Praca hybrydowa a zmiana miejsc pracy pod kątem produktywności i współpracy

Wywołana pandemią Covid-19 konieczność wprowadzania zmian w sposobie organizacji pracy otworzyła oczy zarówno pracownikom, jak i pracodawcom na nowe możliwości współpracy. W wielu przypadkach przyjęcie pracy zdalnej na masową skalę pokazało, że pracownicy mogą wykonywać swoje obowiązki z domu z taką samą (jeśli nie większą) wydajnością, jak w przypadku gdy są fizycznie obecni w biurze. Pandemia stała się swego rodzaju katalizatorem, impulsem potrzebnym wielu organizacjom do radykalnego przemyślenia, w jaki sposób mogą one stworzyć najlepsze warunki dla zwiększenia efektywności pracowników.

Jak wyjaśnia futurysta Tom Cheesewright w raporcie o pracy hybrydowej – charakter pracy stale ewoluuje dzięki technologii komunikacji, która skompresowała nasz świat i zmniejszyła bariery we współpracy. Podkreśla on również, że w niedalekiej przyszłości udany biznes najprawdopodobniej będzie wyglądał jak sieć łącząca zarówno ludzi, jak i technologię. Jego zdaniem w tym sprzężeniu lokalizacja będzie mieć coraz mniejsze znaczenie. Liczyć się będzie zdolność jednostki do dodawania indywidualnej wartości do projektu oraz umiejętność komunikowania się z zespołem i partnerami. Wchodząc w „kolejną normę”, tworzenie przestrzeni pracy, które dają ludziom wybór – miejsca do współpracy, analizy, tworzenia lub po prostu spotkania z innymi – będzie kluczowe.

Dla wielu firm nadszedł czas na radykalne przemyśleń na temat modelu organizacji pracy. Wielu przedsiębiorców doszło do wniosków, że niewykorzystane powierzchnie w biurach przynoszą obecnie niewielki zwrot kosztów. Właśnie dlatego, należy się spodziewać, że przestrzenie te zostaną na nowo zaprojektowane i ponownie wykorzystane jako obszary sprzyjające generowaniu pomysłów, współpracy i nadaniu pracownikom poczucia tożsamości. Miejsca pracy w domu i pracy zespołowej zyskają na znaczeniu, a inwestycje zostaną rozszerzone poza ściany biurowe w celu stworzenia elastycznych, opartych na współpracy i zaawansowanych technologicznie osobistych miejsc pracy. Istotne jest, aby tworzyć środowisko, które motywuje pracowników hybrydowych do bycia produktywnymi.

Trend pracy zdalnej będzie się utrzymywał. Nemertes Research podaje, że 91% światowych organizacji umożliwia obecnie pracę z domu, w porównaniu do 63% przed wybuchem epidemii COVID-19. W czasie pandemii pracownicy do tworzenia prowizorycznych biur w domu wykorzystywali stoły kuchenne, deski do prasowania czy meble ogrodowe – cokolwiek było akurat „pod ręką”. Skoro jednak praca zdalna ma zostać z nami na dłużej, pracownicy powinni posiadać profesjonalne i komfortowe miejsca pracy z domu z technologią klasy korporacyjnej niezbędną do podtrzymania ich efektywności.

Podkreślając korzyści płynące z pracy hybrydowej i zwiększony apetyt na pracę w domu, nie wolno jednak zapominać, że przebywanie w tym samym miejscu bez osobistego kontaktu z innymi będzie dla wielu pracowników wyzwaniem. Dlatego coraz powszechniejsze staną się miejsca pracy, gdzie zdalni pracownicy będą mogli zaspokoić potrzeby społeczne, bez powiązań z konkretnym biurkiem lub miejscem. Takie przestrzenie umożliwią współpracę grupową i kontakty społeczne ze współpracownikami i innymi osobami, prowadząc do inspirowania się nawzajem. Tak zaaranżowane strefy, których powierzchnia już przed COVID-19 miały wzrosnąć o ponad 40% na całym świecie, mogą zapewnić pracownikom lepszy wybór miejsca do pracy i elastyczność, a także zaoferować bardziej opłacalny sposób działania przedsiębiorstw.

Jak już wspomniałem, biuro firmy będzie nadal pełniło rolę centrali, to tu będzie środek ciężkości firmy – jednak projekt i przeznaczenie jego przestrzeni musi ulec zmianie. Potrzebne będą różnorodne strefy, które mają na celu stworzenie jak najlepszych warunków do efektywnej i wydajnej pracy dla pracowników, w zależności od wykonywanych zadań. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, organizacje są w stanie wprowadzić zmiany – zacząć tworzyć środowiska, które motywują i wzmacniają pracowników hybrydowych, aby byli produktywni i mogli wykonywać najlepszą pracę już dziś.

Autor: Paul Clark, SVP & EMEA Managing Director, Poly

Ile zapłacimy za tarcze antykryzysowe?

Rząd ma pieniądze na wypłaty pomocowe dla przedsiębiorców i pracowników w ramach tarcz antykryzysowych. Są one zgromadzone na odpowiednich rachunkach i regularnie przyznawane potrzebującym. Nie są to jednak pieniądze bez pokrycia – nie przybyło ich magicznie w budżecie, nie przyleciały znikąd. Są to pieniądze na kredyt. To oznacza, że muszą zostać w jakiś sposób zwrócone. Część środków pomocowych dla przedsiębiorców jest zwrotna, część zostanie umorzona i przejdzie na stronę wydatków. Reszta pieniędzy musi zaś wrócić do skarbu państwa w inny sposób. Możemy się spodziewać, że w niedalekiej przyszłości zostaną wdrożone narzędzia, które odbudują te fundusze na koncie państwowym.

– W sumie będziemy mieli do zapłaty rachunek o wysokości między 100 a 200 miliardów złotych. Warto zauważyć, że jest to duża część jednorocznego budżetu. Nie było w nim dużych rezerw, które mogłyby pozwolić na jednorazowe wypłacenie tego typu kwoty. W związku z tym należy spodziewać się dodatkowych danin, które w przyszłości będziemy płacić do skarbu państwa – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Nie muszą być one czysto podatkowe. To mogą być różne formy zwiększania opłat dla ludności i dla firm. One się już w gospodarce pojawiają – przez kilka ostatnich lat widzieliśmy je w rachunkach. Gdy będzie dokładnie wiadomo, ile skorzystaliśmy dzięki tarczom – to będzie też widać, jakie środki trzeba spłacić. I czy te wszystkie subtelne i delikatne zwiększenia opłat, które już nas bardzo bolą, będą wystarczające. Może się okazać, że trzeba będzie przedsięwziąć dodatkowe środki. Nie wiadomo jeszcze, czy to będą podatki dochodowe, czy podatek VAT i akcyza – które są najbardziej spektakularnym źródłem dochodów budżetu. Pewne jest jednak to, że do budżetu państwa będziemy musieli oddać sporo pieniędzy – zapowiada Soroczyński.

Inwestorzy szukają alternatywnych metod lokowania kapitału

Polsce potrzebny jest skuteczny model finansowania małych i średnich przedsiębiorstw ze środków prywatnych. Nowoczesna gospodarka nie może się dynamicznie rozwijać bez sprawnie działającego rynku inwestycji alternatywnych.

Nie jest wykluczone, że już w najbliższym czasie indeksy giełdy NYSE w Nowym Jorku pójdą w ślady swoich odpowiedników z technologicznej giełdy Nasdaq i pobiją nowe rekordy wszechczasów. Wartość indeksu Dow Jones, od drugiej połowy marca, wzrosła już o 47%. Warszawska giełda jest co prawda daleka od historycznych rekordów, ale tutaj również inwestorzy zarobili około 40% w ciągu ostatnich czterech miesięcy. Fakt, że dzieje się to w czasie najgłębszego kryzysu, gdy produkt krajowy brutto Stanów Zjednoczonych w drugim kwartale spadł aż o 32,9%, jest ekonomicznym absurdem. Zastanówmy się jednak, czy można z tego wyciągnąć jakieś użyteczne wnioski.

Po pierwsze, wygląda na to, że akcje przedsiębiorstw, podobnie jak złoto i inne surowce, są całkiem niezłym zabezpieczeniem przed inflacją. Inwestorzy postrzegają je, jako mające konkretną wartość w przeciwieństwie do kreowanego na ogromną skalę elektronicznego pieniądza, którego przyszła wartość jest niepewna. W tym przypadku swoistym zabezpieczeniem dla inwestorów jest zysk, jaki przedsiębiorstwa giełdowe są w stanie wygenerować w przyszłości.

Po drugie jednak, należy pamiętać, że ryzyko inwestycji giełdowych w obecnych czasach radykalnie wzrasta, szczególnie wtedy, gdy zachowania inwestorów są dalekie od racjonalności. Doskonałym przykładem mogą być akcje firmy Apple, które w ciągu ostatniego roku podrożały o ponad 121%. Z kolei akcje bezpośrednich konkurentów, HP i IBM, w tym samym czasie straciły odpowiednio 6 i 10%. Innym pupilkiem inwestorów jest amerykański producent samochodów elektrycznych – Tesla. Eksplozja wartości jego akcji o 536% w ciągu ostatnich 12 miesięcy jest trudna do zrozumienia, gdy spojrzy się na dotkniętą kryzysem bezpośrednią konkurencję. Ford i General Motors, które również rozwijają produkcję samochodów elektrycznych, straciły odpowiednio 27% i 33%.

We wszystkich opisanych przypadkach czynniki fundamentalne nie uzasadniają aż takiej różnicy w zmianie wycen spółek. Internetowi traderzy chcą inwestować w nieliczne spółki, co prowadzi do tego, że ich wyceny stają się absurdalne. Nadmierne zainteresowanie akcjami kultowymi jest niebezpieczne, gdyż rynki wytrącone z równowagi będą jej szukać. A to rodzi poważne ryzyko dla inwestorów. Rzecz jasna, tego ryzyka pozbawione są inwestycje w lokaty bankowe lub obligacje rządowe. Jednak rentowność tych form oszczędzania pozostawia aktualnie wiele do życzenia.

Podsumowując, inwestorzy muszą stawić czoła wysokiemu ryzyku związanemu z inwestycjami giełdowymi, zerowemu oprocentowaniu lokat oraz ujemnej rentowności obligacji. Ta sytuacja zmusza ich do zwrócenia większej uwagi na rynek inwestycji alternatywnych. Być może zamiast inwestować w akcje giełdowych gigantów, warto zwrócić uwagę na małe i średnie przedsiębiorstwa.

Mnóstwo ciekawych i innowacyjnych projektów ma problemy z uzyskaniem finansowania. Debiut giełdowy pozostaje poza ich zasięgiem, a ze względu na brak historii kredytowej nie są w stanie ubiegać się o kredyty bankowe. Zresztą cały rynek nowych technologii jest uważany przez banki za zbyt ryzykowny. Tak samo myśli wielu inwestorów, którzy szukają rentownych inwestycji o niewielkim ryzyku.

Z jednej strony mamy zatem brak możliwości inwestycyjnych, a z drugiej brak możliwości pozyskania kapitału przez niezwykle istotny dla nowoczesnej gospodarki sektor technologiczny.

Ten problem można próbować rozwiązać na kilka sposobów. Po pierwsze można stworzyć ramy prawne dla rozwoju alternatywnych parkietów giełdowych, takich jak New Connect. Jest on dość sprawnie działającą giełdą dla kapitału o podwyższonym ryzyku, jednak cały czas stawia zbyt wysokie bariery wejścia dla startupów. W efekcie jego kapitalizacja jest niewielka, a płynność ograniczona. Poza tym, samo stworzenie giełdy nie rozwiązuje podstawowego problemu związanego z inwestycjami o podwyższonym ryzyku. Radzenie sobie z ryzykiem wymaga wiedzy, której inwestorzy nie mają i nie będą mieć, ponieważ nikt nie może być ekspertem od wszystkiego.

Rządowe wsparcie sektora nowoczesnych technologii co prawda dostarcza wiedzy i kapitału wielu innowacyjnym przedsiębiorstwom, ale nie rozwiązuje problemów inwestorów. Dzięki miliardowym rządowym funduszom, przedsiębiorstwa nie muszą poszukiwać prywatnego kapitału, co jeszcze bardziej ogranicza możliwości inwestycyjne. Poza tym wyraźnie widać, że problemem państwowego finansowania startupów jest niska skuteczność. Tylko w pojedynczych przypadkach projekty dofinansowane przez NCBR lub PFR były w stanie w późniejszym okresie swojej działalności uzyskać większe kwoty ze źródeł prywatnych.

Skutecznym rozwiązaniem problemu może być natomiast promocja modelu alternatywnych spółek inwestycyjnych. ASI, zgodnie z obowiązującym prawem, są podmiotami uprawnionymi do pozyskiwania środków od inwestorów prywatnych i inwestowania ich zgodnie ze swoją polityką inwestycyjną. Po pierwsze, dostarczają przedsiębiorstwom kapitał niezbędny dla funkcjonowania i rozwoju. Po drugie, posiadając wiedzę w określonych dziedzinach oraz zatrudniając ekspertów, pomagają inwestorom redukować ryzyko. ASI dają inwestorom ogromne możliwości lokowania środków poza sektorem bankowym oraz tradycyjnymi rynkami finansowymi i kapitałowymi.

Ciekawym modelem mogłoby być również dopuszczenie prywatnych inwestorów do rządowych instytucji finansujących biznes. Zresztą NCBR posiada swoją alternatywną spółkę inwestycyjną o budżecie około 100 milionów złotych. Z kolei PFR od początku działa w formie spółki prawa handlowego. Częściowa prywatyzacja tych instytucji mogłaby wpłynąć na poprawę efektywności ich działania, a wykorzystanie kapitału prywatnego dla finansowania prywatnych przedsiębiorstw mogłoby odciążyć budżet państwa. Stworzenie skutecznego modelu finansowania małych i średnich przedsiębiorstw ze środków prywatnych jest nie tylko w interesie tych przedsiębiorstw. Ogromne korzyści odnieśliby również inwestorzy i państwo.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych.

Nowoczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji – najlepszy sprzymierzeniec twojej firmy

Globalny trend nowoczesnego outsourcingu rozmaitych usług i zadań jest coraz lepiej widoczny w świecie większego i mniejszego biznesu. Niezależnie od formy, jaką przybiera, outsourcing w dużej mierze polega na oszczędzaniu sporych pieniędzy. Możemy tego oczekiwać zarówno zlecając na zewnątrz sprzątanie biura, jak i przeniesienie produkcji do Chin, a księgowości do Indii. Z tego samego – finansowego – powodu coraz popularniejsze staje się wybieranie ciekawej usługi, jaką jest Outsourcing Procesu Rekrutacji. Można wówczas skorzystać z wielu rozmaitych zalet i pozytywów, jakie zapewniają nowoczesne formy outsourcingu. Elastyczność, szybkość, wydajność, innowacyjność, wygoda i niskie ryzyko to tylko niektóre z nich. Aby móc pozyskać świetnych członków zespołu, wystarczy zlecić to zadanie zwinnym, wszechstronnym, ale i doświadczonym specjalistom w zakresie RPO.

Nawet jeśli twoja organizacja zatrudnia pracowników HR, mogą oni nie być w stanie przeprowadzić nowoczesnego, sprawnego procesu rekrutacji. Problem może polegać na tym, że taki zespół nie jest wystarczająco zwinny i szybki, ponieważ przytłaczają go inne zadania. Może też nie być odpowiednio przystosowany do potrzeb współczesnego środowiska biznesowego. Przy czym wcale nie musi być ono bardzo skomplikowane ani złożone. Bo nowoczesny proces RPO jest idealny również dla firm mniejszych. I również one mogą czerpać z niego ogromne korzyści.Outsourcing Procesu Rekrutacji

Nowoczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji

Wbrew temu, co wciąż myśli wiele osób, w dzisiejszych czasach RPO nie musi być sytuacją typu „wszystko albo nic”. Zdecydowanie możesz zjeść ciastko i mieć ciastko, ponieważ RPO może być „jedynie” usługą uzupełniającą dla działalności twojego działu HR. Minęły już czasy, gdy zewnętrzni podwykonawcy świadczyli usługi HR głównie tym firmom, które nie zatrudniały żadnych specjalistów ds. rekrutacji. Obecnie Outsourcing Procesu Rekrutacji często wzmacnia działania już istniejącego zespołu HR. Może stać się częścią twojego biznesu w stopniu, w jakim tego potrzebujesz i na jaki cię stać. W okresach, gdy potrzeby te są znacznie mniejsze, nie ma sensu angażować się w pełni. A zdolność adaptacji, elastyczność oraz zwinność są tymi cechami, które bez wątpienia wyróżniają RPO.

Współczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji to także wykorzystywanie nowoczesnych, najwyższej klasy narzędzi oraz wysokiej jakości metod. Jeśli do tego zadania zatrudnimy agencję Sowelo Consulting, możemy być pewni, że dobierze właściwe rozwiązania z tej grupy. To bardzo cenne, ponieważ jedną z charakterystycznych cech współczesnego świata jest przytłoczenie liczbą dostępnych opcji. Jeśli nie masz wystarczającego doświadczenia, aby dokonać świadomego, pewnego wyboru w zakresie rekrutacji, zlecenie RPO jest zdecydowanie najlepszą decyzją. Również wtedy, gdy nie masz czasu albo umiejętności, by szybko uzupełnić braki w zespole.

RPO jest usługą bardzo efektywną – zaspokaja wszelkie potrzeby, niezależnie od powodu, dla którego firma klienta poszukuje nowych pracowników. Mogą to być zarówno początkowe fazy jej obecności na rynku, jak i okres szybkiego, bardzo dynamicznego wzrostu. Taki outsourcing jest idealny do obsadzania wielu wakatów równocześnie, np. w call centers czy centrach dystrybucji. Inne sytuacje obejmują fuzje, przejęcia, restrukturyzacje oraz wymiany całego dotychczasowego personelu. W takich przypadkach doskonałym rozwiązaniem jest też skorzystanie z usługi zatrudnienia tymczasowego – Interim Recruitment – firmy Sowelo.

Atrakcyjny jak Outsourcing Procesu Rekrutacji

Odpowiednio dobrani, niezwykle doświadczeni specjaliści RPO z przyjemnością przeprowadzą cię przez złożony świat dzisiejszych możliwości rekrutacyjnych. Potrafią wskazać i odpowiednio połączyć najbardziej optymalne metody i podejścia oraz wykorzystywać najnowocześniejsze, spersonalizowane rozwiązania biznesowe. Doskonale znają zarówno tradycyjne, jak i nowoczesne narzędzia oraz sposoby poszukiwania kandydatów, dzięki czemu efektywność ich działań jest wysoka. Biorą pod lupę rozmaite społeczności w ramach różnych platform, social mediów czy forów – zawodowych, a także branżowych. W ramach oferty Sowelo możliwa jest również analiza Big Data. A także korzystanie z ATS (Applicant Tracking System), profesjonalnego narzędzia do zarządzania bazą kandydatów do pracy. W przypadku Sowelo działania te pozwalają osiągnąć wysoki współczynnik hit ratio – kluczowy wskaźnik efektywności, czyli szybkiego obsadzania wakatów.

Ale oczywiście istnieją też różnorodne zajęcia offline, w których specjalizują się świetni konsultanci RPO. Biorą udział w rozmaitych projektach, w których mają bezpośredni kontakt z profesjonalistami reprezentującymi wiele branż. Jeśli chodzi o informatyków, są to różne targi, konferencje, hackathony i inne konkursy, warsztaty i tym podobne wydarzenia. Ale dogłębna znajomość rynku rekrutacyjnego pozwala również na umieszczanie materiałów rekrutacyjnych we właściwych miejscach. I w doskonałej, zwracającej uwagę formie. Mowa tu o wykorzystaniu atrakcyjnych ogłoszeń o pracy z porywającym tekstem oraz ciekawą szatą graficzną, a także materiałów filmowych. W ten sposób można dotrzeć do imponującej liczby światowej klasy specjalistów na różnych szczeblach kariery zawodowej. Nowoczesny Outsourcing Procesu Rekrutacji obejmuje również wykorzystanie najnowszej generacji metod testowania kandydatów oraz technologii raportowania.

Najnowocześniejszy Outsourcing Procesu Rekrutacji według Sowelo

Ale co w praktyce oznacza większa skuteczność wynikająca z zastosowania najbardziej postępowego RPO? Jest bezcenna, jeśli chcemy zwiększyć udział w rynku albo pozyskać najlepszych ludzi w okolicy albo nawet w całej branży. Oczywiście dotyczy to również rekrutacji IT. Coraz trudniej osiągać tu dobre efekty, zwłaszcza jeśli nie jesteśmy pewni, jaką strategię headhuntingu przyjąć. Konsultanci agencji Sowelo zdecydowanie mają tę pewność, a ty poczujesz różnicę, korzystając z ich usług. Uzyskane wyniki będziesz również mógł dokładnie policzyć i zmierzyć. A także określić z wyprzedzeniem niektóre parametry, gwarantowane przez Sowelo Consulting. Co ważne, firma ta może pozyskiwać talenty na całym świecie, dostosowując się do zmian na globalnym rynku pracy. W ten sposób zachęca też do większej otwartości na nowe możliwości zawodowe, będącej również wyznacznikiem nowoczesności.

Z jednej strony pracownicy tej agencji stosują na co dzień nowatorskie, innowacyjne techniki naboru. Równocześnie jednak czerpią pełnymi garściami z bogatego, kilkunastoletniego doświadczenia Sowelo w branży rekrutacyjnej. Te zasoby zapewniają im wyjątkową przewagę konkurencyjną, znacznie zmniejszając rotację personelu, która często jest dużym problemem dla działów HR. Oznacza ciągłe zaangażowanie i ogromne wydatki, a proces rekrutacji wydaje się nie mieć końca. Z drugiej strony najnowszej generacji RPO daje zespołom HR możliwość skupienia się na monitorowaniu pracy już zatrudnionego personelu. A także poczucie odzyskania kontroli nad rynkiem.

Inne zalety usług z zakresu RPO, profesjonalnie realizowanych przez Sowelo to wzrost zwrotu z inwestycji oraz znaczna redukcja kosztów. W ramach modelu mini-RPO tej firmy zwykle wynosi ona 30 procent i obejmuje m.in. koszty najmu, reklamy i oprogramowania. I to właśnie ten wykonawca odpowiada za planowanie i realizację całości procesu rekrutacji. A bycie jego właścicielem przez zewnętrznego usługodawcę to część współczesnego, korzystnego dla klientów podejścia. Podobnie jak partnerstwo, zaufanie i szacunek w relacjach na linii agencja-zamawiający. A także łączenie różnych metod i doświadczeń w celu uzyskania elastycznych, niestandardowych rozwiązań biznesowych.

Praca zdalna w świetle prawa – rzeczywistość wyprzedziła regulacje

Regulacja możliwości pracy zdalnej w formie ustnej  przeważa nad formą pisemną – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Gumtree.pl, przy współpracy z Randstad Polska. Jednocześnie, aż 71% pracowników zdalnych uważa, że czuje się chroniona przez prawo w czasie tzw. home office, a 40% pracodawców deklaruje, że czas pracy zdalnej ich pracowników nie jest w żaden sposób rozliczany.  

„Na słowo” częściej niż na piśmie

Jak pokazują wyniki badania, ponad połowa pracowników pracujących zdalnie (54%) przyznaje, że taki tryb pracy uzgodnili ze swoimi pracodawcami ustnie.  Odsetek osób, które mają tę kwestię uregulowaną pisemnie, jest nieznacznie wyższy w przypadku pracowników na umowie cywilno-prawnej (52%) oraz prowadzących działalność gospodarczą (46%) niż na umowie o pracę (43%). Różnice są również zależne od tego, kiedy pracodawca zezwolił na taki tryb pracy.

Co drugi pracownik, posiadający możliwość pracy zdalnej jeszcze przed pandemią koronawirusa, twierdzi, że ta forma wykonywania obowiązków zawodowych została uregulowana z pracodawcą w formie pisemnej. W przypadku pracowników, którzy otrzymali możliwość pracy zdalnej w dobie pandemii, tylko 39% respondentów przyznaje, że zasady te zostały uregulowane na piśmie.

Niezależnie jednak od tego, czy kwestia pracy zdalnej została wpisana do umowy, ustalona mailowo czy wyłącznie w formie ustnej, większość pracowników pracujących z domu czuje się chroniona przez prawo w trakcie wykonywania obowiązków. Wyniki badania pokazują, że taką ochronę dostrzega 71% respondentów, podczas gdy przeciwnego zdania jest 18% badanych, a 11% nie ma na ten temat zdania. Ochrony ze strony prawa nie czują szczególnie osoby posiadające własną działalność gospodarczą (29%) oraz współpracujące w ramach umowy cywilno-prawnej (25%). Wśród osób zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, już tylko 13% ankietowanych nie czuje się chroniona przez prawo pracy podczas wykonywania obowiązków zawodowych poza biurem.

Zadaniowo czy od 8 do 16?

W wielu przedsiębiorstwach utarł się pogląd, iż pracownicy wykonujący swoje obowiązki stacjonarnie, mogą być lepiej kontrolowani przez swoich pracodawców, a wykonane zadania można zweryfikować łatwiej, niż w przypadku pracy zdalnej. Jak rozliczanie czasu spędzonego na home office wygląda w praktyce? Wyniki badania pokazują, że aż 40% pracodawców deklaruje, iż w ich firmach nie funkcjonuje żaden system do rozliczania pracy zdalnej. Co piąty pracodawca sprawdza aktywność pracowników na komputerze (logowania do sieci) lub daje im wolną rękę i umożliwia samodzielne prowadzenie rozliczenia czasu pracy.

Nieco inaczej wyglądają odpowiedzi w przypadku pracowników – na brak systemu do rozliczeń wskazało 23% badanych, 41% zaznacza, że prowadzi swoje raporty i udostępnia je przełożonemu, a 24% przyznaje, że pracodawca prowadzi rejestr godzin logowania do sieci.

– Kiedy weźmiemy pod uwagę wielkość firmy, zaczynają nam się rysować różnice w sposobie rozliczania czasu pracy zdalnej. Wśród osób pracujących w mikrofirmach, aż 75% zapytanych przyznaje, że samodzielnie prowadzi takie rozliczenie bądź czas pracy w żaden sposób nie jest sprawdzany. W przypadku dużych firm, zatrudniających ponad 250 pracowników, odsetek ten wynosi 59%. Wśród osób pracujących w największych firmach, czas pracy zdalnej częściej jest za to monitorowany przez pracodawcę (32% wskazań) – wyjaśnia Katarzyna Merska, Koordynator ds. Komunikacji Gumtree.pl.

Komputer i internet – narzędzia pracownika zdalnego

Wygodne krzesło, dobre oświetlenie, dostęp do odpowiedniej wielkości biurka – to zalążek domowego biura. Zdaniem polskich pracowników zdalnych, to, co jeszcze powinno się w nim znaleźć, to przede wszystkim komputer (92%) z dostępem do internetu (93%). Nieco mniej osób widzi również potrzebę korzystania z odpowiedniego oprogramowania (61%) oraz telefonu komórkowego (67%). Co ciekawe, 8% pracowników zdalnych nie uważa dostępu do komputera za niezbędny do zdalnego wykonywania obowiązków.

Narzędzia potrzebne do pracy nie zawsze są jednak udostępniane przez pracodawców. Aż co drugi pracownik, w czasie pracy zdalnej, musi korzystać z własnego komputera, a dwóch na trzech – z własnego telefonu komórkowego. Z kolei dostęp do odpowiedniego oprogramowania i do dysków w chmurze zapewnia, zdaniem pracowników, 68% pracodawców. Niemalże co czwarty pracownik może skorzystać z dofinansowywanego bądź udostępnionego przez pracodawcę internetu. 25% pracowników deklaruje natomiast, że nie otrzymuje od swoich szefów żadnego sprzętu ani żadnych dofinansowań.

– Aktualnie obowiązujące przepisy tarczy antykryzysowej dość ogólnie mówią o tym, jakie narzędzia i w jakim zakresie pracodawca powinien udostępnić pracownikowi, aby ten mógł wykonywać zadania w trybie zdalnym. Jednocześnie dopuszczają korzystanie przez pracownika z własnych urządzeń. Brak precyzji w tej kwestii może budzić wiele wątpliwości, a wręcz nierówności – część pracowników otrzymuje rekompensatę za połączenie internetowe czy rachunki za prąd, inni muszą eksploatować własny sprzęt, jednocześnie biorąc na siebie odpowiedzialność za bezpieczeństwo przetwarzanych informacji. Sprawy w dodatku nie ułatwia tymczasowy charakter obecnych rozwiązań. Te bowiem przestaną obowiązywać we wrześniu. Na dłuższą metę niezbędne może się więc okazać kompleksowe uregulowanie pracy zdalnej w kodeksie pracy – przestrzega Mateusz Żydek, ekspert rynku pracy Randstad Polska.

Choć praca zdalna w ostatnich latach powoli zyskiwała na znaczeniu, głównie jako forma benefitu dla pracowników, do niedawna nikt nie spodziewał się prawdziwej rewolucji, jaka nastąpiła w ciągu niespełna pół roku. Obecny stan prawny, a także wyniki badania, wskazują na to bardzo wyraźnie. Oznacza to, że zarówno pracodawcy, jak i prawodawcy mają przed sobą jeszcze szereg wyzwań związanych z kompleksowym uregulowaniem tego obszaru aktywności zawodowej.

Skutki podatkowe zmiany proporcji udziałów w trakcie i po zakończeniu roku obrotowego

Zaliczki na podatek dochodowy w przypadku wspólników spółki osobowej uiszczane są według proporcji udziałów wspólników w zysku określonej w umowie spółki. Zaliczki stanowią jedynie wpłaty na poczet nieustalonego jeszcze zobowiązania podatkowego. Ostateczne ustalenie podstawy opodatkowania następuje dopiero po zakończeniu roku podatkowego w zeznaniu rocznym, co oznacza, że po zmianie proporcji udziałów może być ono zupełnie inne, niż zakładano wcześniej.

Opodatkowanie wspólników spółki osobowej z zaliczki

Spółka osobowa nie posiada osobowości prawnej, w związku z czym nie jest podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych. Podatnikami podatku dochodowego są wspólnicy takiej spółki. W konsekwencji oznacza to, że to wspólnicy mają obowiązek odprowadzić podatek od dochodu spółki osobowej.

Kwota podatku zależy natomiast od proporcji udziału w zyskach spółki, która określona jest w umowie spółki. Jednakże, jeśli proporcja ta nie została określona, zgodnie z art. 8 ust. 1 ustawy o PIT przychody z tytułu udziału w spółce niebędącej osobą prawną określa się proporcjonalnie do prawa do udziału w zysku, a w przypadku braku przeciwnego dowodu przyjmuje się, że prawa do udziału w zysku są równe.

Zaliczki na podatek dochodowy opłacane są więc w takiej wysokości, która odpowiada udziałowi danego wspólnika w zyskach spółki osobowej.

Zmiana proporcji w trakcie roku obrotowego

Zmiana proporcji udziału w zyskach jest możliwa w trakcie roku obrotowego oraz po jego zakończeniu. W przypadku dokonania zmiany w trakcie roku od momentu tej zmiany zaliczki na podatek dochodowy wspólnika wpłacane są zgodnie z nową proporcją.

Zarówno w doktrynie, jak i orzecznictwie utrwalony jest pogląd, że w takiej sytuacji brak jest obowiązku dokonywania korekty za miesiące, w których zaliczki wpłacane były według poprzedniej proporcji. Oznacza to, że:

  • jeśli udział wspólnika w zysku się zmniejszy, może powstać po jego stronie nadpłata;
  • jeśli udział wspólnika w zysku się zwiększy, może powstać po jego stronie konieczność dopłacenia kwoty podatku. Co istotne, w takiej sytuacji nie będą naliczane żadne odsetki.

Zmiana proporcji po zakończeniu roku obrotowego

Ostateczna wypłata zysku co do zasady następuje po zakończeniu roku obrotowego, i to ta wypłata będzie stanowiła o podstawie opodatkowania i kwocie podatku (chyba że postanowienia umowy spółki przewidują możliwość podziału zysku za okresy krótsze niż rok obrotowy w drodze podjęcia odpowiedniej uchwały przez wspólników i takowa uchwała zapadnie przed zmianą proporcji – wtedy rozliczenie następuje odrębnie).

Możliwa jest również zmiana proporcji już po zakończeniu roku obrotowego, która to zmiana będzie uwzględniać nie tylko ostateczny wynik finansowy spółki osobowej, ale także np. stopień, w jakim poszczególni wspólnicy przyczynili się do uzyskania przychodu/dochodu.

Może się więc okazać, że dany wspólnik wpłacał zaliczki według udziału określonego w wyższej bądź niższej proporcji. W takiej sytuacji także może powstać nadpłata/niedopłata. Również jednak nie nastąpi konieczność dokonywania korekt ani płacenia odsetek.

Zgodnie z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 24 czerwca 2016 r., II FSK 1552/14: „W sytuacji, gdy udział w zysku spółki za cały rok podatkowy wg ostatecznej proporcji będzie wyższy niż zakładany w ciągu tego roku udział na podstawie tymczasowej proporcji lub zmienionej proporcji, nie może być mowy o powstaniu zaległości podatkowej w rozumieniu art. 51 § 1 i § 2 o.p. Jeśli podatnik odprowadzał zaliczki, obliczone na podstawie obowiązującej w danym momencie proporcji, uznać należy, że zaliczkę uiścił w terminie i we właściwej wysokości. Nie ma podstaw, aby wskutek późniejszych zdarzeń (przyjęcia ostatecznej proporcji) uznać z mocą wsteczną, że zaliczki, które w dniu odprowadzania były obliczone i uiszczone prawidłowo, uznać za opłacone nie w pełnej wysokości”.

W zależności również, czy podatek płacony jest według skali podatkowej, czy też ryczałtowo, podatnikowi może zależeć na konkretnej kwocie wypracowanego dochodu, od którego płacony jest podatek. Wykonując jakiekolwiek zmiany, należy jednak zawsze mieć na uwadze istnienie klauzuli przeciwko unikaniu opodatkowania i przed każdą zmianą zasięgnąć porady profesjonalisty.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Kolejny wyrok WSA, w postępowaniu przy udziale Rzecznika MŚP, uchylający decyzję w sprawie kary SENT nałożonej na przewoźnika

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, w kolejnym już wyroku, podzielił stanowisko Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w zakresie konieczności odstąpienia od wymierzenia kary pieniężnej na podstawie ustawy o SENT.

Przewoźnik, ukarany na podstawie ustawy o SENT karą pieniężną w wysokości 5 000 PLN, zwrócił się do Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców z wnioskiem o interwencję. Sprawa miała swój początek w maju 2018 r., gdy funkcjonariusze celno-skarbowi w trakcie przeprowadzonej kontroli drogowej stwierdzili niekompletne zgłoszenie SENT (brak wpisanego w zgłoszeniu numeru zezwolenia drogowego (licencji) w rozumieniu przepisów ustawy z dnia 6 września 2001 r. o transporcie drogowym). Zgodnie z wyjaśnieniami przewoźnika brak ten był efektem omyłki. Jednocześnie, brak ten przewoźnik uzupełnił w zgłoszeniu jeszcze w trakcie kontroli drogowej, podczas której kierujący okazał również wypis z posiadanej licencji transportowej.

Postępowanie odwoławcze od decyzji o nałożeniu kary pieniężnej, wszczęte odwołaniem przedsiębiorcy nie przyniosło zmiany rozstrzygnięcia, w rezultacie czego przewoźnik złożył skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Na etapie sądowo-administracyjnym do postępowania przystąpił i wyraził swoje stanowisko Rzecznik MŚP, który w swoim stanowisku poparł skargę przewoźnika oraz zwrócił uwagę m.in. na naruszenie przez organy w sprawie przepisów art. 22 ustawy o systemie monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów poprzez nieodstąpienie od wymierzenia kary pieniężnej przedsiębiorcy.

WSA w Warszawie w swoim orzeczeniu uznał, że organy administracji publicznej naruszyły przepisy prawa materialnego w sposób, który miał wpływ na wynik sprawy, jak również przepisy postępowania w stopniu mogącym mieć istotny wpływ na wynik sprawy. W konsekwencji Sąd uchylił zaskarżoną decyzję o nałożeniu kary pieniężnej. Wojewódzki Sąd Administracyjny nie podzielił oceny organów obu instancji, zgodnie z którą odstąpienie od wymierzenia kary należy traktować jako instytucją szczególną, a przyznanie tego typu ulgi postawiłoby przewoźnika w uprzywilejowanej pozycji w stosunku do innych podmiotów realizujących przewóz, które wypełniają obowiązki wynikające z ustawy o SENT bądź uiszczają kary związane z ich niewykonaniem.

W ocenie Sądu, w przedmiotowej sprawie, poza błędnym (niezupełnym) wypełnieniem zgłoszenia SENT nie stwierdzono działań przewoźnika, których zwalczanie było celem ustawy o SENT. Jednocześnie WSA wskazał, iż przedstawione w sprawie stanowisko organów nie stanowi urzeczywistnienia realizacji zasad prowadzenia postępowania przewidzianych w Ordynacji podatkowej (tj. zasady prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie do organów oraz zasady podejmowania przez organy wszelkich niezbędnych działań w celu dokładnego wyjaśnienia stanu faktycznego), zaś w interesie publicznym jest budowanie u obywateli, podmiotów gospodarczych zaufania do organów państwa.

Starward Industries jutro zadebiutuje na NewConnect

0

W najbliższą środę akcje Starward Industries, krakowskiego producenta gier z segmentu AA+, zadebiutują na NewConnect. Spółka prowadzi zaawansowane prace nad tytułem opartym na jednej z powieści Stanisława Lema. Premiera planowana jest na koniec 2021 r. i zbiegnie się z setną rocznicą urodzin pisarza.

Do obrotu giełdowego trafi 187.716 akcji, w tym 73.005 akcji serii H sprzedawanych po 41 zł w publicznej emisji pod koniec ubiegłego roku. Z oferty spółka pozyskała 2,99 mln zł, a stopa redukcji zapisów wyniosła 22,19%. Łącznie do obrotu zostanie wprowadzone 10,18% kapitału zakładowego, na które składają się akcje z serii H (emisja PRE-IPO) oraz serii G.

Czekamy z całym zespołem na pierwsze notowanie, to ważny krok, który jest dla nas zwieńczeniem blisko dwuletniej drogi ku upublicznieniu Starwarda. Już wkrótce pokażemy graczom oraz inwestorom pierwsze efekty pracy. Mam świadomość, że do dnia dzisiejszego pracowaliśmy praktycznie za “zamkniętymi drzwiami”, co wynika z przyjętej strategii marketingowej. – mówi Marek Markuszewski, prezes Starward Industries. 

Liczymy na długoterminowy wzrost fundamentalnej wartości Spółki. Nieustannie koncentrujemy nasze siły na tworzonej przez nas grze wideo, to absolutnie najważniejszy obszar dla Zarządu Spółki. – podkreśla prezes.

W międzyczasie, doświadczony krakowski zespół kontynuuje działania związane z produkcją na bazie twórczości Stanisława Lema. Potencjał sprzedażowy tytułu FPP w klimacie atompunk, deweloper szacuje na 500-700 tys egzemplarzy, w ciągu roku od wieloplatformowej premiery. Gra powstaje na silniku Unreal Engine i przeznaczona jest zarówno na “duże” konsole, jak i komputery osobiste. W lipcu spółka zakończyła realizację siódmego już kamienia milowego. Premiera gry zaplanowana jest do końca 2021, czyli w roku, w którym przypada setna rocznica urodzin Stanisława Lema.

W lipcu przedsiębiorcy nie bali się już koronawirusa

  • Przedsiębiorcy pomimo pandemii optymistycznie patrzą na prowadzony przez siebie biznes. Produkują i sprzedają – w lipcu wystawili o 10% więcej faktur niż w czerwcu, a nawet o 8% więcej niż w lutym, przed pandemią.
  • Duża liczba faktur to dobra wiadomość także dla finansów publicznych, bo oznacza większe wpływy z VATu. W lipcu to o 15% więcej niż w lutym.
  • Tak dynamiczne odbicie po ograniczeniach w funkcjonowaniu gospodarki jest możliwe dzięki instytucjom finansowym łączącym sprzeczne potrzeby wystawiających faktury i je płacących.

Lipcowy odczyt wskaźnika PMI dla polskiego sektora wytwórczego wyniósł 52,8 pkt. To aż 5,6 pkt. więcej niż w czerwcu. Po raz ostatni polski PMI znajdował się na takim poziomie dwa lata temu, w lipcu 2018 r. (52,9 pkt.). PMI to podawany przez firmę badawczą IHS Markit wskaźnik optymizmu przedsiębiorców, odczytywany z ankiet wypełnianych przez menedżerów firm. Wynik powyżej 50 punktów wskazuje na dobrą koniunkturę gospodarczą.

Optymizm przedsiębiorców w znacznej części wynika z ekspansji gospodarczej i dużej liczby wystawianych faktur. Eksperci z serwisu Faktura.pl sprawdzili, czy mikrofirmy, które najczęściej korzystają z portalu, rzeczywiście wystawiły w lipcu więcej faktur.

– Nasze dane potwierdzają optymizm, jaki widać we wskaźniku PMI. W lipcu przedsiębiorcy MSP wystawili aż o 10% więcej faktur niż w czerwcu. Oznacza to bardzo duży wzrost aktywności gospodarczej. Skalę odbicia jeszcze lepiej widać, kiedy liczbę faktur z lipca porównamy z tą z kwietnia – najgorszego miesiąca pod względem aktywności MSP: w ubiegłym miesiącu faktur było więcej o ¼, dokładnie o 26%. W lipcu mikrofirmy wystawiły ich więcej nawet niż w lutym – ostatnim miesiącu przed pandemią (o 8%) – mówi Grzegorz Grodek z Faktura.pl.

Turyści nie oszczędzali na jedzeniu

Największy wzrost liczby wystawionych w lipcu faktur w stosunku do czerwca widać w dokumentach ze stawką 5% VAT – więcej aż o 28%. Na takiej stawce VATu działa część przedsiębiorców sprzedających wyroby spożywcze np. oleje, mleko, mięso, owoce i warzywa, pieczywo, sery. Wg takiej stawki rozlicza się też część usług gastronomicznych. Te, które przeżyły zapaść w kwietniu w lipcu korzystały na wakacyjnej hossie. Liczby pokazują, że turyści wyjeżdżający w góry czy nad morze nie oszczędzali na jedzeniu.

Więcej faktur, to więcej pieniędzy w budżecie, także na pomoc dla biznesu

Duża liczba wystawianych faktur to dobry sygnał dla gospodarki, ale także dla budżetu państwa. Oznacza większe wpływy z VATu. Jego wartość zapisana na dokumentach wystawionych przez przedsiębiorców za pośrednictwem serwisu Faktura.pl była w lipcu o 10% większa niż w czerwcu i 15% większa niż w lutym, przed pandemią

Najmniejsze firmy w Polsce odpowiadają za 30% PKB, więc jeżeli nominalne PKB Polski to 607 mld dol. to udział mikrofirm w tej kwocie sięga 182 mld, czyli (według kursu z początku sierpnia) 682,5 mld złotych. Jeśli uśrednimy tę kwotę na 12 miesięcy, otrzymamy prawie 57 mld złotych miesięcznej kontrybucji mikrofirm do PKB. Lipcowy wzrost wartości VAT o 10% w stosunku do czerwca oznacza, że PKB dzięki wzrostowi aktywności przedsiębiorców zwiększyło się o dodatkowe 5,7 mld zł. To dobra wiadomość dla nas wszystkich, także dla firm, bo wsparcie biznesu w ramach tarcz rządowych w znaczącej części jest finansowane z wpływów z VATu.

To nie jest czas, na marnowanie… czasu

Biznes nie daje się koronawirusowi. Przedsiębiorcy produkują i wykonują usługi. Ich optymizm przekłada się na otwartość na korzystanie z nowych narzędzi finansowych. Wprawdzie trzeba za nie zapłacić prowizje, ale przyspieszają obrót handlowy i przepływ gotówki, zwiększają także płynność.

– Obserwujemy znaczący wzrost zainteresowania faktoringiem ze strony mikrofirm. Dotyczy to nie tylko biznesów, które od dawna z nami współpracują – te kierują do finansowania znaczne większą liczbę faktur. Ogromny wzrost zainteresowania faktoringiem zauważamy też ze strony nowych firm, a nawet branż, które wcześniej nie korzystały z takiego modelu finansowania – mówi Jakub Szymczak z Finea. – Covid-19 dołożył do terminu przelewu tydzień lub dwa. W czasie zamrożenia gospodarki wielu przedsiębiorców wykorzystało rezerwowe środki, więc teraz nie mogą już czekać na zapłatę. Ich partnerzy biznesowi np. odbierający produkcję też pozbyli się rezerwowych środków. Chcą zamawiać, ale płacić wolą z opóźnieniem. Tę rozbieżność czy też lukę biznes „zasypuje” faktoringiem, który skraca dystans pomiędzy wystawcami faktur, a ich płatnikami. W lipcu liczba faktur przekazywanych nam do finansowania była większa niż w najlepszym miesiącu funkcjonowania przed pandemią. Zanotowaliśmy rekordowy miesiąc zarówno pod względem ilości sfinansowanych faktur jak i pozyskaniem nowych Klientów. Znaczna część przedsiębiorców podchodzi do korzystania z takiego wsparcia świadomie i jest w stanie zapłacić prowizję, za usługę, która przyspiesza, a czasem wręcz uruchamia obrót handlowy – dodaje Jakub Szymczak, Finea.

Biznesowi odbiorcy kupują i odbierają prace. Nie chcą tylko… płacić. W każdym razie nie od razu po wykonaniu usługi. Potrzebują więcej czasu na zgromadzenie środków. Czekać za to nie mogą wystawcy faktur – ci potrzebują środków na już. Ta powiększająca się luka i rozbieżność pomiędzy potrzebami i oczekiwaniami przedsiębiorców jest wypełniana przez usługi finansowe, w szczególności faktoring.

Kilka małych tematów – sytuacja na rynku walutowym

Rynek akcji ma trudności z wypracowaniem stabilnego pędu wzrostowego przy braku nowych, pozytywnych impulsów. Strzępki niepokojących informacji z różnych obszarów mącą spokój inwestorów. Tym czasem na FX wraca presja na USD.

Pomimo nowych szczytów Nasdaq w poniedziałek, dziś rynki w Azji i na otwarciu w Europie nie kontynuują zakupowego zapału. Z jednej strony do głosu dochodzą sygnały techniczne – S&P500 ma trudności z wyjściem pand lutowe szczyty, do czego potrzebowałby zdecydowanego impulsu. Dane z USA jednak nie zachwycają (wczoraj spadek indeksu NY Empire State), negocjacje nad pakietem fiskalnym utknęły w martwym punkcie, a Biały Dom nie odpuszcza w utarczkach z Chinami – wczoraj administracja Trumpa zaostrzyła restrykcje wobec spółki technologicznej Huawei. Dziś rano COVID-19 przypomina o sobie poprzez rosnącą liczbę przypadków zachorowań w Korei Południowej oraz lockdown nowozelandzkiego Auckland. Jak zwykle największym zagrożeniem dla rajdu ryzyka jest wytracenie paliwa i napływ wątpliwości wśród inwestorów, czy to już moment do odwrotu.

Podczas gdy rynek akcji ogarniają wątpliwości, na innych rynkach nastroje są bardziej zdecydowane. Wytraceniu ulega zeszłotygodniowy rajd rentowności obligacji skarbowych, co pomaga w odrabianiu strat przez złoto. Uncja kruszcu ponownie kosztuje ponad 2000 USD, odzwierciedlając oczekiwania, że polityka monetarna na świecie pozostaje ultra-ekspansywna na dłużej. Banki centralne będą bardziej dbać o wzmocnienie ożywienia i opierać odpowiedzi na ewentualny wzrost inflacji. Tymczasem na FX wraca osłabienie USD, przeciw któremu przemawia kombinacja spadających rentowności (przypomnienie o gołębiości Fed), odbicie cen złota i słabe dane makro. Przy niezdecydowaniu rynku akcji słabość dolara mocniej ujawnia się względem bezpiecznych przystani: JPY, CHF i EUR. Jednocześnie wzrosty cen ropy naftowej pod 5-miesięczne szczyty pomagają CAD i NOK, podczas gdy AUD korzysta na przesiadce inwestorów z NZD osłabionego przez odrodzenie epidemii koronawirusa i oczekiwania wprowadzenia ujemnych stóp procentowych przez RBNZ.

Generalnie rynki finansowe błądzą wśród małych tematów, co na płytkim rynku jest okazją na punktowych zrywów, a w szerszym ujęciu skłania do porządkowania pozycji, z zachowaniem jednak kursu na długoterminowe cele. Jakkolwiek korekta może pojawić się w każdym momencie, to nie powinna zachwiać generalnym optymizmem, który stoi za umocnieniem ryzykownych aktywów od końca maja. Mentalność „kupowania dołków” powinna być skutecznym hamulcem ewentualnej przeceny.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

MedApp podsumowuje II kwartał 2020 roku

MedApp S.A., polska spółka technologiczno-medyczna specjalizująca się w sztucznej inteligencji, mieszanej rzeczywistości oraz gromadzeniu dużych zbiorów danych opublikowała raport okresowy za II kwartał 2020 roku. W minionym kwartale Spółka odnotowała wzrost przychodów oraz istotnie zmniejszyła stratę netto w porównaniu z II kwartałem ubiegłego roku. Przychody wyniosły we wskazanym okresie prawie 231 tys. zł. Spółka realizowała w tym czasie dotychczas zawarte umowy komercyjne, pracowała nad prospektem oraz z sukcesem nawiązała współpracę z kolejnymi placówkami medycznymi na potrzeby pilotażowych wdrożeń swoich rozwiązań. Spółka kontynuuje komercjalizację rozwiązań CarnaLife Holo oraz CarnaLife System, poszerza ich funkcjonalności oraz realizuje dalsze prace nad wprowadzeniem akcji na rynek regulowany GPW. 

W czerwcu br. Spółka nawiązała współpracę z NEO Hospital, w ramach której CarnaLife Holo będzie wykorzystywane przez specjalistów Szpitala Na Klinach do wsparcia zabiegów onkologicznych, szczególnie raka trzustki oraz wątroby. W ramach pilotażowych zabiegów chirurdzy będą wykorzystywali rozwiązanie również do wsparcia zabiegów ginekologicznych. Umowa jest realizowana w systemie Software as a Service (SaaS). Tego typu system rozliczeń pozwoli Spółce generować regularne przychody.

– Nasza aplikacja CarnaLife Holo wspiera pracę przy skomplikowanych zabiegach, dając możliwość wykorzystania jej zarówno w zabiegach kardiologicznych, onkologicznych, radiologii interwencyjnej oraz ortopedii. Nasi partnerzy z NEO Hospital wykorzystują ją w operacjach guza wątroby oraz trzustki. Zabiegi te ratują ludzkie życie, dlatego cieszymy się, że specjaliści wykorzystują nasze rozwiązania w tych trudnych procedurach medycznych. CarnaLife Holo nie tylko pomaga chirurgom, ale również pozwala pacjentom zobaczyć przebieg operacji, dzięki goglom HoloLens oraz mieszanej rzeczywistości – komentuje Krzysztof Mędrala, prezes MedApp S.A.

Krakowska Spółka w ubiegłym miesiącu podpisała również umowę z firmą Semicon. W jej ramach specjaliści MedAppu dostarczą oraz wdrożą aplikację do zdalnego gromadzenia danych z terminala mikcyjnego autorstwa Semicon, który ma być w przyszłości certyfikowany jako wyrób medyczny.  Doświadczenie MedAppu w telemedycynie, wdrożony system ISO 13485 oraz certyfikacja systemów spółki jako wyrób medyczny klasy IIb pomoże firmie Semicon w certyfikacji swojego urządzenia. Współpraca otwiera przed MedApp’em perspektywę poszerzenia portfolio urządzeń, a co za tym idzie – usług z zakresu medycyny mobilnej.

Spółka kontynuuje komercjalizację swoich rozwiązań. W lipcu br. rozpoczęła realizację pilotażowych wdrożeń aplikacji CarnaLife System w placówkach CARINTART Sp. z o.o. oraz Intercard Sp. z o.o. w obszarze kardiologii. Ponadto w bieżącym miesiącu spółka podpisała umowę dystrybucyjną z firmą WLOG Solutions Sp. z o. o., w ramach której partner zajmie się dystrybucją rozwiązań CarnaLife Holo, CarnaLife System oraz Surgeon Eye do polskich placówek medycznych oraz producentów urządzeń medycznych.

Miniony kwartał był również okresem przygotowań spółki do wejścia na rynek regulowany GPW oraz do towarzyszącej temu emisji akcji. Zwieńczeniem tych działań było przygotowanie prospektu emisyjnego oraz złożenie go 20 lipca br. w Komisji Nadzoru Finansowego. Środki pozyskane w ramach emisji zostaną przeznaczone m.in. na zwiększenie skali działalności poprzez rozpoczęcie procesu certyfikacji CarnaLife Holo przez Agencję Żywności i Leków (FDA) w Stanach Zjednoczonych, a następnie wprowadzenie produktów MedAppu do obrotu na rynku amerykańskim. Dadzą one również możliwość prowadzenia dalszych działań związanych z rozwojem oraz komercjalizacją rozwiązań oferowanych przez MedApp S.A.

Uważamy, że oferujemy unikalną i innowacyjną technologię odpowiadając na potrzeby nowoczesnej służby zdrowia. Chcemy, aby nasza oferta była dostępna nie tylko dla pacjentów w Polsce czy Europie, ale także w Stanach Zjednoczonych. Dlatego wejście na tzw. „duży parkiet” oraz towarzysząca temu emisja akcji, będą dla nas milowym krokiem w rozwoju MedApp. Już teraz wraz z naszym doradcą, firmą Paraxel Biotech przygotowujemy niezbędną dokumentację, aby rozpocząć proces certyfikacji – dodaje Krzysztof Mędrala.

16 lipca br. MedApp podpisał umowę z Parexel Biotech, należącą do Parexel International, światowego  lidera w zakresie usług biofarmaceutycznych i CRO (Contract Research Organization) doradztwa w zakresie rejestracji produktów medycznych i leków. Doradca przygotuje MedApp do certyfikacji w amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (Food and Drug Administration – FDA).

Najlepszy bank na świecie? Rozmowa z założycielami Symmetrical Labs

Jak działa Symmetrical? 

Daniel Wartołowski: Symmetrical dostarcza technologię, która pozwala pracodawcom działać jak bank dla swoich pracowników. Z jednej strony dbać o ich poczucie bezpieczeństwa i zdrowie finansowe, a z drugiej chronić ich przed drogimi produktami finansowymi i zapewniać płynność finansową. I jest to najlepszy bank na świecie, bo jego celem jest zapewnienie szeroko rozumianej opieki finansowej, a nie maksymalizowanie zysku.

Piotr Smoleń: Pierwszą funkcjonalnością, którą wdrożyliśmy jest „wypłata na życzenie”, która pozwala pracownikom decydować kiedy i z jaką częstotliwością sięgają do swojej już wypracowanej pensji. To paradoks, że pracownicy pracując codziennie– i codziennie dostarczając wartość swoim pracodawcom – muszą czekać na należne im pieniądze do umownego terminu wypłaty. Uwalniamy pieniądze pracowników tak, by mogli z nich korzystać wtedy, kiedy są im potrzebne. A zwłaszcza teraz, gdy spadek koniunktury i kryzys pukają do naszych drzwi.

Daniel Wartołowski: Dokładnie. Potwierdzają to najnowsze dane. Według BigInfoMonitor w ciągu zaledwie 2 miesięcy trwania pandemii długi Polaków z powodu nieopłaconych rachunków i rat kredytów wzrosły o ponad 1,2 mld zł (do 81 mld zł). Dane prezentowane w InfoDługu uwzględniają płatności wynoszące minimum 200 zł opóźnione o co najmniej 30 dni, pytanie zasadnicze brzmi: o ile lepsza byłaby sytuacja finansowa dłużników, gdyby zamiast posiłkować się drogimi pożyczkami czy kredytami mogli skorzystać z własnego wynagrodzenia jeszcze przed wypłatą? To właśnie umożliwiamy pracownikom i pracodawcom w Symmetrical – skorzystanie z już zarobionych pieniędzy bez potrzeby kupowania drogich (i nie zawsze dostępnych) produktów finansowych.

Na czym opierało się Wasze MVP?

Piotr Smoleń: Naszym MVP była prosta aplikacja mobilna pozwalająca pracownikom śledzić ich pensje w czasie rzeczywistym i wypłacać wtedy, kiedy jest potrzebna. Aplikacja się oczywiście rozwinęła ale dodatkowe funkcje są logicznie komplementarne wobec pierwotnej wizji a do tego mogą być konfigurowane według indywidualnych założeń każdego pracodawcy. To znaczy, że to pracodawca określa ile wcześniejszych wypłat wynagrodzenia może dokonać pracownik lub jaką część wynagrodzenia może wypłacić wcześniej. Razem z modułem edukacyjnym – nad którym obecnie pracujemy – jest to doskonałe narzędzie dla odpowiedzialnych pracodawców, którzy rozumieją realne potrzeby pracowników i dbają o ich dobrostan nie tylko w czasach prosperity.

Daniel Wartołowski: A wracając jeszcze do MVP od początku zakładaliśmy, że nasza aplikacja będzie się automatycznie łączyła z systemami kadrowymi czy szerzej programami ERP w firmach tak, aby wdrożenie naszej aplikacji było płynne, bezproblemowe i całkowicie neutralne dla procesów kadrowych i finansów pracodawcy.

W jaki sposób ewoluował Wasz pomysł od pierwotnej wizji do chwili obecnej?

Piotr Smoleń: Naszą pierwotną ideą było zapewnienie ludziom łatwego, etycznego i taniego dostępu do usług finansowych. Zależało nam na wyrównaniu szans wszystkich ludzi na niesymetrycznym rynku finansowym. Dlatego też naszą firmę nazwaliśmy Symmetrical, bo uważamy, że dziś na rynku nie każdy ma równe szanse i dostęp do środków, co dodatkowo zwiększa istniejące dysproporcje na niekorzyść ludzi o mniejszych zasobach.

Daniel Wartołowski: Naszą wizję zaczęliśmy wdrażać od stworzenia technologii, która to umożliwiała. Obecnie wykorzystujemy te technologie w modelu współpracy z pracodawcami. Innowacyjność naszego rozwiązania polega na tym, że pracodawca nie musi na bieżąco rozliczać wcześniej wypłaconych pensji we własnym systemie, ani wypłacać ich z własnych środków. Są one wypłacane przez Symmetrical, a po zakończeniu okresu rozliczeniowego pracodawca otrzymuje jedynie łączną notę księgową z sumą wypłaconych zaliczek oraz zbiorczą fakturę za obsługę.

Do których sektorów skierowany jest Wasz produkt? W których branżach sprawdza się najlepiej?

Piotr Smoleń: Nasze rozwiązanie doskonale sprawdza się w sektorach BPO/outsourcingu, produkcji, retailu, logistyki i transportu, ale także w branży HoReCa czy usług B2C, gdzie często pracownicy pracują elastycznie i nie mają stałego grafiku.

Czy rynek, zwłaszcza polski, jest gotowy na takie rozwiązanie?

Daniel Wartołowski: Jesteśmy głęboko przekonani, że czekanie 30 dni na wypłatę zarabianych codziennie pieniędzy nie jest fair i niebawem będzie przeżytkiem. Polacy są narodem łatwo adaptującym nowinki technologiczne, ceniącym niezależność i możliwość samodzielnego decydowania o swojej sytuacji finansowej. Zwłaszcza dziś, gdy żyjemy w erze gig economy i każdy szuka dopasowanych do jego indywidualnych potrzeb, elastycznych rozwiązań, a przy tym mamy większą świadomość i jesteśmy lepiej zorientowani w tym, co jest najbardziej opłacalne. Zresztą widzimy to już po dziesiątkach wdrożeniach i pilotażach w różnych branżach, że nasze rozwiązanie przyjmuje się znakomicie na rodzimym rynku.

W jakich państwach działacie, gdzie „benefit na trudne czasy” sprawdza się najlepiej?

Piotr Smoleń: Rozpoczęliśmy działalność w Polsce, aktualnie otwieramy kilka nowych rynków zarówno w Europie Środkowo-Wschodniej, jak i na Zachodzie Europy. Sytuacja kryzysowa dotknęła wszystkie kraje na świecie w mniejszym lub większym stopniu. Rozpoczęliśmy wstępne sondowanie rynków w całej Europie. Rozmawialiśmy z pracownikami i pracodawcami m.in. z Niemiec, gdzie kultura oszczędzania i świadomość finansowa są naprawdę na wysokim poziomie. Nawet osoby o skromnych dochodach oszczędzają i co ciekawe choć mają „poduszkę finansową”, to nie chcą jej ruszać w przypadku nieprzewidzianych wydatków. Wolą oszczędność pozostawić nienaruszone, a skorzystać z opcji wcześniejszej wypłaty na życzenie. Już widzimy pole dla Symmetrical. 

Ostatnio uzyskaliście dofinansowanie w wysokości 25 mln złotych, na co planujecie przeznaczyć te środki?

Piotr Smoleń: Środki z rundy finansowania przeznaczymy na rozbudowę naszego produktu o sztuczną inteligencję i mechanizmy wspierające użytkowników w podejmowaniu lepszych decyzji finansowych. Wykorzystamy je również na dalszą ekspansję w Europie.

Piotr Smoleń – współzałożyciel i CEO Symmetrical Labs. Były CEO i współzałożyciel firmy Turbine Analytics, Spółka została sprzedana do inwestora strategicznego w transakcji finansowanej przez globalny fundusz private equity. Posiadacz tytułu CFA. Absolwent Szkoły Głównej Handlowej oraz Stanford School of Business.

Daniel Wartołowski – współzałożyciel i CEO Symmetrical Labs. Wcześniej CTO w globalnej platformie sprzedażowej specjalizującej się w grach komputerowych G2A, gdzie współpracował z zespołem 230 inżynierów. Przez 5 lat związany z BCG, gdzie odpowiadał za wdrożenia w sektorze bankowym. Posiadacz tytułu CFA. Absolwent Szkoły Głównej Handlowej.

Najpopularniejsze lokalizacje wschodzące dla centrów danych w europie według Cushman & Wakefield

  • Boom inwestycyjny na rynkach drugorzędnych
  • Branża zareagowała na pandemię COVID-19 uruchamiając projekty deweloperskie w lokalizacjach położonych bliżej użytkowników oraz inwestując znaczny kapitał w nowe platformy

W swoim najnowszym raporcie międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield wskazała najpopularniejsze lokalizacje wschodzące dla centrów danych w Europie – w tej grupie miast znalazły się: Berlin, Reykjavik, Oslo, Warszawa, Zurych, Mediolan, Wiedeń, Madryt i Praga.

Europejski rynek centrów danych jest od dawna zdominowany przez tzw. rynki FLAP-D, do których zalicza się Frankfurt, Londyn, Amsterdam, Paryż i Dublin, tj. miasta z rozbudowanymi sektorami biznesowymi i finansowymi. Rynki FLAP-D są nadal kluczowe dla ekosystemu centrów danych jako punkty wejścia – powstają na nich obiekty o mocy ponad 500 MW – jednak na zainteresowanie nimi niekorzystnie wpływają obecnie ograniczenia fizyczne, między innymi brak energii niezbędnej do zasilania centrów danych, ograniczona podaż i konieczność bycia bliżej użytkowników regionalnych.

Z powodu tych ograniczeń i w odpowiedzi operatorów na popyt ze strony klientów w całym regionie na rynku centrów danych pojawiły się nowe lokalizacje. Pandemia COVID-19 tylko przyśpieszyła ten trend, ponieważ miliony osób nadal pracują z domu, co przekłada się na wzrost popytu i szans na rynkach drugorzędnych.

Stephen Kirby, Partner, Data Centre Advisory Group, Cushman & Wakefield, powiedział: „Rosnące ceny gruntów, ograniczona dostępność energii, tymczasowe wstrzymanie budowy centrów danych na niektórych rynkach FLAP-D oraz popyt na szybkie łącza światłowodowe sprawiły, że dostawcy hiperskalowi przenoszą zadania realizowane przez centra danych z tradycyjnych rynków do lokalizacji położonych bliżej swoich klientów. Ruch ten spowodował wzrost aktywności we wschodzących lokalizacjach centrów danych – miastach, które można byłoby sklasyfikować jako core w przypadku każdego innego rodzaju nieruchomości.

Wiele różnych funduszy emerytalnych, państwowych funduszy inwestycyjnych, funduszy infrastrukturalnych i firm private equity dostrzega potencjał inwestycyjny w centrach danych i poszukuje możliwości wejścia na rynek europejski”.

Kevin Imboden, Research Director, Data Centre Advisory Group, Cushman & Wakefield, powiedział: „Olbrzymie zapotrzebowanie centrów danych na energię powoduje znaczący wzrost inwestycji na rynkach, które potrafią wykorzystać niezawodne, niskokosztowe zielone źródła energii takie jak energia wodna. W związku z tym rośnie zainteresowanie rynkami takimi jak kraje nordyckie, których zaletą jest także bliskość efektywnie funkcjonujących hubów biznesowych”.

Miasta wymienione w raporcie European Secondary Markets: The Growth Story for the New Decade stanowią awangardę wśród rynków wschodzących – każde charakteryzuje się własnym, lokalnym ekosystemem dostawców usług w chmurze, deweloperów, inwestorów i najemców.

Spośród analizowanych miast, Reykjavik (212 MW), Berlin (199 MW), Warszawa (128 MW), Oslo (125 MW) i Zurych (117 MW) mogą stać się w perspektywie najbliższych pięciu-dziesięciu lat największymi, drugorzędnymi rynkami centrów danych. Największy wzrost mocy w porównaniu z obecnym poziomem odnotuje Berlin (+126%), a w dalszej kolejności – Reykjavik (+121%), Oslo (86%), Warszawa (+67%) i Zurych (+61%).

Berlin

Ponieważ Frankfurt jest głównym ośrodkiem usług finansowych i centrów danych w Niemczech, od dłuższego czasu pojawiało się pytanie o to, które miasto stanie się drugorzędnym rynkiem w tym kraju. Ostatnie wydarzenia coraz wyraźniej pokazują, że Berlin wyłania się jako najbardziej atrakcyjne miasto, w którym duże kampusy planuje zarówno e-shelter, jak i debiutant na tym rynku firma Vantage. Docelowo oba projekty zwiększą moc Berlina do blisko 200 MW i poszerzą ofertę lokalnego rynku, na którym wśród kilku lokalnych operatorów funkcjonuje już e-shelter ze swoją pierwszą lokalizacją oraz GTT, Colt i CarrierColo. Microsoft Azure obsługuje lokalnie północny region Niemiec, ale na rynek będą wchodzili jeszcze inni wiodący dostawcy usług w chmurze.

Reykjavik

Reykjavik jest popularną alternatywą dla firm zainteresowanych obiektami położonymi bliżej Ameryki, a jednocześnie pragnących pozostać w Europie. Jest także ważną lokalizacją umożliwiająca zastosowanie komputerów wysokiej wydajności i kopanie kryptowalut dzięki dostępności taniej energii geotermalnej i wodnej. Niedawno przejęty Etix dysponuje jednym lokalnym kampusem, a firmy Advania, Reykjavik DC i Verne Global posiadają własne obiekty oferujące możliwości rozbudowy w kilku etapach. Oferowane są również różnego rodzaju zachęty podatkowe i dostęp do otwartego na współpracę lokalnego dostawcy mediów.

Warszawa

Warszawa cieszy się w ostatnim czasie sporym zainteresowaniem ze strony dostawców hiperskalowych, deweloperów i podmiotów z szerszego ekosystemu, zastanawiających się nad najlepszym sposobem obsługi rynku Europy Środkowo-Wschodniej. Warszawa przyciągnęła znaczne inwestycje realizowane przez międzynarodowe firmy, między innymi firmę Microsoft, która podjęła niedawno decyzję o zainwestowaniu ponad 1 mld dolarów w lokalną infrastrukturę, szkolenia i usługi w chmurze przeznaczone dla przedsiębiorstw i instytucji rządowych. Na uwagę zasługuje także amerykański operator hiperskalowy Vantage, który planuje wejść na ten rynek w roku 2021 z pierwszym etapem kampusu, którego docelowa moc wyniesie 64 MW – dwukrotnie więcej niż wynosi obecna wielkość rynku.

Oslo

Ponieważ operatorzy centrów danych i ich klienci stawiają coraz bardziej na ekologię, dostępna w Norwegii (w tym w Oslo) tania energia wodna sprawia, że kraj ten jest atrakcyjny dla dużych inwestycji. Rząd norweski wsparł rozwój inwestycji w tej dziedzinie poprzez wprowadzenie pakietu zachęt w zakresie opodatkowania energii i nieruchomości, aby przyciągnąć operatorów hiperskalowych zarówno do Oslo, jak i innych regionów. Rynek powierzchni kolokacyjnej w Oslo jest zdominowany przez graczy lokalnych, między innymi DigiPlex (trzy obiekty), lokalny punkt wymiany ruchu internetowego OS-IX (wspierany przez Bulk Infrastructure) oraz Green Mountain z powstającym, dużym kampusem o docelowej mocy 75 MW. Łącza z resztą Europy staną się jeszcze szybsze pod koniec 2020 roku dzięki uruchomieniu nowego

światłowodu Skagenfibre o długości 170 km, który połączy Hirtshals w Danii z Larvik i Oslo w Norwegii.

Zurych

Zurych, będący ważnym ośrodkiem finansowym i największym miastem w Szwajcarii, jest także dynamicznie rozwijającym się rynkiem centrów danych, na którym działają operatorzy globalni (Equinix, Colt), paneuropejscy (Interxion, e-shelter NTT) i firmy lokalne (między innymi trzy lokalizacje dla Green Datacenter). Google Cloud i Microsoft Azure dysponują lokalnymi obiektami w regionie, a firma Equinix niedawno uruchomiła Azure ExpressRoute umożliwiając szybszy dostęp w jej obiektach znajdujących się w Zurychu. Miasto jest atrakcyjne także dla mniejszych firm oferujących oprogramowanie chmury, o czym świadczy niedawne wejście na ten rynek Oracle Cloud w ramach wspierania swojego lokalnego Smart Innovation Lab oraz planów dalszych inwestycji IT klientów regionalnych. W najbliższej przyszłości pojawi się na tym rynku amerykański deweloper hiperskalowy firma Vantage, która planuje realizację pierwszego etapu (8 MW) kampusu o docelowej mocy 40 MW, przewidzianego na rok 2021.

Miasta drugorzędne o największym przewidywanym wzroście:

Berlin: 45 MW -> 199 MW (+126%)

Reykjavik: 52 MW -> 212 MW (+121%)

Oslo 50 MW -> 125 MW (+86%)

Warszawa: 64 MW -> 128 MW (+67%)

Zurych: 62 MW -> 117 MW (+61%)

Mediolan: 61 MW -> 95 MW (+44%)

 

Miasta drugorzędne o największej przewidywanej mocy MW:

Reykjavik: 212 MW

Berlin: 199 MW

Warszawa: 128 MW

Oslo: 125 MW

Zurych: 117 MW

Mediolan: 95 MW

Madryt: 71 MW

Wiedeń: 61 MW

Marsylia: 50 MW

Praga: 41 MW

Czynsze w dobie pandemii. Ile obecnie zarabia się na wynajmie mieszkań?

Rynek najmu mieszkań to jedna z tych branż, które najbardziej ucierpiały z powodu koronawirusa. Od marca do początku maja obiekty noclegowe były zamknięte. Później mogły wznowić działalność, ale odpływ klientów – zarówno długoterminowych najemców, jak i szukających noclegu na krótkie terminy, jest odczuwalny. Czy kryzys pandemiczny przekłada się na stawki czynszów najmu? 

Zanim odpowiemy na pytanie o wpływ COVID – 19 na rynek najmu, musimy wyjaśnić, dlaczego jest on niezwykle istotny dla całej mieszkaniówki. Otóż zakupy inwestycyjne, właśnie pod wynajem, co najmniej od kilku lat bardzo mocno „napędzają” koniunkturę na rynku pierwotnym. Rentowność inwestycji w mieszkania na wynajem w największych miastach Polski szacuje się na 5 – 6 procent rocznie.

To bardzo atrakcyjne stopy zwrotu, nieosiągalne aktualnie na lokatach bankowych, czy w przypadku obligacji skarbowych. Niskie i dodatkowo ścięte nieomal do zera stopy procentowe NBP, prowokują inwestorów do poszukiwania godziwych alternatyw – pozwalających z jednej strony zachować kapitał, z drugiej uzyskiwać dochód pasywny. Idealnie do tego nadaje się rynek mieszkaniowy.

Stąd w ostatnich latach bardzo dużym wzięciem cieszyły się mieszkania na wynajem. Z jednej strony materialny charakter nieruchomości dawał inwestorom wymierne poczucie „posiadania”, a więc ulokowania środków, w trwałym materialnym obiekcie, bezpieczniejszym niż instrumenty finansowe, z drugiej – można było w ten sposób zarabiać, uzyskując przeciętne przychody na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych rocznie.

Wraz ze wzrostem popularności Polski jako kierunku turystycznego oraz z rozwojem popularnych platform internetowych typu booking.com, czy Airbnb, coraz popularniejszy stawał się też wynajem krótkoterminowy, dobowy – skierowany do turystów i gości. Ta forma zarabiania na wynajmie jest potencjalnie bardziej zyskowna, jednak to ona w największym stopniu ucierpiała z powodu koronawirusa.

W największych miastach Polski, tuż przed wybuchem epidemii mieliśmy do czynienia z bezprecedensową hossą i dynamicznym wzrostem cen, który przekroczył już poziomy z czasów pierwszej bańki cenowej 12 lat temu. Ten wzrost wynikał właśnie m.in. z dużej liczby kupujących inwestycyjnie, zainteresowanych rynkiem najmu.

To do nich adresowane są projekty typu mikrokawalerki, małe apartamenty, akademiki, condohotele, cechujące się zazwyczaj bardzo wysokimi cenami metra kwadratowego mieszkań, ale z powodu bardzo małych metraży, niską ceną całości – pozwalającą przy stosunkowo niewielkim nakładzie wejść na ten rynek i zarabiać na wynajmie. Pytanie – czy właśnie z powodu pandemii, takie stricte inwestycyjne projekty, ucierpią najbardziej.

Czynsze najmu w dół

Eksperci wskazują, że istotnie, rynek najmu „odczuwa” skutki pandemii. Zresztą jest to właściwie oczywiste, biorąc pod uwagę, że w związku ze zdalnym nauczaniem z największych miast wyjechały dziesiątki tysięcy studentów, z kolei zawieszenie imprez masowych i wielu wydarzeń kulturalnych, a przede wszystkim obawy przed tzw. drugą falą – przekładają się na mniejszą niż rok wcześniej liczbę turystów.

Wszystko to musi przekładać się na czynsze najmu. I przekłada. Wg wielu raportów eksperckich (m.in. Biuro Informacji Kredytowej, portal bankier.pl) czynsze najmu w największych miastach spadły w II kw. 2020.

Eksperci różnie szacują skalę przeceny. Od nawet blisko 8 proc. w Warszawie, do 2 – 3 proc. we Wrocławiu. Część wskazuje z kolei na to, że lipiec był już czasem wyhamowania korekty cenowej na rynku najmu. Wg danych portalu bankier.pl, w lipcu 2020 średnie ofertowe czynsze w Warszawie wynosiły niecałe 3600 zł, w Krakowie 2020 zł, a we Wrocławiu 2170 zł.

Choć stawki nieco wzrosły, w porównaniu do okresu zamknięcia gospodarki, to jednak plasują się one na niższych poziomach niż rok wcześniej.

Wg twórców raportu JLL za II kw. 2020, wpływ na obniżenie poziomu czynszów ma większa podaż mieszkań dedykowanych do wynajmu długoterminowego. To z kolei wynika z faktu, że część wynajmujących swoje lokale „noclegowo” z racji zupełnego obumarcia tego rynku zdecydowała się przesunąć ofertę na klasyczny wynajem na dłuższe okresy.

Jak napisano w raporcie:

W minionym okresie, po raz pierwszy od dłuższego czasu dały się zaobserwować drobne obniżki poziomu czynszów mieszkań, wynajmowanych w sektorze prywatnym. (…) Można założyć, że część właścicieli, którzy wprowadzali swoje mieszkania do oferty w okresie wzmożonej niepewności, (…) była skłonna zmniejszyć swoje oczekiwania finansowe, by odpowiednio szybko znaleźć najemcę. Z drugiej strony za spadek ten odpowiada w pewnym stopniu odejście od najmu krótkoterminowego części właścicieli mieszkań, przede wszystkim tych, którzy nastawieni byli na działalność związaną z turystyką. Większa – przynajmniej czasowo – konkurencja wywarła presję na obniżki w całym segmencie. 

W tym samym raporcie autorzy podkreślają, że w dłuższej perspektywie rynek najmu będzie cieszył się nadal dużą popularnością, a popyt znów wzrośnie, choćby z powodu faktu, że w związku z niepewną sytuacją gospodarczą część potencjalnych kupujących będzie odwlekała decyzje zakupowe na rzecz właśnie wynajmu.

Nie bez znaczenia będzie tu również wzrost wymogów ze strony banków, związanych z wkładem własnym kredytów oraz utrudnienia w dostępie do finansowania dla niektórych grup klientów (np. pracujących na umowach cywilnoprawnych).

Twórcy raportu JLL podkreślają jednak, że mimo spadków popytu, firmy deweloperskie ciągle stawiają na rozwój sentymentu najmu i coraz chętniej budują w trybie bulit to rent, czyli z myślą nie o sprzedaży a o wynajmie. W II kw. 2020 podaż takich projektów wzrosła. Chodzi o najróżniejsze typy nieruchomości – m.in. prywatne akademiki, projekty co-livingowe, apartamenty na wynajem czy mikrokawalerki. Eksperci przewidują, że przesunięcie działalności deweloperów na sektor BTR (built to rent) może być trwalszym trendem. To z kolei oznacza, że uczestnicy rynku mimo zachwiania „covidowego” wierzą w siłę i potencjał polskiego segmentu najmu.
 

Opracowanie: Marcin Moneta, ekspert Gethome.pl

Ponad 50 proc. wzrostu zysku netto R22 w II kwartale 2020 r.

0

Notowana na GPW grupa technologiczna R22 osiągnęła w II kwartale 2020 r. rekordowe wyniki finansowe. Kwartalne przychody po raz pierwszy przekroczyły 50 mln zł i wyniosły 52,9 mln zł, a zysk EBITDA ponad 14 mln zł. Zysk netto wzrósł o 55 proc. do 7,5 mln zł, a jeszcze mocniej wzrósł zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej. Wyniósł on 5,7 mln zł i był o 74 proc. wyższy niż rok wcześniej.

Dynamiczny wzrost wyników to zasługa poprawy efektywności działalności w wyniku optymalizacji oferty, pozyskania nowych klientów oraz wzrostu ARPU. W minionym kwartale Grupa obserwowała wzmożone zainteresowanie narzędziami ułatwiającymi cyfryzację procesów biznesowych oraz komunikację online.

– Za nami kolejny rekordowy kwartał. Myślę, że przyzwyczailiśmy do tego naszych inwestorów. Miniony okres był jednak wyjątkowym okresem ze względu na epidemię koronawirusa. Spowodowała istotne zmiany w naszej działalności operacyjnej, już w marcu wdrożyliśmy dla całej Grupy możliwość pracy zdalnej. Jednak nie miała istotnego wpływu na sam biznes, jeśli już to umiarkowanie pozytywny, ponieważ obserwowaliśmy rekordowe zainteresowanie wysyłką SMS-ów i maili. W średnim terminie widzimy przyspieszanie cyfryzacji i automatyzacji procesów biznesowych oraz większy nacisk na komunikację online. Sprzyja nam też rosnący rynek e-commecre, a wraz z nim m.in. branża logistyczna. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.

Na początku kwietnia spółka uruchomiła nową markę cyber_Folks w celu unifikacji wszystkich marek hostingowych R22 działających na różnych rynkach. W minionym kwartale nastąpił rebranding linuxpl.com oraz kampania promocyjna. Jeszcze w tym roku Grupa planuje rebranding kolejnej marki.

– Uruchomienie marki cyber_Folks to nie tylko unifikacja marek, ale także strategiczna zmiana komunikacji usług hostingowych. Chcemy być dla naszych klientów partnerem i doradcą w cyfryzacji biznesów. Już wcześniej wyróżnialiśmy się wysoką jakością usług, teraz możemy efektywnie to wykorzystać w dotarciu do nowych klientów. – dodaje Jakub Dwernicki.

W II kwartale 2020 r. (IV kwartale 2019/2020 r. obr.) segment hostingu Grupy osiągnął 22,4 mln zł przychodów (wzrost o 26 proc. r/r) wypracowując przy tym 7,2 mln zł zysku EBITDA. Segment omnichannel communication wzrósł o 43 proc. do 27,4 mln zł przychodów i 5,8 mln zł EBITDA.

W ujęciu narastającym za 12 miesięcy roku obrotowego (obecny rok obrotowy decyzją WZA trwa sześć kwartałów i zakończy się 31 grudnia 2020 r.) przychody segmentu hostingu wyniosły 87,7 mln zł, a skorygowana EBITDA 28,0 mln zł. W tym czasie segment omnichannel communication osiągnął 93,6 mln zł przychodów, co oznacza wzrost o 44 proc. r/r, a skorygowana EBITDA wyniosła 22,7 mln zł i była o 69 proc. wyższa niż rok wcześniej.

– Kwartał za kwartałem kontynuujemy ścieżkę stabilnego wzrostu Grupy, mogąc się pochwalić coraz to lepszymi wynikami. Wzrosty notują również nasze spółki stowarzyszone, w które zainwestowaliśmy z opcja przejęcia kontroli w kolejnych latach. Sprzyjają im obecne trendy rynkowe, w tym rosnący rynek e-comemrce czy wzrost krajowego ruchu turystycznego w przypadku Profitroom. – komentuje Jakub Dwernicki.

W II kwartale 2020 r. przychody Profitrrom wyniosły 5,2 mln zł. Negatywnie wpłynął na nie początkowy okres epidemii i wprowadzenie tzw. lockdownu. Równolegle spółka wdrożyła intensywny program oszczędności, który umożliwił osiągnięcie zysku netto w minionym kwartale. Jednak od czerwca spółka notuje wzrost przychodów r/r, a w samym lipcu wyniosły one niemal 3 mln zł i były wyższe r/r o 19 proc. User.com w II kwartale 2020 r. osiągnął ponad 1 mln zł przychodów, a Blugento około 850 tys. zł, co było wynikiem ponad dwukrotnie lepszym niż rok wcześniej.

W ciągu 12 miesięcy 2019/2020 roku obrotowego R22 osiągnęło 194,6 mln zł skonsolidowanych przychodów ze sprzedaży, notując przy tym 54,8 mln zł znormalizowanej EBITDA i 23,2 mln zł zysku netto. Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 16,8 mln zł.

Skutki pandemii: W pół roku Polacy zarejestrowali ponad 120 tys. firm. To znacznie mniej niż przed rokiem

W pierwszym półroczu 2020 roku do rejestru CEIDG wpłynęło prawie 125 tys. wniosków o założenie nowej działalności gospodarczej. Jak informuje Ministerstwo Rozwoju, w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. było ich mniej o 42,5 tys. Wzrosła natomiast liczba wniosków dotyczących wznowienia działalności gospodarczej. Ostatnio odnotowano ich niespełna 100 tysięcy, a wcześniej – blisko 89,5 tys. Znawcy tematu, analizując te zjawiska, zwracają uwagę na kryzys związany z pandemią oraz wsparcie w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. 

124,2 tys. wniosków o założenie działalności gospodarczej wpłynęło do rejestru CEIDG w okresie od 1 stycznia do 30 czerwca br. Jak wynika z danych przekazanych przez Ministerstwo Rozwoju, to o 42,5 tys. mniej niż w pierwszych sześciu miesiącach ubiegłego roku. Wówczas było ich 166,7 tys.

– O tej różnicy przesądziły głównie obawy wynikające z kryzysu gospodarczego. Sektory, które w pierwszym momencie odczuły spowolnienie, charakteryzują się dość dużym udziałem osób prowadzących własne firmy. Myślę tu szczególnie o eventach, wydarzeniach kulturalnych itd. Można więc przypuszczać, że tego typu działalność nie była podejmowana tak chętnie jak we wcześniejszych latach, co przełożyło się na ww. statystyki – komentuje Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan.

Podobnego zdania są inni eksperci. W ocenie Anny Szymańskiej, wiceprezes Grupy Kapitałowej DGA, spadek ten jest przede wszystkim efektem pandemii. To bardzo trudny okres na podejmowanie decyzji. Nie wiadomo, jak rozwinie się sytuacja i jakie będą możliwości prowadzenia działalności, zwłaszcza w branżach wymagających osobistych kontaktów. Do tego widać ograniczony dostęp do załatwienia spraw w urzędach. Ekspert dodaje, że część jednoosobowych działalności była tworzona przy wsparciu środków unijnych. A znaczna pula pieniędzy na ten cel została już wydatkowana z perspektywy na lata 2014-2020.

– Na pewno epidemia miała wpływ na to, że powstało mniej nowych biznesów. Ona ciągle jest z nami, więc ludzie rzadziej myślą o zakładaniu działalności. Ale nawet w czasach, kiedy nie było kryzysu, widzieliśmy relatywnie dużą rotację firm. Jeżeli chodzi o samozatrudnienie, Polska jest w czołówce krajów OECD. W ostatnich latach notowane były tam spore przyrosty, a teraz uległo to zmianie ze względu na sytuację w gospodarce i kryzys – zaznacza dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP.

Jednocześnie w pierwszej połowie 2020 r. do rejestru CEIDG wpłynęło niespełna 100 tys. wniosków dot. wznowienia działalności. To z kolei więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 89,4 tys. Według Anny Szymańskiej, ten wzrost jest efektem pomocy finansowej oferowanej w ramach tarcz antykryzysowych. Narzędzia były i są bardzo różnorodne. Praktycznie każdy przedsiębiorca prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą mógł w jakimś zakresie tego doświadczyć.

– Jeżeli ktoś wznawiał działalność, to miał szansę skorzystać z dobrodziejstw tarcz. Być może więc ten element motywował do ponownego prowadzenia firmy, zwłaszcza że mówimy o trzech miesiącach umorzenia składek ZUS-owskich przy działalności jednoosobowej. Do tego pojawiła się możliwość otrzymania różnego rodzaju świadczeń, np. pożyczki – dodaje dyrektor Lisicki.

Jak stwierdza Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI, dane z CEIDG pokazują bardzo klarownie, na czym polega systemowy problem. Widać, co powoduje, że tak wielu przedsiębiorców rezygnuje z prowadzenia działalności lub zawiesza ją. To konieczność opłacania składek ZUS, niezależnie od tego czy firma osiąga przychody. Samozatrudnieni muszą tylko z tego tytułu odprowadzić ponad połowę minimalnego wynagrodzenia za pracę. To często bariera nie do pokonania. Przedsiębiorcy płacą ponadto podatki dochodowe, a wielu z nich – również VAT.

– Koszt wznowienia działalności był z dużym prawdopodobieństwem niższy niż uzyskana pomocy dzięki tarczom. Sama procedura odwieszenia jest zdecydowanie prostsza niż założenie firmy. Ponadto część osób po ogłoszeniu pandemii nagle została w domu. Niektóre z nich mogły zarówno wykonywać pracę zdalną, jak i dodatkowe zlecenia w ramach prowadzonej działalności – podkreśla ekspert z DGA.

Z kolei mec. Niczyporuk zaznacza, że przepisy uprawniają do zawieszenia działalności gospodarczej wyłącznie podmioty niezatrudniające pracowników. Stąd należy zakładać, że dotyczyło to tzw. samozatrudnienia. Przed kryzysem również problemem były niskie przychody firm przy równoczesnej konieczności płacenia składek ZUS. Te ostatnie mają najczęściej formę ryczałtu, a zatem ich wysokość nie zależy od osiąganych przychodów.

– Firmy zawieszały działalność, aby nie płacić składek ZUS-owskich, a tarcze wykuwały się dosyć powoli. Jednak z kryzysu nie wyszliśmy. Cały czas jest bardzo duża niepewność, popyt jeszcze się nie odbudował do poprzednio osiąganych poziomów. To też powoduje, że obecnie najprawdopodobniej wpływają do CEIDG wnioski ws. zawieszenia działalności – podsumowuje dr Dudek.

Północna Izba Gospodarcza: program grantowy pokazał jak wielkiego wsparcia potrzebują jeszcze przedsiębiorcy

W poniedziałek 17 sierpnia rozdysponowano pieniądze w ramach Zachodniopomorskiego Pakietu Grantowego przygotowanego przez Urząd Marszałkowski Województwa Zachodniopomorskiego. Pieniądze w kwocie 50 milionów złotych rozdysponowano między przedsiębiorców według zasady „kto pierwszy, ten lepszy”. Warunkiem było wykazanie strat powyżej 50% w porównaniu z rokiem 2019. Jak nie trudno się domyśleć program wsparcia cieszył się kolosalnym zainteresowaniem przedsiębiorców z regionu mocno dotkniętych stratami w związku z pandemią koronawirusa.

– Żadne statystyki nie pokazują tak dobitnie i wyraźnie jaka jest sytuacja zachodniopomorskich przedsiębiorców jak właśnie wspomniany nabór. Nie oceniamy tego czy był on przeprowadzony poprawnie czy nie, zakładamy, że dochowano wszelkiej staranności. Dla wszystkich instytucji rządowych i samorządowych to powinien być sygnał: przedsiębiorcy potrzebują wsparcia. Pandemia nie minęła! – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Nie jest zaskoczeniem, że pieniądze, które przygotowano w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego dla zachodniopomorskich przedsiębiorców – choć bardzo cenne i potrzebne – okazały się za małe dla wszystkich zainteresowanych. Przygotowano 50 milionów złotych, które rozeszły się w 11 minut! Wsparcie otrzyma 2 tysiące przedsiębiorców z województwa zachodniopomorskiego, którzy wykazali stratę 50% miesiąc do miesiąca przez kwartał w porównaniu z rokiem 2019. Jak mówi dyrektor Piotr Wolny od poniedziałku od rana telefony w Północnej Izbie Gospodarczej dzwoniły bez przerwy. Wielu przedsiębiorców było zszokowanych tempem dystrybucji środków. Nie brakowało także głosów skarg, że wsparcie nie jest dysponowane sprawiedliwie, bo zyskają szybcy, a niekoniecznie Ci najbardziej potrzebujący.

– Alokacja w kwocie 50 mln zł, zgodnie z przewidywaniami Izby okazała się dalece za niska i niewystarczająca, by choćby w najmniejszym stopniu zaspokoić potrzeby rynku. Gospodarka regionu, podobnie jak i całego kraju zmaga się obecnie z kryzysem i recesją – najnowsze dane GUS o stanie gospodarki – PKB spadł w II kwartale o 8,2% rok do roku. By gospodarka i przedsiębiorcy mogli sobie poradzić potrzebujemy więcej programów grantowych i łatwo dostępnych instrumentów pożyczkowych na preferencyjnych warunkach. Rynek potrzebuje kapitału, by przetrwać trudny okres, a rolą instytucji publicznych w tym czasie jest jak najlepsza współpraca z biznesem i tworzenie przemyślanych, skrojonych na miarę potrzeb oraz dobrze zorganizowanych programów pomocowych. Potrzeba nie tylko pomocy finansowej, ale też dobrej współpracy, ułatwień i uproszczeń proceduralnych i formalnych skracających czas i poprawiających jakość obsługi przez administrację samorządową i rządową. Potrzeba wielu kompleksowych rozwiązań upraszczających system fiskalny i obniżających koszty pracy i funkcjonowania firm – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.  – Nabór poniedziałkowy pokazał ilu jest przedsiębiorców, którzy odnotowali przez pandemię koronawirusa bardzo wysokie straty. Co więcej, wiele firm nadal nie „złapało oddechu” po pandemii i wciąż mierzą się ze stratami i koniecznością planowania jesieni w myśl nie rozwoju i inwestycji, a raczej stagnacji i optymalizacji. Północna Izba Gospodarcza apeluje do samorządów naszego regionu oraz do rządu o dodatkowe wsparcie dla przedsiębiorców – mówi dr Piotr Wolny.

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie była zaangażowana w rozmowy na temat kształtu programów wsparcia dla przedsiębiorców. Dzięki naszemu wnioskowi poszerzono spektrum przedsiębiorców mogących się starać o wsparcie z Regionalnego Programu Operacyjnego WZP.

Spadek PKB o 8% – jest dobrze? stabilnie? czy bardzo źle? – Komentarz ekspertów Północnej Izby Gospodarczej

Sytuacja gospodarcza wywołana pandemią koronawirusa jest bardzo trudna niemal dla wszystkich gałęzi gospodarki. W województwie zachodniopomorskim z poważnym kryzysem mierzy się turystyka, ale spadki odnotowywane są także w transporcie, logistyce czy usługach. Patrząc na ostatnie dane Głównego Urzędu Statystycznego można odnieść wrażenie, że najgorsze dopiero przed nami. Statystyki wyraźnie wskazują, że trwa gospodarcza recesja. Czy w takiej sytuacji można dopatrywać się prognoz optymistycznych? Owszem. Jest źle, ale… w innych krajach europejskich jest jeszcze gorzej. – Wiele zależy od tego w jakiej kondycji będą nasi przedsiębiorcy, a to jest teraz trudne do oceny. Wiele firm dopiero jesienią w pełni zmierzy się z kryzysem wywołanym przez pandemię – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

• Jak wskazują analitycy pierwszy raz od ponad dwóch dekad polska gospodarka doświadczyła recesji
• Głównym powodem gospodarczego kryzysu jest pandemia koronawirusa. Długotrwałe konsekwencje gospodarcze objęły wszystkie branże – zaczynając od usług i przemysłu, kończąc na hotelarstwie, turystyce czy innych gałęziach gospodarki.
• Spadek PKB o 8,2% jest mniejszy niż w Niemczech (ok 10%, Francji 13,8% i Wielkiej Brytanii ponad 20%)
• Według ekspertów zrzeszonych w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie uważają, że kluczowa dla gospodarki będzie jesień. Nastąpi wówczas stabilizacja lub dalsze pogłębienie kryzysu. Obecne zwiastuny nie są zbyt optymistyczne

Niepewna sytuacja gospodarki – PKB spada, rośnie bezrobocie?

Najnowsze dane GUS o stanie gospodarki nie są dobre i świadczą o tym, że przyszedł czas recesji. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka, natomiast najważniejszymi są oczywiście skutki pandemii, zarówno te wywierające wpływ na globalną gospodarkę, jak i krajową.
– Zerwanie łańcuchów przepływu towarów, usług i ludzi oraz liczne obostrzenia i ograniczenia nakładane przez organy państwowe przynoszą żniwo. Ponadto dane te pokazują, że holistycznie patrząc na gospodarkę, nie ma w niej sektorów, które byłyby odporne na taki kryzys. Gospodarka mocno zwalnia w reakcji na powyższe ograniczenia, ale i również na większą ostrożność konsumentów oraz zmianę ich przyzwyczajeń – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Należy również wziąć pod uwagę fakt, iż na taki stan rzeczy składa się jednak nie tylko efekt globalnej pandemii i wprowadzonych obostrzeń, ale także w bardzo dużym stopniu nieodpowiedzialna polityka fiskalna i gospodarcza w ostatnich latach. Brak oszczędności i tzw. poduszki finansowej w budżecie państwa, nadmierne transfery socjalne, wysokie koszty funkcjonowania państwa i zbyt wysokie zadłużenie dziś również potęgują efekt pandemii i wpływają na złe wyniki gospodarcze. W kolejnych kwartałach prognozuje się lekkie odbicie, natomiast biorąc pod uwagę niepewną jesień i możliwe miejscowe i sektorowe ograniczenia w funkcjonowaniu firm oraz wzrost wskaźników bezrobocia związanych z zakończeniem udzielania niektórych form wsparcia, odbicie może być niewielkie i raczej wskaźniki pozostaną na ujemnym poziomie – prognozuje dyrektor Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Co spowodowało, że polska gospodarka ma się lepiej niż inne?

Eksperci Północnej izby Gospodarczej w Szczecinie nie mają wątpliwości, że efektem recesji będzie głębszy kryzys gospodarczy. Konsekwencją mogą być wstrzymane inwestycje, rosnące bezrobocie i gorsza kondycja przedsiębiorstw w kolejnych miesiącach.
– W porównaniu do innych krajów spowolnienie gospodarcze nie osiągnęło tak wysokiej wartości jak średnie rynkowe oczekiwania. Miał na to wpływ m.in. fakt, że jesteśmy relatywnie mniej niż inne kraje powiązani gospodarczo z Chinami i mamy zróżnicowane gałęzie gospodarki. W żadnym aspekcie skurczenia się gospodarki o wartości prawie 9% w stosunku do roku poprzedniego, nie uznałabym za powód do radości, nawet jeśli inni mają gorzej. Konsekwencje tego będą odczuwalne jeszcze przez długi czas, również w naszym regionie, a sytuacja jest nadal niepewna. W województwie zachodniopomorskim znaczny udział stanowią przedsiębiorstwa usługowe, które mocno odczuły lockdown i które mają znacznie ograniczone możliwości odrobienia strat. Wiele firm zerwało więzi kooperacyjne, myśli o utrzymaniu się na powierzchni, zamiast inwestowaniu, rozwijaniu działalności czy generowaniu innowacji – mówi dr Katarzyna Kazojć, ekonomistka związana z Uniwersytetem Szczecińskim, ekspert Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Bardziej optymistycznie patrzy w przyszłość doradczyni gospodarcza z Centrum Kiżuk & Michalska Katarzyna Michalska:
– Polska gospodarka nie jest mocno uzależniona od usług co spowodowało, że wynik jest tez dużo lepszy. Trochę inaczej jest w miejscowościach turystycznych, nadmorskich czy kurortach – tam zamknięcie spowodowało naturalny spadek i w poszczególnych województwach sytuacja może okazać się gorsza. Nastroje wśród przedsiębiorców są podzielone. Jedni są optymistyczni, drudzy obawiają się jesieni i kolejnego zamknięcia albo wzrostu zachorowań a co za tym idzie szerokiego paraliżu poszczególnych gałęzi gospodarki – dodaje Katarzyna Michalska.

Recesja techniczna w Polsce stała się faktem

Według wstępnego szacunku GUS, PKB w drugim kwartale 2020 roku spadł o 8,9% q/q wobec spadku o 0,4% q/q w 1Q, co pozytywnie zaskoczyło analityków, którzy oczekiwali spadku PKB na poziomie 9,5% q/q. Dane te wskazują, że wpływ pandemii na Polską gospodarkę okazał się bardzo dotkliwym. Z kolei inflacja w lipcu 2020 roku okazała się nieco niższa od pierwotnych szacunków i wyniosła 3,0% r/r wobec 3,3% r/r w czerwcu. Jednym z głównych powodów tego okazał się nieco głębszy od wcześniejszych szacunków spadek cen żywności.

Solidne wyniki w ubiegłym tygodniu udało się uzyskać funduszom Superfund należącym do grupy funduszy dłużnych uniwersalnych. Superfund Spokojna Inwestycja oraz Superfund Spokojna Inwestycja Plus wypracowały odpowiednio 0,23% i 0,20% zysku w ciągu pięciu dni sesyjnych. Tak dobre wyniki w połączeniu z szeroką dywersyfikacją portfela i niskim ryzykiem, sprawiają, że wspomniane fundusze są doskonałą alternatywą dla lokat bankowych.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała wzrost. Indeks szerokiego rynku WIG zyskał na wartości 1,74%. Notowania największych spółek (tworzących index WIG20) zyskały nieco więcej – 2,16%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 0,26%, natomiast mWIG40 zaliczył wzrost – o 1,25%. Superfund Akcyjny dzięki skutecznie prowadzonej selekcji akcji po raz kolejny uzyskał w ubiegłym tygodniu wyraźnie lepszy wynik od szerokiego rynku – 2,83%.
W nadchodzącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona zarówno na danych i wiadomościach z USA, jak i z Polski. We wtorek (18.08.2020) poznamy liczbę pozwoleń na budowę domów w USA. W środę (19.08.2020) zostanie opublikowany protokół lipcowego posiedzenia FOMC oraz dane dotyczące rynku pracy w Polsce. W czwartek (20.08.2020) poznamy dane dotyczące liczby nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA oraz produkcji przemysłowej w Polsce. W piątek (14.08.2020) nadejdzie kolej na odczyty indeksów PMI dla usług oraz przemysłu w USA, dane o sprzedaży detalicznej w Polsce oraz produkcji budowlano montażowej z kraju nad Wisłą.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Producenci wołowiny walczą o większą sprzedaż mięsa. Pomóc ma im nowy system znakowania według klasy jakości

Choć pandemia i związane z nią wyłączenie z działania gastronomii zakłóciły biznes producentów wołowiny, konsumenci nie stracili zaufania do tego mięsa. Prognozy mówią jednak o spadku spożycia. Większość polskiej wołowiny przeznaczana jest na eksport. Zdaniem prezesa Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego do wzrostu sprzedaży mogłoby się przyczynić wdrożenie systemu znakowania wołowiny według klasy jakości.

– Zakłócenia na rynku wynikały przede wszystkim z tego, że zamknęły się hotele, restauracje, catering. Najbardziej szlachetne części wołowiny – polędwica, antrykot, rostbef, niektóre mięśnie udźca – są sprzedawane głównie w tym kanale i tam uzyskują najwyższe ceny – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jerzy Wierzbicki, prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego

Zdecydowana większość polskiej wołowiny przeznaczana jest na eksport. Konsumenci nad Wisłą średnio zjadają rocznie ok. 2–3 kg mięsa wołowego, głównie z powodu jego wysokiej ceny. Dla porównania jej średnie spożycie w Unii Europejskiej prognozowane na ten rok to 10,4 kg per capita, a i tak jest to spadek wobec 2019 roku o 2,7 proc. Eksporterzy napotkali jednak na poważne utrudnienia w związku z pandemią, spowodowane m.in. ograniczeniami w transporcie na Zachód. To wywołało wahania cenowe na rynku. Jak podaje GUS za Międzynarodowym Funduszem Walutowym, w marcu globalne ceny wołowiny były niższe o 7 proc. niż w lutym i o 1 proc. niż w marcu 2019 roku.

Problemy, które były związane z wahaniami cen, wynikały z mechanizmów rynkowych, a nie ze spadku zaufania. Konsumenci ufają wołowinie, ona jest zresztą postrzegana jako mięso produkowane w sposób ekologiczny, na pastwiskach, w małych i średnich gospodarstwach, gdzie rolnicy opiekują się zwierzętami. Jesteśmy na bardzo dobrej drodze, żeby budować coraz lepszą opinię dla polskiej wołowiny. Tak jest m.in. we Włoszech i Hiszpanii. Konsumpcja rośnie, więc myślę, że jesteśmy na dobrej drodze ­– podkreśla Jerzy Wierzbicki.

GUS wskazuje, że Polska jest piątym w UE eksporterem produktów wołowych. Polscy producenci mięsa sprzedali w ubiegłym roku za granicą mięso o wartości 6,2 mld euro, z czego za 25 proc. odpowiadały produkty wołowe. Dobry wynik osiągnięto mimo afery związanej z wykryciem nieprawidłowości w jednym z zakładów mięsnych w Polsce. To pociągnęło za sobą zmniejszenie popytu na polską wołowinę na zagranicznych rynkach i spadek cen żywca wołowego. Mimo to zainteresowanie konsumentów jest duże.

Polska wołowina jest postrzegana na wielu rynkach europejskich bardzo dobrze. Przykładem są wypowiedzi włoskich importerów czy ekspertów, którzy podkreślają, że jest ona znakomitej jakości. Należy pamiętać, że Włosi mają specyficzny sposób kupowania ćwierci z Polski, w związku z czym zbudowali nam bardzo dobrą reputację – mówi prezes Polskiego Zrzeszenia Producentów Bydła Mięsnego. – Przed nami jest nauczenie przemysłu wołowego i zakładów przemysłowych w Polsce, aby opanowały również tę umiejętność i potrafiły oddzielnie sprzedawać te doskonałej jakości ćwierci, a oddzielnie sprzedawać te trochę niższej jakości.

Producenci proponują, by wyceniać wołowinę według jakości, różnicując również wynagrodzenie dla rolników i cenę na półce w zależności od klasy mięsa.

Chodzi o to, żeby przekładać w systemach płacenia rolnikom premie za wyższej jakości ćwierci i trochę taniej płacić za mniej jakościowe, tak żeby rolnicy  mogli się dostosowywać do wymagań konsumentów. Trzeba to także odpowiednio znakować na półce, żeby konsument miał jasny przekaz, że to jest wołowina wysokiej jakości, to jest wołowina trochę tańsza, ale też bardzo dobra. Z kolei taka, która nie jest akceptowana, powinna iść do przetwórstwa, a nie trafiać na półkę – mówi Jerzy Wierzbicki.

Jak podkreśla, tego typu systemy funkcjonują już m.in. w Australii i Stanach Zjednoczonych.

– W tę stronę chcemy podążać. „Strategia sektora wołowiny”, którą opracowaliśmy ponad dwa lata temu i która jest w analizach w resorcie rolnictwa, zawiera takie postulaty. Proponujemy w niej narzędzia dla zakładów, które pozwalałyby im robić to, co włoscy kupcy robią dzisiaj, czyli rozróżniać te lepsze ćwierci od tych słabszych, rozliczać się z rolnikami i odpowiednio to znakować na półce – wyjaśnia.

Według prognoz Komisji Europejskiej produkcja mięsa wołowego w Unii będzie w 2020 roku niższa o 1,7 proc. niż rok wcześniej. To głównie skutek pandemii, zamknięcia na kilka tygodni sektora gastronomicznego i suchej wiosny, która wpłynęła na mniejszą dostępność pasz i ubój zwierząt o niższej masie. W ubiegłym roku – jak wskazuje GUS – krajowa produkcja żywca wołowego łącznie z cielęcym w przeliczeniu na mięso wyniosła 566 tys. t i w porównaniu z 2018 rokiem była mniejsza o 1 proc. Z kolei skup żywca wołowego łącznie z cielęcym (617,1 tys. t) był mniejszy o 11,2 proc.

Niepewność hamuje odmrażanie transportu lotniczego. Przewoźnicy liczą, że tegoroczny sezon urlopowy się wydłuży

Niepewność hamuje odmrażanie transportu lotniczego. Przewoźnicy liczą, że tegoroczny sezon urlopowy się wydłuży 1

W czerwcu największe w Polsce Lotniska Chopina odprawiło raptem 46 tys. pasażerów, o ponad 97 proc. mniej niż rok wcześniej. W lipcu skorzystało z niego 444 tys. pasażerów. To duży skok w ujęciu miesięcznym, choć w porównaniu do tego samego miesiąca poprzedniego roku spadek sięgnął 77 proc. W Polsce, podobnie jak w całej Europie, transport lotniczy powoli się odmraża, ale barierą wciąż pozostaje niepewność i zmienność sytuacji, np. dotycząca obowiązku odbywania kwarantanny po powrocie. Przewoźnicy liczą, że mimo tych trudności sezon urlopowy się wydłuży, co pozwoli odrobić część strat.

– Najbliższe dwa tygodnie to szczyt przewozów. Sierpień był zawsze najbardziej popularnym miesiącem do podróży wakacyjnych, szczególnie za granicę. To rzeczywiście widać, natomiast nadal jest to niewiele więcej niż 40 proc. tego, co zwykle – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Kobielski, członek zarządu ds. handlowych linii Enter Air.

Jak wynika z czerwcowego badania „Future of Travel” przeprowadzonego na zlecenie Europ Assistance, w tym roku, mimo pandemii, plany urlopowe ma 81 proc. Polaków. Większość z nich deklarowała, że wybierze wypoczynek w kraju (79 proc.), a 1/3 rodaków – zagranicę, przy czym 17 proc. chciało spędzić urlop w jednym z krajów Unii Europejskiej, a 7 proc w innych krajach poza UE. Zdecydowana większość (66 proc.) na urlop wybierała się samochodem, samolot zamierzał wybrać tylko co piąty (21 proc.).

Badanie pokazuje też, że mimo dużej chęci podróżowania wśród Polaków utrzymuje się duża niepewność i wielu nie wie jeszcze, czy będą rezerwować wakacje w nadchodzących miesiącach. Jesienią wypoczynek zarezerwowało 26 proc. badanych, zimą wyjechać planuje natomiast 19 proc.

– Mamy nadzieję, że sezon się wydłuży, bo przez okres lockdownu nie mogliśmy w ogóle podróżować, przewozy w zasadzie nie istniały. Natomiast teraz widać tendencję, że ludzie rezerwują swoje wakacje również na październik, i to taki późny październik, co wcześniej nie miało miejsca – mówi Andrzej Kobielski.

Jak wskazuje, w bieżącym sezonie letnim popyt na przewozy lotnicze jest przyzwoity, ale to wciąż raptem mniej niż polowa tego potencjału, który był oferowany rok wcześniej, jeszcze przed wybuchem pandemii Covid-19. W czołówce najpopularniejszych zagranicznych kierunków wakacyjnych niezmiennie od lat utrzymują się Grecja, Bułgaria, Chorwacja i Turcja. Nie inaczej jest w tym roku..

 Ponieważ po zniesieniu lockdownu podróże lotnicze były możliwe tylko w ramach Unii Europejskiej, obecnie wygrywa i prym wiedzie Grecja, na drugim miejscu jest Hiszpania. Natomiast od kilku dni wiemy, że możemy latać do Turcji i Egiptu i w tej chwili widać, że Turcja bardzo ładnie przyspiesza. Ten kierunek zaczyna doganiać Grecję – mówi Andrzej Kobielski.

Przewoźnicy obserwują jednak duże wahania tego popytu, powodowane głównie niespójnością komunikatów, jakie docierają do turystów.

 Dobrym przykładem była niedawna wypowiedź jednego z rzeczników ministerstw, który wskazał, że być może pasażerowie powracający z zagranicy będą poddawani kwarantannie. To w naturalny sposób ograniczyło popyt praktycznie w ciągu 24 godzin – mówi Andrzej Kobielski.

Barierą wciąż pozostaje niepewność i zmienność. Pasażerowie nie wiedzą, jak będzie wyglądać sytuacja za tydzień bądź dwa, kiedy będą wracać z urlopów, czy rządy innych państw nie zamkną granic dla turystów z Polski albo czy będą musieli przejść kwarantannę.

– To znacznie ogranicza możliwości długoterminowego planowania podróży przez potencjalnych pasażerów – mówi Andrzej Kobielski.

Od 14 sierpnia obowiązek 10-dniowej kwarantanny dla przyjezdnych z Polski wprowadziła już Norwegia. W tym samym czasie Polska trafiła też na cypryjską listę krajów zagrożonych koronawirusem w kategorii B, co oznacza, że Polacy wylatujący na Cypr będą wpuszczani do tego kraju tylko z negatywnym wynikiem testu na Covid-19.

Miesiące lockdownu, a następnie odmrażanie latania ograniczone przez tę niepewność powodują duże turbulencje w branży lotniczej na całym świecie. Według danych Eurocontrol transport lotniczy w Europie zmniejszył się średnio o 90 proc. Ograniczenia w transporcie międzynarodowym i regionalnym ograniczyły liczbę operacji pasażerskich, więc i przychody linii lotniczych gwałtownie spadły.

– Dzięki specyfice ruchu, który obsługujemy, jesteśmy w czołówce przewozów lotniczych, bo realizujemy prawie 40 proc. naszego pierwotnie założonego planu. Oczywiście wciąż brakuje 60 proc., ale na tle przewoźników to jest absolutnie doskonały wynik – mówi Andrzej Kobielski.

Jak ocenia, w tej chwili ruch lotniczy w Polsce powoli się odtwarza, podobnie jak w Europie, a najszybciej do normalności wracają zwłaszcza Francja czy Wielka Brytania.

 Odbudowa rynku lotniczego do poziomów sprzed pandemii będzie trwać 2–3, a nawet 4 lata. Szacunki IATA wskazują, że nastąpi to dopiero ok. 2024 roku. Samolot stał się nieprzydatny dla podróży biznesowych. Ruch biznesowy w Europie na pewno dostanie przez to mocno po kościach, bo przez te 4 miesiące firmy nauczyły się funkcjonować bez konieczności spotykania się na sesje czy biznesowe mityngi – mówi Andrzej Kobielski. – Inaczej sytuacja wygląda w przypadku ruchu turystycznego. Morza, piasku i słońca nie da się przynieść przez internet do domu, więc te podróże zawsze będą miały trochę inną strukturę popytu. To zresztą widać po naszych wynikach – obsługujemy głównie rynek wakacyjny i samoloty Enter Air latają pełne.

Jak wynika z ostatniego raportu Enter Air, I kwartał br. był dla niej bardzo udany, bo wzrosły liczba lotów i przychody. W czasie pandemii spółka zawiesiła 97 proc. lotów, ale – jak podkreślają jej władze – dzięki przesunięciu terminów płatności rat leasingowych za wszystkie samoloty i ograniczeniu innych kosztów stałych udało się przetrwać ten trudny okres. Jak podkreśla prezes, nowe procedury bezpieczeństwa są jednym z tych elementów, które koszty działalności podnoszą, ale nie są szczególnym wyzwaniem ani dla przewoźników, ani pasażerów.

Noszenie maseczek, rękawiczek przez personel pokładowy, podróżowanie w maseczkach, do czego w zdyscyplinowany sposób pasażerowie się stosują. Do tego samoloty są dezynfekowane co najmniej raz dziennie, elementy wspólne takie jak łazienki czy kuchnie w samolocie są dezynfekowane po każdym odcinku – wymienia Andrzej Kobielski. – Linie lotnicze dawniej dążyły do tego, aby przylot i odlot dzielił jak najkrótszy czas liczony w minutach. W tej chwili przez procedury sanitarne nie będziemy w stanie zrobić tzw. nawrotu w ciągu 30 minut, to będzie minimum 80 minut, więc to jest wyzwanie, bo zabiera możliwość efektywnego utylizowania środka trwałego, jakim jest samolot.

Pracodawcy coraz częściej testują swoich pracowników na koronawirusa. Z szybkich testów korzystają m.in. fabryki czy plany filmowe

W ostatnich dniach w Polsce padały rekordy zakażeń koronawirusem. W efekcie firmy coraz chętniej poddają swoich pracowników badaniom krwi. – Takie testy traktowane są jako benefit pracowniczy, a inne, takie jak wejściówki na siłownie, schodzą na dalszy plan – mówią przedstawiciele ALAB Laboratoria. Szybkie testy wykazują, czy pracownik miał kontakt z koronawirusem. Typują też tych, którzy przechodzą infekcję bezobjawowo. Taka wiedza pozwala pracodawcy kontrolować sytuację w firmie i planować organizację pracy. Z szybkich testów korzystają m.in. fabryki, przedszkola czy plany filmowe.

Według Federacji Przedsiębiorców Polskich i Konfederacji Lewiatan gospodarka traci na pandemii i związanych z nią restrykcjach średnio 2 mld zł dziennie, a dotychczasowe straty sięgają prawie 200 mld zł. Wprawdzie w czerwcu i lipcu zniesiono większość restrykcji i obostrzeń, a pracownicy wielu branż wrócili do stacjonarnych biur i zakładów pracy, jednak w ostatnich dniach w Polsce padały rekordy zakażeń wirusem SARS-CoV-2 – w piątek przybyło ich 842. Dlatego też odmrażanie gospodarki i powrót do normalnego trybu pracy wiąże się dla firm z wyzwaniem zapewnienia bezpieczeństwa zarówno pracownikom, jak i klientom oraz kontrahentom, którzy mają z nimi kontakt.

– Bezpieczny powrót do biura to rzecz, nad którą głowią się dziś działy HR wielu firm. Badania krwi w kierunku COVID-19 wśród pracowników są jednym z elementów tego bezpiecznego powrotu do biura. Badając pracowników, firma może zarządzać ryzykiem i niebezpieczeństwem związanym z zakażeniami – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes lek. med. Agata Strukow, dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria.

Jak podkreśla, w grupie ryzyka znajduje się każdy, kto jest narażony na bezpośredni kontakt z innymi ludźmi – niezależnie od branży i miejsca pracy.

– Nie można powiedzieć, że są jakieś konkretne branże, które powinny się przebadać. Chyba że ktoś jest leśniczym, pracuje w lesie, wśród zwierząt i nie spotyka się z ludźmi, ale to są wyjątki – podkreśla Agata Strukow. – Z testów korzysta branża rozrywkowa. Badamy ludzi na planach popularnych seriali telewizyjnych czy reklam. Badani są także m.in. marynarze, pracownicy zakładów przemysłowych czy przedszkoli. Jeżeli takie badanie przeprowadza przedszkole, to rodzice czują się bardziej komfortowo i bezpiecznie, są pewni, że oddają dzieci w zdrowe ręce.

Główny Inspektorat Sanitarny opracował wytyczne dla zakładów pracy i poszczególnych branż, które obejmują m.in. zachowanie półtorametrowych odstępów pomiędzy stanowiskami pracy i częstą dezynfekcję ogólnodostępnych przestrzeni. Obowiązek wprowadzenia reżimu sanitarnego i zapewnienia bezpieczeństwa spoczywa na pracodawcach, którzy muszą przeorganizować zasady panujące w miejscu pracy. Jednak np. w fabrykach czy open space’ach będzie to trudne, a w przypadku wykrycia wirusa wśród pracowników firma musi liczyć się z zawieszeniem działalności, przymusową kwarantanną i stratami finansowymi.

Badania laboratoryjne pozwalają zminimalizować to ryzyko. Testy wykazują, czy pracownik miał kontakt z koronawirusem. Typują też tych, którzy przechodzą infekcję bezobjawowo. Taka wiedza pozwala zaś pracodawcy kontrolować sytuację w firmie i planować organizację pracy.

– Firma może elastycznie zarządzać stanowiskami oraz zapewnić pracownikom bezpieczeństwo i komfort. To przekłada się również na klientów – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria. – Pracownicy z kolei czują się zaopiekowani. Można powiedzieć, że dzisiaj, w dobie COVID-19, inne benefity pracownicze zostają z tyłu za takimi badaniami.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) podkreśla, że masowe testy przesiewowe są jedynym sposobem na opanowanie pandemii i zapobieganie nowym ogniskom choroby. Układ immunologiczny człowieka po kontakcie z koronawirusem SARS-CoV-2 zaczyna z nim walczyć i uruchamia mechanizmy obronne. W efekcie wytwarzane są specyficzne przeciwciała, które można wykryć testem serologicznym Elisa (ang. Enzyme-Linked Immunosorbent Assay). Daje on odpowiedź na pytanie, czy we krwi znajdują się dwa antygeny: IgG oraz IgM.

Test jest szybki i wyróżnia się wysoką czułością. To jedna z najlepiej sprawdzonych w diagnostyce metod badania krwi na obecność przeciwciał. Podobnie jak przy morfologii do badania pobierana jest krew, ale nie trzeba być na czczo. Test można wykonać zarówno rano, jak i po południu, bo pora dnia nie wpływa na poziom przeciwciał. Wyniki można sprawdzić przez internet lub w aplikacji w telefonie. Decyzję o przeprowadzeniu takich testów wśród pracowników pracodawca może podjąć samodzielnie albo we współpracy z lekarzem, np. specjalistą medycyny pracy.

 Niektóre firmy zapraszają pracowników danego dnia i wtedy jedziemy do firmy albo z wymazobusem, albo z pielęgniarką, która pobiera krew. Jednak są też firmy, które zapraszają swoich pracowników pojedynczo do naszych laboratoriów. Czasem testami obejmują również ich rodziny. Teraz mamy wakacje, więc zainteresowanie badaniami jest trochę niższe, ale ze względu na wysoką liczbę zachorowań widzimy, że ruch wraca. Od początku pandemii przebadaliśmy kilkadziesiąt zakładów pracy i kilkadziesiąt firm. Oceniamy, że od września będzie ich jeszcze więcej – mówi Agata Strukow.

Badania w kierunku COVID-19 należy powtarzać za każdym razem, kiedy pracownik miał kontakt z patogenem lub sytuacją potencjalnie zakaźną.

 Dobrym przykładem takich powtarzalnych badań są lekarze. Mamy już takich lekarzy, którzy badali się wielokrotnie, za każdym razem, kiedy mieli kontakt z zakażonymi pacjentami – mówi dyrektor ds. marketingu medycznego ALAB Laboratoria.

Transformacja cyfrowa polskich firm przyczyni się do stworzenia tysięcy nowych miejsc pracy. Postawią na nią najbardziej poszkodowane sektory, jak turystyka czy rozrywka

Mimo recesji i strat przedsiębiorstwa nie będą w najbliższych miesiącach ciąć inwestycji w cyfryzację. – Postawią na nią zwłaszcza te sektory, które mocno ucierpiały w wyniku pandemii koronawirusa, jak np. turystyka, edukacja, rozrywka czy hotelarstwo – mówi Krzysztof Augustynowicz z Salesforce. Transformacja cyfrowa pociągnie za sobą tworzenie nowych miejsc pracy. IDC wskazuje, że w Polsce ekosystem Salesforce, oparty na technologicznych produktach i usługach Salesforce, wygeneruje 1,5 mld dol. przychodów i stworzy ponad 4,2 tys. miejsc pracy do 2024 roku.

Transformacja cyfrowa nie jest już możliwością, ale – w obliczu tego, co się wydarzyło w ostatnich miesiącach – stała się koniecznością, żeby odnaleźć się w nowej rzeczywistości biznesowej. Można to zobrazować tym, co stało się w obszarze pracy zdalnej. Nie wszystkie firmy były na nią gotowe i nie wszystkie miały narzędzia, które taką pracę umożliwiały. Teraz zdały sobie sprawę, że muszą się na to przygotować, bo nie wiadomo, co będzie za trzy–cztery miesiące, nie wiadomo, jak ta rzeczywistość biznesowa będzie wyglądała w przyszłym roku – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Augustynowicz, regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce, firmy działającej w obszarze systemów CRM.

Mimo recesji i problemów finansowych wywołanych pandemią SARS-CoV-2 firmy nie zamierzają wstrzymywać inwestycji i wydatków na cyfrową transformację. Wręcz przeciwnie, wiele z nich planuje nawet przyspieszyć ten proces i przejść go szybciej, niż planowały, bo w trakcie pierwszych miesięcy pandemii zdały sobie sprawę, jak bardzo cyfrowe narzędzia są im potrzebne do zachowania ciągłości funkcjonowania i reagowania na zmiany w otoczeniu biznesowym.

Transformacja cyfrowa dotknie wszystkie sektory, ale największe przełożenie będzie mieć na sektor B2C, czyli business-to-consumer. Firmy będą musiały zmienić sposób, w jaki kontaktują się ze swoimi klientami, na bardziej zautomatyzowany. Po drugie, będą musiały także spojrzeć na klienta bardziej kompleksowo, zrozumieć jego oczekiwania. Nowe szanse i nowe miejsca pracy pojawią się przede wszystkim w działach IT, ale również po stronie biznesu – mówi regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce.

W najbliższym czasie na cyfryzację postawią zwłaszcza te branże, które mocno ucierpiały w wyniku pandemii, jak np. turystyka, edukacja, rozrywka czy hotelarstwo. Aby przetrwać okres lockdownu, przedsiębiorstwa z tych sektorów musiały szybko przenieść niemal całą swoją działalność do online’u. Teraz z kolei będą ją rozwijać. Ekspert Salesforce ocenia, że głównym obszarem cyfrowej transformacji przedsiębiorstw będą CRM i relacje z klientem oraz integracja procesów i danych.

– Firmy posiadają duże ilości danych, które pochodzą z różnych źródeł. Aby je zrozumieć albo wyciągnąć z nich jakieś wnioski, trzeba je zintegrować i dokonać odpowiedniej analizy – mówi Krzysztof Augustynowicz.

Jak podkreśla, transformacja cyfrowa i wszystko, co jest z nią powiązane, będą też tworzyć nowe miejsca pracy, bo sam ten proces wymaga wykwalifikowanych pracowników o ściśle określonych umiejętnościach.

Raport firmy IDC „Salesforce Economic”, który mówi o tym, jak Salesforce z naszymi partnerami będzie się przekładał na gospodarkę krajową, wskazuje, że do roku 2024 stworzymy bezpośrednio 4 tys. nowych miejsc pracy i 8 tys. pośrednio – mówi ekspert.

Z raportu IDC wynika także, że ekosystem Salesforce zyska w ciągu kolejnych czterech lat 1,5 mld dol. przychodu z nowych kontraktów. Motorem napędowym tego wzrostu będą usługi przetwarzania danych w chmurze. IDC szacuje, że ich popularność będzie rosła w tempie 18 proc. rocznie, z 256 mln dol. w 2018 roku do 698 mln dol. w 2024 roku. W tym okresie wydatki na oprogramowanie niezwiązane z chmurą będą rosły w tempie 1 proc.

Jak podkreśla ekspert, wdrażanie technologii do firm powinno pomóc w wychodzeniu gospodarki z kryzysu. Problem jednak w tym, żeby proces ten przyspieszyć. Na razie Polska wypada blado na tle innych państw UE. Według indeksu DESI publikowanego przez Komisję Europejską („Digital Economy and Society Index”) nasz kraj zajmuje pod względem cyfrowej transformacji i digitalizacji przedsiębiorstw 23. miejsce w Europie, plasując się zdecydowanie poniżej średniej, choć w porównaniu z ubiegłym rokiem poprawiła swój wynik o dwa miejsca w górę.

– Mamy w Polsce bardzo dobrze wykształconą kadrę informatyczną. Jednak z drugiej strony ok. 60 proc. osób pracujących u nas nie używa do tego komputera. To powoduje, że stopień ucyfrowienia jest ciągle niesatysfakcjonujący – mówi Krzysztof Augustynowicz. – Trzeba jednak zwrócić uwagę, że coraz więcej firm decyduje się na cyfryzację swoich procesów i dla dużych spółek takie rozwiązania jak chmura obliczeniowa czy Big Data są już właściwie standardem. Dla ponad 50 proc. spółek w Polsce systemy ERP nie są rozwiązaniem nowym, one już z nich korzystają. W porównaniu do tego, co działo się jeszcze kilka lat temu, to jest zdecydowany progres. Jesteśmy w dobrym miejscu, ale wciąż długa droga przed nami.

Jedną z istotnych barier, które blokują ten rozwój, jest brak kompetencji cyfrowych.

Dlatego kilka lat temu stworzyliśmy platformę e-learningową, żeby dać ludziom możliwość zdobycia nowych kwalifikacji m.in. z obszaru sprzedaży i serwisu  cloudu czy budowania aplikacji. Do tej pory 1,7 mln osób skorzystało już z tej możliwości – mówi regionalny dyrektor sprzedaży Salesforce.

Sztuczna inteligencja jest już w stanie wygenerować realistyczny mecz tenisowy między dowolnymi graczami. System może zwiększyć realizm w grach komputerowych

Zespół badaczy z Uniwersytetu Stanforda wypracował nowatorski model wirtualizacji rozgrywek sportowych przy wykorzystaniu technologii uczenia maszynowego. Naukowcy wyszkolili algorytmy do rozpoznawania indywidualnego stylu gry zawodników i skorelowali pozyskane dane z systemem graficznej reprezentacji ruchu. Dzięki temu stworzyli oprogramowanie zdolne automatycznie generować przebieg meczów z udziałem dowolnych zawodników.

– Przedstawiamy system konwertujący nagrania z meczów tenisowych na interaktywne sprite’y [dwuwymiarowe obrazki rastrowe – przyp. red.], które zachowują się i wyglądają jak zawodowi gracze w tenisa. Nasze podejście opiera się na teksturach wideo i wykorzystuje wiedzę na temat cyklicznej struktury wymian tenisowych do generowania przejść pomiędzy klipami oraz akceptowania sygnałów wejścia na potrzeby sterowania kluczowymi parametrami rozgrywki – tłumaczy Haotian Zhang z Uniwersytetu Stanforda.

Nadrzędnym celem zespołu z Uniwersytetu Stanforda było dogłębne zbadanie charakterystyki gry poszczególnych zawodników i nauczenie sztucznej inteligencji, jak reagują na zagrożenie płynące ze strony konkretnych przeciwników. W tym celu wykorzystano technologię uczenia maszynowego do przeanalizowania tysięcy zagrań każdego ze sportowców i znalezienia ich modelowych zachowań podczas rozgrywki.

W trakcie szkolenia algorytmu pod uwagę wzięto trzy kluczowe parametry – przygotowanie się zawodnika do odbioru piłki, sposób uderzenia oraz zajęcie pozycji po rozegraniu. Zebrane dane poddano następnie analizie przy wykorzystaniu systemu sztucznej inteligencji Vid2Player. Jego zadaniem było odnalezienie wzorców zachowań, które w późniejszej fazie badań posłużyły do wirtualizacji zachowania graczy.

– Wykorzystaliśmy dane z archiwum wideo do modelowania pozycji zawodnika na korcie i decyzji dotyczących wyboru zagrań podczas zdobywania punktów. Używamy tych modeli behawioralnych do wybierania klipów wideo, które odzwierciedlają działania, jakie prawdziwy gracz mógłby podjąć w danej sytuacji meczowej, oddając w ten sposób realizm wymian na poziomie makro, a nie tylko indywidualnych ruchów – podkreśla Haotian Zhang.

Zastosowanie sztucznej inteligencji w procesie szkoleniowym pozwoliło wypracować w pełni zindywidualizowane modele zachowań graczy. System nauczył się, że Novak Djokovic zazwyczaj podaje na słabszą stronę przeciwnika, a Roger Federer podczas oczekiwania na piłkę trzyma się bliżej linii końcowej niż Rafael Nadal.

Pozyskanie tak szczegółowych danych pozwoliło pójść o krok dalej i przeprowadzić symulowaną rozgrywkę pomiędzy dowolnymi zawodnikami, nawet tymi, którzy nigdy nie spotkali się na korcie. Naukowcy w trakcie testów przeprowadzili pokazowy mecz dwóch Rogerów Federerów i symulowali starcie Szwajcara z Sereną Williams. Wirtualne awatary graczy odpowiadały na swoje zagrania na podstawie modelu predykcyjnego wypracowanego w procesie uczenia maszynowego.

– Zdaniem doświadczonych tenisistów wymiany generowane przy użyciu naszego systemu są znacznie bardziej realistyczne pod względem zachowania gracza niż metody sprite’ów wideo, które uwzględniają tylko jakość przejść podczas syntezy wideo – przekonuje badacz.

Proces analizy i przetwarzania danych wypracowany przez zespół z Uniwersytetu Stanforda pozwolił także wprowadzić interaktywne elementy do transmisji i wybierać punkty zagrania oraz cofnięcia się po odebraniu piłki. Tym samym stworzono podwaliny systemu, który może zostać wykorzystany przez twórców gier komputerowych na potrzeby stworzenia realistycznego symulatora tenisa, modelującego zachowanie wirtualnych awatarów zawodowych sportowców zgodnie z historycznymi danymi wizualnymi.

Opinia ZPP dotycząca zaprezentowanych propozycji zmian ustawowych w zakresie dotyczącym rozwoju źródeł odnawialnych w Polsce

Na wstępie chcielibyśmy podkreślić natychmiastową konieczność dostosowania ustawodawstwa w tym zakresie zarówno do europejskiej polityki neutralności klimatycznej jak i do sytuacji sektora energetyki związanej z pandemią.

Wszelkie działania zmierzające do zwiększenia podaży zielonej energii uznajemy za właściwe i konieczne, nie tylko w związku ze zobowiązaniami unijnymi, ale także ze względu na zapotrzebowanie polskiego przemysłu.

W tym zakresie oceniamy zaproponowane zmiany bardzo pozytywnie. Przedstawiony przez Ministerstwo Klimatu dokument, o zmianie ustawy o odnawialnych źródłach energii oraz niektórych innych ustaw, podchodzi do tematyki związanej z rozwojem tego sektora energetyki w sposób kompleksowy i spójny zmieniając zapisy w całym zakresie związanym z procesem inwestycyjnym i eksploatacyjnymźródeł OZE w przyszłości. Autorzy projektu dostrzegli konieczność zmian nie tylko w Ustawie o Źródłach odnawialnych ale także w Ustawie Prawo Energetyczne i Ustawie o zagospodarowaniu przestrzennym. Tylko takie podejście tworzy rzeczywiste fundamenty dla rozwoju energetyki rozproszonej.

Zaproponowane zmiany mogą mieć decydujący wpływ na rozwój szeroko pojętej energetyki rozproszonej, gdyż obejmują swoim działaniem małych i średnich przedsiębiorców, czyli najbardziej dynamiczny sektor polskiej gospodarki. Ustawa zwiększa parytet mocy dla przedsiębiorców w zakresie własnych instalacji odnawialnych.

Szybkie zwiększenie możliwości inwestycyjnych w zakresie instalacji odnawialnych poprzez jasne zdefiniowanie pojęcia „Mała instalacja OZE” daje szansę sektorowi małego i średniego biznesu na zwiększenie konkurencyjności i pewną niezależność energetyczną tak potrzebną szczególnie na obszarach wiejskich.

Dobór wielkości takiej instalacji w przedziale 50–500 Kw., należy również uznać jako bardzo trafny, ponieważ jest to zakres uśrednionego poboru mocy w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw, jak również średnich gospodarstw rolniczych. W projekcie nie znaleźliśmy opisu małej instalacji w gospodarstwie rolniczym, stąd nasze pytanie czy pokazane wyżej wielkości dotyczą także gospodarstw rolnych.

Zaproponowane zmiany idą w kierunku tworzenia przewidywalnych ram rozwoju sektora odnawialnego, wydłużając ustawowo o 5 lat systemy wsparcia dla poszczególnych technologii. Jednocześnie ustawa podkreśla funkcję systemu aukcyjnego jako gwaranta dla instytucji finansujących, uznając ten system wsparcia jako najtańszy i najbardziej efektywny w polskich warunkach ekonomicznych.

Ustawa łagodzi również problemy inwestorów którzy w związku z pandemią przekroczą maksymalny termin na wytworzenie po raz pierwszy energii elektrycznej, lub jej sprzedaży. To również bardzo dobra decyzja, tym bardziej, iż minimalizuje proces biurokratyczny nie angażując zbytnio Urzędu Regulacji Energetyki. Forma oświadczeń przy składaniu wniosków o wydłużeniu terminu jest w tym przypadku bardzo trafna.

W całej rozciągłości popieramy formę odbiurokratyzowania całego procesu rejestracji wytwórców energii z OZE zaproponowanego w Ustawie, a co za tym idzie zmniejszenie obciążeń administracyjnych dla Urzędu Regulacji Energetyki.

Zmiany ustawy o planowaniu przestrzennym umożliwiające w praktyce szybki rozwój fotowoltaiki to również bardzo oczekiwana inicjatywa w wyniku której w ciągu kilku lat może nastąpić znaczący wzrost podaży zielonej energii oraz ustabilizowanie końcówek linii przesyłowych.

Jesteśmy przekonani że wejście ustawy w proponowanej formie przyczyni się do stymulacji rozwoju odnawialnych źródeł energii, co musi wywołać stabilizację cen energii dla odbiorców końcowych. Zaproponowane zmiany z całą pewnością wychodzą naprzeciw zapotrzebowaniu społecznemu, zabezpieczając istotne rozwiązania dla wytwórców energii z OZE oraz całej branży związanej z inwestycjami w OZE.

Natomiast pewne kontrowersje wzbudza zaproponowana forma regulacji dotycząca definicji mocy zainstalowanej. Wprawdzie osiągnięto tutaj pewien kompromis ze środowiskami związanymi z OZE, który można uznać za racjonalny i rokujący pozytywnie dla rozwoju OZE w Polsce, jednak sugerujemy dopracowanie definicji w przyszłości w taki sposób aby pozwalała na pewną elastyczność przy wyprowadzaniu mocy z instalacji OZE, szczególnie w procesach modernizacyjnych takich instalacji.

Oceniając pozytywnie przedstawioną propozycję zmian ustawowych dotyczących odnawialnych źródeł energii, pragniemy przypomnieć, że istnieje pilna konieczność dalszych prac w tym kierunku.

Odblokowanie możliwości inwestycyjnych w lądowej energetyce wiatrowej, przez zmianą zapisów w tak zwanej ustawie odległościowej to dzisiaj najważniejsze zadanie legislacyjne dla ustawodawcy. Jeszcze raz pragniemy przypomnieć, że lądowa energetyka wiatrowa to dzisiaj najtańsze źródło energii elektrycznej, którego rozwój został zahamowany w wyniku zapisów ustawy.

Szybkie uchwalenie wszystkich aktów legislacyjnych umożliwiających inwestycje w morską energetykę wiatrową to dzisiaj również pilna potrzeba, ponieważ tego rodzaju inwestycje ustabilizują cały system energetyczny kraju.

Przypominamy również o potrzebie szybkich prac legislacyjnych w obszarze sieci i przyłączeń, pozwalających na rozwój energetyki rozproszonej.

Nowy projekt ustawy w Rosji korzystny dla inwestorów zagranicznych

Duma Państwowa Federacji Rosyjskiej opracowała projekt ustawy mający na celu rozszerzenie możliwości uzyskania przez firmy korzyści podatkowych przy wypłacie dywidendy za granicę. Zmiany w Kodeksie podatkowym będą miały wpływ na rosyjskie grupy przedsiębiorstw z udziałem kapitału zagranicznego, a także na zagranicznych inwestorów w rosyjską gospodarkę. Według ekspertów JP Business Law Firm na zmianach w prawie skorzystałyby m.in. polskie firmy inwestujące w Rosji lub planujące takie inwestycje.

„Zapisy nowego projektu ustawy przygotowanego przez Dumę Państwową Federacji Rosyjskiej powinny szczególnie zainteresować inwestorów zagranicznych. Projekt przewiduje rozszerzenie ulg i zwolnień podatkowych, na czym w przypadku jego wejścia w życie bezpośrednio skorzystać mogą m.in. polskie firmy posiadające oddziały w Rosji i kapitał inwestujący w Rosji. W dłuższym horyzoncie mógłby to być również pozytywny bodziec dla zwiększenia polskich inwestycji na terenie Federacji Rosyjskiej” – wyjaśnia Valeria Jelenska, Prezes Zarządu w JP Business Law Firm.

Projekt ustawy przewiduje przyrównanie udziału pośredniego w spółkach rosyjskich (np. gdy holding polski jest właścicielem aktywów rosyjskich za pośrednictwem subholdingu cypryjskiego) z bezpośrednim przy otrzymywaniu ulg podatkowych na podstawie umów międzynarodowych.

Ponadto zmiany rozszerzają krąg zagranicznych spółek kontrolowanych, których zyski mogą być zwolnione z opodatkowania. Przez zagraniczną spółkę kontrolowaną należy rozumieć organizację za granicą, która nie jest rezydentem podatkowym Federacji Rosyjskiej, ale jest kontrolowana przez rosyjskich rezydentów podatkowych.

Bez zgody w RDS. Lewiatan proponuje, aby płaca minimalna w 2021 roku wyniosła 2716 zł

Partnerzy społeczni i rząd nie porozumieli się w sprawie wysokości płacy minimalnej w 2021 roku. Konfederacja Lewiatan uważa, że wynagrodzenie minimalne w przyszłym roku powinno wynieść 2716 zł, a minimalna stawka godzinowa – 17,7 zł.

Na posiedzeniu Zespołu ds. budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych oraz w trakcie plenarnego posiedzenia RDS nie udało się wypracować porozumienia partnerów i rządu w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia w 2021 roku.

Strona rządowa zaproponowała wysokość wynagrodzenia minimalnego w 2021 r. na poziomie 2 800 zł, przy czym ta propozycja zyskała bardzo ograniczone poparcie ze strony Związku Pracodawców i Przedsiębiorców oraz NSZZ Solidarność. Z kolei pozostałe organizacje pracodawców opowiedziały się za utrzymaniem płacy minimalnej na poziomie 2020 roku tj. 2 600 zł, a ostatecznie za aprobatą dla wzrostu płacy minimalnej o mechanizm ustawowy tj. do wysokości 2 716 zł. Natomiast OPZZ i FZZ podkreśliły konieczność jej znacznie wyższego wzrostu do 3 100 zł.

– Naszym zdaniem wynagrodzenie minimalne w 2021 roku, jeśli nie ma możliwości zamrożenia mechanizmu jego wzrostu, powinno wynieść 2716 zł, a minimalna stawka godzinowa 17,7 zł. Takie stanowisko prezentują firmy zrzeszone w Lewiatanie, które regularnie pytaliśmy o opinię w tej sprawie – mówi prof. Jacek Męcina, przewodniczący Zespołu budżetu, wynagrodzeń i świadczeń socjalnych RDS i doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Kondycja gospodarki nie uzasadnia wysokiej podwyżki

Obecna sytuacja gospodarcza nie uzasadnia znaczącego wzrostu wynagrodzenia minimalnego. Jeśli przy ustalaniu płacy minimalnej na 2020 rok rząd argumentował, że „biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy i utrzymującą się dobrą koniunkturę gospodarczą rząd postanowił o ustaleniu płacy minimalnej na jeszcze wyższym poziomie, właśnie 2600 złotych”, trudno znaleźć merytoryczne uzasadnienie dla podnoszenia jej o więcej niż kolejne 116 złotych w dobie recesji. Już założenia do budżetu 2021 pozwalają stwierdzić, że rząd zakłada, że w 2021 nie wrócimy do PKB z 2019 roku. Prognozy NBP są jeszcze bardziej pesymistyczne.

Jedynym wskaźnikiem makroekonomicznym, który uzasadnia szybkie podnoszenie nominalnej płacy, jest inflacja, która od listopada 2019 roku utrzymuje się systematycznie powyżej celu inflacyjnego, z czego w I kwartale 2020 roku oscylowała wokół 4,5% r/r. U źródeł tej wysokiej inflacji leżały szybko rosnące ceny żywności, a jej udział w koszykach osób nisko zarabiających jest nadreprezentowany. Z uwagi na typowe dla recesji tendencje dezinflacyjne (których obecność potwierdza prognoza Ministerstwa Finansów) ten efekt będzie wygasał, co stanowi argument za ograniczaniem skali wzrostu płacy minimalnej.

Wzrost płacy minimalnej zwiększy koszty pracy

Wzrost płacy minimalnej to odczuwalne zwiększenie kosztów pracy w bardzo trudnym czasie. Wiele firm jest teraz mocno zadłużonych w ZUS, w bankach, firmach leasingowych, u kontrahentów. Zaciągnęły długi, żeby ochronić miejsca pracy i nie zwalniać pracowników w sytuacji kryzysu. W przyszłym roku, kiedy będą musiały zacząć spłacać długi, dodatkowy nieuzasadniony wzrost kosztów może doprowadzić do opóźnionej fali upadłości.

W świetle ostatnich doniesień Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej tylko do 21 lipca br. przedsiębiorcy zgłosili się o wsparcie dofinansowania wynagrodzeń dla niemal 3 mln pracowników. Dane Polskiego Funduszu Rozwoju mówią o wsparciu z Tarczy Finansowej dla podmiotów zatrudniających ponad 3 mln pracowników. Warto jednak przypomnieć, że utrzymanie zatrudnienia w II i III kwartale 2020 roku odbyło się przede wszystkim dzięki nadzwyczajnym oszczędnościom pracodawców i uruchamianiu oszczędności z kapitału. Oczywiście instrumenty wsparcia odegrały swoją rolę, ale pamiętać należy, że w perspektywie kolejnego roku szanse na taki zakres pomocy są małe, choćby dlatego, że interwencja w 2020 roku pochłonęła całe oszczędności Funduszu Pracy na poziomie ponad 7 mld zł.
Już sama skala interwencji publicznej świadczy, że epidemia COVID-19 uderzyła w firmy ze znaczną mocą, wiele z nich stawiając na granicy upadłości. Forsowanie zbyt wysokiego wynagrodzenia minimalnego (do których należy dodać koszty pracy) oznacza uderzenie w nie, zanim jeszcze wrócą do stanu sprzed pandemii.

Zbyt wysoka płaca minimalna wyprze z legalnego rynku pracy osoby najniżej produktywne

Wzrost wynagrodzenia minimalnego brutto z 2600 zł do 2716 zł oznacza wzrost kosztów pracy z 3132,48 do 3312,98 zł, a jeśli przyjąć zaproponowany przez rząd poziom 2 800 zł jeszcze więcej. Tak znaczny wzrost płacy minimalnej oznacza, że firmy mikro i małe, ale w warunkach kryzysowych także część większych firm będzie miało trudności z utrzymaniem zatrudnienia. Wyższe bezrobocie, czy wzrost szarej strefy, które będą konsekwencją tej decyzji, to z kolei mniejsze dochody z PIT i do FUS oraz większe koszty Funduszu Pracy.

Ponadto, nie można wykluczyć scenariusza, w którym wypieramy z rynku pracy niemal całe branże czy znaczną część lokalnej gospodarki. Alternatywą jest przeniesienie wyższych kosztów na konsumenta, co znajdzie ujście w wysokiej inflacji. Ostatecznie, nie można wykluczyć zwiększenia powszechności pracy w szarej strefie.

Przy obecnym rozkładzie wynagrodzeń w gospodarce zbyt szybkie podnoszenie płacy minimalnej (716 zł w ciągu 4 lat) powoduje kompresję wynagrodzeń, zaburzając ich informacyjną funkcję. Niewielka różnica między płacą pracownika wykonującego najprostsze prace w ramach umowy kodeksowej a urzędnika, czy pielęgniarza demotywuje do pracy w trudnych zawodach zwiększając ryzyko masowej emigracji i selekcji negatywnej. Podobnych skutków można oczekiwać na terenach słabiej rozwiniętych, a przez to oferujących systematycznie niższe wynagrodzenia.

W dyskusjach nad płacą minimalną pojawia się argument, że dążymy do relacji wynagrodzenia minimalnego względem średniego w gospodarce na poziomie 60%. Już proporcja 50% plasuje się bardzo wysoko w zestawieniach międzynarodowych. Co więcej, wysoki odsetek wcale automatycznie nie gwarantuje dobrostanu pracowników. Znacznie bardziej efektywna w długim okresie jest polityka na rzecz wzrostu produktywności w gospodarce – wówczas nawet niższe odsetki przekładają się na wyższe wynagrodzenia wśród najmniej zarabiających. Prawidłowość ta ma szczególne znaczenie w obecnych warunkach, gdy przyszłość rysuje się raczej pesymistycznie, a firmy będą przeżywać trudności związane z kryzysem COVID – 19. W tych warunkach każdy wzrost kosztów pracy oznacza ryzyko dla poziomu zatrudnienia.

Konfederacja Lewiatan

Dolar znów drożeje – komentarz walutowy

Pomimo przyzwoitych danych zza oceanu dolar znów prezentuje się słabo. Inwestorzy powoli przyzwyczajają się do nowej normy w notowaniach tej waluty.

Lepsze dane z USA

Piątkowe popołudnie pokazało pakiet – może nie najważniejszych – ale korzystnych dla gospodarki amerykańskiej danych. Sprzedaż detaliczna rośnie niby zaledwie o 1,2% przy oczekiwanych 1,8%, ale warto spojrzeć na wpływ aut na te dane. Indeks oczyszczony o zakup samochodów pokazuje 1,9% wzrostu względem oczekiwanych 1,6%. Produkcja przemysłowa zgodnie z oczekiwaniami rośnie o 0,3%, ale wzrasta wykorzystanie mocy produkcyjnych. Lepiej od oczekiwań wypadł również indeks Uniwersytetu w Michigan. Dolar jednak przez cały dzień znajdował się w odwrocie.

Recesja w Japonii

W nocy dane na temat wzrostu PKB pokazała Japonia. Wynik jest bardzo słaby, ale biorąc pod uwagę to, co się dzieje na świecie, nikogo to chyba nie dziwi. W ujęciu kwartalnym PKB spada o 7,8% a w ujęciu rocznym mamy z kolei 10% spadek. Powodem jest pandemia koronawirusa, która doprowadziła do istotnego wstrzymania aktywności gospodarczej. Japoński jen przyjął te dane w miarę spokojnie. Spadek PKB nie był bowiem dużym zaskoczeniem.

Spada ilość odwiertów w USA

Z tygodnia na tydzień spada ilość wież wiertniczych na rynku ropy w USA. W szczytowym momencie w 2014 roku było ich nawet 1600, dzisiaj jest zaledwie 172 sztuki. Powodem jest spadająca opłacalność wydobycia surowca. Obecny poziom cen powoduje, że nie we  wszystkich regionach świata produkcja jest opłacalna cenowo. Z drugiej strony to właśnie ten spadek produkcji powoduje stopniowy wzrost cen, który z kolei jeżeli będzie kontynuowany, ma szansę przywrócić część z zamkniętych złóż.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Dziewiętnasta dzielnica, czyli problem ROD-ów w wielkim mieście

W obecnych trudnych czasach globalnego zagrożenia COVID-19 kwestia rodzinnych ogrodów działkowych (ROD) zyskała nową jakość, a tytułowe nieruchomości nagle stały się obiektem pożądania tysięcy Polaków. Zanim jednak zdecydujemy się na inwestycję średnio zazwyczaj kilkudziesięciu tysięcy złotych w prawo do dzierżawy swoich trzech arów ogrodowej enklawy, warto bliżej przyjrzeć się problematyce ROD-ów z drugiej, nieco mniej przewidywalnej strony.

Prawdopodobnie tylko nieliczni rodacy zdają sobie sprawę z faktu, że krajowe metropolie, a obok nich również mniejsze ośrodki miejskie, to pod pewnym względem lokalizacje dość osobliwe, by nie powiedzieć wyjątkowe. Aby nie szukać daleko, eksperci portalu RynekPierwotny.pl posłużyli się przykładem Warszawy, głównego i absolutnie dominującego krajowego rynku nieruchomości.

ROD-y niczym kolejna dzielnica

Otóż w stolicy Polski na dziś dzień funkcjonuje około 190 pozostających pod kuratelą Polskiego Związku Działkowców (PZD) ogrodów działkowych, co można określić jako swoisty fenomen. Ich łączna powierzchnia osiąga prawie 1200 hektarów. To z górą trzy razy tyle co obszar Central Parku na Manhattanie, sporo więcej niż powierzchnia Woli czy Żoliborza, i w przybliżeniu tyle, co areał Pragi Północ. Czyli w sumie to tak, jakby stołeczni włodarze w ubiegłych dekadach pod ogródki działkowe przeznaczyli jedną osobną dzielnicę miasta stołecznego.

Co jednak najciekawsze, ze wspomnianej powyżej puli lokalizację grubo ponad 20-tu ogrodów o imponujących jak na około centralne warunki europejskiej stolicy rozmiarach – od kilku do ponad 30-tu hektarów, można zakwalifikować jako zdecydowanie „pierwszorzędną”. Znajdują się one bowiem w promieniu zaledwie kilku kilometrów od ścisłego centrum w najlepszych rejonach Mokotowa, Żoliborza, Grochowa, Ochoty, Woli czy Starego Wilanowa. Różnią się też wyglądem zewnętrznym, który czasami przypomina optymalnie zagospodarowane tereny zielone, niestety dość często krajobrazy bardziej przypominające te księżycowe.

Jednak to, co może wzbudzać największe kontrowersje, to wartość rynkowa dziesiątków hektarów stołecznych gruntów, na których stołeczni działkowcy niejako „od zawsze” urządzają grządki z warzywami. Chodzi o stawki sięgające obecnie poziomu nawet 2-3 tys. zł za mkw. Pytanie, jak wygląda tak skalkulowana wartość pojedynczego 3-arowego ogródka, i czy jest to optymalny jak na warunki ekonomiczne XXI wieku sposób zagospodarowania najlepszych lokalizacyjnie terenów Warszawy, a obok niej również innych największych polskich metropolii.

ROD-y nietykalne?

Trudne relacje w komunikacji pomiędzy PZD a urzędnikami samorządowymi Warszawy i innych rodzimych miast,  to już historia z „długą brodą”. Najbardziej jednak spektakularnym przykładem tego typu stosunków są liczące już blisko dwie dekady plany przekształcenia około 20-tu najlepiej zlokalizowanych stołecznych ogrodów działkowych w miejskie parki, których niedobór od dawna dość mocno doskwiera warszawiakom. W stolicy Polski zaledwie około 8 proc. powierzchni zajmują parki, czyli prawie 3 razy mniej niż w Berlinie. Niestety plany te, jak zresztą i wiele innych związanych z cywilizacyjnym przeobrażeniem wybranych terenów działkowych, nie doczekały się do dziś realizacji. Pytanie, czy doczekają się kiedykolwiek, czy też może te dość „egzotyczne” działkowe krajobrazy w bezpośrednim sąsiedztwie śródmieścia już na zawsze staną się nietykalnym elementem zagospodarowania najlepszych lokalizacji rodzimych metropolii z Warszawą na czele.

Samorządowcy od dawna już zarzucają ogrodom działkowym blokadę rozwoju miast, tłumacząc to ściśle ograniczonymi ustawą o ROD możliwościami wywłaszczania działkowców. Od lat postulują też przenoszenie czy też urządzanie ogrodów działkowych wyłącznie na terenach podmiejskich, cichych i ekologicznie o niebo lepiej korespondujących z tego rodzaju aktywnością, aniżeli bezpośrednie sąsiedztwo ruchliwych, głośnych i pełnych smogu śródmiejskich arterii.

A jednak niepewna przyszłość warszawskich ROD-ów

Tymczasem w ubiegłym roku Krajowy Zarząd PZD zlecił, a następnie przeanalizował sytuację rodzinnych ogrodów działkowych w Warszawie. Jak wykazała przedmiotowa analiza, istnieje bardzo poważny problem ze stołecznymi ROD-ami, polegający na ogromnej wręcz skali roszczeń do ich gruntów, które dotyczą 97 przypadków o powierzchni 340 hektarów i blisko 12 tys. działek, co stanowi mniej więcej jedną trzecią powierzchni wszystkich warszawskich ROD.

Jak stwierdza w swoim komunikacie PZD, największym problemem są roszczenia M. St. Warszawy o wydanie, a w przypadku wybranych ROD również o zapłatę za bezumowne korzystanie. Roszczenia te obejmują 38 ROD o powierzchni  175 ha i 6,2 tys. działek, i wynosiły w ub. roku prawie 3,5 mln zł. Do tego dochodzą odsetki oraz koszty z tytułu bezumownego korzystania z gruntu za dalsze okresy.

Kolejnym problemem jest nieuregulowany stan prawny gruntów warszawskich ROD, co dotyczy aż 148 ogrodów na 190 istniejących na terenie stolicy. W ciągu ostatnich sześciu lat jedynie 20 warszawskich ogrodów o pow. 109 ha uzyskało decyzję potwierdzającą nabycie prawa użytkowania na rzecz PZD w stosunku do całości bądź części nieruchomości, na których usytuowane są rodzinne ogrody działkowe, co stanowi zaledwie 10 proc. powierzchni podlegającej regulacji.

Co niezwykle istotne, brak przedmiotowej regulacji stanów prawnych do warszawskich gruntów, na których funkcjonują ogrody działkowe, implikuje nie tylko mocno niekomfortową sytuację działkowców w przypadku choćby likwidacji ogrodu, gdzie pojawia się problem z wypłatą odszkodowań na rzecz działkowców i PZD. Brak regulacji sytuacji prawnej do gruntów ogrodów działkowych skutkuje również deprymującą niepewnością działkowców, którzy całymi latami powstrzymują się z wszelkimi inwestycjami w swoje działki, które w każdej chwili za sprawą grożącej likwidacji ogrodu mogą przestać istnieć, co gorsza bez możliwości uzyskania odszkodowania.

Summa summarum warto mieć świadomość, że nie tylko w Warszawie, ale w całej reszcie kraju nabycie prawa do dzierżawy ogródka w ROD obciążone jest większym lub mniejszym ryzykiem jego likwidacji, co gorsza częstokroć bez gwarancji odszkodowania. Decydując się zatem na taką inwestycję, należy dokładnie zbadać sytuację prawną wybranego ROD głównie pod względem planu zagospodarowania przestrzennego, w którym powinno być dokładnie określone przeznaczenie gruntów jako zieleń działkowa. Warto też ocenić wymiar inwestycji realizowanych zarówno przez samych działkowców, jak i zarząd ogrodu w ogólną jego infrastrukturę. Im większa ich skala, tym perspektywy ROD bardziej przewidywalne, a co najważniejsze pewne co do przyszłości funkcjonowania.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Raczkujące innowacje. Jakie są wyzwania firm na drodze do innowacyjności?

0

W kolejnej edycji „Europejskiego Rankingu Innowacyjności” Polska ponownie zajęła 4. miejsce od końca. Słabo wypadliśmy m.in. pod kątem wprowadzania innowacji w MŚP, atrakcyjności systemu badań naukowych, poziomu komercjalizacji technologii oraz współpracy nauki z biznesem. Choć zgodnie z danymi GUS z 2018 r. nakłady wewnętrzne na działalność badawczo-rozwojową z roku na rok wzrastają, to stoi za tym przede wszystkim aktywność największych podmiotów. Z tegorocznego „Raportu o stanie sektora małych i średnich przedsiębiorstw w Polsce” przygotowanego przez PARP wynika bowiem, że kolejny rok z rzędu firmy zmniejszają nakłady na działalność innowacyjną. Od 2015 r. to spadek o niemal 8 mld zł do poziomu 36,5 mld zł i to mimo wprowadzonych zachęt podatkowych w postaci ulgi B+R czy IP Box. Co musi się zmienić, aby firmy w Polsce dogoniły światową czołówkę? 

Do kluczowych instrumentów budujących system innowacyjności w Polsce i polepszających poziom rodzimych innowacji zaliczymy dotacje ze środków europejskich oraz ulgi podatkowe (ulga B+R i IP Box). Te drugie stanowią bardzo atrakcyjne wsparcie dla firm prowadzących działalność badawczo-rozwojową i odprowadzających podatek PIT lub CIT. Wyniki Europejskiego Rankingu Innowacyjności pokazują jednak, że zachęty podatkowe i granty to niejedyny element przy tworzeniu skutecznej polityki innowacyjnej kraju. Konieczne są działania o charakterze systemowym i zmiana mentalna samych przedsiębiorców. W raporcie Ayming „Droga do innowacyjności a COVID-19. Wyzwania dla CEO” czytamy, że do bolączek trapiących przedsiębiorców rozwijających innowacje zaliczymy zbyt rzadkie prowadzenie działań B+R wewnątrz firmy, brak współpracy między sferą nauki i biznesu oraz nieumiejętność zarządzania ryzykiem, które jest wpisane w projekty innowacyjne.

Wypracowanie własnego know-how

Inwestowanie w potencjał własnej kadry sprzyja wypracowaniu know-how organizacji i jednocześnie wpływa na efektywniejsze wykorzystanie wewnętrznej infrastruktury B+R. Mimo trudności i wyzwań związanych
z realizacją prac badawczo-rozwojowych wewnątrz przedsiębiorstwa, korzyści z tego płynące mogą przekroczyć poniesione nakłady. Przede wszystkim firma zyskuje pełną kontrolę nad prowadzonym procesem badawczo-rozwojowym oraz może dokonywać w nim bieżących modyfikacji według potrzeb. Z badania Ayming wynika, że dwie na trzy firmy posiadają wyodrębnioną komórkę B+R. Dotyczy to zwłaszcza największych organizacji (zatrudniających ponad 250 pracowników), gdzie 9 na 10 z nich może pochwalić się istnieniem takiego zespołu. Jednocześnie co piąty przedsiębiorca deklaruje, że jego obecna liczba pracowników (nie tylko w dziale B+R) jest zbyt mała, aby efektywnie prowadzić prace badawczo-rozwojowe. Natomiast dla 36 proc. kwalifikacje kandydatów dostępnych na rynku są niewystarczające.

Innowacje wypracowywane na miejscu umożliwiają wzrost wiedzy w organizacji, a wprowadzone procedury i narzędzia pozwalają na jej archiwizowanie w ustalony sposób, dzięki czemu może służyć w przyszłości całemu przedsiębiorstwu. Własny dział B+R ułatwia również efektywne zarządzanie pracami nad innowacjami oraz przydzielanie zasobów w odpowiedzi na aktualne zapotrzebowanie. Ważną rolę odgrywa system motywacyjny i jasna ścieżka rozwoju, które pozwalają ograniczyć ryzyko odejścia z firmy pracowników z kluczową wiedzą. Pomimo działań mających na celu dokumentowanie prac, nie jest możliwe pełne utrwalenie uzyskanego przez pracowników doświadczenia i umiejętności – dodaje Tomasz Stańczyk, konsultant w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska. 

Współpraca biznesu z nauką

Z badania Ayming* wynika, że w ubiegłym roku 62 proc. ankietowanych firm współpracowało z podmiotami zewnętrznymi w celu rozwijania innowacji. Najczęściej były to uczelnie wyższe (68 proc.), instytuty i laboratoria badawcze (58 proc.) oraz samodzielni naukowcy (39 proc.). Niestety potencjał płynący z takiej współpracy nie jest w pełni wykorzystywany i nie zawsze przebiega ona w taki sposób, jaki zakładał sobie zleceniodawca. Często wynika to z rozbieżności celów pomiędzy nauką i biznesem. Dla naukowców główną miarą sukcesu są publikacje naukowe, a dla biznesu – wdrożenia przemysłowe. Przedsiębiorcy przede wszystkim skupiają się na praktyczności proponowanych rozwiązań, ograniczaniu kosztów i szybkim czasie wdrożenia. Z kolei  propozycje naukowców bywają zbyt kosztowne, niepraktyczne lub trudne do wdrożenia i oderwane od rzeczywistości rynkowej.

Podejmując współpracę z instytucjami naukowo-badawczymi, to przedstawiciele biznesu powinni przyjąć rolę liderów, którzy ukierunkowują prowadzone prace tak, aby znalazły zastosowanie rynkowe. Firmy, które zdecydowały się na partnerstwo z sektorem naukowym, cenią je sobie ze względu na znaczący wkład merytoryczny do ich własnych działań. Istotne znaczenia ma również renoma danego ośrodka oraz potencjał infrastrukturalny bądź kadrowy, np. wyspecjalizowane laboratoria czy specjaliści z wąskich dziedzin. Taka współpraca przyczynia się do rozwoju kadry własnej w organizacji. Połączenie wiedzy przedsiębiorców na temat rynku i potrzeb klientów z ekspercką wiedzą naukowców pozwala rozwiązywać złożone problemy
i tworzyć innowacyjne rozwiązania, których samodzielne wypracowanie nie byłoby możliwe dla żadnej ze stron
– stwierdza Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru Podatków i Finansowania Innowacji w Ayming Polska. 

Zarządzanie ryzykiem

Punktem wyjścia do prowadzenia działalności innowacyjnej jest zarządzanie ryzykiem i przyzwolenie na popełnianie błędów. Bez akceptowania niepowodzeń nie ma szans na ulepszanie dotychczasowych działań, a w dalszej perspektywie – wypracowanie innowacyjnych rozwiązań. Należy pamiętać, że tylko niewielka część projektów B+R kończy się sukcesem. Ryzyko porażki i wysoki poziom niepewności są wpisane
w działalność innowacyjną. 52 proc. firm ankietowanych przez Ayming deklaruje wysoką skłonność do podejmowania ryzyka przy prowadzeniu projektów badawczo-rozwojowych. Jednocześnie 43 proc. przyznaje się do ostrożności w tym zakresie. Tylko wśród 12 proc. badanych przedsiębiorców wszystkie podejmowane projekty zakończyły się z powodzeniem. Najwięcej ankietowanych (35 proc.) zadeklarowało, że sukces dotyczył od 50 do 74 proc. projektów B+R.

Przedsiębiorcy w Polsce cechują się dużym poziomem zachowawczości przy wprowadzaniu produktu lub usługi na rynek po raz pierwszy. Preferują korzystanie z rozwiązań sprawdzonych, wdrożonych z sukcesem przez innych. Za takim podejściem stoi obawa przed popełnieniem błędu, co może wiązać się z bolesną stratą finansową. Ale specyfika działalności innowacyjnej polega właśnie na tym, że nie wszystkie podejmowane działania dają szybki i pozytywny efekt. Trudność może stanowić określenie prawdopodobieństwa wystąpienia porażki i potencjalnych konsekwencji, zwłaszcza że taka ocena najczęściej bazuje na własnych doświadczeniach i przypuszczeniach, a nie na pewnych informacjach. Przedsiębiorcy powinni skupić się na identyfikacji wszystkich źródeł ryzyka – od tych związanych bezpośrednio z działalnością firmy, przez ryzyko rynkowe, aż po te wynikające z uwarunkowań makroekonomicznych – tłumaczy Przemysław Gabrysiak, Kierownik Projektu w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Jak będą wyglądać nowoczesne banki

Nowoczesne banki, chcąc odnieść sukces na rynku muszą osiągać wyższe stopy zwrotu z inwestycji oraz oferować atrakcyjne produkty depozytowe.

Współczesny sektor bankowy charakteryzuje się stale rosnącym poziomem konkurencyjności. Banki, rywalizując o klientów, są zmuszone do nieustannego wprowadzania innowacji a poprawa pozycji konkurencyjnej najczęściej wymaga od banku ograniczania kosztów operacyjnych. W bankowości, podobnie jak w innych branżach, konkurencję wygrywa się nie poziomem cen a poziomem kosztów.

Klienci oczekują od banków między innymi: braku opłat za prowadzenie rachunku i wydanie karty płatniczej, możliwości dokonywania transakcji przez internet oraz przez urządzenia mobilne, ułatwień w zakresie organizacji finansów osobistych i rodzinnych a także innowacyjnych produktów ułatwiających oszczędzanie.

Innowacje to także sposób na ograniczenie kosztów

Banki dostosowują się do potrzeb klientów poprzez budowanie coraz bardziej złożonych i intuicyjnych systemów bankowości online. Z punktu widzenia banku, elektroniczne systemy transakcyjne, choć dość drogie w budowie i utrzymaniu, są również sposobem na redukcję poziomu kosztów. Dzięki elektronicznym systemom transakcyjnym, banki są w stanie odnieść ogromne korzyści wynikające z niższego poziomu zatrudnienia w procesach związanych z obsługą klienta.

Budowa systemów transakcyjnych pozwala również na łatwe gromadzenie i porządkowanie ogromnych ilości danych związanych z działalnością operacyjną. Te dane mogą być w łatwy sposób wykorzystywane dla stworzenia szytych na miarę, konkurencyjnych produktów finansowych. Dlatego dziś banki rutynowo zajmują się analizą coraz większych i coraz bardziej złożonych zbiorów danych. W tym celu używane są algorytmy wykorzystujące uczenie maszynowe i sztuczną inteligencję.

Jednak to wszystko może już niedługo nie wystarczyć. Poziom konkurencyjności w sektorze bankowym rośnie coraz bardziej. Dla konsumentów i podmiotów gospodarczych posiadających wystarczającą zdolność kredytową pieniądz jest tani i łatwo dostępny. Bardzo niskie stopy procentowe uniemożliwiają bankom oferowanie klientom atrakcyjnych produktów depozytowych. Mimo rosnącego poziomu innowacji, sektor bankowy chcąc przedstawić klientom atrakcyjną ofertę będzie musiał całkowicie zmienić swoją filozofię działania.

Nowoczesne banki będą musiały się zaprzyjaźnić z ryzykiem

Współczesne banki unikają ryzyka jak mogą. Są do tego zobowiązane przez prawo, instytucje nadzoru oraz przez akcjonariuszy i właścicieli depozytów. Inwestując nie swoje pieniądze, banki muszą być pewne, że ich inwestycje będą wystarczająco bezpieczne.

Jednak, inwestując bezpiecznie, banki nie są w stanie zaoferować wystarczających stóp zwrotu swoim inwestorom i właścicielom depozytów. Przed podobnym wyzwaniem stoją właściciele kapitału. Chcąc osiągać pasywny dochód ze swoich oszczędności, muszą zaakceptować wyższy poziom ryzyka. Dlatego w nowoczesnym sektorze bankowym konkurencję wygrają przedsiębiorstwa, które będą potrafiły w najbardziej efektywny sposób oceniać ryzyko.

Oznacza to konieczność dalszego rozwoju bankowych systemów służących do analizy dużych zbiorów danych. Dziś potrafią one bardzo efektywnie analizować ryzyko kredytowe w przypadku kredytów konsumenckich. Bezradne są natomiast w przypadku dużych inwestycji wymagających stworzenia biznesplanów i przeprowadzenia skomplikowanych analiz przez zespoły ludzkie. Jednak tak nie musi być zawsze.

Coraz bardziej złożone systemy służące do analizy ryzyka, oparte na sztucznej inteligencji już w niedalekiej przyszłości umożliwią bankom osiąganie coraz wyższych stóp zwrotu z inwestycji. Tym samym wzrośnie ich zapotrzebowanie na kapitał i będą one oferować bardziej atrakcyjne warunki właścicielom depozytów. Umożliwią w ten sposób dalszy rozwój branży finansowej i całej światowej gospodarki.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes zarządu polskiego fintechu Provema

Rzecznik Finansowy interweniuje w sprawie klauzuli minimalnego oprocentowania kredytów

0

Rzecznik Finansowy wystąpił do podmiotów rynku finansowego o wyjaśnienia dotyczące praktyk w zakresie wprowadzania lub podwyższania wysokości minimalnego oprocentowania kredytów lub pożyczek. 

Mechanizm tzw. klauzuli minimalnego oprocentowania w umowach lub regulaminach kredytu bądź pożyczek zawieranych przez podmioty rynku finansowego z kredytobiorcami/pożyczkobiorcami będącymi osobami fizycznymi, nie pozwala na obniżenie oprocentowania kredytu lub pożyczki w związku ze zmianą stopy referencyjnej poniżej ustalonego progu. W konsekwencji, pomimo spadku wysokości stopy referencyjnej WIBOR, wysokość raty kredytu nie zmniejsza się poniżej tego minimalnego progu. W związku z tymi praktykami Rzecznik zdecydował o przeprowadzeniu szczegółowej analizy materiałów, które mają zostać przekazane przez instytucje finansowe, tak aby ocenić czy postanowienia dotyczące minimalnego oprocentowania kredytów nie stanowią niedozwolonych klauzul umownych określonych w kodeksie cywilnym.

– Problem tzw. klauzul minimalnego oprocentowania został zauważony przez naszych ekspertów jako niepokojąca tendencja na rynku. Potwierdzają ją kolejne wnioski składane przez klientów instytucji finansowych do Biura Rzecznika Finansowego. Dlatego zdecydowałem o podjęciu kroków w celu wyeliminowania tego zjawiska z rynku – powiedział dr hab. Mariusz Jerzy Golecki, Rzecznik Finansowy. 

Rzecznik Finansowy zwraca uwagę na najnowsze stanowisko Trybunału Sprawiedliwości odnoszące się do zagadnienia minimalnego oprocentowania (tzw. „dolnego progu”) w  umowie kredytu, przedstawione w wyroku z dnia 9 lipca 2020 r. w sprawie Ibercaja Banco (C-452/18). Trybunał  przyznał w tym stanowisku, że co do zasady, postanowienie odnoszące się do „dolnego progu” jest objęte „głównym przedmiotem” umowy w rozumieniu art. 4 ust. 2 dyrektywy 93/13 z dnia 5 kwietnia 1993 r. w sprawie nieuczciwych warunków w umowach konsumenckich. Niemniej jednak, aby wyłączyć badanie abuzywności tego postanowienia, powinno ono spełniać wymóg przejrzystości. Trybunał wyjaśnił w wyroku Ibercaja Banco, jak należy rozumieć ów wymóg w kontekście klauzuli minimalnego oprocentowania. Z tego wyroku wynika, że wymóg przejrzystości ciążący na przedsiębiorcy na mocy przepisów dyrektywy 93/13 (w przypadku polskiego prawa również na podstawie art. 385(1) § 1 zdanie drugie in fine kodeksu cywilnego) oznacza, że przy zawieraniu umowy kredytu o zmiennej stopie oprocentowania, zawierającej postanowienie dotyczące minimalnego oprocentowania, konsument musi być w  stanie zrozumieć konsekwencje ekonomiczne, jakie wynikają dla niego z mechanizmu będącego rezultatem zastosowania tego postanowienia, w szczególności dzięki udostępnieniu informacji o kształtowaniu się w przeszłości wskaźnika na podstawie, którego obliczana jest stopa oprocentowania.

Eksporterzy i importerzy walczą o każdą złotówkę

Nowo opublikowane dane GUS za I połowę 2020 r. dla polskiej sprzedaży zagranicznej pokazują, że pandemia już zadała mocny cios eksportowi. Jego wartość spadła o 5,3% w porównaniu do pierwszego półrocza ubiegłego roku. To jednak dopiero początek cięższych czasów w handlu zagranicznym. Eksporterzy, jak i importerzy będą musieli mocniej zacisnąć pasa i szukać rozwiązań, które pomogą im przetrwać, wskazują eksperci międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA.

Wartość towarów wysłanych z Polski za granicę w ciągu 6 miesięcy 2020 r. wyniosła według danych zebranych przez GUS 480,4 mln zł. 5,3% spadek rok do roku oznacza stratę rzędu ok. 14,6 mln zł w porównaniu do wyniku z zeszłego roku, gdy eksport miał się świetnie i rósł (o 6,6% r/r w czerwcu 2019 r.)

Wśród 10 najważniejszych rynków zbytu, polski wywóz najmocniej zanurkował na kierunku włoskim (-17,8% r/r). Jedynym krajem w tym gronie, gdzie udało się utrzymać wzrost sprzedaży były Stany Zjednoczone (4,6% r/r).

Znacznie gorzej w statystykach GUS wypadł natomiast import. Jego wartość obniżyła się o 9,4% r/r, osiągając wynik 458,4 mln zł. W pierwszej dziesiątce największe wyhamowanie widoczne jest w przypadku Rosji, skąd wwóz spadł o blisko 1/4 r/r.

Szukanie oszczędności

Firmy, w tym przedsiębiorstwa handlujące z zagranicą, mierzą się z wieloma utrudnieniami związanymi z bezpieczeństwem sanitarnym, a przede wszystkim ze zmianą popytu i kurczeniem się rynków zbytu. W takiej sytuacji muszą zacisnąć pasa i szczegółowo przyglądać się swoim finansom. Jak wskazuje dyrektor polskiego oddziału AKCENTY, Radosław Jarema widać, że przedsiębiorstwa biorą sprawy w swoje ręce i aktywnie szukają oszczędności. – Jako firma obsługująca transakcje walutowe eksporterów i importerów obawialiśmy się spadku obrotów w wymianie międzynarodowej. Jednak nasi klienci radzą sobie bardzo dobrze i na poziomie skali operacji nie widać na razie negatywnego wpływu pandemii. Być może dzięki znajomości nowoczesnych rozwiązań finansowych i generowanych oszczędnościach na rozliczeniach walutowych mogli oni zachować konkurencyjność na rynku i utrzymać dotychczasowy poziom zamówień nawet w tak trudnych czasach – analizuje Radosław Jarema.

Innym zjawiskiem, które obserwuje AKCENTA jest wzrost zainteresowania tańszą obsługą walutową wśród polskich eksporterów i importerów. – U nas przedsiębiorcy, bez względu na wielkość biznesu, mają dostęp do jednych z najkorzystniejszych na rynku kursów walut. Nie muszą ponosić też wielu opłat, które stosują banki, a jednocześnie mają zapewniony najwyższy poziom bezpieczeństwa swoich transakcji, bo działamy jako instytucja płatnicza. Dzięki wyspecjalizowaniu się w wąskim zakresie obsługi jesteśmy stanie zmaksymalizować dla nich korzyści. Widać, że teraz, gdy każda złotówka się liczy, tego właśnie szukają przedsiębiorstwa – mówi szef AKCENTY i dodaje, że trend ten widać także w wynikach firmy. – W lipcu odnotowaliśmy największy od początku roku przypływ nowych klientów. Od marca, czyli początku pandemii, aktywniejsi są też nasi dotychczasowi użytkownicy. Tym samym, nasze obroty wzrosły w lipcu o 16% rok do roku. Widzimy też lepsze nastroje naszych klientów i większy optymizm niż w marcu i kwietniu.

Ekspert AKCENTY podkreśla jednak, że pozytywne sygnały należy traktować z dużą ostrożnością. – To może być cisza przed burzą. Im dłużej trwamy w stanie niepewności, tym więcej problemów się przed nami piętrzy. Zmiany w naszej rzeczywistości są na tyle duże, że ciężko zakładać, że nie odbiją się na gospodarce i praktycznie wszystkich branżach – komentuje.

Udany kwaratał zapowiedzią rekordowego roku

0

QubicGames zamknął rekordowe półrocze, zarówno pod względem zysku netto, jak i przychodów ze sprzedaży. Wszystko wskazuje na to, że trend ten będzie kontynuowany w drugiej połowie roku. W przeciągu 6 miesięcy, QubicGames planuje wydać ponad 20 nowych tytułów na konsoli Nintendo Switch oraz kilka tytułów na pozostałych konsolach.

Przy przychodach na poziomie 5,82 mln zł (wzrost o 36% r/r), QubicGames wypracował w pierwszej połowie roku 3,58 mln zł zysku netto (wzrost o 29% r/r). W samym drugim kwaratle przychód spółki sięgnął 2,54 mln zł (wzrost o 21% r/r). Wzrost zysku netto o 46% do 2,9 mln zł był efektem aktualizacji wartości aktywów finansowych. Przypomnijmy, że na koniec drugiego kwartału QubicGames był właścicielem m.in. ponad 13% akcji Sonki oraz ponad 5% akcji Drageus Games i Noobz from Poland. – Zależy nam na stabilnym systematycznym wzroście wyników co realizujemy przez ostatnie 2 lata. Jestem spokojny o drugą połowę roku. Do końca 2020 roku czekają nas premiery co najmniej 20 tytułów, w tym pierwszych gier z serii BIT.TRIP. Nasza największa dotychczasowa premiera Dex w trzy tygodnie zwróciła pełne koszty wydania i marketingu, a w ostatni weekend zakończyliśmy naszą kolejną udaną promocję Giveaway i wprowadziliśmy 7 gier do Top 30. Jestem przekonany, że przełoży się to na wycenę akcji spółki, które w porównaniu z branżą mają wciąż duży potencjał wzrostu – podkreśla Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames.

Spółka rozpoczęła trzeci kwartał od udanego debiutu największej dotychczasowej premiery – Dex – w niespełna trzy tygodnie przychody ze sprzedaży gry w wersji cyfrowej przekroczyły łącznie poniesione koszty wydania oraz marketingu gry na platformę Nintendo Switch oraz sumę wypłaconego minimum gwarancyjnego dla dewelopera gry.

W zeszły weekend została przeprowadzona kolejna udana promocja giveaway – Family Weekend. Z okazji powołania nowego brandu Family Spirits, QubicGames udostępnił 6 gier za darmo dla wszystkich użytkowników Coloring Book – Pocket Mini Golf, Robonauts, Not Not – a brain buster, Mini Trains, Jumping Joe & Friends i Puzzle Book. Wszystkie powyższe gry znalazły się w Top 30 i  powinny tam zagości na kilka najbliższych tygodni. Tym sposobem wygenerują także dodatkowe przychody ze sprzedaży.

Przedsiębiorca nie odpuścił. Mimo odzyskania zwrotu VAT żądał zbadania, czy organ w ogóle miał prawo go wstrzymywać

Urząd skarbowy przez dwa i pół roku wstrzymywał i przedłużał termin zwrotu VAT. Przedsiębiorca wniósł zażalenie do organu drugiej instancji, ale zanim ten je rozpatrzył, urząd skarbowy dokonał zwrotu podatku. Organ odwoławczy uznał więc postępowanie za bezprzedmiotowe i umorzył je. Przedsiębiorca jednak nie odpuścił i domagał się zbadania, czy urząd miał w ogóle prawo wstrzymywać należny mu zwrot.

Wewnątrzwspólnotowa dostawa do Czech

Przedsiębiorca dokonał we wrześniu 2016 r. wewnątrzwspólnotowej dostawy towaru na rzecz czeskiej spółki s.r.o. Następnie złożył deklarację VAT-7K za III kwartał 2016 r., wraz z którą wniósł o zwrot ponad 60 tys. zł nadwyżki zapłaconego VAT w ustawowym terminie 60 dni. Jednak naczelnik urzędu skarbowego postanowił sprawdzić rzetelność będącej podstawą zwrotu dostawy. W marcu 2017 r. organ wszczął w tej sprawie kontrolę podatkową. NUS kilkakrotnie przez ponad dwa lata wstrzymywał firmie termin zwrotu VAT. Ostatecznie przedłużył go do 31 lipca 2019 r.

Organ odwoławczy umorzył postępowanie

Przedsiębiorca wniósł zażalenie na takie działanie naczelnika. Dyrektor izby administracji skarbowej wydał postanowienie, którym umorzył postępowanie odwoławcze. Wskazał, że w trakcie rozpoznawania zażalenia podatnika organ pierwszej instancji dokonał całości zwrotu VAT, o jaki wystąpił przedsiębiorca. Skoro sprawa dotyczyła zwrotu nadpłaconego podatku od towarów i usług, a zwrot ten nastąpił, to dalsze jej prowadzenie i rozstrzyganie w jej przedmiocie przez organ odwoławczy jest bezprzedmiotowe.

Zwrot VAT wstrzymywany przez dwa i pół roku

Jednak sam fakt dokonania zwrotu VAT za III kwartał 2016 r. w połowie 2019 r. nie zadowolił podatnika. Uznał on, że w ramach kontroli instancyjnej DIAS powinien był zbadać podniesione w zażaleniu zarzuty wobec organu pierwszej instancji. Przede wszystkim przedsiębiorca domagał się zbadania legalności wstrzymywania należnego mu zwrotu VAT przez NUS przez ponad dwa lata.

Postanowienie o wstrzymaniu zwrotu nie może być jedynym uzasadnieniem jego wstrzymania

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi rozpoznał skargę przedsiębiorcy i wyrokiem z 7 maja 2020 r. uchylił postanowienie DIAS. Sąd, przywołując przepis art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług, przypomniał, że przedłużanie terminu zwrotu VAT to wyjątek od reguły jego natychmiastowego zwrotu. Z przepisu tego wynika również, że uprawnienie do zastosowania tej wyjątkowej instytucji przysługuje wyłącznie naczelnikowi urzędu skarbowego. Zatem to on zadecyduje, czy zwróci VAT w ustawowym terminie, czy dokona jego wstrzymania na czas weryfikacji podatnika. Dlatego tak ważna jest kontrola instancyjna legalności realizacji tego uprawnienia. Organ podatkowy, dokonując przedłużenia terminu zwrotu VAT, ma obowiązek wykazania, jakie przesłanki za tym przemawiają oraz wyjaśnienia, dlaczego jego zdaniem konieczna jest dodatkowa weryfikacja rozliczeń podatnika. Uzasadnieniem wstrzymywania zwrotu nie może być jedynie sam fakt wydania w tym przedmiocie postanowienia.

Przedsiębiorca miał prawo domagać się zbadania legalności działań organu

Sąd przyznał rację przedsiębiorcy, że organy podatkowe nie mogą sobie same zamykać takich spraw niejako poza kontrolą sądową. Dlatego podatnik słusznie oczekiwał, że organ odwoławczy rozpozna skarżone działania NUS, a ocena ta będzie następnie podlegać kontroli sądu administracyjnego. Wszak sam zwrot podatku nie powoduje, że przestał istnieć przedmiot zaskarżenia – czyli kwestionowane przez przedsiębiorcę postanowienie o przedłużaniu terminu zwrotu VAT.

„… wielokrotnie stosownymi postanowieniami (…) przedłużono skarżącemu zwrot (…) Rację należy przyznać skarżącej, która żąda od organu odwoławczego oceny legalności przedłużenia terminu zwrotu podatku, skoro zwrotu tego nie dokonano we wskazanym przez podatnika 60-dniowym terminie” (sygn. akt I SA/Łd 831/19).

Podatnicy mogą się bronić przed negatywnymi skutkami samowoli decyzyjnej fiskusa

WSA w Łodzi, przyznając rację przedsiębiorcy, podzielił jego pogląd odnośnie do bezkarnego decydowania we własnym gronie przez organy podatkowe o wieloletnim wstrzymywaniu należnych mu pieniędzy. Sąd zwrócił uwagę na bardzo ważną kwestię. W przypadku bowiem braku legalności działań organów podatkowych przedsiębiorca ma prawo wszcząć postępowanie o naprawienie wyrządzonych mu takimi działaniami szkód.

„Nie chodzi jedynie o zwrot VAT z odsetkami (…), lecz również rekompensatę szkód, które w czasie takiego przetrzymywania mogły zaistnieć. Dochodzenie zaś takiego odszkodowania jest możliwe na gruncie postępowania cywilnego” (sygn. akt I SA/Łd 831/19).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

EDPR zapowiada transakcję na aktywach lądowych farm wiatrowych w Hiszpanii o wartości 500 mln EUR

0

Dzięki zawartej umowie EDPR sprzeda 36% z zaplanowanych do zbycia w latach 2019-2022 aktywów o wartości 4 mld EUR

EDP Renewables („EDPR”), globalny lider w sektorze energii odnawialnej i jeden z największych producentów energii wiatrowej na świecie, podpisał umowę kupna-sprzedaży na kwotę 426 mln EUR z Finerge S.A., jednym z głównych producentów energii odnawialnej w Portugalii. Umowa obejmuje praktycznie cały pakiet należący do EDPR w portfelu lądowych farm wiatrowych o zainstalowanej mocy 242 MW, łącznie z pozostałą do spłaty kwotą pożyczek udziałowców.

Dzięki tej transakcji EDPR zakończył sprzedaż siedmiu lądowych farm wiatrowych znajdujących się na terenie prowincji Ávila i w Katalonii. Zbyte aktywa znajdują się w eksploatacji od średnio dziewięciu lat.

Na podstawie ceny transakcji oraz niespłaconego zewnętrznego zadłużenia netto, łączna wartość aktywów jest szacowana na ok. 507 mln EUR.

Zawarta umowa pozwoliła EDPR na zbycie 36% z 4 mld EUR planowanych na lata 2019-2020, zgodnie przez firmę dokumentem „Startegy Update”, opublikowanym w dniu 12 marca 2019 roku.

Zbycie udziałów większościowych w projektach w fazie operacyjnej lub w trakcie powstawania pozwala EDPR przyspieszyć generowanie wartości, a uzyskany w ten sposób kapitał wykorzystać do inwestycji w dalszy rozwój.

Jak wyjaśnia Rui Teixeira, p.o. CEO EDP Renewables: „Ta umowa to dla nas istotny krok naprzód. Dowodzi ona nie tylko, że potrafimy generować przychody realizując i zarządzając projektami, ale również, że rynek docenia jakość naszych aktywów. Transakcja ta umożliwia nam dalszą realizację założeń naszego planu biznesowego dzięki strategii zbywaniu aktywów, co z kolei pozwala nam zarabiać na nich nim ich okres użytkowania dobiegnie końca, działając zawsze w celu zwiększania inwestycji, a co za tym idzie – rozwoju.”

Transakcja podlega stosownym regulacjom i warunkom zawieszającym. Przewidywany czas jej sfinalizowania to czwarty kwartał 2020 roku.

Złoto – cała prawda o jego popularności w Polsce

0

Złoto pobiło długo oczekiwany rekord. Na początku sierpnia za uncję trzeba było zapłacić ponad 2 tys. dolarów. Tym samym, notowania kruszcu sięgnęły najwyższych poziomów od 2011 roku. Pomimo wysokich cen i sporego ruchu na rynkach akcji, inwestorzy nadal utrzymują duże zainteresowanie kupnem królewskiego kruszcu uzupełniając nim swój portfel. W marcu sprzedaż była dwukrotnie większa niż w poprzednim miesiącu – wynika z danych firmy Tavex. Powód? Chęć dywersyfikacji w obliczu niepewności dotyczącej przyszłości globalnej gospodarki. Jakie produkty cieszą się największym zainteresowaniem w naszym kraju?

Skala pandemii koronawirusa oraz jej potencjalny wpływ na globalną gospodarkę sprawiły, że inwestorzy skłaniali się ku aktywom, które w czasach kryzysu uznawane są za bezpieczną przystań. Globalny popyt na złoto inwestycyjne w I półroczu osiągnął najwyższy w historii poziom 1130,7 ton, a wartość inwestycji w kruszec przekroczyła niebotycznie wysoki poziom 60 mld USD – wskazują dane Światowej Rady Złota.

Podczas gdy na Zachodzie dominowały bezpieczne zakupy i inwestycje związane z potrzebą powiększenia majątku – w obliczu niepewności gospodarczej i perspektyw dalszych wzrostów cen – na Wschodzie przy zakupie złota przebijał się motyw chęci zysku. W rezultacie rynki europejskie odnotowały najwyższy popyt od 2010 roku. Grupa Tavex sprzedała na dziewięciu europejskich rynkach 77% więcej złota inwestycyjnego w drugim kwartale tego roku niż w tym samych okresie rok temu.  Wzmożona aktywność inwestorów rozpoczęła się na polskim rynku już w 2019 roku. Jednak prawdziwy peak popytu na złote sztabki i monety nastąpił podczas pandemii COVID-19.

W Polsce rekordowym miesiącem okazał się marzec. Obserwowaliśmy wówczas wzmożone zainteresowanie naszymi produktami. Przykładowo liczba sprzedanych złotych sztabek inwestycyjnych 1oz była większa o ponad 50 proc. w porównaniu do lutego br. Podobnie było w przypadku sztabek 100 gramowych. Popyt na nie wzrósł w analogicznym okresie o prawie 40%. Warto podkreślić, że odegrały one również istotną rolę pod względem wolumenu w pierwszym półroczu 2020 roku – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

Niezmiennie Polacy najchętniej kupują sztabki o wadze jednej uncji 31 gramów. Warto zwrócić również uwagę na sztabki o mniejszej gramaturze. Przykładowo te 5 gramowe cieszyły się sporym zainteresowaniem w czerwcu. Ich sprzedaż w porównaniu z początkiem roku wzrosła o ponad 66%. Jest to najprawdopodobniej efekt przesuniętego sezonu ślubnego i komunijnego.

W analizowanym okresie główną przeszkodą, z którą przyszło zmierzyć się inwestorom, jeśli chodzi o zakup złotych sztabek i monet były blokady rynkowe. W tym czasie kruszec stał się praktycznie niedostępny. Utrudnione były dostawy przez zamknięte granice i wstrzymane produkcje. Jednak od miesiąca można już obserwować ponowne odmrożenie. Sytuacja zaczęła wracać do normy. Poprawa dostępności fizycznego złota stworzyła warunki do niższych spreadów. Obecnie wynoszą one 4-6%. Inwestorzy odchodzą więc od lokat oprocentowanych na 0,01% na rzecz bezpiecznych aktywów takich jak np. fizyczne złoto

Wszystko wskazuje na to, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy będziemy obserwować dalsze utrzymywanie się trendu wzrostowego. Musimy jednak pamiętać o ewentualnych korektach. Jednosesyjne spadki na metalach szlachetnych mogą nas jeszcze nie raz zaskoczyć. Jednak spływają już do nas pierwsze sygnały, że popyt na złoto w trzecim kwartale pozostanie bardzo silny – wynika to przede wszystkim ze wzrostu zainteresowania innymi metodami inwestowania majątku niż lokaty bankowe – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Już od jakiegoś czasu świat żyje w warunkach ujemnych stóp procentowych. Ta sytuacja sprzyja złotu dużo bardziej niż np. sama inflacja. Co ważne, wszystko wskazuje na to, że nie szybko się to zmieni – dodaje.

Ceny warzyw rosną dużo wolniej niż rok temu. W sklepach jest drożej tylko o niecałe 2%

O niespełna 2% wzrosła średnia cena najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Analitycy porównali dane z ostatnich trzech miesięcy z analogicznym okresem ubiegłego roku. O przeszło 35% więcej trzeba było zapłacić za fasolę szparagową. Natomiast wzrosty wynoszące niemal 13% odnotowano w przypadku cukinii i ogórków. Z kolei o ponad 18% mniej kosztowały buraki. Za cebulę chciano prawie 16% niżej niż wcześniej, a cena kapusty spadła o przeszło 6%. Tak wyglądają wnioski z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i Grupy BLIX.

Od początku maja do końca lipca br. średnia cena promocyjna warzyw na wagę była o 1,8% wyższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Jak stwierdza Michał Majszczyk z Hiper-Com Poland, ta niewielka zmiana jest dosyć zaskakująca. W tym roku mieliśmy do czynienia z suszą na przełomie wiosny i lata. Możliwe jest, że sieci handlowe nie chcą ryzykować dużego wzrostu cen w obawie o zaleganie towaru, który ma krótki okres trwałości. Magazynowanie w chłodniach generowałoby dodatkowe koszty.

– Epidemia koronawirusa oraz zakaz handlu w niedziele spowodowały mniejszy ruch w sklepach. One świadomie postawiły na oferowanie jak najniższych cen warzyw. W ten sposób chciały zachęcić konsumentów do powrotu na zakupy, a także odebrać część klientów placom targowym i lokalnym ryneczkom, gdzie trudniej zachować reżim sanitarny – komentuje Magdalena Szlezyngier, menedżer ds. Klientów Strategicznych z DNB Bank Polska.

Z kolei Adam Wilkosz, wiceprezes Ogólnopolskiego Związku Producentów Warzyw (OZPW) zwraca uwagę na to, że urodzaj ma wpływ na ceny. One standardowo rosną, jeśli czegoś jest mniej na rynku. A przykładowo, ostatnio było bardzo dużo nasadzeń ziemniaków. Ale kluczowe decyzje są podejmowane przez sieci handlowe. Natomiast Magdalena Szlezyngier podkreśla, że wiosną panowały lepsze warunki pogodowe w stosunku do analogicznego okresu ub.r. Wówczas z powodu suszy ucierpiały głównie warzywa gruntowe o płytkim systemie korzeniowym, m.in. marchew, pietruszka, buraki i ziemniaki.

– W standardowych okolicznościach owoce i warzywa są często objęte akcjami promocyjnymi, ponieważ zachęcają klienta do odwiedzenia konkretnej sieci sklepów. W początkowej fazie wzrostu zachorowań w Polsce, ale i w całej Europie, zaburzeniu uległo funkcjonowanie łańcucha dostaw. Wiele łatwo psujących się warzyw, tj. cukinii, ogórków, pomidorów czy pieczarek, nie mogło trafić na półki sklepowe z powodu zamknięcia granic lub obostrzeń w kraju – informuje Karolina Załuska, ekspert ds. Analiz Sektorowych i Rynków Rolnych w Banku BNP Paribas.

Jak zaznacza Marcin Lenkiewicz z Grupy BLIX, bardzo ciekawe jest porównanie ww. wyników z owocami. Średnia cena promocyjna warzyw w tym samym czasie podskoczyła o niespełna 2%, a owoców – o ponad 21%. Znacząca część tych ostatnich produktów jest importowana, co podkreśla ekspert z DNB Bank Polska. Słabsze notowania polskiej waluty w stosunku do euro i dolara musiały się przełożyć na ostateczną cenę dla konsumenta. Dodatkowo lokalni producenci żądali więcej za te towary.

– Susze oraz inne zjawiska pogodowe dość mocno uderzyły w rynek owoców. Wiele krajów eksportujących je do Polski miało problemy ze zbiorami w związku z koronawirusem. Natomiast sporo warzyw jest bardziej odpornych na warunki pogodowe – mówi Hubert Majkowski z Hiper-Com Poland.

Z analizy wynika również, że ceny najbardziej wzrosły w przypadku fasoli szparagowej (35%). Dalej w zestawieniu znalazły się takie warzywa jak cukinia (12,8%), ogórek (12,8%) i pomidory (5,3%). Jak zaznacza Magdalena Szlezyngier, trzy pierwsze warzywa są roślinami ciepłolubnymi. Zimny maj i chłodny czerwiec istotnie wpłynęły na ich wegetację. Sieci sięgały więc po towar z importu. Z kolei wiceprezes Wilkosz dodaje, że fasola szparagowa jest bardzo wymagającym warzywem do zbiorów. To mogło się przyczynić do wzrostu cen, zwłaszcza że rolnicy odczuli poważny problem z dostępnością pracowników.

– Wiele badań pokazuje, że Polacy zmienili podejście do zakupów spożywczych. Robią je rzadziej, ale kupują więcej, a także chętniej korzystają ze sklepów internetowych. Taka postawa miała również wpływ na łatwo psujące się towary, jakimi są warzywa szklarniowe czy nowalijki. Robiąc zakupy raz w tygodniu, konsumenci ograniczyli ilość nabywanych np. ogórków i cukinii. W odróżnieniu od większości warzyw okopowych, nie można ich długo przechowywać, więc nie kupowano ich na zapas – podkreśla Karolina Załuska.

Jak dodaje ekspert z Grupy BLIX, spadki średnich cen odnotowano w przypadku sześciu spośród dziesięciu najczęściej promowanych warzyw w sklepach. Najbardziej na minusie były buraki (18%). Za nimi znalazły się takie towary jak cebula (15,7%), kapusta (6,2%) i marchew (5,9%). Natomiast nieznacznie tańsze niż wcześniej były ziemniaki (1,3%) oraz papryka (1,3%).

– Przyczyną spadków takich produktów jak buraki, cebula, marchew itd. jest efekt wysokiej bazy w 2019 roku, czyli szybkiego wzrostu cen. Wówczas susza była bardzo niekorzystna dla uprawy warzyw gruntowych. Z tego wynikają obniżki, które odnotowujemy obecnie – dodaje ekspert z DNB Bank Polska.

Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz Grupy BLIX. Porównano dane TOP 10 najczęściej promowanych warzyw w 2020 roku z okresu od początku maja do końca lipca br. i z analogicznego czasu w ub.r. Weryfikacji poddano blisko 2,5 tys. akcji promocyjnych.

W poszukiwaniu katalizatorów – sytuacja na rynku walutowym

Weekend nie przynosi nowych informacji mogących zmącić wakacyjny marazm na rynku walutowym. Dolar jest nieco słabszy, choć potrzeba lupy, by tą słabość dostrzec. Inwestorzy czekają na cokolwiek w czołowych tematach: relacje USA-Chiny, pakiet fiskalny USA. Spokój nie opuszcza też złotego.

Tydzień miał się zacząć od doniesień z półrocznej rewizji umowy handlowej, jaką na przełomie roku zawarły USA i Chiny. Jednak zaplanowana na 15 sierpnia telekonferencja nie odbyła się rzekomo w związku z trudnościami w ustaleniu dogodnego terminu, choć nie brakuje opinii, że strony także nie potrafiły uzgodnić agendy, gdyż Pekin naciskał na rozszerzenie obrad o zakazy nałożone na chińskie firmy technologiczne. Rewizja została odroczona na nieokreślony termin, co można czytać na dwie strony. Niechęć do wznowienia rozmów przypomina o konflikcie między państwami, który aktualnie toczy się na wielu płaszczyznach. Z drugiej strony bez rewizji nie ma podstaw do zerwania dotychczasowej umowy. Biorąc pod uwagę, że rynki preferują odczytywać takie sytuacje jako szklankę do połowy pełną, na starcie tygodnia powinno być łatwiej o zawiązanie umiarkowanego apetytu na ryzyko.

Poszukiwanie świeżych katalizatorów zmienności trwa, ale w najbliższych dniach nie będzie przychodzić to łatwo. Od strony danych makro dopiero piątek przyniesie aktualizację indeksów PMI z Eurolandu, Wielkiej Brytanii i USA. Dziś indeks NY Empire State raczej nie dostarczy przełomowych informacji – nie jest tajemnicą, że ożywienie w USA postępuje, nawet jeśli tempo zostało nieco osłabione wzrostem liczby zachorowań na koronawirusa. Co mogłoby rozbudzić risk-on, to postęp w zatwierdzaniu Fazy 4. pakietu fiskalnego, tylko że Demokraci i Republikanie określają swoje stanowiska jako „beznadziejnie daleko od siebie”: Republikanie oferują 1 bln USD, podczas gdy Demokraci żądają do 3 bln USD. Tymczasem Kongres rozpoczął przerwę w obradach do września, a Demokraci będą w tym tygodniu zajęci konwencją swojej partii, gdzie Joe Biden zostanie oficjalnie zatwierdzony jako kandydat do stawienia czoła Donaldowi Trumpowi w listopadowych wyborach.

Ogólnie, cokolwiek mogłoby rozruszać rynki, prawdopodobnie nie pojawi się szybko. Rozumowanie „szklanki do połowy pełnej” zapewni pro-ryzykowne nachylenie dla zmiany cen aktywów do czasu, aż coś nie da sygnału do odwrotu. Dla FX oznacza to podtrzymanie presji na USD, bardziej widoczne w relacji do EUR, GBP, AUD i NOK. Wyjątkiem w gronie G10 może być NZD, który zmaga się z nową falą zachorowań na COVID-19 w Nowej Zelandii i gołębiością RBNZ.

EUR/PLN na 4,3950 zaczyna tydzień mniej więcej tam, gdzie był przed weekendem. Marazm na rynkach zewnętrznych sprzyja stabilizacji notowań, choć od strony czynników lokalnych można było liczyć na lepszą postawę złotego. W piątek GUS podał, że PKB Polski skurczyło się o 8,2 proc. r/r w II kw., mniej niż zakładane przez konsensus 9 proc. Szczegółowe rozbicie danych pojawi się dopiero pod koniec sierpnia, ale już teraz można przyjąć, że relatywnie niższa liczba zachorowań i mniejszy udział turystyki w PKB złagodziły recesję. Pomogła też dywersyfikacja produkcji i mniejsza zależność od kondycji Europy Zachodniej, co widać w porównaniu do silnego spadku PKB Węgier (-13,6 proc.), gdzie duże znaczenie ma sektor motoryzacyjny. Mimo to pozytywne zaskoczenie w danych przyniosło tylko chwilowe umocnienie złotego, które szybko zostało wygaszone. Sugeruje to, że tło makroekonomiczne złotego nie oferuje już impulsu do poprawy notowań waluty i potwierdza nasze przekonanie, że pod 4,40 złoty znalazł się w obszarze krótkoterminowego przewartościowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sejm zdecydował. Firmy około targowe pozostaną bez wsparcia?

Sejm przegłosował w piątek ustawę o pomocy dla branży turystycznej. Znalazł się w niej także zapis dotyczący branży targowej, na mocy którego wsparcie objąć ma tylko organizację  targów. Pomimo apelu do wiceminister Emilewicz, jaki skierowała do niej Polska Izba Przemysłu Targowego, pomocy nie dostaną firmy projektujące i budujące stoiska, jak również transportowe i zajmujące się spedycją targową. – Jeśli nasze firmy pozostaną bez wsparcia, imprezy targowe w Polsce, jak również cała zatrudniająca dziesiątki tysięcy ludzi branża z dnia na dzień przestanie istnieć – przewiduje Paweł Montewka, właściciel firmy, która zajmuje się projektowaniem i budową stoisk targowych. Na wniesienie poprawek jest niewiele czasu. Wkrótce ustawą zajmie się senat. 

Choć niemal do ostatniej chwili nie było wiadomo, czy z zapowiedzianego przez wicepremier i minister rozwoju Jadwigę Emilewicz wsparcia sektorowego korzystać będą mogły także firmy projektujące i budujące stoiska, a także zajmujące się spedycją targową, to w piątek po południu wszystko się wyjaśniło.

– Mimo apelu Polskiej Izby Przemysłu Targowego, pomoc nie jest przewidziana dla takich przedsiębiorstw, a to na nich opiera się działalność całej branży targowej, i to one zostały najbardziej poszkodowane przez spowodowany przez pandemie kryzys – mówi Paweł Montewka, przedsiębiorca z branży targowej z Pracowni Sztuk Plastycznych.

Niemal od początku marca firmy pracujące dla targów nie realizują właściwie żadnych zleceń. Głównym powodem jest brak zamówień od organizatorów branżowych imprez targowych. Prawie wszystkie zostały odwołane lub przesunięte na inny termin. Późną wiosną rząd zezwolił na ich organizowanie i wydał w tym celu szczegółowe wytyczne dotyczące norm sanitarnych i bezpieczeństwa. Stało się to jednak u progu wakacji będących tradycyjnie martwym sezonem targowym. Przedstawiciele branży targowej wskazują także na dużą niepewność wśród potencjalnych wystawców i klientów targów. Z tego powodu wiele zaplanowanych już wcześniej imprez, także cyklicznych, stoi dziś pod dużym znakiem zapytania. Coraz więcej jest także informacji o odwołaniu niektórych z nich.

– Niemal od początku pandemii firmy naszego sektora zabiegają o wsparcie rządowe. Jest ono konieczne, aby dotrwać do lepszego czasu, kiedy znów będzie można organizować targi, a my znów będziemy dostawać zlecenia, choć i tak dziś ta pomoc jest niewystarczająca – zwraca uwagę Paweł Montewka.

Z relacji uczestników spotkania przedstawicieli ministerstwa z kilkoma liczącymi na rządowe wsparcie sektorowe branżami, do jakiego doszło w drugiej połowie lipca, wynika, że spośród współpracujących z imprezami targowymi firm, pomoc dostać ma tylko jedna kategoria przedsiębiorstw – organizatorzy targów, wystaw i kongresów, i to pomimo wniosku, aby rząd wsparł w sumie 3 kategorie firm pracujących dla imprez targowych. Bez wsparcia miałyby zatem pozostać firmy projektujące i wykonujące stoiska targowe, a także o transportowe i zajmujące się spedycją targową. W tej sprawie, z apelem do wicepremier Jadwigi Emilewicz zwróciła się Polska Izba Przemysłu Targowego. Prosiła w nim o ponowne rozpatrzenie wniosku, aby proponowaną przez rząd dalszą pomocą sektorową objąć firmy oznaczone PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa). Według przedstawicieli branży targowej, pominięcie tych przedsiębiorstw w oparciu o niejako „automatyczną” przynależność do stałych kategorii branżowych (PKD) byłoby zatem ogromnym kłopotem dla wielu przedsiębiorstw, określanym jako swoiste tsunami. Właściciele firm współpracujących z organizatorami targów do ostatniej chwili liczyli, że w poddanym pod głosowanie projekcie ustawy o wsparciu dla branży turystycznej pojawią się 2 pominięte wcześniej kategorie firm. Tak jednak się nie stało. Ustawa, niemal jednogłośnie przeszła ze wsparciem tylko dla jednej kategorii (PKD 82.30.Z czyli organizacja targów). Od czerwca do 31 sierpnia firmy do niej należące nie muszą uiszczać składek ZUS. Nie znalazły się tam natomiast kategorie PKD odpowiadające innym segmentom rynku targowego czyli PKD 73.11.Z (projektowanie i wykonanie stoisk targowych) i 52.29.C (transport i spedycja targowa). Po głosowaniu zaapelowano o szybką ścieżkę legislacyjną i niezwłoczne wnoszenie poprawek. Teraz ustawą zajmie się senat.

– Jeśli nasze firmy pozostaną bez wsparcia, imprezy targowe w Polsce, jak również cała zatrudniające dziesiątki tysięcy ludzi branża z dnia na dzień przestaną istnieć. Zatrudnienie straci wiele osób, a mozolnie budowana przez nas pozycja, również zagraniczna, stanie się jedynie branżowym wspomnieniem – obawia się Paweł Montewka. Dodaje, że jest jeszcze cień szansy na uratowanie takich podmiotów – na kolejnych, zaledwie jednak kilku, etapach prac legislacyjnych.

Polska Izba Przemysłu Targowego szacowała początkowo straty branży na około 150 mln złotych miesięcznie. Od początku epidemii rosły one jednak bardziej dynamicznie. Dziś wynoszą już blisko 800 mln. Jak wskazuje Paweł Montewka, chodzi o firmy należące do Polskiej Izby Przemysłu Targowego, która skupia około 40% rynku. Jeśli doliczyć straty podmiotów gospodarczych zajmujących się targami , ale będących poza Izbą, może to, według Pawła Montewki, być co najmniej drugie tyle.

W 2019 r. cała branża targowa zasiliła budżet blisko 500 mln złotych z podatków, dając zatrudnienie nie tylko 500 tys. osób, ale także zlecenia podwykonawcom np. z przemysłu meblarskiego czy metaloplastyki. Dotyczy to także firm działających w ramach Izby. Rynek targowy szacowany był na 3-4 mld zł, jednak także jedynie uwzględniając firmy należące do PIPT.

Firmy projektujące i budujące stoiska, w ciągu ostatnich prawie 30 lat, wyrobiły sobie bardzo silną pozycję za granicą – m.in. w Niemczech, gdzie na zlecenie tamtejszych organizatorów targów budują przestrzenie wystawiennicze. Tam zarabiały pieniądze, w Polsce zaś zamawiały komponenty do budowanych przez siebie stoisk i tu płaciły podatki. Dziś rynek targowy w Europie także przechodzi przez poważny kryzys, więc, jak wskazuje Paweł Montewka, na razie nie ma możliwości uzyskania zleceń od tamtejszych organizatorów targów. Takich firm jest w Polsce kilkaset, i to nie tylko już w Wielkopolsce, z której tradycyjnie się wywodzą.