Social collaboration – 3 korzyści ze współpracy zespołowej online

Jak wynika z raportu Global Human Trends 2019 przeprowadzonego przez Deloitte aż 84% badanych osób przypisuje znaczną lub dużą wagę do przekształcania doświadczeń pracownika, aby poprawić wydajność biznesową firmy[1]. Dla biznesu to wciąż wyzwanie, ale jednocześnie szansa na uzyskanie realnych korzyści m.in. wzrostu efektywności, który bezpośrednio może przekładać się na osiągane zyski.

Filip Fludra, Sales Manager Exact Software Poland
Filip Fludra, Sales Manager Exact Software Poland

Technologia coraz szczerzej wkracza w codzienną pracę, a firmy powinny podążać za najnowszymi trendami, aby móc czerpać z nich pełne korzyści. Jednym z narzędzi, które wspierają nie tylko wykonywanie zadań, ale także wymianę wiedzy i bieżącą komunikację, mogą być systemy ERP czy CRM. Nowoczesne systemy, są znacznie bardziej zautomatyzowane i inteligentne, a doświadczenie użytkownika stawiają na pierwszym miejscu. Rozszerzone o dodatkowe funkcje, pomagają firmom osiągać optymalną współpracę. Interakcja i wspieranie efektywnej komunikacji pomiędzy pracownikami, pozwala budować przewagę konkurencyjną. Na rynku dostępne są moduły stworzone z myślą o współpracy online.  Jakie korzyści niosą za sobą dla firm?

  1. Zwiększanie efektywności

Systemy wspierające współpracę między pracownikami umożliwiają nie tylko kontakt w czasie rzeczywistym, ale co istotne – zbierają i przechowują wszystkie informacje w jednym miejscu. Jest to duża zaleta, odróżniająca takie systemy np. od komunikacji poprzez e-mail, komunikatory czy media społecznościowe. Moduł do systemów ERP może przypominać społecznościową oś czasu dostępną wewnątrz przedsiębiorstwa. Oferuje rozwiązania jak Facebook czy LinkedIn, dzięki czemu jest intuicyjny w obsłudze. Takie moduły umożliwiają udostępnianie informacji określonym grupom, odpowiednie ustawienie powiadomień push czy podpinanie wiadomości pod konkretne projekty lub karty klientów – mówi Filip Fludra Sales Manager Exact Software Poland. Firma korzystając z tego typu aplikacji, zapewnia bieżący dostęp do informacji i potrzebnych dokumentów, niezależnie od lokalizacji – dzięki wykorzystaniu urządzeń mobilnych, co może znacząco przyspieszyć współpracę. Ma to istotne znaczenie zwłaszcza w przypadku projektów międzydziałowych czy pomiędzy osobami pracującymi w różnych lokalizacjach.

Budowanie efektywności w firmie w dużej mierze zależy także od optymalnego przekazywania procesów i zadań pomiędzy poszczególnymi pracownikami czy działami. W Social Collaboration łatwo można monitorować przepływ pracy w danym projekcie na własnej osi czasu. W przypadku pracy zespołowej, która odbywa się etapami, informacje o kolejnych krokach przekazywane są bezpośrednio w systemi. Pracownicy z danej grupy otrzymują powiadomienia np. o nowych informacjach od klienta, zaakceptowanych działaniach czy dokumentach itp. Po zakończeniu jednego etapu, kolejny pracownik otrzymuje jasny sygnał, że może przystąpić do dalszej pracy, a jednocześnie ma łatwy dostęp do wszystkich potrzebnych informacji. Grupa pracująca nad danym projektem, ma wgląd w cały proces, otrzymuje bieżące wiadomości i łatwo może nawiązać dyskusję, jeśli jest to potrzebne. Czas zaoszczędzony na szukaniu informacji czy ich przekazywaniu, pracownicy mogą wykorzystać na bardziej istotne zadania i lepiej skupić się na postawionych celach.

  1. Wyeliminowanie ryzyka utraty wiedzy

Wiedza wypracowana przez pracowników wewnątrz przedsiębiorstwa jest istotnym zasobem firmy, który powinien być jak najlepiej wykorzystany. Pozwala to zwiększać efektywność działań, a także oszczędzać czas poświęcany m.in. na wdrożenie nowych pracowników czy poszukiwanie informacji.

Jednym z ważnych elementów pracy zespołowej są nieformalne dyskusje i wymiana wiedzy. Przeniesienie ich do systemu, w którym są łatwo dostępne na bieżąco, a także przechowywane, znacznie ułatwia późniejszy dostęp do nich i pozwala w pełni wykorzystywać wypracowane już doświadczenia pracowników. Surowe dane dotyczące różnych transakcji czy działań są dzisiaj już niewystarczające. Aby budować przewagę konkurencyjną, warto w pełni wykorzystywać wiedzę, którą posiadają pracownicy, także tę nieformalną, która bywa bardzo pomocna np. w domykaniu transakcji czy efektywnym kontakcie z klientami – mówi Filip Fludra, Sales Manager Exact Software Poland.

  1. Uporządkowanie informacji wg własnych potrzeb

Ułatwieniem zarówno codziennej pracy jak i zarządzania projektami czy zespołem, może być możliwość sortowania informacji zgodnie z własnymi preferencjami. Moduły umożliwiają podgląd własnej osi czasu, która działa podobnie jak np. tablica na LinkedInie czy Facebooku. Widoczne są tam wszystkie wiadomości, do których dany użytkownik został przypisany lub które były skierowane bezpośrednio do niego. System umożliwia tworzenie grup czy obszarów roboczych, a pomiędzy widokami można przełączać się za pomocą jednego kliknięcia. Pomaga to uporządkować prace i dostosowywać sposób układania informacji pod konkretną osobę. Przy przełączeniu się na podstronę konkretnego projektu łatwo można tworzyć harmonogramy, dodawać dokumenty i różnego rodzaju pliki (w też zdjęcia czy filmy), a także oznaczać konkretnych użytkowników i przypisywać ich do zadań. Choć nowe informacje dostępne są na głównej osi czasu, widok projektowy skupia je w jednym miejscu. System umożliwia także interakcje między użytkownikami, nie tylko poprzez aktywne dyskusje, ale także możliwość reagowania na posty.

Moduły wspierające systemy ERP czy CRM ułatwiają pracę nie tylko pracownikom, ale także wspierają efektywne zarządzanie działem czy całym przedsiębiorstwem. Przestrzeń robocza daje jasny wgląd do informacji finansowych. Prezentowane są m.in. prognozy sprzedaży, koszty wymagające zafakturowania czy godziny spędzone nad danym projektem. W jednym miejscu widoczne są zarówno bardzo ogólne, jak i szczegółowe informacje o całej firmie, a raporty generuje się za pomocą kilku kliknięć.

[1] https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/human-capital/articles/raport-trendy-hr-2019.html

DRUTEX – wyniki po I połowie 2019 r.

Drutex po I połowie 2019 r. zanotował rekordowe wyniki sprzedaży. W pierwszym półroczu br. przychody wyniosły ponad 440 mln zł, natomiast zysk brutto 65 mln zł. W skali całego roku Drutex zakłada przekroczenie poziomu 1 mld zł obrotów. Firma mocno inwestuje w rozwój rozbudowując zakład m.in. o nową halę produkcyjną o powierzchni 14 tys. mkw., nowoczesny biurowiec czy zautomatyzowany dział wtryskarek.

Leszek Gierszewski
Leszek Gierszewski, Prezes Drutex S.A.

– Wyniki sprzedaży osiągnięte w pierwszej połowie tego roku oceniamy jako bardzo dobre. 10 % wzrost wielkości sprzedaży względem analogicznego okresu poprzedniego roku bardzo nas cieszy. Wyniki finansowe potwierdzają jednocześnie, że rozwijamy się we właściwym kierunku, podejmujemy trafne decyzje biznesowe, a nasza szeroka oferta jest świetnie dopasowana do potrzeb i oczekiwań klientów na całym świecie. Cały czas inwestujemy w zwiększenie mocy produkcyjnych, bo na dzień dzisiejszy to nasze jedyne ograniczenie. Automatyzujemy i optymalizujemy procesy produkcyjne, wyposażamy hale produkcyjne w innowacyjne maszyny i urządzenia, tworzymy własne systemy informatyczne mające na celu usprawnienie produkcji. Niedługo uruchomimy nową halę produkcyjną, której koszt wraz z wyposażeniem wynosi ok. 40 mln zł. W ciągu trzech miesięcy udało nam się stworzyć własny, nowoczesny dział wtryskarek, który wytwarza wszelkie komponenty i półprodukty na potrzeby naszych okien, rolet czy drzwi. Rozbudowujemy biurowiec, wprowadzamy nowe produkty do oferty. To zagwarantuje nam dalszy dynamiczny wzrost skali działalności w kolejnych okresach. Generalnie, idziemy mocno do przodu i jestem przekonany, że najlepsze dopiero przed nami.powiedział Leszek Gierszewski, Prezes Drutex S.A.

W pierwszej połowie tego roku Drutex osiągnął przychody na rekordowym poziomie ponad 440 mln zł, co oznacza wzrost w ujęciu r./r. o 10%. Zysk brutto w minionym okresie wzrósł do około 65 mln zł. – Zakładamy tym roku oraz w kolejnych latach wzrost przychodów w tempie co najmniej 10% rocznie. Oznacza to, że w całym 2019 roku powinny przekroczyć 1 miliard złotych obrotów – przyznał Leszek Gierszewski.

DRUTEX, to wiodący producent okien, drzwi i rolet w Europie. Firma, w ciągu około 30 lat stała się marką rozpoznawalną nie tylko w Polsce, ale niemal na całym świecie. Jej dynamiczny rozwój stał się możliwy dzięki stabilnym fundamentom opartym w 100% na polskim kapitale. Strategię zorientowaną na najwyższej jakości produktów, najnowocześniejszej technologii oraz proinwestycyjnej polityce, od samego początku wcielał w życie twórca tego okiennego giganta Leszek Gierszewski. Dzisiejsza pozycja DRUTEXU nie byłaby możliwa, gdyby nie zadowolenie i uznanie klientów, których firma liczy już kilka milionów i z każdym rokiem ta liczba bardzo szybko rośnie. DRUTEX jest dziś postrzegany jako jeden z najlepszych ambasadorów polskiego przemysłu na świecie.

Budowa 5G przyspieszy w przyszłym roku. Nowa sieć może przynieść duże oszczędności dla małego i średniego biznesu

Budowa 5G przyspieszy w przyszłym roku. Nowa sieć może przynieść duże oszczędności dla małego i średniego biznesu 1

W przyszłym roku – zgodnie z wymogami Komisji Europejskiej – kraje członkowskie Unii Europejskiej powinny uruchomić technologię 5G w co najmniej jednym dużym mieście. Do 2025 roku są natomiast zobowiązane zapewnić szerokie pokrycie siecią 5G na głównych szlakach transportowych i obszarach miejskich. Według danych przytaczanych przez Polski Instytut Ekonomiczny, wdrożenie sieci 5G na terenie całej Polski będzie kosztować w sumie ponad 20 mld zł. Może na tym jednak skorzystać cały przemysł, a szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa – podkreślali eksperci podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy.

– Sieć 5G przyspieszy rozwój Przemysłu 4.0. W grupie małych i średnich przedsiębiorstw bez sieci 5G on w zasadzie w ogóle nie będzie możliwy. Przemysł 4.0 bez sieci 5G nie będzie funkcjonować – tak jak smartfon nie może działać bez odpowiedniej sieci komórkowej. Jeżeli nie dostanie on odpowiedniej jakości sieci, nie będzie mógł wykorzystać technologii, którą już w tej chwili ma do dyspozycji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Tworóg, wiceprezes Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji.

Jak podkreśla, sieć 5G będzie cyfrowym środowiskiem, które pozwoli firmom na lepsze wykorzystywanie posiadanych zasobów, zwiększenie efektywności i współpracę między sobą. To z kolei umożliwi rozwój innowacji, nowych usług i tworzenie nowych modeli biznesowych. Szacuje się, że światowe przychody generowane przez usługi powiązane z siecią 5G powinny osiągnąć równowartość 225 mld euro w 2025 roku. Z kolei według Komisji Europejskiej korzyści z wprowadzenia 5G w czterech kluczowych sektorach przemysłu (motoryzacja, zdrowie, transport i energia) mogą sięgnąć 114 mld euro rocznie – wynika z raportu „Strategia 5G dla Polski” Ministerstwa Cyfryzacji.

– 5G będzie istotnym elementem czwartej rewolucji przemysłowej, przede wszystkim dla małych przedsiębiorstw, które będą mogły redukować swoje koszty w warstwie produkcji, jak i usług – mówi Marcin Cichy, prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

–  Im mniejsze przedsiębiorstwo, tym gorzej wykorzystuje swoje zasoby. Żeby to robić lepiej, musi się włączyć w sieć kooperacji, a do tego potrzebne jest środowisko, jakim jest sieć 5G – mówi Tworóg. – Po włączeniu się w odpowiednio dużą sieć współpracy cyfrowej w systemie 4.0 firma może nawet dwukrotnie zwiększyć efektywność wykorzystania swoich zasobów, co oznacza w praktyce, że może zmniejszyć swoje koszty wytwarzania nawet o 40 proc.

– Małe i średnie przedsiębiorstwa są motorem innowacji. Sieć 5G jest podstawą technologiczną, która może dać im możliwość tworzenia innowacji, a to zaowocuje powstawaniem w Polsce nowych biznesów. Małe opóźnienia i szybki przesył danych stworzą nieograniczone możliwości dla firm – dodaje Radosław Kędzia, wiceprezes Huawei w regionie Europy Środkowo-Wschodniej i krajach nordyckich.

Sieć 5G ma stworzyć rewolucyjne w porównaniu z LTE możliwości, oferując większą pojemność sieci i ultraszybką komunikację. Podczas gdy LTE pozwala na dostęp do internetu z przepustowością liczoną w megabitach, sieć 5G stworzy możliwość przesyłania danych z prędkością sięgającą kilku czy nawet kilkudziesięciu gigabitów na sekundę, a czas opóźnienia transmisji skróci się z kilkudziesięciu do kilku milisekund. Według danych przytaczanych przez Polski Instytut Ekonomiczny, oferowana przez 5G maksymalna prędkość transmisji poprawi się o 20 razy.

Stąd upowszechnienie 5G przyczyni się do rozwoju takich usług jak telemedycyna, internet rzeczy (IoT), rozwiązania z obszaru smart city (np. analiza ruchu i prędkości pojazdów w czasie rzeczywistym do sterowania sygnalizacją świetlną) czy samochody autonomiczne.

– Sieć 5G do końca przyszłego roku powinna być przynajmniej w jednym polskim mieście. Prezes UKE ustalił też harmonogram w tym zakresie – chcielibyśmy dystrybuować częstotliwości do połowy przyszłego roku, tak aby pod koniec 2020 roku przedsiębiorcy mieli jeszcze czas na roll-out sieci, czyli na postawienie nadajników i uruchomienie usług komercyjnych – mówi Marcin Cichy. – Mamy nowelizację prawa telekomunikacyjnego, megaustawę, a regulator dysponuje już narzędziami, które może wykorzystać, żeby skutecznie wspólnie z operatorami wdrożyć 5G do końca 2020 roku przynajmniej w jednym mieście w Polsce – ocenia.

Z raportu  „Model wdrożenia i eksploatacji sieci 5G w Polsce” PIE wynika, że koszty budowy sieci 5G w całym kraju sięgną 20,3 mld zł. Eksperci z Grupy Roboczej ds. IoT przy Ministerstwie Cyfryzacji (raport „IoT w polskiej gospodarce”) wskazują, że uruchomienie 5G będzie wiązać się z koniecznością rozbudowy infrastruktury telekomunikacyjnej, wliczając w to infrastrukturę szkieletową oraz nowe punkty dostępowe i stacje bazowe. Stąd istotne jest, żeby polskie regulacje nie hamowały szybkiej rozbudowy infrastruktury, bo mogłoby to skutkować opóźnieniem w powszechnym wdrożeniu 5G w Polsce.

Jak podkreśla Radosław Kędzia, wdrożenie 5G nie będzie możliwe bez współpracy firmy telekomunikacyjnych, technologicznych i regulatorów, także na poziomie międzynarodowym.

– Dostarczamy rozwiązania i pracujemy nad rozwojem technologii 5G już prawie 7 lat. Prowadziliśmy badania naukowe na całym świecie. Rozpoczęliśmy już także prace nad standardem 6G, który nadejdzie za wiele lat, natomiast prace badawczo-rozwojowe muszą być prowadzone od podstaw. Wiele organizacji oznaczyło nas jako lidera w technologii 5G. Będziemy dostarczać najlepsze i najbezpieczniejsze rozwiązania dla rynku telekomunikacyjnego w Polsce, w Europie i na świecie – podkreśla Radosław Kędzia.

Nadszedł czas transakcji bezgotówkowych i pieniądza elektronicznego

Świat coraz szybciej odchodzi od pieniądza papierowego i transakcji gotówkowych. Bardzo wyraźnie widać to również w Polsce. Wielu rodzimych przedsiębiorców zdobyło już pierwsze doświadczenia z pieniądzem elektronicznym, a fintechy oferują ciekawe rozwiązania, realnie wspierające rozwój polskich firm.

Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska

W Szwecji trwa debata nad wprowadzeniem e-korony. Tamtejsze media od wielu miesięcy informują, że szwedzki bank centralny (Riksbank) pracuje nad elektroniczną walutą. Oczywiście nie wszystkim się to podoba. Przedstawiciel Swedish Bankers Associations powiedział, że e-korona nie oferuje nic nowego i jest to po prostu kontem bankowym, tyle, że w Riksbanku.

Niezależnie od tego, czy e-korona zostanie wdrożona pomimo oporu przedstawicieli tradycyjnych instytucji finansowych czy nie, Szwedzi odchodzą od pieniądza papierowego i Szwecja staje się krajem coraz bardziej bezgotówkowym. Karty kredytowe i debetowe są tam najczęstszym sposobem płatności, a udział transakcji za pośrednictwem smartfona jest taki sam, jak udział transakcji gotówkowych.

Warto podkreślić, że transakcje bezgotówkowe i pieniądz elektroniczny są popularne nie tylko wśród konsumentów, ale i u przedsiębiorców. Firmy realizujące płatności oczekują po prostu wyższego poziomu bezpieczeństwa. Potwierdza to sukces kolejnych platform płatności w czasie rzeczywistym, w tym wyspecjalizowanych w rozliczeniach business-to-business (BtoB).

Pieniądz elektroniczny – argumenty „za” i „przeciw”

Zjawisko odchodzenia od transakcji gotówkowych jest widoczne w wielu krajach. Możemy wskazać kilka konkretnych czynników, które wpływają na to, że firmy i klienci chętniej rozliczają się bezgotówkowo. Przede wszystkim taka forma płatności jest z pewnością dużo szybsza i efektywniejsza. Po drugie, przedsiębiorcy i konsumenci nie muszą też się martwić, że przechowywana przez nich gotówka zostanie ukradziona, lub po prostu zostanie zgubiona – jeśli system e-pieniądza jest odpowiednio zbudowany, to zawiera rozwiązania zapewniające jego bezpieczne funkcjonowanie.

Czy zatem odchodzenie od tradycyjnego pieniądza przybiera na sile? Odpowiedź sama ciśnie się na usta: zdecydowanie tak. I ten trend jest bardzo wyraźny. Najlepiej dowodzi go sukces jednego z prekursorów pieniądza elektronicznego – firmy PayPal, która jest w ostatnim czasie gwiazdą amerykańskiej giełdy. Jej giełdowa kapitalizacja – ponad 130 miliardów dolarów – jest już znacznie większa niż wielu działających globalnie banków.

Także z perspektywy zapewnienia bezpieczeństwa obrotu gospodarczego znajdziemy liczne argumenty, które skłaniają firmy do odejścia od papierowego pieniądza. Przykładowo, obieg pieniędzy elektronicznych można łatwiej nadzorować, co jest pomocne w uniknięciu zarzutów o udział w „praniu „brudnych pieniędzy”. A często pochodzą one z przestępstw przeciwko przedsiębiorcom. Na przykład pochodzących z wymuszeń, w których pojawiają się tak często stosowane w cyberatakach na systemy IT elementy żądania zapłacenia okupu. Tu zresztą się ujawnia przewaga e-pieniędzy poddanych nadzorowi nad kryptowalutami.

Przy argumentacji mniej konwencjonalnej, wskazuje się także, że gotówka jest po prostu… niehigieniczna. Były nawet prowadzone badania m.in. o tym, jakiego rodzaju substancje, wirusy czy bakterie można znaleźć na banknotach.

Cyberbezpieczeństwo dotyczy tradycyjnych, jak i nowoczesnych instytucji finansowych

Oczywiście ewentualne pojawienie się na szeroką skalę e-pieniądza może wygenerować także negatywne efekty uboczne. Wynikają one głównie z kwestii technologicznych. Skoro wszystko dzieje się na serwerach czy w chmurze obliczeniowej, to pojawiają się różnego rodzaju zagrożenia z obszaru cyberbezpieczeństwa.

Instytucje finansowe stale poddawane są atakom przestępców, którzy za cel obierają sobie choćby systemy bezpieczeństwa banków czy operatorów kartowych. Dlatego tak ważne zapewnienie bezpieczeństwa cyfrowego klientom – to obecnie wręcz być albo nie być, zarówno dla tradycyjnych banków, jak i dla szybko rosnących w siłę fintechów.

Można oczywiście jeszcze długo dyskutować o zaletach i wadach operacji bezgotówkowych i gotówkowych. W mojej opinii ogólny bilans zagrożeń i szans przemawia za pieniądzem elektronicznym. Papierowe pieniądze odchodzą do lamusa i z czasem ich zastosowanie będzie malało.

Globalny trend

Coraz mocniejsze stawianie na gospodarkę bezgotówkową i pieniądz elektroniczny to tendencja ogólnoświatowa, widoczna przede wszystkim w wielu krajach Azji i co ciekawe, Afryki.

Druga obecnie gospodarka świata, czyli Chiny, zdecydowanie dystansują państwa zachodnie w kwestii adaptacji pieniądza elektronicznego. Wystarczy wspomnieć, że we współpracy biznesowej z przedsiębiorstwami z Państwa Środka np. niekorzystanie z aplikacji WeChat jest poważną barierą w rozwoju kontaktów biznesowych. Aplikacja ta pozwala prowadzić komunikację biznesową z większością chińskich kontrahentów, w tym uzgodnić warunki i co ważne dokonać rozliczenia kontraktu. Można także wspomnieć o systemie płatności Alipay. W Polsce jest on także coraz bardziej popularny, ponieważ za pomocą tego systemu płaci się za zakupy zrobione poprzez znaną chińskie strony internetowe.

Inny przykład to Indie. Kraj ten miał spore wyzwanie ze skuteczną dystrybucją świadczeń socjalnych wśród najuboższych obywateli. Jednak od czasu, kiedy wprowadzono tożsamość cyfrową, czyli coś na kształt e-dowodu, okazało się, że obywatele uzyskali dostęp do wielu rozwiązań cyfrowych, w tym e-pieniądza. Warto pamiętać, że aby posługiwać się w kontaktach biznesowych na tamtejszym rynku pieniądzem elektronicznym, należy posiadać tzw. zidentyfikowaną tożsamość (ang. proof of identity).

Równie ciekawy, choć dla wielu osób zapewne bardziej zaskakujący, jest przykład Afryki. To właśnie kraje z Czarnego Lądu są jednymi z liderów adaptacji transakcji bezgotówkowych. Wiele tamtejszych społeczeństw weszło do gospodarki opartej na transakcjach bezgotówkowych z pominięciem kolejnych etapów rozwoju obiegu pieniądza, typu karty płatnicze. Przykładem stosunkowo dobrze funkcjonującej afrykańskiej gospodarki z dużym udziałem rozliczeń bezgotówkowych jest Kenia, jedna z gospodarek będących liderem płatności. Wszystko za sprawą tamtejszej platformy do płatności mobilnych M-Pesa. Została ona stworzona przez jednego z operatorów komórkowych i dzisiaj spora grupa Kenijczyków korzysta z tej formy płatności – od regulowania rachunków za prąd czy gaz, po zakup biletu autobusowego.

Instytucja pieniądza elektronicznego

Od ponad roku Ebury jest instytucją pieniądza elektronicznego. Dlatego w zakresie rozliczeń i płatności mamy status na równi z bankami. Co istotne, umożliwiamy eksporterom i importerom dostęp do bankowości transakcyjnej, która daje im istotne przewagi w prowadzeniu działalności gospodarczej na międzynarodową skalę – nie tylko w Europie, ale także np. w wielu krajach Azji i Afryki.

Z racji wielu kontaktów z przedsiębiorcami obserwujemy, że wśród polskich eksporterów i importerów szybko wzrasta popularność korzystania z pieniądza elektronicznego. Dzieje się tak dlatego, że pieniądze elektroniczne mają przeznaczenie do konkretnych zastosowań. Polscy przedsiębiorcy, prowadzący rozliczenia handlowe z firmami z coraz większej ilości krajów, zamiast zakładać kolejne konta walutowe mogą w prosty sposób skorzystać z inkaso w 68 walutach.

Więc jeśli ktoś chce wystawiać faktury w dużej ilości walut, to posługiwanie się portfelem pieniądza elektronicznego (ang. electronic money wallet, e-portfel) jest najbardziej efektywnym rozwiązaniem. Z jednej strony polska firma może działać globalnie. Z drugiej – jego klienci lub kontrahenci często oczekują, aby płacić w ich lokalnej walucie i dokonywać zapłaty bezpośrednio w swoim kraju. Jest to bardzo wygodne i praktyczne rozwiązanie, a co równie istotne – korzystniejsze kosztowo niż tradycyjne usługi finansowe.

Ramy prawne

Kwestie prawne związane z pieniądzem elektronicznym są regulowane za pomocą unijnej dyrektywy PSD II (Payment Services Directive II), która rewolucjonizuje usługi finansowe. Jeśli chodzi o prawo polskie, warto zapoznać się z ustawą z dnia 19 sierpnia 2011 r. o usługach płatniczych.

Autor: Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury Polska

Przez 10 lat liczba polskich mieszkań wzrosła o 10%

Od kilku miesięcy portal RynekPierwotny.pl, ze względu na obchodzony jubileusz 10-lecia, podsumowuje ostatnią dekadę na rynku mieszkaniowym. Wiemy już, jak zmieniła się liczba polskich mieszkań (domów i lokali) w 2018 r, dlatego też eksperci portalu postanowili porównać ubiegłoroczne wyniki oraz dane z końca minionej dekady.

Główny Urząd Statystyczny regularnie podaje szacunkowy rozmiar polskiego zasobu mieszkaniowego, czyli liczbę lokali oraz domów. Informacje dotyczące takiej liczby mieszkań z końca 2018 roku, najwcześniej pojawiły się w Małym Roczniku Statystycznym Polski 2019. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zaprezentować te najnowsze dane, których wcześniej nie analizowały inne media.

Szacunki GUS – u wskazują, że pod koniec 2018 r. zasób mieszkaniowy Polski liczył 14,615 mln mieszkań. Oznaczało to wzrost o 9,9% względem wyniku z 2009 r. (13,302 mln). Analogiczne zmiany z uwzględnieniem różnych właścicieli domów i lokali wyglądają następująco:

  • mieszkania stanowiące własność osób fizycznych – 11,545 mln pod koniec 2018 r. (wzrost o 23% względem 2009 r.)
  • mieszkania będące własnością spółdzielni mieszkaniowych – 2,030 mln pod koniec 2018 r. (spadek o 21% względem 2009 r.)
  • mieszkania stanowiące własność gmin – 841 pod koniec 2018 r. (spadek o 21% względem 2009 r.)
  • mieszkania będące własnością towarzystw budownictwa społecznego (TBS) – 102 pod koniec 2018 r. (wzrost o 29% względem 2009 r.)
  • mieszkania stanowiące własność zakładów pracy – 69 pod koniec 2018 r. (spadek o 48% względem 2009 r.)
  • mieszkania będące własnością Skarbu Państwa – 28 pod koniec 2018 r. (spadek o 51% względem 2009 r.)

Warto pamiętać, że imponujący wzrost liczby mieszkań należących do osób fizycznych był nie tylko efektem budowy nowych lokali oraz domów. Od 2009 r. do 2018 r. miały również miejsce liczne wykupy lokali spółdzielczych i komunalnych. Takie transakcje były główną przyczyną szybkiego kurczenia się zasobu mieszkaniowego spółdzielni oraz gmin. Swoich mieszkań chętnie pozbywały się także zakłady pracy oraz instytucje zarządzane przez Skarb Państwa.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Coś pozytywnego na teraz

Inwestorzy na rynkach finansowych wyrażają zadowolenie z informacji, że USA i Chiny planują powrót do rozmów handlowych na początku października. W poprawie sentymentu pomagają też pozytywne doniesienia z Hong Kongu o spełnieniu jednego z kluczowych postulatów protestujących, jak również osłabienie ryzyka bezmownego brexitu pod koniec przyszłego miesiąca.

W ostatnich tygodniach doniesienia sugerowały, że już w tym miesiącu rozpoczną się poważne rozmowy mające załagodzić zaostrzona wojnę celną między Waszyngtonem i Pekinem, by później pojawiały się duże wątpliwości, czy do jakichkolwiek rozmów w ogóle dojdzie. Na takim tle komunikat chińskiego Ministerstwa Handlu o planowanym wyjeździe do Waszyngtonu rynki odbierają jako pozytywny zwrot. Mimo to nie robiłbym sobie dużych nadziei na postępy. Zbyt wiele szkód wyrządziła sierpniowa eskalacja napięć, aby dało się wszystko odwrócić jedna wizytą. Od niedzieli obowiązują nowe cła, które prezydent Trump traktuje jako osobisty sukces, a na Twitterze nie słabnie jego werbalna ofensywa. Jeszcze we wtorek prezydent USA stwierdził, że jeśli wygra wybory, umowa handlowa będzie „dużo surowsza”, a „w międzyczasie chiński łańcuch dostaw rozpadnie się, a firmy, miejsca pracy i pieniądze znikną!” Takie stanowisko nie przekona Chin, że USA mają dobre intencje we wznowieniu negocjacji. Ostatnie miesiące pokazują też, że zdanie Trumpa może ulec zmianie o 180 stopni z dnia na dzień, więc jak można wierzyć w jakiekolwiek deklaracje strony amerykańskie znad stołu negocjacyjnego? USA zależy na ukróceniu dążeń Chin do stania się globalną potęgą, co będzie podsycać konflikt handlowy na długo. Na razie możemy mieć pretekst do poprawy rynkowych nastrojów i chwili optymizmu w ponurych czasach. Ale nic więcej.

Wczoraj premier Wielkiej Brytanii poniósł podwójną porażkę w parlamencie. Opozycja i buntownicy z jego własnej partii przegłosowali ustawę blokującą rządowi możliwość przeprowadzenia bezumownego brexitu 31 października. Izba Gmin nie zgodziła się także na przedterminowe wybory 15 października. W efekcie rząd musi prosić UE o odroczenie daty brexitu o kolejne trzy miesiące, chyba że wcześniej zawrze porozumienie z Brukselą (co jest jednak nieprawdopodobne). Jeśli Izba Lordów zatwierdzi ustawę, bezumowny brexit 31 października stanie się niemożliwy… jako strategia rządu. By faktycznie był wykluczony, konieczna jest jeszcze zgoda UE. Jest oczywistym, że państwom europejskim nie zależy na pogrążeniu Wielkiej Brytanii w chaosie, ale jednocześnie potrzeba solidnego argumentu dla odroczenia daty brexitu. W kwietniu ówczesna premier Theresa May wywalczyła odroczenie z przyrzeczeniem przekonania parlamentu do zaakceptowania umowy rozwodowej. Krytykujący dokument Johnson nie będzie miał tej opcji do dyspozycji i jedyne, co mu zostanie, to wizja odzyskania kontroli nad parlamentem po przedterminowych wyborach, ale już po 31 października. Wielka Brytania ponownie opóźnia rozstrzygnięcie brexitu. Odbicie funta jest wyrazem odsunięcia w czasie najgorszego scenariusza, który jednak wciąż może wystąpić kiedyś w przyszłości.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP

Niemal co piąta mała i średnia firma (18%) doświadczyła utraty danych w ciągu ostatnich 6 miesięcy – wynika z badania Bezpieczeństwo przechowywania danych w MŚP zrealizowanego na zlecenie firmy One System. Jednocześnie, firmy zdają się być świadome związanych z tym zagrożeń. Według ankietowanych największe ryzyko dla firmowych danych stanowią awarie sprzętowe (65%), nieuwaga i nieroztropność pracowników (59%) oraz ataki hakerów (40%).infografika_1

W ciągu minionego roku firmowe dane straciło 3%, a na przestrzeni ostatnich dwóch lat – 4% badanych MŚP. Przed ponad dwoma latami do takiego incydentu doszło u 11% firm. Zaskakiwać może fakt, że aż 60 proc. ankietowanych twierdzi, że do tej pory nie zmierzyło się z taką sytuacją. Świadczyłoby to o dobrym przygotowaniu MŚP na wszelkie zdarzenia zagrażające bezpieczeństwu danych. W rzeczywistości sytuacja zapewne nie jest tak optymistyczna. Należałoby przyjąć, że część badanych po prostu nie przyzna się do takiego incydentu. Są też organizacje, które nie mogą ujawniać takich faktów lub takie, które o utracie swoich danych dopiero się dowiedzą – komentuje Przemysław Sagalski z One System. Nie mamy wątpliwości, że przedsiębiorstwa dzielą się na takie, które już doświadczyły utraty danych oraz takie, które stracą je w niedalekiej przyszłości. Dlatego koniecznością dla każdej firmy, niezależenie od jej wielkości, jest wdrożenie planu tworzenia kopii zapaso­wych, które pozwolą odzyskać informacje po takim incy­dencie. Taki plan powinien stać się częścią szerszej polityki ochrony danych. – dodaje.

(Nie)przygotowani na najgorsze?

Co ciekawe, małe i średnie firmy są świadome ryzyk związanych z bezpieczeństwem danych. 65% badanych jako największe zagrożenie wskazało awarię sprzętową, 59% nieuwagę lub nieroztropność pracowników. Na atak hakerski wskazało 40% ankietowanych. Badane firmy liczą się też z możliwością sabotażu ze strony swoich pracowników – na tę odpowiedź wskazało 32% z nich. Jak mogą przygotować się na te zagrożenia? Podstawą jest nowoczesna infrastruktura serwerowa, która zagwarantuje, że ewentualna awaria nie spowoduje przerwy w działaniu całego systemu i zapewni firmie ciągłość działania. Receptą na potencjalne zaniedbania pracowników powinna być z kolei regularna edukacja personelu na temat dobrych praktyk z zakresu ochrony danych. Tylko w ten sposób uda się wytworzyć właściwe nawyki i uniknąć dotkliwych skutków cyberataków takich jak phishing, metoda oparta na fałszywych wiadomościach e-mail, która wykorzystuje niewystarczającą świadomość pracowników w zakresie cyberzagrożeń – mówi ekspert One System.infografika_2

A jak przygotowanie na te zagrożenia wygląda w praktyce? Podstawowe zabezpieczenie przed złośliwym oprogramowaniem, czyli ochronę antywirusową na komputerach pracowników, stosuje 86% badanych. 63% firm wdraża tego rodzaju zabezpieczenia także na swoich serwerach. Posiadanie planu wykonywania kopii zapasowych deklaruje aż 83% pytanych. Niestety – kopie zapasowe w innej fizycznej lokalizacji przechowuje jedynie 64% z nich. W profesjonalnym podejściu do backupu stosowana jest zasada 3-2-1, która oznacza, że posiadamy 3 kopie danych, z których 2 przechowywane są lokalnie, ale na różnych nośnikach, oraz jedną w zdalnej lokalizacji, co ma chronić przed takim zdarzeniami, jak pożar, zalanie czy kradzież w siedzibie firmy. Jeśli traktujemy backup jako najbardziej skuteczną ochronę przed takimi zagrożeniami, jak ransomware, czyli złośliwym oprogramowaniem potrafiącym zaszyfrować połączone siecią zasoby, to ważne by jedna z kopii była przechowywana offline. – mówi Przemysław Sagalski.infografika_3

Kosztowne przestoje

Małych i średnich firm nie omijają awarie i nieplanowane przestoje. Z powodu usterki serwera w ciągu ostatnich 6 miesięcy przerwę w pracy odnotowało 16% badanych firm. Do przestoju w ciągu ostatniego roku doszło u 7% badanych organizacji, a w ciągu ostatnich 2 lat – u 8%. Aż jedna czwarta firm wskazała, że nieplanowany przestój trwał pół dnia, a w przypadku 9% firm uniemożliwił pracę przez cały dzień roboczy. Tymczasem, według różnych źródeł, koszt przestoju średniej wielkości firmy w Polsce to około 10 000 zł netto za godzinę, co przy 8-godzinnym dniu przekłada się na kwotę 80 000 zł netto. Taka strata może skutkować nawet utratą płynności finansowej. Szkody nie ograniczają się tylko do sfery finansowej – awarie mogą zaszkodzić reputacji firmy, osłabić lojalność jej klientów i wpłynąć na relacje z dostawcami oraz partnerami biznesowymi. W najgorszym scenariuszu mogą doprowadzić do upadku i wielkiego rynkowego gracza, i skromnego przedsięwzięcia. – podsumowuje ekspert One System.

Eksperci twierdzą, że prawo jest hamulcem dla rozwoju sztucznej inteligencji

Sztuczna inteligencja ma coraz szersze zastosowanie, ale w Polsce brakuje regulacji związanych z jej rozwojem. Według znawców tematu, zmiany są potrzebne, jednak niekoniecznie w trybie pilnym. Na poziomie unijnym już zostały podjęte pierwsze kroki. U nas należy przyjrzeć się m.in. obszarowi przepisów prawa cywilnego. Pojawiają się bowiem pytania o zakres odpowiedzialności cywilnej za szkody wyrządzone przez AI czy korzystanie z samochodów autonomicznych. Ponadto eksperci zwracają uwagę na kwestie dotyczące prawa autorskiego czy ochrony danych osobowych. Bazowanie na obecnych rozwiązaniach może w przyszłości oznaczać chaos.

Przyszłościowe zmiany

Wzrasta popularność produktów i usług wykorzystujących modele i narzędzia sztucznej inteligencji. Jednocześnie w wielu krajach, w tym w Polsce, przepisy nie są w pełni dostosowane do postępu technologicznego. Jak stwierdza dr hab. Marek Świerczyński, prof. UKSW, AI problem ten eskaluje. Zdaniem eksperta, w kwestiach informatycznych brak jest ujednoliconej terminologii. Nie ma jasnych zasad dla rozwoju sztucznej inteligencji oraz dla jej bezpiecznego wykorzystania. Teraz jest właściwy moment na podjęcie tych prac. Prace legislacyjne powinny być konsultowane z utworzoną właśnie pod egidą Ministerstwa Cyfryzacji Wirtualnej Katedry Etyki i Prawa.

– AI przyspiesza szereg procesów społecznych i gospodarczych, przede wszystkim poprzez ułatwienie ich automatyzacji i optymalizacji. Jednak tak długo, jak wykorzystujemy sztuczną inteligencję jako narzędzie wspomagające człowieka, nie są potrzebne żadne istotne zmiany w przepisach. Nowe regulacje prawne będą konieczne, gdy będziemy chcieli, aby to rozwiązanie podejmowało autonomiczne decyzje w sposób niekontrolowany przez człowieka. Takie zmiany powinny być wprowadzane sektorowo, w odniesieniu do poszczególnych zastosowań sztucznej inteligencji, w razie ustalenia, że są one niezbędnie konieczne – komentuje Tomasz Zalewski, radca prawny i założyciel Fundacji LegalTech Polska.

Według Moniki Gebel, adwokat z międzynarodowej kancelarii Baker McKenzie, stopniowe wprowadzanie zmian w przepisach jest konieczne. Jednak ekspert nie określa tego jako pilnej sprawy. I zaznacza, że na poziomie UE zostały już podjęte pierwsze kroki. W grudniu 2018 r. Komisja Europejska przedstawiła plan rozwoju i stosowania Al. Obejmuje on m.in. wsparcie na rzecz zgodnej z RODO wymiany danych pomiędzy państwami członkowskimi. Ponadto w kwietniu br. zostały przyjęte przez KE „Wytyczne etyczne dotyczące godnej zaufania sztucznej inteligencji”.

– Nie wiemy do końca, jaką rolę sztuczna inteligencja będzie odgrywać w przyszłości, a to z uwagi na trudności w zrozumieniu wszystkich aspektów jej funkcjonowania. Są pewne zagadnienia, nad którymi na pewno należałoby się zastanowić jak najszybciej. Brak reakcji władz przed upowszechnieniem się Al w Polsce może spowodować problemy np. w sądach, w działalności biznesowej czy z wykorzystaniem komercyjnym sztucznej inteligencji – podkreśla Katarzyna Szczudlik, adwokat z Kancelarii Wardyński i Wspólnicy.

Kwestia odpowiedzialności

Zdaniem Moniki Gebel, jednym z kluczowych obszarów są przepisy prawa cywilnego. Istotne jest szczególnie wprowadzenie przepisów umożliwiających wskazanie podmiotów odpowiedzialnych za działania produktów i usług, opartych na AI, które będą podejmowały decyzje i wykonywały określone czynności na rzecz konsumentów. W proces tworzenia i stosowania takich rozwiązań zaangażowanych jest wiele firm. To dostawcy technologii oraz oprogramowania, spółki dostarczające dane i dostosowujące mechanizmy do swoich towarów czy przedsiębiorstwa wprowadzające je do obrotu. Ponadto doprecyzowania wymaga np. sposób i moment wykonywania obowiązków informacyjnych wobec klientów.

– W pierwszej kolejności można zwrócić uwagę na problematykę odpowiedzialności za produkt niebezpieczny. Regulacje unijne są w tej kwestii przestarzałe. Pochodzą z lat 80. XX wieku. Jeśli chodzi o produkt, którego działanie opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji, to oczekiwalibyśmy zapewnienia bezpieczeństwa przez cały okres eksploatacji. Niestety, obecne przepisy przewidują, że bezpieczeństwo to jest zapewnione tylko w momencie wprowadzenia produktu na rynek. Coraz trudniej jest określić, kto powinien odpowiadać za szkodę wyrządzoną przez produkt. Obecne rozwiązania prawne są niedostateczne, co widać choćby na przykładzie wypadków spowodowanych z wykorzystaniem autonomicznych pojazdów – mówi prof. Świerczyński.

Jak tłumaczy Martyna Czapska, radca prawny z Baker McKenzie, na rynku nie ma samochodów w pełni autonomicznych, poruszających się bez kierowcy. One nie są jeszcze w fazie powszechnych testów. Natomiast definicja, wprowadzona do polskiego prawa w 2018 roku, przewiduje, że w aucie ma znajdować się człowiek, który w każdej chwili może przejąć kontrolę. To powoduje, że problem wprowadzenia nowych reguł odpowiedzialności za „działania” takich pojazdów nie jest na razie traktowany jako palący.

– Dopiero po modyfikacji przepisów będzie dopuszczalne w pełni korzystanie z autonomicznego pojazdu. Obecnie odpowiedzialność za szkody na mieniu i osobie, wyrządzone przez ruch mechanicznego środka komunikacji, poruszanego za pomocą sił przyrody, ponosi jego samoistny posiadacz na zasadzie ryzyka. Trudno wyobrazić sobie, aby odpowiadał on za wszelkie zniszczenia spowodowane przez automatycznego kierowcę, nie mając możliwości wpływania na jego ruch – dodaje Tomasz Zalewski.

Kluczowe obszary

Zmiany są potrzebne również w regulacjach dot. prawa autorskiego. W opinii mec. Katarzyny Szczudlik, należy zapewnić ochronę twórcom algorytmów oraz wytworom sztucznej inteligencji, czyli np. dziełom sztuki czy literackim. Obecnie na gruncie prawa polskiego nie ma możliwości przypisania Al autorstwa utworu. Ekspert zaznacza, że nie jest pewne, kogo należałoby uznać za autora wytworu powstałego z użyciem AI. Wydaje się, że nabywca rozwiązania opartego o AI, byłby zainteresowany posiadaniem praw autorskich do jego wytworów. Natomiast nie jest jasne, czy na gruncie obowiązujących przepisów byłoby to możliwe.

– Istotnym obszarem są stosunki prawne zawierane przy wykorzystaniu AI. Mamy do czynienia z dynamicznym rozwojem Internetu rzeczy, maszyny już się dogadują bezpośrednio między sobą. One same sobie wypracowują pewne reguły postępowania, a tego rodzaju komunikacja elektroniczna bez udziału człowieka funkcjonuje niejako poza systemem prawnym. Jeśli tego nie uregulujemy, to powstanie chaos związany np. z tym, w jaki sposób mamy rozstrzygać spory. Powoli tworzone są rekomendacje międzynarodowe z tego zakresu. Jednym z przykładów jest konwencja ONZ z 2005 roku czy najnowsze dokumenty Rady Europy. Naturalne jest, że tego rodzaju rozwiązania powinniśmy stopniowo przenosić na poziom naszej regulacji krajowej – wskazuje prof. Świerczyński.

Nowego spojrzenia wymagają przepisy w zakresie ochrony danych osobowych, które mają znaczenie z punktu widzenia podmiotów zajmujących się rozwojem modeli i narzędzi sztucznej inteligencji. Jak mówi Monika Gebel, te modele i narzędzia opierają się na dużych zbiorach danych, zarówno osobowych, jak i nieosobowych. Zdaniem eksperta z Baker McKenzie, niezbędne są sektorowe wytyczne w odniesieniu do stosowania przepisów w zakresie ich zbierania. Dotyczy to np. warunków udzielania zgód na ich przetwarzanie czy sposobu wykonywania obowiązków informacyjnych.

– Jest jeszcze kwestia procesów HR-owych, szczególnie w dużych organizacjach. Jeżeli pewne dane zostały wprowadzone do algorytmu, żeby nauczył się on zbierać osoby predestynowane do zajęcia danego stanowiska, to informacje te mogą mieć charakter dyskryminujący. Jeśli mamy np. 200 tys. rekordów, z których wynika, że organizacja preferuje mężczyzn, to pewnie tak też będzie w procesie rekrutacji prowadzonej z użyciem AI. W Stanach Zjednoczonych wystąpiły już przypadki dyskryminacji z uwagi na kwestie rasowe i płeć. Należałoby zatem stworzyć mechanizmy, które narzucałyby pracodawcom konieczność przyglądania się takim procesom i ich weryfikowania – dodaje mec. Katarzyna Szczudlik.

W ocenie prof. Świerczyńskiego, w naszych regulacjach krajowych powinniśmy uwzględniać zasady etyczne dotyczące sztucznej inteligencji. One są już wprowadzane przez organy międzynarodowe, na czele z Radą Europy. Bez tego zapanuje chaos. Dla przykładu, każdy będzie chciał uniknąć odpowiedzialności za używanie AI, a twórcy algorytmów, dystrybutorzy rozwiązań informatycznych czy użytkownicy będą wykorzystywać luki prawne. W interesie wszystkich jest ustanowienie jasnych zasad prawnych i etycznych dla rozwoju sztucznej inteligencji.Sztuczna Inteligencja (1)

Wzrost cen nieruchomości w Polsce na bezpiecznym poziomie

W ciągu ostatnich 8 lat ceny mieszkań w Islandii wzrosły o 97 proc. Polski rynek zachowuje się bardziej racjonalnie, wzrost cen był dwukrotnie niższy niż średnia dla UE, która wynosiła 15,3 proc. W Hiszpanii ceny spadły o 16 proc.

Jak wynika z danych Eurostatu w latach 2010-2018 ceny mieszkań wzrosły o ponad 50 proc. w Islandii, Estonii, na Łotwie, w Austrii, Szwecji i Norwegii. We Włoszech ceny są jednak o 16 proc. niższe niż w 2010 r., a w Hiszpanii o 12 proc. To pokazuje jak ryzykowne jest inwestowanie w rynek nieruchomości, a także to, że jest on cykliczny.

Natomiast największe zwyżki cen nieruchomości tylko w minionym roku odnotowano w Portugalii. Był to wzrost w porównaniu z 2017 r. aż o 10,3 proc. i w Irlandii (o 10,2 proc.), w tych krajach ceny najsilniej spadły w latach kryzysu finansowego sprzed dekady. Nieznacznie wolniej nieruchomości drożały w krajach na Węgrzech, w Czechach i Holandii.

Polska też należy do krajów, w których wzrost cen transakcyjnych przy nabywaniu nieruchomości był w 2018 r. wyższy niż przeciętnie w krajach UE. I znacznie przyspieszył w porównaniu z rokiem poprzednim (wzrost o 6,6 proc. w 2018 r., a 3,8 proc. w 2017 r.).

– Ta dynamika z lat 2010-2018 powinna nas cieszyć, bo cały czas pokazuje, że nasz rynek nieruchomości jest znacznie bardziej wstrzemięźliwy, wynika to choćby z tego, że Polacy nie mogą zadłużać się na 100 proc. wartości kupowanej nieruchomości – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments. – Banki wymagają co najmniej 10 proc. wkładu własnego, a bez takich ograniczeń ceny mieszkań w Polsce rosłyby tak szybko jak na Łotwie czy na Węgrzech.

Budżet na 2020 r. bez deficytu? To nie jest najlepsze rozwiązanie

Słabością projektu budżetu jest pogarszanie sytuacji przyszłych emerytów, poza tymi, którzy dziś zarabiają najwięcej. Jeżeli w 2020 r. Ma być wypłacana trzynasta emerytura, to powinno to zostać zapisane w projekcie budżetu, aby nie psuć reguł gry.

– W całej historii wolnorynkowej polskiej gospodarki takiej sytuacji jeszcze nie było, a dobra sytuacja w finansach publicznych jest atutem – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Natomiast pozostaje pytanie czy powinniśmy pokazywać budżet bez deficytu za wszelką cenę.

W projekcie przyszłorocznego budżetu pojawia się sporo pozycji, które ograniczają jego porównywalność z poprzednimi budżetami. W związku ze zmianami wokół OFE do budżet wpłynie opłata przekształceniowa, a będzie to ok. 10 mld zł. To wspomoże budżet przez dwa lata, ale za taką cenę, że później tych pieniędzy w budżecie już nie będzie. Budżet dostanie już teraz pieniądze, które dostałby dopiero w przyszłości.

W projekcie budżetu nie znalazł się natomiast zapis o trzynastej emeryturze. Nie jest to jak na razie rozwiązanie ustawowe. Jeżeli trzynasta emerytura ma być wypłacana w 2020 r., to taki zapis powinien się znaleźć w projekcie ustawy budżetowej.

– Na pewno nie powinniśmy iść w kierunku rozwiązań, które poprawiają to, jak wygląda budżet, ale za cenę obniżenia konkurencyjności polskiej gospodarki, a takim rozwiązaniem jest zniesienie limitu składek ZUS powyżej 30-krotności średniego wynagrodzenia, a taki limit obecnie oznacza, że osoba, która zarabia powyżej tego limitu nie płaci już składek, bo w przyszłości ZUS nie powinien być obarczony wypłatą bardzo wysokich emerytur – ocenia ekspert XTB.

Zniesienie tego limitu oznacza, że dziś finanse ZUS będą wyglądać lepiej, ale za jakiś czas będą wyglądać znacznie gorzej. Co więcej, takie rozwiązanie zwiększy koszty pracy wielu specjalistów, w tych obszarach gospodarki, w których sytuacja pracodawców już dziś jest bardzo trudna.

– Lepiej byłoby pokazać budżet z niewielkim deficytem, ale poprawiający konkurencyjność polskiej gospodarki – komentuje dr P.Kwiecień.

Modzelewski: „Twardy” Brexit może być gwoździem do trumny dla Unii Europejskiej

Zbliża się data ostatecznego wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Brexit zakończy się 31 października, a wizja „twardego” wyjścia – czyli Brexitu bez umowy między Wielką Brytanią a Unią Europejską – staje się coraz bardziej realna. Chociaż taki rozwój wydarzeń pozornie wydaje się przynieść szkody głównie Wielkiej Brytanii, to duże konsekwencje „twardego” Brexitu może ponieść również Unia Europejska. Już teraz wiadomo, że jeśli Wielka Brytania wyjdzie z Unii bez uzgodnienia umowy generalnej – obie strony będą zmuszone do zawarcia mniejszych umów dotyczących konkretnych, palących spraw. Bardzo możliwe, że Wielka Brytania będzie te sprawy załatwiała z poszczególnymi państwami – które również chętnie ustalą umowę najkorzystniejszą dla siebie, a nie dla Unii i innych państw europejskich. Taki proces, połączony z możliwym rozpadem Zjednoczonego Królestwa na Anglię i Szkocję, może stać się przysłowiowym gwoździem do trumny dla Unii Europejskiej.

– Po bezumownym Brexicie może okazać się, że ci, którzy załatwią swoje interesy samodzielnie, nie będą oglądać się na wspólnotęTa wspólnota może już nigdy nie wrócić do poczucia jedności. Słusznie twierdzą obserwatorzy życia politycznego, że Brexit nie jest problemem ekonomicznym. Nawet w wariancie łagodnym koszt ekonomiczny zostanie poniesiony. Gra toczy się o to, czy Wielka Brytania wytrzyma jako państwo – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Jeżeli z Wielkiej Brytanii zostanie kilka niezależnych państw, to nie powstrzymamy już procesu rozpadu wewnętrznego innych wielkich struktur państwowych, które odziedziczyliśmy po XIX wieku. Jeżeli Wielka Brytania w istocie rozpadnie się na inne państwa i okaże się, że będzie to dobre rozwiązanie – znajdzie się wiele państw chętnych do pójścia tą drogą. Łatwiej jest obronić swoje interesy będąc małą strukturą niż państwem, które łączy regiony o różnym poziomie rozwoju. Nie wiadomo, czy proces ten nastąpi  bezpośrednio po 31 października, czy będzie rozłożony w czasie – ale prawdopodobnie go nie unikniemy – przepowiada Modzelewski.

R22 dynamicznie rośnie i osiąga rekordowe wyniki

R22 wypracowała rekordowe wyniki, dynamicznie poprawiając przychody i zysku. W 2018/2019 r. Grupa osiągnęła 145,6 mln zł przychodów i istotnie poprawiła rentowność. Znormalizowany zysk EBITDA wyniósł 37,9 mln zł, co oznacza wzrost o 39%, a zysk netto 16,7 mln zł, czyli aż 59% więcej niż rok wcześniej. Jeszcze szybciej wzrosły wyniki w samym IV kwartale, w którym dynamika wzrostu EBITDA przekroczyła 50%, a zysku netto 70%. Grupa kontynuuje międzynarodową ekspansję oraz rozwija portfolio usług i narzędzi automatyzujących procesy biznesowe.

Rok 2018/2019 był okresem bardzo dynamicznego rozwoju R22 zarówno w ujęciu biznesowym, jak i finansowym. Grupa osiągnęła pierwsze sukcesy w budowie lidera rynku Europy Środkowo-Wschodniej. R22 dzięki serii przejęć zdobyła i umocniła pozycję lidera na rumuńskim rynku hostingu i domen oraz przejęła wicelidera rynku chorwackiego. R22 zainwestowała również w perspektywiczne spółki technologiczne z własnymi rozwiązaniami o globalnym potencjale komercjalizacji – User.com oraz Blugento. Równolegle do wzrostu skali działalności i przekroczenia poziomu 250 tys. klientów, Grupa prowadziła działania w zakresie optymalizacji oferty oraz budowy synergii, których efektem jest wzrost ARPU i istotna poprawa rentowności.

Jakub Dwernicki – prezes R22
Jakub Dwernicki – prezes R22

– Jesteśmy dumni z wyników osiągniętych w IV kwartale i całym roku. Osiągnęliśmy rekordowe wyniki, które są efektem intensywnej pracy nad wzrostem przychodów oraz optymalizacją oferty, jak również międzynarodowej ekspansji. Potwierdzeniem słuszności i skuteczności realizowanej strategii, jest wzrost nie tylko przychodów, ale i rentowności, a co za tym idzie dynamiczny wzrost zysków Grupy. Widać to zarówno w obszarze hostingu, jak i omnichannel communication, w którym zysk EBITDA w samym IV kwartale wzrósł prawie dwukrotnie. – mówi Jakub Dwernicki, prezes R22.

W IV kwartale Grupa R22 osiągnęła 40,1 mln zł przychodów, co oznacza wzrost o 31% r/r. Wynik EBITDA wyniósł 10,8 mln zł i był o 51% wyższy niż rok wcześniej, a zysk netto 4,9 mln zł, po wzroście o 74%. Wyniki IV kwartału nie obejmują wszystkich spółek rumuńskich oraz chorwackiego Avalona, których konsolidacja rozpoczęła się w lipcu br. W IV kwartale wynik EBITDA segmentu omnichannel communication wzrósł o ponad 75% r/r i wyniósł 4,5 mln zł, przy wzroście przychodów o 29% r/r do 19,2 mln zł, a w segmencie hostingu wynik EBITDA wzrósł o 64% do 5,6 mln zł, przy wzroście przychodów o 55%. Jednocześnie, pomimo nakładów inwestycyjnych związanych z przejęciami, Grupa zmniejszyła zadłużenie netto względem EBITDA do poziomu 1,5x (1,3x z wyłączeniem pożyczki podporządkowanej od Funduszu Ekspansji Zagranicznej FIZAN). W całym roku R22 wypracowało 10,3 mln zł nadwyżki gotówkowej.

– Naszym celem jest utrzymanie tempa wzrostu i rozwój na kolejnych rynkach, przy jednoczesnym rozwoju oferty produktowej, oferowaniu kompleksowych narzędzi w zakresie cyfryzacji i automatyzacji procesów biznesowych. W ciągu 2 lat chcemy podwoić skalę biznesu, co możliwe jest dzięki rozwojowi organicznemu oraz przejęciom na kolejnych rynkach Europy Środkowo-Wschodniej. – dodaje Jakub Dwernicki.

W IV kwartale 2018/2019 r. obr. Grupa podpisała umowy przejęcia trzech spółek rumuńskich, dzięki czemu umocniła się na pozycji lidera, osiągając prawie 25 proc. udziału w rynku hostingu i domen oraz przejęciu wicelidera rynku chorwackiego, posiadającego prawie 17 proc. udziałów. Obecnie R22 prowadzi rozmowy w zakresie przejęć na kolejnych rynkach, jednocześnie nie wykluczając wejścia na wybrane rynki poprze organiczna budowę pozycji.

– Najważniejszą transakcją w obszarze hostingu był jednak wykup mniejszościowych akcji H88. To dla nas strategiczny krok w ujęciu korporacyjnym i inwestycyjnym. Przy atrakcyjnej wycenie nabywamy udziały w najdynamiczniej rozwijającym się podmiocie na polskim rynku hostingu i domen, z rosnącą międzynarodową ekspozycją. – komentuje Jakub Dwernicki.

W marcu 2019 r . R22 podpisała umowę wykupu mniejszościowych udziałów w segmencie hostingu. Transakcja o łącznej wartości 13,6 mln euro została zaplanowana na dwa etapy – pierwszy został zrealizowany 1 lipca 2019 r, a drugi zostanie zrealizowany do 11 lutego 2020 r.

Ceny mieszkań w Warszawie – dlaczego wciąż rosną?

WarszawaJeszcze na początku 2019 roku wieszczono, że ceny mieszkań w stolicy zaczną powoli spadać. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna. Jak wynika z raportu portalu sonarhome.pl, szacowana średnia cena za metr kwadratowy mieszkań w Warszawie na rynku pierwotnym wynosi obecnie 10 000 zł. Oznacza to, że od początku roku cena wzrosła o 7,85%. Według prognozy cena ma pójść jeszcze do góry i na koniec roku wynieść nieco ponad 10 400 zł. Z czego wynika ten wzrost? Czy warto czekać z zakupem mieszkania?

Dzielnica dzielnicy nierówna

Ceny mieszkań różnią się oczywiście w zależności od odległości od centrum. Najwięcej trzeba zapłacić za nowe mieszkanie w Śródmieściu, na Żoliborzu, Woli czy Mokotowie. Do najtańszych mieszkań należą te zlokalizowane w Rembertowie, Wawrze i Wesołej. Oprócz samej odległości istotna jest również dostępność gruntów pod zabudowę. Stare, rozbudowane dzielnice stanowią bardzo trudne warunki dla projektów deweloperskich. Wykup działki to oczywiście tylko jeden z elementów podnoszących cenę. Projekty w najdroższych dzielnicach to często budynki coraz wyższe, a to przekłada się na koszty pracy.

Jest drogo, bo trudno o pracowników

Na wzrost cen mieszkań wpływa też trudna sytuacja na rynku budowlanym. Pomimo iż wzrasta zatrudnienie w tym sektorze, a wraz z nim stawki dla pracowników, szacuje się, że na rynku brakuje nawet 150 000 budowlańców. Co szczególnie istotne, eksperci wskazują przede wszystkim na brak fachowców i specjalistów, co ogranicza rozwój wielu firm wykonawczych. Ponieważ liczba inwestycji od kilku lat w Polsce utrzymuje się na względnie wysokim poziomie, a pracowników ubywa, rośnie konkurencja na rynku – inwestorzy kuszą wykonawców wyższymi wynagrodzeniami, co w oczywisty sposób przekłada się na ostateczną cenę mieszkania. Rośnie również koszt materiałów budowlanych.

Czy ceny mieszkań zmaleją?

Jak wspomnieliśmy, przewidywania analityków o spadku cen mieszkań w 2019 roku nie sprawdziły się. Za najistotniejszy obecnie czynnik wpływający na sytuację na rynku nieruchomości przyjmuje się popyt. Polacy chętnie kupują mieszkania zarówno dla siebie, jak i w celach inwestycyjnych. Czy mniejsze zainteresowanie mogłoby jednak wpłynąć na obniżenie cen? Wszystko wskazuje na to, że nie. Jak pokazują ostatnie miesiące, w Polsce sprzedaje się coraz mniej mieszkań, a mimo to ceny w całym kraju idą w górę.

Kupujesz mieszkanie w stolicy? Postaw na nowoczesność

Kiedy już decydujemy się na zakup mieszkania, warto pomyśleć o nim w perspektywie przyszłości. Dobrym wyborem będą tu inwestycje rozwijające się w spokojniejszych dzielnicach miasta. Przykładem może być tutaj projekt http://rezydencjepalacowa.pl/. Dlaczego warto wybrać nowoczesne, willowe osiedle? Przede wszystkim ze względu na bezpieczeństwo i większy komfort mieszkania w niższych, kameralnych budynkach. Wilanów to dzielnica od lat uznawana za jedną z bardziej eleganckich i prestiżowych. Jest ona przy tym niezwykle urozmaicona – pozwala spędzać czas rodzinnie. Stwarza optymalne warunki do rekreacji, zwiedzania, uczestnictwa w wydarzeniach kulturalnych czy korzystania z oferty lokali gastronomicznych, studiów fitness i innych. Tu po prostu nie sposób się nudzić!

Hala namiotowa magazynowa: co można przechowywać i kiedy warto wznieść taki obiekt?

Decydując się na założenie własnej działalności gospodarczej, często konieczne jest stworzenie w krótkim czasie zadaszonej powierzchni użytkowej, która posłużyłaby jako magazyn na niezbędne materiały. Taka przestrzeń okazuje się często również przydatna wraz z rozwojem i rosnącymi potrzebami biznesu.

Tradycyjne budownictwo oczywiście stwarza nam ku temu możliwości pod postacią np. budynków murowanych. Warto jednak rozważyć rozwiązanie będące nie tylko szybsze w budowie, ale także mniej kosztowne.

Od jakiegoś czasu na rynku popularność zdobywają obiekty, które zapewniają nam kompleksową ochronę towaru wymagającego przechowania, a przy tym są stosunkowo niedrogie. Tym innowacyjnym rozwiązaniem jest hala namiotowa.

hala namiotowa

Hala namiotowa sposobem na przechowywanie towaru

Hale namiotowe to stosunkowo nowy pomysł, który zyskuje uznanie nawet u najbardziej wymagających. Taki rodzaj obiektu do przechowywania towaru zdaje się być najlepszą inicjatywą na potrzeby magazynowania.

Dlaczego? Powodów jest przynajmniej kilka:

  • Owe obiekty, odpowiednio dopasowane mogą służyć nawet przez cały rok, dzięki czemu nie ma konieczności przenoszenia składowanego towaru na sezon zimowy w inne miejsce.
  • Trwała konstrukcja i dobre zabezpieczenia sprawiają, że osoba decydująca się na ten rodzaj magazynu z całą pewnością oszczędza dużo czasu i pieniędzy, a przy tym zyskuje na jakości.

Materiały, które można spokojnie składować w takim nowoczesnym magazynie, mogą być zarówno sprzętem budowlanym, maszynami rolniczymi, bądź towarem przydatnym do budowy domu. To oczywiście tylko przykłady, bo liczba zastosowań jest ogromna, a namiotową halę magazynową można dopasowywać do konkretnych potrzeb.

Łatwy montaż, a także możliwość dodawania kolejnych części magazynu w przyszłości, sprawiają, że największym ograniczeniem zdaje się być wyłącznie powierzchnia działki, na której magazyn ma stanąć.

W przypadku konieczności demontażu, nie potrzebujemy wielu czynników, które sprawnie pomogłyby rozłożyć postawiony budynek. Hala namiotowa jest produktem, który można szybko przenieść w inne miejsce. To bardzo elastyczne rozwiązanie, a owa mobilność jest zaletą, której nie uświadczymy w przypadku obiektów murowanych.

Czas na budowę?

Wielu inwestorów, na różnych etapach rozwoju poszukuje odpowiedniego miejsca, które posłużyłoby jako zakład dla pracowników, bądź miejsce, gdzie z łatwością można przechowywać wytworzone materiały. Jednym ze sposobów postawienia w szybkim czasie takiego pomieszczenia są hale produkcyjne.

Czy jest to opłacalne rozwiązanie? 

Szybki montaż jest dużą zachętą dla potencjalnych kupujących, bowiem fachowe firmy są w stanie wnieść taki kompleksowy obiekt już w około miesiąc. Rozbiórka tego typu magazynu również jest szybka. Stając przed koniecznością wybudowania dodatkowego obiektu, trzeba przyznać, że gotowe elementy i przyjemnie krótki czas montażu brzmią bardziej zachęcająco, niż stos formalności, wydłużony czas budowy i miesiące czekania na upragniony efekt.

Szczegółowo o halach namiotowych ułatwiających nam przechowywanie można poczytać na stronie http://grupalukasiuk.pl/pl/magazynowe, a przy tym poznać korzystną ofertę przygotowaną zarówno dla przedsiębiorstw, jak i dla osób prywatnych. Przy decyzji o wzniesieniu tego typu budynku warto jest kierować się właśnie w stronę firm mających na koncie grono zadowolonych klientów, a jakość wykonania stawiają na szczycie swojej listy atutów.

Hale namiotowe są w roku 2019 powszechnie stosowane jako magazyny, rynek jest poszerzany, a opcji zagospodarowania pomieszczeń przybywa. Dzięki nietuzinkowym rozwiązaniom, zyskują one coraz większą rzeszę odbiorców w różnych sektorach gospodarki. Z całą pewnością warto się nimi zainteresować i przyjrzeć bliżej.

50 proc. firm w Polsce ma problem z zatorami płatniczymi. 2/3 z nich otrzymuje tylko część należności z faktury

50 proc. firm w Polsce ma problem z zatorami płatniczymi. 2/3 z nich otrzymuje tylko część należności z faktury 2

Połowa firm w Polsce ma problem z zatorami płatniczymi. 2/3 z nich ostatecznie dostaje przelew, ale na kwotę znacząco niższą niż należność wynikająca z faktury. Co dziesiąta w ogóle nie otrzyma zapłaty za swoje towary i usługi – wynika ze statystyk BIG InfoMonitor. Problem zatorów dotyka zwłaszcza przemysł, handel i transport, stopniowo poprawia się za to sytuacja w budowlance. Mimo że przeterminowane płatności i niesolidni kontrahenci wciąż są dla firm zmorą, która powoduje kłopoty z ich własną płynnością, 90 proc. ma opory przed tym, żeby się upomnieć o swoją należność.

– W badaniach wyłania się obraz lekko poprawiającej się sytuacji w płatnościach, przy czym słowo „lekko” oznacza, że nadal około 50 proc. firm boryka się z problemem zatorów płatniczych. To oznacza, że połowa firm ma co najmniej jedną fakturę, której termin płatności przekroczył 60 dni w ciągu ostatnich 6 miesięcy. W badaniach pytamy przedsiębiorców również o przeterminowane faktury powyżej 30 dni i tutaj na ten problem zwraca uwagę 60 proc. firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Grzelczak, prezes zarządu Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor, wiceprezes Biura Informacji Kredytowej.

Opóźnienia w płatnościach to nie jest jedyny problem, bo – jak pokazują badania BIG InfoMonitor – do przelewu często w ogóle nie dochodzi. Dzieje się tak w co dziesiątym przypadku. Natomiast 2/3 firm, które muszą czekać powyżej dwóch miesięcy na zapłatę za swoje towary bądź usługi, ostatecznie dostaje przelew, ale o wartości niższej nawet o 25 proc. niż kwota na fakturze.

– Dla firm, które mają kłopoty z opóźnionymi fakturami, rodzi to problem z ich własną płynnością – podkreślił Sławomir Grzelczak w rozmowie podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Co piąta firma wskazuje, że gdyby otrzymywała płatności za wystawione faktury w terminie, toby miała obroty wyższe o ok. 30 proc.

– Całkiem sporo firm dotkniętych tym problemem, zwłaszcza z sektora usług, myśli o upadłości. W ubiegłym roku groziło to 6 proc. poszkodowanych przedsiębiorstw. Ten problem powoduje efekt domina. Firma, która ma problem z płatnościami, powoduje problemy albo wręcz ciągnie na dno również inne firmy – mówi Sławomir Grzelczak.

Przedsiębiorcy, którzy zmagają się z zatorami płatniczymi, sami muszą szukać zewnętrznych źródeł finansowania, zwykle po to, aby utrzymać płynność i sfinansować bieżącą działalność, czyli m.in. wynagrodzenia dla pracowników czy zakup towaru. Jednym z najczęściej stosowanych rozwiązań są kredyty obrotowe – według danych Związku Banków Polskich korzysta z nich 52 proc. średnich firm oraz 41 proc. mikro i małych.

Z danych BIG InfoMonitor wynika, że sytuacja wygląda najgorzej w handlu i transporcie, gdzie aż 98 proc. przedsiębiorstw miało do czynienia z zapłatą faktur co najmniej miesiąc po terminie.

– Poprawiła się natomiast sytuacja w budowlance – mówi Sławomir Grzelczak.

Jest to efekt dobrej koniunktury na rynku budowlanym. Ograniczone moce wytwórcze w sytuacji boomu budowlanego powodują, że w interesie wykonawców jest utrzymywanie dobrych relacji z podwykonawcami, czyli m.in. płacenie im w terminie.

– Co ciekawe, firmy, które są przezorne albo już dotknęły ich problemy z zatorami, radzą, by upominać się o zapłatę jeszcze przed wymagalnością faktury, dzwonić albo wysyłać e-maile. Jeśli to nie skutkuje, warto jest stosować narzędzia miękkiej windykacji, które skłaniają dłużnika do zapłacenia. Może to być wpis do rejestru dłużników, wywiadownia gospodarcza, różnego rodzaju monity.

Prezes BIG InfoMonitor podkreśla, że przy twardej windykacji – czyli wtedy, kiedy do gry wkracza już sąd i komornik – odzyskanie pieniędzy jest znacznie droższe, a przy tym mniej prawdopodobne. Dlatego ważna jest prewencja, np. wcześniejsze sprawdzenie kontrahenta w Rejestrze Dłużników BIG. Jeżeli ma niespłacone zobowiązania, jest to poważny sygnał ostrzegawczy.

– Aż 90 proc. firm w Polsce ma opory przed tym, żeby się upomnieć o swoją płatność. Połowa nie robi tego w ogóle, a druga połowa upomina się, ale tylko u mniejszych kontrahentów. Wolą poczekać, nie chcą straszyć tych większych. Pytamy firmy, czy im się to opłaca i okazuje się, że rzadko. Upominanie się czy wezwanie do zapłaty albo wpis do rejestru dłużników to mimo wszystko tańszy sposób na odzyskanie pieniędzy niż późniejsza procedura sądowa – mówi Sławomir Grzelczak.

Firmy często nie chcą upominać się o zapłatę w obawie o to, że kontrahent źle zareaguje i zerwie współpracę. Jednak z badań BIG wynika, że reaguje tak tylko jeden na pięciu dłużników, a pozostałych czterech po prostu spłaci zaległość.

– Pytanie, jakim kontrahentem jest ten jeden, który obraża się za to, że ktoś upomniał się o swoje pieniądze i czy w takim przypadku na dłuższą metę rzeczywiście można liczyć na dobrą współpracę – mówi Sławomir Grzelczak.

Zatorom płatniczym ma przeciwdziałać przyjęta w lipcu przez Sejm ustawa, która na największe firmy nakłada obowiązek raportowania praktyk płatniczych (od stycznia 2020 roku) i umożliwia nałożenie na nie kar finansowych, jeżeli przeciągają w czasie regulowanie swoich zobowiązań. Monitorowaniem takich praktyk zajmie się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Ustawa skraca terminy zapłaty do 60 dni w przypadku kontraktów zawieranych przez duże firmy z podmiotami z sektora MŚP.

Wyłudzenia odszkodowań z polis komunikacyjnych najczęstsze na rynku ubezpieczeniowym. Popularną metodą są celowe stłuczki

Wyłudzenia odszkodowań z polis komunikacyjnych najczęstsze na rynku ubezpieczeniowym. Popularną metodą są celowe stłuczki 3

Niemal połowa wszystkich wyłudzeń odszkodowań dotyczy polis komunikacyjnych, a ich łączna wartość w 2017 roku sięgnęła 138 mln zł – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Najczęściej oszust celowo doprowadza do wypadku na drodze, tak by wina nie była po jego stronie. Metody na stłuczkę czy rzucanie się pod koła, a także wyłudzenia danych to najczęściej wykorzystywane przez oszustów tricki. Wiele takich celowych wypadków może ujawnić zainstalowana kamera w samochodzie. Warto też wezwać policję, bo może się okazać, że to nie pierwsza próba wyłudzenia danej osoby.

Oszuści mają różne metody. Jedną z nich jest pozorne udzielanie pierwszeństwa przejazdu. Kiedy przepuszczany pojazd włącza się do ruchu, oszust przyspiesza, dochodzi do kolizji, która wygląda na wymuszenie pierwszeństwa – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Popielski, prezes porównywarki porowneo.pl. – Innym takim przypadkiem jest wyprzedzanie i bardzo ostre hamowanie po to, żeby kierowca z tyłu najechał na tył samochodu takiego oszusta. 

Do najpopularniejszych metod przestępców, przed którymi przestrzega Polska Izba Ubezpieczeń, należą celowe stłuczki (crash for cash) z reguły z udziałem aut, które mają bardzo drogie części i nie ma możliwości stosowania zamienników czy zgłaszanie tych samych uszkodzeń w różnych zakładach ubezpieczeń.

Pamiętajmy również o tym, że często oszuści posługują się bardzo sprytnymi metodami, np. wskazują na to, że ich samochód został delikatnie zarysowany po to, żeby wyłudzić nasze dane. Podpisanie oświadczenia przez nas służy temu, żeby potem wrobić nas w dużo większe zdarzenie, które nie jest jedynie rysą na ich samochodzie, ale dużo większym uszkodzeniem – mówi Andrzej Popielski.

W takich sytuacjach warto wezwać policję, bo ta może sprawdzić, czy drugi kierowca, który brał udział w stłuczce bądź w wypadku, nie zrobił tego specjalnie i czy uczestniczył wcześniej w innych tego typu zdarzeniach, tylko po to, by wyłudzić ubezpieczenie. W wykrywaniu oszustów pomóc ma działająca od lutego tego roku platforma Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego, której baza danych jest dostępna dla wszystkich zarejestrowanych ubezpieczycieli. Umożliwia wymianę informacji i poszukiwanie powiązań pomiędzy szkodami.

Pomocna będzie też instalacja w aucie kamerki, która odtworzy całe zdarzenie.

Bezwzględnie powinniśmy jeździć z kamerami samochodowymi, bo to pomaga. Aczkolwiek inwencja oszustów nie zna granic i nawet na kamerze samochodowej tego typu zdarzenie będzie wyglądało tak, jakby to była nasza wina. Natomiast na pewno tego typu materiał dowodowy może pomóc w wyjaśnianiu okoliczności zdarzenia – mówi Andrzej Popielski.

Oszuści często działają bardzo sprawnie i kierowca jest na z góry straconej pozycji. Jeśli jednak pojawia się podejrzenie, że dana osoba działa celowo na naszą niekorzyść, należy zebrać jak największą liczę dowodów świadczących o naszej niewinności. Pomocne mogą się okazać zdjęcia z miejsca wypadku, zdjęcia uszkodzeń samochodów, opis zdarzenia wraz z miejscem i godziną oraz numery telefonu od osób, które były świadkami kolizji, a gdy sprawa trafi do sądu, warto zamówić opinię rzeczoznawcy, który odtworzy przebieg zdarzenia. Jest o co walczyć, bo koszt przestępstwa ubezpieczeniowego ponosi nie tylko ubezpieczyciel, lecz także kierowca, który w przyszłości będzie płacił wyższe składki.

Sektor ubezpieczeń komunikacyjnych od lat jest zagrożony największym ryzykiem przestępczości ubezpieczeniowej. Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że w 2017 roku 47 proc. przestępstw ubezpieczeniowych dotyczyło polis komunikacyjnych, z czego 36 proc. dotyczyło OC komunikacyjnego majątkowego, 11 proc. – OC osobowego, a 24 proc. – autocasco. Łączna wartość wykrytych wyłudzeń związanych z polisami komunikacyjnymi wyniosła blisko 138 mln zł. To odpowiednik 70 proc. łącznej kwoty wykrytych przestępstw dotyczących ubezpieczeń osobowych i majątkowych. Wartość ta przewyższa udział produktów OC i AC w portfelu ubezpieczycieli, który wyniósł 60 proc.

Opakowanie ma większy wpływ na decyzje zakupowe niż reklama. Konsumenci coraz większą wagę przywiązują do proekologicznych rozwiązań

Opakowanie ma większy wpływ na decyzje zakupowe niż reklama. Konsumenci coraz większą wagę przywiązują do proekologicznych rozwiązań 4

Nawet 80 proc. decyzji zakupowych zapada w miejscu sprzedaży, a 70 proc. z nich ma charakter impulsowy. Blisko połowa milenialsów podczas robienia zakupów przemierza cały sklep, a decyduje się na ten produkt, który najbardziej się wyróżnia. To właśnie opakowanie, a nie reklama, jest najskuteczniejszym narzędziem promocji. Konsumenci zwracają uwagę nie tylko na kwestie wizualne, lecz także dużą wagę przywiązują do idei zero waste i przyjaznych środowisku opakowań.

– Zarówno dla konsumentów, jak i dla marketerów opakowania mają znaczenie fundamentalne w samym procesie podejmowania decyzji zakupowej. To opakowanie często decyduje o tym, czy konsument podejmie taką bądź inną decyzję zakupową. 80 proc. decyzji zapada dopiero w miejscu sprzedaży, a 70 proc. z nich ma charakter impulsowy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maciej Olipra, prezes Global Shopper Marketing.

Na decyzje zakupowe wpływa aranżacja sklepu, światło, muzyka w tle czy nawet temperatura panująca w sklepie. Nieoceniona jest zaś przede wszystkim rola opakowania. Badanie Stowarzyszenia Strategii Opakowań wskazuje, że opakowanie jest sześciokrotnie efektywniejszym środkiem promocji niż reklama. Jak wynika z badania DS. Smith, niemal połowa milenialsów przed wyborem produktu przemierza cały sklep i ostatecznie decyduje się na ten produkt, który przyciągnie jego uwagę.

– Klienci w opakowaniach szukają pewnej wiarygodności. Jest to element tzw. brand experience, czyli doświadczenia marki. W świecie, który jest już bardzo mocno zdigitalizowany, coraz mniej bodźców jest realnych, a opakowanie jest jednym z ostatnich, który daje realny kontakt konsumenta z produktem. Działa na szereg zmysłów, oddziałuje na nasze emocje, zapach, dotyk. To, jak skomponowane jest opakowanie, decyduje o tym, jak odbieramy produkt – tłumaczy Maciej Olipra.

Świadomość konsumentów stopniowo ewoluuje. Opakowanie, które zdecyduje o wyborze danego produktu, nie musi być kolorowe i krzykliwe. Coraz więcej osób przywiązuje wagę do proekologicznych zachowań. Już badanie Cone Communications i Ebiquity Global z 2015 roku pokazuje, że konsumenci czują się odpowiedzialni za rozwiązywanie problemów związanych ze środowiskiem.

– Nie tylko jakość samego opakowania, lecz także sposób pakowania odgrywa znaczenie. Wyzwaniem jest nie tyle ideologia zero waste, co fundamentalna potrzeba człowieka w kontekście przetrwania, zaczyna mocno oddziaływać również na rynek opakowań. Kto wie, czy za moment równie istotnym elementem procesu decyzyjnego naszego shoppera nie będzie wygląd opakowania, tylko to, czy ma ono sens – ocenia prezes Global Shopper Marketing.

DS Smith podaje, że dla mniej więcej połowy konsumentów odpady opakowaniowe stanowią problem ekologiczny i ważna jest dla nich dbałość o przyjazne środowisko. Ponad 80 proc. twierdzi, że jeśli mają wybór, wolą opakowania kartonowe niż plastikowe. Producenci dopasowują się do wymagań konsumentów – jeden ze skandynawskich start-upów wysyła kosmetyki w opakowaniach wielokrotnego użytku, a kiedy produkt się skończy, wysyła uzupełniacz w formie kostki (szampon) lub pastylek (pasta do zębów). Zupy można już kupić w kubkach upieczonych z mąki, a napoje – w jadalnych opakowaniach z wodorostów.

Tygodniowy urlop dla dwóch osób w kraju kosztował średnio 3 tys. zł. Polscy turyści spędzili je głównie nad Bałtykiem

Tygodniowy urlop dla dwóch osób w kraju kosztował średnio 3 tys. zł. Polscy turyści spędzili je głównie nad Bałtykiem 5

Jak wynika z danych Travelist, na urlop decydujemy się przede wszystkim w Polsce, na kilka dni i wykupiony z pewnym wyprzedzeniem. Najchętniej odwiedzane w tym sezonie miejscowości to Gdańsk, Kołobrzeg i Mielno oraz Zakopane i Szklarska Poręba. Za tygodniowy pobyt w tym roku płaciliśmy nieco ponad 3 tys. zł, o 14 proc. więcej niż rok temu. 40 proc. Polaków zdecydowało się na nocleg w obiekcie o nieskategoryzowanym standardzie.

– Najchętniej odwiedzane regiony przez naszych użytkowników w te wakacje to przede wszystkim miejscowości nadmorskie, czyli województwo zachodniopomorskie i pomorskie. Na kolejnym miejscu uplasowały się góry, czyli województwo małopolskie. Wśród TOP 3 miejscowości były Gdańsk, Kołobrzeg i Mielno, a na kolejnych miejscach miejscowości górskie, czyli Zakopane i Szklarska Poręba – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agata Prosińska, dyrektor sprzedaży i planowania w firmie Travelist.

Tegoroczne wakacje były nieco droższe niż ubiegłoroczne. Za tygodniowy pobyt trzeba było zapłacić średnio 14 proc. więcej niż w sezonie 2018 roku.

 Cena za osobę za dobę wynosiła 193 zł i jest to również lekki wzrost – o 10 proc. Na Mazurach wzrost cen był największy – aż o 19 proc. – wylicza Agata Prosińska. – Mazury, Karkonosze, Bałtyk, Pieniny i Suwalszczyzna to top 5 najdroższych destynacji w Polsce.

Najczęściej wyjeżdżamy na wyjazdy 5-dniowe (80 proc.). Polubiliśmy też city breaki (z dwoma noclegami). Oprócz rezerwacji last minute (20 proc.), często decydujemy się na również na rezerwację wyjazdu od 7 do 30 dni wcześniej.

– Co ciekawe, z roku na rok delikatnie rośnie liczba wyjazdów bardzo spontanicznych, czyli rezerwowanych na dzień przed wyjazdem – zauważa Agata Prosińska.

Większość Polaków ceni wygodę podczas wypoczynku, ale nie przepłaca za hotele. Według danych klubu Travelist 40 proc. turystów wybiera obiekty o nieskategoryzowanym standardzie, niemające przypisanego stopnia jakości, 35 proc. decyduje się na 4-gwiazdkowe hotele. Te najdroższe i luksusowe wybiera zaledwie 5 proc.

– Z roku na rok coraz więcej turystów wybiera obiekty niestandaryzowane, niestandardowe, np. zamki czy pałace – mówi ekspertka Travelist.

Na urlop wybieramy się we dwoje lub całą rodziną. Według badań Travelist od wprowadzenia programu „Rodzina 500+” liczba rezerwacji na rodzinne pobyty wypoczynkowe wzrosła o 28 proc.

 W tym roku wyjazdy z dziećmi stanowiły 46 proc. wszystkich rezerwacji, natomiast w zeszłym roku było to 42 proc. Widać więc wyraźny wzrost – ocenia Agata Prosińska.

Ze względu na wysokie ceny w wakacje Polacy coraz częściej decydują się na krótki urlop poza sezonem.

 Szczególnie chętnie wyjeżdżają we wrześniu i październiku. Najbardziej popularne są weekendy. W tym okresie nasi użytkownicy najchętniej wybierają Bałtyk z tego powodu, że w tym okresie można pojechać do hotelu o bardzo fajnym standardzie w znacznie niższej cenie niż w sezonie – przekonuje ekspertka Travelist.

Szkolne ubezpieczenia często gwarantują symboliczne odszkodowania. Rodzice coraz chętniej sięgają po prywatne polisy

Szkolne ubezpieczenia często gwarantują symboliczne odszkodowania. Rodzice coraz chętniej sięgają po prywatne polisy 6

Sumy i zakres ochrony oferowanej w ramach szkolnego ubezpieczenia NNW są zbyt niskie – oceniają eksperci Biura Rzecznika Finansowego. Przed zawarciem umowy rodzice powinni dokładnie sprawdzić, co obejmuje taka polisa i na jakie świadczenia mogą liczyć w razie wypadku dziecka. W praktyce często są one symboliczne, zbyt niskie, żeby pokryć chociażby koszty rehabilitacji po złamaniu ręki czy nogi. Dlatego rodzice – świadomi, że grupowe NNW w szkole nie jest obowiązkowe – coraz chętniej zawierają je indywidualnie.

Konstrukcja ubezpieczeń szkolnych ulega stopniowej poprawie, ale cały czas jest fundamentalny problem stosunkowo niskiego wsparcia w momencie, kiedy dziecko doznaje poważniejszego urazu i konieczna jest rehabilitacja. Niestety, konstrukcja umów zakłada, że w razie jakiegoś nieszczęśliwego wypadku otrzymujemy określony procent sumy ubezpieczenia, zwykle niewielki. Przykładowo, w przypadku złamania ręki czy nogi będzie to od 1 do 5 proc. Jeśli kwota szkolnego NNW wynosi zwyczajowe 10–15 tys. zł, wówczas łatwo policzyć, że jest to zaledwie kilkaset złotych. To zbyt mało, żeby zapewnić dziecku rehabilitację na odpowiednim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Jaworski, ekspert ds. komunikacji i edukacji w Biurze Rzecznika Finansowego.

Każdego roku – zwyczajowo podczas pierwszego zebrania w szkołach – rodzice dostają informację o konieczności opłacenia składki na grupowe ubezpieczenie szkolne. Taka składka wynosi często 50 zł, czyli około 4 zł za każdy miesiąc ochrony ubezpieczeniowej. Jak podkreśla Marcin Jaworski, za taką kwotę nie należy spodziewać się wysokich wypłat w razie wypadku dziecka. Kwota ubezpieczenia w zwyczajowej wysokości ok. 10 tys. zł jest maksymalną, jaką rodzic może otrzymać z takiej polisy w skrajnym przypadku trwałego inwalidztwa lub śmierci dziecka wskutek nieszczęśliwego wypadku.

– Sumy ubezpieczenia w tych polisach grupowych są zbyt niskie. Z wniosków, które do nas trafiają, widzimy, że wciąż powszechne są symboliczne sumy ubezpieczenia na poziomie ok. 10 tys. zł, chociaż zdarzają się już także wyższe, rzędu 15 czy nawet 30 tys. zł. Składki też są w związku z tym stosunkowo niskie, rodzice zwykle płacą od 30 do 50 zł – mówi Marcin Jaworski.

Kolejny problem to niejasna konstrukcja takich polis. Ze zgłoszeń, które napływają do biura Rzecznika Finansowego, wynika, że rodzice nie do końca wiedzą, jak działa szkolne NNW. Nie mają świadomości, że nie każde zdarzenie, w którym dziecko odniosło obrażenia, jest uznawane za nieszczęśliwy wypadek (np. na skutek omdlenia) albo że polisa zwykle obejmuje tylko urazy powstałe podczas lekcji WF-u.

– Widzimy też, że jeśli już na rynku pojawiają się nowe opcje, to dotyczą one urazów typu np. ugryzienie pszczoły, za które można dostać wypłatę rzędu 50-100 zł  i to też pod dodatkowym warunkiem, że na skutek takiego ugryzienia dziecko trafi do szpitala na co najmniej dwa dni. Rezygnacja z takich właśnie opcji, które zapewniają niewielkie wsparcie przy mało poważnych wypadkach, byłaby korzystna, bo w to miejsce można by zaproponować realne wsparcie przy poważniejszych zdarzeniach – mówi Marcin Jaworski.

Jak podkreśla, sytuacja i tak stopniowo się poprawia – jeszcze dwa lata temu do biura Rzecznika Finansowego napłynęło ok. 200 wniosków z prośbą o interwencję albo poradę dotyczącą szkolnego NNW. W ubiegłym roku było ich już ok. 150.

Docierają do nas z rynku sygnały, że klienci coraz chętniej sami zawierają takie umowy. W coraz większym stopniu upowszechnia się wiedza o tym, że szkolne ubezpieczenia grupowe nie są obowiązkowe – mówi Marcin Jaworski. – Jedynym obowiązkowym ubezpieczeniem są objęte wyjazdy zagraniczne uczniów, wtedy trzeba kupić polisę NNW. Pozostałe umowy, czyli np. NNW roczne czy obejmujące wycieczki szkolne w kraju, nie są obowiązkowe, chociaż oczywiście warto takie ubezpieczenie mieć.

Rzecznik Finansowy podkreśla, że powszechność i grupowa forma zawierania szkolnego NNW to szansa na uzyskanie tańszej ochrony ubezpieczeniowej niż w przypadku indywidualnych umów. Jednak dyrektorzy szkół i rodzice powinni wywierać presję na poprawę jakości takich polis. Ci drudzy – przed zawarciem umowy – powinni też dokładnie przeczytać i sprawdzić, co dokładnie obejmuje.

Rodzice wybierający szkolne NNW powinni zwrócić uwagę na to, czy umowa obejmuje zajęcia dodatkowe, np. uczestnictwo dziecka w szkolnych klubach sportowych czy zajęciach pozalekcyjnych. Nie jest standardem obejmowanie polisą tego typu wypadków. Zdarza się, że jeśli dziecko uczęszczało na przykład na prywatne lekcje tańca, zwichnęło sobie nogę, to ubezpieczyciel odmówił, gdyż zdarzenie miało miejsce poza terenem szkoły i nie odbywało się w czasie zajęć lekcyjnych – mówi Marcin Jaworski.

Kosmiczna infrastruktura 5G zapewni superszybki internet w dowolnym miejscu na Ziemi. Swoje satelity planują wysłać w kosmos najwięksi giganci

Kosmiczna infrastruktura 5G zapewni superszybki internet w dowolnym miejscu na Ziemi. Swoje satelity planują wysłać w kosmos najwięksi giganci 7

Wykorzystanie satelitów umożliwi rozszerzenie zasięgu działania systemów telekomunikacyjnych na obszary, które dotychczas były wykluczone cyfrowo. Korporacje technologiczne pokroju Tesli czy Amazonu projektują rozległe konstelacje satelitarne, które pozwolą rozszerzyć zasięg funkcjonowania usług telekomunikacyjnych na cały glob, a Europejska Agencja Kosmiczna przekonuje, że przyszłością rynku telekomunikacyjnego są satelity 5G.

– Od 5 lat możemy obserwować ogromny rozwój i zmianę na rynku telekomunikacji satelitarnej. Wcześniej ten rynek był zdominowany przez operatorów, którzy świadczyli usługi do odbiorców hurtowych na Ziemi. W ramach sektora kosmicznego i w obszarze telekomunikacji satelitarnej rynek w przyszłości będzie należał do odbiorcy indywidualnego, który będzie sam mógł decydować o tym, jakie dane odbiera i gdzie te dane odbiera – mówi agencji Newseria Innowacje Paweł Wojtkiewicz, prezes Związku Pracodawców Sektora Kosmicznego.

Zgodnie z założeniami Komisji Europejskiej wszystkie kraje członkowskie powinny do 2020 roku wdrożyć sieć 5G co najmniej w jednym mieście, a do 2025 nowa architektura telekomunikacyjna powinna się upowszechnić w całej Unii Europejskiej. Do realizacji tego ambitnego projektu potrzeba technologii, która pozwoli szybko i sprawnie rozszerzyć zasięg funkcjonowania tej sieci. Z pomocą mogą przyjść sieci komunikacji satelitarnej.

Aby sprostać temu wyzwaniu, Europejska Agencja Kosmiczna powołała do życia inicjatywę Satellite for 5G. Jej celem ma być promowanie rozwiązań z sektora technologii kosmicznych, które umożliwią wdrożenie sieci nowej generacji na szeroką skalę. Według ESA satelitarna infrastruktura 5G będzie wszechstronniejsza niż sieć bazująca na nadajnikach naziemnych, gdyż umożliwi przesyłanie danych tam, gdzie dotychczas było to niemożliwe, np. na terenach górskich bądź w krajach rozwijających się.

– Zgodnie z rynkowymi wymogami sektor kosmiczny rozwija technologie, które umożliwią świadczenie usług dla klienta indywidualnego. Użytkownik telefonu komórkowego będzie mógł korzystać z danych, które są przekazywane przez infrastrukturę satelitarną – wskazuje Paweł Wojtkiewicz.

W potencjał telekomunikacyjnych sieci satelitarnych wierzy także firma Viasat Europe, która dostarcza internet za pośrednictwem nadajników satelitarnych. Obecnie korporacja jest w stanie zapewnić dostęp do łącza o przepustowości 100 Mb/s, ale do 2021 roku planuje wystrzelić na orbitę satelity zdolne do przesyłania danych z prędkością do 1 Gb/s. Jeśli uda się spełnić te założenia, Viasat dostarczy internet o przepustowości zbliżonej do światłowodowej w dowolne miejsce Europy.

– Będziemy mieli coraz szybsze usługi, które umożliwiają odbieranie coraz większej liczby danych w krótszym czasie. Musimy jednak mieć bardziej rozbudowaną infrastrukturę, albo na Ziemi, albo właśnie w kosmosie. W tej chwili trwa wyścig. Naziemna infrastruktura telekomunikacyjna na pewno będzie się rozbudowywała, ale infrastruktura kosmiczna także nie pozostaje w tyle. Plany ESA i UE zakładają, że Europa powinna rozwijać technologię 5G także w obszarze sektora kosmicznego, co zapewni nieograniczony dostęp do usług telekomunikacyjnych – twierdzi ekspert.

Nad wdrożeniem systemów komunikacyjnych nowej generacji pracują już takie korporacje jak SpaceX. Firma Elona Muska planuje stworzyć konstelację 12 tys. satelitów Starlink, które pokryją swoim zasięgiem całą ziemię i umożliwią nawiązanie łączności satelitarnej z dowolnego miejsca. Pierwsza faza wdrożeniowa przebiegła pomyślnie – w tym roku SpaceX wysłał na orbitę okołoziemską 60 prototypowych satelitów, które mają posłużyć do przetestowania funkcjonowania systemu Starlink.

O stworzeniu własnej kosmicznej sieci telekomunikacyjnej wspominają także przedstawiciele Amazonu. Korporacja powołała do życia Projekt Kuiper, w ramach którego umieści na niskiej orbicie ponad 3 tys. satelitów funkcjonujących między 56 stopniem szerokości geograficznej północnej a 56 stopniem szerokości geograficznej południowej. Taki obszar działania ma umożliwić podpięcie do satelitarnego, szybkiego i taniego internetu ok. 95 proc. populacji.

– Informacja w dzisiejszym świecie jest naprawdę bardzo cenna i im szybciej dotrzemy z nią do odbiorcy na Ziemi, tym lepiej. Firmy przykładają coraz większą wagę do tego, żeby rozwijać te technologie. Za 15 lat będziemy mogli uzyskać dostęp do danych praktycznie z każdego miejsca na Ziemi – przewiduje Paweł Wojtkiewicz.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku technologii 5G do 2025 roku wzrośnie do 251 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie blisko 97 proc. w skali roku.

ORLEN zyskuje na likwidacji szarej strefy

ORLEN zyskuje na likwidacji szarej strefy (2)Skuteczna walka rządu z szarą strefą w branży paliwowej przynosi wymierne efekty. W ostatnich latach dynamicznie rośnie konsumpcja paliw w Polsce, co wpływa na rekordowe zyski PKN ORLEN. Wprowadzony przez premiera Mateusza Morawieckiego pakiet paliwowy realnie wzmacnia też budżet państwa, do którego trafia teraz więcej podatków z legalnej działalności firm paliwowych. Na korzyści wynikające z wdrożenia przepisów ograniczających szarą strefę wskazywali Marian Banaś, były Minister Finansów, a obecnie Prezes NIK i Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy Zdrój.

ORLEN zyskuje na likwidacji szarej strefy (1)Prezes NIK Marian Banaś podkreślał, że ograniczanie szarej strefy było możliwe dzięki skutecznym działaniom legislacyjnym, ale też wzmocnieniu bieżących działań kontrolnych i skutecznej wymianie informacji pomiędzy instytucjami. Zaznaczył, że uszczelnienie systemu podatkowego przyniosło wymierny efekt w postaci wyższych wpływów podatkowych – w 2015 r. z tego tytułu do budżetu Państwa trafiło 269 mld zł, a w 2018 r. było to już 375 mld zł.

Jednym z beneficjentów wdrożonych przepisów jest także PKN ORLEN. Od 2015 r. do 2018 r. spółka odnotowała wzrost sprzedaży oleju napędowego o 43% do 17 mln ton. W tym czasie sprzedaż benzyny wzrosła o 20% do prawie 4,5 mln ton. Dzięki ograniczeniu szarej strefy zyski spółki i sprzedaż paliw na stacjach paliw znacząco wzrosły.

ORLEN zyskuje na likwidacji szarej strefy (3)Zasady uczciwej konkurencji i przestrzeganie przepisów są dla nas bardzo ważne. Podjęte przez Premiera Mateusza Morawieckiego działania zwalczające szarą strefę pokazały, z jak olbrzymią skalą problemu mieliśmy wcześniej do czynienia. Po kilku latach obowiązywania pakietu paliwowego widzimy jego korzystny wpływ na rynek, w tym na nasze zyski. Przez ostatnie 3,5 roku wyniosły one ok. 21 mld zł. Tymczasem w latach 2008-2015 było to raptem 2,9 mld zł. Ten rekordowy wzrost nie wziął się „z powietrza” – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Wprowadzone w 2016 roku przepisy uporządkowały rynek paliwowy, zwiększyły jego transparentność i uzdrowiły konkurencję, na czym znacząco zyskał też budżet państwa. Trafiło do niego więcej podatków z legalnej działalności firm paliwowych. Tylko PKN ORLEN w 2018 roku z tytułu różnych podatków wpłacił do budżetu ponad 36 mld zł. W 2015 roku, gdy pakiet paliwowy jeszcze nie obowiązywał, było to o ok. 10 mld zł mniej. W ciągu ostatniego 3,5 roku spółka odprowadziła do budżetu państwa łącznie przeszło 112 mld zł. Dla porównania, w ciągu 8 lat, kiedy walki z szarą strefą nikt skutecznie nie podjął, budżet zasiliło nieco ponad 162 mld zł.

Działania rządu uszczelniające rynek paliw korzystnie wpłynęły też na strukturę rynku w Polsce. Rafinerie pracują przy pełnym obciążeniu. Wzrósł także poziom paliw legalnie sprowadzanych do kraju. W tym celu wykorzystany został potencjał rafinerii w ramach całej Grupy ORLEN. Aby zaspokoić zapotrzebowanie na polskim rynku, PKN ORLEN zwiększył import paliw z litewskich Możejek, co przełożyło się na wyniki tej rafinerii.

Trwają prace nad kolejnymi przepisami, które umożliwią dalsze zmniejszenie szarej strefy. Spółka liczy na pozytywny efekt wdrożenia we wrześniu br. pakietu opałowego ograniczającego nielegalny handel olejem opałowym na polskim rynku. Tym bardziej, że udział GK ORLEN w jego sprzedaży w 2018 roku wyniósł ponad 50%. Wstępne szacunki branży wskazują, że oszustwa podatkowe z tego tytułu mogą wynosić co najmniej 200 mln zł rocznie.

Branża boryka się także ze zjawiskiem nielegalnego wykorzystanie gazu płynnego LPG do celów grzewczych i dokonywania oszustw akcyzowych związanych z tym procederem. Luka w legalnej konsumpcji autogazu może wynosić nawet 500 tys. ton gazu rocznie. Udział szarej strefy w tym obszarze szacowany jest na kilkaset milionów złotych rocznie. Problem rozwiązać ma rozszerzenie od 1 grudnia br. monitoringu dostaw gazu płynnego LPG na stacje paliw w ramach systemu SENT.

Rząd zamierza także uporządkować rynek smarów w Polsce oraz gospodarkę olejami odpadowymi powstającymi z eksploatacyjnego zużywania się smarów. Obecnie są one nielegalnie spalane, a powinny zostać poddane procesom odzysku i recyklingu. Szara strefa w tym obszarze znacznie ogranicza wyniki takich firm, jak PKN ORLEN. Odpowiedzią rządu będzie pakiet smarowy. Na jego wprowadzeniu zyska nie tylko spółka, ale też budżet państwa i środowisko naturalne, ponieważ przepisy te wpisują się w rządowy program „Czyste Powietrze”.

GPW rozpoczyna publikację indeksu giełd regionu Trójmorza

  • Giełdy z regionu Trójmorza podpisały list intencyjny w sprawie uruchomienia nowego indeksu – CEEplus
  • Uruchomienie indeksu zostało oficjalnie ogłoszone, w obecności Ministra Inwestycji i Rozwoju Jerzego Kwiecińskiego, podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju
  • Indeks będzie obejmował największe i najbardziej płynne spółki notowane na poszczególnych rynkach Grupy Wyszehradzkiej, Chorwacji, Rumunii i Słowenii, za jego obliczanie będzie odpowiadać GPW
  • Indeks będzie instrumentem bazowym dla funduszu pasywnego zarządzanego przez TFI PZU

Prezesi giełd z Grupy Wyszehradzkiej (Polski, Czech, Słowacji i Węgier), Chorwacji, Rumunii i Słowenii podpisali list intencyjny dotyczący rozpoczęcia publikacji nowego indeksu giełd z regionu Trójmorza – CEEplus. Uruchomienie indeksu zostało oficjalnie ogłoszone, w obecności Ministra Inwestycji i Rozwoju Jerzego Kwiecińskiego, w trakcie panelu „Utworzenie wspólnego indeksu giełdowego dla regionu Trójmorza –  szanse i korzyści” podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju. Giełda Papierów Wartościowych (GPW) będzie odpowiadać za kalkulację i publikację indeksu.

Mateusz Morawiecki – Wicepremier, Minister Rozwoju i Finansów
Mateusz Morawiecki

– Uruchomienie wspólnego indeksu giełdowego dla firm działających w państwach grupy V4 oraz Chorwacji, Rumunii i Słowenii to ważny krok w kierunku pogłębienia współpracy regionalnej i jednocześnie otwarcia regionu na świat. Trójmorze ma szanse stać się gospodarczym sercem Europy. Podczas gdy Unia Europejska przechodzi kryzys spowolnienia, Europa Środkowa dysponuje potencjałem, który jeszcze nie został w pełni wykorzystany. Narzędzie, jakim będzie indeks CEEplus zwiększy atrakcyjność inwestycyjną regionu i pozwoli nam rozwijać się w jeszcze szybszym tempie – podkreślił Prezes Rady Ministrów Mateusz Morawiecki.

Jerzy Kwieciński, Minister Inwestycji i Rozwoju
Jerzy Kwieciński, Minister Inwestycji i Rozwoju

– Współpracę w ramach Inicjatywy Trójmorza zainicjował sektor publiczny, jednak jej powodzenie w dużej mierze zależeć będzie od zaangażowania inwestorów prywatnych. Uruchomienie nowego indeksu – CEEplus – jest dla nich czytelnym sygnałem, że drzwi do inwestycji są szeroko otwarte. O wartości rynku Trójmorza i zapotrzebowaniu na kapitał niech świadczy to, że nakłady na same tylko inwestycje infrastrukturalne w regionie do 2030 r. powinny wynieść od 200 mld do nawet 1,1 biliona euro. Jeśli ktoś pokusiłby się o stworzenie inwestycyjnej mapy świata, my dzisiaj wbilibyśmy w nią bardzo widoczną pinezkę – powiedział Jerzy Kwieciński, Minister Inwestycji i Rozwoju.

W portfelu indeksu znajdzie się ponad 100 najbardziej płynnych spółek notowanych na rynkach regulowanych giełd z regionu Europy Środkowo-Wschodniej: Bratysławie, Bukareszcie, Budapeszcie, Lublanie, Pradze, Warszawie, Zagrzebiu. Kwalifikacja spółek do indeksu będzie bazować na kryterium płynności – średnie obroty na sesję o wartości co najmniej 90 tys. EUR w ciągu 6 miesięcy. Udział spółek w indeksie będzie wyznaczany na podstawie liczby akcji w wolnym obrocie z uwzględnieniem limitów wynikających z reguły 5/10/40 (największa spółka do 10%, spółki o wadze powyżej 5% nie mogą w sumie przekraczać w indeksie wagi 40%). Dodatkowo spółki z jednego kraju nie będą mogły stanowić więcej niż 50% portfela indeksu, co w praktyce będzie dotyczyć jedynie spółek notowanych na GPW.

Podpisanie listu intencyjnego rozpoczynającego publikację nowego indeksu regionalnego wpisuje się w współpracę pomiędzy rynkami kapitałowymi regionu. Dzięki temu projektowi głos giełd z Europy Środkowo-Wschodniej będzie lepiej słyszalny w debacie na temat rynków kapitałowych w Unii Europejskiej. To inicjatywa, która umożliwia Unii Europejskiej pozyskanie spójnego, reprezentującego cały region stanowiska.

Marek Dietl, prezes Zarządu GPW
Marek Dietl, prezes Zarządu GPW

– Coraz więcej inwestorów szuka możliwości zdywersyfikowanego inwestowania w awangardę spółek z krajów z regionu Trójmorza. Polski rynek kapitałowy należy do 25 najwyżej rozwiniętych na świecie, więc naszym zadaniem jest promowanie trójmorskich spółek. Cieszę się, że wspólnie z Giełdami oraz największą instytucją finansową regionu możemy zaoferować nowatorski produkt inwestycyjny – podkreślił Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Informacje o indeksie będą podawane raz dziennie na podstawie kursów zamknięcia, a następnie przeliczanie po kursie NBP w walutach lokalnych, euro oraz dolarze amerykańskim. CEEplus będzie indeksem cenowym, który będzie jednocześnie instrumentem bazowym dla funduszu pasywnego TFI PZU, o nazwie inPZU CEEplus. Będzie to kolejny z subfunduszy inPZU tworzących fundusz parasolowy inPZU SFIO. Fundusz będzie kierowany do klientów indywidualnych i profesjonalnych za pośrednictwem platformy inPZU, a jego sugerowany horyzont inwestycyjny to co najmniej trzy lata.

Paweł Surówka
Paweł Surówka

– Jesteśmy dumni z tego, że możemy wspólnie z warszawską giełdą i giełdami regionalnymi wziąć udział w wyjątkowym przedsięwzięciu obrazującym aktywność i ambicje gospodarek krajów Trójmorza. Dlatego nie powinien również dziwić fakt, że specjalnie z tej okazji rozpoczynamy sprzedaż funduszu opartego o indeks CEEplus. Wierzę, że jego wyniki będą odbiciem aspiracji giełd naszego regionu. Głęboko wierzę również w potencjał naszej rosnącej części Europy i jestem przekonany, że nasze kraje są doskonałymi destynacjami dla inwestorów z całego świata – powiedział Paweł Surówka, prezes Grupy PZU.

Wstępne rozmowy o utworzeniu wspólnego indeksu rozpoczęły się przy okazji pierwszego szczytu giełd z regionu Europy Środkowo-Wschodniej (CEE) w formacie V4+2, który odbył się 20 lutego 2018 r. w Pradze. Wzięli z nim udział prezesi giełd z Polski, Czech, Węgier i Słowacji oraz Rumunii i Chorwacji. Powstanie indeksu regionalnego zapowiedzieli prezesi regionalnych giełd podczas debaty „Kooperacja rynków kapitałowych regionu Europy Środkowo-Wschodniej” w trakcie XXVIII Forum Ekonomicznego w Krynicy-Zdroju.

Co dalej z Wielką Brytanią? Kolejne wybory?

Mogło się już wydawać, że Boris Johnson, zawieszając prace parlamentu, dopiął swego i doprowadzi do brexitu obojętnie od jego ostatecznego kształtu. Teraz jednak utracił większość w Izbie Gmin i zamiast o samym brexicie coraz częściej słyszymy o przedterminowych wyborach.

Na Wyspach robi się coraz ciekawiej

Przeważnie przechodzenie pojedynczych posłów pomiędzy partiami nie budzi sensacji. Czasem jednak się zdarza, że pojedynczy głos jest głosem decydującym. Wczoraj konserwatyści stracili raptem jednego posła na rzecz Liberalnych Demokratów, ale już to wystarczyło, by koalicja rządowa nie miała większości. Opozycja również takowej nie posiada. Nie zmienia to faktu, że sytuacja Borisa Johnsona, pomimo zawieszenia prac parlamentu, od połowy września wyraźnie się komplikuje. Funt przyjął tę wiadomość neutralnie. Z jednej strony brak stabilnej większości to niepewność, a niepewność szkodzi walucie. Z drugiej oddala się perspektywa brexitu bez umowy, co raczej cieszy osoby zainteresowane funtem.

Indeksy dla usług

Indeks PMI zwyczajowo podaje się dla branży przemysłowej. Ma on jednak swój bliźniaczy indeks dla usług. Został on opublikowany dzisiaj rano. Co ciekawe wypada on dużo lepiej niż ten dla przemysłu. Unia Europejska wykazała wynik 53,5 pkt, czyli o ponad 6 punktów wyższy niż w przemysłowym. Za interesujący fakt możemy uznać, że w tym wypadku dobrze wypadają Niemcy, którzy w poprzednim odczycie szorowali o dno. Problem w tym, że o ile gospodarki coraz bardziej przenoszą ciężar na branżę usługową, o tyle indeks dla usług w dalszym ciągu jest znacznie mniej istotny dla rynków od przemysłowego.

Zmiana ról w Europie

Obecnie intrygująco prezentuje się pozycja głównego motoru napędowego Unii. Bardzo długo stanowisko to zajmowali Niemcy. Stagnacja, słabe dane makroekonomiczne i fatalne indeksy koniunktury pokazują jednak, że kraj ten na jakiś czas wypisał się z tej roli. W miejsce to niespodziewanie wskoczyli Francuzi. Pokazują oni ostatnio bardzo dobre odczyty, zarówno we wzroście gospodarczym, jak i w indeksach koniunktury, gdzie jako jedyna z największych europejskich gospodarek pokazała przewagę pozytywnych odpowiedzi. Pewnym cieniem na wynikach Francji kładzie się jednak zadłużenie, które w przeciwieństwie do Niemców nie tylko nie spada, ale rośnie.

W kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 16:00 – Kanada – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych,
  • 20:00 – USA – beżowa księga, czyli stenogramy z ostatniego posiedzenia FED.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Czy kierowca może być pracownikiem delegowanym? Ile może zarobić?

Delegowany czy nie? W Niemczech, Holandii, Belgii, Austrii, we Włoszech i Francji, a także w Norwegii i Finlandii nie ma to znaczenia. Tamtejsi urzędnicy za nic mają mobilny charakter pracy. Jeśli kierowca realizuje międzynarodowe przewozy drogowe, to ma zarabiać minimalne wynagrodzenie obowiązujące w danym kraju. Nawet jeśli spędza w innym państwie EU niż rodzime zaledwie kilka godzin. Bezpieczeństwo właściwego rozliczenia płacy minimalnej jest istotne w przypadku kontroli, gdyż na przykład ustawa MiLoG przewiduje aż do 500 tysięcy euro kary. Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) podpowiada, jak jej uniknąć.

Kim jest pracownik delegowany?

Dyrektywa 96/71/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 16 grudnia 1996 r. dotycząca delegowania pracowników w ramach świadczenia usług. To ten akt prawny określa pracownika delegowanego jako zatrudnionego, który przez ograniczony czas wykonuje swoją pracę na terytorium innego państwa członkowskiego, niż to, w którym zwyczajowo pracuje. Na podstawie przepisów unijnych każdy pracownik ma prawo otrzymywania od pracodawcy wynagrodzenia co najmniej
w wysokości płacy minimalnej państwa przyjmującego.

Czy kierowca może być pracownikiem delegowanym?

Do momentu wprowadzenia pakietu mobilności dyrektywa 96/71/WE ma zastosowanie także do kierowców. Mimo mobilnego charakteru pracy kierowcy, przedsiębiorca powinien zapewnić co najmniej minimalne stawki wynagrodzenia pracownikowi wykonującemu pracę w państwie przyjmującym. Pod płacę minimalną podlegają przewozy kabotażowe, natomiast wyjęte spod tych obowiązków są przejazdy tranzytowe. W przypadku przewozów międzynarodowych z załadunkiem lub rozładunkiem w innym kraju to, czy dany przewóz podlega pod obowiązek wypłaty płacy minimalnej państwa przyjmującego, określa ten kraj w opublikowanych na dedykowanej stronie wytycznychmówi Bartłomiej Zgudziak, ekspert ds. analiz i rozliczeń z OCRK.

Ważne dla przedsiębiorcy i kierowcy

Do zagranicznej płacy minimalnej możemy wliczyć premie, ryczałt za nocleg oraz wynagrodzenie zasadnicze, które wypłacane jest za ogólną pracę kierowcy bez znaczenia, w jakim kraju jest wykonywana. Wynagrodzenie to może być zaliczane do zagranicznych minimalnych płac proporcjonalnie do godzin pracy w danym kraju.

Pozostałe składniki wynagrodzenia oraz dieta z tytułu podróży służbowej mogą być zaliczane do zagranicznej płacy minimalnej, ale tylko jeżeli dane państwo pozwoli na taką praktykę. Najczęściej stanowiska te publikowane są na stworzonych w tym celu platformach internetowych, w wytycznych dotyczących zasad rozliczania płacy minimalnej dla pracowników delegowanych. Obowiązek pełnego i jasnego dostępu do tych informacji wynika z Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/67/UE z dnia 15 maja 2014 r. – dodaje ekspert OCRK.

Płaca minimalna niemiecka

Do płacy minimalnej niemieckiej, oprócz opisanych wyżej składników, zaliczane są dodatki, takie jak dyżur oraz nadgodziny wypracowane na terytorium Niemiec. Obok wynagrodzenia do płacy zaliczana jest dieta pomniejszona o 8,37 € (zgodnie z niemieckim rozporządzeniem o ubezpieczeniu społecznym). Warto także zwrócić uwagę, iż sam czas pracy na terenie Niemiec nie jest wyznacznikiem  wysokości wyrównania, jakie zostanie wyliczone kierowcy. Istotnym czynnikiem jest także jego ogólny pobyt na terytorium tego kraju. Podczas przebywania w Niemczech kierowca będzie otrzymywał diety i ryczałty z tytułu zagranicznej podróży służbowej, które będą częścią płacy minimalnej, odpowiednio pomniejszając dopłaty. Wyższa dieta zagraniczna zwiększa należności kierowcy z tytułu podróży służbowej, które są wolne od podatku i składek ZUS do wysokości limitów ustalonych w Rozporządzeniu Ministra Pracy i Polityki Społecznej z dnia 29 stycznia 2013 r. w sprawie należności przysługujących pracownikowi zatrudnionemu w państwowej lub samorządowej jednostce sfery budżetowej z tytułu podróży służbowej. Wyrównania do zagranicznych minimalnych płac są wynagrodzeniem pracownika w związku z czym podlegają opodatkowaniu oraz składkom ZUS.

Przykładowe rozliczenie:Płaca minimalna niemiecka

Na wykresie nr 1 przedstawiono przykładowy czas pracy kierowcy w Niemczech. Należne wynagrodzenie minimalne za czas pracy na terenie Niemiec w tym wypadku wyniesie:

8:00 h x 9,19 € = 73,52 €

Wypłacone Polskie wynagrodzenie:

Stawka godzinowa pracownika (3 € x 8:00 h) = 24 €

Dieta (czas pobytu w Niemczech 19:00 h) = 49 €

Potracenie SVeV na wyżywienie            – 8,37 €

1 ryczałt za nocleg w Niemczech = 37,5 €

RAZEM = 102,13 €

Wyrównanie do minimalnej niemieckiej = 73,52 € – 102,13 €. W analizowanym przykładzie przedsiębiorca wypłacił wyższe wynagrodzenie niż to, wynikające z ustawy niemieckiej, w związku z czym nie musi niczego wyrównywać kierowcy. Natomiast w tabeli nr 1 pokazano, jak wysokość diety zagranicznej wpływa na ewentualną dopłatę za pracę na terytorium Niemiec. W wyliczeniach uwzględniono zaliczanie wyżej opisanych składników.

Czas pracy na terytorium Niemiec: 63:15
Wysokość diety zagranicznej: Wyrównanie do minimalnej
8 € 796,09 zł
10 € 745,73 zł
15 € 605,83 zł
20 € 465,93 zł
25 € 326,03 zł
30 € 186,13 zł
35 € 46,23 zł
49 € 0zł

Płaca minimalna francuska

Do minimalnej płacy we Francji zaliczane jest wynagrodzenie zasadnicze kierowcy oraz wypłacane dodatki za godziny nocne (tylko w przewozie rzeczy), godziny nadliczbowe i dyżury. Ponadto, przy poprawnym zapisie oraz argumentacji, częścią francuskiej płacy minimalnej może być ryczałt za nocleg. Sposób w jaki premia będzie zaliczana, zależy od jej przeznaczenia. Rozliczenie minimalnej płacy we Francji zgodnie z wytycznymi ma opierać się na francuskim kodeksie transportowym. Wysokość minimalnej stawki we Francji zależna jest od prowadzonego pojazdu, kwalifikacji kierowcy oraz rodzaju wykonywanych tras. Wyliczając minimalne wynagrodzenie należy wziąć pod uwagę szereg dodatków, o których mówią francuskie przepisy, takich jak dodatki: stażowe, za pracę
w nadgodzinach, za pracę w niedzielę i święta, za pracę w porze nocnej i amplitudy. W tabeli nr 2 przedstawiono przykładowe przeliczenie pracy kierowców na terytorium Francji w zależności od wyliczonego czasu pracy.

Minimalna płaca w Francji Czas pracy – Francja Wyrównanie
Kierowca 1 8:20:00 95,39 zł
Kierowca 2 1:52:00 0 zł
Kierowca 3 45:59:00 710,65 zł
Kierowca 4 28:50:00 44,25 zł
Kierowca 5 19:58:00 315,05 zł
Kierowca 6 35:25:00 487,41 zł
Kierowca 7 52:48:00 688,09 zł
Kierowca 8 11:21:00 0 zł

Optymalizacja kluczem do oszczędności

Bardzo istotne jest, aby wyliczenia wyrównań były wykonane prawidłowo, ponieważ za niedopełnienie tego obowiązku grożą przewoźnikowi dotkliwe kary. Zgodnie z Ustawą o regulacji ogólnej płacy minimalnej (Ustawa o płacy minimalnej – MiLoG), Rozdz. 3 § 21 (3) – naruszenie przepisów w przypadkach opisanych w ustępie 1 punkt 9 oraz w ustępie 2 może być ukarane grzywną wysokości do pięciuset tysięcy euro, w pozostałych przypadkach grzywną w wysokości do trzydziestu tysięcy euro – wyjaśnia ekspert.

Jednak nie należy rezygnować z optymalizacji rozliczeń. Takie działanie, oparte o doświadczenie i znajomość przepisów, pozwala do maksimum ograniczyć koszty przedsiębiorstwa w zakresie wypłat wyrównań. Odpowiednio dobrane należności z tytułu podróży służbowej pozwalają przedsiębiorcy ograniczać koszty związane z wynagrodzeniem kierowcy przy jednoczesnym utrzymaniu poziomu wypłaty „na rękę” kierowcy. Delegacje do limitów rozporządzenia są wolne od podatku i składek ZUS oraz jednocześnie będą wliczane do minimalnych płac (to w jakiej części, zależy od danego kraju), ograniczając możliwe dopłaty. Warto więc pytać specjalistów, którzy są na bieżąco ze wszystkimi regulacjami obowiązującymi w krajach Wspólnoty – dodaje Bartłomiej Zgudziak z OCRK.

Hossa na rynku obligacji

  • Rekordowy spadek rentowności obligacji
  • Budżet na 2020 wspiera rynek długu
  • Zagrożeniem rosnąca inflacja
Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Union Investment TFI
Tomasz Pawluć, Zarządzający Funduszami Dłużnymi Union Investment TFI

Polskie rentowności osiągają kolejne rekordowo niskie wartości. Zysk na 10-letnich obligacjach skarbowych spadł do poziomu 1,70. To historycznie najniższa wartość tego wskaźnika. Polskie obligacje nie są wyjątkiem, podobne trendy obserwujemy też na innych rynkach. Widać to szczególnie w Niemczech.

Ta sytuacja jest pochodną tego, co dzieje się w globalnej gospodarce. W tym „dovish stance”, czyli gołębia postawa banków centralnych. Już dziś rynek wycenia na 100 proc., że Europejski Bank Centralny obniży stopy o 10 pb. Po lipcowym cięciu stóp procentowych przez FED i tutaj rynki oczekują dalszego poluzowania polityki fiskalnej i kolejnej obniżki stóp o 25 pb. W strefie euro również spodziewamy się działań zmierzających do pobudzenia zwalniającej gospodarki. Wszyscy boją się spowolnienia i trwa swoista rywalizacja pomiędzy bankami centralnymi, kto da więcej i podtrzyma wzrost gospodarczy. Dzisiejsze rekordowe poziomy na długu w naszej opinii nie oznaczają, że to już koniec. Naszym zdaniem wiele wskazuje na to, że możemy spodziewać się kolejnych rekordów.

Rząd opublikował projekt ustawy budżetowej. Budżet państwa ma być zrównoważony. Oznacza to, że wpływy i wydatki z budżetu zbilansują się. Taka sytuacja sprzyja obligacjom. Co prawda w przedstawionym projekcie nie uwzględniono podatku od sprzedaży detalicznej i tzw. trzynastej emerytury. W wyliczeniach uwzględniono wyższe wpływy z podatku VAT oraz składek ZUS od najlepiej zarabiających, którzy nie będą już korzystali z limitu dochodów w wysokości 30-krotności średniej pensji.

Wewnętrznym ryzykiem, na który musimy zwracać uwagę, jest sektor bankowy i to, co się wydarzy z kredytami udzielonymi we frankach. Kolejnym zagrożeniem lokalnym jest inflacja. W całym regionie w porównaniu do niskich rentowności inflacja jest dość wysoka. Zarówno Węgry i Czesi mają wysoką inflację w stosunku do długoterminowych obligacji. Rada Polityki Pieniężnej nie reaguje i w najbliższym czasie nie należy się spodziewać zmiany polityki w tym zakresie. Zakładamy, że stopy pozostaną na tym samym poziomie. Według wskaźników ekonomicznych inflacja będzie rosła do końca roku, najwyższych jej odczytów spodziewamy się na przełomie roku – w okolicach 3,5 proc. W pierwszych miesiącach przyszłego roku powinna zacząć spadać.

Formjacking rośnie: hakerzy atakują internetowe transakcje

Application Protection Report 2019[1] od F5 Labs wskazuje, że formularze online, jak strony logowania i koszyki zakupów, są coraz częściej przejmowane przez cyberprzestępców polujących na personalne dane finansowe (PFI). Formjacking przesyłający dane z przeglądarki internetowej klienta do lokalizacji kontrolowanej przez atakującego, pozostaje jedną z najczęstszych taktyk ataków. Stanowił aż 71% wszystkich analizowanych naruszeń danych w sieci w 2018, a w ostatnich dwóch latach wybija się na dominującą metodę ataków iniekcyjnych.

Tylko 83 incydenty przypisywane atakom formjacking wpłynęły w 2019 r. na bezpieczeństwo niemal 1,4 mln kart płatniczych. Najwięcej ataków (49%), które zakończyły się powodzeniem, wystąpiło w handlu detalicznym, 14% dotyczyło usług biznesowych zaś 11% skoncentrowało się na sektorze przemysłowym. Branża transportowa była atakowana tą metodą najczęściej (szczególnie personalne dane finansowe), stanowiąc aż 60% wszystkich kradzieży powiązanych z kartami kredytowymi.

Trendowi sprzyja decentralizacja usług i treści internetowych, która zwiększa możliwości ataku, coraz bardziej narażając firmy i konsumentów na kradzież haseł i kart kredytowych.

Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland
Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland

Formjacking przeżywa w ostatnich dwóch latach eksplozję popularności – mówi Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland. Dzieje się tak, ponieważ krytyczne komponenty kodów aplikacji sieciowych (np. koszyki zakupów czy systemy płatności online) są coraz częściej outsourcowane do strony trzeciej. Deweloperzy sieciowi korzystają z bibliotek kodów, a bywa że linkują swoje aplikacje bezpośrednio do skryptów obsługiwanych przez firmy zewnętrzne. W efekcie organizacje stają się bardziej podatne, bo ich kod jest ściągnięty z dziesiątków różnych źródeł. Niemal wszystkie te źródła są poza możliwością kontroli i wykraczają poza zabezpieczenia przedsiębiorstw. Dodajmy, że wiele stron internetowych korzysta z tych samych zasobów zewnętrznych: atakujący wiedzą, że wystarczy dokonać jednej zmiany schematu danych, żeby uzyskać dostęp do ogromnej publi potencjalnych ofiar – dodaje Wiśniewski.

Wprawdzie ataki iniekcyjne nie są nowością, niemniej F5 Labs twierdzi, że pozostaną rosnącym trendem.  Zgodnie z Exploit Database[2] 11% nowo odkrytych błędów w kodach (exploitów) w 2018 r. utworzyło część łańcucha ataków formjacking, włącznie ze zdalnym wykonaniem kodu (5,4%), dołączaniem plików – arbitrary file inclusion (3,8%) i zdalnym wykonaniem CMD (1,1%).

Ataki iniekcyjne zmieniają się wraz z naszymi zachowaniami – twierdzi Ireneusz Wiśniewski. Wykrywanie i ograniczanie tego typu błędów zależy od dostosowania kontroli i oceny sytuacji, nie tylko naprawy kodu. Im więcej kodu oddajemy w obce ręce, tym mniej widzimy i  kontrolujemy – dodaje.

Zalecenia F5 Labs dla zabezpieczenia operacji:

Stworzenie inwentaryzacji aplikacji internetowych obejmującej dokładny audyt treści stron trzecich. Proces jest wart przeprowadzenia, mimo że jest skomplikowany, bo poddostawcy (trzecia strona) zazwyczaj łączą się z kolejnymi, dodatkowymi witrynami i mają niskie standardy bezpieczeństwa.

Poprawianie środowiska. Chociaż łatanie niekoniecznie naprawia błędy w treściach pobranych z zewnątrz, to utrudnia rozprzestrzenianie się błędów z punktu początkowego, tzw. zaczepienia. Ponieważ ataki iniekcyjne w sieci są wszechstronną techniką, ważne jest też poprawianie aplikacji działających samodzielnie, aby zapobiegać uszkodzeniom powodowanym przez zasoby zewnętrzne.

Skanowanie podatności. CISCO od lat rekomenduje skanowanie zewnętrzne celem uzyskania hakerskiego obrazu sytuacji. Jest to bardzo ważne w sytuacji, gdy po stronie klienta gromadzone są ogromne ilości danych.

Monitorowanie zmian kodu. Niezależnie od tego, gdzie jest hostowany kod, ważne jest uzyskanie większej widoczności, bez względu na to, czy pojawiają się nowe luki, czy nie. Oznacza to monitorowanie pakietów GitHub i AWS S3, a także natywnych repozytoriów kodu.

Uwierzytelnianie wieloczynnikowe. Powinno być wdrażane w każdym systemie łączącym się z aktywami o dużym znaczeniu, ponieważ atak iniekcyjny, jest często używany do ominięcia uwierzytelnienia, żeby uzyskać dostęp do kodu serwera www. Szyfrowanie warstwy aplikacji może idealnie uzupełniać TLS/SSL, aby zachować poufność na poziomie przeglądarki. Wiele znanych produktów WAF (zapory sieciowej) ma taką możliwość, jednak zaawansowany WAF daje wyższy poziom widoczności i kontroli warstwy aplikacji, co pomaga w zmniejszeniu ryzyka rozproszonych, polimorficznych iniekcji.

Wdrożenie potencjału narzędzi oprogramowania serwera. Utworzenie Polityki Bezpieczeństwa treści (CSP) umożliwi blokowanie nieautoryzowanych iniekcji kodu na stronie internetowej lub w aplikacji. Metody internetowe SubResource Integrity (SRI) mogą sprawdzić, czy aplikacje od innych firm nie zostały zmienione. Oba narzędzia wymagają poprawnego dopasowania do aplikacji internetowej. W tej pracy przyda się solidny, elastyczny WAF.

Monitorowanie nowo zarejestrowanych domen i certyfikatów. Służą one często do hostowania szkodliwych skryptów, a wydają się nieszkodliwe dla użytkowników końcowych.

[1] Analiza wykorzystująca dane z 760 raportów

[2] https://www.exploit-db.com/

O co chodzi z tą Grenlandią?

  • Grenlandia języczkiem u wagi mocarstw
  • Zaostrza się wojna handlowa pomiędzy USA i Chinami
  • Globalny „risk-off” osłabia złotego
Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI
Michał Milewski, Zarządzający Funduszami Union Investment TFI

Jak wyglądałyby rynki, gdyby prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump zakończył swoją aktywność na Twitterze, a Duńczycy zdecydowaliby się sprzedać deficytową Grenlandię? Tego nie wiemy i zapewne nie będziemy świadkiem żadnego z tych wydarzeń. Warto jednak przyjrzeć się działaniom gospodarza Białego Domu, które wpływają na światowe rynki.

O co chodzi z tą Grenlandią?

Skąd nagłe zainteresowanie Grenlandią? Odpowiedź jest prosta. Ocieplenie klimatu powoduje, że przez Morze Arktyczne można podróżować skracając drogę morską z Chin do Europy. Zatem ten szlak może mieć strategiczne znaczenie dla dalszego rozwoju chińskiej gospodarki. Apetyt na Grenlandię i jej bogate złoża surowców od lat ma także Rosja. Tym samym pomysł prezydenta Trumpa ma racjonalne podłoże ekonomiczne. Przejmując wyspę, Amerykanie nie tylko staliby się właścicielami licznych surowców i rzadkich minerałów, ale i zyskaliby przewagę strategiczną nad Rosją i Chinami.

To nie jest pierwszy raz, kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych próbuje odkupić wyspę od Duńczyków. Pierwsza taka propozycja pojawiła się w latach sześćdziesiątych XIX wieku, kiedy w Białym Domu zasiadał Andrew Johnson – ten sam, który kupił od Rosji Alaskę. Druga propozycja pojawiła się po zakończeniu II wojny światowej. Prezydent Harry Truman oferował Duńczykom 100 mln dolarów za to terytorium. Dziś transakcja wydaje się niemożliwa. Chociaż ostatnie słowo mają sami mieszkańcy wyspy, którym umowa o autonomii Grenlandii daje prawo do decyzji w tej kwestii.

Tweety zamiast negocjacji

Od kilku miesięcy rynki reagują na kolejne wiadomości związane z wojną handlową pomiędzy Chinami i USA. Nastroje na globalnych rynkach wciąż kształtuje też obawa o recesję, której zapowiedzią jest spowolnienie gospodarcze. Do tego dochodzą problemy związane z brexitem.

Napięcie na linii Chiny i USA umacnia „risk-off”, który wspiera amerykańską walutę i utrzymuje hossę na obligacjach.

Zaskoczeniem była nagła decyzja Chin o nałożeniu ceł na amerykański import o wartości 75 miliardów dolarów. Pekin nie musiał długo czekać na reakcję Stanów Zjednoczonych. Wpis prezydenta Trumpa na Twitterze również zapowiedział kolejne cła na chińskie towary warte 550 miliardów dolarów rocznie. Mają one wejść w życie w dwóch etapach 1 września i 15 grudnia. Nasilenie konfliktu pociągnęło indeksy w dół, amerykański S&P500 zanotował tygodniową stratę w wysokości 1,4 proc.

Obecnie mamy do czynienia z dużą zmiennością rynków. Wystarczy przypomnieć, że w ciągu zaledwie pół roku Amerykańska Rezerwa Federalna zmieniła retorykę  o 180 stopni od zacieśnienia polityki fiskalnej do jej rozluźnienia. W lipcu br. obniżyła stopy procentowe  o 25 pb. We wrześniu rynek oczekuje kolejnej  obniżki, licząc na cięcie stóp o kolejne 25 pb. Już dziś rynek wycenia kolejne obniżki stóp na 75 proc. do końca stycznia. Wskaźniki makroekonomiczne pokazują spowolnienie, trudno jednak jeszcze dziś powiedzieć czy światowa gospodarka jest na skraju recesji. Prawdopodobieństwo recesji w najbliższych 12 miesiącach co prawda nieznacznie rośnie, wg. modelu Atlanty FEDu jej wystąpienie szacowane jest na blisko 30 proc.  Z uwagą przyglądamy się wskaźnikom wyprzedzającym i czekamy na decyzję banków centralnych i wprowadzenie zapowiadanych stymulusów fiskalnych. Czekamy na kolejne kroki FEDu, który  jest mocno naciskany przez prezydenta Donalda Trumpa.

Ryzykowne aktywa w odwrocie

Ostatni tydzień sierpnia był gorącym okresem na giełdach. Obserwowaliśmy korektę na ryzykownych klasach aktywów, takich jak akcje i surowce. Spadek zanotował MSCI World Indeks krajów rozwiniętych (- 0,8 proc.). W Niemczech wszystkie wskaźniki wyprzedzające pokazują spowolnienie gospodarki. Nasi zachodni sąsiedzi rozważają wprowadzenie stymulusów fiskalnych poprzez obniżenie podatku CIT. To dobra wiadomość dla spółek, w których budżecie zostałyby dodatkowe środki. Dla przypomnienia taki mechanizm pobudził  gospodarkę w 2017 r. w USA.

Czy wyrok TSUE zachwieje polskim rynkiem finansowym?

  • Prokonsumencki wyrok TSUE zagrożeniem dla sektora bankowego
  • Pierwsze publikacje wyników za II kwartał wyglądają obiecująco
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI

Na rynkach kapitałowych mamy do czynienia obecnie z dużą zmiennością. Na sytuację na warszawskiej giełdzie oprócz globalnych czynników wpływ mają w dużej mierze lokalne problemy, które w ostatnich dniach wysunęły się na pierwszy plan. Pierwszy to oczekiwanie na wrześniowe orzeczenie TSUE dotyczące kredytów udzielanych we frankach szwajcarskich. Niekorzystny dla sektora bankowego wyrok może zachwiać całym sektorem finansowym w Polsce. Banki silne kapitałowo raczej nie połamią sobie zębów na tych kredytach, jednak inne banki mogą nie podołać.

Drugim powodem jest opublikowana kilka dni temu obszerna analiza Biura Studiów i Analiz Sądu Najwyższego. Do tej pory uznawano, że problem klauzul abuzywnych, czyli umów zawierających niedozwolone zapisy, dotyczy tylko indeksowanych kredytów frankowych. Twórcy analizy twierdzą jednak, że wszystkie udzielone kredyty we frankach należy traktować tak samo. To już jest znaczny problem dla sektora bankowego. Według danych Najwyższej Izby Kontroli banki udzieliły 900 tys. kredytów we frankach szwajcarskich. Skumulowana wartość kredytów udzielonych w walucie szwajcarskiej w bankach notowanych na GPW przekracza 80 mld zł.

Tak proklienckie podejście do zawartych umów może generować gigantyczne straty dla banków i może mieć szersze konsekwencje dla całej gospodarki. Stąd właśnie silna przecena sektora bankowego, która spowodowała, że  w sierpniu indeks największych spółek WIG20 był jednym z najsłabszych na świecie.

Pierwsze wyniki spółek całkiem przyzwoite

Dobre wiadomości płyną z pierwszych publikacji wyników spółek giełdowych. Na pełne podsumowanie II kwartału br. musimy jeszcze poczekać, jednak pierwsze raporty pokazują, że – co do zasady – wyniki polskich spółek są przyzwoite. Słabsze wyniki pokazały jedynie spółki przemysłowe, szczególnie te z ekspozycją na zagranicę. Patrząc na poszczególne spółki widzimy jednak spore różnice. Bardzo dobrze radzi sobie handel detaliczny, co znalazło odzwierciedlenie w zachowaniu akcji takich spółek jak Dino, Eurocash czy właściciel Biedronki – Jeronimo Martins.

Polska atrakcyjnym rynkiem dla brytyjskich inwestorów

– Dzięki inwestycjom bezpośrednim firm z Wielkiej Brytanii w 2017 roku PKB Polski było wyższe o 15 mld zł – tak wynika z analizy Deloitte. Stało się to za sprawą napływu wiedzy, technologii oraz zwiększenia zasobu kapitału. Stopniowe zacieśnianie związków między tymi  państwami obserwuje się od 30 lat, a na ich zintensyfikowanie wpłynęły zmiany ustrojowe i wejście Polski do Unii Europejskiej. Eksperci firmy doradczej Deloitte w raporcie „Relacje gospodarcze pomiędzy Polską i Wielką Brytanią – wyjątkowe i trwałe partnerstwo” zauważają, że łączne zatrudnienie w brytyjskich firmach działających w Polsce wynosi blisko 115 tys. osób, a malejąca dysproporcja w poziomie rozwoju gospodarczego wpływa na zmianę w strukturze handlu między krajami. Od 1995 roku wymiana handlowa między Polską a Wielką Brytanią wzrosła ponad 500 proc., a w jej strukturze znajduje się coraz więcej dóbr i usług o wysokim stopniu zaawansowania.

W rankingu Banku Światowego Doing Business, czyli gospodarek z najbardziej przyjaznymi biznesowi przepisami Wielka Brytania i Polska zajmują odpowiednio 9. i 33. miejsce wśród 190 państw, wyprzedzając tym samym Czechy (35. miejsce) czy Węgry (53. miejsce.). – Znaczący odsetek przedsiębiorców, którzy inwestują nad Wisłą, pochodzi z Wielkiej Brytanii. Tym samym firmy brytyjskie, które w latach 90. XX w. pomagały tworzyć sektor prywatny w Polsce, dziś wspierają jego rozwój, a przez to innowacyjność naszej gospodarki. Polacy zaś są najliczniejszą mniejszością narodową w Wielkiej Brytanii – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Do 2017 r. Wielka Brytania ulokowała w naszym kraju ponad 48 miliardów zł, dzięki czemu polskie PKB w 2017 r. było o 15 mld zł wyższe.

Eksport, import, usługi

Udział Wielkiej Brytanii w eksporcie Polski wynosił 6,6 proc. w pierwszym kwartale 2019 r., a kraj ten, poza naszym głównym partnerem handlowym – Niemcami (27 proc.) – pozostaje w czołówce partnerów eksportowych Polski, z podobnym udziałem w eksporcie co Czechy (6,1 proc.).

Choć Polskę i Wielką Brytanię dzieli znaczna odległość geograficzna, kwestie importu i eksportu zbliżają te kraje regularnie od 30 lat. Podczas gdy w 1995 r. wartość wywozu produktów do Wielkiej Brytanii wyniosła niespełna miliard dolarów, to w 2018 r. było to już 16,6 miliardów w ujęciu nominalnym. Co ważne, ten wzrost został odnotowany we wszystkich głównych kategoriach produktów, a więc od elektroniki i maszyn, przez chemię i metale po minerały, produkcję tekstylną i spożywczą. Ta ostatnia zresztą może się pochwalić najbardziej spektakularną, bo ponad dwudziestokrotną zwyżką – mówi Damian Olko, Menedżer w zespole analiz ekonomicznych, Deloitte.

Eksport w tym sektorze wzrósł ze 143 milionów dolarów w 1995 r. do 3,21 miliardów w 2017 r. Najczęściej sprzedajemy do Wielkiej Brytanii produkty spożywcze, takie jak drób i czekolada.

W przypadku importu towarów brytyjskich do Polski również można mówić o znaczącym wzroście z około 1,5 miliarda dolarów w 1995 r. do 6,5 miliarda w 2018 r. Najchętniej przywozimy z Wielkiej Brytanii produkty chemiczne (ok. 25 proc. całego importu), takie jak na przykład leki oraz maszyny (ok. 19 proc. importu), w tym wyposażenie biurowe i komputery.

Po Niemczech i Szwajcarii, Wielka Brytania jest też ważnym odbiorcą usług z Polski (udział 7,3 proc.) i drugim eksporterem usług dla Polaków (udział 8,4 proc.).

Według ostatnich dostępnych danych z 2016 r. podmioty z siedzibą w Wielkiej Brytanii były najważniejszym partnerem handlowym Polski w międzynarodowej wymianie usług prawnych, księgowych oraz doradztwa w zakresie zarządzania i PR. Bilans kategorii usług z perspektywy Polski był dodatni. Udział Wielkiej Brytanii wynosił 19,9 proc. w odniesieniu do usług dostarczonych i 21,4 proc. w odniesieniu do usług nabytych przed podmioty działające w Polsce. Największą wartość usług dostarczonych do Wielkiej Brytanii wypracował sektor telekomunikacyjny i informatyczny, co miało związek z szybko rozwijającymi się centrami usług wspólnych w Polsce – mówi Irena Pichola.

Brytyjski wkład w polski wzrost

W 2016 r. nad Wisłą działało 387 brytyjskich przedsiębiorstw niefinansowych (czyli takich, których główną działalnością jest produkcja i obrót dobrami lub świadczenie usług niefinansowych) zatrudniających ponad 10 pracowników. Łącznie pracowało w nich ponad 110 tys. osób. Natomiast brytyjskie przedsiębiorstwa finansowe zatrudniają w Polsce ponad 4 tys. osób, a więc łącznie zatrudnienie w brytyjskich firmach sięga ok. 115 tys. osób.

–  Mimo zmieniającego się otoczenia międzynarodowego, relacje między Polską a Wielką Brytanią można określić mianem wyjątkowego i trwałego partnerstwa. Ostatnie stulecie, zwłaszcza okres po upadku komunizmu, to epoka rozkwitu naszych stosunków handlowych, których szybki rozwój przynosi korzyści obu krajom. Najlepszym dowodem rozwoju dwustronnej współpracy gospodarczej jest dynamicznie rosnąca wymiana handlowa, której wartość w latach 1995-2018 wzrosła ponad pięciokrotnie – mówi Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Jonathan Knott.

Najwięcej, bo aż 127 firm z brytyjskim kapitałem działa w przetwórstwie przemysłowym (38 tys. pracowników). Drugi w kolejności sektor to handel z 69 brytyjskimi firmami zatrudniającymi w sumie 43,7 tysiące pracowników. Bardzo liczne są też wyspecjalizowane firmy zajmujące się działalnością profesjonalną, naukową i techniczną – w 2016 r. było ich 74, ale ze względu na ich mniejsze rozmiary zatrudniały łącznie 13 tys. pracowników.

Polska jest postrzegana pozytywnie ze względu na wielkość gospodarki i jej rosnącą integrację z gospodarką światową i rynkiem unijnym, a także dostępność krajowych dostawców dóbr i usług. Bardzo cieszy mnie fakt, że firmy z brytyjskim kapitałem planują dalszy rozwój na polskim rynku: statystycznie 3 na 4 firmy chcą zwiększać zatrudnienie i nakłady inwestycyjne. Z optymizmem patrzę w przyszłość brytyjskich firm w Polsce – mówi Antoni F. Reczek, Prezes Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej

Różnica, która najbardziej rzuca się w oczy to wyższa wydajność pracy firm z brytyjskim kapitałem. Na pewno w jakimś stopniu jest to związane z większą skalą działalności i zatrudnienia, które przeciętnie jest prawie 5 razy większe niż rodzimych firm. Warto zwrócić uwagę na fakt, że – poza przetwórstwem przemysłowym – wyższa wydajność nie jest jednoznacznie związana z inwestycjami w aktywa materialne – mówi Damian Olko. We wszystkich analizowanych branżach wydatki na koszty osobowe firm brytyjskich są wyższe niż w przedsiębiorstwach polskich. W 2016 r. wydawały one przeciętnie na jednego pracownika o 36 proc. więcej (75 tys. zł wobec 56 tys. zł), na czym korzystali nie tylko pracownicy, ale także fiskus. Aż 63 proc. badanych przez Deloitte dużych brytyjskich przedsiębiorstw spodziewa się, że zatrudnienie w najbliższych 5 latach będą większe niż w analogicznym okresie wstecz, taką samą opinię odnośnie inwestycji ma 73 proc. ankietowanych.

Polacy na Wyspach

Od 2010 roku Wielka Brytania pozostaje najczęściej wybieranym przez obywateli Polski kierunkiem migracji. W 2018 roku na Wyspach mieszkało 905 tys. Polaków. O skali migracji i podróży między Polską a Wielką Brytanią świadczy liczba pasażerów obsłużonych w polskich portach lotniczych – w 2018 r. niemal 22 proc. (7,8 mln) z nich leciało do Wielkiej Brytanii. Dla Brytyjczyków wzrost zatrudnienia imigrantów z Polski oznacza intensywniejszy rozwój gospodarki oraz sprzyja wzrostowi przychodów do budżetu państwa. To także szansa ekspansji dla polskich firm, zwłaszcza z branży spożywczej. Wyliczenia za 2016 rok wskazują, że prawie 35 proc. emigrantów przekazywało część swoich zarobków do Polski. W 2017 roku wartość przekazów z Wielkiej Brytanii do Polski była drugą najwyższą – po Niemczech – i wyniosła 1,15 miliarda dolarów, co stanowiło 0,22 proc. PKB Polski wobec 1,3 proc. PKB przekazów ogółem.

Potencjał dalszej współpracy – zrównoważony rozwój

Działalność operacyjna i inwestycyjna brytyjskich firm przyczynia się także do realizacji zasad zrównoważonego rozwoju. Jednym z wielu przykładów wymiany doświadczeń i obiecującym obszarem jest transformacja energetyczna, ze szczególnym uwzględnieniem morskiej energetyki wiatrowej, której potencjał w Polsce szacowany jest na 10,3 GW. Wielka Brytania jest największym w Europie producentem energii z wiatru na morzu (8 GW rocznie), a do 2030 r. planuje wytwarzać w ten sposób nawet 30 GW. Innymi perspektywicznymi obszarami są zagadnienia elektromobilności, nowoczesnej infrastruktury transportowej oraz szeroko rozumianych technologii cyfrowych.

Globalne wyzwania związane np. ze zmianami klimatu, odpowiedzialną produkcją i konsumpcją czy czystą energią to jednocześnie ogromne szanse biznesowe, które mogą napędzać rozwój współpracy między Polską a Wielką Brytanią w nadchodzących latach.

Więcej o raporcie oraz panel z udziałem przedstawicieli brytyjskich firm już dzisiaj – 4 września o 17:15 – w Pawilonie Brytyjskim podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Biura jutra, czyli jak zmieni się środowisko pracy do 2029

Wraz z rozwojem technologii, coraz mocniej wkraczającą w nasze życie automatyzacją, zmieniają się potrzeby pracowników, charakter oraz definicja samej pracy. Postęp automatyzacji i sztucznej inteligencji przyczyni się do zaistnienia zupełnie nowych profesji. Jak podaje firma konsultingowa McKinsey, w wyniku rozwoju nowoczesnych technologii do 2030 roku powstanie na świecie nawet 50 mln nowych miejsc pracy, a zawód będzie musiało zmienić od 75 do 375 mln zatrudnionych. Na te zmiany będą musiały odpowiedzieć również nowoczesne biura, modyfikując swoje dotychczasowe oblicze. Jak twierdzą eksperci JLL, przestrzeń biurowa powinna odpowiadać na potrzeby pracowników w czasie rzeczywistym, a w przyszłości będą one definiowane także przez nowo powstające zawody.

Zmiany na rynku pracy są i będą napędzane przez nowoczesne technologie, które coraz częściej będą uzupełniać, usprawniać i redefiniować istniejące miejsca pracy, niż je zastępować. Skończą się czasy, w których ludzie musieli godzinami siedzieć nad arkuszami kalkulacyjnymi, przetwarzać informacje czy obsługiwać zapytania klientów. Maszyny usprawnią te zadania, a pracownicy będą mogli poświęcić czas na realizację bardziej skomplikowanych obowiązków, wymagających udziału człowieka. Ta perspektywa wpływa również na wygląd i funkcjonalność środowiska pracy.

Biura czekają zmiany

Zmieniające się obowiązki, narodziny nowych zawodów, przeformułowanie charakteru samej pracy powodują, że biuro w swojej podstawowej funkcjonalności zaczyna się dezaktualizować. Jak temu zapobiec? Według analiz JLL, można zidentyfikować trzy kluczowe poziomy, na których powinny koncentrować się firmy, aby ich biura w pełni odpowiadały na potrzeby pracowników. Tym pierwszym, namacalnym jest oczywiście wymiar fizyczny, czyli wszystko to, co widzimy, dotykamy i czujemy. To doświadczenia, który wywołuje w pracownikach design biura, jego plan, układ piętra, a także możliwość skorzystania z biurowej kawiarni, sali przeznaczonej do ćwiczeń, czy przestrzeni, w której pracownicy mogą się odprężyć i w nieformalnej atmosferze wymienić się myślami. Kluczowy jest także wymiar cyfrowy, odnoszący się do narzędzi, których pracownicy używają, by wykonać swoje zadania – urządzeń mobilnych, laptopów, rozwiązań wideokonferencyjnych, aplikacji, oprogramowania, narzędzi szkoleniowych. I w końcu, firmy muszą zwracać kluczową uwagę także na wymiar emocjonalny, czyli nadawanie sensu poszczególnym przestrzeniom. Istotny jest np. styl przywództwa, poczucie celu, jaki odczuwają pracownicy, struktura organizacyjna oraz środowisko ludzi, którzy tworzą organizację.

Guzman de Yarza Blache, EMEA Head of Workplace Strategy, JLL
Guzman de Yarza Blache, EMEA Head of Workplace Strategy, JLL

Aktualnie podstawę projektowania nowoczesnych przestrzeni biurowych stanowią dane. Co to oznacza? Obserwacja, mierzenie wskaźników i analiza – to one dyktują, w jaki sposób będzie wyglądać nasze biuro. Jednak w perspektywie 10 lat możemy spodziewać się przesunięcia w stronę projektowania responsywnego, które będzie miało na celu np. modyfikowanie warunków środowiska pracy w zależności od poziomu stresu. Będzie przypominać scenę teatralną – napędzaną danymi i sztuczną inteligencją przestrzeń ulegającą ciągłej zmianie. Dlaczego? Aby stworzyć pracownikom warunki, w których będą mogli odnosić sukcesy, bez problemu nawiązywać kontakt ze swoimi współpracownikami i po prostu osiągnąć maksymalne zadowolenie – mówi Guzman de Yarza Blache, EMEA Head of Workplace Strategy, JLL.

Przestrzeń szyta na miarę

Jak wynika z danych JLL, 10 lat temu firmy przeznaczały od 15 do 20 mkw. powierzchni na pracownika. W tym momencie na jedną osobę przypada od 10 do 15 mkw., a w 2029 będzie to prawdopodobnie od 5 do 10 mkw. przestrzeni. Jednocześnie rośnie udział elastycznych powierzchni do pracy w portfolio najemców, które za 10 lat mogą stanowić już 15-20% (dla porównania aktualnie wskaźnik ten oscyluje na poziomie 3-5%). Jak podkreśla Guzman de Yarza Blache, w miarę jak firmy ograniczają ilość przestrzeni przypadającej na jednego pracownika, decydują się one również na głęboką transformację swoich biur. Przestrzenie flex, miejsca dedykowane pracy kreatywnej i zespołowej – to wszystko jasno dowodzi, że pracodawcy starają się stworzyć biura szyte na miarę potrzeb swoich pracowników.

Jak pokazują ostatnie lata, elastyczne powierzchnie do pracy to jeden z najważniejszych trendów na rynkach biurowych. Segment powierzchni flex powstał na początku lat 80. – wówczas w Europie pojawiły się biura serwisowane, będące pierwszymi dostawcami elastycznych rozwiązań biurowych. W miarę rozwoju rynku, gdy coraz liczniej zaczęły pojawiać się start-upy, na popularności zyskały koncepty coworkingowe, a następnie – hybrydowe. W Polsce popyt na biura elastyczne stale rośnie. Największy jest w Warszawie, jednak rynki regionalne – Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań czy Łódź, nadal zwiększają swoją ofertę. Łączny wolumen elastycznych powierzchni w Polsce osiągnął przeszło 250 00 mkw. Coraz większe zapotrzebowanie na powierzchnie flex ma między innymi związek z sezonowymi zmianami popytu na przestrzenie biurowe, koniecznością wynajęcia dodatkowej przestrzeni na czas dodatkowego projektu biznesowego, czy w momencie nagłego wzrostu zatrudnienia. Dodatkowo, elastyczne przestrzenie biurowe są dla firm istotnym wsparciem wobec rozwijającego się rynku pracownika, kiedy to wielu pracodawców jest zaniepokojonych coraz większymi problemami z utrzymywaniem lub przyciąganiem specjalistów.

Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL
Anna Bartoszewicz-Wnuk, dyrektor Workplace Advisory w JLL

Na wyzwania związane z rozwijającym się rynkiem pracownika odpowiadają m.in. powierzchnie flex, które są doskonałą opcją dla coraz bardziej mobilnych i poszukujących innowacyjnych przestrzeni do pracy młodych ludzi. Warto przy tym zwrócić uwagę na szereg dodatkowych elementów w ofercie operatorów. Mowa tu na przykład o różnorodnych opcjach eventowych budujących społeczność wokół danej przestrzeni biurowej. To wartość dodana, poszukiwana przez coraz więcej pracodawców, dzięki której ich kultura organizacyjna idzie z duchem czasu – podsumowuje Anna Bartoszewicz-Wnuk, Dyrektor Działu Doradztwa ds. Miejsca Pracy, JLL.

Nowe zawody zmienią świat

Gartner, jeden z największych technologicznych ośrodków analitycznych przewiduje, że wdrożenie w firmach samej sztucznej inteligencji do 2020 roku wyeliminuje 1,8 mln miejsc pracy na świecie, ale stworzy 2,3 mln kolejnych związanych z jej obsługą. Podobne zmiany mogą mieć miejsce w wielu innych branżach. Z punktu widzenia historii nie mamy jednak do czynienia z niczym nowym. Zawody znane naszym dziadkom już dawno odeszły w niepamięć, za to pojawiły się kolejne, w dużej mierze powstałe z uwagi na rozwój technologii.

Maciej Noga, Przewodniczący Rady Nadzorczej w Grupie Pracuj
Maciej Noga, Przewodniczący Rady Nadzorczej w Grupie Pracuj

Eksperci serwisu 80000hours.org przeprowadzili analizę rynku pracy, która wykazała, że mniejsze prawdopodobieństwo automatyzacji i dobrze płatna praca są zazwyczaj powiązane z umiejętnościami miękkimi. Do najważniejszych należą m.in. zdolność krytycznego myślenia, zarządzania czasem, rozwiązywania problemów, koordynacji i aktywnego uczenia się. W świecie technologii bardzo ważną rolę odgrywać będą więc cechy, które cenione są przez pracodawców, od wielu lat. Eksperci mogą przewidywać kolejne kierunki rozwoju automatyzacji i jej prędkość, natomiast to, w dużej mierze, od pracowników będzie zależeć, w jakim stopniu będą z niej korzystać – mówi Maciej Noga, Przewodniczący Rady Nadzorczej w Grupie Pracuj.

Coraz mocniej wkraczająca w nasze życie automatyzacja zwiększy produktywność pracowników, a przez to przyczyni się do wzrostu ich wynagrodzeń i oczekiwań. Z drugiej strony, nowe technologie mogą wymagać istotnych nakładów finansowych związanych z przebranżowieniem, a także zmianami środowiska pracy. Nowe kompetencje, często bardziej miękkie, ludzkie, bazujące na emocjach, kreatywności i elastyczności będą wymagały przestrzeni, które pozwolą na stymulowanie i rozwój tego, co jest tak bardzo ludzkie, odmienne od twardej robotyzacji.

Wszystkie te zmiany oznaczają dla kandydata i pracodawcy, że dziś coraz ważniejszą rolę odgrywa na rynku pracy otwarta głowa i chęć uczenia się nowych rzeczy. Automatyzacji podlegają przede wszystkim powtarzalne zadania, dlatego roboty wyeliminowały np. tak wielu maklerów giełdowych. Bez człowieka jednak technologia nie istnieje, to my nadajemy jej odpowiedni kierunek i wartość – podsumowuje Maciej Noga.

Jak podkreślają eksperci JLL biuro, w którym będzie funkcjonował pracownik przyszłości, powinno w czasie rzeczywistym odpowiadać na jego potrzeby. Modularna, zmienna przestrzeń, koncentrująca usługi, oferująca cały pakiet udogodnień, a także zapewniająca komfortowe miejsce nie tylko do pracy, ale także wyciszenia i chwili oddechu będzie tym, co może przechylić szalę zwycięstwa w wyścigu o pracownika jutra. Za 10 lat w każdym aspekcie ludzkiego życia najbardziej wartościowe, napędzające i przełamujące schematy będą doświadczenia. To co poza podstawowym produktem, usługą, można oferować klientowi, użytkownikowi czy pracownikowi będzie owocowało przewagą na rynku, również w kwestii pracy.

Wiemy więcej, nic nie wiemy

Funt jest wyżej po wczorajszych obradach w brytyjskim parlamencie, ale nie odbierałbym tego jako przejaw spadku szans na bezumowny brexit, ale bardziej jako wyraz kapitulacji części krótkich pozycji w obliczu coraz większej niepewności o dalszy tok wydarzeń. Funt z łatwością będzie targany w obu kierunkach w zależności, jakie nowe rewelacje przyniesie kolejny dzień.

Funt najpierw spad do 30-letnich minimów, by potem odbić w zagadkowych okolicznościach i wreszcie podciągnąć się do punktu wyjścia tego tygodnia w reakcji na wieczorne głosowania w Izbie Gmin. Zgodnie z oczekiwaniami posłowie przegłosowali wniosek o nadzwyczajne przejęcie kontroli nad tokiem obrad, co w rzeczywistości oznacza otwarcie drogi do przegłosowania aktu prawnego blokującego rządowi możliwość przeprowadzenia bezumownego brexitu. Jeśli wczorajsza większość parlamentarna utrzyma się do dzisiejszego głosowania nad legislacją, rząd będzie musiał starać się o odroczenie daty brexitu do 31 stycznia 2020 r., jeśli do 19 października nie zostanie podpisane porozumienie z UE. Z uwagi, że żadne prace nad porozumieniem nie trwają (strona brytyjska sprzeciwia się irlandzkiemu backstopowi, ale nie proponuje alternatywy), oznaczałoby to kolejne odroczenie. Jeśli ustawa przejdzie, premier Boris Johnson już jest gotowy z wnioskiem o przyspieszone wybory. Do tego jednak potrzebuje głosów opozycji (2/3 głosów Izby Gmin), a Partia Pracy uzależniła poparcie wniosku od zatwierdzenia odroczenia brexitu. To jest ryzykowna strategia, gdyż nie jest wykluczone, że rząd znajdzie furtkę, by zignorować postanowienia nowej ustawy. Ponadto wniosek o przyspieszone wybory nie zawiera w sobie terminu – co jeśli Johnson wyznaczy go po 31 października? Ponadto ustawa blokująca bezumowny brexit musi jeszcze przejść przez Izbę Lordów, by być obowiązująca – jeśli Izba Lordów nie zdąży z głosowaniem przed zawieszeniem prac parlamentu, cały plan opozycji legnie w gruzach. Dlatego uważam, że szanse na pozytywne rozstrzygnięcia dla funta wcale wyraźnie nie wzrosły. Niepewność pozostaje wysoka, a funt z łatwością będzie targany w obu kierunkach w zależności, jakie nowe rewelacje przyniesie kolejny dzień.

Indeks IMS dla przemysłu USA w sierpniu nieoczekiwanie spadł do 49,1 i pierwszy raz od trzech lat wskazał na kurczenie się aktywności w sektorze. Otrzymaliśmy dowód, że spowolnienie w globalnym przemyśle w końcu zaczyna przenikać na rynek amerykański. Sierpień jest też pierwszym miesiącem, który pokazuje reakcję firm na ostatnią eskalację wojny celnej z Chinami. W Europie i Chinach takie szokujące dane zapalałyby światło ostrzegawcze, ale w przypadku USA nie dajmy się ponieść emocjom. Dane bez wątpienia są złe, ale przemysł stanowi tylko 11 proc. PKB USA i to sektor usługowy jest dużo ważniejszy. A jak zdążyły pokazać odczyty z Eurolandu i Chin sektor usługowy pozostaje odporny na przejawy spowolnienia w przemyśle. Zatem z oceną kondycji gospodarki USA i implikacji dla wrześniowej decyzji Fed trzeba poczekać do odczytu ISM dla usług w czwartek. Mimo to nerwowość wokół USD narasta i dolar przestaje być łatwym kierunkiem ucieczki dla kapitału. Jednak jeśli kolejne odczyty (ISM, NFP) pokażą, że gospodarka ma się dobrze, USD wróci do łask.

Korekta dolara przynosi chwilę ulgi dla poturbowanych aktywów rynków wschodzących, na czym też korzysta złoty. Im dłużej panuje względny spokój na rynkach zewnętrznych, tym bardziej nieuzasadnione jest pozostawanie złotego na niskich poziomach. Ale ryzyka wciąż przeważają po negatywnej stronie, a niespodzianki takie, jak wczorajszy słaby ISM z USA, maja miejsce sporadycznie. W dłuższym okresie złoty będzie silniejszy, ale nie będzie to prosta droga.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stracone złudzenia, czyli pierwsze urodziny specustawy mieszkaniowej

Tzw. specustawa mieszkaniowa albo Lex Deweloper weszła w życie 22 sierpnia 2018 roku, niedawno więc obchodziła pierwszą rocznicę swojej misji. Jest najprawdopodobniej najbardziej rewolucyjnym, a zarazem kontrowersyjnym aktem prawnym regulującym rynek nieruchomości od początku transformacji. Pytanie, na ile skutecznym z rocznej perspektywy?

Ustawa o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących, potocznie zwana specustawą mieszkaniową bądź Lex Deweloper, miała w swoim założeniu przede wszystkim uprościć i maksymalnie skrócić procedury administracyjne wymagane do uruchomienia inwestycji mieszkaniowych, głównie w celu przyśpieszenia i zwiększenia skali programu Mieszkanie Plus.

Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl miało to działać na zasadzie koncepcji pozyskiwania pozwoleń na budowę na podstawie gminnej uchwały o ustaleniu lokalizacji inwestycji mieszkaniowej, która zastępuje w tej kwestii decyzję o warunkach zabudowy i zagospodarowania terenu. Przedmiotowe przepisy miały zatem stać się cudownym panaceum na powszechne w Polsce głębokie niedobory planów zagospodarowania przestrzennego. Wreszcie misją specustawy mieszkaniowej miało być przywrócenie – zablokowanego ustawą o kształtowaniu ustroju rolnego – służącego budownictwu mieszkaniowemu obrotu gruntami rolnymi położonymi w obrębach miast, połączonego z automatycznym i bezkosztowym odrolnieniem takich terenów. Pytanie, ile z tych ambitnych założeń udało się po roku działania specustawy zrealizować.

Niestety wygląda na to, że bardzo niewiele. Ustawodawca pomimo najlepszych chęci wsparcia inwestorów i pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki nie przewidział skali awersji do omawianych przepisów ze strony nie tylko samorządowców, ale także całej rzeszy urbanistów, architektów, czy miejskich aktywistów. Wszyscy oni w specustawie od początku widzą przede wszystkim ogromne zagrożenie dla zachowania ładu przestrzennego poprzez umożliwienie deweloperom niekontrolowanej ekspansji, która miałaby zastąpić i wyeliminować od lat pieczołowicie konstruowany system planowania przestrzennego. W tej sytuacji władze gminne wyposażone przez ustawę w instrumenty pozwalające na skutecznie odrzucanie wniosków inwestorów o ustalenie lokalizacji inwestycji mieszkaniowej, odrzucają je w najlepsze i torpedują kolejne podejścia firm deweloperskich.

Jakie to instrumenty?

Nowe przepisy stały się niestety zakładnikiem własnych standardów urbanistycznych, które w pierwotnej wersji ustawy określono na bardzo wymagającym poziomie, dopuszczając dodatkowo możliwość ustalania własnych, jeszcze bardziej rygorystycznych standardów przez gminy. Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl chodzi o dostęp do drogi publicznej, sieci wodno-kanalizacyjnej i elektroenergetycznej, odległości od przystanków transportu publicznego i co najważniejsze – odległości od szkół i przedszkoli z wyśrubowanymi limitami przyjęć dzieci z planowanych osiedli. Co więcej, zapewnienie miejsc w szkole lub przedszkolu dla odpowiedniej liczby dzieci miało być potwierdzone zaświadczeniem wójta, burmistrza albo prezydenta miasta, którego uzyskanie najczęściej graniczy z cudem.

Ponieważ przepisy powyższe okazały się nie do końca zgodne z prawem oświatowym, w ramach nowelizacji ustawy o Krajowym Zasobie Nieruchomości zostały zmienione poprzez wykreślenie wymagań dotyczących przedszkoli, ale nie wyeliminowało to zamieszania jakie stało się już naturalnym środowiskiem funkcjonowania nowych przepisów. Co więcej, nowelizacja nie wprowadziła żadnych zmian, które miałyby w jakikolwiek sposób podnieść skuteczność ustawy, czyli z godnie z jej głównym celem i zadaniem kilkukrotnie skrócić okres przygotowania i realizacji inwestycji mieszkaniowych.

Co ciekawe, trudno znaleźć nawet jakiekolwiek dane na temat wolumenu wniosków, które w ramach misji specustawy mieszkaniowej doczekały się w całym kraju w ciągu roku szczęśliwego finału w postaci pozwolenia na budowę. Są źródła, które doliczyły się od kilku do kilkunastu takich sytuacji, jednak bez podawania jakichkolwiek szczegółów. W każdym razie na pewno gminnej uchwały o lokalizacji inwestycji nie doczekała się dotychczas żadna znacząca inwestycja w większym mieście. Co gorsza jednak trudno oczekiwać jakiejkolwiek zmiany tej tendencji w przewidywalnej przyszłości.

Summa summarum wiele wskazuje na to, że w przypadku specustawy mieszkaniowej mamy do czynienia z kolejnym niewypałem legislacyjnym w ramach tworzonych w ostatnich latach nieruchomościowych przepisów. Co gorsza, bezowocna pierwsza rocznica specustawy mieszkaniowej wróży jej jak najgorzej na kolejne lata jej kulejącej misji. Niestety marzenia o wysypie tanich gruntów rolnych pod budownictwo mieszkaniowe w miastach, czy tym bardziej o szybko taniejących mieszkaniach za sprawą wdrażanych w życie dobrodziejstw specustawy mieszkaniowej okazały się tylko szybko utraconym złudzeniem.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Giełdowy Indeks Produkcji dzieli niedolę GPW

Ostatnia sierpniowa sesja na GPW przyniosła lekkie odprężenie dla Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60), jednak pozwoliło to jedynie na zmniejszenie skali spadków, które dominowały przez cały miesiąc. Wynik 796.90 punktów indeksu GIP60 to wartość niższa o 7.08 proc., niż przed miesiącem i aż 20.31 proc. niższa od wartości bazowej indeksu ustalonej 1 stycznia 2016 roku na poziomie 1000 punktów. 

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc sierpień.

W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba z DSR S.A. – analityk i współtwórca GIP podaje: „Dla Giełdowego Indeksu Produkcji były to najgorsze wakacje w ponadtrzyletniej historii notowań. Nienajlepszy okres dla akcji polskich producentów sprawił, że indeks GIP60 zredukował swoją wartość do najniższych poziomów w historii”.

Czy ma to związek z wynikami polskich producentów? Czy wynika raczej z obaw inwestorów o perspektywy całej branży przemysłowej w Polsce i w Europie? A może największe znaczenie ma rynek, na którym notowane są akcje producentów? Warto zastanowić się nad tym zanim powakacyjny handel akcjami zacznie się na dobre.

Czy polscy producenci są tak słabi?

Na koniec sierpnia akcje 13 z 60 spółek wchodzących w skład indeksu GIP60 miały wyższe ceny niż miesiąc wcześniej, a ceny akcji 39 spółek niższe niż przed miesiącem – przewaga spółek spadkowych jest miażdżąca. Analizując średnie stopy zwrotu dla poszczególnych branż, sytuacja wygląda jeszcze poważniej. Jedynie akcjom producentów tworzyw sztucznych udało się wypracować średnią miesięczną stopę zwrotu większą od zera, ale i tak było to marne 0,01%. Najwięcej na wartości traciły spółki z branży chemicznej (-8.5 proc.), farmaceutycznej (-8.23 proc.) oraz tzw. projektanci z branży odzieżowej (-7.93 proc.). Kolor czerwony dominował na akcjach producentów praktycznie przez cały miesiąc, z wyjątkiem ostatniej sesji sierpnia, która pozwoliła indeksowi GIP60 nieznacznie zmniejszyć głębokość strat.

Koniec sierpnia i wrzesień to okres publikacji wyników półrocznych. W  momencie powstawania tego komentarza (2 września) swoje wyniki ogłosiła już niemal co trzecia spółka z GIP60, co pozwala nam przybliżyć sytuację w branży. W 72 proc. raportów można znaleźć informacje o wzroście przychodów spółek, a 56 proc. raportów wykazuje przychody zdecydowanie większe niż przed rokiem. Niestety nie w każdym przypadku przełożyło się to na poprawę zysków operacyjnych (55 proc. spadków EBIT r/r), za to nieco lepiej spółki radziły sobie z wypracowaniem zysków netto, bo aż 56 proc. spółek poprawiło tę kategorię wyników, w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Nielicznym spółkom udało się obniżyć zobowiązania, a prawie dwie trzecie z nich zwiększyło udział długu w swoich aktywach, jednak przeważnie do poziomów nieprzekraczających wysokości ich kapitałów własnych.

Trudno wyciągnąć głębsze wnioski na podstawie wyników tylko jednej trzeciej spółek z portfela GIP60, ale wyniki którymi dysponujemy z pewnością nie należą do najgorszych i nie uzasadniają tak dużej przeceny jak ta, z którą mamy do czynienia w ostatnich miesiącach.

Przemysłowe prosperity w pesymistycznej atmosferze

Nastroje w europejskim przemyśle od wielu miesięcy są dalekie od optymizmu. Badania przemysłowego PMI® wykazały negatywne nastroje (odczyty poniżej neutralnych 50 pkt.) niemal w każdej badanej gospodarce Europy – wyjątkami tutaj są Grecja i Holandia. Najpoważniejsza sytuacja panuje w Niemczech, gdzie nastroje spadają systematycznie od stycznia, a PMI® w tym czasie zanurkował do poziomu 43 punktów. W samym sierpniu nastroje uległy poprawie prawie w każdym zakątku Europy, jednak tylko Francji pozwoliło to wydostać się ponad pułap 50 punktów (51.1).

W Polsce nastroje również uległy poprawie, do najwyższego poziomu od trzech miesięcy, ale odczyt PMI® na poziomie 48.8 punktów ciągle sygnalizuje spowolnienie w przemyśle. Niepokojące jest to, że część ankiety dotycząca prognozy przedsiębiorców na najbliższe 12 miesięcy okazała się najgorsza od wielu lat.

Nastroje są istotne, jednak nie zawsze oddają rzeczywistą sytuację panującą w gospodarce, dlatego przyjrzyjmy się danym publikowanym przez Główny Urząd Statystyczny. Jak podaje GUS, produkcja sprzedana przemysłu poprawiła się w lipcu o 5.8 proc. r/r, co należy przyjąć z zadowoleniem po stosunkowo słabym czerwcu (-2.7 proc. r/r). Od początku roku produkcja sprzedana przemysłu rosła średnio w tempie 7.1 proc., co było wynikiem lepszym, niż w udanych pod tym względem latach 2017-2018. Mamy więc do czynienia z osłabieniem dynamiki wzrostu naszego przemysłu – komentuje Zaręba-jednak ciągle daleko do osłabienia sygnalizowanego przez wyniki ankiet wypełnianych przez pracowników firm przemysłowych.

Słabość biało-czerwonego parkietu

Skoro wyniki spółek produkcyjnych i sytuacja w całym przemyśle nie tłumaczy tak gwałtownej przeceny na akcjach tych spółek, to może źródła ostatnich niepowodzeń należy doszukiwać się w słabości całej polskiej giełdy akcji? Sytuacja na GPW w sierpniu nie oszczędzała praktycznie nikogo. Traciły zarówno największe spółki z WIG20 (-9.1 proc. m/m), jak i średnie spółki z MWIG40 (-6.3 proc. m/m) oraz małe spółki z SWIG80 (-3.2 proc. m/m), a indeks szerokiego rynku obsunął się w tym czasie o 7.2 proc.

Nie jest tajemnicą, że w ostatnim czasie warszawski parkiet jest na cenzurowanym i wzrost niepewności w skali globalnej, np. za sprawą napięcia na linii USA-Chiny, każdorazowo powoduje spadki na GPW i innych rynkach wschodzących. Spadek wartości S&P500 oraz dwucyfrowe wzrosty wartości złota, srebra, a nawet platyny, która ostatnio nie miała dobrej prasy, świadczą o tym, że w sierpniu niepewność na rynkach przybrała na sile i kapitał popłynął szerokim strumieniem w kierunku bezpieczniejszych przystani niż rynki akcji. Należy uznać, że również i tym razem staliśmy się ofiarą globalnych zawirowań.

Jednym z czynników, który dodatkowo może ciążyć akcjom spółek notowanych na warszawskiej GPW, jest plan dokończenia reformy Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE), które mają spore udziały w akcjonariacie niejednej spółki. Co prawda, dokończenie reformy OFE może obyć się bez dużej wyprzedaży akcji, jeśli spora grupa przyszłych emerytów zdecyduje się przenieść swoje środki z OFE do IKE, jednak trudno w tej chwili ocenić ile osób zdecyduje się na taki krok. Zwiększa to niepewność względem akcji, na których zaangażowanie OFE jest widoczne, a w GIP60 jest 36 takich spółek. U większości z nich (28) udział OFE w akcjonariacie przekracza 10%. Oczywiście ciągle jest możliwy scenariusz, w którym wiele osób zdecyduje się pozostawić swoje środki na giełdzie jako IKE, mimo 15% opłaty przekształceniowej, a wpływy z PPK zbalansują efekt podaży pozostałej części z OFE. Jednak jeszcze przez jakiś czas pozostaniemy w fazie domysłów, które mają negatywny wpływ na ryzyko inwestycji w polskie akcje.

Jak będzie?

Maciej Zaręba podaje w podsumowaniu: „Rozważania nad przyszłymi wartościami akcji polskich spółek produkcyjnych należy rozpocząć od analizy potencjału GPW do zerwania z dotychczasowym marazmem. Wyceny niektórych spółek znajdują się już poniżej wartości gotówki w ich kasach, a indeksy notują wieloletnie minima. Może to świadczyć o tym, że jesteśmy już blisko dna. Czy może być gorzej? Oczywiście, że może, ale wcale nie musi. Stosunkowo łatwo wyobrazić sobie scenariusz, w którym sytuacja globalna ustabilizuje się i kapitał zwróci uwagę na przecenione polskie spółki. W tej sytuacji również akcje polskich producentów mogą być bardzo ciekawą okazją inwestycyjną”.

Wzrost zadłużenia Polaków wyhamował. Było to możliwe m.in. dzięki wypłacie trzynastej emerytury

Wzrost zadłużenia Polaków wyhamował. Było to możliwe m.in. dzięki wypłacie trzynastej emerytury 8

Blisko 2,8 mln Polaków ma przeterminowane zobowiązania finansowe na łączną kwotę 76,6 mld zł. W II kwartale tego roku zadłużenie rosło wolniej niż w poprzednich. Wynika to m.in. z faktu, że w tym czasie wielu wierzycieli sprzedało długi firmom windykacyjnym, przez co na chwilę zniknęły z rejestrów. Druga przyczyna to świadczenia socjalne, np. trzynasta emerytura. Jak ocenia Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor, w obu przypadkach ten efekt będzie krótkotrwały.

– Tempo wzrostu zadłużenia Polaków nieco wyhamowało. Obecnie całkowite zadłużenie sięga około 76,6 mld zł i dotyczy ono 2,8 mln Polaków. W ostatnim kwartale przyrost był niewielki i to wyhamowanie dotyczy raczej długów pozakredytowych, czyli niezapłaconych rachunków za prąd, telewizję czy telefon, niż kredytowych, czyli bankowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir Grzelczak, prezes zarządu Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor.

Kredytowe i pozakredytowe długi Polaków w II kwartale br. zwiększyły się o niecałe 0,64 mld zł, czyli ponadtrzykrotnie mniej niż w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Natomiast liczba dłużników zmniejszyła się w tym czasie nieznacznie – o 2,8 tys. Wolniejsze tempo przyrostu zadłużenia nie oznacza jednak, że Polacy lepiej zaczęli spłacać swoje zobowiązania. Część firm wpisujących dłużników do BIG InfoMonitor sprzedała przeterminowane zobowiązania  i skreśliła dłużników z rejestru, chociaż dług pozostał.

– Taka sprzedaż na dużą skalę rzeczywiście nastąpiła w II kwartale br., ale widzimy już, że firmy windykacyjne na powrót wpisują dane do bazy dłużników. Tak więc jest to efekt krótkotrwały – mówi Sławomir Grzelczak. – Druga przyczyna to transfery socjalne. W II kwartale mieliśmy wsparcie dla seniorów ze strony państwa, czyli tzw. trzynastki, plus zapowiedź rozszerzenia programu Rodzina 500 plus i obietnicę niższych podatków. To też zawsze nieco wyhamowuje wzrost liczby dłużników w naszym rejestrze, ale zwykle są to efekty krótkotrwałe. Konsumpcjonizm działa w ten sposób, że jak mamy trochę więcej, to chcemy jeszcze więcej i zadłużamy się bardziej.

Jak wynika z badania Quality Watch dla BIG InfoMonitor, blisko co czwarty Polak jest gotów usprawiedliwić niespłacanie zobowiązań finansowych chęcią zapewniania odpowiedniego poziomu życia swojej rodzinie. Na liście powodów – obok zdarzeń losowych takich jak choroba (45 proc.) czy utrata pracy (20 proc.) – Polacy wymieniają także zbyt niskie zarobki (35 proc.) oraz za niskie emerytury i renty (22 proc.).

Bardziej skłonni do zadłużania się są mężczyźni, którzy stanowią 61,5 proc. wszystkich dłużników. Na dodatek mają również wyższe zaległości niż kobiety, bo należy do nich 67 proc. całkowitej sumy przeterminowanych zobowiązań.

– Średnia kwota zaległości wynosi obecnie ponad 27 tys. zł, przy czym w przypadku zobowiązań kredytowych jest ona dużo wyższa [prawie 30 tys. zł vs 18,7 tys. zł – red.], bo wpływ na nie mają m.in. kredyty hipoteczne. Jeżeli chodzi o zobowiązania pozakredytowe, tutaj niezmiennie wyróżniają się dłużnicy alimentacyjni. W ich przypadku długi mocno rosną, w tej chwili przekraczają już 32 tys. zł. Inne zobowiązania pozakredytowe, takie jak niezapłacone rachunki za telefon czy prąd, są niższe, bo w tym przypadku aż tak duża suma długu się nie uzbiera – mówi Sławomir Grzelczak.

Statystyki BIK i BIG InfoMonitor pokazują, że rekordzistą jest 63-letni mieszkaniec województwa lubelskiego, którego dług wynosi już prawie 71 mln zł. W pierwszej dziesiątce najbardziej zadłużonych Polaków aż pięcioro pochodzi z Mazowsza, a średnia ich wieku to około 54 lat. Kobiety zajmują w tym rankingu 3. oraz 9. miejsce. Z kolei najstarsza osoba w rankingu to 69-letni mężczyzna z Mazowsza, który zajmuje 10. pozycję z kwotą zaległości 26,6 mln zł.

– Największy problem ze spłatą długów mają osoby w wieku 45–54 lata. W tej grupie zobowiązania pozakredytowe sięgają aż 25 tys. zł i są dużo większe niż wśród osób między 35. a 44. rokiem życia czy seniorów – mówi Sławomir Grzelczak. – Natomiast wśród województw liderów mamy zawsze na ścianie zachodniej. Prowadzi Lubuskie, ponieważ tam najczęściej statystycznie można spotkać dłużnika – 116 osób na 1 tys. nie płaci zobowiązań w terminie. Na drugim miejscu, bardzo blisko, jest Zachodniopomorskie, dalej Dolnośląskie. Na drugim biegunie zdecydowanie najlepszą moralność płatniczą mamy na Podkarpaciu i w Małopolsce – tam zobowiązań nie płaci średnio 50 osób na 1 tys.

W ujęciu liczbowym najwięcej niesolidnych dłużników wywodzi się ze Śląska (390,5 tys. osób) oraz Mazowsza (362 tys.). Na kolejnych miejscach znalazły się natomiast województwa dolnośląskie (275 tys.) oraz wielkopolskie (254,2 tys.).

Polska potrzebuje ponad 20 lat, by dogonić Niemcy pod względem dochodu na mieszkańca. Problemy na rynku pracy mogą zahamować ten rozwój

Polska potrzebuje ponad 20 lat, by dogonić Niemcy pod względem dochodu na mieszkańca. Problemy na rynku pracy mogą zahamować ten rozwój 9

Wciąż największym wyzwaniem dla Polski i innych krajów Europy Środkowej jest skracanie dystansu rozwojowego do Zachodu. Jednak w najbliższych latach nasz kraj czeka spowolnienie gospodarcze, na które nie jest przygotowany. Zaradzić temu można poprzez przełamanie kryzysu demograficznego, stabilność podatków i solidarność krajów regionu w przyciąganiu inwestorów zagranicznych – podkreślali eksperci SGH i Instytutu Studiów Wschodnich podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Musimy zrobić wszystko, żeby zmienić wskaźniki demograficzne. Te w najbliższym czasie nie dają nam szans na to, abyśmy mogli powtórzyć tak niesamowity okres dla rozwoju naszej gospodarki jak ten, który miał miejsce do tej pory – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy. – Okres między rokiem 1990 a 2018 był dla Polaków wyjątkowy i to powinniśmy podkreślać, bo nie ma w tej części Europy drugiego kraju, który odniósłby porównywalny z Polską sukces.

Według raportu Szkoły Głównej Handlowej i Instytut Studiów Wschodnich, zaprezentowanego na XXIX Forum Ekonomicznym w Krynicy, Polska dogoni Niemcy pod względem dochodu na mieszkańca w 2040 roku. Kilka lat temu prześcignęliśmy pod tym względem Grecję i zbliżamy się do Portugalii, a za kilkanaście lat powinniśmy osiągnąć średnią unijną. Przez ostatnie niemal trzy dekady nasz kraj rozwijał się w średnim tempie 3,2 proc., najszybszym na kontynencie i trzy razy szybszym niż kraje starej Unii. Jednak starzenie się społeczeństwa i idący za nim brak pracowników mogą zastopować ten rozwój.

Niezwykle istotna jest też stabilizacja systemu podatkowego, tak aby kraje Europy Środkowej nie konkurowały między sobą w walce o inwestorów zewnętrznych różnego rodzaju preferencjami, które w dłuższym okresie przyniosą zarówno tym, którzy te preferencje formułują, jak i ich sąsiadom, same negatywne skutki – tłumaczy Zygmunt Berdychowski. – Działania zmierzające do stabilizacji systemu podatkowego odniosły sukces, zwłaszcza w kwestii podatku VAT. Dochodzimy do takiego momentu, w którym potrzeba kolejnych impulsów do tego, by taki sam sukces odnieść w przypadku innych podatków, np. akcyzy, podatku od firm. To są najważniejsze źródła dochodów budżetu państwa w tej części Europy.

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach Polska będzie musiała stawić czoła spowolnieniu gospodarczemu spowodowanemu globalnymi czynnikami, takimi jak amerykańsko-chińska wojna handlowa i spadek zamówień u naszych największych partnerów handlowych, głównie Niemiec. PKB naszego kraju wzrosło w II kwartale o 4,4 proc., najwolniej od dwóch lat. Wskaźnik PMI, obrazujący nastroje w przemyśle już dziesiąty miesiąc z rzędu jest poniżej poziomu 50 pkt, co wskazuje na kurczenie się sektora, choć w sierpniu okazał się nieco wyższy niż w lipcu. Jednak prognozy odnośnie do najbliższych 12 miesięcy okazały się najsłabsze od wielu lat.

Myślę, że czeka nas istotne spowolnienie, nie mamy tak daleko idących analiz, by stwierdzić, czy w Polsce będzie to recesja – mówi prof. Marek Rocki, rektor Szkoły Głównej Handlowej. – Co prawda, analizy koniunktury wskazują na to, że ostatnio cykle są nieco krótsze i płytsze, jeśli chodzi o wahania, w związku z tym to, że gospodarka niemiecka spowolniła praktycznie do zera, może spowodować, że nasze tempo wzrostu też będzie się zbliżało do zera przez rok, dwa. Ale, jak to z cyklami gospodarczymi, to też daje optymizm za parę, paręnaście lat na odbicie.

Największym partnerem handlowym Polski pozostają niezmiennie Niemcy z udziałem w eksporcie za I półrocze na poziomie 27,3 proc. Tymczasem w II kwartale PKB Niemiec był na takim samym poziomie jak przed rokiem. W ujęciu kwartalnym wzrósł jedynie o 0,1 proc. W Polsce z kolei mimo wysokiego tempa wzrostu niezmiennie głównym jego czynnikiem pozostaje konsumpcja. Spożycie w sektorze gospodarstw domowych wzrosło o 4,4 proc. i było wyższe niż w I kwartale 2019 roku (3,9 proc.). Tempo wzrostu nakładów brutto na środki trwałe było natomiast słabsze niż w I kwartale 2019 roku (9,0 proc. vs 12,6 proc.).

Myślę, że polska gospodarka nie jest przygotowana [na to spowolnienie – red.]. Nasze analizy wskazują na to, że co prawda mamy wzrost, ale jest on niepewny poprzez zagrożenie paneuropejskie. Jednocześnie wzrost jest wspomagany przez konsumpcję, a nie przez inwestycje, szczególnie w sektorze prywatnym. Brak takich inwestycji, niestety, nie daje dobrych wskazań na przyszłość – konkluduje rektor SGH.

Ministerstwo Zdrowia wdraża duże zmiany w leczeniu schizofrenii. Nowy model może przynieść korzyść pacjentom i gospodarce

Ministerstwo Zdrowia wdraża duże zmiany w leczeniu schizofrenii. Nowy model może przynieść korzyść pacjentom i gospodarce 10

ZUS wydaje ponad 1 mld zł rocznie na świadczenia dla chorych na schizofrenię. Znaczna część pacjentów nie musiałaby przechodzić na rentę i mogłaby pozostać aktywna zawodowo, gdyby otrzymała właściwą opiekę medyczną. Zdaniem ekspertów sytuację chorych może poprawić większa dostępność leków o przedłużonym działaniu oraz zmiana modelu opieki szpitalnej na środowiskową, bazującą na lokalnych poradniach psychiatrycznych. 

Schizofrenia to choroba psychiczna o nieznanym podłożu. W jej przebiegu dochodzi do zaburzenia treści myślenia i spostrzegania, najczęściej w postaci urojeń i pseudohalucynacji słuchowych. Chory nie jest w stanie realnie ocenić samego siebie ani otoczenia, w którym się znajduje, w efekcie czego odsuwa się od świata i bliskich. Schizofrenia występuje stosunkowo często – na świecie choruje na nią 50 mln osób, w Polsce według szacunków NFZ ok. 200 tys. W powszechnym, mylnym przekonaniu, chorzy to osoby agresywne, nieobliczalne i niezdolne do funkcjonowania w społeczeństwie. Tymczasem ze schizofrenią można prowadzić niemal normalne życie, zarówno rodzinne, jak i zawodowe.

 Musimy mieć świadomość, że w wielu państwach pacjenci z tą jednostką chorobową są aktywni zawodowo i zmiany w organizacji opieki zdrowotnej, społecznej powinny pójść w tym kierunku, żeby przywracać osoby chore na rynek pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Jerzy Gryglewicz, ekspert Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia na Uczelni Łazarskiego.

Aby pacjenci mogli funkcjonować w społeczeństwie, niezbędne jest przede wszystkim odpowiednie leczenie, utrzymujące chorobę w stanie remisji. Tradycyjne leki należy przyjmować codziennie. Zdarza się, że chorzy nie zażywają farmaceutyków, gdyż uważają, że nie są one im potrzebne, lub zapominają o kolejnej dawce. Rozwiązaniem są nowoczesne leki o przedłużonym działaniu (LAT – long-acting treatment), podawane w zastrzyku raz na miesiąc, a nawet raz na kwartał. Z bezpłatnych terapii lekami o przedłużonym działaniu może skorzystać jednak jedynie kilka procent polskich pacjentów. Nie mają oni także dostępu do leków podawanych raz na trzy miesiące, mimo że są one już dostępne w większości krajów europejskich.

 Jest to tak samo skuteczny lek jak podawany w tabletkach. Dodatkowo generuje znacznie mniej objawów niepożądanych. To duży przełom w opiece nad tą grupą pacjentów. Zanim wprowadzono długodziałające leki przeciwpsychotyczne, często mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem, które się nazywa brakiem współpracy – mówi prof. dr hab. n. med. Piotr Gałecki, kierownik Kliniki Psychiatrii Dorosłych Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii.

Istotnym problemem jest także sposób prowadzenia leczenia w Polsce oparty na modelu azylowym, czyli szpitalnym, oraz brak skoordynowanej opieki. Konieczność hospitalizacji eliminuje pacjentów z życia zawodowego, nie służy także leczeniu – większość szpitali jest niedofinansowana i cierpi na brak wykwalifikowanego personelu, w dodatku znajduje się najczęściej w dużym oddaleniu od miejsca zamieszkania chorego. Pozytywną zmianę ma przynieść wdrożony w 2017 roku Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego.

 Jednym z głównych celów jest odejście od modelu azylowego, opartego na dużych szpitalach, hospitalizacjach w tradycyjnym modelu, na rzecz opieki środowiskowej – mówi dr Marek Balicki, pełnomocnik ministra zdrowia ds. reformy w psychiatrii.

W ramach programu od lipca 2018 roku w całej Polsce powstało 27 lokalnych centrów zdrowia psychicznego, gdzie chorzy mogą uzyskać szybką pomoc, od diagnozy po opracowanie planu leczenia. W centrach tych bez wcześniejszego umawiania się można się skonsultować z psychologiem lub psychiatrą. Twórcy programu chcą, by w razie konieczności leczenia szpitalnego, ono także odbywało się blisko miejsca zamieszkania pacjenta, głównie na niewielkich oddziałach psychiatrycznych w lokalnych szpitalach. Dzięki temu pacjent ma kontakt z rodziną i przyjaciółmi, co sprzyja powrotowi do zdrowia.

– Na tym polega przede wszystkim opieka środowiskowa, żeby przy pierwszym epizodzie szybko zareagować, utrzymywać remisję, nie pozwalać, żeby pacjent robił sobie wakacje lekowe lub z różnych przyczyn doszło do pogorszenia, co się może wiązać z zupełnie niezależnymi od pacjenta elementami – tłumaczy prof. Piotr Gałecki.

Obecnie 27 centrów zdrowia psychicznego, powstałych w ramach programu pilotażowego, jest w stanie obsłużyć 3 mln Polaków, czyli 10 proc. społeczeństwa. Koordynatorzy programu liczą na to, że do jego zakończenia taką formą opieki objętych zostanie 20 proc. dorosłych Polaków. Jednocześnie pracują nad innymi formami deinstytucjonalizacji opieki psychiatrycznej i rozwoju modelu środowiskowego.

 W perspektywie kolejnych 5–10 lat większość Polaków będzie miała w swojej dzielnicy, w swoim mieście albo powiecie centrum zdrowia psychicznego – mówi dr Marek Balicki.

Eksperci rekomendują ponadto tworzenie programów rehabilitacji zawodowej dla pacjentów chorych na schizofrenię. Zakład Ubezpieczeń Społecznych posiada środki na świadczenia prewencji rentowej, obecnie jednak są one niewielkie. Przeznaczenie większych kwot na aktywizację pacjentów mogłoby sprawić, że chorzy zamiast uzyskiwać świadczenia rentowe mogliby np. pracować w warunkach pracy chronionej w większym zakresie, niż to jest obecnie.

– Według map potrzeb zdrowotnych opublikowanych przez Ministerstwo Zdrowia pacjenci ze schizofrenią praktycznie nie mają świadczeń z zakresu rehabilitacji, mówię tu głównie o rehabilitacji zawodowej, więc to jest ten obszar, który wymaga poprawy – mówi dr Jerzy Gryglewicz.

Przywrócenie osób chorych na schizofrenię do życia społecznego i zawodowego ma istotne znaczenie również dla gospodarki. Schizofrenia to choroba ludzi młodych – diagnozę stawia się zazwyczaj pacjentom w wieku 18–30 lat, w pełni możliwości zawodowych. Obecnie 15 proc. chorych pozostaje jednak aktywnych na rynku pracy, ponad 60 proc. przechodzi natomiast na rentę. Generuje to znaczne koszty. W 2016 roku Zakład Ubezpieczeń Społecznych przeznaczył na świadczenia dla tej grupy chorych ponad 1 mld zł. Wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia związane z leczeniem były natomiast dwukrotnie niższe i wynosiły ponad 600 mln zł.

 Więcej wydajemy z ubezpieczeń społecznych na tę jednostkę chorobową niż ze zdrowotnych. Jedyną rekomendacją, która sama się nasuwa, jest to, że jeśli zwiększymy skuteczność leczenia tej jednostki chorobowej, a zwłaszcza jeśli zminimalizujemy objawy tej choroby, to jesteśmy w stanie zaoszczędzić duże środki w systemie ubezpieczeń społecznych – mówi dr Jerzy Gryglewicz.

Brak paragonu barierą w oddawaniu butelek zwrotnych po piwie. Grupa Żywiec chce to zmienić

Brak paragonu barierą w oddawaniu butelek zwrotnych po piwie. Grupa Żywiec chce to zmienić 11

Polacy konsumują około 98 litrów piwa rocznie w przeliczeniu na osobę. Większość jest sprzedawana w szklanych butelkach zwrotnych, jednak te nie zawsze wracają do producenta. Sprzedawcy najczęściej proszą o okazanie paragonu, tymczasem konsumenci nie zawsze go zachowują. Dlatego Grupa Żywiec uruchomiła kampanię „Daj butelce drugie życie”, w ramach której umożliwia konsumentom oddawanie butelek zwrotnych bez paragonu.

Polacy bardzo lubią piwo w butelce, niestety mają problem z ich zwrotem, ponieważ za każdym razem wymagany jest paragon, który poświadcza dokonanie zakupu w danym sklepie. Dlatego uruchomiliśmy ogólnopolską akcję „Daj butelce drugie życie”. Ułatwia ona w znaczny sposób oddawanie butelki w dowolnym punkcie biorącym udział w akcji, a dodatkowo świetnie wpływa na środowisko. Już dzisiaj nasi konsumenci mogą oddawać butelki w około 1 tys. sklepów – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Celejowski, dyrektor ds. sprzedaży Grupy Żywiec SA.

Aby oddać butelki zwrotne Grupy Żywiec, wystarczy znaleźć sklep, który bierze udział w akcji. Za każdą butelkę zwrotną marek Żywiec, Warka, Warka Radler, Tatra, Specjal, Królewskie, Leżajsk, Brackie i EB oddawaną bez paragonu konsument otrzyma 0,35 zł, nawet jeśli kupił piwo w innym sklepie. Mapa ponad 1 tys. sklepów, które już dziś biorą udział w kampanii, jest dostępna na stronie akcji zwrocbutelke.pl.

 Akcja cieszy się coraz większym zainteresowaniem. Klienci szukają informacji i my też informujemy klientów o tej możliwości. Te informacje pojawiają się na plakatach, przed sklepem, w internecie, lokalnych mediach, a akcja się rozwija. Widzimy wzrost liczby oddawanych butelek – mówi Krzysztof Niemczyk, właściciel sklepu Tequila w Czechowicach-Dziedzicach.

Zanim podjęto decyzję o rozszerzeniu działań na cały kraj, Grupa Żywiec przeprowadziła pilotaż na terenie Województwa Śląskiego. Pilotaż miał sprawdzić, czy proponowane przez firmę rozwiązanie rzeczywiście wpływa na zwrotność butelek. Efekty pilotażu pokazały, że udało się zwiększyć liczbę zwróconych butelek o 20 proc. z korzyścią dla środowiska.

– Najważniejszą cechą, która skłoniła nas do udziału w tej akcji, jest ekologia. Wszyscy mówimy o tym, że trzeba oczyścić nasze otoczenie. Z drugiej strony sklep ma możliwość rozwoju – pojawiają się ludzie z regionu całego miasta i oddają u nas butelki, a to oznacza zdobywanie nowych klientów – mówi Krzysztof Niemczyk.

Oddawanie butelki zwrotnej to najlepszy wybór dla środowiska. Butelka może krążyć nawet 25 razy w ciągu 5 lat bez konieczności dodatkowego przetwarzania, ale to nie wszystko. Jej oddawanie ma też wpływ na emisje dwutlenku węgla, które w przypadku butelki zwrotnej są porównywalne do emisji generowanych podczas ładowania 3 smartfonów, podczas gdy w przypadku butelki bezzwrotnej – 37 smartfonów.

Jak wynika z danych Deloitte, piwo pije regularnie 22,8 mln Polaków, czyli około 73 proc. społeczeństwa. Roczna konsumpcja piwa w przeliczeniu na osobę wynosi około 98 litrów (dla porównania w Czechach jest to ok. 143 l piwa rocznie na osobę). Polska jest również jednym z wiodących producentów piwa w Europie.

Szkolnictwo zawodowe na nowych zasadach. Firmy będą miały większy wpływ na program kształcenia

Szkolnictwo zawodowe na nowych zasadach. Firmy będą miały większy wpływ na program kształcenia 12

Większy wpływ biznesu na szkolnictwo zawodowe, staże uczniowskie u pracodawców, obowiązkowa współpraca szkół z biznesem – z początkiem września w szkolnictwie zawodowym weszło wiele zmian, które mają ściślej powiązać edukację z rynkiem pracy i lepiej odpowiedzieć na potrzeby pracodawców. To konieczność, bo jak wynika z raportu Trenkwalder Polska, na polskim rynku pracy trwa hossa, a rotacja kadr w połączeniu z brakiem siły roboczej w coraz większym stopniu hamuje rozwój przedsiębiorstw. Te zmagają się obecnie z największym deficytem pracowników produkcyjnych.

Od września w szkolnictwie branżowym zmieni się kilka ważnych aspektów. Szkoły będą dwustopniowe i zakończone egzaminem zawodowym, dopuszczą też do matury i do studiów zawodowych. Bardzo ważne jest to, że będą one wręcz zmuszone do współpracy z biznesem, co oznacza, że biznes będzie brał udział w przygotowaniu programów zawodowych. Dopuszczone będzie finansowanie szkół przez prywatny biznes i ulgi podatkowe z tego tytułu. Wprowadzono też obowiązkowe staże i praktyki dla uczniów – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Ratajczyk, prezes Trenkwalder Polska i wiceprezes Polskiego Forum HR.

Jak podało MEN, od września w szkołach ponadpodstawowych (liceach ogólnokształcących, technikach, branżowych szkołach I stopnia i szkołach przysposabiających do pracy) rozpoczęło naukę w sumie ok. 1,5 mln uczniów. W szkolnictwie branżowym rozpoczęło się wdrażanie nowych podstaw programowych. We wszystkich klasach pierwszych szkół prowadzących kształcenie zawodowe (branżowych szkół I stopnia, pięcioletnich techników, klas dotychczasowych czteroletnich techników oraz szkół policealnych) będzie obowiązywała nowa klasyfikacja zawodów szkolnictwa branżowego.

Ustawa zmieniająca system kształcenia zawodowego, która weszła w życie 1 września br., wprowadza cały szereg nowych rozwiązań, które mają ściślej powiązać edukację z rynkiem pracy i lepiej odpowiadać na potrzeby pracodawców. Firmy zyskają większy wpływ na szkolnictwo zawodowe i będą mogły odliczyć od dochodu darowizny przekazane na rzecz takich szkół.

Na pewno potrzebne jest włączenie się związków pracodawców do tego projektu, bo trudno mi wyobrazić sobie firmę, która zatrudnia 50 czy 100 pracowników i finansuje 30-osobową klasę branżową – mówi Wojciech Ratajczyk.

Ustawa wprowadziła również obowiązkową współpracę szkół z pracodawcami, odbywającą się na zasadzie umowy lub porozumienia, obejmującego co najmniej jeden cykl kształcenia. Kolejną nowością są staże uczniowskie u pracodawców, odbywane na podstawie umowy. Te będą wliczane do okresu zatrudnienia, a pracodawca może wliczyć świadczenia wypłacane uczniowi w koszty uzyskania przychodu.

Dość ważnym aspektem jest podniesienie prestiżu szkół branżowych. Dzisiaj tylko 5 proc. absolwentów szkół podstawowych czy gimnazjów deklaruje chęć pójścia do takiej szkoły. Przez ostatnich blisko 30 lat to był zaniedbany obszar. Dlatego istotne jest zachęcanie młodych ludzi do pójścia do szkół branżowych – mówi Wojciech Ratajczyk.

Jak ocenia, biznes bardzo korzystnie ocenia zmiany wprowadzane w szkolnictwie zawodowym, chociaż na ich pełne efekty trzeba będzie poczekać kilka lat.

Z sierpniowego raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” Trenkwalder Polska wynika, że hossa na rynku pracy trwa. W ciągu ostatniego roku ponad 70 proc. firm zwiększyło zatrudnienie średnio o 10 proc., a 30 proc. przedsiębiorców zatrudniło więcej niż 50 osób. W ciągu najbliższego półrocza rekrutację nowych pracowników planuje 68 proc. polskich firm. Duże zapotrzebowanie to efekt wzrostu gospodarczego, ale i sporej rotacji kadr, z którą problem mają zwłaszcza podmioty z sektora MŚP. Ta – w połączeniu z brakiem siły roboczej – w coraz większym stopniu hamuje rozwój przedsiębiorstw.

– Są dwa obszary, w których najtrudniej jest dzisiaj pozyskać pracowników: przede wszystkim IT, ale już na drugim miejscu są operatorzy maszyn, później inżynierowie i specjaliści. Natomiast kiedy pytamy firmy, jakich pracowników najbardziej im brakuje, tutaj jest zupełna zmiana trendu w stosunku do ostatnich lat, bo przede wszystkim są to pracownicy produkcyjni – mówi prezes Trenkwalder Polska..

Pracodawcy zmagają się obecnie z największym deficytem pracowników fizycznych. „Niebieskie kołnierzyki” otwierają listę kandydatów najbardziej pożądanych przez firmy (39 proc. wskazań). Dopiero kolejne miejsca zajmują inżynierowie (15 proc. wskazań), sprzedawcy (11 proc. wskazań) oraz specjaliści IT (10 proc.).

Przy dzisiejszym rozwoju przemysłu i technologii najbardziej poszukiwani są specjaliści, którzy potrafią obsługiwać procesy produkcyjne, maszyny, urządzenia. Mocno rozwijającą się dziedziną jest też logistyka, transport – wymienia Wojciech Ratajczyk. – Bardzo poszukiwane są również wszystkie kierunki związane z IT, e-commerce, e-marketingiem. Nastała też złota era dla inżynierów związanych z mechatroniką, nowymi technologiami, biotechnologiami. W kontekście szkolnictwa technicznego dzisiaj poszukiwani są operatorzy maszyn, operatorzy procesów technologicznych, specjaliści wszelkiego rodzaju. Na pewno są też zawody, których jeszcze dziś nie bierzemy pod uwagę, a które pojawią się w najbliższym czasie.

Eksperci w raporcie „Rynek pracy oczami pracodawców” podkreślają też, że na aktualnej kondycji polskiego rynku pracy odbijają się fale emigracji zarobkowej pracowników fizycznych, kryzys demograficzny i wzrost osób biernych zawodowo czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorstw. W najbliższych latach na polskim rynku zabraknie około 3–4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln. Działania, które załatają braki kadrowe, są potrzebne już, bo na ich efekty trzeba będzie poczekać przynajmniej kilka lat.

Bankowość otwiera się na innowacyjne rozwiązania. Fintechy już mogą korzystać z naszych danych przechowywanych w bankach

Bankowość otwiera się na innowacyjne rozwiązania. Fintechy już mogą korzystać z naszych danych przechowywanych w bankach 13

Z początkiem września weszła w życie dyrektywa PSD2, która wprowadzi istotne zmiany w sposobie funkcjonowania sektora finansowego. Oprócz wymuszenia na bankach stosowania silnych narzędzi uwierzytelniających wdroży możliwość powiązania rachunku bankowego z usługami zewnętrznych dostawców. Dzięki nim powstaną agregatory ułatwiające zarządzanie kontami w wielu bankach oraz innowacyjne aplikacje finansowe od firm trzecich.

– Otwarta bankowość zmieni na rynku finansów to, że banki będą dzielić się danymi klientów z zewnętrznymi podmiotami, które na bazie tych danych będą mogły zaoferować nowe usługi albo te same usługi, ale w inny sposób. Będzie można zrobić agregator kont, w jednej aplikacji będziemy zarządzać całością finansów, nie będzie już trzeba tego dzielić. Banki będą miały także dostęp do tych danych między sobą – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Sadaj z Revolut.

Wdrożenie otwartej bankowości jest jednym z elementów dyrektywy PSD2 przyjętej przez Parlament Europejski. Zgodnie z jej zapisami unijne banki mają do 14 września udostępnić zewnętrznym podmiotom (zwanym TPP) środowisko API, które umożliwi im przetwarzanie danych klientów korzystających z usług danej instytucji bankowej. Dzięki temu inne banki, serwisy płatnicze oraz start-upy fintechowe będą mogły projektować aplikacje finansowe korzystające ze środków, jakie gromadzimy w naszych bankach.

Jednym z narzędzi, które otrzymają do dyspozycji podmioty TPP, będzie Account Information Service, służące do agregowania informacji o rachunkach bankowych prowadzonych przez kilka instytucji. Usługę tego typu wprowadza Nest Bank, który w ramach modułu Moje Finanse wprowadził możliwość analizy historii operacji finansowych wykonywanych na wielu rachunkach we wszystkich bankach, z których korzysta dany klient.

Znacznie szersze możliwości otworzy przed programistami usługa Payment Initiation Service. To za jej pomocą będzie można projektować aplikacje, które nie tylko przeanalizują stan konta użytkownika, lecz także pozwolą inicjować za niego płatności.

– Otwarta bankowość pozwoli na większą integrację biznesu, zarówno od strony klientów, jak i dostawców. Mamy już usługę, w ramach której można zintegrować wydatki służbowe tak, żeby pracownicy nie musieli zbierać paragonów i wysyłać ich do księgowości. Możemy myśleć nawet o takich przykładach, że kontrahenci będą się ze sobą łączyć i na bazie API będą mogli samemu inicjować płatności. Możemy sobie wyobrazić sytuację, że mamy jakiegoś podwykonawcę, który po spełnieniu określonych kryteriów będzie po prostu klikał w guzik w swojej aplikacji. Płatność będzie w pełni zautomatyzowana – twierdzi ekspert.

Aby przygotować się na wdrożenie rozwiązań z zakresu otwartej bankowości, polskie instytucje finansowe przygotowały środowiska testowe, w ramach których instytucje TPP mogły się przygotować do wdrożenia innowacyjnych aplikacji. Pierwszym bankiem, który uruchomił takie środowisko, był Citi Handlowy, który zrealizował konkurs na najbardziej przyszłościową aplikację zgodną z dyrektywą PSD2. Z kolei przedstawiciele mBanku udostępnili swoje środowisko testowe nawet tym instytucjom, które nie uzyskały certyfikatu bezpieczeństwa. Decyzja ta miała zachęcić jak najszersze grono potencjalnych współpracowników do zapoznania się z API banku.

Wymuszenie przez Parlament Europejski otwarcia się banków na instytucje zewnętrzne jest odpowiedzią na ewolucję rynku finansowego realizowaną przez start-upy. Tradycyjna bankowość pozostaje w tyle za rozwiązaniami fintechowymi, które od dawna mają w swojej ofercie rozwiązania z zakresu otwartej bankowości. Revolut oddaje w ręce klientów usługę, która pozwala wykonywać transakcje w dowolnej walucie czy operować kryptowalutami, udostępnia także swoje API zewnętrznym start-upom, umożliwiając zintegrowanie płatności w zewnętrznych aplikacjach.

– Otwarta bankowość to dla banków, szczególnie takich nowoczesnych jak banki polskie, zarówno zagrożenie, jak i szansa. Fakt, że zewnętrzne podmioty i lokalne fintechy będą miały dostęp do danych będzie zmuszał banki do tego, żeby jeszcze szybciej, jeszcze bardziej innowacyjnie się rozwijać. Jeżeli na końcu to użytkownik będzie tematem tej rozmowy, to na pewno on z tego skorzysta i skorzysta cała branża. To może być impulsem do tego, żeby jak najwięcej innowacyjnych rozwiązań się pojawiało. Wydaje mi się, że mamy tak nowoczesne banki, że te rozwiązania będą mogły w końcu być eksportowane na zagraniczne rynki – twierdzi Karol Sadaj.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Branża szkoleniowa coraz chętniej sięga po technologię VR. W wirtualnym świecie nauczy, jak przeprowadzić zwalnianie pracowników

Branża szkoleniowa coraz chętniej sięga po technologię VR. W wirtualnym świecie nauczy, jak przeprowadzić zwalnianie pracowników 14

Wirtualna rzeczywistość nie jest domeną wyłącznie branży rozrywkowej. Coraz większą rolę pełni w sektorze biznesowym, gdzie wykorzystuje się ją m.in. do tworzenia realistycznie wyglądających środowisk szkoleniowych. Za pośrednictwem gogli VR można przeprowadzać kursy z obsługi dużych maszyn bez narażania fizycznego sprzętu na uszkodzenie. Wirtualna rzeczywistość wykorzystywana jest m.in. w branży lotniczej, górniczej czy medycznej. Powstają już nawet symulatory VR zaprogramowane z myślą o doskonaleniu umiejętności miękkich.

– Wirtualna rzeczywistość ma zastosowanie zarówno w branży entertainment, jak i w rozwiązaniach komercyjnych dla dużych firm przemysłowych, które starają się wykorzystać ją w kilku rejonach swojej działalności. Dużym elementem jest np. tworzenie wirtualnych symulatorów treningowych, na których kierowcy dużych maszyn i sprzętów czy strażacy starają się wykorzystać VR do tego, by nauczyć się działać w środowisku testowym, nieobjętym wielkim stresem. Natomiast ciągle jeszcze czekamy na większą popularyzację urządzeń do VR i AR – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Jaśkiewicz, prezes zarządu Simteract.

Polscy przedsiębiorcy coraz chętniej sięgają po wyspecjalizowane szkolenia z branży VR. System taki opracowali m.in. pracownicy Politechniki Lubelskiej, którzy stworzyli symulator lotniczy VR Syntia. Zaprogramowano go z myślą o usprawnieniu procesu nauczania przyszłych pilotów samolotów, śmigłowców, a nawet operatorów dronów. Prace nad symulatorem obejmowały m.in. blisko dwa tysiące godzin testów, które miały pomóc przystosować zarówno sprzęt, jak i oprogramowanie do testowania potencjału przyszłych pracowników lotnictwa.

Po technologię wirtualnej rzeczywistości sięgnęło także stowarzyszenie Motopomocni, które we współpracy z firmą 4HELP VR zorganizowało cykl szkoleń VR na temat udzielania pierwszej pomocy. Organizacja wykorzystała gogle VR, aby zasymulować sytuacje, z jakimi motocykliści mogą się zetknąć w trakcie podróży. Szkolenie miało pomóc im przećwiczyć procedurę udzielania pierwszej pomocy w wysoce immersyjnym środowisku, symulując przebieg prawdziwej akcji ratunkowej.

Z kolei Simteract wykorzystuje swoją wiedzę w zakresie sztucznej inteligencji do tworzenia symulatorów VR. Aby zapewnić wysoką immersyjność doświadczeń firma korzysta ze środowiska graficznego z branży gamingowej – silników Unity 3D, Unreal Engine, CryEngine czy Unigine. Dzięki nim można stworzyć fotorealistyczne środowisko testowe i z wysoką precyzją odwzorować układ przyrządów w najbardziej skomplikowanych pojazdach.

– Mamy doświadczenie z tworzeniem symulatora nauki jazdy dla maszynistów prowadzących wielkie pociągi cargo. W tym przypadku są wyzwania związane z legislacją. Według prawa wszystkie elementy kabiny takiego pociągu muszą być fizyczne. W związku z tym stawiamy spory nacisk na to, żeby dało się stworzyć symulator, który daje realną odpowiedź na potrzeby użytkowników, realną wartość treningową. Im symulacja jest wiarygodniejsza, tym trening jest lepszy – tłumaczy ekspert.

Wirtualna rzeczywistość sprawdza się także w procesie nauczania umiejętności miękkich. Symulator VR od Talespin opracowany z myślą o pracownikach branży HR pozwala menadżerom przećwiczyć proces zwalniania pracowników w wirtualnym środowisku. Firma przygotowała szereg scenariuszy, w których rekruter musi poinformować pracownika imieniem Barry, że jego pracodawca rozwiązuje z nim umowę. Oprogramowanie ocenia, w jaki sposób menedżer prowadzi rozmowę i symuluje mimikę oraz sposób wypowiedzi zwalnianej osoby, aby przygotować szkolącą się osobę na to, jak w analogicznej sytuacji może postąpić żywy pracownik.

Nad szkoleniową aplikacją VR pracuje również Jastrzębska Spółka Węglowa, która chce wykorzystać gogle wirtualnej rzeczywistości do nauczania górników pracy zespołowej. Oprogramowanie ma nauczyć przyszłych pracowników, jak poruszać się w kopalnianych korytarzach, jak postępować w niebezpiecznych sytuacjach czy przeprowadzać akcje ratunkowe.

Wirtualna rzeczywistość może się także sprawdzić w procesie szkolenia pracowników branży medycznej. Firma InventionMed pracuje nad stworzeniem w Bydgoszczy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR, które będzie pełnić rolę wirtualnego szpitala i laboratorium testowego nowych technologii. Nadrzędnym celem funkcjonowania ośrodka będzie wdrożenie kompleksowych szkoleń medycznych wykorzystujących potencjał wirtualnej rzeczywistości.

Simteract chce wykorzystać swoje doświadczenie w projektowaniu rozrywkowych aplikacji VR na potrzeby branży biznesowej.

– Wykorzystujemy technologie, które stworzyliśmy w trakcie projektowania symulatorów treningowych: mamy możliwość stworzenia wirtualnego miasta w bardzo krótkim czasie, niemal automatycznie, mamy system inteligentnego ruchu drogowego, który można podpiąć pod symulator, albo grę wideo. Współpracujemy z jedną z firm globalnych, która zajmuje się tworzeniem oprogramowania inteligentnego samochodu, na naszym oprogramowaniu tworzymy symulator nauki jazdy. Ale nie dla człowieka, tylko dla inteligentnego auta – wymienia Marcin Jaśkiewicz

Według firmy badawczej Technavio wartość globalnego rynku VR dla edukacji wzrośnie do 2021 roku do 1,7 mld dol. W najbliższych latach rynek ten ma  się rozwijać w tempie 55 proc. w skali roku.