Ryzyka współczesnego rynku fuzji i przejęć – raport z badań

Fuzje i przejęcia (M&A) nadal są chętnie stosowaną strategią rozwoju firm. W 2015 r. globalna wartość transakcji wyniosła 24,28 bln dolarów, co stanowi rekordowy wynik wszechczasów. Czy żegluga po tym oceanie jest bezpieczna i pozwala dopłynąć do docelowego portu? Tak, pod warunkiem, że mamy do dyspozycji sprawny kompas oraz mapę licznych gór lodowych.

Przedstawia ją opublikowany właśnie raport Crowe Horwath, 8. co do wielkości firmy doradczej na świecie, oraz kancelarii prawnej TGC Corporate Lawyers. Raport prezentuje wnioski z badań międzynarodowych przedsiębiorstw zaangażowanych w proces fuzji i przejęć. W ankiecie złożonej z 20 pytań wzięło udział 180 respondentów – członków wyższego kierownictwa odpowiedzialnych za finanse. Ponad dwie trzecie (68 proc.) z nich pochodziła ze spółek prywatnych, pozostali reprezentowali firmy publiczne i organizacje non-profit, co pozwoliło rozszerzyć spektrum badania. Raport, mimo wartości analitycznej, ma przede wszystkim walor praktyczny.

Izabela Kuśmierz-Latała, dyrektor zarządzająca Crowe Horwath
Izabela Kuśmierz-Latała, dyrektor zarządzająca Crowe Horwath

– Skupiliśmy się na aspektach ryzyka, doświadczeniach i błędach badanych podmiotów – wyjaśnia Izabela Kuśmierz-Latała, dyrektor zarządzająca Crowe Horwath. Jesteśmy firmą doradczą i dlatego zamieniliśmy nasze opracowanie w zbiór rad, przestróg i ostrzeżeń, które pozwolą zyskać świadomość niebezpieczeństw i tym samym ich uniknąć. Rynek fuzji i przejęć z pewnością będzie się rozwijał. Planując aktywność w przestrzeni M&A warto skorzystać z uporządkowanych doświadczeń tych, którzy już przeszli przez proces fuzji lub przejęć, wynosząc cenną wiedzę, jaką zechcieli się podzielić. Mimo, że badanie dotyczyło firm, które mają centralę na terenie USA oraz przedsiębiorstw międzynarodowych, wnioski są uniwersalne.

Czy na pewno wiesz czego chcesz?

Raport wyróżnia dziewięć faz procesu inwestycyjnego oraz piętnaście zidentyfikowanych ryzyk, które się z nimi łączą. Niebezpieczeństwa można zidentyfikować już na początku, w trakcie planowania M&A oraz określania celów przedsięwzięcia.

– Presja rozwoju przy jednoczesnych ograniczeniach rynku sprawiają, że aktywność w zakresie fuzji i przejęć utrzymuje się na wysokim poziomie – mówi Wojciech Marczyszyn, dyrektor zarządzający TGC Corporate Lawyers. To samo w sobie nie stanowi problemu, ale niepokojący jest brak refleksji przedsiębiorstw angażujących się w kolejne transakcje. Często brakuje temu konkretnej strategii, precyzji określenia celów czy brania po uwagę ryzyk kulturowych i konkurencyjnych. Powoduje to, że wyniki spółki po sfinalizowaniu transakcji są dużo niższe niż zakładane. Dzisiejszy rynek fuzji i przejęć jest po prostu zbyt konkurencyjny, aby polegać na arbitrażu finansowym, wyśrubowanych modelach sprzedaży krzyżowej czy myśleniu życzeniowym.

Na podstawie doświadczeń badanych firm w raporcie zdefiniowano ryzyka fazy początkowej, czyli poszukiwania celów przedsięwzięcia, a także ostrzeżenia przed niejasną strategią lub specyficznymi motywami transakcji, chęcią osiągnięcia zbyt wielu efektów synergii, zaangażowaniem w transakcje o nieodpowiedniej wartości czy brakiem zrozumienia perspektywy sprzedającego. Autorzy raportu zalecają opracowanie konkretnej strategii, sprecyzowanie celów, wprowadzenie prostego systemu zarządzania transakcjami M&A oraz zaangażowanie liderów operacyjnych w proces due diligence wraz z wykorzystaniem wiedzy obiektywnych doradców zewnętrznych.

Uwaga na wycenę

Najwięcej badanych, jako podstawowe ryzyko fazy wyceny wymienia zawyżone ceny transakcyjne oraz “aktualne wyceny rynkowe”, które je powodują. Respondenci uznali je za najpoważniejszy obszar ryzyka, upatrując niebezpieczeństw również w dostępności taniego kapitału, niejasnych motywach transakcji czy ograniczonym dostępie do przejmowanej spółki. Autorzy raportu dają tu kilkanaście pożytecznych rad, wśród których jest m.in. konieczność powstrzymania się przed zaooferowaniem ceny wyższej niż wartość aktywów i nie podążanie za rynkiem, gdy cena rośnie do poziomu zagrażającego oczekiwanemu zwrotowi z inwestycji. Równie ważna jest dyscyplina due diligence czy renegocjowanie warunków transakcji w wypadku pojaweinia się faktów sprzecznych z argumentacją przedstawioną przez sprzedającego podczas marketingowej prezentacji firmy i jej walorów. Eksperci zalecają dogłębne poznanie działalności przejmowanej spółki oraz warunków geopolitycznych i makroekonomicznych, mających na nią wpływ w przeszłości.

Due diligence

Obszar, w którym ankietowani zwracają uwagę przede wszystkim na kompletność i przejrzystość informacji, m.in. braku odpowiedniego dostępu w spółkach przejmowanych do personelu, danych, kluczowych interesariuszy, klientów czy dostawców. Tu również warto uważać na przeszłość.

Analiza due diligence powinna także dotyczyć wielu kwestii prawnych –uzupełnia Artur Rogozik, partner w TGC Corporate Lawyers,  które pozwolą zorientować się potencjalnemu inwestorowiw ocenie prawidłowości funkcjonowania podmiotu przejmowanego oraz czy nie zachodzą historyczne okoliczności prawne, które mogą spowodować wystąpienie dodatkowych ryzyk. Jeżeli takie wystąpią, należy ocenić szanse pojawienia się potencjalnych zobowiązańw przyszłości, biorąc pod uwagę obowiązujące prawo, orzecznictwo, interpretacje, itp. Analiza due diligence, wraz z analizą podatkową, będzie też niezbędna przy prawidłowym planowaniu modelu prawnego fuzji bądź przejęcia.

Integracja

Ostatnia faza fuzji lub przejęcia, mimo prawidłowego prowadzenia wcześniejszych etapów, również niesie ryzyka. Poza przyspieszaniem wyników synergii oraz zabezpieczeniem podstawowej działalności operacyjnej, w raporcie zwrócono uwagę na kapitał ludzki oraz różnice kulturowe, zalecając właściwe zarządzanie. Zarówno na poziomie taktycznym (np. przekształcanie stanowisk) jak i strategicznym, obejmującym zmiany organizacyjne czy politykę i system komunikacji. Niezwykle ważnym, choć niedocenianym obszarem, który ma wpływ na tę fazę procesu jest asymilacja kulturowa. Respondenci wskazują tu punkty tak newralgiczne, jak relacje podległości służbowej, zmiany wynagrodzeń i świadczeń, protokoły podejmowania decyzji, bazowanie na hierarchii czy wręcz apetyt na ryzyko. Jak wynika z doświadczeń ankietowanych mają one znaczący wpływ na morale pracowników nabywcy i zbywcy przedsiębiorstwa.

Wyzwania czasu

Fuzje i przejęcia, które dokonują się we współczesnej rzeczywistości rynkowej
i które z pewnością będą się dokonywać na jeszcze większą skalę, wymagają wiedzy i wynikającej z niej ostrożności. Konkurencja w obszarze M&A, wysokie wyceny rynkowe, ograniczony dostęp do informacji o przejmowanej spółce podczas procesu due diligence, wzrost cen centralizacji i kosztów integracji systemów IT oraz ograniczone doświadczenia zespołów wewnętrznych w transakcjach M&A – to zagrożenia najczęściej podkreślane w raporcie. Odpowiedzią na nie, zdaniem Macieja Krzekotowskiego, dyrektora Business Consulting w Crowe Horwath, powinno być sformułowanie przejrzystej strategii fuzji i przejęć, prosty i precyzyjny proces zarządzania transakcją, konserwatywne podejście w zakresie tworzenia i komunikowania strategii handlowych czy staranna weryfikacja wiedzy o przejmowanym podmiocie przed transakcją. Żeby wyeliminować ryzyko trzeba je najpierw poznać i zrozumieć.

Ustawa antyfrankowa. HSBC – kurs złotego jest przewartościowany

Banki, KNF oraz NBP krytycznie odnoszą się do prezydenckiego projektu przewalutowania kredytów. Elżbieta Rafalska nie potwierdza gotowości projektu zmian w OFE. HSBC ocenia złotego jako przewartościowania.

Prezydencki projekt antyfrankowy wadliwy?

W mediach coraz częściej do głosu dochodzą krytycy nowych rozwiązań. Jak się okazuje pomysł prezydencki ma obecnie jedną istotną wadę. Ciężko wskazać komu tak naprawdę poza samymi politykami, którzy chcą odhaczyć obietnicę wyborczą on się podoba. Banki zwracają uwagę na negatywny wpływ konstrukcji samej ustawy i rozbudzanie oczekiwań kredytobiorców co do warunków samych przewalutowań. Z drugiej strony kredytobiorcy obserwując kurs franka i jego gwałtowne spadki stracili zainteresowanie rozwiązaniami pośrednimi o ile w ogóle chcą przewalutowywać kredyt. Jeżeli nie uda się rozwiązać tego impasu można się spodziewać, że projekt podzieli los poprzednich.

Spokojniej o OFE

Minister Rodziny, pracy i Polityki Społecznej pani Elżbieta Rafalska wypowiada się spokojniej o pomysłach likwidacji OFE niż przedstawiciele Ministerstwa Rozwoju. Wedle wypowiedzi nadal trwa ocena skutków nowych regulacji i nie można mówić jeszcze o porozumieniu. Biorąc pod uwagę, że nawet w rządzie nie ma jeszcze pełnej zgodności co do konkretnej drogi zmian informacje o opóźnieniu wejścia ich w życie wydają się tym bardziej zasadne.

HSBC o złotym i koronie

Według analityków tego banku złoty jest jedną z walut, co do których istnieją przesłanki by mówić o przewartościowaniu. Analiza ta bazuje na porównaniu zmian kursów z realnymi zmianami w gospodarce. Jak nietrudno się domyślić złoty, który od początku roku umocnił się o ponad 3% musi w takim zestawieniu budzić pewne wątpliwości. Co ciekawe znajduje się tam również korona czeska. Waluta naszych południowych sąsiadów też szła w górę, aczkolwiek tutaj warto zwrócić uwagę na koniec obrony poziomu 26 koron za 1 euro oraz decyzjach Narodowego Banku Czech. Model oczywiście nie uwzględnia ryzyk politycznych stąd za niedowartościowaną uchodzi lira turecka, z której inwestorzy po ostatnich zawirowaniach po prostu uciekli.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – koniunktura gospodarcza,
  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów,
  • 16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 23.08.2017

Indeks dolara wylądował na bardzo mocnym wsparciu, które powinno powstrzymać jego wyprzedaż i zapewnić złapanie oddechu. Od początku roku indeks dolara z poziomu 103.78 spadł do 92 punktów, tak duży ruch na głównej walucie świata jest czymś spektakularnym. Na przestrzeni ostatnich 40 lat tylko w 7 z nich indeks dolara stracił więcej niż 8.61 procenta w jeden rok.

ROC DXY

Źródło: Bloomberg

Ponadto analiza raportów Commitments of Traders wskazuje, że od 2016 roku podmioty niekomercyjne utrzymują największą ilość krótkich pozycji , z kolei długie pozycje zostały zredukowane do poziomu widzianego w 2013 roku. Na poniższej grafice przedstawiono pozycje podmiotów niekomercyjnych. Pozycje krótkie zostały zobrazowane kolorem białym, z kolei długie kolorem pomarańczowym.

CFTC DXY

Źródło: Bloomberg

Przy tak mocnym wyprzedaniu USD na kontraktach terminowych prawdopodobieństwo kontynuacji trendu spadkowego jest już minimalne. Ponadto na powyższej grafice w dolnym oknie zobrazowano pozycje netto oraz indeks dolara. Proszę zwrócić uwagę, że obecna wartość pozycji netto jest ujemna, a historycznie patrząc taki stan rzeczy nigdy nie został utrzymany długo.

Kolejnym czynnikiem, który powinien doprowadzić do zwyżki indeksu dolara jest poprawiająca się sytuacja na rynku obligacji. Głównym powodem wyprzedaży USD był spadek długoterminowych rentowności amerykańskich względem krótkoterminowych. Zjawisko to jest negatywnie postrzegane przez inwestorów oraz wskazuje na zmniejszającą się płynność na rynku kapitałowym. Ponadto spadające długoterminowe stopy procentowe przy podwyżkach stóp procentowych informuje, że inwestorzy w długim terminie nie widzą miejsca na wysokie stopy procentowe.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 23.08.2017 1

Grafika przedstawia indeks dolara (kolor żółty) na tle spreadu 10 i 2 letnich obligacji amerykańskich.

Patrząc na wykres tygodniowy notowania spoczęły na wsparciu. Jeżeli dojdzie do korekty, to pierwszym celem obranym przez kupujących jest strefa oporu 95 punktów. Niemniej jednak warto mieć na uwadze, że mamy cały czas trend spadkowy i istnieje prawdopodobieństwo lekkiego przebicia wsparcia, a dopiero potem realizacja scenariusza korekty.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 23.08.2017 2

Problematyczna konstrukcja indeksu dolara

Pomimo tego, że indeks dolara wykazuje chęci odbicia, to należy zdawać sobie sprawę z jego konstrukcji, która nie jest doskonała. Indeks dolara składa się z 6 par walutowych o różnych wagach odpowiadającym wymianie międzynarodowej. Najważniejszą walutą w koszyku jest euro, następnie jen japoński i funt brytyjski. Poniżej przedstawiono waluty i odpowiadające im wagi.

Aktualna analiza techniczna rynków finansowych 23.08.2017 3

Źródło: Bloomberg

Euro stanowi ponad 57 procent całego indeksu, zatem wystarczy, aby wspólna waluta taniała lub drożała względem USD a indeks dolara będzie poruszał się w tym samym kierunku.

Rekordowe wyniki firm, inwestycje wciąż na minusie

Polskie firmy osiągnęły w pierwszym półroczu rekordowo wysokie wyniki finansowe. O prawie 10 procent zwiększyły się ich przychody ze sprzedaży, a zyski wzrosły o niemal 5 proc. Jednak inwestycje zmniejszyły się o 1,1 proc.

Z najnowszych danych GUS wynika, że w pierwszej połowie roku firmy zatrudniające co najmniej 50 pracowników zarobiły netto prawie 67 mld zł, a więc o 8,8 proc. więcej niż w pierwszym półroczu 2016 r. To wynik najwyższy w historii, podobnie jak w przypadku przychodów ze sprzedaży, które wzrosły o 9,7 proc., sięgając niemal 1,38 bln zł. W ciągu ostatnich dziesięciu lat przychody rosły mocniej jedynie w pierwszej połowie 2008 i 2011 r. Równocześnie o 9,7 proc. zwiększyły się koszty, a więc rentowność działalności firm nie uległa zmianie (rentowność obrotu netto utrzymała się na poziomie 4,9 proc., a rentowność sprzedaży obniżyła się z 5 do 4,8 proc.). Co ciekawe, na wzroście kosztów zaważyły przede wszystkim ceny materiałów i energii, natomiast nie zwiększył się w nich udział wynagrodzeń. Widać więc, że firmy, mimo narzekań i faktycznego sporego wzrostu płac, na razie z tym problemem radzą sobie całkiem dobrze. Nie oznacza to jednak, że utrzymywanie się dotychczasowych tendencji na rynku pracy, spowoduje w przyszłości większą presję kosztową ze strony wynagrodzeń. Przy tej okazji warto także zauważyć, że nie wszystkim firmom wiedzie się jednakowo dobrze. Zyskami mogło się w pierwszym półroczu pochwalić jedynie 73,4 proc. ogółu przedsiębiorstw, które zarobiły łącznie netto 78,2 mld zł. Pozostała niemal jedna czwarta firm zakończyła półrocze pod kreską, notując łączną stratę wynoszącą 11,2 mld zł. Udział zyskownych firm obniżył się w porównaniu do pierwszych sześciu miesięcy ubiegłego roku, gdy wynosił 75,4 proc., jednak łączna wartość strat pozostałych zmniejszyła się o prawie 15 proc. (z 13,2 mld zł w pierwszym półroczu 2016 r.). Dane wskazują też na to, że mimo poprawiającej się koniunktury w gospodarce i wysokiego tempa wzrostu PKB, dynamika zysków nie była imponująca. Największy ich wzrost, sięgający 10-11 proc. miał miejsce w pierwszej połowie 2014 i 2015 r., obecnie sięgnął zaś jedynie 4,6 proc. (w grupie firm, które osiągnęły zysk; wspomniany 8,8 proc. wzrost wyniku finansowego ogółu firm to po części efekt zmniejszenia strat w firmach radzących sobie gorzej).

Rekordowe wyniki firm, inwestycje wciąż na minusie
Źródło: Gerda Broker na podstawie danych GUS

Mimo rekordowo wysokich wyników i korzystnej sytuacji w gospodarce, w firmach wciąż nie widać inwestycyjnego przyspieszenia. Wydały one na ten cel 49,2 mld zł, czyli o 1,1, proc. mniej niż w pierwszym półroczu 2016 r., a trzeba pamiętać, że wówczas spadek nakładów sięgał aż 7,1 proc. Pocieszeniem może być fakt, że nieznacznie (o 1,3 proc.) zwiększyły się zakupy maszyn, urządzeń i narzędzi, a spadek dotyczył nakładów na budynki i budowle. Inwestycyjna niechęć rozkłada się też bardzo nierównomiernie w poszczególnych branżach. Największy, sięgający 24,9 proc. spadek inwestycji zanotowano w górnictwie, a w energetyce zmniejszyły się one o 17,6 proc. Wzrost zanotowano za to w informacji i komunikacji (o 11 proc.), obsłudze nieruchomości (o 10,7 proc.), handlu i naprawach pojazdów samochodowych (o 9,7 proc.) oraz przetwórstwie przemysłowym (o 5,8 proc.).

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Ocena ryzyka w krajach partnerskich Polski polepsza się

Coface dokonał kwartalnej oceny ryzyka krajów. W przypadku jedenastu krajów dokonano ich rewizji – oceny sześciu z nich zostały obniżone, a pięciu podwyższone.

– Ryzyko nie wzrosło wśród głównych partnerów handlowych Polski – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w regionie Europy Centralnej – Warto wspomnieć o Katarze, którego ocena została obniżona do poziomu A4.Niektóre polskie przedsiębiorstwa starają się wchodzić na rynek katarski, zwłaszcza z branży meblowej. Ocena spowodowana jest wyższym ryzykiem sektora przedsiębiorstw, co z kolei jest wynikiem sankcji, jakimi zostało objęte to państwo. Sytuacja poprawiła się natomiast w pięciu krajach, wśród nich znaleźli się ważni partnerzy Polski – Rosja i Hiszpania. Ocena naszego wschodniego sąsiada została podwyższona do poziomu B. Po dwuletniej recesji nastąpiła tam poprawa wskaźników makroekonomicznych. Zwiększają się inwestycje w aktywa trwałe i produkcja przemysłowa, a sprzedaż detaliczna przestała spadać w związku ze spowolnieniem inflacji. Obecnie jest ona w pobliżu celu inflacyjnego – wyznaczonego przez Rosyjski Bank Centralny na poziomie 4 proc. To sprawia, że perspektywy makroekonomiczne i gospodarcze dla Rosji są lepsze. Natomiast należy zaznaczyć, że ożywienie ekonomiczne jest tam nadal wolne i będzie następowało stopniowo. Dotyczy to chociażby przetwórstwa przemysłowego, gdyż sektor przedsiębiorstw nie odczuwa jeszcze znacznej poprawy. Eksport Rosji nadal pozostaje w dużym stopniu zależny od produkcji branży petrochemicznej. Tym samym podwyższenie oceny do poziomu B jest definiowane nadal jako znaczne ryzyko, które w sektorze rosyjskich przedsiębiorstw występuje. Sytuacja w Hiszpanii została oceniona na poziomie A2.Przewidywany wzrost gospodarczy kraju w tym roku to 3 proc. Będzie on zasilany zwłaszcza dynamicznym eksportem, który korzysta na wzroście popytu w Europie Zachodniej oraz ze strony krajów rozwijających się. Na obecnych warunkach w kraju, jak i wśród partnerów handlowych Hiszpanii zyskuje głównie rolnictwo i branża detaliczna. Powyższe czynniki sprawiają, że tamtejszy sektor przedsiębiorstw odczuwa poprawę. Zauważyć to można także po stronie lepszych doświadczeń płatniczych, jakie gromadzi Coface. Dlatego ocena Hiszpanii została podwyższona do poziomu A2, czyli nieznacznego ryzyka – podsumował Sielewicz.

Programy socjalne tylko podtrzymują biedę. Prędzej niż później Polska przyjmie rozwiązania znane z Nowej Zelandii

Jak zapewnia prezydent Centrum im. Adama Smitha, gwarantowane świadczenia emerytalne można wprowadzić w Polsce, wzorem Australii. Ale lepiej przenieść do nas system z Nowej Zelandii, który jest znacznie prostszy. Tam nie ma nawet składek zdrowotnych. Wystarcza jedynie papierowy spis wyborców, aby wypłacać emerytury.

W Nowej Zelandii przyjęto zasadę, że każdy dorosły człowiek pracuje, bez względu na rodzaj wykonywanej działalności. Tym samym przyczynia się do wspólnego dobrobytu. Dlatego, w państwie wyspiarskim obowiązuje powszechna emerytura obywatelska, czyli jednakowe gwarantowane świadczenie dla każdego obywatela po przekroczeniu urzędowego wieku. To daje komfort i poczucie bezpieczeństwa wszystkim mieszkańcom kraju. Obniża też koszty funkcjonowania systemu emerytalnego do minimum.

– Najubożsi Polacy mają bardzo trudną sytuację życiową. Wszystkie programy socjalne są stygmatyzujące, dlatego de facto bardziej podtrzymują biedę, niż pomagają wyrwać się z marginesu życia. Wprowadzenie gwarantowanej emerytury powszechnej sprawiłoby, że ci ludzie przede wszystkim przestaliby żyć w paraliżującym ich lęku o swoją starość i otrząsnęliby się z marazmu. Jest to tylko i wyłącznie kwestia decyzji politycznej, żeby takie świadczenie zaczęło już obowiązywać, w pierwszej kolejności dla osób wstępujących dziś na rynek pracy – mówi Andrzej Sadowski.

Zdaniem eksperta, rozwiązanie z Nowej Zelandii „prędzej niż później” trafi do Polski, ze względu na coraz mniejsze możliwości finansowania emerytur ze strony naszego państwa. Wynikają one m.in. z pogłębiającego się kryzysu demograficznego. Zbliżają się bowiem czasy, kiedy na każdego pracującego statystycznie będzie przypadał jeden emeryt. Proces ten przewiduje już Zakład Ubezpieczeń Społecznych, gdyż zaczyna mówić o powszechnym i podstawowym świadczeniu emerytalnym dla każdego obywatela.

– ZUS informuje, że przyszła emerytura dla części Polaków będzie na poziomie 300-500 złotych miesięcznie. Takie powiadomienia na urzędowym papierze mogą tylko wywołać w kraju rewolucję, bo przecież nie da się przeżyć za tę kwotę miesiąca, nie mając do dyspozycji innych środków. Niestety, nic więcej nie wiadomo z niepełnych danych, na temat zatrudnienia obywateli. Zobowiązano ich do dostarczenia dokumentacji w tym zakresie z przedsiębiorstw. Jednak już dawno nie ma po nich śladów – dodaje stanowczo Andrzej Sadowski.

Według prezydent Centrum im. Adama Smitha, o ile wcześniej rządzący zrozumieją, że trzeba wprowadzić rozwiązanie nowozelandzkie, o tyle wyprzedzą sytuację, która nastąpiła w Grecji. Tam z dnia na dzień kilka razy w niedługim czasie obniżano wysokość wypłacanych emerytur, bo nie było z czego ich zapłacić. Jak podsumowuje Andrzej Sadowski, bez środków finansowych żadna konstytucyjna gwarancja nie pomoże przetrwać seniorom.

Trump grozi, Trump zagraża

Wczorajszy, zdecydowanie silniejszy od prognoz spadek indeksu ZEW sprawia, że inwestorzy z jeszcze większym zainteresowaniem śledzić będą serię indeksów PMI. Spodziewamy się, że w III i IV kwartale wzrost gospodarczy nieco osłabnie a maksima ankietowych barometrów koniunktury są już za nami. Ich wartości nadal potwierdzać będą jednak siłę gospodarki.

Warto też zauważyć, że wskaźnik ZEW jest silniej niż PMI powiązany z zachowaniem rynku akcji a dodatkowo kolejny skandal z udziałem niemieckich producentów aut popsuł sentyment w tym sektorze. Z tego względu należy oczekiwać, że indeksy PMI będą nieco stabilniejsze. Nie zmienia to faktu, że silne euro i wzrost ryzyk geopolitycznych odciska piętno na nastrojach biznesu. W przypadku Composite PMI dla całej strefy euro oczekiwany jest skromny spadek z 55,7 do 55,5 pkt, ale widzimy duże prawdopodobieństwo nieco słabszego odczytu. Dane będą mieć ograniczony wpływ na handel. Warto natomiast zwrócić uwagę na wystąpienie Draghiego w Lindau (09:25), w trakcie którego może paść sygnał czego oczekiwać po jego wizycie w Jackson Hole. Po ubiegłotygodniowym protokole z posiedzenia ECB ciekawość wzbudzi też kwestia siły euro. Należy jednak odnotować, że impet aprecjacji od lipcowego posiedzenia wyraźnie przygasł.

Poza danymi makro – a może nawet w większym stopniu – rynek zogniskuje swoją uwagę na amerykańskiej scenie politycznej. Wrzesień to miesiąc, w którym zatwierdzić należy budżet na kolejny rok fiskalny. To także okres, w którym będzie musiała zostać rozwiązana kwestia limitu zadłużenia. Tymczasem Donald Trump straszy paraliżem administracji rządowej (tzw. government shutdown) by zagwarantować finansowanie projektu muru granicznego. Na razie te deklaracje nie mają większego wpływu na rynek, ale mając na uwadze sprawność rozwiązania wspomnianych już kluczowych kwestii, nie należy przechodzić obok nich obojętnie. Im większy kryzys panuje w administracji Trumpa i mocniejsze są podziały w Partii Republikańskiej, tym mniejsza szansa na wywiązania się z prowzrostowych obietnic i tym samym słabszy dolar. Uważamy jednak, że inwestorzy tak mocno zwątpili już w stymulację wzrostu poprzez cięcia podatków i pakiet infrastrukturalny, że jakiekolwiek pozytywne informacje na tym polu będą wspierać dolara. Na razie kontynuacja ostrej retoryki będzie jednak interpretowana jako niemożność znalezienia konsensusu w kluczowych kwestiach budżetu i limitu zadłużenia i jest głównym zagrożeniem dla odbudowującego się pozytywnego sentymentu na Wall Street.
W notowaniach głównych walut panuje atmosfera letniej stabilizacji i wyczekiwania. Eurodolar tkwi w przedziale 1,1680 – 1,1840 i nie spodziewamy się zmiany takie stanu rzeczy. USD/JPY przy powrocie obaw o poparcie dla Trumpa może mieć problem z kontynuacją odbicia w kierunku 110,00 i wyżej, ale taki scenariusz wciąż pozostaje najbardziej prawdopodobnym. GBP/USD balansuje na wsparciu 1,2810. Spodziewamy się jego przełamania i kontynuacji zniżek w kierunku 1,26. Dziś nie otrzymamy żadnych informacji z brytyjskiej gospodarki a jutro zostanie opublikowane jej tempo wzrostu w II kwartale. Najsłabszą walutą jest NZD, który znalazł się pod presją mocnej rewizji oficjalnych prognoz wzrostu gospodarczego. Po przełamaniu przez kurs ubiegłotygodniowych minimów oczekujemy kontynuacji zniżki NZD/USD do 200- sesyjnej średniej ruchomej (0,7125). Warto śledzić też przebieg notowań metali przemysłowych, głęboka korekta, której pierwsze symptomy widać np. po rudzie żelaza będzie uderzać w dolara australijskiego, który naszym zdaniem jest wyraźnie przewartościowany i ma pole do znacznego osłabienia.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Tylko 51 proc. firm przygotowanych na nowe przepisy o ochronie danych. RODO nałoży gigantyczne kary za wyciek danych

Tylko 51 proc. firm przygotowanych na nowe przepisy o ochronie danych. RODO nałoży gigantyczne kary za wyciek danych 4

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych, czyli RODO, które wejdzie w życie w maju 2018 roku, zakłada większe konsekwencje w przypadku zaniedbań w zakresie ochrony danych osobowych. Do tej pory tylko połowa firm wprowadziła jednak zmiany w procedurach. Niemal połowa przedsiębiorców nie wie, jakie nowe obowiązki ich czekają – wynika z badania Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo „Co wiemy o ochronie danych”. W co czwartej firmie zdarzyły się incydenty naruszenia bezpieczeństwa danych.

Nowe rozporządzenie o ochronie danych zacznie obowiązywać 28 maja 2018 roku. Każda instytucja będzie musiała wdrożyć odpowiednie procedury bezpieczeństwa i zbudować system raportowania. Zgodnie z przepisami każdy potencjalny wyciek danych osobowych firma będzie musiała zgłaszać w ciągu 72 godzin. Kary administracyjne będą mogły sięgnąć 20 mln euro lub 4 proc. światowego obrotu.

– Dotychczas mieliśmy szczegółowe rozporządzenia, które opisywały, jak konkretnie wdrożyć system ochrony danych osobowych. RODO pozwala przedsiębiorcy decydować, w jaki sposób wdrażać system i jakie środki zastosować, ale należy to zrobić skutecznie, inaczej trzeba się liczyć z dużymi sankcjami. Takie ryzyko na pewno działa na wyobraźnię przedsiębiorców – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Mielniczek z Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak wynika z raportu Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo, w ponad połowie firm (51 proc.) wprowadzono zmiany w procedurach przetwarzania danych osobowych w związku ze zmianą przepisów o ochronie danych osobowych. Co więcej, 41 proc. zostało kilka razy wprowadzonych w nowe obowiązki w zakresie przetwarzania danych.

– Ponad połowa firm rozpoczęła wdrożenie RODO, na razie są to pierwsze przygotowania. Większość firm jeszcze waha się, czy skorzystać z usług ekspertów. Przygotowanie jest o tyle ważne, że zgodnie z wynikami naszego badania co czwarty pracownik doświadczył naruszenia danych osobowych w swojej firmie – podkreśla Paweł Mielniczek z Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Z badania „Co wiemy o ochronie danych” przygotowanego przez Fundację Wiedza To Bezpieczeństwo wynika, że 26 proc. osób aktywnych zawodowo stwierdziło, że w ich firmach doszło do naruszenia bezpieczeństwa danych, z czego 7 proc. twierdzi, że zdarzyło się tak kilkukrotnie. 42 proc. badanych twierdzi, że w organizacjach, z którymi są związani, incydenty związane z ochroną danych osobowych nigdy się nie zdarzyły.

– Prawie jedna trzecia najwyższego kierownictwa badanego przez nas w raporcie wskazuje, że nie do końca czuje potrzebę rozwijania swojej wiedzy na temat RODO. Jednak okazuje się, że zmiana jest na tyle duża, że potrzeba przeprowadzenia analizy ryzyka, co jest stosowane w co najwyżej połowie firm do tej pory jeśli chodzi o ochronę danych osobowych, będzie teraz standardem – przekonuje ekspert.

Przepisy RODO zakładają, że funkcję Administratora Bezpieczeństwa Informacji (ABI) przejmie Inspektor Ochrony Danych. Ponad połowa ABI twierdzi, że ma wystarczającą wiedzę, aby pełnić funkcję IOD. Pozostała część stara się zwiększyć swoje kompetencje w zakresie ochrony danych osobowych, z czego 54 proc. twierdzi, że zna szczegółowo zakres zmian, jakie wprowadza RODO, ale 46 proc. ma jedynie ogólną wiedzę.

– Większość z administratorów czuje potrzebę szkolenia, natomiast warto zwrócić uwagę na to, że ok. 3/4 administratorów bezpieczeństwa informacji pełni w swojej organizacji inne funkcje. Jeśli chodzi o RODO, to ich funkcja zmieni się na inspektora ochrony danych, a co za tym idzie – będą musieli odznaczać się odpowiednim poziomem wiedzy z zakresu danych osobowych i mieć doświadczenie w przeprowadzaniu audytów – tłumaczy Paweł Mielniczek.

Przepisy RODO nakładają na administratorów danych nowy obowiązek, czyli ocenę skutków dla ochrony danych, tzw. PIA (Praivacy Impact Assessment) lub DPIA (Data Protection Impact Assessment). Celem analizy ma być przede wszystkim zapewnienie zgodności procesów przetwarzania z RODO, identyfikacja zagrożeń i ograniczenie naruszeń prywatności. Jak podkreśla ekspert, naruszenie danych osobowych uderza nie tylko w poszkodowaną osobę, lecz także w firmę, dla której oznacza to straty wizerunkowe i finansowe.

– Istnieje ryzyko naruszenia praw i wolności osób fizycznych, czyli każdej osoby, której dane dotyczą. Z drugiej strony mamy analizę ryzyka dla organizacji, ponieważ są to straty finansowe, wizerunkowe czy negatywne konsekwencje prawne – przekonuje Paweł Mielniczek.

Większość firm nie kontroluje pracowników na drogach podczas podróży służbowych. Przekłada się to na straty finansowe

Większość firm nie kontroluje pracowników na drogach podczas podróży służbowych. Przekłada się to na straty finansowe 5

Niemal wszystkie polskie firmy wysyłają swoich pracowników w podróże biznesowe własnym lub firmowym samochodem. Blisko połowa zatrudnionych spowodowała wypadek podczas prowadzenia służbowego auta lub w nim uczestniczyła. Choć monitoring zachowania kierowców pojazdów służbowych jest pierwszym krokiem do zwiększenia bezpieczeństwa, to firmy rzadko się na niego decydują. Co czwarta nie wie, ile czasu spędza za kółkiem ich podwładny. Telematyczne systemy zarządzania flotą pozwalają zmniejszyć liczbę wypadków i obniżyć składki ubezpieczeniowe.

– Polskie firmy mają około 2,7 mln pojazdów. Do tego należy dodać pojazdy przemieszczające się przez Polskę tranzytowo. Liczba pojazdów służbowych na polskich drogach oscyluje więc wokół trzech milionów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Karol Hołdyński, dyrektor marketingu w Polsce i Europie Wschodniej w TomTom Telematics.

Badanie TomTom Telematics wskazuje, że polskie firmy rzadko kontrolują swoich pracowników na drogach podczas podróży służbowych.

– 94 proc. firm wysyła swoich pracowników w podróże służbowe, natomiast 22 proc. nie ma żadnej polityki dotyczącej bezpieczeństwa swoich pracowników na drogach, 36 proc. nie prowadzi żadnych szkoleń z tego zakresu. 7 proc. nawet nie zweryfikowało, czy pracownik poruszający się samochodem ma ważne prawo jazdy – mówi Hołdyński.

Jednocześnie połowa dyrektorów przyznaje, że ich pracownicy spowodowali lub uczestniczyli w wypadku podczas prowadzenia służbowego samochodu. Najczęstszą przyczyną, oprócz przekraczania prędkości, jest rozmowa przez telefon. Z badania wynika, że niemal wszyscy polscy menadżerowie podejrzewają swoich pracowników o korzystanie z telefonu w trakcie prowadzenia samochodu służbowego. 83 proc. firm pozwala na korzystanie z zestawów głośnomówiących podczas podróży służbowych.

– 13 proc. polskich firm zakazuje jakichkolwiek rozmów przez telefon komórkowy podczas prowadzenia samochodu. Ubezpieczyciel ma prawo nie wypłacać odszkodowania w przypadku, gdy udowodni, że stłuczka miała miejsca z powodu prowadzenia rozmowy przez telefon komórkowy – przypomina Hołdyński.

Ponad 65 proc. menadżerów przyznaje, że wypadek podczas podróży służbowych miał wpływ na funkcjonowanie firmy. Większość zakładów ubezpieczeniowych stosuje w polisach OC i AC zapis o przyczynieniu się do powstania lub zwiększenia szkody i rażącym niedbalstwie osoby prowadzącej pojazd. Tym zaś może być korzystanie z telefonu komórkowego w momencie spowodowania wypadku. Powołując się na to, towarzystwo ubezpieczeniowe może odmówić lub zmniejszyć wypłatę odszkodowania.

– Każdy wypadek to osobista tragedia ludzi, którzy w nim uczestniczą. Jeśli natomiast chodzi o wymiar finansowy, jest to czasowa niezdolność pracownika do wykonywania swojej pracy, są to utracone zlecenia i koszty naprawy samochodu oraz zwiększone koszty ubezpieczenia – wymienia ekspert.

Monitoring zachowania kierowców pojazdów służbowych jest pierwszym krokiem, który może pomóc zwiększyć bezpieczeństwo i poprawić efektywność biznesową firmy w tym zakresie. Telematyczne systemy zarządzania flotą pozwalają zdalnie identyfikować niebezpieczne zdarzenia na drodze i kontrolować sposób jazdy. To zaś może się przełożyć na mniejszą liczbę wypadków, większą produktywność pracowników i obniżyć składki ubezpieczeniowe.

– Kilkanaście procent firm wprowadziło już rozwiązania telematyczne, takie jak Webfleet oferowany przez TomTom Telematics. Pozwalają one m.in. na zaplanowanie tras, identyfikację niebezpiecznych zachowań kierowcy na drodze, aby nauczyć go, jak jeździć bezpieczniej. System pozwala również sprawdzić stan samochodu, aby być pewnym, że nie zawiedzie nas w najbardziej krytycznym momencie – tłumaczy Hołdyński.

Jak pokazują doświadczenia innych państw, sama polityka bezpieczeństwa wdrożona przez firmy nie jest wystarczająca.

– We Włoszech 88 proc. firm ma politykę bezpieczeństwa, w Holandii tylko 53 proc. Co ciekawe, sama polityka nie ma dużego wpływu na bezpieczeństwo na drodze, ponieważ liczba wypadków we Włoszech wynosi 63 proc., a w Holandii – 57 proc. – podkreśla Karol Hołdyński.

Operatorzy inwestują w jakość usług. UPC dwukrotnie zwiększa prędkość internetu i wprowadza nowe rozwiązania w telewizji cyfrowej

Operatorzy inwestują w jakość usług. UPC dwukrotnie zwiększa prędkość internetu i wprowadza nowe rozwiązania w telewizji cyfrowej 6

Większa konkurencja na rynku operatorów telewizji i internetu oraz rosnące oczekiwania klientów wpływają na politykę dostawców usług. Nie tylko próbują oni przyciągnąć nowych klientów, lecz także inwestują w stałe podnoszenie jakości usług świadczonych swoim klientom. UPC dwukrotnie podwyższyło prędkość internetu wszystkim klientom, którzy korzystali z prędkości poniżej 60 Mb/s. Pozwoliło to zwiększyć do końca lipca średnią szybkość internetu u klientów UPC do 100 Mb/s. Równie istotne stają się innowacyjne platformy cyfrowe, które pozwalają zarówno na odbiór cyfrowej telewizji w jakości HD, jak i dostęp do szerokopasmowego internetu.

W 2016 roku zasięg sieci UPC powiększył się o 185 tys. gospodarstw domowych, a w II kw. 2017 roku przybyło kolejne 40 tys. mieszkań, w których możliwe jest korzystanie z usług operatora. To oznacza, że w zasięgu światłowodowej sieci znajduje się już ponad 3,2 mln gospodarstw domowych. Liczba sprzedanych usług cyfrowych, z których korzystają klienci, sięga blisko 3 mln (w ciągu roku liczba ta wzrosła o prawie 57 tys.).

– Chcemy rosnąć, ponieważ zależy nam na tym rynku. Mamy świetne propozycje dla naszych klientów i chcemy mieć pewność, że będą one mogły dotrzeć do tak wielu Polaków i polskich gospodarstw domowych, jak to tylko możliwe – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lucian Mataoanu, szef działu sprzedaży i rozwoju w UPC Polska. Zapowiada dalszy rozwój, nie tylko w dużych miastach, lecz także w mniejszych miejscowościach.

– Staramy się również zagęszczać sieć w miastach, w których już jesteśmy, np. w Warszawie. Trzy lata temu było wiele miejsc i budynków w stolicy, do których nie docieraliśmy. Naszym celem jest rozwijanie infrastruktury w miejscowościach, gdzie już jesteśmy, a dopiero potem wchodzenie do nowych miast. Zawsze rozbudowujemy sieć z myślą o klientach – podkreśla przedstawiciel UPC Polska. – W wyraźny sposób zwróciliśmy się w stronę istniejącej bazy klientów. Kiedy uda nam się zapewnić najwyższy poziom zadowolenia klientów, wszystko będzie możliwe, również jeżeli chodzi o ekspansję – wskazuje Mataoanu.

Z szerokopasmowego internetu UPC na koniec II kwartału br. korzystało 1,1 mln osób, w ciągu roku ich liczba wzrosła o 39,4 tys. Od czerwca UPC wdraża program podnoszenia szybkości internetu dla ponad 30 proc. klientów, przede wszystkim tych, którzy dotychczas korzystali z najniższej prędkości. Teraz minimalna szybkość wyniesie u nich do 60 Mb/s. Do końca roku ma to zwiększyć średnią oferowaną prędkość do ponad 100 Mb/s. Dodatkowo już co czwarty klient usług internetowych korzysta z urządzenia Connect Box, które zapewnia wysoką jakość bezprzewodowego internetu w całym domu.

– Prędkość to tylko jedna strona medalu. Drugą jest to, jak ją wykorzystujemy. Mowa więc nie tylko o szybkości, lecz także o najlepszym połączeniu wi-fi dostępnym na rynku. Kiedy już jest odpowiednia prędkość, chcemy mieć pewność, że dzięki naszej usłudze wi-fi i dzięki platformie Horizon, może z niej korzystać wielu użytkowników. Sposób konsumpcji zmienia wiele. W domu są różne urządzenia i ta sama szybkość internetu musi być oferowana w tym samym czasie wielu użytkownikom – wskazuje Mataoanu.

Obecnie UPC obsługuje ponad 1,4 mln klientów. Najwięcej korzysta z usług telewizyjnych, rośnie liczba klientów telewizji cyfrowej. Coraz więcej osób korzysta też z sieci szerokopasmowego internetu (w obu przypadkach jest to ponad 1 mln klientów). Choć operator przygotowuje i uatrakcyjnia ofertę dla nowych klientów, to stawia przede wszystkim na zadowolenie tych, którzy już korzystają z usług.

– Chcemy systematycznie zwiększać oferowaną prędkość internetu. Czasami nie warto czekać, aż klienci o to poproszą, ale zrobić to samemu. Działamy dwutorowo. Mamy dobrą, szybką ofertę dla nowych klientów, ale chcemy mieć również pewność, że baza jest cały czas aktualizowana – podkreśla przedstawiciel UPC Polska.

Ponad 30 proc. klientów UPC korzysta obecnie z platformy telewizyjnej Horizon. W dużej mierze to wynik wprowadzonych udogodnień, dzięki którym Horizon to centrum domowej rozrywki. Jedno urządzenie pozwala klientowi na dostęp do cyfrowej telewizji w jakości HD, wypożyczalni wideo na żądanie, a także szerokopasmowego łącza internetowego lub wi-fi.

W kwietniu udostępniono też na platformie Horizon usługę Replay TV, dzięki której można oglądać programy telewizyjne do siedmiu dni wstecz bez konieczności ich uprzedniego nagrywania.

– Horizon stanowi wyróżnik na rynku. To znakomite rozwiązanie, oferujące zarówno dostęp do rozrywki, jak i internetu. Wiążemy z nim wielkie nadzieje. Zbliżamy się do 400 tys. użytkowników, ale w ostatnich miesiącach ich liczba zwiększyła się nawet trzykrotnie. Nasza wizja zakłada, że wszyscy klienci mają Horizon jako główną platformę w swoim salonie – mówi Lucian Mataoanu.

Inwestycja w kryptowaluty jest opłacalna, ale ryzykowna. Powstaje coraz więcej wirtualnych walut i giełd obrotu nimi

Inwestycja w kryptowaluty jest opłacalna, ale ryzykowna. Powstaje coraz więcej wirtualnych walut i giełd obrotu nimi 7

W styczniu 2017 r. wartość BitCoina przebiła cenę uncji złota, zaś w lipcu podskoczyła do rekordowego poziomu 3300 dolarów. Tylko w ciągu ostatniego roku wirtualna waluta zyskała na wartości ponad trzykrotnie. Eksperci podkreślają, że to dobry, choć ryzykowny sposób na długoterminową inwestycję głównie ze względu na niestabilność tego młodego rynku. Choć istnieje ryzyko, dyktowane brakiem regulacji prawnych, to sama wymiana wirtualnej waluty opiera się na jednej z najbezpieczniejszych technologii na świecie – blockchain.

– Z racji swojej krótkiej historii i stosunkowo niskiej płynności, BitCoin i inne kryptowaluty są bardziej narażone na spekulacje. Jednak ta płynność, wartość i kapitalizacja rynku stają się coraz większe i już w tym momencie są znaczące. To rynek istotny dla tych, którzy chcieliby zainwestować w długim terminie –mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Borek, dyrektor generalny wydawcy serwisu Kurencja.com. – Przed rozpoczęciem inwestowaniea w kryptowaluty zalecam przygotowanie się do tematu. Warto zapoznać się przynajmniej z technologicznymi podstawami BitCoina, poczytać o aktualnych trendach rynkowych, przewidywanych zastosowaniach BitCoina czy kolejnych krajów, które chcą udostępnić BitCoina jako legalny środek płatności – dodaje.

Bariera finansowa dostępu do rynku kryptowalutowego jest stosunkowo niewielka. Na inwestycjach w kryptowaluty mogą zarobić zwłaszcza ci, którzy na bieżąco śledzą notowania i mogą szybko reagować na wahania kursowe. Na BitBay i Bitmarket – dwóch najpopularniejszych, polskich giełdach kryptowalutowych – jest w tej chwili szacunkowo kilkadziesiąt tysięcy aktywnych rachunków inwestorskich, a ich obroty sięgają dziennie poziomu kilku milionów dolarów.

– Jeśli mamy pewną bazę, która pozwala nam zrobić pierwsze kroki, warto skorzystać z polskich giełd kryptowalutowych, które mają ofertę nie gorszą niż giełdy globalne. Ich obroty w tym momencie sięgają kilku milionów dolarów dziennie i można w prostszy, bardziej lokalny sposób spróbować inwestycji w kryptowaluty. Będziemy mieć do czynienia z polskim interfejsem, z polskim supportem, co więcej większość giełd globalnych ma problem z depozytami czyli wpłatami do nich środków, które nie są kryptowalutami. Dlatego na początek przydadzą się konta na polskich giełdach, gdzie można wpłacać złotówki. Kiedy poczujemy się pewnie i będziemy chcieli spróbować bardziej płynnego, globalnego rynku – możemy dokonać tam transferu kryptowalut – doradza Marcin Borek.

Do rejestrowania i zapisu transakcji w BitCoinach służy innowacyjna technologia blockchain (łańcuch bloków). W dużym uproszczeniu, to rozproszona baza danych, oparta na kryptografii i algorytmach matematycznych. Podstawowym elementem blockchain jest blok danych. Zawiera on pakiet zaszyfrowanych informacji o przeprowadzanych transakcjach. Poszczególne bloki danych są ze sobą chronologicznie połączone i tworzą nierozerwalny łańcuch (stąd nazwa). Blockchain jest uważany za najbezpieczniejszą obecnie technologię zapisu i przechowywania danych. Szacuje się, że aby złamać jej zabezpieczania, potrzebna byłaby moc obliczeniowa równa połowie całego internetu.

– Temat kryptowalutowy jest złożony od strony kryptograficznej, od strony nowych instrumentów,  ich zastosowań – podkreśla Marcin Borek.

Inwestycje w kryptowaluty – postrzegane przez część inwestorów jako sposób na łatwy i duży zarobek – wiążą się też z większym ryzykiem. Na początku lipca przestrzegały przed takimi inwestycjami wspólnie NBP i Komisja Nadzoru Finansowego. Przypomniały, że kryptowaluty nie są gwarantowane przez bank centralny i nie są prawnym ani powszechnie akceptowanym środkiem płatniczym, a inwestycje w kryptowaluty wiążą się z ryzykiem oszustwa, utraty środków w wyniku cyberataku, z brakiem gwarancji bankowych oraz ryzykiem związanym z dużymi wahaniami kursowymi.

– Rolą NBP i KNF jest ostrzeganie użytkowników. Można się jednak zastanawiać, czy uzasadnione jest ostrzeganie przed rynkiem kryptowalut wyłącznie dlatego, że jest to rynek nieregulowany i wywołany przez oddolną inicjatywę społeczną. Kryzys w 2008 roku zapoczątkował rozwój kryptowalut. To wówczas użytkownicy uznali, że nadzieje pokładane w bankach nie zaspokoiły ich potrzeb. Dlatego powstały kryptowaluty, które miały być pewną przeciwwagą, wentylem bezpieczeństwa. Znaczne wzrosty BitCoina miały miejsce właśnie wtedy, kiedy banki i regulatorzy zabronili Cypryjczykom i Grekom korzystać z ich własnych, legalnych pieniędzy podczas kryzysów finansowych – zauważa CEO spółki Net Value.

Zgodnie z definicją Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego, BitCoin i inne kryptowaluty są cyfrową reprezentacją wartości, nieemitowaną przez bank centralny ani żaden organ publiczny. Obecny kurs wynosi 1BTC to 3800 dolarów (stan z dnia 22.08.2017).

Tego lata zapotrzebowanie na moc elektryczną biło kolejne rekordy. Prezes PSE: system jest bezpieczny, ale potrzebne są rozwiązania długoterminowe

Tego lata zapotrzebowanie na moc elektryczną biło kolejne rekordy. Prezes PSE: system jest bezpieczny, ale potrzebne są rozwiązania długoterminowe 8

Z początkiem sierpnia zapotrzebowanie na moc elektryczną osiągnęło najwyższy poziom w historii, a kilka dni później znów zbliżyło się do rekordu. Powodem były m.in. przetaczające się przez Polskę upały i burze. Polskie Sieci Elektroenergetyczne zapewniają, że system jest bezpieczny, ale potrzebne są długoterminowe rozwiązania. Część bloków energetycznych musi przejść modernizację, żeby dostosować się do unijnych wymogów. W efekcie rezerwy mocy zostaną znacznie ograniczone.

– Trudno powiedzieć, jakie są źródła rosnącego zapotrzebowania na energię w szczycie letnim. Przez wiele lat to zima generowała szczyty zapotrzebowania, tymczasem w ostatnich latach nastąpiła zmiana tej tendencji i lato staje się krytyczne z punktu widzenia zapotrzebowania na moc i energię – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eryk Kłossowski, prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych SA.

Jak poinformowały PSE, 1 sierpnia tego roku o godz. 13.15 Krajowy System Elektroenergetyczny zgłosił zapotrzebowanie na 23 215 MW. To rekordowe jak dotąd zapotrzebowanie na moc elektryczną. Jedną z przyczyn zwiększonego zapotrzebowania na moc elektryczną są wysokie temperatury i urządzenia klimatyzacyjne włączane w trakcie upałów.

– Być może jest to kwestia zmiany zachowań konsumenckich i coraz powszechniejszego używania klimatyzacji w biurach, zakładach pracy, w sklepach i domach. Należałoby jednak dociekać głębiej źródeł tego zwiększonego zapotrzebowania. Prześledzić, jak wyglądają w istocie zachowania po stronie odbiorców energii elektrycznej i sprawdzić, czy pojawiły się jakieś nowe instalacje przemysłowe. To jest jednak zadanie dla spółek obrotów i operatorów systemów dystrybucyjnych – mówi Eryk Kłossowski.

11 sierpnia zapotrzebowanie odbiorców na moc elektryczną kolejny raz zbliżyło się do rekordowego poziomu, sięgając 22 990 MW. Na dodatek tego dnia Elektrownia Kozienice (druga największa elektrownia węglowa w UE) była zmuszona ograniczyć produkcję ze względu na temperaturę i niski stan wody w Wiśle wykorzystywanej do chłodzenia bloków. Z kolei w elektrowniach w Bełchatowie i Rybniku doszło do awarii, a trzy z pięciu największych bloków energetycznych trafiły do remontu.

Jak podaje branżowy portal WysokieNapiecie.pl, tego dnia w elektrowniach i elektrociepłowniach sterowanych z podwarszawskiej Krajowej Dyspozycji Mocy zabrakło prawie 5,8 GW mocy. Natomiast moc bloków węglowych czekających w gotowości na wypadek nagłych awarii (tzw. rezerwa wirująca) skurczyła się do bliskiego minimum poziomu 647 MW.

Energetycy obawiali się powtórki sytuacji z 2015 roku, kiedy wystąpił niedobór energii, a operator systemu przesyłowego – po raz pierwszy od 1989 roku – musiał wprowadzić w całym kraju stopnie zasilania, czyli planowane ograniczenia w zużyciu prądu, żeby zapobiec blackoutowi.

Mimo rekordowego zapotrzebowania w tym roku nie było dotąd konieczności wprowadzenia ograniczeń w dostawach energii. Prezes PSE SA zapewnia, że w krótkoterminowej perspektywie nie ma żadnego zagrożenia dla bezpieczeństwa Krajowego Systemu Elektroenergetycznego. W razie kłopotów z dostawami energii istnieje możliwość uruchomienia importu interwencyjnego oraz systemu DSR, czyli tymczasowego ograniczenia przez odbiorców przemysłowych zużycia energii elektrycznej na wezwanie operatora systemu przesyłowego.

– W perspektywie długoterminowej, w której będziemy mieli do czynienia z wycofywaniem wyeksploatowanych bloków węglowych oraz koniecznością rewitalizacji wielu jednostek wytwórczych i dostosowania ich do nowych konkluzji BAT [Best Available Techniques – red.], możemy mieć do czynienia z ograniczeniem rezerwy dostępnej dla operatora systemu przesyłowego – zauważa Eryk Kłossowski.

Bezpieczeństwo energetyczne kraju zapewnia obecnie około 50 bloków węglowych, z których część jest już przestarzała i wyeksploatowana. Do 2030 roku Polska będzie musiała wyłączyć z eksploatacji ok. 12 GW z funkcjonujących obecnie elektrowni, wskutek czego w systemie energetycznym powstanie luka.

Dodatkowo do 2021 roku polskie elektrownie węglowe muszą przejść modernizację i wdrożyć nowoczesne technologie, które maksymalnie ograniczą emisję zanieczyszczeń do atmosfery. Taki wymóg narzucają uchwalone w kwietniu unijne standardy BAT.

– W perspektywie najbliższego roku marginesy bezpieczeństwa nie budzą niepokoju. Pytanie, co będzie, kiedy bloki energetyczne zaczniemy odstawiać, by dostosowywać je do konkluzji BAT i nastąpią opóźnienia w realizacji obecnego programu inwestycyjnego, czyli budowy nowych bloków. Operator systemu przesyłowego stara się budować całą gamę środków zaradczych, do których należy m.in. DSR, czyli usługa redukcji zapotrzebowania na żądanie operatora. To jedna z odpowiedzi, których możemy udzielić w przypadku kryzysu – mówi prezes Polskich Sieci Elektroenergetycznych SA.

Ponad połowa Polaków wierzy w informacje publikowane w mediach społecznościowych. Tymczasem 20 proc. wiadomości tam zamieszczanych jest fałszywych

Ponad połowa Polaków wierzy w informacje publikowane w mediach społecznościowych. Tymczasem 20 proc. wiadomości tam zamieszczanych jest fałszywych 9

Media społecznościowe stają się głównym dostawcą informacji z kraju i świata dla coraz większej liczby osób. Jak wynika z badania Eurobarometru, 53 proc. Polaków uznaje treści publikowane na portalach społecznościowych takich jak Facebook czy Twitter za prawdziwe. Tymczasem 20 proc. informacji pojawiających się w internecie pisanych jest przez boty, czyli zaprogramowane roboty udające człowieka.

Jak pokazuje badanie Eurobarometru „Pluralizm medialny i demokracja” z listopada 2016 roku, ponad połowa Polaków (53 proc.) ufa treściom publikowanym w mediach społecznościowych. Jesteśmy jedynym krajem w całej Unii Europejskiej, który tak mocno ufa informacjom pojawiającym się na Facebooku i Twitterze. Średnie zaufanie w Unii Europejskiej to 32 proc. użytkowników, natomiast poniżej tego wyniku znajdują się Niemcy, z zaufaniem sięgającym 24 proc.

– Media społecznościowe mają coraz większe znaczenie w obiegu informacji, coraz częściej sięgamy po informacje poprzez media społecznościowe. Zeszłoroczne badania pokazują, że aż 44 proc. Amerykanów wymienia Facebook jako główne źródło informacji, natomiast tradycyjną prasę tylko 20 proc. W Polsce zapewne jest bardzo podobnie, w związku z tym różnego rodzaju firmy, organizacje, instytucje, może też obce wywiady, starają się poprzez media społecznościowe oddziaływać na obieg informacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Dominik Batorski z Uniwersytetu Warszawskiego.

Według raportu „Computational Propaganda in Poland: False Amplifiers and the Digital Public Sphere”, sporządzonego przez Roberta Gorwę z Uniwersytetu w Oxfordzie, jedna z firm komunikacyjnych przez ostatnie 10 lat stworzyła ponad 40 tys. fałszywych tożsamości (każda z wieloma kontami na wielu różnych platformach), co oznacza setki tysięcy fałszywych kont na portalach społecznościowych, które były wykorzystywane do bieżącej polityki i przy okazji wyborów – przekonuje w swoim raporcie Robert Gorwa. Według jego badań 20 proc. publikowanych wiadomości na Twitterze pochodzi z fałszywych lub co najmniej podejrzanych kont – botów lub podstawionych osób.

– Badania prowadzone przez kolegów z Oxfordu pokazują, że 20 proc. komunikatów publikowanych na Twitterze dotyczących polityki to komunikaty produkowane przez konta, które są co najmniej podejrzane: są to boty lub konta prowadzone przez podstawione osoby. Możemy się spodziewać, że to zagrożenie również w Polsce będzie istotne i przy okazji kolejnych wyborów te wytworzone narzędzia będą najprawdopodobniej używane – dodaje adiunkt w Interdyscyplinarnym Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego.

Według badania Gemius ze stycznia tego roku ponad 83 proc. internautów w Polsce korzysta z Facebooka. Autorzy badania zauważają, że przekłada się to na ponad 22 mln aktywnych użytkowników. To oznacza grupę około 11 mln Polaków w wieku powyżej 13 roku życia, którzy ufają informacjom zamieszczonym w mediach społecznościowych. Zarówno w branży reklamowej, jak i w polityce stosuje się tzw. mikrotargetowanie w celu dotarcia do określonej grupy odbiorców.

– Media społecznościowe, a zwłaszcza Facebook, pozwalają na docieranie do bardzo konkretnych grup odbiorców, osób o określonych poglądach i zainteresowaniach. W amerykańskiej kampanii prezydenckiej zostało to wykorzystane, były przygotowane tysiące różnych komunikatów, które były testowane na różnych podgrupach pod kątem tego, co przekonuje poszczególnych odbiorców – wyjaśnia dr Dominik Batorski. – Te, które okazywały się skuteczne, były później dostarczone na większą skalę – dodaje.

Wyniki gospodarcze napędzają branżę leasingową. Rośnie finansowanie maszyn i urządzeń

Wyniki gospodarcze napędzają branżę leasingową. Rośnie finansowanie maszyn i urządzeń 10

Polska branża leasingowa odnotowała historyczne wyniki w pierwszym półroczu 2017. W tym czasie dynamika wzrostu branży przekroczyła 11 proc. rdr., a firmy leasingowe udzieliły finansowania w wysokości 31,8 mld zł. W leasingu dominują pojazdy lekkie, ale szybko rośnie też finansowanie maszyn czy sprzętu budowlanego. Rozwój leasingu napędza dobra koniunktura gospodarcza, start funduszy unijnych z perspektywy finansowej na lata 2014–2020 i coraz lepsza sytuacja w handlu zagranicznym.

– Branża leasingowa jest w dobrej sytuacji. Patrząc na trendy historyczne, ustanowione zostały nowe rekordy. Najlepszym wyznacznikiem tego, jest porównanie łącznego portfela leasingowego w Polsce do portfela bankowych kredytów inwestycyjnych, które znajdują się na podobnym poziomie ok. 110 mld zł. To najlepiej pokazuje, że zapotrzebowanie na leasing nie słabnie i zapewne utrzyma się w przyszłości – podsumowuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Szymon Kamiński, prezes zarządu BZ WBK Leasing.

Dane Związku Polskiego Leasingu wskazują, że w I półroczu 2017 roku firmy leasingowe udzieliły finansowania na poziomie 31,8 mld zł, przy dynamice wzrostu blisko 12 proc. rdr. Tylko w II kw. tego roku branża sfinansowała inwestycje w środki trwałe w wysokości 16,8 mld zł (10,7 proc. rdr.). W finansowaniu leasingiem dominują pojazdy lekkie (48,4 proc. wszystkich finansowanych środków trwałych).

– Od końca 2016 roku aż do połowy II kwartału widzieliśmy zdecydowanie większe wzrosty w finansowaniu pojazdów lekkich. Obecnie obserwujemy i też spodziewamy się w najbliższym czasie większego wzrostu w finansowaniu maszyn i urządzeń. Niewątpliwie to wynik nowej perspektywy unijnej również w odniesieniu do rynku rolnego, który był bardzo silną lokomotywą wzrostu jeszcze dwa lata temu. Oczekujemy, że niebawem znów tak będzie – dodaje Szymon Kamiński.

ZPL ocenia, że w ciągu I półrocza 2017 roku branża leasingowa sfinansowała pojazdy lekkie o łącznej wartości 14,1 mld zł (17,4 proc. rdr.), przede wszystkim samochody osobowe (84 proc.). Segment będzie rósł, bo coraz więcej firm decyduje się na wymianę floty, także w segmencie premium, czemu sprzyja możliwość odliczenia 50 proc. VAT-u przy zakupie oraz 50 proc. VAT-u od paliwa.

BZ WBK Leasing odnotował największe wzrosty w segmencie pojazdów w kategorii autobusów (ponad 180 proc. rdr.). W pierwszym półroczu 2017 rosła też dynamika wzrostu finansowania pojazdów ciężarowych (27 proc. wzrost rdr.).

Od początku roku wyraźnie rośnie finansowanie maszyn i innych urządzeń liczonych razem z IT. W I półroczu finansowanie maszyn sięgnęło 8,5 mld zł z blisko 20 proc. wzrostem w skali roku.

– Prognozy są dobre. Spodziewamy się, że większy nacisk, jeśli chodzi o napęd wzrostu rynku, będzie pochodził z kategorii maszyn i urządzeń. To już raczej nie będą samochody – w tym roku rynek wydaje się już nasycony. BZ WBK Leasing wypada bardzo dobrze na tle całego rynku leasingu. Bardziej istotną dla nas kwestią niż wynik w danym miesiącu lub kwartale jest długa perspektywa wzrostu. Nasz biznes rozpatrujemy w kategoriach lat. W ostatnich 3–5 lat nasze wzrosty średnioroczne, tzw. wskaźnik CAGR, są stabilnie i sięgają ok. 20 proc. Zamierzamy to utrzymać – zapowiada prezes BZ WBK Leasing.

Na wzrost leasingu, zwłaszcza w segmencie maszyn, ma wpływ przyspieszenie gospodarcze (3,9 proc. w II kw. 2017 roku). Dane płynące z barometru Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH również wskazują, że w II kw. wartość barometru wzrosła o 6,8 proc., przede wszystkim ze względu na koniunkturę w budownictwie i przemyśle przetwórczym. Ponadto start funduszy unijnych z perspektywy finansowej na lata 2014–2020 i przyspieszający eksport (w I połowie 2017 roku eksport wyniósł 99 mld euro, wzrost o ok. 8 proc. rdr. według GUS) sprawiły, że finansowanie maszyn napędza branżę leasingową.

W zakresie finansowania maszyn i urządzeń liderem jest BZ WBK Leasing. W pierwszym półroczu 2017 roku sfinansował maszyny i urządzenia o wartości ok. 548 mln zł (32 proc. rdr.). Największy wzrost zanotowano w maszynach poligraficznych (81 proc.), maszynach do produkcji tworzyw sztucznych i obróbki metalu (60 proc. rdr.), maszynach rolniczych i sprzęcie medycznym (pow. 40 proc. rdr.) oraz sprzęcie budowlanym (24 proc. rdr.).

Cyfrowy detoks dla większości osób zbyt stresujący. Zamiast odcinać się od internetu, lepiej ograniczyć swoją aktywność w sieci

Cyfrowy detoks dla większości osób zbyt <a title=stresujący. Zamiast odcinać się od internetu, lepiej ograniczyć swoją aktywność w sieci" title="Cyfrowy detoks dla większości osób zbyt stresujący. Zamiast odcinać się od internetu, lepiej ograniczyć swoją aktywność w sieci" />

stresujacy-zamiast-odcinac-sie-od-internetu-lepiej-ograniczyc-swoja-aktywnosc-w-sieci.jpg” alt=”” align=”left” hspace=”10″ />

Obsesyjne sprawdzanie każdej wiadomości i powiadomienia o aktywności znajomych, ciągłe odświeżanie poczty elektronicznej czy przeglądanie newsów w czasie wolnym świadczy o tym, że chęć bycia online jest już nie tylko naszym nawykiem, lecz także nałogiem. Zdaniem psychologów, by się od nich uwolnić, najlepiej zacząć od małych kroków. Warto na przykład ustalić sobie limity czasowe na korzystanie z internetu i mediów społecznościowych. Całkowity detoks zamiast pomóc może się stać źródłem stresu.

Niekończący się strumień wiadomości elektronicznych, wpisów, powiadomień czy polubień i ich negatywny wpływ na nasze zdrowie jest pretekstem do organizowania obozów, które oferują cyfrowy detoks.  Ich uczestnicy oddają wszystkie urządzenia elektroniczne, nie korzystają z internetu i starają się zwalczyć obawę, że coś przeoczą, ponieważ nie będą online.

– Z detoksem od elektroniki radzę uważać, bo może on powodować więcej stresu niż odpoczynku. Ograniczenie typu „na wakacjach w ogóle nie będę korzystał z urządzeń elektronicznych” okazuje się dla nas bardzo dużym stresem. Nie róbmy więc radykalnych kroków, ponieważ w tej chwili stało się to naszym sposobem na życie, jesteśmy z tym tak zżyci, że trudno nam nie być w ferworze informacji i nie sprawdzać, co się dzieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Izabela Kielczyk, psycholog biznesu.

Lepszym sposobem jest ustalenie dziennego limitu na korzystanie z internetu i mediów społecznościowych. Psychologowie radzą, by zaoszczędzony w ten sposób czas wykorzystać na odpoczynek, aktywność fizyczną, lekturę dobrej książki, zabawę z dzieckiem czy rozmowę z bliską osobą.

– W tej chwili zupełne odcięcie się jest nierealne, możliwe jest za to ograniczenie czasu i zobaczenie, jak mogę wypełnić czas zamiast internetu. To, co obecnie zabiera najwięcej czasu, to właśnie internet. Jeśli w jakimś stopniu z tego zrezygnujemy, robi nam się pole na zupełnie inne aktywności – mówi Izabela Kielczyk.

Chęć bycia stale na bieżąco i błyskawicznego reagowania na aktywności znajomych czy wydarzenia w kraju powoduje, że wpadamy w machinę portali społecznościowych – klikamy kolejne linki, otwieramy nowe okna, dodajemy komentarze, dołączamy do dyskusji.

– Wmówiliśmy sobie, że cały czas musimy być czujni, musimy wszystko wiedzieć, więc ciągle mamy włączoną komórkę i sprawdzamy e-maile. Część osób jest od tego uzależniona, ponieważ tylko w taki sposób potrafi nawiązywać relacje z innymi ludźmi i w taki sposób funkcjonować. Patologiczna forma jest taka, że ludzie są online podczas jedzenia czy spania, w ogóle nie odchodzą od ekranu komputera – mówi Izabela Kielczyk. – Trzeba zadać sobie pytanie, czy potrafię wysiedzieć spokojnie 15 minut bez telefonu w restauracji. Jeśli nie, to warto się zastanowić, czy nie jest to już uzależnienie.

Skutki ciągłego bycie online są niekorzystne dla naszego zdrowia. Może ucierpieć na tym nasz wzrok, który jest narażony na zbyt dużą ilość światła niebieskiego, a także układ krążeniowy i oddechowy.

– Więcej stresu i różnych dolegliwości, w tym bóle głowy, niewytłumaczalne wybuchy agresji, złości, płaczu i inne choroby. Okazuje się, że to skutki internetu i wcale dzięki temu nie zwiększa się nasza pojemność umysłowa i poznawcza, a tylko się obniża, zaczynamy być mniej efektywni, bo mózg nie jest w stanie przetworzyć wszystkiego, co widzimy – mówi Izabela Kielczyk.

Fabryka Przyszłości w drodze do Przemysłu 4.0

IV edycja Konferencji odbędzie się w dniach 25-26 października 2017 r. we Wrocławiu.

Konferencja rozproszona Fabryka Przyszłości w drodze do Przemysłu 4.0 to największe wydarzenie w Polsce, które w kompleksowy sposób prezentuje ideę Przemysłu 4.0.

Według inicjatorów tego wydarzenia, koncepcja Fabryki Przyszłości łączącej świat informacji ze światem maszyny jest w dzisiejszych czasach koniecznością i ogromnym wyzwaniem. Jednocześnie wdrożenie takiej koncepcji pozwala na szybką produkcję krótkich serii czy wręcz pojedynczych produktów zgodnie z preferencjami zamawiającego.

Już po raz czwarty to nowatorskie przedsięwzięcie organizowane jest przez cztery firmy z obszaru automatyzacji procesów wytwarzania: BALLUFF, FANUC, WAGO i Lapp Kabel. W różnych miejscach na terenie Wrocławia uczestnicy konferencji będą mogli zapoznać się z rozwiązaniami dotyczącymi Fabryki Przyszłości. Twórców i organizatorów konferencji łączy innowacyjność produktów oraz lokalizacja – dynamicznie rozwijająca się stolica Dolnego Śląska.

Podczas konferencji zostaną przedstawione najnowsze trendy i kierunki rozwoju systemów sterowania oraz przekazane informacje jak zbudować, zmodernizować zakłady produkcyjne, aby możliwie najbardziej efektywnie i skutecznie brały udział w trwającej obecnie czwartej rewolucji przemysłowej – Przemysł 4.0. Zgodnie z myślą twórców wydarzenia szczególnie istotne jest propagowanie wiedzy o istniejących i tworzonych technologiach, które będą realizowały ideę Przemysłu 4.0 oraz pokazanie konkretnych przykładów realizacji tej idei. Przemysł 4.0 jest ogromną szansą na rozwój również polskich firm i zyskanie przewagi konkurencyjnej.

Wiele miejsca w tegorocznej edycji poświęcone zostanie bezpieczeństwu danych produkcyjnych i zagadnieniom współczesnego projektowania. Będzie również mowa o tak ważnej kwestii jaką jest rozwój edukacji, która powinna zapewnić odpowiednio przygotowane kadry inżynierskie i techniczne.

Ponadto, w ramach trzeciej edycji konferencji organizatorzy zapraszają studentów wyższych uczelni technicznych do udziału w konkursie na koncepcję instalacji demonstracyjnej prezentującej ideę Przemysłu 4.0. Formularz zgłoszeniowy oraz wszystkie szczegóły konkursu dostępne są na stronie konferencji www.przemysl40.pl w zakładce dla studentów. Uczestnicy mogą zgłaszać prace, które będą mieć w przyszłości wartość użytkową lub dydaktyczną. Na zwycięzców, których wyłoni Jury, czekają atrakcyjne nagrody pieniężne: 5 000 zł za I miejsce, 3 000 zł za II miejsce oraz 2 000 zł za miejsce III.

Czwarta edycja konferencji Fabryka Przyszłości w drodze do Przemysłu 4.0 to nie tylko idea
i rozwiązania, ale także doskonała okazja do spotkania i wymiany poglądów z krajowymi
i zagranicznymi ekspertami z zakresu automatyki przemysłowej oraz przedstawicielami przodujących uczelni technicznych w Polsce.

Konferencja jest skierowana do wszystkich osób mających wpływ na rozwój i unowocześnianie fabryki: szefów produkcji, dyrektorów technicznych, inżynierów produkcji, reprezentantów działów planowania i rozwoju, przedstawicieli utrzymania ruchu, projektantów i integratorów systemów automatyki.

Organizatorami konferencji Przemysł 4.0 są cztery wiodące przedsiębiorstwa w dziedzinie nowych technologii produkcji: BALLUFF, FANUC, WAGO i Lapp Kabel. Konferencja rozpocznie się i zakończy we Wrocławskim Centrum Kongresowym przy Hali Stulecia a jej kolejne części będą odbywały się równolegle w siedzibach trzech firm.

Konferencja rozproszona Przemysł 4.0, to dwa dni we Wrocławiu, pełne dynamiki i nowej wiedzy.

Zainteresowanych konferencją zapraszamy do rejestracji on-line na stronie www.przemysl40.pl

Wtorkowy powrót dolara do łask

Dzisiejsze rozczarowanie oceną perspektyw niemieckiego indeksu ZEW (10,0 pkt, konsensus: 15,0 pkt) nie powinno być traktowane jako wysoce zaskakujące. Powyższe stanowisko potwierdza znikoma reakcja inwestorów, którzy w trakcie wtorkowej sesji oczekiwali na pojawienie się impulsu istotnie podbijającego zmienność na rynku walutowym. Swoje pięć minut miała kanadyjska gospodarka mogąca pochwalić się fenomenalną bazową sprzedażą detaliczną. W czerwcu odnotowała ona miesięczny skok na poziomie 0,7 proc. (konsensus: 0,1 proc.), zacierając tym samym niezbyt pozytywne wrażenie po publikacji podstawowego wariantu wskaźnika (0,1 proc. m/m, konsensus: 0,2 proc.).

Obecnie kanadyjska waluta jest jedyną, która opiera się sile dolara amerykańskiego. Jej nieznaczna deprecjacja pozwala balansować kursowi USD/CAD w okolicach wczorajszego zamknięcia, tj. przy 1,2560. W czołówce walut G10 znajduje się norweska korona – jej 0,3 proc. stratę ogranicza przebudzenie popytu na rynku ropy naftowej. Na przestrzeni dnia najsilniej tracącymi walutami zostają nowozelandzki dolar (-0,6 proc.) oraz funt szterling (-0,6 proc.), który spycha GBP/USD w stronę poziomu 1,2820. W przypadku euro (-0,5 proc.) należy mówić o niewiele skromniejszym ruchu w stronę południa. Obecnie kurs EUR/USD znajduje się przy poziomie 1,1750, wymazując tym samym wzrosty wygenerowane w trakcie poniedziałkowej sesji.

W koszyku Emerging Markets swoje wczorajsze zyski oddają waluty państw Europy Środkowo-Wschodniej. Powyższą listę zamyka czeska korona, która osłabiła się 0,5 proc. względem amerykańskiej waluty. Nieco mniejszą skalę deprecjacji ma za sobą złoty (-0,3 proc.). Na koniec dnia para USD/PLN jest kwotowana po 3,6350, EUR/PLN po 4,2730, GBP/PLN po 4,6600, a CHF/PLN wraca do poziomu 3,7560.

W trakcie wtorkowej sesji europejskie indeksy zdecydowały się zrehabilitować za niezbyt udany początek tygodnia. Na szczycie zestawienia niepodzielnie rządził frankfurcki DAX. Jego 2,4 proc. zwyżka to między innymi pokłosie silnych wzrostów Freseniusa (2,4 proc.) po zmianie rekomendacji przez DZ Bank na „kupuj” oraz publikacji notu przez Gabelli Funds w sprawie planowanego przejęcia Akornu. W przypadku odejścia od stołu przez reprezentantów niemieckiej spółki należy się spodziewać spadku cen akcji nabywanego podmiotu do poziomu 20 USD. Według analityków Gabelli Funds Fresenius ma dalsze pole do zbicia ceny zawartej w porozumieniu. Zgodnie z doniesieniami obecnie kształtuje się ona na poziomie 34 USD za walor.

W gronie niemieckich komponentów nieco niższą pozycję zajęło Linde (2,5 proc.) po wypowiedziach członków zarządu. W centrum uwagi pozostawały również walory Bayeru (2,4 proc.), które znajdują się pod presją pomyślności porozumienia z Monsanto. Ze spadkowych nastrojów udało się wyłamać ThyssenKruppowi (0,5 proc.) po wczorajszych doniesieniach o zajęciu krótkiej pozycji na akcje przez jeden z funduszy inwestycyjnych. Na dnie indeksu znalazły się spółki z sektora bankowego – Commerzbank (-0,2 proc.) oraz Deutsche Bank (-0,2 proc.). W przypadku pierwszego z gigantów należy mieć na uwadze wczorajszy komunikat w sprawie zakończenia przedsięwzięcia typu joint-venture z francuskim BNP Paribas (0,7 proc.).

Zdecydowanie mniej euforycznymi nastrojami mogła pochwalić się giełda w Paryżu. W gronie spółek indeksu CAC 40 (0,9 proc.) najbardziej pokaźne wzrosty osiągnęło CapGemini (2,4 proc.) dzięki wyraźnie podbitemu wolumenowi. Swoje wczorajsze straty odrobiło między innymi Vivendi (1,9 proc.) po serii realizacji zysków. Uwagę inwestorów przykuwało ponownie znajdujące się pod kreską Société Générale (-0,4 proc.), aczkolwiek w gronie instytucji z sektora finansowego uwagę przyciągał jeden z komponentów londyńskiego FTSE 100 (0,9 proc.). W tym przypadku mowa o Providencie (-66,2 proc.), którego kolosalna przecena została spowodowana ustąpieniem prezesa spółki ze stanowiska, gwałtowną zmianą polityki dywidendowej, ujawnieniem projekcji przychodów w następnych kwartałach oraz prowadzonym postępowaniem przez brytyjski nadzór. Na czele wyspiarskich spółek niepodzielnie rządziło Tesco (4,1 proc.) po publikacji świetnych wyników sprzedażowych.

W trakcie dzisiejszej sesji WIG 20 (0,4 proc.) miał nie lada problem z uplasowaniem się na stałe nad poziomem 2 390 pkt. Na szczycie giełdy przy Książęcej znalazł się Eurocash (7,5 proc.) planujący przejęcie sieci Mila. W cieniu jego sześciomiesięcznych szczytów znalazła się Jastrzębska Spółka Węglowa (2,2 proc.) po wczorajszych doniesieniach o niższych zapasach węgla w Qinhuangdao. Swoją poniedziałkową zwyżkę udało się częściowo wymazać Tauronowi. Jego 0,5 proc. przecenę przebiło nie tylko PKO BP (-1,1 proc.), ale również PGE (-0,8 proc.). Zgodnie z doniesieniami druga ze spółek planuje wstrzymanie prac czwartego bloku elektrowni Opole (380 MW) w dniach od 1 do 10 września.
Wśród surowców uwagę inwestorów ponownie przykuła ruda żelaza, która w trakcie dzisiejszej sesji odnotowała przecenę rzędu 4,2 proc. Jej zniżka skutecznie okrywa cieniem wrześniowe kontrakty na sok pomarańczowy (-2,9 proc.) notujące trzecią sesję spadkową z rzędu. Niezbyt pomyślne nastroje panują również na rynku pszenicy (-1,3 proc.) oraz kakao (-0,9 proc.). W gronie metali pod kreską znajduje się między innymi pallad (-0,9 proc.), któremu towarzyszy przecena złota (-0,5 proc.) – obecnie żółty kruszec jest wyceniany po 1 285,50 USD za uncję. Nieco skromniejszy ruch w stronę południa notuje srebro (-0,2 proc.) mające problem z utrzymaniem się nad poziomem 17,00 USD. Swoją dzisiejszą zwyżkę skutecznie wymazuje miedź. Jej 0,1 proc. ruch w stronę północy lekko przebija ropa WTI (0,4 proc.), której baryłka wraca nad poziom 47,50 USD.

Sporządził
Kornel Kot, Dom Maklerski TMS Brokers

Polacy najczęściej szukają pracy w środy

Chęć odwiedzenia serwisu z ogłoszeniami o zatrudnieniu zaczyna rosnąć w Polakach w niedzielę  i osiąga swoje maksimum w środę – wtedy oferty przegląda średnio 1,4 mln osób, generując 10 mln odsłon. Następnie liczba odwiedzających spada aż do soboty – pokazało badanie Gemius/PBI.

– Jeszcze w czasie dominacji papierowej prasy dodatki „praca” były drukowane w wielu gazetach w poniedziałki. Gdy proces szukania pracy przeniósł się do internetu trend nadal się utrzymywał a poniedziałki były okresem pików. Wiele osób nie ma już jednak takich skojarzeń i mając dostępne oferty pracy przez cały czas, szukają nowego zatrudnienia w środku tygodnia. Weekend tradycyjnie jest czasem oderwania się od kwestii zawodowych – mówi Edyta Stocka, HR Manager w Gemiusie.

Serwisy z ofertami pracy odwiedza 9,9 mln użytkowników sieci ─ to 40,8 proc. pełnoletnich internautów w kraju. Polacy zwykle zaglądają na nie w dni robocze (najchętniej w środy), nierzadko będąc właśnie w pracy. Na domowym komputerze przeglądają oferty średnio przez 20 min w miesiącu, w miejscu pracy o 5 min krócej.

Będąc w pracy, po stronach internetowych z ofertami zatrudnienia klikało 1,5 mln internautów (źródło: badanie Gemius/PBI). Wygenerowali w ten sposób 20 mln odsłon, spędzając na stronach z ogłoszeniami średnio 15 min w miesiącu. Osób, które odwiedzały serwisy o pracy, będąc domu, było wyraźnie więcej: 6,1 mln. Przeglądały też ogłoszenia dłużej, przeciętnie 20 min w miesiącu.

– Analizując te liczby wiem, że część wyświetleń zostało wygenerowanych przez całą rzeszę osób pracujących w usługach HR ─ mówi Edyta Stocka, HR Manager w Gemiusie. ─ To proste, jako pracodawcy spoglądamy na to, co robi konkurencja. A branża rekrutacyjna z ogłoszeń czerpie wiedzę, gdzie pozyskiwać biznesowych partnerów do współpracy. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że część pracowników szuka nowego zatrudnienia w czasie godzin pracy ─ dodaje Edyta Stocka.

Użytkownicy sieci przeglądali oferty pracy na różnych ekranach. Spośród 9,9 mln internautów 48,9 proc. odwiedzało serwisy z ogłoszeniami o pracę na urządzeniach mobilnych, a 71 proc. robiło to za pomocą komputerów stacjonarnych i laptopów.

Kus złotego podąża za EUR/USD i czeka na Jackson Hole

W oczekiwaniu na Jackson Hole złoty pozostaje stabilny do euro i szwajcarskiego franka, tracąc jednocześnie do dolara w ślad za spadającym kursem EUR/USD.

We wtorek złoty pozostaje stabilny w relacji do euro i szwajcarskiego franka, za które to waluty w południe trzeba było zapłacić odpowiednio 4,2780 zł i 3,76560 zł, jednocześnie tracąc w relacji do dolara. Notowania amerykańskiej waluty wzrosły o 1,7 gr do 3,6380 zł w reakcji na powrót kursu EUR/USD ponownie poniżej 1,18 dolara, do czego przyczyniły się opublikowane dziś gorsze od oczekiwań dane z Niemiec.

Na rynku walutowym, zarówno krajowym, jak  i globalnym, trwa wyczekiwanie na główne wydarzenie obecnego tygodnia, czyli startujące w czwartek sympozjum ekonomiczne w Jackson Hole z udziałem bankierów centralnych. Uwaga inwestorów przede wszystkim będzie skoncentrowana na zaplanowanych na piątek wystąpieniach szefowej Fed Janet Yellen i prezesa Europejskiego Banku Centralnego (ECB) Mario Draghiego. Kluczowa będzie odpowiedź na pytania, czy Fed w tym roku jeszcze podniesie stopy procentowe, czy rozpocznie we wrześniu redukcję swojego rozdętego bilansu, a także, czy ECB na wrześniowym posiedzeniu  ogłosi ograniczenie programu skupu aktywów? Aczkolwiek w przypadku tego ostatniego pytania, odpowiedzi być może się nie doczekamy, gdyż zgodnie z niedawnymi spekulacjami, Draghi nie wykorzysta wizyty w Jackson Hole do zaprezentowania w jaki sposób będzie ewoluowała europejska polityka monetarna.

Podtrzymanie przez Yellen stanowiska o jeszcze jednej podwyżce stóp procentowych w USA w tym roku będzie dla dolara mocnym impulsem popytowym. Uzależnienie tej decyzji od napływających danych, co w sytuacji wyhamowania inflacji w USA jest bardziej prawdopodobnym scenariuszem, „zielonego” osłabi.

Dla wspólnej waluty mocnym wsparciem byłaby twarda zapowiedź przez prezesa ECB redukcji wartości skupu aktywów na najbliższym posiedzeniu. Brak odniesień do tego tematu i ewentualne mgliste sugestie odnośnie przyszłego zakończenia QE, sprowokują realizację zysków na euro. W sposób oczywisty potencjalny wpływ na notowania będą miały też wszelkie odniesienia Draghiego do kursu euro, które od początku roku w relacji do dolara podrożało o prawie 12 proc.

Z punktu widzenia złotego każdy wzrost notowań EUR/USD będzie przekładał się na jego umocnienie do koszyka walut, natomiast spadek wywoła odwrotną reakcję.

Czekanie na doniesienia z Jackson Hole zdominował obecnie rynkowe nastroje. Nie oznacza to jednak, że inwestorzy pozostają obojętni na inne impulsy. Reagują na nie, jak chociażby na dzisiejszą publikację niższego od oczekiwań sierpniowego odczytu indeksu ZEW dla Niemiec (spadek do 10 pkt. z poziomu 17,5 pkt. w lipcu, podczas gdy prognozowano spadek do 15 pkt.), ale reakcja ta jest dość ograniczona. Z podobną sytuacją powinniśmy mieć do czynienia w środę, gdy zostanie opublikowana seria wstępnych odczytów indeksów PMI za miesiąc sierpień obrazujących koniunkturę w Japonii, Francji, Niemczech, strefie euro i USA. To publikacje które obok opisywanego sympozjum są drugim ważnym wydarzeniem tygodnia.

Złoty do końca tygodnia pozostanie pod głównym wpływem nastrojów na rynkach globalnych oraz wahań EUR/USD, tym samym ignorując publikowane w najbliższych dniach dane o koniunkturze w Polsce oraz raport o stopie bezrobocia. Lokalne czynniki mogłyby wrócić do gry dopiero wówczas, gdy wpływałyby na zmianę oczekiwań co do terminu pierwszej podwyżki stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej (RPP) lub też nastąpiłaby zmiana twardego kursu jaki obrała Polska w sporze z Komisją Europejską, co zwiększa ryzyko polityczne w odniesieniu do złotego.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Małe sklepy upadają. Przybywa sklepów sieciowych i marketów

Według Raportu Strategicznego GfK w 2016 roku ogólna liczba sklepów sprzedających żywność spadła o 2,6 proc., w tym wielkoformatowych przybyło o 3 proc., a małoformatowych (zarówno sklepów ogólnospożywczych, jak i specjalistycznych) ubyło o 3 proc.

Długość życia sklepu

Co piąty detalista działa na rynku nie dłużej niż 5 lat. W ramach tej grupy wyraźnie zmalał, w stosunku do 2015 roku, udział sklepów „najmłodszych”, wśród których rotacja wydaje się być większa. Krytyczne dla sklepu spożywczego są pierwsze dwa lata funkcjonowania. W 2016 roku w segmencie dużych sklepów spożywczych rejestrowano 6 proc. sklepów działających do 2 lat (odsetek niższy od ubiegłorocznego o 4 pp.). W segmencie średnich sklepów spożywczych rejestrowano takich sklepów 5 proc. (spadek o 3 pp. w stosunku do poprzedniego roku), a w segmencie małych sklepów – 6 proc. (spadek aż o 7 pp. w stosunku do 2015 r.).

Uniwersum sklepów detalicznych

W obecnych uwarunkowaniach społeczno-gospodarczych i na obecnym etapie rozwoju rynku naturalnym kierunkiem strategicznym dla większości placówek sklepowych, w szczególności dla najliczniejszej kategorii sklepów, czyli małoformatowych placówek spożywczych, wydaje się poszukiwanie szans biznesowych w profilu convenience lub przystąpienie do jednej z polskich lub zagranicznych sieci. To właśnie w tych formatach przedsiębiorcy-detaliści upatrują szans na kontynuowanie działalności gospodarczej.

Odsetek sklepów należących do sieci według wielkości miejscowości

Najmniej sklepów sieciowych działa w miejscowościach o populacji od 5 do 10 tys. mieszkańców. Tylko 7 proc. wszystkich sklepów w tych miastach jest zrzeszonych w jakiś sieciach. W pozostałych kategoriach miast i na wsiach odsetek „usieciowienia” wśród sklepów wynosi około 25 proc. Jedynie w miastach z liczbą mieszkańców pomiędzy 50 a 200 tys. 19 proc. działających sklepów to placówki będące częścią jakiejś sieci.

Z perspektywy kapitału, który dominuje w danej sieci, wyraźnie widać, iż w dużych miastach przeważają sieci z kapitałem zagranicznym. W miastach powyżej 200 tys. mieszkańców 35 proc. sklepów ma kapitał zagraniczny, w miastach z 50-200 tys. mieszkańców – 25 proc., a w miastach 10-50 tys. – 27 proc. W mniejszych miejscowościach, do 10 tys. mieszkańców i na wsiach ekspansja sklepów sieciowych jest znacząca głównie za sprawą sieci sklepów z polskim kapitałem.

Korzyści z przynależności do sieci

Korzyści związane z przynależnością do sieci detalicznej są widoczne dla zdecydowanej większości handlowców (ponad 87 proc.), których sklepy są już zrzeszone w jakiejś sieci. Połowa operatorów ma przekonanie, że działanie w sieci daje przede wszystkim większe możliwości, jeżeli chodzi o ofertę produktową. Niemal tak samo wysoki odsetek docenia zalety marketingowe takiego rozwiązania, czyli większą rozpoznawalność (43 proc.), a także wsparcie w postaci materiałów promocyjnych (24 proc.) czy reklam skierowanych bezpośrednio do konsumentów (10 proc.). Wymieniając główne zalety, detaliści dostrzegają także korzyści operacyjne, jak lepsze warunki dostaw (37 proc.), obniżenie kosztów związanych z zaopatrzeniem sklepu (30 proc.), możliwość korzystania z systemu dostaw właściciela sieci (20 proc.), czy korzystniejsze warunki płatności (18 proc.).

O badaniu
Wyniki zawarte w Raporcie Strategicznym sporządzono na podstawie własnego oszacowania liczby sklepów (na próbie miast i wsi), wywiadów z pracownikami gmin w małych miastach i wsiach, wywiadów z właścicielami/ kierownikami sklepów małoformatowych, wywiadów z przedstawicielami sklepów wielkoformatowych, badania typu desk research, danych GUS oraz danych Panelu Gospodarstw Domowych GfK (uwzględniono ceny 635 produktów markowych, spożywczych oraz chemiczno-kosmetycznych, nabywanych przez 8000 gospodarstw domowych w ciągu 2015 i 2016 roku). Czas realizacji: listopad/grudzień 2016 oraz styczeń/luty 2017.

MŚP w lepszej kondycji niż rok temu

Trump oswoił sobie rynki

Do tej pory rynki zachowywały się bez zaskoczeń w tym tygodniu. Prezydent Trump zdaje się mieć znacznie lepszy sposób na radzenie sobie z problemami, a akcje i dolar amerykański odpowiadają mu po prostu nie spadając. Odsunięcie Steve’a Bannona było dobrym początkiem. I nagle wczoraj Trump ogłosił ważną informację w sprawie Afganistanu. Przemówienie było dobrze zorganizowane, a prezydent wydawał się bardziej prezydencki, niż wyglądał od jakiegoś czasu. Pokazanie, że mocno trzyma kierownicę, wystarczy, aby nic się na razie nie załamało. Jednak rynki już zdążyły wycenić wiele dobrych wiadomości, które jeszcze nie zostały spełnione. Jeśli więc w najbliższym czasie nie będzie większego nacisku na reformy podatkowe lub opieki zdrowotnej, rynki mogą znów znaleźć się pod presją.DJ30_22_08_2017

Ropa_22_08_2017Ropa miała ostatnio trochę dzikiej jazdy. Jej zakres jest na tyle niski, aby nie wywierać realnych nacisków na inne rynki, ale wystarczająco duży, aby day traderzy mogli wykonać kilka działań.  Powinniśmy wiedzieć, jaka jest tego historia. Świat wciąż wychodzi z ogromnej nadwyżki podaży. Pomimo wysiłków na rzecz zmniejszenia produkcji na wschodzie, zachodnie firmy energetyczne wypompowują swoje serca. Ostatnie ruchy, które widzieliśmy, są bardziej spekulatywne niż podstawowe. Największe pole bitwy rozgrywa się między 43 dolarami, które uważa się za okazję dla tych, którzy twierdzą, że cena wzrośnie, a 50 dolarami, które są postrzegane jako zbyt wysoka cena, biorąc pod uwagę fakt, że nadal mamy nadwyżkę podaży. W ostatni piątek widzieliśmy wzrost, który został wczoraj poddany korekcie. Teraz wygląda na to, że cena wzrosła o połowę tego. Przedsiębiorca z dobrą intuicją co do tego, w którą stronę wykres będzie się przemieszczał, może tu dokonać kilku naprawdę świetnych transakcji.

Wykres_monero_22_08_2017 Kiedy zaczyna padać deszcz to leje i w tej chwili wydaje się, że zbliża się monsun w przestrzeni kryptowalut. Prawie wszystkie zyski z ubiegłego tygodnia zostały już odwrócone. Jest to łagodne przypomnienie, że rynki te są bardzo ryzykowne. Bitcoin i Ethereum są obecnie niższe o ponad 6%. Nawet Bitcoin Cash jest notowany na czerwono. Oczywiście każda burza w nocy ma błyskawice, które czynią nocą blask. Dwóm takim walutom udało się przynieść wybitne zyski dla doświadczonych alternatywnych inwestorów. Jedną z takich błyskawic jest Monero. Plotka głosi, że XMR wkrótce zostanie wprowadzona  na jednej z największych giełd na świecie, koreańskiej giełdzie Bithumb. Bądź co bądź, zyski te są niczym innym niż czymś fenomenalnym. Cena Monero wzrosła niemal dwukrotnie w ciągu ostatnich 24 godzin, a wolumeny wzrosły po raz pierwszy w historii, naciskając na kapitalizację rynkową ponad 1 miliarda dolarów.

 

XRP_22_08_2017Innym nagłym, ale ulotnym światełkiem jest Ripple. Zyski w XRP są niczym nowym, ale całkiem mile widzianym, biorąc pod uwagę wydajność pozostałej części branży. Naprawdę szkoda, że ruch został w większości odwrócony w ciągu ostatnich kilku godzin. Może tak naprawdę uciec od swojego pierwotnego przeznaczenia. Rynki kryptowalut pokazały nam, że niektóre z największych możliwości rynkowych ujawniły się w czasie, w którym cała nadzieja wydawała się już stracona. Z pewnością będzie wielu ludzi, którzy uznają te niższe ceny jako zwykłą obniżkę.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Roszkowski: Do 2030 roku moce wytwarzane na węglu powinny spaść o 20%. Co na to spółki energetyczne?

Do 2030 roku potrzebny będzie impuls inwestycyjny, który w pierwszej kolejności będzie polegał na dostosowaniu przez spółki energetyczne istniejących mocy oraz wygaszaniu mocy opartych na węglu. Obecny miks energetyczny to w 70-80% moce wytwarzane na węglu, a Ministerstwo Energii zapowiada, że w 2030 roku wartość ta powinna spaść do 60%. Widać, że powoli kończą się takie zasoby, jak węgiel brunatny. Nowe odkrywki nie powstają lub są trudne społecznie do zaakceptowania, więc przestrzeń inwestycyjna będzie dotyczyła przede wszystkim innych mocy.

– Czy będą to źródła odnawialne czy gazowe, powinny to być moce umożliwiające spełnienie kryteriów unijnych – powiedział agencji eNewsroom.pl Marcin Roszkowski, prezes zarządu Instytutu Jagiellońskiego – Jednym z planowanych kryteriów – w tzw. pakiecie zimowym – jest emisja CO2. Nasze węglowe moce w okresie przejściowym nie są dostosowane do tego, co Unia Europejska planuje. Nie pasują też w kontekście batów i brefów, czyli możliwości emisji SO2 i NOx. Emisje inne niż CO2 zostały już bardzo mocno ograniczone, co wymaga zmiany filtrów i dostosowania naszych mocy do nowych norm emisyjnych. Nowe moce będą powstawać w gazie, OZE, a także – jeżeli uda się wypracować, co będzie bardzo trudne – w technologiach węglowych – powiedział Roszkowski.

Łódź depcze po piętach Katowicom i Poznaniowi

W Łodzi powstaje kilka razy więcej powierzchni biurowej niż na nieco większych rynkach – katowickim i poznańskim, a strukturalna rewitalizacja miasta przyciąga kolejnych inwestorów

Obok Krakowa i Trójmiasta aglomeracja łódzka jest obecnie regionalnym liderem, jeśli chodzi o planowany jeszcze w tym roku wzrost podaży i rozbudowę w segmencie biurowym.

Realizowane i planowane łódzkie inwestycje wykreują zupełnie nową przestrzeń publiczną przede wszystkim w obszarze dwóch największych arterii miasta – Alei Piłsudskiego i Rydza-Śmigłego oraz w rejonie najnowocześniejszego obecnie w Polsce dworca Łódź Fabryczna i elektrowni EC1, gdzie realizowany jest projekt Nowe Centrum Łodzi.

Jak obliczają analitycy Walter Herz, w połowie tego roku zasób nowoczesnej powierzchni biurowej w Łodzi sięgnął niemal 400 tys. mkw. W pierwszym półroczu do użytku weszło około 34 tys. mkw. biur, a do końca roku wolumen nowej podaży zostanie co najmniej podwojony, szacują specjaliści. Tym samym, przyrost zasobów biurowych będzie o połowę większy niż w zeszłym roku (36 tys. mkw.).

Rekordowa ilość biur w budowie

Z danych Walter Herz wynika, że na rynku łódzkim w budowie znajduje się 155 tys. mkw. powierzchni biurowej, co jest wyjątkowym wynikiem, nie notowanym nigdy wcześniej.  Doradcy podkreślają, że poprawa wizerunku miasta, dzięki przebudowie infrastrukturalnej i duży potencjał ludzki jakim dysponuje, a także położenie aglomeracji w odległości 130 km od Warszawy przyciąga do Łodzi biznes.

Największymi, nowymi projektami biurowymi są m.in. Ogrodowa Office, Przystanek mBank, czy Symetris Business Park. A inwestycje oparte na rewitalizacji istniejącej, często zabytkowej tkanki miejskiej, prowadzone obecnie w Łodzi, należą do największych w Europie. W ramach realizowanego programu Nowe Centrum Łodzi został przebudowany już dworzec Łódź Fabryczna i zrewitalizowana elektrownia EC1, położona w jego sąsiedztwie.

Dzięki temu powstała nowoczesna przestrzeń miejska, w którą wpisuje się oddany niedawno  kompleks Nowa Fabryczna i budowany od kilku miesięcy projekt Brama Miasta. Pierwszy budynek powstający w ramach tej inwestycji z ponad 27 tys. mkw. powierzchni biurowej ma zostać oddany do użytkowania w drugim kwartale 2019 roku.

Łódź z nowym centrum biznesowym i kulturalnym

Nowe Centrum Łodzi zaoferuje atrakcyjną i w pełni funkcjonalną przestrzeń biznesowo-rozrywkową, licznie odwiedzaną przez turystów, dzięki poprawie dostępności komunikacyjnej poprzez wprowadzenie linii kolejowej oraz dworca pod ziemię. Szczególnie, że planowana jest jeszcze budowa tunelu, który połączyć ma Łódź Fabryczną z Kaliską i uruchomienie nowych połączeń szybką koleją z Wrocławiem, Poznaniem, a także Berlinem, Wiedniem i Amsterdamem.

Na terenie NCŁ znajdą się nie tylko biurowce, ale i restauracje, kawiarnie, placówki handlowo-usługowe oraz  obiekty kulturalne i rozrywkowe. Rewitalizacja obejmie budynki mieszkalne i komercyjne, infrastrukturę rekreacyjną i kulturalną oraz komunikacyjną, w tym podłączenia do autostrad i dróg szybkiego ruchu oraz utworzenie wewnętrznej obwodnicy śródmieścia oraz budowę mieszkań.

Walka o organizację EXPO 2022

Wykorzystanie zabytkowej zabudowy z przełomu XIX i XX wieku oraz zmiana funkcji terenów poprzemysłowych i kolejowych ma doprowadzić do wykreowania w Łodzi wyjątkowego systemu przestrzeni miejskiej. Podstawą programu jest osiem projektów związanych z rewitalizacją obszarową, finansowanych m.in. ze środków UE, która obejmie także teren śródmiejski o powierzchni 100 ha, gdzie powstaje Nowe Centrum Łodzi. To właśnie na jego obszarze miałoby odbywać się Expo 2022, o którego organizację miasto rywalizuje z Buenos Aires i Minneapolis.

Charakterystyczny dla łódzkiego rynku biurowego jest spory udział projektów postindustrialnych, które dostosowane zostały do obowiązujących obecnie standardów.  Kolejne inwestycje oparte na rewitalizacji historycznych obiektów są już realizowane i zapowiadane.

Monopolis i OFF Piotrkowska na zabytkowej bazie

Jednym z takich projektów jest Monopolis, który ma powstać w zabytkowych budynkach pofabrycznych Polmosu. W kompleksie zlokalizowanym u zbiegu alei Piłsudskiego i ulicy Kopcińskiego znajdzie się ponad 23 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, usytuowanej w głównym gmachu dawnej rozlewni wódki i dwóch nowych budynkach.

Na terenie obiektu będą także restauracje, kawiarnie, placówki usługowe i muzeum poświęcone historii Monopolu Wódczanego, galeria sztuki, teatr, SPA z basenem i przedszkole. Rozpoczęcie realizacji inwestycji ma nastąpić jeszcze w tym roku, a cały projekt będzie gotowy w 2020 roku.

Oparta na zabytkowej zabudowie jest też OFF Piotrkowska Center. W rozbudowywanym kompleksie przy ulicy Piotrkowskiej dwa nowe biurowce wkomponowane zostaną w architekturę przemysłową starej fabryki bawełny.

Największy odsetek wynajętej powierzchni w budowie i najniższy współczynnik pustostanów w kraju

Zainteresowanie powierzchnią biurową w Łodzi jest ogromne. Nowa podaż jest szybko wchłaniana przez rynek. Popyt na powierzchnię biurową na rynku łódzkim wykazuje tendencję wzrostową od czterech lat. Rok 2016 zamknął się rekordowym wolumenem transakcji najmu na poziomie prawie 68 tys. mkw. powierzchni. W pierwszych sześciu miesiącach tego roku popyt na biura w Łodzi sięgnął prawie 30 tys. mkw., podają analitycy Walter Herz.

Dominującą część transakcji stanowią nowe umowy, najczęściej typu pre-let. Według analizy specjalistów, większość popytu generują firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. W minionym roku reprezentujące branżę Fujitsu Technology Solutions i Ericsson podpisały jedne z największych umów na wynajem powierzchni biurowej na rynku łódzkim, które przekraczały 5 tys. mkw.

Dzięki ogromnemu zainteresowaniu ze strony inwestorów od końca ubiegłego roku Łódź jest miastem z  najniższym współczynnikiem niewynajętej powierzchni biurowej w kraju, który według obliczeń Walter Herz, kształtuje się na poziomie 5,9 proc. Ponadto, aglomeracja może pochwalić się najwyższym w Polsce odsetkiem wynajętej powierzchni w budowie.

Autor: Walter Herz

„Haktywista” czy cybermafia – kto czyha na twoje dane?

W dobie współczesnych zaawansowanych cyberataków nie wystarczy jedynie znać zasoby swojej sieci, mieć świadomość jej słabych punktów i wprowadzać odpowiednie zabezpieczenia. Bardzo ważne jest także rozpoznanie wroga – cyberprzestępcy. Przygotowanie się do obrony przed znanym przeciwnikiem znacznie podnosi szansę na jej skuteczność.

Specjaliści z firmy Fortinet przygotowali specjalną klasyfikację zagrożeń. Chociaż obecnie istnieje wiele podmiotów, które stanowią niebezpieczeństwo w cyfrowym świecie, to większość z nich można zaliczyć do jednej z poniższych kategorii.

Sponsorowani przez rządy – przestępcy zaliczani do tej grupy są dobrze finansowani i często kreują wyrafinowane, dobrze ukierunkowane ataki. Zazwyczaj są one motywowane względami politycznymi, gospodarczymi czy wojskowymi. Często szukają informacji i danych, które mogą być używane do celów wywiadowczych.

Zorganizowane grupy przestępcze – dla nich najczęstszą motywacją do ataków jest osiągnięcie zysków finansowych. Zwykle poszukują informacji umożliwiających identyfikację klientów lub pracowników firmy, danych bankowych, numerów kart kredytowych, czy też kluczowych dla działania organizacji cyfrowych zasobów.

„Haktywiści” – przestępcy motywowani ideologicznie lub politycznie, których celem są ataki pomocne w rozpowszechnianiu treści propagandowych lub szkodzenie organizacjom, z których polityką się nie zgadzają. Ostatecznym celem „haktywistów” jest podniesienie świadomości na ich temat, popieranych przez nich idei i zdobycie dla nich wsparcia.

Przestępca wewnątrz organizacji – ataki z wewnątrz organizacji, za którymi zwykle stoją niezadowoleni byli lub obecni pracownicy, którzy szukają np. zemsty albo korzyści finansowych. Czasami mogą współpracować z innymi podmiotami, np. ze zorganizowanymi grupami przestępczymi lub hakerami sponsorowanymi przez rządy – czy to z poczucia lojalności, czy dla prestiżu lub pieniędzy.

Okazjonalny – ta grupa przestępców to zazwyczaj amatorzy, często określani jako script kiddies, którymi kieruje pragnienie sławy. Z drugiej strony, czasem mogą działać w słusznej sprawie, pomagając organizacjom w odkrywaniu i zamykaniu luk w zabezpieczeniach.

Nieuważny użytkownik – w rzeczywistości największym problemem dla organizacji są jej pracownicy, którzy popełniają błędy w obrębie jej sieci. Błędy te wynikają najczęściej z nieprawidłowej konfiguracji sieci bądź udzielaniu dostępu do niej niewłaściwym osobom.

– Oczywiście znajomość listy potencjalnych zagrożeń to nie wszystko – zwraca uwagę Jolanta Malak, regionalna dyrektor sprzedaży Fortinet na Polskę, Białoruś i Ukrainę. – Należy także zidentyfikować, z jakimi problemami mierzy się organizacja i na ofensywę z czyjej strony jest najbardziej narażona. Dzięki temu można nadać priorytety podejmowanym działaniom ochronnym i przygotować się do skutecznego odpierania takich ataków.

88 proc. firm zainteresowanych lokowaniem nadwyżek w instrumenty inne niż depozyty

Z ankiety* przeprowadzonej wśród klientów korporacyjnych Banku Zachodniego WBK wynika, że aż 88 proc. średnich i dużych polskich firm jest zainteresowanych pozadepozytowymi rozwiązaniami oszczędnościowo-inwestycyjnymi. 48 proc. zapytanych wskazało, że z innych narzędzi chce korzystać równolegle do depozytów, podczas gdy 40 proc. interesują tylko inne narzędzia.  

88 proc. firm zainteresowanych lokowaniem nadwyżek w instrumenty inne niż depozytyWśród osób, które deklarują chęć skorzystania z rozwiązań pozadepozytowych najwięcej (58 proc.) zadeklarowało zainteresowanie lokatą strukturyzowaną. W drugiej kolejności wskazano na strategię inwestycyjną dwuwalutową (50 proc. odpowiedzi), w trzeciej – na obligacje (27 proc.). Na fundusze inwestycyjne chętnych było 25 proc. zapytanych.

Według Tomasza Górskiego z Zespołu Sprzedaży Produktów Inwestycyjnych w Departamencie Usług Skarbu Banku Zachodniego WBK taka hierarchia pożądanych rozwiązań najprawdopodobniej wynika z krótszego – wynoszącego już od jednego tygodnia – okresu inwestycji dla struktur i strategii inwestycyjnych dwuwalutowych niż w przypadku obligacji czy funduszy. Dla obligacji, w które klient inwestuje samodzielnie, żeby rentowność inwestycji była zbliżona do rentowności standardowego depozytu, ten okres to minimum dwa lata. W przypadku funduszy inwestycyjnych tzw. sugerowany minimalny horyzont inwestycyjny wynosi sześć miesięcy dla funduszy gotówkowych i pieniężnych oraz dwa lata dla funduszy obligacji skarbowych i korporacyjnych.  – Krótkie okresy inwestycyjne spełniają oczekiwania firm, które na ogół dążą do jak największej elastyczności w zarządzaniu płynnością i mogą w miarę szybko zamykać transakcje – mówi Górski.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Tomasz Górski widzi jeszcze jeden powód szczególnego zainteresowania lokatami strukturyzowanymi i strategią inwestycyjną dwuwalutową. – Z ankiet i dyskusji z klientami wynika, że firmy chcą łączyć wodę z ogniem i w poszukiwaniu szansy na większe zyski nie chcą rezygnować z bezpieczeństwa. Dlatego wzięliśmy to pod uwagę przygotowując nasz pakiet produktów oszczędnościowo-inwestycyjnych – mówi Tomasz Górski.

2 – 88 proc. firm zainteresowanych lokowaniem nadwyżek w instrumenty inne niż depozytyPrzykładowo, strategią inwestycyjną dwuwalutową mogą być zainteresowane firmy, które chcą ulokować wolne środki z celem przyszłego przewalutowania, np. eksporterzy. Strategia polega na ulokowaniu środków na depozycie i ustaleniu kursu ewentualnego przewalutowania, który jest korzystniejszy niż kurs SPOT z momentu zawarcia strategii. Dzięki zobowiązaniu się klienta do sprzedaży waluty po z góry ustalonym kursie, rentowność takiej strategii jest wyższa niż w przypadku standardowego depozytu. – Jest to szczególnie istotnie, gdy przedsiębiorstwo posiada nadwyżki w euro, gdyż maksymalne oprocentowanie zwykłego depozytu w tej walucie wynosi obecnie 0% – mówi Tomasz Górski. Klient w momencie zawierania transakcji zna jej wszystkie parametry, czyli okres, kwotę, rentowność, ewentualny kurs przewalutowania. Jedyną niewiadomą dla klienta jest to, czy na koniec transakcji dojdzie do przewalutowania po ustalonym kursie czy nie. Niemniej jednak nawet gdyby do przewalutowania doszło, to firma zna dokładną kwotę, którą otrzyma z tego tytułu.

Wzbudzający największe zainteresowanie produkt pozadepozytowy, czyli lokata strukturyzowana, daje możliwość osiągnięcia zysku (tzw. premii inwestycyjnej) przewyższającego odsetki ze standardowej lokaty terminowej, a jako produkt oszczędnościowy gwarantuje zwrot kapitału na koniec okresu depozytowego. Rentowność inwestycji uzależniona jest od realizacji założonego przez klienta scenariusza zachowania się danego aktywa na rynkach finansowych (rynku walutowym, akcyjnym, surowcowym czy stopy procentowej).

Wyzwanie niskich stóp do końca 2018 r.

Dla firm, które chcą lokować nadwyżki tylko w depozyty, nie ma dobrych wiadomości. Według ekonomistów Banku Zachodniego WBK na podniesienie stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej nie można raczej liczyć przed końcówką 2018 r. – Nawet jeśli prognozy inflacji i PKB zostały podniesione i nawet jeśli kolejne dane inflacyjne będą zaskakiwać w górę, to w naszej ocenie RPP będzie cierpliwa w swoich decyzjach co do stóp – mówi Marcin Luziński, ekonomista Banku Zachodniego WBK.

Historycznie niskie stopy procentowe w połączeniu z rosnącą inflacją powodują, że oprocentowanie lokat, nawet dla dużych firm, które na ogół negocjują swoje warunki, jest na całym rynku niskie, powodując, że realne stopy zwrotu na lokatach są ujemne. Jednocześnie firmy nie mają – lub nie miały dotychczas – wielu szans na inwestowanie tych nadwyżek efektywniej. – Zdecydowaliśmy się zareagować i w ten sposób zmienić nieco rynek bankowy. Stworzyliśmy Zespół Sprzedaży Produktów Inwestycyjnych, który działa od początku 2017 r. i zajmuje się wsparciem informacyjnym i biznesowym dla firm zainteresowanych alternatywnymi sposobami lokowania nadwyżek finansowych, w tym m.in. w nasz pakiet PRO-Inwest – mówi Tomasz Górski. Potrzeba jest spora, bo firmy w Polsce mają świetną sytuację finansową i rekordową płynność. Wynik finansowy netto przedsiębiorstw zatrudniających 50 i więcej osób w 2016 r. był aż o 21,3 proc. wyższy niż w 2015 r., a NBP wskazał, że wskaźnik informujący o odsetku firm płynnych osiągnął (po raz kolejny) historycznie wysoki poziom.

* Ankieta została przeprowadzona na grupie 143 przedstawicieli klientów korporacyjnych Banku Zachodniego WBK.

Pokolenie „Y” – jak efektywnie współpracować z zespołami, które są świadome swoich silnych stron?

20 lat temu polscy szefowie budowali swoje doświadczenia i tworzyli zespoły, którym później szefowali. Często wyrastali z tych zespołów, dlatego też trudno im było znaleźć granicę pomiędzy kumplem a szefem. Głównym nurtem zarządzania, z którym wtedy się spotykałem było dyrektywne podejmowanie decyzji, bo ta dyrektywność dawała największe szanse na efektywne wdrożenie nowych projektów. W latach 90-tych wszystko wyglądało inaczej bo był to też zupełnie inny czas – czas ludzi, którzy rodzili się w latach 60-tych i 70-tych, tak jak ja. A przecież dziś w naszych projektach pracują głównie zespoły złożone z przedstawicieli pokolenia „Y” czyli ludzi, którzy przyszli na świat po 89-tym roku.

Zatem my szefowie z lat 90-tych musieliśmy dokonać zmiany w swoim zachowaniu. Ta zmiana, która dokonała się wśród menadżerów starszego pokolenia to zmiana od dyrektywności do partycypacji. Szczególnie jest to istotne podczas pracy z pokoleniem „Y”, kiedy to nie warto młodych ludzi pouczać czy oceniać, na nic zdadzą się też dobre rady. Dobry szef powinien stać się inspirującym liderem oraz coachem, który motywuje pracowników do wypracowania własnych pomysłów. Warto też porzucić twarde metody zarządzania i bazować na wiedzy, doświadczeniu oraz kompetencjach miękkich. Choć dobrze wiemy, że jeśli zarządza zespołem młodych, niedoświadczonych pracowników to przecież oni bardzo potrzebują naszej wyrazistości i jasności we wskazywaniu rozwiązań.

Jak ważne dziś jest zaangażowanie millenialsów?

Na rynek pracy wchodzi pokolenie „Y”, które bardzo źle znosi nakazy i zakazy. Osoby urodzone po 90-tym roku zaczynają swoją pracę właśnie w różnego rodzaju zespołach. 20 Lat temu, świeżo po przemianach młodzi ludzie spragnieni byli sukcesu i jego materialnych oznak – pieniędzy, aut, benefitów pozapłacowych. Sukces zawodowy był synonimem udanego życia. Polacy masowo się „dorabiali”. A żeby się dorobić musieli (i chcieli) pracować chętnie i dużo, często na dalszy plan odkładając rodziny, a także życie prywatne. Nie bez znaczenia jest też to, że młodych na rynku pracy było wtedy zwyczajnie więcej – początek lat 70-tych i 80-tych przyniosły wyż demograficzny, emigracja zarobkowa była trudniejsza. Młodzi zostawali więc na rynku i walczyli o miejsca pracy. Przy tak ostrej konkurencji i nastawieniu na sukces, szefowie mogli zarządzać twardą ręką. Szczególnie w centrach biznesu, gdzie zarobki nie były najwyższe i jakość pracy uzyskuje się poprzez nadzór oraz kontrolę.

Po 20 latach od transformacji młode pokolenia Polaków zupełnie inaczej patrzą na życie. Praca nie jest już kwintesencją i podstawą – jest jednym z elementów życia. Ważnym, ale nie kluczowym. I co bardzo istotne – elementem, który musi pozostawać w zgodzie z wartościami dwudziestokilkulatków, dając im szansę rozwoju i satysfakcję. Pokolenie „Y” to nie grupa zarozumiałych, odpornych na krytykę egoistów. Część szefów przyzwyczajona jest do bardzo zaangażowanych, pokornych i wytrwałych pracowników, którzy byli w stanie poświęcić swój wolny czas i przesiadywać w biurze do późnych godzin nocnych. Przyczyną takiego, a nie innego zachowania młodych ludzi nie jest egoizm czy arogancja. Są to najczęściej ludzie nastawieni na merytoryczne dyskusje, zaangażowani w działania, chcący wypracować wspólnie najlepsze rozwiązanie. Jeżeli więc jako szef umiejętnie pokierujesz ich pracą, mądrze przydzielisz im zadania, tacy pracownicy są w stanie stworzyć spektakularne rzeczy. Ale jeśli nakreślisz im sztywne ramy i zamkniesz się na ich sugestie – najprawdopodobniej stracą motywację i zrezygnują z pracy. Może stać się to nagle, z dnia na dzień, gdyż lojalność względem siebie oraz swoich wartości przeważa u nich nad lojalnością względem pracodawcy. 20 Lat temu pracownik tracący motywację, dostający zadania, które mu z różnych względów nie odpowiadały, zwykle zagryzał zęby, skarżył się koledze lub żonie i pracował dalej, czasami paradoksalnie starając się jeszcze bardziej licząc po cichu, że jego wysiłek nagrodzony zostanie premią czy dodatkowym bonusem. Dziś taki pracownik jasno i wyraźnie powie szefowi, że oczekuje zmian i jeśli nie nastąpią – odejdzie. Mamy kłopot z rotacją w zespołach i trudno nam jest zrekrutować zaangażowanych pracowników. Pieniądze są dla Ygreków środkiem do osiągania celów życiowych, ale już niekoniecznie oznaką sukcesu życiowego. Znacznie istotniejsze od wysokości pensji jest poczucie, że robią coś istotnego, wartościowego. Tym bardziej ważne jest, abyśmy jako szefowie potrafili ich angażować. Szefowie, z którymi pracuję raczej wiedzą, że warto dostosować swój styl zarządzania do sytuacji i zespołu. Kiedy jednak powinni zachować się dyrektywnie a kiedy partycypacyjnie, takiej pewności niestety nie mają.

Jak zarządzać zespołem składającym się z młodych ludzi?

Angażować, akceptować i słuchać. Pamiętajmy, że młodzi ludzie są w większości świetnie wykształceni. Dzięki internetowi, bardzo sprawnie korzystają z wiedzy innych. Oni naprawdę mają głowy pełne niezłych pomysłów. Zarządzając Ygrekami warto uznać, że nie ma się monopolu na wiedzę i oddać im jak najwięcej decyzji a to może być dla mojego pokolenia 40-50 latków niełatwe. Trzeba pracownikom tłumaczyć dlaczego coś robią, wyjaśniać cel oraz jasno formułować jakie dzięki ich działaniom chcemy osiągnąć korzyści, pokazywać miejsce, do którego chcemy żeby doszli, ale wybór drogi pozostawiać im. I w żadnym wypadku nie ignorować ich zdania.

Robert Zych – współwłaściciel firmy szkoleniowej Kontrakt OSH. Autor książek: „Lider sprzedaży”, „Gen Sprzedawcy”, „Szef w roli coacha” oraz najnowszej „Klient w centrum uwagi”.

Kurs dolara w trendzie spadkowym

Amerykański dolar traci na wartości wobec głównych walut światowych. Inwestorzy zwracają bowiem uwagę na napięcia polityczne. Chodzi o sytuację wokół Półwyspu Koreańskiego, gdzie armie USA i Korei Południowej rozpoczęły coroczne manewry wojskowe, co komunistyczne władze Korei Północnej mogą uznać za przygotowania do inwazji.

Z napięciem oczekiwane jest także spotkanie bankierów centralnych w Jackson Hole, które ma się odbyć w czwartek i piątek. To wszystko wzmacnia bezpieczne przystanie, jakimi są japoński jen i szwajcarski frank. Na wartości zyskuje także złotówka, co jest wiązane ze słabym dolarem.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do euro (-0,51%), brytyjskiego funta (-0,14%), dolara kanadyjskiego (-0,36%), dolara australijskiego (-0,26%) oraz japońskiego jena (-0,02%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,18, GBP/USD – 1,289, USD/CAD – 1,255, AUD/USD – 0,794 i USD/JPY – 109,2. Euro jest silniejsze wobec japońskiego jena (+0,54%) i kurs EUR/JPY wynosi 128,9, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,916. Złotówka zyskuje do dolara, funta i franka szwajcarskiego, a pozostaje na tym samym poziomie do euro. We wtorek rano dolar kosztuje 3,62 zł, euro – 4,27 zł, funt – ponad 4,66 zł, a frank – poniżej 3,76 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach mieszanka koloru czerwonego i zielonego. W poniedziałek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,07%, frankfurcki indeks DAX – o 0,82%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,52%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 wzrósł o 0,12%, meksykański indeks Bolsa podniósł się o 0,32%, a brazylijski indeks Bovespa spadł o 0,12%. We wtorek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,05%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,1%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 1,2%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych wzrostach cena ropy naftowej znacznie obniża się. W poniedziałek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 51,66 USD (-2,05%), a ropy WTI – 47,37 USD (-2,41%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca spadła o 1 USD do 54 USD. Z kolei wartość złota minimalnie rośnie. We wtorek rano uncję metalu rynek wycenia na 1287 USD. To 1 USD więcej (+0,08%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 11:00 – Niemcy – Indeks instytutu ZEW, sierpień (prognoza 15)
  • 12:00 – Wielka Brytania – Wskaźnik zamówień wg CBI, sierpień (prognoza 10)
  • 14:00 – Strefa euro – Wystąpienie wiceszefa EBC
  • 14:00 – Węgry – Decyzja ws. stóp procentowych (prognoza 0,90%)
  • 14:30 – Kanada – Sprzedaż detaliczna (m/m), czerwiec (prognoza 0,3%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

OFE do likwidacji. Zmiany w polityce USA

Zamknięcie Otwartych Funduszy Emerytalnych coraz bardziej realne. Amerykanie jednak nie wycofają się tak szybko z Iraku. Dobre dane z Wlk. Brytanii nie pociągnęły funta w górę.

Co dalej z OFE?

Temat otwartych funduszy emerytalnych jest tylko wbrew pozorom mało istotny dla rynków finansowych. Warto zwrócić uwagę, że po likwidacji tego bytu pieniądze, które są zainwestowane w różne aktywa będą musiały zostać z nich wyjęte i przekazane do Funduszu Rezerwy Demograficznej oraz nowych bytów, które zastąpią fundusze emerytalne. W rezultacie jeżeli środki były inwestowane za granicą czeka nas ich masowe przewalutowanie, które powinno wówczas wzmacniać złotego. Z drugiej strony obcy kapitał może uciekać z Polski bojąc się tąpnięcia na giełdzie po zamykaniu OFE. W takim scenariuszu wpłynęłoby to na osłabienie złotego. Warto zwrócić uwagę, że wstępny termin zmian czyli lipiec 2018 nie jest wcale pewny. Powodem są problemy techniczne i proceduralne. Coraz bardziej prawdopodobny okazuje się zatem termin stycznia 2019 roku.

Zmiana polityki zagranicznej USA

Prezydent Donald Trump przedstawił nową doktrynę polityczną. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie ma już mowy o przewlekłym i bezskutecznym zaangażowaniu w Afganistanie. Znalazły się za to fragmenty o nietworzeniu próżni dla terrorystów i Państwa Islamskiego. Taki ruch może oznaczać dalsze zaangażowanie wojsk w jeszcze większych liczbach. Oznacza to kolejne koszty. Biorąc pod uwagę budżet USA może to spowodować kolejne podejście pod rozstanie się z programem ObamaCare.

Dobre dane  z Wielkiej Brytanii

Po tym jak ostatnie dni nie rozpieszczały funta wreszcie przyszedł czas na dobre dane z wysp. Wskaźnik zamówień wg CBI niespodziewanie wzrósł o 3 pkt. Sam kurs zareagował dość leniwie, ale warto zwrócić uwagę, że od grudnia waluta brytyjska jest z drobnymi przerwami wciąż w trendzie spadkowym. W rezultacie dane te mogły nie tyle spowodować odbicie co spowolnić spadki funta, który ostatnimi dniami pogłębia wielomiesięczne minima kursowe.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – Kanada – sprzedaż detaliczna.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Perspektywa dla ropy naftowej

Od pierwszego kwartału 2016 roku notowania ropy naftowej WTI poruszają się w wąskim przedziale cenowym 38-55 USD. Na horyzoncie nie widać czynników, które mogłyby doprowadzić do mocniejszego wybicia i wzrostu powyżej 60 USD. Niemniej jednak w krótkim terminie widać kilka czynników, które po raz kolejny mogą zepchnąć notowania czarnego złota w okolicę 40-44 USD za baryłkę.

Short term

W krótkim terminie na rynku ropy naftowej możemy spodziewać się większej przeceny. Pierwszym tego powodem jest rosnąca amerykańska podaż tegoż surowca. Ostatni raport EIA wskazał iż amerykańskie wydobycie ropy naftowej wzrosło o kolejne 79 tysięcy baryłek dziennie do poziomu 9,5 mbpd. Większość agencji prognozuje przekroczenie 10 milionów baryłek dziennie, zatem nie jest to duże zaskoczenie. W warunkach niskiego wzrostu gospodarczego i rosnącej produkcji czarnego złota rynek nie zbilansuje się tak szybko jak wcześniej przewidywano.

Perspektywa dla ropy naftowej 11

Źródło: Bloomberg

Kolejnym negatywnym czynnikiem dla notowań ropy naftowej jest Libia oraz rosnąca podaż czarnego złota. W połowie 2016 roku wydobycie libijskiej ropy było na poziomi niespełna 400 tysięcy baryłek dziennie, z kolei na 2017 roku przewiduje się, że zostanie przywrócona do 1,2 miliona mbdp.

Na tym nie koniec, czynnikiem, który może dolać oliwy do ognia jest OPEC, a dokładniej porozumienie o zmniejszeniu podaży czarnego złota. Porozumienie kartelu naftowego o obniżeniu podaży surowca obowiązuje od początku roku, w założeniu podaż państw przynależących do kartelu miała zmniejszyć podaż ropy naftowej o 1 164 tysięcy baryłek dziennie. W praktyce wygląda to tak, że na siedem ostatnich miesięcy tylko w trzech udało się zrealizować target.

Perspektywa dla ropy naftowej 12

Źródło: Bloomberg

W czerwcu kartel naftowy zrealizował swój plan w 84 procentach, natomiast w lipcu wynik był lepszy i wyniósł 86 procent. Niemniej jednak warto spojrzeć na deklaracje państw nienależących do OPEC, które w poprzednim miesiącu zrealizowały swój cel jedynie w 73 procentach.

Na domiar złego, sama Arabia Saudyjska nie zdołała wypełnić swojego zadania. Na 486 tysięcy baryłek zdeklarowanego cięcia wykonała swój cel w 477 tysiącach. Różnica jest mała, ale widać, że postanowienie OPEC zdaje się być już nieaktualne.

Long term

Długi termin jest bardziej optymistyczny niż krótki. Niskie ceny ropy naftowej prowadzą do coraz większych problemów budżetowych państw OPEC. Dla przykładu, całkowity koszt wytworzenia oraz sprzedaży baryłki Arabii Saudyjskiej jest na poziomie 51 USD, jeżeli notowania ropy naftowej znajdują się poniżej tej ceny, to produkcja w długim terminie staje się niemożliwa.

Perspektywa dla ropy naftowej 13

Źródło: Visual Capitalist

Powyższa grafika przestawia poszczególne państwa oraz koszt wydobycia jednej baryłki. Przerywana linia pozioma pokazuje średnią cenę ropy naftowej. Państwa, które znalazły się nad tym poziomem dopłacają do produkcji każdej baryłki.

Reasumując, niskie ceny ropy naftowej mogą zostać utrzymane w krótkim terminie, natomiast w długim w sektorze paliwowym dojdzie do kaskady bankructw, które automatycznie zredukują całą nadpodaż czarnego złota.

 

Ile pieniędzy Europejczycy przeznaczają na transport?

Transport jest jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się gałęzi gospodarki. Jak wynika z danych opublikowanych przez Komisję Europejską sektor ten stanowi aż 13 proc. całkowitych wydatków gospodarstw domowych[1]. Organ szacuje także, że do 2050 r. transport pasażerów wzrośnie o ok. 40 procent, a towarów nawet do 60 procent. Ekspert VIAON wyjaśnia, co stanowi składowe kosztów, które Europejczycy przeznaczają na transport.

Z końcem maja Komisja Europejska ogłosiła tzw. Pakiet Drogowy, czyli planowane zmiany dotyczące transportu drogowego.  Wraz z dokumentem organ przedstawił również dane poświadczające, jak istotną rolę odgrywa transport w rozwoju gospodarczym. Jak wynika z zaprezentowanych informacji, w sektorze tym pracuje obecnie ponad 11 mln osób, co stanowi aż 5 proc. całkowitego zatrudnienia w Europie. Co więcej, koszty związane z transportem drogowym to prawie połowa wszystkich aktywności w ramach przewozu towarów. Jak wskazuje Komisja Europejska, to jedna z branż, która w znaczący sposób wpływa również na społeczeństwo. Sektor przewozowy pomaga określić, w jaki sposób ludzie, przedsiębiorstwa, wspólnoty i poszczególne kraje ze sobą współdziałają. Obecnie, aż 13 proc. całkowitych wydatków gospodarstw domowych w Europie stanowi właśnie transport.

„Szeroko rozumiany transport to jeden z największych wydatków Europejczyków. Koszty te mogą oczywiście różnić się w zależności od charakteru danego gospodarstwa. Z pewnością są one nieco większe w miastach niż na wsiach, co wynika z wyższych stawek w zakresie własności pojazdów czy też liczby kilometrów, które codziennie pokonują mieszkańcy dużych ośrodków. Co więcej, gospodarstwa, które nie posiadają samochodów, wydają znacznie mniej na transport, ponieważ nie dotyczą ich zmiany cen benzyny czy składek ubezpieczeniowych pojazdu. Nie oznacza to jednak, że osoby korzystające z transportu publicznego, nie mają wpływu na kwotę, która zostaje przeznaczona na cały sektor przewozowy. Możemy spodziewać się, że w najbliższych latach wydatki te będą stanowiły jeszcze większą część naszych budżetów. Wynika to bezpośrednio z wprowadzanych i planowanych zmian, takich jak propozycje Pakietu Drogowego czy obowiązywanie płacy minimalnej dla kierowców zawodowych w poszczególnych krajach europejskich” – komentuje Bartosz Najman, Chief Excecutive Officer VIAON.

Jak wynika z danych Komisji Europejskiej, przez najbliższe kilkadziesiąt lat branża transportowa będzie stale się rozwijać. Szacuje się, że od 2010 r. do 2050 r. transport pasażerski wzrośnie o około 42 procent, a oczekiwany przyrost przewozu towarów o nawet 60 procent.

„Należy zdawać sobie sprawę, że nasze wydatki związane z transportem to nie tylko kwestia posiadanych pojazdów czy biletów zakupywanych na przejazdy publiczne. Każdego dnia wydajemy pieniądze na dobra konsumenckie, takie jak artykuły spożywcze czy odzieżowe. Oznacza to, że kupując tego typu produkty przeznaczamy pewną część naszego budżetu domowego również na transport. Jako konsumenci ponosimy koszty związane z importem czy dostawą towarów do sklepu, a wydatki te w dużej mierze zależą od efektywności firm przewozowych. Przedsiębiorstwa, które korzystają z nowoczesnych rozwiązań telematycznych czy też zintegrowanych systemów rozliczania kierowców, zauważają większą wydajność w zarządzaniu flotą pojazdów. Mniej pomyłek lokalizacyjnych popełnianych w trasie czy prawidłowe rozliczenie czasu pracy kierowcy mogą przyczynić się do ograniczenia wydatków, które każdego roku przeznaczamy na transport” – dodaje Bartosz Najman.

Ekspert zaznacza, że wzrastają nie tylko wydatki gospodarstw domowych. Również poszczególne kraje europejskie coraz więcej pieniędzy przeznaczają na transport i infrastrukturę drogową. W 2017 r. rząd Polski przeznaczy aż 9,62 mln złotych na realizację zadań z tego sektora. Wydatki mają wpłynąć na administrację drogową, poprawę bezpieczeństwa na trasach oraz samą infrastrukturę. Całkowita kwota, jaka zostanie wydana na szeroko rozumiany transport to ponad 18 mld złotych, z czego największą część tej kwoty otrzyma transport drogowy. Na drugim miejscu jest kolej, a dalej transport morski i żegluga śródlądowa. Natomiast najmniejszą kwotę przewidziano na wydatki związane z lotnictwem.

[1] Dane statystyczne zaprezentowane w informacji prasowej pochodzą z materiałów opublikowanych przez Komisję Europejską: https://ec.europa.eu/transport/sites/transport/files/mobility-package-factsheet-overall.pdf

Polacy zmieniają posady nawet dwa razy w roku, bo nie ufają pracodawcom

Zatrudnieni szybko dostrzegają, że ich oczekiwania nie są spełniane w kolejnych miejscach pracy. Traktują je więc jako tymczasowe. Szefowie, chcąc budować mocne i stabilne zespoły, powinni podchodzić indywidualnie do swoich podwładnych. Często osoby, będące na tym samym stanowisku, potrzebują innego rodzaju wsparcia.

Jak zauważa Antonio Carvelli, Członek Zarządu międzynarodowej agencji pracy Gi Group, wciąż jeszcze niewielu polskich pracodawców rozumie, że należy zapewniać zatrudnianym osobom właściwe warunki do ich indywidualnego rozwoju. Ponadto, właścicielom firm brakuje odpowiedniej świadomości w zakresie aktualnych trendów na rynku pracy. Zdaniem eksperta, wciąż pokutuje wizerunek pracownika jako poddanego, z czasów gdy o pracę było znacznie trudniej, niż obecnie. Skutkuje to zniechęceniem zatrudnionych do wykonywanych obowiązków, gdyż oni oczekują partnerskiego traktowania. Rozwiązaniem jest przesterowanie myślenia menedżerów na długofalowe profity, jakie mogą wygenerować tylko stabilne zespoły.

– Gdy 12 lat temu przeprowadziłem się do Polski, byłem zszokowany tym, że tutejsi inżynierowie musieli szukać pracy za granicą, np. jako spawacze w Irlandii. Obecnie bezrobocie jest na rekordowo niskim poziomie. Ale problem stanowi zniechęcenie pracowników do pracodawców. Ufność zatrudnianych osób wobec firm spada zaraz po tym, jak zaczynają w nich pracę. Powodem jest to, że nie otrzymują pomocy i porad od swoich przełożonych na temat tego, w jaki sposób mogą się zaklimatyzować. Jeśli korporacja nie tworzy odpowiednich warunków do rozwoju potencjału jednostki, personel zaczyna traktować nowe miejsce jako tymczasowe – mówi Antonio Carvelli.

Na zmianę posady najczęściej decydują się młode osoby, które mają wysokie poczucie własnej wartości. Wiedzą, co mogą zaoferować na rynku pracy i bezwzględnie to wykorzystują. Jeżeli nie rozwijają się w jednej firmie, to szukają swojej szansy w następnej. Tymczasem, ciągłe rekrutowanie pracowników jest dość kosztowne dla pracodawców. Dlatego, przyjmując kandydata do pracy, należy brać pod uwagę nie tylko jego umiejętności. Według eksperta, zatrudniony powinien odpowiadać również charakterologicznie przełożonemu i pasować osobowościowo do całego zespołu. To pozwala na pełne zaangażowanie w pracę i wykształcenie się nici zaufania na linii pracodawca-pracownik.

– W 2012 roku badaliśmy poziom zaufania pracowników w stosunku do pracodawców w 6 krajach, czyli w Polsce, Niemczech, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, a także we Włoszech i we Francji. Wówczas tylko 39% ankietowanych Polaków deklarowało, że ufa swoim szefom. Wszystkie obserwacje opisaliśmy w raporcie European Labour Trust Index. Dziś sprawdzają się nasze prognozy na temat wysokiej rotacji na rynku pracy, bo polscy pracownicy zmieniają miejsce zatrudnienia nawet dwa razy w roku. Szukają nowych posad, oddalonych nawet 300-400 km od ich domów. Odległość nie ma znaczenia, bo liczą się wartości, reprezentowane przez korporacje, np. troska o pracowników – zaznacza Antonio Carvelli.

Zdaniem eksperta, polskie przedsiębiorstwa powoli zaczynają być świadome tego, że należy dostosować przekaz, elementy procesu rekrutacyjnego i samo środowisko pracy do zróżnicowanych potrzeb zatrudnianych osób. Pracodawcy zaczęli bardziej interesować się ich oczekiwaniami dopiero w ostatnim roku, gdy w naszym kraju wykształcił się rynek pracownika. Jednak, w tym zakresie nie wystarczy powierzchowna i ogólna wiedza. Właściwe wsparcie kompetencyjne może wynikać tylko z codziennej obserwacji i analizy, dokonywanej w ramach współpracy przełożonego z podwładnym.

– Jeśli pracownik jest ambitny, nieprzeciętny i chce się uczyć, to powinien mieć absolutną pewność co do swojej przyszłości i możliwości kariery w danej organizacji. Ważne jest zapewnienie mu poczucia stabilności życiowej. Pracodawca powinien nakreślić zatrudnionemu ścieżkę rozwoju i stopniowo wdrażać go w nowe obowiązki, czasem nawet spoza głównego obszaru jego działań. Ponadto, indywidualne podejście do podwładnego należy dostosować do typu stanowiska, branży, wieku danego człowieka i jego osobistej sytuacji – uważa Antonio Carvelli.

W ocenie eksperta, tzw. „rzucanie na głęboką wodę” nie jest wskazane we wszystkich przypadkach. To bardzo indywidualna kwestia. Pracodawca powinien zdiagnozować potencjał swojego pracownika, a dopiero potem dostosować do niego właściwą ścieżkę rozwoju. Jej kierunek musi być jasny i iść w parze ze wzrostem wynagrodzenia. W przeciwnym wypadku, ambitna osoba prędzej czy później zacznie szukać nowej pracy, ponieważ będzie chciała czuć się poważnie traktowana. Ponadto, ludzi, nawet po 30. roku życia, istotnie demotywuje brak pochwał. Czasem są uważani za lekkomyślnych i nielojalnych. Ale zwykle taka ocena wynika z niedopasowania się organizacji do obecnie panujących trendów na krajowym rynku pracy.

Pierwsze symptomy słabnięcia

Sesje tego tygodnia odbywają się w cieniu ewidentnego wyczekiwania na weekendowe sympozjum bankierów centralnych w amerykańskim kurorcie Jackson Hole. Inwestorzy czujność zachowują również w kwestii zamieszania politycznego w USA oraz napić geopolitycznych wokół Korei Północnej. Dopiero na dalszym planie są nieliczne publikacje makro.

Wśród nich najistotniejsze dotyczą Eurolandu i będzie to seria wskaźników odzwierciedlających nastroje sektora finansowego i biznesu. Dziś poznamy wartość wskaźnika ZEW za sierpień, kolejne dni to publikacje wstępnych PMI i Ifo. Wzrost gospodarczy w pierwszej połowie roku było nadspodziewanie silny. Wystarczy powiedzieć, że na koniec marca oczekiwano dynamiki PKB w drugim kwartale na pułapie nieznacznie ponad 1,5 proc. W rzeczywistości gospodarka strefy euro wzrosła o 2,2 proc. rok do roku. Dodatkowo bardzo pozytywnie zaskoczyły peryferia Eurolandu. Siła i jakość żywienia są w końcu fundamentem optymizmu ECB względem ścieżki inflacji. To z kolei napędzało wzrosty euro. Teraz powoli zaczyna przychodzić czas na udowodnienie, że optymizm Rady Prezesów jest uzasadniony. Oczekujemy, że – choć nie ma powodu do bicia na alarm – to w drugiej połowie roku tempo ożywienia nieco wyhamuje. Będzie to dawać powody do rewizji oczekiwań inwestorów względem tempa normalizacji polityki przez ECB. Jest to także jedna z przesłanek uzasadniających umiarkowane osłabienie złotego, którego zachowanie jest w dużej mierze pochodną sytuacji gospodarczej na Starym Kontynencie.

Wartości wskaźnika ZEW w dużej mierze zależne są natomiast od koniunktury na niemieckim parkiecie a przecież indeks DAX kieruje się niechybnie do trzeciego kolejnego miesiąca zakończonego stratą. Nastrojom szkodzi też siła wspólnej waluty, wyraźne piętno może odcisnąć też niepewność geopolityczna. W rezultacie oczekiwany jest skromny spadek obu składowych: kluczowych oczekiwań i mniej istotnej oceny bieżącej (odpowiednio z 17,5 do 15 pkt oraz 86,4 do 85,2 pkt).

W poniedziałek dolar tracił na wartości, spadały również rentowności amerykańskich obligacji skarbowych. Awersja do ryzyka przestała jednak wzbierać. Główne pary walutowe pozostały jednak zamknięte w ugruntowanych przedziałach wahań. Eurodolar nie wyszedł ponad 1,1840. USD/JPY nie przełamał trwale 108,80 i zawraca obecnie w kierunku 109,50. W pierwszym przypadku zakładamy utrzymanie tego pasma zmian, w drugim widzimy szanse na ruch do 110,00 pomimo rynkowego marazmu i sennej atmosfery wyczekiwania. GBP/USD utrzymuje przedział wahań 1,2830 – 1,2915. Spodziewamy się, że funt będzie jedną z najsłabszych walut G-10 i oczekujemy wyjścia dołem z tej konsolidacji i ruchu w kierunku 1,26.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Ogromny wzrost rynku gier mobilnych. Polskie produkcje chętnie ściągane przez graczy zagranicznych

Ogromny wzrost rynku gier mobilnych. Polskie produkcje chętnie ściągane przez graczy zagranicznych 14

Coraz więcej Polaków korzysta ze smartfonów. Efektem jest skokowy wzrost popularności cyfrowej rozrywki i segmentu gier mobilnych. W tym roku wartość całego polskiego rynku gier ma sięgnąć prawie 2 mld zł, z czego prawie jedna trzecia przypadnie na segment gier mobilnych. W produkcje na smartfony i tablety gra już prawie 7 mln Polaków. Rodzime studia deweloperskie coraz skuteczniej konkurują na globalnym rynku gier, a drzemiący w nim potencjał dostrzegają również duże koncerny.

Polski rynek gier mobilnych rozwija się bardzo dynamicznie, ale nie powstały na nim jeszcze produkty i gry w pełni dorównujące jakością światowym tytułom – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Stępniak, community manager w Cherrypick Games.

Holenderska agencja Newzoo, która monitoruje rynek gier, oszacowała, że w tym roku jego wartość sięgnie prawie 109 mld dol., z czego 42 proc. przypadnie na segment gier mobilnych. Z raportu „Global Games Market Report” wynika również, że branża będzie rosnąć w skokowym tempie i już w 2020 roku będzie warta 128,5 mld dol. – z czego 64,9 mld dol. przypadnie na segment mobile. Globalnymi liderami w tej branży są Chiny, Stany Zjednoczone i Japonia.

W gry mobilne gra około 7 mln Polaków, na całym świecie to ok. 1,9 mld osób. Wartość całego segmentu gier jest w Polsce szacowana na ok. 489 mln dol., czyli blisko 2 mld zł. Gry na smartfony i tablety generują prawie jedną trzecią tej wartości, a ich udział z roku na rok wzrasta.

Potencjał tego rynku jest bardzo duży. Mamy przykłady firm zza granicy, które osiągają dzienne milionowe zarobki na pobraniach gier czy mikropłatnościach. Jest do czego dążyć, ale najważniejsza jest sama gra. Jeżeli będzie wysokiej jakości, to gracze ją docenią, a za tym idzie sukces – mówi Łukasz Stępniak.

Wśród czynników, które przyczyniają się do rozwoju branży, jest wzrost liczby posiadaczy urządzeń mobilnych oraz rozwój technologii trójwymiarowej rzeczywistości. Polskie firmy mają natomiast szansę skutecznie konkurować na globalnym rynku, zwłaszcza że koszty produkcji gier są w Polsce niższe niż na Zachodzie. Potwierdza to przykład Cherrypick Games. Kluczowy produkt spółki, gra My Hospital, dziennie notuje ok. 40 tys. nowych ściągnięć i jest dostępna w 200 krajach. Od debiutu w styczniu 2017 roku ściągnięto ją już ponad 3,6 mln razy, głównie w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech oraz Chinach.

– Polski rynek nie ma żadnych ograniczeń, żyjemy w czasach globalnej wioski. Każde studio z Polski, Holandii czy innego miejsca na świecie ma takie same szanse, jak wszyscy inni. Gra musi się bronić sama, tylko wtedy może odnieść sukces – ocenia Łukasz Stępniak.

Zdaniem przedstawiciela Cherrypick Games w związku z rozwojem całej branży wzrastać będzie zapotrzebowanie na specjalistów, deweloperów i programistów, którzy będą tworzyć takie gry.

– To zawód przyszłości, atrakcyjny dla młodych ludzi i połączony z rozrywką. Wymagana jest oczywiście ciężka praca, ale rynek gier na świecie cały czas się rozwija. Codzienne dostajemy nowe newsy, codziennie wychodzą nowe technologie, ktoś pracuje nad nowymi grami, więc jest to bardzo dynamiczne środowisko, które na pewno w najbliższym czasie nie zniknie z rynku – ocenia Łukasz Stępniak.

Potencjał drzemiący w sektorze gier został też dostrzeżony wyżej – na poziomie rządowym. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju uruchomiło program GameINN, który do 2023 roku ma znacząco zwiększyć konkurencyjność krajowego sektora producentów gier wideo. W pierwszym etapie NCBiR przeznaczyło na ten cel 116 mln zł, które zostały rozdzielone między 38 projektów i studiów deweloperskich, w tym Cherrypick Games.

15 proc. rodziców nie edukuje swoich dzieci w zakresie finansów. Co dziesiąty uważa, że to zbędna wiedza w tym wieku

15 proc. rodziców nie edukuje swoich dzieci w zakresie finansów. Co dziesiąty uważa, że to zbędna wiedza w tym wieku 15

Dziewięciu na dziesięciu Polaków jest zdania, że dzieciom i młodzieży w wieku szkolnym należy dostarczać wiedzy z dziedziny finansów osobistych i zarządzania pieniędzmi – wynika z badania Barometr Providenta. Ponad połowa uważa, że ciężar tej edukacji powinien spoczywać na rodzicach. Wciąż jednak wielu z nich nie podejmuje żadnych działań w tym kierunku.

55 proc. ankietowanych uważa, że ciężar związany z edukacją finansową powinien spoczywać przede wszystkim na rodzicach, a 39 proc. twierdzi, że to w szkole powinny być specjalne przedmioty związane z nauczaniem tego, jak gospodarować pieniędzmi i jak je inwestować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik ds. komunikacji w Provident Polska. – Z naszych obserwacji wynika jednak, że rodzice i szkoła to za mało. Dzieci szukają informacji o finansach także w mediach, na blogach internetowych, na YouTubie, bo chcą spożytkować i spieniężyć to, co już mają.

Blisko połowa rodziców (46 proc.) dzieci w wieku 6–18 lat deklaruje, że zachęca swoje pociechy do oszczędzania własnych pieniędzy otrzymywanych w ramach kieszonkowego lub w prezencie. 38 proc. rodziców daje swoim pociechom co miesiąc kieszonkowe, pomaga rozsądnie zarządzać tym budżetem, a także wymaga ponoszenia ewentualnych skutków swoich decyzji, np. nieprzemyślanych wydatków. Niewiele mniej (36 proc.) badanych przyznaje, że rozmawia z potomkami o podejściu do pieniędzy i sposobach rozsądnego ich wydawania.

– Edukując dzieci, przede wszystkim mówimy o oszczędzaniu, dajemy kieszonkowe, uczymy zarządzać wydatkami, organizujemy luźne pogadanki. Rzadziej natomiast włączamy je w poważniejsze rozmowy o domowych finansach – dodaje Karolina Łuczak.

Tylko w co piątym domu dziecko jest zapraszane do wspólnych rodzinnych rozmów na temat finansów domowych, a kilka procent respondentów podsuwa dzieciom wartościowe informacje i artykuły z mediów. 15 proc. rodziców dzieci w wieku szkolnym nie podejmuje żadnych konkretnych działań, żeby edukować je w zakresie finansów.

 To, jak rodzice gospodarują własnymi finansami i organizują budżet domowy, ściśle koreluje z tym, jaki mają stosunek do edukacji finansowej swoich pociech. Gospodarstwa domowe z niższym budżetem, które słabiej radzą sobie na rynkach finansowych, nie przykładają wielkiej wagi do edukacji finansowej swoich dzieci – mówi Anna Karasińska, ekspert ds. badań rynkowych w Provident Polska. – Mimo że w Polsce edukacja finansowa dzieci staje się tematem coraz bardziej popularnym, 58 proc. z nas uważa, że powinna się ona ograniczyć tylko do podstawowych elementów, niespełna jedna trzecia to zwolennicy pełnej edukacji – dodaje ekspertka.

Niepokojące jest to, że co dziesiąty Polak wyraża opinię, że edukacja finansowa jest dzieciom i młodzieży poniżej 18 roku życia zbędna, gdyż decyzję w tym temacie podejmują za nich rodzice. Tymczasem od przyzwyczajeń nabytych w dzieciństwie zależeć będzie, czy następne pokolenia będą umiały poradzić sobie w dorosłym życiu z zarządzaniem swoimi dochodami czy długami.

Druk podążający zapewnia bezpieczny wydruk poufnych dokumentów. Wkrótce może być autoryzowany także metodami biometrycznymi

Druk podążający zapewnia bezpieczny wydruk poufnych dokumentów. Wkrótce może być autoryzowany także metodami biometrycznymi 16

Druk podążający to innowacyjne rozwiązanie, które pozwala skutecznie kontrolować koszty druku biurowego, a także chronić wszelkie dane przed niepożądanymi osobami. Badanie sporządzone przez ośrodek Quocirca wskazuje, że to właśnie bezpieczeństwo środowiska wydruku jest priorytetem dla 75 proc. respondentów biorących w nim udział.

Follow me Printing, czyli po polsku druk podążający, to zmiana dotychczasowego obiegu dokumentów w przedsiębiorstwach. Polega on na tym, że zlecenie wydruku z komputera realizowane jest dopiero wówczas, gdy zlecający fizycznie podejdzie do firmowej drukarki i autoryzuje swój wydruk. Dzięki takiemu rozwiązaniu można uniknąć nadmiernej liczby dokumentów wydrukowanych przez drukarkę z różnych źródeł. Dodatkowo wydruk podążający zwiększa bezpieczeństwo, gdyż wydrukowane dokumenty trafiają wyłącznie do rąk zlecającego wydruk.

Innowacyjne rozwiązanie na rynku wydruków pomaga chronić dane za pomocą różnorakich metod uwierzytelniania. Obecnie często spotykanymi zabezpieczeniami są autoryzacje typu: login/hasło oraz PIN. Najpopularniejszym rozwiązaniem w firmach jest jednak korzystanie z karty zbliżeniowej.

– Zakładam, że w niedalekiej przyszłości spotkamy się z autoryzacją poprzez czytniki biometryczne (np. czytnik linii papilarnych). Natomiast na razie na tego typu rozwiązania trzeba jeszcze chwilę poczekać, ponieważ są one zbyt drogie w stosunku do rozwiązań stosowanych powszechnie na rynku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Daniel Kobyliński, projekt manager firmy OKI Systems.

Bezpieczeństwo wydruku to priorytet dla 75 proc. respondentów biorących udział w badaniu ośrodka Quocirca. Prawie 90 proc. badanych planuje lub dokonało już jego audytu w celu zdiagnozowania niedociągnięć i rozpoczęcia prac naprawczych. To problem dotyczący zarówno prywatnych, jak i publicznych instytucji. Odpowiedzią na potrzeby bezpieczeństwa w zakresie wydruku może być wprowadzenie systemu wydruku podążającego, w ramach którego wszystkie zlecenia wydruku są kontrolowane przez odpowiednio zabezpieczony centralny serwer.

– Cały system wydruku podążającego oparty jest o zainstalowany w siedzibie firmy serwer aplikacji. Ten serwer zabezpieczony jest od strony sieciowej poprzez mechanizmy dostępne i używane przez daną firmę. System wydruku podążającego nie niesie za sobą dodatkowych wymogów stawianych bezpieczeństwu sieci jako takiej, do niego mamy dostęp z zewnątrz za pośrednictwem kanału VPN i nie jest on w mojej ocenie narażony na dodatkowe ataki – tłumaczy Daniel Kobyliński.

Wydruk podążający może być również realizowany zdalnie. Rozwiązania oparte na VPN stosowane są np. w sieciach korporacyjnych firm, których zdalni użytkownicy pracują ze swoich domów na niezabezpieczonych łączach. Połączenie VPN tworzy specjalny tunel, przez który płynie ruch w ramach sieci prywatnej, co gwarantuje użytkownikom o wiele wyższy poziom bezpieczeństwa

– W przypadku pracy zdalnej wydruk podążający może być realizowany poprzez połączenia VPN z poziomu hosta, komputera użytkownika czy z urządzeń mobilnych. Taki sam kanał VPN możemy zbudować z urządzeń mobilnych, w ten sposób zyskując dostęp do serwera aplikacji zainstalowanego w firmie. Ponadto możemy mieć z nim pełne połączenie, tak jak byśmy byli w biurze i realizować ten wydruk w oparciu o aplikację mobilną działającą na naszym urządzeniu – podsumowuje Daniel Kobyliński.

Dobre perspektywy przed polską giełdą. Jesienią lepsze wyniki mogą notować spółki eksportowe i IT

Dobre perspektywy przed polską giełdą. Jesienią lepsze wyniki mogą notować spółki eksportowe i IT 17

Zdaniem analityków Templeton Asset Management TFI jesień na światowych giełdach będzie udana, ponieważ światowa gospodarka stabilnie się rozwija. W Polsce dobre wyniki notować mogą spółki informatyczne oraz eksportowe. Eksperci przypominają, że pierwsza połowa 2017 roku przyniosła wzrosty na większości światowych giełd, zwłaszcza za oceanem, a także na rynku polskim. 

– Jesteśmy umiarkowanymi optymistami, patrząc na II połowę 2017 roku. Ten optymizm bierze się z poprawiającej sytuacji w gospodarce światowej. Ostatnio MFW podwyższył prognozę wzrostu gospodarczego dla wielu krajów, szczególnie europejskich. To znajduje swoje odzwierciedlenie w raportowanych wynikach spółek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Musialik, zarządzający portfelem i członek zarządu Templeton Asset Management TFI. – Zarówno spółki za oceanem, jak i spółki europejskie lekko przebiły oczekiwania analityków, raportując wyniki za II kwartał 2017 roku. Giganci tacy jak Facebook, Apple czy Samsung zaraportowali bardzo dobre wyniki. To poprawia sentyment inwestycyjny i pcha kursy akcji w górę.

Najważniejsze światowe indeksy (z wyjątkiem francuskiego CAC 40) pobiły w tym roku kolejne rekordy. Od początku roku amerykański Dow Jones zyskał ponad 11 proc., S&P 500 – ponad 10 proc., a Nasdaq – ponad 17 proc. Nieco słabiej wypadła Europa Zachodnia, choć tam główne indeksy również są blisko historycznych poziomów. Brytyjski FTSE zyskał niecałe 3 proc., francuski CAC – ponad 5,3 proc., zaś niemiecki DAX – niemal 6 proc. Na tym tle bardzo dobrze wypada Warszawski Indeks Giełdowy, który zanotował wzrost od początku roku o ponad jedną piątą i jest na poziomach sprzed kryzysu finansowego 2008–2009. Gorzej ma się indeks największych spółek, który wprawdzie ma w tym roku jeszcze wyższą dynamikę (22 proc.), jednak poziomom nie tylko z 2007 roku, ale nawet 2011 czy 2015 roku jeszcze nie dorównał.

– Polski rynek zachowywał się bardzo dobrze w 2017 roku. Indeks WIG jest nieznacznie powyżej historycznego maksimum. Uważamy, że jest duża szansa na to, że to maksimum zostanie przekroczone. Jednakże inne kraje rozwijające się będą zachowywały się lepiej niż rynek polski, dlatego w naszym funduszu Franklin Zdywersyfikowany Akcji mamy znaczącą pozycję zagraniczną – wyjaśnia Musialik. – Wyniki tego funduszu w tym roku są bardzo dobre, przede wszystkim są wspierane przez nasze inwestycje w spółki z sektora technologicznego oraz sektora IT.

Jak mówi członek zarządu Templeton Asset Management TFI, są to spółki, których działanie uzależnione jest od trendów strukturalnych w światowej gospodarce, takich jak internet rzeczy, big data czy sztuczna inteligencja, a rozwój tych obszarów wspiera wzrost zysków tych spółek. W portfelu funduszu ponad 90 proc. to akcje spółek polskich i zagranicznych. W ciągu ostatniego roku wartość jednostek funduszu wzrosła o 17,3 proc., a od początku roku – o 12,8 proc. Od swojego powstania w marcu 2016 roku fundusz wypracował 23,7 proc. zysku.

– W Polsce przede wszystkim analizujemy te spółki informatyczne, które mają ciekawy produkt, mogący zainteresować kupców na rynkach zagranicznych. Spółki informatyczne są atrakcyjne przede wszystkim ze względu na to, że jest to łatwo skalowalny biznes. Podbijając rynki zagraniczne, firma nie musi stawiać kolejnych fabryk, wystarczy, że produkt jest dobry i to pozwala rozwijać się na rynkach zagranicznych i notować wzrost zysków – tłumaczy członek zarządu Templeton Asset Management TFI.

IT to jednak nie jest jedyny sektor, który jest wart zainteresowania w oczach inwestorów i zarządzających. Krzysztof Musialik radzi się przyjrzeć eksporterom. W pierwszej połowie roku polski eksport liczony w euro (a strefa euro to największy odbiorca polskich produktów, odpowiadający za 57 proc. wartości transakcji) wzrósł o 8,4 proc. rok do roku do ponad 99 mld euro. To przeszło 426 mld zł.

– Uważam, że spółka, która osiągnęła sukces na rynkach zagranicznych, potwierdziła tym samym swoją wartość i jakość, gdyż rynki zagraniczne zazwyczaj są bardziej wymagające, zarówno jeśli chodzi o jakość produktu, jak i jego cenę – podkreśla Krzysztof Musialik. – Mówię tu przede wszystkim o producentach sprzętu gospodarstwa domowego, producentach mebli czy części samochodowych.

Inteligentne telewizory to współczesne centrum domowej rozrywki. W 2017 roku liczba sprzedanych telewizorów podłączanych do internetu wzrośnie do 104 mln

Inteligentne telewizory to współczesne centrum domowej rozrywki. W 2017 roku liczba sprzedanych telewizorów podłączanych do internetu wzrośnie do 104 mln 18

Ostatnie lata to czas zmian w sposobie wykorzystywania telewizorów. Z narzędzia do oglądania programów telewizyjnych dość gwałtownie przemieniły się one we wszechstronne centra domowej rozrywki. Z raportu Deloitte wynika, że wzrasta też liczba użytkowników telewizorów korzystających z usług VOD, czyli płatnych materiałów dostępnych na życzenie – z 92 mln w 2014 roku do 333 mln w 2019 roku.

– Dziś każdy z nas tworzy tę ramówkę dla siebie. Stało się to dzięki Smart TV, czyli telewizorowi, który możemy podłączyć do internetu. Dzięki temu połączeniu mamy dostęp do aplikacji VOD, a za ich pośrednictwem do tysięcy filmów, seriali, programów rozrywkowych, aplikacji użytkowych i informacyjnych – to, co mamy w internecie, możemy mieć w telewizorze, mamy przeglądarkę, możemy przeglądać pocztę. Oczywiście, te dwie czynności na telewizorze nie są tak wygodne jak na komputerze – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Henryk Chorążewski z firmy Samsung.

Według danych „Smart TV unit sales worldwide 2014–2018” zgromadzonych przez serwis Statista, liczba sprzedanych telewizorów Smart TV w 2016 roku wyniosła niespełna 100 mln. Prognozy na ten rok są nieco lepsze – liczba sprzedanych urządzeń ma sięgnąć nawet 104 mln. Oznacza to, że pomimo słabnącej pozycji tradycyjnej telewizji ludzie na całym świecie wciąż spędzają coraz więcej czasu przed ekranami telewizorów wyświetlającymi obraz z innych źródeł. Potwierdza to fakt, że zdecydowanie wzrasta liczba osób korzystających chociażby z serwisów typu VOD (wideo na życzenie) – z 92 mln w 2014 roku do ponad 333 mln w 2019 roku.

– O wiele lepiej w telewizorze niż na ekranie komputera ogląda się na przykład filmy z Netflixa, HBO GO, Playera czy innych serwisów tego typu. Telewizor to największy ekran w domu i inaczej ogląda się na nim film, niż na znacznie mniejszym ekranie komputera. To raczej podglądanie niż oglądanie. Podłączenie telewizora do internetu to możliwość obejrzenia seriali, których telewizja nie pokaże przez cztery czy pięć lat, to także możliwość oglądania transmisji sportowej w Eleven Sport. Mając w domu telewizor i internet, mogę sam zdecydować, co chcę oglądać i kiedy – wyjaśnia Henryk Chorążewski.

Wysoka jakość obrazu podczas gry to kluczowy element dla wielu entuzjastów wirtualnej rozgrywki. Dlatego możliwość podłączenia konsoli do telewizora jest równie istotnym aspektem, który decyduje o zakupie telewizora Smart TV.

– Konsole, które są na rynku, i te, które niebawem się pojawią, pozwalają wyświetlać obraz w UHD, bo mają albo napędy, albo możliwość połączenia z internetem, tak więc gracze coraz częściej będą z nich korzystać. Obraz podawany z konsoli takiej jak Xbox One na telewizor o wysokiej rozdzielczości to zupełnie inny obraz i zupełnie inne odczucia podczas gry – przekonuje Henryk Chorążewski.

Wszechstronne możliwości sprawiają, że Smart TV dobrze sprawdza się w roli uniwersalnego centrum domowej rozrywki, tym bardziej że wykorzystywanie internetu jako źródła obrazów wideo jest coraz popularniejsze. Ale oprócz telewizji, internetu i konsoli jest jeszcze wiele innych opcji.

– Możemy również podłączyć do telewizora dysk twardy z własnymi filmami, które nagraliśmy kamerą. Jest też możliwość współpracy smartfona z telewizorem, możemy bezpośrednio ze smartfona przesyłać zdjęcia do telewizora. Telewizor jest i będzie największym ekranem w naszym domu, nawet wtedy gdy być może, nie będzie ekranem na ścianie, a ekranem w powietrzu. W przyszłości zatrze się różnica pomiędzy telewizją a internetem i już dziś to obserwujemy, a telewizor będzie urządzeniem jeszcze bardziej smart – twierdzi Henryk Chorążewski.

Aby korzystać z wszystkich funkcji smart, konieczny jest dostęp do szybkiego łącza internetowego, zapewniającego szybki transfer podczas pobierania materiałów w wysokiej jakości.

– Im szybszy będziemy mieli Internet, tym łatwiej i w lepszej jakości będzie nam się oglądało filmy. Jeśli chcemy oglądać materiały w UHD [rozdzielczość 3840×2160 pikseli – red.], filmy czy bezpośrednio transmitowane koncerty, powinniśmy mieć możliwość pobierania materiału przy transferze przynajmniej 25 Mb/s. Jeśli będzie więcej, będziemy mieć większy komfort podczas oglądania filmów i seriali – radzi Henryk Chorążewski.

Co trzecia młoda firma upada w ciągu pierwszego roku. Powody to bardzo niska rentowność i problemy z finansowaniem

Co trzecia młoda firma upada w ciągu pierwszego roku. Powody to bardzo niska rentowność i problemy z finansowaniem 19

W I półroczu 2017 roku ogłoszono informacje o niewypłacalności 418 przedsiębiorstw – wynika z analizy Euler Hermes. To 15-proc. wzrost względem I połowy 2016 roku. Upadają zwykle młode firmy: po pierwszym roku działalności upada 30 proc., a po 5 latach – 70 proc. małych i średnich firm. Problemem jest duża konkurencja i bardzo niska rentowność, niezależnie od sektora na poziomie 1–1,5 proc. od obrotu. W takich warunkach każda zaległość w płatnościach może oznaczać dla firm być albo nie być. W opinii ekspertów ryzyko dla firm – mimo wzrostu gospodarczego – będzie rosło.

– W 2017 roku upadło do tej pory o 15 proc. więcej firm niż w porównywalnym okresie 2016 roku. Jest to dość duży skok i wyraźna zmiana trendu. Do ubiegłego roku mieliśmy do czynienia ze spadkiem liczby upadłości rok do roku i taki trend utrzymywał się przez kilka ostatnich lat. Widzimy wyraźną zmianę nie tylko co do kierunku, lecz także co do siły trendu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Starus, członek zarządu ds. oceny ryzyka w Euler Hermes.

Z analizy Euler Hermes wynika, że w I półroczu 2017 roku niewypłacalność ogłosiło 418 przedsiębiorstw przy 362 w analogicznym okresie 2016 roku. Niewypłacalność wzrosła przede wszystkim w sektorze produkcji (o 24 proc.), hurcie (o 21 proc.) i transporcie (o 18 proc.). O 3 proc. wzrosła też niewypłacalność firm z branży budownictwa. Mimo że do końca maja 2017 roku wartość rynku budowlanego wzrosła o 4,5 proc. rdr., to w 2016 roku w tym samym czasie spadła o 12,5 proc.

– W budownictwie, które powinno prosperować świetnie ze względu na środki unijne w infrastrukturze i boom w inwestycjach mieszkaniowych, liczba upadłości rośnie. Co więcej, upadają firmy, które mają zlecenia, kontrakty i je realizują. Wydawałoby się to zupełnie bez sensu, ale te firmy pozyskały kontrakty po cenach nieadekwatnych do tego, po ile mogą je obecnie zrealizować – mówi Starus.

W trudnej sytuacji są przede wszystkim młode firmy z sektora małych i średnich. Statystyki wskazują, że w pierwszym roku działalności upada 30 proc., a po 5 latach – ponad 70 proc.

– Młode firmy, które dopiero co powstają i zaczynają działalność, zwykle lokują się tam, gdzie są niskie bariery wejścia. Jeśli łatwo jest zacząć działalność, mamy do czynienia z dużą liczbą podmiotów wchodzących na rynek, a zatem z dużą konkurencją, więc co do zasady większy odsetek firm nie przetrwa, bo nie poradzi sobie z tą konkurencją. Do tego dochodzą takie czynniki jak organicznie niska w Polsce rentowność firm – tłumaczy ekspert.

Bardzo niska rentowność polskich przedsiębiorstw, która niezależnie od sektora działalności wynosi 1–1,5 proc. od obrotu, oznacza, że nawet bieżące obroty i płynność finansowa nie gwarantują odporności na nieprzewidywalne zdarzenia. Przy niskich marżach i dużej konkurencji firmom trudno o zbudowanie własnego zaplecza finansowego, poduszkę finansową na nieprzewidziane zdarzenia. Mniej też inwestują. To wpływa na krótki okres finansowania – najczęściej warunki kredytowe z bankami odnawiane są co roku. Instytucje finansowe oceniają na bieżąco sytuację firm i od niej uzależniają finansowanie – wycofując je w razie jakichkolwiek, nawet chwilowych, zawirowań.

Poza tymi problemami w otoczeniu rynkowym przedsiębiorcy muszą sobie radzić także z zatorami płatniczymi. Powodują one zmniejszony przepływ środków finansowych. Gdyby kontrahenci otrzymywali na czas wszystkie zobowiązania, to regularny zastrzyk gotówki pozwalałby im na rozwój firmy i inwestycje, a nie tylko na bieżące funkcjonowanie. Każda zaległa faktura może zadecydować o dalszym losie firmy.

– Aby sobie radzić z zatorami i opóźnionymi płatnościami, można ubezpieczać należności. Można korzystać z faktoringu, aczkolwiek jest to usługa dodatkowo płatna. Można dywersyfikować sprzedaż, korzystać z możliwości sprzedaży do jak największej liczby podmiotów, a nie starać się zdobywać tzw. złote strzały, czyli pojedyncze duże transakcje. Nie można się uzależniać zbytnio od jednego odbiorcy, bo to powoduje, że w razie problemów można takiego uzależnienia nie przetrwać – wskazuje członek zarządu Euler Hermes.

Z Programu Analiz Należności Euler Hermes wynika, że uśrednione opóźnienie w spłacie należności w Polsce wynosi 3 tygodnie. W stosunku do średniego udzielonego nabywcy terminu płatności wynoszącego 56 dni data faktycznego otrzymania zapłaty wydłuża się więc aż o 38 proc. Jak podkreśla Tomasz Starus, w budownictwie 30 proc. należności płaconych jest po terminie, a 20 proc. – nawet 120 dni po terminie.

Na niewypłacalność firm duży wpływ ma otoczenie prawne i podatkowe. W ubiegłym roku wszedł w życie odwrócony VAT w branży budowlanej na usługi podwykonawcze. To oznacza, że firmy choć kupują towary i usługi z 23-proc. podatkiem, to fakturują je bez VAT. Fiskus zwraca te środki, ale dopiero po kilku miesiącach.

Mało kto jest w stanie to przeżyć w sytuacji, gdy pracuje na marżach rzędu kilku procent. Podobnie jest w branżach dotkniętych w przeszłości karuzelami VAT, np. w branży dystrybucji elektroniki i IT, a także dystrybucji stali – mówi Tomasz Starus. – Niedawno odnotowaliśmy upadłość dystrybutora stali, który od urzędu skarbowego otrzymał decyzję o konieczności dopłaty VAT z tytułu rzekomego uczestniczenia w karuzeli VAT-owskiej w 2012 roku. Nikt z nas nie wie, który z naszych kontrahentów może w przyszłości zostać oceniony jako niewiarygodny z punktu widzenia rozliczeń podatkowych. To generuje duże ryzyko i duże koszty.

Dlatego firmy coraz więcej czasu i pieniędzy będą przeznaczać na sprawdzanie swoich kontrahentów – zarówno dostawców, jak i odbiorców.

Do tego dochodzi jeszcze zmiana w prawie upadłościowym, która ułatwiła wchodzenie w postępowania restrukturyzacyjne i przyspieszyła całą procedurę. Prawo obliguje właścicieli i zarządy firm do tego, aby znacznie szybciej podejmowali decyzję o tym, że upadają bądź chcą zrestrukturyzować swoje długi – zaskakując przy tym rynek i partnerów handlowych. To wszystko powoduje, że będąc w sytuacji dostawcy dobra czy usługi, mimo wzrostu gospodarczego musimy mieć na uwadze, że ryzyko rośnie i będzie rosło w najbliższym czasie – przekonuje Tomasz Starus.

Polacy kupują coraz więcej nowych samochodów. Od aut oczekują głównie komfortu, ale i nowinek technologicznych

Polacy kupują coraz więcej nowych samochodów. Od aut oczekują głównie komfortu, ale i nowinek technologicznych 20

W I półroczu 2017 r. w Polsce zarejestrowano blisko 250 tys. osobowych samochodów. Prawdziwy boom inwestycji drogowych w ostatnich latach oraz rosnąca zamożność społeczeństwa sprawiają, że nabywcy samochodów nie kierują się już tylko podstawowymi zaletami auta. Coraz ważniejsze jest komfortowe wyposażenie i nowinki technologiczne, które podnoszą poziom jazdy i bezpieczeństwo podróżujących.

Dzięki inwestycjom w infrastrukturę na koniec 2016 r. sieć dróg szybkiego ruchu w Polsce wynosiła 3163,4 km. Jak wynika z danych Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad, 1631,7 km stanowiły autostrady, a 1531,7 km drogi ekspresowe. Jeszcze w 2004 r. było ok. 470 km autostrad i ok. 200 km dróg ekspresowych.

– Drogi w kraju bardzo się zmieniły i zmienia się definicja komfortu. My, jako kierowcy i użytkownicy, jesteśmy coraz bardziej wymagający, a poczucie wygody i komfortu nie wynika już tylko wyłącznie z zawieszenia, lecz także z całego spektrum innych rozwiązań, które proponują producenci samochodów – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Tomasz Mucha, PR manager marki Citroen DS.

Nie tylko nowe drogi poprawiają komfort jazdy. Wymagania kierowców stale rosną i coraz częściej o ich wygodzie decydują nowinki technologiczne. Czynników, na które zwracamy uwagę podczas wyboru nowego samochodu, jest bardzo wiele.

– Ergonomia, akustyka, wytłumienie, wrażenia zapachowe i wzrokowe, funkcje masażu, które proponują fotele czy przyjazne interfejsy i kolorystyka, a także systemy wspomagania. Całe spektrum różnego rodzaju rozwiązań powoduje, że dany samochód uznajemy za bardziej komfortowy, a inny za mniej – stwierdza PR manager Citroen DS.

Badania Kantar TNS pt. „Jakie wnętrza aut lubią Polacy?” wskazują, że Polacy od samochodu oczekują najbardziej komfortu, wygody oraz poczucia niezależności. Ponadto wygoda użytkowania i praktyczność ma niemal decydujące znaczenie przy wyborze auta. Okazuje się, że znaczny odsetek ankietowanych przykłada dużą wagę do nowoczesności samochodu, czyli wyposażenia go w rozwiązania technologiczne. Jednym z nich jest innowacyjny rodzaj zawieszenia, które przewiduje przeszkody na drodze.

– Rozwiązanie DS Active Scan Suspension  przewiduje nawierzchnię i dostosowuje układ zawieszenia i tłumienia do przeszkody, na którą najedzie. Składa się z kamery pod lusterkiem, czterech czujników przechyłu nadwozia, trzech przyspieszeniomierzy. Te elementy reagują za sprawą impulsu, który przekazywany jest przez obraz z kamery badającej nawierzchnię przed pojazdem i tym samym przygotowuje auto do odpowiedniej amortyzacji – wyjaśnia Tomasz Mucha.

Jak wskazuje przedstawiciel Citroen DS, w tę technologię wyposażony będzie pierwszy model DS 7 Crossback, który już za 3 miesiące zadebiutuje na polskim rynku. Z czasem to zawieszenie będzie trafiało do kolejnych, nowych modeli nowej marki grupy PSA.

Według danych PZPM w 2016 r. łącznie zarejestrowano 475 935 samochodów osobowych i lekkich dostawczych, o 16,6 proc. więcej rdr. Z kolei w I półroczu 2017 r. zarejestrowano już przeszło 276 tys. nowych pojazdów, z czego niemal 247 tys. stanowiły auta osobowe, o 15 proc. więcej rdr.