KGHM produkuje już pierwsze próbki koncentratu w Chile, choć oficjalne otwarcie kopalni Sierra Gorda nastąpi pod koniec września. Drugi etap projektu rozpocznie się zaraz po tym, jak obecnie przygotowana infrastruktura osiągnie maksimum swoich mocy produkcyjnych. Konieczne będzie też odpowiednie przygotowanie technologii. Finansowanie projektu ma pochodzić z zysków z pierwszego jego etapu. Prezes miedziowego giganta zapowiada, że według wstępnych założeń uda się to osiągnąć w 2019 r.
– Od paru dni produkujemy pierwsze próbki koncentratu o jakości powyżej 25 proc. miedzi, a molibdenu jest ok. 1 proc. – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Herbert Wirth, prezes KGHM Polska Miedź.
Uruchomiona w tym tygodniu kopalnia w Sierra Gorda będzie w 2015 roku produkować ok. 120 tys. ton miedzi, 50 mln funtów molibdenu i 60 tys. uncji złota rocznie. Stopniowo – po uruchomieniu pierwszej fazy projektu – będzie realizowany kolejny etap, który ma doprowadzić do średniorocznego wydobycia w ciągu planowanego ponad 20-letniego okresu eksploatacji kopalnie na poziomie 220 tys. ton miedzi, 25 mln funtów molibdenu i 64 tys. uncji złota.
– Druga faza projektu to przede wszystkim zwiększenie zdolności produkcyjnej samej kopalni, a co za tym idzie zwiększona ilość koparek i dobudowanie nowych modułów ZWR (Zakładu Wzbogacania Rudy) – wyjaśnia Herbert Wirth.
Nie oznacza to jednak natychmiastowego rozpoczęcia rozbudowy kopalni. Teraz przyszedł czas zwiększania mocy produkcyjnych zakładu przy już istniejącej infrastrukturze. Prezes Wirth podkreśla, że potrzebne jest zaprojektowanie bardzo szczegółowych rozwiązań.
– W pierwszej fazie uruchomiliśmy projekt pod studium wykonalności, ale z małym zaawansowaniem projektów technicznych. Chciałbym, żeby w drugiej fazie było inaczej. Więc jak będziemy przynajmniej mieli 50 proc. zaawansowania projektów technicznych, wtedy pokusimy się o decyzje ws. dalszej części – zapewnia Wirth.
Poza rozwinięciem technologii przed rozpoczęciem rozbudowy kopalni konieczne jest zapewnienie finansowania na drugi etap.
– Założyliśmy, że projekt drugiej fazy będzie finansowany z dodatnich przypływów w pierwszej. To jest bardzo zależne z jednej strony od kosztów, a z drugiej strony od tego, jaka będzie cena miedzi i molibdenu – wyjaśnia Herbert Wirth.
Wstępnie założono, że kopalnia w Sierra Gorda osiągnie pełnię swoich mocy produkcyjnych w 2019 roku, ale prezes zastrzega, że to zależy od spełnienia wszystkich koniecznych do tego wymagań – maksymalizacji wydobycia przy obecnej infrastrukturze, rozwoju technologii i zapewnieniu finansowania, czyli dostępu do rynków zbytu i cen.
Na projekt Sierra Gorda składają się trzy jednostki – sama kopalnia, zakład wzbogacania rudy i ok. 140 km rurociąg, którym doprowadzana jest woda z oceanu. Pierwszy transport ma wyjechać z kopalni we wrześniu tego roku.
– Dzisiaj za wcześnie, by mówić o tym, z którego portu – mówi Wirth. – Obecnie mamy problemy w porcie Antofagasta [potrzebne są tam odpowiednie pozwolenia środowiskowe – red.], ale rozwiązujemy to doskonale poprzez inne porty, które dają możliwość przekazania czy wytransportowania tego koncentratu w świat. Połowa koncentratu trafi do hut japońskich.
Sierra Gorda jest spółką typu joint venture, należy w 55 proc. do Grupy KGHM, pozostałą cześć podzielono między spółki japońskiego właściciela – Sumitomo Metal Mining (31,5 proc.) oraz Sumitomo Corporation (13,5 proc.).
Według prezesa PZU rynek dobrze przyjął bezpośrednią likwidację szkód i jest szansa, że przyciągnie ona klientów konkurencji. Od początku kwietnia skorzystało z niej 10 tys. klientów. Największy polski ubezpieczyciel nie planuje już przejęć na polskim rynku ubezpieczeniowym. Czeka obecnie na finalizację kupna Link4 oraz bałtyckich firm z branży.
– Widzimy coraz większą liczbę klientów, którzy korzystają z opcji bezpośredniej likwidacji szkody. Już prawie 10 tys. szkód zostało w ten sposób zlikwidowanych. Klienci są bardzo zadowoleni i zobaczymy, czy zwiększy się liczba klientów, którzy zdecydują się do nas przejść ze względu na tę usługę – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Andrzej Klesyk, prezes PZU.
Usługa powszechnej i bezpłatnej bezpośredniej likwidacji szkód jest dostępna w ofercie PZU od 4 kwietnia br. Dzięki niej poszkodowani w wypadkach klienci PZU nie muszą dochodzić swoich roszczeń u ubezpieczyciela sprawcy. Wszystkimi formalnościami oraz wypłatą pieniędzy lub pokryciem kosztów naprawy zajmuje się firma, u której klient wykupił polisę OC.
– Liczba wypłaconych odszkodowań zwiększyła się, ponieważ z definicji likwidujemy więcej szkód. Coraz więcej naszych klientów, którzy mieli wypadek spowodowany przez kogoś innego, przychodzi do nas z prośbą o to, byśmy zlikwidowali szkodę – mówi Klesyk.
Od maja br. bezpośrednia likwidacja szkody znalazła się również w ofercie UNIQA TU. Zgodnie z porozumieniem zawartym w maju br. w ramach Polskiej Izby Ubezpieczeń model ten będzie wdrażany na całym rynku. Zanim to jednak nastąpi, PZU liczy, że usługa ta wzmocni przewagę spółki na polskim rynku.
PZU koncentruje się obecnie na dokończeniu transakcji, dzięki którym chce budować pozycję lidera w krajach bałtyckich. 21 lipca br. spółka uzyskała zgodę Banku Litwy na nabycie ubezpieczyciela Lietuvos Draudimas AB, z kolei kilka tygodni wcześniej udało się uzyskać wszystkie wymagane zgody do nabycia łotewskiej AAS Balta. Transakcje opiewają na kwotę ok. 180 mln euro za Lietuvos Draudimas AB, ok. 48 mln euro za AAS Balta i blisko 30 mln euro za estoński oddział Codan Forsikring A/S, gdzie proces przejęcia zakończy się najpóźniej.
– Już jesteśmy numerem jeden na Litwie. Po zakończeniu transakcji będziemy mieli udział rynkowy w okolicach 40 proc. Na Łotwie będziemy mieli ponad 20-proc. i będziemy numerem jeden. A w Estonii po połączeniu będziemy w pierwszej dziesiątce, w okolicach miejsca piątego plus. Naszą ambicją jest to, żebyśmy byli numerem trzy w przeciągu kilku lat, a potem numerem jeden – mówi Andrzej Klesyk.
Według prezesa PZU dłuższy czas potrzebny na finalizację kupna Codan Forsikring A/S jest efektem komplikacji prawnych. Nie są one jednak zagrożeniem dla samej transakcji, gdyż są to jedynie kwestie proceduralne.
– To jest oddział założony przez spółkę duńską w Estonii i tenże oddział jest nabywany z kolei przez nasz oddział, czyli przez naszą spółkę z Litwy. To jest bardzo skomplikowane z punktu widzenia proceduralnego, natomiast z punktu widzenia regulacyjnego jest to w miarę proste. Więc nie ma problemu, jeśli chodzi o zgody zarówno urzędu antymonopolowego łotewskiego, jak i estońskiego – twierdzi prezes PZU.
PZU nie planuje obecnie przejęć na rynku polskim, ale przygląda się rynkom w krajach na południe od Polski. Jedną z możliwości jest przejęcie słoweńskiego Triglava, który ma być prywatyzowany – mówił agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Dąbrowski, członek zarządu PZU. W przypadku Polski ubezpieczyciel nie wyklucza dalszej ekspansji na rynku ochrony zdrowia, po tym jak zakupił Orlen Medica.
– W Polsce będzie bardzo trudno znaleźć akwizycję, na którą mógłby pozwolić UOKiK z prostego powodu – my już jesteśmy bardzo dużym podmiotem. Na zakup Link4 mamy nadzieję uzyskać w miarę szybko zgodę urzędu antymonopolowego z tego powodu, że PZU nie jest obecne w kanale bezpośrednim, więc nie zagraża w żaden sposób pozycji konkurencyjnej innych firm działających na rynku w Polsce – uważa Klesyk.
Pod koniec lipca PZU otrzymał zgodę KNF na spłatę pożyczki zawartej przez Link4, co jest jednym z warunków zawieszających w umowie sprzedaży akcji w spółce Link4 na rzecz polskiego ubezpieczyciela. Nabycie akcji Link4 będzie możliwe po spełnieniu pozostałych warunków zawieszających, czyli uzyskaniu zgody KNF na transakcję oraz zgody urzędu monopolowego Komisji Europejskiej lub UOKiK.
PZU nie planuje obecnie emisji obligacji w celu finansowania dalszego rozwoju, choć w przyszłości możliwa jest emisja długiem podporządkowanego.
– Nie potrzebujemy kapitału, nie potrzebujemy płynności. Ostatnio wyemitowaliśmy 2 mld zł w euro długu senioralnego, a więc obligacji. Jeśli chodzi o dług podporządkowany, o którym kiedyś rozmawialiśmy, będzie to zależało od zgody regulatora. Gdybyśmy taką emisję zrobili, to być może wypłacimy część kapitału nadwyżkowego akcjonariuszom – mówi Andrzej Klesyk.
Blisko 440 mln zł wydały na reklamę w II kwartale instytucje finansowe w Polsce. To wprawdzie o 5 proc. mniej niż rok wcześniej, ale dwa razy więcej niż w trzech pierwszych miesiącach 2014 roku. Połowę tej kwoty na kampanie marketingowe przeznaczyło 10 banków, które są największymi reklamodawcami.
– Niezmiennie od początku roku liderem zestawienia przygotowywanego przez Instytut Monitorowania Mediów jest ING Bank Śląski, który na promocję w prasie, radiu i telewizji przeznacza najwięcej środków – podkreśla Łukasz Jadaś z Instytutu Monitorowania Mediów. – W II kwartale było to 29 mln zł. Zaraz za nim znalazł się Bank Millennium z kwotą 25 mln zł, a na miejscu trzecim był Getin Holding z kwotą 24 mln zł. W pierwszej piątce znalazły się jeszcze PKO Bank Polski oraz Bank Zachodni WBK.
Przygotowując kampanie, część banków postawiła na znane twarze. Marek Kondrat namawiał do realizacji marzeń z ING BŚ, a Juliette Binoche kusi łatwym do uzyskania kredytem w Credit Agricole.
– W II kwartale dało się już zauważyć w reklamach trend wakacyjny –podkreśla Łukasz Jadaś w rozmowie z agencją Newseria Biznes. – Banki zachęcały do spełniania marzeń, zaspokajania swoich konsumpcyjnych potrzeb, które w tym okresie były związane głównie z wakacjami i urlopami. Tutaj można by wymienić chociażby spoty telewizyjne, w których Kevin Spacey reklamuje Bank Zachodni WBK. Spot utrzymany w klimacie wakacyjnym, egzotyczne kraje, wysoka temperatura, rejs statkiem po morzu.
Kampanie promocyjne banki najchętniej prowadzą w telewizji. Jak wynika z danych admonit, aplikacji służącej do badania emisji i wydatków reklamowych w mediach, w II kwartale do nadawców trafiło w ten sposób prawie 200 mln zł. 11,5 mln zł zainkasowało radio. Podobna kwota trafiła też do gazet.
– Reklamodawcy najczęściej wybierali telewizję Polsat –podkreśla ekspert IMM. – To tam trafiało najwięcej środków od instytucji finansowych. Spośród stacji radiowych było to RMF FM. Interesująca sytuacja wystąpiła w czasopismach. Jak wynika z raportu „Najbardziej opiniotwórcze media” przygotowanego przez IMM, „Wprost” był w czerwcu najczęściej cytowanym medium w Polsce. Przełożyło się to także na wyniki reklamowe i zainteresowanie reklamodawców.
W czerwcu wartość reklam z badanej branży finansowej na łamach tygodnika sięgnęła 2,3 mln zł, czyli była pięć razy większa niż w maju.
W kampaniach reklamowych bankowcy starają się namówić klientów do korzystania z konkretnych produktów finansowych. Oferują kredyty i pożyczki, ale przede wszystkim zabiegają o nowych klientów.
– Najczęściej promowanym produktem były konta bankowe, konta osobiste. Przeznaczono na ten cel 90 mln zł. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się kredyty gotówkowe i pożyczki gotówkowe –mówi Łukasz Jadaś. – Na promocję tych dwóch produktów przeznaczono odpowiednio 78 mln i 74 mln zł. Ich pozycja na rynku reklamowym jest bardzo mocna.
Następną pozycję na liście największych reklamodawców branży finansowej zajęły firmy oferujące ubezpieczenia motoryzacyjne, m.in. PZU, Proama, Liberty Direct oraz Link4 i AXA. Kolejne były ubezpieczenia na życie.
Gdy Polska wchodziła do UE, przeciętne gospodarstwo rolne miało po opłaceniu wszystkich kosztów życia jedynie 100 zł. Obecnie jest to 1,6 tys. zł – więcej niż ma do dyspozycji przeciętne gospodarstwo składające się z emerytów czy pracowników. Banki jednak – poza nielicznymi wyjątkami – wciąż nie wykorzystują tego potencjału, bo nie uwzględniają w swojej ofercie specyfiki rolnictwa. Tymczasem pracujący na roli chcą mieć dostęp nie tylko do kredytów, lecz także do specjalistycznych usług.
– Przeciętny dochód w gospodarce w 2013 roku wyniósł 3,6 tys. i po odjęciu kosztów było to ok. 1 tys. zł. W przypadku rolników indywidualnych dochód do dyspozycji po potrąceniu wydatków w gospodarstwie domowym plasuje się na poziomie 1,6 tys. zł i jest to najwyższy dochód wśród wszystkich grup: rolnicy, emeryci, renciści, osoby pracujące na własny rachunek, pracownicy w pracy najemnej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Matuszewski, prezes zarządu Professional Benchmark Consulting.
W Polsce jest blisko 4,5 mln osób prowadzących działalność rolniczą, z których 90-95 proc. to rolnicy indywidualni. Biorąc pod uwagę średni dochód do dyspozycji (1,6 tys. zł), jest to grupa społeczno-zawodowa, która dysponuje kwotą 7,2 mld zł miesięcznie. Mimo to banki komercyjne w niewielkim stopniu wykorzystują ten potencjał, zwłaszcza na rynku kredytów.
Wysokie dochody do dyspozycji u rolników to efekt relatywnie niskich wydatków na bieżące potrzeby gospodarstwa domowego. Przeciętny dochód rozporządzalny (czyli po potrąceniu podatków i składek na ubezpieczenia społeczne) wynosi 5 tys. zł, natomiast przeciętne wydatki to ok. 65 proc. tej kwoty. W przypadku pozostałych grup, takich jak emeryci, samozatrudnieni czy pracownicy, przeciętne koszty życia wynoszą od 85-90 proc. dochodu rozporządzalnego. To sprawia, że pozostająca różnica, czyli dochód do dyspozycji, jest największy wśród pracujących na roli.
Jeszcze w 2004 r. przeciętne gospodarstwo rolne nie miało szans na zaciągnięcie kredytu w banku komercyjnym, bo po odliczeniu wydatków zostawało mu zaledwie 100 zł. Po wejściu do UE rolnicy szybko się bogacili: przeciętny dochód rozporządzalny rósł w średnim tempie 9,6 proc. rocznie, z kolei dochód do dyspozycji zwiększał się corocznie o 35,8 proc.
– Dochody rolnika indywidualnego w ciągu 10 lat urosły ponad dwukrotnie, rosły blisko 10 proc. rocznie. W 2004 roku gospodarstwo rolne miało około 2,2 tys., teraz mamy 5 tys. zł. Jest to również grupa, w której najmocniej wzrosły dochody na gospodarstwo i dochody do dyspozycji – wskazuje Matuszewski.
Obecnie rolnicy indywidualni są obsługiwani przede wszystkim przez banki spółdzielcze, ale nadal jest to grupa zawodowa o niskim stopniu ubankowienia. Ten niewykorzystany potencjał coraz częściej przykuwa uwagę banków komercyjnych, działających na skalę ogólnopolską. Rolnicy są postrzegani jako perspektywiczni klienci zwłaszcza przez banki, które dysponują dużą siecią placówek poza dużymi miastami. Według Matuszewskiego zaledwie 3 lub 4 banki komercyjne mają ofertę dla rolników-przedsiębiorców, nie jest ona jednak kompletna.
– Są to np. kredyty ze wsparciem ARMiR czy też innych instytucji, a jeśli chodzi przygotowane specjalnie dla rolników kredyty udzielane pod gospodarstwo domowe, czyli dostosowane do jego upraw, do tego, jak zbiera plony i jak wygląda spłata tego kredytu – tak naprawdę tylko jeden bank o zasięgu ogólnopolskim ma kompetencje, które pozwalają mu w miarę sprawnie obsługiwać tę grupę. Nie dysponuje jednak tak szeroką siecią placówek, żeby mógł to robić w sposób bardzo efektywny – uważa prezes Professional Benchmark Consulting.
Banki spółdzielcze, które zajmują silną pozycję w tym segmencie, rzadko korzystają ze sformalizowanych, opartych o modele matematyczne metod oceny zdolności kredytowej oraz oceny ryzyka kredytowego. Trudność w stworzeniu sformalizowanych metod oceny wynika też z cech rynków rolnych. Produkcja rolnicza cechuje się sezonowością, ponadto jest bardzo wrażliwa na zdarzenia losowe, jak np. ekstrema pogodowe czy epidemie. Innym źródłem ryzyka są wahania produkcji w sąsiednich krajach eksporterach oraz względnie łatwa możliwość stosowania barier handlowych, embarga (np. ze względu na zbyt niską jakość lub niespełnienie wymogów sanitarnych). To wszystko sprawia, że koniunktura lub dekoniunktura często dotyczy jedynie wybranych rynków, np. jabłek lub wołowiny. Z tego względu efektywna ocena zdolności kredytowej rolnika wymaga szczegółowej analizy np. jego profilu produkcji.
– Oczywiście mamy miesiące, kiedy rolnik nic nie sprzeda, i mamy miesiące bardzo urodzajne, kiedy wszystkie plony są zbierane, rolnik zatrudnia dodatkowe osoby do pomocy i sprzedaje swoje plony. Tylko jeden bank wypracował sobie w ciągu ostatnich lat takie kompetencje, żeby to oceniać względnie sprawnie. Robi to w podziale na poszczególne rodzaje działalności rolnych, czyli sadownictwo, produkcja mięsa, ubój czy produkcja jaj albo drobiu – uważa Piotr Matuszewski.
Dzięki rosnącym dochodom rolnicy zgłaszają coraz większy popyt na specjalistyczne usługi bankowe i finansowe związane np. z doradztwem inwestycyjnym czy funduszami europejskimi. Według Matuszewskiego dla rolników szczególnie duże znaczenie ma także bliskość placówki danego banku, atrakcyjność produktów oraz fachowa obsługa, która rozumie specyfikę branży rolniczej.
– Poza posiadaniem zwykłego konta osobistego czy karty debetowej rolnicy poszukują też kart kredytowych, limitów na rachunku, finansowania swoich nieruchomości, poszukują także kredytów na działalność rolną i zakup nowych maszyn. Tacy rolnicy oczekują od banku również doradztwa, czyli tego, że bank będzie mógł zaspokoić ich potrzeby, dodatkowo dostarczając informacji na temat aktualnych cen na giełdach rolnych – przekonuje prezes Professional Benchmark Consulting.
Polskie firmy wyleasingowały w I półroczu 2014 roku maszyny i urządzenia warte niemal 6,5 mld zł. To prawie o jedną czwartą więcej niż w tym samym okresie zeszłego roku. Na tak poważny wzrost inwestycji istotny wpływ ma wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w firmach, odbicie w budownictwie i pozyskiwane środki unijne dla sektora rolniczego – ocenia Związek Polskiego Leasingu.
Wartość wszystkich zawartych w I połowie 2014 roku transakcji leasingowych przekroczyła 21 mld zł, co oznacza 30-proc. wzrost w porównaniu z tym samym okresem zeszłego roku. Tak dobrych wyników branża w Polsce nie miała nigdy w historii.
– Na bardzo dobrym poziomie był rynek maszyn i urządzeń przemysłowych, którego rozwój zawdzięczamy cały czas poprawiającej się koniunkturze w gospodarce, poprawiającemu się eksportowi i kontynuowanym inwestycjom. Mówimy tu o wzroście na poziomie 22-23 proc. rok do roku – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.
Najlepsze wyniki w pierwszych miesiącach 2014 roku branża osiągnęła na rynku motoryzacyjnym. Ich powtórzenie nie jest jednak gwarantowane, bo na wzrost sprzedaży samochodów wpłynęło zmieniające się prawo, m.in. opóźnienie wprowadzenia nowych przepisów dotyczących tzw. aut z kratką. W rezultacie przez trzy miesiące samochody z homologacją ciężarową o masie poniżej 3,5 tony były objęte pełnym odliczeniem podatku VAT. Polscy przedsiębiorcy wyleasingowali 22 tys. takich aut.
Rósł również leasing samochodów ciężarowych.WI kwartale zwiększony popyt na transport towarów (dzięki odbiciu w gospodarce strefy euro) skłaniał przedsiębiorstwa transportowe do inwestycji. Firmy leasingowe w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku sfinansowały zakup pojazdów wart blisko 4,5 mld zł, co oznacza wzrost o jedna trzecią w porównaniu z pierwszym półroczem 2013 r.
– Nadal dobrą dynamikę zachowały pojazdy z segmentu premium – zaznacza Andrzej Sugajski. – Również dzięki zmianie przepisów podatkowych, które zniosły kwotowy limit odliczenia podatku VAT i tym samym samochody o wyższych nominałach zaczęły się ponownie cieszyć popularnością z uwagi na możliwość odliczenia VAT-u nielimitowanego kwotowo.
O ile samochody premium nadal sprzedają się w Polsce dobrze, to w przypadku wozów ciężarowych i aut z kratką sprzedaż jest teraz znacznie słabsza niż na początku roku. W rezultacie, jak ocenia Związek Polskiego Leasingu, cały 2014 rok nie będzie aż tak dobry, jak pokazuje pierwsze półrocze, a roczny wzrost nie przekroczy raczej 16 proc.
– Zakładamy, że mimo to cały rok zakończy się bardzo dobrym wynikiem ponad 40 mld zł. Dla przypomnienia w zeszłym roku wzrost wyniósł 13 proc., czyli był niższy niż w tym roku. 35 mld zł to wartość zawartych transakcji, a zatem cały czas można powiedzieć, że idziemy w dobrym kierunku i zakładamy, że w kolejnych latach będziemy się rozwijać na podobnym poziomie – podsumowuje Andrzej Sugajski.
Spada liczba wypadków śmiertelnych na budowach. Z jednej strony rośnie świadomość pracodawców, z drugiej z nieprawidłowościami walczy Państwowa Inspekcja Pracy. Przedstawiciele branży podkreślają, że zmniejszyć liczbę wypadków może jeszcze współpraca i wymiana doświadczeń między firmami. Ważna jest także zmiana mentalności zarówno pracodawców, jak i pracowników oraz wypracowanie odpowiednich standardów.
– Branża budowlana jest najbardziej ryzykowną branżą w przemyśle, nie tylko w Polsce, lecz także na całym świecie. Wypadków śmiertelnych jest dużo więcej niż na przykład w górnictwie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Andrulewicz, prezes Skanska.
Choć w wypadkach na budowie wciąż ginie najwięcej osób, to liczba śmiertelnych wypadków z roku na rok jest coraz mniejsza. Jak wynika z danych GUS-u, w 2013 roku na budowach zginęło 70 pracowników, rok wcześniej było ich 82, a w 2008 roku – 122. W górnictwie, uważanym za najbardziej niebezpieczną gałąź przemysłu, zginęło kilkukrotnie mniej (w 2013 – 18 osób). Mimo poprawiających się statystyk PIP podkreśla, że w wielu firmach, zwłaszcza mniejszych, nie są przestrzegane standardy bezpieczeństwa.
W 2010 roku powstało Porozumienie dla Bezpieczeństwa w Budownictwie, w którym udział bierze ośmiu największych generalnych wykonawców w Polsce.
– Razem staramy się zmieniać poziom bezpieczeństwa w branży budowlanej. Przyjęliśmy zasadę totalnej transparentności, wymieniamy się doświadczeniami i chcemy wypracować wspólne standardy. Współpracujemy ze wszystkimi partnerami biznesowymi, zależy nam na tym, aby nasi dostawcy i podwykonawcy spotykali się z takimi samymi standardami, niezależnie od tego, z którym z generalnych wykonawców współpracują – tłumaczy Andrulewicz.
Porozumienie powstało na wzór Grupy Generalnych Wykonawców w Wielkiej Brytanii. Na Wyspach udało się ograniczyć liczbę wypadków z ponad 100 do ok. 50 rocznie.
W Polsce na budowach ośmiu sygnatariuszy porozumienia w ubiegłym roku zginęło trzech pracowników, trzykrotnie mniej niż w 2011 roku. Firmy zamierzają przeprowadzić cykl szkoleń zakończonych wydanym certyfikatem, tylko osoby z takim dokumentem będą mogły być zatrudnione przez firmy działające w Porozumieniu. Ponadto sygnatariusze zobowiązali się do stawiania podwykonawcom takich samych wymagań dotyczących bezpieczeństwa i higieny pracy.
Jak podkreśla prezes Skanska, wspólne działania i wymiana wiedzy przyniosły konkretne efekty, wciąż jednak pozostaje dużo do zrobienia.
– Działania można podzielić na dwie części. Pierwsza to mentalność i kultura. Musi być założenie, że wszystko, co robimy, ma być bezpieczne. Staramy się to zmienić w branży budowlanej, zatrudniającej kilkaset tysięcy osób – mówi Andrulewicz. – Kolejny aspekt to kwestia pewnych standardów, zabezpieczeń indywidualnych, sposobu wykonywania prac, stosowanie odpowiednich zabezpieczeń przy pracy na wysokościach. To są konkretne rozwiązania techniczne – podkreśla prezes Skanska.
Generalni wykonawcy ponoszą odpowiedzialność za zdrowie i życie pracowników, a jak zaznacza Andrulewicz, to podstawowa motywacja, aby zwiększać bezpieczeństwo. Przekłada się to również na finanse – mniejsze bezpieczeństwo oznacza więcej wypadków, a to z kolei generuje wyższe koszty.
– Jeśli mamy wszystko dobrze zaplanowane, przemyślane i zorganizowane, to wówczas pracujemy w bezpieczny sposób. Te projekty, które są bezpieczne, często mają też najlepsze wyniki finansowe – podsumowuje Andrulewicz.
W Polsce przybywa produktów mięsnych wytwarzanych w specjalnych systemach kontrolowania produkcji gwarantujących wysoką jakość. Dzięki nim konsument może w sposób łatwy i przejrzysty ocenić, czy kupowane przez niego produkty są wartościowe i nieszkodliwe dla zdrowia.
Normami objęte są wszystkie etapy produkcji – począwszy od hodowli, żywienia zwierząt i warunków ich chowu, poprzez ubój, rozbiór, przetwórstwo, transport, konfekcjonowanie i pakowanie, skończywszy na magazynowaniu i sprzedaży. Przed kupnem mięsa należy przeczytać etykietę na opakowaniu lub poprosić ekspedientkę o udzielenie informacji na temat składu produktu.
– Powinniśmy zwracać uwagę na zawartość mięsa w produkcie oraz na użycie naturalnych przypraw – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Jolanta Ciechomska, koordynator ds. systemu QAFP. – Należy unikać wędlin, które zawierają glutaminian sodu bądź substancje wpływające na wydajność, takie jak karagen czy błonnik.
Jednym z najpopularniejszych systemów klasyfikujących jakość wyrobów mięsnych w Polsce jest System Gwarantowanej Jakości Żywności QAFP. Wyroby certyfikowane specjalnym znakiem są bezpieczne i mają wysoką jakość. Eksperci nadzorują cały łańcuch produkcyjny, oceniając, czy produkt spełnia wymogi systemu.
– Certyfikat w sposób łatwy i czytelny da konsumentowi możliwość wyboru produktów najwyższej jakości. Przy wyborze wędlin powinniśmy przede wszystkim zwrócić uwagę na informację umieszczoną na etykiecie – tłumaczy Ciechomska.
Eksperci zachęcają do kupowania mięsa pakowanego. Opakowanie stanowi barierę ochronną przed zanieczyszczeniem i bakteriami chorobotwórczymi, pozwala również na zachowanie dłuższego okresu świeżości produktu. Ponadto na opakowaniu znajdują się wszystkie informacje na temat producenta, terminu przydatności do spożycia oraz jego składu.
– Dzięki temu możemy odtworzyć proces przygotowania w całym łańcuchu produkcyjnym, a takiej informacji nie mamy o mięsie, które jest sprzedawane luzem w sklepie – dodaje Ciechomska.
Działania EBC zwiększają szanse na to, że Rada Polityki Pieniężnej zdecyduje się obniżyć stopy procentowe. To odbiłoby się negatywnie na zyskach większości banków w Polsce. Zyskać mogą za to banki z rynków wschodzących, takich jak Turcja, które pozyskują dużą część kapitału na zagranicznych rynkach. Inwestorzy muszą jednak wziąć pod uwagę ryzyko, jakie wiąże się z silnym uzależnieniem od zagranicznego finansowania – przekonuje Erste Securities Polska.
– Jeśli luzowanie polityki pieniężnej przez EBC doprowadziłoby do wzmacniania się kursu złotego, to sądzę, że Narodowy Bank Polski rozważyłby obniżki stóp procentowych, a to wpłynęłoby negatywnie na polskie banki w krótkim terminie. W momencie, kiedy spadają stopy procentowe, polskie banki tracą marżę odsetkową – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Komaracka, dyrektor Departamentu Analiz Erste Securities Polska.
Choć EBC oficjalnie nie uruchomił jeszcze programu skupu aktywów z rynku (luzowanie ilościowe – QE), to według inwestorów jest to tylko kwestią czasu. W czerwcu prezes EBC Mario Draghi poinformował, że trwają prace nad wprowadzaniem tego programu. Wcześniej bank centralny z siedzibą we Frankfurcie wysyłał sygnały, że rozważa rozpoczęcie takiej operacji, co przyczyniło się do dużego spadku rentowności obligacji państw strefy euro. Choć EBC nie może skupować obligacji skarbowych bezpośrednio od państw, to może interweniować na rynku wtórnym. Wzorem amerykańskiego Fedu może skupować także inne papiery wartościowe, zabezpieczone aktywami.
Część ekonomistów oraz inwestorów spodziewa się, że niezależnie od wpływu niestandardowych działań EBC Rada Polityki Pieniężnej będzie zmuszona ściąć stopy procentowe, bo inflacja długo nie wzrośnie do celu inflacyjnego NBP (2,5 proc.). W czerwcu wzrost cen w Polsce nieznacznie przyspieszył do 0,3 proc. rok do roku.
– W długim terminie to luzowanie, jeśli rzeczywiście będzie skuteczne, doprowadzi do wzrostu zysków polskich banków poprzez wzrost akcji kredytowej, natomiast w krótkim terminie przełoży się na spadek zysków ze względu na zawężanie się marży odsetkowej – uważa Komaracka.
Rynki finansowe już od dłuższego czasu przewidywały uruchomienie QE przez EBC, co znalazło odzwierciedlenie w bardzo dużym spadku rentowności obligacji państw strefy euro. Spadek kosztu pieniądza na międzynarodowych rynkach jest szczególnie istotny dla takich gospodarek jak Turcja, gdzie przyrost kredytu wynika z dużego napływu kapitału zagranicznego.
– Zalecaliśmy akumulowanie głównie banków tureckich ze względu na to, że będą one poprawiały wyniki, jeśli do luzowania by doszło. Systemowo reprezentatywne polskie banki raczej te wyniki będą traciły. W związku z tym zalecaliśmy ich niedoważanie i koncentrowanie się na wybranych bankach, które mają specyficzne czynniki pozwalające im ten spadek stóp procentowych zrównoważyć – wyjaśnia dyrektor w Erste Securities Polska. – Spadające stopy procentowe wpływają negatywnie na polskie banki między innymi dlatego, że przychody z kredytów dostosowują się do niższych stóp bardzo szybko, natomiast koszty depozytów spadają z opóźnieniem. W tureckich bankach jest dokładnie odwrotnie – dodaje.
Spośród polskich banków pozytywne rekomendacje Erste Group otrzymały Alior Bank, Getin Noble Bank, ING Bank Śląski i BZ WBK.
– W regionie również koncentrowaliśmy się na bankach, które mogą poprawić zyski ze względu na niższe koszty rezerw i banki, które są bardzo nisko wyceniane, jak austriacki Raiffeisen Bank International czy czeski Komerční, który z kolei oferuje bardzo przyzwoitą stopę dywidendy – mówi Magdalena Komaracka.
Tureckie banki są atrakcyjne także ze względu na duże perspektywy wzrostu akcji kredytowej, bo nasycenie rynku produktami bankowymi jest tam wciąż niewielkie. Analitycy Erste Group zwracają jednocześnie uwagę na szereg czynników ryzyka, jakie wiążą się z inwestowaniem w banki na rynkach wschodzących.
– Biorąc pod uwagę ryzyko, ważny jest deficyt obrotów bieżących, jak dany kraj się finansuje. Jeśli mamy system bankowy, jak w Turcji, który bardzo polega na finansowaniu zewnętrznym, to jest on bardziej ryzykowny. Jakiekolwiek ruchy na świecie bezpośrednio przekładają się na koszty finansowania tamtejszych przedsiębiorstw – mówi Komaracka.
Brytyjski The Guardian chyli czoła, widząc nagłą mobilizację naszych rodaków w odpowiedzi na nierzetelne zagranie Władimira Putina. Pozostaje jednak postawić sobie zasadnicze pytanie: czy naprawdę akcja ta w jakimkolwiek stopniu pomoże Polsce?
Piękny gest, galopujący patriotyzm, nowe oblicze solidarności. Po wprowadzeniu przez Rosję embargo na import polskich jabłek, nie trzeba było długo czekać na reakcję polskich internautów. W zaledwie parę godzin #JedzJabłka zostało użyte w postach na samym Facebooku parę tysięcy razy. Chęć zminimalizowania strat polskich sadowników została zauważona przez najbardziej poczytne zachodnie tytuły, z czego możemy być dumni. Pomijając jednak szczytne pobudki, dochodzimy już do mniej optymistycznych wniosków.
Media społecznościowe rządzą się swoimi prawami. Treści o charakterze propagandowym czy motywującym, potrafią obiec cały Internet w przeciągu paru godzin – zaangażowanie ze strony ludzi jest ogromne. Dane pokazują jednak, że nagłe narodziny gwiazdy sieci, skutkują jej cichą i rychłą śmiercią. Straty dla Polski na chwilę obecną są szacowane nawet na 500 mln euro w tym roku – wg szacunków Resortu Rolnictwa. Co za tym idzie – każdy Polak musiałby do końca 2014 roku zjeść ponad 30 kg jabłek, aby akcja faktycznie mogła zakończyć się sukcesem. Warto jednak jeszcze zaznaczyć, że do Rosji eksportujemy również śliwki, gruszki, czereśnie i wiśnie, zatem nie moglibyśmy się ograniczać tylko do jednego owocu.
Mieliśmy okazję zobaczyć już paręnaście „selfie” polityków i celebrytów, dumnie prezentujących swoje zaangażowanie w tę akcję. Jest zabawnie, jest patriotycznie, jest pięknie. Polacy zakopali na chwilę polityczne topory wojenne, aby przypomnieć sobie, że faktycznie istnieją sprawy poza wojną prawicowo-lewicową. Odkryliśmy owoc o mocy antagonistycznej do mitologicznego jabłka niezgody. Pokojowego Nobla za to raczej nie będzie, ale przy naszej walecznej naturze i tak odnieśliśmy oszałamiający sukces.
Problem polega na tym, że 49% jabłek na rosyjskim rynku to jabłka polskie. Biorąc choćby pod uwagę liczbę mieszkańców naszego państwa, dochodzimy do smutnego wniosku, że nie jesteśmy w stanie przejeść nadwyżki, powstałej po piątkowym wprowadzeniu rosyjskiego embargo. Inną kwestią jest fakt, że viral marketing jest stosunkowo łatwy do zainicjowania, ale trudno go kontrolować i najczęściej się wypala zbyt szybko, aby odnieść zamierzony efekt – komentuje Marek Kargul, New Business Manager GRUPA 365NET.
Zgodnie z pomysłem Ministerstwa Finansów, od 2015 roku polskie firmy będą składać formularze PIT i CIT tylko drogą elektroniczną. Wyjątkiem mają być podmioty, które zatrudniają do pięciu pracowników – mówi serwisowi infoWire.pl Dariusz Marciasz, Wiceprezes Krajowej Izby Rozliczeniowej.
Dokument przesłany przez Internet będzie ważny, tylko gdy znajdzie się na nim e-podpis. Można go kupić w pięciu firmach certyfikowanych przez Ministerstwo Gospodarki. Jego koszt oscyluje w granicach 300 złotych i ważny jest przez dwa lata.
Podpis elektroniczny jest bezpieczny – zaznacza Elżbieta Włodarczyk, dyrektor Departamentu Usług Certyfikacyjnych Krajowej Izby Rozliczeniowej. „[…] Dane przechowywane są na karcie kryptograficznej, którą posiada tylko właściciel podpisu. Zastosowane szyfry sprawiają, że jest on nie do podrobienia”.
Po ostatnim uporządkowaniu przepisów, od 1 lipca 2016 r. polskie podpisy elektroniczne są honorowane w całej Unii Europejskiej. E-podpis można wykorzystywać w bankowości elektronicznej, do wystawiania e-faktur oraz do zawierania umów. „[…] Dzięki niemu przez Internet złożymy wniosek o odpis z księgi wieczystej lub skorzystamy z krajowego rejestru sądowego” – zaznacza Dariusz Marciasz.
Obecnie 43% urzędów akceptuje dokumenty opatrzone e-podpisem. Będzie ich więcej. Rząd przeznaczył na informatyzację instytucji publicznych 4 miliardy złotych.
Niedawno wybraliśmy pomiędzy OFE i ZUS-em. Decyzja ta w pewnym stopniu zaważy na naszej finansowej przyszłości, ale jak pokazują najnowsze wyliczenia, niezależnie od wybranego wariantu, przyszła emerytura może nie być satysfakcjonująca. Jak sprawić, by była wyższa?
Kluczem do sukcesu jest systematyczność i odkładanie części swoich dochodów na przyszłość już przy podejmowaniu pierwszej pracy. Niestety, dla dwudziestokilkulatka emerytura jest czymś bardzo odległym. Dopiero wraz z wiekiem, najczęściej około czterdziestki, beztroska przechodzi w refleksję, czy świadczenia wypłacane przez państwo będą wystarczające w późniejszych latach życia. Obawa ta nie jest bezpodstawna. Obecnie przeciętna emerytura w Polsce stanowi około 60% ostatnich zarobków pracownika, ale szacuje się, że w przyszłości może wynieść zaledwie 35-40% ostatniej wypłaty.
– Dzisiejszy czterdziestolatek, przy zarobkach rzędu 3000 zł miesięcznie na rękę, w wieku 67 lat może liczyć na ostatnie wynagrodzenie w wysokości 5200 zł, zakładając, że jego pensja będzie rosła rocznie w tempie 2% powyżej inflacji. W tej sytuacji jego emerytura z systemu obowiązkowego wyniesie nie więcej niż 2000 zł miesięcznie – wylicza Maciej Rogala, ekspert od systemów emerytalnych i właściciel serwisu Emerytariusz.pl.
Oszczędności czterdziestolatka
Załóżmy, że przykładowy czterdziestolatek, pan Piotr, będzie odkładał z każdej wypłaty 250 zł miesięcznie przez okres 27 lat. Po osiągnięciu wieku emerytalnego, tj. w wieku 67 lat chciałby otrzymać dodatek w wysokości 1000 zł miesięcznie, wypłacany przez okres 15 lat. Jak to osiągnąć?
Pan Piotr może pokusić się o ulokowanie środków na popularnej lokacie bankowej lub w funduszu pieniężnym, jednak oczekiwany zysk z takiej inwestycji kształtuje się na poziomie inflacji lub 1-2 punkty procentowe powyżej. To za mało. – Korzystając wyłączne z tej formy pomnażania kapitału w przyszłości otrzymamy dodatek w wysokości około 450-550 zł, czyli istotnie niższy od oczekiwanego – mówi Maciej Rogala.
Zysk 5% powyżej inflacji to minimum
Aby nasz bohater otrzymał miesięczny dodatek do emerytury w wysokości 1000 zł, musiałby pomnażać swoje oszczędności w tempie co najmniej 5% powyżej inflacji. Rezultat ten może osiągnąć inwestując np. w akcje spółek notowanych na giełdzie, kupując je samodzielnie lub za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Jak jednak podkreśla Maciej Rogala, powierzenie środków towarzystwu funduszy inwestycyjnych (w skrócie TFI), jest rozwiązaniem o wiele wygodniejszym i bezpieczniejszym. – Dzięki ulokowaniu kapitału w funduszu inwestycyjnym już od pierwszej składki minimalizujemy nieuniknione w przypadku akcji ryzyko, jako że fundusz inwestuje w wiele różnych spółek – tłumaczy Maciej Rogala.
Waldemar Wołos, dyrektor ds. rozwoju nowych produktów Union Investment TFI dodaje natomiast, że decydując się na inwestycję w akcje powinniśmy być świadomi mechanizmu zmian cen akcji w czasie, co przygotuje nas na wahania wartości inwestycji i pozwoli konsekwentnie, bez ulegania emocjom realizować założony przez nas cel.
Efektywnie i bez podatku
Zdaniem eksperta Union Investment TFI podstawą efektywnego planu emerytalnego jest regularne odkładanie niewielkich kwot. Wynika z tzw. efekt procentu składanego, który ma miejsce m.in. przy lokowaniu w fundusze inwestycyjne. – Na nasz przyszły zysk pracuje nie tylko powierzony przez nas kapitał, ale również wypracowane w toku inwestycji odsetki. Efekt ten możemy porównać do kuli śnieżnej, która im dalej się toczy, tym większa się staje – wyjaśnia Waldemar Wołos.
– W przypadku inwestowania w akcje systematyczne wpłaty mają również zaletę, że prowadzą do uśredniania ceny, po której kupujemy papiery wartościowe bądź jednostki uczestnictwa funduszy inwestycyjnych. Dzięki temu unikamy ryzyka wpłacenia większej sumy pieniędzy „na górce”, tuż przed tym, jak giełda wejdzie w fazę cyklicznej bessy, której następstwem jest okresowy spadek wartości naszej inwestycji – dodaje.
Specjaliści radzą również, by odkładając na emeryturę korzystać ze specjalnie stworzonych do tego celu rozwiązań – np. IKE (Indywidualnego Konta Emerytalnego). Konto tego typu daje dostęp do różnych instrumentów finansowych, ale co najważniejsze – oferuje ulgę podatkową, którą pozwala znacząco zwiększyć finalną wartość inwestycji.
W przypadku IKE osoba oszczędzająca, która osiągnie wiek emerytalny jest zwolniona z podatku od zysków kapitałowych (tzw. podatku Belki), który w przypadku każdego innego produktu finansowego – także lokaty bankowej – jest naliczany przy wypłacie środków.
Jak pokazują powyższe wyliczenia i wskazówki, nawet czterdziestolatek ma możliwości, by zabezpieczyć swoją emerytalną przyszłość. A że prognozowane świadczenia z systemu obowiązkowego nie wyglądają zbyt zachęcająco, z pewnością warto z tych możliwości skorzystać.
Dzisiaj PiS zdobywa w sondażach ponad 40 proc. Nowi zwolennicy skądś przecież przychodzą. (…) Zapewne są ludzie, którzy nigdy nie zagłosują na PiS, ale wątpię, by było ich tak dużo, aby uniemożliwić tej partii rządzenie – czy to z koalicjantem, czy samodzielnie – ocenia prof. Zdzisław Krasnodębski. Z eurodeputowanym Prawa i Sprawiedliwości w najnowszym „Do Rzeczy” rozmawia Piotr Gursztyn.
To, że przedtem poparcie dla PiS długo utrzymywało się na poziomie 30 proc. i mniejszym, wynikało z ogólnej sytuacji w Polsce. (…) Obecny sondażowy sukces PiS nie polega jednak na tym, że przekaz się zmienił. Jest mniej więcej taki sam od bardzo długiego czasu. Zmienił się za to odbiór społeczny – mówi w rozmowie z „Do Rzeczy” prof. Krasnodębski. Jego zdaniem, wielu ludzi w Polsce zmieniło swoją ocenę rządów Donalda Tuska i sytuacji w Europie. Dzisiaj te same argumenty inaczej oddziałują niż wcześniej. Na przykład trudno bronić rządu Tuska przed zarzutami, które wcześniej były odrzucane jako „oszołomstwo”. Społeczeństwo zobaczyło konsekwencje różnych działań, doszły do tego afery, które nie zostały rozliczone – wyjaśnia eurodeputowany PiS. Podkreśla, że na prawicy nie powstało nic, co mogłoby PiS zagrozić. I teraz to, co zdawało się zupełną mrzonką, czyli to, że Jarosław Kaczyński ponownie zostanie premierem, wydaje się zupełnie realne. Przyznają to ludzie o bardzo różnych poglądach – podkreśla prof. Krasnodębski. Rozmowa o tym, czy PiS idzie po władzę – w najnowszym „Do Rzeczy”.
Na łamach tygodnika ostatnie wyniki sondaży komentuje też Bronisław Wildstein. PO zraziła do siebie rzesze społeczne i liczne środowiska. To do nich winien się zwrócić PiS, jeśli chce trwale przekształcić Polskę – podkreśla publicysta „Do Rzeczy”. I zaraz dodaje, że niestety, do dziś nie widać takich prób na większą skalę. A działania takie mogłyby istotnie zwiększyć poparcie dla partii Kaczyńskiego i pozytywnie zmienić jej wizerunek. Łączy się z tym także budowa intelektualno-społecznego zaplecza niezbędnego do funkcjonowania poważnej instytucji. I w tym przypadku ugrupowanie Kaczyńskiego pozostawia wiele do życzenia – pisze Wildstein. Jego zdaniem, co prawda na tle innych projektów politycznych III RP PiS wyróżnia się pozytywnie, a działania takie jak rokroczne kongresy „Polska – wielki projekt” oraz funkcjonowanie Instytutu Sobieskiego można uznać za zjawiska budzące nadzieję, ale to tylko zalążek budowy szerokiego zaplecza, które tworzy to, co w systemie demokratycznym określa się jako „partię bogatą”. Czy w Warszawie powtórzy się Budapeszt? Co musiałoby się wydarzyć w polskiej polityce? O tym w najnowszym „Do Rzeczy” pisze Bronisław Wildstein.
Poprawiająca się sytuacja finansowa firm budowlanych wskazuje na pierwsze symptomy wychodzenia branży z kryzysu., z którym zmagała się w latach ubiegłych. Jednak sektor musi nadal zmagać się z problemami, którym stawiał czoła w ostatnich dwóch latach. Eksperci firmy doradczej Deloitte, autorzy raportu „Polskie spółki budowlane 2013 – kluczowi gracze, perspektywy rozwoju i dywersyfikacji” wskazują, że najistotniejsze dla rozwoju branży będzie między innymi efektywne kształtowanie warunków współpracy między wykonawcami, a inwestorami publicznymi, tak by najlepiej wykorzystać szansę związaną z nową perspektywą finansową 2014-2020. Według ekspertów Deloitte największych nakładów można spodziewać się w budownictwie drogowym, kolejowym, energetycznym i hydro-inżynieryjnym.
W 2013 roku łączne przychody 15 największych spółek budowlanych spadły o 6,7 mld zł, czyli 19,7 % w porównaniu do przychodów osiągniętych w 2012 roku. Jednak w odróżnieniu od roku poprzedniego, wyniki operacyjne oraz netto osiągane przez te spółki były na zdecydowanie lepszym poziomie. Dla 15 największych firm średnia wartość wyniku na sprzedaży wzrosła z poziomu straty wynoszącej 49 mln zł w 2012 roku do poziomu zysku w wysokości 68 mln zł rok później. Aż 11 z 15 największych spółek budowlanych osiągnęło zysk na sprzedaży.
„Na sytuację finansową spółek sektora budowlanego wpłynęło w 2013 roku kilka czynników. Po pierwsze, liczba przetargów dotyczących nowych kontraktów o podobnym charakterze, została w ubiegłym roku znacznie ograniczona w związku z dobiegającą końca perspektywą unijną. To istotnie wpłynęło na spadek przychodów z realizowanych prac. Natomiast wpływ na polepszenie wyników operacyjnych oraz wynikóww netto miały przede wszystkim dwa czynniki. Po pierwsze fakt, że większość negatywnych skutków dotyczących realizacji kontraktów infrastrukturalnych została odzwierciedlona w sprawozdaniach finansowych lat ubiegłych i nie miała znaczącego wpływu na wyniki osiągane przez spółki w roku 2013. Po drugie, selektywne, cechujące się dokładniejszą analizą ryzyka podejście spółek do wyboru kontraktów, umożliwiło realizację prac przy zachowaniu dodatnich marż” – wyjaśnia Maciej Krokosiński, Menedżer w Dziale Audytu Deloitte.
Poprawiająca się stopniowo sytuacja finansowa znalazła także odzwierciedlenie we wzroście kapitalizacji największych spółek budowlanych notowanych na warszawskim parkiecie. Wartość 9 spółek budowlanych z rankingu Deloitte 15 największych pod kątem uzyskiwanych przychodów, które są notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, w porównaniu do poprzedniego roku wzrosła aż o 58 proc.
Przygotowany przed Deloitte ranking otwiera Grupa Budimex z przychodami sięgającymi 4,7 mld zł. Spółka odnotowała ich spadek o 22 proc. w porównaniu do roku poprzedniego. Na drugim miejscu pod tym względem uplasowała się szwedzka Skanska, z przychodami na poziomie 4,2 mld zł, co oznacza spadek o zaledwie 2 proc. W konsekwencji Skanska wyprzedziła austriacki Strabag, który osiągnął przychody na poziomie 3,2 mld zł (spadek aż o 28,9 proc.) Największy wartościowo wzrost przychodów zanotowały PORR (Polska) S.A. oraz Grupa Mirbud (odpowiednio 406 mln zł oraz 348 mln zł wzrostu przychodów). Natomiast największy wartościowy spadek przychodów w 2013 roku, w wysokości 1,75 mld zł zanotowała Grupa Polimex Mostostal.
Co mogłoby trwale poprawić sytuację branży budowlanej? „Kluczowymi czynnikami determinującymi rozwój tego sektora są wzrost gospodarczy, konieczność modernizacji przestarzałej infrastruktury, dostępność środków z budżetu UE, a także dostępność finansowania ze źródeł publicznych i prywatnych. Dodatkowo szansą dla rozwoju polskiego budownictwa jest rosnąca popularność inwestycji w formule partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP)” – mówi Jarosław Dąbrowski, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
„Należy jednak pamiętać o konieczności właściwego ukształtowania relacji pomiędzy wykonawcami a zamawiającym w tym w szczególności w zakresie podziału ryzyk związanych z realizacją kontraktów a także stosowanych kryteriów oceny ofert, na co często wskazują przedstawiciele największych spółek budowlanych działających w Polsce” – dodaje Patryk Darowski, Menedżer w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.
W obecnej perspektywie finansowej na lata 2014-2020 Polska jest w czołówce pod względem wielkości środków przyznanych przez UE (łącznie w ramach perspektywy finansowej 2014-2020 mamy otrzymać 82,5 mld euro, w tym 27,4 mld euro do rozdysponowania centralnie na Program Operacyjny Infrastruktura i Środowisko). Szacuje się, że w ramach POIiŚ na infrastrukturę transportową przeznaczone zostanie 19,8 mld euro, z czego 12 mld na drogi oraz 7,4 mld na infrastrukturę kolejową. Dodatkowo, 31,2 mld euro jest przeznaczone na programy regionalne, które również mogą obejmować inwestycje infrastrukturalne.
„Nowa perspektywa finansowa UE, jest drugą z kolei perspektywą finansową, w której dla Polski przeznaczono tak duże środki finansowe. Jest to jeden z kluczowych czynników, który pozwala wierzyć, że przyszłość branży budowlanej w Polsce wygląda obiecująco. Zwłaszcza, że nadal niezbędne są nowe i kluczowe dla rozwoju polskiej gospodarki inwestycje. Trzeba także zakładać, że firmy wyciągnęły konstruktywne wnioski z doświadczeń związanych z realizacją projektów z poprzedniego budżetu unijnego” – podsumowuje Maciej Krasoń, Lider Grupy Real Estate & Construction w Polsce.
Równolegle z raportem Polskie spółki budowlane 2013 – kluczowi gracze, perspektywy rozwoju i dywersyfikacji Deloitte zaprezentował analizę europejskich spółek budowlanych. W tegorocznej jedenastej edycji raportu Deloitte pt. European Powers of Construction 2013 eksperci wskazują, że po pięciu latach regresu, w bieżącym roku 2014 w europejskiej branży budowlanej prawdopodobnie będzie można zaobserwować objawy umiarkowanego wzrostu. Największe kraje europejskie takie jak Niemcy, Francja oraz Wielka Brytania wykazują duże zapotrzebowanie na inwestycje ze względu na konieczność dostosowania infrastruktury do obecnych standardów jakości, efektywności oraz polityki zrównoważonego rozwoju. Choć w najbliższych latach europejskie grupy budowlane mogą oczekiwać pewnych zmian na lepsze na swoich rodzimych rynkach, rozwój biznesu poprzez poszerzenie zakresu działalności oraz ekspansję geograficzną nadal będzie mieć zasadnicze znaczenie strategiczne.
W porównaniu do roku 2012, całkowity wolumen sprzedaży europejskich potentatów budowlanych obniżył się w 2013 r. o 2,1%, do poziomu 328 mld EUR. Podobnie jak w roku 2012, na czele pięćdziesiątki największych potęg budowlanych według wielkości sprzedaży znalazł się francuski Vinci. Hiszpański ACS oraz francuski Bouygues, które znalazły się na miejscu drugim oraz trzecim również utrzymały swoje miejsca w porównaniu do poprzedniego roku (odpowiednio, drugie i trzecie). O stabilności pozycji największych europejskich spółek budowlanych niech świadczy fakt, iż pierwsza szóstka rankingu jest identyczna jak w roku poprzednim.
W aktualnym rankingu 50 największych europejskich spółek budowlanych ponownie znalazły się 2 spółki z Polski. 47 miejsce zajął Budimex S.A., który spadł o 7 pozycji względem zeszłorocznego rankingu. Ranking European Powers of Construction 2013 zamyka firma Polimex-Mostostal S.A., która nie zmieniła swojej pozycji w porównaniu do roku 2012.
Zgodnie z raportem European Powers of Construction w roku 2013 wartość inwestycji budowlanych w Polsce wyniosła 44 mld EUR i stanowiła 11,4% PKB, co plasuje Polskę na odpowiednio siódmym (wartościowo) oraz czwartym (procentowo) miejscu w Europie. Dla porównania, w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii wartość tychże inwestycji wyniosła odpowiednio 270 mld, 241 mld i 160 mld EUR. Oczekuje się, ze wartość realizowanych projektów inwestycyjnych w Polsce będzie wzrastać będzie wzrastać o 3,9% w 2014 roku oraz o 5,4% w roku 2015. Maciej Krasoń komentuje to zjawisko w następujący sposób: – Musimy zdać sobie sprawę, że polski rynek budowlany pomimo prognozowanego w kolejnych latach wzrostu jest nadal stosunkowo mały, jeśli chodzi o liczbę inwestycji, które mogłyby być atrakcyjne dla największych firm budowlanych. Jednak ciągle można wykorzystać szereg możliwości związanych z realizacją projektów z zakresu budownictwa infrastrukturalnego, energetycznego oraz związanego z inwestycjami w ochronę środowiska. Ponadto, poszerzenie zakresu usług z jednoczesnym dostarczaniem klientom kompleksowych rozwiązań w ramach złożonych projektów będzie mieć kluczowe znaczenie dla obecności i dynamicznego rozwoju największych europejskich podmiotów budowalnych na rynku polskim.
W obiektach, w których nie stosuje się kluczy centralnych ustanowienie odpowiedniego systemu zarządzania kluczami indywidualnymi jest szczególnie ważne. Ponieważ inwestycja w zaawansowane narzędzia do kontroli dostępu nie należy do najniższych, część przedsiębiorców musi radzić sobie korzystając z tradycyjnych sposobów organizujących pracę w magazynie.
Klucz centralny pozwala na otwarcie wszystkich drzwi w systemie – dlatego znajduje się w posiadaniu wyłącznie zaufanej osoby, właściciela lub oddelegowanego zarządcy danego obiektu. To system często spotykany w wielkopowierzchniowych magazynach czy rozbudowanych zakładach przemysłowych. Dysponując jednym kluczem, wyznaczona osoba może otworzyć wiele par drzwi. Obok kluczy centralnych, w magazynach występuje wiele innych indywidualnych – uruchamiających maszyny, otwierających narzędziownie i drzwi pomieszczeń dostępnych dla wybranych czy wszystkich pracowników. Aby zapanować nad natłokiem kluczy, konieczny jest wybór odpowiedniego rozwiązania zapewniającego łatwy dostęp do tych elementów oraz chroniący przez ich zgubieniem.
KLUCZowy wybór rozwiązania
Najtańszym systemem przechowania kluczy jest wykorzystanie szafek specjalnie przeznaczonych do tego celu. Klucze chronione są w estetycznych obudowach wykonywanych z solidnych, stalowych elementów zapewniających odpowiedni poziom bezpieczeństwa. Takie szafki cieszą się popularnością w wielu przedsiębiorstwach, zarówno magazynach, zakładach przemysłowych, warsztatach samochodowych, jak i obiektach użyteczności publicznej, np. szpitalach, pływalniach i innych. Stanowią bezpieczną metodę przechowywania drobnych, wymagających stałego miejsca kluczy oraz wyznaczania granic dostępu do różnych pomieszczeń i obiektów. – Wykorzystanie prostego narzędzia, jakim jest szafka na klucze pozwala skutecznie uregulować podstawowe kwestie związane z dystrybucją i zabezpieczaniem wszystkich używanych kluczy – mówi Marcin Hankiewicz, ekspert sklepu Magazynuj.pl.
Aby gospodarka kluczami przebiegała prawidłowo, należy ustalić potrzeby i priorytety danego zakładu. Najprostszymi rozwiązaniami są pojedyncze szafki ze stałymi listwami wyposażonymi w haczyki – z metalowymi lub szklanymi drzwiczkami. Jeżeli klucze mają różne rozmiary, warto postawić na szafkę z ruchomymi listwami, które można swobodnie przesuwać. Jeżeli potrzeby są większe – można zdecydować się na podwójne szafki wyposażone w dodatkowy, wewnętrzny zamek. Dodatkowo w każdym magazynie obowiązkowo powinna znaleźć się szafka na klucz ewakuacyjny, często wyposażona w młoteczek ułatwiający zbicie szyby.
– Zwróćmy uwagę, że gabaryty szafek różnią się od siebie, dzięki czemu z rozwiązania skorzysta zarówno mała firma o niewielu zamykanych pomieszczeniach, jak i duże przedsiębiorstwo wykorzystujące dużą liczbę indywidualnych kluczy – dodaje Marcin Hankiewicz.
Prawidłowa gospodarka kluczami nie wymaga od przedsiębiorcy ponoszenia wysokich kosztów inwestycyjnych. Większą stratą, zarówno czasu, jak i pieniędzy, jest brak jakiegokolwiek planu przechowywania kluczy. A im więcej zatrudnionych osób, tym łatwiej o zgubienie tych drobnych, choć niezwykle ważnych elementów.
Na rynkach obligacji doszło do oczekiwanej od jakiegoś czasu korekty. Sygnałem do jej rozpoczęcia był gwałtowny, globalny wzrost awersji do ryzyka i spadki, które przetoczyły się przez giełdy na całym świecie. W wyniku wyprzedaży aktywów wzrosły rentowności w większości krajów, w tym na rynkach bazowych (USA, Niemcy). Oprocentowanie amerykańskich, 10-letnich papierów skarbowych wynosi obecnie ok. 2,60%, a niemieckich bundów ok. 1,18-1,20%. W naszym regionie mocno ucierpiały szczególnie obligacje węgierskie.
Pod presją znalazły się również polskie papiery skarbowe, które na tle świata straciły relatywnie dużo. Rentowność 10-letnich obligacji wzrosła w minionym tygodniu z 3,20 do 3,50%. Skala przeceny pokazała, że wcześniejsze oczekiwania na obniżkę stóp procentowych, które w ostatnim czasie stanowiły paliwo do wzrostów, na chwilę obecną przestały się liczyć. Wskazują na to także notowania kontraktów FRA, które obrazują oczekiwania inwestorów co do wysokości stóp procentowych w przyszłości.
Czy obecną przecenę można traktować jako początek dłuższego trendu spadkowego czy raczej korektę długotrwałego ruchu wzrostowego? Tydzień to zbyt krótki okres, by prawidłowo zdiagnozować sytuację, jednak można oczekiwać, że dopóki na świecie będzie panował sentyment „risk off” (czyli sprzedawanie ryzykownych aktywów), dopóty obligacje – w tym polskie – mogą tracić.
Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji w Union Investment TFI
Mieszkańcy gmin położonych wokół Jeziora Żarnowieckiego martwią się, że stracą przychody z turystyki. Do końca 2014 r. ma zapaść decyzja o wyborze jednej z 3 rozważanych gmin. Inwestor – spółka PGE EJ 1 – uspokaja lokalne społeczności, że elektrownia jądrowa nie oznacza automatycznie spadku liczby turystów. Mają o tym świadczyć przykłady z innych państw, gdzie mieszkańcy zyskali na sąsiedztwie takiego zakładu. Sama elektrownia może być również atrakcją turystyczną.
– Mieszkańcy nadmorskich miejscowości pytają nas, czy rzeczywiście turyści zrezygnują z przyjazdów. Staramy się pokazywać przykłady z całego świata, gdzie elektrownie jądrowe i turystyka są w stanie funkcjonować obok siebie i nie niesie to ze sobą spadku liczby turystów. Wręcz przeciwnie, pojawiają się inne możliwości wzrostu liczby turystów: jest coś takiego jak turystyka jądrowa – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Zając, główny specjalista ds. marketingu i PR w PGE EJ 1.
Obecnie rozpatrywane są trzy potencjalne lokalizacje elektrowni jądrowej: gmina Choczewo, Gniewino i Krokowa. Każda z nich jest położona niedaleko Jeziora Żarnowieckiego. W przeszłości rozważano jeszcze m.in. Gąski położone między Mielnem a Ustroniem Morskim. Według Joanny Zając poparcie mieszkańców tych gmin dla budowy elektrowni jest wysokie:
– W gminie Choczewo jest to powyżej 50 proc., w gminie Gniewino najwyższe, nawet blisko 80 proc.
Dla porównania poparcie wśród ogółu Polaków sięga 40-56 proc. – twierdzą autorzy „Programu polskiej energetyki jądrowej” z 2014 r. Ważnym wnioskiem wynikającym z badań opinii publicznej jest to, że poziom wiedzy dotyczący energii jądrowej, jej oddziaływania na środowisko naturalne itp. jest bardzo niski. Dlatego, zgodnie z zaleceniami Programu, PGE EJ 1 prowadzi kampanię edukacyjno-informacyjną „Świadomie o atomie”. Ma ona także zmniejszyć ryzyko odpływu turystów z terenów, gdzie powstanie elektrownia.
– Jesteśmy obecni podczas wydarzeń istotnych z punktu widzenia lokalnej społeczności, angażujemy się w imprezy, jak choćby dni gminy, jesteśmy tam zawsze obecni z naszymi stoiskami edukacyjnymi. Dzięki temu, że takie wydarzenia odbywają się w czasie wakacji, mamy możliwość dotarcia także do turystów odwiedzających gminy lokalizacyjne – przekonuje Joanna Zając.
Nawet jeśli nastąpiłby pewien spadek liczby turystów w okolicznych gminach – np. preferujących bardziej naturalny krajobraz – to mieszkańcy tych terenów będą beneficjentami projektu.
– Przy realizacji takiej inwestycji pracuje kilka tysięcy osób, oni muszą gdzieś mieszkać, korzystać z usług. Także to świadczy o tym, że jednak taka inwestycja w regionie będzie opłacać się mieszkańcom – wyjaśnia Joanna Zając.
Przykładem mogą być gminy, w których są zlokalizowane wielkie zakłady przemysłowe lub kopalnie, jak np. gminy w rejonie Bełchatowa, Polkowic oraz Lubina. Wyróżniają się one znacznie wyższym średnim wynagrodzeniem w porównaniu do okolicznych gmin oraz ogólnopolskiej średniej. Zdecydowanie wyższe są tam także wpływy podatkowe w przeliczeniu na mieszkańca, co umożliwia samorządom zwiększenie wydatków na usługi publiczne.
Obok oceny oddziaływania ekonomicznego i społecznego, wybór lokalizacji elektrowni jądrowej będzie zależał od oszacowania wpływu na środowisko naturalne. W Programie można przeczytać m.in., że warto przeanalizować ekonomiczne i technologiczne możliwości produkcji energii elektrycznej wraz z ciepłem. Kogeneracja pozwoliłaby bardzo ograniczyć negatywne skutki środowiskowe – wynika z dokumentu opracowanego przez Ministerstwo Gospodarki.
– Nie jest to temat nowy dla mieszkańców, bo od momentu wskazania potencjalnych lokalizacji prowadzimy działania informacyjne i edukacyjne. Organizowaliśmy również wyjazdy studyjne dla liderów opinii, władz gmin. Mieszkańcy mieli możliwość zapoznania się i sprawdzenia, jak takie elektrownie rzeczywiście wyglądają, jakie korzyści dla regionu przynosi taka inwestycja oraz jaki jest jej wpływ m.in. na turystykę – uważa przedstawicielka w PGE EJ 1.
Zgodnie z harmonogramem „Programu polskiej energetyki jądrowej”, wybór lokalizacji elektrowni ma nastąpić do końca 2014 r. Dziesięć lat później ma zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej.
Cztery lata temu Toyota sprzedawała w Polsce zaledwie 150-200 hybryd rocznie, w 2013 roku liczba ta sięgnęła już 1,6 tysiąca, a ten rok może przynieść sprzedaż ponad 2 tysięcy egzemplarzy. Rosnąca popularność aut z napędem alternatywnym wynika w dużej mierze ze spadku cen tego typu pojazdów i coraz szerszej gamy modelowej. Toyota ma dziś trzy modele wyposażone w napęd hybrydowy: Priusa, Aurisa i Yarisa.
– Auta hybrydowe cieszą się rosnącą popularnością i uważamy, że jest to trend stały – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Robert Mularczyk z Toyota Motor Poland. – Na świecie jeździ dziś już ponad 6 milionów tego typu aut, jednak ostatni milion znalazł swoich nabywców zaledwie w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy.
Toyota odnotowała wzrost sprzedaży aut hybrydowych, gdy ich cena zbliżyła się do cen modeli z silnikami wysokoprężnymi. Natomiast różnica w cenie między modelami z silnikiem benzynowym i hybrydowym wynosi już tylko kilka tysięcy złotych.
– Trzeba pamiętać, że auta hybrydowe są od modeli konwencjonalnych tańsze w eksploatacji – mówi Robert Mularczyk. – Hybryda nie tylko zużywa mniej paliwa, ale ze względu na konstrukcję techniczną wymaga mniejszych inwestycji podczas serwisowania.
Właściciel auta z napędem hybrydowym może liczyć na oszczędności między innymi przy wymianie tarcz i klocków hamulcowych. W hybrydzie hamowanie odbywa się częściowo przy udziale generatora, mniejszemu zużyciu podlegają więc elementy układu hamulcowego. Przy przebiegu 100 tys. km konwencjonalne auto wymaga dwukrotnej wymiany tarcz i trzykrotnej klocków, w samochodzie hybrydowym – odpowiednio jednorazowej i dwukrotnej.
Tego typu modele nie mają też sprzęgła, którego wymiana w zwykłym samochodzie jest konieczna po przejechaniu około 100 tys. km, ani alternatora i rozrusznika. Argumentem przemawiającym za kupnem auta hybrydowego jest również fakt, że samochody te mniej tracą na wartości. Po kilku latach można je więc sprzedać po wciąż atrakcyjnej cenie.
– Zależy nam, aby auta hybrydowe były w Polsce coraz popularniejsze i częściej pojawiały się na naszych ulicach – tłumaczy Mularczyk. – Dla Toyoty jest to coraz istotniejszy segment, chociaż modele te nie stanowią na razie dla nas głównej sprzedaży.
Marka nie zaniedbuje oferty tradycyjnych modeli. Pod koniec czerwca pojawił się w salonach zupełnie nowy Aygo, umożliwiający między innymi indywidualną modyfikację wyglądu, a w sierpniu pojawi się zmodernizowany model Yarisa.
Polska jest potęgą pod względem produkcji i eksportu mięsa drobiowego. W latach 2000–2012 sprzedaż na rynki zagraniczne wzrosła szesnastokrotnie. Pozytywne tendencje widać także od początku bieżącego roku, ponieważ mięso z polskich kurcząt i indyków coraz częściej gości na stołach w Afryce i Azji. Silny wzrost konsumpcji drobiu widać także w kraju – głównie z powodu rosnącej roli zdrowej żywności.
– Jesteśmy jednym z czołowych państw pod względem ilości produkcji i eksportu drobiu. Myślę, że jesteśmy doceniani jako branża, świadczy o tym wartość eksportu. Polacy słyną zresztą z produkcji bardzo dobrej jakości mięsa drobiowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edyta Łuczyńska, prezes zarządu Indykpol Brand Management.
W 2011 r. na Polskę przypadało niemal 12 proc. produkcji mięsa drobiowego w całej Unii Europejskiej – wynika z danych GUS. Większymi producentami są jedynie Francja i Wielka Brytania. W 2000 r. produkcja drobiu w Polsce w przeliczeniu na jednego mieszkańca wyniosła 15,3 kg, a więc mniej od średniej UE-27 (22 kg). W 2011 r. ten wskaźnik wyniósł już 37,9 kg, podczas gdy produkcja w przeliczeniu na jednego mieszkańca UE urosła do 24,4 kg. Pod tym względem Polska ustępuje jedynie Węgrom, Holandii i Belgii, a więc znacznie mniej zaludnionym krajom.
Eksport mięsa i jadalnych podrobów z drobiu wzrósł w latach 2000–2012 niemal szesnastokrotnie (z 33 tys. ton do 525,1 tys. ton). Ostatnie kwartały to kontynuacja tego trendu: w trzech pierwszych miesiącach 2014 r. eksport mięsa drobiowego (liczony w tonach) był o 4,1 proc. wyższy niż rok wcześniej – wynika z danych GUS. Dynamika eksportu do krajów rozwiniętych wyniosła 2,9 proc., z kolei do krajów Europy Środkowo-Wschodniej eksport załamał się o 60 proc. To oznacza, że najszybciej rosła sprzedaż na pozaeuropejskie rynki rozwijające się.
– Zakładam, że polski rynek będzie w dalszym ciągu rósł. Otwierają się także nowe rynki, między innymi Afryka, gdzie spożycie drobiu rośnie, a także kraje azjatyckie. Zakładamy, że spożycie drobiu będzie rosło również w Europie – mówi Edyta Łuczyńska.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat silnie rosła sprzedaż drobiu także na rynku krajowym. Statystyczny Polak zjadł w 2012 r. 67,3 kg mięsa, z czego wieprzowina stanowiła 39 kg, wołowina 1,6 kg, a drób 26,1 kg. W 2000 r. Polacy jedli przeciętnie 14,7 kg drobiu i 7,1 kg wołowiny i tyle samo mięsa wieprzowego co w 2012 r. Według Łuczyńskiej znaczna zmiana nawyków żywieniowych w Polsce to efekt rosnącej świadomości konsumentów, którzy poszukują zdrowszej żywności.
– Spożycie drobiu rośnie i to bardzo dużo w ostatnich latach. Bijemy europejskie rekordy, dlatego że drób to mięso, które ma bardzo mało tłuszczu, ale dużo białka i dużo wartości odżywczych. Indyk na tym tle wygląda szczególnie dobrze. Jeżeli ktoś ma małe dzieci, to wie, że pierwszym mięsem zalecanym przez lekarzy pediatrów, specjalistów w żywieniu dzieci jest indyk – twierdzi prezes Indykpol Brand Management.
Jak przekonuje, mięso z indyka powinno być także ważnym składnikiem diety młodych osób, a także tych aktywnych fizycznie i przechodzących rekonwalescencję.
– Polacy coraz chętniej wybierają indyka, mimo że jest droższy od mięsa drobiowego – mówi Łuczyńska.
Zmiany preferencji żywieniowych Polaków wymagają od firm staranniejszego dbania o portfel produktów oraz ich jakość. W lipcu Indykpol rozpoczął pierwszą w Polsce hodowlę indyka w oparciu o wybrane kryteria hodowli ekologicznej. Indyki wolne z natury mają zapewniony swobodny dostęp do zieleni i przestrzeni, karmione są specjalnymi paszami, bez konserwantów i GMO. Firma buduje też swoją przewagę konkurencyjną m.in. poprzez zintegrowany pionowo proces produkcji.
– Dzięki pionowo zintegrowanej produkcji mamy wpływ na cały proces: od pasz, poprzez stada rodzicielskie, pisklęta, surowiec, aż do produktu gotowego, czyli mięsa i jego przetworów. Mamy własne fermy hodowane, zajmujemy się także przetwórstwem, dlatego jako jedna z niewielu firm z branży mięsnejmożemy kontrolować każdy etap produkcji– uważa Edyta Łuczyńska.
Integracja pionowa pozwala firmie rozwijać się na kilku rynkach – zarówno gotowych wędlin, surowców mięsnych, jak i pasz. Konsumenci w Polsce poszukują także takich produktów, które są łatwe w przyrządzeniu lub nie wymagają specjalnego przechowywania. Ma to znaczenie szczególnie w sezonie wakacyjnym.
Citi Handlowy redukuje sieć tradycyjnych oddziałów i tworzy nowe, w pełni multimedialne. To sposób na ograniczenie kosztów i zwiększenie przychodów pochodzących z bardziej rentownych produktów i usług, zwłaszcza skierowanych do zamożnych klientów. Poprawa efektywności staje się podstawowym celem banków, które muszą funkcjonować w środowisku niskich stóp procentowych.
– Ponad 99 proc. transakcji nasi klienci wykonują poza oddziałem. Około 93 proc. transakcji odbywa się za pośrednictwem naszej platformy elektronicznej, około 5 proc. za pomocą bankomatów, tak więc era digitalizacji już nadeszła. To właśnie sprawiło, że zaczęliśmy się zastanawiać nad rolą naszych oddziałów. Chcemy, aby skupiały się one bardziej na akwizycji i pogłębianiu relacji z klientami niż na ich obsłudze – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Brendan Carney, wiceprezes Citi Handlowy, szef bankowości detalicznej.
Dzięki rosnącym przychodom i dyscyplinie po stronie kosztów Citi Handlowy utrzymał w II kwartale br. efektywność mierzoną wskaźnikiem kosztów do dochodów na poziomie 50 proc., który jest celem banku. Strategia Citi Handlowego zakłada kontynuację rozwoju bankowości smart, czyli zmiany modelu biznesowego dotyczącego obsługi klientów. Jej podstawowym celem jest redukcja liczby oddziałów i otwarcie nowych, całkowicie multimedialnych, co pozwala poprawić rentowność obsługi klientów. Na razie w całej Polsce bank otworzył siedem oddziałów smart.
– Są one od 7 do 10 razy bardziej produktywne niż oddziały tradycyjne, przyciągają dwa razy więcej klientów. W naszych nowych oddziałach jesteśmy w stanie otworzyć klientowi rachunek z kartą w siedem minut, więc bardziej przypomina to robienie zakupów niż korzystanie z usług bankowych. To coś, czego wcześniej nie było na rynku – twierdzi Brendan Carney.
Obok optymalizacji sieci dystrybucji oraz otwierania nowych oddziałów smart Citi Handlowy poprawiał rentowność biznesu, także ograniczając liczbę doradców na rzecz centrów telesprzedaży i większej sprzedaży w kanałach cyfrowych. Wiceprezes Citi Handlowego podkreśla, że taka optymalizacja kosztów nie oznacza automatycznie presji na wyniki sprzedażowe.
– Zmiany, które wprowadzamy, nie są wynikiem mniejszych ambicji, jeśli chodzi o Polskę, ale zmiany modelu biznesowego. Pomimo redukcji liczby oddziałów byliśmy w stanie zwiększyć naszą sprzedaż pożyczek o ponad 60 proc. rok do roku – wskazuje Carney.
Innym kluczowym elementem strategii banku jest rozwój i umacnianie pozycji w segmencie klientów zamożnych i średniozamożnych. Według Carneya to podstawowy czynnik wyróżniający Citi Handlowy na tle innych banków działających w Polsce.
– Skupiamy się bardziej na segmencie klientów zamożnych i średniozamożnych, czyli na ofercie Citigold i Citi Priority, jesteśmy bardziej cyfrowi niż inni, nie mamy tak wielu oddziałów, ale mamy bardziej globalny zasięg. Ogólnie staramy się nie porównywać z konkurencją, bo konkurencja zdecydowanie bardziej celuje w rynek masowy, bankowość opartą na fizycznych oddziałach – twierdzi wiceprezes Citi Handlowego.
Citi Handlowy miał 266,25 mln zł skonsolidowanego zysku netto w II kw. 2014 r. wobec 300,35 mln zł zysku rok wcześniej. Konsensus rynkowy wynosił 248 mln zł. W ujęciu rocznym wynik z tytułu odsetek był niższy o 2,7 proc., a wynik z tytułu opłat i prowizji wzrósł o 1,2 proc.
Wynik na handlowych instrumentach finansowych i rewaluacji wyniósł w II kwartale br. 105,9 mln zł – o 11,1 mln zł mniej w ujęciu rocznym i 19,4 mln zł mniej w ujęciu kwartalnym. Citi Handlowy zanotował jednak 65,7 proc. poprawę wyniku na inwestycyjnych obligacjach w stosunku do I kwartału 2014 r. W II kwartale br. zysk z tego tytułu wyniósł 65,7 mln zł.
Wprowadzone przez USA i Unię Europejską sankcje jeszcze w tym roku mogą doprowadzić do recesji w Rosji. Na ewentualnym odwecie ucierpieć może jednak również druga strona, m.in. europejski sektor bankowy i koncerny samochodowe. W dłuższym terminie sankcje nałożone na inne kraje nie są zbyt skuteczne i nie doprowadzają do oczekiwanych zmian – ocenia Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
– USA, gdyby chciały, to są w stanie zepchnąć Rosję w recesję. Już obecne sankcje, o których zadecydowały Unia Europejska i USA, może jeszcze w tym roku, a już na pewno w przyszłym, powinny doprowadzić do recesji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński.
Sankcje obejmują m.in. embargo na broń i inne przedmioty dla rosyjskiego sektora obronnego, zakaz sprzedaży nowoczesnych technologii związanych z wydobyciem ropy naftowej. Ograniczają one rosyjskim państwowym bankom dostęp do rynków kapitałowych w Unii Europejskiej.
Zdaniem Kuczyńskiego najbardziej odczuje je rosyjski sektor energetyczny związany z wydobyciem ropy i gazu. Wywołanie turbulencji gospodarczych w Rosji może oznaczać jednak poważne problemy także dla nakładających sankcje. Ucierpieć może m.in. europejski sektor bankowy, który był źródłem kapitału dla rosyjskich instytucji finansowych. W najbliższych miesiącach banki rosyjskie będą miały do zrolowania dług o znacznej wartości.
– Rzeczywiście banki pożyczyły sporo pieniędzy, jest to ponad 100 mld euro. Są dwie możliwości zrolowania tego długu: albo dostaną ten kapitał z chińskich lub hinduskich banków, raczej stawiałbym na tych pierwszych, albo Rosja zastosuje odwet za sankcje i powie, że nie będzie spłacać tych długów. Taka decyzja uderzyłaby w europejski sektor bankowy – mówi Piotr Kuczyński.
Odwetu za sankcje boją się również inne branże, m.in. sektor motoryzacyjny. Niemieckie koncerny ostrzegają przed ewentualnymi konsekwencjami utrudnień w eksporcie produktów do Rosji. Oszacowano, że zmniejszenie wymiany handlowej między dwoma krajami może doprowadzić do likwidacji 25 tys. miejsc pracy w Niemczech (dziś z wymianą handlową związanych jest 300 tys. miejsc pracy).
– Można sobie wyobrazić, że Rosja w odwecie zrobi coś takiego, że nie będzie się opłacało importować europejskich samochodów, a azjatyckie będzie można, np. z Japonii czy z Korei. Wtedy jeszcze bardziej ucierpi gospodarka niemiecka – mówi główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
To z kolei może rykoszetem uderzyć w polską gospodarkę. Wprawdzie bezpośrednio sankcje nałożone na Kreml nie powinny zaszkodzić Polsce – polskie firmy nie pożyczały pieniędzy rosyjskim bankom, nie dostarczały uzbrojenia czy nowoczesnych technologii wydobywczych. Polska przez ścisłe powiązanie z gospodarką unijną będzie jednak pośrednio odczuwać zmniejszenie wymiany handlowej na linii UE–Rosja.
– Jesteśmy na pierwszej linii frontu, jeżeli chodzi o odwet rosyjski, to jest jasne – mówi Piotr Kuczyński. – Byliśmy na czele tych, którzy domagali się sankcji, jesteśmy najbliżej Rosji i najłatwiej w nas uderzyć.
Pierwszym krokiem, a prawdopodobnie nie ostatnim – jak ocenia Kuczyński – jest wprowadzony 1 sierpnia zakaz importu polskich owoców i warzyw. Zdaniem analityka na razie nie jest to groźne, jednak kolejne ograniczenia dla polskiego eksportu mogą już zaszkodzić gospodarce.
– Polska eksportuje do Rosji towary za około 10-11 mld dolarów rocznie, czyli ponad 30 mld złotych – 2 proc. PKB. Co prawda eksperci twierdzą, że Rosja na pewno nie nałoży embarga na przemysł elektromechaniczny i chemię, bo to jej samej by zaszkodziło. Z drugiej strony, jeżeli Rosja tak by rozumowała, to by w ogóle nie angażowała się we wschodniej Ukrainie, bo jej to szkodzi. Gdyby uderzyła w te sektory, to wtedy naprawdę bardzo byśmy to odczuli, na razie ten wpływ jest żaden – podkreśla Piotr Kuczyński.
Choć politycy europejscy podkreślają, że sankcje – mimo że mogą być bolesne też dla unijnej gospodarki – są jednak konieczne, to niektórzy analitycy wątpią w ich skuteczność. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego przykładem mogą być sankcje nakładane np. na Iran, Kubę czy Koreę Północną.
– Wystarczy popatrzeć na te kraje i ocenić skuteczność sankcji. Te narody są przyduszone, ale co z tego? Dalej ci sami wodzowie, ten sam reżim, nic się nie zmienia. W Rosji jest podobnie – podsumowuje Piotr Kuczyński.
Niskie ceny na rynku w Broniszach. Prawie wszystkie owoce i warzywa są tańsze niż przed rokiem. Wszystko przez wysoką podaż, której sprzyjały warunki pogodowe. To powoduje, że producenci nie są w stanie pokryć z zysków poniesionych kosztów. Sytuacji dodatkowo zaszkodzi wprowadzony przez Rosję zakaz importu prawie wszystkich owoców i warzyw z Polski.
– Ten rok jest dosyć korzystny pod względem produkcji sadowniczej, rolniczej i ogrodniczej. Były korzystne warunki atmosferyczne zimą, bardzo wcześnie zaczęła się wiosna. W związku z tym są duże dostawy warzyw i owoców – informuje Małgorzata Skoczewska, doradca ds. PR Warszawskiego Rolno-Spożywczego Rynku Hurtowego w Broniszach.
To, co cieszy konsumentów, martwi producentów, którzy ponoszą te same koszty bez względu na to, za ile uda im się sprzedać towar. A więcej niż rok temu jest prawie wszystkich owoców i warzyw.
– Jedynie czereśni i moreli, ze względu na to, że pojawiły się przymrozki w okresie kwitnienia, było mniej. Natomiast podaż pozostałych krajowych owoców, takich jak wiśnie, brzoskwinie, borówka amerykańska, jest bardzo duża – mówi Skoczewska.
Kilogram borówek amerykańskich kosztuje w hurcie od 10 do 12 zł, w ubiegłym roku o tej porze było podobnie. Czereśnie – ostatnie, późne odmiany są w hurcie droższe o ponad połowę w porównaniu z poziomami sprzed roku. Stosunkowo mocno trzymają się też ogórki gruntowe – rok temu były tańsze o ok. 20 proc.
O połowę tańsze są jednak na przykład krajowe brzoskwinie: za kilogram producenci biorą, w zależności od klasy owocu, od 1 do 3 zł, podobnie jest z wiśniami. Równie tanie są warzywa – papryka, cukinia, bakłażan czy cebula są o 20 do 50 proc. tańsze niż w ubiegłym roku.
Jak podkreśla Skoczewska, ten poziom cen jest nieopłacalny dla producentów.
– Niejednokrotnie koszty produkcji nie są pokrywane przez cenę sprzedaży hurtowej – mówi Skoczewska. – Jeżeli ziemniaki kosztują w ofercie hurtowej 6-8 zł za worek 15-kilogramowy, czyli 40 groszy za kilogram, to jak możemy mówić o opłacalności? Czerwona papryka, która w ofercie hurtowej na rynku w Broniszach sprzedawana jest po 4-5 zł za kilogram, w ubiegłym roku kosztowała 1 zł więcej. Bardzo tania jest fasola szparagowa – 2-3 zł za kilogram. To są ceny nierzadko niepokrywające kosztów produkcji, nie mówiąc już o zysku producenta.
Tak niskie ceny to wynik dużej podaży w kraju – o tej porze roku występujących w Polsce owoców i warzyw nie sprowadza się z zagranicy, bo nie ma takiej potrzeby i byłoby to zupełnie nieopłacalne.
– Nie mówię o produktach, których Polska nie produkuje, czyli cytrusy, banany, arbuzy – te są sprowadzane przez cały rok. Natomiast w okresie głównym wegetacji dominują w ofercie hurtowej polskie owoce i warzywa – wyjaśnia rozmówczyni Newserii Biznes.
Dodatkowym bodźcem do obniżenia cen będzie zakaz wwozu do Rosji prawie wszystkich owoców i warzyw produkowanych w Polsce. Tym samym ich podaż na rynku będzie bowiem jeszcze większa.
Niestabilny, nieuregulowany i wykorzystywany do nielegalnych transakcji – analitycy przestrzegają przed inwestowaniem w bitcoina. Łukasz Zembik z Forex-University ocenia, że bitcoiny nie mają przyszłości. W ubiegłym tygodniu Główny Inspektor Informacji Finansowej wszczął pierwsze postępowanie w sprawie prania brudnych pieniędzy przy pomocy tej kryptowaluty.
‒ Przyszłość bitcoina jest dość wątpliwa przede wszystkim ze względu na brak regulacji. Można ją nazwać kryptowalutą. Już teraz bitcoin kojarzony jest z terroryzmem i środkiem służącym do prania brudnych pieniędzy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Łukasz Zembik, specjalista Forex-University. ‒ Przestrzegamy przed inwestycjami w tę kryptowalutę, ponieważ jest ona bardzo niestabilna.
Bitcoiny to elektronicznie generowana waluta, którą tworzą użytkownicy podłączeni do specjalnej sieci za pomocą oprogramowania z otwartym źródłem. Nie stoi za nią żaden bank centralny, a waluta funkcjonuje jedynie jako elektroniczny kod. Ponieważ nie da się ustalić, kto jest właścicielem elektronicznego portfela bitcoinów, bardzo trudno jest ustalić tożsamość osób wykonujących transakcje tą walutą.
To rodzi problemy prawne. Jak podkreśla Zembik, bitcoiny mogą być wykorzystywane przez organizacje terrorystyczne i przestępcze, także do prania brudnych pieniędzy. Właśnie w tej sprawie pierwsze postępowanie wszczął w ubiegłym tygodniu Główny Inspektor Informacji Finansowej.
Zembik dodaje, że bitcoin nie tylko może być wykorzystywany do nielegalnych transakcji, lecz także jest zbyt zmienny, by mógł być traktowany jako inwestycja.
‒ Świadczy o tym choćby końcówka 2013 roku, kiedy cena za jednego bitcoina powędrowała do 1200 dolarów, po czym nastąpiła drastyczna przecena. Nie możemy mówić o bitcoinie jako o aktywie pewnym, ponieważ występuje zbyt duża zmienność. Widzimy, że ten rynek jest mało efektywny i nie potrafi go w sposób rzetelny wycenić – podkreśla Zembik.
Bitcoinami handluje się na internetowych giełdach, gdzie można je kupić za tradycyjne waluty. Obecnie cena jednego bitcoina na jednej z największych giełd BitStamp oscyluje w okolicach 600 dolarów. Na takim poziomie utrzymuje się od czerwca. Jeszcze na początku roku wartość bitcoina na tej samej giełdzie przekraczała 900 dolarów, ale rok temu nie sięgała nawet 100 dolarów.
Zembik dodaje, że zmienność kursu wynika m.in. z braku realnego oparcia wartości waluty oraz nieuregulowania rynku. Wiele państw przygląda się jednak tej kryptowalucie, a w Tajlandii wszelkie transakcje w oparciu o bitcoiny zostały zakazane.
‒ W tym momencie w Polsce nie ma żadnych regulacji porządkujących rynku bitcoina – podkreśla Zembik. ‒ Jeżeli ktoś ma wolne środki, lubi ryzyko i niepewność, to oczywiście nie można mu zabronić tego typu inwestycji. Ale podkreślam, że za tą kryptowalutą nie stoją żadne regulacje prawne, żadna wartość, tak jak w przypadku papierowego pieniądza.
Polacy przestają inwestować w depozyty terminowe, bo przeciętna oferta nie pozwala zarobić w ciągu roku nawet 1 proc. Napływ nowych środków na lokaty był w czerwcu bliski zera. Wzrost wartości ulokowanych tam środków o 550 mln zł to głównie zasługa narastających odsetek. Z drugiej strony nie widać wzrostu zainteresowania bezpiecznymi funduszami inwestycyjnymi oraz detalicznymi obligacjami Skarbu Państwa.
– Widać wyraźnie, że gospodarstwa domowe coraz mniej chętnie lokują środki na bankowych depozytach terminowych, czyli na lokatach. W czerwcu na lokatach przybyło około 550 mln, przy czym, jeśli uwzględnimy narastające odsetki od kończących się czy przedłużanych depozytów, to okazuje się, że wpłaty były wręcz symboliczne bądź wcale ich nie było. A tymczasem przez ostatnie 5-6 miesięcy widać było wyraźnie, że saldo lokat rosło każdego miesiąca o co najmniej 2 mld zł – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Michał Sadrak, analityk Open Finance.
Coraz mniejsza popularność lokat wśród Polaków wynika ze spadającego realnego zysku netto (uwzględniającego inflację i podatek od zysków kapitałowych). Zapadające w styczniu 2014 r. 12-miesięczne lokaty miały średnią rentowność na poziomie ponad 3 proc., natomiast w czerwcu – o 1 pkt proc. mniej – wynika z obliczeń Open Finance. W rezultacie w krótkim terminie niektóre konta oszczędnościowe pozwalają zarobić więcej niż lokata.
– Od stycznia obserwujemy spadek zainteresowania lokatami, to w pewien sposób jest spowodowane tym, że część klientów woli rachunki oszczędnościowe – wskazuje analityk.
Z dostępnych na rynku ofert oraz lipcowej projekcji inflacji NBP wynika, że rentowność lokat będzie w dalszym ciągu spadać. Ekonomiści NBP prognozują, że za rok średni poziom cen będzie wyższy o 1,3 proc. A zatem dostępne obecnie na rynku lokaty pozwolą osiągnąć średni realny zysk na poziomie 0,85 proc. w ciągu roku – twierdzą analitycy Open Finance. Według nich żaden bank nie oferuje obecnie depozytu terminowego, który pozwalałby zarobić realnie więcej niż 2 proc.
– Spadek zainteresowania lokatami wcale nie powoduje tego, że więcej pieniędzy płynie do funduszy, czy też rośnie sprzedaż obligacji skarbowych. Okazuje się, że w czerwcu tak samo mało pieniędzy trafiło na lokaty, jak do funduszy, nie mówiąc już o tym, że Polacy kupili niewiele obligacji skarbowych – ocenia Michał Sadrak.
Na rachunki detalicznych funduszy inwestycyjnych wpłynęło w tym czasie 0,5 mld zł, czyli niemal tyle samo, co wyniósł przyrost wartości lokat – wynika z danych Analiz Online i Open Finance. Warto podkreślić, że bezpieczne fundusze inwestycyjne już od III kwartału pozwalają zarobić więcej niż lokaty 3-miesięczne. Średnia kwartalna stopa zwrotu dla funduszy rynku pieniężnego wyniosła w II kwartale 2014 r. nieco ponad 1 proc., podczas gdy dla lokat 3M – niewiele ponad 0,5 proc.
Ryzyko inwestycyjne w przypadku funduszy rynku pieniężnego jest tylko nieznacznie większe, dlatego często są one traktowane jako substytut lokaty. Wartość środków na lokacie nie może ulec obniżeniu, tymczasem możliwe są niewielkie i okresowe spadki wyników funduszy, które inwestują w krótkoterminowe papiery wartościowe i gotówkę. Atrakcyjną alternatywą dla lokat mogą być także detaliczne obligacje skarbowe, choć i tu występuje ryzyko stopy procentowej.
– Trudno powiedzieć, że klienci mimo wszystko wolą wybierać obligacje czy fundusze zamiast lokat, ponieważ to jednak na lokatach znajduje się znacznie więcej pieniędzy – ocenia analityk Open Finance.
Jak wynika z rankingu firmy, najlepiej ocenione fundusze rynku pieniężnego pozwoliły zarobić 15-17,7 proc. w okresie trzech lat, a te z końca stawki – 9-9,5 proc. Tymczasem realny zwrot z lokat był ujemny przez wiele miesięcy 2011 i 2012 r., kiedy inflacja przez 21 miesięcy pozostawała powyżej 3,5 proc. Z badań ekonomistów BGŻ wynika, że Polacy wciąż są przywiązani do lokat i przez 10 lat struktura lokowania oszczędności praktycznie się nie zmieniła. Nie zmienia tego fakt, że akcje i obligacje dają wyższe zyski w średnim i dłuższym terminie.
– W tej chwili na depozytach w bankach jest około 556 mld zł, z czego 273 mld znajduje się właśnie na lokatach. Gdybyśmy to porównali do zadłużenia z tytułu obligacji, to okazuje się, że inwestorzy detaliczni nabyli niewiele ponad 9 mld obligacji. Natomiast jeśli chodzi o saldo aktywów funduszy inwestycyjnych detalicznych to jest to około 108 mld zł. Widać więc, że mimo wszystko depozyty królują – podsumowuje Sadrak.
Od 10 sierpnia zwiększają się uprawnienia Izby Architektów. Samorząd zawodowy będzie nadzorował także osoby z ograniczonym prawem wykonywania zawodu architekta, jak choćby inżynierów budownictwa. Przedstawiciele architektów przestrzegają jednak przed deregulacją, która nadałaby tym osobom pełne uprawnienia projektowe. To po pierwsze mogłoby zwiększyć bezrobocie wśród architektów, a po drugie wpłynąć negatywnie m.in. na estetykę czy funkcjonalność budynków.
‒ Deregulacja nie może polegać na tym, że jeden zawód uzyskuje uprawnienia do wykonywania innego zawodu – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Gadomski, wiceprezes Krajowej Rady Izby Architektów RP. ‒ Inżynierowie liznęli trochę architektury na studiach, ale dla symetrii muszę powiedzieć, że architekci liznęli zasady konstrukcji budowlanej. To nie oznacza, że jesteśmy tożsamymi zawodami, my bez siebie nie istniejemy.
Do tej pory do Izby Architektów należeli architekci mający pełne, nieograniczone uprawnienia projektowe. Deregulacja umożliwi przynależność do Izby również osobom o ograniczonym prawie wykonywania zawodu architekta (które de facto reprezentują inny zawód, np. inżynierom budownictwa). To efekt podpisanej przez prezydenta Bronisława Komorowskiego 30 maja nowelizacji ustawy o samorządach zawodowych w ramach drugiej transzy deregulacyjnej. Równocześnie podpisana została nowelizacja Prawa budowlanego, która m.in. skraca o połowę wymiar praktyki projektowej i umożliwia zaliczenie praktyk studenckich jako część praktyk zawodowych.
Postulaty deregulacji idą dalej. Polska Izba Inżynierów Budownictwa postuluje, by umożliwić jej członkom nieograniczone wykonywanie zawodu architekta. Tymczasem wiceprezes Krajowej Rady Izby Architektów przestrzega, że choć inżynier budownictwa musi zagwarantować bezpieczeństwo konstrukcji, nie oznacza to, że jest w stanie poprawnie wykonywać projekty.
‒ Inżynier budownictwa zajmuje się techniczną stroną budownictwa, fundamentowaniem, konstrukcjami, ich bezpieczeństwem oraz bezpieczeństwem ludzi, którzy te budynki użytkują. Architektura to są nie tylko techniczne zagadnienia, lecz także kulturotwórcze, krajobrazowe, urbanistyczne, architektoniczne, dotyczące formy, a także zagadnienia społeczne i prawne. Te wszystkie aspekty to jest zawód architekta, a tylko jeden z nich – ten techniczny – jest domeną także inżynierów budownictwa. Na tym polega różnica między nami – wyjaśnia Gadomski.
Podkreśla, że obydwa zawody są od siebie zależne, nie można jednak obydwu sprowadzać do roli budowlańca.
‒ To tak jakby w ramach deregulacji pozwolić weterynarzom leczyć ludzi. Nie chodzi o dosłowność tego porównania, ale to też są dość bliskie sobie zawody, a jednak zupełnie odmienne ‒ mówi wiceprezes Krajowej Rady IARP.
Architekci są znacznie lepiej przygotowani do tego, by dbać o estetykę, a nie tylko o bezpieczeństwo konstrukcji. Gadomski podkreśla, że przedmioty związane z architekturą i urbanistyką, takie jak historia sztuki, malarstwo czy projektowanie krajobrazowe, to ponad 1000 godzin zajęć na studiach architektów, a tylko niecałe 100 godzin na studiach inżynierów budownictwa.
Gadomski ocenia, że sytuacja na rynku pracy nie jest dobra. Tylko ok. 30 proc. absolwentów architektury pracuje w zawodzie – wynika z danych Izby Architektów. Ponieważ samorząd inżynierów budownictwa jest znacznie liczniejszy (według Gadomskiego należy do niego ponad 100 tys. członków, a do Izby Architektów tylko 10-12 tys. osób), próby zyskania pełnych uprawnień nie dziwią.
‒ Jest szpica zawodowa architektów, która wyrobiła już sobie markę, dlatego nie musi chwytać się każdego projektu, tylko potrafi stawiać warunki, ma swoją szkołę, wzór estetyczny i klienci muszą czasami czekać w kolejce, żeby się zapisać na projekt. Jest też oczywiście masa budownictwa popularnego, na którym konkurencja jest tak silna, że rynek jest bardzo ciasny, dlatego trudno naprawdę na nim dobrze funkcjonować – tłumaczy Gadomski. ‒ Katastrofą są zamówienia publiczne. Nacisk położony na najniższą cenę powoduje absolutną degradację pojęcia architekta.
Kamil, 17to latek z Olsztyna nigdy nie poznał swoich rodziców. Matka chłopca zginęła w wypadku samochodowym w czerwcu 1999 roku. Ojciec bardzo podupadł na zdrowiu i nie mogąc pogodzić się ze stratą ukochanej żony, zmarł wkrótce potem na zawał serca. Kamil miał wówczas 2 lata i trafił pod opiekę dziadków. Całą prawdę poznał dopiero w 2010 roku.
W pogodną, czerwcową sobotę 1999 roku, matka chłopca jechała jako pasażerka w samochodzie prowadzonym przez jej brata. Rodzeństwo miało odebrać babcię Kamila ze szpitala, w którym ta leczyła się na nerki. Dopiero po kilku godzinach bezowocnego oczekiwania w szpitalnym holu do starszej kobiety dotarły tragiczne wieści. Prowadzony przez 34o latka Polonez z nieustalonych przyczyn zjechał do rowu, dachował i ostatecznie uderzył w przydrożne drzewo. Zarówno kierowca jak i pasażerka ponieśli śmierć na miejscu.
„Mama i tata są w niebie”
Ojciec osieroconego chłopca nie był w stanie unieść ciężaru tragedii. Nagła utrata ukochanej żony doprowadziła do załamania nerwowego, w wyniku czego mężczyzna bardzo podupadł na zdrowiu. Rzeczywistą opiekę nad chłopcem sprawowali jego dziadkowie oraz siostra zmarłego w wypadku rodzeństwa. Według relacji członków rodziny, ojciec nie był w stanie się zajmować Kamilem, gdyż jego widok przywoływał wspomnienia o tragicznie zmarłej żonie. Mężczyźnie zdarzało się płakać podczas opieki nad synem. Kwietniowego poranka 2000 roku, teściowej nie udało się go obudzić. Wezwane na miejsce pogotowie ratunkowe stwierdziło zgon w wyniku rozległego zawału serca.
Dramatyczny splot zdarzeń zmusił dziadków chłopca do przejęcia nad nim pełnej opieki. Z początku nie było większych problemów, jednak sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać w momencie gdy chłopiec poszedł do szkoły. Kiedy Kamil zauważył jak rodzice odbierają jego kolegów po lekcjach, po raz pierwszy zapytał babcię „czemu ja nie mam mamy i taty”. Kobieta zaprowadziła go wówczas na grób rodziców, tłumacząc że znajdują się w niebie. Całą prawdę o okolicznościach ich śmierci wyjawiła jednak dopiero w 2010 roku, 11 lat po tragedii.
Proces o odszkodowanie
Brak normalnego domu w znaczny sposób zakłócił prawidłowy rozwój chłopca. Miał problemy z nauką, konieczne były też kosztowne wizyty u logopedy. Dziadkowie utrzymywali się z emerytury i mieli coraz większy problem z zapewnieniem chłopcu środków niezbędnych do prawidłowego rozwoju. Przez długie lata nie zdawali sobie sprawę, że mogą w jego imieniu ubiegać się o odszkodowanie za śmierć córki. Ostatecznie zdecydowali się na to w sierpniu ubiegłego roku i wysłali do Ubezpieczyciela odpowiedzialnego za likwidację szkody pismo z roszczeniem zapłaty 100 000 zł z tytułu odszkodowania za śmierć matki dziecka.
Niestety Towarzystwo Ubezpieczeniowe odmówiło wypłaty jakichkolwiek środków, w związku z czym sprawa trafiła do Sądu. Linia obrony Ubezpieczyciela opierała się na fakcie, iż przed dn. 3 sierpnia 2008 nie obowiązywał art. 446 § 4 K.C., przewidujący możliwość przyznania zadośćuczynienia za doznaną krzywdę dla najbliższych członków rodziny zmarłego. Sędziego jednak nie przekonała ta argumentacja i nakazał firmie wypłatę 100 000 zł zadośćuczynienia dla chłopca. – Fakt, iż w dniu tragedii nie obowiązywał art. 446 § 4 K.C, nie oznacza, iż brak jest podstawy prawnej do dochodzenia zadośćuczynienia za śmierć osoby bliskiej, zmarłej przed 3 sierpnia 2008 – mówi mec. Joanna Smereczańska-Smulczyk z Kancelarii Radców Prawnych EuCO, która prowadziła sprawę Kamila. –Nie można bowiem pominąć art. 448 K.C., który może być podstawą do przyznania zadośćuczynienia w przypadku, gdy śmierć osoby bliskiej stanowi działanie naruszające dobra osobiste członków rodziny zmarłego – tłumaczy.
Firma ubezpieczeniowa postanowiła wnieść apelację, jednak Sąd drugiej instancji podzielił opinię poprzednika i wyrok pozostał niezmieniony, co oficjalnie ogłoszono w lutym tego roku.
GLT – TRIPAK to trójczęściowy pojemnik składający się z palety i pokrywy wykonanych z polietylenu wysokiej gęstości (HDPE) oraz obwoluty wykonanej z polipropylenowych płyt komorowych. Wytrzymałe opakowania wielorazowego użytku dostępne są w 8 standardowych rozmiarach palet i w dowolnej wysokości. Pojemniki wykonane w innowacyjnej technologii TWINSHEET pozwalają na przewóz towarów o zróżnicowanych gabarytach i masie sięgającej 1,5 t. W zależności od charakterystyki transportowanych produktów, pojemniki TRIPAK są wyposażane w systemy przegród wykonane z tekstyliów lub płyt polipropylenowych.
Cechami wyróżniającymi oferowany przez firmę Igopak produkt są uniwersalność oraz konstrukcja pozwalająca zmniejszyć wysokość rozpakowanego pojemnika do 20% pierwotnej wartości. Rozwiązanie pozwala więc zaoszczędzić 80% przestrzeni ładunkowej i przy dobrej organizacji procesów spedycyjnych może przełożyć się na znaczące korzyści finansowe.
Oficjalna prezentacja pojemników GLT a także innych rozwiązań transportowych dla branży automotive będzie miała miejsce na Międzynarodowych Targach Techniki Pakowania i Logistyki TAROPAK na przełomie września i października bieżącego roku. Pojemniki GLT są jednak dostępne w ofercie firmy Igopak już teraz.
Od 1 sierpnia dostarczaniem gazu kilku milionom polskich gospodarstw domowych zajmie się PGNiG Obrót Detaliczny – spółka specjalnie wydzielona z Grupy PGNiG. Nie będzie wzrostu cen, za to powinna poprawić się jakość obsługi klientów. Do tej pory jedna spółka PGNiG zajmowała się sprzedażą gazu zarówno wielkim odbiorcom przemysłowym, jak i gospodarstwom domowym. Zmiana pozwoli zwiększyć efektywność całej grupy PGNiG, a także ułatwi jej wejście na rynek energii elektrycznej.
– Cel powołania spółki PGNiG Obrót Detaliczny jest istotny: to lepsza obsługa klientów. Dziś 6,5 mln klientów jest obsługiwanych przez główną spółkę PGNiG. Teraz powstanie takie biuro obsługi klienta, które będzie się mogło skupić tylko na obsłudze klienta detalicznego. To jest zupełnie inny klient niż ponad trzydziestu dużych klientów, którzy zostają w PGNiG – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.
PGNiG Obrót Detaliczny będzie kupować gaz na giełdzie od spółki PGNiG, która w tym roku musi sprzedać co najmniej 40 proc. gazu poprzez giełdę (tzw. obligo gazowe). To wymóg państwowego regulatora, który dąży do liberalizacji rynku gazu. Choć takie rozwiązanie, polegające na wydzieleniu osobnej spółki, zwiększa w pewnym stopniu koszty transakcyjne, to daje także wymierne korzyści, polegające na specjalizacji spółek – wskazuje Szczęśniak.
– Powstają koszty transakcyjne, które oczywiście będą bardzo podwyższone przez obowiązkowy obrót gazem na giełdzie, ale to daje szansę na utworzenie lepszego, może bardziej płynnego specjalizowania się spółek w swoich funkcjach. PGNiG Obrót Detaliczny będzie wyspecjalizowana w sprzedaży i obsłudze klientów, natomiast korporacyjna spółka powinna zajmować się czymś innym, a nie obsługą milionów klientów gazu ziemnego – uważa ekspert.
PGNiG sprzedaje co roku blisko 15 mld metrów sześciennych gazu ziemnego, z czego około 8,5 mld dostarcza klientom detalicznym. Reszta trafia do dużych odbiorców przemysłowych, na czele z zakładami azotowymi w Tarnowie i Puławach, które odpowiadają za blisko 1/5 zużycia gazu w Polsce.
Zmiany w strukturze organizacyjnej PGNiG prawdopodobnie zwiększą koszty w krótkim terminie, jednak w dłuższym pozwolą poprawić efektywność całej grupy kapitałowej. Andrzej Szczęśniak podkreśla jednak, że te koszty są i tak nie do uniknięcia, gdyż wynikają wprost z regulacji. Klienci nie muszą się jednak obawiać wzrostu rachunków za gaz w najbliższym czasie. Sama zmiana sprzedającego – z PGNiG na PGNiG Obrót Detaliczny – nie będzie w ogóle odczuwalna przez odbiorców, ponieważ dzięki nowelizacji prawa energetycznego zostaną oni automatycznie klientami nowej spółki.
– 1 sierpnia klient dostanie praktycznie ten sam rachunek, tylko że jednostką nie będzie już metr sześcienny, a kilowatogodzina jako podstawowy element rozliczeniowy. Dzięki temu klient będzie mógł sobie to porównać na przykład z rachunkiem za energię elektryczną, która też jest rozliczana w kilowatogodzinach – wskazuje Szczęśniak.
W dłuższej perspektywie gospodarstwa domowe muszą się liczyć z podwyżkami cen gazu, ponieważ marże w tym segmencie są niewielkie. Dalsze otwieranie rynku gazu będzie zwiększać presję konkurencyjną, a zatem i presję na osiągnięcie odpowiedniej rentowności sprzedaży. Z wypowiedzi członków zarządu PGNiG wynika, że ewentualne obniżki cen gazu są możliwe jedynie wtedy, gdy uda się wynegocjować korzystniejszą ofertę z Gazpromem.
PGNiG Obrót Detaliczny otwiera także możliwość sprawnego wejścia na rynek detaliczny energii elektrycznej. Wykorzystując efekty skali oraz korzyści związane ze posiadaniem oferty multi-utility (wieloproduktowej), spółka ma szansę pozyskać część z 6,5 mln klientów, którzy obecnie kupują od niej gaz. Prezes PGNiG Mariusz Zawisza nie wykluczył wejścia na rynek energii elektrycznej, a także sprzedaży innych usług.
– Dla klienta będzie to przede wszystkim podwyższenie standardów obsługi, konkurencja ceną między firmami, chociaż nie przesadzałbym z oczekiwaniami obniżek, ponieważ cena energii czy gazu to jest głównie cena surowca, a nie marketing. W związku z tym dużych upustów nie będzie, ale jest szansa na to, że klient zamiast dwóch rachunków będzie dostawał jeden i że oferenci będą się o niego bardziej starać – twierdzi Andrzej Szczęśniak.
Rosnąca konkurencja na rynku energii wynika także z tego, że koncerny wytwarzające i handlujące energią elektryczną coraz częściej poszerzają swoją ofertę o gaz. Przeliczanie rachunków za zużycie błękitnego paliwa na kilowatogodziny zwiększy przejrzystość rynku energii, gdyż pozwoli odbiorcom na łatwe porównywanie cen. To także będzie sprzyjało wzrostowi konkurencji, na której skorzystają klienci.
– Polskie koncerny energetyczne wchodzą na rynek gazu, dzisiaj jeszcze powoli i ostrożnie. Wchodzą też z ofertą sprzedaży kilku produktów energetycznych. Ten rynek będzie się rozwijał, w zachodnich państwach dominujące firmy mają w swoim portfolio ofert różne źródła energii dla klientów – podkreśla Szczęśniak.
Od 1 sierpnia dostarczaniem gazu kilku milionom polskich gospodarstw domowych zajmie się PGNiG Obrót Detaliczny – spółka specjalnie wydzielona z Grupy PGNiG. Nie będzie wzrostu cen, za to powinna poprawić się jakość obsługi klientów. Do tej pory jedna spółka PGNiG zajmowała się sprzedażą gazu zarówno wielkim odbiorcom przemysłowym, jak i gospodarstwom domowym. Zmiana pozwoli zwiększyć efektywność całej grupy PGNiG, a także ułatwi jej wejście na rynek energii elektrycznej.
– Cel powołania spółki PGNiG Obrót Detaliczny jest istotny: to lepsza obsługa klientów. Dziś 6,5 mln klientów jest obsługiwanych przez główną spółkę PGNiG. Teraz powstanie takie biuro obsługi klienta, które będzie się mogło skupić tylko na obsłudze klienta detalicznego. To jest zupełnie inny klient niż ponad trzydziestu dużych klientów, którzy zostają w PGNiG – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku paliw.
PGNiG Obrót Detaliczny będzie kupować gaz na giełdzie od spółki PGNiG, która w tym roku musi sprzedać co najmniej 40 proc. gazu poprzez giełdę (tzw. obligo gazowe). To wymóg państwowego regulatora, który dąży do liberalizacji rynku gazu. Choć takie rozwiązanie, polegające na wydzieleniu osobnej spółki, zwiększa w pewnym stopniu koszty transakcyjne, to daje także wymierne korzyści, polegające na specjalizacji spółek – wskazuje Szczęśniak.
– Powstają koszty transakcyjne, które oczywiście będą bardzo podwyższone przez obowiązkowy obrót gazem na giełdzie, ale to daje szansę na utworzenie lepszego, może bardziej płynnego specjalizowania się spółek w swoich funkcjach. PGNiG Obrót Detaliczny będzie wyspecjalizowana w sprzedaży i obsłudze klientów, natomiast korporacyjna spółka powinna zajmować się czymś innym, a nie obsługą milionów klientów gazu ziemnego – uważa ekspert.
PGNiG sprzedaje co roku blisko 15 mld metrów sześciennych gazu ziemnego, z czego około 8,5 mld dostarcza klientom detalicznym. Reszta trafia do dużych odbiorców przemysłowych, na czele z zakładami azotowymi w Tarnowie i Puławach, które odpowiadają za blisko 1/5 zużycia gazu w Polsce.
Zmiany w strukturze organizacyjnej PGNiG prawdopodobnie zwiększą koszty w krótkim terminie, jednak w dłuższym pozwolą poprawić efektywność całej grupy kapitałowej. Andrzej Szczęśniak podkreśla jednak, że te koszty są i tak nie do uniknięcia, gdyż wynikają wprost z regulacji. Klienci nie muszą się jednak obawiać wzrostu rachunków za gaz w najbliższym czasie. Sama zmiana sprzedającego – z PGNiG na PGNiG Obrót Detaliczny – nie będzie w ogóle odczuwalna przez odbiorców, ponieważ dzięki nowelizacji prawa energetycznego zostaną oni automatycznie klientami nowej spółki.
– 1 sierpnia klient dostanie praktycznie ten sam rachunek, tylko że jednostką nie będzie już metr sześcienny, a kilowatogodzina jako podstawowy element rozliczeniowy. Dzięki temu klient będzie mógł sobie to porównać na przykład z rachunkiem za energię elektryczną, która też jest rozliczana w kilowatogodzinach – wskazuje Szczęśniak.
W dłuższej perspektywie gospodarstwa domowe muszą się liczyć z podwyżkami cen gazu, ponieważ marże w tym segmencie są niewielkie. Dalsze otwieranie rynku gazu będzie zwiększać presję konkurencyjną, a zatem i presję na osiągnięcie odpowiedniej rentowności sprzedaży. Z wypowiedzi członków zarządu PGNiG wynika, że ewentualne obniżki cen gazu są możliwe jedynie wtedy, gdy uda się wynegocjować korzystniejszą ofertę z Gazpromem.
PGNiG Obrót Detaliczny otwiera także możliwość sprawnego wejścia na rynek detaliczny energii elektrycznej. Wykorzystując efekty skali oraz korzyści związane ze posiadaniem oferty multi-utility (wieloproduktowej), spółka ma szansę pozyskać część z 6,5 mln klientów, którzy obecnie kupują od niej gaz. Prezes PGNiG Mariusz Zawisza nie wykluczył wejścia na rynek energii elektrycznej, a także sprzedaży innych usług.
– Dla klienta będzie to przede wszystkim podwyższenie standardów obsługi, konkurencja ceną między firmami, chociaż nie przesadzałbym z oczekiwaniami obniżek, ponieważ cena energii czy gazu to jest głównie cena surowca, a nie marketing. W związku z tym dużych upustów nie będzie, ale jest szansa na to, że klient zamiast dwóch rachunków będzie dostawał jeden i że oferenci będą się o niego bardziej starać – twierdzi Andrzej Szczęśniak.
Rosnąca konkurencja na rynku energii wynika także z tego, że koncerny wytwarzające i handlujące energią elektryczną coraz częściej poszerzają swoją ofertę o gaz. Przeliczanie rachunków za zużycie błękitnego paliwa na kilowatogodziny zwiększy przejrzystość rynku energii, gdyż pozwoli odbiorcom na łatwe porównywanie cen. To także będzie sprzyjało wzrostowi konkurencji, na której skorzystają klienci.
– Polskie koncerny energetyczne wchodzą na rynek gazu, dzisiaj jeszcze powoli i ostrożnie. Wchodzą też z ofertą sprzedaży kilku produktów energetycznych. Ten rynek będzie się rozwijał, w zachodnich państwach dominujące firmy mają w swoim portfolio ofert różne źródła energii dla klientów – podkreśla Szczęśniak.
Jesienią ruszają dwa programy Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, które mają zacieśnić współpracę uczelni ze szkołami średnimi oraz pobudzić kreatywność i innowacyjność wśród uczniów na wszystkich poziomach kształcenia. Budżet obu programów to 4,5 mln zł. Uczelnie mogą składać wnioski do końca września.
Pierwszy program to Uniwersytet Młodych Wynalazców. Ma pozwolić nauczycielom i uczniom gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych bliżej współpracować z uczelniami – prowadzić wspólne projekty naukowe oraz korzystać z bibliotek uniwersyteckich i laboratoriów.
– Często profesorowie filozofii narzekają, że mają mało zajęć i jest mało zainteresowanych. Niech otworzą uniwersytety i swoje wydziały na uczniów liceów – mówi Lena Kolarska-Bobińska, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Mamy nadzieję, że studenci, którzy liznęli wiedzy uniwersyteckiej jeszcze w szkołach średnich, będą bardziej twórczy i kreatywni.
Budżet tego programu to 2 mln zł. Wybranych zostanie 40 uczelni, a więc do każdej z nich trafi maksymalnie 50 tys. zł. Ten program na razie ma potrwać rok.
Drugi z uruchamianych jesienią programów to Akademickie Centra Kreatywności. Jest to część programu Kreatywny Uczeń-Student-Obywatel, który ma zmienić sposób nauczania w szkołach. Jest skierowany do przyszłych nauczycieli.
– Z jednej strony chcemy wprowadzić go tam, gdzie się uczy nauczycieli eksperymentalnych sposobów uczenia – tłumaczy minister. – Uczelnie muszą zaprezentować nowe, inne sposoby uczenia w szkołach, a potem je sprawdzić w tych szkołach, zobaczyć, jak się je stosuje i jak dzieci na nie reagują. Mamy nadzieję, że to będzie zaczyn nowego, innego, bardziej nowatorskiego podejścia do nauczania, żeby nie było ono sztampowe i techniczne.
Pula środków w tym programie to 2,5 mln zł, do każdej uczelni trafić może do 250 tys. zł. Także jest przewidziany na nadchodzący rok akademicki.
Oba programy zostały stworzone we współpracy z Ministerstwem Edukacji Narodowej. Współfinansowane są z funduszy europejskich – z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.
Jak zaznaczyła rozmówczyni, to nie jedyne programy ministerstwa.
– Mamy kilkanaście programów wspierających studentów. To są z jednej strony nagrody, z drugiej strony możliwości wyjazdu, jak na przykład Top 500, do Doliny Krzemowej, by przyglądać się jak funkcjonują firmy amerykańskie – mówi Kolarska-Bobińska. – Generacja Przyszłości to są pieniądze na uczestnictwo w konkursach międzynarodowych, na prowadzenie własnych badań, na własne pomysły.
Minister dodaje, że ideą tych programów jest zniesienie barier organizacyjnych dla młodych naukowców, którzy mają wiele innowacyjnych pomysłów, ale nie byli do tej pory w stanie sfinansować zaprezentowania ich na forum innych uczelni, w tym zagranicznych.
Przemysł wydobywczy jest jednym z najważniejszych obszarów współpracy między Polską a Chile. Duże możliwości jej intensyfikacji daje uruchomiona w tym tygodniu przez KGHM produkcja miedzi w kopalni Sierra Gorda. Poza górnictwem współpraca rozwinąć może się także w branży chemicznej i spożywczej. Polskich eksporterów wspiera resortu skarbu państwa.
Szanse dla polskich przedsiębiorców w Chile stwarza przede wszystkim górnictwo ‒ to dominujący sektor chilijskiej gospodarki. Zgodnie z danymi Banku Centralnego Chile w 2013 r. górnictwo miało ponad 11 proc. udziału w PKB i stanowiło ponad 49 proc. całego eksportu, przynosząc krajowi 44 mld dolarów. Dominującym surowcem jest miedź.
W tym sektorze działa przede wszystkim KGHM. Wartość inwestycji w Sierra Gorda, największej polskiej zagranicznej inwestycji w historii, wyniesie 4 mld dolarów. W tym tygodniu KGHM rozpoczął przerób miedzi na koncentrat miedzi w zakładzie przeróbczym w Chile.
Na obecności koncernu w tym kraju skorzystać mogą inni polscy przedsiębiorcy. Mogą oni liczyć na wsparcie ze strony Ministerstwa Skarbu Państwa, ale jedynie wtedy, gdy sami wykażą się inicjatywą.
‒ Jestem przekonany, że KGHM jest swoistą przepustką do tego kraju. Przy potencjale, jaki ma KGHM zapraszający polskich przedsiębiorców do współpracy, inni również nawiążą kolejne formy współpracy – prognozuje Zdzisław Gawlik, wiceminister skarbu państwa. ‒ Minister Skarbu Państwa będzie wychodził naprzeciw propozycjom, które pojawią się z zarządów spółek. Nie chciałbym, żeby było tak, że pomysł przychodził zza jakiegoś biurka, oczekuję ich od zarządów spółek.
Alfredo Garcia Castelblanco, ambasador Chile w Polsce, podkreśla, że sukces KGHM-u może stać się zachętą dla kolejnych inwestorów z Polski. Dodaje, że rząd w Santiago chce przyciągać nowe spółki nie tylko w obszarze górnictwa i innych już sprawdzonych sektorów, lecz także szukać zupełnie nowych.
‒ Jedna z możliwości wiąże się z sektorem wydobywczym, bo Chile to kraj górniczy. Rozwija się też u nas rynek owoców morza i rolnictwo. To obszar, którym polscy inwestorzy w Chile mogą się zainteresować. Poza tym perspektywiczna jest infrastruktura, ale nie tylko drogi, porty i lotniska. Mamy dobry sektor infrastruktury technologicznej i spodziewamy się polskich inwestycji w wysoko rozwiniętą technologię. Patrzymy również na sektor energetyczny, w którym polskie firmy rozwinęły technologie i mogą ją wdrożyć w Chile z dużym sukcesem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ambasador Chile w Polsce.
Liczy, że dzięki inwestycjom nie tylko utrzymany zostanie wzrost gospodarczy Chile, który według Banku Światowego wyniósł w latach 2010‒13 średnio 5,3 proc., lecz także powstaną nowe miejsca pracy dla Chilijczyków. Inwestorzy mogą z kolei liczyć na dobre zwroty z inwestycji, co sprawia, że kraj ten staje się bardzo atrakcyjny. Zgodnie z danymi Banku Światowego w 2013 r. wartość netto bezpośrednich inwestycji zagranicznych w tym kraju przekroczyła 20 mld dolarów. To wprawdzie mniej niż rekordowe ponad 30 mld dolarów rok wcześniej, ale niemal trzykrotnie więcej niż jeszcze w 2005 r.
Rośnie także wymiana handlowa między Polską a Chile. Wartość eksportu z Chile do Polski, według danych przedstawionych na Polsko-Chilijskim Seminarium Inwestycyjnym, wynosi 258 mln dolarów, a z naszego kraju do Chile trafiło ponad 94 mln dolarów towarów i usług. Do Polski trafiają głównie owoce morza, warzywa i wino z Chile.
‒ Problemem jest duża odległość i pewne różnice kulturowe. Natomiast wydaje mi się, że przy polskich inwestycjach, przy polskim wsparciu biznesu, to wszystko są wyzwania, które można spokojnie pokonać – przekonuje Aleksandra Piątkowska, ambasador Polski w Chile. ‒ Barier gospodarczych nie mamy na szczęście za dużo. To są bardziej kwestie zmiany pewnej mentalności w działalności obydwu stron.
Piątkowska dodaje, że barier w handlu i inwestycjach pomiędzy Polską a Chile niemal nie ma. Nie ma też przeszkód wizerunkowych.
‒ Oczywiście Polska nie jest znanym krajem w Chile. Staramy się przede wszystkim pokazywać Polskę dynamiczną, nowoczesną, ze świetną gospodarką, która dobrze sobie poradziła w kryzysie europejskim. To się Chilijczykom podoba. Drugim elementem jest promocja kultury. Kładziemy nacisk na pewne osobistości, które są w Chile już znane, takie jak Ignacy Domeyko, Jan Paweł II, Lech Wałęsa, ruch „Solidarności” – tłumaczy Piątkowska.
Przekonuje, że perspektywy współpracy gospodarczej Chile i Polski są bardzo dobre, a po uruchomieniu wydobycia przez KGHM w kopalni Sierra Gorda będą jeszcze lepsze.
Średnia kwota pożyczki jest blisko osiem razy niższa niż kredytu konsumpcyjnego. Niskie kwoty pożyczane klientom i dobra ocena ryzyka powodują, że odsetek niespłacanych pożyczek wynosi ok. 10 proc. i jest nieco niższy niż w bankach. Dla części klientów firmy pożyczkowe to jedyne źródło, z którego mogą pozyskać środki na potrzebne wydatki. Dla innych to wybór, bo cenią szybkość i minimum formalności.
– Tradycyjne firmy pożyczkowe sprzedają około 3-3,5 mld złotych pożyczek rocznie. Wbrew faktom, budzi to bardzo dużo niepokojów dotyczących zadłużenia klientów. Jednocześnie jest to wielkość w granicach 2 proc. kredytów konsumpcyjnych, których udzielają banki. KNF w ostatnim raporcie po raz kolejny stwierdził, że występuje dosyć duża demonizacja tego rynku, ponieważ ma on marginalny wpływ na rynek i jest komplementarny wobec sektora bankowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbyszko Pawlak, dyrektor generalny Everest Finanse, firmy oferującej produkty finansowe pod marką Bocian Pożyczki.
Szybki wzrost rynku pożyczek na razie nie przekłada się na wzrost ryzyka w postaci niespłacanych zobowiązań klientów. Everest Finanse rozwija się w tempie 20-30 proc. rocznie, ale jak wskazuje Pawlak, odsetek niespłacanych pożyczek pozostaje poniżej 10 proc. Z danych Związku Firm Pożyczkowych z grudnia ubiegłego roku wynika, że wskaźnik niespłacanych pożyczek w firmach pożyczkowych to ok. 11-13 proc. W bankach odsetek ten wynosi dziś nieco ponad 14 proc., a jeszcze rok temu było to 17 proc. – wskazuje analiza Open Finance po pierwszych pięciu miesiącach roku.
– W kontekście rezerw budowanych przez sektor bankowy, które są zawsze na poziomie kilkunastu procent, nie mówiąc już o SKOK-ach, w których, utracone kredyty stanowią 30 proc. udzielonych, jest to najzdrowsza część rynku kredytowego – twierdzi dyrektor generalny Everest Finanse.
Większość firm działających na rynku pożyczek krótkoterminowych (do 30 dni) oferuje kwoty od 100 do 3500 zł. Jak podkreślają ich przedstawiciele, to dzięki niskiej średniej wartości pożyczki i właściwej ocenie ryzyka nie ma problemów z ich spłacalnością.
– Dla porównania można powiedzieć, że jeżeli średnia wartość kredytu konsumpcyjnego, z wyłączeniem hipotecznych, w sektorze bankowym wynosi 8-8,5 tys., to w tej branży jego wartość jest w granicach 100-1200 zł. W związku z tym, nawet jeżeli klient ma jakieś przejściowe kłopoty ze spłacalnością pożyczki, nie powoduje to rujnowania budżetu domowego, a odroczenie spłaty w czasie nie będzie dla żadnej ze stron bardzo kłopotliwe – uważa Pawlak.
Szybki rozwój rynku pożyczek ma wiele przyczyn. Dla części klientów jest to jedyny sposób na pokrycie np. nieprzewidzianych wydatków, bo nie mają oni zdolności kredytowej w ocenie banków. Dotyczy to zwłaszcza osób pracujących na umowach o dzieło lub zlecenie, które są postrzegane przez banki jako zbyt ryzykowne źródło dochodów.
– Nie bez znaczenia jest też to, że stopień ubankowienia Polaków jeszcze nie jest zbyt wysoki. Tylko 68 proc. Polaków ma rachunek bankowy, w związku z czym nie mogą się tam udać po kredyt – wskazuje dyrektor Everest Finanse.
Często jednak pożyczki nie są substytutem kredytów bankowych, bo ze względu na mniejsze kwoty służą innym celom. Jednocześnie bankom nie opłaca się pożyczać kwot rzędu 500 zł, choć część z nich walczy o klientów, oferując kredyty na dowolne wydatki z szybką oceną wniosku. Według Pawlaka dla klientów pożyczek istotne znaczenie ma właśnie szybkość jej otrzymania oraz minimum formalności.
– Klienci wybierają nas dla wygody, ponieważ to my do nich przychodzimy. Nie muszą szukać żadnej dokumentacji, nie muszą iść do banku dwa razy, trzy, pięć razy, bo zwykle nie jest prawdą, że kredyt można otrzymać w banku w pięć minut – uważa Zbyszko Pawlak.
Ze względu na wygodę i szybkość dynamicznie rozwija się także segment pożyczek przez internet.
Zdaniem Pawlaka obecne na rynku firmy raczej nie konkurują między sobą kosztami udzielanych pożyczek. Powodem jest istniejący limit wysokości oprocentowania na poziomie czterokrotności stopy lombardowej NBP. Trwają jednak prace nad ustawą, która ureguluje rynek pożyczek i ustanowi limit wysokości całkowitych kosztów pożyczki na poziomie 30 proc. Według ustawodawców pozwoli to ograniczyć wykorzystywanie opłat i prowizji do omijania limitu związanego z oprocentowaniem.
– W związku z regulacjami wszyscy zmierzają do tego maksimum, które jest wyznaczone przez prawo. Konkurują ze sobą poziomem serwisu klienta, dbając o to, aby klient pożyczkę miał dostarczoną szybko i w wygodny sposób – uważa Zbyszko Pawlak.
Sceptycy zakładali, że w OFE pozostanie jedynie garstka ludzi. Dzisiaj wiadomo, że fundusze wybrało około 1,5 mln osób, a więc branża – przynajmniej na razie – uniknie upadku. W dalszej perspektywie los OFE będzie zależał od decyzji przyszłych rządów oraz wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który zbada m.in. zakaz reklamy oraz narzucone limity inwestycyjne. Korzystne rozstrzygnięcie w TK ułatwi funduszom efektywne inwestowanie, a w konsekwencji walkę o dotychczasowych i nowych klientów, którzy mogą napłynąć już za dwa lata.
– Dzisiaj już wiemy, że ponad 1,3 mln osób zapisało się do OFE, ale jeszcze wszystkie oświadczenia nie spłynęły. Tego, ile konkretnie osób zdecydowało się pozostać w funduszach emerytalnych, dowiemy się na początku sierpnia. To nie jest zły wynik, biorąc pod uwagę zakaz reklamy, który obowiązywał otwarte fundusze emerytalne, i bardzo znikome informacje po stronie rządowej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych.
Szacunki ZUS oraz analityków wskazują, że liczba klientów OFE wyniesie ok. 1,5 mln. To oznacza, że w II filarze pozostanie niecałe 10 proc. z blisko 16,7 mln ubezpieczonych, którzy mogli pozostawić część składki w funduszach. Co więcej pewna część z 1,5 mln będzie przez krótki czas odprowadzać składki do OFE, ponieważ ze względu na tzw. suwak ich pieniądze będą na 10 lat przed przejściem na emeryturę stopniowo przesuwane na pokrycie zobowiązań w ZUS. Część przedstawicieli OFE twierdzi jednak, że takich osób jest niewiele, ponieważ dominują osoby w wieku do 45 lat.
– Nie mamy jeszcze pełnego obrazu, ale rzeczywiście możemy powiedzieć, że to byli przede wszystkim klienci świadomi, osoby z trochę lepszym wykształceniem, które pozyskiwały informacje na temat ZUS, OFE oraz konsekwencji podjęcia swojej decyzji. Zazwyczaj są to też osoby, które mają trochę lepsze zarobki – uważa Rusewicz.
Część analityków szacuje, że osoba wybierająca OFE odprowadza przeciętnie o 33 proc. wyższe składki w porównaniu do zwolennika ZUS. PTE nie mają jednak wątpliwości: nawet jeśli OFE wybierała zamożniejsza część z 16,7 mln ubezpieczonych, to i tak nie skompensuje to ubytku całkowitej liczby klientów.
– Zdecydowanie mniej składek będzie płynęło w stosunku do 2013 roku i to będzie miało swoje konsekwencje dla rynku kapitałowego, a w długiej perspektywie również dla gospodarki. Przede wszystkim OFE będą miały mniej pieniędzy, aby móc inwestować na giełdzie i aby móc inwestować w rozwój polskich spółek – mówi prezes IGTE.
Inwestorzy na GPW prawdopodobnie już znacznie wcześniej uwzględnili taki scenariusz w swoich decyzjach, dlatego giełda nie powinna reagować na informacje dotyczące zapisów do OFE. To może mieć jeszcze znaczenie w przypadku niektórych spółek, gdzie OFE stanowią dużą część akcjonariatu i istnieje ryzyko, że będą musiały zmniejszyć swoje zaangażowanie bardziej, niż wcześniej prognozował rynek.
O ile rynek kapitałowy odczuł już mocno zmiany w systemie emerytalnym, to na rynku samych OFE dopiero odcisną one piętno. Na razie PTE czekają na ostateczne potwierdzenie, ilu będą mieć klientów i na jakie wpływy ze składek mogą liczyć. Rusewicz potwierdza, że konsolidacja rynku funduszy emerytalnych jest prawdopodobna. Zdaniem ekspertów, fuzje czekają najmniejsze OFE, które nie będą wystarczająco rentowne przy tej skali działalności.
– Patrząc na doświadczenia od momentu wejścia w życie nowego systemu emerytalnego, mniej więcej o połowę zmniejszyła się liczba otwartych funduszy emerytalnych. Można w związku z tym domniemywać, że ta liczba też będzie się w miarę upływu czasu zmniejszać – ocenia Rusewicz.
OFE muszą przystosować się do nowego otoczenia także ze względu na limity dotyczące aktywów, które mogą nabywać. Do końca tego roku są one zobligowane do posiadania portfeli inwestycyjnych, w których akcje stanowią aż 75 proc. To naraża fundusze emerytalne – które z definicji powinny być bezpieczne i dbać o wartość powierzonych środków – na duże wahania wartości ich aktywów. Ryzyko wzrosło znacznie po tym, jak rząd zakazał nabywania papierów skarbowych i de facto znacjonalizował ponad 120 mld zł w postaci posiadanych już obligacji.
– W kolejnym roku OFE będzie mogło zróżnicować swoje inwestycje, tylko 50 proc. będzie musiało inwestować w akcje. Pozostałą część oszczędności będą mogły inwestować bezpieczniej, czyli na przykład w obligacje korporacyjne, listy zastawne, w jakieś długoterminowe inwestycje, które będą mniej ryzykowne niż akcje – wymienia Małgorzata Rusewicz.
Od sierpnia br. do końca 2015 roku dla OFE zostanie zniesiony zakaz reklamy, który wprowadziła nowelizacja ustawy. W praktyce od stycznia br. fundusze nie mogły na bieżąco informować klientów o swoich wynikach inwestycyjnych oraz porównywać stóp zwrotu do np. indeksów giełdowych czy waloryzacji w ZUS. To będzie miało szczególne znacznie w momencie, gdy Polacy ponownie za dwa lata będą wybierali między pozostawieniem części składki w OFE lub ZUS.
– Otwartym pytaniem pozostaje to, co zdecyduje Trybunał Konstytucyjny, ponieważ prezydent zgłosił wniosek do Trybunału o uznanie zakazu reklamy za niekonstytucyjny. Możliwe, że nie tylko do końca 2015 roku, lecz także w kolejnych latach i kolejnych okienkach transferowych OFE będą mogły się reklamować – mówi prezes IGTE.
Dziś wchodzi w życie nowelizacja ustawy o powszechnym obowiązku obrony RP. Jedna z głównych zmian zakłada, że pracodawca będzie miał 90, a nie jak dotychczas 30 dni, na to, by zwrócić się o rekompensatę kosztów poniesionych w czasie, gdy pracownik przebywał na ćwiczeniach wojskowych w ramach Narodowych Sił Rezerwowych.
Nowe przepisy wprowadzają korzystniejsze zasady wypłaty rekompensat dla pracodawców. Został wydłużony czas, w którym mogą oni ubiegać się o rekompensatę od wojska za pracownika – członka Narodowych Sił Rezerwowych, który został powołany na ćwiczenia wojskowe lub okresową służbę wojskową. Chodzi m.in. o zwrot kosztów poniesionych z tytułu zatrudnienia zastępcy za pracownika. Teraz pracodawca będzie mieć na to nie 30, a 90 dni od dnia zwolnienia żołnierza z ćwiczeń lub z pełnienia okresowej służby wojskowej. Prostsze stają się również procedury.
– Pracodawca może złożyć stosowne dokumenty do szefa sztabu wojskowego właściwego dla siedziby pracodawcy. Dotychczas był to szef wojewódzkiego sztabu wojskowego właściwy dla siedziby jednostki, w której jest powołany pracownik – wyjaśnia Anna Kobacka, ekspert podatkowy w dziale doradztwa podatkowego, w zespole ds. PIT KPMG w Polsce.
Pracodawcy łatwiej zaplanują zastępstwo za powołanego pracownika, bo komendanci wojskowi będą mieli obowiązek informować ich o terminach zaplanowanych ćwiczeń i ich ewentualnych zmianach. Wyjątkiem będzie sytuacja, gdy pracownik zostanie zmobilizowany lub powołany w trybie natychmiastowym.
Firmy będą miały też wpływ na tematykę szkoleń, na które jest kierowany ich pracownik.
– Szkolenia te oczywiście dotyczą tematyki przydatnej w służbie wojskowej. Pracownicy, którzy zawarli kontrakt z Narodowymi Siłami Rezerwowymi i zobowiązali się do bycia w gotowości nieprzerwanie przez trzy lata, mają obowiązek uczestniczyć w tego typu szkoleniach. Nowelizacja wprowadza możliwość konsultacji z pracodawcą, czy pracownik rzeczywiście powinien w takim szkoleniu brać udział – mówi agencji Newseria Biznes ekspertka KPMG w Polsce.
Jak podkreśla, nowelizacja ułatwi współpracę między NSR a pracodawcami, ale diametralnie jej nie zmieni.
– To są zmiany pożądane, zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestie formalne, czyli rzeczywiście ułatwi to pracodawcom składanie wniosków o wypłatę tego rodzaju świadczeń – podkreśla Anna Kobacka.
Nie wystarczy wysłać CV, by dostać pracę. Największe szanse na szybkie znalezienie zatrudnienia mają osoby, które osobiście udadzą się do pracodawcy, będą dzwonić i w ten sposób pokażą swoją determinację. Pomocne mogą być też agencje zatrudnienia, które są w stanie znaleźć pracę nawet w ciągu dwóch dni.
‒ To jest mit, że pracy nie ma, trzeba jednak odrobić swoje lekcje. Odwiedzić kilka agencji i kilku pracodawców, a nie tylko wysłać CV. Wtedy jesteśmy w stanie pokazać swoją determinację i motywację, że nam zależy – zachęca w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Anna Wicha, dyrektor generalna Adecco Poland, firmy doradztwa personalnego.
Stopa bezrobocia rejestrowanego według GUS regularnie spada i od początku roku zmalała już z 14 proc. w styczniu do 12 proc. w czerwcu. Jak jednak podkreśla Wicha, Polacy wciąż muszą walczyć o pracę. Na ogłoszenia o jednym lub kilku wolnych miejscach napływa do pracodawców często nawet kilkaset aplikacji.
Dlatego osoby szukające pracy muszą się czymś wyróżnić na tle innych kandydatów. Dobrą metodą jest odwiedzenie firmy, rozmowa z potencjalnym pracodawcą i nawiązanie kontaktu z rekruterami. W taki sposób możemy pokazać, że zależy nam na tej pracy bardziej niż osobom, które ograniczyły się do wysłania dokumentów.
Nie do przecenienia jest też elastyczność i gotowość podjęcia pracy w innym obszarze. Dyrektor Adecco Poland dodaje, że elastyczności uczą się zwłaszcza te osoby, które współpracowały już z agencjami zatrudnienia. Szczególnie ci szukający pracy, którzy już poznali system pracy tymczasowej, są w dobrej sytuacji, by znaleźć pracę.
‒ Takie osoby mają szansę na to, żeby sprawdzić się w innym środowisku pracy i w ten sposób dostając kilka czy kilkanaście szans, mają potencjalnie więcej okazji, żeby dostać pracę na stałe – przekonuje Wicha.
Agencje zatrudnienia mogą też pomóc spółkom znaleźć solidnych pracowników. Jak podkreśla Wicha, w niektórych przypadkach proces może potrwać zaledwie kilka dni, ale wydłuża się w przypadku poszukiwania osób o specjalistycznych umiejętnościach.
‒ Jeżeli klient zamawia u nas pracownika dzisiaj, to najczęściej wysyłamy go do pracy jutro czy pojutrze. Jeżeli mówimy o zawodach bardzo specjalistycznych, gdzie trzeba przeprowadzić szereg testów, sprawdzić referencje i kompetencje pracownika, to trwa to od kilku do nawet kilkunastu tygodni – tłumaczy Wicha.
Wśród młodych polskich biznesmenów rośnie zainteresowanie kursami w szkołach stylu, które są skierowane specjalnie do mężczyzn. Panowie uczą się tam zarówno zasad elegancji w ubieraniu się, jak i etykiety biznesowej. Zdaniem Agnieszki Świst-Kamińskiej, właścicielki Szkoły Męskiego Stylu, przedsiębiorcy są coraz bardziej świadomi, że wygląd i styl bycia pracownika mają ogromny wpływ na postrzeganie firmy przez kontrahentów.
Polskie korporacje coraz chętniej inwestują w szkolenia z zakresu stylizacji lub wizażu dla swoich pracowników. Na kursach pracownicy uczą się zasad dress code&HASH39;u, sposobu dobierania ubrań do sylwetki, dostosowania makijażu do okoliczności. W kursach coraz częściej biorą udział także mężczyźni. Zdaniem specjalistów wynika to ze zmian, jakie zachodzą w świadomości polskich przedsiębiorców.
– Dzisiejsi polscy biznesmeni często wyjeżdżają, robią interesy na całym świecie, mają kontrakty międzynarodowe. Cały czas dążymy do tego, żeby dorównać Zachodowi. Mężczyźni bardzo dorównują swoim stylem na przykład Francuzom czy Włochom –przekonuje Agnieszka Świst-Kamińska w rozmowie z agencją informacyjną Newseria.
Nowością na polskim rynku jest szkoła stylu skierowana wyłącznie do mężczyzn. Młodzi biznesmeni i przedsiębiorcy mogą się tam nauczyć zarówno właściwego sposobu dobierania garderoby, zasad savoir-vivre&HASH39;u, etykiety biznesowej, jak i gotowania. Taka szkoła oferuje także zajęcia z zakresu motywacji, wiedzy o sztuce, a także o zagranicznych rynkach i ich potencjale gospodarczym.
– Szkoła ma budować w nich poczucie pewności i rozbudzać zainteresowania, hobby. Mają tam przyjeżdżać, uczyć się, wypoczywać. Każdy weekend jest o innym zabarwieniu – będziemy zatem mieli weekendy smaków, elegancji klasycznej, o zabarwieniu sportowym, a nawet erotycznym – mówi Agnieszka Świst-Kamińska.
Szkoła Męskiego Stylu współpracuje z Ambasadą Francji oraz Rosyjskim Ośrodkiem Nauki i Kultury. Ma to sprzyjać nawiązywaniu międzynarodowych relacji biznesowych przez uczestników kursu. Wykładowcami w szkole są przede wszystkim biznesmeni i przedsiębiorcy, którzy odnieśli sukces nie tylko w Polsce, lecz także na światowych rynkach. Pierwsze zajęcia w szkole odbędą się 6 i 7 września.
Smartfony i inne urządzenia mobilne stały się niezbędnym elementem wakacyjnego wyposażenia. Duże zużycie energii przez sprzęt elektroniczny zmusza często urlopowiczów do sięgania po dodatkowe baterie wmontowane w obudowy lub tzw. banki energii. Tym bardziej jeśli mają oni ograniczony dostęp do prądu. Sprzedaż takich urządzeń rośnie.
Dodatkowe baterie w obudowie dostępne są dla smartfonów większości marek. Urządzenia mają różną pojemność, w zależności od ceny. Najmniejsze z nich zawierają akumulator o pojemności 1500 mAh, największe przekraczają 2000 mAh.
– W sprzedaży mamy dużą ofertę akcesoriów, które przydadzą się na kempingach, biwakach, gdzieś gdzie możemy być odcięci od energii, a potrzebujemy naładować nasze urządzenia – wyjaśnia Jan Trzpil z salonu iSpot. – Są to przykładowo dodatkowe obudowy do smartfonów z wbudowaną drugą baterią, z której możemy korzystać w dowolnym momencie.
Alternatywą dla baterii w obudowie są przenośne akumulatory, tzw. banki energii, które pozwolą w łatwy sposób naładować urządzenie, kiedy nie ma dostępu do innych źródeł prądu.
– Power bank to urządzenie, które podłączamy do naszego smartfona, a ono oddaje mu swoją energię – tłumaczy Trzpil w rozmowie z agencją Newseria.
Według badań przeprowadzonych w ubiegłym roku przez Interaktywny Instytut Badań Rynkowych aż 75 procent Polaków zabiera ze sobą na urlop przynajmniej jedno urządzenie mobilne. Najczęściej jest to telefon komórkowy, aparat fotograficzny oraz laptop. Producenci sprzętu wychodzą na przeciw urlopowym potrzebom Polaków, dostarczając im różne przydatne akcesoria.
– Ciekawym gadżetem jest też specjalna obudowa wraz ze zdalnym pilotem do robienia zdjęć. Wystarczy, że ustawimy się ze znajomymi i wciśniemy przycisk. Urządzenie nie potrzebuje żadnych aplikacji, gdyż łączy się przez Bluetooth. Dodatkowo obudowa dobrze chroni telefon przed upadkami – mówi Trzpil.
Dużą popularnością wśród klientów cieszą się również inne akcesoria, takie jak m.in. mała, przenośna kamera. Sprzęt ten został stworzony z myślą głównie o osobach, które zajmują się sportem wyczynowym. Działa zarówno pod systemami iOS oraz Android.
– To bardzo przydatne i poręczne urządzenie, które bez problemu podłączymy do tabletu lub komputera za pomocą Wi-Fi, kabla lub kart SD. Pozwala nagrywać w dobrej jakości nasze wypady wakacyjne oraz ekstremalne wyczyny, jak skoki spadochronowe czy nurkowanie głębinowe. Sprzęt ma wodoszczelną obudowę, dlatego nie musimy się martwić zalaniem. Do kupienia są trzy wersje jakościowe sprzętu, każdy więc może dostosować swoje potrzeby do możliwości finansowych. Najniższy pułap zaczyna się od niecałego 1 tys. złotych – dodaje Trzpil.
Ostatnie wydarzenia na rynku finansowania społecznościowego pokazały, że praktycznie każdy z nas jest w stanie zebrać dowolną kwotę na swój projekt w kilkanaście godzin. Zanim jednak wpłacimy ciężko zarobione pieniądze na czyjeś konto i zrealizujemy jego marzenie, sprawdźmy czy warto.
Ostatnie doniesienia zza oceanu dotyczące projektu „NeuroON” pokazują, że zanim przeleje się pieniądze, warto dowiedzieć się więcej na temat pomysłu. Użytkownicy dopiero kilka miesięcy po zakończeniu akcji na portalu zaczęli interesować się technicznymi aspektami projektu.
Wystawieni na odstrzał
Sytuacje, w których założyciele projektów crowdfundingowych pojawiają się na celownikach ekspertów, są coraz częstsze. Nie powinniśmy jednak winić za to ani projektodawców, ani właścicieli platform.
– Pierwszym i często najważniejszym filtrem jesteśmy my sami, czyli wspierający. Jeśli wraz z rozpoczęciem zbiórki nie pokusimy się o odpowiednie sprawdzenie projektu, to potem może być już na to za późno. Co prawda otrzymamy produkt, za który zapłaciliśmy, ale możemy nie być w pełni usatysfakcjonowani – a nie o to chodzi. Czasami mimo początkowego hype’u warto więcej poczytać o projekcie i posłuchać, co mają do powiedzenia projektodawcy. W crowdfundingu warto wspierać świadomie – mówi Marcin Galicki, założyciel platformy Wspieram.to.
Uniknij pułapek
Pierwszym krokiem do sprawdzenia projektu jest jego odpowiednia analiza. Czasami wpisanie kilku fraz w Google potrafi całkowicie rozwiać nasze wątpliwości. Na co jeszcze powinniśmy zwrócić uwagę? Poniżej 5 wskazówek:
1. Czy projektodawca jest wiarygodny?
Warto wiedzieć kto finalnie dostanie nasze pieniądze. Osoby, które w merytoryczny sposób przedstawią siebie i swoją kampanię, mają większą szansę na przekonanie do siebie internautów. Im więcej przydatnych dla wspierających informacji usłyszymy z filmu promującego projekt, tym lepiej. 2. Czy opis projektu jest rzetelny?
Im staranniej jest przygotowany projekt, tym większe ma szanse na sukces. Zwracajmy uwagę na formę i sposób, w jaki są opisane cele oraz poszczególne etapy zbiórki danej kwoty. Dobrze przygotowane filmy i grafiki najczęściej świadczą o rzetelności i dużo cięższej pracy przy opracowaniu projektu na portalu crowdfundingowym. 3. Na czym opiera się relacja z uczestnikami?
Sposób, w jaki prowadzona jest komunikacja, bardzo dużo mówi o podejściu do wspierających i ich uczciwości. Bardzo dobrze do rozmów z fanami podeszli twórcy gry „Franko 2”. Podczas trwania kampanii, jak i poza nią, prowadzili nieustający dialog z fanami, rozwiewali wątpliwości, informowali zarówno o postępach, jak i ewentualnych opóźnieniach. Internauci mieli realny wpływ na przeciwników i lokacje, jakie pojawią się w grze. Nie pozostawali bez odpowiedzi, czuli się częścią inicjatywy, wręcz jej współtwórcami. 4. Jaką kwotę chcą zebrać organizatorzy zbiórki?
Jako wspierający powinniśmy dobrze sprawdzić, czy pieniądze, jakich potrzebuje projektodawca, są adekwatne do oferowanych nagród i celów. Im więcej szczegółów finansowych jest podanych w projekcie, tym większa szansa, że twórcy odpowiednio przeliczyli wszystkie koszty. 5. W jaki sposób projekt jest komentowany przez niezależnych ekspertów/dziennikarzy?
W celu uniknięcia sytuacji, jaka spotkała maskę NeuroON, powinniśmy nie bać się wysyłać projektu do skomentowania przez niezależnego eksperta. Opinia osoby trzeciej zawsze będzie rzetelniejsza. Jeśli projekt wzbudzi duże zainteresowanie mediów, to najczęściej nie będzie potrzebne wsparcie w tym obszarze. Zainteresowani znajdą się sami. 6. Kto skorzysta na zrealizowanym projekcie?
Wbrew pozorom to bardzo ważny punkt. Bardzo często wspierający rozpatrują swoją wpłatę z perspektywy tego, co otrzymają w zamian bądź komu pomogą. Zawsze starajmy się sprawdzać, czy projektodawcy właściwie określają przeznaczenie zbiórki. Celem samym w sobie nie jest zebranie potrzebnej kwoty, tylko finalny efekt prac prowadzonych przez organizatorów. Bądźmy wymagający
Jeśli będziemy egzekwować od projektodawców realizacji powyższych zasad, to z pewnością nasze inwestycje w marzenia innych będą bardziej owocne, a Polskie finansowanie społecznościowe wzniesie się o poziom bliżej Kickstartera.
Wszystkie szkoły zatrudniają kadrę nauczycielską wykwalifikowaną do kształcenia najmłodszych uczniów oraz posiadają odpowiednio wyposażone sale lekcyjne potrzebne do prowadzenia zajęć z sześciolatkami. Dalszego dostosowania wymagają jednak stołówki i toalety. NIK sygnalizuje, że istotnym problemem dla niektórych szkół może być konieczność organizacji zajęć dla oddziałów klas I-III w systemie zmianowym.
Kontrolerzy NIK sprawdzili 88 szkół oraz dodatkowo pozyskali informacje w trybie ustawy o NIK z 6881 innych szkół publicznych. NIK sprawdzała wykonanie wniosków pokontrolnych Izby z roku 2013. Większość z nich została przez kontrolowane szkoły zrealizowana.
Wszystkie objęte kontrolą szkoły zatrudniają kadrę nauczycielską wykwalifikowaną do kształcenia najmłodszych uczniów oraz posiadają sale lekcyjne potrzebne do prowadzenia zajęć z sześciolatkami.
Sale te w ponad 90 proc. skontrolowanych szkół są odpowiednio wyposażone, m.in. w pomoce, gry i zabawki dydaktyczne (98 proc.), oraz posiadają zgodne z wymogami ergonomii meble uczniowskie (90 proc.). W tym zakresie nastąpiła zdecydowana poprawa w stosunku do stanu ujawnionego w ubiegłorocznej kontroli NIK. Obecnie kontrolerzy odnotowali: niewydzielenie rekreacyjnej części sali w 9,1 proc. szkół, brak biblioteczki dla uczniów najmłodszych w 5,7 proc. szkół oraz gier i zabawek dydaktycznych w 2,3 proc. szkół, niewyposażenie sal w sprzęt audiowizualny w 18,2 proc. szkół oraz w komputer(y) z dostępem do Internetu w 36,3 proc. szkół.
Problemy z ergonomią wyposażenia występują w ponad 30 proc. stołówek i 26 proc. toalet szkolnych.
NIK sygnalizuje, że istotnym problemem dla szkół może być konieczność organizacji zajęć dla oddziałów klas I-III w systemie zmianowym. W całym kraju wzrośnie bowiem, nawet o 70 proc., liczba uczniów w klasach pierwszych. W miastach powyżej 50 tysięcy mieszkańców liczba zorganizowanych klas z pierwszakami będzie w wielu szkołach większa od liczby sal lekcyjnych przygotowanych na przyjęcie najmłodszych uczniów. NIK odnotowuje, że problem ten wystąpi przede wszystkim w szkołach położonych na terenie miast na prawach powiatu (24,2 proc.) oraz w gminach miejskich (26,4 proc.). W najmniejszym stopniu problem ten dotknie szkół położonych w gminach wiejskich (6,8 proc.). Dlatego dyrektorzy szkół, zwłaszcza w dużych miastach, muszą zadbać o ułożenie planów lekcji w sposób uwzględniający dobro najmłodszych uczniów.
Opieka świetlicowa została zapewniona dzieciom w niemal wszystkich kontrolowanych szkołach (97 proc.). Prawie wszystkie szkoły zorganizowały też dla najmłodszych uczniów ciepły posiłek. W tym zakresie (opieki świetlicowej i przygotowania ciepłego posiłku) szkoły zrealizowały zalecenia Najwyższej izby Kontroli, które w ubiegłym roku zostały rozesłane do wszystkich 2479 gmin w Polsce.
W zdecydowanej większości szkół zorganizowano również miejsca (91 proc.) i place zabaw (70 proc.) dla najmłodszych.
Izba pozytywnie ocenia podjęte przez szkoły działania w celu zapewnienia właściwych warunków do edukacji i opieki nad najmłodszymi uczniami.
Niemal we wszystkich skontrolowanych szkołach liczba uczniów w oddziale klasy I nie przekraczała 26 uczniów (80 proc.), a w części szkół wydzielono specjalną bezpieczną przestrzeń dla najmłodszych uczniów (odrębne szatnie – 81 proc., toalety – 67 proc., specjalne miejsca w świetlicach, a nawet wejścia do szkół).
Wyniki bezpośredniej kontroli 88 szkół są zbieżne z informacjami pozyskanymi dodatkowo przez Izbę (w trybie ustawy o NIK) z 6881 innych szkół publicznych. Kadra jest przygotowana, sale lekcyjne odpowiednio wyposażone (ponad 90 proc.). Opiekę świetlicową zapewnia zdecydowana większość szkół (85 proc.). Problemy z niedostosowaniem wyposażenia występują w stołówkach (63 proc.) i toaletach (38 proc.). Liczba uczniów w ponad 93 proc. klas pierwszych nie przekraczała 26 osób. NIK potwierdziła w bezpośrednim badaniu (na losowej próbie) wiarygodność nadesłanych ze szkół informacji.
Izba ponownie wysyła swoją informację do wszystkich gmin w Polsce. Ubiegłoroczny raport, który dotarł do wójtów, burmistrzów i prezydentów miast miał niewątpliwie wpływ na usuniecie wielu nieprawidłowości występujących w szkołach w całym kraju. Dziś są one znacznie lepiej przygotowane na przyjęcie sześciolatków niż przed rokiem.
Ministerstwo Finansów RP 17 lipca br. opublikowało projekt nowelizacji ordynacji podatkowej, który zakłada wprowadzenie klauzuli obejścia prawa podatkowego. W praktyce oznacza to implementację przepisów, które pozwolą kwestionować sposoby zawierania transakcji oraz jej opodatkowania. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte regulacje te stwarzają organom podatkowym zbyt duże pole do swobodnej interpretacji. Polski system podatkowy stanie się mniej stabilny i przewidywalny, co może negatywnie wpłynąć na konkurencyjność naszej gospodarki.
Projekt nowelizacji ordynacji podatkowej ma niebawem trafić pod obrady Rady Ministrów. Według założeń ustawa ma zostać zmieniona do końca bieżącego roku. „Biorąc pod uwagę wagę zmian, które będą konsekwencją nowelizacji, czasu na dokładne przygotowanie nowych przepisów zostało niewiele. Tymczasem naszym zdaniem projekt ten w wielu miejscach wymaga istotnych zmian i doprecyzowania” – mówi Maciej Guzek, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.
Projekt Ministerstwa Finansów zakłada, że za unikanie opodatkowania będzie można uznać działanie zamierzone, wykorzystujące sztuczną konstrukcję prawną (tzn. nadmiernie zawiłą i pozbawioną treści ekonomicznej), którego głównym celem jest uzyskanie (nieprzewidzianej w przepisach prawa) „znacznej” korzyści podatkowej, która poprzez swój rozmiar „w istotnej mierze” poprawia sytuację finansową podatnika. Jeżeli organ podatkowy wykaże, że podatnik unikał opodatkowania, oraz że w danej sytuacji istnieje i jest możliwa do zastosowania inna konstrukcja prawna (bardziej odpowiednia zdaniem organu), to organ może wówczas nałożyć na podatnika nowe, wyższe zobowiązanie podatkowe.
Co to oznacza w praktyce? Klauzula może znaleźć zastosowanie np. do twórców, którzy dotychczas część swojego wynagrodzenia otrzymują z tytułu przeniesienia praw autorskich, dzięki czemu płacony przez nich podatek jest niższy. Po wejściu w życie klauzuli organ podatkowy może uznać, że była to zbyt skomplikowana konstrukcja prawna i powinna być zawarta standardowa umowa o pracę. W takim przypadku po stronie twórcy powstanie zaległość podatkowa, a po stronie jego pracodawcy odpowiedzialność za nieprawidłowe naliczenie składek. Innym przykładem są przedsiębiorcy, których dotyczy konwersja wierzytelności na udziały.
Eksperci Deloitte przywołują także przykład firmy Optimus, któremu pod koniec lat 90. fiskus, przy jednej z transakcji zarzucił obejście prawa i wyłudzenie VAT. Po kilkuletniej batalii sądowej spółka wygrała sprawę. Gdyby jednak już wtedy istniała w polskim prawie klauzula obejścia prawa podatkowego, Optimus prawdopodobnie przegrałby ten spór.
„Powstaje pytanie czy klauzula nie będzie stosowana zbyt restrykcyjnie. Już dziś organy podatkowe mają tendencję do stosowania prawa na niekorzyść podatnika. Najlepiej świadczy o tym fakt, że tylko w samym 2013 roku fiskus przegrał blisko 45 proc. spraw przed wojewódzkimi sądami administracyjnymi, dotyczących podatku dochodowego i prawie 59 proc. spraw w przypadku interpretacji podatkowych wydawanych przez ministra finansów ” – wyjaśnia Mariusz Stefaniak, Starszy Konsultant w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.
Eksperci podkreślają także, że istnieje duże ryzyko zakwestionowania nowych przepisów ordynacji podatkowej przez Trybunał Konstytucyjny, jako niezgodnych z Ustawą Zasadniczą. Polska Konstytucja mówi wyraźnie, że „nakładanie podatków, innych danin publicznych, określanie podmiotów, przedmiotów opodatkowania i stawek podatkowych, a także zasad przyznawania ulg i umorzeń oraz kategorii podmiotów zwolnionych od podatków następuje w drodze ustawy”, a nie zależy od decyzji organu.
Dodatkowo orzecznictwo Trybunału Konstytucyjnego zwraca uwagę na to, aby interpretowanie pojęć nie leżało w gestii organów stosujących te przepisy, ponieważ w konsekwencji może to prowadzić do niedozwolonego prawotwórstwa ze strony tych organów.
„Tymczasem zaproponowany przez resort finansów projekt zawiera liczne pojęcia niedoprecyzowane, których interpretacja i uszczegółowienie będzie leżało po stronie organów podatkowych. Ponadto zbyt dużo znalazło się tam elementów stwarzających możliwość oceny, jakie działanie jest racjonalne i jaką konstrukcję prawną można uznać za typową. W takiej sytuacji trudno przewidzieć decyzję organu. Dlatego w fazie przygotowywania projektu wprowadzenia klauzuli do polskiego systemu prawnego niezbędna jest dogłębna analiza i szereg konsultacji” – tłumaczy Maciej Guzek.
W uzasadnieniu do projektu nowelizacji napisano, że podobne konstrukcje prawne istnieją w innych krajach, m.in. w Niemczech, Wielkiej Brytanii, USA, Australii czy Kanadzie. Są jednak kraje takie jak Indie, które nie chcąc stracić dużego zainteresowania inwestorów zagranicznych, przesunęły o kilka lat wprowadzenie takiej klauzuli do swojego systemu prawnego. Zdaniem Deloitte pojawienie się klauzuli w polskich przepisach może zniechęcić potencjalnych inwestorów branżowych i strategicznych czy też fundusze inwestycyjne. Unia Europejska zaleca swoim członkom wprowadzenie takiej konstrukcji prawnej, ale to zalecenie nie jest w żadnym stopniu dla Polski wiążące.
Zdaniem ekspertów Deloitte przed wprowadzeniem klauzuli należałoby przeanalizować kilka zjawisk, które uzasadniałyby jej implementację do polskiego systemu prawnego. „Jednym z nich są stosowane przez przedsiębiorców optymalizacje podatkowe. Nie ma żadnych wiarygodnych badań, które pokazywałyby ile faktyczne Skarb Państwa traci z tytułu ich stosowania. Szczególnie dotyczy to CIT, bo to w przypadku tego podatku najczęściej sięga się po to rozwiązanie” – tłumaczy Mariusz Stefaniak.
W proponowanej nowelizacji brak jest także jasnych kryteriów stosowania klauzuli, a także przepisu, który mówiłby, że w razie wątpliwości, powinny być one rozstrzygnięte na korzyść podatnika. Zabrakło również reguły, podobnej do tej, która obowiązuje w systemach anglosaskich. Chodzi o odpowiednik tzw. „Westminster principle” – zasady, która mówi, że każdy jest uprawniony do prowadzenia swoich interesów w taki sposób, aby zapłacić jak najniższy podatek (zgodnie z literą prawa).
„Polski system podatkowy już teraz jest skomplikowany i nieprzyjazny podatnikowi. Proponowane rozwiązania mogą doprowadzić do sytuacji, w której potencjalny inwestor, podejmując jakiekolwiek działania, będzie się obawiał, czy na pewno nie ma innej konstrukcji prawnej, która przyniesie taki sam skutek, ale będzie mniej korzystna podatkowo dla niego, i z której ostatecznie organ wyciągnie konsekwencje podatkowe. Proponowane przepisy są zbyt nieprecyzyjne i oddają organom podatkowym za duże pole do subiektywnej oceny” – podsumowuje Maciej Guzek.
Zaledwie 6 proc. przypadków korupcji, kradzieży majątku lub oszustw księgowych w polskich firmach zostało wykrytych dzięki informacji pracowników. Na świecie jest to 24 proc. stwierdzonych nadużyć – wynika z analiz PwC. Eksperci nie mają wątpliwości, że nowe regulacje nie zmienią sytuacji. Niezbędna jest edukacja, dzięki której firmy i pracownicy zrozumieją, że wysokie standardy etyczne to dla firmy nie koszt, lecz wartość.
– W Polsce są nadużycia różnego rodzaju, bo są to zarówno sprzeniewierzenia finansowe, jak i przypadki nepotyzmu, promocji funkcjonariuszy partyjnych na stanowiska w sektorze publicznym i tak dalej. Z tym się często spotykamy, sygnalizują o tym media. Można im przeciwdziałać przede wszystkim poprzez edukację. Świetnym przykładem będzie porównanie Chiny, które są przeżarte korupcją, i Hongkongu, który też jest etnicznie chiński, ale poprzez to, że przez wiele lat był pod kuratelą Wielkiej Brytanii, jest jednym z miejsc na świecie o najniższym poziomie korupcji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
W 2013 r. Hongkong zajął 15., a Chiny – 80. miejsce na 177 państw, które objął Indeks Percepcji Korupcji przygotowywany przez Transparency International. Według Arendarskiego różnice wynikają stąd, że Hongkong odziedziczył wiele anglosaskich standardów dotyczących etyki biznesowej, ponadto edukacja w dziedzinie korupcji zaczyna się tam już w wieku przedszkolnym.
Silny wpływ procesów historycznych kształtujących postawy społeczne i instytucje jest wyraźnie widoczny także w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W stosunku do sąsiadujących państw, przechodzących transformację po 1989 r., Polska wypada relatywnie dobrze. W światowym rankingu korupcji Polska zajęła 38. miejsce, drugie najlepsze po Estonii (28. miejsce) wśród byłych państw socjalistycznych.
To nie oznacza, że poziom korupcji i innych nadużyć jest w Polsce na niskim poziomie. Zdaniem prezesa KIG, wykrywanie takich przestępstw jest nad Wisłą trudne, bo utrzymuje się solidarność stron. W efekcie osoby trzecie nie czują obowiązku, by poinformować o przypadku korupcji, o którym mieli okazję się dowiedzieć.
– W Polsce dzieje się tak wskutek takiej, a nie innej historii. W czasie, kiedy nie byliśmy suwerenni, wszelkie sygnalizowanie władzom czegoś było postrzegane jako coś przeciwko narodowi, wysługiwanie się obcemu. Teraz jesteśmy suwerenni, ale ta mentalność pozostała. I rzeczywiście w Polsce tego typu funkcje nie są społecznie do końca akceptowane – mówi prezes KIG.
To sprawia, że w Polsce słabo działa społeczna instytucja sygnalizującego (whistle-blowera), czyli pracownika firmy lub urzędu, który informuje organy ścigania o korupcji. Z tego względu zdaniem Arendarskiego Polska powinna skorzystać z doświadczeń Hongkongu i postawić na wczesną edukację, która będzie kształtowała właściwe postawy społeczne.
– Moim zdaniem nie wystarczy wyłącznie wprowadzenie nowego ustawodawstwa, które będzie chroniło sygnalistów, i chociażby zapobiegało usunięciu ich z pracy, jeśli będą skutecznie wykonywali swoje funkcje. Chodzi o coś innego, chodzi o zmianę nastawienia społecznego, poprzez kampanię informacyjną trzeba pokazać, że to są ludzie, którzy działają dla naszego dobra wspólnego – tłumaczy prezes KIG.
Walka z korupcją powinna mieć charakter systemowy, dlatego obok edukacji, kluczem jest stworzenie swoistej mapy ryzyka, gdzie należy skoncentrować monitoring i ewentualne działania policji, CBA czy ABW.
– Myślę, że przyszłościowe rozwiązania nie polegają na tym, żeby zwiększać liczbę policjantów ścigających korupcję, ale żeby tak zmieniać strukturę instytucji, aby tych miejsc korupcjogennych było jak najmniej. Krajowa Izba Gospodarcza przygotowała taki program działań antykorupcyjnych, który będzie analizował przede wszystkim strukturę i wyłapywał te punkty, które są wrażliwe na działania korupcyjne, i poprzez wprowadzenie zmian organizacyjnych te punkty się eliminuje – wyjaśnia Andrzej Arendarski.
Korupcja jest tylko jednym z wielu rodzajów przestępstw, z jakim spotykają się firmy czy pracownicy urzędów. Raport PwC z 2014 r. pokazuje dynamiczny wzrost przestępczości gospodarczej w Polsce. Jej ofiarą padło już niemal co drugie badane przedsiębiorstwo.
– Przedsiębiorstwa po czasach kryzysu gospodarczego przyglądają się obecnie kosztom. I właśnie w trakcie szukania przyczyn rosnących kosztów okazuje się, że za część z tych kosztów odpowiadają nadużycia. Druga rzecz jest taka, że firmy w Polsce coraz chętniej inwestują na rynkach zagranicznych, również takich, na których ryzyko korupcji czy innego rodzaju nadużyć jest wysokie. Wobec tego same narażają się na takie ryzyko i same doświadczają tych nadużyć częściej – ocenia Katarzyna Kreft, manager w PwC Polska.
Najczęściej popełnianym przestępstwem była kradzież majątku (72 proc. wskazań), gdzie nastąpił wzrost w porównaniu z 2011 r. o 11 proc. Kolejne miejsca zajęły nadużycia w obszarze zakupów (33 proc. wskazań), korupcja (21 proc.), cyberprzestępczość (19 proc.) oraz manipulacje księgowe (19 proc.). Z badania PwC wynika, że większość nadużyć została wykryta przy pomocy audytu wewnętrznego i rutynowych systemów, które funkcjonują w spółkach. Sporą część wykryto również przez przypadek, natomiast jedynie 6 proc. nadużyć zostało ujawnionych dzięki sygnalistom lub osobom związanym ze spółką.
– Dlaczego ta cyfra jest interesująca? Dlatego, że jest dużo niższa niż podobna cyfra na świecie, gdzie w ten sposób wykrywa się 24 proc. nadużyć. Problem polega na tym, że w Polsce informowanie o nadużyciach przez sygnalistów wciąż nie jest zbyt popularne, co wynika też właśnie troszeczkę z kontekstu kulturowego i z tego, jak sygnaliści są w Polsce postrzegani – uważa Kreft.
Jedną z pierwszych firm w Polsce, które zaczęły wdrażać kompleksowy plan zapobiegania nadużyciom, było PKP. Stworzono praktycznie od podstaw dział audytu wewnętrznego, wypracowano wspólnie z pracownikami kodeks etyczny, który obowiązuje w dziesięciu głównych spółkach grupy. Następnie wprowadzono szczegółowe procedury.
– To były procedury przede wszystkim dotyczące naruszeń, czyli procedury antykorupcyjne, procedury dotyczące konfliktu interesu, procedury dotyczące przyjmowania i dawania korzyści i prezentów oraz procedury dotyczące mobbingu. To oczywiście trzeba było zakomunikować pracownikom, czyli przeszkolić wszystkich. Stworzona została struktura zarządzania etyką, czyli zostali powołani rzecznicy etyki w spółkach oraz rzecznik etyki grupy PKP, którym mam przyjemność być – mówi Jacek Wojciechowicz, rzecznik etyki w PKP.
Temat polityki sygnalistów był poruszany podczas debaty zorganizowanej przez Krajową Izbę Gospodarczą i portal RaportCSR.pl pt. „Jak walczyć z korupcją i przestępczością w biznesie? Kodeksy etyczne i polityka sygnalistów na świecie”. W debacie udział wzięli przedstawiciele Fundacji im. Stefana Batorego, PwC, EY Polska, Grupy PKP i PKP SA, Uniwersytetu Gdańskiego, Instytutu Badań nad Demokracją i Przedsiębiorstwem Prywatnym i Krajowej Izby Gospodarczej.