Kuba Przygoński: W Polsce celem zawsze jest zwycięstwo

To będzie jeden z ważniejszych punktów moich przygotowań do Rajdu Dakar 2021. Kalendarz startów jest bardzo okrojony, więc wykorzystuję każdą możliwość do rywalizacji, a także chcę sprawdzić, gdzie są limity auta i zobaczyć, jak będzie się nim jechało w tak wymagającym terenie – mówi Kuba Przygoński, zawodnik Orlen Teamu i jeden z faworytów Wysoka Grzęda Baja Poland.

W tym roku przesiadłeś się do Hiluxa. Jak wrażenia zza kierownicy Toyoty?

To kompletnie inne auto od tego, którym jeździłem wcześniej. Samochód ma silnik wolnossący, więc inaczej się napędza. Ma przy tym niesamowity dźwięk. Prowadzi się bardzo dobrze, a specyfikację techniczną mam taką jak zawodnicy Toyota Gazoo Racing, więc jest to najszybsze auto z możliwych. Dla mnie najważniejsze jest, by pokonać nim jak największą liczbę kilometrów, żeby się w niego wjeździć i zrozumieć jego zachowanie w różnym terenie. W Katarze poznałem je po raz pierwszy na pustyni, w małym rajdzie Baja Szczecinek zebrałem kolejne doświadczenia, a teraz nie mogę się już doczekać Baja Poland, bo to super zawody w miejscu, które już trochę znam.

Wiesz już, jak wykorzystasz atuty nowego auta w Wysoka Grzęda Baja Poland?

Trasa jest mniej więcej w tym samym rejonie co w poprzednich latach, więc wiem, czego się spodziewać. Będzie dużo piasku i czołgowe drogi – to typ terenu, w którym samochody Toyoty się sprawdzają. Kluczowe będzie odpowiednie ustawienie zawieszenia, które decyduje o tym, jak szybko będziemy mogli jechać. Rajd będzie wymagający dla auta i dla silnika, bo cały czas jedzie się na dużym limicie. To dobry sprawdzian.

Z Twojego wieloletniego doświadczenia, który etap rajdu zdecyduje o zwycięstwie?

Najważniejsze są dwa odcinki specjalne na poligonie w Drawsku Pomorskim, gdzie jest 380 km ścigania. Tam trzeba pojechać perfekcyjnie, bo Krzysiek Hołowczyc zna dobrze ten teren i czuje się tam mocny. Nie można mieć tak naprawdę ani jednego błędu, nawet uszkodzić opony, bo to nie pozwoli na walkę o zwycięstwo. Pełny gaz od początku do końca i walka o każdą sekundę – trzeba po prostu wytrzymać to szaleńcze tempo.

Poligon Drawski jest dobrze znany z poprzednich edycji, ale zawsze uchodzi za wielkie wyzwanie. Dlaczego?

Fajne jest to, że wojsko pozwala nam ścigać się po tak świetnym terenie. Jeździ się tam niesamowicie. Do tego, to bardzo trudne miejsce dla aut, bo jest wiele piasku, nierówności i dziur, gdzie auto co chwilę podskakuje i poddawane jest dużym obciążeniom. Trasa jest dość szybka. W lesie jest dużo kałuż i błota, w które wpada się przy dużej prędkości, więc trzeba być czujnym. Trasa jest zawsze dobrze przygotowana i wygładzona pod kątem rajdówek, żeby dało się wykorzystać potencjał swojego auta.

Wysoka Grzęda Baja Poland będzie pierwszą rundą Pucharu Świata FIA po długiej przerwie. Spodziewana jest silna, międzynarodowa obsada.

Słyszałem, że kilku naprawdę mocnych zawodników, którzy wiedzą jak trzymać gaz, szykuje się do startu w Polsce. A to fajnie, bo już wszyscy nie mogą się doczekać tego ścigania. Na pewno będzie to okazja do porównania się z innymi czołowymi zawodnikami, co jest ważne dla mnie po zmianie auta. Przyjadą inni kierowcy z Toyota Gazoo Racing, więc nie będzie między nami różnic sprzętowych. Ja się na pewno będę czuł mocniej na tym terenie niż oni, więc to będzie mój atut.

Jaki masz cel przed rajdem?

W Polsce celem zawsze jest zwycięstwo. Chcę pojechać jak najlepiej. Ale ten rajd będzie jednym z ważniejszych punktów moich przygotowań do Rajdu Dakar 2021. Kalendarz startów jest bardzo okrojony, więc wykorzystuję każdą możliwość do rywalizacji, a także chcę sprawdzić, gdzie są limity auta i zobaczyć, jak będzie się nim jechało w tak wymagającym terenie.

Zarządzanie zdalnym zespołem rozproszonym

Jeszcze u ubiegłym roku praca zdalna traktowana była jako dodatek motywacyjny, który wydzielany był ostrożnie przez pracodawców. Po pierwsze, jako dodatek stanowił swego rodzaju „dobro luksusowe” – premię, która pozwalała wynagrodzić pracownika na przykład za dobre wyniki pracy lub za staż w danej organizacji. Po drugie, pracodawcy nie zawsze wierzyli pracownikom w ich dobre intencje, czy to związane z efektywnym zarządzaniem własnym czasem z domu, czy też obawiali się, że do poufnych danych firmowych mogą mieć dostęp osoby trzecie, które akurat przebywają z pracownikiem w miejscu, skąd pracuje.

Wiosna bieżącego roku diametralnie zmieniła podejście pracodawców do pracy zdalnej. W dobie COVID-19, kiedy zobligowani byliśmy do pozostawania w domach, alternatywą dla pracodawców było zawieszenie działalności, czego nikt nie chciał, jeśli tylko można było tego uniknąć. Stąd większość firm pracujących na co dzień z biura gorączkowo poszukiwała takich narzędzi technologicznych, które pozwoliłyby im kontynuować pracę w sposób możliwie najbardziej niekolizyjny.

Nowe wyzwania

Pierwszym wyzwaniem, z jakim musiało zmierzyć się wiele firm, był brak odpowiedniego wyposażenia pracowników. Hurtownie sprzętu komputerowego przeżywały oblężenie w marcu, kiedy praktycznie niemożliwe było zamówienie większej liczby laptopów, czego wynikiem był ogromny popyt i brak możliwości szybkiego importu z Chin – z kraju, który wówczas był w zasadzie odcięty od świata.

Kiedy jednak pokonano barierę sprzętu i w błyskawiczny sposób przeszkolono personel w zakresie tego, jak korzystać ze zdalnych zasobów, pojawiła się kwestia optymalnego zarządzania zdalnym zespołem. Do tej pory całkowita praca zdalna najczęściej wykorzystywana była przez osoby pracujące w wolnych zawodach, jak tłumacze czy programiści, którzy do swojej pracy nie potrzebują codziennego, fizycznego kontaktu z koleżankami i kolegami.

Bezpośredni kontakt

Inaczej sprawa wygląda w przypadku zespołów złożonych z osób młodych, niedoświadczonych i pracujących na przykład w sprzedaży. Tam kontakt z innymi pracownikami oraz przełożonymi jest bardzo istotny. Słuchając, jak koledzy rozmawiają z klientami, ucząc się od siebie nawzajem czy też mając swojego szefa na wyciągnięcie ręki, szybciej realizują cele i minimalizują ryzyko popełniania błędów.

Pandemia wymusiła jednak pracę zdalną i do pomocy zaprzęgliśmy technologie, które usprawniły wzajemną komunikację czy też pozwoliły uzyskać szybki dostęp do zasobów potrzebnych nam do pracy. Narzędzia do komunikacji wideo, jak ZOOM, Google Meet, Skype, Bluejeans, c i inne nagle zyskały na popularności, co sprawiło, że firmy je dostarczające znacząco urosły. Jako przykład podajmy ZOOM Video Communications, której cena akcji wzrosła o 400% od stycznia 2020 r.

Pojawił się zatem aspekt zarządzania zespołem w godzinach, kiedy nie odbywała się żadna telekonferencja. Niektóre firmy postanowiły zobligować swoich pracowników do włączania komunikatorów o tej godzinie, o której zwykle zaczynali pracę w biurze i pozostawania w trybie dostępnym aż do jej zakończenia. Oczywiście, szefowie nie mogli bez zgody pracownika podejrzeć go przez komunikator wideo, ale wydaje się, że świadomość tego, że nasz czas pracy jest kontrolowany na niektóre osoby mogła działać dopingująco.

Autor: Marek Wróbel, Partner zarządzający, Optiveum

Warunki konieczne do założenia podatkowej grupy kapitałowej w podatku dochodowym od osób prawnych

Podatkowa grupa kapitałowa (dalej „PGK”) jest w pełni legalnym sposobem na zmniejszenie zobowiązań podatkowych oraz obowiązków formalnych dla podmiotów wchodzących w skład takiej grupy. Uczestnictwo w PGK wiąże się także z ryzykiem, przez co nie w każdym przypadku rozwiązanie to może być uznane za korzystne.

Jakie podmioty mogą tworzyć PGK

Zgodnie z art. 1a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych PGK mogą tworzyć co najmniej dwie spółki prawa handlowego mające osobowość prawną (spółka akcyjna albo spółka z o.o.). Wszystkie podmioty tworzące PGK muszą mieć siedzibę działalności na terytorium Polski oraz kapitał zakładowy o przeciętnej wartości 500 tys. zł przypadający na każdą ze spółek. Kolejny warunek dotyczy struktury właścicielskiej spółek w ramach PGK. Jednakże spółka dominująca powinna posiadać bezpośredni udział w kapitale zakładowym spółek zależnych w wysokości 75%. Ponadto spółki zależne nie mogą posiadać udziałów w kapitale zakładowym innych spółek zależnych. Ostatni warunek dotyczy braku zaległości we wpłatach podatków stanowiących dochód budżetu państwa.

Umowa PGK

Elementem niezbędnym PGK jest umowa o utworzeniu PGK, która obligatoryjnie musi być zawarta w formie aktu notarialnego na okres co najmniej 3 lat. Okres ten nie może być przedłużony w drodze aneksu. W tym celu należy zawrzeć nową umowę oraz poinformować o tym urząd.

Ponadto umowa musi być zarejestrowana przez naczelnika odpowiedniego urzędu skarbowego (i potwierdzona decyzją naczelnika w tym zakresie). W tym celu należy w terminie przynajmniej 45 dni przed rozpoczęciem roku podatkowego PGK zgłosić ten fakt do urzędu. Zgłoszenia dokonuje spółka dominująca według właściwości swojego urzędu skarbowego.

Umowa taka powinna zawierać w szczególności wykaz spółek tworzących PGK oraz wysokość ich kapitału zakładowego, informację o udziałowcach i wysokości ich udziałów, określenie czasu trwania umowy oraz przyjętego roku podatkowego.

Po rejestracji umowy w urzędzie skarbowym nie może być ona rozszerzona o kolejne podmioty ani nie może być pomniejszona o którąkolwiek ze spółek, chyba że dojdzie do restrukturyzacji (połączenia, przejęcia). W przypadku jakichkolwiek zmian w kapitale zakładowym spółka dominująca powinna dokonać odpowiedniego zgłoszenia w urzędzie skarbowym.

Utrzymanie statusu PGK

Po pierwsze, aby utrzymać status PGK, spółki przez cały czas trwania umowy PGK powinny przestrzegać jej zapisów, w szczególności w zakresie relacji właścicielskich, składu grupy oraz kapitału zakładowego. W przeciwnym razie PGK może zostać rozwiązana.

Co więcej, w celu utrzymania statusu PGK spółki ją tworzące od daty utworzenia PGK nie powinny korzystać ze zwolnień podatkowych z działalności prowadzonej na terenie specjalnej strefy ekonomicznej, a także z innych zwolnień z podatku dochodowego określonych odrębnymi ustawami. Ponadto żaden podmiot nie może w transakcjach kontrolowanych narzucać warunków nierynkowych podmiotom powiązanym niewchodzącym w skład grupy.

Ponadto ustawodawca określił minimalny dochód takiej grupy w ciągu roku podatkowego wynoszący co najmniej 2% przychodów. Chodzi o to, aby PGK efektywnie płaciła podatek, pomimo że część podmiotów tworzących taką grupę ponosiłaby straty. Problem z realizacją tego warunku może wystąpić zwłaszcza w sytuacji kryzysu, gdy dochody spółek spadają szybciej niż przychody.

Funkcjonowanie PGK

Zgodnie z ustawą o CIT to spółka dominująca reprezentuje całą grupę w zakresie obowiązków wynikających z ustawy o CIT, a także z Ordynacji podatkowej. Dlatego jest ona zobowiązana do obliczenia i deklarowania podatku dochodowego oraz obliczenia zaliczek na podatek. Można zatem przyjąć pewne uproszczenie, że spółki tworzące PGK stają się jednym podatnikiem podatku CIT. Powyższe więc umożliwia kompensowanie zysków i strat podmiotów wchodzących w skład grupy, przez co możliwe jest osiągnięcie wyższej efektywności podatkowej, czyli w efekcie podmioty zapłacą mniejszy podatek. Efektywność ta polega na możliwości rozliczenia strat generowanych przez jeden podmiot na bieżąco z zyskami innego, a nie w czasie albo w ogóle na braku możliwości takiego rozliczenia. Podatnicy nie muszą w takich sytuacjach dokonywać sztucznych transakcji transferujących zyski pomiędzy spółkami, niosących za sobą duże ryzyko podatkowe.

Jeżeli wystąpiły zmiany w stanie faktycznym uniemożliwiające rozliczenia w ramach PGK, wtedy dzień poprzedzający wystąpienie takiej zmiany jest ostatnim dniem funkcjonowania PGK oraz ostatnim dniem roku podatkowego. Dzień zmiany jest pierwszym dniem roku podatkowego dla każdej ze spółek wchodzących w skład PGK. Ponadto spółki tworzące PGK mają obowiązek w terminie 3 miesięcy od daty utraty prawa do statusu PGK rozliczyć podatek dochodowy za okres od drugiego roku podatkowego poprzedzającego dzień utraty statusu podatnika przez PGK. W uproszczeniu oznacza to, że po utracie statusu podatnika przez PGK każda ze spółek ma 3 miesiące na rozliczenia z fiskusem, tak jakby PGK w ogóle nie istniała. Dotyczy to kalkulacji i wpłaty podatku, ale także zaliczek na podatek. Konieczność dokonania wstecznych rozliczeń w przypadku utraty statusu PGK wiąże się z dużym ryzykiem nie tylko operacyjnym, ale także finansowym. W przypadku utraty przez PGK statusu podatnika naczelnik wydaje decyzję stwierdzającą wygaśnięcie decyzji akceptującej umowę PGK.

Ponadto w przypadku utraty przez PGK statusu podatnika spółki ją tworzące nie mogą założyć kolejnej PGK wcześniej niż po upływie roku podatkowego następującego po roku kalendarzowym, kiedy PGK utraciła swój status w przypadku niedochowania warunku rentowności oraz po upływie 3 lat w pozostałych przypadkach.

Podsumowując, z uwagi na konsekwencje podatkowe oraz ryzyka i korzyści związane z funkcjonowaniem PGK, decyzja o jej utworzeniu powinna być bardzo dokładnie przemyślana, z uwzględnieniem zmieniających się warunków ekonomicznych, gospodarczych, prawnych czy podatkowych w minimum 3-letnim horyzoncie czasowym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Pandemia rozochociła cyberprzestępców – najbardziej zagrożone średnie firmy, wzrost liczby ataków o 61 proc.

Niemal każda globalna firma (92 proc.) doznała cyberataku w trakcie pandemii COVID-19, jak wynika z najnowszego raportu firmy VMware Carbon Black. Aż 91 proc. respondentów oceniło, że wraz z przejściem na pracę zdalną cyberprzestępcy wręcz szturmem rzucili się na firmowe sieci i systemy, zwiększając zarówno skalę, jak i częstotliwość ataków. Jednym z najsłabszych ogniw firmowego bezpieczeństwa okazały się urządzenia IoT.

Badanie odbyło się w dwóch fazach. Jedną z nich była ankieta przeprowadzona na grupie 1000 ekspertów ds. bezpieczeństwa z USA, Wlk. Brytanii, Włoch i Singapuru. Druga faza badań objęła rozmowy z grupą 3000 dyrektorów ds. technologii i/lub IT z takich krajów, jak Francja czy Niemcy. Celem pierwszej była identyfikacja trendów globalnych. Druga faza badań miała pokazać, jak pandemia wpłynęła na bezpieczeństwo firm na konkretnych rynkach.

Krajobraz cyfrowych zagrożeń

Raport podaje, że 92 proc. firm na świecie stało ofiarą cyberataków z wykorzystaniem złośliwego oprogramowania (malware). W bliskich polskiemu rynkowi Niemczech 73 proc. organizacji w ciągu ostatnich 12 miesięcy doznało co najmniej 2 poważnych ataków. We Francji na każde przedsiębiorstwo przypadło średnio około 3,7 ataków w skali roku.

Najnowsze badania wykazały, że największy – średnio o 61 proc. – wzrost liczby cyberataków odnotowały firmy średnie, zatrudniające od 500 do 1000 osób. To przedsiębiorstwa, które bardzo często nie dysponują odpowiednimi budżetami na zakup narzędzi zwiększających poziom cyberbezpieczeństwa, niekiedy też cierpią na braki kadrowe. Jednocześnie posiadają bardzo cenne zasoby cyfrowe, które są łakomym kąskiem dla cyberprzestępców – komentuje Jarosław Łuczkiewicz z Atmana, lidera krajowego rynku data center. – To wyraźnie pokazuje, jak ważne jest odpowiednie zaplecze IT i wsparcie zewnętrznych ekspertów. W dobie usług zarządzanych operatorzy data center są w stanie wszechstronnie wspierać klientów w chronieniu cennych zasobów IT.

Cyberprzestępcy grają na lękach

Wsparcie w najbliższym czasie może okazać się dla wielu firm nieodzowne. Pandemia bardzo rozochociła cyberprzestępców, którzy zwiększyli także skalę ataków socjotechnicznych. 89 proc. respondentów badania przyznało, że od rozpoczęcia lockdownu wzrosła częstotliwość ataków typu phishing.

Większość z nas każdego dnia masowo szuka informacji o koronawirusie, łatwo więc przy tym paść ofiarą phishingu – popularnej metody podszywania się pod osoby i instytucje w celu wyłudzenia poufnych danych lub rozpowszechniania złośliwego oprogramowania. Ataki tego rodzaju często prowadzą do zaszyfrowania plików oprogramowaniem typu ransomware, co z kolei staje się okazją do wysuwania wobec ofiar żądań okupu – komentuje Stanisław Bochnak, strateg biznesowy w VMware Polska.

Przez lodówkę do firmowego serwera

Analitycy VMware Carbon Black podają, że problemem jest nie tylko wzrost liczby zagrożeń, ale także ich skomplikowanie. Okazuje się, że hackerzy szukają coraz bardziej wyrafinowanych i zaawansowanych metod ataków. Poziom skomplikowania i złośliwości cyberataków jako poważny problem wskazało m.in. ponad 82 proc. niemieckich firm. 86 proc. z nich zamierza zwiększyć inwestycje w nowe rozwiązania, by odpowiedzieć na tę skalę problemów.

Hackerzy jednak nie spoczywają na laurach i cały czas szukają nowych dróg dotarcia. 89 proc. firm potwierdziło, że w trakcie pandemii hackerzy znacznie częściej szukali luk bezpieczeństwa w urządzenia Internetu Rzeczy, podpiętych zarówno do firmowych, jak i domowych sieci.

Coraz więcej z nas ma w domu urządzenia na stałe podpięte do sieci, i nie są to już tylko telefon czy laptop. To w coraz większym stopniu telewizory, lodówki, oświetlenie czy nasze zegarki. Wraz z przejściem na pracę zdalną wszystkie te urządzenia stały się dla hackerów potencjalną furtką do firmowych sieci – mówi Jarosław Łuczkiewicz, CMO Atman. – To wyraźnie pokazuje, że dzisiaj firmy nie mogą polegać tylko na punktowo instalowanych firewallach. Potrzebne są narzędzia służące zarówno do ochrony całej sieci, jak i takie, które są skupione na ochronie konkretnych systemów i aplikacji, ale postrzeganych jako całość.

Braki w planowaniu

Poważnym problemem na całym świecie w walce z cyberprzestępcami okazały się także braki w planowaniu awaryjnym typu Disaster Recovery. 84 proc. firm wskazało, że brakowało im odpowiednich procedur. 48 proc. z nich powiedziało wprost, że braki były poważne. 70 proc. organizacji brakowało przy tym narzędzi do uzyskania pełnej widoczności stanu bezpieczeństwa firmowych sieci, aplikacji i systemów.

Pandemia zaskoczyła wszystkie firmy bez względu na szerokość geograficzną. Według badań, które przeprowadziliśmy jako Atman, zaledwie 28 proc. polskich firm przewidziało skalę problemów związanych z COVID-19 i miało odpowiednie plany typu BCP, czyli reagowania w sytuacji kryzysowej, zapewniające zachowanie ciągłości działania biznesumówi Jarosław Łuczkiewicz z Atmana.

Eksperci podkreślają, że firmy muszą obecnie zrewidować swój potencjał technologiczno-organizacyjny, gruntownie przeanalizować ryzyka i czerpiąc z niedawnych doświadczeń, zaktualizować scenariusze kryzysowe, a także narzędzia do ochrony cennych danych.

Nikt nie wie, ile obecna sytuacja będzie trwać, ale jedno jest pewne: firmy muszą być przygotowane na działanie dziś i w przyszłości. Aby utrzymać ciągłość biznesową na wypadek nowych, nieoczekiwanych okoliczności, wszystko musi dzisiaj działać jak należy z bezpieczeństwem potraktowanym jako priorytet – konkluduje Bochnak z VMware.

Polska firma wznawia loty czarterowe z Kijowa dla ukraińskich pracowników. Powód – zmiany ograniczeń związanych z kwarantanną w Polsce

Polska agencja zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal wznawia loty czarterowe z Kijowa (lotnisko Boryspol) do Warszawy (lotnisko Chopina) dla swoich pracowników, a także dla obywateli Ukrainy posiadających wizy pracownicze i zawarte umowy z pracodawcami w Polsce.

Najbliższy lot czarterowy zaplanowano na 18 sierpnia. Po raz kolejny zostanie on zrealizowany we współpracy z Międzynarodowymi liniami lotniczymi Ukrainy.

„Decyzja o wznowieniu lotów czarterowych została podjęta w związku z niedawną zmianą polskiego ustawodawstwa, która weszła w życie 8 sierpnia (rozporządzenie Rady Ministrów RP). Zgodnie z tymi zmianami obywatele Ukrainy, pasażerowie lotów przylatujących do Polski, zostali zwolnieni z obowiązku odbywania kwarantanny, a także nie jest już wymagany obowiązkowy test na obecność COVID w ich wypadku”- oświadczył Evgenij Kirichenko, właściciel agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

„Nasza firma od kilku miesięcy z rzędu notuje zwiększone zainteresowanie Ukraińców zatrudnieniem w Polsce. W ciągu miesiąca zorganizowaliśmy już ponad 17 kursów autobusowych dla pracowników. Jednak ze względu na skomplikowane warunki przekraczania granic lądowych w związku z kwarantanną i ogromne kolejki na tychże granicach, coraz częściej otrzymujemy od Ukraińców prośby o pomoc w dotarciu do pracy w Polsce samolotami. Dlatego też oprócz czarterów uruchomiliśmy w firmie Dział wsparcia przylotów, który zajmie się kompleksowym wsparciem pracowników w zakresie rezerwacji i zakupu biletów lotniczych, a także dokonania odprawy na regularne loty. Wsparcie to będzie bezpłatne i obejmie również pomoc na lotnisku po przylocie i bezpłatny transport pracowników do miejsca zamieszkania w Polsce” – podsumował Kirichenko.

Przypomnijmy, że Gremi Personal, jedna z największych agencji zatrudnienia w Polsce, jako jedyna zorganizowała w okresie kwarantanny serię lotów czarterowych dla ukraińskich pracowników. Pierwszy lot odbył się 24 maja.

Kobiety w świecie biznesu. Jak odnieść sukces w życiu prywatnym i zawodowym

Kryzysy… Któż z nas ich nie przechodzi ? W naszym życiu jest ich całkiem sporo: zawodowe, zdrowotne, finansowe, życiowe. Portal „CEO Magazyn Polska” przedstawia sylwetki pięciu inspirujących, wybitnych kobiet sukcesu, które w drodze na szczyt pokonały ich wiele.  To uznane bizneswoman, wykładowczynie akademickie, odnoszące sukcesy w życiu zawodowym i prywatnym. Każda z nich przeszła inną drogę, ale łączą je umiejętność osiągania wyznaczonych celów, pielęgnowanie i rozwijanie swoich zainteresowań. Największą sztuką jest to, żeby potrafić je pokonywać, nie poddać się. To niekiedy bardzo trudne, ale możliwe. Każdy kryzys jest nauką dla nas i wiedzą o nas samych. Z każdego kryzysu możemy wynieść bezcenne doświadczenie i bardziej świadomie budować swoje życie. Pasje bywają często skutecznym antidotum na życiowe problemy i pozwalają na znalezienie dobrych rozwiązań czy „work-life balance”.

Anna Konert – „odlotowa” profesor

Jest prof. nadzw. dr hab. nauk prawnych, radcą prawnym, Dziekanem Wydziału Prawa i Administracji w Uczelni Łazarskiego w Warszawie. Zna 5 języków obcych: angielski, francuski, hiszpański, niemiecki i włoski. W trzech z nich wykłada prawo. Od 2009 r. rozwija z dużym sukcesem działalność naukowo-dydaktyczną w zakresie prawa lotniczego w Polsce oraz na świecie, Jest Dyrektorem Instytutu Prawa Lotniczego i Kosmicznego, Kierownikiem studiów podyplomowych z Prawa lotniczego, Zarządzania bezpieczeństwem w lotnictwie oraz MBA w lotnictwie. Była Wiceprezesem Polskiego Klubu Lotniczego. Jest członkiem zarządu European Air Law Association.  W lutym 2014 r. została zaproszona do grona członków International Aviation Womens Association. Ukończyła trzy kierunki studiów: prawo, stosunki międzynarodowe oraz historię (Universite Paris XII). Studia doktoranckie odbywała jednocześnie na Sorbonie w Paryżu oraz na UMK w Toruniu. Uhonorowana Medalem Rektora za uzyskanie tytułu Najlepszej Absolwentki UMK w Toruniu.

– Pasje muszą być właśnie częścią tego equilibre. Bez odskoczni w życiu zawodowym i rodzinnym prędzej czy później zaczniemy się ”wypalać”.  Pasje wpływają nie tylko na dobre samopoczucie, ale także na proces twórczy i naszą kreatywność. Zostało udowodnione naukowo, że posiadanie pasji wpływa na nasz pozytywny nastrój oraz poczucie szczęścia. To dzięki pasji można odnaleźć właściwy balans między życiem zawodowym i prywatnym – mówi Anna.

Codziennie pokonuje 6 km uprawiając nordic walking. Ten rodzaj sportu stanowi cudowną terapię dla duszy i ciała. Pasjonuje się lotnictwem i podróżami, prowadzi aktywny tryb życia.

Jej życiowe motto to słowa Anthony Robbinsa: „Cele są jak magnes. Przyciągają rzeczy potrzebne do ich zrealizowania”.

Jak udało się jej odnieść tak duży sukces?

Na sukces zwykle składa się wiele czynników. Najważniejsze zależą od nas samych. Jest to tzw. mindset, czyli nasze nastawienie psychiczne, a także skłonność i zdolność do intensywnego działania, w tym nasza energia. To co nas ogranicza w życiu to nasze indywidualne przekonania na temat samych siebie. Najważniejsze w życiu (zawodowym i prywatnym) jest znalezienie tzw. equilibre. Przy odpowiednim rozłożeniu proporcji na każde z wyzwań życiowych i odpowiedniej organizacji zadań, człowiek jest w stanie nie tylko spełniać się zawodowo ale także po prostu być szczęśliwym – mówi Anna Konert.

Klaudia Siarkiewicz – sportowa droga do biznesu

O koniach wie wszystko, to utalentowana zawodniczka startująca w trudnej dyscyplinie skoków przez przeszkody i bizneswoman. Przeszła jeździecką drogę od juniora do seniora. Mistrzyni polski w skokach przez przeszkody, trzykrotna uczestniczka Mistrzostw Europy, wieloletnia członkini kadry narodowej, w sporcie jeździeckim od najmłodszych lat. Przez lata startowała w najważniejszych zawodach w kraju jak i na hipodromach w całej Europie. Chcąc rozwijać talent i umiejętności wyjechała za granicę, gdzie jej dyscyplina sportu jest bardziej popularna i na wyższym poziomie. Przez to przez wiele lat częściej można ją było zobaczyć na zagranicznych hipodromach niż w Polsce. Obecnie sport traktuje już bardziej hobbistycznie, a zawodowo kieruje dużym rodzinnym przedsiębiorstwem deweloperskim. Pomaga jej w tym pasja do sportu i wyniesione przez lata nawyki do systematycznej pracy.  Jest prezesem firmy Kreator Dom Invest -lidera budowlanego w Warszawie zachodniej, gdzie wprowadziła sporo zmian, np. ekologiczne materiały i strategię opartą na zintegrowanym marketingu cyfrowym. Wprowadza też nowoczesne trendy architektury i rozwiązania, które zaobserwowała mieszkając i podróżując po świecie. Dąży aby każda kolejna inwestycja była unikatowa i lubi bliski kontakt z klientami.

Klaudia kieruje się życiowym mottem: „W drodze do sukcesu trzeba odnieść wiele porażek. Sukces jest zwieńczeniem długiej drogi i ciężkiej pracy. Musi być ciężko żeby mogło być dobrze.”

Kryzysy są częścią naszego życia i jest ich w życiu sporo. Często nie mamy wpływu na nie, ani na to jak długo trwają. Zawsze staram się pamiętać, że po każdej „burzy wychodzi słońce”. Warto  przeanalizować kryzys czy porażkę i wyciągnąć z niego wnioski na przyszłość bo sukces jest sumą doświadczeń, nie tylko tych dobrych. Największą sztuką jest to, żeby potrafić je pokonywać, nie poddać się. To niekiedy bardzo trudne, ale możliwe. Pasje są bardzo istotne, jeszcze lepiej jeśli stają się sposobem na życie. Pozwalają na oderwanie się od codziennych problemów, jest to czas dla nas samych kiedy można oczyścić umysł i odkrywać samego siebie. Z każdego kryzysu możemy wynieść bezcenne doświadczenie i bardziej świadomie budować swoje dalsze życie. Jeśli chodzi o sam sport, to nauczyłam się, że nigdy nie należy się poddawać i walczy się do końca. Sukces jest wynikiem ciężkiej pracy, mało kto wie jak długą i wyboistą drogę trzeba do tego czasu pokonać. Po każdym upadku trzeba umieć się podnieść – w przypadku jeździectwa dosłownie. Innym ważnym nawykiem sportowym jest umiejętność szybkiego myślenia i oceny sytuacji – to bardzo pomaga w przypadku nagłej sytuacji kryzysowej – mówi Klaudia Siarkiewicz.

Jak łączy sport i prace w biznesie?

– Dalej jestem aktywnym sportowcem, regularnie trenuję i biorę udział w rywalizacji sportowej, jednak nie tak często jak wcześniej gdy startowałam w młodszych grupach wiekowych. Wraz z 22 rokiem życia w jeździectwie przechodzi się dożywotnio do grupy seniorów, więc kończy się walka z upływającym czasem i pojawiają się możliwości skupienia na innych rzeczach, oczywiście o ile nie wybierze się kariery zawodowego sportowca.  Aby osiągnąć balans wystarczy dobry plan. Dzień zazwyczaj zaczynam od spaceru z psem, później trening na siłowni i jadę do biura. Sytuacja epidemiologiczna pokazała nam wszystkim, że wiele rzeczy można wykonać zdalnie na tzw. home office, jednak nie wszystko. Bardzo istotny jest dla mnie bezpośredni kontakt z klientem, a nad ważniejszymi sprawami wolę posiedzieć w biurze. Mam to szczęście, że mamy firmę rodzinną i dużo współpracuje z tatą. To właśnie on wprowadził mnie w świat biznesu i dla mnie zawsze będzie szefem, pomimo tego, że przekazał mi pałeczkę. Nie ukrywam również, że dalej czuję się w tym świecie „nowa”, wciąż się uczę i zdobywam cenne doświadczenie. Po pracy udaję się do stajni, trenuję zazwyczaj 5 razy w tygodniu po około 2-3 godziny dziennie. Może się to wydawać sporo, ale jeździectwo od innych sportów różni się tym, że nie można tego po prostu odstawić w kąt, nie ma, że boli albo się nie chce. Naszym partnerem jest żywy organizm i my musimy dbać o dobrostan tego zwierzęcia. To jest właśnie ta odpowiedzialność o której już wspominałam. Rzeczywiście na życie prywatne zostaje niewiele czasu w ciągu doby, ale nie jest tak, że go nie mam. Zresztą z wiekiem zmieniają się sposoby spędzania wolnego czasu.- mówi Klaudia Siarkiewicz.

Eliza Przeździecka – ekonomistka z pomysłem na życie

– Pasja to stan umysłu, który zapewnia wielowymiarową perspektywę wszelkich elementów naszego życia, zarówno tych pozytywnych, jak i kryzysowych. W rozwoju pasja daje odświeżenie celów, planów, poglądów i nowe spojrzenie na przyszłość. W chwilach słabości pasja pomaga oderwać się od negatywnych emocji. Endorfiny to nie mit, a sport i wysiłek fizyczny zawsze wywołują przyjemne samopoczucie nawet podczas największego kryzysu – mówi Eliza Przeździecka.

Jest doktorem habilitowanym nauk ekonomicznych i profesorem w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.  Pracuje też w Amerykańskiej Izbie Handlowej w Polsce oraz jest członkiem Rady Fundacji Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta. Od 2015 r. wykłada w Collegium Civitas. Jest autorka publikacji o tematyce bezpośrednich inwestycji zagranicznych, globalnych łańcuchów wartości i handlu międzynarodowego.

Odbyła liczne staże badawcze w zagranicznych ośrodkach akademickich, m.in. w Uniwersytecie Duke w Stanach Zjednoczonych, Uniwersytecie Eberharda Karola w Tybindze w Niemczech, Uniwersytecie Autonomia w Barcelonie. Przeprowadziła kilkaset godzin wykładów gościnnych na zagranicznych uczelniach, m.in. w szwajcarskim ZHAW School of Management and Law, francuskiej Toulouse School of Business, a także Uniwersytecie w Aarhus w Danii oraz w Wirtschaftuniversität Wien. W latach 2009-2018 była profesorem wizytującym na Uniwersytecie w Trewirze w Niemczech.

Eliza w wolnym czasie pasjonuje się sportem – gra w tenisa, jeździ na rolkach, a także żegluje po jeziorach mazurskich. Sport był w jej życiu od zawsze. W czasach szkolnych grała w koszykówkę reprezentując szkołę podstawową, potem średnią, a następnie kontynuowała tę pasję w drużynie AZS. Kilka bolesnych kontuzji na boisku nie zraziło jej do aktywności fizycznej. Uwielbia ćwiczenia fitness i pracuje nad życiowym rekordem tzw. pozycji plank – obecnie 5 min 15 sek.
 
– Sport to nie tylko zastrzyk energii, satysfakcja i dobre samopoczucie. Jest to dla mnie czas swego rodzaju wyciszenia i koncentracji na trudnych tematach zawodowych – mówi Eliza.

Joanna Seklecka – „work-life balance” kluczem do rozwoju

Jest najbardziej wpływową kobietą polskiej branży płatniczej. W ostatnich latach została dwukrotnie laureatką eDukata Cashless Congress w kategorii Osobowość roku świata bezgotówkowego. Jeśli płacisz kartą płatniczą, jest bardzo duże prawdopodobieństwo, że użyłeś jednego z terminali firmy którą buduje. Blisko połowa terminali  należy do firmy eService, której jest Prezesem – lidera polskiego rynku transakcji płatniczych oraz największego agenta rozliczeniowego w Europie Środkowo-Wschodniej. Związana z eService od 2004 roku,  koordynowała proces przekształcenia Spółki, połączony z wejściem w skład notowanej na NASDAQ, międzynarodowej grupy EVO Payments, w której objęła stanowisko dyrektora generalnego na Polskę. Jest absolwentką elitarnego Stanford Executive Program, prowadzonego przez Stanford University i skierowanego do najbardziej doświadczonych menedżerów. Ukończyła także kierunek Finanse i Bankowość Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie oraz studia doktoranckie z zakresu zarządzania. Wcześniej pracowała m.in. w branżach: gier komputerowych, doradztwa i audytu. Oprócz pracy zawodowej angażuje się w działalność społeczną, Aktywnie uczestniczy w inicjatywach wspierających rozwój zawodowy kobiet. Wśród celów jej działalności ważne miejsce zajmuje skierowanie potencjału kobiet na wspieranie rozwoju rynku i branży IT. W nurt ten wpisuje się też jako ambasadorka kampanii #WomanUpdate. 

Joanna dużą wagę przywiązuje do zachowywania zasad work-life balance. Wolny czas lubi spędzać z najbliższymi, zarówno aktywnie – na nartach czy motocyklu, jak i wyciszając się przy książce albo pielęgnacji ogrodu.

– Moje pasje sportowe to między innymi narty, a od niedawna także motocykl, choć nie zupełnie wyścigowy. Obie te pasje łączy możliwość spotykania się z ludźmi — zarówno tymi, których znam od lat, jak i dopiero poznanymi. To dla mnie doskonała okazja, by połączyć przyjemne z pożytecznym, wyjść z „własnej bańki”, poznawać różne poglądy i punkty widzenia na sprawy, które nas otaczają. Na szlaku, postoju, na stoku, czy w kolejce do wyciągu można spotkać niezwykle interesujących ludzi. Rozmowy, które się wywiązują, rozwijają światopogląd oraz dodają pozytywnej energii. Pozwalają lepiej zrozumieć odmienne punkty widzenia, wzajemne oczekiwania, a nawet obawy. Wnioski i przemyślenia płynące z takiej wymiany poglądów bywają bardzo pomocne w przewidywaniu i zaspokajaniu oczekiwań partnerów biznesowych i klientów. W przypadku dłuższych znajomości mają jeszcze jedną ogromną zaletę. Sprzyjają budowie wzajemnego zaufania, które jest bardzo ważnym fundamentem każdego biznesu. Nie bez przyczyny mówi się, że pasja łączy.

– Czy pasje mogą być antidotum na życiowe kryzysy?  Myślę, że pasje są przede wszystkim doskonałym sposobem na zachowanie niezbędnego balansu pomiędzy tym, co w życiu musimy, a tym, co sprawia, że jesteśmy szczęśliwi i czujemy się spełnieni. Ułatwiają oderwanie się od spraw, które czasem całkowicie zdominują nasze myśli. Mówi się, że z niektórymi problemami należy się przespać, dając mózgowi czas na odstresowanie, które wtedy następuje. Dla mnie oddanie się pasji działa podobnie. Z „przewianą głową”, po złapaniu dystansu, dużo łatwiej spokojniej podejść do tego, co mnie absorbuje, spojrzeć z innej, szerszej perspektywy. Oprócz nowej energii, którą zyskuję, odpoczywając w ten sposób, to zwykle pierwszy krok do znalezienia konstruktywnego rozwiązania sprawy lub sytuacji, która wcześniej wydawała się trudna – mówi Joanna Seklecka. 

Anna Domeredzka – kobieta z wieloma pasjami

Jest ekspertem w dziedzinie finansów i rozwoju przedsiębiorstw, przeprowadziła wiele projektów, które wpływają na nasze życie gospodarcze. Współwłaścicielka firmy doradztwa finansowego Capital One Advisers. Od ponad 20 lat z sukcesem doradza firmom i przedsiębiorcom w pozyskiwaniu kapitału, sprzedaży firm oraz i nabywaniu innych spółek. Zaczynała od konsultingu biznesowego w renomowanej polskiej firmie, zbierała przez kilka lat doświadczenie w międzynarodowej bankowości, jednak po latach zawodowej działalności potwierdza, że to praca na własny rachunek sprawia jej najwięcej satysfakcji. Dziś firma, którą współtworzy zarządza portfelem transakcji na kilkaset milionów złotych.

Anna uwielbia podróże, zwłaszcza te „z lekkim dreszczykiem”. Na własną rękę przemierzała Azję, Egipt, Meksyk, zajrzała też do paszczy lwa w Afryce. Żeglowała po Atlantyku – śladami wielorybników z Nantucket, pomiędzy wyspami na Karaibach, przeżyła pod żaglami meltemi na Morzu Egejskim, gdzie pierwszy (i szczęśliwie jak dotąd ostatni) raz miała poczucie, że tej przygody może nie przeżyć. Na szczęście, żaglówka „Thalia” w rękach jej przyjaciół wytrzymała napór fal i wiatru i jedynym skutkiem nawałnicy była zalana kajuta.  Pasjonuje się również jazdą konną,  i ogrodem. W wolnych chwilach oddaje się też czasem… malarstwu.

Jej recepta na życiowe kryzysy to:– Nie zrażać się, iść dalej, wyciągać wnioski. Kryzysy mogą mieć przyczyny leżące w nas lub naszej organizacji, jak i na zewnątrz. Niezależnie od tego, powinny nas uczyć, a nie zniechęcać. Niekiedy aby zażegnać kryzys trzeba zadziałać szybko, a w innej sytuacji przeczekać. Ważne są rozwaga, zaangażowanie i wytrwałość oraz wiara w to, że to co robimy, robimy profesjonalnie i najlepiej, jak w danym czasie potrafimy. Trzeba być jednak także otwartym na otoczenie, zmiany i samorozwój. Pomocna w zaczynaniu „na nowo” jest zawsze ciekawość: a jak to będzie tym razem, w tym nowym zadaniu, czasie, miejscu, z tymi nowymi ludźmi? Ta sama ciekawość, która towarzyszy nowej podróży, czy porannej wyprawie na konną przejażdżkę.

Po kilku latach intensywnego rozwoju firmy doprowadziliśmy do tego, że byliśmy w stanie na światowym poziomie prowadzić projekty doradcze, zarówno na giełdzie, jak i rynku prywatnym. Te kompetencje i szerokie pokrycie rynku pozwoliły nam z powodzeniem przeżyć kolejne cykle koniunkturalne i obsługiwać najciekawsze transakcje fuzji i przejęć w Polsce – mówi Anna, dla której praca niewątpliwie jest też pasją. – Doświadczenie uczy przede wszystkim jednego: Warto od początku realizowanego zadania widzieć cel, do jakiego się zmierza. Oczywiście, zawsze pojawiają się  po drodze zmiany, należy zachować elastyczność, jednak nie można tracić z oczu tego ważnego docelowego punktu. Druga sprawa to lojalność oraz zarządzanie oczekiwaniami. Nasi partnerzy – klienci, współpracownicy – powinni wiedzieć, czego mogą się spodziewać. Nie lubią być zaskakiwani, zwłaszcza w sposób negatywny. Hołduję zasadzie, że lepiej jest możliwie jasno komunikować, co uważamy za możliwe, a co może okazać się trudne. 

Jak spędza wolne chwile? Od wielu lat ulubioną sportową aktywnością Anny jest jazda konna. Jeździ dla relaksu, aby spotkać się z ludźmi kochającymi jak ona przyrodę i zwierzęta. Jazda w terenie, jazda w deszczu, przy zimowej aurze lub piekącym słońcu, cwał bez siodła i strzemion przez wiosenną łąkę – to daje siłę, umiejętność pokonywania własnych ograniczeń, a także opanowanie zwykłego strachu.

Autor: Adam Białas, dziennikarz

Polski złoty mocno śpi – sytuacja na rynku walutowym

Letni handel w pełni. Nastroje na globalnych rynkach nadal są bardzo dobre, kontrakty na indeksy mocno podbiły i w przypadku S&P500 cały czas eksponowane są szczyty wszechczasów. Kontrakt na DAX wyszedł ponad 13000 punktów, ostre zwyżki również na parkiecie w Tokio.

Dolar, po lipcowej przecenie cały czas szuka kierunku, co przekłada się na krótkoterminowy trend boczny w jego notowaniach. Inwestorzy wygaszają podejścia w kierunku lokalnych ekstremów, co jest najbardziej oczywistym wyborem, pójściem po rynkowej najmniejszej linii oporu. W ostatnich dniach szansa na głębszą korektę słabości dolara została zaprzepaszczona i notowania cofnęły się w środek przedziału wahań z sierpnia. Na poziomie indeksu dolarowego pozytywnym dla amerykańskiej waluty symptomem byłoby wyjście ponad 94,00. W przypadku EUR/USD przekłada się to na barierę 1,17. W przestrzeni G-10 najmocniej obarczona balastem polityki monetarnej jest dolar nowozelandzki. W rezultacie spodziewamy się jego słabości, którą można wykorzystać poprzez relatywną słabość do dolara australijskiego. Notowania AUD/NZD już teraz wychodzą ponad 1,09 i są najwyżej od IV kwartału 2018 roku. Taki obrót spraw należy interpretować jako zmianę długoterminowego trendu z bocznego na wzrostowy. Jednocześnie to obecnie jedna z najsilniejszych tendencji w notowaniach głównych walut.

Jednocześnie zmienność rynku złotego wygasła. Notowania EUR/PLN od 23 lipca krążą w przedziale 4,39 – 4,4270. W tym tygodniu uległ on dodatkowemu zawężeniu do 4,3950 – 4,4150. Na przykład na wtorkowej sesji europejskiej zakres kursu euro oscylował wokół 1 grosza. Zmienność historyczna w ostatnim miesiącu jest również rekordowo niska na tle innych walut koszyka emerging markets. Taki stan rzeczy przekłada się również na spadek zmienności implikowanej na rynku opcji. Na przykład zmienność trzymiesięcznych opcji EUR/PLN osuwa się pod dołki z ostatniej dekady lipca. Warto dodać, że ostatnie spadki zmienności implikowanej na rynku EUR/PLN towarzyszyły podbiciu wiodących wskaźników zmienności opcji na rynku walut, np. Deutsche Bank Currency VIX. Może to sugerować, że pole do dalszego spadku zmienności zostało wyczerpane. Podobnie, w naszym scenariuszu bazowym zakładamy, że EUR/PLN w najbliższych tygodniach trwale nie spadnie pod 4,40. Potwierdza to nasz krótkoterminowy model wartości godziwej EUR/PLN, który wskazuje, że w okolicy 4,40 złoty balansuje na granicy krótkoterminowego przewartościowania. W rezultacie jako bardziej prawdopodobny postrzegamy wzrost zmienności i osłabienie polskiej waluty. Podobnie powinno wyglądać położenie m.in. forinta, który powinien być bardziej zmienny i wrażliwy na zmianę nastrojów.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Każdego roku marnujemy ogromne ilości wody. Jak i dlaczego należy ją oszczędzać?

Mimo że Ziemia w większości składa się z wody, paradoksalnie jest to surowiec deficytowy. Zasoby słodkowodne stanowią bowiem jedynie 3 proc. globalnych zapasów. Dlatego tak ważne jest, by racjonalnie nimi gospodarować.

Według organizacji Global Footprint Network w 2020 r. Dzień Długu Ekologicznego przypadnie 22 sierpnia[1]. To ruchoma data, wskazująca kiedy zapotrzebowanie ludzkości na zasoby w danym roku przekracza możliwości ich regeneracji. Surowcem, na który szczególnie należy zwracać uwagę, zwłaszcza w Polsce, jest woda. Nasze zapasy w tym zakresie należą do najskromniejszych w Europie. Na jednego mieszkańca kraju przypada 1600 m3 wody rocznie. Tymczasem średnia na Starym Kontynencie jest prawie trzykrotnie wyższa i wynosi 4560 m3.

Miesięczne zużycie wody przez jedną osobę w gospodarstwie domowym to od ok. 4 do 5,5 m3. To tylko kropla w morzu, jakie codziennie realnie wykorzystuje każdy z nas. Do wyniku należy dodać także wodę zużywaną pośrednio. Niemal wszystko co kupujemy, od artykułów spożywczych przez opakowania z tworzyw sztucznych aż po energię, wymaga w procesie produkcyjnym użycia wody – zauważa Anna Żyła, ekspert ds. kształtowania kierunków ekologicznych Banku Ochrony Środowiska.

Łączne, bezpośrednie i pośrednie zużycie surowca, można określić jako tzw. ślad wodny. W tym kontekście liczby dotyczące jego wykorzystania są zatrważające. Prof. Arjen Y. Hoekstra z Uniwersytetu Twente szacował, że wytworzenie tylko 1 kg wołowiny to nawet aż 15 500 l wody[2]. Jest ona niezbędna zarówno do pojenia zwierząt, jak i do uprawy roślin stanowiących ich pokarm[3], a potem w procesie przetwarzania mięsa.

Ograniczenie śladu wodnego

Na początku warto zastanowić się, jak samodzielnie zmniejszyć zużycie wody. Z pewnością pozytywne efekty przyniesie zastąpienie długich kąpieli odświeżającym prysznicem. Dobrym pomysłem jest wykorzystywanie szarej wody, czyli tej, która powstaje np. podczas mycia naczyń lub rąk. Zamiast trafić do ścieków może ona służyć m.in. do sprzątania. Oszczędność, zarówno wody, jak i pieniędzy, wygeneruje w dłuższej perspektywie zbieranie deszczówki. Nie dość, że woda pochodząca z opadów atmosferycznych z powodzeniem nawodni ogród czy warzywnik, to przy odpowiedniej instalacji przyda się w domowych pracach gospodarczych. Dodatkowo, po poniesieniu kosztów początkowych inwestycji (zakup zbiornika i stworzenie odpowiedniego systemu) jej pozyskiwanie jest darmowe.

Dalszych oszczędności można poszukać w pośrednim zużyciu wody. – Kluczem do sukcesu jest świadomość dotycząca wykorzystania surowca w procesach produkcyjnych. Podejmowanie decyzji zakupowych w oparciu o tę wiedzę przyniesie ulgę naszej planecie. Należy unikać marnowania żywności, starając się nabywać jej tylko tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy. Warto także rozważyć ograniczenie spożycia mięsa, częściej wybierając produkty roślinne, których w Polsce mamy spory wybór ­– radzi Anna Żyła.

Pomyślmy także o zmniejszeniu spożycia wody butelkowanej. Do produkcji niezbędnych butelek wykorzystuje się gigantyczne ilości surowców, także wody i energii. Tymczasem uzdatniona woda wodociągowa, która dostępna jest w naszych kranach, spełnia unijne, restrykcyjne wymagania i jest bezpieczna dla zdrowia. To również znaczne oszczędności. Na przykład w Warszawie litr „kranówki” kosztuje mniej niż 1 grosz[4]. Cena wody w sklepie jest znacznie wyższa i może wynosić nawet kilka złotych. Dodatkowo, rezygnując z zakupu tego typu produktów, ograniczamy zużycie plastiku, którego tylko część poddawana jest recyklingowi.

[1] https://www.overshootday.org/2020-calculation/

[2] https://waterfootprint.org/media/downloads/Hoekstra-2008-WaterfootprintFood.pdf

[3] Unesco.org, Good water, water to “eat”. What is virtual water?, [dostęp: 30.07.2020 r.], <http://www.unesco.org/new/fileadmin/MULTIMEDIA/FIELD/Venice/pdf/special_events/bozza_scheda_DOW04_1.0.pdf>

[4] https://mpwik.com.pl/view/mpwik-informuje-woda-w-kranie-jest-bezpieczna-a-jej-sklad-pozostaje-bez-zmian

Polska – największy sad w Europie!

Trzy czwarte z nas słyszało, że Polska jest największym producentem jabłek w Europie. A mimo to Polacy nie mają świadomości skali tej potęgi. W badaniach opinii tylko co piąty z nas wie, że produkujemy  aż 3 000 000 ton jabłek rocznie – ilość, którą  można wypełnić 240 tysięcy TIR-ów! Dlatego jabłko będzie motywem przewodnim kampanii promującej Polskę, którą wkrótce rozpocznie Fundacja State of Poland. 

Polskie jabłka są wyjątkowe. Wiedzą o tym producenci soków, dla których koncentrat z polskich jabłek – dzięki swojej unikalnej kwasowości i walorom smakowym – jest niezbędnym i bardzo pożądanym składnikiem. Unikalność naszych jabłek wynika z wielu czynników: mamy nie tylko wyjątkową kulturę sadowniczą, w której mimo unowocześniania upraw zachowano ich naturalność, ale również wyjątkowe położenie geograficzne i mnogość odmian owoców.

Dzięki temu jesteśmy prawdziwą i niekwestionowaną potęgą – produkujemy zdecydowanie najwięcej jabłek w całej Europie, a ubiegłoroczna produkcja sięgnęła 3 000 000 ton. Mimo tych liczb świadomość skali naszej produkcji wśród Polaków, jest niewielka.

Jak pokazują badania przeprowadzone przez SW Research na zlecenie Fundacji State of Poland, Polacy zdają sobie sprawę, że jesteśmy jednym z największych producentów jabłek na świecie – z taką informacją zetknęło się 74,2 proc. respondentów. Jabłko uznajemy także za najbardziej polski owoc – wskazało tak  70,7 proc. badanych (na drugim miejscu, z wynikiem zaledwie 12,6 proc. uplasowała się truskawka). Jednocześnie jednak badanie dowodzi, że niewiele wiemy o rzeczywistej skali rodzimej produkcji jabłek.

Trudności sprawiało ankietowanym wskazanie liczby ton produkowanych owoców – 41 proc. respondentów uznało, że produkujemy mniej niż 10 tysięcy ton rocznie, a 64,3 proc. że wielkość produkcji nie przekracza 1 miliona. Tymczasem już od co najmniej dekady zbiory jabłek w Polsce oscylują wokół 3 milionów ton, a nierzadko liczba ta jest znacząco przekraczana. Jednak wartości te zależne są od kilku czynników.

Okazuje się także, że areał polskich sadów stale rośnie – najszybciej między 2012 a 2017 rokiem, gdy odnotowano 11-proc. wzrost (dla porównania, średnia wzrostu dla Unii Europejskiej wynosiła 0,4 proc.).

-Jabłko to owoc wdzięczny i budzący dobre skojarzenia. Dotychczas w niewielkim stopniu wykorzystujemy naszą pozycję światowego potentata w produkcji jabłek do budowania wizerunku Polski na świecie. Jabłko jest przecież nie mniej atrakcyjne niż czekolada czy ser, na których Belgowie i Szwajcarzy od dekad budują swoją narodową markę. Dlatego wkrótce ruszymy z wyjątkową kampanią. Będziemy przez pryzmat jabłek pokazywać to, co w Polsce najlepsze: wspaniałe warunki klimatyczne, nasze przywiązanie do natury, unikatowe położenie na mapie świata – ale także przedsiębiorczość i zaradność – deklaruje Danuta Nierada, dyrektor kreatywny Fundacji State of Poland.

Pięta achillesowa OZE – ciepłownictwo i transport

0

Choć świat kroczy ekologiczną ścieżką zmian, to nie każdy sektor gospodarki jest tak samo traktowany. Think tank REN21 wskazuje na najsłabsze branże – to ciepłownictwo i transport, w których procentowy udział OZE to zaledwie 10 i 3 proc. Na europejskim podwórku kierunek wskazuje Unia, która każe m.in. odnawiać budynki, by unowocześnić energetykę cieplną. Z kolei z myślą o budowaniu ekologicznego transportu daje krajom członkowskim 2,2 mld euro.

O międzynarodowym sukcesie zielonej energii raczej nie trzeba już nikogo przekonywać – w nowoczesne elektrownie wykorzystujące słońce czy wiatr inwestują kraje na każdym kontynencie, a świadomość społeczna dotycząca konieczności przechodzenia na odnawialne źródła energii stale rośnie. To jednak jedynie obiecująca fasada, bo zagłębiając się w szczegóły łatwo zauważyć jak wiele w kwestii ochrony klimatu jest jeszcze do zrobienia. Wnioski na ten temat zaprezentował think tank REN21, który wskazuje sektory wciąż zaniedbane w kwestii transformacji energetycznej. Są nimi ciepłownictwo oraz transport. Globalny udział odnawialnych źródeł energii w tych sektorach wynosi kolejno 10 i 3 proc. To niewiele, zważywszy na fakt, że obie te branże odpowiadają za ponad 80 proc. potrzeb energetycznych na świecie. O tym, czy ta perspektywa się poprawi zadecyduje m.in. fakt, w jaki sposób kraje wykorzystają fundusze międzynarodowe przeznaczone na podnoszenie gospodarki po pandemii.

Stare budynki generują gigantyczne straty ciepła

W Europie kierunek zmian energetyki cieplnej wyznacza Komisja Europejska. Kluczowa jest renowacja budynków i ich optymalna eksploatacja oraz przejście na technologię pomp ciepła, która pozwala na efektywną produkcję zielonej energii do ogrzewania i chłodzenia budynków. Działania te mają oczywiście prowadzić do osiągniecia celów Europejskiego Zielonego Ładu postawionych przed Polską, zwłaszcza teraz, w rzeczywistości, gdy energetyczna transformacja ma stać się drogą do wychodzenia z koronawirusowego kryzysu. Żeby jednak to osiągnąć trzeba nie tylko budować nowe obiekty zgodnie z wyśrubowanymi wytycznymi, ale także zadbać o renowację starych budynków, które generują straty energetyczne. – Tomasz Żołyniak, prezes firmy Energia Polska

Zeroemisyjny transport musi być globalną falą

Ważnym elementem walki o polepszenie klimatu jest przejście na neutralny dla środowiska transport. Pojazdy eko pozwolą nam bowiem na znaczne zminimalizowanie emisji zanieczyszczeń. Nie bez znaczenia dla zdrowia publicznego jest także znacznie zmniejszenie hałasu.

– Unia Europejska przekazała na rzecz wszystkich państw członkowskich 2,2 mld euro na 140 najważniejszych projektów transportowych. Budżet ten ma oczywiście wesprzeć realizację celów  Zielonego Ładu. Wśród przyjętych projektów jest kilkanaście dotyczących przejścia na bardziej ekologiczne paliwa – na to przeznaczono prawie 142 mln euro – i rozbudowę infrastruktury paliw alternatywnych, czyli m.in. budowę punktów ładowania na sieci drogowej. Polska także na tym skorzysta. Zmiany niezaprzeczalnie się dzieją, a przykładem zaświeciło ostatnio np. Pomorze Zachodnie, które jako pierwszy region w Polsce nabyło dwa pociągi hybrydowe. Jednak podobnie jak we wszystkich innych obszarach eko transformacji – potrzebna jest prawdziwa fala zmian, a nie jednostkowe działania samorządów. – Sebastian Biela, wice prezes firmy Energia Polska

Mimo globalnego trendu inwestowania w OZE, w Polsce węgiel to wciąż „czarne złoto”, które mocno dotuje się publicznymi środkami finansowymi. W brytyjskim badaniu „Global Energy Review” think tanku Ember wraz z Niemcami zostaliśmy określeni jako „główne przeszkody w wycofywaniu węgla do 2030 r.”.

– Żeby pozbyć się łatki państwa, które opóźnia europejskie przejście na zieloną energię musimy przyspieszyć krajową transformację. Fundusze europejskie są nam więc tym bardziej niezbędne. – Tomasz Żołyniak

W czasie pandemii arbitrażowe rozprawy online równie popularne, co tradycyjne posiedzenia

0

W Sądzie Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej, w czasie pandemii COVID-19, rozprawy online cieszą się takim samym zainteresowaniem, jak tradycyjne posiedzenia. Od połowy marca arbitrzy przeprowadzili 12 rozpraw wideo i 13 tradycyjnych. Odbyło się również 5 posiedzeń mieszanych. Od początku pandemii arbitrzy zorganizowali również 21 telekonferencji, w czasie których omawiano sprawy organizacyjne dotyczące toczących się przed SA KIG sporów. 

Rozprawy online wciąż są w kalendarzu arbitrów SA KIG – do końca września br. zaplanowano już dwie wideorozprawy oraz jedno posiedzenie mieszane; w tym czasie odbędzie się także 15 tradycyjnych posiedzeń. 

W arbitrażu międzynarodowym, już przed pandemią koronawirsa, wszelkie sprawy organizacyjne rozwiązywano za pośrednictwem tele- lub wideokonferencji. Tylko sama rozprawa, czyli punkt kulminacyjny postępowania arbitrażowego, odbywała się w tradycyjny sposób. W czasie pandemii wszystkie duże instytucje arbitrażowe do świata wirtualnego przeniosły całość postępowania arbitrażowego – w Polsce Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej jest na tym polu prekursorem. W czasie kryzysu wywołanego koronawirusem SA KIG działał nieprzerwanie, z zastosowaniem aktualnie obowiązujących zaleceń Głównego Inspektora Sanitarnego, a postępowania online stały się tu standardem.

Możliwość prowadzenia rozpraw online istnieje w naszym sądzie od 2015 roku. Realne zainteresowanie tą formą rozstrzygania sporów pojawiło się jednak dopiero po wybuchu pandemii – pierwszą rozprawę online zorganizowaliśmy na początku kwietnia br. W  siedzibie sądu obecny był wówczas tylko sekretarz. Arbitrzy, strony postępowania i ich pełnomocnicy łączyli się za pośrednictwem wideokonferencji. Cała korespondencja prowadzona była w formie elektronicznej. Aktualnie, gdy wróciliśmy już także do tradycyjnych posiedzeń, obie formy rozpatrywania sporów cieszą się podobnym zainteresowaniem – czyli mniej więcej połowa odbywa się na sali, a połowa online. Chcielibyśmy, aby także po ustaniu pandemii koronawirusa, część spraw nadal mogła być rozpatrywana na odległość, dlatego planujemy wprowadzenie rozwiązań, które takie procedowanie jeszcze bardziej ułatwią. Oczywiście tradycyjnych rozpraw całkowicie wyeliminować się nie da – zawsze pozostaną sprawy, które choćby ze względu na stopień skomplikowania, lepiej procedować na sali – mówi Agnieszka Durlik, dyrektor generalna Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

SA KIG dysponuje narzędziami pozwalającymi zarówno kontynuować rozpoczęte już postępowania, jak i podejmować nowe spory. W Sądzie Arbitrażowym przy KIG spory rozstrzygane są w oparciu o Regulamin Arbitrażowy, a kodeks postępowania cywilnego stosuje się posiłkowo, dlatego w przypadkach szczególnych – z jakim niewątpliwie mamy do czynienia w związku z rozprzestrzeniającym się koronawirusem SARS-Cov-2 – strony mogą uzgadniać zmianę terminów.

Firmy, które chcą w bezpieczny sposób dochodzić swoich praw i mają pytania dotyczące rozstrzygania sporów, mogą liczyć na wsparcie SA KIG. Sąd przygotował rekomendacje dotyczące przeprowadzenia rozpraw w formie wideokonferencji oraz instrukcję dla uczestników postępowań online. Strony mają też możliwość wyboru oprogramowania – najczęściej akceptowany jest popularny Zoom.

NA CZARNO to widzę. Prawdziwy biznes zamiast pracy za grosz na kawę

Szara strefa zatrudnienia wciąż nie należy do przeszłości. Statystyki nie kłamią. Tworzą ją zatrudnieni na czarno, ale także ci, którzy okazjonalnie świadczą usługi – np. w obszarze drobnych napraw lub rzemiosła. Naprawiasz koledze rower „za pieniądze na kawę” lub wykonujesz inne drobne prace? A gdyby tak zrobić z tego prawdziwy biznes? Legalnie i z potwierdzeniem umiejętności? Brzmi jak plan!

Z ostatniego raportu GUS (2017), w którym przedstawiono strukturę zatrudnienia na czarno w Polsce, wynika, że mimo dynamicznego rozwoju rynku pracy i rekordowo niskiego bezrobocia niezarejestrowana praca w dalszym ciągu jest powszechna. Jak wynika ze statystyk, wykonywało ją 5,4 proc. osób pracujących – czyli o 0,9 proc. więcej w stosunku do danych z poprzedniego raportu. Przeprowadzone badania wskazują również, że pracy na czarno podejmuje się znacznie więcej mężczyzn niż kobiet. Wynika to z faktu, że o 20 proc. więcej mężczyzn niż kobiet było aktywnych zawodowo. Co więcej, znaczną część niezarejestrowanych pracujących stanowią osoby z niskim wykształceniem, z czego można wnioskować, że w dużej mierze wykonują prace fizyczne albo z obszaru drobnych usług. Według badań GUS-u praca na czarno zwykle ma charakter krótkotrwały i tymczasowy – 48 proc. badanych przepracowało nie więcej niż 20 dni. Co więcej, jak wynika z badań przeprowadzonych dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna, najliczniejszą grupą wśród niezarejestrowanych pracujących są osoby w wieku 18–24 lat. Liczy ona aż 32 proc., czyli popularną formą jest start w rynek pracy na czarno.

Żaden ze mnie specjalista?

Być może pokutuje przeświadczenie, że: „co ja takiego wielkiego potrafię?”. To błąd. Uczymy się przez całe życie. Brzmi jak powiedzenie z kategorii: „jak mówi stare chińskie przysłowie”, ale w rzeczywistości to konkret, na którym opiera się cały system unijnej edukacji, czyli idea lifelong learning. Na tym konkrecie bazuje z kolei system, dzięki któremu okaże się, że „co ja wielkiego potrafię” przeobrazi się w „dlaczego wcześniej na to nie wpadłem”. O co chodzi? O potwierdzanie kwalifikacji, które już mamy, wiarygodnym certyfikatem, czyli Zintegrowany System Kwalifikacji.

Za wprowadzeniem systemu ZSK na nasz rynek pracy stoi Instytut Badań Edukacyjnych. U jego podstaw leży przekonanie, że możemy wykorzystać w pracy umiejętności, które już mamy, nawet te pozornie niezwiązane ze sferą zawodową. Naprawiasz kolegom rowery w garażu? Czyli już to potrafisz. Zajmowałeś się własnymi dziećmi, gdy były małe? To także są wiedza i umiejętności, które możesz wpisać do CV. To działa jak popularne certyfikaty językowe. Nieważne, jak zdobyliśmy wiedzę – w domu, w szkole, samodzielnie czy podczas kursów. Jeśli mamy umiejętność, podchodzimy do egzaminu, potwierdzamy ją i zdobywamy wiarygodny certyfikat z numerem Polskiej Ramy Kwalifikacji.

Proste. Ale także przydatne na rynku pracy, na którym już od dawna pracodawcy nie pytają o nasz zawód. CV budujemy jak z klocków, dodając kolejne elementy.

Wróćmy do rowerów. Załóżmy, że masz fach w ręku. Koledzy zamęczają cię o wymianę części i naprawy, konserwację sprzętu lub przegląd po zimie. Masz w domu narzędzia, czas… to masz i klientów. Niby to nie klienci, ale… na kawę lub piwo zawsze chcą dać. Nie wypada wziąć, nie wiadomo jak odmówić. A gdyby to nie byli koledzy, a ty miałbyś mały warsztat, żeby dorobić do pensji? Lub nawet przekwalifikować się? Żeby jednak stać się poważnym graczem na rynku, dobrze mieć potwierdzenie umiejętności.

– Jedną z kwalifikacji, która jako pierwsza została włączona do polskiego ZSK, jest „Naprawa, konserwacja i modernizacja rowerów”. Jest to jedna z tych kwalifikacji, która w bardzo obrazowy sposób pokazuje, jak można przekuć pasję w zawodowego asa w rękawie. W systemie takich kwalifikacji jest więcej i obejmują one szeroki wachlarz obszarów i branż: od zawodów rzemieślniczych poprzez sektor IT do kulinariów. Wszystkie kwalifikacje mają przyporządkowany numer Polskiej Ramy Kwalifikacji, dzięki czemu możemy je porównać z analogicznymi w innych krajach – mówi Jerzy Bielecki, ekspert ds. doradztwa i kształcenia zawodowego w Instytucie Badań Edukacyjnych.

Pyramid Games debiutuje na NewConnect!

0

Od dzisiaj, od godziny 11:30, na rynku NewConnect będzie można nabywać akcje Pyramid Games S.A., lubelskiego twórcy i wydawcy gier. To jednak nie koniec ważnych wydarzeń w życiu spółki w tym roku.

Pyramid Games 
Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, zadebiutuje dzisiaj na NewConnect. Mimo dużej wagi wydarzenia, jest to jedynie przystanek na drodze dynamicznego rozwoju spółki. Na początku roku w wyniku emisji prywatnej developer pozyskał 3 mln złotych, a zainteresowanie inwestorów dalej nie słabnie. W lutym spółka wypuściła również Rover Mechanic Simulator, który został udostępniony w trybie Wczesnego Dostępu na platformie Steam. Od tego momentu gra cieszy się świetnym wynikiem ponad 90% pozytywnych recenzji.

W tym miesiącu miał premierę prolog kolejnej gry spółki – Dinosaur Fossil Hunter, która wcześniej odniosła sukces na platformie Kickstarter. W ciągu 4 dni od udostępnienia prolog pobrało 18 tysięcy osób, a oceny utrzymują się na poziomie ponad 80% pozytywnych recenzji. To pokazuje, że strategia przyjęta przez Pyramid Games, a polegająca na produkcji gier łączących elementy rozrywki z popularno-naukowymi spotyka się z aprobatą graczy i cieszy się ich zainteresowaniem.

-Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się zadebiutować na NewConnect. To efekt bardzo ciężkiej pracy nie tylko przez ostatnie tygodnie czy miesiące, ale i lata. Cieszy nas dotychczasowe zaufanie ze strony inwestorów i graczy, którzy dobrze przyjęli nasze produkcje. Zapewniamy, że nie zamierzamy zwalniać tempa i z niecierpliwością czekamy na moment, w którym będziemy mogli podzielić się kolejnymi projektami.- Jacek Wyszyński, prezes Pyramid Games.

 

Drżyj świecie korporacji. Nadchodzi CEO Slayer.

Po wielu miesiącach negocjacji z popularnym autorem literatury fantastyczno-naukowej, Spółka Pyramid Games zawarła umowę na produkcję gry na bazie literackiego uniwersum CEO Slayera.

Zaplanowana z rozmachem produkcja pozwoli graczowi wcielić się w mściciela żyjącego w połowie XXI wieku. W świecie rządzonym przez przywódców korporacji, bohater opowieści stanie w obronie poniżanych pracowników wielkich firm tudzież oszukiwanych przez kapitalistyczny system mieszkańców cyberpunkowej Warszawy.

Technologia niedalekiej przyszłości okaże się zarówno wrogiem jak i sprzymierzeńcem CEO Slayera. Aby uniknąć rozpoznania przez wszędobylskie kamery, będzie musiał uciekać się do całkowitej zmiany swojego wyglądu, a dla zwiększenia siły i wytrzymałości zaopatrzy się w egzoszkielet, który będzie mógł modyfikować. Z zasobów internetu będzie mógł korzystać w dowolnym czasie i miejscu dzięki soczewkom kontaktowym, zaś ślady swoich poczynań będzie zacierał za pomocą nie do końca legalnych substancji…

Gracz będzie własnoręcznie zmieniać świat na lepsze, oczyszczając Warszawę z wysoko postawionych niegodziwców. Pyramid Games planuje największą w dotychczasowym portfolio grę, w której gracz będzie mógł szpiegować, walczyć, prowadzić pojazdy i mierzyć się z wieloma problemami brutalnej rzeczywistością połowy XXI wieku.

Gra będzie tworzona w ścisłej współpracy z autorem, Marcinem Sergiuszem Przybyłkiem, znaną postacią w cyberpunkowym świecie literatury science-fiction.

Spółka zapowiedziała również na platformie Steam swoją najnowszą preprodukcję – RV Renovation. Jest to tytuł, który wyzwoli w graczach pokłady kreatywności przy odnawianiu i urządzaniu pojazdów rekreacyjnych. W grze odnajdą się też pasjonaci majsterkowania – gracz będzie mógł kupić zniszczonego kampera i przystąpić do jego naprawy oraz renowacji.

Zdolność kredytowa pod lupą. Co sprawdzają banki?

0

Zaciągnięcie kredytu zawsze poprzedzone jest weryfikacją sytuacji finansowo-ekonomicznej osoby wnioskującej. W ten sposób bank ocenia, jakie ryzyka niesie ze sobą udzielona zgoda. Na co zatem instytucje finansowe zwracają szczególną uwagę?

Polacy coraz częściej myślą o własnym mieszkaniu. Dowodem na to jest liczba zaciąganych kredytów hipotecznych. Warto podkreślić, że miniony rok był rekordowy, jeśli chodzi o udzielone zgody. Również I kwartał 2020 r. – mimo wprowadzanych od marca obostrzeń związanych z epidemią koronawirusa – był bardzo udany dla banków. Od stycznia do marca udzieliły one 56 453 kredyty na kwotę 16,623 mld zł – wynika z danych BIK. Zmiany wywołane pandemią COVID-19 musiały jednak nadejść. W lipcu br. banki i SKOK-i przesłały zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 3,5 procent w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Pozytywne jest jednak to, że aktualny odczyt indeksu jest już kolejnym sygnałem odbudowy popytu na rynku. Niestety nadal ciężej jest uzyskać zgodę na kredyt hipoteczny. O co więc warto zadbać i co weryfikują banki?

Sprawdzenie zdolności kredytowej jest pierwszym krokiem w procesie kupna mieszkania. Pracownicy banku, zanim wypłacą pieniądze, dokładnie zweryfikują, czy według ich zasad wnioskodawca będzie w stanie spłacać raty w ustalonej wysokości. W poszczególnych bankach wymogi mogą być nieco inne ze względu na różne podejście do szacowania zdolności kredytowej. Maksymalna kwota dostępnego finansowania pomiędzy bankami bywa bardzo odległa.

Oczywiście ten brak standardu nie jest przypadkiem – wynika to ze strategii przyjmowanych przez poszczególne instytucje, w tym tzw. apetytu na ryzyko, czyli skłonności do zwiększenia sprzedaży kosztem jakości portfela.

Polityka kredytowania znajduje później swój wyraz w szczegółach procedury udzielania kredytu, m.in. typach akceptowanych źródeł dochodów, szacunkach minimalnych kosztów utrzymania i dopuszczalnej relacji pomiędzy ratą a dochodem do dyspozycji.

Podczas sprawdzania sytuacji finansowej bank może zapytać m.in. o:

  • posiadany wkład własny,
  • formę zatrudnienia (rodzaj umowy) / okres prowadzonej działalności gospodarczej (w przypadku przedsiębiorców),
  • czas zatrudnienia w danym miejscu,
  • inne kredyty i zobowiązania finansowe (np. alimenty),
  • liczbę osób w gospodarstwie domowym,
  • łączne miesięczne wydatki na utrzymanie.

Zdolność kredytowa zostanie oceniona najlepiej, jeśli jesteśmy zatrudnieni na postawie umowy o pracę na czas nieokreślony i nie mamy na moment wnioskowania stałych zobowiązań finansowych czy innych kredytów do spłacenia. Dodatkowo oczywiście im wyższe dochody, tym lepiej. Warto jednak podkreślić, że umowa-zlecenie, umowa o dzieło, umowa o pracę na czas określony czy własna działalność nie dyskwalifikują nas jako kredytobiorcy. Jeśli posiadamy którąś z wymienionych umów, musimy odpowiednio udokumentować wymagany okres zatrudnienia i ciągłość osiągania dochodu, a czasem nawet kontynuację pracy w tej samej branży. Ponadto, co może niektórych zaskoczyć, banki zwracają uwagę także na:

  • wiek,
  • stan cywilny,
  • wykształcenie.

Dlaczego akurat te elementy również brane są pod uwagę? Są to czynniki, które są ważne zwłaszcza w przypadku kredytów hipotecznych, których spłata rozciąga się na bardzo długi okres. Dobry zawód, młody wiek i stabilne życie rodzinne to mniejsze ryzyko tego, że kredytobiorca utraci pracę i wpadnie w problemy finansowe, które uniemożliwią regulowanie należności.

Minimalny wiek w większości banków waha się pomiędzy 18 a 21 lat. Osobom młodym trudniej jest uzyskać kredyt, gdyż są one oceniane jako mniej stabilne życiowe. Co więcej, nie mając historii kredytowej są w pewnym sensie niewiarygodne dla banku. Natomiast maksymalny wiek to zwykle 70-80 lat. Dla banku przekroczenie tej granicy oznacza ryzyko niespłacenia zobowiązania. Co ważne, przy długoterminowych kredytach liczy się nie tylko wiek w momencie zaciągania długu, ale również, gdy będziemy kończyć spłatę. Ponadto przekroczenie wieku emerytalnego oznacza spadek zarobków, gdyż emerytura jest zwykle niższa niż pensja, przez co może nastąpić problem ze spłatą zaciągniętego zobowiązania.  W niektórych bankach (np. ING Bank Śląski) jeśli zaznaczymy we wniosku, iż mamy możliwość przejścia na wcześniejszą emeryturę, automatycznie nasza zdolność zostaje obniżona.

Po podaniu wszystkich niezbędnych danych banki wprowadzają je do specjalnego systemu, który oblicza czy możemy uzyskać kredyt i w jakiej wysokości. Bardzo ważne jest, aby we wniosku kredytowym podawać prawdziwe informacje. Instytucje finansowe mają bowiem wiele możliwości, aby zweryfikować udostępnione przez nas szczegóły.

Autor: Kinga Burcan, partner zarządzający Trinity Finance

Mniejsze koszty pracodawcy, większy komfort pracownika, czyli dlaczego warto wdrożyć odporne rozproszone środowisko pracy w każdej organizacji

Google ogłasza, że pracownicy nie muszą wracać do biura aż do kolejnego lata. W Polsce zaś pojawia się kolejna nowelizacja wydłużająca okres, w którym zatrudnieni mogą wykonywać swoje obowiązki z domu. Wszystko wskazuje na to, że praca zdalna zagości u nas na dłużej. Nowe okoliczności i nowe style pracy wymagają nowych rozwiązań. Eksperci Forbis Group zdradzają, dlaczego warto wdrożyć odporne rozproszone środowisko pracy w każdej organizacji. 

Pandemia zweryfikowała model dotychczasowego działania. Okazało się, że home office może być rozwiązaniem nie tylko koniecznym, lecz także praktycznym i opłacalnym. Co więcej, zmieniły się oczekiwania pracowników, którzy dzisiaj preferują rozwiązania elastyczne i cenią sobie większą swobodę w decydowaniu o tym, gdzie będą wykonywali swoje obowiązki. W Polsce test przeszedł także system prawny, który musiał dostosować się do nowych okoliczności. Zmiany wprowadzone na czas kwarantanny narodowej zmienią legislację na dłużej. Zgodnie z nowelizacją ustawy o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług z 24 lipca 2020 r. firma będzie mogła zlecić zatrudnionemu wykonywanie pracy poza miejscem jej stałego świadczenia w okresie stanu zagrożenia epidemicznego, w czasie epidemii oraz przez trzy miesiące po ich odwołaniu. Oznacza to, że regulacje dotyczące zdalnego świadczenia pracy, których ważność miała upłynąć 4 września 2020, obowiązywać będę jeszcze przez kolejny kwartał. To rozwiązanie, o które już wcześniej apelowali zrzeszający zatrudniających. Jednocześnie rozpoczęły się prace nad nowelizacją kodeksu pracy. Organizacje zyskały zatem nieco czasu na wypracowanie docelowych strategii nieruchomościowych i modeli zarządzania zespołami rozproszonymi, pracującymi zdalnie i w modelu hybrydowym, a ustawodawca – na dopracowanie zmian w kodeksie i konsultacje ze środowiskiem biznesowym. 

Elastyczność w podejściu do pracy nie oznacza rezygnacji z biur. Wręcz przeciwnie: w zespołach rozproszonych stanowi ono niezwykle istotną przestrzeń, która sprzyja efektywnemu działaniu organizacji. Nowe style pracy, które wyłoniły się po lockdownie, charakteryzują się nowymi potrzebami, do których przestrzenie biurowe powinny być przystosowane. Odpowiedzią na zmieniające się oczekiwania jest model odpornego rozproszonego środowiska pracy – zaznacza Karolina Dudek, Workplace Strategy Director w Forbis Group.

Dlaczego warto go wdrożyć?

Mniejsze koszty

Praca w zespołach rozproszonych, w których część pracowników przebywa w biurze, a część wykonuje swoje obowiązki zdalnie, oznacza, że nie wykorzystujemy biurek jak dotychczas. Część z nich pozostaje pustych. Jeśli takie rozwiązanie ma zastosowanie długofalowo, możliwa jest redukcja przestrzeni biurowej, co oznacza mniejsze koszty najmu i utrzymania biura. Co więcej, oszczędności pojawiają się także po stronie zatrudnionych, którzy nie muszą codziennie dojeżdżać do pracy.

Większe możliwości

Rezygnacja z pracy stacjonarnej w pełnym wymiarze godzin znacznie poszerza obszar rekrutowania pracowników. Zazwyczaj biura zlokalizowane są w dużych miastach, co oznacza ograniczenie rekrutacji do danej lokalizacji. Praca zdalna otwiera możliwość nawiązywania współpracy ze specjalistami z innych rynków, którzy swoje obowiązki będą wykonywać na odległość.

Employer branding na miarę potrzeb

Kilka miesięcy temu zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę. Specjaliści przyzwyczajeni do pracy stacjonarnej, zmuszeni byli przestawić się na tryb „online”. Chociaż na początku dla wielu stanowiło to wyzwanie, finalnie okazało się być rozwiązaniem nie tylko możliwym do realizacji, lecz także pożądanym. Wobec tego, zmieniły się oczekiwania pracowników. Organizacje, które będą proponowały elastyczny czas pracy i możliwość wykonywania swoich obowiązków zdalnie, zyskają na atrakcyjności.  Odporne rozproszone środowisko pracy, jeśli będzie traktowane jako element strategii biznesowej i HR, stanie się cennym narzędziem employer brandingowym.

Zwiększenie sprzedaży w sklepie – skuteczne porady

Okazuje się, że to nie cena jest głównym czynnikiem wpływającym na sprzedaż. Użyteczność strony, przebieg procesu zakupowego, sposób w jaki klient trafił do sklepu internetowego – to oddziałuje na sprzedaż i jej rozmiar. Nawet z pozoru niewielkie ulepszenia strony są w stanie podnieść ruch, konwersję i sprzedaż. 

Strona sklepu internetowego

Zacznijmy od sklepu internetowego, który nie tylko powinien umożliwiać zakupy, ale płynnie prowadzić do ostatniego etapu zachodzącego na stronie, czyli kupna. Oczywiście sprzedaż nie kończy się wraz z otrzymaniem produktu, ale trwa nadal. Klient może wystawić opinię, polecić innym sklep, wrócić na zakupy. Może, ale nie musi. Dlatego właściciele powinni zrobić wszystko, by konsekwencją pierwszej transakcji były kolejne. Skupmy się na tym, co ułatwia klientom korzystanie ze strony sklepu. Na zwiększenie sprzedaży w sklepie wpływa:

  • wyszukiwarka produktów i autouzupełnianie – pozwala na łatwe odnajdywanie produktów,
  • filtrowanie produktów – dzięki tej funkcji użytkownik precyzyjnie określa tego, czego szuka i dostaje wyniki odpowiadające zaznaczonym opcjom,
  • nawigacja (breadcrumbs) – użytkownik dzięki nawigacji jest w stanie zlokalizować swoje położenie w sklepie, od produktu poprzez podkategorie i kategorie do strony głównej,
  • opis produktu i dostępność towaru – klient otrzymuje wszystkie informacje o produkcie w jednym miejscu,
  • zdjęcia – grafika powinna być wysokiej jakości, pokazywać produkt w różnych ujęciach i odzwierciedlać faktyczny wygląd towaru,
  • formularz kontaktowy – komunikacja ze sklepem ułatwia podjęcie decyzji i rozwiewa ewentualne wątpliwości, ale pod warunkiem, że obsługa odpowie sprawnie,
  • treści – jeśli sprzedajesz produkty, które wymagają więcej informacji, niż te zwarte w opisie, warto zainwestować w tworzenie treści, np. na blogu,
  • CTA – użytkownik w każdym momencie powinien mieć możliwość skorzystania z oferty, w czym pomoże zamieszczanie „call to action” na stronie sklepu (np. „kup teraz”).

Proces sprzedaży

Proces sprzedaży ma być ciągiem zdarzeń, które szybko zaprowadzą klienta do transakcji. Aby etap koszyka zakupowego zakończył się płatnością, powinniśmy wyeliminować wszystkie możliwe przeszkody. Jest kilka sposobów na porzucone koszyki, np. możliwość zapłaty w innym terminie lub na raty, czyli tzw. odroczone płatności. Klienci lubią mieć wybór w kwestii dostawy i formy płatności, więc dobrze, żeby było ich kilka. Pomimo najlepszego zdjęcia i opisu, może darzyć się, że produkt nie spełni oczekiwań. Darmowy zwrot (również dostawa) jest jednym z rozwiązań, dzięki którym klient decyduje się na zamówienie. Jeszcze przed płatnością klient powinien otrzymać podsumowanie, mieć możliwość rejestracji konta, widzieć dane kontaktowe do sklepu.

Mimo, że cały proces zachodzi online, a więc konsumenci nie mają bezpośredniej styczności z obsługą sklepu, miejmy na uwadze, że kontakt jest nie mniej ważny. Komunikacja pracowników sklepu z klientami wpływa na sprzedaż i to co, dzieje się długo po niej.

Zwiększenie sprzedaży w sklepie – sposoby

Jeśli mamy sklep, który spełnia oczekiwania użytkowników, a proces sprzedaży nie sprawia klientom problemów – wręcz przeciwnie, czyni kupowanie szybkim, możemy skupić się na innych sposobach.

Zwiększenie sprzedaży w sklepie można uzyskać również dzięki wdrożeniu:

  • cross-sellingu (propozycja produktu uzupełniającego) i up-sellingu (propozycja droższego produktu),
  • remarketingu (oferowanie produktów osobom, które miały kontakt ze sklepem),
  • specjalnych ofert w ramach newslettera,
  • chatbota na stronie sklepu i Facebooku,
  • Google Merchant Center (przesyłanie informacji o sklepie i produktach do Google),
  • reklamy Google Ads i w social media (Facebook Ads, Instagram Ads itp.),
  • pozycjonowania w wyszukiwarce,
  • powiadomienia push i web push (komunikaty w przeglądarce i aplikacji),
  • marketingu afiliacyjnego (programy partnerskie),
  • sprzedaży na marketplace,
  • certyfikatu SSL (szyfrowanie danych),
  • programu lojalnościowego,
  • poprzez dostosowanie witryny do urządzeń mobilnych.

Sektor nieruchomości komercyjnych wciąż nadzwyczaj odporny

Tak dobrej I połowy roku nie było nawet w rekordowym 2019 r. Mocnym akcentem zaczął się także lipiec, choć sentyment inwestorów w kolejnych kwartałach wciąż pozostaje niepewny.

W pierwszej połowie 2020 r. wartość transakcji inwestycyjnych zawartych na rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce była o 5 proc. wyższa niż w analogicznym okresie rekordowo dobrego ubiegłego roku i przekroczyła 2,9 mld euro – wynika z raportu At A Glance Investment Market in Poland H1 2020, opublikowanego przez firmę doradczą BNP Paribas Real Estate Poland. W normalnych okolicznościach tak dobry wynik byłby świetnym prognostykiem na cały 2020 r., jednak panujący ogólnoświatowy kryzys może mieć odzwierciedlenie w wynikach w drugim półroczu. Spodziewany całoroczny wolumen będzie zapewne niższy niż roku temu i prawdopodobnie zbliży się do kwoty transakcji zawartych 3 lata wcześniej.

-Do prognoz na kolejne dwa kwartały i zamknięcie roku 2020 podchodzimy z dużą dozą ostrożności. Mimo dobrych wyników w pierwszej połowie roku 2020, na które znaczny wpływ miały transakcje zawarte w pierwszych miesiącach roku, spodziewamy się spowolnienia na rynku inwestycyjnym. Inwestorzy z pewnością potrzebują nieco czasu, aby przeanalizować i ocenić obecną sytuację ekonomiczną i finansową. Wiele z planowanych na ten rok transakcji przesunie się w czasie. – Mateusz Skubiszewski, Dyrektor Działu Rynki Kapitałowe w BNP Paribas Real Estate Poland

Niemal połowa wolumenu inwestycyjnego wypracowanego w okresie styczeń–czerwiec obecnego roku przypadła na sektor biurowy (1,33 mld euro). Dla porównania, w I poł. 2019 r. był on wyższy o ok. jedną czwartą, w dużej mierze za sprawą większej ilości aktywów będących przedmiotem transakcji inwestycyjnych na regionalnych rynkach biurowych, kiedy to dokonano sprzedaży 28 biurowców. W bieżącym roku w regionach właściciela zmieniło 21 obiektów, w tym 11 budynków z portfela GTC (61,49% udziałów w GTC zostało sprzedane przez Lone Star węgierskiemu funduszowi państwowemu Optimum Ventures). Najbardziej znaczącą transakcją pierwszego półrocza było przejęcie kolejnej z faz kompleksu High 5ive w Krakowie przez Credit Suisse. Natomiast w Warszawie najwyższą kwotę za pojedynczy biurowiec zapłacił Hines przejmując Wola Center za ok. 102 mln euro.

-W samym II kwartale nieruchomości biurowe zlokalizowane na rynkach regionalnych cieszyły się wśród nabywców nieco większym powodzeniem niż obiekty warszawskie. W Krakowie np. właściciela zmieniły biurowce z kompleksu Equal Business Park zakupione przez konsorcjum zarządzane przez Apollo – Rida, natomiast filipiński ISOC Holding powiększył swoje polskie portfolio o dwa biurowce w ramach Silesia Business Park w Katowicach. W tym samym okresie największe wartościowo transakcje sfinalizowane w Warszawie obejmowały sprzedaż Nowogrodzka Square (Yareal do Amundi) oraz siedziby własnej firmy DSV (DSV Group do Corum) – dr Piotr Goździewicz MRICS, Dyrektor, Rynki Kapitałowe, BNP Paribas Real Estate Poland

Od trzech lat widać wyraźny wzrost zainteresowania inwestorów lokowaniem kapitału w nieruchomości magazynowe, przemysłowe i logistyczne. W I poł. br. na ten sektor przypadło prawie 40% zrealizowanego wolumenu inwestycyjnego. Wypracowany wynik blisko 1,15 mld euro jest tylko o ok. 20% niższy od całorocznej wartości zainwestowanej w szeroko pojęty segment aktywów magazynowych w ubiegłym roku. Ponad 1 mld euro przyniosły transakcje portfelowe, m. in. akwizycja portfela pięciu nieruchomości Panattoni za 188 mln euro przez Savills IM dla funduszu z Azji, sprzedaż CGL (chiński kapitał) sześciu parków logistyczno–przemysłowych przez Hines za 140 mln euro czy nabycie przez GIC (Singapur) portfela sześciu obiektów logistycznych od funduszu zarządzanego przez Apollo Global Management.

W II kw. 2020 r. co prawda sektor magazynowy stracił pozycję lidera na korzyść segmentu biurowego, ale lipiec zaczął się już kolejnym mocnym akcentem przejęcia portfela kilkunastu nieruchomości Goodman przez GLP Group (transakcja te nie jest ujęta w wyliczeniach za I poł. br.).Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland przewidują, że kryzys związany z koronawirusem może jeszcze wzmocnić sentyment nabywców w stosunku do aktywów magazynowych, przemysłowych i logistycznych. Spodziewany wzrost znaczenia sektora e-commerce w Polsce przekłada się na jeszcze wyższe zainteresowanie tą klasą produktu inwestycyjnego. Z kolei załamanie łańcuchów dostaw i produkcji w krajach azjatyckich może częściowo przełożyć się na zmianę strategii wielu firm europejskich, którzy będą dążyć do skrócenia łańcuchów dostaw i przeniesienia części produkcji bliżej swoich krajów pochodzenia. Polska jest bardzo atrakcyjną lokalizacją do tzw. reshoringu produkcji, oferując nowoczesne zasoby powierzchni magazynowo-przemysłowo-logistycznej, cały czas dobrą dostępność terenów pod nowe inwestycje, wciąż poprawiającą się infrastrukturę transportową, atrakcyjne finansowo zasoby pracowników i w końcu całkiem duży rynek zbytu. Zainteresowanie kapitału zagranicznego produktem inwestycyjnym z tego sektora wydaje się więc być naturalną konsekwencją.

W sektorze nieruchomości handlowych I poł. 2020r. przyniosła transakcje o wartości 446 mln euro, z czego zdecydowana większość przypada na wspominane już wcześniej przejęcie udziałów Lone Star w GTC przez węgierski fundusz państwowy Optimum Ventures. Transakcja ta dotyczyła również udziałów w portfelu handlowym GTC, obejmującym dwa centra handlowe – Galerię Północną w Warszawie i Galerię Jurajską w Częstochowie. Sporym zainteresowaniem inwestorów cieszą się wolnostojące wyspecjalizowane obiekty handlowe, małe parki handlowe i centra tzw. zakupów w sąsiedztwie (convenience retail). Dużym echem w czerwcu odbiło się przejęcie sieci 301 supermarketów Tesco przez Sailing Group czyli właściciela duńskich sklepów spożywczych Netto. Transakcja ta czeka na zatwierdzenie przez UOKiK, które ma nastąpić jesienią br. i wtedy nastąpi jej finalizacja.

Globalny kryzys spowodowany pandemią Covid-19 przekłada się na korektę stóp kapitalizacji, w różnym stopniu w zależności od sektora aktywów. Według ekspertów BNP Paribas Real Estate Poland, w sektorze biurowym  najwyższej klasy aktywa mogą obecnie uzyskać stopę zwrotu na poziomie ok. 4,60%, podczas gdy na początku roku, jeszcze przed pandemią, trwały rozmowy pomiędzy kupującymi a sprzedającymi przy zakładanej stopie kapitalizacji ok. 4,25% – 4,35%. Na sytuację w nadchodzących kwartałach wpływ może mieć wiele czynników, z których kluczowymi będą rozwój sytuacji epidemiologicznej i zagospodarowanie przestrzeni biurowej w warunkach reżimu sanitarnego, skala zjawiska pracy zdalnej i kształtujące się zupełnie nowe podejścia do elastyczności umów najmu.

W sektorze handlowym stopy kapitalizacji dla wiodących obiektów wzrosły o około 25-50 punktów bazowych, w zależności od formatu handlowego. Największa dekompresja dotyczy centrów handlowych, które są aktywem najbardziej poszkodowanym przez pandemię i wynikające z niej obostrzenia prowadzenia działalności oraz zmianę zachowań konsumentów.

Nieruchomości magazynowe zdają się przechodzić przez obecne zawirowania rynkowe bez większej szkody. Stopy kapitalizacji dla najwyższej klasy obiektów logistycznych i magazynowych wynajmowanych przez kilku najemców (tzw. multi-tenant) są ustabilizowane i kształtują się jak w poprzednim kwartale między 5,75% a 6,50%, w zależności od lokalizacji. Zdecydowanie niższe stopy zwrotu mają zastosowanie w przypadku centrów dystrybucyjnych zajmowanych przez gigantów e-commerce, zabezpieczonych długoterminowymi umowami najmu. W takich przypadkach stopa kapitalizacji może oscylować na poziomie ok. 4,25%. Silny popyt inwestorów na tej klasy aktywa zapewne utrzyma ten trend.

Dobry wynik I poł. 2020 r. pozwala z umiarkowanym optymizmem patrzeć na nadchodzące miesiące, choć oczywiście spowodowane pandemią globalny kryzys i spodziewana recesja polskiej gospodarki wywołują niepokój i będą rzutować na wyniki kolejnych kwartałów. Spora część toczących się transakcji została opóźniona bądź zastopowana przez wprowadzone od połowy marca ostre obostrzenia i zamknięcie granic, które uniemożliwiło kontynuowanie procesów transakcyjnych. Strony powoli wracają do rozmów, choć w obecnej rzeczywistości często omawiane są zmienione warunki transakcji biorące pod uwagę wydarzenia z pierwszej połowy roku.

Analitycy Ebury prognozują kurs dolara

Niedawne, ponowne wprowadzenie środków bezpieczeństwa w niektórych stanach USA w odpowiedzi na wysoką dynamikę zakażeń koronawirusem pogłębiło trwającą już od jakiegoś czasu deprecjację amerykańskiej waluty. Chociaż dane z amerykańskiej gospodarki prezentują się coraz lepiej, uważamy, że perspektywy dla dolara są negatywne.

W czasie, gdy na świecie zaczęto łagodzić środki ostrożności mające zapobiegać rozprzestrzenianiu się koronawirusa, uwagę inwestorów przykuła utrzymująca się rozbieżność w liczbie rejestrowanych nowych przypadków zakażeń pomiędzy USA i Europą – na niekorzyść tych pierwszych. W rezultacie USA stały się najbardziej dotkniętym przez pandemię z kluczowych obszarów gospodarczych. Od początku epidemii odnotowano tam ponad 5 milionów przypadków (około ¼ wszystkich zarejestrowanych na świecie). Przez większość czerwca i lipca głównym zmartwieniem inwestorów był wzrost liczby raportowanych nowych zakażeń w USA. Podczas gdy niemal wszystkie inne rozwinięte kraje notowały poprawę w statystykach dot. koronawirusa, w USA liczba nowych rejestrowanych przypadków systematycznie rosła, osiągając w lipcu nowe szczyty i na poziomie dziennym około dwukrotnie przewyższając tę z poprzedniego szczytu w kwietniu (Wykres 1). Patrząc na średnią 7-dniową, pod koniec lipca liczba nowych przypadków wynosiła średnio niemal 70 tys. dziennie. Chociaż sporą część tego wzrostu można powiązać ze wzrostem liczby przeprowadzanych testów, idący za nim umiarkowany wzrost liczby rejestrowanych nowych dziennych zgonów sugeruje, że nie można go postrzegać jako jedynego powodu stojącego za wzrostem liczby rejestrowanych zakażeń. Od tamtej pory sytuacja w tym kontekście uległa pewnej poprawie (obecnie 7-dniowa średnia to ok. 55 tys. przypadków dziennie), nadal jednak jest znacznie gorsza niż po drugiej stronie Atlantyku.

Wykres 1: Nowe zakażenia koronawirusem w USA/milion osób (marzec ‘20 – sierpień ‘20)Nowe zakażenia koronawirusem w USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 11/08/2020

U szczytu paniki rynkowej w marcu, gdy inwestorzy szukali spokoju nabywając aktywa bezpieczne, dolar doświadczył istotnego umocnienia w relacji do niemal każdej waluty na świecie. Inwestorzy preferowali dolara ze względu na jego rolę jako najbardziej płynnej waluty świata i brak uzależnienia gospodarki USA od popytu zewnętrznego (co wróżyło dobrze, zwłaszcza w sytuacji, kiedy koronawirus zaczynał rozprzestrzeniać się po świecie). Od czasu, kiedy mniej więcej w połowie marca indeks USD (dolar w relacji do koszyka sześciu głównych walut) wzrósł do najwyższego poziomu od stycznia 2017 roku, amerykańska waluta osłabiła się, schodząc w ostatnich dniach do najniższego poziomu od maja 2018 roku (Wykres 2). Choć uważamy, że większość tych zmian należy powiązać z poprawą sentymentu do ryzyka i odpływem kapitału z „bezpiecznych przystani”, to jednak niepokojące dane z frontu walki z koronawirusem i ponowne wprowadzenie środków bezpieczeństwa w niektórych amerykańskich stanach zdecydowanie nie pomogły amerykańskiej walucie.

Wykres 2: Indeks USD & kurs USD/PLN (sierpień ‘19 – sierpień ‘20)Indeks USD & kurs USD

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 11/08/2020

Tak jak sądziliśmy, że może nastąpić, wygląda na to, że pogląd rynku w kwestii pogarszających się danych dot. pandemii w USA uległ zmianie, a inwestorzy zaczęli w większym stopniu skupiać się na negatywnym wpływie na gospodarkę potencjalnie dłuższego funkcjonowania środków bezpieczeństwa. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarka USA w drugim kwartale doświadczyła największej recesji od czasu II wojny światowej: PKB spadło o niebywałe 32,9% w ujęciu zanualizowanym (9,5% w ujęciu rok do roku). Dane makro publikowane w ostatnich tygodniach w znacznej mierze były optymistyczne, jednak spora część z nich obejmuje okres sprzed wspomnianego ponownego wprowadzenia środków bezpieczeństwa w części stanów.

Miękkie indeksy aktywności biznesowej istotnie odbiły. Pozaprzemysłowy indeks PMI od ISM w lipcu wzrósł do poziomu 58,1 pkt, najwyższego od lutego 2019 roku, z kolei indeks PMI dla usług publikowany przez IHS Markit w lipcu osiągnął najwyższy od sześciu miesięcy poziom 50 pkt. Miary aktywności konsumenckiej również uległy poprawie: sprzedaż detaliczna w maju wzrosła o rekordowe 18,2% w ujęciu miesięcznym, odbijając po rekordowym spadku w poprzednim miesiącu. Również czerwcowe dane okazały się lepsze od oczekiwań, wzrost odnotowano nawet w ujęciu rok do roku.

Zaobserwowaliśmy również poprawę sytuacji na amerykańskim rynku pracy. Tak jak oczekiwaliśmy, brak nacisku na utrzymanie miejsc pracy w USA (co jest kwestią wyraźnie odróżniającą ten kraj od wielu innych gospodarek rozwiniętych) zaowocowało znacznie ostrzejszym wzrostem bezrobocia. W kwietniu, kulminacyjnym punkcie kryzysu, ubyło niemal 21 milionów miejsc pracy netto, a stopa bezrobocia w USA wzrosła do 14,7% – najwyższego poziomu od czasu Wielkiego Kryzysu. Od tamtej pory, zgodnie z danymi non-farm payrolls, udało się „odzyskać” ponad 9 milionów miejsc pracy (Wykres 3), z czego w czerwcu odnotowano rekordową dodatnią zmianę (+4,8 mln miejsc pracy). Znaczna część z nich powstała w sektorach takich jak handel detaliczny i hotelarstwo, gdzie pracownicy zostali uznani za tymczasowo zwolnionych w trakcie zamknięcia gospodarki i ponownie wrócili do pracy po złagodzeniu obostrzeń. Bardziej bieżące dane dotyczące sytuacji na rynku pracy, czyli dane o wnioskach o zasiłek składanych przez nowych bezrobotnych, ostatnio również pokazały poprawę, jednak poprawa w tych danych od początku czerwca następowała bardzo stopniowo.

Wykres 3: Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA (2017 – 2020)Zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych w USA

Źródło: Refinitiv Datastream Data: 11/08/2020

Od czasu naszej ostatniej rewizji prognoz dla waluty w maju, polityka pieniężna Rezerwy Federalnej nie ulegała istotnym zmianom. Na początku pandemii bank centralny ściął stopę fed funds łącznie o 150 punktów bazowych, do tzw. efektywnej dolnej granicy (0-0,25%). Na tym samym poziomie znalazła się ona po kryzysie finansowym z lat 2008/09. Fed wdrożył również szereg dodatkowych środków wspierających gospodarkę, w tym ponownie uruchomił program luzowania ilościowego. Początkowe ogłoszenie zakładało, że obejmie on 700 mld dolarów, jednak od tamtej pory Fed zadeklarował zakup nieograniczonej ilości papierów skarbowych i papierów wartościowych zabezpieczonych hipoteką, aby wesprzeć rynki finansowe i gospodarkę.

Rząd Stanów Zjednoczonych uruchomił również największy w historii pakiet stymulacyjny o wartości 2 bilionów dolarów. Pakiet ten objął m.in. bezpośrednie wypłaty nawet 1200 USD dla większości Amerykanów, silny wzrost zasiłków dla bezrobotnych oraz 367 mld USD wsparcia dla małych firm, które najbardziej ucierpiały przez kryzys. Wspomniany program dodatkowych zasiłków w wysokości 600 USD tygodniowo wygasł jednak z końcem lipca. W związku z brakiem porozumienia w Kongresie w kontekście dalszego wsparcia, prezydent Trump podpisał w weekend cztery rozporządzenia wykonawcze, z których jedno wydłuża pomoc dla bezrobotnych. Tymczasowo mają oni otrzymywać dodatkowe 300-400 USD tygodniowo. Obecnie nie wiadomo, co będzie dalej z negocjacjami w Kongresie w kontekście ewentualnego dalszego wsparcia, które może okazać się niezbędne po tym, jak obecna pomoc się wyczerpie, co może nastąpić w perspektywie kilku tygodni. Mamy nadzieję, że uda się osiągnąć porozumienie, ale ryzyko jego braku stanowi dodatkowe ryzyko dla dolara.

Podtrzymujemy opinię, że w tym roku dolar prawdopodobnie doświadczy wyprzedaży – zarówno w parze z euro, jak i polskim złotym. Sądzimy, że dla gospodarki USA ryzyk jest więcej niż dla większości innych rozwiniętych gospodarek, szczególnie dla strefy euro. Na słabość amerykańskiej waluty przełożyła się m.in. niezdolność władz USA do powstrzymania rozprzestrzeniania się wirusa. Strefa euro, w przeciwieństwie do USA, nie tylko poradziła sobie z pandemią lepiej, ale też (wraz z innymi krajami UE) podjęła się wspólnej odpowiedzi na kryzys, uzgadniając emisję wspólnych obligacji w celu sfinansowania programu odbudowy po pandemii. Im dłużej utrzymywać będzie się rozbieżność w zakresie danych z frontu walki z pandemią i w USA będą utrzymywane środki bezpieczeństwa mające przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się koronawirusowa, tym większy wpływ te dwa czynniki będą miały na amerykańską gospodarkę. Jak wspomnieliśmy, sądzimy, że słabe systemy na rzecz utrzymania miejsc pracy w USA również sprawiają, że normalizacja sytuacji na rynku pracy potrwa tam dłużej niż w większości innych krajów rozwiniętych.

Choć opublikowane w ostatnim czasie dane z gospodarki USA wyraźnie pokazują, że najgorsza część załamania już minęła, to jednak perspektywa dłuższego okresu obowiązywania koronawirusowych restrykcji bez wątpienia stanowi zagrożenie dla ożywienia. W związku z tym nadal przewidujemy deprecjację dolara względem większości głównych walut. Aktualizujemy jednak naszą prognozę EUR/USD w górę, co odzwierciedlać ma przede wszystkim relatywnie gorszą pozycję USA w kontekście pandemii. Oczekujemy jednocześnie jeszcze silniejszej aprecjacji złotego w parze z dolarem amerykańskim w związku zarówno z istotnym wzrostem kursu EUR/USD, jak i oczekiwaniem silniejszego niż zakładaliśmy wcześniej spadku kursu EUR/PLN.

Prognoza kursu dolara analityków Ebury

  EUR/USD USD/PLN EUR/PLN
Q3-2020 1,18 3,68 4,34
E-2020 1,19 3,61 4,29
Q1-2021 1,20 3,58 4,29
Q2-2021 1,21 3,54 4,28
E-2021 1,24 3,43 4,25

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Odradzająca się gastronomia w Europie może pomóc polskim eksporterom drobiu nadrobić straty wywołane pandemią. Branża liczy także na ponowne otwarcie rynków azjatyckich

Zamknięcie w marcu granic wewnątrzunijnych oraz lokali gastronomicznych spowodowało zatrzymanie eksportu polskiego mięsa drobiowego i nadpodaż tego produktu na rynku. Wynikiem tego był spadek cen, które obecnie nie wyrównują nawet kosztów produkcji. Producenci mają nadzieję na powrót na rynek kolejnych firm z sektora HoReCa i na uznanie Polski za kraj wolny od grypy ptaków, co pozwoliłoby na powrót na rynki pozaeuropejskie, głównie azjatyckie.

Obecnie sytuacja na rynku drobiu jest bardzo trudna. Polska jest największym w Unii Europejskiej producentem mięsa drobiowego. Na początku tego roku zostaliśmy bardzo ciężko dotknięci grypą ptaków, niemniej jednak byliśmy w stanie sobie poradzić z tym problemem, przekierowując większość produkcji na rynek wspólnotowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Goszczyński, dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa.

W 2019 roku Polska wyeksportowała ponad 1,5 mln ton mięsa drobiowego, ponad trzy razy tyle, co w 2010 roku. To ponad połowa całej produkcji. Wartość eksportu polskiego drobiu wyniosła 3,1 mln euro i również była rekordowa.

Kiedy nastąpiła pandemia koronawirusa, okazało się, że to wszystko, co do tej pory było wprowadzane na rynek wspólnotowy, nagle musi znaleźć miejsce w kraju. Bardzo dużo mięsa przekierowane zostało do mroźni, tak aby w jakiś sposób odebrać od hodowców żywiec i przechować go. To wszystko spowodowało, że jego cena jest bardzo niska, poniżej opłacalności ­– podkreśla Dariusz Goszczyński.

W czerwcu za kilogram żywca drobiowego płacono w skupie 3,47 zł, o 11,1 proc. mniej niż rok wcześniej. W maju, co prawda, odnotowano wzrost rok do roku o 4,8 proc., ale w marcu spadek wyniósł 12 proc., a w kwietniu niemal 14 proc. W czerwcu niższe były także – choć już tylko o 3 proc. – ceny detaliczne mięsa drobiowego, choć w całym półroczu konsumenci musieli średnio płacić za nie o 3,1 proc. więcej niż w I półroczu 2019 roku.

Jako organizacja branżowa zwracaliśmy się do Ministerstwa Rolnictwa, Komisji Europejskiej o uruchomienie wsparcia prywatnego przechowywania, aby można było przechować mięso drobiowe przez dłuższy okres i później stopniowo wprowadzać je na rynek. Niestety branża nie została objęta wsparciem – mówi dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa. – Cały czas borykamy się z problemami, bo pomimo tego, że część obiektów typu HoReCa już się otworzyła w Unii Europejskiej, cały czas trudno mówić o sytuacji, jaka była przed pandemią koronawirusa. Wraz z otwieraniem się kolejnych obiektów typu HoReCa sytuacja powinna się normować. Poza tym liczymy na to, że w połowie sierpnia zostanie zdjęte ograniczenie wynikające z grypy ptaków, wtedy ponownie uzyskamy dostęp do rynków państw trzecich i łatwiej będzie realizować eksport.

Rok 2020 branża powitała informacją o powrocie grypy ptaków, z którą borykała się już w latach 2016–2017. To natychmiast spowodowało wstrzymanie importu polskiego mięsa przez takie kraje jak Hongkong, RPA, Singapur, Korea Południowa, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Tajwan czy Japonia. Obecnie część państw, np. Armenia czy Japonia, zezwoliła już na wznowienie wwozu polskich produktów, inne kraje wpuszczają mięso wyprodukowane w województwach lub powiatach wolnych od choroby. W marcu jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.

– Mięso drobiowe cieszy się dużym zainteresowaniem ze strony konsumentów. Polska jako największy producent mięsa drobiowego w UE wdrożyła najwyższe standardy, dba o najwyższe parametry jakościowe, w związku z czym konsumenci chętnie sięgają po ten produkt – przekonuje Dariusz Goszczyński. – W marcu, kiedy pojawiła się pandemia, konsumenci bardzo chętnie sięgali po mięso drobiowe, co też było obserwowane również w chwilowej zwyżce cen. Z kolei w tej chwili obserwujemy powrót do normalności i spożycie jest na takim poziomie, jak było wcześniej. 

UE zainwestuje miliardy w zielony wodór. W tej chwili aż 95 proc. tego surowca wciąż pochodzi z paliw kopalnych

W tej chwili wodór ma zastosowanie głównie w sektorze chemicznym, jego wykorzystanie w transporcie czy energetyce wciąż jest marginalne. Co więcej, aż 95 proc. produkowanego wodoru wciąż pochodzi z paliw kopalnych, a tylko 5 proc. jest wytwarzane z odnawialnych źródeł. Unia Europejska zamierza odwrócić te proporcje, a opublikowana na początku lipca strategia wodorowa ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku ma już sięgnąć 16,5 mln ton. Wyzwaniem pozostają jednak koszty, bo wytwarzanie zielonego, niskoemisyjnego wodoru wciąż jest droższe od innych form, i bariery technologiczne związane z produkcją i transportem tego surowca.

Jak wynika z lipcowego raportu Esperis „Gra o wodór. Kto zdominuje rynek wodoru na świecie?”, globalna produkcja wodoru sięga w tej chwili ok. 74 mln ton rocznie, a przodują w tym Stany Zjednoczone (ok. 10 mln ton) i Unia Europejska (w tym Polska – ok. 1 mln ton).

95 proc. wytwarzanego globalnie surowca to tzw. szary wodór, obecnie niemodny, bo wytwarzany z paliw kopalnych typu ropa albo gaz. Tylko 5 proc. to wodór niskoemisyjny, czyli zielony, produkowany z odnawialnych źródeł energii. W tym procesie technologicznym CO2 jest odzyskiwany i nie jest emitowany do środowiska – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Antas, analityk i partner zarządzający Esperis.

Wodór ma zastosowanie jako nośnik energii w przemyśle i transporcie, może być wykorzystywany  m.in. w energetyce, ciepłownictwie i motoryzacji. Jednak obecnie stosuje się go przede wszystkim jako surowiec w chemicznych procesach produkcji (np. amoniaku) i procesach rafineryjnych. Wykorzystanie go jako paliwa wciąż jest marginalne, a globalny rynek wodoru jest dopiero w początkowej fazie rozwoju.

– Odpowiedź na pytanie, czy w przyszłości będzie więcej zielonego wodoru, nie jest łatwa. Żeby był on masowo wykorzystywany, musi też być  tani. O ile nie traktujemy go jako konkurencję dla paliw kopalnych, bo ich chcemy się pozbyć, o tyle wodór musi konkurować np. z elektryfikacją transportu. Bardzo duże pieniądze są teraz inwestowane w nowe technologie, które mają ułatwić produkcję zielonego wodoru. UE chce ją intensywnie rozwijać. Unijna strategia wodorowa, która pojawiła się niedawno, ma wygenerować bodźce i zachęty, żeby tego zielonego wodoru było jak najwięcej – mówi Łukasz Antas.

Opublikowana 8 lipca br. strategia wodorowa Komisji Europejskiej ma być impulsem dla rozwoju tego rynku w Europie, której szacunkowe zapotrzebowanie na wodór w 2030 roku ma już sięgnąć ok. 16,5 mln ton. KE przewidziała w niej wsparcie instytucjonalne i finansowe. Równolegle zainicjowała też Europejski Sojusz na rzecz Czystego Wodoru (The European Clean Hydrogen Alliance), który ma pomóc w realizacji nowej strategii i do 2030 roku zapewnić inwestycje na poziomie 430 mld euro. W sojuszu uczestniczą liderzy przemysłu, krajowych i regionalnych ministerstw oraz Europejski Bank Inwestycyjny (EBI).

UE ma plan, aby wdrożyć wodór we wszystkich sektorach, m.in. transporcie, energetyce, ciepłownictwie, a zwłaszcza przemyśle. Unia jest zdeterminowana, żeby do 2050 roku zdekarbonizować przemysł, a ten odpowiada za 95 proc. obecnego zużycia wodoru z paliw kopalnych – mówi analityk i partner zarządzający Esperis. – Z perspektywy UE ważne jest, żeby szybko zamienić go na wodór zielony poprzez np. kontrakty różnicowe dla przemysłu chemicznego. To ważny sygnał także dla polskiej chemii. Podobnie w transporcie i energetyce UE chce rozwijać dodatkowe sieci stacji wodorowych. W przyszłym roku ma zajść zmiana w kolejnej dyrektywie, która pozwoli na przyspieszenie tego procesu.

Unijny plan zakłada, że w latach 2020–2024 mają powstać elektrolizery (instalacje do produkcji wodoru z wody) o łącznej mocy 6 GW, a produkcja zielonego wodoru ma sięgnąć 1 mln ton. W latach 2025–2030 moc elektrolizy ma wzrosnąć do 40 GW, a produkcja do 10 mln ton. Z kolei w latach 2030–2050 technologie produkcji zielonego wodoru powinny osiągnąć dojrzałość i być wdrażane na dużą skalę we wszystkich sektorach trudnych do dekarbonizacji.

Wyzwaniem pozostaje jednak wciąż wysoki koszt wytwarzania i przechowywania wodoru oraz jego znikomy udział w całkowitym zużyciu energii (dziś na poziomie ok. 2 proc.). Zielony wodór odpowiada raptem za 4 proc. europejskiej produkcji. Wytwarzanie zielonego, niskoemisyjnego wodoru wciąż pozostaje droższe od innych form.

Pokonywanie barier technologicznych w produkcji, ale też w przesyle i magazynowaniu wodoru mogą wesprzeć odpowiednie regulacje, bodźce na poziomie globalnym, europejskim i krajowym, które będą motywowały firmy do inwestowania, szukania rozwiązań technologicznych, budowania infrastruktury. Bez infrastruktury i generowania popytu nie będzie chętnych do rozwijania technologii – podkreśla Łukasz Antas.

Unijna strategia wodorowa jest istotna dla nowej polityki klimatyczno-energetycznej i spójna z założeniami Zielonego Ładu. Jednak rozwój technologii wodorowych ma nie tylko wpłynąć na gospodarkę i przyczynić się do neutralności klimatycznej. Wpłynie też na unijne relacje w dziedzinie energetyki. Według prognoz zawartych w raporcie Esperis do 2050 roku to azjatycki rynek będzie największym na świecie, a Chiny, Japonia, Singapur i Korea Południowa będą łącznie odpowiadać za ok. 2/3 globalnego zapotrzebowania i nawet do 75 proc. zużycia wodoru. UE będzie musiała więc promować nowe obszary współpracy energetycznej i poszerzać o współpracę z potencjalnymi eksporterami wodoru.

Należy spodziewać się zacieśnienia współpracy handlowej między Azją, Afryką a Europą, co może być pozytywnym scenariuszem. Dzięki temu problemy ekonomiczne Afryki staną się trochę mniejsze. Z drugiej strony mamy plany zastosowania wodoru w różnych sektorach i będziemy mieli do czynienia z tzw. integracją sektorową. Do tej pory energetyka, ciepłownictwo, przemysł, transport to były silosy, z których każdy miał swoją strukturę, przesyły energii itd. Wodór może je połączyć – mówi partner zarządzający Esperis. – Świat zrobi się bardzo ciekawy, kiedy wodór rzeczywiście zostanie wdrożony masowo, jednak wciąż została jeszcze masa barier do przełamania.

Work-life balance w dobie koronawirusa

Łączenie życia zawodowego i prywatnego może stanowić problem dla wielu pracowników. Szczególnie, gdy ich pracodawcy nie są świadomi narzędzi, które mogą ułatwić zachowanie takiej równowagi. Warto o tym pamiętać teraz, gdy podnoszące się po kryzysie epidemicznym firmy wymagają od pracowników więcej pracy, nadgodzin i dodatkowych poświęceń. Sytuacja po kryzysie spowodowanym przez koronawirusa nakłada na pracowników więcej obowiązków rodzinnych, a skołowane po trudnych miesiącach nerwy potrzebują odpoczynku. Dlatego szczególnie w tak trudnym czasie pracodawcy powinni pamiętać o życiu prywatnym pracowników i stosować narzędzia, które umożliwią im odpowiedni odpoczynek i czas z rodziną. 

Należy uświadamiać pracodawców, że mogą wprowadzić elastyczną organizację pracy i czas pracy. Pracownik może również pracować zdalnie lub na odległość – są do tego odpowiednie środki technologiczne, takie jak komputeryzacja pracy i dostęp do internetu – powiedziała serwisowi eNewsroom Grażyna Spytek-Bandurska, ekspertka prawa pracy Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – FPP bierze udział w międzynarodowym projekcie, związanym z łączeniem życia zawodowego z życiem prywatnym – czyli z tak zwanym work-life balance. W ramach niego przeprowadzamy kampanię informacyjną skierowaną do przedsiębiorców, którzy nie stosują wymienionych wyżej narzędzi. Zwłaszcza pracodawcy z sektora małych i średnich przedsiębiorstw często nie mają świadomości, jak interesujące są to rozwiązania. Niektóre z nich funkcjonują w obecnym prawie pracy, inne możemy wprowadzać na podstawie rozwiązań z krajów zagranicznych. Warto zwrócić na to uwagę, aby pracownicy mogli efektywnie i wydajnie pracować, nie ponosząc kosztów w sferze życia prywatnego i rodzinnego – zaleca Spytek-Bandurska.

Polska na razie nie wyklucza chińskich dostawców z budowy infrastruktury 5G. Sytuacji nie powinna zmienić wizyta amerykańskiego sekretarza stanu [DEPESZA]

Wdrożenie standardu telekomunikacyjnego 5G będzie mieć rewolucyjny wpływ na globalną i polską gospodarkę. Bezpieczeństwo nowej technologii jest obecnie odmieniane przez wszystkie przypadki i wciąż trwają spekulacje dotyczące komponentów 5G dostarczanych przez producentów z Chin. Jednak do tej pory Polska, podobnie jak Niemcy, nie zdecydowała się na wykluczenie żadnego dostawcy, w tym spoza Europy. Nie powinna wpłynąć na to również zaplanowana na 15 sierpnia w Warszawie wizyta sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo. Eksperci podkreślają, że przy wdrażaniu nowego standardu telekomunikacyjnego należy oceniać warunki techniczne urządzeń, a nie miejsce ich pochodzenia.

– Obecnie obowiązujące dokumenty nie wykluczają dostawców spoza Europy. Chociażby przyjęte 29 czerwca rozporządzenie w sprawie minimalnych środków technicznych i organizacyjnych oraz metod, jakie przedsiębiorcy telekomunikacyjni są obowiązani stosować w celu zapewnienia bezpieczeństwa i integralności sieci lub usług, jasno wskazuje, że z każdym producentem można budować sieci 5G – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Mieczkowski, dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

We wrześniu zeszłego roku premier Mateusz Morawiecki i wiceprezydent USA Mike Pence podpisali deklarację dotyczącą wzmocnienia współpracy w zakresie bezpieczeństwa przy budowie sieci 5G, która – jak ocenia ekspert Digital Poland – mogła sugerować takie wykluczenie. Do tej pory nie miała ona jednak przełożenia na wdrażanie nowej technologii w Polsce. Jak ocenia Mieczkowski, nie wpłynie na to też zaplanowana na 15 sierpnia wizyta w Warszawie sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo.

– Jego wizyta w Czechach wiele nie zmieniła, więc i tutaj spodziewam się podobnego skutku – mówi Mieczkowski. – Trzeba też pamiętać, że 3 listopada są w USA wybory prezydenckie, a obecne sondaże dają dużą przewagę kontrkandydatowi Donalda Trumpa. Może więc nastąpić zmiana podejścia amerykańskiej administracji do wojny handlowej z Chinami, szczególnie że pierwsza umowa nie jest dotrzymywana.

Czesi odmówili podpisania dokumentu dotyczącego sieci 5G, powołując się na wspólne stanowisko UE, które nie wyklucza żadnego z dostawców infrastruktury.

Bezpieczeństwo sieci 5G jest obecnie odmieniane przez wszystkie przypadki. Na świecie wciąż trwają spekulacje dotyczące bezpieczeństwa informatycznego komponentów dostarczanych przez koncern technologiczny Huawei. Ekspert ocenia jednak, że są one jedynie efektem wojny handlowej i napiętych relacji pomiędzy Chinami i USA. Stany Zjednoczone w ubiegłym tygodniu przedstawiły program „Clean Network”, który ma na celu m.in. wyeliminowanie z rynku ICT produktów dostarczanych przez producentów wywodzących się z Chin.

– Bezpieczeństwo sieci komórkowych LTE było zawsze na wysokim poziomie. Nieznane są przypadki masowej inwigilacji czy podsłuchów dokonywanych przez producentów sprzętu z użyciem sieci komórkowych. Obiekcje na świecie pojawiły się wyłącznie w wyniku wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Ponieważ Chiny stały się znaczącym graczem na arenie międzynarodowej, oferując światu zaawansowane technologie, USA postanowiły ten porządek zmienić – wskazuje ekspert.

Eksperci podkreślają na ogół, że przy wdrażaniu nowego standardu telekomunikacyjnego należy oceniać warunki techniczne urządzeń, a nie wyłącznie miejsce pochodzenia. Do tej pory także Niemcy nie zdecydowały się na wyłączenie dostawców spoza Europy z budowy infrastruktury dla sieci 5G. Nie przewiduje tego opublikowany w tym tygodniu rządowy katalog bezpieczeństwa sieci 5G, który powstał w wyniku działań Unii Europejskiej zmierzających do spójnego podejścia w zakresie bezpieczeństwa nowej technologii.

– Katalog bezpieczeństwa oraz projekt funkcji krytycznych sieci 5G jasno wskazuje, że elementy radiowe nie są krytyczne, a dostawcy spoza Europy nie będą wykluczeni z sieci telekomunikacyjnych w Niemczech. Z racji dużej pozycji Niemiec w UE, w tym czołowej pozycji w przemyśle 4.0, należy spodziewać się, że podobne rozwiązania będą przyjmować inne kraje. Takie podejście jest pragmatyczne, bo eksperci z Niemiec doskonale wiedzą, że bezpieczeństwo sieci jest najważniejsze w warstwie sterowania w szkielecie sieci, a nie w części radiowej 5G. To powinno zachęcić inne państwa do przyjęcia podobnych regulacji – mówi Piotr Mieczkowski.

Zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej do końca tego roku kraje członkowskie UE muszą uruchomić 5G w co najmniej jednym dużym mieście. Natomiast do 2025 roku są zobowiązane zapewnić szerokie pokrycie tą siecią na głównych szlakach transportowych i obszarach miejskich (Europejska Agenda Cyfrowa). Według szacunków przytaczanych przez KE w 2025 roku w skali globalnej ta technologia będzie generować przychody rzędu 225 mld euro, co będzie mieć kluczowe przełożenie także na rozwój polskiej gospodarki.

Polski rynek telekomunikacyjny czeka teraz na ogłoszenie przez UKE aukcji częstotliwości dla 5G (3.4-3.8GHz), co zgodnie z zapowiedziami m.in. ministra Zagórskiego ma nastąpić w tym roku. Przy okazji pojawią się też dodatkowe wymagania dotyczące bezpieczeństwa nowego standardu.

– W projekcie decyzji rezerwacyjnej prezes UKE będzie musiał określić wymogi w zakresie bezpieczeństwa i integralności sieci telekomunikacyjnej, a następnie ten dokument będzie opiniowany przez Kolegium ds. Cyberbezpieczeństwa. W mojej ocenie to podejście jest błędne, ponieważ zaburza neutralność sieci, a anteny 5G będą przecież obsługiwać i inne pasma. Nie sposób więc łatwo i mądrze wdrożyć takie wymagania – mówi dyrektor zarządzający Fundacji Digital Poland.

Komercyjne wdrożenie nowego standardu zbliża się w Polsce dużymi krokami. Jak dotąd operatorzy wprowadzili technologię 5G bazując na częstotliwościach, które wykorzystywali dotychczas na potrzeby sieci poprzedniej generacji. Jednak zdaniem ekspertów to, co dziś operatorzy w Polsce oferują jako sieć 5G, stanowi zaledwie namiastkę prawdziwej sieci piątej generacji.

Popyt na usługi związane z przeprowadzkami znowu wysoki. Firmy przewozowe mają coraz więcej zleceń z kraju i zagranicy

W czasie pandemii znacząco spadł popyt na krajowe usługi przeprowadzkowe – wynika z raportu Clicktrans.pl. Firmy przewozowe miały też mniej zleceń związanych z transportem samochodów, natomiast w innych kategoriach – takich jak przewóz palet, motocykli, mebli, ale również zwierząt – zanotowały wzrosty. Gorzej wyglądała sytuacja ze zleceniami międzynarodowymi. Te jednak od połowy kwietnia notują tendencję wzrostową i już powróciły do poziomów sprzed pandemii.

– W okresie największych obostrzeń związanych z pandemią transport międzynarodowy odnotował duży spadek praktycznie we wszystkich rodzajach ładunków. Zupełnie inna sytuacja była natomiast w transporcie krajowym, bo tutaj obserwowaliśmy wzrost z wyjątkiem jedynie przeprowadzek i transportu samochodów. Jednak od połowy kwietnia był zauważalny trend wzrostowy i już w czerwcu wartość wszystkich zleceń transportowych wróciła do normy na wszystkich trasach – mówi agencji Newseria Biznes Michał Brzeziński, założyciel Clicktrans.pl.

Z analizy Clicktrans.pl wynika, że utrudnienia w przekraczaniu granic, a także niepewny rozwój sytuacji epidemicznej na świecie zahamowały przede wszystkim międzynarodowy transport mebli (spadek o 23 proc.), motocykli (-15 proc.) oraz samochodów (10,6 proc.), a także usługi przeprowadzkowe (spadek o blisko 12 proc.). Na trasach wewnątrz Polski liczba zleceń niemal wszystkich typów ładunków wzrosła. Wyjątkiem był transport związany z przeprowadzkami (spadek o 28,8 proc.) oraz przewozem aut (o 2,7 proc.).

– Przeprowadzki międzynarodowe spadły aż o 12 proc., a krajowe aż o 30 proc. Podobny spadek odnotowaliśmy w transporcie samochodów i rekordowy pod tym względem był kwiecień, gdy właściwie z miesiąca na miesiąc liczba zleceń spadła o 1/4. Nigdy wcześniej nie obserwowaliśmy takich zawirowań przez 10 lat funkcjonowania serwisu Clicktrans.pl – zauważa Michał Brzeziński.

Wewnątrz kraju przewieziono o ponad 10 proc. więcej maszyn i sprzętu (spadek o 11,8 proc. w zleceniach międzynarodowych). Nieznacznie wzrósł transport palet (międzynarodowy o 1,8 proc., a krajowy o 7,9 proc.). O 13,4 proc. zwiększyła się liczba zleceń na transport paczek wewnątrz kraju (w międzynarodowym transporcie spadek był minimalny – o 0,8 proc.).

W czasie obostrzeń nasza możliwość wychodzenia z domów była ograniczona, natomiast firmy transportowe mogły funkcjonować normalnie i przewozić duże przesyłki oraz zwierzaki w kraju i za granicą – wskazuje założyciel Clicktrans.pl.

Społeczna izolacja sprawiła, że częściej szukaliśmy towarzystwa zwierząt. Wzrosła liczba adopcji ze schronisk, a także liczba zleceń w krajowym (o 39,5 proc.) i międzynarodowym (o 11 proc.) transporcie zwierząt.

– Dużo częściej w okresie pandemii szukaliśmy profesjonalnych firm, które przewożą zwierzęta domowe – wskazuje Michał Brzeziński.

W przypadku większości typów ładunków na trasach krajowych i międzynarodowych spadły ceny w porównaniu z analogicznym okresem z zeszłego roku. To efekt większej konkurencji wśród przewoźników o zlecenia i większego niż wcześniej poszukiwania zleceń w internecie.

 W kwietniu i maju cena wszystkich zleceń transportowych spadła średnio o około 10 proc. Przykładowo ceny transportu palet spadły o 2,6 proc., ceny transportu mebli w kraju o 11 proc., a np. transport zwierząt za granicę był tańszy aż o 15 proc. – wylicza.

O 15 proc. staniały też usługi przeprowadzkowe w kraju, za to te zagraniczne wzrosły o blisko 6 proc.

Zdaniem eksperta, choć pandemia i możliwe kolejne ograniczenia z nią związane wywołują dużą niepewność w branży, to sytuacja nie jest zła.

– Sytuacja wraca do normy. Polacy z powrotem sprowadzają auta, przesyłają meble, różnego rodzaju duże przesyłki, a firmy zlecają transport różnych ładunków przemysłowych. Dane z czerwca i lipca są bardzo pozytywne – ocenia założyciel Clicktrans.pl.

Samoloty naddźwiękowe nowej generacji przyspieszą podróżowanie. Przy ich produkcji wykorzystywane będą innowacyjne technologie 3D [DEPESZA]

Po blisko 20 latach od wycofania ze służby Concorde’ów branża technologiczna ponownie zwraca się w stronę ponaddźwiękowych samolotów pasażerskich. Wdrożenie pojazdów tego typu do powszechnego użytku będzie wymagało skorzystania z nowych technologii, które umożliwią bezpieczne podróżowanie w ponaddźwiękowych prędkościach przy maksymalnej redukcji zanieczyszczenia środowiska przez silniki nowej generacji. Koncern Virgin Galactic nawiązał współpracę z firmą Rolls-Royce, która ma ułatwić skonstruowanie takich samolotów.

Korporacje podpisały memorandum, w którym zobowiązały się do zaprojektowania silników odrzutowych umożliwiających przywrócenie powszechnych lotów ponaddźwiękowych w sektorze pasażerskim. Według wstępnych założeń pierwsze egzemplarze silnika posłużą do napędzenia 19-osobowych pojazdów zdolnych do osiągnięcia prędkości mach 3 (ok. 3700 km/h) podczas przelotu na wysokości przeszło 18 kilometrów. Projekt jest we wczesnej fazie wdrożeniowej i zespół odpowiedzialny za jego rozwój dopiero opracowuje docelową konstrukcję silnika.

– Ujawniamy wstępną koncepcję projektu szybkiego samolotu, który naszym zdaniem łączy bezpieczne i niezawodne podróże komercyjne z niezrównaną obsługą klienta – podkreśla George Whitesides, Chief Space Officer w Virgin Galactic.

Inżynierowie muszą podjąć decyzję m.in. o materiałach, jakich użyć w procesie produkcyjnym, aby napęd spełniał wyśrubowane wymagania dotyczące zarządzania temperaturą, głośnością czy emisją spalin w trakcie pracy. Loty wykonywane za pośrednictwem nowych maszyn muszą spełniać zarówno warunki bezpieczeństwa, jak i mieć jak najmniejszy wpływ na środowisko.

– Wraz z innowacyjnym zespołem Rolls-Royce’a staramy się opracowywać zrównoważone, najnowocześniejsze systemy napędowe dla samolotów. Współpracujemy także z FAA [amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa – przyp. red.]. Poczyniliśmy ogromne postępy i nie możemy się doczekać otwarcia nowego rozdziału w podróżowaniu z dużą prędkością – podkreśla George Whitesides.

Marka Rolls-Royce, choć kojarzona głównie z luksusowymi samochodami i limuzynami, jest także producentem silników odrzutowych. To właśnie na czterech silnikach turboodrzutowych Rolls-Royce/Snecma Olympus 593 z dopalaczem opierał się naddźwiękowy samolot Concorde, którego ostatni lot odbył się w listopadzie 2003 roku.

– Rolls-Royce wnosi unikatową historię w dziedzinie napędu dużych prędkości, wliczając w to silniki dla Concorde’a. Światowej klasy możliwości techniczne pozwalają opracować i wdrożyć zaawansowane systemy napędowe potrzebne do napędzania komercyjnych lotów o prędkości kilku machów – mówi dyrektor generalny Rolls-Royce na Amerykę Północną.

Virgin Galactic nie jest jedyną firmą, która chce wejść na rynek samolotów ponaddźwiękowych. Już 7 października 2020 roku własny pojazd tego typu zaprezentuje firma Boom. Jej XB-1 będzie jednoosobowym samolotem odrzutowym służącym jako platforma testowa silników ponaddźwiękowych, które w przyszłości zostaną wykorzystane przy produkcji pełnowymiarowych samolotów pasażerskich Overture. XB-1 wykorzystuje symulatory 3D oraz technologię druku cyfrowego do produkcji podzespołów oraz narzędzi serwisowych. Dzięki zastosowaniu takich metod produkcja samolotów tego typu ma przebiegać szybciej i z większą efektywnością.

Z kolei inżynierowie z firmy Aerion pracują nad 12-osobowym samolotem biznesowym zdolnym do osiągnięcia prędkości mach 1.4 (1,728 km/h) i pokonania na jednym tankowaniu dystansu 7800 km. Aby ograniczyć wpływ silników Aerion na środowisko naturalne, firma podjęła rozmowy z kanadyjskim Carbon Engineering wyspecjalizowanym w produkcji zielonej energii. Wspólnymi siłami mają stworzyć paliwo, przy którego produkcji i spalaniu więcej dwutlenku węgla będzie pochłaniane niż emitowane do atmosfery.

Polscy pacjenci onkologiczni z szansą na rewolucyjną terapię już w przyszłym roku. Agencja Badań Medycznych wsparła ją kwotą 100 mln zł

Przełomowa terapia w leczeniu nowotworów może już wkrótce trafić do Polski. W efekcie leczenie zamiast ok. 1,5 mln zł będzie kosztowało 10-krotnie mniej. Agencja Badań Medycznych przekaże 100 mln zł na leczenie nowotworów przełomową terapią CAR-T. Terapia komórkami pozwala uzyskać całkowitą remisję u ok. 90 proc. chorych z ostrą białaczką limfoblastyczną, przy czym u połowy pacjentów ma ona charakter trwały. Grant ABM może wprowadzić Polskę do światowej czołówki w zakresie immunoterapii.

– Wprowadzenie do Polski przełomowej terapii CAR-T cells jest niezwykłym osiągnięciem i realizacją obietnicy, którą złożyliśmy polskim pacjentom. Współpraca międzynarodowa, którą rozpoczęliśmy głównie ze stroną amerykańską, owocuje dzisiaj konkursem na 100 mln zł, który ogłaszamy po to, żeby tę przełomową, innowacyjną terapię do Polski sprowadzić – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Agencja przekaże 100 mln zł na leczenie nowotworów przełomową terapią CAR-T. Nabór wniosków potrwa do 14 września. Dzięki grantowi Polska ma dołączyć do potęg w zakresie immunoterapii, takich jak USA czy Izrael.

– Konstrukcja konkursu zakłada, że będzie tylko jeden zwycięzca. Jeden ośrodek otrzyma całe 100 mln zł po to, żeby w ciągu najbliższych pięciu lat dostarczyć pacjentom tę terapię – tłumaczy Radosław Sierpiński.

Terapia CAR-T jest stosowana w leczeniu pacjentów z nowotworami krwi, u których inne terapie już zawiodły, w USA wykorzystuje się ją w leczeniu białaczki limfoblastycznej w ostrej postaci. Przyniosła spektakularne efekty, remisje sięgnęły 90 proc., a połowa pacjentów została całkowicie wyleczona (trwała remisja). Terapie CAR-T docelowo mogą też być stosowane u innych pacjentów onkologicznych. Jak przekonuje prezes Agencji Badań Medycznych, na rewolucyjnej metodzie skorzystają przede wszystkim najmłodsi pacjenci, w stosunku do których lekarze są już bezradni.

– W Polsce dotychczas kazuistycznie udawało się tę terapię dostarczyć, ale to leczenie kosztowało 1,5 mln zł, olbrzymie pieniądze, które musiały być zbierane poprzez ludzi dobrej woli po to, żeby mogła być sfinansowane. A sukces tej terapii wynosi blisko 50 proc., więc nie mówimy tutaj o  pojedynczych procentach, ale o wielkiej szansie na życie dla wielkiej grupy, szczególnie bardzo chorych dzieci – przekonuje.

Siłą technologii CAR-T jest krew pacjenta, a dokładnie – limfocyty T, które zostają ukierunkowane przeciwko komórkom nowotworowym. Nasz układ odpornościowy jest naturalną obroną naszego organizmu przed infekcjami, ale atakuje również komórki rakowe. Naukowcy odkryli, że komórka T może skanować organizm, aby ocenić, czy istnieje zagrożenie, które należy wyeliminować. Leczenie rozpoczyna się od usunięcia limfocytów T pacjenta za pomocą wirówki. Po usunięciu są one wysyłane do laboratorium, gdzie modyfikuje się ich DNA i przyłącza je do białek receptorowych. W tym procesie powstają chimeryczne receptory antygenowe (CAR), które mają zdolność namnażania się, co z kolei pomaga zidentyfikować i zniszczyć komórki rakowe.

– Wyznakowujemy poprzez bardzo zaawansowane metody inżynierii genetycznej własne komórki pacjenta. De facto doposażamy jego białe krwinki, czyli te, które walczą z nowotworem, o dodatkowe narzędzia do tego, żeby ta walka była skuteczniejsza – tłumaczy ekspert.

Polska ma już dostęp do nowoczesnych terapii w leczeniu nowotworów. Jednak CAR-T jest metodą zupełnie rewolucyjną, a co więcej – bardzo rozwojową. Niedawno odkryte przez naukowców właściwości komórek T mogłyby być stosowane w leczeniu innych nowotworów. Jeśli terapia na stałe wejdzie do Polski, uratuje życie setkom, a nawet tysiącom osób, które dotychczas, aby z niej skorzystać, musiały zbierać ogromne kwoty na leczenie w USA.

– Mamy nadzieję, że być może za kilka lat, kiedy naukowcy wytworzą tę terapię, nauczą się ją podawać pacjentom, będzie ona kosztować 200 tys. zł. A to jest już próg, który z punktu widzenia refundacji może zostać poniesiony i być może polscy pacjenci zyskają trwały dostęp do tego leczenia – mówi dr Radosław Sierpiński.

Leczenie tą metodą jest uważane za „żywy lek”, co oznacza, że ​​podane limfocyty T mogą utrzymywać się w organizmie pacjenta przez długi czas i kontynuować walkę z leczonym rakiem. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, już w przyszłym roku możemy zacząć leczyć metodą CAR-t pierwszych pacjentów w Polsce.

– Mam nadzieję, że w roku 2021 będziemy mogli wspólnie świętować pierwsze podania leku i pierwszych ozdrowieńców. W kolejnych latach liczba tych pacjentów będzie się tylko zwiększać, a jeżeli chodzi o wskazania do tej terapii, będzie to kilkaset czy kilka tysięcy osób leczonych rocznie – zapowiada prezes Agencji Badań Medycznych.

Jerzy Kropiwnicki straszy inflacją

Coraz częściej pojawiają się głosy mówiące o możliwym istotnym wzroście inflacji w Polsce w tym roku. Tym razem do dyskusji włączył się członek Rady Polityki Pieniężnej.

Gospodarka brytyjska po pandemii

Dzisiaj poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB i produkcji przemysłowej w Wielkiej Brytanii. Koronawirus nie obchodzi się z Wyspami łagodnie. W skali roku PKB spada o 16,8% a produkcja przemysłowa o 12,5%. Oczekiwania analityków były jednak o odpowiednio 1,7% i 0,6% słabsze. W rezultacie inwestorzy spojrzeli przychylniej na funta brytyjskiego i od rana widzimy wzrosty na GBP.

Ile wyniesie inflacja w Polsce?

W Radzie Polityki Pieniężnej nie ma jednomyślności i dobrze, dzięki temu mamy tam konfrontacje wielu różnych poglądów. Jednym z tzw. jastrzębi, czyli zwolennikiem utrzymywania stóp procentowych na relatywnie wyższych poziomach w celu walki z inflacją, jest Jerzy Kropiwnicki. Zwraca on uwagę na możliwy w tym roku wzrost inflacji powyżej celu inflacyjnego. Dotychczasowe projekcje inflacyjne mówią o 3,3%, z kolei teraz podkreślane są takie czynniki jak odłożony z powodu pandemii popyt, wzrost transferów socjalnych nie pokryty wzrostem produkcji oraz wzrost cen usług turystycznych. Gdyby faktycznie inflacja istotnie rosła, konieczna byłaby podwyżka stóp procentowych.

Nowa Zelandia nie zmienia stóp procentowych

W nocy poznaliśmy decyzję Królewskiego Banku Nowej Zelandii o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Gwałtownie zwiększono jednak skalę programu skupu aktywów. Osiągnęła ona 100 mld nowozelandzkich dolarów, to około 250 mld złotych. Skala teoretycznie nie robi wrażenie, ale warto przypomnieć, że Nowa Zelandia ma niecałe 5 milionów obywateli. W tym kontekście ta kwota robi zupełnie inne wrażenie. Na inwestorach również zrobiła, bo szybko zareagowali wycofywaniem się z dolara nowozelandzkiego.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jak zarabiać grając w gry komputerowe?

Wcale nie trzeba być zawodowym graczem w drużynie e-sportowej, by zarabiać na swoim hobby. Pasjonaci wirtualnej rozrywki mogą szukać zatrudnienia jako QA Testerzy w branży gamingowej, testując gry na etapie produkcji.

QA (quality assurance) Tester to dla wielu praca marzeń. W Polsce, gdzie swoje siedziby ma wielu producentów i wydawców gier komputerowych, nie jest to marzenie nierealne do spełnienia. Głównym zadaniem osoby na tym stanowisku jest wynajdywanie wszelkich błędów (tzw. bugów lub glitchy) i sytuacji, których deweloperzy nie przewidzieli.

– Dzisiejsze gry są bardzo mocno rozbudowane, a liczba interakcji naszego bohatera z różnymi obiektami w grze, innymi postaciami i całym otoczeniem jest wręcz nieograniczona. Przy tak licznej kombinacji nie jest wykluczone, że producentom coś umknęło, a QA Tester odpowiada za to, by takie niedociągnięcie odszukać – tłumaczy Paulina Mech, Dyrektor Human Resources w krakowskim wydawnictwie All in! Games, firmy notowanej na Głównym Parkiecie GPW.

Ważne jest też to, by przewidzieć jak zachowają się w danej sytuacji inni gracze i z czym mogą mieć problemy. By tego dokonać, trzeba poświęcić godziny na daną grę, przechodząc kolejne poziomy, korzystając z wszystkich możliwych postaci, przy różnych ustawieniach graficznych i na jak największej ilości sprzętów. Dzięki pracy testera wydawca ma pewność, że wypuszcza na rynek w pełni skończony i pozbawiony defektów produkt.

Praca i pasja

– Jeśli ktoś w czasie wolnym spędza godziny przed komputerem lub konsolą, ma spore umiejętności zręcznościowe, czerpie dużą przyjemność z grania i doskonale zna branżę gamingową, to z pewnością może to być dla takiej osoby znakomita okazja – dodaje Paulina Mech. W tym zawodzie nie istnieje zjawisko trudnych poniedziałków, łączymy przyjemne z pożytecznym i spędzamy czas w biurze z ludźmi, którzy dzielą nasze zainteresowania. Trudno wyobrazić sobie bardziej atrakcyjny zawód – dodaje Paulina Mech.

Oczywiście sama pasja na tym stanowisku nie wystarcza. Trzeba się też wykazać szczegółowością, odrobiną kreatywności, zdolnościami analitycznymi, komunikacji oraz umiejętnością radzenia sobie ze stresem, gdyż w tej branży często wisi nad nami deadline. Jako, że większość gier wydawanych jest w języku angielskim, przeważnie konieczne jest operowanie tym językiem na zaawansowanym poziomie. Najczęściej nie jest wymagane wykształcenie kierunkowe.

Wszystkie aspekty pracy

Większość dnia QA Testera to faktycznie granie w gry, choć jego obowiązki obejmują również inne elementy. Po zakończeniu testów należy opracować szczegółowy raport i dokumentację, z dokładnym opisem reprodukcji błędów oraz swoimi spostrzeżeniami dla deweloperów.

– Praca na tym stanowisku na pewno należy do bardzo ciekawych, choć przed aplikowaniem należy wziąć pod uwagę kilka kwestii. Tester rzadko kiedy ma możliwość testowania gry, którą sam sobie wybierze. Może być zatem tak, że pasjonat strzelanek spędzi kilka tygodni na grze rodzinnej. Trzeba się też liczyć z tym, że momentami nasze czynności mogą sprawiać wrażenie monotonnych, gdy trzeba będzie dokładnie przeanalizować jeden aspekt gry – mówi Dyrektor HR w All in! Games, gdzie pracuje obecnie 14 testerów, a rekrutowanych jest kilku, albo nawet kilkunastu kolejnych.

Szanse na zatrudnienie i zarobki

Branża gamingowa jest jedną z najszybciej rozwijających się, więc praca w tej gałęzi należy do stosunkowo stabilnych. Ogólnoświatowy kryzys związany z pandemią wydaje się nie mieć tak dużego wpływu na ten sektor w porównaniu z innymi branżami, więc procesy rekrutacyjne w tego typu firmach nie musiały być zawieszone.

– Wynagrodzenie na stanowisku QA Testera powinno zainteresować osoby młode, wchodzące na rynek pracy i chcące postawić pierwsze kroki w branży gamingowej. Może to być np. początek drogi do zawodu producenta gier – podsumowuje Paulina Mech.

Obok przyjemnych obowiązków, ważnym argumentem przemawiającym za aplikowaniem na to stanowisko jest też przyjazne środowisko pracy, którym charakteryzują się firmy z sektora tzw. gamedevu. Pracownik może liczyć na nowoczesne biuro, elastyczne godziny pracy oraz gamę benefitów pracowniczych.

Obowiązki spoczywające na podatnikach podatku od środków transportowych

Przedsiębiorcy posiadający w swojej flocie pojazdy powyżej 3,5 tony powinni zwrócić uwagę na rozliczenia podatku od środków transportowych. Jest to podatek rozliczany lokalnie przez urząd gminy, a nie przez urzędy skarbowe. Dlatego część podatników zobowiązanych do rozliczenia podatku może nie być tego świadoma. Znajomość zasad i obowiązków związanych z rozliczeniem podatku od środków transportowych pozwala na uniknięcie negatywnych konsekwencji realizacji ryzyka podatkowego oraz w pewnych sytuacjach na optymalizację podatkową i poprawę płynności.

Co podlega podatkowi od środków transportowych?

Ustawa o podatkach i opłatach lokalnych w art. 8 wskazuje, jakie środki transportu podlegają opodatkowaniu. W pierwszej kolejności są to samochody ciężarowe o dopuszczalnej masie całkowitej wyższej niż 3,5 tony. Kolejna grupa to ciągniki siodłowe i balastowe przystosowane do używania łącznie z naczepą lub przyczepą o dopuszczalnej masie całkowitej zespołu pojazdów wyższej niż 3,5 tony. Ponadto opodatkowaniu podlegają przyczepy i naczepy, jeżeli posiadają dopuszczalną masę całkowitą łącznie z pojazdem silnikowym wynoszącą 7 ton. Ostatnią kategorią są autobusy.

Organy podatkowe nie są uprawnione do określania parametrów technicznych pojazdu, takich jak np. dopuszczalna masa całkowita. Powinny w tym zakresie bazować na danych wynikających z dowodu rejestracyjnego, pozwolenia czasowego czy świadectwa homologacji lub karty pojazdu (por. wyrok WSA w Poznaniu z dnia 11 kwietnia 2017 r., sygn. I SA/Po 1276/16). W konsekwencji podatnicy, chcąc uniknąć sporu z organem podatkowym, muszą zadbać o poprawność danych technicznych, w szczególności tych znajdujących się w dowodzie rejestracyjnym.

Należy także zaznaczyć, że ustawa nie określa odrębnych stawek w zależności od stopnia zużycia czy stanu technicznego środka transportu (por. wyrok WSA w Gliwicach z dnia 14 grudnia 2016 r., sygn. I SA/Gl 921/16). Oznacza to więc, że do rozliczenia podatku będą także zobowiązani podatnicy posiadający bardzo stare, mało wykorzystywane środki transportu.

Podatnicy podatku od środków transportu

Obowiązek rozliczenia podatku od środków transportu ciąży na osobach fizycznych i prawnych, które są właścicielami środków transportowych. Jako właściciela uznaje się także jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej, na które zarejestrowany jest pojazd, a także posiadaczy środków transportowych zarejestrowanych w Polsce jako powierzonych przez zagraniczne podmioty. W przypadku współwłasności środków transportu obowiązek rozliczenia podatku obciąża solidarnie wszystkich współwłaścicieli. W przypadku zmiany właściciela obowiązek ten spoczywa na poprzednim właścicielu do końca miesiąca, w którym nastąpiło przeniesienie własności. Podatek w takiej sytuacji kalkuluje się proporcjonalnie.

Kiedy powstaje obowiązek podatkowy?

Obowiązek podatkowy powstaje od pierwszego dnia kolejnego miesiąca po miesiącu, w którym pojazd został zarejestrowany, albo – w przypadku nabycia zarejestrowanego już środka transportu – od pierwszego dnia miesiąca, w którym pojazd ten został nabyty. Ponadto w przypadku upływu okresu, na jaki została wydana decyzja o wycofaniu pojazdu z ruchu, obowiązek podatkowy powstaje od pierwszego dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym pojazd został ponownie dopuszczony do ruchu. Warto wskazać, że ustawodawca przez zarejestrowanie środka transportu rozumie jego rejestrację z wyjątkiem rejestracji czasowej. Innymi słowy, dopiero rejestracja trwała wpływa na moment powstania obowiązku podatkowego.

Obowiązek podatkowy wygasa z końcem miesiąca, w którym środek transportu został odpowiednio sprzedany, wyrejestrowany lub została wydana decyzja o czasowym wycofaniu pojazdu z ruchu drogowego.

Obowiązki podatnika

Podatnicy podatku od środków transportowych obowiązani są składać na formularzu urzędowym odpowiednie deklaracje na podatek. Deklaracje składa się do właściwego organu podatkowego, którym w tym przypadku jest gmina, na terenie której znajduje się miejsce zamieszkania lub siedziba podatnika. W przypadku przedsiębiorstw zakładowych o właściwości organu podatkowego decyduje położenie zakładu, do którego jest przypisany środek transportu podlegający opodatkowaniu.

Wspomniane deklaracje na podatek transportowy podatnik powinien złożyć w terminie do 15 lutego za dany rok podatkowy. W przypadku, gdy obowiązek podatkowy powstanie po tym terminie, podatnik ma 14 dni od dnia zaistnienia okoliczności uzasadniających powstanie tego obowiązku na złożenie deklaracji. Korekta deklaracji powinna nastąpić także w terminie 14 dni od daty zaistnienia okoliczności.

Stawki i płatność podatku

Stawki podatku od środków transportowych są bardzo różne i zależą od wielu składników. Określane są one przez radę właściwej gminy i nie mogą przekraczać stawek wynikających z ustawy. Oznacza to, że w różnych gminach opodatkowanie środków transportu może być inne. Taka konstrukcja i możliwość różnicowania stawek prowadzić może do optymalizacji podatkowych, a oszczędności są widoczne w szczególności w przypadku posiadania dużej liczby tego typu środków transportu. Warto dodać, że rada gminy może uchwalić inne stawki dla pojazdów nowszych, a inne dla starszych.

Co do zasady płatność podatku następuje w dwóch okresach w ciągu roku tj. do 15 lutego oraz do 15 września każdego roku, proporcjonalnie do czasu trwania obowiązku podatkowego. Innymi słowy, jeżeli podatnik nabył lub zarejestrował pojazd przed rozpoczęciem roku podatkowego i nie będzie go sprzedawał, to musi rozliczyć połowę podatku do 15 lutego, a drugą połowę do 15 września danego roku.

W przypadku powstania obowiązku podatkowego w trakcie roku podatkowego po 15 lutego podatnik musi rozliczyć pierwszą ratę (połowę) podatku za dany rok w ciągu 14 dni od daty powstania obowiązku podatkowego oraz kolejną ratę do 15 września danego roku. Po 1 września podatek jest płatny jednorazowo.

W sytuacji wygaśnięcia obowiązku podatkowego podatnik może wystąpić o zwrot nadpłaconego podatku. W tym celu należy skalkulować wartość dotychczas zapłaconego podatku oraz podatku należnego proporcjonalnie. Ponadto podatnik może ubiegać się o zwrot podatku w przypadku tzw. transportu kombinowanego tj. wykorzystania w transporcie kolei. Preferencja ta przysługuje w zależności od liczby jazd koleją w trakcie roku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Dane Ministerstwa Cyfryzacji: Tylko w pół roku Polacy utracili ponad 140 tys. dowodów osobistych

O blisko 51 tys. spadła liczba zgłoszeń utraty dowodów osobistych. Jak informuje Ministerstwo Cyfryzacji, od stycznia do czerwca 2020 roku odnotowano ponad 141 tys. takich przypadków. Z kolei w analogicznym okresie ub.r. było ich przeszło 193 tys. Natomiast policja nie ma danych dot. stricte kradzieży tych dokumentów. Ale przedstawia statystyki związane z przestępstwem posługiwania się cudzym dokumentem. Od stycznia do kwietnia br. takich sytuacji było prawie 1600, a w całym 2019 roku – blisko 7400.

Z danych Ministerstwa Cyfryzacji wynika, że w pierwszym półroczu 2020 roku było 142 540 zgłoszeń utraty dowodów osobistych. W analogicznym okresie ubiegłego roku takich przypadków odnotowano 193 240. Jednak w tych statystykach nie są uwzględnione przyczyny utraty dokumentu. Jak zaznacza Bartłomiej Drozd, ekspert z serwisu ChronPESEL.pl, Polacy w ostatnich miesiącach rzadziej się przemieszczali z powodu epidemii. Okazji do kradzieży lub zgubienia dowodów osobistych było przez to dużo mniej.

– Spadek jest spowodowany przede wszystkim pandemią i lockdownem. Jednakże należy podkreślić, że rośnie również świadomość społeczeństwa. Zaczynamy lepiej chronić nasze dane osobowe. One są cenne, a ich utrata może wiązać się z kradzieżą tożsamości – komentuje adwokat Marcin Zadrożny rzecznik prasowy Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak informuje Wioletta Szubska z Wydziału Prasowego Komendy Głównej Policji, danych dot. stricte kradzieży dowodów osobistych nie ma. Natomiast art. 275 kk wskazuje na osoby posługujące się cudzym dokumentem. Z paragrafu 1 wynika, że kradzież lub przywłaszczenie podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2. Natomiast w paragrafie drugim jest wymieniona taka sama kara. Ona przewidziana jest dla tego, kto bezprawnie przewozi, przenosi lub przesyła za granicę dokument stwierdzający tożsamość innej osoby albo jej prawa majątkowe.

– Dochodzi do przestępstw stypizowanych w art. 275 kk, ponieważ ktoś chce ukryć swoją tożsamość. Bardzo często usiłuje w ten sposób popełnić wykroczenie lub przestępstwo. Należy również pamiętać o art. 190a par. 2 kk. W tym przypadku mowa jest o karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8. Grozi ona temu, kto podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje np. jej wizerunek czy dane osobowe w celu wyrządzenia jej szkody majątkowej lub osobistej – podkreśla mec. Zadrożny.

Jak wynika z danych KGP, od stycznia do kwietnia br. stwierdzono 1584 przestępstwa z art. 275 kk, z czego z paragrafu 1 – 1581, a z paragrafu 2 – 3 takie przypadki. Natomiast w całym ubiegłym roku było ich 7339 (odpowiednio 7327 i 12), a w 2018 roku – 7889 (7881 i 8). Wioletta Szubska zaznacza, że złodzieje kradną naszą tożsamość zwykle w celu osiągnięcia korzyści majątkowych. Zakładają na cudze nazwiska konta bankowe, biorą kredyty czy oszukują podczas aukcji internetowych.

– Gdy podejrzewamy, że osoba trzecia mogła wejść w sposób nieuprawniany w posiadanie naszego dowodu osobistego, powinniśmy go od razu zastrzec w Systemie Dokumentów Zastrzeżonych. Możemy to zrobić m.in. w każdym banku, a następnie zgłosić fakt utraty dokumentu w urzędzie gminy albo przez Internet z wykorzystaniem profilu zaufanego. Jeżeli dowód został skradziony lub podejrzewamy kradzież tożsamości powinniśmy niezwłocznie udać się do komisariatu – informuje ekspert Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Jak podkreśla Wioletta Szubska, najczęściej kradzione są dowody osobiste, które zawierają dane wrażliwe, tzn. imię i nazwisko, adres zameldowania oraz numer PESEL. Według mec. Zadrożnego, brak adresu zameldowania w dokumencie nie jest dużym utrudnieniem dla przestępców, którzy chcą wykorzystać tożsamość innej osoby. Zawierając jakąś umowę, zazwyczaj podajemy adres zamieszkania. Ekspert zaznacza, że wykorzystując cudzą tożsamość, próbowano w 2019 roku wyłudzić 5,1 tys. kredytów na łączną kwotę ponad 280 mln zł. Statystycznie w I kwartale br. do bazy dokumentów zastrzeżonych trafiało 543 zgłoszeń dziennie. Dane są zatrważające.

– Dowód osobisty jest tylko nośnikiem naszych danych osobowych. Przestępcy nie muszą dzisiaj kraść portfeli czy skanować dokumentów, żeby wejść w posiadanie informacji. Oczywiście należy ich pilnować i nie dopuszczać do sytuacji, w których gdzieś je zostawiamy, np. w wypożyczalni sprzętu. Ale musimy mieć też świadomość, że to nie wystarczy, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo – mówi Bartłomiej Drozd.

Jeżeli to możliwe, nie powinniśmy dawać naszego dokumentu tożsamości do ręki osoby trzeciej. Mec.  Zadrożny radzi, żeby trzymać samemu dokument, a w razie konieczności ktoś przepisze potrzebne dane. A jeżeli już przekazujemy go komuś, to nie należy spuszczać z niego wzroku. Natomiast Wioletta Szubska dodaje, że to od nas samych zależy, czy zminimalizujemy szansę na wszelkiego rodzaju oszustwa, czy też zwyczajnie je ułatwimy.

– Liczba utraconych dowodów osobistych spada, ale wciąż jednak dochodzi do takich sytuacji. Na pewno wpływ na to ma brak ostrożności Polaków. Jednak pamiętajmy też o dowodach kolekcjonerskich. Złodzieje często posługują się nie tyle skradzionym, co sfałszowanym dokumentem – podsumowuje ekspert z serwisu ChronPESEL.pl.

Programy wellbeing i aktywność fizyczna odpowiedzią na stres pracowników w czasie pandemii

Programy wellbeing i aktywność fizyczna odpowiedzią na <a title=stres pracowników w czasie pandemii" title="Programy wellbeing i aktywność fizyczna odpowiedzią na stres pracowników w czasie pandemii" />

Niepewność i związane z tym poczucie utraty kontroli, wynikające z przedłużającej się pandemii, wywołują stan ciągłego stresu, który może wpływać na samopoczucie pracowników oraz ich efektywność w pracy. Coraz więcej pracodawców dostrzega ten problem rozumiejąc, że troska o dobrostan psychiczny i fizyczny pracowników to nie przejaw fanaberii, a odpowiedzialności. Badania pokazują, że aż 67% międzynarodowych firm planuje zwiększyć zakres programów wellbeing. Takie działania obejmują m.in. zarządzanie stresem, promocję aktywności fizycznej, zdrowego odżywania czy wspieranie pozazawodowej integracji pracowników. W zgodzie z tym zjawiskiem jest również fakt, że coraz więcej pracodawców w Polsce „odmraża” karty sportowe przyznane w ramach benefitów pracowniczych. W lipcu liczba aktywowanych kart MultiSport wzrosła o 42% wobec końca czerwca br.

Wyniki badania „Wpływ pandemii COVID-19 na emocje, przekonania i zachowania Polaków” Uniwersytetu SWPS i PAN wykazały, że obawy związane z koronawirusem mają w Polsce bardzo wysoki poziom. Aż 26% ankietowanych określiło, że czasem ich zdenerwowanie jest bliskie paniki. Trwająca pandemia może pogarszać stan zdrowia Polaków na przynajmniej dwóch poziomach. Bezpośrednio będąc źródłem dystresu, czyli negatywnie postrzeganego stresu oraz pośrednio, jeszcze bardziej zmniejszając naszą aktywność fizyczną, a w konsekwencji ograniczając skuteczność w radzeniu sobie z napięciem i pogarszając stan zdrowia psychicznego i fizycznego. Tworzy się błędne koło – analizuje sytuację Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia, związany m.in. z SWPS, który od lat prowadzi wykłady i szkolenia nt. radzenia sobie ze stresem i wspiera firmy w tworzeniu pracowniczych programów wellbeing.

W związku z zasięgiem pandemii problem zwiększonego stresu jest globalnym zjawiskiem, dostrzeganym przez firmy na całym świecie. Na dłuższą metę problemy pracowników stają się problemami pracodawców, bo nie od dziś wiadomo, że istnieje korelacja między stresem pracownika a jakością pracy. Według badania „2020 COVID-19 Benefits Survey” firmy Willis Towers Watson, aż 51% firm przewiduje, że pandemia wpłynie negatywnie na efektywność pracy zatrudnianych osób. Jednocześnie 61% badanych firm spodziewa się negatywnego wpływu pandemii na dobrostan pracowników. W efekcie zdecydowana większość, 67% pracodawców, ma w planach zwiększenie zaangażowania w programy wellbeing i benefity pracownicze. Uwaga ma być skierowana zwłaszcza na zdrowie psychiczne oraz zarządzanie stresem. Co ciekawe, blisko połowa badanych międzynarodowych korporacji (49%) szkoli swoich menadżerów w rozpoznawaniu oznak lęku czy depresji wśród podwładnych, a 27% firm rozważa takie rozwiązanie. Jednocześnie zdecydowana większość pracodawców (72%) promuje wśród pracowników pracujących zdalnie zdrowy tryb życia, w tym aktywność fizyczną.

Bez względu na to, czy model pracy zdalnej stwarzał trudności, czy też dobrze sprawdził się w danej organizacji, przebywanie w domu przez długi czas jest ogromnym wyzwaniem dla zdrowia psychicznego i fizycznego. Nasza rzeczywistość wymaga aktualnie ogromnej zdolności do szybkiego przystosowywania się. Właśnie dlatego troska o dobrostan jest rozpoznawana jako coraz ważniejsza kompetencja. Jej składnik stanowi zdolność do konstruktywnego relaksowania się oraz regularnej aktywności fizycznej. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy, jak ważny dla zdrowia psychicznego jest regularny ruch. Powszechne jest przekonanie, że aktywność fizyczna poprawia nastrój za sprawą endorfin. W rzeczywistości zawdzięczamy jej znacznie więcej – przekonuje psycholog Mateusz Banaszkiewicz.

Duże badanie amerykańskie „The National Study od Daily Experiences” monitorowało aktywność fizyczną i nastrój ponad dwóch tysięcy osób dorosłych. Uczestnicy co wieczór byli pytani o najbardziej stresujące zdarzenie jakie spotkało ich w ciągu dnia. W dni, w które byli aktywni, stresujące zdarzenia takie jak nieprzyjemna sytuacja w pracy czy opiekowanie się bliską, chorą osobą, były mniej obciążające dla psychicznego dobrostanu.

Wiele wskazuje na to, że firmy w Polsce dostrzegają te zależności i korzyści wynikające z aktywności sportowej, zwłaszcza teraz, gdy wiele osób odczuwa zwiększone napięcie związane z sytuacją pandemii. Pozytywnym trendem, który idzie w parze z tym stwierdzeniem jest wzrost na nowo aktywowanych kart MultiSport, które są popularnym benefitem pozapłacowym i motywują pracowników do regularnych ćwiczeń.

– Aktywność fizyczna skutecznie niweluje negatywne skutki lockdownu, w tym długotrwały stres, a korzystający z klubów sportowych mogą czuć się bezpiecznie podczas treningów ze względu na podwyższone normy sanitarne obowiązujące obiekty sportowo-rekreacyjne – mówi Adam Radzki, członek zarządu spółki Benefit Systems, która stworzyła Program MultiSport. – Od drugiej połowy czerwca obserwujemy postępujący wzrost aktywności użytkowników programu MultiSport. Z początkiem lipca odsetek „odmrożonych” kart sportowych wzrósł o ponad 42% wobec czerwca. To oznacza, że około 710 tysięcy osób postanowiło wrócić do sportu i regularnych treningów, a pracodawcy ich w tym wspierają. Nikogo nie trzeba przekonywać, że sport to zdrowie, jednak by zwiększyć motywację do aktywności fizycznej, zwłaszcza po okresie izolacji społecznej, realizujemy liczne działania wspierające powroty do treningów w obiektach sportowych i na świeżym powietrzu. Jak co roku, uruchomiliśmy wakacyjną grywalizację „W 60 dni dookoła lata”, w której nagradzamy najaktywniejszych, a także wspólnie z Użytkownikami programu MultiSport wspieramy akcje charytatywne – dodaje Adam Radzki.

Wszystkie obiekty sportowo-rekreacyjne w Polsce (jak kluby fitness, siłownie, szkoły tańca) podlegają tym samym, podwyższonym normom sanitarnym. Obowiązuje w nich m.in. konieczność zachowania dystansu społecznego,  dezynfekcji rąk oraz wykorzystywanego sprzętu sportowego. W klubach można korzystać z przebieralni, toalet czy pryszniców i, zgodnie z wytycznymi Głównego Inspektoratu Sanitarnego, nie ma konieczności ćwiczenia w maskach.

Czy pożyczka hipoteczna może zastąpić kredyt?

0

Pożyczka hipoteczna to niezbyt popularny produkt bankowy, który jednak może okazać się bardzo użyteczny. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl opisują jego najważniejsze zasady.

Pożyczki kojarzą się głównie z bankowymi lub pozabankowymi produktami niezabezpieczonymi hipoteką. Mówiąc o pożyczkach, zwykle mamy też na myśli produkty finansowe, które służą do finansowania bieżących wydatków. Natomiast finansowanie potrzeb mieszkaniowych najczęściej jest kojarzone z kredytem zabezpieczonym hipoteką. Trudno się zatem dziwić, że wiele osób dokładnie nie zna zasad funkcjonowania pożyczek hipotecznych. Są one elementem oferty banków i SKOK-ów, który pod względem popularności ustępuje pożyczkom konsumpcyjnym (kredytom gotówkowym) oraz kredytom mieszkaniowym. Nie oznacza to jednak, że pożyczki hipoteczne nie są użyteczne. Wręcz przeciwnie – mogą one posłużyć do łatwego sfinansowania różnych potrzeb mieszkaniowych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl wyjaśniają zasady działania takich pożyczek z zabezpieczeniem hipotecznym. 

Pożyczka hipoteczna pomoże nam sfinansować różne potrzeby

Warto wiedzieć, że główna różnica pomiędzy kredytem mieszkaniowym (hipotecznym) oraz pożyczką hipoteczną wiąże się z rolą nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie. Osoba zaciągająca kredyt mieszkaniowy chce nabyć dom, niezabudowaną działkę lub lokal mieszkalny, a hipoteka obciążająca tę nieruchomość będzie stanowiła zabezpieczenie należności banku. W przypadku pożyczki hipotecznej, sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.

Chodzi o to, że klient wykorzystuje obecnie posiadaną nieruchomość mieszkaniową lub gruntową do zaciągnięcia nowego zobowiązania. Pożyczane pieniądze mogą posłużyć do realizacji celów mieszkaniowych (np. gruntownego remontu mieszkania) lub zupełnie innych celów. Warto pamiętać, że w przypadku pożyczek hipotecznych oferowanych konsumentom (osobom nieprowadzącym działalności gospodarczej) wypłacone pieniądze powinny zostać spożytkowane na cele prywatne. Analogicznie, pożyczka hipoteczna dla firm musi finansować potrzeby związane z działalnością gospodarczą. Lekceważenie wspomnianych zasad może skutkować wypowiedzeniem umowy pożyczkowej przez bank lub SKOK.

Dzięki hipotece można pożyczyć dużo pieniędzy na wiele lat …

Wykorzystanie hipoteki jako zabezpieczenia pożyczki zapewnia możliwość rozłożenia spłaty długu nawet na 15 lat – 25 lat. Maksymalna wysokość pożyczki hipotecznej będzie natomiast zależała od wartości posiadanego domu, mieszkania lub gruntu. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że w przypadku hipotecznych pożyczek, banki zwykle stosują niższe limity wskaźnika LtV niż dla kredytów mieszkaniowych (LtV = wartość długu/wartość mieszkania). W obecnych warunkach, zwykle nie można pożyczyć kwoty przekraczającej 60% – 70% ceny rynkowej nieruchomości. Często okazuje się, też że pożyczki hipoteczne mają minimalny limit kwotowy wynoszący na przykład 30 000 zł – 60 000 zł.

Pewna różnica względem kredytów mieszkaniowych dotyczy także oprocentowania i prowizji. Oprocentowanie pożyczek hipotecznych również składa się ze zmiennej stopy referencyjnej (zwykle WIBOR-u 3M/6M) oraz stałej marży. Taka marża prawdopodobnie będzie jednak wyższa niż w przypadku kredytu mieszkaniowego o podobnej wielkości. Większym kosztem może być również prowizja przygotowawcza naliczana po zawarciu umowy. Pozostałe koszty dotyczące kredytu mieszkaniowego i pożyczki hipotecznej zwykle kształtują się na podobnym poziomie. Przykład stanowi prowizja za wcześniejszą spłatę i opłata za wycenę nieruchomości.

Warto wspomnieć, że posiadacz pożyczki hipotecznej w celu uzyskania niższej prowizji lub marży może zostać zmuszony do wykupienia polisy (np. ubezpieczenia na życie). Do momentu wpisania hipoteki przez sąd wieczystoksięgowy, bank prawdopodobnie naliczy wyższą marżę w ramach tzw. ubezpieczenia pomostowego. Co ważne, większość banków i SKOK-ów jako zabezpieczenie pożyczki akceptuje tylko nieruchomości nie posiadające aktualnie innych obciążeń hipotecznych.

Pożyczkobiorca hipoteczny także podlega ustawowej ochronie

Podobieństwa kredytu hipotecznego i pożyczki hipotecznej dotyczą także kwestii związanych z prawnym statusem tych dwóch produktów finansowych. Pożyczki oraz kredyty z hipoteką, które zostały udzielone najwcześniej 22 lipca 2017 roku i finansują prywatne potrzeby, będą podlegały przepisom ustawy z dnia 23 marca 2017 r. o kredycie hipotecznym oraz o nadzorze nad pośrednikami kredytu hipotecznego i agentami (Dz.U. 2017 poz. 819). Ten akt prawny jest ważny, ponieważ przewiduje liczne korzyści i uprawnienia dla kredytobiorcy. Jako przykład można podać ograniczenie wysokości prowizji za wcześniejszą spłatę i prawo niewypłacalnego klienta do dobrowolnej sprzedaży nieruchomości.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Pracownicy banków ryzykują wyciek danych [Bezpieczeństwo Polskich Banków – Raport]

Firma WebTotem przeanalizowała bezpieczeństwo 33 działających w Polsce banków. Wyniki nie są zadowalające. Jednym z najczęściej pojawiających się problemów jest używanie bankowych kont pocztowych w innych serwisach, co grozi przejęciem takiego konta przez hakerów.

Zajmująca się monitoringiem bezpieczeństwa sieci firma WebTotem, w ramach udziału w programie akceleracyjnym Poland Prize, w pierwszym kwartale tego roku przeanalizowała całą polską sieć, odkrywając m.in. ponad 3 tysiące zawirusowanych stron. Jedynie 16,5 proc. domen z rozszerzeniem .pl miało wówczas poprawnie działające certyfikaty SSL.

Tym razem WebTotem wziął na warsztat strony polskich banków. Test przeprowadzony przez firmę nie był testem penetracyjnym, czyli był przeprowadzany w sposób etyczny, bez ingerencji w strony banków. Analizowane były informacje, które są dostępne publicznie. W większości badanych punktów wystarczyło wysłać zapytania HTTP i DNS oraz przeanalizować odpowiedzi pochodzące od serwera.

Celem badania było określenie potencjalnych wektorów ataku, które mogą być wykorzystywane przez hakerów. – Cyberprzestępca może łatwo stworzyć listę kontrolną ustawień bezpieczeństwa, taką jak nasza, i używać jej do kolejnych prób wtargnięcia na stronę – wyjaśnia Viktoria Umanska, Chief Business Development Officer WebTotem.

Co odkrył WebTotem?

Żadna strona banku nie jest w stu procentach szczelna

Bezpieczeństwo polskich banków WebTotem ocenił na 61 proc., przy czym nie znalazł się ani jeden, który nie miałby żadnych uchybień. – Najlepiej oceniane banki miały jedynie drobne niedociągnięcia, ale nie znaleźliśmy takiego, który byłby w stu procentach bezpieczny – zauważa Viktoria Umanska.

Główny problem: ludzie

Jednym z najpoważniejszych zdiagnozowanych przez badaczy z WebTotem problemów polskich banków jest podatność na wycieki informacji. Bierze się on przede wszystkim stąd, że pracownicy używają firmowego adresu e-mail banku w celu rejestracji na różnych, zewnętrznych serwisach internetowych. Co więcej, służbowe adresy e-mailowe osób pracujących w bankach pojawiają się w publicznej przestrzeni internetu w wypadku 20 z 33 przebadanych banków.

bank 1

Dlaczego ten aspekt badania jest ważny? Szacuje się, że nawet w 90 proc. przypadków, użytkownicy korzystają z tego samego hasła w różnych serwisach. Hakerzy mogą więc, po przejęciu dostępu do konta np. w serwisie społecznościowym, uzyskać dostęp do korespondencji i dokumentacji firmowej, a także do danych klientów, a wrażliwe informacje tak uzyskane, mogą być użyte do ataku na system informatyczny banku.

Co trzeci badany bank ma problemy z bezpieczeństwem poczty

Wyciek informacji to nie jedyny problem związany z bankowymi mailami. WebTotem przebadał serwery pocztowe banków za pomocą dziewięciu testów – sprawdzając między innymi, czy serwer poczty “odpytuje” zwrotnie przychodzące maile, czy może otrzymywać spam ze sfałszowanych adresów mailowych lub czy używane są domyślne, nieszyfrowane porty POP3 i IMAP.

Niemal jedna trzecia badanych banków ma problemy z bezpieczeństwem serwerów pocztowych, przy czym w wypadku 4 proc. banków są to problemy poważne.

Bank, którego poczta nie jest w pełni zabezpieczona, jest bardziej podatny m.in. na ataki ransomware (podczas którego konto pocztowe lub komputer blokowany jest przez szkodliwe oprogramowanie), wirusy i robaki internetowe czy przejęcie konta pocztowego. Pracownicy dostają także większą liczbę spamerskich wiadomości.

bank 2

Jaki jest klucz do efektywnej pracy zdalnej?

Epidemia COVID-19 pokazała, że wiele firm może z łatwością przełączyć się na system pracy zdalnej. Okazuje się, że telepraca to szansa na więcej czasu wolnego dla pracownika, a działając z domu możemy zaoszczędzić aż 1,4 dnia roboczego, wykorzystując czas bardziej efektywnie niż w biurze. Oszczędność w postaci 12 godzin w miesiącu wymaga jednak odpowiedniej organizacji.

Jak sprawić, by telepraca była równie efektywna, jak ta w biurze?

Telepraca może być równie efektywna, ale o wiele trudniej to osiągnąć. I właśnie dlatego istnieje tak wiele narzędzi, które pomagają rozwiązywać wszelkiego rodzaju problemy, starają się naśladować interakcje w firmie i środowisku biurowym.

Niektórzy preferują pracę zdalną tylko na wczesnym etapie rozwoju firmy, jako sposób na szybkie przemieszczanie się pracowników i obniżenie kosztów. Ale w miarę rozwoju przedsiębiorstwa wolą powoli przenosić ludzi do biura, aby wszyscy mogli skupić się na pracy. Nie jest to jednak jedyny słuszny schemat, a wiele firm chętnie korzysta z tej formy pracy, niezależnie od stadium rozwoju.

Na rynku istnieje sporo narzędzi służących do wspomagania pracy zdalnej: Google Apps do pracy z pocztą elektroniczną i dokumentami, Slack do komunikacji w czasie rzeczywistym, Trello lub Kanban z automatyzacją do zarządzania zadaniami, czy Github do hostingu, zarządzania lub współtworzenia kodu. Na rynku są także dostępne oparte na chmurze platformy hostingowe do orkiestracji kontenerów (cloud-based container hosting platforms), takie jak appfleet. Można je wykorzystać rozmieszczając zasoby firmy w tym samym regionie, gdzie mieszkają jej pracownicy. Taka platforma pozwala zmniejszać opóźnienia i poprawiać wydajność procesów biznesowych. W sytuacji, gdy w naszym przedsiębiorstwie korzystamy z pracowników rozsianych po całym świecie, na różnych kontynentach, można też wykorzystać funkcję wdrażania w wielu regionach, tak aby zawsze świadczyć usługi blisko swoich pracowników w wielu lokalizacjach jednocześnie. Takie rozwiązanie to na przykład prywatny zaszyfrowany czat korporacyjny czy usługa konferencyjna.

Kilka zasad, które pomogą zorganizować pracę w domu

Korzystając z pracy domowej wypracowujemy sobie własne metody organizacji czasu. Są dobre, sprawdzone sposoby, jak chociażby przygotowanie własnego miejsca pracy, oddzielenie go od spraw domowych, wykorzystanie czasu, który oszczędzamy na dojazdach na różne formy wysiłku fizycznego. Chociaż mamy już wypracowane pewne zestawy dobrych praktyk, to w aktualnej sytuacji zagrożenia epidemią COVID-19, w której firmy przenoszą prace na home office dla całych zespołów na długie tygodnie, uczymy się na nowo tej formy pracy.

Istnieje kilka zasad, które pozwolą odpowiednio i możliwie efektywnie wykonywać pracę zdalną.

Nie zmieniajmy porannego budzika

Poranna pobudka o tej samej porze, jakbyśmy wybierali się do biura, to wskazane działanie. Późniejsze wstawanie na pewno kusi, ale może negatywnie wpłynąć na koncentrację, jakość pracy i w konsekwencji samozadowolenie. Tak samo jak przeciąganie pracy do późnych godzin popołudniowych, które też nie jest dobrym pomysłem.

Wydzielamy przestrzeń do pracy w mieszkaniu

Miejsce w domu przeznaczone tylko do pracy nastraja głowę w odpowiedni sposób i ułatwia koncentrację na zadaniach, należy więc zapomnieć o sofie, czy innym meblu kojarzącym się z relaksem. Należy ustawić stół lub biurko oraz krzesło, które będą przeznaczone tylko do pracy, tak by wyraźnie oddzielić tę strefę od przestrzeni wypoczynkowej. Warto zadbać o odpowiednie oświetlenie i znaleźć miejsce na wszystkie przedmioty, które będą pod ręką, by nie tracić czasu na ich szukanie.

Podzielmy czas na obowiązki i odpoczynek

Starajmy się śledzić swój czas pracy i bądźmy odpowiedzialni. Nie doprowadzajmy do sytuacji, aby wykonywanie obowiązków trwało dłużej niż w biurze i odwrotnie. Nie przeciągajmy też okresu dedykowanego na odpoczynek. Warto śledzić czas, który poświęcamy na każdą z tych aktywności i w razie potrzeby dyscyplinować się, aby nie wpaść w jedną z pułapek – pracoholizmu lub pracy w weekendy.

Pamiętajmy o krótkich i długich przerwach

Przebywając w biurze współpracownicy prędzej czy później odciągną nas od biurka choć na moment, aby wyjść na lunch czy wypić kawę. Pracując z domu takie pauzy są również bardzo istotne. Dobrze jest uwzględnić krótkie przerwy co godzinę, aby wstać od biurka chociaż na 5 minut. Należy pozwolić sobie również na jedną dłuższą przerwę, np. obiad poza biurkiem lub spacer.

Autor:  Dmitriy Akulov, przedsiębiorca, założyciel start-upów i firm informatycznych appfleet, Prospect One, jsDelivr

RBNZ gra jak NBP – raport walutowy

Rentowność dziesięcioletnich obligacji USA przez cały lipiec osuwała się, by na początku lipca osiągnąć 31,4 pb. Ostra korekta i przecena obligacji to woda na młyn korekty ostatnich, rekordowych wzrostów cen metali szlachetnych, które doświadczyły potężnego załamania. M.in. uncja złota była wczoraj 200 USD tańsza niż w momencie bicia rekordów.
Wzrost rentowności długu USA pomógł też dolarowi. Być może sporo w tym efektu psychologicznego. Tak jak w lipcu rajd metali szlachetnych mógł podsycać słabość dolara, tak jego gwałtowna korekta pomogła dolarowi wyjść z intardayowych tarapatów.

Warto bowiem zauważyć, że w trakcie wtorkowej sesji sprawy dla amerykańskiej waluty zaczynały przybierać negatywny obrót. Do startu sesji na Wall Street USD tracił ponad 0,5 proc. względem dziennych maksimów. Mogło to wyglądać na zwrot w kluczowym punkcie, kapitulację kupujących amerykańską walutę. Na przykład: EUR/USD zawrócił ponad 1,18 a GBP/USD rósł w kierunku 1,3150. W drugiej części dnia, tendencja ta została całkowicie wymazana i obie pary walutowe zawróciły w kierunku poziomów odpowiednio 1,17 i 1,30. Postrzegamy je jako pułapy, których przekroczenie wywołać mogłoby dalsze, dynamiczne umocnienie dolara. Podtrzymujemy opinię, że amerykańska waluta, po rekordowej przecenie z lipca ma pole do odrabiania strat.

W obliczu utrzymywania się dobrych nastrojów inwestycyjnych i wyraźnego odbicia rentowności obligacji USA naszym preferowanym kanałem do zdyskontowania tej tendencji pozostaje USD/JPY. Warto odnotować, że na siłę USD szczególnie wrażliwy powinien być także dolar nowozelandzki. Bank Centralny po raz kolejny zaskoczył. Należy oceniać, że RBNZ przyświeca podobny cel jak NBP. Władze monetarne są niezadowolone z siły waluty, której kurs efektywny jest zdecydowanie powyżej prognoz. W rezultacie RBNZ można postrzegać jako jeden z bardziej gołębich banków centralnych w katalogu G-10. Dziś w nocy rozszerzono skup aktywów z 60 do 100 mld USD. Gubernator Orr po raz kolejny nie wykluczył, że jest możliwe bezpośrednie pozyskiwanie obligacji skarbowych z rynku pierwotnego. Podkreślono za to, że rozszerzenie skupu o aktywa zagraniczne oraz wprowadzenie ujemnych stóp procentowych to możliwe i prawdopodobne kierunki w polityce monetarnej. W rezultacie zakładamy, że NZD będzie słabszy niż AUD i spodziewamy się kontynuacji zwyżki crossa AUD/NZD.

Złoty pozostaje uśpiony w letnim marazmie. EUR/PLN krąży przy 4,40 w bardzo wąskim przedziale wahań. Zmienność na rynku opcji również jest bardzo niska, co nie idzie w parze ze wzrostem zmienności w notowaniach głównych par walutowych. Zakładamy, że przestrzeń do krótkoterminowego umocnienia złotego została już wyczerpana. Jednocześnie zakładamy, że polska waluta będzie silniejsza niż forint. EUR/HUF to nasz preferowany kanał zdyskontowania korekty w przestrzeni CEE3.

Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers S.A.

Wzrost płatności bezgotówkowych w małych sklepach w czasach pandemii – Badanie Comp Platformy Usług S.A. w dobie koronawirusa

Pandemia koronawirusa wpłynęła na wzrost płatności bezgotówkowych w małych sklepach, w szczytowym okresie niemal o 40%. Najnowsze dane dostarczone przez system M/platform wskazują, że powoli powracamy do gotówki, jednak część konsumentów na trwałe zmieniła swoje zwyczaje zakupowe i liczba transakcji realizowanych bezgotówkowo stabilizuje się na podwyższonym poziomie.

Większość transakcji w tradycyjnych sklepach małoformatowych nadal realizowanych jest za pomocą gotówki, mimo że ponad 97% tych placówek oferuje możliwość korzystania z kart płatniczych. Koronawirus znacząco zmienił podejście do płatności elektronicznych. Firma Comp Platforma Usług S.A. – operator cyfrowej platformy usług usprawniających sprzedaż w małych, niezależnych sklepach – sprawdziła, jak często korzystaliśmy z płatności elektronicznych. Przed pandemią jedynie co czwarta transakcja wykonywana była bezgotówkowo. Gdy koronawirus przybrał na sile, błyskawicznie zaczęła rosnąć popularność tej formy płatności – w ciągu pierwszego, kryzysowego tygodnia w marcu aż o 5 punktów procentowych. W epicentrum pandemii kartami i innymi środkami płatniczymi rozliczanych było ponad 35% transakcji w małych sklepach. Od połowy kwietnia nastąpił stopniowy powrót do gotówki. Obecnie, niecałe 30% transakcji regulowanych jest kartami, ale wartość ta utrzymuje się stabilnie od początku czerwca, co sugeruje, że zwyczaje części konsumentów zmieniły się w trwały sposób i ponad 4,5% wartości transakcji na trwałe odeszło od gotówki.

wzrost 1

Nowa normalność w małych sklepach – zakupy większe i częściej bezgotówkowe

Zmiana trendu w płatnościach bezgotówkowych zbiega się z innym trendem zaobserwowanym w sklepach tradycyjnych. Dane z M/platform wskazują, że w czasach pandemii konsumenci zdecydowanie częściej robią zakupy w małych sklepach, które są wybierane jako miejsce wygodniejsze i bezpieczniejsze. Podczas najbardziej kryzysowych tygodni, kiedy obowiązywały największe ograniczenia sanitarne, odwiedziny w lokalnych placówkach były wprawdzie o 20% rzadsze niż przed kryzysem, ale średni koszyk był nawet o 64% większy, co powodowało, że ogółem wydawaliśmy w sąsiedzkich sklepach o ponad 40% więcej. Obecnie, nadal utrzymuje się trend większych zakupów w małych punktach. Średnia wartość koszyka w czerwcu i lipcu utrzymywała się na poziomie o 11% wyższym od tej sprzed kryzysu, a równocześnie wzrosła nieznacznie częstotliwość wizyt. Oznacza to, że obecnie wydajemy w sąsiedzkich sklepach ok. 20% więcej niż przed koronakryzysem, a stopniowy powrót do normalności pozostawił trwałe zmiany w nawykach zakupowych.

wzrost 2

Oba trendy w małych sklepach – większe zakupy i wzrost płatności bezgotówkowych – wykazują wzajemną zależność. Za drobne zakupy zazwyczaj płacimy gotówką, a większy koszyk sprzyja płatności bezgotówkowej. Najwyraźniej widać to w okresach wzmożonych zakupów, takich jak marcowy tydzień T11, gdy ogłoszono zamknięcie szkół czy świąteczne zakupy na Wielkanoc. Dodatkowo, w okresie od połowy marca do połowy maja udział płatności bezgotówkowych był zdecydowanie podwyższony, nawet w proporcji do średniej wartości koszyka, co sugeruje, że konsumenci wybierali kartę płatniczą jako jedną z metod ograniczenia ryzyka epidemicznego nawet przy małych zakupach. Od połowy maja, gdy zaczęto znosić ograniczenia w sklepach, zarówno udział płatności bezgotówkowych, jak i średnia wartość koszyka stopniowo zmniejszają się, ale obie utrzymują się na poziomie wyższym niż przed kryzysem.

wzrost3

Pandemia na trwałe zmieniła zwyczaje zakupowe w małych sklepach. Nie tylko kupujemy tam częściej i więcej, ale dużo częściej płacimy bezgotówkowo. Pomimo stopniowego powrotu do normalności, oba trendy ustabilizowały się od czerwca na podwyższonym poziomie. Zakupy w małych sklepach są coraz bardziej podobne do zakupów w placówkach wielkoformatowych. Można powiedzieć, że na skutek pandemii kupujemy w sklepach tradycyjnych bardziej nowocześnie – komentuje badanie Tomasz Jasinkiewicz, wiceprezes Comp Platforma Usług S.A., która zrealizowała badanie. 

Różnice regionalne w płatnościach bezgotówkowych

Poszczególne regiony kraju rozmaicie podeszły do płatności bezgotówkowych i w szczytowym okresie różnice pomiędzy województwami wynosiły nawet 15 punktów procentowych. Wśród województw o najwyższym średnim udziale płatności bezgotówkowych w ostatnim półroczu znajdują się opolskie (36% płatności), śląskie (34%) i dolnośląskie (32%). Najrzadziej z kart płatniczych korzystali mieszkańcy województw zachodniopomorskiego (24%), lubelskiego (25%) i wielkopolskiego (27%).

wzrost4

Warto wspomnieć, że średnia z ostatniego półrocza dla całego kraju to 30% transakcji wykonanych bez udziału gotówki. W szczytowym momencie różnica pomiędzy województwami wynosiła aż 15 punktów procentowych (opolskie 43%, zachodniopomorskie 28%). Choć od połowy kwietnia zainteresowanie płatnościami bezgotówkowymi maleje, to od początku czerwca udział tych płatności ustabilizował się. Porównując średnią z lutego do lipca, przeciętny wzrost transakcji kartą wyniósł 4% na szczeblu ogólnokrajowym. Największymi wzrostami mogą pochwalić się pomorskie (6,57%) i małopolskie (5,78%), a najmniejszym opolskie (2,65%).

Badaniami objęto próbkę n = 4634 reprezentatywnych sklepów z segmentu handlu tradycyjnego, wybranych spośród sklepów, które przystąpiły do programu M/promo+. Analizę opracował dział analityki Comp Centrum Innowacji, dostawcy systemu M/platform, na zlecenie Comp Platforma Usług S.A., operatora usługi M/promo+.

Niedobór jabłek na rynku winduje ich ceny. Rośnie też eksport

W ostatnich dniach znacząco wzrosła cena jabłek. Kończą się już bowiem owoce z zeszłorocznych zbiorów, a rynku nie zasiliły jeszcze zbiory tegoroczne. Znajdujemy się więc w momencie, w którym jabłek na rynku jest bardzo mało – co powoduje ich wysoką cenę. Nie jest to jednak zwyczajna sytuacja, z którą mamy do czynienia co sezon. W tym roku zbiór jabłek opóźnia się przez wiosenne przymrozki oraz przez epidemię COVID-19. Jak epidemia koronawirusa wpłynęła na sytuację na polskim rynku jabłek? Odpowiedź jest bardzo prosta – zawyżyła popyt na eksport polskich owoców. Naszym głównym konkurentem na europejskim rynku są bowiem Włosi. W czasach największej niepewności epidemicznej wielu klientów odwróciło się od rynku włoskiego, uznając go za zbyt ryzykowny – a w zamian zamówili jabłka w Polsce. Dlatego zapasy owoców z zeszłorocznego zbioru szybciej się wyczerpały, a ceny jabłek wzrosły. Jednak w miarę rozpoczynania się tegorocznych zbiorów, ceny na straganach i w sklepach powinny zacząć spadać.

– Kupcy z całego świata, zwłaszcza z Europy, przekierowali swoje zamówienia na Polskę. Dlatego w polskich magazynach zabrakło jabłek, a ich cena wzrosła. To kształtuje również ceny wczesnych odmian jabłek, które pojawiają się w tej chwili na rynku. Jednak w miarę upływu sezonu – kiedy w sklepach pojawią się zbiory kolejnych, nieco późniejszych odmian, cena jabłek najpewniej się obniży – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – Mam nadzieję, że będzie ona  satysfakcjonująca dla obu stron – czyli zarówno dla konsumentów krajowych, którzy są dla nas najważniejsi – oraz dla sadowników. Jestem prawie przekonany, że sadowników spotka w tym roku duży sukces finansowy. Otrzymujemy sygnały z areny międzynarodowej, że we wszystkich krajach liczących się w produkcji jabłek zbiory nie będą wysokie. Wygląda więc na to, że do tego sezonu będziemy podchodzić optymistycznie. Konsumenci również powinni być zadowoleni, gdyż będą mieć wysokiej jakości produkt po relatywnie niskich cenach – zapowiada Maliszewski.

Co piąty Polak był już na wakacjach, co dziesiąty z powodu pandemii zrezygnował z planowanych inwestycji

0

Zdecydowana większość Polaków (71 proc.) pozytywnie ocenia sytuację finansową swojego gospodarstwa domowego, a w opinii 58 proc. badanych pandemia nie miała wpływu na zmianę ich sytuacji finansowej. Jednocześnie ponad połowa Polaków (51 proc.) uważa, że sytuacja gospodarcza kraju ulegnie pogorszeniu przez najbliższe pół roku – to o 3 pp. więcej niż jeszcze w połowie lipca. Co ciekawe, 11 proc. pytanych stwierdziło, że pandemia zmusiła ich do rezygnacji z inwestycji – wynika z II fali badania nastrojów gospodarstw domowych Polskiego Funduszu Rozwoju i Polskiego Instytutu Ekonomicznego.     

Polacy są podzieleni, jeżeli chodzi o ocenę sytuacji gospodarczej w kraju. 36 proc. badanych uważa ją za dobrą, z kolei niemal co trzeci pytany (32 proc.) widzi ją negatywnie. Pod koniec lipca zmniejszył się również, w zestawieniu z sytuacją z połowy lipca, odsetek osób bardzo pozytywnie oceniających sytuację swojego gospodarstwa domowego.

Pandemia uderzyła w plany inwestycyjne gospodarstw domowych

Do końca lipca inwestycje, takie jak zakup samochodu, mieszkania, domu, ziemi lub remont mieszkania lub domu, zrealizował co dziesiąty respondent (11 proc.). Identyczny odsetek (11 proc.) deklaruje, że planowało dokonać inwestycji, ale z powodu pandemii z nich zrezygnowało. Co ciekawe, taką decyzję podjęło 12 proc. respondentów, których oszczędności nie zmieniły się oraz 7 proc. spośród tych, których oszczędności wzrosły. Z kolei w grupie osób, których oszczędności wzrosły, 7 proc. zrealizowało inwestycje, których wcześniej nie planowało.

wykres 11

Wyniki badań pokazują, że pandemia wpłynęła na sytuację gospodarstw domowych. 30 proc. badanych zgłosiło, że ich oszczędności stopniały i stanowią oni aż 21 proc. grupy respondentów deklarujących, że byli zmuszeni zrezygnować z zaplanowanych wcześniej inwestycji. Z drugiej strony obserwujemy zainteresowania wyjazdami wakacyjnymi. Co piąty badany był już na wakacjach, zaś niemal co czwarty (23 proc.) spośród tych, którzy zamierzają to zrobić, deklaruje wyjazd na co najmniej tydzień. Zatem sytuacja gospodarstw domowych w połowie lata się stabilizuje, zwiększoną niepewność może przynieść jesień  – mówi Andrzej Kubisiak, zastępca dyrektora w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Jeździmy na wakacje, choć rzadziej i ostrożniej

Do końca lipca wyjazd wakacyjny odbyło 20 proc. respondentów. Najczęściej wyjeżdżali mieszkańcy dużych miast (26 proc.), osoby z wykształceniem wyższym (27 proc.) oraz ci, którzy deklarują, że obecny dochód wystarcza im na dostatnie życie. Spośród osób, które odbyły już wyjazd wakacyjny 73 proc. stanowili ci, którzy odbyli tylko wyjazd krajowy, a 16 proc. pytanych odbyło zarówno wyjazd krajowy, jak i zagraniczny.

Czterech na dziesięciu badanych (38 proc.) przeznaczyło na wyjazd nie więcej niż 1000 zł na osobę, wydatki 20 proc. pytanych mieściły się w przedziale od 1000 zł do 1500 zł, kolejnych 20 proc. w przedziale od 1500 do 2500 zł, zaś wydatki 14 proc. respondentów przekroczyły kwotę 2500 zł na osobę.

Spośród tych badanych, którzy do końca lipca nie odbyli wyjazdu wakacyjnego, 73 proc. stanowią ci, którzy planują wyłącznie wyjazd krajowy, 16 proc. chce wyjechać zarówno na wyjazd krajowy jak i zagraniczny, zaś 7 proc. stanowią osoby chcące wyjechać tylko zagranicę.

wykres 12

Plany dotyczące wyjazdów są skorelowane z samooceną sytuacji finansowej gospodarstwa domowego. Najczęściej planują wyjazd osoby oceniające swoją sytuację finansową jako dostatnią (43 proc.). Co trzeci (34 proc.) respondent zamierza przeznaczyć na wyjazd wakacyjny nie więcej niż 1000 zł na osobę, niemal 20 proc. chce wydać od 1000 zł do 1500 zł na osobę, podobny odsetek (20 proc.) planuje wydać kwotę z przedziału od 1500 zł do 2500 zł na osobę, zaś 13 proc. zamierza przeznaczyć na wyjazd wakacyjny powyżej 2500 zł na osobę.

Polacy są w stanie oszczędzać pomimo pandemii

39 proc. pytanych dostrzega możliwość oszczędności w ciągu najbliższych 3 miesięcy. Za nieprawdopodobną uznaje taką możliwość 58 proc. pytanych. Na brak możliwości oszczędzania częściej wskazują kobiety (60 proc.), osoby starsze (62 proc.) oraz osoby z wykształceniem podstawowym (67 proc.). Z kolei blisko połowa osób z wyższym wykształceniem (49 proc.) zgłasza możliwość oszczędzania w nadchodzącym kwartale.

Pandemia nie wpłynęła na stan oszczędności 41 proc. Polaków, 30 proc. badanych odnotowało zmniejszenie oszczędności, zaś w przypadku co dwunastego pytanego (8 proc.) oszczędności uległy zwiększeniu

Polska liderem rynku inwestycyjnego w CEE – Colliers International podsumowuje I półrocze 2020 na rynku inwestycyjnym

0

Po pierwszym półroczu 2020 roku Polska utrzymuje dominującą pozycję w regionie CEE, ciesząc się najwyższą różnorodnością produktów inwestycyjnych oraz największym zróżnicowaniem inwestorów. Pomimo spowolnienia spowodowanego pandemią COVID-19 oraz jedynie dwóch miesięcy pełnej aktywności inwestycyjnej, obroty na rynku osiągnęły poziom prawie 3 mld euro, co przewyższa wynik z analogicznego okresu 2019 roku.

– Ostatnie miesiące mimo trwającej pandemii okazały się rekordowe. Osiągnięta wartość transakcji dała Polsce 47% udział w rynku inwestycyjnym całego regionu CEE i drugi najlepszy wynik aktywności transakcyjnej w kraju w pierwszym półroczu w historii rynku (po 2018 roku) – mówi Piotr Mirowski, senior partner i dyrektor Działu Doradztwa Inwestycyjnego w Colliers International.

Rynek inwestycyjny odczuł skutki pandemii. Blisko 30 dużych transakcji toczących się w pierwszym kwartale tego roku zostało zawieszonych, jednak wraz z łagodzeniem środków bezpieczeństwa obserwowany jest zdecydowany powrót zagranicznych inwestorów, zdeterminowanych procedować transakcje w celu ich finalizacji jeszcze w tym roku. Na polskim rynku kapitał inwestowany jest obecnie głównie przez fundusze z Niemiec, Francji, Austrii, jak również z regionu CEE i Azji.

W I poł. 2020 r. dominowały transakcje biurowe i magazynowe (odpowiednio 46% i 39% całkowitej wartości inwestycji). W ponad 50 transakcjach sprzedanych zostało powyżej 150 nieruchomości komercyjnych. Obserwując apetyt inwestorów na budynki biurowe w stolicy, po nieznacznej korekcie w drugim kwartale, oczekuje się wzrostu cen w następnych kwartałach, ponieważ Warszawa nadal pozostaje kluczowym rynkiem w CEE.

Największą transakcją pierwszego półrocza było nabycie 61,46% udziałów w Grupie GTC przez podmiot należący do grupy Optima, należącej do Banku Narodowego Węgier. W wyniku tej sprzedaży Optima uzyskała w Polsce kontrolę nad 16 budynkami biurowymi o łącznej powierzchni prawie 200 tys. mkw. oraz dwoma dominującymi centrami handlowymi – łącznie ponad 110  tys. mkw. Wartość tej transakcji dla rynku polskiego szacowana jest na ponad pół miliarda euro.

– Znacząco wzrosło zainteresowanie nieruchomościami przemysłowo-magazynowymi, którymi obrót wzrósł trzykrotnie w stosunku do zeszłego roku. Możemy zakładać, że z uwagi na bardzo dobre perspektywy, ceny tego typu nieruchomości będą rosły. Spodziewamy się również dalszego napływu kapitału do Polski w II półroczu dzięki wznowionym transakcjom, które powinny zostać zamknięte do końca bieżącego roku – mówi Piotr Mirowski.

Ucieczka na długie „L4” sposobem na redukcję etatów

0

W związku z pandemią koronawirusa rynek pracy w Polsce odwrócił się o 180 stopni. Mimo, iż pojawia się więcej ofert zatrudnienia, niż jeszcze w marcu i kwietniu, to w tym momencie bliżej jest nam raczej do tzw. rynku pracodawcy, aniżeli pracownika. Tarcze antykryzysowe nie uchroniły znacznej części przedsiębiorstw od zwolnień pracowników, a w Polsce zauważalny jest wzrost bezrobocia. Pracownicy bojąc się redukcji etatu, chcąc niejako wyprzedzić „ruch szefa”, udają się na długie i przeciągające się „L4”, wynika z danych firmy doradczej Conperio. 

W Q2 2020 aż o 8,3% wzrosła ilości „L4” wystawianych jednorazowo na okres między 6 a 14 dni względem Q2 2019. Są to zwolnienia nieuchwytne dla ZUS, bo za krótkie do wezwania na komisję czy przeprowadzenia kontroli. Drugi problem, który się na to obecnie nakłada to powtarzalność zwolnień, a pracownik takich może wziąć po kolei sporo. I tak się właśnie dzieje – w tym samym okresie roku poprzedniego, unikalnych zwolnień było 43%, a w Q2 2020 tylko 28%. To znaczy, że 15% pracowników więcej ponawia sobie teraz zwolnienia. Problem jest poważny. Przekłada się to na wzrost wskaźnika absencji i bezradność państwa. Pracodawcy są zdani na samych siebie. Jeżeli samodzielnie nie skontrolują pracowników nikt tego za nich nie zrobi – analizuje Mikołaj Zając, prezes największej polskiej firmy zajmującej się audytem absencji chorobowej. 

 

Ilość dni na chorobowym Q2 2019

(% druków zwolnień)

Q2 2020

(% druków zwolnień)

Różnica 2020/2019 w pkt %
1-5 dni 40 29,8 -10,2
6-14 dni 40,4 48,7 8,3
15-33 dni 17,5 19,3 1,8
34 i więcej 2,1 2,2 0,1

Tabela przedstawia dane dotyczące wystawiania pojedynczego druku, dane z wyłączeniem zwolnień spowodowanych ciążą 

Bezrobocie w Polsce

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego, stopa bezrobocia w czerwcu 2020 r. wyniosła 6,1% wobec 6,0% w maju. Na pierwszy rzut oka wzrost ten jest niewielki. Niepokoić może jednak fakt, iż oficjalne dane na temat braku zatrudnienia nie w pełni odzwierciedlają faktyczną sytuację, a aktualna stopa bezrobocia jest w praktyce wyższa niż wynika to z informacji Urzędów Pracy. Jak pokazują przeprowadzone przez naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego badania Diagnoza+, w czerwcu w urzędach pracy zarejestrowanych było zaledwie ok. 19% osób zidentyfikowanych jako bezrobotne. Na dodatek, powoli zbliża się czas stopniowego wygaszania rządowej pomocy, czego skutki zobaczyć możemy już w niedalekiej przyszłości, a oczekiwana przez ekonomistów, dość głęboka recesja, choć z kilkumiesięcznym opóźnieniem, odciśnie swoje piętno na rynku pracy.

– Nie są to oczywiście dobre wiadomości dla pracowników. W ostatnich miesiącach mieliśmy do czynienia ze zwolnieniami grupowymi w dużych zakładach na terenie całego kraju. Bez wątpienia epidemia koronawirusa zdecydowanie najwięcej szkód wyrządziła w branżach takich jak np. lotnicza czy turystyczna, ale nie tylko. W ciągu ostatnich miesięcy zaobserwowaliśmy, że telefonujący na naszą infolinię pracownicy obawiają się tego, że zostaną zwolnieni, a ich koledzy którzy przebywają na chorobowym nie. W ten właśnie sposób napędza się błędne koło fałszywych zwolnień chorobowych. Wzmożony trend pobierania niezasadnych zwolnień lekarskich, w obawie przed zwolnieniem z pracy, odzwierciedla 8,3% wzrost ilości „L4” wystawianych na okres między 6 a 14 dni w drugim kwartale tego roku w porównaniu do roku 2019 – mówi Mikołaj Zając z Conperio.

Pracownik na „L4” chroniony

W okresie kiedy pracownik jest nieobecny w pracy, a powód ten jest usprawiedliwiony, pracodawca nie może złożyć mu oświadczenia woli o wypowiedzeniu umowy o pracę. Okres nieobecności pracownika w pracy mógłby przedłużać się w nieskończoność, dlatego zakaz wypowiadania umowy o pracę podczas nieobecności pracownika został ograniczony w czasie. Okres ochronny w razie niezdolności do pracy z powodu choroby jest w tym wypadku uzależniony od stażu pracy podwładnego u danego pracodawcy. Jeżeli staż pracy jest krótszy niż 6 miesięcy, to okres ochronny wynosi 3 miesiące. W drugim przypadku, kiedy staż pracy jest dłuższy niż 6 miesięcy, okres ochronny obejmuje okres łącznego pobierania z tego tytułu wynagrodzenia i zasiłku oraz pobierania świadczenia rehabilitacyjnego przez pierwsze 3 miesiące. Jednocześnie maksymalny czas ochrony przed wypowiedzeniem umowy o pracę w okresie choroby wynieść może aż 272 dni!

Pracodawca mówi sprawdzam

Długie absencje pracowników stanowią problemem dla niejednego pracodawcy. Znaczna liczba przedłużających się zwolnień lekarskich może być sposobem ucieczki przed trudną sytuacją w zakładzie pracy lub wprost przed redukcją stanowiska. Jednak bez względu na motywację podwładnego do podjęcia fałszywego L4, jeżeli pracodawca ma podejrzenia, co do prawidłowości zwolnienia lekarskiego, ma prawo skontrolować pracownika.

Kontrole absencji chorobowej wśród pracowników przeprowadzane są na terenie całego kraju. Każdorazowo po takiej kontroli sporządzany jest protokół, w którym wskazuje się, na czym polegało nieprawidłowe wykorzystywanie zwolnienia, jeżeli takowe miało miejsce. Za każdym razem przeprowadzany jest także wywiad z pracownikiem, dzięki czemu możemy dostarczyć pracodawcom cenny feedback w postaci np. pobudek jakimi kierują się podwładni udający się na L4. W razie ustalenia nieprawidłowości pracodawca może zadecydować o pozbawieniu świadczeń przysługujących mu za okres zwolnienia – wyjaśnia Mikołaj Zając. 

Unijni eksperci szacują, że bezrobocie w Polsce może być względnie wysokie w porównaniu do reszty europejskich państw. Wielu pracodawców nie zostało objętych pomocą, ich branże uzależnione są od zagranicznych gospodarek lub nadal pozostają w zamrożeniu. Z dnia na dzień notowane są także nowe rekordy zakażeń Covid-19 w naszym kraju. W związku z tym, już w niedalekiej przyszłości, możemy mieć do czynienia z kolejnymi zwolnieniami w zakładach pracy, a co za tym idzie przedłużającymi się absencjami chorobowymi.

Marsh Global Insurance Market Index: 19% wzrost cen ubezpieczeń na świecie – COVID-19 wśród przyczyn rosnącego indeksu

0

Średnie ceny ubezpieczeń na świecie wzrosły o 19% w drugim kwartale 2020 r. – wynika  z najnowszego raportu Marsh Global Insurance Market Index, cyklicznego zestawienia stawek odnowieniowych oferowanych przez ubezpieczycieli. Jest to największy od 2012 r. wzrost, który nastąpił po 14% wzroście cen w pierwszym kwartale 2020 r. i 11% – w czwartym kwartale 2019 r.

Podobnie jak w pierwszym kwartale, do średniego wzrostu cen ubezpieczeń przyczyniły się głównie wyższe stawki linii majątkowych, finansowych i profesjonalnych. Poniżej prezentujemy kluczowe wnioski z raportu:

  • W skali globalnej ceny ubezpieczeń majątkowych wzrosły o 19%, a ubezpieczenia finansowe i profesjonalne osiągnęły 37% wzrost. Stawki ubezpieczeń od następstw od nieszczęśliwych wypadków wzrosły średnio o 7%.
  • Drugi kwartał 2020 r. jest siódmym z rzędu kwartałem, który zakończył się wzrostem cen ubezpieczeń we wszystkich regionach na świecie.
  • Stany Zjednoczone (18%), Wielka Brytania (31%), Europa kontynentalna (15%)
    i Region Pacyfiku (31%) odnotowały dwucyfrowy wzrost cen ubezpieczeń. Za wzrost stawek w tych regionach odpowiadają ubezpieczenia majątkowe i D&O.
  • Na niektórych rynkach obserwowano duże wzrosty w zakresie ubezpieczeń D&O. Przykładowo, ceny ubezpieczeń D&O dla sektora publicznego w Stanach Zjednoczonych wzrosły średnio o 59%, przy czym ponad 90% klientów doświadczyło podwyżki cen.
    W Wielkiej Brytanii średni wzrost cen ubezpieczeń D&O wyniósł ponad 100%. Podobna sytuacja ma miejsce w Australii.

Podczas gdy na zmiany cen w ostatnim kwartale miały wpływ straty związane z COVID-19, inne poważne szkody przyczyniły się do ogólnej presji cenowej. Biorąc pod uwagę, że ubezpieczyciele stale zmagają się z roszczeniami z polis majątkowych i D&O, a całkowity koszt pandemii koronawirusa ciągle rośnie, należy przewidywać dalszy wzrost cen ubezpieczeń do końca 2020 r. – komentuje wyniki raportu Dean Klisura, President, Global Placement and Advisory w Marsh.

Włodzimierz Pyszczek – Dyrektor ds. kluczowych Klientów w Marsh Polska dodaje: „Średnie ceny produktów FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne), głównie D&O, rosły w drugim kwartale bieżącego roku – o 22% w Europie Kontynentalnej, 64% w Londynie. Klienci, którzy korzystają z zagranicznych ubezpieczycieli (szczególnie w Londynie) już teraz obserwują znaczące podwyżki cen. W Polsce ta tendencja już się rozpoczęła, jednakże stanie się bardziej widoczna dopiero za kilka miesięcy. Większość ubezpieczycieli oferujących polisy D&O to światowi gracze, którzy nie różnicują zbytnio podejścia do D&O w Polsce, w Chinach czy w Wielkiej Brytanii. Inni, lokalni gracze korzystają z zagranicznych reasekuratorów. W związku z tym, może okazać się, że masowe szkody D&O w Australii, powodują gorszą zmianę warunków dla polskich Klientów. Przedsiębiorstwa, które mogą wykazać się dobrymi wynikami za 2019 rok i Q1 2020 r. nie powinny czekać z zakupem polisy D&O do momentu, aż sytuacja finansowa ulegnie pogorszeniu i staną się tzw. trudnym ryzykiem dla ubezpieczycieli.”

Źrodło: https://www.marsh.com/pl/pl/insights/research-briefings/global-insurance-market-index-q2-2020.html