Ł. Bugaj (DM BOŚ): Rynki nie martwią się Włochami i Espirito Santo, bo EBC może interweniować

CEO Magazyn Polska

Problemy włoskiej gospodarki oraz portugalskiego banku Espirito Santo zaskoczyły wielu inwestorów, którzy nieco zapomnieli o problemach południa strefy euro. Negatywna niespodzianka nie wywołała jednak gwałtownej wyprzedaży na rynkach poza giełdami w Mediolanie i Lizbonie. Rynki wiedzą, że EBC nie pozwoli na ponowną eskalację kryzysu i w każdej chwili może interweniować. To pozwala im – przynajmniej na razie – nie martwić się wysokim zadłużeniem i stagnacją w strefie euro.

To jest już trzecia recesja w ostatnich latach. Od 2011 roku tylko jeden kwartał był wzrostowy dla włoskiej gospodarki. Tam od dłuższego czasu obserwujemy problemy związane z dużym zadłużeniem tego kraju, brakiem reform, słabym rynkiem wewnętrznym i słabym wzrostem na całym świecie, i przez to jest osłabiony eksport do innych krajów. Na dodatek jeszcze do niedawna euro było relatywnie silne i nie pomagało gospodarce włoskiej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ.

Trzecia największa gospodarka strefy euro skurczyła się w drugim kwartale o 0,2 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału i o 0,3 proc. w ujęciu rocznym. Szacunki PKB zaskoczyły ekonomistów, którzy spodziewali się jednak wzrostu, odpowiednio o 0,2 proc. k/k i 0,1 proc. r/r. Włoska gospodarka boryka się z wieloma problemami, wskutek czego PKB w przeliczeniu na 1 mieszkańca wyniósł na koniec 2013 r. 28,3 tys. dolarów, podczas gdy w 2008 r. było to 31,7 tys. dolarów. Wskutek notowanych spadków PKB oraz utrzymujących się deficytów budżetowych relacja długu publicznego do PKB zwiększyła się ze 106,1 proc. w 2008 r. do 132,6 proc. na koniec ubiegłego roku.

Jeżeli porównamy to z sytuacją na przykład w Hiszpanii, to rzeczywiście jest powód do zmartwień. Gospodarka Hiszpanii wykazuje zdecydowanie więcej oznak życia i tam obserwujemy wzrost dynamiki PKB. Tym niemniej, jeżeli chodzi o Portugalię czy Grecję, to tam również obraz jest słaby. Nawet we Francji obserwujemy trudności z wyjściem tego kraju z zapaści gospodarczej. Można powiedzieć, że w większości państw strefy euro obserwujemy marazm gospodarczy od dłuższego czasu, a pozytywnym wyjątkiem są tylko Niemcy – uważa analityk DM BOŚ.

W okresie 2008–2013 PKB na osobę w Niemczech urosło z poziomu 36,4 tys. dolarów do 38,3 tys. dolarów. Podobnie jak we Włoszech relacja długu publicznego i PKB zwiększyła się, ale znacznie mniej – o 11,6 pkt proc. do 78,4 proc. na koniec 2013 r. Z kolei druga największa gospodarka strefy euro – Francja – wciąż tkwi w stagnacji. W rezultacie, podobnie jak w państwach z południa Europy, poziom życia mierzony PKB na osobę jest tam niższy niż był w 2008 r.

Obecnie, przynajmniej w krótkim terminie, rynki nie biorą pod uwagę ryzyka związanego z wysokim zadłużeniem w strefie euro. Zdaniem Bugaja to skutek deklaracji Mario Draghiego z 2012 r., który zapowiedział wtedy, że EBC zrobi wszystko, co będzie potrzebne, aby obronić strefę euro. Bank interweniował wtedy w krytycznych momentach na rynkach obligacji, by odsunąć ryzyko niewypłacalności państw z grupy PIIGS.

I rzeczywiście ta deklaracja została potraktowana poważnie i od tego czasu, przynajmniej jeżeli chodzi o te rynki południa, obserwujemy spadek oprocentowania obligacji i inwestorzy cały czas są świadomi, że tutaj jest Europejski Bank Centralny, który czuwa nad tym – mówi Bugaj.

Dzięki temu rynek nie zareagował bardzo nerwowo na kłopoty portugalskiego banku Espirito Santo. Co prawda doszło do wzrostu rentowności obligacji rządowych oraz silnych spadków na giełdzie w Lizbonie, inwestorzy jednak zakładają, że te problemy uda się szybko rozwiązać  i nie uderzą one w inne państwa.

Były takie przebąkiwania, że być może przypomnimy sobie o tym skrócie PIIGS i te kraje zostaną wrzucone do jednego worka, i nawet na kilka godzin można było to zaobserwować. Ale już następnego dnia widoczne było zróżnicowanie pomiędzy tymi krajami, tutaj w szczególności na uwagę zasługuje Irlandia, która już nie jest wymieniana pośród krajów istotnie zagrożonych – wskazuje Łukasz Bugaj.

Utrata karty płatniczej na wakacjach nie musi oznaczać końca urlopu

CEO Magazyn Polska

Utrata karty płatniczej na zagranicznych wakacjach nie musi oznaczać, że turysta zostanie odcięty od środków. Może poprosić o pomoc tamtejszy konsulat lub ambasadę. Może też zwrócić się do swojego banku o nową kartę, wydaną w trybie awaryjnym przez inny bank zagraniczny. Jest to jednak usługa zwykle adresowana do posiadaczy kart prestiżowych. Najważniejsze, by zaraz po utracie karty zastrzec ją w banku.

Pierwszą czynnością po zauważeniu tego, że zgubiliśmy kartę, powinien być telefon do naszego banku. Jeśli nie mamy numeru przy sobie, poprośmy o pomoc kogoś znajomego w kraju – mówi agencji Newseria Biznes Michał Sadrak, analityk Open Finance.

To konieczne ze względu na odpowiedzialność za transakcje dokonane kartą już po jej utracie. Odpowiedzialność klientów kończy się na równowartości 150 euro. Powyżej tej kwoty szkodę pokrywa bank, ale tylko pod warunkiem, że nie doszło do zaniedbań ze strony właściciela.

– Jeśli na przykład zostawimy kartę na stoliku w restauracji lub pozwolimy komuś podejrzeć kod PIN, a bank nam to udowodni, wtedy trzeba się liczyć z tym, że zostaniemy obciążeni odpowiedzialnością w przypadku ewentualnie niepowołanych transakcji – podkreśla Michał Sadrak.

Możliwa jest również pełna odpowiedzialność banku, nawet do kwoty 150 euro, ale wymaga to dodatkowego ubezpieczenia.

Jeżeli nie chcemy mieć wkładu własnego, to musimy liczyć się z tym, że co miesiąc przyjdzie nam zapłacić kilka złotych w postaci ubezpieczenia. Jeśli wyjeżdżamy na wakacje być może warto takim ubezpieczeniem się zainteresować, ponieważ w dużej mierze pozwoli nam to się ustrzec przed ewentualnymi przykrościami – uważa Sadrak.

Posiadaczom kart złotych i platynowych banki proponują jeszcze innego rodzaju pomoc.

Mogą oni poprosić swój bank, by wypłacił im gotówkę w kasie innego zagranicznego banku. Ewentualnie można też poprosić o to, aby wydano nam za granicą nową kartę – dodaje analityk.

Usługa taka wiąże się jednak ze sporymi kosztami. Na przykład awaryjne wydanie karty w mBanku oraz PKO BP to koszt rzędu 250 dolarów. W Pekao usługę tę wyceniono na 148 dolarów (karty MasterCard), zaś w przypadku Visy opłata taka wynosi 185 dolarów.

Jeśli turysta zostaje odcięty od środków w banku, ma możliwość zgłoszenia się o pomoc do konsulatu bądź ambasady. Ktoś z rodziny lub znajomy w kraju może dokonać wpłaty na konto Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a gotówkę pechowy turysta odbierze w placówce dyplomatycznej. Będzie to prawdopodobnie najtańsza forma uzyskania środków na dokończenie wakacji.

Brzmi to trochę jak prowizoryczny przekaz pieniężny – zauważa Michał Sadrak. – Możemy też poprosić kogoś z rodziny o to, żeby nadał przekaz pieniężny, który będzie znacznie tańszy niż wydanie karty w trybie awaryjnym . Kosztuje on  5-10 proc. wartości przelewu.

Sprzedaż detaliczna będzie rosła. Polacy są bardziej optymistyczni i skłonni do zakupów niż rok temu

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż detaliczna w lipcu mogła być o 4 proc. niższa niż przed rokiem, ale 2 proc. wyższa niż w czerwcu br. – wynika z sondażu przeprowadzonego przez Polską Izbę Handlu. Prognozy ekspertów na kolejne miesiące są optymistyczne. Do zakupów będą zachęcały konsumentów niska inflacja, rosnące płace oraz optymizm na rynku pracy. Wciąż jednak to za mało, by przyspieszyć wzrost takich kategorii, jak samochody, meble i elektronika.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego na temat lipcowej sprzedaży detalicznej będą znane pod koniec sierpnia. Z sondażu PIH wynika, że była ona o 2 proc. wyższa niż w czerwcu. Sondaż przeprowadzono wśród właścicieli handlowych sieci detalicznych FMCG małego i średniego formatu, (bez dyskontów i hipermarketów), stanowiących łącznie ok. 20 proc. rynku. W czerwcu – według danych GUS – sprzedaż była niższa niż w maju (o 1,1 proc.), za to wyższa niż przed rokiem (o 1,2 proc.).

Na pewno niska inflacja będzie zachęcała konsumentów do kontynuowania wydatków. Dodatkowo wzrost realnych wynagrodzeń, który był notowany w czerwcu [w sektorze przedsiębiorstw 3,9 proc. r/r – red.], powoduje, że realny dochód do dyspozycji polskich konsumentów rośnie. Również sytuacja na rynku pracy sprzyja rosnącemu optymizmowi polskiego konsumenta, więc perspektywy na kolejne miesiące są optymistyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Eliza Bielińska-Michalczyk z PwC Polska.

Dzięki temu, że Polaków stać na nieco więcej w porównaniu z sytuacją sprzed roku, poprawia się też wskaźnik ufności konsumenckiej. Choć miesięczny wskaźnik w lipcu pogorszył się o 1,7 pkt w porównaniu do czerwca i o 0,1 pkt wobec maja, był aż o 10,2 pkt wyższy niż w lipcu 2013 r. Tendencja zwyżkowa z krótkoterminowymi wahnięciami utrzymuje się od października 2012 r.

W ujęciu rok do roku nawet bardziej poprawił się wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej, który ocenia sytuację w ciągu najbliższych 12 miesięcy.

Przede wszystkim rosnąć będą kategorie dóbr szybko zbywalnych ‒ żywność, odzież, prasa, książki ‒ w ostatnich miesiącach wydatki konsumentów na te dobra rosły i oczekiwane są dalsze wzrosty. Natomiast widoczna jest ostrożność przy zakupach kategorii dóbr trwałych ‒ przede wszystkim pojazdów mechanicznych, a także mebli i elektroniki – podkreśla Bielińska-Michalczyk.

Wydatki na dobra trwałe będą zależały od stóp procentowych, które w Polsce są na rekordowo niskim, ale wciąż wyższym niż w strefie euro poziomie. Rada Polityki Pieniężnej od lipca 2013 r. utrzymuje stopę referencyjną na poziomie 2,5 proc. To przekłada się na niskie oprocentowanie lokat i tanie kredyty w złotych, co powinno zachęcać Polaków do wydawania, a nie oszczędzania środków. Bielińska-Michalczyk ocenia jednak, że dane dotyczące sprzedaży detalicznej będą bardziej zależne od drobnych wydatków.

Dodaje, że podobne trendy jak w Polsce obserwuje się w całym regionie. Niemcy i Czechy również notują niewielkie spadki sprzedaży detalicznej w ujęciu miesięcznym, ale rok do roku są to wzrosty. Według ekspertki PwC dane wskazują na duży potencjał polskiego rynku, choć jak podkreśla, nie jest to łatwy kraj dla nowych przedsiębiorców.

Ze względu na swoją wielkość i lokalizację polski rynek jest bardzo atrakcyjny dla wielu graczy z regionu, jednocześnie wytworzyła się bardzo silna produkcja lokalna. To powoduje, że jest to rynek wysoko konkurencyjny. Zarówno z perspektywy handlu detalicznego, jak i branż producenckich sytuacja nie jest łatwa, ale warto powalczyć o ten rynek – ocenia Bielińska-Michalczyk.

Polska europejskim liderem w produkcji sprzętu AGD. Większość trafia na eksport

CEO Magazyn Polska

Choć rośnie sprzedaż sprzętu AGD w Polsce, to produkowane w kraju sprzęty w większości trafiają na eksport. Jak podkreślają przedstawiciele Indesitu, polska produkcja jest doceniana na zagranicznych rynkach. Włoska firma, która w Łodzi i Radomsku produkuje łącznie ok. 4 milionów urządzeń rocznie, sprzedaje je w całej Europie i Rosji.

Kilka lat temu to Włochy były krajem, który produkował najwięcej AGD. Obecnie to Polska i Turcja. W Europie Polska jest pierwszym rynkiem, a europejscy konsumenci doceniają polską produkcję. Stoi ona na wysokim poziomie jakości i innowacji – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Lorenzo Fiorani, dyrektor zarządzający Indesit Company w Polsce.

Jak wynika z danych CECED Polska Związku Producentów AGD, w Polsce znajduje się 27 fabryk sprzętu z tego segmentu. Sześć z nich należy do włoskiego Indesitu, który pierwszy zakład w Polsce uruchomił w 1999 r. Produkcja w 2013 r. wyniosła ok. 22 mln sztuk, z czego najwięcej (ponad 5 mln) stanowią pralki. Indesit ma ok. 18 proc. udziału w produkcji.

Eksport produkcji AGD w 2013 r. miał wartość ponad 14 mld zł.

Około 80–85 procent naszej produkcji jest przeznaczane na eksport, nie tylko do Europy, lecz także poza nią – podkreśla Fiorani. ‒ Najważniejsze dla nas rynki zbytu to kraje, w których mamy duży rynek, gdzie jesteśmy liderem. Są to Włochy, Wielka Brytania, Rosja i Portugalia.

Dodaje jednak, że polskie produkty, doceniane zresztą przez zagranicznych konsumentów, można kupić na całym obszarze tzw. większej Europy, czyli od Portugalii po wschodni skraj Rosji.

Pozycja Indesitu wśród firm sprzedających AGD jest słabsza niż w produkcji, bo dwie marki spółki (Indesit i Hotpoint) mają łącznie udział ok. 10-proc., co daje firmie dopiero szóstą pozycję na rynku. Liderem pod względem liczby sprzedanych urządzeń jest Amica, a pod względem wartości przodują Bosch i Siemens – wymienia Fiorani.

Szczególne miejsce w produkcji Indesitu w Polsce mają zmywarki. Ich linia produkcyjna działa od listopada 2008 r. w Radomsku. Fiorani podkreśla, że koncern zdecydował się skupić na produkcji tego typu urządzeń w Polsce. W grudniu 2012 r. ruszyła także nowoczesna linia produkcyjna okapów kuchennych w Łodzi.

Jest to nowa inwestycja i niemal całą produkcję eksportujemy na europejskie i pozaeuropejskie rynki. Mamy bardzo nowoczesną fabrykę pralek: ładowanych od przodu, dużych i małych, standardowych i tzw. slim – wylicza Fiorani.

Jak wynika z danych CECED, zmywarki są drugim typem urządzeń AGD pod względem wielkości produkcji w Polsce. W 2013 r. wyprodukowano ich ok. 3,5 mln sztuk. Na trzecim miejscu znajdują się piekarniki zabudowane (niecałe 3 mln sztuk).

Rynek krajowy dla producentów AGD jest mniej ważny niż eksport, ale stopniowo rośnie. CECED przypomina, że do 2008 r. dynamika była dwucyfrowa i choć wzrosty nieco zmalały, cały czas są notowane.

Rynek AGD rośnie. Wzrost ten opiera się na wskaźnikach makroekonomicznych, które pokazują, że polska gospodarka jest w coraz lepszej kondycji – podkreśla dyrektor zarządzający Indesit Company w Polsce.

Unibep: Coraz lepsza koniunktura w budownictwie mieszkaniowym

CEO Magazyn Polska

Unibep spodziewa się dalszego wzrostu sprzedaży oraz marż w budownictwie mieszkaniowym. Spółka dostrzega coraz lepszą koniunkturę u działających na rynku warszawskim deweloperów, którzy dynamicznie zwiększają inwestycje. Z tego względu Unibep także rozwija swoje własne projekty deweloperskie i zastanawia się nad wzięciem udziału w programie Fundusz Mieszkań na Wynajem.

Ożywienie w szczególności widać w budownictwie mieszkaniowym na rynku warszawskim. Jak pokazały I i II kwartał, niektórzy deweloperzy osiągnęli rekordową sprzedaż mieszkań, co pozwala im uruchamiać kolejne inwestycje. Po zapytaniach ofertowych, które do nas wpływają, widać, że inwestycji mieszkaniowych jest coraz więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Gołąbiecki, prezes zarządu i dyrektor spółki budowlanej Unibep.

Dzięki obserwowanej poprawie koniunktury na rynku deweloperskim w I kwartale br. marża w segmencie budownictwa kubaturowego urosła do 7 proc., przy jednoczesnym wzroście sprzedaży. To pozwoliło poprawić marżę brutto na poziomie Grupy z 5 proc. w pierwszym kwartale 2013 r. do 6,2 proc. rok później.

Niższą efektywność zanotowano w segmencie konstrukcji lekkich, ale spółka zapowiada ściślejszą kontrolę kosztów, która ma przynieść wymierne rezultaty w następnych sprawozdaniach finansowych. Stratę w wysokości 1,8 mln zł przyniósł w I kwartale 2014 r. segment drogowy, co spółka wyjaśnia efektem sezonowym i spodziewa się poprawy wyniku w kolejnych okresach. W przypadku własnej działalności deweloperskiej Unibep spodziewa się wzrostu sprzedaży w IV kwartale 2014 r. dzięki projektom WILDA w Poznaniu oraz LYKKE w Warszawie.

Nasza spółka Unidevelopment, która jest na rynku deweloperskim, działa na rynku warszawskim i poznańskim. Obecnie mamy 350 mieszkań w budowie i już ponad 200 mieszkań sprzedaliśmy. Planujemy rozpocząć jeszcze w tym roku budowę prawie 280 nowych lokali. To głównie mieszkania z Osiedla Czarnieckiego 2 w Poznaniu, jak i nowa nasza inwestycja pod nazwą 360 stopni przy ulicy Kapelanów w Warszawie – wymienia prezes Unibepu.

Wartość portfela zamówień na 2014 r. to ponad 1 mld zł, z kolei na 2015 r. Unibep podpisał już kontrakty o łącznej wartości 850 mln zł. Spółka budowlano-deweloperska prowadzi obecnie rozmowy w sprawie kontraktów na budowę kilku biurowców oraz jednego centrum handlowego o dużej powierzchni, gdzie jest blisko rozstrzygnięcia – mówi Gołąbiecki.

Myślę, że najbliższe miesiące pokażą, że uzupełnimy swój portfel zleceń o kolejne inwestycje z zakresu budownictwa biurowego, komercyjnego oraz mieszkaniowego. Działamy również na rynkach zagranicznych, gdzie walczymy o nowe kontrakty zarówno na rynku niemieckim, norweskim, jak i rosyjskim – wskazuje prezes Unibepu.

Spółka z Bielska Podlaskiego poważnie zastanawia się także nad wzięciem udziału w kolejnym rządowym programie Fundusz Mieszkań na Wynajem. Prezes zapowiada, że w ciągu 2-3 miesięcy spółka zaprezentuje odpowiedni projekt. Na razie sukcesem dla Grupy jest inny rządowy program Mieszkanie dla Młodych.

Te ponad 9 tys. wniosków, które klienci złożyli do BGK, daje pozytywny obraz tej sytuacji. Mieszkania dobrze nam się sprzedają w tym systemie. Myślę, że pozostali deweloperzy na rynku też to odczuwają – uważa Gołąbiecki.

W tym sezonie zboża będą tańsze. To przełoży się na niewielkie obniżki cen mąki i pieczywa

CEO Magazyn Polska

Ceny zbóż są coraz niższe. W ciągu miesiąca tona pszenicy konsumpcyjnej potaniała o 100 zł, a paszowej – o 150 zł. Tegoroczne zbiory mają być nawet kilkanaście procent wyższe niż przed rokiem. To może przełożyć się na spadki cen mąki i pieczywa, ale zadaniem analityków będą one minimalne.

– Oczekuje się, że ceny w sezonie 2014/2015 będą trochę niższe niż w ubiegłym roku, co spowoduje, że ceny mąki i pieczywa też mogą być nieco niższe. W najbliższych miesiącach, może do końca roku, te ceny będą troszeczkę spadać. Pamiętajmy jednak, że ceny detaliczne spadają w znacznie mniejszym stopniu niż ceny surowców rolnych, więc spadek ten będzie na poziomie 1-2 proc., może 3 proc. to wszystko, czego możemy oczekiwać – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Koleśnikow, analityk rynków rolnych w Banku BGŻ.

W ostatnich tygodniach ceny zbóż spadają. Jak podkreśla Koleśnikow, w okresie żniw jest to normalne zjawisko.

– Mamy żniwa i niektórzy rolnicy muszą w tym momencie sprzedać zboże. Zboża na rynku jest dużo, trudno je przetransportować, więc ceny zazwyczaj spadają – mówi.

Z ostatnich danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi (stan z 3 sierpnia) wynika, że średnia cena tony pszenicy konsumpcyjnej w przedsiębiorstwa prowadzących zakupy zbóż wynosiła 669 zł. Na początku lica była ok. 100 zł wyższa. Pszenica paszowa potaniała jeszcze bardziej – z ponad 750 zł w pierwszym tygodniu lipca do 630 zł na początku sierpnia. W ciągu ostatnich tygodni znacząco spadły również ceny żyta i jęczmienia.

– Trend spadkowy wynika z tego, co się dzieje na świecie – ocenia analityk Banku BGŻ. – Ceny w Polsce podążają za trendami światowymi, a szczególnie bliższym nam rynkom UE i wschodniej Europy. Tam ceny wyraźnie spadają. U nas nawet te spadki były trochę wolniejsze. Tam żniwa są bardzo zaawansowane lub  już się zakończyły, natomiast u nas ciągle trwają.

Tegoroczne żniwa na świecie mają być bardzo udane. Pod koniec lipca Międzynarodowa Rada Zbożowa (IGC) podniosła prognozy dotyczące produkcji zbóż w sezonie 2014/2015 o 10 mln ton. Szacuje, że produkcja wyniesie 1 959 mln ton. To tylko o 1,2 proc. mniej niż w rekordowo dobrym poprzednim sezonie.

Zdaniem Michała Koleśnikowa również w Polsce plony powinny być wysokie.

– One będą o kilka, nawet kilkanaście procent wyższe niż w ostatnich latach. Zbiory zbóż podstawowych, czyli bez kukurydzy, mają być o 6-10 proc. wyższe niż przed rokiem, a przed rokiem wcale nie były niskie. Więc zbóż w Polsce ma być dużo, mówi się jednak o tym, że może być trudno znaleźć zboże wysokiej jakości – podkreśla Koleśnikow.

To oznacza, że paszy będzie dużo, a mąki mniej. Dlatego ziarno wysokiej jakości tanieje wolniej niż paszowe.

 

IMM: Media tradycyjne coraz częściej czerpią informacje z mediów społecznościowych: Twittera, Facebooka i YouTube’a

Media tradycyjne, jak prasa, radio i telewizja, coraz częściej szukają tematów w mediach społecznościowych, przede wszystkim na Twitterze i Facebooku, a także w serwisie YouTube. W ciągu dwóch lat cytowanie wszystkich kanałów społecznościowych wzrosło trzykrotnie, z 400 do 1200 miesięcznie.

Prasa, radio i TV zwiększyły częstotliwość cytowania informacji ze wszystkich kanałów społecznościowych – w czerwcu br. pojawiło się aż 1 287 cytatów, rok wcześniej było ich dwa razy mniej. W ciągu dwóch ostatnich lat cytowalność wzrosła trzykrotnie – wynika z raportu Instytutu Monitorowania Mediów „Cytowania z social media w mediach tradycyjnych”.

IMM zestawił wyniki omawianego raportu z raportem „Najbardziej opiniotwórcze media w Polsce” z ostatnich 2 lat. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, które social media są najbardziej opiniotwórcze oraz czy znalazły miejsce w głównym rankingu. Okazało się, że Twitter i Facebook są tuż za „Gazetą Wyborczą”, „Rzeczpospolitą” i „Wprost” najczęściej cytowanymi przez inne media źródłami w Polsce.

Instytut Monitorowania Mediów od ponad 10 lat opracowuje raport „Najbardziej opiniotwórcze media”. W ciągu dwóch lat Twitter i Facebook przebojem wdarły się do tego rankingu i osiągnęły wielki sukces – uplasowały się tuż po „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej” i „Wprost”. Gdyby nie ostatnia afera tygodnika „Wprost”, to byłyby na trzecim i czwartym miejscu – mówi Paweł Sanowski, prezes zarządu Instytutu Monitorowania Mediów agencji informacyjnej Newseria Biznes.

Na Twittera i Facebooka powoływano się w tradycyjnych mediach odpowiednio 10 tys. i 9,6 tys. razy. „Wprost” miał 10 tys. cytowań, a liderzy rankingu, czyli „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza”, pojawili się w innych mediach odpowiednio 16 tys. i 14,6 tys. razy.

Z Twittera pochodzi 47 proc. cytowanych przez media informacji, z Facebooka 46 proc., natomiast z YouTube&HASH39;a 6 proc. Jak podkreśla prezes zarządu IMM, można z tych danych wciągnąć wniosek, że pozostałe media społecznościowe w polskiej sferze mediów tradycyjnych nie istnieją (zaledwie 1 proc. cytowań).

Poszczególne media tradycyjne mają swoje upodobania co do social mediów. Paweł Sanowski wskazuje, że prasa drukowana powołuje się chętniej na treści z Facebooka – stąd zaczerpnięto 60 proc. wszystkich cytowań z social mediów. Najczęściej cytują „Super Express” i „Gazeta Wyborcza” (260 i 250 powołań).

Radio czerpie z Twittera, a telewizja zarówno z Twittera, jak i z YouTube’a – podkreśla Sanowski. – To wynika z charakteru tych mediów. Wiadomo, że prasa opisuje zjawiska, a radio generuje newsy. Newsy są głównie podawane w Twitterze, bo to jest szybka komunikacja, stosowana często po to, żeby podać newsa.

Informacje z Twittera stanowią 75 proc. cytowań z mediów społecznościowych w radiu. Najczęściej pojawiają się one w Radiu TOK FM (ok. 500 powołań) i Radiu Zet (ok. 340 powołań). W stacjach telewizyjnych udział Twittera w cytowaniach z social media wynosi 70 proc. Często korzystają one również z serwisu YouTube w TV jest on cytowany trzy razy częściej niż w prasie oraz siedem razy częściej niż w  radiu.

Można zaobserwować ciekawe zjawisko, kto sobie upodobał poszczególne media społecznościowe – zwraca uwagę Paweł Sanowski. – Przykładowo politycy królują na Twitterze, natomiast celebryci wolą używać Facebooka. I to stąd można czerpać treści dotyczące ich życia czy treści dotyczące sportu i życia sportowców.

Media społecznościowe to źródło szybkich, łatwo dostępnych i przede wszystkim bezpłatnych informacji. Jak podkreślono w raporcie IMM, mogą one być szansą dla tradycyjnych mediów (np. szybki dostęp do ważnych, bieżących informacji), ale też zagrożeniem (np. spłycenie przepływu informacji czy ryzyko wykorzystania fałszywych doniesień).

Klienci banków na celowniku hakerów

Klienci instytucji finansowych są najbardziej narażeni na ataki cyberprzestępców. To w sektorze bankowym analitycy firmy Kaspersky Lab odnotowali największą aktywność szkodliwego oprogramowania. Hakerzy często wykorzystują zmniejszoną czujność klientów, m.in. w okolicach świąt czy dużych wydarzeń, jak niedawny piłkarski mundial w Brazylii.

Obecnie największą aktywność szkodliwego oprogramowania notujemy w sektorze bankowości. Jest to związane z tym, że klienci coraz chętniej sięgają po przelewy internetowe czy bankowość mobilną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ziarek, analityk zagrożeń Kaspersky Lab Polska.

Jak podkreśla, działalność komputerowych oszustów koncentruje się tam, gdzie są pieniądze, i tam, gdzie są ludzie, którzy z nich korzystają. Często to idzie w parze – hakerzy wykorzystują takie wydarzenia, jak duże imprezy sportowe, olimpiada czy mundial oraz okresy wzmożonych zakupów, jak okres przed Bożym Narodzeniem.

Według naszego raportu od 19 maja do 19 czerwca szczytową aktywność złośliwego oprogramowania odnotowano w Brazylii – mówi Maciej Ziarek. – To nie jest zaskoczenie, dlatego że przez kilka tygodni trwały tam mistrzostwa świata w piłce nożnej, wiele osób przyjechało tam kibicować swoim drużynom i tym samym cyberprzestępcy skupili się na tym rynku, by mieć jak największe profity z tego tytułu.

Technologie firmy Kaspersky Lab zablokowały w tym państwie blisko 88 tys. prób uruchomienia szkodliwych programów w badanym okresie – czterokrotnie więcej niż w Rosji, która znalazła się na drugim miejscu. Zwiększoną aktywność hakerów analitycy odnotowywali już w poprzednich miesiącach. Na przykład w styczniu pojawiły się wiadomości spamowe, które imitowały te dotyczące wygranej na loterii piłkarskiej, a w rzeczywistości zawierały trojany. Natomiast po zakończeniu mundialu powszechne stały się kradzieży poprzez programy oferujące płatne nagrania z meczów.

Kiedy coś ważnego się dzieje, pojawia się coraz więcej ataków i zagrożeń, które w treści odwołują się do konkretnej daty czy konkretnego wydarzenia. Kiedy zbliża się duże święto albo wydarzenie, powinniśmy szczególnie być wyczuleni na docierające do nas e-maile czy informacje, które niby odnoszą się do tego wydarzenia – namawia Ziarek.

Jak podkreśla, narzędzia, których używają hakerzy, mają im przede wszystkim pomóc w zdobyciu naszych danych osobowych, haseł i loginów do kont bankowych czy skrzynek pocztowych.

Cyberprzestępcy mogą posługiwać się m.in. końmi trojańskimi, które instalują się na komputerze użytkownika. Są one tak zbudowane, że użytkownik myśli, że jest to pożyteczna aplikacja, pożyteczny program, a w rzeczywistości wykrada on hasła i loginy do skrzynek pocztowych czy bankowości internetowej – wyjaśnia ekspert. – Tych ataków jest bardzo dużo i w zasadzie co i raz spotykamy się z nowymi odmianami szkodliwego oprogramowania.

Problemem są też mobilne cyberataki. Hakerzy potrafią np. przechwytywać jednorazowe kody dystrybuowane przez bank w celu przeprowadzenia transakcji. Tracąc login i hasło, klient może utracić również wszystkie środki na koncie w banku.

Taki koń trojański nie będzie atakował tylko i wyłącznie osób, które logują się do banku, ale przy okazji będzie przechwytywał wszystkie inne hasła i loginy, jak choćby do poczty czy portali społecznościowych. A biorąc dodatkowo pod uwagę to, że użytkownicy lubią stosować jedno hasło do wielu profili, to przejmując jedno hasło, przestępca będzie miał dostęp do wielu zasobów – mówi Ziarek.

Specjaliści od cyberataków namawiają przede wszystkim do ostrożności, szczególnie przy otwieraniu załączników czy klikaniu w link z podejrzanych wiadomości otrzymanych na skrzynkę pocztową lub na profil społecznościowy.

Należy mieć ograniczone zaufanie do treści wysyłanych przez nieznane osoby – radzi analityk zagrożeń z firmy Kaspersky Lab. – Należy regularnie aktualizować system operacyjny, także wszystkie programy, które mamy na komputerze czy w urządzeniu mobilnym. Przede wszystkim powinniśmy mieć zainstalowany program antywirusowy, który będzie regularnie skanował komputer pod kątem nowych zagrożeń.

Dwa razy więcej transakcji na rynku gruntów inwestycyjnych w I połowie roku

CEO Magazyn Polska

Rośnie aktywność inwestorów na rynku gruntów. Liczba transakcji w I połowie roku zwiększyła się o 115 proc. Inwestorzy wydali łącznie 650 mln zł, większość z nich to grunty pod inwestycje mieszkaniowe – wynika z raportu Colliers International.

Zakupy gruntów pod budowę lokali mieszkalnych w I półroczu stanowiły ok. 70 proc. wszystkich zrealizowanych transakcji. Jedna czwarta to transakcje dotyczące kupna nieruchomości pod inwestycje biurowo-handlowe, a ok. 5 proc. – pod magazyny.

W I półroczu zarejestrowaliśmy bardzo duże zainteresowanie gruntami inwestycyjnymi – mówi Emil Domeracki, starszy specjalista w Grupie Usług Inwestycyjnych w Colliers International. – Porównując to do pierwszych sześciu miesięcy 2013 r., szacujemy, że ten wzrost wyniósł nawet 115 proc. i dziś ten wolumen osiągnął poziom 650 mln złotych w zamkniętych transakcjach.

Wzmożone zakupy na rynku zaczęły się pod koniec 2013 roku i trwają do dzisiaj. Zostały spowodowane m.in. zwiększonym popytem na mieszkania w ubiegłym roku. Ten zaś wynikał m.in. ze zmian w polityce finansowej banków wobec kredytobiorców. Szukający mieszkania chcieli zdążyć przed styczniem, kiedy wchodziła w życie rekomendacja wprowadzająca obowiązek posiadania wkładu własnego.

Stosunkowo niskie oprocentowanie kredytów hipotecznych i możliwość sfinansowania nimi całości inwestycji spowodowały, że osoby poszukujące lokali na własność wróciły na rynek mieszkaniowy – mówi Domeracki.

Innym powodem zwiększonego popytu na grunty było uruchomienie przez rząd, generującego popyt na tańsze lokale, programu Mieszkanie dla Młodych. Duża grupa deweloperów, która wcześniej oferowała mieszkania w segmencie popularnym i podwyższonym, zrewidowała swoje plany i postanowiła wprowadzić na rynek większą liczbę tańszych mieszkań, mieszczących się w cenowych limitach programu.

Popyt na mieszkania, a w rezultacie na grunty, generowali także wracający na rynek inwestorzy gotówkowi. To wszystko spowodowało, że deweloperzy szybko zaczęli pozbywać się zgromadzonych w kryzysowym okresie nadwyżek mieszkań (tzw. stoków) i zaczęli poszukiwać działek inwestycyjnych pod nowe projekty. Zdaniem Domerackiego udział projektów inwestycyjnych w transakcjach na rynku gruntów może jeszcze rosnąć.

Z raportu Colliers International wynika, że zwiększone zapotrzebowanie na grunty inwestycyjne dotyczy przede wszystkim Warszawy, która wciąż jest największym rynkiem deweloperskim w kraju (ok. 70 proc. transakcji). W stolicy podaż nadal ograniczona jest skutkami działania wywłaszczającego właścicieli nieruchomości tzw. dekretu Bieruta.

W rezultacie, jeśli nowe, przygotowane pod względem technicznym i prawnym, działki trafiają na rynek, są one analizowane nie przez jednego, ale kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu inwestorów – mówi Emil Domeracki. – To powoduje, że ostateczna cena transakcji może być znacznie wyższa od wywoławczej. Tylko ze względu na niską podaż jesteśmy w stanie uzyskać nawet 5 do 10 proc. wyższą wartość, aniżeli oczekiwaliśmy jeszcze sześć miesięcy temu.

Jak podkreśla ekspert, w I półroczu ujawnił się również znaczny wzrost aktywności inwestorów w takich miastach, jak Katowice czy Łódź. Dużym zainteresowaniem cieszą się grunty w Trójmieście.

Dużą rolę w kreowaniu podaży na rynkach lokalnych odgrywają banki inwestycyjne, które „czyszczą” nabywane w latach 2006-2008 aktywa – mówi Domeracki. – Na rynku aktywne są też spółki Skarbu Państwa, Agencja Nieruchomości Rolnych, Agencja Mienia Wojskowego czy te należące do miast, które w sposób umiejętny przygotowały swoje portfele inwestycyjne i obecnie wprowadzają je do sprzedaży. Uważamy, że jest to kolejny, bardzo duży kreator podaży, który w najbliższych miesiącach będzie odgrywał coraz większą rolę.

Ceny transakcyjne gruntów nie zmieniły się znacząco. W przypadku ziemi pod zabudowę powierzchni użytkowo-mieszkaniowej ceny były minimalne niższe, w Katowicach np. spadły o 1 proc. w porównaniu z I półroczem 2013 roku. Ziemia pod biurowce najmocniej staniała w Katowicach (5 proc.) i we Wrocławiu (2 proc.).

W przyszłym roku duże zmiany w ubezpieczeniach komunikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Od marca 2015 r. poszkodowani kierowcy będą mieli możliwość bezpośredniej likwidacji szkód. To znaczy, że ich uszkodzonym samochodem zajmie się ubezpieczyciel, u którego wykupili polisę OC, a nie jak dotąd firma, w której ubezpieczony jest sprawca kolizji. W przyszłym roku mają wejść w życie również wytyczne KNF, które zapewnią jednolite standardy wyliczania szkód przez ubezpieczycieli.

Wprowadzenie bezpośredniej likwidacji szkód na całym rynku wraz z wprowadzeniem wytycznych Komisji Nadzoru Finansowego dotyczącej ujednolicenia procedur bardzo zmieni rynek ubezpieczeń komunikacyjnych – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Dorota Przybyszewska, dyrektor Departamentu  Likwidacji Szkód w Gras Savoye Polska.

KNF przygotowała 21 wytycznych dotyczących polis komunikacyjnych. Wyznaczają one nowe standardy w obsłudze klienta, a ich celem ma być zwiększenie przejrzystości procesu wyliczania szkody, co uniemożliwi nieuczciwe zaniżanie kosztów jej likwidacji. Propozycje w lipcu trafiły do konsultacji społecznych, które potrwają do połowy września. Według wcześniejszych zapowiedzi mają wejść w życie z końcem marca 2015 roku.

Na marzec przewidziano też wdrożenie bezpośredniej likwidacji szkód na całym rynku ubezpieczeniowym. Polega ona na tym, że poszkodowany kierowca może likwidować szkodę w swoim zakładzie ubezpieczeń, a nie jak do tej pory u ubezpieczyciela sprawcy kolizji. Taką możliwość od kwietnia br. mają klienci PZU. Jak mówił niedawno agencji Newseria Inwestor Andrzej Klesyk, prezes PZU, usługa ta cieszy się dużym powodzeniem. Zlikwidowano w ten sposób ponad 10 tys. szkód. Po największym polskim ubezpieczycielu bezpośrednią likwidacje szkód zaproponowały swoim klientom UNIQA i Allianz. Rozwiązanie zostało bardzo dobrze odebrane przez klientów.

Z punktu widzenia klienta, to oczywiste: idę do swojego ubezpieczyciela, nie muszę likwidować szkody tam, gdzie jestem trochę traktowany jak intruz – uważa Dorota Przybyszewska. – Niestety czasami ubezpieczyciele na podstawie swoich doświadczeń traktują poszkodowanych jako potencjalnych wyłudzaczy.

W maju br. członkowie Polskiej Izby Ubezpieczeń podjęli decyzję o wdrożeniu systemu BLS na całym rynku. Będzie on opierał się o model rozliczeń ryczałtowych, który polega na tym, że ubezpieczyciele rozliczają się między sobą na bazie ustalonych kwot, a nie każdorazowo po rzeczywistych kosztach szkody, z tym że niektóre rodzaje szkód nie zostaną systemem BLS objęte. Skorzystać z tej procedury będzie można tylko pod pewnymi warunkami.

Po pierwsze, dotyczy to zdarzeń, w których uczestniczyły tylko dwa pojazdy, po drugie, dotyczy tylko uszkodzeń pojazdu, nie szkód osobowych. I po trzecie, dotyczy tylko szkód do jakiejś kwoty – informuje dyrektor Departamentu  Likwidacji Szkód Gras Savoye Polska.

Upowszechnienie bezpośredniej likwidacji szkód to rozwiązanie korzystne nie tylko dla poszkodowanych kierowców, ale także dla branży ubezpieczeniowej. I to z kilku powodów.

Po pierwsze, zmieni to wizerunek ubezpieczycieli, który dotychczas w oczach klientów nie był najlepszy – ocenia Dorota Przybyszewska. – Z drugiej strony, uprości cały proces likwidacji szkody, a tym samym zmniejszy jej koszty.

Przedstawiciele branży liczą również na to, że wprowadzenie nowego rozwiązania zakończy wojnę cenową, jaka ma miejsce na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych. W 2013 r. wynik techniczny z ubezpieczeń OC pozostał ujemny, a strata wyniosła 266 mln zł. To poprawa w porównaniu z 2012 r., gdy segment przyniósł stratę w wysokości 467 mln zł, ale rynek wciąż pozostaje w nierównowadze. Może się to zmienić dzięki usłudze bezpośredniej likwidacji szkód, która powinna spowodować, że klient nie będzie kierował się przy wyborze ubezpieczyciela jedynie ceną, a na przykład renomą firmy.

Open Finance: na krótką metę fundusze gotówkowe najkorzystniejszą z bezpiecznych inwestycji

CEO Magazyn Polska

W przypadku bezpiecznych inwestycji krótkoterminowych, od kilku miesięcy do roku, najwięcej w ostatnim czasie dawały zarobić fundusze inwestycyjne gotówkowe. Wszystko przez niską opłacalność lokat. W przypadku funduszy, nawet bezpiecznych, nigdy nie ma jednak gwarancji zysku.

­­– Okazuje się, że w przypadku stóp zwrotu od 3 do 12 miesięcy włącznie fundusze wygrywały w ostatnim roku – podkreśla w rozmowie z Newseria Inwestor Michał Sadrak. – W przypadku rocznej stopy zwrotu fundusze gotówkowe dały zarobić średnio 3,7 proc., natomiast w przypadku lokat było to średnio o jeden punkt procentowy mniej. Widzimy więc, że różnica jest dość istotna. Natomiast w przypadku stóp 2-letnich sytuacja już zaczyna odwracać na korzyść lokat, ponieważ to jednak one są zalecane osobom, które chcą ulokować środki na dłuższy okres.

Sadrak zaznacza jednak, że w odróżnieniu od bankowej lokaty, która ma zagwarantowany poziom zysku, zysków osiąganych przez fundusze inwestycyjne zagwarantować nie sposób. Nawet w tych bezpiecznych zarobek klienta uzależniony jest od sytuacji na rynku pieniężnym czy na rynku obligacji. Tym bardziej że fundusze w naturalny sposób starają się zwiększyć zyski, nawet za cenę większego ryzyka.

– To też w pewien sposób powoduje, że coraz większa część funduszy uważanych za najbezpieczniejsze, czyli właśnie gotówkowych i pieniężnych, zaczyna inwestować w instrumenty niekoniecznie uważane za bezpieczne, mam tutaj na myśli obligacje korporacyjne – mówi Michał Sadrak analityk z Open Finance. – Znajdziemy fundusze gotówkowe, których część portfela składa się właśnie z tego typu obligacji, co powoduje, że z jednej strony możemy liczyć na znacznie wyższą stopę zwrotu, ale z drugiej musimy się też liczyć z tym, że w razie niepowodzenia zarządzającego zyski będą znacznie niższe niż te z lokaty.

Na ogół polscy inwestorzy są świadomi ryzyka. Większość wybierając fundusz, zdaje sobie sprawę, że im więcej planują zarobić, tym poważniejsze jest ryzyko strat.

–Zwykle to jest tak, że konsumenci mają świadomość tego, że im stopa gwarantowana jest wyższa, tym trzeba się liczyć z większym ryzykiem – ocenia Michał Sadrak analityk z Open Finance. – Choć oczywiście nie jest to regułą, co pokazują wszelkiego rodzaju problemy z firmami parabankowymi. Przecież to właśnie w tamtym przypadku widać wyraźnie, jak pogoń za wysokim zyskiem w pewien sposób zaciemnia obraz sytuacji.

Jego zdaniem po tych doświadczeniach polscy klienci stali się dziś ostrożniejsi. Częściej szukają lokat bezpiecznych, dywersyfikują ryzyko. Michał Sadrak uważa, że szukając sposobu na pomnożenie kapitału, warto też przynajmniej część decyzji podjąć samodzielnie. Im więcej zostawimy specjalistom z funduszu inwestycyjnego, tym więcej zapłacimy za tę usługę.

– Być może warto samemu bardziej zainteresować się rozdzieleniem środków czy naszych oszczędności na dwie części – sugeruje analityk Open Finance. – Część może trafić na fundusze akcji, część na fundusze dłużne, czyli fundusze obligacji, a pozostała część może zostać wpłacona na bankowy depozyt, ewentualnie do funduszy gotówkowych i pieniężnych. Jeśli sami podzielimy pieniądze między różne klasy funduszy, możemy liczyć na to, że oddamy funduszowi w postaci prowizji i opłat mniej, niż gdybyśmy od razu kupili produkt typowo mieszany.

Wyroby pirotechniczne – raport z kontroli NIK

0

Uwaga na petardy, rakiety, baterie, rzymskie ognie używane coraz chętniej nie tylko w Sylwestra. Choć większość spełnia wymagania formalne w zakresie oznakowania, kupując zwracajmy uwagę na widoczne wady konstrukcyjne – informuje UOKiK

Choć szczyt sezonu na rynku wyrobów pirotechnicznych przypada na Noc Sylwestrową, są one coraz chętniej wykorzystywane przez cały rok m. in. podczas przyjęć weselnych, urodzin czy imprez firmowych. Kontrole wyrobów pirotechnicznych, które Inspekcja Handlowa przeprowadziła na zlecenie UOKiK, objęły łącznie 165 przedsiębiorców, prowadzących hurtownie (45 proc.) i sklepy detaliczne (44 proc.), a także producentów i importerów. Dodatkowo, w ramach międzynarodowego projektu Joint Action Fireworks wyroby z rynku polskiego były badane w specjalistycznym laboratorium INCD INSEMEX w Rumunii.

Inspektorzy skontrolowali ogółem 872 rodzaje wyrobów pirotechnicznych, kwestionując 7 proc. z nich. Najczęstszymi uchybieniami były: brak niektórych informacji i ostrzeżeń dotyczących bezpieczeństwa użytkowania, brak określenia zawartości materiału pirotechnicznego, bezpodstawne umieszczenie znaku CE, niewłaściwy kolor osłony lontu. W jednym przypadku w wyniku oględzin stwierdzono wadę konstrukcyjną polegającą na niewłaściwym zabezpieczeniu systemu inicjującego.

Do badań laboratoryjnych wytypowano 5 rodzajów wyrobów, stwarzających potencjalnie największe zagrożenia i jednocześnie najchętniej kupowanych przez konsumentów – baterie i kombinacje o małej podstawie i dużej wysokości, rakiety, petardy błyskowe, fontanny oraz rzymskie ognie. Badania wykazały, że 33 proc. próbek miało wady. Niezgodności dotyczyły braku stabilności (jej skutkiem był poziomy wyrzut modułów pirotechnicznych stwarzający ryzyko uderzenia ładunkiem pirotechnicznym i uszkodzenia ciała), zbyt krótkiego lub zbyt długiego czasu spalania lontu (w efekcie użytkownik może znaleźć się zbyt blisko wybuchu: w pierwszym przypadku nie jest w stanie oddalić się na bezpieczną odległość; w drugim – istnieje ryzyko, ze wróci do wyrobu w celu sprawdzenia jego działania) czy przekroczenia dopuszczalnego poziomu hałasu (co grozi uszkodzeniem słuchu). W przypadku dwóch rodzajów rzymskich ogni wybuch modułów pirotechnicznych nastąpił na wysokości niższej niż dozwolona (groziło to obrażeniami powstałymi na skutek spadających, żarzących się elementów). Należy przy tym podkreślić, że zarówno oznakowanie, jak i dokumentacja tych wyrobów były prawidłowe.

Cieszy fakt, że zakwestionowanych wyrobów nie ma już na rynku. Przedsiębiorcy, u których wykryto nieprawidłowości po zapoznaniu się z wynikami kontroli sami wycofali kwestionowane produkty z obrotu lub zostali do tego zobowiązani. Raport z kontroli wyrobów pirotechnicznych dostępny jest na stronie www.uokik.gov.pl.

Pamiętajmy, że wyroby pirotechniczne mogą nabywać wyłącznie osoby pełnoletnie. Używając wyrobów pirotechnicznych należy bezwzględnie przestrzegać instrukcji obsługi i stosować się do ostrzeżeń.

Przypominamy, że kupując wyroby pirotechniczne należy zawsze sprawdzić, czy:

  • obudowa nie posiada żadnych wad mechanicznych (pęknięcia, przerwania, wgniecenia, wybrzuszenia) oraz nie wysypuje się mieszanina pirotechniczna,
  • elementy składowe są dobrze ze sobą połączone, nie przesuwają się i nie wypadają,
  • system inicjujący jest zabezpieczony pomarańczową osłoną lub opakowaniem,
  • podana jest nazwa producenta, a instrukcja obsługi, zawieraj co najmniej: informację o sposobie odpalenia oraz niezbędne ostrzeżenia.

Polscy sadownicy walczą z rosyjskim embargiem

Od 1 sierpnia obowiązuje rosyjskie embargo na polskie produkty roślinne. Rząd szuka pomysłów jak przeciwdziałać jego skutkom, ponieważ rodzimi producenci znaleźli się w trudnej sytuacji.

Rosyjskie embargo zostało nałożone praktycznie na wszystkie gatunki owoców i warzyw, które eksportujemy na wschód — mówi serwisowi infoWire.pl Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników Rzeczpospolitej Polskiej. „Nie było żadnych merytorycznych przyczyn jego wprowadzenia, zadecydowały względy polityczne” – dodaje.

Bez względu na to kiedy zakaz zostanie zniesiony, będzie on dla polskich producentów nie lada kłopotem. Rosja jest jednym z największych rynków zbytu. W 2013 roku trafiło tam ponad 800 tys. ton owoców i warzyw.

Staramy się pozyskać nowych nabywców — mówi Mirosław Maliszewski. Być może część produkcji zostanie przeznaczona do placówek zbiorowego żywienia i organizacji charytatywnych, aby zwiększyć konsumpcję wewnętrzną i złagodzić w ten sposób skutki embarga. Zdaniem prezesa Związku Sadowników RP wiele dobrego przynosi akcja „Jedz polskie jabłka”.

Szacuje się, że straty związane z nałożonym embargiem mogą wynieść nawet 500 milionów euro. Komisja Europejska rozważa w tej sytuacji wypłacenie rekompensat dla polskich producentów owoców i warzyw.

Deweloper nie może zastrzegać sobie prawa do bezpłatnej i bezterminowej reklamy na budynku

Deweloper nie może zastrzegać sobie prawa do bezpłatnej i bezterminowej  reklamy na budynku –  uznał UOKiK. Od początku roku Urząd wydał 16 decyzji zakazujących stosowania w umowach z konsumentami niedozwolonych postanowień o wykorzystaniu nieruchomości do działalności reklamowej dewelopera

Deweloper, który w umowie zastrzega, że w przyszłości zamierza bezpłatnie rozporządzać częścią budynku umieszczając swoje reklamy, działa bezprawnie. Ogranicza bowiem prawa konsumentów do korzystania z nieruchomości wspólnej – jest to niedozwolone postanowienie umowne. UOKiK przyjrzał się przedsiębiorcom, którzy stosowali tę praktykę.

Na nieruchomość wspólną składają się m. in. grunt, elewacja czy dach. Za jej  utrzymanie mieszkańcy odpowiadają proporcjonalnie do wielkości posiadanego lokalu. Przepisy dają im też prawo udziału w zyskach z eksploatacji części wspólnej.  Tymczasem zakwestionowane przez UOKiK umowy z deweloperami ograniczały uprawnienia współwłaścicieli. Przykładowo kontrakt, który konsumentom proponowała Spółka Etlans oferująca mieszkania Warszawie w zawierał postanowienia: Nabywca niniejszym wyraża zgodę na nieodpłatne i bezterminowe umieszczenie na Budynku i pozostałych budynkach i/lub na terenie Nieruchomości reklamy Dewelopera (…). W przypadku lokali usługowych zasady i zakres usytuowania informacji o danym lokalu usługowym wymaga odrębnej zgody Dewelopera wyrażonej w formie pisemnej. W wydanej Decyzji UOKiK ocenił, że przedsiębiorca stosując niedozwolone klauzule pozbawiał konsumentów nie tylko udziału w zyskach, ale również prawa do podjęcia decyzji, w jaki sposób zagospodarować część wspólną. Jednocześnie, jak podkreślił Urząd, przy tak skonstruowanej umowie mogły powstać wątpliwości, kto będzie ponosić koszty konserwacji tej części nieruchomości wspólnej, które spowodowane będą umieszczeniem reklamy.

Negatywne skutki dla konsumenta  mogły mieć też zakwestionowane postanowienia, na podstawie których deweloper zastrzegał możliwość umieszczenia na nieruchomości wspólnej reklamy nie tylko własnej, ale także lokali użytkowych mieszczących się w danym budynku. W efekcie tego właściciele mogliby mieć trudności z nałożeniem na właścicieli lokali użytkowych wyższej opłaty za korzystanie z nieruchomości wspólnej, do czego powinni mieć prawo.

Od początku 2014 Prezes UOKiK wydał 16 decyzji w odniesieniu do niedozwolonych praktyk deweloperów ograniczających prawa konsumentów do korzystania z nieruchomości wspólnej przez zastrzeżenie prawa do nieodpłatnego i bezterminowego umieszczania reklamy na budynku. Cieszy fakt, że jak dotąd wszyscy przedsiębiorcy dobrowolnie zaniechali stosowania zakwestionowanej przez UOKiK praktyki.

Uważaj na fałszywe e-faktury od podszywających się za firmy telekomunikacyjne oszustów

Urząd Komunikacji Elektronicznej coraz częściej otrzymuje informacje o podejrzanych fakturach przesyłanych na e-mail i ostrzega. To oszustwo – mówi Dawid Piekarz, rzecznik prasowy UKE. Dokumenty nie są wystawione przez operatorów firm telekomunikacyjnych, ale przez podszywających się pod nich przestępców. W ten sposób chcą oni wyłudzić pieniądze.

Naszą nieufność powinna wzbudzić odebrana wiadomość, szczególnie gdy nie wyraziliśmy zgody na dostarczanie faktur w formie elektronicznej. E-rachunek wysłany przez oszustów zawiera np. inną wysokość faktury. Zmienione są też adres operatora i numer konta bankowego.

Część ludzi z roztargnienia czy też w obawie przed wpisaniem na listę dłużników zapewne wpłaci pieniądze i zasili w ten sposób konto oszustów. Jednak jak podkreśla Dawid Piekarz: „[…] takich rachunków nie należy opłacać ani też odpowiadać na maile. Najlepiej skontaktować się ze swoim operatorem i dowiedzieć się, czy rzeczywiście zaszły zmiany, czy też ktoś próbuje nas naciągnąć”.

Komentarz Jakuba Korczaka (Serinus Energy) do obecnej sytuacji na Ukrainie

W związku z obecną sytuacją polityczną na Ukrainie, a także nowymi regulacjami podatkowymi, rynek wykazuje zaniepokojenie. Serinus Energy z uwagą śledzi rozwój sytuacji i stara się reagować jak najszybciej na ewentualne zmiany w otoczeniu gospodarczym.

Produkcja

Należy podkreślić, że pomimo trudnej sytuacji, produkcja gazu i kondensatu na Ukrainie jest prowadzona bez zakłóceń – obecnie na najwyższym poziomie w historii – wydobywamy ponad 1,1mln m3 gazu dziennie. Wszelkie należności otrzymujemy w terminie, a odbiór gazu odbywa się bez zakłóceń.

Bezpieczeństwo

Najważniejsze jest dla nas bezpieczeństwo i dobro naszych pracowników, którym zawdzięczamy nasz sukces oraz bezpieczeństwo sprzętu i infrastruktury – to jest priorytet we wszelkich podejmowanych decyzjach. Kilka tygodni temu biura spółki zostały przeniesione do Charkowa, i tam praca jest prowadzona bez zakłóceń.

Koncesje produkcyjne

Dwa główne pola Serinus; Makiejewskoje i Oglowskoje, znajdują się w znacznej odległości (ok. 150 km) od terenów objętych działaniami zbrojnymi; w okolicy znajdują się bazy sił rządowych. Na dwóch mniejszych polach, zlokalizowanych bezpośrednio pod Ługańskiem, wstrzymano produkcję ze względów bezpieczeństwa – tamtejsza produkcja stanowiła jedynie 3% całości produkcji w I kwartale 2014, przy czym zwiększenie produkcji z ostatnio podłączonych odwiertów z powodzeniem skompensowało ten ubytek.

Zmiany prawne

Jak już Spółka informowała, najnowsze regulacje będą miały przełożenie na niższą rentowność obecnych działań na Ukrainie, jednak nowe prawo przewiduje znacznie niższe opodatkowanie produkcji z nowych odwiertów. Produkcja ta będzie opodatkowana na poziomie około 30%, w porównaniu do 55% obciążenia produkcji już prowadzonej. Dlatego kierownictwo Serinus i KUB-Gas rozważa przyspieszenie rozpoczęcia nowych prac wiertniczych na koncesjach Makiejewskoje i Olgowskoje. Celem prac byłyby odwierty o stosunkowo niskim ryzyku poszukiwawczym, zlokalizowane w obrębie akumulacji, z których jest już prowadzona produkcja.

Stała aktualizacja informacji

Serinus Energy deklaruje, że tak jak przez ostatnie 4 lata, będzie na bieżąco informować opinię publiczną i Akcjonariuszy o rozwoju sytuacji.

Polski rynek świeżego drobiu jest wart 5,4 mld zł

W okresie od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku rynek świeżego drobiu w Polsce odnotował, w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego, 1-procentowy spadek w ujęciu ilościowym 1,6-procentowy spadek w ujęciu wartościowym.

Analizowana kategoria obejmuje świeże mięso drobiowe paczkowane i sprzedawane na wagę. Do kategorii tej zaliczają się również produkty marynowane i przyprawione.

Michał Maksymiec, analityk kategorii Panelu Gospodarstw Domowych GfK, komentuje: „Zmianie uległa struktura spożycia drobiu w Polsce. Gospodarstwa domowe coraz chętniej decydują się na filety (piersi) z kurczaka (wzrost o 5 proc.). Z kolei spożycie udek i skrzydełek spadło odpowiednio o 7 i 6 proc. Z roku na rok coraz chętniej sięgamy też po mięso z kaczki, którego udział w zakupach całej kategorii wynosi obecnie ok. 3 proc.”

Największym segmentem rynku świeżego drobiu jest mięso z kurczaka. Udział tego segmentu w całkowitych wydatkach przeznaczonych na całą kategorię wyniósł w analizowanym okresie 78 proc. Drugim największym segmentem jest mięso z indyka z udziałem w całej kategorii na poziomie 13 proc.

W okresie od lipca 2013 roku do czerwca 2014 roku, pojedyncze polskie gospodarstwo zakupiło około 38 kg mięsa z kurczaka, wydając na ten cel niewiele ponad 8 zł za kilogram. Biorąc pod uwagę częstotliwość zakupów, mięso z kurczaka kupowane było średnio 29 razy w ciągu roku. Na pojedynczy akt zakupowy (pojedynczą wizytę w sklepie) przypadało 1,3 kg produktu.

Biorąc pod uwagę miejsca zakupu i kanały sprzedaży, w analizowanym okresie świeży drób był najczęściej kupowany w tradycyjnych sklepach małoformatowych, które odpowiadają za około 46 proc. sprzedaży ilościowej całej kategorii w Polsce. Wzrost odnotował natomiast kanał handlu nowoczesnego (hipermarkety, supermarkety i dyskonty). Wśród nich znaczący wzrost zanotowały dyskonty, czyli Biedronka, Lidl, Netto i Aldi. W tym kanale sprzedaży gospodarstwa domowe realizowały 15,9 proc. zakupów produktów z kategorii świeżego drobiu w ujęciu ilościowym (wzrost o 3 proc. w porównaniu do lat ubiegłych). Z kolei udział hipermarketów i supermarketów utrzymał się na stabilnym poziomie i wyniósł odpowiednio 11 i 22 proc.

Michał Maksymiec dodaje: „Można spodziewać się, iż wraz z powstawaniem na mapie kolejnych sklepów Biedronki i Lidla, udział kanału dyskontów w zakupach kategorii świeżego drobiu będzie nadal zyskiwał na znaczeniu. Z drugiej strony, silne przywiązanie Polaków do tradycyjnych sklepów małoformatowych oraz rozdrobnienie handlu w Polsce, może stanowić hamujący czynnik wzrostu dla istotności kanału dyskontów”.

O badaniu
Powyższe analizy powstały na podstawie danych pochodzących z prowadzonego od 20 lat Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia. Jego próbę stanowi 8 tys. polskich gospodarstw domowych, zbierających dane za pomocą skanerów i raportujących o dokonywanych przez siebie zakupach produktów FMCG.

Koncerny motoryzacyjne najbardziej ekologicznymi markami na świecie

Z czwartej edycji rankingu „Best Global Green Brands” opublikowanego przez globalną firmę Interbrand, a współtworzonego przez Deloitte, wynika, że najbardziej ekologiczne marki na świecie reprezentują branżę samochodową. Firmy z tego sektora zajmują pierwsze cztery miejsca w rankingu. Oprócz nich dominują spółki technologiczne i z sektora elektroniki. Dotychczasowego lidera – Toyotę – w tym roku wyprzedził Ford. W pierwszej trójce znalazła się także Honda. Tegoroczna lista najlepszych 50 firm pokazuje, że coraz więcej branż podejmuje działania, mające na celu publiczną prezentację informacji dotyczących ich zaangażowania w sferze ekologii czy szerzej zrównoważonego rozwoju / odpowiedzialnego biznesu (CR – Corporate Responsibility), w tym gotowość do raportowania tego wymiaru ich działalności zewnętrznym interesariuszom.

Ranking „Best Global Green Brands” bierze pod uwagę dwa wymiary działalności przedsiębiorstw: aktywność w zakresie ekologii oraz ich wizerunek ekologiczny, tj. sposób postrzegania działań ekologicznych przez klientów oraz podejście do komunikacji firmy z rynkiem.

Deloitte ocenia podejmowane działania ekologiczne oraz rozwiązania wdrożone w przedsiębiorstwach. Marki muszą wykazać swój ekologiczny charakter w sześciu analizowanych obszarach:

  • Działalność operacyjna – energooszczędność produkcji, materiałów, zarządzanie odpadami, oszczędność energii etc.
  • Produkt, świadczona usługa – „zielone atrybuty”.
  • Transport i logistyka (raportowanie i mierzenie), w tym ograniczanie stopnia ich wpływu na środowisko.
  • Zarządzanie łańcuchem dostaw, w tym ograniczanie skali jego wpływu na środowisko.
  • Zaangażowanie właścicieli firmy oraz pracowników w działania/rozwiązania ze sfery ekologicznej.
  • Polityki i procedury wdrożone w firmie w celu efektywnego zarządzania skutkami prowadzenia działalności wpływającymi na środowisko naturalne oraz realizowania stosownych programów środowiskowych.

Interbrand ocenia marki pod względem wizerunku – firmy muszą dbać o pozytywne postrzeganie ich przez odbiorców poprzez wiarygodne przedstawianie ich zaangażowania w zakresie oddziaływania na środowisko. Elementy oceny:

  • Autentyczność działań.
  • Waga działań (istotność problemów).
  • Odmienność działań firmy w stosunku do konkurencji.
  • Konsekwencja i spójność podejmowanych inicjatyw.
  • Poziom zrozumienia generalnej problematyki ekologicznej.
  • Świadomość klientów dot. działań firmy oraz posiadanej reputacji na rynku.

Z naszego raportu wynika, że każdy element układanki: działalność operacyjna, konsumenci, pracownicy, dostawcy, organy rządowe oraz inwestorzy muszą wykazać zaangażowanie i chęć współpracy, aby inicjatywy w zakresie społecznej odpowiedzialności biznesu i zrównoważonego rozwoju, przeszły na bardziej zaawansowany poziom” – mówi Jez Frampton, Globalny Dyrektor Generalny Interbrand.

W tegorocznym rankingu firmy z branży motoryzacji, elektroniki i technologii stanowią niemal 50 procent jego składu. Spośród nich dziesięć firm wywodzi się z sektora motoryzacyjnego, a dwanaście z branży elektroniki i technologii.

TOP 10 – Best Global Green Brands 2014

Pozycja Firma Sektor Luka/ Gap Score
1 Ford Motoryzacja + 3,2
2 Toyota Motoryzacja + 0,3
3 Honda Motoryzacja + 1,8
4 Nissan Motoryzacja + 6,6
5 Panasonic Elektronika + 13,9
6 Nokia Elektronika + 19,0
7 Sony Elektronika + 10,7
8 Adidas Produkty Sportowe + 6,1
9 Danon FMCG  – 1,3
10 Dell Technologie + 6,9

Po raz pierwszy w historii rankingu, odnotowano zmianę lidera – firma Ford zdetronizowała Toyotę, która zajmowała pierwszą pozycję od 2011 roku, natomiast w tegorocznym zestawieniu spadła na miejsce drugie. Za nią uplasowały się: Honda (miejsce 3), Nissan (miejsce 4) oraz Panasonic (miejsce 5).

Koncerny motoryzacyjne stanowią 20 proc. wszystkich firm, które znalazły się w pierwszej pięćdziesiątce. „Koncerny samochodowe przywiązują coraz większą wagę do kwestii ochrony środowiska, nie tylko dlatego, że wymaga tego od nich prawo, ale także dlatego, że rośnie świadomość ekologiczna wśród konsumentów, a media poświęcają temu tematowi wiele miejsca. Należy więc oczekiwać, że wiodący producenci aut nadal będą angażować znaczne środki finansowe oraz swoje know how w skonstruowanie auta, które zyska miano najbardziej ekologicznego” – wyjaśnia Tomasz Pałka, ekspert ds. motoryzacji, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte. Przykładowo Ford, który rok wcześniej zajmował drugie miejsce w rankingu, ma obecnie w swojej ofercie pięć pojazdów elektrycznych. Firma inwestuje też w badania dotyczące rozwoju technologii wodorowych oraz ogniw paliwowych.

Choć firmy reprezentujące sektory elektroniki i technologii zajmują prawie 25 proc. miejsc w rankingu, w ramach tej branży można zaobserwować największe rozbieżności – zarówno w pozytywnym jak i negatywnym sensie. Oznacza to, że firmy te powinny wzmocnić swoje proekologiczne wysiłki albo też popracować nad tym, jak ich inicjatywy są odbierane przez opinię publiczną.

W najnowszym raporcie znalazło się trzech debiutantów: Chevrolet (32. miejsce), Disney (49. miejsce) i Heineken (50. miejsce). Największe awanse zaś zanotowały firmy Ikea (o 14 pozycji na 19. miejsce) oraz Zara (o 14 pozycji na 34. miejsce). W pierwszej dziesiątce rankingu po raz pierwszy znalazły się koncerny Sony (7. miejsce) oraz Adidas (8. miejsce).

Skutecznym sposobem na wyrównanie różnicy między rzeczywistymi działaniami a ich percepcją społeczną jest zaangażowanie się w inicjatywy ekologiczne i programy, które będą nierozerwalnie utożsamiane z daną marką. „Korporacje na całym świecie intensywnie pracują nad wzmocnieniem swojego zaangażowania w sferze ekologii, jak i szerzej pojętym obszarze zrównoważonego rozwoju. Firmy, które chcą odnieść sukces na tym polu, muszą otwarcie komunikować się ze swoimi klientami, opinią publiczną, ale także inwestorami. Nagrodzone marki udowadniają, że rzeczywiste działania połączone z pozytywnym wizerunkiem, mogą przynieść spodziewane rezultaty” – mówi Jacek Kuchenbeker, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte, Lider zespołu świadczącego usługi z obszaru odpowiedzialnego biznesu.

Metodyka:

Ranking „Best Global Green Brands 2014” opublikowano w USA pod koniec czerwca br.

Podstawą rankingu był coroczny raport firmy Interbrand poświęcony 100 najlepszym markom, które przynoszą rekordowe zyski swoim właścicielom (Best Global Brands). Aby znaleźć się w pierwszej pięćdziesiątce rankingu, organizacje muszą być skuteczne zarówno pod względem wyników osiąganych w obszarze środowiska, jak również kreowania swojego wizerunku.

Firma Deloitte (oddział USA) analizowała wyniki każdej marki pod względem zrównoważonego rozwoju, biorąc pod uwagę dane pochodzące z publicznych źródeł, m.in. z raportów CSR danej firmy czy rocznych sprawozdań finansowych. Interbrand badał z kolei ekologiczny wizerunek firm wśród ponad 10 tys. respondentów: po tysiąc osób w każdej z 10 największych gospodarek świata.

W raporcie używane jest określenie „luka” (Gap Score). Jest to różnica między wynikami (działaniami ekologicznymi firmy) a wizerunkiem ekologicznym. Luka dodatnia oznacza, że wyniki w obszarze środowiska są w rzeczywistości lepsze niż to co się wydaje konsumentom. Luka ujemna oznacza, że w oczach klientów marka lepiej sobie radzi w obszarze ochrony środowiska niż ma to miejsce w rzeczywistości.

Ostateczne wyniki rankingu pochodzą z połączenia uzyskanych punktów za wyniki i wizerunek. W sytuacji, gdy wizerunek jest lepszy niż rzeczywiste rezultaty stosuje się czynnik dyskonta. Ostateczny ranking jest opracowywany na podstawie zmiany w ogólnym wyniku marki w stosunku do wyników osiągniętych w roku 2013.

Dyrektorzy finansowi (CFO) prognozują stabilność gospodarczą, ale może jej zagrozić sytuacja na Ukrainie i konflikt z Rosją

Zdaniem dyrektorów finansowych (CFO) polska gospodarka weszła w fazę ożywienia. Ponad połowa badanych uważa, że wzrost PKB w 2014 roku przekroczy 2,6 proc. Jednocześnie 70 proc. z nich ocenia obecny poziom niepewności gospodarczej jako standardowy. Jak dotąd pozytywnej prognozy sytuacji gospodarczej CFO nie zakłócił kryzys ukraiński, ale zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte może się to zmienić po katastrofie samolotu Malaysia Airlines i wzajemnym zaostrzeniu sankcji pomiędzy Unią Europejską a Rosją. Aż dwie trzecie badanych firm dostrzega potrzebę stworzenia planu awaryjnego na wypadek negatywnego rozwoju sytuacji na Ukrainie. To najważniejsze wnioski z 6. edycji „Deloitte CFO Survey 2014 H1”, przeprowadzonego wśród przedstawicieli dużych firm w Polsce.

Jak pokazują wyniki poprzednich edycji badania Deloitte, dyrektorzy finansowi trafnie przewidują rozwój polskiej gospodarki. Ich historyczna prognoza wzrostu na poziomie ok. 1,5 proc. PKB w roku 2013 sprawdziła się.

Zdaniem dyrektorów finansowych polska gospodarka weszła w fazę ożywienia – 56 proc.1 z nich prognozuje, że wzrost PKB dla całego 2014 roku przekroczy 2,6 proc., z czego zdaniem 5 proc. ankietowanych wzrost ten sięgnie ponad 3,5 proc. Z kolei 62 proc. badanych spodziewa się spadku bezrobocia, a niemal 70 proc. CFO prognozuje wzrost cen na poziomie poniżej 2 proc.

Badanie Deloitte CFO Survey analizuje wskaźnik tzw. optymizmu netto, będący różnicą pomiędzy odsetkiem osób wskazujących na poprawę perspektyw finansowych w stosunku do sytuacji sprzed 6 miesięcy a odsetkiem osób mówiących o ich pogorszeniu. Wskaźnik ten w lipcu 2014 roku pokazuje, że netto +40 proc. dyrektorów finansowych ocenia perspektywy finansowe swoich przedsiębiorstw jako lepsze niż pół roku temu. Do tego, 49% dyrektorów ocenia perspektywy finansowe równie dobrze jak pół roku temu. To oznacza, że 89% dyrektorów uważa, że perspektywy finansowe ich firm będą takie same lub lepsze w nadchodzącej przyszłości, a zaledwie 11% dyrektorów ocenia te perspektywy gorzej.

Blisko 90 proc. CFO ocenia, że w najbliższej przyszłości perspektywy finansowe ich przedsiębiorstw będą takie same lub lepsze, a 51 proc. uważa, że sytuacja ich firm poprawi się w porównaniu do sytuacji sprzed sześciu miesięcy. Istotnie poprawiła się ocena stabilności gospodarczej – po raz pierwszy w historii polskiej edycji badania aż 70 proc. badanych dyrektorów finansowych uważa, że poziom niepewności ekonomicznej jest standardowy. „Wyniki badania sugerują, że rozwój wydarzeń na Ukrainie nie wpłynął dotychczas znacząco na poziom optymizmu polskich dyrektorów. Badanie zakończyliśmy jednak przed katastrofą samolotu Malaysia Airlines i zaostrzeniem sankcji UE wobec Rosji i jej odwetowych sankcji m.in. wobec Polski.2 Można się zatem spodziewać, że wydarzenia te znajdą swoje odzwierciedlenie już w następnej edycji badania” – mówi Krzysztof Pniewski, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Istotnym jest, że nawet przed tymi wydarzeniami 66 proc. biorących udział w badaniu CFO uważało, że sytuacja jest na tyle poważna, że ich firmy powinny stworzyć plany awaryjne związane z negatywnym wpływem kryzysu ukraińskiego na polską gospodarkę i prowadzony przez nich biznes.

Podobnie jak w czterech ostatnich edycjach, również i w tym badaniu wzrost przychodów na aktualnych rynkach był najczęściej (75 proc. CFO) wskazywanym priorytetem biznesowym. Z kolei popularność rozwijania działalności na nowych rynkach znacznie zmalała w tej edycji badania – z 58 do 44 proc. „Prawdopodobnie spadek ten ma związek z kryzysem na Ukrainie. Wiele polskich firm postrzega wschód jako kierunek potencjalnej ekspansji, a obecna sytuacja geopolityczna staje się na tyle poważna, że polskie firmy muszą wziąć pod uwagę znaczne ograniczenie działalności na tamtych rynkach” – tłumaczy Krzysztof Pniewski. W tej edycji badania wśród priorytetów polskich CFO znacząco wzrósł apetyt na ryzyko (gotowość do jego podjęcia zadeklarowało 63 proc. ankietowanych CFO, a poprzednio 39 proc.) i znaczenie inwestycji (52 proc. badanych), co potwierdza tezę o poprawie koniunktury w gospodarce. Nadal kluczowy nacisk będzie też położony na poprawę działalności operacyjnej oraz obniżenie kosztów bezpośrednich.

Podobnie do poprzedniej edycji badania najważniejszym ryzykiem dostrzeganym przez CFO pozostaje presja cenowa. Obecnie wskazuje na nią 26 proc. CFO, a ostatnio 34 proc. Rośnie także obawa przed wzrostem kosztów działalności. Pół roku temu wskazywało na nią 3 proc. badanych, obecnie 18 proc. Istotnym ryzykiem z punktu widzenia menedżerów odpowiedzialnych za finanse pozostaje obawa o spadek popytu (18 proc.). Większa w porównaniu z poprzednią edycją badania grupa CFO dostrzega ryzyko wynikające ze zmienności prawa podatkowego i gospodarczego (z 12 proc. pół roku temu do 15 proc. obecnie) oraz braku dostępu do wykwalifikowanych pracowników, co okazało się istotne dla 12 proc. respondentów (pół roku temu było to 5 proc. badanych).

Zdaniem dyrektorów finansowych rosną trudności ze znalezieniem specjalistów posiadających wymagane kwalifikacje (z 31 proc. rok temu do 41 proc. obecnie). Wśród poszukiwanych finansistów największy deficyt widoczny jest na poziomie specjalistów średniego (53 proc.) i wyższego szczebla (20 proc.). Największe trudności ze znalezieniem ekspertów występują w obszarze kontrolingu oraz systemów IT w finansach.

Windykacja na własną rękę, czy z pomocą profesjonalistów?

Zdaniem specjalistów samodzielna windykacja jest jak najbardziej możliwa, pod warunkiem, że będziemy twardzi w negocjacjach i skorzystamy z dedykowanych narzędzi. Czym tak naprawdę jest profesjonalna windykacja i jakie działania się na nią składają? Postępując zgodnie z zasadami prezentowanymi przez ekspertów od windykacji, zwiększysz swoje szanse na odzyskanie pieniędzy.

O windykacji mówi się zwykle w kontekście kontrowersji związanych z dochodzeniem roszczeń przedawnionych, niezasadnych lub omyłkowych egzekucji komorniczych. Tymczasem zatory płatnicze od dawna stanowią normę w polskich przedsiębiorstwach. Wiadomo też, że tylko odsetek przedsiębiorców decyduje się na zlecenie windykacji długu zewnętrznym firmom, mniej więcej jedna na cztery firmy. Jak zatem radzą sobie przedsiębiorcy z odzyskiwaniem długów od nierzetelnych kooperantów? Na podstawie różnych raportów i ankiet wynika, że kiepsko lub w ogóle. Zgodnie z danymi wywiadowni Bisnode w samym transporcie w ubiegłym roku 16,6 proc. zobowiązań zostało uregulowanych z opóźnieniem przekraczającym 120 dni. Wspólnie z ekspertami z Pragma Inkaso SA przygotowaliśmy katalog zasad i dostępnych narzędzi, które pomogą przedsiębiorcom w samodzielnym dochodzeniu długów.

Po pierwsze: bądź aktywny i świadomy przysługujących Ci praw!

Przedsiębiorcy z jednej strony zwlekają ze zleceniem windykacji profesjonalnym firmom, z drugiej nie wiedzą jak samodzielnie walczyć o własne pieniądze. Skutkiem tego jest ciche przyzwolenie dla dłużników na przetrzymywanie pieniędzy. Specjaliści od windykacji z Pragma Inkaso SA przekonują, że aktywność w dochodzeniu roszczeń świadczy o naszej gospodarności i nie wpływa negatywnie na relacje biznesowe. Dla kooperantów to znak, że poważnie traktujemy nasz interes i że nie tak łatwo nas lekceważyć.

Jeżeli jednak czujemy się niepewnie w roli windykatora, będzie lepiej jeżeli oddelegujemy do tego zadania pracownika, który ma odpowiednie predyspozycje. Osoba, która podejmuje windykację, sam wierzyciel lub przedstawiciel wierzyciela, powinna być opanowana, odporna na manipulacje oraz świadoma, że występuje w pozycji siły. Żeby zamanifestować tę pozycję warto wiedzieć co przemawia na naszą korzyść. Znajomość istotnych ustaw np. regulujących terminy płatności w transakcjach handlowych jest dobrym punktem wyjścia. Przystępując do negocjacji dajemy dłużnikowi do zrozumienia, że wykazujemy dobrą wolę i wierzymy, że dogadamy się szybko i łatwo. W przypadku fiaska ustaleń pomoże nam świadomość, że zlecenie outsourcingu windykacji nie musi nas nic kosztować, gdyż zgodnie z ustawą o terminach zapłaty w transakcjach handlowych z kwietnia ubiegłego roku, poza długiem, możemy odzyskać od dłużnika również prowizję firmy windykacyjnej.

Po drugie: Przestrzegaj zasad i korzystaj z dostępnych narzędzi

Nie pytamy, czy dłużnik odda nam pieniądze, ale kiedy to uczyni. Jeżeli wykonaliśmy usługę albo sprzedaliśmy towar –ma taki obowiązek. Pamiętajmy, że interesują nas konkrety, bo tylko one mogą doprowadzić nas do celu, czyli odzyskania pieniędzy. Deklaracje w formie pisemnej będą bardziej wiążące. Ustalenia możemy zapisać w formie ugody wraz z harmonogramem spłat. Dzięki temu dłużnik będzie bardziej zmobilizowany, a my, w przypadku konieczności wszczęcia postępowania sądowego, zyskamy dowód w postaci uznania długu. Taki dokument przerywa również bieg przedawnienia.

Roszczenia wynikające z obrotu gospodarczego przedawniają się w zależności od charakteru transakcji po trzech latach, dwóch, a nawet po roku. Dla negocjacji warto przygotować przedpole, bo od tego w dużej mierze zależy ich powodzenie. Firmy windykacyjne prowadzą na zlecenie klientów kontrolę terminów płatności, a w razie opóźnień monitują o ich dokonanie, najczęściej za pomocą wysyłki wezwań do zapłaty. Darmowe wzory takiego dokumentu są ogólnie dostępne na różnych stronach internetowych. Pieczęcie prewencyjne oferowane przez firmy windykacyjne będą informacją dla naszych dłużników, że w razie nieuregulowania płatności sprawa zostanie skierowana do firmy windykacyjnej. Podsumowując: przygotowanie negocjatora oraz właściwe nastawienie, a także wysyłka wezwań do zapłaty poprzedzająca negocjacje spowoduje, że ich przebieg może być szybszy i skuteczniejszy.

Czas to pieniądz

Może się zdarzyć, że mimo dobrych chęci, przygotowania i konsekwencji nasze działania nie przyniosą skutku lub znajdziemy się w sytuacji, kiedy będziemy potrzebowali gotówki natychmiast. Z tego powodu warto pamiętać, że w transakcjach kupna sprzedaży wycenia się wierzytelności na podstawie kilku czynników. Jeżeli decydujemy się spieniężyć dług, dla nabywcy ważny będzie czas, jaki upłynął od terminu jego wymagalności. Jeżeli wierzytelność jest dobrze udokumentowana, bezsporna i znajduje się na etapie polubownym, a kondycja dłużnika nie wskazuje na jego niewypłacalność, to w przypadku fiaska samodzielnej windykacji profesjonaliści odzyskają nasze pieniądze.

Długi, których termin płatności nie przekroczył 120 dni osiągają najwyższe pułapy cenowe. Firma, która zdecyduje się odkupić dług lub podjąć windykację na zlecenie może wypłacić nawet 95 proc. jego nominalnej wartości. Ważne zatem, aby mieć ścisłą kontrolę nad terminowością spłat. Prowadząc monitoring płatności będziemy mogli reagować na opóźnienia w płatnościach na wczesnym etapie, kiedy wyegzekwowanie pieniędzy jest najbardziej prawdopodobne, a sprzedaż najkorzystniejsza finansowo. Z jednej strony unikniemy ryzyka przedawnienia długu, a z drugiej w każdej chwili będziemy mieli możliwość odmrożenia gotówki, nie ponosząc przy tym znaczących strat.

W przyszłym roku Ronson planuje przekazać tysiąc mieszkań. Marża dewelopera wyniesie ponad 20 proc.

CEO Magazyn Polska

Aktualizacja 2014-08-11 godz. 11:48

Ronson spodziewa się, że przekaże w przyszłym roku blisko 1 tys. mieszkań, a marża wyniesie ponad 20 proc. brutto. Wcześniej spółka prawdopodobnie zanotuje stratę w drugiej połowie roku. Poprawa wyników finansowych dzięki wysokomarżowym projektom będzie widoczna jednak już w I kwartale 2015 r. – zapowiada zarząd Ronsona.

W tej chwili na koniec czerwca mieliśmy ponad 500 lokali zakontraktowanych, czekających na wybudowanie bądź na przekazanie naszym klientom. Budowa 400 lokali zakończy się w roku 2015 i trafią one do naszego rachunku zysków i strat właśnie w przyszłym roku. Zakładam, że łącznie możemy przekazać klientom w 2015 roku tysiąc mieszkań i będą to mieszkania z takich projektów, jak Sakura, Verdis czy Tamka. Są to inwestycje realizowane przy wysokich, zdrowych marżach, więc tutaj potencjał do wykazania wyników w roku 2015 jest znacznie wyższy niż w roku 2014 – powiedział agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Łapiński, prezes zarządu Ronson Development.

Zarząd spółki informował z wyprzedzeniem inwestorów, że wyniki w 2014 r. nie będą satysfakcjonujące. Przychody spółki w II kw. 2014 r. wyniosły 47,7 mln zł i były niższe o 16,7 proc. w ujęciu rocznym. Zysk brutto ze sprzedaży obniżył się o 30,7 proc. r/r do 7,7 mln zł, a zysk operacyjny spadł o 73 proc. do 1,4 mln zł. Niekorzystnie kształtowała się również dynamika marży brutto na sprzedaży. W II kw. br. wyniosła ona 18,7 proc., podczas gdy w poprzednim kwartale było to 20,3 proc.

Kurs akcji Ronsona jest od początku roku w trendzie spadkowym, dlatego rynek nie zareagował gwałtowną wyprzedażą po publikacji sprawozdania finansowego za I półrocze. Inwestorów mogą uspokajać prognozy na przyszły rok, w którym deweloper spodziewa się poprawy sprzedaży oraz marż. DM BOŚ – mimo obniżki wyceny do 2,2 zł – w rekomendacji z 22 lipca zaleca kupno akcji Ronsona.

Rok 2014 jest trochę niefortunny dla nas pod względem wyników finansowych, bo nie pod względem operacji czy skali działalności firmy. Po prostu w roku 2014 przekazujemy naszym klientom lokale w projektach Espresso i Młody Grunwald – to są dwie duże budowy, których realizację zakończyliśmy w tym roku. W projekcie Młody Grunwald marża jest jednocyfrowa, niska, więc w tym roku potencjału do wykazania dobrych wyników finansowych niestety nie ma. Jest to wyjątkowy dla nas okres, niestety wyjątkowy w tym złym słowa znaczeniu – ocenia Tomasz Łapiński.

Spadek marży na sprzedaży to efekt pierwszego etapu projektu Młody Grunwald, na którym spółka zanotowała średnią marżę w wysokości 7 proc. W tym czasie Ronson nie odnotował żadnych istotnych zdarzeń jednorazowych, a koszty pozostawały na stabilnym poziomie – wskazuje Łapiński.

Jedyne, co nam rośnie, to koszty marketingu i sprzedaży. Bo wiadomo, jeżeli wynik sprzedażowy rośnie o 40, 50 i więcej procent, to koszty związane z realizacją sprzedaży też odpowiednio rosną. Natomiast, jeżeli chodzi o pozostałe koszty administracyjne, to one są utrzymane w ryzach i mniej więcej wynoszą około 4 mln zł per kwartał – mówi prezes Ronson Development.

Wyniki w pierwszym kwartale były obciążone kosztami programu motywacyjnego dla pracowników. Łapiński zapowiada, że ten koszt w wysokości niespełna 1 mln zł miał charakter jednorazowy i nie wystąpi w następnych kwartałach. Poprawić ma się także rentowność sprzedaży.

Na pewno rok 2014 skończymy, mając marżę brutto średnio poniżej 20 proc., będzie to poziom kilkunastoprocentowy. Natomiast w roku 2015 na pewno wracamy do marży powyżej 20 proc. – zapowiada Łapiński.

Korzystamy z przelewów natychmiastowych dwa razy częściej niż przed rokiem

867,5 tysiąca – tyle operacji wykonali od początku roku klienci banków, które wdrożyły System Płatności BlueCash (SPBC). Rekordowe w całej historii SPBC były dwa miesiące: maj, w którym wykonano ponad 134 tysiące przelewów ekspresowych oraz czerwiec – w którym dziennie realizowano średnio 4 403 przelewy. W porównaniu z ubiegłym rokiem liczba przelewów wykonywanych w ciągu każdego miesiąca niemal się podwoiła. SPBC jest głównym graczem na polskim rynku przelewów ekspresowych – jego udział w liczbie wszystkich transakcji natychmiastowych sięga 75%.

Liczba przelewów natychmiastowych wykonywanych w ramach Systemu Płatności BlueCash (SPBC) od początku roku systematycznie przekracza 100 tysięcy. W styczniu użytkownicy SPBC wykonali 111 973 przelewy, w lutym 107 027, w marcu 117 844, w kwietniu 131 873, w maju już ponad 134 tysiące. W czerwcu i lipcu klienci banków zrealizowali niewiele mniej transakcji – odpowiednio: 132 i 133 tysiące. Oznacza to, że w porównaniu z ubiegłym rokiem liczba przelewów ekspresowych niemalże się podwoiła.

5 milionów przelewów ekspresowych do 2015 r.
System Płatności BlueCash wdrożyło już 36 banków-uczestników. Zwiększył się również zasięg całego systemu. Obecnie można zrealizować przelew ekspresowy do 53 banków. – Rosnąca popularność przelewów natychmiastowych jest nie tylko efektem kolejnych wdrożeń Systemu Płatności BlueCash w bankach. To również zasługa wzrostu zaufania Polaków do jednej z najszybszych na świecie form transakcji bezgotówkowych – tłumaczy Sebastian Ptak, członek zarządu Blue Media – Prognozujemy, że do końca tego roku za pośrednictwem SPBC liczba wszystkich transakcji przekroczy 2,5 miliona. Dynamika wzrostu oraz przyłączanie się nowych użytkowników dają nadzieję, iż do końca 2015 roku SPBC będzie mógł się pochwalić blisko 5 milionami przetworzonych transakcji – dodaje Sebastian Ptak.

Często przelewamy w weekend

Użytkownicy Systemu Płatności BlueCash najczęściej korzystają z przelewów ekspresowych w poniedziałki i w piątki, a także w okolicach 10-ego dnia każdego miesiąca. Co ciekawe, blisko 4% przelewów natychmiastowych zostało zrealizowanych w nocy, pomiędzy północą a godziną 8:00. Interesujące są także statystyki weekendowe. Liczba przelewów wykonywanych w niedzielę stanowi blisko 25% liczby przelewów wykonywanych w dniu roboczym.
Ekspres przede wszystkim do spłaty zobowiązań Z analizy zrealizowanych transakcji wynika, że płatności natychmiastowe są wykorzystywane przede wszystkim do spłat pożyczek i innych zobowiązań, zasilenia własnych kont bankowych lub regulowania należności za zakupy online. Średnia wartość przelewu natychmiastowego utrzymuje się na podobnym poziomie, oscylując w granicach 705-745 złotych.

System Płatności BlueCash to pierwsze w Polsce i drugie w Europie rozwiązanie umożliwiające realizację bezpośrednich przelewów natychmiastowych pomiędzy kontami w różnych bankach. System został uruchomiony w listopadzie 2012 r. w oparciu o pierwszą w Polsce zgodę Prezesa NBP na prowadzenie systemu szybkich przelewów.
Do tej pory za pośrednictwem systemów informatycznych, będących fundamentem BlueCash, przetworzono już ponad 5 mln płatności natychmiastowych. Blisko 99% w średnim czasie 12 sekund.

Utwór, czyli co chroni prawo autorskie

Źródłem polskiego prawa autorskiego jest ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 j.t. z późn. zm.) Jego przedmiotem jest utwór, czyli każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia. W jaki sposób jest on chroniony?

Specyfika utworu

Jak można zauważyć już na podstawie ustawowego zapisu przytoczonego powyżej, pojęcie utworu jest bardzo szerokie. – Ustawa zawiera przykładowe wyliczenie kategorii utworów, wskazując, że są to m.in.: utwory wyrażone słowem, symbolami matematycznymi, znakami graficznymi, plastyczne, fotograficzne, audiowizualne itd. Trzeba jednak pamiętać, że wyliczenie to ma jedynie charakter przykładowy.- tłumaczy Bartłomiej Urbanek, adwokat z TGC Corporate Lawyers. Zgodnie z ustawowym zapisem ochronie nie podlega więc nośnik dzieła literackiego czy płyta
z zarejestrowanym utworem muzycznym – ale dzieło literackie lub utwór muzyczny same w sobie, jako przejawy twórczej działalności spełniający wymóg indywidualności.

Niezależnie i wraz z chwilą ustalenia

Zgodnie z ustawą prawnoautorska ochrona utworu następuje z chwilą jego „ustalenia”. Powinno być ono rozumiane jako uzewnętrznienie utworu przez twórcę, przy jednoczesnym wyodrębnieniu go na tyle, aby mógł „oddziaływać artystycznie”. Obrazuje to wyrok Sądu Najwyższego z dnia 25 kwietnia 1973 roku (I Cr 91/73). – Sąd za „ustalone”, a tym samym zasługujące na ochronę prawnoautorską , uznał nawet tak krótkotrwałe konstrukcje jak kompozycje z kwiatów.

W orzecznictwie sądowym wskazuje się, że „ustalenie utworu” trzeba rozumieć jako nadanie mu jakiejkolwiek, choćby nietrwałej formy, ale takiej, która uzewnętrzni ów artystyczny. – tłumaczy Bartłomiej Urbanek. Nawet samo podyktowanie utworu literackiego przez autora, czy wykonanie improwizacji muzycznej w obecności świadków bez jej fizycznego utrwalenia na nośniku – również powodują przyznaniem ich twórcom ochrony ich praw autorskich. Trzeba pamiętać o tej elementarnej i doniosłej zarazem zasadzie. Utwór uzyskuje ochronę prawną bez konieczności jakiejkolwiek rejestracji, czy dopełnienia formalności. Co ważne następuje to niezależnie od woli twórcy. Nie można zatem zaplanować, że rezultat pracy człowieka będzie objęty ochroną w drodze umowy. Nie wola stron, ale twórczy charakter dzieła ludzkiego decydują o przyznaniu ochrony prawnoautorskiej – dodaje.

Kreatywność przede wszystkim
„Utwór” musi być efektem pracy twórczej, rozumianej jako indywidualny i oryginalny akt kreacji. Do powstania utworu nie będzie prowadziła więc czynność techniczna o charakterze powtarzalnym, której efekt można zaprogramować Ocena „poziomu twórczości” dokonywana jest każdorazowo indywidualnie i trudno o jej generalny wzorzec Walor twórczości przyznawany był na przykład „utworom” w postaci słowników, czy katalogów znaczków, a zatem zbiorom, w których niełatwo dostrzec indywidualny akt kreacji i wyobraźni. Właśnie ten element wyobraźni i nieprzewidywalności procesu twórczego stanowi jedną z najistotniejszych wskazówek interpretacyjnych w zakresie kwalifikacji przejawu ludzkiej aktywności będącej przedmiotem prawa autorskiego.

Prawa na określony czas?

Przysługujące twórcy prawa autorskie dzielą się na prawa osobiste i majątkowe. Prawa osobiste chronią więź twórcy z utworem i są nieograniczone w czasie (w szczególności: prawo do autorstwa utworu, oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo, nienaruszalności treści i formy utworu oraz jego rzetelnego wykorzystania, decydowania o pierwszym udostępnieniu utworu publiczności, nadzoru nad sposobem korzystania z utworu). Jeśli chodzi o prawa majątkowe obejmują wyłączne prawo do korzystania z utworu i rozporządzania nim na wszystkich polach eksploatacji oraz do otrzymywania wynagrodzenia za korzystanie z utworu. Czas trwania autorskich praw majątkowych wynosi lat 70.
– Z tego podziału wynika więc, że twórca może wnosić roszczenia służące ochronie osobistych
i majątkowych praw autorskich. Podstawowymi roszczeniami są np. żądania zaniechania naruszania praw, usunięcia skutków naruszeń, czy – w przypadku praw majątkowych – naprawienia wyrządzonej szkody – mówi Bartosz Urbanek.

Podsumowując, należy także podkreślić, że materia przedmiotu ochrony praw autorskich i pokrewnych jest dziedziną rozległą i wymagającą poddania szczegółowej analizie każdego

z jednostkowych przypadków. – Jakiekolwiek generalne próby kwalifikacji wytworu ludzkiego jako podlegającego bądź nie – ochronie prawnoautorskiej, są zawsze obarczone ryzykiem. Dostrzec można, że również w orzecznictwie odzwierciedlenie znajdują przejawy raz bardziej rygorystycznych, innym razem liberalnych trendów wykładni, na co duży wpływ ma dynamika zachodzących

w społeczeństwie zmian w dziedzinie informacji, komunikacji i dostępu do dóbr kultury. Poza zakresem niniejszego opracowania pozostaje szereg węzłowych problemów prawa autorskiego. Szerokiej analizie powinna zostać poddana choćby kwestia realizacji poszczególnych roszczeń przysługujących uprawnionemu, kwestia dozwolonego użytku chronionych utworów czy też kwestie związane z licencjami umownymi. – podsumowuje adwokat TGC Corporate Lawyers.

Wyprzedaż na rynkach obligacji. Dla inwestorów ważniejszy okazał się komunikat Fed niż bankructwo Argentyny

CEO Magazyn Polska

Inwestorzy zwrócili uwagę na zmiany w ostatnim komunikacie Fed, które mogą świadczyć o rosnącym wpływie zwolenników szybszego zaostrzenia polityki monetarnej. Rynki obligacji zareagowały spadkami, czemu sprzyjało także bankructwo Argentyny oraz obawy o sektor bankowy w Europie. Na razie analitycy prognozują, że pierwsza podwyżka stóp w USA będzie miała miejsce nie wcześniej niż w połowie 2015 r. W dłuższej perspektywie oznacza to nieuchronnie spadek cen obligacji USA.

Argentyna nie jest tematem nowym i wszyscy jesteśmy do niej przyzwyczajeni, ale rzeczywiście im dalej w las i im trudniej z ustaleniami, tym trochę gorzej. Argentyna jest w trudnej sytuacji gospodarczej i to utrudnia normalizację sytuacji wewnętrznej oraz taki zrównoważony rozwój – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Inwestor Aleksandra Bluj, analityk rynku stopy procentowej w Ipopema Securities SA.

Choć Argentyna jest trzecią co do wielkości gospodarką w Ameryce Łacińskiej, to po bankructwie i kryzysie z 2001 r. pozostaje na peryferiach globalnego rynku finansowego. Niewypłacalność tego państwa, która stała się faktem w konsekwencji niewykonania wyroku sądowego, tym razem nie spowodowała panicznej reakcji na rynkach. Inwestorzy od lat zdają sobie sprawę ze strukturalnych słabości gospodarki Argentyny, czego objawem jest utrzymująca się wysoka inflacja i słabnąca waluta.

Dlatego – zdaniem części analityków – realizacja zysku na światowych rynkach długu wynikała ze zbiegu co najmniej kilku niezależnych zdarzeń. Mimo że na lipcowym posiedzeniu Fed zgodnie z oczekiwaniami pozostawił stopy procentowe na bieżącym poziomie i po raz kolejny zmniejszył skalę interwencji do wielkości 25 mld dolarów miesięcznie, inwestorzy zwrócili uwagę na zmiany w komunikacie po ostatnim posiedzeniu FOMC. Zdaniem części uczestników rynku pogłębia różnica zdań między przewodnicząca Janet Yellen i innymi zwolennikami łagodnej polityki a tzw. „jastrzębiami”.

Zwolennicy bardziej restrykcyjnej polityki coraz częściej zwracają uwagę na to, że szybka poprawa sytuacji na rynku pracy oraz rosnące PKB wymagają rewizji dotychczasowych założeń polityki Fed. Jeżeli doszłoby do zmiany układu sił w ramach FOMC, to niewykluczone byłyby wcześniejsze podwyżki stóp procentowych w USA. Dla rynków długu mógł to być zatem sygnał do realizacji zysków z obligacji – zarówno rządu USA, jak i państw strefy euro oraz rynków wschodzących.

Ten impuls, przy dodatkowym stresie wynikającym z sytuacji w Argentynie, Brazylii, która jest w dość trudnej sytuacji gospodarczej, oraz Banku Espirito Santo, który znowu odnotował istotne straty i wpłynął na percepcję sytuacji w sektorze bankowym w Europie – to wszystko oddziaływało rzeczywiście na rynek obligacji i powodowało, że realizowaliśmy zyski – ocenia Aleksandra Bluj.

Na razie rentowności amerykańskich 10-letnich obligacji od początku roku poruszają się w trendzie spadkowym. Nie udało się jednak przełamać bariery 2,4 proc. i obecnie ich dochodowość do wykupu wynosi około 2,5 proc. Na przestrzeni ostatnich 3 lat pozostają jednak relatywnie wysoko. Poza lokalnym szczytami na przełomie 2013 r. i 2014 r., gdy rentowności zbliżyły się do 3 proc., poziom 2,5 proc. był notowany po raz ostatni w połowie 2011 r.

W zupełnie innym kierunku porusza się wycena długu państw strefy euro. Rentowności benchmarkowych niemieckich 10-letnich bundów są na najniższym poziomie od kilkudziesięciu lat i nie przekraczają obecnie 1,2 proc. To efekt m.in. polityki EBC, który może uruchomić – wzorem Fed – skup aktywów z rynku, jeśli tendencje deflacyjne w strefie euro nie ustąpią.

Inwestorzy pamiętają skutki komunikatu Fed z czerwca 2013 r., kiedy bank centralny zaskoczył rynek zapowiedzią rozpoczęcia redukcji programu QE3. Silnej przecenie uległy wtedy rynki akcji, obligacji oraz surowców, na czele ze złotem. Perspektywę zakończenia programu luzowania ilościowego najmocniej odczuły wtedy rynki wschodzące, które korzystały wcześniej z napływu kapitału, który poszukiwał wyższych stóp zwrotu.

Obecnie inwestorzy reagują spokojniej na perspektywę wcześniejszych podwyżek stóp procentowych, gdyż zdają sobie sprawą z tego, że Fed będzie unikał gwałtownych i zaskakujących ruchów. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że w wyniku trzech programów luzowania ilościowego bilans Fed powiększył się do 4,29 bln dolarów według danych z kwietnia 2014 r.

Już wiemy, że będą rosły stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych w następnym roku na przełomie II i III kw. Ta krzywa dochodowości w długim terminie powinna kierować się wzwyż – prognozuje analityk rynku stopy procentowej w Ipopema Securities.

M. Wołos (TMS Brokers): EBC rozpocznie skup aktywów dopiero po wrześniu

CEO Magazyn Polska

Europejski Bank Centralny nie rozpocznie programu skupu aktywów dopóki nie oceni skutków wcześniejszych działań. Inwestorzy od dłuższego czasu twierdzą jednak, że taka interwencja jest tylko kwestią czasu. Dlatego rynek będzie uważnie śledził kolejną konferencję M. Draghiego, która może dać wskazówki dotyczące tego, kiedy EBC rozpocznie program luzowania ilościowego.

– EBC w czerwcu zdecydował się na wprowadzenie dość radykalnych kroków, m.in. wprowadził stopę depozytów lokowanych w EBC poniżej granicy zero, czyli obniżył stopy procentowe i zapowiedział też wprowadzenie programu LTRO, od września banki znowu będą mogły brać w EBC pożyczki, które nie są praktycznie oprocentowane – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marek Wołos, analityk, członek zarządu TMS Brokers.

Część inwestorów spodziewała się i wciąż oczekuje, że EBC zdecyduje się jednak rozpocząć program skupu aktywów z rynku. Zwolennicy takiej niestandardowej polityki wskazują, że jest ona konieczna, ponieważ rośnie ryzyko deflacji i stagnacji w strefie euro. Ponadto ich zdaniem polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej okazała się być skuteczna w stymulowaniu rynku pracy oraz wzrostu PKB. Fed uruchomił łącznie 3 rundy programu skupu aktywów (QE).

Wśród ekonomistów i analityków przeważa pogląd, który potwierdziło sierpniowe posiedzenie EBC, że bank wstrzyma się z uruchomieniem programu QE co najmniej do września, gdyż będzie chciał sprawdzić skuteczność narzędzi uruchomionych w czerwcu.

Spodziewamy się, że to nastąpi dopiero po wrześniu, w październiku, może w listopadzie, kiedy EBC będzie w stanie ocenić już te wdrożone narzędzia, wdrożoną politykę. Po drugie, będzie chciał zobaczyć też, jak się zachowuje europejska gospodarka, jaki wpływ na nią mają dotychczasowe ruchy i co  będzie się działo z europejską walutą – wskazuje członek zarządu TMS Brokers.

Prezes TMS Brokers prognozuje także, że niedawne wzrosty cen kruszców zostaną zatrzymane, co ma związek z trwającym trendem umacniania się dolara.

Niezbyt dużo też się dzieje na rynku surowców, ale widzimy jednak rosnący popyt na kruszce, złoto i srebro. Gdyby te kierunki zostały zachowane, czyli, gdyby dolar zyskiwał na wartości, a traciło euro i waluty regionalne, to myślę, że wzrosty cen surowców zostaną zahamowane – twierdzi Wołos.

W stosunku do lokalnego dołka na początku czerwca cena złota podskoczyła z poziomu ok. 1240 USD za uncję do ok. 1305 USD. Choć od początku roku widać pewną stabilizację, to długoterminowy trend jest wciąż spadkowy.

Coraz silniejszy dolar to wynik korzystnej sytuacji gospodarczej w USA i coraz bliższej perspektywy wzrostu stóp procentowych. Ponadto Fed w październiku zakończy program QE, który do tej pory sprzyjał osłabieniu najważniejszej waluty świata. Atrakcyjność dolara w stosunku do euro wzrosła w ostatnim czasie także z powodu obaw o kondycję europejskich banków. Impulsem stał się portugalski Banco Espirito Santo, który musiał zwrócić się o pomoc do rządu w Lizbonie. Szukając bezpiecznej przystani, inwestorzy w strefie euro wywindowali ceny obligacji rządowych do rekordowych poziomów, czego przykładem jest rentowność niemieckich 10-letnich papierów na poziomie około 1,1 proc.

Od czasu do czasu widzimy też spore ruchy na rynku europejskich obligacjach, ale jest to raczej związane nie z polityką Europejskiego Banku Centralnego, lecz z obawami dotyczącymi tego, co się dzieje w europejskim systemie finansowym czy w europejskiej gospodarce – uważa Marek Wołos.

Spółki spożywcze znacznie tańsze od średniej giełdowej. Okazją do zakupów mogą być stabilne i rosnące firmy cukiernicze

CEO Magazyn Polska

Od początku roku spółki spożywcze traciły średnio o jedną trzecią. Powodem jest narastający kryzys w stosunkach między Ukrainą, UE, USA a Rosją oraz dekoniunktura na światowych rynkach surowców rolnych. Niskie notowania cukru sprzyjają producentom słodyczy, którzy lokują dużą część produkcji na rynku polskim. To jednak za mało, by zrównoważyć negatywny wpływ spółek z Ukrainy na notowania WIG-u Spożywczego.

– Praktycznie 50 proc. w tym indeksie mają dwie spółki: Kernel i Wawel. Ukraińska spółka [Kernel – przyp. red.] dużo straciła, ponad 40 proc. Wyniki Wawelu może nie są złe, fundamentalnie spółka jest dobra, mimo to ostatnio nie ma dobrej renomy, a to wszystko za sprawą sprzedaży akcji przez prezesa spółki, który tym samym zmniejszył zaangażowanie. To wszystko wraz ze złym nastawieniem do spółek ukraińskich spowodowało, że indeks zachowuje się słabo – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Marcin Stebakow, dyrektor Departamentu Analiz DM Banku BPS.

Tracąc ponad 28 proc., WIG-Spożywczy jest najsłabszym subindeksem sektorowym od początku roku. Najsilniejsza przecena dotknęła ukraińskie spółki działające na rynku rolnym: Astartę, Kernel, Milkiland oraz KSG Agro. Porównując do sierpnia 2013 r., wartość rynkowa każdej z nich skurczyła się co najmniej o połowę. Dzięki solidnym fundamentom lepiej radziły sobie spółki mięsne, choć – przez rosyjskie embargo – także nie uniknęły spadków.

– Duda się zrestrukturyzowała, zrobiła sobie porządek z finansowaniem, dług został zamieniony na akcje, teraz sprzedaje część aktywów i skupia się na działalności podstawowej. Tarczyński wygląda całkiem nieźle, Kania ma dobre perspektywy, przede wszystkim ma nowoczesny park maszynowy i partnera handlowego, czyli Biedronkę, do której sprzedaje, więc cały ten segment handlu wędlinami wygląda dość dobrze – twierdzi Stebakow.

Dla producentów mięsa i wędlin kolejnym problemem jest choroba afrykańskiego pomoru świń. Z powodu epidemii utraciły one możliwość eksportu na ważne, azjatyckie rynki. Ponadto od wielu lat konsumpcja wieprzowiny w Polsce utrzymuje się na stabilnym poziomie, dlatego jej ewentualny wzrost w reakcji na niższe ceny będzie zbyt mały, by skompensować niższe marże u producentów.

Korzystniej wyglądają perspektywy spółek cukierniczych. DM PKO BP na początku lipca opublikował rekomendację „kupuj” dla akcji Mieszko, a na początku czerwca taką samą rekomendację dla walorów ZPC Otmuchów. Według Marcina Stebakowa Wawel został zbyt mocno przeceniony, ponieważ poza sprzedażą 30 tys. akcji przez prezesa zarządu na rynek nie napłynęły inne, potencjalnie niekorzystne informacje.

– Fundamentalnie spółka jest dobra, nie ma długu, rozwija się, dużo inwestuje. Trochę gorzej wygląda sprzedaż zagraniczna, to piętą achillesowa spółki. Nie jest ona zwiększana, a przecież za granicą są wyższe marże. Być może firma chce najpierw zwiększyć produkcję, a dopiero później zintensyfikować swoją działalność na rynkach zagranicznych – mówi dyrektor w DM Banku BPS.

Silna przecena spółek spożywczych sprawia, są one tanie w porównaniu z szerokim indeksem WIG. Wskaźnik cena/zysk dla subindeksu WIG-Spożywczy wyniósł według notowań z 6 sierpnia 11,23; natomiast dla WIG – 14,05. Wskaźnik cena/wartość księgowa wyniosła odpowiednio 0,82 i 1,04.

Ministerstwo rolnictwa ma plan pomocy polskim producentom żywności

CEO Magazyn Polska

We wtorek minister rolnictwa Marek Sawicki spotka się z unijnym komisarzem ds. rolnictwa, by uzgodnić, jak pomóc polskim producentom żywności dotkniętym rosyjskimi sankcjami. Z powodu embarga nie sprzedamy tam towarów wartych 400-500 mln euro. Ministerstwo ma plan, by znaczną część tych produktów przekierować na rynki innych państw.

Mamy już plan praktycznie na 12 miesięcy mówi agencji Newseria Biznes Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi. – Oczywiście w pierwszej kolejności jest to plan wejścia na rynki trzecie z owocami i warzywami, bo nie chcielibyśmy, żeby najwyższej jakości na świecie produkty miały być zniszczone czy wycofane z rynku.

Resort rolnictwa szacuje, że wartość niesprzedanych w Rosji artykułów, na które już obowiązuje embargo, może być bliska 400 mln euro. Liczy się także z kolejnymi ograniczeniami ze strony Rosji, a wtedy wartość ta może przekroczyć pół miliarda euro. Sankcje dotykają nie tylko producentów jabłek i innych owoców, lecz też warzyw, jak kapusta czy papryka, niektórych rodzajów ogórków gruntowych, pomidorów. Minister przyznaje, że plan znalezienia nowych rynków dla polskich produktów rolnych nie będzie łatwy w realizacji.

Jeśli nie będzie nabywcy na rynku, a to jest bardzo trudne w tej chwili, bo Rosja rozszerza embargo na produkty żywnościowe pochodzące także z innych państw unijnych, z pewnością będziemy musieli zastosować mechanizm biodegradacji. Zmuszeni będziemy wycofać z rynku te produkty i zapłacić rolnikom przynajmniej za koszty ich produkcji i zbiorów – mówi Marek Sawicki.

Tych kwestii dotyczą rozmowy polityków i ekspertów zarówno w Brukseli, jak i w Warszawie. W zeszłym tygodniu o pomocy dla polskich rolników debatowano na spotkaniu naszych ekspertów z przedstawicielami Dyrekcji Generalnej ds. Rolnictwa i Rozwoju Obszarów Wiejskich w KE oraz w międzyresortowym zespole antykryzysowym. 12 sierpnia Sawicki spotka się z unijnym komisarzem ds. rolnictwa Dacianem Ciolosem.

Jak podkreśla minister, resort zna już skalę możliwej pomocy, ale jej praktyczna wysokość uzależniona będzie od faktycznych strat rolników.

Znamy wartość eksportu na rynek rosyjski. Natomiast to nie oznacza, że cała ta wartość będzie rekompensowana. Nadal wierzymy, że sporą część najwyższej jakości produktów sprzedamy na rynkach trzecich – zaznacza minister rolnictwa.

Dlatego – jak podkreśla Marek Sawicki – Polska na razie stawia przede wszystkim na promocje naszego eksportu.

Promocję prowadzimy regularnie od 2008 roku – przypomina minister. – Polski produkt jest rozpoznawalny zarówno w Azji Południowo-Wschodniej, jak i w Azji Mniejszej. Traktuje się go jako produkt o podwyższonej jakości, stąd też aktywna promocja w tych regionach. Jeśli kwestie związane z dopuszczeniem na rynek poszczególnych państw będą szybko uregulowane, to jest szansa, że za 2-3 miesiące nasze produkty w dużym stopniu trafią na rynki światowe.

Coraz lepsza sytuacja SKOK-u Wołomin. Nie wszystkie kasy mają problemy

CEO Magazyn Polska

SKOK Wołomin w I połowie roku zanotował wysoki zysk, poprawił się także współczynnik wypłacalności. Kasa nie wyklucza przejęć mniejszych podmiotów. Jak podkreśla prezes drugiej największej kasy spółdzielczej, pod względem aktywów mimo upadku kasy Wspólnota i kiepskiej ogólnej sytuacji finansowej sektora członkowie kas nie muszą obawiać się o swoje oszczędności.

System SKOK-ów jest objęty ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, tak jak cały system bankowy, dlatego depozyty klientów są bezpieczne – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Gazda, prezes SKOK Wołomin. – W systemie SKOK jest podobnie jak w każdym innym sektorze: są kasy w dobrej kondycji, są i takie, których sytuacja wymaga podjęcia określonych działań – to normalne.

Komisja Nadzoru Finansowego ocenia, że na koniec 2013 roku w SKOK-ach niedobór kapitału własnego wyniósł 1,37 mld zł, a współczynnik wypłacalności spadł do 2,85 procent. Ponad 40 kas było objętych postępowaniami naprawczymi. Choć ogólna sytuacja finansowa sektora nie jest najlepsza, SKOK Wołomin zanotował w I połowie tego roku znaczący wzrost – o blisko 200 mln zł wzrosła liczba depozytów względem końca 2013 roku. Zysk netto wyniósł 32,6 mln zł, odnotowano również wyższy wskaźnik wypłacalności – prawie 8 proc. (przy 5,44 proc. na koniec ubiegłego roku).

Jak podkreśla Gazda, nie należy przekładać ogólnych wniosków z raportu KNF dotyczącego cały systemu SKOK na rzeczywistą sytuację poszczególnych kas.

Jak jest dobra koniunktura, nie wszystkim się udaje, tak samo jak jest kryzys, nie wszyscy bankrutują. To samo dotyczy SKOK-ów w bieżącej sytuacji. W systemie znajdują się dobre, średnie i złe kasy. Trudno mi komentować sytuację innych inaczej niż tylko przez pryzmat raportu Komisji Nadzoru Finansowego, natomiast mogę powiedzieć, że SKOK Wołomin jest instytucją bezpieczną – podkreśla Gazda.

Prezes nie wyklucza w związku z tym przejmowania mniejszych kas. Obecnie w Polsce działa ich ponad 50, część z nich ma szansę na przetrwanie tylko w przypadku fuzji z większą i stabilniejszą finansowo kasą. Gazda przyznaje, że SKOK Wołomin zadeklarował gotowość do przejmowania kas znajdujących się w gorszej kondycji finansowej, licząc na przychylną opinię KNF.

– Konsolidacja jest możliwa, czy jednak nastąpi, o tym decyduje Komisji Nadzoru Finansowego. W każdym przypadku jest ona indywidualnie rozpatrywana, zależy bowiem od kondycji łączonych podmiotów, a nie od potencjalnych możliwości prawnych – podkreśla Mariusz Gazda.

BTFG Audit: Przedstawiciel Acronu w radzie nadzorczej Azotów nie musi być zagrożeniem dla spółki

0

CEO Magazyn Polska

Rząd nie zamierza sprzedawać akcji Grupy Azoty – zadeklarował resort skarbu państwa, wpisując chemiczną spółkę na listę podmiotów strategicznych. Taki krok postulowali eksperci po zwiększeniu do 20 proc. udziału rosyjskiego Acronu w Grupie. Posunięcie Rosjan budzi niepokój, jednak nie musi oznaczać niebezpieczeństwa dla spółki i dla polskiej branży chemicznej – ocenia Adam Ruciński, prezes BTFG Audit.

Szansa, że ktoś może wejść do rady nadzorczej Grupy Azoty, jest duża. Oczywiście są sposoby, by ten proces utrudnić, a po drugie, żeby utrudnić życie takiej osoby. Wszystko jest kwestią umiejętności prawnych i umiejętności odnalezienia się takiej osoby w radzie nadzorczej. Natomiast teoretycznie taka możliwość istnieje – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Adam Ruciński, prezes BTFG Audit.

Wejście przedstawiciela Acronu do rady nadzorczej, do czego uprawnia posiadany duży, bo aż 20-proc. pakiet akcji, oznaczałoby, że miałby on prawo do pozyskiwania informacji o strategicznym znaczeniu dla spółki. Wynika to wprost z regulacji Kodeksu Spółek Handlowych, zgodnie z którymi członek RN musi mieć dostęp do wszystkich informacji, które są niezbędne do efektywnego wykonywania funkcji nadzoru nad spółką.

Szef rady nadzorczej Trakcji Polskiej Maciej Radziwiłł mówił agencji informacyjnej Newseria Biznes, że zarząd Grupy Azoty mógłby ograniczyć dostęp do poufnych informacji członkom RN, jeśli mogliby je wykorzystać na rzecz konkurencyjnych podmiotów. Z kolei Acron może próbować doprowadzić do sytuacji, w której jego przedstawiciel działałby indywidualnie.

Możliwe, że Acron zastanawia się nad wprowadzeniem możliwości indywidualnego nadzoru. Wtedy taki członek rady nadzorczej może działać indywidualnie i nie musi mieć zgody pozostałych członków. Ogólna zasada jest taka, że rada nadzorcza jest ciałem kolegialnym, chyba że członek rady nadzorczej zostanie oddelegowany do wykonywania poszczególnych czynności – mówi Adam Ruciński.

Musi to jednak nastąpić w drodze decyzji samej rady nadzorczej.

Albo trzeba powołać takiego członka rady nadzorczej w sposób specjalny, ale to jest o wiele już trudniejsze – uważa prezes BTFG Audit.

Obawy co do rzeczywistych intencji Rosjan odnośnie polskiej chemii zwiększa fakt, że Acron skupował akcje Azotów poprzez kontrolowaną przez siebie spółkę Norica Holding. Ruciński uważa jednak, że jest to powszechna praktyka w transakcjach, gdzie stronami są duże spółki.

Mamy do czynienia może nie tyle z próbą wrogiego przejęcia spółki, ile na pewno nieprzyjaznego przejęcia, co oznacza, że w takich przypadkach dokonuje się często zakupów za pośrednictwem innych, mniejszych spółek, gdzie posiadanie akcji poniżej 5 proc. nie rodzi obowiązku ogłaszania tego całemu światu i pozwala w sposób cichy pozyskiwać udziały w innym podmiocie, a następnie pojawić się w odpowiednim momencie i głosować wspólnie w istotnych sprawach – uważa prezes BTFG Audit.

To nie pierwsza próba przejęcia polskiej chemii przez Rosjan. Dwa lata temu Acron usiłował przejąć kontrolę nad Azotami Tarnów. Jak podkreślają eksperci Instytutu Jagiellońskiego, Skarbowi Państwa udało się wówczas skutecznie obronić spółkę przed przejęciem poprzez podniesienie kapitału i połączenie z Puławami, w których udział państwa był wyższy niż w Tarnowie. Według Instytutu dziś dalsza konsolidacja byłaby również skutecznym remedium.

Według Rucińskiego trudno przewidzieć, jak potoczy się batalia o Grupę Azoty. Choć ewentualne spory będą skomplikowane na gruncie prawnym, to kluczowe decyzją zapadną na poziomie politycznym.

Oczywiście na to należy spojrzeć trochę szerzej, bo cała gra nie toczy się tylko wokół Grupy Azoty. Myślę, że w pewnym momencie może dojść do pewnych ustaleń na znacznie wyższym szczeblu – twierdzi Ruciński. – Zawsze upubliczniając spółkę, czy jest to spółka, która była dotychczas w rękach prywatnych, czy w rękach Skarbu Państwa, decydujemy się na wprowadzenie innych akcjonariuszy, godzimy się na to i ponosimy ryzyko, że inni akcjonariusze będą wyrażać swoje odrębne zdanie co do losów spółki.

Grupa Wind Mobile – Skonsolidowane wyniki Q2 2014

0

Grupa Wind Mobile – Skonsolidowane wyniki Q2 2014

Czy do sektora bankowego powróci optymizm?

Maciej Kik, zarządzający funduszami akcji Union Investment TFI
Hossa bez udziału banków na warszawski parkiet nie wróci z racji ich dużego udziału w indeksach, a w ostatnim czasie ich notowania są pod wyraźną presją (WIGBank od lokalnego szczytu w lutym spadł o blisko 11%). Inwestorzy zdają się nie wierzyć w potencjał poprawy wyników banków w przyszłych okresach. Podczas gdy oczekiwana przez rynek tegoroczna poprawa zagregowanego zysku netto (ok. +7% r/r) wydaje się być osiągalna, to prognozowany na 2015 rok wzrost wyniku netto o 17% jest obarczony dużym ryzykiem. Negatywnie na banki oddziaływać może powszechnie oczekiwana obniżka stóp procentowych (rynek spodziewa się obniżek o w sumie 50 bps.) czy obniżka stawek interchange. Sentyment również nie sprzyja, ponieważ banki w całej Europie nie radzą sobie najlepiej. Poczynając od banków rosyjskich, których wyceny w oczywisty sposób odzwierciedlają problemy tamtejszej gospodarki. Poprzez banki austriackie, które zmuszone zostały do dokonania dużych odpisów na zagranicznych inwestycjach w Rumunii i na Węgrzech w przypadku Erste Group. Nad Raiffeisen ciążą zaś obawy związane z ekspozycją w Rosji. W ostatnich dniach praktycznie zbankrutował największy bank portugalski Banco Espirito Santo, a tamtejszy bank centralny zdecydował się wspomóc go kwotą 4,9 mld euro. Problemy na Półwyspie Iberyjskim mogą stanowić pewne ryzyko dla polskiego sektora bankowego ze względu na ekspozycję tamtejszych instytucji na rodzimym rynku (Millennium, BZ WBK).
Banki w Polsce nie wyglądają też szczególnie atrakcyjnie analizując wycenę wskaźnikową, relacja ceny do zysku dla sektora wynosi obecnie 16,3, podczas gdy banki tureckie wyceniane są 10 razy lepiej. Z drugiej strony banki w Polsce bronią się fundamentami (dobra jakość bilansu, relatywnie wysokie dywidendy)
i wynikami. Wszystkie pięć banków, które zdążyły się już pochwalić wynikami za drugi kwartał 2014 pobiło konsensus rynkowy. We wtorek wyniki opublikował bank Pekao SA i mimo sceptycyzmu analityków był w stanie pozytywnie zaskoczyć i przebić oczekiwania o przeszło 3% na zysku netto. Mniejsze banki również zaskakują na plus, BZ WBK zaksięgował wyższe dywidendy ze spółek zależnych i znacząco poprawił wynik odsetkowy, Citi Handlowy kolejny już kwartał poprawił wynik handlowy. Millennium i mBank także nie zawiodły, wykazując pozytywne dynamiki w relacji do zeszłego roku (mBank poprawił zysk netto o 17%, Millennium o 22%). Jeśli taka tendencja się utrzyma może okazać się, że rynek przereagował i do sektora powróci optymizm.

Twoja „głowa” jest już na wakacjach? Przedtem zrób porządek na biurku, w kalendarzu i…

Porządek na biurku, w kalendarzu i… w głowie = mniejsze straty czasu

Letnia aura nie sprzyja efektywności. Głowę zajmuje nam upragniony urlop lub wspomnienia z właśnie zakończonych wakacji. Trudno w tym czasie o skupienie i wysiłek. Jednak, zamiast tracić ten czas na bezczynne rozmyślanie o wypoczynku lub odliczanie dni, które nas od niego dzielą, warto poświęcić odrobinę uwagi na kilka prostych czynności, które skutecznie wpłyną na naszą postawę.

Choć zadanie to może nie należy do najprzyjemniejszych, to jeszcze zanim wybierzemy się na upragniony urlop powinniśmy pomyśleć o tym, co czeka nas po powrocie do pracy. Czas ten na ogół wiąże się ze stresującym nadmiarem obowiązków, jakimi zasypią nas przełożeni czy współpracownicy, ważne więc jest odpowiednie przygotowanie.

To, z czym przyjdzie nam się niebawem zmierzyć z pewnością okaże się dużo łatwiejsze, jeśli już teraz podejmiemy działania w celu poprawy swojej efektywności. By to osiągnąć, zacząć należy od porządków – i to zarówno rozumianych dosłownie, jak i polegających na wprowadzeniu kilku zmian w codziennych nawykach czy przyzwyczajeniach.

Pozbądź się wszystkiego, co niepotrzebne

Statystycznie w pracy najwięcej czasu spędzamy za biurkiem, zatem powinno ono maksymalnie ułatwiać nam życie i podnosić produktywność. W praktyce jednak często jest zupełnie inaczej, a piętrzące się przed nami stosy niepotrzebnych przedmiotów lub dokumentów tylko rozpraszają naszą uwagę.

Popularnym uzasadnieniem dla trzymania wielu rzeczy na biurku jest chęć posiadania wszystkiego pod ręką. Problem w tym, że na ogół jeśli mamy wszystko przed sobą, to jednocześnie nie jesteśmy w stanie… niczego znaleźć.

Co więcej, zbyt duża liczba elementów sprawia, że, choć nie zdajemy sobie z tego sprawy, mebel i panujący na nim nieporządek mogą nas przytłaczać. Przez bałagan pracujemy niechętnie i wiele spraw odkładamy na później. By otaczająca przestrzeń wspierała nas w realizacji codziennych zadań należy ją zatem uporządkować .

Wszystkie przedmioty na naszym biurku warto podzielić na trzy kategorie: do wyrzucenia (tu znajdą się te niepotrzebne, przestarzałe oraz nieużywane od ponad sześciu miesięcy), do odniesienia na właściwe miejsce (do odpowiednich osób czy archiwum) oraz do przechowywania w pobliżu, czyli rzeczy przydatne na co dzień. W ten sposób to, czego rzeczywiście potrzebujemy, nadal będzie nieopodal, a reszta rozpraszaczy zostanie usunięta.

Właściwa koordynacja pracy – od czego kalendarz!

Jednym z elementów, które prawdopodobnie pozostaną w zasięgu ręki, będzie kalendarz. W dzisiejszym, pełnym wydarzeń i informacji świecie, wielu z nas nie potrafi się już bez niego obejść. I nie ma w tym absolutnie niczego dziwnego – zapamiętanie setki godzin, dat, spotkań i rocznic nie jest łatwe.

Sam fakt prowadzenia terminarza nie sprawi jednak, że nasza codzienna produktywność ulegnie znaczącej poprawie. Jeśli bowiem wszystko postanowimy „wrzucić do jednego worka”, a robocze notatki i wnioski ze służbowych narad wymieszamy z prywatnymi zapiskami, możemy być niemal pewni, że prędzej czy później o czymś w tym bałaganie zwyczajnie zapomnimy.

Dodatkowo, jeśli korzystamy z tradycyjnego kalendarza musimy się liczyć z tym, że z uwagi na swoją pojemność będzie on duży i ciężki, a przez to niezbyt wygodny w użytkowaniu.

Co zatem zrobić, by uniknąć podobnego kłopotu? Do planowania spotkań można użyć małego, kieszonkowego terminarza. Zorientowanie się w poszczególnych działaniach ułatwią nam z kolei listy zadań – zwykłe, spisane na kartce papieru czy np. w postaci aplikacji w telefonie.

Trzeci element, o którym nie powinniśmy zapominać to notatnik z wyrywanymi kartkami, który pozwoli nasze zapiski na bieżąco archiwizować, co oddzieli sprawy bieżące od tych zakończonych.

Myśl tylko o tym, co naprawdę ważne

Posprzątanie otaczającej nas przestrzeni nie zda się jednak na nic, jeśli przy tej okazji nie wprowadzimy porządku w naszym umyśle.

Codziennie, przez niemal całą dobę jesteśmy bowiem atakowani wieloma różnymi bodźcami i informacjami, a większość z nich nie jest nam do niczego potrzebna. Oprócz tego dużo energii zużywamy na próby zapamiętania rzeczy kompletnie nieistotnych – takich, jak np. listy zakupów czy obowiązków.

W tym względzie zaczynamy przypominać komputer, w którym zbyt duża liczba procesów uruchomionych w tym samym czasie powoduje znaczący spadek wydajności. I choć wydaje nam się, że pracujemy w odpowiednim tempie, w praktyce często brakuje nam choćby odrobiny kreatywności.

By to zmienić, pomocne mogą się okazać wspomniane wcześniej listy zadań, które odciążą naszą psychikę i ułatwią codzienne wykonywanie obowiązków.

W zależności od naszych potrzeb możemy wybrać coś prostego lub nieco bardziej złożoną organizację zajęć w oparciu o metodę Getting Things Done. Dzięki temu będziemy mogli skupić się np. na stojących przed nami w najbliższym czasie wyzwaniach osobistych czy zawodowych, a o codziennych, trywialnych rzeczach w odpowiednim momencie przypomni nam technologia.

Grupa Wind Mobile – Rekordowe wyniki po II kwartale 2014 r.

Grupa Wind Mobile, dostawca rozwiązań informatycznych, m.in. dla branż finansowo-bankowej i telekomunikacyjnej, zaprezentowała raport za II kwartał 2014 r. Jest to pierwszy raport pokazujący skonsolidowane wyniki dwóch spółek tworzących Grupę: Software Mind SA oferującego rozwiązania informatyczne dla branż finansowo-bankowej, telekomunikacyjnej i hotelarskiej oraz Wind Mobile SA, dostawcy rozwiązań teleinformatycznych dla operatorów komórkowych w Polsce i na świecie.

Pod względem osiągniętych wyników okres ten okazał się rekordowy. Przychody netto ze sprzedaży w pierwszym półroczu wyniosły ponad 18,4 mln zł i wykazały się dynamiką wzrostu wynoszącą aż 368 procent. Zysk netto osiągnął poziom 2 mln zł, co oznacza ponad dwukrotny wzrost w stosunku do pierwszego półrocza 2013 r.

„Dwa kwartały tego roku okazały się dla nas rekordowe pod względem przychodów i bardzo pracowite. W tym czasie wzrosła także EBITDA z 1,4 mln do 4,0 mln zł. Wyniki te najlepiej pokazują jak bardzo zwiększył się potencjał obu firm po połączeniu w jedną grupę. Bardzo cieszymy się z takiego rezultatu. Nie zwalniamy tempa i będziemy dalej ciężko pracować nad realizacją strategii intensywnego rozwoju grupy Wind Mobile. Jestem przekonany, iżdruga połowa roku pokaże, że jesteśmy jeszcze mocniejsi i będę mógł przekazać Państwu jeszcze lepsze informacje o naszych wynikach finansowych”, powiedział Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Software Mind SA.
Obecnie Grupa pracuje intensywnie nad przejściem na główny rynek warszawskiej GPW. Spółka chce, by nastąpiło to jeszcze w 2014 roku.

„Przejście na duży parkiet to naturalny krok w rozwoju naszej spółki. Cały czas rośniemy, a obecność na głównym parkiecie przyczyni się do znaczącego zwiększenia dynamiki wzrostu. Jestem przekonany, że Wind Mobile osiągnął już odpowiedni stopień rozwoju by w pełni korzystać z potencjału głównego rynku GPW i swojej obecności wśród największych graczy rynku kapitałowego w Polsce”, powiedział Grzegorz Młynarczyk, Wiceprezes Software Mind SA.

Jednocześnie Rafał Styczeń poinformował o zbliżającej się finalizacji akwizycji podmiotu ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

„Jesteśmy na końcowym etapie przejęcia. Po ustaleniu i zaakceptowaniu nowych warunków, rozpoczynamy prace nad umową akwizycyjną. Nawiązane partnerstwo na Bliskim Wschodzie otworzyło nam drzwi na wiele rynków i wielu operatorów. Do tej pory działaliśmy lokalnie z dostępem do czterech krajowych firm, więc tak szerokie zainteresowanie naszymi rozwiązaniami oraz prowadzone i przygotowywane wdrożenia pozwalają mocno rozwijać się obszarowi Mobile nowej Grupy”, powiedział Tomasz Kiser Wiceprezes Wind Mobile SA.
Wrażenie robią również wdrożenia produktów firmy. iLumio wchodzi do znanych sieci jak Hilton czy Best Western, LiveBank cieszy się zainteresowaniem w wielu krajach, a rozwiązania infrastrukturalne, wywodzące się bezpośrednio z Wind Mobile, notują w tym roku mocne wzrosty.

„Jesteśmy dumni z wdrożeń systemu iLumio, które zrealizowaliśmy dla takich światowych potentatów branży hotelowej jak m.in. Hilton czy Best Western. Pokazują one, że nasze produkty i rozwiązania są doskonałej jakości i odpowiadają potrzebom rynkowym. Wszystkie te sukcesy wzmacniają naszą Grupę. Jestem przekonany, że zarówno w średniej jak i dłuższej perspektywie, przełożą się one na wymierne korzyści dla klientów oraz akcjonariuszy Grupy Wind Mobile” ,zapewnia Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Software Mind SA.

NIK o realizacji programu zwalczania nowotworów

Ministerstwo Zdrowia finansuje program wspierający zwalczanie nowotworów, ale słabo nadzoruje jego realizację. Pomimo wydatkowania prawie dwóch miliardów złotych pacjenci objęci programem wciąż zbyt długo czekają na rozpoczęcie radioterapii, zbyt mało kobiet zgłasza się na mammografię i na cytologię, a wskaźniki wykrywania i leczenia nowotworów wciąż znacznie odbiegają od średnich europejskich.

Do końca przyszłego roku potrwa rozpoczęty w 2006 „Narodowy program zwalczania chorób nowotworowych”, wspierający leczenie raka. Zgodnie z ustawą – państwo powinno przeznaczać na Program co najmniej 250 mln rocznie, a na samo wczesne wykrywanie chorób nowotworowych nie mniej niż 10% wydatków na Program. W rzeczywistości sumy przekazywane na wczesną profilaktykę były dużo wyższe – dochodziły nawet do 38% wydatków. Głównym celem Programu jest zahamowanie wzrostu zachorowań na nowotwory oraz osiągnięcie średnich europejskich wskaźników wczesnego wykrywania nowotworów i skuteczności ich leczenia.

NIK zbadała realizację wybranych programów, m.in. dotyczących profilaktyki i wczesnego wykrywania raka piersi i szyjki macicy, radioterapii onkologicznej, tomografii pozytonowej (PET) oraz systemu zbierania i rejestrowania danych o nowotworach.

Mocną stroną Programu – w ocenie NIK – jest zapewnienia wszystkim chętnym dostępu do badań profilaktycznych bez żadnych ograniczeń. Ministerstwo Zdrowia nie posiada jednak zbiorczej, całościowej informacji o działaniach podejmowanych przez różne podmioty zajmujące się profilaktyką i leczeniem nowotworów, nie stworzono też systemu wymiany informacji i współpracy pomiędzy nimi.

Badania przesiewowe – koszty administracyjno-logistyczne od 2006 r. – ponad 159 mln. zł, koszt samych zaproszeń od 2009 r. ponad 30 milionów złotych

Badania przesiewowe wciąż pozostają najskuteczniejszym i niezastąpionym na razie sposobem wczesnego wykrywania i zapobiegania nowotworom. Jednak, aby były skuteczne (i opłacalne) na badania, zgodnie z zaleceniami WHO i ekspertów Komisji Europejskiej, musiałoby zgłaszać się co najmniej 70% – 75% populacji docelowej.

Tymczasem, mimo prowadzenia akcji mających zwiększyć liczbę Polek zgłaszających się na badania profilaktyczne, odsetek ten w ostatnich latach nie uległ poprawie, a nawet w niektórych województwach zmniejszył się (np.: w 2011 r. w stosunku do 2010 r. w przypadku badań cytologicznych spadł w sześciu, a w przypadku badań mammograficznych – w pięciu województwach).

NIK zwraca uwagę, że podejmowane przez Centralne i Wojewódzkie Ośrodki Koordynujące akcje zachęcające Polki do udziału w badaniach cytologicznych i mammograficznych są nieskuteczne. Od lat niezmiennie podstawą akcji promocyjnych jest list-zaproszenie. Od 2009 roku na wysyłkę imiennych zaproszeń na badania przesiewowe wydano 30 milionów złotych (1/3 wszystkich pieniędzy, przeznaczonych na działania administracyjno-logistyczne). W odpowiedzi na blisko 21 milionów wysłanych zaproszeń (cytologia + mammografia) na badania zgłosiło się nieco ponad 3,5 mln kobiet (18%).

Faktyczny udział kobiet (korzystających z zaproszeń i zgłaszających się samodzielnie) w badaniach mammograficznych wynosił od 36,0% w 2009 r. do 42,9% w 2012 r. (w I półroczu 2013 r. – 19,0%), a w badaniach cytologicznych od 26,7% w 2009 r. do 23,4% w 2012 r. kobiet (w I półroczu 2013 r. – 10,4%).

Zbiorcze dane o liczbie kobiet, u których wykonano badania cytologiczne lub mammograficzne w ramach różnych systemów, np. lecznictwa szpitalnego podstawowej lub ambulatoryjnej opieki zdrowotnej, są rozproszone i dlatego wciąż nie można pozwolić sobie na rzetelną ocenę efektywności Programu.

Program radioterapii – koszt od 2006 r. ponad 1 miliard złotych.

Od początku działania Programu (od 2005 r.) liczba urządzeń do radioterapii wzrosła z 70 do 123. Równocześnie systematycznie skracają się kolejki ( z 8-10 tygodni w 1998 r. do 4-5 tygodni w 2012 r.), zwiększa się też liczba chorych leczonych metodą radioterapii (z ok. 40 tys. w 1999 r. do 80 tys. w 2012 r.). Jednak cały projekt nie działa tak dobrze, jak powinien, a pacjenci wciąż zbyt długo czekają na rozpoczęcie leczenia napromieniowaniem, co zmniejsza ich szanse na wyleczenie. W 1/5 skontrolowanych ośrodków radioterapii czas oczekiwania na udzielenie świadczenia był dłuższy niż 4 tygodnie, a w skrajnych wypadkach wynosi nawet ponad dwa miesiące.

Pomimo że od 2006 r. do połowy 2013 r. na radioterapię wydano łącznie blisko miliard złotych (tj. 55,7% wydatków poniesionych na cały Program) wciąż nie osiągnięto planowanego (i zalecanego m.in. przez WHO) poziomu jednego aparatu na 250 tys. osób. NIK wskazuje, że Minister Zdrowia podejmował decyzje o przyznaniu dofinansowania na zakup nowej oraz modernizację już posiadanej aparatury do radioterapii onkologicznej bez odpowiedniego rozeznania rynku i cen oferowanych przez dostawców. Minister nie dysponował również opinią niezależnych specjalistów w zakresie stosowania urządzeń różnych producentów w tworzeniu zintegrowanych linii radioterapeutycznych.

Na koniec 2012 r., jeden aparat do radioterapii przypadał średnio na 321 154 osób, a w poszczególnych województwach od 242 099 do 425 737 osób. Normy zalecane przez WHO (zgodnie z „Raportem na temat stanu radioterapii w Polsce w 2012 r.”, sporządzonym przez Konsultanta Krajowego w dziedzinie radioterapii onkologicznej), spełniały tylko dwa województwa: warmińsko-mazurskie i zachodniopomorskie. Najmniejszą dostępność odnotowano natomiast w województwie podkarpackim (425.737) i łódzkim (422.280). Przyczyną nieosiągnięcia wskaźników wyposażenia w aparaty było sukcesywne wycofywanie zużytego sprzętu w celu zapewnienia bezpieczeństwa pacjentów w leczeniu radioterapeutycznym.

Programu Tomografii Pozytonowej (PET) – koszt od 2006 r. ponad 90 milionów

Program zakładał, że do 2008 roku jeden ośrodek PET powinien przypadać na 10 mln mieszkańców, a później docelowo każdy aparat powinien wykonywać co najmniej 2000 badań rocznie.

W grudniu 2012 r. w publicznych placówkach zainstalowanych było aż siedem tomografów zakupionych w ramach Programu. Cztery z nich wykonywały mniej niż dwa tysiące badań rocznie (niektóre dużo mniej – np. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku – 423 w 2010 r.) przede wszystkim z powodu niskich kontraktów z NFZ.

Zwiększenie liczby ośrodków onkologicznych wyposażonych w urządzenia PET nie doprowadziło do skrócenia kolejki oczekujących. W trzech skontrolowanych ośrodkach PET wzrosła natomiast liczba oczekujących na badanie.

W Centrum Onkologii im. M. Skłodowskiej-Curie w Warszawie liczba osób oczekujących na badanie PET wzrosła dwukrotnie ( z 48 na koniec 2009 r. do 104 na 30 czerwca 2013 r.),a średni rzeczywisty czas oczekiwania wydłużył się z 14 dni do 28 dni.

W Wielkopolskim Centrum Onkologii w Poznaniu liczba oczekujących wzrosła z 28 w 2009 r. do 80 w 2013 r., a średni rzeczywisty czas oczekiwania z 16 dni w 2009 r. do 23 w 2013 r.

Według danych Głównego Inspektora Sanitarnego w Polsce funkcjonuje aktualnie 27 ośrodków PET, w tym 14 w publicznych podmiotach leczniczych i 13 w placówkach prywatnych.

W planowanym terminie, tj. do końca 2011 r., nie uruchomiono dla potrzeb badań PET produkcji radiofarmaceutyku FDG na potrzeby krajowe, mimo że Ministerstwo Zdrowia sukcesywnie, już od 2007 r., finansowało zakup sprzętu specjalistycznego dla wybranych w tym celu trzech podmiotów. Dwa z nich produkowały radiofarmaceutyk wyłącznie na potrzeby własne, po koszcie znacznie przekraczającym ceny oferowane przez dostawców zagranicznych, a trzeci – Środowiskowe Laboratorium Ciężkich Jonów Uniwersytetu Warszawskiego był w trakcie przygotowywania dokumentacji związanej z uzyskaniem pozwolenia na wytwarzanie radiofarmeceutyku w Polsce.

W Polsce następuje stały wzrost zachorowań na choroby nowotworowe. Zmiany w strukturze ludności i zwiększająca się liczba osób w wieku podeszłym, będą sprzyjać temu zjawisku. Stanowi to istotne wyzwanie dla systemu ochrony zdrowia i polityki państwa w tym zakresie. „Narodowy program zwalczania chorób nowotworowych” ma charakter interwencyjny, wspierający działania w zakresie onkologii.

Mając na względzie uzasadnione plany kontynuowania Programu przez Ministerstwo Zdrowia, NIK zwraca uwagę na konieczność nadania Programowi lepszej, nowocześniejszej formuły. Zarówno sam Program, jak i rozwiązania organizacyjne przyjęte w leczeniu onkologicznym powinny tworzyć spójny system, zapewniający pacjentowi odpowiednią informację, szybkie podjęcie leczenia i sprawne skoordynowanie jego etapów.

Niezbędne do tego będzie przygotowanie sprawnego i funkcjonalnego systemu rejestrowania udziału pacjentów w badaniach profilaktycznych. Najwyższa Izba Kontroli ponawia także swój wniosek z 2009 roku o zweryfikowanie przez Ministra Zdrowia działań administracyjno-logistycznych podejmowanych w ramach programów przesiewowych oraz o rozważenie wprowadzenia nowych metod i form organizacyjnych, które pozwoliłyby zwiększyć liczbę kobiet uczestniczących w tych badaniach.

BZ WBK: Sprzedaż kredytów inwestycyjnych dla firm w II połowie roku będzie szybko rosła

CEO Magazyn Polska

BZ WBK spodziewa się 2 mld zł zysku netto w tym roku. W pierwszym półroczu bank zarobił blisko 950 mln zł – o 20 proc. więcej niż rok wcześniej. Zdaniem prezesa BZ WBK pozytywnie wyróżniającym się segmentem będą kredyty korporacyjne oraz kredyty dla małych i średnich firm. Mateusz Morawiecki twierdzi, że szybkie tempo wzrostu sprzedaży kredytów korporacyjnych będzie się utrzymywało w drugiej połowie roku.

Bardzo wzrasta nam sprzedaż kredytów dla małych i średnich przedsiębiorstw, o 15 proc. rok do roku, leasing 17 proc., faktoring ponad 20 proc. Liczba udzielonych korporacjom kredytów także bardzo mocno rośnie. Świadczy o tym wyraźne ożywienie popytu na kredyt inwestycyjny. O ile w zeszłym roku były to głównie kredyty obrotowe, o tyle teraz są to kredyty obrotowe, leasing, faktoring i przede wszystkim kredyty inwestycyjne. Tutaj będzie obserwować pozytywny trend w zakresie akcji kredytowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Mateusz Morawiecki, prezes zarządu Banku Zachodniego WBK.

Bank Zachodni WBK spodziewa się, że w całym 2014 r. zanotuje zysk netto na poziomie ok. 2 mld zł. W pierwszym półroczu skonsolidowany zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 953,4 mln zł, o 20,2 proc. więcej w ujęciu rocznym. Mimo pojawiających się negatywnych sygnałów z realnej gospodarki bank spodziewa się utrzymania się wysokiego tempa wzrostu kredytów korporacyjnych i konsumpcyjnych w następnych 6 miesiącach. Zdaniem prezesa BZ WBK konflikt między Rosją a Ukrainą nie przekłada się negatywnie na polski eksport, bo firmy zwiększały sprzedaż na innych zagranicznych rynkach.

W tym roku Polska jest w stanie osiągnąć ponad 3-proc. wzrost PKB, co w porównaniu z poprzednimi dwoma latami będzie bardzo dobrym wynikiem. Tutaj polscy przedsiębiorcy wykazują się ogromną elastycznością, bo szybko potrafili znaleźć nowe rynki zbytu – uważa Mateusz Morawiecki.

Bank pracuje nad dalszym zwiększaniem efektywności, którą udało się poprawić w pierwszej połowie br. Dzięki niższej dynamice całkowitych kosztów (2 proc. rok do roku) w porównaniu z dochodami (6,7 proc. rok do roku), wskaźnik kosztów do dochodów spadł z 50,5 proc. do 48,3 proc. Po wyłączeniu efektów integracji z Kredyt Bankiem wskaźnik spadł z 46,4 proc. do 44,6 proc. Poprawę efektywności umożliwia m.in. rozwój bankowości mobilnej przy jednoczesnych zmianach w modelu obsługi klientów w oddziałach.

Testujemy szereg rozwiązań, ponieważ nie chcemy udawać, że wiemy to, czego nikt na świecie nie wie, a mianowicie jak będzie wyglądał model bankowości oddziałowej, bankowości detalicznej za trzy czy cztery lata. On ulegnie na pewno ewolucji, może nawet gwałtownej, ale szczegółów nikt nie zna. W związku z tym chcemy testować różne modele i sprawdzać, który się klientom najbardziej spodoba – mówi Morawiecki.

W ostatnim kwartale 2014 r. inwestorzy poznają wyniki stress-testów, których celem jest przegląd jakości aktywów w bankach (AQR – asset quality review), w tym oszacowanych wysokości odpisów aktualizujących. Dzięki nim możliwe będzie porównanie sytuacji finansowej banków w UE, które stosowały do tej pory różne metody oceny ryzyka aktywów. Prezes BZ WBK nie spodziewa się, by stress-testy prowadzone przez Europejski Bank Centralny istotnie wpłynęły na wyniki banku.

Będzie to dodatkowe ćwiczenie ostrożnościowo-regulacyjne, które da wiedzę Europejskiemu Bankowi Centralnemu i regulatorowi oraz nadzorcom w Polsce, jak zdrowy jest portfel kredytowy poszczególnych banków. Trudno mi wypowiadać się za inne banki, ale w Banku Zachodnim WBK nie spodziewamy się żadnych niespodzianek – mówi prezes BZ WBK.

Fałszywe promocje i manipulowanie cenami to najczęstsze triki podczas sezonowych wyprzedaży

Super- i hipermarkety prześcigają się w promocjach, by przyciągnąć klientów. Manipulowanie cenami i fałszywe promocje to najpopularniejsze triki sprzedawców mające skłonić klientów do wydania większej sumy pieniędzy, niż planowali. Dla kupujących często stanowi to jednak tylko pozorną oszczędność.

Najstarszym i wciąż najbardziej popularnym trikiem stosowanym przez sprzedawców jest tzw. downsizing, czyli zmniejszanie wagi produktu. Klient często nie zauważa, że kupuje mniejsze opakowanie za tę samą cenę. Sposobem na przyciągnięcie klienta są także ceny z końcówką 99 gr. Zdaniem psychologów widząc taką cenę, klient zakłada, że towar został przeceniony. Bardzo często także kupujący podświadomie zaniża cenę, sugerując się cyfrą stojącą przed przecinkiem.

Mózg często idzie na skróty, mówiąc: tu jest taniej, tu jest drożej, a to są tylko 2 grosze różnicy. Czasami przy downsizingu odbieramy jako super promocję obniżenie ceny z 4,01 zł na 3,99 zł, przy czym nowa cena to często nowe i mniejsze opakowanie, czego już klienci nie sprawdzają – tłumaczy Dawid Piaskowski, prezes zarządu Okazjum.pl, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle.

Zdarza się także, że sklepy zawyżają ceny tuż przed okresem wyprzedaży, po czym obniżają je do pierwotnej wysokości, jednocześnie ogłaszając promocję. Właściciele sklepów dbają, aby w lokalach panowała miła atmosfera, dzięki której zrelaksowany klient kupi więcej, niż planował. Utrzymaniu dobrego nastroju kupujących służą zwłaszcza spokojna muzyka, miły zapach i przytulny wystrój wnętrz. Odpowiednia ekspozycja towaru również ma wpłynąć na wybór klienta. Najdroższe produkty lub te, na których sprzedaży właścicielom marketów zależy najbardziej, ułożone są na wysokości wzroku kupującego.

Produkty na wysokości wzroku są zwykle od producentów, którzy płacą sklepom najwięcej. Czasami łączą to z ciekawą sztuczką, która dopiero przychodzi z Zachodu – są to maty na podłodze, gumowe bądź materiałowe, które automatycznie powodują, że idziemy wolniej i wolniej pchamy wózek, co automatycznie powoduje, że zaczynamy się bardziej rozglądać i na wysokości wzroku częściej trafiamy na takie produkty, promocje – tłumaczy Dawid Piaskowski.

Towary w sklepach ułożone są według cen. Obok siebie leżą podobne produkty, ale w różnych cenach. Klienci zazwyczaj rezygnują z produktu najtańszego, sięgając po jego droższy, ale nie najdroższy odpowiednik. Nieco wyższa cena sugeruje bowiem lepszą jakość.

Kiedy idziemy po określony produkt, widzimy, że płacąc więcej, możemy mieć lepszy produkt. Kojarzy nam się to z luksusem, więc często ludzie sięgają po nieco droższy produkt, automatycznie zostawiając więcej przy kasie – mówi Dawid Piaskowski.

Coraz częściej polskie markety manipulują za pomocą rozmiarów koszyków na zakupy. Klienci nie znajdując przy wejściu do sklepu małego, poręcznego koszyka, biorą duże kosze albo wózki na zakupy. Wkładając do nich zakupy, mają wrażenie, że kupili za mało, ponieważ nie zapełnili koszyka, co zachęca ich do dalszego kupowania.

Pracodawca może dofinansować wakacje pracownika. Niektórzy mają nawet taki obowiązek

CEO Magazyn Polska

Przed wyjazdem na urlop warto sprawdzić, czy nasz pracodawca dopłaca do wypoczynku pracowników. Wprawdzie obowiązek taki mają jedynie zakłady budżetowe oraz jednostki samorządowe, ale wiele prywatnych spółek także dotuje wyjazdy wakacyjne.

W mniejszych firmach, gdzie liczba pracowników zatrudnionych w przeliczeniu na pełny etat jest mniejsza niż 20, pracodawca może wybrać, czy tworzy Zakładowy Fundusz Świadczeń Socjalnych, z którego dofinansowuje wypoczynek pracowników, czy robi to z budżetu firmy. W większych przedsiębiorstwach wsparcie urlopowe pracownicy mogą otrzymać wyłącznie ze środków Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych. Jak wyjaśnia Marta Kosakowska, aplikant adwokacki TGC Corporate Lawyers, główna różnica polega na tym, że świadczenia urlopowe z budżetu firmy otrzymuje każdy z pracowników po spełnieniu określonych przesłanek. Wsparcie z ZFŚS przysługuje tylko niektórym i w różnej wysokości.

Przy tzw. wczasach pod gruszą pracodawca ma obowiązek brać pod uwagę zarówno sytuację życiową, warunki socjalne, materialne, jak i rodzinne pracownika. Nie wszyscy pracownicy są uprawnieni do tego, żeby uzyskać takie świadczenia. Są sytuacje, że w danym roku niektórzy pracownicy ich nie otrzymują, ponieważ mają np. za wysokie dochody, za dobrą sytuację materialną i życiową. Wysokość dofinansowania zależy również od sytuacji pracownika i zasadniczo w odniesieniu do poszczególnych pracowników powinna się różnić – zaznacza Marta Kosakowska w rozmowie z agencją Newseria Biznes.

W obu przypadkach zasadniczo to pracodawca decyduje o wysokości oraz zasadach wypłaty. Ogólne warunki przyznawania świadczeń urlopowych są zawarte w Ustawie o Zakładowym Funduszu Świadczeń Socjalnych. Zgodnie z ustawą jeśli pracodawca nie rezygnuje w ustawowym terminie z wypłaty świadczeń urlopowych i decyduje się na takie wypłaty, przysługują one bez wyjątku każdemu pracownikowi, który idzie na urlop nie krótszy niż 14 dni kalendarzowych z rzędu, ponadto, co istotne, wypłacając świadczenia urlopowe, pracodawca nie ma obowiązku brać pod uwagę sytuacji socjalnej i rodzinnej pracownika.

Zasady wypłat z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych określone są w zakładowym regulaminie.

W spółce powinien obowiązywać regulamin takiego funduszu – mówi Kosakowska. – Powinny być w nim zawarte zapisy, które stanowią o tym, które osoby są uprawnione do uzyskiwania takiego świadczenia, jakie należy spełnić formalności, jakie przedłożyć dokumenty, jaka jest wysokość tego typu świadczenia i co się dzieje, kiedy na przykład pracownik przerwie urlop bądź wykorzysta dofinansowanie na cele niezwiązane z wypoczynkiem.

By rozliczyć świadczenia, w obu przypadkach pracodawca może zażądać od pracownika przedłożenia rachunków za wakacje.

Jeżeli chodzi o świadczenia urlopowe, to zgodnie z ustawą pracodawca ma obowiązek wypłacić pracownikowi świadczenie urlopowe najpóźniej ostatniego dnia przed rozpoczęciem urlopu. Natomiast w przypadku wczasów pod gruszą nie ma takich ustaleń, ale normalne jest, że środki te są po to, by wykorzystać je na urlop, więc powinny być wypłacone na chwilę przed rozpoczęciem urlopu bądź niedługo po jego zakończeniu – mówi ekspertka z TGC Corporate Lawyers.

Warto też pamiętać, że wakacyjne wsparcie może być opodatkowane.

Od świadczeń urlopowych odprowadza się podatek. Natomiast w przypadku wczasów pod gruszą do kwoty 380 zł w roku kalendarzowym nie odprowadza się podatku. Pracodawca może jednak wypłacić więcej niż 380 zł i dopiero powyżej tej kwoty odprowadza się podatek – zaznacza Marta Kosakowska.

Jak podkreśla, gdy świadczenie urlopowe przekroczy 1093,93 zł, należy od niego zapłacić też składkę na ZUS. Natomiast w przypadku wczasów pod gruszą finansowanych ze środków ZFŚS składek na ZUS nie odprowadza się wcale.

Wielkie fundusze na innowacyjność. Na ten cel trafi część z ponad 100 mld euro ze środków unijnych i krajowych

CEO Magazyn Polska

Jutro rusza nabór projektów w drugim konkursie programu GEKON. Do przedsiębiorstw i konsorcjów naukowych rozwijających technologie proekologiczne trafi prawie 200 mln zł ze środków krajowych. Jesienią ruszą też nabory do pierwszych programów badawczych i wdrożeniowych współfinansowanych przez UE. Do 2020 r. łączne dotacje przekroczą 100 mld euro, z czego znaczna część trafi na rozwój innowacji.

Minimum dla Polski w nowej perspektywie to jest 113 mld euro z samych funduszy spójności [82,5 mld euro z UE oraz obowiązkowe dodatkowe min. 25 proc. ze środków krajowych – red.]. Mamy jeszcze Program Europejskiej Współpracy Terytorialnej, środki norweskie i szwajcarskie. Jest bardzo dużo pieniędzy i bardzo mało lat, bo tak naprawdę mamy tylko czas do 2020 roku. To jest ostatni w mojej ocenie tak duży, potężny ładunek środków dla Polski – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Misiołek, prezes zarządu firmy Abbeys, zajmującej się europejskim doradztwem finansowym.

Naukowcy i przedsiębiorcy mogą liczyć zarówno na programy krajowe, jak i współfinansowane przez UE. Jednym z tych pierwszych jest GEKON ‒ w sobotę 9 sierpnia rusza nabór do drugiego konkursu w ramach tego programu. Potrwa miesiąc, a dla wybranych projektów wstępnie przeznaczonych jest 36 mln zł na fazę badawczo-rozwojową i 160 mln zł na fazę wdrożeniową. Program po połowie współfinansują Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Wcześniej ruszyły już także inne programy. Pierwszy konkurs z programu STRATEGMED, w którym dla konsorcjów naukowych pracujących nad nowymi metodami w medycynie przeznaczono 360 mln zł, jest już na etapie podpisywania umów. 25 lipca ruszył nabór do drugiego konkursu w tym programie, w którym budżet wynosi 220 mln zł.

W ciągu kolejnych miesięcy ruszą programy BIOSTRATEG oraz wspólne przedsięwzięcie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. Jesienią, po sfinalizowaniu negocjacji dotyczących realizacji perspektywy unijnej 2014-2020, ruszą także współfinansowane ze środków Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój programy Szybka Ścieżka, DEMONSTRATOR+, Innomed oraz Innolot. Wszystkie z nich premiują innowacyjne rozwiązania i ich komercyjne wdrożenie. Jak podkreśla Misiołek, pierwsze fundusze nie trafią do odbiorców wcześniej niż na początku przyszłego roku. Środki są przede wszystkim skierowane dla małych i średnich przedsiębiorstw.

Czyli firm zatrudniających do 250 osób średniorocznie, ale również dla dużych przedsiębiorstw – precyzuje Misiołek. ‒ Główny nacisk jak zwykle będzie położony na innowacje: czyli albo wprowadzamy zupełnie nową, znacząco ulepszoną usługę lub produkt, albo będziemy chcieli mieć pieniądze na badania, rozwój i na prace rozwojowe, czyli na przykład na prototypy.

O fundusze nie jest jednak łatwo: konkurencja jest silna, a wymogi formalne i merytoryczne skomplikowane. Przedsiębiorcy często nie mają czasu ani umiejętności, by poprawnie przebrnąć przez dokumentację, a przez to nawet bardzo dobre pomysły mogą nie dostać dofinansowania.

Misiołek zauważa, że na dofinansowanie nie mogą liczyć już te projekty, które poprawią tylko wyniki finansowe aplikującej spółki. Muszą one w jakiś sposób wiązać się z celami polityk unijnych, np. aktywizować zawodowo młodych lub starszych pracowników, a nie wyłącznie zwiększać umiejętności tych, którzy już mają pracę.

Teraz będzie już trochę mniej pieniędzy, które mogły pozyskiwać przedsiębiorstwa na szkolenie specjalistyczne, na przykład obsługi wózków widłowych. Większy będzie nacisk na inicjatywy np. dla osób w wieku 55+ albo 25-, a także zapobieganie marginalizacji, na przykład by kobiety po latach opieki nad dzieckiem mogły w dość płynny sposób powrócić na rynek pracy – tłumaczy Misiołek. ‒ Dobry pomysł przedstawiony w taki sposób, że on jest korzystny tak naprawdę dla danego przedsiębiorcy, a nie realizuje postanowień strategii Europa 2020, nie dostanie pieniędzy.

Misiołek podkreśla, że wartości konkursów są bardzo zróżnicowane. Średnia wielkość dotacji dla małych i średnich przedsiębiorstw, na podstawie wniosków spływających do Abbeys, to między 10 a 12 mln zł.

Godziwa emerytura niemożliwa bez własnych oszczędności

CEO Magazyn Polska

Co najmniej 2 mln Polaków zdecydowało się oszczędzać na emeryturę równocześnie w ZUS i OFE. Wysokość przyszłych emerytur będzie jednak w niewielkim stopniu zależeć od podjętej decyzji. Bez dodatkowego zabezpieczenia, czyli własnych oszczędności, większość emerytów będzie otrzymywać bardzo niskie świadczenia.

Według danych z 6 sierpnia liczba osób, która zdecydowała się przekazywać część składki emerytalnej do otwartych funduszy emerytalnych, przekroczyła 2 miliony. To zdecydowanie więcej niż prognozowano jeszcze kilka miesięcy temu. Eksperci jednak podkreślają, że żaden z tych wariantów raczej nie będzie miał wpływu na wysokość emerytur w przyszłości. Tym bardziej że do OFE trafiać będzie niecałe 3 proc. pensji ubezpieczonego.

Załóżmy nawet, że koniunktura będzie sprzyjająca, a decyzje zarządzających OFE trafne, to i tak będzie miało niewielki wpływ na naszą emeryturę. Dodatkowo trzeba liczyć się z zagrożeniem, że OFE w ciągu kilku lat mogą zniknąć w obliczu kolejnych problemów budżetowych – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Suchodolski z Wealth Solutions.

Jak podkreśla, już dziś w ZUS-ie brakuje środków na wypłatę 30 proc. emerytur, a dziura ta łatana jest z budżetu państwa. Problem ten będzie się powiększać przez zmiany demograficzne.

Część naszych wpłat natychmiast jest wypłacana obecnym emerytom i tworzony jest tylko zapis na naszych subkontach i kontach emerytalnych, który jest co roku waloryzowany – dodaje Suchodolski.

Dodaje jednak, że i to jest uzależnione od decyzji politycznych

Niektórzy eksperci prognozują, że 30-latkowie regularnie opłacający składki emerytalne mogą liczyć na emeryturę w wysokości około 30 proc. ostatniej pensji. ZUS przekonuje, że jeżeli ktoś przez 45 lat będzie odkładać składki, to może liczyć na ok. 50 proc. ostatniej pensji. Niezależnie jednak od szacunków przyszli emeryci powinni w porę zadbać samodzielnie o swoją emeryturę.

W myśl reformy emerytalnej z 1999 r. możemy odkładać na emeryturę w ramach III filaru. Do wyboru są dwa rozwiązania: indywidualne konto emerytalne (IKE) i indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). Różnią się tylko tym, kiedy możemy skorzystać z ulgi podatkowej, odkładając w danej formie pieniądze na emeryturę – wyjaśnia Suchodolski.

W przypadku IKE przyszły emeryt skorzysta z ulgi przy wypłacaniu środków – nie będzie musiał płacić 19-proc. podatku od zysku. W przypadku IKZE ulgę można wykorzystywać każdego roku przy rozliczeniu PIT-u, odliczając składki od podstawy opodatkowania. Konta różnią się również limitem wpłat: na IKE można w tym roku przeznaczyć nieco ponad 11,2 tys. zł, a na IKZE, zgodnie z limitem procentowym, niecałe 4,5 tys. zł.

Minusem tych rozwiązań jest to, że jesteśmy zmuszeni do regularności wpłat. Możemy być karani za brak sumienności i musimy wtedy ponosić pewne opłaty, które w wielu wypadkach są wyższe niż poza tym systemem – ostrzega Piotr Suchodolski.

Dla mniej odważnych inwestorów dostępne są tradycyjne produkty bankowe, jak np. lokaty. Bardziej odważni mogą wybierać w różnego rodzaju funduszach, lokując swoje środki w akcje, obligacje czy waluty. W opinii Suchodolskiego również inwestycje alternatywne mogą się dobrze sprawdzić jako lokata emerytalna, dlatego że są niezależne od rynków finansowych. Są to m.in. dzieła sztuki, przedmioty kolekcjonerskie, jak butelki ekskluzywnej whisky, autografy czy znaczki pocztowe.

Świetnie się sprawdzają jako lokata długoterminowa, przynajmniej kilkuletnia. Jest to dobre rozwiązanie, jeśli chcemy budować swoją emerytalną przyszłość – dodaje Suchodolski. – W pewnych przypadkach możemy również liczyć na pewne ulgi podatkowe, gdyż jeśli sprzedamy aktywa po upływie 6 miesięcy od zakupu, nie będziemy musieli płacić 19-proc. podatku od zysku.

Zdaniem Suchodolskiego inwestycje alternatywne mogą przynieść spore zyski oszczędzającemu. Globalny indeks sztuki Mei Moses pokazuje, że przez ostatnie 60 lat osoby, które inwestowały w sztukę na okres sześciu lat, mogły zyskać średnio 112 proc. Średni zwrot dla złota wyniósł w tym czasie 64 proc., a dla akcji z indeksu S&P500 – 73 proc. Inwestycje alternatywne wymagają jednak grubego portfela, bo aby rozpocząć inwestowanie, potrzeba co najmniej kilkunastu tysięcy złotych.