Gotówka czy płatność online? Co wybierają Klienci e-commerce?

Najwięcej zwolenników przelewów natychmiastowych jest wśród przedstawicieli pokolenia Z, czyli urodzonych po 2000 r. Aż 42% przedstawicieli tej grupy wiekowej uważa, że przelewy natychmiastowe powinny być standardem.

Przekonanie to jest bardzo popularne praktycznie we wszystkich analizowanych grupach (zawsze niemal lub nieco powyżej 30% wskazań).

Jeśli chodzi o standardowe działania podejmowane w chwili wyboru sposobu płatności w czasie zakupów w e-sklepach, to w każdym pokoleniu 37% badanych przez Kantar TNS szuka na stronie sklepu logotypu swojego banku (za wyjątkiem grupy 61+). Z kolei logotypu preferowanego systemu płatności, takiego jak Paybynet, szuka na stronie ok. 16% badanych.

Jednocześnie gotówką przy odbiorze zakupów w e-sklepach chętniej płacą najmłodsi. Niemal 44% przedstawicieli pokolenia Z przedkłada gotówkę nad elektroniczne metody płatności. W pozostałych grupach wiekowych odsetek ten oscyluje wokół 35%. Nie ma w tym sprzeczności, bo jednocześnie wielu młodych ludzi nie ma jeszcze konta bankowego bądź wystarczająco dużych na nim oszczędności.

– Jednym z powodów, dla których kupujemy online, jest chęć oszczędzenia czasu, który musielibyśmy przeznaczyć na wizytę w tradycyjnych sklepach. Ta chęć przyspieszenia procesu zakupowego powoduje również, że wybieramy narzędzia umożliwiające jak najszybszą płatność: czy to przelew natychmiastowy, czy też szybką płatność internetową, np. Paybynet – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Barbrich z ZBP.

Polscy pracownicy nie boją się automatyzacji

Automatyzacja stwarza więcej możliwości niż zagrożeń – tak uważa 63% polskich pracowników, którzy wzięli udział w badaniu przeprowadzonym przez PwC. Dodatkowo, 67% respondentów pozytywnie postrzega wpływ technologii na swoją obecną pracę, choć zdaje sobie sprawę, że konieczne będzie zdobycie nowych kompetencji, by utrzymać się na rynku pracy. Gotowość do uczenia się oraz przekwalifikowania wyraża aż 89% badanych, znacznie więcej niż na świecie.

Z danych zebranych w raporcie PwC „Upskilling Hopes & Fears” wynika, że pracownicy w Polsce optymistycznie patrzą na proces automatyzacji pracy. 63% twierdzi, że automatyzacja stwarza więcej możliwości niż zagrożeń (globalnie takie zdanie wyraziło 50% badanych). 46% jest zdania, że automatyzacja stwarza ryzyko dla istnienia pewnych miejsc pracy (54% odpowiedzi globalnie).

Patrząc na zmiany jakie zachodzą na rynku pracy w związku z transformacją cyfrową, większość respondentów (75% w Polsce, 76% na świecie) jest zdania, że ich praca znacznie się zmieni, ale raczej w dłuższej perspektywie, 6-10 lat. Spośród tych, którzy pozytywnie oceniają wpływ nowych technologii na rynek pracy, 40% (41% globalnie) ma nadzieje, że nowe narzędzia będą w stanie rozwiązać ważne problemy, a 41% (39% globalnie) spodziewa się, że ich praca stanie się ciekawsza.

76% prezesów firm na świecie jako główne wyzwanie dla rozwoju biznesu wskazuje na dostęp do kluczowych kompetencji. Bardzo wielu szefów przedsiębiorstw, szczególnie w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, mówi o rosnących problemach z rekrutacją pracowników. W Polsce automatyzacja pracy z jednej strony może częściowo rozwiązać problem pogłębiającej się luki na rynku pracy, z drugiej zaś rodzi po stronie pracodawców odpowiedzialność za rozwój umiejętności swojej kadry, która musi nauczyć się pracy w cyfrowym środowisku. – Adam Krasoń, prezes PwC na Polskę, Ukrainę i kraje bałtyckie.

Nowa rzeczywistość, nowe kompetencje

Jak zauważają eksperci PwC, głównym powodem, dla którego polscy pracownicy obawiają się automatyzacji jest to, że może ona całkowicie przejąć ich zadania – taką możliwość zakłada 60% badanych.

Pracownicy w Polsce są bardzo świadomi zmian, jakie zachodzą w związku z cyfryzacją. Ich praca już teraz wygląda inaczej niż jeszcze kilka lat temu, a tempo transformacji nie zwalnia. W związku z tym większość z nich za oczywiste uznaje konieczność zdobywania nowych umiejętności, dopasowanych do zmieniającej się rzeczywistości. Chęć podnoszenia kompetencji, a nawet przekwalifikowania, wyraża 89% badanych, przy średniej globalnie na poziomie 77%. – Jan Tokarski, lider transformacji, partner w PwC.

Obecnie 87% osób, które wzięły udział w badaniu PwC w Polsce, przyznaje, że aby lepiej zrozumieć nowe technologie, uczestniczy w kursach i szkoleniach (77% globalnie). Dlatego też, jedynie 18% respondentów w Polsce (24% globalnie) obawia się, że może nie mieć odpowiednich kompetencji do wykonywania pracy w przyszłości, a 15% twierdzi, że nie będzie w stanie zdobyć nowych umiejętności.

Ogromną rolę w procesie dopasowywania wiedzy pracowników do nowej rzeczywistości odgrywają pracodawcy. Obecnie – zdaniem badanych – 73% pracodawców zapewnia możliwość udziału w szkoleniach w zakresie kompetencji cyfrowych. Jednak tylko 27% pracowników bierze w nich udział, a 71% kształci się indywidualnie.

Postęp w zakresie digitalizacji wykluczy wiele zawodów w ciągu najbliższych kilkunastu lat. Z drugiej strony – istniejące zawody i stanowiska pracy podlegać będą dynamicznej transformacji. Powstanie też wiele nowych zawodów, wymagających zupełnie innych niż dzisiaj umiejętności, zwłaszcza w obszarze cyfrowym. Zwiększone wymagania rynku w tym zakresie będą miały największe znaczenie dla obszaru edukacji publicznej i zawodowej. – Jan Tokarski, lider transformacji, partner w PwC.
89% pracowników w Polsce jest gotowych do zdobywania nowych kompetencji i przekwalifikowaniaSpośród 11 krajów, które wzięły udział w badaniu, pracownicy w Chinach i Indiach najbardziej pozytywnie oceniają wpływ nowych technologii na rynek pracy, pomimo wyrażanego przekonania, że ich praca znacząco się zmieni. Pracownicy w tych krajach mają także więcej okazji do rozwijania umiejętności cyfrowych: odpowiednio 97% i 95% z nich otrzymuje taką możliwość od swoich pracodawców. Z drugiej strony, pracownicy w Wielkiej Brytanii i Australii twierdzą, że mają najmniej możliwości zyskiwania nowych kompetencji, co wyraźnie przekłada się na ich mniej optymistyczne podejście do cyfryzacji i automatyzacji pracy.

O badaniu PwC Upskilling Hope & Fears

Badanie zostało przeprowadzone w lipcu 2019 na łącznej próbie 22098 osób z 11 krajów: RPA, Niemiec, Holandii, Indii, Australii, Francji, Singapuru, Chin, USA, Wielkiej Brytanii i Polski. W Polsce odpowiedzi udzieliło 2010 respondentów.

Właścicielka czeka już ponad 13 lat na odszkodowanie za wywłaszczoną na potrzeby drogi publicznej nieruchomość

Przez ponad 12 lat organy administracji publicznej ustalały kwotę należnego właścicielce gruntu odszkodowania za wywłaszczoną nieruchomość. Gdy już to uczyniły, to w sposób dla niej krzywdzący, zaniżający jego wysokość, bo jak stwierdził Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu w wyroku z 9 lipca 2019 r., konsekwentnie pomijały przedstawione przez właścicielkę dowody, naruszając przepisy Konstytucji, które, dopuszczając wywłaszczenie, nakazują czynić to pod warunkiem zapłaty słusznego odszkodowania (sygn. akt II SA/Op 25/19).

Jak stanowi art. 134 ust. 1 ustawy o gospodarce nieruchomościami (Dz.U. 1997 nr 115, poz. 741, ze zm., dalej: u.g.n.), podstawę ustalenia wysokości odszkodowania za wywłaszczoną nieruchomość stanowi jej wartość rynkowa. Z kolei ust. 3 precyzuje, że wartość tę określa się według aktualnego sposobu użytkowania nieruchomości. Zgodnie z zasadą korzyści wyrażoną w ust. 4: „Jeżeli przeznaczenie nieruchomości, zgodne z celem wywłaszczenia, powoduje zwiększenie jej wartości, wartość nieruchomości dla celów odszkodowania określa się według alternatywnego sposobu użytkowania wynikającego z tego przeznaczenia” (Dz.U. 1997 nr 115, poz. 741, ze zm.).

Właścicielka czeka na odszkodowanie już ponad 13 lat

Na mocy przepisów ustawy z dnia 29 kwietnia 1985 r. o gospodarce gruntami i wywłaszczeniu nieruchomości (Dz.U. 1985 nr 22, poz. 99) dokonano podziału nieruchomości na potrzeby wydzielenia działki pod budowę obwodnicy drogowej. 12 grudnia 2005 r. właścicielka gruntu wystąpiła do organu o ustalenie i zapłatę na jej rzecz odszkodowania za przejętą na potrzeby drogi publicznej nieruchomość. Czas na to zgodnie z art. 73 ust. 4 Ustawy z dnia 13 października 1998 r. – Przepisy wprowadzające ustawy reformujące administrację publiczną (Dz.U. 1998 nr 133, poz. 872, ze zm., dalej: p.w.u.r.a.p.) miała od 1 stycznia 2001 r. do 31 grudnia 2005 r.

Ostateczną decyzję w sprawie nabycia z mocy prawa przez Skarb Państwa własności przedmiotowej działki wojewoda wydał 4 sierpnia 2006 r. Próbę ustalenia odszkodowania wielokrotnie podejmował organ pierwszej instancji, decyzjami z dnia 6 grudnia 2007 r., 9 listopada 2009 r., 19 maja 2011 r., 31 grudnia 2012 r., oraz 24 marca 2017 r. Jednak wszystkie te decyzje zostały uchylone przez wojewodę, a rozstrzygnięcie sprawy przekazane do ponownego rozpoznania organowi pierwszej instancji.

Po wydaniu kolejnej decyzji i kolejnym jej uchyleniu dnia 9 października 2017 r. starosta 10 sierpnia 2018 r. wydał decyzję ustalającą na rzecz wywłaszczonej odszkodowanie w wysokości 31 597 zł, której nie uchylił wojewoda.

Wywłaszczona działka stanowiła część składową większej nieruchomości

Właścicielka zażądała uchylenia tej decyzji. Zarzuciła jej oparcie na wadliwym i nierzetelnym operacie szacunkowym, który nie uwzględniał rzeczywistego przeznaczenia gruntu. Jak wskazała, zajęta droga stanowiła jedynie część składową całej działki wykorzystywanej do działalności rzemieślniczej. Dlatego też przeznaczenie nieruchomości należało ustalić na podstawie planu zagospodarowania przestrzennego, aktualnego na dzień wydania decyzji o odszkodowaniu.

Dla organów wszystko było jasne

Organ odwoławczy stał na stanowisku, że wysokość odszkodowania została wyliczona prawidłowo, gdyż zgodnie z art. 73 ust. 5 p.w.u.r.a.p.: „Podstawę do ustalenia wysokości odszkodowania stanowi wartość nieruchomości według stanu z dnia wejścia w życie ustawy, przy czym nie uwzględnia się wzrostu wartości nieruchomości spowodowanego trwałymi nakładami poczynionymi po utracie przez osobę uprawnioną prawa do władania gruntem” (Dz.U. 1998 nr 133, poz. 872, ze zm.).

Zdaniem organu o tym, czy grunt był przeznaczony pod drogę, czy inne cele decyduje więc jej przeznaczenie ujawnione w planie miejscowym w dacie wejścia w życie p.w.u.r.a.p., czyli 29 października 1998 r.

Właścicielka przedstawiła dowody, ale organy nie wzięły ich pod uwagę

W odpowiedzi właścicielka przedłożyła szereg dowodów potwierdzających m.in., że wywłaszczona została część stanowiącej całość działki, na której prowadzony był zakład wyposażony w infrastrukturę techniczną, a także budynki garażowo-gospodarcze i mieszkalne. Natomiast podziału działki i wyodrębnienia gruntu stanowiącego przedmiot wywłaszczenia właścicielka dokonała wyłącznie ze względu na zaplanowaną budowę drogi. Stan ten istniał także w dniu 29 października 1998 r. Organy obu instancji nie wzięły jednak pod uwagę przedstawionych przez nią dowodów.

Właścicielka wniosła skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego. Stała na stanowisku, iż takie działania organów naruszają zasadę prawdy obiektywnej, gdyż nie biorą pod uwagę, że nie utraciła ona w wyniku wywłaszczenia nieruchomości zajętej pod drogę, a nieruchomość zabudowaną o znacznie wyższej wartości. Wskazała, że w decyzji burmistrza z dnia 7 listopada 1989 r. zatwierdzającej projekt podziału nieruchomości była ona ujmowana jako jedna działka. Zarzuciła również, że autor operatu szacunkowego nie tylko nie ustalił przeznaczenia działki, jakie posiadała przed dniem wywłaszczenia, ale także nie wziął pod uwagę potencjału rynku lokalnego, który wzmacniało sąsiedztwo terenów o sporym nasileniu inwestycyjnym. Z wykładni art. 134 u.g.n. wywiodła, że działka powinna zostać wyceniona według jej faktycznego użytkowania lub alternatywnie, według przeznaczenia drogowego, a wyższy wynik jednej z dwóch tak dokonanych wycen winien stanowić właściwą wysokość odszkodowania. Jej zdaniem doszło więc do zaniżenia przez organy wartości wywłaszczonej nieruchomości.

Zasada korzyści

WSA w Opolu, dokonując wykładni art. 73 p.w.u.r.a.p., zgodził się z organami, że do ustalenia wysokości odszkodowania stosuje się odpowiednio przepisy ustawy o gospodarce nieruchomościami z zastrzeżeniem art. 73 ust. 5 p.w.u.r.a.p. A jak wskazał sąd: „Zastrzeżenie to odnosi się do stanu nieruchomości traktowanej jako pewna całość, z której wydzielono grunt pod drogę, a nie fragmentu pod drogę już zajętego. Wniosek przeciwny sprowadzałby się do absurdu polegającego na konieczności wyceny wycinka drogi, gdyż w takim stanie była wyceniana część nieruchomości w dniu wejścia w życie ustawy” (sygn. akt II SA/Op 25/19).

Sąd poparł stanowisko skarżącej, że w sposób nieuprawniony nie zastosowano wobec niej zasady korzyści zawartej w art. 134 ust. 4 ustawy o gospodarce nieruchomościami. Sporządzający operat biegły błędnie przyjął bowiem, że skoro działka przeznaczona jest pod tereny drogowe i została wywłaszczona pod budowę drogi, to nie ma potrzeby weryfikowania, czy nastąpiło w tym przypadku zwiększenie wartości tej działki. Uchylając decyzje organów pierwszej i drugiej instancji, WSA orzekł:

„W rozpoznawanej sprawie organy i w ślad za nimi rzeczoznawca majątkowy konsekwentnie pomijały przedstawione przez skarżącą dowody wskazujące na mieszkalno-produkcyjny charakter nieruchomości, z której wydzielono grunt pod drogę, poprzestając na stwierdzeniu, że skoro wywłaszczona część nieruchomości w planie miejscowym przeznaczona jest pod drogę, to należy określić jej wartość jako działki drogowej. Prowadzi to jednak do drastycznego pokrzywdzenia właścicieli droższych, lepiej zainwestowanych, położonych w atrakcyjniejszych miejscach nieruchomości, w stosunku do właścicieli wywłaszczonych nieruchomości niezainwestowanych, gruntów rolnych, nieużytków i.t.p., gdyż w takim wypadku – z uwagi na przeznaczenie drogowe w planie – wycena jednej i drugiej nieruchomości byłaby zbliżona. (…) W sposób oczywisty narusza to art. 21 ust. 2 Konstytucji RP, który dopuszcza wprawdzie wywłaszczenie, ale czyni to pod warunkiem, że jest ono dokonywane na cele publiczne i za słusznym odszkodowaniem” (wyrok WSA w Opolu z 9 lipca 2019 r., sygn. akt II SA/Op 25/19).

Niezbędny nadzór nad urzędniczym bezprawiem

Jak widać, organy walczą o zabezpieczenie majątku Skarbu Państwa kosztem tych, którzy to państwo tworzą. Czynią to nie tylko poprzez pobór na jego rzecz możliwie jak największych danin, ale również poprzez wypłatę należnych im świadczeń w możliwie jak najniższej wysokości lub wstrzymywanie ich wypłat, nawet przez 13 lat.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Należności rosną szybciej od PKB, poziom moralności finansowej Polaków spada

Członkowie KPF z branży windykacyjnej w okresie ostatnich 4 lat odzyskali już kwotę ponad 10 mld zł. Tylko w I kwartale 2019 roku przywrócili do normalnego obrotu gospodarczego 1,12 mld zł, zarządzając obecnie portfelami wierzytelności o nominalnej wartości 86,28 mld zł. Odnosząc tę wartość do wartości portfeli oszacowanych przez GUS na koniec 2018 roku, posiadali oni około 97% rynku[1]. To jednak wciąż za mało w gospodarce, w której portfele należności rosną szybciej od PKB, a poziom moralności finansowej spada.

Pomimo utrzymywania się dobrych wskaźników ekonomicznych, w naszym kraju rośnie zarówno liczba, jak i wartość długów, ujawnianych w rejestrach negatywnej informacji w BIGach – praktycznie we wszystkich sektorach polskiej gospodarki, poczynając od gospodarstw domowych, na budownictwie czy handlu kończąc. Rosnącemu PKB, w sposób naturalny, towarzyszy rosnąca skala finansowania działalności kredytem handlowym czy finansowym. Jednak powiększające się saldo należności przeterminowanych ani przez wierzycieli pierwotnych, ani nawet wtórnych, a tym bardziej przez Rząd, nie jest odbierane ze spokojem.

Andrzej Roter
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

 Rząd zauważył już ryzyko osłabienia wzrostu gospodarczego w wyniku nieterminowego wywiązywania się z zaciągniętych zobowiązań wobec kontrahentów. W odpowiedzi na ten problem stworzył nowe przepisy w sprawie zatorów płatniczych, których katalizatorem stały się między innymi wyniki badań KPF i KRD nad jakością portfeli należności polskich przedsiębiorstw. Jednak same przepisy, nawet najlepsze, nie wystarczą do rozwiązania tego poważnego problemu. Potrzebna jest spójna dla wielu różnych obszarów polityka Rządu, skutkująca racjonalnym wsparciem dla wierzycieli z wszystkich sektorów polskiej gospodarki, umożliwiająca im skuteczną realizację praw własności – stwierdził Andrzej Roter, Prezes KPF.

Wartość obsługiwanych wierzytelności

Zgodnie z danymi z najnowszego raportu KPF, wartość nominalna portfeli wierzytelności, zarządzanych przez Członków KPF – uczestników badania ankietowego – osiągnęła na koniec I kwartału 2019 r. 86,28 mld zł, co oznacza wzrost względem analogicznego okresu 2018 roku o 9,3%. To może oznaczać, że portfele należności polskich przedsiębiorstw rosną nawet szybciej niż polska gospodarka, co wymaga bacznej obserwacji przez analityków gospodarczych. Jedną z przyczyn takiej sytuacji może być niski poziom moralności finansowej w Polsce, jak ujawniają wyniki najnowszych badań KPF w tym obszarze[2]. Tym ważniejsze jest usuwanie barier w poprawie efektywności zarządzania wierzytelnościami, jak choćby tych związanych z dostępem do informacji o miejscu pobytu dłużnika, jego zameldowania, wielkości i tytułach zadłużenia.

– Systematyczne analizy i publikacje tzw. informacji negatywnych w BIG-ach dobitnie pokazują, że rynek potrzebuje skutecznych działań na rzecz przywracania do obiegu środków z rosnących należności finansowych. Trzeba bowiem chronić potencjał wzrostu polskiej gospodarki. To także skuteczny sposób na ochronę polskich gospodarstw domowych przed nadmiernym wzrostem cen usług i produktów – powiedział Andrzej Roter, Prezes KPF.

Przywracanie środków finansowych do normalnego obrotu gospodarczego

Po najwyższym poziomie odzysku środków z należności przeterminowanych, odnotowanym w ostatnim kwartale 2018 roku, w I kwartale br. kontynuowany był spadek wskaźnika przeciętnego udziału odzyskanych środków w portfelach firm członkowskich KPF. Przeciętny wskaźnik odzysku przez firmy członkowskie KPF środków, w relacji do ich wartości nominalnej netto, wyniósł 2,56%. Mimo względnie niskiego wskaźnika, Członkowie KPF przywrócili w I kwartale 2019 roku do normalnego obrotu gospodarczego ponad 1,12 mld zł. W całym roku 2018 odzyskali ponad 2,7 mld zł, co zgodnie z danymi GUS stanowi 74% wszystkich środków odzyskanych w tym roku przez branżę windykacyjną[3]. Łącznie, do normalnego obrotu udało się przywrócić w okresie od I kwartału 2015 do I kwartału 2019 roku ponad 10 mld zł.

 Działalności windykacyjnej, prowadzonej przez wszystkich wierzycieli, muszą towarzyszyć wysokie standardy etyki zawodowej. Stąd tak ważnym dla Członków naszej organizacji jest fakt uznawania przez UOKiK w wielu obszarach merytorycznych Zasad Dobrych Praktyk Windykacyjnych KPF za wyznacznik dobrych obyczajów i rzetelności kupieckiej. Stosowanie się do tych zasad zapewnia realizację ważnych funkcji gospodarczych i społecznych działalności windykacyjnej, ale z zachowaniem słusznych interesów dłużników. Ważne jest więc, by zasady te, jako obowiązujące w swej działalności, przyjmowali wszyscy praktycy rynkowi z sektora zarządzania wierzytelnościami – podkreślił Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

[1] Wielkość polskiego rynku wierzytelności. I kwartał 2019, Raport KPF 

[2] Anna Lewicka Strzałecka. Moralność finansowa Polaków. KPF 2019.

[3] Działalność przedsiębiorstw windykacyjnych w 2018 roku. Informacja sygnalna, GUS, lipiec 2019.

Sztuczna inteligencja uczy się mówić w języku Klienta i rozumieć jego komunikaty

Przyjęło się, że język angielski jest uniwersalnym środkiem komunikacji w świecie biznesu. Już prawie każda większa korporacja posiada obcojęzyczną stronę internetową i pracowników przeszkolonych do obsługi klienta anglojęzycznego. Lecz co w przypadku, gdy nasi klienci zdecydują porozumiewać się w ich ojczystym języku? Z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja.

Wyobraźmy sobie sytuację, w której zarządzamy dużym biurem obsługi klienta w firmie działającej na rynkach międzynarodowych. Pewnego dnia skrzynki odbiorcze naszych pracowników zalewa fala e-maili z całego świata w różnych językach. Po nadmiernym używaniu wykrzykników oraz Caps Locka przez klientów wnioskujemy, że sytuacja jest bardzo poważna. Pracownicy nie nadążają z tłumaczeniem pojedynczych wiadomości przez translatora i odpowiadaniem na nie. Nagle rodzi nam się kryzys, bowiem nie wiemy, co się dzieje, a nie jesteśmy w stanie w minutę nauczyć osób zatrudnionych dodatkowego języka. I to właśnie jest dobry moment, aby dodać do zespołu algorytm bazujący na sztucznej inteligencji.

Międzyjęzykowe podejście do klienta – jak to działa?

W kolejnych latach sztuczna inteligencja nie tylko wyręczy nas w monotonnych obowiązkach, ale i ułatwi zarządzanie procesem zakupowym klienta posługującego się swoim ojczystym językiem.

By w pełni zrozumieć proces należy wytłumaczyć kilka najważniejszych kwestii.

Za interpretację znaczenia słów odpowiada NLU (ang. Natural Language Understanding). Podejście to umożliwia rozumienie mowy ludzkiej przez komputery. Aby móc stworzyć warunki do wykorzystywania AI w pracy z wieloma językami, należy najpierw zaprojektować odpowiednie podłoże leksykalne dla tych działań. Mowa tu o przygotowaniu tzw. przestrzeni semantycznych – zbiorów znaczeń słów i fraz podlegających przetwarzaniu w obrębie danego języka.

Dotychczas, firmy zajmujące się przetwarzaniem języka naturalnego tworzyły pojedyncze przestrzenie semantyczne. Pozwalało to na pracę tylko i wyłączeniu w obrębie jednego języka. U podstaw nowego podejścia leży stworzenie jednej wspólnej przestrzeni dla wszystkich języków, które mają być przetwarzane przez sztuczną inteligencję.

– W naszych rozwiązaniach z obszaru NLP (ang. Natural Language Processing) przenosimy zasoby ze wszystkich języków do jednego zbioru – tłumaczy Tomáš Brychcín, osoba odpowiedzialna za rozwój działań NLP w SentiSquare. – Taki sposób pozwala nam później łatwo mapować znaczenia poszczególnych słów i fraz w językach innych niż angielski. Dużą zaletą naszego podejścia jest łatwość rozszerzania zbioru języków. Mając np. przestrzeń semantyczną składającą się z 3 języków, możemy w łatwy, zautomatyzowany sposób poszerzać ją o kolejne. W praktyce oznacza to, że nasze algorytmy (przestrzenie semantyczne) uczą się, że frazy „opóźnienie lotu”, „flight delay” i „Flugverspätung” mają podobne znaczenie.

Efektem takiego rozwiązania jest zdolność AI do uczenia się, interpretacji i porządkowania komunikatu w każdym dostępnym języku na świecie.

Zastosowanie i korzyści

Największą zaletą wykorzystania wspólnej przestrzeni semantycznej jest fakt, że firmy mogą skutecznie wykorzystywać sztuczną inteligencję nawet jeśli mają ubogą bazę słów i zwrotów w danym języku.

Jak poradzić sobie z niedoborem danych?

– Najlepiej posłużyć się przykładem – mówi Brychcín. – Weźmy pod lupę linie lotnicze, bo te obsługują klientów w wielu językach. Statystycznie 50% wszystkich prowadzonych rozmów jest realizowanych po angielsku, a pozostała część w 50 innych językach. Według dostępnych danych firma posiada bogatą bazę słów po angielsku, ale ubogą w pozostałych językach. Jednak dzięki wykorzystaniu wspólnej przestrzeni semantycznej, sztuczna inteligencja może skutecznie posługiwać się pozostałymi 50 językami. Jak? Odpowiedź jest prosta. Dzieje się tak, ponieważ AI jest w stanie zinterpretować znaczenie słów we wszystkich językach bazując na znaczeniach  z angielskiego.

Taki system znajduje zastosowanie nie tylko w branży lotniczej. Można go wykorzystać  niemal we wszystkich sektorach, w tym. m.in. w bankowości, telekomunikacji, call center,  sektorze medycznym czy administracji publicznej.

Czesi wdrażają już system u jednego z klientów

Można się spodziewać, że wkrótce rozwiązania z obszaru wielojęzycznego przetwarzania mowy zrewolucjonizują działalność wielu obszarów nowoczesnego biznesu. Mowa o m.in. aplikacjach wykorzystujących automatyczne tłumaczenia maszynowe, międzynarodowych działach obsługi klienta i elektronicznych bazach informacji.

Wśród wciąż wąskiego grona firm, które rozwijają nowoczesne rozwiązania w obszarze NLP jest SentiSquare. Czesi są na etapie wdrażania komercyjnego wielojęzycznego podejścia u jednego z klientów. Firma dotychczas swoją technologię testowała wykorzystując przestrzeń semantyczną obejmującą 6 języków należących do różnych rodzin językowych – jak twierdzą przedstawiciele firmy – efekt przerósł ich oczekiwania.

***

Słowniczek:

  • NLU (ang. Natural Language Understanding) – rozumienie języka naturalnego przez komputery.
  • NLP (ang. Natural Language Processing) – przetwarzanie języka naturalnego.
  • Przestrzeń semantyczna – zbiór znaczeń słów i fraz podlegających przetwarzaniu w obrębie danego języka.

Zapowiedziany wzrost płacy minimalnej uderzy głównie w niskomarzowy biznes

Rząd zapowiedział, że wynagrodzenie minimalne w 2020 roku wyniesie 2600 złotych brutto, wobec 2250 zł w 2019 roku. Inaczej niż zapowiadano, jeszcze w sierpniu br. (płaca miała wzrosnąć do 2450 zł), wzrost wyniesie 350 zł. To bezprecedensowe tempo wzrostu najniżej płacy będzie ogromnym wyzwaniem dla przedsiębiorstw, które w ciągu kwartału będą musiały niespodziewanie znaleźć dodatkowe środki.

Sonia Buchholtz
Sonia Buchholtz z Konfederacji Lewiatan

Trudno w tej decyzji nie dostrzegać kontekstu wyborczego – płaca minimalna w wysokości 2600 złotych w przyszłym roku ma być etapem przejściowym w dojściu do 3000 zł w 2021 i 4000 zł w 2024, co ogłoszono w weekend na konwencji wyborczej partii rządzącej. Gdyby bowiem miała wynosić 2450 zł w 2020 roku, oznaczałoby to konieczność jej podniesienia w 2021 roku o 550 zł, aby obietnica została zrealizowana.

Płaca minimalna jest narzędziem przeciwdziałającym ubóstwu pracujących. Zarazem, wybór jej wysokości jest ogromnym wyzwaniem – by cel społeczny zrealizować, ale zarazem ingerencją w mechanizm rynkowy, nie zaszkodzić gospodarce. Skokowy wzrost płacy minimalnej, wyraźnie powyżej obserwowanego wzrostu produktywności, będzie miał negatywny wpływ na gospodarkę i rynek pracy. Tym silniejszy, im większa skala podwyżki i im większe zaskoczenie pracodawców tym faktem. Wzrost płacy minimalnej o 350 zł, powiększony o obciążenia płacy, podnosi ryzyko bezrobocia wśród najmniej produktywnych pracowników oraz upadku firm w branżach, gdzie są niskie marże. Kłopoty będą mieć przedsiębiorstwa, w których dominują kontrakty długoterminowe. Możemy się też spodziewać powiększenia szarej strefy.

Wątpliwe są korzyści sektora publicznego związane ze zwiększaniem przychodów podatkowych. W dobie spowolnienia gospodarczego, wzrost kosztów pracy może mieć znacznie gorszy bilans, jeśli liczba pracujących spadnie i obniżą się wpływy w CIT w związku z upadłościami przedsiębiorstw. Bezsprzecznie, znaczny wzrost płac podtrzyma wysoką inflację. Wzrosną też koszty finansowania polityk rynku pracy, nie wspominając o rosnącym funduszu płac w budżetówce i kosztach usług zleconych. Także w tym ostatnim przypadku pomijanie kontekstu długookresowych umów jest bagatelizowaniem głosu biznesu.

W świetle obowiązującego prawa, wynagrodzenie minimalne jest przedmiotem negocjacji w ramach Rady Dialogu Społecznego. Rząd, proponując wyższą płacę minimalną niż związki zawodowe oraz później podbijając stawkę, jawnie bagatelizuje ten proces. Pod hasłem wybiórczo rozumianego inkluzywnego wzrostu zapomina, że rynek pracy funkcjonuje w przeważającej części w oparciu o mechanizm rynkowy.

CSR to edukacja, ekologia i bezpieczeństwo

17 edycja raportu Forum Odpowiedzialnego Biznesu „Odpowiedzialny biznes w Polsce. Dobre praktyki” z 2018 r. pokazuje, że zarówno pod kątem liczby zgłoszonych praktyk z zakresu CSR, jak i liczby firm prowadzących takie działania, nastąpił wzrost na poziomie 30 proc. r/r. W samym poprzednim roku 129 firm realizowało praktyki z zakresu pracy, a ponad 50 prowadzonych praktyk dotyczyło bezpieczeństwa w miejscu pracy.

Ideę zrównoważonego rozwoju określa Raport Światowej Komisji ds. Środowiska i Rozwoju z 1987 r.: „Zrównoważony rozwój to taki rozwój, w którym potrzeby obecnego pokolenia mogą być zaspokojone bez umniejszania szans przyszłych pokoleń na ich zaspokojenie”. W Polsce zasada zrównoważonego rozwoju ma rangę podstawowego prawa jako zasada zapisana w Konstytucji RP: „Rzeczpospolita Polska (…) zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju” (art. 5). Zrównoważony rozwój to jednak coś więcej niż ochrona środowiska, opiera się bowiem na trzech filarach: społecznym, ekologicznym i ekonomicznym.

Małe zmiany – duże efekty

„Stawiamy w Polsce na współpracę, partnerstwo i współodpowiedzialność podmiotów publicznych, biznesu i obywateli za przebieg procesów rozwojowych” – podaje raport „Realizacja Celów Zrównoważonego Rozwoju w Polsce”, przyjęty przez Radę Ministrów w 2018 r. Biznes jest zatem współodpowiedzialny za realizację celów zrównoważonego rozwoju, zgodnie z założeniem, że ma on moralne zobowiązania wobec społeczeństwa. – Szczególnie dużą odpowiedzialnością społeczną są obarczone firmy, które w swojej działalności zużywają surowce naturalne bądź zanieczyszczają środowisko – mówi Anna Nowak, specjalista ds. Content Marketingu, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. – Świadomość społeczna odnośnie wpływu rynku samochodowego i części zamiennych na ekosystem skłania nas do prowadzenia wzmożonych działań proekologicznych. Wiemy, że troskę o środowisko powinniśmy zacząć od podstaw, dlatego w Inter Cars staramy się rezygnować  z jednorazowych opakowań, korzystamy z żarówek energooszczędnych (często włączanych po rozpoznaniu ruchu), wyposażamy magazyny w urządzenia technologiczne jak przenośniki czy sortery, które uruchamiają się automatycznie tylko w trakcie realizacji danego procesu.

Innowacje mają znaczenie

Wprowadzenie pozytywnych zmian w otaczającym świecie poprzez stopniowe eliminowanie negatywnego wpływu na społeczeństwo i ekologię to pierwszy krok w stronę zrównoważonego rozwoju. – Ekologiczne podejście do produkcji i recykling bez pozostawiania odpadów to podstawa, dlatego w CWS filarem naszej działalności jest tak zwany „zoptymalizowany cykl”, czyli wielokrotnie powtarzany proces serwisowy, od zakupu surowców aż do ich higienicznej utylizacji – mówi Ewa Nowak, kierownik Działu Marketingu z CWS, członek Koalicji Bezpieczni w Pracy. Kolejnym krokiem jest bieżąca ocena efektów i weryfikacja prowadzonych działań z myślą o najbardziej optymalnych rozwiązaniach. Innowacyjne technologie umożliwiają zwiększenie wydajności przy jednoczesnym zmniejszeniu naszego wpływu na środowisko. – W Grupie CWS korzystamy z wielu takich rozwiązań, m. in. wykorzystujemy zużyte ubrania i maty do produkcji paliwa stałego. Testujemy również nową technologię prania, wykorzystując ciekły dwutlenek węgla (LCO2), który pozwala na stosowanie detergentów przyjaznych dla środowiska, a jednocześnie umożliwia pranie w niskich temperaturach, nie wymagając wody ani suszenia – wymienia Ewa Nowak. – Innym przykładem naszych innowacji może być narzędzie do optymalizacji trasy. Wiadomości push zintegrowane z aplikacją regularnie dają kierowcom istotne wskazówki dotyczące wszystkich aspektów bezpieczeństwa i higieny pracy.

Edukacja przede wszystkim

Wśród 17 celów zrównoważonego rozwoju przyjętych przez wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ, znajdują się również cele odwołujące się do edukacji i bezpieczeństwa. W pracy na rzecz zrównoważonego rozwoju firmy nie powinny zapominać o prowadzeniu szkoleń dla pracowników i edukacji partnerów biznesowych zarówno w zakresie ekologii, jak i bhp. – W Inter Cars realizujemy projekt Bio Service, który skupia się na organizacji kompleksowego odbioru odpadów warsztatowych. W jego ramach zapewniamy dostęp do rzeczoznawców, a także prowadzimy warsztaty, na których poruszamy takie kwestie jak właściwe serwisowanie sprzętu, monitorowanie zużycia prądu czy sposoby ogrzewania budynków. Tematy związane z ekologią przeplatają się tutaj z kwestiami odnoszącymi się do bhp – mówi Anna Nowak z Inter Cars. – Widać ogromną potrzebę organizacji takich szkoleń, jest to pole do działania dla służb bhp poszczególnych firm.

Długofalowe działania, a nie jednorazowe akcje

W ostatnim czasie można zaobserwować zmianę podejścia wielu przedsiębiorstw, które modyfikują swoją strategię, podążając za wymaganiami klientów. Niestety zdarza się, że podejmowane działania są fantomowe, realizowane jedynie dla polepszenia wizerunku firmy. – Wiemy, że działania w zakresie zrównoważonego rozwoju, w tym zapewnienia bezpieczeństwa, muszą być realizowane w sposób odpowiedzialny i przemyślany. Od października 2018 r. każda firma partnerska CWS Polska jest zobowiązana do podpisania instrukcji EHS (Środowisko, Zdrowie i Bezpieczeństwo) dla podwykonawców. Jej celem jest zagwarantowanie postępowania przyjaznego dla środowiska oraz bezpieczeństwa i higieny pracy zarówno podwykonawców, jak i naszych pracowników. Obejmuje ona tematy związane m.in. z bhp, polisami ubezpieczeniowymi oraz całą wymaganą dokumentacją i kwalifikacjami pracowników podwykonawców – mówi Ewa Nowak z CWS. – Jednocześnie jesteśmy świadomi tego, że tylko długofalowe działania mogą przynieść realne efekty, dlatego już teraz określiliśmy cele zrównoważonego rozwoju na kolejne lata.

Art Games Studio ma list intencyjny na 0,5 mln zł i planuje wydanie nowych gier

Art Games Studio podpisał list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Dzięki temu Spółka wyprodukuje od 2 do 4 nowych gier.

Ultimate Games zobowiązał się dokonać inwestycji finansowej w wysokości nie niższej niż 500 tys. zł. Zostanie ona zrealizowana w formie zleceń na produkcję gier, lub objęcie nowo wyemitowanych akcji w podwyższonym kapitale zakładowym Art Games Studio, bądź w innej formie ustalonej przez Strony. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na produkcję przez Art Games Studio od 2 do 4 gier wideo, których wydawcą będzie Ultimate Games S.A.

Wzmocnienie współpracy z Ultimate Games to kolejny etap w rozwoju naszej Spółki. Poprzez wsparcie finansowe zwiększymy skalę działalności w zakresie ilości i jakości naszych nowych produkcji  – ocenia Jakub Bąk, CEO Art Games Studio.

Ponadto 10 września br. Art Games Studio zawarło ze spółką Gaming Factory S.A. umowę dotyczącą współfinansowania 6 preprodukcji gier, które zostaną wydane na PC. Wstępny harmonogram zakłada ich publikację na portalu Steam do końca 2019 roku. Preprodukcje cieszące się największym zainteresowaniem wśród graczy trafią do finalnej produkcji oraz zostaną wydane w latach 2020-2022. Spółka nie wyklucza możliwości wydania ich również na innych platformach.

Art Games Studio skupia się na produkcji i dystrybucji nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone, niewielkie zespoły deweloperskie. Dzięki temu maleje ryzyko operacyjne przy optymalnej reakcji na niespodziewane zdarzenia losowe, występujące podczas produkcji. Firma dynamicznie się rozwija, tworząc nowe zespoły deweloperskie i budując solidny fundament na przyszłość w nowych obszarach gamedevu.

Sukcesy polskich firm na zagranicznych rynkach – debata

Firma ponad granicami tytuł PL

Już 18 września o godzinie 17 w hotelu Bristol odbędzie się pierwsza debata klubowa organizowana przez Executive Club. Osią tematyczną wydarzenia będzie hasło: „Firma ponad granicami. Jak odnieść sukces na międzynarodowych rynkach?”.

Ostatnia dekada przyniosła dynamiczny wzrost liczby i wartości inwestycji zrealizowanych przez polskie firmy poza Polską. Made in Poland staje się rozpoznawalne w świecie, a rodzimym przedsiębiorcom nie wystarczają sukcesy na lokalnym rynku. Polskie firmy w ostatnich latach systematycznie powiększały swój udział w najważniejszych rynkach zagranicznych – nie tylko krajów europejskich ale również dalekich części świata.

Celem spotkania będzie panelowa dyskusja zaproszonych ekspertów o przyszłości polskiego eksportu, ekspansji polskich firm za granicą oraz najlepszych modelach finansowania rozwoju polskich spółek na globalnej arenie. Odpowiemy na pytania gdzie polskie firmy powinny upatrywać swoich przewag i czy istnieją jeszcze rynki wolne od protekcjonistycznych barier. Przybliżymy również prawne aspekty zagranicznej ekspansji oraz rolę instytucji publicznych w procesie wsparcia polskich przedsiębiorców.

Udział w wydarzeniu jest bezpłatny, jednakże przeznaczony wyłącznie dla przedstawicieli kadry zarządzającej i osób piastujących stanowiska dyrektorskie w firmach działających na polskich i zagranicznych rynkach. Ilość miejsc jest ograniczona. Organizator zastrzega sobie możliwość odmowy udziału w spotkaniu. Wszelkie szczegóły dostępne są pod adresem: [email protected]

Biotts – polski startup fabryką biotechnologicznych patentów

  • Rynek biotechnologiczny od kilkunastu lat nieprzerwanie wykazuje dużą dynamikę wzrostu, jego wartość liczona jest globalnie już w setkach miliardów dolarów.
  • Naukowcy z Biotts SA podążają tym trendem i opracowują autorskie technologie transportu leków oraz receptury leków inspirując się substancjami i rozwiązaniami istniejącymi w naturze.
  • Od niedawna wrocławska spółka biotechnologiczna jest autorem i wyłącznym właścicielem praw autorskich do trzech zgłoszeń patentowych.
  • Biotts został tegorocznym laureatem Startup Session Elite podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdrój.
Biotts – polski startup fabryką biotechnologicznych patentów
Biotts

Rynek biotechnologiczny, na którym działa Biotts, od kilkunastu lat rośnie w siłę, lecz dzięki nowym technologiom i dociekliwości badaczy wciąż najlepsze ma przed sobą. Według analiz Global Market Insights, sam rynek biofarmaceutyków wart będzie w tym roku ponad 70 mld USD, by już w 2024 r. przebić barierę 110 mld USD.

Biotts, już teraz wysoko ceniony przez inwestorów, jest jedną z pierwszych firm biotechnologicznych w regionie CEE, tworzącą autorskie receptury i nośniki leków w oparciu o unikatowe technologie produkcji, nowe podejście do procesów łączenia substancji oraz wiedzy, w jaki sposób komórki między sobą się komunikują i oddziałują między sobą. Na początku 2019 r. spółka zgłosiła w Urzędzie Patentowym RP swój pierwszy patent – nośnik farmaceutyczny dla substancji czynnych. Przedmiot zgłoszenia stanowi fundament technologii MTC-Y, opracowywanej w ramach działalności spółki. Nośniki Biotts mogą być wykorzystane jako system transportujący dla powszechnie stosowanych leków onkologicznych, przeciwzapalnych czy przeciwbólowych, zwiększając ich celowane działania nawet 10-krotnie, zmniejszając przy tym dawkę leku nawet 5-krotnie i radykalnie redukując skutki uboczne terapii.

Nasz uniwersalny nośnik MTC-Y (Multifunctional Transdermal Carrier-Y) działa bezpośrednio na chorobowo zmienione tkanki, gwarantując silniejszy efekt terapeutyczny, przy jednoczesnej redukcji skutków ubocznych oraz zwiększając komfort pacjenta. Przyjmowanie leków jest uciążliwe, trzeba o nich pamiętać, a zastrzyki są bolesne i dla dziecka, i dla dorosłego. Nasz technologia jest jedyną w swoim rodzaju na świecie, ponieważ jako jedynie potrafimy przenosić przez skórę bez jej uszkodzenia białka, przeciwciała, microRNA i substancje rozpuszczalne w wodzie, nikt wcześniej tego nie dokonał. Obecne na rynku rozwiązania potrafią przenosić przez skórę tylko małe substancje rozpuszczalne w tłuszczach, nasze rozwiązanie jest przełomem na rynku transportu leków. Podawanie farmaceutyków w nieinwazyjnej formie, np. maści, żelu lub plastra, które uwalniają substancję czynną przez co najmniej 10 dni, to idealne rozwiązanie dla rodziców, podających leki swoim pociechom, i dla chorych, np. na Alzheimera – podkreśla dr Paweł Biernat, prezes Biotts. – Dzięki naszej technologii nie tylko obniżymy koszty leczenia, ale zwiększymy komfort życia milionów pacjentów – dodaje dr Biernat.

Także w pierwszy kwartale br. naukowcy Biotts zgłosili drugi patent obejmujący nośnik kosmetyczny, kompozycję kosmetyczną i zastosowanie kompozycji w kosmetyce. Przedmiotem zgłoszenia jest innowacyjny nośnik substancji, aktywnie wspomagający wchłanianie składników odżywczych do skóry oraz przyśpieszający jej regenerację. Spółka nie zwalnia jednak tempa: jej najnowsze zgłoszenie dotyczy maści miejscowo znieczulającej, np. przed zabiegami wymagającymi obniżenia wrażliwości skórnej na ból, takimi jak nakłucie czy cewnikowanie.

Aktualnie prowadzimy – wspólnie z renomowaną kancelarią rzeczników patentowych – prace w zakresie opracowania długofalowej strategii ochrony własności intelektualnej powstającej w ramach naszej spółki. Warto podkreślić, że wyłącznym właścicielem praw autorskich do wszystkich trzech wynalazków jest Biotts – mówi Konrad Krajewski, partner zarządzający Biotts. Co więcej w ramach programu UE – Inteligentny Rozwój – otrzymaliśmy dotację w wysokości 363 745 PLN na ochronę własności intelektualnej dodaje.

Naukowcy tworzący multidyscyplinarny zespół Biotts dostarczyli na rynek już wiele rozwiązań na bazie surowców naturalnych m.in.: nieagregujący nanonośnik zastosowany w produkcji preparatów witaminowych, półstałe postacie leku z nośnikiem o głębokiej penetracji, półstałe postaci leku przyspieszające odbudowę tkanek, produkty kosmetyczne o zwiększonej biodostępności na bazie surowców naturalnych, żele lecznicze, ustabilizowane i naturalnie zakonserwowane kwasy omega oraz receptury żywności funkcjonalnej.

Firmę z Wrocławia dostrzeżono już w startupowym ekosystemie. Biotts został tegorocznym laureatem Startup Session Elite podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdrój. Co więcej spółka zajęła pierwsze miejsce w kategorii „Startup” podczas BioForum w Łodzi i drugie miejsce w konkursie Start-Up-Award, organizowanym podczas Forum Innowacji w Tarnowie. Ponadto startup został wyróżniony w konkursie Star-Up-Med na IV Kongresie Wyzwań Zdrowotnych. Biotts brał także udział w akceleracji MIT Enterprise Forum Poland, gdzie zdobył dwa wyróżnienia. Zespół biotechnologów otrzymał niedawno także kolejne wsparcie finansowe – „Dolnośląski Bon na Innowacje”. Grant, przyznawany przedsiębiorstwom z Dolnego Śląska, finansuje usługi badawcze, konsultacje z jednostkami naukowymi i audyt technologiczny. W ramach projektu finansowane są także prace badawczo-rozwojowe, dotyczące wdrożenia lub rozwoju produktu oraz technologii. Wśród swoich dotychczasowych inwestorów Biotts ma m.in. fundusz Leonarto Alfa i aniołów biznesu.

Elektromobilność samorządów w mediach – Raport PRESS-SERVICE

Rośnie zaangażowanie miast w rozwój elektromobilności w Polsce. Coraz więcej samorządów wprowadza rozwiązania, dzięki którym mieszkańcy mogą korzystać z nowych ekologicznych sposobów przemieszczania się po mieście. W mediach nie brakuje publikacji promujących miasta w odniesieniu do elektromobilności. Czy to wystarcza do zmiany świadomości społeczeństwa?

Raport „Pozycjonowanie się miast w kontekście elektromobilności” został przygotowany przez PRESS-SERVICE Monitoring Mediów na zlecenie PSPA i zaprezentowany podczas debaty, która miała miejsce na Kongresie Nowej Mobilności 2019 w Lublinie (9-10.09.2019). Było to pierwsze tej skali wydarzenie poświęcone elektromobilności, skierowane do polskich samorządów. O tym, jak najskuteczniej informować o działaniach w zakresie rozwoju zrównoważonego transportu rozmawiali podczas debaty Sebastian Bykowski i Marcin Szczupak z PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, Michał Zieliński z Autokult.pl, Dagmara Kowalska z Chillizet oraz Jan Wiśniewski z Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

– Największym wyzwaniem dla samorządów jest proaktywna komunikacja, która będzie bazowała na monitorowaniu informacji, które ich dotyczą. Kluczową sprawą jest edukacja mieszkańców – rozwój elektromobilności w Polsce zależy w dużym stopniu od działań mających na celu budowanie świadomości społecznej w zakresie zrównoważonego transportu i proekologicznych rozwiązań. Trzeba skupić się na korzyściach i szczególnie w zakresie transportu publicznego – odpowiadać przede wszystkim na potrzeby mieszkańców. Pojazdy elektryczne ciągle postrzegane są przez niektórych jako zbyt droga i niedojrzała technologicznie alternatywa dla pojazdów spalinowych. Jak się okazało, jedną z barier może okazać się wcale nie brak infrastruktury ładowania, ale jej niedostateczne oznakowanie – podkreśla Sebastian Bykowski.

W ostatnim czasie bardzo na popularności zyskała elektromobilność w małym wydaniu – rowery, skutery, deskorolki czy hulajnogi. Zwłaszcza te ostatnie postrzegane są jako modne, ale i niebezpieczne. Problemem okazała się wygodna możliwość pozostawienia e-hulajnogi w dowolnym miejscu.

Uczestnicy debaty podkreślali potrzebę współpracy samorządów w celu tworzenia optymalnych warunków sprzyjających rozwojowi elektromobilności w swoich gminach. Do najważniejszych wyzwań należą rozbudowa flot pojazdów elektrycznych i infrastruktury ładowania, ale najistotniejsza jest intensyfikacja działań nie tylko w zakresie edukacji, ale i promocji pojazdów elektrycznych w społeczeństwie, aby przełamać istniejącą barierę mentalną.

Jak wynika z raportu PRESS-SERVICE Monitoring Mediów, elektromobilność jest obecnie jednym z najbardziej medialnych tematów – analiza zagadnienia, obejmująca lata 2014-2018 wykazała rekordowy wzrost publikacji w mediach wynoszący aż 701 proc!

Wykres 1. Liczba publikacji na temat elektromobilnościElektromobilność w polskich miastach

Spośród pojazdów elektrycznych najczęściej wymienianych w mediach w kontekście miast najpopularniejsze okazały się samochody – 73 579 publikacji. Znacznie mniej mówiło się na temat rowerów – 9 753 informacje, hulajnóg – 7 022 i skuterów – 4 540 materiałów.

W internecie temat najczęściej poruszany był przez portale gospodarcze – do najaktywniejszych należały: Wnp.pl, Cire.pl oraz Biznesalert.pl. W prasie zdecydowanie najwięcej materiałów opublikowała „Rzeczpospolita” (609). Na łamach „Dziennika Gazety Prawnej” odnotowano 338 informacji, a w „Pulsie Biznesu” o 50 mniej.

Bardzo duży udział w przekazie na temat elektromobilności miały publikacje w mediach regionalnych – aż 44 proc. Najwięcej informacji pojawiło się w województwie śląskim – 6 384, dolnośląskim – 6119 i małopolskim – 5 792, a także wielkopolskim – 5 309 i mazowieckim – 5 201. Media regionalne informowały przede wszystkim o inwestycjach w autobusy elektryczne, coraz większej sieci rowerów, skuterów, hulajnóg elektrycznych oraz powiększającej się infrastrukturze do ładowania pojazdów elektrycznych.

Mapa 1. Liczba publikacji na temat elektromobilności w mediach regionalnych w od 1 sierpnia 2018 do 30 lipca 2019 rokuElektromobilność w polskich miastach 2

W kontekście elektromobilności zdecydowanie najczęściej wymieniano Warszawę – na jej temat odnotowano 9 613 materiały. Na 2. miejscu znalazły się Katowice – 4 908, a za nimi Kraków – 3 462. Do pierwszej piątki weszły także Wrocław i Poznań.

W mediach tradycyjnych miasta pojawiały się najczęściej w związku z tematami elektryfikacji floty, inwestycji w infrastrukturę, elektryfikacji w skali mikro (rowery, hulajnogi, skutery) oraz usług carsharingu. Najwięcej kontrowersji wzbudzały hulajnogi. Zwracano uwagę przede wszystkim na kwestie bezpieczeństwa i brak uregulowanego statusu tych pojazdów w kodeksie drogowym.

Duży udział w promowaniu elektromobilności mieli osobiście prezydenci miast. W analizowanym okresie najczęściej o elektromobilności w swoim mieście na oficjalnych kontach w serwisie Facebook informowali prezydenci: Rzeszowa – Tadeusz Ferenc, Warszawy – Rafał Trzaskowski, Wrocławia – Jacek Sutryk, Zielonej Góry – Janusz Kubicki oraz Poznania – Jacek Jaśkowiak. Wśród wielu tematów, które prezydenci poruszali we wpisach pojawiały się kwestie elektryfikacji samochodów służbowych i pojazdów specjalnych oraz autobusów elektrycznych. Punktem zapalnym pozostaje niedostatek punktów ładowania w miastach oraz – podobnie jak w mediach tradycyjnych – brak regulacji dot. bezpiecznego poruszania się hulajnogami elektrycznymi. Często w mediach społecznościowych wybrzmiewał również temat podstawowego w Polsce źródła pozyskiwania energii elektrycznej, czyli węgla i związanego z tym zanieczyszczenia środowiska.

Raport opracowano na podstawie materiałów medialnych zebranych w okresie od 1 sierpnia 2018 do 30 lipca 2019 roku. Dane pochodziły z ponad 1 100 tytułów prasowych, 5 mln polskojęzycznych portali internetowych, w tym najważniejszych serwisów społecznościowych oraz 100 stacji radiowych i telewizyjnych.

Badaniem objęło analizę tematu elektromobilności, rozumianego jako całość zagadnień związanych z napędem elektrycznym we wszystkich pojazdach użytkowanych przez mieszkańców miast – autobusy, samochody, skutery, rowery i hulajnogi. W raporcie uwzględniono również informacje dotyczące infrastruktury do ładowania pojazdów.

Ponad połowa Polaków szuka pracy w momencie, gdy są jeszcze zatrudnieni w innej firmie

Polscy pracownicy biorą sprawy w swoje ręce, nie czekają aż zostaną zwolnieni i gdy wykonywana praca im nie odpowiada, rozglądają się za kolejną. 56 proc. naszych rodaków biorących udział w rekrutacji szuka pracy w momencie, gdy są jeszcze zatrudnieni w innej firmie – wynika z badania Grupy Progres.

Chęć rozwoju, wyższe wynagrodzenie oraz nieodpowiednia atmosfera u obecnego pracodawcy – to trzy powody najczęściej podawane przez kandydatów, którzy mimo że obecnie są aktywni zawodowo, chcą zmienić miejsce zatrudnienia na inne. Już ponad 56 proc. Polaków chodzi na spotkania rekrutacyjne, chociaż ich sytuacja zawodowa jest stabilna. Mniejszą grupę (44 proc.) wśród osób ubiegających się o dane stanowisko stanowią osoby bezrobotne.

– Polacy odważnie i coraz bardziej świadomie podchodzą do swojego życia zawodowego, starają się też zachować jego ciągłość. Z naszych doświadczeń i obserwacji rynku wynika, że odejście pracownika do innej firmy zdarza się szczególnie często w dużych miastach, w których stopa bezrobocia jest niska. To może być zła wiadomość dla przedsiębiorców z aglomeracji. Muszą się oni coraz bardziej starać by ich podwładni nie przechodzili np. do konkurencji – mówi Anna Pietraszko, Kierownik Działu Personalnego w Grupie Progres. – Wspomniana odwaga osób aktywnych zawodowo może wynikać również z ich samoświadomości dotyczącej atutów, które posiadają m.in. wyższego wykształcenia, doświadczenia czy znajomości języków obcych. W grupie kandydatów, którzy szukają pracy, mimo że są zatrudnieni w innej firmie, 67 proc. skończyło studia, 27 proc. posiada wykształcenie średnie, a jedynie 6 proc. jest po szkole zawodowej lub gimnazjum – zaznacza Anna Pietraszko.

Mężczyźni szukają częściej

Według danych GUS, w II kwartale 2019 r. nadal wyraźnie wyższy wskaźnik zatrudnienia obserwowano wśród mężczyzn (62,8 proc. wobec 46,8 proc. dla kobiet). Panowie stanowią też większość osób (67 proc.) w grupie pracowników szukających nowego zajęcia, mimo że są zatrudnieni w innej organizacji. Pań, chcących zachować ciągłość zatrudnienia – przejść z firmy do firmy – jest o połowę mniej (33 proc.).*

Zarówno mężczyźni, jak i kobiety decyzję o zmianie pracy podejmują świadomie i po dłuższym czasie. Według Anny Pietraszko najczęściej są to 3-4 lata, pozwalają one poznać firmę na tyle, aby zaobserwować, co może ulec zmianie, a co na pewno nie, czy odpowiada nam taki stan rzeczy, czy podejmiemy ryzyko weryfikacji zmieniając organizację, z którą jesteśmy związani zawodowo. Wydaje się jednak, że bez względu na staż pracy w obecnej firmie Polacy takiego ryzyka się nie boją. Obecnie do tego typu zachowań dochodzi bardzo często, co potwierdza również fakt, że wśród osób biorących udział w rekrutacji większość stanowią osoby aktywne zawodowo.

W informacji wykorzystano dane z badania Grupy Progres analizujące 7 300 osób biorących udział w rekrutacji.

*Dane Grupy Progres

Jakie rodzaje prace najczęściej wykonują pracownicy tymczasowi

Rosną potrzeby kadrowe polskich przedsiębiorstw. W związku z niskim bezrobociem firmy mają duże problemy z pozyskaniem pracowników, przez co są bardziej otwarte na korzystanie z usług agencji pracy tymczasowej. Jak wynika z raportu przeprowadzonego na zlecenie OTTO Work Force Polska argumenty, które przemawiają za współpracą z agencją to przede wszystkim: pozyskanie określonych kompetencji i odpowiedniej liczby pracowników oraz redukcja kosztów. Jakie rodzaje prac najczęściej wykonują pracownicy tymczasowi?

Agencje pracy tymczasowej wspierają polskie firmy zarówno w procesie rekrutacji, jak też w bezpośrednim zatrudnianiu pracowników. Przedsiębiorstwa najczęściej poszukują pracowników fizycznych, o niższych kompetencjach. Rodzaje prac, jakie przedsiębiorstwa chciałyby powierzyć agencjom pracy tymczasowej to: usługi porządkowe (29%), prace produkcyjne i magazynowe (24%), obsługa klientów i sprzedaż (21%), prace związane z ochroną (15%), prace związane z transportem i logistyką (9%), prace budowlane (8%), prace wymagające wyższych kwalifikacji (8%), obsługa finansowa (6%), praca w turystyce i hotelarstwie (5%), prace związane z technologiami informatycznymi (1%).

Rysunek 1 Rodzaje prac, jakie przedsiębiorstwo chciałoby powierzyć do wykonania agencjom pracy tymczasowej (% wskazań) (N=336).

Usługi agencji pracy tymczasowej remedium na problemy firmŹródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.

Dla pracodawców najważniejszą korzyścią płynącą ze współpracy z agencją pracy tymczasowej jest  możliwość pozyskania określonych kompetencji (43%), redukcja kosztów związana z zatrudnieniem pracownika przez agencję (36%). Pracodawcy zwracają także uwagę na możliwość uzupełnienia luk kompetencyjnych (26%).

Rysunek 2 Czynniki, które skłoniłyby badane przedsiębiorstwa do podjęcia współpracy z agencją pracy tymczasowej (% wskazań) (N=336).

Jakie rodzaje prac najczęściej wykonują pracownicy tymczasowiŹródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.

Skorzystanie z usług agencji pracy tymczasowej stanowi jedno z kluczowych rozwiązań w obliczu braku kompetentnych pracowników – problemu, z którym coraz częściej zmagają się polskie przedsiębiorstwa.  Usługi agencji obejmują rekrutację, zatrudnienie i oddelegowanie pracowników do pracy w konkretnym przedsiębiorstwie –  tłumaczy Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

By wypełnić luki kadrowe i kompetencyjne pracodawcy często poszukują pracowników poza granicami kraju. Ze względu na bliskość kulturową oraz geograficzną najchętniej zatrudniają obywateli krajów sąsiednich: Ukraińców i Białorusinów. Znacznie mniejszym zainteresowaniem cieszą się pracownicy z takich krajów jak Indie i Nepal. Przedstawicieli przedsiębiorstw zapytano z jakich, innych niż Polska, krajów najchętniej zatrudniliby pracowników. Chęć zatrudnienia oceniano w skali 1-5, gdzie 1 – nie chcemy zatrudnić pracownika z tego kraju, 5 – bardzo chętnie zatrudnimy pracownika z tego kraju.

Rysunek 3 Kraje, z których najchętniej przedsiębiorstwa zatrudniłyby pracowników (średnia).

Jakie rodzaje prac najczęściej wykonują pracownicy tymczasowi 2Źródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.

Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska
Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska

Polski rynek pracy już od kilku lat posiłkuje się pracownikami z zagranicy. Przyszłoroczna liberalizacja przepisów u naszych zachodnich sąsiadów i spodziewane wyjazdy pracowników z Ukrainy do Niemiec, sprawiają, że pracodawcy coraz częściej szukają kandydatów z Azji. Ze względu na odległość geograficzną, kulturową, bariery prawne i językowe firmy decydują się na wsparcie agencji pracy tymczasowej, które znają tamtejsze uwarunkowania. To one zajmują się formalnościami: od selekcji kandydatów z Azji po ich zatrudnienie w Polsce – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Przedstawiciele przedsiębiorstw są świadomi gospodarczych konsekwencji, które może wywołać niedobór pracowników na rynku pracy. Przewidują, że najpoważniejsze reperkusje związane z brakiem rąk do pracy dotkną miasta. Jako główne następstwa wskazują zmniejszenie liczby inwestycji oraz pogorszenie sytuacji miast.

Rysunek 4 Wpływ niedoboru pracowników na rynku pracy na gospodarkę w dużych miastach w opinii badanych (średnia) (N=336).

Jakie rodzaje prac najczęściej wykonują pracownicy tymczasowi 3Źródło: Raport OTTO Work Force Polska, Jak przedsiębiorstwa zamierzają rozwiązać problem braku kompetentnych pracowników?.

Służby kontrolne UE będą sprawdzać zarządzających transportem

Zarządzający transportem jako figurant z certyfikatem kompetencji zawodowych? To już nie jest takie proste. Dużo łatwiej o utratę dobrej reputacji, a nowelizacja przepisów pozwala nakładać na zarządzającego karę nawet do trzech tysięcy złotych w trybie administracyjnym na przykład za nieprawidłową organizację pracy kierowcy. Wynagrodzenie menedżera w firmie przewozowej to między 500 a 1500 złotych miesięcznie. Jednak, jeśli sprawdzą się zapowiedzi służb odnośnie regularnych kontroli dotyczących zdolności wykonywania tego zawodu na terenie Unii Europejskiej, liczba osób zarządzających może się znacząco zmniejszyć.

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

W ostatnich latach dostęp do zawodu przewoźnika uległ dużym zmianom. Kandydat na właściciela firmy transportowej musi spełnić szereg warunków, aby prowadzić w krajach Unii Europejskiej transport drogowy. Pierwszym z koniecznych elementów jest posiadanie dobrej reputacji przedsiębiorcy. Nie jest ona, jak mogłaby świadczyć nazwa, jedynie pozytywną opinią, jaką cieszy się przyszły przewoźnik. To jasno sprecyzowany wymóg świadczący, iż dana osoba nie jest skazana za poważne przestępstwa ani nie ciążą na niej sankcje za poważne naruszeniemówi Łukasz Włoch, ekspert główny Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Przyszły przewoźnik musi również mieć minimalną zdolność finansową, konieczną do zapewnienia właściwego rozpoczęcia działalności i należytego zarządzania oraz rzeczywistą i stałą bazę firmy. Ostatnim wymaganiem narzuconym przez unijne przepisy są odpowiednie kompetencje zawodowe do prowadzenia działalności transportowej, potwierdzone certyfikatem. Jednak przewoźnik ma pole manewru. Nie musi sam dysponować tymi umiejętnościami, jeżeli wskaże osobę, która posiada taki dokument i będzie pełnić w firmie funkcję tzw. zarządzającego transportem. Warunkiem jest, aby ta osoba w sposób rzeczywisty i ciągły zarządzała operacjami w zakresie przewożenia towarów w danym przedsiębiorstwie – dodaje.

Jak zostać zarządzającym transportem?

Zarządzający powinien posiadać niezbędną wiedzę z zakresu obejmującego zarówno transport krajowy, jak i międzynarodowy. Wiedzę tę potwierdza wskazanym certyfikatem, który zdobywa, zdając egzamin sprawdzający. Egzamin organizowany jest w różnych miastach Polski kilka razy w miesiącu przez Instytut Transportu Samochodowego. Składa się z części testowej i praktycznej.

Przed przystąpieniem do egzaminu, którego łączny koszt wynosi 800 zł, warto skorzystać z udziału

w szkoleniach przygotowujących, które są dobrowolne i nie stanowią obowiązkowego warunku

w drodze do uzyskania certyfikatu. Sam Instytut Transportu Samochodowego nie organizuje takich szkoleń, ale jest wiele ośrodków, które pomagają w przygotowaniu do egzaminuwyjaśnia Łukasz Włoch. Ich wykaz znajduje się na stronie ITS: www.its.waw.pl

Kto może pełnić funkcję zarządzającego transportem?

Zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (WE) nr 1071/2009 z 21 października 2009 r. ustanawiającym wspólne zasady dotyczące warunków wykonywania zawodu przewoźnika drogowego i uchylającym dyrektywę Rady 96/26/WE, oprócz właściciela firmy, funkcję managera transportu pełnić może również: pracownik zatrudniony na podstawie umowy o pracę, dyrektor, udziałowiec oraz inna osoba zarządzającą transportem na podstawie odrębnej umowy.

Podejmując taką współpracę należy pamiętać, że „zewnętrznego” managera transportu obowiązują pewne limity dotyczące ilości obsługiwanych firm oraz łącznej ilości pojazdów znajdujących się w ich posiadaniu. Zarządzający może kierować operacjami transportowymi maksymalnie czterech różnych przedsiębiorstw, realizowanymi za pomocą połączonej floty, liczącej ogółem nie więcej niż 50 pojazdówtłumaczy ekspert.

A co w sytuacji, gdy któryś z limitów zostanie przekroczony?

Może to oznaczać, że któraś z firm „obsługiwanych” przez zarządzającego nie spełnia wymogów koniecznych do działania na rynku transportowym UE. Zatem również w gestii przewoźnika wynajmującego usługi zarządzania transportem powinno być sprawdzenie, czy dany zarządzający może przyjąć na siebie kolejne obowiązkiwyjaśnia Łukasz Włoch z OCRK.

Uwaga! Limity dotyczą również innych form „zatrudnienia” (np. umowa o pracę, udziały) i są liczone łącznie, jeśli z jedną z obsługiwanych firm zarządzający podpisał odrębną umowę świadczenia usług (np. umowę zlecenie).

PSD2: Czy będziemy mieli większą kontrolę nad naszymi danymi?

14 września wchodzi w życie unijna dyrektywa PSD2 regulująca nowe usługi finansowe. Co PSD2 oznacza dla rynku finansowego i samych konsumentów wyjaśniają eksperci Blue Media.

Sebastian Ptak, prezes zarządu Blue Media
Sebastian Ptak, prezes zarządu Blue Media

14 września 2019 r. wchodzi w życie obowiązek stosowania silnego uwierzytelnienia klienta (z ang. strong customer authentication, SCA) przy niektórych typach operacji dokonywanych w sklepach (z wykorzystaniem terminali płatniczych), internecie (przy zakupach online) oraz przy logowaniu i korzystaniu z bankowości internetowej i mobilnej. Dlatego od kilku tygodni jesteśmy dość masowo informowani o zmianach w regulaminach różnych instytucji, szczególnie banków. Obowiązek silnego uwierzytelnienia klienta to jedna z kluczowych zmian, jakie wprowadza nowa unijna dyrektywa płatnicza, tzw. PSD2. Celem jest dodatkowe  zabezpieczenie transakcji elektronicznych, czyli jeszcze lepsza ochrona konsumentów.

Po 14 września potwierdzenie naszej tożsamości musi się odbywać przy zastosowaniu co najmniej dwóch z trzech rodzajów niezależnych od siebie elementów: “tego, co wiemy” (hasła, loginy); “tego, co mamy” (telefon, aplikacja); “tego, kim jesteśmy” (odcisk palca, głos). Czyli obrazowo mówiąc np. hasła i otrzymanego SMS-em kodu, albo loginu i odcisku palca, itp.

W Polsce obowiązek silnego uwierzytelnienia klienta nie jest czymś, co zaskoczy rynek płatniczy czy samych klientów. Zdecydowana większość instytucji w Polsce, których dotyczy ta zmiana – to nie tylko banki, ale m.in. również pośrednicy płatności, tacy jak Blue Media – jest na nią od dawna przygotowana. Od lat na naszym rynku bardzo dobrze funkcjonują SMS-y autoryzacyjne. Znamy je doskonale np. jako formę akceptacji szybkich płatności typu pay-by-link. W obszarze płatności kartowych sprawa nie jest już tak oczywista. Dlatego środowisko dostawców usług płatniczych jest obecnie w stałym kontakcie z KNF, tak by płatności kartowe mogły nadal być przyjazne dla klientów.

Z perspektywy klienta wejście w życie obowiązku silnego uwierzytelnienia nie będzie specjalnym utrudnieniem. Dalej będziemy mogli zapłacić za zakupy w szybki sposób ze swojego konta bankowego, autoryzując płatność SMS-em czy za pośrednictwem aplikacji mobilnej swojego banku. Oczywiście niemal pewne jest, że otrzymamy nieco więcej SMS-ów, czy nieco częściej będziemy musieli autoryzować płatność w inny sposób. Jest to jednak niewielka niedogodność jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że dzięki zmianom będziemy się czuli bardziej bezpieczni podczas dokonywania płatności.

Luiza Bolda-Bas, dyrektor sprzedaży Blue Media: 

Dyrektywa PSD2 reguluje nowe usługi finansowe, oparte o tzw. PIS (Payment Initiation Service, czyli inicjowanie płatności przez podmiot trzeci) i AIS (Account Information Service, zbieranie informacji o rachunkach bankowych klientów przez podmiot trzeci). “Podmioty trzecie” (w dyrektywie określane jako Third Party Providers, TPP) to m. in. operatorzy płatności za pośrednictwem których robimy zakupy w sieci, instytucje pożyczkowe, kantory internetowe oraz inni dostawcy usług finansowych.

W tej chwili większość polskich banków jest gotowa na zmianę i przygotowała swoje API (interfejs produkcyjny) do udostępnienia usług płatniczych dla podmiotów trzecich.

Proces przygotowywania do wejścia w życie PSD2 trwa w Polsce już od co najmniej kilkunastu miesięcy. Jednym z jego elementów jest wdrożenie nowych usług identyfikacyjnych, działających w oparciu o informacje z rachunku bankowego. Jako Blue Media uruchomiliśmy m.in. usługę zdalnego potwierdzania tożsamości (eID) z wykorzystaniem bankowości internetowej. Usługa ułatwia zweryfikowanie tożsamości osoby drogą elektroniczną, za pomocą systemu bankowości internetowej. Dzięki temu klienci nie muszą już załatwiać formalności w stacjonarnym punkcie obsługi klienta czy umawiać się z kurierem na podpisywanie dokumentów.

Co więcej, dzięki nowym usługom identyfikacyjnym, starając się np. o pożyczkę, będziemy mogli podawać mniej danych osobowych. Po przekierowaniu na stronę banku i zaakceptowaniu regulaminu, do pożyczkodawcy będą kierowane informacje o tożsamości klienta oraz jego zagregowane dane finansowe. Przed przekazaniem danych klient będzie widział dokładny raport na ich temat, który przekazany zostanie danej instytucji. Dzięki temu klient na każdym kroku będzie miał świadomość, jakie dane, w jakim zakresie i do kogo są kierowane. Nie tylko proces wnioskowanie o pożyczkę będzie szybszy i wygodniejszy, ale także jako klienci będziemy mieć pełną kontrolę nad tym, jakie dane chcemy udostępnić danej instytucji.

Inwestycje na rynku złota zapowiadają się ciekawie

W wakacje złoto błyszczało najjaśniej od 6 lat, ale początek września przyniósł przeceny na tym rynku. Mimo tego notowania utrzymują się na poziomie ponad 6000 złotych za uncję, a eksperci nie przewidują końca hossy. Raczej szarpane trendy i okazje na rynkach surowców.

Początek września to wahania na rynku złota i pierwszy od wiosny dołek, więc pojawia się pytanie: jaka jest przyszłość inwestycji w złoto? Geopolityczna zawierucha się nie kończy, a to jednak informacje o wznowieniu rozmów na linii USA-Chiny oraz o publikacji danych na temat rynku pracy i sektora usługowego USA okazały się impulsem do spadków cen złota.

Nie należy ignorować też faktu, że przez spokojny okres wakacji inwestorzy zdążyli nabrać apetytu na ryzyko, co przyczyniło się do odbicia w górę notowań amerykańskiego dolara, a tym samym spadku cen złota. Jednak eksperci uważają, że ceny kruszcu będą nadal wysokie, bo świat boi się recesji, a banki centralne obniżają stopy procentowe. Co więcej – różne kraje (w tym Polska) zwiększają swoje rezerwy, kupując złoto.złoto 1 złoto 2

Warto inwestować w złoto?

– W miesiącach letnich metale szlachetne mocno drożały na fali wzrostu awersji do ryzyka oraz, przede wszystkim, spadku dochodowości obligacji skarbowych USA – wyjaśnia Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz TMS Brokers. Obecnie panują dobre nastroje, więc pytanie czy nadal warto inwestować w złoto? – Optymizm pewnie się nie utrzyma za długo. Warto więc inwestować w złoto, gdy kurs jest w korekcie – ocenia Bartosz Sawicki z TMS Brokers.

W ujęciu historycznym notowania złota rosły w trudnych warunkach rynkowych. Z perspektywy lat złoto faktycznie stanowi dobre zabezpieczenie przez utratą wartości realnej dolara, ponieważ zachowuje siłę nabywczą. Rynek złota stanowił (przez większość czasu w ostatnich 15 tygodniach) arenę dla szalejących byków. Cena kruszcu wybiła się górą z wieloletniej konsolidacji i wyszła na 6-letnie maksima, teraz przyszła pora na korektę. To nie oznacza jednak, że nie warto w nie inwestować.

Korzyści

W czasach ekspansji kryptowalut wydawało się, że złoto i fizyczne pieniądze stracą na atrakcyjności, tymczasem okazało się, że złoto nadal skutecznie kusi inwestorów. Korzyści z inwestycji w złoto możemy się spodziewać nie tylko, gdy na rynku panują nerwy. Pamiętajmy, że cena złota  pnie się w górę i średnio rocznie jest wyżej o 10 proc. od 1971 roku, od upadku systemu z Bretton Woods.

Od ostatnich 10 lat średnioroczne stopy zwrotu z tego aktywa są mniejsze od tych z rynku akcyjnego, ale wyższe od wyników, jakie potencjalnie dawał rynek obligacji amerykańskich czy rynki towarowe. Jeśli przeanalizujemy ostatnie 20 lat okaże się, że królewski metal dał zarobić więcej niż rynek papierów udziałowych USA oraz akcje krajów wchodzących w skład indeksu EAFE.

Jak najlepiej inwestować?

W Polsce złoto inwestycyjne zwolnione jest z podatku VAT oraz podatku od zysków kapitałowych, czyli tzw. podatku Belki. Inwestycja w złoto jest od wieków najbezpieczniejszą lokatą długoterminową, która w przeciwieństwie do innych inwestycji, raczej nie traci swojego blasku.

Obecnie rynek oferuje kilka form pośrednich inwestycji w metale szlachetne. Jedną z nich jest lokowanie kapitału w papiery wartościowe spółek trudniących się wydobyciem surowca. Jednak kurs akcji nie zawsze jest silnie skorelowany z wyceną metalu na rynku, dlatego popularność zyskują instrumenty oparte o cenę rynkową złota tj.: kontrakty futures, kontrakty CFD, fundusze ETF.

ZUS uzależniony od dochodu

Spośród wszystkich postulatów, które padły podczas sobotniej konwencji Prawa i Sprawiedliwości, największe obawy wzbudziła zapowiedź uzależnienia wysokości składek ZUS dla przedsiębiorców od osiąganych przez nich dochodów. Wiązałoby się to ze skokowym wzrostem obciążeń dla ogromnej części przedsiębiorców w Polsce, w tym m.in. relatywnie dobrze zarabiających przedstawicieli wolnych zawodów i innych przedstawicieli wciąż słabej klas średniej. Z dużą ulgą przyjmujemy zatem wyjaśnienia minister przedsiębiorczości i technologii Jadwigi Emilewicz, zgodnie z którymi propozycja zmiany zasad ustalania wysokości składek na ZUS skierowana jest wyłącznie do przedsiębiorców osiągających niewielkie dochody i korzystających w tej chwili z preferencji tzw. małego ZUS.

Nie ulega wątpliwości, że dla rozwiniętych, sprawnie funkcjonujących działalności gospodarczych, ryczałtowy ZUS jest modelem korzystnym. Powoduje on, że przedsiębiorcy osiągający wyższe dochody płacą składki w wysokości proporcjonalnie niższej, niż etatowi pracownicy. Znajduje to swoje, dosyć oczywiste, uzasadnienie – przedsiębiorcy sami odpowiadają za uiszczane składki, sami ponoszą ryzyko prowadzonej działalności, a także są bardziej skłonni do oszczędzania środków na własną rękę, bądź inwestowania ich.

ZUS ryczałtowy stanowił do tej pory problem dla dwóch grup przedsiębiorców. Pierwszą z nich są ci, którzy dopiero zaczynają prowadzić działalność gospodarczą. Perspektywa opłacania stałej składki co miesiąc, niezależnie od tego, czy uda się w danym okresie wygenerować jakikolwiek dochód, wiele osób odwiodła od otworzenia własnego biznesu, innych z kolei zmusiła do zamykania swoich działalności. Problem ten został jednak w zasadzie wyeliminowany – przedsiębiorcy mogą przez 24 miesiące opłacać składki ZUS na preferencyjnych warunkach (z dużo niższą podstawą wymiaru), a przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności w ogóle nie płacić składek na ubezpieczenia społeczne (opłaca się w tym czasie wyłącznie składkę zdrowotną). W rezultacie, nowe firmy mają dwa i pół roku na osiągnięcie poziomu rozwoju, który umożliwi im opłacanie składek na ZUS w pełnej wysokości. Wydaje się, że to czas absolutnie wystarczający do tego, by stwierdzić czy dany pomysł na biznes ma w danych realiach rynkowych rację bytu.

Druga grupa firm, dla których ryczałtowy ZUS stanowi problem, to przedsięwzięcia prowadzone „dla utrzymania”, z natury generujące niewielkie dochody. W ich zakres wchodzą wszelkie drobne usługi, osoby prowadzące działalność gospodarczą nie z uwagi na chęć sprawdzenia się w biznesie, lecz w ramach swoistego substytutu dla etatu. Z ich punktu widzenia, kluczowe było wprowadzenie tzw. małego ZUSu, uzależniającego wysokość opłacanych składek od osiągniętych przychodów. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców był w istocie inicjatorem dyskusji o zmianie modelu oskładkowania najmniejszych firm. Według naszej pierwotnej propozycji, firmy generujące niewielkie przychody powinny być opodatkowane jednolitą, proporcjonalną do przychodu daniną, konsumującą składki na ubezpieczenia społeczne, składkę zdrowotną i podatek PIT. Prawodawca zdecydował się na nieco inne i bardziej skomplikowane rozwiązanie. W ramach małego ZUSu, przedsiębiorca oblicza przeciętny miesięczny przychód za rok poprzedni i mnoży go przez specjalny mnożnik ogłaszany przez prezesa ZUS, uzyskując tym samym kwotę stanowiącą podstawę wymiaru składek. System jest skonstruowany tak, by najniższa podstawa wymiaru składek była równa preferencyjnej podstawie składek obowiązującej przez pierwsze 24 miesiące prowadzenia firmy.

Deklarację, że modyfikacje modelu oskładkowania w kierunku ZUS proporcjonalnego i uzależnionego od dochodu dotyczyć będą tych właśnie najmniejszych działalności objętych małym ZUS, odnotowujemy z ulgą. System ubezpieczeń społecznych dla przedsiębiorców powinien stanowić kombinację obowiązującego ryczałtu dla rozwiniętych firm, z rozwiązaniami zmierzającymi ku proporcjonalności składek dla firm najmniejszych. Deklarowany kierunek działań rządu jest w związku z powyższym prawidłowy.

Podsumowując, podkreślamy – jakakolwiek dyskusja o proporcjonalnych składkach na ZUS dla wszystkich firm jest niebywale groźna i wiąże się potencjalnie z radykalnym wzrostem obciążeń polskich firm. Bardzo dobrze zatem, że rząd nie planuje działań w tym kierunku. Podzielamy jednocześnie diagnozę, zgodnie z którą potrzebna jest modyfikacja konstrukcji małego ZUS – uważamy, że obecnie jest ona niedoskonała. O tym, czy ruchem adekwatnym jest zamiana mechanizmu opartego na przychodzie, na mechanizm oparty na dochodzie, jednoznacznie dyskutować będzie można wówczas, gdy upubliczniony zostanie kolejny projekt. Niezależnie od tego już niebawem opublikujemy własną propozycję zmian w tym zakresie.

Już w czwartek EBC obniży stopy procentowe?

Najbliższe spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego będzie miało miejsce 11 i 12 września. Wydaje się, że będzie to jedno z najważniejszych tego typu spotkań od wielu miesięcy. Oczekuje się bowiem, że w czwartek EBC podejmie decyzję o pierwszej obniżce stóp procentowych od 2016 roku.

Wydarzenia z ostatnich miesięcy (m.in. eskalacja konfliktu handlowego na linii USA-Chiny i pogorszenie perspektyw globalnej gospodarki) skłoniły banki centralne najważniejszych gospodarek świata do zmiany stanowiska w kontekście polityki monetarnej na bardziej gołębie. Decydenci nie poprzestawali jedynie na słowach. Już w maju decyzję o obniżce stóp procentowych podjął Bank Rezerwy Nowej Zelandii (RBNZ), stając się jednocześnie pierwszym bankiem centralnym G10, który w ostatnim czasie zdecydował się na taki krok. Niedługo potem w ślad za RBNZ podążyli decydenci z Australii, a następnie amerykańska Rezerwa Federalna. Wiele wskazuje na to, że również Europejski Bank Centralny zdecyduje się podjąć takie działania, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ostatnie dane makroekonomiczne napływające ze strefy euro są dalekie od odczytów, które satysfakcjonowałyby Radę Prezesów.

W ostatnich tygodniach prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, wypowiadał się w stosunkowo gołębim tonie. W czasie konferencji po ostatnim spotkaniu banku centralnego w lipcu, Draghi zasugerował, że podczas następnego spotkania EBC może rozważyć obniżkę stóp procentowych. W odniesieniu do ścieżki polityki monetarnej w najbliższej przyszłości, w oficjalnym oświadczeniu banku czytamy, że „Rada Prezesów oczekuje, że kluczowe stopy procentowe EBC pozostaną na obecnych lub niższych poziomach co najmniej przez pierwszą połowę 2020 roku”. Dodanie przez bank centralny sugestii względem możliwości osiągnięcia przez stopy procentowe poziomów „niższych” od obecnych skłoniło inwestorów do zmodyfikowania oczekiwań względem możliwości dodatkowego luzowania polityki monetarnej ze strony EBC. Obecnie rynki w pełni wyceniają obniżkę stóp procentowych podczas spotkania Europejskiego Banku Centralnego we wrześniu.

Jednym z najważniejszych argumentów za podjęciem działań przez Europejski Bank Centralny jest niedawna eskalacja konfliktu handlowego na linii USA-Chiny. Na ten moment nic nie wskazuje na to, żeby konflikt ten miał zostać rozwiązany w najbliższym czasie. Dodatkowo, perspektywy gospodarcze strefy euro nie rysują się zbyt dobrze. Jeszcze w lipcu Draghi zwracał uwagę na to, że dane makroekonomiczne ze strefy euro sugerują „nieco słabszą” dynamikę wzrostu w drugim i trzecim kwartale bieżącego roku. Faktycznie, dane o wzroście PKB strefy euro w drugim kwartale 2019 roku ukazały ekspansję rzędu zaledwie 0,2% w ujęciu kwartalnym. Wzrost w ujęciu rocznym w podanym okresie wyniósł 1,2% – ekspansję poniżej tego poziomu ostatnim razem notowano w IV kwartale 2013 roku. W ostatnich miesiącach specjalnego optymizmu nie budziły również odczyty wskaźników aktywności biznesowej PMI, które dostarczają nam bardziej aktualnego obrazu aktywności w usługach i przemyśle strefy euro. O ile wskaźnik dla usług w ostatnich miesiącach wskazywał na ekspansję sektora, utrzymując się powyżej granicy, którą wyznacza poziom 50, indeks dla przemysłu od kilku miesięcy pozostaje znacznie poniżej tego poziomu, co sugeruje kurczenie się sektora.

Indeksy PMI dla strefy euro (2016-2019)

Indeksy PMI dla strefy euroŹródło: Refinitiv Datastream Data: 06/09/2019

Szczególne obawy wśród członków EBC może budzić sytuacja w niemieckim przemyśle. Po tym jak w drugim kwartale tego roku Niemcy doświadczyły lekkiego spadku PKB w ujęciu kwartalnym, istnieje całkiem spore ryzyko, że w trzecim kwartale największa gospodarka strefy euro wpadnie w techniczną recesję.

Równie istotną, jeżeli nie istotniejszą, kwestią jest brak presji inflacyjnej w strefie euro. Dotychczas w tym roku kluczowe wskaźniki dynamiki cen nie osiągnęły celu inflacyjnego EBC, który określa się jako poziom „w okolicy, ale poniżej 2%”. Inflacja bazowa w strefie euro w lipcu i sierpniu wynosiła zaledwie 0,9% w ujęciu rocznym, przez ostatnie kilka lat pozostając w okolicy poziomu 1%. Inflacja CPI w ostatnim czasie również pozostawała wyjątkowo niska – w ostatnich dwóch miesiącach pomiarów wynosiła tylko 1%, co jest jej najniższym poziomem od listopada 2016 roku.

Inflacja w strefie euro (2013-2019)

Inflacja w strefie euroŹródło: Refinitiv Datastream Data: 06/09/2019

Zważywszy na to, że rynki finansowe obecnie w pełni wyceniają obniżkę stóp procentowych podczas najbliższego spotkania Europejskiego Banku Centralnego, reakcja euro w jego kontekście będzie zależeć od skali cięcia stóp procentowych oraz od tego, czy poznamy informacje o jakichkolwiek dodatkowych instrumentach z zakresu polityki monetarnej, których zastosowanie mogą planować decydenci. Wielokrotnie podkreślaliśmy, że naszym zdaniem EBC ma ograniczone możliwości do agresywnego obniżania, już i tak rekordowo niskich, stóp procentowych – jest tak w związku z ryzykiem niekorzystnego wpływu na zyskowność europejskich banków. Stąd też uważamy, że podczas wrześniowego spotkania EBC dojdzie do stosunkowo niewielkiej obniżki stóp procentowych.

 

Obecnie rynki szacują, że prawdopodobieństwo cięcia o 20 punktów bazowych podczas spotkania we wrześniu wynosi ponad 40%. Naszym zdaniem bank centralny w czwartek najpewniej zetnie stopę depozytową o 10 punktów bazowych oraz zasugeruje gotowość do dalszych działań podczas następnych spotkań. Możliwe jest również wprowadzenie systemu różnicowania oprocentowania depozytów, które banki komercyjne składają w banku centralnym (tiering), co miałoby na celu ograniczenie presji na banki związanej z ujemnymi stopami procentowymi. Uwzględniając to, jak duże są oczekiwania rynku, w przypadku realizacji naszych oczekiwań wspólna europejska waluta powinna doświadczyć umocnienia. Głębokie cięcie o 20 punktów bazowych (lub więcej) wskazywałoby z kolei na to, że bank centralny jest skłonny stymulować inflację za wszelką cenę, co najpewniej wiązałoby się z osłabieniem kursu EUR/USD. Wyprzedaż głównej pary mogłaby być jeszcze większa, jeśli towarzyszyłaby jej gołębia retoryka prezesa Draghiego podczas konferencji prasowej po spotkaniu EBC.

Co tyczy się QE, uważamy za stosunkowo mało prawdopodobne, żeby EBC podczas wrześniowego spotkania miał zdecydować się na ponowne uruchomienie programu luzowania ilościowego. Cięcie stóp procentowych i ogłoszenie nowego programu QE mogłoby łącznie stanowić zbyt duży wstrząs dla rynku. Naszym zdaniem na informację o ponownym uruchomieniu programu skupu aktywów będziemy musieli poczekać co najmniej do spotkania banku w październiku. Konkretna informacja o wprowadzeniu QE podczas spotkania we wrześniu mogłaby zaskoczyć rynek i wpłynąć na spadek kursu EUR/USD, co przełożyłoby się również na wzrost kursu USD/PLN.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Co zrobi EBC?

W tym tygodniu ton notowaniom nadają plotki i przecieki. W poniedziałek padła pozytywna dla euro informacja, że Niemcy szukają sposobu, by znacznie zwiększyć wydatki fiskalne bez naruszania zasad budżetowych. Wtorek? Przecieki, że EBC nie jest gotowe na ponowne uruchomienie skupu aktywów przy obecnej koniunkturze i ewentualne ilościowe luzowanie może być uzależnione od danych napływających z gospodarki. Skromne podbicie kursu świadczy o tym, że akurat tej plotce inwestorzy nie dali wiary.

Choć daleki jestem od szerzenia teorii spiskowych, to trudno oprzeć się wrażeniu, że oba kontrolowane przecieki mogą być wycelowane w obniżenie poprzeczki oczekiwań przed czwartkową decyzją EBC. Przecież policy mix z bardziej ekspansyjną polityką fiskalną wymaga mniejszego wsparcia koniunktury przez luzowanie monetarne. Druga informacja pokazuje silny opór ze strony frakcji jastrzębi przeciwko wznawianiu ilościowego luzowania. W rezultacie jesteśmy w niecodziennej sytuacji. Rynek spodziewa się jednocześnie szerokiego, kompleksowego pakietu luzowania polityki oraz widzi wysokie ryzyko rozczarowania decyzją ze względu na wyśrubowane oczekiwania. Zakładamy cięcie stó o 10 pb i wznowienie ilościowego luzowania na 9 miesięcy. Skala miesięcznego skupu powinna wynieść 30 mld euro. W takim scenariuszu istnieje wysokie ryzyko podbicia kursu EUR/USD na wyższe pułapy. Należy jednak pamiętać, że EBC zasugerowało jasno, że ostro poluzuje. Co do detali i szczegółów oceny są już mocno podzielone, więc pole do zaskoczeń jest naprawdę gigantyczne.

Dzisiejsze plotki o szykowaniu się Chin do wsparcia koniunktury by przeciwdziałać negatywnemu wpływowi wojen handlowych wywołały pozytywną reakcję ze strony ryzykownych walut. Podchodzimy jednak bardzo sceptycznie do możliwości kontynuacji umocnienia przez AUD, a zwłaszcza NZD. W tym drugim przypadku kurs NZD/USD nie sforsował nawet lokalnych maksimów. Bark silnej reakcji na pozytywne informacje po ostatnim rajdzie notowań sugeruje wysokie prawdopodobieństwo spadkowej korekty. Podobnie widzimy perspektywy funta. Boris Johnson został zepchnięty głęboko do defensywy, ale nie składa broni. Problem brexitu nadal pozostaje nierozwiązany.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wzór na najlepszego pracodawcę

Różnorodne doświadczenia zawodowe, pochodzenie i umiejętności pracowników to składowe tworzące wyjątkowe miejsca pracy. Jeśli do tego dodamy rozpoznawalną markę, przestrzeń dopasowaną do potrzeb zespołu i atmosferę sprzyjającą budowaniu dobrych relacji między ludźmi, to uzyskamy wzór na najlepszego pracodawcę. Szczególnie jeśli firma zadba dodatkowo o możliwość bycia sobą.

Wyniki badania Pracuj.pl „Specjaliści na rynku pracy” potwierdzają tezę, że najczęściej wskazywanymi przyczynami chęci zmiany pracy, poza kwestiami finansowymi, są nowe perspektywy rozwoju i potrzeba bycia docenionym. Dla firm to wyraźny sygnał, że aby przyciągnąć do siebie najlepsze talenty, które będą chciały pozostać na dłużej, trzeba stworzyć miejsce pracy, w którym pracownik będzie mógł się rozwijać w zgodzie ze swoim charakterem i potrzebami.

Przykładem firmy, która chce, aby pracowali w niej ludzie z różnym doświadczeniem, pochodzeniem i umiejętnościami jest Shell w Krakowie realizujący globalne procesy biznesowe dla Shell. Firma od wielu lat kreuje środowisko pracy sprzyjające rozwojowi zawodowemu niezależnie czy pracownik planuje zostać w przyszłości menedżerem, czy też jego celem jest możliwość pracy w różnych obszarach w jednej firmie. Oznacza to, że pracownik może starać się o awans w ramach swojego działu, ale także rozwijać kompetencje pracując przez lata na różnych stanowiskach w dziesięciu niezależnych liniach biznesowych.

W Shell chcemy być najlepszą wersją samych siebie, a bez uwzględniania potrzeb naszych pracowników nie jest to możliwe. Osoby z odmiennym doświadczeniem, pochodzące z różnych środowisk i posiadające zróżnicowane umiejętności tworzą nową jakość pracy, co widać w projektach, które realizujemy dla Shell. Kluczowe jest wspieranie odmiennych perspektyw, sposobów myślenia, podejścia do rozwiązywania problemów i ich opracowywania. To dla nas bardzo ważne. Zróżnicowanie poglądów pozwala nam generować innowacyjne myślenie i pomaga w dążeniu do osiągnięcia jeszcze lepszych rezultatów, dostosowanych do szerokiej grup odbiorców

– mówi Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations w Krakowie.

Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations w Krakowie
Agnieszka Pocztowska, Dyrektor Generalna Shell Business Operations w Krakowie

Shell Business Operations w Krakowie poza obszarem finansów, który stanowi największy liczbowo dział w firmie realizuje zadania związane z: HR, logistyką, zarządzaniem łańcuchem dostaw na całym kontynencie europejskim, zakupami, wsparciem biznesu, obsługą klientów. Od niedawna globalnie wzmacnia Shell w nowych dziedzinach, takich jak wsparcie prawne dla biznesu, a także komunikacja wewnętrzna, zewnętrzna czy dział kreacji tworzący zawartość marketingową dla kampanii realizowanych przez firmę oraz wewnętrzną komunikację na międzynarodową skalę. Tak szeroki wachlarz zadań pozwala zaoferować pracownikom rozbudowane możliwości kontynuacji kariery zawodowej, a także wielokierunkową ścieżkę rozwoju. Oznacza to możliwości awansu nie tylko pionowo, ale i poziomo, w strukturze firmy, a więc poszerzania swoich kwalifikacji w różnych działach.

Potwierdza to Karolina Bieńkowska, Lider Zespołu ds. Pozyskiwania Talentów i Promocji Marki Pracodawcy w Grupie Pracuj. Firmy, która cyklicznie bada potrzeby pracowników związane z rozwojem ich kariery zawodowej.

Badania potwierdzają trendy w rozwoju kadr, które obserwujemy od co najmniej kilku lat. Wysokie zarobki pozostają oczywiście wciąż najważniejszym czynnikiem, przyciągającym talenty do pracy. O „presji płacowej” mówi z resztą 69% firm przebadanych przez NBP. Jednak tym, co utrzymuje pracowników na dłużej, jest satysfakcja osiągana z pracy i dobra atmosfera, budowana przez kierownictwo oraz działy HR. O ile więc pensja przyciąga i kusi specjalistę, o tyle kwestie „miękkie” pomagają zbudować z nim dłuższą, dojrzałą relację

– mówi Karolina Bieńkowska, Lider Zespołu ds. Pozyskiwania Talentów i Promocji Marki Pracodawcy w Grupie Pracuj.

W Shell Business Operations w Krakowie, w zeszłym roku, zatrudniono około tysiąca osób, co oznacza, że w jednej firmie spotykają się przedstawiciele różnych pokoleń. Pod względem demograficznym najliczniejsza jest grupa pracowników w wieku 30-39 (57%), następna 20-29 (30%), a także 40-49 (12%) i powyżej 50 lat (1%). Dlatego od pewnego czasu w firmie stosuje się tzw. odwrócony coaching, który jest jednym z narzędzi, sprzyjającym pozytywnej wymianie poglądów w miejscu pracy między przedstawicielami różnych pokoleń.

W Shell w Krakowie zatrudniamy 3800 osób, które pracują w 10 liniach biznesowych. W tak zróżnicowanym środowisku widzimy, że każda generacja ma swoje potrzeby, dlatego bardzo ważne jest, aby przede wszystkim nie ulegać stereotypom. Naszą rolą, jako pracodawcy, ale także menedżerów jest umiejętność zrozumienia potrzeb pracowników, ale i przedstawienia im potrzeb firmy, tak by obie strony miały pełną zgodę co do wytyczonego kierunku. Można to osiągnąć dzięki otwartości na dialog i akceptację różnorodności charakterów pracowników

– mówi Agnieszka Pocztowska.

Podobne spostrzeżenia ma Maciej Nuckowski, członek zarządu firmy Diebold Nixdorf, lidera w obszarze technologii obrotu gotówką w sektorze bankowym i handlu.

Pracuję z międzynarodowymi zespołami od wielu lat, to co jest kluczowe dla osiągnięcia celów wyznaczonych przez firmę, to nie tylko narzędzia i wskaźniki, a przede wszystkim atmosfera w zespole, która sprzyja swobodnej wymianie poglądów. Ludzie mają różne charaktery, jedni są przebojowi i dynamiczni, a inni skupieni na analizie i liczbach. Każdy rozumie swój rozwój osobisty w nieco inny sposób i czerpie motywację z różnych czynników. To rolą menedżera jest stworzenie takiej relacji między członkami zespołu, aby to wszystko udało się pogodzić. Zadanie nie jest proste, wymaga często wielu miesięcy bezpośredniej pracy z zespołem, ale zdecydowanie warto. Szczególnie jeśli utalentowani pracownicy mogą czuć się w zespole dobrze i w zgodzie ze swoim charakterem

– mówi Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf.

Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf
Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf

Działania podejmowane przez firmy potwierdzają badania. W raporcie Pracuj.pl „Specjaliści 2018” – wśród osób, które nie chcą zmieniać swojej pracy, 60% jako powód wskazywało sympatię do organizacji i przełożonych, a 53% dobrą atmosferę w zespole. To właśnie te aspekty życia firmy, poprzez swoje działania, kreują szefowie i decydują o jej wyborze podczas rekrutacji kandydatów.

Polacy pozytywnie postrzegają swoje relacje z przełożonymi, coraz bardziej dojrzałe podejście szefów do budowania relacji z pracownikami w Polsce to wynik zarówno trendów napływających z zagranicy, jak i rosnącej świadomości znaczenia marki pracodawcy w firmach. Widać to zwłaszcza w branżach, w których występuje tzw. rynek pracownika, gdzie coraz większy nacisk kładzie się na rozwój menedżerów w obszarach kompetencji miękkich, np. tworzone są wewnętrzne polityki rozwoju pracowników. Mądry szef wie, że dobre relacje z zespołem i obustronna komunikacja pozytywnie wpływają na atmosferę, która jest kluczowa, aby przywiązać specjalistę do firmy.

– mówi Karolina Bieńkowska, Lider Zespołu ds. Pozyskiwania Talentów i Promocji Marki Pracodawcy w Grupie Pracuj.

Karolina Bieńkowska, Lider Zespołu ds. Pozyskiwania Talentów i Promocji Marki Pracodawcy w Grupie Pracuj
Karolina Bieńkowska, Lider Zespołu ds. Pozyskiwania Talentów i Promocji Marki Pracodawcy w Grupie Pracuj

Co dalej z Brexitem? Jak zareaguje kurs funta?

Przy temacie Brexitu nadal mamy sporo niewiadomych. Dlatego dzisiaj eksperci Ebury postarają się odpowiedzieć na wiele pojawiających się ostatnio pytań w tej kwestii.

W ostatnich dniach kurs funta brytyjskiego w parach z głównymi walutami, jak i ze złotym, wykazywał się zwiększoną zmiennością ze względu na dość dramatyczny rozwój sytuacji w kwestii Brexitu.

Kurs funta GBP/USD & GBP/PLN (wrzesień ’18-wrzesień ‘19)

kurs funta wykresŹródło: Bloomberg Data: 10/09/2019

W sierpniu funt brytyjski otrzymał mocny cios po tym jak urzędujący premier Boris Johnson podjął kroki mające na celu powstrzymanie oponentów od podjęcia działań, które mogłyby zapobiec tzw. Brexitowi bez umowy. Wysiłki Johnsona miały na celu wstrzymanie prac brytyjskiego parlamentu na około miesiąc. W ich konsekwencji posłowie Izby Gmin po zakończeniu wczorajszej sesji rozpoczęli przerwę – powinni wrócić do obrad dopiero 14 października, na dwa tygodnie przed ustalonym terminem wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Podejmując wspomniane kroki, premier Johnson twierdził, że nadal pozostanie wystarczająco dużo czasu, aby Izba Gmin podjęła dyskusję w kwestii Brexitu. Już wtedy było jednak jasne, że głównym powodem stojącym za decyzją Johnsona była chęć ukrócenia jakichkolwiek działań ze strony oponentów, którzy mogliby zablokować próby przeprowadzenia Brexitu bez umowy.

Po powrocie posłów po przerwie wakacyjnej, temat Brexitu z oczywistych względów zdominował dyskusję w niższej izbie parlamentu. Funt brytyjski oczywiście reagował na co istotniejsze wieści dotyczące Brexitu. W reakcji na słowa Borisa Johnsona, który odgrażał się możliwością ogłoszenia wcześniejszych wyborów parlamentarnych w przypadku próby zablokowania Brexitu bez umowy, szterling na krótką chwilę osłabił się do najniższego poziomu od 2016 roku w relacji do dolara amerykańskiego, istotnie tracąc również w parze ze złotym. Od tego czasu funt brytyjski zdołał jednak odrobić straty, zwłaszcza po tym, kiedy większość w Izbie Gmin podjęła działania mające na celu zapobiegnięcie Brexitowi bez porozumienia. Johnson nie zdołał także wymusić na parlamencie wcześniejszych wyborów – procedura umożliwiająca ich ogłoszenie wymaga kwalifikowanej większości dwóch trzecich głosów, której nie zdołał uzyskać premier.

Co stanie się teraz?

Na chwilę obecną premier Johnson ma czas do 19 października na przegłosowanie w parlamencie umowy regulującej stosunki z UE po Brexicie, albo na zebranie większości parlamentarnej opowiadającej się za Brexitem bez umowy. Oba scenariusze (a zwłaszcza drugi) wydają się w naszym przekonaniu mało prawdopodobne. Jako coraz wyraźniejsza alternatywa rysuje się kolejne przesunięcie terminu Brexitu. Jeżeli do 19 października dalej nie pojawi się żadne rozwiązanie kwestii wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, premier będzie zobligowany do złożenia wniosku o przedłużenie terminu Brexitu do 31 stycznia. Niepodjęcie takiego działania oznaczałoby złamanie prawa.

Rosnące prawdopodobieństwo kolejnego przełożenia terminu Brexitu sprzyjało funtowi brytyjskiemu w ostatnich dniach. Niemniej, inwestorzy wciąż nie mają pewności co czeka Wielką Brytanię w przyszłości, stąd w przypadku braku konkretnych, pozytywnych informacji potencjalne umocnienie funta brytyjskiego może być ograniczone. Wciąż oczekujemy, że uda się znaleźć rozwiązanie Brexitu, które nie zakłada wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy. Rynek również zdaje się skłaniać w tę stronę. Bukmacherzy szacują, że prawdopodobieństwo Brexitu bez porozumienia spadło z okolic 50% notowanych jeszcze tydzień temu do ok. 25% obecnie.

Jak funt zareagowałby na Brexit bez umowy?

Mimo tego, iż po ostatnich decyzjach brytyjskiego parlamentu, bukmacherzy (i rynki finansowe) w mniejszym stopniu oczekują Brexitu bez porozumienia, nie jest to jednak scenariusz, który na tym etapie można wykluczyć. W przypadku jego realizacji spodziewalibyśmy się gwałtownej wyprzedaży funta brytyjskiego o ok. 5-10% w relacji do dolara amerykańskiego z obecnych poziomów, co oznaczałoby, że kurs GBP/USD znalazłby się w okolicach 1,10-1,16. M.in. z uwagi na fakt, iż Brexit bez porozumienia nie byłby korzystny również dla krajów strefy euro, skala osłabienia w relacji do wspólnej europejskiej waluty powinna być mniejsza. Część analityków sugeruje, że w przypadku Brexitu bez umowy kurs GBP/EUR mógłby zbliżyć się do parytetu, aczkolwiek my uważamy taki scenariusz za mało prawdopodobny.

W przypadku Brexitu bez porozumienia funt powinien osłabić się również w parze z polskim złotym, aczkolwiek – z uwagi na fakt, że wzrost ryzyka po Brexicie bez porozumienia również nie sprzyjałby złotemu – skala wyprzedaży powinna być mniejsza niż w przypadku spadku kursu GBP/EUR. Kurs GBP/PLN w przypadku takiego obrotu spraw naszym zdaniem powinien znaleźć się w okolicach 4,50-4,65.

Warto podkreślić, że rynki finansowe nadal uważają scenariusz Brexitu bez porozumienia za najgorszą alternatywę dla brytyjskiej gospodarki, przynajmniej w krótkim terminie. Tak zwany „no deal” może bowiem skutkować wzrostem cen w Zjednoczonym Królestwie, zważywszy na to, że istotna część handlu zagranicznego Wielkiej Brytanii musiałaby przestawić się z powrotem na reguły określone przez Światową Organizację Handlu (WTO). Najpewniej towarzyszyłby temu spadek zaufania konsumentów oraz biznesu. Na szczęście „no deal” nie jest scenariuszem bazowym. Cokolwiek się ostatecznie nie wydarzy, póki co niepewność związana z wydarzeniami w Wielkiej Brytanii pozostaje wysoka – obecnie nic nie jest pewne.

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Elektromobilność 2022: Jak to (z)robią samorządy?

Planowane na początek przyszłego roku wejście w życie ustawy o elektromobilności zostaje przesunięta o dwa lata. Czy samorządy będą na nią gotowe? Przykłady Poznania i Krakowa potwierdzają, że tak.

Burmistrz czy prezydent miasta w elektrycznym samochodzie, autobusy napędzane energią elektryczną czy także pojazdy komunalne – to nie surrealistyczna wizja przyszłości, a obraz polskich samorządów już za dwa lata, a być może już wcześniej. Jak będą wyglądać ulice polskich samorządów? Kiedy możemy spodziewać się na ulicach pierwszych elektrycznych urzędowych samochodów?enexon-Infografika-Elektromobilnosc_w_samorzadach

Polski rynek jest trudny

Najnowsze dane Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) potwierdzają, że pod względem elektromobilności Polska pozostaje jednym z trudniejszych rynków w Europie. W 2018 roku zaledwie 0,2 proc. aut sprzedanych w Polsce była napędzana energią elektryczną, podczas gdy w Wielkiej Brytanii odsetek ten stanowił już 2 proc. Dysproporcja jest jeszcze bardziej widoczna, gdy przyjrzymy się liczbie sprzedanych aut napędzanych energią elektryczną – w Polsce – 1 324, w Wielkiej Brytanii – 59 947.

Jednym z czynników, które mają rozpocząć zmiany i wprowadzić więcej pojazdów napędzanych energią elektryczną jest ustawa o elektromobilności, która bez wątpienia odmieni polskie samorządy i napędzi rynek. Moment graniczny, od którego nowe normy miałyby obowiązywać jednostki samorządu terytorialnego został właśnie przesunięty o dwa lata. Ustawa wejdzie więc w życie 1 stycznia 2022 roku. Jakie są jej założenia?

  • 10 proc. floty urzędniczej powinny stanowić pojazdy napędzane energią elektryczną;
  • 10 proc. pojazdów używanych do zadań komunalnych (śmieciarki, odśnieżarki pługi, nie dotyczy: autobusów) mają stanowić pojazdy zasilane energią elektryczną lub gazem ziemnym;

Do 2025 roku odsetek ma wzrosnąć do aż 30 proc.

Producenci od dłuższego czasu obserwują wzrost zainteresowania stacjami ładownia pojazdów zarówno w samorządach, czyli tak zwanym sektorze publicznym, jak i wśród odbiorców komercyjnych i prywatnych. Niestety wiedza na temat zagadnień związanych z ładowaniem pojazdów wśród klientów końcowych jest nadal dość mała.

– Przed nami dużo wspólnej pracy polegającej nie tylko na zapewnieniu dostępności wysokiej jakości produktów, ale również edukowaniu konsumentów. Należy bowiem pamiętać, że stacja ładowania to nie tylko samo urządzenie, to także jego poprawne zasilanie. Duże wzrosty sprzedaży obserwujemy głównie na rynkach, gdzie funkcjonuje realny system dopłat do pojazdów elektrycznych. Pamiętajmy, że nierzadko są to kraje o znacznie wyższej sile nabywczej niż Polska. Jest tutaj na pewno pole do poprawy, a impulsem do zmian mogą się okazać właśnie inwestycje samorządów. Najbliższe lata pozwolą sprawdzić ten potencjał. Z pewnością jednak nadchodząca ewolucja jest nieunikniona – mówi Mariusz Malinowski, specjalista Schneider Electric, firmy która na co dzień współpracuje z samorządami.

Kraków już posiada „elektryki”

Im większe miasto, tym większa skala wyzwania związana z spełnieniem wymogów ustawy. Na jednego z pionierów w dziedzinie elektromobilności wyrasta Kraków, który już podjął konkretne kroki.

– Gmina Miejska Kraków spełni wymagania nałożone przez ustawę o elektromobilności i paliwach alternatywnych i do końca bieżącego roku będzie posiadała we flocie użytkowanych pojazdów ponad 10 proc. samochodów elektrycznych. Planowany termin rozpoczęcia dostaw samochodów elektrycznych pozyskanych w związku z wymogami ustawy to przełom października i listopada. Łącznie zostanie pozyskanych 47 samochodów dla 21 jednostek i spółek gminnych. Pojazdy dostarczy Arval Service Lease Polska Sp. z o.o., która złożyła najkorzystniejszą cenowo ofertę w postępowaniu przetargowym – informuje Joanna Korta z Wydziału Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Krakowa.

Obecnie jednostki i spółki gminne posiadają 6 samochodów elektrycznych (nie wliczając w to floty autobusów MPK).

Z przeprowadzonych przez urząd analiz wynikało, iż z uwagi na obecny stan rozwijającego się rynku pojazdów elektrycznych, najkorzystniejszym sposobem ich pozyskania będzie wynajem długoterminowy z możliwością ich wykupu.

– W chwili obecnej największymi przeszkodami stojącymi na drodze do rozwoju ,,elektromobilności komunalnej” w Polsce są obecnie zbyt wysoki, finansowy próg dostępowy do pojazdów- szczególnie specjalistycznych, przedłużające się prace nad zasadami współfinansowania pojazdów zeroemisyjnych ze środków FNT, wciąż zbyt słabe parametry techniczne tychże pojazdów oraz co istotne – bardzo długie procedury uzyskiwania pozwoleń, uzgodnień dotyczące infrastruktury ładowania pojazdów – dodaje Joanna Korta.

Jednocześnie Krakowski Holding Komunalny S.A. zapewnia, że w najbliższym czasie będzie analizować dynamicznie rozwijający się rynek floty zeroemisyjnej pod kątem ofert, technicznych możliwości zabezpieczenia trwałości oraz rozwoju „serca” napędu elektrycznego, czyli baterii montowanych w pojazdach. Wyniki powyższych działań będą przesądzające dla budowy przyszłego modelu naszej działalności uwzględniającej wymogi ustawy (drugi próg).

Poznań wybiera się na zakupy

Innym samorządem, który chętnie stawia na rozwiązania eko, mające obniżyć emisję spalin, jest Poznań. Jak się okazuje, podobnie jak w Krakowie, spełnienie wymogów ustawy będzie jednak sporym wyzwaniem.

– Dążenie do wdrażania kierunków zapisanych w Ustawie jest działaniem nieuniknionym i słusznym z punktu widzenia zasad zrównoważonego transportu, ochrony środowiska i działań proekologicznych. Przeszkodą we wdrażaniu tych założeń są niestety wysokie koszty takich działań i trudności z podażą oraz obecną ofertą pojazdów zeroemisyjnych wskazanych w ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych np. brak specjalistycznych pojazdów do zadań komunalnych – mówi Joanna Żabierek, rzecznik prasowy Prezydenta Poznania i Urzędu Miasta.

Obecnie Miasto Poznań przygotowuje się do zmiany aktualnej floty pojazdów tak, aby spełniała wymogi Ustawy. W najbliższym czasie powinny nastąpić pierwsze zakupy wymaganych samochodów, natomiast intensywność i plany dotyczące spełnienia wymogów będą zależeć od najbliższych zmian legislacyjnych opisanych powyżej, czyli liczby i rodzaju wymaganych pojazdów, a także terminów ich wprowadzenia do floty miasta, oferty rynku motoryzacyjnego na pojazdy spełniające oczekiwania miasta i ich cen oraz możliwości budżetowych samorządu.

Przykład idzie z góry, ale ważna praca u podstaw

Władze kolejnych miast dążących do spełnienia wymogów stanowią przykład i ważny wstęp do rewolucji, jaka czeka społeczeństwo, natomiast równie istotna jest praca u podstaw, którą wykonują często zarządcy budynków, galerii czy na przykład sieci placówek handlowych, montując specjalne stacje ładowania samochodów.

– Nasze doświadczenia wynikające z ponad 25-letniej obecności na rynku sprawiają, że podejmujemy się najbardziej wymagających wyzwań, cechując się jednocześnie elastycznością i wdrażaniem udogodnień dla naszych klientów. Jednym z nich jest uruchomienie stacji ładowania samochodów elektrycznych przy naszych oddziałach. Wyznaczanie trendów w innowacyjności, a jednocześnie podążanie ścieżką eko to jeden z istotnych aspektów naszej działalności mówi Jan Sobusiak, dyrektor marketingu Enexon, sieci 32 hurtowni elektrotechnicznych, zlokalizowanych w całej Polsce. Docelowo przy każdej z nich ma znaleźć się stacja ładowania samochodów elektrycznych.

Źródło:

https://www.acea.be/press-releases/article/electric-car-sales-not-taking-off-in-lower-income-eu-countries-new-data-sh

https://www.acea.be/statistics/article/interactive-map-correlation-between-uptake-of-electric-cars-and-gdp-in-EU

https://serwisy.gazetaprawna.pl/samorzad/galerie/1421555,duze-zdjecie,2,elektromobilnosc-w-samorzadach.html

Propozycje ustaw

Urząd Miasta Krakowa

Urząd Miasta Poznania

W salonach widać wyraźny spadek sprzedaży nowych diesli

Ponad 36% sprzedanych Volkswagenów w pierwszym półroczu br. miało silniki TDI. W ciągu roku odsetek ten wzrósł o blisko 13%. Z danych sprzedaży innych marek wynika, że w tym samym czasie pojazdy benzynowe zwiększały swoją przewagę nad dieslami. W Citroenie udział jednostek wysokoprężnych zmniejszył się z 26% do 20%. Z kolei w Volvo numerem jeden pozostają silniki diesla – 56%, ale i tam tracą na znaczeniu. Natomiast Toyota w 2018 roku pożegnała oficjalnie takie rozwiązanie w autach osobowych, a hybrydy stanowią ok. 30% łącznej sprzedaży. Zdaniem ekspertów, wkrótce klienci będą mieć szery wybór, a co za tym idzie – większy dylemat.

Grupa VW

We wrześniu miną 4 lata od wybuchu dieselgate. W przypadku samochodów osobowych Volkswagena, klienci częściej wybierają te z silnikami TSI niż TDI. W pierwszym półroczu 2018 roku stosunek wyniósł 76,16% do 23,83%, a w okresie od stycznia do czerwca 2019 roku – 63,75% do 36,24%. Jak podkreśla Hubert Niedzielski, kierownik PR marki Volkswagen, obie jednostki silnikowe odgrywają obecnie znaczącą rolę w strukturze handlu. Ekspert dodaje, że w najbliższych latach należy spodziewać się również znaczącego wzrostu sprzedaży aut elektrycznych.

– Ponad ⅔ wszystkich sprzedawanych aut naszej marki stanowią modele z silnikami benzynowymi, a niespełna ⅓ to jednostki diesla. Tak sytuacja wyglądała zarówno w ubiegłym roku, jak i w pierwszych sześciu miesiącach 2019 roku. Ta przewaga jest duża i stabilna, natomiast silników hybrydowych jeszcze nie mamy w swojej ofercie. Od początku 2020 roku na rynek będą wchodziły Skoda SUPERB iV z napędem hybrydowym typu plug-in oraz w pełni elektryczna Skoda CITIGOe iV. I z tymi modelami wiążemy bardzo duże nadzieje – stwierdza Tomasz Pyzałka, specjalista ds. komunikacji w zespole Skody.

Wśród klientów Seata zdecydowanie większym zainteresowaniem cieszą się silniki benzynowe. W tym roku ich udział w całkowitej sprzedaży to 92,3%, a w ubiegłym – 90%. Jednak nie wszystkie modele są dostępne jako diesle, co zaznacza Maja Rzepińska, PR Seat & Cupra. Dla Ibizy i Arony wysokoprężne silniki zostały wycofane z oferty w zeszłym roku. Można też zauważyć zwiększony udział tych jednostek napędowych w wyższych segmentach, tj. wśród większych samochodów. Przykładowo, 86% sprzedaży Alhambry w 2019 roku to diesle. W zeszłym roku było to 74%.

Europejskie marki

– W Oplu stosunek sprzedaży pojazdów z silnikiem benzynowym i diesla wynosi mniej więcej 74% do 26%. Po te pierwsze sięgają głównie klienci indywidualni, a po te drugie – przeważnie firmy. Znaczna przewaga jednostek benzynowych jest w segmencie aut małych, tj. klasy A oraz B. Z kolei silniki wysokoprężne są częściej wybierane przy zakupie większych modeli. Chętni już mogą składać zamówienia na pojazdy elektryczne, przy czym dostawy rozpoczną się od wiosny przyszłego roku – mówi Wojciech Osoś, dyrektor ds. PR Opel Poland.

Natomiast Dorota Kozłowska, PR Manager Peugeot Polska, wskazuje dane za okres od stycznia do czerwca br. Wynika z nich, że 63,94% klientów tej firmy wybrało wariant benzynowy, a 36,06% – jednostkę diesla. W ciągu dwunastu miesięcy wskaźniki te zmieniły się z poziomu 59,74% i 40,26%. Jeszcze większą różnicę można dostrzec w innej marce należącej do Grupy PSA. 79,69% pojazdów sprzedanych przez Citroena w pierwszym półroczu br. miało silniki benzynowe, a 20,31 – wysokoprężne. Jak informuje Klaudia Dawidko, PR Manager Citroen, rok wcześniej wskaźniki wyniosły odpowiednio 73,67% oraz 26,33%.

– W ciągu roku również marka Renault zwiększyła udział sprzedawanych aut z silnikiem benzynowym, z 70,88% do 78,84%. Dla jednostek wysokoprężnych wynik ten spadł z 28,93% do 20,82%. Pozostałą część stanowiły pojazdy elektryczne, notujące wzrost z 0,19% do 0,34%. Dacia także sprzedała w analizowanych okresach zdecydowanie więcej modeli benzynowych niż dieslowskich. W pierwszej połowie 2019 roku stosunek ten wyniósł 93,48% do 6,52%. 12 miesięcy wcześniej mowa była o 87,81% oraz 12,19% – opisuje Janusz Chodyła, attache prasowy Renault Polska.

W Volvo spadek popularności diesla postępuje bardzo szybko. W 2017 roku takie silniki miało 76% aut sprzedanych w Polsce, co zaznacza Stanisław Dojs, PR manager z Volvo Car Poland. 12 miesięcy później odsetek ten był na poziomie 60%. Pozostałą część stanowiły pojazdy benzynowe (38,5%) oraz hybrydy typu plug-in, bazujące na silniku benzynowym (1,5%). W okresie od stycznia do lipca br. modele z jednostkami z samoistnym zapłonem osiągnęły wynik 56%, benzynowe – 41%, a hybrydowe – 2%. W 2019 roku oferta została poszerzona o tzw. mild-hybrids, w których układ hybrydowy bazuje na dieslu.

– Klienci Fiata i Alfy Romeo stawiają niemal wyłącznie na modele z silnikami benzynowymi. One stanowiły odpowiednio 99,56% oraz 97,95% sprzedaży tych marek w pierwszym półroczu 2019 roku. W analogicznym okresie 2018 roku wskaźniki te wyniosły 97,81% i 91,59%. Tym samym odsetek wybierających diesle zmniejszył się w Fiacie z 2,19% do 0,44%, a w Alfie Romeo – z 8,41% do 2,05%. Udział silników wysokoprężnych powyżej 5-10% notuje się w samochodach klasy średniej wyższej oraz dużych SUV-ach – wylicza Beata Dziekanowska, FCA (Fiat Chrysler Automobiles) Corporate PR Manager.

Japońska oferta

Diesle w Toyocie to już historia, co podkreśla Robert Mularczyk, PR Senior Manager z Toyota Motor Poland oraz Toyota Central Europe. Marka pożegnała ten typ napędu w autach osobowych w 2018 roku. Silniki z zapłonem samoczynnym pozostały jedynie w ofercie samochodów użytkowych, takich jak Proace czy Hilux. W pojazdach osobowych można skorzystać z dwóch systemów – hybrydy i silnika benzynowego. Te pierwsze stanowią obecnie prawie 30% łącznej sprzedaży. I to trend rosnący. Jak stwierdza ekspert, w ciągu kolejnych lat można spodziewać się osiągnięcia mixu na poziomie 50%. To wynik obecnie notowany przez Toyotę w Europie Zachodniej.

– Mazda w Polsce sprzedaje w większości silniki benzynowe. W niektórych modelach wręcz nie oferujemy jednostek diesla, mimo że one są dostępne na europejskim rynku. Wiemy, że te samochody spotkałyby się z niewielkim zainteresowaniem kupujących. Takimi przykładami są nowa Mazda 3, a także wprowadzona właśnie do salonów Mazda CX-30. Największy udział w sprzedaży pojazdów z silnikiem wysokoprężnym ma Mazda CX-5, on waha się w granicach 5% – komentuje Szymon Sołtysik, dyrektor PR z Mazda Polska.

W pierwszym półroczu br. klienci Nissana wybrali głownie pojazdy napędzane benzyną (87%, zmiana z 69% w ciągu 12 miesięcy), a dopiero potem diesla (11% z 30%) oraz elektryczne (2% z 1%), o czym informuje Dorota Pajączkowska, PR Manager Nissan Sales CEE Oddział w Polsce. I przekonuje, że spadek sprzedaży egzemplarzy z jednostkami wysokoprężnymi wynikał przede wszystkim z ograniczonej dostępności modelu X-Trail na początku br. Ponadto, wzrosło zainteresowanie nowoczesnymi silnikami benzynowymi, które zostały pod koniec zeszłego roku wprowadzone do modelu Qashqai, będącego motorem sprzedaży marki.

Czas na zmiany

Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

– Wskazane proporcje mnie nie dziwią. Historycznie popularność samochodów z silnikiem diesla wynikała z tego, że one spalały dużo mniej paliwa, a olej napędowy był znacznie tańszy niż benzyna. Dziś te różnice nie są już tak duże, a w pewnym momencie ON kosztował więcej niż Pb95. Takie pojazdy są też standardowo droższe o kilka procent od wersji benzynowych o podobnych osiągach. Klienci analizują twarde dane i jeśli ktoś mało jeździ, to taki zakup nie jest dla niego zbyt opłacalny – ostrzega Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Według Stanisława Dojsa, spadek popularności diesli to ogólnoeuropejski trend, który dociera także do Polski. Nowoczesne samochody z takimi silnikami słabo nadają się do pokonywania krótkich, miejskich odcinków. W takich warunkach lepiej sprawdzają się auta benzynowe. Takie jednostki napędowe są postrzegane jako bardziej ekologiczne. Prezes Faryś podkreśla, że Komisja Europejska od lat bardzo dużą wagę przywiązuje do redukcji emisji CO₂. Najpierw zachęcała do produkcji diesli, a teraz nie są one mile widziane. Ekspert zaznacza, że nowoczesny i sprawny silnik wysokoprężny z niewyciętym np. DPF-em, ma emisję porównywalną do benzyny.

– Klienci mniej chętnie interesują się silnikami wysokoprężnymi, ponieważ mają one zły PR. Potencjalni nabywcy wiedzą o ryzyku ograniczenia wjazdu takich samochodów do poszczególnych miast. Wprawdzie te perspektywy nie dotyczą jeszcze Polski, ale słyszy się o tym w kontekście europejskim. Kierowcy zatem poważnie zastanawiają się, czy te pojazdy rzeczywiście warto wybrać szczególnie że nowoczesne silniki benzynowe, zaczynają dorównywać dieslom w oszczędności paliwa – dodaje Szymon Sołtysik.

W opinii Jakuba Farysia, w niedalekiej przyszłości klienci będą mieć większy wybór napędów. Od 2020 roku wejdą w życie wysokie kary dla producentów za przekroczenie limitów emisji CO₂. Według prezesa PZPM, nie jest możliwe osiągnięcie wyznaczonych celów przy oferowaniu tylko aut z silnikami benzynowymi i diesla. Firmy zaczną więc coraz częściej wypuszczać na rynek auta elektryczne czy też te z napędem hybrydowym. To prawdopodobnie wpłynie na przyszłe proporcje w wynikach sprzedaży.

Zakupy w tygodniu, w sobotę czy przez internet? Skutki ograniczenia handlu w niedzielę – raport

Tłok, stres i pośpiech coraz częściej towarzyszą sobotnim zakupom. Dlatego też konsumenci poszukują rozwiązań łagodzących niedogodności, których jedną z przyczyn jest zakaz handlu w niedzielę. Jak pokazują badania, receptą na sobotnie trudności stały się zakupy od poniedziałku do piątku. Równocześnie dynamicznie rośnie liczba osób, kupujących w sieci – już co piąty Polak zaopatruje swoje gospodarstwo domowe w artykuły inne niż spożywcze w ten sposób.

Agencja badawcza Danae przeprowadziła badanie opinii społecznej, podczas którego pytała respondentów m.in. o zmiany w organizacji ich stylu życia i zwyczajów zakupowych spowodowane stopniowym zaostrzaniem ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, zgodnie przyznawały, że sobotni ruch we wszelkich placówkach handlowych jest największy w stosunku do innych dni. Wynikające z tego niedogodności zauważalne są zarówno przez właścicieli drobnych przedsiębiorstw, etatowych pracowników handlu, jak i przez samych klientów.

Problemy te są bardziej odczuwane przez pracowników zatrudnionych w galeriach handlowych, jak również przez klientów posiadających rodziny wielodzietne. Zintensyfikowany ruch podczas sobotnich zakupów sprawia, że część klientów stara się unikać robienia zakupów w tym dniu. Zdarza się także, że w sklepach zaczyna brakować towarów, co prowadzi do frustracji konsumentów. Kamil, pracujący w sklepie odzieżowym potwierdza: W soboty często zaczyna brakować rzeczy, bo na bieżąco nie ma tylu ciuchów, nawet w magazynach. Z tego powodu ludzie robią się nerwowi, agresywni i nieprzyjemni. Praca w sobotę jest dla mnie udręką. – mówi.

Zmieniający się obraz handlowej rzeczywistości doskonale ilustruje badanie zrealizowane przez Agencję Badań Rynku i Opinii SW Research, przeprowadzone na reprezentatywnej grupie dorosłych Polaków.  Pokazuje ono, że po wprowadzeniu trzech niedziel niehandlowych niemal połowa respondentów  najczęściej robi zakupy (inne niż spożywcze) w dni powszednie (46%), prawie co trzeci w sobotę (29%), a co piąty przez internet (20%).zakupy w niedziele

-Wzrost popularności zakupów online obserwujemy już od kilku lat, ale ograniczenie handlu w niedzielę niewątpliwie go zdynamizował. Najliczniejszą grupą wiekową, która przeniosła zakupy do sieci są osoby młodsze, poniżej 34 roku życia. To naturalne, ponieważ dla nich świat wirtualny jest środowiskiem doskonale rozpoznanym, a tym samym czują się w nim bezpiecznie. Osoby starsze zaś, te które ukończyły 50 rok życia, chętniej wybierają tradycyjny model zakupów, ale co ciekawe decydują się na wizyty z sklepach w dni inne niż sobota – komentuje wyniki badania ilościowego Piotr Zimolzak, Dyrektor ds. Badań i Analiz SW Research.

Zakaz handlu a e-commerce

Wyniki badania ilościowego znalazły swoje odzwierciedlenie w wywiadach jakościowych.  Konsumenci wskazywali, że jednym ze sposobów na ominięcie sobotnich wizyt w sklepach jest przenoszenie zakupów do internetu. Na takie kroki decydują się głównie osoby, które nie odnajdują się w galeriach handlowych lub osoby, które ze względów logistycznych nie mają czasu na robienie zakupów w tygodniu, a tłumy w sobotę za bardzo ich przytłaczają. Nie lubię tłoku, nie odnajduję się w galeriach. Wolę w internecie zamówić, ewentualnie potem oddać czy wymienić. – twierdzi Kasia, na co dzień pracująca w sklepie monopolowym.

Natomiast Ewa tak opowiada o zmianach w swoim domu: Co się zmieniło w naszym życiu odkąd jest zakaz handlu? Mniej czasu spędzamy razem na zakupach, szczególnie z dziećmi. Gdy ta niedziela była taka leniwa [przed wprowadzeniem zakazu handlu – przyp.], to na zakupy mogliśmy się przejść na spokojnie. W tej chwili już tego nie ma, bo już zakupy są na szybko albo w celu znalezienia tylko czegoś w internecie, bo ten czas jest dużo bardziej ograniczony na zakupy w tej chwili – mówi.

Badani zauważają, że po wprowadzeniu zakazu handlu w niedzielę coraz częściej decydują się na zakupy online produktów takich jak odzież, sprzęt elektroniczny czy wyposażenie domu. Dotychczas, żaden z badanych nie zdecydował się na robienie przez internet zakupów spożywczych, jednakże nie wykluczają, że w przyszłości zdecydują się na kupno online także produktów z tej kategorii.

Wobec zmian również drobni przedsiębiorcy stają przed koniecznością rozwoju działalności. Część z nich, aby rekompensować pomniejszone zyski spowodowane zakazem handlu w niedzielę, zaczęła oferować swoje usługi w internecie. Jeżeli nie mają możliwości otwarcia lokalu w niedzielę to przenoszą pracę do domu. Właściciel stoiska florystycznego przyznaje: Jednak dochody „na rękę” się zmniejszyły. Dlatego uruchomiłem stronę internetową, w niedzielę ludzie jednak robią zakupy i jest szał. Natomiast drobny przedsiębiorca z galerii handlowej rozważa inny scenariusz: Zastanawiam się, czy nie otworzyć czegoś, co będzie otwarte od poniedziałku do piątku.

Wzrost zainteresowania konsumentów zakupami online w ostatnim roku potwierdzają dane organizacji samorządu gospodarczego. Według raportu Izby Gospodarki Elektronicznej w sieci kupuje już 57% polskich internautów[1]. To wzrost względem poprzedniego roku o 5 punktów procentowych. Najpopularniejszymi e-kategoriami wśród cyfrowych konsumentów są moda, elektronika i wyposażenie domu. Te kategorie wskazywane były również najczęściej przez badanych w trakcie wywiadów jakościowych.

***

Przedstawione wyniki dotyczą cząstkowych badań ilościowych oraz jakościowych. Łącznie w ramach diagnozy społecznej zadanych zostało 7 pytań na reprezentatywnej próbie 1 000 dorosłych Polaków stanowiących podstawę do analizy ilościowej oraz przeprowadzonych było 60 narracji/opinii zróżnicowanych pod kątem światopoglądowym, stylu życia oraz wielkości miejscowości.

[1] Raport „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, czerwiec 2019.

Drogie pola kapusty. Warszawskie metro zmienia kierunek rozwoju rynku mieszkaniowego

Warszawskie dzielnice, do których można dostać się za pomocą metra zyskują na atrakcyjności. Czy na tak dynamiczny rozwój, z jakim mamy do czynienia na Woli i Pradze Północ, może liczyć też Bemowo?

Dobrze skomunikowany z resztą miasta – to slogan, który wykorzystują niemal wszyscy deweloperzy, aby przyciągnąć nabywców do swoich inwestycji. Tylko część z nich ma jednak to szczęście, by móc napisać „w pobliżu stacji metra”. A metro przyciąga nabywców mieszkań jak mało co – nie tylko tam, gdzie już jest, ale też tam, gdzie powstanie dopiero za kilka lat – np. na Bemowie. Już dziś ceny mieszkań zrównały się tam z tymi na Pradze Południe czy Wilanowie.

Warszawskie dzielnice, do których można dostać się za pomocą metra zyskują na atrakcyjności, co widać na przykładzie tak odmienionej w ostatnim czasie Pragi Północ czy Woli. Jeszcze kilka lat temu obie dzielnice były w dużej części zdominowane przez tereny poprzemysłowe, a okolice praskich ulic Szwedzkiej czy Stalowej cieszyły się sławą najniebezpieczniejszych w stolicy. Mało kto chciał tam budować, a liczba mieszkań dostępnych w ofercie była kilkukrotnie niższa niż obecnie. Dziś ceny lokali i gruntów w tych dzielnicach przyprawiają o zawrót głowy. Przeciętne ceny ofertowe mieszkań osiągnęły tu poziom 12 600-12 800 zł/mkw. Poza bezkonkurencyjnym Śródmieściem, dorównuje im jedynie Ochota, gdzie podaż jest mocno ograniczona.045242a591167a210d90114735002864

Drogie pola kapusty

Pierwsza stacja metra na Bemowie zostanie wybudowana do 2022 r. i będzie znajdowała się w rejonie skrzyżowania ul. Powstańców Śląskich z Górczewską. Teren ten od strony obszaru Górce został już intensywnie zabudowany w ostatnich latach. Pozostała część okolic nowej stacji zajęta jest przez bloki z lat 80-tych na Jelonkach Północnych oraz objęty ochroną teren Osiedla Przyjaźń.

Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań rynku Mieszkaniowego JLL
Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań rynku Mieszkaniowego JLL

Mając świadomość atrakcyjności tych terenów, miasto dopuszcza w swoich pracach planistycznych dogęszczenie osiedla Jelonki Północne, głównie poprzez nowe inwestycje na działkach zajmowanych przez stare pawilony usługowe albo duże parkingi. W przyszłości należący do miasta teren Osiedla Przyjaźń stanowić będzie dla deweloperów wyjątkowo „łakomy kąsek. – Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań Rynku Mieszkaniowego JLL.

Kolejne stacje metra powstawać będą w kierunku południowo-zachodnim i dotrą aż do ulicy Połczyńskiej. Ich planowane otwarcie przewidziane jest na 2024 r. Pomimo pojawiającej się systematycznie nowej zabudowy mieszkaniowej na Chrzanowie, większość obszaru zajmują wciąż pola uprawne, które z każdym rokiem są coraz cenniejsze. Rosnące ceny ziemi w tym rejonie oraz poprawiająca się infrastruktura mają swoje odzwierciedlenie w cenach mieszkań oferowanych przez deweloperów. Jeszcze w latach 2013-2015, kiedy na terenie Chrzanowa pojawiły się pierwsze inwestycje, deweloperzy wprowadzali do sprzedaży mieszkania w cenie 6 000-7 000 zł/mkw. (średnia dla Warszawy wynosiła wówczas 7 800-8 100 zł/mkw.). Im perspektywa budowy metra była bliższa, tym szybciej rosły ceny nowych mieszkań. Lata 2016-2017 przyniosły wzrost cen o kolejne 1 000 zł.

W 2018 roku w całej Warszawie ceny mieszkań istotnie wzrosły, głównie za sprawą wzrostu kosztów budowy oraz cen ziemi. Na Bemowie ceny w nowych projektach deweloperskich przekroczyły granicę 8 000 zł/mkw. Co więcej, w I połowie 2019 roku nowe wprowadzenia podniosły tu cenę średnią do poziomu 9 057 zł/mkw. Jest to poziom porównywalny z cenami na Pradze Południe, Ursynowie czy Wilanowie. Nie zniechęciło to kupujących, a wolumen transakcji odnotowany w dzielnicy w ostatnim kwartale był wyższy niż nowa podaż.

Zainteresowanie nabywców nie maleje, ale kurczy się wybór

4315010ff5bf104e17e1c095c6ba827fW latach 2013-2018 na Bemowie oddawano średnio 1 200 lokali rocznie. Wyjątkowe pod tym względem były lata 2016 i 2018, kiedy produkcja mieszkaniowa sięgnęła 1 800 jednostek. Generalnie lata 2016-2018 były czasem wysokiej aktywności deweloperów. W tym okresie do użytku oddano prawie 4 800 lokali, co jest wynikiem o 45,7% lepszym niż w latach 2013-2015, kiedy ukończonych zostało ok. 3 300 mieszkań. Również pod względem sprzedaży mieszkań najlepsze dla Bemowa okazały się lata 2016-2018. Nabywcy kupili w tym okresie ok. 5 300 lokali, o 37% więcej niż w 2013-2015 roku. Jak zauważa Aleksandra Gawrońska z zespołu mieszkaniowego JLL „Dotychczas największą aktywność deweloperów obserwować można było w centralnej części dzielnicy, w Górcach. Jednak to południowo – zachodnia część Bemowa posiada obecnie większy potencjał mieszkaniowy i to właśnie tam zlokalizowane są stacje II linii metra.”

Kolejne lata zapowiadają się nieco słabiej. Projekty z terminem ukończenia w 2019 i 2020 roku są już częściowo oddane do użytkowania lub na etapie zaawansowanej budowy i nic nie wskazuje na to, aby przekroczyły poziom 1 000 nowych jednostek mieszkalnych rocznie. W porównaniu do najlepszego pod względem sprzedaży 2017 roku w I półroczu br. aż o 43% spadła także aktywność nabywców, którzy kupili nieco ponad 600 mieszkań. Wszystko przez kurczącą się podaż. Obecnie w ofercie w dzielnicy dostępnych jest zaledwie około 650 mieszkań, co jest jednym z najniższych wyników od 2010 r. Jest to o blisko 1 000 jednostek mniej niż w 2016 r. Nabywcom, póki co pozostaje czekać, aż deweloperzy ogłoszą kolejne projekty mieszkaniowe w tej części Bemowa.

Sprawy nie ułatwia jednak nadal nieuchwalony plan zagospodarowania przestrzennego dla części Chrzanowa, gdzie znajduje się najwięcej terenów pod nową zabudowę mieszkaniową. Nowe inwestycje hamuje także brak odpowiedniej infrastruktury technicznej w tym rejonie. – Aleksandra Gawrońska, Konsultant w Dziale Badań rynku Mieszkaniowego JLL.

Zgodnie z prognozami zespołu mieszkaniowego JLL przewidywany jest umiarkowany wzrost skali produkcji mieszkaniowej w tym rejonie. Większa liczba nowych mieszkań zdaniem ekspertów pojawi się tam w latach 2025-2030 jako rezultat zmian planistycznych dopuszczających większą intensywność nowej zabudowy i oddania w całości II linii metra. Na pewno nie będziemy mieli jednak do czynienia ze scenariuszem tak intensywnego rozwoju dzielnicy jak w przypadku Woli. Możemy natomiast spodziewać się dalszego wzrostu cen, choć już nie tak gwałtownego jak miało to miejsce w ostatnich kilku kwartałach.

Polski rynek sportu rośnie w siłę. Nie przekłada się to jednak na naszą aktywność sportową

Globalny rynek sportu wciąż rośnie w siłę, przynosząc miliardowe zyski sponsorom i inwestorom. W 2018 roku wartość światowego rynku sportowego wyliczona została na 500 miliardów dolarów. Inwestorskie prognozy przewidują, że do 2022 roku ta wartość wzrośnie o jedną czwartą. Również w Polsce rynek sportowy ma się bardzo dobrze, przynosząc co roku około dziesięciu miliardów zysku. To także potężny pracodawca – utrzymuje ponad sto tysięcy miejsc pracy, na których pracownicy zarabiają w sumie prawie 3 miliardy złotych. Ciągły rozwój rynku sportowego przekłada się na gospodarcze i społeczne zyski. Nie widać jednak pozytywnego przełożenia na sportową aktywność Polaków, chociaż jest to jeden z głównych celów polskich związków sportowych.

Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego
Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego

– Aktywność Polaków jest wysoce niezadowalająca. Tylko jedna czwarta Polaków uprawia sport regularnie bądź z pewną regularnością. Odstajemy od średniej unijnej, gdzie ta wartość wynosi około 40% – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Widzimy również zależność aktywności sportowej Polaków i ich aktywności zawodowej. Rośnie zarówno średnia unijna, jak i polska, liczby osób nieaktywnych zawodowo. Widać jednak rozbieżność w tempie tego wzrostu. W ciągu ostatnich piętnastu lat w Polsce wzrosła ona o 10 punktów procentowych, w Unii zaś tylko o 6 punktów procentowych. Widać, że ta dynamika nieaktywności jest o wiele szybsza w Polsce niż w Unii Europejskiej – podkreśla Kutwa.

Wydatki budżetowe na sport i rekreację wyniosły w Polsce w 2017 roku 1,77 mld euro – nieco poniżej średniej w UE-28, która w tym samym czasie wynosiła 1,83 mld euro. Wydajemy więcej niż Belgowie, Finowie czy Duńczycy, ale mniej od Francuzów, Niemców czy Włochów – mówi Mateusz Rafał, Ministerstwo Sportu i Turystyki. Polskie gospodarstwa domowe przeznaczają średnio 458 PLN, co oznacza, że wydatki na cele sportowe i rekreacyjne wzrosły na przestrzeni czterech lat o 40 złotych.

Polska branża sportowa stoi przed szeregiem wyzwań. Jak zwracają uwagę analitycy PIE, niezbędne są zmiany w systemie kształcenia, które pomogą w profesjonalizacji kompetencji kształtowanych w sporcie po zakończeniu edukacji wyższej, a także odpowiedzą na zapotrzebowanie w zakresie nowoczesnych technologii wprowadzanych do sportu. Potrzebne są także nowe zachęty finansowania klubów sportowych, które umożliwią im budowanie wizerunku.POLSKA BRANŻA SPORTOWA JEST WARTA BLISKO 10 MLD ZŁOTYCH

Ponad połowa Polaków w ogóle nie uprawia sportu

Tylko co czwarty mieszkaniec Polski (28 proc.) regularnie uprawia sport, podczas gdy w krajach unijnych jest to ok. 40 proc. osób. 56 proc. Polaków w ogóle nie uprawia sportu, co oznacza, że od 2004 roku brak aktywności ruchowej w naszym kraju wzrósł o 10 pkt. proc. Polacy częściej (53 proc.) niż pozostali obywatele UE (39 proc.) uważają, że władze lokalne nie robią dostatecznie wiele, by zapewnić im możliwość aktywności fizycznej.Ponad połowa Polaków w ogóle nie uprawia sportu

Koszty braku aktywności szacuje się na 7 mld złotych rocznie. Gdyby co druga osoba, która nie jest aktywna fizycznie, zaczęła regularnie uprawiać sport, przełożyłoby się to na co najmniej 11 tys. zawałów mniej, 2,2 tys. mniej zachorowań na nowotwór jelita grubego czy 1,5 tys. mniej przypadków raka piersi – mówi Krzysztof Kutwa. Koszty opieki zdrowotnej spadłyby w skali roku o 440 mln złotych, a koszt absencji pracowniczych zmalałby o 3 mld złotych.

Mimo spadającej liczby aktywnie uprawiających sport, w ostatnich latach można zaobserwować znaczny wzrost zainteresowania klubami fitness. Obecnie należy do nich w Europie ponad 62 mln osób (wzrost o 3,5 pkt. proc. r/r), z czego 3 mln stanowią mieszkańcy Polski (wzrost o 2,7 pkt. proc. r/r). Trend zwyżkowy przypisuje się po części pracodawcom, którzy oferują karnety sportowe swoim pracownikom. Należy jednak pamiętać, że przynależność do klubu nie oznacza, że zapisana do niego osoba regularnie korzysta z jego usług.

Zmiany w Kodeksie postępowania cywilnego dotyczące postępowania przed sądem polubownym

8 września 2019 r. weszły w życie cztery zmiany do Kodeksu postępowania cywilnego dotyczące postępowania przed sądem polubownym. Z perspektywy praktyki najważniejszą zmianą jest wprowadzenie zasady, że wszelkie spory o prawa majątkowe – z wyjątkiem spraw o alimenty – posiadają tzw. zdatność arbitrażową, tj. mogą być poddane pod rozstrzygnięcie sądu polubownego.

Zmiana ta jest wyrazem wyraźnej tendencji do rozszerzania jurysdykcji sądów arbitrażowych i rozstrzyga trwający od wielu lat spór dotyczący tego, czy kryterium zdatności ugodowej jako przesłanka zdatności arbitrażowej dotyczy wszystkich sporów, czy jedynie sporów o prawa niemajątkowe. Obecnie ustawodawca jednoznacznie określił, że od 8 września 2019 r. w związku z nowelizacją Kodeksu postępowania cywilnego w sprawach dotyczących praw majątkowych nie stosuje się kryterium zdatności ugodowej sporu, tj. dla ustalenia kognicji sądu arbitrażowego nie jest konieczne badanie, czy w danej sprawie majątkowej istnieje możliwość zawarcia ugody sądowej. Kryterium to będzie stosowane wyłącznie w odniesieniu do badania zdatności arbitrażowej spraw dotyczących praw niemajątkowych.

Zmiana uwzględnia postulaty doktryny, wskazujące na potrzebę liberalizacji kryteriów zdatności arbitrażowej. Jest to zmiana wprowadzająca rozwiązanie nowoczesne i eliminujące znaczny stopień niepewności co do dopuszczalności objęcia zapisem na sąd polubowny niektórych kategorii sporów. Czas jednak pokaże, czy samo usunięcie z przepisów przesłanki zdatności ugodowej sporu, bez szerszego uregulowania ograniczeń kompetencji arbitrażu do spraw cywilnych należących do drogi sądowej, nie stanie się kolejnym źródłem niepewności co do skuteczności zapisu na sąd polubowny.

Dokonując wskazanych zmian w KPC polski ustawodawca przesądził, że zdatność arbitrażową posiadają m.in. spory wynikające ze stosunku spółki handlowej w zakresie zaskarżenia uchwał organów spółek kapitałowych. W poprzednim stanie prawnym to właśnie z uwagi na brak spełnienia kryterium zdatności ugodowej sprawy te nie były uznawane za mogące stać się przedmiotem rozstrzygnięć sądów arbitrażowych. W sporach korporacyjnych szczególnie istotna dla stron postępowania jest jego poufność, a w postępowaniu arbitrażowym może być ona zachowana w znacznie wyższym stopniu niż w postępowaniu przed sądem powszechnym. – Patrycja Bolimowska, Adwokat, Senior Managing Associate, Deloitte Legal.

W sporach korporacyjnych szczególnie istotna dla stron postępowania jest jego poufność, a w postępowaniu arbitrażowym może być ona zachowana w znacznie wyższym stopniu niż w postępowaniu przed sądem powszechnym. Ta zaleta postępowania przed sądem polubownym oraz możliwość wyboru arbitra (specjalisty, który będzie znał specyfikę sporów korporacyjnych) powinny skłaniać uczestników sporów korporacyjnych do skorzystania z tej formy rozstrzygnięcia sporu. Często będzie to również rozwiązanie szybsze niż postępowanie przed sądem powszechnym (rozstrzygnięcie może zapaść już po kilku miesiącach od dnia wszczęcia postępowania zamiast po kilkuletnim postępowaniu). Barierą dla inicjowania postępowania przed sądem polubownym mogą być jednak koszty postępowania. W przypadku sądu powszechnego koszt zaskarżenia jednej uchwały wynosi obecnie 5.000 zł niezależnie od wartości przedmiotu sporu, natomiast w postępowaniu przed stałym sądem polubownym opłata arbitrażowa będzie najczęściej zależna od wartości przedmiotu sporu (np. w przypadku sporu o wartości 1 mln zł opłaty związane z rozpoczęciem postępowania przed Sądem Arbitrażowym przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie wyniosą prawie 80 tys. zł).

Jednocześnie ustawodawca w związku z nowelizacją Kodeksu postępowania cywilnego przewidział, że w sprawach o uchylenie lub stwierdzenie nieważności uchwały zgromadzenia wspólników spółki z ograniczoną odpowiedzialnością albo walnego zgromadzenia spółki akcyjnej zapis na sąd polubowny będzie skuteczny, jeśli przewiduje obowiązek ogłoszenia o wszczęciu postępowania w sposób wymagany dla ogłoszeń spółki najpóźniej w terminie miesiąca od dnia jego wszczęcia.

Regulacja ta ma gwarantować wspólnikom i akcjonariuszom czynny udział w postępowaniu. Cel ten niekiedy może nie zostać osiągnięty w pełni – w tym terminie może bowiem dojść już do wyznaczenia składu trybunału arbitrażowego czy też podjęcia pierwszych czynności w sprawie (np. wcześniej może odbyć się posiedzenie organizacyjne) bez udziału wspólników (akcjonariuszy). – Łukasz Strankowski, Adwokat, Senior Associate, Deloitte Legal.

W związku z powyższą zmianą szczególnie istotne jest dokonanie odpowiedniej modyfikacji istniejących już zapisów na sąd polubowny w zakresie obowiązku ogłoszenia o wszczęciu postępowania, jeśli określone powyżej sprawy wynikające ze stosunku spółki mają zostać poddane kognicji sądu arbitrażowego. W razie braku zawarcia takich postanowień, skierowanie sporu do postępowania przed sądem polubownym nie będzie możliwe.

Nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego wprowadza również istotną zmianę dotyczącą obowiązującej strony wersji regulaminu stałego sądu polubownego. Przesądzono, że „jeżeli strony nie postanowiły inaczej, wiąże je regulamin stałego sądu polubownego obowiązujący w dacie wniesienia pozwu”. Dotychczas, zasadą było obowiązywanie regulaminu z daty zawarcia zapisu na sąd polubowny, co niekiedy powodowało konieczność rozpatrywania sprawy zgodnie z poprzednim regulaminem mimo obowiązywania jego nowej (zazwyczaj lepszej) wersji. Zmiana eliminuje to ryzyko oraz wprowadza zasadę obowiązywania nowego regulaminu, co powinno się przyczynić to zwiększenia bezpieczeństwa obrotu.

Ostatnia zmiana dotyczy sposobu wybierania arbitra, gdy po jednej stronie sporu występuje więcej niż jedna osoba. Ustalono, że w takiej sytuacji osoby te powołują arbitra jednomyślnie, chyba że zapis na sąd polubowny stanowi inaczej.

Czy tani hosting może być dobry?

Czy tani hosting może być dobryW sieci znaleźć można kuszące oferty hostingowe w bardzo atrakcyjnej cenie. Hosting za kilkadziesiąt złotych na rok i wysoka jakość usługi – czy to jest możliwe? Oczywiście nie w każdym przypadku za bardzo tanią ofertą będzie się ukrywać usługa o bardzo niskich parametrach i kiepskiej jakości. Na rynku dostępne są serwery, które mimo niskiej ceny mają bardzo dobre parametry i są niezawodne. Jak rozpoznać, który tani hosting jest naprawdę dobry?

Tani i dobry hosting

Usługa, która jednocześnie jest tania i dobra? To możliwe, szczególnie na rynku hostingowym. Pytanie, w jaki sposób rozpoznać serwer, żeby mimo niskiej ceny działał niezawodnie. Można to zrobić na wiele różnych sposobów, a czynników, które należy wziąć przy tym pod uwagę, jest naprawdę dużo. Które są najważniejsze?

  • Sprawdzona marka – czy wiarygodna, solidna marka może zaproponować usługę w bardzo atrakcyjnej cenie? Tak. Przykładem niech będzie tani hosting AZ.pl, gdzie usługa w pierwszym roku jest dostępna nawet za mniej niż 10 zł, a mowa o pakiecie z nieograniczonym transferem. Znane marki dbają o jakość swoich usług i klientów, a to właśnie powinno mieć dla korzystającego z oferty szczególne znaczenie.
  • Darmowy test – podstawą w korzystaniu z usług serwerowych jest możliwość ich darmowego przetestowania. Jeśli firma nie ma niczego do ukrycia, to oczywiście umożliwi darmowe sprawdzenie, jak działa usługa. Najczęściej taki okres testowy trwa 14 dni, co już wystarcza, żeby móc sprawdzić jakość działania usługi. Warto wykorzystać go optymalnie – zainstalować stronę, sprawdzić, jak działa suport i zweryfikować, czy strona szybko się ładuje.
  • Warunki przedłużenia – to normalne, że zazwyczaj pierwszy rok korzystania z usługi serwerowej jest dosyć tani, a drugi już droższy, ale warto sprawdzić, jak będzie to wyglądało w kolejnym. Czy osoba, która skorzysta z promocji, zobowiązana jest do minimum jednego przedłużenia usługi po cenie regularnej? Jeśli taki obowiązek istnieje, to oczywiście nie przekreśla to jeszcze opłacalności oferty. Po prostu należy policzyć, ile będzie nas kosztować korzystanie z usługi przez 2 lata.
  • Wysoki uptime – czyli nieprzerwany czas działania serwera. Warto ocenić choćby podczas okresu testowego, jak wygląda dostępność usługi. Należy zwracać uwagę na takie oferty serwerowe, gdzie uptime wynosi powyżej 99,9 proc. Dlaczego nie 100 proc.? Gdyż każdy serwer musi mieć aktualizowane oprogramowanie, a z czasem niezbędna okazuje się wymiana podzespołów. Wprawdzie znany jest przypadek serwera, który działał przez wiele lat bez przerwy, ale to maszyna, która dawała możliwość wymiany tych podzespołów bez wyłączania usługi.
  • BOK – w przypadku usług serwerowych wsparcie jest bardzo ważne. Jeśli po wysłaniu wiadomości e-mail do administratora serwera nie udzieli on odpowiedzi tego samego dnia, lecz po kilku dniach, to lepiej z takiej usługi po prostu zrezygnować. Identycznie wygląda to w przypadku telefonicznego połączenia z suportem. Jeśli po połączeniu telefonicznym usłyszysz informację o 25 oczekujących na rozmowę, to trudno taką usługę ocenić pozytywnie. 

Ograniczenia – to one mogą spowodować, że mimo atrakcyjnej ceny nie warto stawiać na dany serwer. Dlaczego? Hosting może umożliwiać dodanie tylko jednej domeny, założenie tylko kilku skrzynek e-mail czy skorzystanie z jednej bazy danych. To oczywiście tylko przykłady. Sporym problemem są bardzo duże ograniczenia pod względem obciążenia procesora, pamięci RAM i wielu innych parametrów. Szukający porad, jak założyć sklep internetowy, mogą natrafić na informację, że wystarczy do tego serwer współdzielony. I jest to prawda, ale będzie to realne wyłącznie wówczas, gdy usługa zapewnia naprawdę bardzo dobre parametry.

Banki zaostrzają warunki przyznawania kredytów małym firmom, zyskuje faktoring

  • Banki zaostrzają warunki przyznawania kredytów firmom – szczególnie tym najmniejszym, które tego najbardziej potrzebują.
  • Ograniczenie finansowania wpływa na nastroje przedsiębiorców – mierzący je wskaźnik PMI w sierpniu dziesiąty raz z rzędu nie przekroczył 50 pkt., a w lipcu wynosił tylko 47,4 pkt. To najgorszy wynik od kwietnia 2013 roku.
  • Niepewność finansowa i gospodarcza w Polsce jest wysoka także wśród większych firm – tak uważa 63 proc. dyrektorów finansowych w kraju*

Niska dostępność kredytów firmowych jest narastającym problemem, z jakim spotykają się firmy w Polsce. Udział kredytów w inwestycjach i finansowanie firm w kanale bankowym spada. Firmy wiedzą o problemach z uzyskaniem kredytu, a taka wiedza przekłada się na ich plany biznesowe. WG badania INDICATOR przeprowadzonego dla Związku Banków Polskich 64% firm nie zamierza w tym roku w ogóle starać się o bankowy kredyt inwestycyjny.

– Barierą, jeśli chodzi o finansowanie firm przez banki, jest ocena ryzyka kredytowego. Duża część przedsiębiorstw, zwłaszcza krótko funkcjonujących na rynku, nie posiada żadnej zdolności kredytowej możliwej do udokumentowania w banku. Wciąż przeszło 70% działalności small biznesu finansowane jest więc ze środków własnych. Bardzo szybko rośnie jednak udział faktoringu w finansowaniu. To coraz częściej złoty środek dla firm, które odbiły się od drzwi banku, a nie mają wystarczających środków własnych – mówi Maciej Wilk – Dyrektor Regionu Małopolskiego w eFaktor.

Wg danych publikowanych przez Polską Agencję Prasową w pierwszej połowie 2019 roku banki odmówiły kredytu co piątej firmie. To więcej niż rok, czy dwa lata temu.

10 miesiąc pod kreską

Problemy z finansowaniem przekładają się na nastroje przedsiębiorców. Mierzący je

Wskaźnik PMI dla Polski w czerwcu 2019 wyniósł 48,4 pkt. W lipcu spadł nawet do 47,4 pkt. To najgorszy wynik od kwietnia 2013 roku. W sierpniu wzrósł wprawdzie do 48,8 pkt. Jednak 10 miesiąc z wynikiem poniżej 50 pkt. Oznacza możliwe kłopotu gospodarki i firm. Takie wskaźniki PMI sygnalizują najdłuższy od sześciu lat okres pogarszania się koniunktury w polskim sektorze wytwórczym.

Małym firmom, szczególnie bez długiego stażu na rynku, o kredyt jest bardzo trudno, nic dziwnego, że takie wykluczenie przekłada się na nastroje. Banki ryzyko udzielania im kredytów i pożyczek uważają za niebezpiecznie wysokie. Dostrzegamy ten problem, bo trafia do nas bardzo wielu przedsiębiorców szukających finansowania. Przy faktoringu inaczej odbywa się ocena ryzyka. Zabezpieczeniem finansowania są pieniądze już zarobione przez przedsiębiorców i wystawione przez nich, a niekwestionowane przed odbiorców faktury. W naszym przypadku także branże z trudnościami mają szansę na wsparcie. Nie zamykamy się na nie, pod warunkiem, że pozytywnie wypadnie ocena jakości należności oraz portfela odbiorców – mówi Maciej Wilk z eFaktor.

Niepewność finansowa i gospodarcza nieobca jest też większym firmom. W opinii dyrektorów finansowych badanych przez Deloitte jest wysoka lub bardzo wysoka według 63 proc. z nich. Nadzieję na wzrost przychodów ma tylko 25 proc.

Spadek atrakcyjności kredytów idzie w parze ze wzrostem faktoringu. Od kilku lat faktoring jest coraz bardziej dostępny i osiągalny dla firm o niewielkich obrotach, prowadzących uproszczoną księgowość. To one zawsze miały największe problemy z uzyskiwaniem kredytów.

Jak przetrwać zastój w firmie w sezonie urlopowym?

Dla części przedsiębiorców sezon urlopowy stanowi najbardziej dochodowy okres w roku, dla innych z kolei, oznacza przede wszystkim zastój w biznesie. W przypadku przedstawicieli tej drugiej grupy, przejściowy spadek przychodów sam w sobie nie jest zmartwieniem. Zagrożeniem mogą być jego ewentualne konsekwencje, czyli wpływ na stabilność finansową firmy.

Najczęstszym skutkiem sezonowego spadku popytu na produkty i usługi jest pojawienie się problemów z płynnością finansową. Przed spodziewanym okresem spowolnienia, przedsiębiorcom najczęściej pozostaje jedynie skupić się na zabezpieczeniu finansów firmy. Jakie rozwiązania, poza kredytami i pożyczkami, powinni mieć na uwadze w tym niełatwym czasie? Oto kilka prostych porad, które pomogą przetrwać zastój w biznesie w sezonie urlopowym.

Monitorowanie stanu konta firmowego

Konieczność pilnowania stanu finansów wydaje się kwestią oczywistą, ale wielu przedsiębiorców niestety o niej zapomina. Mowa tu nie tylko o skutecznym egzekwowaniu płatności od kontrahentów, ale również o odpowiednim, zapobiegającym problemom finansowym, planowaniu budżetu. Gdy zbliża się sezon urlopowy i spodziewany jest zastój w biznesie, trzeba przede wszystkim lepiej planować wydatki. Większy zapas gotówki zapewni spokój w okresie spowolnienia i pozwoli z łatwością regulować bieżące zobowiązania.

Prognozowanie przepływów pieniężnych

Zastój w biznesie jest zwykle mniej dokuczliwy, gdy przedsiębiorca orientuje się, jaka może być skala ewentualnych trudności. Dlatego też, warto sporządzić prognozę kosztów i przychodów (w układzie miesięcznym) na sezon urlopowy, a najlepiej na cały rok. Jeśli działalność prowadzi już od dłuższego czasu, pomocne w tym zakresie będą dla niego miesięczne wyniki z poprzednich lat. Analizując historyczne przepływy pieniężne może ocenić, jak w przeszłości przebiegały w firmie okresy spowolnienia.

Zachęty do szybszego opłacania faktur w sezonie urlopowym

Spowolnienie w sezonie urlopowym jest szczególnie ryzykowne dla firm stosujących odroczone terminy płatności. Dlatego w ich przypadku, walka z zastojem finansowym powinna koncentrować się na przyspieszeniu wpływu środków od kontrahentów. By zachęcić odbiorców do szybszego opłacania faktur, mogą one oferować na przykład rabaty za natychmiastową zapłatę. Takie rozwiązanie z różnych względów nie zawsze jest możliwe, ale tam, gdzie udaje się je wdrożyć, pozytywnie oddziałuje na płynność finansową firmy.

Faktoring sposobem na zastój w biznesie

By nie dopuścić do utraty płynności w sezonie urlopowym, można skorzystać z usług faktoringu klasycznego (należnościowego). Występuje on w kilku różnych odmianach, ale istota każdej z nich jest taka sama. Przedsiębiorstwo przekazuje instytucji faktoringowej faktury z odroczonym terminem zapłaty, w zamian za co, często jeszcze tego samego dnia otrzymuje od niej należne pieniądze. Dzięki temu, może zyskać dostęp do środków zamrożonych w należnościach i poprawić swoją płynność finansową. Ci przedsiębiorcy, którzy potrzebują wsparcia głównie w sezonie urlopowym i nie chcą nawiązywać długoterminowej współpracy z faktorem, powinni zainteresować się „Fakturą na Raz”. To produkt oferowany przez firmę Faktoria, który pozwala w szybki i wygodny sposób, za pośrednictwem drogi elektronicznej, przekazać do sfinansowania wybraną należność. W ten sposób można uzyskać środki nawet w ciągu 30 minut od zaakceptowania przesłanej faktury. Więcej o szczegółach działania i zaletach takiego rozwiązania można przeczytać na stronie:  https://faktoria.pl/faktura-na-raz.

O czym jeszcze warto pamiętać?

By móc przetrwać zastój w biznesie, trzeba się do niego odpowiednio przygotować. Przed sezonem urlopowym należy dobrze przeanalizować kondycję finansową przedsiębiorstwa i sytuację na rynku, a także sprawdzić możliwości finansowania. Ważne jest jednak, aby o wszystkie te kwestie zadbać zanim pojawią się negatywne konsekwencje zastoju. Gdy wystąpią już problemy z płynnością, nie będzie można liczyć na skorzystanie z faktoringu czy innych metod finansowania. Kluczem do przetrwania okresu spowolnienia jest zabezpieczenie finansów firmy i wczesne reagowanie na ewentualne trudności.

Inteligentne systemy wideo poprawiają bezpieczeństwo w miastach. Potrafią przewidzieć zagrożenie jeszcze zanim do niego dojdzie

Inteligentne systemy wideo poprawiają bezpieczeństwo w miastach. Potrafią przewidzieć zagrożenie jeszcze zanim do niego dojdzie 1

W ciągu ostatnich pięciu lat co piąty Polak (19 proc.) padł ofiarą kradzieży, włamania, pobicia lub napadu – wynika z ubiegłorocznego badania CBOS. Przestępczość to problem zwłaszcza dużych miast, ale jak pokazuje raport opracowany dla Ministerstwa Cyfryzacji, rozwiązania z zakresu smart city mogą ograniczyć ją nawet o 40 proc., co potwierdzają dotychczasowe wdrożenia. Jednym z rozwiązań, które pozwala zadbać o bezpieczeństwo na drogach, ulicach czy stadionach, są inteligentne systemy wideo.

 Inteligentne systemy bezpieczeństwa w dużej mierze wyręczają operatorów, podejmując za nich decyzje, a czasami i działania prewencyjne, które mają zapewnić nam bezpieczeństwo – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Bettin, menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta. – Głównym elementem składowym takiego systemu jest przede wszystkim inteligencja, czyli algorytmy, które są w stanie analizować, co się dzieje w otoczeniu, i działać na ich podstawie.

Inteligentne systemy wideo automatycznie analizują nagrywany obraz w czasie rzeczywistym. Potrafią wykrywać ruch i dźwięk, mierzyć przepływ ludzi czy rozpoznawać numery rejestracyjne pojazdów. Wykorzystując sztuczną inteligencję, kamery mogą śledzić ścieżki pasażerów na lotniskach czy w miejscach publicznych i dostarczać służbom informacji o podejrzanych zachowaniach.

 Kiedy wykryją osobę znajdującą się w strefie, gdzie nie powinno jej być, kamera może automatycznie wydać komunikat o tym, że jest to obszar zamknięty i nakazać jego opuszczenie. Jednocześnie może wysłać SMS bądź e-mail ze zdjęciem osoby, która do niej wtargnęła, do ochroniarza. Jeżeli ochroniarz w ciągu kilkudziesięciu sekund sam nie zareaguje na takie zdarzenie, to system wymusi na nim takie działanie, ponieważ przekazuje ten problem do jego przełożonego. Takie systemy inteligentne mogą więc nie tylko wspomagać pracę człowieka, lecz także w dużej mierze go wyręczać – mówi Piotr Bettin.

Niekiedy już sama obecność inteligentnych kamer odstrasza przestępców, zapobiegając włamaniom i aktom wandalizmu. Natomiast gdy już do nich dojdzie, inteligentne systemy wideo pomagają służbom w koordynacji działań oraz wykrywaniu sprawców.

– Obraz to bardzo wdzięczna informacja, z której wiele można wyciągnąć. Systemy do rozpoznawania twarzy z bardzo dużą dokładnością są w stanie określić płeć, wiek oraz nastrój osoby, która znajduje się w kadrze. Wiemy więc, czy ta osoba ma dobre zamiary, jest zadowolona i uśmiechnięta bądź zła i może stanowić potencjalne zagrożenie dla otoczenia – mówi Piotr Bettin.

Inteligentne kamery, wyposażone w algorytmy sztucznej inteligencji, są też w stanie sprawnie funkcjonować w każdych warunkach pogodowych.

 Koronnym przykładem jest jedna z naszych kamer znajdująca się w połowie drogi na Mount Everest. Jest zainstalowana powyżej 4 tys. metrów i działa już przez 8 lat bez żadnego dodatkowego zasilania poza solarem. To pokazuje, w jak trudnych warunkach nasze systemy bezpieczeństwa są w stanie wytrzymać: na bardzo dużej wysokości, w bardzo niskich temperaturach, a i słońce też nie jest im straszne. Testowaliśmy te rozwiązania również w temperaturach powyżej 100 st. C i działają bez żadnych zarzutów – mówi Piotr Bettin.

Jak pokazuje ubiegłoroczny raport McKinsey („Smart cities: digital solutions for a more livable future”), wykorzystanie rozwiązań wpisujących się w koncepcję inteligentnych miast może znacząco podnieść jakość życia w miastach – uratować życie nawet 300 osób rocznie i przyspieszyć czas reakcji w nagłych wypadkach o 20–35 proc.

Ekspert Konica Minolta zwraca uwagę na to, że takie inteligentne systemy – jak i cała branża systemów zabezpieczeń – rozwijają się pod okiem branży zbrojeniowej. Wiele z takich urządzeń powstaje jako prototypy z myślą o zastosowaniach wojskowych, natomiast z czasem znajdują zastosowanie również w sektorze cywilnym i są wykorzystywane zarówno komercyjnie, przez prywatnych użytkowników, jak i przez jednostki samorządowe.

– Jednym z przykładów jest chociażby kamera termowizyjna. Jest to technologia, która powstała z myślą o formacjach wojskowych, była bardzo długo wykorzystywana wyłącznie przez nie. Natomiast już od wielu lat mamy uwolnioną tę technologię i możemy korzystać z kamer termowizyjnych w sektorze prywatnym – mówi Piotr Bettin. – To rozwiązanie stosowane chociażby na lotniskach, gdzie w tłumie jesteśmy w stanie wyłapać osobę, która ma gorączkę i może potencjalnie stwarzać zagrożenie epidemiologiczne.

Modernizacja polskiej armii będzie napędzać rozwój rodzimych przedsiębiorstw. Inwestycje na ten cel wyniosą 185 mld zł do 2026 roku

Modernizacja polskiej armii będzie napędzać rozwój rodzimych przedsiębiorstw. Inwestycje na ten cel wyniosą 185 mld zł do 2026 roku 2

– W branży zbrojeniowej nadszedł czas integratorów, firm oferujących rozwiązania kompleksowe i systemowe – przekonuje Adam Bartosiewicz, wiceprezes Grupy WB, największego polskiego prywatnego koncernu sektora obronnego. Do 2026 roku modernizacja polskiej armii ma kosztować 185 mld zł. To szansa dla polskich firm oferujących produkty zbudowane w oparciu o własne konstrukcje, które łączą różne funkcje, np. rozpoznania i niszczenia celów, czy zintegrowane systemy komunikacji i zarządzania kryzysowego. W tym roku zamówienia dla polskiego przemysłu opiewają na kwotę 5 mld zł. MON zapowiada, że przygotowywany jest już kolejny etap modernizacji.

Nadszedł czas integratorów. Użytkownicy, czyli wojska i rządy, poszukują rozwiązań kompleksowych, systemowych, które zapewniają szereg bardzo złożonych funkcjonalności, przerzucając w ten sposób odpowiedzialność z wielu drobnych firm na kogoś, kto to zintegruje, czyli na integratora, który sobie dobiera poddostawców – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Bartosiewicz, wiceprezes Grupy WB.

Polskie wojsko szybko się modernizuje. Według zapowiedzi do 2026 roku na unowocześnienie armii wydamy 185 mld zł. To rekordowy budżet, o 45 mld zł większy niż zakładano za czasów poprzednich rządów. W tym roku zamówienia dla polskich firm sięgną 5 mld zł. Dla nich to szansa na potężny rozwój.

– Pozycja polskiej myśli technicznej jest zupełnie niezła. Jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie, gdzie roli integratorów nie pełni właśnie Thales czy jakiś amerykański koncern, tylko rodzime firmy – przekonuje wiceprezes Grupy WB.

Jak podkreśla Bartosiewicz, dużo zależy też od polskiej armii, która powinna przede wszystkim wykorzystywać rodzime rozwiązania.

Wojsko powinno doceniać fakt, że dana firma integratorska jest w Polsce, że można z nią dużo łatwiej współpracować i wymuszać pewne modyfikacje. Powinno też odpowiednio formułować swoje wymagania nawet wtedy, kiedy kupuje coś zagranicznego, żeby narzucać wymagania odnośnie do tego, żeby pewne obszary integratorskie były realizowane we współpracy z polskimi podmiotami – wskazuje ekspert. – To skutkowałoby tym, że polskie firmy, po pierwsze, nie zatraciłyby zdolności, które już mają, a z drugiej strony, mogłyby mieć szansę na to, żeby świecić przykładem na zewnątrz i oferować swoje zdolności również w innych krajach.

Dzięki zwiększaniu wydatków na modernizację Sił Zbrojnych i związanymi z tym zamówieniami polska zbrojeniówka ma szanse na rozwój kompetencji. Z raportu Polskiej Izby Producentów na Rzecz Obronności Kraju wynika, że rośnie udział prywatnych firm w polskiej zbrojeniówce, a ich rentowność jest porównywalna ze światowymi gigantami.

– Nasz pierwszy produkt, system kierowania artylerią, to był poligon doświadczalny, jak należy podchodzić do integracji. Pokazał, jak wiele możliwości daje to do poszukiwania produktów, które w zintegrowanych systemach mogą w sposób optymalny zapewniać różnego typu funkcjonalności. Nauczyliśmy się tego i każda linia produktowa jest wynikiem tych przemyśleń od strony systemowej integracji – tłumaczy Adam Bartosiewicz.

Grupa WB rozwija m.in. amunicję krążącą Warmate, klasyfikowaną jako bojowe bezzałogowce. W 2017 roku Polska zamówiła ok. stu egzemplarzy dla Wojsk Obrony Terytorialnej. Głowice rozpoznawcza i bojowa sprawiają, że Warmate daje możliwość rozpoznania i identyfikacji celu, a następnie jego zniszczenia. Podczas tegorocznego Międzynarodowego Salonu Przemysłu Obronnego firma zaprezentowała nowe modele: Warmate R, który umożliwia określenie współrzędnych celu, Warmate V sprawdzi się w trudno dostępnym terenie, oraz Warmate TL, w którym czas rozkładania platformy został skrócony do minimum. Rodzina systemów Warmate została podczas MSPO uhonorowana Nagrodą Specjalną Prezydenta RP dla produktu najlepiej służącemu podniesieniu poziomu bezpieczeństwa żołnierzy Sił Zbrojnych RP.

Zintegrowany System Zarządzania Walką Topaz ICMS umożliwia z kolei zarządzanie wszystkimi środkami prowadzenia działań, od systemów rozpoznawczych, łączności i dowodzenia, po systemy uderzeniowe i wsparcia logistycznego. Również to rozwiązanie Grupy WB zostało docenione podczas 27. MSPO i otrzymało prestiżową nagrodę Defender.

– Jesteśmy coraz bardziej zainteresowani obszarem różnego typu efektorów. Prawdopodobnie będziemy się orientowali w stronę systemów elektronicznych i sterowania rakietami, bo to jest coś, co nas fascynuje od dawna. W dziedzinie łączności jest ciągły postęp i mocno rozwijamy technologie radiowe –zapowiada Adam Bartosiewicz.

Innowacje medyczne skracają kolejki do lekarzy i poprawiają jakość świadczeń. Obniżają także koszty opieki medycznej

Innowacje medyczne skracają kolejki do lekarzy i poprawiają jakość świadczeń. Obniżają także koszty opieki medycznej 3

Medyczne innowacje – takie jak sztuczna inteligencja, e-dokumentacja czy telemedycyna – poprawiają komfort pracy lekarzy, diagnostykę i terapię, ograniczają też kolejki do lekarzy. Z drugiej strony są szansą na poradzenie sobie z rosnącymi kosztami opieki medycznej. Dlatego innowacje już od wielu lat są głównym motorem rozwoju prywatnego sektora, podczas gdy publiczna ochrona zdrowia dopiero nadrabia w tym obszarze zaległości. – Transformacja polskiego systemu ochrony zdrowia trwa, za kilka lat będziemy mogli powiedzieć, że jest on w pełni zdigitalizowany, innowacyjny – mówi prezes Agencji Badań Medycznych.

Innowacje w medycynie to najszybciej rozwijający się sektor gospodarki. Stany Zjednoczone i kraje Europy Zachodniej już to wiedzą, dlatego inwestują pieniądze w rozwój tego segmentu. W Polsce również musimy być w tych trendach – mówi agencji Newseria Biznes dr Radosław Sierpiński, prezes Agencji Badań Medycznych.

Innowacje w medycynie to zarówno informatyzacja, która według szacunków resortu zdrowia może zapewnić oszczędności w wydatkach na ochronę zdrowia rzędu 0,35 proc. PKB i umożliwić przyjęcie 2 proc. więcej pacjentów, jak i nowe technologie z obszaru sztucznej inteligencji, roboty chirurgiczne, egzoszkielety czy wirtualna rzeczywistość. Upowszechnienie części z nich to dopiero perspektywa nadchodzących lat, ale nowinki technologiczne, np. sprzęt wykorzystujący algorytmy uczenia maszynowego, już tej chwili dość powszechnie trafiają do szpitali i placówek medycznych.

Jesteśmy w momencie bardzo intensywnej cyfryzacji ochrony zdrowia. Wiele tych innowacyjnych rozwiązań, które się pojawiają, ma charakter procesowy. Czasami pacjenci tego nie dostrzegają, niemniej ostatnie działania mające na celu wdrożenie e-zwolnienia, e-recepty i niedługo e-skierowania pokazują, że za tym wszystkim jest bardzo innowacyjny proces, który pozwala na zarządzanie technologią – mówi dr Radosław Sierpiński.

Innowacje w sektorze medycznym dotyczą zarówno usług oferowanych pacjentom, jak i serwisu świadczonego przez naszych lekarzy. Wszelkie innowacje, które pomagają lekarzom w pracy, są dla nich nieocenionym wsparciem, a także powodują, że jakość świadczonej opieki jest dużo wyższa –mówi Artur Białkowski, dyrektor zarządzający Pionem Usług Biznesowych w Medicover Polska. – Są to też wszelkie rozwiązania informatyczne po stronie interfejsu użytkownika, czyli aplikacja mobilna, portal pacjenta, oraz aparatura medyczna wykorzystująca nowe technologie. Przykładem może być mobilne USG, które pozwala lekarzowi wykonać to badanie właściwie w każdym miejscu, bo urządzenie jest podłączane do telefonu komórkowego.

Medyczne innowacje poprawiają komfort pracy lekarzy, przyspieszają diagnostykę i zwiększają efektywność terapii. Ograniczają też kolejki do lekarzy, pozwalają zredukować liczbę wizyt w centrach medycznych, a pacjentom zaoszczędzić czas.

Innowacje i informatyzacja to także optymalizacja finansów. Prywatne firmy medyczne wprowadzają innowacje nie tylko po to, żeby uatrakcyjnić swoją ofertę, lecz także po to, by zbilansować rosnące koszty.

W sektorze medycznym mówimy o kilkunastoprocentowej inflacji, więc koszty rosną dużo szybciej niż w gospodarce ogółem. Klienci nie są gotowi, by pokrywać wszelkie koszty związane z tym wzrostem. To powoduje, że musimy szukać rozwiązań innowacyjnych, aby te koszty zbilansować – mówi Artur Białkowski.

Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Jej powodem jest m.in. niedobór lekarzy i pielęgniarek (z danych Manpower Group wynika, że 72 proc. polskich szpitali potrzebuje pielęgniarek wszystkich specjalizacji, a 68 proc. szuka lekarzy) oraz szybkie starzenie się społeczeństwa. Kolejna przyczyna – również wynikająca z demografii – to systematyczny wzrost liczby udzielanych świadczeń. Dane GUS pokazują, że w 2017 roku podstawowej opiece zdrowotnej zrealizowano 169,4 mln wizyt lekarskich, a w ciągu dwóch lat ta liczba zwiększyła się o 5 proc.

Duże szanse na optymalizację kosztów obsługi medycznej stwarza telemedycyna. Medicover szacuje, że prawie jedna czwarta wizyt w placówkach stacjonarnych mogłaby być realizowana zdalnie. Porady i usługi telemedyczne pełnią istotną rolę w opiece udzielanej pacjentom Medicover – ogólnie liczba wszystkich medycznych kontaktów zdalnych sięga 2 mln rocznie, w tym blisko 300 tys. e-wizyt świadczonych przez Platformę Telemedyczną. Na takie rozwiązania są również gotowi pacjenci w Polsce. Z badania LekSeek „E-zdrowie oczami Polaków” wynika, że 67,4 proc. pacjentów w Polsce jest przekonanych, że rozwój telemedycyny będzie mieć dla nich pozytywne skutki. Tego samego zdania jest aż 58 proc. lekarzy.

Innowacje w prywatnym sektorze medycznym już od wielu lat są głównym motorem jego rozwoju, podczas gdy publiczna ochrona zdrowia dopiero nadrabia w tym obszarze zaległości.

Sektor publiczny dopiero w tej chwili mocno stawia na rozwój innowacyjny. Wprowadzenie takich rozwiązań jak e-recepta, e-skierowanie czy e-zwolnienie powoduje, że ochrona zdrowia może się rozwijać szybciej, a de facto serwis medyczny świadczony na rzecz pacjenta jest dużo wygodniejszy i przyjemniejszy – mówi Artur Białkowski.

Niewątpliwie sektor prywatnej ochrony zdrowia jest liderem, jeżeli chodzi o wdrażanie innowacji w zakresie informatyki czy cyfryzacji. Wynika to na pewno z mniejszej skali działania, bo łatwiej to zrobić w mniejszej liczbie jednostek niż w kilkuset szpitalach – mówi dr Radosław Sierpiński. – Widzimy wysoką jakość, zarówno w prywatnym sektorze ochrony zdrowia, jeżeli chodzi o opiekę, jak i w publicznym to się coraz bardziej poprawia, więc na pewno obie te części powinny ze sobą współistnieć.

Konsumpcja tarczą ochronną przed spowolnieniem gospodarczym w Polsce. Twardy brexit może jednak ten spokój zakłócić

Konsumpcja tarczą ochronną przed spowolnieniem gospodarczym w Polsce. Twardy brexit może jednak ten spokój zakłócić 4

4,5 proc. PKB – w takim tempie według GUS rozwijała się polska gospodarka w II kwartale tego roku. To więcej niż prognozowano, ale mniej niż w I kwartale, gdy wzrost sięgnął 4,7 proc. Nasza gospodarka rozwija się w takim tempie mimo spowolnienia u naszego głównego partnera handlowego, czyli Niemiec, głównie dzięki wzrostowi konsumpcji i inwestycji. – To właśnie konsumpcja generuje ponad 2/3 wzrostu gospodarczego w Polsce w ostatnich latach i nadal będzie umożliwiała utrzymanie się na powierzchni – podkreśla dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. 

Polska ma mechanizm, który w II i III kwartale tego roku stymuluje wzrost w Polsce. Jest nim impuls fiskalny w postaci zwiększonego wydatkowania na cele społeczne – z jednej strony jest to 13. emerytura, z drugiej 500+ wypłacane na pierwsze dziecko – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – 80–90 proc. tych środków trafia bezpośrednio z powrotem do gospodarki i ma też efekt mnożnikowy. Ludzie nie odkładają wydatków na przyszły rok, ale realizują te potrzeby konsumpcyjne szybciej.

Niepokojące dla polskiej gospodarki są za to widoczne w Niemczech symptomy spowolnienia gospodarczego. W II kwartale tego roku tamtejszy PKB spadł o 0,1 proc. w porównaniu z pierwszymi trzema miesiącami tego roku. W ocenie niemieckiego resortu gospodarki to nie recesja, a sygnał ostrzegawczy. Jednak nasz główny partner handlowy może mieć większe problemy gospodarcze w tym roku niż prognozowano.

My oczywiście na tym ucierpimy. Nasz eksport już dziś antycypuje spadek wzrostu zamówień pochodzących z gospodarki niemieckiej, co oznacza, że produkcja przemysłowa także będzie spowalniała. To wszystko są negatywne sygnały dla polskiej gospodarki, co oznacza, że część analityków rewiduje prognozy dla wzrostów w 2019 roku w dół – mówi Piotr Arak.

Europejska gospodarka spowalnia od półtora roku, ale to nie znaczy, że nadszedł kolejny kryzys gospodarczy – ocenia PIE.  Według ekonomistów jesteśmy w takiej fazie cyklu koniunkturalnego, w której został przekroczony wierzchołek i zmierzamy w dół. Otwartym pozostaje pytanie, czy osiągniemy go w roku 2020 czy 2021.

Większość ośrodków takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy mówi o tym, że 2021 to będzie rok, w którym znowu powrócimy na ścieżkę wzrostu. Mam nadzieję, że będzie tak samo w przypadku polskiej gospodarki i że będziemy mogli dalej utrzymywać wzrost wynoszący powyżej 3 proc. w 2021 roku – podkreśla dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Prognozy wzrostu gospodarczego może popsuć twardy brexit. Świat od wielu miesięcy wstrzymuje oddech i obserwuje polityczny chaos, jaki ma miejsce w Wielkiej Brytanii, związany z opuszczeniem Unii Europejskiej. Wyjście z Unii bez umowy, czyli tzw. hard brexit, może zatrząść światową gospodarką.

Widmo brexitu jesienią 2019 roku oznacza, że w następnym roku duża część gospodarek europejskich zanotuje recesję, a to oznacza także większe i głębsze spowolnienie dla polskiej gospodarki. U nas to nie będzie recesja, bo mamy bardzo silny wewnętrzny czynnik stymulujący wzrost, jakim jest konsumpcja. Hard brexit oznaczałby, że rok 2020 będzie dla gospodarki europejskiej wyjątkowo trudny – ocenia Piotr Arak.

Zmienia się sposób logowania do banków. Po 14 września konieczny będzie odcisk palca albo dodatkowy kod

Zmienia się sposób logowania do banków. Po 14 września konieczny będzie odcisk palca albo dodatkowy kod 5

Od 14 września br. zmieni się sposób autoryzacji transakcji i logowania się do banku. Klient będzie się logował z wykorzystaniem tzw. silnego uwierzytelniania, czyli poza podaniem hasła będzie potrzebna dodatkowa weryfikacja. Tak samo będzie też realizowana większość płatności kartowych, szczególnie tych powyżej 50 euro. Zmiany nie powinny przysporzyć problemów klientom bankowości, mają za to ograniczyć liczbę fraudów i wyłudzeń.

Tzw. silne uwierzytelnianie musi być połączeniem dwóch z trzech kategorii. Pierwsza to kategoria wiedzy, czyli coś, o czym wie tylko klient. Druga to kategoria posiadania, czyli coś, co ma tylko klient. Trzecia to kategoria biometrii, czyli np. odcisk palca lub wzór siatkówki. Bank musi połączyć przynajmniej dwa z tych czynników, aby uwiarygodnić i zweryfikować tożsamość klienta – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Klecor, partner w Kancelarii Legal Geek. – Nie wystarczy już, jak w tej chwili, samo podanie loginu i hasła. Od 14 września będziemy musieli podać hasło i dodatkowo autoryzowanej aplikacji banku wstukać kod albo użyć odcisku palca.

Większość banków wdrożyła już odpowiednie zmiany i poinformowała swoich klientów o tym, czego mogą się spodziewać i jak będzie wyglądała bankowość elektroniczna po 14 września. Ci powinni być gotowi, że przy płatnościach kartą albo logowaniu do konta bank będzie wymagać od nich czegoś więcej niż do tej pory. Z drugiej strony powinni też uważać na wiadomości od oszustów podszywających się pod banki. Ci wykorzystują zmieniające się przepisy do własnych celów.

Tak naprawdę dla klientów zmiana nie będzie istotna. Większość z nich została już do tego przygotowana przez banki. Nie powinni się spodziewać więc żadnych przejściowych problemów z uzyskaniem dostępu do konta. Chyba że ktoś miał np. kartkę z kodami i nie wymienił jej zawczasu na aplikację mobilną. Wtedy 14 września faktycznie może mieć problem z zalogowaniem się do banku i będzie musiał udać do placówki, ale będą to raczej jednostkowe przypadki – mówi Tomasz Klecor.

Uwierzytelnianie dwuskładnikowe, czyli tzw. silne uwierzytelnianie, ma przede wszystkim ograniczyć liczbę wyłudzeń i fraudów – oszukańczych transakcji zlecanych przez osoby, które w jakiś sposób weszły w posiadanie telefonu komórkowego czy karty płatniczej klienta banku i próbują się pod niego podszyć. Ze statystyk BIK wynika, że w ubiegłym roku udaremniano średnio 15 wyłudzeń kredytów dziennie, jednak w sumie mogło dojść do nawet 67 tys. skutecznych wyłudzeń na sumaryczną kwotę ok. 600 mln zł.

Najczęstszym błędem popełnianym przez klientów bankowości jest nieświadome udostępnienie swoich danych do logowania osobie trzeciej, np. oszustowi. Zwykle jest to efekt tzw. phishingu, czyli wysłania przez oszusta wiadomości, która łudząco przypomina tę z banku i zachęca do zalogowania się na swoje konto, bo np. wpłynął tam jakiś przelew, który trzeba potwierdzić. Klient nie weryfikuje tej wiadomości, wchodzi na taką fałszywą stronę i nieświadomie przekazuje swoje dane do logowania oszustowi. Innym sposobem wyłudzeń są przypadki, kiedy dzwoni ktoś podszywający się pod infolinię banku i prosi o potwierdzenie danych do logowania – mówi Tomasz Klecor.

Od 14 września rozszerzona zostaje również odpowiedzialność banku za nieautoryzowane płatności. Do tej pory zaczynała się ona od kwoty 150 euro, choć od tej zasady istniały pewne wyjątki. Obecnie odpowiedzialność banku w takich przypadkach będzie zaczynać się już od równowartości 50 euro.

W przypadku, kiedy ktoś nam ukradnie kartę czy telefon, przy użyciu których dokona płatności, nasze ryzyko będzie ograniczone do kwoty 50 euro. Po tej kwocie będzie odpowiadał za to bank. Również w sytuacji płatności kartą, która zgodnie z nowymi przepisami wymaga tzw. silnego uwierzytelniania, bank będzie odpowiadał za całą tę transakcję – mówi partner w Kancelarii Legal Geek.

Zmiany obejmą wszystkie kraje UE. Wynikają one z unijnej dyrektywy PSD2, czyli drugiej dyrektywy dotyczącej świadczenia usług płatniczych.

IFA 2019: Innowacyjny oczyszczacz powietrza to ratunek dla alergików. Nie zabija bakterii, lecz zastępuje je probiotykami

IFA 2019: Innowacyjny oczyszczacz powietrza to ratunek dla alergików. Nie zabija bakterii, lecz zastępuje je probiotykami 6

Na różnego rodzaju alergie przez cały rok cierpi 20 proc. społeczeństwa. Na sezonowe odmiany kolejne 30 proc. Zaprezentowany na targach IFA 2019 oczyszczacz rozpyli specjalne probiotyki w pokoju, biurze czy hotelu. W odróżnieniu od zwykłych oczyszczaczy powietrza rozpylone przez BetterAir szczepy dobrych bakterii zastąpią i zneutralizują alergeny zawieszone w powietrzu, a także na powierzchni przedmiotów, w tym roztocza w materacach.

– Wynaleźliśmy nową formułę probiotyków, czyli dobrych bakterii, które rozprzestrzeniamy w powietrzu wewnątrz pomieszczeń, takich jak pokój, apartament, biuro, hotel czy restauracja. Nasze rozwiązanie jest w pełni naturalne. Po rozprzestrzenieniu probiotyku, znajdujące się w nim dobre bakterie zajmą miejsce tych złych, patogenów, grzybów czy moli. To częste zjawiska, gdy w pomieszczeniu jest wilgoć. Nie zabijamy ich jednak, głodzimy je, zabieramy im przestrzeń. Gdy bakterie są po prostu zabijane, tworzą się ich mutacje – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Manuel Oberman z BetterAir.

Stosowane w innowacyjnych oczyszczaczach powietrza probiotyki Enviro-Biotics znajdują się w specjalnym roztworze, w którym zasiedlony został szczep Bacillus Subtillis. Podczas rozpylania roztworu z powietrzem wewnątrz pomieszczenia mieszają się miliardy cząsteczek bakterii o mikronowej wielkości. W ten sposób w powietrzu wytwarza się ochronna mikroflora oczyszczająca nie tylko to, co wdychamy do płuc, lecz także powierzchnie oraz przedmioty. Dzięki temu urządzenie cechuje się dużo większą skutecznością działania niż ma to miejsce w przypadku standardowych oczyszczaczy powietrza.

– Filtracja powietrza zabija zarówno złe, jak i dobre bakterie, nie ma żadnej selekcji. Nierozsądnym jest zabicie całej populacji bakterii, skoro tych dobrych potrzebujemy. Oczyszczacze powietrza oczyszczają wyłącznie powietrze, podczas gdy np. w materacu znajduje się wiele złych bakterii stworzonych przez roztocza. Nasze probiotyki dzięki grawitacji dostają się również do materaca, eliminując odchody roztocza, jeden z najpowszechniejszych alergenów –wyjaśnia Manuel Oberman.

Rozpylanie probiotyków w powietrzu jest innowacyjnym sposobem ich aplikacji. Osoby znajdujące się wewnątrz pomieszczeń wdychają je, dzięki czemu dostają się one do organizmu i oddziałują na florę bakteryjną ciała użytkownika. Najważniejszym ich działaniem w tym akurat użyciu jest jednak oczyszczenie powietrza z alergenów.

– W Polsce, jak w całej Europie, aż 20 proc. całej populacji cierpi na jakiś rodzaj alergii przez cały rok, a kolejne 30 proc. ma również alergie sezonowe. My zmniejszamy patogen, populację złych bakterii, zastępując je dobrymi bakteriami. Przywracamy tym samym równowagę w świecie bakterii – przekonuje specjalista z BetterAir.

Z danych Amerykańskiej Akademii Astmy, Alergii i Immunologii wynika, że od ponad 50 lat na świecie notowany jest stały wzrost występowania chorób alergicznych. Już nawet połowa dzieci w wieku szkolnym może być uczulona na co najmniej jeden powszechnie występujący alergen.

IFA 2019: Smartfony ze średniej półki coraz częściej dorównują tym najdroższym. Nowa Nokia 7.2 to pierwsze takie urządzenie z zagwarantowanym pakietem aktualizacji

IFA 2019: Smartfony ze średniej półki coraz częściej dorównują tym najdroższym. Nowa Nokia 7.2 to pierwsze takie urządzenie z zagwarantowanym pakietem aktualizacji 7

Mniej niż jedna trzecia smartfonów poniżej 200 dol. największych producentów jest zaktualizowanych do najnowszej wersji Androida. Firmy skupiają się przede wszystkim na nowinkach technologicznych. Tymczasem wiele kluczowych funkcji, w tym żywotność baterii, procesor, aparat i pamięć, jest powiązanych z wydajnością podstawowego systemu operacyjnego. Nowa Nokia 7.2 to pierwszy telefon ze średniej półki, który w ciągu 3 lat będzie dostawać co miesiąc pakiet aktualizacji i dwie aktualizacje systemu operacyjnego Android.

– Najnowsza Nokia 7.2 wyposażona jest w potrójny aparat cyfrowy z tyłu obudowy z 48-megapikselowym czujnikiem oraz procesor Qualcomm Snapdragon 660. To telefon, w którym najważniejszą wartością dla klienta będzie możliwość dożywotniego korzystania. Gwarantujemy miesięczne aktualizacje bezpieczeństwa przez okres trzech lat i dwie aktualizacje systemu operacyjnego Android – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Per Ekman, wiceprezes w Europie HMD Global.

Tylko 10,4 proc. telefonów z Androidem ma Android 9 Pie, wersję wydaną w 2018 roku, podczas gdy 88 proc. wszystkich aktywnych urządzeń z iOS ma system iOS 12, wydany w tym samym roku. Mniej niż jedna trzecia smartfonów poniżej 200 dol. najważniejszych firm na rynku została zaktualizowana do najnowszej wersji Androida. To wnioski z najnowszej białej księgi Counterpoint Research. Tylko kilka marek zobowiązuje się do upewnienia, że ich smartfony zawsze korzystają z najnowszej wersji. Przeważnie producenci gwarantują aktualizacje tylko dla smartfonów z najwyższej półki.

To właśnie regularne aktualizacje systemu operacyjnego są kluczowym elementem w bezpiecznym działaniu smartfona. Wiele kluczowych funkcji, w tym żywotność baterii, procesor, aparat i pamięć są powiązane z wydajnością podstawowego systemu operacyjnego.

Wśród producentów, którzy wprowadzają aktualizację do wszystkich smartfonów, prowadzi Nokia – niemal 96 proc. smartfonów sprzedawanych od III kw. 2018 roku działa już na Androidzie Pie lub ma wydaną aktualizację Android Pie.

– Chcemy być pewni, że przez cały okres użytkowania naszego telefonu użytkownik ma zawsze najnowsze oprogramowanie – wskazuje Per Ekman.

Nokia 7.2 ma zapewnione miesięczne aktualizacje bezpieczeństwa w ciągu trzech lat i dodatkowo dwie aktualizacje systemu Android. To pierwszy smartfon ze średniej półki z takim udogodnieniem. Do tego najnowszy smartfon ma 48-megapikselowy aparat z trzema obiektywami, 6,3-calowy ekran PureDisplay o rozdzielczości FHD+ i akumulator o pojemności 3500 mAh.

– Staramy się być marką dla wszystkich, niezależnie od tego, czy jest to Nokia 105 za 50 dol. czy Nokia 9 PureView – przekonuje Per Ekman. – Smartfon Nokia 7.2 będzie dostępny na rynku pod koniec września w cenie zaczynającej się od 299 euro. Polska będzie jednym z pierwszych rynków, na którym się pojawi – zapowiada.

W Polsce cena Nokii 7.2 wyniesie od 1 299 zł (64 GB pamięci) do 1 499 zł (128 GB pamięci). Tymczasem z najnowszego raportu Strategy Analitycs sprzedaż smartfonów spadła globalnie o 3 proc. rok do roku, osiągając w drugim kwartale 2019 r. 341 mln sztuk. Najwięcej smartfonów sprzedaje Samsung (22,3 proc.), Huawei (17,2 proc.) oraz Apple (11,1 proc.).

3 powody, dla których grafik pracy i plan urlopów to podstawa!

Grafik pracy to dokument bardzo wymagający w przygotowaniu – a na pewno bardziej wymagający niż się to niektórym przedsiębiorcom wydaje. Oczywiście, można stworzyć plan urlopów bez większego zastanowienia, ale takie lekkomyślne podejście do sprawy szybko pociągnie za sobą konkretne konsekwencje. W poniższym artykule tłumaczymy, dlaczego do układania harmonogramu czasu pracy warto się przyłożyć i podpowiadamy, w jaki sposób można sobie w tym pomóc. Skorzystaj z metody, która usprawnia tworzenie harmonogramu nawet o 70% i przekonaj się, jak wpłynie to na funkcjonowanie Twojej firmy!

1. Uchroń się przed wysoką karą!

Godziny pracy, długości urlopów i wymaganych odpoczynków, okresy rozliczeniowe – wszystkie te rzeczy nie są ustalane przez pracodawcę, ale przez polskie prawo. Ignorantia iuris nocet, czyli nieznajomość prawa szkodzi – jeśli, nawet nie do końca świadomie, złamiesz zasady regulowane w Kodeksie pracy, ukręcisz na siebie bat i ściągniesz potężną karę, którą nałoży Inspekcja Pracy. Żaden przedsiębiorca nie chce być 30 tysięcy w plecy tylko z powodu niedopilnowania pewnych sztywnych reguł. Dlatego układając plan urlopów 2019 czy każdy inny grafik pracy koniecznie skorzystaj z bezpłatnego narzędzia, które skontroluje, czy wszystko jest w porządku pod kątem prawnym. Narzędzie na stronie GrafikOptymalny.pl zda egzamin przy różnych typach etatów i umów – nieważne, czy w Twojej firmie obowiązuje system równoważny czy tryb pracy zmianowej.

2. Zadbaj o wizerunek przedsiębiorstwa i zasłuż na lojalność pracowników

O ile niezgodny z prawem czy po prostu nieumiejętnie stworzony grafik pracy prędzej czy później spowoduje, że wieść się rozniesie, praca zdezorganizuje, a firma straci w oczach klientów i pracowników, o tyle porządny harmonogram przyniesie przedsiębiorstwu wiele dobrego. Przemyślany plan urlopów sprawi, że cała kadra będzie zadowolona. Pracownicy, którzy otrzymają wolne na wesele, ważny egzamin czy badanie lekarskie odwdzięczą się lojalnością i wzrostem efektywności pracy. Unikniesz organizowania zastępstw na ostatnią chwilę, zbędnych opóźnień, tłumaczenia się z niewykonania usługi na czas i kosztownej rotacji pracowników. Dobrze traktując swoich ludzi i szanując ich potrzeby sprawisz, że Twoja firma będzie lepiej postrzegana i kadra będzie chciała dla Ciebie (dłużej i lepiej) pracować.

3. Unikając zbędnych strat, zmaksymalizujesz zyski!

Umiejętnie stworzony grafik pracy powinien skoncentrować się na tym, jak dopilnować firmowego budżetu, ustrzec się finansowych strat, zoptymalizować koszty i zwiększyć zyski. Są takie branże – zwłaszcza usługowe – gdzie w zależności od pory roku, dnia tygodnia czy nawet pogody w firmie potrzeba mniej lub więcej ludzi. Uwzględnij faktyczne zapotrzebowanie na pracowników i upewnij się, że te różnice widać w harmonogramie pracy. Niech Twoi ludzie nie będą zmuszani to nieefektywnych zmian na zakładkę; oszczędź im też nadgodzin, o ile nie jest to absolutnie konieczne. Oni będą zadowoleni, że nie muszą przesiadywać w firmie całych godzin, a Ty nie będziesz musiał wypłacać dodatku do pensji. Cały czas kontroluj, czy zaplanowany harmonogram odzwierciedla wstępne założenia budżetu. Bezpłatny program, przy pomocy którego można stworzyć grafik czasu pracy, ułatwi Ci to zadanie – automatycznie podliczy koszty zatrudnienia i podpowie, jak je zoptymalizować.

STIR w praktyce. Krajowa Administracja Skarbowa masowo blokuje rachunki bankowe firm

Na początku lipca 2019 r. Dziennik.pl poinformował o masowych blokadach rachunków bankowych należących do przedsiębiorców, dokonywanych przez Krajową Administrację Skarbową. W pierwszej połowie 2019 r. zablokowała ona aż 2,5 razy więcej zgromadzonych na nich środków niż w całym 2018 r. A jak zapowiada fiskus, blokad będzie jeszcze więcej i w szerszym zakresie. Co gorsza, zajmując zgromadzone na koncie pieniądze, skarbówka nie musi przedstawiać żadnych dowodów na popełnienie przestępstwa przez ich posiadacza. Taka dokonywana „z zaskoczenia” blokada może sparaliżować funkcjonowanie firmy. Nic dziwnego, że przedsiębiorcy coraz częściej pytają o zagraniczne rachunki bankowe.

Bo limity trzeba wyrobić

Od połowy stycznia 2018 r. funkcjonuje STIR, czyli System Teleinformatycznej Izby Rozliczeniowej. Pozwala on organom KAS prześwietlać rachunki bankowe przedsiębiorców w poszukiwaniu nieprawidłowości skarbowych. Gdy na takie zdaniem systemu natrafi, szef KAS może dokonać blokady zgromadzonych na rachunku środków na okres 72 godzin. Jeśli skarbówka stwierdzi nieprawidłowości, a szacowana kwota zobowiązania podatkowego przekracza 10 tys. euro, okres ten wydłuży się do trzech miesięcy.

Zgodnie z przewidywaniami Ministerstwa Finansów, KAS będzie blokować około 4,6 tys. rachunków przedsiębiorców rocznie. Według szacunków takie działania podejmowane przy wykorzystaniu STIR w ciągu 10 lat wzbogacą budżet państwa kwotą ponad 47 mld zł.
KAS podgląda dwa miliony przedsiębiorców

W kwietniu 2018 r. resort finansów pochwalił się dokonaniem blokady kont bankowych i zatrzymaniem podejrzanych o oszustwo na kwotę 37 mln zł. Jednocześnie poinformował, że było to możliwe dzięki stałemu monitoringowi 5 mln kont, należących do 2 mln przedsiębiorców.

Fiskus blokuje więcej i jak zapowiada, będzie blokować jeszcze więcej

Do 30 lipca 2018 r. skarbówka prześwietliła około 2 mld rekordów dotyczących przeprowadzonych przez przedsiębiorców transakcji, dzięki przeprowadzonej z pomocą STIR analizie 3,3 mln NIP i około 9 mln rachunków bankowych. We wrześniu 2018 r. obowiązek automatycznego przekazywania informacji o wszystkich prowadzonych rachunkach podmiotów kwalifikowanych rozszerzył się na SKOK-i.

Dochody podatkowo-celne Skarbu Państwa w całym 2018 r. wyniosły 353,4 mld zł. KAS pobrała od podatników o 34,6 mld zł więcej niż w 2017 r. i o 77,1 mld zł więcej niż w 2016 r. W maju 2019 r. ówczesny szef KAS Marian Banaś powiedział, że dwa lata stosowania regulacji dotyczących split payment, pakietu paliwowego i STIR przyniosły budżetowi 100 mld zł, a szara strefa w sektorze paliwowym spadła z 26% do 12,5%. Jak zadeklarował, KAS ma jeszcze dużo do zrobienia, bo wciąż pozostaje te 12,5%.
2,5 razy więcej zajętych środków i blokada lokat terminowych
„Przez pół roku szef Krajowej Administracji Skarbowej zajął na kontach podejrzanych podmiotów 2,5 razy więcej pieniędzy niż w całym roku 2018. (…) Krajowa Administracja Skarbowa zajęła 192 rachunki bankowe należące do 39 podejrzanych podmiotów. Było to związane z podejrzeniem uszczupleń podatkowych na ponad 344 mln zł. Urzędnicy zabezpieczyli w ten sposób prawie 24,8 mln zł (…) Dane dotyczą okresu od 1 stycznia do 13 czerwca 2019 r.” – podał w artykule z 3 lipca 2019 r. Dziennik.pl. A liczby te mają rosnąć, bo od 1 lipca 2019 r. KAS może również zajmować lokaty terminowe. W ten sposób każdy przedsiębiorca, który będzie chciał wycofać lub przelać środki z lokaty terminowej, zostanie tej szansy pozbawiony, bo zgromadzone na niej pieniądze będą przez skarbówkę zamrożone.

Skarbówka może blokować, nie mając żadnych dowodów

29 stycznia 2019 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów Filip Świtała, w odpowiedzi na interpelację nr 28610 w sprawie przepisów regulujących działanie systemu STIR, które poważnie mogą zaszkodzić polskim przedsiębiorstwom, złożoną przez posłankę Aldonę Młyńczak, poinformował, że średnia dokonanych na żądanie Generalnego Inspektora Informacji Finansowej w latach 2015-2017 blokad rachunków firm wyniosła 338 rocznie, a ich podstawą była najczęściej ustawa o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu.

W odpowiedzi podsekretarz zwrócił jednocześnie uwagę, że zgodnie z wyrokiem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 20 września 2018 r. (sygn. akt III SA/WA 2057/18) skarbówka, zajmując konto, nie musi przeprowadzać żadnego postępowania dowodowego.

Brak pieniędzy na wypłaty, wyrejestrowanie firmy

W artykule z 9 lipca 2018 r. Rzeczpospolita opisała trudną sytuację przedsiębiorstw, które w wyniku dokonanej przez KAS blokady rachunku firmowego, nie były w stanie zagwarantować swoim pracownikom środków na wypłaty. W kwietniu 2019 r. dziennik przytoczył również złożoną na ręce Rzecznika Praw Obywatelskich skargę właściciela firmy, któremu skarbówka zablokowała konto wskutek podejrzenia wykorzystywania go do celów związanych z wyłudzeniami skarbowymi. Utracił on dostęp do swoich pieniędzy bez jakiegokolwiek powiadomienia, choć szef KAS ma zgodnie z przepisami Ordynacji podatkowej obowiązek niezwłocznego udzielenia informacji o takiej blokadzie.
Blokada „z zaskoczenia” odebrała przedsiębiorcy możliwość obrony swoich praw, w konsekwencji prowadząc do wyrejestrowania prowadzonej przez niego firmy z rejestru czynnych podatników VAT. Rzecznik stwierdził, że takie działania fiskusa mogą naruszać prawa i wolności obywatelskie oraz zasadę państwa prawa.

10 razy więcej blokad rachunków

W artykule z 3 lipca 2019 r. pt. „Coraz więcej blokad rachunków bankowych dzięki STIR” GazetaPrawna.pl, podsumowując wzmożone działania skarbówki na polu blokowania kont podatników, ujawniła, że urzędnicy zabezpieczyli na zablokowanych rachunkach niecałą jedną dziesiątą kwot szacowanych uszczupleń podatkowych. Zestawiając te dane ze słowami byłego szefa KAS, a obecnego Ministra Finansów o konieczności likwidacji pozostałej szarej strefy, można nabrać obaw, że chcący spełnić życzenie swojego szefa urzędnicy, będą musieli nasilić intensywność swoich działań 10-krotnie.

Jednak na szczęście dla przedsiębiorców na postanowienie o blokadzie rachunku bankowego przysługuje im instytucja skargi do sądu administracyjnego. Można też założyć zagraniczny rachunek bankowy. W obliczu zapowiedzi ministra i rosnącej w tempie 2,5 razy rocznie wysokości zajęć, wydaje się to znacznie pewniejszym sposobem ochrony majątku firmy. 4 stycznia 2019 r. WSA w Warszawie, oddalając skargę przedsiębiorcy na zaskakującą go, nie połączoną z jakąkolwiek informacją, blokadę konta stwierdził, że: „…racjonalny przedsiębiorca powinien się liczyć z tym, że organ może w stosunku do niego zastosować obowiązujące procedury, w szczególności polegające na blokadzie posiadanego rachunku” (sygn. akt III SA/Wa 2960/18).

Otwarcie konta w zagranicznym banku nie musi oznaczać przeniesienia za granicę rozliczeń całej prowadzonej działalności. Może ono bowiem pełnić funkcję konta alternatywnego, gdzie spółka będzie sukcesywnie odprowadzać część kapitału, nadwyżek finansowych lub oszczędności, stanowiących zabezpieczenie na wypadek wystąpienia takich właśnie, jak opisywanych wyżej sytuacji kryzysowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Powracający pracownicy, znani jako „returning kids” albo „boomerangers”, skupiają na sobie coraz większą uwagę pracodawców

Według tegorocznego badania Accountemps, aż 94% menedżerów wyższego szczebla z sentymentem spogląda na swoich byłych podopiecznych, podczas gdy w 2015 inne studium   pokazuje, że 76% firm akceptuje powroty. Niedobór talentów, zjawisko „job hoppers”, ale też przekonanie o wysokich kwalifikacjach odchodzących pracowników, a z ich strony – tęsknota za kulturą organizacyjną i możliwościami rozwoju, sprawiają, że ponowne zatrudnienie zyskuje na popularności.

Mimo że niemal wszyscy menedżerowie powitaliby pracownika z otwartymi ramionami, to już tylko 52% tych ostatnich chętnie zaaplikowałoby ponownie. Co może skłonić do powrotu? – Wbrew pozorom, nie jest to kwestia samych wykonywanych obowiązków – mówi Dominika Nawrocka, Brand Communication Manager Capgemini – bardzo dużo zależy od kultury organizacyjnej w miejscu pracy oraz samych przełożonych. Potrzeba zdobycia innych doświadczeń czy spróbowania gdzie indziej jest naturalna, szczególnie dla osób młodych i tych, które dopiero zaczynają swoją przygodę zawodową. Ważne, żeby takie osoby spotkały się z inkluzywnym otoczeniem, mądrym menedżerem i inspirującym zespołem. Jeśli to nie zatrzyma – to może skłonić do powrotu – dodaje.

Rzeczywiście, jako główne przyczyny niechęci do powrotu pracownicy wymieniają niezadowolenie związane z niewłaściwym podejściem przełożonych (22%), niedopasowanie kultury organizacyjnej (17%), niewypełnianie obowiązków pracodawcy oraz palenie za sobą mostów przez samą firmę. Ci, którzy wracają, często wymieniają właśnie pracę w odpowiednim zespole i możliwości rozwoju – Nie jest tajemnicą, że to co jest największą siłą firmy to ludzie i to dla nich wróciłam przede wszystkim – mówi Edyta Piotrowska – Senior Director w Capgemini, która po dwóch latach pracy w firmie odeszła na osiem miesięcy, żeby następnie wrócić na kolejne osiem lat – Po raz pierwszy wybrałam Capgemini, bo marzyłam o pracy w dużej korporacji, a po raz drugi wybrałam, ponieważ wiedziałam, że wyzwań, których wtedy szukałam, nie znajdę gdzie  indziej. Kiedy pojawiłam się na ponownej rekrutacji, spotkałam ponownie ten zespół, tych ludzi i tę energię. Nie miałam wątpliwości, pomimo, że rozważałam inne opcje – dodaje.

– Powrót do firmy po latach, to się zdarza – przekonuje Maciej Nuckowski, członek zarządu Diebold Nixdorf – Większość młodych ludzi rozpoczyna swoją karierę w IT i nowych technologiach jeszcze na studiach lub zaraz po nich pracując na przykład w service desk. Jest to często ich pierwsze doświadczenie zawodowe, podczas którego zdobywają wiedzę i umiejętności miękkie, które przydają się im na kolejnych etapach kariery. Kiedy już przejdą całą ścieżkę od pierwszej, aż do trzeciej linii wsparcia, bardzo często szukają możliwości rozwoju nieco szerzej w branży, aby po latach wrócić znów do firmy, ale w już zupełnie innej roli. Dlatego jakiś czas temu, podjęliśmy oczywistą decyzję, aby oferować umowę o pracę dla takich osób. To daje im poczucie bezpieczeństwa i buduje dobre relacje na przyszłość – podsumowuje.

Jakie są benefity ponownego przyjęcia pracownika? Według Kronos Workforce Institute, około 33 procent specjalistów HR i 38 procent menedżerów twierdzi, że największą zaletą zatrudniania „powracających dzieci” była znajomość kultury firmy; a 1/3 uważała, że takie osoby potrzebują mniej treningu. – Ci, którzy wrócili, są często nawet bardziej zaangażowani niż za pierwszym razem, a ich utrzymanie w organizacji jest łatwiejsze – skoro wracają, to widać, że czują do nas chemię i to się nie zmieni. Zdarza się, że przynoszą ze sobą również cenne doświadczenia. Znają organizację, a my znamy ich możliwości – wylicza Dominika Nawrocka.

– W dzisiejszych czasach firmy poszukują osób wnoszących różnorodne doświadczenia, co zwiększa ich konkurencyjność. Dodatkowo niewątpliwą zaletą ludzi, którzy wracają do firmy, w której rozpoczęli karierę, jest znajomość firmy, ludzi, procesów. To pozwala im na szybkie wejście w bieżące projekty, ale z perspektywą rynkową co znacząco podnosi jakość zadań którymi się zajmują. To spojrzenie z zewnątrz jest z reguły unikatowe i wpływa na lepszą jakość pracy w roli menedżera, kierownika czy dyrektora działu – mówi Maciej Nuckowski.

Czy są wobec tego przesłanki, żeby nie zatrudniać?

– Na pewno taka decyzja wymaga przemyślenia przez obie strony. Powinniśmy przede wszystkim dobrze poznać przyczyny odejścia, żeby wiedzieć, że takie czynniki nie odegrają równie decydującej roli w przyszłości. Należy również dobrze przygotować komunikację powracającego pracownika, szczególnie jeśli wraca na wyższe stanowisko– mówi Dominika Nawrocka.

Warto pielęgnować relację z byłymi pracownikami firmy i tworzyć sieć osób, które nadal mogą być potencjalnie wartościowymi członkami zespołu. O możliwej sile relacji z pracodawcą Capgemini przekonało się realizując projekt „Capsolutnie najważniejsi. Urodzinowa kapsuła czasu Capgemini”. W ramach tego projektu ponad 7 tysięcy byłych i obecnych pracowników z 6 miast i 4 linii biznesowych mogło podzielić się swoimi wspomnieniami dotyczącymi pracy w firmie na specjalnie do tego stworzonej, wirtualnej platformie. Firma stworzyła też specjalną stronę, na której zachęca pracowników do powrotu – Chcemy, żeby wiedzieli, że odchodząc nie spalili żadnych mostów – podsumowuje Dominika Nawrocka.