Ataki na rafinerie odbijają się na rynkach. Drożeje złoto, jen oraz waluty naftowe

Prezydent Donald Trump grozi odwetem po ataku na rafinerie w Arabii Saudyjskiej, a jego urzędnicy sugerują, że za sobotni atak odpowiedzialny jest Iran. Wydarzenia te wpłynęły bardzo negatywnie na produkcję, eksport i notowania ropy. Na starcie handlu ropa brent zaliczyła największy skok w historii, a rano notowania są nadal na około 10-procentowym plusie. Inne rynki również pozostają pod wpływem tych wydarzeń, gdyż wyeliminowały one około 5 procent globalnych dostaw ropy. Drożeje złoto, jen oraz waluty naftowe, a zniżkują kontrakty na indeksy giełdowe. Dla notowań kluczowe są  dwa pytania: jak szybko uda się przywrócić wydobycie oraz czy napięcie pomiędzy Iranem a USA zostanie złagodzone?

Sobotni atak spowodował wzrost cen ropy naftowej, a analitycy przewidują, że odczują to niemal wszystkie rynki. Zwłaszcza, że trwa „tymczasowe” wstrzymanie działalności dwóch zniszczonych zakładów. Według saudyjskiego ministerstwa energii wstrzymana produkcja to 5,7 mln baryłek ropy dziennie, co stanowi około 50 procent całkowitej produkcji koncernu Aramco, czyli 5 procent globalnej podaży na ten surowiec. Co prawda Arabia Saudyjska planuje zwiększyć produkcję o 30 procent, ale geopolityczna zawierucha zasiała na rynkach nerwowość.

Atak na Arabię Saudyjską skoncentrował na sobie uwagę inwestorów na początku tygodnia. Na otwarciu kurs ropy brent zanotował największy skok w historii. Obecnie baryłka wyceniana jest na 66,5 USD, co wciąż oznacza wzrost o ponad 10 procent, czyli najwięcej od 2008 r. Skokowy wzrost cen ropy to z jednej strony efekt fizycznego ograniczenia dostępności surowca, ale napędza go też ryzyko związane z konfliktem na Bliskim Wschodzie. Napięcie geopolityczne przekłada się na wzrost cen złota o 1 proc. Kurs ponownie znalazł się nad poziomem 1500 USD za uncję, co m.in. świadczy o tym, że inwestorzy zmierzają do bezpiecznych przystani.

Wpływ na inne rynki

Po ubiegłym, najgorszym tygodniu w tym roku jen zyskuje, o 0,5- 1 proc. spadają kontrakty na DAX i S&P500. EUR/USD tydzień zaczyna od pogłębienia korekty czwartkowych zwyżek i powrotu do 1,1070. USD/JPY cofa się pod 108,00. Dobrze radzą sobie waluty naftowe: NOK i CAD. Futures na DAX w poniedziałek rano jest 0,8 proc. pod kreską, kontrakt na S&P500 obniża się 0,5 proc. i schodzi pod 3000 pkt.

W całym tygodniu rynek najbardziej wyczekuje na środowe posiedzenie Fed. Ponadto rynki nieustannie analizują wszystkie informacje dotyczące wojen handlowych. Skoro przez ostatnie dziesięć dni na rynku panował optymizm, że porozumienie jest nie tylko możliwe, ale też całkiem bliskie, to teraz pora na zaognienie sporu? – Zalecamy sceptyczny osąd zarówno sytuacji wokół wojen handlowych, jak również brexitu. Przekłada się to na ostrożne podejście do możliwości kontynuacji umocnienia przez funta, jak również na wprost negatywne nastawienie do walut Antypodów – mówi kierownik Departamentu TMS Brokers Bartosz Sawicki i dodaje, że gwałtowne zmiany notowań na giełdach naftowych przełożą się na wzrost cen na hurtowym rynku paliw w Polsce.

Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ocena skutków przetwarzania – komentarz do komunikatu PUODO

W dniu 17 lipca 2019 r. Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych opublikował komunikat zawierający wykaz rodzajów operacji przetwarzania danych osobowych wymagających oceny skutków przetwarzania dla ich ochrony. To bardzo istotny dokument, ponieważ przedsiębiorcy, którzy przetwarzają dane w sposób wskazany w wykazie, będą zobligowani do wykonania oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony. Jej brak może zostać uznany za naruszenie RODO i obarczony sankcją.

Dlaczego trzeba wykonać ocenę ryzyka?

Właściwa ocena ryzyka jest podstawowym założeniem RODO. Konstrukcja tego aktu jest właściwa dla nowych trendów w zakresie stanowienia prawa w ramach Unii Europejskiej. Zgodnie z tymi trendami nowe akty prawne przede wszystkim przedstawiają skutek, jaki musi zostać osiągnięty przez adresata normy (w tym przypadku – przedsiębiorców) i na niego przerzuca obowiązek zapewnienia zgodności z zasadami wynikającymi z aktu. W przypadku RODO podstawowym obowiązkiem Administratora danych jest zapewnienie zgodności z przepisami Rozporządzenia, tj. przetwarzanie danych w zgodzie z przepisami prawa.

Jedną z norm wynikających z RODO jest konieczność wykonania w pewnych sytuacjach przez Administratorów danych oceny skutków przetwarzania dla ich ochrony. Ocena skutków przetwarzania dla ich ochrony to swoiste podsumowanie (liczbowe, opisowe) danego rodzaju przetwarzania danych przygotowane przez przedsiębiorcę. Taka ocena musi zawierać „systematyczny opis planowanych operacji przetwarzania i celów przetwarzania, w tym, gdy ma to zastosowanie – prawnie uzasadnionych interesów realizowanych przez administratora, ocenę, czy operacje przetwarzania są niezbędne oraz proporcjonalne w stosunku do celów, ocenę ryzyka naruszenia praw lub wolności osób, których dane dotyczą, środki planowane w celu zaradzenia ryzyku, w tym zabezpieczenia oraz środki i mechanizmy bezpieczeństwa mające zapewnić ochronę danych osobowych i wykazać przestrzeganie RODO, z uwzględnieniem praw i prawnie uzasadnionych interesów osób, których dane dotyczą, i innych osób, których sprawa dotyczy”.

Kiedy ocena skutków?

Co do zasady wykonanie takiej oceny jest obowiązkowe, „jeżeli dany rodzaj przetwarzania danych – w szczególności z użyciem nowych technologii – ze względu na swój charakter, zakres, kontekst i cele z dużym prawdopodobieństwem może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych”. Oznacza to, że nie każdy rodzaj przetwarzania danych (nie każda operacja przetwarzania) będzie wymagał wykonania oceny skutków przetwarzania dla ochrony danych, a jedynie te, które mogą powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Nasuwa się w tym momencie oczywiste pytanie, skąd przedsiębiorca ma wiedzieć, że dany rodzaj przetwarzania może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych, co będzie obligować go do wykonania oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony?

RODO wskazuje trzy kategorie rodzajów przetwarzania, które obligatoryjnie wymagają wykonania oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony. Są to przypadki, w których dokonuje się „(a) systematycznej, kompleksowej oceny czynników osobowych odnoszących się do osób fizycznych, która opiera się na zautomatyzowanym przetwarzaniu, w tym profilowaniu, i jest podstawą decyzji wywołujących skutki prawne wobec osoby fizycznej lub w podobny sposób znacząco wpływających na osobę fizyczną, (b) przetwarzania na dużą skalę szczególnych kategorii danych osobowych lub danych osobowych dotyczących wyroków skazujących i naruszeń prawa lub (c) systematycznego monitorowania na dużą skalę miejsc dostępnych publicznie”.

Wpływ komunikatu PUODO na przedsiębiorców

Uzupełnieniem rodzajów operacji przetwarzania danych, które będą wymagały wykonania przez Administratorów oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony, jest wykaz opublikowany przez Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych. Wykaz jest dużo bardziej szczegółowy i obszerniejszy niż wskazania zawarte w RODO. Nie stanowi on jednak katalogu zamkniętego sytuacji, w których wykonanie oceny skutków jest obligatoryjne – należy bowiem pamiętać, że Administrator danych ma obowiązek zawsze wykonać ocenę skutków, jeżeli dany rodzaj przetwarzania danych może powodować wysokie ryzyko naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Wykaz przygotowany przez PUODO ma charakter uzupełniający – tj. Administratorzy, którzy przetwarzają dane w sposób, który znajduje się w wykazie, mogą być pewni, że wykonanie oceny skutków przetwarzania danych dla ich ochrony będzie w tym przypadku obowiązkowe.

Szczególnie istotne w wykazie są pozycje, które mogą odnosić się do bardzo wielu podmiotów przetwarzających dane w podobny sposób. Przykładowo przetwarzanie danych w systemach monitorowania czasu pracy pracowników oraz wykorzystanych przez nich narzędzi (poczty elektronicznej, Internetu) zostało objęte obowiązkiem wykonania oceny skutków. Oznacza to, że takiej oceny będzie musiała dokonać większość pracodawców, bowiem systemy monitorowania czasu pracy oraz wykorzystania sprzętu służbowego są dziś powszechne.

Co robić?

Administratorzy powinni zweryfikować, czy sposób, w jaki przetwarzają dane, znajduje się w wykazie. Ci, którzy przetwarzają dane w inny sposób, powinni zweryfikować, czy ich sposób przetwarzania nie powoduje wysokiego ryzyka naruszenia praw lub wolności osób fizycznych. Niewykonanie oceny skutków, w sytuacji, gdy powinna ona być wykonana lub niewłaściwe wykonanie takiej oceny może zostać uznane za naruszenie RODO, a co za tym idzie, być obarczone dotkliwą karą finansową.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dlaczego jednostki samorządowe są atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców?

Skutki współczesnych cyberataków mogą być odczuwane nie tylko w wymiarze finansowym. W przypadku naruszenia bezpieczeństwa IT w samorządach wykradzione mogą zostać wrażliwe dane osobowe obywateli. Jest to poważne wyzwanie dla osób odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo w samorządach, które nie dość, że muszą sprostać rygorystycznym wymogom w zakresie bezpieczeństwa danych, to jeszcze zazwyczaj funkcjonują w ramach poważnie ograniczonego budżetu.

Samorządy jako źródło danych

Od jednostek samorządu terytorialnego oczekuje się coraz bardziej efektywnego świadczenia usług, w związku z czym rozbudowują one swoją infrastrukturę technologiczną i zakres usług oferowanych online. Powoduje to, że środowiska IT w urzędach rozwijają się, a ich złożoność rośnie. W efekcie urzędy zbierają, przechowują i przetwarzają coraz więcej wrażliwych danych obywateli.

Powiększenie zakresu ataków

Wiele samorządów oferuje obecnie usługi za pośrednictwem aplikacji mobilnych lub internetowych i wykorzystuje środowiska chmurowe. Cyfryzacja niesie ze sobą jednak poważne wyzwania: infrastruktury IT są coraz bardziej rozproszone i niejednorodne, a w konsekwencji zakres możliwego do przeprowadzenia ataku staje się odpowiednio większy. Jednocześnie działy IT mają trudności z utrzymaniem odpowiedniej widoczności i kontroli w tych zróżnicowanych środowiskach. Pod wieloma względami stwarza to idealną sytuację dla cyberprzestępców, a możliwości władz lokalnych w zakresie obrony, reagowania i naprawy nie zawsze są wystarczające.

Największe wyzwania

Eksperci Fortinet wskazują, że pierwsze z nich to przede wszystkim limity budżetowe. Samorządy lokalne często dysponują bardzo ograniczonymi zasobami. Nierzadko posiadają one starszy sprzęt lub oprogramowanie. W dodatku na rynku pracy specjaliści od bezpieczeństwa IT są w ogóle trudno dostępni, a ich wynagrodzenia wysokie. W tej sytuacji urzędy nie mają szans na ściągnięcie do siebie odpowiednio wykwalifikowanego personelu.

W wyniku braku specjalistów oraz zaniedbywania szkoleń dla pracowników w zakresie cyberhigieny, samorządy stają się łatwym celem dla oprogramowania typu ransomware, które najpierw szyfruje dane na zainfekowanym urządzeniu, a następnie żąda wpłacenia okupu w zamian za ich odblokowanie. Istnieje przy tym widoczny trend: hakerzy odchodzą od masowych ataków na wszystkich. W zamian przeprowadzają oportunistyczne, celowane, poprzedzone odpowiednim rozpoznaniem ataki na instytucje, które są postrzegane jako mające zdolność lub motywację do zapłacenia okupu.

Potrzebne są prostsze rozwiązania

Aby samorządy lokalne i gminy mogły dalej rozwijać swoje cyfrowe usługi bez ryzyka dla bezpieczeństwa danych, osoby za nie odpowiedzialne muszą określić potrzeby i wdrożyć rozwiązania, które umożliwią im jak najlepsze wykorzystanie ograniczonych zasobów.

Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce

– Warto w tym celu stosować zintegrowane rozwiązania ochronne, które są bardziej efektywne kosztowo oraz łatwiejsze do wdrażania i administrowania, niż zatrudnienie grona ekspertów odpowiedzialnych za ochronę środowiska IT. Jeśli wszystkimi elementami infrastruktury można zarządzać za pomocą centralnego interfejsu, godziny pracy przeznaczone na zabezpieczanie są znacząco redukowane, a koszty mogą być znacznie niższe – mówi Jolanta Malak, dyrektor Fortinet w Polsce.

Otwarta bankowość stała się faktem, a wraz z nią nowe wyzwania dla rynku

Polacy tęsknią za przejrzystością gotówki w portfelu, ale potrzebują czasu i polityki małych kroków, aby, dla wygody, dać kredyt zaufania stronom trzecim powierzając im swoje dane. Banki poszukują sposobu na zagospodarowanie nowego obszaru działania po wejściu w życie PSD2 czując, że stopniowo konkurencja ze strony podmiotów niebankowych będzie tu rosła. Wygrają ci, którzy zapewnią klientom większe poczucie komfortu i pozytywne doświadczenia.

Od 14. września funkcjonujemy w nowej rzeczywistości otwartej bankowości. Pojawienie się drugiej dyrektywy w sprawie usług płatniczych (PSD2) wspiera jeszcze mocniejszą koncentrację banków w relacji z klientem, co w efekcie będzie korzystne dla obu stron. Jednak wygląda na to, że jedni i drudzy będą potrzebowali trochę czasu i kredytu zaufania, aby nowe przepisy dały spodziewany efekt.

Ewolucja oferty banków

Jak pokazał raport KPMG przygotowany na zlecenie Związku Banków Polskich [1], ponad 1/3 polskich bankowców postrzega PSD2 jako szansę na rozwój oferty bankowej. Nieco mniej, bo 26% widzi zagrożenia dla banków wynikające przede wszystkim z rosnącej konkurencji ze strony firm takich, jak Google, Facebook, Amazon. Bankowcy czują, że muszą szybko wypracować ciekawe z punktu widzenia doświadczeń klientów rozwiązania, żeby w dłuższej perspektywie nie pożegnać się z częścią z nich. W pierwszym kroku przedstawiciele branży widzą konieczność wypracowania standardów API. Nikt nie spodziewa się, że wielka zmiana odbędzie się faktycznie z dnia na dzień.

Kwestia zaufania – podstawowy czynnik rozwoju otwartej bankowości

Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy
Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy

Największego potencjału rozwoju upatruje się w aplikacjach pozwalających sprawnie zarządzać środkami zlokalizowanymi na wielu kontach. Jedna historia i jeden interfejs dla całego wirtualnego majątku będą wymagały jednej, kluczowej wartości: kredytu zaufania dla stron trzecich. To im bowiem klient ma powierzyć swoje dane. – Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy.

I tu dziś banki mają przewagę nad innymi podmiotami ciesząc się większym kredytem zaufania i dając konsumentom poczucie bezpieczeństwa. Mimo wszystko z danych KPMG wynika, że jedynie 25% respondentów byłoby skłonnych przekazać bankowi dane do logowania do innego baku, a 32% – historie transakcji. Mimo wszystko banki są jak na razie mocno przed potencjalną konkurencją jeżeli chodzi o poziom zaufania.

Z czasem sytuacja ta się będzie jednak zmieniać. Jeszcze dwa lata temu klienci niezbyt chętnym okiem patrzyli na dzielenie się swoimi danymi z instytucjami innymi niż banki. W 2017 r. Accenture przebadało 2 000 Brytyjczyków — czyli uczestników rynku, który PSD2 zaabsorbował mimo zbliżającego się Brexitu najszybciej — by stwierdzić, że ponad dwie trzecie z nich nie chce podzielić się swoimi danymi z kimś innymi niż bank. Ponad połowa stwierdziła wprost, że nie zamierza zmienić swoich finansowych zwyczajów i zaakceptować otwartej bankowości.

Dane Accenture pokazują, że czas i korzyści czynią nas bardziej liberalnymi. 81% spośród 47 000 respondentów z 28 przebadanych krajów stwierdziło, że chętnie podzieli się z bankami dodatkowymi danymi, jeśli przyspieszy to formalności kredytowe (które zresztą ma przyspieszyć PSD2).

Cyfrowe ryzyka

Rozwiązanie oparte na połączonym zarządzaniu finansami w połowie ubiegłego roku wprowadził na brytyjskim rynku bank HSBC. Usługa Connected Money zintegrowała na jednej platformie rachunki bieżące, konta oszczędnościowe, kredyty hipoteczne, pożyczki i karty płatnicze 21 banków, włączając w to Santader, Lloyds i Barclays. Aplikacja oferuje również analizę wydatków, pokazuje ile pozostanie środków po opłaceniu rachunków i umożliwia wewnętrzne przesyłanie informacji celem lepszego wglądu w finanse.
Ten sam bank w listopadzie 2018 roku przyznał, że na amerykańskim rynku doświadczył incydentu naruszenia bezpieczeństwa danych. W jego wyniku nieautoryzowany użytkownik mógł uzyskać dostęp m.in. do nazwisk, adresów, telefonów, numerów kont, typów kont i historii transakcji osób, których liczba pozostała nieujawniona.

Jak można zapewnić większe bezpieczeństwo danych? Na rynku pojawiło się na przykład ciekawe rozwiązanie – HAT. Jest to rodzaj mikroserwera, na którym można przetrzymywać swoje dane osobowe i udzielać do nich dostępu stronom trzecim. Można również udostępniać zestawy danych lub wpuścić na serwer samouczącego się bota, który będzie przygotowywał analizy tych danych. Dostarczycielem takiego rozwiązania może być właśnie bank. W ten sposób instytucja nie będzie samodzielnie przetwarzała danych osobowych klientów i pośredniczyła w ich przekazywaniu stronom trzecim. Sami użytkownicy staną się ich administratorami.

Jedno jest pewne: otwarcie bankowości to kolejny impuls dla banków, aby holistycznego podejść do tematu doświadczenia konsumenta, tego, co my nazywamy cyfrową bliskością — bez względu na to, czy chodzi akurat o obsługę on-line czy off-line. Osobną kwestią jest zapewnienie odpowiednich zabezpieczeń i ustanowienie jednolitych standardów dla aplikacji, takich, aby klient mógł być pewny pieniędzy na koncie tak, jak gotówki w portfelu. – Tomasz Rokita, odpowiadający w Diebold Nixdorf za sektor bankowy

[1] PSD2 i Open Banking, Ewolucja czy rewolucja? KPMG, Marzec 2019

Prosta spółka akcyjna – nowa spółka kapitałowa od 2020 r.

Do kodeksu spółek handlowych została wprowadzona nowa spółka. Celem było stworzenie spółki dla start-upów technologicznych i pobudzenie polskiego ekosystemu start-upów. Prosta spółka akcyjna niewiele zmieni, bo potrzebują one ułatwień w dopływie kapitału

Zmiana wejdzie w życie z dniem 1 marca 2020, a pozytywy wprowadzenia prostej spółki to: szybka rejestracja elektroniczna, kapitał podstawowy w wysokości 1 zł, przenoszenie udziałów bez konieczności notaryzowania podpisów (wystarczy zwykła forma dokumentowa), uproszczony elektroniczny rejestr akcjonariuszy, w tym na blockchainie, podejmowanie uchwał w formie elektronicznej.

Są rozwiązania, które tworzą z PSA dobry model prawny pod kątem zakładania start-uów i uzyskiwania zewnętrznego finansowania od aniołów biznesu czy funduszy. To obejmowanie akcji na pracę i usługi, warunkowa emisja akcji, czyli wprowadzenie do polskiego prawa vestingu typowego w rundach finansowania dla star-upów, mechanizm przeciwdziałający osłabieniu prawa głosu akcji założycielskich przy kolejnych emisjach. To także rada dyrektorów składają się z dyrektorów wykonawczych (którymi zazwyczaj są założyciele) oraz nie wykonawczych, sprawujących nadzór nad działalnością spółki, których powołać może chcieć inwestor.

– Rozwiązania, które wprowadza do polskiego prawa prosta spółka akcyjna zmniejszają czas i koszty związane z prawno-korporacyjnymi aspektami prowadzenia działalności gospodarczej i szkoda, że ustawodawca nie poszedł o krok dalej, a raczej krok do tyłu i nie wprowadził ich do polskiego systemu poprzez reformę i uproszenie spółki z ograniczona odpowiedzialnością – mówi w rozmowie z MarketNews24 Aleksandra Polak, adwokat w Zięba&Partners. – Po to, żeby zakładanie i prowadzenie biznesu było proste dla każdego przedsiębiorcy, nie tylko tych planujących przedsięwzięcia technologiczne. Zakładam, że z uwagi na zalety PSA, wiele osób wybierze PSA w celu prowadzenia niekoniecznie strat-upów czy spółek technologicznych, ale bardziej tradycyjnej działalności.

Prosta spółka akcyjnaProsta spółka akcyjna jest bardzo dobrym rozwiązaniem, ale czy sprawi, że przedsiębiorcy z innych krajów będę rejestrować spółki w Polsce i czy pobudzi polski ekosystem start-upów? Niestety, sama zmiana kodeksu spółek handlowych nie wystarczy. Ekosystem to nie tylko uwarunkowania regulacyjne i prawne, ale dostęp do kapitału, innowacyjność gospodarki, poziom nauki, liczba utalentowanych pracowników oraz otwartość na cudzoziemców. Te wszystkie czynniki muszą zaistnieć razem, aby powstał prężny ekosystem, przyciągający innowacyjnych przedsiębiorców z innych krajów, jak ekosystem w Londynie czy Berlinie, czy wschodzące ekosystemy startupów w Amsterdamie czy Sztokholmie.

Niektóre z wymienionych elementów ekosystemu nie da się wprowadzić jedną reformą, wymagają szerokich zmian systemowych i kulturowych, związanych np. z promowanie przedsiębiorczości i innowacyjności a także podejmowania ryzyka. Pod tym kątem należałoby programy w szkołach i na studiach i wspierać tworzenie akceleratorów start-upów na uczelniach.

Odrębnym elementem jest sam poziom i innowacyjność polskich uniwersytetów i atrakcyjność pracy dla nich dla polskich i zagranicznych naukowców. Tutaj ustawodawca też ma możliwości oddziaływania poprzez łączenie systemu punktowy dla naukowych i dotacje powinny bardziej zależeć od komercjalizacji badań.

– Głównym problemem polskich przedsiębiorców nie jest to czy spółkę zakłada się 24 godziny czy dwa tygodnie, ale czy dostaną finansowanie na rozwój prototypu, zbudowanie infrastruktury, algorytmu, zatrudnienie pracowników i marketing – komentuje A.Polak z kancelarii Zięba&Partners.

W Polsce jest niewielu aniołów biznesu i funduszy venture capital. Ustawodawca może pobudzić przypływ finasowania dla start-upów, wspierając inwestowanie funduszy inwestycyjnych w startupy i wprowadzając ulgi podatkowe w podatku dochodowym i podatku od zysków kapitałowych.

W najbardziej rozwiniętym europejskim ekosystemie, czyli w Londynie, działają Enterprise Investment Scheme i Seed Enterprise Investment Scheme, które w znacznym stopniu przyczyniły się do wzrostu finansowania dla brytyjskich start-upów w bardzo wczesnym okresie wzrostu, na poziomie samego pomysłu na biznes. W ramach samego SEIS w latach 2017-2018 w brytyjskie start-upy zainwestowana 189 miliardów funtów.

Takich rozwiązań w Polsce jeszcze nie ma. Polski ustawodawca zauważył potrzebę pobudzenia ekosystemu start-upów, co z kolei przyczyniłoby się i do wzrostu PKB i do wzrostu zatrudnienia. Natomiast sama prosta spółka akcyjna, która wprowadza bardzo dobre i bardzo potrzebne rozwiązania do polskiego prawa, nie przyczyni się do wzrostu atrakcyjności polski na mapie hubów start-upów. Do tego potrzebne jest przede wszystkim zwiększenie dostępnego finansowania od aniołów biznesu i funduszy venture capital, podnoszenie innowacyjności polskiej nauki i większej komercjalizacji badań.

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają

Większość Polaków nie zna pojęcia fintech. Nie wie też, że nowe przepisy umożliwiają licencjonowanym podmiotom pobieranie za ich zgodą danych z konta bankowego czy wykonywanie w ich imieniu transakcji. Dynamika zmian wydaje się jednak jednoznaczna. Choć nie jesteśmy entuzjastycznie nastawieni do niebankowych usług finansowych, to coraz rzadziej mówimy im zdecydowane “nie” – wynika z badania Autopay Research “Podejście do fintechu 2019”.

W 2019 r., identycznie jak przed rokiem, zaledwie 7 proc. badanych Polaków jest gotowych skorzystać z usług finansowych od niefinansowych instytucji. Zdecydowanie bardziej otwarci na takie usługi są młodsi respondenci (czyli osoby do 44. roku życia) niż starsi – odpowiednio 11 proc. i 4 proc. wskazań.

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają 2

Sebastian Ptak, prezes zarządu Blue Media
Sebastian Ptak, prezes zarządu Blue Media

– Usługi fintech w Polsce cieszą się szybko rosnącą popularnością i nieprzerwanie zwiększają swój udział w rynku. Faktyczny odsetek osób korzystających – i gotowych skorzystać z usług fintechów – może być jednak większy niż deklarowany w badaniu, ponieważ spora część klientów nie zdaje sobie sprawy, że już teraz korzysta z usług takich firm. Weźmy choćby pod uwagę płatności elektroniczne, za pomocą których opłacamy zakupy w internecie, a które są obsługiwane przez fintechy, takie jak Blue Media albo kantory online czy karty wielowalutowe, które oferuje choćby Revolut. Klienci, którzy jawnie deklarują przywiązanie do tego typu usług, chwalą je sobie ze względu na szybkość i wygodę. Banki są z kolei obdarzane od lat bardzo wysokim poziomem zaufania. Fintechy i banki ucząc się od siebie – te pierwsze przynosząc ciekawe pomysły, a te drugie pokazując jak skalować biznes – budują w Polsce już całkiem sprawny ekosystem – komentuje Sebastian Ptak, Prezes Zarządu spółki finansowo-technologicznej Blue Media.

Z raportu Autopay Research wynika, że bezpieczeństwo usług jest zdecydowanie najważniejszym czynnikiem branym pod uwagę przy korzystaniu z usług finansowych i płatniczych. Silnie związany z tym jest też kolejny element –  zaufanie do instytucji oferującej takie usługi. Dopiero później analizowane są takie kwestie jak cena i wygoda korzystania.

Wiek – tak. Rodzina – nie. Jakie dane udostępniamy?

W ciągu ostatnich lat Polacy w coraz większym stopniu są skłonni do udostępniania podmiotom finansowym swoich danych osobowych. Jeszcze w 2016 r. ponad połowa respondentów deklarowała, że nie jest gotowa udostępnić żadnych danych osobowych w celu otrzymania korzystniejszej oferty. W 2019 r. już tylko 17 proc. ma jakiekolwiek wątpliwości w kwestii przekazywania swoich danych.
Oprócz tak standardowych informacji jak wiek czy miejsce zamieszkania, respondenci coraz chętniej dzielą się informacjami o swoich zainteresowaniach. Tematem tabu pozostaje nadal rodzina (5 proc.) oraz dane bankowe (1 proc.).

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają 3Co mówią o nas wyciągi bankowe?

Warto jednak zauważyć, że na bardziej sprecyzowane pytanie, czy byliby gotowi udostępnić licencjonowanemu podmiotowi, legalnie działającemu w UE, swoje dane logowania do banku w celu uzyskanie korzyści przy dokonywaniu płatności, swoją zgodę wyraziło już 11 proc. badanych. Nowe przepisy unijnej dyrektywy PSD2, które weszły w tym roku w życie, pozwalają bowiem wybranym instytucjom na przetwarzanie informacji zawartych w historii rachunku bankowego.

Polacy nie są gotowi udostępniać swoich danych. Ale i tak je udostępniają 4

 Wyciąg bankowy to bezcenne źródło informacji o nas – mówi nie tylko za co płacimy, ale także gdzie płacimy. Z rachunku bankowego można dowiedzieć się, jaki jest stan naszego zdrowia oraz jakiego rodzaju restauracje preferujemy. Są to informacje bezcenne dla wielu podmiotów na rynku. Dzięki tym informacjom można stworzyć bardzo dokładny profil klienta. Niemniej – aby instytucja finansowa mogła się z tymi informacjami zapoznać – potrzebuje naszej zgody. Zgoda ta musi być świadoma i wyraźna, a także nie można jej wymusić – podkreśla Tomasz Klecor, partner w kancelarii prawnej Legal Geek.

Znacznie chętniej podzielilibyśmy się informacjami o swoim koncie bankowym z operatorem płatności, innym bankiem czy sklepem internetowym niż z globalną spółką technologiczną.

– Tymczasem w praktyce ta globalna spółka technologiczna najczęściej nie potrzebuje od nas dostępu do rachunku bankowego. Swoją prywatność sprzedaliśmy jej już dawno, np. udostępniając informacje o lokalizacji naszego telefonu komórkowego czy korzystając z „darmowej” skrzynki e-mail – zauważa Tomasz Klecor.


Raport “Podejście do fintechu 2019” jest częścią większego badania Autopay Research “Innowacje finansowe 2019”, zrealizowanego metodą CAWI (internetowe wywiady) przez agencją badawczą Satisface na grupie 1109 respondentów. Autopay Research to marka należąca do Blue Media.

Leasing czy wynajem długoterminowy, a może średnioterminowy?

Używać, czy posiadać? Dla młodych ludzi korzystających z hulajnóg elektrycznych lub aut na minuty jest oczywiste, że w dzisiejszych czasach nie muszą mieć, aby używać. Powoli przekonują się do tego także firmy. Gdy potrzeba dodatkowych samochodów, można je po prostu wynająć.

W dużych polskich miastach elastyczna mobilność stała się faktem. Coraz więcej ludzi każdego dnia przekonuje się, że doraźne potrzeby związane z przemieszczaniem się bez obaw można zaspokoić za sprawą wypożyczanych rowerów, hulajnóg lub samochodów. Korzyści z elastycznych form wynajmu dostrzegają także firmy, dla których liczy się przede wszystkim dostęp do środka transportu wtedy, gdy jest potrzebny. Ważna jest możliwość korzystania z samochodu, a nie to, kto formalnie jest jego właścicielem.

Leasing czy wynajem?

Firmy najczęściej decydują się na leasing, w ramach którego koszt zakupu auta rozkładany jest zazwyczaj na okres od 24 do 60 miesięcy. Na koniec pojazd można zwrócić lub wykupić – często za kwotę stanowiącą 1% początkowej ceny pojazdu. Istnieją jednak alternatywy dla takiej formy finansowania.

Dziś najpopularniejszą z nich jest wynajem długoterminowy, który najczęściej trwa od 24 do 48 miesięcy. Miesięczny czynsz może być wtedy niższy niż w leasingu, a opłaty wliczone w cenę mogą obejmować m.in. serwis i ubezpieczenie pojazdu. Gdy okres wynajmu dobiega końca, samochód najczęściej jest zwracany, a firma rozpoczyna wynajem kolejnego, nowego samochodu. Dzięki temu firmowa flota może składać się z aut nie starszych niż 2- lub 3-letnie.

Ale nie każdy ma świadomość istnienia jeszcze jednej opcji – jest nią wynajem średnioterminowy, który może obejmować okresy od 1 do 23 miesięcy. To bardzo dobre rozwiązanie dla firm, które potrzebują auta na dłużej niż na kilka dni (a więc wynajem krótkoterminowy nie jest dla nich), ale nie chcą podejmować się długoterminowych zobowiązań. Najczęstsze okresy takich wynajmów to 3-6 miesięcy.

– Każdy rodzaj wynajmu będzie najkorzystniejszy w innej sytuacji. W ramach naszej oferty klient może wybierać pomiędzy wynajmem krótkoterminowym, średnioterminowym oraz długoterminowym. Dodatkowo, po podpisaniu umowy ramowej, kolejne wynajmy mogą następować szybciej i bez zbędnych formalności – mówi Ireneusz Tymiński, prezes ogólnopolskiej wypożyczalni samochodów Emotis.

Dla kogo wynajem średnioterminowy?

Jeśli porównamy koszty, to zapewne nie będzie zaskoczeniem, że w przeliczeniu na jedną dobę, wynajem krótkoterminowy okaże się najdroższy, a wynajem długoterminowy najtańszy. Koszt wynajmu średnioterminowego plasuje się pomiędzy nimi, co oznacza, że wynajem na miesiące nie jest alternatywą ani dla doraźnego zapotrzebowania  na samochód (np. na dobę lub kilka dni), ani dla długotrwałego wynajmu czy leasingu. Jest to po prostu rozwiązanie, które odpowiada na inne potrzeby i sprawdza się w innych sytuacjach.

Wynajem średnioterminowy to najlepsze rozwiązanie, jeśli firma potrzebuje dodatkowych samochodów na jeden lub kilka miesięcy. A tak właśnie może się zdarzyć, jeśli firma realizuje kilkumiesięczny projekt, który wiąże się z częstymi wyjazdami. Projekt może być realizowany zarówno przez pracowników, którzy na co dzień nie potrzebują aut służbowych (lub korzystają z aut „poolowych” – wspólnych dla wszystkich pracowników), jak i przez osoby zatrudnione na czas określony. Jeśli projekt ma być realizowany np. przez 6 miesięcy, nie ma potrzeby, by podpisywać umowę leasingową na minimum rok. Z kolei wynajem krótkoterminowy mógłby okazać się zbyt kosztowny. Wypożyczenie auta na średni termin, w tym przypadku na pół roku, będzie więc idealnym rozwiązaniem.

Inny przykład. Firma zatrudnia nowego menedżera, a jednym z uzgodnionych warunków umowy jest samochód służbowy. Najpierw jednak podpisywana jest umowa na okres próbny, a dopóki nie ma pewności, że zostanie ona przedłużona, nie ma powodów, aby pracodawca podpisywał nową umowę leasingową. Dla firmy korzystniej będzie wynająć auto np. na okres 3 miesięcy, a dopiero wtedy, gdy menedżer spełni oczekiwania, zdecydować się na leasing.

Wynajem na średni termin sprawdzi się także wtedy, gdy firma oczekuje na już zamówiony nowy samochód z salonu (realizacja zamówienia może trwać nawet kilka miesięcy) oraz wtedy, gdy auto firmowe czeka w serwisie na poważną naprawę (np. po wypadku).

Elastyczna flota

W wielu przedsiębiorstwach zapotrzebowanie na samochody nie jest jednakowe przez cały rok. W średniej lub dużej firmie wskazane jest utrzymywanie pewnej minimalnej floty, która zaspokoi potrzeby transportowe w tych okresach, w których wyjazdów jest najmniej. Utrzymywanie większej liczby samochodów nie będzie jednak miało uzasadnienia, jeśli niektóre pojazdy przez znaczną część roku będą stały nieużywane, generując koszty, ale nie zarabiając. W miesiącach wzmożonego zapotrzebowania na transport, można posiłkować się wynajmem średnioterminowym, dzięki czemu przedsiębiorstwo będzie ponosiło koszty tylko wtedy, gdy faktycznie korzysta z aut.

– W przypadku wynajmu średnioterminowego najczęściej nie jest wymagana opłata wstępna. Obowiązuje jedynie miesięczna kaucja. Limity kilometrów mogą natomiast zostać elastycznie ustalone pomiędzy wypożyczalnią a klientem – mówi Ireneusz Tymiński. – W ramach wynajmu średnioterminowego nasi klienci otrzymują samochody nowe, objęte nie tylko serwisem i ubezpieczeniem, ale także usługą assistance – podkreśla.

Ciekawą opcją jest możliwość podpisania umowy na wynajem elastyczny. Na jej podstawie firma będąca klientem zobowiązuje się do wypożyczenia samochodu na co najmniej 3 miesiące, jednak po tym okresie umowa może być w dowolnym momencie zakończona, bez dodatkowych opłat ani kar umownych. Dzięki temu korzystanie z wynajmu średnioterminowego może być jeszcze wygodniejsze.

Rynek biur elastycznych w Warszawie rośnie w siłę

W ciągu dwóch najbliższych lat w Warszawie powstanie aż 18,6 tys. stanowisk pracy do wynajęcia, a powierzchnia co-workingowa prawie się podwoi – wynika z raportu CBRE „Rynek biur elastycznych w Polsce 2019”. Już teraz, w stolicy udział powierzchni elastycznej w łącznym zasobie biurowym wynosi aż 2,5%. To oznacza, że Warszawa przegoniła m.in. Barcelonę (biura elastyczne to 2% zasobów) czy Berlin (1,8%). Eksperci CBRE wskazują, że znaczenie elastycznych powierzchni biurowych będzie rosnąć, a obecność na polskim rynku dużych marek, jak WeWork, tylko umocni ten trend.

Pierwsze powierzchnie elastyczne zaczęły powstawać w Warszawie już w 2004 roku, jednak na prawdziwy boom musieliśmy poczekać aż dekadę. Dopiero w 2014 roku rynek znacznie urósł. W całej Polsce przybyło wtedy około 16,7 tys. mkw. elastycznej powierzchni biurowej, co było wzrostem o 51% w porównaniu rok do roku. Od tego momentu rynek nie zwalnia. W latach 2017-2018 wynajęto aż 94 tys. mkw. powierzchni biurowej przeznaczonej pod biura elastyczne. Było to oczywiście związane z pojawieniem się na polskim rynku i rozwojem takich marek jak m.in. WeWork, Rise, Regus czy rodzimy Business.Link – mówi Konrad Szaruga, ekspert ds. elastycznych powierzchni biurowych, CBRE.

Ćwierć miliona powierzchni elastycznej w Warszawie

Warszawski rynek elastycznej powierzchni biurowej pozostawia daleko w tyle polskie miasta regionalne. W 2019 roku podaż powierzchni elastycznej przekroczyła 150 tys. mkw. Dla porównania w Krakowie, który jest drugim w tej kategorii rynkiem, ta powierzchnia nie przekroczyła 40 tys. mkw.

Warszawę czeka też w najbliższym czasie co-workingowy boom. W ciągu dwóch lat w stolicy planowane jest dostarczenie aż 18,6 tys. nowych biurek do wynajęcia. W 2020 roku rynek przekroczy poziom 200 tys. mkw. elastycznej powierzchni biurowej, żeby w 2021 roku zbliżyć się do prawie 250 tys. mkw. Największą ekspansję na rynku planuje firma WeWork.

Warszawa co-workingowo wyprzedza Berlin i Barcelonę

W stolicy Polski przestrzeń elastyczna zajmuje aż 2,5% całkowitych zasobów biurowych. Więcej tego typu powierzchni znajduje się w Amsterdamie, bo aż 4,7% oraz w Brukseli – 2,8%. Warszawa przegania natomiast takie europejskie miasta jak Barcelona (2%) czy Berlin (1,8%).

Rynek elastycznej powierzchni biurowej będzie się umacniał zarówno w Warszawie jak i znaczących ośrodkach regionalnych jak Kraków, Trójmiasto, Wrocław czy Aglomeracja Śląska. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby udział biur elastycznych, w stosunku do całego rynku, wzrósł do poziomu 5% w najbliższych latach. Oczywiście ten trend jest mocno związany ze zmianami, jakie dokonują się geopolitycznie, jak i na rynku pracy. Zasoby świetnie wyszkolonych i zdolnych polskich profesjonalistów przyciągają inwestorów, zaś firmy już obecne na rynku zmuszone są walczyć o najlepszych pracowników. W tej sytuacji rozwiązania biur elastycznych, których jakość jest jedną z najwyższych w Europie, są atrakcyjne dla wielu klientów korporacyjnych, przedstawicieli segmentu MŚP oraz scale-up’ów – podsumowuje Konrad Szaruga, CBRE.

Split payment do poprawy. Prof. Witold Modzelewski o plusach i minusach MPP

Prof. Modzelewski
Prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów

Eksperci twierdzą, że obowiązujący obecnie mechanizm podzielonej płatności (MPP) jest wadliwy. Nie zapewnia dostatecznych gwarancji uczciwym podatnikom, którzy zostali wplątani w oszustwo. To niewątpliwie największa słabość koncepcyjna. Nowe regulacje wejdą w życie już 1 listopada br. i będą krokiem w dobrym kierunku. Wówczas stanie się obowiązkowy dla 150 grup towarowych i usługowych. Według założeń, dochody państwa wzrosną z tego tytułu o ok. 9 mld złotych w skali roku. Jednocześnie znawcy tematu dodają, że obecny system mało daje przedsiębiorcom i ciąży im. A wkrótce zaczną narzekać ci, którzy do tej pory nie płacili VAT-u. O plusach i minusach MPP mówi prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów i prezes Instytutu Studiów Podatkowych.

Od 1 lipca 2018 roku przy płatności za faktury VAT można stosować split payment. Czy to jest dobre rozwiązanie dla państwa i przedsiębiorców?

Prof. Modzelewski: Są różne warianty mechanizmu podzielonej płatności. I ten, który w Polsce wprowadzono w ubiegłym roku, ma widoczne wady. Przede wszystkim on nie daje podmiotom stosującym split payment, dostatecznych gwarancji bezpieczeństwa, jeśli zostaną nieświadomie wplątane w oszustwo. Może to nie jest błąd, a największa słabość koncepcyjna. Ona powoduje, że podatnicy bronią się przed tym rozwiązaniem. To jest brak wyobraźni twórców tego rozwiązania. A pierwotny projekt MPP, który powstał w 2015 roku, jednak przewidywał dostateczną ochronę podatnika.

W czym zatem tkwi problem?

Prof. Modzelewski: Podatnik, działający w dobrej wierze, może trafić na nieuczciwego sprzedawcę towarów lub dostawcę usług, który nie płaci podatków, nie ewidencjonuje faktur lub jest przysłowiowym „słupem”. Zastosowanie MPP zabezpiecza nabywcę przed tego rodzaju ryzykiem, gdy daje mu prawo do odliczenia, czego jednak nie zapewniają obowiązujące w Polsce przepisy. Miejmy jednak nadzieję, że prędzej czy później, słabość ta zostanie usunięta w dobrowolnej wersji MPP.

Ale przecież zapowiadane są zmiany od 1 listopada br. Czy zatem te regulacje zmierzają w odpowiednim kierunku?

Prof. Modzelewski: Zdecydowanie tak. W tym przypadku możemy stwierdzić, że jest to realizacja postulatu z 2015 roku, żeby mechanizmem objąć tzw. towary wrażliwe. To na pewno jest lepsze rozwiązanie, krok w dobrym kierunku, bo pojawia się obowiązek stosowania MPP. On dotyczy 150 grup towarowych i usługowych, takich jak m.in. wyroby ze stali, metale szlachetne, metale kolorowe, złom, surowce wtórne, elektronika, roboty budowlane czy handel częściami do samochodów i motocykli. Likwiduje się patologię i zbędne przywileje, bo tzw. krajowe odwrotne obciążenie oznaczało zerową stawkę.

Ile na tym może zyskać państwo?

Prof. Modzelewski: Teraz te branże zaczną płacić VAT, co zapewni szybki przyrost dochodów budżetowych. Jednak podzielona płatność, nawet ta dobrowolna, już dała efekty. Ma ona pewne znaczenie, mimo że przedsiębiorcy się przed nią bronią. MPP w wersji obowiązkowej oznaczać będzie jednorazowy przyrost – przeskok na wyższy poziom dochodów o około 9 miliardów złotych w skali roku. Wykonanie dochodów budżetowych na ten rok z VAT-u ma dać ok. 180 miliardów złotych. Na przyszły rok rząd planuje wzrost do 200 miliardów złotych.

Taki skok jest realny?

Prof. Modzelewski: Tak. Oczywiście to nie jest tylko wynik split paymentu, ale przede wszystkim – likwidacji odwrotnego obciążenia. MPP stanowi jedynie ważne, ale jednak uzupełnienie. Każdy, kto będzie rządził w Polsce, musi mieć wyższą efektywność fiskalną systemu podatkowego. Przed wyborami pojawiają się propozycje kolejnych programów, a one wymagają coraz większych pieniędzy publicznych, bo politycy tylko się licytują, kto więcej wyda. W związku z tym musimy zapewnić wzrost dochodów budżetowych. Na pewno MPP wraz z likwidacją odwrotnego obciążenia da taki przyrost, który będzie niezbędny dla rządzenia w naszym kraju.

Jednak mówi się, że przedsiębiorcy na tym stracą. A jaka jest Pana opinia w tej materii?

Prof. Modzelewski: Gdyby był ten element, o którym już wspomniałem, chroniący nabywcę działającego w dobrej wierze, to wtedy mielibyśmy pogodzone interesy państwa z przedsiębiorców. W kształcie, w którym split payment jest obecnie, nie ma tej ochrony dla podatników działających w dobrej wierze. Stąd też rozwiązanie to jest mniej korzystne, niż faktycznie mogłoby być.

Co przez to Pan ma na myśli?

Prof. Modzelewski: Łączy się skutki negatywne niezastosowania MPP z podatkiem dochodowym. Warto też dodać, że nie każdy wydatek, który jest objęty podzieloną płatnością, można zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Prawo do tego przysługuje, jeżeli na tej fakturze będą podane 3 wyrazy, tj. mechanizm podzielonej płatności. Jest to rozwiązanie, przed którym podatnicy po prostu się bronią.

Czy to jest tylko kwestia wspomnianego braku ochrony?

Prof. Modzelewski: MPP mało im daje, a stwarza dodatkowe uciążliwości, chociażby takie jak gromadzenie środków na osobnym rachunku. Te rozwiązania są pod przemożnym wpływem silnego lobby bankowego. Ministerstwo Finansów w zasadzie pisze przepisy podatkowe na korzyść banków, ale czyni to nie po raz pierwszy w ciągu blisko trzydziestu lat. Rachunki VAT tworzy się przymusowo nawet tym, którzy tego nie potrzebują. To typowy przykład działania wbrew interesowi publicznemu. Ale to choroba nie tylko split paymentu.

Prognozowano, że środki gromadzone na rachunku VAT mogą powodować zatory płatnicze i problemy z przepływami pieniężnymi. To kolejne utrudnienie dla przedsiębiorców?

Prof. Modzelewski: Mówiono, że może tak się dziać, ale nie doszło do tego. Na pewno teraz na rachunkach VAT będzie znacznie więcej pieniędzy tam, gdzie będzie obowiązkowa podzielona płatność. Od 1 listopada br. nastąpi rozszerzenie listy należności publiczno-prawnych, które można uregulować z tego rachunku. To nie będzie miało istotnych skutków dla firm, które zostaną objęte obowiązkowym MPP, czyli dostarczających towary i usługi objęte tym rozwiązaniem. Ale trzeba oczywiście rzecz obserwować.

Jak zatem będzie finalnie wyglądać sytuacja ze split paymentem?

Prof. Modzelewski: Ci, którzy przez lata korzystali z przywileju niepłacenia VAT-u (odwrotne obciążenie), wreszcie zaczną go uiszczać. Oczywiście będą kręcili nosami, bo jeśli nie płacili go i jeszcze dostawali zwroty, to lubili taką sytuację. Teraz nie będzie nieuzasadnionej preferencji. To nam dobrze zrobi. Im mniej pola do wyłudzeń i oszustw, tym lepiej dla uczciwych podatników.

Budżet na 2020 – brak deficytu i duże, jednorazowe wpływy do kasy państwa

Ustawa budżetowa na rok 2020 została przyjęta przez Radę Ministrów. Założenia są dosyć ambitne, gdyż przewidują brak deficytu, mimo zwiększenia wydatków państwa o 14 miliardów złotych w stosunku do poprzedniego roku. Rząd przewiduje, że wpływy państwa zrównoważą jego wydatki i budżet roczny zamknie się “na zero”. Takie założenie jest możliwe do osiągnięcia dzięki jednorazowym wpływom do budżetu, które będą miały miejsce w przyszłym roku. Budżet ma otrzymać zastrzyk pieniędzy z przekształcenia OFE, opłat za prawo do emisji dwutlenku węgla oraz sprzedaży operatorom telekomunikacyjnym licencji na nadawanie na częstotliwości 5G. Te jednorazowe wpływy mają wynieść w sumie około 18 miliardów złotych i pomogą budżetowi państwa zamknąć się bez deficytu. Jednak eksperci nie przewidują, by takie wyniki utrzymały się w przyszłych latach. 

– Widzę pewne ryzyko po stronie większej ściągalności podatkowej, która jest jednym z założeń ustawy budżetowej. Imponujące wyniki wpływu z podatków, jakie miały miejsce w poprzednich latach, będą trudne do powtórzenia. Może się więc okazać, że już w 2020 roku czeka nas deficyt budżetowy. Zaś w dalszych latach, gdy nie będziemy mieć wpływów z tych jednorazowych źródeł, będzie on wyższy – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface. – Dodatkowo wchodzimy w okres spowolnienia gospodarczego, które powoli, ale coraz bardziej zauważalnie będzie doskwierać naszej gospodarce. Deficyt budżetowy będzie się więc powiększał, chociaż powinien wciąż pozostawać na stosunkowo niskim poziomie. Przewidujemy, że oscylował będzie na poziomie około 3% PKB – zapowiada Sielewicz.

Wyniki rynku pożyczkowego w sierpniu 2019 r.

W sierpniu 2019 r., w porównaniu do sierpnia 2018 r. firmy pożyczkowe udzieliły o (-1,9%) mniej pożyczek oraz na kwotę niższą o (-10,6%). Łączna sprzedaż firm pożyczkowych współpracujących z BIK w sierpniu 2019 r. wyniosła 576 mln zł w ujęciu wartościowym oraz 231,5 tys. w ujęciu liczbowym. Średnia wartość udzielonej w sierpniu 2019 r. pożyczki pozabankowej wyniosła 2 489 zł i była niższa od średniej wartości udzielonej pożyczki w sierpniu 2018 r. o (-8,9%).

W pierwszych ośmiu miesiącach 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły 1 834,5 tys. pożyczek na łączną kwotę 4,685 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku firmy pożyczkowe udzieliły o (+0,1%) więcej pożyczek, ale w ujęciu wartościowym finansowanie spadło o (-1,7%).

W okresie styczeń – sierpień 2019 r. 40% wartości pożyczek udzielono na kwoty powyżej 5 000 zł i stanowiły one 11% sprzedaży.

W ujęciu liczbowym dominowały pożyczki do kwoty 1 tys. zł, które stanowiły 38% liczby udzielonych w tym okresie pożyczek. W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 000 zł miały 9% udział w sprzedaży.

Dodatnia dynamika liczby udzielanych pożyczek w okresie styczeń – sierpień 2019 r. dotyczyła pożyczek niskokwotowych pow. 1 tys. zł i wyniosła (+5,4%) oraz pożyczek z przedziału 2-3 tys. zł, w przypadku których dynamika była osiągnęła (+4,7%). Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym w okresie ośmiu pierwszych miesięcy 2019 w porównaniu do analogicznego okresu z poprzedniego roku odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego 1,0 do 1,5 tys. zł (-7,4%) oraz 3 do 5 tys. zł (-6,8%). Również pożyczki wysokokwotowe – powyżej 5 tys. zł odnotowały ujemną dynamikę na poziomie (-2,2%).

Bez inwestycji ubezpieczyciele przegrają walkę o klientów. Branża musi radykalnie zmienić kanały kontaktu i dystrybucji polis

Bez inwestycji ubezpieczyciele przegrają walkę o klientów. Branża musi radykalnie zmienić kanały kontaktu i dystrybucji polis 1

Dotychczasowe kanały kontaktu z klientami i dystrybucji polis ubezpieczeniowych są przestarzałe – branża ubezpieczeniowa musi je radykalnie zmienić, żeby utrzymać konkurencyjność. Ubezpieczycielom za wzór może posłużyć bankowość czy branża muzyczna, która przeszła od fizycznej sprzedaży płyt do cyfrowej dystrybucji – wskazują eksperci Sollers Consulting. Przystosowując się do cyfrowych zmian, firmy ubezpieczeniowe muszą też zadecydować, za którymi trendami podążyć. Najbardziej obiecującym jest w tej chwili wielokanałowa, zintegrowana sprzedaż w ramach cyfrowych platform łączących różne produkty i dostawców usług.

– Branża ubezpieczeń musi pokonać jeszcze długą drogę, ale może skorzystać z doświadczeń branży bankowej czy muzycznej. Ta ostatnia jest przykładem pomyślnego przejścia od sprzedaży albumów w formie fizycznej do pełnej cyfryzacji podyktowanej potrzebami klientów. Obie te branże wykorzystują nowe technologie w celu pełnej cyfryzacji i czerpania korzyści ze sprzedaży bezpośredniej. Ubezpieczyciele będą musieli podążyć ich śladem, drastycznie zmieniając swoją strukturę sprzedaży. W przeciwnym razie ich oferta stanie się przestarzała – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Bucoń, chief customer officer w Sollers Consulting.

Jak zauważa, wyniki sprzedaży branży ubezpieczeń różnią się w poszczególnych krajach Europy. Kraje skandynawskie i Wielka Brytania notują dobre wyniki sprzedaży ubezpieczeń przez internet i za pośrednictwem alternatywnych kanałów dystrybucji, jak np. supermarkety. Z kolei w Niemczech rynek ubezpieczeń nie cyfryzuje się tak szybko.

– Chociaż niemieccy klienci są otwarci na kupowanie polis ubezpieczeniowych online, to branża nie spieszy się z wykorzystaniem tych możliwości. W strukturze sprzedaży ten trend nie jest jeszcze widoczny. Warto dodać, że w Niemczech średnia wieku pracowników odpowiedzialnych za sprzedaż ubezpieczeń jest wyższa niż średnia wieku ogółem. Młodsze pokolenie ma w tej branży niewielki udział. Wydaje się, że niemieccy ubezpieczyciele dostosowują się do nowych trendów raczej powoli – mówi Jarosław Bucoń.

Zarówno europejski, jak i polski rynek ubezpieczeń jest w fazie dynamicznych zmian. Wymuszają je rosnące oczekiwania klientów, zwłaszcza młodszych pokoleń, którzy preferują cyfrowe usługi i kanały kontaktu. Kolejny czynnik napędzający zmiany to pojawienie się na rynku konkurencji w postaci insurtechów – młodych firm technologicznych działających w branży ubezpieczeń, które lepiej i szybciej dostosowują się do oczekiwań klientów.

Adaptacja nowych wyzwań i zmieniającego się otoczenia wymusza na ubezpieczycielach przejście procesu cyfryzacji i wdrażanie nowych technologii. Pozwala im to rozwijać ofertę, upraszczać wewnętrzne procesy i przede wszystkim podnosić jakość obsługi klienta.

– Przystosowując się do cyfrowych zmian, ubezpieczyciele muszą podjąć strategiczne decyzje, za którymi trendami podążyć. Rynek ubezpieczeń jest bardzo nasycony, więc obecnie pozyskanie w nim znacznego udziału nie jest możliwe bez naruszenia statusu quo – mówi Marcin Grabowski, head of digital solutions w Sollers Consulting.

Jak ocenia, dla firm ubezpieczeniowych najbardziej obiecującym i kompleksowym kierunkiem jest wejście do ekosystemu cyfrowego i zaoferowanie klientom wielokanałowego, zintegrowanego podejścia. Pozwala to na rozszerzenie możliwości biznesowych poprzez sprzedaż krzyżową (cross-selling), tworzenie pakietów, ofert kontekstowych i szybką cyfryzację nowych kanałów dystrybucji.

– Głównym założeniem koncepcji ekosystemów cyfrowych jest połączenie wielu firm i ich klientów indywidualnych za pośrednictwem jednej platformy cyfrowej. Pozwala to na połączenie różnych usług należących do konkretnego obszaru – od finansów, poprzez usługi zdrowotne, lifestyle’owe i rozrywkę, po projektowanie mody i sprzedaż odzieży – mówi Marcin Grabowski.

Nowe metody interakcji z klientami, chociaż są niezbędne, wprowadzają jednak duże zamieszanie w branży ubezpieczeń. Ubezpieczyciele muszą zarządzać swoimi procesami nie tylko w tradycyjnych i bezpośrednich kanałach sprzedaży, lecz także zarządzać nowymi, odrębnymi produktami oferowanymi przez banki i innych usługodawców zewnętrznych.

– Nie jest to możliwe bez prawdziwie zintegrowanej, wielokanałowej architektury, w ramach której klienci korzystają z usług w sposób płynny – niezależnie od tego, czy kontaktują się z agentem, wykupują polisę, czy kupują inne produkty za pośrednictwem platform e-commerce. Dlatego oferujemy ubezpieczycielom platformę RIFE, która pozwala na połączenie wielu kontrahentów i kanałów sprzedaży z wykorzystaniem spersonalizowanych procesów, ukierunkowanych na klienta. Platforma jest oparta na otwartej architekturze i przygotowana na połączenie ze złożonymi ekosystemami cyfrowymi. Elastyczność konfiguracji umożliwia szybkie wprowadzenie na rynek produktów i usług w ciągu kilku miesięcy, zamiast kilku lat – mówi Marcin Grabowski.

Cyfryzacja rynku ubezpieczeń i wyzwania związane z wdrożeniem nowych technologii będą szeroko omawiane podczas 8. edycji konferencji „Innovation in Insurance”, organizowanej przez Sollers Consulting. Odbędzie się ona 20 stycznia 2020 roku w warszawskim Centrum Nauki Kopernik. Wezmą w niej udział przedstawiciele wiodących firm ubezpieczeniowych z całej Europy. Jest to międzynarodowa konferencja, jedna z największych w Polsce, poświęcona ubezpieczeniom. Poprzednia edycja zgromadziła w Warszawie ponad 300 ekspertów z branży ubezpieczeniowej z Polski, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Danii, Szwajcarii, Rosji i wielu innych krajów.

W 2020 roku do recyklingu powinna trafiać połowa odpadów komunalnych. Gminom grożą wysokie kary

W 2020 roku do recyklingu powinna trafiać połowa odpadów komunalnych. Gminom grożą wysokie kary 2

Polacy deklarują, że segregują śmieci. Wiele odpadów trafia jednak do jednego kontenera, a gminy nie radzą sobie z ich przetwarzaniem. Tymczasem za nieosiągnięcie 50 proc. poziomu recyklingu odpadów komunalnych w 2020 roku grożą im wysokie kary. Przy obecnym stopniu przetwarzania odpadów kary wydają się nieuniknione – do recyklingu materiałowego plastiku, szkła, metali i papieru trafia blisko 15 proc. odpadów. Problemem jest niska jakość selektywnej zbiórki.

 W Polsce mamy do czynienia z pewnym paradoksem. Recyklerzy, którzy mają instalacje, przetwarzają odpady, muszą je pozyskiwać za granicą, natomiast polscy producenci, sorterzy nie są w stanie tych odpadów zbyć. Główną przyczyną takiego stanu rzeczy jest jakość tych odpadów. Recykler, żeby poddać recyklingowi określone surowce, musi mieć bardzo wysokiej jakości, czyste odpady. Problemem jest selektywna zbiórka u źródła, surowce są niedostatecznie dobrej jakości – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Dziczek, członek zarządu Związku Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK.

Zgodnie z unijnymi wymogami w 2020 roku połowa odpadów powinna trafić do recyklingu. Obecnie jednak cztery podstawowe surowce: plastik, szkło, metal i papier, trafiają do recyklingu w zaledwie ok. 15 proc. – wynika z wyliczeń Towarzystwa na Rzecz Ziemi. Ponad 60 proc. odpadów wraca do systemu w postaci zmieszanej, odzyskać udaje się blisko 6 proc. z nich. Polacy, choć deklarują, że w zdecydowanej większości segregują śmieci, nie zawsze robią to prawidłowo.

– Do 2020 roku gminy mają obowiązek uzyskać 50 proc. recyklingu odpadów komunalnych, natomiast wprowadzający na rynek opakowania globalnie muszą uzyskać poziom 56 proc. recyklingu. Dodatkowo każdy materiał ma jeszcze odrębny poziom, np. tworzywa sztuczne – 23,5 proc., papier – 61 proc. – przypomina Magdalena Dziczek.

Jak podkreśla, zgodnie z pakietem dyrektyw odpadowych, które w całej UE powinny zostać wdrożone do lipca 2020 roku, do 2035 roku wymagany odsetek recyklingu odpadów komunalnych rośnie do 65 proc.

Dotyczy to całej masy odpadów komunalnych, więc nie tylko tych surowcowych, które wszyscy zbieramy selektywnie w swoich domach, lecz także np. odpadów biodegradowalnych. Bardzo wyśrubowane cele są wyznaczone także dla producentów wprowadzających na rynek swoje produkty w opakowaniach. One dotyczą nie tylko poziomu recyklingu, lecz także sposobu postępowania z nimi – mówi Magdalena Dziczek.

Dyrektywa odpadowa Unii Europejskiej wprowadza też rozszerzoną odpowiedzialność producenta. Producenci będą zobowiązani m.in. do pokrycia kosztu netto selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu.

 Ma to być mechanizm, który będzie wspomagał osiąganie założonych celów z uwzględnieniem poszczególnych elementów, czyli selektywnej zbiórki, transportu, doczyszczenia odpadów, przygotowania ich do recyklingu i przekazania recyklerowi – tłumaczy ekspertka związku EKO-PAK.

Związek Pracodawców Przemysłu Opakowań i Produktów w Opakowaniach EKO-PAK, Polska Federacja Producentów Żywności Związek Pracodawców oraz Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego „Browary Polskie” opracowały koncepcję zmian obecnego systemu gospodarki odpadami komunalnymi. Docelowo koszty selektywnej zbiórki i przygotowania odpadów opakowaniowych do recyklingu mają mniej obciążać mieszkańców, a organizacje odzysku opakowań mają być odpowiedzialne za zagwarantowanie recyklingu. W efekcie system ma działać znacznie sprawniej, większe będą też szanse na osiągnięcie odpowiednich wskaźników wymaganych przez UE.

– Jeżeli nie wywiążemy się ze zobowiązań unijnych, możemy ponieść tego konsekwencje finansowe – przypomina Magdalena Dziczek.

Paweł Głuszyński z Towarzystwa na rzecz Ziemi wylicza, że za nieuzyskanie 50-proc. wskaźnika 16 największych miast może zapłacić ponad 200 mln zł, np. Warszawa – 60 mln, Wrocław – 22 mln, a Poznań – 20 mln zł.

2 mln polskich dzieci cierpi na alergiczny nieżyt nosa. Nieleczony zwiększa o 80 proc. ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej

2 mln polskich dzieci cierpi na alergiczny nieżyt nosa. Nieleczony zwiększa o 80 proc. ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej 3

Nieleczony alergiczny nieżyt nosa prowadzi do zaburzenia koncentracji i permanentnego zmęczenia, może mieć także bardzo negatywne skutki zdrowotne w przyszłości. Nawet o 80 proc. zwiększa ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej, może też być przyczyną nadciśnienia tętniczego i udaru mózgu. Z problemem tym zmaga się ok. 2 mln dzieci. Najskuteczniejszą przyczynową metodą leczenia jest podjęzykowa immunoterapia alergenowa, która zastosowana odpowiednio wcześnie nawet trzykrotnie zmniejsza zagrożenie wystąpieniem astmy. W Polsce wciąż nie podlega jednak refundacji.

Alergiczny nieżyt nosa, czasem nazywany też katarem siennym, to stan zapalny śluzówek nosa i zatok wywołany działaniem alergenów. Coraz częściej dotyka dzieci i młodzież, zapadają i cierpią na nią również osoby starsze. Alergiczny nieżyt nosa może występować sezonowo, w okresie od stycznia do października, na skutek obecności takich alergenów, jak pyłki kwitnących drzew, traw chwastów i zarodników pleśni. Najbardziej uciążliwe są jednak alergeny całoroczne np. roztocza kurzu domowego. Roztocza szczególnie dają się we znaki jesienią i zimą przez zmiany pogody i wilgotność powietrza oraz z powodu rozpoczęcia sezonu grzewczego. Poza tym jest to okres częstszego występowania infekcji układu oddechowego.

– Są to alergeny przede wszystkim kurzu, pleśni, sierści zwierząt, nawet, o czym mało kto wie, w szkołach czy przedszkolach są to alergeny prusaków, różnego rodzaju owadów, które żyją wokół nas – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Piotr Kuna, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

W Polsce na alergiczny nieżyt nosa cierpi ok. 25 proc. populacji, z czego prawie 2 mln to dzieci i młodzież do 18 roku życia. Objawy choroby to przede wszystkim obrzęk błony śluzowej nosa utrudniający oddychanie, katar, kichanie, ból głowy w okolicy czołowej oraz problemy ze snem. Symptomy te często są lekceważone, w dłuższej perspektywie jednak istotnie obniżają jakość życia chorego. W przypadku dzieci przyczyniają się też do pogorszenia wyników w nauce, zaburzają bowiem zdolność koncentracji i prowadzą do permanentnego zmęczenia. Nieleczony alergiczny nieżyt nosa może mieć też wiele negatywnych konsekwencji zdrowotnych w przyszłości.

– Ten, kto choruje na nieżyt nosa, o 20 lat wcześniej dostanie nadciśnienia tętniczego prowadzącego do udaru mózgu. Ma o 80 proc. skumulowane ryzyko rozwoju astmy oskrzelowej, choroby, która powoduje niedotlenienie organizmu – mówi prof. Piotr Kuna.

W leczeniu alergicznego nieżytu nosa często stosuje się donosowe glikokortykosteroidy oraz leki przeciwhistaminowe. W przypadku stwierdzenia związku między konkretnym alergenem a objawami możliwe jest zastosowanie immunoterapii alergenowej, polegającej na podawaniu choremu małych, lecz stopniowo zwiększanych dawek alergenu. Terapia ta, jako obecnie jedyna, jest w stanie skutecznie wpłynąć na modyfikację przebiegu alergii. Badania pokazują, że zastosowanie immunoterapii zmniejsza również ryzyko progresji rozwoju alergii w kierunku astmy oskrzelowej nawet o 50 proc.

– Ostatnie standardy GINA i standardy terapii chorób alergicznych, które zostały na początku tego roku opublikowane przez Europejską Akademię Alergologii, Immunologii Klinicznej jasno o tym mówią. Leczmy w ten sposób pacjentów z astmą alergiczną, chorych na alergiczny nieżyt błony śluzowej nosa z współistniejącymi chorobami, uczulonych na alergeny roztoczy kurzu domowego, a uzyskamy w ten sposób lepszą kontrolę astmy oskrzelowej – mówi prof. Maciej Kupczyk z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Celem immunoterapii jest wywołanie tolerancji organizmu na konkretny alergen, a więc przywrócenie normalnego funkcjonowanie układu immunologicznego. Najlepsze efekty osiągane są w przypadku uczulenia na pyłki traw, drzew i roztocza kurzu domowego. Na znaczną poprawę samopoczucia mogą jednak liczyć także osoby uczulone na sierść zwierząt i jady owadów. Początkowo immunoterapię aplikowano w formie podskórnej, obecnie istnieją także leki podawane podjęzykowo. Mechanizm działania jest ten sam, terapia podjęzykowa jest jednak wygodniejsza dla pacjentów, może być bowiem aplikowana w warunkach domowych.

– Preparaty są dostępne, ale niestety są pełnopłatne. Cena jest pewnym ograniczeniem, stąd może zbyt małe rozpowszechnienie tej metody terapii w porównaniu do tego, jakie są potrzeby z punktu widzenia zdrowia publicznego. Efekt terapii w naszej codziennej praktyce jest doskonały – mówi prof. Maciej Kupczyk.

Eksperci nie mają wątpliwości, że nowoczesna immunoterapia podjęzykowa powinna podlegać refundacji. Na całym świecie gwałtownie wzrasta zachorowalność na alergie. W Polsce choruje już blisko 15 mln osób, przy czym, jak pokazało badanie Epidemiologia Chorób Alergicznych w Polsce (ECAP), 12 proc. społeczeństwa ma rozpoznaną astmę oskrzelową.

 Szczepienia, czyli immunoterapia alergenowa, jest jedynym działaniem profilaktycznym i dlatego w zasadzie powinniśmy zrobić wszystko, żeby metody profilaktyczne były stosowane na jak najszerszą skalę – mówi prof. Krzysztof Kowal, kierownik Zakładu Alergologii i Immunologii Doświadczalnej na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku.

– Immunoterapia podjęzykowa powinna być refundowana. Jeżeli państwo ponosi odpowiedzialność za dzieci, młodych ludzi, którzy wkraczają w dorosłe życie i chcą pracować, to ten rodzaj leczenia powinien być dla nich dostępny. To jest nieporozumienie, że te leki są nierefundowane i dla wielu naszych pacjentów niedostępne ze względu na zbyt wysoką cenę – mówi prof. Piotr Kuna.


Materiał powstał w ramach kampanii edukacyjnej. Więcej informacji na jej temat na profilu na Facebooku: Zerwij z alergią – wybierz zdrowie.

Kampania edukacyjna

Co roku dochodzi do 27 tys. pożarów budynków mieszkalnych. Dzięki biernej ochronie przeciwpożarowej mogłoby ich być zdecydowanie mniej

Co roku dochodzi do 27 tys. pożarów budynków mieszkalnych. Dzięki biernej ochronie przeciwpożarowej mogłoby ich być zdecydowanie mniej 4

Strażacy w 2018 roku wyjeżdżali do 149 tys. pożarów. Prawie połowa z nich miała miejsce w obiektach handlowo-usługowych, coraz więcej jest też pożarów w budynkach mieszkalnych. Rocznie wybucha ich ok. 27 tysięcy. Przed pożarem można się jednak zabezpieczyć. Wdrożenie biernej ochrony przeciwpożarowej spowalnia rozprzestrzeniania się ognia, zapewnia trwałość konstrukcji i zwiększa bezpieczeństwo ludzi.

– Bierna ochrona przeciwpożarowa polega na zastosowaniu prostych materiałów budowlanych, jak różnego rodzaju płyty, lakiery, farby, ale poprzez umiejętną aplikację i odpowiednią produkcję tych materiałów zapewniamy, że te elementy budowlane, które powinny być zabezpieczane, uzyskują klasę odporności ogniowej – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Mazanek, menadżer ds. sprzedaży w firmie Promat Techniczna Ochrona Przeciwpożarowa.

Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej podaje, że w 2018 roku odnotowano 149 tys. pożarów – blisko połowa miała miejsce w sklepach, hurtowniach czy lokalach gastronomicznych. Coraz częściej do pożarów dochodzi w obiektach mieszkalnych (wzrost o ponad 1,1 tys. rdr.) – średnio co roku pali się ich 27 tys. (dane za raportem Promat „Bierna ochrona przeciwpożarowa”). Części pożarów można byłoby uniknąć dzięki wdrożeniu biernej ochrony przeciwpożarowej, choć – zdaniem eksperta – sytuacja i tak wygląda już coraz lepiej.

– Tak naprawdę trudnością nie jest dobranie odpowiedniego materiału, ale jego aplikacja, montaż, aby w trakcie pożaru ten materiał po prostu nie odpadł, ale spełniał swoją funkcję. Producenci, którzy pojawili się w Polsce, wnosząc nowe technologie, spowodowali, że poziom biernej ochrony przeciwpożarowej bardzo urósł. Mamy najwyższy poziom europejski, znacznie wyższy niż w niektórych krajach np. Europy Południowej – przekonuje Tomasz Mazanek.

Od 1994 roku, kiedy wprowadzono nowe Prawo budowlane, zaostrzono wymogi techniczne, jakie powinny spełniać budynki. W przepisach uwzględniono m.in. zmiany dotyczące biernej ochrony przeciwpożarowej. Obecnie zabezpiecza ona konstrukcje tunelowe i przejścia instalacyjne, przewody wentylacyjne i oddymiające, przede wszystkim zwiększa wytrzymałość konstrukcji. Z raportu Promat wynika, że przeciętna stalowa konstrukcja uzyskuje temperaturę krytyczną po 10 minutach pożaru, ale w obecności gazów palnych nawet w ciągu sekundy. W efekcie konstrukcja może się zawalić, a dzięki biernej ochronie jest zaś znacznie trwalsza.

– Produkty stosowane do biernej ochrony przeciwpożarowej są bardzo bezpieczne. To, co stosowane jest w Polsce, opiera się na najwyższych standardach w zakresie testów ogniowych i badań. Także kontrola jest w Polsce na bardzo wysokim poziomie. Jeśli więc mamy do czynienia z nowymi inwestycjami, nowymi budynkami i one są zabezpieczone atestowanymi, aprobowanymi systemami, możemy się czuć bezpiecznie – mówi przedstawiciel Promat.

Wraz z pojawianiem się nowych materiałów oraz budowaniem wieżowców pojawiają się nowe wyzwania związane z bezpieczeństwem przeciwpożarowym ludzi przebywających w takich budynkach. Promat pracuje np. nad powłoką, która poprawiłaby odporność na ogień dotychczas łatwopalnych elementów konstrukcyjnych.

– Mamy do czynienia z ciągłym postępem, pojawiają się kompozytowe rozwiązania. Mamy do czynienia z konstrukcjami sprężonymi, różnymi rodzajami stali, pojawiają się profile stalowe coraz cieńsze, ekonomiczne, ale niestety bardziej narażone na ogień. To wyzwania, z którymi się mierzymy, ale radzimy sobie z tym naprawdę nieźle – ocenia Tomasz Mazanek.

Reklamy mają być mniej szkodliwe dla dzieci. Nie będą mogły m.in. podważać autorytetu rodziców

Reklamy mają być mniej szkodliwe dla dzieci. Nie będą mogły m.in. podważać autorytetu rodziców 5

– Dzieci oglądają tyle samo, a niekiedy więcej reklam niż dorośli. Są jednak nieodporne na przekazy marketingowe, bo odbierają wszystko bezpośrednio, a to może mieć bardzo groźne skutki – mówi przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Dzięki kolejnej samoregulacji branży reklamowej najmłodsi odbiorcy mają być przed tym lepiej chronieni. Z jednej strony w reklamach mają się nie pojawiać treści o szkodliwym wpływie. Z drugiej strony Karta Ochrony Dzieci w Reklamie obejmuje także dziecięcych aktorów grających w spotach.

– Dzieci są takimi samymi konsumentami reklam jak dorośli, oglądają tyle samo albo i więcej reklam w telewizji, słuchają ich w radiu i odbierają wszystko bezpośrednio. Skutki czasami mogą być opłakane, a czasami bardzo groźne. Nie chodzi o to, żeby dziecko namawiało teraz rodzica do kupienia kolejnej zabawki, tylko może źle odebrać reklamę i potraktować wprost coś, co jest pewną sugestią, metaforą stosowaną w reklamie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Kołodziejski, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Już nawet dwuletnie dziecko śledzi reklamę telewizyjną, często bardziej kolorową niż bajka. Dzieci bardzo wcześnie rozpoznają znaki towarowe i spośród kilku rzeczy mogą wybrać tę, która najbardziej przypadła im do gustu. Sześciolatek jest w stanie zrozumieć cel reklamy, ośmiolatek potrafi zaś podejmować w pełni samodzielne decyzje zakupowe. Im dziecko starsze, tym większy wpływ na niego ma reklama, która wykorzystuje łatwowierność dzieci.

Karta Ochrony Dzieci w Reklamie wprowadzona do Kodeksu Etyki Reklamy przez Związek Stowarzyszeń Rada Reklamy ma wzmocnić polski system samoregulacji w obszarze ochrony interesów dzieci w działaniach reklamowych i marketingowych.

 Chcieliśmy jeszcze bardziej wzmocnić zapisy chroniące najmłodszych. Nie bez znaczenia były statystyki mówiące o tym, że nasz konsument, który może zaskarżyć reklamę do Rady Reklamy, jest coraz bardziej wyedukowany, wrażliwy, zabiera głos, jeżeli przekaz skierowany nawet pośrednio do dzieci jest niewłaściwy. W związku z tym postanowiliśmy się dalej samodoskonalić. Jest to dobrowolne zobowiązanie wszystkich uczestników rynku reklamowego, żeby te zapisy przygotować – mówi Agnieszka Kępińska-Sadowska, prezes zarządu Związku Stowarzyszeń Rada Reklamy.

Prace nad kartą trwały dwa lata. Dzięki nowej samoregulacji w przekazach reklamowych kierowanych do dzieci, ale też niekierowanych do nich bezpośrednio, nie będą pojawiały się treści, które mogą mieć negatywny wpływ na rozwój najmłodszych. To np. reklamy zachęcające dzieci do wywierania presji na rodziców, aby kupili określone produkty. Ponadto reklamy z udziałem dzieci nie będą zawierać m.in. scen przemocy fizycznej i psychicznej. Nie mogą także podważać autorytetu rodziców i opiekunów oraz zawierać treści dyskryminujących ze względu na status materialny ani treści z podtekstem seksualnym. Jak podkreśla Rzecznik Praw Dziecka, reklama nie może naruszać praw dziecka-odbiorcy ani dziecka-aktora.

– Karta obejmuje także aktorów dziecięcych w reklamie. Na poziomie castingu i pracy z dziećmi powinniśmy dopilnować, żeby ten szeroko pojęty interes był przestrzegany w stu procentach zgodnie z najwyższymi standardami etycznymi – mówi Agnieszka Kępińska-Sadowska.

To kolejna – po Standardach Reklamy Piwa oraz Standardach Reklamy Żywności skierowanej do dzieci – dobrowolna regulacja wypracowana przez reklamodawców, media i agencje reklamowe.

 Polska jest przykładem najskuteczniejszej aktualnie samoregulacji w Europie. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zapewnia nam monitoring reklam emitowanych w telewizji i możemy sami sprawdzić, na ile – stosując się dobrowolnie do samoregulacji reklamy żywności skierowanej do dzieci – jesteśmy w stanie to zobowiązanie wypełnić. Wierzymy, że zalecane przez Unię Europejską systemy samoregulacyjne będą najlepszą drogą do dobrowolnej współpracy wszystkich uczestników rynku reklamowego – podkreśla Agnieszka Kępińska-Sadowska.

 To kodeks dobrych praktyk. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji reguluje rynek radia i telewizji, ale najlepszym, najskuteczniejszym, najnowocześniejszym sposobem regulacji jest akt samoregulacji, to dużo elastyczniejsza forma – tłumaczy Witold Kołodziejski.

Karta jako załącznik do Kodeksu Etyki Reklamy jest zbiorem miękkich zapisów. To na jej podstawie Komisja Etyki Reklamy ma rozpatrywać skargi. Za naruszenie przepisów karty nie są też przewidziane żadne kary.

– Siłą naszego kodeksu jest to, że to nie jest zamknięta księga. Możemy go uzupełniać i to jest też zaleta samoregulacji, która bardzo szybko reaguje na potrzeby rynkowe. To stanowi różnicę w kontekście wszelkich działań regulacyjnych, jakimi są przepisy prawa – zaznacza Agnieszka Kępińska-Sadowska.

Część państw europejskich wprowadziła dodatkowe przepisy, które regulują reklamy dla dzieci oraz z ich udziałem. W Szwecji i Norwegii zabroniona jest reklama kierowana do dzieci poniżej 12 lat. We Francji takie spoty nie mogą być emitowane w godz. 14.00–17.00, kiedy dziecko po powrocie ze szkoły nie jest jeszcze pod opieką rodziców. W Niemczech z kolei reklamy dla dzieci nie mogą sąsiadować z reklamami kontrowersyjnych produktów (np. prezerwatywy). Dania natomiast wprowadziła zapis, że reklamy słodyczy i napojów nie mogą sugerować, że te produkty zastąpią normalne posiłki.

Czas na druk 4D. Pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii trafi na rynek jeszcze w tym roku

Czas na druk 4D. Pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii trafi na rynek jeszcze w tym roku 6

Inżynierowie coraz śmielej eksperymentują z materiałami programowalnymi wykonanymi za pośrednictwem technologii druku 4D. Na rynku pojawiają się pierwsze powszechnie dostępne produkty, które wykonano przy wykorzystaniu druku 4D, a naukowcy testują potencjał materiałów programowalnych w branży medycznej. W przyszłości technologia ta może posłużyć do masowej produkcji spersonalizowanych przedmiotów, elastycznych robotów czy innowacyjnych przyrządów medycznych. Jeszcze w tym roku na rynek trafi pierwsza myszka dla graczy wykonana w tej technologii.

– XPG Headshot to nasza mysz drukowana w technologii 4D. Chcieliśmy stworzyć ultralekką myszkę dla graczy, nie chcąc przy tym, by wyglądała jak skomplikowana struktura mechaniczna, dlatego zdecydowaliśmy się na wykorzystanie w jej konstrukcji nietypowego materiału – tworzywa termoplastycznego produkowanego na bazie nylonu – mówi w wywiadzie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Luca Di Fiore, dyrektor produktu i R&D w firmie XPG.

Firma zajmująca się produkcją akcesoriów dla graczy komputerowych postanowiła wykorzystać technologię druku 4D przy produkcji swojej najnowszej gamingowej myszki. Producent wykonuje obudowę urządzenia za pośrednictwem druku 3D, dlatego klient może idealnie dopasować ją do fizjonomii własnej dłoni. Do jej stworzenia wykorzystano termoplastyczny materiał zwany Poliamidem PA 12, który ugina się pod naciskiem dłoni. Dzięki temu gracz może w locie zmniejszać czułość myszki poprzez jej ściśnięcie. Drukowanie w 3D przy użyciu materiałów termoplastycznych określa się mianem druku 4D.

Druk 4D wykorzystywany jest już jednak zacznie szerzej. Carbon, firma wyspecjalizowana w dostarczaniu rozwiązań z branży druku przestrzennego, jako jedna z pierwszych wprowadziła do masowej sprzedaży produkty wykonane przy wykorzystaniu materiałów programowalnych. W ramach współpracy z korporacją Adidas inżynierowie Carbon zaprojektowali buty Futurecraft 4D z podeszwą wydrukowaną w technologii CLIP. Buty z tej linii idealnie dopasowują się do stopy użytkownika dzięki temu, że na podeszwę składa się gęsta struktura tysięcy mikrowsporników uginających się pod ciężarem ciała.

– Druk w czterech wymiarach nie jest terminem marketingowym – określenie zaczerpnięto z wykładu wygłoszonego przez profesora Massachusetts Institute of Technology poświęconego sposobom programowania materiałów w taki sposób, by powstał przedmiot, który ma określone właściwości w określonych warunkach. Materiał jest niezwykle wytrzymały w pewnych warunkach, ale może być bardzo miękki w innych warunkach, jeśli wykorzysta się go do pewnych określonych celów, np. do komputerowych gier sportowych – mówi Luca Di Fiore.

Naukowcy z Rutgers University z kolei wykorzystali druk 4D do stworzenia inteligentnego materiału, który umożliwi stworzenie miękkich robotów, wszepialnych urządzeń medycznych czy materiałów absorbujących uderzenia. Inżynierowie opracowali szkieletową strukturę, która zmienia swoje właściwości pod wpływem temperatury. Po podgrzaniu mięknie i skręca się, a kiedy wystygnie – sztywnieje. Ponowne podgrzanie przywraca go do pierwotnej formy.

Wspomniane wyżej metamateriały są dopiero we wczesnej fazie opracowywania, muszą przejść jeszcze szereg eksperymentów, zanim zostaną dopuszczone do użytku. W międzyczasie na popularności będą zyskiwać proste przedmioty wykorzystujące elastyczne właściwości druku 4D, umożliwiające całkowitą personalizację zakupowanego przedmiotu.

– Produkcja myszki odbywa się z wykorzystaniem druku 3D, dzięki czemu mogliśmy pójść o krok dalej i stworzyć algorytm uczenia maszynowego, który analizuje dłoń, skanuje jej wymiary, a następnie pomaga zbudować dokładnie taki rodzaj myszy, który pasuje do rozmiaru dłoni, sposobu trzymania myszy i wszystkich wymiarów dłoni użytkownika – wyjaśnia ekspert.

Myszka wykonana w technologii 4D od XPG trafi na rynek w listopadzie tego roku, a jej cena ma nie przekroczyć 100 euro. Według firmy badawczej Market Research Future wartość globalnego rynku druku 4D do 2022 roku wzrośnie do 162 mln dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 39 proc. w skali roku.

Dezinformacja wspierana przez sztuczną inteligencję szerzy się w internecie. Powstają narzędzia ułatwiające ocenę wiarygodności treści w sieci

Rozwój sztucznej inteligencji (SI) oraz zintegrowanych systemów marketingowych ułatwiły rozprzestrzenianie nieprawdziwych informacji w internecie. Boty rozprzestrzeniają sfabrykowane informacje, powstają systemy SI do manipulowania obrazami i tekstami, a większość społeczeństwa nie weryfikuje prawdziwości pozyskiwanych informacji. Korporacje technologiczne i przedstawiciele administracji publicznej pracują nad narzędziami, które pozwolą skutecznie zidentyfikować treści o charakterze dezinformacyjnym.

– Europa stara się bronić przed dezinformacją, która stała się bardzo dużym elementem działania w sieci. Kiedyś działanie dezinformacyjne związane było przede wszystkim z polityką, służbami, wojskiem, teraz rozlało się na całą cyberprzestrzeń i bardzo trudno jest walczyć bezpośrednio z tym zjawiskiem. Trudno też wskazać organy odpowiedzialne za taką walkę. Parlament Europejski podejmuje działania, są wskazywane pewne drogi i aspekty walki z dezinformacją – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr Piotr Potejko z Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.

Z danych Komisji Obywatelstwa, Sprawowania Rządów, Spraw Instytucjonalnych i Zewnętrznych wynika, że blisko 80 proc. internautów nie weryfikuje informacji pozyskiwanych z sieci, tym samym działając na korzyść osób rozpowszechniających nieprawdę w internecie. W odpowiedzi na skoordynowaną akcję dezinformacyjną, jaką zaobserwowano przy okazji wyborów do Parlamentu Europejskiego, przedstawiciele Komisji Europejskiej wyszli z inicjatywą stworzenia narzędzi, które ułatwią weryfikację wiarygodności informacji pozyskiwanych z sieci.

Aby zminimalizować skutki działań dezinformacyjnych przeprowadzanych przy okazji wyborów, Unia Europejska powołała grupę zadaniową ds. komunikacji strategicznej i Komórki UE ds. Syntezy Informacji o Zagrożeniach Hybrydowych w ramach Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. Jej celem było stworzenie systemu wczesnego ostrzegania, który pozwoli identyfikować źródła dezinformacji. Na wniosek unijnych urzędników udało się przekonać takie firmy jak Google, Facebook czy Twitter do wdrożenia rozwiązań ułatwiających zwalczanie botów internetowych, fałszywych kont społecznościowych czy kont rozprzestrzeniających materiały, które miały spolaryzować wyborców.

– Dezinformacja to nie tylko stricte polityczne oddziaływania na ludzi, lecz także cały aspekt socjotechnik, które działają na nas z perspektywy biznesu, pozycjonowania nas w różnych aspektach działań informacyjnych – tłumaczy dr Piotr Potejko.

Z badań przeprowadzonych przez naukowców Uniwersytetu Nowojorskiego wynika, że w przyszłym roku kolejnym narzędziem dezinformacyjnym może stać się Instagram, który może posłużyć do manipulowania opinią publiczną w celu wypaczenia wyniku wyborów prezydenckich w 2020 roku. Wszystko za sprawą upowszechnienia się technologii deepfake wykorzystującej sztuczną inteligencję do podmiany twarzy osoby uwiecznionej na nagraniu. Narzędzia tego typu umożliwią stworzenie sfałszowanych filmów, które mogą skompromitować przeciwników politycznych.

Potężną bronią w wojnie dezinformacyjnej mogą się okazać także systemy automatycznego generowania tekstu. Narzędzie tego typu opracowali m.in. inżynierowie z OpenAI i w wersji okrojonej opublikowali w internecie. Oprogramowanie GPT-2 okazało się tak skuteczne, że Elon Musk, współzałożyciel OpenAI, postanowił opuścić firmę, aby nie sygnować swoim nazwiskiem projektu, który mógłby posłużyć do manipulowania opinią publiczną. Z kolei niedawno Microsoft postanowił zainwestować w firmę miliard dolarów.

– Dezinformacja stosowana jest bardzo powszechnie. To nie zawsze musi być negatywny aspekt tego zjawiska. W każdym państwie są organy, które zajmują się przeciwdziałaniem zjawisku dezinformacji i jego oddziaływaniu na społeczeństwo. Tak naprawdę każdy podmiot, który przetwarza informacje, powinien również mieć na uwadze walkę z dezinformacją. Każdy z elementów państwa powinien wdrażać pewne polityki walki z dezinformacją, bo sam też podlega takiej dezinformacji w sieci czy w polityce – zauważa ekspert.

Na zagrożenia ze strony systemów dezinformacyjnych reagują wielkie korporacje, których oprogramowanie bądź narzędzia wykorzystuje się do szerzenia nieprawdziwych informacji. Facebook, Google oraz BBC zawiązali współpracę przy projekcie, który ma ułatwić rozpoznanie zmanipulowanych materiałów. W ramach nowo zawiązanej organizacji do zwalczania fake newsów wypracują narzędzia do zautomatyzowanego oznaczania treści dezinformacyjnych, przeprowadzania szkoleń ułatwiających ich wykrywanie oraz dzielenie się wiedzą na temat prowadzenia etycznych działań informacyjnych.

Google już wcześniej na własną rękę rozpoczął walkę z dezinformacją. Korporacja postanowiła drastycznie ograniczyć zasięg filmów prezentujących teorie spiskowe w swoim serwisie filmowym. W ramach czystki dezinformacyjnej zdecydowano się ograniczyć zasięg organiczny takich materiałów, usuwając je z list polecanych filmów. Z kolei Facebook już w 2017 roku wprowadził narzędzie ułatwiające zgłaszanie administratorom nieprawdziwych treści, a w 2018 roku wzbogacił swoje narzędzie szybkiego wykrywania fake newsów – pod informacjami o wątpliwej wartości informacyjnej serwis załącza linki do Wikipedii tłumaczące kontrowersyjne kwestie.

Tymczasem powstają już pierwsze edukacyjne narzędzia demonstrujące, w jaki sposób nieprawdziwe informacje rozprzestrzeniają się w sieci. Holenderska organizacja DROG w 2017 roku zaprojektowała minigrę dezinformacyjną Bad News, a następnie poprosiła naukowców z Uniwersytetu w Cambridge o przetłumaczenie jej na dziesięć języków. W tym roku narzędzie zadebiutowało w polskiej wersji językowej, dzięki czemu każdy Polak może się przekonać, czy nie został nigdy zmanipulowany podczas korzystania z internetu.

 Nie możemy już powiedzieć: Nie jestem dezinformowany, do mnie te negatywne informacje nie docierają. Każdy podlega tej dezinformacji w mniejszy lub większy sposób. Widzimy młodzież, która nie odkłada telefonów komórkowych, nie wylogowuje się z sieci. Już od najmłodszych lat powinniśmy w szkołach na każdym szczeblu edukacji wyjaśniać, czym jest dezinformacja i jakie mamy możliwości jej weryfikowania. Najważniejsze jest, żebyśmy wiedzieli, gdzie możemy sprawdzić, czy informacja jest prawdziwa, czy ktoś wprowadza nas w błąd. Bo dezinformacja to tak naprawdę element manipulowania zachowaniami człowieka bądź całych grup społecznych – podsumowuje dr Piotr Potejko.

Według analityków Gemius PBI w sierpniu z internetu korzystało 28 mln Polaków, każdego dnia spędzając w sieci średnio 1 godz. 43 min. Najczęściej korzystano z witryn Google, Facebooka, Grupy WP, Grupy RAS Polska oraz YouTube.

Deweloperzy szukają sposobów na dywersyfikację

Czy deweloperzy mieszkaniowi rozważają dywersyfikację portfela inwestycyjnego i przygotowują projekty z innego segmentu niż dotychczas realizowane? Jakiego rodzaju inwestycje planują wprowadzić na rynek w najbliższym czasie? Sondę opracował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.

Na bieżąco monitorujemy trendy związane z realizacją projektów innych niż mieszkaniowe, tj. biurowe, czy handlowe. Przykładem tego jest aparthotel, który realizujemy w Gdańsku w ramach czwartego etapu Osiedla Bastion Wałowa. Analizujemy również projekty typu akademiki. Tego rodzaju inwestycje traktujemy jednak jako uzupełnienie naszej oferty. Opcje dla efektywnego wykorzystania dostępnego gruntu, ale skupiamy się jednak na inwestycjach, w przypadku których spółka odnosi sukcesy.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Koncentrujemy się na budowie mieszkań o podwyższonym standardzie, dostępnych dla szerokiego grona odbiorców, co aktualnie jest zdecydowanie najbardziej rentowne. W obecnym otoczeniu rynkowym nie planujemy zaangażowania w inne segmenty. Nie wykluczamy jednak innych form działalności w przyszłości.

Jeśli chodzi o dywersyfikacje geograficzną jesteśmy jedynym deweloperem notowanym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, który działa we wszystkich największych aglomeracjach w Polsce. Realizujemy inwestycje w Krakowie, Warszawie, Wrocławiu, aglomeracji śląskiej, Łodzi, Poznaniu i Trójmieście. To docelowy model funkcjonowania firmy w kraju. Od wielu lat przyglądaliśmy się możliwościom rozszerzenia działalności poza granice Polski. Po dogłębnych analizach rozpoczynamy realizację projektu w niemieckim Dreźnie, gdzie mamy już gotowy projekt z pozwoleniem na budowę.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Poza budową mieszkań, zajmujemy się zarządzaniem nieruchomościami, m.in. w ramach 30 wspólnot mieszkaniowych, obejmujących 11 tys. lokali. Firma jest także właścicielem i operatorem 7 swoich hoteli i aparthoteli, które łącznie oferują 1174 pokoi i apartamentów dla ponad 2,6 tys. gości. Obiekty zapewniają również zaplecze konferencyjne z ponad 3 tys. miejsc, a także restauracyjne z 1677 miejsc. Inwestujemy także w segmencie magazynowym. Wkrótce rozpoczniemy budowę Parku Logistycznego w Szczecinie.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Oprócz standardowej działalności deweloperskiej, w ramach której niedawno rozpoczęliśmy inwestycje na nowym dla nas rynku krakowskim, jesteśmy także nadal aktywni w segmencie PRS (Private Rental Sector).W tej formule przygotowujemy już drugi projekt zlokalizowany u zbiegu ulicy Puławskiej i alei Niepodległości w Warszawie. Jesteśmy także pierwszym deweloperem, który zrealizował transakcje tego typu, sprzedając cały budynek mieszkalny Apartemty Pereca z gotowymi, wykończonymi mieszkaniami według standardu inwestora zagranicznemu funduszowi inwestycyjnemu, działającemu na rynku najmu długoterminowego.

Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży Ronson Development

W ramach „mieszkaniówki” nie zamykamy się na żaden z segmentów. Mamy w ofercie lokale z różnych półek cenowych, od tzw. segmentu budżetowego po mieszkania o wysokim standardzie i apartamenty. Być może jedynie w segmencie popularnym, czyli najtańszych mieszkań nie będziemy obecni, co wynika z naszego modelu biznesowego. Ronson Development nie ma własnego zaplecza wykonawczego. Współpracujemy ze sprawdzonymi firmami w formule generalnego wykonawstwa, a ponieważ ostatecznie każda inwestycja musi się kalkulować, będziemy prowadzić tylko te projekty, które dają możliwość zrealizowania określonej marży.

Pozostaniemy też przy inwestycjach wielorodzinnych. Ich uzupełnieniem może być zabudowa jednorodzinna, ale tylko jako część większej inwestycji, a nie odrębny projekt. Przykładem może być tu nasz, prestiżowy projekt Nova Królikarnia zlokalizowany na warszawskim Mokotowie, w którym poza kameralnymi apartamentowcami, mamy też limitowaną ilość domów.

Nasza strategia nie zakłada natomiast wejścia w inne segmenty rynku nieruchomości. Nie będziemy więc budować biurowców, centrów handlowych, akademików, czy hoteli.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Od kilku lat oferta Allcon Osiedla wypełnia wszystkie segmenty rynku. Na rynku nieruchomości luksusowych mamy w ofercie apartamenty w Vilii Novej, zlokalizowanej w pierwszej linii zabudowy nad morzem w gdyńskim Orłowie. W segmencie premium budujemy obecnie apartamentowiec Tarasy Bałtyku, także położony w pierwszej linii zabudowy w gdańskim Przymorzu. Dla nadmorskich inwestorów, poszukujących second home mamy ciekawą propozycję w Pucku – Nexo Apartamenty na Klifie. W Gdańsku w sąsiedztwie starówki oferujemy Kamienice Malczewskiego, kameralną inwestycję z segmentu o podwyższonym standardzie, która położona jest w pobliżu Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego i największego w północnej Polsce centrum biznesowego. W Gdyni mamy z kolei Osiedle Gdyńskie, inwestycję z rynku popularnego, która ze względu na sąsiedztwo morza, nie jest dedykowana tylko dla rodzin, ale także inwestorów, poszukujących domu na wakacje, a docelowo relokację.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Nasza oferta jest bardzo zróżnicowana pod względem rodzaju projektów, ich przeznaczenia oraz lokalizacji. Realizujemy, zarówno inwestycje mieszkaniowe w segmencie popularnym, jak i w standardzie premium, skierowane do najbardziej wymagających klientów. Dużą część stanową również projekty typowo inwestycyjne, przeznaczone w głównej mierze pod najem krótkoterminowy. Najwięcej naszych projektów znajduje się w Trójmieście, ale budujemy także w innych lokalizacjach. Planujemy między innymi wejść na rynek warszawski. Nasz portfel inwestycyjny już teraz jest mocno zdywersyfikowany.

Autor: Dompress.pl

Przegląd wydarzeń przyszłego tygodnia 16.09 – 20.09

Pożegnalne posiedzenie Mario Draghiego już za nami. Euro największe czynniki zagrożenia ma zatem już w tylnym lusterku. Zupełnie odwrotnie wygląda położenie dolara. Naturalnie uwaga rynku przenosi się bowiem z kroków Europejskiego Banku Centralnego na zamierzenia Rezerwy Federalnej.

Jednocześnie rynki nieustannie i czujnie analizują wszystkie informacje dotyczące wojen handlowych. Ta kwestia przypomina trochę wańkę – wstańkę. Skoro przez ostatnie dziesięć dni na rynku panował optymizm, że porozumienie jest nie tylko możliwe, ale też całkiem bliskie, to teraz pora na zaognienie sporu? Zalecamy sceptyczny osąd zarówno sytuacji wokół wojen handlowych, jak również brexitu. Przekłada się to na ostrożne podejście do możliwości kontynuacji umocnienia przez funta, jak również na wprost negatywne nastawienie do walut Antypodów.

Wracając do kluczowego wydarzenia tygodnia: naszym zdaniem Fed zetnie stopy procentowe o 25 pb i do przedziału 1,75-2,00 proc. Komunikacja ze strony władz monetarnych będzie bardzo łagodna. Dlaczego? Po pierwsze: wyprzedzające barometry koniunktury obniżyły się od lipcowego posiedzenia. Po drugie: wojny handlowe uległy zaognieniu i obserwowaliśmy epizod podwyższonej zmienności na rynkach finansowych. Po trzecie część decydentów obawia się odwracania się krzywej rentowności. Proces ten w ostatnich tygodniach tylko uległ pogłębieniu. Można zatem postawić pytanie: dlaczego nie redukcja o 50 pb? Trump na pewno by się ucieszył… Odpowiedź jest prosta: takie ruchy zarezerwowane są na sytuacje kryzysowe a o takiej oczywiście mowy teraz być nie może.

Poza decyzją Fed (w środę) poznamy także szereg innych interesujących danych, które oczywiście pozostaną na dalszym planie. Poniedziałek to odczyt NY Empire State, czyli pierwszego regionalnego wskaźnika koniunktury. Wtorek przyniesie dane z amerykańskiego przemysłu, które będą analizowane pod kątem tego czy potwierdzają słabość sugerowaną przez badania ankietowe i miękkie wskaźniki. W środę i czwartek obok cotygodniowych odczytów zmiany zapasów ropy i liczby nowo zarejestrowanych bezrobotnych światło dzienne ujrzy również paczka odczytów z rynku nieruchomości. Jego kondycja „po cichu” i na dalszym planie ulegała w ostatnich miesiącach pogorszeniu. Pozostajemy negatywnie nastawieni do dolara ze względu na perspektywy polityki monetarnej. Wartość widzimy w euro, walutach skandynawskich a także dolarze kanadyjskim. W przypadku ostatniej z tych walut kluczowe będą środowy odczyt inflacji oraz piątkowe dane o sprzedaży detalicznej.

W strefie euro najważniejsze wydarzenia skumulowane są we wtorek. Będą to indeks ZEW oraz wystąpienie głównego ekonomisty EBC Lane’a oraz Coeure zaplanowane na 17:30. Może ono rzucić nieco więcej światła na ostatnie poluzowanie polityki przez EBC. Rynek funta cały czas zdominowany jest i nadal będzie przez brexit. Warto jednak poznać opinię Banku Anglii na tę kwestię. Okazją ku temu będzie czwartkowe posiedzenie, na którym parametry polityki nie ulegną oczywiście zmianie.

Na Antypodach kilka ważnych publikacji. We wtorek będą to protokół z posiedzenia RBA we wrześniu a w czwartek uwaga skupi się na doniesieniach z australijskiego rynku pracy oraz dynamice PKB gospodarki Nowej Zelandii wypracowanej w drugim kwartale. Dane z Japonii tradycyjnie nie będą przykuwać uwagi a z odczytów warto odnotować piątkowe dane o inflacji.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Opublikowano Zieloną Księgę dotyczącą sukcesji w firmach rodzinnych

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii opublikowało Zieloną Księgę z założeniami dotyczącymi wprowadzenia do systemu prawnego instytucji fundacji rodzinnej. Jej wprowadzenie jest ważne dla usprawnienia procesu sukcesji polskich firm rodzinnych.

Zielona Księga dotycząca fundacji rodzinnej to zbiór założeń przybliżających tę instytucję. Jej publikacja to krok milowy dla toczących się prac i rozważań, mających na celu wypracowanie rozwiązań umożliwiających skuteczną sukcesję polskich firm rodzinnych. W opracowaniu znajdziemy odpowiedzi m.in. na pytania „co to jest fundacja rodzinna?”, „po co zakłada się fundację rodzinną?”. Ponadto w Zielonej Księdze przedstawione zostały analizy prawno – porównawcze przedstawiające regulacje dotyczące fundacji rodzinnych, funkcjonujące w innych krajach. Opublikowana Zielona Księga jest swoistym zaproszeniem przedsiębiorców, organizacji zrzeszających firmy rodzinne, przedstawicieli środowisk akademickich oraz przedstawicieli administracji państwowej do dalszej dyskusji i konsultacji.

– Fundacja rodzinna ma ogromne znaczenie dla przedsiębiorców, pozytywnie wpłynie też na tempo utrzymania wzrostu gospodarczego w kraju, poprzez ograniczenie wypływu polskiego kapitału z kraju, a właściciele firm nie będę już musieli szukać zagranicznej alternatywy mówi w rozmowie z MarketNews24 Katarzyna Karpiuk, radca prawny, ekspertka ds. sukcesji w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Publikacja Zielonej Księgi oficjalnie rozpoczyna publiczną dyskusję o polskiej fundacji rodzinnej.

Kancelaria Ożóg Tomczykowski wraz z członkami Rady Firm Rodzinnych przy Konfederacji Lewiatan oraz z aktywnym udziałem MPiT, od 2017 r. pracuje nad rozwiązaniem będącym kolejnym krokiem do ułatwienia sukcesji w Polsce. Podczas tych kilkunastu miesięcy zostało przeprowadzonych wiele spotkań roboczych, w tym także z udziałem przedstawicieli Ministerstwa Finansów oraz Ministerstwa Sprawiedliwości. Efektem tych prac jest przygotowany przez kancelarię projekt ustawy wprowadzającej fundację rodzinną do polskiego systemu prawnego. Celem projektowanej regulacji jest umożliwienie właścicielom polskich firm rodzinnych korzystania z rozwiązania gwarantującego trwałość biznesu, bez ryzyka niekontrolowanego podziału przedsiębiorstwa pomiędzy ewentualnych spadkobierców, przy jednoczesnym zabezpieczeniu interesów osób najbliższych właścicielowi.

Kolejny kryzys gospodarczy jest nieuchronny, banki centralne jedynie odwlekają go w czasie

Europejski Bank Centralny ogłosił kroki, które mają zapobiec gospodarczej zapaści. W przyszłym tygodniu podobnie może postąpić amerykańska Rezerwa Federalna.

Nastał czas liberalnej polityki monetarnej. Oprócz EBC i Fed również banki centralne w innych krajach obniżają stopy procentowe. W krótkim terminie powinno to pomagać gospodarce i giełdowym notowaniom, ale eksperci obawiają się, że zmiana podejścia finansowych decydentów to zły omen. Ich decyzje pokazują bowiem, że obawiają się recesji. Gospodarczy kryzys może zacząć się w Strefie euro, gdzie dane ekonomiczne w ostatnich miesiącach były coraz bardziej niepokojące, szczególnie w Niemczech.

Ratując europejską gospodarkę przed zapaścią, EBC postanowił, że uruchamia program zakupu aktywów. Obniżono także stopy procentowe, których poziom jest obecnie najniższy w historii. Stopa depozytowa został obniżona o 10 punktów bazowych, do -0,50 proc.

– Hossa ostatniej dekady na rynkach akcji, zarówno amerykańskim, jak i europejskich, była w głównej mierze pompowana przez działania banków centralnych i napływ kapitału wynikający z ich luźnej polityki – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Obecnie, choć nie doszło jeszcze do kryzysu gospodarczego, banki centralne już wracają do luźnej polityki monetarnej.

Teraz rynki finansowe czekają na decyzję Fed, którą poznamy już 18 września. Bank centralny USA zapoczątkował cykl obniżek stóp procentowych w lipcu. Analitycy oczekują, że teraz będzie kontynuował obrany kierunek.

– Wrzesień okaże się miesiącem banków centralnych, a w krótkim terminie ich działania będą pomagały. Mimo, że kryzys gospodarczy jest nieuchronny i musi nadejść, to zostanie odsunięty w czasie, podobnie jak załamanie kursu akcji. Istnieje więc potencjał, aby kursy akcji podeszły ponownie pod szczyty z 2019 r. – ocenia ekspert CMC Markets.

Automatyzacja i cyfryzacja to przyszłość branży zarządzania wierzytelnościami?

Już 19 września w Warszawie odbędzie się kolejne, trzecie już Śniadanie Technologiczne organizowane przez Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami (PZZW). Idea spotkań narodziła się z potrzeby powołania do życia platformy wymiany pomysłów i doświadczeń między podmiotami z sektora finansowego, które uczestniczą w procesie odzyskiwania należności oraz światem IT. Wdrażanie rozwiązań z obszaru nowych technologii jest kluczem do rozwoju w biznesie, pomaga usprawnić kontakt z klientami i wiele istotnych codziennych procesów, co dostrzega również branża zarządzania wierzytelnościami. Dlatego w agendzie najbliższego Śniadania Technologicznego znajdą się takie tematy jak, np.: automatyzacja procesu sądowego, czyli e-sądy oraz chatboty – najbardziej interesujące wątki, które zostały zgłoszone przez uczestników poprzedniego spotkania. Do współinicjatora cyklu i jego partnera merytorycznego – firmy VSoft, dołączy podczas wrześniowej edycji firma Alfavox.

Najważniejsza jest współpraca

Uczestnicy poprzednich Śniadań Technologicznych jednym głosem przyznali, że działania związane z procesem odzyskiwania należności, z którymi mają do czynienia na co dzień, muszą być wsparte aktualnymi rozwiązaniami informatycznymi. Sektor IT i nowoczesne technologie oferują wiele korzyści, a niestety nie jest to jeszcze powszechna wiedza wśród przedsiębiorców z branży finansowej. Dlatego najważniejszym celem spotkań organizowanych przez PZZW jest zbliżenie ze sobą tych dwóch światów, ukazanie możliwości, jakie oferuje branża informatyczna oraz pomoc w dopasowaniu ich do wymagań i potrzeb sektora zarządzania wierzytelnościami.

Piotr Badowski, Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami
Piotr Badowski, Polski Związek Zarządzania Wierzytelnościami

Nasza inicjatywa niesie ze sobą wiele korzyści dla obu stron, szczególnie ze względu na formę spotkania – otwarta dyskusja, która daje uczestnikom możliwość wypowiedzenia się, przedstawienia własnego punktu widzenia. Nas, jako organizatorów, szczególnie cieszy fakt, że osoby obecne na poprzednich Śniadaniach, reprezentujące podmioty zajmujące się obsługą wierzytelności przedstawiają realne problemy, z którymi spotykają się na co dzień, a firmy z sektora technologicznego mają szansę bezpośrednio się do nich odnieść i zaoferować wsparcie, nie tylko merytoryczne, ale i rozwiązania możliwe do zrealizowania w przyszłości – mówi Piotr Badowski, Prezes PZZW.

Co czeka na uczestników trzeciego Śniadania Technologicznego, które odbędzie się już 19 września?

Chatboty i e-sądy to przyszłość branży?

Firmy z branży windykacyjnej pokładają coraz większe nadzieje w rozwoju nowoczesnych technologii i sektora IT, licząc na usprawnienie codziennych procesów, co ma mieć przełożenie na zwiększenie efektywności. Podczas Śniadania Technologicznego będą mogły uzyskać solidną dawkę informacji dotyczących rozwiązań informatycznych, których wdrożenie się opłaca, ponieważ wiąże się z realnymi oszczędnościami, wspiera kontakt
z klientami i pozwala zyskać bądź utrzymać przewagę rynkową.

Inicjatywa Śniadań Technologicznych powstała z założenia, że producent rozwiązań IT i jego klient (w tym przypadku np. firma z branży zarządzania wierzytelnościami) są partnerami, ponieważ mają ten sam cel: usprawnić działania firmy dzięki odpowiednim narzędziom. Automatyzacja procesów ciągle może kojarzyć się z czymś skomplikowanym
i nieosiągalnym, ale jest wręcz odwrotnie – coraz częściej to podstawa sprawnego funkcjonowania firmy i wręcz codzienność. Przykładem szybko postępującej automatyzacji może być nowoczesne podejście do obsługi klienta. Podczas poprzednich spotkań wiele uwagi poświęcono jednemu z pierwszych etapów komunikacji z osobą zadłużoną, czyli kontaktowi telefonicznemu. Boty, czyli programy, które mają „zastępować” człowieka w prostych, powtarzalnych czynnościach, w jak najlepszy sposób odwzorowując jego zachowanie, to rozwiązania szczególnie interesujące ostatnimi czasy branżę zarządzania wierzytelnościami. Chatboty mogą wspierać pracownika call center w przekazywaniu mu podstawowych informacji na temat zadłużenia. Dzięki temu, ekspert z firmy windykacyjnej na dalszym etapie kontaktu może poświęcić więcej czasu na rozmowę z zadłużonym konsumentem, która wymaga zaangażowania i pomocy „żywego człowieka”. Podobnych automatyzacji usprawniających pracę organizacji jest bardzo wiele, a to tylko jeden przykład, o którym będziemy mówić na najbliższym spotkaniu –
mówi Jakub Głąb, dyrektor sprzedaży i rozwoju w firmie VSoft, będącej partnerem merytorycznym inicjatywy.

Podczas trzeciej, wrześniowej odsłony Śniadania Technologicznego, wydarzenie wesprze drugi partner spotkania, firma Alfavox, która tworzy nowoczesne rozwiązania wspierające obsługę klienta, oparte o moduły analityki biznesowej, data analitycs oraz uczenie maszynowe, które zostały zaprojektowane w taki sposób, aby łatwo integrowały się z infrastrukturą  IT obecną w każdej firmie.

Skupimy się przede wszystkim na wsparciu w uzyskiwaniu nawet o 10 proc. wyższego wskaźnika revenue firm zarządzających wierzytelnościami, firm windykacyjnych i podmiotów, które świadczą usługi z obszaru odzyskiwania należności. Przedstawimy konkretne zagadnienia i rozwiązania, które efektywnie zwiększają wartość odzyskanego portfela oraz redukują koszty obsługi wierzytelności nawet o 70 proc. Podzielimy się doświadczeniami ze świata z zastosowania sztucznej inteligencji i wirtualnych konsultantów – mówi Michał Góra, Prezes Zarządu firmy Alfavox, będącej partnerem spotkania.

Organizatorzy wydarzenia zapowiadają powrót do tematu e-Sądu, który był dyskutowany podczas ostatniego Śniadania Technologicznego. – Mówiąc najogólniej, e-Sąd, to system teleinformatyczny, w którym jest możliwe przeprowadzenie Elektronicznego Postępowania Upominawczego (EPU) bez konieczności wizyty w sądzie. Wierzyciel składa elektroniczny pozew, a następnie monitoruje jego status i wymienia się informacjami z e-Sądem za pomocą elektronicznych dokumentów. Ten rodzaj komunikacji umożliwia automatyzacja procesu sądowego i przynosi duże oszczędności w kosztach postępowania sądowego i uproszczeniu dochodzenia swoich roszczeń. Myślę, że interesująca będzie wymiana doświadczeń w zakresie komunikacja z e-Sądem i problemów, które napotykamy przy jej automatyzacji – mówi Mirosław Wnuk, dyrektor rozwoju obszaru windykacji w VSoft.

Rozwiązania do zdań specjalnych z pełnym wsparciem

Systematyczne wprowadzanie najnowszych rozwiązań technologicznych do branży zarządzania wierzytelnościami to klucz do sukcesu. Jak dodaje Michał Góra, Prezes Zarządu Alfavox, zadaniem firm z sektora IT, dostarczających nowe usługi i produkty, jest również wspieranie pracowników firm w trakcie procesu i onboardingu.

– Formuła tego spotkania opiera się na dostarczeniu rzetelnych informacji o tym, jak konkretne usługi i rozwiązania IT przełożą się na usprawnienie i rozwój działalności firm z sektora zarządzania wierzytelnościami. W Alfavox wiemy, że inwestycje w sztuczną inteligencję (AI) i IT, po prostu muszą się zwrócić i to jest najważniejsze, to jedna z motywacji do wprowadzania nowych technologii. Uważamy, że rozwiązaniem jest organizowanie spotkań, podczas których firmy otrzymują od konkretne wsparcie i konkretne wskazówki bazujące na doświadczeniu, które czerpiemy ze wdrożeń na świecie. Zadaniem firm IT jest ciągłe wspieranie biznesów klientów i w momencie pojawiania się nowych rozwiązań i nowych możliwości, to właśnie dostawca technologii powinien zadbać o to, aby klient uzyskał rzetelne informacje, jak korzystać z technologii, by osiągnąć wysoką stopę zwrotu z inwestycji  – dodaje Michał Góra.

Transformacja marketingowa RTV EURO AGD

Dynamiczne zmiany na rynku sprzętu elektronicznego, silna konkurencja oraz globalne trendy konsumenckie stały się istotnym impulsem do zmian w obszarze marketingu RTV EURO AGD. Grzegorz Wachowicz, który w 2017 r. objął stanowisko Dyrektora Pionu Handlu i Marketingu, konsekwentnie przebudowuje struktury marketingowe i wprowadza spójną strategię marketingu 360 stopni.

Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD
Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD

– Dynamiczna rzeczywistość rynkowa wymaga dużej szybkości i efektywności operacyjnej, a przede wszystkim innowacyjnego podejścia do komunikacji z konsumentami. Klient w ostatnim czasie bardzo się zmienił: jest świadomy, wyedukowany, korzysta z informacji, analiz produktowych i rekomendacji, dzięki internetowi ma dostęp do bardzo szerokiej wiedzy – powiedział Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Żeby docierać do takich klientów musimy tworzyć konsekwentny przekaz, który wyróżni się na rynku i pokaże nasze technologiczne atuty.

Zmiany w podejściu do komunikacji marketingowej są widoczne już od dłuższego czasu. RTV EURO AGD wprowadziło dużą dynamikę akcji promocyjnych, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i online, prowadząc intensywną komunikację za pośrednictwem różnych narzędzi i kanałów.

– Konsumenci korzystają obecnie z mediów społecznościowych, szukają informacji w internecie, oglądają TV, słuchają radia, oglądają billboardy, zmienił się sposób absorbcji reklamy. Sami wybierają nośniki, przez które docierają do nich informacje marketingowe. Mając tę świadomość, konsekwentnie wprowadzaliśmy strategię marketingu 360 stopni i budowaliśmy w firmie strukturę, która zapewni skuteczną realizację tej strategii – dodał Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – A to oznaczało nieuchronne zmiany, także personalne. Cieszę się, że obecnie mamy zespół, który doskonale rozumie nowy kierunek i jest w stanie z zaangażowaniem go realizować. Zależało mi, żeby w marketingu pracowali ludzie z pasją i entuzjazmem, bo tylko dzięki temu mogą powstać unikalne, nowatorskie pomysły.

Efekty nowego podejścia do komunikacji i do obsługi klienta można już obserwować w sklepie EURO w warszawskiej Galerii Młociny. Zgodnie z najnowszymi trendami nie ma już wyraźnego podziału na online i offline, technologie i rozwiązania z obu kanałów przenikają się, żeby stworzyć przestrzeń maksymalnie przyjazną dla klienta. Z tego względu doradcy w sklepie EURO w Galerii Młociny są wyposażeni w tablety i łączność bezprzewodową, co pozwala jeszcze szybciej i sprawniej reagować na zapytania i potrzeby kupujących.

Dodatkowo w salonie na Młocinach wprowadzono ekrany digital signage, na których emitowane są dynamiczne materiały marketingowe, prezentujące ofertę produktową w lekkim, nowoczesnym ujęciu, aby klienci w sklepie mogli zapoznać się z nowościami produktowymi i zainspirować rozwiązaniami technologicznymi.

– Dysponujemy jedną z największych sieci sklepowych ekranów reklamowych Digital Out Of Home (DOOH). Wprowadzanie nowoczesnego, lifestylowego sposobu komunikacji i interakcji z klientem jest odpowiedzią na światowe trendy i oczekiwania samych konsumentów – dodał Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Dzięki wprowadzeniu bardziej emocjonalnego przekazu jesteśmy w stanie efektywniej dotrzeć z informacjami, a także właściwie wykorzystać potencjał i możliwości nośników DOOH.

Gruntownie zmieniona została także stylistyka katalogów dostępnych w sklepach, a materiały na stronie www są systematycznie unowocześniane.

– Cieszymy się, że modyfikacja naszego podejścia jest dostrzegana, także przez rynek, ale zależy nam przede wszystkim, aby była ona inspiracją dla klientów – stwierdził Grzegorz Wachowicz, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu w RTV EURO AGD. – Wygoda jest jednym z kluczowych oczekiwań konsumenckich w ostatnich latach, więc nasze zmiany będą nieuchronnie zmierzały do zapewnienia kupującym jeszcze większego komfortu i online, i offline.

Ile jest wart kilogram jabłek? Ile kosztuje produkcja i jakie są pozostałe koszty?

W ostatnim czasie obserwujemy największą falę bankructw w branży handlu owocami i warzywami. Bankrutują producenci, grupy producenckie jak i firmy prywatne. Czy można temu zapobiec? TAK, pod warunkiem, że sadownicy oraz podmioty wprowadzające owoce do sprzedaży zaczną prawidłowo liczyć koszty.

Zastosowanie się do poniższych zasad pozwoli na uzyskanie wyższych cen zarówno dla producentów jak i grup producenckich czy firm prywatnych.

Poniżej błędy, które prowadzą do braku rentowności z prowadzonej działalności:

  • Brak kosztów amortyzacji w cenach sprzedaży

Największy błąd w kalkulowaniu cen sprzedaży. Amortyzacja jest kosztem niepieniężnym lecz bardzo ważnym. Duża część producentów oraz firm otrzymała wsparcie przy budowie obiektów czy przy zakupie maszyn oraz środków transportu. Niestety maszyny się zużywają i wymagają serwisów, a budynki remontów. Nie uwzględniając w cenach sprzedaży kosztu amortyzacji, nie będziemy w stanie odtworzyć danego środka trwałego, co zagrozi dalszemu funkcjonowaniu gospodarstwa czy firmy.

Już w tej chwili wiele grup nie jest w stanie sortować owoców na jakość ze względu na zniszczone maszyny, których koszty napraw przewyższają możliwości finansowe producentów.

WSKAZÓWKA: Do 1 kilograma powinno się wkalkulowywać około 10 groszy kosztów amortyzacji.

  • Brak kalkulowania tzw. „rozważek”

Struktura sprzedaży w ostatnich latach zmienia się w stronę mniejszych opakowań. Głównymi klientami stają się sieci handlowe z dużą ilością indeksów. Jabłko jest konfekcjonowane i sprzedawane w opakowaniach od 1 kg do 6-7 kg.

Zarówno przepisy, jak i klienci wymagają, aby w opakowaniach była minimum wymagana waga netto, więc podczas produkcji w każdym opakowaniu znajduje się więcej towaru, który jest oddawany bezpłatnie. Oczywiście im mniejsze opakowanie tym większa strata. I tak dla przykładu pakując torbę 1 kg na każdym opakowaniu mamy średnią stratę około 10 dekagramów, co daje 10 procent wartości sprzedaży.

W firmach „rozważka” to około 3% towaru, co przy średniej wielkości grupie sprzedającej około 20 tys. ton, daje rocznie ponad 600 tys. kg towaru, który został załadowany bez wynagrodzenia.

WSKAZÓWKA: Do 1 kg powinno się zatem kalkulować od 3 do 5 groszy kosztów „rozważki” w zależności od cen surowca.

  • Brak kalkulowania tzw. „wysuszek”

Średni czas rotacji jabłka w magazynie to około 30 dni. W tym okresie około 1 % masy jabłek wyparowuje, co przy średniej firmie daje ubytek w postaci 200 000 kg rocznie.

WSKAZÓWKA: Do 1 kg powinno się kalkulować około 1- 2 groszy w zależności od cen surowca.

  • Brak kalkulowania zwiększonej ceny zakupu przy sprzedaży jabłek o wyższych parametrach

W związku w ciągłym podnoszeniem poprzeczek jakościowych przez odbiorców, owoce jakie są sprzedawane to tzw. „szyneczka” (owoce klasy premium). Aby je pozyskać, należy przesortować dwa razy więcej towaru. Otrzymany odpad jest praktycznie niesprzedawalny albo sprzedawalny w cenie drugiej klasy lub do przemysłu.

Aby sprzedać 100 kg Ligola o wybarwieniu minimum 40 % i kalibrze 75/85, musimy przesortować przynajmniej 250 kg surowca, z którego większość później trafi do przemysłu lub zostanie sprzedana w cenach zakupu.

WSKAZÓWKA: Oznacza to, że tak wyselekcjonowany towar powinien być wyceniany przynajmniej dwukrotnie drożej.

  • Brak kalkulowania faktycznych kosztów pracy

Koszty liczone są często na podstawie krótkiego wycinka pracy, kiedy to wydajności są „sztuczne”. W całorocznym procesie sortowania i pakowania jest wiele przestojów, awarii, jak również występuje bardzo duża rotacja pracowników, którzy w konsekwencji często nie są odpowiednio wydajni.

  • Brak kalkulowania kosztów dostaw owoców do stacji pakujących oraz zwrotu skrzyń

Czasy, kiedy to producent przywoził towar „na gotowo” się kończą. Każdego dnia musimy wywieźć skrzynie, a następnie zwieźć do stacji pakujących owoce. Samochody są nieefektywne przy takich kursach. W efekcie transport jest dużym składnikiem kosztów końcowych.

Średni koszt transportu to około 3-6 groszy do kg (w zależności od odległości).

  • Brak kalkulowania zwrotów, reklamacji

Ze względu na obrót świeżymi owocami, reklamacje i zwroty nie są rzadkością i stanowią codzienność działań operacyjnych. Aby normalnie funkcjonować, musimy je brać pod uwagę. W szczególności w stosunku do wielu firm handlowych, które tylko pełnią rolę pośrednika i mają za zadanie zamknąć transakcję zawsze na plusie przerzucając ryzyko na dostawcę. Nie możemy zapominać, że sprzedajemy naturalny produkt który różnie potrafi się zachować.

Przy marżach wynoszących czasami 1 % może się okazać, że wartość reklamacji decyduje o dalszym losie producenta/grupy producenckiej /firmy handlowej.

  • Brak kalkulowania kosztów chłodnictwa i przechowalnictwa

Aby zachować jakość sprzedawanego jabłka, powinniśmy bardzo wcześnie oferować towar
z kontrolowanej atmosfery. Przechowalnictwo bardzo zwiększa cenę surowca.
W szczególności po ostatnich podwyżkach cen energii sięgających 70 %!

Do ceny jesiennej powinniśmy dołożyć koszty:

  • transportu zwozu owoców
  • skrzyń
  • logistyki magazynowej
  • zabezpieczeń przechowalniczych
  • amortyzacji komór
  • monitoringu jakości
  • energii
  • zaangażowania finansowego do jesiennego zakupu
  • dużo większego odpadu produkcyjnego liczonego od wszystkich wyżej wymienionych kosztów
  • kilkuprocentowej wysuszki.
  • Brak kalkulowania w cenach sprzedaży kosztów certyfikacji

Większe wymagania w stosunku do bezpieczeństwa naszych jabłek powodują, że
w strukturze kosztów firmy certyfikacje i badania stanowią coraz większą pozycję. Integrowana Produkcja, Global Gap, HACCAP, BRC, badania laboratoryjne, firmy doradcze. Szkolenia to w średniej wielkości grupie wydatek na poziomie przynajmniej 300 000 zł rocznie!

WSKAZÓWKA: Do kilograma powinno się doliczać dodatkowe 1-2 grosze.

Oczywiście do powyższych kosztów dochodzą stałe koszty związane z: podatkami lokalnymi, administracją, produkcją, magazynowaniem, utrzymaniem ruchu, handlem, ubezpieczeniami, itp.

Poniżej kalkulacja wyprodukowania jednego kilograma jabłka o wysokich wymaganiach jakościowych i wąskiej specyfikacji (jabłko klasy premium w kartonie 7 kg).

Koszt kg jabłka dla wymagającego klienta. Jabłko premium.
  Koszt na kg Komentarz
Jabłko do sortowania 1,00 zł koszt zakupu u producenta
Koszty transportu do stacji pakującej 0,06 zł w zależności gdzie jest zlokalizowany dostawca od 0,03 zł do nawet 0,1 zł. Koszt ten również dotyczy odwiezienia opakowań.
Jabłko gotowe do sortowania w stacji pakującej 1,06 zł koszt jabłka powiększony o koszty transportu
Koszt uzyskania jabłka klasy premium 0,53 zł około 50 procent jabłek przy sortowaniu należy odrzucić za brak wystarczających parametrów(wybarwienia, wielkości, jędrności). Te owoce są niesprzedawalne lub sprzedawalne poniżej ceny ich zakupu.
Jabłko po przesortowaniu (jabłko klasy premium) 1, 59 zł  
Pozostałe koszty ukryte    
a) amortyzacja 0,10 zł koszty amortyzacji budynków i maszyn
b) rozważka 0,03 zł 3 proc. od średniej wartości surowca
c) wysuszka 0,01 zł 1 proc. miesięcznej rotacji
d) reklamacje 0,01 zł  
e) certyfikacje, badania 0,02 zł  
Jabłko do produkcji 1,76 zł  
a) koszty magazynowe, sortowania, pakowania 0,14 zł średni koszt za stacji pakujących
Jabłko z kosztami pracy magazynu 1,90 zł  
Koszty opakowania dla jabłka „wytłoczka 7 kg”    
a) karton 0,26 zł średni koszt kartonu na 7kg owoców
b) wytłoczka 0,04 zł koszt wytłoczki plastikowej. Do papierowej wytłoczki trzeba dodać 0,01 zł/kg.
c) stiker 0,02 zł koszt stikera z jego naklejeniem
d) paleta, kątownik, taśma, etykiety 0,03 zł średnie koszty paletyzacji
Jabłko, EXW magazyn sprzedającego 2,25 zł  
koszty administracji, sprzedaży, zakupu, księgowości, logistyki, działu utrzymania ruchu, finansowe, energii, ubezpieczeń, podatków od nieruchomości 0,18 zł  
Jabłko, EXW magazyn sprzedającego z uwzględnieniem kosztów działalności operacyjnej 2, 43 zł Cena, za jaką powinno się oferować towar dobrej jakości  na tzw. rampie

 

Powyższa cena nie uwzględnia kosztów transportu oraz wielu innych mniejszych kosztów wynikających z prowadzenia działalności gospodarczej, chociażby takich jak nieuregulowanie należności przez kupującego.

Poniżej informacja jak liczą Włosi, Belgowie, Niemcy – poziom cen można określić dodając do ceny surowca kwotę:

  • Jabłko luz – 0,18 EUR/kg
  • Jabłko podwójna wytłoczka – 0,21 EUR/kg
  • Jabłko pojedyncza wytłoczka – 0,23 EUR/kg
  • Jabłko torba – 0,17 EUR/kg
  • Jabłko tacka – 0,25 EUR/kg

Powyższa kalkulacja jest jedynie wzorem przedstawiającym sposób ustalania ceny. Ponadto finalna cena jest regulowana poprzez wiele innych elementów, takich jak m.in. jakość, wybarwienie, rynki zbytu ,itd.

Można powiedzieć, że w Polsce mamy niższe koszty pracy i to prawda, ale powinno się przyjmować takie stawki jak w/w, ponieważ mamy przynajmniej dwukrotnie mniejszą wydajność.

We Włoszech sześcioosobowy zespół na linii pakuje około 4400 kg jabłka na godzinę,
a w Polsce 1800-2200 kg i to przy ładnym surowcu.

Należy przyznać, że w przeciągu ostatnich 5 lat wielu producentów, grup dostrzegło swoje błędy, zaczęło liczyć swoje koszty.

Nadchodzi nowy sezon i warto jeszcze raz przyjrzeć się rosnącym kosztom i zadać sobie pytanie czy moje gospodarstwo, czy moja firma będzie jeszcze funkcjonować za rok?

Jeżeli nieumiejętnie liczymy koszty, to ktoś za to będzie musiał zapłacić. Czy to będzie producent, firma? Na pewno nie klient – i będzie miał rację!

GPW rozszerza ofertę instrumentów pochodnych

  • Zarząd GPW zdecydował o wprowadzeniu do obrotu kontraktów terminowych na indeks WIG.GAMES oraz indeksy makrosektorowe: WIG.MS-FIN, WIG.MS-BAS, WIG.MS-PET
  • Nowe kontrakty będą w obrocie od 30 wrześnie tego roku

Decyzją Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) od 30 września tego roku w obrocie giełdowym będą dostępne nowe kontrakty terminowe, dla których instrumentami bazowymi będzie indeks WIG.GAMES (grupujący producentów i wydawców gier komputerowych) oraz indeksy makrosektorowe:  WIG.MS-FIN (grupujący spółki z sektorów: banki, ubezpieczenia, rynek kapitałowy, wierzytelności), WIG.MS-BAS (spółki z sektorów: energia, górnictwo, surowce) i WIG.MS-PET (spółki z sektorów: paliwa, gaz, chemia).

– Rozwój instrumentów pochodnych jest jedną z inicjatyw strategicznych GPW. Zależy nam na przyciągnięciu nowych inwestorów do tego segmentu rynku. Jesteśmy przekonani, że nowe kontrakty na indeks WIG.GAMES oraz indeksy makrosektorowe spotkają się z zainteresowaniem inwestorów. Mamy nadzieję, że inwestorzy docenią możliwość zarabiania na stosunkowo niewielkich ruchach indeksów bazowych – mówi Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Indeksy makrosektorowe i indeks WIG.GAMES grupują spółki z wybranych branż jednolitych ze względu na specyfikę prowadzonej działalności. W portfelu każdego z indeksów znajduje się pięć spółek. Liczba spółek jest stała, a ich kwalifikacja ma miejsce na podstawie analizy płynności, zaś udziały największych spółek są ograniczane do 40%. Spółki z indeksów makrosektorowych to jednocześnie jedne z najpłynniejszych spółek notowanych na GPW, wchodzą w skład indeksów: WIG20 lub mWIG40 lub sWIG80.

Dla każdego indeksu zostaną wprowadzone po trzy serie kontraktów terminowych wygasających w grudniu 2019 r., marcu 2020 r. i czerwcu 2020 r. Mnożnik (wartość 1 punktu indeksowego) będzie wynosił 1 PLN dla kontraktu terminowego na indeks WIG.GAMES oraz 2 PLN dla kontraktów terminowych na indeksy: WIG.MS-FIN, WIG.MS-BAS, WIG.MS-PET. Inne niż w przypadku kontraktów terminowych na WIG20 i mWIG40 mnożniki dla nowych kontraktów indeksowych wynikają z wartości bazowej samych indeksów na poziomie 10 000 pkt (dla WIG20 i mWIG40 jest to 1 000 pkt).

Komisja Nadzoru Finansowego w sierpniu tego roku zatwierdziła Warunki Obrotu dla kontraktów terminowych na indeks WIG.GAMES i indeksy makrosektorowe.

W ofercie instrumentów pochodnych na GPW dostępne są kontrakty terminowe na: indeks WIG20 oraz mWIG40, akcje 36 spółek, kursy EUR/PLN, USD/PLN, GBP/PLN oraz CHF/PLN, obligacje, stawkę WIBOR, a także opcje na indeks WIG20.

Badanie preferencji konsumenckich na stacjach paliw: Dla kierowców ważniejszy alkohol niż ceny paliw

Niemal czterech na dziesięciu kierowców chciałoby otrzymywać spersonalizowane reklamy po wjeździe na stacje paliw. Prawie co trzecia osoba oczekiwałaby informacji o promocjach alkoholi. Nieco mniejsze zainteresowanie wzbudzają sprzęty i części eksploatacyjne do samochodów (27%), a także oferty gastronomiczne (19%). Kolejne miejsca we wskazaniach respondentów zajęły ogólne ceny paliw (5%), artykuły spożywcze (3%), napoje bezalkoholowe (2%) oraz wyroby tytoniowe (1%). Takie wnioski płyną z badania brytyjskiej firmy doradczej UCE GROUP LTD. i agencji marketingu mobilnego Mobiem Polska.

Z badania wynika, że 38% ankietowanych wyraziło chęć otrzymywania spersonalizowanych reklam po wjeździe na stację benzynową. Najwięcej osób oczekiwałoby informacji dotyczących promocji na alkohole (31%). Jak podkreśla Norbert Kowalski, prezes zarządu Mobiem Polska, takich trunków nie można reklamować w przekazie otwartym. Spersonalizowane komunikaty, w zamkniętej dystrybucji po wyrażeniu odpowiednich zgód marketingowych przez osoby pełnoletnie, mogą ułatwić dotarcie do grupy docelowej w obrębie stacji. A te często zastępują sklepy monopolowe, szczególnie wieczorami i w weekendy.

Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID

– Absolutnie nie jestem zaskoczony wynikami badania. Stacja to poręczne i wygodne miejsce zakupów ponadnormatywnych, a alkohol czymś takim jest. Jedni kupują go na zapas, inni – podczas służbowego wyjazdu, a kolejni – w drodze na działkę czy przed spotkaniem ze znajomymi. Ten kanał sprzedaży się rozwija. Widzimy tu m.in. funkcję kompensacyjną w stosunku do niedzielnego zakazu handlu – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu
Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu

Alkohol stanowi do 20% ogólnej wartości obrotów sklepów małoformatowych, o czym informuje Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu. I zaznacza, że obecność napojów wyskokowych na stacjach paliw od wielu lat budzi w branży kontrowersje. Eksperci spierają się, czy sprzedaż trunków powinna odbywać się w takich miejscach. Sprawa pozostaje otwarta.

– Obecność wódki czy piwa na stacjach ma minimalny wpływ na to, czy ktoś pije za kółkiem. Alkohol można też nabyć w sklepie z dewocjonaliami czy obok kościoła i nikt nie sięgnie po niego w trakcie jazdy. Po prostu ukształtował się pewien zwyczaj zakupowy polegający na tym, że takie produkty można mieć szybko, wygodnie i bez chodzenia do monopolowego – dodaje dr Faliński.

Na drugim miejscu wśród spersonalizowanych reklam znalazły się sprzęty i części eksploatacyjne do samochodów (27%), a na trzecim – oferty gastronomiczne (19%). Dyrektor generalny PIH przyznaje, że zaskakuje go wysoka pozycja asortymentu motoryzacyjnego, bo zazwyczaj wybór na ogół jest dosyć ograniczony. Zainteresowanie kierowców mogą wzbudzać np. oleje, ale stacje często sprzedają tylko swoje marki. Z kolei dr Faliński podkreśla, że wdrażany model biznesowy bazuje już nie tylko na zakupach. On jest bardziej usługowo-gastronomiczny.

– Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że stacje paliw to obiekty całodobowe. Przepaloną żarówkę czy płyn do spryskiwaczy często łatwiej jest tam kupić, niż znaleźć sklep z częściami zamiennymi. Podobnie jest z ofertą gastronomiczną. Jeśli ktoś jest głodny i zależy mu na czasie, to nie szuka restauracji, tylko korzysta z propozycji tego typu punktu. W takim miejscu można zjeść szybko i obecnie są tam coraz bardziej zróżnicowane posiłki – przekonuje prezes zarządu Mobiem Polska.

Natomiast tylko 5% ankietowanych chciałoby otrzymywać informacje o bieżących cenach paliw. To niewielki odsetek, co stwierdza dr Faliński. I dodaje, że w tym przypadku spersonalizowana reklama to po prostu przerost formy nad przekazywaną treścią. Przykładowy Kowalski jadąc autem, mija zazwyczaj kilka takich punktów sprzedaży. Nie musi ich odwiedzać, aby łatwo się zorientować, ile w danym miejscu zapłaci np. za olej napędowy. ¬

– Kierowcy są przyzwyczajeni do tego, że przed wjazdem na stację sprawdzają informacje podawane na pylonach reklamowych. Oczywiście zdarzają się też osoby, które mają swoje ulubione miejsca i tylko tam tankują. Ceny paliw raczej nie podlegają wielkim zmianom. Nawet przy drobnych wahnięciach, realnie oszczędza się na tankowaniu kilkadziesiąt groszy, a maksymalnie – kilka złotych. Dlatego zapewne tak mało respondentów wskazało zainteresowanie taką opcją – wyjaśnia Norbert Kowalski.

Jeszcze mniej ankietowanych chciałoby otrzymywać informacje o artykułach spożywczych (3%), napojach bezalkoholowych (2%) i wyrobach tytoniowych (1%). Zdaniem prezesa Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, decydujące znaczenie mają tutaj ceny. Na stacjach paliw są one znacząco wyższe niż z sklepach – z reguły od 15 do nawet 50% w przypadku podstawowego koszyka żywności. Kupowanie tych produktów w ciągu tygodnia jest rzeczą mało opłacalną.

– Zakup ww. artykułów jest dla kierowców raczej ostatecznością niż pierwszą potrzebą. Natomiast stacje mogą dodatkowo zwrócić uwagę na te kategorie i starać się budować komunikację marketingową opartą nie tylko o paliwo, alkohol i części zamienne. Szanse na dotarcie do odbiorcy stwarzają też artykuły spożywcze i napoje bezalkoholowe, które stają się coraz popularniejsze wśród Polaków. Tego typu punkty sprzedaży mogą być kojarzone jako miejsca do robienia większych zakupów, gdy inne sklepy nie działają – opisuje prezes Mobiem Polska.

Z kolei według opinii Macieja Ptaszyńskiego, zainteresowanie spersonalizowanymi reklamami artykułów spożywczych czy napojów bezalkoholowych powinno wzrastać. Rola stacji paliw jako miejsc zakupów będzie prawdopodobnie rosła. Przyczynią się do tego regulacje już funkcjonujące oraz te, które wejdą w życie w przyszłym roku i zaostrzą ograniczenie handlu w niedziele.

– Na stacji głównym zakupem, czyli taką kotwicą handlową, powinno być paliwo i to, co do niego jest potrzebne. Po inne produkty zazwyczaj sięga się przy tzw. okazji, bo nie wszystko jest dostępne w pobliskich sklepach. To odbywa się na podobnej zasadzie jak w centrum handlowym, gdzie ruch jest generowany przez supermarkety czy hipermarkety. On też uruchamia sprzedaż pozostałego asortymentu – podsumowuje dr Faliński.

Analizę przeprowadziła brytyjska firma doradcza UCE GROUP LTD. we współpracy z agencją marketingu mobilnego Mobiem Polska. Badaniem objęto 10 dużych miast, a także 11 średnich i mniejszych ośrodków. Działania prowadzono w okolicach lub na terenie sieciowych stacji benzynowych. Łącznie odbyło się 1003 wywiadów bezpośrednich w 328 lokalizacjach. Wzięło w nich udział 43% kobiet i 57% mężczyzn w wieku od 18. do 49. roku życia.

Hakerzy wzięli na celownik branże energetyczną, finansową, handlową

Cyberprzestępcy są coraz bardziej aktywni i kreatywni, obierając sobie za cel mobilne urządzenia wykorzystywane do celów firmowych – źródła danych i informacji o ogromnym potencjale. Na celowniku mają branże energetyczną, finansową, handlową – alarmują przedstawiciele Check Point. Przestępcy kierują się pobudkami finansowymi atakując firmy.

Potwierdzają to dane CERT Polska – w 2018 roku doszło do ponad 3,7 tys. incydentów naruszenia cyberbezpieczeństwa. Oznacza to 17,5 proc. wzrost w ciągu roku. Wśród trzech, najczęściej występujących typów ataków należą: phishing, dystrybucja złośliwego oprogramowania i ataki na chmurę.

Według Check Point firmy w coraz większym stopniu przenoszą wykonywaną pracę oddziałów i aplikacje do chmury, dlatego muszą dostosowywać sieć SD-WAN tak, aby w sposób inteligentny przekierowywać ruch do usług w chmurze. Jednak bezpośrednie podłączanie oddziałów do chmury prowadzi do znacznego wzrostu zagrożeń oraz zwiększenia kosztów zarządzania IT.

Współczesne złośliwe oprogramowanie może przeniknąć do praktycznie każdej części infrastruktury informatycznej i rozprzestrzenić się w niej, w tym w lokalnych sieciach, w chmurze obliczeniowej, zdalnych biurach, urządzeniach mobilnych itd. Przykładem może być atak przy użyciu oprogramowania WannaCry, który dotyczył 300 000 komputerów w 150 krajach oraz NotPetya, który spowodował straty w wysokości 300 milionów dolarów dla zaatakowanych firm.

Hakerzy atakują dla celów finansowych. Przykładów jest wiele: Szpital w stanie Indiana w USA zapłacił 55 tys. dolarów okupu, żeby móc funkcjonować, Niemieckie biuro nieruchomości w Berlinie padło ofiarą kampanii ransomware, która zablokowała firmowe komputery pracowników i serwery a odblokowanie kosztowało firmę 300 tys. euro.

W lipcu br.  w ciągu zaledwie dwóch tygodni przestępcy wyłudzili od władz dwóch miast na Florydzie (USA) ponad milion dolarów. W Lake City okup wyniósł około 500 tys. dol. i miał być wypłacony w bitcoinach. Władze podjęły ryzyko (nigdy nie wiadomo, czy hakerzy dotrzymają słowa) i przekazały pieniądze, aby uniknąć dalszego paraliżu w mieście. Atak był możliwy, ponieważ jeden z pracowników urzędu pobrał plik, który automatycznie zainstalował się na ‘’miejskim’’ komputerze.

Dlatego takie przedsiębiorstwa jak Apple zaproponowały oficjalnie hakerom współpracę. Pozwalają włamywać się do systemów firmowych i znajdować luki w zamian za wynagrodzenie. Najwięcej, bo aż 1 mln dolarów, dostanie ten, któremu uda się włamać do jądra systemu iPhone’a – iOS, ale pod warunkiem, że użytkownik smartfona nie musi wykonywać żadnych działań. 500 tys. dolarów dostanie ten, któremu uda się przeprowadzić atak sieciowy, ale także niewymagający akcji po stronie właściciela urządzenia. Hakerowi wypłacona zostanie dodatkowa 50-proc. premia, o ile znajdzie lukę w oprogramowaniu przed jego wydaniem.

Niezależnie od tego, z jakim rodzajem chmury mamy do czynienia, dominują ataki na aplikacje internetowe. Różnice między nimi polegają na poziomie zagrożenia. Praktyka pokazuje, że firmy potrzebują kompleksowych strategii zabezpieczających dane.

Przykład z ostatniej kampanii w Polsce nie pozostawia złudzeń. W wakacje mieliśmy do czynienia z falą maili z zawiadomieniem o rzekomej kontroli urzędu skarbowego. Maile ze złośliwym załącznikiem (trojanem Danabot) trafiały do skrzynek mailowych podatników. Wirus miał za zadnie wykraść m.in. loginy i hasła dostępowe do polskich rachunków bankowych. Nadawcą wiadomości był rzekomo Urząd Skarbowy, który informował o zamiarze wszczęcia kontroli. Skąd pochodziły bazy danych? Przypuszcza się, że wyciekły dzięki złemu zabezpieczeniu chmury, w której były przechowywane…

Biuro idealne. Preferencje pracowników nowoczesnych biur

JLL i spółka biurowa Skanska wspólnie przyjrzały się preferencjom pracowników nowoczesnych biur w Polsce. W efekcie wyróżniono pięć osobowości i stylów pracy, które mają różne potrzeby i oczekiwania względem przestrzeni biurowej. Wnioski z raportu znacznie ułatwią pracodawcom zrozumienie tych różnic, a także dowiedzą się oni, co buduje wartość miejsca pracy w oczach ich różnorodnych zespołów.

Eko-maniacy stawiający na ekologię i elastyczność. Rozsądni, tradycyjni i przywiązani do swoich biurek. Skupieni na work-life balance i wymagający jasnych metod komunikacji. Świetnie znający nowoczesne technologie, otwarci na innowacje i bardzo ambitni. Zorientowani na realizację celów, zmotywowani, aktywni. To nie lista wymagań, które możemy znaleźć w ogłoszeniach pracodawców, ale faktyczne postawy osób, które na co dzień pracują w nowoczesnych biurowcach. Jak wynika z najnowszego raportu przygotowanego przez JLL i Skanska „Diversity in the workplace”, pracownicy zazwyczaj reprezentują jedną z pięciu osobowości biurowych, niezależnie od pokolenia, do którego należą, czy wielkości miasta, w którym pracują.

Cztery pokolenia, ale pięć osobowości

Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Pokolenie Baby Boomers, X,Y i Z – czyli ludzie urodzeni od 1946 roku do 1995 roku i wzwyż. Osoby ukształtowane przez różne momenty historii, różne etapy rewolucji technologicznej, na bardzo różnych etapach życia i w związku z tym prezentujące odmienne potrzeby i postawy. Ten podział wydaje się dość wyczerpujący, ale czy faktycznie wystarcza, aby prawidłowo zaprojektować biuro i dostosować jego ofertę do oczekiwań pracowników? Czy wiek jest jedynym aspektem opisującym osobę? A może to tylko liczba?
Do niedawna większość firm uważała, że model generacyjny jest wystarczająco złożony, aby w oparciu o niego odpowiednio przygotować projekt biura. Niekiedy było to trafne założenie, innym razem nie. Dlatego postanowiliśmy głębiej zbadać, co naprawdę wyróżnia pracowników biurowych w Polsce oraz jakie są ich cechy charakterystyczne i oczekiwania wobec miejsca pracy. Badanie przeprowadziliśmy na 1000 pracownikach biurowych w firmach, które zatrudniają co najmniej 100 osób. W efekcie wyróżniliśmy pięć osobowości biurowych, które cechują się konkretnym zestawem wymagań i oczekiwań w stosunku do ich miejsca pracy. – Łukasz Dziedzic, Starszy Analityk Rynku, JLL

Rynek pracy to główna siła napędowa rozwoju sektora biur. W końcu to ludzie pracują w budynkach biurowych i to oni powinni znajdować się w centrum uwagi na każdym etapie projektowania obiektu oraz jego aranżacji. Na przestrzeni lat struktura pracowników biurowych stopniowo się zmieniała. Teraz pracują w nich przedstawiciele różnych pokoleń, różnych postaw życiowych i różnych priorytetów, co rodzi potrzebę odpowiedniego przeorganizowania wnętrz i zróżnicowania ich. Pytanie tylko, jak przeprowadzić cały ten proces, aby trafić w potrzeby rożnych grup pracowników.

Anna Marciniak, Dyrektor ds. HR w Skanska
Anna Marciniak, Dyrektor ds. HR w Skanska

Kluczem do stworzenia biura, które nie tylko przyciągnie pracowników, ale i wpłynie na ich satysfakcję i zadowolenie, a w rezultacie jako jeden z aspektów ma szansę podnieść retencję, jest stworzenie przestrzeni ponadczasowej, efektywnej mimo upływu lat. Pracownicy biurowi nie stanowią jednorodnej grupy i pamiętajmy, że każdy z nas może mieć różne preferencje, potrzeby i oczekiwania. W końcu wszyscy jesteśmy wypadkową naszych historii życiowych, osobistych przekonań czy zainteresowań. Nie wystarczy więc, że pracodawca da nam nowinki technologiczne i odda do naszej dyspozycji pokój do pracy kreatywnej, bo takie są trendy na rynku. Nie wszyscy tego potrzebujemy. Kluczem jest więc wysłuchanie pracowników, poznanie ich potrzeb, odpowiedzenie na nie w przestrzeni biurowej dopasowanej do specyfiki biznesu, a to docelowo przełoży się na zakładane cele pracodawcy. – Anna Marciniak, Dyrektor ds. HR w Skanska.

Od eko-maniaków po zadaniowców – czyli portrety biurowych osobowości
Kto zatem pracuje w polskich biurach? Według raportu JLL i Skanska, wśród pracowników biurowych w dużych organizacjach w Polsce dominuje typ osobowości Work Hard, Tech Hard, który przypisuje się 26% respondentów. Co to oznacza? Wielu z nas lubi, aby nasza praca była różnorodna, stanowiła wyzwanie i wymagała mobilności. Ten typ osobowości świetnie zna się na nowoczesnych technologiach, jest ambitny, stawiający wysoko poprzeczkę, wpływowy i towarzyski. Osoby z tej grupy chętnie testują wszelkie nowinki, również te biurowe, i są innowacyjne.

Niewiele mniej, bo 25% pracowników to tzw. Mission Completion – są oni zorientowani na wykonanie zadań, rzetelni i aktywni. Ich cechą charakterystyczną jest gotowość do pracy w elastycznych godzinach. W tej grupie znajdziemy też najwyższy odsetek osób z wyższej kadry kierowniczej, a to zobowiązuje. Ten typ pracowników często przyjeżdża do pracy samochodem, więc posiadanie własnego miejsca parkingowego w budynku to dla nich ogromny atut.

Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL
Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL

Różne preferencje w stosunku do transportu i czasu dojazdu do pracy to jeden z ważniejszych wyróżników definiujących poszczególne typy osobowości. Z tym aspektem wiąże się też bezpośrednio lokalizacja samego biura – dla niektórych z nas ważny jest prestiż, czyli praca w samym centrum miasta, dla innych kluczowa jest natomiast bliskość środków komunikacji miejskiej oraz stacji roweru miejskiego. Dlatego bardzo istotny jest przemyślany wybór lokalizacji nowego biura już na etapie planowania inwestycji. – Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL.

Wśród nich jest również tzw. White Collar Classic (25% badanych) – najbardziej tradycyjna osobowość biurowa, z dużym doświadczeniem zawodowym i rozsądna. Takim pracownikom bardzo zależy na własnym biurku, w związku z czym lubią personalizować swoją przestrzeń. Ponadto, nie są wielkimi fanami pracy zdalnej i elastycznych godzin. Wynika z tego, że ich pracodawcy muszą szczególnie zadbać o podstawowe funkcje biurowe, aby spełnić ich potrzeby.

Jeśli porównać popularność posiadania własnego biurka z dzieleniem przestrzeni do pracy, możemy zobaczyć, że tzw. desk-sharing jest w Polsce rozwiązaniem pionierskim, podczas gdy w krajach Europy Zachodniej jest to standard, który dodatkowo z sukcesem wspiera współpracę między ludźmi. Według naszych badań, spotkało się z nim jedynie 15% respondentów. Jednak przypisane biurka tracą znaczenie na rzecz alternatywnych przestrzeni, takich jak kreatywne strefy, ciche pokoje, przestrzenie nieformalne i strefy relaksu. Dowodzi to, że ewentualny początkowy opór związany ze współdzieleniem biurka może z czasem ewoluować.- Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL

Dużą otwartość w stosunku do bardziej nietypowych przestrzeni do pracy przejawia najmniejsza, ale najbardziej zaangażowana w życie biura grupa pracowników CO-Workers, CO2-Fighters (11% badanych). To prawdziwi eko-maniacy, którzy przykładają ogromną wagę do zielonych rozwiązań w budynku, do pracy chętnie przyjeżdżają na rowerach i są najmniej przywiązani do posiadania własnego biurka. W swoim otoczeniu biurowym cenią natomiast zieleń, w odróżnieniu od tzw. Busy But Balanced (13% respondentów). To typ osobowości, którą cechuje świetne zorganizowanie, jasne komunikowanie swoich potrzeb, odpowiedzialność i… kompletny brak zainteresowania faktem, czy w otoczeniu biurowym są rośliny. Najważniejszy jest dla nich tzw. work-life balance, w związku z czym potrzebują jasnego zestawu zasad, które pozwolą im sprawnie zaplanować zarówno obowiązki służbowe, jak i życie poza pracą.

Biuro – tu nie chodzi tylko o przestrzeń

Nowoczesne biura to nie tylko rzędy biurek. Nie są to również miejsca, w których spędzamy przynajmniej osiem godzin, całkowicie odcięci od innych aspektów naszego życia, tylko po to, aby po zamknięciu laptopa z ulgą pójść do domu. A przynajmniej tak być nie powinno. Jak zatem stworzyć miejsce, które będzie żyło i do którego pracownicy będą przychodzić z ochotą?

Dostarczenie jak najlepszych doświadczeń związanych z miejscem, w którym na co dzień pracujemy, wymaga, aby wszystkie strony zaangażowane w projektowanie środowiska pracy działały wspólnie. Celem nadrzędnym powinno być stworzenie przestrzeni biurowej, która będzie dopasowana do oczekiwań naszego zespołu i która będzie wspierała potrzeby biznesowe całej firmy. Kluczem do sukcesu jest tutaj zaangażowanie pracowników na jak najwcześniejszym etapie projektowania biura. Dialog o środowisku pracy i poczucie przynależności do organizacji jest czymś, do czego wszyscy powinniśmy dążyć. – Jakub Zieliński, Lider Zespołu Doradztwa ds. Środowiska Pracy, JLL

Kiedy nie można stosować zerowej stawki VAT w eksporcie

Co do zasady transakcje, w przypadku których towar opuszcza granice Polski, mogą korzystać z obniżonej stawki VAT w wysokości 0%. Jednakże, jak pokazuje praktyka wynikająca z interpretacji organów podatkowych oraz wyroków sądów administracyjnych, prawidłowe zakwalifikowanie na potrzeby VAT transakcji towarowych międzynarodowych jest bardzo trudne i wymaga wnikliwej analizy warunków dostawy oraz przebiegu transakcji. Jedną z transakcji, która z pozoru jest prosta, lecz w pewnych warunkach może generować duże ryzyko podatkowe w VAT, jest eksport towarów.

Eksport towarów

Przez eksport towarów zgodnie z ustawą o VAT rozumie się dostawę towarów wysyłanych lub transportowanych z terytorium kraju poza terytorium Unii Europejskiej przez: (i) dostawcę lub na jego rzecz, lub (ii) nabywcę mającego siedzibę poza terytorium kraju lub na jego rzecz, jeżeli wywóz towarów poza terytorium Unii Europejskiej jest potwierdzony przez właściwy organ celny określony w przepisach celnych. Jeżeli dostawa spełnia warunki uznania jej za eksport towarów, to na podstawie art. 41 ust. 4 ustawy o VAT stawka podatku VAT w eksporcie towarów wynosi 0%, w przypadku gdy wywóz dokonywany jest przez dostawcę lub na jego rzecz (eksport bezpośredni). Stawkę 0% można zastosować po spełnieniu określonych warunków. Jednym z tych warunków jest posiadanie przez podatnika w odpowiednim terminie dokumentu potwierdzającego wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej. Co do zasady elektroniczny komunikat IE599 przesłany eksporterowi przez urząd celny wywozu jest dokumentem potwierdzającym wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej (także dla celów podatkowych). Jeśli podatnik z przyczyn od siebie niezależnych nie otrzyma komunikatu elektronicznego generowanego przez ECS, nie może ponosić negatywnych konsekwencji tego stanu rzeczy. Można wówczas udokumentować wywóz dokumentami zastępczymi (takim dokumentem może być np. wywozowy dokument towarzyszący (EAD) z pieczęcią urzędu celnego wyprowadzenia).

Transakcje łańcuchowe

Powyższa definicja i warunki do zastosowania stawki 0% wydają się proste i oczywiste. Sytuacja się komplikuje, gdy mamy do czynienia z tzw. transakcjami łańcuchowymi, w ramach których towar transportowany jest od pierwszego do ostatniego podmiotu w łańcuchu, a faktura przechodzi przez podmioty pośredniczące. Zgodnie z art. 7 ust. 8 ustawy o VAT w przypadku, gdy kilka podmiotów dokonuje dostawy tego samego towaru w ten sposób, że pierwszy z nich wydaje ten towar bezpośrednio ostatniemu w kolejności nabywcy, uznaje się, że dostawy towarów dokonał każdy z tych podmiotów. Jednocześnie w przypadku transakcji łańcuchowych opodatkowaniu preferencyjną (0%) stawką VAT podlega wyłącznie jedna dostawa w łańcuchu dostaw, do której jest „przyporządkowana” wysyłka lub transport towaru (tzw. dostawa ruchoma lub międzynarodowa). Pozostałe dostawy (tzw. dostawy nieruchome) są natomiast opodatkowane odpowiednio – w miejscu rozpoczęcia wysyłki lub transportu towarów (dostawa poprzedzająca dostawę ruchomą) lub jej zakończenia (dostawa następująca po dostawie ruchomej), według stawki VAT właściwej dla dostawy towarów na terytorium tych krajów.

Przy czym, w celu określenia, która dostawa jest „ruchoma”, decydujące znaczenie ma kwestia organizacji transportu (tj. wskazanie, który podmiot wykonuje lub zleca transport towarów). Dodatkowo istotne jest również określenie gdzie (na terytorium, którego kraju) prawo do rozporządzania towarem jak właściciel przechodzi na kolejne podmioty w łańcuchu.

Przykład łańcucha dostaw

Dla zobrazowania powyższego warto przedstawić przykład, który został opisany m.in. w interpretacji Dyrektora KIS z dnia 26 kwietnia 2019, nr 0112-KDIL1-3.4012.70.2019.2.AP. W tej sprawie współpraca pomiędzy podmiotami polega m.in. na tym, iż spółka A nabywa na terenie Polski pewne towary od ich producenta, spółki B, które następnie sprzedaje na rzecz swojego kontrahenta, spółki C, który nabywa te towary z intencją ich wywozu z terytorium Polski poza terytorium Unii Europejskiej. Towary nabyte przez spółkę C od spółki B są sprzedawane przez niego dystrybutorom z krajów spoza terytorium Unii spółki D, którzy sprzedają towary ostatecznym odbiorcom, mającym siedziby w krajach zakończenia transportu poza Unią.

Powyżej opisany schemat dotyczył jedynie fakturowania, tzn. obiegu faktur pomiędzy spółkami, gdyż w ramach uzgodnień pomiędzy stronami transakcji towary są transportowane bezpośrednio z magazynu spółki A (producenta) z Polski do Klienta (ostatecznego odbiorcy) do kraju poza terytorium Unii Europejskiej. Transport co do zasady organizuje spółka B, która pozostaje w faktycznym, bezpośrednim kontakcie z przewoźnikiem przed, w trakcie i ewentualnie po transporcie. Dodatkowo spółka B dokonuje odprawy celnej.

Stanowisko Dyrektora KIS

W oparciu o wyżej opisany stan sprawy, w interpretacji z dnia 26 kwietnia 2019 r., nr 0112-KDIL1-3.4012.70.2019.2.AP, Dyrektor KIS wskazał, że przy określaniu, która z dostaw w łańcuchu jest ruchoma, oprócz kwestii organizacji transportu, znaczenie ma miejsce (kraj), w którym dochodzi do przeniesienia prawa do dysponowania towarem jak właściciel pomiędzy uczestnikami transakcji. Innymi słowy, spółka B nie jest/nie będzie uprawniona (pomimo że posiada dokumenty potwierdzające wywóz towarów poza terytorium Unii Europejskiej – komunikat IE-599 czy dokument SAD) do uznania dokonywanych transakcji za eksport towarów i stosowania w stosunku do tych transakcji stawki podatku od towarów i usług w wysokości 0%, ponieważ dostawy te nie podlegają opodatkowaniu tym podatkiem – miejscem ich świadczenia (opodatkowania) nie jest/nie będzie terytorium kraju. Zatem spółka B nie powinna rozpoznawać na terytorium Polski eksportu, lecz zarejestrować się w kraju, do którego towary są transportowane.

Wnioski

Powyżej opisana sprawa pokazuje, jak istotne jest dokładne przeanalizowanie warunków transakcji, szczególnie jeżeli dotyczy ona transakcji łańcuchowych. Wcześniejsza analiza pozwala ograniczyć ryzyko podatkowe oraz umożliwia odpowiednie ukształtowanie transakcji. Przykładowo spółka B uniknęłaby rejestracji w innym kraju na potrzeby VAT, gdyby fizycznie nabyła towary i prawo do rozporządzania nimi, a dopiero później (np. po kilku dniach) dokonała ich wywozu. Jeżeli podatnik często dokonuje transakcji eksportowych czy wewnątrzunijnych, warto skorzystać z pomocy kompetentnego doradcy podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Euro zyskuje wobec dolara. Co zrobił EBC?

Czy na jednym posiedzeniu możliwa jest zarówno obniżka, jak i podwyżka stóp procentowych? Teoretycznie nie, ale jak pokazało życie, na koniec kadencji udało się tego dokonać Mario Draghiemu. Dodatkowo wprowadzono symboliczny program skupu aktywów, możliwe, że tylko po to, aby nikt nie mógł stwierdzić, że europejski regulator nie podejmuje działań. Inwestorzy nie dali się oszukać i euro zyskuje wobec dolara.

Co zrobił EBC?

Wbrew przewidywaniom części analityków wczorajsze posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego przyniosło jednak zmiany. Teoretycznie obniżono stopy procentowe i wznowiono program luzowania ilościowego. Czy jest to zatem maksimum tego, czego się spodziewano? Absolutnie nie. Obniżono tylko depozytową stopę procentową i to jedynie o 10 punktów bazowych do poziomu -0,5%. W dodatku wprowadzono mechanizm różnicowania depozytów. W rezultacie część z nich będzie oprocentowana stawką 0%. Efektywnie jest to zatem wzrost stóp dla grupy objętej wyjątkiem. Na realny wpływ tej decyzji na rynki trzeba jeszcze poczekać. Również program skupu aktywów na kwotę 20 mld euro nie jest nawet blisko skali, którą pamiętamy z poprzedniego kryzysu. W rezultacie, po wyraźnie zwiększonej zmienności, euro zakończyło dzień mocniejsze niż na otwarciu. Taka reakcja sugeruje, że działania EBC nie zostały przyjęte jako realna obniżka stóp procentowych.

Dobre zmiany na amerykańskim rynku pracy

Wczoraj poznaliśmy dane z USA. Liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych spadła do 204 tysięcy w tygodniu, co jest wynikiem lepszym od prognoz. W tle tych danych poznaliśmy odczyt inflacji konsumenckiej, która spadła z oczekiwanych 1,8% do 1,7%. Przy tych poziomach trudno powiedzieć, czy taka zmiana jest dobra, czy jednak zła. Inflacja nie powinna być za niska ani za wysoka. Gdy przebywa w pożądanym przedziale, jej drobne odchylenia nie mają większego wpływu na rynki. Interpretowanie tych danych jako mających duży wpływ na kursy walut jest pewnym nadużyciem, gdyż w tym samym czasie miała miejsce konferencja prezesa EBC Mario Draghiego.

Szybsze od oczekiwań spadki stóp w Turcji

Na wczorajszym posiedzeniu Bank Turcji ustalił nową główną stopę procentową na poziomie 16,5%, czyli poniżej oczekiwań analityków, którzy spodziewali się wartości 17,25%. Jest to o tyle istotny parametr, że w tym kraju mamy jednocześnie inflację w okolicach 15% oraz silne naciski obozu prezydenckiego na obniżkę stóp. Właśnie z tego powodu ze stanowiskiem pożegnał się poprzedni szef banku centralnego, który nie był wystarczająco elastyczny. Jak widać, jego następca chętniej realizuje wizję tureckiego przywódcy. Okazało się, że lirze te informacje wyszły na dobre. Jest to o tyle ciekawe, że według reguł rynkowych obniżki stóp powinny osłabiać walutę. Gdy stopy spadają, inwestycje o niskim ryzyku są mniej opłacalne, a kapitał przenosi się za granicę, osłabiając lokalną walutę. Jednak tym razem lira w szczytowym momencie zyskiwała nawet 2% na wartości.

W Chinach dzień wolny, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Polska – bilans płatniczy,
  • 14:30 – USA – sprzedaż detaliczna,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Dalsze wzrosty EUR/USD

EUR/USD kontynuuje zwyżkę po posiedzeniu EBC i powraca do 1,11. Sytuację EUR/USD można porównać do sceny z komediowego westernu, w której z rewolweru pada sześć strzałów opróżniających bęben magazynka a przeciwnik – choć ranny – wciąż stoi na nogach i z defensywy przechodzi do ataku.

Jasnym jest, że EBC zakończyło luzowanie. Nie użyto najbardziej ekstremalnych narzędzi, ale pakiet należy nazwać kompleksowym zwłaszcza ze względu na bezterminowość programu skupu aktywów (20 mld euro na miesiąc). Wspólna waluta została najbardziej wsparta przez zmiany w zakresie stóp procentowych. Nawet nie chodzi o skalę redukcji: 10 pb to nieco mniej niż antycypowane przez rynek pieniężny kilkanaście punktów bazowych. Przeważyły szczegóły dotyczące systemu różnicowania stóp dla poszczególnych instytucji. Szacuje się, że ostatecznie efektywna średnioważona stopa depozytowa wzrośnie o kilkanaście punktów bazowych. Pomaga to w podbiciu stawek rynku pieniężnego.

Rangę wczorajszej sesji niech odda też ujęcie statystyczne. Dystans pomiędzy dziennym minimum a maksimum kursu EUR/USD był wczoraj drugi najwyższy w tym roku i przekraczał średnią o prawie 100 proc. W naszych prognozach zakładamy dalsze wzrosty EUR/USD i na koniec roku kurs widzimy w najświeższych prognozach z końca sierpnia na 1,13. Motorem tej tendencji będzie zwłaszcza konstatacja inwestorów, że EBC powiedział już ostatnie słowo a Fed ma w perspektywie kilka obniżek stóp procentowych. Pierwsza z nich już w przyszłym tygodniu.

EUR/USD otworzyłby sobie przestrzeń do dalszej zwyżki po wyjściu ponad 1,1150. Od strony fundamentalnej potrzebne byłoby do tego wsparcie pod postacią poprawy danych makroekonomicznych. Szansa na aprecjację, która nie jest zdyskontowana przez rynki jest także poluzowanie fiskalne przez Niemcy i inne gospodarki centrum Eurolandu, na które naciska EBC, i do którego może nakłonić nieuchronna techniczna recesja w największej europejskiej gospodarce.

Posiedzenie EBC zdominowało w tym tygodniu uwagę inwestorów, ale dobre nastroje inwestycyjne podsycane są przez szereg informacji dotyczących wojen handlowych i dających nadzieję na porozumienie, chociażby szczątkowe i tymczasowe. W rezultacie indeksy giełdowe w USA flirtują z historycznymi szczytami. Na rynku walutowym na pierwszy plan wysuwa się USD/JPY rosnący ponad 108,00. Jen właśnie zmierza do największego osłabienia od stycznia. Od lokalnych szczytów odpadają natomiast waluty Antypodów. Szczególnie w przypadku NZD/USD widzimy przestrzeń do pogłębienia spadków i mocniejszego cofnięcia kursu pod 0,64. W naszej ocenie funt wyczerpał już potencjał pierwszego odbicia będącego emanacją ulgi, że bezumowny brexit nie będzie miał miejsca za kilka tygodni. Problem został jednak odsunięty. Jak pokazują ostatnie kwartały, prędzej czy później powraca i uderza w funta.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Piotr Kowynia w zarządzie Nest Banku

Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na powołanie Piotra Kowyni na nowego Członka Zarządu Nest Banku. Będzie odpowiedzialny za Pion Ryzyka.

Piotr Kowynia – członek Zarządu Nest Bank
Piotr Kowynia – członek Zarządu Nest Bank

Piotr Kowynia jest managerem ryzyka z ponad 20-letnim doświadczeniem zawodowym w sektorze finansowym. W latach 2001 – 2009 zarządzał obszarem ryzyka w Fortis Banku – najpierw jako Dyrektor Departamentu Ryzyka, potem jako Dyrektor Pionu Ryzyka. Następnie przez ponad 9 lat związany był z Raiffeisen Bank Polska S.A gdzie pełnił funkcję Dyrektora Departamentu Zarządzania Ryzykiem. Odpowiadał m.in. za stworzenie i wdrożenie Polityki Zarzadzania Ryzykiem na poziomie całego Raiffeisen Bank Polska. Ukończył studia matematyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz Management TM ICAN Institute.

Decyzją Komisji Nadzoru Finansowego z 10 września 2019 r. Piotr Kowynia został Członkiem Zarządu Nest Banku. Będzie odpowiedzialny m.in. za realizację strategii i budżetu banku w zakresie działalności pionu ryzyka, monitorowanie pracy podległych departamentów oraz nadzorowanie procesów identyfikacji, pomiaru, limitowania, monitorowania i raportowania ryzyka.

Europejski Bank Centralny obniża stopy procentowe i uruchamia nowy program skupu obligacji

Konferencja prasowa prezes EBC Mario Draghi

  • Program luzowania ilościowego banku centralnego obejmie 20 mld euro miesięcznie za zakupy aktywów tak długo, jak długo będzie to konieczne.
  • EBC obniżył również swoją główną stopę oprocentowania depozytów o 10 punktów bazowych do -0,5%, co jest rekordowo niskie, ale zgodne z oczekiwaniami rynku.
  • „W świetle pogarszających się perspektyw gospodarczych i utrzymującego się znaczenia ryzyka pogorszenia sytuacji gospodarczej, rządy dysponujące przestrzenią fiskalną powinny działać skutecznie i na czas.” – powiedział prezes EBC Mario Draghi.

Europejski Bank Centralny (EBC) ogłosił w czwartek nowy program skupu obligacji, mający na celu pobudzenie słabnącej gospodarki strefy euro.

Program luzowania ilościowego banku centralnego (QE) obejmie 20 mld euro (21,9 mld dolarów) miesięcznie na zakup aktywów netto tak długo, jak długo będzie to konieczne.

EBC obniżył również swoją główną stopę oprocentowania depozytów o 10 punktów bazowych do -0,5%, co jest rekordowo niskie, ale zgodne z oczekiwaniami rynku.

„Wobec słabnących perspektyw gospodarczych i utrzymującego się znaczenia ryzyka pogorszenia sytuacji, rządy z przestrzenią fiskalną powinny działać skutecznie i na czas” – powiedział Draghi.

Ponadto EBC zmienił stopę TLTRO, aby zapewnić korzystniejsze warunki udzielania kredytów bankowych i dorównać stopie refinansowania, likwidując wcześniejszą różnicę 10 punktów bazowych.

Zgodnie z oczekiwaniami rynku EBC wprowadził również system dwupoziomowy, do czego zachęcali szefowie różnych dużych banków europejskich. Posunięcie to ma na celu złagodzenie części presji ujemnych stóp procentowych na bilanse banków europejskich, których zyski zostały ograniczone przez utrzymujące się niskie stopy procentowe.

Draghi dodał na konferencji prasowej: „Rada Prezesów postanowiła wprowadzić dwustopniowy system wynagradzania rezerw, w którym część posiadanych przez banki nadpłynności będzie zwolniona z ujemnej stopy oprocentowania depozytów”.

Spowolnienie gospodarki strefy euro, utrzymująca się niska inflacja i wojna handlowa między USA a Chinami wskazywały, że bank centralny jest zmuszony do wprowadzenia nowych środków stymulacyjnych.

Ostatnie dane ekonomiczne nie są obiecujące, choć ostatnie indeksy PMI wykazały pewną stabilność pomimo utrzymującej się słabości przemysłu.

Google zapłaci 500 mln euro kary za unikanie opodatkowania we Francji

Francuscy prokuratorzy finansowi rozpoczęli dochodzenie w sprawie transakcji podatkowych firmy cztery lata temu. Śledczy badali firmę w celu ustalenia, czy unikała podatków, nie deklarując pełnego zakresu jej działalności w kraju. Początkowo francuskie ministerstwo finansów domagało się od technologicznego giganta aż 1,6 mld euro. Rzecznik Google powiedział, że ugoda kończy sprawy podatkowe i związane z nimi spory, które „trwają już od wielu lat”.

„Na karę składają się grzywna w wysokości 500 mln euro (550 milionów dolarów), która została nakazana przez francuski sąd, jak również 465 milionów euro w dodatkowych podatkach, które zgodziliśmy się zapłacić i które zostały w znacznym stopniu odzwierciedlone w naszych wcześniejszych wynikach finansowych”, powiedział rzecznik prasowy w oświadczeniu. „Nadal uważamy, że najlepszym sposobem na zapewnienie jasnych ram dla firm działających na całym świecie jest skoordynowana reforma międzynarodowego systemu podatkowego.

Google, Apple i inni amerykańscy giganci technologiczni od dawna wykorzystują lukę, która pozwala im zgłaszać prawie całą sprzedaż w Irlandii, która oferuje przedsiębiorstwom niskie stawki podatkowe. Często powoduje to, że płacą niewielkie podatki w innych krajach europejskich.

Funt zyskuje, bo jest szansa na łagodniejszy brexit

dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB
dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB

Funt brytyjski zyskuje w reakcji na nową odsłonę zamieszania wokół brexitu. To dlatego, że zdetonowano ryzyko chaosu, który mógł zacząć się z początkiem listopada.

– Pycha kroczy przed upadkiem, tak można opisać przeboje brytyjskiego premiera, który bardzo agresywną strategią chciał zmusić UE do radykalnych ustępstw w kwestii brexitu –mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Ta strategia została storpedowana przez brytyjskich parlamentarzystów, gdy wydawało się już, że ich rola została zmarginalizowana. Parlament zmusił rząd do wystąpienia do UE o kolejne przesunięcie terminu wyjścia z UE o ile do 18 października nie zostanie wypracowane porozumienie.

O szybkie zawarcie porozumienia z UE będzie bardzo trudno, a szczególnie komplikuje to problem granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Płn., ze sprawdzaniem dokumentów ludności i transportowanych ładunków.

Funt brytyjski reaguje pozytywnie na taki rozwój spraw. Podrożał w relacji do polskiej waluty do 5,85 zł.

– Obawy o brexit bez porozumienia zostały na razie zdetonowane i ryzyko chaosu z początkiem listopada spadło – komentuje ekspert XTB.

Pracodawcy sektora ABSL ostrzegają przed konsekwencjami zniesienia limitu składek na ZUS

W związku z opublikowanym projektem budżetu na 2020 r., w którym pojawiła się informacja o planowanym zniesieniu limitu składek ZUS, Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) wraz z 50 innymi organizacjami zaapelował do Prezesa Rady Ministrów o zatrzymanie zapowiadanej zmiany.

Zmiana ta może uderzyć zarówno w pracodawców, jak i pracowników. Istnieje obawa, że dla wysokiej klasy specjalistów – których już dziś brakuje – będzie ona zachętą do emigracji zarobkowej. Wzrost kosztów pracy może znacznie osłabić konkurencyjność Polski na tle innych krajów regionu. „Już dzisiaj ABSL otrzymuje od swoich członków informacje, że istnieje bardzo duże ryzyko zahamowania inwestycji, a nawet wyjścia z Polski” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Marcelina Godlewska, członek zarządu ABSL.

Firmy paliwowe angażują się w walkę ze zmianami klimatycznymi. Pracują nad paliwami alternatywnymi i promują elektromobilność

Firmy paliwowe angażują się w walkę ze zmianami klimatycznymi. Pracują nad paliwami alternatywnymi i promują elektromobilność 7

Do ograniczenia emisji gazów potrzebne jest wspólne działanie rządów, biznesu i konsumentów – mówi Peter Mather z koncernu BP. Jak podkreśla, w walkę ze zmianami klimatycznymi angażują się również firmy paliwowe. Strategia BP zakłada redukcję emisji gazów cieplarnianych o 3,5 mln ton ekwiwalentu CO2 do 2025 roku. Koncern chce to osiągnąć m.in. poprzez inwestycje w elektromobilność i paliwa alternatywne, rozwój w sektorze odnawialnych źródeł energii i inwestycje w firmy, które mogą stać się częścią transformacji energetycznej.

– Świat jest niestety na drodze do niezrównoważonego rozwoju. W zeszłym roku światowa emisja gazów cieplarnianych zwiększyła się o około 2 proc., a zapotrzebowanie na energię o ok. 3 proc. Dobrą stroną tej sytuacji jest to, że stajemy się coraz bardziej energooszczędni w naszych działaniach na rzecz wzrostu światowego bogactwa. Ludzie chcą żyć lepiej, chcą dobrobytu, ale nie chcą przy tym rujnować planety. To dwutorowe wyzwanie, ponieważ z jednej strony musimy zapewnić odpowiednie ilości energii dla napędzania rozwoju, a z drugiej – uniknąć degradacji planety – mówi agencji Newseria Biznes Peter Mather, Group Regional President Europe, Head of Country UK, BP.

Jak podkreśla, zmiany klimatyczne stanowią jeden z najważniejszych tematów debaty społeczno-politycznej. Konieczne jest podjęcie działań, w które muszą zaangażować się zarówno instytucje międzynarodowe i rządy, jak i konsumenci oraz biznes.

 Najważniejsze jest nakłonienie wszystkich podmiotów: rządów, korporacji, inwestorów, organizacji pozarządowych i osób prywatnych do wspólnego działania. Rządy poszczególnych państw mogą zapewnić ramy prawne, wspierać prace badawczo-rozwojowe oraz innowacje. Powinny stworzyć właściwe warunki dla wszystkich firm prowadzących działalność w sektorze przemysłu i energetyki, by zachęcić je do długoterminowych inwestycji, które mogą stać się częścią transformacji energetycznej – mówi Peter Mather.

Jego zdaniem firmy paliwowe muszą włączyć się w działania na rzecz zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. Według prognoz BP świat w 2040 roku będzie potrzebował około 30 proc. energii więcej niż obecnie, a światowa populacja zwiększy się o ok. 2 mld ludzi.

– Społeczności i kraje będą potrzebowały więcej energii, ale będą oczekiwały energii, która jest czystsza i mniej emisyjna. Aby można było to osiągnąć, muszą współistnieć różne rodzaje energii – będziemy potrzebować zarówno ropy naftowej, gazu, jak i energii odnawialnej. Będziemy również potrzebować węgla, chociaż akurat jego udział prawdopodobnie będzie się zmniejszał – mówi Bogdan Kucharski, dyrektor generalny BP w Polsce.

– Rosnące zapotrzebowanie na energię samo w sobie jest pozytywnym zjawiskiem. Problem w tym, że wiąże się ono ze wzrostem emisji. Musimy znaleźć sposób na zwiększenie podaży energii, który będzie efektywniejszy, zapewniając niższe emisje CO2. Potrzebne są bardziej wydajne paliwa. Zdecydowanie musi też nastąpić poprawa w poziomie wydajności zużycia energii na świecie, ponieważ marnujemy jej zbyt dużo. Nie można oczywiście zapomnieć o rozwoju energii odnawialnej – dodaje Peter Mather.

Strategia BP zakłada redukcję emisji gazów cieplarnianych o 3,5 mln ton ekwiwalentu CO2 do 2025 roku. Tylko w ubiegłym roku emisja spadła już o 1,7 mln ton.

– BP globalnie inwestuje już ponad 0,5 mld dol. rocznie w nowe technologie, które ograniczają emisję. Ten trend nie tylko zostanie podtrzymany, ale będzie się nasilał – mówi Bogdan Kucharski.

– Przyglądamy się również naszym produktom, włączając do oferty te czystsze i wydajniejsze pod względem zużycia paliwa, charakteryzujące się niższą emisją. Zwiększamy również ilość gazu ziemnego w naszej ofercie. Ten surowiec generuje o połowę niższą emisję gazów cieplarnianych niż węgiel, przy czym jego zasoby są ogromne. Jest to także paliwo, które może zostać poddane dekarbonizacji poprzez proces sekwestracji i składowania. Polega to na wychwyceniu CO2 ze spalin i jego składowaniu pod powierzchnią ziemi – dodaje Peter Mather.

BP inwestuje również w przedsiębiorstwa, które mogą stać się częścią transformacji energetycznej. Koncern jest współwłaścicielem największej w Europie firmy budującej farmy fotowoltaiczne – Lightsource BP, a także Chargemaster – największej firmy oferującej infrastrukturę do szybkiego ładowania pojazdów elektrycznych w Wielkiej Brytanii.

– Mamy ok. 6 tys. takich punktów i powiększamy tę sieć. Będziemy tę technologię wdrażać również na innych rynkach. Już ruszyły programy pilotażowe w Niemczech, Holandii, prędzej czy później ta technologia będzie dostępna również w Polsce – wylicza Bogdan Kucharski. – Jesteśmy aktywni w dziedzinie produkcji energii przez farmy wiatrowe, działamy w sektorze energii solarnej, w którą też mocno inwestujemy w całym świecie. Jesteśmy także dużym graczem w branży biopaliwowej, chociażby w Brazylii, gdzie ostatnio poczyniliśmy duże inwestycje w tym zakresie.

Ministerstwo Cyfryzacji: Biznes jutra będzie oparty na innowacjach. Wymaga to jednak odpowiednich regulacji

Ministerstwo Cyfryzacji: Biznes jutra będzie oparty na innowacjach. Wymaga to jednak odpowiednich regulacji 8

– Biznes jutra będzie oparty na innowacjach, bez których nie będzie rozwoju gospodarczego ani przemysłu 4.0. – podkreśla Robert Kośla z Ministerstwa Cyfryzacji. Jednak nowe technologie, chociażby te powiązane z analizą i przetwarzaniem danych, wymagają nowego otoczenia regulacyjnego i przepisów, które umożliwią bezpieczne i przewidywalne korzystanie z nich, a firmom zapewnią odpowiedni ekosystem. Przy właściwym wsparciu rządowym tworzone przez nie technologie przyczynią się do rozwiązywania najważniejszych problemów społecznych, gospodarczych czy ekologicznych.

– Biznes jutra bazuje na technologiach, które są dostępne dziś i które będą wytwarzane w najbliższym czasie. Ale te technologie wymagają odpowiednich regulacji. Inaczej ani administracja publiczna, ani sektor prywatny nie będą stosować rozwiązań, które nie zostaną sprawdzone, po drugie – nie zostaną narzucone formy korzystania z tych technologii w sposób bezpieczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Kośla, dyrektor Departamentu Cyberbezpieczeństwa w Ministerstwie Cyfryzacji.

Technologie, które wymagają nowego otoczenia regulacyjnego, żeby móc się dalej rozwijać, dotyczą przede wszystkim przetwarzania dużych ilości informacji – systemów big data, przetwarzania danych w chmurach obliczeniowych czy zbierania i analizy w czasie rzeczywistym informacji pochodzących z dużej liczby sensorów w ramach internetu rzeczy. Regulacje, które będą dotyczyć tego obszaru, muszą przede wszystkim wskazywać, gdzie powinny być przechowywane te dane, jak są pozyskiwane i przetwarzane dalej.

– Jedną z takich regulacji, która dotyczy nowych technologii, jest uchwała Rady Ministrów dotycząca wspólnej infrastruktury informatycznej państwa. Ta uchwała ma umożliwić w Polsce budowę chmur obliczeniowych – zarówno chmury rządowej, która będzie wspierała funkcjonowanie krytycznych dla państwa rejestrów, jak i chmury publicznej, która będzie dostępna dla administracji rządowej i samorządowej – mówi Robert Kośla.

Jak podkreśla, bez nowych technologii nie będzie się rozwijać gospodarka ani Przemysł 4.0, bazujące na usługach cyfrowych.

– Konieczne jest wspieranie innowacji, a także dawanie młodym ludziom, którzy wchodzą do biznesu, szansy na realizację swoich pomysłów, a także tworzenie dobrych środowisk start-upowych, co już zaczyna w Polsce mieć miejsce. Natomiast szalenie istotne jest również działanie firm, które będą nastawione na tworzenie takich środowisk pracy i zespołów, które są mocno zdywersyfikowane – nie tylko pod względem sposobu myślenia, lecz także ich doświadczenia i wiedzy. To jest coś, co z pewnością będzie wspierało rozwój nowych przedsiębiorstw i pomysłów – mówi Leszek Gaweł, dyrektor generalny JUUL Labs Poland.

Jak zaznacza, biznes jutra będzie oparty na przełomowych innowacjach, a sukces rynkowy osiągną firmy, które rzucą wyzwanie status quo, będą działać odważnie i zdecydowanie, a tworzone przez nie technologie będą się przyczyniać do rozwiązywania najważniejszych problemów społecznych, gospodarczych czy ekologicznych.

Od 14 września banki muszą udostępniać dane o rachunkach klientów innym podmiotom. Na rynku zaostrzy się konkurencja

Od 14 września banki muszą udostępniać dane o rachunkach klientów innym podmiotom. Na rynku zaostrzy się konkurencja 9

Nowe produkty i usługi finansowe czy możliwość łatwiejszego zarządzania kilkoma kontami w różnych bankach – to efekt zmian, które od 14 września są zobowiązane wdrożyć banki. Zgodnie z wymogami unijnej dyrektywy PSD2 muszą one udostępnić innym podmiotom dostęp do rachunków swoich klientów za pośrednictwem tzw. otwartego API. Otwarta bankowość spowoduje większą konkurencję na rynku finansowym i wzmocni pozycję klientów oraz stworzy szerokie pole do rozwoju fintechów.

Od 14 września banki zobowiązane będą do udostępnienia tzw. API, czyli interfejsu dostępowego, za pomocą którego podmiot trzeci, posiadający stosowną licencję, będzie mógł niejako dostać się na rachunek bankowy klienta i podejrzeć historię tego rachunku albo inicjować transakcję płatniczą. Większość polskich banków ma już wdrożone API, najczęściej w tzw. standardzie PolishAPI i są one gotowe na wejście nowych przepisów – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Klecor, partner w Kancelarii Legal Geek.

Zmiany związane są z unijną dyrektywą PSD2, która od 14 września wymusi na bankach nie tylko stosowanie silnych narzędzi uwierzytelniających (tzw. podwójne uwierzytelnianie) w przypadku logowania klientów do konta bankowego i płatności kartą, ale również wdrożenie tzw. otwartej bankowości. Zgodnie unijnymi wymogami banki muszą do 14 września udostępnić zewnętrznym podmiotom (tzw. podmiotom trzecim) otwarte środowisko API, które pozwoli im na dostęp i przetwarzanie danych klientów. W oparciu o nie start-upy finansowe, serwisy płatnicze oraz inne banki będą mogły projektować nowe aplikacje finansowe i wdrażać nowe usługi.

Dla banku oznacza to większą konkurencję, ale także nowe możliwości, ponieważ bank również może być tym tzw. podmiotem trzecim, który uzyskuje dostęp do rachunków swoich konkurentów – mówi Tomasz Klecor. – Przykładowo, jeden bank będzie mógł udostępnić w swojej bankowości internetowej możliwość podglądu rachunku w innym banku. To oznacza, że jako klient, mając rachunki w kilku różnych bankach, być może będę mógł zarządzać nimi z poziomu jednego.

Dla rynku finansowego wdrożenie otwartej bankowości, możliwości dostępu do rachunku przez API oznacza przede wszystkim nowe usługi płatnicze, które umożliwią zarządzanie kilkoma rachunkami bankowymi czy nowe sposoby płatności, które nie wymagają karty płatniczej bądź pozwalają na szybsze wykonanie płatności w sklepie internetowym. Nowe przepisy stworzą też szerokie pole do rozwoju fintechów.

– Dla fintechów oznacza to przede wszystkim łatwiejsze świadczenie usług płatniczych. Od 14 września będą mieć API i będą mogli się do takiego rachunku dostać, jeżeli tylko będą posiadać odpowiednią licencję – mówi Tomasz Klecor.

Jak podkreśla, konsekwencje wdrożenia wymogów związanych z dyrektywą PSD2 dla klientów będą głównie pozytywne. Ci zyskają przede wszystkim dostęp do nowych usług płatniczych i możliwość łatwiejszego zarządzania kilkoma rachunkami bankowymi. Tzw. otwarta bankowość spowoduje większą konkurencję na rynku finansowym i wzmocni pozycję konsumentów.

Banki świetnie przygotowały się na tę rewolucję. Na początku się jej bały, a później dostrzegły możliwości, które również dla nich wynikają z dyrektywy PSD2. Tak więc nie ma podstaw do obaw, że banki będą nieprzygotowane do zmian – mówi partner w Kancelarii Legal Geek.