Lista strategicznych spółek Skarbu Państwa: komfort dla zarządów i wyraźny sygnał dla inwestorów

CEO Magazyn Polska

Status spółki strategicznej dla polskiej gospodarki zarówno zwiększy komfort działania zarządu, jak i będzie wyraźnym sygnałem dla potencjalnych inwestorów, którzy inwestują, zakładając scenariusz przejęcia danej spółki – ocenia Adam Ruciński, prezes BTFG Audit. Obecność na liście MSP może także obniżyć koszty długu, bo posiadacze obligacji mogą zakładać, że rząd nie pozwoli na upadek takiej firmy. Mniejszościowi akcjonariusze muszą się jednak liczyć z tym, że państwo poprzez spółkę nie będzie realizować ich interesów.

To dobrze, że w Polsce taka lista jest jawna, że jest podawana do publicznej wiadomości. Po pierwsze, jest to wyraźny sygnał dla potencjalnych inwestorów, by liczyli się z tym, że Skarb Państwa będzie bacznie przyglądał się spółkom. Po drugie, jest to również sygnał dla samych zarządów, że mogą działać w bardziej komfortowej sytuacji, jeśli chodzi o wypełnianie swoich dość szczególnych funkcji w zakresie organizacji danego państwa – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Adam Ruciński, prezes zarządu BTFG Audit.

Z prawnego punktu widzenia sytuacja strategicznych spółek niczym się nie różni od innych osób prawnych, które są pod kontrolą państwa. Zdaniem Rucińskiego poza wydźwiękiem medialnym czy PR, ma to jednak pewne rynkowe konsekwencje dla akcjonariuszy oraz potencjalnych inwestorów.

Jest to sygnał mówiący, że jest to nie tylko spółka, o którą Skarb Państwa troszczy się szczególnie, lecz także spółka, która nie będzie podlegała przejęciu. Jeżeli są inwestorzy, którzy inwestują, zakładając, że spółka zostanie przejęta, co w ich mniemaniu spowoduje jej nieoczekiwany wzrost, muszą ten scenariusz porzucić – uważa prezes zarządu BTFG Audit.

W dokumencie MSP „Lista podmiotów o strategicznym znaczeniu dla gospodarki państwa” znalazły się 22 spółki, przy czym część z nich nie jest notowana na GPW. Do najważniejszych spółek publicznych na liście należą: Lotos, KGHM, PGE, PKN Orlen, PGNiG, PKO BP, PZU, Tauron, a także Grupa Azoty. Minister SP Włodzimierz Karpiński uzasadniał umieszczenie Azotów na liście „skalą działalności, dużym wpływem na gospodarkę oraz ogromnym znaczeniem dla rynku pracy”. To wyraźny sygnał dla Acronu, który nabył już 20 proc. akcji chemicznej i starał się o wrogie przejęcie Azotów. Jednocześnie oznacza to, że rząd zrezygnował z dokończenia prywatyzacji polskiej chemii.

Inną rynkową konsekwencją umieszczenia danych spółek SP na liście strategicznych jest to, że prawdopodobnie będą one mogły taniej emitować obligacje. Choć według prawa Skarb Państwa nie odpowiada za zobowiązania spółek SP, to w praktyce udzielenie wsparcia zależy tylko od decyzji politycznych. W przypadku spółek strategicznych kupujący akcje i obligacje takich podmiotów mają większe podstawy, by oczekiwać, że w przypadku problemów finansowych państwo będzie interweniować. W przypadku upadłości pierwszeństwo zaspokojenia roszczeń przysługuje jednak posiadaczom obligacji.

To są podobne konsekwencje do tych, jakie widzieliśmy w Stanach Zjednoczonych, że taka spółka nie może upaść. Jest oczywiście bardziej wiarygodna, bardziej stabilna zarówno dla samych akcjonariuszy, jak i dla innych potencjalnych wierzycieli, dla obligatariuszy w przypadku emisji obligacji. Oczywiście trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że taka spółka nie poprawi z roku na rok wyników na przykład o 40-50 proc., ponieważ to są spółki bardziej stabilne – wyjaśnia Adam Ruciński.

Część spółek SP działa w sektorach gospodarki, które podlegają relatywnie małym wahaniom koniunktury, dzięki czemu są one atrakcyjne dla bardziej ostrożnych inwestorów, którzy inwestują w dłuższym horyzoncie czasowym. Szczególnie atrakcyjne dla nich są spółki o stabilnych przychodach, generowanej gotówce oraz dywidendach.

W praktyce w przypadku spółek publicznych pod kontrolą SP istnieje jednak problem z wiarygodnym oszacowaniem przyszłych dywidend. Wynika to stąd, że MSP ma zawsze możliwość przegłosowania wyższej lub niższej dywidendy w stosunku do rekomendacji zarządu. Szczególne ryzyko występuje w przypadku zmiany rządu, ponieważ plany inwestycyjne spółek mogą ulec wtedy zasadniczym modyfikacjom. Wreszcie w przypadku spółek SP istnieje podwyższone ryzyko, że inwestycje będą realizowały inne cele niż maksymalizację zysku dla akcjonariuszy – wskazuje Ruciński.

Należy podchodzić z dużą ostrożnością do inwestowania w tego rodzaju spółki, ponieważ Skarb Państwa wyraźnie mówi, że będzie tych spółek pilnował, co oznacza również, że musi ona wypełniać pewną rolę służebną wobec całego społeczeństwa, a nie tylko kilku czy kilkuset wybranych akcjonariuszy. Oznacza to, że akcjonariusze muszą liczyć się z tym, iż wielkich zysków z takiej inwestycji nie osiągną – podsumowuje prezes BTFG Audit.

Minimalna poprawa na rynku pracy. Koszty pracy jednak wciąż zbyt wysokie

CEO Magazyn Polska

W lipcu bezrobocie wyniosło 11,9 proc. – wynika z szacunków resortu pracy. To ponad 1 procent mniej niż przed rokiem. Zdaniem ekspertów zmiany jednak są wciąż w granicy błędu statystycznego. Tym bardziej że w wakacje ze względu na prace sezonowe zawsze spada liczba bezrobotnych. Sytuację mogłoby poprawić obniżenie kosztów pracy. Pozwoliłoby to na zwiększenie zatrudnienia w mniejszych firmach, a tym samym na zatrzymanie fali emigracji. Obecnie za granicą pracuje już 2 mln Polaków.

Dane Ministerstwa Pracy i GUS-u wskazują, że bezrobocie stopniowo spada. Wynik z lipca, czyli 11,9 proc., jest najlepszym wynikiem od czerwca 2011 roku (11,8 procent). Rok temu bez pracy było ponad 13 proc. Polaków. Mimo to zdaniem specjalistów trudno o optymizm.

– Pamiętajmy, że w Polsce cały czas mamy do czynienia z dwucyfrowym bezrobociem. Stąd zmiany na poziomie błędu statystycznego są pocieszeniem tylko dla polityków, a nie realnym wskaźnikiem pozytywnych zmian w naszym kraju – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Sadowski, ekspert z Centrum im. Adama Smitha.

Jego zdaniem pomóc mogłoby obniżenie kosztów pracy, które w Polsce utrzymują się na wysokim poziomie – podatek dochodowy i składki na ZUS stanowią blisko 70 proc. pensji netto. To oznacza, że na każdy 1 tys. zł, który pracownik dostaje do ręki, 700 zł pracodawca musi dopłacić państwu. Sadowski twierdzi, że dlatego też bezrobocie w Polsce jest zjawiskiem sztucznym, nie wynika ze złej sytuacji gospodarki, lecz z wysokich kosztów pozapłacowych. To problem szczególnie dla małych firm.

Mała firma rozwija się głównie poprzez zatrudnianie kolejnych pracowników, a często nie może zatrudniać oficjalnie, bo musi płacić wysoki ZUS oraz wysokie składki i podatki. To sprawia, że w Polsce albo praca przechodzi do szarej strefy, albo znika za granicą, gdzie przenoszą się nasi obywatele – tłumaczy Sadowski.

Na wysokim poziomie utrzymuje się przede wszystkim bezrobocie u młodych osób. GUS podaje, że w I kwartale najwyższą stopę bezrobocia – 27,2 proc. – zanotowano wśród młodzieży (15–24 lata). Na poziomie ok. 11  proc. utrzymuje się wskaźnik wśród osób w wieku 25–34 lata.

Wzrost zatrudnienia w tych grupach jest istotny przede wszystkim ze względu na rosnącą emigrację. Z Polski wyjechało blisko 2 mln osób. W ubiegłym roku na stałe z kraju wymeldowało się ponad 35 tys. osób, szacuje się jednak, że łącznie w poszukiwaniu pracy wyemigrowało blisko pół miliona.

W najnowszym raporcie Najwyższej Izby Kontroli o braku wypłat przez kilka lat w systemie emerytalnym widać skutek dwumilionowej emigracji. Brak osób, które ze względów czysto fiskalnych nie mogły znaleźć pracy w Polsce, już powoduje zakłócenia, jeżeli chodzi o wpływy do systemu emerytalnego. Tym samym zabraknie tych środków również za kilka lat do utrzymania obecnego poziomu świadczeń emerytalnych – komentuje ekspert.

Sytuację mogłoby poprawić obniżenie opodatkowania pracy. Sadowski przypomina, że kiedy w 2007 roku sejm zdecydował o obniżeniu składki rentowej o 7 proc., powstało więcej miejsc pracy, a część zatrudnionych wyszła z szarej strefy.

– Nie tak dawno rząd rozpatrywał własny projekt dotyczący obniżenia opodatkowania pracy w Polsce o połowę, ale tylko dla marynarzy. Okazało się, że marynarze, którzy pływają pod polską banderą są przez opodatkowanie pracy całkowicie niekonkurencyjni – mówi ekspert z Centrum im. Adama Smitha.

Rząd nie zgodził się jednak na zmniejszenie kwoty podatków i składek z 51,9 do 25,47 proc. W innych krajach Unii możliwa jest natomiast refundacja części składek na ubezpieczenia i tych wpłacanych do ZUS, np. we Włoszech państwo finansuje armatorom wszystkie składki płacone za marynarzy.

– Polska zyskałaby, a gospodarka byłaby bardziej konkurencyjna, gdyby obniżenie kosztów pracy dotyczyło nie tylko marynarzom, lecz także wszystkim zatrudnionym – podsumowuje Andrzej Sadowski.

Tani gaz ze Stanów Zjednoczonych szansą na niezależność energetyczną Europy i niższe ceny energii

CEO Magazyn Polska

Nie tylko odnawialne źródła energii, lecz także umowa o wolnym handlu ze Stanami Zjednoczonymi może zwiększyć niezależność energetyczną Europy. Możliwość sprowadzania gazu zza Atlantyku zarówno poprawi bezpieczeństwo energetyczne, jak i obniży ceny energii. To może okazać się kołem zamachowym licznych inwestycji w sektorze energetycznym.

Stany przeżywają od kilku lat boom związany z wydobyciem gazu łupkowego, przez co ceny gazu mocno spadły i dzisiaj w Stanach Zjednoczonych są na poziomie 1/3 ceny europejskiej. Ale niska cena energii bardzo mocno napędza gospodarkę amerykańską. Dobrze by się stało, gdyby ten tańszy gaz dotarł również do Europy – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Beata Stelmach, prezes zarządu General Electric w Polsce. ‒ Jeżeli mówimy o wysokosprawnej kogeneracji, dużych nowoczesnych rozwiązaniach i blokach gazowych, to dzisiaj na przeszkodzie stoi wysoka cena gazu w Europie.

Stelmach podkreśla, że obniżka cen gazu na Starym Kontynencie wpłynęłaby zdecydowanie pozytywnie na innowacyjne inwestycje w energetyce. Przyznaje, że trudno ocenić, czy po imporcie skroplonego gazu ze Stanów Zjednoczonych do Europy udałoby się utrzymać tak konkurencyjne ceny ze względu na wydatki związane z transportem i regazyfikacją. Jest jednak przekonana, że nawet po tych procesach byłby on bardzo konkurencyjny cenowo wobec gazu europejskiego oraz importowanego z innych kierunków.

Możliwość importu gazu wydobywanego w Stanach Zjednoczonych ma umożliwić negocjowane właśnie Transatlantyckie Partnerstwo Handlu i Inwestycji (TTIP), czyli umowa o wolnym handlu pomiędzy UE i USA. Podaż ze strony amerykańskiej jest duża, bo w latach 2008‒2012, zgodnie z danymi amerykańskiego Urzędu Informacji Energetycznej (U.S. Energy Information Administration), produkcja gazu wzrosła w tym kraju o niemal 20 proc. W tym samym okresie produkcja gazu łupkowego wzrosła 3,5-krotnie z poziomu 81,3 mld metrów sześciennych do ponad 291 mld metrów sześciennych. Udział gazu łupkowego w całej produkcji gazu w Stanach Zjednoczonych w 2012 r. wyniósł niemal 43 proc.

Jeżeli gaz byłby tańszy, byłoby dużo więcej inwestycji w nowoczesne rozwiązania energetyczne – zapewnia Stelmach. Dodaje, że ważnym kierunkiem rozwoju jest też szukanie innych niż gaz źródeł energii: ‒ Dywersyfikacja źródeł energii, źródeł surowców, nie zawsze jest możliwa z dnia na dzień. Ale odpowiedzią na to, co wielokrotnie podkreślamy, jest zastosowanie rozwiązań, które są niezależne od monopolistycznych dostawców. Mówimy tutaj o energetyce wiatrowej i w ogóle o odnawialnych źródłach energii.

Podkreśla, że GE dostrzega duży potencjał w polskiej energetyce właśnie z uwagi na duże potrzeby inwestycyjne tej branży w naszym kraju. Do tego rosnąć będzie też zapotrzebować na energię, bo polska gospodarka należy do najbardziej dynamicznych w Europie. Stelmach przekonuje, że Polska musi być innowacyjna, by wobec tych rosnących potrzeb zapewnić niezależność energetyczną. Szansą jest m.in. energetyka wiatrowa. Jak mówi Stelmach, turbiny wiatrowe można montować wszędzie. M.in. dzięki turbinie GE o wysokości 140 metrów jest to możliwe nawet tam, gdzie przy gruncie nie ma wystarczająco silnych wiatrów.

Sprzedaż mieszkań przyspiesza. Program Mieszkanie dla Młodych działa marketingowo

CEO Magazyn Polska

Sprzedaż mieszkań w pierwszym półroczu tego roku jest zdecydowanie lepsza niż w pierwszych miesięcy 2013 roku, ale w drugim kwartale nie było przyspieszenia. Program Mieszkanie dla Młodych jest pewną zachętą dla klientów do kupna nieruchomości, ale deweloperzy wykorzystują go raczej w celach marketingowych. Do końca lipca wykorzystano jedynie 27 proc. środków z puli przeznaczonej na ten rok.

Sytuacja na rynku mieszkaniowym wydaje się stabilna – ocenia Paweł Szymański, wiceprezes Marvipol – Zdecydowanie był to lepszy okres niż pierwsza połowa roku 2013. Zresztą ten pozytywny trend zaczął się już budować w drugiej połowie zeszłego roku i widać go było w pierwszym kwartale br. W drugim kwartale widzimy pewną stabilizację, może delikatne spowolnienie w stosunku do tego, co obserwowaliśmy w pierwszym.

W tym roku rynek miał rozruszać program dopłat do kredytów mieszkaniowych. Ale MdM nie zwiększył znacząco sprzedaży, jego efekty są oceniane raczej jako skromne. Jak policzył Home Broker na podstawie danych Banku Gospodarstwa Krajowego, przez siedem miesięcy roku do BGK wpłynęły wnioski na kwotę 211 mln zł, z czego nieco ponad 165 mln zł to pieniądze z puli przeznaczonej na ten rok. To oznacza, że przez ponad połowę roku zarezerwowano tylko 27,5 proc. z całości pieniędzy na ten rok. Jak tak dalej pójdzie, to do końca roku wykorzystana zostanie połowa środków, czyli 300 mln zł. Drugie 300 mln zł przepadnie, bo nie przewidziano możliwości, by pozostała kwota przechodziła na następny rok.

Na początku tego roku wprowadziliśmy do sprzedaży nową, dużą inwestycję, Central Park Ursynów na ulicy Kłobuckiej. Oferowaliśmy ponad 440 mieszkań, większość z nich w programie MdM, ale tylko niecałe 30 proc. z nich zostało kupione z rządowym wsparciem – wyjaśnia rozmówca Newserii Biznes. – Ten program działa, na pewno powoduje większe zainteresowanie klientów, ale oferty i tak muszą się bronić jakością i ceną.

Program Mieszkanie dla Młodych na pewno działa marketingowo i dodatkowo zwiększył zainteresowanie mniejszymi mieszkaniami. Klienci ciągle szukają dobrych cen w atrakcyjnych lokalizacjach, przy czym nie zawsze musi to być mieszkanie kwalifikujące się do MdM.

Marvipol zapowiada, że koncentruje się na lewobrzeżnej części Warszawy, bo – jak wyjaśnia wiceprezes firmy – wciąż jest tam wystarczająca liczba atrakcyjnych lokalizacji do zabudowania.

Resort rolnictwa chce zawieszenia akcyzy na cydr

CEO Magazyn Polska

Minister rolnictwa zwrócił się do resortu finansów o zawieszenie akcyzy nakładanej na cydr oraz perry, czyli lekkie na napoje alkoholowe z jabłek i gruszek. Obecnie jest ona na poziomie akcyzy nakładanej na piwa, a koszt ich produkcji wyższy niż w przypadku browarów. Marek Sawicki namawia również sieci handlowe do zwiększania sprzedaży cydru i perry.

Wystąpiłem do ministra finansów o możliwość czasowego zawieszenia tej akcyzy, bo z pewnością nie będzie woli na jej całkowite zniesienie, ale czasowo – ze względu na konieczność i chęć zachęcenia konsumentów do tego napoju – warto byłoby przynajmniej do końca roku, w tym trudnym okresie embarga rosyjskiego, takie zawieszenie wprowadzić – podkreśla Marek Sawicki, minister rolnictwa i rozwoju wsi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Po nałożeniu przez Rosję embarga m.in. na polskie jabłka wicepremier Janusz Piechociński wraz z ministrem Sawickim zabiegają też o zniesienie zakazu reklamy cydru i perry. Ustawa o wychowaniu w trzeźwości zabrania jakiejkolwiek reklamy alkoholu, choć przewiduje jeden wyjątek dla piwa. Producenci innych niskoalkoholowych napojów od dawna przekonują, że to niesprawiedliwe. Wątpliwości ma jednak Ministerstwo Zdrowia.

Rozmawialiśmy na Radzie Ministrów, żeby można było włączyć cydr i perry do reklamy na równi z piwem – podkreśla Marek Sawicki. – To wymaga zmiany w ustawie o wychowaniu w trzeźwości i taką nowelizację ustawy na najbliższe posiedzenie Sejmu w moim ministerstwie przygotowujemy. Wierzę, że dla tej sprawy będzie akceptacja i uda się tę zmianę wprowadzić w miarę szybko.

Z powodu zablokowania eksportu jabłek i innych owoców do Rosji znacznie więcej trafi ich na rynek krajowy. By tę nadwyżkę sprzedać, część z nich trzeba przetworzyć. Do sprzedaży trafia więc zarówno perry i cydr, jak i świeżo tłoczone soki z jabłek i innych owoców. Minister rolnictwa zamierza przekonywać sieci handlowe, by wsparły ich sprzedaż.

Produkty te parametrami są bardzo dobre, ale jednocześnie nieco droższe od pospolitego napoju, który nazywa się sokiem, ale jest rozcieńczoną wodą z różnego rodzaju koncentratami i cukrem – mówi Sawicki. – Zachęcam do tego, by jednak przestawić się na soki naturalne, i o tym będę rozmawiać z sieciami. Mam nadzieję, że zrozumieją one, iż bogaty, zadowolony konsument europejski mając do wyboru produkt naturalny i z dodatkami, chętniej sięgnie po naturalny produkt.

Polska, będąca największym producentem jabłek w Europie, wytwarza głównie koncentrat jabłkowy, z którego powstają cydry w Wielkiej Brytanii, Szwecji czy Irlandii, rynek cydru wytwarzanego w naszym kraju jednak dynamicznie się rozwija. W całym 2013 r. sprzedaż cydru na polskim rynku wyniosła bowiem 2 mln litrów. Popularność cydru może wzrosnąć dzięki działaniom sieci handlowym, które wprowadzają ten produkt do swojej oferty, m.in. Biedronka i Kaufland.

Espirito Santo: Stopa dywidendy PKP Cargo na poziomie 4-5 proc., jeśli spółka nie zdecyduje się na przejęcia

CEO Magazyn Polska

PKP Cargo prowadzi kompleksowy program restrukturyzacji, który zwiększy marżę operacyjną w najbliższych latach. To pozwoli spółce wypłacać nawet 50 proc. zysku na dywidendę, jeśli nie przejmie innych aktywów z rynku. Przejęcia zmniejszyłyby jednak ryzyko w działalności, ponieważ obecnie wynikom PKP Cargo ciąży wysoki udział węgla w strukturze przewozów.

PKP Cargo jest przeważone w segmencie węgla, a segment węgla jest w trudnej sytuacji, dlatego spodziewamy się, że praca przewozowa w tym segmencie będzie spadać w najbliższych latach. Myślę, że PKP Cargo może tracić udział w polskim rynku, natomiast nie będzie to znaczący spadek – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Cezary Bernatek, analityk Espirito Santo Investment Bank.

PKP Cargo może jednak przeciwdziałać spadającej pozycji na rynku, przejmując spółki. Najbardziej prawdopodobne zdaniem Bernatka jest przejęcie aktywów z segmentu paliw płynnych, które odpowiadają za mniejszą część przychodów PKP Cargo, niż jest to u konkurencji. To pozwoli zrównoważyć strukturę przychodów, a zatem zmniejszyć ryzyko.

Tutaj potencjalnym podmiotem, który mógłby zostać przejęty, jest Lotos Kolej albo Orlen KolTrans. Lotos Kolej ma mniej więcej 7-proc. udział w rynku, transakcja rzędu 500 mln zł. Orlen KolTrans ma tylko 2 proc. udziału w rynku, więc transakcja dużo mniejsza. Mówi się, że Orlen KolTrans wypracowuje mniej więcej 20 mln zł EBITDY – twierdzi Bernatek.

Poza wpływem możliwych przejęć na wyniki spółka może poprawić marżę operacyjną, którą osiąga, dzięki wykorzystaniu posiadanych obecnie aktywów.

Musimy pamiętać o tym, że będziemy mieli do czynienia z optymalizacją kosztów operacyjnych zmiennych, czyli kosztów paliw, energii, dostępu do infrastruktury. Z drugiej strony musimy pamiętać o tym, że spółka ma bardzo dużą dźwignie operacyjną. W 2013 koszty stałe operacyjne to było około 50 proc. łącznych kosztów, więc za każdym razem, kiedy będziemy mieli do czynienia z lekkim wzrostem przychodów, który prognozuję, będzie to spotęgowane na poziomie marży EBITDA – ocenia analityk Espirito Santo Investment Bank.

Przykładowym obszarem, w którym istnieje duży potencjał do obniżki kosztów, jest modernizacja lokomotyw. Przestarzałe jednostki spalają od 30 do 60 proc. więcej paliwa – wskazuje analityk. Z drugiej strony klienci PKP Cargo mogą jednak negocjować niższe stawki przewozów z powodu obniżonego kosztu dostępu do infrastruktury. Taka sytuacja jest prawdopodobna, zwłaszcza w segmencie węglowym – uważa Bernatek.

–  PKP Cargo generuje bardzo mocny operacyjny cash flow, to są wielkości rzędu ponad 800 mln w dobrych czasach, w momencie, kiedy faktycznie ta praca przewozowa była solidna, czyli w latach 20112012. W 2013 r. było to 700 mln. Spodziewam się, że w najbliższych latach cash flow operacyjny będzie oscylował pomiędzy 650-750 mln – prognozuje analityk.

Duże potrzeby inwestycyjne związane z utrzymaniem i modernizacją ponad 60 tys. wagonów i ponad 4 tys. lokomotyw będą oddziaływać negatywnie na dywidendę. Obecnie obowiązująca polityka dywidendowa zakłada wypłatę akcjonariuszom 35-50 proc. zysku. W najbliższych latach przepływy pieniężne z działalności operacyjnej mają sięgać 650-750 mln zł – prognozuje Bernatek. Jego zdaniem dzięki temu PKP Cargo może wypłacać nawet więcej niż 50 proc., jeśli w danym okresie nie będzie przejmować innych spółek.

Jeżeli mielibyśmy do czynienia z jakąś znaczącą transakcją, to oczywiście należy mieć na uwadze to, że spółka ma bilans, który może być jeszcze mocniej lewarowany, myślę, że tak 2-3 razy EBITDA. W takim przypadku być może polityka dywidendowa musiałaby zostać na takim poziomie, na jakim jest. Nadal jest to 4-5 proc. dywidendy rocznie, więc całkiem przyzwoity poziom – ocenia Cezary Bernatek.

Istotną wskazówką dla inwestorów może być także to, że PKP Cargo ma niską wycenę, mierzoną wskaźnikiem EV/EBITDA w porównaniu z zagranicznymi spółkami prowadzącymi podobną działalność. Dlatego ostatnio analityk Espirito Santo wydał rekomendację „kupuj” dla przewoźnika z ceną docelową o 27 proc. wyższą niż w momencie sporządzania rekomendacji (89,86 zł).

DM BDM: Zmiany w III filarze i fuzja z giełdą w Wiedniu kluczowe dla dalszego rozwoju GPW

CEO Magazyn Polska

Już niemal 2 mln osób wybrało OFE, a liczba ta jeszcze wzrośnie, bo dane wyliczone przez ZUS na koniec 5 sierpnia nie są ostateczne. Jeszcze miesiąc temu inwestorzy uznaliby 1 mln deklaracji za pozytywną informację. Mimo wszystko to poprawi nastroje na GPW jedynie w krótkim okresie, ponieważ OFE nie będą już czynnikiem rozwoju giełdy. Jest jednak jeszcze niewykorzystany potencjał w postaci III filaru, w którym oszczędza mniej niż pół miliona Polaków, a także ewentualna fuzja z giełdą w Wiedniu.

Ostatnie dni zapisów na pozostanie w OFE są przyjemną niespodzianką. Rynek spodziewał się, że w OFE pozostanie od 5 do 7 proc., a wszystko wskazuje na to, że będzie to dwa razy więcej. Polacy po prostu tak jak z deklaracjami podatkowymi czekali na ostatni moment. Myślę, że to na tym negatywnym tle jest pozytywną niespodzianką i że rynek powinien to zdyskontować pozytywnie. Natomiast oczywiście całą reformę Otwartych Funduszy Emerytalnych z punktu widzenia rynku kapitałowego należy ocenić negatywnie, gdyż to, co w ostatnich latach napędzało giełdę w sposób systematyczny, teraz zostało zahamowane – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Inwestor Jacek Rachel, prezes zarządu Domu Maklerskiego BDM.

W środę ZUS przekazał informację, że liczba klientów OFE wzrosła do 1,93 mln, ponieważ do ZUS wciąż docierają deklaracje wysłane pocztą. Nie jest to jeszcze liczba ostateczna. Według analityków poprawiło to nastroje na GPW, ponieważ przynajmniej w okresie najbliższych 2 lat zmniejsza to ryzyko silniejszej wyprzedaży akcji przez fundusze emerytalne. Nie będą one już jednak motorem wzrostu warszawskiej giełdy.

Przez pierwsze lata polskiego rynku kapitałowego, wtedy, kiedy rosła Giełda Papierów Wartościowych, takim paliwem napędowym były procesy prywatyzacyjne. Później drugim bardzo ważnym krokiem były właśnie Otwarte Fundusze Emerytalne, których pokaźny strumień środków zasilał rynek kapitałowy i powodował, że wiele przedsiębiorstw, nie tylko skarbu państwa, lecz także prywatnych mogło się dzięki tym środkom rozwinąć. Teraz jeden i drugi czynnik się wyczerpał – uważa Rachel.

W rekordowym 2010 r. (gdy składka do OFE wynosiła 7,3 proc. wymiaru) do OFE napłynęło ponad 22,2 mld zł składek – wynika z danych ZUS. W 2013 r. było to już tylko 10,2 mld zł. Teraz strumień składek będzie wielokrotnie niższy, bo liczba ubezpieczonych w OFE spadnie z 16,7 mln do około 2 mln. W przypadku prywatyzacji trudno ocenić jej wpływ na GPW w najbliższych latach, ponieważ – jak informował dziennikarzy minister SP Włodzimierz Karpiński – MSP wciąż pracuje nad założeniami nowej polityki właścicielskiej.

To jest zadanie głównie dla decydentów, dla rządzących, aby ten ubytek systemowy czymś zastąpić i jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się w tej chwili wspomaganie oszczędzania na emeryturę w ramach III filaru, ale to trzeba by było zacząć od szerokiej akcji informacyjnej, edukacyjnej, żeby uświadamiać społeczeństwu, Polakom, że na tę emeryturę trzeba sobie jednak samemu uskładać, że warto inwestować na rynku kapitałowym. Do tego potrzeba też pewnych zachęt systemowych – twierdzi prezes BDM.

Obawy wielu ekonomistów i ekspertów zajmujących się demografią potwierdził opublikowany niedawno raport NIK, zgodnie z którym w najbliższych latach wysokość deficytów w FUS stanie się poważnym problemem dla finansów publicznych. Z drugiej strony część ekspertów wskazuje na niskie, prognozowane emerytury w ramach nowego systemu, opartego o tzw. zdefiniowaną składkę. Obie te kwestie mogą zachęcać coraz większą liczbę osób do prywatnych programów oszczędzania na emeryturę lub indywidualnych inwestycji.

Obecnie w III filarze oszczędza nieco ponad 400 tys. Polaków, dlatego zdaniem Rachela potrzebne są dodatkowe zachęty, zwłaszcza do Indywidualnego Konta Emerytalnego i Indywidualnego Konta Zabezpieczenia Emerytalnego.

Również pracownicze programy emerytalne nie rozwinęły się w taki sposób, by wypełniały tę funkcję, to zadanie, o którym mówię. Gdyby jednak rozwinęły się do tego stopnia, by faktycznie wspomagać oszczędzanie na emeryturę, to korzyści byłby obopólne. Z jednej strony pozwoliłoby to obywatelom, Polakom, zapracować sobie na swoje przyszłe emerytury, a z drugiej strony rynkowi kapitałowemu zapewniłoby to jakiś dopływ środków, kapitałów, które uzupełniłyby tę lukę po OFE i procesach prywatyzacyjnych – ocenia Jacek Rachel.

Silnym impulsem rozwojowym dla warszawskiego rynku kapitałowego może być ewentualna fuzja z jedną z europejskich giełd. Obecnie trwają rozmowy z wiedeńską grupą CEE SEG oraz szczegółowa analiza korzyści i kosztów z połączenia. W przypadku GPW główną korzyścią byłby wzrost liczby dużych i płynnych spółek, które cieszą się największym zainteresowaniem zagranicznych inwestorów, zwłaszcza funduszy.

Struktura inwestorów na polskiej giełdzie pokazuje, że praktycznie połowa tych obrotów generowana jest już przez inwestorów zagranicznych. Segment krajowych inwestorów instytucjonalnych, jak OFE, TFI, i detal stale te udziały w obrotach zmniejszają. Ewentualna fuzja z inną giełdą na rynku mogłaby zwrócić uwagę inwestorów zagranicznych na rynek warszawski, że warto tu inwestować, że to jest miejsce, w którym koncentruje się kapitał i płynność. Zobaczymy, jak do tego pomysłu ustosunkuje się teraz w tej chwili nowy zarząd giełdy – mówi Rachel.

TAROPAK – najważniejsze w kraju wydarzenie poruszające zagadnienia logistyki i techniki pakowania

Na przełomie września i października na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich odbędą się targi TAROPAK – najważniejsze w kraju wydarzenie poruszające zagadnienia logistyki i techniki pakowania. Czego można się po nich spodziewać? Jakie tematy zdominują TAROPAK?

TAROPAK to wydarzenie z ponad 40-letnią tradycją.
Z roku na rok rośnie jego ranga i liczba odwiedzających. W poprzedniej edycji, która miała miejsce w 2012 r., wzięło udział blisko 600 wystawców z 30 krajów i 44 600 zwiedzających. Organizatorzy mają nadzieję osiągnąć jeszcze lepszy wynik. Szanse są duże – targom towarzyszyć będzie wiele ciekawych imprez, w tym II Kongres Przemysłu Opakowań objęty patronatem honorowym Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju oraz Ministerstwa Gospodarki.

Opakowania od A do Z
Zakres tematyczny samych targów jest bardzo szeroki. Poruszane są wszelkie kwestie związane z produkcją i użytkowaniem opakowań. Organizatorzy wyróżniają następujące grupy zagadnień: surowce i półprodukty; materiały opakowaniowe; opakowania i pomocnicze środki opakowaniowe; maszyny i urządzenia pakujące; maszyny do wyrobu opakowań; logistyka; usługi poligraficzne; wydawnictwa specjalistyczne; stowarzyszenia, instytucje, związki.

Pewną wskazówką, w jakim kierunku będą szli wystawcy może być motyw przewodni II Kongresu Przemysłu Opakowań – najważniejszego, z merytorycznego punktu widzenia, wydarzenia towarzyszącego TAROPAKowi. Pod hasłem „Innowacyjne opakowania dla innowacyjnych produktów” będą przebiegać rozważania dążące do wypracowania odpowiedzi na pytanie „Jakich opakowań oczekuje społeczeństwo i gospodarka w najbliższych latach?”. Ich przedmiotem ma być relacja opakowanie – produkt w branży spożywczej, farmaceutycznej, kosmetycznej i w produkcji przemysłowej.

Wielokrotnie lepsze opakowania
Coraz większym zainteresowaniem cieszy się grupa opakowań wielokrotnego użytku dedykowanych dla przemysłu. Po takie rozwiązanie sięgnęli już przedsiębiorcy z branży automotive i AGD. Głównym celem producentów jest stworzenie produktu maksymalnie dostosowanego do potrzeb Klienta. Wojciech Rośkowicz z firmy Igopak zdradza kilka innowacyjnych rozwiązań z dziedziny opakowań, które zostaną przedstawione na targach TAROPAK. – Już we wrześniu zaprezentujemy produkt, który jest nowością na polskim rynku, a mianowicie pojemniki tekstylne uszyte z materiałów o właściwościach elektroprzewodzących, pozwalające na ochronę delikatnych układów elektronicznych zarówno przed uszkodzeniami mechanicznymi, jak i wyładowaniami elektrostatycznymi – wyjaśnia. – Planujemy również prezentację pojemników, pozwalających zaoszczędzić nawet 80% przestrzeni w transporcie zwrotnym. Są to opakowania typu GLT- trójpak wykonane w technologii TWIN-SHEET, które w połączeniu z indywidualnymi rozwiązaniami przegród dają zupełnie nową jakość na rodzimym rynku –dodaje Rośkowicz.

Deszcz nagród
TAROPAK to nie tylko szansa, by zapoznać się z nowościami i nawiązać kontakty biznesowe. To również okazja do wręczenia branżowych wyróżnień i przeprowadzenie prestiżowych konkursów. Na kilka tygodni przed wydarzeniem ogłoszeni zostaną laureaci Złotego Medalu Międzynarodowych Targów Poznańskich. Podczas targów wręczone zostaną również nagrody w konkursie PakStar dla najlepszych opakowań oraz Student PakStar dla najlepszych projektów. Zwycięskie produkty mają otrzymać szczególne miejsce podczas wydarzenia.
Wiele emocji budzi również rywalizacja operatorów wózków widłowych w trzech kategoriach wagowych. „Sztaplar Show” ma wyłonić najlepszych spośród nich oraz pozwolić zaprezentować pełne możliwości maszyn wiodących producentów. Organizatorzy, prócz samego konkursu, planują testowanie pojazdów, giełdę wózków używanych i spotkania z ekspertami w zakresie ich eksploatacji.

LGBS chce stworzyć jedną z największych grup technologicznych w Polsce

LGBS Polska objął 20 procent udziałów we wrocławskiej firmie IT-Dev, która specjalizuje się we wdrożeniach i rozwoju rozwiązań opartych o platformę MS SharePoint. Inwestycja jest kolejnym krokiem przybliżającym do stworzenia Grupy Technologicznej Euvic. Ma ona skupić kilkanaście wiodących na polskim rynku spółek technologicznych.

IT-Dev (www.it-dev.pl) jest jednym z liderów polskiego runku w zakresie tworzenia rozwiązań ułatwiających obieg dokumentów oraz zarządzanie informacją w oparciu o MS SharePoint. Firma jest złotym partnerem Microsoft i była wielokrotnie nagradzana za wysoką jakość świadczonych usług, między innymi tytułami Microsoft Partner of the Year. IT-Dev należy też do międzynarodowego programu Business-Critical SharePoint, który skupia ściśle wyselekcjonowane przez Microsoft firmy wdrażające rozwiązania w oparciu o technologie SharePoint.

Jak zgodnie podkreślają zarządy obu spółek, w transakcji chodzi przede wszystkim o synergię i efekt skali. Połączone zespoły firm umożliwią realizację najbardziej złożonych wdrożeń platformy Microsoft SharePoint oraz sprawną obsługę serwisową w tym zakresie nawet największych organizacji.

„Objęcie udziałów w IT-Dev jest kolejnym krokiem, który przybliża nas do utworzenia Grupy Technologicznej Euvic. Od kilku lat inwestujemy w wyróżniające się na rynku firmy technologiczne o uzupełniającej się ofercie i doświadczeniach, tworząc powiązania kapitałowe pomiędzy nimi. Ma to stanowić wiarygodną podstawę wspólnego realizowania licznych projektów w Polsce i na świecie. Połączone zasoby wszystkich naszych spółek staną się już wkrótce bazą do stworzenia Grupy Euvic. Będzie to jedna z największych organizacji IT w Polsce pod względem zasobów ludzkich i wszechstronności oferty” – zapowiada Wojciech Wolny, Prezes Zarządu LGBS Polska.

„Dołączenie IT-Dev do tworzonej Grupy Technologicznej Euvic pomoże nam dotrzeć z naszą specjalistyczną ofertą do firm będących klientami Grupy oraz zapewni dostęp do dużego zespołu inżynierów. Jednocześnie wspólna oferta w zakresie rozwiązań SharePoint pozwoli nam adresować potrzeby biznesowe największych organizacji nie tylko na rynku polskim, ale również światowym. Zdrowe fundamenty współpracy i oczywiste korzyści obu naszych firm z jej nawiązania ułatwiły podjęcie decyzji o zawarciu transakcji” – powiedział Tomasz Szałaj, Prezes Zarządu IT-Dev.

LGBS nabył dotychczas udziały większościowe takich spółek technologicznych, jak: Junisoftex Sp. z o.o., Grupa Spot Sp. z o.o., Speednet Sp. z o.o., Bipronet Sp. z o.o., a także pakiet akcji Jcommerce SA, Fild.Net Sp. z o.o. oraz Omnis Sp. z o.o. W skład grupy wchodzą także startupy – LGBS Energia Sp. z o.o. i PI Systems, austriacki współzałożyciel LGBS – LG Nexera AG, a także spółki eOpen Sp. z o.o., Netland Sp. z o.o., Internetium SA. Całość zamyka spółka córka LGBS w USA – LGBS Software LCC. Powiązana z LGBS jest także spółka Multishoring.info, specjalizująca się w oferowaniu usług IT w modelu nearshoringowym.

Łącznie w LGBS i powiązanych z nią firmach jest zatrudnionych ponad 1000 inżynierów pracujących w biurach w Warszawie, Wrocławiu, Krakowie, Gdyni, Katowicach, Gliwicach, Bielsku-Białej, Częstochowie, Wrocławiu, Rzeszowie, a także w Wiedniu, Nowym Jorku i Palo Alto. Wartość usług sprzedanych przez te firmy w 2013 roku wyniosła ponad 120 mln złotych netto, a liczba klientów to blisko 1000 organizacji.

Dodatkowe informacje o LGBS są dostępne pod adresem: http://www.lgbs.pl.

Outsourcing inwentaryzacyjny, czyli oszczędność czasu

W natłoku narastających wyzwań stawianych przez rynek, nie wszystkie działania w firmie warto wykonywać własnym nakładem pracy. Część z nich można zlecić zewnętrznym podmiotom i skorzystać z outsourcingu, który nie tylko jest nowoczesnym standardem, ale coraz częściej koniecznością.

Czym jest outsourcing?

Termin outsourcing został po raz pierwszy użyty w 1979 w odniesieniu do zakupu przez Brytyjczyków niemieckich projektów samochodów. Jest to skrót od angielskiego zwrotu outside-resource-using, który można przetłumaczyć jako użycie zasobów zewnętrznych. Model biznesowy oparty na wydzielaniu niektórych funkcji i przekazywaniu ich do wykonania innym podmiotom został jednak stworzony o wiele wcześniej. Już Henry Ford doceniał jego wagę, mówiąc: „Jeśli jest coś, czego nie potrafimy zrobić wydajniej, taniej i lepiej niż konkurenci, nie ma sensu, żebyśmy to robili i powinniśmy zatrudnić do wykonania tej pracy kogoś, kto zrobi to lepiej niż my”.

Obecnie ciężko wskazać branże, które nie korzystałaby z tego typu rozwiązań, zwłaszcza w przypadku tak specjalistycznych dziedzin jak informatyka, logistyka, szkolenia, rachunkowość czy inwentaryzacja.

Inwentaryzacja z zewnątrz?

Idea outsourcingu inwentaryzacyjnego narodziła się w latach 50. XX wieku w USA. Wcześniej przedsiębiorstwa przeprowadzały remanent we własnym zakresie, często wykorzystując do tego nieodpowiednio wykwalifikowany personel. Brak fachowej kadry dawał się we znaki coraz większej liczbie przedsiębiorców, w efekcie czego narodziła się potrzeba zlecenia tych działań wyspecjalizowanym podmiotom zewnętrznym.

Przedsiębiorcy traktują inwentaryzację przeważnie jako utrudniający życie obowiązek,z którym wiąże się konieczność poświęcenia dodatkowego nakładu czasu, pracy i pieniędzy. Profesjonalnie przeprowadzona inwentaryzacja przynosi firmie wiele korzyści oraz umożliwia wyciągnięcie wniosków, które wpłyną na efektywniejsze zarządzanie majątkiem firmy.

– Przygotowanie i przeprowadzenie całego procesu inwentaryzacji nie jest specjalnie trudne, wymaga jednak czasu i stanowi dodatkowe zajęcia dla służb finansowo-księgowych oraz technicznych– tłumaczy Marta Cyganik, Dyrektor Działu Usług Księgowych Baker Tilly Poland we Wrocławiu.

-Do jego wykonania można zatrudnić zewnętrzną firmę. Rzetelny partner przeprowadzi taki proces szybko i sprawnie. Dodatkową zaletą takiego rozwiązania jest lista rekomendowanych zmian dookreślająca obszary, w których występuje możliwość zwiększenia efektywności zarządzania składnikami majątku lub też zwiększone ryzyko występowania nieprawidłowości – dodaje.

Nie taki diabeł straszny?

Zgodnie z ustawowymi wymogami majątek trwały, zapasy, środki pieniężne powinny być inwentaryzowany raz na cztery lata. Osobą odpowiedzialną za wprowadzenie zasad inwentaryzacji, przygotowanie instrukcji i przeprowadzenie całego procesu jest kierownik jednostki (czyli osoba lub organ jedno- lub wieloosobowy (zarząd), który – zgodnie z obowiązującymi jednostkę przepisami prawa, statutem, umową lub na mocy prawa własności – uprawniona jest do zarządzania jednostką). Ustawa o rachunkowości z dnia 29 września 1994 roku z p. zm. nie określa jednak, z czego dokładnie powinna składać się instrukcja. By spełniała swoje zadanie powinna zawierać kilka zasadniczych elementów. Podstawowym elementem jest opis metody inwentaryzacji oraz szczegółowy harmonogram jej przeprowadzenia. Powinien on zawierać opis poszczególnych etapów i zadań, które należy wykonać, począwszy od zaplanowania inwentaryzacji poprzez jej przeprowadzenie, aż do rozliczenia. Kolejne etapy przygotowań do inwentaryzacji to opracowanie arkuszy spisowych, wybór metody przeprowadzenia inwentaryzacji dostosowanej do spisywanych składników aktywów i pasywów, przeprowadzenie inwentaryzacji i odpowiednie jej udokumentowanie.

Dla pracowników nie zajmujących się tym na co dzień procedury te mogą wydać się dość skomplikowane. Dlatego nierzadko zatrudnienie zewnętrznych podmiotów okazuje się bardziej efektywne. Zespół dokonujący inwentaryzacji to wykwalifikowani specjaliści, którzy zajmują się tylko inwentaryzacją i dysponują najlepszymi narzędziami. W czasie ich pracy pracownicy przedsiębiorstwa, w którym dokonywana jest inwentaryzacja, mogą skupić się na swojej właściwej pracy.

– Taki spis to czasem jedyna okazja, aby ocenić przydatność posiadanych składników majątku oraz zidentyfikować zbędne elementy. Pozwala również ujawnić funkcjonujące nieprawidłowości w obszarze zarządzania np. środkami trwałymi, daje możliwość rozpoznania słabości i wreszcie służy rozliczeniu osób materialnie odpowiedzialnych za powierzony majątek – wyjaśnia Marta Cyganik. Argumenty te pokazują, że warto zastanowić się nad formą przeprowadzenia inwentaryzacji i zlecenia jej firmie zewnętrznej zanim powstanie obowiązek jej przeprowadzenia.

Union Investment TFI: Fundusze zyskują klientów dzięki zniechęcającym do lokat niskim stopom procentowym NBP

CEO Magazyn Polska

Polacy coraz częściej wybierają bezpieczne fundusze rynku pieniężnego zamiast lokat bankowych. Po uwzględnieniu inflacji pozwalają one zarobić więcej przy minimalnie tylko wyższym ryzyku. Ich rentowność jest jednak niska, gdy porówna się ją z funduszami na rynkach wschodzących. Szczególnie atrakcyjnie prezentuje się Turcja, gdzie można zarobić nawet 20 proc. w skali roku. W Polsce było to możliwe 20 lat temu.

W tym roku faktycznie dominują w strukturze sprzedaży przede wszystkim fundusze pieniężne, ale bardzo wielu klientów również decyduje się na fundusze obligacyjne, szczególnie te bardziej aktywnie zarządzane, trzymające w swoim spektrum inwestycyjnym inne rynki niż Polskę. Jest wielu klientów, którzy decydują się zakupić również wybrane fundusze akcyjne i zyskują bardzo dobre stopy zwrotu. Ale tutaj jest potrzebna selekcja i wybór odpowiednich rynków. Szczególnie fundusze powiązane z rynkiem tureckim przynoszą w tym roku bardzo dobre stopy zwrotu – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomasz Mirek, dyrektor ds. sprzedaży detalicznej w Union Investment TFI SA.

Wzrost sprzedaży funduszy inwestycyjnych to przede wszystkim efekt niskiego realnego oprocentowania lokat bankowych. Jeżeli RPP nie zdecyduje się na zmianę stóp procentowych w najbliższym roku, to dostępne na rynku oferty pozwolą zarobić realnie poniżej 1 proc. rocznie – twierdzą analitycy Open Finance. Ich zdaniem w czerwcu napływ nowych środków na lokaty był bliski zera.

W tegorocznych strategiach wielu banków fundusze inwestycyjne są bardzo ważnym produktem i na pewno przekłada się to na to, że doradcy banków częściej rozmawiają ze swoimi klientami o tych produktach. I oczywiście w konsekwencji również po zapoznaniu się z tą ofertą, klienci decydują się na fundusze pieniężne – uważa Mirek.

Zdaniem dyrektora w Union Investment TFI do tej pory klientami funduszy były głównie osoby zamożne. Obecnie banki starają się rozwijać ofertę funduszy poza tradycyjnym segmentem private banking, by pozyskiwać więcej klientów detalicznych. Tym działaniom sprzyjają obecne warunki na rynku: fundusze pieniężne pozwalają zarobić nominalnie 5 proc. w skali roku – twierdzi Tomasz Mirek. Po uwzględnieniu prognozowanej przez NBP na przyszły rok inflacji w wysokości ok. 1,5 proc., jest to więcej w wielkościach realnych niż w przypadku depozytów terminowych. Ryzyko inwestycyjne w przypadku tego typu funduszy jest bardzo niewielkie, gdyż inwestują one w bezpieczne, krótkoterminowe papiery wartościowe.

Bardzo trudno znaleźć lokaty bankowe, które mogą być realną konkurencją w tym momencie do funduszy pieniężnych. W bankach oprocentowanie jest na poziomie 2-2,5 proc., lokaty promocyjne są na poziomie 3 proc. w skali roku – ocenia dyrektor w Union Investment TFI.

W dłuższym terminie w gospodarce występuje dodatnia korelacja między wysokością realnych stóp procentowych, realnym wzrostem PKB i wzrostem cen akcji. To ma bezpośrednie konsekwencje dla inwestorów giełdowych oraz gospodarstw domowych, które oszczędzają np. na emeryturę. Chcąc utrzymać stopy zwrotu na obecnym poziomie i kupować jedynie krajowe aktywa, będą zmuszeni zaakceptować wyższe ryzyko inwestycyjne. Alternatywą jest poszukiwanie korzystniejszej relacji oczekiwanego zysku do ryzyka na zagranicznych rynkach.

Historycznie w Polsce można było osiągać stopy zwrotu na poziomie 20 proc., w tej chwili już takich sytuacji nie ma. Tego typu stopy należą do przeszłości. Jeżeli się szuka podobnych stóp zwrotu jak te nasze historyczne, to trzeba spojrzeć chociażby na rynek turecki. Nasz fundusz UniAkcje Turcja w tym roku na tę chwilę zrealizował już 30 proc. Oczywiście tego typu rynki wymagają świadomego inwestora, wymagają oceny i akceptacji ryzyka – wskazuje Mirek.

W pierwszym kwartale 2014 r. PKB kraju nad Bosforem zwiększyło się o 4,3 proc. w ujęciu rocznym, co było głównie zasługą silnego wzrostu eksportu i wydatków rządowych. W pierwszych trzech miesiącach br. zanotowano spowolnienie w konsumpcji prywatnej i spadek inwestycji.

W porównaniu z Polską stopy procentowe są na znacznie wyższym poziomie, wobec czego miejscowy rynek akcji powinien pozwalać zarobić ich równowartość z właściwą premią za ryzyko. Krótkoterminowe stopy banku centralnego Turcji wynoszą obecnie 8,25 proc., a rentowności 10-letnich obligacji sięgają 9 proc. To świadczy z jednej strony o wyższym potencjale wzrostu PKB i inflacji, ale z drugiej może sygnalizować sporą premię za ryzyko, w stosunku do krajów rozwiniętych i tamtejszych rynków akcji i obligacji.

Oczywiście można sobie dobrać fundusz do swoich preferencji ryzyka, ponieważ produkty, które powiązane są z rynkiem tureckim, przynajmniej w palecie naszego towarzystwa, są bardzo liczne. To są UniAkcje Nowa Europa, UniObligacje Nowa Europa, czy też czysty fundusz UniAkcje Turcja – wymienia dyrektor w Union Investment TFI.

W przypadku inwestycji na zagranicznych rynkach dodatkowym czynnikiem ryzyka jest zmienność kursu walutowego. Z tego względu zrównoważony i dobrze zdywersyfikowany portfel powinien zawierać różne rodzaje aktywów, z różnych rynków geograficznych oraz branż, jeśli zawiera akcje. Według Tomasza Mirka konstrukcję portfela funduszy najlepiej zacząć od wyboru bezpiecznych funduszy rynku pieniężnego lub obligacji. Następnie warto rozejrzeć się za aktywami lub rynkami, które mają korzystną relację zysku do ryzyka.

Powinny to być np. produkty oparte o rynek turecki, który w naszej ocenie jest bardzo ciekawy i bardzo perspektywiczny. Na pewno zbliżające się wybory powinny w mojej ocenie wywołać również kolejną falę wzrostu na tym rynku, to jest bardzo dobra gospodarka – ocenia Mirek.

Unibep: Nasze kontrakty budowlane w Rosji są bezpieczne

0

CEO Magazyn Polska

Ukraina i Rosja są u progu regularnej wojny, co powoduje ucieczkę kapitału z tamtych rynków. Budowlano-deweloperski Unibep zapewnia jednak, że jego kontrakty w Rosji są bezpieczne. Niepokój inwestorów wywołały zapowiedzi rosyjskiej Dumy, która zastanawia się nad uchwaleniem prawa, dzięki któremu rząd miałby zakazywać działalności firmom z „państw-agresorów”.

Nasze inwestycje wyglądają bardzo dobrze, są bezpieczne pod względem finansowym. Największy kontrakt, który kończymy, czyli Hilton w Moskwie, jest finansowany z polskich banków, ubezpieczony w KUKE. Pieniądze trafiają bezpośrednio z polskiego banku na nasze konto, oczywiście po wykonaniu prac – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Leszek Gołąbiecki, prezes zarządu, dyrektor spółki Unibep SA.

Poza kontrowersyjną ustawą rosyjskie państwo może na bieżąco utrudniać działalność gospodarczą, np. wysyłając częste kontrole lub działając poprzez państwowe spółki na szkodę zagranicznych podmiotów. Prezes Unibepu zapewnia jednak, że kryzys w stosunkach międzynarodowych nie musi szkodzić biznesowym relacjom i podaje przykład budowy kompleksu Złote Klucze w Tiumeniu na Syberii. Wartość umowy to 140 mln zł.

Jest to kontrakt dla prywatnego dewelopera i on na spotkaniu tydzień temu podkreślał, że najważniejsza jest współpraca w biznesie, a nie sytuacja polityczna pomiędzy krajami. Rozpoczęliśmy roboty, inwestor zapewnia finansowanie, dlatego nie boimy się o ten kontrakt. Z kolei w Petersburgu realizujemy kontrakt dla spółki, której właścicielami są Austriacy. To oni podjęli decyzję o tym, że to polska firma wybuduje biurowiec Zeppelin – wskazuje Gołąbiecki.

Kontrakt na budowę biurowca w Petersburgu opiewa na kwotę 88,5 mln zł. Obecnie Unibep stara się o pozyskanie kolejnych kontraktów w Rosji o łącznej szacunkowej wartości 450 mln zł. Natomiast szacunkowa wartość wszystkich przetargów, w których bierze udział spółka, sięga ok. 3,5 mld zł. Budowlano-deweloperska grupa planuje dalszy rozwój także na innych zagranicznych rynkach, m.in. w Niemczech, Szwecji i Norwegii.

Mamy już tam cztery kontrakty, walczymy o jeszcze większe, m.in. o dość duży hotel w Hamburgu. I tutaj musimy okrzepnąć, nabrać pewności działania na tym rynku. Natomiast szukamy alternatywy dla naszej działalności modułowej. Oprócz Norwegii interesujemy się też rynkiem szwedzkim, i to może być nasz nowy rynek, gdzie będziemy chcieli ulokować swoją produkcję modułową – mówi prezes Unibepu.

Po osiągnięciu lokalnego szczytu pod koniec 2013 r., akcje Unibepu znajdują się jednak w trendzie spadkowym. Ich cena w tym okresie spadła z poziomu ok. 9 zł do 7,2 zł, ulegając w międzyczasie silnym wahaniom, co miało związek ze spadkami i wzrostami napięcia wokół Ukrainy. Po nałożeniu sektorowych sankcji na Rosję przez UE i USA rynek obawia się, że rosyjskie władze będą starały się zaszkodzić działającym tam zachodnim firmom. Z tego powodu część zagranicznych koncernów krytykowała decyzję Brukseli i Waszyngtonu.

Dotychczas Kreml uderzył w sposób bezpośredni jedynie w polskich i amerykańskich eksporterów żywności. Rosyjski parlament pod koniec lipca rozpoczął jednak dyskusję nad wprowadzeniem do miejscowego prawa pojęcia „państwa-agresora”. Rząd Dmitrija Miedwiediewa zyskałby wtedy prawo do zakazania działalności gospodarczej firmom z takiego państwa. Nie wiadomo na razie, jak w praktyce wyglądałaby realizacja takiej ustawy. Największe wątpliwości dotyczą rekompensat za ewentualne wywłaszczenia oraz czasu, jaki miałyby zagraniczne firmy na zaprzestanie działalności w Rosji.

Strefa euro może uniknąć deflacji. Skup obligacji przez EBC pod znakiem zapytania

CEO Magazyn Polska

Europejski przemysł rozwija się, a inflacja bazowa pozostaje na stabilnym poziomie powyżej zera. To zmniejsza szansę, że EBC zdecyduje się na czwartkowym posiedzeniu uruchomić program luzowania ilościowego. Tym bardziej że bank centralny nie zna jeszcze skutków czerwcowych działań: ujemnej stopy depozytowej i programu długoterminowych kredytów dla banków (TLTRO). Ich celem również jest pobudzenie inflacji i PKB poprzez wzrost płynności w sektorze finansowym.

To, co ma w tej chwili do dyspozycji EBC, to zasilanie rynku w dodatkową płynność. To, co m.in. robił amerykański bank centralny, to, co nazywamy drukowaniem pieniądza, czyli ilościowe łagodzenie polityki pieniężnej – nad tym narzędziem Europejski Bank Centralny zastanawia się. Jeszcze nie jest do końca pewne, czy go użyje, ale już nawet sama nadzieja na to, że ono zostanie użyte, w jakiś sposób pomogła rynkowi europejskiemu w ostatnich tygodniach – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.

EBC rozważa rozpoczęcie programu luzowania ilościowego (czyli skupu aktywów finansowych), ponieważ inflacja utrzymuje się znacznie poniżej celu, który jest na poziomie 2 proc. Według wstępnego odczytu w lipcu wzrost cen w strefie euro wyniósł 0,4 proc. wobec 0,5 proc. w czerwcu. To najniższy poziom od października 2009 r., kiedy gospodarka światowa znalazła się w recesji.

Nie oznacza to jednak, że bank centralny z siedzibą we Frankfurcie zdecyduję się na skup papierów wartościowych zabezpieczonych aktywami (ABS, asset-backed securities). Bank zapowiedział, że prowadzi intensywne prace nad możliwością uruchomienia tego mechanizmu, nie zobowiązał się jednak do jego wprowadzenia.

Myślę, że nie będzie się z tym spieszył, na razie będzie chciał ocenić efekty tej polityki, którą dopiero wdrożył, czyli obniżenia stopy depozytowej poniżej zera. Zanim dojdzie do tego ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej, we wrześniu rozpocznie się proces udzielania takich długoterminowych pożyczek na rynku międzybankowym i EBC będzie raczej chciał zaczekać na efekty tego procesu – uważa Bielski.

Obok wprowadzenia ujemnej stopy depozytowej EBC ogłosił w czerwcu 2014 r., że przeprowadzi serię ukierunkowanych długoterminowych operacji refinansujących (TLTRO), które mają stymulować napływ kredytów do sektora prywatnego w okresie 2 lat. Jeżeli uda się pobudzić rynek kredytowy, to inflacja powinna przyspieszyć, dlatego EBC będzie ostrożnie podchodził do wprowadzania kolejnych instrumentów.

Program TLTRO jest komplementarny z obniżką stopy depozytowej poniżej zera: ma on zapobiec sytuacji z przeszłości, kiedy kredyty EBC w postaci LTRO trafiały z powrotem na jego konta zamiast do firm i gospodarstw domowych. Banki obawiały się ryzyka związanego z kredytowaniem sektora prywatnego i zmagając się ze złymi kredytami w swoich portfelach, wolały przechowywać płynność w EBC.

Stopa depozytowa ostatnio obniżona została poniżej zera, by próbować przynajmniej stymulować wzrost kredytów w gospodarce europejskiej, żeby pieniądze nie leżały na rachunkach banku centralnego, tylko krążyły po systemie finansowym, co mogłoby skłonić banki do pożyczania ich zarówno wzajemnie między sobą, jak i też innym podmiotom na rynku finansowym – twierdzi ekonomista BZ WBK.

Ujemna stopa depozytowa może ożywić rynek kredytowy oraz międzybankowy, sektor bankowy w strefie euro w dalszym ciągu zmaga się jednak z trudnościami, o czym świadczy m.in. sytuacja Banco Espirito Santo w Portugalii. Jego trwałe uzdrowienie wymaga restrukturyzacji oraz ożywienia gospodarczego, które podniosłoby wartość aktywów, które są w posiadaniu banków, i zmniejszyło ryzyko ich działalności.

Pojawiają się już pierwsze oznaki ożywienia w Eurolandzie, które może zahamować trwająca dezinflację. Indeks cen producentów (PPI) zanotował w czerwcu spadek o 0,8 proc. w ujęciu rocznym. Ekonomiści prognozowali jednak, że deflacja będzie głębsza i wyniesie 1,1 proc. Czynnikiem zmniejszającym prawdopodobieństwo uruchomienia skupu ABS jest także inflacja bazowa, która utrzymuje się na stabilnym, dodatnim poziomie. Ponadto wskaźnik dla przemysłu PMI wyniósł w lipcu 51,8 pkt, co sygnalizuje poprawę koniunktury.

Choć w krótkim okresie uruchomienie programu luzowania ilościowego nie pogorszyłoby sytuacji w realnej gospodarce, to wśród ekonomistów nie ma zgody co do tego, jaka jest skuteczność tego typu programów. W USA działania Fed doprowadziły do spadku rentowności obligacji oraz osłabienia dolara, co mogło mieć pozytywny efekt w krótkim terminie na wzrost PKB.

Prawdopodobnie oznaczałoby to również osłabienie euro do innych walut, między innymi do dolara, w efekcie wzrosłaby konkurencyjność europejskiego eksportu. Ale to również mogłoby oznaczać dodatkowy zalew płynności, który mógłby potencjalnie przełożyć się na wzrost akcji kredytowej, chociaż co do tego nie ma 100-proc. gwarancji – uważa Piotr Bielski.

A. Radziwiłł (MF): decyzja o wejściu do strefy euro pod warunkiem skutecznych reform w UE

Ustabilizowanie finansów publicznych niezależnie od planów wejścia do strefy euro jest celem Ministerstwa Finansów. Nowy pełnomocnik ds. wprowadzenia euro, Artur Radziwiłł, podkreśla jednak, że przyjęcie wspólnej europejskiej waluty pozostaje strategicznym celem. Jednocześnie, pomimo pozostawania poza strefą euro, Polska aktywnie uczestniczy w niezbędnych reformach obszaru wspólnej waluty, które mają na celu jego wzmocnienie instytucjonalne.

Wejście do strefy euro jest strategicznym celem Polski. Teraz priorytetem dla nas jest wyjście z procedury nadmiernego deficytu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Radziwiłł, nowy wiceminister finansów i pełnomocnik ds. wprowadzenia euro. ‒ Deficyt budżetowy jest dla nas wyzwaniem nie tylko ze względu na kryterium z Maastricht i wejście do strefy euro. Zapewnienie stabilności finansów publicznych w Polsce leży  w naszym własnym interesie.

Radziwiłł, który na początku lipca objął stanowisko po odejściu poprzedniego pełnomocnika ds. wprowadzenia euro Jacka Dominika (został komisarzem UE ds. budżetu), podkreśla, że redukcja deficytu to jedno z wyzwań na drodze do spełnienia kryteriów wprowadzenia europejskiej waluty. Zgodnie z Traktatem o Unii Europejskiej podpisanym w Maastricht, państwo nie może bowiem być objęte tzw. procedurą nadmiernego deficytu. Jedną z przesłanek do nałożenia tej procedury jest natomiast deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych przekraczający 3 proc. PKB. Zgodnie z danymi Komisji Europejskiej w ubiegłym roku w Polsce odnotowano natomiast deficyt wysokości 4,3 proc. PKB.

Pozostałe kryteria z Maastricht (tzw. kryteria konwergencji) to wysoki stopień stabilności cen, relatywnie niskie stopy procentowe oraz stabilność kursu walutowego (potwierdzona uczestnictwem w systemie ERM II przez co najmniej dwa lata przed momentem dokonywania oceny, bez poważnych napięć na rynku walutowym oraz bez dokonywania dewaluacji waluty względem euro). Radziwiłł zauważa jednak, że samo spełnienie kryteriów nie wystarczy, by Polska dobrze poradziła sobie po wprowadzeniu wspólnej waluty. Ograniczenie zmienności złotego już na etapie ERM II, czyli etapu poprzedzającego faktyczne przyjęcie euro, w którym kurs nie może wahać się o więcej niż 15 proc. w stosunku do ustalonego kursu referencyjnego, ograniczy Polsce możliwość elastycznego reagowania na turbulencje w gospodarce.

W krótszym okresie wiemy, że bycie w jednym obszarze walutowym zmniejsza elastyczność gospodarki i możliwości reagowania na szoki – przyznaje Radziwiłł. ‒ Więc teraz wykonujemy fundamentalną pracę wzmacniania stabilności finansów publicznych w Polsce: jest wprowadzona nowa reguła wydatkowa, deficyt jest trwale obniżany i to pozwoli nam nie tylko wypełnić kryterium umożliwiające wejście do strefy euro, lecz również lepiej funkcjonować w ramach strefy euro. Z drugiej strony prowadzimy szereg działań zwiększających elastyczność polskiej gospodarki.

Wiceminister finansów wylicza, że elastyczność gospodarki można zwiększyć np. na rynku pracy, na rynku produktów oraz w ramach polityki fiskalnej. W trakcie ostatniego spowolnienia gospodarczego Polsce udało się utrzymać wzrost gospodarczy jako jedynemu krajowi w Unii Europejskiej również dzięki posiadaniu własnej waluty. Spośród krajów, które razem z nami wstępowały do UE, euro przyjęło już sześć państw, a Litwa uczyni to na początku 2015 r.

Jak przekonuje Radziwiłł, kryzys pokazał, że mechanizmy wspólnej waluty nie były jednak dopracowane. Dlatego teraz przyszedł czas reformy unijnych instytucji. Gdy Polska będzie miała szansę wstąpienia do strefy euro w ciągu kolejnych lat, jest szansa na to, że będzie ona mocniejsza i lepiej przygotowana na kryzysy. Teraz polscy politycy biorą udział w pracach w Brukseli i Frankfurcie, dzięki czemu mają wpływ na kształt Eurolandu. Gdy opracowywane były pierwotne założenia wspólnej waluty, nie mieliśmy takiej szansy.

Jesteśmy obecni i współtworzymy nowe ramy instytucjonalne, rozumiejąc, jakie skutki może mieć kryzys w unii monetarnej i jakie potencjalnie mógłby mieć skutki dla Polski. Będziemy podejmować decyzję o tym, że już jesteśmy gotowi do wejścia, kiedy będziemy mieć nowe, zreformowane instytucje strefy euro – zapewnia Radziwiłł.

Za bardzo istotne uznaje on zwłaszcza to, aby skuteczność wprowadzonych reform została dowiedziona w praktyce. Nie wyklucza, że w przyszłości może pojawić się możliwość wejścia do strefy euro z pominięciem dwuletniego okresu stabilizacji kursowej w ramach ERM II. O takim rozwiązaniu mówił niedawno Jan Krzysztof Bielecki, przewodniczący Rady Gospodarczej przy Premierze RP. Jak zaznacza Radziwiłł, na razie nie jest to możliwe prawnie – przejście przez etap ERM II i uzyskanie pozytywnej opinii Europejskiego Banku Centralnego są niezbędne przed rezygnacją ze złotego.

Radziwiłł podsumowuje, że wejście do zreformowanej i ustabilizowanej strefy euro, wsparte dobrą sytuacją fiskalną Polski, byłoby korzystne dla polskich przedsiębiorców i konsumentów.

Projekt wspólnej waluty jest projektem ważnym, mającym długofalowe korzyści i pozwalającym na pogłębienie jednolitego rynku w Europie. Rynku, na którym polscy przedsiębiorcy są bardzo konkurencyjni. Nam zależy na tym, żeby znosić bariery wymiany towarów i usług w ramach Unii Europejskiej, a wiadomo, że wahania kursowe stanowią barierę – ocenia Radziwiłł. ‒ Doświadczenia krajów, które już wchodziły, wskazują, że nie występuje odczuwalny wzrost cen związany z samym wejściem do strefy euro.

Dzięki wyższym niż w Europie stopom procentowym bankom rosną zyski z odsetek

CEO Magazyn Polska

Nawet o jedną piątą mogły wzrosnąć zyski odsetkowe polskich banków w drugim kwartale tego roku w ujęciu rok do roku. Będzie to wynikało głównie z efektu niskiej bazy na wyniku odsetkowym w drugim kwartale 2013. Obniżka stóp, która może nastąpić we wrześniu, mogłaby spowolnić dynamikę wzrostu wyników odsetkowych banków w kolejnych kwartałach.

W II kw. spodziewamy się, że dynamika wyników odsetkowych netto wyniesie kilkanaście procent, w niektórych bankach nawet do 20 proc. rok do roku. Natomiast gdyby stopy procentowe uległy obniżeniu, to dynamika zmniejszy się w kolejnych kwartałach. Jeśli chodzi o wynik prowizyjny, który też stanowi znaczną część wyniku bankowego, to spodziewamy się dużych presji na wyniki – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Komaracka, dyrektor Departamentu Analiz w Erste Securities Polska.

Ocenia, że wyższe niż w Europie stopy procentowe sprawiają, że banki w Polsce mogą osiągać wyższą marżę odsetkową. Rada Polityki Pieniężnej utrzymała na początku lipca stopę referencyjną na poziomie 2,50 proc. To znacznie więcej niż stopa referencyjna Europejskiego Banku Centralnego (0,15 proc.) oraz innych banków centralnych w regionie (np. czeski bank centralny ustalił stopę referencyjną na poziomie 0,05 proc.). Niższe stopy procentowe w krótkim terminie negatywnie przełożyłyby się na marżę odsetkową (bo oprocentowanie kredytów spada natychmiast, a koszty depozytów reagują z opóźnieniem), w dłuższym terminie niższe stopy procentowe wpłynęłyby jednak pozytywnie na popyt na kredyt i obniżyły koszty ryzyka ‒ ocenia Komaracka.

Obniżka stóp procentowych jest możliwa dopiero na wrześniowym posiedzeniu RPP. Jak podkreśla Komaracka, jeśli doszłoby do niej, to dynamika wyników odsetkowych banków mogłaby wyhamować. Pod większą presją są jednak wyniki prowizyjne, na które wpłynęła m.in. obniżka opłat interchange. Od 1 lipca stawka tych opłat, pobieranych przez banki od płatności kartami, została ustawowo ograniczona do 0,5 proc.

Na prowizje wpłynie też proponowana przez Komisję Nadzoru Finansowego nowa Rekomendacja U. Jej skutkiem będzie m.in. ograniczenie przychodów banków z tytułu sprzedaży produktów ubezpieczeniowych, czyli w ramach bancassurance, od 2015 roku.

Spodziewamy się, że przegląd jakości aktywów, który jest obecnie prowadzony przez Komisję Nadzoru Finansowego we współpracy z europejskim nadzorem, może doprowadzić do przypadków, kiedy koszty ryzyka będą większe. Można jednak powiedzieć, że szybszy wzrost gospodarczy i lepsza sytuacja gospodarcza konsumentów raczej przekłada się na pozytywne tendencje, czyli spadek kosztów ryzyka – dodaje Komaracka.

Ewentualne mniejsze wpływy z tytułu odsetek i prowizji banki mogą rekompensować cięciami kosztów, przede wszystkim w wydatkach operacyjnych. Choć koszty banków są już teraz mocno kontrolowane, istnieją pewne możliwości dalszych oszczędności. Komaracka wyjaśnia, że wiąże się to ze zmianami zachodzącymi w bankowości. Spodziewa się, że zmniejszeniu może ulec sieć placówek. Coraz więcej usług będzie oferowanych w ramach platform elektronicznych.

W mniejszym stopniu na banki wpłynęła obowiązująca od początku tego roku nowa Rekomendacja S, zgodnie z którą minimalny wkład własny do kredytu hipotecznego wynosi 5 proc. W kolejnych latach poziom ten będzie rósł ‒ aż do 20 proc. w 2017 r.

Banki do tej pory były ostrożne, zwłaszcza w ostatnich czasach, przy udzielaniu kredytów z wysokim wskaźnikiem LTV, czyli wartości kredytu do wartości mieszkania. Wydaje się, że to, co weszło w życie w 2014 roku, nie ma wielkiego przełożenia na banki, bo minimalny udział własny wynosi obecnie jedynie 5 proc. – ocenia Komaracka.

Komaracka przypomina, że aż prawie połowa wszystkich kredytów hipotecznych ma wskaźnik LTV przekraczający 80 proc. (czyli z mniej niż 20-proc. wkładem własnym), a dla jednej czwartej to nawet ponad 100 proc. Dotyczy to przede wszystkim kredytów we frankach szwajcarskich, których wartość wzrosła z uwagi na wahania kursowe tej waluty.

Prawie tysiąc mieszkań na warszawskiej Woli i 700 w Katowicach. J.W. Construction buduje w całym kraju

Nowe mieszkania na warszawskiej Woli, w Katowicach i Gdyni – takie plany na najbliższe miesiące ma J.W. Construction. Deweloper w I kwartale sprzedał o 30 proc. więcej mieszkań niż w tym samym okresie ubiegłego roku. Choć najlepiej wciąż sprzedają się małe mieszkanie, to zainteresowanie jest tak duże, że spółka podwyższyła nieco ceny.

Rynek warszawski jest najbardziej atrakcyjny, ale w związku z tym, że jesteśmy dużym deweloperem, to nie pogardzamy też innymi dużymi miastami. Byliśmy do tej pory obecni w Łodzi, Gdyni i Katowicach, mamy tam przetarte ścieżki, posiadamy biura handlowe, nie chcemy z tego potencjału rezygnować. W związku z tym kontynuujemy tam inwestycje i stąd nowe poczynione zakupy, które będą miały przełożenie na rozpoczynane inwestycje w tym roku czy następnych latach – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Szwarc-Sroka, dyrektor finansowa J.W. Construction Holding.

Spółka ma ambitne plany w wielu dużych miastach. W Warszawie trwają prace na osiedlu Bliska Wola przy ulicy Kasprzaka, gdzie w pierwszym etapie ponad 150 mieszkań sprzedało się w cenie średnio 7 tys. zł za metr. Szwarc-Sroka podkreśla jednak, że w kolejnych etapach ceny wzrosną do co najmniej 7,3 tys. zł za metr, a być może nawet bardziej, bo zainteresowanie jest bardzo duże. Spółka chce w etapie B1 sprzedawać nawet 60 mieszkań miesięcznie, a klienci wprowadzą się do nich w 2016 r. W drugim etapie zostanie wybudowanych 940 mieszkań.

Na przełomie III i IV kwartału tego roku J.W. Construction liczy na otrzymanie kolejnego pozwolenia na budowę w stolicy. Powstanie też kolejny etap osiedla Zielona Dolina na Białołęce, gdzie najtańsze mieszkania kosztują nawet poniżej 5 tys. zł za metr. To oferta skierowana do osób zainteresowanych dotacją z rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych”, który, jak zauważa Szwarc-Sroka, ma duży wpływ na rosnącą sprzedaż spółki. Limit ceny w Warszawie to w drugim kwartale br. nieco ponad 6,1 tys. zł.

Program MdM wpłynął poważnie na naszą sprzedaż. Zanotowaliśmy 30-proc. wzrost sprzedaży w I kwartale 2014 roku wobec I kwartału 2013 roku. W naszym portfelu mamy nadal 300 mieszkań gotowych, głównie są to mieszkania popularne: na Białołęce, w Poznaniu, Ożarowie, które też się częściowo wpisują w ten program. Program okazał się bardzo atrakcyjny – ocenia Szwarc-Sroka.

Do końca sierpnia spółka chce uzyskać pozwolenie na budowę kolejnego etapu inwestycji na osiedlu Bernadowo w Gdyni. Jak podkreśla Szwarc-Sroka, dwa pierwsze etapy zrealizowane przy ulicy Parkowej cieszyły się bardzo dużą popularnością.

Kolejnym miastem w orbicie zainteresowań J.W. Construction są Katowice. Obecnie trwa budowa 149 mieszkań na osiedlu Tysiąclecia w pobliżu granicy z Chorzowem, docelowo ma tam znaleźć się nawet 700 lokali. Szwarc-Sroka zapowiada także, że spółka planuje kolejne etapy zakończonej w 2008 r. inwestycji przy ul. Bałtyckiej na zachodnich obrzeżach Katowic.

Niezmiennie najlepiej sprzedają się jednak niewielkie mieszkania.

Polacy nadal poszukują mieszkań małych, niezależnie od sytuacji, od rynku. Nieraz mówiło się, że poszukują już mieszkań większych. W naszej firmie, a jesteśmy dużą firmą z dużą ofertą, najpierw zawsze sprzedawały się mieszkania małe i nieco większe, a na końcu zostawały największe. To się nie zmienia – ocenia Szwarc-Sroka.

Dodaje, że J.W. Construction dzięki 14 mln zł z unijnego instrumentu Jessica uruchomiło także budowę czterogwiazdkowego hotelu w Szczecinie. Obiekt będzie miał 107 pokoi, a atrakcyjne finansowanie było ważnym czynnikiem przy podejmowaniu decyzji o inwestycji.

Rośnie zainteresowanie Polaków nowymi mieszkaniami

Rośnie zainteresowanie Polaków nowymi mieszkaniami. Jak ocenia Cezary Bernatek, analityk z Espirito Santo Investment Bank, rynek jest mocno rozpędzony, więc o stronę popytową nie trzeba się obawiać. Chyba że deweloperzy przesadzą z budową nowych mieszkań.

– Sprzedaż już któryś kwartał z rzędu jest na poziomie sprzedaży przedkryzysowej­­ – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Cezary Bernatek. – Natomiast to, co w tym momencie może nieco budzić obawy, to ponowny boom spółek deweloperskich na uruchamianie nowych projektów. Mieliśmy do czynienia w ostatnich kilku kwartałach z sytuacją, kiedy oferta bardzo mocno się kurczyła na rynku, dzięki czemu rynek wrócił do poziomu równowagi, albo wręcz do sytuacji, w której deweloperzy byli w nieco lepszej sytuacji. Kwartał II był kwartałem, w którym dodania do oferty wyprzedzały nam sprzedaż.

Według niego obowiązująca ustawa deweloperska ogranicza dostęp firm do finansowania zewnętrznego. Deweloperami, którzy najbardziej skorzystają na rosnącej sprzedaży, będą więc spółki duże, które mają mocne bilanse i dostęp do finansowania bankowego.

– Natomiast w Polsce, jak się szacuje, jest około 650 deweloperów – podkreśla analityk z Espirito Santo Investment Bank. – Ci najwięksi, którzy mają dostęp do rachunków powierniczych z reguły otwartych, to jest jakaś tam frakcja, margines, jakaś bardzo mała część. Natomiast cała grupa deweloperów średnich, którzy są zbyt duzi, żeby sfinansować się samemu z pieniędzy własnych, z equity, jest zbyt mała, żeby dostać rachunek powierniczy. Dlatego myślę, że to właśnie duzi deweloperzy, deweloperzy giełdowi przede wszystkim będą korzystali na obecnym wzroście sprzedaży i będą zwiększali udział w rynku kosztem właśnie tych mniejszych deweloperów.

W ocenie Cezarego Bernatka na polskim rynku mieszkaniowym duże firmy nie mają poważniejszych problemów. Nawet jednak najmocniejsze podmioty, takie jak Dom Development, Robyg, Ronson i LC Corp, można podzielić na radzące sobie trochę lepiej lub trochę gorzej.

– Idąc tym tropem, myślę, że tutaj na uwagę in plus zasługują Robyg i LC Corp – bardzo mocna sprzedaż, perspektywa poprawy wyników, dobre bilanse­­ – mówi Cezary Bernatek. – W Robygu mamy jeszcze do czynienia z sytuacją, kiedy spółka płaci dywidendę, co nie jest wcale takie oczywiste, jeżeli chodzi o branżę deweloperską mieszkaniową. Trochę słabiej wygląda na tym tle Ronson, który będzie miał jeszcze niestety trzy kwartały słabych wyników, całoroczny wynik w 2014 roku zbliżony do zera. Oczywiście poprawa może nastąpić w roku 2015, dlatego należałoby zwrócić uwagę na Ronsona pod koniec roku, bo trudno jest teraz z nim zbudować pozycję, ponieważ ma bardzo mały free float i obrót, więc jeżeli ktoś by chciał zbudować pozycję w Ronsonie pod odbicie wyników, które będzie bardzo wyraźne w roku 2015, to pewnie musiałby już zacząć o tym myśleć pod koniec roku.

W roku 2015 Ronson planuje zakończyć kilka realizowanych inwestycji, podczas gdy w roku 2014 spółka praktycznie nie oddaje nowych projektów.

W komercyjnej części branży deweloperskiej istotna jest część retailowa, czyli centra handlowe oraz część biurowa. W Warszawie lepiej radzą sobie centra handlowe. I to mimo dużego popytu na powierzchnie biurowe.

– W stolicy dużo lepsza sytuacja jest w segmencie retailowym – zaznacza Cezary Bernatek. – Wskaźnik pustostanów jest na poziomie mniej więcej 2-3 proc. versus wskaźnik pustostanów w biurach, który jest na poziomie w tym momencie 12 proc. i myślę, że wzrośnie on do ok. 15 proc. do końca roku. W biurach popyt jest bardzo dobry. Jeżeli chodzi o taki take up brutto, to są nadal wysokości rzędu 400-500 metrów, natomiast take up netto już niestety nie nadąża za nową podażą, ponieważ jest jej bardzo dużo, w granicach 300 tys. metrów co roku.

Warszawski rynek nieruchomości komercyjnych nie jest jednak typowy dla całej Polski. W takich miastach jak Katowice czy Kraków nieruchomości biurowe wynajmują się znacznie łatwiej niż w stolicy.

Inwestorzy od początku 2014 r. z rezerwą podchodzą do akcji banków. Druga połowa roku może być dla instytucji finansowych jeszcze większym wyzwaniem

CEO Magazyn Polska

Niechęć inwestorów do akcji banków, spowodowana jest tym, że gospodarka zdradza coraz więcej oznak spowolnienia. Lipcowy indeks PMI pokazał, że po raz pierwszy od roku pogarsza się koniunktura w polskim przemyśle. Rosną zatem szanse na to, że stopy procentowe jeszcze spadną, a to obniżyłoby wyniki odsetkowe banków. Instytucje finansowe mogą jednak ustabilizować swoje zyski, jeśli udzielą więcej kredytów, które poprawią wynik z tytułu opłat i prowizji.

Spodziewam się stabilizacji wyników banków. Mimo lepszych wyników gospodarczych zyski i rachunki wyników banków podlegają pewnym nowym napięciom, których nie było rok temu. Banki przyzwyczaiły się już do funkcjonowania w środowisku niskich stóp procentowych i w pewien naturalny sposób dostosowały się do niższych przychodów odsetkowych, głównie poprzez obniżanie kosztów. Niestety, pracy związanej z podwyższeniem przychodów nieodsetkowych czy prowizji w rachunkach jeszcze nie widać – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jacek Chwedoruk, prezes polskiego Rothschilda.

Wczoraj wyniki podał bank Pekao SA. Choć zysk netto okazał się wyższy od oczekiwań analityków, to jednak spadł w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Niższy był również wynik prowizyjny, choć też lekko przekroczył oczekiwania. Opublikowane dziś wyniki ING BSK były zgodne z oczekiwaniami analityków.

Utrzymujące się na rekordowo niskim poziomie stopy procentowe NBP (2,5 proc.) sprawiają, że marże odsetkowe banków pozostają niewielkie. W związku z tym w najbliższym czasie sektor bankowy będzie w dalszym ciągu starał się o poprawę wyników poprzez wzrost wolumenu udzielanych kredytów oraz sprzedaży usług. Te czynniki pozytywnie wpływały na wyniki banków w II kwartale.

– Na pozytywne wyniki banków w II kwartale wpływało przede wszystkim zwiększenie wolumenów, przynajmniej w takich grupach kredytów detalicznych, jak kredyty hipoteczne i kredyt konsumpcyjny. Natomiast cały czas w segmencie przedsiębiorstw nie widać dużej chęci do zwiększania ekspozycji kredytowej – uważa Chwedoruk.

Według prezesa Banku Millennium Joao Bras Jorge’a wzrostowi wolumenów udzielanych kredytów oraz przychodom z tytułu opłat i prowizji sprzyjała korzystna struktura wzrostu PKB. W 2013 r. polska gospodarka uniknęła recesji jedynie dzięki eksportowi netto (różnicy między eksportem a importem), tymczasem obecnie wkład eksportu netto we wzrost PKB w I kwartale 2014 r. wyniósł tylko 0,5 pkt proc. z 3,4 proc.

W porównaniu z poprzednimi kwartałami, w II kw. 2014 r. na wynik sektora bankowego negatywnie wpływały koszty z powodu wejścia w życie nowych regulacji. Chwedoruk wymienia tu m.in. obniżenie opłaty interchange, zmianę księgowania przychodów z prowizji związanych z ubezpieczeniami i wyższe opłaty na Bankowy Fundusz Gwarancyjny.

Wydaje się, że te dwa trendy, czyli napięcia kosztowe z jednej strony i zwiększenie wolumenów kredytu z drugiej, spowodują stabilizację wyniku netto i wyniku z działalności bankowej w okresie najbliższych kilku kwartałów. Chyba że nastąpi dalsza obniżka stóp procentowych, co oczywiście w sposób naturalny może zepchnąć wyniki banków trochę niżej – zaznacza prezes polskiego Rothschilda.

Najnowsze negatywne dane z polskiej gospodarki zwiększają prawdopodobieństwo, że RPP zdecyduje się na obniżenie kosztu pieniądza w gospodarce. Indeks PMI obrazujący stan koniunktury w polskim przemyśle obniżył się w czerwcu do 49,4 z 50,2 pkt w maju. Wartość poniżej 50 pkt oznacza, że ankietowane firmy wskazują na spadek aktywności gospodarczej. To kolejna negatywny sygnał z polskiej gospodarki po słabym wzroście sprzedaży detalicznej w czerwcu (+1,2 proc. r/r, prognozowano +3,8 proc.) oraz produkcji przemysłowej w tym samym miesiącu (+1,7 proc. r/r, prognozowano +4 proc.).

Pogarszające się otoczenie makroekonomiczne sprawia, że indeks WIG-Banki stracił ponad 13 proc., licząc  od szczytu z połowy lutego do końca lipca. Wcześniej był on w trendzie wzrostowym od końca 2011 r. do początku 2014 r. Ekonomiści prognozują, że jeśli RPP zdecyduje się na poluzowanie polityki pieniężnej, to nastąpi ono we wrześniu. Obok bieżących wskaźników, dla RPP kluczowa jest projekcja inflacji. Lipcowa publikacja prognozy zakłada, że wzrost cen zbliży się do celu inflacyjnego – osiągnie 2,3 proc. – dopiero pod koniec 2016 r. W tym roku inflacja wyniesie zaledwie 0,2 proc. w ujęciu rocznym, z kolei w przyszłym – 1,4 proc.

Choć niskie stopy procentowe (oraz ich stabilizacja w dłuższym okresie) są ulgą dla bardzo zadłużonych kredytobiorców, to banki – w ocenie Chwedoruka – nie uwzględniły jeszcze w swoich wynikach finansowych koniecznych rezerw na nieściągalne kredyty. To przede wszystkim efekt załamania w sektorze budowlanym, które rozpoczęło się w 2012 r. Jest jeszcze za wcześnie by oceniać, czy obserwowane obecnie negatywne tendencje w gospodarce wpłynęły na pogorszenie jakość portfeli kredytowych w bankach.

Są jeszcze przypadki w sektorze, nazwałbym go budowlano-infrastrukturalnym, które moim zdaniem nie w pełni zostały odzwierciedlone w bilansach i rachunkach wyników banków. Dla tych banków, które jeszcze nie dokonały odpowiednich rezerw, może to jednorazowo nastąpić w najbliższych kwartałach – ocenia Jacek Chwedoruk.

PKO BP: Podwyżka stóp nie wcześniej niż w III kw. 2015 r.

Rekordowo niskie stopy procentowe w Polsce na razie nie przekładają się na wzrost inflacji. W lecie wzrost cen praktycznie się zatrzymał, a w III kwartale część ekonomistów prognozuje spadek, czyli deflację. W ten sposób Polska upodabnia się do rozwiniętych gospodarek, którym grozi balansowanie na krawędzi deflacji przez dłuższy okres. Choć kredyt w Polsce będzie tańszy, to tylko dlatego, że potencjał gospodarki będzie coraz słabszy – uważa część ekonomistów.

Mamy w tej chwili najniższe stopy procentowe w naszej historii. Niewykluczone, że we wrześniu te stopy spadną dalej, niewykluczone, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się na obniżkę pomiędzy 25 a 50 punktów bazowych. Wydaje się, że wpływ takiego obniżenia na wzrost gospodarczy w przyszłym roku nie będzie duży, maksymalnie około 0,2 proc. PKB – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Paweł Borys, dyrektor ds. strategii i inwestycji PKO Banku Polskiego.

Niewielki wpływ cięcia stóp procentowych na wzrost PKB wynika stąd, że obecne koszty kredytu nie są istotną barierą inwestycyjną dla przedsiębiorstw, co potwierdzają badania koniunktury w firmach robione przez NBP. W tej sytuacji na poluzowaniu polityki pieniężnej skorzystałaby głównie ta część firm i konsumentów, która płaciłaby niższe odsetki z tytułu kredytów. Zdaniem części analityków NBP będzie jednak zmuszony podjąć taką decyzję ze względu na troskę o wiarygodność swojej polityki. Jej podstawowym celem jest utrzymanie inflacji jak najbliżej poziomu 2,5 proc., z maksymalnym dopuszczalnym pasmem wahań +/- 1 pkt proc.

Obecna Rada Polityki Pieniężnej urzęduje od stycznia 2010 r. i w ciągu 54 miesięcy (licząc do czerwca 2014 r.) inflacja znajdowała się w celu jedynie przez 16 miesięcy (29,6 proc. tego okresu). Cały okres od stycznia 2011 r. do września 2012 r. inflacja była powyżej 3,5 proc., z kolei od lutego 2013 r. wzrost cen stale nie przekraczał 1,5 proc. Czerwiec 2014 r. był więc 7. z kolei miesiącem o zbyt niskiej inflacji. W ujęciu rocznym wyniosła ona 0,3 proc.

Ze względu na cały czas niską inflację przynajmniej do półrocza przyszłego roku zakładamy, że nie będzie podwyżek stóp procentowych co najmniej do III kwartału 2015 roku. Później, jeżeli potwierdzą się te pozytywne trendy w gospodarce, czyli wzrost PKB będzie przekraczał wyraźnie 4 proc. i nastąpi stopniowy wzrost inflacji, możemy spodziewać się wzrostu stóp procentowych. Ale pewnie już w tej niewielkiej skali – uważa Borys.

Ekonomista PKO BP spodziewa się, że w najbliższy cykl podwyżek stóp procentowych nie przekroczy łącznie 1 pkt proc. Taki scenariusz – a więc niskiej długookresowej inflacji, niewielkiego wzrostu PKB oraz niskich stóp NBP – uprawdopodabnia obecna sytuacja na rynku obligacji. Rentowności 10-letnich  papierów skarbowych są blisko rekordowych minimów, a więc przedziału 3,1-3,2 proc. Podobnie wyglądają rynki obligacji w strefie euro, czemu sprzyja niski prognozowany wzrost gospodarczy, a w przypadku niektórych krajów – ryzyko deflacji.

Niski wzrost cen mierzony koszykiem dóbr konsumpcyjnych (CPI) dotyczy obecnie większości rozwiniętych gospodarek. Ma on miejsce w sytuacji bardzo luźnej polityki pieniężnej największych banków centralnych świata, co wywołuje szereg dyskusji wśród ekonomistów i analityków. Część z nich wskazuje, że jest tylko kwestią czasu, kiedy duża kreacja pieniądza rezerwowego (płynność sektora bankowego) przełoży się na wzrost cen mierzony CPI. Tym bardziej że niskie stopy procentowe oraz skup aktywów (luzowanie ilościowe) już teraz doprowadziły do inflacji na rynku aktywów (wzrost cen akcji, obligacji oraz nieruchomości w niektórych gospodarkach). Zwolennicy tej tezy argumentują również, że utrzymująca się przez dłuższy czas niska inflacja to skutek oddłużania, jakie ma miejsce w sektorze prywatnym.

Alternatywne wyjaśnienie zakłada, że na skutek zmian strukturalnych w rozwiniętych gospodarkach (np. starzenia się społeczeństw, wolniejszego tempa wzrostu produktywności) spada długookresowa presja inflacyjna, a zatem i rynkowe stopy procentowe. Ekonomiści PKO BP przeprowadzili kompleksowe badanie polityki pieniężnej dla 30 głównych gospodarek na świecie. Oszacowano w nim, jaki jest optymalny poziom stopy procentowej (czyli naturalnej stopy procentowej), który zapewnia gospodarce to, że się rozwija, a jednocześnie nie popada w różne nierównowagi. Przykładowo zbyt niskie stopy procentowe w stosunku do optimum mogą zwiększać deficyt rachunku obrotów bieżących, deficyt sektora finansów publicznych oraz stymulować nadmierny wzrost zadłużenia wśród firm i konsumentów. Według ekonomistów największego polskiego banku naturalna stopa procentowa obniża się i jest to tendencja ogólnoświatowa.

Jesteśmy zatem w dłuższej perspektywie w środowisku niższych stóp procentowych, i na świecie, i w Polsce. Nie należy zakładać, że nawet, jeżeli Rada Polityki Pieniężnej w Polsce będzie podwyższała stopy procentowe, to one nie wrócą do poziomu 5-6 proc., raczej w dłuższym okresie będziemy na poziomie 2-3, może maksymalnie około 4 proc. – twierdzi Paweł Borys.

W przypadku najbardziej rozwiniętych gospodarek naturalna stopa procentowa jest szacowana na poziomie 1-2 proc. To oznacza, że polityka największych banków centralnych świata (USA, Japonii czy EBC) nie jest optymalna z punktu widzenia tych gospodarek, gdyż tworzy wiele nierównowag, które w skrajnym przypadku mogą doprowadzić do sztucznego boomu na niektórych rynkach. Problem polega na tym, że nie wszystkie koszty i ryzyko są łatwe do identyfikacji, a część z nich pojawia się z opóźnieniem.

Te badania jednoznacznie pokazują, że stopy procentowe pozostają poniżej tych właśnie naturalnych poziomów. Stwarza to oczywiście ryzyko, że te nierównowagi będą narastały i jeżeli banki centralne nie wycofają się z tej polityki, to w dłuższej perspektywie będziemy mieli do czynienia z zawirowaniami na rynkach finansowych – ocenia dyrektor ds. strategii i inwestycji w PKO BP.

Bankructwo Argentyny nie będzie drugim Lehman Brothers. Kraj od 2001 r. jest praktycznie odcięty od rynków

CEO Magazyn Polska

Władze Argentyny poszukują chętnych na zakup obligacji, które kraj przestał spłacać. Od 30 lipca jest w stanie niewypłacalności, bo władze nie zgodziły się na wykonanie wyroku sądu i zwrócenie 1,5 mld USD funduszom, nazywanym w Buenos Aires „sępami”. To już 8. bankructwo kraju w ostatnich 200 latach, dlatego rynki finansowe pozostają spokojne.

Argentyna ma teoretycznie niewielki problem, bo to jest niecałe 1,5 mld dolarów, naprawdę niewiele. W tej chwili mają oni również niewiele rezerw  około 15 mld. Ale nie w tym rzecz. Jeżeli oni zaspokoją zgodnie z wyrokiem sądu tych, których się nazywa sępami, te fundusze, które skupowały dług za bezcen, kiedy Argentyna się wywróciła, będą miały przebitkę około kilkanaście razy. Jeżeli oni im to zapłacą, to wtedy rzucą się na nich ci, którzy zgodzili się na dobrowolną redukcje długu, pójdą do sądu, a to może już grozić zwielokrotnieniem tej sumy – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.

Wyrok amerykańskiego sądu jest po myśli funduszy inwestycyjnych, posiadających 7 proc. z łącznej wartości wyemitowanych obligacji Argentyny, które w 2001 r. przestały być spłacane przez rząd w Buenos Aires. Kilkanaście lat temu 93 proc. wierzycieli Argentyny zgodziło się po negocjacjach na redukcję długu o 70 proc., czyli z każdego 1 USD wartości nominalnej otrzymali zaledwie 30 centów. Pozostałe 7 proc. wierzycieli nie chciało zaakceptować tak dużej straty i część z nich sprzedała obligacje funduszom hedgingowym, które kupiły je za bardzo niską cenę rynkową. Spadek ceny i wzrost rentowności odzwierciedlał wtedy niskie prawdopodobieństwo odzyskania zainwestowanych pieniędzy.

Ktoś, nie wiem za ile, za 100 mln dolarów, może za 150-200 mln, kupił obligacje warte 1,3 mld i tyle, wygrał proces, to się zdarza – komentuje Kuczyński.

Po wieloletniej batalii, sąd w USA uznał, że posiadacze obligacji mają prawo do otrzymania pełnej sumy, na jaką został zaciągnięty dług. Jednocześnie, by zagwarantować wykonanie wyroku, amerykański sąd zakazał obsługi pozostałych wierzycieli Argentyny, dopóki ta nie ureguluje zobowiązań wobec tych funduszy. W praktyce rząd w Buenos Aires stanął przed wyborem: spłacić w pełni część wierzycieli lub ogłosić niewypłacalność, wstrzymując wszelkie płatności, które – zgodnie z wyrokiem sądu – poszłyby na kontro funduszy. Jak dotąd Argentyna nie uregulowała płatności odsetkowych w wysokości 539 mln USD, wymagalnych 30 lipca, co oznacza formalnie niewypłacalność.

Dużo groźniejsze byłoby dla Argentyny, gdyby zapłaciła, bo wtedy ruszyłaby cała lawina pozwów, i tak zresztą może pójść. Sytuacja Argentyny jest niedobra, to nie ulega żadnej wątpliwości, jest wysoka inflacja, są problemy z zadłużeniem i rezerwami walutowymi. Ten kraj od wielu lat idzie w bardzo złym kierunku – ocenia główny analityk DI Xelion.

Z powodu zawieszenia obsługi długu agencja S&P obniżyła rating Argentyny do poziomu CCC-, czyli selektywnej niewypłacalności. Jest to najniższa ocena kredytowa ze wszystkich państw, dla których agencja S&P opracowuje ratingi. Agencja Fitch na razie utrzymuje rating CC, ma on jednak – podobnie jak w przypadku S&P – perspektywę negatywną. Prawdopodobieństwo bankructwa według wyceny CDS (credit-default swaps) – w tym wypadku rozumiane jako brak spłaty kolejnych wymagalnych obligacji – wzrosło do 18 proc. W przypadku sąsiedniej Brazylii jest to zaledwie 2,5 proc. – wynika z obliczeń analityków Deutsche Bank.

Przedstawiciele rządu Argentyny kontynuowali od początku tygodnia rozmowy z inwestorami w celu znalezienia chętnych do odkupienia obligacji, które kraj przestał spłacać. Porozumienie pozwoliłoby zakończyć stan niewypłacalności, który dodatkowo pogarsza już i tak trudną sytuację gospodarczą. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego prezydent Argentyny Cristina Fernández de Kirchner popełniła błąd, nie próbując rozwiązać problemu w sposób polubowny.

Pewno najlepiej byłoby się z nimi po cichu dogadać przed procesem. Ale w tej chwili mówienie o czymś takim nie ma najmniejszego sensu, mleko się rozlało – uważa Piotr Kuczyński.

W pierwszym kwartale br. trzecia największa gospodarka Ameryki Łacińskiej skurczyła się o 0,2 proc. rok do roku i 0,8 proc. w stosunku do poprzedniego kwartału. To pierwszy spadek PKB od blisko dwóch lat. Według szacunków ekonomistów eksport zmalał o 6,4 proc. w ujęciu rocznym, a prywatna konsumpcja o 1,2 proc. Wzrosły za to wydatki rządowe o 3,4 proc., co jednak napędzało inflację i przez to prowadziło do dalszego osłabienia waluty. W pierwszym półroczu ceny mierzone indeksem CPI wzrosły o 15 proc. w porównaniu z pierwszymi 6 miesiącami 2013 r.

Problemy argentyńskiej gospodarki znajdują odzwierciedlenie w konsekwentnie słabnącym peso. W 2012 r. według oficjalnego kursu, za 1 USD płacono ok. 4,3 peso, obecnie jest to już ponad 8 peso. Według kursu czarnorynkowego waluta Argentyny jest jednak o wiele słabsza, bo w praktyce – według kursu oficjalnego – bardzo trudno jest dokonać transakcji międzynarodowych.

Niewypłacalność i pogarszająca się sytuacja gospodarcza Argentyny na razie nie wywołują większych niepokojów na rynkach finansowych. Kraj od 2001 r. pozostaje praktycznie poza światowym rynkiem finansowym, a polityka gospodarcza nie ułatwia jego ponownej integracji z rynkami.

Dla nas to nie ma najmniejszego znaczenia, to izolowany przypadek, inaczej niż Lehman Brothers, który coś mógłby rozpocząć, coś szerszego. To są dwie zupełnie odmienne sytuacje – uważa Kuczyński.

Podatek węglowodorowy w Senacie. Dodatkowe obciążenia mogą zniechęcić inwestorów do eksploatacji złóż

CEO Magazyn Polska

Ustawa o podatku węglowodorowym trafi pod obrady Senatu na rozpoczynającym się dziś posiedzeniu. Nowy system opodatkowania gazu ziemnego i ropy naftowej może zniechęcić inwestorów do eksploatacji złóż, szczególnie tych o niższej opłacalności, i zwiększyć koszty ponoszone przez firmy wydobywcze – ocenia Robert Zajdler z Instytutu Sobieskiego.

Biorąc pod uwagę wszystkie nieścisłości tej ustawy, może się faktycznie okazać, że jakaś część złóż, które są na granicy rentowności zakładanej przez przedsiębiorcę, po prostu nie będzie eksploatowana – przewiduje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Zajdler z Instytutu Sobieskiego.

Zgodnie z propozycją ustawy firmy zajmujące się eksploatacją gazu i ropy, w tym ze źródeł niekonwencjonalnych (czyli łupkowych), będą dodatkowo opodatkowane. Pierwszym mechanizmem będzie podatek węglowodorowy w wysokości od 0 do 25 proc. zysków firmy (w zależności od wysokości zysków). Gaz i ropę obejmie też podatek od kopalin w wysokości 1,5 do 3 proc. wartości wydobycia, a także opłata eksploatacyjna. Łącznie stopa opodatkowania może sięgnąć 40 proc., choć według przedsiębiorców może się okazać, że obciążenia będą znacznie większe.

Zajdler zaznacza, że przedsiębiorcy zaczną płacić podatki dopiero od 2020 r. Już od 2016 r. będą musieli jednak składać odpowiednie sprawozdania. Według eksperta to jednak zbyt krótki czas na przygotowanie księgowe, administracyjne i informatyczne systemów.

Ustawa jest dość trudna w zastosowaniu, dlatego że wprowadza reżim podatkowy, którego nie było, który czerpie z różnych ustaw różne rozwiązania i miks tych rozwiązań jest dość trudny do wdrożenia dla przedsiębiorców. Z drugiej strony ustawa wprowadza dość krótki okres vacatio legis jak na takie rozwiązania – ocenia Zajdler. ‒ Pierwszy postulat – wydłużmy nieco ten okres.

Ustawa nie jest też precyzyjna pod względem tego, od jakiej podstawy firmy będą musiały płacić podatki. Twórcy prawa nie określili dokładnie, które koszty są kwalifikowane i można je odliczyć. To, jak podkreśla Zajdler, sprzeczne z praktyką branży. Dlatego firmy będą zmagały się z podwójnym ryzykiem. Część kosztów, które powinny być kwalifikowane, mogą nie zostać za takie uznane, co zwiększy wysokość odprowadzanych podatków. Zajdler podkreśla, że przedsiębiorcy będą mogli odliczać koszty kwalifikowane, ale w niektórych przypadkach będą musieli udowodnić urzędom skarbowym, że mieli do tego prawo. A to, jak ocenia ekspert, może być trudne ze względu na profiskalne podejście urzędników skarbowych.

Ryzykiem będzie podjęcie decyzji, czy dochodzić swoich racji, czy też uznać, że to zobowiązanie podatkowe będzie jednak trochę wyższe, niż początkowo było zakładane – podkreśla Zajdler.

Ustawa nie zachęca też do eksploatacji złóż marginalnych. To obszary, w których po pewnym czasie pozostają bardzo niewielkie zasoby ropy lub gazu. Choć dużym firmom często nie opłaca się już ich wtedy eksploatować, istnieją mniejsze przedsiębiorstwa wyspecjalizowane w tego typu wydobyciu. Z punktu widzenia polityki państwa, zarówno energetycznej, jak i środowiskowej, maksymalizacja wydobycia powinna być wspierana. Tymczasem, jak podkreśla Zajdler, w propozycji ustawy zachęty do eksploatacji złóż marginalnych są zbyt słabe. Choć mogą one liczyć na zwolnienie z opodatkowania, to definicja tego typu obszarów została ustalona zbyt rygorystycznie.

Ta ustawa wprowadza pewne zwolnienie dla złóż marginalnych. Postawiony jednak dość nisko próg tego, co uznajemy za złoże marginalne, powoduje to, że niewiele złóż, z których eksploatowane są gaz czy ropa w niewielkich ilościach, będzie podlegało pod system podatkowy. W konsekwencji część przedsiębiorców po prostu nie będzie zainteresowana tym, żeby z takich złóż korzystać – przewiduje Zajdler.

MSP nie sprzeda akcji Grupy Azoty. Na liście spółek strategicznych jeszcze 21 innych podmiotów

CEO Magazyn Polska

Ministerstwo Skarbu Państwa nie sprzeda akcji Grupy Azoty. Zamierza również zachować władztwo w pozostałych 21 spółkach o strategicznym znaczeniu dla gospodarki państwa. Resort przedstawił wczoraj Radzie Ministrów listę takich podmiotów. Strategiczne spółki prowadzą łącznie inwestycje za ponad 100 mld zł i tworzą tysiące miejsc pracy.

Nie zamierzamy sprzedawać akcji tych spółek, by zachować w nich władztwo korporacyjne – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Włodzimierz Karpiński, minister skarbu państwa. ‒ Lista podmiotów o strategicznym znaczeniu dla gospodarki państwa powstała, żeby jasno zakomunikować, że te aktywa będą nadzorowane w celu rozwoju gospodarczego Polski. To są spółki, które stanowią o bezpieczeństwie ekonomicznym i energetycznym państwa.

Na ogłoszonej wczoraj liście znalazły się łącznie 22 spółki. Pierwsza wersja dokumentu została zatwierdzona przez Kolegium MSP już w kwietniu, a 5 sierpnia zapoznał się z nią rząd. Poza Grupą Azoty na liście znalazły się zarówno spółki z branży energetycznej, zbrojeniowej, jak i instytucje finansowe, media oraz agendy publiczne. Jak podkreśla Karpiński ich znaczenie wynika nie tylko z kwestii polityki energetycznej i bezpieczeństwa państwa, lecz także jest związane z tworzonymi przez nie miejscami pracy i ich wpływem na gospodarkę. Jak przypomina szef resortu, Parlament Europejski przyjął 15 stycznia br. rezolucję o reindustrializacji, która zachęca do działań w kierunku odrodzenia przemysłu w całej UE.

Realizujemy potężne projekty inwestycyjne, reindustrializując naszą gospodarkę właśnie m.in. dzięki tym spółkom skarbu państwa. Obecnie prowadzą one inwestycje o wartości ponad 100 mld zł i stanowią o bezpieczeństwie energetycznym i ekonomicznym – mówi Karpiński. ‒ Wśród nich jest Polska Grupa Energetyczna, która odpowiada za największą inwestycję w historii polskiej energetyki o wartości prawie 11,5 mld zł, czyli za elektrownię w Opolu. W szczycie na placu budowy będą tam pracowały ponad 4 tys. osób, a dostawców i podwykonawców, głównie z Polski, będzie ponad pół tysiąca.

Karpiński dodaje, że dzięki tym inwestycjom polska gospodarka staje się bardziej innowacyjna i konkurencyjna. Zauważa, że Grupa Azoty, która znalazła się na tej liście, zatrudnia obecnie ponad 14 tys. osób, a dane statystyczne pokazują, że każde miejsce pracy stworzone w branży chemicznej powoduje powstanie kilku miejsc pracy w branżach powiązanych. Podobnie jest z Polską Grupą Zbrojeniową, która bezpośrednio daje pracę 14 tys. osób, a pośrednio nawet 50 tys.

Grupa Azoty została wpisana przez Ministerstwo Skarbu Państwa na listę spółek strategicznych, żeby jeszcze bardziej zwiększyć ochronę przed niechcianym rosyjskim inwestorem. Dwa lata temu rosyjski Acron próbował dokonać wrogiego przejęcia Azotów, czemu rząd zapobiegł poprzez połączenie spółki z Puławami, tworząc Grupę Azoty. Na początku czerwca, zgodnie z prawem, zależna od Acronu Norica Holding weszła w posiadanie ponad 20 proc. akcji, co wzbudziło obawy o ponowną próbę przejęcia.

Obecnie poza Grupą Azoty na liście spółek strategicznych znajdują się: Agencja Rozwoju Przemysłu, Bank Gospodarstwa Krajowego, Grupa LOTOS, KGHM Polska Miedź, PGE Polska Grupa Energetyczna, Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych, Polska Grupa Zbrojeniowa, Polski Koncern Naftowy ORLEN, Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, Polskie Inwestycje Rozwojowe, Polskie Radio, Powszechna Kasa Oszczędności Bank Polski, Powszechny Zakład Ubezpieczeń, Przedsiębiorstwo Eksploatacji Rurociągów Naftowych PRZYJAŹŃ, Przedsiębiorstwo Przeładunku Paliw Płynnych „NAFTOPORT”, TAURON Polska Energia, Telewizja Polska, Totalizator Sportowy, Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście, Zarząd Morskiego Portu Gdańsk, Zarząd Morskiego Portu Gdynia.

Negatywne skutki rosyjskiego embarga może zmniejszyć sprzedaż polskich owoców przez sieci handlowe

CEO Magazyn Polska

Eksport polskich owoców poprzez sieci handlowe i zwiększona sprzedaż na rynku krajowym mogą ograniczyć negatywne skutki embarga nałożonego przez Rosję. Zdaniem Andrzeja Falińskiego z POHiD w ten sposób można zagospodarować mniej więcej połowę tego, co trafia na rynek rosyjski. Sadownicy i rolnicy obawiają się jednak konsekwencji ograniczenia importu. Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej szacuje, że w ubiegłym roku wartość eksportu polskich jabłek, gruszek, śliwek, czereśni i wiśni do Rosji przekroczyła 1,2 mld zł.

Embargo uderzy przede wszystkim w producentów jabłek. Polska jest największych w Europie producentem tych owoców i największym na świecie dystrybutorem. Związek Sadowników RP szacuje, że w 2013 roku wyeksportowanych zostało ponad milion ton jabłek, z czego dwie trzecie trafiło właśnie do Rosji. Według wstępnych szacunków Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi straty, jakie poniosą polscy producenci, eksporterzy i dystrybutorzy jabłek w wyniku wstrzymania eksportu do Rosji, mogą sięgną nawet 1,2 mld zł.

– Wystąpi gwałtowny spadek cen, więc nie ma cudów – będzie zwiększony popyt i sieci handlowe oczywiście są zainteresowane tym, żeby ten popyt zagospodarować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Faliński, dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Gdyby udałoby się zagospodarować na rynku krajowym połowę tego, co trafia do Rosji, to byłby bardzo dobry wynik i prawdopodobnie na coś takiego możemy liczyć.

Sieci handlowe mogą również przyczynić się do ograniczenia negatywnych skutków embarga poprzez zwiększenie eksportu do innych krajów. W taki sposób działa m.in. Biedronka, która wspiera eksport polskich produktów do kraju siedziby Jeronimo Martins, czyli do Portugalii, czy Tesco, m.in. do Wielkiej Brytanii. Sieć Biedronka, która mocno wspiera w kampaniach reklamowych polskie produkty, między innymi dzięki bliskiej współpracy z ponad 500 polskimi dostawcami, osiąga na rynku krajowym bardzo dobre wyniki finansowe. Według ostatnich danych w I półroczu br. Biedronka zanotowała wzrost sprzedaży o ponad 9 proc. do ponad 4 mld euro.

Polska jest jednym z głównych graczy w ramach sprzedaży zagranicznej przez sieci. Dzięki eksportowi sieciowemu nawet 100 tys. ton owoców, przede wszystkim jabłek, prawdopodobnie znajdzie swoje miejsce na rynku – ocenia dyrektor generalny POHiD.

Ekspert podkreśla, że choć system dystrybucji w Polsce jest nowoczesny, a sprzedaż wewnątrzsystemowa zróżnicowana, to trudno będzie tak duży eksport całkowicie ulokować na innych rynkach. Duża nadpodaż oznacza, że spadną ceny owoców, dlatego polskim sadownikom trudno będzie odrobić straty spowodowane przez wprowadzone sankcje. Działania sieci handlowych mogą jednak ograniczyć straty.

Co więcej, sieci handlowe coraz bardziej zwracają się ku kooperacyjnemu organizowaniu łańcuchów dostaw, więc np. firmy dyskontowe będą mogły przetestować te kooperacyjne rozwiązania, jak to funkcjonuje pod względem negocjacyjnym, logistycznym, finansowym, ofertowym i marketingowym. W Polsce prawie 20 proc. PKB to dystrybucja, dlatego skutki embarga będą zagospodarowane przez ten sektor – mówi Faliński.

Zwiększyć sprzedaż owoców na rodzimym rynku mogą też prowadzone akcje medialne.

Komunikowanie, szczególnie za pomocą marketingu emocjonalnego i tożsamościowego, będzie się utrzymywać. Firmy handlowe i przetwórcze nie pójdą w działalność polityczną, będzie się utrzymywał ton komunikowania – „Kupuję polskie produkty”, „Kupuj swoje”, „Dobre, bo polskie”. W sytuacji kryzysowej i bardzo korzystnej oferty zakupowej, z powodu niższych cen, jest to jak najbardziej zrozumiałe i potrzebne działanie – podsumowuje Andrzej Faliński.

Niestabilna sytuacja polityczna we wschodniej Europie spowodowała, że aby uniezależnić się od Rosji, Polska stara się dywersyfikować rynki eksportowe. Obecnie ministerstwo rolnictwa prowadzi rozmowy w sprawie pozyskania nowych krajów zbytu. Owoce mają trafić m.in. do Azji (przede wszystkim Chin), krajów arabskich, a także do Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Marek Sawicki, szef resortu rolnictwa, wysłał list do komisarzy Unii Europejskiej z prośbą o pilną konsultację w sprawie rosyjskiego embarga. Spotkanie zespołu eksperckiego resortu rolnictwa z Komisją Europejską ma się odbyć jeszcze w tym tygodniu. Zespół ekspercki będzie zabiegać o jak najszybsze i największe dopłaty dla polskich producentów. Resort rolnictwa zwrócił się także o powołanie zespołu międzyresortowego, którego celem będzie identyfikacja zagrożeń oraz wdrożenie rozwiązań mających na celu zagospodarowanie nadwyżek warzyw i owoców, które w wyniku nałożonego embarga, nie zostaną wyeksportowane do Rosji. Według wstępnych szacunków resortu straty dla polskiego sektora warzyw i owoców z tego tytułu mogą wnieść ok. 160 mln euro w skali tego roku.

Komentarz indeksowy BossaFX 6 sierpnia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 6 sierpnia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Instytut Jagielloński: Polski przemysł chemiczny potrzebuje dalszej konsolidacji. To umocniłoby jego pozycję na rynkach zagranicznych

CEO Magazyn Polska

Grupa Azoty jedną ze spółek na liście podmiotów o strategicznym znaczeniu dla gospodarki. Takie rozwiązanie było postulowane w kontekście zwiększania udziałów rosyjskiego Acronu w polskiej branży chemicznej. Eksperci Instytutu Jagiellońskiego uważają, że dalsza konsolidacja polskich spółek chemicznych powinna dać im silniejszą pozycję na europejskim rynku, a także wzmocnić ich zabezpieczenie przed wrogim przejęciem.

Na początku czerwca br. Norica Holding, spółka zależna rosyjskiej grupy Acron, zwiększyła udziały w nadzorowanej przez państwo Grupie Azoty do 20 proc., zdobywając prawo do wprowadzenia przedstawiciela do rady nadzorczej. Fakt ten budzi zaniepokojenie, ponieważ już w 2012 r. Acron ogłosił wezwanie na akcje Zakładów Azotowych w Tarnowie, co analitycy ocenili jako próbę wrogiego przejęcia.

Sam fakt posiadania przez Acron ponad 20 proc. akcji Grupy Azoty w żaden sposób nie powinien być poczytywany za zagrożenie. Niebezpieczeństwo powstaje wtedy, gdy dana spółka nie jest zabezpieczona przez wrogim przejęciem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Jakóbik, ekspert Instytutu Jagiellońskiego. – Polski rząd przyznaje, że było ryzyko przejęcia Azotów przez Acron. Te próby zostały na szczęście zablokowane. Teraz musimy stworzyć odpowiednie zabezpieczenia, które nie pozwolą na powtórzenie się tej sytuacji.

Wobec zagrożenia przejęciem przez Rosjan chemicznej spółki Skarb Państwa zwiększył swój udział w niej, a następnie doprowadził do przejęcia Zakładów Azotowych Puławy przez Azoty Tarnów. W efekcie udało się pokrzyżować Rosjanom plany, a dzięki połączeniu powstała jedna z większych grup w branży chemicznej w Europie.

Obecnie państwo bezpośrednio i pośrednio poprzez zaprzyjaźnione firmy kontroluje ok. 50 proc. akcji Grupy Azoty. Eksperci jednak podkreślają, że zagrożenie ze strony Acronu nie powinno być lekceważone. Według Instytutu Jagiellońskiego najlepszym zabezpieczeniem byłaby dalsza konsolidacja polskiej branży chemicznej.

W skład Grupy Azoty można włączyć pozostałe regionalne spółki – przekonuje Jakóbik. – Chodzi o to, by jedna duża i silna spółka była w stanie sama bronić się przed agresją.

Jego zdaniem byłoby to korzystne również dla pozycji polskiej chemii na zagranicznych rynkach.

Dzięki temu grupa Azoty zdecydowanie zwiększy swoją siłę w kraju i Europie. To drugie jest bardzo ważne, gdyż rośnie nam konkurencja rosyjska i skandynawska. Konsolidacja sprawi, że Grupa Azoty będzie mogła poprawić swoją pozycję na rynku poprzez różnego rodzaju akwizycje – dodaje Jakóbik.

Pozycję Grupy na pewno wzmocni wpisanie jej na listę podmiotów strategicznych, której zaktualizowaną wersję wczoraj przedstawiło Ministerstwo Skarbu Państwa. Oznacza to, że państwo nie będzie pozbywać się akcji spółki.

Jak twierdzi Jakóbik, strategiczne znaczenie spółek chemicznych wiąże się m.in. z faktem, że są one jednym z największych konsumentów gazu.

Dzięki konsolidacji i odpowiedniej pomocy rządu Grupa Azoty może zostać czołową spółką w Europie – przekonuje rozmówca Newserii Biznes.

Lotnisko Chopina rozbudowuje infrastrukturę dla ruchu cargo. Jest nowa płyta, będzie terminal

CEO Magazyn Polska

Będzie nowy terminal cargo na warszawskim Lotnisku Chopina. Ma on umożliwić dalsze zwiększanie ilości przewożonych towarów, choć i bez tego wzrost w I półroczu wyniósł ponad 18 proc. W tym okresie lotnisko odnotowało gorsze niż w ubiegłym roku wyniki w ruchu pasażerskim. Nowi przewoźnicy jednak już niemal kompensują odejście Ryanaira, który powrócił do Modlina.

W pierwszym półroczu obsłużonych zostało 27 tys. ton cargo, czyli prawie 70 proc. całego ruchu towarowego obsługiwanego w Polsce. To jest ponad 18 proc. wzrostu w porównaniu z pierwszym półroczem 2013 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy Lotniska Chopina w Warszawie. ‒ Przygotowujemy się do budowy nowego terminala cargo i być może w przyszłym roku, może za dwa lata, taki terminal zostanie oddany do użytku. Będziemy przewozili jeszcze więcej towarów, w jeszcze lepszych warunkach.

Lotnicze przewozy towarowe to dla lotnisk ważne źródło dochodu, choć w Polsce ten sektor nie jest mocno rozwinięty. W 2013 r. w całym kraju przewieziono na pokładach samolotów ponad 62 tys. ton cargo – wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Było to o 1,3 proc. więcej niż rok wcześniej, a ponad 77 proc. udziału miało stołeczne Lotnisko Chopina. Dane ULC są jednak niepełne, bo nie uwzględniają również odprawianego na lotniskach cargo RFS (transportowanego z Polski ciężarówkami). Razem z tym sektorem ilość frachtu lotniczego sięgnęła w 2013 r. 90 tys. ton.

Lotnisko Chopina już teraz rozbudowuje infrastrukturę cargo. Oddana została już nowa płyta postojowa przy terminalu frachtowym, na której zatrzymać mogą się trzy samoloty klasy F (np. Antonow An-124 Rusłan) lub sześć klasy C (np. Boeing 737).

Jednak o ile ruch towarowy wzrósł na Lotnisku Chopina o 18,4 proc., to pasażerski w pierwszym półroczu zmalał o 5 proc. Głównie z powodu przeniesienia lotów Ryanaira na lotnisko w Modlinie.

Ryanair był dla nas takim handicapem, dzięki temu udało się pobić rekord 10 mln pasażerów w ciągu roku. W tym roku tego rekordu pobić się nie da, bo Ryanair wrócił do Modlina, ale inne linie nadrabiają – przekonuje Przybylski. ‒ W czerwcu na Lotnisku Chopina obsłużono 1 073 tys. pasażerów i to jest prawie tyle samo, co w czerwcu 2013 roku. To jest jedynie spadek o 0,2 proc. W ciągu pierwszego półrocza obsłużyliśmy 4,82 mln pasażerów.

Podkreśla, że lotnisko prawdopodobnie nie przekroczy w tym roku granicy 10 mln podróżnych, choć dobre drugie półrocze może zmienić tę prognozę.

Wyniki ostatnich miesięcy i coraz mniejsze spadki w porównaniu z ubiegłym rokiem pokazują, że wzrost robiony przez inne linie daje podstawy do optymizmu. Być może druga połowa tego roku będzie lepsza niż druga połowa 2013 roku i być może uda nam się zbliżyć do granicy 10 mln – prognozuje Przybylski.

Dodaje, że choć w Warszawie działają dwa lotniska, nie można łącznie podsumowywać liczby odprawionych przez nich pasażerów. Choć Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze” (PPL), spółka zarządzająca Lotniskiem Chopina, ma na lotnisku w Modlinie 30,39 proc. udziałów, obydwa porty lotnicze działają niezależnie. Inaczej jest na przykład w Berlinie, gdzie obydwoma funkcjonującymi lotniskami zarządza jedna spółka, co umożliwia wspólne liczenie statystyk.

System emerytalny już niedługo przestanie się bilansować. Za dużo osób pracuje na umowach cywilnoprawnych

CEO Magazyn Polska

Przyszłe emerytury osób zatrudnionych na podstawie umów-zlecenie i o dzieło mogą być niższe niż minimalne, a to oznacza, że państwo będzie musiało do nich dopłacać. Ocenia się, że na tego typu umowach pracuje dziś ponad 1,5 mln Polaków, liczba ta jednak z roku na rok jest coraz wyższa. Eksperci ostrzegają, że nowy sposób obliczania świadczeń i duża liczba osób bez umów o pracę lub z niskimi zarobkami mogą oznaczać, że system emerytalny przestanie się bilansować.

Obecnie minimalna emerytura wynosi niecałe 850 zł brutto i otrzymują ją osoby, które przed przejściem na emeryturę nie pracowały lub pracowały bardzo krótko.

Ten problem stanie się znacznie poważniejszy, kiedy pojawią się tak zwane emerytury z nowego portfela, czyli kiedy na emeryturę przejdą osoby, które dzisiaj płacą składki w nowym systemie emerytalnym – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Tyrowicz, ekonomistka z Uniwersytetu Warszawskiego i ekspertka Narodowego Banku Polskiego.

Na nowych zasadach będą obliczane emerytury osób urodzonych po 1968 roku, a wysokość świadczenia będzie zależeć wyłącznie od zgromadzonych środków w ZUS-ie oraz dla osób, które zdecydowały się na przekazywanie części składek do OFE, także w II filarze. Łączne zgromadzone środki podzielone przez średnią długość trwania życia (prognozowaną przez GUS) dadzą emeryturę.

Ludzie, którzy zarabiali na umowach-zlecenia i ich dochody częściowo nie podlegały oskładkowaniu, prowadzący działalność gospodarczą, którzy płacą składkę minimalną ustaloną przez ZUS, albo osoby, które pracują głównie na umowie o dzieło, a nie na umowę o pracę, będą mieli względnie niewielkie oszczędności w ZUS-ie. Nawet jeśli przepracowali 25 lat lub więcej, ich emerytury będą prawdopodobnie poniżej przyszłego poziomu emerytury minimalnej – tłumaczy ekspertka.

Jak wynika z danych GUS, na umowach cywilnoprawnych zatrudnionych jest blisko 1,5 mln osób, liczba ta jednak z roku na rok jest coraz wyższa. Państwowa Inspekcja Pracy podaje, że w 2013 roku na takich umowach pracowało 13 proc. Polaków (dla porównania w 2008 r. tylko 9 proc.). Wśród osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę 12 proc. zarabia minimalne wynagrodzenie (1680 zł brutto). To oznacza, że duża część emerytur może być niższa od minimalnej, nawet mimo wydłużonego czasu pracy, i dokładać do nich będzie musiało państwo.

– Dopłacać będziemy z tego samego źródła, co zawsze, czyli z powszechnych podatków. Ten mechanizm automatycznie skutkuje tym, że to, co miało być zbilansowanym systemem emerytalnym, bo to przecież był konstruowany system zdefiniowanej składki, przestanie nim być. Trzeba będzie sfinansować emerytury osób, które nie uzbierały wystarczająco dużo środków w systemie emerytalnym powszechnym, czy to będzie ZUS czy OFE jest już wtórną kwestią – podkreśla Joanna Tyrowicz.

We wrześniu wzrosną ceny wynajmu mieszkań. Ostatnia szansa na tańsze lokale

CEO Magazyn Polska

Sierpień to ostatni miesiąc, by szukać tanich i atrakcyjnych ofert mieszkań do wynajęcia. Za kilka tygodni rynek zaczną szturmować studenci i znalezienie lokalu będzie znacznie trudniejsze. Wynajmując teraz, w skali roku można zaoszczędzić nawet równowartość miesięcznego czynszu. 

W tej chwili na rynku czekają oferty, które zostały zwolnione przez najemców pod koniec roku akademickiego, czyli w maju, czerwcu lub na początku lipca mówi agencji Newseria Biznes Marcin Drogomirecki, ekspert serwisu Domy.pl. – Często właściciele obniżają ceny, żeby szybciej znaleźć najemcę i ten, kto szuka mieszkania w środku wakacji, może liczyć na to, że przez rok będzie płacił czynsz średnio o kilka, kilkanaście procent niższy niż ci, którzy wynajmą mieszkanie za miesiąc.

Jak podkreśla, w ten sposób przez rok najmu można zaoszczędzić kwotę zbliżoną do miesięcznego czynszu.

We wrześniu poszukujących mieszkania czeka już znacznie trudniejsze zadanie. Popyt znacznie przewyższy podaż, a znalezienie atrakcyjnego lokalu w dobrej lokalizacji i niskiej cenie będzie wymagało refleksu i zdecydowania.

Jesienna gorączka na rynku najmu będzie się przejawiała tym, że na atrakcyjne ogłoszenie, które pojawi się na rynku, będzie bardzo wielu chętnych przestrzega Marcin Drogomirecki. – Do właściciela będzie mnóstwo telefonów, a pod drzwiami stać będzie kolejka umówionych chętnych. Co więcej, mieszkania naprawdę atrakcyjne, za dobrą cenę będą schodzić jak ciepłe bułeczki, natomiast te o niższym standardzie, w gorszych lokalizacjach oraz z wyższymi czynszami będą czekały na klientów.

Jesienny szczyt na rynku wynajmu mieszkań dotyczy głównie mieszkań małych i tanich. Znalezienie kawalerki już dziś jest bardzo trudne, a wkrótce z rynku zaczną znikać także nieco większe lokale.

– Kiedy na rynek ruszą studenci, największym zainteresowaniem będą cieszyć się mieszkania jedno- i dwupokojowe z uwagi na to, że wychodzą relatywnie najtaniej ocenia Drogomirecki. – Zarówno w jedynkach, jak i dwójkach mogą mieszkać dwie osoby, więc czynsz będzie się rozkładał i w ten sposób najem będzie tańszy. W tej chwili na rynku najwięcej jest ofert mieszkań dwupokojowych. Jest ich dwa, a nawet trzy razy więcej niż kawalerek. Z kolei najtańsze kawalerki już w tej chwili schodzą z rynku i trzeba przyznać, że w najbliższych tygodniach raczej nie będą się pojawiać nowe, atrakcyjne oferty.

O ile jednak studenci szukają mieszkań małych i tanich, coraz większą wagę przykładają do ich położenia i wyposażenia.

– Studenci szukają przede wszystkim mieszkań w dobrych lokalizacjach, w centrum miast oraz w pobliżu uczelni albo przynajmniej z bardzo dobrym dojazdem do uczelni. Oczekują też, aby miały dobry albo nawet bardzo dobry standard. Klienci życzą sobie, żeby w mieszkaniu była pralka, zmywarka czy telewizor podkreśla Marcin Drogomirecki, ekspert z serwisu nieruchomości domy.pl.

W przyszłym roku rewolucja w przychodniach. Dokumentacja medyczna będzie elektroniczna

CEO Magazyn Polska

Informatyzacja w przychodniach wciąż jest połowiczna. Choć e-recepty są wypełniane na komputerze, to muszą być drukowane. Rewolucją w systemie ochrony zdrowia będzie dopiero uruchomienie Projektu P1, który umożliwi m.in. przesyłanie recept prosto do aptek.

Elektroniczna dokumentacja jest bardziej przejrzysta, wszystko można w niej znaleźć. Ułatwia również szukanie danych z przeszłości. Niezwykle ważnym jej elementem jest pomoc w zakresie wystawiania recept. Mamy do czynienia z bardzo skomplikowanym systemem zapisywania leków na receptach, a także poszukiwania właściwych wskazań wynikających z charakterystyki produktu leczniczego i kwalifikacji określonego poziomu odpłatności. To wszystko będzie łatwiejsze w nowym systemie – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konstanty Radziwiłł, sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej.

Przychodnia, w której pracuje Konstanty Radziwiłł, wprowadziła elektroniczną dokumentację medyczną już trzy lata temu. Początkowo personel medyczny na wszelki wypadek prowadził dokumentację medyczną także na papierze, jednak lekarze szybko przekonali się do zalet elektronicznego obiegu dokumentów – twierdzi sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej. W całym kraju z elektronicznej dokumentacji medycznej korzysta już blisko połowa placówek medycznych – szacuje Marcin Kędzierski, dyrektor Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia.

W tej chwili komputer jest jedynym miejscem, w którym wpisuje się dane pacjentów. Jest to zmiana na lepsze. Na początku wprowadzenie systemu wiązało się z pewnym wysiłkiem, ale ocena lekarzy jest zdecydowanie pozytywna – uważa Radziwiłł.

Do zalet e-dokumentacji, w tym np. e-recept, nie trzeba przekonywać pacjentów. Dla większości z nich jest to ulga, bo nie muszą tracić czasu na ponowną wizytę z powodu nieczytelnej recepty lub błędu. Nie ma już także ryzyka zgubienia wyników badań, a więc konieczności ich powtarzania.

Nie ma żadnych problemów w razie potrzeby otrzymania kopii dokumentacji. Program umożliwia bezproblemowe dotarcie do danych, które są w historii choroby. Poza tym często to, co piszemy ręcznie, jest po prostu nieczytelne – przyznaje sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej.

Klienci zinformatyzowanych przychodni mogą też w łatwy i szybki sposób przygotować się do wizyty u lekarza, przeglądając swoją historię choroby wraz z wcześniejszą dokumentacją. Podobnie internista lub specjalista mniej czasu poświęca na wywiad z pacjentem, ponieważ ma łatwy dostęp do historii choroby. To zwiększa trafność stawianych diagnoz i umożliwia szybsze podjęcie leczenia.

Dzięki temu pacjent nie musi być już pośrednikiem, odpowiedzialnym za wymianę informacji między różnymi specjalistami. Z punktu widzenia przychodni koszty wdrażania informatycznych systemów są konieczną inwestycją. W przeciwnym wypadku pacjenci szybko przenieśliby się do konkurencyjnych placówek.

To jest kwestia jakości naszej pracy. Dzisiaj nie sposób uprawiać medycyny za pomocą wyłącznie relacji ustnej, własnych rąk i papieru. Te koszty po prostu trzeba ponieść, trudno na razie powiedzieć, czy one się zwracają. To jest pewien wymóg prowadzenia działalności, którą się zajmujemy – twierdzi sekretarz Naczelnej Izby Lekarskiej.

Skala korzyści z tytułu efektywniejszego wykorzystania czasu pracy lekarzy oraz poprawy zarządzania jest szczególnie widoczna w przypadku dużych placówek, takich jak szpitale. W przypadku całej publicznej służby zdrowia wielkość marnotrawionych środków jest szacowana nawet na 6 mld zł rocznie, czyli nawet 10 proc. rocznego budżetu NFZ. Rozwiązaniem tego problemu ma być Projekt P1, czyli państwowy system zbierania, udostępniania oraz przekazywania danych medycznych dotyczących pacjentów. Jego pełne wdrożenie wymaga jeszcze stworzenia przepływu informacji z innymi podmiotami, które współpracują ze służbą zdrowia, np. aptekami i ZUS. Według zapowiedzi Centrum Systemów Informatycznych Ochrony Zdrowia od 2015 r. wszyscy pacjenci w Polsce będą korzystać z elektronicznych recept i skierowań, a także będą mieć wgląd w historię choroby online.

–  Wprawdzie recepta, którą dzisiaj wystawiam w komputerze, musi być jeszcze drukowana. Ale to już krótka droga do tego, żeby tę receptę wysłać do repozytorium, z którego ona następnie mogła być ściągnięta przez aptekę, do której pójdzie pacjent. Podobna sytuacja dotyczy zwolnień lekarskich. Dzisiaj mamy skomplikowany zusowski druk ZLA, którego wypełnianie jest udręką dla lekarzy – podsumowuje Radziwiłł.

Kobiety bardziej niż mężczyźni są skłonne do przeprowadzki w poszukiwaniu lepszej pracy lub wyższego standardu życia

CEO Magazyn Polska

Kobiety znacznie chętniej niż mężczyźni zmieniają miejsce zamieszkania. Motywacją do przeprowadzki jest zazwyczaj poszukiwanie ciekawszej pracy lub lepszych warunków życia. Celem większości migrujących Polaków, niezależnie od płci, jest województwo mazowieckie, postrzegane jako centrum akademickie, biznesowe i kulturalne.

Z danych Packlink.pl, firmy zajmującej się przesyłkami kurierskimi, wynika, że 54 proc. Polaków migrujących wewnątrz kraju to kobiety. Miejsce urodzenia lub długotrwałego zamieszkania porzucają przede wszystkim osoby w wieku 25-29 lat. Stanowią one 20 proc. wszystkich migrujących. Drugą grupą, która łatwo podejmuje decyzję o przeprowadzce do innego miasta, są osoby w wieku 30-34 lata.

 Zdecydowanie największą grupą osób, które są skłonne do migracji, są osoby do 40. roku życia. To jest prawie połowa wszystkich osób. Głównymi powodami migracji młodych Polaków są przede wszystkim poszukiwanie atrakcyjniejszej pracy, ale też kwestie związane z jakością życia, czyli dostęp do kultury, rozrywki i lepszej służby zdrowia – mówi agencji informacyjnej Newseria Lifestyle Filip Goździewicz, dyrektor zarządzający Packlink.pl.

Z danych Głównego Urzędu Statystycznego i firmy Packlink.pl wynika, że Polacy migrują przede wszystkim do dużych miast, które są ośrodkami akademickimi lub centrami biznesowymi i przemysłowymi. Młodych ludzi przyciągają przede wszystkim takie miasta, jak: Warszawa, Kraków, Poznań i Wrocław. Województwo mazowieckie cieszy się największą popularnością wśród migrujących – w 2013 roku przeprowadziło się tam ponad 23 tys. osób, w 2012 – 21 tys.

 Najczęstszym kierunkiem nadawania przesyłek jest województwo mazowieckie, następnie województwo dolnośląskie i wielkopolskie. Co ciekawe, te dane bardzo wyraźnie pokrywają się z danymi GUS o kierunkach migracji, gdzie województwo mazowieckie jest najczęstszym kierunkiem –mówi Filip Goździewicz.

Według Packlink.pl najczęstsze miejsca nadań to: województwo mazowieckie – 16 proc., Śląsk i Dolny Śląsk – 12 proc. oraz województwo wielkopolskie – 9 proc. Na Mazowsze najwięcej przesyłek przychodzi z Pomorza i Śląska. Jak twierdzi Goździewicz, może to wynikać stąd, że osoby, które przeprowadziły się do innego miasta, jeszcze przez jakiś czas korzystają z pomocy rodziny i ściągają z rodzinnego miasta swoje rzeczy.

 Po przeanalizowaniu większości przesyłek dochodzimy do wniosku, że rzeczywiście istnieje cały czas bliski związek osób migrujących z rodzinnym miejscem i często proszą swoje rodziny o przesyłanie ulubionych potraw, artykułów czy rzeczy, których nie mogą kupić w nowym miejscu –mówi Filip Goździewicz.

Ze spisu powszechnego z 2012 roku wynika, że tylko 53 proc. mieszkańców Warszawy urodziło się w tym mieście. W stolicy mieszka obecnie 1,7 mln ludzi.

Zbyt optymistyczne oczekiwania przedsiębiorców? W I połowie 2014 r. pogorszyła się sytuacja ogólna małych polskich firm

W minionym półroczu sytuacja ogólna małych polskich firm nieznacznie się pogorszyła, pomimo optymistycznych nastrojów pod koniec zeszłego roku. Przedsiębiorcy pozostają jednak optymistami i oczekują znacznie lepszego kolejnego półrocza. Takie wnioski płyną z badania Instytutu Badań i Analiz OSB oraz portalu Firmy.net, dotyczącego nastrojów gospodarczych wśród mikro- i małych firm w pierwszej połowie 2014 i prognoz na drugą połowę roku.

Zbyt optymistyczne oczekiwania przedsiębiorców nie spełniły się

Polscy przedsiębiorcy odczuli pewną poprawą sytuacji swoich firm w drugiej połowie 2013 roku, na co wskazywały wyniki badań z października zeszłego roku. Jednak przewidywana przez nich dalsza znacząca poprawa sytuacji w pierwszym półroczu 2014 roku niestety nie nastąpiła, co pokazuje obecne badanie. Pomimo, że sytuacja ogólna najliczniejszej grupy przedsiębiorstw nie zmieniła się w tym okresie (41,9 proc.), wśród pozostałych firm częściej nastąpiło jej pogorszenie (30,9 proc.) niż poprawa (27,3 proc.).

Najlepiej swoją sytuację oceniały firmy działające w sektorze usług oraz rolnictwa (w tym leśnictwo, łowiectwo i rybactwo). Natomiast w sektorach budownictwo, handel i przemysł, pomimo, że w najliczniejszej grupie przedsiębiorstw sytuacja nie zmieniła się, wśród pozostałych znacznie częściej nastąpiło jej pogorszenie niż poprawa.

Ceny i sprzedaż w kraju nadal w dół

W minionym półroczu ponad połowa przedsiębiorców utrzymała stały poziom cen (51,5 proc.), jednak wśród pozostałych znacznie częściej podejmowane były decyzje o ich obniżeniu (27,2 proc.) niż wzroście (18,3 proc.). Poziom cen częściej wzrastał niż spadał w następujących sektorach: rolnictwo, handel i przemysł. Z kolei firmy z sektora budownictwo i usługi częściej decydowały się na obniżanie cen.

Czynnikiem silnie powiązanym z poziomem cen jest poziom sprzedaży. Choć najliczniejsza grupa firm utrzymała sprzedaż na tym samym poziomie co wcześniej (42,8 proc.), to w pozostałej części częściej następował spadek popytu wśród konsumentów (33,9 proc.) niż wzrost (23,3 proc.).

Tendencją wzrostową poziomu sprzedaży charakteryzował się jedynie sektor rolnictwa. Pozostałe sektory gospodarki częściej odczuły spadki sprzedaży niż wzrosty, co najsilniej dotknęło sektor budownictwa.

Poziom sprzedaży na rynkach zagranicznych

W grupie wszystkich przedsiębiorstw, których przedstawiciele uczestniczyli w badaniu, 21,8 proc. z nich zadeklarowało, że prowadzi sprzedaż na rynkach zagranicznych. Ponad połowa z nich utrzymała tam swój poziom sprzedaży (61,2 proc.). Pozostała grupa zanotowała w takim samym stopniu wzrost co spadek poziomu sprzedaży (19,4 proc.).

Najwyższy wzrost sprzedaży za granicą osiągnęły firmy działające w rolnictwie. Z kolei największe trudności z utrzymaniem swojej pozycji za granicą miały firmy z sektora budowlanego.

Finanse, konkurencyjność i pozycja na rynku

Choć sytuacja finansowa prawie 41 proc. firm nie zmieniła się, to w grupie pozostałych firm znacznie częściej nastąpiło jej pogorszenie (39,2 proc.) niż poprawa (19,9 proc.). Recesja finansowa dotknęła niemal wszystkie sektory gospodarki za wyjątkiem rolnictwa. Najsilniej złą sytuację odczuły przedsiębiorstwa budowlane i handlowe.

Pomimo pogorszenia się ogólnej kondycji firm, ponad połowa przedsiębiorstw zadeklarowała, że utrzymała swoje miejsce wśród konkurencji (60,2 proc.) w minionym półroczu. W grupie pozostałych firm częściej ich pozycja konkurencyjna poprawiła się (27,2 proc.) niż pogorszyła (12,6 proc.).

Tendencja poprawy konkurencyjnej pozycji na rynku wystąpiła we wszystkich sektorach gospodarki. W sektorze rolnictwa tendencja poprawy jest najsilniejsza i wynika z poprawy sytuacji ogólnej, finansowej oraz ze wzrostu poziomu popytu i cen.

Poziom zatrudnienia

Przeważająca grupa przedsiębiorstw utrzymała stały poziom zatrudnienia (79,2 proc.). W grupie pozostałych firm, częściej malała liczba pracowników (11,1 proc.) niż następował jej wzrost (9,7 proc.).

Jedynie w sektorze usług tendencja przyjęła charakter wzrostu, gdzie przedsiębiorcy częściej zwiększali liczbę pracowników (8,7 proc.), niż ją ograniczali (7,4 proc.).

Optymistycznie w drugą połowę 2014 r.

Trudna sytuacja finansowa, spadający poziom popytu oraz poziom cen, charakteryzujący tendencje pierwszego półrocza 2014 roku, nie przeszkadzają przedsiębiorcom optymistycznie patrzeć w przyszłość. Wprawdzie blisko połowa przedstawicieli firm przewiduje, że sytuacja ogólna ich firm pozostanie w najbliższych 6 miesiącach bez zmian (46,2 proc.), jednak wśród pozostałych przedsiębiorców częściej oczekiwana jest jej poprawa (34,6 proc.) niż pogorszenie (19,2 proc.).

Poprawy ogólnej sytuacji oczekują firmy ze wszystkich sektorów gospodarki. Najsilniej oczekiwanie poprawy można zaobserwować wśród firm z sektora usług, przemysłu i handlu, czyli tych dziedzin działalności, które na ogół nie opierają się na sezonowości i cykliczności prac. Z kolei przedsiębiorcy z sektora rolnictwa, leśnictwa, łowiectwa i rybactwa oraz budownictwa, podlegający tym regułom, również oczekują poprawy sytuacji ogólnej, ale w nieco mniejszym stopniu.

Informacje o badaniu
Badanie nastrojów gospodarczych zostało przeprowadzone w czerwcu 2014 r. z zastosowaniem techniki CAWI przez Instytut Badań i Analiz OSB. W badaniu wzięło udział 1362 przedstawicieli małych firm (54,5 proc. firm jednoosobowych, 41 proc. mikro firm, zatrudniających od 1 do 9 pracowników, oraz 4,5 proc. małych firm, zatrudniających od 10 do 49 osób), które są zarejestrowane w wyszukiwarce firm Firmy.net. Wśród ankietowanych większość zajmuje się działalnością usługową (62,4 proc.), 11,8 proc. – budowlaną, 5,8 proc. – przemysłowo-produkcyjną, 19,10 proc. – handlową, a ok. 0,9 proc. działa w branży rolnej. Z uwagi na liczbę i strukturę respondentów wyniki badania mają charakter reprezentatywny.

W lipcu 2014 upadło 79 firm

Euler Hermes, spółka z Grupy Allianz, na podstawie oficjalnych danych z Monitora Sądowego i Gospodarczego zbadała sytuację polskich firm w kontekście bankructw – w lipcu oficjalnie opublikowano informację o upadłości 79 firm wobec 98 takich ogłoszeń w lipcu 2013 roku.

Opublikowane w lipcu orzeczenia o upadłości dotyczyły firm mających zsumowany ostatni znany obrót na poziomie ok. 830 milionów złotych a zatrudniały one razem według ostatnich dostępnych danych ok. 2,8 tys. osób.
Dodatkowo – 15* wcześniej orzeczonych postępowań układowych zakończyło się niepowodzeniem, zamieniono je na upadłości likwidacyjne. (* nie są liczone do liczby głównej upadłości z danego miesiąca, gdyż pomimo innej formy upadłości dotyczą firm już uwzględnionych w statystyce upadłości).

– Paradoks numer 1 – pomimo wzrostu inwestycji, a spadku produkcji sprzedanej dóbr konsumenckich trwałego użytku w lipcu upadały firmy produkujące… wyroby inwestycyjne.
– Paradoks numer 2 – pomimo wzrostu inwestycji przedsiębiorstw upadają firmy usług na rzecz biznesu oraz firmy gastronomiczno-hotelarskie – na przekór boomowi w turystyce, także krajowej?
– Paradoks numer 3 – w tym roku nie rośnie liczba orzeczeń upadłości firm z branży spożywczej pomimo ograniczeń w eksporcie – w lipcu np. nie odnotowano żadnego bankructwa z branży mięsnej.
– Ujemny bilans postępowań układowych – więcej przypadków zmiany z układu na upadłość likwidacyjną, niż przypadków nowo rozpoczynanych postępowań naprawczych.
– Lipiec – poprawa w województwach Polski południowo-wschodniej i centralnej (zwłaszcza województwa małopolskie i łódzkie). Kres poprawy na Mazowszu i Dolnym Śląsku w przeciwieństwie do woj. śląskiego, gdzie upadłości było o połową mniej, niż przed rokiem.

Jak ocenia sytuację Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes, odpowiedzialny za ocenę ryzyka: –- Dane z ostatnich dwóch miesięcy odnoszące się do produkcji przemysłowej i popytu konsumenckiego w Polsce były poniżej oczekiwań, tym niemniej liczba upadłości utrzymuje się na poziomie niższym niż w roku ubiegłym. W większości przypadków na utratę płynności nie wpływają bowiem tak krótkotrwałe, kilkutygodniowe zaledwie wahania koniunktury. Część ekonomistów jak i przedsiębiorców liczy na to, iż nie tylko w odniesieniu do polskiej, ale i europejskiej gospodarki dane o produkcji i konsumpcji to tylko wyhamowanie przed kolejną falą wzrostu gospodarczego… Co prawda rozwojowi gospodarczemu nie sprzyja kryzys polityczny na Ukrainie, Bliskim Wschodzie czy gospodarczy w Argentynie (i prawie także w Brazylii), ale nadzieję na wyraźniejszy wzrost w 4 kwartale daje dobra koniunktura gospodarcza w Stanach Zjednoczonych – co wpływa na nastroje konsumentów także w Europie, nie mającej obecnie specjalnego powodu do samozadowolenia ze swoich wyników gospodarczych. Dotyczy to także Polski, gdzie przy niskiej inflacji konsumenci z czasem zaczną korzystać z realnie wyższych w tej sytuacji zarobków. Efekt wzrostu w Polsce wydatków inwestycyjnych – publicznych jak i firm prywatnych w postaci rosnącego popytu na dobra i usługi wyraźniej zaowocuje zwiększonym popytem konsumenckim w roku przyszłym.

Ujemny bilans postępowań układowych

Czternaście z 79 opublikowanych w lipcu orzeczeń o upadłości miało formę układu z wierzycielami. Niestety, po raz pierwszy więcej było przypadków ich niepowodzeń, zmiany wcześniej rozpoczętych postępowań układowych na likwidacyjne – aż 15. Można więc powiedzieć, że koniunktura nie sprzyja w tej chwili postępowaniu naprawczemu – komentuje Maciej Harczuk, prezes zarządu spółki Euler Hermes Collections. – Każdy przypadek nieudanego postępowania układowego jest oczywiście inny, ale w wielu sytuacjach widzimy przede wszystkim, iż jest ono podejmowane zbyt późno, gdy jest już zbyt duża dysproporcja pomiędzy rosnącymi zobowiązaniami a malejącą zdolnością firmy do wypracowania zysków na poczet ich spłaty (m.in. z powodu utraty dostawców czy leasingowanych maszyn). W chwili obecnej postępowanie układowe jest częścią postępowania upadłościowego – niesie więc negatywne skojarzenia, odstrasza kontrahentów, dlatego podejmowane w ostatniej chwili. Brakuje też zróżnicowania procedur – dostosowania ich do sytuacji dłużnika. Trudno ocenić z góry, czy propozycja zmian w tym zakresie (nowe prawo restrukturyzacyjne) pomoże, ale na przykładzie lipca widać, iż sama nie najgorsza w końcu koniunktura gospodarcza nie wystarcza do pobudzenia trendu restrukturyzacji zadłużonych przedsiębiorstw.

Budownictwo – spadek liczby upadłości, również firm produkcyjnych i handlowych, chociaż…
Poprawa nie jest na pewno jednolita, a orzeczone upadłości zaskakiwać mogą, gdy pod uwagę weźmie się bieżące dane m.in. o produkcji sprzedanej poszczególnych sektorów przedsiębiorstw. Po raz pierwszy od dawna większa jest dynamika sprzedaży dóbr inwestycyjnych niż dóbr konsumenckich trwałego użytku (za GUS: trwałe dobra konsumenckie w czerwcu sprzedawały się od 3 do 8% gorzej niż w poprzednich miesiącach jak i przed rokiem, podczas gdy dobra inwestycyjnie – odwrotnie, ich produkcja sprzedana w obydwu przypadkach wykazywała ponad 4% dynamikę wzrostu). Trend widoczny był już w maju, a tymczasem orzeczenia o upadłości dotyczyły w lipcu firm produkujących właśnie dobra inwestycyjne, nie konsumenckie: konstrukcji metalowych, wyrobów tartacznych, maszyn, części etc.! W gronie tym znalazła się tylko jedna firma spożywcza (konserwowanie owoców i warzyw).

Mniejszy rozdźwięk był w przypadku firm handlowych – tutaj widać wyraźnie mniejszy popyt konsumencki na artykuły wyposażenia mieszkań (w tym największa opublikowana w lipcu upadłość – firma o obrocie ponad 300 mln złotych) i remontowe (farby, ceramika sanitarna etc.). Opublikowano również orzeczenia o upadłości dwóch hurtowników żywności

– nie handlowali oni jednak ani mięsem, ani owocami/warzywami. W ogóle statystyka upadłości nie potwierdza problemów producentów, przetwórców czy dystrybutorów tych dotkniętych embargiem sektorów spożywczych… W lipcu nie było publikacji o upadłości żadnego producenta wyrobów mięsnych a w tym roku jest ich generalnie mniej, niż w ubiegłym! Warto zauważyć – lipiec był kolejnym miesiącem, gdy w gronie bankructw z sektora dystrybucji pojawiają się firmy oferujące paliwa i smary.

– W budownictwie widać kolejne przypadki problemów deweloperów, co wraz z wcześniejszymi upadłościami (23 w ciągu I półrocza) pociąga za sobą problemy firm budownictwa mieszkaniowego. Ponownie w minionym miesiącu w statystyce upadłości pojawiły się firmy wykończeniowe (prace hydrauliczne, kanalizacyjne, elektryczne etc.) – zauważa Michał Modrzejewski, dyrektor analiz Branżowych w Euler Hermes. – Warto odnotować upadłość dwóch firm wyspecjalizowanych w budownictwie infrastrukturalnym (drogi i mosty oraz rurociągi i sieci przesyłowe) – miejmy nadzieję, iż są to jednostkowe przypadki i ich liczba nie będzie rosła wraz nową falą inwestycji infrastrukturalnych.

Usługi – liczba upadłości wciąż rośnie, było ich dwukrotnie więcej niż przed rokiem

Wzrost liczby upadłości w usługach ma miejsce zarówno w odniesieniu do firm świadczących je na rynku konsumenckim, jak i biznesowym. O ile w przypadku rynku konsumenckiego da się to zrozumieć, gdyż konsumenci generalnie ograniczają wydatki, to w przypadku firm obsługujących biznes ma się to nijak do rosnących wydatków inwestycyjnych firm. Tymczasem upadają firmy obsługujące księgowość, informatyczne, doradztwa podatkowego i finansowego (czyżby w końcu przepisy zostały uproszczone?). W tej grupie znalazły się w lipcu także np. dwie firmy oferujące pracowników czasowych (chociaż to pokrywa się ze wzrostem – wraz ze wzrostem zarobków świadczy o tworzeniu stałych etatów). Jeszcze bardziej zróżnicowana jest grupa firm, które upadły a obsługiwały klientów indywidualnych: fryzjerskie, zakłady zdrowotne, działalność edukacyjna (szkoła podstawowa!), rozrywkowa, siłownie… oraz jak co miesiąc: firmy hotelarsko-gastronomiczne, co jest kolejnym paradoksem, biorąc pod uwagę informacje o 30% wzroście sprzedaży wczasów (r/r) a także o dużym obłożeniu krajowych ośrodków i świetnym sezonie tzw. małej gastronomii.

Lipiec – zmiana w stosunku do poprzednich miesięcy. Lepiej niż przed rokiem było w Polsce południowo-wschodniej i centralnej (duża poprawa zwłaszcza w Małopolsce i w Łódzkiem), kres tendencji spadku liczby upadłości na Mazowszu i Dolnym Śląsku, natomiast pogorszenie w woj. kujawsko-pomorskim

O ile w ubiegłych miesiącach wyższą niż przed rokiem upadłości publikowano w odniesieniu do firm z południowo-wschodniej Polski, to w lipcu gremialnie poza województwem podkarpacki w tej części kraju było ich tam mniej, niż przed rokiem. Większa liczba upadłości była zaś w odniesieniu do firm działających na północy, w pasie od woj. zachodniopomorskiego, przez kujawsko-pomorskie po warmińsko-mazurskie. Różne przyczyny upadłości firm z tych województw: w kujawsko-pomorskim problemy dotknęły firm produkujących dobra inwestycyjne oraz w jednym przypadku – handlu detalicznego żywnością. W województwie zachodniopomorskim były to również firmy produkcyjne, ale o bardziej zróżnicowanym profilu (m.in. owoce i warzywa), prac wykończeniowych w budownictwie oraz związane z gastronomią i usługami noclegowymi. W województwie warmińsko-mazurskim upadła firma.. meblarska (co nie jest zaskoczeniem akurat w tym województwie), a poza tym – budowlana, dystrybutor chemii oraz dwie firmy usługowe. Warto zauważyć, iż pośród najsilniejszych gospodarczo województw liczba upadłości w porównaniu do tej sprzed roku przestała już spadać w województwie dolnośląskim i mazowieckim, poprawa utrzymywała się natomiast w woj. śląskim – tam upadłości było o połowę mniej niż w lipcu ubiegłego roku.

Wartość rynku soczewek kontaktowych w Polsce w 2013 to ponad 282 mln zł

Wartość rynku soczewek kontaktowych w Polsce w 2013 wyceniana była na ponad 282 mln zł. Prognozy przewidują dalszy wzrost wartości rynku.

Wzrasta także liczba podmiotów oferujących sprzedaż soczewek przez internet, które mogą oferować większy wybór produktów przy korzystniejszych cenach. Na polskim rynku możemy rozróżnić wiele rodzajów soczewek, gdzie udział soczewek silikonowo-hydrożelowych wśród wszystkich produktów to nieco ponad 60% – pozostałe 40% stanowią starsze soczewki hydrożelowe. Można zatem uznać, że większość użytkowników soczewek stawia na nowoczesne rozwiązania. Ma to również związek z tym, że w gabinetach specjalistów aplikuje się już głównie soczewki silikonowo-hydrożelowe. Z drugiej strony soczewki hydrożelowe wciąż mają wielu użytkowników zwłaszcza wśród osób, które soczewki noszą od wielu lat. Te soczewki są tańsze i jeśli dobrze się sprawdzają, to klienci nie widzą powodu do ich zmiany.

Z danych sprzedażowych firmy Bezokularow.pl wynika, że Polacy zdecydowanie najbardziej cenią sobie soczewki wielokrotnego użytku.

Ponad 80% naszej sprzedaży to soczewki wielokrotnego użytku, z czego aż 62% stanowią soczewki miesięczne. Tylko 18% soczewek sprzedanych przez nas w 2014 roku stanowiły soczewki jednodniowe – mówi Wojciech Kyciak z firmy Bezokularow.pl – Na rynku europejskim soczewki jednodniowe stanowią prawie 44% wartości rynku, możemy zatem spodziewać się, że ten trend przyjmie się również u nas i segment jednodniowych soczewek w kolejnych latach będzie w Polsce rósł jeszcze dynamiczniej. Na korzyść soczewek jednodniowych przemawia głownie to, że są bardziej higieniczne w użyciu i wygodniejsze, nie musimy używać do nich płynów czy pojemników do przechowywania – dodaje Wojciech Kyciak.

Również najwięksi producenci soczewek dostrzegają ogromny potencjał w segmencie soczewek jednodniowych i starają się do nich przekonać konsumentów. Ponadto dla osób z wadą wzroku i uczulonych na różnego rodzaju pyłki wskazane jest stosowanie jednodniowych soczewek, aby minimalizować ryzyko podrażnień oczu noszeniem dzień w dzień tych samych soczewek, na których osadzają się alergeny. Zakładanie co dzień nowych soczewek ogranicza do minimum kontakt z uczulającymi pyłkami.

Na polskim rynku zauważalny jest znaczący wzrost sprzedaży soczewek specjalistycznych tj. torycznych i progresywnych. Szacuje się, że udział osób mających astygmatyzm (zatem potrzebujących soczewek torycznych) w łącznym udziale osób, które potrzebują korekcji wzroku wynosi nawet 30%. Z kolei rynek soczewek progresywnych będzie dynamicznie rósł wraz ze wzrostem wieku przeciętnego użytkownika soczewek. Soczewki progresywne są bowiem przeznaczone dla osób, które mają zazwyczaj 40 i więcej lat. – mówi Wojciech Kyciak.

Dużą popularnością w ostatnim czasie cieszą się soczewki zmieniające kolor oczu. Użytkownicy kolorowych soczewek kontaktowych w Polsce najchętniej zmieniają kolor oczu na niebieski, następnie brązowy, zielony i szary.

Według prognoz ekspertów rynkowych w kolejnych latach polski rynek soczewek kontaktowych będzie systematyczne wzrastał. Przewidywana wartość całego rynku w 2014 roku to 304 mln zł. W kolejnych latach przewiduje się kolejne wzrosty do poziomu 348 mln zł w 2016 roku. Zmiany nastąpią również w strukturze sprzedaży, będzie to związane z większą świadomością i preferencjami klientów, którzy będą częściej wybierali soczewki jednodniowe – dodaje Wojciech Kyciak.

Skonsolidowany zysk netto Banku Pekao w drugim kwartale wzrósł o 8,0% kw/kw i wyniósł 685 mln złotych

Osiągniecie tego wyniku pozwoliło na zwrot na kapitale ROE 11,1%, przy jednoczesnym utrzymaniu wysokiego poziomu współczynnika wypłacalności Core Tier 1 18,1%. Bank kontynuował wysokie tempo wzrostu wolumenów, znacznie powyżej średniej w sektorze, zarówno kredytowych +9,8% r/r , jak i depozytowych +8,7% r/r. Zysk operacyjny wzrósł o o 6,1% kw/kw dzięki znacznemu wzrostowi wolumenów oraz ścisłej kontroli kosztów.

Skonsolidowany zysk netto wzrósł o 8,0% kw/kw do poziomu 685 mln złotych. Wzrost zysku został osiągnięty dzięki znaczącej poprawie wyniku operacyjnego o 6,1% kw/kw do poziomu 990 mln złotych oraz zmniejszeniu kosztów ryzyka do poziomu 58 punktów bazowych.

Wzrost zysku operacyjnego był możliwy dzięki kontynuacji dynamicznego wzrostu wolumenów, co umożliwiło zwiększenie dochodów o 3,7% kw/kw oraz dyscyplinie kosztowej.

Dochody Banku wzrosły o 3,7% kw/kw do poziomu 1 855 mln złotych, odnotowując poprawę we wszystkich kategoriach. Wynik odsetkowy zwiększył się o 1,2% kw/kw do poziomu 1 164 mln złotych, dzięki zwiększeniu wolumenów oraz stabilizacji marży odsetkowej na poziomie 3,3%. Bank zanotował wzrost przychodów prowizyjnych, o 2,6% kw/kw do poziomu 526 mln złotych dzięki zwiększonej sprzedaży kredytów. Koszty operacyjne wyniosły 865 mln złotych, w porównaniu z 857 mln złotych w poprzednim kwartale.

Koszty ryzyka uległy dalszej poprawie osiągając poziom 58 punktów bazowych, a wskaźnik kredytów nieregularnych obniżył się do poziomu 7,0%.

Bank Pekao odnotował znaczący wzrost wolumenów kredytowych o 9,8% r/r do poziomu 115,4 miliarda złotych. Portfel złotowych kredytów hipotecznych i pożyczek gotówkowych wzrósł o 16,5% r/r osiągając poziom 39,4 miliarda złotych, co pozwoliło osiągnąć dwucyfrowy wzrost wartości całego portfela kredytów detalicznych (+10,9%) do poziomu 46,6 miliarda złotych. Portfel kredytów korporacyjnych wzrósł o 9,1% r/r do 68,8 miliarda złotych.

Baza depozytowa, wyłączając OFE, wzrosła o 8,7% r/r, depozyty detaliczne wzrosły o 8,0% r/r do 54,2 miliarda złotych, natomiast depozyty korporacyjne wzrosły o 9,3% r/r do poziomu 61,2 miliarda złotych.

Bank Pekao umocnił swoją pozycję na rynku zwiększając udziały rynkowe w ujęciu rocznym i kwartalnym zarówno w produktach kredytowych jak i depozytowych.

Bank kontynuował intensywne działania mające na celu pozyskiwanie nowych klientów – umożliwiło to pozyskanie 194 tysięcy nowych klientów w pierwszym półroczu 2014, wzrost o 18% r/r.

Bank Pekao wzmocnił swoją dotychczasową współpracę z siecią sklepów Biedronka, instalując 13 tysięcy terminali obsługujących płatności kartowe w 2,4 tysiąca sklepach tej sieci, na terenie całego kraju.

“To kolejny dobry kwartał, w którym zanotowaliśmy szybszy niż rynek wzrost wolumenów w tempie 1 miliarda złotych miesięcznie.” – powiedział Luigi Lovaglio, Prezes Zarządu Banku Pekao. „Ponadto umowa na wprowadzenie płatności kartowych w sieci sklepów Biedronka jest prawdziwym przełomem w rozwoju systemu płatniczego w Polsce, możliwym dzięki naszym dotychczasowym inwestycjom, zapewniającym trwałość rozwoju naszego biznesu.”

#TBT, czyli wspomnienia zamknięte w hashtagu

#TBT, czyli „throwback thursday” to obecnie jeden z najpopularniejszych hashtagów w mediach społecznościowych prowadzonych zwłaszcza za zachodnią granicą. Jego fenomen polega na wykorzystaniu sentymentu w relacjach z internautami. W jaki sposób? W każdy czwartek, użytkownicy portali takich jak Instagram czy Twitter publikują nostalgiczne, poruszające zdjęcia.

Moda na hashtag #TBT to doskonała okazja dla marek do pokazania prywatnej strony, do otwarcia się na publiczność i nawiązania z nią trwałej relacji bazującej na emocjach. Okazuje się, że stare fotografie z wakacji, odkurzone fotografie założycieli lub inne migawki z przeszłości są doskonałym sposobem do wzbudzenie pozytywnych skojarzeń związanych z marką i produktem. Ponad to, znak drogowy Internetu, popularnie nazwany hashtagiem, sprawia, iż opublikowana przez nas informacja nie ginie bez pamięci w gąszczu sieci, a jest możliwa do odszukania, przez każdego, kto jest potencjalnie zainteresowany tematem. Moda na poszczególne hashtagi sprzyja zatem szeroko zakrojonej promocji w Internecie.

Nie należy jednak zapominać, iż pomimo wzrostu popularności poszczególnych kanałów social media, w dalszym ciągu najwyższą aktywność wśród takowych portali przejawiają młodsi użytkownicy – mówi Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET – W przypadku profesjonalnych komunikatów, skierowanych zwłaszcza dla dojrzałej publiczności, warto zastanowić się nad roztropnym opisywaniem poszczególnych fotografii. Świadome i twórcze wykorzystanie pojedynczego hashtagu to jedyna droga do pozyskania szczerej sympatii, bazującej nie na chwilowej modzie panującej w Internecie, a zaufaniu do promowanej marki – dodaje.

Marketingowcy w dalszym ciągu próbują ustalić zatem najlepszy sposób do wdrożenia hashtagów do ich ogólnej strategii promocyjnej. Najważniejszym z nich jest spójność pomiędzy wszystkimi kanałami, ponieważ pojedynczy hashtag może połączyć wszystkie wiadomości marki. Ponadto, konsekwencja w przekazie pomoże maksymalizować zaangażowanie fanów oraz zasięg pojedynczych postów. Warto również pomyśleć nad wprowadzeniem unikalnego znaku, który będzie stanowić odzwierciedlenie marki. Nazwa takiego hashtagu powinna być krótka, prosta i chwytliwa. Ostatecznie, to użytkownicy mają z niego korzystać, a więc musi on łatwo zapadać w pamięć.

Osobną, aczkolwiek ważną kwestią jest promowanie własnych inicjatyw. Markowe hashtagi można śmiało łączyć z innymi cyfrowymi działaniami marketingowymi – komentuje Kamila Szwagiel, Project Manager GRUPA 365NET. Nie należy zapominać również o monitorowaniu rozmów prowadzonych wokół danych hashtagów. Pomoże to w ocenie skuteczności kampanii. Na koniec pozostaje kwestia umiaru. Ta pozostaje bez zmian. Pamiętajmy – co za dużo, to nie zdrowo.

PZU wzmacnia zarządzanie zespołem Biura Rynku Akcji TFI PZU

Piotr Bień, zarządzający portfelem akcyjnym największego otwartego funduszu emerytalnego w Polsce, pokieruje (od 1 X br.) zespołem Biura Rynku Akcji TFI PZU, największego pod względem aktywów towarzystwa funduszy inwestycyjnych w Polsce*.

– Wzmacniamy zespół zarządzający portfelami akcji. Dążenie do poprawy wyników inwestycyjnych portfeli akcyjnych przy rosnących mocno aktywach wymaga dużego doświadczenia w koordynacji pracy zespołowej. Przyjście Piotra będzie mocnym impulsem dla zespołu akcyjnego – komentuje Tomasz Stadnik, CIO i Wiceprezes Zarządu TFI PZU.

Piotr Bień, od maja 2010 r. kieruje zespołem zarządzającym portfelem akcji INF OFE. W funduszu tym, jako zarządzający i analityk, pracował od 2005 r. Wcześniej – w PKN Orlen. Absolwent Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, posiadacz dyplomu CFA.

TFI PZU SA jest głównym ośrodkiem PZU INWESTYCJE inwestycyjnego ramienia Grupy PZU. Zarządzając funduszami o aktywach blisko 24 mld PLN, TFI PZU jest największym pod względem aktywów TFI w Polsce*.

*wedle danych IZFiA na koniec czerwca 2014

Jest zgoda Komisji Europejskiej na uwolnienie internetu w 76 polskich gminach. Inwestycje mogą przyspieszyć

Komisja Europejska zaakceptowała projekt decyzji Urzędu Komunikacji Elektronicznej w sprawie deregulacji na rynku telekomunikacyjnym. Powinna ona zachęcić prywatne firmy do inwestowania w rozwój internetu szerokopasmowego na terenie 76 gmin objętych deregulacją. Do 2020 roku na rozbudowę infrastruktury dostępowej potrzebne będzie ok. 20 mld zł. To konieczne inwestycje, bo pod względem dostępu do sieci szerokopasmowej Polska jest na szarym końcu Europy.

Zatwierdzenie przez Komisję Europejską wniosku Urzędu Komunikacji Elektronicznej to długo wyczekiwana i bardzo dobra wiadomość dla rynku usług dostępowych i jego graczy – konsumentów i inwestorów. Decyzja potwierdza proaktywną rolę regulatora, czyli UKE, a także konsekwentną politykę Komisji Europejskiej, która zawsze dbała o to, by zapewnić równe warunki konkurencji poprzez działania regulacyjne, by stworzyć równe warunki dla wszystkich inwestorów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Blusz, wiceprezes demosEUROPA – Centrum Strategii Europejskiej.

Dotychczas obowiązująca regulacja miała zapobiegać dominującej pozycję TP SA (dziś Orange Polska), która miała 80 proc. udziału w rynku usług internetowych. Obecnie na terenie 76 gmin, których dotyczy deregulacja, nie przekracza on 30 proc., a w wielu miastach jest jeszcze niższy (np. w Warszawie niewiele ponad 23, a w Gdyni zaledwie 10 procent). Regulator doszedł więc do wniosku, że przepisy ingerujące w rynek przestały być potrzebne.

W komentarzu do opinii Komisja Europejska wskazała potrzebę doprecyzowania w finalnej decyzji kwestii związanych z różnicami w cenach detalicznych na poszczególnych obszarach Polski. Nawiązała też do konkurencji rynku hurtowego (fizycznego) dostępu do infrastruktury sieciowej na poziomie pętli abonenckiej LLU i zwróciła się o jak najszybsze dokonanie przeglądu w tym zakresie.

Wejście w życie decyzji deregulacyjnej powinno znacząco przyspieszyć nie tylko modernizację, lecz także rozbudowę sieci. Jak podkreśla ekspert demosEUROPA, przed Polską duże wyzwanie inwestycyjne, ponieważ obecnie tylko 70 proc. kraju ma dostęp do szybkiego internetu.

Zostatniego raportu KE wynika, że w Polsce usługi o najniższej przepływności, czyli 144 kb/s, wyglądają co prawda nie najgorzej. Większe jednak prędkości, np. na poziomie 30 Mb/s, pokrywają mniej niż połowę kraju, w Unii Europejskiej jest to blisko 70 proc. Najszybsze usługi, czyli 100 Mb/s, to zaledwie 1,3 proc. w całym kraju. Europejska Agenda Cyfrowa zakłada natomiast, że do 2020 roku ponad połowa Polaków będzie w zasięgu tych usług – mówi Blusz.

Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji ocenia, że do 2020 roku w Polsce będzie potrzebnych blisko 9 mln nowych łączy, a to oznacza wydatek rzędu 25 mld zł. Środki unijne i fundusze przewidziane w programie Polska Cyfrowa pozwolą na pokrycie około 20 proc. kosztów, pozostałą część, czyli ok. 20 mld zł będą musieli wyłożyć prywatni inwestorzy. Do tej pory ze względu na istniejące regulacje realizacja niektórych inwestycji nie była dla nich opłacalna.

Krzysztof Blusz ocenia, że zmobilizowanie inwestorów to trudne zadanie, ale możliwe do wykonania, a przyjęta deregulacja na pewno w tym pomoże. Jego zdaniem potrzebne są jednak kolejne zachęty, przede wszystkim dotyczące inwestowania w obszarach, gdzie ze względu np. na niewielkie transfery danych rentowność inwestycji nie jest wysoka.

– Jeżeli zostaną spełnione warunki ekonomiczne, także dzięki przyjaznym regulacjom, na pewno pojawią się inwestorzy. Istotna jest też kwestia możliwość operacyjnej realizacji takiej inwestycji – tu wielkie zadanie po stronie administracji państwowej, w związku z odbiurokratyzowaniem i  umożliwieniem lepszej koordynacji prowadzenia tych inwestycji – podkreśla Blusz.

Zdaniem ekspertów przyspieszenie cyfryzacji i ułatwienie dostępu do szybkiego internetu korzystnie wpłynie na gospodarkę: pojawią się nowe miejsca pracy, zwiększy się popyt i podaż na usługi oraz towary, zwiększy się też mobilność społeczeństwa. Według zapowiedzi władz nowej Komisji Europejskiej rozwój gospodarki cyfrowej będzie jednym z priorytetów Brukseli.

– Nowa KE będzie bardzo zachęcała do poszukiwania nowych źródeł wzrostu gospodarczego. Cyfryzacja gospodarki, dostęp do internetu, rozwój wspólnego rynku cyfrowego, to jeden z owoców, po który najłatwiej sięgnąć. Wiemy, co można i należy zrobić, ale nie wiemy jeszcze jak – podsumowuje ekspert demosEUROPA.

Są pierwsze próbki koncentratu z kopalni KGHM w Chile. Drugi etap budowy najwcześniej w 2019 r.

CEO Magazyn Polska

KGHM produkuje już pierwsze próbki koncentratu w Chile, choć oficjalne otwarcie kopalni Sierra Gorda nastąpi pod koniec września. Drugi etap projektu rozpocznie się zaraz po tym, jak obecnie przygotowana infrastruktura osiągnie maksimum swoich mocy produkcyjnych. Konieczne będzie też odpowiednie przygotowanie technologii. Finansowanie projektu ma pochodzić z zysków z pierwszego jego etapu. Prezes miedziowego giganta zapowiada, że według wstępnych założeń uda się to osiągnąć w 2019 r.

Od paru dni produkujemy pierwsze próbki koncentratu o jakości powyżej 25 proc. miedzi, a molibdenu jest ok. 1 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź.

Uruchomiona w tym tygodniu kopalnia w Sierra Gorda będzie w 2015 roku produkować ok. 120 tys. ton miedzi, 50 mln funtów molibdenu i 60 tys. uncji złota rocznie. Stopniowo – po uruchomieniu pierwszej fazy projektu – będzie realizowany kolejny etap, który ma doprowadzić do średniorocznego wydobycia w ciągu planowanego ponad 20-letniego okresu eksploatacji kopalnie na poziomie 220 tys. ton miedzi, 25 mln funtów molibdenu i 64 tys. uncji złota.

– Druga faza projektu to przede wszystkim zwiększenie zdolności produkcyjnej samej kopalni, a co za tym idzie zwiększona ilość koparek i dobudowanie nowych modułów ZWR (Zakładu Wzbogacania Rudy) – wyjaśnia Herbert Wirth.

Nie oznacza to jednak natychmiastowego rozpoczęcia rozbudowy kopalni. Teraz przyszedł czas zwiększania mocy produkcyjnych zakładu przy już istniejącej infrastrukturze. Prezes Wirth podkreśla, że potrzebne jest zaprojektowanie bardzo szczegółowych rozwiązań.

– W pierwszej fazie uruchomiliśmy projekt pod studium wykonalności, ale z małym zaawansowaniem projektów technicznych. Chciałbym, żeby w drugiej fazie było inaczej. Więc jak będziemy przynajmniej mieli 50 proc. zaawansowania projektów technicznych, wtedy pokusimy się o decyzje ws. dalszej części – zapewnia Wirth.

Poza rozwinięciem technologii przed rozpoczęciem rozbudowy kopalni konieczne jest zapewnienie finansowania na drugi etap.

Założyliśmy, że projekt drugiej fazy będzie finansowany z dodatnich przypływów w pierwszej. To jest bardzo zależne z jednej strony od kosztów, a z drugiej strony od tego, jaka będzie cena miedzi i molibdenu – wyjaśnia Herbert Wirth.

Wstępnie założono, że kopalnia w Sierra Gorda osiągnie pełnię swoich mocy produkcyjnych w 2019 roku, ale prezes zastrzega, że to zależy od spełnienia wszystkich koniecznych do tego wymagań – maksymalizacji wydobycia przy obecnej infrastrukturze, rozwoju technologii i zapewnieniu finansowania, czyli dostępu do rynków zbytu i cen.

Na projekt Sierra Gorda składają się trzy jednostki – sama kopalnia, zakład wzbogacania rudy i ok. 140 km rurociąg, którym doprowadzana jest woda z oceanu. Pierwszy transport ma wyjechać z kopalni we wrześniu tego roku.

– Dzisiaj za wcześnie, by mówić o tym, z którego portu – mówi Wirth. – Obecnie mamy problemy w porcie Antofagasta [potrzebne są tam odpowiednie pozwolenia środowiskowe – red.], ale rozwiązujemy to doskonale poprzez inne porty, które dają możliwość przekazania czy wytransportowania tego koncentratu w świat. Połowa koncentratu trafi do hut japońskich.

Sierra Gorda jest spółką typu joint venture, należy w 55 proc. do Grupy KGHM, pozostałą cześć podzielono między spółki japońskiego właściciela – Sumitomo Metal Mining (31,5 proc.) oraz Sumitomo Corporation (13,5 proc.).

PZU przejmuje klientów dzięki bezpośredniej likwidacji szkód. Od kwietnia skorzystało z niej 10 tys. osób

CEO Magazyn Polska

Według prezesa PZU rynek dobrze przyjął bezpośrednią likwidację szkód i jest szansa, że przyciągnie ona klientów konkurencji. Od początku kwietnia skorzystało z niej 10 tys. klientów. Największy polski ubezpieczyciel nie planuje już przejęć na polskim rynku ubezpieczeniowym. Czeka obecnie na finalizację kupna Link4 oraz bałtyckich firm z branży.

Widzimy coraz większą liczbę klientów, którzy korzystają z opcji bezpośredniej likwidacji szkody. Już prawie 10 tys. szkód zostało w ten sposób zlikwidowanych. Klienci są bardzo zadowoleni i zobaczymy, czy zwiększy się liczba klientów, którzy zdecydują się do nas przejść ze względu na tę usługę – ocenia w rozmowie z agencją  informacyjną Newseria Andrzej Klesyk, prezes PZU.

Usługa powszechnej i bezpłatnej bezpośredniej likwidacji szkód jest dostępna w ofercie PZU od 4 kwietnia br. Dzięki niej poszkodowani w wypadkach klienci PZU nie muszą dochodzić swoich roszczeń u ubezpieczyciela sprawcy. Wszystkimi formalnościami oraz wypłatą pieniędzy lub pokryciem kosztów naprawy zajmuje się firma, u której klient wykupił polisę OC.

Liczba wypłaconych odszkodowań zwiększyła się, ponieważ z definicji likwidujemy więcej szkód. Coraz więcej naszych klientów, którzy mieli wypadek spowodowany przez kogoś innego, przychodzi do nas z prośbą o to, byśmy zlikwidowali szkodę – mówi Klesyk.

Od maja br. bezpośrednia likwidacja szkody znalazła się również w ofercie UNIQA TU. Zgodnie z porozumieniem zawartym w maju br. w ramach Polskiej Izby Ubezpieczeń model ten będzie wdrażany na całym rynku. Zanim to jednak nastąpi, PZU liczy, że usługa ta wzmocni przewagę spółki na polskim rynku.

PZU koncentruje się obecnie na dokończeniu transakcji, dzięki którym chce budować pozycję lidera w krajach bałtyckich. 21 lipca br. spółka uzyskała zgodę Banku Litwy na nabycie ubezpieczyciela Lietuvos Draudimas AB, z kolei kilka tygodni wcześniej udało się uzyskać wszystkie wymagane zgody do nabycia łotewskiej AAS Balta. Transakcje opiewają na kwotę ok. 180 mln euro za Lietuvos Draudimas AB, ok. 48 mln euro za AAS Balta i blisko 30 mln euro za estoński oddział Codan Forsikring A/S, gdzie proces przejęcia zakończy się najpóźniej.

Już jesteśmy numerem jeden na Litwie. Po zakończeniu transakcji będziemy mieli udział rynkowy w okolicach 40 proc. Na Łotwie będziemy mieli ponad 20-proc. i będziemy numerem jeden. A w Estonii po połączeniu będziemy w pierwszej dziesiątce, w okolicach miejsca piątego plus. Naszą ambicją jest to, żebyśmy byli numerem trzy w przeciągu kilku lat, a potem numerem jeden – mówi Andrzej Klesyk.

Według prezesa PZU dłuższy czas potrzebny na finalizację kupna Codan Forsikring A/S jest efektem komplikacji prawnych. Nie są one jednak zagrożeniem dla samej transakcji, gdyż są to jedynie kwestie proceduralne.

To jest oddział założony przez spółkę duńską w Estonii i tenże oddział jest nabywany z kolei przez nasz oddział, czyli przez naszą spółkę z Litwy. To jest bardzo skomplikowane z punktu widzenia proceduralnego, natomiast z punktu widzenia regulacyjnego jest to w miarę proste. Więc nie ma problemu, jeśli chodzi o zgody zarówno urzędu antymonopolowego łotewskiego, jak i estońskiego – twierdzi prezes PZU.

PZU nie planuje obecnie przejęć na rynku polskim, ale przygląda się rynkom w krajach na południe od Polski. Jedną z możliwości jest przejęcie słoweńskiego Triglava, który ma być prywatyzowany – mówił agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Dąbrowski, członek zarządu PZU. W przypadku Polski ubezpieczyciel nie wyklucza dalszej ekspansji na rynku ochrony zdrowia, po tym jak zakupił Orlen Medica.

W Polsce będzie bardzo trudno znaleźć akwizycję, na którą mógłby pozwolić UOKiK z prostego powodu – my już jesteśmy bardzo dużym podmiotem. Na zakup Link4 mamy nadzieję uzyskać w miarę szybko zgodę urzędu antymonopolowego z tego powodu, że PZU nie jest obecne w kanale bezpośrednim, więc nie zagraża w żaden sposób pozycji konkurencyjnej innych firm działających na rynku w Polsce – uważa Klesyk.

Pod koniec lipca PZU otrzymał zgodę KNF na spłatę pożyczki zawartej przez Link4, co jest jednym z warunków zawieszających w umowie sprzedaży akcji w spółce Link4 na rzecz polskiego ubezpieczyciela. Nabycie akcji Link4 będzie możliwe po spełnieniu pozostałych warunków zawieszających, czyli uzyskaniu zgody KNF na transakcję oraz zgody urzędu monopolowego Komisji Europejskiej lub UOKiK.

PZU nie planuje obecnie emisji obligacji w celu finansowania dalszego rozwoju, choć w przyszłości możliwa jest emisja długiem podporządkowanego.

Nie potrzebujemy kapitału, nie potrzebujemy płynności. Ostatnio wyemitowaliśmy 2 mld zł w euro długu senioralnego, a więc obligacji. Jeśli chodzi o dług podporządkowany, o którym kiedyś rozmawialiśmy, będzie to zależało od zgody regulatora. Gdybyśmy taką emisję zrobili, to być może wypłacimy część kapitału nadwyżkowego akcjonariuszom – mówi Andrzej Klesyk.

Rosną wydatki banków na reklamę. Ponad 440 mln zł w II kwartale

CEO Magazyn Polska

Blisko 440 mln zł wydały na reklamę w II kwartale instytucje finansowe w Polsce. To wprawdzie o 5 proc. mniej niż rok wcześniej, ale dwa razy więcej niż w trzech pierwszych miesiącach 2014 roku. Połowę tej kwoty na kampanie marketingowe przeznaczyło 10 banków, które są największymi reklamodawcami.

– Niezmiennie od początku roku liderem zestawienia przygotowywanego przez Instytut Monitorowania Mediów jest ING Bank Śląski, który na promocję w prasie, radiu i telewizji przeznacza najwięcej środków – podkreśla Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów. – W II kwartale było to 29 mln zł. Zaraz za nim znalazł się Bank Millennium z kwotą 25 mln zł, a na miejscu trzecim był Getin Holding z kwotą 24 mln zł. W pierwszej piątce znalazły się jeszcze PKO Bank Polski oraz Bank Zachodni WBK.

Przygotowując kampanie, część banków postawiła na znane twarze. Marek Kondrat namawiał do realizacji marzeń z ING BŚ, a Juliette Binoche kusi łatwym do uzyskania kredytem w Credit Agricole.

– W II kwartale dało się już zauważyć w reklamach trend wakacyjny  podkreśla Łukasz Jadaś w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Banki zachęcały do spełniania marzeń, zaspokajania swoich konsumpcyjnych potrzeb, które w tym okresie były związane głównie z wakacjami i urlopami. Tutaj można by wymienić chociażby spoty telewizyjne, w których Kevin Spacey reklamuje Bank Zachodni WBK. Spot utrzymany w klimacie wakacyjnym, egzotyczne kraje, wysoka temperatura, rejs statkiem po morzu.

Kampanie promocyjne banki najchętniej prowadzą w telewizji. Jak wynika z danych admonit, aplikacji służącej do badania emisji i wydatków reklamowych w mediach, w II kwartale do nadawców trafiło w ten sposób prawie 200 mln zł. 11,5 mln zł zainkasowało radio. Podobna kwota trafiła też do gazet.

– Reklamodawcy najczęściej wybierali telewizję Polsat  podkreśla ekspert IMM. – To tam trafiało najwięcej środków od instytucji finansowych. Spośród stacji radiowych było to RMF FM. Interesująca sytuacja wystąpiła w czasopismach. Jak wynika z raportu Najbardziej opiniotwórcze media przygotowanego przez IMM, Wprost” był w czerwcu najczęściej cytowanym medium w Polsce. Przełożyło się to także na wyniki reklamowe i zainteresowanie reklamodawców.

W czerwcu wartość reklam z badanej branży finansowej na łamach tygodnika sięgnęła 2,3 mln zł, czyli była pięć razy większa niż w maju.

W kampaniach reklamowych bankowcy starają się namówić klientów do korzystania z konkretnych produktów finansowych. Oferują kredyty i pożyczki, ale przede wszystkim zabiegają o nowych klientów.

Najczęściej promowanym produktem były konta bankowe, konta osobiste. Przeznaczono na ten cel 90 mln zł. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się kredyty gotówkowe i pożyczki gotówkowe  mówi Łukasz Jadaś. – Na promocję tych dwóch produktów przeznaczono odpowiednio 78 mln i 74 mln zł. Ich pozycja na rynku reklamowym jest bardzo mocna.

Następną pozycję na liście największych reklamodawców branży finansowej zajęły firmy oferujące ubezpieczenia motoryzacyjne, m.in. PZU, Proama, Liberty Direct oraz Link4 i AXA. Kolejne były ubezpieczenia na życie.