Media społecznościowe zamiast porady lekarskiej. Polacy coraz częściej w sieci szukają opinii o suplementach diety i lekarzach

Media społecznościowe zamiast porady lekarskiej. Polacy coraz częściej w sieci szukają opinii o suplementach diety i lekarzach 1

Internet staje się pierwszym źródłem wiedzy medycznej i coraz częściej zastępuje wizyty u lekarzy – wynika z analizy Instytutu Monitorowania Mediów. W mediach społecznościowych użytkownicy najczęściej szukają rekomendacji w sprawie suplementów diety i opinii o lekarzach. Porad udzielają przede wszystkim internetowi eksperci, blogerzy i sportowcy, rzadziej branżowi specjaliści.

– Użytkownicy mediów społecznościowych najczęściej wymieniają się opiniami na temat specjalistów oraz dyskutują o suplementach diety. Dyskutują bardzo burzliwie, ponieważ średnio na publikację przypada kilka tysięcy interakcji, np. komentarzy lub polubień – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anastasiia Kuzhda, młodszy specjalista ds. PR w Instytucie Monitorowania Mediów.

Z raportu IMM wynika, że tylko w czerwcu tego roku pojawiło się ok. 3,6 tys. publikacji dotyczących suplementów diety. Zdecydowana większość w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Facebooku (42 proc.). Social media to także przestrzeń, gdzie publikowane posty generują duże zainteresowanie. W czerwcu zanotowano 48 tys. interakcji. Przeważają treści dotyczące rekomendacji suplementów diety na forach i blogach, reklamy, a tylko niewielką część stanowią informacje specjalistów i lekarzy.

 W natłoku informacji umyka fakt, że suplementy służą uzupełnieniu diety, a nie leczeniu, w przeciwieństwie do leków nie muszą mieć naukowo udowodnionego działania terapeutycznego. Sposób komunikacji i sprzedaż w aptekach mogą sugerować konsumentom zupełnie inne wnioski. Do tego dochodzą komentarze internautów, zachęcające zdjęcia przed i po braniu suplementów oraz liczba poleceń. Według IMM najczęściej poszukiwane były odżywki dla sportowców, preparaty na odchudzanie oraz na przeziębienie – wymienia Kuzhda.

Z sondażu Agencji Badań Rynku i Opinii SW Research wynika, że 72 proc. Polaków zażywa suplementy diety, z czego 48 proc. regularnie. Decyzje o zakupie podejmowane są samodzielnie, jedynie 17 proc. konsultuje je z farmaceutą lub lekarzem. Co dziesiąta osoba suplement kupuje w internecie. Tylko w 2015 roku Polacy kupili 190 mln opakowań suplementów. Raport PMR „Rynek suplementów diety w Polsce” ocenia, że w 2016 roku wartość rynku mogła sięgnąć 3,7 mld zł. W tym roku może przekroczyć 4 mld zł.

 Internauci w sieci przy wyborze suplementów diety zadają pytania z prośbą o polecenie najlepszego produktu, informacji na temat składników oraz ceny. Najczęściej polecają internetowi specjaliści, następnie blogerzy i sportowcy, dopiero na samym końcu są lekarze oraz branżowi eksperci – wskazuje Kuzhda.

Często odżywki sprawdzają popularni blogerzy, którzy efekty prezentują np. na Instagramie. Z analizy IMM wynika, że to właśnie tam pojawiło się pięć najbardziej angażujących publikacji z 15,5 tys. interakcji.

Większość postów związanych z suplementami diety miała neutralny lub pozytywny wydźwięk. Preparaty te były oceniane jako bezpieczne, łatwo dostępne i skuteczne, niezbędne do prawidłowego funkcjonowania i polecane przez specjalistów. Negatywnych publikacji było zdecydowanie mniej, a dotyczyły najczęściej skutków ubocznych, alergii na składniki lub nielegalnego rozprowadzania produktów.

 Monitoring mediów może pomóc producentom suplementów diety w kontrolowaniu prawidłowego wykorzystywania ich preparatów oraz w reagowaniu na niepokojące wzmianki pojawiające się w social media, np. o niepożądanych efektach stosowania suplementu – podkreśla ekspertka IMM.

Internet to także miejsce, w którym szukamy lekarzy, przede wszystkim na Facebooku i Twitterze.

– Na Facebooku działają nawet specjalne profile typu Polecam/Nie polecam lub Spotted, gdzie użytkownicy w skali lokalnej szukają informacji i dzielą się swoim doświadczeniem. IMM sprawdził, że na posty zamieszczone w mediach społecznościowych z prośbą o polecenie lekarza w ciągu kilku minut pojawiają się dziesiątki odpowiedzi. W czerwcu pojawiły się 984 prośby o zarekomendowanie dobrego specjalisty, które wywołały ponad 108 tys. interakcji –podkreśla Anastasiia Kuzhda.

PZWLP dołączył do Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) przystąpił do Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego, jednej z najważniejszych w Polsce organizacji działających na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego i zmniejszenia liczby ofiar wypadków komunikacyjnych. Głównym celem współpracy obydwu organizacji jest prowadzenie działań zmierzających do podniesienia poziomu bezpieczeństwa drogowego wśród kierowców aut firmowych, stanowiących na polskich ulicach coraz większy odsetek.

Firmy są obecnie nabywcami ponad 2/3 nowych samochodów osobowych sprzedawanych
w krajowych salonach. Tylko w I półroczu 2017 r. zakupiły aż 167 tys. nowych aut osobowych. Jednocześnie, kierowcy samochodów użytkowanych przez firmy pokonują zdecydowanie więcej kilometrów, od użytkowników aut prywatnych, stając się tym samym jednym z głównych użytkowników dróg w naszym kraju.

Rosnąca dynamicznie liczba aut firmowych na polskich drogach sprawia, że to właśnie użytkownicy samochodów służbowych powinni stać się adresatem znacznej części programów i kampanii, mających na celu poprawę bezpieczeństwa drogowego – mówi Sławomir Wontrucki, Prezes Zarządu PZWLP, Prezes LeasePlan Polska. – Członkowie PZWLP generują obecnie ponad 1/3 całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych do firm w Polsce. Wspieranie i promowanie wszelkich działań wpływających na podniesienie poziomu bezpieczeństwa na polskich drogach, takich jak np. edukacja, szkolenia praktyczne, motywacyjne programy w firmach, czy rozwiązania telematyczne, jest dla nas priorytetem od momentu powołania do życia naszej organizacji. Co roku przyznajemy Nagrodę PZWLP Bezpieczna Flota, która trafia do firm, które w sposób najbardziej efektywny podejmują działania w zakresie edukacji i faktycznego podnoszenia poziomu bezpieczeństwa we własnej flocie. W tym roku wyróżnienie to zostanie już wręczone po raz dziesiąty. Jesteśmy przekonani, że współpraca z Partnerstwem dla Bezpieczeństwa Drogowego pozwoli na wdrożenie i przeprowadzenie szeregu wspólnych działań, które realnie przełożą się na zwiększenie poziomu bezpieczeństwa drogowego w polskich flotach.

Użytkownicy samochodów firmowych to także grupa kierowców, na której koncentruje swoje działania Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego.

Kierowcy aut flotowych to obecnie jedna z najważniejszych grup z punktu widzenia programów i kampanii realizowanych przez naszą organizację – mówi Bartłomiej Morzycki, Prezes Zarządu Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego. – Biorąc pod uwagę strukturę sprzedaży nowych aut w Polsce, gdzie w zdecydowanej większości nabywcami są właśnie firmy, za kilka lat samochody służbowe będą stanowiły jeszcze większą część pojazdów poruszających się po polskich drogach. W związku z tym mamy świadomość, że istnieje konieczność zintensyfikowania i rozszerzenia działań w zakresie zwiększania bezpieczeństwa drogowego we flotach. Jesteśmy przekonani, że połączenie dotychczasowego doświadczenia oraz potencjału PZWLP i Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Drogowego pomoże nam osiągnąć w tym zakresie wymierne rezultaty.

Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów to jedyna w Polsce organizacja branżowa firm wynajmu długoterminowego aut (CFM) oraz wypożyczalni samochodów (Rent a Car). Do PZWLP należy obecnie łącznie 20 firm. Na koniec II kw. 2017 r. Członkowie organizacji dysponowali łączną flotą ponad 141 tys. samochodów w wynajmie długoterminowym oraz ponad 14,5 tys. aut w wynajmie krótko- i średnioterminowym (dane nie uwzględniają floty firmy Avis Budget). PZWLP odgrywa obecnie istotną rolę dla kondycji całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Firmy należące do organizacji, biorąc pod uwagę całokształt ich działalności, a więc przede wszystkim usługi wynajmu krótko-, średnio- i długoterminowego samochodów, ale również leasing finansowy aut, zakupiły w pierwszym półroczu bieżącego roku łącznie ponad 58,3 tys. nowych samochodów osobowych, czyli o 19,9% więcej niż w porównywalnym okresie rok temu. Oznacza to, że ponad 1/3 (34,8%) nowych aut osobowych kupowanych w pierwszym półroczu 2017 roku przez przedsiębiorców w polskich salonach zostało nabyte przez firmy należące do PZWLP.

Stowarzyszenie Partnerstwo dla Bezpieczeństwa Drogowego działa na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego i zmniejszenia liczby ofiar wypadków drogowych w Polsce. Od momentu powstania w 2000 roku do 2006 roku było afiliowane przy Krajowej Radzie Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego w Ministerstwie Transportu. W maju 2007 zostało zarejestrowane jako stowarzyszenie i od tej pory jest niezależną instytucją skupiającą przedstawicieli trzech sektorów życia publicznego: biznesu, rządu i organizacji pozarządowych. Członkowie Partnerstwa chcą  wspólnie pracować i przyczyniać się do zmniejszania liczby zabitych i rannych na polskich drogach. Partnerstwo jest członkiem Global Road Safety Partnership (GRSP) w Genewie, tj. międzynarodowej organizacji pracującej na rzecz trwałego ograniczenia liczby wypadków drogowych w krajach przechodzących proces transformacji. W Polsce Partnerstwu patronują Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego oraz Bank Światowy.

Chiny liderem automatyzacji? Państwo Środka pobiło kolejny rekord

Chiny w błyskawicznym tempie stały się globalnym liderem automatyzacji. Nad Żółtą Rzeką kupuje się dziś najwięcej na świecie robotów industrialnych. Na tym jednak nie kończy się apetyt Państwa Środka. Jak podaje World Robotics Report, w 2019 r. już 40 proc. wszystkich robotów przemysłowych na rynku zostanie sprzedanych tamtejszym firmom. Zdaniem ekspertów, automatyzacja i technologie przemysłu 4.0 pomogą fabrykom zmniejszyć wydatki o średnio 40 proc.

Chińskie fabryki w ekspresowym tempie zbudowały flotę robotów przemysłowych. Żadnemu Państwu nie udało się osiągnąć takich wyników w tak krótkim czasie. To najszybciej rosnący rynek dla tego typu technologii. International Federation of Robotics prognozuje, że sprzedaż maszyn w latach 2018 – 2020 zwiększy się o 15 do 20 proc., natomiast już w 2019 aż 40 proc. wszystkich robotów przemysłowych z globalnego rynku powędruje do chińskich fabryk. Organizacja badająca rozwój robotyki na świecie wskazuje, że za boom odpowiada przede wszystkim chiński przemysł elektryczny i elektroniczny, który w 2016 r. zakupił 30 tys. maszyn, czyli o 75 proc. więcej niż w roku poprzedzającym. Jedna trzecia robotów pochodzi od lokalnych producentów, którzy zwiększyli sprzedaż o 120 proc.  Zapotrzebowanie na roboty generuje również branża motoryzacyjna. Chiny stały się nie tylko największym rynkiem samochodowym świata, lecz również największym producentem tego typu pojazdów.

Chiny już od pewnego czasu szybko się modernizują, a przemysł jest papierkiem lakmusowym tych zmian. Inwestycje w automatyzację z jednej strony są efektem zapowiedzi wielu europejskich producentów o przeniesieniu produkcji na Stary Kontynent, z drugiej to naturalny proces wynikający z większych możliwości Chin, wyższej świadomości i potrzeby utrzymania konkurencyjności. Podobne procesy zachodzą także w Polsce, choć na mniejszą skalę. Firmy muszą postawić na automatyzację i inwestycje w systemy informatyczne, bo demografia nie sprzyja producentom, a jednocześnie pole do poprawy w obszarze efektywności i kosztów, wciąż jest duże   – tłumaczy Piotr Rojek, prezes zarządu wrocławskiej firmy DSR specjalizującej się w informatyzacji przemysłu.

Podobnego zdania jest dr Marcin Piątkowski, adiunkt w Akademii Leona Koźmińskiego. – Wraz z postępującym wzrostem płac, ciągnionym przez starzenie się społeczeństwa i wyczerpujący się zasób taniej siły roboczej, Chiny zdaja sobie sprawę, że kluczem do dalszego rozwoju są innowacje i technologie, które maja pomóc w podniesieniu poziomu wydajności pracy i zachowaniu konkurencyjności – uważa ekonomista.

W dynamicznie postępującym procesie automatyzacji przemysłu istotną rolę odgrywa chiński rząd, który uruchomił 10 letni program „Made in China 2025”. Zakłada on m.in. wsparcie dla rodzimych dostawców robotów, mające znacząco zwiększyć ich udział w globalnym rynku. W ten sposób Chiny do roku 2020 mają znaleźć się w pierwszej dziesiątce najintensywniej zautomatyzowanych państw, a ilość robotów przypadających na 10 tys. pracowników ma zwiększyć się z 49 do 150.  Obecnie światowym liderem pod względem liczby robotów w produkcji jest Korea Południowa, gdzie na 10 tys. pracowników przypada 531 robotów. Dla porównania, w USA na tę samą liczbę pracowników przypada ich 176, w Niemczech 301 a w Wielkiej Brytanii 71. – Już dzisiaj Chiny wydają ponad 2.1 procent PKB na R&D, dwa razy więcej niż dwa razy bogatsza Polska. Program „Made in China 2025″ zakłada dalsze zwiększenie nakładów. Dzięki programowi, Chiny mogą rozwijać nowe sektory gospodarki, ale jednocześnie, dzięki robotyzacji, zachować również te stare – tłumaczy Piątkowski.

Widmo dehumanizacji

Starania Pekinu mające na celu wzmocnienie rodzimych firm produkcyjnych nie idą na marne. Druga największa gospodarka świata rozwija się doskonale, o czym świadczy wzrost indeksu PMI dla przemysłu do poziomu 51, 8 pkt. To najlepszy wynik od kwietnia 2012 roku. Optymizm studzi jednak fakt, że szeroko posunięta automatyzacja na dłuższą metę niesie ze sobą negatywne konsekwencje, którym Komunistyczna Partia Chin wcześniej czy później będzie musiała stawić czoła. Wraz z rozwojem sztucznej inteligencji i robotyki, zapotrzebowanie na ludzką siłę roboczą będzie coraz mniejsze. Według firmy analitycznej McKinsey & Company, aż 60 proc. zawodów ma być w najbliższym czasie zastąpionych przez technologie. Prognozy zakładają, że pracy zabraknie również dla osób pracujących w fabrykach i magazynach. Potwierdzają to analitycy z Forrester, jednej z najbardziej wpływowych firm doradczych na świecie. Ich zdaniem tzw. inteligentni agenci, czyli maszyny wzorowane na organizmach ludzkich, w nadchodzących latach pozbawią pracy 6 proc. społeczeństwa. Widmo dehumanizacji ciąży nad przemysłem, jednak zdaniem Piotra Rojka z DSR, pracownicy firm produkcyjnych jeszcze przez wiele lat mogą spać spokojnie. – To prawda, że automatyzacja doprowadzi do sytuacji, w której udział człowieka w procesie produkcyjnym będzie znacznie mniejszy. Jednak nawet jeśli maszyny przejmą sporą część obowiązków, które do niedawna należały do ludzi, to nie są one przecież samowystarczalne i jeszcze przez wiele lat nie będą. Roboty potrzebują nadzoru i konserwacji, a im więcej maszyn, tym więcej ludzi potrzeba do ich obsługi. Doskonale widać to na przykładzie jednego z najbardziej zautomatyzowanych magazynów świata nalężącego do sieci Amazon, w którym pracuje cała rzesza ludzi. Wielu z nich zajmuje się utrzymaniem sprawności zaprzęgniętych do pracy maszyn – twierdz ekspert.

Starania rządu na rzecz automatyzacji są znaczące, jednak nie tylko ona ma dać Chinom pozycję niekwestionowanego lidera w przemyśle. Pekin rozumie doskonale, że bez cyfrowej transformacji fabryki nie będą w stanie rozwinąć się wystarczająco, by zrealizować ambitne cele wyznaczone przez rząd. Za jej sprawą chińscy wytwórcy mają osiągnąć 6.5 proc. wzrost produktywności na przestrzeni najbliższych 15 lat – uważa firma consultingowa McKinsey & Company. Zdaniem analityków, już za 20 lat druga gospodarka świata dorówna krajom rozwiniętym pod względem produktywności. Kluczowa w tym procesie ma być implementacja Internetu Rzeczy, konserwacji predykcyjnej, zaawansowanych narzędzi analitycznych czy nowoczesnych systemów ERP, służących do zarządzania najważniejszymi procesami w przedsiębiorstwie produkcyjnym. Aż 76 proc. chińskich producentów wierzy, że wdrożenie strategii Przemysłu 4.0 zwiększy ich konkurencyjność i pomoże wygenerować o 15 proc. więcej dochodów, redukując o tyle samo koszty prowadzenia działalności.

Deloitte: Na przeszkodzie rozwoju innowacyjności w Polsce stoją skomplikowane przepisy

Polska ma do wykorzystania w ciągu najbliższych pięciu lat ponad 10 mld euro, przeznaczonych na wsparcie działalności badawczo-rozwojowej. Wciąż mamy braki w poziomie rozwoju działalności B+R oraz kulturze innowacji. Jednym z elementów, który może skłonić do inwestowania w Polsce, jest system zachęt na działalność B+R. Zdaniem ekspertów Deloitte jest on obecnie najbardziej atrakcyjny i kompleksowy spośród krajów Europy Środkowej.

Polska na początku innowacyjnej drogi

Szczególne znaczenie będą miały inwestycje w działalność o wysokiej wartości dodanej. Ważną przewagę konkurencyjną Polski przyciągającą dotychczas bezpośrednie inwestycje zagraniczne stanowiły niskie koszty pracy i dostępność pracowników. To jednak może się niebawem zmienić. Wpływ na to ma wiele czynników, w tym stopniowe nadrabianie różnic w dobrobycie, przemysł 4.0, czy rozwój technologii produkcji zmniejszający zaangażowanie pracy fizycznej na rzecz automatyzacji. Równie ważne są procesy demograficzne. Polskie społeczeństwo starzeje się i jego struktura się zmienia. Wszystko to sprawia, że w niektórych branżach już występują niedobory w dostępności pracowników na rynku.

Na tle krajów Europy Środkowej Polska wypada całkiem dobrze pod względem innowacyjności, ustępując jedynie Czechom (według Global Competitiveness Index 2016/2017). Mimo to w porównaniu do krajów wysokorozwiniętych luka do nadrobienia jest nadal znaczna. Zwiększanie innowacyjności i produktywności to trudny proces, ale można go przyspieszyć m.in. poprzez import nowoczesnych technologii oraz know-how.

Inwestorzy zagraniczni doceniają polską innowacyjność

Zdaniem inwestorów niemieckich jednym z priorytetów rządu powinno być przełamanie barier dzielących naukę od gospodarki. Zwracają też uwagę, że pomimo oczywistych korzyści związanych z rozwojem branży nowoczesnych usług dla biznesu (BPO/SSC), bez odpowiednich reform nie uda się przyciągnąć bardziej zaawansowanych usług biznesowych, a także centrów B+R. Atutem Polski jest otwartość w podejściu do innowacji i rosnąca scena polskich start-upów technologicznych. Dostrzegają to także inwestorzy zagraniczni.

10 mld euro do 2020 roku na rozwój B+R

W ciągu najbliższych pięciu lat Polska przeznaczy ponad 10 mld euro na bezzwrotne granty dla przedsiębiorców polskich i zagranicznych na tworzenie centrów B+R (dofinansowanie nakładów kapitałowych) oraz prowadzenie w Polsce prac badawczych i rozwojowych (dofinansowanie kosztów operacyjnych działalności). Inwestorzy zagraniczni mają obecnie do dyspozycji program grantów uzupełniany przez połączenie ulg podatkowych w SSE oraz ulg na działalność B+R, jak również dostępnych w całej UE programów w ramach Horyzontu 2020. Ważnym narzędziem przyciągania inwestycji o wysokiej wartości dodanej typu B+R ma być też przyjęta Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, która zakłada stopniową ewolucję dotychczasowej polityki ukierunkowanej na przyciąganie BIZ.

System zachęt najlepszy w Europie Środkowej

Funkcjonujący obecnie system zachęt proponuje kilka ścieżek, które wzajemnie się uzupełniają – od wsparcia start-upów i młodych firm, poprzez finansowanie funduszy typu venture capital, szeroki program inkubacji w parkach technologicznych, ofertę grantów na wdrażanie rozwiązań innowacyjnych dla małych i średnich firm, aż po granty na tworzenie infrastruktury B+R i prowadzenie innowacyjnej działalności B+R przez małe i duże podmioty.

Na przeszkodzie rozwoju innowacyjności stoją skomplikowane przepisy

Zachęty na inwestowanie w B+R+I w Polsce stały się bardziej dostępne i atrakcyjne, ale jednocześnie wymagające znacznie bardziej specjalistycznego podejścia do ich pozyskiwania. Chcąc otrzymać dofinansowanie oraz zrealizować projekt B+R, niezbędne jest zaangażowanie inżynierów i naukowców w przygotowanie odpowiedniego projektu i sposobu jego realizacji. Dużą przeszkodą w rozwoju innowacyjności Polski jest nadal niespójny i niezrozumiały system przepisów prawa. Dotyczy to zwłaszcza podatków i prawa pracy, które są wskazywane przez Global Competitiveness Index 2016/2017 jako największe bariery dla przedsiębiorstw działających w Polsce.

Rejestracje diesli w I półroczu 2017 na najniższym poziomie od 2009 r.

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy br. ilość rejestracji samochodów zasilanych olejem napędowym spadła w Europie o 4,3 proc. Oznacza to, że udział Diesla znajduje się obecnie na poziomie 45,3 proc. – to najgorszy wynik od 2009 roku, kiedy to udział tego rodzaju napędu wynosił 44,4 proc. – czytamy w najnowszym raporcie opublikowanym przez JATO Dynamics.

Większa atrakcyjność silników benzynowych i napędów alternatywnych

 Autorzy raportu „Europe H1 2017: diesel car registrations at their lowest share since 2009” podkreślają, że stopniowa rezygnacja z silników wysokoprężnych na rzecz benzynowych oraz napędów hybrydowych i elektrycznych zaczęła się już w 2012 roku.

jato_car_regs_by_fuel_type

 Malejąca popularność samochodów zasilanych olejem napędowym spowodowana jest – jak pisze JATO Dynamics – rozwojem technologii silników benzynowych, a także wsparciem przez rządowe projekty sprzedaży modeli z napędami alternatywnymi. Nie bez znaczenia jest również rosnąca świadomość użytkowników samochodów, wybierających auta z napędem alternatywnym nie tylko ze względu na niższe spalanie, ale również ze względu na znacznie niższą emisję szkodliwych substancji do środowiska. Wpływ na zmianę trendów ma także systematycznie zwiększająca się ilość zakazów poruszania się po europejskich miastach autami z silnikami Diesla oraz afera z 2015 roku, związana ze świadomym manipulowaniem przez niektórych producentów wskaźnikami emisji spalin w modelach wyposażonych w silnik Diesla.
jato_car_regs_market_share_by_fuel_type_europe

Europa, która od lat była uważana za najlepszy rynek dla samochodów z silnikami Diesla, stopniowo odwraca się od tej technologii. Rekordowe spadki udziału rejestracji aut zasilanych olejem napędowym odnotowano w Hiszpanii (20 proc. w ciągu 9 lat) oraz Francji (30 proc. w ciągu 9 lat). Na innych rynkach również można zauważyć wyraźny trend spadkowy – dla przykładu w Niemczech udział diesla spadł w ciągu ostatnich 9 lat z 45 proc. do 41 proc., a w krajach Beneluksu z 54 proc. do 35 proc.

Specjaliści JATO zauważają, że po raz pierwszy od dziewięciu lat silniki Diesla nie dominują w Europie. Silniki benzynowe są przy tym najczęściej wybierane w segmentach małych i kompaktowych samochodów, a te stanowią połowę rynku europejskiego – czytamy w raporcie JATO za pierwsze półrocze 2017 roku.

jato_diesel_cars_regs__penetration_by_market_europe

Porównując dane z pierwszego półrocza 2016 i 2017 roku pod kątem liczby rejestracji, można zauważyć, że prawie we wszystkich europejskich krajach (wyjątkiem są tylko Włochy oraz Dania) odnotowano spadki udziału samochodów z silnikami Diesla. Największe tąpnięcie nastąpiło w Grecji (-9 proc.) oraz Austrii i Hiszpanii (-6,8 proc.). W Polsce rynek dla tej technologii zmniejszył się o 3,5 proc.

Napędy alternatywne święcą triumfy

Według specjalistów JATO Dynamics warto zauważyć rosnącą popularność samochodów z napędami alternatywnymi. W pierwszej połowie 2008 roku rejestracje samochodów AFV (Alternative-Fuelled-Vehicles) stanowiły zaledwie 0,4 proc. całego europejskiego rynku. Dziesięć lat później ich udział wzrósł do poziomu 4,2 proc. Największymi wzrostami może pochwalić się Toyota – w okresie od stycznia do czerwca bieżącego roku aż 55 proc. rejestracji samochodów wyprodukowanych przez tego producenta stanowią auta z napędem alternatywnym.

jato_alternative_fuelled_vehicles_h1_2017_registrations

W Europie w pierwszym półroczu 2017 roku najwięcej, bo 58 600 samochodów AFV, zostało zarejestrowanych w Wielkiej Brytanii. Na kolejnych miejscach znalazła się Francja (52 400 aut) oraz Niemcy (47 900 aut). Największe wzrosty w tym segmencie odnotowano w Słowacji (+199 proc.), Słowenii (+178 proc.) oraz na Węgrzech (+164 proc.). W Norwegii AFV stanowią aż 47 proc. rejestracji nowych samochodów, zaś w Finlandii i Szwecji po 9 proc. Kraje skandynawskie zdecydowanie dominują pod tym względem nad resztą Europy.

Trend ten jest wyraźnie dostrzegalny również na polskim rynku. Według danych Instytutu SAMAR w pierwszym półroczu 2017 roku w Polsce zarejestrowano 8594 samochody hybrydowe, o 90 proc. więcej niż w tym samym okresie 2016 roku (4508 egz.). Polacy zainteresowali się 35 modelami hybrydowymi 13 marek. Największą popularnością już tradycyjnie cieszyły się hybrydy Toyoty i Lexusa – w Polsce zarejestrowano łącznie 7979 hybryd obu japońskich marek, co stanowi 92,8 proc. tej części rynku.

Jaka przyszłość czeka Diesla w Europie?

Według specjalistów z JATO Dynamics perspektywy dla technologii Diesla w Europie nie są pozytywne. W ciągu najbliższych trzech lat udział rejestracji samochodów z napędem hybrydowym i elektrycznym zwiększy się do około 10 proc. kosztem ilości rejestracji samochodów napędzanych olejem napędowym, których udział spadnie do 35 proc. Rynek aut z napędem benzynowym pozostanie na stabilnym poziomie.

jato_car_regs_by_fuel_type_premium_mainstream

Raport podkreśla, że pojawianie się na rynku nowych modeli segmentu SUV z napędem alternatywnym z pewnością przyspieszy ten trend. Równocześnie marki premium, których sprzedaż silnie jest uzależniona od popularności Diesla, powinny zacząć skuteczniej wykorzystywać technologię elektryczną, by zatrzymać swoich klientów coraz częściej szukających opcji wśród samochodów z napędami alternatywnymi.

Kurs złotego stabilny, inwestorzy czekają na nowe impulsy

Spokojny poniedziałek na krajowym rynku walutowym. Inwestorzy zapomnieli o piątkowej serii danych z Polski i już czekają na nowe impulsy. Ciekawiej na rynku powinno się zrobić w drugiej połowie tygodnia.

Poniedziałkowy handel na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem ograniczonej zmienności. Polskie pary pozostają na poziomach zbliżonych do piątkowego zamknięcia. Tej stabilizacji notowań sprzyja niewielka zmienność na EUR/USD, a także brak nowych potencjalnych impulsów. O godzinie 14:04 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2740 zł, USD/PLN 3,6325 zł, CHF/PLN 3,7615 zł, a GBP/PLN 4,6795 zł. Na rynku znacznie ciekawiej powinno się zrobić w drugiej połowie tygodnia.

W poprzednim tygodniu polityka niemal całkowicie absorbowała uwagę inwestorów, wpływając na podejmowane przez nich decyzje. W tym tygodniu polityka wciąż może pozostawać jednym z elementów tej rynkowej układanki. Jednak nie najważniejszym. Uwaga będzie się koncentrować przede wszystkim na dwóch wydarzeniach. Po pierwsze, na zaplanowanej na środę publikacji wstępnych odczytów sierpniowych indeksów PMI obrazujących koniunkturę w Japonii, Francji, Niemczech, Strefie Euro i USA. Indeksy te powinny pozostać na wysokich poziomach, potwierdzając dotychczasowe korzystne trendy w tych gospodarkach. Stąd też rozczarowujące dane będą dużo większą niespodzianką niż .lepsze od prognoz wyniki.

Drugim wydarzeniem tygodnia będzie czwartkowo-sobotnie sympozjum ekonomiczne w Jackson Hole z udziałem czołowych bankierów centralnych. W tym Janet Yellen i Mario Draghiego. Ich wystąpienia zaplanowane są na piątek. Z punktu widzenia rynków kluczowa będzie odpowiedź na pytanie, czy Fed w tym roku jeszcze podniesie stopy procentowe i rozpocznie we wrześniu redukcję swojego rozdętego bilansu, a także, czy ECB we wrześniu ogłosi ograniczenie programu skupu aktywów, która to decyzja weszłaby w życie na początku 2018 roku? Odpowiedzi na to ostatnie pytanie być może nie dostaniem, gdyż zgodnie ze wcześniejszymi spekulacjami, Draghi nie wykorzysta wizyty w Jackson Hole do zaprezentowania w jaki sposób będzie ewoluowała europejska polityka monetarna.

Oprócz dwóch wymienionych wydarzeń warto jeszcze śledzić publikację niemieckich indeksów ZEW i Ifo, a także danych o amerykańskich zamówieniach na dobra trwałego użytku. Z Polski zaś napłyną dane o stopie bezrobocia. Prawdopodobnie w lipcu obniżyła się ona do 7 proc. z 7,1 proc. miesiąc wcześniej, a więc będzie poniżej poziomu szacowanego przez resort pracy (7,1 proc.). Taki wynik jednak nie zmieni ogólnego optymistycznego spojrzenia na krajową gospodarkę, a także oczekiwań co do braku zmian stóp procentowych do końca 2018 roku. Stąd też dane będą mieć neutralną wymowę dla złotego, który w najbliższych dniach przede wszystkim pozostanie pod wpływem rynków globalnych.

Układ sił na wykresie EUR/PLN, po tym jak w okresie maj-sierpień para ta wspięła się z 4,15 zł do 4,30 zł, wskazuje na wyczerpanie się tej tendencji wzrostowej. Dlatego też przełom sierpnia i września może przynieść stopniowe osuwanie się kursu. W dalszym ciągu natomiast otwarta pozostaje sytuacja na wykresie USD/PLN. Równie dobrze notowania dolara mogą cofnąć się o 8 gr, jak i mogą one wzrosnąć o tyle samo. W praktyce o tym ile za jakiś czas zapłacimy za dolara zdecyduje zachowanie EUR/USD.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Skąd i na co pożyczają Polacy?

Choć część społeczeństwa nadal dość nieufnie podchodzi do pożyczek, powoli rynek ten przestaje być dla nas obcy. Wiemy, że istnieją banki i firmy pożyczkowe, a większość produktów, jakie oferują nam różne instytucje, jest na wyciągnięcie ręki. W ciągu ostatnich kilku lat branża pożyczkowa zaczęła rozwijać się bardzo szybko, a rezultatem tego są coraz lepsze oferty i nowoczesne rozwiązania. W jaki sposób korzystamy więc z tego dobrodziejstwa?

Firmy pożyczkowe i banki

Jak wynika z badania przeprowadzonego w 2015 roku przez ARC Rynek i Opinia, Polacy najczęściej idą po pieniądze do banku, jednak w przypadku nagłych sytuacji, gdzie potrzebne są niewielkie sumy, numerem jeden staje się firma pożyczkowa. Czemu akurat to rozwiązanie jest często wybierane przez klientów? Szybkie działanie i niewiele formalności to największe plusy. Warto przyjrzeć się bliżej rynkowi pożyczek pozabankowych, ponieważ do niedawna firmy te były postrzegane jeszcze z dystansem, dziś natomiast są pierwszym wyborem, jeśli chodzi o szybki zastrzyk gotówki w trudnej sytuacji.

Nie powinniśmy zapominać, że rynek pożyczek pozabankowych w Polsce wart jest ok. 5 mld złotych, a wciąż powstają nowe podmioty i usługi. Nic dziwnego, popyt rodzi podaż. Wnioskowanie online, nie tylko przez komputer, ale również aplikacje mobilne, możliwość przedłużenia terminu spłaty, konsolidacja długów to tylko niektóre z nowoczesnych rozwiązań, jakie proponują nam tego typu firmy. Pożyczki pozabankowe przez internet na pewno zrewolucjonizowały branżę, jednak wiele unowocześnień nadal przed nami.

Na co pożyczamy?

Wydaje się, że zaciąganie długu dla większości z nas to już ostateczność, którą musi poprzedzić wypadek, nagła sytuacja czy utrata środków z niewyjaśnionych przyczyn. Skupmy się tylko na sektorze pozabankowym. Według badań, przeprowadzonych w 2015 roku przez Ipsos dla Vivus, większość pożyczek brana jest na niezbędne artykuły codziennego użytku oraz opłacenie rachunków. Jak widać, przypuszczenia potwierdziły się, choć w dalszej części badania znajdziemy też szczegółowe informacje o wydatkach. Jak się okaże, na małe przyjemności też bierzemy chwilówki.

Jakie są więc inne wydatki respondentów? Wśród odpowiedzi pojawiają się na przykład remont mieszkania, zakup sprzętu RTV/AGD, naprawa samochodu, leczenie, a nawet wycieczki. Te kilka procent odpowiedzi, wskazujących na zainteresowanie pożyczką przed wakacjami, mówi dużo o tym, jak zaczynamy traktować pożyczki. To już nie tylko pomoc w kryzysowych sytuacjach, ale sposób na podreperowanie budżetu przed wakacjami czy realizacja dawno upragnionego zakupu.

Plusy pożyczki i wybór najlepszej firmy

Skoro tak bardzo polubiliśmy szybkie pożyczki pozabankowe, warto zastanowić się, skąd ten stopniowy wzrost zainteresowania. Nie tylko oszczędność czasu, ale także brak konieczności stania w kolejkach, możliwość wysłania wniosku drogą elektroniczną oraz szybki kontakt z obsługą klienta to największe zalety. Należy również wspomnieć, że niektóre strony oferują czat z konsultantem, dzięki czemu można jeszcze łatwiej rozwiązać wątpliwości. Sprawdź na przykład pożyczki pozabankowe od Vivus, gdzie jest taka opcja. Jak jednak wybrać opcję najlepszą dla siebie?

  • Zrób gruntowny research pożyczkodawców internetowych.
  • Porównaj każdą ofertę pod względem kosztów dodatkowych.
  • Szukaj warunków preferencyjnych dla nowych klientów.
  • Wybierz firmę z listy członków Polskiego Związku Instytucji Pożyczkowych, aby mieć pewność co do uczciwości podmiotu.
  • Czytaj opinie o pożyczkodawcy w sieci i pytaj innych o zdanie.

Co z rodziną i znajomymi?

Chociaż ta opcja wydaje się najbardziej atrakcyjna, jest kilka istotnych wad, które należy sobie uświadomić jeszcze przed poproszeniem bliskich o pomoc finansową. Na początku należy więc ustalić dokładne warunki, a najlepiej jest spisać umowę, w której zawrzecie wszystkie szczegóły. Dotyczy to zwłaszcza większych sum, ponieważ kwoty powyżej 500 złotych wymagają już dokumentu na piśmie. Bardzo ważna jest data sporządzenia, dane obu stron, kwota pożyczki oraz termin i warunki spłaty. Warto doprecyzować również kwestię szybszego uregulowania długu i ewentualnego przesunięcia ostatecznego terminu spłaty.

Musisz również pamiętać o podatku od czynności cywilnoprawnych, który wynosi 2% pożyczonej kwoty. Można zostać zwolnionym z płacenia tego podatku w wyjątkowych przypadkach, np. zawierając umowę z osobami należącymi do I grupy podatkowej, a wartość pożyczki nie przekracza kwoty 9.637 zł, jeżeli złożysz stosowną deklarację. Oczywiście jest jeszcze kilka innych punktów, które pozwalają na uniknięcie tej opłaty, dlatego warto mieć to na uwadze. Przede wszystkim jednak upewnij się, że nie ma ryzyka konfliktu, a osoba, która pożycza ci pieniądze, jest godna zaufania. Jeśli nie, zdecydowanie lepiej jest udać się do firmy zajmującej się tego typu transakcjami.

Kurs dolara, euro, funta, franka – analiza techniczna 21.08.2017 r.

Euro zerka w kierunku 4,30 zł. Formacja głowy z ramionami powstrzyma umocnienie dolara? Formacja podwójnego szczytu na CHFPLN, współtworzy silny opór. Funt po przełamaniu wsparcia, kontynuuje przecenę.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 14.08.2017-21.08.2017

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2510 3,7260 3,6140 4,6550
Maksimum 4,2930 3,7985 3,6655 4,7285

 

Kurs euro do złotego EURPLN

Kurs euro do złotego EURPLNEuro po tym, jak kolejny raz próbowało sforsować barierę 4,20 zł w połowie lipca, rozpoczęło ruch w górę. Nieudany atak poskutkował dynamicznym umocnieniem wspólnej waluty względem złotego. Kilkadziesiąt godzin później kurs doszedł do poziomu 4,265 zł, po czym przeszedł w okres konsolidacji o zasięgu 3 groszy. Względny spokój panował do 9 sierpnia, kiedy to euro przebiło górne ograniczenie konsolidacji. Zabrakło jednak impetu, by testować poziom 4,30 zł, zwłaszcza że “po drodze” ważnym oporem okazało się zniesienie fibo. W okolicach 4,29 zł, wypada 38,2% ruchu głównego tegorocznego trendu. Względna bliskość dwóch istotnych oporów (fibo oraz okrągły poziom) może na pewien czas zatrzymać umocnienie wspólnej waluty. Należy jednak pamiętać, że od dołu zbliża się linia bieżącego trendu, co oznacza, że kurs nie będzie mógł za długo trwać w zawieszeniu i najpóźniej w przyszłym tygodniu wyłamie, któreś ograniczenie. Wyjście górą prawdopodobnie będzie oznaczało powrót do poziomów ostatni raz widzianych w marcu.

Kurs franka do złotego CHFPLN

Kurs franka do złotego CHFPLNFrank powoli odzyskuje siły, po tym, jak na przełomie lipca i sierpnia jego kurs względem złotego (i nie tylko) gwałtownie się załamał. W przeciągu dwóch tygodni szwajcarska waluta potaniała o blisko 20 groszy. Tempo spadków przyspieszyło po pokonaniu wsparcia na poziomie 3,80 zł, by na początku sierpnia kosztować zaledwie 3,68 zł. Jest to najniższy poziom od pamiętnego frankmagedonu z 15 stycznia 2015 roku. Później jednak kurs CHFPLN zaliczył mocną korektę, znosząc blisko dwie trzecie ruchu spadkowego. Oporem okazał się wspomniany wcześniej poziom 3,80 zł, który przez 2,5 roku był skutecznym wsparciem. W ostatnim tygodniu w tych okolicach zarysowała się formacja podwójnego szczytu, co tylko potwierdza, że powrót powyżej 3,80 zł, będzie co najmniej trudny. Z punktu widzenia analizy technicznej często tak się zdarza, że wcześniejsze wsparcie po pokonaniu zamienia się w opór.

Kurs dolara do złotego USDPLN

Kurs dolara do złotego USDPLNDolar w zeszłym tygodniu potwierdził wyłamanie krótkookresowego trendu spadkowego, który trwał od połowy lipca. Korekta powoli formułuje jednak formację głowy z ramionami, co może zwiastować powrót do spadków. Zwłaszcza, że główny trend, którego linia cały czas nie została naruszona, pozostaje spadkowy. Ciekawym aspektem jest również, że lipcowa przecena była już trzecią falą spadkową i zgodnie z teorią Eliota teraz powinniśmy obserwować większą korektę. Póki jednak linia trendu nie zostanie wyłamana, obowiązuje ruch wspierający złotego. Zwłaszcza jeżeli zostanie przebita linia szyi we wspomnianej formacji RGR.

Kurs funta do złotego GBPPLN

Kurs funta do złotego GBPPLNFunt długo pozostawał w 12-groszowej konsolidacji, kiedy jednak udało mu się z niej wyjść zgodnie z teorią analizy technicznej, jednoznacznie obrał kierunek. W międzyczasie dokonał jeszcze książkowego re testu, dolnego ograniczenia konsolidacji, które tym razem zadziałało jako opór. Zeszły tydzień to już w pełni zarysowany trend spadkowy. Rynek jeszcze próbował wykreować wsparcie na poziomie 4,68 zł, ale został on szybko pokonany. Na chwilę obecną brakuję argumentów za umocnieniem funta, więc podstawowy scenariusz zakłada dalszy spadki. Jeśli w tym tygodniu uda się zejść poniżej 4,65 zł, możemy obserwować przyspieszenie ruchu. Możliwa jest także krótka konsolidacja w kanale między 4,65 zł a 4,68 zł.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Co słychać na rynku… Na horyzoncie Jackson Hole

Po kolejnych zamachach terrorystycznych realizowanych przez islamskich imigrantów tym razem w Hiszpanii i po raz pierwszy w Finlandii, tydzień będzie pod znakiem czwartkowo-piątkowego sympozjum w Jackson Hole w USA. To organizowane przez Fed forum dla banków centralnych i polityków. Czy Mario Draghi, szef Europejskiego Banku Centralnego, zdecyduje się tam na zakreślenie przyszłej polityki monetarnej eurolandu?

Tymczasem jak w piątek podał GUS, produkcja przemysłowa w Polsce w lipcu była słabsza niż prognozowano – wzrosła o 6,2%, podczas gdy oczekiwano 8,4%. Jednak bardzo pozytywnie zaskoczyła produkcja budowlano-montażowa – wzrosła o 19,8% przy prognozie 13,8%. To najwyższa zwyżka od 5 lat.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar choć niewiele to zyskuje do głównych walut: do euro (+0,16%), brytyjskiego funta (+0,03%), dolara kanadyjskiego (+0,12%), dolara australijskiego (+0,11%) oraz japońskiego jena (+0,01%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,174, GBP/USD – 1,287, USD/CAD – 1,26, AUD/USD – 0,792 i USD/JPY – 109,2. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,2%) i kurs EUR/JPY wynosi 128,2, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,912. Złotówka zyskuje do funta i franka szwajcarskiego, a pozostaje na tym samym poziomie do dolara i euro. W poniedziałek rano dolar kosztuje 3,64 zł, euro – 4,27 zł, funt – 4,68 zł, a frank – poniżej 3,77 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach przewaga koloru czerwonego. W piątek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,86%, frankfurcki indeks DAX – o 0,31%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,64%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 obniżył się o 0,18%, meksykański indeks Bolsa wzrósł o 0,16%, a brazylijski indeks Bovespa podniósł się o 1,09%. W poniedziałek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 0,4%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,56%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem zyskiwał 0,5%.

Ropa i złoto: Ceny ropy naftowej kontynuują wzrost. W niedzielę na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 52,72 USD (+3,21%), a ropy WTI – 48,51 USD (+2,93%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 55 USD. Z kolei wartość złota minimalnie spada. W poniedziałek rano uncję metalu rynek wycenia na 1286 USD. To 1 USD mniej (-0,08%) niż przed weekendem.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 14:30 – Kanada – Sprzedaż hurtowników (m/m), czerwiec (prognoza -0,4%)
  • 16:30 – Australia – Indeks wskaźników wyprzedzających – Conference Board, czerwiec (poprzednia 0,1%)

Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Słabe dane z Polski. Cena ropy gwałtownie w górę

Poznaliśmy odczyty wzrostu produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Jest dobrze, ale nie aż tak jak sądzili analitycy. Lepsze dane z USA i dwudolarowy wzrost cena baryłki ropy.

Słabe dane z Polski

O godzinie 14:00  w piątek poznaliśmy odczyty produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej. Dane te okazały się istotnie słabsze od oczekiwań analityków. Produkcja przemysłowa rosła o 6,2% zamiast o spodziewane 8,4%, z kolei sprzedaż detaliczna osiągnęła 7,1%, a nie 7,5%. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że słabsze od przewidywanych dane i tak były wyraźnie lepsze niż poprzednie odczyty wynoszące odpowiednio 4,5% i 6%. Inwestorzy najwyraźniej nie podzielali optymizmu analityów bowiem słabsze od prognoz dane przyjęli w miarę neutralnie. Warto natomiast poczekać jak te dane przełożą się na ważniejsze wskaźniki takie jak bezrobocie czy wzrost PKB.

Dane z USA i ropa

w piątek poznaliśmy dwie ważne informacje z USA. Po pierwsze wstępny odczyt raportu Uniwersytetu Michigan. Był on wyraźnie lepszy od oczekiwań. Później tego dnia dostaliśmy jeszcze informacje z rynku ropy. Liczba wież wiertniczych na rynku ropy spadła o kolejnych 5. Wciąż jest jednak blisko maksimum od prawie dwóch lat. Spadająca liczba była odpowiedzią na niskie ceny ropy i niską opłacalność wydobycia. W szczycie cenowym w latach 2011-2014  kiedy to ropa naftowa kosztowała powyżej 100 dolarów liczba odwiertów wzrosła do ponad 1500 sztuk. Od tego momentu spadek cen spowodował gwałtowną redukcję, gdyż nie każda z nich przy danych cenach była rentowna. Można się spodziewać, że jeżeli ceny nadal będą rosnąć tendencja spadkowa się odwróci. Tuż przed danymi inwestorom na rynku ropy puściły jednak nerwy i rozpoczęli kupowanie. W rezultacie cena baryłki wzrosła w ciągu godziny o około 2 dolary. Jak nietrudno się domyślać drożejąca ropa wsparła notowania rubla.

Dzisiaj w kalendarzu makroekonomicznym nie ma żadnych ważniejszych odczytów danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kto i ile płaci pośrednikowi kredytowemu?

  • Zgodnie z nową ustawą, pośrednicy kredytowi zobowiązani są ujawniać wysokość wynagrodzenia, jakie otrzymują od banku.
  • Niektórzy klienci, szukając oszczędności, zrezygnują z usług pośrednictwa i będą sprawdzali oferty na własną rękę.
  • Tymczasem, cena kredytów hipotecznych u pośrednika i w banku jest jednakowa.

Obowiązująca od 22 lipca b.r. ustawa o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami wprowadziła obowiązek  ujawniana prowizji, jakie pośrednik otrzymuje od banków za poszczególne produkty oferowane klientom. Zapis ten budzi wiele obaw po stronie pośredników. Pokazanie klientom wynagrodzenia może skutkować pomijaniem ich przy składaniu wniosków. Licząc na niższą cenę bezpośrednio w banku, klienci będą rezygnowali z pośrednictwa eksperta kredytowego. Ale czy słusznie?

To bank pokrywa koszty pracy pośrednika

Oferty kredytów hipotecznych u pośredników są tożsame z tymi przedstawianymi bezpośrednio w banku. Dzieje się tak, ponieważ bank wynagradza pośrednikowi pracę, jaką musiałby wykonać pracownik banku w oddziale. Wiele banków przez lata funkcjonowania pośredników straciła lub zlikwidowała sieci kosztownych specjalistów kredytu hipotecznego. Utrzymywanie pracownika było zdecydowanie droższe niż współpraca z pośrednikiem, któremu bank płaci dopiero za zrealizowaną transakcję.

W razie niedoprowadzenia do podpisania umowy, pośrednik nie otrzymuje bowiem żadnej zapłaty za dotychczasowe usługi. Wszelkie czynności przygotowawcze oraz konsultacje są bezpłatne.

Obawiamy się, że informacja o wysokości naszych zarobków może przestraszyć klienta. Nie wszyscy bowiem wiedzą, że cena kredytu przedstawiona bezpośrednio przez bank, nie jest pomniejszona o wynagrodzenie pośrednika. Klient nie zaoszczędzi, jeśli pójdzie bezpośrednio do oddziału banku. Otrzyma kredyt w takiej samej cenie, jaką zaproponowałby mu pośrednik – tłumaczy Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Jak wycenić usługę pośrednictwa?

Wycena pracy pośrednika jest trudna, zważywszy na fakt, że otrzymuje on swoje wynagrodzenie tylko wtedy, gdy doprowadzi do uruchomienia kredytu dla klienta. Natomiast cały proces kredytowy, od momentu, w którym klient zaczyna interesować się kupnem nieruchomości do podpisania umowy kredytowej może trwać nawet kilka miesięcy.

Obecnie pośrednik kredytowy otrzymuje średnio 2% prowizji od uruchomionego kredytu. Niektórym może się wydawać, że to za dużo. Pamiętajmy jednak, że otrzymuje on wynagrodzenie tylko w sytuacji podpisania umowy. Jeżeli klient się rozmyśli lub otrzyma decyzję negatywną z banku, wówczas pośrednik za całą dotychczas wykonaną pracę i poniesione koszty nie uzyska żadnego wynagrodzenia. Takie sytuacje się zdarzają.  Oprócz kosztów związanych bezpośrednio z obsługą klienta, w tym wynagrodzeniami ekspertów, z  prowizji od uruchomionych kredytów  pokrywane są koszty funkcjonowania całej firmy – dodaje Katarzyna Dmowska.

Klienci przychodzą do pośrednika już w momencie, gdy zaczynają myśleć nad zakupem nieruchomości przy wsparciu kredytem. Wówczas proszą o przeliczenie zdolności kredytowej, aby dowiedzieć się, na jaką nieruchomość mogą sobie pozwolić oraz o określenie kosztów, z jakimi zaciągnięcie tego kredytu będzie się wiązać. Następnie przystępują do poszukiwania odpowiedniej nieruchomości – czasami kontakt na tym etapie z pośrednikiem się kończy.

Zanim klienci dokonają ostatecznego wyboru nieruchomości, często wracają do pośrednika kilkukrotnie, w celu zweryfikowania pierwotnie uzyskanych informacji. Po podjęciu decyzji, klienci wraz z pośrednikiem dokonują wyboru oferty kredytu na podstawie aktualnych kalkulacji. Wybór najkorzystniejszej oferty, to nie zawsze wybór najtańszej oferty – mówi Katarzyna Dmowska.

Pośrednik musi przeanalizować również wysokość oraz źródła uzyskiwanych dochodów, a także status nieruchomości, która ma stanowić zabezpieczenie kredytu. Często dużym znaczeniem jest też proces kredytowy panujący w danym momencie w banku. Zdarza się bowiem, że czynnikiem decydującym jest czas do sfinalizowania transakcji. Jeżeli klienci nie zdążą z kredytem, mogą stracić nie tylko możliwość kupna danego mieszkania, ale i wpłaconą zaliczkę. Następnie przychodzi czas na przygotowanie wniosków oraz przeprowadzenie procesu kredytowego. Pośrednik pomaga klientom skompletować dokumentację oraz wypełnić wnioski kredytowe. Najczęściej składa wnioski do trzech banków dla wzmocnienia szansy uzyskania najkorzystniejszego rozwiązania dla klienta.  Następnie dostarcza skompletowane wnioski do banku i koordynuje cały proces, który trwa często kilka tygodni. W tym czasie pośrednik pozostaje w kontakcie z bankiem oraz klientem, do momentu uzyskania decyzji, podpisania umowy i uruchomienia kredytu, o ile taki moment nastąpi.

Nowoczesne miejsca pracy a efektywność pracowników

Tworzenie nowoczesnych środowisk pracy z myślą o dobrym samopoczuciu i wydajności tych, którzy z nich korzystają jest jednym z najsilniejszych trendów wśród pracodawców. Firmy projektują biura zgodnie z najnowszymi światowymi tendencjami. Dobierają niezwykle przyjazne rozwiązania, oparte na holistycznym podejściu do indywidualnych oczekiwań i stylu pracy swoich pracowników. Dzięki zintegrowanym aranżacjom wnętrz, uwzględniającym rzeczywiste potrzeby, pracownicy otrzymują możliwość korzystania z ergonomicznego otoczenia, które obniża poziom stresu i poprawia samopoczucie w miejscu pracy. W efekcie pracownicy czują się dobrze, przez co lepiej wykonują swoje obowiązki. Tworzenie tego typu biur staje się jednym z istotnych trendów na rynku nieruchomości i jak wynika z raportu „PRACA, MOC, ENERGIA W POLSKICH FIRMACH” jest niezbędne, by utrzymać konkurencyjność i wysoką efektywność pracowników.

Ponad 1/3 ankietowanych jest w pracy często rozkojarzona i rozproszona, a ponad 80% pracowników doświadcza przerywania wykonywanych zajęć z powodu różnych czynników zewnętrznych.

W nowoczesnym miejscu pracy bardzo istotne jest wyraźne wydzielenie dedykowanych obszarów. Projektując tego typu przestrzenie warto zaaranżować w nich miejsca do pracy kreatywnej, sale spotkań, pokoje do pracy w ciszy, wspomagające wysoką koncentrację, z dala od szumów i rozmów. W przypadku pomieszczeń służących do pracy kreatywnej nie ma ograniczeń i można pozwolić sobie na nieco więcej „szaleństwa”. Ustawiane są wygodne pufy, fotele, sofy i hamaki. Stosuje się np. wyraziste, intensywne i zróżnicowane kolory pobudzające do działania. Stawia się też na dużą przestrzeń pozwalającą na ruch zgodnie z ideą mówiącą, że twórcze pomysły pojawiają się wraz z dowolną aktywnością fizyczną. Wykorzystuje się także otwory w ścianach między pokojami dające wrażenie otwartej przestrzeni i wspierające kreatywność i komunikację. Inspirujące są wysokie okna lub całe ściany zewnętrzne ze szkła. Popularne są m.in. wspólne kuchnie pozwalające na nieformalne spotkania i rozmowy, podczas których pojawia się dużo ciekawych pomysłów.

Zgodnie z raportem opracowanym przez ekspertów HUMAN POWER, blisko 60% pracowników polskich firm nie robi sobie żadnych przerw w pracy, a niemal połowa badanych nie korzysta z potencjału, jakie dają przerwy regeneracyjne ponieważ nie potrafi lub nie ma warunków by oderwać swoje myśli od pracy.

Odpoczynek w ciągu dnia pracy powinien odbywać się co 90 minut ponieważ jest to maksymalny czas naszego skupienia, po którym trzeba naładować baterie. Regularne i dobre jakościowo przerwy od pracy wpływają na wzrost  efektywności – cel, do którego dąży cały współczesny biznes. Nowoczesne biura powinny ten aspekt uwzględniać i zapewniać miejsca sprzyjające odpoczynkowi tzw. pokoje relaksu zgodne ze specyfiką danej firmy oraz odzwierciedlające faktyczne potrzeby zatrudnionych osób. Pomysłów na specjalne strefy służące regeneracji sił umysłowych i fizycznych jest wiele. Najpopularniejszym stosowanym rozwiązaniem są aranżacje „dla każdego”, urządzone w myśl zasady, że każdy pracuje i wypoczywa inaczej. W takich miejscach znajdują się np. konsola do gier, telewizor, wygodne pufy i fotele, bieżnia czy stół do piłkarzyków. Światowi, korporacyjni giganci zapewniają też m.in. zjeżdżalnie, huśtawki i akwaria, ale również miejsca do skateboardingu, pozwalające poszaleć na deskorolce czy konsolę dla DJ’a, grającego muzykę podczas przerw pracowników.

– „Z wyników badania „Praca, moc, energia w polskich firmach” wyłania się obraz współczesnych pracowników żyjących w obawie, aby nic im nie umknęło oraz świata, w którym odpoczynek i regeneracja sił są traktowane jako strata czasu lub kolejny punkt do odznaczenia w agendzie. Nadmiar bodźców atakujących nasze organizmy w ciągu całego dnia pracy, a także po powrocie do domu, gdy wiele osób nadal jest dostępnych pod służbowym telefonem i adresem mailowym powoduje, że nasz umysł znajduje się w ciągłym trybie stand-by. Nawet nocny odpoczynek jest nadal formą czuwania” – mówi Maria Lorenc, HR Development Manager z Kinnarps Polska. – „Jeśli brak przerw wynika z niewłaściwego nawyku, to w zmianie zachowania można się wspomóc technologią. Jeśli jednak z niewłaściwej kultury organizacyjnej, wówczas wymagać to będzie bardziej zaawansowanego procesu zmiany”.

Częściej niż co drugi pracownik badany budzi się rano zmęczony, a trzech na dziesięciu pracowników śpi mniej niż zalecane minimum 6 godzin.

Niedobór snu prowadzi to do uczucia zmęczenia po obudzeniu się rano oraz problemów z efektywną pracą po godzinie 14. Pod koniec tygodnia pracy osoba, która przez wszystkie dni robocze sypiała poniżej 6 godzin, może być w godzinach porannych tak ograniczona w sprawności psychoruchowej, jak gdyby miała we krwi około 1 promila alkoholu.

Nowoczesne firmy umożliwiają swoim pracownikom zrobienie krótkiej 15 – 30 minutowej drzemki ok. godziny 13:00-15:00. Takie biura wyposażone są w pokoje z wygodnymi tapczanami, materacami, hamakami i specjalnym systemem oświetlenia. Dzięki zmieniającemu się kolorowi – od czerwonego po niebieski, pracownik czuje się „kołysany” do snu, a następnie łagodnie przywracany do świadomości.

– „Kawa, słodzone napoje, czy słodkie przekąski są jednym z najbardziej rozpowszechnionych metod radzenia sobie z poranną inercją senną w pracy. Należy jednak pamiętać, że jeśli ktoś się ciągle nie wysypia, to w zasadzie zaczyna efektywnie pracować dopiero koło południa, mimo że od rana jest fizycznie w pracy. To nie jest obiecująca perspektywa, ponieważ mniej więcej po 2-3 godzinach odczuje z kolei popołudniowy spadek energii, koło 15.00. W porównaniu z pracownikiem, który się wysypia, jest to pracownik o zupełnie innym potencjale do wykonywania codziennych obowiązków zawodowych. Z pomocą mogą tu przyjść krótkie drzemki w ciągu dnia, jednak nadal niewiele firm to umożliwia.” – podsumowuje Małgorzata Czernecka, psycholog i ekspert ds. efektywności.

Badania na temat związku między wydajnością pracy, a czasem poświęconym na odpoczynek i regenerację, były prowadzone wielokrotnie. W jednym z nich na przykład udowodniono, że istnieje związek między zmęczeniem sędziego, a zapadającymi wyrokami. Naukowcy ustalili, że uzyskanie zwolnienia warunkowego na początku dnia wynosiło 65%, a dwie godziny późnej poniżej 10%. Jeśli jednak sędzia odpoczął, zregenerował się, to odsetek udzielonych zwolnień warunkowych ponownie wynosił 65%. Spadku liczby pozytywnych opinii nie dało się wytłumaczyć powagą przestępstwa czy osobą prawnika. Głównym czynnikiem mającym wpływ na decyzje było zmęczenie utrudniające podjęcie decyzji (źródło: Danziger S., Levavb J., Avnaim-Pessoa L. 2011, Extraneous factors in judicial decisions, Princeton University, Princeton).

Blisko 80% pracowników przez większość dnia pracuje w jednej pozycji ciała. Skutkuje to bólami karku, szyi i nóg, na co uskarża się ponad połowa respondentów (54,6%).

Nowoczesne biura oferują swoim pracownikom wydzielone miejsca do ćwiczeń, np. siłownię, a także organizują spotkania z trenerami, którzy prowadzą zajęcia, wpływające na rozciągnięcie i rozluźnienie ciała, jak np. jogę. Popularne są też pokoje do relaksującego masażu. Młodzi pracownicy często rezygnują ze standardowych miejsc pracy jakim są biurka i krzesła, wolą wykonywać pracę na stojąco, na sofie, miękkich fotelach czy specjalnych siedziskach, takich jak popularne worki do siedzenia czy duże piłki. Niektóre firmy poszły jeszcze o krok dalej i oferują swoim pracownikom… bieżnie z zamontowanymi laptopami do pracy.

W biurowcach często spotykamy się z otwartą przestrzenią do pracy, a to często trudna do zagospodarowania powierzchnia stanowiąca wyzwanie dla pracodawcy. Open space z jednej strony ma pozwalać na ciągły kontakt ze współpracownikami i nieustanną wymianę pomysłów, a z drugiej nie przeszkadzać w wykonywaniu obowiązków zawodowych. Wiodące trendy projektowania tego typu, nowoczesnych miejsc uwzględniają wiele czynników, które mogą wpływać na komfort pracy i efektywność. Wśród nich znajduje się m.in. dobrze rozmieszczone oświetlenie, ponieważ drobiazgi, takie jak odbicie światła w szybie bądź monitorze, potrafią skutecznie utrudnić wykonywaną pracę. Kolejnym elementem jest odpowiednio zaplanowana akustyka. Stosowane są wykładziny z podkładem akustycznym czy technologie maskowania dźwięku oparte na głośnikach emitujących fale radiowe na częstotliwości zbliżonej do mowy ludzkiej. Technologia ta skutecznie wytłumia słyszalność ludzkich głosów, jednocześnie redukując zrozumiałość mowy. Sprawia tym samym, że biuro w układzie open space jest bardziej przyjazne i komfortowe. Aranżacja przestrzeni powinna jednak umożliwiać nieskrępowaną wymianę informacji, dlatego obecnie coraz częściej open space’y składają się z kilku stref dedykowanych indywidualnej pracy w skupieniu, pracy zespołowej, prowadzeniu rozmów telefonicznych, spotkań lub miejsc relaksu. Stosuje się przy tym mobilne ścianki, nowoczesne systemy meblowe, systemy siedzisk modułowych, szklane ściany działowe, a także specjalne tzw. „biurowe budki telefoniczne”, wpływające na komfort pracy oraz wspomagające efektywność.

ŹRÓDŁO: Raport PRACA, MOC, ENERGIA W POLSKICH FIRMACH.

LINK DO POBRANIA RAPORTU http://humanpower.pl/raport-praca-moc-energia/

Długość procesu oraz liczba CV najczęściej wykorzystywanymi miernikami rekrutacyjnymi

Czas rekrutacji (59%) oraz liczba aplikacji nadesłanych na ofertę pracy (56%) to główne mierniki oceny efektywności procesu zatrudnienia pracownika. Jakość aplikacji była ważna tylko dla co trzeciego specjalisty HR i została wskazana dopiero jako szósty istotny wskaźnik. Tak wynika z 4. edycji badania „Candidate Experience” przeprowadzonego przez eRecruiter i Great Digital. Niestety, tylko 14% przedsiębiorców pyta kandydatów o opinię na temat przeprowadzonej rekrutacji.

Eksperci eRecruiter zwracają uwagę, że przywiązanie rekruterów do ilościowych wskaźników może wynikać m.in. z łatwości ich interpretacji i prezentowania. Natomiast to jakościowe mierniki pokazują efektywność rekrutacji.

Możemy zaryzykować tezę, że przedsiębiorca, który na opublikowaną ofertę pracy otrzymał kilkadziesiąt zgłoszeń, spośród których trudno wyłowić wartościowych kandydatów, nie przeprowadził optymalnego procesu rekrutacji. Natomiast firma szukająca specjalisty o wąskich kwalifikacjach, która otrzymała kilka dobrych jakościowo życiorysów, z procesem poradziła sobie bardzo dobrze. Te dwa skrajne przykłady pokazują, że ilościowe podejście do rekrutacji może dawać błędny obraz jej efektywności. Idealna sytuacja to taka, w której odpowiedni kandydat zostaje zatrudniony w momencie, kiedy potrzebuje tego biznes. Jest to możliwe dzięki odpowiedniej współpracy rekrutera, przedstawiciela działu biznesowego i coraz częściej specjalisty ds. wizerunku pracodawcy. Rezultat takiej kooperacji nie powinien jednak być definiowany przez przejrzenie „setek CV”, ale sprawdzenie, czy w rekrutacji wzięli udział kandydaci odpowiadający profilowi stanowiska – mówi Julia Urbańska, marketing manager w eRecruiter.

W rekrutacji czas ma pierwszorzędne znaczenie

Według przeprowadzonego badania, najpopularniejszym miernikiem efektywności rekrutacji jest czas procesu rekrutacyjnego od zlecenia do zatrudnienia pracownika (59% wskazań). Na drugim miejscu znajduje się liczba otrzymanych aplikacji na dane stanowisko (56%), a na trzecim czas, na jaki pracownik związuje się z firmą (44%). Kolejnymi istotnymi miernikami są liczba uzyskanych aplikacji z poleceń pracowników (41%) oraz koszt rekrutacji (40%). Jakość spływających życiorysów została wskazana dopiero na szóstym miejscu przez 39% specjalistów HR. Dzięki takim rozwiązaniom jak eRecruiter, można w łatwy i przejrzysty sposób zaprezentować wiele wskaźników przedstawiających efektywność, w tym jakość, rekrutacji. Między innymi, jaka część nadesłanych aplikacji spełnia wymagania wskazane w opisie stanowiska przez rekrutera jako kluczowe lub ilu kandydatów uczestniczy w etapie spotkań.

Najczęściej stosowanym miernikiem jest czas rekrutacji od zlecenia do zatrudnienia. To znaczy, że biznes domaga się, aby pracowników zatrudniać szybko i HR stara się te wymagania spełnić. W zestawieniu z drugim najpopularniejszym miernikiem (liczba aplikacji na dane stanowisko), może to jednak oznaczać, że są firmy, gdzie w rekrutacji liczy się ilość, a nie jakość zatrudnianych kandydatów. Zamiast tego warto postawić na mierniki, które pozwalają ocenić prawdziwą efektywność źródeł rekrutacji i jakość prowadzonych działań. Jeśli wspólnym celem zespołu HR i biznesu stanie się podnoszenie wartości tych mierników, to pojawi się odwaga do szukania nowych podejść i myślenie, co jeszcze powinniśmy zmienić, aby rekrutować pracowników, na których nam zależy – mówi Marta Pawlak-Dobrzańska, Strateg i Analityk HR w Great Digital.

W firmie Teleperformance, która jest światowym liderem w zakresie rozwiązań Customer Experience Management, mierzenie efektywności procesów rekrutacyjnych, obok wyników finansowych firmy, jest podstawą określenia jej sprawnego działania oraz rozwoju.

Takie współczynniki jak QoH (Quality of Hire), CPH (Cost Per Hire), time to hire są bardzo istotną informacją zarówno dla konkretnych działów firmy, jak i z punktu widzenia długofalowej strategii. Najefektywniejszymi miernikami rekrutacji pozostają jednak czas oraz jakość. Biznes potrafi rozwijać się bardzo szybko, a potrzeby rekrutacyjne pojawiają się jak „grzyby po deszczu”, czyli niespodziewanie. Natomiast jakość zatrudnienia decyduje często o wyniku finansowym przedsiębiorstwa. To ludzie kreują sprzedaż, to obsługa klienta sprawia, że chce on kontynuować z nami współpracę. Bez najlepszych pracowników nigdy nie zdobędziemy wysokiej pozycji na rynku – podkreśla Jakub Stępień, Senior Recruitment Specialist w Teleperformance.

Tylko co siódmy pracodawca prosi o opinie kandydatów

Ilościowe mierniki efektywności rekrutacji, takie jak liczba spływających aplikacji czy czas procesu, pomijają najistotniejszy obszar, czyli opinie kandydatów. A to właśnie oni powinni mieć szansę ocenić, czy rekrutacja została przeprowadzona w odpowiedzi sposób. Badanie opinii kandydatów na temat procesu rekrutacji nadal nie jest powszechną praktyką wśród firm. Przeprowadza je tylko 14% przedsiębiorców. Co czwarty pyta o doświadczenia kandydatów w procesie rekrutacyjnym, a co dziesiąty o czas trwania procesu rekrutacji oraz opinie o ofertach pracy. Odpowiednio 8% i 7% firm zadaje pytania dotyczące zakładki „Kariera” i formularza rekrutacyjnego.

Brak potrzeby pytania samych zainteresowanych, czyli kandydatów, o wrażenia jest alarmujący. Rekruterzy odbierają sobie możliwość szybkiego zorientowania się, które elementy się podobają, co warto poprawić w rekrutacji, a z czego zrezygnować. To właśnie kandydaci mogą nam podpowiedzieć, czy chcieliby dostawać przypomnienie SMS-owe o dacie spotkania. Wdrożenie takiego badania opinii rekomendujemy każdemu klientowi, który korzysta z eRecruiter. Zadanie kliku pytań jest bardzo proste i powoduje, że coraz więcej firm zaczyna z takiego rozwiązania korzystać – podsumowuje Julia Urbańska z eRecruiter.

Analiza pozycji dużych graczy 21.08.2017

Jak co tydzień, w piątek wieczorem komisja CFTC opublikowała najnowszy raport Commitment of Traders. Raporty CFTC dają nam wiedzę na temat otwartych pozycji na giełdzie Chicago Mercantile Exchange oraz New York Board of Trade. W raporcie zawarte jest ponad 70% wszystkich otwartych pozycji na rynku kontraktów futures. Dzięki danym zawartym w raporcie możemy przewidywać główne trendy na rynkach finansowych, niemniej jednk warto podkreślić, że są publikowane z trzydniowym opóźnieniem. W przypadku analizy średnio i długoterminowych trendów takie opóźnienie jest do zaakceptowania.

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz funduszy lewarowanych na rynku walutowym

Źródło: Opracowanie własne

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Tabela przedstawia aktualne pozycje na kontraktach terminowych zarządzających oraz fundusz lewarowanych na rynku surowców

Źródło: Opracowanie własne

Analiza pozycji dużych graczy 21.08.2017 2– na rynku znajduje się coraz więcej pozycji długich lub krótkich. Zielona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji długich

Analiza pozycji dużych graczy 21.08.2017 3-pozycje długie lub krótkie są zamykane. Czerwona strzałka przy pozycjach netto świadczy, że w coraz większym stopniu na rynku panuje przewaga pozycji krótkic

MACD – podawane jest dla USD, jako waluty kwotowanej np. JPY/USD, CAD/USD, EUR/USD

EUR/USD

Ostatni raport Commitment of Traders wskazuje na coraz mniejsze zaangażowanie funduszy lewarowanych po długiej stornie rynku na euro. W poprzednim tygodniu podmioty te zamknęły 13 274 długich pozycji, z kolei zwiększyły zaangażowanie po krótkiej stronie rynku o 2 699 pozycji.

Pomimo zamknięcia długich pozycji rynek cały czas jest nastawiony netto na wzrost euro, ale po ostatnim rajdzie korekta jest nieunikniona.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Warto również zauważyć, że pozycja netto funduszy lewarowanych wynosi tylko 9 360 kontraktów, zatem rynek jest coraz bardziej neutralnie wyceniony. Tak mała liczba kontraktów po jednej i drugiej stronie może doprowadzić do mocnego trendu wzrostowego/spadkowego.

Z kolei patrząc na główny czynnik, który przyczynił się do ostatniego trendu wzrostowego na euro zdaje się wygasać. Na poniższym wykresie zobrazowano kurs EUR/USD (kolor żółty) na tle spreadu 10 letnich obligacji niemieckich oraz amerykańskich.

Analiza pozycji dużych graczy 21.08.2017 4

Źródło: Bloomberg

Kurs EUR/USD zawędrował za daleko na północ, należy oczekiwać mocniejszego ruchu spadkowego. Niemniej jednak warto również obserwować zmianę dochodu z obligacji niemieckich oraz amerykańskich. Gdyby obligacje pierwszego kraju dawały coraz większą stopę zwrotu niż drugiego, to trend na EUR/USD powinien zostać utrzymany.

Analiza pozycji dużych graczy 21.08.2017 5

Źródło: Admiral Markets

Na wykresie tygodniowym najbliższym wsparciem jest strefa 1.133-1.145, gdzie ewentualna korekta powinna zostać zakończona.

USD/JPY

Kolejnym ciekawym aktywem z punktu widzenia COT jest jen japoński. W poprzednim tygodniu duzi gracze po raz kolejny powiększyli swoje zaangażowanie po długiej stronie rynku (JPY/USD). Sytuacja wygląda bardzo ciekawie, ponieważ na rynku znajduje się bardzo duża ilość krótkich pozycji względem długich.

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary – pozycje długie, czerwone – pozycje krótkie , linia żółta – netto

Pozycje funduszy lewarowanych, niebieskie bary - pozycje długie, czerwone - pozycje krótkie , linia żółta - netto

Źródło: Cme Group

Fundusze lewarowane utrzymują w swoich portfelach 97 563 krótkich pozycji względem 32 295 długich. Zatem na rynku jest bardzo dużo miejsca do dalszego umocnienia JPY, ale przed tym scenariuszem musimy pokonać bardzo mocne wsparcie 108.00-108.90

Analiza pozycji dużych graczy 21.08.2017 6

Źródło: Admiral Markets

Pokonanie wspomnianego poziomu może być nie lada wyzwaniem. Jeżeli byki zrezygnują z walki, to kolejnym celem będą okolicę poziomu 104-105.

Mateusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Decyzje w sprawie PPK ważne dla przedsiębiorców

Od pewnego czasu rząd pracuje nad dwiema ważnymi ustawami – o OFE i Pracowniczych Programach Kapitałowych (PPK). Wiemy, że 75 proc. środków z OFE trafi do funduszów emerytalnych. 25 proc. zasili rezerwy demograficzne.

– Istnieje duże prawdopodobieństwo, że środki te trafią najpierw do PFR-u, a następnie na giełdę – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Dla przedsiębiorców ważne są decyzje związane z Pracowniczymi Programami Kapitałowymi. Obecnie wiemy, że po stronie pracodawcy będzie obowiązek odprowadzania 2 proc. wynagrodzenia. Na początku będzie to dotyczyło jedynie firm zatrudniających powyżej 20 osób. Takie regulacje będą obowiązkowe dla pracodawcy, ale nie pracownika, który nie będzie musiał korzystać z systemu. W ostatnim roku obserwowaliśmy znaczne wzrosty kosztów pracy, na poziomie ok. 50 proc. w stosunku do roku 2016. Było to związane z regulacjami dotyczącymi umów zleceń. W tej sytuacji ustalone 2 proc. wynagrodzenia wydaje się niezbyt dużą kwotą. Jednak nie wszyscy pracodawcy przyjmą kolejny wzrost kosztów pracy z jednakowym spokojem – podsumował Kowalski.

Giełdowe maluchy pod presją wysokich oczekiwań

  • Światowa gospodarka dynamicznie się rozwija, a wzrost PKB rozkłada się równomiernie pomiędzy różne regiony globu.
  • Obserwujemy napływ kapitału na giełdy rynków wschodzących, w tym do Polski. Zyskują na tym przede wszystkim spółki z indeksu WIG20.
  • Akcje małych i średnich spółek z GPW zachowują się gorzej, ale jeszcze w tym cyklu koniunkturalnym mają potencjał do wzrostów.
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Union Investment TFI

Wzrost gospodarczy na świecie jest w tym roku naprawdę imponujący. A co ważniejsze, rozkłada się równomiernie pomiędzy różne regiony globu. Taka sytuacja nie miała miejsca już od dawna. W II kwartale br. gospodarka USA rozwijała się w tempie 2,6% rok do roku. Dynamiczny, 2,2 proc. wzrost PKB w tym okresie odnotowała też strefa euro. Motorem koniunktury są, poza Niemcami, także Holandia, Francja, Włochy czy Hiszpania. Świetnie spisują się też gospodarki Europy Środkowo-Wschodniej – rumuńska, czeska, polska, węgierska i słowacka. W Polsce PKB w II kwartale br. wzrósł o 3,9% rok do roku.

W tak dobrym otoczeniu makroekonomicznym spadki cen akcji mniejszych spółek z GPW (które powinny korzystać na dobrej koniunkturze) mogą nieco zaskakiwać. Tym bardziej, że zagraniczni inwestorzy giełdowi grają obecnie pod scenariusz Emerging Markets (w tym Polska) versus rynki rozwinięte.

Oczywiście jest kilka czynników, które wywierają niekorzystny wpływ na giełdowe „misie”.  Jednym z nich jest wzrost kosztów pracy. Chociaż wynagrodzenia w Polsce rosną wolniej od oczekiwań i w porównaniu do innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej (w lipcu br. +4,9% r/r), to w pewnym stopniu odbijają się na wynikach finansowych firm. Na niekorzyść polskich spółek eksportowych działa dodatkowo silny złoty, który od początku roku umocnił się do euro o kilka procent. Ma to duże znaczenie, ponieważ sprzedaż do krajów Unii Europejskiej stanowi około 80% wartości polskiego eksportu.

Jednakże – pomimo spadku marż i nieco niższych zysków wypracowanych przez giełdowe spółki w ostatnim kwartale –  nie ma mowy o tragedii czy zapaści. Wręcz przeciwnie.

Ceny akcji pod presją wygórowanych oczekiwań

Co więc sprawia, że w notowaniach indeksów sWIG80 i mWIG40 dominuje kolor czerwony? Wydaje się, że nieco gorsze wyniki finansowe spółek, które nie są w stanie sprostać rozbuchanym oczekiwaniom analityków i samych inwestorów. Do tego dochodzą nieco „wyschnięte” źródła popytu na akcje mniejszych spółek. Najwięksi zagraniczni inwestorzy kupują praktycznie tylko spółki z WIG20. Z kolei „misie” są w spektrum zainteresowania głównie lokalnych graczy. W obliczu niewielkich napływów do funduszy akcji małych i średnich spółek oraz niższej aktywności OFE brakuje impulsu, który przełamałby tę słabość.

Mimo to nadal wierzymy, że silne ożywienie gospodarcze prędzej czy później przełoży się na wzrost przychodów i zysków spółek notowanych na GPW. Wraz z lepszymi raportami kwartalnymi powinien powrócić apetyt inwestorów na mniejsze spółki. Szczególnie, że ceny polskich akcji nie są wygórowane (w pobliżu długoterminowych średnich) i w tym cyklu koniunkturalnym istnieje jeszcze pole do ich dalszych wzrostów – bez ryzyka oderwania wycen spółek od fundamentów.

Zrównoważona ekspansja na rynku mieszkaniowym

W ocenie Narodowego Banku Polskiego rynek nieruchomości mieszkaniowych znajduje się w fazie ekspansji i nie grozi mu ani powstanie spekulacyjnej bańki, ani załamanie. Większość danych wskazuje, że szybki i jednocześnie zrównoważony wzrost może utrzymać się jeszcze przez dłuższy czas.

Ożywienie na rynku nieruchomości mieszkaniowych widoczne jest gołym okiem, a nasilenie medialnych doniesień na ten temat powoduje, że wiedza o tym jest powszechna. W przypadku inwestycji giełdowych taki stan uznawany jest zwykle za pierwszy sygnał ostrzegawczy przed przegrzaniem koniunktury i zbliżającym się załamaniem. Warto więc przed podjęciem decyzji o kupnie mieszkania w celach inwestycyjnych uważniej przyjrzeć się sytuacji i ocenić perspektywy jej rozwoju, by ustrzec się rozczarowania bądź strat, jakie dziesięć lat wcześniej były udziałem części nabywców, nastawionych na szybki i duży zarobek.

Pod wieloma względami można dostrzec podobieństwa między stanem obecnym, a tym
z lat 2007-2008. W ubiegłym roku liczba mieszkań w budowie, przekraczająca 731 tys., była najwyższa w historii, a liczby rozpoczętych budów, pozwoleń na budowę oraz lokali oddawanych do użytku były bliskie rekordowych poziomów sprzed dziewięciu-dziesięciu lat. Jedyną cechą odróżniającą obecną fazę ekspansji od ówczesnej bańki spekulacyjnej jest stabilny poziom cen mieszkań, charakteryzujący się jedynie niewielką tendencją wzrostową, nie przekraczającą kilku procent. Te dane obrazują jedynie skalę ekspansji, ale niewiele mówią o układzie sił rynkowych, na podstawie którego można ocenić poziom równowagi, a tym samym wnioskować o kierunkach rozwoju sytuacji w przyszłości
i ewentualnych szansach oraz zagrożeniach. Znacznie więcej mogą nam powiedzieć informacje dotyczące liczby mieszkań faktycznie wprowadzonych do sprzedaży, sprzedanych i stanu zapasów mieszkań, znajdujących się w ofercie deweloperów oraz tendencje panujące w tym zakresie.

Zrównoważona ekspansja na rynku mieszkaniowymŹródło: Gerda Broker na podstawie danych NBP

Pierwszy kwartał 2007 r. był ostatnim okresem, w którym nabywcy „na pniu” kupili wszystkie mieszkania wprowadzone przez deweloperów do sprzedaży w sześciu największych miastach Polski,
a równocześnie zasób lokali znajdujących się w ofercie był wyjątkowo niewielki, odpowiadał bowiem liczbie mieszkań sprzedawanych w jednym kwartale. Taka sytuacja sprzyjała oczywiście windowaniu cen mieszkań, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Jednocześnie widać było, że deweloperzy nie byli przygotowani do sprostania rosnącemu wcześniej popytowi i w przyspieszonym tempie starali się nadgonić dystans. Mimo, że w 2007 i 2008 r. w budowie była najwyższa od kilku lat liczba mieszkań, a do użytkowania oddawano ponad trzykrotnie więcej mieszkań niż w 2000 r., gwałtownie rosła liczba pozwoleń na budowę oraz rozpoczynanych budów, osiągając poziom najwyższy w historii. Tymczasem wskutek globalnego kryzysu finansowego, popyt na mieszkania raptownie wyhamował. Przez kilka kolejnych kwartałów rozpędzeni deweloperzy wprowadzali do sprzedaży znacznie więcej lokali, niż był w stanie wchłonąć rynek. W efekcie szybko zaczęły zwiększać się zapasy niesprzedanych mieszkań, a z czasem coraz mocniej zniżkowały ich ceny. W ciągu kilku kwartałów zapasy mieszkań w sześciu miastach wzrosły z około 12 tys. do 38 tys., czyli ponad trzykrotnie, a w pierwszym półroczu 2012 r. sięgały już niemal 57 tys. mieszkań. Hipotetyczny czas wyprzedaży zapasów zwiększył się z jednego kwartału z początku 2007 r. do niemal ośmiu kwartałów w trzecim kwartale 2012 r.

Przełom nastąpił pod koniec 2012 r., gdy ponownie zaczął zwiększać się popyt na mieszkania, w ślad za obniżkami stóp procentowych oraz stopniową poprawą sytuacji w gospodarce. Deweloperzy, mocno poturbowani przez kryzys, potrzebowali niemal roku by zwiększyć liczbę mieszkań wprowadzanych do sprzedaży, ale wykorzystali ten okres do zmniejszenia zapasów. Od połowy 2012 r. do początku 2014 r. spadły one z 57 tys. do niespełna 40 tys. Od czterech lat mamy do czynienia z szybkim lecz zrównoważonym wzrostem liczby mieszkań wprowadzanych do sprzedaży i sprzedawanych oraz stabilizacją zapasów lokali przeznaczonych do sprzedaży na poziomie około 50 tys., pozwalającą zaspokoić popyt przez ponad trzy kwartały. W ostatnich trzech miesiącach 2016 r. deweloperzy wprowadzili do sprzedaży rekordowo wysoką, sięgającą prawie 19 tys. liczbę mieszkań, a jednocześnie znaleźli chętnych do kupna 18 tys. lokali. W pierwszym kwartale obecnego roku do sprzedaży trafiło prawie 16 tys. mieszkań, a nabywców znalazło 18,6 tys., zmniejszając zapasy lokali z 52,7 tys. do 50,2 tys. Jedynie gwałtowne i silne wahania po stronie popytu lub podaży mogłyby po pewnym czasie wytrącić rynek ze stanu równowagi, a na razie nie widać czynnika, który mógłby do tego doprowadzić, ani na samym rynku, ani w jego otoczeniu. Podwyżka stóp procentowych i idący za nią wzrost kosztu kredytu mógłby spełnić tę rolę jedynie w przypadku jednoczesnego pogorszenia się sytuacji w gospodarce i na rynku pracy, a taki splot okoliczności jest bardzo mało prawdopodobny.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Carsharing w Warszawie – oferta jest coraz szersza

Carsharing, czyli święcący triumfy w Europie prosty i bezobsługowy wynajem samochodu na minuty, zawitał również do Polski. Najwięcej firm działa w Warszawie, co wcale nie oznacza, że w innych miastach nie można znaleźć tego rodzaju usług. Sprawdzamy ofertę na rynku carsharingu w stolicy. 

Panek CarSharing

Panek CarSharingDo dyspozycji kierowców oddano jedną z największych flot samochodów hybrydowych w Polsce. Za pomocą specjalnej aplikacji w telefonie można wynająć na minuty jeden z 300 egzemplarzy Toyoty Yaris Hybrid.

Płaci się za długość trasy i za czas użytkowania auta. Opłata za każdą rozpoczętą minutę to 50 groszy (pierwsze dwie minuty są bezpłatne), kilometr jazdy został wyceniony również na 50 groszy. W ofercie znajduje się ponadto usługa STOP-OVER, czyli tak zwana przerwa w jeździe – jej koszt to 10 groszy za minutę. W momencie jej aktywacji samochód pozostawiony na parkingu jest zarezerwowany. Maksymalna opłata dobowa to 120 zł – za łączny czas jazdy i postoju, dlatego w systemie Panek CarSharing można też wynająć samochód na kilka dni bez obaw, że koszty będą rosły w sposób niekontrolowany. Po zakończeniu jazdy system wysyła informacje o kosztach. Koniec jazdy polega na zaparkowaniu samochodu w granicach Warszawy lub w Jankach czy w okolicach lotniska Modlin. Samochód musi stanąć na legalnym i ogólnodostępnym miejscu parkingowym.

Ważna jest kwestia opłat za parkowanie. W strefie płatnego parkowania SPPN nie ponosimy żadnych wydatków (opłatę za parkowanie bierze na siebie firma Panek). Ciekawostką jest możliwość uzyskania bonusów (10 zł na jazdy) za zatankowanie samochodu. Zatankować można na stacji Orlen lub Bliska paliwem PB95 do pełna, min. 50 proc. baku (min. 18 litrów) – płatność odbywa się bezgotówkowo kartą paliwową ze schowka.

 Traficar

TraficarW przypadku tej usługi koszt przejechania jednego kilometra jest nieco wyższy w porównaniu z Panek CarSharing i wynosi 80 groszy. Opłata za minutę jazdy to 50 groszy (pierwsze 2 minuty są darmowe). W ofercie znalazła się również opłata za postój – wynosi ona 10 groszy i w tym czasie samochód stoi zarezerwowany.

Obecnie usługa dostępna jest w 15 dzielnicach Warszawy, a także w Krakowie. Po aktywowaniu konta użytkownik za pomocą mapy odnajduje najbliższy samochód i rezerwuje go. Następnie powinien w ciągu 15 minut dotrzeć do auta i zeskanować umieszczony na nim kod QR. Samochód można zwrócić w dowolnym miejscu.

Również i w tym przypadku opłaty za parkowanie w miejskiej strefie płatnego parkowania są wliczone w stawki korzystania z usługi.

4Mobility

4MobilityOferta obejmuje trzy segmenty samochodów – C Standard, C Premium oraz D Premium. W przypadku najmniejszych modeli (np. Mini One) koszt wynajmu samochodu to 55 groszy za minutę oraz 80 groszy za każdy przejechany kilometr. Większe samochody zostały wycenione na 65 groszy/min. i 80 groszy/km w przypadku C Premium (np. BMW serii 1) oraz 75 groszy/min. i 90 groszy/km w przypadku D Premium (np. BMW serii 3).

System obsługiwany jest za pomocą aplikacji na telefonie. Samochód odbiera się w bazie 4Mobility, zwrot musi nastąpić również w bazie lub w ramach określonej strefy (aktualnie obszar Śródmieścia Warszawy).

Podczas korzystania z samochodu można parkować bezpłatnie w każdej z baz 4Mobility oraz w obrębie Strefy Płatnego Parkowania w Warszawie. Koszty parkowania na innych parkingach płatnych ponoszone są we własnym zakresie.

omni

omniKoncepcja usługi omni jest nieco inna od wyżej wymienionych systemów. Różnica polega na tym, że samochód należy zwrócić dokładnie w to miejsce, z którego się go wzięło.

Ceny samochodów uzależnione są od segmentu – najmniejsze modele (Skoda Citigo) zostały wycenione na 25 groszy za minutę oraz 65 groszy opłaty za kilometr. Większe modele (Skoda Fabia) to koszt na poziomie 30 groszy za minutę i 70 groszy za kilometr.

W przeciwieństwie do Panek CarSharing, Traficar i 4Mobility miejsca parkingowe wchodzące w obręb miejskiej strefy płatnego parkowania opłacane są przez wynajmującego.

JedenŚlad i blinkee

blinkeeW ofercie związanej z wynajmem pojazdów na minuty znalazły się w Warszawie również skutery, udostępnione przez firmy JedenŚlad i blinkee.

W przypadku blinkee cena wynajmu elektrycznego skutera wynosi 69 groszy za minutę (studenci 59 gr/min). Przewidziano również abonament kosztujący od 139 zł/mc – w cenie jest 20 minut jazdy dziennie.

Oferta JedenŚlad obejmuje wynajem skutera elektrycznego w cenie 69 groszy za minutę jazdy i 10 groszy za minutę pauzy w przypadku planu prepaid. Przy wykupieniu 12-miesięcznego abonamentu w wysokości 39 zł/mc koszty wynajmu skutera to 20 groszy za minutę jazdy oraz 10 groszy za minutę pauzy.

W obu przypadkach po zakończeniu usługi jednoślad można zaparkować w dowolnym miejscu na terenie Warszawy.

Myślami przy piątku

W nadchodzących dniach oczy inwestorów będą zwrócone na kurort Jackson Hole w amerykańskich Górach Skalistych, gdzie w najbliższy weekend odbywać będzie się coroczne sympozjum bankierów centralnych. W gronie przemawiających będą przede wszystkim prezes Fed Janet Yellen i prezes ECB Mario Draghi. Przełomowe deklaracje są mało prawdopodobne, ale inwestorzy będą skrupulatnie analizować najdrobniejsze sugestie w zakresie przyszłości polityki monetarnej głównych banków centralnych.

Nie wolno zapominać też o tarciach na linii USA – Korea Północna, które mogą zaogniać się w trakcie wspólnych manewrów południowokoreańskich i amerykańskich wojsk, które potrwać mają do końca miesiąca. Po stronie danych makro nie należy liczyć na fajerwerki a uwaga skupiona pozostanie na Eurolandzie. Rynek powinien wyczekiwać na Jackson Hole, na drugim planie będzie geopolityka, na trzecim exodus ważnych postaci w gabinecie Trumpa jeszcze bardziej ograniczający szanse na szybkie zreformowanie systemu podatkowego i wdrożenie szumnie zapowiadanych pakietów stymulacyjnych. Odczyty danych będą tylko tłem dla wymienionych czynników, a w poniedziałek kalendarz dosłownie zionie pustką. Z tego względu należy zakładać utrzymanie przez EUR/USD przedziału wahań 1,1680 – 1,1840. Najciekawiej w gronie G-10 wyglądają notowania USD/JPY – para ta balansuje na kluczowym wsparciu 108,80. Zagrożony pogłębieniem zniżek jest też GBP/USD. Katalizatorem byłoby zejście poniżej 1,2810.

Wybiegając myślami do Jackson Hole. Warto zwrócić uwagę, że wystąpienie wiceprezesa Fed Williama Dudleya z poprzedniego poniedziałku było zdecydowanie mniej gołębie niż treść opublikowanego w środę protokołu z lipcowego posiedzenia FOMC. Dudley i Yellen częstokroć byli bardzo zgodni w ocenie procesów w gospodarce i optymalnego kształtu polityki. Oboje reprezentują też „środek ciężkości” poglądów w Fed. Dlatego też wystąpienie Yellen może być krokiem do ugruntowania przekonania, że pomimo mieszanych danych z ostatnich tygodni, Rezerwa Federalna pozostaje na ścieżce stopniowej normalizacji. Kluczowa będzie interpretacja procesów cenowych w USA i ocena trwałości wyhamowania inflacji w oczach Yellen. Głównym tematem jej wystąpienia będzie jednak stabilność systemu finansowego. Jakiekolwiek wzmianki o rosnących nierównowagach, zbyt wysokich wycenach aktywów lub niedostatecznie restrykcyjnych warunkach finansowych należy interpretować jako jastrzębi sygnał. Choć nie ma przesłanek by w obecnym otoczeniu makroekonomicznym wierzyć, że Fed może podnosić stopy szybciej niż raz na kwartał, to obecna wycena odstająca od mediany z projekcji Fed o 75 pb do końca 2018 i 135 pb do końca 2019 roku jest naszym zdaniem zdecydowanie zbyt niska.

Fed jest przecież także na progu rozpoczęcia procesu redukcji bilansu, który za sprawą ilościowego luzowania w odpowiedzi na globalny kryzys spęczniał z 1 do 4,5 bilionów dolarów. Kurczenie się sumy aktywów nie będzie mieć oczywiście równie gwałtownego przebiegu. Jeden ze zwolenników łagodnej polityki w FOMC, Harker z Philadelphia Fed mówi wprost, że proces będzie do bólu przewidywalny i nudny. Na pierwszy rzut oka jego znaczenie w czwartym kwartale będzie symboliczne. Wszak docelowe tempo redukcji (50 mld dolarów miesięcznie) zostanie osiągnięte dopiero po roku i będzie ono o połowę niższe niż pierwsza odsłona skupu obligacji. Co więcej, w pierwszym miesiącu (naszym zdaniem w październiku) suma aktywów skurczy się o 10 mld USD, czyli…około 0,5 proc. nadwyżki płynności w amerykańskim sektorze finansowym. Dużo większy wpływ na jej absorpcję będzie mieć nieodzowny wzrost potrzeb pożyczkowych USA w czwartym kwartale. Mimo to znaczenia bezprecedensowego ograniczania bilansu Fed nie należy bagatelizować – to przy wyśrubowanych wycenach główne zagrożenie dla hossy i koronny argument za wzrostem zmienności na rynkach.

Z drugiej strony protokół z posiedzenia ECB odsłonił pewne zaniepokojenie Rady Prezesów siłą euro. Bezpośrednie, otwarte werbalne interwencje nie leżą w zwyczaju europejskich decydentów, ale taki stan rzeczy powinien gwarantować większą powściągliwość w optymistycznych wypowiedziach. Jednocześnie, ostatnie przecieki z banku, których źródłem jest agencja Reuters, wskazują na to, że wszystkich oczekujących obwieszczenia przez Mario Draghiego kresu ery czeka srogie rozczarowanie. W krótkim terminie należy spodziewać się stabilizacji kursu EUR/USD, ale w szerszym horyzoncie bilans ryzyk związanych z asymetrią wyceny perspektyw polityki (rozbudowane oczekiwania względem kroków ECB i niedostateczna wycena liczby podwyżek Fed) przemawia za dolarem.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Chcesz przewalutować kredyt we frankach? Pamiętaj o możliwym wzroście stopy procentowej w 2018 roku

Nie ma optymalnego rozwiązania dla frankowiczów. Restrukturyzacje kredytów mają głównie polegać na ich przewalutowaniu. Tymczasem, to nie obniży rat, a dodatkowo narazi zadłużonych na ryzyko podwyższenia stopy procentowej w drugim kwartale 2018 roku. Banki powinny oczywiście wychodzić naprzeciw oczekiwaniom dłużników. Mogą proponować im np. karencję w spłacie kapitału kredytu. Wówczas kredytobiorca płaciłby tylko ratę odsetkową. Inne udogodnienie mogłoby polegać na wydłużeniu okresu kredytowego. To byłoby bardziej korzystne dla instytucji finansowych, niż dochodzenie swoich należności poprzez egzekucje sądowe. Istotnym czynnikiem jest też dbanie o długotrwałe relacje z kredytobiorcami.

Zgodnie z propozycją Prezydenta RP, banki miałyby 6 miesięcy od zakończenia kwartału, w którym dokonały wpłaty do Funduszu Restrukturyzacyjnego, na wykorzystanie zebranych wspólnie środków w celu przekształcenia swoich należności. Półroczne ograniczenie nakłada na banki art. 13b. projektu ustawy o zmianie ustawy o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy oraz ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Kredytodawca może wystąpić o przyznanie środków na dobrowolną restrukturyzację do wysokości wniesionej przez niego wpłaty na Fundusz Restrukturyzacyjny. Jeśli ww. warunki zostaną spełnione, wówczas bank będzie mógł zawrzeć umowę z kredytobiorcą o dobrowolną restrukturyzację należności.

– Uzyskane pieniądze mają pokryć różnicę między wartością bilansową kredytu sprzed i po restrukturyzacji, która jest ustalana na dzień podpisania umowy. Wylicza się ją w oparciu o średni kurs NBP. Ponadto, według art. 13b. ust. 3. ww. projektu, w przypadku niewykorzystanych środków przez bank, Rada Funduszu podejmie uchwałę o podziale ich pomiędzy wszystkich innych kredytodawców, którzy wnieśli wpłaty za ostatni okres rozliczeniowy. Otrzymają je proporcjonalnie do wysokości poczynionych składek. Ta decyzja musi nastąpić do 15. dnia miesiąca, który następuje po zamknięciu terminu zawierania umów z kredytobiorcami – mówi Krzysztof Michrowski z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Na Fundusz Restrukturyzacyjny składają się obowiązkowe, kwartalne wpłaty kredytodawców. Są one proporcjonalnie do posiadanego portfela kredytów i pożyczek hipotecznych, denominowanych lub indeksowanych do waluty innej, niż ta, w której kredytobiorca uzyskuje dochód. Ponadto, nie mogą przekraczać równowartości iloczynu wartości bilansowej portfela tychże kredytów i pożyczek oraz stawki 0,5%. Projekt prezydencki przewiduje, że KNF, poprzez wydawanie rekomendacji, określi, które kredyty należy restrukturyzować w pierwszej kolejności. Według eksperta, celem tego będzie sprawne wykorzystywanie środków i zapewnienie stabilności całemu systemowi finansowemu.

– Niektóre banki już przygotowywały własne projekty restrukturyzacji kredytów. Podjęły taką aktywność, gdy mówiono o projektach ustawy dla frankowiczów. W mojej opinii, to znaczy, że pół roku powinno wystarczyć wszystkim kredytodawcom na spełnienie wymaganych formalności. Przykładem tego może być PKO Bank Polski S.A. Ma on dla swoich dłużników propozycję przewalutowania kredytu tak, aby rata nominalnie odpowiadała jej wysokości przed restrukturyzacją. Pytanie tylko, czy takie przekształcenie zadłużenia jest dobrym rozwiązaniem dla kredytobiorcy – dodaje Krzysztof Michrowski.

Ekspert podkreśla, że samo przewalutowanie kredytu na złotego nie obniży raty, a dodatkowo narazi dłużnika na ryzyko wzrostu bazowej stopy procentowej. Dla złotego jest ona większa, niż ujemna obecnie stawka LIBOR. Na oprocentowanie hipotek frankowych składa się bowiem marża w wysokości około 1,1%, pomniejszona o LIBOR, czyli minus 0,72%. Dla hipotek w polskim złotym do marży banku należy doliczyć WIBOR w wysokości 1,73%. Jeśli więc kredytobiorca, restrukturyzując swój kredyt indeksowany do waluty obcej, przewalutuje go na złotego, poniesie większe o ok. 3 punkty procentowe koszty odsetkowe obsługi długu.

– Warto podać przykład kredytobiorcy, który we wrześniu 2005 roku zaciągnął 30-letni kredyt w kwocie 260 tys. zł, waloryzowany kursem franka szwajcarskiego. W wyniku wzrostu wartości tej waluty względem złotego, na przestrzeni lat miesięczna rata podniosła się z 1200 zł do 1600 zł. Aktualne saldo tego kredytu wynosi ok. 80 tys. CHF. To niemal 300 tys. zł. Po przewalutowaniu na złotego rata wyniosłaby ok. 1700 zł. W ten sposób, kredytobiorca pozbyłby się ryzyka walutowego. Chcąc, by rata kredytu po przewalutowaniu nie wzrosła, bank musiałby umorzyć część zadłużenia. W tym przypadku to ok. 30 tys. zł – wylicza Krzysztof Michrowski.

Ekspert podkreśla też, że samo przewalutowanie kredytu na złotego jest dla dłużników swego rodzaju zrealizowaniem straty z tytułu wzrostu kursu franka szwajcarskiego lub euro w stosunku do złotego. Wielu kredytobiorców zapewne liczy na odwrócenie niekorzystnego trendu. Jednak analityk zaleca ostrożność. Projekt Prezydenta RP nie zachęca frankowiczów do przewalutowania kredytów. Niemniej, istnieje szansa, że banki zaproponują im odpisanie części salda kredytowego, w zamian za przejście na złotego. Takie rozwiązanie mogłoby okazać się korzystne zarówno dla instytucji finansowej, jaki i dłużników.

– Wykorzystując środki z Funduszu Restrukturyzacyjnego, bank nie wchodziłby na drogę sadową w związku z egzekucją zadłużenia. A to, jak wiadomo, wiąże się ze sporymi kosztami. Wprawdzie są one ostatecznie przerzucane na dłużnika, podobnie jak karne odsetki, ale banki mają na uwadze długoterminowe relacje z klientami, również z zadłużonymi we frankach. Z kolei, dłużnik, godząc się na przewalutowanie, pozbyłby się ryzyka walutowego kredytu i zabezpieczyłby się przed wzrostem kursu franka szwajcarskiego w stosunku do złotego – tłumaczy analityk.

Muzyka w sklepach – prawa autorskie oraz nowe narzędzia audiomarketingu

Odpowiednio dobrane ścieżki dźwiękowe wspomagają sprzedaż w sklepie. Dla właściciela lokalu odtwarzanie muzyki wiąże się jednak z kosztami w postaci opłat dla organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi. Istnieje jednak sposób na znacznie tańsze korzystanie z muzyki – tzw. Royalty Free Music. Na rynku pojawiają się także innowacyjne narzędzia audiomarketingu, które pozwalają na wyjątkową interakcję marki z klientem. Kiedy i gdzie sprawdzą się poszczególne rozwiązania?

Muzyka w sklepie jest jednym z elementów oddziaływań marketingowych, razem z wystrojem wnętrz, zapachem czy też poziomem obsługi. Mówi się, że „muzyka łagodzi obyczaje”, dzięki temu ma ogromną moc wprowadzania klientów w dobry nastrój. Przywołuje ona również przyjemne skojarzenia. Zdecydowana większość konsumentów docenia muzykę w sklepie, a często nawet wybór sklepu oraz długość spędzania w nim czasu wiąże ze swoimi upodobaniami odnoście repertuaru. Badania przeprowadzone przez Dom Badawczy Maison, potwierdziły, że aż 91 proc. respondentów preferuje robienie zakupów w sklepie, gdzie gra muzyka.

Według badań muzyka jest w stanie oddziaływać na świadome i nieświadome zachowania klientów sklepu. Odpowiednio dobrany repertuar może sprawić, że klienci będą czuć się dobrze w przestrzeniach punktu handlowego, będą skłonni zostać tam dłużej, wydadzą więcej pieniędzy i zarekomendują dane miejsce znajomym – po prostu im się tam spodoba, co przekładać się będzie na obroty marki. Można nawet pokusić się, aby zbudować tożsamość marki w oparciu właśnie o muzykę. Koncepcję tę przyjęło wiele juz firm działających obecnie na rynku obuwniczym czy odzieżowym. Wchodząc do popularnych sieciówek, nie sposób nie usłyszeć głośnych dźwięków, od których wręcz trzęsie się podłoga. W ten sposób marketerzy z rozmysłem tworzą odpowiedni nastrój i atmosferę, towarzyszącą zakupom zazwyczaj młodych konsumentów. Tym samym kreują zamknięty mikroświat, który nastolatek odkrywa po przekroczeniu progu sklepu. Marketerzy, wykorzystując w punktach sprzedaży dynamiczną, chaotyczną i nieskrępowaną żadnymi kanonami muzykę, podkreślają charakter miejsca i jego dopasowanie do stylu życia odwiedzającej je młodzieży. Odpowiednio dobrane dźwięki wprawiają nastolatków w dobry nastrój, sprawiając, że zwiększają oni ilość czasu spędzanego w sklepie. Tym samym wzrasta szansa, że łatwiej ulegną magii przestrzeni i wyjdą – po prostu – z większą liczbą zakupów.

W przypadku sklepów przyjmuje się, że odtwarzanie w nim muzyki przeznaczone jest dla klientów i zazwyczaj ma wpływ na osiąganie korzyści majątkowych przez właściciela. Umieszczenie odbiornika w takim miejscu ma na celu uprzyjemnienie klientom czasu spędzonego w lokalu i może wpływać na decyzje konsumenckie, a więc i zwiększenie korzyści z prowadzonej działalności – tak mniej więcej zapisane jest w polskim prawie. A więc przedsiębiorca chcący odtwarzać muzykę komercyjną na terenie swojego sklepu, powinien zawrzeć umowę z takimi organizacjami zbiorowego zarządzania jak: STOART i SAWP – reprezentujące artystów, ZAIKS – reprezentujący autorów, oraz ZPAV – działającym w imieniu producentów.

Prawa autorskie do muzyki komercyjnej same w sobie budzą nieco kontrowersji, zwłaszcza teraz, kiedy rozpowszechnianie nielegalnej muzyki przestało mieć wymiar stricte materialny. Co więcej, licencje fonograficzne zazwyczaj bardzo mocno ograniczają nam możliwość wykorzystywania legalnie zakupionego produktu. Nieuiszczanie opłat za tantiemy jest w świetle prawa jednoznaczne z łamaniem ustawy o prawie autorskim. W tym wypadku musimy liczyć się nawet z ryzykiem procesu sądowego. Pocieszający jest jednak fakt, że stowarzyszenia zajmujące się ochroną praw najczęściej starają się jednak dojść do porozumienia z końcowym użytkownikiem, zamiast od razu wstępować na drogę sądową.

Royalty Free Music

Sklepy odtwarzające muzykę, mogą jednak uniknąć opłat dla organizacji działających na rzecz praw autorskich i praw pokrewnych. Wraz z rozwojem firm zajmujących się audiomarketingiem,  początkujący artyści zamiast do Organizacji Praw Autorskich zgłaszają swoje utwory do nich. Korzystają na tym zarówno właściciele lokali jak i sami twórcy muzyki.

Lokale użytku publicznego, wykorzystujące muzykę artystów, którzy prawa do swoich utworów powierzyli firmie audiomarketingowej, nie muszą odprowadzać opłat do żadnych organizacji. Wiele młodych zespołów, u progu kariery, bardzo chętnie zgadza się na odtwarzanie swojej muzyki w sklepach. Dzięki takiej promocji mają szansę zaistnieć i dlatego decydują się na tego typu współpracę z firmą audiomarketingową.  Marki sklepów chcą natomiast zaskakiwać swoich klientów i odtwarzać muzykę, której nie można usłyszeć w radiu. W ten sposób zyskują zarówno artyści jak i punkty handlowe, których wizerunek poprawia się, a notowania rosną.

Lokale wybierając do obsługi muzycznej profesjonale firmy audiomarketingowe, mogą same decydować, jakiego rodzaju muzykę chcą odtwarzać. Zaletą tego rozwiązania jest również możliwość emitowania własnych reklam i jingli.

Koszt miesięcznego abonamentu za punkt waha się od 50 do 200 złotych (ze względu na brak dodatkowych opłat dla organizacji praw autorskich, cena ta jest kilkukrotnie niższa niż w przypadku muzyki w ramach organizacji praw autorskich). Wszystko zależy od rozwiązania, na jakie zdecyduje się klient. Zapotrzebowanie na dany typ muzyki, określa profil klienta danego sklepu lub strategia sieci. Największą popularnością cieszą się zatem zespoły grające muzykę komercyjną. Artyści mogą rejestrować się na stronie firmy audiomarketingowej. Jeśli ich utwory będą pasowały do konkretnych typów, trafią do specjalnej bazy, a tym samym do oferty firmy zajmującej się audiomarketingem. Odtwarzanie muzyki wiąże się oczywiście z gratyfikacją finansową dla jej twórców. Ciągle jest to jednak ciągle dużo tańsze rozwiązanie, niż  kupowanie płyt i odprowadzania składek na rzecz organizacji praw autorskich.

Przykładawo, firma Mood w swojej bazie posiada obecnie około kilkunastu tysięcy piosenek młodych, niezrzeszonych twórców. Są to utwory, za odtwarzanie których klient nie płaci organizacjom chroniącym prawa autorskie. To korzystne rozwiązanie dla obu stron – zarówno dla sklepów, które chcą postawić na nowe brzmienia i promować młodych, niezrzeszonych twórców, jak i dla tej drugiej strony, czyli dla artystów którzy mają szansę zabłysnąć na rynku. Jeśli markę naszego sklepu chcemy kształtować na bardziej niszową lub gdy znana muzyka mimo wszystko nie jest nam potrzebna, to warto wówczas rozważyć repertuar składający się z wschodzących gwiazd z tzw. zbioru muzyki Royalty Free.

Muzyczny Social MIX w sklepach

Na rynku pojawiło się także niedawno bardzo ciekawe narzędzie audiomarketingu, które pozwala na nowoczesną interakcję miedzy klientami sklepu a marką, która skorzysta z tego rozwiązania. Dzięki Social MIX, goście sklepów mogą wybierać utwory, które chcieliby najbardziej usłyszeć podczas swojej wizyty w danej lokalizacji. W ten sposób powstają oddzielne playlisty dla każdej marki, a utwory które zdobędą najwięcej głosów, są przesuwane na początek listy odtwarzania. Tworzy się wówczas jakby „repertuar społecznościowy” marki.

Klienci otrzymują dostęp do dedykowanej strony społecznościowej w Internecie którą odwiedza się za pośrednictwem urządzeń mobilnych (tablety, smartfony, itp.) Każda lokalizacja Social MIX jest dodawana do mobilnej Mapy, dzięki czemu klienci w łatwy sposób mogli zidentyfikować, które miejsca korzystają z usługi. Aby brać udział w tworzeniu repertuaru muzycznego dla danej lokalizacji handlowej lub usługowej, klienci nie muszą się logować, instalować żadnej aplikacji czy też płacić za możliwość wpływania na playlistę. Każdy klient może zagłosować na wybraną przez siebie piosenkę np. z pośród 20 wyświetlanych utworów będących częścią playlisty sklepu raz w ciągu godziny. Piosenka mająca najwięcej głosów, będzie odtwarzana wtedy jako pierwsza.

In Store Experience Design do którego zaliczamy nowe narzędzia audiomarketingowe typu Social MIX, jest synergią wszystkich aspektów tworzenia doznań klientów w punkcie sprzedaży, w której każdy z elementów w przemyślany sposób wpływa na zaprezentowanie wyjątkowej osobowości marki i wzbogaca jej strategie marketingowe. Całokształt tzw. „in store experience” jest ważniejszy, niż jego poszczególne części.

Dzięki innowacyjnym narzędziom typu Social MIX, można również tworzyć dodatkowe kanały komunikacji. Dzięki temu właściciele punktów handlowo-usługowych mogą w prosty sposób kontaktować się ze swoimi Klientami, pozyskiwać nowych, zachęcać do większej aktywności i interakcji z marką oraz sprawić, by byli bardziej lojalni i odwiedzali sklep częściej. Użytkownicy takich rozwiązań mobilnych mogą np. w ramach systemów wysyłać kreatywne mailingi z komunikacją oferty promocyjnej, programu lojalnościowego czy konkursu. Takie formy komunikacji to skuteczny sposób na budowanie relacji z klientami.

AUTOR: Aleksandra Potrykus-Wincza, Country Manager Poland & Baltics w Mood

W 2040 roku po światowych ulicach może jeździć 100 mln elektrycznych samochodów. Za 10 lat ich ceny powinny zacząć się zrównywać z cenami tradycyjnych aut

W 2040 roku po światowych ulicach może jeździć 100 mln elektrycznych samochodów. Za 10 lat ich ceny powinny zacząć się zrównywać z cenami tradycyjnych aut 7

Za mniej więcej 10 lat ceny samochodów elektrycznych zaczną się zrównywać z cenami tradycyjnych aut – oceniają eksperci Obserwatorium Rynku Paliw Alternatywnych. Obecnie tylko 12 proc. Polaków badanych przez ORPA rozważa zakup takiego auta, a główną barierą jest właśnie wysoki koszt zakupu. Dzięki spadającej cenie i niskim kosztom eksploatacji udział samochodów elektrycznych w sprzedaży do 2040 roku może jednak przekroczyć 50 proc. To szansa dla Polski, która może się stać zapleczem dla firm produkujących komponenty związane z produkcją samochodów elektrycznych.

– Rynek samochodów elektrycznych w Polsce jest na samym początku drogi, która jest bardzo obiecująca. Jak pokazują nam przykłady z całego świata, jest to kierunek, w którym będzie podążała motoryzacja. Eksperci nie mają wątpliwości, że liczba samochodów elektrycznych na drogach globalnie będzie się zwiększała z roku na rok – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Mazur, dyrektor zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Na koniec 2016 roku na świecie było ok. 2 mln samochodów elektrycznych (dane Międzynarodowej Agencji Energii), a według różnych prognoz w latach 2030–2040 może być ich już 100 mln. Jak podaje European Automobile Manufacturers Association (ACEA), w 2016 roku w UE zarejestrowano ponad 155 tys. samochodów z napędem elektrycznym i 278 tys. hybryd.

W Polsce było to odpowiednio 556 i ponad 9,8 tys. pojazdów. Łącznie po polskich drogach jeździ ok. 2 tys. samochodów elektrycznych. Rządowa Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada, że do 2025 roku po polskich drogach ma jeździć nawet milion pojazdów elektrycznych, które będą w sumie zużywać około 4 TWh energii rocznie.

– Polaków do zakupu pojazdu elektrycznego obecnie zniechęca cena, co jest absolutnie zrozumiałe. Dlatego takich pojazdów w Polsce sprzedaje się jeszcze bardzo mało. Wraz ze zwiększaniem sprzedaży ich cena będzie malała – ocenia Maciej Mazur.

Z badań „Elektromobilność 2017” zrealizowanych przez Obserwatorium Rynku Paliw Alternatywnych wynika, że 90 proc. polskich kierowców jest zainteresowanych samochodami elektrycznymi, a 70 proc. uważa, że elektromobilność to przyszłość motoryzacji. Doceniają niższe koszty w eksploatacji (61 proc.) i niższą awaryjność (30 proc.). Mimo to tylko 12 proc. rozważa zakup samochodu elektrycznego. Jako główną barierę ankietowani wskazują koszty zakupu (ponad 57 proc.).

 Cena baterii, która jest kluczowym komponentem samochodu elektrycznego i stanowi 40–50 proc. wartości samochodu, z roku na rok spada. W latach 2010–2016 spadła o 80 proc., dzięki czemu ceny samochodów są coraz niższe. W ramach Obserwatorium Rynku Paliw Alternatywnych szacujemy, że ceny w Polsce zaczną się zrównywać z samochodami tradycyjnymi w latach 2026–2029, a gdy samochód elektryczny będzie w porównywalnej cenie do tradycyjnego, to wszystkie przewagi będą po jego stronie – przekonuje dyrektor zarządzający PSPA.

Według raportu Bloomberg New Energy Finance od 2010 roku cena litowo-jonowej baterii w przeliczeniu na jedną kWh zgromadzonej w nich energii spadła o 73 proc., czyli z 1 tys. do ok. 270 dol. W 2030 roku zmniejszy się o kolejne 70 proc. do poziomu 73 dol.

Szacunki Bloomberg oraz ING wskazują, że ok. 2030 roku różnice między samochodami elektrycznymi a tradycyjnymi będą praktycznie niezauważalne. To zaś sprawi, że ze względu na niższe koszty eksploatacji samochody elektryczne zaczną wypierać z rynku te tradycyjne. Już teraz na rynkach Europy Zachodniej, w Stanach Zjednoczonych czy Chinach samochody elektryczne stają się coraz bardziej popularne, a dynamika sprzedaży notuje dwucyfrowe wzrosty.

– Te samochody, po pierwsze, mają wsparcie państwa, a po drugie ich koszty idą w dół. Poza tym bateria teraz pozwala na przejechanie 200–400 km. Tesla przejechała niedawno 1 tys. km na baterii. Jeszcze 5 lat temu było to 30–50 km – podkreśla Mazur.

Bloomberg New Energy Finance szacuje, że w 2040 roku samochody elektryczne będą stanowić 54 proc. wszystkich sprzedanych aut i 33 proc. poruszających się po drogach. Zmienia się też podejście koncernów motoryzacyjnych do tego segmentu. Po 2019 roku wszystkie modele Volvo będą wyposażone w silnik elektryczny. Volkswagen do 2025 roku chce osiągnąć poziom miliona sprzedanych aut elektrycznych. Segment ten ma odpowiadać za 15–25 proc. ogólnej sprzedaży BMW. Wydatki na elektromobilność zwiększa też Ford (4,5 mld dol. do 2020 roku).

– Obecnie na polskim rynku mamy ponad 30 modeli pojazdów elektrycznych i samochodów hybrydowo-elektrycznych. Gdy koncerny zdecydują się na szerszą promocję tych produktów, kiedy rozpoczną produkcję na masową skalę, będzie to wpływało na zmianę pozycji samochodów elektrycznych na rynku: będą coraz tańsze i bardziej dostępne dla zwykłego użytkownika – analizuje ekspert.

Rozwój elektromobilności to również szansa dla polskiej gospodarki.

– Możemy być zapleczem dla firm, które produkują globalnie komponenty związane z produkcją samochodów elektrycznych. Przykładem tego typu współpracy jest choćby koreańska spółka LG Chem, która buduje w Polsce jedną z trzech fabryk, w których będą produkowane baterie do samochodów elektrycznych. Zakład w Polsce będzie jedynym w Europie. Wartość tej inwestycji to blisko 1,5 mld zł – wskazuje Maciej Mazur.

Neony wracają do łask reklamodawców. Marki stawiają na dawne symbole

Neony wracają do łask reklamodawców. Marki stawiają na dawne symbole 8

Neony reklamowe są jednym z najbardziej charakterystycznych symboli dawnej Warszawy. Moda na nie odżywa i świetlne rurki powoli wracają do reklamy. Po dawne symbole sięga coraz więcej marek. Część neonów zamierza odtworzyć Wedel. Wróci do neonów, które w dwudziestoleciu międzywojennym zdobiły fabrykę czekolady i jej firmowe sklepy. 

– Rurkowe, neonowe reklamy starego typu mają duszę. Nowoczesne telebimy, duże ekrany, wielkoformatowe reklamy są kolorowe, dynamiczne, ale czy mają taką duszę jak neony z początku XX wieku? – mówi agencji Newseria Biznes Janusz Profus, Maestro Czekolady E.Wedel. – Wedel lubił „ubierać” swoje sklepy i zakłady produkcyjne w neony, wtedy były one czymś nowoczesnym, tak jak dzisiaj nowoczesne są reklamy wielkoformatowe i LED-y.

Neony reklamowe to część międzywojennej historii Warszawy. Pierwsze pojawiły się w stolicy w latach 20. XX wieku. W okresie międzywojennym miasto zdobiło kilkadziesiąt barwnych, świetlnych napisów umieszczanych na kamienicach i w sklepowych witrynach. Projektowane przez wybitnych artystów były połączeniem reklamy i miejskiej sztuki.

Po wojnie neon E.Wedel ozdobił dach fabryki czekolady przy ul. Zamoyskiego. W latach 50. nastąpiła fala neonizacji polskich miast i rozpoczęła się ich masowa produkcja. Barwne rurki zdobiły miasta aż do światowego kryzysu energii i niedoborów w dostawach prądu w latach 70. W ostatnich latach ostatecznie wyparły je billboardy i instalacje LED.

Obecnie neony wracają do łask reklamodawców. Świadczy o tym chociażby powstałe niedawno Muzeum Neonów, które cieszy się ogromną popularnością. Mieści się ono w sąsiedztwie fabryki Wedla. Współpracujemy na stałe z właścicielami muzeum, znajdują się w nim nasze historyczne, zabytkowe neony – mówi Magdalena Kołodziejska, rzecznik prasowy LOTTE Wedel.

Około 200 neonów, które zdobiły dawną Warszawę, można dzisiaj oglądać w poświęconym im stołecznym muzeum, które mieści się w praskim Soho Factory. W 2012 roku otworzyła je fotografka Ilona Karwińska. Moda na neony – zabytkowe relikty dawnych czasów – odżyła i obecnie świetlne rurki wracają do sztuki i reklamy.

– Planujemy w najbliższym czasie odtworzenie kilku neonów, które kiedyś zdobiły warszawskie kamienice i fabrykę czekolady na Kamionku. Chcielibyśmy, żeby na dach fabryki wrócił neon przedstawiający słowo „czekolada”. Rozmawiamy też z mieszkańcami Domu Wedla na warszawskim Mokotowie, aby tam również odtworzyć neon, który nawiązuje do historii marki – zapowiada Magdalena Kołodziejska.

Jednym z najpopularniejszych wedlowskich neonów jest ten, który przedstawia symbol firmy – chłopca na zebrze. Mieści się na dachu zabytkowej kamienicy, w której znajduje się najstarsza Pijalnia Czekolady E.Wedel przy ul. Szpitalnej w Warszawie.

Motyw chłopca na zebrze, na prośbę Jana Wedla, zaprojektował w 1926 roku słynny włoski artysta Leonetto Cappiello, uważany dzisiaj za ojca współczesnej sztuki plakatu. Egzotyczna grafika stała się symbolem firmy i promowała jej wyroby zarówno w kraju, jak i za granicą. Chłopiec na zebrze to dziś jedna z najpopularniejszych i najlepiej kojarzonych kreacji reklamowych przedwojennej Polski.

Nie tylko ten neon na pięknej, secesyjnej kamienicy świecił warszawiakom. Wedel miał neony prawie wszędzie: na sklepie jubileuszowym, który mieścił się przy fabryce, i na ulicy Francuskiej, gdzie wisiał przepiękny neon „Bajeczny”, dzisiaj znajdujący się w warszawskim Muzeum Neonów. Od strony jeziorka na Kamionku, przy parku Skaryszewskim był przepiękny neon firmy Wedel, a prawie każdy sklep firmowy miał swoją unikalną, świetlną reklamę – mówi Janusz Profus.

Rzecznik prasowy LOTTE Wedel podkreśla, że 166-letnia historia Wedla jest ściśle związana z dziejami Warszawy, a neony są jednym z jej symboli. Dlatego marka chce oprzeć swoją komunikację i przekaz reklamowy na tradycji i dziedzictwie historycznym, które stanowią o jej przewadze rynkowej.

 W dobie internetu i wszechobecnej informacji bardzo ważne dla konsumentów jest zakotwiczenie w tradycji, odnoszenie się do autentycznych wydarzeń i historii, które znamy i lubimy – mówi Magdalena Kołodziejska. – Jan Wedel komunikował się ze swoimi konsumentami, ale też influencerami tamtych czasów, czyli z pisarzami i artystami, poprzez prasę. Na łamach gazet trwała dyskusja dotycząca tego, jak mają wyglądać grafiki reklamowe czy Pijalnie Czekolady. Dziś komunikacja jest bardziej bezpośrednia, musimy reagować praktycznie w czasie rzeczywistym. 

Będzie łatwiej wnioskować o unijne dofinansowanie. Na nowych przepisach skorzystają przedsiębiorcy i samorządy

Będzie łatwiej wnioskować o unijne dofinansowanie. Na nowych przepisach skorzystają przedsiębiorcy i samorządy 9

Nowelizacja ustawy wdrożeniowej ma ułatwić korzystanie z unijnych dotacji. Nowe przepisy upraszczają proces ubiegania się o dofinansowanie i ograniczają biurokrację. Tworzą też instytucję Rzecznika Funduszy Europejskich, który będzie dbał o interesy beneficjentów środków unijnych. Na zmianach skorzystają głównie samorządy i przedsiębiorcy, którzy w największym stopniu wykorzystują fundusze z UE.

– Ustawa o zasadach realizacji programów w zakresie polityki spójności z aktualnej perspektywy finansowej 2014–2020 to pozytywny sygnał. Wprowadza ona kilka ważnych uproszczeń dla beneficjentów. Są to uproszczenia w zakresie kontrolnym, a także w zakresie procedury odwoławczej, możliwości dochodzenia swoich praw w trakcie realizacji ubiegania się o środki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Lewicki, dyrektor Zespołu ds. Programów Publicznych i Środowisk Gospodarczych przy Związku Banków Polskich.

Pod koniec maja rząd przyjął nowelizację tzw. ustawy wdrożeniowej, która dotyczy zasad realizacji programów w zakresie polityki spójności do 2020 roku. To część Konstytucji Biznesu, czyli pakietu ustaw, które mają gruntownie zreformować prawo gospodarcze. Nowela, którą w lipcu podpisał prezydent, ma znacznie uprościć procedury związane z wykorzystaniem funduszy UE. Skorzystają na niej głównie przedsiębiorcy i samorządy, czyli głównie beneficjenci unijnych środków.

– Z naszego punktu widzenia, jako środowiska finansowego, najważniejszym uproszczeniem, które wprowadza ta ustawa, jest ułatwienie dostępu do kredytu pomostowego. To kredyt, który ułatwia beneficjentowi pozyskanie finansowania na okres, kiedy prowadzi projekt, który jeszcze nie otrzymał refundacji – mówi Arkadiusz Lewicki.

Dotychczas przepisy blokowały przedsiębiorcom możliwość finansowego zabezpieczenia się dzięki aktywom pozyskanym z projektu unijnego. To powodowało liczne przypadki odrzucania wniosków kredytowych przez banki.

– Otrzymywaliśmy liczne sygnały z rynku bankowego dotyczące takich przypadków. Dzięki nowelizacji ustawy wdrożeniowej udało się zażegnać to ryzyko – mówi Arkadiusz Lewicki.

Nowelizacja ograniczyła również liczbę dokumentów stosowanych przy realizacji projektu. Do tej pory wnioskodawcy musieli się stosować do zapisów około stu różnych dokumentów (wytyczne, zalecenia, instrukcje, szczegółowe opisy osi priorytetowych). To obciążenie zniknęło – od teraz po podpisaniu umowy beneficjent musi się stosować tylko do wytycznych Ministra Rozwoju i Finansów, bez konieczności analizowania stosu dokumentów.

Wnioskodawcy zostali też zwolnieni z obowiązku dostarczania dokumentów, które instytucja może pozyskać we własnym zakresie, np. zaświadczeń z KRS, ZUS czy skarbówki. Co istotne, nowelizacja umożliwia poprawienie wniosku o dofinansowanie, jeśli nie spełnia on formalnych kryteriów (zamiast automatycznie go odrzucać).

Istotną zmianą jest też powołanie Rzecznika Funduszy Europejskich, który będzie dbał o interesy beneficjentów środków unijnych. To stworzy dodatkową możliwość rozstrzygania spornych spraw i uzyskania wsparcia instytucjonalnego w dialogu z instytucją dystrybuującą środki publiczne.

Nowelizacja ustawy wdrożeniowej wprowadziła też podział konkursów związanych z ubieganiem się o dofinansowanie na etapy, tzw. rundy. Podmiot, który nie zdąży złożyć wniosku konkursowego w terminie, będzie mógł to nadrobić w kolejnej rundzie

– W tej chwili rusza gros projektów inwestycyjnych, finansowanych ze środków unijnych z udziałem przedsiębiorców, a banki są ważnym partnerem w tym procesie. Dzięki tej nowelizacji będzie można korzystać z finansowania zewnętrznego na dużo łatwiejszych warunkach niż zwykłe, komercyjne. Zmiany wynikające z ustawy wdrożeniowej w naszej opinii powinny być dostrzegalne w najbliższych miesiącach – ocenia Arkadiusz Lewicki.

Firmy uczą się zarządzać pracownikami różnych płci, narodowości i w różnym wieku. Różnorodność może być lekarstwem na problemy rynku pracy

Firmy uczą się zarządzać pracownikami różnych płci, narodowości i w różnym wieku. Różnorodność może być lekarstwem na problemy rynku pracy 10

Z prognoz demograficznych wynika, że osoby 50+ będą coraz liczniejszą grupą pracowników. Będą tworzyć zespoły razem z przedstawicielami pokoleń X,Y i Z, z których każde ma całkiem odmienne oczekiwania i podejście do pracy. Duże zróżnicowanie pracowników, dotyczące również płci, pochodzenia, poglądów, narodowości czy sytuacji życiowej, wymaga od firm wdrożenia odpowiedniej polityki. O tym, jak to zrobić skutecznie, eksperci rozmawiać będą podczas Kongresu Różnorodności, który odbędzie się 13 października w Warszawie.

Podczas tegorocznej IV edycji Kongresu Różnorodności zostaną przedstawione najlepsze praktyki z zakresu zarządzania różnorodnością. Nabór do przeglądu „Praktycy o Różnorodności” potrwa do 13 września.

W trakcie Kongresu chcemy stworzyć pole do inspiracji i dzielenia się wiedzą. W ubiegłej edycji wyszło to znakomicie, mieliśmy do czynienia z bogatym i różnorodnym przeglądem wspaniałych praktyk – mówi agencji Newseria Biznes Paweł Niziński, partner Goodbrand na Europę Środkową i Wschodnią, CEO firmy doradczej Better, jeden z organizatorów Kongresu.

– Chcemy, żeby kongres śledził najważniejsze trendy związane z różnorodnością, które pojawiają się na polskim rynku. Chcemy też mówić o tym, czym jest różnorodność, jak ją rozumiemy, jak ona zmienia nasze życie społeczne i życie wewnątrz organizacji – mówi Dorota Strosznajder, pełnomocnik ds. odpowiedzialności społecznej w Henkel Polska, jeden z organizatorów Kongresu Różnorodności.

Duże zróżnicowanie pokoleniowe wśród pracowników jest i będzie coraz większym wyzwaniem dla pracodawców. Stąd pojęcie zarządzania różnorodnością coraz mocniej zyskuje na znaczeniu. To zjawisko szczególnie popularne w zachodniej Europie i Stanach Zjednoczonych, a w Polsce jest stosunkową nowością.

 Polskie firmy dopiero odkrywają potencjał, który drzemie w różnorodności. Ciągle narzekamy na braki kadrowe, które uda się uzupełnić dopiero wtedy, gdy uruchomimy ukryte zasoby, np. związane z pewnymi grupami wiekowymi, z wycofanymi pracownikami, z potencjałem, jaki drzemie w kobietach profesjonalistkach. Polskie firmy dopiero zaczynają rozumieć, jak wiele tracą, nie uruchamiając zasobów, które określamy mianem „różnorodności” – podkreśla Paweł Niziński.

Udział pracowników po 50 roku życia w rynku pracy będzie się stopniowo zwiększać. Przyczyną jest starzejące się społeczeństwo. Z danych przytaczanych przez Instytut Badań Strukturalnych wynika, że mediana wieku populacji wzrośnie z 39 lat w 2015 roku do 45 lat w 2030. GUS szacuje, że osób w wieku poprodukcyjnym będzie przybywać, a – przy obecnym tempie zmian demograficznych – w 2050 roku podaż pracy w Polsce będzie już o 30 proc. mniejsza niż w roku 2015. Z drugiej strony właśnie wkracza na niego generacja Z, czyli osoby urodzone po 2000 roku, które mają całkiem odmienne oczekiwania i podejście do pracy. Pomiędzy tymi dwiema grupami są jeszcze przedstawiciele pokolenia X oraz Y, zwani także millenialsami.

Zarządzanie różnorodnością wśród pracowników dotyczy nie tylko wieku i różnic pokoleniowych, lecz także płci, pochodzenia, religii, narodowości oraz czynników wtórnych, takich jak wykształcenie czy sytuacja rodzinna.

 Celem polityki różnorodności jest osiąganie jak najlepszej efektywności pracy zespołów. Znając mocne strony pracowników, mając dla nich szacunek i zrozumienie dla pewnych ograniczeń, jesteśmy w stanie stworzyć zespoły, które będą pracować na maksimum swoich możliwości. Zarządzanie różnorodnością służy nie tylko sukcesowi firmy i kulturze korporacyjnej, lecz także samym pracownikom. Dzięki takiej polityce czują się bardziej doceniani, czują się ważną częścią zespołu, zwiększa się ich lojalność w stosunku do firmy – podkreśla Dorota Strosznajder.

Polityka różnorodności, aby była skuteczna, musi być realizowana na kilku płaszczyznach. Po pierwsze, musi się ona znaleźć w strategii biznesowej firmy – zgodnie z popularną w biznesie zasadą mówiącą, że „czego nie ma w strategii, nie istnieje”. Po drugie, polityce różnorodności muszą towarzyszyć liczne programy HR-owe skierowane do poszczególnych grup pracowników. Po trzecie, polityki różnorodności w firmie muszą przestrzegać przede wszystkim menadżerowie.

 Ryba psuje się od głowy. Bez dobrych menadżerów, którzy rozumieją, jak zarządzać różnorodnymi zespołami, z szacunkiem dla poszczególnych talentów i ograniczeń pracowników, nie stworzymy międzynarodowych zespołów. Czwarty i ostatni element to komunikacja wewnętrzna – pracownicy muszą wiedzieć, że różnorodność jest dla nas ważna, bo tylko wtedy mamy szansę na pozytywne ssanie oddolne oraz na to, że polityka różnorodności zaistnieje w praktyce i zmieni organizację – mówi Dorota Strosznajder.

Zbudowanie i wdrożenie takiej polityki w firmie to nie lada wyzwanie. Dlatego organizatorzy Kongresu Różnorodności chcą promować dobre praktyki w tym zakresie podczas Przeglądu „Praktycy o Różnorodności”. Innowacyjne działania i projekty dotyczące zarządzania różnorodnością w miejscu pracy firmy mogą zgłaszać do 13 września za pośrednictwem platformy be.navigator. Najlepsze zostaną pokazane podczas październikowej gali.

– Mam nadzieję, że wiele firm z różnych segmentów życia gospodarczego, społecznego i publicznego dołączy do przeglądu dobrych praktyk. Różnorodność staje się coraz większym wyzwaniem, dlatego chcemy, aby pojawili się w nim przedstawiciele bardzo różnych organizacji – przede wszystkim biznes, ale mile widziana jest też administracja publiczna, która mogłaby się pochwalić swoimi działaniami – mówi Paweł Niziński.

Kongres Różnorodności to branżowe wydarzenie, organizowane przez Henkel Polska oraz firmę doradczą Better, które gromadzi rokrocznie szerokie grono przedstawicieli biznesu, NGO-sów, administracji publicznej i środowiska akademickiego. Jego celem jest wymiana doświadczeń związanych z zarządzaniem różnorodnością w naszym kraju.

Tegoroczna edycja Kongresu Różnorodności będzie poświęcona budowaniu postaw tolerancji i otwartości oraz związanej z tym odpowiedzialności biznesu. Wśród poruszanych zagadnień znajdzie się też angażowanie kobiet w rynek pracy, wielokulturowość miast i dyskurs w mediach społecznościowych.

Polacy coraz bardziej przedsiębiorczy. Rośnie popularność samozatrudnienia i liczba mikrofirm

Polacy coraz bardziej przedsiębiorczy. Rośnie popularność samozatrudnienia i liczba mikrofirm 11

Frustracja, niezadowolenie z pracy i potrzeba niezależności – to główne czynniki, które skłaniają Polaków do zakładania własnego biznesu. Osoby, które decydują się na taki krok, są świadome swoich kompetencji, nie skupiają się na brakach, mają większą skłonność do ryzyka i godzą się z możliwością popełnienia błędu. Taki obraz polskiego przedsiębiorcy wyłania się z badań Agencji Badawczej IZMAŁKOWA, przeprowadzonych na zlecenie ING Banku Śląskiego. Według danych PARP w Polsce z roku na rok wzrasta popularność samozatrudnienia i liczba zakładanych mikroprzedsiębiorstw.

– Gen przedsiębiorczości to esencja, która pomaga osiągać lepsze wyniki w biznesie, pcha do przodu i powoduje, że nie podporządkowujemy się innym. Osobę przedsiębiorczą można porównać do osoby głodnej. Kiedy jesteś głodny, nie czekasz, aż ktoś ci coś przyniesie, po prostu idziesz i zdobywasz – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Julia Izmałkowa, psycholog i dyrektor Agencji Badawczej IZMAŁKOWA.

Jak wynika z danych Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, w Polsce jest obecnie około 1,84 mln aktywnych przedsiębiorstw, a ich liczba systematycznie rośnie. Większość (99,8 proc.) stanowią mikro-, małe i średnie firmy. Dane przytaczane w „Raporcie o stanie sektora MSP w Polsce 2016” przez PARP wskazują, że w porównaniu z innymi krajami UE Polska zajmuje 6. miejsce pod względem liczby zarejestrowanych przedsiębiorstw. Gorzej wypada za to w odniesieniu do populacji kraju. Na 1 tys. mieszkańców przypada średnio 41 firm, co zapewnia nam 22. pozycję w UE. Przodują Czesi, Portugalczycy, Słowacy i Szwedzi.

Sektor przedsiębiorstw jest filarem polskiej gospodarki, odpowiadając za 73,5 proc. PKB i 9,1 mln miejsc pracy. Wartość wytworzona przez małe i średnie firmy stanowi niecałe 20 proc. Największy udział w tworzeniu polskiego PKB mają jednak mikroprzedsiębiorstwa, które odpowiadają za ponad 30 proc. tej wartości.

Statystyki pokazują, że od trzech lat nie słabnie również skłonność Polaków do zakładania mikroprzedsiębiorstw. Samozatrudnienie jest coraz popularniejsze, a w bazie REGON zarejestrowanych jest około 3 mln osób fizycznych, które prowadzą działalność gospodarczą. Te liczby potwierdzają, że Polacy są coraz bardziej przedsiębiorczy i skłonni do zakładania własnych biznesów.

– Osoby z genem przedsiębiorczości mają bardzo duże poczucie wolności i niezależności. Chcą same decydować o swoim modelu pracy. Kiedy są zmęczeni wykonywaniem czyichś rozkazów i poleceń, wykonują pracę, która nie bardzo ma dla nich sens i nie daje im satysfakcji, wtedy najczęściej są gotowi założyć własną firmę – mówi badacz Julia Izmałkowa.

Na zlecenie ING Banku Śląskiego firma badawcza IZMAŁKOWA Consulting przeprowadziła badanie, którego celem było zrozumienie zjawiska przedsiębiorczości wśród Polaków oraz zrozumienie potrzeb i celów mikroprzedsiębiorców, którzy decydują się na założenie własnego biznesu. Wynika z niego, że takie osoby mają kilka charakterystycznych cech: dostrzegają raczej szanse, a nie zagrożenia, myślą przez pryzmat możliwości i szans, a nie barier czy zagrożeń. Jak się również okazuje składowe genu przedsiębiorczości to: widzieć szanse, a nie zagrożenia, być panem swojego losu, być gotowym na konfrontację, rozwijać się w sposób nieskończony, być perfekcjonistą w 80 proc.

– Takie osoby potrzebują nie tyle marketingu, poklepywania ich po plecach i mówienia, że wszystko będzie dobrze, ile raczej wsparcia i partnera do współpracy. Znalezienie odpowiedniego partnera biznesowego to jedna z ważniejszych rzeczy, które warunkują sukces w biznesie – mówi Julia Izmałkowa. – Przedsiębiorcy wiedzą, że nie muszą robić wszystkiego sami i znać się na wszystkim: od księgowości po bankowość. Założenie dobrze prosperującej firmy polega na znalezieniu dobrych ekspertów i partnerów, którzy podzielą się wiedzą i pomogą.

Z badań wynika, że podstawowe czynniki, które motywują Polaków do zakładania własnych mikrobiznesów to frustracja i niezadowolenie z dotychczasowej pracy oraz potrzeba większej niezależności.

Osoby, które decydują się na taki krok, są świadome swoich zasobów i umiejętności oraz możliwości, jakie one stwarzają. W każdej sytuacji dostrzegają szansę na zrobienie interesu, niezależnie od branży czy okoliczności – to portret polskiego przedsiębiorcy, który wyłonił się z sondaży przeprowadzonych na zlecenie ING Banku Śląskiego.

Badania zlecone przez ING pokazały również, że osoby przedsiębiorcze są znacznie bardziej skłonne do ryzyka i mają zaufanie do swoich umiejętności i wiedzy. Mają poczucie sprawczości – przekonanie, że każdy sukces i porażka są zależne od ich decyzji. Tylko 15 proc. polskich przedsiębiorców uzależnienia swój sukces od czynników zewnętrznych, podczas gdy 85 proc. uznaje wyłącznie własne sprawstwo. Osoby te nie wierzą w szczęście, polegają za to na ciężkiej pracy i determinacji. Nie uznają też pecha ani nie zrzucają winy na innych – potrafią przyznać się do błędu i szukać rozwiązań.

– Osoby z genem przedsiębiorczości mają poczucie własnej sprawczości. To oni decydują. Nie mówią w kategoriach: „udało mi się, miałem szczęście”, tylko: „zrobiłem, dokonałem”. Używają zupełnie innych słów. To ich mocno wyróżnia. Osoby z dużo mniejszym genem przedsiębiorczości zazwyczaj mówią: „jeszcze trochę się poduczę, muszę zdobyć więcej doświadczenia, nauczyć się języka”. Natomiast osoba z wyraźnym genem przedsiębiorczości mówi: „działam, wszystko, co mam jest moim zasobem” – mówi psycholog Julia Izmałkowa.

Polscy przedsiębiorcy mają także skłonność do szczerości w kontaktach z pracownikami i klientami. Są otwarci na konfrontację i podekscytowani, kiedy robią coś po raz pierwszy. Ich cechą charakterystyczną jest też wewnętrzna potrzeba ciągłego rozwijania się.

Zdaniem psycholog Julii Izmałkowej początkującemu przedsiębiorcy na starcie potrzebna jest przede wszystkim motywacja i samoświadomość. Osoba, która planuje założyć własną firmę, powinna liczyć się z dużą odpowiedzialnością i mieć jasno sprecyzowane cele.

– Nikt nie zakłada własnej firmy, bo chce odpocząć. Własny biznes oznacza dużo więcej pracy, poczucie odpowiedzialności za siebie i innych, za rodzinę, za firmę i klientów. Dlatego trzeba wiedzieć, co chce się osiągnąć. Trzeba też zaakceptować fakt, że nie zawsze uda się zrobić wszystko na 100 procent. Jako przedsiębiorca powinieneś zaakceptować fakt, że nie jesteś doskonały i nie wszystko będzie się układało doskonale – to jest to sytuacja normalna, nic złego się nie dzieje. Po prostu wstajesz i dalej idziesz do przodu – mówi badacz Julia Izmałkowa.

Badania przeprowadzone wśród polskich przedsiębiorców na zlecenie ING Banku Śląskiego to część szerszej kampanii. Jej bohaterami zostali właściciele firm, którzy opowiedzieli o swoich początkach – obawach i wątpliwościach, ale też pozytywnych aspektach pracy „na własny rachunek”. Ich doświadczenia maja przekonać niezdecydowanych, że warto spróbować bo uczucie strachu na przemian z euforią są naturalne i nie powinny powstrzymywać przed pierwszym krokiem do własnej firmy.

– Naszą kampanię stworzyły prawdziwe opowieści i prawdziwe emocje. Sami nie wymyślilibyśmy takiej mieszanki radości i entuzjazmu, ale też lęku i obaw, które są nieodłączną częścią decyzji o założeniu swojej firmy. Ci ludzie porywają swoim zapałem i pasją – mówi Barbara Pasterczyk, dyrektor odpowiedzialna za marketing i komunikację w ING Banku Śląskim.

Stopa inwestycji najniższa w stosunku do PKB od 1996 r.

Inwestycje miały być motorem napędowym polskiej gospodarki i kluczowym elementem Planu Morawieckiego. Z niepokojem czekamy więc na najnowsze dane GUS o inwestycjach przedsiębiorstw. Po półroczu mamy nadal wysokie tempo wzrostu PKB, jednak tempo inwestycji powinno być od niego znacznie wyższe, aby w kolejnych latach napędzać rozwój gospodarczy. Tymczasem zarówno w ubiegłym, jak i w tym roku stopa inwestycji spada. Na razie inwestycje są najniższe w stosunku do PKB od 1996 r.

Wzrost PKB napędza konsumpcja, w związku ze zwiększonymi transferami socjalnymi, czyli przede wszystkim z programem 500+. – To jednak nie wystarczy, aby polska gospodarka rozwijała się szybko – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Kostaryka – korzyści podatkowe z założenia spółki offshorowej

Na offshorowej mapie świata wciąż czeka na odkrycie biznesowa perła Karaibów – Kostaryka. Założenie spółki w tym państwie gwarantuje anonimowość biznesową, poufność danych i pełną dyskrecję dla potencjalnego właściciela. Zachętą do prowadzenia biznesu w tym kraju jest atrakcyjne opodatkowanie i możliwość skorzystania z usług powiernika oraz sprawny proces rejestracji spółki. Warto podkreślić, że Kostaryka nie została wpisana na czarną listę rajów podatkowych.

Przepisy dotyczące tworzenia i funkcjonowania spółek w Kostaryce reguluje kostarykański kodeks handlowy. Podstawowa korzyść podatkowa wynikająca z założenia spółki w Kostaryce jest taka, że dochód uzyskany poza terytorium kraju nie podlega w nim opodatkowaniu. Ma to związek z tzw. zasadą terytorialności, zgodnie z którą opodatkowaniu podlega jedynie dochód uzyskany na terytorium kraju. Ponadto, jeżeli spółka z siedzibą na Kostaryce nie będzie uzyskiwała na jej terytorium dochodów, to nie będzie również zobligowana do prowadzenia księgowości. W konsekwencji spółka nie będzie podlegać obowiązkowi badania przez audytorów.

Najpopularniejszym rodzajem spółki zakładanej w Kostaryce jest Sociedad Anonima (S.A), odpowiadająca w swoim charakterze amerykańskiej LLC (Limited Liability Corporation). Istnieje kilka wymogów formalnych, jakie należy spełnić, aby mogło dojść do jej utworzenia. Po pierwsze, trzeba powołać zarząd, którego członkowie powinni przebywać na terytorium Kostaryki w momencie założenia i rejestracji spółki. Pełnią oni funkcje prezesa, sekretarza i skarbnika (mogą jednak być tytułowani inaczej). Mogą, ale nie muszą, być jednocześnie akcjonariuszami spółki. Dodatkowi członkowie mogą zostać powołani w dowolnym momencie funkcjonowania spółki. Po drugie, statut spółki musi zostać sporządzony w formie aktu notarialnego. Po trzecie, musi być minimum dwóch akcjonariuszy. Nie ma żadnych wymogów co do narodowości członków zarządu oraz akcjonariuszy spółki. Decyzje zarządu muszą zostać zatwierdzone na zgromadzeniu akcjonariuszy, które może odbywać się na terenie Kostaryki lub za granicą. Kapitał zakładowy spółki może zostać wniesiony w dowolnej walucie. Ponadto, spółka zarejestrowana w Kostaryce musi posiadać siedzibę na terytorium tego kraju, jednakże nie istnieją żadne ograniczenia co do utworzenia oddziałów i filii zagranicą. Należy również pamiętać, że rejestracja spółki podlega opłacie skarbowej, której wysokość zależy od wysokości kapitału zakładowego. Proces założenia i rejestracji spółki w Kostaryce wraz z wszystkimi niezbędnymi do tego czynnościami trwa od 4 do 8 tygodni.

Zdecydowaną korzyścią wynikającą z założenia spółki w Kostaryce jest możliwość prowadzenia działalności z udziałem nominowanych członków zarządu oraz udziałowców spółki. Zapewnia to pełnię anonimowości beneficjenta rzeczywistego (UBO), czyli osoby fizycznej faktycznie kontrolującej dany podmiot. Z tego względu założenie spółki w Kostaryce jest przydatne szczególnie wtedy, gdy prowadzona działalność jest związana z hazardem, online- czy sms-marketingiem, a także świadczeniem wszelkich usług opierających się na wykorzystywaniu zagranicznych serwerów. Również gdy dla osiągnięcia planowanych celów potrzebna jest struktura uwzględniająca spółkę typu offshore, spółka w Kostaryce będzie doskonałym rozwiązaniem – posiada ona bowiem wszystkie zalety typowe dla tzw. rajów podatkowych, a mimo to nie widnieje na „czarnej liście” OECD. Ma to związek z wymianą informacji podatkowych z innymi państwami (tzw. Tax Information Exchange Agreements). Owszem, Kostaryka zawarła porozumienia zgodne ze standardem OECD, dzięki czemu została wykreślona z listy rajów podatkowych, ale na dzień dzisiejszy zawarła je jedynie z następującymi krajami: Australią, Szwecją, Norwegią, Danią, Finlandią, Islandią, Wyspami Owczymi, Grenlandią oraz Argentyną. Ponadto procedury zbierania i przetwarzania informacji podatkowych są uregulowane w bardzo znikomym stopniu, przez co są mało efektywne, a w konsekwencji państwo nie jest w stanie przekazać dokładnych informacji na temat działalności spółek oraz ich rzeczywistych beneficjentów. Z wyżej wymienionych względów również otwarcie konta bankowego dla spółki w tym kraju nie zostanie automatycznie odrzucone przez większość banków, które nie nawiązują współpracy ze spółkami mającymi siedzibę rejestrową w jurysdykcjach widniejących na wspomnianej czarnej liście.

Warto również zwrócić uwagę na rynek wewnętrzny. Ma on bardzo duże znaczenie, gdy inwestor zamierza z niego korzystać. Chodzi przede wszystkim o kwestie związane z integracją gospodarczą Kostaryki oraz ograniczeniami handlowymi w zakresie ceł i innych płatności. Kostaryka jest członkiem Wspólnego Rynku Ameryki Środkowej (CACM – Central American Common Market), co może okazać się sporym ułatwieniem, gdy chodzi o wymianę towarów z innymi członkami tej organizacji (Salwadorem, Gwatemalą, Hondurasem i Nicaraguą), skutkującym m.in zwolnieniem z zapłaty ceł. Ponadto, jako strona Systemu Integracji Środkowoamerykańskiej (SICA) Kostaryka utrzymuje wielopłaszczyznowe stosunki z Unią Europejską, polegające nie tylko na dialogu politycznym, ale także na współpracy gospodarczej. Porozumienie ustanawia m.in. obszar wolnego handlu w zakresie produktów przemysłowych oraz obniżenie taryf celnych dla niektórych towarów rolnych, m.in. bananów, mięsa i ryżu.

Autorzy:

Kancelaria Prawna Skarbiec, specjalizująca się w przeciwdziałaniu bezprawiu urzędniczemu, w kontrolach podatkowych i celno-skarbowych oraz optymalizacji podatkowej

Sprzedaż detaliczna stabilnie rośnie

W lipcu 2017 r. produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 19,8 proc. r/r, a w stosunku do czerwca br. – o 3,7%, natomiast produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 6,2 proc. r/r, ale w stosunku do czerwca br. spadła o 8,5 proc. – podał GUS.

Produkcja budowlano-montażowa, po bardzo słabym roku 2016 (spadek o 14,1 proc. r/r) i dużej zmienności w pierwszych czterech miesiącach 2017 r., od maja br. w każdym kolejnym miesiącu rośnie coraz szybciej. W maju wzrosła o 8,4 proc. r/r, w czerwcu o 11,6 proc, a w lipcu – o 19,8 proc. Lipiec wydaje się przełomowy w ocenach sytuacji w budownictwie, bowiem bardzo silnie (o 1/3) wzrosła produkcja w firmach specjalizujących się we wznoszeniu obiektów inżynierii lądowej i wodnej, potwierdzając, że wreszcie rozpoczęliśmy (na skalę znacznie większą niż dotychczas) inwestycje drogowe finansowane z funduszy unijnych. Czas najwyższy, bo dalsze wstrzymywanie inwestycji infrastrukturalnych skutkowałoby nie tylko niższym wzrostem gospodarczym, ale także ryzykiem niewykorzystania pieniędzy europejskich, a przede wszystkim silnym wzrostem cen materiałów budowlanych ze względu na koncentrację wielu dużych inwestycji w krótkim czasie. I tak nie unikniemy tych inflacyjnych konsekwencji, i trzeba spodziewać się wzrostu cen w budownictwie. A to oznacza, że za fundusze unijne, które otrzymaliśmy do wykorzystania będziemy mogli niestety zbudować mniej. Szkoda.

Bardzo prawdopodobny wzrost cen w budownictwie powinny wziąć pod uwagę gospodarstwa domowe, które zdecydowały się na zakup mieszkań czy domów. A takich gospodarstw domowych jest sporo, bo firmy wznoszące budynki zwiększyły swoją produkcję w lipcu o ponad 13 proc. r/r. Potwierdzają to także dane dotyczące budownictwa mieszkaniowego – w lipcu br. liczba mieszkań oddanych do użytku wzrosła o 17,6 proc., liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto – o 21,6 proc., a liczba mieszkań, na budowę których wydano pozwolenie – o prawie 13 proc. (a w okresie styczeń-lipiec o prawie 30 proc.).

W lipcu widzimy także silniejszy wzrost produkcji w przedsiębiorstwach wykonujących specjalistyczne roboty budowlane (m.in. przygotowanie terenów pod budowę, wykopy i wiercenia, roboty instalacyjne), co zapewne związane jest w dużej mierze z rosnącym budownictwem mieszkaniowym.

Tak wysoka i rosnąca dynamika produkcji budowlano-montażowej wskazuje na silny wzrost inwestycji publicznych oraz inwestycji gospodarstw domowych. W 3. kwartale 2017 możemy zatem spodziewać się silnego odbicia inwestycji, które w całym 2016 r. i 1. kwartale 2017 r. były niższe niż w 2015 r. To ważne, bo nie ma stabilnego wzrostu PKB bez rosnących nakładów na inwestycje.

Produkcja przemysłowa wzrosła w lipcu silniej niż przeciętnie w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. – o 6,2 proc. wobec 5,7 proc. Gdyby nie ciągła zapaść w górnictwie węgla kamiennego i brunatnego (spadek produkcji o 12 proc.) przemysł miałby się lepiej. A nie jest to bez znacznie dla gospodarki, bo przemysł tworzy ok. 25 proc. polskiego PKB i aktywizuje dużą część sektora usługowego. Na 34 działy przemysłu w lipcu br. 8 odnotowało spadek produkcji sprzedanej – poza górnictwem także przemysł farmaceutyczny, a także produkcja odzieży i produkcja pozostałego sprzętu transportowego. W grupie 26 działów rosnących – jak zwykle przemysł ciągnęły branże eksportowe, m/in. produkcja maszyn i urządzeń, produkcja mebli, wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych, wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych (w tym przypadku, a także w przypadku mebli to także zapewne efekt rosnącego rynku budownictwa mieszkaniowego).

Sierpień w przemyśle będzie prawdopodobnie nieco słabszy, ale i tak można zakładać, że ten sektor gospodarki pozytywnie wpłynie na wzrost gospodarczy w najbliższym kwartale. Dodając do tego rosnące budownictwo, które łącznie z przemysłem tworzy ponad 1/3 polskiego PKB, można oczekiwać w 3. kwartale 2017 r. wzrostu gospodarczego na poziomie nie niższym niż w 1. połowie 2017 r., czyli ok. 4 proc.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W nadchodzących dniach oczy inwestorów będą zwrócone na kurort Jackson Hole w amerykańskich Górach Skalistych, gdzie w kolejny weekend odbywać będzie się coroczne sympozjum bankierów centralnych. W gronie przemawiających będą przede wszystkim prezes Fed Janet Yellen i prezes ECB Mario Draghi. Przełomowe deklaracje są mało prawdopodobne, ale inwestorzy będą skrupulatnie analizować najdrobniejsze sugestie w zakresie przyszłości polityki monetarnej głównych banków centralnych.

Warto zwrócić uwagę, że wystąpienie wiceprezesa Fed Williama Dudleya z ostatniego poniedziałku było zdecydowanie mniej gołębie niż treść protokołu z lipcowego posiedzenia FOMC. Dudley i Yellen częstokroć byli bardzo zgodni w ocenie procesów w gospodarce i optymalnego kształtu polityki. Oboje reprezentują też „środek ciężkości” poglądów w Fed. Dlatego też wystąpienie Yellen może być krokiem do ugruntowania przekonania, że pomimo mieszanych danych z ostatnich tygodni, Rezerwa Federalna pozostaje na ścieżce stopniowej normalizacji. Kluczowa będzie interpretacja procesów cenowych w USA i ocena trwałości wyhamowania inflacji. Głównym tematem wystąpienia będzie stabilność systemu finansowego. Jakiekolwiek wzmianki o rosnących nierównowagach, zbyt wysokich wycenach aktywów lub niedostatecznie restrykcyjnych warunkach finansowych należy interpretować jako jastrzębi sygnał. Choć nie ma przesłanek by wierzyć, że Fed może podnosić stopy szybciej niż raz na kwartał, to obecna wycena odstająca od mediany z projekcji Fed o 75 pb do końca 2018 i 135 pb do końca 2019 roku jest naszym zdaniem zdecydowanie zbyt niska.

Z drugiej strony protokół z posiedzenia ECB odsłonił pewne zaniepokojenie Rady Prezesów siłą euro. Bezpośrednie, otwarte werbalne interwencje nie leżą w zwyczaju europejskich decydentów, ale taki stan rzeczy powinien gwarantować większą powściągliwość w optymistycznych wypowiedziach. Jednocześnie, ostatnie przecieki z banku, których źródłem jest agencja Reuters, wskazują na to, że wszystkich oczekujących obwieszczenia przez Mario Draghiego kresu ery czeka srogie rozczarowanie. W krótkim terminie należy spodziewać się stabilizacji kursu EUR/USD, ale w szerszym horyzoncie bilans ryzyk związanych z asymetrią wyceny perspektyw polityki (rozbudowane oczekiwania względem kroków ECB i niedostateczna wycena liczby podwyżek Fed) przemawia za dolarem.
Nie wolno zapominać też o tarciach na linii USA – Korea Północna, które mogą zaogniać się w trakcie wspólnych manewrów południowokoreańskich i amerykańskich wojsk, które potrwać mają do końca miesiąca. Po stronie danych makro nie należy liczyć na fajerwerki a uwaga skupiona pozostanie na Eurolandzie. Rynek przez pierwszą część tygodnia powinien wyczekiwać na Jackson Hole, na drugim planie będzie geopolityka, na trzecim exodus ważnych postaci w gabinecie Trumpa jeszcze bardziej ograniczający szanse na szybkie zreformowanie systemu podatkowego i wdrożenie szumnie zapowiadanych pakietów stymulacyjnych. Odczyty danych będą tylko tłem dla wymienionych czynników.
W pierwszym rzędzie warto zwrócić uwagę na wstępne wartości europejskich indeksów PMI (środa), które wraz ze wskaźnikami ZEW (wtorek) i Ifo (piątek) odpowiedzą na pytanie jak silne euro i wzrost napięć geopolitycznych wpływa na nastroje biznesu na Starym Kontynencie. Uważamy, ze istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że ożywienie gospodarcze największy impet ma już za sobą i w drugiej części roku wzrost będzie nieco słabszy (choć nadal więcej niż przyzwoity).

W przypadku USA czekają nas głównie drugorzędne odczyty, w tym seria danych z rynku nieruchomości (wtorek: ceny domów, środa: sprzedaż nowych domów, czwartek: sprzedaż domów na rynku wtórnym). Publikacją numer jeden będą zamówienia na dobra trwałe (piątek), które po rekordowym wzroście w czerwcu, w licu powinny mocno spaść. W przypadku pozostałych walut G-10 kalendarz właściwie świeci pustkami. W Azji do piątku czekać będziemy na japoński odczyt inflacji. W Wielkiej Brytanii zostanie opublikowany wstępny szacunek PKB za II kwartał (czwartek). Najważniejszą informacją z Polski będzie protokół z posiedzenia RPP, który wskaże czy rośnie poparcie dla rozpoczęcia cyklu zacieśniania wcześniej niż za rok.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Społeczność szyta na miarę. Firmy budują własne Social Media

Ostatnie badania opublikowane w International Journal of Information Management[1] pokazują, że coraz więcej nowoczesnych firm otwiera własne platformy społecznościowe (Internal Social Media, ISM). Eksperci uważają, że to już nie tylko trend, lecz standard w przypadku dużych międzynarodowych organizacji, które chcą dotrzeć także do przedstawicieli najmłodszych pokoleń na rynku pracy: millenialsów i pokolenia Z.

Wielki wybuch

Początki Internal Social Media ściśle związane są z sukcesem Facebooka. Portal społecznościowy, który powstał w 2004 roku, już cztery lata później pozwolił znaleźć się jego założycielowi, Markowi Zuckerbergowi, w rankingu najbogatszych ludzi na świecie Forbesa z majątkiem rzędu 1,5 mld dolarów.

Facebook rozwijał się, szybko stając się popularnym narzędziem służącym do komunikacji między ludźmi na całym świecie, pozwalającym tworzyć internetowe społeczności, dzielić ze znajomymi wspomnieniami z wakacji w postaci zdjęć czy profesjonalnymi materiałami, takimi jak artykuły fachowe. Zalety Facebooka mniej więcej siedem, osiem lat temu zaczęli dostrzegać pracodawcy, którzy postanowili wykorzystać je, tworząc własne media społecznościowe.

Wśród pierwszych platform określanych mianem ISM znajdują się Chatter, Jive czy Beehive. Kolejne powstawały bardzo szybko, odnosząc duże sukcesy. Wiele z nich pozwalało  bowiem zacierać granicę między komunikacją zawodową, a prywatną. Pracownicy mogli zakładać profile, dodawać zdjęcia, odnajdywać się wzajemnie i nawiązywać kontakty. Na świecie zaczęła się rewolucja w komunikacji biznesowej.

Innowacja staje się normą

Okres przyswojenia przez firmy nowego trendu nie był długi. Już kilka lat temu mówiono otwarcie: ISM przestaje powoli być innowacją, stając się narzędziem wykorzystywanym przez coraz więcej firm do komunikacji z pracownikami, a także do budowania poczucia przynależności do społeczności złożonej z pracowników organizacji.

Popularność ISM potwierdzają także najnowsze badania naukowe. Z przeglądu literatury opisującej rozwój ISM na świecie opublikowanego w International Journal of Information Management[2] wynika, że zagadnienie to również w nauce nie powinno być już traktowane jako innowacja, lecz jako norma zaadaptowana przez wiele organizacji.

„Sukces ISM nie powinien nikogo dziwić” — komentuje Dominika Nawrocka z Capgemini. „Z jednej strony  wewnętrzne platformy społecznościowe mają wiele zalet, które dostrzegamy jako organizacje. Z drugiej są odpowiedzią na potrzeby pracowników. To młodzi ludzie, przedstawiciele millenialsów i pokolenia Z, które także wchodzi powoli na rynek pracy, są powodem, dla którego firmy oferują im systemu ISM. Ci ludzie wychowali się w otoczeniu internetu i urządzeń mobilnych. Dla nich te narzędzia nie są już żadną innowacją. ISM to  zatem norma, która daje przewagę nad konkurencją tylko wtedy, gdy dobrze wpisana jest w strategię firmy, służy spełnianiu jej celi i współgra z innymi kanałami Social Media organizacji” — tłumaczy Nawrocka.

Wewnętrzne portale społecznościowe spełniają wiele funkcji. Nie tylko umożliwiają szukanie informacji o współpracownikach i znajdywanie się online i wzmacniają poczucie przynależności do grupy osób zatrudnionych w danej organizacji lub jej partnerów, lecz także stają się platformą służącą wymianie doświadczeń, zarówno zawodowych, jak i prywatnych. Pozwalają także niejako spłaszczyć hierarchię w firmie, ułatwiając komunikację między pracownikami a kadrą zarządzającą[3]. Z badań przeprowadzonych przez APCO[4] wynika tymczasem, że aż dla 37 proc. pracowników najważniejszym aspektem w przypadku ISM jest otwartość na dialog i zaangażowanie w rozmowę. Dla 21 proc. ważna jest natomiast optymalizacja platformy — to, czy działa ona intuicyjnie i jest czytelna. Najważniejsze są jednak materiały publikowane w sieci (42 proc.).

Polska podąża za trendem

Krajowe firmy, podążając za przykładem organizacji zachodnich, dopiero tworzą własne sieci społecznościowe. Korzystają przy tym z przykładu dużych organizacji, takich jak grupa Capgemini w Polsce, która z okazji 50. urodzin uruchomiła platformę BirthdayCapsule.pl. To pierwsze tego typu rozwiązanie w grupie Capgemini na świecie. I chociaż firma korzysta z wewnętrznej platformy służącej komunikacji i opartej na systemie Yammer już od jakiegoś czasu, to po raz pierwszy stworzyła zupełnie własny serwis i udostępniła go szerokiemu gronu odbiorców.

Platforma społecznościowa BirthdayCapsule.pl umożliwia podzielenie się zdjęciami i filmami, ale też nawiązanie lub odnowienie towarzyskich kontaktów z osobami poznanymi w Capgemini. Może to zrobić każdy, kto współpracował z firmą na przestrzeni całego okresu jej obecności w Polsce.

„Capgemini działa na polskim rynku od 21 lat, początkowo oferując usługi konsultingowe. Przejęcie  praktyki konsultingowej Ernst&Young w 2000 roku wzmocniło nasz zespół o doświadczenie zbierane na polskim rynku od 1990 roku. Jest za nami zatem naprawdę długa historia współpracy z polskimi klientami i partnerami. Dziś, wspominając początek działalności, nie sposób pominąć ludzi, którzy tworzyli tę historię. Mam nadzieję, że informacja o naszej urodzinowej kapsule dotrze do koleżanek i kolegów, którzy dziś  pracują w innych firmach, i  podzielą się swoimi wspomnieniami z czasów gdy pracowali Gemini Consulting, Capgemini Ernst & Young i od 2004 roku w Capgemini. Liczę także na wspomnienia naszych klientów i partnerów. To będzie dla nas najlepszy prezent urodzinowy” – komentuje Marek Woźny, Vice President, Dyrektor Zarządzający, Capgemini Polska Application Services.

BirthdayCapsule.pl to wielki album wspomnień ludzi, którzy tworzą historię Capgemini w Polsce. Przeglądać mogą je wszyscy  (materiały tam umieszczone są weryfikowane i chronione prawem autorskim). Natomiast żeby stać się aktywnym użytkownikiem i dodawać własne wspomnienia, wystarczy się zarejestrować. Jest to inicjatywa, która angażuje całą społeczność związaną z organizacją. Dodatkowo sprzyja temu funkcjonalność nawiązywania i odnawiania kontaktów na platformie.

[1] http://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0268401216305485

[2] http://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0268401216305485

[3] http://www.instituteforpr.org/examining-internal-social-media-integrated-marketing-communication-imc-perspective/

[4] http://www.apcoworldwide.com/blog/detail/apcoforum/2016/01/25/the-benefits-of-internal-social-media-engaged-employees

Kurs euro po zamachach w Hiszpanii. Niepewność na rynkach

Pasmo terroru, które przeszło przez Hiszpanię mogło przyczynić się do strat zanotowanych na giełdach, jednak , większość mediów finansowych jako przyczynę stawia plotkę ę, która obiegła wczoraj Wall Street. Głosiła ona, że główny doradca ekonomiczny Trumpa, Gary Cohn, opuścił swoje stanowisko. Pomimo tego, że plotka została szybko zdementowana, na Wall Street zapanował strach. Co jeśli najlepsi doradcy Trumpa, Ci przy zdrowych zmysłach, zaczną od niego odchodzić?

DJ30_18_08_2017Przecież większość Amerykanów, którzy nie wierzą do końca w jego zdolności przynajmniej wierzą, że otacza się dobrymi ludźmi. Co jeśli Ci dobrzy ludzie, z których wielu w ciągu ostatnich dni boryka się z uwagami Trumpa, nagle znikną? Z czym byśmy zostali? Steve Bannon, Kellyanne Conway i Chris Christie. Sama myśl wystarczyła, aby zanotować spadki na rynkach w czwartek i wysłać indeks VIX do niemal najwyższego poziomu roku. Dow Jones obudził się ze swojego marazmu, a był to rzeczywiście głęboki sen. Była to bowiem pierwsza sesja, którą DJ30 przesunął ponad 1% w dowolnym kierunku w ciągu ostatnich 63 sesji.

Złoto_18_08_2017 Surowce_18_08_2017Być może ze względu na całą niepewność, która panuje obecnie na rynkach i próby doprowadzenia ich do bezpiecznego stanu, a może z całkiem innego powodu, metale szlachetne idą w górę, z czego wiele z nich zbliża się do strefy przełamania. Największą siłą napędową jest platyna, która od początku miesiąca wzrosła o ponad 4%. Złoto ostrożnie kupowane jest po około 1300 dolarów. W tej chwili mamy mniej niż 6 dolarów od tego przełomowego miejsca. Po przeanalizowaniu tego poziomu psychologicznego w kwietniu i w czerwcu, czy w końcu w sierpniu uda się go w końcu przełamać?

EURUSD_18_08_2017Protokoły ze wczorajszego posiedzenia EBC ujawniły pewne dość duże wyłamania w nacisku na „normalizację polityki pieniężnej”, tak widoczną na całym świecie w zeszłym miesiącu. Wiele banków centralnych mówiło, że nadszedł czas na zaostrzenie polityki pieniężnej poprzez podwyższenie stóp procentowych i zmniejszenie/zniwelowanie poluźniania polityki pieniężnej. Cóż, Stany Zjednoczone wydają się być podzielone na tym froncie. Choć Europejski Bank Centralny nie wygląda na podzielony, to wyraził zaniepokojenie faktem, że euro jest na zbyt wysokim poziomie, aby było to dla niego dobre. Euro bardzo uprzejmie spadło po tych komentarzach, ponieważ wiele osób uważało, że EBC może być teraz skłonnym do samodzielnego ograniczenia jego wartości.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Transition Technologies w trendzie wzrostowym po pierwszym półroczu 2017

Grupa Kapitałowa Transition Technologies (GK TT) – polski lider IT w obszarze energii, gazu i przemysłu, podsumowuje wstępne wyniki pierwszego półrocza i podtrzymuje optymistyczne prognozy na rok 2017.

Pomimo umiarkowanej koniunktury w krajowym segmencie IT oraz zróżnicowanych ocen analitycznych dla polskich spółek informatycznych, Transition Technologies utrzymuje się w założonym silnym trendzie wzrostowym. Spółki grupy kapitałowej TT osiągnęły w pierwszym półroczu sprzedaż na poziomie 133 mln PLN , a roczny portfel zamówień (backlog) utrzymuje się na poziomie ok. 235 mln PLN. Pozytywne wyniki, pozwalają na utrzymanie prognozy wzrostu sprzedaży o 35 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.

Grupa kontynuuje realizacje kluczowych projektów w sektorze energetycznym i przemysłowym. Odnotowuje także dynamiczny wzrost sprzedaży w segmencie outsourcingu usług IT, w tym  managed services. Grupa notuje obecnie także istotne zwiększenie sprzedaży w sektorze public zarówno poprzez bezpośrednie kontrakty m.in. umowa z Centralnym Ośrodkiem Informatyki i Ministerstwem Cyfryzacji, jak również wzrastający udział usług w nowym obszarze  outsourcingowym.

W dalszym stopniu kluczowe dla stałego rozwoju GK Transition Technologies jest posiadanie unikatowego portfolio produktów oraz stabilne i długoterminowe kontrakty na usługi dla największych światowych korporacji.

Polska gospodarka cały czas rośnie

W tym tygodniu GUS opublikował wyniki polskiego PKB. Według wstępnych szacunków w II kwartale br. Produkt Krajowy Brutto wzrósł o 3,9% rok do roku. Polska gospodarka cały czas notuje bardzo dobre wyniki, przede wszystkim ze względu na rosnącą konsumpcję. Pozytywną wiadomością jest również fakt, że poza sektorem finansowym, wpływ na wzrost PKB mają również pozostałe gałęzie gospodarki. Na wyróżnienie zasługuje w tym kontekście szczególnie budownictwo. Negatywny wpływ na wynik PKB miała przede wszystkim mniejsza niż w I kwartale br. o 3 doby liczba dni roboczych.

W przyszłości w dalszym ciągu na wzrost polskiego PKB powinna wpływać konsumpcja, której poziom zależeć będzie głównie od wysokości płac. Wzrost wynagrodzeń, według opublikowanych w lipcu wyników, w zestawieniu rocznym zwolnił do 4,9%. Jeśli jednak parlament jesienią przegłosuje podwyżkę płac w sektorze publicznym, to możemy oczekiwać, że przychody oraz konsumpcja polskich gospodarstw domowych będą nadal rosły w szybkim tempie.

Polski złoty w tym tygodniu umocnił się oraz częściowo poprawił stratę z zeszłego tygodnia. Oprócz pozytywnych danych gospodarczych na kurs złotówki wpływ miało także uspokojenie napięć politycznych między USA a Koreą Północną, podczas którego inwestorzy lokowali swoje pieniądze przede wszystkim w tzw. bezpieczne waluty. Kurs EUR/PLN na koniec tygodnia był na poziomie 4,27, a eurodolara na 1,17 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Mobilna kampania video – 5 zasad jak zrobić to dobrze

Konsumenci czterokrotnie chętniej czerpią informacje o produkcie z materiałów video niż opisu tekstowego. 90 proc. osób kupujących w sieci przyznaje, że video wpływa na ich decyzje zakupowe. Jak przewiduje agencja mediowa Zenith, wydatki na reklamę video w Polsce wzrosną w tym roku o 33 proc. Jednak żeby takie działania przyniosły zamierzone rezultaty, konieczne jest odpowiednie przygotowanie kampanii, zwłaszcza w kanałach mobilnych, które zdobywają coraz większą popularność.

Grzegorz Chyliński
Grzegorz Chyliński

Jak zauważa Grzegorz Chyliński, CEO Adrino, największej sieci reklamy mobilnej w Polsce, jeszcze niedawno reklama video była traktowana jako jedna z możliwych opcji w portfolio działań marketingowych. Dziś to kluczowy element każdej kampanii. – Dzieje się tak, nie tylko dlatego, że video zdobywa coraz większy udział w ogóle ruchu internetowego, ale także dlatego, że taki sposób przekazywania treści jest dla użytkowników bardziej czytelny – dodaje Chyliński.

Planując kampanię video, warto zaadoptować podejście ‘mobile first’. Dlaczego? – Po pierwsze, smartfon to urządzenie, z którym większość użytkowników praktycznie nie rozstaje się w ciągu dnia, także wtedy, kiedy nie ma dostępu do urządzenia typu desktop. Po drugie, skala  blokowania treści reklamowych w kanałach mobilnych jest wciąż nieporównywalnie mała, w stosunku do urządzeń desktop. Na przykład badanie PageFair i Adobe z 2015 r. podało, że jedynie 2 proc. blokad wyświetleń reklamy odbywa się na urządzeniach mobilnych. To szczególnie istotne biorąc pod uwagę, że Polska wciąż wiedzie prym pod kątem popularności aplikacji do blokowanie reklam – zauważa Dariusz Werelich, Head of Sales, Adrino.

5 zasad skutecznej kampanii video w kanałach mobilnych:

1. Poznaj preferencje użytkowników

Od strony technicznej, skuteczne video powinno wychodzić naprzeciw temu, w jaki sposób użytkownicy na co dzień korzystają z telefonów. Większość z nich przegląda Internet, trzymając smartfona pionowo, dlatego warto tworzyć video również w tym formacie. Co więcej, z urządzeń mobilnych często korzystamy w miejscach publicznych, co wymusza wyciszenie dźwięku. Video powinno być czytelne również w tym trybie lub zaopatrzone w napisy.

2. Dostosuj formę do medium

To, co będzie wyglądało dobrze na ekranie komputera, niekoniecznie będzie czytelne po wyświetleniu w telefonie.

3. Liczy się czas, czyli video nie może by za długie

Zdecydowana większość (70 proc.) marketerów przepytanych przez YourAppi uważa, że optymalna długość video wyświetlanego w kanałach mobilnych to 15 sekund lub mniej.

4. Stwórz użyteczny content

Wykorzystaj format video do przekazania informacji o produkcie lub usłudze, które trudno przekazać za pomocą tekstu. Postaw na tak zwane how to videos

5. Wybierz odpowiedni sposób mierzenia efektywności

Aby móc prawidłowo określić efekty naszych działań, niezbędny jest dobór sprawdzonej technologii pomiaru. W tym celu pomocne bywają rozwiązania adserwerowe, dopasowane do sporządzonych przez Związek Pracodawców Branży Internetowej (IAB) specyfikacji dla publikowanych w sieci www treści wideo, np. VAST czy VPAID. Oprócz standardowych wskaźników mierzenia efektywności, takich jak odsłony czy kliknięcia, w zależności od celów kampanii, możemy mierzyć np. długość i czas obejrzanego materiału, pełne obejrzenia filmu czy sposób, w jaki użytkownik wchodził w interakcje z treściami. Wsparciem w procesie pomiaru efektywności może być również dobór narzędzia do mierzenia widzialności reklamy wideo (tzw. viewability) spełniającego wytyczne określone przez MRC (Media Rating Council).

„Bądź bogaty lub zgiń próbując nim być” – Check Point ujawnia kulisy międzynarodowej kampanii hakerskiej

Firma Check Point Software Technologies ujawniła tożsamość przestępcy stojącego za szeregiem cyberataków skierowanych przeciwko 4000 firm m.in. z branży energetycznej, górniczej czy wytwórczej.

Kampania, która rozpoczęła się w kwietniu 2017, kierowana była na jedne z największych międzynarodowych organizacji z branż wydobywczych, wytwórczych, finansowych czy budowlanych. Globalna skala kampanii i atakowane organizacje mogłyby sugerować, że autorem jest cybergang lub agencja sponsorowana przez państwo; jednak za ataki odpowiada dwudziestokilkuletni obywatel Nigerii, mieszkający niedaleko stolicy kraju. Co ciekawe, na swoim koncie Facebook wykorzystuje motto „bądź bogaty lub zgiń próbując nim być”.

Sposób ataku bazował na fałszywych e-mailach, które wydawały się pochodzić od naftowego i gazowego giganta – Saudi Aramco, drugiego co do wielkości największego wydobywcy ropy naftowej. Ich adresatami byli przede wszystkim pracownicy działów finansowych firm. Haker próbował skłonić ich do ujawnienia danych bankowych lub otwarcia załącznika z zainfekowanym plikiem.

W swoich działaniach używał NetWire, trojana zdalnego dostępu, który pozwala na przejęcie pełnej kontroli nad zainfekowanymi maszynami, oraz keyloggera Hawkeye. Rezultatem było 14 skutecznych infekcji oraz – jak twierdzi Check Point – zarobek rzędu tysięcy dolarów.

Choć wykorzystał szkodliwe oprogramowanie łatwe do znalezienia w Internecie i napisał kiepskie e-maile, zdołał wprowadzić wirusa do kilku sieci. To pokazuje jak łatwe jest przeprowadzenie ataku o dużej skali nawet przez niewprawnego hakera – twierdzi Maya Horowitz z Check Point. Firma podała, że przekazała swoje ustalenia nigeryjskim władzom.

W ostatnich 18 miesiącach gwałtownie wzrosła liczba ataków typu Business Email Compromise (BEC). Wg raportu FBI, odnotowano aż 270 proc. wzrost ofiar ataków od początku 2016 roku. W latach 2013-2016 ataki BEC kosztowały organizacje na całym świecie ponad 3 miliardy dolarów, natomiast średni koszt na organizację wynosił 50 tys. dolarów.

Terroryzm zatrząsł rynkami

Po ataku terrorystycznym w Barcelonie, który porządnie zatrząsł giełdami na całym świecie, amerykański dolar tracił wobec walut bezpiecznych przystani – japońskiego jena i szwajcarskiego franka. Na tej zewnętrznej niestabilności (drugi zamach miał miejsce w nadmorskim kurorcie Cambrils w Hiszpanii) traciła także złotówka, mimo dość dobrych odczytów dotyczących wzrostu PKB. Z kolei czwartkowy protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego nie wniósł nic nowego, a inflacja w lipcu w strefie euro sięgnęła – wg Eurostatu – 1,3% (rok wcześniej 0,2%). To przełożyło się na spadek wartości europejskiej waluty.

Waluty: W ciągu ostatnich 24 godzin amerykański dolar traci do japońskiego jena (-0,5%), a zyskuje do euro (+0,37%), brytyjskiego funta (+0,03%), dolara kanadyjskiego (+0,41%) oraz dolara australijskiego (+0,54%) i kursy wynoszą: EUR/USD – 1,173, GBP/USD – 1,289, USD/CAD – 1,267, AUD/USD – 0,789 i USD/JPY – 109,3. Euro jest słabsze wobec japońskiego jena (-0,86%) i kurs EUR/JPY wynosi 128,2, a kurs EUR/GBP jest na poziomie 0,91. Złotówka traci wobec głównych walut. W piątek rano dolar kosztuje 3,64 zł, euro – 4,27 zł, funt – 4,69 zł, a frank szwajcarski – 3,78 zł.

Giełdy: Na światowych giełdach zdecydowana przewaga koloru czerwonego. W czwartek londyński indeks FTSE 100 spadł o 0,61%, frankfurcki indeks DAX – o 0,49%, a paryski indeks CAC 40 – o 0,57%. W Amerykach nowojorski indeks S&P 500 obniżył się o 1,54%, meksykański indeks Bolsa – o 0,32%, a brazylijski indeks Bovespa – o 0,9%. W piątek w Azji tokijski indeks Nikkei spadł o 1,18%, chiński indeks Shanghai Composite wzrósł o 0,01%, a hongkoński indeks Hang Seng na godzinę przed zamknięciem tracił 0,8%.

Ropa i złoto: Po wcześniejszych spadkach ceny ropy naftowej idą w górę. W czwartek na zakończenie dnia baryłka ropy Brent kosztowała 51,03 USD (+1,49%), a ropy WTI – 47,09 USD (+0,66%). Roczna prognoza ceny baryłki surowca wzrosła o 1 USD do 54 USD. Także złoto zyskuje na wartości, choć niewiele. W piątek rano uncję metalu rynek wycenia na 1287 USD. To 1 USD więcej (+0,08%) niż dobę wcześniej.

Najważniejsze wydarzenia dzisiejszego dnia:

  • 8:00 – Niemcy – Inflacja PPI (r/r) lipiec – 2,3% (prognoza 2,2%)
  • 14:00 – Polska – Produkcja przemysłowa (r/r) lipiec (prognoza 8,4%)
  • 14:00 – Polska – Produkcja budowlano-montażowa (r/r) lipiec (prognoza 13,8%)
  • 14:00 – Polska – Sprzedaż detaliczna (r/r) lipiec (prognoza 7,5%)
  • 14:30 – Kanada – Inflacja CPI (r/r) lipiec (prognoza 1,2%)
  • 16:15 – USA – Wystąpienie szefa Fed z Dallas
 Przygotował zespół analityczny easyMarkets

Budownictwo ruszyło pełną parą

W lipcu 2017 r. produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 19,8 proc. r/r, a w stosunku do czerwca br. – o 3,7%, natomiast produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 6,2 proc. r/r, ale w stosunku do czerwca br. spadła o 8,5 proc. – podał GUS.

Produkcja budowlano-montażowa, po bardzo słabym roku 2016 (spadek o 14,1 proc. r/r) i dużej zmienności w pierwszych czterech miesiącach 2017 r., od maja br. w każdym kolejnym miesiącu rośnie coraz szybciej. W maju wzrosła o 8,4 proc. r/r, w czerwcu o 11,6 proc, a w lipcu – o 19,8 proc. Lipiec wydaje się przełomowy w ocenach sytuacji w budownictwie, bowiem bardzo silnie (o 1/3) wzrosła produkcja w firmach specjalizujących się we wznoszeniu obiektów inżynierii lądowej i wodnej, potwierdzając, że wreszcie rozpoczęliśmy (na skalę znacznie większą niż dotychczas) inwestycje drogowe finansowane z funduszy unijnych. Czas najwyższy, bo dalsze wstrzymywanie inwestycji infrastrukturalnych skutkowałoby nie tylko niższym wzrostem gospodarczym, ale także ryzykiem niewykorzystania pieniędzy europejskich, a przede wszystkim silnym wzrostem cen materiałów budowlanych ze względu na koncentrację wielu dużych inwestycji w krótkim czasie. I tak nie unikniemy tych inflacyjnych konsekwencji, i trzeba spodziewać się wzrostu cen w budownictwie. A to oznacza, że za fundusze unijne, które otrzymaliśmy do wykorzystania będziemy mogli niestety zbudować mniej. Szkoda.

Bardzo prawdopodobny wzrost cen w budownictwie powinny wziąć pod uwagę gospodarstwa domowe, które zdecydowały się na zakup mieszkań czy domów. A takich gospodarstw domowych jest sporo, bo firmy wznoszące budynki zwiększyły swoją produkcję w lipcu o ponad 13 proc. r/r. Potwierdzają to także dane dotyczące budownictwa mieszkaniowego – w lipcu br. liczba mieszkań oddanych do użytku wzrosła o 17,6 proc., liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto – o 21,6 proc., a liczba mieszkań, na budowę których wydano pozwolenie – o prawie 13 proc. (a w okresie styczeń-lipiec o prawie 30 proc.).

W lipcu widzimy także silniejszy wzrost produkcji w przedsiębiorstwach wykonujących specjalistyczne roboty budowlane (m.in. przygotowanie terenów pod budowę, wykopy i wiercenia, roboty instalacyjne), co zapewne związane jest w dużej mierze z rosnącym budownictwem mieszkaniowym.

Tak wysoka i rosnąca dynamika produkcji budowlano-montażowej wskazuje na silny wzrost inwestycji publicznych oraz inwestycji gospodarstw domowych. W 3. kwartale 2017 możemy zatem spodziewać się silnego odbicia inwestycji, które w całym 2016 r. i 1. kwartale 2017 r. były niższe niż w 2015 r. To ważne, bo nie ma stabilnego wzrostu PKB bez rosnących nakładów na inwestycje.

Produkcja przemysłowa wzrosła w lipcu silniej niż przeciętnie w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. – o 6,2 proc. wobec 5,7 proc. Gdyby nie ciągła zapaść w górnictwie węgla kamiennego i brunatnego (spadek produkcji o 12 proc.) przemysł miałby się lepiej. A nie jest to bez znacznie dla gospodarki, bo przemysł tworzy ok. 25 proc. polskiego PKB i aktywizuje dużą część sektora usługowego. Na 34 działy przemysłu w lipcu br. 8 odnotowało spadek produkcji sprzedanej – poza górnictwem także przemysł farmaceutyczny, a także produkcja odzieży i produkcja pozostałego sprzętu transportowego. W grupie 26 działów rosnących – jak zwykle przemysł ciągnęły branże eksportowe, m/in. produkcja maszyn i urządzeń, produkcja mebli, wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych, wyrobów z pozostałych mineralnych surowców niemetalicznych (w tym przypadku, a także w przypadku mebli to także zapewne efekt rosnącego rynku budownictwa mieszkaniowego).

Sierpień w przemyśle będzie prawdopodobnie nieco słabszy, ale i tak można zakładać, że ten sektor gospodarki pozytywnie wpłynie na wzrost gospodarczy w najbliższym kwartale. Dodając do tego rosnące budownictwo, które łącznie z przemysłem tworzy ponad 1/3 polskiego PKB, można oczekiwać w 3. kwartale 2017 r. wzrostu gospodarczego na poziomie nie niższym niż w 1. połowie 2017 r., czyli ok. 4 proc.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan.

W II połowie roku górą fundusze pieniężne

Zdaniem Pawła Dolegacza, dyrektora inwestycyjnego ds. rynku papierów dłużnych w ESALIENS TFI SA (dawniej Legg Mason TFI SA), w drugiej połowie 2017 r. fundusze pieniężne powinny przynieść wyższą stopę zwrotu niż fundusze obligacji skarbowych. Ekspert uważa również, że stopy zwrotu w przypadku polskich obligacji nie będą już tak dobre jak to miało miejsce w pierwszej połowie roku.

„W odniesieniu do rynku długu i jego perspektyw w drugiej połowie roku należy się przede wszystkim zastanowić czy tendencja poprawiającej się sytuacji fiskalnej w Polsce jest stanem trwałym i czy budżet udźwignie ciężar obniżonego wieku emerytalnego. Ponadto kluczową kwestią jest skala zacieśniania polityki monetarnej zarówno w USA, jak i strefie Euro. Zakładamy, że deficyt budżetowy będzie niższy od założeń ustawy budżetowej. Może to jednak nie zrekompensować efektu wyższych stóp procentowych na tzw. rynkach rozwiniętych.” – wyjaśnia Paweł Dolegacz z ESALIENS TFI SA.

Ekspert ESALIENS zwraca uwagę, że ciekawe możliwości można znaleźć także na rynkach globalnych papierów dłużnych.

„Globalny rynek długu krajów rozwijających się kształtuje się bardzo dynamicznie w ostatnich latach. Na przestrzeni ostatnich 10 lat wartość emisji obligacji potroiła się. Również rynki obligacji państw rozwiniętych (głównie USA, Japonia i strefa euro) gwałtownie zwiększyły swoją objętość za sprawą tzw. ilościowej stymulacji monetarnej. W efekcie globalny rynek długu przedstawia bogatą paletę możliwości inwestycyjnych przy płynności przewyższającej rynki akcji.

Obecnie Polska jest uznawana przez wielu ekspertów za kraj sub-euro. Oznacza to, że awansowała w postrzeganiu jako kraj wyróżniający się wśród krajów EM. Jednak biorąc pod uwagę coraz mniejszą premię za ryzyko Polski, należy zastanowić się, czy nie lepiej poszukać alternatyw dających wyższy zarobek.

Obecnie średnia premia krajów rozwijających się wobec amerykańskich obligacji jest wyższa od Polski około 220 punktów w skali roku.

A ponieważ zacieśnianie polityki monetarnej na świecie będzie przebiegać bardzo powoli, warto skorzystać z oferowanych wyższych rentowności w innych krajach (10-latki skarbowe w Turcji kwotowane są po 10,30%, a w Brazylii po 4,88%).”

Justyna Piszczatowska: Rachunki za prąd mogą wzrosnąć nawet o 20 proc.

Spowolnienie wzrostu PKB, utrata niezależności energetycznej, skokowy wzrostu importu gazu oraz prąd droższy o 20 proc. To potencjalne skutki wprowadzenia w Polsce jednej tylko propozycji, którą Komisja Europejska zawarła w Pakiecie Zimowym. Polska ma jeszcze kilka tygodni, by uzbroić się w argumenty do dalszych negocjacji.

Po wakacjach Parlament Europejski wróci do prac nad rozporządzeniem o rynku wewnętrznym energii elektrycznej. W listopadzie 2016 r. KE w ramach tzw. Pakietu Zimowego zaproponowała, by w UE zakazać finansowego wspierania elektrowni emitujących ponad 550 g CO2/kWh wytworzonej energii. W praktyce oznacza to wykluczenie inwestycji powiązanych z węglem z mechanizmów wsparcia.

W tym samym momencie Polska wdraża rynek mocy, czyli nową płatność dla wytwórców energii. Kiedy nowe przepisy wejdą w życie, nie wiadomo, możliwe, że dopiero po ich notyfikacji w KE. Rynek mocy ma zapełnić finansową lukę, która dziś hamuje inwestycje w nowe moce wytwórcze, a dzięki temu zwiększyć bezpieczeństwo dostaw prądu.

Wprowadzenie w Polsce rynku mocy budzi kontrowersje. Czy wybraliśmy najlepszy model i czy faktycznie dodatkowy zastrzyk gotówki dla sektora poskutkuje nowymi inwestycjami? Jeśli limit 550 g wejdzie w życie, ze wsparcia elektrowni węglowych trzeba będzie się wycofać. Koszty dla odbiorców i całej gospodarki mogą wówczas być będą o wiele wyższe.

Wstępne szacunki wskazują, że dostosowanie się do limitu 550 g będzie oznaczało po polskiej stronie kolosalne koszty i konieczność budowy kilkunastu kolejnych gigawatów mocy w elektrowniach. Nie ma w całej UE drugiego kraju, który traciłby na tej regulacji tak bardzo jak Polska. W rozmowie z MarketNews24 mówi o tym Justyna Piszczatowska, ekspertka WysokieNapiecie.pl.