Coraz lepsze warunki mieszkaniowe Polaków

Eurostat niedawno opublikował najnowsze dane na temat przeludnienia mieszkań. Wskazują one, że sytuacja w Polsce znów się poprawiła.

Przeludnienie domów i lokali stanowi jeden z największych problemów rodzimej „mieszkaniówki”. Na tle innych państw członkowskich Unii Europejskiej, nasz kraj nadal prezentuje się słabo. Pewnym pocieszeniem jest systematyczny spadek wskaźnika przeludnienia polskich mieszkań obliczanego przez Eurostat. Na podstawie najnowszych danych, eksperci RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak ten wskaźnik zmniejszył się w 2018 r.

Wskaźnik przeludnienia mówi nam o tym, jaka część populacji danego kraju musi zasiedlać przeludnione mieszkanie. Wedle założeń Eurostatu, dom lub lokal nie będzie przeludniony, jeżeli spełnia wszystkie poniższe warunki:

  • jeden pokój dla każdej pary w gospodarstwie domowym
  • jeden pokój dla każdej samotnej osoby w wieku przynajmniej 18 lat
  • samodzielny pokój dla każdego gospodarstwa domowego
  • jeden pokój dla dwojga osób tej samej płci w wieku 12 lat – 17 lat
  • samodzielny pokój dla osoby w wieku 12 lat – 17 lat (jeśli nie może ona mieszkać z osobą o tej samej płci)
  • jeden pokój dla dwojga dzieci w wieku do 12 lat

Dane Europejskiego Urzędu Statystycznego wskazują, że w 2018 r. wskaźnik przeludnienia mieszkań obliczony dla Polski po raz pierwszy spadł poniżej 40%. Długookresowe zmiany wspomnianego wskaźnika przedstawiają się następująco:

  • 2005 r. – 54,1%
  • 2006 r. – 54,1%
  • 2007 r. – 52,3%
  • 2008 r. – 50,8%
  • 2009 r. – 49,1%
  • 2010 r. – 47,5%
  • 2011 r. – 47,2%
  • 2012 r. – 46,3%
  • 2013 r. – 44,8%
  • 2014 r. – 44,2%
  • 2015 r. – 43,4%
  • 2016 r. – 40,7%
  • 2017 r. – 40,5%
  • 2018 r. – 39,2%
Wykres 1. Wskaźnik przeludnienia mieszkań
Wykres 1. Wskaźnik przeludnienia mieszkań

Kolejny spadek odsetka Polaków zasiedlających przeludnione mieszkania na pewno może cieszyć. Trzeba jednak pamiętać, że wynik Polski nadal jest znacznie wyższy od unijnej średniej wynoszącej ok. 15%.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Metro Properties zawarło transakcję sprzedaży i najmu zwrotnego portfela sklepów Cash & Carry w Europie Środkowej

Metro Properties, spółka należąca do grupy Metro AG, zbyła portfolio 11 sklepów Cash & Carry w Polsce, na Węgrzech i w Czechach w ramach transakcji sprzedaży i najmu zwrotnego (sale and leaseback). Portfel nieruchomości nabyła inwestująca w imieniu funduszu regulowanego AIF spółka FLE GmbH z siedzibą w Wiedniu, podmiot zależny francuskiej grupy LFPI. Spółce Metro Properties doradzała firma Colliers International, która reprezentowała markę w prowadzeniu transakcji w Polsce, na Węgrzech i w Czechach. Jest to największa w tym roku transakcja w Europie Centralnej oraz jedna z największych w Europie w formacie sprzedaż i najem zwrotny.

Transakcja o łącznej wartości ponad 250 milionów euro została sfinalizowana w sierpniu 2019 roku. Metro oraz Makro Cash & Carry będą nadal prowadzić swoje hurtownie we wszystkich wspomnianych lokalizacjach na podstawie długoterminowych umów najmu.

Metro Properties oferuje usługi w zakresie profesjonalnego zarządzania nieruchomościami na wszystkich etapach cyklu życia obiektu. Wykorzystując szerokie kompetencje w zakresie obrotu i zarządzania nieruchomościami, Metro Properties aktywnie zwiększa wartość nieruchomości należących do grupy Metro. Działania te obejmują inwestycje w perspektywiczne lokalizacje, ich zrównoważony rozwój oraz transakcje sprzedaży i najmu zwrotnego w oparciu o długoterminowe umowy.

Portfel 11 nieruchomości o ugruntowanej pozycji obejmuje 5 sklepów Makro Cash & Carry w Polsce (Warszawa, Wrocław, Kraków i Lublin), 3 nieruchomości Metro Cash & Carry na Węgrzech (Budapeszt) i 3 markety Makro Cash & Carry w Czechach (Praga). Spółka Metro Properties zachowała prawa własności do kilku sąsiednich działek w Polsce i Czechach z zamiarem realizacji projektów zabudowy wielofunkcyjnej.

W Polsce za doradztwo spółce Metro Properties był odpowiedzialny Luke Dawson, dyrektor zarządzający oraz szef Działu Capital Markets na region CEE oraz Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce.

Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce, Colliers
Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce, Colliers

— Ze względu na wyjątkowość i wielkość sprzedawanego portfela ważna była dla nas nie tylko dogłębna analiza nieruchomości, ale, co ważniejsze, działalności operacyjnej Metro. Ta transakcja wymagała przygotowania pola do długoterminowego partnerstwa, które wykracza poza tę początkową transakcję. Jesteśmy dumni, że mogliśmy przyczynić się do zacieśnienia relacji pomiędzy tymi dwoma partnerami — powiedział Dariusz Forysiak, dyrektor w Dziale Doradztwa Inwestycyjnego w Polsce.

Toyota będzie miała własne zasoby litu. Ruszyła budowa nowej fabryki w Japonii

W czerwcu Toyota rozpoczęła budowę pierwszej w Japonii fabryki oczyszczania litu do produkcji baterii samochodowych. Wspólna inwestycja japońskiego koncernu i australijskiej firmy wydobywczej Orocobre to kolejny krok Toyoty do zyskania większej niezależności w produkcji samochodów elektrycznych i hybrydowych. W ostatnich dniach został wybrany dostawca technologii przetwarzania litu do fabryki Naraha – Veolia Water Technologies. Fabryka zostanie uruchomiona w 2021 roku i będzie przetwarzać surowiec z kopalni Toyoty i Orocobre w Argentynie.

Toyota Tsusho Corp. i Orocobre podjęły w kwietniu decyzję o budowie fabryki Naraha produkującej czysty wodorotlenek litu, potrzebny do produkcji baterii do samochodów elektrycznych i hybrydowych. Będzie to pierwszy tego rodzaju zakład w Japonii. Większość produkcji trafi do japońskich producentów baterii. Wodorotlenek litu będzie powstawał z surowca w postaci węglanu litu, wydobywanego w kopalni Olaroz w północnej Argentynie, rozbudowywanej obecnie przez Orocobre i Toyotę. W 2018 roku Toyota Tsusho kupiła 15% udziałów w australijskiej firmie wydobywczej, inwestując 282 miliony dolarów. Efektem współpracy jest zwiększenie wydobycia o 25 000 ton do łącznej ilości 42 500 ton litu rocznie.

Budowa fabryki Naraha ruszyła w czerwcu, a jej uruchomienie jest planowane na pierwszą połowę 2021 roku. Zakład będzie przerabiać 9 500 ton surowca rocznie, uzyskując 10 000 ton czystego wodorotlenku litu.

Toyota Tsusho i Orocobre wybrały firmę Veolia Water Technologies na dostawcę technologii przetwarzania związków litu do fabryki Naraha. Veolia otrzymała zlecenie na zaprojektowanie, dostarczenie i konstrukcję odpowiedniej instalacji. Jest to kolejny krok Toyoty na drodze do zapewnienia sobie kontroli nad łańcuchem dostaw baterii, który pozwoli jej dalej rozwijać gamę samochodów hybrydowych i elektrycznych.

Toyota jest największym producentem hybryd na świecie

– w 2018 roku sprzedała ponad 1,6 miliona tych samochodów. Firma systematycznie unowocześnia i rozbudowuje gamę hybryd, wprowadzając napęd hybrydowy czwartej generacji do kolejnych modeli, czego ostatnimi przykładami są nowa Corolla i RAV4. W 2020 roku marka wprowadzi na rynek także auta elektryczne na baterie (BEV) – w Europie będą to modele PROACE, zaś w Chinach bliźniacze crossovery Toyota C-HR i IZOA. Toyota potrzebuje baterii trakcyjnych także do samochodów elektrycznych na wodór (FCV), takich jak Toyota Mirai, które choć pobierają prąd głównie z wodorowych ogniw paliwowych, korzystają z baterii do magazynowania energii odzyskiwanej podczas hamowania. Japoński producent planuje w 2025 roku osiągnąć poziom sprzedaży 5,5 miliona zelektryfikowanych samochodów rocznie, czyli połowę wolumenu aut dostarczanych klientom w ciągu roku.

Funt zdaje się być bezpieczny, na razie

Brak wiadomości to dobra wiadomość i dzień bez przełomowych informacji zagwarantował stabilizację na rynkach finansowych. Na poboczu plotki o niemieckim budżecie i aktualizacja stanowisk stron wokół brexitu starają się wypełnić pustkę, ale ogólnie skutkuje to tylko mało konkretnym szumem.

Euro na moment dało się wyrwać z paraliżu związanego z wyczekiwania na czwartkową decyzję EBC, a katalizatorem stały się nieoficjalne doniesienia Reutersa, że Niemcy rozważają utworzenie „ukrytego budżetu”, by zwiększyć inwestycje publiczne bez naruszania restrykcyjnych zasad budżetowych. W planach miałoby być utworzenie niezależnych podmiotów publicznych, które przy zerowych stopach procentowych uzyskiwałyby finansowanie na inwestycje infrastrukturalne. W ten sposób nowy dług nie wliczałby się do budżetu federalnego i ominęły zasadę przyrostu deficytu z roku na rok o nie więcej niż 0,35 proc. PKB (ok. 12 mld EUR). Czy Niemcy znalazły złoty środek na zapaść gospodarczą? Radziłbym nie wyciągać daleko idących wniosków, stąd pozytywna reakcja wczoraj jest dla mnie bardziej przejawem przewrażliwienia inwestorów na informacje związane z finansami publicznymi Niemiec (więcej ekspansji fiskalnej oznacza mniejszą presję na ruch EBC) niż skrupulatną wyceną planów budżetowych. W końcu, jeśli Niemcy są tak dumne ze swojego wysokiego ratingu kredytowego (według źródła Reutersa „Niemcy mają rating kredytowy jako dobro narodowe”), nie będzie łatwą decyzją postawić na szali wiarygodność. Nie mówiąc już o dokładaniu do tego księgowych sztuczek obchodzących zasady budżetowe. Wydaje się bardziej prawdopodobne, że „ukryty budżet” jest planem B albo C, który rząd otrzymał do rozważenia. I to planem, który w związku z potencjalną krytyką będzie rozważany jako ostateczne rozwiązanie. W związku z tym szanse jego wprowadzenia nie powinny być teraz wyceniane wysoko.

Coraz mniej czasu zostało przed zawieszeniem obrad brytyjskiego parlamentu do 14 października, a zatem zawężą się okno, w którym może się zdarzyć coś szokującego w sprawie brexitu. Nie twierdzę, że przez kolejny miesiąc nie ma szans na żadne rewelacje; po prostu nie będą już one miały swojego harmonogramu (jakim w ostatnich dniach był plan obrad Izby Gmin). To daje funtowi pole do odbicia, głównie na fali zamykania krótkich pozycji liczących na bardziej szokujące doniesienia z polityki. Umowa blokująca bezumowny brexit 31 października została zatwierdzona, a Boris Johnson nie jest w stanie odwołać jej poprzez wciśnięcie nowych wyborów przed datą brexitu. Wczoraj dowiedzieliśmy się, że liderzy opozycji uzgodnili prawdopodobną datę głosowania nad przedterminowymi wyborami na 21 października z planowanym terminem wyborów pod koniec listopada. Odsuwanie w czasie wyborów i odroczenie brexitu to większa frustracja pro-brexitowych wyborów, którzy mogą odejść z poparciem od Partii Konserwatywnej ku Partii Brexitu (z korzyścią dla Partii Pracy, która wówczas może zdobyć najwięcej głosów). To w żadnym razie nie jest idealny scenariusz, ale wciąż lepszy niż chaos bezumownego brexitu. Funt zdaje się być bezpieczny, na razie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polska vs Europa – gdzie są nasze innowacje?

Niemal 10-krotnie niższe wydatki na badania i rozwój niż w Niemczech[1], 4. miejsce od końca w najnowszym Rankingu Innowacyjności[2] czy mnóstwo nowatorskich projektów oraz udział 5 polskich uniwersytetów w projekcie Uniwersytetów Europejskich[3]. Który z tych faktów najlepiej obrazuje kondycję polskich innowacji? Jak wypadają one na tle innych krajów UE? Jakie oceniają je ci, którzy na co dzień pracują na styku nauki i biznesu?

Na obecną sytuację innowacji w polskich przedsiębiorstwach czy na uczelniach wpłynęło i wpływa wiele czynników. Na co dzień nie brakuje jednak doniesień medialnych odnośnie innowacyjnych projektów.

Przełomowy projekt studentów

Jedną z innowacji, która wkrótce ma szansę podbić świat, jest poznański projekt „Water Filter”. We wrześniu 2019r. studenci z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu polecą do USA. Młodzi naukowcy powalczą o zwycięstwo w międzynarodowym konkursie. Ich misją jest stworzenie filtra zdolnego do oczyszczania wody pitnej z farmaceutyków i innych podobnych substancji. To odpowiedź na prognozy, że w ciągu 20 lat ilość tego typu „niebezpieczeństw” w wodzie wodociągowej może wzrosnąć nawet o 2/3![4]

Finał Enactus World Cup w Kalifornii będzie zwieńczeniem naszej tegorocznej pracy – mówi Magdalena Nowak, studentka Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu i Team Leaderka projektu „Water Filter:. – W początkowej fazie projektu nie potrzebowaliśmy dużej ilości pieniędzy, ponieważ nasze działania skupiały się na poszukiwaniu odpowiedzi na pytania związane z projektem. Jednakże z czasem koszty rosły, a sami nie byliśmy w stanie sami pokryć badań. Szukaliśmy źródeł finansowania zewnętrznego i jednym z nich ma szansę stać się Unia Europejska, która chętnie przyznaje granty na rozwój takich celów – przyznaje studentka.

W poszukiwania wsparcia

Poznańscy studenci zbierają również środki na rozwój projektu za pośrednictwem portalu Zrzutka.pl[5]. Jak podkreśla Adriana Łukowska, w Polsce nie brakuje innowacyjnych projektów: – Jesteśmy narodem, który ma ogromny potencjał. Jedyne, czego nam brakuje, to odpowiednie wsparcie. Wiele dobrych pomysłów nie zostało zrealizowanych bądź upadło w początkowych fazach realizacji, ze względu na niewystarczającą ilość środków czy też wsparcia ze strony prawnej – ocenia vice project leaderka projektu „Water Filter”.

Podobnego zdania jest Elżbieta Książek, ekspert ds. Rozwoju z Poznańskiego Parku Naukowo-Technologicznego (PPNT): – Gdy słyszymy w mediach, że polscy naukowcy wynaleźli np. niebieski laser czy technologię produkcji grafenu, nie powinniśmy niestety łudzić się, że zawojujemy międzynarodowy rynek. Dziesiątki zespołów naukowych na świecie pracują nad podobnym zagadnieniem, z tym, że albo już są w dużym koncernie, albo już z nim współpracują. I nawet jeśli ich wynalazek będzie gorszy i dojdą do niego później, w wyścigu do wprowadzenia go na rynek od dawna zajęli lepszą pozycję. Zakłada się u nas dużo firm, a te istniejące potrafią dostosowywać się do trudnych warunków. Mamy wykształcone zasoby ludzkie. To są optymistyczne elementy. Natomiast nie mamy dostępu do rynków innowacyjnych produktów, ani właściwego poziomu współpracy pomiędzy sektorem nauki i gospodarki – podkreśla Elżbieta Książek z PPNT.

Lata świetlne innowacji

Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft
Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft

– Ciężko porównać innowacje sprzed np. 30 lat z obecnymi, jednak wbrew pozorom wiele z nich napotykało i napotyka podobne problemy. Gdy tworzyłem jedno ze swoich pierwszych oprogramowań dla Wydziału Elektrycznego Politechniki Poznańskiej, największym ograniczeniem dla całego projektu wydawała się zmiana mentalności przyszłych użytkowników, że istnieje coś, co może zmienić ich codzienną pracę – mówi Grzegorz Kaliński, prezes zarządu firmy Kalasoft, tworzącej zintegrowane systemy klasy ERP wspomagające zarządzanie uczelniami wyższymi w Polsce. – Każdy dział polskich uczelni miał wtedy odrębny sposób zarządzania czy rodzaj „oprogramowania”, które były ze sobą niekompatybilne. Zdarzyło się, że np. naukowcy, zamiast prowadzić badania, poświęcali czas na wielokrotne wpisywanie tych samych danych do kilku tabelek czy programów. Z podobnymi a nawet większymi „zadaniami” mierzyli się pracownicy administracji. Opracowanie, integracja i przekonanie ich do danych rozwiązań wymagało czasu, jednak stopniowo zaczęło przynosić efekty –  wspomina Grzegorz Kaliński.

Kondycję polskich innowacji na przestrzeni ostatnich lat ocenia także Elżbieta Książek z Poznańskiego Park Naukowo-Technologicznego: – Polska jest krajem bardziej innowacyjnym niż jeszcze 10 czy 30 lat temu. Mimo, że obiektywnie poprawiliśmy wiele wskaźników, to w porównaniu do innych krajów UE w Europejskim Rankingu Innowacyjności od lat walczymy o 3. lub 4. miejsce – licząc od końca tabeli. Nie mamy przesłanek, aby marzyć o „wielkim skoku”, jaki np. dokonał się w Korei Południowej – ocenia ekspert ds. Rozwoju z PPNT.

Wskazówki i prognozy

Co zalecają więc młodzi praktycy oraz doświadczeni eksperci? Które ze wskazówek mogą przydać się polskim innowatorom?

Elżbieta Książek ekspert ds. Rozwoju z PPNT
Elżbieta Książek ekspert ds. Rozwoju z PPNT

– Nie ma prostych recept na sukces. Funkcjonujemy w skomplikowanym systemie czynników, które kształtowały się w Polsce przez lata. Możemy i powinniśmy stawiać jednak na innowacyjność. Spodziewajmy się pozytywistycznej pracy u podstaw, znajdowania i zajmowania małych nisz, a nie rewolucji – ocenia Elżbieta Książek ekspert ds. Rozwoju z PPNT. Zwraca ona uwagę na to, aby dobrze zarządzać środkami przeznaczonymi na innowacje, należy w pierwszej kolejności zrozumieć, jak funkcjonuje grupa adresatów funduszy, przyjąć odpowiednie podejście i być konsekwentnym. – Należy nastawić się przede wszystkim na mierzalne cele, a nie sprawne i poprawne wydawanie pieniędzy – podkreśla specjalistka.

Z kolei Tomasz Bałdyga, członek projektu „Water Filter” dodaje: – Mając pomysł, należy określić przede wszystkim zakres tematyczny i finansowy projektu. Dobrze zachować też elastyczność w tym obszarze w przypadku nagłych potrzeb finansowych. Niezwykle istotne jest również zdobycie wiedzy na temat konkurencyjnych innowacji, by porównać z nim swoje szanse – podkreśla student Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

 – Nic tak nie napędza innowacji, jak konkurencja. Głównym obszarem konkurencji w naszym sektorze jest elastyczność wobec zmieniających wymagań prawnych i rosnących oczekiwań użytkowników. By osiągnąć pewien poziom innowacji, należy mieć świadomość tego, gdzie istnieje nisza, w której można zaistnieć. Wierzę, że takimi śladami podążają np. twórcy nowoczesnych aplikacji pomagających zarządzać funduszami, sterować ogrzewaniem w domu, zmniejszać marnowanie żywności czy projektów takich jak „Water Filter” – podsumowuje Grzegorz Kaliński z Kalasoft.

By innowacyjne projekty miały szansę się rozwijać, należy stwarzać im do tego odpowiednie warunki. Warto nie tylko trzymać więc kciuki za młodych polskich naukowców, lecz podejmować jak najwięcej działań wspierających rozwój innowacyjnych projektów.

[1] Wnioski z zestawienia World Economic Forum z grudnia 2018r., https://www.weforum.org/agenda/2018/12/how-much-countries-spend-on-r-d, data dostępu 29.08.2019r.

[2] Europejski Ranking Innowacyjności https://ec.europa.eu/poland/news/190617_innovations_pl data dostępu 29.08.2019r.

[3] http://www.kpk.gov.pl/?p=48759, data dostępu 29.08.2019r.

[4] http://enactusuep.pl/water-filter, data dostępu 29.08.2019r.

[5] „Wesprzyj studentów i przyłącz się do sukcesu Polaków podczas konkursu w Dolinie Krzemowej” https://zrzutka.pl/4xszgb, data dostępu 29.08.2019r.

PKN ORLEN analizuje wdrożenie innowacyjnej technologii od firmy Honeywell UOP

PKN ORLEN w ramach prowadzonych procesów produkcyjnych dąży do coraz efektywniejszego wykorzystania surowców na poszczególnych instalacjach, tak aby uzyskiwać jak najwięcej produktów wysokomarżowych. Spółka analizuje różne możliwości w tym zakresie. Jedną z nich jest wykorzystanie innowacyjnej technologii od firmy Honeywell UOP o nazwie MaxEne, która może przyczynić się do generowania wyższej marży na paliwach i petrochemikaliach. Na obecnym, analitycznym etapie projektu, PKN ORLEN zakupił licencję na wdrożenie tego nowoczesnego i ekologicznego rozwiązania w zakładzie w Płocku.

W przypadku podjęcia decyzji realizacyjnej, PKN ORLEN będzie pierwszą w Europie i drugą na świecie firmą, która wdroży technologię MaxEne. Umożliwi to wzrost produkcji wyrobów wysokomarżowych, czyli benzyny, etylenu i paraksylenu. W ten sposób PKN ORLEN umocni pozycję konkurencyjną na europejskim rynku paliwowym i petrochemicznym. Rozwiązanie firmy Honeywell UOP, przy niskim zużyciu energii, pozwoli na bardziej efektywne wykorzystanie frakcji benzynowych, kierując je na odpowiednie instalacje.

Zgodnie z zapowiedziami, chcemy wydłużać łańcuch wartości w kierunku produktów wysokomarżowych, na które rośnie zapotrzebowanie na świecie. Technologia MaxEne, w przypadku wdrożenia, pozwoli na efektywniejsze wykorzystanie potencjału płockiej rafinerii – mówi Józef Węgrecki, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Operacyjnych.

Obecnie opracowywany jest projekt bazowy instalacji pod tą samą nazwą oraz projekty modernizacyjne powiązanych jednostek produkcyjnych. Po podjęciu decyzji realizacyjnej, projekt będzie wdrażany w kilku etapach w kolejnych latach. W najbliższych miesiącach planowane jest rozpoczęcie procesu wyboru wykonawcy dla analizowanych inwestycji.

Stygnie zapał rekrutacyjny polskich firm

Choć nadal sporo, bo 13% polskich przedsiębiorstw chce powiększać swoje zespoły, to optymizm pracodawców jest słabszy niż przed rokiem – potwierdza opublikowany dziś raport Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia, przedstawiający plany rekrutacyjne firm na ostatni kwartał 2019 roku. Osoby poszukujące nowej pracy mogą spodziewać się mniejszej liczby ofert zatrudnienia, szczególnie w rolnictwie, finansach i usługach dla biznesu oraz w restauracjach i hotelach. Sektorami, które nadal wykazują duże chęci do rekrutacji nowych kadr, są produkcja przemysłowa, budownictwo oraz przemysł wydobywczy.

W czwartym kwartale 2019 roku 13% polskich firm będzie poszukiwać nowych pracowników, 5% planuje redukować zespoły, 81% nie przewiduje zmian, a 1% nie zna planów rekrutacyjnych w swoich firmach. Prognoza netto zatrudnienia, czyli różnica pomiędzy odsetkiem przedsiębiorstw planujących wzrost a spadek zatrudnienia, poddana korekcie sezonowej wynosi +9%. Wynik utrzymuje się na takim samym poziomie trzeci kwartał z rzędu, ale jest o 4 punkty procentowe niższy niż przed rokiem.

Iwona Janas ManpowerGroup
Iwona Janas – ManpowerGroup

– Choć osoby poszukujące nowego zatrudnienia nadal mogą liczyć na dobre perspektywy, a firmy szukające rąk do pracy w dalszym ciągu borykają się z niedoborem talentów, to już od trzech kwartałów obserwujemy stabilizację na rynku. Nastroje rekrutacyjne firm, podobnie jak nasza gospodarka, weszły w fazę delikatnego spowolnienia, a tempo wzrostu zatrudnienia jest wolniejsze niż przed rokiem – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup. – Na obecny wynik miały również wpływ organizacje, które w ostatnim czasie osiągnęły już taki poziom zatrudnienia, który pozwoli im na realizację celów biznesowych w czwartym kwartale. Z kolei niewielki odsetek pracodawców planujących redukcję, to efekt naturalnego ruchu w biznesie, pomniejszania zespołów o zastępstwa w trakcie sezonu urlopowego oraz zakończenia prac nad projektami czasowymi – dodaje Iwona Janas.

Spośród 10 przeanalizowanych przez ManpowerGroup sektorów najwięcej nowych pracowników będą poszukiwać firmy zajmujące się produkcją przemysłową, gdzie prognoza netto zatrudnienia wynosi +15%. Na dobre perspektywy znalezienie nowej pracy mogą liczyć osoby zainteresowane branżą budowlaną (+13%) oraz związaną z przemysłem wydobywczym (+12%). W końcówce roku najmniej ofert pracy będzie w rolnictwie, leśnictwie i rybołówstwie (+2%), w finansach i usługach dla biznesu (+3%) oraz w restauracjach i hotelach (+3%).

– Obniżenie prognozy w końcówce roku w takich sektorach jak restauracje i hotele, rolnictwo, leśnictwo i rybołówstwo jest efektem sezonowości w tych branżach i nie jest zjawiskiem, które może niepokoić. Natomiast duże spadki w takich obszarach jak produkcja przemysłowa oraz finanse i usługi dla biznesu mogą być skutkiem pogarszającej się koniunktury na rynkach zachodnich. Firmy z tych branż nadal chcą powiększać swoje zespoły, ale nie będą to tak duże wzrosty zatrudnienia jak w ubiegłym roku. Jednocześnie patrząc na prognozy zatrudnienia płynące z krajów Europy Zachodniej i kluczowych dla nas rynków eksportowych, to tak silne gospodarki jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania notują znacznie niższe prognozy zatrudnienia niż te wskazywane przez polskie firmy – wyjaśnia Iwona Janas.

Optymizm rekrutacyjny polskich firm jest jednak wyraźnie słabszy niż przed rokiem. W 8 na 10 branżach firmy będą poszukiwać mniejszej liczby pracowników, dlatego osoby poszukujące nowej pracy lub rozważające zmianę pracodawcy mogą spodziewać się zdecydowanie mniejszej liczby ofert zatrudnienia w najbliższym kwartale. Największą różnicę zauważą kandydaci zainteresowani rozwojem w finansach i usługach dla biznesu, handlu detalicznym i hurtowym oraz w budownictwie, gdzie plany zatrudnienia najbardziej się pogorszyły. Odczują ją również osoby aplikujące do pracy w produkcji przemysłowej i choć jest to sektor, który nadal zgłasza znaczne zapotrzebowanie na ręce do pracy, to ofert będzie zdecydowanie mniej niż rok temu. Jedynie przedsiębiorstwa z branży energetyki, gazownictwa i wodociągów oraz przemysłu wydobywczego zgłaszają lepsze prognozy niż w ostatnim kwartale 2018 roku.

W stosunku do ubiegłego kwartału plany rekrutacyjne firm pozostają na zbliżonym poziomie. Największa zmiana na plus widoczna jest w energetyce, gazownictwie i wodociągach, gdzie firmy wskazały prognozę wyższą o 12 punktów procentowych. Z kolei dużo mniej optymistyczne niż przed kwartałem w swoich planach są przedsiębiorstwa zajmujące się rolnictwem, leśnictwem i rybołówstwem, gdzie prognoza jest niższa o 7 punktów procentowych.

W raporcie ManpowerGroup zostały również zaprezentowane plany zatrudnienia dla 26 rynków regionu EMEA (Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki). W czołówce krajów, gdzie w końcówce roku będzie najłatwiej o pracę jest Grecja (+18%), Słowenia (+17%), Norwegia (+10%) i Szwecja (+10%), a Polska z wynikiem +9% znajduje się zaraz za nimi. Za naszą zachodnią granicą niemieccy i francuscy pracodawcy zadeklarowali plany zatrudnienia na poziomie +6%, z kolei na południu w Czechach firmy wskazały prognozę +2%, a w Słowacji +6%. Najgorsze perspektywy znalezienia nowej pracy czekają na kandydatów z Hiszpani (0%).

Stygnie zapał rekrutacyjny polskich firmRaport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 44 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: www.manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 60 000 pracodawców w 44 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla IV kwartału 2019 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 18 do 30 lipca 2019 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

Patrycja Miązek

Polacy zdecydowanie wolą zagraniczne wycieczki niż te po naszym kraju

Niemal dziewięciu na dziesięciu ankietowanych wskazało zagraniczny kierunek jako wymarzone miejsce na wakacje. Największe zainteresowanie wzbudza Australia i Oceania (32%). Na drugim miejscu tego zestawienia znajduje się Europa (27%). W niej królują takie kraje, jak Hiszpania (19%), Włochy (15%) oraz Grecja (12%). Z kolei marzenia o urlopie w Polsce są utożsamiane z Pomorzem (27%), Warmią i Mazurami (19%) oraz Bieszczadami (18%). Tak wynika z badania przeprowadzonego przez Instytut Badawczy ABR SESTA we współpracy z firmą Syno Poland.

Obcy kraj jest wymarzonym miejscem na wakacje dla 86% uczestników badania, a Polska – zaledwie dla 14% ankietowanych. W obrębie naszego kraju najwięcej wskazań otrzymało Pomorze (27%). Za nim w rankingu plasują się Warmia i Mazury (19%) oraz Bieszczady (18%).

– Polska jako miejsce wymarzonych wakacji istotnie częściej była wymieniana przez osoby zarabiające poniżej średniej krajowej. One najrzadziej wskazywały najbardziej odległą nam Australię i Oceanię, która z kolei cieszyła się największą popularnością wśród zamożnych respondentów. Z naszej analizy wynika, że miesięczny dochód nie miał istotnego wpływu na wybór pozostałych kierunków – komentuje Adrian Madziar z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Biorąc pod uwagę zagraniczne wyjazdy, mieszkańcy Polski najczęściej marzą o wspomnianej już Australii i Oceanii (32%). Z kolei z tego obszaru najwięcej głosów uzyskała Australia (37%), która nieznacznie wyprzedza Nową Zelandię (36%). Trzecie miejsce w tej części świata należy do Bora-Bora (26%).

– Fenomen kierunków australijskich związany jest z ich odległością, a co za tym idzie – niedostępnością. Dla części osób może być atrakcyjna podróż na przysłowiowy koniec świata. Oczywiście, zrealizowanie tego marzenia wiąże się ze znacznymi wydatkami. W ofercie rodzimych biur podróży rzadko pojawia się Australia, a ceny wakacji zaczynają się od kilkunastu tysięcy złotych. Taniej wychodzi zorganizowanie wyjazdu na własną rękę – mówi ekspert z ABR SESTA.

Drugim wynikiem wśród zagranicznych kierunków może pochwalić się Europa (27%). Ze Starego Kontynentu najczęściej wskazano Hiszpanię (19%). Kolejne miejsca w zestawieniu zajmują Włochy (15%) oraz Grecja (12%).

– To 3 kraje cieszące się niezmienną popularnością z wielu powodów. Wśród nich jest m.in. położenie, gwarantowana pogoda, łatwość dojazdu, a także brak konieczności posiadania paszportu. Do tego dochodzi gastronomia, bogactwo historyczne i bliskość kulturowa. Ze względu na niedużą odległość, spory wybór połączeń lotniczych, a także autokarowych czy samochodowych dojazd do tych krajów jest relatywnie niedrogi – wyjaśnia Edyta Romanowska z biura podróży Rainbow.

Trzecie miejsce w tym rankingu zajmuje Ameryka Północna i Południowa (18%). Ankietowani marzą przede wszystkim o podróży do Stanów Zjednoczonych (41%). Kolejne pozycje w zestawieniu zajmują Hawaje (16%) i Karaiby (9%).

– Zainteresowanie wyjazdami do USA rośnie z roku na rok. Widzimy to na podstawie liczby sprzedanych biletów lotniczych. Magia tego miejsca to w znacznej mierze kwestia kultury masowej, która stworzyła wręcz ikony z takich miast, jak Nowy Jork czy Los Angeles. Być może z tego wynika tak wysoka pozycja w badaniu. Z pewnością są to miejsca coraz bardziej dostępne cenowo. Spodziewane zniesienie wiz pewnie jeszcze bardziej przybliży nas do podróżowania w tamtym kierunku – stwierdza Aleksandra Olechnowicz z biura podróży Ecco Holiday.

Tuż za podium rankingu wymarzonych zagranicznych kierunków wakacyjnych plasuje się Azja (14%). Numerem jeden dla ankietowanych jest Japonia (28%). Polacy marzą również o wyprawie do Tajlandii (21%) i Chin (14%).

– Z naszych danych wynika, że najwięcej osób, korzystających z zorganizowanych wyjazdów do Azji, wybiera Tajlandię, a za nią plasują się Chiny. Japonia jest dopiero na trzecim czy czwartym miejscu, to jedna z droższych destynacji. Ceny wyjazdu zorganizowanego, obejmującego przelot, zakwaterowanie w hotelu, wyżywienie, opiekę rezydenta i ubezpieczenie podstawowe. I oscylują w granicach 12-13 tys. złotych za osobę za okres 12 dni. Dla porównania, w przypadku ofert dotyczących Chin mówimy o kwotach od 5 tys. złotych za osobę za 9-dniowy pobyt – informuje Edyta Romanowska.

Piąte miejsce w zestawieniu przypada Afryce (8%). Natomiast spośród miejsc na Czarnym Lądzie najwięcej wskazań ma Egipt (28%). Za nim znajdują się Kenia (15%) oraz Madagaskar (12%). Ranking wymarzonych wakacyjnych miejsc zamyka Bliski Wschód (1%). Na tym obszarze przewodzą Zjednoczone Emiraty Arabskie (45%). Następne w kolejności są Izrael (18%) i Jordania (18%).

– Izrael i Jordania w wynikach sprzedaży plasują się bardzo wysoko. Oferty zaczynają się już od 2099 złotych, a w promocji można taki wyjazd kupić nawet poniżej 2000. Cena obejmuje tygodniowe zwiedzanie z polskim pilotem, przelot, transfery, ubezpieczenie, zakwaterowanie w hotelach i niepełne wyżywienie. Być może te kraje są na tyle dostępne, że nie pozostają jedynie w sferze marzeń – dodaje ekspert z Ecco Holiday.

Jak podkreśla Adrian Madziar, choć marzenia nic nie kosztują, to znaczna część Polaków o mniej zasobnych portfelach nawet sobie nie pozwala na nie. Natomiast Aleksandra Olechnowicz zaznacza, że istotna jest też kwestia podejścia do pragnień i chęci ich zrealizowania. Z obserwacji zachowań klientów wynika, że wyjeżdżają częściej i coraz dalej. Bliższe kierunki, jak Grecja, Hiszpania czy Bułgaria wybierane są typowo na rodzinny wypoczynek. Natomiast wzrasta liczba osób po pięćdziesiątym roku życia, które decydują się na egzotyczny wyjazd tylko we dwoje. I prawdopodobnie jest to realizacja wyżej wspomnianych marzeń.

Ekspert: Frankowicze powinni walczyć o swoje

W przypadku unieważnienia umowy kredytowej ewentualny obowiązek zwrotu otrzymanego kapitału zależy od treści orzeczenia sądowego. Bank musi zgłosić takie żądanie w procesie dot. samego kredytu lub w odrębnym postępowaniu. Zdarza się, że sądy z urzędu, bez mocnej podstawy prawnej, dokonują rozliczenia pomiędzy stronami. Nie jest to jednak regułą. Trzeba też pamiętać o tym, że po trzech latach od wypłacenia pieniędzy roszczenie się przedawnia. Bankom grożą przez to miliardowe straty. Zależy im na tym, żeby jak najmniej klientów dochodziło swoich praw. Trzeba też dodać, że frankowiczów mogą zniechęcać mylne doniesienia medialne, z których wynika, że kredytodawcy mają sposoby na omijanie niekorzystnych dla nich wyroków.

Adwokat Jakub Bartosiak, Kancelaria Michrowski Bartosiak Family Office
Adwokat Jakub Bartosiak, Kancelaria Michrowski Bartosiak Family Office

Bankowe konsekwencje

Unieważnienie umowy kredytowej oznacza, że ona nie obowiązuje i należy ją traktować jako niezawartą. Bank przelał zatem konsumentowi środki bez żadnej podstawy prawnej. Jeżeli kredytodawca postąpił nieuczciwe, stosując niedozwolone postanowienia umowne, to teraz ponosi konsekwencje podjętego ryzyka. Można go porównać do przedsiębiorcy, który świadomie wyprodukował wadliwy towar i mierzy się z roszczeniami klientów.

Oczywiście niektórzy są gotowi zwrócić w całości otrzymaną od banku kwotę, o ile na przestrzeni lat regularnie spłacanego kredytu już tego nie zrobili z nadwyżką. I takich osób nie brakuje w całej Polsce. Jednak w sytuacji, gdy sąd nie orzeka, że należy oddać konkretną sumę, nie trzeba tego robić. Można ewentualnie to uczynić z własnej woli, bo przepisy nie zabraniają takiego działania. Jest to tzw. zobowiązanie naturalne, które istnieje, ale jest pozbawione możliwości przymusowego dochodzenia.

Jeżeli natomiast umowa jest unieważniona, to bank musi zwrócić się do sądu i wyjaśnić, na jakiej podstawie żąda od danej osoby konkretnej kwoty. Powinien też pamiętać o tym, że po trzech latach od wypłacenia pieniędzy żądanie się przedawnia. Jeśli chodzi o tzw. sprawy frankowe, to z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że większość roszczeń jest już dawno nieaktualna.

Niektóre sądy orzekają z urzędu, że należy oddać otrzymane od banku pieniądze. Podsumowują saldo i wyliczają kwotę do zwrotu. Orzecznictwo w tym zakresie dopiero się kształtuje i powinno ujednolicić się do końca przyszłego roku. Teraz mamy do czynienia z rozstrzygnięciami w sprawach, które trafiały do sądów w latach 2017-2018.

Warto podkreślić, że nawet w przypadku dokładnie tak samo skonstruowanych umów, zapadają różne wyroki. To znaczy, że jedna może być uznana za nieważną, a inna – nie. W takim przypadku sądy orzekają o istnieniu po stronie kredytobiorcy nadpłaty, którą kredytodawca musi uregulować. Można zauważyć, że banki coraz częściej przegrywają. Grożą im w związku z tym miliardowe straty. Bronią się przed tym na różne sposoby. Każdy zniechęcony klient, który nie pójdzie do sądu, to dla nich czysty zysk.

Błędne informacje

Gdy frankowicze nie muszą nic oddawać bankom, te czasem przedstawiają siebie jako ofiary. Może mieć to na celu np. zniechęcanie klientów do spraw sądowych. Trzeba jednak pamiętać o tym, że konsumenci nie postępowali nieuczciwie. To instytucje finansowe przygotowywały umowy zawierające klauzule abuzywne, czyli niedozwolone, umożliwiające im osiąganie dużych zysków. Często w pierwszej kolejności proponowały kredyty frankowe oraz przedstawiały je jako dużo tańsze niż inne.

Z niektórych doniesień medialnych wynika, że banki zapowiadają walkę o wynagrodzenie za korzystanie z kapitału przez okres trwania unieważnionej umowy. Pomysł ten może być oparty na art. 359 kodeksu cywilnego, jednak zgodnie z tym przepisem odsetki od sumy pieniężnej należą się tylko wtedy, gdy to wynika z czynności prawnej, ustawy, orzeczenia sądu lub z decyzji innego właściwego organu. W ww. przypadku żadna z tych okoliczności nie zachodzi.

Co więcej, art. 359 § 2 przewiduje, że jeżeli wysokość odszkodowania za zwłokę nie jest w inny sposób określona, należą się odsetki ustawowe w wysokości równej sumie stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego i 3,5 punktów procentowych. Należy także pamiętać, że ewentualne roszczenie tego typu, nawet jeśli byłoby zasadne, ulega przedawnieniu po trzech latach od wypłacenia konkretnej sumy.

W przypadku nieważności umowy wystarczy pamiętać o tym, że tzw. wynagrodzenie za korzystanie z kapitału nie ma podstaw prawnych. Istnieją przepisy, które regulują kwestie odsetek od kapitału lub bezumownego korzystania z rzeczy, lecz nie mają zastosowania w sytuacji kredytobiorców.

Ponadto w mediach krąży nieprawdziwa informacja o tym, że banki mogą być właścicielami mieszkań. Warto wyjaśnić, że osoba, do której należy lokal, jest wskazana w księdze wieczystej. Hipoteka oznacza, że kredytodawca może zaspokoić swoje żądanie ze środków uzyskanych ze sprzedaży mieszkania oraz ma pierwszeństwo przed innymi wierzycielami. Natomiast przy nieważności umowy nie ma w ogóle roszczenia banku, które by z niej wynikało. W żadnym momencie nie jest on właścicielem mieszkania, zatem nie może domagać się wynagrodzenia za korzystanie z niego.

Realne zagrożenia

Niedawno w przestrzeni publicznej pojawiły się także informacje, z których wynikało, że banki mogą omijać niekorzystne dla nich wyroki. Przede wszystkim należy podkreślić, że żaden podmiot nie ma prawa tego robić. Decyzje sądów należy respektować, a nie unikać odpowiedzialności. Jednak zakładając złą wolę strony przegrywającej, można oczywiście wyobrazić sobie działania, które utrudnią wykonanie wyroku.

Jednym z takich nieczystych zagrań może być brak dobrowolnej wypłaty przez bank zasądzonej kwoty. Wydłuża to czas odzyskania środków i zmusza kredytobiorcę do poniesienia dodatkowych kosztów – wystąpienia do sądu o opatrzenie wyroku klauzulą wykonalności, skierowania sprawy do komornika i poniesienia związanych z tym wydatków. Mogą one wynieść od kilkuset do nawet kilku tysięcy złotych.

Nie warto jednak mnożyć przykładów nieuczciwych działań, jakie może podjąć strona przegrana. To mogłoby zniechęcać frankowiczów do dochodzenia swoich praw przed sądem, co jest ewidentnie w interesie banków. Natomiast trzeba być przygotowanym na to, że z czasem przegrane instytucje finansowe obciążą swoimi stratami pozostałych klientów i podniosą koszty obsługi.

Trzeba również pamiętać o tym, że niektórzy frankowicze zwrócili kredytodawcom więcej, niż nominalnie dostali. I takie osoby mogą niepokoić się o to, czy odzyskają swoje pieniądze. Przy dużej liczbie przegrywanych spraw i kumulacji obowiązku wypłat, część banków może mieć problem z bieżącą płynnością. Jednak zawsze warto walczyć o swoje prawa.

Autorem publikacji jest adwokat Jakub Bartosiak z Kancelarii Michrowski Bartosiak

Premier musi podjąć decyzję, czy Polski Program Energetyki Jądrowej będzie się dalej rozwijać

Przyjęty w styczniu 2014 roku Polski Program Energetyki Jądrowej zakłada, że do końca bieżącego roku dojdzie do aktualizacji strategii atomowej. To oznacza, że podejmiemy ostateczną decyzję o budowie i wyznaczymy lokalizację pierwszej elektrowni jądrowej. Jednak żeby do tego doszło, potrzebna jest kluczowa decyzja Prezesa Rady Ministrów dotycząca budowy elektrowni. Dopiero, gdy premier powie „tak, budujmy”, w życie będzie mogła wejść aktualizacja strategii. Już wiemy, że w jej projekcie znajduje się budowa elektrowni i rozpoczęcie jej działania przed 2033 rokiem.  Harmonogram PPEJ jest jednak wymagający. Na decyzję premiera pozostało bardzo mało czasu, by zdążyć wykonać kolejne kroki, niezbędne do budowy elektrowni.

– Nie mamy jeszcze tej przełomowej decyzji, na którą wszyscy czekają – czyli decyzji Premiera o tym, że faktycznie budujemy elektrownię jądrową. Po tej decyzji będzie mogło dojść do aktualizacji strategii energetycznej Polski – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu Biznes Alert. – Na aktualizację strategii i programu jądrowego mamy czas do końca roku. Inaczej nie zdążymy przygotować przetargu, który za dwa lata pozwoliłby wyłonić wytwórcę elektrowni jądrowej w Polsce. Firma ta przez następne dziesięć lat będzie budować i współfinansować pierwszy reaktor jądrowy, który – zgodnie z planem z polskiej strategii energetycznej – zacznie działać od 2033 roku. By jednak to się stało, Premier musi podjąć decyzję jeszcze w te wakacje. Inaczej możemy nie zdążyć z polskim atomem – ostrzega Jakóbik.

Zatrudnienie w USA systematycznie spowalnia

W piątek (6 września 2019) poznaliśmy dane o zatrudnieniu w sektorach pozarolniczych w USA. Wzrost liczby etatów w sierpniu 2019 roku obniżył się do 130 tysięcy wobec wzrostu o 159 tysięcy przed miesiącem. Dane te okazały się negatywną niespodzianką, gdyż konsensus rynkowy zakładał zwiększenie liczby etatów o około 160 tysięcy. Słabnący wzrost zatrudnienia można częściowo tłumaczyć ograniczoną podażą pracowników. Struktura branżowa wskazuje jednak, że spowolnienie w handlu na świecie, a szczególnie wojna handlowa USA-Chiny wpływa na osłabienie popytu na pracę w transporcie oraz w przemyśle przetwórczym. Porównanie danych o zatrudnieniu z lat 2018-2019 wskazuje, że zatrudnienie w USA systematycznie spowalnia i jest to spójne zarówno ze stanem koniunktury, jak i z przebiegiem cyklu koniunkturalnego. Warto zaznaczyć, że pogorszenie sytuacji nie ma charakteru skokowego i stanowi wsparcie dla łagodnego, stopniowego dostosowania po stronie stóp procentowych. Tym samym rośnie prawdopodobieństwo, że na najbliższym posiedzeniu Fed obetnie stopy procentowe o 25 punktów bazowych.

Po dwutygodniowym okresie wzrostów, w ubiegłym tygodniu GPW w Warszawie odnotowała lekkie osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił 0,26%. Notowania największych spółek tworzących indeks WIG20 zaliczyły nieco mocniejsze spadki – o 0,59%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z następującymi wynikami: sWIG80 stracił na wartości 0,07%, z kolei mWIG40 wzmocnił się o 0,96%.

W drugim tygodniu września inwestorzy będą oczekiwali przede wszystkim na posiedzenie EBC, na którym spodziewane jest dalsze łagodzenie polityki pieniężnej – wśród rozważanych opcji znajduje się między innymi obniżka stopy depozytowej (obecnie -0,40%) oraz wznowienie tzw. luzowania ilościowego (QE). Warto również zwrócić uwagę na dane napływające z USA: w środę (11.09.2019) poznamy dane o inflacji PPI, w czwartek (12.09.2019) dane o inflacji CPI oraz liczbę nowych wniosków o zasiłki dla bezrobotnych, z kolei w piątek (13.09.2019) będą ujawnione dane dotyczące sprzedaży detalicznej. Publikacje ważnych danych makroekonomicznych będą mieli miejsce również w Polsce. W środę (11.09.2019) poznamy decyzję RPP – powszechnie zakłada się utrzymanie stóp procentowych na obecnym poziomie (1,5%). W piątek (13.09.2019) opublikowane zostaną dane o saldzie obrotów towarowych oraz rachunku bieżącego.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Włoski koncern Leonardo liczy na pogłębienie współpracy z polską armią. Chce w to zaangażować krajowy przemysł zbrojeniowy

Włoski koncern Leonardo liczy na pogłębienie współpracy z polską armią. Chce w to zaangażować krajowy przemysł zbrojeniowy 1

Zakłady lotnicze PZL-Świdnik, skąd pochodzi 80 proc. śmigłowców dostarczonych polskim siłom zbrojnym w ostatnich latach, są filarem obecności zbrojeniowego koncernu Leonardo na krajowym rynku – mówi Marco Lupo, prezes Leonardo Poland. Spółka chce ściślej współpracować z polskim przemysłem obronnym, m.in. nad rozwojem nowoczesnego śmigłowca bojowego AW249 i modernizacją Sokołów, które są podstawą floty wiropłatowej polskiego wojska. W imieniu konsorcjum Eurofighter, firma składa też Polsce ofertę przystąpienia do największego europejskiego programu lotniczego umożliwiającego udział w rozwoju myśliwca szóstej generacji w przyszłości. 

Wśród programów realizowanych przez nas w Polsce jest m.in. modernizacja śmigłowca Sokół do standardu nowej generacji śmigłowca W-3, spełniającego najwyższe standardy NATO. Pracujemy także, razem z Polską Grupą Zbrojeniową, nad ofertą śmigłowca AW249 w ramach programu „Kruk”​ – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marco Lupo, prezes Leonardo Poland.

Jak podkreśla, filarem obecności grupy zbrojeniowej Leonardo w Polsce są przejęte dekadę temu zakłady PZL-Świdnik. Od tego momentu koncern zainwestował w ich rozwój ok. 1 mld zł, tworząc w Świdniku centrum doskonałości w dziedzinie produkcji struktur lotniczych. W efekcie, od momentu przejęcia, zakład zwiększył swoje przychody ponad trzykrotnie. Obecnie PZL-Świdnik zatrudnia ok. 3000 pracowników, w tym 650 inżynierów i współpracuje z prawie 1 tys. przedsiębiorstw, z których około 800 to firmy polskie. Koncern Leonardo inwestuje 10 proc. swoich przychodów w działalność badawczo-rozwojową.

Wartość sprzedaży zagranicznej, która przekracza 700 mln zł rocznie, stawia PZL-Świdnik w gronie największych eksporterów w branży obronno-lotniczej w Polsce. Na Lubelszczyźnie powstają m.in. śmigłowce z rodziny W-3 Sokół i SW-4. W służbie polskich sił zbrojnych jest prawie 160 śmigłowców wyprodukowanych w Świdniku.

W kwietniu tego roku świdnickie zakłady podpisały z MON, wart 1,65 mld zł, kontrakt na dostawę czterech śmigłowców AW101 dla polskiej Marynarki Wojennej w wersji przeznaczonej do zwalczania okrętów podwodnych i jednoczesnej zdolności wykonywania zadań poszukiwawczo–ratowniczych. Maszyny mają do niej trafić do 2022 roku. Śmigłowiec AW101 jest wykorzystywany przez największe państwa NATO, w tym m.in. przez brytyjską marynarkę wojenną, Portugalię, Włochy i Norwegię. Trzysilnikowa maszyna jest w tej chwili jedną z największych produkowanych na świecie i jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie dostępnych na rynku.

Prezes Leonardo Poland podkreśla, że świdnickie zakłady mogą znacząco zwiększyć swój udział w globalnym łańcuchu dostaw Leonardo dzięki współpracy w rozwijaniu śmigłowca bojowego AW249.

– Obecnie Świdnik już jest zaangażowany w realizację naszych najważniejszych programów w sektorze produkcji wiropłatów – w szczególności, w produkcję całego kadłuba do najlepiej sprzedających się śmigłowców z rodziny 139, 169 i 189. Ponadto oferujemy Polsce udział w programie śmigłowca bojowego AW249, co oznacza ofertę pełnego partnerstwa z polskim przemysłem lotniczym, uruchomienie linii montażowej w PZL-Świdnik i duży udział w rynku eksportowym, który szacujemy w ramach tego programu – mówi Marco Lupo.

Włoski koncern zaoferował MON udział w rozwoju i przyszłej produkcji AW249 w ramach programu „Kruk”. Program zakłada pozyskanie 32 nowoczesnych śmigłowców bojowych dla polskich sił zbrojnych, które mają zastąpić stare poradzieckie Mi-24. W produkcji oraz serwisowaniu tych maszyn mogłyby uczestniczyć spółki Polskiej Grupy Zbrojeniowej. W ubiegłym roku koncern Leonardo i Polska Grupa Zbrojeniowa podpisały list intencyjny, który określa zasady współpracy w ramach programu AW249, ale kontrakt na realizację programu „Kruk” wymaga decyzji rządu.

AW249 to śmigłowiec bojowy tworzony wspólnie z armią Włoch. W styczniu 2017 roku koncern Leonardo podpisał z włoskim ministerstwem obrony długoletni kontrakt na budowę tych maszyn, które mają zastąpić wychodzące z eksploatacji maszyny A129 Mangusta.

Prezes Leonardo Poland podkreśla, że dla Leonardo istotny jest także potencjalny kontrakt z MON na modernizację floty śmigłowców Sokół, nad którą firma współpracuje ze swoimi polskimi partnerami.

– Program otrzymał nazwę nowej generacji W-3. Jest to platforma, w której zastosowano najnowocześniejsze rozwiązania zaczerpnięte ze śmigłowca AW169. Polskie siły zbrojne otrzymają nowoczesną maszynę, której rozwiązania techniczne spełniają aktualne standardy NATO – mówi Marco Lupo.

Firma Leonardo była jednym z wystawców na tegorocznych targach obronnych MSPO w Kielcach. 27. Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego (3–6 września) to jedna z największych tego typu imprez w Europie, podczas której odbywa się przegląd sprzętu i technologii wojskowych z całego świata. Co roku bierze w niej udział kilkuset wystawców z około 30 państw świata, m.in. Niemiec, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Włoch, Australii, Japonii, Kanady, Korei Południowej i Izraela.

Przybywa Polaków biernych zawodowo. Potrzebny wzrost wydatków na aktywizację osób bezrobotnych i rozwój usług opiekuńczych

Przybywa Polaków biernych zawodowo. Potrzebny wzrost wydatków na aktywizację osób bezrobotnych i rozwój usług opiekuńczych 2

Rynek pracy czekają problemy związane ze zmniejszaniem się liczby osób w wieku produkcyjnym. Bezrobocie jest rekordowo niskie, ale spada też zatrudnienie, a rośnie grono biernych zawodowo. Według Agnieszki Chłoń-Domińczak, ekspertki z warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej, wydatki na ich aktywizację warto traktować jak inwestycję, a nie koszt, bo potrafią się szybko zwracać.

Nie ma jednej recepty, w jaki sposób zaktywizować osoby, które mogłyby pracować, a dzisiaj nie pracują – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. – Część kobiet wycofuje się z rynku pracy, ponieważ muszą się opiekować dziećmi albo swoimi rodzicami, dziadkami, więc na pewno rozwój usług opiekuńczych adresowanych do osób starszych czy upowszechnienie opieki nad małymi dziećmi do 3 lat to są rozwiązania, które pomogłyby w tym przypadku.

W I kwartale 2019 roku ludność aktywna zawodowo w wieku 15 lat i więcej liczyła 16,94 mln osób i zmniejszyła się zarówno w porównaniu do IV kwartału 2018 roku (o 118 tys., czyli o 0,7 proc.), jak i w skali roku (o 113 tys., również o 0,7 proc.). Populacja osób biernych zawodowo w wieku powyżej 15 lat liczyła 13,4 mln osób i zwiększyła się w porównaniu z IV kwartałem 2018 roku o 12 tys., czyli o 0,1 proc., natomiast zmniejszyła w porównaniu do analogicznego okresu ub.r. o 40 tys. – o 0,3 proc. Stopa bezrobocia ogółem wyniosła w tym czasie 3,9 proc.

Najczęściej występującymi przyczynami bierności osób w wieku produkcyjnym nadal pozostają obowiązki rodzinne, choroba lub niepełnosprawność, nauka i uzupełnianie kwalifikacji oraz emerytura. Współczynnik aktywności zawodowej w I kwartale 2019 roku wyniósł 55,9 proc.

Osoby starsze często dezaktywizują się, ponieważ ich kompetencje nie odpowiadają potrzebom pracodawców. Tutaj z kolei odpowiedzią są szkolenia, uczenie się przez całe życie, które w Polsce nie jest tak bardzo wykorzystywane jak w wielu krajach europejskich – podpowiada Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Na pewno część prac mogą wspomagać komputery. Ale to nie jest coś, co zastępuje człowieka, tylko ten miks pracy ludzi wspomaganej technologicznie jest rozwiązaniem, które na rynku pracy jest bardzo potrzebne.

Inwestycje w rynek pracy potrafią przynieść dosyć szybko określony zwrot. Przykładowo rozwój usług opiekuńczych oznacza nie tylko możliwość podjęcia pracy przez kobiety, które dotąd zajmowały się opieką nad członkami rodziny, lecz także tworzenie nowych miejsc pracy, a co za tym idzie, zarobki napędzające konsumpcję i podatki dla budżetu. Z drugiej strony warto zachęcać rodziny do posiadania większej liczby dzieci, pamiętając jednak, że z rynku pracy wycofuje się powoli pokolenie wyżu demograficznego i tego trendu nie da się odwrócić.

– Możemy nieco opóźnić proces starzenia się społeczeństwa czy uczynić go mniej intensywnym, niemniej jednak ze względu na strukturę demograficzną i fakt, że żyjemy coraz dłużej, chociaż w ostatnich latach to tempo wzrostu długości trwania życia trochę przyhamowało, to jednak zmiany muszą być kompleksowe – podkreśla była wiceminister pracy. – Musimy starać się, żeby było więcej dzieci w Polsce, ale także starać się w jak największym stopniu aktywizować te osoby, które są na rynku pracy i wydłużać aktywność zawodową, szczególnie w grupie 50+.

Według prognozy ludności GUS do roku 2050 liczba Polaków spadnie o 11,8 proc. wobec roku 2013. Za 30 lat dzieci do lat 14 stanowić będą zaledwie 12,1 proc. społeczeństwa, natomiast osoby po 80. roku życia – aż 10,4 proc. Co trzeci Polak będzie miał co najmniej 65 lat, a w wieku 15–64 lata plasować się będzie zaledwie nieco ponad połowa populacji (55,2 proc.). Tymczasem dziś zaledwie trzy czwarte osób w wieku produkcyjnym jest aktywna zawodowo. Jeśli współczynnik ten się utrzyma, rąk do pracy będzie ubywać.

Bezrobocie w Polsce w mojej ocenie nie będzie znacząco rosło głównie ze względu na to, że mamy już rynek pracownika. Zasoby pracy się kurczą, liczba osób w wieku produkcyjnym spada i dziś raczej szukamy pracowników, zresztą nie tylko w Polsce, ale i za granicą – podsumowuje dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak. – Bardziej istotne jest to, jaki jest wskaźnik zatrudnienia, ile osób pracuje, a ile jest biernych zawodowo.

Ratunek dla firm zamiast upadłości. Polskie przepisy wyprzedziły unijną inicjatywę

Ratunek dla firm zamiast upadłości. Polskie przepisy wyprzedziły unijną inicjatywę 3

Co roku w całej UE około 200 tys. firm staje w obliczu niewypłacalności, a 1,7 mln osób traci pracę. Nowa dyrektywa w sprawie ram prawnych restrukturyzacji ma zmniejszyć liczbę takich zdarzeń i dać drugą szansę przedsiębiorcom. Polskie przepisy już dawno wyprzedziły unijną dyrektywę. Od 2015 roku systematycznie spada liczba upadłości, rośnie za to liczba restrukturyzacji. Część rozwiązań jeszcze się nie sprawdza, ale ujednolicenie przepisów w całej Unii może w tym pomóc – ocenia Adrian Dzwonek, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

– Przepisy, które zostały wprowadzone w 2016 roku z roku na rok sprawdzają się coraz lepiej. W latach 2013–2016 na starych zasadach łącznie było otwartych dwieście kilkadziesiąt układów upadłościowych, natomiast przez 2 lata funkcjonowania nowej ustawy prawo restrukturyzacyjne od 2016 do 2018 roku otwartych zostało 1075 postępowań – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adrian Dzwonek, radca prawny w Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

Tylko w I półroczu 2019 roku, jak wynika z danych Coface, łączna liczba upadłości i restrukturyzacji firm w Polsce wyniosła 467, tyle samo ile w analogicznym okresie 2018 roku. Liczba postępowań restrukturyzacyjnych wzrosła o 5 proc. w ciągu roku, natomiast liczba przyspieszonych postępowań układowych – o 26 proc. To wszystko efekt wprowadzonego w 2016 roku nowego prawa restrukturyzacyjnego. Jeszcze w 2016 roku wszczęto 606 postępowań upadłościowych i 212 restrukturyzacyjnych. W 2018 roku było to odpowiednio 615 i 465.

Głównym celem ustawy prawo restrukturyzacyjne jest uniknięcie upadłości i w mojej ocenie ten cel jest coraz bardziej spełniany. Natomiast są też wady. Z mojego doświadczenia wynika, że największy problem jest z komornikami, którzy mimo przepisów dających dłużnikowi ochronę w egzekucji, zabezpieczeniu, nie uchylają zajęć rachunków bankowych, nie wydają pieniędzy uzyskanych w zawieszonym postępowaniu egzekucyjnym lub zabezpieczającym, a jeszcze niewydanych wierzycielowi. Drugą bolączką jest brak tzw. nowego finansowania – wskazuje Adrian Dzwonek.

W przypadku braku środków firmy borykającej się z problemami wierzyciele, którzy udzielą finansowania procesu restrukturyzacji, mogą liczyć na preferencyjne traktowanie. W praktyce jednak niewielka część decyduje się na wsparcie. Także banki nie chcą raczej udzielać finansowania restrukturyzowanym firmom.

– Przewlekłe i rzadko skuteczne są postępowania upadłościowe, gdyż faktycznie odsetek zaspokojenia wierzycieli jest bardzo niski. Natomiast postępowania restrukturyzacyjne już dużo lepiej funkcjonują. Przede wszystkim terminowość od otwarcia do zawarcia tego układu jest zdecydowanie szybsza niż zaspokojenie w ramach postępowania upadłościowego – ocenia ekspert Kancelarii Radców Prawnych JGA w Katowicach.

Polskie przedsiębiorstwa mogą skorzystać z postępowania o zatwierdzenie układu, przyspieszonego postępowania układowego, postępowania układowego i  postępowania sanacyjnego. W 2018 roku ponad 63 proc. postępowań stanowiły przyspieszone postępowania układowe i ok. 26 proc – sanacyjne. Postępowanie o zatwierdzenie układu wybrało mniej niż 1 proc. firm (0,86 proc.).

– W postępowaniu o zatwierdzenie układu, tym pozasądowym, brak jest ochrony dla dłużnika, czyli każdy może go egzekwować i wierzyciele nie chcą się dogadywać z dłużnikiem, tylko wolą od razu zaspokoić wierzytelności. Po drugie, jest też pewna nieufność, panuje przekonanie, że dłużnik, który przychodzi ze swoim doradcą restrukturyzacyjnym, próbuje coś „kręcić” – tłumaczy radca prawny.

Nowa dyrektywa unijna dotycząca prawa restrukturyzacyjnego zaakceptowana już przez Parlament Europejski, ma ujednolić przepisy w całej Unii i tym samym może pomóc rozwiązać największe bolączki polskich przepisów.

 Jako Polska niejako wyszliśmy przed szereg, bo te przepisy już wprowadziliśmy de facto w 2016 roku – mówi Adrian Dzwonek. – Projekt unijny ma wprowadzić ochronę przed egzekucją, co będzie robione z mocy prawa na okres 4 miesięcy, oczywiście z możliwością wydłużenia bądź skrócenia. Ponadto w projekcie unijnym jest też jednolity plan restrukturyzacyjny. De facto to ma być połączenie obecnego wstępnego planu restrukturyzacyjnego i propozycji układowych.

Do 2022 r. rynek inteligentnych rozwiązań dla domu wzrośnie ponaddwukrotnie. Wystarczy jedna aplikacja, by zarządzać zdalnie wszystkimi urządzeniami

Do 2022 r. rynek inteligentnych rozwiązań dla domu wzrośnie ponaddwukrotnie. Wystarczy jedna aplikacja, by zarządzać zdalnie wszystkimi urządzeniami 4

Do 2022 roku rynek smart home może być wart 123 mld dol., podczas gdy w ubiegłym roku było to 56 mld dol. – wynika z danych ABI Research. Z kolei IDC ocenia, że tylko w Europie rośnie on w tempie ponad 20-proc. rok do roku. Jednym z kluczowych obszarów rynku jest zarządzanie oświetleniem, monitoringiem i ogrzewaniem. Z tym segmentem wiąże nadzieje także poznańska firma Torino Holding​, producent lamp Azzardo, która we współpracy z globalnym koncernem Tuya Smart stworzyła system, do którego można podłączyć dowolne urządzenia, sterowane z poziomu jednej aplikacji.

– Rynek smart home rozwija się bardzo dynamicznie. Nie tylko oświetlenie, ale również wiele innych urządzeń typu lodówki, pralki, urządzenia outdoorowe do sterowania. Myślę, że dynamika sprzedaży na tym rynku będzie duża. Tak naprawdę, smart home ogranicza tylko wyobraźnia, bo właściwie każde urządzenie w domu może być smart – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Prymowicz, prezes zarządu Torino Holding S.A.

Jak pokazuje tegoroczny raport „Smart living”, opracowany przez infuture hatalska foresight institute, rynek smart home od kilku lat nieprzerwanie odnotowuje wzrosty. W pierwszym kwartale tego roku, jak wynika z danych IDC, w Europie, wzrósł o prawie 24 proc. w ujęciu rocznym. Wprawdzie za prawie 90 proc. tego rynku odpowiadają rynki Europy Zachodniej, ale to kraje Europy Środkowo-Wschodniej notują szybszą dynamikę (ponad 31 proc. rdr.).

– Według raportu IDC w 2019 roku dynamika sprzedażowa systemów smart wyniesie 30 proc., a więc jest to rynek bardzo obiecujący, szczególnie dla młodych ludzi, którzy bardzo lubią urządzenia mobilne. Wszyscy używamy komórek do sprawdzania Facebooka do kontaktu z ludźmi, ale teraz możemy używać ich także do sterowania oświetleniem i innymi urządzeniami, które mamy w domu – mówi Mariusz Prymowicz.

IDC wskazuje, że w latach 2019–2023 segment zdalnego zarządzania oświetleniem, monitoringiem i ogrzewaniem będzie rósł w tempie ponad 27-proc. rocznie. Dziś to obszar, który odpowiada za jedna piątą rynku smart home, a do 2023 roku ma on wzrosnąć o prawie 10 pkt proc. Co istotne, obok stosunkowo popularnych systemów do zdalnego zarządzania oświetleniem czy ogrzewaniem – wciąż pojawiają się na nim nowe urządzenia i rozwiązania, a lista produktów, które można podłączyć do sieci jest coraz dłuższa. Systemy są również coraz bardziej kompatybilne, a wszystkim można sterować z poziomu jednej aplikacji w smartfonie.

Takie plany ma również poznańska firma Torino Holding, właściciel marki Azzardo, która zyskała rozpoznawalność na polskim i europejskim rynku w branży oświetleniowej. Obecnie wchodzi na rynek rozwiązań typu smart. Zaprezentowała niedawno serię produktów, które mają wprowadzić do polskich domów takie rozwiązania jak oświetlenie sterowane jednym kliknięciem smartfona bądź prostą komendą głosową albo włączające i wyłączające się według wcześniej ustalonego scenariusza.

– AZzardo Smart to system inteligentnego oświetlenia, charakteryzujący się dodatkowymi funkcjami, których do tej pory nie można było uzyskać za pomocą pilota czy włączników. Dla przykładu, funkcja kalendarz smart pozwala zaprogramować sobie dni od poniedziałku do niedzieli, tak aby dowolne urządzenie smart włączyło i wyłączyło się o określonej godzinie. Dokupując urządzenie Amazon Alexa lub Google Home, możemy za pomocą głosu wydawać komendy lampie: włącz lub wyłącz się albo zmień kolor na czerwony – wyjaśnia Mariusz Prymowicz. – Aby stać się posiadaczem systemu, wystarczy kupić żarówkę i pobrać darmową aplikację ze sklepu Google Play lub App Store, sparować je ze sobą i cieszyć się inteligentnym już domem. 

System można dowolnie rozbudowywać o tzw. plugi, wyposażone dodatkowo w funkcje monitoringu energii elektrycznej.

– Za ich pomocą – oprócz włączania i wyłączania podłączonych do niego urządzeń, niezależnie, czy będzie to żelazko, lodówka czy bojler – możemy tez ustawić próg czasowy i dowiedzieć się, ile prądu zużyło urządzenie podłączone do takiego pluga – mówi Mariusz Prymowicz.

Firma za cel postawiła sobie takie połączenie swoich żarówek, włączników czy gniazdek, by ich wykorzystanie było maksymalnie proste. Dedykowana aplikacja mobilna AZzardo Smart pozwala skonfigurować wszystkie urządzenia (także wyprodukowane przez innych dostawców) bez zaawansowanej wiedzy technicznej i dopasować je do swoich indywidualnych potrzeb.

– Firma Tuya, która jest naszym partnerem software’owym, daje nam gwarancję stabilności systemu, co jest dla nas kluczowe. Podobnie jak bezpieczeństwo danych, które są przetrzymywane na serwerach. Firma Tuya jako pierwsza dostała certyfikat jakości Unii Europejskiej w zakresie ochrony danych osobowych. Aplikacja AZzardo Smart w ramach systemu Tuya jest zabezpieczony przed włamaniami, przed dostępem z zewnątrz nieodpowiednich osób – podkreśla Mariusz Prymowicz.

Rozwiązania służące do sterowania oświetleniem to jedno z najpopularniejszych rozwiązań w ramach smart home. Jak pokazuje badanie, przeprowadzone przez infuture hatalska foresight institute, 25 proc. polskich internautów korzysta w swoich mieszkaniu ze spersonalizowanego oświetlenia, umożliwiającego wybór intensywności i barwy światła i włączającego się pod wpływem ruchu i obecności osób. Natomiast 35 proc. zadeklarowało chęć korzystania z takich rozwiązań przyszłości.

– Nie będziemy ograniczać się tylko do oświetlenia, ale chcemy prezentować także smart security home, czyli urządzenia typu czujniki ruchu, czujniki czadu. Chcemy pójść krok dalej i zaprezentować też urządzenia smart służące do zamykania zaworu gazowego czy wodnego. Będzie to również odkurzacz, który sam posprząta po naszym wyjściu z domu, smart lodówka, która będzie nas informować, że skończyło się mleko czy masło. To już się dzieje, takie produkty są już dostępne na rynku. My natomiast chcemy, aby wszystkie te urządzenia były skupione w ramach jednej, a nie wielu aplikacji – mówi Mariusz Prymowicz.

Od 1 października szkoły wyższe w Polsce będą funkcjonować na nowych zasadach. Część z nich będzie walczyć o status uczelni badawczych

Od 1 października szkoły wyższe w Polsce będą funkcjonować na nowych zasadach. Część z nich będzie walczyć o status uczelni badawczych 5

Z nowym rokiem akademickim w życie wchodzi kolejny etap Konstytucji dla Nauki, czyli przyjętej w ubiegłym roku ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Uczelnie muszą wdrożyć nowe statuty, w których same zdecydują o strukturze jednostek. Taka możliwość daje im znacznie większą autonomię. – Nasza uczelnia zmieni się diametralnie i to będzie pozytywna zmiana – podkreśla prorektor SGGW w Warszawie. – Będziemy też dążyć do tego, żeby znaleźć się w gronie uczelni badawczych.

Będziemy mieć ścieżkę odpowiedzialną za kształcenie studentów. Dziekani, którzy będą stać na czele wydziałów, będą odpowiedzialni za prowadzenie kierunków studiów i za kształcenie studentów – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Kazimierz Banasik, prorektor ds. rozwoju SGGW w Warszawie.

Statut jest podstawowym aktem prawnym każdej uczelni, w którym zdefiniowana jest struktura wydziałów i instytutów. Zmiany wprowadzone w ubiegłym roku dały szkołom znacznie większe możliwości decydowania o swojej organizacji. Miały rok na przygotowanie nowych dokumentów.

Prace nad nowym statutem przebiegały bardzo sprawnie. Tego było niezmiernie dużo, bo uczelnia w Ustawie 2.0, w Konstytucji dla Nauki dostała możliwości kształtowania swojej struktury. Dzięki zaangażowaniu dużej liczby pracowników uczelni, szczególnie kierownictwa, zarówno wydziałów, jak i uczelni, oraz Komisji Statutu i Struktury, a także współpracy z prawnikami zrobiliśmy to w miarę sprawnie. Statut został przyjęty jeszcze przed wakacjami – mówi prof. Kazimierz Banasik.

Ustawa 2.0 wprowadza na uczelniach szereg zmian organizacyjnych i strukturalnych. Wśród nich wymieniana jest zmiana sposobu kształcenia doktorantów w szkołach doktorskich. Ci będą mogli się doktoryzować w szkołach doktorskich i z „wolnej stopy”. W szkołach, doktoranci będą mieli zagwarantowane stypendium naukowe, w zamian za to wzrosną wobec nich wymagania dotyczące jakości badań i publikacji.

Rzeczą istotną jest wprowadzenie sposobu kształcenia doktorantów w szkołach doktorskich. To powinno podnieść w przyszłości poziom nauki w naszym kraju. A sam fakt, że będziemy mieć naukowców bardziej znaczących to będzie się przekładało również na poziom kształcenia, edukacji – mówi prof. Banasik.

Jego zdaniem dla przyszłości polskiego szkolnictwa istotne jest również położenie większego nacisku na naukę. Przykładem może być zmiana całego systemu ewaluacji. Konstytucja dla Nauki zakłada, że uczelnie będą oceniane w ramach dyscyplin, a nie jednostek organizacyjnych. Poza tym każdy pracownik, nie tylko ci najlepsi, będzie przedstawiał do oceny swoje osiągnięcia. Będą mogli wskazać maksymalnie 4 publikacje w ciągu 4 lat, co powinno sprawić, że będą oni publikować więcej wartościowych prac w bardziej prestiżowych czasopismach. W lipcu MNiSW przygotowało wykaz takich tytułów.

– Sposób punktowania czasopism, który ostatnio został ogłoszony, będzie zachęcał naukowców do tego, ażeby publikować wyniki swoich badań w bardzo prestiżowych czasopismach. Sposób punktowania będzie również zachęcał do tego, żeby badania prowadzić w zespołach interdyscyplinarnych – mówi prorektor SGGW.

Według ustawodawcy ta zmiana powinna pozytywnie wpłynąć na polski rynek wydawnictw naukowych.

Rektorzy polskich uczelni wyższych zwracają uwagę, że kluczowe jest obranie kierunku, w jakim uczelnia chce się rozwijać. SGGW dąży do tego, by w przyszłości znaleźć się w gronie uczelni badawczych. Zachętą jest uruchomiony przez MNiSW program „Inicjatywa doskonałości – uczelnie badawcze”. Zgodnie z nim 10 najlepszych uczelni, wyłonionych w konkursie, ma być w stanie konkurować międzynarodowo poziomem dydaktyki i badań. Mają także stać się bardziej umiędzynarodowione. Z tym wiąże się także bonus finansowy – wybrane szkoły będą otrzymywać w latach 2020–2026 o 10 proc. wyższą subwencję od pozostałych uczelni.

Nasza uczelnia prawie spełnia warunek, jakim jest to, żeby co najmniej połowa jednostek miała kategorię A bądź A+. U nas w tej chwili 6 jednostek na 13 jest w tej grupie, więc niedużo nam brakuje do tego. Wydaje mi się, że to osiągniemy w tej nowej strukturze, a jest to niezwykle prestiżowe – mówi prof. Kazimierz Banasik.

Zgodnie z Konstytucją dla Nauki zmianie uległ również system finansowania uczelni. Do tej pory szkoły, a właściwie wydziały, dostawały pieniądze z tzw. dotacji statutowej. Fundusze, które trafiały na konto uczelni musiały być wydawane na konkretne cele. Od tego roku dotacje zastąpiła subwencja. Od 1 stycznia br. szkoły same decydują, w jakich proporcjach dzielą środki na dydaktykę, badania naukowe czy administrację.

IFA 2019: Nowa superszybka technologia ładowania. Pozwala uzupełnić baterię telefonu bez kabla w nieco ponad godzinę

IFA 2019: Nowa superszybka technologia ładowania. Pozwala uzupełnić baterię telefonu bez kabla w nieco ponad godzinę 6

Producenci najnowszych smartfonów rywalizują nie tylko możliwościami technicznymi telefonów, lecz także czasem ich ładowania. Vivo, jedna z chińskich firm technologicznych, zaprezentowała niedawno nową superszybką technologię ładowania – tylko 5 minut zajmuje naładowanie smartfona do 50 proc. Także Huawei i Apple opracowują własne technologie szybkiego ładowania. Xiaomi zaprezentowało natomiast pierwszą na świecie technologię szybkiego ładowania bezprzewodowego Mi Charge Turbo 30W. Baterię o pojemności 4000 mAh można będzie naładować do pełna w 70 minut. Technologia zadebiutuje wraz z premierą nowego smartfona pod koniec września.

– Nasza najnowsza technologia Mi Turbo Charge jest pierwszą na świecie technologią bezprzewodowego, szybkiego ładowania o mocy 30 watów. Pojawi się ona na rynku wraz z premierą naszego nowego smartfona, którą zaplanowaliśmy na koniec września 2019 roku – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jacques Xiang Li, szef globalnego PR Xiaomi.

Smartfony można naładować coraz szybciej. Producenci telefonów najnowszej generacji opracowują ładowarki, które w ciągu kilkunastu minut naładują smartfon. Huawei na początku tego roku zadebiutował z własną technologią szybkiego ładowania składanego smartfona Mate X, który może w pełni naładować baterię 4500 mAh w ciągu 30–40 minut. Własna technologia szybkiego ładowania firmy Apple może ładować iPhone&HASH39;a XS (z baterią 2658 mAh) do 50 proc. w 30 minut. Z kolei Vivo, chińska firma technologiczna, niedawno zaprezentowała nową superszybką technologię ładowania – może w pełni naładować baterię 4000 mAh w zaledwie 13 minut. Wszystko to jednak rozwiązania oparte na kablu.

Xiaomi idzie dalej – zaprezentowało nową technologię szybkiego ładowania bezprzewodowego Mi Charge Turbo 30W. Firma zapowiada, że Mi Charge Turbo pozwoli na naładowanie baterii o pojemności 4000 mAh do 50 proc. w zaledwie 25 minut, a 100 proc. – w 70 minut.

Oprócz tego, że technologia jest szybsza niż jakikolwiek obecny standard ładowania bezprzewodowego, dzięki zastosowaniu 5-warstwowej cewki nanokrystalicznej Mi Charge Turbo ma wydajność 98 proc. konwersji. To oznacza, że temperatura smartfona podczas ładowania nie powinna wzrastać.

– W naszej najnowszej technologii bezprzewodowego ładowania chcieliśmy skupić się nie tylko na tym, jak szybko możemy naładować smartfona, lecz także dodaliśmy technologię ładowania zwrotnego. To oznacza, że naszym telefonem możemy naładować także inne urządzenia elektroniczne obsługujące technologię bezprzewodowego ładowania, w tym inne smartfony – wskazuje Xiang Li.

Pierwszym telefonem Xiaomi z nową technologią szybkiego ładowania będzie Mi 9 Pro 5G – wyposażony w 6,39-calowy wyświetlacz AMOLED, potrójny aparat z tyłu obudowy i dużą baterię 4000 mAh z obsługą do 10W wstecznego ładowania bezprzewodowego (moc dwukrotnie wyższa niż obowiązujący standard w branży). Co więcej, Mi Charge Turbo wykorzystuje dwa oddzielne kanały transmisji dla ładowania i przesyłania danych.

Prawdopodobnie już na początku 2020 roku firma wypuści na rynek flagowe telefony obsługujące standard szybkiego ładowania bezprzewodowego 40 W. Xiaomi pracuje również nad przewodową technologią szybkiego ładowania o mocy 100 W.

IFA 2019: Inteligentne kuchnie coraz bardziej zaawansowane. Przyszłość należy do robotów samodzielnie przyrządzających potrawy i rozpoznających nastrój właściciela

IFA 2019: Inteligentne kuchnie coraz bardziej zaawansowane. Przyszłość należy do robotów samodzielnie przyrządzających potrawy i rozpoznających nastrój właściciela 7

Inteligentna kuchenka rozgrzeje się do odpowiedniej temperatury, poinstruuje kucharza, co ma w danym momencie zrobić i w odpowiedniej chwili uruchomi okap. Z kolei lodówka przyszłości sama złoży zamówienie na brakujące produkty. Największym przełomem będzie jednak wejście do kuchni inteligentnych robotów, które będą umiały nie tylko siekać i przyprawiać, lecz także poprawią nastrój właściciela, przygotowując mu wymarzoną potrawę. Najnowsze technologie w zakresie inteligentnej kuchni zaprezentowano podczas targów IFA 2019. 

– Aplikacje smart w sprzętach kuchennych zyskują coraz to nowe poziomy użytkowania. Na początku to była m.in. komunikacja z serwisami i pomaganie użytkownikowi w korzystaniu. W tej chwili kolejną platformą jest współpraca z Alexą, poprzez rozmowę z którą możemy ustawić każdy z parametrów pracy czy poprosić o przygotowanie ulubionej potrawy – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Waldemar Pokora z firmy Sharp.

Firma Miele zaprezentowała na targach IFA 2019 płytę indukcyjną działającą pod kontrolą aplikacji mobilnej. Aplikacja ta wydaje kuchence i osobie przyrządzającej posiłek instrukcje w oparciu o przepisy z bazy danych. Aplikacja włącza płytę kuchenną, a następnie podgrzewa ją do odpowiedniej temperatury i podtrzymuje jej poziom. Na podstawie wskazań czujników wydawane są komendy dla kucharza co do dalszych czynności, które trzeba wykonać, np. przyprawić potrawę lub obrócić ją na drugą stronę. Dzięki temu danie może być przygotowane w sposób odpowiadający standardom restauracyjnym. Kuchenka komunikuje się również z inteligentnym okapem. Informuje, w jakiej temperaturze aktualnie gotuje i jaki jest czas trwania przygotowania posiłku.

– Zyskujemy dzięki takim urządzeniom olbrzymie możliwości, ponieważ osoby, które słabo gotują, szukają poradników na stronie internetowej. QR kody czy mikrochipy, które będą instalowane w opakowaniach w bardzo prosty sposób skomunikują się z urządzeniami i ściągną, mówiąc w uproszczeniu, receptę potrzebną do przygotowania potrawy – ocenia Waldemar Pokora.

Targi IFA 2019 to również rynkowy debiut inteligentnej kamery przeznaczonej do zainstalowania w lodówce. Dzięki FridgeCam można za pośrednictwem aplikacji mobilnej podejrzeć, co znajduje się w chłodziarce. Trójstopniowy system identyfikacji produktów wskaże natomiast, co trzeba dokupić przy okazji najbliższych zakupów. Proces składania zamówienia może zostać zautomatyzowany, więc rola właściciela mieszkania ograniczy się jedynie do rozpakowania paczki od dostawcy.

– Kamery w lodówkach są już dzisiaj trendem. Lecz są także rozwiązania komunikacyjne, dzięki którym w chwili oczekiwania na zakończenie procesu gotowania możemy np. przejrzeć sobie newsy na dużym ekranie lodówki – wskazuje ekspert.

Zaprezentowany podczas pokazu kulinarnego z udziałem nagrodzonych gwiazdką Michelin szefów kuchni robot Samsung Bot Chef wykorzystuje z kolei system oparty na sztucznej inteligencji. Dzięki niemu jest w stanie nauczyć się szeregu czynności przydatnych w kuchni: od krojenia i mieszania do precyzyjnego doprawiania potraw. Bot Chef może być sterowany bezpośrednio  za pomocą poleceń głosowych lub dedykowanej aplikacji mobilnej.

Eksperci przewidują, że roboty już niebawem mogą przejąć więcej zadań w inteligentnej kuchni.

– Uczenie maszynowe to bardzo szybko rozwijający się segment rynku i podejrzewam, że w krótkim czasie możemy być zaskoczeni nowinkami. Nasze urządzenie będzie wiedziało, w jakim jesteśmy nastroju i co potrzebujemy zjeść lub przygotować albo jaka jest nasza ulubiona potrawa. Filmy science fiction stają się w tej chwili coraz częściej rzeczywistością – przewiduje Waldemar Pokora.

Według analityków z Globe Newswire światowy rynek inteligentnych urządzeń kuchennych przekroczy do 2025 roku wartość 32 mld dol. Największy, bo sięgający 35 proc., udział w rynku mają mieć inteligentne lodówki.

Wirtualne kasy fiskalne od 2020 roku?

Minister Finansów opublikował projekt rozporządzenia z 6 sierpnia 2019 roku w sprawie kas rejestrujących mających postać oprogramowania. Jest to kolejny akt prawny mający na celu poprawę systemu kontroli przekazywania danych dotyczących ewidencji sprzedaży prowadzonej za pomocą kasa rejestrujących. Wcześniej uchwalono przepisy, które stopniowo wprowadzają obowiązek posiadania kas fiskalnych online. Umożliwienie korzystania z oprogramowania cyfrowego w celach rejestracji sprzedaży jest kolejnym krokiem w walce z podatkową szarą strefą, ale jednocześnie stanowić może ułatwienie dla przedsiębiorców, poprzez obniżenie kosztów obsługi systemu rejestrującego transakcje.

Kasy wirtualne, czyli pozostając w zakresie słownictwa przyjętego w rozporządzeniu – kasy rejestrującej mające postać oprogramowania to nowy etap w zakresie zapewnienie efektywniejszej fiskalizacji na potrzeby funkcjonowania aparatu skarbowego państwa. Podstawowa funkcja nowego typu kas pozostaje zbieżna z funkcją kas dotychczas stosowanych w obrocie gospodarczym tj. wystawianie dokumentów fiskalnych obejmujących paragony fiskalne i raporty fiskalne oraz prowadzenie właściwej ewidencji sprzedaży. Podkreślenia wymaga fakt, że wirtualne kasy w pełni realizują cele i funkcje poprzednich generacji kas fiskalnych a ponadto posiadają wiele dodatkowych możliwości zarówno w zakresie efektywniejszej fiskalizacji jak i dostarczania danych na jej temat organom skarbowym, jak również w zakresie ułatwienia dostępu do kas fiskalnych dla ich użytkowników i grup docelowych. Podstawową różnicą oraz głównym ulepszeniem wirtualnych kas fiskalnych jest to, iż mając postać oprogramowania, mogą stać się dużo bardziej dostępne i prostsze w użyciu dla odbiorców tego typu rozwiązań. Brak konieczności posiadania specjalnych urządzeń powinien wpłynąć pozytywnie na zwiększenie zainteresowania posiadaniem kasy i legalnym prowadzeniem działalności. Inaczej rzecz ujmując wprowadzenie kas fiskalnych mających postać oprogramowania zmniejszy koszty wejścia użytkowników w branże wymagające fiskalizacji, co tym samym powinno przełożyć się na zmniejszenie szarej strefy działalności gospodarczej. Należy również zwrócić uwagę na kwestię zmniejszenia kosztów cyklicznych, które każdy użytkownik obecnie stosowanych kas fiskalnych musi ponosić w celu zapewniania ich obsługi między innymi koszty serwisu. Podatnik będzie mógł także samodzielnie przeprowadzić fiskalizacje, bez konieczności dokonywania przeglądu co dwa lata co także wpłynie na poprawę komfortu prowadzenia działalności gospodarczej.

Nie do przecenienia jest również kwestia zwiększenia efektywności działania w zakresie przeciwdziałania nielegalnym działaniom tj. braku rejestrowania sprzedaży detalicznej. Poprzez zapewnienie mechanizmów kontroli w czasie rzeczywistym dalece utrudnione, o ile nie niemożliwe będzie dokonywanie oszustw podatkowych w postaci braku płatności należnych podatków. Kasy te, tak jak kasy on-line, będą miały funkcję przesyłania danych do systemu teleinformatycznego za pośrednictwem sieci telekomunikacyjnej. Pozwoli to na ciągłe, zautomatyzowane i bezpośrednie przesyłanie danych z kas z prowadzonej ewidencji oraz o zdarzeniach mających znaczenie dla pracy kas, które zaistniały podczas ich użytkowania Jest to ważne również z punktu widzenia państwa, jako, iż w ten sposób system ściągania należności publicznoprawnych (podatkowych) będzie efektywniejszy poprzez zmniejszenie możliwości działania oszustów. System rejestrowania utargów on-line, co pokazało doświadczenie innych krajów, uniemożliwia obejście systemu, w celu niepłacenia zobowiązań podatkowych. Również uczciwi użytkownicy kas fiskalnych odczują w dłuższej perspektywie pozytywną różnicę, gdyż eliminacja oszustów – osób nierejestrujących całości lub też części sprzedaży detalicznej, zwiększy przejrzystość działalności gospodarczej i wyeliminuje przypadki, w których możliwe było w wyniku opisywanych oszustw nielegalne zmniejszenie kosztów prowadzonej działalności. Taki sposób postępowania w sposób ewidentny przyczynia się do utraty uczciwie wypracowanej przewagi konkurencyjnej wynikającej np. z lepszej jakości oferty na rzecz zmniejszonych kosztów działalności oszustów, którzy dzięki temu byli w stanie np. konkurować cenowo o te same grupy klientów.

Oceniając wprowadzane rozwiązanie w zakresie wirtualnych kas fiskalnych nie sposób pominąć również aspekt przyszłości. W dzisiejszym świecie jednym z najważniejszych aspektów działalności państwa, jak i jednym z najbardziej oddziaływających na obywateli aspektów jest sektor cyfrowy. Do tego sektora należy zaliczyć również wdrażane rozwiązanie. Poprzez postać oprogramowania kasy fiskalne będą dużo bardziej elastyczne na dostosowywanie ich do trendów gospodarczych i nowych problemów, które w tejże gospodarce występują. Nie będzie konieczna każdorazowa wymiana urządzeń fiskalnych, jeżeli organy skarbowe zadecydują, iż dany system musi ulec zmianie w wyniku zaistniałych problemów. Obecnie każda wymiana kas stanowiła ogromny problem dla właścicieli tychże kas, jak i dla państwa w postaci konieczności poniesienia dużych jednorazowych wydatków. Nie dało się również przeprowadzić tego procesu w sposób dostosowany do tempa zmiany warunków gospodarczych – proces wymian kas za każdym razem musiał być rozłożony na kilka lat. Wprowadzone kasy wirtualne powinny przyczynić się do uelastycznienia systemu fiskalnego i w znaczącej mierze ograniczyć straty powodowane cyklicznymi zmianami urządzeń w rezultacie zmiany wymogów do nich skierowanych.

Podkreślić warto, że mimo zawartego w 2016 porozumienia przez Sekcje Dostawców Fiskalnych Urządzeń Rejestrujących Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji (SDFUR) przy Krajowej Izbie Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji o niepodnoszeniu cen kas fiskalnych online, te w tym roku wymiernie wzrosły. Malaje także liczba podmiotów sprzedających kasy. Grozi to także tworzeniem się monopolu, niebezpiecznego z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa, które byłoby uzależnione od jednego dostawcy. Kasy w formie oprogramowania pozwolą uniknąć ponoszenia przez przedsiębiorców skutków tej podwyżki ze względu na zwiększoną dywersyfikacje dostawców. Jak pokazuje doświadczenie innych krajów często oprogramowanie cyfrowe dla najmniejszych przedsiębiorców było oferowane za darmo. To także oszczędność dla budżetu państwa, który nie musiałby zwracać kosztów wymiany kasy fiskalnej w kwocie do 700 zł. Państwo ma także gwarancje dywersyfikacji na rynku.

Jednym z przykładów technologii przyszłości, która będzie mogła być zastosowana w rezultacie dokonania pierwszego kroku tj. wprowadzenia wirtualnych kas fiskalnych jest e-paragon. Elektroniczny paragon pozwoli użytkownikom na jeszcze dalej idące zmniejszenie kosztów obsługi kas fiskalnych z uwagi na brak konieczności druku a z drugiej strony będzie stanowił ogromne udogodnienie dla konsumentów. W dzisiejszym świecie kwestia przechowywania paragonów papierowych przez konsumentów jest bardzo problematyczne między innymi ze względu na zjawisko dość szybkiej utraty czytelności paragonów w wyniku „domowych warunków przechowywania”. Wprowadzenie e-paragonu pozwoli na agregowanie paragonów w jednym miejscu – cyfrowym co pozwoli na ich bezpieczniejsze przechowywanie i bardzo łatwe ich odnajdywanie w razie stosownej potrzeby. Wprowadzenie tego typu innowacji nie będzie miało tak dużego zasięgu bez skutecznego wdrożenia pierwszego etapu, czyli swoistego fundamentu, jakim są wirtualnej kasy fiskalne mające postać oprogramowania.

Zwracamy również uwagę, że przyjęty model wdrożenia systemu kas wirtualnych jest modelem nastawionym liberalnie zarówno wobec producentów, jak i wobec użytkowników. Poprzez określenie wymagań, jakie muszą spełniać kasy fiskalne mające postać oprogramowania wyznaczone zostały podstawowe zasady konstrukcyjne i zasady ich użytkowania. Z zadowoleniem należy przyjąć odstąpienie przez Ustawodawcę od żmudnego i szczegółowego uregulowania konkretnych rozwiązań technologicznych. Pozwoli to na dużo większą swobodę budowania systemu przez producentów takich rozwiązań, a z drugiej strony wpłynie w sposób zdecydowanie pozytywny na końcowych odbiorców urządzeń poprzez fakt, iż pozostawienie względnej swobody kreatorom oprogramowania pozwoli obniżyć koszty produkcyjne tego typu urządzeń co w ostatecznym rezultacie przełoży się na zmniejszenie wydatków na tego typu rozwiązania przez grupy docelowo – osoby zobowiązane do stosowania kas fiskalnych. Omówiony w projekcie proces certyfikacji i nałożenia na producentów obowiązku zabezpieczenia oraz przechowywania certyfikatów kas zapewnia bezpieczeństwo systemu, nie powodując jednocześnie jego nadmiernego skomplikowania. Słusznie planuje się od odstąpienia od certyfikacji urządzeń przez Główny Urząd Miar. Jak pokazał przykład słowacki, takie poszerzanie zbędnej biurokracji jedynie opóźnia proces certyfikacji i źle wpływa na konkurencje na rynku oprogramowania. W Polsce nie jest certyfikowany choćby system ERP do usług księgowych, który jest powszechnie używany przez polskich przedsiębiorców i stanowi spore ułatwienie dla prowadzenia dokumentacji księgowej.

Należy również zauważyć, że wirtualne kasy to trend, który zdobywa coraz większe poparcie w krajach Unii Europejskiej jako naturalny krok naprzód w rozwoju technologicznym gospodarki. Kasy programowe działają już m.in. w Słowenii, Chorwacji i Czechach, gdzie transakcje muszą być autoryzowane online przez fiskusa poprzez specjalny kod. W przypadku awarii sieci sprzedawca ma wyznaczony okres na dokonanie koniecznej autoryzacji. Według chorwackiego, słoweńskiego, jak i czeskiego ministerstwa finansów po wprowadzeniu rozwiązania zauważalnie wzrosły wpływy podatkowe i liczba wydawanych paragonów, za to sprzedawcy oszczędzili na kosztach utrzymania tradycyjnych kas fiskalnych. Według analiz przeprowadzonych w ramach oceny skutków regulacji zmiana ta powinna przynieść ponad 3 miliardy złotych zysku dla budżetu państwa. Doświadczenia zagraniczne dowodzą także, że odejście od niehomologowanego oprogramowania to stały trend w krajach Unii Europejskiej takich jak Niemczy czy Austria.

Od kiedy wirtualne kasy fiskalne?

Niezwykle istotna jest potrzeba szybkiego wejścia w życie rozporządzenia. Powinno ono bowiem skorelowane z obowiązującym od 1 maja 2019 roku rozporządzeniem Ministra Finansów z dnia 29 kwietnia 2019 roku w sprawie kas rejestrujących. Rozporządzenie to nakłada stopniowy obowiązek na przedsiębiorców posiadania kas fiskalnych online. Od 1 stycznia 2020 roku takowe kasy będą musieli posiadać przedsiębiorcy z branży paliwowej, pół roku później przedstawiciele branży gastronomicznej a od 2021 roku kolejne grupy zawodowe np. fryzjerzy, prawnicy czy lekarze. Pozostali podatnicy na nowy rodzaj kas przejdą wraz z jej wymianą bądź końcem okresu homologacji, nie później jednak niż do końca roku 2022. W praktyce od 2023 roku nie będą już możliwe korzystanie przez kogokolwiek z kas starego typu.

Pozytywnie oceniamy zaproponowany harmonogram. Stanowi on kompromis między potrzebami państwa w stosunkowo szybkiej cyfryzacji procesu rejestracji sprzedaży a potrzebami przedsiębiorców. Większość przedsiębiorców będzie mogła wymienić kasę na nową w momencie naturalnego zużycia się starej lub zakończenia okresu homologacji. Nie będzie przez to musiała ponosić dodatkowych kosztów, związanych przedwczesną wymianą. Dodatkowo projektodawca umożliwia przedsiębiorcy dokonania odliczenia kwoty wydanej na zakup kasy (do 700 złotych) w postaci ulgi. Ważne jest jednak aby w momencie konieczności dokonania wymiany kasy mieli oni już możliwość skorzystanie z oferty firm oferujących kasy rejestrujące w formie oprogramowania. Dzięki temu przedsiębiorca będzie mógł dobrać najkorzystniejszą dla siebie ofertę a zwiększona konkurencja na rynku spowoduje niższą cenę usługi. Wbrew niektórym obawą dopuszczenie kas rejestrujących w formie oprogramowania nie doprowadzi do upadku tradycyjnych kas fiskalnych on-line, zwłaszcza że te tradycyjnie kojarzą się przedsiębiorcom i klientom z rejestracją sprzedaży. Poszerzenie jednak oferty poza większą konkurencją wpłynie także na proces szybszej cyfryzacji usług.

Umożliwienie korzystania z oprogramowania rejestrujących transakcje handlowe to rzadki przykład rozwiązania, który wpływa pozytywnie zarówno na interes państwa, poprzez łatwiejszy sposób wykrywania oszustw podatkowych, jak i na interes uczciwych przedsiębiorców, którzy będą oszczędzić na zakupie sprzętu rejestrującego, jak mierzyć się będą z mniejszą ilością kontroli skarbowych. Ze względu bowiem na elektroniczne przesyłanie danych rutynowe kontrole sprawdzające staną się zbyteczne.

Dlatego jako Fundacja Warsaw Enterprise Institute pozytywnie oceniamy zaproponowaną regulacje i liczymy na to, że szybko stanie się ona częścią naszego porządku prawnego.

Wzrost cen mieszkań zaskoczył i ma swoich nowych liderów

Wzrost cen mieszkań zaskoczył i ma swoich nowych liderów. Średnio ceny wzrosły o 11 proc. Rekordowo w Gdańsku, ale także w Zielonej Górze i Bydgoszczy.

Rosną ceny transakcyjne, a więc nie jest to wzrost jedynie w ofertach sprzedaży.

Nadal wzrost cen jest większy od wzrostu wynagrodzeń, który pozostaje na wysokim poziomie 7 proc., a jednak nie osłabia to popytu. Po stronie podaży też będzie coraz więcej mieszkań.

– Z cen ofertowych wynikało, że wzrost cen mieszkań wyhamuje, ale to się nie potwierdziło, gdy poznaliśmy jak zmieniły się w II kw. ceny transakcyjne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Sadowski z Expandera.

Dane o kredytach hipotecznych również potwierdzają wzrost popytu na mieszkania. Wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych wzrosła w II kw. o ok. 20 proc.

Złotówka odzyskuje wartość

Polski złoty odrabia straty po ostatnich ruchach na rynku. Nie wiadomo, gdzie może nas to doprowadzić, ale wielu inwestorów spogląda przychylniej na polską walutę. Nie przeszkadzają im nawet ryzykowne i kosztowne obietnice wyborcze faworytów w wyborach parlamentarnych.

Złoty mocniejszy

Ostatnie dni to z pewnością chwila oddechu dla osób zainteresowanych zakupem walut. Zdaniem ekspertów jest to korekta po ostatnich gwałtownych wzrostach. Mniej szczęśliwi są z pewnością eksporterzy. Jednak także oni, patrząc na kursy w dłuższej perspektywie, nie mogą narzekać. Frank ku uciesze kredytobiorców staniał z 4,04 zł, widzianego jeszcze na początku września, do 3,97 zł. Euro, które niedawno ocierało się o 4,40 zł, teraz spadło poniżej 4,34 zł. Dolar z poziomu niemal 4 zł dotarł do 3,93 zł. W analizie pomijamy funta, którego kurs był ostatnio kształtowany głównie przez niespodziewane zwroty akcji i chaos związany z brexitem.

Ile ma wynosić płaca minimalna?

Ostatnia konwencja partii rządzącej spowodowała duże poruszenie wśród komentatorów. Chodzi głównie o deklarację dotyczącą gwałtownego wzrostu płacy minimalnej. Samo jej podnoszenie nie jest żadną niespodzianką, ponieważ postulat jej zwiększenia do 50% średniego wynagrodzenia był już przedstawiany wcześniej. Problem w tym, że zapowiedzi na kolejną kadencję przekraczają nawet ten sam w sobie ambitny cel. O ile dotychczasowe podnoszenie płacy minimalnej faktycznie nie miało zbyt negatywnego wpływu na rynek pracy (a tym straszyła część ekonomistów), o tyle trudno powiedzieć, co przyniesie bardziej radykalne podejście. Zapowiadany wzrost do 4000 zł w 2023 roku spowoduje, że osiągnie ona (zakładając obecne, wysokie tempo wzrostu płacy średniej) niemal 60% średniego wynagrodzenia. Ekonomistom trudno ocenić w tej chwili, jak ten eksperyment może się zakończyć, gdyż w krajach OECD najwyższy wskaźnik oscyluje obecnie około 52%. Na czym polega ryzyko? Zbyt wysoka płaca minimalna może wepchnąć pracowników w szarą strefę, a to nie przyniesie korzyści budżetowi państwa. Mimo wielu wątpliwości analitycy wciąż patrzą na złotego przychylnym okiem.

Amerykański rynek pracy zaskakuje

Bezrobocie w Stanach Zjednoczonych wciąż, zgodnie z oczekiwaniami, znajduje się na bardzo dobrym poziomie, wynosząc jedynie 3,7%. Za problem można jednak uznać zdecydowanie mniejsze od prognoz zmiany zatrudnienia. Jest to szczególnie widoczne w sektorze prywatnym, gdzie wynik był poniżej ⅔ przewidywań. Parametr ten informuje, ile miejsc pracy przybywa lub ubywa. Obecnie w ciągu miesiąca przybyło 96 tysięcy, a oczekiwania mówiły o aż 150 tysiącach. Analitycy zawsze mocno wyczekują tych danych, ponieważ pozwalają one spojrzeć dalej w możliwą przyszłość rynku pracy, niż tylko prosty wskaźnik stopy bezrobocia. W tym kontekście wyraźnie lepiej od oczekiwań wypadła Kanada, co spowodowało silne wzrosty dolara kanadyjskiego.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Świadectwo pracy w przyszłości – fakty i prognozy

Powszechność i uporządkowanie to najważniejsze cechy najnowszych zmian w zakresie świadectw pracy. W świetle innych nowych regulacji w Kodeksie pracy (dotyczących np. dyskryminacji, urlopu macierzyńskiego) nie wydają się one aż tak istotne, jednak powinien zainteresować się nimi każdy pracodawca i każdy pracownik. Czy doczekają się oni elektronicznej wersji tych dokumentów?

Nowe zapisy w Kodeksie pracy weszły w życie 7 września 2019r. Zdaniem Agnieszki Biegała Dudek, Starszego Konsultanta Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o. warto przyjrzeć się trzem aspektom zmian:

Uporządkowane działania

– Nowe zapisy dotyczące świadectw pracy cechuje przede wszystkim powszechność. Porządkują one procedury związane z wystawianiem tych dokumentów. Na pracodawców zostają nałożone obowiązki związane z terminowością wydania świadectw pracy, które muszą zostać wypełnione pod rygorem grzywny. Dla pracowników nowe zapisy to z kolei prawo, które warto egzekwować.

Poprawny proces

Paradoksalnie w branży, dla której pracujemy, znacznie większe zainteresowanie wywołują czerwcowe zmiany w zakresie świadectw pracy. Dotyczyły one wzoru świadectwa pracy i usunięcia z niego imion rodziców pracownika. Choć ten fakt może dziwić, jest on związany z tym, że uczelnie wyższe zawierają umowy o zatrudnienie zazwyczaj w ramach semestrów akademickich. Niezależnie od branży, dla każdego pracodawcy liczy się poprawność tych dokumentów.

Krok po e-świadectwa

Rozwój e-dokumentów można zauważyć zarówno na wyższym poziomie „organizacji” (w rozwiązaniach typu Twój e-PIT czy mObywatel), jak i w poszczególnych systemach zarządzania dla firm czy instytucji. Powszechne stają się np. e-zwolnienia czy e-PIT-y, które wraz z innymi elektronicznymi wersjami dokumentów wprowadziliśmy również w oprogramowaniu dla uczelni wyższych. W mojej opinii wprowadzenie elektronicznej wersji świadectw pracy, stworzenie scentralizowanej bazy takich dokumentów i umożliwienie pobierania danych o pracownikach jest tylko kwestią czasu – podsumowuje Agnieszka Biegała Dudek, Starszy Konsultant Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.

Warto pamiętać, że zmiany Kodeksu pracy w zakresie świadectw pracy wydłużyły (z 7 do 14 dni) okres, w którym pracownik może wystąpić do pracodawcy o sprostowanie świadectwa pracy. Pojawił się również zapis mówiąc o terminie wydania tego dokumentu przez pracodawcę. Pracodawca powinien dokonać tego w dniu rozwiązania lub wygaśnięcia stosunku pracy albo pocztą w ciągu 7 dni od tego momentu (gdy nie mógł tego zrobić z przyczyn obiektywnych, czyli np. ostatni dzień zatrudnienia wypadał w niedzielę).

Fuzja HRS i Lido Group

HRS finalizuje fuzję z The Lido Group w Australii / Nowej Zelandii, oferując szerokie portfolio hoteli globalnym i regionalnym firmom. Firmy i agencje rządowe zyskują bardziej efektywny dostęp do ponad 8500 obiektów hotelowych

HRS, wiodący globalny dostawca usług hotelowych w dziedzinie podróży biznesowych, ogłosił połączenie z The Lido Group, wiodącym dostawcą zautomatyzowanych technologii dedykowanym hotelom i branży zakwaterowania w Australii i Nowej Zelandii. Dołączony podmiot, który przyjmie nazwę HRS, oferuje globalnym i regionalnym firmom pełen zakres sprawdzonych usług, oszczędności dzięki automatyzacji procesów i wiedzę ekspercką. Połączenie firm jest zwieńczeniem udanego partnerstwa, które rozpoczęło się od inwestycji mniejszościowej w 2016 r.

The Lido Group ma dumną historię w Australii i Nowej Zelandii. Wprowadzony na rynek w 1987 roku, Lido jest cenionym liderem w zakresie dokonywania rezerwacji i zawierania umów pomiędzy firmami, agencjami rządowymi i ponad 8500 hotelami w swojej sieci. Zautomatyzowane rozwiązania płatnicze Lido, współpracujące ze wszystkimi głównymi dostawcami kart, przynoszą klientom oszczędności wynoszące średnio 70 procent.

HRS i Lido zobowiązują się do dalszego wdrażania bezproblemowych płatności w celu zwiększenia wydajności programów hotelowych. Fuzja ta pomoże osiągnąć dalsze korzyści dla klientów Lido i HRS – od negocjacji hotelowych po rezerwację do płatności – w czasie, gdy przewiduje się wzrost kosztów zakwaterowania w Australii. HRS współpracuje z ponad jedną trzecią 100 najlepszych marek na świecie w tworzeniu i optymalizacji ich programów hotelowych.

„To połączenie to dobra wiadomość dla rynku, który jest coraz bardziej agresywny we wdrażaniu automatyzacji i technologii w celu optymalizacji wydatków hotelowych i zwiększenia zadowolenia podróżujących służbowo” – mówi Ana Pedersen, Dyrektor Zarządzająca HRS Australia / Nowa Zelandia. „To, co wyróżnia tę firmę, to połączenie najnowszych technologii – takiej jak zastrzeżony przez HRS „Recommendation Engine” i rozwiązanie do filtrowania stawek hotelowych „Rate Filter” – z doświadczeniem ponad 60 pracowników z Australii”.

„Nasze rozwiązania płatnicze od dawna są cenione za wydajność i oszczędności, które zapewniły klientom w naszym regionie”, mówi Steve Mackenzie, CEO Lido Group. „HRS dużo inwestuje w swoje platformy płatnicze na całym świecie, co daje ogromne korzyści programom hotelowym firm”.

Zwiększające się wydatki na podróże służbowe oraz ceny hoteli w Australii

Prognozy dotyczące podróży na 2020 r. i kolejne lata dla Australii:

  • Global Business Travel Association (GBTA) przewiduje, że ceny hoteli wzrosną o prawie pięć procent w przyszłym roku – tylko Indonezja wśród krajów Azji i Pacyfiku odnotuje większy wzrost
  • GBTA przewiduje, że wydatki na podróże służbowe w Australii będą wzrastać o ponad cztery procent rocznie, z 23,6 mld USD w 2018 r. do 28,9 mld USD w 2023 r.
  • Znaczna liczba pokoi hotelowych klasy biznesowej zostanie dodana do oferty hotelowej. Ponad 300 nowych obiektów będzie dostępna do rezerwacji online w ciągu najbliższych pięciu lat, co stanowi dodatkowe 45 000 pokoi. Melbourne i Sydney przewidują ponad 10 000 nowych pokoi do 2025 roku.

Ta unikalna kombinacja czynników w regionie daje firmom rozwijającym się w Australii i Nowej Zelandii ważny powód do pracy z nowo połączonym zespołem HRS / Lido. Dzięki 8500 obiektom hotelowych Lido oraz ogromnym portfolio 515 000 hoteli HRS, globalne i regionalne firmy mogą z łatwością rozszerzyć swój dostęp do bazy hoteli i skorzystać z wynegocjowanych stawek gwarantujących oszczędności, wydajności procesu rezerwacji i prawdziwej przejrzystości dzięki zautomatyzowanym płatnościom. Firmy współpracujące obecnie z Lido mają teraz dostęp do ponad 500 lokalnych ekspertów HRS na 60 największych rynkach podróży służbowych na świecie, którzy mogą wspierać ich w negocjacjach z hotelami.

Pracownicy Lido dołączą do HRS w tym miesiącu i przeprowadzą się do nowego biura HRS w Sydney. Pan Mackenzie zakończy współpracę z Lido po finalizacji działań związanych z połączeniem obu firm.

Wzrost rynkowego apetytu na ryzyko pomógł złotemu

Polska waluta zakończyła miniony tydzień na plusie – była wspierana przez powrót zainteresowania inwestorów aktywami ryzykownymi oraz słabość dolara amerykańskiego.

Ubiegły tydzień praktycznie odwrócił zmiany, które na rynku walutowym zaszły w poprzednich kilku dniach handlu. Inwestorzy postanowili powrócić do aktywów ryzykownych, w tym walut gospodarek wschodzących. W przypadku walut G10 najwięcej zyskały waluty Skandynawii oraz Antypodów. Stosunkowo udany tydzień ma za sobą również funt brytyjski, co waluta może zawdzięczać porażkom Borisa Johnsona w próbach przeforsowania Brexitu bez porozumienia. W obliczu rosnącego apetytu na ryzyko słabo radziły sobie natomiast dolar amerykański, jen japoński oraz frank szwajcarski.

W najbliższych dniach uwaga rynku skupi się niemal wyłącznie na spotkaniu decyzyjnym Europejskiego Banku Centralnego, które odbędzie się już w czwartek. Rynki oczekują zmian w zakresie polityki monetarnej, jednak wciąż nie są pewne co do skali modyfikacji. Obok ustalenia poziomu stóp procentowych ważnym będzie też to, jak bank centralny strefy euro zdecyduje się kierować oczekiwaniami rynku. Inwestorzy będą również wypatrywać oznak potwierdzenia możliwości ponownego uruchomienia programu luzowania ilościowego (QE). Dodatkowo, przez większość tygodnia rynki będą z uwagą obserwować kwestie związane z Brexitem.

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Złotemu sprzyjała przede wszystkim poprawa sentymentu do aktywów ryzykownych oraz wspomniana słabość dolara amerykańskiego.

Miniony tydzień nie przyniósł zbyt wielu istotnych publikacji makroekonomicznych z Polski. Poznaliśmy jedynie odczyt indeksu PMI dla przemysłu w sierpniu, który pokazał wzrost wyższy od oczekiwanego. Jest to pozytywny sygnał, jednak ze względu na niewielkie przełożenie zachowania indeksu na produkcję przemysłową w Polsce na jego zmiany należy patrzeć z przymrużeniem oka.

W ostatnich dniach uwaga mediów w Polsce skupiała się przede wszystkim na kwestii obietnic przedwyborczych, szczególnie tych obecnej partii rządzącej, która ma największe szanse wygrać jesienne wybory. Najwięcej uwagi przykuła informacja o planowanym podnoszeniu płacy minimalnej w kolejnych latach aż do 4000 zł brutto w 2023 r. Nie sądzimy, aby ów pomysł został zrealizowany w takiej formie w jakiej został on zaprezentowany (szczególnie jeśli chodzi o skalę zmian). Dotychczasowa – raczej odpowiedzialna – polityka gospodarcza polskiego rządu sugeruje, że plan, który mogłyby stanowić nie lada wyzwanie dla polskich przedsiębiorców najpewniej ostatecznie zostanie zmodyfikowany.

GBP

Kluczową determinantą losów funta pozostaje rozwój sytuacji związanej z Brexitem. W obliczu wydarzeń z minionego tygodnia ryzyko wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy regulującej stosunki ze Wspólnotą zmalało; obecnie bukmacherzy wyceniają prawdopodobieństwo „no dealu” na mniej więcej 25%. Sprzeciw wobec Brexitu bez porozumienia i opuszczenie Partii Konserwatywnej przez część jej członków nie tylko nie sprzyja planom Johnsona względem Brexitu, ale też może być źródłem większego rozłamu wśród Torysów. Co ciekawe, rynki finansowe wydają się cieszyć z takiego rozwoju sytuacji w Wielkiej Brytanii, co widać było w umocnieniu funta w relacji do głównych walut widocznym w ostatnich dniach. Obserwujemy jednak pierwsze oznaki przekładania się niepewności politycznej na sytuację gospodarczą w Zjednoczonym Królestwie. Ostatni odczyt indeksu aktywności biznesowej PMI dla sektora usług niebezpiecznie zbliżył się do poziomu 50, który oznacza stagnację w sektorze.

Coraz bardziej prawdopodobny staje się jednocześnie scenariusz organizacji w Wielkiej Brytanii ponownych wyborów parlamentarnych, co byłoby zgodne z utrzymywanym przez nas od dawna poglądem, że kwestii Brexitu najpewniej nie da się rozwiązać bez nich. Na drodze wcześniejszych wyborów stoi w tym momencie jedynie Johnson. Urzędujący premier nie zgadza się na zagwarantowanie, że w czasie konsultacji z wyborcami nie dojdzie do Brexitu bez umowy. Oczekujemy, że w ciągu najbliższych dwóch tygodni uda się pokonać tę przeszkodę. W związku z faktem, że obecny kurs funta brytyjskiego jest bardzo niski, taki pozytywny rozwój sytuacji w Wielkiej Brytanii może stanowić katalizator dla aprecjacji szterlinga.

EUR

Najbliższe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego odbędzie się już w najbliższy czwartek. Rynki wiążą z tym wydarzeniem bardzo wysokie prawdopodobieństwo luzowania polityki monetarnej przez decydentów. Obecnie inwestorzy spodziewają się obniżki stopy depozytowej o 10-20 punktów bazowych. Liczą również na ponowne uruchomienie programu luzowania ilościowego (lub informacje w tej materii), gołębi zwrot w kwestii kierowania oczekiwaniami rynku oraz przyjęcie środków mitygujących, mających chronić banki przed potencjalnie szkodliwymi skutkami jeszcze bardziej ujemnych stóp procentowych. Jesteśmy zdania, że istnieją spore szanse na to, że nie dojdzie do realizacji co najmniej jednej ze wspomnianych kwestii. W takim wypadku można by oczekiwać gwałtownego umocnienia wspólnej europejskiej waluty w relacji do głównych walut. Niezależnie od tego, na jakim poziomie ostatecznie znajdą się stopy procentowe w strefie euro, z punktu widzenia wspólnej europejskiej waluty najbliższe dni będą jednymi z ciekawszych od wielu miesięcy.

USD

Ze względu na święto państwowe, które rozpoczynało ubiegły tydzień w Stanach Zjednoczonych, liczba wieści z drugiej strony Atlantyku była ograniczona. Z ważniejszych kwestii warto zwrócić uwagę na ogłoszenie o ponownym przystąpieniu przez Chiny oraz USA do negocjacji dotyczących handlu między państwami.

Dane makroekonomiczne spływające z USA w ubiegłym tygodniu w większości można uznać za pozytywne. Niemniej, z uwagi na to, że spotkanie Rezerwy Federalnej odbędzie się dopiero w następnym tygodniu, spodziewamy się, że w najbliższych dniach ruchy na USD będą zależały przede wszystkim od wydarzeń z Wielkiej Brytanii oraz ze strefy euro. Najważniejszym odczytem z USA w nadchodzących dniach będzie informacja o dynamice cen, którą poznamy w czwartek. Będzie to również ostatnia z ważniejszych publikacji, z którymi Rezerwa Federalna zapozna się przed spotkaniem decyzyjnym, stąd wpływ tego odczytu na rynek walutowy może być znaczny.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

Odszkodowanie za mobbing – zmiany w prawie pracy

Odszkodowanie za mobbing. Zmiana przepisów dotyczących dochodzenia roszczeń wobec pracodawcy.

Agata Majewska z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Ślązak, Zapiór i Wspólnicy w Katowicach
Agata Majewska z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Ślązak, Zapiór i Wspólnicy w Katowicach

Jednym z podstawowych obowiązków pracodawcy jest poszanowanie równości wszystkich pracowników. W żadnym wypadku pracodawca nie może uzależniać awansu, podwyżki czy zakresu obowiązków od czynników takich jak wiek, płeć, wyznanie, pochodzenie, orientacja seksualna lub poglądy polityczne pracowników. Idąc dalej – pracodawca nie może dopuścić się także mobbingu wobec pracownika lub wystąpienia tego zjawiska w miejscu pracy. To wszystko w teorii. Ale jak dochodzenie roszczeń związanych z zatrudnieniem wygląda w praktyce? 7 września 2019 r. weszła pierwsza tura z całego szeregu zmian krajowych przepisów w tym właśnie zakresie. W pierwszej kolejności dotyczą one uprawnień związanych z nierównym traktowaniem, dyskryminacją oraz mobbingiem. O tym co się zmieni w prawie pracy opowiada aplikant radcowski Agata Majewska z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Ślązak, Zapiór i Wspólnicy w Katowicach.

CO SIĘ ZMIENIA?

  1. Większe możliwości dochodzenia odszkodowania

Obecnie odszkodowania z tytułu mobbingu może żądać od byłego pracodawcy pracownik, który na skutek nękania rozwiązał z nim umowę o pracę. Przy czym, sądy w większości przypadków uznają, że bez znaczenia jest, czy do rozwiązania doszło za wypowiedzeniem, za porozumieniem stron, czy bez zachowania okresu wypowiedzenia winy pracodawcy. Istotne jest jedynie, by mobbing został wskazany przez pracownika jako przyczyna rozwiązania umowy o pracę. Fakt zakończenia zatrudnienia był jednak warunkiem koniecznym do skutecznego dochodzenia roszczeń odszkodowawczych. Dotychczasowe rozwiązanie wynikało z założenia, że uciążliwość zachowań mobbingowych jest na tyle silna, że ich ofiara – pracownik de facto jest zmuszona do rozwiązania stosunku pracy.

Tymczasem, zgodnie z nowym założeniem ustawodawcy, odszkodowania na analogicznych zasadach dochodzić może również pracownik nadal zatrudniony w zakładzie pracy, w którym – według jego twierdzeń – doszło do mobbingu, a także pracownik zwolniony przez pracodawcę.

W każdym przypadku niezbędnym będzie wykazanie przez  pracownika, że stał się ofiarą mobbingu u pozwanego pracodawcy.

  1. Dalsze zatrudnienie nie wykluczy odszkodowania

Wprowadzone zmiany podyktowane są analizą poszczególnych przypadków dotyczących mobbingu. Wynika z nich, że niejednokrotnie mobbing, na który powoływał się rezygnujący z pracy pracownika  w rzeczywistości nie miał miejsca. Z drugiej zaś strony, często pracownicy dotknięci w zakładzie pracy wieloletnim nękaniem, nie decydowali się na zwolnienie z obawy przed utratą źródła utrzymania. Takie sytuacje prowadzić mogły do bezkarności pracodawcy oraz samego mobbera, o ile pokrzywdzony pracownik nie zdecydował się na dochodzenie zadośćuczynienia z powodu rozstroju zdrowia wywołanego mobbingiem.

Nowe rozwiązanie ma zapewnić przede wszystkim jednakową ochronę wszystkim pracownikom. Jest to o tyle istotne, iż dochodzenie odszkodowania w oparciu o przepisy Kodeksu Pracy dotyczące mobbingu, związane jest z  licznymi ułatwieniami, jak chociażby niższe koszty sądowe niż w postępowaniu odszkodowawczym dochodzonym na zasadach ogólnych w oparciu o przepisy Kodeksu Cywilnego. Taki zaś tryb był dotychczas jedynym, jaki pozostał ofiarom mobbingu, które nie rozwiązały stosunku pracy z tego powodu lub same zostały zwolnione z zakładu pracy.

  1. Szkoda podstawą roszczenia

Zgodnie z nową regulacją art. 943 Kodeksu Pracy, pracownik będący ofiarą mobbingu będzie mógł ubiegać się od pracodawcy odszkodowania w dwóch sytuacjach:

  • w razie rozwiązania przez niego, na skutek mobbingu, umowy o pracę;
  • w razie poniesienia, w wyniku stosowania wobec niego mobbingu, szkody – niezależnie od tego, czy nadal jest zatrudniony, czy też został on zwolniony przez pracodawcę.
  1. Jakie działania powinien podjąć pracodawca?

Zjawisko mobbingu uregulowane jest w Kodeksie Pracy od 2003 r. Przepisy zobowiązują każdego pracodawcę – niezależnie od liczby zatrudnionych u niego pracowników – do skutecznego przeciwdziałania mobbingowi. Tym samym, samo pojawienie się tego zjawiska w zakładzie pracy oznacza, że pracodawca nie wywiązał się w tego obowiązku, czym naruszył przepisy Kodeksu.

Odpowiada on wobec pracownika za zjawisko mobbingu, niezależnie od tego, czy dopuszcza się go osobiście, czy mobberem okazał inny członek zespołu. Oznacza to, że pracownik, który doświadczył mobbingu również od innego pracownika, może domagać się odszkodowania jedynie od swego pracodawcy.

Aby uniknąć odpowiedzialności, działania antymobbingowe podjęte przez pracodawcę muszą być realne i obiektywnie skuteczne. Przede wszystkim, w świetle orzecznictwa sądowego, niewystarczającym jest jedynie formalne wprowadzenie dokumentu w postaci polityki antymobbingowej, jeśli nie pójdą za tym aktywne działania pracodawcy. Działania te powinny mieć na celu rzeczywiste zapobieganie negatywnych zjawisk w środowisku pracy.

Tymczasem zaniechanie pracodawcy w tym zakresie może rodzić nie tylko jego odpowiedzialność cywilnoprawną wobec mobbowanego pracownika. W pewnych okolicznościach, może również zostać uznane za przestępstwo polegające na złośliwym lub uporczywym naruszaniu praw pracownika wynikających ze stosunku pracy, co zagrożone jest karą do 2 lat pozbawienia wolności.

Warmiński twórca i producent gier RED DEV Studio chce na NewConnect

RED DEV Studio, warmiński twórca i producent gier na platformy stacjonarne i mobilne, zapowiedział debiut na NewConnect na II połowę września br.

RED DEV Studio powstało w kwietniu 2016 roku, rozpoczynając działalność jako start-up gamingowy. Obecnie, jako wydawca i producent gier, specjalizuje się w tytułach wyróżniających się nietypową fabułą i atrakcyjną oprawą graficzną.

Pierwsza połowa 2019 roku była dla nas bardzo intensywna. Oprócz tworzenia i współtworzenia nowych tytułów, koncentrowaliśmy się na przygotowaniach do wejścia na NewConnect. Z jednej strony dużo czasu poświęcaliśmy na proces produkcji gier, z drugiej strony intensywnie przygotowywaliśmy się do debiutu. Dodatkowo w tym roku planujemy jeszcze wydać nowe produkcje na Nintendo Switch – już niebawem ogłosimy nowe projekty – mówi Wojciech Sypko, założyciel i prezes zarządu Red Dev Studio.

Debiut na NewConnect to pierwszy etap budowania marki Red Dev Studio na rynku. Spółka planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

Red Dev Studio dotychczas wydał 4 tytuły. Pierwszy z większych projektów firmy, Professor Madhouse, odnotował ponad 30 000 pobrań. Bardzo dobry wynik uzyskał także Chicken Rider, który na rynku pojawił się w lipcu 2018 roku. Już tydzień po premierze grę pobrano ponad 20 000 razy (tylko na iOS), natomiast na platformie Steam liczba pobrań pozwoliła grze objąć prowadzenie w kategorii „popularne nowości”. Spółka wydała również takie tytuły jak rozbudowana gra platformowa Down to Hell czy logiczno-zręcznościowy Powertris.

W najbliższych planach Spółki znajduje się m.in. ukończenie prac nad produkcją gry Zone Anomaly, która wpisuje się w głośny ostatnio temat katastrofy nuklearnej. We współpracy     z Ultimate Games trwają także prace nad przeniesieniem Down to Hell na platformę Nintendo Switch. Gra powinna pojawić się w sklepie Nintendo w ciągu kilku nadchodzących tygodni.

Inwestycje w hotele maks. 3 gwiazdkowe wzrosną o nawet kilkadziesiąt proc.|

Nie tylko luksusowe hotele przyciągną zagranicznych inwestorów – w kolejnych latach wzrośnie zainteresowanie niższą liczbą gwiazdek.

Dobra sytuacja gospodarcza sprawia, że polski rynek hotelowy wciąż się rozwija, a co za tym idzie staje się coraz bardziej atrakcyjny dla zagranicznych inwestorów. Największych graczy przyciągają przede wszystkim obiekty o wartości przekraczającej 20 mln euro, a tych w Polsce wciąż jest relatywnie niewiele w sprzedaży. Choć w niedalekiej przyszłości powstanie kilka luksusowych inwestycji hotelowych, eksperci CBRE prognozują, że nie tylko one będą przyciągać zagraniczny kapitał do Polski. Wedle najnowszych analiz, wartość transakcji sprzedaży hoteli o standardzie na poziomie 3 gwiazdek lub niżej może wzrosnąć nawet o kilkadziesiąt procent w ciągu najbliższych kilku lat.

Polską stolicę i największe miasta jako nową lokalizację coraz chętniej wybierają bardzo luksusowe, międzynarodowe sieci. Marka Raffles obrała Warszawę jako trzecią destynację w Europie, zaraz po Paryżu i Stambule, a do 2023 r. spodziewamy się otwarcia pierwszego obiektu Four Seasons w Polsce. Luksusowe marki śmiało wkraczają do Polski, ale wciąż brakuje m.in. The Ritz-Carlton czy Kempinski.

–  Obecnie najwięksi gracze finansowi inwestują w obiekty hotelowe o standardzie 4 i 5 gwiazdek. Obserwując jednak sytuację na naszym rynku, widzimy, że w najbliższych latach ten trend może ulec zmianie. Do tej pory nie odnotowaliśmy wielu sprzedaży nowych hoteli sieciowych. Wkrótce na rynku pojawi się sporo obiektów w segmencie ekonomicznym i budżetowym jak np. Ibis Style czy Hampton by Hilton, które mają 3-4 letni okres stabilizacji i niedługo zaczną wykazywać zyski. Na takie produkty inwestycyjne znajdzie się na pewno wielu chętnych inwestorów, mimo że transakcje nie będą przekraczać 100 mln zł – komentuje Rafał Rosiejak, Dyrektor Działu Hotelowego w CBRE. I dodaje: Z drugiej strony, w roku 2020 spodziewamy się otwarcia hotelu NOBU, a w 2023 roku pierwszego obiektu Four Seasons w Warszawie, którego debiut na polskim rynku będzie na pewno analizowany przez inne marki światowe.

Stolica Polski jest coraz bardziej atrakcyjna dla inwestorów hotelowych, ale wciąż trochę brakuje nam do Moskwy, Pragi czy Budapesztu. W przeciwieństwie do Warszawy, stolice te nie były zniszczone przez wojnę i nie występował tam problem kwestii własnościowych. Jednak polski konsument wcale nie oczekuje od hotelu poczucia elitarności – szuka natomiast komfortu i prywatności. Polacy najchętniej wybierają hotele 3-4 gwiazdkowe, które obecnie oferują wysoki poziom usług i designu. Rośnie także popularność hoteli butikowych oraz designerskich, takich jak np. sieć Puro Hotels, Indigo czy H15 w Warszawie. Preferencje grupy docelowej także wpływają na to, jakie obiekty budują się w kraju, a nawet najwięksi gracze zaczynają doceniać stabilne inwestycje w hotele o ekonomicznym standardzie.

Transport drogowy na europejskich drogach musi się zmienić

Czy wiesz, że całkowity udział transportu w emisji gazów cieplarnianych na terenie Unii Europejskiej wynosi około 25 proc., z czego 18,4 proc. generują pojazdy ciężarowe i autobusy[1]? Jednym z głównych celów nowych europarlamentarzystów jest zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska spalinami w ciągu dekady aż o 30 proc. Aby tego dokonać, wprowadzono szereg nowych regulacji. Unijni decydenci podjęli kroki, które mają doprowadzić do redukcji emisji CO2 przez ciężarówki o 15 proc. do 2025 roku oraz o drugie tyle w ciągu kolejnych pięciu lat. Co już robi w tym kierunku Europa? Czy Polska ma coś wspólnego z byciem eko? A także co to oznacza dla przewoźników i kierowców zawodowych?

Starym kontynentem rządzą diesle

Zgodnie z szacunkami UE zapotrzebowanie na transport towarowy do 2050 roku wzrośnie o 80 proc. w stosunku do roku 2013[2]. Taki stan rzeczy generuje spore zmiany środowiskowe i nieuniknioną walkę o czystsze powietrze. Choć pojazdy, produkowane są z wykorzystaniem nowych technologii i generują mniej zanieczyszczeń, to wciąż na naszych drogach królują samochody z silnikami wysokoprężnymi – w tym także te, o niższych normach emisji CO2 – mówi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców. Dane wskazane przez Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego pokazują, że w Polsce na koniec 2018 roku było zarejestrowanych 707 300 samochodów ciężarowych o DMC powyżej 3,5 t, aż 38 proc. tych aut jest w wieku 11-20 lat.[3] Zaś zużycie ON w 2018 r. osiągnęło rekordowy poziom 20 345 000 ([4]) – dodaje ekspert.

Mimo że transport morski i kolejowy generuje niższe emisje dwutlenku węgla do atmosfery, to przewóz towarów na terenie UE jest zdominowany przez transportowców drogowych. W 2018 r. ten rodzaj przewozów odpowiadał za ok. 80 proc. przewiezionych towarów w Polsce, zaś na terenie UE jest to ok. 49%.[5] [6] Według Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) w 2015 r. największy problem z dotrzymywaniem standardów dotyczących emisji dwutlenku azotu występował w miejscach o dużym natężeniu ruchu drogowego w obszarach miejskich – przede wszystkich we Francji, w Niemczech,
w Wielkiej Brytanii i we Włoszech. W raporcie Najwyższej Izby Kontroli opublikowanym we wrześniu 2018 wyklarował się jeden wniosek de lege ferenda – przygotowanie prawne do tworzenia w Polsce stref ograniczonej emisji. Jednak zmiany te nie zostały uwzględnione na etapie prac sejmowych. Projekt o elektromobilności i paliwach alternatywnych opracowany przez Ministra Energii, który został wprawdzie wprowadzony w życie 22 lutego 2018 r. i uregulował kwestie tworzenia stref niskoemisyjnych przez gminy, jednak wciąż nie spełnia on w pełni swojej funkcji. Choć przytoczony raport NIK-u wykazał w dokumencie rządowym wiele kwestii wymagających zmiany, ustawa na razie obowiązuje.[7]

Jak robi to Europa?

Ateny, Paryż i Madryt chcą całkowicie pozbyć się diesli ze swoich ulic do 2025 r. Bruksela i Mediolan planują osiągnąć to samo do 2030 r. Natomiast Londyn ma wprowadzić całkowity zakaz poruszania się samochodów z silnikami diesla do 2040 r. Już od 2008 r. na terenie niemalże całej stolicy Zjednoczonego Królestwa obowiązuje Strefa Niskiej Emisji (Low Emission Zone), która obejmuje ciężarówki i autobusy niespełniające normy emisji spalin Euro 4. Od połowy października 2020 r. kierowcy pojazdów z normą Euro 1, Euro 2 i Euro 3, którzy zdecydują się na wjazd do regionu Wielki Londyn, będą musiały się zmierzyć z karą grzywny sięgającą około 1,5 tysiąca złotych. W Niemczech też zaczęto walkę z silnikami diesla. W Berlinie, Hanowerze, Frankfurcie, Kolonii już w 2008 r., a obecnie niespełna 60 niemieckich miast wprowadziło Strefy Czystego Transportu. Aktualnie ponad 90 proc. pojazdów (w tym także ciężarowych) poruszających się po drogach naszych zachodnich sąsiadów spełnia te ekologiczne wymagania. Francja nie życzy sobie, aby auta z silnikami diesla zarejestrowane pomiędzy  2001 a 2005 r. zanieczyszczały paryskie powietrze. Od 2022 r. podobny zakaz ma obejmować kolejne roczniki, czyli 2006 – 2010.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Za złamanie zakazu wjazdu właścicielowi pojazdu ciężarowego grozi kara w wysokości sięgającej nawet do 375 euro – mówi ekspert OCRK. – Co jest ciekawe, Francja chce, by od 2024 r. do centrum Paryża mogły wjeżdżać tylko te ciężarówki, które są niskoemisyjne. O krok dalej poszła Norwegia – tam od 2025 r. nie będzie można sprzedawać pojazdów z silnikami spalinowymi. Z najnowszych raportów wynika, że od 2030 takie działania planowane są także w Szwecji, Irlandii, Izraelu i w Indiach. Co więcej przewoźnicy, którzy inwestują w ciężarówki z wyższą normą emisji spalin Euro 6 mogą liczyć na niższe opłaty niż właściciele mniej ekologicznych pojazdów. Na przykład w Wielkiej Brytanii od lutego 2019 za pojazdy z klasą Euro 6 opłaty są niższe o 10 proc., zaś dla tirów o normach Euro 5 i niższych stawka wzrosła o 20 proc. – wyjaśnia Kamil Wolański.

Eko po polsku

W Polsce sytuacja też nie wygląda dobrze – w 4 z 46 stref poziom dopuszczalnego CO2 został przekroczony, a wynika to przede wszystkim ze spalin transportowych[8]. Na terenie RP regulacje dotyczące stref niskoemisyjnych (LEZ) zawarte są w ustawie o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Regulacje te umożliwiają jednostkom samorządowym tworzenie stref czystego transportu, w których ogranicza się ruch pojazdom innym niż elektryczne, napędzane wodorem lub gazem ziemnym. Jednak ustawa nie zabezpiecza Polski przed możliwością sprowadzania i użytkowania pojazdów, które nie spełniają norm emisyjnych w innych europejskich krajach oraz daje dużą swobodę samorządom na regulowanie tych kwestii według własnego uznania. W raporcie NIK czytamy, iż tak skonstruowane przepisy niosą ryzyko, że gminy nie będą zainteresowane tworzeniem stref czystego transportu, gdyż mogą one dowolnie decydować o udostępnianiu eko-obszarów dla pojazdów innych kategorii. To w konsekwencji nie przyczyni się do redukcji zanieczyszczeń – czyli w ogóle nie spełni swojej funkcji.[9]

Pierwszym miastem w Polsce, które zdecydowało się na wprowadzenie strefy czystego transportu był Kraków, jednak nie nacieszył się on zbyt długo eko-obszarem. Rada Miejska w Krakowie po dwóch miesiącach obowiązywania obostrzeń dla najbardziej nieekologicznych pojazdów postanowiła wydłużyć do 10 h dziennie możliwość poruszania się po strefie samochodów każdego typu, co w praktyce oznacza, że w godzinach 6-20 każdy z pojazdów może jeździć po tym terenie bez ograniczeń. Zmiany te zostały wprowadzone na wniosek przedsiębiorców prowadzących własne działalności w obrębie wydzielonego terenu – jak twierdzili, nowe regulacje przyczyniły się do spadku ich obrotów o ok. 1/3.[10] Niestety Polska nie wypracowała jeszcze optymalnej ścieżki legislacyjnej, która pomoże skutecznie wprowadzać strefy czystego transportu – takich, które skutecznie spełnią swoją rolę.

Gama pojazdów – w tym także ciężarowych – o napędach alternatywnych do diesli nieustannie się poszerza. Liczne profity dla eko-przewoźników zachęcają do podejmowania świadomych wyborów. Jednak z drugiej strony – silniki wysokoprężne są bardziej wydajne, co zapewnia im rzeszę fanów. Widać wyraźnie, że na naszych oczach dokonuje się eko-rewolucja również w transporcie, co jest mocno wspierane przez dyrektywy unijne, zastosowania technologiczne i koncerny motoryzacyjne, więc już za kilka lat rynek transportu drogowego nabierze zupełnie nowego wymiaru – podsumowuje Wolański z OCRK.

[1] W kierunku czystej i inteligentnej mobilności. Transport a środowisko w Europie, Europejska Agencja Środowiska, 2016, s. 20 – dane na rok 2014.

[2] W kierunku czystej i inteligentnej mobilności. Transport a środowisko w Europie, Europejska Agencja Środowiska, 2016, s. 5

[3] Raport PZPM 2019/2020; s.42

[4] Raport PZPM 2019/2020

[5] GUS, Przewozy ładunków i pasażerów w 2018 r., 14.06.2019

[6] Europejski Trybunał Obrachunkowy, Udoskonalanie sektora transportu w UE – aktualne wyzwania, 2018, s. 18

[7] https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/mordercze-spaliny.html

[8] https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/mordercze-spaliny.html

[9] https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/mordercze-spaliny.html

[10] http://nettg.pl/news/156158/przedsiebiorcy-wymusili-zmiany-na-urzednikach-strefa-czystego-powietrza-obnizala-dochody-firm

Neutralna podatkowo wymiana udziałów między wspólnikami polskiej i zagranicznej spółki

Wyrokiem z 4 lipca 2019 r. Naczelny Sąd Administracyjny oddalił wniesioną przez Szefa Krajowej Administracji Skarbowej skargę kasacyjną w rozstrzygniętej przez WSA sprawie, dotyczącej neutralności podatkowej wymiany udziałów, dokonanej przez wspólnika nieposiadającego 50% akcji. W swym rozstrzygnięciu NSA powołał się na utartą linię orzeczniczą, wyrażoną m.in. w wyroku z 24 marca 2016 r., zgodnie z którą: „…zróżnicowanie podatkowych skutków działań mających ten sam cel tylko w zależności od dopuszczalnej w świetle przepisów prawa ilości osób, które zawiązały spółkę, mogłoby zniweczyć cel założony przez ustawodawcę w art. 24 ust. 8a u.p.d.o.f. poprzez ograniczenie jego stosowania i prowadzić do niczym nieuzasadnionego zróżnicowania sytuacji prawnopodatkowej wspólników spółek kapitałowych podejmujących tożsame, zgodne z prawem, działania restrukturyzacyjne w zależności od tego, jaki pakiet udziałów (akcji) posiadali” (sygn. akt II FSK 117/14).

Zgodnie z art. 24 ust. 8a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych: „Jeżeli spółka nabywa od wspólnika innej spółki udziały (akcje) tej innej spółki oraz w zamian za udziały (akcje) tej innej spółki przekazuje jej wspólnikowi własne udziały (akcje) albo w zamian za udziały (akcje) tej innej spółki przekazuje wspólnikowi tej innej spółki własne udziały (akcje) wraz z zapłatą w gotówce w wysokości nie wyższej niż 10% wartości nominalnej własnych udziałów (akcji), a w przypadku braku wartości nominalnej – wartości rynkowej tych udziałów (akcji), oraz jeżeli w wyniku nabycia: 1) spółka nabywająca uzyska bezwzględną większość praw głosu w spółce, której udziały (akcje) są nabywane, albo 2) spółka nabywająca, posiadająca bezwzględną większość praw głosu w spółce, której udziały (akcje) są nabywane, zwiększa ilość udziałów (akcji) w tej spółce – do przychodów nie zalicza się wartości udziałów (akcji) przekazanych wspólnikowi tej innej spółki oraz wartości udziałów (akcji) nabytych przez spółkę, pod warunkiem że podmioty biorące udział w tej transakcji podlegają w państwie członkowskim Unii Europejskiej lub innym państwie należącym do Europejskiego Obszaru Gospodarczego opodatkowaniu od całości swoich dochodów, bez względu na miejsce ich osiągnięcia (wymiana udziałów)” (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350, ze zm. – dalej u.p.d.o.f.).

Przepis ustępu 8c tego artykułu stanowi dodatkowo, że powyższa regulacja ma zastosowanie także w przypadku dokonania więcej niż jednej transakcji nabycia udziałów, jeśli dojdzie do nich w okresie nieprzekraczającym 6 miesięcy liczonych począwszy od miesiąca, w którym nastąpiło pierwsze ich nabycie.

Wymiana udziałów w zamian za udziały w podwyższonym kapitale zakładowym

W 2015 r. wspólnik spółki kapitałowej z siedzibą na Cyprze, posiadający mniej niż 50% w jej kapitale, a podlegający w Polsce nieograniczonemu obowiązkowi podatkowemu, wystąpił do Ministra Finansów z wnioskiem o wydanie interpretacji w zakresie obowiązku w podatku dochodowym od osób fizycznych. Zamierzał on dokonać wspólnej wymiany udziałów wraz z innymi udziałowcami, również posiadającymi mniej niż 50% udziałów w kapitale spółki, i również podlegającymi w Polsce opodatkowaniu od całości swoich dochodów bez względu na miejsce ich osiągania. Sama spółka zagraniczna jest podatnikiem podatku dochodowego na Cyprze, gdzie prowadzi swoją działalność gospodarczą. Wspólnicy posiadają jednocześnie 100% udziałów w polskiej spółce z o.o., która w zamian za nabycie wszystkich udziałów w cypryjskiej spółce, przekaże jej wspólnikom udziały w podwyższonym kapitale zakładowym polskiej spółki holdingowej.

W ramach transakcji wymiany nie dojdzie do żadnych rozliczeń w gotówce. Cała transakcja nastąpi równocześnie, w tym samym dniu oraz zostanie udokumentowana jednym aktem notarialnym. Polska spółka z o.o. (holdingowa) zdobędzie bezwzględną większość głosów w spółce zagranicznej. Wniesiony przez wspólników aport w postaci udziałów zostanie w całości przeznaczany na podwyższenie kapitału zakładowego spółki holdingowej.

Występujący z wnioskiem o wydanie interpretacji wspólnik stał na stanowisku, że w opisanej sytuacji po jego stronie nie powstanie przychód podlegający PIT.

Wspólnik, a nie wspólnicy

Minister Finansów nie zgodził się z wnioskodawcą. W wydanej 30 grudnia 2015 r. interpretacji indywidualnej stwierdził, że opisana przez niego transakcja nie spełnia przesłanek art. 24 ust. 8a u.p.d.o.f. i nie może być potraktowana jako neutralna podatkowo. Przyczyną było to, że regulacja tego artykułu dotyczy jednego wspólnika posiadającego akcje o wartości pozwalającej spółce nabywającej uzyskać bezwzględną większość głosu.

„Biorąc pod uwagę, że w analizowanym przepisie art. 24 ust. 8a ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych mowa jest o „wspólniku”, a nie o „wspólnikach” nie można zgodzić się ze stanowiskiem Wnioskodawcy, zgodnie z którym „(…) w celu prawidłowej oceny skutków podatkowych transakcji tzw. wymiany udziałów w odniesieniu do danego wspólnika, należy również uwzględnić transakcje dotyczące wniesienia udziałów (akcji), jako wkładu niepieniężnego do spółki nabywającej dokonane w ww. okresie 6 miesięcy przez podatnika lub przez innych wspólników spółki, której udziały są nabywane” (sygn. IPPB2/4511-929/15-4/MK).

Rozumienie przepisów musi odpowiadać celom, dla jakich zostały powołane

Wspólnik wniósł na takie rozstrzygnięcie skargę, do której przychylił się Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Jak wskazał sąd, sporne regulacje ustawy o PIT stanowią implementację przepisów Dyrektywy Rady 2009/133/WE z dnia 19 października 2009 r. Dlatego wykładni art. 24 ust. 8a i ust. 8c ustawy o PIT należy dokonywać, mając na uwadze cele dyrektywy 2009/133, a zgodnie z jej art. 2 e): „„wymiana udziałów” oznacza czynność, w wyniku której spółka nabywa udziały w kapitale innej spółki, uzyskując w ten sposób większość praw głosu w tej spółce lub posiadając taką większość praw głosu, nabywa dalsze udziały, w zamian za wyemitowanie na rzecz akcjonariuszy tej ostatniej spółki w zamian za ich papiery wartościowe, papierów wartościowych swojej spółki…” (Dz.Urz. UE z 25.11.2009 r., L 310/34).

Uchylając interpretację Ministra Finansów, WSA stwierdził: „na gruncie ww. dyrektywy neutralny podatkowo jest model operacji, w której większość głosów w spółce nabywanej jest uzyskiwana przez spółkę nabywającą w wyniku nabycia udziałów (akcji) w tej spółce od kilku udziałowców (akcjonariuszy) tej spółki. Świadczy o tym użycie w art. 2 e) Dyrektywy pojęcia akcjonariusze w liczbie mnogiej” (wyrok z 26 kwietnia 2017 r., sygn. akt III SA/Wa 1334/16).

Sąd dodał, że za taką wykładnią przemawia także wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z 21 sierpnia 2015 r. (sygn. akt II FSK 1488/13) ustanawiający, że ograniczanie stosowania tego modelu operacji jedynie do dokonywanej odrębnie wymiany udziałów przez każdego z udziałowców niweczyłoby cele przepisów dyrektywy, dla jakich zostały powołane.

Fiskus walczył dalej

Szef Krajowej Administracji Skarbowej zaskarżył do NSA w całości wyrok warszawskiego WSA, zarzucając mu błędną wykładnię przepisów art. 24 ust. 8a w zw. z art. 24 ust. 8c ustawy o PIT. Zdaniem skarżącego sąd pierwszej instancji niewłaściwie uznał, że nie powstanie po stronie wspólnika przychód z kapitałów pieniężnych. Powyższe regulacje zapewniające neutralność podatkową mają bowiem zastosowanie jedynie do wymiany udziałów dokonywanej przez udziałowca wnoszącego większościowy pakiet akcji.

Niedopuszczalna wykładnia ograniczająca dopuszczalność neutralności podatkowej do jednego wspólnika

NSA wyrokiem z 4 lipca 2019 r. oddalił skargę kasacyjną organu. Sąd zadeklarował stanowisko zbieżne z ugruntowaną linią orzeczniczą co do konieczności dokonywania wykładni przepisów art. 24 ust. 8a w zw. z art. 24 ust. 8c ustawy o PIT w zgodzie z celami, dla których powołano przepisy Dyrektywy 2009/133/WE, wyrażoną zarówno przez WSA w tej sprawie, jak i np. przez NSA w wyroku z 14 sierpnia 2018 r. (sygn. akt II FSK 2148/16).

„…neutralność podatkowa jest istotną przesłanką oceny kryteriów i rodzajów przekształceń prawnych spółek, a co więcej – przepisy podatkowe należy interpretować celowościowo – tak, aby zapewnić przedsiębiorstwom dostosowanie się do wymagań rynku wewnętrznego, zwiększenie produktywności i poprawienie ich siły konkurencyjnej. (…) Niedopuszczalna więc byłaby taka wykładnia przepisów krajowych, która zapewniałaby osiągnięcie tych celów tylko, gdyby wymiana udziałów była neutralna podatkowo, tylko gdyby przesłanki z art. 28 ust. 8a i 8c u.p.d.o.f. odnosić językowo jedynie do jednego wspólnika” (wyrok NSA z 04.07.2019 r., sygn. II FSK 2437/17).

Wykorzystanie zagranicznych struktur organizacyjnych

To bardzo ważny wyrok NSA stanowiący drogowskaz dla organów podatkowych, w jaki sposób należy interpretować przepisy podatkowe – tak, by służyły ich adresatom oraz celom, dla których zostały powołane. Przedsiębiorcy mają więc prawo przeprowadzać transakcje z udziałem zagranicznych spółek, z wykorzystaniem struktur holdingowych, które będą nosić przymiot neutralnych podatkowo – tak, aby móc dostosować prowadzoną przez siebie działalność do wymagań rynku wewnętrznego, zwiększyć produktywność i poprawić siłę jej konkurencyjności.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Jak budować poczucie sensu pracy?

Wielu z nas zasila globalne korporacje. Mimo uporządkowanej struktury organizacyjnej, rozbudowanej strategii employer brandingowej, nowego ekspresu do kawy czy „owocowych” czwartków, po pewnym czasie czujemy się sfrustrowani. Brakuje nam samorozwoju, ale też dostrzegania sensu naszych działań – wynika z badania psychologów z Uniwersytetu SWPS.

Zespół naukowców zestawił perspektywę tzw. Wielkiej Dwójki (ang. Big Two) – koncepcję postrzegania społecznego z poczuciem sensu wykonywanego zawodu. The Big Two jest teorią, według której sprawczość i wspólnotowość są podstawowymi wymiarami postrzegania siebie oraz innych osób. Psychologowie wykazali, że dla naszego zawodowego dobrostanu znaczenie ma nie tylko realizowanie własnych celów i rozwój kariery (sprawczość), ale też wychodzenie poza „ja” i działanie na rzecz innych (wspólnotowość).

W dzisiejszym korporacyjnym świecie coraz częściej słychać narzekania pracowników na to, że ich praca nie ma większego znaczenia. Wyniki naszej analizy mogą być wykorzystane zarówno przez zatrudnionych, jak i firmy, którym zależy na motywowaniu zespołów – mówi Malwina Puchalska-Kamińska.

Coraz częściej jako swoją potrzebę wymieniamy znaczenie pracy, natomiast korporacje regularnie skarżą się na brak zaangażowania i przywiązania pracowników do organizacji (wielokrotne zmiany miejsca zatrudnienia).

Nasze badanie pokazało, że wartość pracy wiąże się z przywiązaniem i zaangażowaniem w życie firmy. Dbanie o poczucie sensu jest więc strategią win-win dla pracownika i samej korporacji – tłumaczy dr Agnieszka Czerw.

Z analizy psychologów wynika, że postrzegamy sens wykonywanego zawodu dwuwymiarowo: w perspektywie osobistej (rozwój, realizacja ważnego celu) oraz w perspektywie globalnej (znaczenie dla świata i korzyść dla innych). Istotne jest dla nas rozwijanie swojej sprawczości (wykorzystywanie swoich mocnych stron, realizowanie ważnych celów) oraz wspólnotowości (robienie czegoś dobrego np. dla społeczności lub środowiska).

Tzw. benefity działają krótkotrwale – pracownicy szybko się do nich przyzwyczajają i oczekują coraz większych atrakcji. Tymczasem dbanie budowanie sensu pracy zespołów jest długoterminową i korzystną strategią na utrzymanie oraz rozwijanie podwładnych.

W firmach, w których ludzie mają poczucie sensu pracy, naukowcy zaobserwowali większe zaangażowanie i przywiązanie do organizacji. Warto zatem stwarzać pracownikom takie warunki, w jakich będą mogli rozwijać się osobiście, np.: poprzez przekazywanie informacji zwrotnych, wspieranie wymiany wiedzy oraz pomaganie innym np. poprzez wolontariat czy akcje proekologiczne.

Zanim „rzucimy pracę i wyjedziemy w Bieszczady” warto podjąć kroki, które mogą pomóc nam odnaleźć sens i zaangażowanie w pracę, którą mamy. Wiele osób skarży się na monotonne czy nieprzyjemne zadania w pracy. Warto się zastanowić: czy można sprawić, aby były bardziej stymulujące? Dlaczego te działania są ważne dla funkcjonowania organizacji? W jaki sposób te zadania łączą się z moimi wartościami? Taka mała interwencja może nam pomóc inaczej myśleć, a może nawet widzieć wartość w tych zadaniach – radzi dr Marta Roczniewska.

Zespół naukowców przeprowadził łącznie trzy badania za pomocą kwestionariuszy on-line. Analiza objęła ponad 400 osób, które reprezentują różne branże i pracują na zróżnicowanych stanowiskach.

Badanie zrealizowały Malwina Puchalska-Kamińska, psycholog z Uniwersytetu SWPS, dr Agnieszka Czerw, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Poznaniu, dr Marta Roczniewska, psycholog z Uniwersytetu SWPS w Sopocie i Instytutu Karolinska w Sztokholmie.

Coraz więcej Polaków nie popiera zakazu handlu w niedzielę, ale zakaz szybko nie zniknie

Na obostrzeniach związanych z handlem najbardziej zyskują dyskonty, małe sklepy oraz stacje benzynowe. Efekt jest inny od zakładanego przez związkowców, ale Polacy nie wymuszą na politykach zmian przed jesiennymi wyborami. Jeżeli obecna ekipa rządząca straci władzę, to nowa raczej zajmie się pilniejszymi tematami. Trzeba też dodać, że konsumenci przyzwyczaili się już do niehandlowych niedziel, choć mogą odczuwać dyskomfort. Prognozy dotyczące liberalizacji przepisów przedstawia dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego, były dyrektor generalny Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID
Dr Andrzej Maria Faliński, były dyrektor generalny POHID

Zakaz handlu w niedziele zostanie utrzymany. Od opinii publicznej ważniejsze są cele związkowców. Głos obywateli jest bez znaczenia. Nieistotny jest też bilans zysków i strat. Tutaj liczy się tylko polityka. Tak Pan mówił na początku tego roku. Czy podtrzymuje Pan to stanowisko?

Dr Faliński: Tak. Jednak na proces wywołany decyzją polityczną i naciskiem związków zareagował rynek. W walce publicystycznej mówi się, że wszyscy stracili na tym zakazie. Ale to nie jest do końca prawdą. Najbardziej skorzystały sieci, które nazywamy dyskontowymi, a one faktycznie przestają nimi być. Stają się bliższe innemu formatowi, tj. supermarketowi. Druga grupa, która zyskała, to najmniejsze, niezależne sklepiki o powierzchni 40 i nieco więcej metrów kwadratowych, a także stacje benzynowe. Efekt jest inny niż był zapowiadany przez związki zawodowe, ale one nie dostrzegają problemów z tym związanych, bo nie chcą.

Zbliżają się wybory. Czy wobec tego Polacy mają jakieś szanse „nacisku” na władze, aby ten zakaz zlikwidować?

Dr Faliński: Nie sądzę. To rozwiązanie pozostanie z kilku powodów. Po pierwsze, rynek się przesunął na cały tydzień, zelżał efekt kumulacji przedweekendowych zakupów. Po drugie, ludzie się przyzwyczaili do tej sytuacji. Po trzecie, sieci swoje zarabiają, a potrzeby słabszych podmiotów mniej się liczą. Po czwarte, pojawia się kwestia powrotu podatku handlowego. W związku z tym należy spodziewać się bardzo ostrej prosprzedażowej polityki promocyjnej ze strony największych graczy. Do tego dojdzie gra o utrzymanie niskich cen. Do tej pory oznaczało to potężne nakłady finansowe na akcje reklamowo-promocyjne czy budowanie lojalności.

Załóżmy, że jesienią dojdzie do zmiany władzy. Czy ww. zakaz nadal będzie podtrzymany?

Dr Faliński: Możemy mieć nową władzę, ale to raczej mało prawdopodobne. Jeśli nastąpi taka zmiana, to formacja rządząca będzie mieć wiele innych problemów. Moim zdaniem, do takiej pełnej swobody, jaka była w Polsce przed marcem 2018 roku, już raczej nie wrócimy. Zmieniły się bowiem sposoby zarabiania pieniędzy, formy inwestowania czy sterowania popytem. Najsilniejsi się obronią, a ci słabsi będą w gorszej sytuacji.

Czy mimo wszystko w ogóle będzie można zlikwidować ten zakaz?

Dr Faliński: Moim zdaniem, wchodzi to w rachubę, ale na pewno nie przy tej konfiguracji politycznej i nie przy tym klimacie publicznym, który jest po prostu plebejsko-religijny. Zbudowano narrację, że właśnie ci mali mogą sobie dorobić, a straszliwi, wielcy krwiopijcy nie zabierają rynku. A tak jak wspomniałem, w grupie, która najbardziej zyskała na zakazie, są sieci dyskontowe.

Jak mogą więc wyglądać przepisy po ewentualnej likwidacji obecnych zapisów? 

Dr Faliński: Oczywiście są różne scenariusze. Mnie bardzo podobał się taki, żeby za dni świąteczne zapłacić więcej. Nie 20 czy 30%, tylko podwójną stawkę podstawową czy nawet większą i zaoferować ją we wszystkie niedziele. Ludzie mieliby wówczas wybór, czy chcą zarobić i przyjść do pracy. To nie odpowiadało menedżerom z prawdziwego biznesu. Inne rozwiązanie to dwie niedziele handlowe i dwie niehandlowe, a do tego kompensata w różnych płacowych i pozapłacowych elementach wynagradzania. To wszystko jest do wynegocjowania.

Na Węgrzech zakaz handlu upadł po 13 miesiącach, głównie pod naciskiem opinii publicznej. U nas ma się dobrze, w społeczeństwie nie za bardzo słychać oznaki jakiegoś oporu. Co o tym decyduje?

Dr Faliński: W porównaniu z Węgrami, mamy potężniejszy handel, bogatszy rynek i bardzo spolityzowane społeczeństwo. Mało tego, u nas są silniejsze i bardzo upolitycznione związki zawodowe, za którymi stoi potężny komunikat poglądowy. W to wszystko włącza się Kościół. Jeśli więc ktoś ma najbardziej racjonalny postulat ekonomiczny czy społeczny, to zawsze znajdą się takie osoby, które zgłoszą sprzeciw.

Wspomniał Pan, że Polacy już przyzwyczaili się do ograniczenia handlu. Może więc zakaz im w ogóle nie przeszkadza?

Dr Faliński: Przyzwyczaili się, bo nie mają wyjścia. A to na pewno będzie odsuwać decyzję o zmianie przepisów. Zadowolonych i niezadowolonych jest mniej więcej po równo. Ci, co żyją szybko, w zurbanizowanych obszarach, czyli w miastach, nie tylko wielkich, ale aktywnych, gdzie jest biznes, turystyka, to chcieliby pracować. Z kolei ci, którzy wiodą spokojne życie, mają obojętny stosunek do sprawy. A jeśli będą im potrzebne uzupełniające rzeczy typu flaszka czy papierosy, to pójdą na stację benzynową czy do obumierających sklepików, gdzie zrobią droższe zakupy.

Na początku roku podkreślił Pan też kwestię dyskomfortu. Czy on narasta?

Dr Faliński: Z pewnością, zwłaszcza przy korzystaniu z centrów handlowych. To jest negatywnie oceniane na poziomie ok. 70% badanych. Dotyczy to m.in. ludzi, którzy mieszkają poza dużymi miastami, gdzie są galerie. Bo do takich miejsc przyjeżdżało się na zakupy, po rozrywkę, zwyczajnie po bycie w innym świecie. Tak to u nas wygląda…

Zarząd R22 rekomenduje wypłatę 0,30 zł dywidendy i ustala politykę dywidendową

Zarząd R22 przyjął politykę dywidendową, zgodnie z którą spółka będzie wypłacać akcjonariuszom dywidendę w wysokości co najmniej 30 proc. skonsolidowanego zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Zgodnie z rekomendacją zarządu, dywidenda z zysku za 2018/2019 rok obrotowy wyniesie 0,30 zł na jedną akcję.

Jednocześnie, godnie z przyjętą polityką, wartość dywidendy na jedną akcję ma systematycznie rosnąć. Polityka będzie obowiązywać przez okres 5 lat (wliczając rok 2018/2019), przy rekomendacji Zarząd będzie brał pod uwagę sytuację finansową i płynnościową Grupy, a ostateczną decyzję dotyczącą wypłaty dywidendy podejmie Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy.

Zarząd R22 zarekomendował również wypłatę dywidendy za 2018/2019 r. obr. w wysokości 4,23 mln zł, co daje 0,30 zł na jedną akcję. Stopa dywidendy, według kursu zamknięcia z 6 września, wynosi 1,50%.

– W minionym roku osiągnęliśmy rekordowe wyniki, które pozwalają nam dzielić się zyskiem z akcjonariuszami. Już wcześniej, na przełomie czerwca i lipca przeprowadziliśmy skup akcji własnych. Teraz, zgodnie z zapowiedziami rekomendujemy wypłatę pierwszej w historii R22 dywidendy. Chcemy, aby każdego roku była ona wyższa w ujęciu nominalnym. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.

W 2018/2019 r. Grupa osiągnęła 145,6 mln zł przychodów, 37,9 mln zł znormalizowanego zysku EBITDA (wzrost o 39 proc. r/r). Zysk netto wzrósł o 59 proc. do 16,7 mln zł, a zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 11,6 mln zł i było o 70 proc. wyższy niż rok wcześniej.

Jakub Dwernicki – prezes R22
Jakub Dwernicki – prezes R22

– Realizujemy ambitną, ale zrównoważoną strategię rozwoju, która pozwala nam dynamicznie zwiększać skalę biznesu i jednocześnie wypracowywać nadwyżkę gotówkową, którą możemy dzielić się z akcjonariuszami. – dodaje Jakub Dwernicki.

Ostateczną decyzję w sprawie wypłaty dywidendy podejmie Walne Zgromadzenie. Zgodnie z propozycją Zarządu, dniem dywidendy będzie 15 października, a dniem wypłaty dywidendy 22 października.

84% dyrektorów ds. bezpieczeństwa przewiduje wzrost liczby cyberataków

Fortinet, globalny dostawca rozwiązań cyberochronnych, wspólnie z wydawnictwem Forbes Insights zaprezentował raport „Trudne wybory: Jak dyrektorzy ds. bezpieczeństwa informacji zarządzają rosnącymi zagrożeniami przy ograniczonych zasobach”. Dokument przedstawia wyniki ankiety, która wykazała, że 84% dyrektorów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo firmowych informacji przewiduje wzrost ryzyka cyberataków. Natomiast ponad jedna czwarta uznaje, że hakerzy dzięki posiadanym możliwościom wyprzedzają ich działania zabezpieczające przedsiębiorstwa.

W globalnej ankiecie wzięły udział osoby na stanowiskach CISO (Chief Information Security Officer). Wypowiadały się na temat stojących przed nimi wyzwań oraz wprowadzanych strategii w celu sprostania im. Najważniejsze wnioski z badania to:

  • Dyrektorzy ds. bezpieczeństwa coraz częściej wykorzystują sztuczną inteligencję. 48% osób zajmujących się ochroną informacji pracuje nad płynnym zintegrowaniem zabezpieczeń z operacjami sieciowymi, a 45% zamierza wdrożyć strategię bazującą na zaawansowanej analizie, aby zapewnić sobie lepszą widoczność zasobów sieciowych. Dzięki automatycznej analizie i uczeniu maszynowemu sztuczna inteligencja pozwala oszczędzić czas zespołom IT. Zamiast tego mogą skupić się na działaniach kluczowych dla biznesu, jak identyfikacja nietypowych zachowań w sieci czy szybkie reagowanie na zagrożenia.
  • Dyrektorzy ds. bezpieczeństwa chcą zwiększyć przeznaczaną część budżetu na wykrywanie zagrożeń i reagowanie na nie. Ankietowani przeznaczają obecnie średnio 36% swojego budżetu na reagowanie na incydenty. W idealnej sytuacji chcieliby jednak zwiększyć ten odsetek do 40%, zaś przeznaczać mniej zasobów na działania prewencyjne.
  • Szczególnie ważna jest edukacja i szkolenia z zakresu cyberbezpieczeństwa. Według ankiety Forbes Insights, dyrektorzy ds. bezpieczeństwa informacji uważają, że ograniczenia dotykające szkoleń i rekrutacji specjalistów mają znaczący wpływ na przedsiębiorstwa, dla których pracują. Z tego powodu osoby na stanowiskach CISO przykładają więcej uwagi do szkoleń własnych pracowników, – uczą ich dobrych praktyk i świadomości na temat cyberbezpieczeństwa, aby ograniczyć wewnętrzne zagrożenia.
  • Brak odpowiedniego budżetu ogranicza dyrektorów ds. bezpieczeństwa. Zagrożeń jest coraz więcej, ale budżety i zasoby na cyberochronę są w dalszym ciągu ograniczone. Jedna trzecia dyrektorów ds. bezpieczeństwa informacji stwierdziła w ankiecie, że nieadekwatny budżet ma znaczący wpływ na przygotowywane przez nich programy ochronne.
  • Priorytetem jest zabezpieczanie danych klientów i własności intelektualnej. Ponad jedna trzecia respondentów uznaje ochronę marki swojej firmy za kwestię pierwszorzędną, a ponad 36% osób na stanowisku CISO wybrało dane klienta jako priorytet bezpieczeństwa. Większość respondentów stwierdziła również, że własność intelektualna jest jednym z najważniejszych elementów wymagających ochrony i że jest to jeden z głównych celów cyberprzestępców.

Ankieta przeprowadzona przez Forbes Insights potwierdza opinie, jakie słyszymy bezpośrednio od klientów. Dyrektorzy ds. bezpieczeństwa muszą zmagać się dzisiaj z lokowaniem ograniczonych środków i zasobów w projekty ochronne, które mają największy potencjał od wykrywania włamań do reagowania na ataki. Osoby na tych stanowiskach muszą zapewniać maksymalne bezpieczeństwo przy ograniczonych zasobach, jednocześnie wykonując swoje obowiązki kierownicze i zmagając się ze strategicznymi problemami – komentuje John Maddison, wiceprezes firmy Fortinet.

Przejęta przez Bridgestone firma TomTom Telematics będzie działać pod nową nazwą – Webfleet Solutions

TomTom Telematics od początku kwietnia bieżącego roku działa jako część Bridgestone Europe. Pół roku po tym fakcie firma zmieni również samą nazwę i od 1 października funkcjonować będzie jako Webfleet Solutions.

Przejęcie TomTom Telematics to krok ku realizacji ambitnych planów Bridgestone w zakresie poszerzania cyfrowych kompetencji firmy, a tym samym element transformacji koncernu, który z producenta opon klasy premium zmienia się w lidera rozwiązań w zakresie mobilności. Nowa spółka w grupie Bridgestone to wiodący w Europie dostawca rozwiązań do zarządzania flotą – lider w branży, która odnotowuje co roku dwucyfrowy wzrost. Sfinalizowane przejęcie umacnia również pozycję Bridgestone w segmencie rozwiązań opartych na danych, które znacznie poprawiają wydajność i skuteczność biznesu flotowego.

Paolo Ferrari, CEO i Prezes Bridgestone EMEA
Paolo Ferrari, CEO i Prezes Bridgestone EMEA

Nowa nazwa firmy, Webfleet Solutions, nawiązuje do flagowej platformy WEBFLEET, która od ponad 20 lat dostarcza wiodące rozwiązania telematyczne dla flot pojazdów. Działająca pod nowym szyldem spółka pozwoli oferować klientom Bridgestone szerszy wachlarz usług z zakresu mobilności cyfrowej i zarządzania flotą, a także umocnić pozycję spółki jako światowego lidera branży. Webfleet Solutions w regionie EMEA obsługuje obecnie ponad 1,2 miliona pojazdów.. – Paolo Ferrari, CEO i Prezes Bridgestone EMEA, powiedział:

„Kiedy na początku roku włączyliśmy do naszej grupy Webfleet Solutions, staliśmy się wiodącym graczem w branży rozwiązań flotowych. Wspólnie mamy wyjątkowy potencjał, aby być liderem dynamicznie rozwijającego się i innowacyjnego obszaru usług z zakresu mobilności” – komentuje Paolo Ferrari, CEO i Prezes Bridgestone EMEA.

„Mamy ambitne założenia, posiadamy infrastrukturę i zasoby, dane i informacje, a także pracujemy z właściwymi ludźmi, którzy dysponują niezwykle rozległą wiedzą. Teraz, gdy gwałtownie wkraczamy w całkiem nową rzeczywistość i rozwiązania z zakresu zintegrowanej i autonomicznej mobilności stają się faktem, Bridgestone i Webfleet Solutions wspólnie zagwarantują swoim klientom dostęp do nowych korzyści i możliwości, jakie właśnie się przed nami otwierają” – dodaje Paolo Ferrari.

Od momentu potwierdzenia transakcji zespoły Bridgestone i Webfleet Solutions łączą siły i wspólnie poszukują nowych możliwości i innowacji, aby wspierać klientów w rozwijaniu ich biznesów w przyszłości i tworzyć dla nich nową wartość.

Inne wyjście i odroczenie brexitu

Oczywiście, że w temacie brexitu musiał wystąpić niespodziewany zwrot akcji. Boris Johnson nie zamierza się poddać w swoich staraniach doprowadzenia do brexitu 31 października, nawet jeśli ma to oznacza nieczystą grę. Rynki są zadowolone ze śledzenia brexitowej sagi, w przeciwnym wypadku czekałoby je senne wyczekiwanie czwartkowej decyzji EBC.

Ubiegły tydzień kończyliśmy z przekonaniem, że szanse na bezumowny brexit 31 października spadają, gdyż parlament skutecznie zablokował plan rządu przegłosowując ustawę zmuszającą premiera Johnsona do starania się o odroczenie brexitu, jeśli nie uda mu się zawrzeć porozumienia z Brukselą. Jednak dziś stoimy przed nowymi opcjami sabotowania prawnego przymusu. Weekendowa prasa brytyjska donosiła, że Johnson szykuje listowne zwrócenie się do Brukseli z oświadczeniem, że rząd nie chce odroczenia i liczy, że UE na takowe się nie zgodzi. W Unii nie brakuje polityków sfrustrowanych postawą Wielkiej Brytanii i przeciwnych dalszemu odkładaniu brexitu. Z drugiej strony strzałem w kolano byłoby sprzeciwienie się odroczeniu i wzięcie przez UE całej winy za brexit na siebie (a na pewno tak by to było „sprzedane” opinii publicznej przez Johnsona). Stąd rząd brytyjski alternatywnie chce zaskarżyć ustawę w sądzie, licząc na choćby mały błąd w naprędce pisanych przepisach. Naprawdę nie wiadomo, w którą stronę to wszystko się potoczy, co dla GBP oznacza przygaszenie entuzjazmu, jaki narósł przed weekendem. Ponownie staje się niemożliwym oszacowanie prawdopodobieństwa któregokolwiek ze scenariuszy, jeśli wszystko może się zmienić za sprawą jednej decyzji politycznej.

Poza politycznym chaosem na Wyspach, rynki pielęgnują umiarkowany optymizm na bazie tego, że w temacie sporu handlowego USA-Chiny od kilku dni nie usłyszeliśmy niczego niepokojącego. Jeszcze w piątek Chiny zakomunikowały cięcie stopy rezerw obowiązkowych o 50 pb (dla mniejszych banków o 100 pb), co jest dowodem aktywnej roli Pekinu w łagodzeniu skutków wojny handlowej. Ale w weekend dane z handlu przypomniały, że eksport Chin słabnie i to jeszcze przed wejściem w życie nowych ceł. Ogólnie jednak wygrywa przeświadczenie, że oznaki spowolnienia znajdą odpowiedź w ekspansywnej polityce. Zła wiadomość, to dobra wiadomość, ale z umiarem.

USD był pod presją w pierwszych taktach po publikacji danych z rynku pracy. Niższy od prognoz przyrost zatrudnienia był na pierwszym planie, choć rozczarowanie łagodziły silny skok płac. Razem dane sugerują, że słabość zatrudnienia nie musi się brać z wstrzymania przez pracodawców planów rozwoju, a raczej z niedoborów wykwalikowanej siły roboczej (którą często trzeba zatrzymać podwyżkami wynagrodzenia). Co istotniejsze, raport NFP nie dał podstaw do zmiany oczekiwań względem wrześniowej decyzji Fed i dalej oczekujemy obniżki stóp procentowych o 25 pb. W późniejszym wystąpieniu prezes Fed przedstawił względnie optymistyczne spojrzenie na gospodarkę, co sugeruje brak pilnej potrzeby bardziej agresywnego posunięcia ze strony banku centralnego.

EUR/USD jest względnie na tym samym poziomie co w piątek, a rynek myślami jest przy czwartkowej decyzji EBC, gdzie spodziewamy się obniżki stóp procentowych o 10 pb, wprowadzenia systemu różnicowania oprocentowania rezerw banków w krajach członkowskich (tzw. tiering) oraz restart skupu aktywów. Choć pakiet jest spory, wydaje się, że rynek liczy na jeszcze bardziej gołębi wydźwięk EBC. W rezultacie niespełnienie oczekiwań może ostatecznie przynieść odreagowanie dotychczas podtrzymywanej słabości EUR.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Budżet nie jest studnią bez dna

Wydatki państwa z roku na rok rosną. Forum Obywatelskiego Rozwoju co roku oblicza wydatki z budżetu publicznego w przeliczeniu na jednego mieszkańca. W 2018 roku wyniosły one 23 135 złotych – o wiele więcej, niż 18 018 złotych w 2011 roku, kiedy FOR przygotował pierwszy raport. Taki wzrost wydatków państwowych w dużej mierze wynika z polityki rządów. Duża liczba programów społecznych, większe wydatki na zasiłki rodzinne, emerytury i renty sprawiają, że suma realnych wydatków państwa rośnie. Budżet krajowy nie jest jednak studnią bez dna. Wzrost wydatków ma swoje konsekwencje w podwyższeniu podatków i opłat. Niestety zanosi się na to, że nadchodzące wybory parlamentarne nie przyniosą wyczekiwanego przez ekonomistów okrojenia wydatków państwowych.

– Obecnie mamy w przestrzeni publicznej bardzo wiele obietnic złożonych przez polityków – tych rządzących i tych, którzy chcieliby przejąć władzę po jesiennych wyborach. Mam nadzieję, że nie pojawi się zbyt wiele dodatkowych propozycji. One w naszej sytuacji gospodarczej mogłyby być kłopotliwe do sfinansowania – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG. – I tak czeka nas wzrost podatków i różnego rodzaju opłat – żeby to, co w tej chwili jest przyobiecane i w części zrealizowane, można było sfinansować. Mam nadzieję, że nie pojawią się dodatkowe, bardzo kosztowne propozycje. Budżet mógłby ich nie udźwignąć – wskazuje Soroczyński.

IP BOX dla programisty i informatyka – kto może i czy warto?

1.01.2019 r. w życie weszła ulga podatkowa IP BOX, przysługująca m.in. informatykom tworzącym lub rozwijającym autorskie oprogramowanie komputerowe. W teorii miała ona znacznie zmniejszać ponoszone przez przedsiębiorców koszty. W praktyce okazuje się jednak, że skorzystanie z niej wcale nie jest takie łatwe…

Czym jest IP BOX?

IP BOX, czyli Intellectual Property Box to jeden ze sztandarowych projektów rządowych ubiegłego roku. Jest to tzw. preferencyjne opodatkowanie przysługujące osobom, które otrzymują dochody z tytułu komercjalizacji kwalifikowanych praw własności intelektualnej, takich jak patenty, prawa autorskie do oprogramowania czy wzory przemysłowe. Do tej pory musieli oni płacić podatek w wysokości 19% – jeśli byli podatnikami CIT lub 9% – w przypadku płatników PIT. Po wejściu w życie ustawy miałby się on zmniejszyć do 5%. Trzeba przyznać, że w skali roku jest to spora różnica. W przypadku przedsiębiorcy uzyskującego miesięczny przychód w wysokości 5000 zł, którego obowiązuje 19% podatek, wyniesie on aż 11 400 zł. Po obniżeniu go do 5% wynosiłby jedynie 3000 zł.

programowanie

Kto może skorzystać z ulgi podatkowej?

IP BOX w założeniu miał być odciążeniem dla biznesu i zachętą do prowadzenia aktywnej działalności badawczo- rozwojowej. Skierowany jest zarówno do dużych firm, jak i start-upów, czy indywidualnych twórców freelancerów. Prawo do skorzystania z niego mają wszyscy przedsiębiorcy, których biznes można zakwalifikować jako badawczo-rozwojowy. Są nimi np. programiści, tworzący  lub ulepszający istniejące już programy i udostępniający je do ogólnego użytku. Z ulgi podatkowej IP BOX mogą oni skorzystać w odniesieniu do:

  • Dochodów pochodzących ze sprzedaży produktów lub dzieł objętych prawem własności intelektualnej
  • Opłat licencyjnych dotyczących ww. produktów
  • Odszkodowań za naruszenie praw własności intelektualnej dotyczących ww. produktów

programista

Problemy z ulgą podatkową IP BOX

Projekt zapowiadał się bardzo obiecująco, okazuje się jednak, że skorzystanie z niego nie należy do najprostszych. Programiści, którzy chcą, aby obowiązywała ich ulga podatkowa, muszą bowiem odpowiednio wcześnie zadbać o prowadzenie właściwej księgowości. Oznacza to, że:

  • Każdy produkt objęty prawem własności intelektualnej musi być pojedynczo wyodrębniony w księgach rachunkowych przedsiębiorcy
  • Do każdego z tych produktów konieczne jest posiadanie zestawienia przychodów, kosztów ich uzyskania oraz dochodu
  • Zapisy w księgach rachunkowych muszą jasno określać łączny dochód uzyskany z produktów objętych prawem własności intelektualnej
  • Podstawa opodatkowania preferencyjną 5% stawką podatku obliczana jest wg. Wskaźnika NEXUS

Na tym jednak problemy się nie kończą. Ustawa zawiera wiele luk, które są stopniowo uzupełniane kolejnymi interpretacjami Ministerstwa Finansów. Jest to powodem olbrzymiej dezinformacji wśród przedsiębiorców, którzy nabierają coraz większego dystansu do całego programu. Na dodatek z ostatniego, pochodzącego z ministerstwa oświadczenia wynika, że IP BOX będzie obowiązywał dopiero od 2020 r. Dowiedz się więcej o IP BOX.

Spółka Ltd jako alternatywa dla IP BOX

Programiści, którzy chcą uniknąć wysokiego opodatkowania w Polsce, mogą skorzystać z opcji założenia spółki w Wielkiej Brytanii. Dzięki temu zyskają jeszcze większe ulgi niż IP BOX, obejmujące cały dochód, a nie tylko ten pochodzący ze sprzedaży kwalifikowanych praw własności intelektualnej. Kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii wynosi ponad 62 000 zł rocznie. Oznacza to, że wspomniany we wcześniejszej części tekstu przedsiębiorca, który w Polsce musiały zapłacić podatek w wysokości 11 400 zł, tam nie zapłaciłby ani złotówki.

Spółkę Ltd w na terenie UK bez obaw o podwójne opodatkowanie może założyć każdy freelancer pracujący zdalnie. Nie musi on mieszkać, ani nawet czasowo przebywać w Wielkiej Brytanii. Więcej na ten temat można przeczytać tutaj. Jest to więc atrakcyjna propozycja dla programistów oraz innych pracujących na własny rachunek specjalistów, którzy nie chcą płacić tak wysokich podatków w Polsce.

Autor: TaxAngels

Patrioty dla Polski coraz bliżej. Amerykański producent zawiera kolejne umowy z polskim przemysłem obronnym

Zgodnie z harmonogramem do 2022 roku amerykański koncern Raytheon dostarczy Polsce system obrony przeciwrakietowej średniego zasięgu Patriot w ramach programu „Wisła”. Na tegorocznych targach MSPO w Kielcach firma podpisała kontrakt z Hutą Stalowa Wola, która wyprodukuje wyrzutnie do Patriotów. To kolejna z umów zawartych przez amerykański koncern ze spółkami należącymi do Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Wcześniej podpisano umowy z WZE, ZMT oraz PiT-RADWAR. Wszystkie zostaną włączone do globalnego łańcucha dostaw Raytheon i będą mogły konkurować o zamówienia w 16 innych krajach, które dysponują w sumie 220 jednostkami ogniowymi Patriot.

– Pierwsza faza programu „Wisła” jest realizowana zgodnie z harmonogramem, tak aby dostawy były zakończone w 2022 roku. Rozpoczęliśmy na terenie Polski produkcję wyrzutni, sprzętu wsparcia, anten IFF, a także systemów dowodzenia i kontroli – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Pete Bata, wiceprezes polskiego programu zintegrowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej w koncernie Raytheon IDS.

Program obrony powietrznej „Wisła” to jeden z priorytetów Ministerstwa Obrony Narodowej. Pod koniec marca ubiegłego roku szef resortu Mariusz Błaszczak w ramach realizacji pierwszego etapu podpisał umowę na dostawę dwóch baterii Patriot w najnowszej konfiguracji 3+, w tym czterech jednostek ogniowych (na które składają się  4 radary i 4  stanowiska kierowania walką, 6 stanowisk dowodzenia, 16 wyrzutni, wyposażenie techniczne, pakiet logistyczny i szkoleniowy) produkowanych przez amerykański koncern zbrojeniowy Raytheon oraz 208 pocisków rakietowych Lockheed Martin.

Warta ok. 16 mld zł  realizacja I etapu programu „Wisła” to największy do tej pory kontrakt zbrojeniowy w historii polskiej armii. Według harmonogramu MON Patrioty mają trafić do Polski w 2022 roku i zyskać zdolność bojową na przełomie 2023 i 2024. Będą zintegrowane z najnowocześniejszym systemem zarządzania polem walki IBCS, opracowanym dla wojsk lądowych Stanów Zjednoczonych. Polska będzie drugim, po USA, państwem na świecie wykorzystującym Patrioty z systemem IBCS. MON zakupił ten system jeszcze przed jego wejściem do seryjnej produkcji i będzie on wdrażany równolegle w polskiej i amerykańskiej armii.

Po podpisaniu umowy z rządem USA we wrześniu 2018 r. koncern Raytheon rozpoczął produkcję elementów systemu Patriot, które mają trafić do Polski. Raytheon przystąpił  też do podpisywania umów z polskim przemysłem w ramach offsetu. Amerykański koncern i MON wynegocjowali 31 umów offsetowych wycenionych na ponad 220 mln zł.

Wykonawcze umowy offsetowe są w tej chwili negocjowane z PGZ i oczekujemy szybkiego zakończenia tego procesu – mówi Pete Bata.

Podczas 27. targów zbrojeniowych MSPO w Kielcach Raytheon oficjalnie podpisał ze spółką Hutą Stalowa Wola SA (wchodzącą w skład PGZ) umowę na produkcję 16 wyrzutni M903 do systemu Patriot.

 Ma to kolosalne znaczenie w kontekście budowania potencjału i rozwoju polskiego przemysłu obronnego. To nie tylko umowa na dostawy wyrzutni dla Patriota, którą będziemy realizowali w Hucie Stalowa Wola przy współpracy innych spółek PGZ, lecz także kontrakt, który otwiera nam nowe możliwości, daje nowe technologie i możliwość szerszej współpracy ze stroną amerykańską. Pomyślna realizacja projektu wprowadzi nas w cały łańcuch dostaw firmy Raytheon – mówi Bartłomiej Zając, prezes Huty Stalowa Wola S.A.

Umowa z Hutą Stalowa Wola  to kolejny z kontraktów zawartych przez amerykański koncern ze spółkami PGZ. W lipcu i sierpniu br. zostały już podpisane umowy z Wojskowymi Zakładami Elektronicznymi, Zakładami Mechanicznymi Tarnów oraz PIT-Radwar SA. Oznacza to, że wszystkie trzy spółki zostaną włączone do globalnego łańcucha dostaw Raytheon i będą mogły konkurować o zamówienia w 16 krajach, które dysponują w sumie 220 jednostkami ogniowymi Patriot.

 Te umowy są bardzo istotne i oznaczają, że Polska będzie miała możliwość uczestniczenia w znacznie szerszych realizacjach biznesowych z innymi krajami na świecie – mówi Pete Bata.

– Oczekujemy po tej współpracy benefitów biznesowych, które są kluczowe dla naszej spółki, jej rozwoju oraz pozyskania nowych technologii, związanych z offsetem w ramach programu „Wisła”. Te wszystkie benefity napędzają kolejne fazy rozwoju Huty Stalowa Wola i spółek Polskiej Grupy Zbrojeniowej –dodaje Bartłomiej Zając.

W II fazie programu Wisła MON zamierza pozyskać sześć kolejnych baterii Patriot, które – według początkowych zapowiedzi – miałaby trafić do Polski po 2024 roku, ale negocjacje w tej sprawie jeszcze się nie zakończyły.

 Faza pierwsza programu „Wisła” związana z pociskami Patriot stanowi pewien fundament. Następnie jest faza druga, w ramach której proponujemy dostarczenie przez naszą firmę radaru 360 stopni AESA, czyli radaru dookólnego dla systemu Patriot, oraz pocisku przechwytującego SkyCeptor. W ten sposób zostanie zapewniony kompletny system obrony przeciwrakietowej dla Polski – mówi wiceprezes polskiego programu zintegrowanej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej w koncernie Raytheon IDS.

System obrony powietrznej średniego zasięgu Patriot jest głównym systemem antyrakietowym w armii Stanów Zjednoczonych. Poza nią z Patriotów korzysta jeszcze 16 innych państw, w tym m.in. Izrael, Niemcy, Japonia, Arabia Saudyjska, Katar i Szwecja. W sierpniu na zakup systemu Patriot zdecydowało się też Królestwo Bahrajnu.

Ponad 60 proc. małych firm planuje w tym roku inwestycje. Narzekają jednak na warunki finansowania

Ponad 60 proc. małych firm planuje w tym roku inwestycje. Narzekają jednak na warunki finansowania 8

Mikro-, małe i średnie przedsiębiorstwa w Polsce pozytywnie oceniają sytuację ekonomiczną i zapotrzebowanie na swoje produkty i usługi. Przekłada się to na większą skłonność do inwestycji, które w tym i przyszłym roku planuje ponad 60 proc. mikro- i małych oraz 74 proc. średnich firm. Problemem są jednak warunki otrzymania finansowania zewnętrznego – zbyt krótkie okresy spłaty, za małe kwoty czy zbyt wysokie marże. Pozyskanie finansowania mają ułatwić zmiany wprowadzone w programie gwarancji de minimis, które Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) oferuje MŚP. Jedną z głównych będzie możliwość objęcia gwarancją nowego kredytu, którym przedsiębiorstwo chce spłacić już istniejące zadłużenie.

 Z sygnałów i badań rynkowych, które do nas docierają, wynika, że ponad 60 proc. firm planuje inwestycje związane z rozwojem. Jednocześnie przedsiębiorstwa gorzej oceniają wsparcie, jakie jest im udzielane ze strony instytucji finansowych – mówi agencji Newseria Biznes Robert Kasprzak, dyrektor zarządzający pionem zarządzania produktami w BGK.

Jak wynika z lipcowego raportu Centrum Badań Marketingowych Indicator na zlecenie ZBP, tylko 29 proc. mikro- i małych przedsiębiorstw i 38 proc. średnich dobrze lub bardzo dobrze ocenia aktualne warunki wspierania sektora MŚP. Ten odsetek zmniejsza się na przestrzeni ostatnich trzech lat.

– Docierają do nas informacje o zaostrzeniu pewnych kryteriów dotyczących finansowania ze strony banków. Polega to na tym, że są wyższe oczekiwania firm, a niższe kwoty udzielanych kredytów przy jednoczesnych wyższych marżach. Krótszy jest też okres, na jaki udzielane są te kredyty, a kryteria oceny ryzyka kredytowego są bardziej wyśrubowane. Dlatego BGK podejmuje inicjatywę dokonania zmian w systemie gwarancji de minimis, żeby zwiększyć wsparcie dla małych i średnich przedsiębiorstw – mówi Robert Kasprzak.

Wprowadzone zmiany pozwolą objąć gwarancjami de minimis nowe rodzaje zobowiązań, np. tych służących spłacie wcześniej zaciągniętych kredytów. Takie rozwiązanie będzie możliwe wtedy, kiedy bank kredytujący zaoferuje korzystniejsze warunki udzielenia kredytu niż dotychczasowe warunki spłaty zadłużenia.

 Dzięki temu, że obejmujemy gwarancjami nowy kredyt, może on mieć dłuższy okres finansowania albo niższą marżę – mówi Robert Kasprzak. – Drugim z udogodnień jest objęcie gwarancjami kredytów obrotowych, które są wykorzystywane przy użyciu kart kredytowych. Trzecią opcją jest udzielenie gwarancji na linie wielocelowe. Przedsiębiorcom daje to dużą elastyczność, gdyż taka linia może być wykorzystywana do pokrycia zobowiązań wobec banków kredytujących z tytułu udzielanych gwarancji bankowych, akredytyw, odwróconego faktoringu.

Z oferowanych przez BGK gwarancji de minimis do tej pory skorzystało ponad 150 tys. przedsiębiorców. Wartość udzielonych gwarancji to prawie 62 mld zł, a wartość zabezpieczonych nimi kredytów – ponad 110 mld zł. Gwarancje de minimis na nowych zasadach są już stopniowo uruchamiane w bankach, z którymi BGK zawarł umowy dotyczące tego produktu.

– Bank Gospodarstwa Krajowego finansuje wszystkie firmy – począwszy od start-upów, mikro- i małych przedsiębiorstw aż do największych przedsiębiorstw w kraju. Ze wsparcia w ramach gwarancji de minimis można skorzystać w 18 bankach, które współpracują z BGK, oraz około 100 bankach spółdzielczych –mówi dyrektor zarządzający pionem zarządzania produktami w Banku Gospodarstwa Krajowego.

PGE postawi farmy fotowoltaiczne na gruntach PKP. Trwa poszukiwanie odpowiednich terenów

PGE postawi farmy fotowoltaiczne na gruntach PKP. Trwa poszukiwanie odpowiednich terenów 9

Fotowoltaika ma przyszłość – podkreśla prezes PGE Energia Odnawialna Arkadiusz Sekściński. Obecnie Polska pozyskuje zaledwie 800 MW mocy z energii słonecznej. Celem PGE jest osiągnięcie ok. 2,5 GW mocy do 2030 roku. Spółka nawiązała właśnie współpracę ze spółką PKP. Spośród 100 tys. ha kolejowych gruntów PGE wytypuje te, które najlepiej nadają się pod budowę farm fotowoltaicznych. Umowa na pierwszą taką inwestycję ma zostać podpisana w pierwszym kwartale 2020 roku. 

– Fotowoltaika ma w Polsce ogromną przyszłość z kilku powodów. Potrzebujemy w miksie energetycznym źródeł, które pracują w dzień, kiedy jest największe zapotrzebowanie na energię elektryczną. Potrzebujemy tej energii elektrycznej również latem. W Polsce od kilku lat każdego lata pojawia się wyzwanie związane ze zwiększonym popytem. Dodatkowo fotowoltaika to czysta, bezpieczna i zielona technologia, nie wiążą się z nią żadne emisje gazów cieplarnianych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Arkadiusz Sekściński, prezes PGE Energia Odnawialna.

Fotowoltaika jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów Odnawialnych Źródeł Energii w Polsce i na świecie. Przyrost nowych instalacji PV jest bardzo szybki: jeszcze na koniec 2018 roku łączna moc zainstalowana w źródłach fotowoltaicznych wynosiła ok. 500 MW, podczas gdy już w maju br. przekroczyła 700 MW.

Polska – z rocznym przyrostem 235 MW – znalazła się na 9. miejscu wśród państw Unii Europejskiej. Według prognoz w tym roku przybędzie nawet 1 GW nowych instalacji PV, a moc skumulowana instalacji fotowoltaicznych na koniec roku wyniesie 1,5 GW. Dzięki temu Polska awansuje już na 4. miejsce w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych – wskazują eksperci Instytutu Energetyki Odnawialnej w raporcie „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2019”.

– Rząd chciałby, żeby do 2030 roku w miksie było ponad 10 GW w fotowoltaice, a dekadę później – już 20 GW. Dzisiaj mamy zaledwie 800 MW, z czego połowa jest zainstalowana w panelach prosumenckich na dachach. Bezwzględnie jest więc duży popyt i przestrzeń biznesowa na to, żeby ta fotowoltaika się rozwijała – mówi Arkadiusz Sekściński.

– W Polsce rynek fotowoltaiki jest stosunkowo nowym, aczkolwiek dynamicznie się rozwijającym i atrakcyjnym z punktu widzenia szybkości osiągania założonych celów. Grupa PGE jest już dzisiaj liderem segmentu odnawialnych źródeł energii w Polsce, posiadając największy udział w hydroenergetyce i energetyce wiatrowej. Zainicjowana współpraca z PKP jest kolejnym krokiem, by zbudować podobną pozycję również w branży fotowoltaicznej – dodaje Henryk Baranowski, prezes zarządu PGE Polskiej Grupy Energetycznej.

IEO wskazuje, że już w 2019 roku wartość rynku inwestycji w fotowoltaikę przekroczy 3,5 mld zł, a łączne obroty – z wartością energii wytworzonej – przekroczą w tym roku 4 mld zł. Tym samym rynek fotowoltaiczny stanie się głównym obszarem inwestycji w energetyce odnawialnej.

– Fotowoltaika jest również stosunkowo prostym biznesem, nie ingeruje zbytnio w kwestie środowiskowe czy planistyczne. To jest po prostu kwestia pozyskania gruntu, który nie jest wykorzystywany na inne wartościowe cele rolnicze. Następnie ten grunt można wykorzystać poprzez zainstalowanie na nim konstrukcji wsporczych i paneli fotowoltaicznych, które generują energię elektryczną – mówi Arkadiusz Sekściński.

Przedsięwzięcie realizowane z Polskimi Kolejami Państwowymi wpisuje się w Program PV Grupy PGE, którego celem jest osiągnięcie do 2030 r. ok. 2,5 GW mocy z energii słonecznej. Spółka kolejowa jest jednym z największych w kraju właścicieli nieruchomości, dysponuje ok. 100 tys. ha gruntów. Grupa PGE wytypuje spośród nich te, które najlepiej nadają się pod budowę farm fotowoltaicznych. Umowa na pierwszą taką inwestycję ma zostać podpisana w pierwszym kwartale przyszłego roku.

– Na dziś mamy zidentyfikowane i zweryfikowane około 170 ha gruntów. Pierwsza taka nieruchomość, która naszym zdaniem ma największy potencjał do realizacji tego typu inwestycji, znajduje się na Górnym Śląsku – mówi Krzysztof Golubiewski, członek zarządu PKP SA.

Oprócz Śląska wytypowane zostały również pierwsze działki w województwach łódzkim i podkarpackim. Co istotne, PKP są też zainteresowane zakupem energii elektrycznej wyprodukowanej na farmach fotowoltaicznych, które powstaną w wyniku współpracy z PGE. Według wstępnych założeń sprzedaż energii mogłaby się odbywać bezpośrednio na podstawie umowy PPA (Power Purchase Agreements).

– Mocno pracujemy nad podniesieniem efektywności majątku, którym dysponuje PKP. W puli naszych nieruchomości potężny areał stanowią jednak grunty specyficzne, które znajdują się na międzytorzach, gdzie nie ma łatwego dostępu, albo o różnorodnym kształcie. Szukaliśmy pomysłu, jak je wykorzystać i stąd zrodził się pomysł, że na takich gruntach mogą powstawać farmy fotowoltaiczne – mówi Krzysztof Golubiewski.