała się sprzedaż detaliczna. Co jednak najważniejsze również w czwartek odbędzie się posiedzenie Banku Anglii. Taki szereg czynników powoduje, że zmienność na brytyjskiej walucie będzie dość spora a nieco kwestia negocjacji związanych z Brexitem pozostanie z tyłu. Póki co od kilku dni funt pozostaje mocny na szerokim rynku. Wygląda to po prostu na korektę ostatnich sporych spadków i tym samym wyprzedanej technicznie waluty. Nie spodziewamy się zmian w polityce monetarnej Banku Anglii ani też podejmowania tematu ewentualnego wychodzenia  z luźnej polityki. Raczej należy się spodziewać oczekiwania przez władze BoE na koniec negocjacji związanych z Brexitem.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Dlaczego mentoring zawojował polski biznes

Żyjemy w czasach, w których bardziej od pieniędzy cenimy w pracy dobre relacje międzyludzkie. Przyjacielska pomoc ma szczególne znaczenie wówczas, kiedy zaczynamy karierę w nowej firmie czy awansujemy na wyższe stanowisko. I choć w każdej organizacji znajdą się życzliwi współpracownicy, pomagający nowicjuszowi wdrożyć się w rytm życia firmy, to w ostatnich czasach to właśnie mentorzy okazują się niezastąpieni w procesie adaptacji nowych pracowników.  I nic w tym dziwnego, ponieważ mentoring niesie za sobą szereg korzyści nie tylko dla zatrudnionych, ale przede wszystkim dla całej organizacji i jej klientów.

Mentor to dobry przyjaciel, przewodnik i trener w jednej osobie. Ten doświadczony opiekun nie tylko wesprze w rozwiązywaniu codziennych, zawodowych problemów, ale przede wszystkim zaplanuje ścieżkę kariery i będzie skutecznie motywował do działania. To dlatego mentoring – oparty przede wszystkim na wzajemnym zrozumieniu i życzliwości – zyskuje aktualnie rzesze zwolenników wśród ludzi biznesu na całym świecie.

Learning by doing

Wprowadzenie mentoringu to znakomity sposób na zatrzymanie pracowników w organizacji – z przydzielonym trenerem u boku czują się po prostu pewniej i bezpieczniej. Metoda ta polega na szkoleniu podopiecznego przez doświadczonego opiekuna, którego zadaniem jest stopniowe przekazywanie specjalistycznej wiedzy i rozwijanie samoświadomości u zatrudnionego pracownika. Warto podkreślić, że aby mentoring był skuteczny, relacja między uczniem a nauczycielem powinna mieć charakter partnerski oraz opierać się na zaufaniu i empatii.

Mentoring jest nieocenionym narzędziem w zarządzaniu zasobami firmy, ponieważ pozwala czerpać profity z procesu zarówno pracownikowi, jak i samemu nauczycielowi. Dzięki licznym szkoleniom i opiece liderów nasi konsultanci stają się świadomymi swoich mocnych stron profesjonalistami, dążącymi do całkowitego wykorzystania drzemiącego w nich potencjału. Z kolei trenerzy, nieustannie dzielący się wiedzą z mniej doświadczonymi telemarketerami, doskonalą w ten sposób własne umiejętności interpersonalne. Finalnie na całym procesie zyskuje również organizacja, która maksymalnie wykorzystuje dostępne zasoby i rozwija się razem ze swoimi pracownikami – tłumaczy Artur Kapacki, prezes call center Telmon.

Uczeń i Mistrz

Nie jest tajemnicą, że nowi pracownicy rzadko odznaczają się wysoką efektywnością swojej pracy. Przyczyny należy upatrywać zazwyczaj w wydłużającym się okresie adaptacyjnym, a co za tym idzie, spadającej motywacji nowicjusza. I choć utarło się przekonanie, że nie każdy posiada dobrze rozwinięte umiejętności przystosowawcze, to mentoring wychodzi naprzeciw tej teorii i głosi, że łagodnej aklimatyzacji do nowych warunków można się po prostu nauczyć.

W swojej karierze trenerskiej miałem przyjemność współpracowania z wieloma konsultantami, mającymi duże problemy z adaptacją do nowych warunków pracy. Wspólnymi siłami osiągaliśmy naprawdę zdumiewające rezultaty, niektórzy mogą się pochwalić dużymi awansami. Opieka mentora zwiększa przede wszystkim zaangażowanie zatrudnionych telemarketerów i ma kluczowy wpływ na poczucie powiązania z firmą. Przecież nikt z nas nie lubi czuć się „nowy”, a ja uczę m.in. tego, jak taki dyskomfort osłabić i tym samym skupić się na szlifowaniu najważniejszych kompetencji sprzedażowych – podkreśla Bartosz Kawka, Trener Sprzedaży w Telmon.

Warto podkreślić, że nie każdy specjalista z wieloletnim stażem dobrze sprawdzi się w roli Mistrza. Dobry mentor pomaga bezinteresownie i uwielbia pracę z ludźmi, panuje nad swoimi emocjami i nie ulega stereotypom. W roli trenera świetnie sprawdzają się otwarci specjaliści na analogicznym lub podobnym stanowisku do zatrudnianego pracownika, którzy znają od podszewki specyfikę pracy w danej firmie. Tylko komunikatywny i cierpliwy nauczyciel wzbudzi szacunek u nowicjusza, dlatego bardzo ważne jest, aby decyzja o jego wyborze została dobrze przemyślana.

Polepszenie komunikacji interpersonalnej wewnątrz firmy czy wzrost jej prestiżu na rynku to tylko przykładowe korzyści płynące z zastosowania w miejscu pracy metod opartych na mentoringu. Technika ta pozwala na szybkie uzyskanie maksymalnej efektywności pracy przez pracowników, a także zatrzymanie cennej, specjalistycznej wiedzy w strukturach firmy, bez konieczności inwestowania w zewnętrzne kursy. Dlatego zanim zaczniemy rozważać wysłanie nowozatrudnionych na kolejne szkolenie, warto zastanowić się nad wykorzystaniem potencjału doświadczonej kadry i pozwolić jej wziąć pod swoje skrzydła nowy narybek.