Polacy wracają z wakacji. Wzmożony ruch na drogach to większa liczba wypadków i awarii

Polacy wracają z wakacji. Wzmożony ruch na drogach to większa liczba wypadków i awarii 1

W tym roku na wakacyjny wyjazd samochodem miało wybrać się 11 mln osób. Wzmożony ruch w miesiącach letnich przekłada się na większą liczbę niebezpiecznych zdarzeń na drodze. Ze statystyk policyjnych wynika, że od czerwca do końca sierpnia ma miejsce 1/3 wypadków. W tym okresie rośnie więc zapotrzebowanie na drogowy assistance, najczęściej z powodu awarii auta lub wypadku.

– Od kilku lat staramy się zmniejszyć szkodowość na drogach w Polsce. Statystyki szkodowe spadają, natomiast pozostają w dalszym ciągu miesiące takie jak lipiec, sierpień, wrzesień, a ostatnio także czerwiec, kiedy obserwujemy wzrost zdarzeń drogowych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Remigiusz Łuczak z Unique Service Partner.

Jak wynika z badania Mondial Assistance, w tym roku blisko 11 mln Polaków planowało, że na wakacje pojedzie samochodem. Zwiększone natężenie ruchu w letnich miesiącach przekłada się na większą liczbę zgłoszeń do firm assistance. W ubiegłym roku podczas letnich wakacji awarie aut odpowiadały za 69 proc. zgłoszeń krajowych i 83 proc. zagranicznych.

Z policyjnych statystyk za 2016 rok wynika, że do wypadków najczęściej dochodziło w sierpniu (10 proc. – ponad 3,3 tys. na 33,6 tys. wypadków). Niewiele mniej zanotowano w lipcu (9,8 proc. i 3,3 tys. wypadków), czerwcu (9,6 proc. – 3,2 tys.) oraz wrześniu (9,4 proc. – 3,1 tys.). Najwięcej osób zginęło w wypadkach w sierpniu (10,3 proc. – 312).

– Blisko 75 proc. kolizji na drodze spowodowanych jest błędem kierowców lub niedostosowaniem się do warunków jazdy panujących na drodze. Za pozostałe odpowiadają warunki panujące na drodze, czyli słaba jakość nawierzchni, choć to ostatnio ulega znacznej poprawie. Coraz lepsze są także samochody, którymi jeździmy, a to wpływa na bezpieczeństwo jazdy, natomiast znacznie zwiększa koszty późniejszej likwidacji ewentualnej szkody – wskazuje Łuczak.

Do ponad 7,4 tys. wypadków doszło ze względu na nieprzestrzeganie pierwszeństwa pojazdu i niedostosowanie prędkości do warunków ruchu (7,2 tys.). Większość z 415 wypadków, do których doszło na autostradach, wynikała ze zbyt dużej prędkości i niezachowania odpowiedniej odległości między pojazdami.

Kilkadziesiąt wypadków było spowodowanych niesprawnością techniczną samochodów. Awarie pojazdów mogą być niebezpieczne, zwłaszcza na autostradach. Ze statystyk Europ Assistance Polska wynika, że połowę zdarzeń na tych drogach stanowią awarie, a 20 proc. wypadki.

– Przy awarii na drodze przede wszystkim musimy pamiętać o tym, aby zadbać o bezpieczeństwo własne i innych kierowców oraz o odpowiednie zabezpieczenie miejsca, gdzie nastąpiła kolizja czy awaria. O bezpieczeństwo dbamy, sprawdzając przy wychodzeniu z samochodu, czy wszystko jest w porządku, sprawdzamy warunki na drodze, czy możemy się oddalić od samochodu, ustawiamy trójkąt ostrzegawczy, zakładamy kamizelkę odblaskową, dzwonimy po odpowiednie służby – tłumaczy ekspert.

W przypadku awarii samochodu najlepiej usunąć pojazd z pasa ruchu, np. na pobocze, pas zieleni czy pobliski parking. Takiej możliwości często jednak nie ma, wówczas należy ustawić pojazd jak najbliżej prawej krawędzi jezdni. Konieczne jest włączenie świateł awaryjnych i ustawienie trójkąta ostrzegawczego. Na autostradzie umieszczamy go przynajmniej 100 metrów za samochodem, w terenie niezabudowanym w odległości 30–50 metrów, a w zabudowanym – ok. 1 metra od samochody. Dopiero po odpowiednim zabezpieczeniu pojazdu można zadzwonić po pomoc drogową.

– Pomoc drogową wzywamy w momencie, kiedy auto jest niezdatne do kontynuacji jazdy, kiedy blokuje pas ruchu i jest konieczność usunięcia go – przypomina Łuczak.

Następnie należy powiadomić o zdarzeniu towarzystwo ubezpieczeniowe.

– Jeśli jest to zdarzenie spowodowane przez sprawcę, realizujemy naprawę z OC sprawcy. Jeśli jest to szkoda z naszej winy lub po prostu awaria, mamy możliwość skorzystania z polisy AC, która nas zabezpiecza. Można się też udać do pośredników, którzy bezpośrednio są w stanie kompleksowo zająć się całą usługą, zgłosić szkodę do ubezpieczyciela, dalej pokierować odpowiednim zabezpieczeniem pojazdu, samą naprawą, organizacją całej usługi aż do momentu rozliczenia takiej szkody – wskazuje przedstawiciel Unique Service Partner, która zajmuje się taką kompleksową pomocą dla kierowców.

Jak ocenia Łuczak, coraz więcej osób korzysta z pomocy takich pośredników. Klient może na bieżąco obserwować przebieg szkody w specjalnej aplikacji szkodowej, a na koniec otrzymuje raport o naprawie. Wystarczy zgłosić szkodę, a całą resztą zajmują się firmy, które jednocześnie dostarczają do klienta pojazd zastępczy.

– Korzystając z likwidacji szkody z polisy AC czy OC sprawcy, ważne jest, aby zapewnić sobie mobilność, najlepiej bezpłatne auto zastępcze. Ważne, aby zwrócić uwagę na to, czy szkoda zostanie rozliczona w całości, czy odpowiedzialność za szkodę zostanie przyjęta, czyli dopilnować wszystkich dokumentów, które musimy dostarczyć do ubezpieczyciela. Tu znów z pomocą przychodzą fachowcy, którzy są w stanie się zająć takim tematem i odpowiednio pokierować – podkreśla Remigiusz Łuczak.

Odbicie na rynku ubezpieczeń na życie. Klienci coraz częściej szukają ochrony zdrowotnej i od nieszczęśliwych wypadków

Odbicie na rynku ubezpieczeń na życie. Klienci coraz częściej szukają ochrony zdrowotnej i od nieszczęśliwych wypadków 2

Ostatnie lata przyniosły wiele zmian na rynku ubezpieczeń na życie. Ubezpieczyciele dostosowali się do nowych regulacji, zmienili ofertę i już pierwszy kwartał tego roku przyniósł odbicie i wzrost składek. Zainteresowanie klientów przesuwa się obecnie w stronę prostych polis ochronnych, które zabezpieczają przed przykrymi sytuacjami losowymi jak poważna choroba czy nieszczęśliwy wypadek. Dbają także o zabezpieczenie swoich rodzin.

– Rynek ubezpieczeń na życie zmienił się istotnie w ostatnim czasie. Wiodące do tej pory produkty o charakterze oszczędnościowym czy inwestycyjnym utrzymują się na stabilnym poziomie, ale klienci coraz większy nacisk kładą na produkty ochronne, które zabezpieczają przed trudnymi sytuacjami losowymi. To zarówno klasycznie rozumiane ubezpieczenia na życie, jak i polisy zapewniające świadczenia w przypadku poważnego zachorowania, hospitalizacji, wypadków i innych sytuacji, które mogą spowodować, że sytuacja finansowa gospodarstwa domowego ulegnie pogorszeniu – mówi agencji Newseria Biznes Marek Piętka, dyrektor Departamentu Rozwoju Produktów w Towarzystwie Ubezpieczeń na Życie Warta.

PIU podaje, że w ubiegłym roku wartość składki z tytułu ubezpieczeń na życie spadła aż o 13,3 proc. (do poziomu 23,8 mld zł). Na ten segment rynku najmocniej wpłynęło zamieszanie wokół polis z Ubezpieczeniowym Funduszem Kapitałowym, czyli tzw. polisolokat, które charakteryzował wysoki stopień skomplikowania. Od początku zeszłego roku obowiązuje ustawa, której celem jest m.in. uproszczenie i uporządkowanie rynku tych produktów oraz zwiększenie ochrony konsumentów. Ubezpieczyciele dostosowali się do nowych wymogów i już początek tego roku przyniósł odbicie. W I kwartale 2017 roku składka przypisana z tytułu ubezpieczeń na życie wzrosła o 6,5 proc. (do poziomu 6,1 mld zł).

Klienci szukają przede wszystkim ochrony związanej z ich zdrowiem. Najczęściej pytają o zabezpieczenia na wypadek hospitalizacji, poważnej choroby, niezdolności do pracy oraz ubezpieczenie na życie, które obejmuje też członków rodziny czy na przykład partnera, z którym ubezpieczony mieszka w jednym gospodarstwie domowym. To zainteresowanie ubezpieczeniami ochronnymi w dużej mierze wynika z lepszej niż jeszcze kilka lat temu sytuacji gospodarstw domowych. Dzięki temu klienci mogą dziś poświęcić większą uwagę produktom, które wcześniej miały niższy priorytet – mówi Marek Piętka.

Na polskim rynku większość ubezpieczeń na życie wciąż stanowią indywidualne polisy z gwarantowaną sumą wypłacaną po śmierci ubezpieczonego. Jednak coraz częściej klienci chcą zabezpieczyć siebie i swoich bliskich na okoliczność losowych wydarzeń, które mogłyby pogorszyć ich sytuację życiową.

Warta, która skupia się na rozwijaniu tego segmentu, rozszerzyła niedawno zarówno zakres ochrony ubezpieczeniowej, jak i grono potencjalnych klientów. Ubezpieczyciel zwrócił uwagę na to, że obok tradycyjnych, formalnych małżeństw w Polsce jest coraz więcej nieformalnych, partnerskich związków, z których część wychowuje dzieci.

– Nasz dotychczasowy produkt, skierowany do klasycznych rodzin, zdecydowaliśmy się rozszerzyć o warianty dla rodzin w nowym rozumieniu, czyli dla związków partnerskich albo osób samotnych, które wychowują dzieci. Zauważyliśmy, że tradycyjny model polskiej rodziny ulega modyfikacji. Około 25 proc. dzieci jest wychowywanych w związkach nieformalnych, a osób, które samodzielnie wychowują dzieci, jest w Polsce około 2,5 mln. Dla nich też należy przygotować ofertę ubezpieczeniową – zauważa Marek Piętka.

Ubezpieczyciel zmodyfikował też ofertę, poświęcając dużo uwagi osobom, które przekroczyły 55 rok życia. Ta grupa wiekowa do tej pory była zwykle poza obszarem zainteresowania ubezpieczeniowego rynku.

 Żyjemy coraz dłużej, a potrzeby ubezpieczeniowe wraz z wiekiem wcale nie wygasają, wręcz przeciwnie. Dlatego wprowadziliśmy świadczenia dla osób w grupie wiekowej 55+ – są to świadczenia assistance, np. dowóz leków do domu, gdy klient jest chory. Jest również świadczenie na wypadek urodzenia się wnuka – mówi dyrektor Departamentu Rozwoju Produktów w Warcie.

Rozszerzenie potencjalnego grona klientów okazało się krokiem w dobrą stronę – Warta notuje wzrost zarówno sprzedaży, jak i zainteresowania swoimi produktami, co powinno znaleźć niedługo odbicie w wynikach finansowych ubezpieczyciela.

– Zmodyfikowaliśmy nasz flagowy produkt ochronno-inwestycyjny przeznaczony dla osób zainteresowanych zarówno ochroną ubezpieczeniową, jak i oszczędzaniem na emeryturę. Pracujemy także nad produktami przeznaczonymi dla klientów banków, które są naszymi partnerami. W najbliższym czasie spodziewamy się uruchomienia z jednym z partnerów ubezpieczenia na wypadek poważnej choroby – zapowiada Marek Piętka.

Ponad 1/3 Polaków uważa handel za atrakcyjną branżę na własny biznes. Sklep prowadzony w ramach franczyzy może obniżyć ryzyko dla przedsiębiorcy

Ponad 1/3 Polaków uważa handel za atrakcyjną branżę na własny biznes. Sklep prowadzony w ramach franczyzy może obniżyć ryzyko dla przedsiębiorcy 3

Rosnąca zamożność społeczeństwa i dobre nastroje konsumentów sprawiają, że handel dynamicznie się rozwija. Ponad 1/3 Polaków uważa, że to branża, w której warto rozpocząć własny biznes – wynika z badania TNS dla Grupy Muszkieterów. 40 proc. osób myślących o założeniu własnej firmy obawia się jednak walki z konkurencją. Rozwiązaniem dla nich staje się franczyza, czyli prowadzenie własnego biznesu, ale pod szyldem dużej, rozpoznawalnej marki. 

Z raportu przeprowadzonego na zlecenie Grupy Muszkieterów przez TNS wynika, że aż 80 proc. Polaków albo nie zna słowa „franczyza”, albo nie potrafi wyjaśnić, co ono oznacza. Zdaniem Mirosława Szawerdo, odpowiedzialnego w Grupie Muszkieterów za rekrutację i szkolenia franczyzobiorców, konieczna jest zatem edukacja społeczeństwa w tym zakresie, bo franczyza istotnie obniża ryzyko prowadzenia własnej firmy.

– Wśród zalet takiego modelu biznesowego można wymienić przede wszystkim znany szyld, który jest rozpoznawalny przez klientów, wspólne działania, które pozwalają na skuteczną walkę z konkurencją, ale co najważniejsze – know-how, podstawę prawną, szkolenia i pomoc w pozyskaniu kredytu. Te wszystkie aspekty współpracy gwarantowane przez Grupę Muszkieterów ułatwiają start i funkcjonowanie w przyszłości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Szawerdo, właściciel sklepów Intermarché w Dębnie i Myśliborzu, odpowiedzialny w Grupie Muszkieterów za rekrutację i szkolenia franczyzobiorców.

Argument o wsparciu w walce z konkurentami może być kluczowy, ponieważ 40 proc. osób zastanawiających się nad własnym biznesem, właśnie ta kwestia najbardziej odstrasza. Funkcjonowanie w grupie pozwala natomiast na łatwiejsze negocjowanie cen, szybsze dostosowanie się do zmian na rynku i rosnących wymagań klientów. Działanie we franczyzie pomaga też w zdobyciu finansowania.

– Według ponad 1/3 respondentów handel jest atrakcyjnym pomysłem na własny biznes. Jest to branża, która pozwala prowadzić własne, niezależne, dobrze prosperujące przedsiębiorstwo. W Grupie Muszkieterów prowadzimy własne sklepy, mamy też wpływ na funkcjonowanie centrali Grupy w Polsce. Możemy również zostać współwłaścicielami i akcjonariuszami Grupy w Europie – mówi Marian Słomiak, właściciel sklepów Bricomarché w Grudziądzu i Golubiu-Dobrzyniu, pełnomocnik zarządu Grupy Muszkieterów ds. Bricomarché.

Dobrą sytuację tej branży handlowej potwierdzają wyniki sieci supermarketów. Bricomarché, sieć sklepów typu „dom i ogród”, w ubiegłym roku wypracowała obroty na poziomie 1,8 mld zł, odnotowując 25-proc. wzrost rdr. oraz 22-proc. wzrost liczby klientów. Dobre wyniki zanotowała też sieć spożywcza Intermarché z 4,7 mld zł obrotów i wzrostem o 6,7 proc. w skali roku.

Rynek urządzeń do nawigacji zmalał ponad trzykrotnie. Nawigacje rowerowe mają być nową alternatywą dla smartfonów

Rynek urządzeń do nawigacji zmalał ponad trzykrotnie. Nawigacje rowerowe mają być nową alternatywą dla smartfonów 4

Od 2008 roku sprzedaż urządzeń do nawigacji systematycznie maleje – z 17 mln sprzedanych egzemplarzy do jedynie 5 mln w roku 2016. Dedykowane GPS-y wypierane są przez smartfony, z których zdecydowana większość oferuje funkcję nawigacji. Smartfony jednak nie w każdym przypadku się sprawdzają – np. w trudnym terenie. 35 proc. wszystkich telefonów jest uszkadzana przez wodę lub inne płyny. Alternatywą mają być nawigacje rowerowe, odporne na pył i wodę, a do tego oferujące szereg innych funkcji.

Jak wynika z danych firmy badawczej IDC, od stycznia do września 2016 r. sprzedano 22,5 mln wodoodpornych smartfonów. To o 7 mln więcej egzemplarzy niż w tym samym okresie 2015 r. Jednocześnie, IDC podaje, że zalanie wodą lub innym płynem jest drugą najczęstszą przyczyną zniszczenia smartfonów, odpowiedzialną za 35 proc. przypadków urządzeń oddanych do naprawy. Firma badawcza szacuje, że w zachodniej Europie codziennie 100 tys. smartfonów zostaje zniszczonych przez zalanie wodą. Z dedykowanymi nawigacjami rowerowymi sytuacja jest odmienna.

– Nawigacje rowerowe to zupełnie inny typ nawigacji. Tutaj ważne jest jak dokładnie wyznaczany i pokazywany na mapie jest sygnał GPS. O nawigacji rowerowej można powiedzieć, że jest to mały, dedykowany komputer. Można porównać telefon komórkowy z takim urządzeniem – telefon, który dałby radę obsłużyć te aplikacje kosztuje grube tysiące, w trakcie wycieczek w terenie można go łatwo stracić i zniszczyć. Nawigacja rowerowa jest zbudowana tak, aby być odporną na deszcz, upadki, potrącenia i wszelkie tego rodzaju zdarzenia – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Gutkiewicz, szef marketingu na Europę Centralną w Mio.

Według raportu “There’s no place like phone: Consumer usage patterns in the era of peak smartphone. Global Mobile Consumer Survey 2016” firmy doradczej Deloitte, z nawigacji w smartfonach korzysta 54 proc. osób. Więcej użytkowników korzysta jedynie z aplikacji społecznościowych (55 proc.) oraz aplikacji pogodowych (56 proc.). Smartfony to urządzenia wielozadaniowe, pozwalające na korzystanie z wielu różnorodnych funkcji. Podobnie jest w przypadku nawigacji rowerowych.

– Nawigacja rowerowa jest w stanie mierzyć puls serca, kadencję i wiele innych parametrów płynących od osoby, która jedzie na rowerze bądź z samego roweru. Jest to więc mały komputer, ciężko nazwać to samą nawigacją rowerową, bo nawigacja jest niemal opcjonalna, główną funkcjonalnością jest zbieranie danych przez urządzenie dla osób, które bardzo poważnie traktują zabawę z rowerem – podkreśla Marcin Gutkiewicz.

Jak wynika z danych serwisu Statista.com, liczba sprzedawanych przenośnych urządzeń do nawigacji spada w Europie od 2008 roku, kiedy zanotowano sprzedaż na poziomie 17 mln sztuk. W 2016 r. sprzedaż tego typu urządzeń osiągnęła zaledwie 5 mln sztuk. Tradycyjne urządzenia do nawigacji są wypierane przez smartfony z funkcją GPS. Rynek nawigacji przeznaczonych do użytku na rowerach jest jednak jeszcze młody, a tego typu urządzenia wyraźnie odróżniają się od nawigacji samochodowych.

– Nawigacje samochodowe nie są dedykowane do tego, aby działać bez zasilania. Mówimy tutaj o godzinie lub dwóch takiego działania. Nawigacje rowerowe są inne, w rowerze nie ma zasilania a wszelkie dodatkowe baterie czy powerbanki nie wchodzą w grę, ponieważ waga urządzenia i całego roweru jest najważniejsza, więc urządzenie  musi trzymać długo na baterii, od 10 do 15 godzin – zaznacza Marcin Gutkiewicz.

Sprzedaż nowych rowerów w Polsce w 2016 roku sięgnęła 1,2 mln sztuk, a jak wykazały badania konsumenckie przeprowadzone przez Instytut Badawczy IPC na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Rowerowego, najchętniej wybieranym typem jednośladu był rower miejski (39,4 proc.). Na drugim miejscu znalazła się kategoria rowerów górskich (27 proc.), która w ciągu kilku wcześniejszych lat dominowała w statystykach sprzedaży.

Rekordowy rok dla branży leasingowej. Z tej formy finansowania korzystają chętnie nie tylko firmy, lecz także miasta

Rekordowy rok dla branży leasingowej. Z tej formy finansowania korzystają chętnie nie tylko firmy, lecz także miasta 5

Zapowiada się kolejny rekordowy rok dla branży leasingowej w segmencie pojazdów. Wskazują na to wyniki za II kwartał, w którym branża sfinansowała samochody osobowe o wartości blisko 12 mld zł. Po leasing chętnie sięgają nie tylko firmy – zarówno duże, jak i małe, lecz także samorządy, które w ten sposób finansują np. zakup nowego taboru do komunikacji miejskiej. Pojazdy – samochody osobowe i środki transportu ciężkiego – wciąż mają największy udział w polskim rynku leasingu i nieprędko się to zmieni.

– Branża leasingowa po I półroczu 2017 roku notuje rekordowe wyniki. Pojazdy wciąż są fundamentem polskiego rynku leasingu. Mają w nim ponad 70 proc. udział, a samochody osobowe – ponad 40 proc. struktury finansowania leasingiem. Wartość pojazdów sfinansowanych w I półroczu przez branżę leasingową wynosi blisko 12 mld zł. Możemy być pewni, że 2017 rok będzie kolejnym rekordowym okresem dla branży leasingowej – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Sudaj, dyrektor zarządzający ds. strategii rynkowej w BZ WBK Leasing.

Wyniki branży leasingowej w segmencie pojazdów po I połowie roku są dobrym prognostykiem na kolejne miesiące. Trend wzrostowy utrzymuje się już od kilku lat i w najbliższym czasie nie powinno się to zmienić. Tylko w II kwartale 2017 roku branża sfinansowała środki trwałe o wartości netto blisko 17 mld zł, z czego wartość pojazdów wyniosła ponad 11,6 mld zł (to wzrost o 9,5 proc. rdr.).

Optymistyczne prognozy wynikają też z danych dotyczących koniunktury i rynku motoryzacyjnego. Wzrasta udział firm w zakupach nowych samochodów, a nastroje przedsiębiorców z sektora przemysłowego są najlepsze od przeszło dwóch lat. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej wzrósł w czerwcu o 11 pkt proc. w ujęciu rocznym. Z kolei Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego podaje, że lipiec to 28. miesiąc z rzędu, w którym utrzymał się wzrost rejestracji nowych samochodów osobowych (17,8 proc. rok do roku). Wszystko to składa się na bardzo dobre wyniki sektora leasingowego.

– Branża leasingowa rozwija ofertę i produkty. Dziś w strukturze sprzedaży i finansowania nowych samochodów leasing to ponad połowa produktów oferowanych klientom branży. Prognozy mówią, że 2017 rok to kolejny rekordowy okres z możliwością przekroczenia wolumenu 500 tys. nowych samochodów sprzedanych w Polsce – mówi Tomasz Sudaj.

Związek Polskiego Leasingu szacuje, że z liczby 500 tys. nowych aut mniej więcej połowa zostanie zarejestrowana na firmy leasingowe i wynajmu.

Na tle rynku dobrze wypadają wyniki spółki BZ WBK Leasing, która tylko w poprzednim kwartale sfinansowała środki trwałe o wartości 1,1 mld zł netto.

W segmencie pojazdów spółka odnotowała największy wzrost w kategorii autobusów. To efekt kontraktu na sfinansowanie 12 elektrobusów Solaris podpisanego z władzami Warszawy.

– Ten kontrakt dowodzi, że leasing to produkt nie tylko dla samochodów osobowych w małych i średnich przedsiębiorstwach, lecz także w coraz większym stopniu stanowi atrakcyjne rozwiązanie dla sektora publicznego. Z drugiej strony kontrakt na elektrobusy to dowód, że leasing może być innowacyjny. Ta inwestycja pozwoli poprawić komfort życia mieszkańców Warszawy i jakość powietrza – podkreśla Tomasz Sudaj.

Kolejny wzrostowy segment w BZ WBK Leasing to pojazdy ciężarowe (27 proc. wzrostu r/r.), szczególnie o wadze powyżej 3,5 tony. Natomiast relatywnie niski wynik (3,5 proc. wzrostu rdr.) spółka odnotowała w obszarze finansowania pojazdów osobowych, co wynika z ich ograniczonej dostępności na rynku. W ocenie spółki wyniki za II półrocze okażą się jednak lepsze.

BZ WBK Leasing liczy na dalszy rozwój tego segmentu w związku z podpisaną na początku lipca umową partnerską z Subaru. Zakłada ona, że spółka będzie dostarczać rozwiązania finansowe i obsługę sieci dealerskiej Subaru dla przedsiębiorców i klientów indywidualnych.

– Konsekwentnie realizujemy strategię, która zakłada, że pozostaniemy uniwersalną firmą leasingową obecną na każdym rynku we wszystkich kategoriach assetowych. Pamiętamy jednak, że samochody to jeden z fundamentów rynku, stąd umowa o współpracy z Subaru Polska. To dowód na to, że realizujemy naszą strategię i potwierdzenie, że nasze produkty i rozwiązania są coraz bardziej zaawansowane i atrakcyjne. Jesteśmy zadowoleni, że Subaru wybrało nas jako partnera finansowego w Polsce, bo mamy wiele wspólnych wartości, które dostarczamy klientom – ocenia dyrektor zarządzający ds. strategii rynkowej w BZ WBK Leasing.

Spółka odnotowała też duży, 32-proc. wzrost w segmencie maszyn i urządzeń. W pierwszym półroczu 2017 roku sfinansowała zakupy o wartości przekraczającej 548 mln zł. Największy wzrost popytu dotyczył maszyn poligraficznych, urządzeń do produkcji tworzyw sztucznych i obróbki metalu, maszyn rolniczych, sprzętu medycznego i budowlanego.

– Branża rozwija się w kilku kierunkach. Samochody osobowe to wciąż fundament, ale wierzymy, że innowacje i rozwój oferty pozwolą zwiększyć atrakcyjność innych segmentów, które będą coraz istotniejsze dla nas i dla całej branży – mówi Tomasz Sudaj.

Do 2025 roku 75 proc. pracowników na świecie będą stanowili millenialsi. Coraz większe znaczenie będą miały nowe technologie

Do 2025 roku 75 proc. pracowników na świecie będą stanowili millenialsi. Coraz większe znaczenie będą miały nowe technologie 6

Rynek pracy przechodzi duże zmiany – nie tylko pod kątem liczby, lecz także jakości kandydatów. Wskutek rosnącego zapotrzebowania na specjalistów rynek pracy staje się rynkiem kandydata. Pojawia się coraz więcej innowacyjnych rozwiązań, które upraszczają proces rekrutacji nowych pracowników, oszczędzając czas zarówno pracodawcy, jak i kandydata. Jednym z takich narzędzi jest Emplocity.

Najnowsze badania wskazują, że na rynku pracy dochodzi do zmiany pokoleniowej – rynek pracy przejmują tzw. millenialsi, czyli pokolenie ludzi urodzonych między 1980 a 2000 rokiem. Jak wynika z prognoz firmy badawczej PwC, pokolenie Y w 2020 roku będzie stanowić połowę globalnej siły roboczej. Według szacunków firmy doradczej Deloitte do roku 2025 przejmą oni 75 proc. całego rynku pracy.

– W tym momencie mamy do czynienia z rynkiem kandydata, to kandydat dyktuje reguły gry na rynku pracy. Z jednej strony mamy zmiany pokoleniowe, z drugiej strony jest rewolucja technologiczna, która sprawia, że dotychczasowe metody poszukiwania zarówno pracy, jak i pracownika muszą ulec zmianie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacek Krajewski, business development manager, z firmy Emplocity.

Ekspert zauważa, że z punktu rozwoju sektora HR istotne są innowacyjne rozwiązania, które skracają dystans pomiędzy kandydatem a pracodawcą, oferując temu drugiemu szereg użytecznych informacji o zatrudnieniu. Nowe narzędzia sprawdzą się wszędzie tam, gdzie jest spore zapotrzebowanie na specjalistów.

– Te innowacje najszybciej będą dotykać, takich sektorów jak: IT, logistyka czy produkcja. Ponadto skorzystają z nich inżynierowie, finansiści i ekonomiści, tutaj jest ogromny wyścig o pracowników i konkurencja. Warto podkreślić, że w tym momencie według badań średni czas rekrutacji w Polsce wynosi aż 70 dni – twierdzi Jacek Krajewski.

Jednym z najbardziej innowacyjnych rozwiązań wykorzystywanych w sektorze HR jest Emplocity – platforma, która opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji, czyli zaawansowanym przetwarzaniu danych oraz przeszukiwaniu źródeł niedostępnych dla tradycyjnych technik rekrutacyjnych. Dzięki nim platforma zagwarantuje wszystkim kandydatom nie tylko wymarzone stanowisko, lecz także oszczędność czasu. Zdaniem Arkadiusza Taluna, współzałożyciela Emplocity, potencjał tego typu rozwiązań jest ogromny.

– Jest bardzo duży potencjał dla narzędzi z zakresu uczenia maszynowego w procesach rekrutacji zarówno po stronie pracodawców, jak i kandydatów. Obecnie procesy rekrutacyjne są bardzo nieefektywne. Najlepiej pokazują to badania, także te zlecone przez naszą firmę, które pokazują, że najwięcej czasu zajmuje proces preselekcji kandydatów. Jest to bardzo żmudna, niewdzięczna praca, ale jest ona niezbędna – przekonuje Arkadiusz Talun.

Proces wysyłania CV za pomocą ogłoszeń zamieszczonych na portalach czy serwisach społecznościowych już wkrótce może odejść w zapomnienie. Innowacyjne rozwiązania, takie jak Emplocity, mają za zadanie ułatwić życie zarówno kandydatowi, jak i pracodawcy, zwiększając efektywność działań.

– Jeśli ktoś szuka pracy, przegląda portale ogłoszeniowe, wysyła CV, jest to tak naprawdę pełen etat, trzeba to robić 24 godziny na dobę, co jest bardzo trudne. Technologia może tu pomóc, za pomocą zautomatyzowanych systemów wykorzystujących uczenie maszynowe, czyli sztuczną inteligencję, tworzymy osobistego doradcę zawodowego, który nie tylko pozwoli znaleźć pracę, lecz także pomoże podjąć właściwe decyzje zawodowe na przyszłość – tłumaczy Arkadiusz Talun.

Aplikacja znacznie ułatwia znalezienie pracy bezrobotnym. Według szacunków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w lipcu 2017 r. zarejestrowanych było 1,14 mln bezrobotnych. Zyskać mogą na niej również pracodawcy, bowiem algorytm poszukuje najlepszych kandydatów, weryfikując ich umiejętności i doświadczenie, a także badając ich aktywność na różnym polu.

– Mechanizmy sztucznej inteligencji wykorzystywane są w analizie historii zatrudnienia kandydatów, nie tylko w kontekście konkretnych zawodów i firm, lecz także miejscowości. Ponadto można porównać, jak dany kandydat pasuje do danej firmy na tle innych osób, które w danej firmie już pracowały. Na tej podstawie możemy dość dokładnie określić, jakie jest prawdopodobieństwo, że dany kandydat zostanie zatrudniony przez konkretną firmę – wyjaśnia  Arkadiusz Talun.

Rynek pracy staje się rynkiem kandydata. Wpływ na taki obraz ma przede wszystkim rosnące zapotrzebowanie na specjalistów z rozmaitych segmentów gospodarki. Tymczasem według badań Amway Global Entrepreneurship Report 2016 (AGER) w Polsce 71 proc. osób ma pozytywne odczucia odnośnie  do zakładania własnego biznesu. Wśród osób przed 35 rokiem życia 82 proc. Polaków deklaruje pozytywne nastawienie do przedsiębiorczości.

– Rynek pracy już się zmienia, przechodzimy w rynek kandydata. Coraz więcej sektorów gospodarki zmaga się z problemem znalezienia właściwych kandydatów, te narzędzia pozwalają się firmom odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Zmieniający się rynek wymusza na firmach postęp, bowiem muszą docierać do kandydatów nieoczywistych, muszą znajdować nowe drogi, aby tych pracowników pozyskać. Ten rynek już się zmienił i wymaga od firm zastosowania nowych technologii – mówi Arkadiusz Talun.

Wydawcy zdążyli z przygotowaniem podręczników. Nowe książki trafiły już do 95 proc. polskich szkół

Wydawcy zdążyli z przygotowaniem podręczników. Nowe książki trafiły już do 95 proc. polskich szkół 7

Prawie 95 proc. placówek ma już nowe książki lub otrzyma je najpóźniej w przyszłym tygodniu. Te, które nie złożyły jeszcze zamówień, powinny nadrobić to jak najszybciej, aby podręczniki zdążyły dotrzeć w połowie września. W tym roku do 20 tys. szkół w całej Polsce dostarczonych zostanie łącznie ponad 34,6 mln nowych podręczników, z czego 16,8 mln to książki przeznaczone dla klas objętych nową podstawą programową.

Sytuacja z podręcznikami jest dobra, wręcz bardzo dobra. Znakomita większość szkół złożyła zamówienia w odpowiednim terminie, w związku z czym książki już dojechały do szkół albo właśnie są w drodze. Zamówienia tych nielicznych szkół, które się zapomniały, zagubiły albo miały za dużo pracy, zrealizujemy do połowy miesiąca, pod warunkiem że zostaną złożone teraz. Sytuacja jest więc bardzo dobra, zważywszy na to, ile było czasu i pracy, jakie były wymagania, oczekiwania i potrzeby rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki.

Ponad 90 proc. szkół wybrało i zamówiło nowe podręczniki w terminie – wynika ze statystyk wydawców edukacyjnych zrzeszonych w Polskiej Izbie Książki. Część placówek otrzymała już nowe podręczniki. Pozostałe są wysyłane do szkół zgodnie z zamówieniami i nie ma ryzyka, że nie dotrą na czas.

Oczywiście zawsze są jacyś spóźnialscy i pojawiają się trudności. My szacujemy ich na około 5 proc. całego rynku, który liczy w tym roku prawie 35 mln podręczników. Te trudności są więc naprawdę niewielkie i są to przede wszystkim spóźnione zamówienia, które dotyczą klas kontynuujących, w szczególności I oraz III gimnazjum. Natomiast klasy I, IV i VII spisały się i książki w większości prawdopodobnie są już w szkołach – wyjaśnia Jarosław Matuszewski.

We wrześniu darmowe podręczniki dostaną uczniowie wszystkich klas podstawówki oraz dwóch ostatnich klas gimnazjum. Klasy I, IV oraz VII szkoły podstawowej są objęte nową podstawą programową, natomiast pozostałe kontynuują naukę zgodnie z dotychczasowymi wytycznymi MEN.

Mimo zamieszania związanego z reformą oświaty i zmianami w podstawach programowych wydawcy dotrzymali terminu i jeszcze przed wakacjami przedłożyli w resorcie nowe podręczniki do akceptacji.

W ciągu minionego roku powstało ponad 120 nowych tytułów dla klas I, IV i VII szkoły podstawowej. Łącznie dopuszczonych do użytku szkolnego jest ponad 180 tytułów do wszystkich klas w edukacji od klasy I podstawówki do III gimnazjum – mówi Jarosław Matuszewski.

Do każdego przedmiotu jest co najmniej kilka pozycji, spośród których nauczyciele mogli dokonywać wyboru. Przygotowanie podręczników przebiegało bardzo sprawnie, ale był to duży wysiłek ze strony redaktorów, grafików, zespołów, które badały potrzeby nauczycieli. Kolejny krok, po otrzymaniu aprobaty MEN, to drukowanie i rozwożenie do szkół, jest to więc ogromna operacja logistyczna – podkreśla Marcin Wojtyński z Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książki.

Jak informuje Jarosław Matuszewski, niemal wszystkie przedłożone w MEN podręczniki uzyskały akceptację recenzentów i otrzymały od resortu numer dopuszczenia do użytku szkolnego. Jako jedne z pierwszych już pod koniec czerwca zaaprobowane zostały książki do nauki języków obcych.

– W przypadku języków obcych sytuacja wygląda bardzo dobrze, nauczyciele mieli duży wybór. Od momentu złożenia podręczników do zaakceptowania w MEN upłynęło mniej więcej pół roku. Nie było jednak rewolucyjnych zmian w podstawie programowej do języków obcych i myślę, że to umożliwiło wykorzystanie dużej liczby już istniejących materiałów – zauważa Joanna Ciepłucha, również z Sekcji Wydawców Edukacyjnych PIK.

Jak wynika z danych Sekcji Wydawców Edukacyjnych PIK, w tym roku do ok. 20 tys. szkół w całym kraju trafi ponad 34,6 mln nowych podręczników, z czego około 16,8 mln to książki przeznaczone dla klas objętych nową podstawą programową. W sumie darmowe podręczniki otrzyma w tym roku ponad 3,4 mln uczniów.

Mam wrażenie, że wszystkie strony tego procesu wywiązały się ze swoich zadań. Lepiej, gorzej, czasem z opóźnieniami i trudnościami, ale się wywiązały. Mówię zarówno o recenzentach, urzędnikach w MEN, wydawcach edukacyjnych, autorach i redakcjach, które przygotowują te książki, jak i o dyrektorach szkół oraz nauczycielach, którzy te książki wybierali i zamawiali – mówi Jarosław Matuszewski.

Podręczniki do szkół ponadpodstawowych nie są dotowane przez państwo. Wydawcy edukacyjni podkreślają, że w tym roku ich ceny pozostały bez zmian lub wzrosły maksymalnie o 2,5 proc., co nie powinno być bardzo odczuwalne dla rodziców i uczniów. Bardziej radykalne podwyżki wynikają natomiast z indywidualnych decyzji hurtowników i księgarzy, którzy mogą podnosić ceny we własnym zakresie.

W Polsce tworzy się moda na carsharing. Tego typu usługi mogą zrewolucjonizować rynek transportu osób

W Polsce tworzy się moda na carsharing. Tego typu usługi mogą zrewolucjonizować rynek transportu osób 8

Polska jest jednym z ostatnich krajów w Europie, który na swoim rynku wprowadza usługi wypożyczenia samochodu na minuty lub godziny. Dotychczas rozwojowi tego rozwiązania nie sprzyjały ani prawo, ani inwestorzy. Dynamiczny rozwój rynku światowego zmienił podejście jednak firm i użytkowników, co zapoczątkowało rozwój carsharingu w naszym kraju.

– Jedną z największych barier w rozwoju usługi carsharingu w Polsce było to, że mamy do czynienia z zupełnie nową kategorią usługi. Gdy zaczynaliśmy, nie było zidentyfikowanego rynku na tę usługę, nie było konkretnego klienta, musieliśmy się tego nauczyć. To była jedna z największych barier dla usługi w tzw. nowej kategorii, którą przez pierwsze miesiące przezwyciężaliśmy i zdobywaliśmy jak największą wiedzę – opowiada agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Błaszczak, prezes zarządu 4Mobility.

Historia carsharingu (w Wielkiej Brytanii funkcjonującego pod nazwą car-pooling), czyli udostępniania i współdzielenia samochodów, sięga lat 70. ubiegłego wieku. Jednak dopiero w latach 90. przedsiębiorstwa zajmujące się wypożyczaniem samochodów kierowcom na krótki czas (godziny, a nawet minuty) zaczęły odnosić pierwsze sukcesy. W Polsce 2017 rok może być przełomem w zakresie carsharingu.

– W tym roku usługa została skomercjalizowana z sukcesem, a spółka pozyskała istotnych partnerów strategicznych, producentów samochodów, grupę BMW i spółkę Hyundai Motor Poland. Do końca roku chcemy sfinalizować projekty realizowane właśnie we współpracy z tymi partnerami strategicznymi, co w konsekwencji będzie prowadziło do tego, że powiększymy naszą flotę z 50 do prawie 300 samochodów. Usługa bardzo się rozwinie, będzie dostępna dużo szerzej, jeszcze w tym roku – zapewnia Paweł Błaszczak.

Największe firmy zajmujące się carsharingiem mają floty liczące od kilku do nawet kilkunastu tysięcy pojazdów, w wielu miastach na świecie. Za firmę z największą i najbardziej zróżnicowaną flotą uznawany jest Zipcar, posiadający blisko 10 tys. pojazdów. Przedsiębiorstwo obecne jest w blisko 500 miastach w 9 krajach. Drugim pod względem wielkości jest należący do Daimlera car2go, posiadający co prawda liczniejszą flotę, bo 14 tys. aut, ale są to wyłącznie modele marek Smart i Mercedes-Benz. Firma chwali się zasięgiem usług w 26 miastach, w 8 krajach. W Australii natomiast króluje GoGet, który ma nieco ponad 1300 aut na całym kontynencie. Polskie firmy na tym tle wypadają jeszcze dość blado, ale tak jak 4Mobility znajdują się w początkowej fazie rozwoju.

– Po dwóch latach działalności pojawiają się nowe wyzwania. Rozwiązania systemowe i technologiczne to kwestie, które na pewnym etapie rozwoju są niezbędne. Inwestycje w tym kierunku są dla nas bardzo istotne, dlatego część środków przeznaczamy na rozwój firmy. Myślimy nie o tym, co będzie za miesiąc, kwartał, nawet nie za rok, ale o tym, co będzie za kilka lat – podkreśla prezes zarządu 4Mobility.

Innowacyjnym podejściem do tematyki carsharingu jest oferta amerykańskiego Turo. Ten usługodawca w odróżnieniu do innych firm nie utrzymuje i nie ma swoich samochodów. Działa na zasadzie wypożyczania samochodów od osób, które zarejestrują swój pojazd w bazie. Firma sprawdza kierowców i stawia wymagania wobec wieku rejestrowanych pojazdów. Główną funkcją tej platformy jest możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy przez właścicieli aut w czasie, gdy sami z nich nie korzystają.

W Polsce aktualnie działają 4 firmy, które zdecydowały się zająć tematyką carsharingu na poważnie: 4Mobility, GoGet.pl, Panek CarSharing i Traficar. Żadna z nich nie ma w swojej ofercie więcej niż 1000 pojazdów i aktualnie ograniczają się jedynie do funkcjonowania w pojedynczych aglomeracjach. Może się to w przyszłości zmienić ze względu na szybkie tempo rozwoju branży.

– W dłuższej perspektywie dążymy do bycia liderem usług carsharingowych. Mamy świadomość jak wysoką poprzeczkę przed sobą stawiamy, natomiast na razie udaje się realizować cele z nawiązką. Wierzymy, że ta długofalowa wizja dalszego rozwoju, dokładania kolejnych lokalizacji, kolejnych miast i kolejnych samochodów będzie konsekwentnie realizowana – deklaruje Paweł Błaszczak.

Według prognoz Navigant Research z tego roku wartość rynku usług carsharingowych ma w 2024 r. osiągnąć wartość niemal 35 mld dol. Obecnie usługi współdzielenia pojazdów największą popularnością cieszą się w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i innych krajach Europy Zachodniej, ale w przyszłości ma się to zmienić m.in. za sprawą Indii, w których usługi tego typu przeżywają obecnie rozkwit.

Powrót z urlopu do pracy nie musi być stresujący. Coraz więcej firm pomaga pracownikom zachować równowagę między pracą a życiem prywatnym

Powrót z urlopu do pracy nie musi być <a title=stresujący. Coraz więcej firm pomaga pracownikom zachować równowagę między pracą a życiem prywatnym" title="Powrót z urlopu do pracy nie musi być stresujący. Coraz więcej firm pomaga pracownikom zachować równowagę między pracą a życiem prywatnym" />

stresujacy-coraz-wiecej-firm-pomaga-pracownikom-zachowac-rownowage-miedzy-praca-a-zyciem-prywatnym.png” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Kilka pierwszych dni po powrocie dobrze jest przeznaczyć na stopniowe wdrożenie się w obowiązki. Praca w powolnym trybie,przez 2–3 dni pozwoli zachować wakacyjną energię na dłużej. Coraz więcej firm podejmuje działania, które mają zminimalizować stres u pracowników i pomóc im zachować równowagę między pracą a życiem prywatnym. Rozwija się też koncepcja wellnessu korporacyjnego, są to różnego rodzaju działania, takie jak szkolenia, spotkania z ludźmi, ale też budowanie przestrzeni biurowej, która zapewnia ciszę nawet przy otwartej przestrzeni. 

 Kiedy wracamy pierwszego dnia do pracy i okazuje się, że nie mamy energii, aby podjąć zadania, oznacza to, że dopadły nas stres pourlopowy i chandra. Syndrom pourlopowy to normalna sytuacja, zdarza się każdemu, ale można go zminimalizować – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Katarzyna Kulig-Moskwa z Wyższej Szkoły Bankowej.

Powrót do pracy po urlopie w dużej mierze zależy od tego, co udało nam się robić jeszcze przed jego rozpoczęciem. Dlatego eksperci radzą, by przed wyjazdem dokończyć rozpoczęte zadania, inne przekazać współpracownikom, włączyć autoodpowiedź na skrzynce mailowej i ze spokojną głową udać się na urlop. Podczas wypoczynku lepiej nie odbierać służbowych telefonów ani e-maili i całkowicie odciąć się od pracy. Po powrocie najgorszym rozwiązaniem jest rzucenie się w wir pracy. Lepiej dać sobie kilka dni na przyzwyczajenie organizmu do innych warunków.

 Gdy już wrócimy do pracy, pamiętajmy o tym, że nasz organizm jest jeszcze w trybie lenistwa, odpoczynku. Dajmy mu szansę na powolną adaptację do środowiska pracy. Nie planujmy, że nadrobimy od razu to, co zgromadziło się przez 2 tygodnie urlopu. Niektórzy zostają w pracy do godz. 22, ale to nie jest dobry pomysł. Zgromadzona energia znika bezpowrotnie, a trauma pourlopowa się powiększa – tłumaczy dr Katarzyna Kulig-Moskwa. – Dajmy sobie przyzwolenie na pracę w powolnym trybie.

Akumulatory naładowane podczas urlopu mogą nie wystarczyć na długo, jeśli nie zachowamy równowagi między pracą a życiem prywatnym. Zaburzenia w sferze work-life balance mogą się przełożyć na mniejszą motywację do pracy i zniechęcenie. Nieumiejętność radzenia sobie z presją obowiązków może skutkować problemami emocjonalnymi, agresją, objawami psychosomatycznymi, np. bólami głowy czy karku.

– Styl życia jest podstawowym czynnikiem, który decyduje o jakości życia. Nie można pracować do godziny 22, a potem bać się powrotu do domu, bo żona i dzieci mają pretensje. Koło się zamyka. Brak równowagi powoduje frustracje, te przekładają się na choroby i energia się wyczerpuje. Pracownik musi mieć świadomość i tak funkcjonować w ciągu swojego dnia i swojego roku, żeby dbać o wypoczynek, mieć czas na refleksje, ciszę, spędzanie czasu z dziećmi – przekonuje ekspertka.

Jeśli granica zostanie przekroczona, czyli będziemy więcej czasu spędzać w pracy niż w domu, nawet w czasie wolnym będziemy pamiętać o zawodowych obowiązkach, to przełoży się to na nasze życie prywatne. Na braku równowagi cierpią nie tylko pracownicy, lecz także firmy, bo zwiększa się absencja zatrudnionych osób i znużenie obowiązkami, to zaś mniejsza kreatywność, produktywność i zwiększa niechęć do wykonywanych zadań, a to z kolei przekłada się na niższe zyski organizacji.

– Wellbeing to kolejne pojęcie, które wchodzi w odpowiedzialność organizacji. Człowiek będzie lepiej pracował, jeśli będzie w tzw. dobrostanie. Jest wiele symptomów wskazujących na to, że dobrostan pracowników przekłada się na ich produktywność i zaangażowanie do pracy. Z drugiej strony powoduje, że pracownik czuje się bardziej lojalny wobec firmy, bardziej zmotywowany – podkreśla dr Katarzyna Kulig-Moskwa.

Pracodawcy coraz częściej zdają sobie sprawę z tego, że równowaga między życiem prywatnym a zawodowym przynosi firmie określone korzyści. Pracownik wypoczęty rzadziej korzysta ze zwolnień lekarskich, jest lepiej zmotywowany i kreatywny. Dlatego w firmach rozwija się koncepcja wellnessu korporacyjnego.

– To różnego rodzaju działania: szkolenia, spotkania z ludźmi, ale też budowanie przestrzeni biurowej, która zapewnia ciszę, nawet w przestrzeni open space. Pracodawca powinien tak zaprojektować przestrzeń biurową, żeby było to miejsce, gdzie można się spotkać z kimś i porozmawiać. Inne działanie wellbeingowe to np. zdrowy catering w miejscu pracy, pakiety medyczne czy ćwiczenia w trakcie pracy. Jeśli ma to zwiększać produktywność, zaangażowanie i motywację, to się po prostu opłaca – podkreśla dr Katarzyna Kulig-Moskwa.

Drukarki sieciowe to najsłabszy punkt w systemie bezpieczeństwa firm. To samo zagrożenie dotyczy użytkowników domowych

Drukarki sieciowe to najsłabszy punkt w systemie bezpieczeństwa firm. To samo zagrożenie dotyczy użytkowników domowych 9

Badania przeprowadzone przez IDC wykazały, że choć 80 proc. firm poważnie traktuje kwestie związane z bezpieczeństwem komputerowym, to tylko 59 proc. z nich uznało, że istotne jest odpowiednie zabezpieczenie drukarek sieciowych. Drukarki mogą stanowić najsłabsze ogniwo systemu bezpieczeństwa wielu współczesnych przedsiębiorstw i miejsce, w którym następuje wyciek ważnych, poufnych danych biznesowych.

– Wiele zależy od przyzwyczajeń administratorów IT oraz przyzwyczajeń użytkowników. Wszystkie komputery, jakie pojawiają się w infrastrukturze IT, są unowocześniane, zabezpieczenia komputerów są stale rozwijane, natomiast administratorzy przymykają oko na to, co dzieje się wokół drukarek. Przekłada się to zarówno na bezpieczeństwo samej sieci, jak i na poufność dokumentów, które są drukowane na tych drukarkach – mówi agencji informacyjnej Newseria Alan Pajek, wiceprezes zarządu Ediko.

Drukarki stanowią poważną lukę bezpieczeństwa w infrastrukturze komputerowej firm. Poprzez drukarki mogą wypłynąć na zewnątrz poufne dane firmy. Sposobów na niekontrolowany wyciek poufnych dokumentów za pomocą podłączonej do sieci drukarki jest kilka.

– Osoba, która niedobrze życzy danej firmie, jest w stanie za pomocą otwartych portów w drukarce włamać się do dowolnego miejsca w komputerze. Sytuacje bywają bardzo różne, może się to zadziać za pomocą włożenia zwykłego pendrive’a do portu USB w drukarce. Włamywacz może również obserwować ruch między komputerami a drukarką, w tym momencie otwiera mu się brama, wchodzi na przykład na komputer prezesa lub innej ważnej osoby w firmie i ma dostęp do wszystkich poufnych danych – tłumaczy ekspert.

Równie istotne zagrożenia dotyczyć mogą drukarek domowych, o ile podłączone są do rutera przewodowo lub poprzez wbudowany moduł Wi-Fi. W tym przypadku problem polega często na tym, że użytkownicy domowi nie mają odpowiedniej wiedzy na temat zasad bezpieczeństwa, które powinny być przez nich przestrzegane. Osoby niepowołane mogą te braki wykorzystać.

– Automatyzujemy sobie mieszkanie, dom, oświetlenie, sprzęt AGD, a nawet wejście do domu. I jeśli drukarka działa w takiej infrastrukturze domowej, wówczas istnieje ryzyko, że to wszystko zostanie przejęte przez zewnętrzną osobę. Wystarczy, że ktoś będzie monitorował drukarkę i dostanie się do wszystkich zasobów, które dany użytkownik domowy ma – przestrzega Alan Pajek.

W przypadku pojedynczych urządzeń kwestie bezpieczeństwa w dużej mierze zależą od samych producentów sprzętu. To oni poprzez odpowiednie przygotowanie oprogramowania sterującego (z zabezpieczeniami już na poziomie BIOS-u, czyli podstawowego systemu łączącego m.in. drukarkę z systemem operacyjnym) mogą w znacznym stopniu zabezpieczyć drukarkę podłączoną do sieci przed wykorzystaniem jej przez niepowołane osoby.

– Gdy firma ma więcej niż kilka drukarek, na przykład kilkaset, wówczas kontrola nad takim sprzętem jest utrudniona, wymaga to odpowiedniego software’u monitorującego. Jeśli chodzi o bezpieczeństwo dokumentów, to tu pojawiają się systemy wydruku podążającego, one też w jakiś sposób kontrolują politykę i potrafią ją zastosować – wyjaśnia wiceprezes zarządu Ediko.

Ożywienie gospodarcze w Polsce utrzyma się w kolejnych latach. Bezrobocie będzie dalej spadać, a płace zaczną szybciej rosnąć

Ożywienie gospodarcze w Polsce utrzyma się w kolejnych latach. Bezrobocie będzie dalej spadać, a płace zaczną szybciej rosnąć 10

Jeśli tempo rozwoju gospodarki będzie się utrzymywać, a wszystko na to wskazuje, możemy obserwować spadek bezrobocia do 5–6 proc. – ocenia Rafał Sadoch z Domu Maklerskiego mBanku. To powinno też skutkować przyspieszeniem wzrostu płac. Wzrost polskiego PKB napędzać będzie poprawiająca się sytuacja gospodarcza w strefie euro, czyli u naszego głównego partnera handlowego.

Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy we wstępnej fazie ożywienia gospodarczego, co sugeruje, że tempo wzrostu powinno być co najmniej utrzymane w kolejnych latach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Stopa bezrobocia jest historycznie niska, wskaźniki ofert pracy znajdują się na bardzo wysokim poziomie, musimy jednak pamiętać, że mamy pewną przestrzeń do poprawy pod względem wzrostu płac.

Przeciętne wynagrodzenie brutto w przedsiębiorstwach wyniosło w lipcu 2017 roku nieco ponad 4,5 tys. zł. To niespełna 5 proc. więcej niż rok wcześniej.

– Historycznie płace były wyższe w momentach ożywienia gospodarczego i możemy oczekiwać, że w kolejnych latach, jeśli tempo wzrostu gospodarczego będzie się utrzymywać, powinniśmy widzieć poprawę – podkreśla Rafał Sadoch.

W czerwcu i lipcu 2017 roku stopa bezrobocia w Polsce według metodologii GUS wynosiła 7,1 proc. Wcześniej po raz ostatni tak niski poziom widziano nad Wisłą w marcu 1991 roku. Jeszcze w styczniu 2013 roku była ona na dwukrotnie wyższym poziomie. Według metodologii BAEL, a której korzysta Eurostat, bezrobocie w Polsce jest jeszcze niższe i na koniec II kwartału wynosiło 5,0 proc.

Na koniec roku z przyczyn sezonowych bezrobocie może wzrosnąć. Zawsze w miesiącach jesienno-zimowych tak się dzieje, ze względu na to, że ubywa prac sezonowych, ale jeśli wyeliminujemy ten efekt, powinniśmy widzieć dalszą poprawę na rynku pracy i spadek stopy bezrobocia nawet w kierunku 6 czy 5 proc. – przewiduje analityk DM mBanku.

Rośnie za to zatrudnienie: w lipcu w przedsiębiorstwach zatrudniających powyżej 9 osób pracowało przeszło 6 mln zatrudnionych, najwięcej w historii. To mniej więcej dwie trzecie pracujących w całej gospodarce narodowej. Poziom 6 mln zatrudnionych w sektorze prywatnym po raz pierwszy przekroczony został zaledwie miesiąc wcześniej. Firmom  w wielu branżach brakuje rąk do pracy.

– Sygnały o problemach z podażą pracy mamy od dłuższego czasu i chodzi nie tylko o lepiej wykwalifikowanych pracowników, takich jak informatycy, ale również o pracowników fizycznych w zawodach, które są gorzej płatne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Sadoch, analityk Domu Maklerskiego mBanku. – Gdyby nie pracownicy z Ukrainy, mielibyśmy dość duży problem. Są to pracownicy, którzy w jakimś stopniu zasypują dziurę, którą mamy na polskim rynku pracy.

Jak podaje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w I półroczu 2017 roku powiatowe urzędy racy przyjęły od pracodawców zgłoszenia o chęci zatrudnienia niemal 948 tys. cudzoziemców. W tym w niemal 905 tys. przypadków chodziło o obywateli Ukrainy. I choć także oni zaczynają oczekiwać wyższych niż dotychczas wynagrodzeń, to przez ostatnie kwartały napływ tańszej siły roboczej spoza Polski powodował relatywnie powolny wzrost płac.

Jeśli firmy poradzą sobie z niedoborem kadr, będą miały przed sobą dobre perspektywy rozwoju. Polskim przedsiębiorstwom pomaga nie tylko ożywienie na rynku wewnętrznym, lecz także dobra koniunktura u największych odbiorców zagranicznych, głównie w strefie euro, gdzie trafia ponad połowa wartości polskiego eksportu. W II kwartale 2017 roku kraje posługujące się wspólną walutą odnotowały wzrost gospodarczy o 2,2 proc. rok do roku – a to tempo najszybsze od sześciu lat.

W strefie euro wskaźniki koniunktury są bliskie boomowi gospodarczemu – uważa Rafał Sadoch. – Mimo ryzyka związanego z brexitem, nic nie wskazuje na to, aby w gospodarce zachodniej w trakcie najbliższych kwartałów czy lat mogło się coś złego wydarzyć. EBC będzie normalizował politykę monetarną, więc wszystko wskazuje na to, że wychodzimy z kryzysu. Sytuacja zarówno w Polsce, jak i za granicą powinna się w tej materii poprawiać.

Wartość rynku inteligentnych samochodów przekroczy w 2022 r. 150 mld dol. Nowe auta to nie tylko czujniki i radary, lecz także aplikacje mobilne

Wartość rynku inteligentnych samochodów przekroczy w 2022 r. 150 mld dol. Nowe auta to nie tylko czujniki i radary, lecz także aplikacje mobilne 11

W nowych samochodach kierowcom coraz częściej przychodzi z pomocą nowa technologia. Radary, kamery i czujniki mają nie tylko poprawiać komfort jazdy, lecz także zwiększać bezpieczeństwo. Kamery wokół pojazdu ułatwiają parkowanie, czujniki pozwalają zachować odpowiednią odległość od innych samochodów, a radar czołowy ostrzega przed wtargnięciem pieszych na jezdnię. Standardem stają się też rozwiązania, które umożliwiają integrację smartfona z samochodem.

Jak wynika z raportu „Connected car report 2016: Opportunities, risk, and turmoil on the road to autonomous vehicles” firmy badawczej PwC, pięciu największych producentów samochodów przeznaczyło na badania i rozwój w 2015 r. 46 mld dol., o 8 proc. więcej niż rok wcześniej. Z tego samego badania wynika, że klienci są w stanie wydać nawet 15 proc. całkowitej ceny samochodu, by otrzymać w zamian dodatkowe funkcje, takie jak połączenie z internetem, czujniki i kamery. Tego typu funkcjonalności mają służyć przede wszystkim poprawie bezpieczeństwa.

– Producenci samochodów coraz częściej monitorują przestrzeń wokół naszych aut po to, aby kierowcy jechali bezpiecznie. Przestrzeń jest monitorowana przez różnego rodzaju urządzenia: radary, kamery, czujniki, aby można było ostrzec kierowcę w sytuacji, gdy np. jedzie zbyt blisko innych pojazdów lub nawet rozpocząć hamowanie, jeśli wystąpi taka potrzeba – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Radosław Jaskulski, instruktor szkoły Auto Škoda.

System obserwacji otoczenia i aktywnego monitorowania odległości od innych pojazdów zapobiega wjechaniu w inny samochód, ostrzega też przy wtargnięciu pieszego na jezdnię. Radary przekazują informacje do komputera, który je analizuje i na bieżąco ostrzega kierowcę. Przy ryzyku w pierwszej kolejności zwiększane jest ciśnienie w układzie hamulcowym. Jeśli kierowca nie reaguje, uruchomione zostaje hamowanie awaryjne.

– Wykorzystywany jest front assist, czyli radar czołowy, aby chronić nas przed wtargnięciem pieszych na drogę. Mamy ochronę pieszych, która działa wprawdzie tylko do 65 km/h, ale jest to prędkość, z którą przemieszczamy się w mieście, więc jest to zaleta takiego rozwiązania – tłumaczy ekspert.

Nowoczesne samochody korzystają także z mobilnych aplikacji umożliwiających pełną synchronizację pojazdu ze smartfonem. Taką współpracę zapewnia system SmartLink, który współpracuje z takimi aplikacjami jak Android Auto, MirrorLink oraz Apple CarPlay. Dzięki systemowi można korzystać z możliwości smartfona za pośrednictwem ekranu pokładowego. Aplikacje działają na urządzeniu przenośnym, ale sterowanie nimi odbywa się z poziomu przełączników w samochodzie. Współpraca odbywa się także w drugim kierunku – ze smartfona możemy wydawać polecenia pojazdowi.

– Usługa Skoda Connect pozwala na zdalny dostęp do samochodu. Z naszego smartfona możemy sprawdzić, gdzie znajduje się samochód, jaki ma poziom paliwa, jaki ma przebieg, kiedy jest spodziewany przegląd olejowy czy inspekcja. Rozwiązaniem, z którego często korzystają użytkownicy, jest możliwość znalezienia samochodu na parkingu – ze smartfona możemy wysłać żądanie, aby nasz samochód zatrąbił, co znacząco ułatwia poszukiwania samochodu na zatłoczonym parkingu.– wyjaśnia Radosław Jaskulski.

Według raportu PwC wartość rynku tzw. inteligentnych samochodów, czyli z m.in. dostępem do internetu, wyniesie w 2022 roku aż 156 mld dol. W stosunku do 52,5 mld dol. w 2017 roku, da to roczny wzrost na poziomie ponad 24 proc.

Z zakładów w Świdniku pochodzi 80 proc. śmigłowców kupionych przez MON w ostatnich latach. Producent walczy o wygraną w kolejnych przetargach

Z zakładów w Świdniku pochodzi 80 proc. śmigłowców kupionych przez MON w ostatnich latach. Producent walczy o wygraną w kolejnych przetargach 12

W służbie polskich Sił Zbrojnych jest ponad 160 śmigłowców wyprodukowanych w Świdniku. Z tamtejszych zakładów pochodzi 80 proc. maszyn, które polska armia kupiła w ciągu ostatnich lat. Należące do międzynarodowej grupy Leonardo zakłady PZL-Świdnik startują też w dwóch postępowaniach Ministerstwa Obrony Narodowej dotyczących zakupu nowych śmigłowców dla wojsk specjalnych i Marynarki Wojennej. Podczas Air Show w Radomiu, które odbyło się pod koniec sierpnia, prezentowały się też wykorzystywane przez Wojsko Polskie śmigłowce produkcji PZL-Świdnik.

Na tegorocznym Air Show w Radomiu PZL-Świdnik prezentował wiele swoich śmigłowców. Część z nich została pokazana wprost przez użytkownika, czyli polskie Siły Powietrzne. Około 80 proc. śmigłowców, które w ciągu ostatnich 10 lat zostały zakupione przez polską armię, to maszyny pochodzące właśnie z PZL-Świdnik. Jesteśmy ważnym partnerem dla armii i polskiego lotnictwa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, do której należy PZL-Świdnik.

Air Show w Radomiu – największa impreza lotnicza w Polsce, która odbyła się w ostatni weekend sierpnia – tradycyjnie przyciągnęło dziesiątki tysięcy widzów. Po powitaniu szefa MON Antoniego Macierewicza dwudniowe pokazy zainaugurowała podniebna defilada statków powietrznych Wojska Polskiego.

Spośród czterech typów śmigłowców, które zostały pokazane na otwarciu Radom Air Show, trzy są naszej produkcji. Jest to śmigłowiec SW-4 Puszczyk, W-3 Sokół oraz śmigłowce Mi-2. Polska armia w zdecydowanej większości używa dziś śmigłowców pochodzących z PZL-Świdnik – mówi Krzysztof Krystowski.

W służbie polskich Sił Zbrojnych znajduje się w obecnie ponad 160 śmigłowców wyprodukowanych w Świdniku. W trakcie pokazów lotniczych w Radomiu firma zaprezentowała śmigłowiec SW-4 – najmniejszą i zarazem najmłodszą maszynę w swojej ofercie, wyprodukowaną do tej pory w około 40 egzemplarzach. Jej wojskowa wersja, czyli SW-4 Puszczyk, służy do szkolenia pilotów wojskowych w słynnej Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie.

Śmigłowiec SW-4 Puszczyk jest na bieżąco wykorzystywany w szkoleniu podchorążych, którzy w przyszłości będą zasiadać na większych maszynach. Szkolenie zaczyna się od przygotowania naziemnego, od wielu godzin spędzonych na przygotowaniu teoretycznym, poznaniu parametrów tego śmigłowca i zdaniu egzaminów. Dopiero taki uczeń pilot jest w żargonie lotniczym dopuszczany do wykonywania zadań w powietrzu – mówi porucznik Radosław Trzcionkowski, starszy pilot oraz instruktor w 41. Bazie Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie.

– Potrafimy robić małe śmigłowce, takie jak SW-4, które w Polsce służą do szkolenia pilotów. Jednak mamy także śmigłowiec W-3 w wersji Sokół oraz w wersji Głuszec, którą na Air Show w Radomiu pokazuje MON. Dzisiaj myślimy o tym, aby promować nowe wyroby, na przykład śmigłowiec AW101, który startuje w obu przetargach dla Sił Zbrojnych – zarówno dla wojsk specjalnych, jak i dla Marynarki Wojennej do zwalczania okrętów podwodnych. W przypadku wygranej ten śmigłowiec byłby kolejnym modelem powstającym w Polsce – dodaje Krzysztof Krystowski.

W ciągu najbliższych miesięcy MON zamierza wyłonić dostawcę ośmiu śmigłowców dla wojsk specjalnych zdolnych do prowadzenia misji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych oraz ośmiu maszyn przeznaczonych do zwalczania okrętów podwodnych i prowadzenia misji ratowniczych na morzu. Na początku lipca resort powołał już zespoły, które zajmą się negocjacjami umów offsetowych.

Do MON-u wpłynęły dotychczas trzy wstępne oferty firm zaproszonych do przetargów. Ponownie zgłosił się Airbus Helicopters (producent Caracali), firma Sikorsky – należąca do amerykańskiego koncernu Lockheed Martin (producent S70i Black Hawk) oraz zakłady PZL-Świdnik.

W obu postępowaniach oferujemy śmigłowiec AW101, który w naszym przekonaniu jako jedyny spełnia wymogi postawione przez wojsko. Jest śmigłowcem dużym, mającym ogromny zasięg oraz dużo miejsca w środku. Jako jedyny ma tylną rampę, która jest niezwykle ważna dla wojsk specjalnych i stwarza dodatkowe możliwości takie jak: funkcja łatwego desantu i opuszczenia śmigłowca. Technicznie jest to bardzo mocny śmigłowiec, największy produkowany w tej chwili w Europie. Takich maszyn potrzebuje polska armia zarówno dla wojsk specjalnych, jak i dla marynarki – ocenia Krystowski.

Obok Japonii, Portugalii i Włoch śmigłowiec AW101 jest wykorzystywany przez brytyjską marynarkę wojenną. Maszyna została przetestowana w warunkach bojowych łącznie przez kilkanaście państw. Jej duży zasięg – 1300 kilometrów – umożliwia też prowadzenie długotrwałych akcji poszukiwawczo-ratowniczych.

Zarówno wojska specjalne, jak i Marynarka Wojenna potrzebują śmigłowca, który ma duży zasięg, dużą ładowność i może zabrać do środka dużo sprzętu, a oprócz tego pozostanie jeszcze miejsce dla ludzi – operatorów czy żołnierzy, którzy będą ewentualnie podejmowani na polu walki. Tak potężna maszyna, jaką jest AW101, zwana w Wielkiej Brytanii Merlinem, jest idealną ofertą – przekonuje wiceprezes Leonardo Helicopters.

Należące do grupy zakłady w Świdniku współpracują  obecnie przy produkcji AW101. W przypadku podpisania kontraktu z MON ta współpraca znacznie się rozszerzy. Zapisy umowy offsetowej są zresztą jednym z kluczowych czynników, które resort zamierza brać pod uwagę przy rozpatrywaniu ofert przetargowych. Już w tej chwili świdnickie zakłady współpracują z blisko 1,3 tys. przedsiębiorstw, z których ponad 900 to polskie firmy. Z kolei wartość sprzedaży zagranicznej przekraczająca 700 mln zł rocznie stawia PZL-Świdnik w gronie największych eksporterów z branży obronno-lotniczej w Polsce.

Rośnie rynek gier mobilnych. Na grach udostępnianych za darmo można zarobić nawet 1 mln zł w miesiąc

Rośnie rynek gier mobilnych. Na grach udostępnianych za darmo można zarobić nawet 1 mln zł w miesiąc 13

W Polsce działa kilka wytwórni gier przeznaczonych na platformy mobilne, które osiągnęły ogólnoświatowy sukces komercyjny. Znacznie więcej jest jednak pojedynczych twórców lub małych zespołów, które dopiero marzą o tym, by ich gry zdobyły popularność i przyniosły odpowiednie zyski. Rynek gier mobilnych w 2017 roku osiągnie wartość blisko 46 mld dolarów. Coraz popularniejszy staję się model biznesowy freemium, czyli udostępnianie gier za darmo. 

Jak ocenia organizacja Newzoo w raporcie „Global Games Market”, w 2017 roku rynek gier wart będzie niemal 109 mld dolarów. 42 proc. tej sumy (ok. 46 mld dolarów) odpowiada za rynek gier mobilnych. Modeli na zarabianie pieniędzy na rynku gier mobilnych jest co najmniej kilka. Poza oferowaniem gry za konkretną kwotę lub mikropłatność, ukrytym wewnątrz rozgrywki, jest też inny model – freemium, czyli zapewnienie dobrej „grywalności” całkowicie za darmo, natomiast z możliwością pozostawienia płatności jako opcji dla tych graczy, którzy najbardziej się niecierpliwią.

– Im bardziej naciska się na graczy w grze aby coś kupili, tym mniej ta gra zarabia. My staramy się tego nie robić, to nas wyróżnia, u nas gracz nie napotyka na każdym kroku haczyka pod tytułem „Kup teraz”. Staramy się, aby gra była dla każdego, wynika to z modelu w którym jest My Hospital – to model freemium pozwalający graczowi grać, ale kiedy może i chce przyspieszyć swój progres, może skorzystać z płatnych pakietów, które umożliwiają mu to przyspieszenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Stępniak, ‎Community Manager z Cherrypick Games.

Udostępnianie gry za darmo, bez wnoszenia różnego typu opłat, okazuje się – wbrew pozorom – całkiem opłacalne. Na jednej grze w modelu freemium można zarobić w miesiąc nawet 1 mln złotych, jak wynika z przykładu gry „My Hospital”.

– Wszystko zależy od produktu, nie jest tak że każda gra jest w stanie zarobić określoną ilość pieniędzy, to zależy też od graczy i od sukcesu danego produktu. Na przykładzie naszego My Hospital, 2,5 miliona złotych w 10 tygodni stanowi o jakimś sukcesie, ale – jak mówię – ważny jest produkt i gra sama w sobie, a nie to, ile będzie ona zarabiać pieniędzy – podkreśla Łukasz Stępniak.

Trzeba brać jednak pod uwagę wysokie koszty produkcji, przy wprowadzaniu nowej gry na rynek, a także ryzyko z tym związane. Wiele zależy jednak od doświadczenia producenta oraz od relacji z użytkownikami. Im ściślej współpracuje się z potencjalnymi odbiorcami gry, tym większa jest szansa na odniesienie sukcesu.

– Staramy się produkować gry, które niosą za sobą małe ryzyko. Działamy na sprawdzonych rynkach, ale przede wszystkim zanim wypuścimy grę, musimy być przekonani o tym, że nasza grupa docelowa rzeczywiście polubi tę grę i będzie z nią w jakiś sposób związana, będzie nią zainteresowana. Dzięki procesowi produkcji mamy pewność, że gdy dochodzimy do wydania gry, jest ona efektem długiej współpracy z graczami, dzięki temu jest zbliżona do tego, czego gracze oczekują – twierdzi przedstawiciel Cherrypick Games.

Choć niektóre gry przeznaczone na smartfony i tablety mogą wydawać się proste, to sam proces tworzenia nowej aplikacji mobilnej przeznaczonej do rozrywki jest już bardzo skomplikowany i wieloetapowy. Zwłaszcza, jeśli producent od początku zamierza wydać grę dostępną na całym świecie.

– Zaczynamy od fazy preprodukcji, gdzie określamy ogólny zarys gry, jak ona będzie wyglądała, na tym etapie także tworzymy grywalny prototyp, który pozwoli nam zgłębiać mechanikę, która będzie czekała na graczy. Później mamy etap analizy, gdzie analizujemy jaki zespół będzie potrzebny do stworzenia takiej gry, dzięki temu jesteśmy w stanie szybko dostarczyć odpowiednie zasoby ludzkie do produkcji. Kolejnym etapem jest właściwa produkcja – opowiada Łukasz Stępniak z Cherrypick Games.

Zespół projektowy, zajmujący się właściwą produkcją gry, składa się z osób o różnych specjalizacjach. Oprócz programistów niezwykle istotną rolę pełnią także graficy, ilustratorzy, animatorzy, a także osoby zajmujące się obróbką i przygotowaniem dźwięku. Kolejne fazy to już wprowadzenie produktu na rynek, choć przed docelową „światową” premierą, najpierw należy grę wprowadzić w fazę tzw. soft launchu.

– To faza w której wypuszczamy grę na rynkach zbliżonych do docelowych. Na tym etapie update’y do gry są dość częste, tutaj kluczową rolę odgrywa dialog z graczami, aby powiedzieli nam jak podoba im się gra, jakie zauważają błędy – kontynuuje Łukasz Stępniak. – Global launch to moment w którym gra wychodzi na cały świat i jest dostępna dla wszystkich użytkowników. Dla nas bardzo ważna jest idea Game as a service, jest to stała praca nad grą poprzez dodawanie kolejnych aktualizacji, ulepszanie jej i słuchanie tego, co gracze chcą dostać w grze – dodaje Community Manager z Cherrypick Games.

Według raportu R-Style Lab, wyprodukowanie zwykłej, mobilnej gry to koszt ok. 50 tys. dolarów. Gra z zaawansowaną grafiką i złożoną fabułą to już wydatek rzędu 2 mln dolarów. Do rekordzistów należy zaliczyć aplikację Angry Birds, w którą Rovio zainwestowało aż 140 mln dolarów.

Idea Trójmorza szansą na ekspansję polskiego biznesu. Wykorzystają ją tylko te firmy, którym uda się pozyskać finansowanie

Idea Trójmorza szansą na ekspansję polskiego biznesu. Wykorzystają ją tylko te firmy, którym uda się pozyskać finansowanie 14

Choć kolejne rządy starają się zwrócić uwagę polskich eksporterów na egzotyczne kierunki, takie jak Afryka czy Azja, w strukturze polskiego eksportu wciąż dominuje Unia Europejska, a zwłaszcza Niemcy i Czechy. Sąsiednie rynki są często naturalnym, pierwszym krokiem w ekspansji firm. Bliskość geograficzna i kulturowa wcale jednak nie oznaczają, że taka ekspansja wolna jest od ryzyka. Zatory płatnicze, nieuczciwi kontrahenci, a także wymagania proceduralne lub problemy z uzyskaniem lokalnych finansowych gwarancji mogą stanowić barierę w rozwoju polskich firm za granicą.

Rynek polskiego eksportu stale rośnie, głównie do krajów Europy Zachodniej, co widzimy od lat, ale pojawiają się też nowe kierunki, jak kraje Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie eksport jest odbudowywany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Puta, dyrektor Biura Gwarancji Ubezpieczeniowych w Euler Hermes. – Pamiętamy czasy, kiedy ten region odpowiadał za nawet 17 proc. całości eksportu. W 2016 roku było to około 8 proc., ale cały czas widzimy tendencję wzrostową.

W 2016 roku Czechy były trzecim partnerem eksportowym Polski. Przedsiębiorcy znad Wisły wysłali nad Wełtawę towary o wartości niemal 52,4 mld zł. To niespełna 230 mln zł mniej niż wartość produktów wysłanych do Wielkiej Brytanii. Oba kraje miały udział w polskim eksporcie rzędu 6,6 proc. W pierwszej połowie 2017 roku Czechom udało się wyprzedzić Brytyjczyków, choć udział obu krajów zmniejszył się do 6,4 proc. Jednak naszym południowym sąsiadom sprzedaliśmy produkty za 27,3 mld zł, a to o 67 mln zł więcej niż pojechało do Wielkiej Brytanii.

 Nie tylko duże firmy, którym łatwiej poradzić sobie z finansowaniem na rynkach zagranicznych, lecz także małe i średnie firmy coraz częściej wychodzą za granicę, mając dobrą ofertę dla lokalnych kontrahentów – przekonuje dyrektor w Euler Hermes. – Dobrym przykładem są Czechy, gdzie wchodzą małe i średnie firmy z branży kolejowej, oraz Skandynawia, gdzie z kolei swojej szansy szukają małe i średnie firmy z branży budowlanej.

Wymianę handlową może przyspieszyć wdrożenie tzw. idei Trójmorza. To międzynarodowa inicjatywa gospodarczo-polityczna skupiająca 12 państw Europy położonych w pobliżu mórz Bałtyckiego, Czarnego i Adriatyckiego. W skład grupy wchodzą: Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry. Jak podkreśla Andrzej Puta, to od woli politycznej często zaczyna się współpraca gospodarcza. Jednak obecność w UE, bliskość geograficzna, historyczna i kulturowa nie oznaczają, że prowadzenie biznesu w tych krajach nie wiąże się z ryzykiem.

– Każdy kraj to jednak inna specyfika. Należy brać pod uwagę lokalne warunki, które polska firma musi spełnić, starając się o kontrakty. Biorąc pod uwagę lokalne prawo, nawet jeśli są to kraje UE i prawo jest ustandaryzowane, zawsze wygląda to nieco inaczej – zastrzega Andrzej Puta. – Mamy już pod tym względem doświadczenia m.in. w zakresie branży transportowej – chociażby w Czechach czy na Węgrzech, a także obecnie w kontraktach na dostawę środków transportu do Sofii, gdzie teksty dokumentów, w tym także gwarancji, są bardzo specyficzne i wymagają dogłębnej znajomości lokalnego rynku.

W zakresie takich projektów wymagane są zabezpieczenia w formie gwarancji respektowanej na docelowym rynku, a więc wystawionej nie tylko przez niebudzącą tam wątpliwości i poważana instytucję, lecz także w lokalnym języku i w oparciu o lokalne prawo, czasami też w lokalnej walucie, jeżeli inne waluty typu euro czy dolar nie są akceptowane. Dlatego firma myśląca poważnie o ekspansji za granicą i zdobywaniu kontraktów (zwłaszcza na różnego rodzaju prace budowlane i specjalistyczne czy dobra inwestycyjne – maszyny, tabor transportowy itp.) potrzebuje dobrego finansowego partnera, który zna lokalny rynek, sam jest tam znany i poważany, a w efekcie jest w stanie wystawić taką gwarancję.

– Dużym firmom i koncernom łatwiej jest zdobywać finansowanie, w tym gwarancje w ekspansji zagranicznej, natomiast firmom średnim i małym jest o wiele trudniej, ponieważ nie są znane na obcych rynkach. Wówczas muszą uzyskać zabezpieczenie, czyli gwarancje na swoim rodzimym rynku, ale takie, aby były one respektowane przez beneficjentów za granicą. My, jako Euler Hermes, jesteśmy obecni na wielu rynkach, dlatego możemy spełnić te oczekiwania i zapewnić taki rodzaj gwarancji – dodaje Puta.

Takie trudności stawia przed polskimi przedsiębiorcami nawet rynek niemiecki, czyli największy odbiorca krajowych produktów. Nie każda firma jest w stanie samodzielnie spełnić wszystkie wymogi proceduralne niemieckich partnerów, np. w zakresie długości udzielanych gwarancji kontraktowych. Wymagane u naszych zachodnich sąsiadów znacznie przekraczają polskie standardy – są zazwyczaj bezterminowe, a więc są trudne do uzyskania w polskich instytucjach wystawiających gwarancje.

– Znamy rynek niemiecki i nie widzimy w tym problemu. Jesteśmy dobrze do tego przygotowani, jesteśmy więc w stanie wesprzeć w tym zakresie małe, średnie, a także największe polskie firmy – mówi Andrzej Puta.

Wymagania proceduralne to czynnik, który może utrudniać też współpracę z państwami skandynawskimi. Mimo niewielkiej odległości rzadko były one dotychczas dla polskich firm docelowym rynkiem, a eksperci podkreślają, że jest on atrakcyjny nie tylko dla producentów żywności, lecz także dla firm budowlanych, dostawców taboru drogowego czy maszyn przemysłowych. Przedsiębiorcy potrzebują w Skandynawii potwierdzenia jakości swoich produktów i usług oraz zdolności do realizacji kontraktu.

– We wszystkich regionach kraju jest wielu eksporterów do Niemiec. To nasz największy rynek eksportowy od wielu lat. Coraz częstszym kierunkiem są kraje skandynawskie, głównie Norwegia i Dania, pojawia się też Szwecja. Inne kierunki to Francja i Wielka Brytania – eksporterzy na te rynki najczęściej operują na uprzemysłowionym południu kraju. Dlatego to tam obserwujemy też zwiększenie zapotrzebowania na gwarancje do krajów azjatyckich, m.in. Singapuru oraz Indonezji – mówi Andrzej Puta.

Jak podaje Euler Hermes, oceniając po zapotrzebowaniu na gwarancje zabezpieczające kontrakty eksportowe, to zachodnia część kraju specjalizuje się w pracach budowlanych, sektorze maszynowym, transporcie, a z kolei mniej uprzemysłowiona wschodnia część kraju potrzebuje głównie gwarancji na rzecz branży budowlanej. Natomiast najbardziej rozwinięte pod względem przemysłowym południe kraju to branża środków transportu, maszynowa, metalowa, budowlana (nie tylko ogólna, lecz także wyspecjalizowanych prac i projektów inżynieryjnych). Duże zainteresowanie kierunkiem azjatyckim w ostatnich kilku miesiącach dotyczy głównie przemysłu maszynowego, w tym obrabiarek, a także przemysłu energetycznego i realizacji tego, z czego byliśmy niegdyś znani – budowy gotowych obiektów (w tym przypadku nowych elektrowni w Indonezji.)

67 proc. użytkowników internetu na świecie jest inwigilowanych. Coraz częściej wykorzystywany jest do tego internet rzeczy

67 proc. użytkowników internetu na świecie jest inwigilowanych. Coraz częściej wykorzystywany jest do tego internet rzeczy 15

Z raportu organizacji Freedom House wynika, że ponad 2/3 wszystkich użytkowników internetu na świecie jest inwigilowanych. Do monitorowania internautów służą już nie tylko media społecznościowe, lecz także coraz częściej urządzenia z kategorii internetu rzeczy. Za główną przyczynę rosnącej fali inwigilacji podaje się szerzący terroryzm.

Według raportu „Freedom on the Net 2016” organizacji Freedom House 67 proc. wszystkich użytkowników internetu na świecie jest poddawanych inwigilacji. Badanie objęło 65 krajów, pokrywając 88 proc. globalnej populacji internetowej. Wśród badanych państw nie było Polski. Z raportu wynika, że 27 proc. wszystkich Internautów mieszka w krajach, w których aresztowano ludzi za publikowanie, share’owanie czy nawet polubienie na Facebooku. Coraz większej skali inwigilacji sprzyja rozwój internetu rzeczy, czyli urządzeń codziennego użytku, które do tej pory nie miały połączenia z internetem.

– Duże mocarstwa technologiczne i polityczne mają dostęp do technologii, mają zasoby kadrowe, natomiast to, czy dana akcja będzie udana, zależy od wielu czynników po drugiej stronie, np. od tego czy uzyskają dostęp do systemów informatycznych, co nierzadko jest utrudnione. W przypadku internetu rzeczy jest to proste, zwykle te urządzenia nie są dobrze zabezpieczone przed inwigilacją czy wtargnięciem – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Jak wynika z raportu Ministerstwa Sprawiedliwości, polskie służby w 2016 r. przetworzyły ponad 1,1 mln danych telekomunikacyjnych, z których 77 proc. stanowiły bilingi. W zeszłym roku służby wystosowały także 23 tys. zapytań o dane internetowe. Ponad 90 proc. zapytań pochodziło od policji. Według raportu resortu sprawiedliwości łączna liczba danych, po które sięgnęły służby w 2016 r., była niższa niż w latach poprzednich. Jak alarmuje Fundacja Panoptykon, dane podane przez ministerstwo są niepełne. W raporcie „Rok z ustawą inwigilacyjną” Fundacja stwierdza, że skali prowadzonej inwigilacji nie da się oszacować, a kontrola nad pozyskiwanymi danymi jest pozorna.

– Służby specjalne powiązane z państwami mają dostęp do technologii, które monitorują internet na całym świecie. W szczególności ostatnio możemy tutaj mówić o korzystaniu z dobrodziejstw tzw. internetu rzeczy. Słyszeliśmy przecież o hakowaniu kamer CCTV i podglądaniu nas przez te kamery. Przedmioty które niegdyś nie były podłączone do internetu, tzn. obiekty, instalacje przemysłowe, instalacje sanitarne, teraz, dzięki temu, że chcemy mieć dużą wygodę, mogą przetwarzać dane, komunikować się między sobą, a to sprzyja oczywiście pewnej inwigilacji – zaznacza Kamil Gapiński z Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Jednym z głównych argumentów, które mają uzasadniać prowadzone działania inwigilacyjne, jest terroryzm. Nie chodzi tu jedynie o cyberterrorystów, lecz także o terrorystów, którzy wykorzystują internet do komunikowania się między sobą. Według tzw. raportu transparentności serwisu społecznościowego Twitter, w okresie od sierpnia 2015 do grudnia 2016 r. portal zamknął ponad 636 tys. kont powiązanych z terrorystami. Kolejnych ponad 376 tys. kont zostało zawieszonych za promowanie terroryzmu.

– Proceder inwigilacji w odniesieniu do terroryzmu jest stosowany z uwagi na to, że terroryści komunikują się między sobą w mediach społecznościowych, planują operacje z użyciem tych dobrodziejstw technologicznych, a także rozpowszechniają treści propagandowe i rekrutują nowych członków do grup terrorystycznych. To są przesłanki, o których mówimy w kontekście inwigilacji społeczeństwa – twierdzi Kamil Gapiński.

Poza inwigilacją ze strony służb specjalnych coraz częściej same firmy śledzą nasz każdy ruch, głównie w celach reklamowych i marketingowych. Według raportu dziennikarzy śledczych z ProPublica Facebook oferuje swoim reklamodawcom 29 tys. indywidualnych kategorii, bazując na zebranych informacjach. W ten sposób zapewnia im węższe grupy docelowe, spośród ponad 2 mld użytkowników. Wśród kategorii oferowanych reklamodawcom, znaleźć można m.in. „ludzie w gospodarstwach o przychodzie między 100 tys. a 125 tys. dol.”, czy „łączna wartość aktywów płynnych do inwestowania od 1 do 25 tys. dol”.

– Warto się skupić na możliwościach obrony czy prewencji, aby pozostać anonimowym, warto się czasami zastanowić nad tym, jak wygląda nasza aktywność w sieci. Mam tu na myśli na przykład naszą aktywność w mediach społecznościowych i to, jak korzystamy z aplikacji mobilnych. Często instalujemy aplikacje mobilne, nie zwracając uwagi n to, jakie są tam ustawienia prywatności. Powinniśmy być bardziej podejrzliwi podczas korzystania z aplikacji, stron internetowych, podczas całej naszej działalności w internecie – mówi ekspert.

70 proc. zużytego sprzętu chłodniczego nie jest prawidłowo przetwarzane. Potrzebny lepszy nadzór nad obrotem zużytym sprzętem

70 proc. zużytego sprzętu chłodniczego nie jest prawidłowo przetwarzane. Potrzebny lepszy nadzór nad obrotem zużytym sprzętem 16

Jedna nieprawidłowo przetworzona lodówka to podobna szkoda dla środowiska jak przejechanie 10 tys. km samochodem osobowym. Co roku do utylizacji trafia 900 tys. sztuk zużytych lodówek, ale prawidłowo przetwarzanych jest tylko ok. 30 proc. z nich. Większość przetwarzana  jest w niewłaściwy sposób w szarej strefie, a szkodliwe substancje trafiają do atmosfery. Konieczne jest wprowadzenie lepszego nadzoru nad obrotem zużytym sprzętem – przekonują eksperci Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Ochrony Środowiska.

– W zakresie sprzętu elektrycznego i elektronicznego są trzy grupy sprzętu, które są odpadami niebezpiecznymi – to świetlówki, telewizory i monitory oraz sprzęt chłodniczy. Nieprawidłowo przetwarzając świetlówki, skażamy środowisko rtęcią. Nieprawidłowo przetwarzając monitory i telewizory, skażamy środowisko m.in. ołowiem. Z kolei lodówki zawierają niebezpieczne gazy cieplarniane oraz oleje mineralne, które mają zdolność skażania wód powierzchniowych i zbiorników podziemnych – mówi agencji Newseria Biznes dr Henryk Buczak, przewodniczący Rady Nadzorczej Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Ochrony Środowiska.

Niewłaściwe przetwarzanie zużytego sprzętu chłodniczego, czyli lodówek, chłodziarek czy klimatyzatorów, niesie ze sobą duże zagrożenie dla środowiska. OIGOS ocenia, że jedna źle przetworzona lodówka wprowadza do  środowiska tyle samo szkodliwych substancji, co przejechanie 10 tys. km przez samochód osobowy. Rocznie do utylizacji trafia średnio 900 tys. sztuk lodówek (przy ok. 4 mln sprzętu wielkogabarytowego wprowadzanego w ciągu roku – dane CECED Polska). Gdyby zutylizować je w prawidłowy sposób, miałoby to podobny skutek, co wyłączenie z ruchu na miesiąc 19 mln samochodów, czyli wszystkich zarejestrowanych w Polsce.

 Co najmniej 30 proc. lodówek, które obecnie są przetwarzane, zawiera freon. To gaz, który niszczy warstwę ozonową i powoduje efekt cieplarniany. Najczęściej słyszymy o wpływie dwutlenku węgla na ocieplenie klimatu, należy jednak pamiętać o tym, że dwutlenek węgla ma współczynnik ocieplenia klimatu 1, a freon ponad 10 tys. To przepaść w oddziaływaniu na środowisko – tłumaczy Buczak.

Jak wskazuje ekspert, szkodliwe gazy znajdują się w lodówce w układzie chłodniczym i w piance izolacyjnej. Nawet przy rozszczelnieniu, kiedy gazu nie ma już w układzie chłodniczym, wciąż znajduje się on w piance. Ten gaz znacznie trudniej usunąć – tylko 3 zakłady przetwarzania odpadów w Polsce dysponują technologią, która to umożliwia. Biorąc pod uwagę liczbę lodówek, która powinna trafić do zakładów przetwarzania, jest ich zbyt mało. Jednak przy liczbie sprzętu, który faktycznie do nich trafia, zakłady i tak nie są w pełni obciążone.

– Trzy zakłady w Polsce mają technologiczną zdolność prawidłowego przetworzenia lodówek, ale ponad 70 ma decyzję zezwalającą na przetworzenie sprzętu chłodniczego. Można mówić o braku standardów już w momencie wydawania decyzji – ktoś, kto nie ma technologicznej możliwości odciągnięcia gazu z pianki, nie powinien rozpoczynać demontażu lodówki – przekonuje przewodniczący Rady Nadzorczej OIGOS.

Szacuje się, że tylko 30 proc. zużytego sprzętu chłodniczego trafia do prawidłowego przetwarzania. Zdecydowana większość niszczona jest w prymitywny sposób, np. przy pomocy młotka. Część trafia na złomowiska, gdzie wyjmowane są jedynie części metalowe. Dokładne liczby trudno jednak podać, bo w skupie złomu sprzęt nie jest ewidencjonowany.

 To powoduje, że brakuje sprzętu do prawidłowego przetworzenia i wywołuje to dodatkowy efekt – pobudza szarą strefę do produkcji dokumentów bez pokrycia – wskazuje dr Henryk Buczak.

Ekspertyza „Standardy przetwarzania poszczególnych rodzajów zużytego sprzętu oraz wymagania dla zakładów przetwarzania zużytego sprzętu”, przygotowana w listopadzie 2015 roku przez Fundeko na zamówienie Ministerstwa Środowiska wskazuje, że szara strefa szacowana jest na 40–50 proc. ilości zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego, oficjalnie raportowanej do Głównego Inspektora Ochrony Środowiska. Szara strefa ma się dobrze, bo konsument, który chce pozbyć się odpadów, musi pokonać szereg barier, a bezpłatny odbiór sprzętu nie jest wcale powszechny. Pomóc mogłoby stworzenie przepisu, że każdy, kto kupi wielkogabarytowy sprzęt AGD, może liczyć na bezpłatne i szybkie odebranie zużytego sprzętu.

– Należy też wprowadzić standardy przetwarzania i wprowadzić lepszy nadzór nad obrotem zużytym sprzętem, nad jego zbiórką i przetwarzaniem. Czyli kontrole i jeszcze raz kontrole. Już w 2010 roku Główny Inspektorat Ochrony Środowiska wydał dyspozycję, jak należy kontrolować zakłady przetwarzające sprzęt chłodniczy. Problem w tym, że nie wszyscy inspektorzy się do tego stosują – ocenia dr Henryk Buczak.

Polska spółka biotechnologiczna prowadzi badania nad „sztuczną krwią”. Wynalazek może być motorem rozwoju transplantologii

Polska spółka biotechnologiczna prowadzi badania nad „sztuczną krwią”. Wynalazek może być motorem rozwoju transplantologii 17

Sztuczna krew, czyli syntetyczne mikrocząsteczki – respirocyty imitujące czerwone krwinki i zdolne przenosić tlen, to projekt badawczy polskiej spółki biotechnologicznej NanoSanguis wchodzącej w skład NanoGroup. Produkt rozwijany przez naukowców może być w przyszłości pomocny w transplantologii oraz posłużyć do uzupełniania ubytków ludzkiej krwi, np. w trakcie operacji. NanoGroup planuje do końca tego roku zadebiutować na warszawskiej giełdzie, a za około dwa lata rozpocząć fazę badań klinicznych nad sztuczną krwią. Innowacyjne projekty polskich firm biotechnologicznych przyciągają coraz więcej inwestorów.

– Rozwijamy produkt, którym są mikrocząsteczki  respirocyty zdolne przenosić tlen. To całkowicie syntetyczne struktury, których zadaniem jest czasowe zastąpienie naturalnych ludzkich erytrocytów. Ich zastosowanie to częściowy zamiennik krwi do perfuzji organizmu człowieka, jeżeli dojdzie do bardzo dużego ubytku krwi lub przy poważnej operacji w celu usprawnienia prawidłowego gojenia operowanego obszaru. Możemy je także stosować jako substancję leczniczą, ponieważ te mikrocząsteczki dużo lepiej natleniają obszary bardzo drobnych naczyń krwionośnych, przez co mogą być potencjalnie stosowane w przypadku znacznych zwężeń naczyń tętniczych, co ma miejsce między innymi w przebiegu zawału mięśnia sercowego czy niedokrwiennego udaru mózgu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Tomasz Ciach, członek zarządu NanoGroup.

Syntetyczne cząsteczki zdolne przenosić tlen mogą być również wykorzystywane przy przeszczepach organów. W przyszłości pozwolą one na znaczne wydłużenie okresu przechowywania ludzkich organów pobranych od dawcy oraz ich kondycjonowanie/ leczenie przed przeszczepem. To z kolei dałoby większą swobodę w planowaniu takich operacji i przełożyło się na rozwój transplantologii.

– Problem przy przeszczepach polega na tym, że organ – na przykład nerka, wątroba czy płuca – pobrany od pacjenta musi być przeszczepiony biorcy w ciągu kilku, kilkunastu godzin. Wynika to z tego, że pozbawiony funkcji życiowych gwarantowanych przez resztę organizmu organ bardzo szybko ulega śmierci, a przez te kilka godzin potencjału do przeszczepu przechowuje się go zwykle na lodzie w warunkach obniżonej temperatury. Jeżeli udałoby się taki organ osobno podłączyć do zewnętrznego obiegu syntetycznej krwi, wtedy można by utrzymać go przy życiu przez dłuższy czas – tłumaczy prof. Tomasz Ciach.

Zewnętrzny obieg sztucznej krwi pozwoli pobranemu organowi oczyścić się i zregenerować przed przeszczepieniem. Zdaniem ekspertów to szczególnie ważne przy przeszczepach płuc i serca.

Z kolei w przypadku przeszczepu płuc bardzo trudno określić po ich pobraniu od dawcy, czy będą nadawały się do przeszczepu. Można to stwierdzić dopiero wtedy, gdy biorca rozpocznie oddychanie. Podłączone do syntetycznego obiegu zewnętrznego płuca mogłyby nie tylko zostać oczyszczone, lecz także przetestowane – wyjaśnia prof. Tomasz Ciach. – Jeżeli projekt się powiedzie, będziemy mogli pobierać dużo więcej organów niż wynosi aktualna lista biorców, przechowywać je na farmie organów i zachowywać przy życiu. A jeśli pojawi się biorca i potrzeba przeszczepu, to moglibyśmy wybrać organ najlepiej pasujący do niego profilem genetycznym, w najlepszym stanie i przeszczepić go z większą szansą na powodzenie.

NanoSanguis, spółka należąca do NanoGroup, pracuje nad rozwojem substytutu czerwonych krwinek od kilku lat. Całkowity budżet, w którym mają zamknąć się prace badawcze i rozwojowe, wynosi 5 mln zł. Nie jest to jednak kwota wystarczająca na komercjalizację innowacyjnego produktu.

– Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, badania kliniczne rozpoczniemy w 2019 roku. Obecnie prowadzimy badania na zwierzętach i mamy już pierwsze sukcesy. Po podaniu płynu mającego zastąpić czerwone krwinki, badane zwierzęta przeżywają oraz nie występują u nich działania toksyczne związane z preparatem – mówi prof. Tomasz Ciach.

– Model biznesowy spółki NanoGroup polega na tym, żeby znaleźć partnera spośród firm farmaceutycznych, z którym będziemy prowadzić dalszy rozwój produktu już w fazie badań klinicznych lub do którego sprzedamy licencję na dalsze badania i w efekcie wprowadzenie na rynek produktu opracowanego przez naukowców z NanoGroup – mówi Marek Borzestowski, prezes zarządu NanoGroup S.A.

Dostęp do kapitału pozostaje największym problemem sektora biotechnologicznego. Jak wynika z ubiegłorocznego badania firmy doradczej Deloitte „Biotechnologia w Polsce”, aż 57 proc. spółek z tego sektora wskazuje utrudniony dostęp do finansowania jako największą barierę w rozwoju. Dlatego dwie trzecie takich firm wiąże swoje plany finansowe z polskimi i zagranicznymi funduszami typu private equity. Innym źródłem pozyskania kapitału są także granty i fundusze przyznawane w ramach programów wspierania firm innowacyjnych.

– Środki na rozwój firm biotechnologicznych mają w Polsce dwojakie źródła. Trzeba podkreślić zaangażowanie państwa i Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w finansowaniu innowacyjnych projektów biotechnologicznych. Drugim źródłem jest kapitał prywatny. W Polsce obserwujemy w tej chwili duże zainteresowanie biotechnologią, którego źródłem są ostatnie sukcesy polskich spółek biotechnologicznych na arenie międzynarodowej – mówi Marek Borzestowski.

Jak zauważa, wymagająca dużego nakładu pracy i środków jest również sama procedura opracowywania nowego produktu, patentowania i komercjalizacji, czyli późniejszego wprowadzenia go na rynek.

– W przypadku spółek biotechnologicznych największe wyzwania są natury technologicznej. Mamy do czynienia z branżą, w której wyniki nie są zero-jedynkowe, jak na przykład w informatyce. Nowe produkty przechodzą przez cały system badań przedklinicznych oraz klinicznych, niezbędnych do uzyskania zgody regulatora na wprowadzenie produktu na rynek. To są procesy długotrwałe i bardzo sformalizowane. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i powoli realizować wszystkie zadania niezbędne do dopuszczenia produktu do sprzedaży – mówi Marek Borzestowski.

Biotechnologiczna spółka pod koniec maja złożyła w Komisji Nadzoru Finansowego prospekt emisyjny w związku z zamiarem przeprowadzenia oferty akcji i do końca tego roku zamierza zadebiutować na warszawskiej giełdzie. Środki pozyskane z emisji chce przeznaczyć na przejęcia innych firm biotechnologicznych prowadzących badania w obszarze onkologii, rozbudowę bazy laboratoryjnej, ale przede wszystkim – na rozwój obecnie prowadzonych projektów.

Polacy nieświadomi ryzyka chorób tropikalnych. Przed wyjazdem do ośrodków medycyny podróży trafia tylko co drugi turysta

Polacy nieświadomi ryzyka chorób tropikalnych. Przed wyjazdem do ośrodków medycyny podróży trafia tylko co drugi turysta 18

Tylko połowa turystów wyjeżdżających do krajów tropikalnych trafia do ośrodków medycyny podróży. Mimo że odpowiedni dobór szczepień przez lekarza jest podstawą bezpiecznej egzotycznej wyprawy. Brak obowiązku szczepień w danym kraju nie jest równoznaczny z brakiem ryzyka zachorowania, a to właśnie zalecane szczepionki, a nie obowiązkowe, chronią przed większością groźnych egzotycznych chorób. Ich wybór zależy nie tylko od kraju podróży, lecz także od regionu, pory roku czy stanu zdrowia turysty.

Szczepienia obowiązkowe w podróżach międzynarodowych są narzucone przez międzynarodowe przepisy zdrowotne WHO i mają na celu przede wszystkim ochronę mieszkańców krajów tropikalnych przed chorobami i epidemiami. Podróżny, udając się do krajów objętych obowiązkiem szczepień, musi go wypełnić, aby mieć możliwość przekraczania granic – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Agnieszka Wroczyńska z Krajowego Ośrodka Medycyny Tropikalnej w Gdyni.

W części krajów Afryki oraz Ameryki Południowej i Środkowej obowiązkowe jest szczepienie przeciw żółtej febrze. Wirusowa gorączka krwotoczna przenoszona przez komary w tropiku jest zagrożeniem przede wszystkim w porze deszczowej.

Część krajów wymaga też, by każdy podróżny był w pełni uodporniony na polio za pomocą szczepień podstawowych. Większość Polaków taką szczepionkę otrzymuje w dzieciństwie, ale niekiedy konieczne jest szczepienie przypominające. Jest ono obowiązkowe w Nepalu niezależnie od długości pobytu, a w Afganistanie, Nigerii i Pakistanie przy pobycie powyżej 4 tygodni, jednak zaleca się wykonać przypominające szczepienie przed wyjazdem do wszystkich tropikalnych krajów.

Wymogi zmieniają się praktycznie co 3 miesiące, kiedy WHO ogłasza aktualną listę krajów objętych obowiązkiem szczepień i zaleceniami odnośnie do tego szczepienia. Warto na bieżąco śledzić takie informacje i przed każdą podróżą konsultować się w poradni medycyny podróży – radzi Wroczyńska. – Państwa w tropiku mogą jednak w każdej chwili zmienić swoje wymogi i dostosować je do sytuacji epidemiologicznej, trzeba się wówczas liczyć z nowymi obowiązkami.

W większości krajów, jeśli nie ma zagrożenia epidemiologicznego, inne szczepienia nie są wymagane, za to zalecanych jest wiele innych.

– Brak obowiązku szczepień w podróżach międzynarodowych w danym kraju tropikalnym nie jest równoznaczny z brakiem ryzyka zachorowania. To błąd często popełniany przez podróżnych: turyści utożsamiają szczepienia obowiązkowe z tymi najważniejszymi, podczas gdy są one wymagane ze względów epidemiologicznych. Zdrowie indywidualnego turysty chronią właśnie szczepienia zalecane, ich brak nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami prawnymi czy też problemami na granicach, natomiast obniża bezpieczeństwo podróży – tłumaczy dr Agnieszka Wroczyńska.

Eksperci radzą, by przed wylotem w egzotyczne kierunki zaszczepić się na wirusowe zapalenie wątroby typu A i B, błonicę, tężec, dur brzuszny, meningokokowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych, wściekliznę czy kleszczowe zapalenie mózgu.

Zakres szczepień przed podróżą najlepiej ustalić podczas specjalistycznej konsultacji lekarskiej. Wybór szczepień zależy m.in. od sytuacji epidemiologicznej danego kraju, czasu trwania i celu podróży oraz konkretnego miejsca pobytu.

– Inne szczepienia zalecane są w niektórych krajach w porze suchej, inne w porze deszczowej. Istotny jest plan i charakter podróży, warunki pobytu i noclegu, podróże z turystyką aktywną, ekstremalne, planowane safari – to wszystko wpływa na wybór szczepień przed podróżą. Równie ważny jest stan zdrowia turysty, ewentualne choroby przewlekłe, alergie i wiek – wymienia ekspertka Krajowego Ośrodka Medycyny Tropikalnej.

Przygotowania do wyjazdu najlepiej rozpocząć 6–8 tygodni przed podróżą. Tyle czasu wystarczy, by wykonać obowiązkowe i zalecane szczepienia. Nawet miesiąc może się okazać wystarczający, jeśli jednak szczepienia zostawiamy na ostatnią chwilę, części może nie udać się wykonać.

Jak wskazuje Wroczyńska, w większości dużych miast działają poradnie medycyny podróży z punktem szczepień. Porady i listę placówek można znaleźć też w internecie, m.in. na stronie SzczepieniaDlaPodrozujacych.pl.

Podróżnicy pozytywnie podchodzą do możliwości ochrony własnego zdrowia, jaką dają szczepienia. Jednak badania prowadzone przez lekarzy w Polsce wykazują, że zaledwie połowa osób, które potrzebowałyby takiej profilaktyki, trafia do ośrodków medycyny podróży. Wiedza z tego zakresu jest jeszcze nowością dla polskich turystów i warto więcej o niej mówić. Im więcej podróżny wie o chorobach tropikalnych, tym chętniej podchodzi do profilaktyki –przekonuje dr Agnieszka Wroczyńska.

Za pomocą urządzeń mobilnych płaci prawie 80 proc. polskich konsumentów. Przy weryfikacji płatności aplikacje wykorzystują selfie czy odcisk palca

Za pomocą urządzeń mobilnych płaci prawie 80 proc. polskich konsumentów. Przy weryfikacji płatności aplikacje wykorzystują selfie czy odcisk palca 19

Już blisko 80 proc. użytkowników smartfonów i tabletów płaci za pomocą urządzeń mobilnych. W taki sposób można zapłacić nie tylko za zakupy w zwykłym sklepie, lecz także za bilety i transport publiczny. Ponadto elektroniczne bilety często można kupić taniej niż w innych kanałach dystrybucji, w dodatku za pomocą jednej aplikacji. Dzięki nowym technologiom, takim jak biometria, korzystanie z płatności mobilnych jest coraz bardziej bezpieczne.

– Płatności mobilne są obecnie innowacyjną usługą. Przede wszystkim klienci otrzymują usługę tu i teraz, usługa dostarczana jest natychmiast, klienci oszczędzają czas i pieniądze. Skycash agreguje usługi wokół transportu zbiorowego i publicznego. Klienci wiedzą, że przemieszczając się z miasta do miasta, z punktu do punktu, mogą z takiej usługi skorzystać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Bochenek, członek zarządu SkyCash Poland.

Jak wynika ze statystyk firmy badawczej Statista, w 2016 r. z mobilnego internetu korzystało niespełna 18 mln użytkowników. Według jej przewidywań w roku 2017 r. przybędzie ponad 5 mln nowych użytkowników i liczba aktywnych użytkowników mobilnego internetu wzrośnie do przeszło 24 mln. Oprócz przeglądania portali społecznościowych i informacyjnych, to właśnie płatności mobilne są jedną z najpopularniejszych czynności.

– Płatności mobilne są wykorzystywane praktycznie wszędzie. Skycash skupił się na usługach publicznych, natomiast usługi, które można opłacać za pośrednictwem telefonu, są wszelakie. To dobra użytkowane na co dzień. Płatności mobilne zastępują dotychczasowe płatności gotówkowe i bezgotówkowe, to inny format – przekonuje Piotr Bochenek.

Z raportu „Visa 2016 Digital Payments Study” wynika, że liczba osób korzystających z płatności mobilnych się potroiła. Polska znajduje się wśród pięciu krajów, które najszybciej rozwijają się na rynku nowoczesnych form płatności. Blisko 80 proc. konsumentów przyznaje, że płaci przy użyciu urządzeń przenośnych. Takie płatności wciąż jednak ewoluują, a twórcy aplikacji pracują nad ułatwieniem i przyspieszeniem płatności przy wykorzystaniu nowych technologii. Dotychczas stosowane metody weryfikacji, które wymagały podania hasła, mogły odstraszyć część potencjalnych klientów ze względu na czas.

Według raportu „Security of Mobile Payments and Digital Wallets” firmy Enisa z biometrycznej metody odcisku palca korzysta m.in. Apple Pay, Google Wallet oraz Samsung Pay. W  2016 r. firma MasterCard wydała mobilną aplikację MasterCard’s Identity Check, w której uwierzytelnić płatności można za pomocą selfie.

– Trendy to przede wszystkim bezpieczeństwo, stabilność aplikacji i stabilność dostarczanych usług. W kwestii bezpieczeństwa najbardziej popularna dzisiaj jest biometria, która mocno wchodzi do aplikacji używanych na rynku płatności mobilnych. Mowa o możliwości płatności za pośrednictwem selfie czy odcisku palca, który jest interpretowany przez urządzenie mobilne – tłumaczy przedstawiciel SkyCash.

Obecnie z aplikacji SkyCash umożliwiającej zakup biletów na trasie w obrębie miasta i biletów międzymiastowych korzysta 1,5 mln użytkowników. Ich liczba wciąż rośnie, zwłaszcza ze względu na jej szeroką dostępność.

– Korzystać może każdy, kto ma smartfona z dostępem do internetu wykorzystującego jedną z trzech popularnych platform: Androida, iOS i Windowsa. Wystarczy zainstalować aplikację, zarejestrować się, zweryfikować, jeżeli jest taka potrzeba, i płacić za wszystko to, co dostarczają aplikacje – wskazuje Bochenek.

Z badania Visa wynika, że w Europie ponad połowa użytkowników urządzeń mobilnych regularnie płaci za ich pomocą. Dla porównania w 2015 roku ich odsetek sięgał 18 proc. Spada natomiast liczba osób, które deklarują, że nie będą dokonywać płatności za pomocą urządzeń mobilnych (w ciągu roku spadek z 38 do 12 proc.). Klienci coraz chętniej płacą mobilnie, zwłaszcza że często wiąże się to z promocjami i zniżkami.

– Koszt jest identyczny jak w każdym innym kanale dystrybucji, nie ma znaczenia, czy jest to płatność kartą, gotówką, czy jest to płatność mobilna. W naszym systemie operatorzy, którzy dostarczają nam bilety, tworzą specjalne bilety, które są czasami tańsze ze względu na mniejszy koszt ich dystrybucji – podsumowuje Piotr Bochenek.

90 proc. centrów usług wspólnych zamierza zwiększać zatrudnienie. Pracowników przyciągają wysokie zarobki i możliwości rozwoju

90 proc. centrów usług wspólnych zamierza zwiększać zatrudnienie. Pracowników przyciągają wysokie zarobki i możliwości rozwoju 20

Pod względem zatrudnienia w sektorze usług dla biznesu Polska jest liderem w Europie. Łącznie w Polsce działa blisko 1,1 tys. organizacji o profilu shared service center (SSC/BPO), które zatrudniają ponad 240 tys. osób. Ta liczba będzie dalej dynamicznie rosnąć, bo 90 proc. firm w tej branży zamierza zwiększać zatrudnienie. Pracowników do sektora przyciągają m.in. rosnące wynagrodzenia i możliwości rozwoju. To właśnie kadry – ich kompetencje i wykształcenie – często są dla firm decydujące przy wyborze Polski na siedzibę swojego centrum usług.

– Sytuacja na rynku pracy w sektorze SSC/BPO przedstawia się dobrze. Sektor rośnie w tempie 15–20 proc. rocznie. Prognozy są optymistycznie, bo w 2020 roku powinno pracować już w nim 300 tys. osób – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Bartz, senior executive manager w firmie Michael Page, oferującej usługi rekrutacyjne.

Z danych branżowego stowarzyszenia ABSL (Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych) wynika, że w I kw. 2017 roku zatrudnienie wzrosło o 32 tys. osób względem I kwartału 2016 roku. Blisko 75 proc. nowych miejsc pracy wygenerowały centra zagraniczne.

Stale rekrutujemy. Co roku zatrudniamy około 200 nowych osób, zarówno specjalistów na stanowiska junior i senior managerów, jak i studentów –podkreśla Richard Piskorz, szef warszawskiego centrum operacji BNP Paribas Securities Services.

 W związku z dynamicznym rozwojem sektora SSC/BPO w Polsce pracę w nim mogą znaleźć kandydaci z wielu różnych branż: finansów i księgowości, bankowości, IT, obsługi klienta czy procesów kadrowo-płacowych – ocenia Wojciech Bartz.

Blisko połowę zatrudnienia w tej branży generuje działalność IT oraz usługi finansowo-księgowe (F&A). Wysoko pod względem udziału w strukturze zatrudnienia znajdują się usługi bankowe, finansowe i inwestycyjne (BFSI), które odpowiadają za 14 proc. miejsc pracy w sektorze oraz usługi kontaktu z klientem (12 proc.).

– Wynagrodzenia w SSC/BPO rosną stabilnie od kilku lat. Według danych Michael Page najmłodsi specjaliści, którzy rozpoczynają karierę, mogą liczyć na wynagrodzenie 3,5–4 tys. zł brutto. Z kolei starsi specjaliści w zależności od doświadczenia i specjalizacji mogą zarabiać ok. 8 tys. zł brutto, a kadra menadżerska już od kilkunastu tysięcy złotych i więcej – wymienia przedstawiciel Michael Page.

Ponad 80 proc. pracowników tego sektora wiąże z nim swoją przyszłość zawodową. Podobny odsetek osób poleciłby innym pracę w centrach usług wspólnych. Dla zdecydowanej większości istotnym aspektem zatrudnienia są świadczenia pozapłacowe, m.in. ubezpieczenia zdrowotne, karty sportowe, dofinansowania kursów językowych czy zwrot kosztów dojazdu. Wiele zatrudnionych osób wysoko ceni możliwość szybkiego rozwoju w ramach firmy.

– Sektor centrum usług wspólnych dynamicznie rośnie, więc także nasi pracownicy mogą rozwijać swoje kompetencję i karierę. Kolejna zaleta to praca w międzynarodowym środowisku. Mamy styczność z klientami z różnych krajów – przekonuje Richard Piskorz.

Raport ABSL wskazuje, że 85 proc. SSC zatrudnia cudzoziemców, a łącznie stanowią oni ok. 10 proc. wszystkich pracowników. Co trzecia firma (37 proc.), w tym m.in. BNP Paribas Securities Services, zatrudnia minimum 10 proc. obcokrajowców. Z kolei w 40 proc. organizacji najliczniejszy odsetek cudzoziemców stanowią Ukraińcy (ok. 10 tys. osób). Dużą grupą są także Hiszpanie i Włosi.

– Sektor SSC/BPO w Polsce jest bardzo atrakcyjny dla obcokrajowców. Mają oni tutaj stabilność zatrudnienia, a przy tym korzystają z naturalnych umiejętności, czyli języków ojczystych – mówi Wojciech Bartz.

Firmy, które decydują się na ulokowanie centrum usług wspólnych w Polsce, mogą liczyć m.in. na zwolnienia z podatku od nieruchomości i CIT, dofinansowanie nowo powstających miejsc pracy, granty rządowe oraz dotacje z Unii Europejskiej. Kluczowymi czynnikami są jednak wykwalifikowana kadra i wysoka jakość usług.

 BNP Paribas Securities Services wybrało Polskę z powodu kosztów, poziomu wykształcenia polskich absolwentów i kompetencji językowych. Ponadto tutejsi pracownicy, w tym także zatrudnieni u nas, mają duży wkład w innowacje wdrażane do tej branży – wskazuje Richard Piskorz.

Jak przekonuje ekspert, dzięki temu SSC stają się poniekąd centrami innowacji i mają coraz większe znaczenie dla firm.

– Inwestujemy w cyfryzację. Wdrażamy ideę biura bez papieru, dzięki czemu oszczędzamy 267 tys. arkuszy miesięcznie. BNP Paribas Securities Services jest także liderem grupy w zakresie robotyzacji. Oczekujemy wkrótce naszego pierwszego bota. Wdrażamy również inicjatywę zwaną ACE (Action for Continuous Enhancement), która zachęca pracowników do wymyślania i wdrażania różnych ulepszeń i innowacji w zakresie wykonywanych przez nich procesów – podkreśla szef BNP Paribas Securities Services.

Telewizor wciąż jednym z podstawowych urządzeń w domu. Konsumenci oczekują jednak nowych inteligentnych funkcji

Telewizor wciąż jednym z podstawowych urządzeń w domu. Konsumenci oczekują jednak nowych inteligentnych funkcji 21

80 proc. ludzi korzysta ze smartfona, 67 proc. osób używa przenośnego komputera, zaś 16 proc. ma tablet, wynika z badania przeprowadzonego przez Google „How People Use Their Devices”. Jak wskazuje Google, na przestrzeni ostatnich lat to urządzenia mobilne stały się podstawą w codziennym życiu. Nadal jednak korzystamy z telewizorów. Oczekujemy jednak od nich, aby były coraz bardziej inteligentne. 

Według raportu „Przyszłość telewizji: Czynniki zmian” przeprowadzonego na zlecenie infuture hatalska foresight institute, 92 proc. Polaków ogląda telewizję, a 65 proc. zasiada przed telewizorem codziennie. Zaledwie 3,3 proc. gospodarstw domowych w Polsce nie ma telewizora. Pomimo dużych zmian, jakie zaszły na rynku telewizyjnym w ostatnich latach, telewizor wciąż jest jednym z podstawowych urządzeń w domu.

– Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że telewizor sprzed pięciu lat to już inna epoka, jest to inny procesor, inny ekran, inna szybkość działania. Jeśli porównamy go z telewizorem z 2017 roku, to okaże się, że nie spełnia naszych oczekiwań względem telewizora – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Henryk Chorążewski z Samsung Electronics Polska.

Z raportu „Big Picture: a visual guide to buying a TV this season” opracowanego przez Visual.ly wynika, że w 2011 roku średnia wielkość kupowanych telewizorów wynosiła 30 cali. W 2015 roku długość przekątnej przeciętnego telewizora wzrosła do 50 cali. Zmieniają się także technologie wyświetlania obrazu (3D), jakość obrazu (4K, UHD), a także sprzęt wewnątrz telewizora i oprogramowanie.

– Telewizory, które wprowadziliśmy w tym roku, to zupełnie inny świat, w stosunku do tych sprzed pięciu lat: kropki kwantowe decydujące o jakości obrazu i natężeniu kolorów, szerokie wykorzystanie internetu, rozpoznawanie urządzeń podłączonych do telewizora. Na hardware sprzed pięciu lat jesteśmy w stanie zrobić trochę mniej, niż na tym, który mamy do dyspozycji obecnie. Dziś każdy telewizor powinien być Smart, tzn. mieć aplikacje wykorzystujące zasoby internetu. I koniecznie łatwy w obsłudze z wygodnym menu. Warto wybrać telewizory Ultra High Definition (4K), one są na dziś i na jutro – tłumaczy Henryk Chorążewski.

21 proc. respondentów badania „Przyszłość telewizji: Czynnik zmian” wskazuje, że od telewizji przyszłości oczekuje większej możliwości korzystania z innych aplikacji i usług przez telewizor (np. zamawianie jedzenia, umawianie wizyt do lekarza). Mimo to producenci telewizorów raczej ograniczają liczbę aplikacji w swoich Smart TV do tych używanych najczęściej.

– W tej chwili aplikacji w Samsung  Smart TV jest około 100, nieco mniej niż przed rokiem. Wynika to z tego, że w pierwszym okresie rozwoju Smart TV oferowaliśmy różne aplikacje: bankowe, informacyjne, filmowe. Po pięciu latach mocnego inwestowania w tę część telewizora okazało się, że największą popularnością cieszą się aplikacje filmowe oraz informacyjne i na nich się skupiliśmy – deklaruje przedstawiciel Samsunga.

Z raportu infuture hatalska foresight institute wynika, że 19 proc. osób oczekuje od telewizji przyszłości sterowania usługami i programami głosem. Dziś do tego służy pilot, chociaż dostępne są także inne sposoby sterowania odbiornikami telewizyjnymi.

– Dziś wystarczy niewielki, lekki i bardzo szybki pilot do zarządzania telewizorem. Możemy też wykorzystać do tego smartfon, na jego ekranie możemy też widzieć to, co jest na ekranie telewizora. Możemy też używać klawiatury i myszy, ale są to rozwiązania bardzo rzadko stosowane przez posiadaczy telewizorów – wyjaśnia Henryk Chorążewski.

Coraz bliżej połączenia dwóch gigantów sektora naftowo-paliwowego. Sytuacja pracowników obu spółek nie ulegnie pogorszeniu

Coraz bliżej połączenia dwóch gigantów sektora naftowo-paliwowego. Sytuacja pracowników obu spółek nie ulegnie pogorszeniu 22

Połączenie spółek PERN i OLPP od strony formalno-prawne jest już na ostatniej prostej. Zarządy obu spółek zgodnie zapewniają, że zamierzają utrzymać zarówno zatrudnienie, jak i wszystkie dotychczasowe świadczenia. Trwają rozmowy dotyczące porozumień społecznych w obu spółkach.

Grupa PERN jest odpowiedzialna w dużej mierze za bezpieczeństwo energetyczne państwa w sektorze paliwowym. Zajmuje się transportem i magazynowaniem ropy naftowej, a także magazynowaniem i obrotem paliwami w bazach paliw należących obecnie do OLPP. Połączenie obu spółek ma sprawić, że powstanie jeden duży, silny podmiot, który będzie w stanie stawić czoła konkurencji i rozwijać biznes, którym się zajmuje – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Miland, wiceprezes zarządu PERN SA.

Wiceprezes PERN SA zaznacza, że dzięki połączeniu powstanie podmiot o znacznie większej sile przetargowej i zakupowej. To pozwoli ograniczyć koszty i zainwestować więcej środków, również w rozwój pracowników. Przy aktualnej sytuacji na rynku pracy ich kompetencje i wiedzę – nabyte w trakcie lat pracy w sektorze paliwowym i naftowym – trudno byłoby zastąpić.

– Przygotowując połączenie obydwu firm, założyliśmy, że jednym z kluczowych aspektów jest zagwarantowanie statusu naszych pracowników. To status wypracowywany przez wiele lat, który wiąże się z pewnymi specyficznymi umiejętnościami. W wielu przypadkach próżno szukać na rynku doświadczenia, umiejętności i wiedzy nabytej przez pracowników zatrudnionych w naszych przedsiębiorstwach. Ich praca jest dla nas tak wartościowa, że nie zamierzamy przeprowadzać żadnej redukcji, zwolnień czy innych tego typu działań, które mogą się kojarzyć z procesami łączenia czy restrukturyzacji przedsiębiorstw. Pracownicy są dla nas jednym z najważniejszych aktywów – podkreśla Rafał Miland.

Zarządy obu firm od marca (dużo wcześniej, niż wymagają przepisy) prowadzą z pracownikami i związkami zawodowymi otwarty dialog na temat połączenia. Zgodnie podkreślają, że cały proces ma się odbyć bezpiecznie dla załóg obu spółek. Mimo to związek zawodowy NSZZ „Solidarność” w OLPP obawia się o ochronę socjalną pracowników po połączeniu obu podmiotów, dlatego wszedł z OLPP jako pracodawcą w spór zbiorowy.

Naszym założeniem jest utrzymanie wszystkich świadczeń socjalnych, które do tej pory istnieją w PERN i w OLPP. Chcemy też zagwarantować pracownikom pewien okres stabilności pracy w nowym podmiocie. Pracy nam nie ubędzie, będzie tylko inaczej zorganizowana. Będziemy działać w ramach jednego przedsiębiorstwa, ale nie jesteśmy dla siebie nawzajem konkurencją. Możemy dalej wykonywać swoje czynności, dalej obsługiwać klientów, dalej zapewniać bezpieczeństwo energetyczne – zaznacza Rafał Miland.

Do tej pory odbyło się już kilkanaście spotkań z pracownikami obu spółek i związkami zawodowymi. Część postulatów społecznych w obu spółkach została już przyjęta przez pracodawców, trwa uzgadnianie. Zespoły negocjacyjne są już w fazie końcowych uzgodnień.

W ramach wzajemnych ustaleń pracodawca zobowiązał się do okresu gwarancji zatrudnienia oraz wyrównania płac zasadniczych pomiędzy pracownikami PERN i spółki OLPP. Ponadto pracodawca proponuje włączenie do wynagrodzeń dodatków stażowych i premii regulaminowych. Wynagrodzenie godzinowe mają zostać zamienione na wynagrodzenia stałe, a pracodawca zobowiązał się do wykupu nagród jubileuszowych. Pracownicy pozostaną też objęci dodatkowymi świadczeniami (np. dodatkowe ubezpieczenia i pakiet medyczny).

– Naszym celem jest przeprowadzenie w pełni transparentnego dialogu społecznego. Rozmawiamy z organizacjami związkowymi, z radą pracowników PERN oraz forum uprawnionych pracowników OLPP. Rozpoczęliśmy też bezpośrednie spotkania z pracownikami obu spółek. Wspólnie jeździmy po różnych lokalizacjach i staramy się przekazać im jak najwięcej informacji dotyczących tego procesu, pokazać, jak będzie wyglądała ich sytuacja po połączeniu. Nie boimy się spotkań z ludźmi, wręcz przeciwnie. Jeździmy czasami w bardzo odległe od Warszawy czy Płocka lokalizacje, ale to także jest element naszej pracy. Niezmiernie istotne jest, żeby pracownicy bezpośrednio w rozmowach z członkami zarządów mogli wysłuchać ich opinii, ale też zadać pytania i uzyskać na nie odpowiedzi – podkreśla wiceprezes zarządu PERN SA.

Obydwie spółki mają zostać połączone w jeden, duży podmiot, który będzie w stanie skutecznie konkurować na rynku i realizować duże inwestycje. Zakończenie tego procesu jest planowane na 2018 rok.

– Zarówno PERN,  jak i OLPP stoją przed dużymi wyzwaniami inwestycyjnymi. W przypadku istniejących baz paliw, na których usługi jest ogromne zapotrzebowanie, istnieje pilna konieczność rozbudowy pojemności magazynowych. Spółka OLPP rozpoczęła już program inwestycyjny, który ma zapewnić wybudowanie ponad 300 tys. metrów sześciennych nowych pojemności na paliwa, z czego około 100 tys. ma powstać w czasie niewiele dłuższym niż rok. To oznaczna wysiłek finansowy, organizacyjny i inwestycyjny, który może zostać poniesiony tylko po połączeniu obu firm. W przypadku działania w pojedynkę tego typu akcja będzie trwała o wiele dłużej i może być o wiele bardziej kosztowna – uzasadnia Rafał Miland.

Od strony formalnej proces integracji obu spółek jest już na ostatniej prostej. W związku z tym, że OLPP jest w 100 proc. własnością PERN, możliwe było zastosowanie trybu łączenia uproszczonego (czyli przejęcia całego majątku OLPP przez spółkę matkę). Zostały już podjęte odpowiednie uchwały zarządów, a proces połączenia zaopiniowały pozytywnie rady nadzorcze obu spółek.

Etap, w którym się teraz znajdujemy, to etap uzyskiwania ostatecznej zgody organów spółki OLPP na połączenie w trybie uproszczonym. WZA PERN już za nami – mamy formalną zgodę naszego właściciela – mówi Rafał Miland.

Pod koniec sierpnia połączenie zaakceptowało walne zgromadzenie akcjonariuszy PERN. Natomiast 11 września ostateczną decyzję w tej sprawie podejmie zgromadzenie wspólników spółki OLPP.

Od tego momentu będziemy uprawnieni do złożenia w KRS wniosku o wpisanie połączonego podmiotu do rejestru, co – mamy nadzieję – nastąpi 2 stycznia. Taki jest plan, z prawnego punktu widzenia wszystko jest już na ostatniej prostej – mówi Rafał Miland.

Grupa PERN to potentat na krajowym rynku logistyki naftowej. Jest właścicielem rurociągu „Przyjaźń”, którym transportuje ropę naftową do krajowych rafinerii PKN Orlen i Grupy Lotos oraz dalej, do Niemiec. Należy do niej również większościowy pakiet udziałów w gdańskim Naftoporcie – jednym z największych naftowych terminali przeładunkowych na Bałtyku. Łącznie zarządza ponad 2,6 tys. km rurociągów i ma strategiczne znaczenie dla bezpieczeństwa energetycznego kraju. W skład grupy kapitałowej PERN wchodzi też spółka Operator Logistyczny Paliw Płynnych – największy w Polsce podmiot zajmujący się magazynowaniem i przeładunkiem paliw płynnych. Jest właścicielem 19 baz paliw o pojemności 1,8 mln metrów sześciennych, w których magazynowana jest benzyna i inne paliwa do bieżącej dystrybucji.

Polska może się stać liderem w branży elektrycznych pojazdów. Przełomem ma być rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności

Polska może się stać liderem w branży elektrycznych pojazdów. Przełomem ma być rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności 23

Rosnąca w miastach popularność pojazdów z elektrycznym napędem i rządowe plany wsparcia tego segmentu przekładają się na bardzo dobre perspektywy rozwoju elektromobilności w Polsce w najbliższych latach. Tym bardziej że już dziś Polska jest jednym z europejskich liderów tego segmentu przemysłu. Wiąże się to jednak z szeregiem wyzwań, wśród których najpoważniejszym jest budowa infrastruktury do ładowania. O możliwościach rozwoju branży dyskutować będą eksperci z całego świata podczas międzynarodowej konferencji Battery Experts Forum, która odbędzie się w Gliwicach w dniach 19–21 września.

 Polska znajduje się wśród europejskich liderów przemysłu elektromobilnego. Mamy kilku znaczących producentów baterii litowo-jonowych, producentów autobusów oraz firmy zajmujące się tzw. integracją wysokonapięciową. To są bardzo specjalistyczne, zaawansowane technologicznie firmy i na tym polu nie mamy się czego wstydzić – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Goździcki, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu BMZ Poland, organizatora Battery Experts Forum.

W ocenie eksperta branżę czekają lata prosperity. Tym bardziej że w elektromobilność inwestuje coraz więcej miast. Po ulicach pięciu polskich miast – Warszawy, Krakowa, Inowrocławia, Jaworzna i Lublina – jeździ obecnie nieco ponad 30 elektrobusów. Jednak rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności zakłada, że do 2021 roku będzie ich już ponad tysiąc. W ciągu kolejnej dekady ponad 50 proc. taboru autobusowego ma być zasilana napędem elektrycznym, co będzie również wymagało stworzenia odpowiedniej infrastruktury do ładowania takich pojazdów.

– Mówimy przede wszystkim o rozbudowie i unowocześnianiu sieci elektroenergetycznych, o budowie ładowarek i stacji bazowych do ładowania. Trzeba też zadecydować, czy w ramach elektromobilności będziemy rozwijać ładowanie przystankowe czy ładowanie nocne. Takie inwestycje powinny być finansowane przez podmioty, które w przyszłości będą czerpać z tego korzyści. Z jednej strony będą to duże firmy energetyczne, z drugiej strony beneficjentem będzie państwo – zarówno jeśli chodzi o wpływy z podatku VAT przy sprzedaży energii, jak i wpływy z akcyzy. Należy więc oczekiwać wspólnego działania państwa i dużych firm energetycznych – ocenia Adam Goździcki.

Wysokie koszty i brak odpowiedniej infrastruktury to dwa główne czynniki, które obecnie hamują rozwój elektromobilności w Polsce. Szacuje się, że na terenie całego kraju jest zaledwie około 300 punktów ładowania pojazdów elektrycznych, głównie w dużych miastach. Jednak zgodnie z rządowymi planami, do 2020 roku ma ich powstać już około 6 tys.

 Samo stworzenie infrastruktury nic nie da, należy jeszcze wykreować popyt. Dziś zarówno samochody, jak i rowery elektryczne nie są najtańszymi rozwiązaniami. Jednak na przykładzie innych państw widać, że dofinansowania i subwencje do takich pojazdów przynoszą znakomite efekty. Te rynki rosną bardzo szybko – wskazuje Adam Goździcki.

Przyjęta w lutym rządowa Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju kładzie duży nacisk na rozwój elektromobilności. Plan opracowany przez resort rozwoju zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć już milion pojazdów zasilanych napędem elektrycznym, które będą zużywać około 4 TWh energii rocznie.

 Zgodzę się z tym założeniem, ale pod jednym warunkiem: będą to rowery. Po pierwsze, rower znacznie łatwiej wyprodukować i kupić niż autobus czy samochód elektryczny. Po drugie, dzięki rowerom elektrycznym możemy najłatwiej i najszybciej zmieniać zachowania ludzi. Proszę wyobrazić sobie ludzi, którzy nie mają takiej kondycji fizycznej, żeby przejechać 20 czy 50 km. Dzięki rowerom elektrycznym będą mogli pojechać na wycieczkę z dziećmi lub dojechać do pracy, nie męcząc się. To tutaj elektromobilność najbardziej zmieni codzienność – mówi Adam Goździcki.

Coraz większą popularnością w ostatnich latach cieszy się też carsharing, czyli współużytkowanie samochodów. Takie wypożyczalnie samochodów mają już m.in. Warszawa, Kraków i Trójmiasto. To biznesy prywatnych firm, ale pierwszą miejską wypożyczalnię uruchomi Wrocław, który wiosną przyszłego roku udostępni mieszkańcom na początek 200 samochodów elektrycznych i 60 stacji ładowania.

Pod koniec września w Gliwicach odbędzie się poświęcona elektromobilności konferencja Battery Experts Forum, której organizatorem jest BMZ Poland. Międzynarodowe wydarzenie skupi ekspertów z całego świata i reprezentujące branżę firmy. Obecne będą też globalne marki technologiczne takie jak Sony, LG i Samsung.

Tegoroczna edycja, która po raz kolejny gości w Polsce, będzie już czternastą. W trakcie przewidziano szereg szkoleń i warsztatów. Pokazane zostaną też najnowsze technologie związane z elektromobilnością i magazynowaniem energii, a eksperci omówią najważniejsze rynkowe trendy.

– Na forum można spotkać wielu przedstawicieli branży, producentów ogniw, można się dowiedzieć, czym jest technologia litowo-jonowa i gdzie ją zastosować. Kładziemy duży nacisk na edukację nie tylko wśród specjalistów z branży, lecz także wśród ogółu publiczności. Specjalnie na tę okazję przygotowujemy elektryczne miasteczko. Będzie okazja, żeby przejechać się rowerem elektrycznym oraz samochodami elektrycznymi, takimi jak Tesla. W tym roku mamy też prawdziwą gratkę dla fanów motoryzacji: najszybszy samochód elektryczny na świecie, Rimac Concept One, który do setki rozpędza się w 2,9 sek. Będzie to pierwsza możliwość zobaczenia tego samochodu w Polsce – mówi Adam Goździcki.

XIV edycja konferencji Battery Experts Forum odbędzie się na Politechnice Śląskiej w Gliwicach w dniach 19–21 września br. Organizatorem jest BMZ Poland, a honorowy patronat nad konferencją objęły m.in. Ministerstwo Energii oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Rozpoczęcie roku szkolnego może się wiązać z szokiem adaptacyjnym. Stopniowe rozplanowanie obowiązków pomoże dzieciom wejść w szkolny rytm

Rozpoczęcie roku szkolnego może się wiązać z szokiem adaptacyjnym. Stopniowe rozplanowanie obowiązków pomoże dzieciom wejść w szkolny rytm 24

Powrót do szkoły po dwóch miesiącach wakacji może się wiązać ze stresem i przygnębieniem. Podobnie jak dorosłym również dzieciom w powrocie do szarej rzeczywistości może pomóc lepsze rozplanowanie obowiązków i czasu wolnego. Aby uniknąć chaosu i nerwów w pierwszych tygodniach września, dobrze jest się stopniowo wdrażać w zadania i i nie brać na siebie zbyt wiele. Pierwszy dzwonek to też dobry czas na wyznaczanie nowych celów.

Moment adaptacji do pracy po wakacjach i okresie urlopowym może być trudny, zarówno dla rodziców, jak i dla dzieci. Wdrażając się w nowy system, należy uwzględnić potrzeby każdego z członków rodziny. Bardzo pomaga zaplanowanie sobie tego czasu, przygotowanie narzędzi, z których korzystamy na co dzień – radzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Rybczyńska, psycholog z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Powrót do pracy po urlopie bywa trudny. Wielu pracowników ma kłopot z tym, żeby na nowo przyzwyczaić się do służbowych obowiązków i codziennego pośpiechu. Psycholodzy posługują się nawet terminem „depresja pourlopowa”. Taki psychiczny dołek trwa zwykle od dwóch do trzech tygodni. Dotyczy to nie tylko dorosłych, lecz także dzieci, które wracają do szkoły po wakacyjnej przerwie. Dlatego żeby uniknąć stresu związanego z powrotem do pracy czy szkoły, dobrze jest się wcześniej zorganizować i przygotować na to całą rodzinę.

– Bardzo istotne jest to, żeby nie wziąć na siebie zbyt wielu obowiązków. To pomoże zminimalizować stres i szok adaptacyjny, który towarzyszy rozpoczęciu roku szkolnego albo powrotu do pracy po urlopie. Zadania należy realizować etapami, nie brać od razu wszystkiego na swoje barki, bo później może być trudno je zrealizować. Pamiętajmy o tym, aby adekwatnie dostosowywać zapał energetyczny, który jeszcze pozostał po okresie wakacyjnym, rozłożyć go w czasie – podpowiada Katarzyna Rybczyńska.

Dobrym pomysłem są też wspólne, rodzinne aktywności oraz wyznaczenie sobie czasu na hobby i drobne przyjemności, które umilą powrót do obowiązków.

Jeśli nasze dzieci rozpoczynają naukę w szkole, a my jesteśmy w pracy, możemy wcześniej wspólnie ustalić, że po południu wyruszamy na wspólną wycieczkę, spędzamy czas aktywnie, spędzamy weekend wyjazdowo tak, aby poczuć, że ta przerwa wakacyjna została trochę przedłużona – dodaje Katarzyna Rybczyńska.

Niektórzy stosują metodę „urlopu po urlopie”, to znaczy wracają z wypoczynku kilka dni wcześniej po to, aby na spokojnie móc się zaadaptować do codzienności i na nowo wdrożyć w obowiązki. Jednak tym, co pomoże uniknąć chandry i chaosu w pierwszych tygodniach września, jest przede wszystkim unikanie niepotrzebnych stresów.

Pomocna może być na przykład rozmowa z dzieckiem, ponieważ może się okazać, że to my bardziej stresujemy się rozpoczęciem nowego roku szkolnego aniżeli nasze dzieci. Martwimy się, jak poradzą sobie z lekcjami i obowiązkami, a może się okazać, że dziecko najbardziej w tej chwili liczy na spotkanie z kolegami, za którymi bardzo tęskni. Wykorzystajmy ten moment na to, aby spróbować na nowo poukładać przestrzeń dookoła tak, żeby wszystkim ona pasowała – mówi psycholog z Wyższej Szkoły Bankowej w Opolu.

Powrót do pracy po urlopie i pierwszy szkolny dzwonek to także dobry moment na wyznaczanie sobie nowych celów – zarówno zawodowych, jak i rodzinnych. Ważne, żeby były realne i możliwe do osiągnięcia, jasno sprecyzowane i rozłożone w czasie.

Badania dowodzą, że najczęściej cele wyznaczamy sobie dwa razy w roku. W grudniu, pod koniec roku kalendarzowego, i właśnie we wrześniu. To mogą być cele wspólne, rodzinne albo indywidualne – zarówno dla nas, jako rodziców, jak i dla dzieci. Istotne jest to, żebyśmy próbowali doprecyzować i określić te cele na tyle szczegółowo, na ile jest to możliwe. Jeśli w trakcie zaplanowaliśmy, że będziemy czytać więcej książek, spróbujmy wspólnie określić, ile konkretnie. Istotne jest też, żeby wyznaczać jakieś drobne zadania, które będą sprawiały nam przyjemność i satysfakcję. Starajmy się nawzajem motywować. Jeśli widzimy, że nasze dziecko traci zapał i motywację, spróbujmy z nim porozmawiać i określić takie zadania, które będą dla niego atrakcyjne – mówi Katarzyna Rybczyńska.

Do 2025 r. będziemy wytwarzać 163 zettabajty danych rocznie. W prezentacji danych pomogą technologie wirtualnej rzeczywistości i druku 3D

Do 2025 r. będziemy wytwarzać 163 zettabajty danych rocznie. W prezentacji danych pomogą technologie wirtualnej rzeczywistości i druku 3D 25

Do 2025 r. ilość przetwarzanych danych będzie wynosić 163 zettabajty rocznie. Taka potężna ilość danych to wyzwanie nie tylko w zakresie ich przechowywania, ale również ich prezentacji. Obecnie wykorzystuje się coraz więcej innowacyjnych rozwiązań, takich jak druk 3D czy okulary do rozszerzonej rzeczywistości. Możliwe jest także tworzenie responsywnych wizualizacji, które pozwalają użytkownikowi na interakcję z danymi.

– Olbrzymią trudnością, którą mamy z prezentacją danych, jest to, że aby wyłuskać z danych użyteczną informację, potrzebujemy osób o bardzo wysokich kompetencjach analitycznych. Te informacje pochodzą od kogoś, kto najczęściej zajmuje się biznesem i niekoniecznie ma równie wysokie kompetencje w obszarze analityki – tu pojawia się olbrzymi problem z komunikacją – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Przemysław Biecek z Grupy MI^2 na Wydziale Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Według firmy badawczej IDC, do 2025 r. ilość przetwarzanych danych będzie wynosić 163 zettabajty rocznie. To dziesięciokrotnie więcej, niż wygenerowano w 2016 r. (16,1 ZB). Jeden zettabajt to inaczej bilion gigabajtów. Wizualizacja danych, jako prezentacja relacji opisywanych przez liczby, pozwala przybliżyć wyniki badań, czy dane statystyczne. Przy obrazowej interpretacji zgromadzonych danych można zauważyć pewien trend. Jak podkreśla ekspert, obecnie dziedzina wizualizacji danych rozwija się, a nowe technologie pomagają w lepszym odczytywaniu danych.

– Obszar wizualizacji danych przeżywa obecnie olbrzymi rozkwit, ponieważ danych jest coraz więcej, są one coraz bardziej złożone i chcemy z tych danych coraz szybciej odczytywać. Jest olbrzymia liczba nowych rozwiązań, takich jak druk 3D, okulary do wirtualnej lub rozszerzonej rzeczywistości – przekonuje prof. Biecek.

Kolejnym trendem na rynku jest interaktywna wizualizacja, w której użytkownik ma bezpośredni wpływ na przeprowadzaną symulację, jej wyniki są aktualizowane w czasie rzeczywistym, a dodatkowo można je także omawiać na bieżąco z zespołem, w ramach tzw. wizualizacji grupowej.

– Najciekawszą nowinką jest możliwość tworzenia responsywnych wizualizacji, kiedy użytkownik przestaje być biernym odbiorcą treści, ale ma możliwość interakcji z danymi. Gdy czytelnik ma jakiś wynik i jest w stanie manipulować tym wynikiem, przesuwać pokrętłami, eksplorować dane, to daje mu dużo większą pewność, że to, co w tych danych odczytał, jest poprawne; może zweryfikować swoje hipotezy – twierdzi prof. Biecek.

Graficzna prezentacja danych i wyników analiz jest istotna na wczesnym etapie poznawania i rozumienia zależności opisywanych przez dane, ale i na późniejszym etapie – w środowisku naukowym, mediach czy biznesie.

– Mamy przykłady świetnych czasopism jak New York Times, który na swoich stronach internetowych umieszcza interaktywne wizualizacje. Mamy możliwość eksploracji danych, można zaobserwować, że coraz więcej grafik w NYT jest już interaktywnych, prawdopodobnie ten trend rozleje się na inne gazety i będzie szerzej zaadaptowany w całym biznesie – ocenia przedstawiciel Grupy MI^2 na Wydziale Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Równie dynamicznie rozwija się sektor druku 3D, w przypadku którego wizualizacja danych to tylko jedno z wielu możliwych zastosowań szybko rozwijającej się technologii. Jak podaje Forbes, najpopularniejszym zastosowaniem technologii 3D w 2017 roku (28 proc.) ma być drukowanie i szybsze sprawdzanie prototypów podczas prac nad rozwojem nowych produktów. To nic innego, jak wizualizacja pewnych danych obliczeniowych i wyników badań.

Polacy piją głównie piwa rodzimej produkcji. Krajowy przemysł piwowarski generuje ponad 200 tys. miejsc pracy

Polacy piją głównie piwa rodzimej produkcji. Krajowy przemysł piwowarski generuje ponad 200 tys. miejsc pracy 26

Statystyczny Polak pije 98 litrów piwa rocznie. Przede wszystkim są to krajowe produkty, bo import stanowi zaledwie 2 proc. Krajowe browary do produkcji wykorzystują w dużej mierze surowce z polskich upraw. Tylko w 2015 roku na zakup jęczmienia browarnego i chmielu przeznaczyły one 380 mln zł. Uprawa chmielu i browarnych odmian zbóż daje pracę 40 tys. polskich rolników, a w całym łańcuchu dostaw przemysł piwowarski generuje ponad 200 tys. miejsc pracy.

– Polskie browary w ciągu roku dokonują zakupów polskich produktów rolnych za przeszło 380 mln zł. Składają się na to przede wszystkim zakupy jęczmienia browarnego, czyli 227 tys. ton rocznie, i ponad 820 ton chmielu. Warto zauważyć, że zdecydowana większość chmielu wykorzystywanego przez browary w Polsce do produkcji piwa pochodzi właśnie z polskich upraw – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Polska to trzeci największy w Europie (po Niemczech i Wielkiej Brytanii) producent piwa (40 mln hl). Średnio co roku każdy Polak wypija 98 litrów piwa. Pod względem konsumpcji ustępujemy jedynie Niemcom i Brytyjczykom. Raport „Piwna Polska pod lupą” przeprowadzony przez ARC Rynek i Opinia dla Kompanii Piwowarskiej wskazuje, że 80 proc. mężczyzn i ponad połowa kobiet wybiera trunek rodzimej produkcji. Importowane piwo stanowi zaledwie 2 proc. konsumpcji. To zaś stanowi siłę napędową dla polskiej gospodarki, bo zdecydowana większość chmielu i browarnych odmian zbóż pochodzi z krajowych upraw.

– Chmiel i jęczmień produkowane są w kilku regionach Polski. Dominuje Lubelszczyzna, zwłaszcza jeśli chodzi o produkcję chmielu, która dostarcza prawie 90 proc. tego surowca. Pozostałe regiony to przede wszystkim Wielkopolska, Kujawy, Pomorze, a także Dolny Śląsk – wymienia Morzycki.

Produkcją chmielu zajmuje się ponad 600 plantatorów na ponad tysiącu hektarów. Rocznie wytwarzają oni trzy tysiące ton chmielu. Choć dominują odmiany goryczkowe (57 proc.), to w ostatnim czasie pojawia się więcej odmian aromatycznych, na co wpływa coraz większa konsumpcja piwnych specjalności.

– Zwłaszcza mniejsze browary często produkują piwa smakowe, do których potrzeba innych rodzajów chmielu. Są to odmiany aromatyczne, które nadają piwu charakterystyczny smak. Piwna rewolucja, która dokonuje się na naszych oczach, powoduje, że nie tylko klasyczny chmiel goryczkowy jest produkowany i dostarczany browarom, lecz także chmiel, który nadaje piwu specyficzny aromat. W ten sposób można tworzyć style, które do tej pory nie były konsumentom w Polsce znane – ocenia dyrektor generalny Browarów Polskich.

Rosnąca w siłę produkcja piwa w Polsce to nie tylko zysk dla rolników uprawiających chmiel i browarne odmiany zbóż, lecz także dla osób, które zajmują się produkcją, dystrybucją oraz sprzedażą piwa. Szacuje się, że w całym łańcuchu dostaw przemysł piwowarski generuje ponad 200 tys. miejsc pracy. Za najwięcej, bo  ok. 80 tys., odpowiadają dostawcy surowców i usług. Piwo najchętniej kupujemy w sklepach małoformatowych (ponad 63 proc.). Odpowiada ono za blisko jedną trzecią (29 proc.) obrotów tych placówek. W handlu browary dają pracę 46 tys. osób, zaś łącznie w sektorze HoReCa (hotele, restauracje i catering) liczbę etatów ocenia się na 64 tys.

– Browary, jako producent piwa, zatrudniają ok. 10 tys. osób w Polsce bezpośrednio. Natomiast jeśli weźmiemy pod uwagę miejsca pracy generowane pośrednio, to jest ich dużo więcej. Mam na myśli przede wszystkim producentów surowców, wszystkie usługi towarzyszące produkcji piwa, sprzedaż, handel, dystrybucję, usługi gastronomiczne czy wreszcie usługi medialne. Szacujemy, że przeszło 200 tys. osób w Polsce pracuje i żyje dzięki przemysłowi piwowarskiemu, z 80 tys. dostawców blisko połowę stanowią właśnie rolnicy – mówi Bartłomiej Morzycki.

Roczna kampania fałszywych informacji kosztuje 400 tys. dolarów. Technologiczni giganci idą na wojnę z fake newsami

Roczna kampania fałszywych informacji kosztuje 400 tys. dolarów. Technologiczni giganci idą na wojnę z fake newsami 27

400 tysięcy dolarów – tyle kosztuje roczna kampania fake newsowa. Za 50 tys. dolarów za pomocą fałszywych informacji można zdyskredytować praktycznie dowolnego dziennikarza. Eksperci zauważają, że rynek fake newsów przybiera formę niekontrolowanego biznesu, prowadzonego głównie w mediach społecznościowych. Weryfikację treści i walkę z fałszywymi newsami zapowiadają największe koncerny, w tym Facebook i Google.

– W ostatnich miesiącach nieprawdziwych informacji było bardzo dużo. W przypadku amerykańskich wyborów prezydenckich okazało się, że nieprawdziwe informacje rozchodzą się w mediach społecznościowych znacznie szerzej niż informacje prawdziwe publikowane przez główne media – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Dominik Batorski, adiunkt w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego na Uniwersytecie Warszawskim.

Z danych BuzzFeed News wynika, że podczas ostatnich wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych popularność fałszywych informacji przerosła popularność tych prawdziwych. Wśród najczęściej udostępnianych w tym okresie przez użytkowników Facebooka fake newsów znalazły się materiały o rzekomym poparciu kandydatury Donalda Trumpa przez papieża Franciszka, czy planowanego ujawnienia przez WikiLeaks korespondencji Hillary Clinton z bojownikami ISIS. Fałszywe artykuły na temat wyborów zebrały ponad 8,7 milionów wyświetleń, polubień i komentarzy przy 7,3 mln, które zebrały prawdziwe wiadomości.

– Ludzie zarabiają na rozprzestrzenianiu informacji w sieci i często nieprawdziwe informacje, które są szokujące, ale trafiają w gusta, światopogląd i przekonania pewnej części odbiorców, mogą się rozchodzić bardzo szeroko i wygenerować dużą liczbę kliknięć, odsłon, dalszych udostępnień. Dzięki temu pozwalają dobrze zarabiać na reklamie i ten mechanizm zarobkowy w amerykańskich wyborach miał znaczenie – tłumaczy dr Dominik Batorski.

Według raportu “The Fake News Machine: How Propagandists Abuse the Internet and Manipulate the Public” firmy Trend Micro, koszt rocznej, dobrze przygotowanej, wiarygodnej kampanii fake newsowej kształtuje się na poziomie 400 tys. dolarów. Za 50 tys. dolarów można wykupić kampanię dyskredytującą dziennikarza. Do innych „usług”, które można wykupić za odpowiednią kwotę zaliczają się: utworzenie fałszywego celebryty, czy poddanie partii politycznej pod nieustanną presję.

– Źródła fake newsów są bardzo różne. To osoby, które chcą na tym zarabiać, np. w kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych okazało się, że bardzo duża część tych informacji została wyprodukowana przez nastolatków z Macedonii, którzy na tym zarabiali. Druga grupa to informacje produkowane w celach oddziaływania politycznego, źródłem może być obcy wywiad, któraś z sił politycznych. Podejrzenia są różne, a twarde dowody nie zawsze łatwo jest znaleźć – wskazuje ekspert.

Badania Uniwersytetu Stanford wskazują, że ponad 80 proc. amerykańskich uczniów nie rozróżnia informacji sponsorowanej od tekstu informacyjnego. Badanie Instytutu ARC Rynek i Opinia na zlecenie agencji Public Dialog wskazuje zaś, że w Polsce 42 proc. dziennikarzy spotyka się z fake newsami przynajmniej kilka razy w tygodniu. 43 proc. przyznało zaś, że w ciągu miesiąca uwierzyło w przynajmniej jedną taką informację.

– To głównie użytkownicy w mediach społecznościowych rozprzestrzeniają te informacje. Niekoniecznie dobrze sprawdzamy wszystkie informacje, które do nas trafiają, potrafimy przekazywać dalej wiadomości, których nie sprawdziliśmy, nie doczytaliśmy, w których nie wiemy do końca o co chodzi i ryzyko jest szczególnie duże, gdy te informacje trafiają w nasze gusta i poglądy – przekonuje dr Batorski.

Weryfikację treści i walkę z fałszywymi newsami zapowiadają największe firmy technologiczne: m.in. Facebook czy Google. Nowa inicjatywa mającą na celu przywrócenie zaufania do treści została powołana przez 19 organizacji, a na walkę z fake newsami trafi 14 mln dolarów.

– Serwisy takie jak Google czy Facebook testują rozwiązania, które pozwalają oznaczać nieprawdziwe informacje tak, aby dla użytkowników jasne było, że są to informacje nieprawdziwe. Z drugiej strony ważne są działania edukacyjne, podnoszenie świadomości użytkowników, zwiększanie ich kompetencji oceny informacji. Po trzecie jest to podniesienie jakości samych mediów. W Norwegii jest inicjatywa, aby wszystkie media stworzyły jeden serwis fact-checkingowy, sprawdzający i oceniający wiarygodność poszczególnych informacji. Być może tego typu inicjatyw potrzebujemy również w Polsce – podsumowuje dr Dominik Batorski.

Przybywa dróg objętych systemem poboru opłat viaTOLL. Przy budowie bramownic operatora systemu będzie wspierać KGHM ZANAM

Przybywa dróg objętych systemem poboru opłat viaTOLL. Przy budowie bramownic operatora systemu będzie wspierać KGHM ZANAM 28

Do 2024 roku krajowy system poboru opłat ma obejmować sześć tysięcy kilometrów dróg w Polsce. Dziś jest w nim nieco ponad połowa. Przy rozbudowie viaTOLL operatora systemu będzie wspierać KGHM ZANAM. Współpraca ma objąć m.in. budowę bramownic, których obecnie jest blisko dziewięćset. System viaTOLL dziennie przynosi do budżetu 4–5 mln zł, które trafiają na modernizację i budowę dróg do Krajowego Funduszu Drogowego. Środki zainwestowane w rozbudowę systemu zwracają się średnio po 2–3 miesiącach.

– Podpisaliśmy właśnie list intencyjny miedzy KGHM ZANAM a Kapsch Telematic Services w zakresie współpracy przy budowie i rozbudowie krajowego systemu poboru opłat viaTOLL – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Cywiński, dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services.

– KGHM ZANAM zamierza być partnerem wykonawczym Kapscha przy realizacji viaTOLL. Będziemy odpowiedzialni głównie za budowę bramownic przy autostradach, ale jednocześnie całej infrastruktury z tym związanej – podkreśla Bohdan Pecuszok, prezes zarządu KGHM ZANAM.

Współpraca ma dotyczyć budowy tzw. bramownic w pasie drogowym. Obecnie istnieje ich prawie dziewięćset, a za budowę kolejnych elementów tej infrastruktury będzie odpowiadać KGHM ZANAM.

– Dotychczas funkcjonowaliśmy w obszarze KGHM Polska Miedź SA. Natomiast nowa strategia, którą będziemy wkrótce przyjmować, mówi o tym, żebyśmy wychodzili na obszary zewnętrzne. Wejście w obszar budowy bramownic i konstrukcji to nasze wyzwanie na kolejne lata – przyznaje Bohdan Pecuszok.

Po podpisaniu listu spółki powołają zespoły projektowe, które wypracują szczegółowe ramy współpracy. Dziś w codzienne funkcjonowanie i unowocześnianie systemu zaangażowanych jest ponad dwa tysiące osób.

– System viaTOLL wymaga infrastruktury przydrożnej i zaangażowania firm o najwyższym standardzie technicznym i potencjale. Szukaliśmy partnera, który jest w stanie spełnić te zadania w zakresie zarówno potencjału produkcyjnego, jak i zarządzania tak skomplikowanym projektem. Cieszymy się, że udało nam się przekonać zarząd firmy i mamy nadzieję, że niedługo przystąpimy do realizacji rozbudowy systemu, który do tej pory przyniósł państwu 8,3 mld zł i jest wykorzystywany głównie do zbierania środków na budowę, rozbudowę oraz utrzymanie dróg w sieci krajowej – mówi Marek Cywiński.

Od 2011 roku każdy kierowca, który porusza się po sieci dróg płatnych pojazdem powyżej 3,5 tony, musi korzystać z systemu elektronicznego poboru opłat viaTOLL poprzez zainstalowanie urządzenia viaBOX. Pozwala ono płacić za przejazd zarówno na płatnych drogach krajowych, jak i na autostradach bez konieczności zatrzymywania się. Obecnie zarejestrowanych w systemie jest blisko milion pojazdów.

System elektronicznego poboru opłat działa od lipca 2011 roku. W ciągu 6 lat z systemu do Krajowego Funduszu Drogowego trafiło 8,3 mld zł na modernizację i budowę dróg. Średnio dziennie do KFD trafia 4–5 mln zł. Najwięcej zysków przynosi autostrada A4 na odcinku zarządzanym przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad. Tylko w ciągu pół roku przyniosła ponad 221 mln zł.

– Coraz bardziej skomplikowana i nowoczesna sieć dróg wymaga większych środków na utrzymanie. To nie tylko kwestia wybudowania drogi, lecz także utrzymywania jej w najwyższych standardach. System działa zgodnie z zasadą dominującą na świecie, że ci, którzy korzystają z dróg, płacą. Dodatkowo ma on jeszcze tę zaletę, że płaci się nie za korzystanie z infrastruktury, ale za przejechane kilometry – wyjaśnia Marek Cywiński.

Obecnie w Polsce systemem elektronicznego poboru opłat objętych jest 3,6 tys. km. Jak podaje Kapsch, do 2024 roku viaTOLL ma obejmować już 6 tys. km. Decyzję o rozszerzeniu systemu o kolejne drogi każdorazowo podejmuje Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, co następnie potwierdzane jest rozporządzeniem Prezesa Rady Ministrów.

– Zwrot z inwestycji w system to 2–3 miesiące. Czyli inwestycja w rozszerzenie systemu zwraca się w tempie nieporównywalnym z jakimikolwiek innymi inwestycjami. Korzyści dla Skarbu Państwa są więc istotne – podkreśla dyrektor zarządzający Kapsch Telematic Services.

Leczenie nowotworów może być mniej toksyczne. Polska spółka pracuje nad innowacyjnym systemem transportu leków

Leczenie nowotworów może być mniej toksyczne. Polska spółka pracuje nad innowacyjnym systemem transportu leków 29

Ograniczenie toksyczności preparatów przeciwnowotworowych może być kluczem do skutecznego leczenia, które zwykle trwa przez długi czas. Nad nowoczesnym systemem transportu leków, który doprowadzi cząsteczkę leku do komórek nowotworowych, oszczędzając po drodze te zdrowe, pracuje polska spółka NanoGroup. Do końca roku chce zadebiutować na giełdzie i pozyskać środki finansowe między innymi na badania w prowadzonych projektach.

– Kluczem do właściwego leczenia choroby nowotworowej jest dobra diagnostyka i możliwość zastosowania terapii skojarzonej, która ma ograniczone działania niepożądane i może być stosowana przez długi czas, nawet przez wiele lat. Obecne profile terapii przeciwnowotworowej najczęściej składają się z 2–3 preparatów przeciwnowotworowych. Ograniczenie toksyczności jednego lub kilku z nich przez zastosowanie nanocząstek pozwoliłoby na stosowanie ich w terapii skojarzonej z innymi lekami w programach przeciwnowotworowych, z potencjalnie wyższymi dawkami pozostałych, klasycznych leków –podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr n. med. Adam Kiciak, członek zarządu NanoGroup.

Technologia opracowywana przez NanoVelos – spółkę z Grupy Nano, oparta jest o autorskie nanocząstki polisacharydowe. Transportowany przez nie lek do momentu uwolnienia z nanocząstki jest „niemy” klinicznie, co przekłada się na ograniczenie lub nawet brak działań niepożądanych. Uwolnienie leku z nanocząstki w miejscu docelowym, korzystnie w sposób celowany w środowisku nowotworowym, ujawni toksyczne cechy leku wobec komórek rakowych.

– Mamy pierwsze dowody w badaniach przedklinicznych, które wskazują, że ilość działań niepożądanych związanych z terapią w przypadku zastosowania nanocząstek istotnie spada lub wcale ich nie obserwujemy w porównaniu z terapią referencyjną. Nawet przy stosowaniu dużo większych niż obecnie wykorzystywane dawek terapeutycznych leków referencyjnych – przekonuje dr Adam Kiciak. – Ograniczenie działań niepożądanych pozwoli potencjalnie stosować efektywne dawki znanych chemioterapeutyków w dowolnie długim, zaplanowanym przez lekarza i wynikającym ze wskazań terapeutycznych, czasie.

Jak podkreśla, NanoVelos wykorzystuje preparaty od lat dostępne na rynku, których efektywność przeciwnowotworowa została wielokrotnie potwierdzona. Dlatego zakładany etap badań, w których trzeba będzie potwierdzić efektywność danych połączeń lek-nanocząstka, będzie mógł być znacznie krótszy.

– Dzięki dofinansowaniu mamy przewidziane środki na przeprowadzenie badań w okresie do momentu najbardziej efektywnej możliwości nawiązania współpracy partneringowej czy udzielenia umowy licencyjnej firmie farmaceutycznej. Naszym celem jest zgromadzenie jak największej ilości dobrej dokumentacji, która pozwoli na prowadzenie dalszych badań klinicznych, a tym samym zainteresowanie dużego podmiotu z branży farmaceutycznej, aby zechciał te badania razem z nami lub po przejęciu licencji kontynuować – mówi dr Adam Kiciak.

Jak podkreśla, najlepszym momentem do nawiązania takiej współpracy będzie okres późnej fazy badań przedklinicznych lub pierwsza faza badań klinicznych.

– Biotechnologia jest branżą, która wymaga stałego źródła finansowania i niestety długiego czasu oczekiwania na wyniki. W większości krajów wysoko rozwiniętych spółki biotechnologiczne finansowane są z pozyskania kapitału na rynku publicznym, podobną drogę chcemy przejść na polskiej giełdzie – podkreśla Marek Borzestowski, prezes zarządu NanoGroup.

Wejście na giełdę i emisja publiczna akcji pozwoli pozyskać dodatkowe środki na finansowanie wkładu własnego w realizowanych projektach związanych m.in. z leczeniem i profilaktyką chorób onkologicznych. NanoGroup chce zadebiutować na GPW do końca tego roku.

– Tylko na rozwój projektu NanoVelos spółka pozyskała dotychczas 12 mln zł dofinansowania publicznego. Łączna kwota poniesionych do tej pory wydatków w tym projekcie to 17 mln zł. Naszym celem jest doprowadzić ten projekt do pierwszej fazy badań klinicznych na ludziach. Emisja giełdowa jest sposobem na pozyskanie wkładu własnego do dofinansowania oferowanego przez NCBiR – tłumaczy prezes NanoGroup.

Ostatnie wyniki spółek biotechnologicznych na giełdzie są uzależnione od wyników badań. Ponieważ wyniki badań były bardzo dobre, jest to odzwierciedlone w wycenie tych spółek, która ostatnio jest bardzo wysoka. Obecna kapitalizacja spółki biotechnologicznej Selvita przy przychodach 67 mln zł w 2016 roku wynosi 688 mln zł. Rynkowa wartość Celon Pharmy przy przychodach 128,8 mln zł w 2016 roku sięga 1,6 mld zł. Mabion jest zaś wyceniany na 1,2 mld zł.

Dostęp do kapitału jest poważnym wyzwaniem dla sektora biotechnologii. Badania, które mogą doprowadzić do opracowania nowego leku, to koszt kilkudziesięciu, a nawet kilkuset milionów złotych. Z publicznych funduszy takie finansowanie trudno pozyskać. Projekty spółek NanoGroup są współfinansowane dotacjami, których wartość w 2016 roku przekroczyła 33 mln zł. Do końca 2017 roku ich wartość może sięgnąć 77 mln zł.

– NanoGroup jest spółką koncentrującą się na diagnostyce, terapii i rehabilitacji pacjentów z chorobami nowotworowymi. Zamierzamy uzupełnić nasze portfolio o spółki, które mają innowacyjne rozwiązania w obszarze onkologii. Widzimy, że te spółki dostają dofinansowanie z NCBiR i często mają problem z dostarczeniem wkładu własnego. NanoGroup może dostarczyć tym podmiotom finansowanie wkładu własnego, na ten cel przeznaczymy też środki z emisji akcji. Chcielibyśmy się specjalizować właśnie w branży onkologicznej i być pierwszym wyborem dla nowych, innowacyjnych spółek, które chcą walczyć z tą najważniejszą chorobą cywilizacyjną – mówi Borzestowski.

Obecnie biotechnologia jest jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin, przede wszystkim ze względu na rosnące zapotrzebowanie na leki onkologiczne. Raport „Global Oncology Trend Report” ocenia, że w 2016 roku globalny rynek leków stosowanych w leczeniu chorób onkologicznych osiągnął wartość 113 mld dol. Do 2021 roku może to już być 147–178 mld dol.

Polska ma szansę zbudować jeden z najlepszych systemów edukacyjnych. Przełoży się to na liczbę innowacyjnych firm

Marek Metrycki, prezes firmy doradczej Deloitte Polska

Rozwój innowacyjnych firm wymaga stworzenia odpowiedniego ekosystemu. Zdaniem ekspertów kluczowe są regulacje prawne, kapitał społeczny i ludzki, otoczenie instytucjonalne oraz możliwości finansowania nowatorskich przedsięwzięć. Wiele zależy od edukacji, która jest kuźnią dobrych pomysłów i motorem innowacyjnej gospodarki. Polska ma szansę zbudować jeden z najlepszych systemów edukacyjnych na świecie – ocenia Marek Metrycki, prezes Deloitte Polska, i podkreśla, że potrzebne są mądre działania, ale nastawione na szybkie rezultaty.

Podstawową do tego, żeby odnieść sukces na rynku start-upów w dłuższym terminie, jest stworzenie środowiska sprzyjającego innowacji, a więc przede wszystkim edukacja, ponieważ podstawą innowacji są ludzie. Musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy nasz system edukacji kształtuje wystarczające kompetencje – w szczególności te miękkie – do tworzenia nowych przedsięwzięć, podejmowania ryzyka i umiejętności ponoszenia porażek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Metrycki, prezes firmy doradczej Deloitte Polska.

Dwa lata temu Deloitte stworzył model dojrzałości ekosystemu start-upów i wskazał 5 kluczowych obszarów, które warunkują ich rozwój. To finansowanie, regulacje prawne, otoczenie instytucjonalne, kapitał ludzki oraz kapitał społeczny. W badaniu firma oceniła polski rynek start-upów na tle czterdziestu najlepiej rozwiniętych państw na świecie. Pozycja Polski została uwzględniona na m.in. tle krajów OECD oraz dodatkowo Litwy, Łotwy, Chorwacji, Malty, Cypru, Hongkongu, Singapuru i Tajwanu. Najwyżej ocenione zostały regulacje prawne i otoczenie instytucjonalne. Słabo wypadły za to obszar finansowania i kapitał społeczny. Umiarkowanie rozwinięty był też kapitał ludzki. W czterostopniowej skali Polska uzyskała wówczas średnią ocenę 1,93.

Po prawie dwóch latach od pierwszej próby usytuowania Polski w modelu dojrzałości ekosystemu start-upów Deloitte ponownie przeanalizował rodzimy rynek, żeby sprawdzić, czy środowisko staje się bardziej przyjazne dla młodych i innowacyjnych przedsiębiorstw. Z najnowszego badania wynika jednak, że sytuacja nie uległa istotnym zmianom, a Polska nadal plasuje się poniżej średniej.

– Okazało się, że o ile mamy niezłe środowisko instytucjonalne i dobry poziom prawodawstwa, o tyle mamy również duże wyzwania w zakresie finansowania, a przede wszystkim kapitału społecznego i ludzkiego. Te dwa ostatnie czynniki mają kluczowe znacznie. Jeżeli pojawiają się dobre pomysły, to finansowanie też się znajdzie – uważa Marek Metrycki.

Podobnie jak dwa lata temu najlepiej wypadł obszar regulacji prawnych i otoczenie instytucjonalne. Kapitał ludzki został oceniony jako umiarkowany, natomiast kapitał społeczny i finansowanie to dwa najsłabsze ogniwa całego ekosystemu. Ogólna ocena dla obszaru finansowania jest jednak w tym roku nieco wyższa, głównie dzięki zmianom na rynku venture capital.

W stosunku do poprzedniego badania pogorszyła się sytuacja w obszarze kapitału społecznego. W definicji Deloitte na kapitał społeczny składa się zaufanie, respektowanie wzajemnych zobowiązań, przestrzeganie norm i umiejętności współpracy. Te czynniki tworzą niezbędne dla dojrzałego ekosystemu start-upów spoiwo relacji międzyludzkich. Pogorszenie kapitału społecznego to negatywny sygnał, który może utrudnić nie tylko rozwój start-upów, lecz także innych obszarów gospodarki.

Prezes Deloitte Polska zauważa, że zarówno kapitał ludzki, jak i kapitał społeczny to czynniki ściśle powiązane z edukacją. Również uchwalona w lutym rządowa Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wskazuje na edukację jako kluczową dla rozwoju innowacyjności w Polsce. Z drugiej strony dokument zwraca uwagę na deficyty umiejętności innowacyjnych wśród Polaków.

To pozytywny sygnał. Pozostaje oczywiście pytanie, jak szybko jesteśmy w stanie wprowadzać rozwiązania, które zmienią tę sytuację. System edukacji to nie jest system, w którym możemy dokonywać rewolucji. Potrzebna jest mądra debata i ewolucja, która doprowadzi do szybkich rezultatów. Jestem optymistą. Uważam, że jeżeli taką debatę podejmiemy, to jesteśmy w stanie w stosunkowo krótkim czasie osiągnąć rezultaty, a w dłuższym terminie zbudować jeden z najlepszych systemów edukacyjnych na świecie. Mamy ku temu dobrą podstawę – ocenia Marek Metrycki.

Deloitte zauważa też, że w ostatnich latach w Polsce sukcesywnie rosną wydatki na badania i rozwój, podobnie jak nakłady na edukację i szkolnictwo wyższe. Jednak zmiana nie jest na tyle duża, żeby podnieść pozycję Polski w rankingu, a względem liderów wciąż jest wiele do nadrobienia.

Budowa gospodarki opartej na wiedzy oraz ekosystemu, który umożliwi rozwój innowacji i start-upów, wymaga stworzenia odpowiedniego modelu edukacji. Prezes Deloitte&HASH39;a wskazuje, że powinien on kształtować kompetencje miękkie, takie jak umiejętność współpracy, ponoszenia ryzyka i wyciągania błędów z pierwszych porażek.

– Właściwa edukacja kształtuje pewne cechy, by ten sukces osiągnąć. To przede wszystkim odwaga, pewność siebie, asertywność, umiejętność kształtowania rzeczywistości wokół siebie, a przede wszystkim umiejętność współpracy – łączenia kompetencji różnych osób w jeden organizm, który potrafi stworzyć unikalną wartość – mówi prezes Deloitte Polska. – Innowacyjność to umiejętność wyciągania wniosków z porażek. Większość start-upów upada w pierwszym roku działalności, góra po dwóch latach. To bezcenne doświadczenia dla uczestników takich przedsięwzięć i szansa, że w kolejnych osiągną już lepsze rezultaty. Można prześledzić kariery firm czy osób, które odniosły niesamowity sukces – ich pierwsze projekty wcale się tak nie kończyły.

Potrzeba zmian w edukacji i czynniki kluczowe dla rozwoju środowiska start-upów to tematy, które zostaną poruszone w trakcie debaty „Rola współczesnego państwa w kształtowaniu innowacyjnej gospodarki – pozycja start-upów i znaczenie sektora MŚP” podczas tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy, które odbędzie się w dniach 5–7 września. Gościem panelu organizowanego przez Deloitte będzie Saul Singer, współautor książki „Naród start-upów. Historia cudu gospodarczego Izraela”, która zyskała status światowego bestsellera.

Stopy procentowe, EURUSD – ważne dane makroekonomiczne

Przyszły tydzień zapowiada się bardzo interesująco. W poniedziałek obędzie się bez publikacji ważniejszych danych makroekonomicznych. Ze względu na święto pracy w USA oraz Kanadzie zmienność może być niższa od średniej.
Natomiast we wtorek o 6:30 poznamy koszt pieniądza w Australii. Kolejnego dnia, w środę zostaną opublikowane dane makroekonomiczne z Australii, Stanów Zjednoczonych. Oprócz tego poznamy koszt pieniądza w Kanadzie. Czwartek będzie jeszcze ciekawszy, ponieważ o godzinie 13:45 poznamy stopy procentowe w Strefie Euro, a 45 minut później odbędzie się konferencja prasowa ECB, gdzie możemy poznać więcej informacji o potencjalnym zmniejszeniu QE. W piątek napłyną do nas dane z Kanady, Wielkiej Brytanii, Chin oraz Niemiec.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Decyzja w sprawie stóp procentowych – Australia – wtorek godzina 06:30

Jeszcze kilka lat temu Australia starała się utrzymać
wysokie stopy procentowe, ale razem ze spadkiem cen metali przemysłowych zostały obniżone i nic nie zapowiada szybkiego ich podwyższenia.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Źródło: Bloomberg

Konsensus rynkowy nie oczekuje zmian stóp procentowych do 2018 roku, niemniej jednak dalszy wzrost cen metali przemysłowych mógłby doprowadzić do poprawy warunków gospodarczych w tym kraju, a także inflacji. Jak to wygląda na ten moment? Bardzo interesująco, ponieważ metale przemysłowe (ruda żelaza, miedź itp.) od początku roku radzą sobie bardzo dobrze.

AUD/USD na tle indeksu metali przemysłowych

AUD/USD na tle indeksu metali przemysłowych

Źródło: Bloomberg

Powyższy wykres przedstawia indeks metali przemysłowych (kolor biały) na tle
dolara australijskiego. Od maja tego roku indeks metali wzrósł z poziomu 110 do 129, co ostatecznie doprowadziło do bardzo mocnego wzrostu dolara australijskiego względem amerykańskiego.

Decyzja w sprawie stóp procentowych – Kanada – środa godzina 14:30

Bank Kanady jako jeden z nielicznych banków zdecydował się na podwyżkę stóp procentowych w tym roku i prawdopodobnie na tym nie zakończy. Co prawda konsensus rynkowy nie oczkuje
podwyżki kosztu pieniądza w najbliższą środę, ale prawdopodobieństwo na jego zmianę pod koniec 2017 roku wynosi 72 procent.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Kanadzie

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Kanadzie

Źródło: Bloomberg

Waluta kanadyjska staje się coraz bardziej atrakcyjna, ale na chwile obecną powinniśmy przeczekać nadchodzącą korektę.

Decyzja w sprawie stóp procentowych – Strefa Euro – czwartek godzina 13:45

W ostatnim czasie euro zaskoczyło. Na początku roku za jedno euro należało zapłacić 1.03 dolara amerykańskiego, teraz to jest już 1.19. Wizja zejścia poniżej poziomu 1.00 została oddalona na długo. Pomimo tak mocnego wzrostu na normalizację polityki w Strefie Euro należy zaczekać jeszcze jakiś czas.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych Strefie Euro przez ECB

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych Strefie Euro przez ECB

Źródło: Bloomberg

Prawdopodobieństwo stopy depozytowej na najbliższym posiedzeniu wynosi 0 proc. Z kolei poad koniec roku 2017 wynosi niespełna 2 proc. Z kolei rynek oczekuje sygnałów o dalszej
redukcji QE, które mogą być przekazane w czwartek o godzinie 14:30 na najbliższej konferencji z udziałem EBC.

EURUSD – instrument do obserwacji

Jednym z ciekawszych instrumentów na przyszły tydzień jest para walutowa
EUR/USD. Ostatnie wybicie euro jest zbyt optymistyczne i nie zostało potwierdzone przez rentowność obligacji (spread 10 letnich obligacji niemieckich i amerykańskich).

Spread 10 letnich obligacji niemieckich i amerykańskich na tle kursu walutowego EURUSD

Spread 10 letnich obligacji niemieckich i amerykańskich na tle kursu walutowego EURUSD

Źródło: Bloomberg

Na powyższym wykresie przedstawiono parę walutową
EURUSD na tle spreadu rentowności niemieckich i amerykańskich (linia biała). EURUSD podążyło na północ, natomiast główny czynnik napędzający ostatnie wzrosty (zmiana rentowności obligacji) nie dała tak mocnego sygnału. Zatem kto ma racje?

Wykres EUR/USD, interwał miesięczny

Wykres EUR/USD, interwał miesięczny

Źródło: Admiral Markets

Analiza techniczna na interwale miesięcznym wskazuje duże prawdopodobieństwo 300 pipsowej korekty. Po pierwsze notowania dotarły do bardzo mocnego oporu, po drugie oscylator stochastyczny znalazł się powyższej poziomu 80 i zaczyna zawracać.

Mateusz Groszek, Analityk Rynków Finansowych

Najnowsze dane BIK o sprzedaży kredytów w Polsce

Podsumowując pierwsze siedem miesięcy  2017 r., w ujęciu wartościowym r/r udzielono więcej wszystkich rodzajów kredytów. Najwyższy wzrost nastąpił w przypadku kredytów mieszkaniowych (+13,7%). W ujęciu liczbowym wzrost nastąpił tylko w przypadku kredytów mieszkaniowych (+6,5%) oraz limitach kredytowych (+1,2%). W pozostałych dwóch produktach odnotowano spadek liczby podpisanych umów kredytowych, najwyższy w przypadku kart kredytowych (-6,6%). Jakość kredytów w portfelach poszczególnych rodzajów produktów dla klientów indywidualnych nadal pozostaje na stosunkowo bezpiecznym i stabilnym poziomie.

W lipcu 2017 r., najwyższe wzrosty sprzedaży kredytów odnotowano w przypadku kredytów mieszkaniowych, w ujęciu liczbowym wzrost o 12,8%, a w ujęciu wartościowym wzrost aż o 21,7% względem lipca 2016 r. W ujęciu liczbowym w porównaniu do lipca 2016 r. udzielono także więcej kredytów konsumpcyjnych i przyznano więcej limitów kredytowych w kontach osobistych.

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W lipcu 2017 r. banki udzieliły 598,6 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 6,6 mld zł. Stanowi to wzrost o 2,6% w ujęciu liczbowym i wzrost o 6,7% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. banki udzieliły 4 mln kredytów na łączną kwotę 45,3 mld zł. Jest to mniej o 2,3% w ujęciu liczbowym i więcej o 3,1% w ujęciu wartościowym, niż w analogicznym okresie 2016 r.

– W lipcu br. banki udzieliły zarówno więcej kredytów konsumpcyjnych jak i na wyższą kwotę niż rok wcześniej. W poprzednich miesiącach wzrostom wartościowym towarzyszył spadek liczby udzielanych kredytów. Podsumowując natomiast siedem miesięcy br. banki udzieliły kredytów konsumpcyjnych mniej o 2,3%, jednak wartość udzielonych kredytów, gotówkowych i ratalnych, była wyższa o 3,1%. W pierwszych siedmiu miesiącach 2017 r. banki udzieliły o 5% mniej kredytów niskokwotowych (do 4 tys. zł) i o 1,3% więcej kredytów powyżej 4 tys. niż w analogicznym okresie 2016 r., w ujęciu wartościowym relacja dynamiki wynosi odpowiednio minus 2,6% dla kredytów niskokwotowych i plus 3,7% dla kredytów powyżej 4 tys. zł – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

Kredyty mieszkaniowe

W lipcu 2017 r. udzielono 17 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 3,95 mld zł. Stanowi to wzrost o 12,8% w ujęciu liczbowym i wzrost o 21,7% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. banki  udzieliły 125 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 27,7 mld zł. Jest to więcej o 6,5% w ujęciu liczbowym i więcej o 13,7% w ujęciu wartościowym, niż w analogicznym miesiącu 2016 r.

– Lipiec, jest kolejnym w miesiącem br., bardzo udanym dla kredytów mieszkaniowych. Wartość udzielonych kredytów wzrosła bardzo wyraźnie, bo aż o 21,7% w porównaniu z lipcem 2016 r.. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, że w lipcu 2016 r. udzielono tylko 14,6 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę 3,2 mld zł. Po bardzo udanym dla kredytów mieszkaniowych 1 półroczu 2017 r., również optymistycznie wchodzimy w II półrocze. Średnia kwota kredytu mieszkaniowego udzielonego w okresie styczeń – lipiec 2017r. wyniosła 222,2 tys. zł i była wyższa o 6,7% względem średniej z pierwszych siedmiu miesięcy 2016 r. Jeżeli chodzi o dynamikę udzielanych kredytów mieszkaniowych w różnych przedziałach kwotowych od początku roku widzimy stałą tendencje. Najbardziej wzrosła, o 24,23%, liczba kredytów udzielonych kwotę w przedziale 250-500 tys. zł, w dalszej kolejności najwyższy wzrost o 20,15% odnotowano wśród kredytów na kwoty od 0,5 do 1,0 mln zł. Wyraźnie spadła natomiast liczba kredytów udzielonych na niskie kwoty do 100 tys. zł, w tej grupie kredytów zanotowano spadek o 14,7%. – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Karty kredytowe

W lipcu 2017 r. wydano 78,8 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 430 mln zł. Stanowi to spadek o 8,9% w ujęciu liczbowym i wzrost o 2,3% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. wydano 584,2 tys. kart na łączną kwotę 3,17 mld zł przyznanych limitów. Jest to mniej o 6,6% w ujęciu liczbowym i więcej o 4,4% w ujęciu wartościowym, niż w analogicznym okresie 2016 r. 

– Lipiec potwierdził kontynuację dotychczasowego trendu obserwowanego w kartach kredytowych, których banki wydają mniej, ale jednocześnie przyznają wyższe kwoty limitów kredytowych. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia w lipcu (spadek liczby wydanych kart o 6,9%, wzrost zaakceptowanych limitów o 2,3%), w  pierwszych siedmiu miesiącach 2017r. (6,6% mniej wydanych kart, kwota zaakceptowanych limitów wyższa o 4,4%). Średnia kwota przyznanego limitu w karcie kredytowej wyniosła w lipcu br. 5 450 zł i stanowi to wzrost o 11,7% w porównaniu ze średnią kwotą z lipca 2016 r. Największy o 15,5%, wzrost liczby wydanych kart w okresie styczeń – lipiec 2017 r. w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego zanotowano w kartach z przyznanym limitem na kwotę powyżej 10 tys. zł, liczba wydanych kart z limitem poniżej 3 tys. zł spadła natomiast o 22%.  – mówi prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W lipcu 2017 r. przyznano 52,3 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę przyznanych limitów 224 mln zł. Stanowi to wzrost o 15% w ujęciu liczbowym i wzrost o 7,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2016 r. Narastająco od początku 2017 r. przyznano 346,5 tys. limitów na łączną kwotę 1,53 mld zł przyznanych limitów. Jest to więcej o 1,2% w ujęciu liczbowym i więcej o 5,2% w ujęciu wartościowym, niż w analogicznym okresie styczeń – lipiec 2016 r.

– Limitów kredytowych w kontach osobistych w lipcu br. W porównaniu do lipca 2016r. udzielono więcej o 15,0% i na kwotę wyższą o 7,9%. Średnia kwota zaakceptowanego limitu w okresie styczeń – lipiec br. wyniosła 4 409 zł i była wyższa o 3,8% w porównaniu do siedmiu miesięcy  2016 r. W przypadku limitów kredytowych warte odnotowania jest to, że trzeci miesiąc z rzędu zaobserwowaliśmy wzrost liczby i wartości przyznanych limitów i wyniki te świadczą o przełamaniu dotychczasowej długoterminowej tendencji spadkowej w przyznawaniu limitów kredytowych w kontach osobistych i w miarę trwałości tego trendu. – dodaje prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Zmiany w kierownictwie polskiego oddziału Microsoft

Magda Taczanowska
Magda Taczanowska

Magda Taczanowska, która do tej pory pełniła funkcję Dyrektora Sektora Publicznego, z początkiem lipca objęła stanowisko Dyrektora Segmentu Enterprise, zastępując na tym stanowisku Dariusza Piotrowskiego, który z końcem sierpnia odchodzi z Microsoft.

Magda Taczanowska jest związana z Microsoft od października 2013 roku. Zanim dołączyła do zespołu Microsoft, pełniła funkcję Wiceprezesa Zarządu ds. Sprzedaży w Zarządzie Sygnity S.A. oraz Prezesa Zarządu w spółce S&T. Magda Taczanowska od lat rozwija swoją karierę w branży IT, wpływając na jej kształt i uczestnicząc w największych projektach informatycznych w polskiej administracji, a także w sektorze przemysłowo-usługowym i bankowo-finansowym.

Magda Taczanowska jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej (SGH), a także podyplomowych studiów MBA National-Louis University.

Bartosz Stebnicki, który dołączył do zespołu polskiego oddziału Microsoft i Zarządu firmy, z dniem 1 lipca 2017 objął funkcję Dyrektora Sektora Publicznego.

Bartosz Stebnicki
Bartosz Stebnicki

Bartosz Stebnicki związał swoją karierę zawodową z branżą IT, pełniąc funkcje kierownicze w największych firmach tego sektora. Przez ponad 10 lat był Country Managerem oraz Dyrektorem Sprzedaży w EMC (lata 2000 – 2010). Wcześniej sprawował funkcje kierownicze w Compaq oraz HP. W ciągu 5 ostatnich lat rozwijał własną działalność, zarządzając firmami z różnych obszarów rynku.

Bartosz Stebnicki jest absolwentem programu Executive MBA SGH w Warszawie i University of Minnesota, a także szwajcarskiej uczelni ekonomicznej IMD.

„Naszą podstawową rolą jest wspierać klientów w ich cyfrowej transformacji. Wspólnie z naszymi partnerami, tworzymy i dostarczamy rozwiązania, które pomagają klientom w realizacji ich celów. W ten sposób chcemy przyczyniać się do rozwoju polskiej gospodarki cyfrowej. Usługi w chmurze i ogromny potencjał chmury obliczeniowej czy sztucznej inteligencji stanowią fundament dla jej rozwoju, a polski talent informatyczny i potencjał przedsiębiorczości mogą być motorem tej zmiany. Jestem przekonany, że wspólnie z liderami, którzy towarzyszą mi w kierownictwie firmy oraz z całym zespołem polskiego oddziału Microsoft z sukcesem poprowadzimy polskie organizacje przez cyfrową transformację” – mówi Mark Loughran, Dyrektor Generalny Microsoft w Polsce.

Najwyższe kierownictwo Microsoft w Polsce tworzą następujący liderzy:

  • Mark Loughran, Dyrektor Generalny;
  • Agnieszka Rynkowska, Dyrektor Marketing & Operations;
  • Bartosz Stebnicki, Dyrektor Sektora Publicznego;
  • Daria Gostkowska, Dyrektor HR;
  • Dominika Świerczyńska, Dyrektor Finansowy;
  • Magda Taczanowska, Dyrektor Segmentu Enterprise;
  • Michał Jaworski, Dyrektor Strategii Technologicznej;
  • Paweł Jakubik, Dyrektor Enterprise Services;
  • Piotr Marczuk, Dyrektor Polityki Korporacyjnej;
  • Przemysław Szuder, Dyrektor Segmentu Klientów Kluczowych, Małych i Średnich Firm oraz Partnerów;
  • Rafał Albin, Dyrektor Consumer & Device Sales;
  • Renata Zalewska, Radca Prawny;
  • Wojciech Życzyński, Senior Business Development Manager.

Francuzi nie są zadowoleni z jakości edukacji

Według ankiety przeprowadzonej przez CSA Francuzi są krytycznie nastawieni wobec poziomu edukacji szkolnej, a 57% z nich uważa, że nauczyciele są „słabo wyszkoleni”.

W przeddzień nowego roku szkolnego, Francuzi wyrażają swoją opinię na temat edukacji, jaką otrzymują ich dzieci w szkole. Wynik nie jest dobry, ponieważ 58% uważa, że jakość edukacji we Francji nie jest zadowalająca, w porównaniu do 42%, którzy uważają, że jest odwrotnie, zgodnie z ankietą CSA dla RTL.

Konkretnie, na pytanie „Czy uważasz, że jakość edukacji we Francji jest …”, 45% respondentów odpowiedziało ,że jest „niezadowalająca”, a 13% ” ,że „w ogóle nie satysfakcjonująca”. Przeciwnie do 39% osób ,którzy uważają ją za „dość zadowalającą”, a 3% za „bardzo zadowalającą”. Według instytutu opinii publicznej „większość głosów krytycznych jest wyrażana przez osoby starsze: prawie dwie trzecie osób powyżej 65 roku życia twierdzi, że poziom wykształcenia we Francji jest niezadowalający, w porównaniu do 55% osób w wieku poniżej 35 lat”.

Szkolenie nauczycieli jest uważane za kiepskie

Zapytany także o nauczycieli, 57% respondentów uważa, że są „słabo wyszkoleni” do wykonywania swoich zadań, przeciwko 43%, którzy uważają, że są „dobrzy”. 47% uważa, że są „słabo wyszkoleni”, a 10% „bardzo słabo wyszkoleni”. 41% twierdzi, że nauczyciele są „dość dobrze wyszkoleni”, a 2% „bardzo dobrze wyszkoleni”. Yves-Marie Cann, zastępca dyrektora działu opinii w CSA, poszedł dalej w kwestii RTL, wyjaśniając że „z punktu widzenia Francuzów, nauczyciele nie są dobrze wyszkoleni do radzenia sobie z takimi zdarzeniami, jak konflikty studenckie, a nawet konflikty między uczniami i nauczycielami na tematy takie jak religia „.

W sprawie środków wprowadzonych przez rząd od ponad roku, ponad trzy czwarte (76%) Francuzów uważa, że utworzenie 60 000 dodatkowych etatów w 2017 r. w edukacji narodowej jest „dobrą rzeczą”, a 39% „bardzo dobrą rzeczą”. Wręcz przeciwnie, jedna czwarta respondentów uważa, że jest to „zła rzecz” (24%). Wreszcie, więcej niż jeden na dwóch respondentów uważa, że przejście do 4,5 dnia w szkole zamiast 4 w przedszkolu i szkole podstawowej jest „dobrą rzeczą”, 47% „złą rzeczą”.

* Badanie przeprowadzone przez Internet w dniach 27-29 sierpnia z próbą 1 005 osób mieszkających we Francji w wieku 18 lat i powyżej (metoda kwotowa).

Indeks dolara – analiza USD Index [poradnik 2017]

Indeks dolara amerykańskiego nazywany często USDX lub też DXY jest wskaźnikiem odzwierciedlającym siłę lub też słabość dolara amerykańskiego. Powstał w 1973 roku, jego początkowa wartość została wyznaczona na 100. Od tamtego czasu jego maksimum znalazło się na poziomie 150 w litym 1985 roku, natomiast minimum zostało osiągnięte w marcu 2008 roku.

Konstrukcja indeksu dolara

Indeks dolara składa się z koszyka głównych walut. W jego skład wchodzi euro, jen japoński, funt brytyjski, dolar kanadyjski, korona szwedzka oraz frank szwajcarski. Poniżej została przedstawiona tabela, która pokazuje udział poszczególnych walut w indeksie dolara.

DXY movers

Źródło: Bloomberg

Największą wagę w indeksie dolara przyznano euro, którego udział stanowi 57 procent. Kolejna walutą jest jen japoński z udziałem 13 procentowym oraz funt brytyjski z 11 procentami. Waga kolejnych trzech walut stanowi ok. 17 procent całego koszyka.

Wagi poszczególnych walut dobrano na podstawie
wymiany handlowej, aczkolwiek jest problematyczna. Sama waga wspólnej waluty stanowi 57 procent, zatem w ostateczności jako jedyna może wyznaczyć trend na indeksie dolara. Pomimo tego faktu warto przyglądać się USD.

Analiza indeksu dolara

Indeks dolara pokazuje zachowanie się USD na szerokim rynku. Zatem, jeżeli wspomniane aktywo znajduje się w trendzie spadkowym, to prawdopodobnie wszystkie waluty z dolarem amerykańskim jako walutą (kwotowaną lub bazową) mają taki sam trend.

Notowania USD index, interwał tygodniowy

Notowania USD index, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Market

W ostatnim czasie doszło do mocnej wyprzedaży indeksu dolara, co było widać po zachowaniu całego rynku. Zauważenie tendencji zwyżkowej lub zniżkowej na indeksie może być naszym potwierdzeniem do zawarcia długiej lub krótkiej pozycji na innym aktywie z
dolarem amerykańskim.

Indeks dolara i USDPLN – Przykład

Indeks dolara znajduje się w mocnym trendzie spadkowym, jakiej pozycji powinniśmy szukać na parze walutowej USD/PLN?

Notowania indeksu dolara i USDPLN, interwał tygodniowy

Notowania indeksu dolara i USDPLN, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Oczywiście krótkiej. Na powyższej grafice zobrazowano indeks dolara amerykańskiego (okno górne), na wykresie dolnym parę walutową
USD/PLN. Mocna wyprzedaż indeksu dolara wspierała trend na USD/PLN.

Reasumując, jeżeli widzimy jasny i klarowny trend na indeksie dolara, to na pozostałych aktywach finansowych związanym z dolarem amerykańskim powinniśmy szukać pozycji zgodny z trendem na szerokim indeksie amerykańskiej waluty.

Indeks dolara i wsparcie/opór – Przykład

Kolejnym ważnym argumentem przemawiającym za analizą indeksu dolara jest wsparcie oraz opór. Jeżeli indeks USD znajduje się na mocnym wsparciu oraz pozostałe pary walutowe np. EUR/USD przy mocnym oporze/wsparciu, to powinniśmy być bardzo uważać, trend może niebawem się zmienić.

Notowania USDX i EURUSD, interwał miesięczny

Notowania USDX i EURUSD, interwał miesięczny

Źródło: Admiral Markets

Na powyższej grafice w pierwszym oknie zobrazowano indeks dolara. Notowania spadły na bardzo istotny poziom wsparcia. Z kolei notowania
EUR/USD znalazły się w kilkumiesięcznym trendzie wzrostowym, ale dotarły do mocnego oporu. Zatem, co się stanie dalej? Analiza techniczna w dwóch przypadkach wskazuje na mocniejszą korektę.

USD index a rynek towarów

Większość surowców wyceniane jest w dolarze amerykańskim. Trend wzrostowy na dolarze amerykańskim może doprowadzić do mocnej wyprzedaży surowców, natomiast trend spadkowy do ich wzrostu. Poniżej został przedstawiony wykres reprezentujący szeroki rynek surowców (biały) na tle indeksu dolara (linia zielona).

CRB i DXY

Źródło: Bloomberg

Od 2000 do 2008 roku
USD index znalazł się pod presją sprzedających. Z kolei indeks CRB (reprezentant szerokiego rynku surowców) w trendzie wzrostowym. Trend spadkowy na USD dollar index wspierał trend wzrostowy na surowcach. Sytuacja zgoła odmienna pojawiła się od 2011 roku, gdzie dołek na USD index przypadł na szczyt indeksu CRB.

USD Index – czy warto analizować indeks dolara – Podsumowanie

Indeks dolara powinien odgrywać znaczącą rolę w naszej analizie. Może stanowić dodatkowe potwierdzenie wcześniej obranego kierunku na innej parze walutowej lub na surowcu. Przy analizie USD index powinniśmy także zwrócić uwagę na poziomy wsparcia czy też oporu.

Mateusz Groszek, Analityk Rynków Finansowych

 

Wisła Kraków przed Cracovią w rankingu biznesowym „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”

Wisła Kraków zajęła 5. miejsce w rankingu biznesowym „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”, przygotowanym przez firmę doradczą EY i spółkę Ekstraklasa S.A. W rankingu finansowym Wisła Kraków, pomimo momentami wręcz dramatycznych problemów związanych ze zmianami właścicielskimi w sezonie 2016/2017, zajęła w tegorocznej edycji raportu „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” 8. miejsce, notując awans o trzy lokaty. Kluczowe dla poprawy notowań Białej Gwiazdy okazały się bardzo dobrze zdywersyfikowane przychody. Na niekorzyść, tradycyjnie, przemawia najwyższy współczynnik zadłużenia w Ekstraklasie.

Prognozowane przychody krakowskiego klubu wyniosły 30,9 mln PLN. To 7. wynik w Ekstraklasie, oznaczający wzrost o 11,7% wobec 2015 r. Najistotniejszą część budżetu stanowią wpływy ze scentralizowanych praw mediowych. W sezonie 2016/2017 do kasy Wisły wpłynęło z tego tytułu 8,5 mln PLN. Podobna kwota – 8,3 mln PLN – pochodziła z tytułu sponsoringu i reklamy. Jest to 8. wynik wśród klubów Ekstraklasy.

Zauważalna jest bolesna dla finansów krakowian utrata wieloletniego sponsora, Telefoniki S.A., która jeszcze w 2015 r. zasiliła klubową kasę kwotą 5,7 mln PLN. W sezonie 2016/2017 wartość wpływów od sponsora głównego jest dużo niższa. Nieznacznie spadły także szacowane przychody z dnia meczu do poziomu 5,9 mln PLN. Pomimo tego, udział tej pozycji w przychodach wynosi aż 21,8% i jest to 2. Najwyższy wynik w lidze.

Wzrost przychodów jest w głównej mierze wynikiem działalności transferowej klubu. Z tytułu sprzedaży kart zawodniczych Wiślacy uzyskali w sezonie 2016/2017 3,8 mln PLN. Z kolei na zakup nowych zawodników Biała Gwiazda przeznaczyła 1,7 mln PLN.

Wiśle udało się również obniżyć koszty działalności operacyjnej o 500 tys. PLN. Estymowane koszty operacyjne w sezonie 2016/2017 wyniosły 30,1 mln PLN, pomimo wzrostu wynagrodzeń o 13%. Koszt wynagrodzeń samych zawodników w sezonie 2016/2017 szacowany jest na 11,7 mln PLN. Dzięki poprawie liczby zdobytych punktów wyraźnie spadły koszty operacyjne w przeliczeniu na jeden punkt – do poziomu 568 tys. PLN (w 2015 r. było to 748 tys. PLN). Analizując dalej – koszty wynagrodzeń w przeliczeniu na jeden punkt wyniosły 221 tys. PLN. To spadek o 29 tys. PLN wobec poprzedniej edycji zestawienia.

Efektem stabilizacji budżetu jest niższa prognozowana strata netto na poziomie 3,6 mln PLN – najniższa od 2011 r. Dzięki obniżeniu straty, a także podniesieniu kapitału zakładowego Wisły o ponad 60 mln PLN, poprawie uległ wskaźnik udziału kapitału obcego w kapitale całkowitym, którym mierzone jest zadłużenie. Na koniec 2016 r. wartość wskaźnika wyniosła 7,77 wobec 11,33 w 2015 r. (im niższa wartość, tym lepiej). Jednak w dalszym ciągu Biała Gwiazda notuje najgorszy odczyt wskaźnika zadłużenia na tle innych klubów Ekstraklasy.

W porównaniu z poprzednią edycją raportu wartość zobowiązań klubu spadła z poziomu 128 mln PLN do 70 mln PLN. Spadek zadłużenia przełożył się także na prognozowane koszty finansowe, które w sezonie 2016/2017 wynoszą 1,4 mln PLN przy 3,3 mln PLN za rok 2015.

Na szczególną uwagę zasługuje 2. miejsce Białej Gwiazdy pod względem dywersyfikacji przychodów i wartość wskaźnika na poziomie 0,22. W tej kategorii lepszy okazał się tylko Lech. Niski wskaźnik oznacza, że Wisła jest w stanie generować zbliżone przychody z różnych gałęzi piłkarskiego biznesu.

Poprawę zaobserwowano w przypadku płynności finansowej krakowskiego klubu. Brany pod uwagę przy tworzeniu rankingu finansowego wskaźnik płynności bieżącej wyniósł w sezonie 2016/2017 0,35, wobec 0,22 w 2015 r. W tej kategorii Wisła zajęła 12. Miejsce w stawce, co oznacza awans o dwie lokaty. Pogorszyła się jednak płynność szybka Wisły. Stosunek posiadanych środków pieniężnych do krótkoterminowych zobowiązań wyniósł 0,03 i był to 13. wynik na tle innych klubów.

Wskaźniki płynności uległy poprawie poprzez zmniejszenie zadłużenia. Zarówno stan aktywów obrotowych, jak i środków pieniężnych, zmniejszył się w porównaniu z 2015 r. W kasie klubu na koniec 2016 r. znajdowało się 600 tys. PLN, w porównaniu z 3,6 mln rok wcześniej.

Wisła Kraków tradycyjnie jest wysoko oceniana w kategoriach powiązanych z przychodami. Sytuacja bilansowa klubu plasuje go jednak w drugiej połowie stawki. W dłuższej perspektywie Białej Gwieździe potrzebna jest stabilizacja oraz pewne źródła finansowania. Tylko to może pozwolić w rozsądnym czasie zredukować wciąż potężne zadłużenie klubu.

Cracovia zwycięzcą rankingu finansowego i na 5. miejscu w rankingu biznesowym „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”

Cracovia zajęła 6. miejsce, tuż za Wisłą Kraków w tegorocznej edycji rankingu biznesowego „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”, przygotowanego przez firmę doradczą EY i spółkę Ekstraklasa S.A. Jednak okazała się lepsza od największego rywala w finansach – Cracovia trzeci rok z rzędu znalazła się na podium rankingu finansowego. Co więcej, w tym roku po raz pierwszy Pasy okazały się zwycięzcami w tej kategorii. Klubowi udało się wypracować przychody ze sprzedaży rzędu 42,5 mln PLN. Tylko Legia, Lech i Lechia miały lepsze wyniki. Wyższe aż o 48%, w porównaniu do roku 2015, przychody w sezonie 2016/2017 pozwoliły krakowianom osiągnąć zysk netto w wysokości 1,6 mln PLN i odnotować rentowność sprzedaży na poziomie 4,9%.

Do zwycięstwa Cracovii w rankingu finansowym w znaczącym stopniu przyczyniło się zajęcie 2. miejsca w kategorii płynności finansowej. Wartość tego wskaźnika wyniosła 1,66. Pasy ustąpiły tylko Jagiellonii, która uzyskała wynik 1,92. Krakowianie pokrywają w 166% swoje zobowiązania krótkoterminowe aktywami obrotowymi. Jest to wyraźna poprawa w porównaniu z poprzednią edycją raportu, gdy wartość wskaźnika płynności wyniosła 1,23.

Nieco słabiej na tle innych klubów Pasy wypadają pod względem wskaźnika płynności szybkiej, która mówi o możliwościach natychmiastowej spłaty zobowiązań krótkoterminowych. Relacja środków pieniężnych do zobowiązań krótkoterminowych wynosi 0,18, co jest wynikiem poniżej średniej ligowej na poziomie 0,27 i daje Cracovii 7. miejsce wśród klubów Ekstraklasy.

W sezonie 2016/2017 Cracovia zanotowała najniższy udział kapitału obcego w strukturze finansowania klubu. Rezerwy i zobowiązania stanowiły tylko 0,39 wartości aktywów. Pasy poprawiły wynik z rankingu za rok 2015. Wtedy osiągnęły wartość 0,45 i zajęły 2. miejsce za KGHM Zagłębiem Lubin. W obecnej edycji rankingu krakowianie nieznacznie wygrali i zrewanżowali się Miedziowym, którzy odnotowali wynik na poziomie 0,40. Te dwa kluby wyraźnie dominują nad resztą ligi pod względem struktury finansowania aktywów. Jagiellonia, 3. w tej kategorii, odnotowała udział na poziomie 0,75, a średnia dla całej Ekstraklasy wynosi 2,16.

Wartość wskaźnika dywersyfikacji przychodów na poziomie 0,24 zapewniła Cracovii 3. miejsce w stawce, tuż za Lechem i Wisłą Kraków. Struktura przychodów krakowian jest stabilna i zrównoważona. 38% pochodzi ze sponsoringu i reklamy, w tym blisko połowa od sponsora głównego – firmy Comarch – której głównym udziałowcem jest prof. Janusz Filipiak, właściciel Cracovii. Łącznie przychody od reklamodawców wzrosły z 10,3 mln PLN w 2015 r. do 12,1 mln PLN w sezonie 2016/2017. Pod względem tej wartości Pasy ustąpiły tylko Legii, Zagłębiu, Lechowi i Lechii.

Wpływy z praw mediowych w sezonie 2016/2017 wyniosły 8,2 mln PLN, dając Cracovii 10. miejsce w Ekstraklasie. Stanowią 25,8% przychodów z podstawowej działalności operacyjnej (13. miejsce). Wpływy od Ekstraklasy były wyższe o 0,8 mln PLN, w porównaniu z danymi za rok 2015.

Niekorzystnie na wskaźnik dywersyfikacji przychodów wpłynął udział w nich przychodów ze sprzedaży biletów. Pasy zarobiły tylko 1,14 mln PLN, co było 12. wynikiem wśród klubów Ekstraklasy. Warto przypomnieć, że w 2015 r. Cracovia osiągnęła z tego tytułu 1,8 mln PLN. Udział przychodów z dnia meczu w całości wpływów wyniósł jedynie 3,57%, co stanowi najniższy wynik w lidze.

Na wysoki wynik w klasyfikacji dywersyfikacji przychodów istotny wpływ wywarła działalność transferowa Cracovii. Kluczowa była tutaj sprzedaż na początku sezonu 2016/2017 Bartosza Kapustki do Leicester City. Przychody ze sprzedaży zawodników wyniosły, głównie dzięki temu transferowi, 10,7 mln PLN. Krakowianie nie pozostawali jednak bierni na rynku transferowych zakupów, a na wzmocnienia wydali 3,9 mln PLN.

Cracovia płaciła lepiej swoim zawodnikom. Ich wynagrodzenia wzrosły o 3,5 mln PLN do poziomu 12,8 mln PLN. Przy znacznie słabszej zdobyczy punktowej w całym sezonie 2016/2017 oznacza, że każdy zdobyty punkt „płacił” graczom 328 tys. PLN. Warto zauważyć, że w 2015 r. koszt ten wyniósł zaledwie 121 tys. PLN.

Zróżnicowane przychody świadczą o stabilnej sytuacji finansowej klubu w sezonie 2016/2017, mimo przeciętnych wyników sportowych, które nie satysfakcjonowały włodarzy Pasów. Zatrudnienie Michała Probierza, który z Jagiellonią dopiero co zdobył Wicemistrzostwo Polski, może rodzić wśród kibiców Cracovii nadzieję, że również w aspekcie sportowym klub szybko dołączy do ligowej elity.

Rekordowy sezon dla finansów polskich klubów piłkarskich

Ponad 700 milionów PLN przychodów, pierwszy w historii ligi dodatni wynik finansowy netto 16 klubów Ekstraklasy – 66 mln PLN, najwyższe wpływy z transferów – 117 mln PLN i rekordowe z praw mediowych – 260 mln PLN. Firma doradcza EY i spółka Ekstraklasa S.A. raportem „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” podsumowały sezon piłkarski 2016/2017 – sezon rekordów finansowych i sportowych. Zwycięzcą przygotowywanego od 9 lat rankingu biznesowego okazał się ubiegłoroczny Mistrz Polski – zespół Legii Warszawa, którego przychody wzrosły o 151 mln PLN, osiągając wysokość 281 mln PLN, co stanowiło 40% przychodów całej ligi. Drugie miejsce w rankingu EY i Ekstraklasy S.A. zajął Lech Poznań, na trzeciej pozycji uplasowała się Lechia Gdańsk. Po raz pierwszy w historii raport został opracowany na podstawie danych finansowych dotyczących sezonu ligowego, zamiast roku kalendarzowego.

Prawa mediowe i transfery motorami wzrostu Ekstraklasy

Łączne przychody klubów Ekstraklasy przekroczyły w sezonie 2016/2017 barierę 700 mln PLN i wyniosły 706,6 mln PLN1  w porównaniu do 511,2 mln PLN za rok 2015. Wzrost przychodów Ekstraklasy wobec poprzedniej edycji raportu wyniósł 38%, co jest zasługą rekordowych przychodów w dwóch kategoriach. Przychody transferowe osiągnęły najwyższy w historii zestawienia poziom 117 mln PLN, a przychody z praw mediowych, głównie za sprawą występów Legii w rozgrywkach Ligi Mistrzów, zamknęły się kwotą 260 mln PLN (w porównaniu z 137,5 mln PLN za rok 2015).

– Przed rokiem obwieszczaliśmy rekordowy rok ligowego futbolu. Teraz nie pozostaje nam nic innego, jak… powtórzyć te słowa, ale z nowymi, jeszcze bardziej okazałymi cyframi. Przede wszystkim znów udało się pobić rekord łącznych przychodów klubów Ekstraklasy. W 2015 roku przekroczyliśmy po raz pierwszy w historii poziom 500 milionów PLN. Wynik ten został jeszcze przebity w kolejnych dwunastu miesiącach. Wskaźnik przekroczył już granicę 0,7 miliarda PLN, co stanowi wzrost o 1/5 w porównaniu z poprzednim okresem – mówi Dariusz Marzec, Prezes Zarządu Ekstraklasy S.A.

– Wart podkreślenia jest fakt rekordowych przychodów ligowych klubów, które wyniosły łącznie ponad 700 milionów PLN, przy bezprecedensowej skali wzrostu z 510 milionów PLN w 2015 r. Na tej płaszczyźnie Ekstraklasa może się jawić jako przedsiębiorstwo w okresie dynamicznego rozwoju, osiągające ambitne cele biznesowe. Pamiętać jednak warto o przyczynach tych rekordów, bowiem z perspektywy czasu wyglądają właśnie na jednorazowe wydarzenia a ich powtórzenie będzie niezwykle trudne, a już na pewno w krótkim okresie – zauważa Marek Musiał partner EY w dziale Usług Audytorskich. – Dzięki zwiększonemu zainteresowaniu zagranicznych zespołów polskimi graczami po EURO 2016, zwiększyła się w ostatnim sezonie aktywność rodzimych klubów na tym rynku. W efekcie, wartość transferów w skali ligi po raz pierwszy przekroczyła 100 mln PLN. Jeśli kluby dobrze wydadzą te środki, co nie jest prostą sztuką, powinny być w stanie liczyć zyski z inwestycji w kolejnych latach – sygnalizuje.

Pierwszy w historii dodatni wynik finansowy netto

Poprawie wobec poprzedniego roku uległy również wskaźniki bilansowe. Średnia płynność bieżąca wzrosła do 0,82 z poziomu 0,7, a średni wskaźnik udziału kapitału obcego w kapitale całkowitym spadł z poziomu 2,90 na koniec 2015 r. do 2,16 na 31 grudnia 2016 r. Finanse ligi jako całość uległy znacznej poprawie, niemniej jednak brak kolejnego awansu Legii do fazy grupowej europejskich pucharów, może zachwiać ich stabilność i negatywnie wpłynąć na przyszłoroczny wynik. Po raz pierwszy w historii suma wyników finansowych netto klubów zamknęła się liczbą dodatnią i wyniosła 66 mln PLN, podczas gdy za 2015 r. wartość ta była ujemna i wynosiła -26,8 mln PLN.

– Sezon 2016/2017 po raz pierwszy zakończył się dodatnim wynikiem finansowym netto całości ligi – łączne przychody klubów były wyższe od całkowitych kosztów działalności aż o 66 MLN PLN. To osiągnięcie warte podkreślenia, ponieważ miejmy nadzieję, że na stałe przełamuje dotychczasowy trend – komentuje Marcin Opiłowski, Dyrektor EY w Dziale Doradztwa Podatkowego. – Ogólna nadwyżka finansowa ligi to nowa jakość w naszych realiach. Warto zatem trzymać kciuki za tych klubowych włodarzy, którzy potrafili osiągnąć ten stan. Bonusem niech będzie zadowolenie akcjonariuszy i – miejmy nadzieję jako kibice – coraz wyższy poziom piłkarski na boiskach – dodaje.

Ekstraklasa rekordowych mistrzów

Rekordy odnotowały również wartości mediowe wygenerowane przez kluby dla ich sponsorów. Wartość telewizyjna Ekstraklasy wyniosła 473 mln PLN, w porównaniu z 390 mln PLN rok wcześniej. Większość ekspozycji – zarówno ilościowo, jak i wartościowo –  wygenerowały mecze. Wartość mediowa wyniosła ponad 323 mln PLN. Rekordowy wynik dla swojego sponsora koszulkowego uzyskał Lech Poznań – ponad 15 mln PLN.

– Pomogła w tym zacięta rywalizacja na boisku. Pierwszy raz od pięciu lat cztery drużyny przed ostatnią kolejką miały szansę na mistrzostwo. Ten emocjonujący finisz był jednym z najmocniejszych akcentów całego sezonu – uważa Jacek Bednarz, Członek Zarządu Ekstraklasy S.A. – Już jednak początki wieszczyły wyjątkowość tych rozgrywek. W pierwszym miesiącu minionej edycji na boiskach Ekstraklasy pojawiło się bowiem ośmiu ćwierćfinalistów Mistrzostw Europy. Po raz pierwszy najwyższa polska liga mogła się pochwalić takim wynikiem. W sierpniu zaś Legia Warszawa przełamała klątwę i awansowała do Ligi Mistrzów, jako pierwszy polski klub od 20 lat. Jubileusz 90-lecia rozgrywek ligowych w Polsce, przypadający na kwiecień 2017 roku, został więc dzięki temu godnie uczczony – dodaje.

Legia zwycięzcą rankingu biznesowego

Ścisła czołówka rankingu biznesowego powtórzyła swoje wyniki z poprzedniej edycji raportu, bowiem aż siedem pierwszych miejsc ułożyło się analogicznie do poprzedniego roku. W sezonie 2016/2017 Legia Warszawa obroniła nie tylko tytuł Mistrza Polski, ale również pozycję lidera w rankingu biznesowym raportu „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”. Wojskowi okazali się najlepsi w zestawieniu medialnomarketingowym, zajęli drugie miejsce w klasyfikacji finansowej oraz trzecie pod kątem efektywności sportowej.

Legia zanotowała znaczący wzrost przychodów – o 151 mln PLN – do rekordowego poziomu 281 mln PLN. Stanowi to 40% przychodów Ekstraklasy). To także najwyższy w 9-letniej historii raportu poziom prognozowany zysk netto – 74,4 mln PLN. Paradoksalnie pozwoliło to Wojskowym na zajęcie dopiero drugiego miejsca w klasyfikacji finansowej. Legia może pochwalić się korzystnymi wskaźnikami płynności (1,44) oraz zadłużenia (0,78). Niemniej jednak w tych kategoriach klub z Warszawy został prześcignięty przez m.in. Cracovię – zwycięzcę klasyfikacji finansowej.

Pod względem dywersyfikacji przychodów Mistrz Polski uplasował się na szóstej pozycji. To efekt dużego wpływu przychodów z praw mediowych, m.in. w związku z występami w Lidze Mistrzów (47% przychodów Legii pochodzi z tego źródła). W klasyfikacji mediów i marketingu Legia osiągnęła najlepsze wyniki w trzech z czterech wskaźników. Do Wojskowych należały triumfy w następujących kategoriach: najwyższa frekwencja na stadionie, najwyższa oglądalność meczów w telewizji oraz największa liczba sprzedanych koszulek. Jedynie pod względem wartości mediowej głównego sponsora koszulkowego Legioniści musieli oddać palmę pierwszeństwa odwiecznemu rywalowi – Lechowi. Ranking efektywności sportowej to dla Legii ostatni stopień podium, pomimo osiągnięcia najwyższej noty w dwóch z trzech wskaźników branych pod uwagę w tej kategorii. Komplet punktów przyznano warszawiakom za zdobycie mistrzostwa oraz za największą liczbę zawodników, którzy wystąpili w reprezentacjach narodowych. Jednak pod względem minut rozegranych przez graczy urodzonych po 1 stycznia 1995 r. Wojskowi wyprzedzili jedynie Piasta i zajęli odległe, piętnaste miejsce w stawce wszystkich klubów Ekstraklasy.

Ranking biznesowy klubów Ekstraklasy (Top 3) oraz klasyfikacje składowe

Rekordowy sezon dla finansów polskich klubów piłkarskich 30

Współpraca samorządów z klubami piłkarskimi czyli jak wykorzystać potencjał marketingu sportowego.

Drugi sezon z rzędu instytut Pentagon Research zebrał dane mediowe dotyczące wszystkich sponsorów występujących na boiskach Ekstraklasy w sezonie 2016/2017 oraz pokazał w jaki sposób medialnie zyskuje marka miast, w których kluby najwyższej piłkarskiej klasy rozgrywkowej. Okazało się, że najwięcej ekspozycji dźwiękowych (czyli wypowiedzi komentatorów, trenerów i piłkarzy) oraz graficznych (w postaci logotypu na koszulkach oraz na bandach i brandingu stadionowym) uzyskało Miasto Gdynia, którego marka była eksponowana aż 51 673 razy w telewizji, uzyskując wartość mediową na poziomie 5,35 mln zł. Na drugi miejscu znalazł się Białystok którego nazwa ukazała się 46 420 razy, osiągając wartość na poziomie 5,06 mln zł. Trzeci był Gdańsk, odpowiednio 29 192 ekspozycji i 3,59 mln zł wartości. W internecie prym wiodły największe miasta czyli Warszawa, Poznań i Kraków.

– Gdy przyjrzymy się bliżej mapie Zagłębia Ruhry w Niemczech, zauważymy znajome nazwy miast: Gelsenkirchen, Dortmund, czy Leverkusen. Skąd je znamy? Z niemieckiej Bundesligi. Emocje, jakie wiążą się z piłką nożną powodują, że zapamiętujemy wiele nazw podświadomie. Podobnie, a nawet o wiele lepiej ma się sprawa z nazwami miast klubów, które występują w Ekstraklasie. 85% kibiców piłki nożnej w naszym kraju bezbłędnie wymienia nazwy wszystkich 16 miast i klubów, które rozgrywały swoje mecze w minionym sezonie ligowym. Nieciecza czy Łęczna to miejscowości, które lepiej poznaliśmy właśnie dzięki piłce nożnej dlatego współpraca miast z klubami sportowymi jest szalenie ważna w promocji samorządów i przynosi wymierne efekty. – tłumaczy Adam Pawlukiewicz, Research and Development Executive z instytutu Pentagon Research.

1 Kwota 706,6 mln PLN dotyczy przychodów 16 klubów łącznie z Bruk-Bet Termaliką Nieciecza, która zadeklarowała przychody w wysokości 14 mln PLN, jednak ze względu na brak dodatkowych informacji koniecznych do oceny klubu w rankingu finansowym, klub nie został sklasyfikowany w tym zestawieniu.


O raporcie „Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu”

„Ekstraklasa Piłkarskiego Biznesu” jest jedynym oficjalnym wydawnictwem na temat polskich klubów piłkarskich firmowanym logo spółki Ekstraklasa S.A. To również jedyna na polskim rynku pełna, z uwzględnieniem wpływów transferowych, analiza finansów najwyższej klasy rozgrywkowej piłki nożnej i dokładne zestawienie przychodów i kosztów, pokazujące płynność finansową i rentowności klubów. Przez dziewięć kolejnych edycji publikacja stała się narzędziem analitycznym dla włodarzy klubów, PZPN i obecnych, a także potencjalnych sponsorów profesjonalnej piłki nożnej w Polsce.

Publikacja zawiera Ranking Biznesowy oraz opisy wszystkich klubów Ekstraklasy pod kątem: sportowym, medialno-marketingowym i finansowym. Ranking składa się z 3 komponentów: Sport, Marketing i Medialność, Finanse.

Akcja kredytowa nie zwalnia w drugim kwartale

W II kwartale 2017 r. sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych okazała się od oczekiwań. Liczba nowo podpisanych umów kredytowych utrzymała się na niemal takim samym poziomie, jak w pierwszych trzech miesiącach tego roku, mimo istotnego osłabienia popytowego bodźca z Programu „Mieszkanie dla Młodych” i ostatecznie wyniosła blisko 50 tys. – wynika z najnowszego Raportu AMRON – SARFiN opublikowanego podczas środowej konferencji prasowej.

W Konferencji wzięli udział Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes ZBP, Jerzy Bańka, Wiceprezes ZBP, Jacek Furga, Prezes CPBiI, Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości oraz Marcin Idzik z TNS Polska.

W II kwartale 2017 r. sytuacja na rynku kredytów mieszkaniowych okazała się od oczekiwań. Liczba nowo podpisanych umów kredytowych utrzymała się na niemal takim samym poziomie, jak w pierwszych trzech miesiącach tego roku, mimo istotnego osłabienia popytowego bodźca z Programu „Mieszkanie dla Młodych” i ostatecznie wyniosła blisko 50 tys. Wartość nowych kredytów była natomiast jeszcze wyższa niż w poprzednim kwartale i zamknęła się kwotą 11,69 mld zł. Najnowsze dane skłaniają do zmiany dotychczasowej prognozy i sugerują, że w ciągu całego roku banki mogą udzielić nawet 200 tys. kredytów mieszkaniowych.

W okresie od kwietnia do czerwca 2017 roku banki powtórzyły spektakularny wynik z pierwszego kwartału, udzielając prawie 50 tys. nowych kredytów mieszkaniowych, a wartościowo wynik ten był wyższy o ponad 6% i wyniósł 11,69 mld zł. Na koniec czerwca liczba wszystkich czynnych umów kredytowych wzrosła do poziomu 2,1 mln sztuk (1,1% w ujęciu kwartalnym). Ich przyrost netto wyniósł blisko 23 tys. sztuk, a całkowite zadłużenie z tytułu kredytów mieszkaniowych zwiększyło się o 932 mln (0,24% k/k), osiągając poziom 391,046 mld zł.

Wyniki odnotowane w II kwartale tego roku potwierdzają, że rynek mieszkaniowy od kilku lat notuje systematyczny, zrównoważony wzrost. Podtrzymanie skali akcji kredytowej w drugim kwartale, pomimo wyczerpania środków w ramach Programu „MdM”, przy utrzymaniu niskich cen transakcyjnych i rekordowo niskiej stopie procentowej złotówki, skłaniają do zmiany wcześniejszej prognozy wyników akcji kredytowej w roku 2017. Zapowiada się najwyższy od 6 lat wynik na poziomie wyższym niż w roku 2012, a więc sięgającym liczby 200 tys. kredytów o łącznej wartości przekraczającej 40 mld zł” – mówi dr Jacek Furga, Prezes Centrum Prawa Bankowego i Informacji, Przewodniczący Komitetu ds. Finansowania Nieruchomości Mieszkaniowych Związku Banków Polskich.

Dobre wyniki finansowe Grupy Arctic Paper w I połowie 2017 r.

Grupa Arctic Paper uzyskała w I połowie 2017 roku przychody ze sprzedaży w wysokości 1,48 mld zł. Wynik EBITDA wyniósł 140 mln zł (wzrost o 4,2°/o w stosunku do I połowy 2016 roku), a zysk operacyjny 77,1 mln zł (wzrost o 2,8°/o). Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej w I kwartale 2017 roku wzrósł o 36,1°/o do 49,9 mln zł.

Arctic Paper osiągnął dobre wyniki w segmencie papieru, pomimo dalszego wzrostu cen celulozy. Wpłynęła na to m.in. poprawa struktury kosztów i finansowania, co zwiększyło elastyczność operacyjną i konkurencyjność Grupy. Istotną rolę w wypracowaniu dobrych wyników w segmencie papieru odegrała również rozbudowa oferty produktowej oraz odpowiedni dobór asortymentu w tym segmencie.

Wyniki w segmencie papieru (z wyłączeniem Rottneros)

Grupa osiągnęła dobre wyniki operacyjne w segmencie papieru. EBITDA w I połowie 2017 r. sięgnęła 65,8 mln zł, co oznacza wzrost o 9,3% w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. Zysk z działalności operacyjnej wzrósł o 27,6%, do blisko 25,7 mln zł. Zysk netto Grupy z działalności kontynuowanej w I połowie 2017 r. wyniósł prawie 26 mln zł, tj. o 96,3% więcej niż w tym samym okresie roku ubiegłego. Jednocześnie przychody ze sprzedaży w segmencie papieru wyniosły blisko 1,09 mld zł, czyli o 3,6% mniej niż w analogicznym okresie 2016 r.

Średnie wykorzystanie mocy produkcyjnych osiągnęło poziom 98%.

Efekty naszej pracy po pierwszym półroczu, w porównaniu do 2016, są bardzo dobre. Wchodzimy w nowe segmenty rynku dzięki produktom najwyższej klasy, odpowiadając na potrzeby klientów dotyczące nowych oraz innowacyjnych produktów. W połączeniu z naszą efektywnością w redukcji kosztów i ulepszoną strukturą finansowania sprawia to, że jesteśmy bardziej odporni na wpływ czynników zewnętrznych – skomentował Per Skoglund, Prezes Zarządu Arctic Paper.

Wyniki w segmencie celulozy (Rottneros)

Wyniki Grupy w segmencie celulozy w I połowie 2017 r. były nadal bardzo solidne, a zysk i marże pozostawały na dobrym poziomie. Dobre wyniki Rottneros zostały osiągnięte pomimo nieplanowanego wstrzymania produkcji w fabryce celulozy Vallvik w kwietniu tego roku. Zmiany cen celulozy wytwarzanej przez Rottneros (NBSK) były korzystne dla firmy. Jednocześnie inwestycje realizowane w ramach programu Agenda 500 pozwalają na wyższe wolumeny produkcji.

Nasze wyniki po I połowie 2017 roku są dobre i stabilne. Dowodzą, że determinacja i konsekwencja w naszej pracy są niezbędne, zwłaszcza w obecnym trudnym otoczeniu rynkowym. Nasze długoterminowe zaangażowanie w rozwój nowych i innowacyjnych produktów oraz udana restrukturyzacja zadłużenia to główne czynniki, które przyczyniły się do solidnego wyniku na koniec półrocza – dodał Per Skoglund.

Wybrane wyniki finansowe Grupy Arctic Paper (w tym wyniki Rottneros) w I połowie 2017 r.
w tys. zł I połowa 2017 I połowa 2016 zmiana (O/o) li kw. 2017
Przychody ze 1 476 989 1 499 825 -1,5°/o 703 087
sprzedaży
Zysk EBITDA 140 059 134 364 +4,2°/o 64 561
Zysk EBIT 77 147 75 081 +2,8°/o 33 026
Zysk netto* 49 899 36 672 +36,1°/o 14 818
Zysk netto 45 897 30 332 +51,3°/o 12 963
Wybrane wyniki finansowe Grupy Arctic Paper (z wyłączeniem wyników Rottneros) w I połowie 2017 r.
w tys. zł I połowa 2017 I połowa 2016 zmiana (O/o) li kw. 2017
Przychody ze 1 088 224 1 129 401 -3,6°/o 513 168
sprzedaży
Zysk EBITDA 65 804 60 181 +9,3°/o 26 753
Zysk EBIT 25 678 20 129 +27,6°/o 6 900
Zysk netto* 25 993 13 239 +96,3°/o 8 952
Zysk netto 21990 6 899 +218,7°/o 7 098
*wyniki z działalności kontynuowanej Zarząd w raporcie bieżącym nr 10/2015 z 28 lipca poinformował, iż w wyniku aktywnych poszukiwań nabywcy dla fabryki papieru Arctic Paper w Mochenwangen jej wyniki zostały wyłączone ze skonsolidowanego rachunku zysków i strat oraz, zgodnie z wymogami Międzynarodowych Standardów Rachunkowości, wykazane odrębnie, jako działalność niekontynuowana.