– Wdrożenie zmian wynikających z Ustawy 2.0 jest dla uczelni sporym wyzwaniem. To szansa na rewolucję i te szkoły, które będą chciały, wykorzystają to – ocenia rektor warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej prof. Marek Rocki. Jak podkreśla, dla uczelni wyższych istotne jest dzisiaj także uwolnienie możliwości rekrutacyjnych tak, aby mogły rekrutować zgodnie ze swoim profilem kandydatów, którzy są dobrze przygotowani do studiów na danych kierunkach.
– Praktycznie dla wszystkich polskich uczelni wyzwaniem jest głębokie wdrożenie zmian, które wynikają z ustawy 2.0. Wszystkie uczelnie musiały dostosować swoje statuty, zmieniły struktury organizacyjne, na pewno musiały też zmieniać programy kształcenia, co również wynika z ustawy 2.0. To jest istotna rewolucja, ale w przypadku SGH przeprowadziliśmy tę rewolucję już w 1990 roku, w związku z tym spokojnie oczekujemy na początek roku akademickiego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marek Rocki, rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.
Uczelnie wyższe są w trakcie wdrażania zmian wynikających z tzw. Ustawy 2.0, czyli Konstytucji dla Nauki. Ta obowiązuje od początku października ubiegłego roku, ale reforma jest rozłożona w czasie aż do 2021 roku, zmiany wchodzą w życie etapami. W założeniu mają one przyznać środowisku akademickiemu większą autonomię.
– To jest szansa na rewolucję i myślę, że ci, którzy będą chcieli ją wykorzystać, zrobią to – mówi prof. Marek Rocki.
W tym roku najpoważniejszym zadaniem dla uczelni było opracowanie nowych statutów. Te mają być najważniejszym dokumentem regulującym działalność szkół wyższych i dokładnie określać ich strukturę wewnętrzną i organizacyjną. W ocenie resortu nauki, zmiany pobudzą też współpracę uczelni z otoczeniem biznesowym. Zwłaszcza że dopasowywanie kierunków kształcenia do potrzeb rynku pracy jest dziś jednym z większych wyzwań.
– Dopasowujemy treść kierunków studiów do zmian na rynku pracy i zapotrzebowania pracodawców. Z tego powodu tak istotny jest Klub Partnerów Korporacyjnych SGH, który istnieje od 20 lat. Czerpiemy stamtąd opinie na temat naszych programów kształcenia. Dzięki temu doskonalimy je tak, aby nasi absolwenci byli dobrze wykształconymi, przedsiębiorczymi ludźmi, liderami swojego środowiska i przyczyniali się do postępu polskiej gospodarki – mówi prof. Marek Rocki.
Zgodnie z nową ustawą, od 1 października zacznie również obowiązywać zmieniony system stypendialny dla studentów i nowy tryb kształcenia doktorantów (szkoły doktorskie). Na tym nie koniec zmian, bo na początku lipca szef resortu nauki Jarosław Gowin zapowiedział, że część przepisów Konstytucji dla Nauki – zwłaszcza te, które dotyczą tworzenia federacji uczelni – ma zostać zmieniona.
Rektor warszawskiej SGH ocenia, że dla szkół wyższych istotne jest dzisiaj także uwolnienie możliwości rekrutacyjnych – tak, aby mogły rekrutować zgodnie ze swoim profilem, ponieważ w praktyce okazuje się, że rekrutacja jest oparta o wyniki nowej matury nie daje dobrych narzędzi do selekcji kandydatów według ich kompetencji do podjęcia dalszych studiów.
– Dla podniesienia jakości kształcenia na uczelniach wyższych zasadnicze jest uwolnienie możliwości rekrutacyjnych. Oparcie rekrutacji na studia o wyniki nowej matury nie daje dobrych narzędzi do selekcji kandydatów, którzy są przygotowani do dalszego kształcenia. Po części obserwuję to też w naszej uczelni. Jeśli przychodzą kandydaci, którzy nie zdają matematyki, to oni nie dadzą sobie rady na nowoczesnej ekonomii. Po prostu na studiach nie ma czasu, żeby uzupełniać luki ze szkoły podstawowej czy liceum. Musimy więc tak wybierać kandydatów, aby oni byli kompetentnymi w momencie startu na studiach – mówi prof. Marek Rocki.
Jak zauważa, kierunek, w jakim podążają w tej chwili uczelnie i który sprawdziłby się również w szkołach średnich, to nauczanie problemowe.
– Czyli uczenie matematyki nie dlatego, że jest ważna, ale dlatego, że są problemy rozwiązywane przy pomocy matematyki. Da się odwrócić tok nauczania, pokazywać problemy i tworzyć przy pomocy studentów i uczniów narzędzia do ich rozwiązywania tak, aby wiedzieli, po co się uczą – mówi prof. Marek Rocki.
Liczba farm alpak w Polsce rośnie z roku na rok jako alternatywa dla coraz mniej opłacalnej hodowli owiec. Jedna alpaka to nawet 5 kg luksusowej wełny rocznie. Zwierzęta te hoduje się jednak także do celów związanych z agroturystyką i rehabilitacją osób niepełnosprawnych. O popularności alpak decydują również niskie koszty utrzymania, nieprzekraczające zazwyczaj 100 zł miesięcznie.
Alpaki to trawożerne ssaki z rodziny wielbłądowatych hodowane głównie dla wełny, cieplejszej i delikatniejszej niż wełna owiec. Ich naturalnym środowiskiem są górzyste tereny Ameryki Południowej, zwłaszcza Chile i Peru, od kilkunastu lat jako zwierzęta hodowlane zyskują jednak popularność także w Europie. W Polsce pierwsza farma alpak powstała w 2004 roku, dziś biznesem tym, zgodnie z informacjami Polskiego Związku Hodowców Alpak, zajmuje się ponad 30 hodowców posiadających łącznie więcej niż 600 zwierząt.
– Hodowli alpak nie nazwałbym czysto biznesem, dlatego że jeśli nie ma się do tego pasji, jeśli nie lubi się tego, co się robi, to trudno, żeby to przynosiło dochód. Ale może to być opłacalne. Mając do tego pasję, można z tego czerpać korzyści finansowe, czy prowadząc zajęcia, czy korzystając z runa do wyrobu różnych rzeczy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Chojnacki z Ośrodka Psychoterapii Dzieci i Młodzieży – Koparka.
Alpaki są źródłem hypoalergicznej, wysokiej jakości wełny, która może konkurować z tak luksusowymi tkaninami jak kaszmir i angora. Z jednego zwierzęcia rocznie pozyskać można nawet 5 kg pożądanej na rynku odzieżowym wełny. Z ich runa produkuje się luksusowe płaszcze i swetry, ale także kołdry i koce. Alpaki hoduje się jednak również w innych celach np. na potrzeby agroturystyki oraz terapii opartych na kontakcie ze zwierzętami – te spokojne, lubiące przebywanie z człowiekiem zwierzęta doskonale sprawdzają się w terapii osób cierpiących na autyzm, ADHD, nerwice, zaburzenia lękowe oraz depresję.
– Zwierzęta czują, z jakim idziemy do nich nastawieniem, więc ważne, żeby mieć sprecyzowane, czego my chcemy, po co nam jest ta hodowla – mówi Przemysław Chojnacki. – Żeby założyć podobną działalność jaka prowadzimy w Ośrodku Koparka, potrzebna jest też wiedza dotycząca alpak, jak się nimi opiekować, na jakie choroby zapadają. Gdybym zaczynał od nowa, to spotkałbym się z kilkoma osobami, które prowadzą podobną działalność, zapytał, na co zwrócić uwagę, albo nawet bardziej, żeby to one zadały mi pytanie, po co mi te alpaki. Są też kursy hodowli alpak w Polsce, na które warto się udać wcześniej.
Na temat hodowli alpak powstało wiele mitów, dlatego podstawą myślenia o założeniu własnej farmy jest zdobycie rzetelnej wiedzy. Informacje można pozyskać od innych, doświadczonych hodowców, lub na kursach hodowli alpak, organizowanych już także w Polsce. Rozpoczęcie hodowli wymaga sporego wydatku, niezbędne jest bowiem zakupienie ziemi pod hodowlę, zapewnienie zwierzętom odpowiednich warunków bytowych, wreszcie zakup samych alpak. Koszt jednego zwierzęcia jest różny i waha się od 3 do 60 tys. zł w zależności od jakości runa.
– Początek hodowli to przynajmniej trzy alpaki, nie może ich być mniej ze względu na to, że alpaki są zwierzętami stadnymi i potrzebna jest ich przynajmniej trójka, żeby czuły się dobrze. My niestety mamy doświadczenie, że kiedy były dwie alpaki, ewidentnie było widać, że tęsknią. Z czasem, kiedy zaczęły przyjeżdżać kolejne, atmosfera się uspokoiła – mówi Przemysław Chojnacki.
Miesięczny koszt utrzymania jednej alpaki wynosi od 50 do 100 zł. Zwierzęta te żywią się przede wszystkim świeżą trawą, w zimie natomiast sianem – w ich codziennym jadłospisie powinna też znaleźć się specjalnie skomponowana pasza treściwa, dostarczająca witamin oraz makro i mikroelementów. Warto też pamiętać, że o alpaki należy dbać – zapewniać im regularne wizyty weterynarza, szczepienia ochronne, kontrole wagi, odrobaczanie oraz obcinanie zębów i pazurów. Alpaki są dość podatne na różne schorzenia, dlatego warto stale je obserwować i szybko reagować w razie podejrzenia choroby.
– Często chorobą jest gruźlica. Oprócz tego są różne dolegliwości związane z żołądkiem, pasożytami, więc trzeba regularnie dawać im zastrzyki, kontrolować stan flory bakteryjnej. Czasami mają niedobór pewnych witamin, więc trzeba odpowiednio dobierać im dietę – mówi Przemysław Chojnacki.
W naturalnym środowisku alpaki żyją w temperaturze od minus 20 do plus 20 stopni, polskie lato bywa więc dla nich trudne do zniesienia. W okresie wysokich temperatur należy więc zapewnić im chroniące przed słońcem zadaszenie i stały dostęp do wody pitnej. Warto też pamiętać, by nie przemęczać zwierząt wykorzystywanych w alpakoterapii – czas ich pracy nie powinien przekraczać 2 godzin dziennie.
– Nasza działalność nie wymaga dużej liczby alpak, bo prowadzimy zajęcia dla dzieci, młodzieży, zajmujemy się tą częścią niezwiązaną z włókniarstwem, tylko z przyjemnością przebywania z alpakami i terapią. Gdyby chcieć zajmować się produkcją odzieży, kołder czy koców, wtedy tych alpak potrzeba mieć kilkaset i wtedy to zaczyna być duże przedsiębiorstwo, a koszt inwestycji jest większy. Inna działalność związana jest z rozrodem i sprzedażą samych alpak takim osobom jak ja – mówi Przemysław Chojnacki.
Kwestie związane z hodowlą alpak wciąż czekają na uregulowanie prawne. Zimą tego roku Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizacji ustawy o organizacji hodowli i rozrodzie zwierząt gospodarskich, zgodnie z którym alpaki zostały uznane za zwierzęta gospodarskie. 15 marca odbyło się pierwsze czytanie w Sejmie, po którym projekt został skierowany do Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Eksperci nie mają wątpliwości, że nowe prawo ułatwiłoby prowadzenie hodowli alpak, doprowadziłoby do spadku cen tych zwierząt oraz umożliwiłoby staranie się hodowców o dotacje z Unii Europejskiej. Zastrzeżenia zgłaszają jednak hodowcy zajmujący się alpakoterapią.
– Taka najprostsza rzecz to potrzeba przewożenia zwierząt za pomocą specjalnych samochodów, takich jak np. dla koni. Nie wyobrażam sobie wjechać i zaparkować w centrum Warszawy takim specjalnym samochodem do przewozu koni albo autem z przyczepą. Jako ośrodek będziemy występować razem z innymi alpakoterapeutami do ministerstwa rolnictwa o indywidualną interpretację przepisów prawa – mówi Przemysław Chojnacki.
W ciągu ostatnich lat tylko kilka innowacyjnych urządzeń kardiochirurgicznych trafiło na sale operacyjne. Większość z nich pojawia się na rynku po kilku lub nawet kilkunastu latach ze względu na długi proces certyfikacji, obejmujący m.in. szereg badań klinicznych. Przyszłością kardiochirurgii są zdalne operacje wykonywane przez roboty, jednak do tej pory ich obsługą zajmuje się jedynie kilkunastu lekarzy na całym świecie.
– Na całym świecie z jednej strony widzimy lekarzy specjalistów coraz bardziej doskonalących swój warsztat chirurgiczny i skupiających się na operacjach o coraz mniejszej inwazyjności, o ekstremalnie wysokim profilu trudności technicznej. Z drugiej strony widzimy duży przemysł medyczny, który bardziej ukierunkowany jest na zysk niż na bezpośrednie wprowadzanie innowacji poprawiających wyniki czy redukujących liczbę komplikacji. Wydaje się, że tu się troszeczkę ten świat nam rozjeżdża i tę lukę należy zapełnić – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje kardiochirurg Grzegorz Suwalski.
Jednym z najważniejszych problemów we wdrażaniu innowacji w medycynie jest długo trwający proces pozyskiwania zgody na wdrożenie leku lub procedury. Z uwagi m.in. na konieczność przeprowadzania wieloetapowych badań klinicznych czas od odkrycia do wdrożenia sięga niekiedy nawet kilkunastu lat. Sam proces rekrutacji pacjentów do badania bywa długotrwały. W amerykańskim Arkansas realizowany jest obecnie program łączący pięć instytucji medycznych, prowadzących szeroko zakrojone badania w obrębie kardiochirurgii ze szpitalami, które dotychczas nie specjalizowały się w badaniach klinicznych.
Według amerykańskiego Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom Arkansas ma trzeci najwyższy wskaźnik umieralności z powodu chorób serca w Stanach Zjednoczonych. Tymczasem, choć innowacyjne metody leczenia są stale opracowywane, to system badań klinicznych nie nadąża z ich testowaniem.
– Od 20 lat nie było zmiany konstrukcji zastawki serca, gdyż badania trwają bardzo długo. W ciągu ostatnich kilku lat widzieliśmy tylko kilka wdrożeń urządzeń na sale operacyjne. To m.in. urządzenia pomagające kardiochirurgowi wykonać prawidłowo pomostowanie tętnic wieńcowych, sprawdzające przepływy w wykonanych bajpasach, a także takie, które cały czas monitorują prawidłowe utlenowanie mózgu. Są to dwa urządzenia, które pomagają zredukować ryzyko komplikacji, zwiększają profil bezpieczeństwa operacji. Niektóre wprowadzane innowacje stosuje się do bardzo rzadkich operacji, nie mają one charakteru masowego – twierdzi kardiochirurg.
Coraz częściej lekarze na salach operacyjnych są też wspomagani w swojej pracy przez roboty. Belgijski start-up medyczny Robocath opracował innowacyjną platformę z robotami R-One. Została ona zaprojektowana w odpowiedzi na potrzeby zgłaszane przez lekarzy zajmujących się kardiologią interwencyjną. R-One składa się z dwóch podstawowych elementów. To sterowana radiowo mobilna stacja kontroli z ruchomym ekranem chroniącym przed promieniowaniem oraz jednostka sterująca wyposażona w joysticki. Za pomocą tego urządzenia lekarz zdalnie steruje instrumentami wprowadzonymi do układu naczyniowego pacjenta poprzez jego cewnikowanie. Robot jest kompatybilny z wiodącymi na rynku urządzeniami wykorzystywanymi w interwencjach kardiologicznych.
– Musimy wejść mocniej w robotykę, w operacje wykonywane pod kontrolą wideoskopii i tutaj się doskonalić, tworzyć urządzenia, które będą sprawiały, że te operacje nie będą mogły być wykonane jedynie przez mistrzów naszego środowiska, ale przez wszystkich tak, żeby to miało wielkie oddziaływanie społeczne – mówi Grzegorz Suwalski.
Lekarze od lat dyskutują również o możliwości przeprowadzania operacji na odległość. Tego typu procedury są wykonywane jednak przez zaledwie kilkunastu specjalistów na świecie, a sam koszt przeprowadzenia operacji jest ogromny. Nie zostało wyeliminowane również ryzyko komplikacji. Kardiochirurdzy oczekują natomiast przede wszystkim takich innowacji, które sprawią, że pacjent łagodnie przejdzie przez proces leczenia.
– Najważniejsze jest wprowadzanie innowacji, które spowodują poprawę wyników leczenia, czyli poprawę bezpieczeństwa operacji, zredukują liczbę komplikacji. Kardiochirurgia powinna być w swoim zmniejszeniu inwazyjności krótsza w hospitalizacji. W Stanach Zjednoczonych przeprowadza się już operacje, w których pacjent wychodzi do domu po 2–3 dniach – podkreśla kardiochirurg.
Według analityków z MarketsandMarkets światowy rynek instrumentów kardiochirurgicznych do 2022 roku osiągnie wartość 1,63 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 7,1 proc. Z kolei rynek robotów chirurgicznych w 2018 roku był według Fortune Business Insight wyceniany na 1,4 mld dol. Do 2026 roku ma osiągnąć wartość 6,8 mld dol. Średnioroczne zakładane tempo wzrostu sięgnie 21,4 proc.
Branża foodtech, czyli innowacyjnych rozwiązań na rynku spożywczym, należy do najbardziej innowacyjnych na świecie. Powstają rozwiązania, które pozwalają dokładnie i w ciągu chwili ocenić świeżość produktu, jego skład i wartości odżywcze, a inteligentne etykiety ostrzegają przed upływem ważności. Rozwija się też rynek urządzeń kuchennych – można już znaleźć piekarnik z rozszerzoną rzeczywistością, urządzenia na kapsułki do zrobienia drinka czy supercichy i inteligentny blender. Millo błyskawicznie przygotuje smoothie, łączy się ze smartfonem lub tabletem, przy tym jest kilkukrotnie cichszy niż zwykły blender.
– Zaprojektowaliśmy zupełnie nowy rodzaj blendera – inteligentny blender. Opatentowaliśmy technologię sprzężenia magnetycznego, którą zastosowaliśmy w silniku bezszczotkowym. Technologia ta pozwoliła nam na stworzenie produktu w zupełnie innym stylu, również dlatego że nie mamy tu żadnych połączeń mechanicznych. Zasadniczo jest to najcichszy blender na świecie. Urządzenie jest w stanie także rozpoznać, co dzieje się w środku pojemnika w czasie rzeczywistym – mówi agencji Newseria Innowacje Ruslanas Trakselis, założyciel Millo Appliances.
Wykorzystanie najnowszych technologii na rynku urządzeń kuchennych jest coraz powszechniejsze. Dla chętnych są wielozadaniowe roboty, które gotują na parze, jednocześnie siekając warzywa i mieszając potrawę. Pokazują przy tym na inteligentnym wyświetlaczu wartości odżywcze produktu czy propozycje jego podania. Inteligentne piekarniki z rozszerzoną rzeczywistością wyświetlają, jak wygląda produkt i podpowiadają przy tym przepisy na pasujące potrawy. Na rynku są już specjalne blaty do produkcji piwa, a maszyna na kapsułki w kilka chwil zrobi wyszukanego drinka.
Millo to z kolei inteligentny blender, który pozwala ustawić preferencje rodzinne, pokazuje też informacje o wartościach odżywczych. Zaawansowany bezszczotkowy silnik magnetyczny wytwarza 3 razy mniej hałasu, a na jednym naładowaniu akumulatora można zrobić ok. 10 koktajli.
– To nowy wymiar tworzenia przepisów na smoothie – nie chodzi już tylko o to, co włożysz do środka, ale w jaki sposób zostanie to zblendowane. Można stworzyć przepis w jednej części świata, aby na drugim końcu świata uzyskać dokładnie to samo smoothie – tłumaczy Ruslanas Trakselis.
Blender Millo łączy się ze smartfonem lub tabletem, pozwala zminimalizować czas spędzany na miksowaniu. Podłączenie Millo do telefonu umożliwia zdalne sterowanie i personalizację ustawień, blender zapamiętuje ulubione przepisy czy szybkość mieszania. Powierzchnia jest wrażliwa na dotyk – wystarczy lekko dotknąć w dowolnym miejscu, aby aktywować i kontrolować urządzenie. Dzięki technologii Air Drive pokrywka blendera blokuje się za pomocą magnesów. Te same magnesy są następnie wykorzystywane do zasilania silnika (prędkość do 16 tys. obr/min). Nożyki z magnetycznym mechanizmem potrzebują mniej energii, są przy tym bardzo wytrzymałe.
– Przeprowadziliśmy testy skuteczności blendowania. Zmrożone kawałki marchewki nie stanowiły żadnego problemu dla blendera. Marchew, lód, orzechy, warzywa korzeniowe, wszystko można zblendować – przekonuje twórca.
Millo można połączyć ze specjalnie zaprojektowaną dla niego aplikacją, która śledzi np. liczbę koktajli, ich średnią zawartość białka, ale także popularnymi aplikacjami zdrowotnymi i fitness, takimi jak MyFitnessPal i Apple Health. Urządzenie daje także możliwość skonfigurowania różnych profili użytkowników.
– Mimo że urządzenie służy do blendowania, nie jest ono postrzegane jako blender czy urządzenie kuchenne, ale raczej jako gadżet. Stworzyliśmy to urządzenie z myślą o wszystkich, którzy dbają o dietę lub chcą szybko przyrządzić zdrowy posiłek – mówi Ruslanas Trakselis.
Produkcja inteligentnego blendera ma ruszyć w I kw. 2020 roku. Na rynku będzie można go kupić za 449 euro. Według analityków Research and Markets globalny rynek food tech ma osiągnąć wartość 250 mld dol. w 2022 r.
Warszawa, 12 września 2019 r. – Z danych zawartych w Raporcie „Omnichannel 2019” GfK Polonia wynika, iż zakupy w sklepach internetowych robią najczęściej młodzi zamożni mieszkańcy dużych miast. Powyżej 35 roku życia skłonność do kupowania online znacząco maleje.
W Raporcie „Omnichannel 2019” GfK Polonia przeanalizowano profile polskich konsumentów wydających środki głównie w handlu stacjonarnym, jak i korzystających głównie z oferty sklepów online. Z powyższej analizy wynika, iż liczebność pierwszej grupy wynosi 15 milionów konsumentów, z kolei druga grupa to niemal 11 milionów osób.
Z analizy wynika, iż jedną z determinant preferowania zakupów internetowych jest zamieszkiwanie w dużym ośrodku miejskim. Autorzy raportu sprawdzili, jak geografia Polski różnicuje wydatki na zakupy online w odniesieniu do wartości wydatków w handlu ogółem. Przeanalizowano 379 powiatów (w tym miasta powiatowe) i poddano weryfikacji skalę występującego w konsumenckiej populacji potencjału na e-commerce oraz skalę koncentracji tegoż potencjału w dużych miastach.
Im większa liczba ludności w mieście, tym suma wydatków w handlu jest wyższa. Duże miasta to wyższe zarobki, bogata oferta handlowa przyciągająca konsumentów z regionu, konsumpcyjny styl życia. Z tych powodów duże miasta, ze swoją koncentracją popytu konsumenckiego są głównymi beneficjentami rozwoju e-handlu. Z danych raportu „Omnichannel 2019” wynika, iż nie jest jednak tak, że mniejsze miasta z mniejszą ofertą handlowo-usługową oraz mniej zasobnym portfelem konsumentów nie zaopatrują się w handlu online. Dane wskazują, że przeciętne wydatki na zakupy online są bardzo zróżnicowane geograficznie. Najmniej na zakupy w sklepach internetowych przeznaczaną mieszkańcy powiatu przemyskiego. Najwyższy Indeks Siły Nabywczej online jest natomiast w Sopocie, którego przeciętny mieszkacie wydaje dwa razy więcej niż przeciętny Polak na zakupy online.
Mapa
Mapa prezentuje zróżnicowanie siły nabywczej online w powiatach. Kolorem niebieskim na mapie oznaczono powiaty o najniższej wartości rynku e-commerce, z kolei kolorem czerwonym wyróżniono powiaty o wysokiej wartości rynku online. Zaobserwowano duże dysproporcje w wartości sumarycznej przeznaczanej przez mieszkańców na zakupy produktów w sklepach internetowych.
Źródła danych
GfK Siła Nabywcza Online to pierwsza edycja danych opisującą wartości zakupów mieszkańców poszczególnych powiatów i miast na zakupy online.
GfK Indeks Siły Nabywczej należy do najważniejszych regionalnych wyliczeń potencjału ekonomicznego klientów. Szacunki dokonywane są w oparciu o zestawienie danych z oficjalnej statystyki państwowej z wynikami badań GfK Polonia oraz prognozami instytutów ekonomicznych.
Przekrojowy raport „Omnichannel 2019 w Polsce” oraz „Siła Nabywcza na E-commerce” bazują na ogólnopolskim badaniu CAPI na próbie 2000 respondentów oraz na danych panelowych. Te syndykatowe raporty to kompleksowa analiza rynku e-commerce w naszym kraju. Analizują nie tylko zwyczaje zakupowe, skalę zjawiska, zakupu online i offline w 13 kategoriach, ale i perspektywy rozwoju e-commerce w Polsce.
Niemal połowa biur wynajmowanych w największych miastach regionalnych w Polsce trafia do najemców w Krakowie.
Z ponad 300 tys. mkw. powierzchni biurowej wynajętej w pierwszej połowie br. w największych ośrodkach biznesowych w kraju, poza Warszawą, aż 140 tys. mkw. biur zakontraktowane zostało w Krakowie. Największy udział w rekordowo wysokim popycie na biura odnotowanym na krakowskim rynku miały firmy z sektora nowoczesnych usług dla biznesu. Coraz większe zapotrzebowanie zgłaszają również najemcy z segmentu powierzchni elastycznych. W pierwszych sześciu miesiącach br. operatorzy flexy podpisali w stolicy Małopolski umowy na około 13 tys. mkw. biur, generując niemal 10 proc. popytu.
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz
Za popytem podąża niespotykana dotąd w aglomeracji nowa podaż. – W pierwszym półroczu tego roku w Krakowie oddanych zostało kilkanaście obiektów, dzięki czemu na rynek trafiło łącznie prawie 100 tys. mkw. powierzchni biurowej. To więcej niż przybyło w tym czasie nawet na największym w kraju rynku warszawskim – podaje Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz.
Kraków buduje potencjał
Do inwestycji ukończonych w tym czasie należały m.in. V.Offices (21,6 tys. mkw.), Mogilska Office (12,5 tys. mkw.), DOT Office F1 (9,8 tys. mkw.), czy budynek B1 w inwestycji Fabryczna Office Park (13,5 tys. mkw.).
Ogromny apetyt inwestorów na krakowskie biura motywuje do intensywnego działania deweloperów. Mateusz Strzelecki informuje, że w inwestycjach prowadzonych aktualnie w Krakowie powstaje około 270 tys. mkw. powierzchni biurowych. – Na tle rynków regionalnych, także pod tym względem Kraków jest absolutnym liderem – przyznaje ekspert.
Według danych Walter Herz, zaplecze biurowe Krakowa liczy dziś około 1,36 mln mkw. nowoczesnej powierzchni. Analitycy tej firmy szacują, że do końca 2019 roku krakowskie zasoby wzrosną o kolejne 75 tys. mkw. powierzchni biurowych. Na ukończeniu jest bowiem m.in. dziesięciopiętrowy biurowiec Tischnera Office firmy Cavatina, który zaoferuje 33,6 tys. mkw. biur.
W trakcie realizacji
Na krakowskim rynku budują największe firmy inwestujące w segmencie biurowym w Polsce. W pobliżu Dworca Głównego i Galerii Krakowskiej Skanska realizuje kompleks High5ive, w skład którego wejdzie pięć budynków. Inwestycja dostarczy 70 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Dwa budynki w ramach pierwszego etapu zostały już oddane do użytku. Dwa następne ukończone zostaną w przyszłym roku, a budowa ostatniego jest planowana.
W pobliżu ronda Mogilskiego, największego, krakowskiego węzła komunikacyjnego, w miejscu tzw. szkieletora powstaje zaś multifunkcyjny projekt Unity Center. W kompleksie znajdą się budynki biurowe, hotel i apartamenty. Pierwszy z biurowców, realizowany w tym projekcie ma zostać oddany w przyszłym roku.
Na terenie dawnych zakładów Państwowej Wytwórni Wódek w Krakowie przy ulicy Fabrycznej firma Inter-Bud realizuje z kolei inwestycję Fabryczna City. Plany obejmują budowę obiektów biurowych, a w obrębie części zabytkowej czterogwiazdowego hotelu Mercure Kraków Fabryczna City, fitness, basenu, SPA, muzeum wódki oraz pasażu z restauracjami, a ponadto mieszkań i lokali usługowych. W strefie biurowej kompleksu – Fabryczna Office Park zaplanowane zostały cztery biurowce, z których jeden został już oddany, dwa są w fazie realizacji, a budowa ostatniego jeszcze nie została rozpoczęta.
Szczególnie prężnie rozwijają się południowe i południowo-wschodnie rejony Krakowa, gdzie realizowane są kolejne etapy inwestycji Bonarka for Business, Wadowicka 3, czy Zabłocie Business Park.
Zapowiadane projekty
Na tym obszarze, przy ulicy Klimeckiego również Cavatina zamierza wybudować swój nowy kompleks – Klimeckiego Office. Zaplanowane zostały w nim dwa biurowce, które zaoferują prawie 36 tys. mkw. powierzchni. Deweloper rozpoczyna właśnie realizację kolejnego etapu Equal Business Park przy ulicy Wielickiej i przygotowuje następne inwestycje w Krakowie, w których w ciągu najbliższych trzech lat planuje oddać blisko 78 tys. mkw. powierzchni biurowej.
Budowę nowych, dużych projektów zapowiadają też w stolicy Małopolski inne wiodące firmy deweloperskie. Największą z inwestycji planuje White Star przy ulicy Saskiej 25. W ośmiu budynkach w kompleksie The Park powstać ma w sumie 100 tys. mkw. powierzchni biurowej.
Rozbudowywać będzie się również Bonarka for Business, która dysponuje dziś już 75 tys. mkw. biur. Firma TriGranit oddała niedawno w kompleksie biurowiec H o powierzchni 9,8 tys. mkw. i przygotowuje realizację kolejnych dwóch budynków I oraz J. Nowe biurowce mają dostarczyć na rynek po około 10 tys. mkw. Ich budowa ma ruszyć jeszcze w tym roku. O budowie nowego projektu w Krakowie mówi też Echo Investment.
Kraków outsourcingiem stoi
Rekordowo wysoki popyt na powierzchnię biurową w Krakowie związany jest przede wszystkim z tworzeniem nowych i rozwojem istniejących centów świadczących nowoczesne usługi dla biznesu. Kraków jest bowiem nie tylko wiodącą, polską, ale i światową lokalizacją dla firm z sektora BPO/SSC oraz branży nowych technologii.
W ubiegłym roku firmy z tego sektora zakontraktowały w Polsce jedną czwartą wynajętej powierzchni biurowej, tj. ponad 400 tys. mkw. biur. Z danych Walter Herz wynika, że w miastach regionalnych, poza Warszawą centra obsługi biznesu wygenerowały w 2018 roku przeszło połowę całkowitego popytu na powierzchnię biurową. W pierwszym półroczu tego roku do najemców z sektora nowoczesnych usług dla biznesu w największych ośrodkach biznesowych w naszym kraju trafiło natomiast prawie 190 tys. mkw. biur.
Prawie 60 proc. powierzchni z 3 mln mkw. biur zajmowanych obecnie przez sektor BPO/SSC w Polsce przypada na Kraków. Miasto oferuje inwestorom z tej branży dobrze wykwalifikowaną kadrę pracowniczą oraz relatywnie niskie koszty pracy i najmu powierzchni biurowej w porównaniu, zarówno z Warszawą, jak i rynkami Europy Zachodniej.
Coraz popularniejszy pre-let
Doradcy Walter Herz, zaznaczają że obecne w Krakowie firmy chętnie przenoszą dziś swoje siedziby do budynków położonych blisko centrum, gdzie pracownicy mają łatwiejszy dostęp do komunikacji miejskiej i bogatą ofertę usługową. Poza biurowcami w ścisłym centrum miasta, powodzeniem wśród najemców cieszą się też budynki zlokalizowane w okolicy ronda Mogilskiego.
Współczynnik powierzchni niewynajętej sięga aktualnie w Krakowie 10 proc. Ograniczona dostępność gotowych powierzchni powoduje, że znacznie więcej niż wcześniej nowych umów zawieranych jest teraz w formie pre-let, nawet na wczesnych etapach realizacji inwestycji.
Wywoławcze stawki czynszowe w centrum Krakowa kształtują się na poziomie 13,0 – 15,5 euro/mkw./m-c, a poza nim w przedziale 9,5 – 14 euro/mkw. W wielu przypadkach istnieje jednak możliwość wynegocjowania atrakcyjnych budżetów na wykończenie lokali, czy uzyskanie kilkumiesięcznych wakacji czynszowych, w wyniku czego czynsze efektywne są znacznie niższe.
Aż 61 proc. firm handlowych czeka na zapłatę należności najdłużej ze wszystkich branż, tj. więcej niż 60 dni.[1]
Liczba firm handlowych objętych postępowaniem upadłościowym z końcem czerwca 2019 r. stanowiła 33 proc. wszystkich upadłości[2], to wzrost o 8 p.p. w stosunku do całego 2018 roku.[3]
Popularne wśród Polaków przesyłki za pobraniem (47 proc.) spowalniają płynność finansową e-sklepów.[4]
Firmy zajmujące się działalnością handlową borykają się z największą ilością i wysokością zaległości finansowych. Z danych BIG zebranych przez InfoMonitor1 wynika, że tylko w I kwartale 2019 r. należności wzrosły o 8 proc. z 6,48 mld zł do 7 mld zł. Kwotowo największe zaległości – powyżej 261 tys. zł, dotyczyły handlu hurtowego, procentowo handlu pojazdami (10 proc.) i handlu detalicznego (8 proc.). Wzrosły też kwoty opóźnionych płatności, sama liczba firm zmagających się z zaległościami zwiększyła się zaledwie o 0,1 p.p. – z 5,7 proc. do 5,8 proc.
Wzrastają zaległości
Raport BIG InfoMonitor wskazuje, że najwięcej, bo już 61 proc. firm handlowych miało problem z odzyskaniem należności przez okres dłuższy niż 60 dni w II kwartale br.
Alexander Beresford, CMO Finiata.pl
Według naszych analiz znacznie wzrosła liczba firm skarżących się, że ich kontrahenci stale opóźniają płatność minimum o 30 dni. Potwierdzają to wyniki badań, z których wynika, że już prawie dwie na trzy firmy mają taki problem.[5] – komentuje Alexander Beresford z Finiata.pl.
W raporcie podkreślono też, że nieuregulowane w terminie płatności wynikające z transakcji handlowych oraz przeterminowanych o minimum 30 dni kredytów, co widać w Biurze Informacji Kredytowej, które w swoim rejestrze ma prawie 296 tys. przedsiębiorstw. Ich łączne zaległości pozakredytowe i kredytowe wynoszą niemal 29,6 mld zł. O niemal połowę wzrosła też w sektorze handlowym liczba bankructw i restrukturyzacji – dotyczyła 70 firm.
…i upadłości
Na początku tego roku, w okresie podsumowań sezonu świątecznego, zamiast wzrostu zysków, rynek notował rosnącą liczbę restrukturyzacji firm handlowych. W marcu rozpoczęto aż 49 postępowań restrukturyzacyjnych, najwięcej od początku 2019 roku oraz w porównaniu z analogicznymi okresami dwa (2017 – 35 postępowań) lub trzy lata temu (2016 – 12 postępowań)[6]. Analitycy już wtedy zwracali uwagę, że widoczny optymizm wśród konsumentów oraz wzrost konsumpcji spotęgowały -zamiast spowolnić, skalę wzrostu liczby niewypłacalności w handlu hurtowym.
W lutym niewypłacalność dotknęła 16 sprzedawców, to wzrost o 266 proc. w stosunku do poprzedniego roku (6 firm).[7] Zdaniem ekspertów główną tego przyczyną był spadek rentowności, szczególnie w sektorze handlu hurtowego materiałami budowlanymi, elektroniką, a przede wszystkim – odpadami i złomem.
Utrudnienia w płynności
Zgodnie z danymi z raportu[8], już 62 proc. użytkowników internetu dokonuje zakupów online. Zła wiadomość dla przedsiębiorców to wciąż wysoki odsetek osób wybierających płatność za pobraniem (47 proc.), która powoduje późniejszy wpływ gotówki do sprzedawcy, ponieważ płatność musi przejść przez kuriera i firmę rozliczającą. Co więcej, zdarzają się sytuacje, kiedy kupujący nie mogą odebrać przesyłki lub świadomie z niej rezygnują. Ponad połowa internautów, bo 53 proc., podkreśla, że do zakupów najbardziej zachęca ich możliwość darmowego odesłania produktu kurierem (door-to-door) lub pocztą, dlatego firmy, które nie prowadzą sprzedaży wysyłkowej, mają utrudniony start i znacznie ograniczoną liczbę klientów.
[1] BIG InfoMonitor, Połowa firm czeka na zapłatę za towar ponad dwa miesiące, najgorzej jest w transporcie i handlu, maj 2019
[2] CEIDG, Monitor Sądowy i Gospodarczy, czerwiec 2019
Przejście w kierunku bardziej zrównoważonych zasobów, od odnawialnych źródeł energii do białek pochodzenia roślinnego, naraża na ryzyko producentów tradycyjnych towarów oraz inwestorów – ostrzega w nowym raporcie Chief Investment Office UBS Global Wealth Management.
ZEA i Arabia Saudyjska podjęły niektóre kluczowe wyzwania. Niemniej wstrząsy powodują, że reformy stają się pilniejsze w krajach takich jak Republika Południowej Afryki, Nigeria i Brazylia.
Zielone obligacje mogą pomóc inwestorom oraz górnictwu, rolnictwu i producentom paliw kopalnych w sprostaniu wyzwaniom środowiskowym.
Obecne wykorzystanie towarów na świecie nie jest zrównoważone. Zgodnie z opublikowanym raportem UBS Global Wealth Management, zatytułowanym „Punkt krytyczny dla towarów”,rynki muszą szybciej znaleźć rozwiązania dla wyzwań związanych ze zmianami klimatu, dużymi postępami technologicznymi i zmianami preferencji konsumentów.
Niektórzy producenci towarów dostosowują się do tych wyzwań, jednak inni pozostają w tyle. Zjednoczone Emiraty Arabskie (strona 39 raportu) wzmocniły swoją gospodarkę poprzez dywersyfikację i solidne finanse publiczne. Podobnie Arabia Saudyjska (strona 38) zainicjowała reformy, jednocześnie korzystając z niskich kosztów wydobycia ropy. Gospodarka Brazylii (strona 42) jest zróżnicowana, ale wymaga dalszych zmian strukturalnych. Z drugiej strony Republika Południowej Afryki (strona 41) i Nigeria (strona 40) muszą pilniej zająć się wyzwaniami związanymi ze zrównoważonym rozwojem.
Według ONZ, na całym świecie produkcja żywności odpowiada za 40 procent użytkowania gruntów, 30 procent emisji gazów cieplarnianych i 70 procent zużycia słodkiej wody. Do 2050 r. naszą planetę będą zamieszkiwać ok. 2 miliardy ludzi więcej; w porównaniu z prawie 8 miliardami obecnie, oczekuje się, że globalny popyt na żywność wzrośnie o około 60 procent.
Jeśli chodzi o energię, przesunięte zapotrzebowanie na paliwa kopalne może przekroczyć obecne zapotrzebowanie na ropę w USA wynoszące prawie 21 milionów baryłek dziennie do 2040 r., co odpowiada ponad 1 miliardowi USD dziennie w momencie sporządzania niniejszego raportu.
„Rynki towarowe przechodzą transformację, co stwarza zarówno ryzyko, jak i możliwości dla inwestorów. Rosnąca populacja, szczególnie na rynkach wschodzących, będzie wymagać na przykład radykalnie odmiennego podejścia do produkcji żywności, a my uważamy, że samo to jest szansą na 700 miliardów dolarów” – powiedział Ali Janoudi, Dyrektor ds. Europy Środkowej i Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki w UBS Global Wealth Management.
„Rynki towarowe są powiązane z globalną gospodarką i stoją w obliczu licznych wyzwań. Zachęcamy jednak naszych klientów, aby patrzyli poza środki ograniczające ryzyko i wykorzystali okazję, jaka wiąże się z takimi wyzwaniami” – dodaje Caroline Kuhnert, Dyrektor Ultra High Net Worth w Europie, na Bliskim Wschodzie i Afryce w UBS Global Wealth Management.
„Wiele zmian, które nasze badania przewidują w sektorze towarowym, wynika z trendów środowiskowych, społecznych i związanych z zarządzaniem” – twierdzi Michael Bolliger, Dyrektor ds. Inwestycji w Europie Środkowej i Wschodniej, na Bliskim Wschodzie i w Afryce w UBS Global Wealth Management, dodając: „Jesteśmy przekonani, że inwestorzy powinni wykorzystywać zrównoważone inwestycje, w tym zielone obligacje, aby czerpać zyski, a także wesprzeć ten przejściowy proces”.
Zgodnie z zawartą w art. 234 Ordynacji podatkowej zasadą postępowania podatkowego, rozszerzanie obowiązku, jaki organ nakłada na podatnika możliwe jest tylko, gdy decyzja organu rażąco narusza prawo lub interes publiczny. W wyroku z 25 lipca 2019 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi w sprawie, w której organy celem ustanowienia zabezpieczenia na majątku przedsiębiorcy określiły wysokość ciążącego na nim zobowiązania, a następnie ją podwyższyły, orzekł: „Niemożliwe jest (…) podwyższenie przez organ odwoławczy przybliżonej kwoty zobowiązania podatkowego oraz kwoty odsetek za zwłokę, z pominięciem treści art. 234 O.p.” (sygn. akt I SA/Łd 259/19).
Organ podatkowy w celu zabezpieczenia wykonania zobowiązań podatkowych może dokonywać zabezpieczeń na majątku podatnika, a w przypadku osób pozostających w związku małżeńskim, także na majątku wspólnym (art. 33 § 1 O.p.). W decyzji o zabezpieczeniu zobowiązany jest podać przybliżoną kwotę zobowiązania podatkowego oraz kwotę odsetek za zwłokę należnych od tego zobowiązania na dzień wydania decyzji o zabezpieczeniu, jeżeli zabezpieczenie następuje przed wydaniem decyzji określającej wysokość zobowiązania podatkowego (art. 33 § 4 O.p.). Nie może on jednak zapomnieć o jednej z naczelnych zasad postępowania podatkowego, jaką jest zakaz reformationis in peius, zawarty w art. 234 Ordynacji podatkowej, który stanowi, iż „Organ odwoławczy nie może wydać decyzji na niekorzyść strony odwołującej się, chyba że zaskarżona decyzja rażąco narusza prawo lub interes publiczny” (Dz.U. 1997 nr 137, poz. 926, ze zm.).
Podwyższenie kwoty zobowiązania i ustanowienie zabezpieczenia na majątku
Naczelnik urzędu skarbowego w toku kontroli podatkowej przedsiębiorcy określił przybliżoną kwotę obciążającego go zobowiązania podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2013 r. w wysokości 225 361 zł oraz kwotę należnych odsetek za zwłokę w wysokości 78 697 zł. Następnie stwierdził konieczność dokonania zabezpieczenia na należącym do niego majątku oraz na majątku wspólnym, dzielonym z małżonką.
W wyniku wniesionego od tej decyzji odwołania przedsiębiorcy, dyrektor izby administracji skarbowej uchylił decyzję NUS w części dotyczącej wyżej wskazanych kwot zobowiązań i odsetek za zwłokę i określił przybliżoną kwotę zobowiązania w wysokości 420 193 zł oraz kwotę należnych odsetek za zwłokę w wysokości 104 706 zł. Zdaniem organów przedsiębiorca zaniżył uzyskane w okresie objętym kontrolą przychody, jednocześnie zawyżając koszty ich uzyskania, zarówno w zakresie działalności prowadzonej samodzielnie, jak i w formie spółki cywilnej.
Skąd różnice w zabezpieczeniu i samo zabezpieczenie?
Przedsiębiorca zanegował słuszność poczynionych ustaleń kontrolnych. W swoim odwołaniu od decyzji organu drugiej instancji wniósł jednocześnie o wyjaśnienie przyczyn określenia innej kwoty zobowiązania i zabezpieczenia. W odpowiedzi DIAS poinformował, że organ pierwszej instancji błędnie określił wysokość przybliżonej kwoty zobowiązania w PIT za 2013 r. oraz należnych odsetek, gdyż określił jedynie kwotę zaległości z tytułu kwoty uszczuplenia zobowiązania podatkowego, zamiast kwoty całego zobowiązania wraz z podatkiem należnym. Wytłumaczył tym zasadność ustanowienia zabezpieczenia w wyższej kwocie, a samą konieczność jego ustanowienia tłumaczył złą sytuacją finansową przedsiębiorcy, jak i poczynionymi ustaleniami, że prowadził on nierzetelną dokumentację swojej działalności gospodarczej oraz brał udział w procederze przyjmowania faktur VAT nieodzwierciedlających rzeczywistych zdarzeń gospodarczych. Stąd nie można przedsiębiorcy ufać, dlatego zabezpieczenie majątkowe jest konieczne:
„Zdaniem organu, skoro J. H. świadomie prowadził działania zmierzające do uszczuplenia zobowiązań podatkowych, to wydaje się być oczywistym, że uzasadnia to obawę niewykonania przyszłego zobowiązania” (sygn. akt I SA/Łd 259/19).
Zakaz reformationis in peius
Rozpoznający skargę przedsiębiorcy Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi zwrócił uwagę, że zgodnie z art. 33 § 4 O.p. określenie przybliżonej kwoty zobowiązania podatkowego oraz kwoty odsetek za zwłokę stanowi warunek zabezpieczenia dokonanego przed wydaniem decyzji wymiarowej. Muszą to więc być kwoty określone prawidłowo, na podstawie zgromadzonych przez organ danych, a nie jakiekolwiek przybliżone kwoty. Dlatego niedopuszczalne jest podwyższanie przez organ odwoławczy kwot określonych już wcześniej przez organ pierwszej instancji, bez powołania się na zaistnienie umożliwiających to przesłanek art. 234 O.p., a więc: wydania przez organ pierwszej instancji decyzji rażąco naruszającej prawo lub interes publiczny. A tego organ odwoławczy w ogóle nie badał.
„Respektowanie zakazu reformationis in peius w postępowaniu odwoławczym należy uznać za jedną z fundamentalnych zasad prawa procesowego w demokratycznym państwie prawa. (…) Zasadę tę naruszył Dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Ł. w omawianej sprawie, uchylając decyzję Naczelnika Urzędu Skarbowego w S. z dnia […] r. w części dotyczącej określenia przybliżonej kwoty zobowiązania podatkowego w podatku dochodowym od osób fizycznych za 2013 r. w wysokości 225 361 zł oraz kwoty należnych odsetek za zwłokę w wysokości 78 697 zł i w miejsce tego określając przybliżoną kwotę zobowiązania w wysokości 420 193 zł oraz kwotę należnych odsetek za zwłokę w wysokości 104 706 zł” (sygn. akt I SA/Łd 259/19).
Na niekorzyść podatnika = na korzyść fiskusa
Konstytucja Biznesu, Pakiet Przyjazne Prawo, Rzecznik Praw Przedsiębiorców, Rzecznik Praw Podatnika, a także inne instytucje powoływane przede wszystkim dla przedsiębiorców miały służyć urzeczywistnieniu wizji przyjaznego państwa, a także stanowić ukłon w ich stronę w podzięce za ponoszone co rok wyższe ciężary i dostarczanie większych wpływów do budżetu. Fiskus miał „zrozumieć” biznes i problemy prowadzących go przedsiębiorców. Podejmowanie decyzji na niekorzyść przedsiębiorcy, za to z wymierną korzyścią dla fiskusa, mimo zakazu ustanowionego w elementarnej zasadzie prawa podatkowego, potwierdza, że ww. instytucje to twory sztuczne, a przedsiębiorca-podatnik przed urzędniczym bezprawiem musi bronić się sam.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Czwartkowe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego (EBC) zaskoczyło rynki finansowe skalą podjętych działań w zakresie luzowania polityki monetarnej, jak i gołębim tonem banku centralnego. W bezpośredniej reakcji na ogłoszenia EBC wspólna europejska waluta na krótką chwilę osłabiła się względem dolara amerykańskiego do najniższego poziomu od co najmniej tygodnia. Niemniej, zaraz po konferencji prasowej z udziałem prezesa EBC, Mario Draghiego, waluta odrobiła wszystkie z poniesionych wcześniej strat.
Kurs EUR/USD (12/09/2019)
Źródło: Bloomberg Data: 12/09/2019
Podczas wrześniowego spotkania EBC decydenci postanowili obniżyć stopę depozytową o 10 punktów bazowych (do -0,4%). Oprócz tego zdecydowali się oni po raz kolejny uruchomić program skupu aktywów (QE), tym samym zobowiązując się do comiesięcznego nabywania obligacji rządowych o wartości 20 mld EUR od listopada.
EBC wprowadził również dwupoziomowy system różnicowania depozytów, który ma na celu ograniczenie presji na banki komercyjne poprzez wyłączenie części ich rezerw spod negatywnego wpływu ujemnych stóp procentowych. Decydenci strefy euro wprowadzili również zmiany do programu kwartalnych ukierunkowanych dłuższych operacji refinansujących TLTRO III, zapewniając bankom jeszcze tańsze źródło finansowania.
Wśród działań ogłoszonych dzisiaj przez EBC, kluczowym jest przywrócenie programu skupu aktywów. Istotnym jest zwłaszcza to, że bank centralny nie określił konkretnie terminu, kiedy nowy program QE miałby się zakończyć. Odzwierciedla to determinację EBC we wspieraniu gospodarek strefy euro oraz powrotu dynamiki cen we wspólnym bloku do celu inflacyjnego EBC określanego, jako „w okolicy, ale poniżej 2%”.
Ton ustępującego prezesa EBC, Mario Draghiego, podczas konferencji prasowej po spotkaniu banku centralnego również był dość gołębi. O ile Draghi przynajmniej kilka razy odniósł się do pozytywów – zwracając szczególną uwagę na poprawę sytuacji na rynku pracy – jego retoryka podczas konferencji prasowej była w dużej mierze spójna ze środkami przyjętymi dziś przez EBC. Prezes banku centralnego wyraził zaniepokojenie „przewlekłą” słabością gospodarek unii walutowej, „uporczywymi” czynnikami ryzyka, grającymi na niekorzyść perspektyw strefy euro, zwrócił również uwagę na „przytłumioną” presję inflacyjną.
Obawy EBC w kwestii perspektyw gospodarczych i hamującej dynamiki cen w gospodarkach strefy euro znalazły odzwierciedlenie w zaktualizowanych projekcjach gospodarczych banku. Wrześniowe projekcje inflacji i wzrostu realnego PKB zostały obniżone w stosunku do projekcji opublikowanych w czerwcu – największa zmiana dotknęła prognoz inflacji w 2020 roku (z 1,4% do zaledwie 1%).
Inflacja HICP (roczna zmiana w %)
Wzrost realnego PKB (roczna zmiana w %)
2019
1,2 (1,3)
1,1 (1,2)
2020
1,0 (1,4)
1,2 (1,4)
2021
1,5 (1,6)
1,4 (1,4)
*projekcje czerwcowe
Uważamy, że kluczowym aspektem w kontekście kierowania oczekiwaniami przez EBC (forward guidance), jest zmiana w słownictwie używanym przez bank w odniesieniu do przyszłego poziomu stóp procentowych: „Rada Prezesów obecnie oczekuje utrzymania się kluczowych stóp procentowych EBC na obecnych lub niższych poziomach, dopóki nie dostrzeże wyraźnej konwergencji perspektyw inflacji do poziomu wystarczająco bliskiego, ale niższego od 2% w horyzoncie projekcji, i owa konwergencja nie zostanie konsekwentnie odzwierciedlona w dynamice inflacji bazowej”.
Zmiana w retoryce EBC oznacza odejście decydentów od wcześniejszego komunikatu, zgodnie z którym kluczowe stopy procentowe banku miały utrzymywać się na poziomach obecnych (lub niższych od obecnych) przynajmniej przez pierwszą połowę 2020 roku. Tego typu zmiana, w połączeniu z faktem, że wznowiony przez EBC program QE nie ma określonej daty zakończenia zdaje się podkreślać zobowiązanie EBC do wspierania powrotu inflacji do celu przez dłuższy okres, niż zakładaliśmy.
Od dłuższego czasu podkreślamy, że EBC powinien utrzymywać luźną politykę monetarną tak długo, jak długo dynamika cen w strefie euro będzie niższa od celu inflacyjnego, który jest poziomem „zbliżonym, ale nieprzekraczającym 2%”. Obecnie wskaźniki dynamiki cen nie wykazują jakichkolwiek sygnałów wzrostu, co wzmocniło presję na bank centralny, aby podjął działania. O ile zaskoczyła nas stosunkowo agresywna decyzja EBC ws. programu QE (szczególnie w kwestii niepodawania planowanej daty zakończenia programu), reakcja rynków po konferencji sugeruje, że inwestorzy byli przygotowani na jeszcze bardziej gołębie kroki ze strony banku centralnego.
Uważamy, że w średnim i długim okresie kurs EUR/USD powinien kierować się w górę. Warto powtórzyć w tym miejscu nasz pogląd, który zakłada, iż w porównaniu do Europejskiego Banku Centralnego, Rezerwa Federalna ma dużą większe pole do działania w zakresie luzowania polityki monetarnej, co naszym zdaniem w najbliższych kwartałach powinno wspierać wspólną europejską walutę w relacji do dolara amerykańskiego.
Autor: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Od 1 stycznia 2020 r. sprzedawca będzie mógł wystawić fakturę VAT do paragonu wyłącznie pod warunkiem, że na tym paragonie znajdzie się NIP nabywcy. Takie zmiany wprowadziła nowelizacja ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw[1], która weszła w życie 1 września.
Powyższa zmiana ma przeciwdziałać nadużyciom polegającym na wystawianiu faktur, które nie miały odzwierciedlenia w stanie faktycznym. Dokumenty były wystawiane do paragonów, których właściciele nie byli rzeczywistymi nabywcami usługi lub towaru.
–Mieliśmy w tym przypadku do czynienia z tzw. „pustymi fakturami”. Komu z nas nie zdarzyło się zostawić paragonu po zakupie? Tak pozostawiony paragon dawał możliwość wystawienia faktury innemu „odbiorcy”. Proceder ten funkcjonował głównie w branży paliwowej i budowlanej. Na stacjach paliwowych dziennie dokonuje się dużej liczby transakcji – mówi Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt. – Pozostawione tam paragony pozwalały zarówno nieuczciwemu sprzedawcy jak i nieuczciwemu odbiorcy na wystawienie faktury do transakcji, w której rzekomy odbiorca nie uczestniczył. Obie strony odnosiły z tego korzyści. Odbiorca mógł odliczyć z nich podatek VAT. Sprzedawca z kolei mógł otrzymać korzyść majątkową od odbiorcy.
Aby powstrzymać ten proceder, ustawodawca wprowadził sankcje. Wystawienie faktury pomimo braku numeru NIP na paragonie fiskalnym będzie skutkowało dodatkowym zobowiązaniem w wysokości odpowiadającej 100% kwoty podatku wykazanego na tej fakturze. Sankcja w tej samej wysokości, za odliczenie podatku VAT z faktury wystawionej do paragonu bez NIP, grozi również odbiorcy faktury. Zdaniem Piotra Juszczyka za tak dotkliwymi konsekwencjami przemawia skala nadużyć i fakt, że mają one świadomy charakter – dlatego też istotne jest, żeby wysokość sankcji miała charakter dotkliwy i prewencyjny.
Jak zwraca uwagę ekspert inFakt, konieczność podania NIP nabywcy na paragonie może być kłopotliwe dla uczciwych podatników. Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś nabywa towary do działalności gospodarczej i przy kasie zapomni przekazać, że zakup jest do firmy lub nie zdąży poinformować o tym kasjera. Paragon zostanie wydrukowany bez NIP i niestety do takiego zakupu nie otrzymamy już faktury.
–W mojej opinii istnieje jednak wyjście z takiej sytuacji. Podatnik mógłby zwrócić towary, a sprzedawca zaewidencjonować zwrot. Wówczas nabywca może ponownie kupić towar, ale tym razem informując, że zakup jest na fakturę. Oczywiście to rozwiązanie nie będzie miało zastosowania do każdej transakcji, ale może być pomocne w niektórych przypadkach – wskazuje Piotr Juszczyk.
Warto również zwrócić uwagę na inny aspekty sprawy – nie wszystkie kasy mają możliwość zamieszczania NIP na paragonie. Czy oznacza to, że należy wymienić kasę? Otóż nie ma takiej potrzeby. Sprzedawca, który uzyska informację, że zakup jest do firmy i nie będzie miał możliwości zamieszczenia NIP na paragonie, wystawi od razu fakturę.
Piotr Juszczyk zwraca również uwagę, czy nie lepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie jeszcze dalej idących przepisów, według których w ogóle do paragonów nie można byłoby wystawić faktury? –Skoro ktoś dokonuje zakupu do firmy i podaje NIP, to od razu można wystawić fakturę. Zwłaszcza, że co do zasady na kasie rejestrującej ewidencjonuje się obrót tylko na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej oraz rolników ryczałtowych – mówi ekspert.
Jego zdaniem obecna zmiana jest korzystna dla niezdecydowanych, którzy wahają się, czy wziąć fakturę, czy nie. Zostawiając NIP, zabezpieczają sobie możliwość uzyskania faktury w przyszłości.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
Brak odpowiedniego wsparcia finansowego i doradztwa, nadgorliwość biurokracji i słaba cyfryzacja administracji oraz niska nowoczesność uczelni wyższych to najważniejsze przeszkody w rozwoju innowacyjności w Polsce. A jak wskazują eksperci Personnel Service do nadrobienia jest całkiem sporo. W najnowszym Europejskim Rankingu Innowacyjności nasz kraj jest na piątym miejscu… od końca. Liderzy w Unii Europejskiej to kraje skandynawskie oraz Holandia.
– Firmy, które chcą być technologicznie i innowacyjnie rozwinięte, powinny znaleźć w Polsce lepsze wsparcie. Bariery administracyjne, brak dostępu do finansowania czy odpowiedniego doradztwa powodują, że Polska ciągle należy do grona naśladowców, a nie kreatorów innowacyjnych rozwiązań, idei czy wreszcie produktów. Mamy duży potencjał, ale musimy dać mu szansę – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Bariera 1: brak odpowiedniego wsparcia finansowego i doradztwa
Innowacyjność kosztuje. Na finansowanie, które pozwala pokryć koszty wdrażania nowoczesnych rozwiązań, mogą pozwolić sobie większe firmy. Te mniejsze w większości pokrywają wydatki z własnych środków. Z badania Instytutu Keralla Research z 2018 roku wynika, że aż 70% firm MŚP nie wspiera się żadnymi środkami w celu finansowania bieżącej działalności. Dlatego tak ważne jest zaproponowanie rozwiązań finansowych, które dawałoby małym i średnim przedsiębiorcom, możliwość opłacalnej inwestycji w innowacje. Warto jednak pamiętać, że dostarczanie takich rozwiązań musi iść w parze z odpowiednią komunikacją.
– Doradztwo w zakresie możliwych opcji rozwoju projektów innowacyjnych jest kluczowe. Przedsiębiorcy mogą co prawda liczyć na pomoc Agencji Rozwoju Przemysłu, Polskiego Funduszu Rozwoju czy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, ale możliwości są tak rozproszone, że wielu przedsiębiorcom trudno się w nich zorientować. Dlatego każdy projekt mający na celu wsparcie rozwoju innowacyjności trzeba odpowiednio nagłaśniać – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Bariera 2: nadgorliwość biurokracji i niewystarczająca cyfryzacja administracji
Przedsiębiorcom w walce o innowacyjność nie pomaga uciążliwa biurokracja oraz niewystarczająca cyfryzacja administracji. Europejski Indeks Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa (DESI) wskazuje, że Polska administracja cyfrowa nadal ma zaległości wobec średniej w Unii Europejskiej. Na 28 krajów członkowskich, Polska plasuje się na 25. miejscu pod względem cyfryzacji. Jedynie 12% polskich przedsiębiorstw charakteryzuje wysoki stopień cyfryzacji, podczas gdy średnia unijna wynosi 18%. Potrzebujemy bardziej rozwiniętych usług publicznych i większych kompetencji cyfrowych, zwłaszcza, że już wkrótce, jak wynika z analiz Komisji Europejskiej, takich kompetencji będzie wymagało nawet 90% zawodów.
Warto też pamiętać, że brak automatyzacji pewnych procesów, to wydłużony okres oczekiwania m.in. na wydanie certyfikacji nowoczesnych technologii. Modernizacja oraz przyspieszenie tego procesu przyczyniłoby się do lepszego funkcjonowania innowacyjnych firm, m.in. w branży medycznej czy farmakologicznej.
Bariera 3: mało nowoczesne uczelnie wyższe
Każdego roku agencja Reuters publikuje ranking stu najbardziej innowacyjnych uniwersytetów w Europie. Zestawienie identyfikuje i odpowiednio szereguje placówki oświatowe, prowadzące najbardziej zaawansowane badania naukowe, tworzące nowe technologie i przyczyniające się do rozwoju ogólnoświatowej gospodarki. Jedyny polski uniwersytet, który trafił na listę w 2019 roku, to Uniwersytet Jagielloński. Uczelnia zajęła jednak dopiero 90 pozycję. Najbardziej innowacyjnym uniwersytetem w Europie już czwarty rok z rzędu została belgijska uczelnia KU Leuven. Na drugim miejscu uplasował się niemiecki Erlangen Nuremberg, który wyprzedził brytyjskie uczelnie Imperial College London i University of Cambridge (trzecia i czwarta pozycja).
– Uczelnie wyższe kształcą przyszłych pracowników. A to właśnie od nich zależy, w jaki sposób potencjał dostępnych środków, zarówno w postaci innowacyjnych narzędzi, jak i środków finansowych, zostanie wykorzystany i czy zaprocentuje – podsumowuje Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.
Niektórzy pracodawcy wciąż nie zauważają, z jak dużymi kosztami wiąże się rotacja pracowników. Zakładają, że taniej pogodzić się z odejściem kolejnej osoby i zatrudnić nową, niż np. zwiększyć wynagrodzenia i powstrzymać odejścia. Rzetelna kalkulacja mogłaby ich jednak wyprowadzić z tego błędu – fluktuacje bywają bardzo kosztowne.
Przedsiębiorstwa działające w Polsce coraz częściej dostrzegają, że rotacja pracowników stanowi problem. Szczególnie duży jest on tam, gdzie przeważającą część załogi stanowią osoby na stanowiskach produkcyjnych.
Menedżerowie potrzebują liczb
Jak wynika z raportu KPMG pt. „Key Employer Challenges – jak firmy w Polsce budują doświadczenie pracownika?” (2018 r.), aż 75% niekontrolowanych odejść z pracy dotyczy właśnie pracowników fizycznych i produkcyjnych. 4% badanych uznało, że w ich przedsiębiorstwach nieplanowane odejścia pracowników od dawna stanowią istotny problem, ale dla 35% stały się ważnym problemem dopiero niedawno. Zaledwie 17% respondentów uznało, że rotacje nie stanowią kłopotu w ich firmach.
– Menedżerowie z firm produkcyjnych potrzebują cyfr. Badania, które prowadziłem wśród szefów produkcji pokazały, że mają oni świadomość szkodliwości rotacji pracowników. Ponieważ jednak nie mierzą kosztów tego zjawiska, w swoich decyzjach kierują się danymi, które są łatwo dostępne, takimi jak np. koszty wynagrodzeń – mówi Tomasz Pachoł, konsultant biznesowy i trener w firmie szkoleniowej Effect Group.
– Rozmawiałem kiedyś z prezesem dużej spółki giełdowej na temat ustabilizowania rotacji poprzez dopasowanie wynagrodzeń do obecnej sytuacji rynkowej. Z moich wyliczeń wynikało, że na podwyżki trzeba by było przeznaczyć około 750.000 zł miesięcznie. Prezes stwierdził, że to za dużo, tym bardziej, że w skali roku daje to kwotę aż 9 mln zł. Suma ta nie będzie jednak robiła tak wielkiego wrażenia, jeśli uwzględnimy, że firma osiąga obroty na poziomie 2 miliardów złotych rocznie, a więc kwota podwyżki stanowiłaby jedynie 0,45% obrotów – zauważa ekspert.
Tymczasem wg „Journal of Accountancy”, koszt rotacji na jednym stanowisku pracy wynosi przeciętnie od 93% do nawet 200% rocznego wynagrodzenia. A jeśli tak, to zatrzymanie przynajmniej części pracowników w firmie (nawet, gdyby wiązało się to z podwyżkami wynagrodzeń) w większości przypadków byłoby dużo tańsze niż częsta wymiana członków zespołu.
Odejścia pracowników są kosztowne
Z czego właściwie wynikają koszty rotacji? Można je podzielić na kilka kategorii, takich jak koszty odejścia pracownika, koszty jego zastąpienia, koszty związane z wdrożeniem nowego pracownika, czy w końcu koszty utraconych korzyści.
Zauważmy, że już w chwili, w której zatrudniony podejmie decyzję o odejściu, jego efektywność może się znacznie obniżyć, a więc jakość jego pracy będzie niższa. Do kosztów należy także zaliczyć czas pracy osób z działu HR, które będą przygotowywały dokumentację związaną z rozwiązaniem stosunku pracy, a potem z poszukiwaniem i zatrudnianiem nowej osoby. W dużej firmie i przy wysokim poziomie rotacji mogą to być istotne koszty, czasem wymagające zatrudnienia dodatkowych specjalistów do obsługi spraw kadrowych.
Weźmy też pod uwagę, że nowy pracownik musi nauczyć się nowych obowiązków, a to często oznacza albo kosztowne szkolenia, albo oddelegowanie innych pracowników, którzy zamiast wykonywać swoją pracę, będą uczyć nowych. Zanim młody stażem pracownik stanie się w pełni efektywny, może upłynąć nawet kilka miesięcy! W tym czasie, gdyby pracownik, który odszedł, cały czas wykonywał swoje obowiązki na dotychczasowym stanowisku, nie tylko można by było uniknąć wielu kosztów, ale dodatkowo jego praca przyniosłaby przedsiębiorstwu znacznie więcej korzyści.
– W przypadku stanowisk produkcyjnych, zastąpienie doświadczonych pracowników nowymi wywołuje mnóstwo problemów. Nowi mają mniejsze doświadczenie, a więc ich praca wymaga większego dozoru. A ponieważ popełniają więcej błędów, mnóstwo czasu przeznacza się na poprawki w ramach reklamacji wewnętrznych. Zdarza się też, że do pracy, którą wcześniej wykonywała jedna doświadczona osoba, trzeba przydzielić dwie z mniejszym doświadczeniem, a więc ogólny poziom zatrudnienia wzrasta. Do tego doliczyć trzeba wydłużony czas przezbrojeń, czy wolniejsze tempo reakcji na usterki – wymienia trener Effect Group.
Ponieważ łączna suma kosztów wynikających z rotacji może być ogromna, warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób można ją obniżyć.
Lepiej zapobiegać niż leczyć
Sytuacja na rynku pracy, z jaką mamy do czynienia obecnie w Polsce, przynajmniej częściowo wynika z wieloletnich zaniedbań pracodawców. Szczególnie przedsiębiorstwa produkcyjne przyzwyczajone były do dużej podaży rąk do pracy, w efekcie czego nie dokładały starań, aby dbać o ludzi już zatrudnionych oraz stwarzać im takie warunki pracy, aby chcieli wiązać się z firmą na długi czas. Zupełnie też ignorowano koszty wynikające z rotacji pracowników.
Tymczasem pracodawca, który interesuje się zatrudnionymi osobami, zapewne nie będzie miał problemu, aby rozpoznać, jaka atmosfera pracuje w firmie, na ile zmotywowani są pracownicy oraz czy są zadowoleni z warunków pracy i płacy. Zresztą, gdyby pojawiły się trudności z ustaleniem takich informacji, zawsze można przeprowadzić wśród zatrudnionych anonimową ankietę.
Podstawowym sposobem na zmniejszenie poziomu rotacji jest oczywiście zapewnienie wyższego wynagrodzenia. Nie da się ukryć, że w ostatecznym rozrachunku, możliwość godnego utrzymania rodziny będzie zazwyczaj kluczowym argumentem za pozostaniem w dotychczasowej pracy. Nie można jednak ignorować także innych elementów. Pracownik, którego podstawowe potrzeby finansowe są zaspokojone i który ma świadomość, że ewentualna zmiana pracy nie będzie dla niego trudna, staje się coraz wrażliwszy na inne argumenty.
Firma, która chce zmniejszyć rotację, poza wysokością wynagrodzenia powinna wziąć pod uwagę również m.in.
– terminowość wypłat,
– warunki pracy (zaczynając od spraw tak podstawowych jak właściwe ogrzewanie zimą i chłodzenie latem),
– elastyczne podejście do możliwości wzięcia dnia wolnego (lub nawet kilku godzin) w ważnych dla pracownika sytuacjach (np. gdy pojawi się konieczność załatwienia sprawy w urzędzie),
– dodatkowe udogodnienia socjalne, takie jak np. dostępność pożyczek zakładowych,
– dobre, oparte na wzajemnym szacunku, relacje z przełożonymi,
– wysoki poziom komunikacji, tak aby pracownicy wiedzieli czego się od nich wymaga, ale też do kogo mogą zwrócić się o pomoc lub informacje w razie problemów.
Ważne jest także, aby już na poziomie rekrutacji kandydatów, poszukiwać osób skłonnych do związania się z firmą na dłużej, tak aby minimalizować ryzyko kolejnych fluktuacji zatrudnienia.
– Z najniższą rotacją można się spotkać w firmach, w których okres szkolenia pracownika trwa stosunkowo długo – mówi Tomasz Pachoł. – Takie przedsiębiorstwa zazwyczaj przeszły już proces poszukiwania rozwiązań, które pomogły im zminimalizować rotacje zatrudnienia, obniżając tym samym koszty całego procesu produkcyjnego – podkreśla.
Na szczęście coraz więcej firm ma świadomość, że dbałość o pracowników jest nieodłącznym elementem utrzymywania w ryzach budżetu przedsiębiorstwa, w tym kosztów produkcji. Zadowolony pracownik jest mniej skłonny do szukania innego zatrudnienia, a jego doświadczenie przekłada się na bardziej efektywną pracę na rzecz przedsiębiorstwa. W efekcie zyskują na tym obydwie strony – zarówno pracodawcy, jak i pracownicy. A rotacja w firmach, dla których jej obniżenie staje się priorytetem, spada nawet do poziomu ok. 2-3%.
Sieć detaliczna Grupy ORLEN powiększy się o 7 nowych stacji na Słowacji. To kolejny krok do poszerzenia działalności biznesowej na słowackim rynku, gdzie Koncern należy do grona znaczących hurtowych dostawców paliw. PKN ORLEN postrzega słowacki rynek detaliczny jako perspektywiczny, dlatego realizowane tam inwestycje mają charakter długoterminowy.
Daniel Obajtek
– Na Słowacji wypracowaliśmy mocną pozycję na hurtowym rynku paliw. Trafia tam także ponad 30 produktów rafineryjnych i petrochemicznych pochodzących z Grupy ORLEN. Nasze wieloletnie zaangażowanie w prowadzenie działalności biznesowej i dobre rozpoznanie rynku słowackiego daje nam solidne podstawy do budowy kompetencji również w segmencie detalicznym. Zaczynamy od kilku obiektów, ale naszą ambicją w perspektywie 2-3 lat jest osiągniecie pozycji jednego z kluczowych operatorów stacji paliw. Chcemy inwestować w detal na Słowacji w perspektywie długoterminowej. Jest to także ważny etap rozwoju Grupy ORLEN w Europie Środkowej. – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Słowacja jest piątym krajem po Polsce, Czechach, Niemczech i Litwie, na którym funkcjonują stacje Grupy ORLEN. Od pierwszego półrocza 2019 r., pod marką Benzina, funkcjonuje tam jedna stacja testowa Koncernu, która spełniła założenia biznesowe. Nowe obiekty zostaną przejęte od jednego operatora i będą przebudowane, tak aby zapewnić klientom najwyższą jakość usług i szeroką ofertę pozapaliwową. Nowe stacje paliw zgodnie z założeniami mogą zasilić słowacką sieć detaliczną Grupy ORLEN w najbliższych tygodniach. Warunkiem finalizacji transakcji będzie zgoda słowackiego urzędu antymonopolowego. Na rynku słowackim funkcjonuje obecnie ok. 900 stacji paliw, z których blisko połowa zarządzana jest przez 3 największych operatorów.
Zgodnie z założeniami słowacka część sieci Grupy ORLEN ma odpowiadać standardom oferty i obsługi swojego czeskiego odpowiednika. Obiekty będą dysponować szeroką ofertą paliw EFECTA oraz VERVA, a także gastronomii dostępnej w ramach konceptu Stop Cafe. Produkty pozapaliwowe dystrybuowane w słowackiej sieci będą pochodzić zarówno od lokalnych, jak i polskich oraz czeskich producentów.
W pierwszej fazie skupiliśmy się na negocjacjach obejmujących wynajem lub przejęcie istniejących stacji, w przyszłości nie wykluczamy jednak budowy całkiem nowych obiektów, w tym również samoobsługowych. Zapowiadaliśmy, że do końca tego roku możliwe jest dojście do poziomu 10 stacji paliw na Słowacji i jesteśmy coraz bliżej osiągnięcia tego celu. Kluczowym wyznacznikiem tempa rozwoju pozostają jednak przyjęte parametry biznesowe – wyjaśnia Tomasz Wiatrak, Prezes Zarządu Unipetrol, czeskiej spółki z Grupy ORLEN.
Badania przeprowadzone wśród słowackich kierowców pokazują, że 69% z nich wykazuje zainteresowanie korzystaniem ze stacji pod marką Benzina.
Benzina wróciła na Słowację po ponad 15 latach. Marka powstała w 1953 roku, jeszcze w Czechosłowacji. Po 1989 roku Benzina, w ramach prywatyzacji, trafiła na Słowacji w prywatne ręce. Obecnie marka wraca na Słowację jako lider rynku czeskiego, na którym w ramach Grupy ORLEN działa 413 stacji paliw, z udziałem w sprzedaży paliw na poziomie blisko 24%.
Benzina funkcjonuje w ramach Grupy Unipetrol, prowadząc największą sieć stacji paliw w Republice Czeskiej. To tradycyjna, a zarazem nowoczesna marka, charakteryzująca się wysokiej jakości paliwami i usługami dla klientów. Oprócz paliw EFECTA o właściwościach czyszczących, Benzina oferuje również paliwa VERVA, a także szeroki asortyment gastronomiczny w koncepcie Stop Cafe. Od października 2018 r. za paliwo na stacjach Benzina można zapłacić przy dystrybutorze używając aplikacji mobilnej Benzina Payments. Sieć oferuje także możliwość szybkiego ładowania aut elektrycznych.
Dość często pojawiają się doniesienia o spadającej sprzedaży deweloperów. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zatem sprawdzić, jak od I kw. 2017 r. zmieniała się sprzedaż nowych mieszkań w metropoliach.
Już od pewnego czasu krajowe media informują o spadającej sprzedaży deweloperów. Takim doniesieniom mogą przeczyć dane z II kw. 2019 r. wskazujące na wyraźny wzrost liczby i wartości zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili dokładnie sprawdzić zmiany liczby nowych mieszkań sprzedawanych w metropoliach przez ostatnie 2,5 roku (I kw. 2017 r. – II kw. 2019 r.). Taka analiza sugeruje, że nie mamy do czynienia z ciągłym trendem spadkowym. Jako przykład może posłużyć ostatni kwartał, który przyniósł dość wyraźny wzrost łącznej sprzedaży nowych mieszkań na terenie metropolii.
Sprzedażowy „dołek” miał miejsce latem 2018 roku …
Portal RynekPierwotny.pl może się pochwalić największą w Polsce bazą nowych mieszkań obejmującą ponad 80% całej oferty krajowych deweloperów. W przypadku sześciu największych polskich miast (Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania i Gdańska), taki poziom pokrycia oferty rynkowej jest jeszcze wyższy.
Eksperci RynekPierwotny.pl wzięli pod uwagę sześć wspomnianych miast i sprawdzili, jak względem początku 2017 r. zmieniała się kwartalna sprzedaż mieszkań deweloperskich. Poniższy wykres przedstawia wahania takiej sprzedaży przy założeniu, że wynik dla I kw. 2017 r. stanowi 100%. Po uwzględnieniu wyników sprzedażowych deweloperów na terenie sześciu największych miast można stwierdzić, że łączna sprzedaż nowych „M” zmieniała się następująco:
II kw. 2017 r. – 99% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
III kw. 2017 r. – 86% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
IV kw. 2017 r. – 81% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
I kw. 2018 r. – 90% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
II kw. 2018 r. – 77% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
III kw. 2018 r. – 74%poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
IV kw. 2018 r. – 79% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
I kw. 2019 r. – 81% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
II kw. 2019 r. – 85% poziomu sprzedaży z I kw. 2017 r.
Powyższe dane sugerują, że intensywny finisz programu MdM na początku 2018 r. tylko tymczasowo przerwał spadek sprzedaży mieszkań deweloperskich. Taki spadkowy trend zakończył się w III kw. 2018 r. Od tamtej pory widoczny jest ponowny wzrost sprzedaży mieszkań deweloperskich.
Osłabienie koniunktury dotyczyło Warszawy i Krakowa
Poniższy wykres prezentuje zmiany poziomu sprzedaży mieszkań (procentowe względem I kw. 2017 r.) w podziale na poszczególne miasta. Jak nietrudno zauważyć, spadkowy trend dotyczył głównie dwóch największych rynków (Warszawy i Krakowa). Na terenie tych dwóch metropolii w II kw. 2019 r. nie odnotowano wyraźnego wzrostu sprzedaży nowych „M”.
Taka dodatnia zmiana była natomiast widoczna we Wrocławiu, także na trzech mniejszych rynkach – łódzkim, poznańskim oraz gdańskim. Bardzo szybki wzrost sprzedaży widoczny ostatnio w Łodzi, Poznaniu oraz Gdańsku po części może wynikać z obaw klientów firm deweloperskich przed kolejnymi podwyżkami cen metrażu.
Szybko rośnie znaczenie łódzkiego rynku nowych „M”
Powyższy wykres pokazuje nam również wyraźną aktywizację łódzkiego rynku deweloperskiego, która rozpoczęła się w I kw. 2018 r. Dobre wyniki sprzedażowe sprawiają, że Łódź nabiera większego znaczenia dla inwestorów mieszkaniowych. Dowód stanowią informacje prezentowane w poniższej tabeli. Wskazują one, że udział łódzkiego rynku w łącznej sprzedaży lokali deweloperskich na terenie sześciu metropolii wzrósł z 4% (IV kw. 2017 r.) do 8% (II kw. 2019 r.).
W II kw. 2019 r. spore spadki odnotowano natomiast dla Warszawy (zmiana z 45% do 40%) oraz Krakowa (zmiana z 18% do 15%). Może to wynikać z faktu, że na wskutek kolejnych wzrostów cen dostępność nowych warszawskich i krakowskich „M” za jedno wynagrodzenie spadła bardziej niż sugerują dane statystyczne.
Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl
W I półroczu 2019 r. Polacy otrzymali 20,6 mld zł z tytułu ubezpieczeń. Każda godzina oznacza aż 1 mln zł wypłat, przeznaczonych na odszkodowania z OC dla poszkodowanych w wypadkach drogowych.
Najważniejsze dane o rynku ubezpieczeń po II kw. 2019 r.
• 20,6 mld zł dla poszkodowanych, w tym:
o 9,8 mld zł z ubezpieczeń na życie
o 7,4 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych
o 3,4 mld zł z pozostałych ubezpieczeń
• 74,4 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne
• 16,1 mld zł aktywów ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu
• 690 mln zł podatku dochodowego ubezpieczyciele odprowadzą do budżetu państwa
Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu PIU
– Warto zwrócić uwagę na duży wzrost wypłat odszkodowań w ubezpieczeniach związanych z żywiołami. Poszkodowani otrzymali w ciągu pół roku aż o 20 proc. więcej niż rok wcześniej. Jak wskazywaliśmy w naszym raporcie „Klimat ryzyka”, ekstremalne zjawiska pogodowe będą się zdarzały w Polsce coraz częściej – mówi J. Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń. Na ochronę mieszkań i firm przed ogniem i żywiołami wydaliśmy w I półroczu 2019 r. 1,8 mld zł, o 5 proc. więcej niż rok wcześniej.
– Największą część rynku ubezpieczeń majątkowych stanowiły jednak jak co roku ubezpieczenia komunikacyjne. Na ubezpieczenie OC pojazdów wydaliśmy 7,6 mld zł, o 1 proc. mniej niż rok wcześniej, zaś na autocasco 4,4 mld zł, o 4,5 proc. więcej niż rok wcześniej – mówi Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.
Na ubezpieczenia na życie Polacy wydali 10,6 mld zł o 4,9 proc. mniej niż rok wcześniej. Ubezpieczyciele wypłacili z ubezpieczeń na życie 9,8 mld zł świadczeń, w porównaniu z 10,8 mld zł rok wcześniej. Polscy ubezpieczyciele wypracowali po II kw. 2019 r. 4,1 mld zł zysku netto – o 7,1 proc. więcej niż rok wcześniej. To oznacza zasilenie budżetu państwa w 690 mln zł podatku dochodowego. Dodatkowo, firmy ubezpieczeniowe odprowadziły też ok. 360 mln zł tzw. podatku od aktywów.
Wzrasta rola i znaczenie działów compliance. Wpływa na to rozwój narzędzi, które wykorzystują organy regulacyjne do identyfikowania ryzyka i możliwych niezgodnych z przepisami zachowań, a także wewnętrzna presja firm na obniżanie kosztów. Widać to szczególnie na przykładzie branży farmaceutycznej, która podlega dużej liczbie regulacji zewnętrznych i wewnętrznych. Jak zauważają autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Maintaining value in pharmaceutical compliance”, choć charakter wielu działań operacyjnych wymaga zaangażowania dużych zasobów ludzkich, firmy farmaceutyczne w ograniczony sposób korzystają z możliwości technologii cyfrowych, które poprawiają wydajność i jakość pracy. Tymczasem cyfryzacja działów compliance może przynieść nawet 70-procentowe oszczędności.
Eksperci Deloitte przeprowadzili wywiady z 16 osobami zarządzającymi obszarami compliance, handlowym i medycznym w 10 firmach farmaceutycznych. We wszystkich badanych spółkach działy compliance odgrywają strategiczną rolę, a większość respondentów przyznaje, że ich rozwój wymagał dużych nakładów pracy.
Wyjątek, nie reguła
Compliance obejmuje swoim zainteresowaniem wiele obszarów – zasoby ludzkie, korupcję, programy pomocy pacjentom, komunikację z pacjentami i pracownikami służby zdrowia oraz raportowanie do organów regulacyjnych. W swojej działalności compliance często bazuje na danych z których korzystają także inne działy organizacji. Operacje dotyczące zgodności z przepisami najczęściej opierają się na procesach manualnych.
Jeśli wziąć pod uwagę liczbę osób zaangażowanych w te procesy to widać, że programy compliance rosną wraz z liczbą przypisanych do nich pracowników. Identyfikowanie i dostosowywanie potrzeb szkoleniowych, generowanie raportów oraz opracowywanie i zarządzanie politykami zgodności wymaga znacznych zasobów ludzkich. Technologie cyfrowe pozwalają odejść od rutynowych zadań, nadążać za rosnącą ilością danych i przekształcić działy compliance w zespoły, które mogą identyfikować ryzyka i zapobiegać takim zdarzeniom – mówi Andrea Bielska, Dyrektor w Forensic Solutions Center, Deloitte.
Angażujący charakter działań operacyjnych ogranicza czas, jak i kierownictwo zespołów compliance może poświęcić na zadania strategiczne. Mimo, że technologie cyfrowe gwarantują poprawę wydajności i jakości, firmy farmaceutyczne albo ich nie używają, albo robią to w ograniczonym zakresie, nie wykorzystując w pełni ich możliwości. Większość zaimplementowanych przypadków użycia technologii wspiera działania reaktywne, takie jak identyfikowanie i zgłaszanie zdarzeń, które już się wydarzyły.
Zmiana takiego myślenia wydaje się nieunikniona. Wymagania regulacyjne wciąż rosną, podobnie jak kompetencje organów regulacyjnych i ich narzędzia. Przedsiębiorcy potrzebują mieć pewne i szybko dostępne informacje z różnych dziedzin swojej działalności co pozwoli sprostać żądaniom organów np. w zakresie terminów w jakich realizowane i otrzymywane są płatności tak, aby uniknąć projektowanych kar za tworzenie zatorów płatniczych. Jeśli działy compliance nie będą lub będą zbyt wolno unowocześniać swoje procesy mogą mieć trudności z utrzymaniem strategicznej pozycji w firmie. To droga w jedną stronę – mówi Tomasz Rutkowski, Radca prawny, Partner Associate, Deloitte Legal.
Zdaniem ekspertów Deloitte warto, aby działy compliance posiadały strategię cyfrową. Jej implementację należy zacząć od podstawowych działań, czyli przygotowania systemów i procesów. W miarę postępu automatyzacji praca działów compliance może wyjść poza analizę przeszłych zdarzeń w kierunku generowania prognoz, co w oczywisty sposób pomoże przewidzieć i zapobiec kolejnym zagrożeniom.
Gdzie szukać możliwości digitalizacji
Jednym ze sposobów oceny ryzyka dla portfela produktów są wywiady z właścicielami firm, co jest bardzo czasochłonnym działaniem.
Zautomatyzowanie tego procesu pomaga na bieżąco uzyskiwać dane od interesariuszy, zapewniając przy tym odpowiednią częstotliwość oceny ryzyka. Dodatkową wartość mogą wnieść także algorytmy ważenia ryzyka, które pomogą w czasie rzeczywistym oszacować wyniki ankiety i zapewnić obiektywny obraz oceny zachodzących w organizacji zdarzeń – mówi Tomasz Borowy, Dyrektor w dziale konsultingu, Deloitte.
Jak zauważa ekspert, technologia może wyręczyć pracownika także w gromadzeniu danych. Dzięki zautomatyzowaniu tego procesu, można skupić się na analizie i wyciąganiu wniosków.
Odpowiednie algorytmy mogą również pomóc w przetwarzaniu licznych wniosków i próśb od zewnętrznych interesariuszy. Gdy firma przesyła żądanie za pośrednictwem portalu CRM lub podobnego systemu, algorytm wykonuje pierwszy poziom przeglądu. Specjalista do spraw compliance może zaakceptować dyspozycje proponowane przez algorytm lub przeprowadzić powtórny przegląd. Jego wyniki są ponownie analizowane przez algorytmy, które w ten sposób niejako uczą się i z biegiem czasu zwiększają swoją dokładność. Potencjalne oszczędności siły roboczej w pierwszym roku mogą wynosić do 50 proc. i z czasem wzrosnąć do nawet 70 proc.
Najpierw inwestycja, potem oszczędność
Ograniczenia budżetowe często stoją na przeszkodzie do unowocześnienia i tym samym usprawnienia procesów. Eksperci Deloitte rekomendują, aby firmy farmaceutyczne z uwagą podchodziły do działań, w realizacji których mogą pomóc rozwiązania techniczne i oceniły jaką wartość może przynieść poprawa prędkości i dokładności w zakresie zapobiegania, wykrywania lub reagowania na zagrożenia.
Istotna jest także relacja wpływu na operacje zgodności wewnętrznej z działalnością czysto biznesową. Jeśli zmiany istniejących procesów lub wdrożenie nowych mają wpływ na biznes, powinny one przynieść korzyści nie tylko działom complinace, ale także całej firmie.
– mówi Monika Wolska-Hertman, Menedżer w zespole Forensic, Deloitte.
Eksperci Deloitte wskazują także na konieczność oceny wykonalności wdrożenia rozwiązania technologicznego w konkretnym scenariuszu lub środowisku danych i systemów, a także jej szybkość i łatwość.
W związku ze spowolnieniem aktywności deweloperskiej w sektorze handlowym, w minionym półroczu w strukturze najmu dominowały renegocjacje, rozszerzenia i relokacje. Do użytku oddano około 170 tys. mkw. powierzchni usługowo-handlowej. Tym samym całkowite zasoby przekroczyły 12 mln mkw.
Na koniec czerwca br. w budowie znajdowało się blisko 380 tys. mkw. powierzchni centrów handlowych. Budowane są przede wszystkim małe obiekty (5-10 tys. mkw.) o profilu zakupów codziennych, głównie w miastach o wielkości poniżej 100 tys. mieszkańców.
„Lifestyle” w centrum zainteresowania
Biorąc pod uwagę projekty oddane do użytku oraz te znajdujące się w budowie, roczna podaż powinna osiągnąć 250-300 tys. mkw., co wskazuje na lekką tendencję spadkową w porównaniu do roku 2018. Największymi rynkami, zarówno pod względem liczby obiektów, jak i ich powierzchni, pozostają niezmiennie aglomeracja warszawska (52 centra o łącznej powierzchni ponad 1,7 mln mkw.) i Górny Śląsk (49 centrów, ponad 1,2 mln mkw.). Najmniejszym rynkiem (305 tys. mkw. w 11 obiektach) pozostaje Szczecin.
Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International
— W centrum zainteresowania inwestorów, deweloperów, najemców oraz klientów znalazły się inwestycje o funkcjach mieszanych typu „lifestyle”, ze znaczącym udziałem handlu, usług i gastronomii. W największych polskich aglomeracjach jest obecnie realizowanych i planowanych kilkanaście tego typu projektów — mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.
Największymi projektami handlowymi oddanymi do użytku w I połowie br. były Galeria Młociny w Warszawie (78 tys. mkw.), Tkalnia w Pabianicach (12 tys. mkw.) oraz Silesia Outlet w Gliwicach (12 tys. mkw.). Największe rozbudowy w minionym okresie ukończono w Morski Park Handlowy w Gdańsku oraz Solaris Center w Opolu.
Nowe technologie i ekspansja klubów fitness
Według badań Retail Institute, monitorującego 120 centrów handlowych w Polsce, zakaz handlu w niedzielę w I kwartale br. przełożył się na mniejsze zainteresowanie centrami handlowymi o 0,5%, przy czym największe spadki odnotowują centra małe (4,8%) i średnie (1,8%), natomiast centra o powierzchni pow. 40 tys. mkw. odnotowały wzrosty rzędu 2,2%.
Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International
— Popyt na lokale w centrach handlowych stymulowany jest przez zmiany zachodzące w kilku sektorach. Na rynku intensywnie absorbowane są powierzchnie supermarketów. W dalszym ciągu trwa także dynamiczny rozwój klubów fitness — mówi Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.
Sieci odzieżowe modernizują i powiększają swoje salony w istniejących centrach handlowych, prowadząc jednocześnie selektywną ekspansję na nowych rynkach. Przykładowo, Grupa LPP inwestuje w technologie, prowadzi remodeling swoich sklepów i ekspansję na rynkach handlowych mniejszych miast. Z kolei sieć Żabka testuje nowe rozwiązania – sklepy bezobsługowe. Rozwijają się także dyskonty niespożywcze, takie jak Pepco czy KiK.
Liczba nowych wejść na polski rynek jest bardzo ograniczona. W I połowie 2019 r. zadebiutowało jedynie kilka sieci m.in. Gagliardi (moda męska), Sloggi (bielizna) i Mayoral (art. dla dzieci).
Wrocław z największym nasyceniem powierzchnią handlową
Średnie nasycenie powierzchnią centrów handlowych w Polsce wzrosło do 314 mkw./1000 mieszkańców. W grupie największych aglomeracji najwyższe odnotowano we Wrocławiu (885 mkw./1000), a wśród miast średniej wielkości w Rzeszowie (1250 mkw./1000).
Zgodnie ze stanem na koniec czerwca 2019 r. średni współczynnik pustostanów w centrach handlowych w osiemnastu największych polskich miastach wyniósł 3,6% i był o 0,5 p.p. wyższy niż w czerwcu 2018 r. Łącznie na najemców czekało ok. 309 tys. mkw. powierzchni, głównie w centrach średniej i małej wielkości. Duże dominujące centra handlowe są zaś niemal w pełni wynajęte.
MLP Group rozpoczyna budowę nowego parku logistycznego w rejonie Dolnego Śląska. Będzie to jednocześnie druga inwestycja realizowania w pobliżu Wrocławia. MLP Wrocław West powstanie w południowo-zachodniej części aglomeracji wrocławskiej przy ulicy Mokronoskiej.
MLP Wrocław West
MLP Wrocław West dostarczy łącznie 70 tys. m2 nowoczesnej powierzchni. Wydanie pierwszych gotowych powierzchni planowane jest w październiku 2020 r.
Agnieszka Góźdź, Dyrektor Działu Sprzedaży w MLP Group S.A.
„Rejon Wrocławia jest bardzo popularny wśród najemców. Dlatego zdecydowaliśmy się poszerzyć naszą ofertę w tym regionie. Podpisaliśmy już jednocześnie pierwszą umowę najmu, co pozwala nam uruchomić realizację inwestycji. Wydanie pierwszych gotowych powierzchni planujemy w październiku przyszłego roku” – powiedziała Agnieszka Góźdź, Dyrektor Działu Sprzedaży w MLP Group S.A.
MLP Wrocław West jest nowym kompleksem, który powstanie na działce o powierzchni 16 hektarów i dostarczy łącznie 70 tys. m2 nowoczesnej powierzchni magazynowej. Park logistyczny jest zlokalizowany w dzielnicy Kąty Wrocławskie w zachodniej części Wrocławia, w odległości jedynie 9 km od centrum miasta. Dużym ułatwieniem jest znajdująca się w pobliżu droga europejska E40 oraz autostrada A8 będąca obwodnicą Wrocławia.
Urząd Ochrony Danych Osobowych w opublikowanym niedawno stanowisku zwraca bankom uwagę, aby nie nadużywały praktyki kopiowania dokumentów tożsamości klientów. Obecnie jest to czynność wykonywana w wielu instytucjach manualnie i rutynowo, przy różnego rodzaju operacjach wymagających weryfikacji tożsamości klienta. Stanowisko wywołało sporo emocji w bankach. Kluczowy przekaz Prezesa UODO to apel o maksymalne ograniczanie ręcznego kopiowania dokumentów, która to operacja wiąże się z potencjalnym dostępem wielu osób do danych osobowych. W konsekwencji, zwiększa się ryzyko wycieku kluczowych danych klientów.
Rozwiązaniem tego problemu jest przyspieszenie wdrożenia w bankach w pełni cyfrowego procesu onboardingu i potwierdzania tożsamości klienta. Pełna automatyzacja tych procesów jest doskonałą odpowiedzią na potrzeby zarówno instytucji finansowej, jak i regulatorów – w zakresie AML jak i ochrony danych osobowych. Co nie bez znaczenia, jest to też ogromna wygoda dla samych konsumentów.
Odpowiedź Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO) dla Związku Banków Polskich (ZBP) w sprawie kopiowania dokumentów tożsamości podniosła bardzo ważną i ciekawą dyskusję. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem bankowym, banki mogą przetwarzać dane z dowodów tożsamości swoich klientów. Co więcej, z ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy wynika, że banki i instytucje finansowe są wręcz zobowiązane identyfikować klienta na podstawie dokumentu tożsamości, a część tych danych przechowywać w celu dokumentacji procesu.
Prezes UODO w swojej odpowiedzi podkreśla, że nie kwestionuje legalności kopiowania dowodów tożsamości, a także nie wspomina nic o kserowaniu dokumentów. Porusza natomiast kwestię nieuprawnionego, czy też nadmiernego robienia kopii dokumentów tożsamości klientów banków. Problem, na który Prezes zwraca uwagę, to nadużywanie przez banki przywileju kopiowania danych z dowodów osobistych. Bez wątpienia, uwaga jest jak najbardziej zasadna. Duża liczba operacji wykonywania kopii dokumentów oraz duża liczba osób, które te operacje wykonują, znacząco zwiększają prawdopodobieństwo wycieku danych osobowych klientów.
Co zatem może zminimalizować ryzyko?
Przyszłość należy do cyfryzacji i automatyzacji procesów tzw. onboardingu (nawiązywania stosunków gospodarczych) oraz potwierdzania tożsamości klienta.
Nie ma dziś żadnych przeszkód, aby operacje te odbywały się w 100 proc. cyfrowo i online. Wiele fntechów własnie na tym buduje swoją przewagę w stosunku do tradycyjnych instytucji finansowych – potrafią błyskawicznie dokonać rejestracji nowego klienta i potwierdzić jego tożsamość, w sposób w pełni cyfrowy.
W czerwcu 2019 roku Urząd Komisji Nadzoru Finansowego opublikował stanowisko, w którym zawarł dobre praktyki stosowania wideoweryfikacji i cyfrowego procesu rejestracji klientów w instytucjach finansowych. Jako najbardziej pewne środki do weryfikowania tożsamości klienta bez jego fizycznej obecności UKNF wskazuje narzędzia elektroniczne.
Proces automatyczny eliminuje najsłabsze ogniwo z perspektywy ochrony danych – dostęp człowieka do kopii dokumentu tożsamości (np. ksero). Nie bez znaczenia też jest przywiązanie młodszego pokolenia (milenialsi i pokolenie Z) do smartfonów oraz ich niechęć do dzielenia się swoimi danymi osobowymi i finansowymi w oddziale banku.
Owszem, na potrzeby postępowań dowodowych, np. w przypadku podejrzenia finansowania przez klienta lub kontrahenta teroryzmu, banki przetrzymują część lub całość kopii dokumentów pozyskanych w sposób cyfrowy. Jednak gdy kopia dokumentu wykonana została w procesie automatycznym, dostęp do niej ma bardzo ograniczona liczba osób.
Najnowsze badanie, przeprowadzone na stacjach paliw, wykazało, że 80% konsumentów nie zna pojęcia geofencingu, ale to nie dziwi branży marketingowej. Gdy ankieterzy wyjaśnili ten termin respondentom i zapytali ich, czy chcieliby dostawać spersonalizowane reklamy zaraz po wjeździe na stację, prawie 40% wyraziło zgodę. Najwięcej osób oczekiwałoby informacji nt. promocji na alkohole – 31%. Sprzęt i części eksploatacyjne do samochodu są na drugiej pozycji – 27%. Trzecie miejsce zajęła oferta gastronomiczna – 19%. Z kolei niewielkim zainteresowaniem cieszą się wyroby tytoniowe, napoje bezalkoholowe, art. spożywcze, a także informacje o samych cenach paliw.
Duży potencjał
Kierowcy ewidentnie nie znają tego pojęcia. Norbert Kowalski, Prezes Zarządu spółki Mobiem Polska, nie jest tym zaskoczony i uważa, że nie ma potrzeby przejmowania się tym stanem, a także uczenia społeczeństwa specjalistycznych terminów. Dla branży marketingowej istotniejszą kwestią jest pokazywanie klientom realnych korzyści, jakie płyną z umiejętnego wykorzystania geofencingu. Konsumenci mogą dostawać informacje, których faktycznie potrzebują i oczekują. Dzięki temu rozwiązaniu marketerzy mogą trafić w punkt z odpowiednim przekazem, czyli we właściwym miejscu i czasie do grupy docelowej.
– Branża powinna nie tylko upowszechniać ten termin, ale przede wszystkim tłumaczyć, do czego służy tego rodzaju usługa. Należy podkreślać, że pozwala ona na spersonalizowaną komunikację. To z kolei może przełożyć się na mniejszą ilość spamu, czyli masowego przekazu, który nie uwzględnia indywidualnych preferencji konsumenta. Nie rozumiejąc korzyści płynących z geofencingu i łącząc go z powszechną reklamą, klienci będą od razu zniechęceni – ostrzega Adam Wysocki, Managing Director w LVL UP MEDIA.
Podczas realizacji badania ankieterzy dokładnie wyjaśnili respondentom, którzy nie znali zagadnienia, na czym właściwie polega geofencing. Następnie zapytali ich, czy chcieliby korzystać z tego rozwiązania i po wjeździe na stacje otrzymywać spersonalizowane reklamy bądź innego rodzaju informacje. Łącznie 38% ankietowanych wyraziło zgodę, a 35% okazało niechęć. 9% nie miało na ten temat zdania. Można zatem stwierdzić, że konsumenci są mocno podzieleni w tej kwestii.
– Z badania jednak wynika, że większość respondentów pozytywnie podchodzi do tego typu nowości. I to jest potencjał, na który powinna zwrócić uwagę cała branża. Zakładam, że przeciwnicy geofencingu mogli nie zrozumieć, na czym on dokładnie polega, pomimo starań ankieterów. Do niektórych rozwiązań po prostu trzeba się zwyczajnie przekonać, oczywiście po wyrażeniu zgody na takie testowanie – wyjaśnia Norbert Kowalski.
Preferencje klientów
Analiza wykazała również, że po wjeździe na stację benzynową konsumenci najbardziej chcieliby otrzymywać promocje na napoje alkoholowe – 31%. Następnie respondenci wskazywali na sprzęt i części eksploatacyjne do samochodu – 27%. Na trzecim miejscu badani mówili o ofercie gastronomicznej – 19%. Zdaniem Adama Wysockiego, na bazie tych danych stacje benzynowe powinny stworzyć szerszą komunikację pokazującą atrakcyjność oferty dodatkowej, która jest kluczowa przy ogromnej konkurencji na rynku paliw.
– Hierarchia odpowiedzi respondentów pokazuje, z jakich usług i produktów stacji najczęściej korzystają. Wszelkie reklamy informujące o zniżkach i pozwalające z nich skorzystać są mile widziane. Tworzy to pole do komunikacji reklamowej zarówno dla tego typu placówek, jak i ich partnerów. Skutkiem tego powinny być oferty wiązane, czyli rabaty na płyny eksploatacyjne lub usługi gastronomiczne dla osób, które kupiły paliwo. Ponadto warto promować ofertę spożywczą w niedziele niehandlowe – zachęca Michał Taranta, Head of Integrated Communication w Havas Media Group Poland.
Jak dodaje Norbert Kowalski, stacje benzynowe powinny zauważyć, że konsumenci oczekują od nich atrakcji w postaci ofert promocyjnych i rabatów. To przyciąga klientów. Często też ww. punkty sprzedaży są dłużej otwarte niż inne i rzeczywiście kierowcy tylko tam mogą kupić podstawowe części eksploatacyjne do samochodów. Tego typu placówki częściowo przejęły również rolę sklepów convenience, które nie są jeszcze tak dobrze rozwinięte na rodzimym rynku, jak np. w Europie Zachodniej. Dlatego Polacy chętnie zaopatrują się na stacjach w napoje alkoholowe. Z całą pewnością marketerzy powinni wsłuchać się w głos konsumentów i dostarczać im oczekiwane przekazy reklamowe.
– Znikomym zainteresowaniem cieszyły się wyroby tytoniowe – 1%, napoje bezalkoholowe – 2%, art. spożywcze – 3%, a także same ceny paliw – 5%. Wyłączając używki, których nie możemy komunikować, oraz ceny paliw, wyświetlane na ogromnych konstrukcjach na stacjach benzynowych, pozostałe artykuły nie są najpopularniejszymi kategoriami produktowymi w tym rodzaju dystrybucji. Sytuacja mogłaby się zmienić, jeśli tego typu placówki byłyby mocniej kojarzone z zakupami spożywczymi. Wtedy zachęcanie do kupna takich towarów byłoby istotniejsze i bardziej zauważalne dla odbiorców – tłumaczy Michał Taranta.
Dane do wykorzystania
Ekspert z Mobiem Polska zapewnia, że dzięki umiejętnemu wykorzystaniu geofencingu, w połączeniu z dobrze działającymi aplikacjami, można zwiększyć częstotliwość wizyt konsumentów na stacjach, nie tylko w celu tankowania aut. Wywoływanie potrzeby w konkretnym momencie, czyli w chwili gdy klient jest w bliskiej okolicy, ma szansę zwiększyć popyt na produkty inne niż paliwo, a wskazywane przez respondentów.
– Zebrane informacje pokazują, czym faktycznie jest zainteresowany klient, oprócz zakupu paliwa. Na podstawie takich danych można tworzyć m.in. ekspozycję poszczególnych artykułów w celu zwiększenia wolumenu sprzedażowego. A dzięki samemu geofencingowi marketerzy mogą sprawdzać poziom lojalności klientów wobec konkretnej stacji benzynowej – podkreśla Piotr Francuz, Business Manager z domu mediowego MediaCom.
Natomiast według eksperta z Havas Media Group Poland, sposobów na wykorzystanie wiedzy o preferencjach zakupowych użytkowników stacji benzynowych jest naprawdę wiele. Najprostszym z nich jest komunikacja reklamowa najbardziej pożądanych art. z dodatkowymi benefitami. Można też m.in. tworzyć zestawy z towarami, które sprzedają się znacznie gorzej. Pozyskana przez badaczy wiedza pozwala również przewidywać trendy w sprzedaży poszczególnych linii produktowych i dostosowywać do nich poziom zatowarowania. Wybór strategii jest uzależniony od specyfiki każdej placówki.
– Przy tworzeniu reklam geofencingowych z udziałem ww. produktów, warto jednak uważać na to, aby nie zmienić zupełnie charakteru stacji benzynowych. Klienci powinni przede wszystkim chętnie tankować tam paliwo, a nie tylko kupować drobne przekąski. Trzeba dobrze opracować strategie marketingowe, aby nie doprowadzić do częstych, lecz mało dochodowych wizyt konsumentów – podsumowuje Krzysztof Zych z UCE GROUP LTD.
Badanie zostało zrealizowane przez brytyjską firmę doradczą UCE GROUP LTD. we współpracy z agencją Mobiem, specjalizującą się w marketingu mobilnym. Objęto nim 10 dużych miast, tj. Gdańsk, Szczecin, Bydgoszcz, Białystok, Poznań, Warszawę, Łódź, Wrocław, Katowice i Kraków, a także 11 średnich i mniejszych ośrodków. Ankieta była prowadzona w sierpniu br. w okolicach lub na terenie sieciowych stacji benzynowych (m.in. Orlen, BP, Shell, Circle K, Lotos i Amica). Łącznie odbyło się ponad 1000 wywiadów bezpośrednich w 328 lokalizacjach. W badaniu wzięło udział 43% kobiet i 57% mężczyzn w wieku od 18. do 49. roku życia.
Największe ryzyko, że kontrahent nie zapłaci w terminie za kupiony towar lub raty kredytu jest w relacjach z przedsiębiorcami z Górnego i Dolnego Śląska. Najsolidniejszymi województwami pod tym względem są podkarpackie i świętokrzyskie. Ale już w relacji zaległości firm z województwa do wypracowywanego przez region PKB najlepiej wypada Opolszczyzna, nieźle wygląda też Śląsk, a najgorzej prezentuje się zachodniopomorskie – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.
Koniunktura gospodarcza jest korzystna, nie oznacza to jednak braku problemów finansowych. Przeterminowane zadłużenie jest wciąż bolączką wielu firm i ich kontrahentów. Łączna wartość przeterminowanych powyżej 30 dni i 500 zł zobowiązań kredytowych i pozakredytowych polskich przedsiębiorstw, widoczna w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w bazie Biura Informacji Kredytowej wyniosła na koniec czerwca 2019 roku 31,75 mld. Są to zaległości blisko 323,5 tys. firm, czyli 6,2 proc. wszystkich przedsiębiorstw (zarówno aktywnych, jak i nieaktywnych)*. W ujęciu geograficznym największy udział niesolidnych dłużników wśród firm w danym województwie występuje na Górnym i Dolnym Śląsku. Problemy sprawia tu dostawcom lub instytucjom finansowym co czternaste przedsiębiorstwo (od 7,1 do 7,4 proc.). Że może być inaczej widać po woj. podkarpackim, podlaskim, świętokrzyskim i małopolskim, gdzie niesolidnych dłużników jest najmniej – odsetek ten wynosi między 4,4 a 4,7 proc., co oznacza, że nie płaci co 23. firma. W dziewięciu województwach udział przedsiębiorstw, które nie regulują zobowiązań, utrzymuje się w granicach 6 proc., czyli na poziomie zbliżonym do średniej w całym kraju.
Najwyższa kwota zaległości przypada na firmy z woj. mazowieckiego
Firmy z Mazowsza mają blisko 7,6 mld zł przeterminowanego zadłużenia i jest to niemal co czwarta złotówka z całej sumy przeterminowanych płatności. Udział Mazowsza w zaległościach jest wyższy niż udział tego regionu w krajowym PKB. Poziom zadłużenia biznesu z Mazowsza wynika nie tylko z problemów finansowych wytwórców dóbr, ale także firm zajmujących się handlem i usługami. Wskazuje na to duży udział Warszawy w tworzeniu PKB, która jako największy ośrodek miejski nie ma rozbudowanego przemysłu, a odpowiada za 17 proc. całego dobrobytu w skali kraju, podczas gdy reszta województwa to tylko 5 proc. do ogólnego wyniku Mazowsza (22,4 proc.).
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Z pewnością na to jak poszczególne województwa wypadają w spłacie zobowiązań przez przedsiębiorców przekłada się to, w czym dany region się „specjalizuje”, czyli w jakich branżach działają firmy tam zlokalizowane. – Ze statystyk Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że na tle ogółu firm, jeśli chodzi o solidność płatniczą, źle wypadają przedsiębiorstwa związane z górnictwem i wydobyciem, zajmujące się recyklingiem i gospodarowaniem odpadami, a także firmy transportowe oraz związane z zakwaterowaniem i gastronomią. W szeroko rozumianym przemyśle wyjątkowo trudnymi płatnikami są np. firmy wytwarzające i przetwarzające koks oraz produkty rafinacji ropy naftowej, a także producenci wyrobów tytoniowych – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Przedsiębiorcy tworzą PKB i zaległości
Śląsk, to drugie pod względem niespłacanego zadłużenia województwo w Polsce. Firmy z tego obszaru mają 3,4 mld zł zaległości. Ale to również drugi najważniejszy region pod względem wkładu do polskiego PKB, odpowiadający za ponad 12 proc. Produktu Krajowego Brutto. Ostatecznie, w tworzeniu PKB udział Śląska jest wyższy niż w tworzeniu zaległości przedsiębiorstw (11 proc.). Podobnie jest na Dolnym Śląsku, gdzie udział w PKB zarejestrowanych tam przedsiębiorstw jest wyższy niż w zaległościach. Taka pozytywna przewaga widoczna jest w największym stopniu w woj. opolskim, a także w woj. lubelskim, świętokrzyskim oraz małopolskim. Na plus prezentują się również woj. lubuskie i podlaskie.
Przeciwnie – największą przewagę udziału w zaległościach, nad wkładem w krajowe PKB widać w woj. zachodniopomorskim, a także, choć w mniejszym stopniu w woj. pomorskim, łódzkim, kujawsko-pomorskim i warmińsko-mazurskim. Które firmy mają problemy z solidnością płatniczą, każdy przedsiębiorca może sprawdzić w bazie BIG InfoMonitor, wystarczy, że poda NIP weryfikowanej firmy. – Praktyka pokazuje, że za każdym razem podpisując umowę warto zweryfikować potencjalnego, ale też wieloletniego kontrahenta. Jeśli firma jest wpisana do BIG z nieuregulowanym zobowiązaniem wobec kontrahenta, firmy leasingowej, czy ubezpieczyciela to wystarczające ostrzeżenie, by z rezerwą podejść do kontraktu – radzi Sławomir Grzelczak.
Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy sierpniowy odczyt wyniósł (+13,7%), co oznacza, że w sierpniu 2019 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 13,7% w porównaniu z sierpniem 2018 r.
W sierpniu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 35,07 tys. klientów w porównaniu do 35,46 tys. rok wcześniej – jest to spadek o 1,1%. Warto odnotować, że w lipcu br. takich klientów było 41,4 tys., czyli o 18% więcej niż w sierpniu. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w sierpniu 2019 r. wyniosła 278,73 tys. zł. i była o 10,0% większa niż rok wcześniej.
– Sierpniowa wartość indeksu była o 6,2 p.p. niższa w porównaniu do wartości z lipca br. (19,9%). Natomiast wysoki sierpniowy odczyt popytu na poziomie +13,7%, w stosunku do analogicznego miesiąca w roku ubiegłym, należy tłumaczyć wzrostem średniej wartości wnioskowanego kredytu o 10,0%.
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
Liczba osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy w sierpniu 2019 r. była zbliżona do liczby wnioskujących w sierpniu 2018 r. – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.
Nadal utrzymuje się więc wysoki popyt na finansowanie nieruchomości kredytem bankowym. W ośmiu miesiącach 2019 r. łącznie 310,63 tys. osób wnioskowało o kredyt mieszkaniowy. W porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku jest to więcej o 15,12 tys., czyli o 5%.
Metodyka indeksu:
Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.
Tylko co trzeci Polak jest zadowolony ze swoich zarobków – wynika z najnowszych badań portalu zarobki.pracuj.pl. Serwis sprawdził także, jak Polacy postrzegają kwestie pensji, podwyżek i jawności płac. Jak pokazują wyniki raportu, pracownicy i kandydaci szukają jasnych i atrakcyjnych zasad wynagradzania. Z drugiej jednak strony mniej chętnie dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniami ze współpracownikami.
Polacy o zarobkach – w skrócie:
Ponad połowa badanych starała się o podwyżkę w ciągu ostatnich 2 lat.
4 na 10 badanych jest wyraźnie niezadowolonych ze swoich zarobków.
Badani najczęściej uważają, że umieją negocjować pensje.
Co czwarty badany twierdzi, że warunki podwyżek w jego firmie są niejasne.
Badani szukają w ofertach wysokości zarobków, ale niechętnie sami się nią dzielą.
Zarobki: pierwszy krok do zmiany
Na rynku coraz częściej słyszymy o tzw. rynku pracownika. Dane dotyczące rekrutacji w Polsce w ostatnich latach pokazują, że rywalizacja pracodawców o kandydatów nabiera tempa i staje się coraz trudniejsza. Czy jednak idą za tym lepsze płace, a co za tym idzie – większa liczba osób zadowolonych ze swoich zarobków? Najnowsze badania Pracuj.pl pokazują, że jesteśmy w tym zakresie mocno podzieleni. Najwięcej, bo 4 na 10 (39%) z badanych Polaków, nie jest zadowolonych z obecnego wynagrodzenia. Co trzeci myśli o swoich zarobkach pozytywnie, również co trzeci – nie ma na ten temat określonego zdania.
Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj
Płace były, są i będą bardzo ważnym aspektem życia i jedną z pierwszych motywacji do rozwoju zawodowego. Już w ubiegłorocznych badaniach Pracuj.pl aż 71% respondentów, którzy decydowali się na zmianę pracy, jako główną motywację wskazywało wyższe zarobki. Trudno się więc dziwić, że oceny pracowników dotyczące własnych pensji są mocno podzielone. Rywalizacja pracodawców o pracowników napędza w wielu branżach ambicje płacowe kadr. To duże wyzwanie dla firm, które chcą przyciągać kolejne talenty – mówi Radosław Żemło, Dyrektor Sprzedaży w Grupie Pracuj.
Podobnie pod kątem liczb przedstawiają się opinie badanych dotyczące porównania ich poziomu zarobków w stosunku do posiadanych umiejętności i doświadczenia. Tylko 33% badanych uważa swoją pensję za adekwatną do swojego CV, negatywnie tą relację ocenia 37%. Co naturalne, największymi optymistami są pracownicy w wieku 18-24.
Niezadowolenie dużej części badanych może wynikać także z coraz szerszego dostępu do wiedzy o średnich zarobkach w wielu branżach. Aż 50% badanych przez zarobki.pracuj.pl twierdzi, że dobrze się orientuje w tym, jak wypadają na tle innych osób z branży pod kątem wynagrodzenia. Tylko 14% respondentów nie zgadza się z takim stwierdzeniem. Taka świadomość to ważna motywacja do zmiany pracy lub decyzji o negocjacji podwyżki.
Na serwisie zarobki.pracuj.pl można np. porównać zarobki z innymi osobami w konkretnej specjalizacji, województwie, w największych polskich miastach czy wśród absolwentów danego kierunku studiów. To pozwala zweryfikować, czy nasze zarobki są zgodne z rynkowym standardem.
Podwyżka: negocjacje
Według badań zarobki.pracuj.pl, starania o podwyżkę są wyzwaniem znanym większości badanych. W ciągu ostatnich dwóch lat starało się o nią 51% respondentów. Znacznie mniej, bo tylko co czwarty badany twierdzi, że podwyżki otrzymywał zawsze z inicjatywy przełożonego.
Negocjacji zarobków nie ułatwiają postawy części firm, w których pracownicy nie są świadomi, w jaki sposób i na jakich zasadach mogą ubiegać się o wyższe wynagrodzenie. To sytuacja, która dotyczy co czwartego badanego (24%). Jednocześnie jednak niemal połowa badanych (48%) określa system wynagradzania w ich firmie jako jasny i zrozumiały.
Jak podkreśla ekspertka Grupy Pracuj, Konstancja Zyzik, w tym kontekście pracownicy powinni zawsze dobrze przygotować się do rozmowy o podwyżce – niezależnie od oceny sposobu wynagradzania przez pracodawcę.
Starając się o podwyżkę, musimy się dobrze przygotować do rozmowy z przełożonym, wybrać dobry moment i pamiętać o kilku kluczowych kwestiach. Pierwszą z nich jest określenie swoich potrzeb finansowych – widełków płacowych. Drugim czynnikiem jest weryfikacja średnich wynagrodzeń branżowych. Trzecim – uzbrojenie się w konkretne przykłady wkładu w działalność firmy. Nawet przy dobrym przygotowaniu nie każda taka rozmowa przyniesie oczekiwany efekt. Nie musi to jednak oznaczać porażki. W przypadku odmowy warto pozostać otwartym i ustalić z przełożonym kroki, które według niego musimy podjąć, by uzyskać podwyżkę – mówi Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.
Co interesujące, wśród badanych jest więcej osób oceniających się jako dobrzy negocjatorzy, niż wystawiających sobie negatywną ocenę. 36% badanych uważa, że potrafią negocjować warunki i wysokość wynagrodzenia. Z tym stwierdzeniem nie zgadza się co czwarty badany (24%). Najwięcej, bo aż 40%, ocenia swoje zdolności negocjacyjne średnio.
Jawność pensji i zarobków
Badani Polacy twierdzą najczęściej, że posiadają wiedzę na temat zarobków branżowych. Jednocześnie w mniej, niż połowie przypadków oceniają politykę wynagrodzeń w ich firmie jako wyraźnie zrozumiałą. Jak te postawy łączą się z ich oczekiwaniami wobec jawności płac?
Pod tym względem ich postawy są mocno zróżnicowane – chcą znać wysokość zarobków, jakie oferują pracodawcy, ale znacznie mniej chętnie dzielą się własnym wynagrodzeniem. Aż 3 na 4 respondentów w najnowszym badaniu serwisu zarobki.pracuj.pl uważa, że „widełki” płacowe powinny znajdować się w ogłoszeniach o pracę. Tylko dla co piątego Polaka jest to obojętne, a tylko 6% – uważa, że nie powinny być one podawane.
Z drugiej jednak strony rzadko kiedy badani sami są źródłem jawnych danych o zarobkach. Tylko co czwarty respondent chętnie dzieli się informacją na temat swojej pensji z innymi osobami, co trzeci – nie ma określonego zdania w tej kwestii, a aż 42% robi to niechętnie.
Rozmowy o zarobkach w Polsce wciąż znajdują się często w sferze tabu. To postawa, która dotyczy zarówno wielu pracowników, jak i pracodawców. Wbrew częstym zarzutom wiele firm, które nie ujawniają wynagrodzeń, nie kieruje się np. małą konkurencyjnością płac. Jawność wynagrodzeń może też zależeć np. od skomplikowanej specjalizacji firmy, dużej różnorodności stanowisk, nietypowej polityki premiowej. To delikatny obszar i szanujemy postawy firm, ale widzimy trend rosnącej jawności. Również sami, jako Grupa Pracuj, obecnie publikujemy widełki zarobków w większości ogłoszeń, co jeszcze parę lat temu nie było standardem. Zachęcamy do tego także pracodawców – podsumowuje Radosław Żemło.
Premiera nowego iPhone’a jest zawsze wydarzeniem. Ale w ostatnich latach blask marki Apple słabnie, ponieważ skutecznie „pogryzają” ją konkurenci.
Szczególną uwagę inwestorów wzbudziły zapowiedzi związane z usługa streamingową Apple TV+ oraz szczegóły dotyczące cen najnowszych smartfonów. Urządzenia będą droższe od wcześniejszych modeli, jednak Tim Cook nie obawia się w związku z tym, że ich sprzedaż ucierpi. Pierwsza reakcja rynku na te doniesienia była pozytywna –akcje Apple bezpośrednio po konferencji zyskały 1,4%.
Najnowsze smartfony oferują m.in. zaawansowane, potrójne aparaty fotograficzne, wydajniejsze baterie i oczywiście stylowy design. Urządzenia będą jednak droższe od wcześniejszych modeli. Cena ma wahać się od 3600 zł do 7500 zł, czyli trzeba by na nie wydać równowartość jednej lub nawet dwóch średnich pensji.
Drogo? Inwestorzy uważają, że niekoniecznie. – Póki co bieżący rok jest dla Apple łaskawy, od dołków z pierwszych dni stycznia akcje spółki zyskała już 50%, a do szczytów wszech czasów brakuje niespełna 8% – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets.
Co więcej, pierwsza reakcja rynku na najnowszą premierę była pozytywna: akcje Apple bezpośrednio po konferencji zyskały 1,4%. W 2018 r., w tygodniu, w którym się ona odbywała, kurs akcji wzrósł o 3,7%, w 2017 r. zwyżkował o 1,5%, aby następnie spaść o 3%, a w 2016 r. pikował o 4,6%.
W ostatnim sprawozdaniu finansowym Apple zaraportował spadek sprzedaży smartfonów o 12%. To poważny problem, biorąc pod uwagę, że flagowe iPhone’y przynoszą firmie około połowy wszystkich przychodów. Analitycy wskazują jednak, że Apple może uratować udana ekspansja w Indiach: ułatwienie dostępu do tamtejszego, ogromnego rynku zbytu i przeniesienie tam części produkcji z droższych Chin.
– Biorąc pod uwagę, że rynek smartfonów kurczy się od siedmiu kolejnych kwartałów, a zawirowania wokół amerykańskich ograniczeń dla spółki Huawei mogą się również negatywnie odbić w kolejnych kwartałach, Apple musiałaby zaprezentować coś na prawdę wyjątkowego, żeby wzbudzić długofalowe zainteresowanie inwestorów – ocenia ekspert CMC Markets.
Dziś wielki finał kadencji Mario Draghiego. Na jej zakończenie odchodzący prezes EBC ogłosić ma kompleksowy, rozbudowany pakiet wspierania koniunktury by raz jeszcze spróbować tchnąć życie w chimeryczną europejską gospodarkę. Publiczność, czyli rynek ma jednak bardzo rozbudowane oczekiwania odnośnie do skali łagodzenia. W takiej sytuacji wielki finał może okazać się wielką klapą. Dla euro oznaczałoby to silne umocnienie.
Spodziewamy się obniżki stóp procentowych o 10 pb, wprowadzenia systemu różnicowania oprocentowania rezerw banków w krajach członkowskich (tzw. tiering) oraz restartu skupu aktywów w wysokości 30 mld euro na miesiąc przez kolejne trzy kwartały. Bezsprzecznie pakiet jest spory, ale rynek liczy na jeszcze bardziej radykalny ruch. W rezultacie, niespełnienie oczekiwań może w ostatecznym rozrachunku przynieść odreagowanie dotychczasowej słabości wspólnej waluty.
Minutki z lipcowego posiedzenia EBC oraz komentarze przedstawicieli banku dały jasno do zrozumienia, że na kolejnym posiedzeniu bank ogłosi pakiet składający się z obniżki stopy depozytowej w połączeniu z wprowadzeniem systemu kaskadowego penalizowania nadwyżkowych rezerw banków, wznowienia programu skupu aktywów i przeformułowania forward guidance. Na temat wszystkich tych instrumentów dyskutowano już w lipcu, jak również każdemu z nich towarzyszyły zastrzeżenia ze strony niektórych członków Rady. Mimo to rynek ma wyśrubowane oczekiwania. Ich budowie sprzyjały m.in. słowa Olliego Rehna. Stwierdził on, że EBC powinien wyjść ponad rynkowe oczekiwania i czasem „lepiej jest przeszacować z pakietem niż nie doszacować”. EBC musi pokazać, że jego arsenał jest szeroki i wspólny efekt kilku instrumentów jest dużo silniejszy niż każdy z osobna.
Obniżka stopy depozytowej jest oczywistym kierunkiem do rozszerzenia pakietu dostępnych dla EBC narzędzi. Biorąc pod uwagę, że stopa depozytowa już jest głęboko ujemna (-0,40 proc.) i skuteczność dalszych obniżek jest dyskusyjna z pewnym, negatywnym wpływem na sektor bankowy, najlepiej byłoby nie obniżać dalej oprocentowania i co najwyżej zostawić sobie taką opcję na przyszłość. Jednak sygnały z EBC z ostatnich tygodni zachęciły do zbudowania oczekiwań na obniżkę stóp procentowych i teraz zaniechanie mogłoby zostać zinterpretowane, że bank osiągnął dolny próg dla zmiany stóp procentowych i nie ma żadnych argumentów by wesprzeć koniunkturę. Dlatego oczekujemy obniżenia stopy depozytowej o 10 pb do -0,50 proc. Taka skala cięcia to najpopularniejsza prognoza, choć pojawiają się również liczne głosy za redukcją o 20 pb. Rynek stopy procentowej dyskontuje 13 pb obniżki i ok. 35 pb w perspektywie roku.
Niektóre negatywne skutki ujemnych stóp procentowych są bardziej ewidentne niż inne i EBC będzie musiał to wziąć pod uwagę. W lipcu prezes Draghi stwierdził, że bank szykuje środki mitygujące skutki obniżki stóp procentowych, co sugeruje wprowadzenie tzw. tieringu dla nadwyżkowych rezerw banków. Nadpłynność w europejskim sektorze finansowym jest rozłożona nierównomiernie – 75 proc. nadwyżkowych rezerw jest ulokowana w czterech krajach: Niemczech, Francji, Holandii i Luksemburgu. Ujemne stopy karzą w większym stopniu banki o lepszej sytuacji finansowej, stąd mechanizm stopniowania oprocentowania rezerw banków powinien niwelować obciążenia dla sektora. Jest to skomplikowane rozwiązanie, które wymaga oddzielnego wyjaśnienia przez EBC, ale na posiedzeniu oczekujemy przynajmniej komunikatu, że tiering będzie wprowadzony. Efektem ubocznym tieringu jest jednak osłabienie wpływu obniżki stóp procentowych jako narzędzia wspierania akcji kredytowej. Z tego powodu zachowawcza obniżka stopy depozytowej może być odebrana jako słaby instrument sygnalizujący dodatkowo, że w te-macie polityki stóp procentowych EBC nie może zrobić już nic więcej.
Dlatego też to wznowienie programu skupu aktywów jest postrzegane jako zasadniczy, centralny element pakietu luzowania monetarnego. Prognozy analityków wahają się zarówno co do wielkości miesięcznego wolumenu skup (30-70 mld EUR), jak i czasu obowiązywania programu (od 9 miesięcy do niesprecyzowanego końca). Komentarze niektórych członków Rady Prezesów wskazały, że poglądy na wznowienie skupu aktywów są sprzeczne Krytycy programu poddają w wątpliwość konieczność powrotu do skupu już teraz (Villeroy), nie widzą uzasadnienia w danych (Weidmann), wolą wstrzymać się na wypadek powrotu deflacji (Knot, Muller), traktują QE jako ostateczne rozwiązanie z uwagi na konieczność przesunięcia limitów zaangażowania (Lauteschlaeger) lub są po prostu sceptycznie do niego nastawieni (Holzmann).
Na tej podstawie zakładamy, że by osiągnąć kompromis warunki programu skupu aktywów będą mniej agresywne niż rynek liczy, tj. 30 mld EUR/mies. na przestrzeni 9 miesięcy z opcją rozszerzenia programu w terminie i wolume-nie. Oczywiście nie wyklucza to bardziej agresywnego skupu w przyszłości, ale z perspektywy „tu i teraz” może to być rozczarowująca decyzja.
Forward guidance powinien być ważnym elementem przekazu EBC. Z protokołu po lipcowym posiedzeniu wiemy, że bank rozważa przejście z kryterium czasowego na kryterium ilościowe dla ustalenia warunków odejścia od ultra-ekspansywnej polityki. Obecnie EBC przyjmuje, że stopy procentowe nie zostaną podwyższone „przynajmniej od połowy 2020 r.”. Oczekiwalibyśmy, że EBC powiąże utrzymywanie narzędzi ekspansji monetarnej do czasu osią-gnięcia celu inflacyjnego („blisko, ale poniżej 2 proc.”) lub zasugeruje gotowość do akceptacji jego tymczasowego przestrzelenia. Tak sformułowany forward guidance pozwoliłby oddalić w czasie oczekiwania dotyczące terminu normalizacji polityki, a bankowi centralnemu oferuje elastyczność w prowadzonej polityce. Ryzykiem dla tego rozwiązania jest istotne ingerowanie w kurs polityki pieniężnej na wiele kwartałów/lat, co może być kontrowersyj-ne przed objęciem steru przez nowego prezesa EBC. W końcu wrześniowe posiedzenie jest ostatnim pod wodzą Mario Draghiego.
Rynki wysoko ustawiły oczekiwania przed decyzją EBC i oczekują rozbudowanego pakietu ekspansji monetarnej. Przy szeroko kwestionowanej skuteczność niektórych instrumentów (ujemne stopy procentowe, skup aktywów) wydaje nam się bardziej prawdopodobne, że EBC zdecyduje się na rozwiązanie mniej agresywne, ale akceptowalne przez jak największą część Rady. Biorąc pod uwagę oczekiwania taki pakiet będzie rozczarowaniem, a przynajmniej zabraknie w nim impulsu mogącego istotnie osłabić euro. Jakkolwiek w pierwszej reakcji EUR może tracić (implikacja płynąca z obniżki stóp procentowych), tak nie spodziewamy się kontynuacji deprecjacji. Prędzej zakładalibyśmy, że uwaga inwestorów szybko przerzuci się na kolejne ważne wydarzenie – posiedzenie FOMC w przyszłym tygodniu. To powinno zachęcać do odwracania pozycji na EUR/USD i ucieczki od dolara. Dodatkowo gołębi pakiet EBC niesie ze sobą ryzyko zwrócenia uwagi prezydenta USA Donalda Trumpa, który potraktuje go w kategoriach próby zaniżenia wartości wspólnej waluty.
Terminal w kształcie trójkąta, z bursztynowym dachem, zintegrowane z koleją
lotnisko-miasto – m.in. takie koncepcje zaproponowali architekci inwestorowi Centralnego Portu Komunikacyjnego. Posłużą jako inspiracja podczas przygotowywania master planu lotniska, który ma być zlecony na początku przyszłego roku.
Spółka Centralny Port Komunikacyjny oraz Ambasada Wielkiej Brytanii zaprosiły do udziału w warsztatach architektonicznych w Warszawie projektantów z firm Woods Bagot, Populous i KPF. Celem spotkania było zapoznanie się z pomysłami projektantów na wstępną koncepcję CPK.
– Już po raz drugi zaprosiliśmy do współpracy architektów z bogatym portfolio zaprojektowanych i zrealizowanych inwestycji, żeby zapytać ich o to, jak Port Lotniczy Solidarność może wyglądać. Moment nie jest przypadkowy. Do końca października konsultujemy z partnerami branżowymi wymagania techniczne i operacyjne nowego lotniska. Naszym celem jest uzgodnienie założeń koncepcyjnych CPK z potrzebami przyszłych użytkowników – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. budowy CPK.
– Mamy nadzieję, że efekty prac brytyjskich architektów będą przydatne dla spółki budującej nowe lotnisko w centralnej Polsce, a docelowo korzystne dla przyszłych pasażerów. Cieszę się, że mogliśmy ułatwić wzajemne kontakty między CPK a branżą projektową– mówi Lech Kaczanowski, dyrektor DIT (Department for International Trade) z Ambasady Wielkiej Brytanii w Polsce.
KPF
Koncepcja KPF – Centralny Port Komunikacyjny (CPK; ang. Solidarity Transport Hub, STH)
Projektanci z pracowni KPF, którzy pracowali m.in. przy planowaniu lotnisk w Abu Dhabi, Amsterdamie i Seulu, wyszli z założenia, że – z uwagi na wygodę pasażerów CPK – odległość między centralną częścią lotniska – a najbardziej oddalonymi bramkami lotniskowymi nie może być zbyt duża. Ich celem było skrócenie czasu odpraw i ułatwienie przesiadek. W efekcie zaproponowali terminale w kształcie trójkątów: większy w ramach pierwszego etapu budowy CPK, a drugi, mniejszy jako etap drugi (jeśli będzie takie zapotrzebowanie w przyszłości).
– Trójkątny kształt terminala jest optymalny z architektonicznego punktu widzenia i niesie ze sobą wiele korzyści. Oznacza wygodę przemieszczania się, skrócenie czasu przesiadek i łatwość adaptowania przestrzeni. Nawiasem mówiąc, trójkąt to piękny kształt, przywołujący na myśl splecione dłonie i kojarzący się z solidarnością, która jest tak bliska polskiej tożsamości – wyjaśnia architekt Jens Hardvendel z KPF.
Poprzez swój krótszy bok trójkątny terminal byłby połączony z planowaną stacją kolejową linii dużych prędkości łączącej Warszawę, CPK i Łódź (docelowo także Poznań i Wrocław). Zdaniem KPF, czas dojazdu i płynność przesiadek z pociągu do samolotu i odwrotnie może zadecydować o sukcesie nowego lotniska.
Architekci zaprojektowali wnętrze terminalu CPK jako przestronną i pełną światła halę z przezroczystym dachem. Na jego szczycie umieścili pomarańczowe świetliki o nieregularnym kształcie, przywołujące na myśl tradycyjny polski bursztyn, którego złoża znajdziemy m.in. w Morzu Bałtyckim. We wnętrzu terminala znalazły się drzewa i donice z roślinnością, które mają stanowić czynnik „odstresowujący”. – Jeśli w związku z przesiadką spędzasz na lotnisku np. dwie-trzy godziny, wtedy doceniasz rozwiązania poprawiające komfort pasażerów – wyjaśniają projektanci KPF.
– Port przesiadkowy może pomóc budować pozytywny wizerunek danego kraju, czego przykładem jest lotnisko Changi w Singapurze. Warszawa to serce Europy, a na dodatek centrum regionu, w którym nie ma dużego hubu przesiadkowego, co oznacza, że istnieje ewidentna rynkowa nisza, którą Polska może wykorzystać – mówi Mustafa Chehabeddine, dyr. planowania w KPF. – Jako projektanci w najwyższym stopniu doceniamy fakt, że lotnisko będzie budowane od podstaw, jako tzw. greenfield. Ułatwia to stosowanie nowoczesnych rozwiązań i daje architektom szerokie pole do popisu – podkreśla.
Populous
Koncepcja Populous – Centralny Port Komunikacyjny (CPK; ang. Solidarity Transport Hub, STH)
Według projektantów z biura Populous w Londynie, CPK ma być „lotniskiem-miastem”, co stanowi bezpośrednie nawiązanie do koncepcji Airport City. Pracownia powołuje się na swoje doświadczenia z projektowania elementów lotnisk Changi w Singapurze i De Gaulle’a w Paryżu, ale także na projekty stadionowe, np. obiekty sportowe na Olimpiadę w Londynie w 2012 r.
W koncepcji Populousa podróż przez lotnisko rozpoczyna się w momencie, gdy podróżni wysiadają z pociągu na zintegrowanej z terminalem stacji kolejowej, ulokowanej na najniższej kondygnacji węzła. Hale odlotów i przylotów, salony business lounge itd. znajdują się najwyżej, podczas gdy środkowe piętra mają być częściowo otwarte na zewnątrz, tworząc przestrzeń publiczną nawiązującą miejscami do elementów polskiej architektury.
Przyjeżdżający na lotnisko będą mieli wybór: udać się bezpośrednio do kontroli bezpieczeństwa albo zostawić bagaż i korzystać z licznych atrakcji „lotniska-miasta” umieszczonych także w części ogólnodostępnej, przed strefą zastrzeżoną portu. – Nasz projekt ma wykraczać poza stworzenie zwykłej „przestrzeni przejściowej”, którą ludzie po prostu przechodzą w drodze do samolotu. Wyobraziliśmy sobie, że pasażer w drodze do bramki będzie czerpał swoistą przyjemność z tego, co widzi wokoło– wyjaśniają architekci Populousa.
Do wyboru będą miejsca do relaksu i wypoczynku (jak centrum SPA i masażu, czy wygodne miejsca do czytania), sportu (siłownia i basen), ale też do pracy i spotkań biznesowych, które będą mogły odbywać się np. w lotniskowych salkach konferencyjnych. W strefie rozrywki lotniska dostępne będą rozwiązania cyfrowe, interaktywne i VR (w ramach rzeczywistości wirtualnej), np. platformy do gier e-sportowych.
Projektanci zapowiadają przemyślane ulokowanie przestrzeni handlowych, w których znajdą się sklepy z różnych branż, z e-witrynami i możliwością zakupów w sieci. W tej strefie miałyby się znaleźć także restauracje z widokiem na pas startowy i otwartymi tarasami. W przestrzeni terminalu architekci z Populous nie zapomnieli także o miejscach dla rodzin z dziećmi, którym zaproponowali m.in. wewnętrzne i zewnętrzne place zabaw.
– Na podstawie badań opinii użytkowników portów lotniczych w różnych częściach świata zgromadziliśmy gigantyczną ilość danych, która pozwoliła na stworzenie mapy doświadczeń użytkowników. Uwzględnia ona oczekiwania różnych grup podróżnych względem każdego z etapów pobytu na lotnisku. Każdorazowo, projektując port lotniczy analizujemy szczegółowo przepływy strumieni pasażerów i ich zachowania, a dopiero na tej podstawie proponujemy optymalne rozwiązania –zapewnia architekt Brett Wightman, kierujący grupą Asia Pacific Aviation Populousa.
Projektanci zastrzegają, że zaprezentowana przez nich koncepcja lotniska to na razie wersja wstępna, a na dalszym etapie mogą pojawić się elementy nawiązujące do „ducha miejsca”: Polski i Europy Środkowo-Wschodniej.
Woods Bagot
Koncepcja Woods Bagot – Centralny Port Komunikacyjny (CPK; ang. Solidarity Transport Hub, STH)
Architektom z tej pracowni przyświeca hasło: „Lotnisko przyszłości nie zostało jeszcze zaprojektowane”. Przewidują np., że w przyszłości kontrola bezpieczeństwa może przebiegać zupełnie inaczej niż dzisiaj (np. odbywać bez potrzeby zatrzymywania się przy bramkach – za pośrednictwem specjalnych skanerów przy wejściu na lotnisko). Oznacza to, że koncepcja portu lotniczego powinna być elastyczna, modułowa i umożliwiać adaptację projektu przyszłego lotniska np. pod kątem nowych technologii.
Architektów Woods Bagot zachwycił polski krajobraz i zmieniająca się wraz z kolejnymi porami roku przyroda. W ich koncepcji w terminalu pojawiły się charakterystyczne sufity nawiązujące do wyglądu pni drzew i przywołujące na myśl polski las. Według architektów, w rejonie portu ma powstać park z ławkami, ze ścieżkami do spacerów, do jazdy na rowerze i na rolkach. Szklane ściany terminala mają pozwolić na podziwianie zielonych przestrzeni dookoła lotniska i relaks przed podróżą.
Jak twierdzą projektanci, przy tworzeniu koncepcji ważna jest unikalność miejsca. Dlatego ich zdaniem terminal Portu Lotniczego Solidarność powinien podkreślać gościnność Polski, a więc być otwarty nie tylko dla podróżnych, ale także dla odwiedzających, którzy przyszli na lotnisko, żeby spędzić na nim czas, zjeść posiłek, spotkać się ze znajomymi czy zrobić zakupy.
– Zależy nam na tym, żeby projekt był wyjątkowy, stymulował zmysły, ale jednocześnie był praktyczny i stawiał na łatwość podróżowania. Wszystko po to, by Port Lotniczy Solidarność stał się miejscem, do którego po prostu chce się wrócić. Coraz więcej podróżujemy, zawodowo i prywatnie, a latanie staje się stylem życia. Lotnisko przyszłości powinno stanowić więc chwilową ucieczkę przed stresem i problemami dnia codziennego. Być nie tylko miejscem oczekiwania na samolot, ale także strefą relaksu – podkreśla Cliff Bollmann, dyr. regionalny ds. rozwiązań transportowych Woods Bagot.
Woods Bagot, podobnie jak Populous, projektując lotnisko, monitoruje dane na temat pasażerów. Interesuje ich, jak podróżni poruszają się po terminalu, w których miejscach się zatrzymują, jakich utrudnień chcieliby uniknąć. Dopiero po zdefiniowaniu ścieżek, którymi przechodzą poszczególne grupy pasażerów, firma projektuje dokładne rozwiązania. – Intuicyjne odnajdowanie drogi prowadzącej do właściwej bramki, niezależnie od sposobu, w jaki przybyliśmy na lotnisko – pociągiem, autobusem czy samochodem. Właśnie po tym można poznać dobrze zaprojektowane lotnisko – wyjaśniają architekci z Woods Bagot.
– Możliwość zaprojektowania od podstaw, jako inwestycji greenfield, zupełnie nowego portu lotniczego, które może stać się kluczowym miejscem przesiadek w Europie Środkowo-Wschodniej, to ogromne wyzwanie, ale także wielka szansa dla każdej firmy architektonicznej. Do funkcjonowania portu niezbędny jest system kolejowy, który umożliwi pasażerom szybki dojazd na lotnisko. Port Lotniczy Solidarność ma wszelkie cechy lotniska przyszłości – mówi architekt Jonathan Leah z Woods Bagot.
– Warsztaty były owocnym połączeniem doświadczeń i wizji pracowni architektonicznych z wiedzą i oczekiwaniami inwestora. To, jak i poprzednie spotkanie, było głęboko inspirujące i może stanowić źródło pomysłów podczas tworzenia strategii i projektowania przyszłego lotniska, choć nie jesteśmy z góry zobowiązani do wykorzystania żadnej z zaprezentowanych koncepcji architektonicznych. Aktualnie kontynuujemy przygotowania do procesu planowania lotniska– mówi Franciszek Ryczer, dyrektor Biura Projektowania i Inżynierii Komponentu Lotniskowego CPK.
To już druga edycja polsko-brytyjskich warsztatów architektonicznych CPK. W pierwszych, które odbyły się pod koniec czerwca ub. roku, wzięły udział pracownie: Zaha Hadid Architects, Foster+Partners, Chapman Taylor, Grimshaw, Benoy i Pascall+Watson. Owocem tamtego spotkania były nowatorskie opracowania, które stały się źródłem inspiracji podczas prac planistycznych przy CPK.
W ramach planowania lotniska spółka CPK zakończyła I etap konsultacji strategicznych, czyli uzgodnień definicji portu lotniczego w ramach Programu CPK z partnerami branżowymi inwestycji (przewoźnikami, zarządcami infrastruktury, firmami handlingowymi, operatorami cargo, firmami spedycyjnymi, dostawcami paliw itd.). Wpłynęło ponad tysiąc uwag i propozycji dotyczących infrastruktury planowanego lotniska, m.in. obsługi samolotów, pasażerskiej, bagażowej, cargo, zaplecza technicznego itd. W efekcie powstał 350-stronicowy brief stategiczny, który obecnie – do końca października – jest konsultowany w ramach bardziej szczegółowych uzgodnień. Liczba podmiotów, które biorą udział w konsultacjach zwiększyła się, a zainteresowani mogą zgłaszać się poprzez dokonanie rejestracji na stronie internetowej spółki (są dopuszczani do procesu po ówczesnej weryfikacji przez CPK).
Niezależnie założenia lotniska opiniują także przewoźnicy lotniczy. Pod koniec maja został powołany przez Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) we współpracy z CPK Komitet Konsultacyjny (Airport Consultative Committee – ACC), który pomoże w zaplanowaniu nowego lotniska. Pierwsze spotkanie odbyło się 18 lipca w Warszawie. IATA zaprosiła do Komitetu wszystkich zainteresowanych przewoźników. Oprócz linii dotychczas operujących z Lotniska Chopina oraz innych sieciowych przewoźników, są to również tzw. linie niskokosztowe i cargo.
W sierpniu spółka Centralny Port Komunikacyjny ogłosiła pierwszy duży przetarg kolejowy: na inwentaryzacje przyrodnicze dla nowych linii kolejowych prowadzących do Portu Lotniczego Solidarność. W najbliższych dniach zostaną otwarte oferty, a umowa zostanie podpisana jesienią. Szacowana wartość zamówienia to ponad 26 mln zł. Inwentaryzacje są niezbędne na etapie pozyskiwania decyzji środowiskowych, które poprzedzają uzyskanie decyzji lokalizacyjnej i pozwolenia na budowę.
W ramach części kolejowej CPK ruszyła druga edycja Regionalnych Konsultacji Strategicznych, czyli wstępnych uzgodnienia przebiegu „szprych” z wojewodami, marszałkami i prezydentami w siedmiu stolicach województw: śląskim, małopolskim, świętokrzyskim, podkarpackim, lubelskim, warmińsko-mazurskim i podlaskim. W lipcu i sierpniu takie spotkania odbyły się m.in. w Warszawie, Łodzi, Poznaniu i Wrocławiu.
Na przełomie 2019 i 2020 r. CPK planuje wskazać doradcę strategiczno-technicznego, czyli międzynarodowy podmiot z doświadczeniem inwestycyjnym w zakresie projektowania, budowy i zarządzania portami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie bieżąca współpraca ze spółką i jej wsparcie merytoryczne na każdym etapie realizacji projektu. Na początku przyszłego roku spółka CPK zleci plan generalny Portu Lotniczego Solidarność, czyli tzw. master plan. Będzie on zawierał m.in.: prognozy ruchu lotniczego, zwymiarowanie planowanej infrastruktury CPK i wstępny plan jej ulokowania, szczegóły etapowania budowy i ostateczny model biznesowy nowego portu lotniczego.
W lipcu decyzją Premiera RP Mateusza Morawieckiego spółka CPK została dofinansowana kwotą 300 mln zł, co jest efektem objęcia nowych udziałów przez Skarb Państwa. Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za opłacalną inwestycję. Według raportu PwC z kwietnia br., polski rynek lotniczy ma jeden z największych potencjałów wzrostu w całej Europie, a budowa hubu pod Warszawą jest uzasadniona m.in. prognozami ruchu i zakładaną stopą zwrotu. Według opracowania Baker McKenzie i Polityki Insight z maja br., powstanie CPK może przynieść Polsce od 4 do 7 proc. wzrostu PKB.
Osoby fizyczne uzyskujące dochód z kilku tytułów, na przykład od różnych pracodawców, często płacą niższe składki na ubezpieczenie społeczne niż osoby uzyskujące podobny dochód tylko z jednego tytułu. To zjawisko zwiększa liczbę osób zatrudnionych na nie oskładkowanych umowach zlecenie. Pracownik zawiera je z innym lub z tym samym pracodawcą, płacąc składki do ZUSu od innej umowy. Otrzymywanie dochodu z różnych tytułów jest charakterystyczne dla pewnych grup zawodowych. Federacja Przedsiębiorców Polskich chce to uporządkować.
– Obecna sytuacja, w której osoby uzyskujące dochód z kilku tytułów mają niższe obciążenia niż te, które uzyskują dochód z jednego tytułu, powoduje pewnego rodzaju problemy i wątpliwości interpelacyjne – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Gdyby zasady dotyczące zbiegu tytułów zostały uproszczone i uporządkowane, poziom obciążenia różnych form wykonywania czynności zawodowej zostałby wyrównany. Doprowadziłoby to także do ograniczenia zjawiska zatrudnienia na nie oskładkowanych umowach zlecenie – podkreśla Kozłowski.
Na rozwój medycyny w najbliższych latach największy wpływ będą mieć technologie m.in. z obszaru immunoterapii i leczenia biologicznego, a także nowoczesny sprzęt medyczny – podkreśla minister zdrowia Łukasz Szumowski. Wiele z tych innowacji będzie opartych na danych i ich analizie. Praca nad usprawnianiem i unowocześnianiem systemu ochrony zdrowia wymaga jednak ścisłej współpracy państwowych instytucji, przemysłu i środowiska naukowego.
– Technologie z obszaru farmakologii, immunoterapia i leczenie biologiczne będą mieć w najbliższych latach wpływ na rozwój medycyny. Ale również produktów medycznych nie należy oceniać jako mniej wartościowych niż leki, ponieważ stymulatory, defibrylatory i wiele innych urządzeń medycznych ratuje i podtrzymuje życie – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Szumowski, minister zdrowia.
Innowacje w medycynie – obejmujące zarówno nowe technologie, informatyzację, jak i nowe leki – pozwalają zwiększać efektywność terapii, przyspieszyć diagnostykę i optymalizować koszty opieki zdrowotnej. Firmy medyczne i farmaceutyczne są zresztą jednymi z najbardziej innowacyjnych pomiotów gospodarki – według danych GUS prawie co drugi producent leków w Polsce wprowadza na rynek produkty innowacyjne. Jednak – jak podaje związek Infarma – wprowadzenie nowego produktu leczniczego na rynek trwa średnio 12 lat i kosztuje blisko 4 mld zł, a tylko 1 na 8 tys. cząsteczek ostatecznie staje się lekiem. W tej chwili medycyna największe nadzieje wiąże m.in. z terapiami genowymi i immunoterapią. Medyczne innowacje są jednak czaso- i kosztochłonne, dlatego sektor potrzebuje wsparcia i zachęt m.in. do współpracy ze środowiskiem naukowym oraz komercjalizowania nowych technologii i leków.
– Mamy zachęty w postaci trzech państwowych agencji: Narodowe Centrum Nauki, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Agencji Badań Medycznych, które finansują pomysły, prototypy i badania kliniczne. Do tego mamy również wsparcie w postaci Narodowej Agencji Wymiany Akademickiej – mówi Łukasz Szumowski.
Wsparcie finansowe dla niekomercyjnych badań klinicznych i innowacji w polskiej medycynie ma zapewnić Agencja Badań Medycznych. Państwowy instytut odpowiada za rozwój badań naukowych w dziedzinie nauk medycznych i nauk o zdrowiu oraz analizę ich wpływu na polską służbę zdrowia. Innymi słowy, będzie decydować o tym, które nowe technologie medyczne i metody terapeutyczne powinny zostać do niej wdrożone.
– Agencja Badań Medycznych w swoich głównych założeniach zajmuje się niekomercyjnymi badaniami klinicznymi oraz ścieżką wdrażania innowacji do systemu ochrony zdrowia. Chcemy finansować polskie technologie, leki i nowe wdrożenia, żeby wchodziły do systemu i stawały się dostępne dla polskich pacjentów – mówi dr Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.
Polski rynek badań klinicznych jest wart około 2 mld zł, przy czym 98 proc. z nich ma charakter komercyjny, finansowany przez przemysł farmaceutyczny. Te niekomercyjne – zainicjowane przez naukowców i nienastawione na zysk – stanowią raptem 2 proc., podczas gdy europejska średnia sięga ok. 30 proc.
Prezes ABM podkreśla, że kolejnym perspektywicznym obszarem – i obecnie jednym z głównych trendów w ochronie zdrowia – jest też wykorzystanie danych.
– Agencja ma możliwość agregowania danych z ZUS-u, GUS-u oraz NFZ-u. To oznacza, że będziemy w stanie całościowo spojrzeć na polski rynek ochrony zdrowia – mówi Radosław Sierpiński. – Wiedza, która wypływa z analizy danych medycznych, ma znaczenie dla optymalizacji kosztowej systemu. Jesteśmy w stanie śledzić ścieżki pacjentów, sprawdzać, w którym momencie pacjent jest najbardziej kosztowny, gdzie się w systemie gubi i na tej podstawie niwelować te przeszkody.
– Analiza danych medycznych to podstawa dla efektywnej służby zdrowia. Dlatego tak ważna jest ich standaryzacja, ale też wymiana między ośrodkami. Pacjent najpierw udaje się do lekarza pierwszego kontaktu, przeprowadzającego wywiad medyczny i badania, a następnie słyszy diagnozę. Później trafia do szpitala albo kilku różnych, więc jego dane znajdują się w wielu ośrodkach. Ich scalenie w jedną cyfrową dokumentację medyczną, na podstawie której lekarz stawia diagnozę i zaleca leczenie, to najbardziej efektywny scenariusz zarówno z perspektywy pacjenta, jak i kosztów systemowych. Wdrożenie tego rodzaju rozwiązań to jedna z domen naszego działania, którą mamy nadzieję rozwijać w Polsce – mówi Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.
Według raport Future Health Index tylko 11 proc. lekarzy w dużych (50–199 pracowników) i bardzo dużych (powyżej 200 pracowników) podmiotach leczniczych w Polsce udostępnia na zewnątrz informacje medyczne o stanie zdrowia pacjentów, podczas gdy średnia w badanych krajach wynosi 32 proc.
Prezes Philips na region CEE podkreśla też, że jedynym sposobem na osiągnięcie postępu w ochronie zdrowia jest współpraca pomiędzy organami rządowymi, przemysłem a kręgami akademickimi.
– Polski rynek dysponuje szeroką gamą kluczowych czynników sukcesu, takich jak dostępność dobrze wyszkolonej kadry i instytucje gotowe do współpracy. Jeśli dodamy do tego współpracę z firmami takimi jak nasza, to otrzymamy gotowy przepis na stworzenie lokalnych rozwiązań przeznaczonych na polski rynek – mówi Reinier Schlatmann.
Philips ma w Polsce osiem ośrodków referencyjnych, wspólnie z którymi pracuje nad nowymi rozwiązaniami w obszarach takich jak onkologia, kardiologia czy radiologia. Współpracuje również z instytucjami i specjalistami z ośrodków badań klinicznych na całym świecie.
– Korzystamy zatem z wiedzy dostępnej w obrębie polskiego rynku, ale jednocześnie przyczyniamy się do rozwoju polskiej służby zdrowia. Możemy więc mówić o pewnego rodzaju symbiozie – mówi Reinier Schlatmann.
Kierowcy, którzy poruszają się samochodami elektrycznymi, będą mogli również ładować je ekologiczną energią z odnawialnych źródeł. Taką możliwość jako pierwsza w Polsce wprowadza firma PGE dzięki współpracy dwóch spółek ze swojej grupy kapitałowej. Na mocy gwarancji przekazanych przez spółkę PGE Energia Odnawialna cała energia elektryczna wykorzystywana do ładowania samochodów w sieci PGE Nowa Energia pochodzić będzie ze źródeł odnawialnych.
– Elektromobilność, tak jak energia odnawialna, ma służyć transformacji energetycznej w kierunku gospodarki niskoemisyjnej, czystszego powietrza. Często nieuzasadnione są uwagi krytyczne, że samochody elektryczne i tak są ładowane na prąd z energii konwencjonalnej. Oczywiście dzieje się tak, bo w Polsce większość energii elektrycznej jest wytwarzana w źródłach konwencjonalnych. My jednak mamy możliwość, żeby zasilać stacje ładowania zieloną energią elektryczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Sekściński, prezes zarządu PGE Energia Odnawialna.
Należąca do grupy PGE spółka PGE Energia Odnawialna jest obecnie największym w Polsce producentem zielonej energii. Należy do niej 14 farm wiatrowych, 29 elektrowni wodnych, 4 elektrownie szczytowo-pompowe oraz farma fotowoltaiczna na Górze Żar. Rocznie spółka produkuje ponad 2 terawatogodziny (TWh) energii elektrycznej z OZE.
– Sukcesywnie zmieniamy oblicze Grupy Kapitałowej PGE, tym samym całej energetyki, w kierunku coraz bardziej zielonej energii. Już dziś jesteśmy liderem w zakresie wytwarzania energii ze źródeł odnawialnych i naszym celem jest umacnianie tej pozycji. Rozwijamy morską energetykę wiatrową i projekty fotowoltaiczne, więc ten wolumen zielonej energii będzie coraz większy – mówi Paweł Śliwa, wiceprezes PGE ds. innowacji.
PGE Energia Odnawialna zawarła umowę z inną spółką z tej samej grupy kapitałowej – PGE Nowa Energia. Ta druga jest właścicielem i operatorem stacji ładowania pojazdów elektrycznych. Obecnie dysponuje ponad 50 punktami w 14 miastach w Polsce. Tylko w ciągu ostatniego miesiąca odnotowała ponad 1,5 tys. sesji ładowania samochodów elektrycznych na swoich obiektach, a ta liczba rośnie co miesiąc średnio o 10 proc.
Na mocy umowy PGE Energia Odnawialna sprzeda PGE Nowej Energii gwarancje pochodzenia energii elektrycznej z OZE w wolumenie 370 MWh do wykorzystania do końca tego roku (kolejne zostaną udostępnione w kolejnych latach). Takie gwarancje – wydawane przez URE – są potwierdzeniem, że wprowadzona do sieci energia została wytworzona ze źródeł odnawialnych.
– Skoro ustawa o odnawialnych źródłach energii daje możliwość, aby konsument energii decydował o tym, czy korzysta z energii ze źródła zielonego, błękitnego, brunatnego czy czarnego, to w przypadku samochodów elektrycznych bardzo dobrze byłoby, żeby ta energia była zielona. Korzystając z możliwości ustawy o OZE, dokonaliśmy transakcji sprzedaży gwarancji pochodzenia na ilość energii, którą określili właściciele tych stacji ładowania – podkreśla Arkadiusz Sekściński.
Tym samym grupa PGE jako pierwsza oferuje możliwość doładowania samochodu elektrycznego w pełni zieloną energią na wszystkich swoich stacjach.
– Planujemy, że do końca roku będziemy w stanie udostępnić od 80 do 100 nowych punktów ładowania pojazdów elektrycznych, zarówno tzw. wolnych, jak i szybkich – mówi Kazimierz Więcek, członek zarządu PGE Nowa Energia. – W tej chwili, na mocy zawartej umowy, mamy zagwarantowane 100 proc. zielonej energii do końca roku. Natomiast w kolejnych latach, w związku z nowo otwieranymi punktami ładowania samochodów elektrycznych, na pewno będziemy ten wolumen powiększać. Będziemy dążyć do podpisania umowy ramowej, która pozwoli nam kupić energię ze źródeł odnawialnych całkowicie pokrywającą potrzeby zasilania stacji ładowania samochodów elektrycznych.
Duże ośrodki biznesowe i akademickie pozostają lokomotywą innowacyjności, dając województwom mazowieckiemu, małopolskiemu, dolnośląskiemu i pomorskiemu czołowe miejsca w rankingu najbardziej innowacyjnych regionów Banku Millennium. Jednak to Lubelszczyzna w ciągu ostatnich 5 lat najmocniej poprawiła swój potencjał innowacyjny. Pozytywnie wyróżnia się też województwo łódzkie, awansując na 7. lokatę. Katalizatorami innowacji są nie tylko wydatki na badania i rozwój, wynalazki i patenty, lecz także zaufanie i współpraca w regionach.
– Czołówka najbardziej innowacyjnych regionów pozostaje niezmienna od kilku lat. Są to województwa mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie, a także pomorskie. To, co łączy te regiony, to fakt bycia dużym ośrodkiem gospodarczym, biznesowym. Jednocześnie są to duże ośrodki akademickie, które zaopatrują biznes i firmy w liczną i dobrze wykształconą kadrę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium.
Czwarta edycja rankingu „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów” wskazuje, że rozbudowana baza naukowa oraz badawczo-rozwojowa w tych ośrodkach wspiera rozwój innowacyjności. W przypadku województwa dolnośląskiego wpływa na nią przede wszystkim wydajność pracy – efekt wysokiego udziału produktywnego górnictwa i przetwórstwa przemysłowego. Pomorskie z kolei jest silnym ośrodkiem badawczo-rozwojowym, z dużą grupą absolwentów kierunków techniczno-przyrodniczych.
– Patrząc na wyniki rankingu „Indeksu Millennium” w ostatnich latach, warto zwrócić uwagę na dwa regiony. Województwo lubelskie w ciągu ostatnich 5 lat najbardziej poprawiło swój potencjał innowacyjności i lokuje się na 6. pozycji, czyli relatywnie wysoko, biorąc pod uwagę mniejszy potencjał gospodarczy. W tym roku wyróżnia się też Łódź, która przesunęła się na 7. lokatę, i co ciekawe, wyprzedziła w ten sposób województwo wielkopolskie – wymienia Grzegorz Maliszewski.
Łódź stopniowo odbudowuje swoją pozycję ośrodka przemysłowego, a centralna lokalizacja, coraz lepsza infrastruktura i obecność dużego ośrodka akademickiego sprawiają, że potencjał regionu rośnie.
Na dole rankingu znajdują się województwa warmińsko-mazurskie, lubuskie i świętokrzyskie. Są stosunkowo mało uprzemysłowione i mają słabo rozbudowaną infrastrukturę edukacyjną, co sprawia, że trudno gonić im czołówkę.
– To, co zwraca uwagę w tych regionach, to relatywnie efektywni innowatorzy. Dysponując mniejszymi nakładami i zasobami, osiągają oni relatywnie wyższe efekty w postaci czy to wydajności pracy, czy to liczby uzyskanych patentów. Ale biorąc pod uwagę skalę tych regionów, jest im trudniej nadganiać dystans do liderów – ocenia ekonomista Banku Millennium.
Jak podkreśla Maliszewski, tegoroczne badanie „Indeks Millennium” uwidoczniło, że na wzrost potencjału gospodarczego i innowacyjnego regionów duży wpływ ma dobra współpraca między firmami, instytucjami i ośrodkami naukowymi oraz wzajemne zaufanie. To czynniki, które mogą się stać katalizatorami innowacyjności. Przykładem mogą być Lubelszczyzna i Podkarpacie, gdzie potencjał innowacyjny jest wyższy niż ich siła gospodarki.
– Zaufanie i współpraca pozwalają zrozumieć potrzeby wszystkich uczestników procesu gospodarczego, zarówno przedsiębiorstw, jak i samorządów czy uczelni wyższych. Współpraca nie tylko pomiędzy regionami, lecz także pomiędzy tymi ośrodkami na poziomie lokalnym pozwoli bardziej efektywnie wykorzystać zlokalizowane w tych regionach zasoby i stworzyć przyjazny ekosystem innowacyjności dający efekty synergii w postaci poprawy efektywności i usprawnień. Te zaś dają wymierne korzyści gospodarcze – tłumaczy ekspert.
Wzrost innowacyjności regionów ma bezpośrednie przełożenie na atrakcyjność inwestycyjną Polski. Inwestorów przyciąga nie tylko tania siła robocza, lecz także stabilność gospodarcza i wykształcone kadry, które są zdolne do wytwarzania nowatorskich rozwiązań. Do spełnienia tych warunków kluczowa jest współpraca różnych ośrodków na różnych płaszczyznach.
– W gospodarce konieczne jest stworzenie sprawnego ekosystemu innowacji, kultury innowacyjności, która pozwoli wdrażać efekty prac badawczo-naukowych. Jest to szczególnie ważne w regionach, które dysponują mniejszymi zasobami kadrowymi i finansowymi, aby te, które są ponoszone, dawały wymierne korzyści gospodarcze – wskazuje Grzegorz Maliszewski.
Tylko w I półroczu 2019 r. zarobki Ukraińców w Polsce wzrosły o 10 proc. W ciągu 5 lat wzrost ten sięgnął już 70 proc. Wyższe zarobki mogą jednak nie wystarczyć, by zatrzymać Ukraińców na krajowym rynku pracy. Decyzja niemieckiego rządu o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej może oznaczać, że w efekcie z Polski wyjedzie 250 tys., a nawet 500 tys. Ukraińców. – Tylko jeśli stworzymy dla nich warunki do pracy i do życia, mamy szansę zatrzymać pracowników – mówi Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.
– Przez ostatnie 5 lat wynagrodzenia pracowników z Ukrainy wzrosły aż o 70 proc., ale tylko w tym roku – według naszych badań – wzrosną o 20 proc. – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Inglot, prezes Personnel Service.
Z danych Personnel Service wynika, że jeszcze w 2014 roku średnie zarobki pracowników z Ukrainy utrzymywały się w okolicach 7,3 zł netto za godzinę. Obecnie oscylują ok. 12 zł netto na godzinę, ale np. na budowie Ukrainiec zarobi 18 zł netto na godzinę. W przetwórstwie i branży produkcyjnej zarobki są nieco niższe (odpowiednio 12,5 zł oraz 12 zł netto na godzinę), a w usługach, czyli m.in. gastronomii, hotelarstwie czy fryzjerstwie, pracownik ze Wschodu zarobi 11,75 zł netto na godzinę. Najniższą stawkę godzinową (11,5 zł netto na godzinę) oferuje rolnictwo.
Nawet wyższe zarobki mogą jednak nie wystarczyć, by zatrzymać Ukraińców w Polsce. To przede wszystkim efekt decyzji Niemiec o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej.
– Już teraz widać, że Niemcy robią to bardzo profesjonalnie. Wynajmują hotele na granicy polsko-niemieckiej, gdzie szkolą pracowników z Ukrainy z języka i prawa niemieckiego, z tego, w jaki sposób odnaleźć się w społeczeństwie niemieckim, jak ubiegać się o dłuższe pobyty. Druga istotna kwestia to wynagrodzenia. Na rynku niemieckim są 3–4 razy wyższe niż w Polsce – podkreśla Krzysztof Inglot.
Personnel Service szacuje, że w efekcie otwarcia niemieckich granic z Polski może odpłynąć nawet 250 tys. Ukraińców. Nie tylko specjalistów, lecz także słabiej wykwalifikowanych pracowników, którzy trafią do szarej strefy.
– Jeżeli granica zostanie otwarta od stycznia, to liczba Ukraińców, którzy opuszczą Polskę, może dojść do pół miliona. To jest prawie 50 proc. wszystkich obecnych w polskich firmach pracowników z Ukrainy. To może być duży problem dla dalszego szybkiego wzrostu polskiej gospodarki – ocenia prezes Personnel Service.
Ekspert ocenia, że aby zatrzymać Ukraińców w Polsce, potrzebny jest system dodatkowych zachęt i stworzenie odpowiednich warunków do życia i ściągania tu rodzin. To np. pakiet ubezpieczeń społecznych, dostęp do służby zdrowia i umożliwienie edukacji ich dzieciom.
– Tak jak niemiecki rząd przygotowuje się i szkoli pracowników z Ukrainy, zachęcając ich do przyjazdu, tak my robimy na odwrót. Dajemy im 6-miesięczne oświadczenia, na podstawie których przyjeżdżają na krótkie okresy, przez co pracują na czasowe zatrudnienie, a potem wracają na Ukrainę i tam wydają zarobione pieniądze. Nie robimy nic, żeby ściągać całe rodziny, żeby dzieci szły do żłobków, a pracownicy wydawali pieniądze na dobra konsumpcyjne w Polsce, budując VAT i podatek dochodowy – przekonuje Inglot.
Odpływ Ukraińców to zła wiadomość dla polskiej gospodarki. Zwłaszcza że jak wynika z raportu PwC („Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce. Jak ją zniwelować?”), do 2025 roku Polska będzie potrzebować dodatkowych 1,5 mln pracowników.
– Jedyną alternatywą są dalekowschodnie rynki takie jak Nepal czy Indonezja, ale już wiemy, że np. pracownicy z Filipin nie sprawdzają się na polskim rynku. Jest więc alternatywa, ale bardzo daleka, bardzo kosztowna i bardzo niedostosowana do realiów polskiego społeczeństwa – ocenia Krzysztof Inglot.
Zgodnie z informacjami ministerstwa rolnictwa susza dotknęła ponad 200 tys. gospodarstw rolnych w całej Polsce, ale szacowanie strat trwa. Prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych podkreśla, że sytuacja jest trudna, a niewielkie ilości opadów utrudniają rolnikom przygotowanie gleby pod jesienną orkę. Jak podkreśla, obiecane przez rząd dopłaty 1 tys. zł do hektara w przypadku 70-proc. strat w uprawach tylko w niedużym stopniu pokryją realne straty rolników. Konsumenci powinni się liczyć ze wzrostem cen owoców i warzyw ze względu na niższe plony i niższą podaż.
– Suszę mamy praktycznie w całym kraju. Najbardziej dotknięte zostały nią województwa lubuskie i wielkopolskie, częściowo także zachodniopomorskie, kujawsko-pomorskie, łódzkie i mazowieckie. Powierzchnia zgłoszonych upraw to około 3 mln hektarów i ok. 200 tys. gospodarstw rolnych poszkodowanych wskutek suszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.
Jak podkreśla, sytuacja nadal jest trudna, ilość opadów we wszystkich wymienionych województwach jest niewielka, co przekłada się na niski poziom wilgotności gleb. To przysparza rolnikom problemów m.in. z przygotowywaniem gleby pod jesienne orki i ma wpływ na wschody rzepaku.
– Najbardziej ucierpiały w tym roku zboża jare i ziemniaki, sadownicze uprawy, gdzie nie ma nawodnień. Uprawy pozostałych roślin także dotknęła susza, widać ją zwłaszcza w kukurydzy, burakach cukrowych, a także w zbożach ozimych. Zwłaszcza gdy gleby są słabsze, plony są, ale znacznie niższe i gorszej jakości – mówi Wiktor Szmulewicz.
Jak poinformował w ubiegłym tygodniu minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski, wciąż liczone są straty spowodowane suszą, co może potrwać do końca września.
– Biorąc pod uwagę wszelkie spadki plonów, nawet tam, gdzie plony były przyzwoite, ale niższe od spodziewanych, straty są rzędu nawet kilkunastu miliardów złotych. Czym innym jest kwestia szacowania strat przez komisje, które oceniają stany zbóż czy roślin na podstawie tego, co jest – mówi Wiktor Szmulewicz. – Nie wszyscy rolnicy zgłaszają swoje straty, np. jeśli to dotyczy małej powierzchni. Wtedy te szacunki mogą być znacznie niższe i to może być na poziomie kilku miliardów złotych.
Minister zapowiedział też, że rolnikom zostaną pokryte finansowo wszystkie straty, łącznie z dopłatą do hektarów (1 tys. zł powyżej 70 proc. strat w uprawach).
– Koszty najprostszej uprawy to są dzisiaj kwoty rzędu około 2–3 tys. na hektar. Im roślina bardziej intensywna, tym koszty są wyższe. Jeżeli rząd planuje, i dobrze, wypłatę najwyższą w kwocie odszkodowania 1 tys. zł na hektar powyżej 70 proc. strat, to wciąż jest bardziej pomoc socjalna, a nie pokrywająca realne straty – mówi Wiktor Szmulewicz.
Prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych ocenia, że susza i spadek plonów raczej nie przełożą się na wzrost cen płodów rolnych i towarów takich, jak cukier, zboża, chleb, mleko czy wieprzowina, ponieważ wpływają na nie inne czynniki. Przykładowo, w cenie chleba udział surowca, czyli mąki i zboża, wynosi ok. 10–20 proc., a reszta to koszty zużytej energii, paliwa do transportu etc. Wzrosnąć mogą za to ceny produktów świeżych, czyli owoców i warzyw.
– Najczęściej w przypadku artykułów świeżych i z polskich pól, czyli warzyw podstawowych czy owoców miękkich, cena kształtuje się w zależności od tego, jaka jest podaż. Jeżeli podaż na rynku jest mniejsza, a popyt mniej więcej stały, wtedy te ceny mogą wzrosnąć – mówi Wiktor Szmulewicz.
Technologia OLED jest coraz popularniejsza. Pozwala na stosowanie cieńszych, jaśniejszych i wyraźniejszych wyświetlaczy niż LED. Możliwe są całkowicie elastyczne ekrany, które można złożyć lub zwinąć. Opracowano już przezroczysty dach samochodu w technologii OLED, zasilany energią słoneczną. Firmy motoryzacyjne planują wprowadzić też oświetlenie OLED. Także producenci telewizorów i ekranów wprowadzają kolejne udogodnienia. Panasonic już od kilku lat pracował nad technologią przezroczystych OLED-ów. Początkowo tylko w formie prototypów, jednak najnowsza wersja wejdzie na rynek konsumencki w przyszłym roku.
– Rynek telewizorów zmieniał się przez wiele lat. Pojawiła się technologia 4K, teraz technologie się zmieniają, pojawia się OLED, który rzeczywiście jest dużą zmianą na rynku. Kiedyś 4K było bardzo drogie, jednak technologia ta się upowszechniła. OLED-y także stają się teraz coraz bardziej powszechne. Myślę, że na przestrzeni 2–3 lat ta technologia zacznie zastępować obecne technologię – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sebastian Węgielski z Panasonic Europe.
Telewizory LED są znacznie cieńsze i jaśniejsze niż ich poprzednicy: plazmy, telewizory LCD i CRT lub wyświetlacze z lampą elektronopromieniową. Wyświetlacze OLED pozwalają z kolei na wyświetlanie jaśniejszych i wyraźniejszych obrazów niż LED. Dzięki technologii OLED możliwe są też całkowicie elastyczne ekrany, które można złożyć lub zwinąć.
Podczas IFA 2019 Panasonic zaprezentował swoją zaktualizowaną koncepcję przezroczystego ekranu OLED. Telewizor wygląda jak stylowa gablotka z drewnianą ramką, zza której widoczne są różne przedmioty. Po włączeniu telewizora obiekty są już całkowicie zasłonięte, a zestaw wyświetla zawartość jak zwykły telewizor OLED.
– W najnowszym prototypie zastosowaliśmy technologię dimming piel. Możemy pokazywać czarne kolory. To już jest zupełnie inny wymiar transparentnego OLED-a niż był 2–3 lata temu. 55-calowy telewizor oferuje niesamowitą jakość obrazu. Coś, co tak naprawdę nie jest żywe, za dotknięciem jednego guzika zaczyna już być zupełnie inne i zupełnie żywe – podkreśla Sebastian Węgielski.
Przezroczyste wyświetlacze nie są nową koncepcją. Już w 2015 roku Samsung zademonstrował lustrzane i przezroczyste wyświetlacze OLED. Także LG wyprodukowało przezroczyste i elastyczne ekrany OLED. O ile jednak w ich przypadku poziom nasycenia czerni był niewystarczający, o tyle Panasonic, dzięki ulepszonemu filtrowi przyciemniania czerni, tworzy większy kontrast.
– Rozważamy czy transparentny OLED sprzedawać na rynku konsumenckim czy B2B. Na pewno jednak podjęliśmy decyzję, że chcemy go wprowadzić na rynek już w 2020 roku – zapowiada Sebastian Węgielski.
Technologia ma jednak znacznie szersze zastosowanie. Audi np. zamierza wprowadzić nową technologię oświetleniową OLED, która wykorzystuje wielosegmentowe moduły tylnego światła OLED, które mogą wyświetlać znaki i informacje. W 2013 roku Philips i BASF połączyły siły, aby wynaleźć oświetlony, przezroczysty dach samochodu zasilany energią słoneczną. Z technologii korzystają jednak przede wszystkim producenci smartfonów i telewizorów. Sony właśnie ogłosiło dwa nowe mikrowyświetlacze OLED o wysokiej jasności do 3000 cd/m2 – są to najjaśniejsze ekrany OLED w historii Sony (poprzednie miały do 1000 cd/m2 ). Wyświetlacze znajdą zastosowanie w wizjerach aparatów czy okularach z rozszerzoną rzeczywistością.
Według analityków IHS Markit w 2018 roku sprzedano 2,5 mln egzemplarzy telewizorów OLED, co pozwoliło uzyskać przychody rzędu 6,5 mld dol. Dla porównania telewizorów LCD sprzedano w tym samym czasie 216 mln sztuk.
Kiedy prawie dziesięć lat temu kryzys zadłużenia uderzył w strefę euro, niemiecka gospodarka pomogła wyprowadzić z kłopotów takie państwa jak Grecja, Portugalia czy Hiszpania. Obecnie Unia Europejska staje wobec dylematu, czy kraje te są wystarczająco silne, by udźwignąć spowolnienie w niemieckiej gospodarce?
Niemcy znajdują się na skraju recesji po tym, jak w drugim kwartale roku gospodarka Niemiec skurczyła się o 0,2 procent. Dla porównania, Hiszpania przeżywa gwałtowny wzrost, a nawet gospodarka portugalska i grecka rozwijają się. Rozkwitająca turystyka, dynamiczny rozwój budownictwa i stały wzrost zatrudnienia, kraje Europy Południowej pomagają zrekompensować słabe wyniki Niemiec.
Ale czy to wystarczy? W miarę jak gospodarka Stanów Zjednoczonych wydaje się zwalniać, Chiny tracą impet, a Brexit nabiera rozpędu, czy Europa może uniknąć spowolnienia?
Pytanie może mieć decydujące znaczenie dla Europy i kluczowe dla Stanów Zjednoczonych. Unia Europejska i Stany Zjednoczone są dla siebie nawzajem największymi partnerami handlowymi, a spowolnienie w Europie byłoby kolejnym obciążeniem dla amerykańskiej gospodarki w czasie, gdy rynki obligacji już migają sygnały ostrzegawcze.
Większość ekonomistów nie przewiduje jeszcze ogólnoeuropejskiej recesji, ale martwi ich perspektywa. Jest niewielka szansa, że Unia Europejska może się rozwijać, gdy niemiecka kuleje.
Jeśli Europa utrzyma więcej ciosów gospodarczych, takich jak brak handlu Brexit, załamanie długu we Włoszech czy eskalacja wojny handlowej, ryzyko recesji jest dość wysokie.
Niektórzy ekonomiści są bardziej pesymistyczni.
„Euroland zmierza w kierunku recesji” – twierdzi Carl Weinberg, główny ekonomista w High Frequency Economics. Weinberg przytoczył liczne wskaźniki problemów: mniejsza produkcja przemysłowa w strefie euro, badania wskazujące na pogarszające się nastroje menadżerów oraz spadek światowego handlu.
Stan europejskiej gospodarki będzie sprawdzianem dla Christine Lagarde, która w październiku zastąpi Mario Draghiego na stanowisku prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Draghi ma ogłosić nowy pakiet środków stymulacyjnych, ale pani Lagarde będzie musiała zastanowić się, co bank centralny może zrobić, jeśli sytuacja się pogorszy.
Niemcy mają największą gospodarkę strefy euro, która odpowiada za ponad jedną czwartą produkcji. Lista krajów Unii Europejskiej, które liczą Niemcy jako swojego partnera handlowego nr 1, jest długa. Są to Francja, Włochy, Holandia, Belgia, Słowacja, Szwecja i Włochy.
Relacje te czasami graniczą z zależnością. Niemcy odpowiadają za 27% handlu zagranicznego Polski. Wielka Brytania, partner handlowy Polski nr 2, stanowi zaledwie 6 procent, według danych Banku Światowego.
Innym zagrożeniem jest to, że Wielka Brytania opuści Unię Europejską bez porozumienia z Brukselą, powodując chaos w przepływie towarów przez kanał La Manche. A sprzedaż samochodów spada na całym świecie, zagrażając ważnemu źródłu miejsc pracy w krajach takich jak Włochy, Francja i Słowacja. Taryfy celne prezydenta Trumpa na szereg produktów importowanych z Chin oraz na stal i aluminium w Europie zakłóciły funkcjonowanie łańcuchów dostaw.
Niemcy są szczególnie narażone na napięcia handlowe, ponieważ eksport stanowi prawie połowę produktu krajowego brutto kraju. Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów jest też najbardziej wrażliwa na spowolnienie w przemyśle samochodowym, ponieważ motoryzacja jest ich największą branżą eksportową.
W Europie wyrzuca się średnio ok. 179 kg żywności/osobę rocznie. Szacuje się, że w samej Polsce wynik ten wynosi aż 235 kg, gdzie do kosza najczęściej trafia aż 50% kupionego pieczywa oraz 1/3 warzyw i wędlin. Skutki takiego marnotrawstwa odbijają się nie tylko na domowym budżecie, ale mają również wymiar ekonomiczny, społeczny i ekologiczny. To, co kupujemy i w jakich ilościach, ma realny wpływ na otaczające nas środowisko oraz zmiany klimatu.
Marnotrawstwo żywności wywiera negatywny wpływ na wiele aspektów naszego życia. Mało kto ma świadomość, że ponad 20% produkcji gazów cieplarnianych dotyczy produkcji, przetwarzania oraz transportu żywności. Powstający w czasie psucia się żywności metan, jest prawie dwudziestokrotnie bardziej niebezpiecznym gazem cieplarnianym niż CO2. Ponadto, produkcja żywności wymaga dużych nakładów ze strony środowiska, głównie wody i energii, które są marnotrawione wraz z wyrzuconą żywnością. Wyrzucenie do kosza 1 kg wołowiny wiąże się ze zmarnowaniem od 5 do 10 ton wody użytej na jej wyprodukowanie.
Marnotrawstwo żywności jest nie tylko szkodliwe dla środowiska, ale również nieuzasadnione ekonomicznie. Przyczynia się ono do zwiększenia konsumpcji żywności, co w przypadku pojawienia się ograniczeń jej dystrybucji, może skutkować wzrostem cen żywności. To z kolei może spowodować, że dla większości konsumentów zakup pełnowartościowej żywności nie będzie możliwy, przez co będą oni kupować produkty gorszej jakości, co przyczyni się do tzw. ubóstwa jakościowego konsumowanych dań. Mimo że obecnie w produkcji żywności obowiązuje głównie odwrotny trend, wywołany efektem skali i koszt jednostkowy produktów spożywczych spada, tego typu sytuacje już się dzieją. W 2009 roku Oscar Nogueira ostrzegał, że rosnąca popularność jagód acai, będących dla wielu mieszkańców amazońskiej dżungli głównym źródłem protein, sprawia, że „typowe jedzenie biednych ludzi staje się czymś w rodzaju przysmaku”, osiągając status „superfood”[1]. Problem polega na tym, że mieszkańcy krajów wysokorozwiniętych w przeciwieństwie do Indian mają znacznie większy dostęp do bogatej w składniki odżywcze żywności. Niestety, w związku z panującym trendem, coraz częściej jagody acai, zamiast trafiać do społeczności lokalnej, kierowane są na eksport. Wątek moralny nie jest tu bez znaczenia. Marnowanie żywności przez konsumentów z „bogatej Północy” jest zwyczajnie nieetyczne ze względów na problem ubóstwa oraz biedy na świecie. W jaki sposób można zatem temu zapobiec?
Unia Europejska w walce z marnotrawieniem jedzenia
Problem nie mógł zostać niezauważony przez Parlament Europejski. W nowelizacji dyrektywy odpadowej dodana została kategoria „odpady żywności” oraz zapisy dotyczące redukcji, prewencji, budowania świadomości, monitoringu i przekazywania nadwyżek żywności. To nie wszystko. Państwa członkowskie powinny wprowadzić środki mające na celu promowanie zapobiegania powstawania oraz redukcji odpadów żywności. Zgodnie z Agendą na rzecz zrównoważonego rozwoju 2030, przyjętą przez Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych (ONZ) w dniu 25 września 2015 r., środki te powinny mieć na celu zapobieganie powstawania odpadów żywności i zmniejszenie ich wytwarzania w produkcji podstawowej, przetwórstwie i produkcji, w sprzedaży detalicznej i innej dystrybucji, w restauracjach i usługach gastronomicznych oraz w gospodarstwach domowych. Państwa członkowskie powinny dążyć do osiągnięcia orientacyjnego ogólnounijnego celu zmniejszenia ilości odpadów żywności o 30% do 2025 r. i o 50% do roku 2030. Co więcej, państwa członkowskie powinny wprowadzić zachęty do zbierania niesprzedanych produktów spożywczych na wszystkich etapach łańcucha dostaw żywności oraz wspierać bezpieczne przekazywanie ich dalej, w tym organizacjom charytatywnym. Kolejnym krokiem będzie podjęcie środków mających na celu zachęcanie do recyklingu, w tym kompostowania i fermentacji bioodpadów, a także zachęcanie do stosowania materiałów powstałych z bioodpadów. Wszystko w sposób zapewniający wysoki poziom ochrony środowiska.
Twój wybór ma znaczenie
14 sierpnia 2019 roku Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Na jej podstawie sprzedawcy żywności w placówkach o powierzchni sprzedaży powyżej 250 m kw. będą zobligowani do zawierania umów z organizacjami pozarządowymi o nieodpłatnym przekazywaniu jedzenia na cele społeczne, a także są zobowiązani do opłat za każdy kilogram marnowanej żywności. Niestety, jak wynika z danych Eurostatu, sprzedaż hurtowa i detaliczna odpowiada jedynie za 5% strat, podczas gdy gospodarstwa domowe za 42% marnowanej żywności. Właśnie dlatego decyzje zakupowe pojedynczych osób mają tak ogromne znaczenie.
Więcej informacji o tym, jak można zapobiegać zmianom klimatu już wkrótce na stronie h
Podczas spotkania we wrześniu, Rada Polityki Pieniężnej podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%.
Wydźwięk komunikatu po spotkaniu Rady był dwojaki. Z jednej strony jego istotna część poświęcona była informacjom o pogarszającej się globalnej sytuacji gospodarczej (i działaniach oraz sugerowanych planach działań decydentów z Fed oraz EBC w tym kontekście). Z drugiej natomiast komunikat wskazuje na cały czas dobrą sytuację gospodarczą w Polsce.
Podczas konferencji prasowej po spotkaniu, prezes RPP oraz towarzyszący mu członkowie Rady obecni na konferencji (prof. Łon oraz prof. Sura) zdawali się sugerować, że stopy procentowe w najbliższym czasie najpewniej pozostaną niezmienione. Prof. Łon stwierdził, że należy odsunąć myśl o podwyżkach stóp procentowych, wskazując, że skłaniałby się raczej w stronę decyzji po drugiej stronie spektrum możliwości – jest to komentarz zbieżny z jego wcześniejszą retoryką, jako najbardziej gołębiego członka RPP.
W kontekście wzrostu gospodarczego prof. Glapiński ponownie określił sytuację w Polsce mianem „cudu gospodarczego”, wskazując, iż – pomimo pogarszającej się sytuacji globalnej oraz lekko spowalniającego tempa ekspansji w kraju – koniunktura w polskiej gospodarce oraz jej perspektywy pozostają dobre.
W kontekście inflacji warto przytoczyć wypowiedź prof. Sury, który zwrócił uwagę, iż pomimo tego, że inflacja w ostatnim czasie rośnie szybciej od założeń, jest to związane przede wszystkim z kwestiami tymczasowymi (m.in. ze wzrostem cen żywności w konsekwencji zmian pogodowych oraz problemem ASF w Chinach). Prezes Glapiński również zdaje się nie obawiać wyższej inflacji, sugerując też – odpowiadając na liczne pytania dziennikarzy dotyczące tej kwestii – że wysokie podwyżki płacy minimalnej do 2023 roku, planowane przez PiS nie powinny zaowocować istotnie wyższą dynamiką cen.
Podsumowując, zdaniem RPP sytuacja w kraju oraz jej perspektywy są dobre, a inflacja powinna pozostawać umiarkowana. Kredytobiorcy cały czas raczej nie mają powodów do obaw. Obecnie wygląda na to, że stopy procentowe niemal na pewno pozostaną stabilne przez całość 2019 r., a może i dłużej.
W Polsce tematem gospodarczym numer jeden jest wizja wzbogacania się społeczeństwa przez gwałtowne podnoszenie płacy minimalnej. Dzisiaj po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej odbędzie się konferencja prasowa prezesa NBP, czyli będzie to idealny moment do zapoznania się z opinią jednego z najważniejszych organów państwa odnośnie do tego pomysłu.
Czy polski regulator wykona jakiś krok?
Dzisiaj kończy się posiedzenie RPP i poznamy decyzję w sprawie ewentualnych zmian stóp procentowych. Analitycy są zgodni, że do żadnej korekty nie dojdzie. Jednak wielu z nich czeka na konferencję prasową po spotkaniu zarządu. W szczególności na komentarz NBP w sprawie wpływu na gospodarkę zmian proponowanych przez partię rządzącą (i najprawdopodobniej kontynuującej rządy po październikowych wyborach). Możliwe, że szef największego ugrupowania postanowił uprzedzić wszelkie spekulacje i w porannym wywiadzie poinformował o swojej rozmowie z prezesem NBP, która utwierdziła go w przekonaniu, że przedstawione propozycje nie będą miały negatywnego wpływu na polski system ekonomiczny. Mimo to istotnym pytaniem pozostaje kwestia, jak gwałtowny wzrost wynagrodzeń wpłynie na inflację? Skoro chcemy podnosić pensję minimalną o 15%, a dalszy wzrost średniej pensji zakładamy w okolicach 7%, to taka sytuacja może powodować presję na wzrost cen. Gdyby rzeczywiście miało do tego dojść, to scenariusz obniżek stóp procentowych byłby niemal nierealny. W rezultacie, biorąc pod uwagę zapowiadane cięcia w innych krajach, byłby to sygnał umacniający złotego.
Słabe dane z Hiszpanii
Dzisiaj rano poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej z Hiszpanii. Oczekiwany wzrost miał wynieść zaledwie 1,5% w skali roku. Wynik był jednak mocno poniżej tych i tak słabych przewidywań i zatrzymał się na poziomie 0,8%. Pomimo tego, że usługi stały się główną częścią gospodarki, to wzrost produkcji przemysłowej w dalszym ciągu uchodzi za bardzo ważny parametr. Jego spowolnienie sugeruje w niedługim czasie również zdławienie wzrostu PKB, który w Hiszpanii w dalszym ciągu utrzymuje się powyżej 2%, ale wyraźnie spowalnia w ostatnich kwartałach.
Zmiany kadrowe w USA
Prezydent Donald Trump poinformował o zwolnieniu doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego Johna Boltona. Sama decyzja największy wpływ miała na rynek ropy naftowej, gdzie już doszło do spadku cen. Analitycy uważają, że następca na tym stanowisku będzie bardziej umiarkowany w kwestii Iranu, a to może przywrócić tamtejszą ropę do światowego handlu. Z drugiej strony warto przyjrzeć się spadającym notowaniom prezydenta. W sondażach popiera go coraz mniej Amerykanów. W rezultacie możemy być świadkami odcinania się amerykańskiego przywódcy od najbardziej skrajnych postaci w gabinecie w celu walki o wyborców środka sceny politycznej. Głównym powodem spadku popularności lokatora Białego Domu są obawy przed recesją. Wielu ekspertów uważa, że z tego powodu jego uwaga w o wiele większym stopniu skupi się na wewnętrznych kwestiach gospodarczych, a nie światowej polityce oraz stosunkach międzynarodowych i dlatego właśnie postanowił wymienić trzeciego już w tej kadencji doradcę ds. bezpieczeństwa.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Zespół inżynierów REbuild ukończył pierwszy wielkoformatowy wydruk z użyciem autorskiej, w pełni funkcjonalnej drukarki 3DCP (3D Construction/Concrete Printing) do betonu. Jest to pierwszy w Polsce budynek wydrukowany z użyciem tej technologii.
Zespół REbuild
Betonowy budynek w Otrębusach
Branża budowlana jest jedną z ostatnich wielkich branż, która nie została zautomatyzowana. Obserwując trendy rynkowe i rozwój koncepcji typu Przemysł 4.0, podjęliśmy wyzwanie polegające na połączeniu budownictwa i druku 3D. Stworzyliśmy drukarkę 3DCP i autorską mieszankę betonową, a zwieńczeniem tego etapu prac jest ten wydrukowany budynek – mówi dr inż. Michał Kowalik, prezes zarządu REbuild. Do tej pory maszyna drukowała mniejsze obiekty, takie jak ławki, stoły czy grille. Jej przeznaczeniem są jednak budynki i pod tym kątem jest ona stale rozwijana. To pierwszy tego typu wydruk w Polsce z wykorzystaniem betonu – dodaje.
Budynek ma 7 mkw. Do jego wydruku zużyto ok. 6 ton betonu. Obecnie można zobaczyć go w siedzibie firmy w Otrębusach pod Warszawą.
3D w 13 godzin
Beton to jeden z najpowszechniejszych materiałów wykorzystywanych w budownictwie. Stawianie budynków to obecnie proces wymagający znacznego zaangażowania wykwalifikowanego personelu, środków oraz surowców. Wykorzystanie druku 3D może w tym względzie zrewolucjonizować oblicze branży i znacznie ją zautomatyzować. Inżynierowie REbuild szacują, że ich wynalazek pozwoli na wydrukowanie domu, którego koszty mogą stanowić jedynie połowę (do 80 proc.) obecnej ceny budowy, a wydruk podobny do tego w Otrębusach, zajmie nie więcej niż 13 godzin.
Innowacyjna drukarka 3DCP do betonu
Zespół rozpoczął prace nad maszyną w 2018, jednak kluczowe dla rozwoju drukarki okazało się ostatnie 5 miesięcy od czasu pozyskania inwestorów i 250 tys. euro na rozwój wynalazku. Środki te pozwoliły przyspieszyć prace rozwojowe nad ekstruderem (głowica drukująca), systemem podawania mieszanki czy napędami. REbuild jest także w trakcie procesów certyfikacji i pisania norm dla druku 3D w budownictwie oraz ma na swoim koncie badania ponad 60 mieszanek i kilka autorskich zapraw. Spółka przygotowała również kilkanaście wniosków patentowych (w tym dwa międzynarodowe), a w najbliższym czasie planuje tę liczbę powiększyć.
Przyszłością branży budowlanej jest BIM (Building Information Modeling), budownictwo ekologiczne, recykling, automatyzacja procesów oraz duże wykorzystanie prefabrykatów. Drukarka, którą stworzyliśmy jest odpowiedzią na te potrzeby sektora – wyjaśnia dr inż. Rafał Perz, członek zarządu REbuild.
Zespół ma w najbliższych planach dalszy rozwój technologii 3DCP. Przede wszystkim chcą oni jako pierwsi na świecie wdrożyć technologię automatycznego układania zbrojenia i budowy szalunków. Inżynierowie spółki stawiają na dalszy rozwój własności intelektualnej (IP), sprzedaż drukarek i usług typu druk na zamówienie wyposażenia ogrodowego, małej architektury, nietypowych elementów konstrukcyjnych czy małych budynków.
– Gospodarka o Obiegu Zamkniętym to niezbędny kierunek do wzmocnienia naszej konkurencyjności względem rynków europejskich i światowych – ocenia przyjętą przez rząd mapę drogową GOZ prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik. I dodaje, że ideę GOZ należy realizować na wielu poziomach, m.in. poprzez specjalne zachęty dla przedsiębiorców czy edukowanie samych konsumentów.
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Jak podkreśla Związek Cyfrowa Polska, zrzeszający największe w Polsce firmy z branży nowoczesnych technologii, od dawna wspiera on wdrażanie idei GOZ w Polsce, ponieważ jest to jedyna droga, by nasza gospodarka była innowacyjna oraz konkurencyjna. – Taka mapa drogowa, którą opracowało Ministerstwo Przedsiębiorczości była przez naszą branżę od dawna oczekiwana. Bo wdrażanie w życie GOZ to nie tylko zapisy w ustawie, ale szereg działań około regulacyjnych, jak np. wytworzenie pewnej kultury, promowanie dobrych praktyk czy budowanie świadomości zarówno wśród przedsiębiorców, urzędników, jak i konsumentów – mówi Michał Kanownik.
Cyfrowa Polska zgadza się z priorytetami wyznaczonymi przez MPiT do wdrażania GOZ w Polsce, jak choćby współpracę pomiędzy przemysłem i sektorem nauki, stworzenie europejskiego rynku na surowce wtórne czy rozwój sektora usług.
– Bezdyskusyjnie zużyty sprzęt elektryczny i elektroniczny jest źródłem wielu cennych surowców, których ponowne przetworzenie jest tańsze niż wydobycie. A co ważne, odzysk tych surowców pozwoli uniezależnić się od ich importu spoza Unii – mówi prezes Związku. I zaznacza: – Trzeba jednak pamiętać, że dojście do Gospodarki o Obiegu Zamkniętym to długi proces, który będzie wymagał współpracy na linii administracja – przedsiębiorcy. Ważne to będzie w zwłaszcza w pierwszej fazie, by zrekompensować przedsiębiorcom nieuniknione koszty, by dostosować swój biznes – np. linie produkcyjne – do nowych wymagań. Zdaniem Michała Kanownika rząd powinien zachęcać przedsiębiorców do przechodzenie na GOZ np. poprzez ulgi lub zwolnienia podatkowe, specjalne dopłaty, dodatkowe punkty w przetargach dla administracji czy szybkie ścieżki przy załatwianiu spraw administracyjnych. – Zachęty dla przedsiębiorców wspierające ideę GOZ zaprocentują nowymi modelami biznesowymi, co w rezultacie będzie pozytywne dla samych konsumentów – dodaje prezes Cyfrowej Polski.
Związek zauważa też ważną rolę właśnie konsumentów w funkcjonowaniu GOZ. – Dziś konsumenci nie wiedzą, czy kupując sprzęt jest on całkowicie nowy czy też pochodzi z reuse. A przecież powinni mieć świadomość i sami wybierać czy kupują np. coś co jest przetworzone, ale generuje mniej odpadów i jest tańsze czy też nie – podkreśla Michał Kanownik. I dodaje: – Dlatego sądzę, że konsumentów należy edukować, że rynek nie jest jednorodny i że sami mogą mieć na niego wpływ.