Waluty i ropa cofają piątkowy optymizm po nowych napięciach w Zatoce

Na Bliskim Wschodzie ogłoszono tyle przełomów, że wojny już dawno nie powinno być. Rzeczywistość pokazuje jednak, że Cieśninę Ormuz blokują obecnie obie strony. Po piątkowym optymizmie na rynkach już prawie nie ma śladu.

Dziwne zawieszenie broni

W wojnie w Zatoce Perskiej teoretycznie obowiązuje zawieszenie broni. Jak jednak pokazuje praktyka na Bliskim Wschodzie, takie rozwiązanie działa tam trochę inaczej, niż sugerowałaby definicja. W trakcie tego rozejmu Amerykanie przejęli irański statek, który naruszał ich blokadę Cieśniny Ormuz. Iran z kolei ostrzelał przynajmniej kilka jednostek, które naruszały jego blokadę tej cieśniny. W tle odbywają się rozmowy pokojowe w Islamabadzie. Przynajmniej tak twierdzą Amerykanie. Problem w tym, że patrząc na wypowiedzi strony irańskiej, nie zamierza ona brać w nich udziału. Obecne zawieszenie broni teoretycznie kończy się we wtorek w nocy, ale w sumie nie wiadomo, co z tego wynika. Najciekawsze w tym wszystkim są jednak reakcje rynków, które mimo tych wszystkich wydarzeń traktują ten konflikt, jakby był właśnie wygaszany.

Kolejny spadek cen ropy

W piątek Donald Trump napisał, że Iran otwiera Cieśninę Ormuz. Jak ta sytuacja ewoluowała w weekend, to już wiemy. Mogłoby się wydawać, że skoro rynki nie lubią niepewności, to tego typu działania tylko odstraszają inwestorów. Jak się jednak okazuje, odstraszyły tych, którzy kupują ropę naftową. W piątek, w szczytowym momencie, baryłka Brent staniała o imponujące 12 USD. Stało się to tuż po wiadomości na portalu społecznościowym prezydenta. Do końca dnia inwestorzy nabrali jednak podejrzeń, że sytuacja nie jest aż tak dobra i cena poszła 6 USD w górę. Dzisiaj nad ranem ropa zdrożała jeszcze o 3 USD. W rezultacie, mimo przejęcia statku przez USA i ostrzelania statków przez Iran, surowiec jest nadal o 3 USD tańszy niż w piątkowy poranek. Na uwagę zasługuje większy spadek ropy w USA. Amerykanie zwiększyli produkcję na rynku wewnętrznym, a sytuacja w Zatoce Perskiej wpływa znacznie bardziej na dostępność gatunku Brent. Odmiana WTI jest obecnie już 7,5 USD tańsza. W rezultacie presja na portfele Amerykanów wyraźnie spada.

Co na to waluty?

Na fali optymizmu związanego z informacją o otwarciu Cieśniny Ormuz widać było również zmiany na walutach. Dolar względem euro po raz pierwszy od początku wojny był słabszy niż w momencie jej rozpoczęcia. Osiągnął on przez moment poziom 1,1850. Duży napływ kapitałów zza oceanu spowodował podobnie dobre nastroje w naszej części świata. Euro po raz pierwszy od rozpoczęcia konfliktu zameldowało się poniżej poziomu 4,23 zł. Forint niesiony wciąż entuzjazmem powyborczym także się umacniał i za jedno euro płacono zaledwie 360 forintów. W górę względem euro szła też korona czeska. Optymizm nie ominął również rynków złota, srebra i kryptowalut. Wszystko to jednak dzisiaj na otwarciu rynków traci, po tym jak okazało się, że jednak sytuacja wcale nie jest tak dobra, jak napisał prezydent USA.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Zadłużenie sektora TSL rośnie do 1,66 mld zł – branża pod presją kosztów i spadku zleceń

Jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów, przeterminowane zobowiązania sektora TSL (transportowo-spedycyjno-logistycznego) wynoszą już 1,66 mld zł – to o 69 mln zł więcej niż rok temu. 79 proc. całego zadłużenia należy do przewoźników drogowych. Ta sytuacja jest wynikiem kumulacji wielu problemów, z których najpoważniejsze to: mniejsza liczba przewozów, rosnące koszty działalności, niedobór kadr oraz kolejne obowiązki regulacyjne.

Nastroje przedstawicieli sektora TSL są zdecydowanie pesymistyczne. W marcu br. wartość Miesięcznego Indeksu Koniunktury (MIK) dla tej branży zmalała o prawie 8 punktów w ciągu zaledwie miesiąca. Przedsiębiorcy częściej wskazywali na spadek sprzedaży i liczby nowych zamówień. Do tego dochodzą problemy z płynnością finansową. Jak wynika z najnowszych danych KRD – długi sektora tylko rosną. Na koniec marca łączne zadłużenie przekroczyło 1,66 mld zł. Na tę sumę złożyły się zobowiązania 31,8 tys. przewoźników.

Najbardziej niepokojącym zjawiskiem w branży TSL jest jej podatność na zatory płatnicze. Łączne zadłużenie sektora wzrosło rok do roku o ponad 69 mln zł, a średnie zadłużenie przypadające na jedną firmę zwiększyło się o ponad 2 tys. zł. Liczba dłużników zbytnio się nie zmieniła. Co ważne, aż 79 proc. całej kwoty zaległości przypada na transport drogowy towarów, który jest osią całego rynku. Widać też, że dług narasta nie tyle w wydatkach ubocznych, ile w kosztach codziennego działania: wobec firm leasingowych, paliwowych i ubezpieczycieli. A wiadomo, że jeśli problemy pojawiają się właśnie tutaj, to znaczy, że zagrożona jest bieżąca zdolność do realizacji zleceń. Do tego dochodzą zjawiska charakterystyczne dla całej branży: wydłużone terminy płatności, brak poduszki finansowej czy zbyt późna reakcja na opóźnienia kontrahentów – wymienia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Większość zadłużenia całego sektora należy do transportu drogowego towarów – 23,4 tys. podmiotów ma do zwrotu aż 1,32 mld zł. Na drugim miejscu znalazło się 4,36 tys. przedsiębiorstw transportu lądowego pasażerskiego, które muszą oddać 154 mln zł. Nieco mniej, bo 127 mln zł długu, wygenerowały firmy zajmujące się magazynowaniem i działalnością usługową wspomagającą transport – 2,47 tys. z nich nie radzi sobie z terminową spłatą należności.

Największe długi mają przedsiębiorstwa z Mazowsza – zalegają wierzycielom 338 mln zł. Firmy ze Śląska muszą spłacić 223 mln zł. Niewiele mniej, bo 218 mln zł, są winni przewoźnicy działający w Wielkopolsce. Najmniej przeterminowanych długów mają firmy z województwa świętokrzyskiego. Ich zadłużenie wynosi 24,7 mln zł. Podobnie wypadają podmioty z województwa opolskiego (26,9 mln zł) oraz Warmii i Mazur (33 mln zł).

Blisko 65 proc. zadłużonych przewoźników to jednoosobowe działalności gospodarcze, które gromadziły 929 mln zł długu.

Z badania Rzetelnej Firmy „Problemy i wyzwania firm transportowych w Polsce” wynika, że firmy transportowe funkcjonują dziś w trybie dużej ostrożności. Aż 61 proc. z nich negatywnie ocenia kondycję całej branży, a 48 proc. nie planuje w tym roku żadnych działań rozwojowych. Przy rosnących kosztach paliwa, utrzymania floty i presji na stawki, przedsiębiorcy koncentrują się przede wszystkim na utrzymaniu płynności i zabezpieczeniu bieżącej działalności. W takiej sytuacji szczególnego znaczenia nabiera weryfikacja kontrahentów i budowanie wiarygodności płatniczej, bo to one pomagają ograniczać ryzyko współpracy i lepiej chronić firmę przed kolejnymi zatorami – mówi Sandra Czerwińska, ekspertka Rzetelnej Firmy.

Nierówna walka na dwóch frontach

Według danych Polskiego Instytutu Ekonomicznego, największą barierą w prowadzeniu biznesu są rosnące koszty pracownicze – wskazuje tak 79 proc. firm transportowych. Blisko dwie na trzy nie mogą znaleźć wykwalifikowanych kierowców. Kolejny problem to mniejsza liczba przewozów: zgodnie z szacunkami PKO BP, przewozy drogowe w 2025 roku spadły o 8 proc. Co więcej, z badania Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska wynika, że ponad 73 proc. przedsiębiorstw spodziewa się w najbliższych miesiącach poważnego pogorszenia rentowności wykonywanych przewozów. To wszystko za sprawą 40-procentowego wzrostu stawek systemu e-Toll i rozszerzenia dróg objętych tym systemem o dodatkowe 645 km.

Dużym obciążeniem są wahania cen paliw związane z sytuacją na Bliskim Wschodzie, a także nowe obowiązki administracyjne, w tym rozszerzenie monitorowania SENT na odzież i obuwie od 17 marca 2026 r. Konsekwencją tych zjawisk są narastające problemy z płynnością finansową.

Obecnie transport walczy na dwóch frontach: z kosztami operacyjnymi i zatorami płatniczymi. W ostatnich dwunastu miesiącach nastąpiło wyraźne pogorszenie płynności finansowej oraz terminowego regulowania zobowiązań przez mikrofirmy z tej branży. Notujemy kilkuprocentowy wzrost liczby przedsiębiorców, którzy wnioskują o finansowanie, ale go nie otrzymają, bo oni sami lub ich kontrahenci mają negatywne wpisy w rejestrach dłużników. Jednocześnie widzimy, że tam, gdzie firmy mają dobry scoring, łączna wartość przyznanego przez nas finansowania rośnie. To dlatego, że bardziej stabilne płynnościowo przedsiębiorstwa transportowe potrzebują teraz większych, chwilowych zastrzyków gotówki, by utrzymać bieżącą działalność operacyjną – wyjaśnia Emanuel Nowak, ekspert firmy faktoringowej NFG.

Nierówną walkę sektora TSL pokazuje Analiza wiarygodności płatniczej KRD. Z jednej strony branża weszła w 2026 r. w lepszej kondycji niż rok wcześniej (w lutym udział firm z najlepszymi ocenami A+B+C wzrósł do 60,4 proc. z 53,2 proc., a w marcu do 60,9 proc. z 58,9 proc. rok do roku), z drugiej strony po bardzo dobrym styczniu (kiedy najlepsze oceny miało 65,8 proc. firm), luty przyniósł wyraźne cofnięcie (60,4 proc.). Co istotne, nie nastąpił wzrost liczby podmiotów o najwyższym ryzyku, bo udział ocen F+G+H utrzymał się niemal na tym samym poziomie: ok. 13 proc., ale przede wszystkim doszło do przesunięć między grupą firm najmocniejszych i pośrednich.

Miliony zamrożone u nierzetelnych kontrahentów

Największe zobowiązania branża TSL ma wobec sektora finansowego (m.in. banków, firm leasingowych, ubezpieczycieli oraz funduszy sekurytyzacyjnych). Jest im winna aż 1,15 mld zł. Ponad 256 mln zł przewoźnicy muszą oddać branży paliwowej, a 131,3 mln zł – handlowej. 48,8 mln zł wynoszą zaległości wobec operatorów telekomunikacyjnych, a 20,4 mln zł – wobec firm zajmujących się naprawą pojazdów.

Ale sektor TSL również ma swoich dłużników, a zobowiązania przewoźników byłyby niższe, gdyby otrzymywali oni zapłatę za wykonane usługi w terminie. Tymczasem w Krajowym Rejestrze Długów po stronie nierzetelnych kontrahentów widnieje zaledwie 215,3 mln zł. To dlatego, że wielu przewoźników nie zgłasza swoich dłużników do rejestru, obawiając się pogorszenia relacji. Część z nich próbuje innymi sposobami motywować winnych do zapłaty.

Dyscyplinowanie nierzetelnych kontrahentów to jeden z powodów, dla których małe firmy transportowe sięgają po faktoring. Niestety nie wszystkie mogą to robić. Oręż z rąk wytrąca im zakaz cesji w umowach z dużymi firmami logistycznymi, który uniemożliwia korzystanie z tego rozwiązania. W praktyce przewoźnik wykonuje usługę, czeka na zapłatę, a jednocześnie ma zamkniętą drogę do narzędzi finansowych, które mają go wspierać. W ten sposób wpada w błędne koło zatorów płatniczych bez możliwości poprawy sytuacji. Tylko w ubiegłym roku, według danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, ogłoszono 673 postępowania upadłościowe i restrukturyzacyjne wobec firm z sektora TSL – zauważa Emanuel Nowak.

Najwięcej – 66,7 mln zł – stanowią wewnętrzne długi branży, kolejne 60,5 mln zł sektor TSL ma do odzyskania od przedsiębiorstw handlowych. Przewoźnicy czekają także na zwrot 28,7 mln zł od przemysłu i 17,6 mln zł d budownictwa.

Złoty korzysta z nadziei na pokój, banki centralne pozostają ostrożne

Koniec wojny w Iranie wybrzmiewa w medialnych doniesieniach najmocniej od rozpoczęcia konfliktu. Jest to dobra wiadomość dla złotego, który w piątek o poranku zyskuje względem głównych walut. Mimo prawdopodobnego zakończenia wojny, jej konsekwencje pozostaną na tapecie bankierów centralnych z całego świata przez kolejne kilka (a może i kilkanaście) miesięcy. Jednak aktualnie większość decydentów stroni od jastrzębiego stanowiska, czyli wizji podnoszenia kosztu pieniądza.

Jak trwałe będą nowe ustalenia?

Rosną nadzieje na zakończenie konfliktu na Bliskim Wschodzie. Informacje napływające z Białego Domu mówią o wspólnym omawianiu przez USA i Iran przedłużenia rozejmu. Nie jest to ostateczny koniec wojny, jednak wskazuje kierunek jakim jest deeskalacja. Dodatkowo czytamy, że Izrael zgodził się na na rozejm z Libanem. Był to jeden z warunków Iranu, aby zawieszenie broni pozostało trwałe. Optymizm rośnie, a wraz z nim apetyt na ryzyko. Mówią o tym wzrosty na światowych giełdach. Na forex kapitał płynie do walut z koszyka EM, na czym korzysta złoty. Kurs EUR/PLN w piątek przed południem schodzi poniżej 4,24 PLN, a USD/PLN poniżej 3,59 PLN. Zniżki widać także na GBP/PLN i CHF/PLN – to odpowiednio niecałe 4,86 PLN i 4,59 PLN. Dobre wiadomości dają również nadzieję na przywrócenie dostaw przez Cieśninę Ormuz, do czego wzywają światowi przywódcy. To wywołuje spadki cen ropy. Odmiana amerykańska wraca poniżej 90 USD. Powstaje jednak pytanie, jak długo utrzyma się pozytywna narracja?

Ceny w UE rosną

Najnowszy raport Eurostatu za marzec potwierdził obawy inflacyjne związane z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Produkty we Wspólnocie drożeją z powodu wzrostu cen surowców energetycznych. W przypadku całej Unii Europejskiej odnotowano skok z 2,1% r/r do 2,8% r/r. Natomiast samą strefę euro dotknęła zwyżka z 1,9% r/r do 2,6% r/r. Najwyższy rezultat w UE, bo aż 9% r/r (poprzednio 8,3% r/r), odnotowano w Rumunii. Po przeciwnej stronie w raporcie znajduje się Dania, gdzie dynamika to 1% r/r (poprzednio 0,5% r/r). Polska, z inflacją konsumencką na poziomie 3,2% r/r (poprzednio 2,5% r/r), znalazła się pośrodku zestawienia. Każdy z wymienionych odczytów wzrósł względem poprzedniego o ponad pół punktu procentowego. Jest to ważna informacja, gdyż różnice między odczytami lutowymi a styczniowymi były znacznie niższe. Dla Unii Europejskiej dane za styczeń i luty to odpowiednio 2% r/r i 2,1% r/r, a dla strefy euro 1,7% r/r i 1,9% r/r. W przypadku Polski nie odnotowano zmian (utrzymany poziom 2,5% r/r), a w Rumunii inflacja spadała z 8,5% r/r do 8,3% r/r. Marcowa zwyżka pozostaje więc sygnałem ostrzegawczym dla decydentów, którzy w kolejnych miesiącach będą analizować również wzrost tempa zmian.

Cierpliwe EBC

Kilka godzin po danych od Eurostat poznaliśmy protokół z ostatniego posiedzenia EBC, który wskazuje na obawy o dalsze wzrosty cen. Póki co jednak wszyscy członkowie gremium są wstrzemięźliwi w sprawie rychłych podwyżek kosztu pieniądza. Dodatkowo z tonu zapisek wynika, że nie należy podejmować pochopnych decyzji, kiedy można pozwolić sobie na dłuższą analizę długoterminowych skutków wojny, która niebawem może się zakończyć. Zgrywa się to ze słowami prezeski banku z początku tygodnia. Lagarde w swojej wypowiedzi, oprócz kwestii inflacji, podniosła także zjawisko spowolnienia gospodarczego, które ma ograniczać wzrosty cen. Stanowisko EBC wskazuje na prawdopodobny brak ruchu na stopach procentowych podczas kolejnego posiedzenia, które odbędzie się ostatniego dnia miesiąca. Jednocześnie oznacza to, że szansa na zmianę kosztu pieniądza w strefie euro pojawi się dopiero w czerwcu, gdyż w majowym kalendarzu Europejskiego Banku Centralnego nie ma posiedzenia decyzyjnego. To dlatego unijna waluta, mimo deeskalacyjnych wieści, nie umacnia się względem dolara, a kurs EUR/USD pozostaje poniżej 1,18 USD.

Obowiązkowe chipowanie zwierząt coraz bliżej. Sejm przyjął ustawę o KROPiK

Sejm przegłosował ustawę o Krajowym Rejestrze Oznakowanych Psów i Kotów (KROPiK), wprowadzającą obowiązek elektronicznej identyfikacji wszystkich psów oraz części populacji kotów. Nowe regulacje zakładają również utworzenie centralnego rejestru zwierząt prowadzonego przez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Przyjęcie ustawy oznacza fundamentalną zmianę struktury rynku identyfikacji zwierząt w Polsce, który dotychczas funkcjonował w modelu rozproszonym i w dużej mierze dobrowolnym. Nowe przepisy wprowadzają system powszechny i centralnie zarządzany, obejmujący docelowo miliony zwierząt, co istotnie przełoży się na zwiększenie skali rynku oraz jego długo oczekiwaną profesjonalizację.

Wprowadzenie nowych regulacji zwiększa znaczenie podmiotów już obecnych na rynku identyfikacji zwierząt, dysponujących skalą operacyjną i rozwiązaniami spełniającymi wymogi systemowe. Do tej grupy należy Farm Innovations S.A. – spółka technologiczna notowana na NewConnect, która działa na rynku od 10 lat i oznakowała dotychczas blisko 130 tys. zwierząt, rozwijając rozwiązania wykorzystywane głównie w sektorze hodowlanym.

Rozwiązania spółki obejmują technologie oparte na chipach podskórnych oraz systemach monitorowania parametrów zdrowotnych zwierząt. Model działalności rozwijany jest również w kierunku usług cyfrowych i ubezpieczeń, wpisując się w szerszy trend cyfryzacji sektora związanego ze zwierzętami.

Nowe przepisy rozszerzają zakres obowiązkowej identyfikacji na zwierzęta towarzyszące, które stanowią największą grupę zwierząt w Polsce. Według szacunków spółki, populacja psów i kotów w kraju wynosi około 15 mln. W segmencie psów, przy populacji ok. 8 mln i założeniu spółki, że około 20% zwierząt może być już oznakowanych, potencjał rynku obejmuje ok. 6,5 mln zwierząt wymagających identyfikacji. W przypadku kotów, których populacja szacowana jest na ok. 7 mln i przyjmując, że regulacja obejmie około połowę populacji, przekłada się to na ok. 3,5 mln zwierząt.

Przy średnim koszcie chipa na poziomie 15 zł oznacza to potencjalny rynek o wartości przekraczającej 150 mln zł w horyzoncie wdrożenia regulacji, przy jednoczesnym podniesieniu standardów opieki nad zwierzętami.

– Skala tej regulacji jest bezprecedensowa, ponieważ obejmuje populację liczniejszą niż dotychczasowe segmenty, na których koncentrował się rynek. W naturalny sposób zwiększa to znaczenie doświadczenia operacyjnego, zgodności z normami oraz zdolności do współpracy z administracją publiczną. Dla takich podmiotów jak Farm Innovations oznacza to możliwość rozwoju działalności w oparciu o kompetencje budowane w ostatnich latach oraz aktywnego udziału w tworzącym się systemie identyfikacji zwierząt – mówi Sebastian Przeniosło, prezes Farm Innovations S.A.

Farm Innovations S.A. wskazuje w swoich materiałach inwestorskich, że rozwój obowiązkowych systemów identyfikacji zwierząt jest jednym z kluczowych trendów regulacyjnych w Polsce i Unii Europejskiej. W ocenie spółki tego typu regulacje sprzyjają zwiększaniu transparentności rynku oraz poprawie standardów w zakresie dobrostanu zwierząt.

– Wprowadzenie obowiązkowej identyfikacji zwierząt oznacza przejście z modelu rozproszonego do systemowego. To zmiana, która porządkuje rynek i jednocześnie podnosi wymagania wobec technologii oraz podmiotów działających w tym obszarze – dodaje Sebastian Przeniosło.

Prezes spółki podkreśla, że istotną rolę w nowym systemie odegra jakość i standaryzacja rozwiązań technologicznych. – W momencie, gdy numer chipu staje się elementem systemu państwowego, kluczowe znaczenie ma jego zgodność z międzynarodowymi standardami oraz możliwość integracji z centralnym rejestrem, co w praktyce zmienia charakter całego rynku. Jednocześnie rośnie znaczenie rozwiązań kompleksowych, integrujących identyfikację z usługami dodatkowymi, w tym monitoringiem zdrowia oraz ofertą ubezpieczeniową. Ten kierunek stanowi jeden z kluczowych elementów naszej strategii i budowania przewagi konkurencyjnej – zaznacza prezes Farm Innovations S.A.

Ustawa określa również maksymalne poziomy opłat za identyfikację i rejestrację zwierząt, które nie będą mogły przekroczyć łącznie 100 zł, a w przypadku zwierząt już oznakowanych – 50 zł.

Ustawa ma na celu ograniczenie bezdomności zwierząt, ułatwienie identyfikacji właścicieli oraz zmniejszenie kosztów ponoszonych przez samorządy na utrzymanie schronisk.

W ocenie Farm Innovations S.A. nowe regulacje wpisują się w szerszy trend cyfryzacji oraz zwiększania identyfikowalności w sektorze związanym ze zwierzętami. W kolejnych latach rynek ten może ulegać dalszej profesjonalizacji oraz integracji z usługami dodatkowymi, takimi jak monitoring zdrowia czy ubezpieczenia.

Kryptografia postkwantowa przestaje być wyborem, a staje się koniecznością

14 kwietnia miał miejsce, wciąż mało znany, Światowy Dzień Kwantowy. W tym obszarze wiele rozmów koncentruje się na przełomach w medycynie, materiałoznawstwie i informatyce. Jednak dla liderów cyberbezpieczeństwa komputery kwantowe oznaczają fundamentalne zakłócenie podstaw kryptografii, które zabezpieczają nasz cyfrowy świat – zwraca uwagę Pete Nicoletti, ekspert firmy Check Point Software Technologies.

To, co kiedyś uznawano za odległe, teoretyczne zagrożenie, szybko staje się rzeczywistością. Postępy w obszarze obliczeń kwantowych – w tym ulepszone algorytmy i zmniejszone wymagania dotyczące liczby kubitów – znacząco przyspieszają ten proces. To, co branża jeszcze niedawno postrzegała jako wyzwanie lat 40. XXI wieku, dziś może stać się realne w ciągu kilku najbliższych lat.

Kryptografia postkwantowa

Pod koniec 2025 roku Gartner uznał migrację do kryptografii postkwantowej (PQC) za priorytet na poziomie zarządów, rekomendując podjęcie działań jeszcze przed rokiem 2030. Niedługo później dział Quantum AI firmy Google opublikował raport wskazujący, że powszechnie stosowane systemy kryptograficzne – w tym te wykorzystywane w kryptowalutach – mogą być bardziej podatne na ataki, niż wcześniej zakładano. Kierunek jest jasny: organizacje muszą działać już teraz.

Od lat cyberprzestępcy i podmioty państwowe stosują strategię określaną jako „zbierz teraz, odszyfruj później”, polegającą na systematycznym gromadzeniu zaszyfrowanych danych z myślą o ich przyszłym odszyfrowaniu. Dotyczy to szczególnie informacji o wysokiej wartości i długim cyklu życia, takich jak transakcje finansowe, dokumentacja medyczna, własność intelektualna czy komunikacja rządowa. Obecnie dane te są chronione za pomocą klasycznych mechanizmów kryptograficznych, takich jak RSA czy kryptografia krzywych eliptycznych, które wciąż uchodzą za bezpieczne w kontekście tradycyjnych systemów obliczeniowych. Jednak wraz z rozwojem komputerów kwantowych założenie to przestaje być aktualne.

W momencie osiągnięcia przez technologie kwantowe odpowiedniej mocy obliczeniowej, zgromadzone wcześniej dane będą mogły zostać odszyfrowane niemal natychmiast, bez możliwości cofnięcia skutków naruszenia. To sprawia, że zagrożenie to nie jest odległą wizją przyszłości, lecz realnym ryzykiem, które już dziś się materializuje – tyle że jego konsekwencje ujawnią się dopiero za kilka lat.

Dlaczego tradycyjne podejścia zawodzą

Wiele organizacji nadal traktuje kryptografię postkwantową jako prostą aktualizację polegającą na zastąpieniu jednego algorytmu innym. Takie podejście jest jednak niepełne i generuje istotne ryzyko.

W praktyce większość środowisk enterprise charakteryzuje się wysokim poziomem złożoności i brakiem pełnej przejrzystości. Obejmują one nieznane zależności kryptograficzne, systemy legacy z osadzonymi na stałe kluczami, rozproszone i nieudokumentowane elementy shadow IT, a także wygasłe lub niezarządzane certyfikaty. Dodatkowo w wielu aplikacjach mechanizmy szyfrowania są twardo zakodowane głęboko w ich strukturze. W takiej sytuacji migracja do nowych standardów nie może być skuteczna bez pełnej widoczności. Niekompletna migracja oznacza bowiem niekompletne bezpieczeństwo, a to w praktyce oznacza brak realnej ochrony. Jak podkreślają eksperci, nie da się chronić tego, czego się nie widzi.

Cel: kryptograficzna zwinność (crypto agility)

Przygotowanie organizacji na erę komputerów kwantowych wymaga znacznie więcej niż wdrożenia nowych algorytmów kryptograficznych. Kluczowe znaczenie ma osiągnięcie tzw. kryptograficznej zwinności, czyli zdolności do dynamicznego zarządzania kryptografią w całym środowisku IT. Oznacza to konieczność identyfikowania i kontrolowania wszystkich zasobów kryptograficznych w złożonych, rozproszonych architekturach, a także możliwość szybkiej wymiany podatnych algorytmów bez zakłócania działania systemów.

Organizacje muszą jednocześnie zapewnić płynne funkcjonowanie w środowiskach hybrydowych, obejmujących chmurę, infrastrukturę lokalną oraz rozwiązania brzegowe, przy zachowaniu wysokiej wydajności i skalowalności. Równie istotna jest zdolność do ciągłego dostosowywania się do zmieniających się standardów i regulacji. Kryptograficzna zwinność musi obejmować wszystkie stany danych – zarówno te przechowywane, przesyłane, jak i przetwarzane – ponieważ w środowisku zagrożeń napędzanych przez technologie kwantowe i sztuczną inteligencję statyczne podejście do bezpieczeństwa przestaje być wystarczające.

Coraz więcej organizacji dostrzega, że migracja do kryptografii postkwantowej to nie tylko wyzwanie technologiczne, lecz strategiczne ryzyko biznesowe, wymagające odpowiedniego zarządzania, inwentaryzacji zasobów oraz priorytetyzacji danych o długim cyklu życia. W przeciwieństwie do wcześniejszych transformacji technologicznych, koszt opóźnienia w tym obszarze może być nieodwracalny.

Hybrydowa kryptografia i koszt czekania

Nie istnieje jedno rozwiązanie, które pozwoli organizacjom z dnia na dzień osiągnąć pełną odporność na zagrożenia kwantowe. Transformacja w kierunku bezpieczeństwa postkwantowego wymaga podejścia hybrydowego, które łączy algorytmy rekomendowane przez NIST z zakresu kryptografii postkwantowej, zapewniające długoterminową odporność, z dobrze sprawdzonym szyfrowaniem symetrycznym, gwarantującym wydajność i skalowalność. Takie podejście umożliwia zachowanie kompatybilności wstecznej, zapewnia bezpieczeństwo w przyszłości oraz pozwala utrzymać ciągłość operacyjną w trakcie całego procesu migracji. Wdrożenie tego modelu w skali przedsiębiorstwa nie może jednak opierać się na punktowych narzędziach czy manualnych aktualizacjach. Wymaga ono spójnego, platformowego podejścia opartego na kryptograficznej zwinności, które obejmuje wszystkie obszary infrastruktury – od sieci, przez chmurę i urządzenia końcowe, po środowiska danych.

Organizacje, które zdecydują się działać odpowiednio wcześnie, zyskują możliwość identyfikacji i izolowania podatnych zasobów, szybkiej rotacji kluczy oraz skutecznej ochrony danych wrażliwych jeszcze przed ich potencjalnym ujawnieniem. Z kolei zwlekanie z podjęciem działań znacząco zwiększa ryzyko naruszeń danych, konsekwencji regulacyjnych, odpowiedzialności prawnej oraz długofalowych strat wizerunkowych.

Weekend prawdy dla rynków. Rozmowy USA-Iran w centrum uwagi

W ten weekend ma odbyć się kolejna runda rozmów. Rynki reagują, ale bez nadmiernych oczekiwań. Inflacja bazowa w Polsce wprawdzie rośnie, ale nadal pozostaje na relatywnie niskich poziomach. Dane z USA pokazują spadek produkcji przemysłowej.

Rozmowy pokojowe w weekend

Podobno w ten weekend ma dojść do kolejnej rundy rozmów pokojowych pomiędzy USA a Iranem. Biorąc pod uwagę, że zawieszenie broni kończy się w najbliższy wtorek, wygląda to na bardzo ostateczny termin. Wczoraj nie do końca wierzono w sukces tych rozmów, więc ropa szła w górę. Dzisiaj z kolei wraca optymizm. Pytanie, czy przed zamknięciem rynków nie pojawi się jeszcze jakaś mocna wypowiedź ze strony administracji prezydenta USA, która podgrzeje atmosferę. Rynki walutowe przyjmują te informacje dość spokojnie. Widać lekkie korekty, ale po tak silnych ruchach nie powinny one nikogo zaskakiwać. Nawet gdyby w Zatoce nie doszło do zmian, ruchy na walutach również mogłyby się pojawić. Jeżeli dojdzie do zawarcia porozumienia pokojowego lub przynajmniej zbliżenia się do niego, należy oczekiwać nie tylko spadku cen ropy, ale również umocnienia polskiego złotego.

Inflacja bazowa w Polsce

Wczoraj poznaliśmy dane na temat inflacji bazowej w naszym kraju. Wynik 2,7% to owszem więcej od oczekiwań – spodziewano się bowiem poziomu 2,6%. Trzeba jednak pamiętać, że od momentu wzrostu cen mieliśmy tylko jeden odczyt niższy od obecnego. Pokazuje to, że zmiany idą w dobrym kierunku. Inflacja bazowa przedstawia nam zmiany cen teoretycznie z wyłączeniem energii i żywności. Teoretycznie, bo chodzi o brak bezpośredniego wpływu energii. Jeżeli jednak wyższe koszty paliw wpłyną – a wpłyną na pewno – na ceny innych towarów, np. w formie logistyki, to tego już ten wskaźnik nie wykluczy. Wartość 2,7% jest niemal dokładnie 1% niższa niż wskaźnik stóp procentowych. Jest to zatem wynik, który sugeruje, że obecnie stopy są na odpowiednim poziomie. Nie jest to dobra wiadomość dla kredytobiorców, którzy liczyli na niższe raty. Jest to jednak element umacniający złotego, więc może chociaż trochę tańsza waluta na zagraniczne wakacje się uda.

Spadek produkcji za oceanem

Otrzymaliśmy szereg danych makroekonomicznych z USA, ale najważniejsze wydają się te dotyczące produkcji przemysłowej. Co ciekawe, mimo początku wojny produkcja przemysłowa spadła w marcu aż o 0,5%, choć oczekiwano wzrostu o 0,1%. Biorąc pod uwagę obecny konflikt geopolityczny, taki spadek jest zaskakujący. To właśnie m.in. dlatego analitycy oczekiwali jednak wzrostów. W tle tych danych widzimy natomiast spadającą liczbę wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Trzeba oczywiście pamiętać, że bezpośrednio w przemyśle pracuje mniej niż 10% wszystkich zatrudnionych w USA. W rezultacie zmiany zatrudnienia wynikają bardziej ze zmian w usługach. Rynek przyjął te dane bardzo spokojnie. Z drugiej strony dolar był po ośmiu z rzędu sesjach spadkowych. Po tak dużych ruchach dane muszą być naprawdę słabe, by utrzymać trend spadkowy. Te takie nie były, więc zobaczyliśmy lekką korektę.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Większość Polaków rezygnuje z architekta wnętrz. Główną przeszkodą są wysokie koszty. Rynek jednak rośnie

Większość właścicieli mieszkań lub domów podczas prowadzenia remontów nie korzysta z usług architektów lub projektantów wnętrz. Tylko co piąty sięga po takie wsparcie. Ci, którzy z niego rezygnują, zazwyczaj posiłkują się inspiracjami z internetu lub gotowymi projektami. Wielu inwestorów odstrasza zbyt wysoki koszt usług, a niektórych kusi chęć zaprojektowania wnętrza samemu. Najmniej osób zniechęcają wcześniejsze negatywne doświadczenia, a także zbyt długie terminy realizacji projektów. Autorzy badania uważają, że rynek projektowania wnętrz w Polsce powoli się rozwija. Szacują, że jest obecnie wart ok. 2-4 mld zł i rośnie o kilka proc. rocznie. Przewidują też, że digitalizacja oraz rozwój narzędzi opartych o AI w ciągu kilku lat mogą obniżyć wartość podstawowych usług i zwiększyć znaczenie ofert eksperckich i premium.

Jak pokazują wyniki najnowszego badania opinii publicznej, 18,2% właścicieli domów lub mieszkań korzysta z usług architekta lub projektanta wnętrz podczas remontów. 77,3% nie robi tego, a 4,5% nie pamięta, czy sięgnęło kiedykolwiek po tego typu pomoc. – Zdecydowana większość osób wciąż urządza swoje wnętrza samodzielnie, często bez profesjonalnego wsparcia. W mojej ocenie, wynika to z niewystarczającej świadomości, na czym realnie polega praca architekta wnętrz i jak duży ma ona wpływ na komfort życia po zakończeniu remontu – komentuje inż. Paulina Trzaska, architekt i konsultantka merytoryczna badania.

W ocenie Adama Skłodowskiego, wieloletniego eksperta rynku wykończeń wnętrz, konsultanta merytorycznego badania, Polacy po prostu nie mają świadomości, ile mogą zaoszczędzić czasu, nerwów i pieniędzy na tego typu usłudze. – Patrzą tylko na to, ile architekt sobie życzy za mkw. i wówczas w wielu przypadkach rozmowa się urywa. I tu trzeba też uczciwie powiedzieć, że te wynagrodzenia są naprawdę wysokie. Dlatego duża część inwestorów szuka alternatywnych rozwiązań – uzupełnia specjalista.

Z kolei według analityków z UCE RESEARCH, rynek projektowania wnętrz w Polsce jest obecnie wart ok. 2-4 mld zł. Rośnie umiarkowanie, tj. o kilka procent rocznie. Prognozy na lata 2026-2030 są ogólnie pozytywne, ale nierównomierne. Autorzy badania dodatkowo przewidują, że rynek będzie rósł, ale jednocześnie mocno się przetasuje. Ponadto trzeba dodać, że charakteryzuje się on silnym rozdrobnieniem oraz dużą konkurencją cenową, co ogranicza możliwość standaryzacji stawek i powoduje mocne zróżnicowanie jakości usług. Istotnym trendem jest również postępująca profesjonalizacja usług oraz przesunięcie popytu w kierunku kompleksowej obsługi inwestycji („projekt + nadzór + koordynacja wykonawcza”), a nie tylko samego projektu koncepcyjnego.

– Dodatkowo coraz większy wpływ na strukturę rynku ma digitalizacja oraz rozwój narzędzi opartych o sztuczną inteligencję, które automatyzują część prostych prac projektowych, np. szybkie wizualizacje czy układy funkcjonalne. To w perspektywie kilku lat może obniżać wartość podstawowych usług projektowych, jednocześnie zwiększając znaczenie ofert eksperckich i premium. W konsekwencji rynek będzie ulegał polaryzacji. Rosnąć będzie segment wysokomarżowych, kompleksowych usług projektowych oraz realizacji pod klucz. Jednocześnie presja cenowa oraz automatyzacja będą wypierać najprostsze, niskobudżetowe usługi projektowe – prognozują analitycy z UCE RESEARCH.

Zdaniem architektki, po wynikach badania widać, że obecnie część inwestorów korzysta ze wsparcia narzędzi opartych na sztucznej inteligencji. Dla branży na pierwszy rzut oka to może wydawać się powodem do obaw, ale eksperci ich nie potwierdzają. Adam Skłodowski zaznacza, że rozwój sztucznej inteligencji to dla projektantów i inwestorów szansa, a nie zagrożenie. Narzędzia oparte na AI usprawniają proces projektowy, przyspieszając tworzenie koncepcji i wizualizacji oraz ułatwiają inwestorom wyobrażenie sobie efektu końcowego. Mogą też w przyszłości obniżyć cenę samej usługi. Natomiast nie zastąpią kluczowych kompetencji człowieka, takich jak zrozumienie potrzeb użytkownika, łączenie estetyki z funkcjonalnością czy podejmowanie decyzji w kontekście budżetu i techniki.

– Rolą projektanta jest przełożenie potrzeb klienta na konkretne, funkcjonalne rozwiązania, które sprawdzą się w codziennym użytkowaniu. Dla przykładu można podać, że brakuje ich w mieszkaniach deweloperskich, bo są projektowane schematycznie. Instalacje – szczególnie elektryczne – rozmieszczone są w sposób uniwersalny. Gotowe rozwiązania nie uwzględniają rzeczywistego stylu życia mieszkańców. Natomiast z perspektywy klienta kluczowe są trzy kwestie. Pierwsza to stworzenie wnętrza dopasowanego do własnych potrzeb, a nie dla przeciętnego użytkownika. Druga sprawa dotyczy uniknięcia błędów technicznych i funkcjonalnych. Trzecią rzeczą jest realna kontrola budżetu – wylicza inż. Paulina Trzaska.

Uczestnicy badania, którzy nie angażują do pracy architekta lub projektanta wnętrz, wskazali, dlaczego tak postępują. Spośród 15 możliwych odpowiedzi mogli wybrać maksymalnie 5. Po wynikach widać, że 67,5% respondentów korzysta z inspiracji z internetu lub gotowych projektów. Jak podkreśla Adam Skłodowski, to spora pułapka, bo tego typu materiały są tylko i wyłącznie poglądowe. Brakuje w nich detali, np. konkretnych wymiarów, rodzaju i ilości materiałów. Tego typu kwestie architekt zawsze przekazuje klientowi. Nagminne są też sytuacje, że inwestorzy upierają się przy jakimś podpatrzonym z internetu rozwiązaniu, ale często ono nie może być 1:1 przeniesione na ich budowę. Wówczas zaczyna się robić nerwowo, na czym oczywiście tracą obie strony.

– Internet oraz gotowe projekty są łatwo dostępne i atrakcyjne wizualnie, dlatego stanowią naturalne źródło inspiracji. Kłopot polega jednak na tym, że nie rozwiązują one indywidualnych problemów. Nie uwzględniają konkretnych wymiarów, instalacji ani realnych potrzeb domowników. Są tworzone dla ogółu, a nie dla danej rodziny, trybu życia czy budżetu, nie wspominając już o konkretnych warunkach technicznych. W praktyce użytkownik próbuje dopasować się do gotowego projektu, zamiast mieć lokal dostosowany do siebie – przekonuje architekt inż. Paulina Trzaska.

Na dalszych miejscach w rankingu widać takie odpowiedzi, jak zbyt wysoki koszt usług – 46,8%, a także chęć zaprojektowania wnętrza samodzielnie – 29,6%. Ponadto część osób obawia się, że architekt nie zrozumie ich potrzeb – 23,6%. Niektórzy respondenci uważają też, że ich remont jest zbyt mały, aby angażować architekta – 21,6%. Dla ekspertki kolejność i skala tych odpowiedzi nie są zaskoczeniem. Wiele osób obawia się kosztów. Jednak w rzeczywistości dobrze przygotowany projekt pozwala wręcz realnie je optymalizować, uniknąć nietrafionych zakupów oraz zaplanować budżet etapami.

– W praktyce architekt pomaga optymalizować koszty i stara się zapobiec błędom, które zdarzają się przy samodzielnym projektowaniu. Poprawki, przeróbki czy nietrafione zakupy mogą znacząco podnieść finalny budżet. Obawy o niezrozumienie potrzeb wynikają zwykle z braku wiedzy o procesie projektowym, który opiera się na ścisłej współpracy i analizie oczekiwań inwestora. Z kolei przekonanie, że mały remont nie wymaga specjalisty, bywa często mylące, bo właśnie przy ograniczonym zakresie najłatwiej o kosztowne błędy – stwierdza Adam Skłodowski.

Najmniej wskazań w badaniu uzyskały takie odpowiedzi, jak negatywne wcześniejsze doświadczenia z architektami lub projektantami wnętrz – 2,1%, a także zbyt długi termin realizacji projektu – 4,6%. Niewiele osób nie wie też dokładnie, jakie usługi w ogóle oferuje architekt – 4,9%.

Opis metody analitycznej/badawczej

Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview), polegającą na realizacji ankiet internetowych wspomaganych komputerowo. Badanie zostało zrealizowane przez platformę analityczno-badawczą UCE RESEARCH na ogólnopolskiej próbie 1004 dorosłych Polaków w wieku 18-80 lat, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat robili remont własnej bądź wynajmowanej nieruchomości. Respondenci zostali dobrani w sposób kwotowo-losowy (tj. pod względem wieku, płci oraz regionu) z wykorzystaniem panelu badawczego, a udział w badaniu miał charakter anonimowy.

OFE inwestuje 58 mln PLN w Medinice. Spółka rozwija nowe segmenty MedTech

Zarząd Medinice S.A. – notowanej na GPW spółki MedTech należącej do indeksu SWIG – informuje o zamiarze poszerzenia swojego portfolio produktowego, wchodząc z projektami do dwóch perspektywicznych segmentów globalnego rynku MedTech: Pulsed Field Ablation (PFA) oraz robotyki z zakresu systemów chirurgicznych. Projekty te w naturalny sposób wpisują się w realizowaną strategię rozwoju małoinwazyjnych urządzeń dla kardiologii i kardiochirurgii, jednocześnie poszerzając skalę możliwości technologicznych oraz komercyjnych Medinice.

  • Medinice SA wchodzi w perspektywiczne segmenty kardiologii i kardiochirurgii małoinwazyjnej: PFA oraz robotykę,
  • Zabezpiecza finansowanie strategii rozwoju,
  • Zyskuje wsparcie renomowanego polskiego funduszu emerytalnego jako długoterminowego akcjonariusza.

PFA (Pulsed Field Ablation) – ablacja z wykorzystaniem pulsacyjnego pola elektrycznego, jest technologią nowej generacji w leczeniu migotania przedsionków, która może wyznaczać nowy standard terapii zabiegowej. Jej przewaga wynika z selektywnego oddziaływania na komórki mięśnia sercowego, przy jednoczesnym ograniczeniu ryzyka uszkodzenia struktur sąsiadujących. Technologia ta oferuje również potencjał do zwiększenia bezpieczeństwa oraz efektywności proceduralnej. Równolegle Medinice planuje rozszerzyć portfolio o robotyczną kardiochirurgię małoinwazyjną, która pozostaje spójna z dotychczasowym profilem działalności Spółki. Rozwiązania te wspierają wykonywanie precyzyjnych procedur przez niewielkie dostępy operacyjne, ograniczając traumatyzację tkanek, a tym samym sprzyjając skróceniu hospitalizacji i rekonwalescencji pacjentów. Jednocześnie systemy robotyczne zwiększają precyzję ruchów operatora, powtarzalność procedur oraz ergonomię pracy zespołu zabiegowego.

Oba te obszary nie stanowią zmiany strategii Medinice SA, lecz jej konsekwentne, strategiczne rozwinięcie. Spółka pozostaje skoncentrowana na kardiologii i małoinwazyjnej kardiochirurgii, a nowe segmenty wzmacniają istniejące portfolio produktowe, wykorzystują obecne kompetencje i budują dodatkowy potencjał wzrostu w ramach już obranej ścieżki rozwoju.

Renomowane OFE  nabywa akcje Medinice SA – 58 mln PLN na finansowanie nowej strategii i dalszego rozwoju

Spółka pozyskała 58 mln PLN od jednego z największych otwartych funduszy emerytalnych  w Polsce, które nabyło 1 165 tys. akcji Medinice S.A. po cenie jednostkowej akcji na  poziomie 50 PLN, czyli zbliżonej do aktualnej ceny rynkowej.

Medinice SA zyskuje tym samym kolejnego długoterminowego partnera. W 2025 roku do akcjonariatu przystąpiło TFI PZU, jedno z największych Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (TFI) w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Od tego momentu minęło niespełna pół roku. W tym okresie wartość akcji Spółki, a tym samym jej kapitalizacja wzrosła kilkukrotnie przekraczając kwotę 0,5 mld PLN. Dołączenie do grona akcjonariuszy znaczącego inwestora finansowego potwierdza zasadność dotychczasowej strategii produktowej i komercyjnej, ale także uwiarygadnia nowe kierunki rozwoju Spółki.

Swój kilkunastoprocentowy udział w akcjonariacie utrzyma powiązana z Prezesem Zarządu Medinice, Sanjeevem Choudary, Fundacja Rodzinna Parmamand, która planuje objąć 1 165 tys. akcji serii O i w tym celu zażądała zwołania Walnego Zgromadzenia celem podjęcia uchwały emisyjnej.

Wejście kolejnego inwestora instytucjonalnego do naszego akcjonariatu to dowód na to, że fundamenty dotychczasowej strategii i nowych kierunków znajdują uznanie wśród coraz większych instytucji finansowych w Polsce i Europie. Z pierwszych, docierających do mnie sygnałów jest także pozytywnie odbierane przez dotychczasowych akcjonariuszy – powiedział Sanjeev Choudhary, Prezes Zarządu Medinice S.A. – Pozyskane od OFE środki dają nam realne narzędzia do realizacji ambitnych, ale precyzyjnie zaplanowanych kierunków strategicznych. Pozwalają także na komfortowe prowadzenie trwających rozmów komercjalizacyjnych. – dodał.

Komercjalizacja flagowych projektów: CoolCryo i PacePress

Równolegle spółka prowadzi procesy komercjalizacji dwóch flagowych projektów z dotychczasowego portfolio: CoolCryo – system do krioablacji serca oraz PacePress – wyrób zmniejszający ryzyko powikłań po implantacji urządzeń elektroterapeutycznych. Medinice SA prowadzi zaawansowane rozmowy z trzema niezależnymi podmiotami branżowymi o zasięgu międzynarodowym w zakresie potencjalnej sprzedaży CoolCryo.

W przypadku PacePress spółka jest zaangażowana w dedykowany proces z jednym z największych globalnych graczy na rynku MedTech.

W najbliższym czasie Medinice SA planuje zorganizować webinar inwestorski, podczas którego Zarząd Spółki przybliży szczegóły nowych kierunków strategicznych – PFA i robotyki, zaktualizuje status bieżących projektów oraz procesów komercjalizacyjnych. Więcej informacji niebawem.

Nowe uprawnienia PIP uderzą w HoReCa w szczycie sezonu. Branża szuka bezpiecznych modeli zatrudnienia

  • Główny Inspektor Pracy zakłada stosowanie nowych przepisów rozszerzających kompetencje Państwowej Inspekcji Pracy już tego lata. PIP dostał dostęp do danych ZUS i KAS, ogłasza nabór na nowych kontrolerów.
  • Wg GUS około 1,4–1,5 mln osób pracuje wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych. Po zmianach PIP będzie mógł zakwestionować taką formę zatrudnienia.
  • Jeśli restauracje i hotele nie wdrożą alternatywnych rozwiązań w zakresie zatrudnienia, czekają ich większe koszty lub ryzyko kłopotliwych kontroli PIP w środku sezonu.
  • Spędzający wakacje w Polsce mogą w tym roku zapłacić więcej. Wg przedstawicieli branży hotelowej może być o 15–20% drożej.

Nowelizacja ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy została podpisana przez Prezydenta i opublikowana w Dzienniku Ustaw. Obowiązuje 3-miesięczne vacatio legis, co oznacza, że nowe przepisy wejdą w życie w środku nadchodzącego sezonu wakacyjnego. Nowelizacja może wymusić szybką zmianę organizacji zatrudnienia. Podniesie też koszty, dodatkowo destabilizując działalność niektórych podmiotów bazujących na umowach cywilnoprawnych. Może także przełożyć się bezpośrednio na ceny dla klientów.

Największa zmiana polega na tym, że inspektor PIP będzie mógł w drodze decyzji administracyjnej zakwestionować formę zatrudnienia i wskazać, że dana osoba powinna mieć umowę o pracę. Procedura kontrolowania kontraktu cywilnoprawnego zakłada najpierw wydanie polecenia przez inspektora w zakresie dobrowolnego przekształcenia kontraktu na etat albo usunięcia z kontraktu elementów etatu. Wiele przypadków trafi do sądów. Choć po poprawkach legislacyjnych zrezygnowano z najbardziej kontrowersyjnych zapisów dotyczących działania prawa wstecz, to nadal oznacza to dla pracodawców realne ryzyko: konieczność zmiany formy zatrudnienia oraz potencjalne sankcje finansowe.

Z danych GUS wynika, że około 1,41,5 mln osób w Polsce pracuje wyłącznie na podstawie umów cywilnoprawnych. Co istotne, największa koncentracja takich form zatrudnienia występuje w sektorach usługowych. Latem to np. branża hotelarska, gastronomiczna czy obsługa ośrodków wypoczynkowych.

Sezonowość kontra regulacje

HoReCa (hotele, restauracje, catering) należy do sektorów najbardziej wrażliwych na zmiany regulacyjne. Tam model biznesowy opiera się na dużej zmienności zapotrzebowania na pracę. W szczycie sezonu zatrudnienie może wzrosnąć nawet dwukrotnie, by po jego zakończeniu znacząco spaść. W ośrodkach nadmorskich część obiektów w ogóle nie działa poza sezonem.

– Z wieloma osobami pracuję już kilka lat zatrudniając je na umowy stałe. Jednak w dużej części obiektów nawet 7080 proc. personelu to pracownicy sezonowi lub zatrudnieni na podstawie umów cywilnoprawnych. Najczęściej to pomoc kuchenna, pokojowe, personel kelnerski. Bez elastycznych form zatrudnienia prowadzenie działalności byłoby bardzo trudne. Zatrudnienie wszystkich na stałą umowę znacząco podniosłoby koszty prowadzenia działalności. W efekcie cena doby hotelowej mogłaby wzrosnąć o kilkanaście procent. Oczywiście branża rywalizuje ze sobą, ale jeżeli 80% obiektów opiera swoją działalność na pracy sezonowej, to wszystkie staną przed trudną decyzją podniesienia cen. Zrobi to prawdopodobnie 4 na 5 podmiotów – mówi Patryk Bińkowski – dyrektor hotelu i prezes spółki Hotelove Sp. z o.o., doradca hotelowy i przedstawiciel branży hotelarskiej z woj. zachodniopomorskiego.

Podobnych wzrostów należałoby oczekiwać w przypadku wyżywienia czy korzystania z atrakcji turystycznych. Na rosnące koszty wakacji Polacy już są przygotowani – droższe paliwo i transport podbiją ceny wyjazdów. Teraz dochodzi kolejny czynnik: zmiany w prawie pracy. Może się okazać, że czeka nas fala „paragonów grozy”. Już nie tylko z Zakopanego czy nadmorskich kurortów, ale także z miejsc, które dotąd były tańszą alternatywą. W skrajnym scenariuszu istnieje ryzyko „najdroższych wakacji w Polsce w historii”, a tego nie chcą turyści, właściciele obiektów turystycznych ani rząd.

Ekspert zwraca uwagę, że nie dla wszystkich pracowników przekwalifikowanie umów na stałe byłoby pożądane. Ważną częścią obsługi są osoby z zagranicy, szczególnie z Ukrainy. Dla wielu z nich praca sezonowa jest korzystna, bo potem wracają na kilka miesięcy do siebie.

Ryzyko kontroli w środku sezonu

Główny Inspektor Pracy zakłada, że kontrole zaczną się już w lipcu tego roku. Powstaje lista pytań kontrolnych. Miało ich być około 40, finalnie będzie mniej. W skali całego kraju sprawdzaniem kontraktów zajmie się kilkadziesiąt osób. PIP otwiera nabór na 100 nowych etatów do obsługi przepisów przewidzianych w nowelizacji. PIP w typowaniu podmiotów do kontroli będzie opierał się na stworzonym do tego algorytmie. Pomóc ma dostęp do danych ZUS i KAS co podniesie skuteczność działań PIP.

Nowe uprawnienia PIP wprowadzają spory element niepewności. Pracodawcy obawiają się scenariusza, w którym w trakcie sezonu dochodzi do kontroli, a jej wynik wymusza zmiany kadrowe. Nawet jeśli przepisy nie będą działały wstecz, sama konieczność reorganizacji zatrudnienia może oznaczać poważne zakłócenia. Eksperci wskazują, że największym problemem nie jest sama zmiana przepisów, lecz moment jej wejścia w życie i sposób egzekwowania.

Jeśli inspektor PIP zakwestionuje model zatrudnienia trzeba będzie odrywać menedżerów od pracy, angażować personel, przygotowywać dokumenty. To dezorganizuje funkcjonowanie obiektu – wskazuje ekspert. Jak dodaje, napięcie nie kończy się na zapleczu. Stres przenosi się na obsługę, a ostatecznie odczuwają go goście. To ostatnia rzecz, jakiej branża potrzebuje w sezonie.

– Firmy nie obawiają się dziś wyłącznie wzrostu kosztów pracy, ale przede wszystkim pojawiającej się nieprzewidywalności. Kontrola w środku sezonu może oznaczać konieczność przeorganizowania zespołu i formy współpracy. Zwracają się do nas podmioty z sektora hotelarskiego i usługowego z bardzo konkretnym pytaniem: „co możemy zrobić”. To pokazuje skalę niepewności na rynku. To moment, w którym trzeba podjąć decyzję z wyprzedzeniem. W sezonie nie będzie już czasu na eksperymenty – mówi Radosław Susłowicz, mecenas z Instytutu na Rzecz Rozwoju HR w Polsce.

Agencje pracy to alternatywny model zatrudnienia w ramach nowych przepisów

W odpowiedzi na zmieniające się otoczenie prawne coraz większym zainteresowaniem cieszy się model pracy tymczasowej i outsourcingu procesowego. W przeciwieństwie do klasycznych umów cywilnoprawnych, relacja między agencją pracy tymczasowej a pracownikiem jest uregulowana odrębnymi przepisami, co ogranicza ryzyko jej zakwestionowania.

To oznacza, że hotel czy restauracja nie zatrudnia bezpośrednio pracowników sezonowych, lecz korzysta z usług agencji, która deleguje personel do wykonywania określonych zadań. Taka osoba formalnie pozostaje zatrudniona przez agencję, a u pracodawcy użytkownika może wykonywać zadania nawet przez 18 miesięcy.

Jeszcze dalej idzie outsourcing procesowy. W takim przypadku hotel nie zatrudnia np. personelu sprzątającego, lecz zleca kompleksową usługę utrzymania pokoi firmie zewnętrznej.

To forma dostosowania modelu biznesowego do nowych realiów regulacyjnych. Firmy szukają dziś przede wszystkim bezpieczeństwa prawnego. To moment, w którym wielu przedsiębiorców musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy są gotowi na funkcjonowanie w nowym otoczeniu regulacyjnym. Dla części z nich oznacza to konieczność zmiany podejścia do zarządzania personelem – podkreśla mecenas Radosław Susłowicz z IRHR.

Nieuzasadnione stosowanie kontraktu cywilnoprawnego zamiast etatu będzie po zmianach zagrożone karą grzywny do 60 tys. zł. W przypadku korzystania z pośrednictwa agencji pracy tymczasowej takie zagrożenie jest istotnie niwelowane.

Nadchodzący sezon turystyczny może być pierwszym sprawdzianem dla nowych regulacji. Przedsiębiorcy z branży HoReCa stają dziś przed wyborem: czy utrzymać dotychczasowy model zatrudnienia i zaakceptować ryzyko kontroli, czy też przejść na rozwiązania oparte na kooperacji z agencjami pracy.

Zmiany w przepisach nie oznaczają końca elastycznych umów, ale przesuwają granice ich stosowania. Może to doprowadzić do przebudowy organizacji zatrudnienia w wielu sektorach – szczególnie tam, gdzie sezonowość i zmienność popytu są kluczowe dla prowadzenia biznesu.

Ponad 143 tys. samochodów elektrycznych w Polsce. Rynek nadal rośnie mimo końca dopłat

Według danych z końca marca 2026 r. w Polsce było zarejestrowane łącznie 143 689 osobowych i użytkowych samochodów całkowicie elektrycznych (BEV). W pierwszym kwartale b.r. ich liczba zwiększyła się o 11 439 szt., czyli o 59% więcej niż w analogicznym okresie 2025 r. – wynika z Licznika Elektromobilności, uruchomionego przez PZPM i PSNM.

Pod koniec marca 2026 r. po polskich drogach jeździły 263 084 samochody osobowe z napędem elektrycznym. Flota w pełni elektrycznych, osobowych aut (BEV, ang. battery electric vehicles) liczyła 131 863 szt., a park hybryd typu plug-in (PHEV, ang. plug-in hybrid electric vehicles) – 131 221 szt. Liczba samochodów dostawczych i ciężarowych z napędem elektrycznym wynosiła 12 630 szt. Stale rośnie flota elektrycznych motorowerów i motocykli, która na koniec I kwartału b.r. składała się z 28 885 szt., jak również liczba osobowych i dostawczych aut hybrydowych, która powiększyła się do 1 360 218 szt. Pod koniec ubiegłego miesiąca park autobusów zeroemisyjnych w Polsce wzrósł do 2 068 szt. (z czego pojazdy całkowicie elektryczne stanowiły 1 915 szt., zaś wodorowe 153 szt.).

Równolegle do floty pojazdów z napędem elektrycznym rozwija się infrastruktura ładowania. Pod koniec marca 2026 r. w Polsce funkcjonowały 12 543 ogólnodostępne punkty ładowania pojazdów elektrycznych. 48% z nich (5 980 szt.) stanowiły szybkie punkty ładowania prądem stałym (DC), a 52% – wolne punkty prądu przemiennego (AC) o mocy mniejszej lub równej 22 kW. W przypadku 21% punktów DC możliwe jest również alternatywne skorzystanie z ładowania AC.

– Marcowy wynik pokazuje, w przypadku rejestracji samochodów bateryjnych, że po okresie hossy spowodowanej dotacjami z programu NaszEauto, powróciliśmy do wyniku, który odnotowywaliśmy w ciągu ostatnich lat tj. wzrostu rejestracji o ok 50 proc. r/r. Pomimo ostatecznej decyzji o nieprzyznawaniu środków w wysokości 300 mln złotych na dopłaty do zakupów pojazdów zeroemisyjnych, wydaje się, że ten rok, jeśli chodzi o rejestracje BEV, nie będzie znacznie gorszy od poprzedniego. Warto podkreślić bardzo wysoki poziom rejestracji hybryd plug-in, których zakup nie jest objęty żadnym systemem wsparcia. W pierwszych trzech miesiącach b.r. około czterokrotnie – w stosunku do roku poprzedniego – wzrosła liczba zarejestrowanych autobusów zeroemisyjnych. Oznacza to, że po wyraźnym spowolnieniu rynku spowodowanym pandemią, samorządy chętniej przeznaczają środki na wymianę taboru, by był bardziej przyjazny środowisku.  W porównaniu do ubiegłego roku, rejestracje osobowych samochodów wodorowych są nieco niższe, zaś rejestracje klasycznych hybryd utrzymują się na zbliżonym poziomie – mówi Jakub Faryś, Prezes PZPM.

Liczba nowych rejestracji osobowych BEV w I kwartale b.r. wzrosła o prawie 75% r/r, natomiast w samym marcu o niemal 50%. Udział rynkowy „elektryków” kategorii M1 przekroczył w ubiegłym miesiącu 5,3%. To lepszy wynik niż rok wcześniej, co może stanowić dobry prognostyk, zwłaszcza w kontekście formalnego wyczerpania alokacji „NaszegoEauta”. Na pewno jednak znaczna część osób, które nabyły samochód elektryczny w ostatnich tygodniach liczy na uzyskanie dotacji, szczególnie po zapowiedziach dotyczących podwyższenia budżetu programu. Dziś wiemy już, że transfer dodatkowych środków nie nastąpi.  Mimo to na rynku nadal dostępne są oferty wynajmu długoterminowego BEV w cenach na poziomie 1 tys. zł miesięcznie lub mniej. W kolejnych miesiącach możemy spodziewać się dalszego nasilenia konkurencji cenowej m.in. w związku z rosnącą presją ze strony chińskich producentów oraz nieubłaganie zbliżającym się terminem realizacji obowiązku redukcji emisji za lata 2025-2027   – mówi Jan Wiśniewski, Dyrektor Centrum Badań i Analiz PSNM.