Komentarz indeksowy BossaFX 23 lipca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca
Komentarz indeksowy BossaFX 23 lipca 2014 r.
70 – proc. wzrost wartości kontraktacji Grupy Pragma Inkaso
GK Pragma Inkaso SA opublikowała dane sprzedażowe za II kw. 2014 r. Łączna wartość pozyskanych przez Grupę wierzytelności wyniosła 216,6 mln zł, co oznacza wzrost o 70 proc. w porównaniu do II kwartału 2013 roku.
Największy wzrost wartości kontraktacji można zaobserwować w ramach usługi zakupu pakietów wierzytelności, co jest wynikiem nabycia pakietów przez zarządzany przez Pragma Inkaso Fundusz Sekurytyzacyjny Pragma 1. W II kw. Fundusz nabył wierzytelności o łącznej wartości blisko 41 mln zł. Sporą dynamikę wzrostu można również zauważyć w ramach usługi windykacji, która zamknęła się w kwocie 41 mln zł wobec 12,2 mln zł uzyskanych rok wcześniej, co oznacza wzrost aż o 237%.
„Poprawa wskaźników pokazuje nam, że podjęte decyzje oraz zmiany wprowadzone w strukturze i modelu biznesowym Grupy były słuszne. Wskazują na to rosnące z kwartału na kwartał wartości kontraktacji wykazywane przez poszczególne Spółki Grupy – mówi Tomasz Boduszek, Prezes Pragma Inkaso SA. – W następnych kwartałach będziemy podejmować wysiłki, aby utrzymać wzrost wartości pozyskanych wierzytelności i zrealizować zakładane cele całej Grupy Pragma Inkaso”.
Spółka, utrzymuje założone cele zgodnie z przyjętą strategią rozwoju, co znajduje swoje odzwierciedlenie w liczbie pozyskiwanych klientów. W II kwartale tego roku Grupa pozyskała 150 nowych Klientów (Pragma Inkaso – 123, Pragma Faktoring – 26, Pragma 1 FIZ NFS – 1).
O Grupie PRAGMA INKASO
Grupa Kapitałowa PRAGMA INKASO jest liderem branży zarządzania należnościami w segmencie business to business. Grupa edukuje rynek w zakresie zarządzania płynnością finansową i promuje dobre praktyki zarządzania przedsiębiorstwem. W skład Grupy wchodzą spółki: PRAGMA INKASO, PRAGMA FAKTORING, PRAGMA COLLECT oraz PRAGMA INWESTYCJE. Zajmują się one całym obszarem obsługi transakcji i oferują szerokie portfolio narzędzi wspierających klientów w kluczowych momentach współpracy z kontrahentami.
PRAGMA INKASO SA specjalizuje się w usługach obrotu wierzytelnościami. Oferowany przez spółkę szeroki wybór produktów z zakresu zarządzania wierzytelnościami biznesowymi pozwala klientom zachować wysoki poziom płynności finansowej. PRAGMA FAKTORING SA jest wiodącym faktorem z sektora pozabankowego. W swojej ofercie posiada kompleksowe rozwiązania faktoringowe, w tym faktoring klasyczny, eksportowy i uproszczony.
Spółki Pragma Inkaso i Pragma Faktoring są notowane na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych.
Unia bankowa, czy Polska powinna do niej dołączyć
Jesienią na terenie wspólnoty europejskiej zacznie działać unia bankowa. Celem projektu jest ochrona krajów UE przed ewentualnym kryzysem finansowym. Jest ona obowiązkowa dla państw będących w strefie euro, dla pozostałych – dobrowolna. Czy zatem Polska powinna się do niej przyłączyć? Co to może dla nas oznaczać?
Unia bankowa ma chronić państwa wspólnoty przed kryzysem finansowym, a tym samym zapobiec sięganiu po pieniądze obywateli, gdy wystąpią poważne problemy finansowe. Dlatego sektor bankowy ma działać według określonego schematu. Składa się on z szeregu rozwiązań organizacyjnych, legislacyjnych, ale także tych związanych z obszarem rachunkowości jednolitej polityki monetarnej. Celem jest również utworzenie funduszy interwencyjnych na wypadek kryzysu.
Przystąpienie do unii bankowej jest obligatoryjne dla krajów ze strefy euro. Polski ten obowiązek nie dotyczy. Nie oznacza to, że nie może przyłączyć się do projektu. Krzysztof Pietraszkiewicz, Prezes Związku Banków Polskich zaznacza „[…] Polska powinna aktywnie uczestniczyć w procesie unii bankowej, bo kiedyś – tak jak to zadeklarowaliśmy – wejdziemy do strefy euro”.
„Póki co możemy być spokojni o nasz system finansowy. Ostatni kryzys pokazał, że jest on stabilny” – dodaje Krzysztof Pietraszkiewicz. Pojawia się jednak obawa, czy małe, rodzime instytucje finansowe sprostają rygorom unii bankowej.
Przystąpienie do projektu może mieć wpływ na obywateli. W Polsce działa ponad 60% banków, których główne siedziby są w krajach Unii Europejskiej ze strefy euro. Będą one zobligowane do stosowania reguł unii bankowej. Tomasz Wróblewski, wiceprezes Warsaw Enterprise Institute mówi serwisowi infoWire.pl „[…] w poprzednich latach polskiemu przedsiębiorcy trudno było otrzymać kredyt w europejskich bankach. Problem może się pogłębić, z powodu dużych wymagań i braku lokalnego spojrzenia”. Według założeń unii bankowej, instytucje nie będą mogły pożyczać pieniędzy osobom, które mają finansowe kłopoty, lub biznes przyniesie im zyski w późniejszym czasie.
Wielu specjalistów zaleca powściągliwość w działaniu. Do projektu warto przystąpić, ale wtedy, gdy będzie to optymalne z punktu widzenia ekonomicznego i prawno-politycznego.
Andy Weir: w Europie pozostanie niska inflacja
Andy Weir, zarządzający funduszem FF Global Strategic Bond Fund, prezentuje globalne prognozy inwestycyjne. W najnowszej analizie przedstawia on strategię poszukiwania rentowności na rynkach długu i ocenia m.in. skalę zagrożenia deflacją w Europie oraz kreśli perspektywy rozwoju amerykańskiej gospodarki.
Przewaga obligacji korporacyjnych
Andy Weir jest zwolennikiem aktywnego podejścia do zarządzania portfelem i pozycjonuje go z umiarkowanie przeważoną pozycją na obligacjach korporacyjnych. Przygląda się również obligacjom powiązanym ze wskaźnikiem inflacji ze względu na poziomy progowe tych papierów znacznie poniżej celów inflacyjnych banków centralnych. Jego zdaniem powolny powrót inflacji w USA jest błędnie wyceniany przez rynek. Zarządzający utrzymuje natomiast niedoważoną pozycję względem duration, ponieważ nie dostrzega on większej wartości w nominalnych stopach procentowych. Ponadto prognozuje on gradualny wzrost rentowności – Oczekuję jedynie niewielkiego, stopniowego wzrostu rentowności. Jedynym ewentualnym wyjątkiem może być Europa, gdzie trudno uzasadnić jakiekolwiek zwyżki – przewiduje Andy Weir.
Ryzyko deflacyjne w Europie
Źródłem niepokoju wśród części europejskich inwestorów jest zagrożenie deflacją, której jednak nie przewiduje Andy Weir – Nie zgadzam się z tezą deflacyjną i raczej spodziewam się, że w Europie pozostanie niska inflacja – mówi zarządzający i dodaje – Inflacja powinna utrzymać się w okolicy 1 proc., co stanowi zapowiedź niskiego tempa wzrostu gospodarczego i niskiej inflacji. W jego ocenie Europejski Bank Centralny mógłby wesprzeć gospodarkę strefy euro poprzez skup instrumentów, takich jak kredyty bankowe, instrumenty zabezpieczone aktywami czy obligacje zabezpieczone portfelem hipotek (tzw. covered bonds), co jednak wiąże się z ograniczeniami podażowymi lub poprzez obniżkę stóp procentowych.
„Bańka” na rynkach długu?
Na nastrojach inwestorów ciążą również obawy o formującej się „bańce” na rynku papierów dłużnych z powodu najniższych od siedmiu lat spreadów obligacji korporacyjnych i rentowności papierów z peryferii Europy na historycznych minimach. Andy Weir, zarządzający funduszem FF Global Strategic Bond Fund, wyklucza taki scenariusz rozwoju sytuacji w najbliższym horyzoncie czasowym – Aby bańka na rynkach długu pękła, wzrost gospodarczy musiałby przyspieszyć, podobnie zresztą jak inflacja. W najbliższej przyszłości nie spodziewam się realizacji żadnego z tych scenariuszy – twierdzi.
Amerykańska gospodarka z perspektywą wzrostu
Andy Weir prognozuje wzrost amerykańskiej gospodarki i spadek bezrobocia – Myślę, że realna stopa wzrostu amerykańskiego PKB wyniesie w tym roku 3 proc., mimo kiepskiego startu w pierwszym kwartale. Przy czym inflacja osiągnie jakieś 2 proc., co oznaczać będzie nominalne tempo wzrostu gospodarczego na poziomie 5 proc. To dość wysoko w kontekście ostatnich sześciu czy siedmiu lat. Stopa bezrobocia na koniec roku jeszcze spadnie, możliwe, że nawet poniżej 5,75 proc. – szacuje Weir.
Zarządzający oczekuje redukcji tempa procesu „taperingu”, czyli luzowania ilościowego – Ograniczanie QE będzie kontynuowane w sposób liniowy, aż do zakończenia na jesieni. Potem Rezerwa Federalna będzie miała kilka opcji. Jeżeli utrzyma się tempo wzrostu gospodarczego i w górę pójdzie inflacja, na co liczę, to Fed znajdzie się pod presją podniesienia stóp procentowych w 2015 roku. Zarządzający dodał również, że – eżeli inflacja dobije do 2 proc. w tym roku, czego się spodziewamy, oznaczałoby to, że realne stopy utrzymują się w okolicach minus 2 proc. Fed musi zachować ostrożność podczas wycofywania się z QE, tak aby nie wywołać wstrząsów w gospodarce – konkluduje Weir.
Ryzyko niesystematyczne dominuje na rynkach wschodzących
W ocenie zarządzającego emerging markets są obarczone ryzykiem niesystematycznym, któremu poddane są zarówno aktywa denominowane w walucie twardej (np. obligacje ukraińskie), jak i lokalnej. W efekcie na rynkach wschodzących jest do zebrania sporo premii za ryzyko inwestycyjne – W przypadku obligacji rynków wschodzących nie możemy już mówić o jednej klasie aktywów, a raczej o miksie aktywów obarczonych zwiększonym ryzykiem niesystematycznym. To oznacza, że inwestorzy mogą oczekiwać wyższych rentowności – tłumaczy Andy Weir.
Efekty „Abenomiki”
Andy Weir zwraca uwagę na pozytywne sygnały płynące z japońskiej gospodarki, która notuje szybsze tempo wzrostu, podczas gdy jen uległ znaczącej deprecjacji, co częściowo wpływa na działalność eksportową. Obserwowalny jest również wzrost płac, głównie w dużych przedsiębiorstwach, choć jest to prawdopodobnie ograniczony trend. Andy Weir zauważa, że konsumpcja może ucierpieć, bez szerokiego wzrostu wynagrodzeń, który zniwelowałby efekt podwyżki podatku konsumpcyjnego do 8 proc. z 5 proc. w kwietniu br. Premier Shinzo Abe bierze udział w negocjacjach mających na celu zachęcenie do podnoszenia płac właśnie jako sposób na kompensację podwyżki podatku konsumpcyjnego – efekty będzie widać jeszcze w tym roku – przewiduje zarządzający.
Andy Weir jednocześnie podkreśla, że należy się jeszcze wstrzymać z oceną polityki gospodarczej prowadzonej przez premiera Shinzo Abe – Ostateczną miarą sukcesu Abenomiki będą reformy strukturalne. Na przykład sektory opieki zdrowotnej i rolniczy muszą zostać poddane liberalizacji, tak aby wypracować strukturalną poprawę produktywności. Ale w chwili obecnej jest jeszcze za wcześnie, aby stwierdzić, czy Abenomika okazała się sukcesem – podsumowuje Andy Weir.
Provident Polska w nowej siedzibie
Firma Provident zmieniła swoją siedzibę. Od dwudziestego pierwszego lipca warszawska centrala spółki mieści się w Gdański Business Center, nowoczesnym kompleksie biurowym położonym u zbiegu ulic Andersa i Inflanckiej. Atrakcyjna lokalizacja, możliwość funkcjonalnej aranżacji wnętrz oraz rozwiązania wprowadzone specjalnie na życzenie pracowników firmy to atuty nowego biura Provident.
Na wybór nowej siedziby spółki Provident wpłynęło wiele czynników. Gdański Business Center to obecnie jeden z najbardziej zaawansowanych technologicznie biurowców w stolicy, który łączy w sobie wysokiej klasy design i architekturę oraz nowoczesne rozwiązania proekologiczne. Wynajęta przez firmę powierzchnia biurowa stwarza pracownikom bardziej komfortowe warunki pracy oraz ułatwia dalszy rozwój spółki, do którego niezbędne jest odpowiednie zaplecze lokalowe.
Jednym z bardzo ważnych kryteriów wyboru nowej siedziby spółki była dogodna i atrakcyjna lokalizacja biura. Wcześniej centrala firmy mieściła się w Śródmieściu Południowym, w biurowcu International Business Center przy ulicy Polnej 11. Jak pokazała wewnętrzna ankieta przeprowadzona przez firmę, dla większości pracowników czas dojazdu do pracy po przeprowadzce skróci się lub pozostanie taki sam. Gdański Business Center położony jest w odległości 2 minut spacerem do stacji metra Dworzec Gdański oraz przystanków komunikacji miejskiej. Ważnym atutem nowej lokalizacji jest także bliskość klubu fitness, basenu, placówek usługowych i handlowych (w tym m.in. Centrum Handlowego Arkadia).
Przyjazne miejsce pracy
Firma Provident zajmuje w nowoczesnym budynku klasy A osobne dwa piętra. Dzięki funkcjonalnej aranżacji wnętrz i zaawansowanym rozwiązaniom technologicznym budynek doskonale spełnia potrzeby pracowników. Do ich dyspozycji oddane zostały m.in. open space (co znacznie ułatwi bieżące interakcje i współpracę), a także większa liczba miejsc do spotkań i wydzielonych sal umożliwiających pracę własną (łącznie ok. 60 miejsc, w których można odbywać spotkania). Dużym atutem nowego biura Provident jest także duża ilość światła dziennego (dzięki elewacji wykonanej z wysokiej jakości szkła) oraz możliwość otwierania okien. Na komfort pracy i łatwiejszą komunikację wewnętrzną wpłyną m.in. odpowiednia akustyka wnętrz (w tym dźwiękochłonne elementy wyposażenia) oraz nowatorski system zarządzania salami konferencyjnymi.
Wybór nowej siedziby potraktowaliśmy jako osobny, bardzo istotny projekt. O jego realizacji zadecydowały przede wszystkim plany rozwoju spółki oraz potrzeby naszych pracowników. Ich komfort i dogodne warunki pracy to nas absolutny priorytet. Co naturalne, jako duża i dynamicznie rozwijająca się instytucja finansowa, notowana równolegle na giełdzie w Warszawie i Londynie, potrzebujemy odpowiedniego zaplecza technologicznego i lokalowego. Nasze potrzeby w tym zakresie stale rosną. Nowa siedziba warszawskiej centrali to przestrzeń do dalszego rozwoju firmy – powiedział Radosław Wierzchowski, Dyrektor Departamentu Zarządzania Majątkiem w firmie Provident.
Decydując się na zmianę lokalizacji wyznaczyliśmy sobie określone priorytety i kryteria. Szukaliśmy nowoczesnego kompleksu biurowego, w dobrej lokalizacji, dostosowanego do oczekiwań pracowników. Zależało nam przy tym, by biurowiec umożliwiał funkcjonalną aranżację wnętrz oraz spełniał najwyższe standardy ekologiczne. Z tej perspektywy Gdański Business Center doskonale spełnia nasze oczekiwania – dodaje Radosław Wierzchowski.
Nowoczesność, komfort i ekologia
Na komfort pracy w nowym biurze wpływają m.in. nowoczesne wyposażenie wnętrz oraz zaawansowane rozwiązania technologiczne. Wykładziny, akustyczne sufity i panele naścienne, ścianki działowe oraz przepierzenia posiadają najwyższe parametry absorbujące dźwięk. Testowane są również nowoczesne dźwiękochłonne meble do spotkań – po pomyślnych testach zostaną zakupione te, które pracownicy ocenią najlepiej. W całym biurze zastosowano także oświetlenie LED, które zmniejsza zużycie prądu i posiada dłuższą żywotność.
Bardzo ważną rolę pełnią również dodatkowe udogodnienia i rozwiązania proekologiczne zastosowane w salach konferencyjnych. System ich rezerwacji i zarządzania dostępnością – zintegrowany z programem Outlook – to jedna z nowinek technologicznych, która usprawni organizację pracy w biurze firmy Provident. Przed każdą z sal znalazł się ekran wyświetlający informację o osobie, która dokonała rezerwacji. W przypadku, jeśli zaplanowane wcześniej spotkanie nie dojdzie do skutku, po kilku minutach system automatycznie odnotuje, że sala pozostaje wolna. Dodatkowo, w większości z sal konferencyjnych zamontowane zostały ekrany 55 cali (z głośnikami), do których można bezpośrednio podłączyć laptopa. Jedna ze ścian w każdej z sal pokryta jest łatwościeralnym laminatem z funkcją magnetyczną, przez co zmniejszy się zużycie papieru i nie będzie konieczne wykorzystywanie flipchartów. Na ścianach sal znalazły się grafiki nawiązujące do ich nazw (tj. nazw ciekawych miejsc na świecie). Dzięki temu wnętrza będą miały charakter tematyczny, staną się bardziej zróżnicowane i przyjazne.
Udział pracowników w aranżacji wnętrz
O sposobie aranżacji wnętrz w nowym biurze współdecydował zespół Design Crew, złożony z przedstawicieli każdego z pionów firmy Provident. Wiele spośród zgłoszonych przez niego postulatów zostało spełnionych. Na życzenie pracowników zakupiono m.in. kolorowe, bardzo nowoczesne meble oraz miękkie i wyższe wykładziny do sal projektowych. Wykładzina w salach konferencyjnych ma kolor zielony, a przy biurkach kobiet zamontowany został specjalny haczyk na torebkę. Ciekawym rozwiązaniem są również kontenerki obite poduszką, co zapewnia ewentualne dodatkowe miejsce do siedzenia w trakcie krótkich spotkań przy biurkach. Nie zabrakło także wydzielonej strefy relaksu, a zarazem przyjaznego miejsca do spotkań w szerszym gronie. Funkcję tę pełni strefa Network Café, wyposażona w pufy, fotele, kolorowe meble i sprzyjającą relaksowi ściankę z roślin. Przestrzeń tę można w razie potrzeby powiększyć, łącząc ją z sąsiednimi salami konferencyjnymi oraz kuchnią.
Jak przebiegał proces wyboru nowej siedziby?
W wyborze nowej lokalizacji wsparła spółkę firma doradcza Colliers International, która wspierała proces weryfikacji najbardziej atrakcyjnych lokalizacji oraz uczestniczyła w negocjacjach z wynajmującym. Proces wyboru nowej siedziby był kilkuetapowy. Zaangażowany był w niego Zarząd Provident Polska, a finalna akceptacja należała do władz Grupy International Personal Finance. W budynku Gdański Business Center powierzchnię biurową wynajęła też m.in. firma KPMG.
GALAXY Gifts – wszystko co najlepsze dla Samsung GALAXY Tab S
Firma Samsung Electronics przedstawia pakiet aplikacji i mobilnych usług GALAXY Gifts dla najnowszego tabletu – Samsung GALAXY Tab S. W skład darmowego pakietu wchodzi aż 37 aplikacji, w tym m. in. dostęp do serwisów informacyjnych, wirtualnej księgarni Legimi oraz sześć miesięcy darmowej muzyki w serwisie Deezer.
GALAXY Tab S to następna generacja technologii wyświetlania w urządzeniach przenośnych, która oferuje jeszcze szerszy zakres nasyconych i wyraźnych kolorów. Tablet zaprojektowany został z myślą o spełnieniu najważniejszych oczekiwań konsumentów. Urządzenie oferuje użytkownikom subtelną elegancję oraz komfort innowacyjnych i niezastąpionych funkcji, które mogą wzbogacić życie. Posiadacze Tab S otrzymają w prezencie pakiet najlepszych aplikacji m. in. dostęp do serwisów informacyjnych oraz do serwisu Deezer. Dzięki nim przygoda z tabletem będzie jeszcze przyjemniejsza i ciekawsza.
Lista aplikacji wchodzących w skład pakietu GALAXY Gifts, z określeniem dostępności:
- Wiadomości:
- Newsweek – bieżące wiadomości z kraju i ze świata, opinie i komentarze (prenumerata do końca 2014 roku)
- Rzeczpospolita – najnowsze wiadomości polityczne, gospodarcze i kulturalne (3 miesiące za darmo)
- Gazeta Wyborcza – wszystkie teksty z najnowszego wydania dziennika; można czytać bez dostępu do Internetu (1 miesiąc za darmo)
- Bloomberg Businessweek – aplikacja wyświetlająca treści redagowane przez Bloomberg Businessweek (1 rok darmowego abonamentu)
- Economist – aplikacja wyświetlająca treści redagowane przez tygodnik Economist (darmowy 6-miesięczny abonament)
- E-kiosk – dostęp do elektronicznych wydań magazynów Bloomberg i Parkiet (3 miesiące za darmo)
- Muzyka:
- Deezer– bezpłatny dostęp przez sześć miesięcy do zasobów serwisu muzycznego
- E-booki
- Audioteka – 7 książkowych hitów doczytania lub słuchania za darmo do końca października 2014
- Legimi – potężna wirtualna baza e-booków z funkcjami dostosowywania czcionki, tempa czytania i parametrów wyświetlania. Za darmo przez 3 miesiące.
- Marvel Unlimited – 3 miesięczny darmowy dostęp do ponad 15000 komiksów, możliwy również w trybie offline
- Sport:
- Live Sport TV – darmowy streaming sportowy (6 miesięcy darmowej subskrypcji)
- Skimble – zestaw ćwiczeń fizycznych (6 miesięcy darmowej usługi premium)
- Rozrywka:
- Cut the Rope – gra zręcznościowa – (kredyty o wartości 15 USD)
- Gameloft – Asphalt 8 – popularna gra wyścigowa 3D, darmowy kredyt o wartości 25USD
- Family Guy – gra przygodowa, w promocji do wykorzystania 125 złotych kredytów premium oraz 2500 kredytów standardowych
- Chmura:
- Dropbox – aplikacja pozwala na proste i bezpiecznie przechowywanie plików w chmurze (50 GB przez 2 lata)
- Aplikacje asystenckie:
- LinkedIn – aplikacja społecznościowo – informacyjna (darmowe konto LinkedIn Premium przez trzy miesiące)
- EasilyDo Pro – osobisty asystent (darmowy dostęp do EasilyDo Pro przez sześć miesięcy)
- Evernote – aplikacja umożliwia przechowywanie dowolnych notatek oraz tworzenie
nowych dokumentów (darmowy abonament przez okres 12 miesięcy) - Wunderlist – aplikacja do zarządzania dziennymi listami zadań (darmowy 12 miesięczny dostęp do wersji premium)
Oprócz wymienionych wyżej aplikacji, w promocji dostępne będą także gry Fruit Ninja, Doctor Who, Khaba i Colossatron, serwis video Real Player Cloud Video, samplery magazynów Vogue, Glamour oraz Golf Digest, a także aplikacje organizacyjne – Pocket, Cisco WebEx, Remote PC oraz Hancom Office.
Branża IT: gra o pracownika – trwa wyścig zbrojeń działów HR
Branża IT otwiera listy najbardziej innowacyjnych sektorów polskiej gospodarki. Stanowi ona swego rodzaju papierek lakmusowy – ponieważ biznes w pierwszej kolejności oszczędza na usługach programistów, utrzymujący się od pewnego czasu wzrost zamówień i realizowanych projektów w tym obszarze można traktować jako zwiastun wychodzenia z kryzysu. Firmy IT stają jednak przed sporym wyzwaniem: deficytem specjalistów i dynamicznym układem na HR-owej mapie Polski i świata…
275 tysięcy problemów
Podczas gdy rynek usług informatycznych notuje co roku średnio 10-procentowy wzrost obrotów, nie może dziwić coraz większe zapotrzebowanie na pracowników. Jak przy okazji zeszłorocznych targów CeBIT stwierdził wiceminister gospodarki Dariusz Bogdan, rodzime uczelnie co roku opuszcza z dyplomem ok. 40 tysięcy kreatywnych, ambitnych programistów. To całkiem sporo. Główny problem pojawia się jednak dalej. Jak wynika z badań Bilansu Kapitału Ludzkiego, od 2010 r. na polskim rynku pracy można zaobserwować wyraźny deficyt wykwalifikowanych specjalistów – odsetek firm doświadczających trudności z rekrutacją wyniósł w zeszłym roku aż 78%. Problem najbardziej uderza najbardziej w tych, którzy rozwijają się najdynamiczniej – zwłaszcza w IT. – Sektor informatyczny to w całej Europie rynek pracownika, nie pracodawcy. Wykwalifikowanych, doświadczonych programistów nieustannie brakuje, dlatego to oni wciąż dyktują warunki i wybierają sobie pracodawców. O rozmiarze wyzwania działów HR niech świadczą liczby: w Europie brakuje obecnie ok. 275 tysięcy specjalistów IT – przyznaje Tomasz Krawczyński z brytyjskiej firmy Mobica, która w Polsce programistów zatrudnia od 8 lat.
Moment krytyczn(Y)
Ograniczony dostęp do specjalistów zmusza firmy IT nie tylko do poszukiwania innowacyjnych form dotarcia do kandydatów – zmianom ulega całościowe podejście do zarządzania kadrami. Trendy HR, jakie wskazali w swym ostatnim raporcie eksperci Deloitte, znajdują szczególne odzwierciedlenie w dynamicznym sektorze technologii. Transformację wymusza przede wszystkim demografia. Pokolenie Y, czyli osoby urodzone w latach 1983-2010, stanowią dziś 34% zasobów siły roboczej na całym świecie. W ciągu dekady wskaźnik ten wzrośnie już do 75%. Czego pragną dzisiejsi dwudziestolatkowie, którzy już za chwilę przejmą wartę na rynku pracy? Przede wszystkim możliwości zdobywania rozmaitych doświadczeń w czasie pobytu w danej firmie. Klarowne ścieżki rozwoju, inspirujące wyzwania, wartościowy i zróżnicowany program szkoleniowy, przyjazna atmosfera pracy – to czynniki, które millenialsi często przedkładają nad wysokość wynagrodzenia, które w IT i tak często przekracza średnią krajową. Utrzymanie motywacji i produktywności zatrudnionych przedstawicieli pokolenia klapek i iPodów – to według Deloitte jedno z głównych wyzwań, jakie stoi przed działami kadr w firmach z branży technologicznej.
Wybór naturalny
Rywalizacja o wykwalifikowanych programistów coraz mocniej przypomina pogłębiający się w niszy pojedynek na kompetencje. Im bardziej unikatowe, trudne do zdobycia gdzie indziej – tym atrakcyjniejszy w oczach specjalistów wydaje się pracodawca. W wyścigu niewątpliwie pomaga szerokie portfolio klientów oraz obsługiwanych branż. Niczym w prawie ewolucji – przetrwają nie najsilniejsi, lecz ci zdolni dostosować się do dynamicznych zmian. – Obecnie średni czas zatrudnienia programisty w jednej firmie waha się w granicach 30 miesięcy. Gdy czuje on, że już niczego się nie nauczy i gdy zwyczajnie znudzi się realizowanym od dłuższego czasu projektem – odejdzie. W Mobice, gdzie obsługujemy klientów z różnorodnych branż – m.in. bankowości i finansów, aplikacji mobilnych, telewizji, motoryzacji, półprzewodników – notujemy wysoką retencję pracowników i właśnie w tym upatrujemy naszych mocnych stron – dodaje Tomasz Krawczyński.
Poważni gracze na rynku IT stają zatem przed dwoma, na pierwszy rzut oka sprzecznymi zadaniami. Z jednej strony powinni zwiększać biznesową niejednorodność w ujęciu strategicznym (zróżnicowane zespoły dają w końcu przewagę konkurencyjną), z drugiej – dbać o jak największą integrację pracowników z firmą i jej wartościami. Praca dla programisty przestaje bowiem być tylko „pracą”, ale też sposobem bycia.
Komentarz indeksowy BossaFX 18 lipca 2014 r.
Komentarz indeksowy BossaFX 18 lipca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca
Niższa wycena i mniej dostępny kapitał. Spółki na GPW płacą za demontaż OFE
Z 1 mld zł do zaledwie kilkudziesięciu milionów zmniejszy się strumień pieniędzy, jaki co miesiąc będzie trafiał na giełdę ze strony OFE. To może zmniejszyć płynność na rynku, a tym samym obniżyć jego atrakcyjność dla inwestorów zagranicznych. Jednocześnie – na podstawie płynących od kwietnia sygnałów – rynek nie ma dużych oczekiwań co do rezultatów zapisów do OFE. Do 15 lipca deklarację złożyło 624 tys. uprawnionych.
To, jak silny będzie negatywny efekt zmian w OFE na rynek kapitałowy, zależy teraz przede wszystkim od ubezpieczonych, którzy mogą wybrać przekazywanie części składki do ZUS lub do funduszy emerytalnych. Według danych ZUS do 10 lipca br. deklarację ws. pozostania w II filarze (OFE) złożyło ponad 624 tys. uprawnionych.
Zdaniem Jarosława Lisa, zarządzającego funduszami BPH TFI SA, po ogłoszeniu rozwiązań dotyczących OFE przez rząd, inwestorzy na giełdzie szybko ocenili, że niewielka część ubezpieczonych pozostanie w filarze kapitałowym. Dlatego obecne dane dotyczące wyboru OFE rynek przyjmuje raczej ze spokojem.
– 20 tys. zapisów przybywających codziennie to jest coś, co rynek przyjmie neutralnie, jeżeli uda się uzbierać około 700-800 tys. członków. Będą to członkowie o większych niż średnia pensjach czy wpływach na rachunki emerytalne. To może oznaczać, że odpływy spowodowane mechanizmem suwaka będą przez najbliższe dwa lata równoważone przez napływy i tak naprawdę nie będzie to miało negatywnego wpływu na rynek – prognozuje Jarosław Lis, zarządzający funduszami BPH TFI SA.
Zastój na rynku jest jednak widoczny od początku roku. W ciągu ostatnich 12 miesięcy indeks WIG20 zyskał niecałe 90 pkt, czyli jedynie 3,78 proc. (według wyceny z 16 lipca 2014 r.). W tym samym okresie indeksy DAX i Dow Jones Industrial Average, w skład których wchodzi 40 największych spółek w Niemczech i USA, zyskały odpowiednio 18,8 proc. oraz 10,15 proc. Niższe wyceny oraz podwyższone ryzyko z powodu zmian w OFE sprawiają, że giełda jest mniej atrakcyjnym sposobem dla firm na pozyskanie kapitału. W rezultacie, mimo dobrej koniunktury w gospodarce, niewiele spółek emituje akcje lub debiutuje na warszawskim parkiecie.
– W starym systemie OFE inwestowało na giełdzie 1 mld zł miesięcznie, a teraz będzie to kilkadziesiąt milionów, ok. 30-40 mln zł. Ta skala jest duża i rzeczywiście ma to wpływ na rynek. Do tej pory przy wzroście i trendzie na światowych giełdach rynek IPO powinien wyglądać dobrze. W ostatnich miesiącach tego nie widać – uważa Jarosław Lis.
Wolniejszy wzrost na polskiej giełdzie jest jeszcze wyraźniejszym sygnałem, jeśli porówna się koniunkturę i potencjał wzrostu PKB w Polsce i na rynkach rozwiniętych. Od początku 2014 r. tempo ożywienia w polskiej gospodarce było szybsze od większości prognoz analityków, ponadto – jako mniej rozwinięta w porównaniu z USA i Niemcami – polska gospodarka ma ciągle wyższy potencjał wzrostu PKB.
W dłuższym terminie przychody spółek giełdowych, a w konsekwencji ich wyceny, rosną w przybliżonym do PKB tempie. Prognozy dla polskiej gospodarki w tym zakresie nie są optymistyczne: dynamika wzrostu będzie maleć, głównie z powodu niekorzystnej sytuacji demograficznej i niskiej innowacyjności. Rynek kapitałowy może odczuć te trendy ze zdwojoną siłą, bo OFE będą coraz słabiej obecne po stronie kupujących.
– W średnim i dłuższym terminie można mówić o zahamowaniu rozwoju naszego rynku kapitałowego, który wyróżniał się bardzo pozytywnie na tle świata. Był to ewenement w naszej części Europy. Trudno dzisiaj znaleźć przyczynę, dla której mielibyśmy znowu wrócić na ścieżkę takiego wzrostu i zdobywania spółek z regionu i rozwoju naszego rynku – ocenia Lis.
Luki powstałej po marginalizacji OFE nie wypełni w najbliższym czasie kapitał zagraniczny. Dla dużych funduszy inwestycyjnych obecność silnych inwestorów instytucjonalnych, takich jak fundusze emerytalne, była ważnym czynnikiem, który decydował o wejściu na polską giełdę – uważa zarządzający funduszami BPH TFI SA.
– Płynność przy odejściu takiego inwestora będzie mniejsza. A dla inwestorów zagranicznych płynność jest jednym z podstawowych parametrów oceny atrakcyjności rynku – uważa Jarosław Lis.
Drugie półrocze może być nieco lepsze dla kupujących akcje na GPW z tego powodu, że OFE nie mają już dużych możliwości zwiększania swojego zaangażowania na zagranicznych rynkach. Większe ryzyko z tytułu sprzedaży polskich akcji i kupowania zagranicznych przez OFE może pojawić się za pół roku. Po ostatnich zmianach fundusze emerytalne nie mogą już inwestować w obligacje skarbowe, stąd potrzeba ograniczania ryzyka będzie wymagać częstszych niż wcześniej zmian w ich portfelach.
– Te największe negatywne efekty widzieliśmy już w lutym, kiedy OFE zdecydowanie zaczęły wychodzić za granicę, inwestować po kilkaset milionów złotych miesięcznie na rynkach zagranicznych. W tym momencie poziomy zaangażowania są blisko górnych limitów i do końca roku, czyli do momentu, kiedy limit nie będzie zwiększony, myślę, że nie ma tak dużego ryzyka odpływów z naszego rynku – ocenia Jarosław Lis.
Krótsze kolejki na bramkach na A2 i A4. Obok dodatkowych pasów GDDKiA zmienia oznakowanie
Już jest nowa organizacja ruchu w czterech punktach poboru opłat na autostradach A2 i A4. Kierowcy osobówek korzystający z elektronicznego systemu viaAUTO mogą już przejeżdżać przez specjalne bramki, które pozwalają ominąć korki. Ich przepustowość jest nawet dwukrotnie wyższa niż tych z obsługą manualną. Ruch mają usprawnić także nowe oznakowania tuż przed bramkami, a także oznakowania wyprzedzające.
– Dodatkowe pasy dają nam przede wszystkim większą płynność ruchu, ponieważ mamy jedną bramkę przeznaczoną tylko dla samochodów lekkich, używających urządzenia viaAUTO, czyli płacących w elektronicznym systemie. Dzięki temu jedna bramka daje nam przepustowość niemal 300 samochodów na godzinę, to dużo w porównaniu do bramki manualnej, która obsługuje około 120, jeżeli nie ma żadnych problemów, na przykład przy płatnościach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.
Nowe bramki dla pojazdów posiadających viaAUTO zostały ustawione na razie w czterech punktach: Karwianach koło Wrocławia (A4), Strykowie koło Łodzi (A2), Żdżarach w rejonie Konina (A2) oraz w Żernicach koło Gliwic (A4). GDDKiA będzie analizować efekty tej zmiany w ciągu najbliższych miesięcy.
W Polsce działają obecnie cztery niezależne systemu poboru opłat – viaTOLL na autostradach zarządzanych przez GDDKiA oraz trzy systemy na odcinkach autostrad A1, A2 i A4 pod zarządem koncesjonariuszy. Spośród nich jedynie system viaTOLL pobiera opłaty za przejazd w sposób elektroniczny, głównie od samochodów ciężarowych. Na razie stosunkowo niewielu kierowców samochodów osobowych korzysta z tej możliwości.
– Do końca wakacji operator zwiększa liczbę miejsc, w których można kupić urządzenie, z 13 do 35. Są one głównie skupione w okolicach autostrad, tak, by przede wszystkim użytkownicy autostrad mieli jak najbliższy dojazd – wskazuje Jan Krynicki.
Kolejnym rozwiązaniem, które ma usprawnić ruch na autostradzie A2 i A4, jest poprawione oznakowanie dojazdu i samych punktów poboru opłat. GDDKiA chce zakończyć inwestycję na wszystkich podległych jej odcinkach autostrad do końca wakacji.
– Mamy oznakowanie poziome, czyli pomarańczowe strzałki na pasach do bramek z systemem viaTOLL, zarówno dla samochodów ciężkich, jak i samochodów lekkich, korzystających z systemu. Jest też oznakowanie pionowe na placach: pomarańczowe tablice z rozróżnieniem na to, gdzie są bramki dla samochodów ciężkich i lekkich korzystających z systemu viaTOLL, a gdzie są bramki do manualnego poboru opłat – wyjaśnia rzecznik GDDKiA. – Ustawiamy także oznakowania pionowe, które pojawiają się około kilometr przed placem poboru opłat. Informują one o nowej organizacji ruchu i zwracają uwagę na to, że są specjalne pasy.
To wszystko ma zmniejszyć liczbę kierowców, którzy nadmiernie hamują, bo nie są pewni, czy znajdują się na właściwym pasie. Korzyści z tej zmiany będą widoczne szczególnie w okresach zwiększonego natężenia ruchu, jak święta, weekendy oraz okres urlopowy. Z analiz GDDKiA wynika, że największe natężenie ruchu na zarządzanych przez nią autostradach występuje na śląskim odcinku A4.
Docelowo Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju chce zlikwidować bramki na tych autostradach, które generują duże koszty. Obok straconego czasu w korkach, te koszty obejmują m.in. zatrudnienie osób do obsługi kierowców oraz niższe od możliwych przychody operatorów dróg z powodu niższej przepustowości autostrad. Według raportu Audytela i Centrum Analiz Transportowych i Infrastrukturalnych zastąpienie systemu manualnego elektronicznym przyniosłoby polskiej gospodarce 15 mld zł oszczędności do 2025 roku. Na razie rząd nie zdecydował jeszcze, jakie będą szczegółowe rozwiązania w planowanym systemie elektronicznego poboru opłat.
Posłowie pracują nad pakietem kolejkowym i onkologicznym. Od 2015 r. dostęp do specjalistów będzie łatwiejszy
W przyszłym tygodniu na ostatnim przed sejmowymi wakacjami posiedzeniu posłowie prawdopodobnie zajmą się ustawami z pakietu kolejkowego i onkologicznego. Resort zdrowia chce, by przepisy ułatwiające dostęp pacjentów do lekarzy specjalistów zaczęły obowiązywać od przyszłego roku. Zgodnie z propozycjami MZ uprzywilejowane w kolejkach będą osoby z podejrzeniem lub rozpoznaniem nowotworu.
– Rząd chce wprowadzić pakiet kolejkowy od początku przyszłego roku. Jest jasne, że będzie starał się przeprowadzić to przez Sejm w najbliższym czasie. Oczywiście od 1 stycznia sytuacja nie ulegnie dramatycznej poprawie, ale zostaną wprowadzone mechanizmy, które – mam nadzieję – zaowocują taką poprawą w ciągu kilku lub kilkunastu miesięcy – mówi agencji Newseria Biznes Mirosław Stachowicz, prezes Think-tank Onkologia 2025.
Przygotowane przez Ministerstwo Zdrowia projekty pakietu kolejkowego i onkologicznego zakładają m.in. skrócenie czasu oczekiwania pacjentów do lekarzy specjalistów. Dotyczy to w dużej mierze pacjentów z rozpoznaniem lub podejrzeniem nowotworu. Taka osoba otrzyma kartę pacjenta onkologicznego, która będzie umożliwiała dalszą diagnostykę onkologiczną oraz leczenie bez skierowania. Pacjent trafi też na odrębną listę osób oczekujących do lekarza specjalisty.
– Pakiet onkologiczny przede wszystkim będzie stawiał pacjenta w środku procesu. Obecnie szpital dostaje pieniądze od NFZ na leczenie, a to, co potem z nimi robi, zależy od samej placówki. Pakiet onkologiczny spowoduje, że jeżeli pacjent nie będzie leczony, szpital nie dostanie pieniędzy, i to jest bardzo duża zmiana – mówi Mirosław Stachowicz.
Na poszczególnych etapach diagnostyka i leczenie pacjentów z nowotworem będą dodatkowo finansowane, pod warunkiem dotrzymania określonych w ustawach terminów. Jeśli lekarz rodzinny na podstawie badań stwierdzi nowotwór, czas oczekiwania na wizytę u specjalisty może wynosić maksymalnie dwa tygodnie.
Obecnie czas oczekiwania na wizytę u specjalisty wynosi kilka miesięcy. Z badań przeprowadzonych przez Think-tank Onkologia 2025 wynika, że 70 proc. Polaków zdaje sobie sprawę z tego, że szybki dostęp do lekarza dla pacjenta onkologicznego zwiększa szansę na pokonanie choroby. 91 proc. ankietowanych jest gotowych przepuścić w kolejce do lekarza osobę z wykrytym nowotworem lub jego podejrzeniem.
– Wielu ludzi, z którymi mieliśmy styczność, także wielu polityków, przedstawicieli związków zawodowych, pracowników medycyny mówiło o tym, że przecież nie można puszczać jednych pacjentów przed drugimi, ponieważ wszyscy chorzy mają prawo do dobrego leczenia. Dlatego zadaliśmy pytanie reprezentatywnej grupie Polaków, co oni o tym sądzą. Wyniki były spektakularne, nie spodziewaliśmy się aż tak silnego poparcia dla tego pakietu – mówi prezes Think-tank Onkologia 2025.
14 dni będą mieli także lekarze specjaliści na ostateczną diagnozę. Dalsze trzy tygodnie miałoby zająć przygotowanie harmonogramu terapii i rozpoczęcie leczenia. Pakiet zapewnia też długofalową opiekę medyczną po zakończeniu terapii onkologicznej.
Rozwiązania zaproponowane w pakiecie kolejkowym mają ułatwić dostęp do specjalistów wszystkim pacjentom. Placówki będą co tydzień przekazywać do NFZ informacje o pierwszym wolnym terminie, kiedy dane świadczenie może być wykonane, i na tej podstawie oddział Funduszu będzie informował pacjenta, gdzie zostanie najszybciej przyjęty. Lista oczekujących ma być prowadzona w formie elektronicznej, co pozwoli utrzymać większą przejrzystość procedury. W przypadku najbardziej obłożonych specjalizacji listy mają być prowadzone centralnie. Pacjent będzie musiał dostarczyć oryginał skierowania w ciągu 14 dni od wpisania się na listę oczekujących. Jeśli tego nie zrobi, zostanie wykreślony z kolejki.
Projekty zmian po poprawkach zgłoszonych przez posłów są w tej chwili w sejmowej Komisji Zdrowia. Możliwe, że w przyszłym tygodniu w Sejmie odbędzie się trzecie czytanie. Resort zdrowia ma nadzieję, że pakiet zostanie uchwalony do końca lipca.
Bezpieczeństwo korzystania z usług banku może zwiększyć bankowość głosowa
Bankowość głosowa może być alternatywą dla loginów i haseł dostępów. Oparte na biometrycznej identyfikacji głosu rozwiązania pozwalają w łatwiejszy sposób korzystać z bankowości mobilnej, a dodatkowo eliminują zagrożenia związane z wykradnięciem haseł. To jeden z przykładów innowacji, które zwiększają zarówno komfort użytkowników, jak i ich bezpieczeństwo.
Posługiwanie się wszechobecnymi hasłami i loginami staje się coraz bardziej uciążliwe. Z racji tego, że nie jest możliwe zapamiętanie ich wszystkich, muszą być gdzieś przechowywane. A to z kolei wiąże się z ryzykiem ich kradzieży, którego nie ma w przypadku bankowości głosowej.
– Jako jeden z pierwszych banków w Europie daliśmy możliwość obsługi aplikacji głosem. Co więcej, aplikacja również potrafi odpowiedzieć głosem. Jest to szczególnie użyteczne w tych sytuacjach, kiedy „normalne” dotarcie do informacji wymaga wielu czynności. Na przykład, jeżeli chcę się dowiedzieć, ile wydałem w zeszłym tygodniu. Wtedy standardowo musiałbym wejść w historię transakcji, odfiltrować ją według dat i zsumować poszczególne transakcje. W aplikacji wystarczy zadać jedno pytanie, np. „Ile wydałem w zeszłym tygodniu?” lub powiedzieć „Wydatki w ostatnim tygodniu…” i system sam sumuje i podaje konkretne dane. Mogę także zapytać o podstawowe informacje, np. ile mam na koncie. Dla bezpieczeństwa dostępne środki są pokazywane tylko na ekranie, one nie są odczytywane na głos – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Kusznier, menadżer projektów bankowości mobilnej w Meritum Bank.
Rosnąca dostępność usług sterowanych głosowo sprawia, że coraz częściej mówi się o bankowości głosowej. Wykorzystuje ona technologie biometrycznej identyfikacji głosu, który – podobnie do linii papilarnych – jest unikalny dla każdego użytkownika. System rozpoznaje nagrane wcześniej wypowiedzi klienta i porównuje z nimi polecenia wydawane przez telefon.
W przypadku części innowacyjnych usług klienci zyskują większy komfort, ale kosztem niższego bezpieczeństwa. Rozwiązania oparte na biometrii głosowej wychodzą poza tę alternatywę, gdyż eliminują część czynników ryzyka, jakie wiążą się z typowymi sposobami komunikacji z bankiem. W przypadku loginów i haseł dostępu lub haseł jednorazowych istnieje zawsze ryzyko pozyskania tych wrażliwych danych przez osoby trzecie, zarówno w wyniku fizycznego włamania, jak i poprzez złośliwe oprogramowanie. Aplikacja z głosowym dostępem do banku zabezpiecza przed takimi sytuacjami i pozwala dokładnie monitorować wszelkie zlecenia i transakcje.
Technologie głosowego dostępu są już na tyle rozwinięte, że gwarantują wysoką skuteczność w postaci zaakceptowanych zleceń także w sytuacji, gdy głos klienta jest nieco zniekształcony, np. ze względu na warunki atmosferyczne lub chorobę. Systemy oparte na biometrii głosowej potrafią także wykrywać próby oszustw w postaci nagrań z playbacku. Wysokie bezpieczeństwo bankowości mobilnej potwierdza także jej rosnąca popularność w Europie Zachodniej i akceptacja przez instytucje finansowe.
– Z pomocą przychodzi nam najnowsza rekomendacja Europejskiego Forum ds. Bezpieczeństwa Płatności Detalicznych, która dopuszcza wykorzystanie – jako jednego z elementów zabezpieczeń – cech biometrycznych klienta. W praktyce oznacza to, że nie trzeba będzie pamiętać kodu PIN, wystarczy coś, co każdy z nas ma unikatowego, czyli np. nasz głos – wskazuje Marcin Kusznier.
Bankowość mobilna może całkowicie zastąpić tradycyjny kanał dostępu poprzez telefon, który wymaga pamiętania loginów i haseł. Ponadto, połączenie może zabrać dość dużo czasu, a samo podawanie haseł na głos może być ryzykowny w niektórych sytuacjach. W przypadku bankowości mobilnej, wystarczy wypowiedzieć bezpieczne zdanie-komendę typu „zrób przelew na Facebook”.
– Technologie mobilne umożliwiają także komunikację między różnymi systemami. Wykorzystaliśmy to, projektując nowy rodzaj przelewu. Nie znając numeru rachunku odbiorcy, mogę wysłać przelew za pośrednictwem SMS-a, wiadomości e-mail lub Facebooka – mówi menedżer w Meritum Bank.
Innym przykładem zleceń dostępnych głosowo jest m.in. przelew walutowy i rachunek e-Kantor. Klient może spytać o aktualne kursy walut oraz zlecić głosem wykonanie przelewu walutowego. Obsługa głosowa w Meritum Bank obejmuje już kilkadziesiąt różnych funkcji, a bank stara się, by obejmowały one jak największą liczbę i rodzaje transakcji.
Jak wyjaśnia Kusznier, bankowość głosowa to jedna z funkcjonalności aplikacji mobilnej w Meritum Banku.
– Projektując aplikację, przyjęliśmy założenie maksymalnego wykorzystania możliwości, jakie oferują technologie mobilne, po to, by bankowość mobilna była maksymalnie bezpieczna i użyteczna dla klientów banku. Przykładowo, dzięki geolokalizacji nasz klient ma możliwość sprawdzenia na mapie, gdzie dokładnie była zlecona dana transakcja – mówi menedżer w Meritum Bank.
Inżynier kontraktu polskiej elektrowni atomowej będzie musiał przekonać Polaków o bezpieczeństwie technologii i lokalizacji
Brytyjski inżynier kontraktu pierwszej polskiej elektrowni atomowej będzie musiał nie tylko wybrać technologię i lokalizację, lecz przede wszystkim przekonać Polaków do tego typu energii ‒ przekonuje prezes Instytutu Studiów Energetycznych. To ważny krok we wciąż mało zaawansowanym polskim programie energii jądrowej, który będzie wart nawet ponad 50 mld złotych.
‒ Jesteśmy na dość wstępnym etapie budowy programu jądrowego w Polsce – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Sikora, prezes zarządu Instytutu Studiów Energetycznych. Dodaje: ‒ To dobrze, że inżynier kontraktu został wybrany, dlatego że jest to informacja dla rynku, że Polska i inwestor, Polska Grupa Energetyczna, kupują kompetencje.
Zgodnie z przyjętym na początku tego roku Programem Polskiej Energetyki Jądrowej, pierwsza polska elektrownia atomowa ma ruszyć w 2024 r. Wcześniej rząd planował uruchomić ją już w 2022 r., ale jak podkreśla Sikora, ten termin byłby bardzo trudny do dotrzymania. Na razie nie jest znana ani technologia budowy, ani dokładna lokalizacja elektrowni. Pod uwagę brane są przede wszystkim dwie miejscowości na Pomorzu – Żarnowiec i Choczewo.
Sikora zaznacza, że choć wybór dokładnej lokalizacji zależy od szczegółowych badań, z całą pewnością musi być to Pomorze. Jest to uwarunkowane m.in. dostępnością wody do chłodzenia elektrowni, a także lokalnymi potrzebami energetycznymi.
Dodaje, że teraz duże wyzwania są przed inżynierem kontraktu. Kontrakt dla brytyjskiej firmy AMEC jest warty ponad 1,3 mld zł i obejmuje wiele zadań.
‒ Począwszy od wyboru technologii, bo ciągle nie jest ona wybrana, przez przekonanie społeczeństwa, że to jest technologia dobra dla Polski, aż po wybór lokalizacji – wylicza Sikora. ‒ Trzeba zdefiniować technologię, żeby powiedzieć, jak duże mają być te bloki. To determinuje niejako wielkość zaangażowania kapitałowego. I kolejna rzecz ‒ kto będzie tę inwestycję finansował.
Koszt budowy elektrowni jądrowej może sięgnąć nawet ponad 50 mld złotych, więc bez zachęt ze strony państwa inwestorzy bardzo ostrożnie podchodzą do tego projektu. Początkowo dominującym podmiotem miała być PGE, ale na zgodę UOKiK czeka umowa o sprzedaż po 10 proc. udziałów w spółce PGE EJ1, Enei, KGHM-owi i Tauronowi.
Sikora ocenia, że skuteczną metodą wsparcia inwestora byłby kontrakt różnicowy. Takie rozwiązanie, zastosowane m.in. w Wielkiej Brytanii, zakłada umowę między państwem a inwestorem na określoną cenę za energię jądrową. Jeśli faktyczna cena energii będzie wyższa, państwo dopłaci różnicę, ale jeśli energia będzie tańsza, to spółka zarządzająca elektrownią będzie musiała oddać pieniądze.
‒ Polska jest z takim negatywnym przesłaniem, jeśli chodzi o kontrakty długoterminowe. Musi być coś, co zagwarantuje w długim okresie możliwość odbioru tej energii w określonych cenach – przekonuje Sikora.
PPEJ dopuszcza, poza kontraktami różnicowymi, także kontrakt na moc (czyli płatności za samą zdolność produkcyjną) lub rozwiązanie mieszane.
Ekspert podkreśla, że bez wsparcia państwa budowa elektrowni nie będzie możliwa.
‒ Poprzedni zarząd PGE mówił, że bez gwarancji Skarbu Państwa będzie to trudne zadanie. Powiedziałbym, że w ogóle na świecie trudno sobie wyobrazić inwestycje energetyczne, szczególnie w energetykę jądrową, bez pomocy ze strony państwa ‒ przekonuje prezes ISE.
Sikora dodaje, że surowe unijne normy zapewnią bezpieczeństwo inwestycji. Jak zauważa, kilkanaście krajów w UE korzysta z takiego źródła energii, w tym trzech sąsiadów Polski – Niemcy, Czechy i Słowacja. Na początku lipca Rada Unii Europejskiej przyjęła nową dyrektywę o bezpieczeństwie nuklearnym, która zaostrza wymogi bezpieczeństwa dla elektrowni tego typu i wzmacnia kompetencje narodowych organów regulacyjnych.
‒ Normy unijne pewnie są jednymi z najtrudniejszych na świecie – podkreśla Sikora. ‒ Możemy mówić o bardzo wysokim stopniu bezpieczeństwa dla tego typu inwestycji, również bezpieczeństwa dostaw surowca, czyli paliwa energetycznego, paliwa jądrowego.
Grycan chce zdobywać rynki zachodniej Europy
Marka Grycan – Lody od Pokoleń, po pierwszych sukcesach w Czechach, chce zdobywać kolejne zagraniczne rynki. Przedstawiciele firmy zapowiadają, że w tym roku skupią się na Europie. Chociaż Polacy z roku na rok jedzą coraz więcej lodów, to i tak daleko im do Włochów, Amerykanów, Norwegów czy Szwedów.
– Cały czas badamy rynek czeski, widoczna jest na nim tendencja wzrostowa, więc jesteśmy z tego bardzo zadowoleni. W tym roku skupiamy się na Europie, wychodzimy poza Polskę w kierunku całej zachodniej Europy – mówi Elżbieta Grycan, współwłaścicielka firmy Grycan – Lody od pokoleń.
Pierwsza lodziarnia firmy Grycan za granicą powstała w ubiegłym roku w Czechach pod szyldem Grycan Ice Cream Cafe w Centrum Handlowym Černý Most w Pradze, kolejne zaś w CH HARFA w Pradze oraz sklepie IKEA w Ostrawie. 2013 rok to także początek sprzedaży lodów Grycan sieciom detalicznym na rynku czeskim.
Przedstawiciel firmy mają nadzieję, że polskie lody trafią w gusta zagranicznych konsumentów. Chociaż według Elżbiety Grycan i na krajowym podwórku jest jeszcze duże pole do wzrostów.
– Wbrew pozorom najwięcej lodów wcale nie jedzą Włosi, tylko Norwegowie, Szwedzi i Amerykanie. Oni zjadają kilka, kilkanaście razy więcej lodów niż my. Mamy więc jeszcze do czego dążyć – dodaje Grycan.
Polacy najchętniej spożywają lody w tradycyjnych smakach. Największą popularnością cieszą się lody waniliowe, czekoladowe i truskawkowe.
– Polacy są tradycjonalistami, jednak z pewną domieszką ciekawości, lubią poeksperymentować. Szczególnie w okresie upałów próbują np. lody sorbetowe. Bardzo poszukiwane są teraz lody o smaku czarnej porzeczki, ananasa, truskawek, malin czy jagód; praktycznie ze wszystkich owoców można robić sorbety – mówi Elżbieta Grycan.
Firma nie zamierza jednak konkurować z lodziarniami eksperymentalnymi, które pojawiły się na rynku krajowym, oferując np. lody koperkowe czy marchewkowe. Elżbieta Grycan podkreśla, że lody można przygotować niemal ze wszystkiego, jest to jednak niewielka nisza na rynku.
– Ich jakość nas nie zachwyciła, więc pozwolimy sobie spełniać oczekiwania naszych klientów w lodach tradycyjnych: czekoladowych, bakaliowych, malaga, cynamonowych, kokosowych, mango, wszystkie smaki, które są deserowe – mówi Grycan.
W fabryce firmy w Majdanie pod Warszawą powstaje ponad 60 smaków lodów: lody tradycyjne, tworzone na bazie śmietanki kremówki i żółtek jaj, lody jogurtowe powstające z jogurtu naturalnego, a także sorbety z owoców. Proces produkcji stanowi połączenie rzemieślniczych metod i nowoczesnych rozwiązań technologicznych.
Grycan zwraca uwagę na to, że lody z jogurtu naturalnego produkowane przez jej firmę stanowią między innymi doskonałe uzupełnienie letniej diety.
– Są to lody o walorach nie tylko smakowych, lecz także zdrowotnych, bo udało się opracować technologię lodów jogurtowych. Dodajemy świeży jogurt, prosto z mleczarni. I to jest świetna, letnia wersja lodów, ponieważ one są znacznie lżejsze od lodów tradycyjnych, waniliowych czy bakaliowych – dodaje Elżbieta Grycan.
Marka Grycan – Lody od pokoleń jest obecna na polskim rynku od 2004 r. W ciągu dziesięciu lat istnienia firma rozwinęła największą sieć lodziarni firmowych w Polsce, która obecnie liczy ponad 120 lokali.
W internecie przybywa ogłoszeń dotyczących najmu krótkotrwałego mieszkań i pracy tymczasowej
W wakacje rośnie liczba ofert dotyczących wynajmu na krótki czas. W serwisie Gumtree pojawia się do 150 tys. ofert dotyczących nieruchomości tygodniowo. Wzrasta także liczba ofert dotyczących pracy. W ciągu tygodnia na portalu pojawia się około 8 tys. ogłoszeń związanych z rynkiem pracy, większość dotyczy jednak zarobku sezonowego, a nie stałej pracy.
– Na początku wakacji rośnie liczba ofert dotyczących wynajmu krótkotrwałego. Wiadomo, że osoby, które kończą rok akademicki zwalniają mieszkania, więc na czas wakacji te mieszkania są wynajmowane. Rośnie też liczba kwater, co jest związane z urlopami – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Merska-Pietrak, koordynator ds. komunikacji w Gumtree Polska.
Tygodniowo na portalu pojawia się około 250–280 tys. ogłoszeń, z czego ponad połowę stanowią te dotyczące rynku nieruchomości (ok. 130–150 tys.).
– Więcej jest ofert sprzedaży i wynajmu, duża część z tego stanowią również oferty agencyjne. Dużo jest osób, które poszukują poprzez Gumtree mieszkania do wynajęcia lub na sprzedaż. Jedną z naszych najmocniejszych kategorii są właśnie nieruchomości – tłumaczy Merska-Pietrak.
Pod koniec wakacji na stronie zaczynają przeważać oferty skierowane do studentów. Można znaleźć oferty wynajmu całych mieszkań lub pojedynczych pokoi, np. w mieszkaniu studenckim bądź przy starszej osobie.
– Na przełomie sierpnia i września zdecydowanie zwiększa się ruch, jeżeli chodzi o poszukiwanie mieszkań dla studentów czy w kategorii pokoje do wynajęcia. W serwisie można zaoferować mieszkanie do wynajęcia, lecz także go szukać, oczywiście jest też kategoria mieszkań na sprzedaż – zaznacza Katarzyna Merska-Pietrak.
Przyznaje, że Gumtree często jest portalem, na którym Polacy zaczynają szukać lokum.
W serwisie pojawiają się również ogłoszenia o pracę i jest ich coraz więcej. Tygodniowo można znaleźć 7-8 tys. nowych ofert.
– Sezonowość ma wpływ przede wszystkim na rodzaj ofert. W okresie wakacyjnym w kategorii praca nieco spada liczba ogłoszeń dotyczących zatrudnienia stałego, a zdecydowanie rośnie liczba ofert dotyczących pracy sezonowej bądź zastępstw w firmach – mówi Merska.
Ogłoszenia na Gumtree są dostępne przez 31 dni. Zamieszczane są za darmo, dopłacić trzeba za ich wyróżnienie na stronie bądź dłuższy niż standardowy okres publikacji.
Gumtree powstał dziesięć lat temu jako portal warszawski, z biegiem lat zaczęło rozszerzać swoją działalność na inne miasta wojewódzkie i powiatowe. Jak tłumaczy Merska, strona cały czas jest rozbudowywana, a zmiany, które wprowadzamy, bazują na sugestiach użytkowników.
– Chcemy, żeby społeczność wokół portalu Gumtree, czyli około 2,5 mln użytkowników miesięcznie, została i miała do nas zaufanie – podsumowuje Katarzyna Merska-Pietrak.
Elastyczne godziny pracy to dobry rozwiązanie na wakacje. Dzięki temu latem można pracować mniej

Efektywność pracy nie musi zależeć od liczby godzin, jakie spędzamy w biurze – podkreślają eksperci. Często skrócony czas pracy może zmobilizować pracownika do większej koncentracji na powierzonych obowiązkach. Tym bardziej że ułatwi mu to również realizację pozazawodowych pasji. To może być jeden z argumentów przekonujących zarówno pracownika, jak i pracodawcę, że nie należy obawiać się wprowadzania elastycznych godzin pracy.
W okresie letnim często jest mniej pracy, a więcej wydarzeń, w których warto wziąć udział. Wakacje to też czas, kiedy rodzice mają szansę wzmocnić relacje ze swoimi dziećmi. Dlatego zwłaszcza w tym okresie warto porozmawiać z szefem o elastycznym czasie pracy.
– Często pracownicy nie wiedzą, że mogą pójść do szefa i zapytać o elastyczne godziny pracy lub dostosowanie naszego grafiku do innych zajęć. Warto mieć przygotowane wcześniej propozycje, w jaki sposób chcemy odpracować czas, który chcielibyśmy wykorzystać na pozazawodowe pasje. Szefowie powinni się na to zgadzać, ponieważ pracownicy są wtedy bardziej zaangażowani, potrafią lepiej zorganizować swoją pracę, tak, by dobrze wykorzystać czas, który w tej pracy spędzają – mówi agencji informacyjnej Newseria Małgorzata Majewska, marketing manager portalu z ofertami pracy Monsterpolska.pl.
Szefowie powinni godzić się na elastyczne godziny pracy nie tylko ze względu na podniesienie w ten sposób efektywności pracownika, lecz także jego przywiązania do firmy. Zgoda na zmianę grafiku pokazuje, że podwładny jest ważny dla pracodawcy, że pracodawca ufa mu i wychodzi naprzeciw jego potrzebom.
– W Szwecji prowadzony jest eksperyment na pracownikach administracji rządowej. Część z pracowników pracuje sześć godzin dziennie, pozostali – osiem. Wszyscy z niecierpliwością czekają na wyniki. Nie zawsze efektywność naszej pracy zależy od liczby godzin spędzonych w pracy. Mając więcej czasu, jesteśmy mniej zorganizowani, częściej chodzimy na kawę i częściej robimy sobie przerwy. Wiedząc, że możemy skorzystać i wyjść wcześniej, czas pracy będziemy sobie układać inaczej, tak, żeby wykonać wszystkie powierzone zadania – uważa Małgorzata Majewska.
Elastyczny czas pracy to rozwiązanie, które może pozytywnie wpłynąć na wydajność pracy i pozwoli na pielęgnowanie rodzinnych więzi czy własnych pasji. Ważne jednak, aby zachować umiar w prośbach o zmianę czasu, aby szef nie odniósł wrażenia, że zajęcia pozazawodowe stają się ważniejsze niż praca.
Polacy coraz częściej podróżują kamperami. Dzięki tanim noclegom zwraca się koszt zakupu aut

Coraz więcej Polaków decyduje się na turystykę karawaningową. Rośnie zwłaszcza popularność kamperów, które są łatwiejsze w obsłudze i wygodniejsze niż przyczepy kempingowe. Choć koszt zakupu takiego pojazdu to nawet kilkaset tysięcy złotych, wydatek zwraca się dzięki tanim – a w niektórych przypadkach nawet darmowym – noclegom.
– Coraz więcej turystów korzysta z ruchu karawaningowego, bo daje on możliwość swobodnego przemieszczania się, bezpośredniego kontaktu z przyrodą i nocowania na łonie natury. Jest to mimo wszystko najtańszy rodzaj turystyki, zarówno w Polsce, jak i na świecie, bo ceny na kempingach są niższe niż w hotelach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Szeftel, prezes Polskiej Federacji Campingu i Caravaningu.
Szeftel przypomina, że turystyka karawaningowa rozwija się w Polsce od 1989 r. Przed transformacją ustrojową na polskich kempingach przeważały namioty, potem Polacy zaczęli kupować w Europie Zachodniej – głównie Niemczech, Francji, Belgii i Holandii – przyczepy kempingowe. Teraz na popularności zyskują kampery, czyli samochody noclegowe.
Są one wygodniejsze, bo można w nich przebywać także w trakcie jazdy. Przebywanie w przyczepie kempingowej poza postojem jest zabronione. Kamperem łatwiej też kierować. Zakup takiego pojazdu wiąże się jednak z dużym kosztem. Nowoczesny pojazd może kosztować kilkadziesiąt lub nawet kilkaset tysięcy złotych.
– Jest to koszt, który się potem zwraca w postaci noclegów, jeżeli często korzystamy z takiego sprzętu: nie tylko w czasie urlopu, lecz także na imprezach karawaningowych, które w sezonie letnim są organizowane niemal co tydzień i w Polsce, i za granicą. Wydatek jest na pewno spory, ale korzyści związane z wypoczynkiem na łonie natury i z niską ceną pobytu są też duże – przekonuje Szeftel.
Ceny noclegu na kempingach są niższe niż w hotelach, a posiadając własną przyczepę kempingową lub kamper turyści mogą czasem w ogóle nie płacić. Postój na noc jest możliwy np. przy większych stacjach benzynowych lub w miejscach obsługi podróżnych przy autostradach, a w krajach skandynawskich można bez problemu zatrzymać się w dowolnym miejscu przy drodze.
Szeftel zauważa jednak, że nocowanie poza wyznaczonymi kempingami może być ryzykowne. Nocowanie na poboczach lub w nieznanych obiektach może narazić turystów na szkody. Dlatego do kosztów karawaningu trzeba doliczyć wydatki związane z odpowiednimi ubezpieczeniem i przygotowaniem pojazdu.
– Zalecam ubezpieczenie samochodu, ubezpieczenie bagażu i odpowiednie przygotowanie samochodu. Chodzi m.in. o boczne lusterka, które muszą być szersze niż w normalnym samochodzie, hak, który musi dobrze trzymać przyczepę, zabezpieczenie postojowe. Powinniśmy też wybierać takie miejsca, które świadczą usługi na wysokim poziomie, i są uwzględniane w informatorach o kempingach w Polsce albo w znanych międzynarodowych katalogach – radzi Szeftel.
Dodaje, że w ramach przygotowań dobrze jest też dokładnie opracować trasę.
Koszty podróżowania można jeszcze obniżyć poprzez zakup międzynarodowego karnetu kempingu i karawaningu. Daje on nie tylko zniżki za nocleg, lecz także ubezpieczenie oraz pierwszeństwo w otrzymywaniu miejsc na zatłoczonych kempingach.
Francuzi zainteresowani kontraktami zbrojeniowymi i energetycznymi w Polsce

Przemysł zbrojeniowy i energetyczny – przede wszystkim jądrowy – to najbardziej atrakcyjne branże w Polsce dla francuskich inwestorów. Przyciągają ich do Polski zapowiadane wielkie inwestycje w tych sektorach. Otwiera się pole do współpracy m.in. w zakresie budowy okrętów podwodnych czy lotnictwa w ramach koncernu Airbus.
– Jesteśmy bardzo zainteresowani lotnictwem, bo Polacy mają duże doświadczenie w tym sektorze oraz wysoko wykwalifikowanych techników, robotników, inżynierów. Właśnie z tego powodu Airbus jest zainteresowany Polską jako następną bazą terytorialną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Pierre Buhler, ambasador Francji w Polsce.
Kilka miesięcy temu Airbus zaproponował, by Polska została piątą (po Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii) bazą terytorialną dla operacji koncernu. Przedstawiciele Grupy Airbus i Airbus Helicopters na początku roku podkreślali, że polski rynek będzie odgrywał dla nich strategiczną rolę. Chodzi również o przetarg na dostawę nowych śmigłowców dla polskiego wojska, o który walczy Airbus z Eurocopterem EC725 Caracal.
– Druga perspektywa to oferta konsorcjum Thales i MBDA. Oni zaproponowali, by budować razem z polskim przemysłem cały system obrony powietrznej i przeciwrakietowej. To jest ogromny projekt, znakomita technologia i transfer technologii – podkreśla Pierre Buhler.
Pod koniec czerwca Ministerstwo Obrony Narodowej zdecydowało o zaproszeniu konsorcjum MBDA i Thales (grupa Eurosam) do postępowania związanego z pozyskaniem tarczy powietrznej „Wisła”. Drugim oferentem ma być amerykańska firma Raytheon.
Zdaniem ambasadora dobrym przykładem na owocną współpracę polsko-francuską w przemyśle zbrojeniowym jest porozumienie między koncernem DCNS a funduszem inwestycyjnym Mars, właścicielem trójmiejskiej stoczni Nauta, które zostało podpisane 9 lipca. Umowa dotyczy potencjalnej współpracy przy budowie trzech okrętów dla polskiej Marynarki Wojennej.
– To bardzo obiecująca perspektywa wspólnego budowania okrętu podwodnego na najwyższym światowym poziomie – przekonuje Buhler.
Obie firmy będą wspólnie przygotowywać się do przetargu, który MON ma rozpisać jeszcze w tym roku. Przedstawiciele stoczni podkreślali, że okręty w większości powstawałyby w polskich zakładach.
Podpisane porozumienie, zdaniem ambasadora, może być początkiem współpracy także w innych obszarach.
– DCNS prowadzi także działalność energetyczną związaną ze źródłami odnawialnymi, zwłaszcza morskimi. Prądy występujące pod poziomem morza można bowiem wykorzystać do produkcji energii i moim zdaniem to potencjalny obszar dalszej współpracy – dodaje Buhler.
W sektorze energetycznym jeszcze bardziej obiecująca dla francuskich firm jest energetyka jądrowa.
– Francja to jedna z największych potęg jądrowych z punktu widzenia cywilnego na świecie. 75 proc. naszych dostaw prądu pochodzi z naszych 58 reaktorów – mówi ambasador. – To są bardzo trudne inwestycje, ale to jest przyszłość.
Dlatego francuskie firmy liczą na kontrakty przy projektowaniu i budowie polskich reaktorów. Na początku lipca odpowiedzialna za projekt spółka PGE EJ 1 rozstrzygnęła przetarg na inżyniera kontraktu – została nim brytyjska firma AMEC. Pierwszy blok ma ruszyć pod koniec 2024 roku.
Ambasador dodaje, że Francuzi nie zamykają się również na inne branże. Atrakcyjnymi dla nich sektorami są leki i biotechnologia, a także bankowość.
GDDKiA: Będzie mniej upadłości wykonawców dróg. Jest to możliwe dzięki dialogowi z branżą budowlaną

Dzięki lepszej współpracy branży budowlanej i Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad w najbliższych latach nie powinny powtórzyć się problemy z upadłościami wykonawców dużych inwestycji ‒ zapewnia GDDKiA. Zamawiający wymaga teraz regularnego opłacania podwykonawców oraz lepiej kontroluje firmy startujące w przetargach, ale za to daje możliwość zaliczkowania kosztów materiałów w razie wzrostu ich cen.
‒ Oczekujemy od branży, aby informowała nas o tym, jakie konkretnie ma do nas prośby, w jaki sposób jej przedstawiciele chcieliby coś zmienić. Zapisy wzorcowych umów są dowodem na to, że rozwiązania wypracowywane są wspólnie. Obecnie firmy bardziej racjonalnie wybierają przetargi, do których się zgłaszają, ponieważ są weryfikowani pod kątem finansowym, kadrowym i sprzętowym – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.
Krynicki podkreśla, że GDDKiA oraz branża wyciągnęły wnioski z błędów popełnionych podczas trwania poprzedniej unijnej perspektywy budżetowej. W ostatnich latach, pomimo rekordowej liczby inwestycji drogowych, wielu wykonawców miało poważne problemy finansowe. Upadłość ogłosiła np. austriacka spółka Alpine Bau, która budowała m.in. fragmenty autostrady A1 oraz drogi ekspresowej S5, a także chińskie przedsiębiorstwo COVEC, które było wykonawcą odcinka autostrady A2.
Upadłości dużych firm pociągały za sobą problemy ich podwykonawców. Często były to niewielkie polskie przedsiębiorstwa, dla których problemy wykonawców oznaczały utratę płynności finansowej.
‒ GDDKiA wprowadziła bardzo dużo systemowych rozwiązań chroniących przede wszystkim podwykonawców – tłumaczy Krynicki. – Zanim generalny wykonawca otrzyma przejściowe świadectwo płatności, czyli możliwość wystawienia nam faktury, która jest płacona bezzwłocznie, wcześniej musi przedstawić nam podpisane oświadczenie od wszystkich podwykonawców. To ma zapewniać płynność finansową na placu budowy.
Dodaje, że GDDKiA wprowadziła także rozwiązania korzystne dla generalnych wykonawców. Mogą oni zaliczkować wzrost kosztów materiałów, które zostały już zakupione i są składowane, a jeszcze nie wykorzystane przy budowie.
Innym rozwiązaniem są wzorcowe zapisy umów. W trakcie ich ustalania branża oraz GDDKiA były niemal całkowicie zgodne. Rzecznik podkreśla, że dzięki takiemu dialogowi i wspólnie ustalonym wymogom inwestycje drogowe będą przebiegały płynnie i bez problemów, na czym zależy wszystkim stronom. Krynicki zauważa, że zmiana wykonawców lub ich upadłość zawsze oznacza wydłużenie procesu inwestycyjnego, co pociąga za sobą finansowe i społeczne koszty.
Przyznaje, że coraz odpowiedzialnej zachowują się też sami wykonawcy. W poprzednich latach część problemów w branży wynikała z braku odpowiednich zasobów ludzkich lub technicznych po stronie firm, które wygrywały w przetargach. Dziś kwestie te w znacznym stopniu zostały wyeliminowane.
‒ To był też jeden z postulatów branży, aby nie dopuszczać do sytuacji, w której jedna firma wygrywa więcej przetargów, niż jest w stanie obsłużyć. To prowadzi do problemów na budowach. Dlatego też prowadzimy dokładną weryfikację oferentów jeszcze na etapie ogłoszenia postępowania – tłumaczy Krynicki. Dodaje: ‒ Firmy bardziej racjonalnie wybierają, czy do wszystkich zadań się zgłaszają. To oznacza, że nasza interakcja z firmami działa, dając pozytywne skutki na rynku.
Nowe zasady szkolenia przewodników górskich. Będzie większy nacisk na bezpieczeństwo
W szkoleniach na przewodników górskich większy nacisk będzie kładziony na praktykę i bezpieczeństwo turystów. Zmieniły się wymagania związane ze szkoleniem i egzaminowaniem tej grupy zawodowej. Przewodnicy górscy jako jedyni wśród przewodników nadal muszą zdać państwowy egzamin, ale rozporządzenie resortu sportu ograniczyło obszar, na którym obowiązują takie wymagania.
– Zmian jest sporo, część jest technicznych, dotyczących samych procedur egzaminacyjnych, czasu trwania teoretycznej i praktycznej części egzaminu. Zwłaszcza na tę drugą, związaną z kwestiami bezpieczeństwa, kładzie się duży nacisk – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Sobierajska, wiceminister sportu i turystyki.
Przewodnicy górscy są jedyną grupą przewodników lub pilotów wycieczek, którzy muszą zdawać państwowy egzamin. Resztę zawodów objęła obowiązująca od początku tego roku ustawa deregulacyjna. Sobierajska podkreśla, że ta różnica wynika przede wszystkim różnic dotyczących bezpieczeństwa. Prowadzenie wycieczek w górach wymaga większej wiedzy i doświadczenia niż na nizinach.
To właśnie na bezpieczeństwo i szkolenie praktyczne kładzie się największy nacisk w nowych wymaganiach dla przewodników górskich. Odpowiednie rozporządzenie resort sportu opublikował pod koniec czerwca, a w życie weszło ono od początku lipca. Zgodnie z nowym programem kandydaci na przewodników górskich trzeciego, najniższego stopnia muszą odbyć 40-dniowe szkolenie praktyczne, a w Tatrach nawet 60-dniowe.
Nowe prawo ogranicza też obszar, na którym przewodnicy muszą posiadać odpowiednie kwalifikacje. Sobierajska podkreśla, że MSiT uznało, że na obszarze przedgórza i dolin zagrożenia dla turystów nie są tak duże.
Resort pod koniec czerwca wydał także nowe rozporządzenie w sprawie egzaminów z języka obcego dla przewodników oraz pilotów wycieczek oraz w sprawie wysokości opłat za egzaminy.
– Wszystkie rozporządzenia były prowadzone w konstruktywnym dialogu z szeroko rozumianą branżą. Odbywały się konsultacje społeczne, również z urzędami marszałkowskimi, bo to marszałkowie są organem odpowiednim terytorialnie do wydawania stosownych legitymacji, uprawnień, do przeprowadzania egzaminów, również tych językowych. Staraliśmy się wyjść naprzeciw większości postulatów – zapewnia Sobierajska. – Ewentualnie w przyszłości, kiedy będziemy zmieniać ustawę o usługach turystycznych, możemy w niej uwzględnić część uwag, których nie mogliśmy ująć w rozporządzeniach.
Deregulacja, która objęła zawody turystyczne od 1 stycznia tego roku, zniosła większość wymogów. Piloci wycieczek i przewodnicy turystyczni – zarówno miejscy, jak i terenowi – muszą obecnie spełniać tylko trzy wymagania: pełnoletność, niekaralność i minimum średnie wykształcenie.
Polska żywność bezpieczniejsza. Polacy jednak coraz mniej na nią wydają

Polska zajęła 26. miejsce w Światowym Indeksie Bezpieczeństwa Żywnościowego. Liderem rankingu okazały się Stany Zjednoczony, Austria, Norwegia i Finlandia. Polska w porównaniu z tymi krajami wciąż wypada słabo pod względem wydatków na badania i rozwój w rolnictwie. Tegoroczny indeks pokazuje, że zmniejszają się różnice między krajami bogatymi i biednymi w zakresie bezpieczeństwa żywnościowego.
– W dalszym ciągu kraje rozwinięte dominują – mają wysoki wskaźnik bezpieczeństwa żywnościowego. Po raz trzeci na pierwszym miejscu znalazły się Stany Zjednoczone. Co ciekawe, na drugim miejscu po raz pierwszy znalazła się Austria, a na miejscu trzecim ex aequo Norwegia i Finlandia. Tak że dominują kraje europejskie i giganci światowi, natomiast najniższy wskaźnik mają kraje subsaharyjskie, zdecydowanie poniżej średniej dla 109 krajów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Gill, dyrektor generalny DuPont Polska.
Stany Zjednoczone uzyskały w ogólnym rankingu 89,3 pkt na 100 możliwych. Spośród trzech subindeksów (dostępność, osiągalność cenowa, jakość i bezpieczeństwo) najlepiej oceniono ceny żywności w USA (94,8 pkt). Największa gospodarka świata dobrze wypadła także w pozostałych subindeksach, w każdym z nich uzyskując lepsze wyniki od będącej na drugim miejscu Austrii.
Na przeciwległym biegunie znalazły się nisko rozwinięte państwa z Afryki Subsaharyjskiej. Najniższą pozycję w Światowym Indeksie Bezpieczeństwa Żywnościowego w 2014 r. zajęły: Demokratyczna Republika Konga (24,8 pkt), Czad (25,5 pkt) i Madagaskar (27,2 pkt). Pozytywną wiadomością jest to, że średnie bezpieczeństwo żywnościowe na świecie wzrosło. Uśredniona wartość indeksu dla 109 badanych krajów wyniosła w 2014 r. 56,1 pkt.
Według autorów raportu państwa rozwijające się zmniejszają lukę w bezpieczeństwie żywnościowym w porównaniu z rozwiniętymi gospodarkami. Przykładem są Uganda i Togo, które zanotowały najwyższy wzrost indeksu w 2014 r. (odpowiednio +5,8 pkt oraz +5,2 pkt). Poprawa w dostępie do żywności oraz wzrost jej jakości pozwoliły w ubiegłym roku obniżyć liczbę głodujących i chronicznie niedożywionych z 868 mln do 842 mln osób – wynika z danych FAO (Organizacja ONZ ds. Wyżywienia i Rolnictwa).
Podobnie jak w krajach rozwijających się wzrost indeksu w Polsce wynikał w sporej części ze wzrostu PKB na osobę oraz spadku udziału wydatków na żywność w relacji do całkowitych wydatków konsumentów. Mimo wyraźnego wzrostu w porównaniu z indeksem z 2013 r. pozycja Polski w rankingu nie zmieniła się.
– Na 109 krajów Polska jest sklasyfikowana na 26. miejscu ze światowym indeksem na poziomie 72,7 pkt. To jest wzrost w stosunku do roku ubiegłego o 1,8 pkt. Polska zanotowała duży wzrost, jeżeli chodzi o osiągalność cenową, ponieważ wyniósł on 4,6 pkt. Miał on miejsce głównie z tytułu zmniejszonego udziału wydatków na żywność w budżetach domowych – ocenia Gill.
W subindeksie osiągalności cenowej dla Polski najniżej oceniono wartość PKB na osobę (31 pkt), z kolei maksymalne oceny 100 pkt zyskały takie czynniki, jak programy bezpieczeństwa żywnościowego oraz dostęp do finansowania dla rolników. Dzięki temu subindeks osiągalności cenowej w Polsce wyniósł 78,6 pkt, a więc znacznie wyżej od subindeksów dostępności (66,3 pkt) oraz jakości i bezpieczeństwa (75,5 pkt).
– Od trzech lat najsłabszym punktem w ocenie Polski są nakłady państwa na badania i rozwój w rolnictwie. Polska jest oceniona w tym aspekcie na 12,5 pkt, więc jest to poniżej średniej. Niskie nakłady na ten cel to jednak problem nie tylko Polski, lecz także całego świata. Istnieją jednak szanse na poprawę – uważa dyrektor generalny DuPont Polska.
Innymi obszarami, gdzie istnieje relatywnie duża możliwość poprawy, jest korupcja (50 pkt), dostępność mikroelementów (51,6 pkt) oraz infrastruktura rolnicza (60,2 pkt). Polska powinna także zwrócić uwagę na wahania w wielkości produkcji rolniczej (63 pkt), które mogą silnie oddziaływać na ceny.
W przypadku wydatków na B+R w rolnictwie duże znaczenie mają także nakłady w sektorze prywatnym. Przykładem jest DuPont, który 60 proc. swoich wydatków na B+R przeznacza na sektor rolno-spożywczy.
– To są pieniądze, które są przeznaczane na hodowle nowych mieszańców, ponieważ częścią naszego biznesu jest spółka DuPont Pioneer, która zajmuje się hodowlą, a następnie sprzedażą nasion. Te pieniądze inwestowane są również w badanie i rozwój nowych środków ochrony roślin, takich jak fungicydy, herbicydy czy insektycydy, a więc tych, które służą zwalczaniu chorób, szkodników, chwastów, co wpływa na zwiększenie plonów, a tym samym większą produkcję żywności – mówi Piotr Gill.
Światowy Indeks Bezpieczeństwa Żywnościowego powstaje we współpracy firmy DuPont oraz brytyjskiej firmy Intelligence Business Unit. Najnowsza edycja w 2014 r. objęła 109 państw, w których zbadano 28 zmiennych ilościowych i jakościowych, opisujących bezpieczeństwo żywnościowe.
Zaskakująco dobre wyniki finansowe spółek amerykańskich. Hossę może jednak zatrzymać Fed

Zyski amerykańskich spółek w II kwartale są znacznie powyżej prognoz. Inwestorów pozytywnie zaskoczyły banki, które miały mieć najsłabsze wyniki ze wszystkich branż. Powodów do optymizmu dostarcza także najlepsza od sześciu lat sytuacja na rynku pracy oraz koniunktura w przemyśle. Obok wyników spółek w centrum uwagi rynków jest teraz także Fed, który będzie musiał – prędzej czy później – podnieść stopy procentowe.
– Konsensus rynkowy to ok. 5-6-proc. wzrost wyników spółek w stosunku do II kwartału 2013 roku. Nie oczekujemy rewelacji w sektorze finansowym, a więc dynamika wzrostu zysków nie powinna być duża. Niektórzy oczekują tu nawet spadku wyników w stosunku do II kwartału poprzedniego roku. Oczekiwane są natomiast bardzo dobre wyniki w sektorze spółek IT, z dynamiką zysku nawet powyżej 10 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Staniszewski, prezes Noble Funds TFI.
We wtorek przed sesją na Wall Street wyniki za II kwartał podały trzy duże spółki: Goldman Sachs, J.P. Morgan Chase & Co. oraz Johnson&Johnson. Przed rozpoczęciem publikacji wyników analitycy prognozowali, że sektor finansowy zanotuje spadki zysków w II kwartale jako jedyna z 10 branż wyróżnionych na amerykańskiej giełdzie. Nie potwierdziło się to w przypadku Goldman Sachs, który zwiększył zysk netto w II kwartale do 2,04 mld dolarów z 1,93 mld dolarów rok wcześniej. Bank zarobił w II kwartale 4,10 dolara w przeliczeniu na 1 akcję, podczas gdy prognozowano 3,05 dolara. Rok wcześniej Goldman Sachs osiągnął zysk na jedną akcję na poziomie 3,70 dolara. Rynek odebrał pozytywnie także wyniki banku J.P. Morgan Chase & Co., który zarobił w II kwartale 2014 r. nieco mniej niż przed rokiem, ale więcej niż oczekiwali analitycy. Dobrze zaprezentował się także przedstawiciel sektora dóbr konsumenckich – Johnson&Johnson.
Inwestorzy w USA czekają teraz na wyniki pozostałych spółek, zwłaszcza produkcyjnych, które są uważane za najlepszy barometr koniunktury w realnej gospodarce. A to dlatego że odbiorcami ich produktów są zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorstwa.
– Bardzo ważne będzie to, co powiedzą spółki na temat prognoz na drugą połowę roku. Jeżeli dynamika zysku w drugim kwartale będzie w okolicach 5-6 proc. z polepszającą się prognozą na kolejne kwartały, to będzie to bardzo dobry prognostyk dla giełdy – uważa Staniszewski.
Zdaniem analityków technicznych amerykański indeks S&P 500 po niewielkiej korekcie znalazł się w ciekawej sytuacji: z jednej strony „byki” walczą o powrót na historyczne maksima i kontynuację w kierunku 2000 pkt, a z drugiej – coraz więcej inwestorów wypatruje silniejszej korekty. W tej sytuacji, obok kolejnych wyników spółek, kluczowe będą zapowiedzi dotyczące podwyżek stóp procentowych ze strony przewodniczącej Fed Janet Yellen. Choć inflacja w USA pozostaje na niskim poziomie, to bank centralny musi działać z wyprzedzeniem, zwłaszcza że sytuacja na rynku pracy szybko się poprawia. Gospodarka USA ma za sobą bardzo dobry pod tym względem kwartał: w sektorze pozarolniczym powstało ok. 800 tys. miejsc pracy. To pozwoliło obniżyć stopę bezrobocia w lipcu do poziomu 6,1 proc., co jest najlepszym wynikiem od sześciu lat.
– Sytuacja w gospodarce amerykańskiej jest stabilna: oprócz tego, że stopy procentowe są na rekordowo niskich poziomach, ciągle mamy luzowanie ilościowe i dosyć duże zadłużenie w relacji do PKB rządu amerykańskiego – wskazuje prezes Noble Funds TFI.
Pozytywne sygnały płyną nie tylko z rynku pracy, lecz także z sektora przemysłowego. W lipcu indeks Empire State obrazujący koniunkturę w amerykańskim przemyśle wzrósł do 25,6 pkt z 19,3 pkt w czerwcu. Ekonomiści spodziewali się, że spadnie do 17,3 pkt. Słabiej od prognoz wypadła za to sprzedaż detaliczna, która w czerwcu urosła o 0,2 proc. w relacji do maja. Prognozowano wzrost o 0,6 proc. Rynki finansowe rzadko jednak reagują na dane dotyczące sprzedaży detalicznej, ponieważ podlegają one dużym sezonowym lub jednorazowym wahaniom.
– Gospodarka ma szansę rozwijać w tempie powyżej 2 proc. w tym roku. Mówi się nawet o lepszych prognozach na 2015 rok. Może nie będzie to tak szybko, jak wszyscy by oczekiwali, ale z drugiej strony pozwoli to stabilniej rosnąć, a gospodarka nie będzie narażona na napięcia, czyli na bańki spekulacyjne – twierdzi Mariusz Staniszewski.
Lux Med rośnie w tempie dwucyfrowym. Grupa będzie tworzyć placówki w mniejszych miastach

Coraz więcej Polaków, także w mniejszych miejscowościach, korzysta z prywatnej służby zdrowia. Rynek rośnie stabilnie o kilka procent rocznie. Liderem jest Lux Med, który notuje co roku dwucyfrowe wzrosty. Firma chce skupić się na opiece długoterminowej i zapowiada, że w miarę rozwoju rynku, będzie także inwestować w placówki w mniejszych miastach.
‒ Wzrost całego rynku jest kilkuprocentowy, na poziomie 6-7 proc. My rozwijamy się szybciej niż rynek, mamy cały czas wzrost dwucyfrowy i on będzie się utrzymywał na tym samym poziomie – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes zarządu Lux Med.
Dzięki wzrostowi rynku prywatne placówki Lux Medu znajdują się w coraz większej liczbie miast, także tych mniejszych. Jak podkreśla Rulkiewicz, jeszcze kilka lat temu taki rozwój wydawał się niemożliwy. Grupa ma 161 placówek w całym kraju, w tym pięć szpitali. Najwięcej placówek jest w Warszawie, choć grupa rozwija się również w mniejszych miastach wojewódzkich.
‒ Stajemy się dostawcą usług medycznych z bardzo szerokim zasięgiem. Aktywnie wchodzimy w miasta średniej wielkości. Pojawiamy się w miejscach, o których kiedyś w ogóle nie myśleliśmy, np. Białystok, za chwilę będzie Rzeszów, Szczecin czy Opole ‒ mówi prezes Lux Medu.
Rulkiewicz dodaje, że Lux Med nie tylko zwiększa liczbę miast, w których jest obecny, lecz także poszerza zakres usług dostępnych dla pacjentów. W czerwcu spółka kupiła od Enel-Medu siedem placówek diagnostycznych skupionych w spółce Centrum Medyczne Diagnostyka. Rozwija się także prywatna opieka specjalistyczna i hospitalizacyjna.
‒ Myślę, że tematem docelowym naszego rozwoju będzie opieka długoterminowa, na której będziemy chcieli się mocno skupić – zapowiada Rulkiewicz. ‒ Z opieką długoterminową najpierw zaczniemy od większych aglomeracji, ale im bardziej rynek będzie się rozwijał, tym bardziej będziemy schodzili w dół.
Rynek jest jednak ograniczony budżetem państwowej służby zdrowia. Jak podkreśla Rulkiewicz, Polacy nadal w dużym stopniu korzystają z prywatnych placówek jedynie w ramach zleceń z Narodowego Funduszu Zdrowia. Dodaje, że choć prawo wspiera rozwój prywatnej służby zdrowia, to ograniczenia finansowe pozostają problemem tego sektora.
To właśnie brak funduszy w ocenie Rulkiewicz stoi też za zapowiadaną decyzją NFZ o braku nowych konkursów dla szpitali na rok 2015. Dotychczasowe umowy miałyby zostać aneksowane, co uniemożliwi zdobycie kontraktów z Funduszem nowym podmiotom. Zmiany na rynku wprowadza też tzw. ustawa kolejkowa, czyli przyjęty już przez rząd projekt usprawnienia obsługi medycznej dla pacjentów i lepszego dostępu do lekarzy specjalistów.
Inteligentne domy coraz powszechniejsze. Nadal obawiamy się jednak o bezpieczeństwo

W ciągu najbliższych pięciu lat większość sprzętu AGD i RTV w prywatnych domach będzie mieć połączenie z internetem – tak wskazało prawie dwie trzecie respondentów na świecie badanych przez firmę Fortinet. Użytkowników wciąż najbardziej niepokoją kwestie związane z bezpieczeństwem i zachowaniem prywatności.
Ponad połowa respondentów (61 proc.) uważa, że wciągu najbliższych pięciu lat większość sprzętu AGD i RTV w naszych domach będzie mieć połączenie z internetem. Najbardziej w wizję inteligentnych domów wierzą Chińczycy (85 proc.). Tego samego zdania jest 61 proc. badanych Amerykanów i Niemców oraz 57 proc. Brytyjczyków.
– Mamy już w domach bardzo dużo różnego rodzaju rozwiązań, które mogą korzystać z podłączenia do internetu. Najczęściej są to telewizory czy konsole do gier, ale niekiedy także AGD, na przykład lodówki, monitorujące i raportujące, które produkty powinny zostać zamówione w celu uzupełnienia zapasów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Krystyniecki, inżynier systemowy z Fortinet Polska.
Według firmy badawczej IDC wartość rynku internetu rzeczy ma wzrosnąć do 7,1 biliona dolarów (czyli około 21,5 biliona złotych) w 2020 roku. Jak podkreśla Sebastian Krystyniecki, urządzenia typu smart, łączące się z siecią, to nie tylko routery internetowe, lecz także urządzenia do monitoringu czy sterowania różnymi podsystemami, np. ogrzewaniem, alarmem czy roletami.
– Trzeba pamiętać o tym, że za wizją inteligentnego domu kryją się pewnego rodzaju niebezpieczeństwa. Tak długo, jak długo mamy pod kontrolą systemy zarządzania domem i nikt nie używa ich w sposób nieautoryzowany, będą nam one rzeczywiście pomagać. Natomiast w momencie, kiedy ktoś uzyska do nich nieuprawniony dostęp, łatwo mnożyć scenariusze, w których tego typu rozwiązania będą szkodliwe – podkreśla inżynier.
Z ankiety przeprowadzonej przez Fortinet w 11 krajach wynika, że zdecydowana większość respondentów (69 proc.) obawia się, że podłączone do sieci domowe urządzenia mogą umożliwić wyciek danych bądź ujawnienie poufnych informacji o użytkowniku. Zdaniem Sebastiana Krystynieckiego najprościej wyobrazić sobie taki atak na przykładzie routera internetowego, który jest wykorzystywany w domu. Wystarczy na przykład, że ktoś w sposób nieuprawniony zmieni serwery DNS, z których korzysta taki router, i zanalizuje proces korzystania przez domownika np. z banku internetowego. W ten sposób teoretycznie możliwe jest przejęcie hasła i potem w dowolny sposób zmodyfikowanie transakcji, które użytkownik wykonuje.
– Nietrudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym ktoś przejmie kontrolę nad kamerą czy to w telewizorze typu smart, czy zwykłą wolno stojącą, ale podpiętą do internetu, i będzie mógł stwierdzić, kto z domowników jest w domu – mówi Krystyniecki. – Już w 2013 roku zanotowano przejęcie kontroli nad około 100 tys. różnego rodzaju urządzeń typu smart.
Poradzenie sobie z tymi przeszkodami będzie wymagało zastosowania różnych technik zabezpieczenia, w tym uwierzytelniania połączeń sieciowych, używania przez użytkowników szyfrowanych połączeń do komunikowania się z podłączonymi urządzeniami, zastosowania antywirusowego oprogramowania czy ochrony przed atakami na aplikacje w chmurze.
Krystyniecki zwraca uwagę na to, że istnieje również poważny problem z odpowiednim zabezpieczeniem użytkownika przed niechcianymi działaniami z zewnątrz.
– Brakuje standardów branżowych, które by to w jakiś sposób kodyfikowały. Kiedy dokonujemy zakupu jakiegoś produktu, który ma możliwość łączenia się z internetem, starajmy się sprawdzić, czy dostarcza on jakichkolwiek bezpiecznych metod użytkowania – radzi inżynier systemowy z Fortinet Polska.
Duże rozbieżności wśród ankietowanych wywołało pytanie o to, kto powinien chronić podłączone do sieci urządzenia przed atakami hakerów i złośliwym oprogramowaniem. W skali globalnej połowa badanych stwierdziła, że bezpieczeństwo powinien zapewniać domowy router, podczas gdy druga połowa obarcza odpowiedzialnością swojego dostawcę internetu. Duża grupa badanych wskazała, że samo urządzenie powinno być odporne na niebezpieczeństwa związane z atakami na oprogramowanie, a w razie potrzeby samodzielnie dostosować i zapewnić sobie odpowiednią ochronę oraz wyeliminować zagrożenie.
Mimo że większość badanych była zdecydowana lub zastanawiała się nad kupnem urządzeń i usług związanych z podłączeniem swojego domu do sieci, cena takich przedmiotów okazała się najważniejszym czynnikiem determinującym wybór. Gdyby była niższa, zapewne wizja inteligentnego domu stałaby się mniej odległa. W hierarchii czynników determinujących zakup najważniejsze po cenie okazały się funkcje i przydatność urządzenia.
Polska i inne europejskie kraje wciąż mają szansę odnieść sukces w wydobyciu gazu łupkowego
Na skutek rewolucji gazowej, która w ostatnich latach dokonała się w USA, kraj ten do końca obecnej dekady z importera tego surowca ma szansę stać się jednym z bardziej liczących się eksporterów gazu ziemnego. Coroczny raport firmy doradczej Deloitte „2014 Oil and Gas Reality Check” pokazuje, że wzrost niezależności energetycznej Stanów Zjednoczonych może mieć większy wpływ na globalną branżę energetyczną niż konflikt na Krymie. Eksperci Deloitte wciąż widzą duże szanse na sukces w wydobyciu gazu łupkowego w Polsce, Rumunii, Wielkiej Brytanii czy na Ukrainie, co pozwoliłoby stopniowo uniezależnić się tym krajom od dostaw gazu ziemnego z Rosji.
W ciągu ostatnich kilku lat deficyt w handlu gazem USA zmniejszył się z 26 mld dolarów w 2008 roku do 4 mld w roku ubiegłym. Stało się to na skutek energetycznej rewolucji, która dokonała się w tym kraju po odkryciu i rozpoczęciu eksploatacji dużych złóż gazu łupkowego. W tym samym czasie wzrost produkcji ropy naftowej wzrósł w USA z 5 mln do 7,4 mln baryłek dziennie. Według prognoz amerykańskiej Agencji ds. Informacji Energetycznej (EIA), Stany Zjednoczone mogą stać się eksporterem netto gazu ziemnego przed końcem obecnej dekady . Powstaje pytanie, czy USA, coraz bardziej samowystarczalne, nie zmniejszą swojej aktywności na arenie międzynarodowej, a tym samym nie powrócą do polityki izolacjonizmu. Zdaniem ekspertów Deloitte jest to mało prawdopodobne, gdyż zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w politykę międzynarodową nie jest powodowane wyłącznie globalną sytuacją na rynku ropy i gazu. Rewolucja energetyczna może wzmocnić ten kraj w negocjacjach dyplomatycznych na całym świecie, w tym na Bliskim Wschodzie czy stosunkach z Rosją i Chinami.
Raport Deloitte wskazuje jednocześnie, że sytuacja Europy pod tym względem jest dużo trudniejsza. Około 30 proc. popytu na gaz krajów Unii Europejskiej, Bałkanów, Norwegii, Szwajcarii czy Turcji zaspokajanych jest przez import gazu z Rosji. W przypadku takich krajów jak Ukraina jest to nawet 60 proc. zapotrzebowania na ten surowiec. Co istotne przez Ukrainę przepływa aż 57 proc. eksportu rosyjskiego gazu przeznaczonego dla Europy Zachodniej, 24 proc. – eksportu do Europy Wschodniej,a 19 proc. dla Turcji. Jak zauważają eksperci Deloitte, konflikt krymski wpłynie istotnie na rynek energetyczny, ale jego globalny zakres pozostanie ograniczony, między innymi dlatego, że ponad połowę przychodów budżetowych Rosji zapewnia właśnie przemysł gazowy i naftowy.
„Stany Zjednoczone będą podejmować wysiłki, aby nadal stać na straży globalnej równowagi sił na rynku energetycznym, szczególnie biorąc pod uwagę wzrost wpływów chińskich oraz ożywienie aktywności Rosji na arenie międzynarodowej. Zwiększona konkurencja ze strony USA silnie oddziałuje na Rosję, która nie może windować cen ropy i gazu. Z drugiej strony mało realnym wydaje się to, że amerykańskie firmy zrobią Europie prezent i będą sprzedawać surowce energetyczne po zaniżonych cenach” – mówi Wojciech Hann, Partner i Lider Środkowoeuropejskiego Zespołu Energii i Zasobów Naturalnych Deloitte.
Jak wskazuje raport Deloitte, kraje tj. Wielka Brytania, Rumunia, Polska i Ukraina, które chcąc zapewnić sobie bezpieczeństwo energetyczne oraz zwiększyć konkurencję na rynku, pokładają duże nadzieje w odkrytych u siebie złożach gazu łupkowego. Początkowe niepowodzenia i trudności nie były na tyle zniechęcające, aby wspominane kraje porzuciły plany pójścia śladem USA. Zdaniem ekspertów Deloitte motywacja tych krajów jest na tyle silna, że pokładane nadzieje mają się jeszcze szansę spełnić. Nie bez znaczenia pozostaje również dalszy rozwój technologii, mających usprawnić wydobycie gazu łupkowego.
Raport Deloitte, oprócz wzrostu znaczenia USA na światowym rynku energetycznym, wskazuje na jeszcze inne istotne zjawiska wywierające wpływ na tę branżę:
Dostawy energii – Nowe źródła, nowa geopolityka.
Od ponad pół wieku Organizacja Krajów Eksportujących Ropę Naftową (OPEC) wraz z Rosją dominują w obszarze eksportu ropy i gazu. Eksport z krajów zrzeszonych w OPEC stanowił 28 proc. całkowitego globalnego zużycia ropy naftowej w 2012 roku. Najprawdopodobniej w ciągu następnej dekady nastąpią przetasowania związane z nowymi źródłami energii. Zwiększone wydobycie w Stanach Zjednoczonych, jak również wzrost produkcji w Kanadzie, Meksyku, Brazylii, Wenezueli oraz w Kazachstanie zmienią istotnie sytuację na globalnych rynkach ropy naftowej i gazu. Pozycja tradycyjnych producentów najpewniej osłabnie.
Mix energetyczny – kolejne przetasowania.
Zmienia się punkt ciężkości globalnego koszyka energetycznego na rzecz czystszych paliw, takich jak gaz ziemny. W Ameryce Północnej coraz częściej używa się gazu w celu wytwarzania energii,w transporcie i w produkcji. Japonia również zamierza zwiększyć zużycie gazu, kontynuując tym samym strategię wyznaczoną po katastrofie w elektrowni atomowej Fukushima, która wymusiła częściową – i jak należy się spodziewać – chwilową – rezygnację z energii atomowej. W Europie nadal obserwować będziemy dążenie do większego wykorzystania czystszych paliw, pomimo niedawnych sygnałów wskazujących na chęć odstąpienia od bardziej kosztownych źródeł energii odnawialnej i towarzyszącemu jej tymczasowemu zwiększeniu wykorzystania węgla w tym regionie.
Wytwarzanie energii – Gigantyczne przedsięwzięcia w zakresie ropy naftowej i gazu wymagają nowych strategii zarządzania. Duże przedsięwzięcia angażujące rezerwy ropy naftowej i gazu (odpowiadające ponad miliardowi baryłek ropy) można ogólnie podzielić na trzy kategorie: tradycyjne, nowoczesne oraz niekonwencjonalne. Projekty tradycyjne obejmują inwestycje lądowe, płytkowodne i dotyczące ciężkich frakcji; projekty nowoczesne dotyczą LNG, produkcji paliw ciekłych z gazu (GTL), przedsięwzięć głębinowych i arktycznych; natomiast projekty niekonwencjonalne typowo wiążą się z gazem łupkowym, gazem i ropą zamkniętą czy piaskami bitumicznymi w Kanadzie.
„Polski terminal LNG w Świnoujściu, terminale w państwach bałtyckich w tym terminal w Kłajpedzie, czy wreszcie docelowo terminal LNG na chorwackiej wyspie Krk, pomimo nieuniknionych w projektach o tej skali opóźnień, świadczą o tym, iż krajobraz konkurencyjny Europy Środkowej w zakresie dostaw gazu zmienia się diametralnie i już za dwa lata będzie można mówić o znacznie zwiększonej dywersyfikacji geograficznej dostaw gazu do naszego regionu” – mówi Wojciech Hann. „Pomimo optymistycznych sygnałów należy pamiętać o towarzyszących nam wyzwaniach, takich jak poprawa dyscypliny realizacji projektów, lepsza koordynacja działań pomiędzy państwami regionu, czy – docelowo – urealnienie i poprawa warunków importu LNG tak, aby odzwierciedlały one w większym stopniu pozytywne trendy cenowe na globalnym rynku gazu”.
„Nacjonalizm energetyczny”
Nacjonalizm krajów związany z zasobami naturalnymi wynika z konfliktu trzech podstawowych pobudek: chęci zdobycia bogactwa w miarę spieniężania zasobów; pragnienia osiągniecia bezpieczeństwa energetycznego oraz chęci utrzymania kontroli nad zasobami krajowymi dla potrzeb rozwoju własnego państwa. Zdaniem ekspertów Deloitte ta ostatnia z pobudek jest już coraz mniej obecna w dobie globalizacji. Co ważne w najbliższych latach może dojść do znaczącej zmiany ról na światowym rynku energetycznym. Ci, którzy byli importerami (USA, Brazylia), staną się eksporterami. W przypadku Indonezji czy Malezji może to być ruch odwrotny.
Takie kraje jak Polska, Chiny czy Ukraina, mają nadal szansę, aby stać się łupkowymi potęgami.
O raporcie „Oil and Gas Reality Check 2014”
Raport w skali globalnej prezentuje główne wyzwania, przed którymi stoi sektor ropy i gazu oraz prognozę trendów, które w przyszłych latach mogą kształtować branżę energetyczną. Raport skupia się na pięciu tematach tj.: energia na świecie – rewolucja energetyczna w Ameryce Północnej, dostawy energii – wpływ nowych źródeł na geopolitykę, mix energetyczny – przetasowania w sektorze energetycznym, produkcja energii – wielkie projekty energetyczne i nowe sposoby zarządzania, nacjonalizm energetyczny. Raport został opublikowany przez Deloitte USA w czerwcu 2014 r.
Oszczędzaj czas dzięki kilku prostym nawykom
Większość z nas narzeka na brak czasu. Doba jest za krótka zarówno dla zapracowanych menedżerów, zajętych przedsiębiorców, jak i zabieganych mam łączących wychowanie dzieci z rozwojem zawodowym. Niezależnie jednak od tego, czym się na co dzień zajmujemy, w skali miesiąca możemy zyskać nawet kilka dodatkowych godzin. Pomoże nam w tym zarządzanie sobą w czasie przy wykorzystaniu odpowiednich nawyków.
Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, jak dużo czasu w ciągu dnia tracimy z powodu złej organizacji. Żyjemy w przekonaniu, że np. za koniecznością zostawania w pracy po godzinach stoi zbyt duża ilość zadań.
Na problem ten warto jednak spojrzeć z innej strony i poszukać rozwiązań, które sprawią, że choć zegar nie zwolni w żaden magiczny sposób, my zrobimy zdecydowanie więcej i będziemy mogli sobie pozwolić chociażby na dłuższy odpoczynek.
– Dobre zarządzanie sobą w czasie to w głównej mierze wdrożenie zestawu nawyków, które będą nas na co dzień wspierać. Pamiętajmy, że co najmniej 40% decyzji podejmujemy automatycznie, bez udziału świadomości – mówi Grzegorz Frątczak, specjalista zarządzania czasem.
Punktem wyjścia powinno zatem być krytyczne spojrzenie na własny sposób funkcjonowania. Z łatwością jesteśmy bowiem w stanie zdiagnozować momenty, w których od lat pielęgnowane przyzwyczajenia działają na naszą niekorzyść. A ich zmiana może przynieść wiele dobrego.
Pierwszy nawyk – planowanie
Powszechnie znana prawda głosi, że jedna minuta poświęcona na planowanie to nawet dziesięć minut zaoszczędzonych w ciągu dnia.
– Dodatkowo, codziennie przychodzi nam zmierzyć się z dziesiątkami czy setkami pomniejszych czynności, w których łatwo się pogubić. Działając bez planu podświadomie wybieramy zadania prostsze, wymagające mniejszego wysiłku – a te niestety rzadko kiedy przynoszą nam największe korzyści – dodaje Grzegorz Frątczak.
Pierwszym nawykiem, który każdy z nas powinien wdrożyć, jest więc planowanie. Wybierzmy stały, najbardziej odpowiadający nam moment – chwilę po przyjściu do biura, czas poobiedniego odpoczynku czy np. kwadrans przed położeniem się spać i twórzmy listy zadań wraz z ich priorytetami.
Już taki prosty zabieg wystarczy, by podczas codziennej nawałnicy służbowych obowiązków pozostać efektywnym i zakończyć dzień z poczuciem realizacji wszystkich zamierzeń.
Zadania: jedno po drugim i blokowo
Niewiele osób zdaje sobie sprawę, jak niekorzystnie na naszą produktywność wpływa rozproszenie uwagi. Stałe przełączanie się pomiędzy różnymi zadaniami kosztuje nas mnóstwo czasu i energii.
– Co gorsze, na koniec dnia często się też okazuje, że co prawda wykonaliśmy dużo pracy i zaczęliśmy wiele czynności, ale tak naprawdę niczego nie doprowadziliśmy do końca. Z całą pewnością warto więc przyzwyczaić się do funkcjonowania w systemie, w którym kolejne działanie rozpoczynamy dopiero w momencie zakończenia poprzedniego – podpowiada ekspert zarządzania czasem.
Niektórych z naszych obowiązków nie da się rzecz jasna wykonać od razu. W takim wypadku pomocne okaże się dzielenie ich na mniejsze etapy (trwające nie dłużej, niż 60 minut), po których bez większych kosztów możemy zająć się czymś innym.
Dobrym przyzwyczajeniem, pozwalającym zaoszczędzić dużo czasu, będzie także grupowanie podobnych do siebie zadań. Jeśli musimy odbyć 20 rozmów telefonicznych oraz podpisać kilkanaście dokumentów, należy to zrobić blokowo – załatwić wszystkie sprawy nie odkładając telefonu, a następnie wziąć do ręki pióro i skupić się wyłącznie na podpisach.
Przedmioty odkładamy na miejsce
Kolejna kwestia, na którą powinniśmy zwrócić uwagę, zabrzmi może banalnie, lecz w praktyce okaże się nadzwyczaj pomocna. Chodzi o zwykłe… odkładanie przedmiotów na ich miejsce. Jak pokazują liczne badania, na co dzień tracimy mnóstwo czasu na poszukiwania zagubionych kluczy, telefonu lub dokumentów. Niektórzy przekonują, że w ten sposób w skali całego roku marnujemy nawet do siedmiu dni!
– Odłożenie danej rzeczy na miejsce nie jest ani specjalnie trudne, ani czasochłonne. Dlaczego zatem tego nie robimy? Najczęściej winna jest nasza skłonność do pozornego upraszczania sobie życia, która w tym wypadku co prawda pozwoli nam zaoszczędzić kilka sekund, ale ostatecznie przyniesie więcej szkody, niż pożytku – zauważa przedstawiciel CEO Solutions.
Zadania, których nie warto realizować
W umiejętnym projektowaniu swojego czasu istotne jest nastawienie. Warto uświadomić sobie, że czas i energia to aktywa, a to, w jaki sposób je zainwestujemy, zadecyduje o naszym ewentualnym sukcesie bądź porażce.
Już na etapie planowania swoich działań należy zatem krytycznie spojrzeć na stworzoną przez siebie listę i zastanowić się, czy aby na pewno wszystkie jej punkty powinniśmy sumiennie realizować. Może bardziej opłacalne będzie całkowite wykreślenie jakiejś czynności albo oddelegowanie jej komuś, kto zrobi to szybciej i lepiej?
Odzyskane w ten sposób minuty czy nawet godziny będziemy mogli poświęcić na naprawdę wartościowe zadania. Taki sposób funkcjonowania w dłuższej perspektywie może znacząco wpłynąć na poprawę efektywności naszej pracy, co z kolei przełoży się na dużą oszczędność czasu.
Komisja Europejska uwolni internet. Chce pobudzic inwestycje szerokopasmowe

Przyjęcie przez Komisję Europejską wniosku deregulacyjnego, złożonego przez Urząd Komunikacji Elektronicznej, znacznie poprawi warunki inwestowania na rynku telekomunikacyjnym. Eksperci przewidują, że pomoże to w rozwoju internetu szerokopasmowego, a pod tym względem Polska wciąż jest w ogonie Europy. Według Europejskiej Agendy Cyfrowej do 2020 roku w kraju będzie potrzebnych ponad 9 mln nowych łączy, których wartość szacowana jest na 26 mld zł. Z tego 20 mld zł będą musiały wyłożyć firmy prywatne.
Potencjał rynku cyfrowego w Polsce jest bardzo duży. Jak pokazują unijne dane, pod względem dostępu do szerokopasmowego internetu jesteśmy na szarym końcu Europy – zaledwie 70 procent kraju ma dostęp do szybkiego internetu.
– Będziemy potrzebowali około 9 mln nowych łączy do 2020 roku. To potężne zadanie organizacyjne, wielka inwestycja, którą Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji ocenia na około 25-26 mld zł – szacuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Krzysztof Blusz, wiceprezes zarządu demosEUROPA – Centrum Strategii Europejskiej.
Choć blisko 20 procent potrzebnej kwoty zapewnią środki unijne, to pozostałą część będą musieli pokryć prywatni inwestorzy. Aby mogło to jednak dojść do skutku, potrzebne są odpowiednie warunki do inwestowania. Zdaniem eksperta pomoże w tym inicjatywa Urzędu Komunikacji Elektronicznej, który skierował do Komisji Europejskiej wniosek o deregulację rynku telekomunikacyjnego.
– Warunki inwestowania zostaną wówczas poprawione dla tych graczy, którzy do tej pory podlegali regulacji ograniczającej ich możliwości rozwoju biznesu, a także rentowności czy zyskowności na tym rynku – mówi Blusz. – Komisja Europejska zawsze stała na straży rynku, uznając, że im lepiej jest zintegrowany, tym lepsza sytuacja zarówno dla podmiotów rynku oferujących usługi, jak i konsumentów. Po drugie Komisja Europejska zawsze stoi na straży równych warunków konkurencji dla wszystkich graczy na rynku.
Wprowadzona kilka lat temu regulacja miała na celu zlikwidowanie dominującej pozycji TP SA (dzisiejszej Orange Polska) na rynku. Spółka miała wówczas 80 procent udziału w rynku usług internetowych. Dziś na terenie 76 gmin zaproponowanych do deregulacji udział firmy nie przekracza 30 procent, a wielu miastach jest znacznie niższy.
Blusz podkreśla korzyści z propozycji UKE. Dodaje, że regulacje powinny być wprowadzane wyłącznie tam, gdzie rynek nie jest w stanie samodzielnie sobie poradzić i konieczne są okresowe ingerencje. Kiedy zmieniają się warunki, interwencja może zostać przerwana.
– Komisja Europejska mówi wyraźnie, że polityka regulacyjna nie może wypychać prywatnych inwestycji z rynku, ale musi służyć angażowaniu prywatnych inwestorów i ich środków. Oznacza to, że po pierwsze nie może zmieniać warunków rentowności i korzyści dla inwestorów z tej inwestycji, ale także nie może powodować zniekształceń rynku i jego mechanizmów – ocenia Blusz.
Firma, która działa na zderegulowanym rynku oferuje klientom produkty na promocyjnych zasadach, a to przyczynia się do zwiększenia popytu. Szerszy dostęp do internetu to natomiast pobudzenie gospodarki, pojawiają się nowe miejsca pracy, wpływa to również na mobilność społeczeństwa.
Ekspert demosEUROPA podkreśla, że to na obszarze gospodarki cyfrowej, obok energetyki, będą koncentrowały się działania gospodarcze i ekonomiczne Europy w nowej perspektywie budżetowej.
– To zresztą jest doskonale odzwierciedlone w różnych instrumentach, które mamy w nowej perspektywie finansowej, poczynając od Connecting Europe Facility, także poprzez kilka innych funduszy. To, co będzie ważne, to oczywiście wszystkie elementy regulacyjne, elementy traktowania pomocy publicznej w krajach członkowskich, które będą służyć kreowaniu przyjaznego otoczenia dla inwestorów – podsumowuje Krzysztof Blusz.
Obecny sezon turystyczny może być dla Polski rekordowy. Turystów przyciągną wydarzenia kulturalne i sportowe

W tym roku Ministerstwo Sportu i Turystyki spodziewa się 3-4-procentowego wzrostu liczby turystów. Zagranicznych gości ponownie przyciągać będą do Polski duże wydarzenia kulturalne i sportowe, jak mistrzostwa świata w siatkówce mężczyzn. Resort przewiduje, że będzie to dobry i spokojny sezon również dla polskich organizatorów wyjazdów.
Eksperci oceniają, że obecny sezon ma być jeszcze lepszy niż poprzedni pod względem liczby turystów odwiedzających Polskę. Dane Ministerstwa Sportu i Turystyki wskazują, że w ubiegłym roku nasz kraj odwiedziło 15,8 mln turystów, co oznacza wzrost o blisko 7 procent względem 2012 roku. Wyższe były również wpływy z turystyki przyjazdowej, które wyniosły prawie 40 mld zł (wzrost o 11,5 procent).
– Mamy nadzieję, że 2014 rok także uda się zamknąć wzrostem liczby turystów – szacujemy, że powinno być to ok. 3-4 proc. – ocenia w rozmowie z Newserią Biznes Katarzyna Sobierajska, wiceminister sportu i turystyki. – Pierwszy kwartał tego roku jest bardzo obiecujący, wedle danych GUS i naszych notujemy kolejne wzrosty, ale kluczowe będą drugi i trzeci kwartał, czyli szczyt sezonu turystycznego.
W ubiegłym roku najwięcej odwiedziło Polskę turystów z Niemiec (ponad 5 mln), Ukrainy (2,1 mln) oraz Białorusi (1,5 mln). Łączna liczba turystów z Rosji, Czech i Słowacji przekroczyła milion (odpowiednio 700, 245 i 125 tys. osób). Wszystko wskazuje na to, że ten rok może być dla turystyki w Polsce jeszcze lepszy – przede wszystkim ze względu na mistrzostwa świata w siatkówce mężczyzn. Odbędą się one na przełomie sierpnia i września w sześciu miastach (Bydgoszcz, Gdańsk, Katowice, Kraków, Łódź i Wrocław), mecz otwarcia zostanie natomiast rozegrany na Stadionie Narodowym w Warszawie.
– Siatkówka jest po piłce nożnej bardzo medialnym sportem, przekaz medialny będzie oglądany przez miliony osób, sama impreza przyciągnie do Polski sporo fanów siatkówki. Ministerstwo i nadzorowana przez nas Polska Organizacja Turystyczna wykorzystują imprezę w kampaniach promocyjnych realizowanych przede wszystkim na tych rynkach zagranicznych, z których będziemy gościć drużyny – podkreśla Katarzyna Sobierajska.
Jak podkreśla wiceminister sportu i turystyki, turystów z zagranicy przyciągają do Polski również wydarzenia kulturalne, koncerty i festiwale – warszawski Orange Warsaw Festival czy Off Festival w Katowicach.
– Niedawno zakończył się Open’er w Gdyni, który skupia nie tylko polskich turystów, lecz także gości z zagranicy – Skandynawów, Niemców i Rosjan, choćby z obwodu kaliningradzkiego, bo Trójmiasto jest przecież dla nich swobodnie dostępne – dodaje Sobierajska.
Jej zdaniem tegoroczny sezon będzie dobry również dla organizatorów turystyki.
– Mamy nadzieję, że obecny sezon będzie równie spokojny jak poprzedni. Rok 2013 był dobry dla biur zajmujących się turystyką wyjazdową, uzyskały one wysokie zyski. W tym roku dostosowały oferty do potrzeb rynku, dzięki czemu udaje nam się, jak na razie, spokojnie przechodzić przez sezon wakacyjny – podkreśla Katarzyna Sobierajska.
Z danych firmy analitycznej Travel Data wynika, że w ubiegłym roku zysk netto branży turystycznej wyniósł 85 mln zł, a rentowność utrzymała się na wysokim poziomie 2 procent (dla porównania w 2012 roku wyniosła zaledwie 0,25 procent). Znowelizowane rozporządzenie Ministerstwa Finansów czterokrotnie podwyższa progi minimalnej wysokości gwarancji ubezpieczeniowej wymaganej w związku z działalnością wykonywaną przez organizacje turystyczne, co zwiększy także bezpieczeństwo turystów.
– Nowe rozporządzenie ministerstwa objęło wszystkie biura podróży, od których wymagane jest posiadanie takiego zabezpieczenia. Dlatego można powiedzieć, że w obecnym sezon gwarancja ubezpieczeniowa zapewnia zdecydowanie wyższy poziom bezpieczeństwa klientom tych podmiotów – podsumowuje Sobierajska.
Instytut Sobieskiego: problemy PGNiG to efekt działań administracji państwowej

Problemy PGNiG wynikają z połowicznej liberalizacji rynku gazu: z jednej strony spółka musi sprzedawać część gazu przez giełdę, co jest prorynkowe, a z drugiej taryfy dla gospodarstw domowych wciąż są regulowane przez URE – ocenia Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. Dodatkowym problemem są również plany wprowadzenia podatków od wydobycia węglowodorów, co może ograniczyć możliwości inwestycyjne spółki w tym zakresie.
Szczególnie trudne jest połączenie konieczności utrzymania cen dla odbiorców indywidualnych z obowiązkiem sprzedaży gazu poprzez giełdę. Ten ostatni obowiązek pośrednio wynika z przepisów unijnych. Komisja Europejska dała państwom członkowskim i podmiotom działającym na rynku gazu pięć lat na dostosowanie się do nowych regulacji, ale w Polsce zbyt późno rozpoczęło się wdrażanie zmian.
– Ewolucję zastąpiliśmy rewolucją – mówi Robert Zajdler, ekspert Instytutu Sobieskiego. – Przez pierwsze lata niewiele się działo w kwestii wdrażania tych przepisów i tworzenia nowego modelu rynku, po czym we wrześniu 2013 roku wprowadzono dość istotne obowiązki w zakresie sprzedaży gazu na rynku hurtowym, nakładając na PGNiG obowiązek sprzedaży surowca za pośrednictwem giełdy – w tym roku 40 proc., w przyszłym roku 55 proc.
Spółka miała więc za mało czasu na dostosowanie się do nowego modelu. Do tego liberalizacja rynku jest połowiczna – uwolnienie sprzedaży na rynku hurtowym nie idzie w parze z uwolnieniem cen dla odbiorców, w szczególności przemysłowych. Wciąż zatwierdza je Urząd Regulacji Energetyki, co oznacza, że PGNiG nie może ich kształtować zgodnie z aktualnymi warunkami prowadzenia działalności. W ten sposób spółka nie może próbować równoważyć strat wynikłych ze zbyt gwałtownego wprowadzenia obliga giełdowego na rynku sprzedaży bezpośredniej.
– Mamy do czynienia z połowiczną liberalizacją. Mamy w tym zakresie pewne doświadczenia światowe: chociażby kryzys kalifornijski z 2001 roku, który też był wynikiem połowicznej liberalizacji, spowodował dość duże problemy w zakresie bezpieczeństwa energetycznego – mówi Zajdler.
Do tego regulacje państwa mogą zablokować spółce inną możliwość zarabiania, chociażby na wydobyciu gazu łupkowego. Propozycje modelu opodatkowania wydobycia węglowodorów oznaczają, że z najbardziej rentowny na świecie sektor upstream może się okazać dla PGNiG nieopłacalny.
– Obłożenie wydobycia dodatkowymi opłatami powoduje, że tak naprawdę ogranicza się możliwość inwestowania przez firmy takie jak PGNiG w dostosowywanie się do nowego modelu rynku – ocenia ekspert Instytutu Sobieskiego.
Te sprawy leżą, zdaniem rozmówcy Newserii Biznes, u podłoża obecnych problemów spółki.
Gdyńska stocznia porozumiała się z Francuzami. Jeśli MON wybierze okręty podwodne Scorpène, dwa powstaną w Polsce
Francuski koncern DCNS i trójmiejska stocznia Nauta podpisali porozumienie o współpracy przy budowie okrętów podwodnych dla polskiej marynarki. To kolejny etap przygotowań do przetargu na okręty, który Ministerstwo Obrony Narodowej ma rozpisać jeszcze w tym roku. Francuzi zapewniają, że jeśli MON wybierze okręty Scorpène, w dwóch trzecich zostaną one wyprodukowane w Polsce.
– Jesteśmy gotowi przekazać technologie i w ten sposób pomóc stoczni Nauta zbudować znaczną część nowych okrętów. Chcemy też przygotować polskie zakłady, by samodzielnie mogły serwisować te maszyny, a także, by rozwijały możliwości budowy własnych statków tego lub innego typu – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bernard Planchais, wiceprezes i dyrektor ds. operacyjnych DCNS.
Państwowy francuski koncern DCNS chce zaoferować w przetargu trzy okręty klasy Scorpène wraz z rakietami manewrującymi. Dzięki partnerstwu z należącą do MARS Shipyards & Offshore i mającą wejść w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej stocznią Nauta w Gdyni okręty powstałyby we współpracy z polskim przemysłem. DCNS zakłada, że pierwszy z trzech okrętów zostałby zbudowany w stoczni w Cherbourgu przy udziale polskich inżynierów i pracowników, a kolejne dwa powstałyby już niemal całkowicie w Gdyni.
Porozumienie określa ramowy plan współpracy. W ciągu najbliższych miesięcy DCNS i Nauta wypracują szczegóły. MON wybierze nowe okręty w 2015 r.
– Okręt podwodny jest to najbardziej skomplikowane urządzenie, dlatego technologia używana przy jego budowie i kompetencje, jakie powinni mieć pracownicy, są ogromne. Dla przemysłu stoczniowego jest to duży skok technologiczny, który wprowadzi nas do elity światowego przemysłu stoczniowego, związanego z produkcją okrętów podwodnych. Natomiast dla Polski dużą korzyścią będzie fakt, że będą one budowane w kraju – przekonuje Adam Potrykus, wiceprezes zarządu ds. produkcji Stoczni Remontowej Nauta SA.
Porozumienie DCNS i Nauty to kolejny etap w trwającej od wielu lat współpracy tych firm. Jak przypomina Potrykus, partnerstwo zostało zapoczątkowane po ogłoszeniu programu modernizacji floty Marynarki Wojennej. Nauta poszukiwała wtedy partnera z doświadczeniem w budowie okrętów podwodnych, który zgodziłby się przekazać technologię Polsce. Po szczegółowym audycie technicznym spółki zdecydowały się wspólnie uczestniczyć w dialogu technicznym w ramach programu zakupu okrętów podwodnych „Orka”.
Program zakłada nie tylko zakup okrętów, lecz także ich utrzymanie przez cały czas ich służby. Jeśli byłoby to wykonywane w polskiej stoczni, oznaczałoby to liczne korzyści dla polskiego przemysłu oraz stworzenie wielu nowych miejsc pracy. W trakcie budowy okrętów miałoby powstać dodatkowych tysiąc miejsc pracy, a w okresie utrzymania statków przez 30 lat – 300 dodatkowych stanowisk. Jak podkreśla Planchais, koncern DCNS zawsze stawia na współpracę z lokalnym przemysłem.
– Głównym elementem strategii DCNS jest współpraca z klientami oraz z lokalnym przemysłem. Wierzymy, że jest to najlepsza metoda na zbudowanie silnej współpracy pomiędzy francuskim a zagranicznym przemysłem – twierdzi Planchais. – Mowa o transferze technologii w obszarze produkcji, projektów i testów.
Poza DCNS i Nautą we współpracę zaangażowane mają być także spółki Thales oraz MBDA, które dostarczą rakiety przeciwokrętowe, przeciwlotnicze i manewrujące oraz system sonarowy okrętów.
– Transfer technologii będzie również polegał na przygotowaniu w Polsce standów do serwisowania różnego rodzaju sprzętu. Będą to stanowiska zarówno w komendach portów, czyli u zamawiającego, jak i w stoczni – zapowiada Potrykus.
We flocie polskiej Marynarki Wojennej znajduje się obecnie pięć okrętów podwodnych. Cztery okręty typu Kobben zostały zwodowane w latach 60., a ORP „Orzeł” – w 1985 r.
Polski eksport rośnie szybciej niż oczekiwali eksperci

Eksport może w tym roku wzrosnąć nawet o 10 proc. Utrzymujące się od początku roku szybkie tempo wzrostu zaskakuje ekspertów. Koniunkturę w handlu zagranicznym napędzają Niemcy, dokąd trafia ponad jedna czwarta polskiego eksportu. Rośnie też sprzedaż do innych krajów Unii Europejskiej, ale ekonomistów niepokoi sytuacja na Ukrainie, przez którą maleje sprzedaż do tego kraju i do Rosji.
– Wyniki eksportu są w tej chwili wyraźnie mocniejsze niż te, które optymistom wydawały się możliwe do osiągnięcia. Jeżeli dynamika eksportu utrzyma poziom 6-8 proc. w najbliższych miesiącach w ujęciu rok do roku i w końcówce roku przyspieszy, co jest w tej chwili zakładane, w całym roku eksport może wzrosnąć o około 9 proc., być może 10 proc. Myślę, że to będzie całkiem przyzwoity wynik – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Soroczyński, główny ekonomista Korporacji Ubezpieczeń Kredytów Eksportowych.
Jak wynika z danych GUS w okresie od stycznia do maja wartość eksportu w złotówkach wzrosła o 7 proc. w porównaniu z tymi samymi miesiącami 2013 r. Polska gospodarka sprzedała za granicę towary i usługi o łącznej wartości ponad 279 mld zł. Import był tylko nieco niższy, a w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku wzrósł o 4,8 proc.
Jak podkreśla Soroczyński, dużą rolę we wzroście wartości eksportu odgrywają Niemcy. W miarę przyspieszenie gospodarki tego kraju rośnie liczba zamówień zarówno towarów konsumpcyjnych, jak i materiałów do produkcji. W pierwszych czterech miesiącach tego roku do Niemiec trafiło ponad 26 proc. polskiego eksportu. To o 1 pkt proc. więcej niż rok temu.
– Widać, że Niemcy mają więcej pracy i więcej u nas zamawiają. Jeżeli chodzi o inne kraje strefy euro, to też wynik wydaje się lepszy niż można było oczekiwać, zwłaszcza podoba nam się poprawa w zakresie Francji, Hiszpanii i Włoch. Tam do niedawna, w zeszłym roku, mieliśmy albo regres, albo stagnację eksportu, w tej chwili już widać wzrosty. Jest to związane z tym, że gospodarki tamtych krajów wychodzą ze spowolnienia – tłumaczy Soroczyński.
Przykładowo eksport do Hiszpanii w pierwszych pięciu miesiącach roku wzrósł o 26 proc. Nieco wolniej rośnie eksport do krajów UE nienależących do strefy euro. Choć mają one niemal jedną czwartą udziału w polskim eksporcie, to wartość ta maleje. W pierwszych pięciu miesiącach 2014 r. do krajów UE spoza strefy euro polskie firmy wyeksportowały towary i usługi warte nieco ponad 64 mld zł. Dało to udział na poziomie 23 proc. w całym eksporcie – o niemal punkt procentowy mniej niż w ubiegłym roku.
Soroczyński podkreśla, że dobre dane płyną m.in. z Wielkiej Brytanii i Czech, które są odpowiednio drugim i trzecim odbiorcą polskiego eksportu.
Najgorsze dane płyną jednak ze Wschodu. Rosja, która jest jednym z istotnych odbiorców polskich produktów, kupiła od stycznia do maja o 8,3 proc. mniej towarów i usług z Polski niż rok wcześniej. Soroczyński podkreśla, że sytuacja pozostaje delikatna i napięta.
– W sposób zrozumiały niepokoje i zamieszanie polityczne na rynkach ukraińskim i rosyjskim przekładają się na decyzje konsumentów. Stąd spadki naszego eksportu na Ukrainę. W przypadku Rosji do tego elementu dochodzą też pewne obostrzenia w zakresie sprzedaży niektórych towarów. Ale myślę, że sytuacja w trzecim kwartale, najpóźniej na początku czwartego kwartału, zacznie się normować i zaczniemy odrabiać straty. Choć oczywiście w rozliczeniu całego roku eksport na Wschód będzie niższy niż w roku ubiegłym – mówi Soroczyński.
Udział w Rosji w eksporcie obniżył się do poziomu 4,3 proc. z 5,1 proc. rok wcześniej, natomiast Ukrainy spadł z 2,6 proc. do 1,8 proc.
Soroczyński dodaje, że rośnie eksport dóbr trwałych, takich jak sprzęt RTV i AGD, samochody i meble. Wynika to z poprawy nastrojów konsumenckich w głównych krajach, do których trafiają polskie towary. Niemcy i inni mieszkańcy Europy coraz chętniej inwestują też na rynku nieruchomości, co pociąga za sobą konieczność zakupu wyposażenia tych mieszkań.
Pracodawcy coraz częściej pozwalają pracownikom wpływać na warunki zatrudnienia
Odpowiedzialna polityka pracownicza jest dobrym sposobem na budowanie zaufania do pracodawców i opłaca się firmom – przekonuje Krajowa Izba Gospodarcza. Jednym z przykładów rozwiązań, które dają pracownikom wpływ na warunki zatrudnienia, jest popularna na Zachodzie polityka sygnalistów, czyli zaufanych pracowników, do których koledzy mogą złożyć skargę. Dobre warunki zatrudniania promuje m.in. konkurs „Pracodawca Godny Zaufania”, który w tym roku organizowany jest już po raz szósty; tym razem skierowany jest do branży transportowej, spółdzielczych instytucji finansowych i mediów.
– W większych przedsiębiorstwach istnieją kodeksy etyki, są zalecane przez izby gospodarcze czy korporacje zawodowe. Natomiast jeśli chodzi o firmy małe i średnie, to jednak kodeks etyki – taki spisany, który dostaje każdy pracownik i każdy pracodawca – jest rzadkością. Chcemy, aby te praktyki się upowszechniały, bardzo nam się podoba instytucja sygnalistów, czyli osób wybranych spośród pracowników, do których można przyjść i zgłosić jakieś nieprawidłowości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej.
KIG wspiera dobre praktyki w polityce pracowniczej m.in. poprzez organizację konkursu „Pracodawca Godny Zaufania”. W tym roku odbywa się on już po raz szósty. Poza Krajową Izbą Gospodarczą w skład kapituły konkursu wchodzą m.in. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości, Fundacja Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska” oraz Centrum Monitoringu Wolności Prasy przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich. Konkurs co roku skierowany jest do innych branż – w tym roku kapituła wybierze najlepszych pracodawców z branży transportowej (kolej), spółdzielczych instytucji finansowych oraz mediów.
Konkurs nagradza rozwiązania dotyczące relacji pracodawca–pracownik zgłoszonych przez uczestniczące firmy. Wybór zwycięzców jest dokonywany na podstawie ankiet oraz rozmów z kandydującymi firmami. Do tej pory wśród laureatów konkursu znalazły się największe firmy działające w Polsce, takie jak: PKN Orlen, Jeronimo Martins Polska (Biedronka), Mostostal Warszawa, Pelion, Polkomtel, PKP Cargo czy Żywiec Zdrój.
– Celem konkursu „Pracodawca Godny Zaufania” jest upowszechnienie dobrych praktyk w relacjach pracodawca–pracobiorca – podkreśla Arendarski. – Można zgłaszać do końca września swoje propozycje i bardzo na nie czekamy, bo zależy nam na tym, żeby udział w konkursie był masowy i rzeczywiście z roku na rok jest coraz więcej kandydatów.
Nagradzanie dobrych praktyk może zmobilizować polskich przedsiębiorców np. do wprowadzenia kodeksów etycznych. Mogą być one dobrym i skutecznym narzędziem rozwiązywania sporów bez konieczności sięgania do instrumentów prawnych. Inne rozwiązania to np. instytucja sygnalistów, czyli zaufanych pracowników. Takie rozwiązanie istnieje m.in. w PKP SA.
– Jeszcze w minionym systemie byli społeczni inspektorzy pracy. Chodzi o to, żeby była osoba zaufania publicznego, której można prosto, nie bojąc się, powiedzieć, że coś u nas nie gra, i oni już dalej tę sprawę będą realizowali – wyjaśnia Arendarski.
Krajowa Izba Gospodarcza i RaportCSR.pl organizują 30 lipca br. debatę, podczas której zostanie opublikowany specjalny raport na temat kodeksów etycznych i polityki sygnalistów na świecie. Partnerem strategicznym wydarzenia jest PKP SA.
Komentarz indeksowy BossaFX 11 lipca 2014 r.
Komentarz indeksowy BossaFX 11 lipca 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca
Większość rodziców nie oszczędza na przyszłość swoich dzieci

Rodzice nie mają w zwyczaju odkładać pieniędzy na przyszłość swoich dzieci. Zdaniem doradców finansowych Polacy myślą z dnia na dzień. Młodym Polakom trudniej spełniać więc swoje marzenia i usamodzielnić się. Według danych GUS około połowy osób w wieku 18-35 lat wciąż mieszka z rodzicami. Wskaźnik ten jest wyższy niż unijna średnia i wciąż rośnie. Zahamować ten trend może inwestowanie w celu zapewnienia lepszej przyszłości dziecku. Najlepiej zacząć oszczędzać od dnia jego narodzin.
– Jeśli zaczniemy wcześniej i będziemy oszczędzać regularnie określone kwoty, kilkadziesiąt czy kilkaset złotych, to w momencie, kiedy dziecko osiągnie wiek 18-19 lat, może się uzbierać znacząca suma – mówi agencji informacyjnej Newseria Leszek Zięba, menadżer ds. kluczowych partnerów z Centrum Finansowego Aspiro.
Plan inwestycji na tak długi okres należy dobrze przemyśleć, biorąc pod uwagę m.in. cel, a także rodzaj inwestycji.
– Trzeba dokładnie przemyśleć, jaką kwotę zechcemy uzbierać, a to zależy od tego, na jaki cel będziemy ją chcieli przeznaczyć. Może nie tylko na studia, może na uruchomienie biznesu, może na podróż dookoła świata, a może po prostu na huczne wesele dla dziecka – radzi Leszek Zięba. – Trzeba inwestować w takie instrumenty, które rozumiemy. Mogą to być na przykład lokaty, programy oszczędnościowe, które sami sobie stworzymy, bądź programy dostępne w instytucjach finansowych. Możemy również inwestować bardziej agresywnie, kupując akcje, ale to już wiąże się z większym ryzykiem.
Rodzice przy wyborze strategii inwestycyjnej powinni wziąć pod uwagę swoje możliwości finansowe, aby kilkunastoletnie oszczędzanie nie było odczuwalne w domowym budżecie. Należy mieć także na uwadze koszty takich inwestycji, np. podatek od zysku czy inflację.
Popularne i stabilne jest inwestowanie w nieruchomości. Rodzice, jeszcze kiedy dziecko będzie małe, mogą kupić mu mieszkanie i oddać pod wynajem, a pieniądze z czynszu przeznaczyć na spłacanie kredytu. Działający od początku roku program Mieszkanie dla Młodych umożliwia również rodzicom pomaganie dorosłym dzieciom. Mogą oni przyłączyć się do kredytu, w przypadku gdy dochody ich dzieci nie są wystarczające na jego zaciągnięcie.
Polacy będą kupować coraz więcej luksusowych aut. Na rynku pojawiają się nowe marki

– Rynek luksusowych samochodów w Polsce wciąż jest niewielki. Liczy obecnie około 150 pojazdów. Myślę, że nasz najnowszy samochód może kupić około 20 osób. Naszymi najczęstszymi klientami są mężczyźni zainteresowani sportowymi autami i ogólnie luksusem – mówi agencji informacyjnej Newseria Stephan Winkelmann, prezes koncernu Lamborghini.
– Takie auta kupują przede wszystkim pasjonaci, osoby, które kochają samochody i potrafią je docenić. Są to ludzie mające pewny statusem finansowym, które mają na swoim koncie sukcesy, są pewne siebie i bezkompromisowe – dodaje Jędrach.
W 2013 r. przychody polskiej Ekstraklasy wzrosły o 8 proc. Legia dystansuje rywali
Legia Warszawa trzeci rok z rzędu jest liderem wśród polskich klubów piłkarskich pod względem osiąganych przychodów. W przypadku Mistrza Polski wyniosły one w 2013 r. rekordowe jak na polskie warunki, 94 mln zł. Były one prawie dwa razy wyższe od przychodów Lecha Poznań, który jest następny w rankingu. Przychody wszystkich klubów grających w Ekstraklasie wyniosły 380 mln zł i były o 8 proc. wyższe niż rok wcześniej – wynika z VIII edycji raportu „Piłkarska Liga Finansowa” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte. Jak zaznaczają eksperci, bez sukcesów polskich drużyn w europejskich pucharach, nie będziemy mogli konkurować z bogatszymi europejskimi ligami pod względem finansów.
Zestawienie przygotowane po raz ósmy przez Deloitte przedstawia przychody klubów grających w rozgrywkach Ekstraklasy. Na podium oprócz Legii Warszawa i Lecha Poznań (awans z czwartego miejsca) znalazło się opuszczające Ekstraklasę Zagłębie Lubin (spadek z drugiego miejsca w rankingu). Pierwszą piątkę uzupełniają Śląsk Wrocław i Lechia Gdańsk.
Legia Warszawa tegoroczne zdecydowane zwycięstwo zawdzięcza zwiększeniu przychodów
o 28,5 mln zł, co stanowi wzrost o 43 proc. rok do roku. „Po raz trzeci w naszym zestawieniu warszawski klub jest niezaprzeczalnym liderem. Dodatkowo, wraz ze zdobyciem mistrzostwa w sezonie 2013/2014, drużyna kolejny raz stoi przed szansą awansu do Ligi Mistrzów UEFA. Gdyby udało jej się przejść do fazy grupowej tych prestiżowych europejskich rozgrywek, mogłaby zostać pierwszym polskim zespołem, który osiągnął przychody na poziomie przekraczającym 100 mln zł rocznie. Jednocześnie na długo zdystansowałaby pozostałych krajowych rywali pod względem przychodów” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte.
„Dla porównania najsłabsza w ubiegłorocznej Lidze Mistrzów drużyna GNK Dinamo zainkasowała od UEFA za sam udział w fazie grupowej 10,5 mln euro, co stanowi aż 46 proc. przychodów Legii Warszawa” – dodaje Marcin Diakonowicz.
„W 2014 Legia Warszawa zamierza bić się na wszystkich frontach. Bazą będzie obrona tytułu Mistrza Polski. Wygrana w ligowych rozgrywkach historyczny 3 raz z rzędu byłaby wspaniałym osiągnięciem. Liczymy na udane występy w europejskich pucharach, czyli wyjście z grupy w Lidze Europy, lub wymarzony awans do Ligi Mistrzów. Legia zawsze będzie biła się o największe laury, dlatego w również w rozgrywkach Pucharu Polski chcemy osiągnąć dobry rezultat i tym samym dalej śrubować krajowy rekord ilości zdobytych tytułów” – wskazuje Bogusław Leśnodorski, Prezes zarządu Legii Warszawa.
Swoje wpływy istotnie zwiększyły także Lech Poznań, Lechia Gdańsk, Górnik Zabrze czy Pogoń Szczecin. Jednakże sporo drużyn (6), które wzięły udział w tegorocznym badaniu osiągnęło wyniki niższe niż w poprzednim roku. Między innymi Śląsk Wrocław zanotował spadek przychodów do poziomu 28,8 mln zł. Natomiast Zagłębie Lubin po raz pierwszy od 4 lat zmniejszyło wartość przychodów komercyjnych. W analizowanym okresie spadły one aż o 9 proc. do poziomu 30,5 mln zł. Klub połączył jednocześnie tak znaczny spadek przychodów ze spadkiem do niższej klasy rozgrywek.
W tegorocznej edycji rankingu, dziewięć spośród analizowanych klubów Ekstraklasy pogorszyło stosunek wypłacanych wynagrodzeń* do osiąganych przychodów. W konsekwencji uległ on podwyższeniu do poziomu 78 proc. Dla porównania, w zeszłorocznym zestawieniu wyniósł on 76 proc., Według ekspertów Deloitte optymalny poziom to 60 proc. Udział płac w przychodach drużyn Ekstraklasy okazał się wyższy niż w pozostałych analizowanych przez Deloitte ligach europejskich (np. angielskiej, francuskiej czy niemieckiej).
Biorąc pod uwagę wydatki na wynagrodzenia, Eksperci Deloitte obliczyli, że zdobycie jednego punktu w Ekstraklasie „kosztowało” średnio 633 tys. PLN. Najwięcej w tego typu zestawieniu za punkt przyszło zapłacić Zagłębiu Lubin (1,6 mln zł), najmniej natomiast „zainwestował” Piast Gliwice (203 tys. zł).
Biorąc pod uwagę wysokość przychodów – między Ekstraklasą a najlepszymi ligami istnieje nadal przepaść. „Przychody uzyskiwane przez kluby pięciu największych lig europejskich nadal pozostają wielokrotnie większe od tych wygenerowanych przez drużyny Ekstraklasy. W przypadku Premier League są one aż 33 razy większe. Natomiast od najmniejszej z lig „Wielkiej Piątki” – francuskiej Ligue 1 – dzieli nas ponad 1 mld euro. Dodatkowo, wartość wygenerowanego przez nią wzrostu w poprzednim sezonie, która wyniosła ponad 100 mln euro, jest większa niż suma przychodów wszystkich klubów polskiej Ekstraklasy” – mówi Grzegorz Sencio, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu, ekspert Sports Business Group Poland, Deloitte.
Pomimo istotnych różnic w przychodach w porównaniu z europejską elitą piłki nożnej, według autorów raportu, reforma Ekstraklasy, której pierwsze efekty mogliśmy zaobserwować już w 2013 roku, może pozytywnie wpłynąć na wyniki finansowe klubów sportowych. Przykładowo w sezonie 2012/2013 o 7 wzrosła liczba rozgrywanych kolejek. Jak podkreślają eksperci Deloitte, wydłużony sezon to zwiększenie przychodów z dnia meczu oraz transmisji telewizyjnych. „Reforma Ekstraklasy, która obejmuje skuteczniejsze monitorowanie przychodów klubów oraz częstszą konieczność raportowania, wpłynie pozytywnie na zrównoważenie budżetów klubowych. To ważna zmiana, której pełne efekty powinniśmy oglądać już w tym roku” – mówi Przemysław Zawadzki, Starszy Menedżer w Dziale Audytu, ekspert Sports Business Group Poland, Deloitte.
Ciągle rozwijana nowoczesna infrastruktura stadionowa przekładała się na wzrost frekwencji na meczach Ekstraklasy, co jest w dużej mierze efektem UEFA EURO z 2012 roku. Eksperci Deloitte podkreślają jednak, że trzy kluby są wciąż w trakcie rozbudowy swojej infrastruktury stadionowej. Średnia liczba kibiców oglądających „na żywo” mecz wyniosła 8,3 tys. osób. „Wzrost frekwencji na meczach zależy również od poziomu prezentowanych widowisk sportowych. Awans do europejskich pucharów byłby krokiem milowym, który w konsekwencji istotnie zwiększyłby wartość całej ligi. Jednak to czy m.in. Legia Warszawa wykorzysta stojącą przed nią szansę, zależy w głównej mierze od ich postawy na boisku” – podsumowuje Marcin Diakonowicz.
* Łączne wydatki na wynagrodzenia (piłkarze, sztab szkoleniowy, funkcjonowanie klubu: zarząd, administracja etc).
Ernst & Young dementuje informacje ze strony wydawcy tygodnika „Wprost”
W związku z komunikatem pt. „PMPG odwoła się od decyzji KNF”, opublikowanym na stronie internetowej Platformy Mediowej Point Group S.A. oraz publikacjami prasowymi powołującymi się na jego treść informujemy, że nieprawdą jest jakoby Ernst & Young, Partner Zbigniew Jusis lub inni Partnerzy czy pracownicy Ernst & Young, zalecali lub opiniowali spółce PMPG S.A. bądź innemu podmiotowi z Grupy Kapitałowej PMPG działania będące podstawą do nałożenia na PMPG S.A., przez Komisję Nadzoru Finansowego kary administracyjnej orzeczeniem z 8 lipca 2014 r. W szczególności Ernst & Young nie świadczył żadnych usług doradztwa dotyczących skonsolidowanych sprawozdań finansowych PMPG S.A., które zgodnie z uzasadnieniem przedstawionym przez Komisję Nadzoru Finansowego zostały sporządzone z naruszeniem Międzynarodowych Standardów Rachunkowości. PMPG S.A. poinformowała o stanie faktycznym, dotyczącym braku zaangażowania Ernst & Young, na stronach 28 i 29 skorygowanego raportu za I kwartał 2009 roku opublikowanego na jej stronie www 1 czerwca 2009 roku.
Jednocześnie informujemy, że jedna ze spółek z grupy Ernst & Young jest obecnie w sporze sądowym, prowadzonym z jej powództwa przeciw PMPG S.A., który to spór dotyczy niewypełnienia przez PMPG S.A. obowiązków wynikających z umowy zawartej z Ernst & Young.
Wydawca „Wprost” odwoła się od decyzji KNF ma zapłacić pół miliona złotych kary
Zarząd spółki Platforma Mediowa Point Group S.A. (GPW POINTGROUP, PGM ) odwoła się od orzeczenia Komisji Nadzoru Finansowego z dn. 8 lipca 2014 r. w przedmiocie nałożenia na spółkę kary administracyjnej.
„Złożymy wniosek do KNF o ponowne rozpoznanie sprawy, mając nadzieję na jej bezstronne i wnikliwe rozpatrzenie” – zapowiada Michał M. Lisiecki, prezes Zarządu. Zarząd nie zgadza się z decyzją, a zwłaszcza z wysokością kary. W opinii Zarządu PMPG SA, jej wysokość jest związana z ostatnimi publikacjami wydawanego przez spółkę zależną od PMPG S.A. tygodnika WPROST.
Komisja Nadzoru Finansowego wszczęła postępowanie administracyjne w przedmiocie nałożenia kary na PMPG z urzędu w października 2011 r. Sprawa dotyczyła sprawozdań finansowych spółki za lata 2009-2011, do których zastrzeżeni zgłaszali biegli rewidenci. „Takie, a nie inne działania zalecał i opiniował spółce doradca, partner w firmie Ernst&Young, Zbigniew Jusis, którego profesjonalizmu nie mieliśmy podstaw kwestionować” – podkreśla Lisiecki. Kiedy audytor je zakwestionował, spółka skorygowała raporty w kolejnych latach. Od 2012 r. biegli nie zgłaszają zastrzeżeń do sposobu sporządzania sprawozdań finansowych PMPG S.A. i Grupy Kapitałowej PMPG.
„Nie można karać spółki za to, że audytor zgłosił zastrzeżenia do sposobu prezentacji danych w sprawozdaniu finansowym. Występowanie ewentualnych zastrzeżeń w opinii biegłego rewidenta świadczy o rzeczywistym i rzetelnym badaniu sprawozdania oraz o tym, że współpraca spółki z audytorem oparta jest na zasadach pełnej przejrzystości” – mówi prezes Zarządu spółki. Dodaje, że niektóre spółki, w tym także tych publiczne, przyjęły praktykę współpracy z wybranymi audytorami w celu maskowanie faktycznych nieprawidłowości poprzez prezentację sprawozdań finansowych wolnych od jakichkolwiek zastrzeżeń. „Jako spółka publiczna, poddajemy nasze sprawozdanie badaniu właśnie po to, żeby akcjonariusz i inwestorzy otrzymali rzetelną opinię o stanie finansów spółki” – podkreśla Lisiecki. – „Konfrontując sprawozdanie finansowe z wiedzą biegłego rewidenta, Zarząd oczekuje ewentualnych zastrzeżeń, aby w następnym okresie móc zastosować się do udzielonych rekomendacji i wprowadzić odpowiednie zmiany”.
Jego zdaniem, spółki nie powinny być karane z urzędu, za to że chcą rzetelnie prezentować swoje wyniki finansowe i poddają obiektywnej ocenie biegłych. „Chyba, że mamy do czynienia do wyciągania pieniędzy od polskich przedsiębiorców” – dodaje Lisiecki.
Pełnomocnik PMPG podkreśla, że zastrzeżenia, które badał KNF, dotyczyły tylko poszczególnych pozycji sprawozdania finansowego i nie powodowały zniekształcenia ogólnego obrazu przekazywanego przez sprawozdanie finansowe. W swych opiniach biegli rewidenci stwierdzili każdorazowo, że poza wskazanymi zastrzeżeniami sprawozdania finansowe rzetelnie przedstawiały sytuacje majątkową spółki.
Spółka przedstawia publicznie swoje wyjaśnienia kierowane do KNF.








