Prezesi polskich firm nie doceniają mediów społecznościowych. Tylko 5 proc. ma profil na Twitterze

Prezesi polskich firm nie doceniają mediów społecznościowych. Tylko 5 proc. ma profil na Twitterze 1

Zaledwie 30 proc. szefów polskich firm korzysta z LinkedIna, a swój profil na Twitterze ma tylko 5 proc. z nich – wynika z sierpniowego raportu ECCO International Communications Network. Prezesi nie dostrzegają jeszcze, że profesjonalne korzystanie z mediów społecznościowych może poprawić wizerunek i notowania firmy. Wzorem do naśladowania są pod tym względem Francuzi – wśród francuskich prezesów 70 proc. ma profil na LinkedInie, a 35 proc. na Twitterze.

Sieć ECCO International Communications Network przyjrzała się temu, jak szefowie firm korzystają z mediów społecznościowych, zwłaszcza LinkedIna i Twittera. W przedstawionym w sierpniu badaniu wzięło udział czterystu szefów firm o największej kapitalizacji z ponad 20 krajów na całym świecie.

Polacy wypadli w tym zestawieniu niestety bardzo słabo. 30 proc. szefów polskich firm korzysta z serwisu LinkedIn, a tylko 5 proc. ma swój profil na Twitterze. Dalej pod tym względem uplasowali się tylko prezesi z Rosji i Niemiec. Natomiast pierwsze miejsce w zestawieniu zajęli Francuzi. Wśród francuskich CEO aż 70 proc. ma profil na LinkedInie, a 35 proc. na Twitterze. Na drugim miejscu znaleźli się Norwegowie, a na trzecim Australijczycy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Krukowska, redaktor serwisu PRoto.pl.

Eksperci z grupy On Board Think Kong, która jest polskim przedstawicielem sieci ECCO International Communications Network, wskazują, że korzystanie z mediów społecznościowych przez prezesów może pomóc im w budowaniu pozytywnego wizerunku przedsiębiorstwa i poprawić jego notowania. Może też przyczynić się do poprawy kontaktów z rynkiem i stanowić kanał dystrybucji materiałów na temat firmy.

Redaktorka serwisu PRoto.pl zwraca też uwagę na raport opublikowany w sierpniu przez ośrodek badawczy eMarketer. Wynika z niego, że młodzi internauci będą coraz rzadziej korzystać z Facebooka.

Na prowadzenie prawdopodobnie wysunie się Snapchat. To może być pierwszy raz w historii, kiedy w grupie wiekowej 12–24 lata więcej użytkowników będzie korzystało właśnie ze Snapchata niż z Facebooka czy Instagrama – mówi Paulina Krukowska.

Analitycy ośrodka badawczego eMarketer prognozują w tym roku 3- lub 4-procentowy spadek liczby aktywnych użytkowników Facebooka w grupie wiekowej 12–17 lat. Statystyki pokazują, że niepełnoletni internauci coraz rzadziej logują się w serwisie i spędzają w nim mniej czasu.

Ciekawostką jest to, że niektóre młode osoby już w ogóle nie zakładają konta na Facebooku i swoją aktywność przenoszą na Instagram. Nie jest to jednak zła wiadomość dla Marka Zuckerberga, ponieważ oba te serwisy należą do niego – mówi Paulina Krukowska.

Na spadkach Facebooka najbardziej skorzysta jednak Snapchat. W sierpniowym raporcie analitycy eMarketera przewidują, że w tym roku popularność Snapchata w grupie wiekowej 18–24 lata zwiększy się o 19,2 proc. Serwis buduje coraz bardziej zaangażowaną społeczność. Po raz pierwszy w historii może w tym roku dojść do sytuacji, kiedy w obu grupach wiekowych – 12–17 lat oraz 18–24 lata – więcej użytkowników będzie korzystać ze Snapchata niż z obu serwisów Marka Zuckerberga.

Przewaga Snapchata może jednak okazać się tylko chwilowa, ponieważ z danych eMarketera wynika, że to Instagram ma lepszą dynamikę wzrostu. Potwierdzeniem sukcesu Instagrama może być to, jak wielką popularnością cieszy się opcja Instagram Stories, którą serwis wprowadził w ubiegłym roku. Obecnie korzysta z niej ćwierć miliarda użytkowników dziennie. Wprowadzenie nowej funkcji sprawiło też, że osoby korzystające z Instagrama spędzają w serwisie więcej czasu niż przedtem – mówi redaktor serwisu PRoto.pl.

Funkcja Instagram Stories (nazwana po polsku „relacjami”) została wprowadzona w sierpniu ubiegłego roku i ma już blisko 250 mln użytkowników. Opcja zapożyczona ze Snapchata umożliwia dzielenie się ze znajomymi zdjęciami, które znikają po upływie 24 godzin. Największą popularnością cieszy się wśród młodszych grup wiekowych i nastolatków. Publikują oni sześć razy więcej treści niż starsi użytkownicy serwisu i oglądają cztery razy więcej treści.

Z Instagram Stories chętnie korzystają też marki. Ponad połowa firm, które mają konto w serwisie, w ciągu ostatniego miesiąca dodała co najmniej jedną relację na swoim profilu. Co piąta z nich spotyka się z bezpośrednią reakcją ze strony użytkowników Instagrama.

Producenci i hodowcy drobiu obawiają się nowelizacji ustawy paszowej. Nowe przepisy mogą zmusić ich do ograniczenia produkcji

Producenci i hodowcy drobiu obawiają się nowelizacji ustawy paszowej. Nowe przepisy mogą zmusić ich do ograniczenia produkcji 2

Tegoroczne zbiory pszenicy i soi były udane, dobrze zapowiadają się również zbiory kukurydzy. Dlatego producenci mięsa drobiowego i hodowcy spodziewają się stabilizacji cen pasz. Rewolucja może nadejść z początkiem 2019 roku, kiedy w życie wejdzie nowelizacja ustawy paszowej, zakazująca stosowania karm z dodatkami modyfikowanymi genetycznie. Ponieważ soja bez GMO jest znacznie droższa, dla rolników będzie oznaczać to wzrost kosztów i konieczność ograniczenia produkcji. Konsumenci odczują z kolei wzrost cen mięsa drobiowego i jaj.

– Jest bardzo duże ryzyko i wiele obaw związanych z ustawą paszową, która ma wejść w życie z początkiem 2019 roku. Mimo że badania nad alternatywnymi surowcami białkowymi trwają już długo, ciągle nie jesteśmy w stanie utrzymać obecnego charakteru produkcji, szczególnie jeśli chodzi o drób. W tym segmencie mamy do czynienia z wysoko skoncentrowanymi, wysokobiałkowymi paszami. Utrzymanie produkcji drobiu na obecnym poziomie byłoby niemożliwe, gdybyśmy nie mogli importować surowców genetycznie modyfikowanych, przede wszystkim soi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Torzyński, kierownik produktu ds. drobiu w De Heus.

Modyfikowana genetycznie soja to podstawowe źródło białka w produkcji karm dla drobiu. Polska importuje rocznie ok. 2 mln ton śruty sojowej, a prawie 60 proc. importowanej soi jest wykorzystywane właśnie do produkcji pasz dla drobiu.

Nowelizacja ustawy paszowej wprowadzi całkowity zakaz stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych. Dla rolników może to oznaczać konieczność kupowania droższych pasz i wzrost kosztów produkcji (soja nie-GMO jest co najmniej kilkanaście procent droższa), natomiast dla konsumentów – wzrost cen żywności (mięsa drobiowego i jaj spożywczych). Dlatego moment wejścia w życie nowych przepisów jest systematycznie odraczany.

Grzegorz Torzyński ocenia, że skutkiem ustawy paszowej będzie ograniczenie produkcji drobiu. To z kolei odbije się na krajowym eksporcie. Obecnie Polska jest jednym z największych w UE producentów drobiu i jaj.

W ocenie rynkowych ekspertów nowe przepisy znacząco uderzą w polskich producentów, ale żywność z GMO i tak będzie na rynku, tyle że pochodząca z importu. Polska musi bowiem przestrzegać unijnej zasady swobodnego przepływu towarów.

GMO od dawna budzi duże emocje, ale wciąż nie ma jednoznacznych dowodów ani badań dotyczących wpływu modyfikowanej genetycznie żywności na zdrowie. Z drugiej strony coraz więcej konsumentów zwraca uwagę na ekologię i wybiera produkty wolne od GMO. Dlatego niektórzy producenci sami stosują karmy bez modyfikowanych genetycznie dodatków, traktując to jako rynkowy wyróżnik.

– Pasze bez GMO pojawiają się w Polsce, ale nie jest to rozwijający się trend. Oczywiście są przetwórcy, którzy używają ich z powodów marketingowych, żeby konsumenci mogli odróżnić produkt wyprodukowany na paszach bez udziału surowców GMO. Może za granicą, u naszych zachodnich sąsiadów, jest to bardziej wyraźny trend – szczególnie w kontekście produkcji jaj konsumpcyjnych, ponieważ jest tam duży nacisk, żeby nioski były karmione produktami non GMO. Czy ma to uzasadnienie? Trudno na ten temat polemizować, ale taki jest trend rynkowy – mówi Grzegorz Torzyński.

Po wejściu w życie ustawy antypaszowej Polska będzie jednym z państw o najbardziej rygorystycznych przepisach dotyczących GMO w całej Europie. Z drugiej strony organizacje prozdrowotne, ekologiczne i część rolników od dawna apelują o przepisy zakazujące stosowania modyfikowanych genetycznie dodatków.

Obecnie na terenie UE dozwolony jest handel kukurydzą i soją GMO. Natomiast w Polsce od 2013 roku obowiązuje całkowity zakaz uprawy roślin modyfikowanych genetycznie, jednak przepisy zezwalają na import oraz handel żywnością i produktami zawierającymi GMO. Ministerstwo rolnictwa analizuje możliwość wprowadzenia przepisów, które umożliwią specjalne oznakowanie żywności wyprodukowanej bez dodatków modyfikowanych genetycznie.

Jak podkreśla Torzyński, ceny pasz dla drobiu kształtują się na poziomie 1200–1300 zł za tonę dla brojlerów i indyków. Dla niosek pasza jest tańsza, w granicach 1000 zł za tonę.

– Nie oczekujemy żadnej rewolucji cenowej. Jesteśmy po żniwach, wiemy już, ile pszenicy zostało zebrane i zbiór jest całkiem przyzwoity. Pszenicy paszowej będzie pod dostatkiem. Bardzo przyzwoicie zapowiadają się też zbiory kukurydzy. Dla drobiu bardzo ważny jest surowiec białkowy, którym jest soja, to głównie na niej bazujemy. Sprowadzamy ją głównie z Ameryki Południowej i USA. W Ameryce Południowej zbiory zakończyły się bardzo obficie i myślę, że jesteśmy w stanie uzyskać dobrą cenę, która pozostanie stabilna na przestrzeni całego roku. Gorzej może być w USA – tam zbiory mogą być trochę mniejsze, ale na razie trudno jeszcze o dokładne prognozy – ocenia kierownik produktu w De Heus.

Teraz tylko Draghi

Główną postacią tygodnia będzie Mario Draghi, szef Europejskiego Banku Centralnego. Posiedzenie EBC w czwartek pewno nie przyniesie jednoznacznych odpowiedzi w spawie perspektyw luzowania ilościowego, jednak pewne sugestie mogą się pojawić.

Na razie wygląda na to, że EBC nie będzie się spieszyć z zakomunikowaniem decyzji, a przecieki pochodzące z tego gremium wskazują na jego wyjątkową ostrożność. Pojawiły się nawet informacje, że problem z zajęciem stanowiska może być w październiku, jednak rynek zadaje się wierzyć, że jeżeli nie w tym miesiącu, to na pewno w następnym czegoś się dowie. Draghi w końcu musi zabrać głos w sprawie luzowania, i im wcześniej to zrobi, tym lepiej dla inwestorów. Problem rzeczywiście jest skomplikowany, ale niepewność też nikomu nie służy. Szef EBC nie powiedział nic o programie QE podczas sympozjum w Jackson Hole, choć rynek bardzo na to liczył. Dalsze milczenie raczej nie byłoby wskazane, więc jakiś sygnał – nawet skromny – jednak pewno się pojawi. W każdym razie rynek w czwartek będzie słuchał Miario Draghi jak wyroczni, i nawet z gestów i niedopowiedzeń postara się wyciągnąć jakieś wnioski.

W USA z licznymi wypowiedziami publicznymi pojawią się członkowie Rezerwy Federalnej. Duża liczba wystąpień sprawi, że będzie można pokusić się o bardziej ogólne podsumowanie. Ciągle pozostaje otwarta kwestia podwyżek stóp w USA.  Z mocnych i ważnych danych amerykańskich na pewno warto zwrócić uwagę na wskaźnik ISM dla usług. Jak zwykle, na uwagę zasługuje również publikacja Beżowej Księgi, która przynosi mocną dawkę informacji o gospodarce. Beżowa Księga pojawi się środę, jak zawsze na dwa tygodnie przed posiedzeniem FOMC.

Ciekawe dane nadejdą z Wielkiej Brytanii, przede wszystkim dotyczące produkcji przemysłowej w lipcu. Wiele wskazuje na to, że dane powinny być dobre, więc gdyby okazało się, że jednak jest inaczej, rynek będzie rozczarowany.

Simon Daniels, Dealing and Operations Director CIX Markets

W drugiej połowie 2017 r. spodziewane znaczne ożywienie na rynku fuzji i przejęć. To dobry sygnał dla polskiej gospodarki

W drugiej połowie 2017 r. spodziewane znaczne ożywienie na rynku fuzji i przejęć. To dobry sygnał dla polskiej gospodarki 3

W I połowie 2017 r. liczba fuzji i przejęć na polskim rynku była wyższa niż w II połowie 2016 roku, a także wyższa niż przed rokiem. Choć dominują przejęcia o niewielkiej wartości, to zawierane są także duże kontrakty, co powinno przyciągnąć zagranicznych inwestorów do polskiego rynku. Także oferty publiczne dokonane w I półroczu wpłynęły pozytywnie na zaufanie do niego. W kolejnych miesiącach eksperci spodziewają się znacznego ożywienia na rynku fuzji i przejęć. 

– W II półroczu 2017 roku spodziewamy się znacznego ożywienia na rynku fuzji i przejęć, choć większość transakcji, tak jak w I półroczu, będzie dotyczyła raczej średnich przedsiębiorstw o wartości poniżej 400 mln zł i małych o wartości poniżej 100 mln zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Polz, partner w kancelarii Clifford Chance. – Oczekujemy dalszej konsolidacji w branży spożywczej i w branży artykułów użytku osobistego.

Według raportu M&A Index Poland w I połowie roku na polskim rynku zawarto 110 transakcji fuzji i przejęć, o 11 więcej niż rok wcześniej, o 6 więcej niż dwa lata temu i o 51 więcej niż w pierwszej połowie 2014 roku. Największą transakcją pierwszego kwartału było przejęcie sieci sklepów convenience Żabka od funduszu MidEuropa Partners przez inny fundusz PE – CVC Capital Partners za ok. 1 mld euro. Z kolei między kwietniem a czerwcem wyróżnił się zakup w branży energetycznej: aktywa francuskiej EDF Polska zostały przejęte przez PGE za 2,5 mld zł (całkowita wartość transakcji wraz z zadłużeniem to 4,5 mld zł).

Choć w II połowie roku nadal dominować będą transakcje o wartości poniżej 400 mln zł, to można oczekiwać także dużych transferów.

– Oczekujemy jednej czy dwóch niespodzianek, czyli transakcji powyżej 500 mln zł, które mogą mieć miejsce jeszcze w tym roku – dodaje Wojciech Polz. – Zwiększona aktywność na rynku fuzji i przejęć jest pozytywnym sygnałem dla całej gospodarki. Spółki, które urosły, zmieniają właścicieli, branże się konsolidują, co powinno poprawić ich efektywność oraz ofertę kierowaną do konsumentów.

Zwiększona dynamika na rynku fuzji i przejęć w I połowie roku zdaniem ekspertów wynikała m.in. z dalszych wyjść funduszy private equity z ich inwestycji ] związanych z końcem ich okresu inwestycyjnego, a także z dalszej konsolidacji niektórych branż, takich jak branża kosmetyczna czy branża spożywcza.

– Drugi czynnik to cały czas brak sukcesji w polskich firmach rodzinnych i chęć lub konieczność sprzedaży tych spółek przez dotychczasowych właścicieli do innych firm lub inwestorów instytucjonalnych – dodaje Polz. – Trzeci czynnik – cały czas wyceny na giełdach są relatywnie niskie, co skłania inwestorów do poszukiwania okazji na warszawskim parkiecie.

Dwie znaczące transakcje na rynku publicznym w ostatnim półroczu to nabycie Banku Pekao SA przez konsorcjum PFR i PZU oraz inwestycja funduszu Advent International w grupę Integer. Pierwsza z transakcji opiewała na 10,6 mld zł (za ok. jedną trzecią udziałów w banku). W drugim przypadku AI Prime należący do Advent International uzyskał w wezwaniu ponad 90 proc. akcji Integera i InPostu za niespełna 300 mln zł i zamierza wycofać spółki z giełdy. Wymagają one jednak nakładów inwestycyjnych i spłaty zadłużenia.

Nie oznacza to, że duże firmy straciły zainteresowanie ofertami publicznymi. Pod koniec lipca na parkiecie zadebiutowała sieć Play, a wartość debiutu sięgnęła 4,4 mld zł, co było najwyższą ofertą od sześciu lat. Wcześniej odbył się debiut sieci sklepów spożywczych Dino Polska. Wartość oferty niemal sięgnęła 1,7 mld zł.

– Pozytywnym sygnałem dla rynku były trzy oferty publiczne, które miały miejsce w tym roku. Największa – sieci komórkowej Play, oferta publiczna spółki GetBack oraz sieci sklepów spożywczych Dino na pewno pozytywnie wpłynęły one na percepcję rynku warszawskiego oraz rynku fuzji i przejęć w Polsce. Powinny zwiększyć zaufanie funduszy do inwestowania w Polsce w przyszłym półroczu – przewiduje Polz.

Od 2018 roku przedsiębiorcy otrzymają indywidualne rachunki w ZUS. Jednym przelewem zapłacą wszystkie zobowiązania wobec Zakładu

Od 2018 roku przedsiębiorcy otrzymają indywidualne rachunki w ZUS. Jednym przelewem zapłacą wszystkie zobowiązania wobec Zakładu 4

Od 1 stycznia 2018 roku obecne rachunki, na które płatnicy wpłacają składki na ubezpieczenia i fundusze w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, zostaną zamknięte. Prowadzący działalność gospodarczą otrzymają nowe, indywidualne numery rachunków składkowych (NRS), na które odprowadzać będą sumę należnych składek. Projekt e-Składka to ułatwienie, które może jednak przysporzyć płatnikowi kłopotów, jeśli nie wyrówna wcześniej zaległości.

– Od 1 stycznia 2018 roku płatnicy będą dokonywali płatności składek jednym przelewem na przydzielony każdemu z nich indywidualny numer rachunku składkowego. Każdy z płatników składek otrzyma informację o swoim indywidualnym numerze rachunku składkowego i będzie jednym, zwykłym przelewem dokonywał płatności składek, niezależnie od tego, na jakie fundusze i jakie składki odprowadza – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Monika Marciniak-Szewczyk z Departamentu Realizacji Dochodów w Centrali ZUS. – Identyfikacja wpłaty będzie się odbywała automatycznie. Zostanie ona zaksięgowana na koncie płatnika składek, a następnie rozdzielona na pokrycie należnych składek na poszczególne ubezpieczenia i fundusze.

Zmiana ustawy o systemie zabezpieczeń społecznych, przyjęta przez Sejm i podpisana przez prezydenta w maju 2017 roku, zakłada, że każdy   przedsiębiorca będzie miał swój własny, indywidualny numer rachunku składkowego w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, na który od stycznia 2018 roku będzie jednym przelewem odprowadzał wszystkie należne składki na ubezpieczenie zdrowotne, emerytalne oraz Fundusz Pracy, Fundusz Emerytur Pomostowych i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Zamiast trzech do czterech przelewów płatnik wykona więc jeden.

Numer składać się będzie z 26 cyfr, z których te od trzeciej do dziesiątej oznaczać będą numer identyfikacyjny ZUS, a ostatnie dziesięć – NIP przedsiębiorcy. Przed rozpoczęciem wpłacania warto zweryfikować, czy numer jest prawidłowy. Będzie można to sprawdzić w każdej placówce Zakładu.

 ZUS rozpocznie informowanie o nadanych numerach rachunków składkowych od 1 października 2017 roku – wyjaśnia Monika Marciniak-Szewczyk. –Informacje będą przekazywane do płatników składek za pośrednictwem listu wysyłanego przez operatora pocztowego na adres siedziby lub adres do korespondencji podany przez płatnika składek. Każdy z płatników powinien się spodziewać takiego listu już na początku października.

To rozwiązanie, choć ułatwiające wykonywanie comiesięcznych obowiązków wobec ZUS, niesie jednak ze sobą konsekwencje, że płatnik nie będzie mógł opłacić bieżących składek, nie regulując zaległości. Według nowych przepisów każda wpłata, która wpłynie na konto płatnika, zostanie w pierwszej kolejności przeznaczona na spłatę zaległości. Zapobiegnie to narastaniu odsetek.

 Jeżeli płatnik składek ma zaległości, to projekt e-Składka będzie skutkował dla niego zmianą zasad rozliczania i w tym zakresie pokrywaniem składek od najstarszych należności. W związku z tym płatnik składek, aby dalej korzystać np. ze świadczeń z ubezpieczenia chorobowego, powinien się zgłosić do ZUS celem ustalenia tych zaległości, następnie dokonać uregulowania wpłat jeszcze przed końcem roku albo wystąpić o zawarcie układu ratalnego – radzi przedstawicielka ZUS.

100 mld zł rocznie tracą polskie firmy z powodu zatorów płatniczych. Powstają nowe rozwiązania, które mogą uchronić je przed bankructwem

100 mld zł rocznie tracą polskie firmy z powodu zatorów płatniczych. Powstają nowe rozwiązania, które mogą uchronić je przed bankructwem 5

Koszty zatorów płatniczych dla polskich firm wynoszą ponad 100 mld zł rocznie. Z danych Krajowego Rejestru Długów wynika, że przedsiębiorstwa muszą czekać średnio 3 miesiące na opłacenie wystawionej faktury. Zatory płatnicze są poważnym problemem dla sektora małych i średnich przedsiębiorstw, który musi się posiłkować kredytami, pożyczkami albo faktoringiem, żeby utrzymać płynność finansową. Nie każda firma może z nich jednak skorzystać. Aby wypełnić też lukę na rynku, pojawiają się firmy z usługą mikrofaktoringu dla freelancerów oraz małych i średnich firm.

– Zapotrzebowanie na poprawę płynności jest w każdej firmie, czy to małej, czy dużej, z tym że mała firma jest na to dużo bardziej wrażliwa. Kiedy duża firma ma problem z płynnością, to jest w stanie to przez jakiś czas wytrzymać. Dla małej może to oznaczać spore problemy. Dlatego powinny położyć naprawdę duży nacisk na odpowiednie zarządzanie swoją płynnością finansową. Mamy kilka narzędzi finansowych, które pozwalają im spokojnie odnaleźć się w tej sytuacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Domagalski, prezes zarządu firmy faktoringowej Finiata, która zadebiutowała w czerwcu na polskim rynku.

Według statystyk Krajowego Rejestru Długów, Biura Informacji Gospodarczej i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce („Portfel należności polskich przedsiębiorstw”) polskie firmy muszą czekać na zapłacenie wystawionej faktury średnio 3 miesiące i 13 dni. W ciągu II kwartału tego roku ten okres wydłużył się o 10 dni. Na kłopoty z nieterminowym regulowaniem płatności przez kontrahentów skarży się zdecydowana większość przedsiębiorstw. Tylko 14 proc. firm nie ma żadnych problemów z uzyskaniem zapłaty za sprzedane towary i usługi. W kolejnych miesiącach sytuacja może ulec pogorszeniu. Co piąta firma zatrudniająca powyżej 250 osób spodziewa się pogłębienia problemu zatorów płatniczych. W I kwartale roku było ich tylko 2,2 proc.

Z opublikowanego w marcu br. raportu FOR wynika, że koszty zatorów płatniczych dla polskich firm wynoszą ponad 100 mld zł rocznie.

Problem zatorów płatniczych w sektorze MŚP często jest wynikiem polityki zakupowej dużych firm, które stosują długie terminy płatności. Z jednej strony mniejsze przedsiębiorstwa – jako podwykonawcy – mogą liczyć na korzystne zlecenia. Kontrakt z dużą firmą lub korporacją to szansa na rozwój, zwiększenie sprzedaży i zysków. Jednak z drugiej strony muszą się też liczyć z wydłużonym okresem oczekiwania na opłacenie faktury.

 Duże firmy często proszą o dłuższy termin płatności. Jest to związane głównie z tym, że one też muszą planować swoją płynność finansową i odroczony termin płatności jest czymś, co w tym pomaga. Nie jest to coś złego, po prostu trzeba jakoś spełnić te wymagania – mówi Tomasz Domagalski.

Podwykonawca musi utrzymać bieżącą płynność finansową w okresie pomiędzy wykonaniem zlecenia i wystawieniem faktury a otrzymaniem zapłaty. Nie każdego stać na to dzięki zgromadzonym środkom własnym. Problem z płynnością finansową pojawia się, kiedy takich przeterminowanych faktur jest za dużo.

 Małe firmy często mają problem z długim terminem płatności, bo nie wiedzą, co z tym zrobić, a muszą zapłacić pensje, kupić towar. Dopiero kiedy rozejrzą się na rynku, zobaczą, z jakich produktów mogą skorzystać, zaczynają poprawiać swoją sytuację czy to poprzez sięgnięcie po kredyt, czy po faktoring – mówi Tomasz Domagalski.

Większość dostępnych na rynku rozwiązań finansowych ma swoje zalety i wady: nie każde przedsiębiorstwo ma wystarczającą zdolność kredytową, żeby ubiegać się w banku o kredyt w odpowiedniej wysokości. Pożyczki pozabankowe są bardzo wysoko oprocentowane, a klasyczny faktoring jest skomplikowany, drogi i zwykle dla większych firm, o minimalnym 12-miesięcznym okresie działalności. Ponadto wymaga zgody kontrahenta firmy, która chce z niego skorzystać.

Tę lukę na rynku usług finansowych zamierza wykorzystać Finiata – fintech założony w Niemczech, który pod koniec czerwca wkroczył na polski rynek. Fintechy – czyli innowacyjne firmy z sektora finansów – stanowią coraz poważniejszą konkurencję dla banków. Według prognoz firmy doradczej PwC mogą przejąć od nich nawet jedną trzecią światowego rynku usług finansowych. W Polsce Finiata zadebiutowała z usługą mikrofaktoringu dla freelancerów, mikro-, małych i średnich firm.

– Mikrofaktoring jest usługą skierowaną do mniejszych przedsiębiorców. W naszym wydaniu ta usługa różni się od innych na rynku. Przede wszystkim zawsze finansujemy pełną wartość faktury. Nie jest to zwyczajowe 80–90 proc. Druga rzecz – nie informujemy kontrahenta o tym, że wchodzimy do transakcji. Oferujemy faktoring w formie cichej. To znaczy, że przedsiębiorstwa mają dostęp do finansowania, ale nie muszą się martwić, jak wpłynie to na ich relacje z kontrahentami – mówi prezes Finiaty.

W ciągu pierwszego miesiąca na polskim rynku faktoringowy fintech nawiązał współpracę z ponad dwoma tysiącami firm, które uzyskały blisko 2 mln zł na poczet wystawionych faktur. W tym gronie są głównie osoby prowadzące działalność gospodarczą, które wystawiają co miesiąc przeciętnie 15 faktur o uśrednionej wartości 7,6 tys. zł każda. Do końca tego roku spółka planuje mieć już 12 tys. klientów i finansować co miesiąc ok. 4 mln zł wierzytelności.

– W ostatnim miesiącu średnia wartość faktury sfinansowana przez Finiatę wynosiła około 7 tys. zł. Czyli nie do końca są to małe faktury, bo niektórzy myślą, że mikrofaktoring to 100, 200 lub 300 złotych – owszem, takie faktury też finansujemy, ale są też faktury po kilkadziesiąt tysięcy złotych – mówi Tomasz Domagalski.

Maile i spotkania to najwięksi pożeracze czasu w pracy

Według badań zrealizowanych na zlecenie Ricoh przez Censuswide, największymi pożeraczami czasu w pracy są duża liczba wiadomości e-mail (41%) i spotkania (37%). Skutecznymi narzędziami, które przyczynią się do poprawy efektywności pracy są natomiast automatyzacja i sztuczna inteligencja. 65% badanych uznało, że wprowadzenie automatyzacji pewnych procesów wpływie pozytywnie na ich efektywność a 52% uznaje, że wdrożenie narzędzi wykorzystujących potencjał sztucznej inteligencji będzie miało pozytywny wpływ na sposób w jaki pracują. 45% respondentów wskazało, że dzięki nim byliby w stanie zaoszczędzić nawet 2 godziny dziennie. Badanie przeprowadzono na próbie 3 600 pracowników z 21 krajów w tym Polski, Niemiec i Francji.

Według 98% badanych nowoczesne narzędzia pomagają im lepiej wykonywać codzienne obowiązki. Głównie ze względu na szybki dostęp do danych (44%), możliwość pracy zdalnej (42%) i konieczność wykonywania mniejszej liczby powtarzalnych zadań (41%). Co więcej, dostęp do nowoczesnych technologii oraz innowacyjne środowisko pracy są ważnym elementem budowania satysfakcji z pracy. Te czynniki obok wysokiej pensji wskazywali Polacy (77%), Niemcy (63%) i Francuzi (53%). Z drugiej strony pracownicy obawiają się, że brak inwestycji w nowoczesne narzędzia ma niekorzystny wpływ na pozycję rynkową ich przedsiębiorstwa. 36% uznaje, że taka sytuacja może doprowadzić do upadku firmy. 46% jest zdania, że konkurenci mają nad nimi technologiczną przewagę.

„Efektywność pracy to kwestia, która zajmuje kluczowe miejsce podczas dyskusji o największych wyzwaniach, którym musi sprostać światowa gospodarka. Zbyt wiele z naszego dnia pracy poświęcamy na zadania i procesy, które można zautomatyzować i uprościć. Nowoczesne technologie umożliwiają odzyskanie tego czasu i pozwalają pracownikom skoncentrować się na ważnych działaniach” – powiedział Javier Diez-Aguirre, Vice President Corporate Marketing w Ricoh Europe. „Osoby odpowiedzialne za podejmowanie decyzji w firmach przy kwestiach związanych z wdrożeniami nowych narzędzi muszą przyjąć szerszą perspektywę. Brak inwestycji może w przyszłości okazać się bardzo kosztowny” – dodał.

Potężny zastrzyk finansowy dla polskiej energetyki

Europejski Bank Inwestycyjny przeznaczy prawie 1 mld euro na strategiczne inwestycje w polskiej energetyce. Po tej decyzji zagraniczni inwestorzy prawdopodobnie zdecydują się na zaangażowanie swojego kapitału właśnie w Polsce.

Energa SA otrzyma kredyt w wysokości 250 mln euro w ramach Planu Junckera na modernizację sieci dystrybucyjnej, a polska nauka zostanie wsparta kredytami na badania i rozwój opiewającymi na 730 mln euro.

Energa podpisała umowę z EBI ws. finansowania hybrydowego. Umowa stanowi podstawę do przeprowadzenia przez Energę emisji obligacji o wartości 250 mln euro. Celem jest realizacja inwestycji w segmencie dystrybucji w latach 2017-2019, które zwiększą bezpieczeństwo dostaw energii elektrycznej przy jednoczesnym ograniczeniu strat sieci i poprawie jakości obsługi.

– To są decyzje ważne także dla indywidulanych odbiorców, czyli konsumentów – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksander Galos, partner i Szef Praktyki Energetyka, Surowce Naturalne i Przemysł Chemiczny w kancelarii prawniczej Kochański, Zięba i Partnerzy.

Otwierając ceremonię podpisania umów na Forum Ekonomicznym w Krynicy wicepremier Mateusz Morawiecki powiedział: „Inwestycje to jeden z filarów rządowej Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Chcemy maksymalnie wykorzystać dostępne źródła finansowania – zarówno na inwestycje małych i średnich firm, jak i duże przedsięwzięcia rządowe. Od półtora roku Ministerstwo Rozwoju koordynuje i monitoruje wdrażanie Planu Junckera w Polsce. Mamy efekty. Dane EBI wskazują, że Polska jest na 6. miejscu w UE, jeśli chodzi o wykorzystanie środków z tego źródła. Podpisana dzisiaj umowa jest trzecią dotyczącą wsparcia rządowego projektu inwestycyjnego. Wartość wszystkich trzech inwestycji – Energi, Tauronu i Przewozów Regionalnych, to 5,6 mld zł.” Dodał również: “Europejski Bank Inwestycyjny pozostaje naszym głównym partnerem wśród międzynarodowych instytucji finansowych, tym bardziej cieszę się, że mam okazję do podpisania dwóch nowych umów, które pozwolą finansować zadania z ważnego dla Polski obszaru badań naukowych i rozwoju, istotnego z punktu widzenia wzrostu gospodarczego. Nowe umowy, razem z 16 poprzednimi kredytami udzielonymi od 2004 r. na wsparcie projektów z obszaru nauki, rozwoju i innowacji, osiągnęły pułap łącznie 7 mld EUR znacznie przyspieszając rozwój niemal każdej dyscypliny naukowej od technologii optyki kwantowej, poprzez badania nad strukturami kryształów, kończąc na technologii wielowiązkowego obrazowania holograficznego”.

Wiceprezes EBI Vazil Hudák, odpowiedzialny za działalność banku w Polsce, powiedział: „Wspieranie konkurencyjnych i bezpiecznych dostaw energii jest jednym z priorytetów EBI, dlatego jesteśmy zadowoleni, że możemy finansować program modernizacji Energi, poprawi on bowiem niezawodność i jakość dostaw energii elektrycznej. Obligacje hybrydowe w ramach Planu Junckera po raz kolejny okazują się skutecznym sposobem innowacyjnego finansowania stymulującego inwestycje w sektorze energetycznym w Polsce”. Wiceprezes dodał: „Jesteśmy również dumni, że ponownie możemy wspomagać Polskę w dziedzinie nauki i innowacyjności. Naszym celem jest wsparcie dla poszerzenia zakresu badań podstawowych, zwiększenia efektywności pracy naukowej, jeszcze lepszego wykorzystania w przemyśle rozwiązań opartych na wynikach badań naukowych, a także tworzenia zachęt dla sektora prywatnego do inwestowania większych środków w prace rozwojowe przynosząc praktyczne rezultaty i w działania zwiększające innowacyjność w Polsce i całej Europie”.

Carlos Moedas, unijny komisarz ds. badań, nauki i innowacji powiedział: „Zawarte dzisiaj w Polsce porozumienie w ramach programu InnovFin Science jest przełomowe. Polskie instytucje badawcze odniosą ogromne korzyści z nowego finansowania w wysokości 730 mln EUR na badania, rozwój i innowacje. Jestem dumny także z tego, ze Plan Junckera wspiera modernizacje i poprawę sieci elektroenergetycznych w Polsce. Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych pozwoli uruchomić ponad 225 mld EUR na inwestycje w całej Unii Europejskiej, z czego w Polsce zatwierdzono już 26 projektów. Zachęcam promotorów projektów i małe przedsiębiorstwa szukające finansowania do korzystania w jak największym stopniu ze wsparcia, jakie oferuje Plan Junckera.

Daniel Obajtek, Prezes Zarządu Energa SA, dodał: „Emisja obligacji hybrydowych jest już trzecim projektem zrealizowanym we współpracy z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym. Pozyskane środki przeznaczone będą na realizację inwestycji w segmencie dystrybucji, na rozbudowę, modernizację sieci elektroenergetycznej, w tym wzmocnienie jej niezawodności. Jest to dla nas priorytetowy kierunek inwestycyjny, który pozwoli nam zapewnić wysoką jakość usług świadczonych na rzecz naszych klientów.”

Energa wykorzysta środki pozyskane z emisji obligacji hybrydowych do realizacji priorytetowego programu inwestycyjnego w latach 2017-2019. Spółka szacuje łączne wydatki inwestycyjne w tym okresie na około 814 mln EUR. Innowacyjność obligacji hybrydowych wynika z połączenia w nich cech finansowania dłużnego i finansowania kapitałowego oraz częściowego uznania ich przez agencje ratingowe za element kapitału emitenta. Głównym celem programu Energi jest zwiększenie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej przy jednoczesnym ograniczeniu strat sieciowych oraz podniesieniu parametrów jakościowych energii elektrycznej. W ramach projektu mają być także prowadzone inwestycje, które w przyszłości dadzą lepsze możliwości przyłączenia nowych odnawialnych źródeł energii (OZE) niskiej mocy (głównie w sieci niskiego i średniego napięcia) oraz zwiększą przepustowość tej sieci. Poza realizacją tych zadań planowane są inwestycje w inteligentne sieci i budowa nowych powiązań w sieci dystrybucyjnej.

Wspierając polską naukę w ramach nowego instrumentu InnovFin Science (finansowanie UE dla innowatorów przeznaczone na projekty z dziedziny nauki), EBI udzielił kredytu w wysokości 425 mln EUR, na sfinansowanie statutowych działań badawczych realizowanych w większości dyscyplin naukowych przez pracowników naukowych i akademickich zatrudnionych przez uczelnie publiczne i jednostki naukowe w Polsce. Bank Unii Europejskiej przyznał kredyt również w ramach InnovFin Science w wysokości 305 mln EUR na sfinansowanie grantów, które będą przyznawane przez Narodowe Centrum Nauki oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w drodze otwartych konkursów, skierowanych zarówno do uczestników studiów doktoranckich, pracowników naukowych posiadających stopień naukowy doktora, jak i dojrzałych naukowców oraz konsorcjów naukowych. Granty te umożliwią realizację projektów obejmujących badania podstawowe lub stosowane, prowadzonych w publicznych jednostkach naukowych, uczelniach i przedsiębiorstwach w całej Polsce. Głównym celem tego kredytu EBI jest także wspieranie działalności badawczo-rozwojowej i innowacyjnej przedsiębiorstw oraz jeszcze lepszego wykorzystania w przemyśle rozwiązań opartych na wynikach badań naukowych.

Polski sektor naukowy zatrudnia około 150 tys. badaczy, techników i pomocniczych pracowników naukowych. Obydwa projekty naukowe zostaną zrealizowane w latach 2017 – 2018 i pomogą w utrzymaniu obecnego poziomu zatrudnienia w polskim sektorze badawczo-rozwojowym w tym okresie, a także – co ważniejsze – przyczynią się do otwarcia wielu nowych możliwości rozwoju kariery zawodowej, w szczególności dla młodych pracowników naukowych. Podpisane dzisiaj umowy kredytowe, wraz z szesnastoma kredytami, jakie od 2004 roku EBI przyznał w ramach dofinansowania dla polskiego sektora naukowo-badawczego, potwierdzają długoterminowe zaangażowanie EBI na rzecz wspierania programów badań, rozwoju i innowacji na różnych szczeblach i w różnych dziedzinach nauki w Polsce.

Czy niepokój o ceny ropy naftowej jest uzasadniony?

Huragan w USA spowodował obawy o to, jakie będą ceny ropy naftowej. Spadło wydobycie w Stanach, ale to nie sprzyja planom kartelu OPEC.

Przy obecnej cenie na światowych rynkach 47 USD za baryłkę, ceny mogą się szybko zmieniać. – Jednak do końca tego roku nie powinna to być cena wyższa niż 55 USD – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

W piątek nowy rating dla Polski. Co się może zdarzyć?

Rząd się cieszy z optymistycznej prognozy wzrostu gospodarczego międzynarodowej agencji ratingowej. Czy ta prognoza dotycząca PKB jest realna? Jeśli tak, to czy Moody’s w piątek zmieni rating dla Polski?

Agencja podwyższyła już swoje prognozy wzrostu PKB dla Polski z 3,2 do 4,3 proc. To bardzo duża zmiana, ale jak wpłynie na piątkowy rating? O tym w rozmowie z MarketNews24 mówi dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Inwestowanie w technologię węglową to pieniądze wyrzucone w błoto

Obecnie inwestowanie w technologię węglową jest próbą zaklinania rzeczywistości. Dzisiejszy świat nakazuje rozwój, szukanie alternatywy w postaci odnawialnych, nieemisyjnych źródeł energii. Obecnie mamy przykłady obszarów geograficznych utrzymywanych wyłącznie z energii elektrowni wiatrowych. Nie muszą one wcale pracować przez 24 godziny na dobę, ponieważ posiadają systemy magazynowania energii, które pozwalają na korzystanie z zapasu mocy nawet do czterech dni. W warunkach, w jakich są umieszczone niemożliwe jest, aby w takim czasie nie było zasilającego je wiatru.

– Próba aktualizacji technologii, która z definicji jest przestarzała, to pieniądze wyrzucane w błoto – powiedział serwisowi eNewsroom Maciej Musiał, prezes Pracowni Finansowej – W tym czasie można rozwijać geotermię, energię wodną lub magazyny energii. Największym zarzutem stawianym OZE była niestabilność. Polska powinna zastanowić się nad tym, na co wydaje pieniądze i starać się, aby technologia powstawała i zostawała w kraju. Powinniśmy rozwijać ją w Polsce wykorzystując środki, które obecnie inwestowane są w wyczerpywalne źródło, którego za kilka lat może nie być. Energia odnawialna jest przyszłościowa i warta pieniędzy, bo jest na zawsze – podsumował Musiał.

W poszukiwaniu stabilności

Kolejne doniesienia o potencjalnych działaniach północnokoreańskiego reżimu istotnie przyczyniły się do przetasowania sentymentu na rynku długu. Na przestrzeni dnia rentowność amerykańskich obligacji dziesięcioletnich spadła o 9 p.b. do poziomach 2,08 proc., sytuując się tuż przy powyborczych maksimach. Do powyższej sytuacji przyczyniła się również wypowiedź Donalda Trumpa, który daje zielone światło japońskim oraz południowokoreańskim władzom na zwiększony zakup specjalistycznej broni wytworzonej przez amerykańskie konsorcja.

Tak potężny spadek rentowności przełożył się na uznanie przez amerykańską walutę wyższości wobec pozostałych komponentów koszyka G10. Na czele zestawienia bryluje nowozelandzki dolar, którego 1,0 proc. aprecjacja wypycha kurs NZD/USD w okolice poziomu 0,7230. Wśród bezpiecznych przystani prym wiedzie japoński jen (0,8 proc.) – obecnie para USD/JPY ponawia atak na opór przy 108,85. W przypadku funta szterlinga należy mówić o nieco mniejszym ruchu. Jego 0,6 proc. aprecjacja jest wystarczająca ku temu, aby ponowić atak na poziom 1,3020. W wyraźnym odwrocie znalazła się szwedzka korona, która na koniec dnia traci 0,3 proc. W przypadku euro należy mówić o względnej stabilizacji. Obecnie EUR/USD balansuje przy poziomie 1,1900.

Swoją poniedziałkową deprecjację usilnie wymazuje rosyjski rubel (0,6 proc.) dzięki publikacji świetnych danych dotyczących dynamiki cen konsumenta (3,3 proc. r/r, konsensus: 3,7 proc.). Zdecydowanie niżej znalazł się południowoafrykański rand, który na przestrzeni dnia zdołał się umocnić o 0,3 proc. Największym przegranym wtorkowej sesji okazało się być meksykańskie peso (-0,3 proc.). W przypadku złotego (0,0 proc.) należy mówić o powrocie do poziomów z wczorajszego zamknięcia. Obecnie EUR/USD balansuje przy 4,2400, USD/PLN przy 3,5640, a GBP/PLN oraz CHF/PLN wracają odpowiednio do poziomów 4,6400 i 3,7290.

Przed rozpoczęciem sesji na Starym Kontynencie uwagę inwestorów przykuwała decyzja RBA w sprawie parametrów polityki pieniężnej, którą poprzedziła publikacja nieco rozczarowującego salda rachunku obrotów bieżących (-9,6 mld AUD, konsensus: -7,5 mld AUD). Stopa kasowa pozostała na poziomie 1,5 proc., co było zgodne z medianą oczekiwań ankietowanych uczestników rynku. RBA nie zdecydował się na zmianę retoryki względem tej, która została zaprezentowana w trakcie sierpniowego posiedzenia. W komunikacie można było ponownie wyczytać o implikacjach podwyżki stóp procentowych na trajektorię wzrostu gospodarczego oraz ścieżkę cen konsumenta. Nic nowego nie wniosła również wypowiedź Philipa Lowe, gubernatora RBA, według którego poważne przewartościowanie australijskiego dolara uderzyłoby w turystykę oraz edukację.

O nie lada rozczarowaniu mogą mówić szwajcarzy, których gospodarka w II kwartale rozwijała się w tempie 0,3 proc. r/r. Potężną dawkę rozgoryczenia próbowały niwelować lepsze szacunki sierpniowej inflacji CPI, która w ujęciu rok do roku odnotowała 0,5 proc. skok, spełniając tym samym oczekiwania rynku. Wśród opublikowanych indeksów PMI gwoździem programu okazał się być sierpniowy szacunek dla brytyjskiego sektora usługowego. Odczyt na poziomie 53,2 pkt (konsensus: 53,5 pkt) tylko chwilowo przyczynił się do zmiany sentymentu na rynku walutowym.

W drugiej połowie dnia dawkę zmienności zapewniła rewizja lipcowych zamówień fabrycznych w USA, które z miesiąca na miesiąc odnotowały 3,3 proc. spadek (konsensus: 3,0 proc.). W przypadku danych dotyczących zamówień za wyłączeniem środków transportu należy mówić o lekkiej poprawie, bowiem miesięczna dynamika wzrosła o 0,1 pp. do poziomu 0,6 proc.

Koniec sesji na europejskich parkietach stał pod znakiem solidnego przetasowania sentymentu. Wyższość sił podażowych uznał między innymi WIG 20 (-0,1 proc.), który w momencie rozpoczęcia notowań przy Wall Street dzierżył miano jednego z liderów. Finalnie spadkowym nastrojom przeciwstawił się frankfurcki DAX (0,2 proc.), którego liderem został Merck (2,4 proc.) planujący sprzedaż jednego z działu operacji. Pozytywne nastroje utrzymywały się również w sektorze motoryzacyjnym z racji na prowadzone negocjacje dotyczące tzw. afery dieslowej. Na czele niemieckich gigantów samochodowych znalazł się Volkswagen (1,9 proc.), który ogłosił rozpoczęcie pięcioletniej współpracy z IBM. Nieco niżej znalazł się Henkel, którego 1,8 proc. wybicie należy utożsamiać ze wzrostem popytu na opcje kupna. Listę komponentów niemieckiej giełdy zamykały spółki z sektora bankowego. Najsilniejszy ruch w stronę południa odnotował Commerzbank (-2,7 proc.), który nie planuje rychłego transferu londyńskiego biura.

Na Wyspach uwagę inwestorów zwracały walory Merlina (2,1 proc.), któremu po piętach deptał Paddy Power Betfair (2,0 proc.) po zmianie rekomendacji na „trzymaj” przez Cenkos Securities. Po drugiej stronie indeksu FTSE 100 (-0,5 proc.) wyraźnie brylowały walory Provident Financial (-6,5 proc.) mające od kilkunastu sesji status czysto spekulacyjnych. Listę komponentów paryskiego CAC 40 (-0,3 proc.) zamykało Orange (-2,0 proc.) chłodno przyjmujące doniesienia o niezbyt korzystnych perspektywach finansowych swojej polskiej spółki-córki. Nisko znalazły się również Crédit Agricole (-1,8 proc.) oraz walory BNP Paribas (-1,9 proc.), którym nie pomogła nowa rekomendacja kupna wystawiona przez Fubon Financial.

W Warszawie miano lidera objęły walory Asseco Poland (1,5 proc.), które w trakcie jutrzejszej sesji mogą całkowicie wymazać swoją zwyżkę. Powodem powyższego stanu rzeczy może być zmiana ceny docelowej przez mBank (-2,3 proc.) do poziomu 44 PLN (obecnie: 48,50 PLN). Pomyślną środę przed sobą może mieć PGNiG (1,2 proc.) planujące zwiększenie obrotów w 2017 roku o 15 proc. Listę gigantów notowanych przy Książęcej zamknął mBank, w cieniu którego znalazły się tracące po 1,1 proc. Bank Zachodni WBK oraz Orange Polska.

Na rynku surowcowym uwagę inwestorów zwraca wyraźne odbicie cen ropy naftowej. Obecnie baryłka West Texas Intermediate jest wyceniana po 48,60 USD, tj. 2,8 proc. wyżej względem wczorajszego zamknięcia. Nieudany atak na poziom 18,00 USD za uncję przeprowadziło srebro (0,0 proc.), które wróciło w okolice 17,88 USD. W przypadku złota (0,4 proc.) należy mówić o kontynuacji wzrostowej tendencji. Na koniec dnia uncja żółtego kruszcu jest wyceniana po 1 338,70 USD. Niekwestionowanym królem płodów rolnych okazał się być sok pomarańczowy, którego listopadowe kontrakty podrożały o 6,9 proc. wskutek zagrożenia huraganem Irma.
Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Hashrate – jakie ma znaczenie w procesie wydobywania kryptowalut?

W przypadku wydobywania kryptowalut hashrate ma szczególne znaczenie z punktu widzenia dochodów. Każdy z wydobywających kryptowaluty, w zależności od używanego sprzętu, będzie posiadać określoną moc obliczeniową, powszechnie określaną jako hashrate, a zysk jaki uzyska będzie zależał od tego co wydobędzie.

Hashrate to współczynnik szybkości mieszania, który mierzy z jaką siłą działa maszyna wydobywającego kryptowaluty. W szczególności mierzy liczbę przypadków, w których funkcja skrótu może być obliczana na sekundę. Oczekiwany zysk wydobywającego kryptowaluty jest wprost proporcjonalny do szybkości mieszania. Po pierwsze, funkcja mieszania przyjmuje dane wejściowe o dowolnej długości i wytwarza wyjście o określonej długości. W przypadku Bitcoin stosuje się funkcję skrótu SHA256. Funkcje hashowania są deterministyczne, tzn. że takie same dane wejściowe zawsze generują to samo. Ale są one zaprojektowane jako nieprzewidywalne, w tym sensie, że jeśli chce się  znaleźć dane wejściowe, które zawierają bajty do określonego pliku wyjściowego, najlepszym sposobem jest spróbowanie wielu losowych wejść, dopóki jedno z nich nie zadziała. Jeśli zostanie znaleziona bardziej efektywna metoda, funkcja skrótu zostanie uznana za zepsutą i trzeba ją będzie wówczas wymienić.

Aby wydobywać przykładowo Bitcoiny, wydobywający muszą znaleźć dane, które zawierają listę wszystkich ostatnich transakcji, które muszą zostać zweryfikowane, a ich hash jest mniejszy niż określona wartość. (Ta wartość jest okresowo zmieniana, aby zmienić trudność.)

Gdy wydobywający znajdzie taką wartość, emituje ją. Zestaw zawieranych transakcji jest obecnie sprawdzany, a ten zestaw staje się następnym blokiem w łańcuchu blokowym Bitcoina. Górnik otrzymuje nagrodę za swój wkład obliczeniowy do obsługi protokołu kryptowalutowego.

Ponieważ jedynym sposobem na znalezienie takiej wartości i zarabianie na nagrodę jest brutalnie szybkie wyszukiwanie, szybszy sprzęt został opracowany w celu szybkiego obliczania funkcji skrótu SHA256. Szybkość haszy to liczba razy, jaką funkcję można obliczyć na sekundę. Niektóre maszyny mogą teraz obliczać tryliony tych haseł na sekundę. Współczynnik mieszania jest jednostką miary mocy przetwarzania sieci Bitcoin. Sieć Bitcoin musi przeprowadzać intensywne operacje matematyczne i kryptograficzne w celach bezpieczeństwa. Na przykład, gdy sieć osiągnie szybkość mieszania wynoszącą 10 t/s, oznacza to, że może ona wynieść 10 bilionów obliczeń na sekundę.

Można by porównywać haszowanie do uzyskiwania odpowiedzi od polityków. Informacje, które im podajesz są jasne i zrozumiałe, a dostarczone przez nich dane wyglądają jak przypadkowy strumień słów.

Wydobywający konkurują, aby wygrać prawo do wydobycia bloku transakcji i zarobić nagrodę blokową, która może obejmować nowo generowane monety i opłaty z każdej transakcji, które zawierają się w obrębie bloku. Konkurs wymaga, aby wydobywający wykonali stosunkowo proste obliczenia, z wykorzystaniem algorytmu mieszania. Za każdym razem, gdy wykonują obliczenia, powstaje pojedynczy hash, a dane wyjściowe są porównywane z wartością docelową ustaloną przez sieć. Jeśli wartość jest mniejsza niż docelowa, wydobywający uzyskuje prawo do kopiowania tego bloku, ale jeśli jest wyższy, muszą nadal obliczyć więcej hashy. Wartość docelowa jest korygowana przez sieć w celu utrzymania średniej wielkości bloku przy odpowiedniej wartości docelowej.
Współczynnik hashrate jest miarą tego, jak wiele obliczeń pracy jest wykonywane przez wszystkich wydobywających uczestniczących w sieci. Jest to mierzone w kategoriach mieszania na sekundę, ale ponieważ np. duża liczba tych obliczeń jest bardziej powszechna, aby zobaczyć wartości w większych jednostkach, używa się np. Gigahashe na sekundę (GHS) lub Terrahashe na sekundę (THS).

Szybkość haszowania jest jednym z najważniejszych czynników w procesie wydobywania kryptowalut i jest to bezpośredni wskaźnik mocy wydobywającego. Wyższa szybkość mieszania jest zawsze pożądana podczas kopiowania, ponieważ zwiększa możliwość znalezienia następnego bloku. Ograniczenie zużycia energii elektrycznej w ciągu ostatnich kilku lat stanowiło jedno z największych wyzwań dla profesjonalistów branży.

Hashrate różni się w zależności od tego jak bardzo wydajne są karty graficzne, których używa się w procesie wydobywania i są miarą preferencji wydobywającego, który określa jaki hashrate chce mieć, bowiem od tego będzie zależeć głównie ile kryptowaluty wydobędzie w określonym czasie.

I tak dla poszczególnych najczęściej używanych obecnie kart graficznych, hashrate kształtują się w następujący sposób:

  • GeForce GTX 1070 – Hash Rate: 27 mh/s,
  • AMD Radeon RX 580 – Hash Rate: 26 mh/s,
  • AMD Radeon RX 480 – Hash Rate: 24 mh/s,
  • AMD Radeon RX 470 – Hash Rate: 23 mh/s,
  • R9 Nano – Hash Rate: 28.5 mh/s,
  • R9 Fury X – Hash Rate: 30 mh/s,
  • R9 290 – Hash Rate: 23 mh/s,
  • R9 380 – Hash Rate: 22 mh/s,
  • AMD HD 7990 – Hast Rate: 40 mh/s.

Hashrate ma szczególne znaczenie zarówno w handlu, jak i wycenie kryptowalut, przy wzroście kursu wymiany krypto-walutowej, a także przyczyniając się do zahamowania wydobywczego, co ma tendencję do opóźnienia, podczas gdy jest to proporcjonalne do wielkości zmian kursów, które są ze sobą powiązane. Jako wydobywający kryptowalutę twój zysk będzie w końcu zależeć od tego, ile mocy haszowej możesz wnieść do sieci. Załóżmy, że twój hashrate pozostanie niezmienny, a wzrasta całkowita moc wydobywcza w sieci, to jej moc uprzemysłowienia spadnie w stosunku do sieci.

Im więcej jest hashrate w danej sieci, tym mniejsza jest rentowność dla pojedynczego wydobywającego. Kiedy wydobywający zrozumie mechanizmy procesu wydobywczego i znaczenie posiadania wystarczająco szybkiego tworzenia dochodów, następne pytanie będzie dotyczyło którą kryptowalutę wydobywający pragnie kopać – tłumaczy Michał Kwieciński, CEO/Advisor w CCG Mining, spółce technologicznej, która oferuje między innymi możliwość zakupu hashrate contracts na wydobywanie określonych kryptowalut.

Wzrost Hashrate 

Najważniejszym punktem danych w technologii blockchain jest haszowanie sieci. Zasadniczo hashrates opisuje, ile mocy obliczeniowej jest wykorzystywanej w  sieci przez użytkowników na całym świecie. Powód, dla którego minerzy wykonują stałe obliczenia, polega na tym, że stwarza to im szanse na czerpanie korzyści z otwarcia bloku. Nagroda za otwarcie bloku uprawnia ich do: nowo wydobywanych monet i dokonywania opłat za transakcje.

Obydwa z nich są zazwyczaj wypłacane z każdego nowego bloku, który w przypadku Bitcoina wynosi około 9 minut. To wynagradza wydobywającym ich dowód pracy, co sygnalizuje, że rzeczywiste prace i zasoby, takie jak energia elektryczna, zostały włożone w sieć Bitcoin. Gdyby Bitcoiny lub jakąkolwiek inną kryptowalutę wydobywał tylko 1 komputer, wówczas ten wydobywający będzie kontrolował 100% hashrate. Jednak, ponieważ Bitcoin i inne kryptowaluty stały się bardzo cenne na rynku, wielu innych wydobywających i basenów wydobywczych na całym świecie przyłączyło się do tej zabawy, w poszukiwaniu zarobienia tych Bitcoinów w ramach nagrody za otwarcie bloku. Jest to jeden z powodów, dla których mówi się, że Bitcoin jest zdecentralizowany.

Hashrate
Źródło: https://cryptovoices.com

Ponieważ coraz więcej wydobywających rywalizuje o nagrodę z bloków, wzrasta liczba planowanych obliczeń i trudności w tworzeniu nowych bloków.

Pierwszy trend jest stosunkowo prosty, jest to roczna stopa migracji wzrostu (w kolorze niebieskim). Druga stopa wzrostu (przedstawiona na biało) jest trochę mniej czytelna, ale znacznie bardziej znacząca. Wysiłek jaki trzeba włożyć w obliczenie rocznej stopy wzrostu jest bardzo ważnym krokiem w zrozumieniu, jak szybko coś się rozwija. Korzystamy z tej stopy wzrostu dla określenia np.: populacji czy stóp procentowych i nie jest zwykłą średnią stawką.

Lepiej jest stosować się do trendów mocy, a nie tendencji liniowych. Wzrost Hashrate jest zdecydowanie trendem. To, co pokazano powyżej, to jest CAGR życia: wykładnicza, roczna stopa wzrostu mocy haszowania w sieci, oparta na całym trendzie życia na podstawie jego codziennego zrzutu. W porównaniu z niemal wszystkimi innymi zmiennymi w gospodarce światowej  jak choćby wzrost PKB, wzrost liczby ludności, wzrost inflacji, wzrost cen czy wzrost użytkowników, ta skomplikowana tendencja jest niewiarygodnie dużą liczbą.

Inteligentny system ruchu w Aarhus ogranicza zużycie paliwa

W duńskim mieście Aarhus czujniki bluetooth wykrywają sygnały z telefonów i innych urządzeń obecnych w samochodach. Informacje te wykorzystuje się do obserwowania na bieżąco ruchu ulicznego, co umożliwia rozładowywanie zatorów i zmniejszenie zużycia paliwa.

Wizja samochodów połączonych w komunikacyjną sieć, dzięki której będzie można wyeliminować korki na drogach, jest dziś gorącym tematem w branży technologicznej. Duńska firma Blip Systems, opracowała system czujników bluetooth zainstalowanych w miejskiej sieci drogowej. System ten nie komunikuje się bezpośrednio z samochodami, lecz wykrywa obecne w nich urządzenia bluetooth. Ponieważ wielu kierowców ma telefony z włączoną opcją bluetooth, systemy infotainment i nawigację satelitarną, zebrane w ten sposób dane wystarczają do śledzenia na bieżąco stanu sieci komunikacyjnej.

Czujniki liczą, ile samochodów przejeżdża obok nich w określonym czasie. Dane te trafiają do centrali, gdzie są analizowane w celu uzyskania obrazu sytuacji na drogach. Oprogramowanie systemu informuje, ile osób podróżuje po mieście, rozpoznaje trasy najczęściej wykorzystywane w ciągu dnia oraz wszystkie odstępstwa od normy, na które trzeba zareagować.

Asbjørn Halskov-Sørensen, menedżer projektu Arthus TS, mówi że dane są „niezmiernie pouczające” i już umożliwiły stworzenie w mieście „lepszego środowiska” dla kierowców. Dzięki częściowemu rozładowaniu korków ruch odbywa się bardziej płynnie i przy wyższej średniej prędkości, co ogranicza zużycie paliwa oraz emisję gazów cieplarnianych.

– Od czasu wdrożenia systemu, uzyskaliśmy znaczące korzyści. Wykryliśmy błędy i nieprawidłowości, których nie mieliśmy szans dostrzec w inny sposób – wyjaśnia  Halskov-Sørensen. – Poza tym dowiadujemy się, w jaki sposób różnego rodzaju wypadki i awarie wpływają na funkcjonowanie sieci drogowej, i możemy łatwo badać te zjawiska.

Dane wykorzystywane są także jako źródła informacji dla dynamicznych znaków drogowych pomagających kierowcom w wyborze najszybszej trasy. Znaki wyświetlają wiadomości o prognozowanym czasie przejazdu, warunkach atmosferycznych oraz trasach alternatywnych. Dane zmieniają się na bieżąco pod wpływem informacji napływających z czujników bluetooth.

Technologię tę zainstalowano w Aarhus w 2015 roku bez większego rozgłosu. Dziś jest to jedno z wielu miast na świecie współpracujących z BlipSystem. Czujniki bluetooth mierzą natężenie ruchu w Bangkoku, Zurychu, Auckland i innych miejscach.

Dopóki tzw. Internet Rzeczy pozostaje poza naszym zasięgiem, to alternatywne rozwiązanie wydaje się całkiem dobrą metodą ułatwiającą planowanie ruchu i podróżowanie.

Źródło: SPCC.pl/ stateofgreen.com

Letnie festiwale muzyczne według internautów – podsumowanie 2017 roku

Festiwale muzyczne cieszą się w Polsce coraz większą popularnością, o czym może świadczyć nieustannie rosnąca liczba nowych imprez i coraz lepsze line up’y.  To sposób na weekendowy wypad, a dla młodzieży niemalże obowiązkowy punkt wakacyjnych wyjazdów. Festiwale są też widocznym elementem aktywności internautów w mediach społecznościowych – emocjonalnie i z zaangażowaniem podchodzą oni do każdej informacji na temat zbliżających się wydarzeń, a w ich trakcie komentują występy artystów i publikują zdjęcia z koncertów. My sprawdziliśmy, które z tegorocznych festiwali cieszyły się największą popularnością w Internecie oraz dla jakich marek okazały się one być największą promocją.

Ranking festiwali

W tym roku zdecydowanie najbardziej popularnym festiwalem wśród internautów był Woodstock. Pojawiło się na jego temat ponad 485 tys. wzmianek, co oznacza, iż tego lata ponad 60% wszystkich treści opublikowanych w Internecie, poświęconych letnim festiwalom, odnosiło się właśnie do Woodstocka. Jego znacząca przewaga nad pozostałymi wydarzeniami była związana z wywołaną dyskusją polityczną, w której udział wzięły media, prywatni internauci oraz politycy, liderzy opinii i celebryci.

najpopularniejsze-festiwale

Poza politycznie angażującym festiwalem Jurka Owsiaka, najwięcej publikacji pojawiło się na temat Open’era. To festiwal, o którym dużo mówi się za sprawą line up’u, który jest już gwarancją jakości wydarzenia. Internauci często nieznając jeszcze żadnych artystów, deklarują chęć kupienia biletów i pojechania na kolejną edycję, gdyż są przekonani, że na pewno będzie warto. Festiwal ten często pojawia się również w aktywnościach jeszcze nieletnich internautów, głównie użytkowników Twittera, którzy nie mogą się doczekać swojego pierwszego Open’era. Jest to też wydarzenie, które wśród innych wyróżnia się wyraźnym zaznaczeniem obecności celebrytów – oficjalne kanały m.in. Maffashion, Deynn, czy Kuby Wojewódzkiego są ważnym elementem promocji festiwalu w sieci, co dodaje imprezie dodatkowej wartości.

Festiwale promocją marek sponsorskich, ale nie tylko

Internetowe dyskusje o festiwalach w tym roku to polityka, line up, deklaracje udziału w imprezach, kwestie organizacyjne oraz marki. Ten ostatni punkt stanowi stały i naturalny element każdego z muzycznych wydarzeń. Marki towarzyszą internautom już w samych nazwach festiwali (Orange, Tauron), w obrandowanych strefach i namiotach (Play, Lech, Bacardi, Allegro), ale również odpowiadają za możliwość kupienia karnetu na festiwal (sprzedaż przedmiotów na olx, aby mieć pieniądze na kupno biletu), czy dotarcie na teren wydarzenia (Bla Bla Car, Uber, mytaxi). Marki w kontekście letnich koncertów to także technologie: Spotify krytykowane za zbyt nachalne reklamy Open’era, VSCO używana do korekty festiwalowych zdjęć, Google (Play – aplikacje festiwalowe, Maps – nawigacja na terenie festiwalu).

Najczęściej wspominaną kategorią marek w tym roku były jednak marki mediowe: nazwy stacji telewizyjnych, tytuły prasowe i stacje radiowe stanowiły 42% wśród najpopularniejszych brandów. Było to jednak związane przede wszystkim z polityczną dyskusją, jaka toczyła się wokół Woodstocku.

Każdy festiwal wyróżniały jednak nieco inne marki, co widoczne jest na poniższej mapie:

mapa

*Wielkość logo oznacza popularność marki wśród internautów względem pozostałych marek.

 Olga Wójcicka – IRCenter

 

Bańka spekulacyjna na kryptowalutach dobiega końca

Kilkanaście godzin temu ludowy Bank Chin doprowadził do mocnej wyprzedaży kryptowalut. Wystarczyło, że ogłosił iż organizowanie zbiórek crowdfundingowych opartych o cyfrowe tokeny jest nielegalne.

Chiny już nieraz starały się zwalczyć szalone wzrosty Bitcoina, ale nieskutecznie. Tym razem tak samo, wyprzedaż kryptowalut wyhamowała ale czy możemy liczyć na dalsze wzrosty? Prawdopodobnie tak, ponieważ bańki spekulacyjne zawsze przybierają olbrzymie rozmiary, tak aby każdy dał się nabrać na nieustanne wzrosty.

Podsumowanie rynku kryptowalut od 2013 roku

Podsumowanie rynku kryptowalut od 2013 roku

Źródło: Visualcapitalist.com

Od 2013 roku przybywa ilość nowych walut cyfrowych, tak samo jak rośnie ich kapitalizacja. W 2013 roku kapitalizacja rynkowa kryptowalut wynosiła 1.5 miliarda USD, podzielona była na 8 walut cyfrowych. Główną walutą był Bitcoin z 92.5 procentowym udziałem w całym rynku. Od tamtego czasu sporo się zmieniło, iż obecna kapitalizacja wynosi 177 miliardów USD, rynek dzielony jest między 392 kryptowaluty, natomiast udział w rynku Bitcoina spadł do 45 procent i nadal powinien spadać.

Kryptowaluty – czy to jest bańka spekulacyjna?

Według danych infation.us spada ilość transakcji dokonywanych za pomocą Bitcoina, co jest bardzo negatywnym sygnałem świadczącym o tym, że instrument służy już wyłącznie do spekulacji a nie do wymiany handlowej.

Bitcoin Price vs Weekly Bitcoin Transactions

Bitcoin Price vs Weekly Bitcoin Transactions

Źródło: Inflation.us

Na powyższym wykresie zobrazowana cenę Bitcoina (linia żółta) na tle ilości dokonanych transakcji w jednym tygodniu. Od 2014 rosła ilość transakcji rozliczana w kryptowalucie, tak samo jak i jej cena. Aczkolwiek w ostateczności sytuacja ulegał zmianie, cena Bitcoina powędrowała na północ a ilość transakcji spadła. Głównym wyjaśnieniem tego zjawiska jest cena kryptowalu, który jest już zbyt wysoka.

Bitcoin – analiza techniczna

Od lipca bieżącego roku notowania BTCUSD poruszają się w kanale wzrostowym. Po doniesieniach z Chin kurs BTC spadł na dzienne wsparcie 4300-4465. Powstający Pin Bar świadczy o obronie wsparcia i kontynuacji wzrostów. Niemniej jednak jak pokazano wcześniej instrument ten został oderwany od swojej wartości dodanej dla społeczeństwa i stał się instrumentem spekulacyjnym.

Notowania BTCUSD

Notowania BTCUSD

Źródło: Admiral Markets

ETHUSD – analiza techniczna

Kolejna kryptowaluta, która została przeceniona. Notowania spoczęły na dolnej bandzie kanału wzrostowego. Sytuacja podobna jak na BTC, ale tutaj notowania zarysowały podwójny szczyt zapowiadający odwrócenie trendu.

Notowania ETHUSD

Notowania ETHUSD

Źródło: Admiral Markets

Przed odwróceniem trendu wzrostowego i pęknięciem bańki spekulacyjnej waluta niedźwiedzie muszą pokonać dolne ograniczenie kanału wzrostowego. Jeżeli to się stanie, to otworzą sobie drogę do poziomu 132 USD.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Wszystko co musisz wiedzieć o indeksie SP500

Przyszedł wrzesień a razem z nim większe prawdopodobieństwo wystąpienia spadków na amerykańskim indeksie SP500. Przez ostatnie 16 lat miesiąc wrzesień zanotował ujemną stopę zwrotu w 9 latach, największy spadek wyniósł 11 procent. Średnia stopy zwrotu we wrześniu dla ostatnich 16 lat wynosi -1.23 procenta, tylko styczeń okazał się gorszy.

Sezonowość na indeksie SP500

Sezonowość na indeksie SP500

Źródło: Bloomberg

Analiza techniczna cały czas wskazuje kierunek północny ale należy pamiętać, że amerykańska giełda jest przewartościowana pod niemalże każdym względem. Ponadto huragan Harvey praktycznie przekreślił możliwość jakiejkolwiek reformy podatkowej, która przełożyłaby się na większy zysk (po opodatkowaniu) amerykańskich przedsiębiorstw.

Notowania SP500, interwał tygodniowy

Notowania SP500, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Od początku roku notowania 500 amerykańskich spółek poruszają się w kanale wzrostowym, natomiast od jednego roku nie mieliśmy do czynienia z głębszą korektą niż trzy procent. Co może doprowadzić do takiej korekty? Ciężko powiedzieć, ale głównym celem sprzedającym przy realizacji tego scenariusza powinna być strefa 2368-2390 po czym kurs kontynuowałby swoją wspinaczkę na coraz wyższe poziomy.

SP500 – brak zmienności

W bieżącym roku kalendarzowym możemy powiedzieć, że amerykańskie sesje na indeksie S&P 500 są nudne jak „flaki z olejem”. Nic ciekawego się nie dzieje, zmienność wymarła. Widać to po indeksie strachu (VIX), który odwzorowuje zmienność na amerykańskim indeksie.

Indeks zmienności VIX został wprowadzony przez Chicago Board Options Exchange (CBOE) w 1993 roku. Mierzy on oczekiwania rynkowe, co do zmienności przy wykorzystaniu kwotowań (cen bid oraz ask) opcji na indeks S&P500.

Średnie zmiany indeksu strachu

Średnie zmiany indeksu strachu

Źródło: Bloomberg

Na powyższej grafice zobrazowano notowania indeksu VIX. Czym niższa roczna średnia, tym mieliśmy do czynienia z niższą zmiennością na indeksie. W 2017 roku prawdopodobnie zakończymy na najniższym poziomie zmienności od powstania tegoż indeksu.

SP500 – zyski spółek (EPS)

Amerykańska hossa została rozpoczęta kilka miesięcy po uruchomieniu QE. Oprócz wsparcia ze strony banków centralnych była kontynuowana dzięki coraz wyższym zyskom spółek wchodzącym w skład indeksu. EPS (zysk przypadający na akcje) kontynuował wzrosty razem z indeksem, aczkolwiek sytuacja została zmieniona w 2014 roku. Zyski spółek zaczęły spadać, a byki windowały amerykański indeks na coraz wyższe poziomy, co zostało zobrazowane na poniższym wykresie.

EPS na tle indeksu SP500

EPS na tle indeksu SP500

Źródło: FactSet

Na powyższej grafice przedstawiono notowania indeksu S&P500 (linia niebieska) na tle 12 miesięcznego zysku przypadającego na jedną akcję. Jak widać po 2014 roku dwie zmienne przestały być ze sobą skorelowane. Powstaje zatem pytanie, czy rynek jest naprawdę efektywny? Bardzo wątpliwe, ponieważ notowania spółek zostały oderwane od rzeczywistości.

SP500 – to co z tą hossą?

Pomimo znacznego przewartościowania amerykańskich akcji analiza techniczna nie wskazuje na możliwość załamania rynku, zatem hossa powinna być kontynuowana. Niemniej jednak z tyłu głowy należy pamiętać o informacjach przedstawionych powyżej, ponieważ obecne ożywienie gospodarcze jest już drugim w historii, zatem każdy dzień zmniejsza prawdopodobieństwa jego kontynuacji.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Lexus triumfuje w USA

Dobra passa Lexusa na amerykańskim rynku trwa. W pierwszym miesiącu wakacji Japończycy sprzedali prawie 28 902 tys. samochodów w USA – wyprzedzając każdą z niemieckich marek premium. Miesiąc później, w sierpniu 2017 roku, sprzedaż wzrosła o kolejne 0,4 proc. i wyniosła 30 801 sztuk.

Lexus NX
Lexus NX

Wyniki sprzedaży pokazują, że sedany Lexusa, z modelem ES na czele, cieszą się coraz większą popularnością wśród amerykańskich klientów. Widać również zauważalne wzrosty w segmencie SUV-ów. W tym przypadku prym wiodą modele NX i GX – powiedział Jeff Bracken, wiceprezes i dyrektor generalny grupy Lexus.

Oficjalne wyniki sprzedaży płynące z rynku USA pokazują, że w sierpniu 2017 roku najpopularniejszym modelem Lexusa był ES – sprzedaż na poziomie 6 404 sztuk (wzrost o 10 proc.). Na kolejnych miejscach znalazły się Lexus NX (wzrost o 2 proc.), Lexus LX (wzrost o 11 proc.) oraz modele RX (+7%). Rekordowym wzrostem może poszczycić się Lexus GX – w sierpniu 2017 roku model ten zyskał dodatkowe 34 proc. w ilości sprzedanych egzemplarzy.

W lipcu 2017 roku wyniki sprzedaży Lexusa były o 7,8 proc. wyższe do analogicznego okresu ubiegłego roku. Tym samym japoński producent wysunął się na prowadzenie wyprzedzając największych konkurentów w segmencie premium – Mercedes sprzedał w lipcu w USA 25 909 aut, BMW – 21 965, a Audi – 18 824 pojazdów.

W sierpniu 2017 roku Lexus utrzymał pierwsze miejsce na rynku USA w segmencie premium. W ubiegłym miesiącu – jak podaje Bloomberg – Mercedes sprzedał o 11 proc. samochodów mniej, a BMW odnotowało spadek sprzedaży o 7,7 proc.

Zastój w zamówieniach publicznych bolączką polskiego sektora IT

Stagnacja w przetargach na informatyzację w instytucjach publicznych wyraźnie odbija się na kondycji wielu, działających na polskim rynku firm. Sytuacji dodatkowo nie poprawia fakt braku nowych zamówień. Według danych Pressinfo tylko w pierwszej  połowie roku rozstrzygnięto lekko ponad 4,5 tys. przetargów IT o wartości ok. 2,3 mld PLN. Z kolei jeszcze 3 lata tematu, liczba ta wynosiła 21 tys., a łączna wartość plasowała się na poziomie prawie 7 mld PLN.  To pokazuje zmianę kierunku dotychczasowym modelu świadczenia usług na rzecz body-leasingu.

Choć zdaniem wielu ekspertów ogólny rozwój krajowego rynku IT zachowa tendencję wzrostową do 2021 roku, a w tym roku powinien przyspieszyć o 5,5 proc[1]. To jest on systematycznie hamowany przez brak przetargów. Jak wynika z danych Pressinfo, od stycznia do lipca ogłoszono 14 075 zamówień. Stanowi to dwie trzecie liczby zamówień z roku 2016. Zastój w przetargach nie jest więc problemem stosunkowo nowym. Pewne przesłanki prognozujące trudności pojawiły się już 2 lata temu. W ubiegłorocznym badaniu przeprowadzonym przez PMR ponad dwukrotnie wzrósł odsetek respondentów wskazujących brak przetargów jako główny czynnik ograniczający rozwój rynku IT. Już wtedy podkreślano, że jest to poważny problem, ze względu na strategiczną rolę sektora publicznego dla dostawców rozwiązań informatycznych.

Rynek się zmienia

Korzyści wynikające z outsourcingu usług zaczynają doceniać także publiczne podmioty. Przełomowy okazał się przetarg na świadczenie kompleksowych usług w zakresie zapewnienia zasobów ludzkich z branży IT dla Centralnego Ośrodka Informatyki (COI). Wyznaczył on zupełnie nowe podejście administracji rządowej do projektów IT. W gronie firm, które będą realizować ten projekt znalazła się polska firma informatyczna Transition Technologies. – Przetarg na świadczenie usług w oparciu o outsourcing pracowników (body-leasing) o największej w tym roku wartości 116 mln PLN sygnalizuje zmianę administracji w podejściu do realizacji projektów. W rezultacie, COI zamiast zlecać usługi firmom zewnętrznym, będzie korzystać z wynajętych kadr oraz z własnych pracowników – mówi prof. Konrad Świrski, Prezes Zarządu Transition Technologies. Na podobne rozwiązanie zdecydowało się także Ministerstwo Cyfryzacji. Jeżeli tendencja wynajmowania specjalistów IT zostanie zachowana, to firmy muszą się liczyć z ograniczoną liczbą zamówień publicznych dla integratorów.

Ekspansja zagraniczna = remedium

Jednym ze sposobów gwarantujących płynność w funkcjonowaniu jest dywersyfikacja kierunków działalności. Wiele firm, właśnie teraz decyduje się na zagraniczną ekspansję upatrując w niej nowych szans biznesowych.  – W swojej działalności zawsze skupialiśmy się na współpracy z największymi światowymi korporacjami. Świadcząc swoje usługi na polskim oraz zagranicznym rynku (Europa, Ameryka Północna, Azja) ograniczamy ryzyko w naszym portfelu zamówień. Tym samym zapewniamy sobie dostęp do wykwalifikowanej kadry specjalistów oraz stabilność biznesową. Pomimo umiarkowanej koniunktury w krajowym segmencie IT oraz zróżnicowanych ocen analitycznych dla polskich spółek informatycznych, utrzymujemy się w założonym silnym trendzie wzrostowym. Co więcej, spółki wchodzące w skład grupy kapitałowej w pierwszym półroczu osiągnęły sprzedaż na poziomie 133 mln PLN, a roczny portfel zamówień (backlog) utrzymuje się na poziomie ok. 235 mln PLN. W związku z czym, obecny zastój w przetargach nie stanowi dla nas trudności – dodaje prof. Świrski.

Obecna sytuacja na rynku IT nie jest łatwa i wiele wskazuje na to, że dotychczasowy model świadczenia usług w sektorze publicznym, gdzie całość była zlecana zewnętrznym firmom ewoluuje w kierunku wynajmowania specjalistów, czyli body leasingu. Ta zmiana dotychczasowych zasad może niestety boleśnie odbić się na funkcjonowaniu wielu firm.

[1] Dane PMR, 2016.

Nadchodzi cywilizacja konkretu? Polscy rodzice inwestują w naukę matematyki swoich dzieci

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Fundacji mBanku, blisko 95 proc.  rodziców pomaga dzieciom w nauce, z czego najwięcej czasu (aż 40 proc.) poświęcają na  matematykę.  

Najnowsze badanie „Wsparcie rodziców w nauce matematyki”, przeprowadzonego przez Kantar MillwardBrown na zlecenie mFundacji (lipiec 2017 r.)[1] wykazało, że polskie rodziny mają dużo obowiązków związanych z pracami domowymi dzieci. Aż 95 proc. rodziców pomaga swoim pociechom w odrabianiu lekcji lub uczeniu się nowych zagadnień. Taką postawę rodzice uważają za naturalną – 83 proc. uważa, że pomoc w nauce jest ich obowiązkiem. Tylko 28 proc. rodziców uważa, że za wykształcenie dziecka odpowiadać powinna wyłącznie placówka edukacyjna.

Przekonanie o obowiązku pomocy dzieciom zmniejsza się nieco,  gdy  dzieci są starsze ( z 87 proc. wśród rodziców dzieci najmłodszych do 77 proc. rodziców dzieci w wieku 10-12) i coraz więcej czasu przeznaczają na naukę w domu (z 1 godziny w wieku 5-6 do prawie 2 godzin w wieku 10-12).

Matematyka traktowana priorytetowo

Dzieci i rodzice spędzają średnio na odrabianiu lekcji i dalszej nauce ponad 1,5 godziny dziennie, z czego najwięcej, bo prawie 40 minut, poświęcają matematyce. Polscy rodzice mają bardzo pozytywny stosunek do królowej nauk. Prawie ¾ wszystkich przebadanych rodziców uważa matematykę za jeden z najważniejszych przedmiotów w szkole. Matematyka zajmuje też wysokie miejsce w kategorii „Przedmioty, do których rodzice przykładają szczególną wagę”. Na pierwszym miejscu wymienia ją aż 61 proc. ankietowanych.

Im starsze dziecko, tym ważniejsza jest dla rodziców matematyka. Jej naukę przedkłada się nawet ponad języki obce. Odsetek rodziców stawiających matematykę na pierwszym miejscu rośnie wraz z wiekiem dziecka i w grupie rodziców dzieci 10 – 12-letnich osiąga poziom 65 proc.

W matematyce rodzice pomagają sami

Poza szkołą dzieci uczą się matematyki przede wszystkim w domu, pod okiem rodziców. Wraz z wiekiem dziecka zmienia się model tej dodatkowej pracy. W najstarszej grupie dzieci (10-12 lat) da się zaobserwować wzrost znaczenia zajęć dodatkowych u korepetytorów (z 6 proc. u dzieci w wieku 5-6 do 18 proc. u najstarszych) i zmniejszenie częstotliwości udzielania pomocy w domu.

Wciąż jednak dominujące  pozostaje uczenie się w domu. Być może dlatego, że rodzice  bardzo dobrze oceniają swoje umiejętności matematyczne: aż 62 proc. z nich uważa, że matematyka jest dla nich łatwa. Ciekawe jest natomiast zestawienie oceny umiejętności rodzica z tym, czy ich dziecko lubi matematykę. Dla przykładu, rodzice najstarszych dzieci czują się najpewniej w tej dziedzinie (najwięcej, bo aż 65 proc. uważa, że matematyka jest łatwa), ale ich dzieci… najmniej lubią ten przedmiot.

Ale nie są na tym polu zbyt kreatywni

Podejście rodziców do nauki matematyki jest tradycyjne. Brakuje im wiedzy i wyobraźni, jak można niestandardowo podejść do nauczania matematyki. W większości nie czują też takiej potrzeby – uważają matematykę za łatwy do opanowania przedmiot i kopiują schematy znane im doskonale z okresu własnych doświadczeń szkolnych.

Stosunkowo największą kreatywnością wykazują się rodzice dzieci najmłodszych (5-6 lat). Do nauki wykorzystują gry i zabawki edukacyjne czy wspólne zabawy mające ułatwić naukę matematyki – narzędzia te stosuje prawie 2 razy liczniejsza grupa rodziców niż w pozostałych kategoriach wiekowych.

Od 7 roku życia dziecka wśród rodziców dominują tradycyjne metody nauki: tłumaczenie zasad matematyki (85 proc. w grupie 10-12), sprawdzanie odrobionych lekcji (80 proc.), wspólne rozwiązywanie zadań z książki (77 proc.) i przepytywanie dziecka (np. z tabliczki mnożenia).

Co ciekawe, choć sami nie jesteśmy zbyt postępowi, szkole stawiamy wysokie wymagania odnośnie metod nauczania. Z badania mFundacji wynika, że rodzice chcieliby, aby szkoła bardziej kreatywnie podchodziła do nauczania dzieci matematyki – uważa tak 80 proc. ankietowanych. Tylko co czwarty rodzic uważa, że współczesna szkoła dobrze radzi sobie z uczeniem dzieci.

Metody rodziców rozmijają się z oczekiwaniami dzieci

Rodzice usilnie trzymają się metod nauczania, które sami pamiętają, podczas gdy ich dzieci – pokolenie urodzone w dobie wszechobecnego Internetu – naturalnie wybierają aplikacje mobilne czy platformy internetowe.

Najczęściej wykorzystywana w pomocy dzieciom jest wiedza własna rodzica (88 proc. w grupie najstarszych dzieci, 79 proc. wśród dzieci 7-9) oraz podręczniki i ćwiczenia szkolne dziecka (ok. 75 proc. w obu starszych grupach, tylko 47 proc. wśród młodszych). Rodzice starszych dzieci przestają tłumaczyć dziecku praktyczność matematyki, skupiając się na jej abstrakcyjności – z 50 proc. do 30 proc. spada wykorzystywanie przedmiotów z otoczenia dziecka do tłumaczenia zagadnień matematycznych. Podobnie w przypadku gier planszowych – korzysta z nich dwa razy mniej rodziców dzieci starszych (30 proc.) niż najmłodszych (62 proc.).

Do Internetu rodzice sięgają dopiero na późniejszym etapie nauki oraz głównie po to, by znaleźć zestawy zadań matematycznych i ich rozwiązania (44 proc. rodziców dzieci najstarszych vs. 22 proc. rodziców dzieci najmłodszych). Gry komputerowe czy aplikacje akceptowane są przez rodziców wyłącznie jako uzupełnienie, dodatkowa zabawa. Rodzice nie sądzą, aby mogły one być podstawowym narzędziem pomocy w nauce.

A co wybierają dzieci? Mają zupełnie odmienne preferencje od rodziców. Najbardziej lubią gry planszowe (46 proc. odpowiedzi; wykorzystywane tylko przez 24 proc. rodziców), matematyczne gry na komputerze (43 proc. odpowiedzi; wykorzystanie przez rodziców: 12 proc.) czy aplikacje i programy na tablet/telefon (32 proc. odpowiedzi; wykorzystanie przez rodziców: 9 proc.).  Im starsze dziecko, tym bardziej preferuje cyfrowe formy, łącznie z YouTube.

 A dzieci im starsze, tym mniej lubią matematykę

Wbrew  preferencjom dzieci, które – im starsze, tym bardziej wolałyby cyfrowe formy wsparcia – rodzice coraz częściej wykorzystują tradycyjne metody nauczania. Choć dopuszczają włączenie do nauki Internetu, koncentrują się głównie na powtarzaniu treści z podręczników.

Towarzyszy temu wyraźny regres w postrzeganiu matematyki przez dzieci.
Z przedmiotu najbardziej lubianego (71 proc. dzieci w wieku 5-6) staje się przedmiotem lubianym coraz mniej. Z 3 do 16 proc. wzrasta grupa dzieci zdecydowanie nie lubiących matematyki (dzieci w wieku 5-6 vs. dzieci 10-12). W konsekwencji wzrasta też poczucie, że matematyka jest trudna. Tylko 9 proc. dzieci w wieku 5-6 uważa matematykę za trudną lub raczej trudną. Wśród dzieci 10-12 odsetek ten wzrasta dwukrotnie.

Podsumowanie

Polscy rodzice dostrzegli, że matematyka jest szansą na lepszą przyszłość dla ich dzieci. Zdają sobie sprawę, że wiele zawodów przyszłości opiera się na dobrej znajomości matematyki. Dlatego przykładają do jej nauczania dużą wagę i poświęcają jej czas.

Robią to jednak tradycyjnymi metodami, kopiując schematy nauczania ze swoich szkolnych czasów.  Dość wcześnie przestają uczyć dzieci matematycznego sposobu patrzenia na otaczający świat, wykorzystywania codziennych przedmiotów do nauki matematyki. Zagadnienia tłumaczone są w abstrakcyjny sposób – podobnie jak w szkole – z wykorzystaniem tradycyjnych narzędzi jak np. podręczniki czy zestawy zadań matematycznych. W zakresie nauczania, polskich rodziców ominęła również cyfrowa rewolucja. Narzędzia internetowe i mobilne uważają jedynie za dodatkowe wsparcie nauki, nie widzą ich potencjału w przyswajaniu wiedzy. To znacząco rozmija się z oczekiwaniami dzieci, które dodatkowo postrzegają matematykę jako zbyt abstrakcyjną – bo tłumaczoną na obcych wzorach – i wskutek tego nie dostrzegają jej obecności w realnym świecie.

[1] Badanie „Wsparcie rodziców w nauce matematyki. Badanie zwyczajów rodziców związanych z pomocą w nauce matematyki dzieciom w wieku 5-12 lat”, Kantar Millward Brown na zlecenie Fundacji mBanku, lipiec 2017 r.

Juan zyskuje na znaczeniu. Słabsze dane makro z Europy

Na rynki trafiła informacja, że Chińczycy wypuszczą kontrakty na ropę naftową rozliczane w juanach. Dane makroekonomiczne ze Starego Kontynentu nie zachwycają. Po dniu wolnym Amerykanie wracają na rynki.

Ropa naftowa rozliczana w Juanie

Wczoraj na rynek trafiła informacja, że chińczycy przymierzają się do emisji kontraktów na ropę rozliczanych w lokalnej walucie. Byłby to silny cios w dotychczasowy monopol dolara w rozliczaniu handlu tym surowcem. Jest to kolejny krok w ramach otwierania chińskiej gospodarki na świat. Dodatkowo rozważana jest wymienialność juana na złoto. Projekt ten jednak nie ma podanych szczegółów i biorąc pod uwagę problemy z nim związane, raczej przyjdzie nam na niego poczekać. Jaki wpływ taki ruch będzie miał na rynki walutowe? Ropa naftowa nierozliczana w dolarach to mniejszy popyt na amerykańską walutę. Ciężko powiedzieć kto przestawi się na juanowe kontrakty. Nawet jeżeli uczynią to tylko Chiny warto pamiętać, żę to największy importer tego surowca na świecie i już to może spowodować negatywny sygnał dla dolara. Na rynku nie widać paniki, a od rana dolar wręcz się umacniał względem euro.

Dane makroekonomiczne

Dzisiaj od rana poznaliśmy decyzję Królewskiego Banku Australii w sprawie sóp procentowych. Zgodnie z oczekiwaniami nie podniesiono stóp procentowych. Z Europy nadeszły odczyty na temat wzrostu PKB. Gorzej od oczekiwań wypadła Szwajcaria, gdzie wzrost spowolnił do 0,3% pomimo oczekiwań na aż 1,1%. Po tych danych frank osłabiał się względem euro. Rumunia i Słowacja wypadły dokładnie zgodnie z oczekiwaniami mają wyniki na odpowiednio 5,9% i 3,3% w skali roku. Słabsze dane pokazali Czesi. sprzedaż detaliczna bez samochodów wzrosła o 4m6% przy oczekiwaniach 6,1%. Po tych danych czeska korona osłabiła się względem euro. Gorzej od oczekiwań wypadły natomiast indeksy PMI dla usług. Rynki nie zareagowały jednak zbyt silnie, gdyż dane dla usług są mniej istotne niż odczyty dla przemysłu, które były ostatnio wyraźnie lepsze od oczekiwań.

Dzisiaj warto zwrócić na powrót amerykanów na rynki po dniu wolnym. Oprócz tego warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – USA – zamówienia na dobra,
  • 16:00 – USA – zamówienia w przemyśle.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Lojalność – quo vadis?

Lojalność to od zawsze niezwykle pożądana relacja, zarówno w sektorze B2B jak i B2C. Choć na każdej z tych płaszczyzn zamierzony cel jest ten sam, do jego realizacji wykorzystuje się jednak inne narzędzia, gdyż dla poszczególnych stron istotne są odmienne wartości. Jak zatem utrzymać partnera biznesowego, a jak budować więź z konsumentem? Podstawą zawsze jest dobry insight.

Lojalność jest bardzo wielowymiarowym pojęciem, dlatego schematy w jej przypadku raczej nie mają racji bytu. Już samo rozróżnienie na rynek B2B i B2C wskazuje, że uczestnicy tych rynków mają różne priorytety i oczekiwania wobec jej efektów. W relacjach biznesowych ważne są policzalne, głównie finansowe korzyści, natomiast w budowaniu więzi z klientem istotą się nie tylko preferencyjnie skalkulowane promocje, ale także coś, co można otrzymać „extra”, co wywołuje pozytywne skojarzenia, emocje i dostarcza nowych doświadczeń.

W B2B nie ma zmiłuj

Rynek B2B nie jest sentymentalny. W łańcuchu, w którym znajdują się producent, dystrybutor i sprzedawca, wszystko jest oparte na wzajemnie osiąganych korzyściach. Tutaj siłę relacji często mierzy się nie poprzez pozytywne skojarzenia z samą marką czy nawet tzw. lokalny patriotyzm, lecz poprzez sprawy bardziej przyziemne, takie jak niskie ceny pozwalające narzucić korzystną marżę, krótki czas dostawy, elastyczne terminy płatności czy korzystne warunki zwrotu towaru. Najważniejsze jest by towar się sprzedawał i każda ze stron czerpała z tego maksymalne korzyści. Im dłużej taka sytuacja się utrzymuje, tym lojalność i dobre relacje stają się silniejsze. Ciągle jednak rządzi tu jedna główna zasada, którą wszyscy znają i którą można podsumować bardzo krótko – „business is business”.

Dla podmiotów z łańcucha B2B bardzo ważny jest rachunek ekonomiczny i czas. To bardzo racjonalny segment. Oczywiście liczą się też pozbawione biznesowej szorstkości nadzieje pokładane wobec partnera, ale i tak wszystko sprowadza się do źródła  wzajemnego radzenie sobie na rynku. Partnerowi się ufa, pokłada w nim nadzieję i wierzy, że jego oferta i to w jaki sposób ją rozwija, zagwarantuje marce przetrwanie – komentuje Piotr Ignasiak z Albedo Marketing, agencji marketingu zintegrowanego.

Wierni marce, nie – liczbom

Szacuje się, że pozyskanie nowego klienta kosztuje nawet do sześciu razy więcej niż utrzymanie obecnego. Budowanie lojalności powinno być zatem priorytetem dla marek, które jeśli chcą odnieść w tym zakresie sukces, muszą poznać realne oczekiwania swoich klientów. Odpowiedź na nie przesądza o lojalności konsumentów, która to jest wynikiem wyboru między różnymi alternatywami. W czasach gdy producenci oferują podobne towary w konkurencyjnych cenach, tradycyjny model „marketing mix” odchodzi w zapomnienie. Liczy się to, co „idzie za brandem”. Nie chodzi już tylko o wyjątkową cechę produktu, ale wyjątkowe emocje towarzyszące zakupowi i użytkowaniu towaru, o budowanie poczucia przynależności i wyjątkowości danej grupy konsumenckiej oraz o realizację głęboko skrywanych pragnień. Niezwykle istotna tutaj jest też personalizacja – klient chce mieć poczucie, że oferta czy zakup dedykowany jest właśnie jemu, że wynika ze znajomości jego potrzeb i odpowiada jego bieżącej sytuacji. Mamy tu więc do czynienia z potrzebą wnikliwej analizy – zarówno psychologicznej, jak i społecznej, dzięki której nawet nieracjonalne wybory okazują się być w pełni uzasadnione.

Technologiczne ramię lojalności

Założenia budowania lojalności to jedno, natomiast sprawą odrębną jest jej realizacja. Tutaj z pomocą przychodzą wszelkie nowinki technologiczne, które zmieniają nasze zachowania, postrzeganie i możliwości. Dzięki nim działamy szybciej, „bardziej”, bezpieczniej, podnosimy poprzeczkę względem modelu lojalności, wspieramy angażowanie i budowanie zaufania, ale zawsze musimy pamiętać, że nie odniesiemy sukcesu od razu, tym bardziej, jeśli zatracimy w tym to, co najważniejsze – intencje.  Technologia w procesie lojalizacji musi iść zawsze bowiem w parze z relacją.

 Aby spełniać oczekiwania klientów powstają coraz to nowe, idące z duchem czasu aplikacje, platformy i programu lojalnościowe. Podobnych rozwiązań nie brak też na rynku B2B. Nie zapominajmy jednak, że to tylko narzędzie w drodze do realizacji celu, sposób na dostarczanie drugiej stronie bodźców, żeby tę relacje umacniać. Być może powstanie jakiś system, który zautomatyzuje bardziej budowanie się lojalności, np. w sektorze B2B parując potrzeby przedsiębiorstwa z działalnością drugiego i być może stanie się to szybciej niż nam się wydaje, niemniej  określanie tych potrzeb i sposobów realizacji, czyli ogólnego konceptu, zawsze będzie w gestii logicznie myślącego człowieka. I to przesądzi o rzeczywistym sukcesie – podsumowuje Piotr Ignasiak z Albedo Marketing.

Rekordowe wakacje dla lotniska w Jasionce

Ponad 140 tysiące pasażerów obsłużonych w lipcu i sierpniu to najlepszy wynik w historii Portu Lotniczego Rzeszów-Jasionka. Wakacyjny rekord lotnisko zawdzięcza przede wszystkim podwojeniu ruchu na połączeniach czarterowych,
a także większej ilości pasażerów na lotach krajowych. Łączna liczba operacji lotniczych w lipcu i sierpniu w porównaniu z ubiegłym rokiem wzrosła aż o jedną czwartą.

Wyniki uzyskane w ciągu ostatnich dwóch miesięcy dowodzą, że mieszkańcy Podkarpacia i sąsiednich regionów udając się na wakacje coraz częściej korzystają
z połączeń lotniczych, oszczędzając w ten sposób czas i podnosząc komfort podróży –
mówi Michał Tabisz, prezes zarządu Portu Lotniczego Rzeszów-Jasionka.
– Wychodząc naprzeciw potrzebom naszych pasażerów intensywnie pracujemy nad uruchomieniem nowych letnich kierunków w 2018 roku, a także zwiększeniem liczby oferowanych miejsc na istniejących trasach, cieszących się największą popularnością. Chcemy również dalej rozwijać połączenia z portami przesiadkowymi – dodaje Michał Tabisz.

W miesiącach wakacyjnych lotnisko w Jasionce obsłużyło rekordową liczbę pasażerów na trasie Rzeszów-Warszawa, która w porównaniu z 2016 rokiem wzrosła o ponad
20 procent, a w sierpniu po raz pierwszy w historii przekroczyła 20 tysięcy pasażerów. PLL LOT wykonuje codziennie cztery, a w niektóre dni nawet pięć lotów z Rzeszowa do stolicy.

Niezmiennie dużym powodzeniem cieszą się loty do Wielkiej Brytanii liniami Ryanair.
W najbliższą sobotę 9 września zostanie uruchomione kolejne, już trzynaste
w tygodniu połączenie z Rzeszowa do Londynu
. Lotnisko w Jasionce oferuje również regularne loty do Monachium (codziennie), Dublina, Manchesteru, East Midlands i Bristolu, zaś w sezonie letnim na grecką wyspę Korfu, a także połączenia czarterowe do Grecji, Bułgarii i Turcji.

Moody’s widzi siłę polskiej gospodarki

Agencja ratingowa Moody’s podniosła prognozę wzrostu polskiego PKB w tym roku z 3,2% aż do 4,3% i jednocześnie obniżyła prognozę deficytu sektora finansów publicznych z 2,9% do 2,5% PKB. „Spodziewamy się, że wzrost PKB będzie napędzany solidną konsumpcją prywatną, a także powolną, ale stabilną, odbudową w inwestycjach, co odzwierciedla korzystne warunki w otoczeniu zagranicznym i wyższe napływy funduszy z Unii Europejskiej” – napisali analitycy Moody’s. W efekcie złotówka zyskała do głównych walut światowych. Zdaniem prof. Elżbiety Mączyńskiej z SGH, wzrost gospodarczy na poziomie 4,3% jest realny, choć nie będzie łatwy do osiągnięcia.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar zyskuje do euro (+0,02%) i brytyjskiego funta (+0,25%), a traci do dolara australijskiego (-0,07%), dolara kanadyjskiego (-0,02%) oraz japońskiego jena (-0,1%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,19, GBP/USD – 1,292, USD/CAD – 1,239, AUD/USD – 0,796 i USD/JPY – 109,4. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,15%) i kurs EUR/JPY wynosi 130,1, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,92. Złotówka zyskuje do głównych walut. We wtorek rano dolar kosztuje poniżej 3,57 zł, euro – 4,24 zł, funt – prawie 4,61 zł, a frank szwajcarski – ponad 3,72 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 stracił 0,36%, frankfurcki indeks DAX – 0,3%, a paryski indeks CAC 40 – 0,38%. W Amerykach meksykański indeks Bolsa stracił 0,5%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 0,29%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei obniżył się o 0,6%, chiński indeks Shanghai Composite zyskał 0,2%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,1%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej wahają się. We wtorek rano baryłka ropy Brent kosztuje 52,18 USD (-0,02%), a ropy WTI – 47,91 USD (+0,08%). Z kolei cena złota po wcześniejszych sporych wzrostach nieco spadła. Uncję metalu rynek wycenia na 1334 USD. To 3 USD mniej (-0,22%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 3:45 – Chiny – PMI dla sektora usług, sierpień – 52,7 pkt. (prognoza 51 pkt.)
  • 6:30 – Australia – Decyzja RBA ws. stóp procentowych – 1,50% (prognoza 1,50%)
  • 7:45 – Szwajcaria – PKB (r/r), II kw. – 0,3% (prognoza 1,1%)
  • 9:55 – Niemcy – PMI dla sektora usług, sierpień (prognoza 53,4 pkt.)
  • 10:00 – Strefa euro – PMI dla sektora usług, sierpień (prognoza 54,9 pkt.)
  • 10:30 – Wielka Brytania – Indeks PMI dla usług, sierpień (prognoza 53,5 pkt.)
  • 11:00 – Strefa euro – PKB (r/r), II kw. (prognoza 2,2%)
  • 14:00 – USA – Wystąpienie publiczne członka zarządu Fed
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra trwałego użytku (m/m), lipiec (prognoza -6,8%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia na dobra bez środków transportu (m/m), lipiec (prognoza 0,5%)
  • 16:00 – USA – Zamówienia w przemyśle (m/m), lipiec (prognoza -3,2%)
  • 19:10 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Minneapolis

Przygotował zespół analityczny easyMarkets 

EFL: średnie firmy ciągną polskie MŚP w górę

W III kwartale br. średnie firmy po raz trzeci w tym roku najlepiej w całym sektorze MŚP oceniły swoją sytuację. Wartość „Barometru EFL”[1] dla tej grupy wyniosła 64,8 pkt. Choć jest to wynik niższy niż kwartał temu (rekordowe 67,7 pkt.), to jednak i tak pozostaje jednym z najwyższych od niemal 3 lat. Odczyty dla mikro i małych firm wyniosły odpowiednio 56,4 pkt. oraz 58,5 pkt. i również są nieco słabsze niż w II kwartale (-5,1 pkt. i -3,3 pkt.).

W szczególności, najwyższy wśród średnich firm jest odsetek optymistów inwestycyjnych (47,8%), mali przedsiębiorcy liczą na nieco większe zamówienia na ich usługi i produkty niż w poprzednim kwartale, a mikro będą nie tylko więcej sprzedawać, ale i inwestować.

– Spoglądając na historyczne wyniki naszego Barometru widać, że w przypadku większości pomiarów, to średnie firmy odnotowują najwyższe pomiary, natomiast mikro – najniższe. Takie wyniki mogą świadczyć o dwóch rzeczach. Po pierwsze, mniejszej skłonności do ryzyka najmniejszych podmiotów, nastawionych w większej mierze na stabilność funkcjonowania. Po drugie, na wciąż jeszcze mniejszą świadomość zalet i korzyści, jakie przynoszą instrumenty finansowania zewnętrznego jak choćby leasing, które doskonale wspierają firmowe inwestycje i zwiększają skalę prowadzonego biznesu – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Średnie firmy w najlepszych nastrojach

Subindeks „Barometru EFL”, który informuje o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu, w III kwartale 2017 roku był ponownie najwyższy wśród średnich przedsiębiorstw i wyniósł 64,8 pkt. Mikro i małe firmy nieco słabiej oceniły swoją sytuacją – wartość odczytu wyniosła odpowiednio 56,4 pkt. oraz 58,5 pkt. Na nieco słabsze nastroje wpływ miał m.in. mniejszy odsetek przedsiębiorców oczekujących wzrostu inwestycji w średnich i małych firmach. Jednak warto podkreślić, że w przypadku średnich firm, wciąż niemal połowa zapytanych spodziewa się wzrostu inwestycji, co jest bardzo dobrym wynikiem (47,8% vs. 50% w IIQ2017). Wśród małych firm odsetek ten wyniósł 30,5% (IIQ2017: 37,7%), a mikro –36% (IIQ2017: 35,4%)

W przypadku sprzedaży, mikro i małe firmy liczą na większe w porównaniu do poprzedniego kwartału zamówienia na ich usługi i produkty. 30,2% mikro przedsiębiorców (IIQ2017: 23%) oraz 27,9% małych (IIQ2017: 27,2%) optymistycznie patrzy na ten obszar. Jednak najliczniejszą grupą „sprzedażowych” optymistów znajdziemy w segmencie średnich firm (34,2%, taki sam odsetek jak w IIQ2017).

Z najwyższymi planami inwestycyjnymi wśród średnich podmiotów koresponduje najwyższe zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne w tej grupie. Podczas gdy 16,2% mikro i 14,7% małych firm spodziewa się skorzystać z zewnętrznych instrumentów finansowych, w przypadku przedsiębiorstw zatrudniających od 50 do 249 pracowników ten odsetek w III kwartale br. był dwa razy wyższy niż u „mniejszych kolegów” i wyniósł 31,1%.

MŚP pozostają w dobrych nastrojach

Po najwyższym w historii wyniku dla II kwartału br. na poziomie 63 pkt., główny odczyt „Barometru EFL” za III kwartał 2017 roku wyniósł 59,3 pkt. i wciąż znajduje się ponad progiem OR[2]. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów EFL pomiędzy II a III kwartałem br., podobnie jak to miało miejsce rok temu, nastąpiła zmiana trendu z dwóch ostatnich pomiarów i wartość Barometru spadła poniżej 60 pkt. Jednocześnie wartość wskaźnika jest wyższa nie tylko niż w III kwartale ubiegłego roku (56,6 pkt.), ale w porównaniu do wszystkich pomiarów z 2016 roku. To oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa, pomimo odrobinę gorszych prognoz, widzą szanse na rozwój w najbliższych miesiącach.

[1] „Barometr EFL” jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 3-11 sierpnia 2017 r.

[2] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli poziom ograniczonego rozwoju.

Więcej tego samego

Powtórka z rozrywki we wtorek, gdyż apetyt na ryzyko zostaje osłabiony przez nowe doniesienia z Korei Północnej. Reakcja rynku jest jednak płytsza niż wczoraj, co pokazuje powolne zmęczenie tematem. Mimo to JPY i CHF są mocniejsze. AUD niewiele wyniósł z decyzji i komunikatu RBA.

Kolejny dzień i kolejne doniesienia z Korei Płn. Tym razem nie mamy nowego testu rakietowego, ale potencjalne przyspieszenie terminu kolejnego testu, który może nastąpić jeszcze przed narodowym świętem Korei Płn. (9 września). Brzmi to trywialnie, ale apetyt na ryzyko ponownie został osłabiony, choć reakcja jest płytka i widać próby odbicia. Dopóki odzew USA pozbawiony jest bojowego języka i kończy się na dyplomacji, rynki powinny pozostać stabilne. Naturalnie ryzyko leży po stronie prezydenta Trumpa i jego skłonności do wyrażania myśli przez portale społecznościowe, ale do tego inwestorzy chyba już też przywykli. USD/JPY powtórzył dziś wczorajsze minima na 109,20, ale chętnych do kupienia dołka nie brakuje. Strefa do 109 zaczyna zyskiwać na znaczeniu i dalej uważam, że jest to dobra baza dla silniejszego odbicia w kolejnych miesiącach.

Bank Rezerwy Australii nie spędził dużo czasu na kopiowaniu swojego komunikatu sprzed miesiąca. Stopa kasowa została pozostawiona na 1,5 proc., a bank utrzymuje opinie, że obecna polityka będzie odpowiednia dla zrównoważonego wzrostu i powrotu inflacji do celu.

Nie zaostrzono retoryki wobec AUD – powtórzono, że wyższy AUD ciąży na perspektywach wzrostu i zatrudnienia i może hamować presję cenową. Ale o zwrocie w gołębią stronę nie ma mowy, gdyż kondycja biznesu i rynku pracy tego nie wymaga, za to luzowaniem zagrażałoby stabilności rynku mieszkaniowego. Dyskusja o podwyżkach także jest odłożona na bok przynajmniej do II kw. 2018 r. Nie sądzę, aby po decyzji AUD miał podstawy do wykrzesania impulsu do wzrostów. O 11:15 mamy jeszcze przemówienie prezesa RBA Lowe’a, gdzie prędzej usłyszeć możemy obawy o siłę waluty. Z kolei w nocy opublikowane zostaną szacunki PKB za II kw., choć konsensus na 0,9 proc. k/k wysoko ustawia poprzeczkę dla pozytywnych zaskoczeń.

W kalendarzu makro przed nami finalne szacunki PMI dla usług ze strefy euro, które mogą mieć znaczenie tylko w przypadku wyraźnych odchyleń od wstępnych odczytów (co jest wątpliwe). Lipcowa sprzedaż detaliczna z bloku także nie ma w zwyczaju skupiać na sobie uwagi. EUR powinno przesypiać czas do posiedzenia ECB, chyba że dostaniemy kolejne przecieki. PMI dla usług z Wielkiej Brytanii jest publikowany pierwszy raz i wyższy odczyt z przemysłu przed weekendem narobił nadzieje na pozytywne zaskoczenie, choć konsensus wskazuje na spadek (53,5, prog. 53,8). Preferujemy długie pozycje w GBP w krótkim terminie głównie z uwagi na nawis długich pozycji w EUR/GBP, który może się „zerwać” pod wpływem spodziewanej gołębiości ECB. Po południu z USA dostaniemy dane o zamówieniach przemysłowych, gdzie spodziewane jest odreagowanie silnego wzrostu z czerwca (prog. -3,3 proc. m/m, poprz. 3,0 proc.). Przemawiać będą też Brainard i Kashkari z Fed. Brainard zdaje się być istotniejsza, szczególnie jeśli zaznaczyłaby swój sprzeciw odnośnie podwyżki stóp procentowych w tym roku.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Obligacje detaliczne PKN ORLEN trafią na rynek

PKN ORLEN po raz kolejny wyszedł naprzeciw oczekiwaniom inwestorów indywidualnych, którzy już od 6 września br. będą mogli dokonać zapisu na zakup obligacji detalicznych. W ramach pierwszej serii drugiego programu emisji obligacji detalicznych zaoferowanych zostanie 2 mln obligacji o wartości nominalnej 200 mln PLN.

Zmienne oprocentowanie papierów dłużnych PKN ORLEN oparte będzie o WIBOR 6M powiększony o marżę w wysokości 1% i będzie wypłacane co 6 miesięcy. Według dzisiejszych notowań przyniesie to dochód w wysokości 2,81% rocznie w pierwszym okresie odsetkowym. Okres wykupu obligacji korporacyjnych wyniesie 4 lata. Inwestorzy będą mieli również możliwość sprzedaży oraz kupna walorów na rynku Catalyst Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. W ramach programu, PKN ORLEN może wyemitować, w kilku seriach, obligacje do łącznej kwoty 1 mld zł. Parametry poszczególnych emisji będą na bieżąco dostosowywane do oczekiwań rynkowych oraz potrzeb Koncernu. Po raz kolejny papiery dłużne oferowane przez Koncern zyskały wysoką ocenę agencji Fitch Ratings, który przyznał całemu programowi rating na poziomie A(pol). Oferującym obligacje jest Dom Maklerski PKO Banku Polskiego.

Widzimy duże zapotrzebowanie ze strony rynku na emisje realizowane przez wiarygodnych i zaufanych emitentów. Naszą odpowiedzią na nie jest kolejny program obligacji skierowanych do inwestorów indywidualnych. Mimo że obecnie pozyskiwanie nowego finansowania nie jest naszym priorytetem, to postanowiliśmy wykorzystać najlepsze od lat warunki rynkowe oraz nasze doświadczenie w oferowaniu papierów dłużnych i wyjść ponownie z atrakcyjną, w naszym przekonaniu, propozycją. Co istotne, tym razem promujemy przede wszystkim mniejszych inwestorów i przez nowy system przydziału chcemy zapewnić im możliwość nabycia jak największej puli obligacji – powiedział Wojciech Jasiński, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Nowym rozwiązaniem w ramach kolejnego programu jest sposób przydziału obligacji, którego beneficjentami będą drobni inwestorzy. Zastosowana procedura tzw. maksymalnego przydziału polegać będzie na znalezieniu maksymalnej liczby obligacji, jaką będzie mógł otrzymać każdy z inwestorów, który dokonał zapisu. Oznacza to, że nie będzie mieć znaczenia moment, w którym nabywca zgłosi chęć zakupu papierów dłużnych w okresie objętym subskrypcją, a liczba uzyskanych ostatecznie papierów będzie uzależniona wyłącznie od całości zapotrzebowania na daną serię i dzielona pomiędzy inwestorów z zachowaniem zasady zwiększonej proporcji przydziału do zapisu dla inwestorów najmniejszych. Takie rozwiązanie zagwarantuje każdemu inwestorowi, w tym mniej doświadczonym lub początkującym, możliwość dokładnego zapoznania się z warunkami emisji bez obaw o wyczerpanie się puli oferowanych obligacji.

W ramach pierwszego programu emisji papierów dłużnych, w latach 2013-2014, PKN ORLENzaoferował inwestorom 10 mln sztuk obligacji w cenie nominalnej 100 PLN każda. Wszystkie serie spotkały się z dużym zainteresowaniem na rynku.

Dane GUS: o 13,4% śmiertelnych wypadków przy pracy w I półroczu 2017 roku w porównaniu z analogicznym okresem w 2016 r

Jak wynika z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego, w pierwszej połowie 2017 roku nastąpił wzrost śmiertelnych wypadków przy pracy, względem do analogicznego okresu w 2016 roku. Ogółem liczba poszkodowanych w wypadkach przy pracy wyniosła 39093 osoby i była mniejsza o 0,4% w porównaniu do I półrocza 2016 r, kiedy to wypadkom przy pracy uległo 39 233 osób.

Dane GUS wskazują, że w dalszym ciągu najwięcej wypadków przy pracy ma miejsce w branży przetwórstwa przemysłowego. Tylko w I połowie 2017 roku miało miejsce 12 135 wypadków, co stanowi 31,4% wszystkich zdarzeń. Co ważne, w porównaniu do pierwszego półrocza 2016 roku, ogółem wypadków w tym sektorze gospodarki było mniej (12 135 w 2017 roku vs. 12 516 w 2016 r.), jednak wzrosła liczba zdarzeń zarówno o charakterze ciężkim (118 zdarzeń) i śmiertelnym (16 zdarzeń).

Drugim sektorem o najwyższej wypadkowości jest handel i naprawa pojazdów samochodowych (13,5%). W pierwszym półroczu 2017 roku miało miejsce 5263 wypadków, w tym 5245 o charakterze lekkim oraz po 9 o charakterze ciężkim i śmiertelnym. 11% wypadków przy pracy miało miejsce w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej. Z kolei transport i gospodarka magazynowa, to sektor, w którym odnotowano znaczny wzrost wypadków przy pracy. W pierwszym półroczu 2017 roku miało miejsce 3212 wypadków czyli o 298 więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku. Znacznie wzrosła także liczba wypadków śmiertelnych z 14 zdarzeń do 22 w 2017 roku.

Okazuje się także, że nadal, w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku, nie zmieniły się przyczyny wypadków przy pracy – 61 proc. z nich była spowodowana nieprawidłowym zachowaniem pracownika. Pozostałymi najczęstszymi przyczynami były: niewłaściwy stan narzędzi, wyposażenia lub budynków, co było powodem 8,4 proc. wypadków oraz niewłaściwe posługiwanie się narzędziami lub wyposażeniem, co spowodowało 7,1 proc. zdarzeń. Nieprawidłowe, samowolne zachowanie pracownika było powodem 6,5 proc. spośród odnotowanych w I półroczu 2017 roku wypadków przy pracy.

Właściwe podejście do zagadnień związanych z BHP w miejscu pracy jest konieczne. Nie tylko z uwagi na nakładane na przedsiębiorców obowiązki, ale przede wszystkim, aby zadbać o bezpieczeństwo ludzi. Jak pokazują statystyki, wypadkowość w miejscu pracy nadal jest wysoka. Pracodawcy muszą pamiętać o tym, że to oni stoją na straży bezpieczeństwa w swoich firmach.

Każdy wypadek przy pracy to także koszty ponoszone przez pracodawcę. Obecnie koszt jednego dnia absencji chorobowej będącej efektem wypadku przy pracy wynosi średnio 422,365 zł lub 640,365 zł. Kwota ta zależy od tego, czy został zatrudniony pracownik na zastępstwo, czy praca została rozdysponowana pomiędzy zespół, który otrzyma wynagrodzenie za przepracowane nadgodziny.

Mimo, że najnowsze dane wskazują na zmniejszenie liczby wypadków przy pracy, to w dalszym ciągu ich przyczyny wskazują na konieczność ciągłego podnoszenia stanu wiedzy pracowników. Rolą pracodawcy jest zapewnienie bezpieczeństwa poprzez szkolenia z zakresu BHP i bezpieczeństwa pracy.

Autor komentarza: Hubert Miłosz Wawrzyniak, członek zarządu W&W Consulting

J. Żuralski (NDM): Dla banków oprocentowanie lokat jest wciąż wysokie, dlatego nie są zainteresowane środkami klientów

Stopy procentowe mają być niezmienne w kolejnych kwartałach, zarówno w Polsce jak i w strefie euro. W związku z tym, oprocentowanie lokat klientów detalicznych nadal będzie spadać. Wkrótce może osiągnąć poziom 1% i dalej się obniżać. Według eksperta z NDM, banki mogłyby odwrócić ten proces, ale to im się nie opłaca. Od momentu wprowadzenia podatku bankowego, depozyty stały się dla nich bowiem zbyt dużym obciążeniem.

Wzmożona konkurencja pomiędzy bankami najmocniej wpłynęła na dynamiczny spadek oprocentowania lokat w ostatnich 3-4 latach. Wprowadzenie podatku bankowego tylko spotęgowało to zjawisko. Jak wyjaśnia Jan Żuralski, Prezes Zarządu Niezależnego Domu Maklerskiego S.A., instytucjom finansowym realnie przestało się opłacać przyjmowanie nawet najniższych, 2% depozytów, więc je zniwelowały.

–  Depozyt inwestora czy klienta detalicznego od dłuższego czasu jest dla banków sporym kosztem. Dla każdego z nich – oczywiście innym. Nie chcą go ponosić, toteż obniżają oprocentowanie lokat. Ich poziom mógłby spaść nawet do 0,8%, w przypadku gdyby wzrosła skłonność do oszczędzania gospodarstw domowych oraz firm. To by znaczyło obniżenie wartości inwestycji aż o połowę, w stosunku do obecnego stanu – ostrzega Jan Żuralski.

Z wypowiedzi niektórych przedstawicieli Banku Centralnego w Polsce wynika, że stopy procentowe nie zmienią się jeszcze przez 12 miesięcy. Ponadto, wielu ekonomistów przewiduje, że w strefie euro również nie ulegną zmianie. Te dwa czynniki powodują, że oprocentowanie w polskich bankach będzie jeszcze systematycznie spadało. Wkrótce lokaty klientów detalicznych mogą zbliżyć się do krytycznego poziomu 1%.

– Tymczasem, banki uważają, że aktualne oprocentowanie lokat na poziomie 1,4% czy nawet 1,3% jest wciąż zbyt wysokie, aby były zainteresowane takimi depozytami. Powoduje to, że wypływają z nich pieniądze. Polacy inwestują np. w nieruchomości. Ale taka sytuacja nie powinna niepokoić żadnej grupy klientów. Te instytucje finansowe są w bardzo dobrej kondycji. Niskie oprocentowanie lokat Polaków, którzy będą zmuszeni z nich korzystać, spowoduje że banki będą mogły finansować swoją bieżącą działalność po bardzo niskich kosztach – zapowiada Prezes Żuralski.

Zdaniem eksperta, konsolidacja sektora bankowego również nie wspiera wyższego oprocentowania lokat. Tymczasem, już prawie połowa banków w Polsce jest w rękach jednego akcjonariusza, czyli Skarbu Państwa. Zdaniem Jana Żuralskiego, będzie on nadal kontynuował swoją politykę, mimo że dotychczas zdobył bardzo istotny udział w rynku. Duży gracz ma w swoich rękach dwa największe banki w kraju. Dla małych i średnich instytucji konkurencja jest coraz bardziej zaostrzona. Ich właściciele mają przed sobą dwie alternatywy – dalej walczyć o własną pozycję albo sprzedać swoje udziały.

Rewolucyjne zmiany w podatku dochodowym. Projekt resortu finansów może uderzyć w przedsiębiorców i branżę nieruchomości

Rewolucyjne zmiany w podatku dochodowym. Projekt resortu finansów może uderzyć w przedsiębiorców i branżę nieruchomości 6

Przygotowana przez resort finansów nowelizacja ustawy o podatku dochodowym zakłada m.in. wprowadzenie od 2018 roku podatku dochodowego od nieruchomości komercyjnych czy zaliczanie do kosztów uzyskania przychodów usług niematerialnych. Zmiany oznaczają de facto podniesienie podatków – nie poprzez zmianę stawki podatku, ale poprzez zwiększenie podstawy opodatkowania – oceniają eksperci MDDP. To uderzy w przedsiębiorców i branżę nieruchomości. Przedstawiciele resortu zapowiadają, że trwają prace nad zmianami w projekcie.

 Od 1 stycznia 2018 roku, jeżeli propozycje Ministerstwa Finansów wejdą w życie, będziemy mieć do czynienia z najszerszym od 10 lat zakresem zmian w podatku dochodowym od osób prawnych i osób fizycznych. Zmiany dotkną przede wszystkim przedsiębiorców – niezależnie od tego, czy będą prowadzić swoją działalność w formie osoby prawnej czy osoby fizycznej, spółek cywilnych, jawnych, komandytowych i innych nieposiadających osobowości prawnej –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Mazurkiewicz, doradca podatkowy z MDDP.

Nowelizacja ustawy zakłada wprowadzenie podatku od nieruchomości komercyjnych. Obejmie on budynki handlowo-usługowe sklasyfikowane jako centra handlowe, domy towarowe, samodzielne sklepy i butiki oraz budynki biurowe (bez urzędów pocztowych, urzędów miejskich, gminnych, samorządowych, ministerstw i sądów), których początkowa wartość przekraczała 10 mln zł. Podatek ma wynieść 0,042 proc. wartości nieruchomości miesięcznie, czyli 0,5 proc. rocznie.

– W tym zakresie będziemy mieć do czynienia po raz pierwszy w naszym systemie podatkowym z podatkiem quasi-majątkowym. Będziemy obliczać podatek dochodowy niezależnie od tego, czy jakikolwiek dochód z takiej nieruchomości osiągniemy – wskazuje Mazurkiewicz.

Od 2018 roku ograniczone mają też zostać możliwości zaliczania do kosztów uzyskania przychodu odsetek i innych kosztów związanych z wykorzystaniem zewnętrznego finansowania otrzymanego zarówno od podmiotów powiązanych, jak i niepowiązanych (w części przekraczającej wartość 30 proc. zysku operacyjnego EBITDA).

Odsetek od środków uzyskiwanych od podmiotów powiązanych i niepowiązanych z kosztów uzyskania przychodu. Według nowych przepisów nadwyżka kosztów finansowania zewnętrznego będzie podlegać odliczeniu jedynie do wysokości 30 proc. wyniku finansowego podatnika przed uwzględnieniem odsetek, opodatkowania, deprecjacji i amortyzacji (EBITDA). Resort przekonuje, że takie przepisy muszą zostać wprowadzone w związku z dyrektywą unijną ATAD.

 Wprowadzamy ją jednak w najbardziej brutalny sposób. Ta dyrektywa pozwala państwom członkowskim UE na wiele różnych odstępstw, natomiast my przyjęliśmy, że tych odstępstw praktycznie nie będzie. Biorąc pod uwagę specyfikę naszego kraju, przede wszystkim to, że mamy stosunkowo mało kapitału i potrzebujemy od początku naszej transformacji ustrojowej importować kapitał, to wydaje się to rozwiązanie bardzo ryzykowne – ocenia doradca podatkowy.

Proponowana nowelizacja przepisów o podatku dochodowym przewiduje też ograniczenie prawa zaliczenia do kosztów uzyskania przychodu wydatków na usługi niematerialne, m.in. doradczych, zarządczych, księgowych, prawnych, przetwarzania danych do wysokości 5 proc. EBITDA w odniesieniu do nadwyżki ponad kwotę 1,2 mln zł.

– To rozwiązanie nieznane w żadnym europejskim kraju. Trudno znaleźć powody, dla których jednolity współczynnik 5 proc. EBITDA miałby działać dla wszystkich podmiotów. Zupełnie inaczej opodatkowalibyśmy w tym nowym systemie podmioty, które potrzebują np. outsourcingu księgowego i informatycznego i dużo reklam, a zupełnie inny podatek będą płacić podmioty, które się nie reklamują. Mamy nadzieję, że ten pomysł w trakcie prac legislacyjnych odpadnie, był zresztą krytykowany przez KNF i NBP – mówi Mazurkiewicz.

Jak podkreśla ekspert MDDP, zapowiadane zmiany mają zwiększyć dochody budżetu państwa. Choć stawka podatkowa pozostanie na dotychczasowym poziomie, to zwiększy się podstawa opodatkowania, tym samym opodatkowanie będzie większe.

 Łatwiej jest wprowadzać zmianę, którą opisuje się w bardzo szczegółowy sposób, dla wielu obywateli kompletnie niezrozumiały, niż po prostu powiedzieć, że zamiast 19 proc. trzeba będzie płacić 30 proc. podatku, bo w przypadku wielu podatników te zmiany mogą do tego doprowadzić. Zmiany mogłyby najmocniej uderzyć w sektor nieruchomości. Najwyraźniej po stronie fiskusa panuje przeświadczenie, że płaci on w Polsce za mało podatku, celem jest podwyższenie obciążenia fiskalnego szeroko pojętej branży real estate – tłumaczy Paweł Mazurkiewicz.

Wiceminister finansów zapowiedział zmiany w projekcie w lipcu.

Ustawa o rynku mocy poprawi bezpieczeństwo energetyczne Polski. Nowe przepisy mają zachęcić wytwórców do inwestycji w nowe źródła energii

Ustawa o rynku mocy poprawi bezpieczeństwo energetyczne Polski. Nowe przepisy mają zachęcić wytwórców do inwestycji w nowe źródła energii 7

Ustawa o rynku mocy pobudzi inwestycje w jednostki wytwórcze – ocenia Eryk Kłossowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych. Tego zdania jest też Ministerstwo Energii, które liczy, że regulacja skłoni wytwórców do budowy nowych i modernizacji już istniejących źródeł. Ma to poprawić bezpieczeństwo energetyczne Polski i zapobiec niedoborom mocy. Z prognoz PSE wynika, że w perspektywie kilku lat w systemie przesyłowym bez nowych mocy wytwórczych i modernizacji istniejących pojawią się niedobory naruszające margines bezpieczeństwa, a groźba blackoutu w Polsce jest realna.

Liczę na to, że ustawa o rynku mocy będzie stanowiła wystarczający bodziec do pobudzenia inwestycji w nowe jednostki wytwórcze. To niezbędne również z punktu widzenia przemysłu i odbiorców w gospodarstwach domowych. Dalsza stagnacja zagrozi długoterminowemu bilansowi mocy w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym. Innymi słowy, będzie spadała nadwyżka mocy dostępnej dla operatora systemu przesyłowego, a zatem pojawi się większe ryzyko wyłączeń obszarowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eryk Kłossowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych SA.

Na początku lipca do Sejmu trafił rządowy projekt ustawy o rynku mocy. Celem projektowanych przepisów jest zapewnienie bezpieczeństwa dostaw energii elektrycznej dla przemysłu i gospodarstw domowych poprzez pobudzenie inwestycji w nowe jednostki wytwórcze, modernizację już istniejących oraz rozwój usług redukcji zapotrzebowania.

Główne założenia nowej ustawy to kontraktacja wymaganych w systemie mocy poprzez organizowane przez operatora systemu przesyłowego aukcje mocy, pod nadzorem prezesa Urzędu Regulacji Energetyki oraz ministra energii – mówi Eryk Kłossowski.

Obecnie w Polsce funkcjonuje jednotowarowy rynek energii elektrycznej. Towarem, który podlega transakcjom kupna i sprzedaży, jest wytworzona energia elektryczna. Nowa ustawa o rynku mocy wprowadzi natomiast dwutowarowy rynek energii. Oznacza to, że handlować będzie można również mocą dyspozycyjną, czyli gotowością do dostarczania energii. Dostawcy mocy będą mogli oferować ją na specjalnych aukcjach organizowanych przez operatora systemu przesyłowego na pięć lat (aukcja główna) i rok przed (aukcja dodatkowa) okresem dostaw.

Dzięki takiemu rozwiązaniu dostawcy mocy (wytwórcy oraz aktywni odbiorcy) pozyskają dodatkowe środki, które mogą przeznaczyć na inwestycje. Z kolei operator systemu przesyłowego zyska dzięki temu pewność, że ilość mocy dyspozycyjnej w systemie będzie wystarczająca do pokrycia zapotrzebowania odbiorców na energię elektryczną.

Energia elektryczna jest towarem wyjątkowo nietrwałym, mniej trwałym niż choćby świeże ryby. Dopóki nie opanowaliśmy technologii wielkoskalowego, przemysłowego magazynowania energii elektrycznej, dopóty musimy się opierać o paradygmat rynku dwutowarowego. Pierwszy segment tego rynku to energia elektryczna, drugi – to zdolności wytwórcze poszczególnych jednostek. Rynek mocy oznacza rynek, na którym rezerwuje się dostęp do energii elektrycznej – wyjaśnia Eryk Kłossowski.

Na początku tego roku organizacje zrzeszone w Koalicji Klimatycznej ostrzegały, że wprowadzenie w Polsce rynku mocy może spowodować wzrost cen prądu. Zdaniem prezesa PSE długofalowe skutki nowych przepisów będą wręcz odwrotne i przełożą się na korzyści finansowe po stronie gospodarstw domowych.

W perspektywie około 10 lat można liczyć na zwiększenie nadwyżki ekonomicznej dla konsumentów rzędu kilku miliardów złotych – prognozuje Eryk Kłossowski.

Mechanizm działania rynku mocy polega na przeciwdziałaniu gwałtownym skokom cen energii elektrycznej. Wynika on z tego, że wytwórcy uczestniczący w rynku mocy mają większą pewność uzyskania zwrotu na inwestycji, a co za tym idzie – są w stanie zaoferować niższe ceny na rynku energii elektrycznej niż ci, którzy są dotknięci narastającą niepewnością na rynkach elektroenergetycznych.

Możliwość zredukowania bardzo wysokich premii za ryzyko inwestycyjne jest już zatem wystarczającą zachętą do realizacji programów inwestycyjnych, polegających na modernizacji istniejących albo budowie nowych jednostek wytwórczych – mówi Eryk Kłossowski.

Pobudzenie inwestycji w jednostki wytwórcze to główny cel nowej ustawy. Pomoże ona również elektrowniom dostosować się do unijnych standardów BAT. Zgodnie z nimi do 2021 roku istniejące obiekty muszą przejść modernizację i wdrożyć nowoczesne technologie, które maksymalnie ograniczą emisję zanieczyszczeń do atmosfery.

Z prognoz PSE wynika, że w perspektywie kilku lat w systemie elektroenergetycznym pojawią się niedobory naruszające margines bezpieczeństwa. Groźba tzw. blackoutu jest w Polsce realna, co pokazała już sytuacja z 2015 roku, kiedy wystąpił niedobór energii, a operator systemu przesyłowego po raz pierwszy od 1989 roku musiał wprowadzić w całym kraju stopnie zasilania, czyli planowane ograniczenia w zużyciu energii. Zapotrzebowanie na energię jest natomiast coraz większe. Na początku sierpnia w Krajowym Systemie Elektroenergetyczny po raz kolejny odnotowano rekordowe zapotrzebowanie na moc elektryczną.

Prace nad wprowadzeniem w Polsce rynku mocy trwają od 2016 roku. Projekt nowych przepisów pojawił się w grudniu. Zgodnie z zapowiedziami ustawa ma wejść w życie z początkiem 2018 roku, a pierwszym okresem dostaw mocy zakontraktowanych na rynku mocy ma być 2021 rok. Wtedy też zostanie wprowadzona dodatkowa, doliczana do rachunku opłata mocowa.

38 proc. młodych uważa, że do znalezienia pracy potrzebne jest szczęście i dobre kontakty. Startuje program, który ma im pokazać, że możliwości jest dużo więcej

38 proc. młodych uważa, że do znalezienia pracy potrzebne jest szczęście i dobre kontakty. Startuje program, który ma im pokazać, że możliwości jest dużo więcej 8

W Polsce jest spora grupa młodych osób, które nie pracują i nie uczą się, wiele z nich wciąż pozostaje na utrzymaniu rodziców. Ich głównym problemem jest ciągłe szukanie pomysłu na siebie i brak motywacji do pracy. Tylko co czwarty przedstawiciel tej grupy był na rozmowie rekrutacyjnej, a doświadczeniem zawodowym może się wykazać jedynie co trzeci. Jednocześnie ich wymagania dotyczące przyszłego zatrudnienia są wysokie i przeważnie nie przystają do rynkowych realiów. W rozwoju ścieżki kariery ma pomóc im program HASHYouthEmpowered: Możesz więcej niż myślisz, którego organizatorem jest Coca-Cola HBC Polska.

– Dla młodych ludzi głównym problemem jest nie tyle rynek pracy, bo mamy do czynienia ze spadającym bezrobociem, ile motywacja wewnętrzna do poszukiwania pracy. Okazuje się, że dziś młodzi ludzie bardzo często pozostają w domu i są utrzymywani przez rodziców. Cenią sobie tę dziwnie pojętą niezależność i nie za bardzo mają motywację do pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Borucka, dyrektor do spraw korporacyjnych w Coca-Cola HBC Polska.

W odniesieniu do grupy młodych ludzi, którzy pozostają poza rynkiem pracy i systemem edukacji, używa się czasem określenia NEET (not in employment, education or training). Badanie przeprowadzone przez Kantar Millward Brown na zlecenie Coca-Cola HBC Polska pokazało, że ponad połowa (51 proc.) tej grupy jest zadowolona ze swojej sytuacji życiowej.

– Ludzie, których określamy mianem NEET, to grupa pozostająca poza rynkiem pracy, edukacją i poza systemem szkoleń. Przedział wiekowy to między 18 a 30 lat, szacunkowo jest ich kilkanaście procent. Połowa z nich deklaruje, że są zadowoleni. Natomiast przy pogłębionych badaniach wychodzi na jaw, że to pewnego rodzaju maska, bo czegoś im jednak w życiu brakuje – mówi Piotr Ciąćka, client director w Kantar Millward Brown.

Młode osoby łączą wymagania wobec przyszłej pracy. Chcieliby dobrze zarabiać, mieć gwarancję zatrudnienia, możliwości rozwoju i przyjazną atmosferę w pracy. Jednocześnie ich oczekiwania nie przystają do rzeczywistości, a skojarzenia z rynkiem pracy są przeważnie negatywne.

– W tej grupie dominują opinie, że bardzo trudno jest znaleźć pracę. Rynek pracy jest określany jako potwór, a pracodawcy jako bardzo wymagający. Jest taka percepcja, że trzeba być dyspozycyjnym, karnym i nie do końca można mieć w pracy własne zdanie. A dla nich bardzo ważne jest spokojne życie, rodzina, zdrowie – podkreśla Piotr Ciąćka.

38 proc. młodych uważa, że do znalezienia pracy potrzebne jest im głównie szczęście i dobre kontakty. Jednocześnie tylko co czwarty (26 proc.) był kiedykolwiek na rozmowie w sprawie pracy, a doświadczeniem zawodowym może się wykazać zaledwie co trzeci (33 proc.) przedstawiciel tej grupy.

– To, że młodzi ludzie się nie uczą ani nie pracują, wynika z wielu czynników, ale nie należy przesadzać z  interpretacją ekonomiczną. Sytuacja w Polsce w tej chwili jest nie najgorsza. Problem dostrzegam raczej w tym, że oni po prostu są zdemotywowani. Jedną z przyczyn jest komfort zapewniany przez rodzinę, w której wychowują się młodzi. Rodzice de facto opłacają im codzienne życie i drobne przyjemności. Młodzi w ciągu dnia grają w gry komputerowe, potem spotykają się ze znajomymi, czyli tak naprawdę nic nie robią. Ich sytuacja życiowa jest na tyle komfortowa, że nic nie motywuje ich do szukania pracy czy poszerzania swojej edukacji – wyjaśnia dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog społeczny z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego.

Zmotywowanie do działania i pomoc w odkryciu swoich mocnych stron to dwa główne cele programu „HASHYouthEmpowered: Możesz więcej niż myślisz”, którego organizatorem jest Coca-Cola HBC Polska. Projekt skierowany jest do osób między 18. a 30 rokiem życia, które z różnych powodów są bierne, tzn. nie uczą się ani nie pracują.

– Nasz program będzie się skupiać na tym, żeby uczyć ich w pierwszej kolejności umiejętności życiowych, później biznesowych, ale też pobudzać w nich motywację do tego, żeby znaleźć spełnienie w pracy i rozwoju zawodowym – mówi dyrektor do spraw korporacyjnych w Coca-Cola HBC Polska.

Akcja ma pomóc młodym znaleźć pomysł na siebie i zaistnieć na rynku pracy. W pierwszym etapie w miejscowościach w całej Polsce prowadzone będą bezpłatne warsztaty, w trakcie których trenerzy pokażą, jak rozwijać umiejętności przydatne w życiu zawodowym i kompetencje miękkie. Drugi etap programu to uruchomienie platformy e-learningowej, poprzez którą dostęp do warsztatów będą mieć wszyscy chętni. Bonusem będzie możliwość pracy z mentorami – pracownikami Coca-Cola HBC Polska.

– Zmotywowanie tej grupy do wejścia na rynek pracy na pewno będzie dużym wyzwaniem. W pierwszej kolejności uruchamiamy pilotażową wersję programu. Będziemy obserwować, co może młodych zmotywować, i monitorować, co się z tymi ludźmi później dzieje. Istotnym elementem tego programu jest mentoring, czyli zaoferowanie ludziom kontaktu z osobami z firmy Coca-Cola, które wesprą ich w znalezieniu motywacji do wejścia na rynek pracy. W przyszłości rozważamy także tzw. job shadowing, czyli umożliwienie tym ludziom obserwowania innych w pracy – mówi Katarzyna Borucka.

Program „HASHYouthEmpowered: Możesz więcej niż myślisz” będzie realizowany przez koalicję, w skład której wszedł szereg organizacji pozarządowych, m.in.: Fundacja Sempre a Frente, Stowarzyszenie Morena, Stowarzyszenie na rzecz Rozwoju i Pomocy „Q Zmianom” oraz Polski Czerwony Krzyż. Patronuje mu Krajowa Izba Gospodarcza. Poza Polską, grupa Coca-Cola HBC prowadzi ten program w 28 krajach.

– Tego typu projekty mogą zmieniać sytuację młodych ludzi na rynku pracy czy edukacji na wiele sposobów. Bez wątpienia beneficjentami będą ci, którzy bezpośrednio wezmą udział w warsztatach, ale mogą się oni stać także inspiracją i przykładem dla innych. Opowiedzą o tym swoim znajomym, a tamci zaczną się zastanawiać: „Może ja też mógłbym coś zmienić w swoim życiu?” Oni mogą zmienić swoje życie, ale także mogą pokazać innym, że taka zmiana jest możliwa – mówi psycholog dr Ewa Jarczewska-Gerc.

Koniec z papierową korespondencją z banków. Komunikacja będzie się odbywać z wykorzystaniem nowoczesnej technologii

Koniec z papierową korespondencją z banków. Komunikacja będzie się odbywać z wykorzystaniem nowoczesnej technologii 9

Zgodnie z prawem istotne informacje z banków muszą być przekazywane klientom na trwałym nośniku. Stosowane do tej pory papier lub płytę CD może już wkrótce zastąpić technologia blockchain, dobrze znana do tej pory z transakcji na kryptowalutach. Technologia ta gwarantuje wiarygodność i niezmienność przekazywanych informacji. Przekonują się do niej także polskie banki, które są w czołówce najbardziej informatycznie zaawansowanych banków na świecie.

Konkretne przepisy zobowiązują banki oraz inne instytucje finansowe do przekazywania klientom informacji zapisanych na nośniku trwałym. To oznacza, że klient musi mieć ciągły dostęp do przesłanej informacji (np. regulaminu albo nowej tabeli opłat) i gwarancję, że nie została ona zmodyfikowana.

– Do niedawna sądzono, że wysyłanie do klientów maila z linkiem do pliku na serwerze banku spełnia wymogi trwałego nośnika. Dziś wiemy, że tak nie jest – klienci nie są w stanie bowiem stwierdzić, czy dokumenty pod kontrolą banku nie zmieniają się w czasie. Dlatego, chcąc uniknąć dotkliwych kar finansowych, banki decydują się obecnie na kosztowną wysyłkę informacji na papierze bądź na płycie CD – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Legumina, ekspert technologii blockchain w Atende.

To jednak może się wkrótce zmienić. Ekspert Atende wskazuje, że przy wykorzystaniu technologii blockchain można się komunikować z klientami drogą elektroniczną w sposób zgodny z istniejącymi regulacjami prawnymi.

– Technologia blockchain zapewnia wiarygodność przekazywanych informacji. Dane zapisane w blockchain są nieodwracalne i zabezpieczone przez skomplikowane narzędzia kryptograficzne. Dzięki temu można raz na zawsze potwierdzić, że dany podmiot w określonym czasie opublikował dokładnie taki dokument. Zmiana dokumentu wyemitowanego przez bank będzie technicznie niemożliwa, ponieważ byłaby widoczna u wszystkich uczestników sieci – wyjaśnia Michał Legumina.

ChainDoc – autorskie rozwiązanie Atende – zakłada publikację oryginalnego dokumentu w serwisie banku oraz zamieszczenie go w bazie blockchain i przesłanie do klienta potwierdzenia. Spełnia to ustawową definicję trwałego nośnika. Jeśli klient nie zachowa dokumentu i odnośnika z potwierdzeniem, może je w każdej chwili odszukać i pobrać z serwera banku. Takie rozwiązanie obniża koszty i eliminuje konieczność wysyłania e-maili i tradycyjnych powiadomień na papierze czy płycie CD. Jest też wygodne i znacznie szybsze dla samych klientów.

– Blockchain to technologia, która powstała razem z bitcoinem, pierwszą cyfrową walutą. Tę technologię można wykorzystać wszędzie tam, gdzie wymaga się potwierdzania wiarygodności, na przykład w cyfrowej księdze wieczystej, rejestrze patentowym czy w zarządzaniu łańcuchem dostaw – mówi ekspert technologii blockchain w Atende.

Technologia blockchain obok chmury, sztucznej inteligencji, big data i internetu rzeczy jest wymieniana jako jeden z filarów cyfrowej rewolucji. W uproszczeniu blockchain to zdecentralizowany rejestr, oparty na skomplikowanych algorytmach matematycznych i kryptografii. Służy do przechowywania i przesyłania informacji o transakcjach zawartych w internecie pomiędzy użytkownikami.

Podstawowym elementem blockchain jest blok danych, który zawiera pakiet zaszyfrowanych informacji o przeprowadzanych transakcjach. Poszczególne bloki danych są ze sobą połączone chronologicznie i tworzą nierozerwalny łańcuch (stąd nazwa: łańcuch bloków).

Każdy kolejny blok zawiera odniesienie do poprzedniego. Dlatego informacji zapisanych w blockchain nie da się sfałszować ani zmienić bez odpowiednich uprawnień – bo zamiast danych w pojedynczym bloku, trzeba by zmodyfikować cały łańcuch. A ponieważ identyczne kopie łańcucha są przechowywane na różnych serwerach, które są rozproszone w sieci, jest to praktycznie niemożliwe.

– Zastosowania technologii blockchain poza kryptowalutami są relatywnie świeże. Dlatego na rynku istnieje niewiele gotowych rozwiązań – mówi Michał Legumina.

Najwięcej pomysłów dotyczących potencjalnych zastosowań blockchain wiąże się z rynkiem finansowym. Poza aspektami związanymi z trwałym nośnikiem innowacyjna technologia umożliwia szybkie płatności międzynarodowe i międzybankowe. Środki mogą zostać przetransportowane błyskawicznie, nawet z jednego końca świata na drugi. Dlatego blockchainem coraz powszechniej interesują się globalne instytucje finansowe. Eksperci od nowych technologii prognozują, że upowszechnienie blockchain całkowicie odmieni oblicze systemu płatniczego i sektora finansów.

Blockchain może znaleźć szereg zastosowań m.in. w e-administracji. Przykładowo, na tej technologii można by oprzeć system podatkowy, wprowadzić elektroniczny obieg faktur (digitalizacja dokumentów) albo stworzyć e-rejestr ludności. Potwierdza to przykład Estonii, gdzie blockchain jest podstawą systemu podatkowego i służy do głosowania w wyborach przez internet. W „blokach danych” są też rejestrowane i przechowywane dane estońskiej służby zdrowia.

Obserwujemy w ostatnich miesiącach spore zainteresowanie technologią blockchain, zarówno w kraju, jak i na świecie. Powstają nowe kryptowaluty, takie jak ethereum czy litecoin, a dzięki ich popularności klienci nie boją się już technologii blockchain i często sami o nią pytają. Sądzimy, że dzięki swoim zaletom technologia ta będzie w przyszłości wykorzystywana niemal w każdym sektorze gospodarki – prognozuje Michał Legumina.

Mazowsze, Małopolska i Dolny Śląsk to najbardziej innowacyjne regiony. Pozostałe jednak szybko zmniejszają dystans

Mazowsze, Małopolska i Dolny Śląsk to najbardziej innowacyjne regiony. Pozostałe jednak szybko zmniejszają dystans 10

Wyniki najnowszego Indeksu Millennium pokazują, że większość województw zwiększyła swój potencjał innowacyjności. Liderem pozostaje Mazowsze, jednak pozostałe regiony szybko zmniejszają dystans. Według Global Innovation Index Polska zajmuje 39. miejsce na liście 128 najbardziej innowacyjnych państw, a tym samym awansowała w ubiegłym roku o siedem pozycji. Towarzyszy temu wzrost innowacyjności na poziomie lokalnym. 

– Mazowsze, Małopolska, Dolny Śląsk oraz pomorskie to najbardziej innowacyjne województwa. Ta czołówka jest w zasadzie niezmieniona od 2011 roku. Natomiast to, co wykazaliśmy w badaniu, to fakt, że zmniejsza się dystans do lidera, którym jest Mazowsze. Najbardziej dynamiczne jest w tym względzie małopolskie, które dystans dzielący je od mazowieckiego zmniejszyło o blisko połowę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. – Wynika to z dynamicznego nadrabiania zaległości w kategoriach: zatrudnienie w placówkach badawczo-naukowych oraz wydatki na badania i rozwój.

Najnowszy raport „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów 2017” po raz kolejny pokazał, że innowacyjności najlepiej szukać w dużych ośrodkach miejskich i akademickich. Przykładowo lider zestawienie, czyli Mazowsze, uzyskał aż 97 pkt, co w dużej mierze zawdzięcza danym statystycznym dotyczącym Warszawy. Druga w rankingu Małopolska z silnym ośrodkiem poznańskim ma ich na koncie 88 (wzrost z 81,7 pkt rok temu). Kolejne miejsca zajmują województwa dolnośląskie (76 pkt) oraz pomorskie (74 pkt).

Pracując nad raportem analitycy Banku Millennium wzięli pod uwagę sześć zmiennych, które w największym stopniu wpływają na potencjał innowacyjności regionów. Są to wydajność pracy, wydatki na badania i rozwój, liczba studentów, procentowa stopa wartości dodanej, zatrudnienie w sektorze badawczo-rozwojowym oraz liczba patentów wydanych w danym regionie.

Od kilku lat województwa małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie zwiększają wydatki na badania i rozwój w stosunku do PKB, wyprzedzając pod tym względem Mazowsze. Ich dystans do lidera zmniejsza się również dzięki prężnie działającym specjalnym strefom ekonomicznym, które przyciągają kapitał i nowe projekty.

Województwo mazowieckie, jako największy ośrodek gospodarczy i akademicki, pozostaje liderem większości kategorii. Ciekawą sytuację obserwujemy jednak w obrębie kategorii „wydane patenty”, w której Mazowsze oddało koszulkę lidera województwu dolnośląskiemu, a największy skok odnotowało województwo lubelskie, awansując o sześć pozycji – mówi Grzegorz Maliszewski.

W porównaniu do ubiegłego roku większość województw – za wyjątkiem podkarpackiego, łódzkiego, śląskiego, lubuskiego i opolskiego – osiągnęła lepsze wyniki, natomiast średnia dla całej Polski spadła do poziomu 68 pkt wobec 69,9 pkt w ubiegłym roku. Bardzo dobrym rezultatem może się pochwalić województwo lubelskie (69 pkt, skok z 63,7 pkt w 2016 roku). W tym regionie na przestrzeni ostatnich 5 lat liczba wydanych patentów wzrosła ponad trzykrotnie.

– W stosunku do ubiegłego roku aż jedenaście województw zanotowało poprawę potencjału innowacyjności, a cztery województwa ten potencjał zmniejszyły. Tylko lubuskie utrzymało poziom z ubiegłego roku – podsumowuje Grzegorz Maliszewski. – Natomiast w ogólnym rankingu awansowało sześć województw, dwa spadły, a osiem utrzymało pozycję sprzed roku.

Na ostatnich miejscach Indeksu Millennium znalazły się województwa: świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie oraz lubuskie, z najniższym wynikiem w tabeli (38 pkt). Są to regiony relatywnie mało uprzemysłowione, z dość słabo rozwiniętą infrastrukturą i sektorem usługowym. Nieporównywalnie niższe są tam nakłady na badania i rozwój, zatrudnienie w ośrodkach badawczo-rozwojowych, liczba studentów i wydanych patentów.

Aby nadgonić liderów rankingu, ważna jest spójna strategia działania zarówno w obszarze biznesu, jak i w obszarze nauki i polityki lokalnej. Do tego konsekwencja. Przykłady takich regionów jak województwo lubelskie czy podkarpackie pokazują, że konsekwentna realizacja przyjętej wcześniej strategii przynosi efekty. Przykładowo podkarpackie od 2011 roku awansowało w Indeksie Millennium o trzy pozycje. Jest to efekt konsekwentnej i spójnej strategii rozbudowy przemysłu lotniczego, który stanowi bazę innowacyjnego potencjału regionu – mówi Grzegorz Maliszewski.

W tym roku wykonamy 1,2 biliona zdjęć. Większość z nich z użyciem smartfonów

W tym roku wykonamy 1,2 biliona zdjęć. Większość z nich z użyciem smartfonów 11

Jak wynika z raportu przygotowanego dla firmy Mylio, w 2017 roku wykonanych zostanie łącznie 1,2 biliona zdjęć. To o sto miliardów więcej niż w roku ubiegłym. Zdecydowana większość z nich zarejestrowana będzie z wykorzystaniem telefonów komórkowych, jednak rola wyspecjalizowanych aparatów cyfrowych nadal jest niezwykle istotna.

Według raportów organizacji CIPA (Camera & Imaging Products Association), w 2016 roku do dystrybucji trafiło 24,2 mln aparatów cyfrowych wszystkich typów. W tym samym czasie – jak podaje serwis Statista – do dystrybucji trafiło niemal 1,5 miliarda smartfonów. Warto przy tym zaznaczyć, że sprzedaż smartfonów stale rośnie, a aparatów cyfrowych spada w porównaniu do roku ubiegłego – w 2017 roku ich sprzedaż ma spaść o 16,7 proc. Coraz chętniej zdjęcia robimy smartfonami. Według danych Omnicore na samym Instagramie pojawia się codziennie 95 mln nowych zdjęć.

– Około 48 proc. drukowanych za pomocą naszego serwisu zdjęć wykonywanych jest smartfonami. Aparaty cyfrowe stanowią także około 48 proc., co pokazuje, że te kanały bardzo się do siebie zbliżają, a telefony z aparatami, które dostępne są na rynku, zastępują nam standardowe aparaty cyfrowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paulina Burzyńska, manager portalu Empikfoto.pl.

Według danych serwisu Empikfoto.pl w 2008 roku zdjęcia z telefonu stanowiły zaledwie 3 proc. wywoływanych zdjęć, w 2012 odsetek ten wynosił 7 proc., a w 2016 roku osiągnął 37 proc. Możliwość przeniesienia wybranych fotografii cyfrowych na papier jest dalej istotna dla części fotografujących, choć jak pokazują statystyki – ludzie coraz chętniej drukują także ze smartfonów, które oferują coraz lepszą jakość zdjęć.

– Liczba wykonywanych tradycyjnych odbitek wzrasta, obecnie modny jest trend wywoływania zdjęć, często ludzie wywołują zdjęcia w formie zdjęć polaroidowych, jest to popularne i modne, powoduje, że liczba odbitek z roku na rok rośnie – dodaje Paulina Burzyńska.

Istotną kwestią, która ma wpływ na zwiększającą się popularność odbitek, może być wygoda i szybkość ich zamawiania. W porównaniu do czasów, kiedy trzeba było osobiście zanosić zdjęcia do wywołania i potem ponownie się fatygować, by odebrać odbitki, na tym polu mamy do czynienia z cyfrową rewolucją.

– Był duży nacisk z naszej strony, aby aplikacja była szybka i prosta w obsłudze, żeby każdy użytkownik smartfona, nawet średnio zaangażowany jak babcie, dziadkowie, którzy robią zdjęcia wnukom, mogli bez problemu zamówić odbitki czy inny produkt – tłumaczy Bartłomiej Sobczak, szef działu mobile w firmie Empik.

Samo szybkie zamówienie odbitek z wybranych zdjęć to jednak tylko część wymagań, jakie przed współczesnymi aplikacjami fotograficznymi stawiają użytkownicy smartfonów. Równie istotna jest możliwość edycji fotografii czy otwartość aplikacji na różnorodne platformy komunikacji z osobami zamawiającymi odbitki zdjęć.

– Wspieramy proces multikanałowości, wiemy, że gros użytkowników zaczyna proces na telefonie, wybiera odbitki, natomiast woli go skończyć spokojnie w domu na komputerze stacjonarnym bądź laptopie, umożliwiamy ten proces, użytkownik może przesłać zdjęcia w dowolnej liczbie na serwer Empikfoto.pl, może je tam trzymać i dokończyć proces składania zamówienia w domu, chociażby układania fotoksiążki – dodaje Bartłomiej Sobczak.

Sonda JUICE poszuka życia na trzech księżycach Jowisza. Testowaniem i symulacją kosmiczną zajmuje się polska firma

Sonda JUICE poszuka życia na trzech księżycach Jowisza. Testowaniem i symulacją kosmiczną zajmuje się polska firma 12

Misja JUICE to jeden z kluczowych projektów Europejskiej Agencji Kosmicznej. Zadaniem tworzonej obecnie sondy będzie dokładne zbadanie trzech księżyców Jowisza: Ganimedesa, Kallisto i Europy. Ważną rolę w przygotowaniu misji pełni także polska firma, która zajmuje się testowaniem elektroniki i przewidywaniem możliwych scenariuszy.

Według raportu fundacji Space Foundation „The Space Report 2017: The Authoritative Guide to Global Space Activity” wartość globalnego rynku kosmicznego wyniosła w 2016 r. 329 mld dolarów. To wzrost o 6 mld dolarów w porównaniu z 2015 r., co jest głównie efektem wzrostu w sektorze komercyjnym. Amerykański rząd wydał na inwestycje kosmiczne w 2016 r. 44 mld dolarów, podczas gdy pozostałe kraje przeznaczyły na te cele 32 mld dolarów. Jednym z efektów tych inwestycji jest sonda JUICE, czyli Jupiter Icy Moon Explorer.

– Misja JUICE jest jedną z kluczowych misji ESA. Polega ona na badaniu księżyców Jowisza. Wystrzelenie sondy ma nastąpić w 2022 roku, a w 2030 roku ma nastąpić samo badanie. Astri Polska skupia się na budowaniu algorytmów do walidacji i testowania podsystemów sondy, jak również elektroniki do tejże walidacji, co pozwoli na przetestowanie i wprowadzenie odpowiednich poprawek przed rozpoczęciem misji, czyli zabezpieczenie się przed pewnymi odchyleniami od normy, jakie mogłyby nastąpić – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje prezes firmy Jacek Mandas.

Według założeń Europejskiej Agencji Kosmicznej najważniejsze zadania sondy JUICE to poszukiwanie wody w stanie płynnym pod powierzchnią każdego z tych trzech obiektów kosmicznych oraz poszukiwanie na nich śladów życia. Astri Polska ma odegrać ważną rolę w przygotowaniu oprogramowania i elektroniki, które pozwoli sondzie wytrzymać w warunkach panujących na księżycach Jowisza.

– Kodujemy algorytmy, które następnie są importowane i ładowane na elektronikę, której elementy również budujemy. Ta elektronika jest podłączana do podzespołów sondy i przeprowadzane są scenariusze testowe zachowania się na orbicie, zachowania się przed launchem i w trakcie prac. Na tej podstawie wypracowywane są poprawki, korekty wprowadzane przed startem, bo nie ma tutaj drugiej próby – tłumaczy Jacek Mandas.

Dzięki pracy polskiej firmy możliwe jest wykrycie wszelkich odchyleń w działaniu podzespołów elektronicznych oraz zbadanie ich niezawodności i zachowania w warunkach symulujących środowisko kosmiczne w różnych scenariuszach. Pozwoli to na wyeliminowanie ewentualnych błędów jeszcze przed startem sondy.

– Symulowanie zachowania sondy w specyficznych scenariuszach to jeden z głównych celów sektora naziemnego. Każdy z algorytmów, które budujemy w ramach tego akurat projektu, przewiduje inny scenariusz zachowania się sondy czy jej podzespołów, próbując wymusić błąd czy złe zachowanie, które należy wyeliminować przed rozpoczęciem misji – dodaje ekspert.

Piotr Marciniak (BGŻOptima): Długi znów biją rekordy. 10 lat temu to doprowadziło do kryzysu

Mija właśnie 10 lat od momentu rozpoczęcia największego kryzysu finansowego od czasu Wielkiej Depresji z 1929. Kryzys był zaskoczeniem dla wielu. Za jego symboliczny początek uważa się bankructwo banku Lehman Brothers 15 września 2008 r., ale w rzeczywistości jego upadłość była ostatnim aktem tragedii, która zaczęła się rozgrywać już rok wcześniej. Podobnie jak wtedy tak i dziś długi Amerykanów biją rekordy wysokości. Czy to powinno nas niepokoić?

W listopadzie ubiegłego roku zadłużenie gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii wzrosło do 1,5 bln funtów osiągając nienotowany wcześniej poziom 85 proc. PKB. W uchodzącej za rozsądną i zamożną Szwecję długi obywateli w stosunku do produktu krajowego wynoszą 87 proc. W Kanadzie, której udało się wyjść obronną ręką z kryzysu 2007-08 r. zobowiązania mieszkańców są już większe niż wartość PKB. W Polsce kredyty sektora prywatnego, a więc osób fizycznych i firm wynosi obecnie 79 proc. PKB, podczas gdy w 2006 r. było to 47 proc.

W USA na koniec I kwartału 2017 roku bankowe długi amerykańskich gospodarstw domowych osiągnęły najwyższy poziom w historii – 12,73 bln dolarów. Poprzedni rekord padł jesienią 2008 r., kiedy zadłużenie Amerykanów wyniosło 12,68 bln USD.

Na poprzedni kryzys, który zaczął się latem 2007 r. niewielu było przygotowanych, a najmniej rządy. W konsekwencji z rynków wyparowały biliony dolarów, a gospodarki wielu krajów wpadły w recesję, z której niektóre dopiero zaczynają wychodzić.

W Polsce kryzys finansowy miał bardzo łagodny charakter. Najbardziej dolegliwe dla polskiego konsumenta okazały się problemy z zaciąganiem kredytów mieszkaniowych denominowanych we franku szwajcarskim. Rynek międzybankowy zamarł, więc krajowe banki jeden po drugim wycofywały z oferty frankowe hipoteki, odmawiając wypłaty kredytu nawet klientom z wydaną już promesą kredytową. Nie licząc tych trudności, Polska wyszła bez szwanku z szalejącego na innych rynkach kryzysu i jako jedyny kraj w Europie nie wpadła w recesję.

Po wybuchu kryzysu finansowego wielu ekonomistów przekonywało, że przewidzieli nadejście krachu i choć często trudno zweryfikować jednoznacznie ich wypowiedzi sprzed załamania rynków kilku rzeczywiście dokładnie zdiagnozowało słabości systemu, które później doprowadziły do upadku Lehman Brothers. Co mówią dzisiaj?

Nouriel Roubini, nazywany Dr Doom ze względu na czarne prognozy dla rynku, przedstawiane w ostatnich latach (i powszechnie uważany „za tego, który przewidział kryzys”), główne źródło ryzyka dla rynków widzi obecnie w Białym Domu. Uważa on, że administracja Donalda Trumpa jest niekompetentna, a jej pomysły – protekcjonizm, wojna handlowa, liberalizacja regulacji bankowych – niebezpieczne dla USA i światowej gospodarki.

Janet Yellen, szefowa FED powiedziała ponad miesiąc temu, że do kryzysu nie dojdzie za naszego życia. Później, podczas przesłuchania przed senacką komisją uściśliła, że poluzowanie ograniczeń nałożonych na banki po 2008 r., może wywołać kryzys.

William White, bankier centralny, który w 2003 r. przewidział załamanie się rynków finansowych uważa, że obecnie stoimy na krawędzi kolejnego kryzysu, przyczyn upatrując w ogromnym i rosnącym zadłużeniu. O ile w 2008 r. długi prywatne, firmowe i rządów stanowiły 200 proc. światowego PKB, to aktualnie odsetek ten wynosi 250 proc.
Michael Burry, jeden z bohaterów film „The Big Short”, ekscentryczny zarządzający funduszem, który przez dwa lata obstawiał załamanie rynku hipotecznego, grając przeciwko największym bankom na świecie, na czym ostatecznie zarobił 100 mln dolarów w rozmowie z NYMag.com mówił przed rokiem: „Zrobiłem wyliczenia. Każda część mojego umysłu podpowiada mi, że system finansowy zmierza do upadku. Pytanie brzmi nie czy to nastąpi, ale kiedy”.

Wskaźniki nie potwierdzają tych kasandrycznych przepowiedni. Global Risk Aversion Indeks Citigroup, mierzący poziom ryzyka na rynkach spadł w minionym miesiącu do najniższego poziomu od trzech lat i mieści się w granicach średniej sprzed kryzysu 2008 r.

Roszkowski: Rywalizacja USA z Chinami odbija się na Unii Europejskiej

Lata 90 i początek XXI wieku są zmianą dwubiegunowego świata oraz rywalizacji pomiędzy USA, a blokiem sowieckim. Świat przez ostatnie dwadzieścia kilka lat szuka swojego miejsca – mamy dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych, które zaniedbały swoją rolę lidera. Widać to po różnych nieudanych interwencjach oraz zaniechanych problemach, które nie zostały rozwinięte. Wkraczamy w rywalizację USA z Chinami.

W relacji amerykańsko-chińskiej obecna jest Rosja, która przez obie strony nie jest traktowana jako karta przetargowa. Rosjanie chcieliby być postrzegani w charakterze mocarstwa oraz imperium, natomiast Rosja nie jest potrzebna Chińczykom do Jedwabnego Szlaku oraz Amerykanom do kontrowania Chin od Północy. Rosja zachowuje się nerwowo, ale działa także we własnym interesie i działa głównie w oparciu o projekcje siły na zewnątrz, czy eksport swoich problemów na zewnątrz. Wszystko to jest finansowane w głównej mierze przez eksport surowców energetycznych. Surowce energetyczne zawsze były elementem prowadzenia polityki gospodarczej i zagranicznej Federacji Rosyjskiej, a obecnie dzieje się to w jeszcze większym stopniu. Sprzedaż surowców energetycznych jest zawsze transakcją wiązaną, a dodatkowe wsparcie sprzedaży ma wpłynąć politycznie na poszczególne państwa.

– Bardzo skutecznie Rosjanie rozegrali Unię Europejską przez wybieranie silnych państw – np. Niemiec – oraz bilateralne relacje, takie jak Nord Stream II – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Handel Rosjan łamie umówione elementy solidarności europejskiej, wybierając sobie jednego partnera i rozbijając przy tym wszystkie inne porozumienia. Jedna i druga strona zgodnie twierdzą, że jest to tylko taki biznesowy projekt – prosząc przy tym o zrozumienie i brak konsekwencji. Dla Europy Środkowej i Wschodniej wskrzeszone „Międzymorze” jest zagrożeniem. Z tego względu Amerykanie znaleźli sposób na zaangażowanie w tej części Europy przez kontrowanie Niemców. Większość nowych amerykańskich administracji w pierwszej kadencji swojego nowego prezydenta zawsze w Europie stawiało na Niemców lub Francuzów. Po rozczarowaniach zaczynali szukać pod koniec drugiej kadencji prezydenta innych rozwiązań. Doskonale było to widać w ostatnich 2 latach kadencji prezydenta Baracka Obamy, kiedy USA zdecydowało się wesprzeć wschodnią flankę NATO. Było to dosyć istotne, dlatego że po 6 latach Obamy widać było otrząśniecie się Amerykanów i zauważenie jak ważny jest ten region. To, co jest wysiłkiem naszej dyplomacji, czyli zbudowanie gospodarczego połączenia w ramach Unii Europejskiej – tzw. „Trójmorza” – jest pomysłem zbalansowania sił oraz – z punktu widzenia amerykańsko-chińskiej rywalizacji – zablokowaniem dostępności Chin do Europy Zachodniej. Nowy Jedwabny Szlak, który chcą wybudować Chińczycy, idzie przez południową część Eurazji i my jesteśmy państwami wpuszczającymi Chińczyków do Europy Zachodniej – co jest kolejnym elementem rywalizacji na linii USA-Chiny – dodał Roszkowski.

Zmiana w rozliczaniu nakładów na środki trwałe

Sejm uchwalił nowelizację ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Umożliwia ona coroczne jednorazowe rozliczenia przez przedsiębiorców nakładów na środki trwałe do wysokości 100 tys. zł przy minimalnej wartości nakładów w wysokości 10 tys. zł.

Obecnie obowiązujące przepisy dają ograniczone możliwości odliczania nakładów na inwestycje. W efekcie przedsiębiorcy ich nie podejmują i ich firmy stają się mniej konkurencyjne.

W myśl zmian uchwalonych w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz ustawie o podatku dochodowym od osób prawnych firmy będą mogły dokonywać jednorazowych odpisów amortyzacyjnych do 100 tys. zł. Jednorazowa korzyść podatkowa może sięgnąć 13,5 tys. zł. Wskazane wyżej rozwiązanie stosuje się pod warunkiem, że:

  • wartość początkowa jednego środka trwałego nabytego w roku podatkowym wynosi co najmniej 10 tys. zł lub
  • łączna wartość początkowa co najmniej dwóch środków trwałych nabytych w roku podatkowym wynosi co najmniej 10 tys. zł, a wartość początkowa każdego z nich przekracza 3,5 tys. zł.

    W przypadku spółki niebędącej osobą prawną kwota limitu odpisów amortyzacyjnych, o której mowa wyżej, odnosi się do łącznej wartości odpisów przypadających na wspólników tej spółki.

    Według szacunków Ministerstwa Rozwoju, z nowego rozwiązania będzie mogło skorzystać ok. 154 tys. przedsiębiorców.

    Limit 100 tys. zł obejmuje łączną kwotę odpisu amortyzacyjnego oraz wpłaty dokonanej na poczet dostawy środka trwałego. Obowiązuje on zarówno firmy już funkcjonujące, jak i osoby planujące rozpoczęcie działalności gospodarczej. Z uwagi na to, że zmiana ta jest korzystna, ma ona mieć zastosowanie również do inwestycji dokonanych w roku podatkowym przed momentem jej wejścia w życie.

    Nowelizacja poszerza także krąg podmiotów, które będą mogły skorzystać z omawianego rozliczenia.

    Omawiana nowelizacja ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych oraz ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych ma zastosowanie do środków trwałych nabytych od dnia 1 stycznia 2017 r. i dokonanych od tego dnia wpłat na poczet nabycia tych środków.

    Podatnicy podatku dochodowego od osób prawnych, których rok podatkowy jest inny niż kalendarzowy i zakończył się po 31 grudnia 2016 r., a przed dniem wejścia w życie omawianej ustawy, będą stosować przepisy omawianej ustawy do środków trwałych nabytych od 1 stycznia 2017 r. i dokonanych od tego dnia wpłat na poczet nabycia tych środków.

    Omawiana nowelizacja ma wejść w życie po upływie 14 dni od dnia ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Obecnie trafiła do Senatu.

    Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec, specjalizująca się w przeciwdziałaniu bezprawiu urzędniczemu, w kontrolach podatkowych i celno-skarbowych oraz optymalizacji podatkowej

Koreańskie déja vu

Zmienność na rynku walutowym w trakcie poniedziałkowej sesji pozostawiała wiele do życzenia. Powodem powyższego stanu rzeczy były obchody amerykańskiego oraz kanadyjskiego Święta Pracy, które wyraźnie ograniczyły siłę przetasowań sentymentu po udanej próbie nuklearnej w wykonaniu północnokoreańskich władz. Uwagę inwestorów mogły dodatkowo zwrócić doniesienia o wyraźnie niższym indeksie PMI dla brytyjskiego sektora budowlanego (51,1 pkt, konsensus: 52,0 pkt). Mniej satysfakcjonująca wartość to przede wszystkim pokłosie wyraźnego załamania inwestycji, co wynika z planowanym opuszczeniem unijnych struktur przez wyspiarską gospodarkę.

W koszyku walut G10 swoje pięć minut ponownie przeżywają bezpieczne przystanie ze szwajcarskim frankiem (0,7 proc.) na czele. Niewiele skromniejszą aprecjację ma za sobą japoński jen (0,7 proc.), któremu udaje się utrzymać parę USD/JPY w okolicach oporu przy 109,70. Nieco lżejsze umocnienie notuje euro. Jego 0,3 proc. aprecjacja ponownie pozwala EUR/USD na ponowne balansowanie przy poziomie 1,1900. Na koniec dnia w odwrocie znajduje się dolar australijski (-0,3 proc.), którego przecenę usilnie goni funt szterling (-0,2 proc.). Obecnie GBP/USD próbuje ustabilizować swoje notowania tuż nad poziomem 1,2920.

Najbardziej udaną sesję wśród walut Emerging Markets notuje polski złoty (0,7 proc.), który wyraźnie dystansuje się od czeskiej korony (0,2 proc.), węgierskiego forinta (0,2 proc.) czy chińskiego renminbi (0,4 proc.). Po drugiej stronie zestawienia wyraźnie bryluje południowokoreański won (-0,9 proc.) będący wysoce podatny na działania reżimu Kim Dzong Una. Niezbyt udaną sesję notuje również rosyjski rubel (-0,5 proc.) okrywający cieniem tracące po 0,3 proc. meksykańskie peso oraz południowoafrykańskiego randa.

Poniedziałek na europejskich parkietach nie należał do zbyt udanych. Wśród głównych indeksów najsilniej traciły SMI (-0,9 proc.) oraz IBEX 35 (-0,8 proc.). W ich cieniu znalazł się frankfurcki DAX (-0,3 proc.), do którego spadków najsilniej przyczyniły się walory RWE (-1,4 proc.) po zmianie rekomendacji przez Berenberg na „trzymaj” z ceną docelową na poziomie 21,20 EUR (obecnie: 20,69 EUR). Dość nisko uplasowały się również walory ThyssenKrupp (-1,3 proc.). Motorem ich spadków były doniesienia dotyczące postępowania w sprawie kartelu producentów stali. Na celowniku władz znalazł się Salzgitter Mannesmann, który razem z ThyssenKrupp oraz Vallourec & Mannesmann Tubes zawiązał jedną ze spółek typu joint-venture.

Na fali zmian rekomendacji znalazł się lider indeksu CAC 40 (-0,4 proc.) – Sodexo (2,7 proc.), którego walory według Oddo BHF mają sięgnąć poziomu 117 EUR (obecnie: 101,50 EUR). Zdecydowanie niżej znalazły się akcje Schneider Electric (0,5 proc.) planującego zmianę strategii na bardziej zorientowaną w stronę poprawy produktywności. Wśród największych spółek notowanych w Paryżu najbardziej pokaźną przecenę odnotowały walory Nokii. Jej 1,5 proc. przecena to efekt niezbyt przychylnych opinii modelu 8 czy wprowadzania modelu 6 na rynek indyjski z relatywnie wysoką ceną.

W Londynie prym wiodły spółki z sektora wydobywczego z Fresnillo (2,9 proc.) na czele. Uwagę inwestorów próbowały zwrócić między innymi walory Next (2,3 proc.), którym udało się wybić tuż nad maksima z 22 sierpnia. Finalnie indeks FTSE 100 zakończył swoje poniedziałkowe notowania ze stratą 0,4 proc. Niewiele skromniejszą zniżkę odnotował indeks największych spółek notowanych przy Książęcej. Wśród komponentów WIG 20 (-0,3 proc.) uwagę inwestorów zwracało CCC notujące 5,3 proc. skok przy wolumenie przekraczającym 200 proc. średniego obrotu z ostatnich 30 dni. Powodem tak euforycznych nastrojów była publikacja fenomenalnych danych sprzedażowych za sierpień, które są zasługą nie tylko szeroko prowadzonej kampanii wyprzedażowej, ale również wyraźnego załamania pogody i wyższej sprzedaży towarów z nowej kolekcji. Po drugiej stronie wyraźnie królowało Orange Polska. Strata rzędu 7,9 proc. to efekt publikacji nowej strategii, w której władze spółki przewidują niezbyt optymistyczny scenariusz wzrostu przychodów po 2019 roku oraz zysku EBITDA po 2018 roku.

Niezbyt udany początek tygodnia notują październikowe kontrakty na gaz ziemny, które względem piątkowego zamknięcia zdążyły potanieć o 1,7 proc. W gronie metali najsilniejszy ruch pod kreskę notuje pallad (-0,6 proc.), który staje w kontrze do zyskującego 0,7 proc. złota (1 334,20 USD). Bardziej pokaźny ruch w stronę północy ma za sobą srebro (0,9 proc.) atakujące opór przy 17,90 USD za uncję. Na czele notowanych dzisiaj surowców wyraźnie króluje miedź, która drożeje 1,2 proc. Na rynku ropy należy mówić o obecności nienajlepszych nastrojów. Nikłym wzrostom West Texas Intermediate (0,2 proc., 47,40 USD) towarzyszy silniejszy ruch w wykonaniu ropy Brent (-0,9 proc.), której baryłka ponownie schodzi do poziomu 52,30 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers