Z początkiem września weszła w życie dyrektywa PSD2, która wprowadzi istotne zmiany w sposobie funkcjonowania sektora finansowego. Oprócz wymuszenia na bankach stosowania silnych narzędzi uwierzytelniających wdroży możliwość powiązania rachunku bankowego z usługami zewnętrznych dostawców. Dzięki nim powstaną agregatory ułatwiające zarządzanie kontami w wielu bankach oraz innowacyjne aplikacje finansowe od firm trzecich.
– Otwarta bankowość zmieni na rynku finansów to, że banki będą dzielić się danymi klientów z zewnętrznymi podmiotami, które na bazie tych danych będą mogły zaoferować nowe usługi albo te same usługi, ale w inny sposób. Będzie można zrobić agregator kont, w jednej aplikacji będziemy zarządzać całością finansów, nie będzie już trzeba tego dzielić. Banki będą miały także dostęp do tych danych między sobą – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karol Sadaj z Revolut.
Wdrożenie otwartej bankowości jest jednym z elementów dyrektywy PSD2 przyjętej przez Parlament Europejski. Zgodnie z jej zapisami unijne banki mają do 14 września udostępnić zewnętrznym podmiotom (zwanym TPP) środowisko API, które umożliwi im przetwarzanie danych klientów korzystających z usług danej instytucji bankowej. Dzięki temu inne banki, serwisy płatnicze oraz start-upy fintechowe będą mogły projektować aplikacje finansowe korzystające ze środków, jakie gromadzimy w naszych bankach.
Jednym z narzędzi, które otrzymają do dyspozycji podmioty TPP, będzie Account Information Service, służące do agregowania informacji o rachunkach bankowych prowadzonych przez kilka instytucji. Usługę tego typu wprowadza Nest Bank, który w ramach modułu Moje Finanse wprowadził możliwość analizy historii operacji finansowych wykonywanych na wielu rachunkach we wszystkich bankach, z których korzysta dany klient.
Znacznie szersze możliwości otworzy przed programistami usługa Payment Initiation Service. To za jej pomocą będzie można projektować aplikacje, które nie tylko przeanalizują stan konta użytkownika, lecz także pozwolą inicjować za niego płatności.
– Otwarta bankowość pozwoli na większą integrację biznesu, zarówno od strony klientów, jak i dostawców. Mamy już usługę, w ramach której można zintegrować wydatki służbowe tak, żeby pracownicy nie musieli zbierać paragonów i wysyłać ich do księgowości. Możemy myśleć nawet o takich przykładach, że kontrahenci będą się ze sobą łączyć i na bazie API będą mogli samemu inicjować płatności. Możemy sobie wyobrazić sytuację, że mamy jakiegoś podwykonawcę, który po spełnieniu określonych kryteriów będzie po prostu klikał w guzik w swojej aplikacji. Płatność będzie w pełni zautomatyzowana – twierdzi ekspert.
Aby przygotować się na wdrożenie rozwiązań z zakresu otwartej bankowości, polskie instytucje finansowe przygotowały środowiska testowe, w ramach których instytucje TPP mogły się przygotować do wdrożenia innowacyjnych aplikacji. Pierwszym bankiem, który uruchomił takie środowisko, był Citi Handlowy, który zrealizował konkurs na najbardziej przyszłościową aplikację zgodną z dyrektywą PSD2. Z kolei przedstawiciele mBanku udostępnili swoje środowisko testowe nawet tym instytucjom, które nie uzyskały certyfikatu bezpieczeństwa. Decyzja ta miała zachęcić jak najszersze grono potencjalnych współpracowników do zapoznania się z API banku.
Wymuszenie przez Parlament Europejski otwarcia się banków na instytucje zewnętrzne jest odpowiedzią na ewolucję rynku finansowego realizowaną przez start-upy. Tradycyjna bankowość pozostaje w tyle za rozwiązaniami fintechowymi, które od dawna mają w swojej ofercie rozwiązania z zakresu otwartej bankowości. Revolut oddaje w ręce klientów usługę, która pozwala wykonywać transakcje w dowolnej walucie czy operować kryptowalutami, udostępnia także swoje API zewnętrznym start-upom, umożliwiając zintegrowanie płatności w zewnętrznych aplikacjach.
– Otwarta bankowość to dla banków, szczególnie takich nowoczesnych jak banki polskie, zarówno zagrożenie, jak i szansa. Fakt, że zewnętrzne podmioty i lokalne fintechy będą miały dostęp do danych będzie zmuszał banki do tego, żeby jeszcze szybciej, jeszcze bardziej innowacyjnie się rozwijać. Jeżeli na końcu to użytkownik będzie tematem tej rozmowy, to na pewno on z tego skorzysta i skorzysta cała branża. To może być impulsem do tego, żeby jak najwięcej innowacyjnych rozwiązań się pojawiało. Wydaje mi się, że mamy tak nowoczesne banki, że te rozwiązania będą mogły w końcu być eksportowane na zagraniczne rynki – twierdzi Karol Sadaj.
Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.
Wirtualna rzeczywistość nie jest domeną wyłącznie branży rozrywkowej. Coraz większą rolę pełni w sektorze biznesowym, gdzie wykorzystuje się ją m.in. do tworzenia realistycznie wyglądających środowisk szkoleniowych. Za pośrednictwem gogli VR można przeprowadzać kursy z obsługi dużych maszyn bez narażania fizycznego sprzętu na uszkodzenie. Wirtualna rzeczywistość wykorzystywana jest m.in. w branży lotniczej, górniczej czy medycznej. Powstają już nawet symulatory VR zaprogramowane z myślą o doskonaleniu umiejętności miękkich.
– Wirtualna rzeczywistość ma zastosowanie zarówno w branży entertainment, jak i w rozwiązaniach komercyjnych dla dużych firm przemysłowych, które starają się wykorzystać ją w kilku rejonach swojej działalności. Dużym elementem jest np. tworzenie wirtualnych symulatorów treningowych, na których kierowcy dużych maszyn i sprzętów czy strażacy starają się wykorzystać VR do tego, by nauczyć się działać w środowisku testowym, nieobjętym wielkim stresem. Natomiast ciągle jeszcze czekamy na większą popularyzację urządzeń do VR i AR – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Jaśkiewicz, prezes zarządu Simteract.
Polscy przedsiębiorcy coraz chętniej sięgają po wyspecjalizowane szkolenia z branży VR. System taki opracowali m.in. pracownicy Politechniki Lubelskiej, którzy stworzyli symulator lotniczy VR Syntia. Zaprogramowano go z myślą o usprawnieniu procesu nauczania przyszłych pilotów samolotów, śmigłowców, a nawet operatorów dronów. Prace nad symulatorem obejmowały m.in. blisko dwa tysiące godzin testów, które miały pomóc przystosować zarówno sprzęt, jak i oprogramowanie do testowania potencjału przyszłych pracowników lotnictwa.
Po technologię wirtualnej rzeczywistości sięgnęło także stowarzyszenie Motopomocni, które we współpracy z firmą 4HELP VR zorganizowało cykl szkoleń VR na temat udzielania pierwszej pomocy. Organizacja wykorzystała gogle VR, aby zasymulować sytuacje, z jakimi motocykliści mogą się zetknąć w trakcie podróży. Szkolenie miało pomóc im przećwiczyć procedurę udzielania pierwszej pomocy w wysoce immersyjnym środowisku, symulując przebieg prawdziwej akcji ratunkowej.
Z kolei Simteract wykorzystuje swoją wiedzę w zakresie sztucznej inteligencji do tworzenia symulatorów VR. Aby zapewnić wysoką immersyjność doświadczeń firma korzysta ze środowiska graficznego z branży gamingowej – silników Unity 3D, Unreal Engine, CryEngine czy Unigine. Dzięki nim można stworzyć fotorealistyczne środowisko testowe i z wysoką precyzją odwzorować układ przyrządów w najbardziej skomplikowanych pojazdach.
– Mamy doświadczenie z tworzeniem symulatora nauki jazdy dla maszynistów prowadzących wielkie pociągi cargo. W tym przypadku są wyzwania związane z legislacją. Według prawa wszystkie elementy kabiny takiego pociągu muszą być fizyczne. W związku z tym stawiamy spory nacisk na to, żeby dało się stworzyć symulator, który daje realną odpowiedź na potrzeby użytkowników, realną wartość treningową. Im symulacja jest wiarygodniejsza, tym trening jest lepszy – tłumaczy ekspert.
Wirtualna rzeczywistość sprawdza się także w procesie nauczania umiejętności miękkich. Symulator VR od Talespin opracowany z myślą o pracownikach branży HR pozwala menadżerom przećwiczyć proces zwalniania pracowników w wirtualnym środowisku. Firma przygotowała szereg scenariuszy, w których rekruter musi poinformować pracownika imieniem Barry, że jego pracodawca rozwiązuje z nim umowę. Oprogramowanie ocenia, w jaki sposób menedżer prowadzi rozmowę i symuluje mimikę oraz sposób wypowiedzi zwalnianej osoby, aby przygotować szkolącą się osobę na to, jak w analogicznej sytuacji może postąpić żywy pracownik.
Nad szkoleniową aplikacją VR pracuje również Jastrzębska Spółka Węglowa, która chce wykorzystać gogle wirtualnej rzeczywistości do nauczania górników pracy zespołowej. Oprogramowanie ma nauczyć przyszłych pracowników, jak poruszać się w kopalnianych korytarzach, jak postępować w niebezpiecznych sytuacjach czy przeprowadzać akcje ratunkowe.
Wirtualna rzeczywistość może się także sprawdzić w procesie szkolenia pracowników branży medycznej. Firma InventionMed pracuje nad stworzeniem w Bydgoszczy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR, które będzie pełnić rolę wirtualnego szpitala i laboratorium testowego nowych technologii. Nadrzędnym celem funkcjonowania ośrodka będzie wdrożenie kompleksowych szkoleń medycznych wykorzystujących potencjał wirtualnej rzeczywistości.
Simteract chce wykorzystać swoje doświadczenie w projektowaniu rozrywkowych aplikacji VR na potrzeby branży biznesowej.
– Wykorzystujemy technologie, które stworzyliśmy w trakcie projektowania symulatorów treningowych: mamy możliwość stworzenia wirtualnego miasta w bardzo krótkim czasie, niemal automatycznie, mamy system inteligentnego ruchu drogowego, który można podpiąć pod symulator, albo grę wideo. Współpracujemy z jedną z firm globalnych, która zajmuje się tworzeniem oprogramowania inteligentnego samochodu, na naszym oprogramowaniu tworzymy symulator nauki jazdy. Ale nie dla człowieka, tylko dla inteligentnego auta – wymienia Marcin Jaśkiewicz
Według firmy badawczej Technavio wartość globalnego rynku VR dla edukacji wzrośnie do 2021 roku do 1,7 mld dol. W najbliższych latach rynek ten ma się rozwijać w tempie 55 proc. w skali roku.
To, jak finalnie będzie prezentowała się przestrzeń mieszkalna w akademiku LivinnX Kraków, można sprawdzić już nie tylko za sprawą odwiedzin biura wynajmu zaaranżowanego na terenie obiektu, ale i wizyty w IKEA Kraków. Na I piętrze sklepu obejrzeć można wnętrze przestrzeni przeznaczonej dla 1 osoby. Pokój z akademika LivinnX został odwzorowany z dbałością o wszystkie detale.
LivinnX Kraków to akademik powstający w ramach rewitalizacji budynku po dawnych zakładach Telpod przy ul. Romanowicza 4 w Krakowie. Już w nadchodzącym roku akademickim w obiekcie będzie mogło zamieszkać aż 710 osób. Do ich dyspozycji będzie 290 jednostek o różnej konfiguracji – 1-, 2-, 3- i 4-osobowych. Każda z nich – w pełni umeblowana – będzie posiadała strefę dzienną połączoną z aneksem kuchennym, przestrzeń sypialnianą oraz łazienkę. We wnętrzach znajdą się meble szwedzkiej marki IKEA. Firma zaopatrzy części mieszkalne akademika w sofy, łóżka, szafy, meble kuchenne oraz dodatki.
– Od początku prac nad tym projektem, zależało nam, aby mieszkańcom akademika dostarczyć nie tylko miejsca do spania, ale i takich rozwiązań, które z jednej strony pozwolą im skoncentrować się na nauce, a z drugiej – będą sprzyjały rozwojowi pasji, zawieraniu przyjaźni i kreatywnemu spędzaniu czasu. Wiedzieliśmy, że musimy stworzyć akademik, jakiego jeszcze nie było – oferujący nowoczesną i zarazem multifunkcjonalną przestrzeń o bardzo dobrym standardzie i designie. Naturalne było więc dla nas nawiązanie współpracy z IKEA – firmą, która zrewolucjonizowała rynek wnętrzarski. Doskonale zaprojektowane, nowoczesne meble IKEA idealnie wpasowały się w naszą wizję akademika. Jestem przekonany, że przyszli mieszkańcy LivinnX Kraków podzielą nasze zdanie – powiedział Jakub Bartos, Head of Residential w Golub GetHouse.
Gotowe aranżacje jednostek można obejrzeć na terenie akademika (pięć rodzajów pomieszczeń), a od niedawna także w krakowskim sklepie IKEA. Zaprezentowano tam „kawalerkę”, czyli pomieszczenie dedykowane jednej osobie.
– Mamy mnóstwo rozwiązań, które idealnie wpasują się w potrzeby studentów. Cieszymy się, że dzięki współpracy z akademikiem LivinnX, mogliśmy zaprezentować je „na żywym organizmie”. Jedno z wnętrz przenieśliśmy do naszego sklepu. Jest to kawalerka w stylu scandinavian modern, wyposażona m.in. w wygodne łóżko, które w razie potrzeby można rozłożyć, pojemną szafę i funkcjonalny aneks kuchenny ze stołem – powiedziała Katarzyna Kuś, Kierownik ds. Projektowania Wnętrz w IKEA Kraków.
Inwestorzy akademika rozumieją, jak ważne w życiu studenckim są rozrywka, możliwość realizacji pasji, nawiązywanie kontaktów, a także poczucie przynależności do społeczności. Dlatego poza jednostkami mieszkalnymi, zlokalizowanymi na sześciu kondygnacjach budynku, w akademiku LivinnX Kraków znajdzie się także 2000 m kw. udogodnień. Do dyspozycji mieszkańców będą m. in. specjalnie zaaranżowane strefy nauki i rozrywki, duża wspólna kuchnia, całodobowa siłownia, sauna, pokój do jogi, ścianka wspinaczkowa, pracownia artystyczna, a nawet taras z jacuzzi zlokalizowany na dachu budynku. Nie zabraknie także pralni i rowerowni. Na terenie obiektu znajdą się również ogólnodostępne przestrzenie, takie jak sklep spożywczy Lewiatan, restauracja Mr. Pancake, kawiarnia oraz drogeria. Na wzór międzynarodowych kampusów, akademik będzie nadzorowany całodobową telewizją CCTV. 24 godziny na dobę będzie czynna również recepcja i biuro ochrony.
Dzięki dogodnej lokalizacji, akademik jest dobrze skomunikowany z najważniejszymi szkołami wyższymi na terenie Krakowa. Sąsiedztwo Starego Miasta oraz dzielnicy Kazimierz zapewnia z kolei dostęp do infrastruktury kulturalno-usługowej, takiej jak: muzea, galerie sztuki, kluby, restauracje oraz Bulwary Wiślane.
Akademik realizowany jest przez Golub GetHouse we współpracy z amerykańską firmą CA Ventures International. Za projekt przebudowy budynku Telpod odpowiada renomowana krakowska pracownia architektoniczna IMB Asymetria, a generalnym wykonawcą inwestycji jest UNIBEP S.A.
Nadal można dokonywać rezerwacji miejsc w akademiku.
Wiele firm wydzierżawiających pomieszczenia handlowe nie jest świadomych ryzyka poniesienia odpowiedzialności za sprzedaż towarów opatrzonych podrobionymi znakami towarowymi, której sami bezpośrednio nie prowadzą.
16 marca 2019 r. weszły w życie przepisy nowelizujące ustawę prawo własności przemysłowej, które wprowadziły wiele istotnych zmian w systemie ochrony tych praw własności intelektualnej, m.in. bezpośrednią podstawę dla odpowiedzialności za tzw. pośrednie naruszenie prawa do znaku towarowego.
Zgodnie ze zmienionym art. 296 ust. 3 PWP, z roszczeniami przewidzianymi za naruszenie prawa do znaku towarowego, a zatem roszczeniem o zaniechanie naruszeń, wydania bezpodstawnie uzyskanych korzyści, a w razie zawinionego naruszenia również naprawienia wyrządzonej szkody, można wystąpić również przeciwko osobie z usług której korzystano przy naruszeniu prawa ochronnego na znak towarowy.
Omawianą zmianę i rozszerzenie odpowiedzialności na dostawców usług, z których korzystano przy naruszeniu prawa ochronnego na znak towarowy uzasadniano w projekcie koniecznością uwzględnienia w polskim systemie prawnym dyspozycji wynikających z zapadłego jeszcze w 2016 r. wyroku Trybunału Sprawiedliwości ws. C-494/15, a także uzupełnienia implementacji art. 11 dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 29 kwietnia 2004 r. nr 2004/48/WE w sprawie egzekwowania praw własności intelektualnej (dalej „dyrektywa Enforcement”). Zgodnie z nim Państwa członkowskie powinny zapewnić właścicielom praw własności intelektualnej możliwość składania wniosku o zakaz wobec pośredników, z usług których korzysta strona trzecia do naruszania prawa własności intelektualnej.
Dotychczasowe orzecznictwo w zasadzie przesądziło o odpowiedzialności pośrednika internetowego przy naruszeniach prawa własności intelektualnej. Przy czym w przywołanym wcześniej wyroku TS podkreślił jednak, iż z treści dyrektywy Enforcement nie wynika, że jej zakres stosowania jest ograniczony do handlu elektronicznego. Wobec tego Trybunał uznał, iż zakresem pojęcia pośrednika, z usług którego korzysta osoba trzecia do naruszania prawa własności intelektualnej w rozumieniu przywołanego art. 11 – objęty jest również podmiot wydzierżawiający hale targowe innym podmiotom handlującym, spośród których część prowadzi sprzedaż towarów opatrzonych podrobionymi znakami towarowymi.
– Analogiczną odpowiedzialność będzie zatem ponosić również wynajmujący powierzchnie w centrum handlowym lub powierzchnie magazynową. Jednak zakres podmiotowy omawianej regulacji oraz przesłanki odpowiedzialności pośredników usług nie są jednoznaczne – mówi w rozmowie z MarketNews24 Mikołaj Stępkowski, radca prawny z kancelarii Zięba&Partners. – Nazbyt szeroka wykładnia pozwalałaby na kierowanie nakazów do podmiotów świadczących podstawowe usługi, nawet jeśli ich powiązanie z dokonanym naruszeniem jest bardzo odległe. Niewątpliwie zatem przesłanki te powinny być doprecyzowane w orzecznictwie z uwzględnieniem wskazań TS i celów dyrektywy Enforcement.
Mimo, iż omawiane zmiany weszły w życie już jakiś czas temu, wiele podmiotów, szczególnie na rynku nieruchomości nie jest świadomych ryzyka poniesienia odpowiedzialności w powyższym zakresie. Sporna pozostaje kwestia, jak dalece np. ewentualny wynajmujący powinien posuwać się w działaniach zapobiegających naruszeniom i jakich aktywności można od niego wymagać. W szczególności, czy musi podejmować aktywne działania w tym celu, przykładowo kontrolować stoiska handlowe i weryfikować oryginalność towarów. Oczywiście taki obowiązek wiązałby się dla niego z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów i byłby w praktyce trudny do realizacji.
– W celu zabezpieczenia właściciela przed pociągnięciem do odpowiedzialności sugeruje się wprowadzenie klauzul umownych chroniących przed odpowiedzialnością cywilnoprawną za naruszenie, np. w postaci klauzul indeminifikacyjnych, stosowanego rozszerzenia karach umownych lub możliwość natychmiastowego wypowiedzenia umowy najmu czy dzierżawy bezpośredniemu naruszycielowi – wyjaśnia prawnik z Zięba&Partners..
Należy przy tym wspomnieć, iż znowelizowany art. 296 ust. 3 PWP ogranicza odpowiedzialność dostawców usług do sytuacji w których dochodzi do naruszenia prawa ochronnego na znak towarowy oraz prawa z rejestracji oznaczenia geograficznego. Natomiast nie obejmuje przykładowo prawa z rejestracji wzoru przemysłowego, co nie znajduje uzasadnienia wobec zakresu regulacji dyrektywą Enforcement. Wobec tego można przypuszczać, iż w zakresie praw wyłącznych, nie objętych zmienionym art. 296 ust. 3 PWP, uprawnieni będą w dalszym ciągu zmuszeni odwoływać się do regulacji zawartych w art. 422 i 439 KC, których stosowanie nastręcza jednak dodatkowych problemów.
Na światowej arenie politycznej wzrok przyciąga narastający konflikt między Iranem i USA – który według ekspertów może doprowadzić do kolejnej wojny – nie tylko w regionie Bliskiego Wschodu, lecz także na arenie światowej. Mimo tego, że wojna taka zniszczyłaby militarny potencjał Iranu i byłaby bardzo szkodliwa dla irańskiego systemu politycznego, wojskowego i społecznego – polityka Iranu pozostaje otwarcie agresywna. Głównym celem tej agresji jest Izrael, którego istnienie i niezależność od lat przeszkadza krajom islamskim. Otwarcie konfliktowa polityka i możliwe posiadanie przez Iran broni nuklearnej jest dla Izraela dużym zagrożeniem. Konflikt ten nie pozostaje jednak tylko sprawą regionu, ponieważ sojusz Izraela ze Stanami Zjednoczonymi jest szczególnie silny. W przypadku konfliktu zbrojnego USA byłoby liczącym się graczem w rozgrywającej się wojnie i to nie tylko ze względu na gospodarcze interesy Ameryki na Bliskim Wschodzie.
– Tu chodzi nie tylko o ropę naftową, ale także o konflikt między Iranem, a Izraelem. Iran odgrywa znaczną rolę w finansowaniu różnych grup, które destabilizują sytuację na Bliskim Wschodzie i zagrażają Izraelowi – powiedział serwisowi eNewsroomStanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Konflikt ten angażuje również innych dużych graczy globalnej polityki. To wszystko stwarza ryzyko jeśli nie otwartej, dużej wojny – to na pewno znacznego zwiększenia kłopotów, również gospodarczych. To ryzyko jest brane pod uwagę przez rynki finansowe. Istnieje więc zagrożenie podwyższenia cen ropy – co stwarza problemy dla Polski i innych krajów importujących. Jest jednak czymś korzystnym dla Rosji, której zależy na podwyższeniu cen i zwiększaniu dochodów z eksportu. Tak więc działanie Iranu, chociaż szkodliwe dla samego Iranu, jest korzystne dla Rosji i angażuje USA – jest więc problemem w skali światowej – ocenia Gomułka.
Cyberprzestępcy nieustannie szukają nowych okazji na ataki w przestrzeni cyfrowej i z coraz większą wprawą wykorzystują sposoby na unikanie wykrycia oraz techniki antyanalityczne. Z kolei indeks krajobrazu zagrożeń (Threat Landscape Index) jest wyższy o 4% w porównaniu z poprzednim rokiem. Za wzrost wskaźnika odpowiada przede wszystkim wzmożona aktywność eksploitów i innych rodzajów złośliwego oprogramowania.
Nowe standardy unikania wykrycia
Wiele nowoczesnych narzędzi typu malware zawiera funkcje unikania interakcji z oprogramowaniem ochronnym i innymi środkami wykrywania zagrożeń. Cyberprzestępcy dążą jednak do jeszcze skuteczniejszych sposobów unikania detekcji, korzystając z technik tzw. zaciemniania kodu i antyanalizy.
Za przykład wykorzystywania tych praktyk może służyć kampania spamu w Japonii. W jej trakcie do e-maili phishingowych dodawany był załącznik z uzbrojonym plikiem Excel zawierającym złośliwe makra. Zaprojektowano je w taki sposób, aby wyłączało narzędzia zabezpieczające, wykonywało dowolne komendy, wywoływało problemy z pamięcią urządzenia i działało tylko na japońskich systemach.
Jolanta Malak, regionalna dyrektor Fortinet w Polsce
Kolejny przykład to jedna z wersji trojana bankowego Dridex, który przy każdym logowaniu użytkownika zmieniał nazwy i hashe plików, utrudniając odnalezienie złośliwego oprogramowania w zainfekowanym systemie. – Coraz powszechniejsze wykorzystywanie antyanalizy i praktyk unikania detekcji przypomina o potrzebie korzystania z ochrony wielowarstwowej i behawioralnego wykrywania zagrożeń – mówi Jolanta Malak, dyrektor polskiego oddziału firmy Fortinet.
Długoterminowa strategia ukrytych ataków
Złośliwe oprogramowanie Zegost było zastosowane w kampanii spearphishingowej, która wykorzystywała kilka ciekawych technik. Tak jak w przypadku innych rodzajów oprogramowania typu infostealer, głównym celem Zegosta jest zbieranie i potajemne wydobywanie informacji o urządzeniu ofiary. Wyróżnia go jednak unikalna konfiguracja, która ma chronić przed wykryciem. Zegost wyposażony jest np. w funkcję czyszczenia zapisów zdarzeń, co nie jest zazwyczaj charakterystyczną cechą złośliwego oprogramowania. Kolejną ciekawą funkcją wyróżniającą Zegosta jest komenda, która utrzymywała go w uśpieniu przed 14 lutego 2019. Dopiero po tej dacie rozpoczął się cykl infekowania.
Osoby odpowiedzialne za rozpowszechnianie Zegosta wykorzystują cały arsenał eksploitów, a więc luk w zabezpieczeniach, aby nawiązać i utrzymać połączenie z ofiarą. Dlatego jest to o wiele bardziej długoterminowe zagrożenie w porównaniu z innymi odpowiednikami tego oprogramowania.
Ukierunkowane ataki ransomware
Popularność ransomware’u nie zanika – oprogramowanie to stanowi poważne zagrożenie, czego dowodzą liczne ataki na infrastruktury miejskie czy lokalne jednostki samorządowe. Przestępcy korzystający z ransomware odchodzą od strategii szeroko zakrojonych kampanii celujących w przypadkowe ofiary, a skupiają się na ukierunkowanych atakach na ofiary mające możliwości lub powody, aby zapłacić okup. W niektórych przypadkach cyberprzestępcy przeprowadzali dokładny rekonesans przed skierowaniem ransomware’u na starannie dobrane systemy, aby zwiększyć szansę powodzenia ataku.
Dla przykładu ransomware o nazwie RobbinHood zaprojektowano w taki sposób, aby atakował infrastrukturę sieci przedsiębiorstwa. Oprogramowanie było w stanie wyłączać usługi Windows chroniące przed szyfrowaniem danych oraz przerywać połączenie ze współużywanymi dyskami.
Istnieje też nowszy ransomware, Sodinokibi, który pod względem funkcjonalności nie różni się znacznie od innych dostępnych narzędzi. Stwarza jednak problem, ponieważ wykorzystuje nową podatność – umożliwia uruchamianie dowolnych skryptów bez konieczności interakcji z użytkownikiem, w porównaniu np. z ransomware’em dostarczanym przez e-maile phishingowe.
Należy więc pamiętać o tym, jak ważne są regularne aktualizacje i szkolenia na temat bezpieczeństwa. Co więcej, podatności typu RDP (Remote Desktop Protocol), takie jak BlueKeep, wskazują, że zdalny dostęp do usług może stanowić okazję dla cyberprzestępców i być wykorzystany jako wektor ataku do rozpowszechniania ransomware’u.
Nowe możliwości w przestrzeni cyfrowej
Jednak domowe drukarki i infrastruktura krytyczna w przedsiębiorstwach to niejedyne cele cyberprzestępców. Pomiędzy nimi „wyrosła” nowa kategoria produktów odpowiedzialnych za kontrolowanie rozwiązań IT w gospodarstwach domowych oraz małych firmach. Tego typu inteligentne systemy nie przyciągają dużej uwagi cyberprzestępców w porównaniu z systemami przemysłowymi, ale wkrótce może się to zmienić. W wyniku niedawnych obserwacji zanotowano zwiększoną liczbę przypadków, gdzie celem ataków były urządzenia kontrolujące środowisko, kamery i systemy bezpieczeństwa. Co prawda tylko 1% podmiotów zanotował wykrycie złośliwego oprogramowania atakującego rozwiązania do zarządzania budynkami, ale jest to większy odsetek niż zauważa się zazwyczaj w przypadku rozwiązań typu ICS lub SCADA.
Cyberprzestępcy szukają też nowych sposobów na przejęcie kontroli nad urządzeniami w domach i przedsiębiorstwach. Niekiedy są to urządzenia, na które nie zwraca się uwagi przy tradycyjnym zarządzaniu środowiskiem IT. Należy przykładać szczególną uwagę do ich bezpieczeństwa, zwłaszcza że uzyskanie do nich dostępu przez cyberprzestępców może nieść poważne konsekwencje. Jest to szczególnie ważne w środowisku pracy zdalnej, gdzie bezpieczny dostęp odgrywa kluczową rolę.
Jak chronić swoją firmę: rozległe, zintegrowane i zautomatyzowane zabezpieczenia
Dynamiczna, proaktywna i dostępna w czasie rzeczywistym analiza zagrożeń może pomóc w przedstawieniu ewolucji metod cyberataków, a także rozpoznawaniu trendów i wskazywaniu priorytetów higieny cyberbezpieczeństwa,. Reagowanie na informacje o zagrożeniach traci na wartości, jeśli takie działania nie odbywają się w czasie rzeczywistym na każdym urządzeniu. Tylko działające w szerokiej skali, zautomatyzowane i zintegrowane rozwiązania zabezpieczające mogą zapewnić szybką i rozległą ochronę całemu środowisku sieci, od IoT po brzeg sieci, jej rdzeń oraz systemy wielochmurowe.
Informacje o raporcie i indeksie
Najnowszy „Threat Landscape Report” firmy Fortinet to regularny przegląd informacji zebranych w drugim kwartale 2019 r. przez FortiGuard Labs dzięki sieci sensorów rozlokowanych na całym świecie. Raport obejmuje również indeks krajobrazu zagrożeń (Threat Landscape Index) złożony ze wskaźników dotyczących jego trzech głównych obszarów (exploitów, złośliwego oprogramowania i botnetów) oraz prezentujący ich rozpowszechnienie i częstotliwość występowania w danym kwartale.
Na mapie Polski pojawia się coraz więcej lokalnych punktów gastronomicznych, sklepów oraz punktów usługowych należących zarówno do wielkich sieci, jak i tych mniejszych, prywatnych lub rodzinnych biznesów. Każdemu z tych miejsc przyświeca jednak ten sam cel – jak najefektywniej dotrzeć do klientów ze swoją ofertą.
Każda lokalna firma szuka swojej przestrzeni w mediach społecznościowych, aby zwrócić uwagę potencjalnych klientów oraz komunikować się z obecnymi. Jak jednak podejść do prowadzenia profilu na Facebooku, aby użytkownik nie tylko zainteresował się naszym przekazem, ale również odwiedził dane miejsce i został z nim na dłużej?
Poznajmy swoich klientów
Podstawowe informacje o klientach i naszej grupie docelowej znajdziemy w Facebook Insights lub raportach Sotrender. Na ich podstawie możemy postarać się określić, kto jest sympatykiem naszej firmy – osoby jakiej płci i w jakim wieku przeważają w statystykach. Należy też zwrócić uwagę na pewne zbieżności lub różnice w dostępnych danych demograficznych. Jednak niezależnie od tego czy fanami danego lokalnego biznesu w większości są kobiety czy mężczyźni, jedno jest pewne – prowadząc profil w social mediach, o klientach powinniśmy wiedzieć jak najwięcej. Przed podjęciem działań komunikacyjnych i marketingowych należy określić kim są nasi odbiorcy, gdzie mieszkają, co robią w pobliżu firmy czy jaki tryb życia prowadzą. Wszystko to pozwoli nie tylko lepiej przygotować publikowane treści, ale również odpowiednio je zaplanować i reklamować wśród potencjalnych klientów.
Określmy mocne i słabe strony naszej firmy oraz najbliższej konkurencji
Spójrzmy krytycznym okiem na to, co oferujemy swoim klientom. Zadajmy im pytanie, za co lubią nasz lokal, usługę, produkty? Odpowiedź pozwoli nam nie tylko dowiedzieć się co możemy poprawić, ale również na co nasi klienci zwracają szczególną uwagę podczas wyboru oferty. W ten sposób pozyskamy gotowe tematy do komunikacji w mediach społecznościowych. Jeśli cenią wystrój – publikujmy więcej zdjęć wnętrza, jeśli kochają nasz personel – przygotowujmy więcej materiałów, na których będą widoczni pracownicy. Sprawdźmy też jak działa konkurencja, zarówno ta bliższa jak i dalsza, ale… nie kopiujmy ich. Szukajmy przestrzeni dla siebie. Budujmy unikalny i wyjątkowy wizerunek.
Śledźmy rynek i trendy
To bardzo ważny punkt. Musimy być zawsze na bieżąco nie tylko w kwestii upodobań klientów i sezonowości oferty, ale również w temacie lokalnych wydarzeń i zmieniających się trendów w mediach społecznościowych. Nie zapominajmy, że nasz wirtualny profil dociera szerzej niż lokalny punkt, który jest podstawą naszego biznesu. Należy starać się wykorzystać bieżące trendy do promocji naszych działań. Działajmy sezonowo – wykorzystajmy okres wakacji na wyeksponowanie w ciekawy sposób oferty lodów lub chłodnych napoi na wynos w kontekście podróży, urlopu czy letniej rekreacji. Takie działania RTM doskonale sprawdzają się w angażowaniu potencjalnych klientów.
Jako agencja prowadzimy profile zarówno dużych marek, jak i lokalnych firm. W każdym przypadku staramy się monitorować na bieżąco sytuację rynkową i dopasowywać komunikację nie tylko do aktualnej oferty, ale również oczekiwań fanów. Efekty naszej pracy obserwujemy regularnie w raportach NapoleonCat oraz Sotrender. W znacznej mierze to owoc wieloletniej współpracy na linii klient-agencja, której nadrzędnym celem jest dbanie o dobrą komunikację z odbiorcami, jak również ciągłe stawianie sobie pytań: kim są klienci, jakie są mocne i słabe strony oferty. Zawsze również jesteśmy na bieżąco z najnowszymi trendami i śledzimy rynek. To tworzy klucz do skutecznej komunikacji.
Paweł Karaś, CEO Mint Media
Paweł Karaś – absolwent kierunku Zarządzanie i Inżynieria Produkcji na SGGW w Warszawie. Wieloletni ekspert digital marketingu z bogatym doświadczeniem zawodowym zdobytym, m.in. w Grupie ARBOmedia, gdzie odpowiadał za obsługę największych klientów agencyjnych sieci ARBOnetwork, w tym kierowanie brandem Facebook Now – działem sprzedaży serwisu Facebook. Współtworzył pierwsze w Polsce kampanie targetowane na iPhone’s oraz współpracował przy przygotowaniu i realizacji kompleksowych działań reklamowych w Internecie, m.in. dla takich klientów jak: Coca-Cola, McDonald’s, Nike, Avon, Orbis, LG czy TOSHIBA. Od kwietnia 2014 CEO Mint Media.
Rafał Barański, Senior traffic manager – Sieć reklamowa Społeczności
Viewability (widoczność) to wskaźnik, który powoli staje się podstawową „walutą”, w której rozliczane są reklamy w kampaniach online. Reklamodawcy oczekują jakości i pewności, że użytkownicy zobaczą ich przekaz reklamowy. Aktualnie niespełna 60% reklam w Internecie jest widocznych dla odbiorców, tym samym wydawcy serwisów muszą się dostosować i wprowadzić zmiany, które wpłyną na wzrost poziomu viewability.
Rynek reklamy internetowej przez ostatnie lata uległ ogromnemu przeobrażeniu – pojawiły się nie tylko nowe rozwiązania i narzędzia, ale zmieniły się również oczekiwania reklamodawców. Zaczęli oni oczekiwać lepszej efektywności, a co się z tym wiąże – bardziej precyzyjnych pomiarów swoich kampanii. Reklamodawcy inwestując w reklamę – liczą na zwrot, dlatego chcą płacić za jakość oraz otoczenie, a nie liczbę pustych odsłon.
Czym jest widoczność w reklamie internetowej?
Przede wszystkim należy podkreślić, że pojawienie się wskaźnika viewability było odpowiedzią na potrzebę zwiększenia efektywności kampanii reklamowych w Internecie, w szczególności w zderzeniu z reklamami w tradycyjnych mediach i reklamą ATL. Wskaźnik ten pokazuje nam, czy użytkownik rzeczywiście widzi daną reklamę. Za widoczną (zgodnie ze standardami przyjętymi przez IAB Polska) uznaje się kreację reklamową, gdzie nie mniej niż 50% jej pikseli jest widoczne w aktywnym oknie przeglądarki przez minimum sekundę. Do tego standardu zaliczają się również reklamy wideo, ale tutaj minimum 50% pikseli reklamy musi być widoczne przez co najmniej 2 sekundy. Upraszczając – użytkownik musi przez sekundę zobaczyć minimum połowę kreacji graficznej b w ciągu 2 sekund połowę kreacji materiału wideo. Widoczność nie równa się odsłonom, a określa czy dany użytkownik miał styczność z reklamą.
Wskaźnik widoczności na wzroście
Sporządzany kwartalnie raport „Viewability Benchmark Report” firmy Meetrics pokazuje, że wskaźnik viewability (widoczności) w Polsce sukcesywnie rośnie. Chociaż wskaźnik ten w II kwartale tego roku zanotował spadek o jeden punkt procentowy, w porównaniu z I kwartałem tego roku, z 59% do 58%, to i tak jest on o 4 punkty procentowe wyższy niż w IV kwartale 2018 roku (w III kw. 2018 wynosił 53 proc., a w II kw. 50%). Do góry poszybowała również widoczność reklam wideo wyświetlanych w kampaniach typu display i w II kwartale tego roku wyniosła aż 60% – dla porównania w IV kw. 2018 było to 49%.
Obecnie widoczność staje się „walutą”, w której rozliczane są reklamy. Wynikiem tego jest pojawienie się nowych modeli rozliczeń, w tym vCPM, w którym płaci się za 1000 widocznych odsłon. Dążenie do podwyższenia skuteczności reklam jest ważne dla obu stron, dlatego nasze oferty mogą zapewnić nawet 90% widoczności, kiedy rynkowy benchmark wynosi zaledwie 58%. Pozwalają na to nasze narzędzia (w tym autorska technologia tri-table), dokładne monitorowanie rynku i zachowań internautów oraz specjalistyczna wiedza.
Plusy dla wydawców i reklamodawców
Na przestrzeni lat wydawcy stron internetowych dokładali kolejne miejsca reklamowe (często na dole strony, w miejscach niewidocznych dla użytkownika, tzw. “below the fold”), przez co zwiększali swoje dochody. Jednak z punktu widzenia reklamodawcy, nie było to korzystne, bowiem użytkownicy nie widzieli wszystkich reklam w danym serwisie. Wydawcy muszą pamiętać, że dodawanie kolejnych miejsc reklamowych, zmniejsza szansę na to, że użytkownik kliknie w daną kreację. Wydawców należących do naszej sieci reklamowej już od dłuższego czasu zachęcamy do optymalizacji miejsc reklamowych.
Bardzo często sugerujemy wydawcom rezygnację z takich nieefektywnych placementów, ze względu na uczciwość względem reklamodawców, ale i dużą świadomość ich nieskuteczności. Stale monitorujemy widoczność miejsc reklamowych na witrynach, które należą do sieci reklamowej Społeczności, przykładem jest tutaj popularny serwis Kwejk.pl. Zmieniliśmy na nim lokalizację reklam, a część usunęliśmy całkowicie. W wyniku tego działania średnia widoczność reklam w witrynie wzrosła z 40 do ponad 70 procent.
Dobrym przykładem jest również serwis Fotka.com, gdzie zredukowaliśmy liczbę miejsc reklamowych z 7 do 3, co przełożyło się nie tylko na wzrost dochodów Fotki, ale również na znaczne podniesienie wskaźnika widoczności reklam w serwisie. Reklamy stały się lepiej widoczne i tym samym częściej klikane przez użytkowników. Dla nas dużym plusem tej zmiany jest fakt, że klienci zdecydowanie chętniej realizują kampanie reklamowe w tym serwisie, bowiem widzą ich realne efekty, a jednocześnie nie przepłacają na placementach reklamowych, które dla użytkowników serwisu są niezauważalne.
Mniej reklam, ale bardziej skutecznych (np. w innych niż dotychczas lub lepiej dopasowanych miejscach na witrynie) przekłada się na bardziej efektywne kampanie dla reklamodawców, natomiast wydawcy osiągają wyższe stawki. Obserwujemy, że właściciele serwisów internetowych coraz chętniej skłaniają się ku ograniczaniu miejsc reklamowych. Zaczynają dostrzegać, że więcej reklam na stronie wcale nie oznacza więcej środków na rachunku bankowym.
Widoczność to wyższy CTR!
Wzrost widoczności reklamy bezpośrednio przekłada się na wyższy CTR (Click Through Rate – współczynnik kliknięć do wyświetleń reklamy), co jest m.in. dowodem na intencję użytkownika, który klika w reklamę. Dodatkowo, wraz ze wzrostem widoczności, rośnie świadomość treści reklamowych. Użytkownik wie, co ogląda i na jaką stronę się przeklikuje. To natomiast pomaga w optymalizacji kampanii, np. współczynnika odrzuceń. Możemy rezygnować z miejsc, z których ruch na stronę docelową jest bezwartościowy. Optymalizacja kampanii pod kątem widoczności polega m.in. na utrzymywaniu wskaźnika na poziomie oczekiwanym przez klienta. Zatem jeżeli klient oczekuje kampanii z minimum 80 procentową widocznością, takie założenia możemy zrealizować na witrynach zrzeszonych w naszej sieci reklamowej. Mamy wiele placementów reklamowych, które spełniają założenia dla kampanii z minimalną widocznością 60, 70, 80 czy nawet 90 procentową.
Należy pamiętać, że widoczność nie jest celem samym w sobie, ale jest to metoda pozwalająca zrealizować założone cele. Im większy poziom widoczności, tym lepsza realizacja zakładanych celów.
Rafał Barański, Senior traffic manager – Sieć reklamowa Społeczności
System reklamowy Google, który wyświetla reklamy tekstowe w wyszukiwarce Google i reklamy graficzne w sieci reklamowej, został uruchomiony w 2000 roku. Na początku nic nie wskazywało na to, że kilkanaście lat później będzie to jeden z najbardziej efektywnych systemów reklamowych.
Google Ads umożliwia tworzenie zaawansowanych kampanii reklamowych, kierowanie ich szczegółowo pod kątem lokalizacji czy docelowego odbiorcy oraz mierzenie efektów działań z dużą dokładnością. Samo korzystanie z narzędzia jest całkowicie darmowe, a najpopularniejszym modelem rozliczeń jest PPC czyli Pay Per Click – płacenie za kliknięcie w reklamę.
Przez kilkanaście lat działania, wokół Google Ads urosło sporo mitów. Jakie są najbardziej popularne z nich i ile w nich prawdy? Postaramy się odpowiedzieć.
Mit 1. Nikt nie klika w reklamy Google
To chyba mit, który obalić najprościej. Gdyby był on prawdą, to biorąc pod uwagę model rozliczeń (za kliknięcie), Google nie byłoby dzisiaj największą firmą mediową na świecie, a firmy, które zajmują się prowadzeniem kampanii Google Ads dla swoich klientów dawno by upadły. Mit ten może wynikać z tego, że faktycznie są osoby, które rzadko klikają w reklamy. Są to zazwyczaj użytkownicy szukający odpowiedzi na swoje pytanie, a nie konkretnego produktu. Wiedząc, że pod reklamą zazwyczaj kryje się oferta sprzedaży, celowo ją omijają.
Mit 2. Reklama w internecie jest uciążliwa dla użytkownika
Przyjęło się, że reklama graficzna w internecie jest uciążliwa, miga błyszczy i razi w oczy użytkownika. Do tego często wyskakuje w formie pop-upów. Sam Google odradza stosowania wyskakujących okienek, a reklama uciążliwa raczej nie będzie działać, dlatego większość firm jej już nie stosuje. W przypadku nieuczciwych praktyk, jak uciekający przycisk zamykający okno, Google może zablokować konto właściciela strony w systemie Google Ad Sense.
Mit 3. Reklama w Google to tylko wyszukiwarka
Google oferuje szeroki wachlarz możliwości reklamowania się w internecie. Reklama w wyszukiwarce to nie tylko reklama tekstowa ale też np. reklama produktowa, idealna dla sklepów internetowych.
Innymi formami jest reklama graficzna w sieci reklamowej Google (m.in. Gazeta.pl. Interia.pl, Onet.pl), reklama video na YouTube, reklamy na mapach Google, w poczcie Gmail czy w sklepie Google Play.
Mit 4. Nie sprzedaję w Internecie – nie potrzebuję Google Ads
Nawet jeśli Ty nie sprzedajesz w internecie to nie znaczy, że Twoi klienci nie będą Cię tam szukać. Coraz częściej użytkownicy szukają usługi lub produktu w internecie, a następnie kupują go stacjonarnie. Może być też odwrotnie – ktoś dostanie Twoją ulotkę, zobaczy plakat czy mignie mu gdzieś nazwa sklepu i będzie jej szukać w Google. Jeśli nie znajdzie Twojej strony może odejść do konkurencji, a Ty stracisz potencjalnego klienta.
Mit 5. Nie warto reklamować się na frazę brandową
Fraza Brandowa to inaczej nazwa Twojej firmy. Jeśli Twoja strona nie pojawia się wysoko na frazę brandową to reklama w Google Ads jest dobrym rozwiązaniem aby pojawić się na pierwszej stronie Google. Ale nawet jeśli organicznie wyświetlasz się wysoko to pamiętaj, że konkurencja nie śpi. Reklamowanie się na frazę brandową konkurencji, która nie jest zastrzeżona, jest legalne, więc konkurencja może zgarnąć Twoich potencjalnych klientów.
Mit 6. Nie ma znaczenia, na jaką stronę będę kierować reklamy
Ma, i to spore. Po pierwsze użytkownik klikając w reklamę spodziewa się już czegoś. Jeśli reklamujesz sukienki nie możesz użytkownika kierować na stronę ze spodniami. Taki użytkownik szybko ucieknie z Twojej strony, nie zadając sobie trudu wyszukania na niej sukienek.
Po drugie, Google również zwraca uwagę co jest na stronie. Jakość strony docelowej jest jednym z czynników wpływających na ranking Twojej reklamy. W skład oceny jakości wchodzą:
użyteczne, oryginalne i odpowiadające zapytaniu treści,
przejrzystość strony,
zaufanie użytkowników,
łatwa nawigacja,
szybkie ładowanie i działanie strony
Mit 7. Nie widzę mojej reklamy w Google – to nie działa
Wszystko wydaje się ok – kampanie aktywne, konto doładowane i w panelu informacja o wyświetleniach reklamy. Ty jednak wpisując frazy w wyszukiwarce nie widzisz swoich reklam. Jeśli Twoje reklamy prowadzi agencja to bardzo możliwe, że wykluczyła Twoje IP aby uniknąć przepalenia budżetu. Jeśli sprawdzasz swoje reklamy to prawdopodobnie w nie nie klikniesz (żeby nie zapłacić za niepotrzebne kliknięcie). Wówczas CTR spada, a tym samym spada wynik jakości co może spowodować wzrost stawki za kliknięcie i w rezultacie Twoje reklamy będą droższe. Dalej chcesz sprawdzać czy reklama działa? Lepiej zrobić to w panelu Google Ads ?
To tylko kilka mitów związanych z reklamami Google Ads – z pewnością słyszałeś o innych, które krążą w internecie. Nic w tym dziwnego, że o tym co popularne mówi się dużo. Jeśli chcesz zobaczyć czy kampania Google opłaci się dla Twojego biznesu, nie czekaj tylko wypróbuj ten model reklamy. Google Ads to dużo pracy na koncie, optymalizacje kampanii i testowanie nowych rozwiązań. Google dostarcza sporo wskaźników monitorujących efektywność kampanii, z których możesz wyciągnąć wnioski i sam zweryfikować wszystkie mity, pojawiające się w sieci.
Kolejne próby utworzenia rządu we Włoszech oznaczają dalsze emocje na rynkach walutowych. Niby wiadomo, że kraj ten często dostarcza rozrywki w postaci niezbyt stabilnej władzy, ale patrząc na program stworzony przez przyszłych koalicjantów (oczywiście, jeśli będzie on realizowany), to możemy spodziewać się następnych konfliktów z urzędnikami europejskimi, którzy boją się powtórki greckiego scenariusza.
Kryzys rządowy na południu Europy
Włosi przyzwyczaili nas już, że o wiele częściej zmieniają się tam rządy, niż odbywają wybory. Dzisiaj z internetowego głosowania (odbywającego się na stronie jednego z przyszłych koalicjantów) dowiemy się, czy powstanie kolejny rząd. Tym razem ma do niego wejść populistyczny Ruch Pięciu Gwiazd i centrolewicowa Partia Demokratyczna. Obie formacje nie zaskoczyły programem koalicyjnym wyborców, ale udało im się to w przypadku analityków. Większość obywateli jest świadoma, że nikt nam tyle nie da, co polityk w trakcie kampanii wyborczej obieca. Problem w tym, że niektórzy mają wystarczająco rozwagi, by potem wszystkiego nie realizować. Teraz w kraju zadłużonym po uszy wdrożony ma być program obniżki podatków i zwiększonych wydatków. Czeka nas zatem bardzo szybka reakcja Unii Europejskiej i procedura nadmiernego deficytu. Warto zwrócić uwagę, że w tej chwili tylko niskie stopy procentowe w strefie euro pozwalają Włochom domykać budżet z tak małym deficytem. Niestety zasadniczo w tej sytuacji nie ma dobrego rozwiązania dla wspólnej waluty. Jeżeli w głosowaniu zostanie zaakceptowana nowa konstrukcja rządu, to prawdopodobnie zobaczymy większą dziurę w kasie państwa, a co za tym idzie nieuchronny konflikt z europejskimi instytucjami. Jeśli nowy gabinet jednak się nie ukonstytuuje, to czeka nas jeszcze większy chaos, który również będzie złym sygnałem dla EUR.
Dokąd dopłyną na Wyspach?
Dzisiaj kończy się przerwa wakacyjna w brytyjskim parlamencie. Nietrudno się domyślić, że głównym tematem pozostaje brexit. Pojawiały się zapowiedzi zablokowania negocjacji premiera Borisa Johnsona w celu wymuszenia 3-miesięcznego opóźnienia w opuszczeniu Wspólnoty. Efektem byłoby kolejne przełożenie ostatecznego terminu, który tym samym zostałby przesunięty już niemal o rok w porównaniu do pierwotnych założeń. W tle konfliktu majaczy kwestia potencjalnych przyspieszonych wyborów, aczkolwiek wątpliwe jest, aby konserwatyści rzeczywiście chcieli do nich doprowadzić, biorąc pod uwagę wyniki sondaży. Efektem tych danych jest nurkowanie kursu funta. Jeszcze pod koniec tygodnia za brytyjską walutę płacono 4,85 zł, a dzisiaj są to okolice 4,78 zł. Jest to w dalszym ciągu prawie 15 groszy ponad dołek z połowy sierpnia, ale widać powrót niepewności u inwestorów.
Australia nie zmienia stóp procentowych
Po dwóch obniżkach w czerwcu i lipcu obecnie mamy drugi miesiąc bez zmian stóp procentowych w Australii. Ze względu na pogarszającą się koniunkturę na świecie, skutkującą spadkiem popytu na surowce przemysłowe, stopy w tym kraju są obniżane szybciej, aby wspomóc gospodarkę w trudnym momencie. Obniżka stóp to tańszy kredyt, który zachęca do wydawania, a nie oszczędzania. Dodatkowym efektem jest osłabienie waluty, skutkujące poprawą sytuacji eksporterów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
CPK i PAŻP podpisały umowę o współpracy, której celem jest przeprojektowanie przestrzeni powietrznej, zwiększenie przepustowości polskiego nieba i realizacja infrastruktury niezbędnej do obsługi Portu Lotniczego Solidarność.
Zawarcie umowy zostało ogłoszone dziś podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy. PAŻP zobowiązał się w niej do podjęcia działań mających na celu zwiększenie przepustowości przestrzeni powietrznej nad Polską, która jest niezbędna do funkcjonowania CPK. Umożliwi to rozwój rynku pasażerskiego w Polsce i w Europie Środkowo-Wschodniej przy jednoczesnym zachowaniu najwyższego poziomu bezpieczeństwa w ruchu lotniczym. Dodatkowe ustalenia są takie, że PAŻP włączy się w prace nad planem generalnym (tzw. master planem) Portu Lotniczego Solidarność, który spółka CPK planuje zlecić na początku przyszłego roku
.
W związku z powstaniem nowego lotniska PAŻP planuje m.in. budowę i wyposażenie nowoczesnej wieży kontroli lotów (TWR) oraz przygotowanie infrastruktury łączności, nawigacji i dozorowania ruchu lotniczego (CNS). Przygotowania do obsługi CPK wymagają od PAŻP znaczących inwestycji w ludzi: do momentu otwarcia Portu Lotniczego Solidarność Agencja zamierza wyszkolić 400 dodatkowych kontrolerów. Tradycyjna służba kontroli lotniska ma być też uzupełniona o innowacyjne komponenty, np. tzw. zdalne wieże.
– Przesunięcie największego polskiego lotniska o 40 km na zachód oznacza daleko idące zmiany w funkcjonowaniu polskiej przestrzeni powietrznej. Budowa CPK to dla nas wyzwanie, ale też ogromna szansa, którą zamierzamy wykorzystać – zapewnia Janusz Janiszewski, pełniący obowiązki prezesa PAŻP. – Rozpoczęty właśnie proces przygotowań wymaga od nas zaangażowania specjalistów, a także licznych prac w obszarze technologicznym. Chcemy, żeby CPK był w pełni „cyfrowym” nowoczesnym lotniskiem, a wdrożone rozwiązania okazały się innowacyjne w skali regionu – dodaje.
– W tej chwili jesteśmy w trakcie konsultacji założeń portu lotniczego z partnerami strategicznymi CPK. W naszej ocenie, rola PAŻP jako podmiotu odpowiedzialnego za zarządzanie polska przestrzenią powietrzną jest w tym procesie kluczowa. Planując CPK, chcemy działać w bezpośrednim kontakcie z PAŻP na rzecz dynamicznego rozwoju sektora lotnictwa pasażerskiego w Polsce i dla bezpieczeństwa użytkowników przyszłego portu lotniczego – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.
W kwietniu spółka CPK rozpoczęła proces uzgodnień strategicznych z partnerami branżowymi, w tym z PAŻP. W lipcu zaczął działać powołany przez Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) komitet konsultacyjny CPK, w skład którego wchodzą przedstawiciele dużych światowych linii lotniczych korzystających obecnie z Lotniska Chopina.
IATA to także partner PAŻP przy pierwszej edycji Strategii Rozwoju Przestrzeni Powietrznej dla Polski (Airspace Strategy for Poland). Ogłoszony w listopadzie 2018 r. dokument obejmuje m.in. plany budowy CPK i wynikające z nich istotne zmiany w strukturach przestrzeni powietrznej. Aktualnie strategia jest aktualizowana i uzupełniana o dodatkowe elementy. Do 30 września PAŻP prowadzi konsultacje, do których zaprosił m.in. przedstawicieli linii lotniczych, portów regionalnych i aeroklubów.
W planach na najbliższe miesiące jest wybór partnera strategicznego CPK, czyli międzynarodowego podmiotu z doświadczeniem w zakresie projektowania, budowy i zarządzania lotniskami przesiadkowymi. Zadaniem doradcy będzie bieżąca współpraca ze spółką CPK i jej merytoryczne wsparcie na każdym etapie realizacji projektu. Spółka przygotowuje się do zlecenia master planu, który przedstawi m.in. prognozowany rozwój portu lotniczego w perspektywie ponad 10 lat, prognozy ruchu lotniczego, precyzyjne zwymiarowanie planowanej infrastruktury, etapowanie budowy i szczegółowy model biznesowy inwestycji.
Część lotniskowa CPK przeszła Test Prywatnego Inwestora wykonany przez niezależną firmę konsultingową z tzw. wielkiej czwórki. Wyniki testu pokazały opłacalność budowy CPK dla potencjalnego inwestora prywatnego: zakładana stopa zwrotu wynosi ponad 10 proc. TPI pokazuje, że budowa CPK ma uzasadnienie ekonomiczne i dowodzi opłacalności z perspektywy potencjalnego inwestora prywatnego.
Według wyliczeń Urzędu Lotnictwa Cywilnego, w 2035 r. z usług lotniczych w Polsce skorzysta 94 mln pasażerów, czyli ponad dwukrotnie więcej niż w ubiegłym roku.
PKB, czyli produkt krajowy brutto, uznawany jest za podstawowy miernik rozwoju gospodarczego. Wyraża on łączną wartość towarów i usług, które zostały wytworzone w danym miejscu przez wybrany okres. Najczęściej podaje się go w przeliczeniu rocznym bądź kwartalnym. Istnieje kilka metod przeliczania tego wskaźnika. Którą z nich stosuje się najczęściej? Dlaczego PKB rodzi tak wiele kontrowersji?
PKB – co mierzy?
PKB służy do określania ilości dóbr i usług, które zostały wytworzone na terenie danego kraju w wybranym przedziale czasowym. Kwestia lokalizacji ma tutaj podstawowe znaczenie. Nieistotne jest bowiem pochodzenie kapitału, w tym przypadku kryterium stanowi miejsce produkcji (odwrotnie niż w przypadku PNB – Produkt Narodowy Brutto). PKB przelicza się na różne sposoby w zależności od wybranej metody. Spotkać można się również ze wskaźnikiem PKB per capita, czyli PKB podawanym w przeliczeniu na jednego mieszkańca.
Metody mierzenia PKB
Najczęściej wspomina się o trzech metodach mierzenia produktu krajowego produktu. Zalicza się do nich:
metoda dochodowa – polega na zsumowaniu dochodów uzyskanych przez wszystkich właścicieli produkcji w danym kraju,
metoda wydatkowa – w tym przypadku nie patrzymy na dochody, ale wydatki – zakłada się zatem, że PKB to suma wydatków wszystkich nabywców dóbr, które zostały wytworzone ciągu roku. Mowa jedynie o dobrach finalnych,
metoda produkcyjna – zgodnie z jej założeniami PKB to suma wartości dodanej, która została wytworzona przez podmioty gospodarujące. W praktyce oznacza to, że od wartości wytworzonych towarów bądź usług odejmuje się koszty produkcji.
Pisząc o PKB warto przybliżyć jeszcze jeden podział dotyczący jego definicji. Wprowadza on rozróżnienie pomiędzy PKB realnym a nominalnym. Za PKB nominalne uznaje się realną wartość pieniądza. W przypadku PKB realnego pod uwagę brana jest również inflacja. Realna wartość pieniądza pomniejszona zostaje zatem o inflację (PKB nominalne dzielone jest przez indeks cen).
PKB – o czym nas informuje?
Wiemy już czym jest PKB i w jaki sposób się go mierzy. Co właściwie można z niego wywnioskować? Często mówi się, że jest to najważniejszy wskaźnik wzrostu gospodarczego. Znaczenie ma nie sam jego poziom, ale dynamika zmian. Jeśli PKB z roku na rok rośnie, to znak, że gospodarka danego kraju się rozwija. Jest to bardzo uproszczony wskaźnik, z tego też względu często poddaje się go krytyce. Zarzuca mu się m.in., że nie mierzy jakości życia w wybranym kraju i nie uwzględnia dystrybucji dochodu. Dane mogą być również nieco zaniżone, ponieważ PKB nie uwzględnia szarej strefy. Nie bierze przy tym pod uwagę wydatków z kredytów, traktując je tak samo jak każdy inny dochód.
Mimo że wskaźnik PKB poddawany jest krytyce, to obecnie jeden z najczęściej wykorzystywanych wskaźników do oceny stanu gospodarki. Choć trudno go uznać za idealny, to z pewnością pozwala wywnioskować czy możemy mówić o rozwoju czy regresie gospodarczym.
Polskie prawo podatkowe w ramach ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz wytyczne OECD w sprawie cen transferowych dla przedsiębiorstw wielonarodowych oraz administracji podatkowych formułuje pięć zasadniczych metod ustalania cen transakcyjnych, skupionych w ramach dwóch kategorii – metod tradycyjnych i metod zysku transakcyjnego.
Jak wybrać metodę weryfikacji cen transferowych?
Ceny transferowe weryfikuje się, stosując metodę, która jest najbardziej odpowiednia w danych okolicznościach. Ustawowy katalog przewiduje pięć możliwych sposobów: metodę porównywalnej ceny niekontrolowanej, ceny odprzedaży, rozsądnej marży „koszt plus”, marży transakcyjnej netto oraz podziału zysku, którą określa się za pomocą analizy rezydualnej oraz analizy udziału. Dodatkowo na mocy nowelizacji ustawy o CIT od 1 stycznia 2019 r. istnieje możliwość zastosowania również innej metody, o ile nie jest możliwe zastosowanie którejś z metod wskazanych powyżej.
Metoda MPCN
Metoda MPCN była przez długi czas najczęściej stosowaną metodą określania dochodów podmiotów powiązanych. Polega ona na porównaniu ceny danego przedmiotu transakcji ustalonej w transakcjach między podmiotami powiązanymi z ceną stosowaną w innych, porównywalnych transakcjach przez podmioty od siebie niezależne. W ten sposób można określić wartość rynkową transakcji zawartej między podmiotami powiązanymi. Można przy tym brać pod uwagę ceny stosowane przez dany podmiot na tym samym lub porównywalnym rynku w transakcjach z podmiotami niezależnymi albo ceny stosowane w porównywalnych transakcjach przez inne podmioty niezależne. Elementem wyróżniającym tę metodę jest przede wszystkim czynnik, który podlega porównaniu. W pozostałych metodach kryterium porównania stanowią określone wskaźniki rentowności. Tutaj natomiast przedmiotem badania jest cena transakcji.
Metoda ceny odprzedaży
Drugą metodą weryfikacji cen transferowych jest metoda ceny odprzedaży. Polega na obniżeniu ceny określonej w transakcji danego podmiotu z podmiotem niezależnym o marżę ceny odprzedaży. Oczywiście przyjmuje się, że dobra lub usługi zostały uprzednio nabyte przez dany podmiot od podmiotu z nim powiązanego. Z kolei marża ceny odprzedaży to suma, która zapewnia podmiotowi odprzedającemu pokrycie jego kosztów bezpośrednich i pośrednich związanych z dokonaną transakcją oraz gwarantuje zysk. Metoda odprzedaży możliwa jest do zastosowania jedynie w ściśle określonych przypadkach: gdy istnieje łańcuch kupna-sprzedaży, gdy nie ma zmian przedmiotu transakcji oraz gdy okres pomiędzy zakupem towaru a jego odprzedażą jest stosunkowo krótki.
Metoda rozsądnej marży („koszt plus”)
Z kolei metoda „koszt plus” opiera się na określeniu poziomu sumy bazy kosztowej i narzutu zysku kalkulowanego w odniesieniu do bazy kosztowej. Rynkowa wartość narzutu zysku może zostać określona dzięki poziomowi zysku, jaki dany podmiot uzyskuje w porównywalnych transakcjach z podmiotami niepowiązanymi w kontekście takiej samej bazy kosztowej lub chociażby porównywalnej bazy kosztowej. Trudność zastosowania tej metody polega na konieczności zachowania tożsamości kategorii kosztów bezpośrednich, pośrednich i kosztów ogólnych zarządu w transakcji badanej i transakcjach porównywalnych.
Metoda marży transakcyjnej netto
Jedną z alternatywnych metod jest metoda marży transakcyjnej netto. Jej celem jest określenie wskaźnika finansowego, który odzwierciedlałby relację pomiędzy marżą zysku netto a odpowiednią bazą. Marżą zysku netto jest natomiast odliczenie od przychodu osiągniętego w wyniku danej transakcji kontrolowanej kosztów związanych z realizacją tej transakcji. W praktyce metoda marży transakcyjnej netto jest dość podobna do metody „koszt plus” lub metody ceny odprzedaży. Wszystko zależy natomiast od specyfiki danej branży i istotnych okoliczności transakcji. Co ważne, w metodzie marży transakcji netto dobór odpowiednich kryteriów porównywalności nie odgrywa szczególnej roli.
Metoda podziału zysków (MPZ)
Wspomniane wyżej metody, czyli metoda MPCN, ceny odprzedaży i „koszt plus”, w praktyce powodują wiele problemów. Nie zawsze możliwe jest bowiem ich zastosowanie. Dzieje się tak przede wszystkim w przypadku, gdy przedmiotem transakcji są znaczące aktywa niematerialne lub transakcje o dość skomplikowanym charakterze. Alternatywą do metod transakcyjnych są tzw. metody zysku transakcyjnego, czyli metoda podziału zysków i metoda marży transakcyjnej netto. Metoda podziału zysków polega natomiast na określeniu łącznych zysków, jakie podmioty powiązane osiągnęły w związku z daną transakcją, a także podziału tych zysków. Oczywiście podziału dokonuje się w takiej samej proporcji, w jakiej tego podziału dokonałyby podmioty niezależne. Co również istotne, podziałowi podlega nie tylko zysk, ale również ewentualna strata. Metoda podziału zysków w odróżnieniu od wcześniej wymienionych metod transakcyjnych nie wymaga ścisłej porównywalności przedmiotu transakcji. Ważniejsze są w tym kontekście kryteria porównywalności.
Techniki wyceny
Nowelizacja, która weszła w życie z dniem 1 stycznia 2019 r., umożliwiła stosowanie metod poza tymi wyszczególnionymi w katalogu z ustawy o CIT. W branży budowlanej w odniesieniu do zbywanych nieruchomości popularna jest na przykład tzw. szósta metoda weryfikacji, czyli techniki wyceny. W tym przypadku pomija się dane porównawcze, ponieważ najczęściej trudno je znaleźć. Specyficzne nieruchomości różnią się zarówno przeznaczeniem, jak i lokalizacją oraz wykończeniem. Zasadne jest zatem wzięcie pod uwagę wyceny dokonanej przez niezależnych ekspertów.
Hierarchia stosowania metod weryfikacji cen transferowych
Co do zasady nie ma żadnej hierarchii stosowania metod weryfikacji cen transferowych. Podmiot zobowiązany powinien jedynie wybrać metodę najbardziej odpowiednią w danej sytuacji. Ten wybór musi zostać odpowiednio opisany w analizie porównawczej lub analizie zgodności. Niewątpliwie jednak podmioty powiązane winny się w tej kwestii kierować ogólną zasadą, zgodnie z którą ceny powinny zostać ustalone na warunkach, jakie zaakceptowały podmioty niepowiązane w podobnych okolicznościach.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Aż 80 proc. polskich pracowników optymistycznie myśli o swojej karierze w aktualnym miejscu pracy w perspektywie kolejnych 5 lat.
86 proc. zatrudnionych jest przekonanych, że posiada odpowiednie umiejętności do osiągnięcia sukcesu zawodowego.
Stereotyp Polaka jako wiecznie narzekającego na swoją pracę odchodzi w zapomnienie. Jak wskazują wyniki corocznego raportu ADP „Workforce View in Europe” aż 80 proc. badanych Polaków optymistycznie myśli o następnych 5 latach w swoim aktualnym miejscu pracy. Polscy pracownicy są też bardziej pewni własnych umiejętności zawodowych. W porównaniu z zeszłorocznym raportem odsetek pracowników przekonanych, że posiada kwalifikacje, które gwarantują im sukces zawodowy, wzrósł o 6 p.p.
Optymizm wśród pracowników młodych i w średnim wieku
Do swojej przyszłości zawodowej bardzo optymistycznie podchodzą młodzi ludzie, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy. Według badania ADP myśli tak aż 79 proc. z nich. Pozytywnie swoją ścieżkę kariery oceniają także osoby niewiele starsze – aż 81 proc. pracowników od 25 do 34 roku życia. 86 proc. z nich jest również przekonana, że posiadane kwalifikacje przyczynią się do sukcesu w pracy. W swoje umiejętności najbardziej wierzą jednak respondenci w wieku 35-44, którzy mają już dłuższy staż pracy i większe doświadczenie. 89 proc. z nich odpowiedziało, że posiada kwalifikacje, które przyczynią się do sukcesu zawodowego.
– Pracownik, który dobrze czuje się w miejscu pracy – jest doceniany przez pracodawcę, awansuje oraz spełnia się w projektach – z reguły optymistycznie myśli o swojej przyszłości w pracy. Pozytywnie swoje umiejętności postrzegać będą również osoby, które mają okazję np. brać udział w bezpłatnych szkoleniach czy kursach oraz posiadają gruntowne wykształcenie. Osoba pewna siebie i swoich kwalifikacji na pewno przyczyni się też do rozwoju firmy – mówi Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.
Kultura i sztuka – najbardziej pesymistyczna branża?
Branże, w których pracownicy są najbardziej optymistycznie nastawieni względem swojej kariery zawodowej, to sprzedaż, media i marketing – 89 proc., architektura i branża budowlana – 87 proc. oraz podróże i transport – 86 proc. Na przeciwnym biegunie jest kultura i sztuka. Wyniki raportu „Workforce View in Europe 2019” wskazują, że aż 33 proc. respondentów pracujących w tym obszarze pesymistycznie ocenia swoją przyszłość w miejscu pracy. Dodatkowo, aż co 5. osoba pracująca w instytucjach związanych z kulturą i sztuką nie jest pewna, czy posiada odpowiednie umiejętności, żeby osiągnąć sukces zawodowy.
Optymizm w całej Europie
Krajem, w którym pracownicy najbardziej pozytywnie myślą o swojej przyszłości w pracy, jest Holandia. Optymistycznie na swoją karierę zawodową w ciągu kolejnych 5 lat patrzy aż 86 proc. jej mieszkańców. Natomiast to najbardziej pesymistycznie postrzegają swoją przyszłość zawodową Francuzi – tylko 73 proc. z nich odpowiedziało, że optymistycznie ocenia swoją karierę w perspektywie następnych 5 lat. W porównaniu do innych krajów europejskich Polska plasuje się dokładnie na środku stawki.
– Średnia dla całej Europy i Polski jest podobna. Pokazuje to, że standardy w Unii Europejskiej się ujednolicają – rynek pracy staje się tożsamy, a więc pracownik zatrudniony w Polsce bez żadnych problemów odnajdzie się np. w tej samej firmie w Wielkiej Brytanii. Szeroki wachlarz możliwości, dzięki którym pracownik ma większe szanse na znalezienie odpowiadającej mu pracy, dopasowanej do jego kwalifikacji i zainteresowań znacząco przyczynia się do optymistycznego postrzegania przez Europejczyków swojej przyszłości zawodowej – podsumowuje Anna Barbachowska, Country HR Business Partner ADP Polska.
Raport „The Workforce View in Europe 2019” jest dostępny pod adresem: http://bit.ly/raport_ADP_2019
O badaniu
„The Workforce View in Europe 2019” przedstawia opinie pracowników na temat aktualnego środowiska pracy oraz ich oczekiwania związane z przyszłością. Badanie zostało przeprowadzone przez niezależną agencję badań rynku Opinion Matters na zlecenie ADP w październiku 2018 r. Wśród z 10 585 dorosłych pracujących osób z ośmiu krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Polski, Hiszpanii, Szwajcarii oraz Wielkiej Brytanii.
Premier Mateusz Morawiecki oraz Wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence podpisali wspólną deklarację dotyczącą budowy sieci 5G. Porozumienie może oznaczać wykluczenie niektórych dostawców z procesu budowy sieci piątej generacji w naszym kraju. „Polska zgodnie z zasadą strategii win-win, dąży do budowy sieci 5G w bezpieczny sposób, a jednocześnie do stworzenia korzystnego ekosystemu dla rozwoju tej technologii w kraju” – komentuje Izabela Albrycht, Prezes Instytutu Kościuszki.
Budowa sieci 5G w Europie wciąż wywołuje emocje. Od kilku miesięcy Stany Zjednoczone próbują zablokować udział chińskich producentów w procesie tworzenia sieci piątej generacji nie tylko w USA, ale i na Starym Kontynencie. Podczas niedawnej wizyty Donalda Trumpa w Bukareszcie, prezydenci USA i Rumunii podpisali deklarację mogącą wykluczyć z procesu budowy sieci 5G podmioty niespełniające kryteriów bezpieczeństwa. Wczoraj podobne porozumienie Wiceprezydent Mike Pence podpisał z premierem Mateuszem Morawieckim.
Porozumienie dla bezpieczeństwa
„Ochrona tych sieci łączności następnej generacji przed zakłóceniami czy manipulacją oraz zapewnienie prywatności i indywidualnych swobód obywatelom Polski, Stanów Zjednoczonych i innych krajów ma zasadnicze znaczenie” – czytamy we Wspólnej Deklaracji Polski i USA na temat 5G. O konieczności zadbania o bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni, a także potrzebie wykorzystania technologii pochodzącej tylko od zaufanych dostawców, wiele razy mówili eksperci Instytutu Kościuszki – organizatorzy Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa – CYBERSEC. Według Izabeli Albrycht i dr Joanny Świątkowskiej – autorek raportu „Przyszłość 5G czyli Quo Vadis, Europo?”, podejmowane przez europejskich decydentów państwowych inicjatywy i deklaracje w sprawie budowy sieci piątej generacji będą miały ogromne znaczenie w kontekście wypracowania przyszłej pozycji gospodarczej Unii Europejskiej na świecie. Dlatego zalecają one aktywny udział europejskich podmiotów w telekomunikacyjnym wyścigu o 5G, również biorąc pod uwagę wykorzystanie własnego potencjału technologicznego. Pierwsze kroki w tym kierunku podjął już premier Mateusz Morawiecki, poruszając temat inwestycji w rozwój sieci 5G i cyberbezpieczeństwo podczas spotkania z prezesem firmy Ericsson.
Zdolność weryfikacji partnerów kluczem porozumienia
Jak alarmowała dr Joanna Świątkowska, dyrektor programowa CYBERSEC, ważne jest aby w Europie współpracować z państwami zaliczanymi do grupy „podobnie myślących”, takimi jak kraje sojuszu północnoatlantyckiego, Japonia czy Korea Południowa. Korzystając z rozwiązań dostarczanych przez dostawców zewnętrznych, państwa powinny mieć możliwość weryfikowania i kontrolowania ich produktów i usług. Do tego też zmierza podpisana ze Stanami Zjednoczonymi deklaracja dotycząca budowy sieci 5G w Polsce. Zakłada ona konieczność uważnej i kompetentnej oceny producentów oprogramowania stosowanego do stworzenia sieci piątej generacji.
„Wierzymy, że wszystkie kraje muszą dopilnować tego, żeby w naszych sieciach uczestniczyli jedynie zaufani i niezawodni dostawcy, co uchroni je przed nieuprawnionym dostępem lub zakłócaniem” – czytamy w deklaracji. Wg. dokumentu analiza dostawców powinna pozwolić ocenić, czy jest on kontrolowany przez obcy rząd. Pod uwagę brana jest m.in. analiza struktury własności. Weryfikacji podlega także to, czy dostawca kieruje się etyką biznesową oraz czy podlega porządkowi prawnemu, który zapewnia przejrzystość działalności firm.
W podpisanym dokumencie Stany Zjednoczone i Polska opowiedziały się za Propozycjami Praskimi, które kładą nacisk na tworzenie sieci 5G na bazie wolnej i uczciwej konkurencji, a także przejrzystości i rządów prawa. „Propozycje Praskie postulują rygorystyczną ocenę dostawców technologii 5G. Dziś pytanie brzmi: ile z pozostałych państw członkowskich UE pójdzie w ślady Polski?” – komentuje Izabela Albrycht, Prezes Instytutu Kościuszki. Dodaje także, że za dwa miesiące w Katowicach w czasie CYBERSEC w dyskusji o bezpieczeństwie sieci 5G w Unii Europejskiej udział weźmie m.in. Sir Julian King – unijny komisarz ds. Unii Bezpieczeństwa, Ciaran Martin – szef National Cyber Security Center z Wielkiej Brytanii, Arne Schönbohm – szef niemieckiego Office for Information Security, Karol Okoński – pełnomocnik polskiego rządu ds. cyberbezpieczeństwa, a także Rob Strayer – zastępca sekretarza Departamentu Stanu ds. Cyber and International Communications and Information Policy z USA. W tym czasie poznamy także wyniki ogólnounijnej oceny ryzyk związanych z budową sieci 5G, którą w Katowicach przedstawi osobiście Komisarz King.
Czy Polska jest zagrożona?
Podczas konferencji prasowej, która odbyła się po spotkaniu wiceprezydenta USA z Andrzejem Dudą, polski prezydent przyznał, że służby kontrwywiadowcze wykryły w ostatnim czasie działania, które mogą być zakwalifikowane jako szpiegostwo. Obecnie w tej sprawie toczy się postępowanie polskiej prokuratury, które może zakończyć się wniesieniem aktu oskarżenia. Jednakże zagrożenia wynikające z użycia sieci 5G nie odnoszą się jedynie do działań szpiegowskich. Izabela Albrycht podkreśla fakt, że 5G, będzie kolejnym narzędziem projekcji soft i hard power. Jest to szczególnie istotne z tego względu, iż w przyszłości sieć 5G będzie miała kluczowe zastosowanie militarne. W tym kontekście, odpowiedni dobór partnerów technologicznych oraz szczegółowa ich ocena wydaje się być tym bardziej uzasadniona.
Następne kroki
Po podpisaniu deklaracji, rzecznik rządu Piotr Müller zapowiedział, że kolejnym krokiem powinno być podjęcie się działań badawczo-rozwojowych w zakresie 5G, tworzenie ram bezpieczeństwa dla nowej sieci telefonii komórkowej, a docelowo trzeba będzie również wybrać dostawcę technologii, co już dziś budzi kontrowersje.
W warunkach słabnącego globalnego wzrostu gospodarczego i utrzymujących się napięć handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, Nick Getaz i Matt Quinlan z zespołu Franklin Equity Group dostrzegają sygnały świadczące o tym, że niektórzy inwestorzy mogą tracić zainteresowanie akcjami charakteryzującymi się wysokim wzrostem, które były popularne podczas ostatniej hossy na amerykańskim rynku. Autorzy tłumaczą, dlaczego inwestorzy mogą w tej sytuacji zainteresować się „spółkami wypłacającymi coraz wyższą dywidendę” lub stabilnymi spółkami o potwierdzonej historii wzrostu dywidendy w różnych warunkach rynkowych.
Matthew Quinlan – Franklin Equity Group
W ciągu trzech ostatnich lat akcje spółek wyróżniających się wysokim wzrostem, w tym papiery niektórych przedsiębiorstw z sektora technologicznego, wywindowały hossę na amerykańskim rynku akcji na rekordowo wysokie poziomy. Te akcje osiągały lepsze wyniki na tle szerokiego rynku akcji, nawet w okresach geopolitycznej niepewności.
Niemniej jednak podczas ostatnich wzmożonych wahań rynkowych zauważyliśmy sygnały świadczące o tym, że wielu inwestorów skoncentrowanych na wzroście prawdopodobnie zaczyna nieco inaczej postrzegać sytuację. W warunkach utrzymujących się tarć w stosunkach handlowych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami oraz oznak spadku dynamiki wzrostu gospodarczego na świecie rynek najwyraźniej jest w większym stopniu zainteresowany stabilnymi spółkami o potwierdzonej historii zrównoważonego wzrostu dywidendy.
Nicholas Getaz – Franklin Equity Group
Dywidenda, często stanowiąca część zysków, to jeden ze sposobów, w jaki spółki mogą wynagradzać inwestorów. Dywidenda wypłacana jest zwykle w postaci regularnych, na przykład kwartalnych lub rocznych, wypłat środków pieniężnych.
Nie wszystkie spółki wypłacające dywidendę można jednak traktować jednakowo, a zarządzając naszą strategią, nie koncentrujemy się na wysokim dochodzie z dywidendy. Jako długoterminowi inwestorzy interesujemy się przede wszystkim spółkami o rosnącej dywidendzie lub spółkami, które w przeszłości notowały znaczący lub zrównoważony wzrost dywidendy, z kilku powodów omówionych poniżej.[1]
Spółki wypłacające rosnącą dywidendę notują dobre wyniki w dłuższej perspektywie
Uważamy, że generujące wysoki dochód akcje spółek wysokiej jakości mogą stanowić atrakcyjną alternatywę dla inwestycji na rynku obligacji, ale często nie zapewniają stabilnego potencjału wzrostowego, który mogą oferować spółki wypłacające coraz wyższą dywidendę.
Według naszych analiz spółki podwyższające dywidendę zwykle notują większe wzrosty kursów akcji w dłuższej perspektywie w porównaniu ze spółkami, które utrzymują dywidendę na stałym poziomie lub jej nie wypłacają. Takie przedsiębiorstwa zwykle wyróżniają się także mniejszą zmiennością na tle pozostałych spółek.
Uważamy, że ta przewaga jest efektem solidnych modeli biznesowych i zaangażowania zarządów w wypłatę coraz wyższej dywidendy w warunkach wzrostów i spadków rynkowych.
2. Spółki podwyższające dywidendę zwykle należą do rynkowych liderów
Uważamy, że spółki, które spełniają nasze wymagania dotyczące wzrostu dywidendy, już na starcie mają sporą przewagę. Koncentrujemy się jednak na identyfikowaniu atutów, które zapewniają spółkom największe szanse na utrzymanie i umocnienie tej konkurencyjnej przewagi także w przyszłości.
Poszukujemy spółek wypłacających coraz większą dywidendę, które:
są liderami w swoich branżach lub niszach rynkowych;
mają ekspozycję na atrakcyjne możliwości sekularnego wzrostu, pozwalające liczyć na większą rentowność oraz
są zarządzane przez zespoły, które udowodniły, że potrafią podejmować trafne decyzje dotyczące alokacji kapitału, włącznie z inwestowaniem w przyszły wzrost i zwiększaniem dywidendy wypłacanej inwestorom.
Zauważyliśmy, że okres 10 lat rosnącej dywidendy to dobry wskaźnik solidnej kondycji spółki. Sądzimy, że na przestrzeni dekady większość spółek najprawdopodobniej doświadcza słabszego okresu ekonomicznego. Nasze doświadczenie podpowiada nam, że niektóre przedsiębiorstwa wykazują się jednak względnie większą odpornością.
Uważamy, że spółki, które potrafiły podwyższać dywidendę przez osiem z dziesięciu minionych lat (bez żadnych obniżek), potwierdziły tym samym swoją solidną kondycję finansową. Szukamy także przedsiębiorstw, które w takim horyzoncie czasowym przynajmniej podwoiły dywidendę wypłacaną inwestorom.
3. Spółki wypłacające coraz wyższą dywidendę pojawiają się w coraz większej liczbie sektorów
Od czasu kryzysu finansowego w latach 2008-2009 grono spółek podnoszących dywidendę staje się coraz większe i bardziej zróżnicowane. Przed kryzysem ta kategoria była w większym stopniu zdominowana przez spółki finansowe, jednak w okresie kryzysu wiele banków obniżyło lub przestało wypłacać dywidendę.
Wiele spółek z sektora finansowego od tamtej pory zanotowało poprawę kondycji i konsekwentnie podwyższa dywidendę, powoli dołączając do grona przedsiębiorstw spełniających nasze kryteria. Jednocześnie spółki z innych sektorów, takich jak technologie, w pierwszych latach nowego stulecia inicjowały programy dywidendowe.
Obecnie znajdujemy coraz więcej spółek technologicznych spełniających nasze kryteria zwyżkującej dywidendy oraz dostrzegamy wypłacające coraz wyższe dywidendy przedsiębiorstwa przemysłowe.
Połączenie wszystkich elementów
W ramach naszej strategii korzystamy z czterech ilościowych filtrów pozwalających nam określić ramy spektrum inwestycyjnego obejmującego spółki wypłacające dywidendę oraz z filtra opartego na wartości, dzięki któremu upewniamy się, że nasz proces inwestycyjny przestrzega odpowiedniej dyscypliny w tym zakresie.
Nie wszystkie wysokiej jakości spółki spełniają kryteria naszej selekcji, ale ten proces pozwala nam wybrać przedsiębiorstwa z potwierdzoną historią zrównoważonych i przewidywalnych wyników. To dla nas punkt wyjścia, w którym możemy skoncentrować się na wyszukiwaniu spółek mających, według nas, największe szanse na utrzymanie tej dobrej passy także w przyszłości.
Choć staramy się identyfikować spółki, które mają szansę utrzymać strumienie przychodów także w trudnych warunkach rynkowych, nie uważamy się za defensywnych inwestorów. Szukamy przedsiębiorstw o solidnym potencjale wzrostowym w sprzyjających warunkach rynkowych oraz zdolności do wykazania się większą odpornością, gdy sytuacja na rynkach staje się trudniejsza.
Uważamy, że kombinacja wzrostu dywidendy i solidnego modelu biznesowego, w połączeniu z rozsądną alokacją kapitału, powinna przekładać się na większe zyski i wzrost przepływów wolnej gotówki, co z kolei często stymuluje przyszłe inwestycje w dalszy wzrost, napędzając cykl wzrostowy i generując stabilny oraz rosnący strumień dochodów z dywidendy.
[1] Dywidendy nie są gwarantowane i mogą wzrosnąć, spaść lub zostać całkowicie wyeliminowane bez uprzedniego powiadomienia.
Nowoczesne aplikacje chmurowe znajdują coraz więcej zastosowań – wiele organizacji decyduje się na takie rozwiązania, prostsze w obsłudze i utrzymaniu niż aplikacje lokalne. Jednak, aby przeniesienie do chmury zakończyło się sukcesem, nie można zapominać, że taka transformacja to przede wszystkim rewolucja kulturowa w organizacji.
Cytując za Beth Boettcher, wiceprezes Oracle ds. konsultingu w zakresie aplikacji: „przedsiębiorstwa, w których procesy decyzyjne mają charakter ściśle hierarchiczny — lub wręcz przeciwnie, są w zbyt dużym stopniu uzależnione od wypracowania konsensusu — będą miały trudności z dostosowaniem się do chmury. Jeśli kultura organizacji jest mało dynamiczna, proces migracji będzie znacznie wydłużony lub w pewnym momencie nawet zupełnie zatrzymany. Decydując się na implementację rozwiązania chmurowego, menedżerowie powinni zatem zmianę kultury potraktować jako nieodzowny element wdrożenia, na każdym jego etapie. I taka zmiana musi zaczynać się od samej góry”.
Po co nam chmura i kto tak naprawdę ją wdroży?
Pytani przez Boettcher szefowie firm rozważających migrację do chmury o ich cele, najczęściej odpowiadają, że chcą zmniejszyć złożoność, obniżyć koszty utrzymania, aby uwolnić zasoby na potrzeby bardziej innowacyjnych zadań, i poprawić doświadczenia użytkownika.
Jednak każdy z tych celów musi być częścią większej zmiany strategicznej i kulturowej.
Aplikacje chmurowe zapewniają pracownikom dostęp do znacznie większej ilości danych, a co za tym idzie – do zdecydowanie szerszego zakresu informacji. Co ważne, pracownicy muszą umieć działać na ich podstawie. Oddanie takiego stopnia sprawczości i decyzyjności to dla wielu organizacji ogromna zmiana – zmiana, która musi się rozpocząć na wczesnym etapie wdrażania chmury. Tylko przy takim założeniu realizacja projektu może zostać utrzymana na odpowiednim kursie.
„Jeśli jakaś decyzja podejmowana w trakcie implementacji chmury nie ma nic wspólnego z budżetem, zakresem lub harmonogramem i nie wpływa na nadrzędną strategię biznesową — co dotyczy ok. 80% decyzji podejmowanych podczas wdrażania chmury — nie ma potrzeby, aby zespół wdrożeniowy konsultował się z kadrą kierowniczą” — mówi Beth Boettcher. „Zespół musi mieć możliwość podejmowania takich decyzji oraz być obdarzony zaufaniem. Dla wielu menedżerów takie oddanie kontroli bywa naprawdę trudne”.
Decyzje, oczekiwania… czyli jak tworzyć wizję kultury opartej na chmurze
W procesie wdrażania chmury istotne jest, aby projekty zarządzane były wspólnie przez osoby odpowiedzialne – zwykle jest to dyrektor ds. IT współpracujący z szefem odpowiedniego obszaru biznesowego, np. dyrektorem działu kadr i/lub dyrektorem finansowym (w zależności od zakresu projektu). Te osoby muszą wypracować razem cele projektu, ale również, a może przede wszystkim, zastanowić się, czym ma się cechować przyszła kultura firmy oparta na chmurze oraz jak ją kształtować od samego początku projektu wdrożeniowego.
Dyrektor HR może na przykład założyć, że w ciągu 18 miesięcy w każdym kraju proces onboardingu nowego pracownika będzie się odbywał przy użyciu jednego systemu i składał z konkretnych, z góry ustalonych kroków. Wyjątki są przy tym niedopuszczalne (poza tymi wymaganymi lokalnym prawem pracy).
Jak mówi Boettcher, ten poziom konkretności zarysowuje bardzo wyraźny obraz oczekiwań i wyznacza parametry dla wszystkich osób podejmujących decyzje w trakcie wdrożenia. Stworzenie takiego konkretnego obrazu może pomóc w adaptacji do nowej kultury opartej na chmurze, gdzie procesy obsługiwane są według globalnych standardów. Przestarzała kultura oparta na systemach lokalnych często mogła skłaniać pracowników do ręcznych obejść procesu – mniej rozwinięta technologia nie zawsze zapewniała rozwiązania na miarę właściwych potrzeb biznesu. Następnie dyrektor HR powinien wyznaczyć właściciela każdego procesu biznesowego w obrębie określonego zakresu prac. Osoby te muszą mieć odpowiednią moc decyzyjną oraz wsparcie ekspertów z zespołu wdrożeniowego.
Grono decyzyjne powinna stanowić niewielka grupa ludzi – a uczestnicy projektu powinni być zorganizowani wokół osób odpowiedzialnych za poszczególne procesy. Dzięki temu właściciele danych obszarów będą w pełni rozumieć nowe możliwości aplikacji chmurowej i objęte projektem nowe procesy biznesowe. Będą też odpowiadać za aplikację i odczuwać dumę z jej udanego wdrożenia zarówno po uruchomieniu, jak i podczas stabilnego wprowadzania nowych funkcji.
Dodatkowe drogi do sukcesu w chmurze
Decydując się na transformację organizacji i implementację rozwiązań chmurowych, liderzy, chcąc kształtować nową kulturę, powinni zwrócić uwagę na kilka dodatkowych aspektów. Cytując Boettcher, można wyróżnić następujące, warte rozważenia, zagadnienia:
– Nowe spojrzenie na organizację – jeśli zespół wdrożeniowy złożony będzie z osób, które w firmie przepracowały wiele lat, jest bardzo prawdopodobne, że będzie im trudno zaakceptować bez zastrzeżeń nowe procesy, sposób pracy etc., w myśl zasady „od lat wykonywaliśmy to zadanie w taki sposób, więc nie ma powodu, by to zmieniać”. Takie osoby będą się domagać dostosowania systemu zamiast wykorzystać dobre praktyki i standardy wbudowane w rozwiązania chmurowe. Dodatkowo, wszelkie personalizacje tak naprawdę przynoszą zbędne komplikacje. Zatem, o ile nie jest to absolutna konieczność, lepiej powstrzymać się od przystosowywania systemu chmurowych do indywidualnych wymogów organizacji.
– Nowe formy współpracy pomiędzy IT i biznesem – wdrożenie rozwiązania chmurowego to nowy podział obowiązków – osoby odpowiedzialne za poszczególne obszary biznesowe nie wręczają już listy wymagań funkcjonalnych systemu działowi IT, aby wrócić do swoich obowiązków i czekać na gotowe rezultaty. Przy implementacji chmury biznes musi ręka w rękę współpracować z działem IT, aby mieć pewność, że procesy działają zgodnie z założeniem. Co więcej, z każdą aktualizacją systemu ta współpraca musi się odnawiać – osoby z biznesu muszą na bieżąco sprawdzać, jak nowe cechy systemu wpłyną na wykonywanie procesów oraz wyniki.
– Liderzy jako „agenci zmiany” – osoby zarządzające organizacjami muszą stale śledzić, jakie nowe możliwości oferuje rozwój nowoczesnej technologii. Sztuczna inteligencja, machine learning, internet rzeczy, blockchain stwarzają nowe opcje dla biznesu. Liderzy powinni analizować te możliwości, sprawdzać, jakie benefity mogą one przynieść oraz propagować je w swoich organizacjach.
– Nowe sposoby myślenia – nowoczesne organizacje, których kultura oparta jest na chmurze, potrzebują osób, które będą tę kulturę rozwijały poprzez nowe podejście do rozwiązywania problemów i myślenie projektowe. Firmy o takiej kulturze powinny skupić się na klientach wewnętrznych i zewnętrznych oraz kształtowaniu procesów w taki sposób, aby były one mniej oparte na hierarchii i biurokracji, a bardziej skłaniały pracowników do analizy informacji i działania. Przy pozyskiwaniu nowych talentów ważne jest, aby stawiać na osoby demonstrujące inteligentną niezależność.
Opracowanie artykułu: Antonina Hołówko, Principal Sales Consultant w Oracle
Jak wynika z informacji podanej przez bank Nomura, na początku września mogą nastąpić podobne spadki na amerykańskiej giełdzie, jak w 2008 roku. W opublikowanej prognozie analitycy zwracają uwagę m.in. na fundusze hedgingowe, które wycofują się z rynku. Do tych przewidywań odnosi się ekonomista – prof. Krzysztof Piech. Zdaniem eksperta, żaden analityk nie jest w stanie podać dokładnego terminu kryzysu. Obecnie nie widać też takiego zagrożenia na rynku. Wojna handlowa czy konflikt między USA i Chinami nie spowodują nagłego krachu giełdowego. A jeśli on nastąpi, to z pewnością odczuje go też GPW. Można zabezpieczyć się na trudniejsze czasy, np. zwiększając zapasy złota. I tak zrobił nasz bank centralny. Dobra koniunktura przecież kiedyś się skończy.
Prof. Krzysztof Piech z warszawskiej Uczelni Łazarskiego
Analitycy znanego japońskiego banku Nomura prognozują rychły krach na Wall Street. Ich zdaniem, najpóźniej na początku września może dojść do podobnych spadków, jak w 2008 roku. Czy to realny scenariusz?
Prof. Piech: Generalnie krach jest możliwy i pewnie jeszcze będzie ich wiele na Wall Street. Natomiast nikt nie wie, kiedy do tego dojdzie. Każdy, kto mówi, że jest w stanie to przewidzieć, zwłaszcza wskazując określone dni, mija się z prawdą, bo tego nie da się zrobić. Terminy kryzysów są najtrudniejszą rzeczą do przewidzenia, jaka może się zdarzyć w naukach ekonomicznych. Nie ma takiego noblisty czy analityka, który byłby w stanie to dokładnie przepowiedzieć. Zresztą najpóźniej za kilkanaście dni się przekonamy, czy ww. bank miał rację.
Pan Profesor podchodzi z dystansem do tej prognozy?
Prof. Piech: Ta notatka dla inwestorów nie zawierała pogłębionej analizy sytuacji, np. modelu makroekonomicznego czy rynku finansowego. Nie było w niej niczego, co mogłoby pokazać konsekwencje pewnych reakcji. Każdy z nas może coś podobnego napisać. To jest kwestia odpowiednich zasięgów i to będzie czytane. Warto też zastanowić się nad tym, jaki interes miał bank w publikowaniu tego typu informacji. Na pewno wzrośnie przez to jego rozpoznawalność. Poprzedni kryzys z 2008 roku przewidziało raptem kilkanaście osób na świecie, w naszej części Europy – tylko ja. Powiedzieć, że coś się zdarzy, to jest jedna rzecz. Ale ważniejsze jest wskazanie przyczyn. A to nie jest już takie proste.
Według Nomury, z rynku wycofują się fundusze hedgingowe. To zwiększa ryzyko krachu?
Prof. Piech: Analitycy Nomury wskazali, że handel algorytmiczny zyskuje na znaczeniu, a to jest truizmem od wielu lat. Wiemy, że kryzys może być w jakiś sposób spowodowany przez ciąg zleceń wykonywanych przez boty i algorytmy. Takie rzeczy się zdarzają, ale jednak bardzo szybko się to koryguje, gdy okazuje się, że jest np. zlecenie, które uruchomiło wiele innych. To jeszcze nie jest coś, co może wywołać krach, najwyżej drobne tąpnięcie. Handel algorytmiczny to jest końcówka spirali, taki zapalnik. Co jest amunicją tej broni, tego za bardzo nie widać. Jest szereg czynników, ale na chwilę obecną żaden z nich nie jest na tyle alarmujący, żeby był w stanie uruchomić kryzys Wall Street.
Co mogłoby być takim czynnikiem?
Prof. Piech: Ostatni kryzys był na rynku nieruchomości, co dostrzegliśmy niespełna 2 lata przed upadkiem Lehman Brothers. Widać było spadki cen, tylko nie zauważyliśmy, jak poważnie w tę sytuację były zaangażowane banki amerykańskie. To dopiero wyszło na jaw w 2008 roku. Dziś nie widać takiego zagrożenia, w które rynek byłby zaangażowany. Można więc mówić o bańce spekulacyjnej, przynajmniej w niektórych miastach i krajach. Jednak to, co bardzo często się wiąże z kryzysem, w porównaniu ze zwykłą recesją, to element zaskoczenia. Naprawdę nie widać czegoś takiego, co realnie mogłoby rozpalić rynek.
Są jednak sytuacje, które budzą niepokój wśród inwestorów.
Prof. Piech: Tak. Jednak najważniejsze z nich, czyli wojna handlowa i konsekwencje sporu między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, nie mogą spowodować nagłego krachu giełdowego. Bo impulsy kryzysowe, które przez ten kanał się rozchodzą, są bardzo, bardzo powolne. To jest coś, co może wywołać w długim czasie większe spowolnienie, ale nie krach jako taki. Analitycy Nomury wskazują na fundusze hedgingowe, ale one też reagują na jakieś bodźce, bardziej z pogranicza rynków finansowych i realnych, a tego przecież nie ma.
W jaki sposób ewentualny krach na Wall Street wpłynąłby na GPW?
Prof. Piech: Na naszą gospodarkę na pewno nie zadziałałby w jakiś znaczący sposób, ale na giełdę – może bardziej. Nie wykluczam również wpływu na polskiego złotego. Jednak ciekawsze jest to, co stanie się później, tzn. jak głęboki będzie to kryzys, ile czasu potrwa itd. Jeśli pojawi się duża niepewność, to wtedy uruchomią się nastroje pesymistyczne. Niepewność jest jak zła informacja, a może nawet jeszcze gorsza dla rynku, bo nie wiadomo, co trzeba dalej robić.
W jaki sposób przygotować się do takiej sytuacji?
Prof. Piech: Ponad rok temu mówiłem, że trzeba się zabezpieczyć przed kryzysem. Wtedy zasugerowałem zwiększenie zapasów złota i NBP posłuchał. Wynik banku centralnego na koniec roku będzie zapewne bardzo pozytywny i bardzo ucieszy ministra finansów, ktokolwiek nim będzie. I oczywiście to będzie się dobrze przekładało na budżet czy dodatkowe możliwości. Wiadomo, że dobra koniunktura kiedyś się skończy. Jednak trudno powiedzieć, czy będzie to za kilka miesięcy, czy może za 2-3 lata.
Co wtedy?
Prof. Piech: Mam pewne obawy. O ile poprzednio udało się wyjść obronną ręką, tak teraz gospodarka jest strasznie rozgrzana, ale mocą konsumpcji, której nie towarzyszy niestety wzrost oszczędności. W naszym kraju nie ma wystarczających zapasów, żeby przetrzymać dłużej recesję. Pesymizm może dość mocno uderzyć w PKB. I wtedy od mistrzostwa PR-owego rządu będzie zależało, czy społeczeństwo rzeczywiście ograniczy wydatki, czy może uda się je w jakiś sposób podtrzymać. W takiej sytuacji wyjdzie na jaw, czy mamy kompetentny rząd.
Z roku na rok wartość rynku mody i dóbr luksusowych nieustannie rośnie, co sprawia, że o aktywa w tym sektorze starają się zarówno inwestorzy branżowi, jak i fundusze private equity. Na światowym rynku Fashion & Luxury Goods w 2018 roku przeprowadzonych zostało 265 fuzji i przejęć (M&A) o średniej wartości 233 mln dolarów. Według autorów raportu firmy doradczej Deloitte „Fashion & Luxury Private Equity and Investors Survey 2019”, wśród sektorów cieszących się największym zainteresowaniem znalazła się branża hotelowa oraz producenci luksusowej odzieży i akcesoriów. Optymistyczne prognozy dotyczą także kosmetyków, perfum oraz mebli – inwestorzy przewidują stały wzrost tych sektorów o ponad 10 proc. rocznie.
Autorzy czwartej edycji raportu Deloitte uwzględnili ponad dziesięć kategorii składających się na rynek Fashion & Luxury (F&L). Celem przeprowadzonego badania było wskazanie trendów rynkowych w poszczególnych segmentach oraz oczekiwań dotyczących aktywności M&A.
Liczba fuzji i przejęć rośnie
Kolejny rok z rzędu rynek mody i dóbr luksusowych okazał się być dobrym miejscem dla działalności inwestorów, którzy oczekują ponadprzeciętnej stopy zwrotu z inwestycji. W 2018 roku odnotowano 265 transakcji, czyli o 47 więcej niż w poprzednim roku, co zaowocowało wzrostem o 22 proc. Średnia wartość umów M&A wyniosła natomiast 233 mln dolarów (o 3 mln więcej r. do r.). Sektor osobistych dóbr luksusowych zanotował przyrost liczby fuzji i przejęć o 11, na co największy wpływ miała aktywność w obszarze kosmetyków i perfum – wzrost o 16 transakcji w porównaniu do 2017 roku. Branża ta stanowiła 17 proc. liczby wszystkich fuzji i przejęć na rynku Fashion & Luxury w 2018 roku. Z kolei spadek odnotowały branże zegarków i biżuterii (11 proc.), odzieży oraz akcesoriów (28 proc.) – odpowiednio o 1 oraz 4 transakcje.
W porównaniu do poprzednich lat, kiedy poza sektorem osobistych dóbr luksusowych liczba transakcji M&A nie zmieniała się radykalnie, rok 2018 był okresem najdynamiczniejszego rozwoju dla branży hotelarskiej. W tym sektorze odnotowano 28 proc. ogółu transakcji na rynku mody i dóbr luksusowych. Niedoceniony dotąd sektor hotelarski, w 2018 r. stał się bardziej atrakcyjny dla inwestorów branżowych, jak również dla funduszy private equity, będąc tym samym najliczniejszy pod względem ilości fuzji i przejęć – mówi Kamil Kucharczyk, Wicedyrektor w dziale doradztwa finansowego Deloitte.
Wzrost inwestycji był widoczny zwłaszcza w Europie, Ameryce Północnej, a także w regionie Azji i Pacyfiku. Analizy ekspertów Deloitte pokazują, że segment ten będzie rósł średnio 5-10 proc. rocznie.
Europa znów najaktywniejsza
Wraz ze wzrostem liczby fuzji i przejęć w sektorze mody i dóbr luksusowych średnia ich wartość zwiększyła się o 3 mln dolarów w porównaniu z rokiem ubiegłym. Największy wzrost rok do roku, o 561 proc., a także największą przeciętną wartość (945 mln dolarów), osiągnęły transakcje w sektorze samochodów luksusowych (w tym samochodów elektrycznych), jachtów oraz hoteli (odpowiednio o 407 proc. i 174 proc.). Spadki średniej wartości transakcji w minionym roku zaliczyły natomiast kategorie odzieży i akcesoriów, zegarków i biżuterii oraz kosmetyków i perfum, odpowiednio o 46, 15 oraz 84 proc.
Najpopularniejszym kierunkiem inwestorów w 2018 r. okazała się Europa. Do 150 transakcji M&A, czyli o 41 więcej niż rok wcześniej, doszło właśnie tutaj. Ponad połowa z nich dotyczyła segmentu hoteli oraz odzieży i akcesoriów. Niewielkie wzrosty zanotowano także w regionie Azji i Pacyfiku oraz Japonii, głównie dzięki branży zegarków i akcesoriów. Najsłabiej na tle innych wypadła Ameryka Północna oraz Bliski Wschód, które zanotowały, co prawda niewielki, ale jednak spadek liczby przeprowadzonych transakcji fuzji i przejęć – mówi Kamil Kucharczyk.
Największe fuzje i przejęcia
Największą transakcją (3,6 mld dolarów) w segmencie motoryzacji było przejęcie Beijing Electric Vehicle (firmy zajmującej się głównie produkcją i sprzedażą nowych pojazdów elektrycznych) przez BAIC BluePark. Z kolei na rynku hoteli jako największą transakcję można uznać umowę między siecią luksusowych hoteli marki Belmond a francuskim koncernem LVMH – wartość przejęcia osiągnęła 3,3 mld dolarów. Belmond to brytyjski koncern, który jest właścicielem nie tylko sieci 36 luksusowych hoteli, m.in. we Włoszech, Hiszpanii, Rosji, Wielkiej Brytanii czy USA, ale także firm oferujących luksusowe podróże koleją czy rejsy rzeczne. Nabycie udziałów włoskiego domu mody Versace przez amerykański koncern Michael Kors Holdings zostało uznane za największą akwizycję w segmencie odzieży i akcesoriów. Wartość tej transakcji wyniosła około 2,1 mld dolarów.
Dalsze wzrosty
Autorzy raportu Deloitte swoją uwagę skupili na tym jak inwestorzy postrzegają potencjalne wzrosty w branży mody i dóbr luksusowych w nadchodzących latach. Zdaniem respondentów, którzy uczestniczyli w badaniu, wskaźnik sprzedaży kluczowych graczy na rynku osobistych dóbr luksusowych do 2021 roku osiągnie 1,1-krotność jego obecnej wartości (ok. 4 proc. CAGR w okresie 2018-2021 r.). W przypadku innych rynków wynik ten wzrośnie 1,2-krotnie, co stanowi około 6 proc. CAGR (skumulowany roczny wskaźnik wzrostu).
Według analityków Deloitte, kolejne trzy lata powinny być udane dla całego rynku dóbr luksusowych, który będzie rósł średnio o 5-10 proc. w skali roku. Dużą aktywność funduszy private equity zanotuje przede wszystkim sektor kosmetyków i perfum oraz mebli ze wzrostem ponad 10 proc. rocznie. Przyrost od 5 do 10 proc. w ciągu roku odnotuje także segment odzieży i akcesoriów, hoteli oraz restauracji. Stabilna sytuacja utrzyma się natomiast w branży zegarków i biżuterii oraz selektywnej sprzedaży detalicznej.
Kierunki działań strategicznych
Według szacunków ekspertów Deloitte, w celu wzmocnienia lub dezinwestycji swoich portfeli w branży F&L, do wyprzedaży aktywów w 2019 r. może przystąpić około 43 proc. funduszy, doprowadzając do wzrostu rok do roku o 8,2 proc.
Dla wielu z nich powodem jest nie tylko możliwość dalszego inwestowania środków i osiągnięcie większej stopy zwrotu, ale także obawa związana z niedopasowaniem się do trendów rynkowych oraz utratą szans na efektywne zakończenie przeprowadzonych inwestycji – mówi Kamil Kucharczyk.
Możliwość inwestycji w branżę mody i dóbr luksusowych rozważa w tym roku 70 proc. wszystkich funduszy. Największy odsetek zainteresowany jest ulokowaniem swojego kapitału w sektorze odzieży i akcesoriów oraz kosmetyków i perfum (po 79 proc.). Z kolei 57, 36 i 29 proc. respondentów zainwestuje kolejno w rynek mebli, zegarków i biżuterii oraz w selektywną sprzedaż detaliczną.
Internacjonalizacja i poprawa efektywności są obecnie głównymi kierunkami strategicznymi przyjętymi przez inwestorów branży mody i dóbr luksusowych w celu zwiększenia wartości ich aktywów – dodaje ekspert.
Zgodnie z raportem firmy Forrester „How To Build A Healthcare IoT Platform”, dyrektorzy ds. informatyki w placówkach medycznych powinni stworzyć strategie wdrażania IoT lub ryzykować utratę rynku na rzecz bardziej zaangażowanych cyfrowo konkurentów. IoMT (Internet przedmiotów medycznych) dramatycznie zmienia krajobraz branży, a Deloitte Center for Healthcare Solutions twierdzi, że całkowity rynek IoMT ma wzrosnąć z 41 miliardów dolarów w 2017 roku do 158 miliardów dolarów w 2022 roku.
Rynek już teraz obfituje w inteligentne urządzenia zdrowotne i fitness – od zegarków po wagi – zdolne do przechwytywania danych takich jak masa ciała, dzienne zestawy ćwiczeń, tętno, poziom ciśnienia krwi i glukozy. A ponieważ innowatorzy tacy jak Apple, Fitbit i inni znajdują sposoby wykorzystania swoich urządzeń do diagnozowania migotania przedsionków, monitorowania depresji i zapewnienia poprawności przyjmowanych przez pacjenta leków, dostawcy usług medycznych będą mieli coraz większy dostęp do solidnej puli danych pacjentów, które mogą wykorzystać do lepszego diagnozowania, monitorowania, leczenia i zapobiegania chorobom oraz schorzeniom.
– Potencjał zwiększenia poziomu opieki nad pacjentem przy jednoczesnym obniżeniu jej kosztów jest ogromny. Jednak wszystkie nowe dane, generowane przez podłączone do sieci urządzenia, stawiają przed menedżerami IT w placówkach ochrony zdrowia kilka poważnych wyzwań, poczynając od faktu, że istniejąca infrastruktura nie jest po prostu przygotowana, aby poradzić sobie z napływem tak dużej ilości nowych danych – mówi Gerard Dermont, Head of Territory Sales Management w firmie Vertiv Poland. – Następnie, oczywiście, należy wziąć pod uwagę kwestie związane z bezpieczeństwem i regulacjami prawnymi.
Ponieważ działy IT wciąż poszukują sposobów na dalsze wspieranie rozwoju IoMT, oto kilka aspektów, na które eksperci Vertiv zwracają szczególną uwagę.
Fog computing zwiększy przepustowość
Warto wykorzystać potencjał przetwarzania w modelu fog computing w zarządzaniu zwiększoną ilością danych. Jest to działanie podobne do koncepcji mikrocentrów danych wdrażanych na brzegu sieci. Zasadniczo może pomóc w kontrolowaniu tego, co dostaje się do systemu, więc tylko najbardziej wartościowe i możliwe do wykorzystania dane są do niego wprowadzane.
Należy pamiętać o interoperacyjności
IoMT to nie jedyne urządzenia, które zwiększają ilość wyzwań związanych z interoperacyjnością w placówkach opieki zdrowotnej. W miarę jak branża zmierza w kierunku sprawnego przepływu danych pacjentów pomiędzy dostawcami, płatnikami i nimi samymi, głównym celem jest tworzenie standardów interoperacyjności. W przypadku IoMT wyzwania mogą być jeszcze bardziej złożone z powodu samej liczby urządzeń i ich producentów na rynku, także faktu, że urządzenia te mają różne sposoby komunikacji z siecią. IoMT opiera się również na technologiach łączności i interoperacyjności pomiędzy standardami bezprzewodowymi.
Ustanowienie strategii zarządzania cyberbezpieczeństwem specyficznej dla ochrony zdrowia
IoMT wprowadza zupełnie nowy katalog zagrożeń dla cyberbezpieczeństwa w placówkach medycznych. Każde z tysięcy urządzeń wykorzystywanych mogłoby stanowić punkt wejścia do sieci dla cyberprzestępców. Zespoły IT potrzebują więc sposobów na śledzenie wszystkich urządzeń, identyfikowanie ich i ustalanie priorytetów dla tych, które stanowią największe zagrożenie dla bezpieczeństwa. Konieczne jest także prowadzenie regularnych kontroli, które przede wszystkim powinny obejmować ocenę stanu bezpieczeństwa.
Być na bieżąco z regulacjami
Zwiększone wykorzystanie urządzeń IoMT niewątpliwie skomplikuje wymóg zapewnienia prywatności pacjentów. Rzeczywiście, obecne przepisy dotyczące ochrony prywatności okazują się w pewnym stopniu przeszkodą w osiągnięciu celów interoperacyjności. W miarę jak IoMT będzie się rozszerzać, regulacje będą również musiały ewoluować. Instytucje będą musiały dołożyć starań, aby być na bieżąco z wymogami prawnymi.
Nadążać za zmianami
Biorąc pod uwagę szybkie zmiany w ilości i rodzajach przetwarzanych danych, elastyczność i skalowalność stają się bardzo istotne dla sieci. Działy IT potrzebują technologii i wstępnie skonfigurowanych rozwiązań infrastrukturalnych, które ułatwiają łączenie sprzętu w sieci i szybkie skalowanie w miarę potrzeb. Potrzebują one również pełnej widoczności i większej kontroli nad wszystkimi operacjami zależnymi od IT w sieci opieki zdrowotnej. Inwestowanie w inteligentne rozwiązania infrastrukturalne i usługi wspierające mogą pomóc w łatwiejszym zarządzaniu rosnącą złożonością IT w placówkach ochrony zdrowia oraz w przygotowaniu się na przyszłe zmiany.
W I półroczu 2019 roku zarobki pracowników z Ukrainy zwiększyły się o 10% r/r. Na koniec tego roku wzrost może wynieść nawet 20% – wynika z danych Personnel Service. Eksperci firmy, która zajmuje się zatrudnianiem Ukraińców na potrzeby pracodawców w Polsce, zwracają uwagę, że w ciągu 5 lat zarobki pracowników z Ukrainy zwiększyły się o ponad 70%. Prym wiedzie branża budowlana, w której płace wzrosły niemal dwukrotnie. Można się jednak spodziewać, że zwiększające się zapotrzebowanie na kadrę zza granicy oraz zagrożenie odpływem Ukraińców do Niemiec jeszcze bardziej przyspieszy proces przyznawania podwyżek.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service, ekspert rynku pracy
– Pracownicy z Ukrainy upatrują dużej szansy dla siebie w otwierającym się niemieckim rynku pracy. Już teraz część kadry ze Wschodu, ze względu na atrakcyjne zarobki, decyduje się pracować tam nielegalnie. Dla nas oznacza to oczywiście zaostrzoną konkurencję o Ukraińców, na co wskazują rosnące płace. Tylko w pierwszym półroczu 2019 roku musieliśmy zwiększyć stawki godzinowe dla pracowników z Ukrainy o 10%. Spodziewamy się, że w całym 2019 roku podwyżki sięgną nawet 20% rok do roku. Sam wzrost płac to jednak za mało. Potrzebujemy dodatkowych zachęt, które zatrzymają Ukraińców w Polsce – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.
Jeszcze w 2014 roku średnie zarobki pracowników z Ukrainy utrzymywały się w okolicach 7,3 zł netto za godzinę, czyli były zbliżone do oferowanej wtedy stawki minimalnej. W ciągu pięciu lat wynagrodzenia Ukraińców zwiększyły się o ponad 70%, do poziomu oscylującego w okolicach 12 zł netto na godzinę (różnice w zależności od branży).
Budowlanka płaci najwięcej, nawet 18 zł netto na godzinę
Duży wpływ na oferowaną stawkę godzinową ma branża, w której kadra ze Wschodu znajduje pracę. Prym wiodła wtedy i wiedzie nadal budowlanka. W 2019 roku Ukrainiec pracujący na budowie może spodziewać się nawet 18 zł netto na godzinę netto. W przetwórstwie zarobki są nieco niższe i oscylują na poziomie 12,5 zł netto na godzinę. Podobny poziom wynagrodzeń oferuje branża produkcyjna – 12 zł netto na godzinę. Natomiast w usługach, czyli m.in. gastronomii, hotelarstwie czy fryzjerstwie, pracownik ze Wschodu zarobi 11,75 zł netto na godzinę. Rolnictwo nadal pozostaje w ogonie ze średnią stawką godzinową na poziomie stawki minimalnej, czyli 11,5 zł netto na godzinę.
– Branża budowlana zdecydowanie się wyróżnia. Tak było od początku masowego zatrudniania pracowników z Ukrainy na polskim rynku pracy. W perspektywie pięcioletniej stawka godzinowa zwiększyła się nawet dwukrotnie, co pokazuje rosnące potrzeby kadrowe tego sektora. Branża budowlana mocno się rozwija, na co wskazują nastroje przedsiębiorców. Jak wynika z danych GUS, jeszcze w kwietniu tego roku wskaźnik koniunktury w budownictwie wyniósł wysokie +8,9, ale od tego momentu systematycznie spada. Można się domyślać, że firmy budowlane raczej nie martwią się o przyszłe zamówienia, a warunki realizacji obecnych inwestycji w obliczu wyzwań kadrowych – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service.
Ukraińcy zarabiają, ale też wydają więcej
Rosnące zarobki Ukraińców wpływają bezpośrednio na ich wydatki w Polsce. Z najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego za I kwartał 2019 roku wynika, że osoby z Ukrainy wydały w Polsce 1,59 mld zł, co w porównaniu do analogicznego okresu 5 lat temu oznacza wzrost o aż 45%.
Czy podwyżki wystarczą, żeby zatrzymać Ukraińców?
Decyzja niemieckiego rządu o obniżeniu barier dla wykwalifikowanych pracowników spoza Unii Europejskiej to potencjalne zagrożenie dla polskiego rynku pracy. Zmiany dotyczące imigrantów posługujących się językiem niemieckim mają wejść w życie już w 2020 roku. Personnel Service szacuje, że w efekcie z Polski może odpłynąć nawet 250 tys. Ukraińców i to nie tylko specjalistów, ale też słabiej wykwalifikowanych pracowników, którzy zasilą szarą strefę.
– Polska na razie nie może walczyć z niemieckimi stawkami, dlatego swoich przewag musimy szukać gdzie indziej. Pamiętajmy, że dotychczasowy charakter imigracji z Ukrainy w jakiejś części miał charakter osiedleńczy. Ci pracownicy z nami zostaną i o takich powinniśmy walczyć. Powinniśmy stworzyć dla Ukraińców warunki nie tylko do pracy, ale do życia. Dostęp do edukacji dla ich dzieci, pakiet ubezpieczeń społecznych, dostęp do służby zdrowia – podsumowuje Krzysztof Inglot.
Funt jest najsłabszy do dolara od października 2016 r., gdyż spośród możliwych scenariuszy dotyczących brexitu większość nie rokuje pozytywnie dla Wielkiej Brytanii i jej waluty. Po wakacyjnej przerwie Westminster wraca do obrad i posłowie przeciwni polityce Borisa Johnson chcą zablokować jego dążenia do bezumownego brexitu. Ale Johnson nie zamierza poddać się bez walki, nawet jeśli oznaczałoby to przyspieszone wybory jeszcze przed datą brexitu 31 października.
Dziś po południu brytyjscy parlamentarzyści wracają do obrad i już pierwszego dnia czeka ich wiele pracy. Anty-Johnsonowy front w postaci partii opozycyjnych oraz buntowników z Partii Konserwatywnej szykuje legislację, która ma zablokować dążenia rządu do opuszczenia UE 31 października z porozumieniem lub bez, co faktycznie oznacza bezumowny brexit. Ale Boris Johnson nie zamierza bezczynnie czekać na wyrok i najpierw wystąpił z groźbami wobec pro-europejskich członków Partii Konserwatywnej – jeśli poprą ustawę wymuszającą na rządzie przedłużenie negocjacji (do 31 stycznia) w przypadku braku porozumienia, mogą pożegnać się z miejscem na w następnych wyborach. Jednak rebelianci powołali się na wyższość dobra kraju niż lojalność partyjną i Boris musiał zmienić strategię. Jeśli ustawa zostanie przegłosowana, Johnson zgłosi wniosek o wotum zaufania dla rządu i po przegranej ogłosi nowe wybory 14 października. By do wyborów doszło, Johnson potrzebuje 2/3 głosów w Izbie Gmin za wnioskiem, co oznacza, że potrzebuje głosów opozycji. Biorąc pod uwagę nawoływania lidera Partii pracy Jeremy’ego Corbyna do odwołania rządu, Johnson powinien te głosy dostać. Wówczas czekamy na wynik nowych wyborów, po których zostanie bardzo mało czasu do szczytu UE (18-19 października), gdzie podjęte będą ostateczne decyzje odnośnie porozumienia lub odroczenia brexitu. Pierwsze w przypadku przegranej Johnsona w wyborach, drugie – gdy odzyska większość parlamentarną.
Co wydaje się wąskim drzewkiem scenariuszy, szybko się jednak rozrasta. Nieporozumienia wśród brytyjskich posłów nie będą czymś niezwykłym i albo ustawa blokująca rząd nie znajdzie wystarczającego poparcia, albo poparcie dla partii przeciwnych Johnsonowi będzie na tyle rozdrobnione, że nie uda się skonstruować trwałego rządu. Hipotetycznie opozycja może nie poprzeć wniosku o przyspieszone wybory, by uwiązać premiera w zobowiązanie odroczenia brexitu. Ale wtedy rząd może starać nie respektować nowej ustawy i szukać furtki, by dalej dążyć do bezumownego wyjścia z UE 31 października – takie rozwiązania nie wykluczył minister ds. brexitu Michael Gove. Wreszcie nie można wykluczyć, że w ostatniej chwili złagodnieje pozycja UE i przy wizji bezumownego brexitu dojdzie do podpisania pobocznych porozumień ułatwiających „rozwód” z Wielką Brytanią. Scenariusze można mnożyć, a historia uczy nas, że w brytyjskiej polityce wszystko jest możliwe, nawet odkopywanie zapisów nieaktywnych od XVII w. Pozytywne dla funta rozstrzygnięcia są w zdecydowanej mniejszości, co potęguje niepewności i skłonność inwestorów do zabezpieczania się przez ryzykiem najgorszego. Dyskutowałbym, że na samej niepewności (i przy małych, ale zawsze, nadziejach na szczęśliwe zakończenie) pole do dalszego osłabienia funta nie zostało duże (ok. 1-2 proc.). Jednocześnie jednak nie można niczego wykluczyć, jeśli chodzi o wpływ brytyjskiej polityki na GBP. Niczego.
Dobrze zdefiniowane i odpowiednio zarządzane procesy biznesowe w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu mogą stanowić istotną przewagę konkurencyjną firmy. Na co należy zwrócić uwagę podczas pracy nad strategią optymalizacji procesów, aby zminimalizować ryzyko wystąpienia błędów?
Brak priorytetyzacji procesów
Aby dobrze przygotować organizację do wdrożenia zmian należy przeprowadzić wielowymiarową analizę, obejmującą określenie stadium dojrzałości procesowej. Wiele firm prace nad zwiększaniem swojej efektywności zaczyna bez określenia wagi poszczególnych procesów i odniesienia ich do podstawowej działalności przedsiębiorstwa. Wskazanie w jaki sposób dany proces wspiera wizję, misję i strategię organizacji pomoże w kolejnym kroku określić hierarchię procesów i wytypować proces główny, który określa kluczowy cel działalności organizacji. Będzie to miało duże znaczenie przy alokowaniu zasobów do realizacji procesu. W ten sposób będą wykorzystane w najbardziej efektywny sposób.
Nie zdefiniowanie celu procesu
Drugim często popełnianym błędem jest brak określenia dokładnego celu procesu.
Jacek Włodarczyk, Consulting Senior Manager Crowe
W wielu firmach dany proces jest wykonywany „od zawsze” i nikt nie zastawia się nad tym, czemu tak naprawdę służy. Tymczasem może okazać się, że produkt końcowy procesu nie jest nikomu potrzebny. Tak dzieje się np. w przypadkach kiedy zostało zlikwidowane stanowisko, które było beneficjentem procesu, a pracownicy realizujący proces nie zostali o tym powiadomieni – mówi Jacek Włodarczyk, Consulting Senior Manager Crowe.
Jeśli proces nie ma celu lub go utracił wykonywanie go niepotrzebnie absorbuje zasoby i generuje koszt, kluczowa jest więc jak najszybsza reakcja na taką zmianę.
Niewłaściwa komunikacja
Bardzo powszechnym problemem w zarządzaniu procesowym – i nie tylko – jest brak komunikacji.
Kadra kierownicza bardzo często może mieć zupełnie inne wyobrażenie przebiegu procesu niż pracownicy, którzy go realizują. Pojawia się wówczas efekt „ukrytej fabryki” – proces jest realizowany, ale tak jak chcą lub mogą go wykonać pracownicy bezpośrednio w ten proces zaangażowani – mówi Jacek Włodarczyk.
Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być różne. W wariancie pozytywnym pracownicy sami wypracowują model, który działa dużo sprawniej niż zaproponowana odgórnie wersja. Może też zdarzyć się sytuacja, w której proces jest realizowany w inny sposób dlatego, że tak jest pracownikom wygodniej. Często w takich sytuacjach pojawia się stwierdzenie „że inaczej się nie da”, dlatego kluczowe jest wyjaśnienie zespołowi przyczyn, z powodu których proces powinien być realizowany w inny sposób.
Opór przed zmianą
Większość zmian budzi w pracownikach poczucie niepewności, czasem lęku.
Optymalizacja procesów jest postrzegana jako konieczność nauczenia się nowych rzeczy czy zmiany dotychczasowych przyzwyczajeń, co często skutkuje próbą zachowania „status quo” – dodaje Jacek Włodarczyk.
Bardzo ważne w tym przypadku jest informowanie o proponowanych zmianach i skutkach jakie mogą one przynieść. Kluczowe jest podkreślenie korzyści dla organizacji i tego, jak przełożą się na pozytywne rezultaty dla poszczególnych członków zespołu.
Brak graficznego odwzorowania procesów
W trakcie przygotowania strategii optymalizacji procesów istotne jest również podejście do ich modelowania i opisywania. Obecnie trudno jest mówić o procesach nie uwzględniając w ich opisie systemów informatycznych. Dlatego bardzo ważne jest aby sposób, w który będą modelowane i optymalizowane, mógł w przejrzysty sposób być pokazany w formie diagramu lub innej grafiki. Pozwoli to zobrazować wsparcie danego procesu czy pojedynczego zadania przez system lub systemy i pokazać, np. jakie dokumenty i w którym systemie mają zostać wytworzone.
Ostatnie tygodnie nie były dobre dla złotego. Widać to szczególnie w kursie wobec franka szwajcarskiego i dolara.
Frankowicze mają powody do zmartwień. Frank kosztuje już regularnie powyżej 4 zł. Kurs dolara zbliża się do tej bariery. I nie bardzo widać powody do zmian.
– Za słabością złotego stoi przede wszystkim kiepska europejska koniunktura gospodarcza – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – EBC już utrzymuje ujemne stopy procentowe, a oczekiwania są takie, że będzie je jeszcze obniżał i dlatego europejskie waluty naszego regionu są pod presją.
Z powodu obaw o światowe spowolnienie gospodarcze nie radzą sobie również inne waluty krajów wschodzących spoza Europy. Pesymizm narasta z powodu wojen handlowych.
Gdy osłabia się chiński juan, który jest najtańszy od lat, inwestorzy oceniają, że w relacji do juana nie mogą się wzmacniać inne waluty krajów wschodzących, bo każdy nich jest w jakimś stopniu handlowo powiązany z chińską gospodarką.
– Fundamenty złotego nie wyglądają źle, ale złoty traci z powodu zawirowań na światowych rynkach – komentuje ekspert XTB.
Spadek wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 4,0% rdr do 16,2 mld zł w sierpniu 2019 r.
Wzrost średniej dziennej wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na Głównym Rynku o 0,6% rdr do 771,8 mln zł w sierpniu 2019 r.
Wzrost łącznego wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 20,9% rdr do poziomu 643,9 tys. szt. w sierpniu 2019 r.
Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 18,4% do poziomu 21,2 TWh w sierpniu 2019 r.
Wzrost łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 6,6% rdr do 14,9 TWh w sierpniu 2019 r.
Wzrost wolumenu obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) na rynku spot o 283,1% rdr do 70,8 ktoe w sierpniu 2019 r.
Łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 16,4 mld zł w sierpniu 2019 r., czyli o 4,6% mniej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń spadła w sierpniu 2019 r. o 4,0% rdr do poziomu 16,2 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła w sierpniu 2019 r. 771,8 mln zł, o 0,6% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec sierpnia 2019 r. wyniosła 56 739,53 pkt i była o 5,7% niższa niż przed rokiem.
Na rynku NewConnect w sierpniu 2019 r. odnotowano spadek łącznej wartości obrotu akcjami o 23,9% rdr do poziomu 137,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect w sierpniu spadła o 23,2% rdr i wyniosła 129,2 mln zł.
W sierpniu 2019 r. łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi wyniósł 643,9 tys. szt., czyli o 20,9% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 35,6% rdr do poziomu 378,5 tys. szt., a wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 42,5% rdr do 135,7 tys. szt. Kontrakty na waluty odnotowały spadek o 26,5% rdr do poziomu 96,6 tys. szt.
W sierpniu 2019 r. zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 110,1% rdr do poziomu 135,4 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 170,7% rdr do 14,1 mln zł.
Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła 91,7 mld zł na koniec sierpnia 2019 r. wobec 80,5 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła w sierpniu 2019 r. o 117,0% rdr do poziomu 241,3 mln zł.
Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP sięgnęła w sierpniu 2019 r. 18,5 mld zł i była o 29,7% niższa niż rok wcześniej.
Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym w sierpniu 2019 r. wyniósł 21,2 TWh, co oznacza wzrost o 18,4% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 23,4% rdr do poziomu 2,5 TWh. Na rynku forward wolumen wzrósł o 17,7% rdr do poziomu 18,7 TWh.
Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym wzrósł w sierpniu o 6,6% rdr do 14,9 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 94,2% do poziomu 1,3 TWh. Na rynku terminowym odnotowano wzrost o 2,3% rdr do poziomu 13,6 TWh.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł w sierpniu 2019 r. 1,6 TWh, co oznacza spadek o 64,4% rdr. Sierpniowe dane w tej linii biznesowej są jednak nieporównywalne rdr z uwagi na zakończenie notowań certyfikatów kogeneracyjnych, które nastąpiło w czerwcu 2019 r.
Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) wzrósł o 283,1% rdr osiągając w sierpniu 2019 r. poziom 70,8 ktoe[3].
Kapitalizacja 410 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec sierpnia 2019 r. wyniosła 546,12 mld zł (124,56 mld EUR).
Łączna kapitalizacja 460 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła na koniec sierpnia 2019 r. 1 086,2 mld zł (247,7 mld EUR).
Na rynku Catalyst w sierpniu 2019 r. zadebiutowały obligacje Polskiego Holdingu Nieruchomości (wartość oferty wyniosła 160 mln zł).
W sierpniu 2019 r. na GPW odbyły się 21 sesje giełdowe, w porównaniu do 22 sesji rok wcześniej.
[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)
W czerwcu bieżącego roku rząd wprowadził ustawę zerowego PITu dla młodych. Oznacza to, że po złożeniu oświadczenia, pracownicy poniżej 26 roku życia zwolnieni są z płacenia podatku od swojego dochodu. Mimo negatywnych prognoz przeciwników ustawy, zwolnienie młodych z podatku PIT nie odbije się znacząco na wpływie do budżetu. Przewidywana luka we wpływach z PITu wynosi między 2 a 2,5 miliarda złotych – co przy ponad stu miliardowym wpływie do budżetu państwa i budżetów samorządowych nie jest znaczącą stratą. Zostanie ona dodatkowo zamortyzowana dzięki rosnącym płacom – a także przez to, jak wygląda w Polsce struktura wynagrodzeń. Młodzi pracownicy zarabiają dużo mniej, niż osoby starsze stażem. Taka korelacja wynagrodzeń, a co za tym idzie małe zarobki i brak bezpieczeństwa finansowego, prowadzi do masowych emigracji w tej grupie wiekowej. I to temu problemowi ma zaradzić ustawa o zerowym podatku dochodowym.
– Misja niefiskalna tego projektu jest dla państwa najważniejsza. Polega na zwiększeniu dochodów realnych ludzi młodych i powstrzymaniu ich migracji. Ucieczka ludzi w tym wieku jest najgroźniejsza pod względem demograficznym i finansowym. Ktoś, w kogo zainwestowaliśmy jako w obywatela i pracownika, nie zwraca swoja pracą i płaconymi dochodami wydatków państwa, które zostały na niego poczynione – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych. – Jeżeli uda nam się powstrzymać proces ucieczki młodego pokolenia, to warto będzie na to wyłożyć parę miliardów złotych. To stosunkowo mały koszt do osiągnięcia tego efektu. Miejmy nadzieję, że ten sygnał dla młodego pokolenia będzie dobrze odczytany i spełni swoje zadanie. Jednak żeby ocenić skuteczność ustawy musimy zobaczyć, co przyniosą następne lata – wskazuje Modzelewski.
Warto sprawdzić, które dzielnice Warszawy szczególnie upodobali sobie krajowi deweloperzy oraz ich klienci. Lista takich popularnych dzielnic zmieniła się w 2018 r.
Warszawa to miasto, które może się pochwalić zdecydowanie największą w Polsce ofertą rynku pierwotnego. Ta oferta nowych mieszkań jest ponad dwa razy większa niż w przypadku Krakowa i Wrocławia. Stolica zdecydowanie przoduje również pod względem liczby mieszkań oddawanych do użytku przez deweloperów. Na podstawie danych GUS postanowiliśmy sprawdzić, w których dzielnicach takie mieszkania powstają najczęściej. Wzięliśmy pod uwagę dane z 2017 roku oraz 2018 roku. Pokazują one, że w ujęciu rocznym doszło do ciekawych zmian.
W 2018 r. znacznie więcej mieszkań ukończono na Białołęce
Nawet wielu analityków nie wie o tym, że Główny Urząd Statystyczny podaje dokładne informacje o liczbie mieszkań ukończonych w poszczególnych dzielnicach Warszawy. Poniższa tabela prezentuje takie statystyki zaczerpnięte z Banku Danych Lokalnych GUS. Wskazują one, że w ujęciu rocznym (2018 rok/2017 rok) liczba ukończonych mieszkań deweloperskich z poszczególnych dzielnic zmieniła się następująco:
Bemowo – brak istotnych zmian
Białołęka – wzrost o 81%
Bielany – spadek o 9%
Mokotów – wzrost o 31%
Ochota – spadek o 25%
Praga – Południe – wzrost o 34%
Praga – Północ – wzrost o 171%
Rembertów – wzrost o 1144%
Śródmieście – spadek o 75%
Targówek – wzrost o 161%
Ursus – wzrost o 64%
Ursynów – spadek o 49%
Wawer – spadek o 11%
Wesoła – wzrost o 148%
Wilanów – spadek o 47%
Włochy – wzrost o 67%
Wola – wzrost o 17%
Żoliborz – spadek o 45%
W skali całego stołecznego rynku bardzo ważny był duży wzrost liczby mieszkań oddawanych do użytku na terenie Białołęki. „Ta wysunięta na północ dzielnica Warszawy w 2018 r. tylko nieznacznie wyprzedziła Wolę i zdystansowała Pragę – Południe oraz Mokotów (zobacz poniższa tabela). Warto wspomnieć, że rok wcześniej to właśnie Wola była dzielnicą ze zdecydowanie największą liczbą ukończonych mieszkań deweloperskich” – podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Wzrost liczby mieszkań oddawanych do użytku m.in. na terenie Białołęki, Woli oraz Mokotowa sprawił, że cały warszawski rynek pierwotny zakończył 2018 r. z wynikiem znacznie wyższym niż poprzednio. Mowa o osiemnastoprocentowym wzroście liczby oddawanych do użytku mieszkań deweloperskich. Leszek Markiewicz z portalu NieruchomosciSzybko.pl informuje, że od stycznia do grudnia 2018 r. inwestorzy działający w Warszawie ukończyli aż 22 552 takie mieszkania.
Dla deweloperów oraz klientów znaczenia nabiera Targówek
Poniższa tabela prezentuje również zmiany udziału poszczególnych dzielnic Warszawy w łącznej liczbie mieszkań deweloperskich oddawanych do użytku w 2017 roku oraz 2018 roku. Można stwierdzić, że w ujęciu rocznym mocno na znaczeniu zyskał między innymi Targówek. Analizowany udział tej dzielnicy wzrósł bowiem z 4% do 8%. Tym samym Targówek wyprzedził między innymi Bemowo, Wilanów, Bielany, Włochy, Ursus i Ursynów.
Wzrost znaczenia Targówka na deweloperskiej mapie Warszawy to ciekawe zjawisko. Można je powiązać między innymi z poszukiwaniem przez deweloperów nowych obszarów do budowy niedrogich mieszkań. „Sporym atutem Targówka w stosunku Białołęki lub Ursusa jest bardzo dobre połączenie z centrum miasta za pośrednictwem nowo wybudowanej linii metra. Mieszkańcy wspomnianej dzielnicy niebawem będą mogli korzystać ze stacji Targówek Mieszkaniowy oraz Trocka” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Analizowane informacje dotyczą projektów sprzed dwóch lat
W ramach podsumowania warto podkreślić, że informacje prezentowane poniżej odzwierciedlają decyzje inwestycyjne deweloperów sprzed około dwóch lat. Tyle bowiem trwa budowa przeciętnego mieszkania przez dewelopera. Trudno przypuszczać, że w przypadku Warszawy taki czas pomiędzy rozpoczęciem i zakończeniem prac budowlanych jest znacząco krótszy lub dłuższy. „Wiele osób mogłoby być zainteresowanych informacjami o liczbie mieszkań, które deweloperzy w 2018 r. lub pierwszej połowie 2019 r. rozpoczęli na terenie poszczególnych dzielnic naszej stolicy. Główny Urząd Statystyczny niestety nie podaje tak dokładnych informacji dotyczących nowych inwestycji mieszkaniowych w Warszawie” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.
Źródło: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl (prosimy o podlinkowanie w miarę możliwości)
Liczba mieszkań oddanych do użytku przez deweloperów
w poszczególnych dzielnicach Warszawy (2017 r. i 2018 r.)
Dzielnica
↓
Mieszkania oddane do użytku przez deweloperów
Udział w liczbie mieszkań oddanych do użytku przez deweloperów
2017 r.
2018 r.
2017 r.
2018 r.
Bemowo
1 442
1 448
8%
6%
Białołęka
2 167
3 926
11%
17%
Bielany
732
664
4%
3%
Mokotów
1 672
2 185
9%
10%
Ochota
573
432
3%
2%
Praga – Południe
2 317
3 095
12%
14%
Praga – Północ
111
301
1%
1%
Rembertów
9
112
0%
0%
Śródmieście
467
117
2%
1%
Targówek
687
1 796
4%
8%
Ursus
612
1 006
3%
4%
Ursynów
1 106
564
6%
3%
Wawer
520
465
3%
2%
Wesoła
44
109
0%
0%
Wilanów
1 681
886
9%
4%
Włochy
630
1 050
3%
5%
Wola
3 303
3 848
17%
17%
Żoliborz
998
548
5%
2%
Źródło: opracowanie własne na podstawie danych GUS
Indeks Conference Board obrazujący nastroje konsumenckie w USA obniżył się w sierpniu do 135,1 pkt. z 135,8 pkt. w lipcu, jednak spadek był mniejszy od oczekiwań analityków. Konsensus rynkowy dotyczący wartości indeksu w sierpniu wynosił 130,0 pkt. Dane te wskazują, że nastroje konsumentów pozostają bardzo dobre pomimo eskalacji wojen handlowych między USA a Chinami, słabej koniunktury w przemyśle i rosnącej niepewności dla globalnego wzrostu.
Drugi tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje wzrosty. Indeks szerokiego rynku WIG wzmocnił się w ciągu tygodnia o 1,23%. Notowania największych spółek tworzących indeks WIG20 wzrosły o 1,50%, natomiast Indeksy małych i średnich spółek odnotowały nieco słabszy wynik: sWIG80 zyskał na wartości 0,27%, z kolei mWIG40 wzmocnił się o 0,39%.
W nadchodzącym tygodniu uwagę inwestorów będą przykuwać dane napływające z USA. We wtorek (03.09.2019) poznamy indeks PMI dla przemysłu. W środę (04.09.2019) będą ujawnione dane dotyczące bilansu handlu zagranicznego Stanów Zjednoczonych. W czwartek (05.09.2019) nadejdzie kolej na dane o zasiłkach dla bezrobotnych, raport ADP, indeks aktywności biznesowej oraz dane o zamówieniach na dobra trwałe. Jednak najbardziej istotne dla inwestorów dane nadejdą w piątek (06.09.2019), wtedy poznamy dane dotyczące płacy godzinowej, zatrudnienia w sektorze pozarolniczym, długości tygodnia pracy oraz stopę bezrobocia.
Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.
Na obecnym rynku pracy, na którym to pracownik dyktuje warunki, pracodawcy i zatrudniane przez nich agencje HR stosują najróżniejsze strategie employer brandingowe, by spełnić oczekiwania kandydatów. Wydaje się, że na przestrzeni lat, najbardziej zmieniło się podejście do rekrutacji. Firmy prześcigają się w wynajdywaniu nowych technik rekrutacyjnych, dzięki którym mogą ściągnąć do siebie ekspertów i młode talenty, które coraz częściej okazują się niezbędne w utrzymaniu przewagi rynkowej. Niestety, „rekrutacja 2.0” kończy się na tym, że nowy pracownik pojawia się pierwszego dnia w biurze, jest oprowadzany po firmie, przełożony przekazuje mu podstawowe informacje o czekających obowiązkach i dalej „nowy” jest pozostawiony sam sobie… Pracodawcy często zapominają o tym, jak ważny jest proces wspierania i aklimatyzacji nowych członków zespołu w „obcym” środowisku pracy, i że pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. To, jak pracownik odbierze swoje pierwsze dni w nowej pracy, może wpływać na jego motywację i efektywność. W tym przypadku, z pomocą przychodzi onboarding. Aż 91 proc. pracowników przyjętych do firm, w których zostało wdrożone to rozwiązanie, postanowiło zostać w nich na dłużej[1]. Co to jest onboarding i jak go stosować?
Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia
Zrekrutowanie ambitnego, kompetentnego pracownika, który nie odejdzie z firmy po kilku miesiącach albo jeszcze szybciej – to marzenie każdego pracodawcy. Aby pracownik został w firmie na dłużej, musi czuć się w niej komfortowo już od pierwszego dnia. Dlatego ważne jest poznanie wszystkich narzędzi, które dotyczą onboardingu. To nic innego, jak odpowiednie przywitanie pracownika i przygotowanie go do objęcia danego stanowiska. Na ten proces składa się wiele elementów. – Szacuje się, że aby pracownik poczuł się pewnie w nowym środowisku i zintegrował z zespołem, zaczął naprawdę rozumieć markę, w której pracuje i jej misję, potrzeba od 3 do 6 miesięcy. Ten czas zazwyczaj pokrywa się
z okresem próbnym, na który przeważnie na początku przyjmowana jest nowa osoba, mający na celu sprawdzenie, czy poradzi sobie ze wszystkimi obowiązkami. Odpowiednio przeprowadzony okres próbny, podczas którego wykazać się musi nie tylko pracownik, ale i pracodawca w połączeniu z odpowiednimi technikami onboardingowymi sprawia, że można budować trwały i zgrany zespół – uważa Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum i dodaje, że profesjonalne podejście do onboardingu wcale nie jest trudne.
Onboarding: dlaczego ma to znaczenie?
Mówi się, że firma jest tak silna i dobra jak ludzie, którzy w niej pracują. Dlatego tym bardziej ważne jest, aby umiejętnie zmotywować zespół do pozostania w niej na dłużej. Potwierdzają to badania, które wykazały, że aż 9 na 10 pracowników przyjętych do firm z systemem onboardingowym pozostało w niej na dłużej. Co więcej, ponad połowa osób poszukujących pracy uważa, że najważniejszym aspektem decydującym o pozostaniu w firmie jest dobra komunikacja oraz jasno określone oczekiwania[2]. – Dzięki działaniom z obszaru onboardingu nowi pracownicy szybciej integrują się z zespołem, wdrażają się w nowe obowiązki. Działania, które podejmiemy w tym obszarze, dają możliwość dokładnego określenia naszych oczekiwań jako pracodawcy i wyjaśnienia pracownikowi jakichkolwiek wątpliwości, jeżeli nie zostały one rozwiane podczas rekrutacji. W ten sposób niwelujemy ryzyko wystąpienia nieporozumień, które mogą się pojawić w przyszłości – zaznacza Agnieszka Surowiec, Intrum.
Należy jednak pamiętać o tym, że rozwiązania z obszaru onboardingu, które chcemy zastosować w firmie, muszą być dopasowane do potrzeb pracujących w niej osób (i różnych stanowisk), i ukierunkowane na cele, które chce się osiągnąć. Nie wystarczy uruchomić jednorazowo zestawu działań pod nazwą „onboarding”, które będą powielane za każdym razem, kiedy zatrudniamy nową osobę. Wyznaczona ścieżka postępowania jest ważna, ale liczy się również indywidualne podejście. To jest ważne, ponieważ okazuje się, że aż 74 proc. pracowników uważa, że praktyki onboardingowe wciąż nie zostały odpowiednio wykorzystane w firmach, w których pracują[3]. Jak zatem stosować onboarding, by był skuteczny?
Cztery bardzo ważne „C”
Wśród porad ekspertów od employer brandingu i w opracowaniach tworzonych przez osoby zajmujące się profesjonalnie obszarem HR znajdziemy wiele definicji mówiących o tym, co to jest onboarding i jeszcze więcej pomysłów na to, jak go wdrożyć
w firmie, jakie konkretne kroki trzeba podjąć. Pracodawca niezaznajomiony z tym tematem może wręcz pogubić się w gąszczu informacji. Jeżeli w danej firmie nigdy wcześniej takie rozwiązania nie funkcjonowały, warto zacząć od podstaw i skupić się na „metodzie” nazwanej 4C. Nazwa podchodzi od najważniejszych obszarów, z którymi spotyka się nowy pracownik, i o które należy zadbać, aby „nowy na pokładzie” szybko stał się efektywnym pracownikiem, na którego będziemy mogli liczyć przez wiele lat[4].
Compliance
Chodzi o dopełnienie wszelkich niezbędnych formalności, które wiążą się bezpośrednio z zatrudnieniem nowego pracownika, np. wypełnienie dokumentacji i przygotowanie umowy, stworzenie adresu mailowego czy przekazanie sprzętu potrzebnego do pracy
i niezbędnych dostępów (np. platformy i programy informatyczne wykorzystywane w firmie). – Pracownik musi mieć swoje stanowisko pracy i zapewniony komputer (oczywiście w przypadku pracy biurowej). To wydaje się oczywiste, ale zdarzają się firmy, w których nowy pracownik przez pierwsze dwa tygodnie jest „przestawiany z kąta w kąt” i nie ma stałego miejsca, co jest złe. Nowo zatrudniona osoba już pierwszego dnia powinna otrzymać podpisaną umowę o pracę – to jest ważne dla komfortu psychicznego pracownika. Niestety, nie we wszystkich firmach jest to na porządku dziennym – zaznacza Agnieszka Surowiec.
Clarification
Nawet jeżeli jasno wynika to ze szczegółowo skonstruowanej umowy o pracę, bezpośredni przełożony powinien poświęcić czas na rozmowę z nowym pracownikiem i dokładnie wyjaśnić, jakie obowiązki czekają na niego na danym stanowisku, czego się od niego oczekuje, jakie ma cele do zrealizowania. – Właściwe przekazanie nowemu pracownikowi jego zadań i obowiązków jest równie ważne dla niego samego, jak i dla innych członków zespołu, do którego dołączy. Nowa osoba wkracza do zgranego, a przynajmniej znającego się zespołu. Ta sytuacja musi być w pełni komfortowa dla obu stron. Dobrym pomysłem jest także zaplanowanie kilku szkoleń wprowadzających pracownika w nowe zadania czy też serii spotkań z pracownikami starszymi stażem, a wykonującymi podobne zadania. Jest to okazja do tego, by nowy pracownik z pierwszej ręki dowiedział się, na czym będzie polegała jego praca albo jak w praktyce wygląda struktura organizacyjna firmy. Wprowadzenie mentoringu lub kogoś w postaci starszego opiekuna, który będzie „opiekował się” przydzielonym mu nowo zatrudnionym pracownikiem, w ogóle jest świetnym pomysłem na to, aby nowi członkowie zespołu szybko się zaaklimatyzowali – podpowiada Agnieszka Surowiec.
Culture
Każda firma ma swoje własne zasady. Niektóre są oficjalne i spisane, a inne funkcjonują na zasadzie umowy koleżeńskiej. Wszyscy pracownicy powinni je znać. Może chodzić o zasady dotyczące np. godzin pracy, dress codu, kontaktów z klientami, organizowania zebrań i spotkań służbowych, celebrowania ważnych wydarzeń związanych z pracownikami (np. urodzin), czy nawet te mówiące o tym, w których pomieszczeniach można spożywać posiłki. Im więcej informacji nowy pracownik otrzyma w ciągu kilku pierwszych dni, tym szybciej poczuje się w firmie „jak w domu” i przede wszystkim będzie rozumiał to, co się dzieje.
Connection
Jaki pracownik nie odejdzie z firmy w krótkim czasie po pozytywnym przejściu procesu rekrutacji? Taki, który będzie czuł się
w niej dobrze i będzie się utożsamiał z misją oraz wizją danej marki, będzie przekonany o tym, że praca, którą wykonuje ma sens
i jest potrzebna innym. Trzeba zadbać o relacje, o budowanie więzi między nowym pracownikiem (pracownikami), a resztą zespołu. Dlatego nie tylko bezpośredni przełożony, ale wszyscy pracownicy powinni być zaangażowani we wprowadzanie do firmy tych nowych. Nowo zatrudniane osoby nie powinny być wykluczane z udziału w różnych akcjach i wydarzeniach firmowych. Muszą dostawać taką samą dawkę informacji, jak pozostali, nawet jeżeli pozornie dotyczą one mało istotnych kwestii. – Uczymy się poprzez przykład, patrząc na zachowanie innych osób. Dlatego zespół odgrywa znaczącą rolę w działaniach onboardingowych – dodaje Agnieszka Surowiec.
Onboarding w praktyce
Podręczniki, instruktaże dla nowych pracowników, rozmowy z przełożonymi, pomoc kolegów – to wszystko jest ważne i niezbędne w onboardingu, ale czasami również warto postawić na mniej konwencjonalne metody i rozwiązania. Nowozatrudnionemu pracownikowi można wręczyć „pakiet powitalny” zawierający np. wizytówki kolegów, kubek z jego imieniem, smycz firmową, gotowy identyfikator, kalendarz czy notes. Są to pozornie mało znaczące drobnostki, ale doświadczenie HR-owców pokazuje, że się liczą i są doceniane przez zrekrutowanych pracowników. Każda nowa osoba może otrzymać zadanie do wykonania-quiz – odpowiedzieć na 15-20 „nietypowych” pytań dotyczących własnej osoby, a potem podzielić się wynikami ze swoim zespołem.
– Planując wdrożenie pracownika w nowe obowiązki, warto przekazać mu również najważniejsze wartości, na których opiera się działalność danej firmy. W Intrum służy nam do tego Add Value, czyli karciana gra zespołowa dedykowana pracownikom w całej Grupie. Pozwala graczom lepiej rozumieć zasady funkcjonujące w naszej firmie, dotyczące sposobu postępowania i kontaktu z kolegami z pracy, z klientami i naszymi partnerami biznesowymi oraz pomaga budowaćświadomość na temat znaczenia czterech wartości, czyli Empathy, Ethics, Dedication oraz Solutions, na których jest oparta nasza misja oraz wizja. Wyrażają one wszystko, w co wierzymy oraz wskazują nam drogę w każdym aspekcie naszych działań i w procesie podejmowania decyzji. Gra ma wartość edukacyjną, ale także zapewnia dobrą zabawę i co w tym kontekście najważniejsze – pozwala poznać kolegów z pracy i zżyć się z zespołem – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Intrum.
Bez względu na to, jakie narzędzia onboardingowe zdecydujemy się wdrożyć, każde takie działanie powinno być przemyślane i pozytywnie wpływać na budowanie silnego i zgranego zespołu. Onboarding to sprawdzona recepta na zmniejszenie rotacji pracowników, a co za tym idzie, wyeliminuje koszty, które ponosi pracodawca w związku
z prowadzeniem „nieustającej” rekrutacji…
[1] Glassdoor for Employers, 50 HR and Recruiting Stats for 2019.
Polpharma Biologics podpisała globalną umowę na komercjalizację leku biopodobnego do natalizumabu ze spółką Sandoz AG. Lek jest obecnie w III fazie badań klinicznych w terapii rzutowo-remisyjnej postaci stwardnienia rozsianego (RRMS). Zgodnie z umową, Polpharma Biologics będzie odpowiadać za rozwój i wytwarzanie leku będącego przedmiotem współpracy.
Polpharma Biologics jest europejską firmą biotechnologiczną, która zajmuje się opracowywaniem i produkcją leków biopodobnych, a także innowacyjnych leków biologicznych. Wraz z innymi spółkami wchodzącymi w skład Grupy Polpharma Biologics, firma oferuje w pełni zintegrowany łańcuch usług biotechnologicznych, począwszy od rozwoju linii komórkowych, a skończywszy na dostarczaniu produktów gotowych do sprzedaży.
Jerzy Starak, przewodniczący Rady Nadzorczej Polpharma Biologics
„Umowa dotycząca komercjalizacji stanowi kolejny krok w konsekwentnej realizacji zobowiązania spółki Polpharma Biologics do wytwarzania wysokiej jakości biofarmaceutyków dostępnych w przystępnej cenie dla pacjentów na całym świecie” — powiedział Jerzy Starak, przewodniczący Rady Nadzorczej Polpharma Biologics. „Cieszymy się z możliwości połączenia ekspertyzy z naszym partnerem, spółką Sandoz AG, dzięki czemu możliwe będzie rozszerzenie dostępu do tak ważnej opcji terapeutycznej
w leczeniu rzutowo-remisyjnej postaci stwardnienia rozsianego (RRMS). Natalizumab jest pierwszym z kilku leków w zaawansowanej fazie rozwoju w naszym portfolio, o których już wkrótce będziemy mówić.”
Blisko 85% pacjentów chorujących na stwardnienie rozsiane (SM) cierpi na postać rzutowo-remisyjną (RRMS)1. Chorzy na SM i ich rodziny na całym świecie zmagają się nie tylko z obciążeniem wynikającym z samej choroby, ale muszą też mierzyć się z poważnymi ograniczeniami w dostępie do leków na SM w przystępnej cenie. Raport Międzynarodowej Federacji Stwardnienia Rozsianego wskazuje, że kwestia ceny stanowi najczęstszy problem związany z dostępnością leczenia SM aż w 46% z 90 badanych krajów1. Umożliwienie dostępu do leków modyfikujących przebieg schorzenia cierpiącym na SM, stanowi poważne wyzwanie dla systemów ochrony zdrowia2.
Natalizumab, lek modyfikujący przebieg choroby, stanowi dla pacjentów niezwykle cenną opcję terapeutyczną w leczeniu RRMS. Sandoz AG, partner spółki Polpharma Biologics, wprowadzi lek do sprzedaży i dystrybucji po zarejestrowaniu go na wszystkich rynkach na podstawie globalnej wyłącznej licencji. Pozostałe warunki zawartej umowy są poufne.
Rząd przyjął projekt budżetu na przyszły rok, który po raz pierwszy od 30 lat nie zakłada deficytu. Oznacza to, że wydatki mają pozostać na poziomie identycznym jak przychody budżetu. Zdaniem Mateusza Walewskiego, głównego ekonomisty Banku Gospodarstwa Krajowego plan jest osiągalny, choć trudny. Jego powodzenie uzależnione jest przede wszystkim od realizacji części dochodowej, głównie wpływów z podatków.
– Kondycja budżetu uzależniona jest od sytuacji makroekonomicznej, która kształtuje przede wszystkim część dochodową budżetu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mateusz Walewski, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego. – Część wydatkowa budżetu to nieco mniejszy problem, ponieważ nad nią rząd ma kontrolę. Część dochodowa jest bardziej ryzykowna. Realizacja planu zależy od tego, jaki był zaplanowany nominalny wzrost gospodarczy, czyli nie tylko realny, ale też zestawienie gospodarczego wzrostu realnego i nominalnego, czyli inflacji. W sumie na rok 2020 rząd zakłada nominalny wzrost rzędu około 6 proc. Jest to średnia prognoza, czyli wydaje się realistyczna.
Zarówno wydatki, jak i przychody budżetu państwa mają w przyszłym roku wynieść 429,5 mld zł. Projekt przewiduje wzrost PKB w ujęciu realnym o 3,7 proc. oraz średnioroczną inflację na poziomie 2,5 proc. Wzrost przeciętnego rocznego funduszu wynagrodzeń w gospodarce narodowej oraz emerytur i rent ma wynieść nominalnie 6,3 proc., a nominalny wzrost spożycia prywatnego – 6,4 proc.
Dochody podatkowe mają wynieść 392,5 mld zł, o 21,1 mld zł więcej niż w roku obecnym. Dwie trzecie tego wzrostu zapewnić mają zwiększone wpływy z podatku VAT.
– Najważniejszymi dwiema pozycjami w dochodach, przede wszystkim podatkowych, budżetu państwa jest VAT i akcyza. Luka VAT-owska została silnie ograniczona, a rząd planuje dalsze jej ograniczenie. To jest realistyczne, ponieważ luka dalej istnieje – tłumaczy Mateusz Walewski. – Przy wzroście konsumpcji rzędu 6 proc. planowane dochody wynoszą 7,9 proc. Zresztą w tym roku dochody VAT-owskie też są nieco powyżej planu, za pół roku 2019 roku wzrosły o 6,8 proc. przy planie na cały rok, wynoszącym 5,8 proc.
Projekt budżetu zakłada, że uszczelnienie systemu w związku z wyłudzeniami VAT przyniesie prawie 8 mld zł, a składek na ubezpieczenia emerytalne i społeczne – ponad 2,5 mld zł. Z pozostałych składek rząd chce pozyskać o 1,7 mld zł więcej, a z opłaty recyklingowej – 1,5 mld zł więcej.
Wzrośnie też akcyza, m.in. na wyroby tytoniowe i alkohol, co ma w sumie przynieść wzrost przychodów z tego tytułu o 1,15 mld zł.
– Akcyza w tym roku nie wzrośnie. W roku 2020 zaplanowany jest wzrost rzędu 5 proc., zaplanowane są działania, które mają to podwyższyć, m.in. podniesienie akcyzy na wyroby tytoniowe, alkoholowe, także dalsze uszczelnienia – mówi główny ekonomista BGK. – Wysiłek, który będzie musiała włożyć administracja skarbowa, służby podległe Ministerstwu Finansów w to, żeby ten wynik osiągnąć, jest większy, ale też jest on realistyczny.
Od stycznia do lipca 2019 roku udało się zwiększyć dochody z podatku VAT o 6,8 proc., czyli ok. 6,7 mld zł w stosunku do roku 2018, natomiast przychody z akcyzy pozostawały na poziomie sprzed roku. Deficyt wyniósł w tym czasie 4,8 mld zł, czyli zaledwie 16,8 proc. zaplanowanej na cały rok kwoty. Jeśli zakładany przez rząd budżet na 2020 rok uda się wykonać, deficyt sektora finansów publicznych spadnie do 0,3 proc. wartości PKB.
– W 2018 roku deficyt całego sektora finansów publicznych w Polsce wynosił 0,4 proc. PKB, było lepiej, niż wynosi średnia unijna – ocenia Mateusz Walewski. – Nie był to najlepszy wynik w Unii Europejskiej, bo są kraje, które osiągają pozytywny wynik budżetu i mają przewagę dochodów nad wydatkami, natomiast i tak plasuje on nas w górnej połowie rankingu państw unijnych. Przy budżecie zrównoważonym, jeżeli to by się udało, pozycja Polski najprawdopodobniej by się poprawiła.
Obowiązkowy split payment, czyli tzw. model podzielonej płatności, wejdzie w życie od 1 listopada. Obejmie w sumie 150 grup towarów i usług dla transakcji przekraczających kwotę 15 tys. zł. Jak ocenia doradca podatkowy Gekko Taxens Marta Szafarowska, nowe przepisy poprawią sytuację m.in. branży budowlanej, w której obowiązkowy split payment może zlikwidować problem zatorów płatniczych. Przedsiębiorstwa mają jednak mało czasu na przygotowanie się i zmianę swoich modeli finansowania, tymczasem za niedostosowanie się do nowych obowiązków przewidziane są sankcje.
– Od 1 listopada br. dla określonych branż, określonych dostaw towarów i usług wejdzie w życie obowiązkowy split payment. Towary i usługi objęte tym obowiązkiem są wymienione w nowym załączniku numer 15 do ustawy o podatku VAT. Jest tam całe spektrum usług budowlanych, które wcześniej były objęte odwrotnym obciążeniem: złom, wyroby stalowe, wszystkie towary newralgiczne. Dodano również części samochodowe, części do motocykli i opony. To oznacza, że poszerzy się spektrum branż, w których będzie musiała zostać dochowana należyta staranność w zakresie płatności – mówi agencji Newseria Biznes doradca podatkowy Marta Szafarowska, partner w Gekko Taxens.
Split payment, czyli model podzielonej płatności, obowiązuje od 1 lipca 2018 roku. Występuje w płatnościach między firmami (B2B), gdzie nabywca jest czynnym płatnikiem VAT. Ten, opłacając przelewem fakturę, może zadecydować, czy przekazać należność w całości na rachunek rozliczeniowy sprzedawcy, czy podzielić ją na dwie części: kwotę netto przelać na rachunek rozliczeniowy, a kwotę VAT na specjalny rachunek VAT-owski, do którego sprzedawca ma ograniczony dostęp (nie może dowolnie dysponować zgromadzonymi na nim pieniędzmi). W zamierzeniu ten mechanizm ma uszczelnić system podatkowy – stanowić narzędzie do walki z oszustwami i wyłudzeniami podatku VAT.
Split payment od 1 listopada br. zostanie wprowadzony obligatoryjnie dla wybranych, nabywanych towarów i usług, jeżeli wartość transakcji będzie przekraczać 15 tys. zł. Obejmie w sumie 150 grup towarów i usług (głównie objętych do tej pory odwrotnym obciążeniem – przerzuceniem obowiązku rozliczania VAT ze sprzedawcy na nabywcę), w tym m.in. usługi i roboty budowlane, laptopy, procesory, tablety, komputery, telewizory i telefony, węgiel, paliwa opałowe, stal i wyroby ze stali, metale, złom, surowce wtórne oraz części samochodowe. Jak ocenia Marta Szafarowska, nowe przepisy mogą poprawić zwłaszcza sytuację branży budowlanej.
– Dotychczasowe rozwiązanie, polegające na tzw. odwrotnym obciążeniu wykonawcy usług budowlanych, powodowało dość istotne zatory płatnicze. Natomiast split payment spowoduje upłynnienie tych zatorów, na co wszyscy liczą – mówi Marta Szafarowska.
To jednak może być wyjątek. Zdaniem ekspertki Gekko Taxens przyspieszenie terminu wejście w życie nowych przepisów (z 2020 roku na listopad 2019 roku) to dla przedsiębiorców informacja niekorzystna o tyle, że zostawia im mniej czasu na przygotowanie się do zmian.
– Sposoby finansowania w wielu branżach muszą ulec zmianie. Jeżeli podatnik będzie otrzymywał od kontrahentów płatności w formule podzielonej, to VAT-u, który będzie mu się kumulował na osobnym rachunku, nie wykorzysta do spłaty kredytu. Oznacza to, że jest bardziej narażony na zatory płatnicze i problemy z przepływami pieniężnymi. Sposobów finansowania w różnych branżach nie zmienia się z dnia na dzień. Często wymaga to zmiany systemów działających w bankach. Stąd bardzo duże ryzyko, że obowiązkowy split payment spowoduje znacznie większe zatory płatnicze niż ten dotychczasowy, fakultatywny – ocenia Marta Szafarowska.
Zgodnie z nowymi przepisami wystawca faktury będzie miał obowiązek umieszczać na niej informację o zastosowaniu obligatoryjnego modelu podzielonej płatności.
– Jeżeli tego nie zrobi, pojawi się ryzyko sankcji w postaci dodatkowej należności, wynoszącej 30 proc. VAT-u wynikającego z faktury. To nie zawsze będzie mieć zastosowanie. Jeżeli dostawca prawidłowo rozliczy VAT albo nabywca zapłaci w modelu podzielonej płatności mimo braku takiego zastrzeżenia na fakturze, wówczas ta sankcja nie będzie mieć zastosowania – mówi Marta Szafarowska.
Od 2020 roku w życie wejdzie również przepis, zgodnie z którym – dokonując płatności z naruszeniem split payment – nabywca nie będzie uprawniony do zaliczenia wydatku do kosztu uzyskania przychodów.
– Podatnicy powinni zadbać o to, żeby w ogóle mieć możliwość podzielonej płatności. Niestety w wielu branżach opartych na stałych relacjach między kontrahentami dziś nie ma takiej możliwości. Często płatność wypływa z rachunku kredytowego podatnika, którym w praktyce zarządza bank, a nie sam podatnik. Ponieważ nie jest to rachunek rozliczeniowy, ale kredytowy albo kredytowo-rozliczeniowy, to nie będzie można dokonać z niego płatności w formule split payment – mówi Marta Szafarowska. – Kontrahenci powinni zwrócić uwagę na sposoby finansowania – tak, aby nabywca zapłacił w podzielonej płatności tam, gdzie jest to wymagane, a dostawca musi bezwarunkowo przyjąć płatność w takiej formule.
W 2020 roku wprowadzone ustawowo mechanizmy gwarancji cen energii elektrycznej stracą ważność i firmy muszą liczyć się z tym, że uwolniona cena wzrośnie. Im wcześniej zapewnią sobie dostawy na 2020 rok, tym lepiej, ponieważ im bliżej tej daty, tym oferty będą mniej korzystne. Zwłaszcza że przedsiębiorstwa obrotu będą próbowały powetować sobie straty na działalności operacyjnej, wynikające z ustawy prądowej. Firmy, które są dużymi odbiorcami energii elektrycznej, mogą próbować podjąć z nimi negocjacje. Mniejsze, które mają trudniejszą pozycję negocjacyjną, mogą próbować zablokować podwyżki cen energii na drodze sądowej.
– Komisja Europejska już zapowiedziała, że polityka klimatyczna będzie jednym z priorytetów najbliższej kadencji. Można więc oczekiwać, że nastąpią pewne zmiany, choćby na rynku handlu uprawnieniami do emisji CO2, które będą dla nas niekorzystne, jako że większość energii wytwarzamy w źródłach wysokoemisyjnych. Warto przygotować się na to, że w 2020 roku przedsiębiorstwa obrotu będą podwyższać ceny, żeby ten koszt, który dla nich również będzie większy w związku z cenami narzucanymi przez elektrownie, przerzucić na odbiorców końcowych – mówi agencji Newseria Biznes radca prawny Jan Sakławski, wspólnik w Kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.
Jak ocenia, Polska jest w bardziej niekorzystnej sytuacji niż Francja, gdzie większość energii elektrycznej jest produkowana w elektrowniach atomowych, czy Niemcy, które w miksie energetycznym mają duży udział OZE. Polska, której 80 proc. produkcji energii wciąż opiera się na wysokoemisyjnych źródłach węglowych, musi liczyć się z kosztami wynikającymi m.in. z polityki klimatycznej UE.
Jeszcze w grudniu 2017 roku ceny uprawnień do emisji CO2 kształtowały się na poziomie ok. 8 euro, podczas gdy w sierpniu ubiegłego roku przekroczyły poziom 21 euro (co oznacza prawie trzykrotny wzrost w ciągu ośmiu miesięcy). Z kolei w lipcu tego roku ceny uprawnień skoczyły już do rekordowego poziomu 30 euro, a prognozy zakładają dalszy wzrost. Wysoka cena uprawnień uderza przede wszystkim w energetykę węglową, od której uzależniona jest Polska.
– Są także inne czynniki, jak rosnąca cena węgla, która również wpływa na cenę produkcji. Ten rosnący koszt zawsze będzie przerzucany przez elektrownie na podmioty, które kupują od nich energię – przedsiębiorstwa obrotu czy też przedsiębiorstwa obrotu hurtowego, które kupują w dużych wolumenach energię elektryczną – mówi Jan Sakławski.
MPiT, które jest autorem projektu ustawy o systemie rekompensat dla branż energochłonnych w związku z rosnącymi cenami energii, podaje, że w tej chwili ceny energii na rynku hurtowym w Polsce są wysokie na tle reszty Europy i najwyższe w porównaniu z uprzemysłowionymi krajami sąsiednimi. Na przestrzeni trzech lat (2015-2018) były wyższe średnio o 20 proc. w stosunku do Niemiec, o 23 proc. wobec Czech, 18 proc. wobec Słowacji oraz 5 proc. w stosunku do Rumunii – wynika z analizy rocznych kontraktów na zakup energii elektrycznej przeprowadzonej przez resort.
– W 2019 roku wprowadzone przez ustawodawcę mechanizmy utrzymania energii w zasadzie wyłączają problem podwyżek, ale z drugiej strony, sprawiają, że problem wróci ze zdwojoną siłą w 2020 roku – mówi Jan Sakławski.
Dzięki tzw. ustawie prądowej mikro i małe przedsiębiorstwa nie zapłacą w drugiej połowie tego roku rachunków za energię elektryczną wyższych o 30 do nawet 50 proc. (o ile do 13 sierpnia złożyły odpowiednie oświadczenie u swojego dostawcy energii). Ustawa zamroziła ceny energii na poziomie z czerwca ubiegłego roku, ale – jak podkreśla ekspert – jest to rozwiązanie krótkoterminowe. W 2020 roku wprowadzone przez ustawodawcę mechanizmy gwarancji cen stracą ważność i przedsiębiorstwa muszą liczyć się z tym, że uwolniona cena wzrośnie. Przedsiębiorstwa obrotu będą próbowały powetować sobie straty na działalności operacyjnej, wynikające z ustawy prądowej.
– Im wcześniej przedsiębiorstwa, które zawierają umowy na określony czas, zapewnią sobie dostawy na 2020 rok, tym lepiej, ponieważ im bliżej tej daty, tym oferty będą dla przedsiębiorców mniej korzystne – mówi Jan Sakławski. – Część przedsiębiorstw ma duży problem z tym, żeby sobie poradzić z sytuacją rynkową związaną z ustawowym obniżeniem cen energii. Wchodzą w postępowania restrukturyzacyjne, sprzedają portfele klientów, wycofują się z rynku. Dlatego oferta rynkowa będzie znacząco mniejsza niż dotychczas.
Jak podkreśla, cena energii zwłaszcza dla przedsiębiorstw produkcyjnych jest kluczowym elementem działalności i głównym kosztem. Jej wzrost o kilkadziesiąt procent sprawia, że ten koszt firma musi przerzucić na konsumentów albo – jeżeli nie ma rezerwy finansowej – po prostu ograniczyć produkcję, co odbywa się ze szkodą dla całej gospodarki.
Przedsiębiorstwa, które są dużymi odbiorcami energii elektrycznej i pobierają co najmniej kilkaset megawatogodzin energii miesięcznie, mogą podjąć się negocjacji z przedsiębiorstwami obrotu. Mniejsze są w gorszej sytuacji, bo mają trudniejszą pozycję negocjacyjną.
– Dla tych przedsiębiorców obrona przed podwyżką może nastąpić na drodze sądowej. Można spróbować zakwestionować podwyższenie ceny energii elektrycznej przez przedsiębiorstwo obrotu, ale to zależy od jednostkowej sytuacji każdego z przedsiębiorców i od treści umowy. Bardzo często przedsiębiorstwa obrotu wprowadzają podwyżki w sprzeczności z postanowieniami umowy, nie dochowując jej warunków. Czasem następuje to z naruszeniem przepisów powszechnie obowiązującego prawa. Dlatego w takiej sytuacji warto zgłosić się do prawnika, żeby przeanalizował umowę, charakter relacji z przedsiębiorstwem obrotu i na tej podstawie być może stworzył strategię, w ramach której uda się zakwestionować podwyżkę – mówi Jan Sakławski.
Na rynku funkcjonują obecnie dwie formuły umów sprzedaży energii, które w pewnym stopniu mogą wykluczyć ryzyko podwyżek. Pierwsza to umowa, która nie wprowadza stałej ceny na cały okres jej trwania, ale cenę zmienną, uzależnioną od wartości indeksu BASE na Towarowej Giełdzie Energii.
– Jeżeli cena na TGE idzie w górę, to w odpowiednim zakresie rośnie również cena dla odbiorcy końcowego. Jeżeli ta cena pójdzie w dół, to również cena odbiorcy końcowego spada. Plusem tego mechanizmu jest to, że wyklucza „widzimisię” przedsiębiorstw obrotu – mówi Jan Sakławski.
Drugi mechanizm, dostępny jednak głównie dla dużych podmiotów, to umowa PPA (Power Purchase Agreement), zawierana bezpośrednio z wytwórcą energii. Ten instrument funkcjonuje głównie na rynku OZE – odbiorca końcowy zawiera kontrakt bezpośrednio z operatorem farmy wiatrowej czy fotowoltaicznej i z pominięciem systemu dystrybucyjnego (stąd konieczne jest bezpośrednie połączenie między producentem i odbiorcą). Umowę PPA zawarł w połowie ubiegłego roku Mercedes-Benz, którego fabryka silników w Jaworze ma być w całości zasilana zieloną energią z oddalonej o kilka kilometrów farmy wiatrowej Taczalin.
– OZE są uzależnione od warunków meteorologicznych. Odbiorca końcowy, który zawiera umowę bezpośrednio z wytwórcą energii, bez pośrednictwa giełdy czy przedsiębiorstwa obrotu, gwarantuje sobie pewien poziom dostaw, ale z drugiej strony musi mieć świadomość, że jeśli nie będzie wiało albo słońce nie będzie świecić, to tej energii nie będzie. Natomiast zakres umowy i produkcja są w tym przypadku całkowicie uniezależnione od wahań kursowych, związanych np. z rosnącymi cenami energii wytwarzanej w źródłach konwencjonalnych. Jest to natomiast rozwiązanie dosyć drogie organizacyjnie i wymaga dużego know-how, żeby z niego świadomie korzystać, dlatego jest preferowane raczej przez duże podmioty i dużych odbiorców – mówi wspólnik w Kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.
Rosnący udział zakupów mobilnych, płatności zbliżeniowych i elektronicznych oraz wzrost popularności e-zakupów spożywczych to zdaniem dyrektor zarządzającej Mobile Institute Katarzyny Czuchaj-Łagód główne trendy, które w nadchodzących latach będą kształtować handel. Jednak – jak wskazuje Deloitte – w tej chwili 90 proc. sprzedaży detalicznej wciąż ma miejsce w sklepach stacjonarnych. Te nie znikną z rynku, ale będą musiały zmienić swoją funkcję, postawić na wielokanałowość albo przekształcić się w showroomy, gdzie klient może obejrzeć i przymierzyć towar, a następnie zamówić go online. Z kolei galerie handlowe muszą postawić na rozrywkę, żeby utrzymać swoją pozycję na rynku.
– W ciągu kolejnych 10 lat sklepy stacjonarne się utrzymają, aczkolwiek będą miały trochę inny kształt. Pewnie więcej będzie sklepów lokalnych, z kolei sklepy wielkopowierzchniowe będą mniejsze, pojawi się więcej showroomów. Także żywność będziemy coraz częściej kupować online, co ma też aspekt ekologiczny. Bardziej optymalnie dla nas i środowiska jest, żebyśmy zamówili te zakupy online i odebrali je na przykład w coolomacie. Z drugiej strony sklepy lokalne raczej się utrzymają i tam będziemy robić codzienne zakupy, bo generalnie Polacy nie są zbyt dobrzy w ich planowaniu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Czuchaj-Łagód, dyrektor zarządzająca Mobile Institute.
Raport „E-grocery w Polsce – zakupy spożywcze online” przygotowany na zlecenie Frisco.pl pokazuje, że 16 proc. Polaków kupuje produkty spożywcze w internecie. Najczęściej są to napoje i pieczywo, ale 25 proc. e-klientów kupuje także owoce i warzywa, do niedawna uznawane za towar, który trudno sprzedawać w sieci ze względu na potrzebę sprawdzenia fizycznie przez konsumenta.
Potencjał rozwoju handlu żywnością online jest bardzo duży. Szacuje się, że penetracja tej kategorii w Polsce to obecnie ok. 0,7 proc. całego rynku FMCG, a według danych Euromonitor International średnie tempo wzrostu e-grocery wynosi 15–20 proc. rok do roku. Dynamiczny rozwój tego segmentu powoduje, że już większość dużych sieci i supermarketów stacjonarnych oferuje opcję sprzedaży online z dostawą. Ten rozwój może przyspieszyć także deklaracja, że InPost jest już technicznie przygotowany do uruchomienia w całej Polsce sieci Lodówkomatów służących do odbioru zakupów spożywczych.
– Polacy coraz rzadziej mają swoje ulubione miejsca zakupowe. Nie jesteśmy przywiązani do offline’u. Kupujemy tam, gdzie jest nam wygodnie. Jeżeli akurat jesteśmy w trasie, kupujemy mobilnie. Jeżeli chcemy coś przymierzyć, to idziemy do sklepu stacjonarnego, ale tutaj też coraz częściej kupujemy online – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód.
Jak wynika z tegorocznego raportu Izby Gospodarki Elektronicznej „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, jedynie dla 22 proc. polskich konsumentów sklep stacjonarny to ulubione miejsce zakupowe. 40 proc. nie ma go w ogóle. Ponad połowa (54 proc.) kupuje te same marki bądź produkty w więcej niż jednym kanale zakupowym, a 77 proc. deklaruje, że ważne jest dla nich, aby marka była dostępna zakupowo w wielu kanałach. Dlatego jednym z największych wyzwań dla sprzedawców jest obecnie budowa wielokanałowej strategii kontaktu z klientem – tak aby zapewnić mu spójne i pozytywne doświadczenia zarówno online, jak i offline.
– Za 10 lat w sklepach utrzymają się sprzedawcy, bo lubimy, jak ktoś nam doradzi. Szczególnie w takich branżach, gdzie potrzebna jest specjalizacja, np. w elektronice, będziemy wciąż korzystać z porady ekspedienta. Z drugiej strony oczekujemy też rozwiązań automatycznych. Mowa o takich rozwiązaniach, kiedy po prostu możemy wziąć coś z półki, wrzucić do koszyka i wyjść z zakupami bez wizyty w kasie, płacąc np. za pomocą technologii RFID, która sczytuje ceny – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód.
Jak podkreśla, marki i firmy coraz częściej przekształcają sklepy wielkopowierzchniowe w showroomy, w których klient może wygodnie obejrzeć i przymierzyć towar, zasięgnąć rady wykwalifikowanego sprzedawcy, a następnie zamówić go online z dostawą pod wskazany adres. Tzw. showrooming to jeden z najbardziej aktualnych trendów w branży, który będzie przybierać na sile.
– W galeriach i centrach handlowych widoczny jest ruch w kierunku rozrywki. Staną się one centrami rozrywki i będą przyciągać szczególnie młode osoby. To już widać w badaniach. Kiedy pytamy osoby z pokolenia Z, czyli 20-latków, to dla nich centra to nie tylko zakupy, lecz także rozrywka, kino, restauracje. Takie punkty mają szansę się utrzymać – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód.
Potwierdza to również ubiegłoroczny raport CBRE „Zakupy przyszłości. Retail 2030”, który pokazuje, że coraz bardziej zaciera się granica między zakupami a pozostałymi sposobami spędzania czasu w centrach handlowych. Stąd muszą one postawić na wielofunkcyjność i ofertę rozrywkową – nie tylko kina i restauracje, lecz także takie zagospodarowanie obiektów, które pozwoli np. na organizowanie wydarzeń kulturalnych, muzycznych i sportowych. Coraz częściej w galeriach powstają także centra medyczne, kluby fitness czy strefy relaksu – wskazuje CBRE.
– Klientów w Polsce nadal przyciągać będą promocje. Konsumenci kochają promocje i jeśli mają się przekonać do jakiegoś kanału zakupowego, sklepu czy marki, promocje są tu kluczem. Z naszego badania „Love 4 Brands” wynika, że zwłaszcza młodzi konsumenci są mniej lojalni wobec marek i częściej są skłonni do zmiany pod wpływem promocji – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód
Potwierdza to tez raport Mobile Institute dla e-Izby „Omni-commerce. Kupuję wygodnie”, z którego wynika że średnio 27 proc. decyzji zakupowych zapada, gdy konsument otrzyma informację o promocji, a 24 proc. internautów do wyboru konkretnego miejsca zakupu skłania niska cena.
Wynika z niego też, że spada rola gotówki jako środka płatniczego, zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i internetowych, za to rośnie popularność BLIK-a. Utrzymuje się też popularność szybkich przelewów wśród e- i m-konsumentów, a pomimo niespełna roku działania w Polsce znaczący udział ma już także Apple Pay. Dyrektor zarządzająca Mobile Institute ocenia, że płatności zbliżeniowe i elektroniczne w niedługiej perspektywie zdominują rynek.
– Konsumenci wymagają, żeby te płatności dokonywały się niejako w tle, nie chcemy się nimi w ogóle przejmować. Na pewno zyskiwać będzie smartzegarek – mówi Katarzyna Czuchaj-Łagód. – Niewiarygodne jak szybko Apple Pay się rozprzestrzenił w Polsce w nieco ponad rok od inauguracji tego systemu. Młode osoby bardzo chętnie z tego korzystają. Wydaje mi się, że dla tzw. pokolenia silversów, czyli 55+, to również jest dobre rozwiązanie, bo nie trzeba pamiętać PIN-u i nie trzeba mieć przy sobie nic oprócz tego zegarka.
Już ponad połowa Polaków mieszka w domach jednorodzinnych. Te w zabudowie bliźniaczej lub szeregowej wybiera ok. 5 proc. z nas, z kolei bloki są domem dla mniej więcej co trzeciej osoby. To zupełnie inny trend niż w krajach strefy euro, gdzie konsekwentnie coraz więcej osób wybiera mieszkania właśnie w blokach, a jeśli domy – to przede wszystkim w zabudowie – wynika z opracowania HRE Investments. Deweloperzy dostosowują się do potrzeb Polaków. Coraz więcej budynków powstaje w gminach otaczających największe miasta.
– Większość Polaków mieszka w domach jednorodzinnych. Ponad połowa z nas mieszka w domach jednorodzinnych wolnostojących, około 5–6 proc. z kolei w budynkach w zabudowie szeregowej lub bliźniaczej, co w takich krajach jak np. Wielka Brytania czy Belgia jest wiodącym typem nieruchomości – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments.
Z danych Eurostatu, które przeanalizował HRE Investments, wynika, że o ile jeszcze w 2006 roku większość Polaków mieszkała w blokach, o tyle teraz mieszka w nich 42 proc. osób. W większych blokach, z przynajmniej 10 lokalami, mieszka mniej więcej co trzeci osoba. To odwrotny trend niż w krajach strefy euro. Tam blisko 48 proc. mieszka właśnie w blokach, a ich odsetek stopniowo rośnie. Więcej blokowisk jest nie tylko w krajach dawnego bloku wschodniego, można je znaleźć również w Skandynawii.
– W Polsce przez wiele lat to domy jednorodzinne budowane na własne potrzeby stanowiły trzon budownictwa mieszkaniowego, czyli w ogóle większość nieruchomości powstawała dzięki temu, że Polacy budowali dla siebie domy jednorodzinne. Dlatego też ten odsetek mieszkających w domach jednorodzinnych z roku na rok rósł – tłumaczy Bartosz Turek.
Prognozy GUS wskazują, że w ciągu najbliższych lat Polacy będą uciekać z wielkich miast do mniejszych miasteczek i wsi, przede wszystkich tych otaczających aglomeracje. Osoby znużone miejskim zgiełkiem w mniejszych ośrodkach szukają głównie domów, nieco rzadziej mieszkań. Ten trend dostrzegli też deweloperzy.
– Polacy chętnie wyprowadzają się z największych metropolii, szukając większego metrażu albo wyższego standardu życia. Często jest tak, że za cenę 2–3-pokojowego mieszkania w dużym mieście można kupić dom z ogródkiem po miastem. Oczywiście ceny, które trzeba zapłacić na początku, to nie cały rachunek, który powinniśmy wziąć pod uwagę, decydując się na wyprowadzkę. Uwzględniając koszty dojazdu i czas spędzony w środkach transportu bardzo często już po kilku latach rachunek wyprowadzki zmienia się na negatywny – zaznacza ekspert HRE Investments.
Jak zauważa Turek, problemem w Polsce jest przede wszystkim brak mieszkań. Z obliczeń analityków HRE Think Tank, zawartych w raporcie „Ile mieszkań brakuje w Polsce?”, wynika, że w Polsce oddaje się do użytku 120–180 tys. mieszkań rocznie. Są one jednak zlokalizowane przede wszystkim w kilku województwach, w których znajdują największe polskie aglomeracje. Polacy rzadko mieszkają w gospodarstwach wielopokoleniowych. To sprawia, że już teraz deficyt mieszkań szacuje się na 2,1 mln. Do 2030 roku będzie ich brakować o ok. 600 tys. więcej.
– Polskie mieszkania są też dość skromne. Statystyki na temat tego, ile metrów kwadratowych przypada na jednego mieszkańca mówią, że w Polsce ten odsetek jest nawet o połowę niższy niż w Europie. Mamy nieco ponad 1 pokój na osobę, a średnia europejska to 1,6. W Polsce na tysiąc mieszkańców przypada 380 mieszkań, w Europie – około 480. Ale buduje się coraz więcej, więc jest nadzieja, że sytuacja mieszkaniowa Polaków z roku na rok będzie się poprawiała – ocenia Bartosz Turek.
W Polsce co roku przeprowadza się ok. 20 tys. operacji kardiologicznych. W kilkunastu procentach operacji dochodzi do zaburzeń ukrwienia mięśnia sercowego. Opracowany przez Polaków Heart Sense pozwala rejestrować sygnał EKG bezpośrednio z powierzchni bijącego serca. Kluczowym elementem tego urządzenia będzie elektroda w formie niewielkiego „płatka”, która będzie się łączyć z powierzchnią serca. Urządzenie ma pracować bezpośrednio na mięśniu sercowym, dzięki czemu operacja wszczepienia bajpasów nie będzie oznaczała konieczności podawania płynów pozaustrojowych.
– Urządzenie Heart Sense jest właściwie sensorem, który będziemy wykorzystywać w czasie operacji na bijącym sercu. To urządzenie będzie nam podpowiadało, kiedy dzieje się coś złego wewnątrz mięśnia sercowego, będzie sczytywało sygnał EKG z powierzchni bijącego serca i będzie informowało zespół operacyjny o nadchodzącym zagrożeniu ze strony np. niedokrwienia mięśnia sercowego – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje kardiochirurg Grzegorz Suwalski, współtwórca urządzenia Heart Sense.
Kardiochirurgia jest tą częścią medycyny, gdzie nowa technologia wchodzi coraz śmielej. Roboty kardiologiczne pomagają w operacjach, niedawno opracowane mikrocząsteczki pozwalają na mierzenie stopnia natlenienia w komórkach, także podczas zabiegów, co pozwala na bieżąco monitorować stan pacjenta i szybko reagować przy jakichkolwiek nieprawidłowościach. Polacy skupili się natomiast na rozwiązaniu, które podczas wszczepiania bajpasów, czyli najczęstszej formie zabiegów kardiochirurgicznych (883 tys. na świecie w 2016 roku), rejestruje sygnał EKG bezpośrednio z powierzchni serca.
Urządzenie, nad którym pracują polscy naukowcy, jest odpowiedzią na częsty problem podczas operacji serca – utratę sygnału EKG.
– Wzmacniamy zespoły operacyjne, żeby miały jeszcze jedno urządzenie więcej dla bezpieczeństwa pacjenta. Z badań naukowych wynika, że nawet w kilkunastu procentach operacji dochodzi do zaburzeń ukrwienia mięśnia sercowego. Chcemy zaadresować ten problem, czyli dajemy kardiochirurgom, kardioanestezjologom urządzenie, które będzie ich informowało, że może nastąpić sytuacja krytyczna. To da im czas, żeby zareagować – przekonuje Grzegorz Suwalski.
Ostatnie miesiące przyniosły ogromne odkrycia w zakresie kardiologii. TARA Biosystems i GlaxoSmithKline zdołały wyhodować dorosłą tkankę serca i wykorzystały ją do badań leków. Dzięki odkryciu większość chorób serca niewymagających zabiegów chirurgicznych będzie można łatwiej wyleczyć. Naukowcy z Rice University opracowali z kolei biokompatybilne włókna nanorurki węglowej, które można wykorzystać jako mosty elektryczne na uszkodzonej, np. przez zawał, tkance serca. To może zrewolucjonizować terapię zaburzeń elektrycznych serca. W Rice University opracowano też specjalne mikrocząstki, które świecą w zależności od natlenienia tkanek – można je stosować podczas zabiegów chirurgicznych.
Naukowcy z Carnegie Mellon University opracowali z kolei metodę drukowania 3D kolagenu. Udało się wydrukować kawałki serca z komórek i kolagenu, np. zastawkę serca. To przełomowe odkrycie, gdyż wcześniej mimo wielu prób kolagenu nie udawało się wydrukować. Tymczasem jest on niezwykle pożądanym biomateriałem do drukowania 3D, ponieważ tworzy dosłownie każdą tkankę.
Część nowych rozwiązań pomoże zapobiec operacjom, część chorób uda się wyleczyć bez konieczności zabiegów. Na razie jednak to właśnie zabiegi, w tym wszczepianie bajpasów, są jedyną szansą dla części chorych.
– W Polsce wykonywanych jest kilkanaście tysięcy operacji pomostowania tętnic wieńcowych, czyli tej grupy, do której dedykowany będzie Heart Sense. Skuteczność tych operacji jest wysoka, ryzyko operacji pomostowania tętnic wieńcowych nie przekracza 1 proc. Natomiast istnieją powikłania i cały profil działania naszego przedsięwzięcia to m.in. redukcja ciężkich powikłań pooperacyjnych – tłumaczy Grzegorz Suwalski.
Urządzenie powinno trafić na rynek za ok. 2,5 roku.
Sałatka zapakowana z wykorzystaniem innowacyjnych materiałów i technologii może zachować świeżość nawet przez 15 dni. Inteligentne materiały mogą również zrewolucjonizować inne branże. Rozwój branży materiałowej opiera się nie tylko na pakowaniu, lecz także na innowacjach tworzonych na potrzeby medycyny i motoryzacji. Problemem wciąż pozostaje jednak niewystarczający poziom recyklingu oraz nadmierna produkcja odpadów z tworzyw sztucznych.
– Opakowania już nie tylko chronią żywność przed warunkami zewnętrznymi. Opakowania inteligentne powodują, że ta żywność zachowuje świeżość. Surowe mięso bez opakowania ma kilkudniowy termin przydatności. Opakowanie przedłuża go skutecznie kilkukrotnie – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Szyman, dyrektor generalny w Polskim Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych.
Firma Bonduelle opatentowała niedawno innowacyjną technologię pakowania Fresh Air Seal. Dzięki niej sałatki zachowują świeżość nawet do 15 dni bez użycia konserwantów. Produkty pakowane tą technologią są dostępne na rynku kanadyjskim. Tak znaczne wydłużenie terminu przydatności do spożycia pozwala zapobiegać marnowaniu żywności, które jest obecnie na świecie ogromnym problemem.
Z danych Food and Agriculture Organization wynika, że około jedna trzecia produkowanej na świecie żywności jest marnowana. Daje to w skali świata około 1,3 mld ton rocznie. Straty żywności generowane przez kraje rozwinięte odpowiadają natomiast całkowitej produkcji w Afryce Subsaharyjskiej.
Wprowadzanie innowacyjnych materiałów jest jednak najbardziej oczekiwane w dziedzinie medycyny. Ogromne nadzieje pokładane są chociażby w technologii druku 3D.
– Pozwala on odwzorować dokładny kształt, np. kości czy innego elementu organu ludzkiego. Daje to ogromne możliwości, przede wszystkim dla protetyki. Te innowacje już są w tej chwili wykorzystywane na świecie i niewątpliwie medycyna jest głównym beneficjentem tych technologii – zauważa Robert Szyman.
Inżynierowie z Uniwersytetu Harvarda zastosowali autorską technologię edycji genów, dzięki której będzie można kontrolować działanie inteligentnych materiałów. Enzym CRISPR może po aktywacji stymulować zachowania materiału takie jak np. uwalnianie substancji czynnej lub zmiana struktury. Technologia może zostać wykorzystana m.in. do uwalniania żywych komórek do rusztowań tkankowych.
Trzecim filarem rozwoju innowacyjnych materiałów jest branża motoryzacyjna.
– Motoryzacja to kolejne ogromne pole doświadczalne innowacyjnych tworzyw sztucznych. Główną rolę grają tutaj materiały kompozytowe. Polska jest zagłębiem części motoryzacyjnych dla przemysłu motoryzacyjnego w Unii Europejskiej. A z drugiej strony prawie dwie trzecie największych przedsiębiorstw przetwórstwa tworzyw sztucznych w Polsce to są polskie firmy. Jest to bardzo dynamiczna branża – mówi dyrektor PZPTS.
Coraz większa ilość tworzyw sztucznych skłania do coraz częstszego podejmowania tematu zaśmiecania Ziemi. W wielu krajach wciąż nie funkcjonują w należyty sposób chociażby systemy segregacji odpadów. Przykładem może być Rosja, która z roku na rok zwiększa import odpadów z tworzyw sztucznych, ponieważ brak krajowego systemu sortowania odpadów powoduje, że w zakładach recyklingu brakuje wystarczającej ilości surowców. Według danych Federalnej Służby Nadzoru Zasobów Naturalnych Rosja wygenerowała w 2018 r. ponad 7,2 mld ton odpadów z gospodarstw domowych i odpadów przemysłowych. 315 tys. ton odpadów pochodziło z importu. Jednocześnie z danych rosyjskiego oddziału Greenpeace wynika, że Rosja przetwarza tylko 12 proc. z 3 milionów ton rocznie powstających tam odpadów z tworzyw sztucznych.
– Istotne są skuteczne systemy zarządzania odpadami, które spowodują, że ten materiał wtórny powróci znowu do obiegu i poprzez proces recyklingu zostanie wykorzystany w nowych wyrobach. Został powołany Europejski Sojusz dla Polimerów. Zaproszeni zostali do niego wszyscy uczestnicy łańcucha dostaw. Zadaniem sojuszu jest usuwanie barier związanych z wykorzystaniem materiałów w recyklingu. Mamy ambitny plan osiągnięcia 10 mln ton surowców z recyklingu w gotowych wyrobach – wskazuje ekspert.
Oprócz wdrażania systemów segregacji odpadów bardzo istotne jest również dążenie do redukcji ilości wytwarzanych śmieci. Najważniejsze w tym procesie jest zdaniem ekspertów doprowadzenie do zmian zachowań konsumenckich oraz procesów związanych z takimi gałęziami gospodarki jak rybołówstwo.
– Jedna trzecia śmieci w oceanach to sieci rybackie. Najnowsza dyrektywa unijna wprowadza istotne zmiany, które pozwolą na to, żeby odpowiedzialność za pozostawienie tego rodzaju odpadów ciążyła przede wszystkim na uczestnikach połowów. Głównym kluczem do ograniczenia zaśmiecania niestety są konsumenci. Jeżeli świadomość konsumentów nie zmieni się, to trudno nam mówić o tym, że powstanie jakikolwiek materiał, który po prostu zniknie w środowisku – tłumaczy Robert Szyman.
Z danych Eurostatu wynika, że roczna produkcja odpadów w krajach Unii Europejskiej przekracza 2,5 mld ton. Średnia roczna produkcja śmieci przypadająca na jednego Europejczyka wynosi 5 ton.
Dzisiejszy poranek upłynął pod dyktando publikacji indeksów PMI. Są to badania ankietowe (pytania dotyczą perspektyw na przyszłość) wśród menedżerów odpowiedzialnych za zamówienia. Jeżeli przeważają dobre odpowiedzi, to wynik przekracza 50 punktów i zapowiada wzrosty, a kiedy w przewadze są negatywne, to indeks spada poniżej wspomnianej granicy i może być zapowiedzią spowolnienia.
Dane z indeksów PMI
W nocy poznaliśmy wynik indeksu PMI dla chińskiego przemysłu. Wynik 50,4 pkt świadczy o tym, że przekroczono symboliczną barierę oddzielającą rozwój od recesji. Analitycy spodziewali się zejścia o 0,2% poniżej granicy 50 pkt. Niestety Unia Europejska nie wypada już tak dobrze. Wyniki ankiet dla państw członkowskich wynoszą zaledwie 47 pkt i są zgodne z pesymistycznymi oczekiwaniami ekspertów. Głównym winowajcą są Niemcy z rezultatem wynoszącym ledwo 43,5 pkt. Kraj ten ostatnio odczuwa negatywne skutki generowania nadwyżki budżetowej w celu redukcji deficytu. W efekcie tych danych od rana dolar umacnia się względem euro.
Polski odczyt lepszy od prognoz
Interesująco wypadły również dane z Polski. Co prawda 48,8 pkt to w dalszym ciągu wynik poniżej granicy oddzielającej rozwój od recesji, ale równocześnie aż 1,2 punktu powyżej oczekiwań. Dzięki temu złoty od rana odzyskał część strat, jakie poniósł w ostatnich miesiącach. Najwyraźniej widać to względem brytyjskiej waluty, ponieważ indeks PMI na Wyspach wyniósł 47,4 punktu i był aż o 1 pkt poniżej przewidywań. Od rana GBP poszedł w dół o całe 3 grosze. Nie bez znaczenia dla kursu funta jest też zamieszanie związane z zawieszeniem prac parlamentu i przygotowaniami do Brexitu bez umowy. Na razie ciężko mówić o tłumach na ulicach, ale protestujący przeciw takim rozwiązaniom są mocno widoczni w mediach.
Kolejny skok na OFE?
Środki dotychczas przechowywane i inwestowane w OFE trafią w 25% do Funduszu Rezerwy Demograficznej, a w 75% na specjalne prywatne konta obywateli. Według rzeczniczki rządu Joanny Kopcińskiej nie mamy do czynienia z sytuacją, w której te środki są odbierane obywatelom, ale zapewne ma na myśli tylko te 75%. Warto natomiast przypomnieć, że jest to ostatni akt likwidacji reformy emerytalnej tworzonej jeszcze w czasach koalicji AWS i UW. Ostateczne decyzje mają zapaść w ciągu pół roku, zatem temat jeszcze wielokrotnie będzie straszył inwestorów. Na razie reagują oni dość ostrożnie, ale warto mieć świadomość, że w OFE zebrana jest imponująca kwota 162 mld zł.
W kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych, powodem jest Święto Pracy zarówno w USA, jak i Kanadzie.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Jednym z filarów rozwoju Nationale-Nederlanden jest inwestycja w nowoczesne technologie. Od września 2019 roku odpowiedzialność za obszar IT będzie sprawował Andrzej Miron. Jako członek zarządu Nationale-Nederlanden ds. technologii oraz CIO (Chief Information Officer)będzie koordynował i nadzorował wdrażanie nowych technologii oraz cyfrowych systemów wspierających biznes.
Andrzej Miron to doświadczony menedżer z umiejętnościami w zakresie budowania i realizacji strategii IT oraz digitalizacji. Posiada ponad 20-letnie doświadczenie w branży bankowej oraz doradczej. Pracował m.in. w Raiffeisen Polbank oraz Deloitte. Zarządzał dużymi projektami transformacyjnymi, w tym fuzją technologiczną Banku Raiffeisen z Polbank oraz programem, którego celem było wzmocnienie cyfrowej oferty banku.
Paweł Kacprzyk, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden
– Powołanie stanowiska Chief Information Officer to ważny krok w stronę spójnych i skutecznych działań prowadzących do transformacji cyfrowej firmy. Jestem przekonany, że wiedza i dotychczasowe doświadczenia Andrzeja będą nieocenionym wsparciem w realizacji wyzwań, jakie stawiamy przed naszą firmą w najbliższym czasie – mówi Paweł Kacprzyk, CEO Nationale-Nederlanden.
Andrzej Miron – członek zarządu Nationale-Nederlanden ds. technologii oraz CIO (Chief Information Officer)
– Jednym z najważniejszych strategicznych działań Nationale-Nederlanden w najbliższych latach będą inwestycje w digitalizację procesów sprzedażowych i obsługowych. Cyfryzacja firmy wymaga wzmocnienia roli obszaru technologii i bezpieczeństwa, dlatego będziemy pracować nad rozbudową zespołu, rozszerzeniem kompetencji naszych pracowników oraz usprawnieniem procesów wewnętrznych IT. Chcemy nie tylko dostarczać usługi IT, ale stawać się profesjonalnym, niezawodnym partnerem biznesu wspólnie kreując wartość dla klientów Nationale-Nederlanden – mówi Andrzej Miron.
Polski rynek magazynowy utrzymuje trend wzrostowy. Podaż i popyt utrzymują się na stabilnym, wysokim poziomie. W I połowie 2019 r. deweloperzy oddali do użytku blisko 1,1 mln mkw.nowej powierzchni, dzięki czemu rynek magazynowy w Polsce urósł do rozmiaru ponad 17 milionów mkw.
Deweloperzy nie zwalajniają tempa – w budowie znajduje się ponad 2,2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego 26% przypada na region Górnego Śląska. Wolumen transakcji zawartych do końca czerwca 2019 r., ukształtował się na poziomie 1,87 mln mkw. Największy wzrost zasobów ponownie odnotowano w regionie Warszawy oraz Centralnej Polski, gdzie na rynek dostarczono łącznie blisko 395 tys. mkw.
Centralna Polska na czele
W I poł. 2019 r. najwyższy poziom aktywności deweloperów zaobserwowano w Centralnej Polsce (229,4 tys. mkw.), gdzie zlokalizowane jest 35% całkowitej powierzchni magazynowej oddanej na rynek w tym okresie. Wysokim poziomem nowej podaży charakteryzowały się również mniejsze rynki, takie jak Trójmiasto czy Szczecin, gdzie oddano łącznie blisko 212,6 tys. mkw., co stanowiło 19% nowej podaży w pierwszym półroczu 2019 r. Regionami, które wykazały najniższą aktywność deweloperską lub jej brak były Toruń oraz Warszawa (III strefa).
Magazyny miejskie coraz popularniejsze
Przed branżą logistyczno-przemysłową pojawiają się wyzwania związane przede wszystkim z rosnącymi kosztami budowy, deficytem pracowników, ograniczonym dostępem do firm budowlanych oraz rosnącymi cenami energii elektrycznej w Polsce. Ze względu na najniższe od 25 lat bezrobocie i brak rąk do pracy firmy z sektora produkcji oraz e-commerce zaczynają lokować swoje obiekty magazynowe w pobliżu większych aglomeracji.
Maciej Chmielewski, senior partner i dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
— W najbliższym czasie będziemy obserwować wzrost zapotrzebowania na magazyny miejskie, które są następstwem rozwijającego się sektora handlu on-line. Współcześni konsumenci oczekują dostaw następnego lub jeszcze tego samego dnia, co wymaga poprawy łańcucha dostaw i efektywności usług — mówi Maciej Chmielewski, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.
Największy popyt w Warszawie i we Wrocławiu
W pierwszym półroczu 2019 popyt na rynku magazynowym ukształtował się na poziomie 1,87 mln mkw., co oznacza 16% spadek w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym. Najwyższy popyt odnotowano w regionie Warszawy (582,2 tys. mkw.) oraz Wrocławia (324,5 tys. mkw.), co łącznie stanowiło połowę całkowitego popytu w kraju w minionym półroczu. Warszawska III strefa odnotowała jeden z najwyższych, bo aż 75-proc. wzrost popytu w odniesieniu do analogicznego okresu sprzed roku. Rynkami, które charakteryzowały się najniższym poziomem popytu okazały się Toruń i Bydgoszcz (12,1 tys. mkw.) oraz Region Zachodni (10,5 tys. mkw.).
Tomasz Kasperowicz, senior partner, dyrektor Działy Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
— Największa część udziału w popycie, czyli 25%, należała do najemców z sektora logistycznego. Umowy najmu zawarte w I połowie tego roku potwierdzają również że, w dalszym ciągu sektor sieci handlowych oraz lekkiej produkcji to jedna z większych grup najemców — zaznacza Tomasz Kasperowicz, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.
Region Zachodni i Szczecin bez pustostanów
W analizowanym okresie współczynnik pustostanów na rynku powierzchni magazynowych ukształtował się na poziomie 5,1% i był o 0,8 pp. wyższy niż pod koniec I połowy 2018 r.
Najwięcej niewynajętej powierzchni jest dostępne na rynku warszawskim (strefa I), gdzie współczynnik wolnych powierzchni osiągnął 9,8%. Najniższy poziom wskaźnika pustostanów (średnio 2,2%) odnotowano zaś w Trójmieście, Wrocławiu oraz Regionie Wschodnim. Najlepiej wypadł Region Zachodni oraz Szczecin, gdzie z końcem I połowy roku wszystkie istniejące powierzchnie magazynowe były wynajęte.