Nowe zasady doręczania pism sądowych

Od listopada tego roku zgodnie ze zmianami kodeksu postępowania cywilnego pozew wysłany przez powoda może dostarczyć komornik, jeśli wcześniejsze dwie próby dostarczenia pisma z sądu nie przyniosły pożądanego skutku, tzn. druga strona nie odebrała awiza. To efekt zniesienia fikcji związanej z przepisem, że doręczenie przesyłki sądowej jest skuteczne, jeśli zostały pozostawione dwa awiza. Nawet jeśli pozwany żadnego z nich nie odebrał. Czy takie zmiany przyśpieszą sprawy sądowe czy raczej doprowadzą do paraliżu sądów, gdy komornikowi nie będzie się opłacać szukać pozwanego po całej Polsce lub zagranicą? Czy to szansa na rozwój elektronicznego arbitrażu, którego nie obowiązują nowe przepisy?

„Fikcja doręczeń” – irytująca, ale skuteczna

Kiedyś pisma sądowe doręczali woźni sądowi, a ich funkcja była niezwykle ważnym i odpowiedzialnym zajęciem. Po rozbiorach urząd woźnego sądowego zlikwidowano. Zaczęto ewidencjonować miejsce zamieszkania a oficjalną korespondencję doręczać za pomocą poczty. W mniej więcej ten sam sposób pozwy doręcza się do dziś. Kłopot zaczyna się, kiedy nie znamy faktycznego adresu pozwanego albo jest on na tyle przebiegły, że nie chce odbierać naszej korespondencji. Kiedyś w takiej sytuacji woźny sądowy zostawiał pozew u włodarza lub sołtysa albo go trzykrotnie ogłaszał na rynku i sprawa była załatwiona. Dziś sytuację taką łagodzi tak zwana „fikcja doręczenia”, likwidowana przez nowe przepisy. Polega ona na tym, że jeżeli listonosz nie zastanie pozwanego w miejscu zameldowania lub siedzibie firmy, zostawia w drzwiach czy skrzynce pocztowej tak zwane „awizo”, a więc informację, że przesyłka jest do odbioru w placówce pocztowej w terminie 7 kolejnych dni. Po upływie tych 7 dni przesyłka jest awizowana ponownie. Jeżeli ponownie nie zostanie odebrana, Poczta Polska odsyła ją do sądu, a ten uznaje, że została ważnie doręczona. Właśnie dlatego nazywa się to fikcją doręczenia – sąd uznaje przesyłkę za doręczoną, pomimo że adresat jej właściwie wcale nie otrzymał.

Nowe zasady opóźnią postępowanie sądowe?

Zgodnie z najnowszymi zmianami w KPC, jeżeli przesyłka z pozwem nie zostanie odebrana przez pozwanego na poczcie w okresie jej dwukrotnego awizowania, wówczas poczta zwraca ją do sądu. Sąd jednak nie uznaje jej za doręczoną. Inicjatywę przejmuje za to powód, który może wnieść o doręczenie pozwu za pośrednictwem… komornika! Kosztować to będzie 60 złotych. Komornik zaś – jak niegdyś woźny sądowy – będzie musiał pozwanego poszukać, popytać w okolicy, porozmawiać z dzielnicowym czy sprawdzić w urzędzie, i – jeżeli uda mu się pozwanego odnaleźć – wręczy mu przesyłkę osobiście. Jeżeli komornik nie znajdzie pozwanego i nie doręczy pozwu, sąd może zawiesić postępowanie lub powód może zlecić komornikowi ustalenie nowego adresu pozwanego.

W trakcie takiego postępowanie możemy żądać informacji o poszukiwanej osobie od organów podatkowych, banków czy ZUS-u, ale na pewno zastosowanie takiego mechanizmu wydłuży cały proces sądowy. Szczególnie, jeśli pozwany czasowo przebywa za granicą bądź – co często się zdarza – świadomie unika odbioru korespondencji. Nie jestem także przekonany, czy ta dodatkowa stawka 40 złotych za znalezienie nowego adresu pozwanego pokryje wszystkie koszty związane z wystąpieniem do określonych instytucji z zapytaniem o nowe miejsce zamieszkana  pozwanego. Jeśli komornik nie ustali nowego adresu pozwanego postępowanie sądowe może zostać zawieszone. To może oznaczać, że firmy pozywające swoich dłużników nie odzyskają swojego długu, bo sąd nie będzie mógł szybko i sprawnie wydać wyroku” – komentuje Jacek Wróbel, komornik z Łańcuta.

W sądach arbitrażowych można ustalać własne zasady doręczeń (art. 1160 §1 Kpc). Zmiany w KPC nie wiążą więc sądów arbitrażowych.

„O ile nowe rozwiązania należy uznać za słuszne, jeżeli chodzi o ochronę osób fizycznych nie prowadzących działalności gospodarczej przed nadużyciami, które niewątpliwie miały miejsce, o tyle przenoszenie ich na spory między przedsiębiorcami może łatwo spowodować paraliż sądów gospodarczych. Firmy pełnią w obrocie niezwykle ważną funkcję. Obracają kapitałem, inwestują, zatrudniają pracowników, mają majątek, biura i oddziały. Tymczasem już niedługo odpowiedzialność stąd wynikająca uzależniona będzie od tego, czy przedsiębiorca zechce odebrać skierowane do niego pismo czy nie.

W Ultima Ratio to przedsiębiorca ma zadbać o to, by można mu było doręczyć pozew. Pozwy doręczamy więc pocztą elektroniczną na adres podany przez przedsiębiorcę w umowie stron albo oficjalnym rejestrze. Skoro wskazuje on taki adres, godzi się na tę formę kontaktu. Równolegle – dla celów bezpieczeństwa – pozew doręczamy również listem poleconym. Za moment wiążący uznajemy jednak doręczenie pozwu pocztą elektroniczną. Jedynie wówczas, gdy ani w umowie stron ani w którymś z państwowych rejestrów nie ma adresu poczty elektronicznej – za moment doręczenia pozwu uznajemy termin trzech dni od daty nadania przesyłki z pozwem listem poleconym. 

Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio
Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio

Nowe przepisy kodeksu postępowania cywilnego mogą wpłynąć na rozwój arbitrażu elektronicznego. W Ultima Ratio wyroki zapadają co do zasady w 3 tygodnie od wniesienia pozwu. W praktyce zatem wierzyciel w naszym Sądzie dysponuje tytułem wykonawczym, kiedy wierzyciel w sądzie powszechnym oczekuje dopiero na termin posiedzenia przygotowawczego. To zaś ważna dla firm informacja w kontekście statystyk, które pokazują, że po roku wierzyciel ma już tylko 10% szans na odzyskanie zaległej płatności. – komentuje Robert Szczepanek, współtwórca Pierwszego Elektronicznego Sąd Polubownego Ultima Ratio.

Ultima Ratio rozpatruje sprawy gospodarcze, w których stronami są firmy i przedsiębiorstwa. E-sąd, budowany przez ostatnie 2 lata, swoją premierą miał w kwietniu tego roku. Żeby złożyć pozew, obydwie strony muszą w zawartej na początku współpracy umowie zgodzić się na rozstrzygnięcie sporu przez Ultima Ratio. E-sąd rozpatruje sprawy wyłącznie przez internet – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać. Pozew składa się w ciągu kilku minut, po zalogowaniu się do systemu informatycznego. Sąd korzysta z profilu zaufanego, podpisu kwalifikowanego oraz e-dowodów tożsamości. Ułatwia to identyfikacje tożsamości użytkowników, którzy będą występować przed sądem w charakterze stron. Arbitrami są notariusze przeszkoleni w Stowarzyszeniu Notariuszy RP. Niezwykle wygodne jest prezentowanie materiału dowodowego – w przypadku na przykład roszczeń z rękojmi za wady rzeczy sprzedanej, strona będzie mogła wprost z aplikacji mobilnej Ultima Ratio nakręcić telefonem komórkowym film obrazujący wady oraz jednym kliknięciem umieścić go na profilu danej sprawy. W analogiczny sposób możliwa jest prezentacja zdjęć, skanów pism, linków, nagrań audio, zrzutów ekranu i innych tego typu materiałów. Arbiter zaś ma możliwość kontaktowania się ze stronami poprzez dedykowany każdej sprawie czat.

Zabezpieczenia systemu elektronicznego Ultima Ratio są analogiczne do zabezpieczeń systemów bankowości elektronicznej. System informatyczny Ultima Ratio został zbudowany przez polską spółkę ZETO Rzeszów.

Rewolucja propagandy politycznej – manipulacja, farmy trolli, boty, fałszywe informacje

Na naszych oczach przetacza się prawdziwa rewolucja w propagandzie. Farmy trolli, boty, fałszywe informacje czyli tzw. fake newsy – to nowe metody uprawiania polityki i tłumienia sprzeciwu obywateli oraz manipulowania nimi. Znane zarówno w demokratycznej Wielkiej Brytanii , jak i autorytarnej Rosji Putina, stosowane w Ameryce prezydenta D. Trumpa, jak i na Filipinach rządzonych przez Rodrigo Duterte (przykład tych ostatnich wywołujemy nieprzypadkowo). Nieśmiało, póki co, sięgają po nie rządzący w Polsce. Nie jest tajemnicą, iż ostatnia wygrana PiS to konsekwencja m.in. dominacji nad opozycją w Internecie. Sen pokoleń o prawdziwej, rzetelnej, wolnej od cenzury informacji wprawdzie się ziścił, ale z czasem, stopniowo przepoczwarza się w koszmar. Okazało się, iż lekiem na brak informacji wcale nie musi być jej nadmiar.

Mija trzydzieści lat od czasu, kiedy wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, w krajach naszego regionu likwidowano cenzurę. To instytucja, która ograniczała elementarne prawo obywateli do swobodnego czytania, słuchania i mówienia tego, co chcieli. Dzisiaj świat o którym wówczas się marzyło wydaje się bliższy, bowiem żyjemy w czasach, które określa się erą „obfitości informacji”. Ale czy naprawdę o taki świat chodziło? W pierwszych kilku, kilkunastu latach niewątpliwe byliśmy usatysfakcjonowani choćby faktem, iż informacja pozostawała w zasięgu ręki. Była obszerna i wielowątkowa. Czuliśmy się doinformowani. Obecnie satysfakcja wygasa, bowiem założenia leżące u podstaw walki o prawa i wolności z XX wieku – walki między obywatelami uzbrojonymi w prawdę a reżimami z cenzorami i tajną policją – zostały wywrócone do góry nogami. Mamy teraz więcej informacji niż kiedykolwiek wcześniej, ale nie przyniosło to wyłącznie korzyści.

Więcej informacji miało oznaczać świadomą, rzetelną debatę, ale wydaje się, iż dzisiaj jesteśmy mniej zdolni do takiej debaty niż kiedykolwiek wcześniej. Więcej informacji miało być tożsame z większą swobodą w przeciwstawianiu się wszelkiej władzy, tymczasem dało władzy nowe potężne narzędzie do miażdżenia i uciszania sprzeciwu. Więcej informacji miało oznaczać wzajemne zrozumienie ponad granicami, ale umożliwiło także nowe i bardziej subtelne formy przewrotów politycznych. Żyjemy w świecie – jak pisze P. Pomerantsev w „The Guardian” – w którym rozmnożyły się środki manipulacji, w świecie mrocznych reklam, hacków, botów, miękkich faktów, fake newsów, Putina, trolli i Trumpa.

Dezinformację kochają dyktatury i demokracje

Spójrzmy na owe zmiany na przykładzie Filipin. W latach 70. Filipinami rządził pułkownik Ferdinand Marcos, wspierany przez USA dyktator wojskowy, który używał armii i cenzury do trzymania w ryzach społeczeństwa. Stosował spektakularne formy tortur, a czaszki ofiar bielały na poboczach dróg, aby zastraszyć przechodniów. Reżim Marcosa upadł w 1986 r., kiedy miliony w proteście wyszły na ulice, domagając się zmian.

Dziś Manila wita nie tylko odorem gnijących ryb i zapachem popcornu, ścieków i oleju kuchennego. Ocenia się, iż na Filipinach media społecznościowe cieszą się najwyższą popularnością w przeliczeniu na mieszkańca, odnotowuje się wysokie wykorzystanie wiadomości tekstowych. Powrót cenzury w jej XX-wiecznej wersji byłby tu prawie niemożliwy. Ale i bez niej nowy prezydent Rodrigo Duterte, przywraca krajowi reputację z czasów pułkownika Marcosa. Znalazł nowe sposoby wywierania wpływu i manipulowania społeczeństwem, zamykania niewygodnych ust. Nie wykorzystuje armii – opanował technologię.

Kiedy Duterte stawał do wyborów prezydenckich w 2015 r., pod hasłami walki z przestępczością narkotykową, skupił aktywność na mediach społecznościowych. W debacie jaką zorganizowano na Facebooku pojawił się jedynie on. W kampanii obiecał, że jako prezydent zabije 100 tysięcy ludzi w ciągu kilku miesięcy. Zapowiedział, że jego rządy będą krwawe. O zgrozo, ujął tym ludzi i wygrał wybory z przewagą 15 milionów głosów nad rywalem. A potem dotrzymał słowa. Zaraz po objęciu władzy pozwolił policjantom na zabijanie każdego sprzedawcy narkotyków, którego zauważą. Obiecał swoim wyborcom, że „wrzuci do rzek tyle ciał zabitych, że ryby się utuczą”. Używał terminu „wojna” co pomogło w jakimś sensie „zracjonalizować” jego działania, straty w ludziach stały się bardziej akceptowalne. Ale tylko do czasu, kiedy zrozumiano, że to droga donikąd, że giną niewinni. Nie znana jest dokładnie liczba ofiar „wojny narkotykowej”. Organizacje praw człowieka szacują liczbę zabitych na 12 000, rząd twierdzi , że ta liczba wynosi 4 200. W pewnym momencie dziennie ginęły średnio 33 osoby.

Kiedy prasa i portale opozycyjne, zwłaszcza internetowa agencja informacyjna Rappler, poczęły opisywać zabójstwa Duterte, pojawiła się starannie wyselekcjonowana witryna internetowa, na której w pewnych okresach zamieszczano 90 wiadomości na godzinę. Twierdzono, że Rappler wymyśla zbrodnie, że płacił wrogom Duterte, że wszystkie jego informacje to fake newsy. Wiadomości były jak inwazja owadów, roiło się od nich w skrzynkach e-mailowych, spadały jak plaga na portale społecznościowe. W centrach handlowych dziennikarzy witano wrogimi okrzykami. Wszczynano sprawy sądowe, a potem zmuszano do wpłaty kaucji.

Kiedy zaczęto badać skąd się biorą owe ataki, uwagę przykuły koreańskie gwiazdy popu, które na portalach społecznościowych zapewniały o wyjątkowości Duterte. Po głębszej analizie ich komentarzy okazało się, że ich konta były fałszywe, najprawdopodobniej kontrolowane z tego samego źródła. Łączył ich ten sam język, te same frazy. Podobnie w przypadku kont „prawdziwych” Filipińczyków okazało się, że nikt o nich nie słyszał, że konta atakujące dziennikarzy są wprawdzie dobrze zamaskowane, ale fałszywe. W sumie z 24 kont powtarzano te same informacje, które docierały do 3 mln odbiorców. Atak był niewątpliwie dobrze skoordynowany, ale nie sposób było autorytatywnie stwierdzić kto za tym stoi.

Czym się różni obecna sytuacja na Filipinach od czasów dyktatora Marcosa? W okresie reżimu tego ostatniego wróg był rzeczywisty, realny. Jego agenci mogli przyjść, aresztować czy nawet zabić. Dzisiaj wróg jest zakamuflowany, niekonkretny. Jest wszędzie i nigdzie. Jak więc można walczyć z internetowym tłumem? Nie sposób stwierdzić, który z atakujących istnieje naprawdę. W ten sposób rząd może utrzymywać, że nie ma nic wspólnego z tymi internetowymi kampaniami. Po prostu jacyś zaniepokojeni obywatele korzystają z prawa do wolności słowa.

Jest to taktyka powielana na całym świecie. Kampanie mogą być podżegane przez prorządowych internetowych bandytów, jak w Turcji, lub przez „farmy trolli” należące do rosyjskich potentatów lojalnych wobec Kremla. Demokracje też nie są odporne na tego rodzaju działania. Jak podaje raport think tanku Institute for the Future, kiedy prezydent Trump identyfikuje swoich krytyków natychmiast jego Twitter wypluwa lawinę obelżywych słów. Ten zwyczaj był już widoczny w kampanii prezydenckiej w 2016 r., Ale teraz osiągnął nowy poziom, kiedy Trump zażądał aby „wysłać do domu” krytycznie do niego nastawione kolorowe kongresmenki.

W polityce obserwujemy sytuację, w której mowa jest postrzegana jako broń cenzury. Fiasko ponosi stara, zdawało się że prawdziwa teza, jakoby odpowiedzią na „fałszywą informację” było „więcej informacji”, że żyjemy na „rynku idei”, gdzie wygrywają najlepsze „produkty informacyjne”. Niestety ten rynek można sfałszować.

Inny przykład to Meksyk. Przez 70 lat, w XX wieku, Meksyk był państwem jednopartyjnym, w którym „prawda” była dyktowana odgórnie. Dzisiaj za sprawą rządu lub karteli narkotykowych tzw. „narcos” boty, trolle i cyborgi często tworzą symulowaną opinię publiczną, co jest działaniem bardziej podstępnym, bardziej osaczającym niż to czyniły stare media – transmisyjny pas władzy. Symulacja bywa dodatkowo wzmacniana, gdy ludzie modyfikują swoje zachowanie, aby były zgodne z tym, co uważają za rzeczywistość. Innymi słowy, nowa generacja botów i trolli wpycha obywateli w świat czystej symulacji.

Rząd w obliczu masowych protestów antykorupcyjnych wprzęga do walki z nimi technologie. Sterowane farmy trolli czynią rzeczy fundamentalnie szkodliwe. Ingeruje się w relacje między ludźmi i ich pragnienia zmian społecznych, spamuje Internet wiadomościami z fałszywych kont, podszywa się pod osoby popierające rząd, wykorzystując częściowo zautomatyzowane, częściowo osobiste konta „cyborgi”, aby zniechęcić protestujących do organizowania się. Stosuje się przy tym prowokacje. Z fałszywych kont, rzekomo wspierających protesty, wychodzą apele zachęcające do przemocy, aby zdyskredytować samą istotę protestów.

Podobne techniki są stosowane na całym świecie. Badacze z Harvardu pokazali, w jaki sposób chiński rząd publikuje rocznie 448 milionów komentarzy w mediach społecznościowych, których celem nie jest mobilizacja społeczna, ale rozproszenie uwagi, ponieważ krytyczne tematy są zastępowane pozytywnymi.

W konsekwencji, w erze cyfrowej, podważona została obowiązująca przez wiele dekad wiara, jakoby „więcej informacji” prowadziło do lepszej demokracji. Otóż era cyfryzacji podstępnie gwałci nasze wyobrażenia o tym, kim jest wolna osoba. Pozornie jesteśmy wolni jak nigdy dotychczas. Dziś media społecznościowe absolutnie nie ograniczają naszych pragnień wyrażania samego siebie. Każdy z nas może być autorem wszelakich tekstów na swoim koncie na Facebooku. Może spełniać się w „pisarstwie”. Ale ta nasza samoekspresja podlega nieustannej analizie, a następnie zostaje przekształcana w konkretne dane. Język, którego używamy, nasze upodobania i opinie, są przekazywane do brokerów danych, a następnie do reklamodawców i spin doktorów, którzy celują w nas specjalnie dostosowanymi kampaniami, o których często nie mamy zielonego pojęcia. Im więcej naszej samoekspresji, tym jesteśmy coraz słabsi, stajemy się bezradni i osaczeni.

Brexit czyli wielka manipulacja

W taki oto sposób wykuwa się nowy model propagandowy. Zamiast wpychać, jak dotychczas, nachalną propagandę w gardła ludzi za pośrednictwem telewizji i radia, spin doktorzy dostosowują określone wiadomości dla różnych grup z mediów społecznościowych. W opinii Thomasa Borwicka, dyrektora cyfrowego Vote Leave, frakcji brytyjskiej optującej za wyjściem z UE, 20-milionowy kraj potrzebuje od 70 do 80 rodzajów ukierunkowanej wiadomości. Zadaniem tegoż Borwicka, ale też wszelkiej maści spin doktorów na całym świecie, jest połączenie indywidualnych preferencji ludzi z prowadzoną kampanią, nawet jeśli początkowo związek ten wydaje się wątpliwy.

Brexit to kwintesencja nowego modelu propagandowego. To zwycięstwo zwolenników opuszczenia Unii oparte na kłamstwie i dezinformacji. Dla przykładu, cyfrowi manipulatorzy uznali, że najskuteczniejszą informacją zachęcającą ludzi do głosowania za wyjściem z UE będą prawa zwierząt. Stąd Vote Leave twierdził, że Unia jest okrutna wobec zwierząt, ponieważ wspierała rolników w Hiszpanii hodujących byki przeznaczone do walki. W konsekwencji w segmencie „prawa zwierząt” wysyłano reklamy z tego rodzajami informacjami, wzmacniane zdjęciami okaleczonych zwierząt do jednego rodzaju wyselekcjonowanych wyborców, a do innych łagodniejsze reklamy ze zdjęciami milutkich owiec.

Warto nadmienić, iż zarówno Vote Leave, jak i rywalizująca z nim „Britain Stronger in Europe”, zostały wręcz ekskomunikowane przez media i środowiska akademickie za prowadzenie „brudnej kampanii”, która była pozbawiona prawdziwych, rzetelnych informacji, a która została dokładnie opisana przez Stowarzyszenie Reformy Wyborów. I co z tego wynika? Ano nic, mleko się rozlało. Tego rodzaju kampanie, oparte na tych samych komunikatach spreparowanych przez spin doktorów prowadzone są na całym świecie. Pewnym wyzwaniem związanym z mikro-targetowaniem jest to, że zjednoczenie dużych grup wyborców wymaga ogromnej ilości pustych tożsamości (kont), aby ludzie mogli się z nimi identyfikować sądząc, iż oto reprezentują „naród”, a przynajmniej „wielu”. Tymczasem wykształcony w ten sposób populizm nie jest oznaką jednoczącego się „narodu”, ale w istocie przyczynia się do rozbicia i dzielenia narodu rzeczywistego. A jeśli ludzie mają z sobą coraz mniej wspólnego, to na każde wybory należy tworzyć nową wersję „narodu”. Skąd my to znamy?

W polityce, zwłaszcza w kampaniach wyborczych, fakty stają się raczej przeszkodą niż pomocą. Ponieważ podnoszenie realnych problemów groziłoby odrzuceniem bądź zniechęceniem części wyborców, należy po pierwsze jednoczyć ludzi wokół lidera, a po drugie skupiać ich wokół niejasnych, ale chwytliwych haseł, jak na przykład „odzyskać kontrolę nad państwem”, „wyrwać nasze dzieci z rąk zboczeńców”, „walka z zarazą”. Jeśli te hasła poda się z należytą dawką świętego oburzenia, wówczas skupia się uwagę rozdrobnionych grup, otrzymuje się więcej „polubień”. Pokazywanie środkowego palca faktom i wrzucanie kłamstw w przestrzeń publiczną to umiejętności, które opanowało wielu liderów, a D. Trump i B. Johnson znajdują się czołówce.

Jeśli więc prowadzi się kampanię wyborczą na wiele różnych sposobów i adresuje do różnych ludzi, to w istocie rozmywa się realne problemy. Czy w Brexicie chodziło o prawa zwierząt? A może o imigrację? Oczywiście, że nie! Owa „wola ludzi” to produkt prowadzonej na wielką skalę manipulacji i dezinformacji. Nowe gry informacyjne zdecydowanie ograniczają możliwość rzeczowej debaty opartej na faktach i tym samym niszczą tkankę demokracji.

Cze da się przeciwstawić się dezinformacji?

Wiele rządów dostrzega zagrożenia płynące z wszechobecnej cyfrowej dezinformacji. Państwa demokratyczne, takie jak Niemcy, Francja, a być może w niedalekiej przyszłości Wielka Brytania, próbują bądź będą podejmować wysiłki nałożenia cenzury na dezinformację. To reakcja zrozumiała, ale niewłaściwa. Oznacza – w przypadku naszego regionu – odwrót od zdobyczy z 1989 roku. Jeśli więc Putin słyszy, że Niemcy zaostrzają prawo dotyczące „fałszywych informacji”, to głośno klaszcze w ręce i ma dobry pretekst, aby wziąć za mordę rodzime sieci internetowe.

Nie o cenzurę więc chodzi, ale o jawność. Cenzura dzisiaj polega na subtelnym kształtowaniu otaczającego nas środowiska informacyjnego. Stąd zamiast likwidować bądź ograniczać prawo do otrzymywania i przekazywania informacji powinniśmy wymagać wiedzy, czy dane konto online jest rzeczywiste, czy jest botem. Czy przekazana treść jest źródłowa, czyli autentyczna, czy też wzmacniana przez trolle. Przykład Meksyku pokazuje, że anonimowość jest koniecznością w przypadku postępowych aktywistów, ale powinniśmy wiedzieć czy konto ma fałszywą tożsamość.

Powinniśmy mieć prawo do wiedzy, dlaczego programy komputerowe pokazują nam określoną treść, a nie inną. Winniśmy rozumieć dlaczego określona reklama, artykuł, czy wiadomość jest skierowana specjalnie do nas, a nie do innych. Wreszcie fundamentalną sprawą powinna być wiedza o tym, jakie nasze dane i dlaczego zostały wykorzystane do wpływania na nas i „obróbki”. Jeśli spełnione byłyby takie warunki nie potrzebna byłaby cenzury, a i demokracja miałaby się lepiej.

Autorzy wykorzystali niektóre informacje i tezy artykułu Petera Pomerantsev pt. „Wiek dezinformacji. Rewolucja w propagandzie” zamieszczonego w „The Guardian” z 27 lipca 2019 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski – Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Nowelizacja KPC przywraca odrębną procedurę gospodarczą

Rewolucyjna zmiana kodeksu postępowania cywilnego, wprowadzająca fundamentalne zmiany w przebiegu postępowań sądowych, już wkrótce stanie się częścią obowiązującego systemu prawnego.

Jedną z zasadniczych zmian w tej szeroko komentowanej ustawie jest przywrócenie odrębnego postępowania gospodarczego. Ten specjalny tryb postępowania pozwoli na rozstrzyganie sporów cywilnych pomiędzy przedsiębiorcami, a także między innymi w sprawach z umów o roboty budowlane czy umów leasingu.

Odrębny tryb procedowania w sprawach gospodarczych nie jest całkowitą nowością dla polskiego porządku prawnego, ponieważ odpowiednie przepisy w tym zakresie obowiązywały jeszcze do 2012 roku. Obecnie, po kilku latach od ich uchylenia, ustawodawca zdecydował się na ponowne wprowadzenie postępowania gospodarczego, dodając jednak kilka nowych, nieznanych dotąd instytucji.

– W szczególności warto zwrócić uwagę na istotne skrócenie terminów w postępowaniu gospodarczym. Nowelizacja wprowadza bowiem obowiązek podejmowania czynności przez sąd tak, aby rozstrzygnięcie w sprawie zapadło nie później niż w ciągu sześciu miesięcy od dnia złożenia odpowiedzi na pozew – mówi w rozmowie z MarketNews24 Julia Ziemska, młodszy prawnik w kancelarii Zięba&Partners.

Jednocześnie, dla zapewnienia krótszego terminu rozpoznania spraw, nowa ustawa zakłada trzy kluczowe zmiany w zakresie postępowania dowodowego.

Pierwszą z nich jest wprowadzenie prekluzji dowodowej, która zobowiązuje strony do powołania wszystkich twierdzeń i dowodów w pierwszych pismach procesowych, to jest odpowiednio w pozwie oraz odpowiedzi na pozew. Oznacza to, że twierdzenia i dowody powołane w późniejszym terminie będą podlegały pominięciu, chyba że strona uprawdopodobni, że ich powołanie nie było możliwe albo potrzeba ich powołania wynikła później.

Drugą ze zmian jest zapewnienie prymatu dowodów w postaci dokumentów. Według nowej procedury dopuszczenie dowodu z zeznań świadków będzie możliwe jedynie wtedy, gdy po wyczerpaniu innych środków dowodowych lub w ich braku pozostaną niewyjaśnione fakty istotne dla rozstrzygnięcia sprawy.

Trzecią ze zmian jest wprowadzenie nieznanej dotąd w polskim systemie prawnym instytucji umowy dowodowej. Umowa ta umożliwi stronom wyłączenie określonych dowodów w postępowaniu w sprawie z określonego stosunku prawnego powstałego na podstawie umowy. Zawarcie takiej umowy na piśmie albo ustnie przed sądem spowoduje, że sąd nie dopuści z urzędu wyłączonego w ten sposób dowodu.

Nowelizacja zakłada więc wprowadzenie szeregu narzędzi mających służyć szybszemu rozwiązaniu sporów pomiędzy przedsiębiorcami, natomiast ceną za tę szybkość jest zdecydowanie większy formalizm i rygoryzm procedury i to zarówno dla samych stron postępowania, jak i dla orzekającego w sprawie sądu.

– Przedsiębiorcy powinni pamiętać więc w szczególności o krótszych terminach i zasadzie koncentracji materiału procesowego, gdyż to w założeniu ustawodawcy, ma usprawnić i przyspieszyć postępowanie sądowe zgodnie z oczekiwaniami społecznymi – komentuje J.Ziemska z Zięba&Partners.

Kontrakty budowlane z nową klauzulą waloryzacyjną

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad – w porozumieniu z przedstawicielami branży, m.in. z Polskim Związkiem Pracodawców Budownictwa, Ogólnopolską Izbą Gospodarczą Budownictwa, a także we współpracy z Ministerstwem Infrastruktury, Urzędem Zamówień Publicznych czy Głównym Urzędem Statystycznym – wypracowała nową klauzulę waloryzacyjną, która jest stosowana w przypadku wszystkich kontraktów podpisywanych od 21 stycznia 2019 roku.

– Klauzula dotyczy wszystkich umów, które trwają dłużej niż 12 miesięcy. Obejmuje nie tylko generalnych wykonawców inwestycji, ale również podwykonawców – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. – Została ona zbudowana w oparciu o koszyk waloryzacyjny. W jego skład wchodzą ceny paliwa, asfaltu, betonu, stali, kruszyw, ale także średniego wynagrodzenia w branży. Wartości uzupełnione są o wskaźnik inflacji. Każda z nich ma swoją wagę. Na podstawie zmian cen określana jest waloryzacja. Jej ryzykiem GDDKiA dzieli się z przedsiębiorcami po połowie. W 50 proc. za różnice cen odpowiadają więc wykonawcy – zaznaczył Piechowiak.

Tylko 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji. 75 tys. nauczycieli będzie się szkolić, jak lepiej wykorzystywać technologię w szkole

Tylko 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji. 75 tys. nauczycieli będzie się szkolić, jak lepiej wykorzystywać technologię w szkole 1

Choć zdecydowana większość nauczycieli uważa, że nowe technologie pozwalają uatrakcyjnić edukację, to często nie potrafią w pełni wykorzystać możliwości, jakie one dają. Tylko ok. 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji, a 3 proc. komunikuje się online z nauczycielami – mówi Ewa Krupa, prezeska Fundacji Orange. Już 2 września rusza nabór grantów na szkolenia dla nauczycieli w ramach projektu Lekcja:Enter. Docelowo przez cztery lata z zakresu nowych technologii zostanie przeszkolonych 75 tys. nauczycieli.

W dużym stopniu jeszcze wciąż mamy problem z internetem w szkołach, mamy też cały czas braki w umiejętnościach cyfrowych nauczycieli. W związku z tym wyzwań jest jeszcze sporo, ale stopniowo szkoła się zmienia. Dość duże jest już nasycenie nowym sprzętem w postaci interaktywnych tablic i monitorów dzięki programowi Aktywna Tablica. Ruszają też programy, które mają na celu przygotowanie do korzystania z e-materiałów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Lew-Starowicz, zastępca dyrektora w Ministerstwie Edukacji Narodowej.

Jeszcze do połowy 2018 roku tylko 10 proc. placówek miało dostęp do szybkiego internetu. Obecnie szerokopasmowy dostęp do sieci ma już 12 tysięcy placówek, czyli niemal połowa.

Nowoczesne technologie wchodzą dosyć szeroko do polskich szkół, głównie w postaci świetnej infrastruktury, dostępu do internetu, światłowodu, coraz lepiej wyposażonych sal lekcyjnych. Natomiast to, co wydaje się być barierą i wyzwaniem, to poziom przygotowania kadr, jej kompetencji cyfrowych i otwartości do pracy z technologiami – dodaje Ewa Krupa, prezeska Fundacji Orange.

Choć ok. 80 proc. nauczycieli ocenia, że technologie pozwalają uatrakcyjnić i zwiększyć skuteczność edukacji, to – jak wynika z badań EU Kids Online 2018 – tylko ok. 12 proc. uczniów korzysta z internetu podczas lekcji. Z nauczycielami komunikuje się online zaledwie 3 proc. uczniów.

Aby zaktywizować nauczycieli, potrzebne są dobre programy edukacji cyfrowej. Przed taką szansą właśnie stajemy w Polsce. Rusza pierwszy na taką skalę ogólnopolski projekt cyfrowej edukacji Lekcja:Enter, w ramach którego przeszkolimy ponad 75 tys. nauczycieli w polskich szkołach na różnych poziomach – zapowiada Ewa Krupa.

Od 2 września publiczne i niepubliczne placówki doskonalenia nauczycieli będą mogły składać wnioski o granty na realizację szkoleń. Skorzystają z nich nauczyciele szkół podstawowych i średnich, zarówno humaniści, jak i nauczyciele matematyki czy informatyki. 30 proc. uczestników będą stanowić nauczyciele z małych miejscowości i wsi.

W projekcie Lekcja:Enter chcemy nauczyć uczestników tworzenia e-zasobów edukacyjnych, wymieniania się tymi zasobami, bycia aktywnymi kreatorami materiałów edukacyjnych dla dzieci, ale też zależy nam, aby materiały odpowiadały temu, czego dzieci w tej chwili poszukują – podkreśla Wojciech Szajnar, dyrektor Centrum Projektów Polska Cyfrowa.

Na etapie składania wniosku każda instytucja ubiegająca się o grant wyznaczy czterech trenerów regionalnych, którym zespół Lekcji:Enter zapewni szkolenia merytoryczne. Następnie grantobiorcy przeprowadzą rekrutację trenerów lokalnych, którzy w kolejnym etapie dotrą ze szkoleniami do nauczycieli z wybranych szkół. Docelowo projekt obejmie po 15 proc. pedagogów z każdego województwa.

– Pierwszy nabór potrwa do 23 września. Do składania wniosków zapraszamy ośrodki doskonalenia nauczycieli samodzielnie lub wspólnie z organizacjami pozarządowymi, jednostkami samorządu terytorialnego, uczelniami wyższymi. Kolejne nabory planujemy na 2020 i 2021 rok – zapowiada Ewa Krupa.

Lekcja:Enter jest niesamowitą szansą dla szkół, ponieważ obejmie dużą liczbę nauczycieli. Jest to przełomowy projekt również, jeśli chodzi o zawartość merytoryczną – zaznacza Rafał Lew-Starowicz. – Włączenie w projekt Lekcja:Enter ośrodków doskonalenia nauczycieli powoduje, że nie jest to tylko incydentalna akcja szkoleniowa. Mamy tutaj pewien efekt trwałości i zmianę oblicza tych placówek.

Lekcja:Enter to tyko jeden z elementów transformacji cyfrowej polskich szkół. W połączeniu z takimi projektami, jak Ogólnopolska Sieć Edukacyjna, Program Aktywna Tablica, czy platformy z e-zasobami edukacyjnymi, ma zmienić oblicze szkół i zbudować kompetencje cyfrowe u nauczycieli i uczniów.

– Inwestujemy w kompetencje nauczycieli, uczymy ich podstaw programowania po to, żeby uczyli dzieci w klasach 1–3 i zarażali je pasją do nowoczesnych technologii. Uczymy, jak tworzyć e-zasoby edukacyjne. Inwestujemy w sprzęt, organizujemy projekt Centrum Mistrzostwa Informatycznego, w którym uczymy utalentowanych młodych ludzi ze szkół średnich podstaw algorytmiki – wymienia Wojciech Szajnar.

– Realizujemy programy edukacji cyfrowej już od kilkunastu lat. Nasze flagowe działania jak MegaMisja czy HASHSuperKoderzy pokazują, że nawet nie mając żadnej umiejętności korzystania z technologii, można uczyć dzieci w klasach 1–3 podstaw programowania i zrobić to po bardzo krótkim kursie. Wystarczy odwaga, otwartość na technologie i chęć spotkania się w tym świecie cyfrowym – mówi prezeska Fundacji Orange.

Od 2020 roku prawo będzie bardziej przyjazne dla najmniejszych firm. W życie wejdzie kilkadziesiąt ułatwień

Od 2020 roku prawo będzie bardziej przyjazne dla najmniejszych firm. W życie wejdzie kilkadziesiąt ułatwień 2

Przygotowany przez MPiT pakiet Przyjazne Prawo ma ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie biznesu. Obejmuje kilkadziesiąt ułatwień, zwłaszcza dla małych i średnich firm, wśród których główne to m.in. prawo do błędu przez pierwszy rok prowadzenia działalności gospodarczej i ochrona konsumencka dla firm zarejestrowanych w CEIDG. Zmiany są spójne z innymi, wprowadzonymi wcześniej w Konstytucji dla Biznesu oraz Pakiecie MŚP. Mają wyeliminować te przepisy, które są przestarzałe, zbyt restrykcyjne i nie przystają do współczesnych realiów gospodarczych. Większość z nich wejdzie w życie od stycznia 2020 roku.

Przygotowany przez MPiT projekt zmian w blisko 70 ustawach, czyli pakiet Przyjazne Prawo (PPP), który ma ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie biznesu, został podpisany przez prezydenta w pierwszej połowie sierpnia. Większość przewidzianych w nim zmian ma zacząć obowiązywać od stycznia 2020 roku. Wśród najważniejszych jest m.in. wydłużenie terminu rozliczania VAT w imporcie w celu wzmocnienia pozycji polskich portów w konkurencji z zagranicznymi, ochrona konsumencka dla firm zarejestrowanych w CEIDG oraz prawo do błędu przez pierwszy rok działalności.

 Jeżeli jednorazowo w ciągu 12 miesięcy naruszą oni przepisy obowiązującego prawa – może to być prawo podatkowe, ustawa o ubezpieczeniach społecznych czy RODO – nie będą ponosili z tego tytułu odpowiedzialności. Pierwsze takie naruszenie będzie skutkowało upomnieniem, pod warunkiem że młody przedsiębiorca naprawi je bardzo szybko – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Jaraczewski, radca prawny i partner w Lawmore.

To również obejmie wyłącznie przedsiębiorców zarejestrowanych w CEIDG i będzie obowiązywać przez 12 miesięcy od momentu podjęcia działalności gospodarczej po raz pierwszy (albo ponownie po upływie co najmniej 36 miesięcy od dnia ostatniego zawieszenia lub zakończenia działalności).

– Istotną rzeczą jest również przyznanie quasi-statusu konsumenta przedsiębiorcy jednoosobowemu. Będzie obowiązywać w szeregu przypadków, kiedy będzie on zawierał umowę bezpośrednio związaną z prowadzoną działalnością gospodarczą, ale z której charakteru będzie wynikało, że nie jest ona zawierana w celach związanych z działalnością zawodową – mówi Marcin Jaraczewski.

Wprowadzona w PPP ochrona konsumencka będzie przysługiwać firmom z CEIDG w relacjach z innymi przedsiębiorcami – jednak obejmie tylko te umowy, które nie mają dla przedsiębiorcy charakteru zawodowego. Przykładowo, mechanik samochodowy, któremu popsuła się drukarka, będzie miał takie samo prawo do reklamacji jak konsument, nawet jeśli wykorzystuje drukarkę w warsztacie (i rozliczył jej zakup jako koszt prowadzonej działalności). Nowe przepisy obejmą około 2,7 mln polskich przedsiębiorstw, a podobne rozwiązania obowiązują już m.in. we Francji w Niemczech, Danii czy na Słowacji.

Nowe przepisy wprowadzają też szereg ułatwień dotyczących sukcesji praw. To m.in. prawo do przekazania w drodze zapisu windykacyjnego ogółu praw i obowiązków w spółce osobowej.

– Rzemieślnikom umożliwiono wreszcie prowadzenie działalności nie tylko w formie jednoosobowej działalności gospodarczej, lecz także w formie spółek osobowych, w których wszyscy wspólnicy prowadzą działalność wytwórczą, a także w formie jednoosobowej spółki z o.o. czy spółki akcyjnej przekształconej z jednoosobowej działalności gospodarczej. To jest ważną zmianą w kontekście firm rodzinnych, które będą działały w bardziej ustrukturyzowanej formie, ułatwiającej kontynuację działalności, ale też przekazywanie know-how, doświadczeń w ramach jednej spółki – mówi Marcin Jaraczewski.

Zmiany obejmą ponad 211 tys. rzemieślników z dyplomem mistrza lub świadectwem czeladnika i są wzorowane na rozwiązaniach funkcjonujących już m.in. w Belgii i Austrii. Zgodnie z nimi przedsiębiorcy-rzemieślnicy będą mogli prowadzić działalność w firmie spółki jawnej, komandytowej, komandytowo-akcyjnej czy jednoosobowej spółki kapitałowej – pod warunkiem że wspólnikami będą osoby mające kwalifikacje zawodowe w rzemiośle lub członkowie rodziny (małżonek lub krewni w linii prostej).

Pakiet Przyjazne Prawo wprowadza także m.in. ułatwienia dla pracowników gastronomii, którzy będą mogli się przebadać na własny wniosek. Poza tym, jeśli mają aktualne orzeczenie lekarskie, przy zmianie pracodawcy nie będą podlegać ponownym badaniom sanitarno-epidemiologicznym (w okresie ważności orzeczenia).

Kolejną zmianą jest wyłączenie z egzekucji kwot niezbędnych przedsiębiorcy i jego rodzinie do utrzymania przez dwa tygodnie. Natomiast w firmach, które należą do przedsiębiorcy i jego małżonka, po śmierci jednego z nich możliwe będzie powołanie drugiego na tymczasowego przedstawiciela. Ten będzie zarządzać spadkiem w części dotyczącej udziału w przedsiębiorstwie do czasu załatwienia formalności spadkowych u notariusza albo w sądzie.

Resort środowiska rozszerza opłatę recyklingową na wielorazowe, grubsze torby foliowe. Efekt może być odwrotny do zamierzonego

0

Resort środowiska rozszerza opłatę recyklingową na wielorazowe, grubsze torby foliowe. Efekt może być odwrotny do zamierzonego 3

Od początku ubiegłego roku obowiązuje w Polsce opłata recyklingowa na lekkie torebki foliowe. Z początkiem września obejmie ona również grubsze foliówki, a punkty sprzedaży detalicznej będą musiały co miesiąc raportować o liczbie sprzedanych torebek. Branża producentów ocenia, że pomysł jest chybiony, bo spowoduje on wycofanie grubszych foliówek ze sprzedaży, a klienci wrócą do korzystania z tzw. zrywek, które najbardziej zaśmiecają środowisko. Tymczasem grubsze torebki foliowe spełniają kryteria wielorazowego użytku, na co wskazuje sama Komisja Europejska. 

 Od 1 września jednostki handlu detalicznego są zobowiązane do pobierania opłaty recyklingowej w wysokości 20 gr plus VAT od torebek z tworzywa sztucznego. Nawet tych, które mają wszyte rączki czy też takich, które tradycyjnie klienci uważają za wielorazowe, co wydaje się dość dziwne – mówi agencji Newseria Biznes Robert Szyman, dyrektor generalny Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych.

Zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska zwolnione z opłaty recyklingowej będą tylko i wyłącznie torebki popularnie zwane zrywkami, które służą do pakowania produktów spożywczych luzem. Dodatkowo, na jednostkach handlu detalicznego od 1 września będzie ciążyć obowiązek sprawozdawczości w systemie comiesięcznym – muszą one raportować ilość sprzedanych torebek tzw. lekkich, czyli do 50 mikrometrów (μm) i torebek grubszych, powyżej 50 μm.

– Szacujemy, że ta regulacja, która obejmuje torby wielorazowego użytku powyżej 50 μm, spowoduje, że klienci powrócą do lekkich torebek foliowych, co stoi w sprzeczności z ochroną środowiska. Dlatego m.in. nasza organizacja sprzeciwiała się wprowadzeniu tej regulacji – mówi Robert Szyman.

W 2015 roku Unia Europejska wydała dyrektywę dotyczącą torebek handlowych z tworzywa sztucznego (tzw. lekkich toreb o grubości od 15 do 49 μm) i zobligowała kraje członkowskie do wprowadzenia regulacji, które ograniczą ich zużycie. Te są przez konsumentów najczęściej porzucane bez kontroli i szybciej stają się odpadami, które trafiają do środowiska. Wobec toreb grubszych niż 49 μm nie wprowadzono żadnych restrykcji, ponieważ te spełniają kryteria wielokrotnego użytku.

W 2017 roku Ministerstwo Środowiska – w zgodzie z unijną dyrektywą – wprowadziło ustawę nakładającą tzw. opłatę recyklingową na lekkie torby z tworzywa sztucznego w celu ograniczenia ich zużycia. Ta weszła w życie z początkiem ubiegłego roku. Zgodnie z nowymi wytycznymi resortu teraz opłatą recyklingową zostaną objęte również grubsze foliówki.

– Cały sens dyrektywy dotyczącej torebek foliowych był taki, aby ograniczyć zużycie lekkich torebek. Konsumenci traktują je jako jednorazowe i pozostawiają w środowisku. Przeciętny Polak zużywa ok. 9 sztuk torebek lekkich, czyli jesteśmy bardzo zdyscyplinowanym społeczeństwem, na poziomie Irlandii. Zakaz bezpłatnej dystrybucji torebek ma taki właśnie skutek. To znaczy, że Polska wpisała się w trend innych państw, gdzie tego rodzaju regulacje wprowadzono. Natomiast opłata recyklingowa od torebek grubszych spowoduje powrót do tych lekkich – tłumaczy Robert Szyman.

Jak ocenia, grubsze torebki foliowe powyżej 50 μm są przez klientów traktowane jako wielorazowego użytku.

– Torby grubsze są najbardziej przyjazne dla środowiska, nawet w porównaniu z torbami bawełnianymi czy papierowymi, więc absolutnie nie widzimy uzasadnienia dla tego, aby obejmować je opłatą – mówi Robert Szyman.

Również przygotowany na zlecenie Komisji Europejskiej raport BIO Intelligence Service, pokazuje, że najlepszą opcją środowiskową jest wielokrotne użycie toreb, a te grubsze, powyżej 50 μm, nie stanowią zagrożenia środowiskowego. Klienci korzystają z ich wielokrotnie, a na dodatek są znacznie bardziej trwałe i łatwiej je utrzymać w czystości niż torby bawełniane czy papierowe. Ponadto, w produkcji toreb foliowych wykorzystuje się polimer łatwy do recyklingu, więc doskonale nadają się one do odzysku i spełniają kryteria GOZ.

Dyrektor Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych podkreśla, że rozszerzenie opłaty recyklingowej po 17 miesiącach od jej wprowadzenia będzie mieć negatywny wpływ zarówno na środowisko, jak i na handel.

– Jest dodatkowy obowiązek sprawozdawczy nałożony na jednostki handlu detalicznego, które muszą raportować w cyklu comiesięcznym, a nie jak w poprzednich regulacjach raz do roku, liczbę sprzedanych torebek foliowych oraz zarejestrować w bazie elektronicznej, co również wiąże się z istotną opłatą dla małych sklepów. To spowoduje, że małe rodzinne sklepy zatrudniające poniżej 10 osób, których na ryku detalicznym w Polsce jest około 25 proc., w ogóle zrezygnują ze sprzedaży torebek foliowych – mówi Robert Szyman.

Na polskim rynku działa około 120 przedsiębiorców zajmujących się produkcją toreb z tworzywa sztucznego, które zatrudniają ok. 4 tys. pracowników. Te po wprowadzeniu opłaty recyklingowej w 2018 roku stanęły przed koniecznością modernizacji lub wymiany swojego parku maszynowego, aby dostosować się do nowych regulacji.

– Dla branży jest to problem. W pierwszej fazie administracja wysyła sygnał dotyczący tego, że transponujemy dyrektywę, ograniczamy zużycie torebek jednorazowych, więc sektor przetwórstwa tworzyw sztucznych poczynił pewne inwestycje. Następnie wprowadza się regulację, która powoduje powrót do struktury sprzed 1,5 roku. W mojej ocenie jednak powinniśmy współpracować na rzecz ochrony środowiska – mówi dyrektor generalny Polskiego Związku Przetwórców Tworzyw Sztucznych.

Rodzice ruszyli do sklepów po wyprawkę szkolną. Na jej skompletowanie wydadzą średnio 1,7 tys. zł

Rodzice ruszyli do sklepów po wyprawkę szkolną. Na jej skompletowanie wydadzą średnio 1,7 tys. zł 4

Koniec wakacji to dla większości domowych budżetów wymagający okres. W tym roku na wyprawkę szkolną rodzice wydadzą średnio 1,7 tys. zł, przede wszystkim na przybory szkolne, odzież oraz podręczniki i książki – wynika z badania Deloitte. Polacy to łowcy okazji – 75 proc. w poszukiwaniu najlepszych cen zamierza zrobić zakupy w kilku różnych miejscach, także w sklepach internetowych. Zdecydowana większość rodziców wykorzysta na szkolne zakupy środki z rządowego programu „Dobry start”.

 W tym roku na wyprawkę szkolną wydamy nieco więcej. W przypadku jednego dziecka to 1 388 zł, w przypadku dwójki dzieci kowta jest nieco niższa per dziecko – 949 zł. Podobnie jest w przypadku trójki i większej liczby dzieci – średnio 849 zł. Sumarycznie jest to dość spory wydatek, który czeka rodziców przed wrześniem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Patrycja Venulet, dyrektor w dziale strategii w firmie Deloitte.

Z raportu „Wyprawka szkolna 2019”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, wynika, że średnio na szkolne rzeczy wydamy 1 718 zł. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem ta kwota wyniesie średnio prawie 1 400 zł, z dwojgiem – prawie 1 900 zł, a z trojgiem – ponad 2 700 zł. Połowa Polaków planuje, że zakupy będą kosztować tyle samo co przed rokiem, ale co trzeci szacuje, że wyda więcej. Zdecydowana większość rodziców deklaruje, że wesprze się w tym środkami z rządowego programu „Dobry Start”. O dodatkowe 300 zł zamierza wnioskować blisko 90 proc. rodziców.

– Wynika to z jednej strony ze wzrostu cen, a z drugiej strony z rosnących potrzeb dzieci. Dzieci są bardziej świadome przyborów, których potrzebują, a gadżetów, które chcą posiadać, jest coraz więcej, więc ich wymagania rosną – tłumaczy Patrycja Venulet.

W koszykach zakupowych znajdą się artykuły papiernicze (90 proc. wskazań), odzież i obuwie (86 proc.), podręczniki i książki oraz plecaki (po ok. 80 proc.). Najwięcej pieniędzy wydamy na ubrania i buty (35 proc. budżetu na wyprawkę) oraz przybory szkolne (32 proc.).

 W Ameryce, jako na rynku trochę bardziej rozwiniętym niż nasz, wydatki plasują się podobnie pod kątem przedmiotów, których potrzebujemy. Tam jest jednak większa dostępność darmowych podręczników i przyborów szkolnych, u nas obejmuje to tylko dzieci w szkole podstawowej – mówi Patrycja Venulet.

Zdecydowana większość Polaków zakupów nie zostawia na ostatnią chwilę, blisko 70 proc. planuje je jeszcze w sierpniu. W dużej mierze to efekt licznych rabatów i promocji, a statystyczny Polak jest łowcą okazji – to właśnie cena jest czynnikiem, który w największym stopniu wpływa na decyzje zakupowe. Blisko 75 proc. deklaruje, że w poszukiwaniu najlepszych cen odwiedzi kilka sklepów.

– Najpierw odwiedzamy różne rodzaje sklepów, a potem dokonujemy zakupu tam, gdzie jest najbardziej korzystnie. W przypadku drobnych rzeczy jak zeszyty, długopisy, kredki, rodzice raczej decydują się na zakup w pierwszym sklepie – mówi Venulet.

Przy kompletowaniu szkolnej wyprawki odwiedzimy średnio cztery sklepy stacjonarne, gdzie spędzimy 7,4 godziny. Dla blisko połowy Polaków zakupy szkolne to przyjemność i sposób na spędzanie czasu z rodziną. O ile jeszcze do niedawna zakupy szkolne były domeną kobiet, o tyle teraz biorą w nich udział także ich partnerzy i dzieci.

– W przypadku takich artykułów jak odzież, obuwie, artykuły szkolne, plecaki, piórniki, nadal to kobiety decydują, jaki to jest zakup i gdzie go dokonujemy. W przypadku elektroniki i gadżetów technologicznych panowie mają większy wpływ na te zakupy – podkreśla ekspertka Deloitte.

Coraz chętniej kupujemy w internecie. Średnio sprawdzimy ofertę trzech e-sklepów, na czym spędzimy 4,4 godziny. Co piąty Polak deklaruje, że więcej kupi w sieci niż w tradycyjnych sklepach.

 W sklepach internetowych najczęściej kupujemy sprzęt elektroniczny, gadżety technologiczne. Tu szukamy już oszczędności – po upatrzeniu odpowiedniego modelu rodzice sprawdzają, która strona oferuje korzystniejsze warunki cenowe – wskazuje Patrycja Venulet.

Co dziesiąte importowane do Polski auto sprowadzane jest z Wielkiej Brytanii. Są one tańsze w zakupie, ale trzeba zapłacić więcej za ich ubezpieczenie

Co dziesiąte importowane do Polski auto sprowadzane jest z Wielkiej Brytanii. Są one tańsze w zakupie, ale trzeba zapłacić więcej za ich ubezpieczenie 5

Połowa aut sprowadzanych z zagranicy pochodzi z Niemiec. 10 proc. importu stanowią auta z Wielkiej Brytanii, w tym tzw. angliki, czyli z kierownicą po prawej stronie. Chociaż są one tańsze niż używane auta przystosowane do ruchu prawostronnego, to ta oszczędność może się okazać pozorna. Ubezpieczenie w Polsce takich pojazdów może być bardzo kosztowne – ponaddwukrotnie droższe niż tego samego auta z kierownicą po lewej stronie.

Wyższa składka ubezpieczenia OC czy AC wynika z faktu, że ubezpieczyciele uwzględniają większe ryzyko związane z prowadzeniem auta z kierownicą po prawej stronie i naliczają wyższe składki. Eksperci podkreślają, że kierowcy przyzwyczajeni do jazdy po prawej stronie jezdni, prowadząc „anglika” odczuwają większy stres i dyskomfort, szczególnie na początku użytkowania. Wzrasta zagrożenie stłuczką czy wypadkiem.

Gorzej czujemy gabaryty samochodu, czujemy się mniej komfortowo, a z perspektywy ubezpieczyciela w przypadku stłuczki kwoty odszkodowań są po prostu dużo większe, co znajduje niestety swoje odzwierciedlenie w składkach – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Popielski, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Porówneo.pl.

W Polsce nowe auta kupują głównie firmy. Trafia do nich 70 proc. wszystkich sprzedanych pojazdów. Większość Polaków kupuje auta używane. W 2018 roku do naszego kraju sprowadzono prawie milion aut o wartości 16 mld zł – wynika z danych Ministerstwa Finansów. W większości to pojazdy z kierownicą po lewej stronie. Prawie 50 proc. aut sprowadzamy od naszych zachodnich sąsiadów – wynika z raportu Clicktrans.pl. Na drugim miejscu jest Francja, skąd przyjeżdża niecałe 10 proc. pojazdów. Podobny odsetek trafia do Polski z Wielkiej Brytanii, w tym także „angliki”. Używane auta sprowadzane z wysp brytyjskich znajdują w Polsce nabywców, bo są tanie. Koszt zakupu może być kilkanaście tysięcy złotych niższy niż auta z kierownicą po lewej stronie. Co najmniej dwukrotnie wyższy jest za to koszt ubezpieczenia.

Jak wynika z naszego porównania, osoba, która nie miała żadnej historii szkodowej, może ubezpieczyć 10-letni samochód klasy średniej za 790 zł. Dokładnie to samo ubezpieczenie OC dla „anglika” kosztowałoby ponad 2 tys. zł – mówi Andrzej Popielski.

Trzydziestoletni mieszkaniec Warszawy, który chce ubezpieczyć Volkswagena Passata kombi z 2009 roku z kierownicą po prawej stronie, musi się liczyć z tym, że za OC w Polsce zapłaci między 3,1 tys. a 8 tys. zł – wynika z analizy Porówneo.pl. Oferta dla identycznego auta, który ma kierownicę z lewej strony, oscylowała w granicach 722 – 2,6 tys. zł.

Od sierpnia 2015 roku, dzięki zmianie przepisów, w Polsce możliwa jest rejestracja aut z kierownicą po prawej stronie bez konieczności ich przerabiania. Przed zmianą przepisów konieczne było m.in. przeniesienie kierownicy i pedałów na lewą stronę, czy instalacja deski rozdzielczej. Obecnie wymagane modyfikacje samochodu z Anglii lub Irlandii ograniczają się tylko do zmian dotyczących reflektorów, lusterek i prędkościomierza (wymagana skala w km/h). Przed zmianą przepisów trudniej było też „anglika” ubezpieczyć, bo na rynku było mało ofert. To także zmieniło się na plus. Wciąż jednak nie wszyscy ubezpieczyciele mają w swojej ofercie polisy dla samochodów z kierownicą po prawej stronie.

Ubezpieczyciel, po pierwsze, kalkuluje wyższe koszty ewentualnych odszkodowań, nie tylko z tytułu OC, lecz także z tytułu autocasco i napraw, które mogą się wydarzyć w trakcie ubezpieczenia tego samochodu i konieczności pokrycia kosztów tychże napraw – mówi prezes Porówneo.pl.

Decydując się na zakup sprowadzonego auta, trzeba też pamiętać o procedowanych przepisach nakładających na nabywców dodatkowe obowiązki. Wprowadzą one obowiązek rejestracji w ciągu 30 dni. W przeciwnym razie nabywca zapłaci karę w wysokości od 200 do 1 000 złotych. Grzywnę zapłacimy też, jeśli nie poinformujemy starosty o zakupie lub sprzedaży pojazdu zarejestrowanego w Polsce. Tu nie ma rozróżnienia, czy pojazd ma kierownicę z lewej, czy z prawej strony.

Nowe technologie usprawnią systemy ochrony pożarowej. Powstają innowacyjne materiały oraz nowe sposoby projektowania budynków

Nowe technologie usprawnią systemy ochrony pożarowej. Powstają innowacyjne materiały oraz nowe sposoby projektowania budynków 6

Rozwój technologii inteligentnych doprowadził do powstania nowych rozwiązań w zakresie ochrony przeciwpożarowej budynków. Inżynierowie pracują nad wdrożeniem innowacyjnych konstrukcji odpornych na podpalenie oraz ognioodpornych materiałów budowlanych. Zmiany zachodzą także w procesach projektowych – narzędzia wykorzystujące rozwiązania BIM pozwalają dostosować ognioodporność danej konstrukcji do stopnia zagrożenia pożarowego.

– Inwestycje, jakie w tej chwili są budowane, są zupełnie inne niż to miało miejsce w przeszłości. Weźmy przykład galerii handlowych, mamy do czynienia z bardzo dużymi garażami, mamy do czynienia z wielkimi kubaturami. Podobnie, jeśli jest mowa o biurowcach wysokościowych czy nawet o mieszkaniówce. To wszystko stawia zupełnie nowe wyzwania przed ochroną przeciwpożarową. Nowe technologie muszą nadążać za tymi wymaganiami – mówi agencji Newseria Innowacje Tomasz Mazanek, menadżer ds. sprzedaży Promat.

Technologia Modelowania Informacji o Budynku (BIM) jest jedną z największych zmian, jaką wprowadzono w ostatnich latach w budownictwie. Projektowanie w oparciu o rozwiązania BIM ułatwia architektom przeprowadzanie konsultacji z branżystami, w tym m.in. specjalizującymi się w ochronie przeciwpożarowej, już na wczesnym etapie powstawania budynku. Nowe technologie pozwalają dokładnie zasymulować scenariusze w przypadku potencjalnego zagrożenia.

Autodesk opracował szereg narzędzi przeznaczonych do analizy bezpieczeństwa budynków. Oprogramowanie Autodesk Navisworks pozwala opracować plany ewakuacyjne, Autodesk CFD umożliwia symulowanie rozkładu temperatur podczas pożaru i analizować sposoby odprowadzania dymu, zaś Autodesk Project Scorch pozwala projektantom przeanalizować zachowanie się ognia w projektowanym budynku.

– Przy projektowaniu budynków wykorzystuje się bardzo mocno symulacje komputerowe. Symulujemy powstanie pożaru, np. w garażu, gdzie źródłem pożaru najczęściej jest samochód, w którym zapalić może się silnik czy coraz częściej ogniwa w samochodzie elektrycznym. Wówczas największym zagrożeniem jest nie temperatura, ale dym, który powoduje, że ludzie zatruwają się, nie widzą drogi ucieczki. Symulacje pozwalają tak zaprojektować przestrzeń, by odprowadzić ten dym w sposób bezpieczny, a jednocześnie w sposób umożliwiający ewakuację ludziom – tłumaczy ekspert.

Skuteczna ochrona przeciwpożarowa to jednak przede wszystkim czujniki, które pozwolą szybko wykryć źródło pożaru. Jeden z ciekawszych systemów opracowali inżynierowie z firmy FFE. Czujka Fireray One została zaprojektowana w taki sposób, aby do jej instalacji nie była wymagana specjalistyczna wiedza instalacyjna. Sprzęt sam przeprowadza proces kalibracji, dzięki czemu może być z łatwością zainstalowany nie tylko w dużych obiektach, lecz także w małych domach jednorodzinnych.

Prowadzone są także prace nad powłokami, dzięki którym elementy do tej pory łatwopalne, byłyby odporne na ogień. Promat eksperymentuje z powłokami zwiększającymi ognioodporność materiałów konstrukcyjnych, w tym elementów drewnianych. Naukowcy z Texas A&M University z kolei chcą stworzyć nietoksyczną, ognioodporną powłokę wykonaną wyłącznie z naturalnych materiałów, która zmniejszyłaby podatność pianki poliuretanowej na podpalenie. Materiał ten jest powszechnie wykorzystywany w produkcji mebli domowych oraz w systemach dociepleniowych dachów. Pokrycie go nanopowłoką opóźni moment zapłonu, co może zapobiec wielu pożarom.

– Wcześniej mieliśmy restrykcyjne podejście, budynek o danej wysokości, o danej liczbie mieszkańców ma mieć takie, a nie inne klasy odporności ogniowej. Dzisiaj wchodzimy głębiej w funkcje poszczególnych części tego budynku, w funkcje, jakie będzie spełniał. Część budynku, która tworzy większe zagrożenie, będzie zabezpieczana lepiej, będą w niej użyte inne materiały – tłumaczy Tomasz Mazanek.

Według analityków z firmy Zion Market Research wartość globalnego rynku systemów ochrony przeciwpożarowej w 2018 roku przekroczyła 57 mld dol. Do 2025 roku wzrośnie do blisko 95,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 8,1 proc.

Wdrożenie sieci 5G może przyspieszyć rozwój branży gier wideo. Producenci stawiają na gry mobilne i strumieniowe przesyłanie

Wdrożenie sieci 5G może przyspieszyć rozwój branży gier wideo. Producenci stawiają na gry mobilne i strumieniowe przesyłanie 7

Upowszechnienie się smartfonów wyposażonych w duże ekrany i wydajne podzespoły zmieniło oblicze branży gier. Dystrybutorzy zaczęli zwracać większą uwagę na produkcję tytułów mobilnych, a korporacje rozpoczęły wdrażanie serwisów, które umożliwią granie za pośrednictwem chmury danych. Wdrożenie infrastruktury sieci 5G przyspieszy rozwój tej branży – ułatwi pobieranie gier mobilnych i umożliwi odpalanie najwyższej klasy tytułów na każdym urządzeniu.

– Sieć 5G będzie miała ogromny wpływ na segment rynku gier związany z e-sportem, czyli grami takimi jak Counter-Strike, League of Legends czy StarCraft. Dlaczego? Sieć 5G pozwoli na dużo niższe opóźnienia, które są bardzo istotne w rozgrywkach e-sportowych. Także na pewno będzie miało ogromny wpływ na ten konkretny segment rynku. Może mieć też oczywiście wpływ na gry mobilne. Jeżeli one są dużego rozmiaru, to pobieranie takiej gry zabiera dość dużo czasu. Sieć 5G zdecydowanie skróci czas pobierania takich gier – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Łukasz Kuczera, prezes zarządu Vixa Games.

Wdrożenie technologii 5G według badań przeprowadzonych przez Ericsson Consumer Lab będzie miało zauważalny wpływ na przepustowość łączy telekomunikacyjnych. Nowa infrastruktura pozwoli łączyć się z internetem nawet 100 urządzeniom na metr kwadratowy, poprawi zasięg i wydajność sieci komórkowych przy jednoczesnym zmniejszeniu opóźnień w przesyle danych. To wszystko ułatwi korzystanie ze streamingowych platform gamingowych.

Na nadejście ery 5G w komunikacji przygotowuje się już kilka firm zainteresowanych branżą gier mobilnych. NVIDIA zapowiedziała uruchomienie betatestów mobilnej odsłony serwisu GeForce NOW, który zaprojektowano z myślą o uruchamianiu pecetowych gier za pośrednictwem chmury danych. Podobną usługę wdroży na jesieni Google. W ramach platformy Stadia gracze będą mogli uruchomić gry z chmury, korzystając wyłącznie z aplikacji bądź przeglądarki Chrome. Stadia przeszła już fazę testów i jest gotowa, aby wejść na rynek komercyjny. W tym m.in. na urządzenia mobilne, funkcjonujące zarówno w obrębie sieci Wi-Fi, jak i szybkiej sieci 5G.

Na gry mobilne postawili także inżynierowie Apple, którzy opracowali serwis gamingowy Arcade. W przeciwieństwie do konkurencyjnych rozwiązań, nie działa on jako platforma streamingowa. Aplikację będzie można pobrać z AppStore, trafią do niej gry, które będzie można uruchomić na dowolnych urządzeniu od Apple, w tym m.in. smartfonach oraz tabletach, również będąc offline. Arcade będzie dostępny na jesieni tego roku.

– Patrząc na to, jak rynek ewoluował, zdecydowanie będziemy grać w gry mobilne, niekoniecznie na telefonach czy tabletach, ale na konsolach mobilnych. Tutaj rynek zawojował Nintendo Switch, ale jest jeszcze spora nisza, która w żaden sposób nie jest wypełniona. W zasadzie Nintendo Switch jest jedyną taką mobilną konsolą przenośną w danym momencie – twierdzi ekspert.

Nintendo poszło jeszcze o krok dalej, przestawiając się na projektowanie gier z myślą o odbiorcach zainteresowanych tytułami mobilnymi. W najnowszej, odświeżonej wersji hybrydowej konsoli Switch poprawiono przede wszystkim żywotność baterii, wydłużając ją dwukrotnie. Tańszy model Switcha, który pojawi się w sprzedaży w najbliższym czasie, będzie urządzeniem przeznaczonym wyłącznie do grania mobilnego – producent pozbawił konsolę możliwości przesyłania obrazu na ekran telewizora.

– Konsole i gry mobilne nie znikną z rynku. Ciekawe jednak, co się stanie z wirtualną rzeczywistością. Wszyscy jeszcze parę lat temu krzyczeli, że VR zdobędzie rynek. Jestem bardzo ciekawy, czy adopcja VR się zwiększy. Augmented reality raczej widać, że nie zaadaptował się tak, jak niektórzy przewidywali. To gry mobilne i konsole przenośne stworzą duży segment na rynku – podsumowuje ekspert.

Według firmy badawczej Newzoo wartość globalnego rynku gier mobilnych w 2019 roku osiągnie wartość 68,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10,2 proc. w skali roku.

Smart Home stanie się standardem do 2030 roku

Firma Dassault Systèmes (Euronext Paris: #13065, DSY.PA) poinformowała, że według oczekiwań konsumentów, inteligentne urządzenia staną się powszechne w ich domach w 2030r. To ustalenia wynikające z badania przeprowadzonego przez niezależną firmę badań rynkowych CITE Research na zlecenie Dassault Systèmes, na reprezentatywnej próbie tysiąca dorosłych Amerykanów.

Dom staje się coraz bardziej inteligentny, wykorzystując łączność, czujniki i Internet Rzeczy, aby lepiej zaspokoić potrzeby konsumentów. Zakres rozwiązań obejmuje inteligentne: oświetlenie, termostaty i urządzenia kuchenne, aż po osobistych asystentów i urządzenia do podlewania roślin. W rezultacie nasze życie domowe w coraz większym stopniu podlega cyfryzacji, co powoduje zmianę oczekiwań konsumentów wobec innowacji technologicznych i związanych z nimi korzyści.

W Polsce urządzenia z kategorii inteligentnego domu dopiero zyskują na popularności. Według danych Oferteo.pl rozwiązania smart home znalazły zastosowanie w 23% domów  budowanych w 2018 roku. Polacy najczęściej wybierali urządzenia mające zapewnić bezpieczeństwo: inteligentne czujniki, alarmy i kamery monitoringu. Jest to spójne z wynikami badania CITE Research/Dassault Systèmes, w którym około dwóch trzecich respondentów wymienia bezpieczeństwo (66%) i efektywność energetyczną (67%) jako najważniejsze zalety rozwoju technologii w domu. Dla ponad połowy zdalny dostęp (57%) i personalizacja (53%) są na trzecim miejscu wśród kluczowych korzyści.

Pozostałe wnioski z badania CITE Research Dassault Systèmes:

  • Domy w 2030 roku będą w pełni połączone i zautomatyzowane. Około trzy czwarte respondentów spodziewa się używać inteligentnych urządzeń w swoich domach w 2030 roku – 73% chciałoby używać zdalnie monitorowanych urządzeń / rozwiązań aktywowanych głosem, a 70% oczekuje powszechności w pełni połączonych systemów inteligentnego domu.
  • Podczas gdy około połowa respondentów spodziewa się korzystania z wirtualnego asystenta domowego lub robota, fizyczny robot w domu lub automatycznie konfigurowalne przestrzenie (takie jak garderoba zmniejszająca się automatycznie, aby stworzyć dodatkową przestrzeń) są uważane za mniej prawdopodobne zastosowania w przyszłości.
  • Wiek i status materialny wpływają na podejście do nowych technologii. Młodsi respondenci (w wieku 18 – 44 lat), zamożniejsi (dochód gospodarstwa domowego powyżej 100 000 USD) i użytkownicy szybko przyjmujący nowinki techniczne częściej twierdzą, że mogą korzystać z którejkolwiek z tych technologii. Pytani o kluczowe zalety innowacyjnych technologii – młodsi uczestnicy (18 – 34 lat) przywiązują największą wagę do personalizacji – 66% osób w wieku 18 – 24 lat i 63% osób w wieku 25 – 34 lat. Personalizacja jest również kluczowa dla początkujących użytkowników technologii (23% uważa ją za zaletę nr 1).

Zaufanie w biznesie – plusy i minusy rozwoju biznesu

Problem niskiego zaufania to jedna z barier w prowadzeniu biznesu. Z drugiej strony poleganie tylko na zaufaniu może doprowadzić do wielu patologii. Jak zaznacza dr hab. Dominika Latusek-Jurczak, autorka książki „Zaufanie w zarządzaniu organizacjami” wydanej właśnie przez Wydawnictwo Naukowe PWN, choć zaufanie jest jednym z najważniejszych czynników w relacji – także biznesowej – ma też swoją ciemną stronę.

Bezgraniczne zaufanie w biznesie jest równie niebezpieczne, jak jego całkowity brak. Może znacząco wpłynąć na rozwój firmy, prowadząc do ograniczenia rozwoju biznesu. Nadmierne zaufanie może doprowadzić do różnego rodzaju nadużyć. Jednym z przykładów jest kryzys finansowy z 2007 roku, z którego skutkami borykamy się do dziś. U jego podstaw leżało m.in. zbyt duże zaufanie do instytucji finansowych i firm audytorskich, które wysoko oceniając produkty finansowe, napędzały ich sprzedaż.

­̶ Im wyższy poziom zaufania, tym mniejsza wrażliwość na niepokojące sygnały we współpracy z biznesowymi partnerami. W skrajnych przypadkach nadmierne zaufanie może nawet utorować drogę do popełnienia przestępstw, takich jak wyłudzenia czy oszustwa finansowe  ̶  ostrzega dr hab. Dominika Latusek-Jurczak z Katedry Zarządzania Akademii Leona Koźmińskiego, która od lat bada kwestię zaufania w Polsce, krajach Europy Zachodniej i Dolinie Krzemowej w Stanach Zjednoczonych, a także przeprowadziła analizę wielu tekstów naukowych poświęconych zaufaniu w organizacji.

Wszystko dlatego, że w sytuacji nadmiernego zaufania firmy przestają reagować na alarmujące sygnały, które do nich docierają, i zaczynają je racjonalizować.

Złoty środek dotyczący zaufania w biznesie

Zbyt duże zaufanie przeradza się w naiwność. Z drugiej strony konsekwencją zbyt niskiego poziomu zaufania może być utrata biznesowych korzyści wynikających z rynkowej współpracy.

– Firmy dążą do relacji opartych na zaufaniu, bo są one szybsze i łatwiejsze. Jednak, nie szukając alternatyw, mogą wybierać opcje, które ekonomicznie będą mniej opłacalne – dodaje dr hab. Dominika Latusek-Jurczak, jednocześnie wskazując na potrzebę stosowania w biznesie arystotelesowskiej idei złotego środka.

– Kiedy prowadzi się firmę, nie można bezwarunkowo ufać biznesowym partnerom. Trzeba dokładnie przemyśleć, kogo obdarza się zaufaniem. Zarówno przesadna nieufność, jak i przesadne zaufanie są dla współpracy na dowolnym poziomie niekorzystne – podkreśla dr hab. Latusek-Jurczak.

Pozytywna strona zaufania w biznesie

Zaufanie ma jasną stronę – m.in. umożliwia podejmowanie ryzyka, czego efektem może być zwiększenie konkurencyjności biznesu. Uważane jest także za mechanizm ułatwiający proces dzielenia się wiedzą, a także ogranicza potrzebę wprowadzenia formalnych mechanizmów kontroli i koordynacji w biznesowej relacji.

Dr hab. Dominika Latusek-Jurczak zauważa, że choć silne zaufanie między partnerami jest w świecie biznesu rzadkością, to może być przekute w ogromną przewagę rynkową. Zestawiła na bazie własnych badań i analizy wielu tekstów naukowych 10 największych zalet zaufania w biznesie.

Oto one:
– zaufanie jest źródłem trwałej przewagi konkurencyjnej,
– redukuje koszty transakcyjne,
– ogranicza ryzyko/redukuje niepewność – niezbędne w radzeniu sobie z kompleksowością i niepewnością,
– przyczynia się do wzrostu efektywności,
– wspomaga uczenie się, kreatywność, innowacyjność i przepływ informacji,
– ułatwia przeprowadzanie zmian,
– jest krytycznym czynnikiem powodzenia każdej współpracy (zespoły, sojusze, partnerstwa),
– wzbogaca relacje, ułatwia rozwiązywanie konfliktów i radzenie sobie z problemami: poprawia „klimat” życia gospodarczego, zapewnia stabilizację instytucji społecznych i rynków,
– uruchamia twórcze myślenie,
– pozwala zrezygnować ze ścisłej kontroli, dokładnych kontraktów, wzajemnego monitoringu,

Lont bez ognia

Aktualnie rynki kręcą się wokół trzech głównych tematów – woja handlowa, obawy o globalną recesję i nadzieje na luzowanie polityki pieniężnej – ale ponieważ przez ostatnią dobę w żadnych z tych tematów nic się nie ruszyło, inwestorzy siedzą w bezczynności. Z czasem coś się zmieni, ale na razie wydaje się lepiej czekać w defensywnych aktywach.

W obecnych warunkach po prostu bardzo trudnym jest branie na siebie odważnych decyzji, jeśli zwrot o 180 stopni może przyjść w każdej chwili. Kiedy niepewność rzuca się cieniem nie tylko na klimat inwestycyjny, ale też na nastroje przedsiębiorców i konsumentów, zdecydowanie łatwiej o negatywne zaskoczenia. Najświeższym potwierdzeniem tych symptomów jest spadek indeksu zaufania biznesu w Nowej Zelandii do 11-letniego minimum. Pomimo medialnej ciszy w czołowych tematach dominuje chęć kierowania kapitału w stronę bezpiecznych aktywów. Ponury obraz przebija się z rynku długu, gdzie rentowności 10-latek USA wróciły pod 1,50 proc. i trzymają się 3-letnich minimów. W Niemczech 10-letnie Bundy na -0,7 proc. są najniżej w historii. Inwersja krzywej dochodowości w USA podsyca obawy, że jest to zapowiedź rychłej recesji. Korelacja ta jest mocno dyskusyjna i osobiście podchodzę do niej bardzo nieufnie, ale nie da się zignorować, że jest obecnie popularyzowanym argumentem.

Innym „mylnym osądem” jest interpretacja ryzyka politycznego we Włoszech po zachowaniu obligacji. Rentowności włoskich 10-latek pierwszy raz w historii spadły poniżej 1 proc., co wiąże się z rosnącymi nadziejami na powstanie nowego rządu w Rzymie i oddaleniu wizji powtórzonych wyborów. Muszę się z tym tłumaczeniem nie zgodzić. Jeśli premia za ryzyko polityczne na europejskich aktywach w ogóle istniała, udzielałaby się także euro. Widzieliśmy to chociażby w listopadzie ubiegłego roku przy sporze z Brukselą nad projektem budżetu. Tymczasem EUR/USD kompletnie nie wykazuje reakcji na wszelkie informacje związane z toczącymi się negocjacjami koalicyjnymi między Ruchem 5 Gwiazd i Partią Demokratyczną. Z perspektywy rynku od początku najbardziej realnym scenariuszem była nowa koalicja R5G i PD. Obu partiom zależy na utworzeniu koalicji, gdyż w powtórzonych wyborach największe szanse na zwycięstwo ma eurosceptyczna Liga. Skoro to było oczywiste, nie ma teraz zmowy o ujmowaniu z wyceny premii za ryzyko. Rentowności włoskiego długu spadają jak innych w Eurolandzie w oczekiwaniu na pakiet luzowania monetarnego EBC.

We wczorajszym odcinku brexitowej telenoweli premier Boris Johnson poprosił królową Elżbietę II o zawieszenie obrad parlamentu począwszy do 9 września aż do 14 października. Następna sesja parlamentu zostanie otwarta tzw. Queen’s Speech, w trakcie którego rząd przestawi zarysy nowej polityki. Funt początkowo zareagował spadkiem, gdyż zawieszenie prac parlamentu oznacza zabranie opozycji czasu na przeforsowanie ustaw mogących zablokować dążenia rządu do przeprowadzenia bezumownego brexitu. Funt jednak zdołał odrobić część strat, gdyż w końcowym rozrachunku trudno powiedzieć, czy i jak zmienił się rozkład szans w procesie brexitu. Opozycja wciąż będzie miała cały przyszły tydzień na zwarcie szyków, czego rezultat nie jest do końca pewny, biorąc pod uwagę historię niejednomyślności posłów. Sam proces zawieszenia parlamentu może zostać zaskarżony, jak również opozycja może pospieszyć się z głosowaniem nad wotum nieufności. Także po Queens Speech i prezentacji expose Johnson będzie poddany głosowaniu nad wotum zaufania, gdzie przegrana oznacza nowe wybory. W takim scenariuszu racjonalnym jest zakładanie zgody UE na ponowne odroczenie daty brexitu. W skrócie, w najbliższych tygodniach szanse na bezumowny brexit mogą spaść, jak i wzrosnąć. Kto sceptycznie podchodzi do funta, z pewnością już ma pozycję – dane Commodity Futures nad Trading Commission mówią o 7 mld USD ulokowanych w krótkich pozycjach w GBP. Kto dopiero wkracza do gry, ogranicza się do zabezpieczania ryzyka na rynku opcji, bez wpływu na rynek spot. Trzymiesięczna implikowana zmienność GBP/USD jest najwyżej od grudnia. Innymi słowy: inwestorzy zakładają, że w tym czasie na funcie „będzie się działo”, nawet jeśli nie mają pewności, w którym kierunku.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Orzeczenie TSUE w sprawie przycisku „Like”: operator witryny internetowej współodpowiedzialny za dane osobowe.

Znany z serwisu Facebook przycisk „Lubię to” (ang. „Like”) można obecnie spotkać w sieci już prawie wszędzie. Operatorzy stron internetowych integrują go jako tzw. wtyczkę (ang. „Plug-in”) w kodzie źródłowym stron internetowych, dzięki czemu jej użytkownicy mogą łatwiej udostępniać znajdujące się na nich treści na Facebooku. W niedawnym orzeczeniu Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) rozpatrzył możliwość pociągnięcia operatora strony internetowej do odpowiedzialności za potencjalne naruszenia prawa w zakresie danych osobowych, gromadzonych za pomocą wtyczek. W efekcie, by uniknąć kar za naruszenie przepisów dotyczących ochrony danych osobowych, wielu operatorów  będzie musiało odpowiednio dopasować swoje strony internetowe.

Z perspektywy ochrony danych osobowych problematyczny jest mechanizm działania wtyczki społecznościowej „Lubię to”. Już samo wejście na stronę internetową, która zawiera taką wtyczkę, powoduje automatyczne przekazanie serwisowi społecznościowemu Facebook danych użytkownika, takich jak adres IP czy pliki typu cookie. Facebook otrzymuje w ten sposób dane użytkownika odwiedzającego stronę internetową, czego użytkownicy mogli dotychczas nie być świadomi. Dla przekazania danych Facebookowi nie jest przy tym nawet konieczne kliknięcie przycisku „Lubię to”, ani nawet posiadanie konta na portalu Facebook.

Najnowsze orzeczenie TSUE z końca lipca 2019 r. wyraźnie wskazuje, że administratorzy stron internetowych są wspólnie z Facebookiem odpowiedzialni za przetwarzanie danych osobowych. Ostatecznie oba te podmioty wspólnie określają „cele i sposoby” gromadzenia, a następnie transmisji danych osobowych, mając nadzieję na uzyskanie dzięki temu dodatkowej reklamy, a w dalszej kolejności związanej z tym korzyści komercyjnej.

Oznacza to, że operatorzy stron internetowych mają obowiązek informować swoich użytkowników o przekazywaniu danych za pomocą wtyczki społecznościowej „Lubię to”. Według TSUE na operatorach stron internetowych nie ciąży jednak obowiązek informacyjny co do dalszego przetwarzania danych przez Facebook.

Skutki orzeczenia dotyczą przy tym nie tylko wtyczki społecznościowej „Lubię to” Facebooka, ale także wtyczek innych portali społecznościowych (Twitter, LinkedIn, Pinterest etc.), które powodują automatyczne przekazanie danych do firmy z branży mediów społecznościowych, na tej samej zasadzie co wtyczka Facebooka. W przyszłości okaże się, czy oprócz obowiązku dostarczenia informacji o przetwarzaniu danych osobowych, konieczne będzie również uzyskanie zgody użytkowników. TSUE w swoim orzeczeniu świadomie pozostawił tę kwestię otwartą.

Należy dodać, że zgodnie z orzeczeniem, oprócz krajowych organów ochrony danych osobowych, do zgłaszania podobnych naruszeń uprawnione są także organizacje konsumenckie. Ponieważ organizacje te niejednokrotnie ścigają naruszenia prawa ochrony danych osobowych w sposób bardziej zdecydowany niż organy państwowe, administratorzy stron internetowych prawdopodobnie będą musieli w niedalekiej przyszłości stawić czoła większej niż dotychczas liczbie postępowań inicjowanych przez takie organizacje. W celu uniknięcia surowych kar wskazane jest uzyskanie przez przedsiębiorców porady prawnej w sprawie wymogów w zakresie ochrony danych osobowych.

Komentarz: Przemysław Walasek, LL.M., adwokat, partner w Taylor Wessing w Warszawie

Pytania rozstrzygane przez TSUE w opisanej sprawie dotyczyły co prawda jeszcze poprzedniego stanu prawnego i odpowiednich regulacji dyrektywy 95/46/WE obowiązującej przed wejściem w życie ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO), tym niemniej Trybunał dokonał analizy fundamentalnego dla całego prawnego systemu ochrony danych osobowych pojęcia administratora danych osobowych, przez co jego rozważania pozostają aktualne także na gruncie obowiązujących obecnie przepisów RODO.  Orzeczenie stanowi interesujący przykład szerokiej interpretacji, w  ramach której Trybunał wyszedł ze słusznego założenia, że celem szerokiej definicji pojęcia administratora jest zapewnienie  osobom, których dane dotyczą, skutecznej i pełnej ochrony prawnej.

Nawiązując do wcześniejszych wypowiedzi TSUE w tym zakresie, Trybunał potwierdził, że wbrew intuicyjnemu przekonaniu, brak dostępu do danych nie przekłada się automatycznie na pozbawienie przymiotu administratora, o ile dany podmiot (samodzielnie lub wspólnie z innymi podmiotami) określa cele i sposoby przetwarzania danych osobowych. Zdecydowanie ciekawsze są natomiast rozważania Trybunału zmierzające do uzasadnienia udziału operatora strony internetowej w określaniu celów i sposobów przetwarzania danych. Instalując wtyczkę dostarczoną przez popularną platformę społecznościową operator miałby – w ocenie TSUE – w sposób dorozumiany wyrażać zgodę na gromadzenie i transmisję danych użytkowników strony. Ta okoliczność jak również fakt, że proces ten realizuje gospodarcze interesy zarówno operatora strony internetowej jak i platformy społecznościowej, są zdaniem Trybunału wystarczające do uznania, że oba podmioty wspólnie określają cele i sposoby przetwarzania danych osobowych. Jeszcze bardziej dosadny w tym zakresie był rzecznik generalny Michal Bobek stwierdzając w swojej opinii, że operator strony internetowej  „(współ)ustala parametry odnoszące się do gromadzonych danych po prostu z tej przyczyny, że umieszcza na swojej stronie internetowej przedmiotową wtyczkę”.

Od strony technologicznej jednakże, funkcjonowanie wtyczki jest niejako predefiniowane przez jej dostawcę, co ma bardzo istotne przełożenie zarówno na cele, jak i sposoby przetwarzania danych, które mogą być rzeczywiście realizowane przy użyciu wtyczki. W tym kontekście rola operatora strony internetowej jest zdecydowanie bardziej bierna i zasadniczo sprowadza się do skorzystania z kompletnego rozwiązania technologicznego dostarczonego przez podmiot trzeci (konkretnie do podjęcia, a następnie zrealizowania decyzji o zainstalowaniu wtyczki). Nie sposób więc oprzeć się wrażeniu, że przeprowadzony przez Trybunał wywód nie jest do końca spójny z charakterem analizowanej technologii i zasadami jej funkcjonowania. Reprezentowany przez TSUE pogląd nie jest więc wolny od kontrowersji i bez wątpienia istotne znaczenie będzie miał kierunek, w którym rozwinie się zaproponowana przez Trybunał wykładnia.

Autor: Andreas Schütz, LL.M., adwokat, Partner w Taylor Wessing w Wiedniu

Komentarz: Przemysław Walasek, LL.M., adwokat, partner w Taylor Wessing w Warszawie

33% małych firm uważa cyberzagrożenia za największe wyzwanie dla biznesu

33% małych firm jako największe technologiczne wyzwanie biznesowe wskazuje cyberzagrożenia.[1] Ponad połowa w ostatnim roku doświadczyła naruszenia bezpieczeństwa. Często skutkowało to utratą dochodów, klientów czy szansy na rozwój biznesu, wymuszało też dodatkowe kosztowne działania mające na celu przywrócenie poprawnej pracy środowiska IT.[2] Jednak wykrycie złośliwej działalności w systemie zajmuje przedsiębiorstwom średnio nawet 101 dni[3]. Jak MŚP mogą zadbać o swoje bezpieczeństwo?

MŚP atrakcyjne dla przestępców

W 2018 roku cyberprzestępczość na całym świecie doprowadziła firmy do strat w wysokości nawet 600 mld dolarów.[4] Popularyzująca się praca zdalna, digitalizacja czy Internet przedmiotów sprawiają, że każde przedsiębiorstwo może być zagrożone, niezależnie od rozmiaru i branży.

Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta
Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta

– Sektor MŚP jest postrzegany jako łatwy cel, gdyż nie ma tak zaawansowanej infrastruktury czy procedur bezpieczeństwa jak duże przedsiębiorstwa. Cyberprzestępcy wiedzą, że małym firmom brakuje budżetów na wyszkolony personel, który mógłby zarządzać zagrożeniami i na nie reagować. Niestety, sektor MŚP często zaczyna dostrzegać zagrożenia dopiero po ataku. Odzyskiwanie dostępu do danych po takich incydentach jest jednak trudne i kosztowne, a nawet niemożliwe, gdy firma nie posiada kopii zapasowych – wskazuje Mateusz Macierzyński menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta.

Utrata informacji niesie ryzyko sparaliżowania działalności biznesowej. Tylko 35% firm deklaruje, że pozostałoby rentownymi przez dłużej niż 3 miesiące, gdyby całkowicie straciły dostęp do podstawowych danych. Ponad połowa wskazuje, że straciłaby rentowność w czasie krótszym niż miesiąc.[5]

Różne metody, podobne cele

Przestępcy stosują przede wszystkim sztuczki socjotechniczne, których celem są pracownicy firm. Jedną z najczęstszych jest phishing: sprawca wysyła e-maile podszywając się pod znaną firmę lub instytucję i próbuje wyłudzić hasła do logowania czy inne dane dotyczące transakcji. Takiego ataku doświadczyło 64% firm[6]. Przestępcy wykorzystują również aplikacje, linki przesyłane mailem czy strony www do dystrybucji złośliwego oprogramowania, które szyfruje pliki i żąda okupu za ich odblokowanie (ransomware). Częstą metodą są także ataki DDoS[7], w których sieć zostaje zarzucona ogromną ilością spamu, co przeciąża i blokuje system.

 

Wiedza kluczem do ochrony

63% pracowników nie uważa używania nieautoryzowanego urządzenia (np. USB) za zagrożenie dla firmowej sieci, a 61% nie widzi niebezpieczeństwa w instalowaniu nielegalnie pobieranych treści z sieci.[8] Im więcej pracownicy wiedzą o cyberatakach i sposobach ochrony danych, tym lepiej dla bezpieczeństwa firmy. Dlatego ważne jest budowanie świadomości oraz szkolenia kadry.

 

– Podstawą bezpieczeństwa firmy jest wiedza – które dane są wrażliwe, w jakim stanie są zabezpieczenia sieci, jakie urządzenia się z nią łączą i kiedy. Regularna analiza podatności pomaga w ocenie bezpieczeństwa i ryzyka oraz identyfikowaniu luk, które mogą narazić firmę na zagrożenia. Jednym ze sposobów minimalizowania ryzyka ataku jest także ograniczanie liczby dostawców, z których usług korzysta firma. Skraca to czas reakcji i umożliwia lepsze nadzorowanie swojej sieci – podsumowuje Mateusz Macierzyński.

[1] Badanie Konica Minolta SMB Survey 2018, http://fal.cn/SMBsurvey

[2] Raport Małe, lecz potężne, Cisco 2018.

[3] M-Trends 2018, Mandiant.

[4] Barometr Ryzyk Allianz 2019.

[5] State of Cybersecurity Among Small Businesses in North America, BBB, 2017 https://www.bbb.org/globalassets/shared/media/state-of-cybersecurity/updates/cybersecurity_final-lowres.pdf

[6] Raport Cyfrowa Polska 2019, http://cyfrowapolska.org/wp-content/uploads/2019/01/Raport_cyberbezpiecze%C5%84stwo_2019.pdf

[7] Ang. distributed denial of service, rozproszona odmowa dostępu do usługi. Jedna z metod wykorzystywanych do blokowania serwisów internetowych, łączy lub systemów informatycznych poprzez wysyłanie do nich ogromnej ilości danych, jakiej nie są w stanie obsłużyć.

[8] badanie na zlecenie BSA, The Software Alliance, 2018 https://ww2.bsa.org/~/media/Files/StudiesDownload/2018_BSA_GSS_Report_pl.pdf

Wyprawka szkolna najbardziej kosztowna dla rodziców uczniów pierwszych klas podstawówki

W najbliższy poniedziałek 4,5 mln uczniów rozpocznie nowy rok szkolny. Jedynie 2 proc. rodziców i opiekunów zostawiło zakupy związane z powakacyjnym powrotem dzieci do szkoły na wrzesień. Jak wynika z pierwszej polskiej edycji raportu „Wyprawka szkolna 2019”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, finansowe koszty pierwszego dzwonka są największym obciążeniem dla rodziców dzieci w wieku 6-9 lat, a najmniejszym dla rodziców 14-15-latków. Na ubrania, buty oraz przybory szkolne średnio Polacy wydadzą 1 718 zł.

Nowy rok szkolny jest najbardziej kosztowny dla rodziców najmłodszych dzieci. Prawie dwie trzecie rodzin, w których jest przynajmniej jedno dziecko w wieku 6-9 lat deklaruje, że wyda na wyprawkę szkolną więcej niż rok temu. Najrzadziej (34 proc.) takiej odpowiedzi udzielali rodzice dzieci w wieku 14-15 lat. Kwota wydana na wyprawkę szkolną maleje też razem ze wzrostem liczby dzieci w rodzinie. O ile aż 54 proc. rodziców jednego dziecka deklaruje, że wyda więcej niż w ubiegłym roku, o tyle w przypadku rodzin, w których jest czworo uczniów liczba takich odpowiedzi spadła do 4 proc.

Młodsi rodzice wydadzą więcej

W szkolnych wydatkach znaczenie ma wiek rodziców. Młodzi  rodzice w wieku do 29 lat zdecydowanie wydadzą więcej na plecaki szkolne – średnio około 153 zł. Najoszczędniej do tego typu zakupów podchodzą rodzice w wieku 50+, deklarując wydatek na poziomie 138 zł.

Różnice w kwotach przeznaczanych na poszczególne wydatki  widać w przypadku zakupu telefonu, młodzi rodzice wydadzą na ten cel średnio 770 zł, podczas gdy rodzice między 40 a 49 rokiem życia jedynie 475 zł mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte. Starsi rodzice, w wieku 50+, więcej niż inne grupy wiekowe wydadzą na komputer stacjonarny – ponad 1732 zł, na tablet – 711 zł i mundurek – ok. 160 zł.

Widoczne są też różnice w deklarowanych kwotach na wydatki szkolne pomiędzy kobietami i mężczyznami. – Mamy deklarują, że wydadzą więcej na plecaki szkolne, podczas gdy ojcowie deklarują większe wydatki na podręczniki – dodaje Jan Kisielewski.

Eksperci Deloitte wyliczyli, że w tym roku polska rodzina przeznaczy na szkolne wydatki średnio 1 718 zł. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem będzie to średnio 1 388 zł, z dwojgiem 1 898 zł, a z trojgiem 2 742 zł.

Zakupy na ostatnią chwilę

Jedynie 2 proc. ankietowanych przez Deloitte zostawiło zakupy szkolnej wyprawki na wrzesień. Większość (51 proc.) wyda w tym miesiącu 25 proc. kwoty przeznaczonej na zakup rzeczy związanych z powrotem dzieci do szkoły. – Tak naprawdę szkolne wydatki trwają przez cały rok. Dzieci, zwłaszcza te młodsze, częściej zużywają ubrania i przybory szkolne. 71 proc. ankietowanych potwierdza, że w ciągu roku szkolnego musi dokupić artykuły szkolne, najczęściej zeszyty i przybory do pisania. Na drugim miejscu jest codzienna odzież. 59 proc. respondentów uzupełnia szafy swoich dzieci także w ciągu roku szkolnego – mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte. Na trzecim miejscu jest odzież sportowa. Odpowiedziało tak 53 proc. ankietowanych.

Najczęściej zakupy wyprawki Polacy robią w hipermarketach (16 proc.), sieciówkach odzieżowych (14 proc.) i dyskontach (11 proc.).

5G i smart cities w transporcie drogowym. Jaki będzie transport w inteligentnym mieście?

60% Polaków to mieszkańcy miast[1]. Wiele dużych ośrodków staje się coraz bardziej inteligentnych, jednak ich rozwój wiąże się także z wyzwaniami, m.in. w zakresie transportu. W Warszawie średni czas podróży mógłby być krótszy o 38%, gdyby na drogach nie występowały utrudnienia[2]. Przełom w transporcie miejskim przyniosą technologie takie jak sieć 5G – połączone czujniki pomogą władzom miejskim w zarządzaniu infrastrukturą drogową, a kierowcom i zarządzającym flotami m.in. w inteligentnym planowaniu tras.

Rozmowne samochody

Systemy łączności 5G pozwolą przesyłać dane szybciej i sprawniej. Ich połączenie z czujnikami i urządzeniami z zakresu Internetu rzeczy (ang. Internet of Things, IoT), które zbierają i przesyłają informacje, umożliwi gromadzenie, przetwarzanie i analizowanie danych szybciej niż kiedykolwiek. Korzyści z połączonego internetu przedmiotów czerpie wiele krzyżujących się branży. Jedną z najszybciej rosnących są rozwiązania umożliwiające komunikację pojazdów z infrastrukturą drogową (ang. Vehicle-to-Infrastructure, V2I)[3]. Takie systemy mogą być wykorzystywane zarówno przez zarządzających transportem oraz flotami, jak i przez władze lokalne.

Inteligentne planowanie ruchu

Samorządy mogą wykorzystywać dane z inteligentnych czujników do oceny stanu dróg i ustalania priorytetów prac remontowych. Ich połączenie ze zanonimizowanymi danymi z pojazdów mogłyby także dostarczać informacji o warunkach pogodowych, zatorach czy wypadkach. Na tej podstawie algorytmy sztucznej inteligencji mogą w czasie zbliżonym do rzeczywistego zarządzać ruchem, np. dopasowywać ograniczenia prędkości, przydziały pasów ruchu czy sygnalizację świetlną. Dane o położeniu i prędkości samochodów mogą też ułatwić ustalanie bezpiecznych i szybkich tras, m.in. dla służb ratunkowych. Takie rozwiązania działają już np. w Barcelonie, gdzie pomagają w lepszym planowaniu tras i rozkładów jazdy miejskich autobusów.

Bezpieczne i szybsze przejazdy

Sieć czujników przekazuje informacje do urządzeń IoT, co umożliwia inteligentne wyznaczanie tras czy odpowiedniej prędkości, ważne nie tylko dla „zwykłych” kierowców, ale i menedżerów flot. Dostarczane na bieżąco dane na temat potencjalnie niebezpiecznych odcinków mogą pomóc w unikaniu oblodzonych czy nieprzejezdnych dróg. Kierowcy mogą więc dostosować styl jazdy i prędkość do warunków oraz omijać korki. Wspiera to szybkie oraz sprawne podróże i przewożenie towarów czy przesyłek. Czujniki mogą nawet informować które miejsca parkingowe są wolne, co przekłada się na oszczędność czasu ich szukania, a tym samym ograniczenie związanej z tym pracy na biegu jałowym i zużycia paliwa.

Korzyści dla miasta, kierowców, mieszkańców i środowiska

Poza rozwijaniem bezpieczeństwa korzyści mogą obejmować przede wszystkim mniejszą liczbę kolizji oraz zmniejszanie emisji spalin. Według szacunków wprowadzenie na szeroką skalę technologii smart city pozwoli na oszczędność czasu dojazdów nawet o 20%, skrócenie czasu reakcji w nagłych wypadkach o 35% czy zredukowanie emisji gazów cieplarnianych o 15%[4].

Sebastian Bazylak, marketing manager w firmie Verizon Connect, podkreśla: – Ogromną ilością danych gromadzonych przez inteligentne miasta pozwalają zarządzać m.in. platformy telematyczne typu Mobile Resource Management (MRM), wykorzystujące telefonię komórkową i chmurę. Połączenie informacji z wielu źródeł umożliwi sprawny przewóz osób i ładunków oraz pomoże zrozumieć w jaki sposób wykorzystywana jest infrastruktura drogowa czy pojazdy. Na tej podstawie zarówno kierowcy, właściciele flot, jak i samorządy będą mogły podejmować trafniejsze decyzje. Inteligentnie zarządzana infrastruktura oraz planowanie tras mogą też sprawić, że miasta staną się bardziej dostępne dla flot pojazdów, które będą spędzać mniej czasu w ruchu miejskim. A to realna korzyść także dla mieszkańców.

[1] Dane GUS za 2019 r.

[2] Raport Grupy Roboczej ds. Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji, „IoT w polskiej gospodarce”, 2019.

[3] Raport IDC https://www.idc.com/getdoc.jsp?containerId=prUS43994118

[4] Raport Grupy Roboczej ds. Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji, „IoT w polskiej gospodarce”, 2019.

Produkcja samochodów osobowych zwalnia, rośnie liczba rejestracji nowych samochodów

Raport kwartalny PZPM i KPMG w Polsce „Branża motoryzacyjna. Edycja Q2/2019” należy do serii raportów kwartalnych, których celem jest przedstawienie bieżących trendów w branży motoryzacyjnej w Polsce, rozumianej zarówno jako rynek motoryzacyjny, jak i produkcja przemysłowa oraz motoryzacyjne usługi finansowe. Analiza oparta jest o najnowsze dostępne dane rejestracyjne, statystyczne i rynkowe. Publikacja jest wspólnym przedsięwzięciem Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego oraz KPMG w Polsce.

W I połowie 2019 r. zarejestrowano 278,3 tys. nowych samochodów osobowych, 35,1 tys. dostawczych, 16,8 tys. samochodów ciężarowych, 14,1 tys. przyczep i naczep oraz 11,5 tys. motocykli i 10,5 tys. motorowerów. W pierwszym półroczu br. dynamicznie rosła liczba rejestracji samochodów elektrycznych, których Polacy zarejestrowali blisko 98% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W I połowie br. liczba rejestracji nowych samochodów osobowych w segmencie premium+ wyniosła 38,5 tys. i była wyższa o 7,6% r/r. W I kwartale 2019 r. wartość eksportu produktów motoryzacyjnych z Polski zwiększyła się o 3,3% r/r, w tym czasie spadła wartość aż o 12% eksportu samochodów osobowych. Analogicznie w I połowie 2019 r. fabryki motoryzacyjne ulokowane w Polsce wypracowały wyższy wynik o 6,5%, ale z taśm montażowych zjechało 360 tys. pojazdów samochodowych, co oznacza spadek o 0,6% względem analogicznego okresu poprzedniego roku.

Ogółem od stycznia do czerwca 2019 r. zarejestrowano 278,3 tys. nowych samochodów osobowych – o 1,9 % więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Rejestracje klientów instytucjonalnych w tym okresie wyniosły 190,7 tys., co przełożyło się na nieznaczny wzrost 0,7%. Tymczasem w segmencie premium+ w I połowie 2019 r. zarejestrowano w Polsce 38,5 tys. nowych samochodów osobowych tj. 7,6% więcej w porównaniu do poprzedniego roku.

Pierwsza połowa br. to kolejny okres wzrostu w segmencie samochodów osobowych. Choć w porównaniu do poprzednich lat, kiedy to wzrosty oscylowały na poziomie kilkunastu procent, odnotowany obecnie pozostaje na poziomie kilku procent, jest to ciągle powód do zadowolenia, zwłaszcza wobec prognozowanego przez niektórych ekspertów spadku rejestracji – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

Najwyższy wzrost rejestracji w segmencie kombivanów

Pomimo że w pierwszej połowie 2019 r. liczba rejestracji spadła w większości segmentów, wzrost zanotował segment kombivanów (+15%) oraz najliczniejszy segment małych i średnich SUV-ów (+11%). Popularne segmenty C i B były stabilne. Najgłębsze spadki odnotowano w kategorii małych i średnich MPV (-24%) oraz w segmencie D (-9%).

Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce
Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce

W pierwszej połowie 2019 r. o 27,9% wzrosła liczba rejestracji samochodów osobowych z napędami alternatywnymi w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Ogólnie zarejestrowano ponad 15,2 tys. aut z napędami alternatywnymi. W tym 13 898 aut z napędem hybrydowym oraz 1 355 samochodów elektrycznych. Wciąż znacznie więcej aut z napędami alternatywnymi kupują klienci instytucjonalni niż prywatni. W ich grupie odnotowano zdecydowanie wyższe tempo wzrostu +35,6% wobec +0,8% wśród klientów indywidualnych – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Rośnie liczba rejestracji w segmentach pojazdów użytkowych

W pierwszej połowie 2019 r. liczba rejestracji samochodów dostawczych wyniosła 35,1 tys., czyli o 8,1% więcej w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r. Rejestracje samochodów ciężarowych zwiększyły się aż o 11,3% – w pierwszej połowie 2019 r. zarejestrowano 16,8 tys. sztuk. Rynek autobusów i autokarów zwiększył się o 8,1% – w pierwszej połowie br. liczba rejestracji w tym segmencie wyniosła 1 538 tys. sztuk. Do wzrostu całej grupy przyczyniły się minibusy i autobusy miejskie, które odnotowały wzrost kolejno o 21% i 12%.

Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego
Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego

Wzrosty w segmencie pojazdów użytkowych w pierwszej połowie 2019 r. stanowią powód do zadowolenia. Tak dobra sytuacja została podbudowana przez wprowadzenie nowych wymagań dla tachografów od 15 czerwca br., co przyczyniło się do skumulowania zakupów. Niestety, wyniki z drugiej połowy czerwca pokazały już znaczny spadek w tym segmencie – zwłaszcza pojazdów ciężkich – mówi Jakub Faryś, Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.rejestracja pojazdów 2q 2019

Duży wzrost liczby rejestracji w segmencie jednośladów

W I połowie 2019 r. zarejestrowano 10 485 motorowerów, co oznacza wzrost o 24,6% w porównaniu z I połową 2018 r. Wzrost rejestracji odnotowano również na rynku motocykli, których od stycznia do czerwca br. zarejestrowano 11 531 sztuk, co oznacza wzrost o 37,1% w porównaniu z 2018 r.

Produkcja samochodów osobowych zwalnia

Od początku 2019 r. wyprodukowano w Polsce łącznie 360 tys. pojazdów samochodowych, o 0,6% mniej niż w poprzednim roku. Najbardziej zmniejszyła się produkcja samochodów osobowych – z taśm montażowych zjechało 238,1 tys. sztuk, o 8,9% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

Trend ten z jednej strony potwierdza europejską, ale i światową tendencję spadku nowych rejestracji co jest tym bardziej istotne, że praktycznie całość produkcji samochodów osobowych kierowana jest na eksport. Co znamienne trend ten nie dotyczy samochodów użytkowych. W pierwszej połowie produkcja tego typu pojazdów zwiększyła się w Polsce o prawie 21%. Wpłynęła na to zwiększona sprzedaż zarówno w UE, jak i w Polsce – mówi Mirosław Michna, partner w dziale doradztwa podatkowego, szef zespołu doradców dla branży motoryzacyjnej w KPMG w Polsce.

Płoną „płuca Ziemi” – pożary nie tylko w Amazonii

W ostatnim czasie media alarmują o płonących „płucach Ziemi” w Ameryce Południowej. Pożary to problem, który dotyka jednak nie tylko Amazonię. Płoną lasy tajgi i tundry – czyli podbiegunowych obszarów półkuli północnej, położonych na terenach Kanady, Rosji i Alaski. Tamtejszą sytuację pogarszają także płonące torfowiska. Problem ten jest równie poważny w Centralnej i Południowej Afryce, Australii oraz w Oceanii. Niedawno dotyczył także Kalifornii. Intensywność trwających obecnie pożarów nie jest największa w skali globalnej. Sytuacja wygląda najgroźniej w Afryce. Tamtejsze straty są największe biorąc pod uwagę przetrzebiony z terenów zielonych kontynent. Afrykańskie lasy znikają – czego najlepszym przykładem jest Madagaskar, gdzie w ciągu zaledwie ostatnich kilkudziesięciu lat utracona została niemalże cała pokrywa leśna. W przypadku Amazonii skala problemu nadal jest jednak duża. Pojawia się pytanie, dlaczego tak trudno ugasić pożary, które mają dziś miejsce.

– Region ten stanowi ogromny kompleks deszczowej puszczy tropikalnej, zajmujący powierzchnię porównywalną do Europy. Znajduje się na terenie 9 krajów współzarządzających całym obszarem. Koordynacja ich współpracy jest bardzo utrudniona z powodów politycznych.Niektóre z państw pozostają nawet w konflikcie – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, przedstawiciel i prezes Rady Global Compact Network Poland – Tymczasem pożary są rozproszone, a odległości między nimi a najbliższymi skupiskami ludności to często tysiące kilometrów. Trwający dziś, największy pod względem zajmowanej powierzchni pożar w Amazonii, obejmuje obszar o promieniu równym odległości pomiędzy Warszawą a Białymstokiem. Akcje gaśnicze prowadzone są z użyciem samolotów, a ich koszt jest ogromny. Do tego dochodzi problem wysychania puszczy amazońskiej z powodu braku wody – mimo, że w skali globalnej kumuluje ona w sobie ok. 20 proc. zasobów wody słodkiej. Na jej obrzeżach wciąż dochodzi do podpaleń, które mają na celu pozyskanie terenu pod uprawę soi czy hodowlę bydła. Pożary, zwłaszcza w południowych krańcach Amazonii, są więc dziełem człowieka. W pozostałej części powstają one samoczynnie, w wyniku naturalnych zjawisk. Ich liczba rośnie z każdym rokiem. W 2018 roku odnotowano o 84 proc. mniej pożarów niż w obecnie. Dzisiaj skala ta sięga ok. 80 tysięcy ognisk pożarowych, co – jak twierdzą eksperci – jest nieprawdopodobnym zjawiskiem – alarmuje Wyszkowski.

Banan stał się orężem do walki o klienta. Sieci wymuszają na dostawcach coraz większe upusty

Przez ostatnie 2,5 roku maksymalne ceny promocyjne bananów wzrosły o prawie 41%. Największe podwyżki wprowadziły sieci cash&carry. Wyniosły one aż blisko 250%. Z kolei średni koszt zakupu zmniejszył się o nieco ponad 5%. Spadki zanotowano w hipermarketach – o 25%, w dyskontach – o 18%, a także w supermarketach – o 7%. Należy też dodać, że o 0,28% podniosły się minimalne wartości cenowe. Tymczasem branża skarży się na to, że najniższe ceny na rynku nie obejmują transportu morskiego do Europy, cła i kosztów dojrzewania. Dlatego nie opłaca się sprowadzać ich prosto z plantacji. I że stoją za tym interesy dużych sieci handlowych. Z kolei eksperci dodają, że tanie banany podnoszą liczbę paragonów aż o kilkadziesiąt procent tygodniowo.

Szczytowe wartości

Od początku 2017 roku do połowy br. maksymalne ceny promocyjne poszły w górę o blisko 41%. Julita Pryzmont, Business Development and Communication Director w Hiper-Com Poland, przypomina, że w latach 2017-2018 wystąpiły niekorzystne warunki pogodowe w Meksyku, Kostaryce, Hondurasie i Gwatemali. W konsekwencji do Europy trafiło mniej owoców. Natomiast w tym roku plantatorzy w Kolumbii walczą z grzybem Fusarium, który jest zabójczy dla bananowców. I w takich sytuacjach banany drożeją.

– Duży wzrost jest spowodowany okresowym brakiem towaru u importerów. Firmy, które nie mają stałych kontraktów z plantatorami, ze względu na brak ich opłacalności, w okresie małych zbiorów są zmuszone przepłacać. I dlatego owoce drożeją w sklepach. Uważam, że od końca sierpnia do listopada br. ceny maksymalne bananów będą równie niskie jak ostatnio. Będzie wtedy dużo promocji. Jednak od grudnia do końca marca 2020 roku należy spodziewać się podwyżek – mówi Andrzej Hajduk z firmy Artfoods, która importuje owoce z całego świata.

Natomiast Marcin Lenkiewicz, ekspert z aplikacji Zdrowe Zakupy, zauważa, że ceny maksymalne często dotyczą bananów lepszej jakości. Bardzo prawdopodobne jest to, że przez ponad dwa lata sieci handlowe potrafiły przyciągnąć klienta, który szczególnie zwraca uwagę na produkty określane mianem „premium”. Dla wymagającego konsumenta cena nie jest przecież najważniejsza. Zatem można ją podnieść.

– Największe podwyżki zanotowały sieci cash&carry, bo aż o 247,80%. W supermarketach wyniosły one tylko 2%. W convenience cena maksymalna nie uległa zmianie. Natomiast spadła w hipermarketach – o 5,40%, a także w dyskontach – o 40,08%. Trzeba pamiętać też o tym, że ten ostatni format reprezentuje największa sieć w Polsce – Biedronka. Ma ona dużą siłę negocjacyjną i dlatego właśnie w tym kanale spadek mógł być aż tak duży – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.

Średnie koszty

Z kolei patrząc na średnie ceny promocyjne, można zauważyć, że w badanym okresie spadły one o 5,01%. Zdaniem Andrzeja Hajduka, nastąpiła niewielka obniżka, ponieważ konkurujące ze sobą sieci wymuszają na swoich dostawcach coraz większe i częstsze upusty. W ostatnich latach na polskim rynku mocno uwidoczniła się ostra walka sklepów o stałych klientów. Banan stał się owocem wykorzystywanym do przyciągania ich. Jego cena w gazetce bardzo często jest niższa niż koszt pozyskania. Jako towar szybko psujący się, po procesie dojrzewania musi być natychmiast sprzedany. Kupując go np. co drugi dzień, konsument sięga również po inny asortyment, na którym realizowana jest zawyżona marża.

– Banany często pojawiają się na pierwszych stronach gazetek, szczególnie wydawanych przez supermarkety i hipermarkety. Co więcej, promocje na towar sprzedawany w sklepach luzem dochodzą nawet do 30-40%. Warto mieć na uwadze, że to produkt budujący ruch w placówce handlowej. Może również pozycjonować sieć jako taką, która sprzedaje owoce i warzywa w bardzo atrakcyjnych cenach – stwierdza Marcin Lenkiewicz.

Należy też zauważyć, że średnie ceny w promocji wzrosły w cash&carry – o 23,21%, a także w convenience – o 2,31%. Spadki nastąpiły w hipermarketach – o 25,08%, w dyskontach – 18,10%, jak również w supermarketach – 7,41%. Julita Pryzmont dostrzega, że format cash&carry podniósł zarówno minimalne, jak i maksymalne koszty zakupów. To oczywiście spowodowało największą podwyżkę przeciętnych wartości cenowych. Promocje bananów były rzadkością w tym kanale sprzedaży. W niektórych sieciach nie pojawiły się wcale. Można podejrzewać, iż ten owoc nie jest popularny w tego typu sklepach ze względu na swoją nietrwałość.

Najniższe ceny

– Z analizy wynika, że minimalne ceny promocyjne wzrosły zaledwie o 0,28%. Sieci dbają o to, by ich oferty były atrakcyjne. Popularność bananów i duża częstotliwość ich zakupu sprawia, że opłaca się je tanio sprzedawać. Obniżki na ten towar podnoszą liczbę paragonów nawet o kilkadziesiąt procent tygodniowo. Takie zjawisko jest widoczne od lat, niezależnie od pory roku. Niemniej w br. owoce sezonowe, np. truskawki czy czereśnie, były drogie. To mogło przyczynić się do większego niż zwykle popytu na banany i lekkiego wzrostu ich cen – wyjaśnia Elżbieta Szarejko z Centrum Monitorowania Rynku (CMR).

W ocenie Andrzeja Hajduka, minimalne ceny promocyjne w granicach 2,00-2,49 zł/kg są już tak niskie, że uwzględniają jedynie wartość owoców i opakowań. Nie obejmują transportu morskiego do Europy, cła, a także kosztów dojrzewania. Wprowadzanie jeszcze większych promocji jest nie potrzebne, bo i tak nie przyciągnęłyby dodatkowych klientów.

– Patrząc na poszczególne formaty, widzimy ciekawą sytuację. Ceny minimalne poszły w górę tylko w cash&cary – o zaledwie 7,31%. W convenience, dyskontach i supermarketach pozostały na niezmienionym poziomie. Spadek zanotowały wyłącznie hipermarkety – o 5,90%. Sieci nie zastosowały podwyżek, aby nie zawodzić oczekiwań swoich klientów. Jedyny odnotowany wzrost jest prawie niewidoczny – komentuje Marcin Lenkiewicz.

Jak podsumowuje ekspert z Artfoods, importerzy i dojrzewalnicy bananów muszą sprostać oczekiwaniom niskich cen w sieciach handlowych w Polsce. Szukają więc oszczędności, importując owoce nie bezpośrednio z plantacji, tylko czekając na nadwyżki w Europie Zachodniej. Kupują wtedy towary poniżej ich wartości. Nadprodukcja na świecie jest tak duża, że przez większą część roku można realizować zakupy zielonego banana w ten sposób. To oczywiście z czasem może się zmienić w skutek chorób, które dotykają obecnie bananowce.

Dane pochodzą z raportu opracowanego przez międzynarodową firmę Hiper-Com Poland we współpracy z ekspertami z aplikacji Zdrowe Zakupy. Przeanalizowano ceny promocyjne bananów we wszystkich dyskontach, hipermarketach, supermarketach, sieciach convenience oraz cash&carry. Porównano wyniki z lat 2017 i 2018 oraz z pierwszego półrocza 2019 roku.

Perspektywy rozwoju rynku magazynowego w kolejnych latach

Ostatnie lata na rynku wynajmu powierzchni magazynowych zdecydowanie można nazwać złotymi. Charakteryzowały się przede wszystkim znacznym przyrostem podaży nowoczesnych obiektów przemysłowych, któremu towarzyszył wysoki popyt na nie. W ciągu pięciu ostatnich lat zasoby magazynów w Polsce podwoiły się i w wyniku tego na koniec drugiego kwartału 2019 roku przekroczyły 16.75 mln mkw. W tym samym okresie, w ramach nowych umów najmu, renegocjacji i ekspansji, wynajęto ponad 13 mln mkw. magazynów, a najbardziej spektakularne pod względem wielkości transakcje najmu były zawierane głównie przez najemców z branży e‑commerce. Mieliśmy również okazję obserwować stabilny rozwój kluczowych klastrów magazynowych, takich jak Warszawa, Poznań, Stryków, zlokalizowanych w pobliżu głównych arterii komunikacyjnych oraz błyskawiczny rozkwit nowych rynków, np. ściany zachodniej w pasie od Szczecina do Legnicy, których tak intensywnego ożywienia jeszcze dekadę temu nikt by nie przewidywał.

Można przewidywać, że w ramach dalszego rozwoju rynku powierzchni przemysłowych w Polsce kolejne, kluczowe inwestycje powstaną głównie w regionie Polski Centralnej, w pobliżu głównych arterii komunikacyjnych – autostrad A1 i A2 oraz drogi ekspresowej S8. Dzięki swojemu położeniu przy doskonale rozwiniętej infrastrukturze transportowej znakomicie region sprawdza się jako lokalizacja dla dużych, krajowych centrów dystrybucyjnych czy hubów przeładunkowych. Wolumen nowoczesnych powierzchni w innych, głównych klastrach magazynowych, np. na Górnym Śląsku, we Wrocławiu i Poznaniu, będzie rósł w dotychczasowym tempie. Warto podkreślić, że z budowy trasy ekspresowej S5, łączącej stolice Dolnego Śląska ze stolicą Wielkopolski mogą wyniknąć liczne korzyści dla firm transportowych działających w tych regionach. Zauważalny będzie też dalszy wzrost zainteresowania potencjalnych najemców obiektami zlokalizowanymi lub mającymi powstać w okolicy miast regionalnych, gdzie wciąż jest łatwiej o pracowników. Warto tu wymienić Lublin, który w 2020 roku, dzięki ukończeniu budowy drogi ekspresowej S17 zyska szybkie połączenie z Warszawą, czy Częstochowę, której sytuację komunikacyjną poprawi w następnych latach ukończenie budowy obwodnicy miasta, będącej częścią autostrady A1. Silnie rozwinie się zachodnia część kraju, gdzie powierzchni poszukują między innymi niemieckie firmy, które w ten sposób chcą obniżyć koszty wynajmu i siły roboczej. Sytuację komunikacyjną Pomorza poprawi natomiast budowa trasy S6.

Na intensywny rozwój czekają polskie porty. W pierwszych dniach sierpnia Sejm przyjął specustawę o inwestycjach w zakresie budowy portów zewnętrznych, która wprowadza ułatwienia proceduralne usprawniające budowę Portu Centralnego w Gdańsku, Portu Zewnętrznego w Gdyni i głębokowodnego terminalu kontenerowego w Świnoujściu, na którego rozwój będzie mieć też wpływ budowa trasy S3. W lipcu podpisane zostały trzy umowy na modernizację infrastruktury kolejowej w portach Trójmiasta. Przebudowane zostaną stacje towarowe Gdańsk Port Północny, Gdańsk Kanał Kaszubski oraz Gdynia Port oraz linie kolejowe prowadzące do obu portów, dzięki czemu będą mogły docierać tam pociągi o długości do ok. 750 metrów. Dodatkowo poprawia się infrastruktura kolejowa dla przewozów kolejowych z Chin. Za dwa lata terminal w Małaszewiczach będzie w stanie przyjąć blisko 3,3 tys. pociągów rocznie.

Kontynuacja wysokiej dynamiki rozwoju rynku jest uwarunkowana również wzrostem branży e‑commerce oraz zainteresowaniem wynajmem magazynów ze strony firm logistycznych, stanowiących obecnie jeden z głównych czynników napędzających popyt. Silnie rozwijać będzie się tak zwana logistyka ostatniej mili oraz miejskie parki magazynowe. W związku z ograniczoną podażą działek zlokalizowanych w granicach miast i przeznaczonych pod obiekty logistyczne w dłuższym okresie popularne staną się rozwiązania alternatywne stosowane w innych krajach, np. budowa obiektów piętrowych lub przebudowa zlokalizowanych w miastach starych kompleksów przemysłowych.

Cieszy fakt, że dla inwestorów działających w branży nieruchomości magazyny stają się coraz bardziej atrakcyjnym aktywem, co umożliwia dostarczanie kapitału na rynek na przykład z Azji. Zakup wysokiej klasy nieruchomości przemysłowe z długoterminowymi umowami najmu coraz częściej stanowi doskonałą alternatywę dla nabycia obiektów biurowych czy handlowych i jest sposobem na dywersyfikację portfeli inwestycyjnych. Szacuje się, że silne podstawy gospodarcze i wzrost PKB w następnych latach nadal będą przyciągać kapitał z dotychczasowych i nowych kierunków.

Kluczowa bariera, która może wystąpić na tle procesu, to niedobór siły roboczej i ciekawych, dużych terenów inwestycyjnych. W czerwcu 2019 stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce wynosiła 5.3%. To zbyt mało, aby utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju branży nawet przy założeniu, że praca w tym sektorze staje się z roku na rok coraz bardziej zautomatyzowana. Receptą może okazać się opracowanie polityki migracyjnej ułatwiającej zatrudnienie cudzoziemców. Konkurencja wśród głównych deweloperów na rynku i coraz mniejsza podaż interesujących działek w głównych klastrach oddziałują na wzrost cen gruntów. Niedobory gruntów na wiodących rynkach powodują też, że wydłuża się proces planowania parków logistycznych i przygotowania nowych inwestycji.

Oczekiwania konsumentów nieustannie się zmieniają, a co za tym idzie, rosną również wymagania najemców powierzchni przemysłowych, mających świadomość, że wybór odpowiedniej strategii nieruchomościowej odgrywa ważną rolę w prawidłowym działaniu całej sieci logistycznej. Zmienia się również podejście wynajmujących, którzy kładą większy nacisk na budowanie długoterminowych relacji z najemcami. Co za tym idzie, w następnych latach z pewnością będziemy świadkami kolejnych ciekawych transakcji na coraz bardziej dojrzałym rynku powierzchni magazynowych.

Źródło/opracowanie: BNP Paribas Real Estate Poland

Do 2030 roku polska gospodarka może podwoić swoją wielkość. Konieczne jednak większe inwestycje i nakłady na innowacje

Do 2030 roku polska gospodarka może podwoić swoją wielkość. Konieczne jednak większe inwestycje i nakłady na innowacje 8

Utrzymanie szybkiego tempa rozwoju polskiej gospodarki w długiej perspektywie będzie coraz trudniejsze. Jednak ta wciąż ma potencjał, żeby w nadchodzącym 10-leciu rozwijać się w tempie 5 proc. rocznie. Warunkiem jest zwiększanie produktywności, poziomu inwestycji, wydatków na innowacje, a także usprawnienie rynku pracy oraz zapewnienie firmom przyjaznych warunków do prowadzenia działalności – wynika z najnowszego raportu McKinsey & Company przygotowanego we współpracy z „Forbes”. Jeżeli te warunki zostaną spełnione, do 2030 roku Polska ma szansę podwoić swój PKB, osiągnąć poziom zamożności krajów Europy Zachodniej i awansować do gospodarczej ekstraklasy.

– Polska gospodarka rozwija się nieprzerwanie od 28 lat. W tym czasie PKB realnie wzrosło trzykrotnie. Od momentu wstąpienia do Unii Europejskiej rośniemy w tempie 4 proc. rocznie, co stawia nas w ścisłej czołówce UE. 2019 rok jest dobry, żeby się zastanowić, co w najbliższych latach może wydarzyć się z polską gospodarką, ponieważ mija 30 lat od początku transformacji ustrojowej i 15 lat od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Purta, partner zarządzający McKinsey & Company w Polsce.

W najnowszym raporcie „Polska 2030. Szansa na skok do gospodarczej ekstraklasy” eksperci McKinsey wskazują, że dotychczasowy rozwój polskiej gospodarki można uznać za osiągnięcie na globalną skalę. Jednak utrzymanie tempa wzrostu w długiej perspektywie będzie coraz trudniejsze, m.in. ze względu na prognozowane spowolnienie gospodarcze na świecie. Mimo to eksperci oceniają, że w nadchodzących 10 latach Polska ma szansę rozwijać się jeszcze szybciej, w tempie sięgającym 5 proc. rocznie, a wartość gospodarki w cenach stałych może się podwoić – z 477 mld euro w 2018 roku do 890 mld w 2030 roku.

 W raporcie, który publikujemy we współpracy z „Forbes”, zarysowaliśmy dwa możliwe scenariusze rozwoju. Pierwszy to scenariusz bazowy, który zakłada, że będziemy rośli około 3 proc. w skali roku. Pod względem rozwoju gospodarczego pozwoli nam to przegonić niektóre kraje Europy Zachodniej, natomiast cały czas pozostaniemy wśród krajów o średnim poziomie rozwoju. Uważamy, że możliwy jest bardziej ambitny scenariusz, w którym roślibyśmy w tempie około 5 proc. rocznie. To pozwoliłoby de facto podwoić wielkość polskiej gospodarki w perspektywie 2030 roku i dołączyć do gospodarczej ekstraklasy –mówi Marcin Purta.

Jeżeli polska gospodarka będzie się rozwijać w tempie ok. 3 proc. rocznie, wówczas za 10 lat PKB w ujęciu realnym zwiększy się z obecnego poziomu 12,4 tys. euro na osobę do 18,5 tys. euro. To oznaczy, że przegonimy pod tym względem m.in. Portugalię. Przy 5-proc. wzroście Polska mogłaby zostać jednym z motorów wzrostu europejskiej gospodarki i z powodzeniem konkurować na globalnym rynku, osiągając przy tym poziom PKB 24,3 tys. euro na osobę, czyli taki, jaki ma obecnie Hiszpania. Jednak aby było to możliwe, niezbędne są działania w pięciu kluczowych obszarach.

 Po pierwsze, konieczne jest zamknięcie luki produktywności w stosunku do Europy Zachodniej. Pomimo sukcesów w ostatnich latach polska gospodarka jest cały czas o połowę mniej produktywna niż kraje Europy Zachodniej – mówi Marcin Purta.

Luka produktywności pomiędzy polską a zachodnioeuropejską gospodarką wynosi 46 proc., ale są sektory takie, jak górnictwo, energetyka czy rolnictwo, w których jest ona dużo większa i waha się w przedziale 50–70 proc.

– Dobrą wiadomością jest to, że są sektory takie jak handel i usługi, gdzie produktywność jest na poziomie zbliżonym do średniej dla Europy Zachodniej – mówi Marcin Purta. – Elementem, który pozwoli zamknąć tę lukę produktywności, może być cyfryzacja. W perspektywie do 2025 roku dodatkowy potencjał PKB związany z cyfryzacją może osiągnąć 64 mld euro.

Eksperci wskazują, że ambitny scenariusz rozwoju polskiej gospodarki będzie też wymagać zwiększenia poziomu inwestycji. Dziś jest to ok. 18 proc. PKB (2018 rok), co plasuje Polskę dopiero na 24. miejscu w Unii Europejskiej. Aby do końca tej dekady inwestycje osiągnęły poziom 20–25 proc. PKB, będą potrzebne dodatkowe projekty inwestycyjne i kapitał na ich realizację rzędu 30–75 mld euro.

Trzeci warunek szybkiego rozwoju to zwiększenie wydatków na innowacje. Na badania i rozwój Polska przeznacza ok. 1 proc. PKB, podczas gdy średnia w Unii Europejskiej wynosi ok. 2 proc., co skutkuje niższym poziomem innowacyjności naszej gospodarki.

Czwarty aspekt to rynek pracy i zapewnienie wystarczającej liczby wykwalifikowanej siły roboczej. Na skutek niekorzystnych trendów demograficznych do 2030 roku z polskiego rynku pracy ubędzie około 2 mln osób w wieku produkcyjnym. Co więcej, w Polsce średni poziom aktywności zawodowej wynosi 65 proc. przy unijnej średniej na poziomie 74 proc.

 Ostatni, piąty element to stworzenie dobrych warunków dla rozwoju biznesu. Chodzi o takie elementy, jak sprawność otwierania nowych firm, rozliczania podatków, dostęp do dobrej infrastruktury transportowej, informatycznej czy telekomunikacyjnej oraz stabilność regulacyjna oraz szybkie, sprawne i niezależne sądy – podkreśla Marcin Purta.

Nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego może wcale nie przyspieszyć procedur. Sądy są zbyt obciążone pracą

Nowelizacja Kodeksu postępowania cywilnego może wcale nie przyspieszyć procedur. Sądy są zbyt obciążone pracą 9

Konieczność doręczenia pozwu przez komornika i koniec z tzw. fikcją doręczeń, postępowania przygotowawcze przed procesem cywilnym i odrębne, szybkie postępowania w sprawach gospodarczych – to kluczowe zmiany wprowadzone w dużej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego. Jak ocenia zastępca sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej Anisa Gnacikowska, nie rozwiązuje ona podstawowego problemu, jakim jest nadmierne obciążenie sądów liczbą spraw. Co więcej, wprowadzone zmiany mogą spowodować, że ograniczone zostanie prawo do sądu.

Pod koniec lipca prezydent Andrzej Duda podpisał dużą nowelizację Kodeksu postępowania cywilnego, której celem jest m.in. usprawnienie i skrócenie czasu trwania postępowań sądowych.

Prawnicy mają nadzieję, że zmiany wprowadzone w Kodeksie postępowania cywilnego rzeczywiście doprowadzą do przyspieszenia postępowania, żeby obywatel, składając sprawę do sądu, miał możliwość szybciej uzyskać wyrok. Niestety, pomysłem na te usprawnienie postępowań przed sądem jest stworzenie określonych barier. Proces po zmianach będzie wyglądał jak swoisty bieg z przeszkodami. Dopiero po pokonaniu wszystkich tych przeszkód i spełnieniu warunków formalnych osoba, która chce rozwiązania problemu, dojdzie do tego momentu, w którym sąd będzie mógł go rozwiązać. Obawiam się, że takie uregulowanie procedury może ograniczyć prawo do sądu – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anisa Gnacikowska, adwokat, zastępca sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej.

Jedna z ważniejszych zmian dotyczy zasad doręczania korespondencji sądowej. Do tej pory pisma sądowe były wysyłane pocztą. Nie zastawszy adresata, listonosz zostawiał awizo, a po drugim takim zawiadomieniu i upływie 14 dni, przesyłka była uznawana za skutecznie doręczoną, nawet jeżeli finalnie wcale nie dotarła do adresata. To tzw. fikcja doręczenia.

Zgodnie z nowymi przepisami, jeżeli pozwany nie odebrał pozwu lub innego pisma procesowego pomimo powtórnego zawiadomienia, sąd zawiadomi o tym powoda. Prześle mu odpis pisma dla pozwanego i zobowiąże do dostarczenia go pozwanemu za pośrednictwem komornika, któremu w ustaleniu adresu pomogą dane z ZUS-u i banków.

Doręczenie przez komornika jest właśnie taką barierą, która może spowodować ograniczenie prawa do sądu. Jeżeli w pozwie wskażemy adres pozwanego, pod którym ten go nie odbierze, wtedy sąd zwróci nam pozew i nakaże, żeby doręczył go komornik. To może nie być problemem dla adwokatów, ale będzie nim już dla zwykłego Kowalskiego – żeby odebrać pozew, znaleźć komornika i aby komornik doręczył wezwanie. Jeżeli to się nie uda, wówczas proces nie może się dalej toczyć – mówi Anisa Gnacikowska.

Jak ocenia, dobrym pomysłem na usprawnienie postępowań cywilnych jest z kolei plan rozprawy, który sąd we współpracy ze stronami ma opracowywać przed rozpoczęciem procesu.

Warunkiem, aby taki plan został dobrze sporządzony, jest zgłoszenie wszystkich wniosków dowodowych na tym etapie i dokładne określenie zakresu postępowania dowodowego. Osoby, które nie będą korzystały z pomocy adwokata, mogą sobie na tym etapie nie poradzić. To istotne o tyle, że jeżeli nie zgłosimy wniosków dowodowych na samym początku, to potem taka możliwość jest ograniczona. Trzeba będzie udowodnić, że nie było możliwości złożenia ich na pierwszym etapie, kiedy plan był opracowywany. Nawet jeśli to się uda, trzeba będzie ponieść dodatkową opłatę za to, żeby sąd dopuścił dowód – mówi Anisa Gnacikowska.

Postępowania przygotowawcze przed procesem cywilnym to kolejna ważna zmiana wprowadzona w nowelizacji KPC. W trakcie pierwszego posiedzenia (o charakterze odformalizowanym) zostanie zbadany zakres sporu i możliwość polubownego rozstrzygnięcia, a także zostanie ustalony plan rozprawy aż do wyroku, tzn. kolejne czynności procesowe sądu i stron. Ma to umożliwić rozpoznanie spraw przez sąd w jak najkrótszym terminie – zwłaszcza tych, które wymagają szerokiego postępowania dowodowego.

Strony będą zobligowane do brania udziału w takim posiedzeniu. W razie nieobecności powoda sąd będzie mógł nawet umorzyć postępowanie, chyba że ten zażąda przeprowadzenia posiedzenia pomimo swej nieobecności albo ją później usprawiedliwi. Natomiast w razie nieobecności pozwanego niezależnie od sporządzenia planu rozprawy bez jego udziału, sankcją może być obciążenie go wyższymi kosztami procesu.

Nowelizacja KPC przywraca także odrębne postępowanie w sprawach gospodarczych. Priorytetem ma być szybkie rozstrzyganie takich spraw – nowa ustawa obliguje sądy do sprawnego podejmowania czynności, ale i nakłada pewne ograniczenia na strony postępowania. Dla przykładu, w sprawach gospodarczych dowód z zeznań świadków sąd może dopuścić jedynie wtedy, kiedy po wyczerpaniu innych środków dowodowych lub przy ich braku pozostały niewyjaśnione fakty istotne dla rozstrzygnięcia sprawy.

Projektodawcy powrócili do rozwiązania, które funkcjonowało przez kilkanaście lat, czyli do odrębnych postępowań gospodarczych. Jednak wprowadzono w nich jeszcze więcej barier, które przedsiębiorca musi pokonać, żeby sąd rozstrzygnął jego spór. Obawiam się, że takie rozwiązanie może utrudnić albo opóźnić postępowanie. W szczególności jeżeli przedsiębiorca nie będzie reprezentowany przez profesjonalnego pełnomocnika – podkreśla Anisa Gnacikowska.

Jak ocenia, nowe przepisy nie rozwiązują podstawowego problemu, jakim jest nadmierne obciążenie sądów liczbą spraw.

Sądy pracują tak, jak pracują nie z powodu złej procedury, która do tej pory jakoś funkcjonowała, ale dlatego, że są za bardzo obciążone. Liczba spraw co roku się zwiększa, coraz więcej osób zwraca się do sądów. Jeżeli teraz wprowadzone zostaną nowe przepisy przy braku jakiejkolwiek reakcji na to, jak obciążone są sądy, np. w Warszawie, to nie zmieni rzeczywistości, a może jeszcze bardziej skomplikować i wydłużyć postępowania – ocenia Anisa Gnacikowska.

Rozwiązania typu smart city redukują przestępczość o 40 proc. Polskie miasta wciąż napotykają wiele problemów z ich wdrażaniem

Rozwiązania typu smart city redukują przestępczość o 40 proc. Polskie miasta wciąż napotykają wiele problemów z ich wdrażaniem 10

Brak finansowania, know-how i świadomości władz samorządowych, a przede wszystkim brak długoterminowej strategii i koncepcji rozwoju inteligentnych miast – to w Polsce główne bariery dla rozwoju smart cities. Włodarze miast nadal w dużej mierze traktują je jako nowinkę technologiczną. Metropolie wdrażają co prawda inteligentne systemy, ale działają one w oderwaniu od siebie, przez co nie w pełni efektywnie. Tymczasem, jak pokazuje raport opracowany dla Ministerstwa Cyfryzacji, rozwiązania typu smart city mogą przynieść nawet 30-proc. korzyści w różnych obszarach: od bezpieczeństwa, poprzez poprawę jakości życia i zdrowia mieszkańców, po istotne oszczędności w zużyciu mediów.

W obszarze smart city mamy jeszcze wiele do zrobienia, co wynika z barier na wielu płaszczyznach. Pierwszą jest świadomość. W wielu miastach jest to traktowane wciąż jako nowinka technologiczna i fanaberia. Z reguły włodarze miast uznają, że jeżeli coś jest namacalne, jak np. inwestycja w nowy chodnik, to korzyści będą bardziej widoczne. Natomiast korzyści, które mogą osiągać z wdrożenia technologii, jeszcze nie są dla nich takie oczywiste. Stąd istotna jest świadomość tego, że takie technologie istnieją, można je wdrożyć i uzyskać dzięki nim określone korzyści, również kapitał polityczny – mówi agencji Newseria Biznes Remigiusz Wiśniewski z Grupy Roboczej ds. Internetu Rzeczy przy Ministerstwie Cyfryzacji, niezależny ekspert Willow Consulting.

Koncepcja smart cities opiera się na cyfryzacji miejskiej przestrzeni. Inteligentne systemy, bazujące na infrastrukturze IoT i danych z różnych obszarów, powodują, że miasto jest bardziej przyjazne mieszkańcom, bardziej ekonomiczne i ekologiczne. Instytut Machina Research oraz McKinsey szacują wielkość globalnego rynku IoT dla zastosowań smart city na 10 bln euro do końca 2025 roku. Szacunki Frost & Sullivan są nieco ostrożniejsze i wskazują na ok. 2 bln dolarów w podobnym horyzoncie czasowym. Niezależnie od tego, która z tych prognoz się spełni, można się spodziewać, że miasta będą coraz chętniej inwestować w nowoczesne technologie, co też jest szansą dla polskich przedsiębiorstw budujących rozwiązania oparte na internecie rzeczy.

Rozwiązania z zakresu smart city wdrażają już największe polskie aglomeracje jak Warszawa czy Wrocław, które w tegorocznym zestawieniu IESE Cities in Motion Index 2019 zajęły odpowiednio 69. oraz 95. miejsce na liście najbardziej przyjaznych miejsc do życia na świecie. Wśród najczęściej wdrażanych rozwiązań w Polsce są m.in.: systemy transportowe ITS i zarządzanie ruchem drogowym w czasie rzeczywistym, inteligentne parkingi i oświetlenie miejskie, monitoring przestrzeni publicznej, zdalny odczyt liczników i czujników czy zarządzanie mediami (np. oświetleniem miejskim, dostawami wody czy prądu albo wywozem odpadów).

Jak pokazuje kwietniowy raport „IoT w polskiej gospodarce”, przygotowany na zlecenie Ministerstwa Cyfryzacji, realizacja koncepcji inteligentnych miast napotyka w Polsce wiele barier, wśród których główne to m.in. finanse, brak kompetencji, know-how i świadomości zarówno po stronie samorządów, jak i dostawców oraz odbiorców tych rozwiązań.

Z jednej strony środków finansowych z Unii Europejskiej jest bardzo dużo, ale ich pozyskanie nie jest takie proste, poza tym procedura jest dosyć długa. Z drugiej strony, jest więcej modeli finansowania takich inwestycji, bazujących nie tylko na środkach UE – mówi Remigiusz Wiśniewski. – Potrzebne jest też szersze spojrzenie na miejską infrastrukturę jako kapitał, który posiada gmina, i wykorzystanie tego kapitału we współpracy z ośrodkami naukowymi i firmami.

Po drugie, metropolie wdrażają inteligentne rozwiązania, ale te nie są skoordynowane, przez co nie działają w pełni efektywnie.

Czynnikiem hamującym rozwój smart cities jest też brak długoterminowej strategii – zarówno na poziomie lokalnym, jak i krajowym. To powoduje, że np. zmiana kadencji i władz samorządowych utrudnia realizację takich projektów.

Dopóki nie istnieje jednostka czy nawet osoba, która koordynuje te projekty, trudno oczekiwać, że one będą realizowane. Realizacja koncepcji inteligentnych miast wymaga holistycznego spojrzenia, wypracowania pewnego pomysłu, wizji rozwojowej i strategii na realizację poszczególnych projektów – mówi Remigiusz Wiśniewski.

Największe korzyści z wdrażania rozwiązań typu smart city można uzyskać, integrując poszczególne obszary, dlatego konieczne jest holistyczne podejście do tematu – wskazują eksperci w raporcie „IoT w polskie gospodarce”. Wynika z niego również, że dotychczasowe wdrożenia takich projektów przynoszą wymierne korzyści społeczne i finansowe, w tym np. skrócenie czasu podróży komunikacją miejską o 20 proc., spadek przestępczości o 40 proc., skrócenie czasu poświęconego na załatwianie spraw w urzędach miejskich o 65 proc. i skrócenia czasu reakcji na nagłe wypadki o 35 proc. oraz zmniejszenie szkodliwych emisji i zużycia wody o 15 proc.

Trudno jednak przekonywać burmistrza miasta w Polsce argumentem, że w Barcelonie z wdrożenia inteligentnych parkingów osiągnięto 33 proc. korzyści, bo to niekoniecznie się przenosi 1:1. Sztuką jest wdrożenie tych rozwiązań do danej społeczności lokalnej, zrozumienie, na ile one się zaadaptują i na ile w tych konkretnych uwarunkowaniach będą mogły faktycznie przynieść korzyści – mówi Remigiusz Wiśniewski.

Kolejny wymiar korzyści to wpływ na całą gospodarkę.

– Stworzenie właściwych warunków do rozwoju społeczeństwa ma w założeniu procentować w postaci korzystnego wpływu na PKB. To już widać w niektórych aglomeracjach miejskich, że faktycznie zwiększa się tam potencjał, aktywność mieszkańców, a za tym idą konkretne i widoczne efekty ekonomiczne – mówi Remigiusz Wiśniewski.

100 tys. miejsc pracy i 10 mld zł dla gospodarki. Za polskim sportem stoi duży biznes

100 tys. miejsc pracy i 10 mld zł dla gospodarki. Za polskim sportem stoi duży biznes 11

Branża sportowa generuje dla polskiej gospodarki wartość dodaną sięgającą blisko 10 mld zł rocznie i utrzymuje ponad 100 tys. miejsc pracy. Na każde 100 przypada kolejnych 60 stanowisk w sektorach powiązanych ze sportem. Te, na które branża sportowa oddziałuje najsilniej, to m.in. nieruchomości, handel, HoReCa oraz reklama i marketing. Poza faktem, że stoi za nim duży biznes, sport ma jeszcze ogromne przełożenie na poziom dobrobytu i zdrowie społeczeństwa.

Sport to nie tylko zawody, lecz także cały biznes, który za nim stoi. Mowa zarówno o sponsoringu, jak i wielu innych sektorach gospodarki. Sport generuje dla polskiej gospodarki wartość dodaną sięgającą 10 mld zł, m.in. dzięki dostawcom usług takich jak catering. Generuje także blisko 110 tys. miejsc pracy, więc jest ważną częścią polskiej gospodarki – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

W ubiegłym roku branża sportowa wygenerowała w sumie 9,63 mld zł wartości dodanej dla polskiej gospodarki (z czego 4,42 mld zł, czyli 46 proc. to wpływ bezpośredni). Utrzymywała też 109 tys. miejsc pracy i wypłaciła w sumie 2,98 mld zł wynagrodzeń – pokazuje nowy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polski rynek sportu”.

Wynika z niego, że na każde 100 miejsc pracy w branży sportowej przypada kolejnych 60 w branżach powiązanych, a każde zarobione w sporcie 1 tys. zł przyczynia się do wygenerowania dodatkowych 700 zł wynagrodzenia. Natomiast każda złotówka, którą wytworzyła w ubiegłym roku branża sportu, przyczyniła się do wygenerowania dodatkowych 1,2 zł dla całej gospodarki.

Branża sportowa wpływa również na pozostałe sektory, bo żeby zapewnić usługi sportowe, sama potrzebuje zakupić pewne usługi czy też produkty z pozostałych branż – podkreśla Krzysztof Kutwa, analityk PIE.

– Sport wpływa w największym stopniu na usługi związane z najmem nieruchomości, bo różne dyscypliny czy zawody sportowe muszą się gdzieś odbywać, ale także na usługi ochroniarskie. To jest jedna z gałęzi gospodarki, która na sporcie korzysta, bo w przypadku różnego typu wydarzeń sportowych potrzebna jest ochrona, czasem nawet zaangażowanie sił porządkowych. Drugim takim sektorem jest handel, a kolejnym reklama i marketing. To są kluczowe sektory gospodarki, które rozwijają się dzięki wydatkom firm sportowych – dodaje Piotr Arak.

Jak pokazują dane PIE, w 2017 roku łączne wydatki sportowe na sport i rekreację sięgnęły w Polsce 1,77 mld euro. Ta kwota plasuje Polskę na 8. pozycji wśród państw UE (dla których średnia wyniosła 1,83 mld euro) i oznacza, że wydajemy na sport więcej niż Duńczycy, Finowie i Belgowie, ale wciąż mniej czy Francuzi czy Niemcy.

Jedną z tych dyscyplin, które najbardziej przekładają się na przychody i dochodowość, jest piłka nożna. Najczęściej ją oglądamy, najwięcej pieniędzy wydajemy na akcesoria i dodatki, a korporacje przeznaczają duże pieniądze na to, żeby ich logotyp pojawiał się w momencie, w którym Polacy oglądają mecze piłki nożnej. Drugą dyscypliną jest siatkówka, a kolejną piłka ręczna. Kiedyś jeszcze żużel oddziaływał regionalnie i istotnie wpływał na gospodarkę m.in. Śląska. Dzisiaj największą wartość dodaną generują bardziej mainstreamowe dyscypliny sportowe. Piłkarz, który używa swojego telefonu czy reklamuje pewne produkty przez social media, zwiększa oddziaływanie tej dyscypliny sportowej na gospodarkę – mówi Piotr Arak.

Poza tym branża sportowa ma jeszcze ogromne przełożenie na poziom dobrobytu i zdrowie społeczeństwa.

– Sport z perspektywy władzy publicznej jest też inwestycją w zdrowie publiczne i mniejsze wydatki na ochronę zdrowia. Jeżeli mamy aktywnych obywateli, którzy częściej i więcej wydają nie tylko na oglądanie, lecz także na uprawianie sportu, wówczas wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia na ten cel są mniejsze – mówi Piotr Arak.

Z danych PIE wynika, że ponad połowa (56 proc.) Polaków w ogóle nie uprawia sportu i ten odsetek z roku na rok wzrasta. Koszty braku aktywności fizycznej Polaków są szacowane na około 7 mld zł rocznie. Gdyby co druga osoba, która nie jest aktywna fizycznie, zaczęła regularnie uprawiać sport, przełożyłoby się to na co najmniej 11 tys. zawałów mniej, 2,2 tys. mniej zachorowań na nowotwór jelita grubego czy 1,5 tys. mniej przypadków raka piersi. Koszty opieki zdrowotnej spadłyby w skali roku o 440 mln zł, a koszt absencji pracowniczych – o 3 mld zł.

Jest kilka wyzwań dla polskiego sportu. Rodzą się nowe dyscypliny, jak e-sport czy sport hazardowy, które wymagają dodatkowych regulacji i zainteresowania regulatora. Z drugiej strony jest kwestia popularyzacji sportu na poziomie lokalnym i dostępności usług. Większość Polaków narzeka, że na poziomie lokalnym nie ma wystarczającej infrastruktury do uprawiania sportu. To wymaga inwestycji publicznych w większej skali. Trzeci wymiar to popularyzacja sportu. Polacy rzadziej od innych obywateli UE uprawiają sport. Abyśmy byli zdrowsi i bardziej aktywni, potrzeba interwencji na szczeblu centralnym i lokalnym, dobrego przykładu, zachęty do tego, by zarówno osoby starsze, jak i w średnim wieku poświęciły czas gimnastykę czy jakiś sport – mówi Piotr Arak.

Grywalizacja coraz popularniejszym narzędziem motywowania pracowników. Przekształca zawodową rutynę w zabawę

Grywalizacja coraz popularniejszym narzędziem motywowania pracowników. Przekształca zawodową rutynę w zabawę 12

Grywalizacja jest taktyką motywacyjną, która buduje zaangażowanie pracowników i ich lojalność wobec firmy. Polega na wyznaczaniu określonych celów, których zdobycie jest pewnego rodzaju wyzwaniem i zabawą, podczas której pracownicy rywalizują między sobą, zdobywając kolejne cele i umiejętności. – W ten sposób można odkryć nowe talenty wśród pracowników – podkreślają przedstawiciele firmy Bigram. Popularność grywalizacji w biznesie jest coraz większa – zarówno wśród polskich, jak i globalnych firm, a takie podejście sprawdza się zwłaszcza w motywowaniu milenialsów i młodszych generacji pracowników.

– Grywalizacja to przenoszenie schematów, które powszechnie znamy z gier, do różnych obszarów w firmie. Mogą to być obszary związane ze wsparciem sprzedaży, szkoleniami albo rekrutacją pracowników. Dzięki grywalizacji osiągamy lepsze efekty i większą wydajność pracowników, którzy chętnie osiągają wyznaczone cele, ponieważ każdy z nas lubi grać, wygrywać i rozwijać się poprzez zabawę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sonia Zakrzewska, employer branding team manager w firmie doradztwa personalnego Bigram.

Grywalizacja powstała z połączenia słów „gra” i „rywalizacja” i jest w ostatnich latach jednym z głównych trendów w HR. Wykorzystuje mechanizmy znane z gier komputerowych i fabularnych w celu motywowania pracowników, aktywizowania i budowania ich zaangażowania. Polega na wyznaczaniu im jasno określonych celów, których zdobycie jest wyzwaniem i zabawą. Innymi słowy, grywalizacja to zamiana codziennych czynności w rodzaj gry.

– Grywalizacja, którą można wykorzystać w procesie rozwoju kadry, jest stosunkowo nowym, ale bardzo skutecznym narzędziem, które firmy dopiero odkrywają. Dzięki wprowadzaniu schematu gier możemy zidentyfikować kompetencje pracowników, odkrywać nowe talenty, potencjał ukrytych liderów. Może się na przykład okazać, że osoba, która przez lata pracowała w dziale HR, jest wspaniałym analitykiem – mówi Sonia Zakrzewska.

Grywalizacja jest naturalna w sporcie, coraz częściej wykorzystuje się ją także w edukacji – zamiast tradycyjnych lekcji uczniowie podejmują wyzwania, w trakcie których szukają rozwiązań konkretnych problemów, zdobywając przy okazji wiedzę i umiejętności.

Jej zalety dostrzegł także biznes –  grywalizacja jest narzędziem, które pomaga menadżerom w zarządzaniu pracownikami. Motywuje i przełamuje rutynę, a dobrze zaprojektowana gra skłania pracowników do tego, żeby codzienne zadania traktować nie jako przykry, zawodowy obowiązek, ale raczej jako wyzwanie prowadzące do zwycięstwa. Firmy, które zdecydowały się na wdrożenie mechanizmów grywalizacji, wskazują, że przekłada się to na większą efektywność, wydajność pracowników i większe zyski. Aby była skuteczna, gra musi być jednak dopasowana do charakteru firmy, zespołu i nastawiona na konkretne cele.

– Firmy na całym świecie bardzo różnie wykorzystują grywalizację. Niektóre adresują cele rekrutacyjne – poszukują w ten sposób talentów na rynku albo identyfikują nowy potencjał swoich pracowników. Inne firmy wykorzystują grywalizację jako rodzaj szkolenia, który angażuje pracowników, nie nudzi, a jest ciekawy – mówi Sonia Zakrzewska.

Jak podkreśla, popularność grywalizacji w biznesie jest coraz większa zarówno wśród polskich, jak i globalnych firm. Według firmy badawczej Markets andMarkets do 2020 roku rynek gamifikacji będzie wart już 11 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu przekraczającym 46 proc. Jeszcze w 2015 roku jego wartość była wyceniana na 1,65 mld dol.

Przykładem organizacji, która wykorzystuje jej mechanizmy, jest Amazon, który wdrożył w tym roku elementy z gier wideo do środowiska pracy magazynierów. Potentat branży e-commerce wykorzystuje mechanizm znany z popularnej gry Tetris, ale zamiast wirtualnych klocków pracownicy układają prawdziwe pudełka z zamówieniami.

Grywalizacja sprawdza się zwłaszcza w motywowaniu milenialsów, dla których pieniądz nie jest synonimem motywacji, a tylko wynagrodzenia za wykonywaną pracę. To pokolenie potrzebuje więc innych, dobrze pomyślanych narzędzi motywacji i lojalizacji.

– W Polsce widzimy, że ta świadomość skuteczności grywalizacji jest coraz większa. Z roku na rok coraz więcej firm bierze udział w Global Management Challenge, kierując tę metodę nie tylko do swoich obecnych pracowników, lecz także wyłaniając dzięki niej najlepsze talenty z rynku. Jest to o tyle ciekawe i skuteczne rozwiązanie, że możemy zaadresować w nim różne cele biznesowe firmy – mówi employer branding team manager w Bigram.

Global Management Challenge (GMC) jest międzynarodowym konkursem na bazie symulacji biznesowej, który odbywa się w 30 krajach. Jego uczestnikami są menadżerowie, specjaliści, absolwenci oraz studenci, którzy wcielają się w rolę zarządu wirtualnej spółki. Przez kilka tygodni zarządzają firmą tak, aby osiągnęła ona jak najlepszy wynik finansowy na wirtualnym rynku, jednocześnie rywalizując między sobą. W każdej polskiej edycji konkursu organizowanego przez Bigram startuje ponad 2 tysiące osób w ponad 300 zespołach.

Autonomiczne samochody nauczą się jazdy w wirtualnej rzeczywistości. Testy na publicznych drogach musiałyby trwać nawet 500 lat, by dopuścić je do ruchu

Autonomiczne samochody nauczą się jazdy w wirtualnej rzeczywistości. Testy na publicznych drogach musiałyby trwać nawet 500 lat, by dopuścić je do ruchu 13

Nawet kilkaset lat mogłoby zająć testowanie samochodów autonomicznych, by wypracowały one modele zachowań zbliżone do ludzkich – twierdzą analitycy z RAND Corporation. Jednak dzięki szkoleniu w warunkach wirtualnej rzeczywistości czas ten można znacznie skrócić, a przy tym wyraźnie poprawić aspekty związane z bezpieczeństwem. W najbliższych latach rynek samochodów autonomicznych czeka dziesięciokrotny wzrost.

– Aby samochód inteligentny jeździł co najmniej z taką skutecznością jak człowiek, potrzebne jest do przejechania 18 mld km. Przy obecnych wysiłkach wszystkich firm zajmujących się tym tematem może to zająć nawet 500 lat. Nie mamy tyle czasu albo nie chcemy tyle na to czekać, dlatego coraz więcej firm skręca w stronę uczenia inteligentnych samochodów w wirtualnym świecie. Dzięki temu jesteśmy w stanie dużo szybciej tworzyć te mile, które samochód przejedzie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marcin Jaśkiewicz, prezes zarządu Simteract.

Prekursorem w uczeniu autonomicznych aut jest Nvidia. Drive Constellation to oparty na chmurze system do testowania autonomicznych pojazdów za pomocą fotorealistycznej symulacji w wirtualnej rzeczywistości. Drive Constellation to platforma obliczeniowa, oparta na dwóch różnych serwerach. Pierwszy uruchamia oprogramowanie Nvidia Drive Sim do symulacji czujników pojazdu autonomicznego, takich jak kamery, LIDAR i radar. Generuje również fotorealne strumienie danych w celu stworzenia szeregu różnych środowisk testowych, w tym zjawisk naturalnych, takich jak burze, śnieg, duże olśnienie, słabe światło oraz różne rodzaje nawierzchni i terenu.

Nvidia Drive Pegasus z kolei jest komputerem samochodowym ze sztuczną inteligencją, który obsługuje oprogramowanie pojazdu autonomicznego i przetwarza symulowane dane tak, jakby były podawane z czujników w prawdziwym samochodzie.

– Inteligentny samochód to jest kompleksowe rozwiązanie, więc trzeba zastosować bardzo dedykowane rozwiązania do każdego aspektu tego, czym taki inteligentny samochód musi zajmować się na drodze. A jak wszyscy wiemy, będąc kierowcami, to nie jest taka prosta sprawa – dodaje Marcin Jaśkiewicz.

Doprowadzenie samochodu autonomicznego do sterowania z ludzką skutecznością jest konieczne zwłaszcza z uwagi na względy bezpieczeństwa. W ubiegłym roku Uber wstrzymał testy autonomicznego samochodu osobowego po tym, jak w Arizonie doszło do tragicznego wypadku z jego udziałem. W wyniku potrącenia przez autonomiczne auto zginęła rowerzystka, pomimo obecności nadzorującego je kierowcy. Obecnie Uber jest jedną z firm, które zdecydowały się na szkolenie samochodów autonomicznych w warunkach wirtualnej rzeczywistości.

– Coraz więcej firm na całym świecie, począwszy od największych producentów związanych z automotive, wielkich marek związanych z produkcją samochodów, przez firmy takie jak Uber, Google czy software’owych współpracujących z dużymi markami jak Aptiv, chce stworzyć symulatory do nauki jazdy dla inteligentnych samochodów, żeby przyspieszyć ten proces. Żebyśmy wszyscy nie musieli czekać 500 lat na to, żeby takim autonomicznym samochodem podjechać do pracy czy na kawę – mówi ekspert.

Swój wkład w szkolenie autonomicznych pojazdów mogą mieć również Polacy. Lubelska firma Simteract dostarcza Traffic AI, zaawansowany system będący inteligentną zewnętrzną biblioteką ruchu gotową do połączenia z danym projektem za pośrednictwem interfejsu API. Rozwiązanie pozwala na tworzenie zaawansowanych symulacji miast. Matematyczny model zachowania w ruchu oparty jest na inteligentnych algorytmach.

Tymczasem rynek autonomicznych pojazdów czeka w najbliższych latach dynamiczny rozwój.

– Będzie się bardzo dużo działo w branży autonomicznych aut. Prawdopodobnie znajdziemy się w miejscu, którego do końca nikt nie był w stanie przewidzieć. Warto być blisko tych rynków już na samym początku po to, żeby móc adaptować się i rozwijać właśnie w kierunkach, w których te rynki rozwijać się będą – przekonuje Marcin Jaśkiewicz.

Według Allied Market Research wartość światowego rynku autonomicznych samochodów ma w 2019 roku osiągnąć pułap ponad 54 mld dol. Do 2026 roku wzrośnie ona jednak do ponad 556 mld dol. Z kolei rynek VR i AR w 2017 roku był wyceniany na 11,35 mld dol. Do 2025 roku czeka go pięćdziesięciokrotny wzrost – do wartości 571,42 mld dol.

Nowe technologie wymykają się polskiemu prawu. Innowacje pojawiają się na rynku szybciej, niż regulacje opisujące ich funkcjonowanie

Nowe technologie wymykają się polskiemu prawu. Innowacje pojawiają się na rynku szybciej, niż regulacje opisujące ich funkcjonowanie 14

Firmy z branży startupowej sięgają po technologie, których wykorzystanie często nie zostało uwzględnione w zapisach prawnych. Tak funkcjonuje np. polski rynek kryptowalutowy, blockchainowy czy branża wynajmu małych pojazdów elektrycznych. Ustawodawca nie nadąża za dynamicznym rozwojem nowych technologii, co z jednej strony może być szansą dla przedsiębiorców działających w innowacyjnej branży, a z drugiej naraża ich na ryzyko związane z działalnością na nieuregulowanym rynku.

– Nowe technologie nieuregulowane prawnie w Polsce to chociażby hulajnogi czy deskorolki elektryczne. Także blockchain, crowdfunding czy sztuczna inteligencja. Tylko nie można do końca mówić o tym, że one nie są uregulowane prawnie. To, że coś nie ma dedykowanych mu przepisów, nie oznacza, że jest nielegalne czy nieuregulowane prawnie. W Polsce można się posiłkować przepisami przez analogię. Jeżeli jakieś nowe technologie nie mają dedykowanych przepisów, na pewno można stosować jakieś analogie – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aleksandra Maciejewicz, rzecznik patentowy w Kancelarii Lawmore.

Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów nieprzystosowania prawa do branży technologicznej jest sektor urządzeń wchodzących w skład internetu rzeczy. Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało raport „IoT w polskiej gospodarce”, z którego wynika, że kilkadziesiąt ustaw blokuje rozwój tego segmentu gospodarki. Dużą przeszkodą są polskie przepisy dotyczące ochrony danych osobowych i prywatności, które utrudniają rozwój firm i startupów wyspecjalizowanych w tej branży.

Tymczasem według wspomnianego raportu rynek rozwiązań IoT w najbliższych latach będzie rozwijał się przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 13 proc. Wdrożenie stosownych zmian legislacyjnych ułatwi polskim firmom funkcjonowanie także na rynku europejskim. Zgodnie z postulatami zawartymi w raporcie ustawodawca powinien wdrożyć przepisy, które pozwolą wyłączyć dane gromadzone w usługach IoT z tajemnic sektorowych, aby ich funkcjonowanie nie łamało przepisów RODO.

Jednym z najgłośniejszych przypadków nieprzystosowania przepisów polskiego prawa do rozwoju rynku nowych technologii jest wysyp firm świadczących usługę wynajmu hulajnóg elektrycznych. Pojazdów tego typu nie opisuje żadna ustawa, przez co zachodzą wątpliwości dotyczące tego, czy dopuścić je do ruchu pieszego czy skierować na ścieżki rowerowe. Ministerstwo Infrastruktury od kilku miesięcy pracuje nad przepisami, które uzupełnią tę lukę prawną.

W przyszłości urzędnicy będą musieli zmierzyć się także z problemem inteligentnych samochodów funkcjonujących na rynku konsumenckim. Szybkie wdrożenie stosownych zmian prawnych może okazać się jednym z priorytetowych zadań najbliższych miesięcy, gdyż firma Tesla zapowiedziała, że jeszcze w tym roku wprowadzi do Polski Model 3, samochód z zaimplementowanym autopilotem.

– Pojazdy autonomiczne w Polsce nie są dozwolone dla szarych ludzi, ale są już regulowane w ustawie o ruchu drogowym. Jest tam cały rozdział, który mówi o tym, w jaki sposób przeprowadzać prace badawcze nad pojazdami autonomicznymi. Na takie prace musi wydać zgodę odpowiedni organ, w tym przypadku oddział Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.  Jeżeli chodzi o przepisy, których brakuje w Polsce na pewno musimy się odnieść do sztucznej inteligencji. Przykładem może być sprzedaż dzieł sztuki, które będą tworzone przez SI. Prawo autorskie nie przewiduje możliwości, żeby sztuka mogła być tworzona przez kogoś innego niż człowieka – tłumaczy ekspertka.

Rząd poczynił już pierwsze kroki na drodze do przystosowania polskiego prawa do realiów rynku nowych technologii. Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii w ramach pakietu „100 zmian dla firm” wprowadziło Prostą Spółkę Akcyjną, stworzoną z myślą o rozwoju branży startupowej. Choć nie rozwiązuje ona problemów prawnych związanych z funkcjonowaniem firm na nieuregulowanym rynku, ma ułatwić pozyskanie kapitału młodym start-upom. Wprowadzi m.in. możliwość uruchomienia działalności gospodarczej z 1 zł kapitału początkowego i skróci czas rejestracji spółki do 24 godzin za pośrednictwem formularza elektronicznego.

Z pomocą branży startupowej przychodzą także kancelarie prawne zajmujące się rynkiem IT.

– Są takie przypadki, kiedy prawo rzeczywiście nie nadąża za nowymi technologiami. To np. blockchain i RODO. Ponieważ blockchain nie pozwala na usuwanie danych, one tam cały czas są. Z kolei RODO wymaga, aby podmiot danych osobowych miał możliwość ich usunięcia. I można na to spojrzeć dwojako: albo to są martwe przepisy, albo to może być zagrożenie dla przedsiębiorców pod kątem łamania tych przepisów. Dla kancelarii i dla przedsiębiorców jest to duże wyzwanie. Czasami musimy po prostu poddać sytuację jakiejś analizie ryzyka, na jakie nieprzyjemności powinien się przyszykować przedsiębiorca. A czasami do kancelarii należy tylko uzmysłowienie mu ryzyka – wyjaśnia Aleksandra Maciejewicz.

Rynek powierzchni handlowych w Polsce w I połowie 2019 roku

Z najnowszego raportu „MARKETBEAT: Rynek powierzchni handlowych w Polsce w I połowie 2019 roku”, opublikowanego przez międzynarodową firmę doradczą Cushman & Wakefield wynika, że w pierwszej połowie bieżącego roku oddano do użytku ponad 230 000 mkw. nowej powierzchni handlowej, z czego połowę tej liczby stanowiły otwarcia nowych i rozbudowy istniejących już centrów handlowych. Nowa podaż powiększyła całkowite zasoby rynku do blisko 15 mln mkw. Analitycy Cushman & Wakefield wskazują, że 40% nowej podaży w 2019 roku zostanie dostarczona na rynki, których populacja nie przekracza 200 000 mieszkańców.

Anna Hofman, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield
Anna Hofman, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield

– Odpowiednie połączenie klasycznej formy sprzedaży z kanałami on-line może stanowić istotne źródło przewagi konkurencyjnej dla najlepszych centrów handlowych. Zmiana charakteru centrów handlowych poprzez wzmocnienie oferty rozrywkowej i gastronomicznej oraz dodatkowych usług ma na celu przyciągnięcie i zatrzymanie klientów. Te aspekty dają wyraźną przewagę konkurencyjną nowoczesnym projektom handlowym – takiej oferty nie uzyskamy w żadnym sklepie on-line – mówi Anna Hofman, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield.

Magdalena Gniazdowska, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield
Magdalena Gniazdowska, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield

– Sieci spożywcze i sklepy pierwszej potrzeby, czyli tzw. „convenience stores” prześcigają się, aby ułatwić i uprzyjemnić konsumentom proces zakupowy. Pojawia się coraz więcej usług dodatkowych: pocztowych, kurierskich czy małej gastronomii. Największym wyzwaniem są jednak szybko i radykalnie zmieniające się preferencje spożywcze klientów, szczególnie tych z pokolenia Millenialsów. Młodsi konsumenci, deklarujący się jako weganie, wegetarianie, czy semiwegetarianie, są już znaczącym segmentem. Odejście od tradycyjnej diety mięsnej na rzecz ograniczania jego spożycia jest postrzegane jako zdrowe i nowoczesne. Wzrasta też wrażliwość i świadomość ekologiczna, dlatego poszczególne koncepty sieci handlowych będą miały coraz większe znaczenie. Sieci, które zbudują odpowiednią ofertę, trwale zaangażują się w obowiązujące trendy i wypromują się jako proekologiczne, będą mogły liczyć na nowych klientów – dodaje Magdalena Gniazdowska, Associate w dziale powierzchni handlowych, Cushman & Wakefield.

– Po roku 2018, który był rekordowy pod względem aktywności inwestycyjnej w sektorze nieruchomości handlowych, wolumen obrotów w tym segmencie rynku w pierwszej połowie 2019 roku wyniósł zaledwie 450 mln euro. Odnotowano transakcje z udziałem obiektów handlowych wszystkich formatów. Blisko połowę obrotów w sektorze handlowym stanowiła sprzedaż spółce EPP drugiej transzy portfela M1 przez grupę Chariot Top Group za kwotę 222,4 mln euro pozyskaną na giełdach w Johannesburgu i Luksemburgu. Wśród innych dużych transakcji warto wymienić sprzedaż Galerii Leszno przez fundusz Blackstone za ok. 70 mln euro, nabycie centrum handlowego King Cross Praga przez AERE za ponad 43 mln euro oraz zakup kina Cinema City w centrum handlowym Manufaktura przez jej właściciela, tj. Union Investment, za 21 mln euro. Ponadto spółka Nuveen RE nabyła w imieniu funduszu Neptune nowo otwarte centrum Silesia Outlet od 6B47 Real Estate Investors.

Na rynku parków handlowych także odnotowano aktywność inwestycyjną. Niemiecka grupa Saller, prowadząca działalność deweloperską i inwestycyjną, powiększyła swój portfel parków handlowych o trzy obiekty za łączną kwotę ponad 16 mln euro, natomiast fundusz zarządzany przez Mitiska REIM nabył 50% udziałów w czterech lokalnych obiektach: parkach handlowych w Lublińcu i Turku oraz centrach handlowych typu convenience we Wrześni i Wodzisławiu.

Aleksandra Sierocińska, Konsultant w dziale Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield
Aleksandra Sierocińska, Konsultant w dziale Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield

Jednym z efektów globalnego spowolnienia aktywności inwestycyjnej na rynku handlowym, które wpływa również na Europę, może być przecena aktywów i selektywny popyt wśród inwestorów. W Polsce odnotowujemy jednak dynamiczny wzrost sprzedaży detalicznej dzięki rosnącym płacom, co może przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania inwestorów najlepszymi obiektami handlowymi o dominującej pozycji na rynku, centrami handlowymi typu convenience oraz parkami handlowymi – podsumowuje Aleksandra Sierocińska, Konsultant w dziale rynków kapitałowych, Cushman & Wakefield.

Autorem raportu „MARKETBEAT: Rynek powierzchni handlowych w Polsce w I połowie 2019 roku” jest Małgorzata Dziubińska, Associate Director w dziale Doradztwa i Badań, Cushman & Wakefield.

Link do pobrania pełnej treści raportu – http://info.cushmanwakefield.com/l/263412/2019-08-27/23kzt9

Największe w Polsce porozumienie reklamodawców pracuje nad nowym badaniem konsumpcji mediów

Na rynku powstała Koalicja „Marketerzy dla Lepszych Badań”, która jest największym do tej pory porozumieniem reklamodawców w Polsce. Jej członkowie uczestniczą w rozmowach dotyczących nowego systemu badań mediów. Jednym z kluczowych elementów poprawy tego systemu jest uwzględnienie w nim wymagań marketerów, dlatego koalicja rozpoczęła pracę nad ich sformułowaniem. Następnie przedstawi je innym interesariuszom tego projektu: tworzącym swoją wizję badania KRRiT oraz pracującym niezależnie nadawcom mediowym.

Marketerzy dla Lepszych BadańKoalicja „Marketerzy dla Lepszych Badań” powstała w pierwszych dniach czerwca 2019 roku po tym, jak nadawcy mediowi zadeklarowali, że to oni przejmą inicjatywę w przygotowaniu podwalin pod powstające na rynku jednoźródłowe badanie mediów. W odpowiedzi ponad 40 marketerów reprezentujących wszystkie najważniejszy sektory reklamowe: retail, farmację, branżę spożywczą, kosmetyczno-detergentową, telekomunikacyjną, agd, motoryzacyjno-paliwową i finansową postanowiło zadbać o interesy reklamodawców w tym procesie.

Chcemy mieć wpływ na proces tworzenia się nowego standardu badań mediów, który w założeniu ma pomóc nam w eliminowaniu nieefektywnych kosztów komunikacji z rynkiem i podnieść zwrot z inwestycji reklamowych. Istotny jest dla nas także stały i pełny dostęp do informacji na temat postępów prac po to, by nowe badania jak najlepiej odpowiadały na nasze potrzeby – tymi słowami powstanie Koalicji komentowała Irena Pobłocka, ekspert ds. marketingu w Grupie LOTOS, członkini Komitetu Sterującego Koalicji.

Pierwszym celem Koalicji jest opracowanie dokumentu definiującego oczekiwania merytoryczne marketerów wobec badania mediów. Chodzi o określenie kluczowych pomiarów i informacji, których powinno ono dostarczać w odniesieniu do poszczególnych kanałów (TV, radio, digital). Wymagania marketerów będą dotyczyły także rodzaju próby i typu metodologii – wszystko w kontekście potrzeb biznesowych podmiotów zlecających reklamę.

– Tempo i organizacja prac wewnątrz Koalicji są budujące, cieszy nas również dobra współpraca z zewnętrznymi interesariuszami. Jesteśmy w kontakcie z przedstawicielami nadawców internetowych, radiowych i telewizyjnych. Mamy nadzieję, że nadawcom telewizyjnym uda się szybko przezwyciężyć problemy związane z powołaniem do życia MOC’a telewizyjnego i nie wpłynie to negatywnie na tempo prac. Otrzymaliśmy również deklarację złożoną przez Przewodniczącego KRRiT, że zespół zaangażowany w projekt jednoźródłowego badania mediów po stronie Regulatora przygotuje je dokładnie w takim kształcie, jakiego oczekuje Rynek – mówi Rafał Jakubowski z mBanku.

W procesie powstawania briefu marketerów uczestniczy także zespół metodologiczny powołany przez agencje mediowe z Klubu Mediowego SAR.

Wśród ekspertów opiniujących brief ze strony Klubu Mediowego SAR znaleźli się prawdopodobnie najlepsi eksperci z agencji mediowych. Wyraźnie widać, że cały rynek mobilizuje się, by nowy system badań powstał możliwie najsprawniej. Chyba nikogo nie trzeba już dziś przekonywać co do konieczności sfinalizowania tej inicjatywy – mówi Ewelina Kraskowska z USP Zdrowie.

W skład Koalicji „Marketerzy dla Lepszych Badań” wchodzi obecnie 43 ekspertów pracujących w firmach takich jak Bank Millenium, BNP Paribas Bank Polska, COTY, Decathlon, Eurobank, FCA Group, Grupa Lotos, Grupa Maspex, Henkel Poland, Jeronimo Martins (Biedronka), Jeronimo-Martins (Hebe), L’Oreal, McDonald’s Polska, MARS, Mastercard, mBank, Media Saturn, Mitsubishi Motors, Philips Polska, Play, Provident, Santander Bank SA, UPC, USP Zdrowie, Volkswagen Group (Seat), Wedel i Visa.

Wsparcia organizacyjnego oraz finansowego udziela tej inicjatywie biuro IAA Polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Reklamy. Podniesienie standardu badań konsumpcji mediów to jeden z postulatów przedstawionych przez Stowarzyszenie w „Rekomendacjach dla polskiego rynku reklamy na lata 2017-2020”.  Stowarzyszenie opracowało ten dokument w styczniu 2017 roku.

Jak szybko sprzedają się mieszkania w nowych inwestycjach? Deweloperzy odpowiadają

Jakie mieszkania znikają z oferty deweloperów najszybciej? Jakie lokale cieszą się największym powodzeniem kupujących? W jakich cenach? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Tempo sprzedaży mieszkań w konkretnej lokalizacji, czy projekcie zależy do przyjętej przez spółkę strategii. W zależności o skali projektu, stanu dostępnej oferty, przyjmowany jest odpowiedni poziom cen mieszkań, który ma największy wpływ na to jak szybko lokale się sprzedają. Bez wątpienia, nadal najbardziej popularne wśród klientów są małe mieszkania, nabywane w celach inwestycyjnych. W zależności od miasta i lokalizacji, ceny lokali wahają się średnio od 250 tys. zł do 350 tys. zł. Dużym zainteresowaniem cieszą się również kompaktowe mieszkania trzypokojowe kupowane przez młode osoby, planujące powiększenie rodziny.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Tempo sprzedaży lokali w nowych inwestycjach zależy od wielu czynników – standardu osiedla, dostępnych udogodnień, czy lokalizacji inwestycji. Trendem, który obserwujemy od 4-5 lat jest zainteresowanie zakupem przestronniejszych mieszkań. Wśród nabywców, którzy poszukują lokalu na własne cele mieszkaniowe, największą popularnością cieszą się trójki o powierzchni około 60-65 mkw. Klienci planujący zakup lokalu pod wynajem pytają natomiast zazwyczaj o dwupokojowe mieszkania do 50 mkw. Dużym zainteresowaniem cieszą się także kawalerki.

Cena odgrywa dużą rolę, jednak trudno wskazać jej górny pułap dla ogółu klientów. Duże znaczenie ma bowiem lokalizacja osiedla i dostęp do infrastruktury miejskiej, a także projekt, dostępne udogodnienia, czy standard wykonania. Największy potencjał mają lokale położone w centrach miast lub z dogodnym dojazdem do centrum. Za takie mieszkania klienci są skłonni zapłacić więcej. To tendencja, którą obserwujemy we wszystkich miastach, w których prowadzimy działalność.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W Warszawie 30 proc. kupujących na rynku pierwotnym nie planuje wydać na mieszkanie więcej niż 350 tys. zł. Za atrakcyjną cenowo klienci uważają naszą ofertę w osiedlu Wrzosowa Aleja na Białołęce. Dwupokojowe mieszkania o powierzchni 35 mkw. w trzykondygnacyjnym budynku z mini-ogródkami kosztują w tej inwestycji 251 tys. zł. W cieszącym się dużym zainteresowaniem kameralnym budynku Willa Wiślana na Tarchominie najszybciej sprzedają się małe, funkcjonalnie zaprojektowane, dwupokojowe mieszkania w cenie 235 tys. zł. W warszawskiej Bliskiej Woli Tower, gdzie powstają mieszkania o wysokim standardzie, w równym tempie kurczy się pula mieszkań w cenie 17 tys. za mkw., jak i tańszych, usytuowanych z reguły na niższych kondygnacjach, w cenie poniżej 10 tys. zł za mkw.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Zdecydowanie największym powodzeniem wśród klientów cieszą się kawalerki oraz nieduże mieszkania dwupokojowe, które kupowane są w pierwszej kolejności głównie ze względu na swój potencjał inwestycyjny. Ostatnio obserwujemy jednak trend związany z rosnącą popularnością przestronnych, czteropokojowych mieszkań na najwyższych piętrach, z ciekawym widokiem i możliwie jak największym balkonem lub tarasem. Tego rodzaju lokale spotykają się z dużym zainteresowaniem osób poszukujących mieszkań na własne potrzeby. Obok niedużych, jedno i dwupokojowych lokali, takie mieszkania są najpopularniejszymi pozycjami w naszej ofercie. Bestsellerem od lat jest również nasza pierwsza i najstarsza inwestycja, Nowe Złotniki – osiedle domów jednorodzinnych w zabudowie szeregowej i bliźniaczej. Przygotowujemy się właśnie do rozpoczęcia przedsprzedaży nieruchomości w czwartym etapie projektu, co dowodzi, że od kilkunastu lat trend ucieczki od zgiełku miasta jest silny.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Wciąż najbardziej popularne są małe mieszkania dwupokojowe o powierzchni 30-40 mkw. To zarówno najciekawszy produkt inwestycyjny, jak i najlepsza wielkość mieszkania dla osób dokonujących pierwszych zakupów na własne potrzeby. W tej drugiej grupie nabywców dużym zainteresowaniem cieszą się również kawalerki, które są mniej atrakcyjne dla inwestorów.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Mieszkania w nowych inwestycjach sprzedają się bardzo dobrze. Często już na etapie budowy cała oferta jest wyprzedana. Najszybciej sprzedają się mieszkania jedno i dwupokojowe o metrażu od 25 mkw. do 45 mkw. Zasobność portfeli klientów jest różna w zależności od lokalizacji.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Zdecydowanie najszybciej sprzedają się małe mieszkania jedno i dwupokojowe, co jest zasługą m.in. aktywności klientów inwestycyjnych.

Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży Ronson Development

Nowe projekty cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem klientów, mimo relatywnie odległych terminów odbioru. Najbardziej wymowny jest fakt, że w momencie uzyskania pozwolenia na użytkowanie większość inwestycji jest wyprzedana w 90-100 procentach. Wśród argumentów przemawiających za zakupem mieszkania w początkowej fazie realizacji inwestycji jest niewątpliwie fakt, że klienci mogą wówczas skorzystać z szerokiej oferty i pierwszeństwa wyboru lokali w cenie „startowej”, która później – jak pokazują ostatnie lata – może pójść w górę, w miarę postępów prac na budowie. Najlepsze lokale znikają z oferty błyskawicznie zaraz po starcie sprzedaży. Największym zainteresowaniem nieustająco cieszą się mniejsze mieszkania jedno i dwupokojowe.

Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord

Wszystko zależy od regionu. Na Śląsku najszybciej sprzedają się mieszkania, których budowa już się rozpoczęła. Klienci najczęściej pytają o mieszkania o powierzchni do 45 mkw. i lokale o metrażu powyżej 90 mkw. Na rynku śląskim atrakcyjną dla klientów jest cena do 6000 zł /mkw. Najchętniej wybierane są lokale do kwoty 250 tys. zł.

Marta Drozd-Piekarska, pełnomocnik zarządu Allcon Osiedla

Większość deweloperów, w tym także Allcon, praktykuje zapisy klientów na listę przedsprzedażową, która umożliwia poznanie oferty zanim ma jeszcze charakter oficjalny. W zależności od rodzaju inwestycji, jej lokalizacji i atutów, zdarza się nam wyprzedaż oferty w ponad 15 proc. jeszcze na etapie przedsprzedaży. Klienci wybierają najchętniej lokale dwupokojowe, często kierując się potrzebą inwestycyjną lub poszukując pierwszego mieszkania w rodzinnych osiedlach. Często w pierwszej kolejności znajdujemy też klientów na mieszkania cztero i pięciopokojowe.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W dobrych lokalizacjach i przemyślanych projektach mieszkania sprzedają się na etapie budowy. W naszych projektach 95 proc. nabywców znajduje swoje mieszkanie przed uzyskaniem pozwolenia na użytkowanie. Najlepiej sprzedają się małe mieszkania o metrażu w przedziale 27-45 mkw., a większe lokale kupowane są z reguły pod koniec realizacji inwestycji.

Weronika Chylarecka, specjalista ds. marketingu w Blockpol Developer

W inwestycji, którą prowadzimy we Wrocławiu przy ulicy Tęczowej najszybciej rozeszły nam się kawalerki o powierzchni do 30 mkw. W projekcie Nowe Żerniki natomiast mieszkania dwupokojowe o metrażu do 45 mkw.

Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira

Najszybciej z oferty znikają małe mieszkania dwu i trzypokojowe. Podobnie, jak większe lokale w lokalizacjach doskonałych do mieszkania, blisko centrum miasta, jak na przykład nasza inwestycja Srebrzyńska Park, która położona jest jednocześnie tuż przy parku Zdrowie.

Autor: Dompress.pl

Satelitarna rewolucja w rolnictwie

Suszą objęte są już wszystkie województwa w kraju i wszystkie rodzaje upraw. Tegoroczne plony będą mniejsze niż przewidywano, to już pewne. W zwiększaniu wydajności w rolnictwie, mimo trudnych warunków, mogą pomóc informacje z satelitów. 

Świat stoi na progu trzeciej nowoczesnej rewolucji w agrobiznesie, związanej z rolnictwem precyzyjnym. Pierwsza rewolucja, spowodowana mechanizacją rolnictwa na początku XX wieku, umożliwiła wytworzenie przez jednego rolnika zasobów dla 26 osób. Druga – „zielona” – miała miejsce w latach 90-tych i była związana z uzyskaniem zmodyfikowanych genetycznie gatunków roślin odpornych na szkodniki i wymagających mniejszej ilości wody. Spowodowała ona wzrost liczby osób możliwych do wyżywienia przez jednego rolnika do 155. Dzięki trzeciej, której podstawą jest zwiększenie możliwości analitycznych i rozwój nowych technologii, każdy rolnik może wyprodukować żywność już dla 256 osób.

Zwiększenie mocy

Wraz ze wzrostem liczby ludności i kurczenia się wskutek zmian klimatycznych zasobów żyznych pól uprawnych, stajemy przez wyzwaniem zwiększenia wydajności produkcji z każdego hektara. Ta związana jest z rodzajem gleby, nawadnianiem, zastosowaniem nawożenia czy warunkami atmosferycznymi. Dzięki analizie big data, której poddawane są informacje z obserwacji Ziemi, wszystkie te elementy mogą być zbadane w celu uzyskania optymalnych efektów.

Jednym z największym źródeł informacji o warunkach na naszej planecie są dziś zdjęcia z satelitów. Dzięki nim powstają nowe technologie, aplikacje i usługi optymalizujące różne procesy oraz ułatwiające funkcjonowanie człowieka na Ziemi.

Każdego dnia do platformy CREODIAS trafia ogromna ilość cennych informacji z satelitów okrążających Ziemię. Firmy i startupy zainteresowane ich wykorzystaniem, potrzebujące dużej mocy obliczeniowej do analizowania większych repozytoriów danych, mogą wykorzystać naszą gotową infrastrukturę chmurową. To znacznie obniża ich koszt wejścia na rynek – mówi Urszula Mielcarz z firmy CloudFerro, operatora platform DIAS (Data and Information Access Services) – CREODIAS i WEkEO, udostępniających zdjęcia satelitarne, realizowanych w ramach europejskiego programu obserwacji Ziemi Copernicus.

Rynek produktów i usług wykorzystujących informacje z kosmosu dynamicznie rośnie. Jeśli chodzi o Europę i program Copernicus, według ostatniego raportu (Copernicus Market Report 2018), wykorzystanie danych z obserwacji Ziemi w samym rolnictwie rocznie przynosi ponad 18 mln euro przychodu. I w najbliższych latach wartość ta rocznie będzie rosła o ponad 20 proc. Ten rynek ma ogromny potencjał rozwojowy i polem do działania również dla polskich firm z sektora IT.

Aplikacje wykorzystujące dane dotyczące opadów, temperatury, wilgotności gleby, stopnia nawożenia itd. już dziś wspomagają rolników w zarządzaniu uprawami. Dzięki nim można zmniejszyć zużycie pestycydów i innych nawozów, zaplanować optymalne nawadnianie czy wykrywać choroby roślin. Świetnym przykładem możliwości, jakie dają informacje satelitarne, jest obserwacja aktywności pszczół. Aktualne dane z satelitów pozwalają zaplanować opryski tak, aby nie zaszkodzić owadom. Sytuacji, w których można wykorzystać potencjał obserwacji z kosmosu jest nieskończenie wiele – wyjaśnia Urszula Mielcarz.

Holenderska globalna baza danych

Monitorowanie kondycji upraw, stanu i właściwości gleby oraz mapowanie działań związanych z uprawą mają kluczowe znaczenie w przewidywaniu zbiorów. Dane satelitarne mogą być także wykorzystywane w monitorowaniu zmian wydajności rolnictwa i produkcji roślin powodowanych suszą. Co więcej, satelity umożliwiają monitorowanie trendów degradacji gleby i spadku produktywności ziemi w wyniku nadmiernego wypasu, niewłaściwego nawadniania czy uprawiania terenów rolniczych.

W odpowiedzi na prognozowany wzrost liczby ludności oraz coraz bardziej wymagające warunki dla upraw, holenderska organizacja Waterwatch Cooperative opracowuje globalną bazę danych dotyczących pogody, zaopatrzenia w wodę i warunków uprawy. Ma ona pomagać rolnikom produkować żywność w sposób bardziej wydajny, zyskowny i zrównoważony. Korzystając z szerokiego zakresu źródeł, m.in. danych satelitarnych, organizacja chce rejestrować i analizować dane dotyczące upraw dla całego globu.

Dzięki naszym rozwiązaniom rolnik nie będzie już dłużej samotny w podejmowaniu decyzji, od których zależy nie tylko jego zysk, ale także sytuacja na lokalnych rynkach żywności – mówi Ad Bastiaansen, twórca spółki. Nasza aplikacja pozwala na zmniejszenie przypadków chorób roślin nawet o 40 proc. oraz ograniczenie stosowania pestycydów o 15 proc. Szacujemy, że do końca roku z naszej aplikacji może korzystać nawet milion rolników na całym świecie – dodaje.

Zrozumieć obrazy

Dziś dostęp do danych z kosmosu jest otwarty – od ponad roku każdy z dostępem do internetu może wejść na jedną z platform DIAS, np. CREODIAS, wygenerować interesujące go informacje i je analizować, pod dowolnym kątem. Największym wyzwaniem, związanym z zastosowaniem zdjęć satelitarnych, jest potrzeba specjalistów, którzy zajmą się ich analizą i „tłumaczeniem”, czyli przetwarzaniem, aby mogli z nich korzystać wszyscy zainteresowani. Jednak wartość informacyjna, jaką dają dane z kosmosu, jest bezcenna i ponadczasowa.

W ramach CREODIASA przechowywanych jest dziś ponad 16 petabajtów danych. Wraz z każdym okrążeniem satelitów Sentinel, codziennie przybywa w repozytorium nawet 20 terabajtów nowych informacji.

Polska mniej przyjazna zawodowym kierowcom ze Wschodu

Od kilku lat lawinowo rośnie liczba cudzoziemców, głównie zza wschodniej granicy, którzy rozpoczynają pracę w Polsce. Dla branży TSL zmagającej się z poważnym deficytem kadrowym to szansa na obsadzenie wakatów, których liczba w najbliższym czasie może wzrosnąć nawet do 200 tys. Niestety i ten scenariusz okaże się niewystarczający, a to za sprawą zachodniego rynku pracy, który otworzył się na obcokrajowców ze Wschodu. Okazuje się jednak, że konkurencyjne zarobki sąsiada to nie jedyny powód, dla którego obcokrajowcy chcą opuścić Polskę. Według ostatnich doniesień NIK, polska administracja publiczna w żaden sposób nie jest przygotowana do przyjmowania wniosków cudzoziemców. Brakuje sprawnej, rzetelnej i terminowej obsługi, nie dysponujemy dokumentami regulującymi politykę naszego kraju w zakresie kształtowania migracji, a to tylko nieliczne z uchybień, które skutecznie zniechęcają przybyszów zza Buga do ubiegania się o pobyt w Polsce.

Polscy przewoźnicy nie mają wątpliwości, że to jeden z trudniejszych okresów dla rodzimej branży transportowej. Na polskiej i europejskiej scenie politycznej wciąż toczą się dyskusje na temat ostatecznego kształtu nowych zasad zwanych pakietem mobilności, wedle których miałby funkcjonować transport drogowy w krajach Wspólnoty. Wszystko wskazuje na to, że termin pierwszego czytania w Radzie może się odbyć jeszcze w tym roku, wówczas będzie wiadomo, czy wejdą w życie niekorzystne zapisy dotyczące polskiego transportu. I choć odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie PE w sprawie pakietu mobilności daje światełko w tunelu, to jednocześnie musi ona cały czas stawiać czoło innemu wyzwaniu, jakim są pogłębiające się braki kadrowe.

Pracownik ze wschodu potrzebny od zaraz

Zapotrzebowanie na ręce do pracy nieustannie rośnie i szukamy ratunku wśród emigrantów zarobkowych zza wschodniej granicy. Jak podaje NIK, w latach 2014-2018 do urzędów wojewódzkich w całej Polsce wpłynęło łącznie ponad 910 tys. wniosków o zezwolenie na pracę, z czego w 2014 było ich zaledwie 47 tys. a w 2018 już 367 tys. W pierwszym półroczu 2019 roku liczba oświadczeń o powierzeniu pracy obcokrajowcom wzrosła do niemal 850 tysięcy. To między innymi za sprawą dwucyfrowego wzrostu zapotrzebowania, m.in. w przemyśle i w branży TSL. Niestety, wszystko wskazuje na to, że zagraniczni ochotnicy nie rozwiążą problemu deficytu kadrowego w polskim transporcie. Jednym z powodów będzie konkurencyjna oferta na rynku pracy naszego zagranicznego sąsiada – Niemiec.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Dotąd rodzima branża upatrywała ratunku w kierowcach ze Wschodu, którzy coraz częściej kierowali pojazdami na polskich tablicach rejestracyjnych. Niestety, patrząc z perspektywy zmian, które prowadzą do tego, że po nowym roku drzwi do niemieckiego rynku pracy będą stały otworem szczególnie dla kandydatów z Ukrainy czy Białorusi, możemy się spodziewać znacznego odpływu pracowników właśnie tej nacji. Ostrożne szacunki mówią, że z naszego kraju może wyjechać nawet pół miliona pracowników ze Wschodu, co miałoby niewątpliwie destrukcyjny wpływ na polski PKB, który szacuje się, że tylko z tego powodu, mógłby spaść o około 1,5 proc – mówi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).

Pewne jest, że polscy przewoźnicy szczególnie z sektora MŚP nie będą wstanie konkurować zarobkami z zachodnim sąsiadem, a jeśli zapłacą pracownikom więcej, to dla wielu przedsiębiorców będzie to oznaczało nierentowny biznes. Z danych rynkowych wynika, że aż 95 proc. krajowych firm to małe, rodzinne przedsiębiorstwa z taborem do 10 samochodów ciężarowych, których nie będzie stać na znaczne podwyższenie pensji. Biorąc pod uwagę prognozowane wzrosty kosztów prowadzenia działalności, związane z wdrożeniem nowych procedur legislacyjnych, niskimi cenami frachtów, wydłużającymi się terminami płatności, może się okazać, że zmiany te będą zabójcze dla biznesu. Czym możemy konkurować z zachodnim rynkiem pracy na innych polach?

Przewaga, jaką mamy nad Niemcami, to niewątpliwie położenie naszego kraju, które jest znacznie korzystniejsze. Mieszkaniec Ukrainy potrzebuje od kilku do kilkunastu godzin, żeby wrócić do swojego kraju, podczas gdy w przypadku pracy w Niemczech – czas ten wydłuża się nawet do doby. Patrząc jednak z perspektywy Czech czy Słowacji, które również zaczynają konkurować o wschodniego pracownika, nie jest to karta przetargowa dla Polski. W naszym przypadku na korzyść działa również podobieństwo języka. Ukraińcowi znacznie łatwiej będzie porozumieć się z Polakami niż z Niemcami – mówi ekspert OCRK.

Przewaga, dzięki administracji publicznej?

Okazuje się, że jest jeszcze jeden kluczowy obszar, którym możemy konkurować z zagranicznym rynkiem pracy i który może zahamować odpływ cudzoziemców z naszego kraju, a jak wskazuje najnowsze badanie Najwyższej Izby Kontroli – jest prawdziwą piętą Achillesową dla Polski. Mowa oczywiście o rodzimej administracji publicznej, która nie radzi sobie z lawinowo rosnącą liczbą cudzoziemców przyjeżdżających do pracy. Kontrola NIK wykazała, że na przełomie ostatnich 4 lat czas legalizacji pobytu wydłużył się ponad trzykrotnie – z 64 do 206 dni, a w skrajnych przypadkach trwał nawet 3 lata. Jeżeli dodamy do tego brak sprawnej i rzetelnej obsługi obcokrajowców, a także brak strategicznego dokumentu określającego politykę państwa w zakresie kształtowania migracji – to nie dziwi fakt, że frustracja i niechęć do ubiegania się o pracę w naszym kraju systematycznie rośnie.

Krótki czas legalizacji pobytu, sprawna i rzetelna obsługa pracowników ze Wschodu może okazać się dla naszego rynku pracy kluczowa w pozyskiwaniu i zatrzymywaniu kandydatów. Szczególnie dla branży TSL, w której często wymagane są dodatkowe kursy lub certyfikaty, aby rozpocząć pracę jako kierowca pojazdów w transporcie ciężkim, jest to istotne. System kształcenia pracowników ze Wschodu nie przewiduje szkoleń specjalistycznych, w praktyce to polscy kierowcy uczą swoich ukraińskich kolegów zasad jazdy. Od 1 marca 2018 roku GITD wymaga dołączenia do wniosku o wydanie świadectwa kierowcy kopii dokumentu potwierdzającego kwalifikacje zawodowe. To oznacza, że szkolenie wstępne lub okresowe powinno odbyć się w Polsce. Każde takie działanie wiąże się z czasem, a zarówno jednej, jak i drugiej stronie zależy na jak najszybszym załatwieniu wszelkich formalnościdodaje Kamil Wolański.

Odpowiednia obsługa ma znaczenie

Zachodni sąsiad wprawdzie będzie wymagał od kandydatów odpowiednich kwalifikacji, podstaw językowych i dodatkowych certyfikatów zawodowych, ale już wiele firm zabiega
o uproszczenie tych zasad i zliberalizowanie obecnego projektu. Dlatego również i Polska powinna podjąć kroki w kwestii uporządkowania działań w strukturach administracji publicznej. Tymczasem wciąż nie ma stosownego dokumentu o strategicznym charakterze, który określałby politykę Polski względem kształtowania migracji, a poprzednio obowiązujące pisma tej rangi są już nieadekwatne do obecnej sytuacji.

Ważną kwestią jest również problem, na który zwracają uwagę polscy przedsiębiorcy, tzw. uwiązania do pracodawcy. W przypadku zwolnienia obcokrajowiec ma jedynie 30 dni na złożenie kolejnego wniosku o wydanie zezwolenia na pracę, które przyznawane jest na podstawie umowy z nową firmą. To zdecydowanie zbyt krótki czas na znalezienie zatrudnienia i dopełnienie formalności – komentuje ekspert OCRK. Ostatnie analizy PwC pokazują, że na polskim rynku jest obecnie około 650 tys. aktywnych zawodowo kierowców. Co roku odchodzi około 25 tysięcy, natomiast tych, którzy zyskują kwalifikacje jest ok. 35 tys. To jednak nie pozwala na uzupełnienie deficytów kadrowych. Braki na rynku pracy wynoszą już 100 tys. wakatów dla kierowców, a w perspektywie kolejnych lat może to być nawet 200 tys. Patrząc na przyszłość nie tylko polskiego transportu, ale także innych sektorów gospodarki – wsparcie zagranicznych pracowników, będzie dla nas kluczowe.

PGS: wzrastające koszty ZUS zabijają przedsiębiorców i branżę spożywczą

Wzrost składek ZUS dla przedsiębiorców, prowadzących działalność w ramach ogólnopolskich sieci i spółdzielni spożywczych stanowią realne zagrożenie dla ich dalszej działalności. Przyszłoroczny, podstawowy obowiązek, który wyniesie aż 1445 zł miesięcznie, nie tylko ograniczy, lecz zmusi do zamknięcia tysiące przedsiębiorców, prowadzących małe, lokalne sklepy spożywcze – jedyne źródło utrzymania dla setek tysięcy rodzin – podkreśla Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów skupiając ej m.in. sklepy Top Market w całym kraju.

Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)
Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)
Wysokość składek:
Składka emerytalna 612,19 zł (+54,11 zł)
Składka rentowa 250,90 zł (+22,18 zł)
Składka chorobowa 76,84 zł (+6,79 zł)
Składka wypadkowa 52,37 zł (+4,62 zł)
Fundusz Pracy 76,84 zł (+6,79 zł)
Składka zdrowotna Ok. 375 zł (+32,68 zł)
stawka ostateczna zostanie podana na przełomie roku

Jak podkreślają przedstawiciele sieci PGS posiadającej ponad 600 sklepów w całym kraju, dzisiejsze – preferencyjne warunki rozliczania ZUS przysługują jedynie przedsiębiorcom, którzy w miesiącu nie osiągają przychodów wyższych niż 30-krotność minimalnego wynagrodzenia w roku. W tej chwili jest to przeciętnie 5250 zł miesięcznie. PGS uważa, że takie limity powinny być zniesione a czas zgłaszania rozliczania ZUS od przychodu wydłużony. Dla mniejszych przedsiębiorców to oszczędność nawet 500 zł miesięcznie. Każdy przedsiębiorca winien mieć wybór: kwota ryczałtowa lub składka ZUS proporcjonalna do przychodu. Niezależnie od wysokości przychodu – postuluje prezes PGS.

PGS pozytywnie ocenia rozwiązanie, zakładające powiązanie podstawy wymiaru składek na ubezpieczenia społeczne przedsiębiorców z podstawą opodatkowania (propozycje programowe FZZ). Taki system byłby prosty – ze względu na brak potrzeby dokonywania odrębnych rozliczeń na potrzeby ZUS i urzędu skarbowego – a zarazem znacznie bardziej elastyczny od obecnego. Konstrukcja proponowanego systemu gwarantuje, że przedsiębiorcy uzyskujący w warunkach 2019 r. miesięczny dochód poniżej 5718 zł zapłacą niższe składki niż do tej pory. Aż 78% osób prowadzących działalność gospodarczą uzyskuje dochód niższy od tego progu. Przedsiębiorców osiągających wyższe dochody przed nadmiernym wzrostem obciążeń chroni natomiast utrzymanie limitu 30-krotności składek emerytalno-rentowych.

Korzyścią z wprowadzenia proponowanych rozwiązań byłoby powiązanie wysokości ponoszonych obciążeń z rzeczywistymi możliwościami finansowymi przedsiębiorców w danym czasie – co stanowiłoby istotne wsparcie dla tych, którzy obecnie muszą płacić nieproporcjonalnie wysokie składki.

Stanowisko PGS jest reakcją na coraz bardziej zaciskającą się pętlę finansową wiszącą nad małymi, rodzimymi firmami, działającymi w branży spożywczej.Krótszy tydzień pracy sklepów (wolne niedziele), wzrastające koszty prądu, energii, konkurencyjność płacowa na rynku pracy, wyższe koszty składek wypadkowych ZUS – to tylko wybrane czynniki, mające negatywny wpływ na perspektywę prowadzenia biznesu przez polskiego, małego przedsiębiorcę – wylicza Michał Sadecki z PGS.

Przedstawiciele PGS podkreślają, że składki wypadkowe ZUS (płatnicy mogli składać w ZUS wnioski o dofinansowanie działań skierowanych na poprawę bezpieczeństwa pracy do połowy sierpnia br.) mogą być zawyżane przez firmy. Swoje obawy opierają na badaniach firmy Ayming, która wyliczyła, że jedynie 2 proc. przedsiębiorstw ma ustaloną stopę procentową tej składki na minimalnym poziomie dopuszczonym przez ustawodawcę. 75 proc. płatników odprowadza składkę wyliczoną w oparciu o wyższą stopę procentową, niż to wynika z ich kodu PKD. Tymczasem zawyżonych zobowiązań można uniknąć, dbając o bezpieczeństwo pracowników i minimalizując czynniki zagrożenia.

Z badań wynika, że za 60 proc. oszczędności z tytułu składki wypadkowej w branży spożywczej odpowiada minimalizacja warunków zagrożenia. Wśród najczęściej występujących czynników szkodliwych należy wymienić pracę w tzw. mikroklimacie zimnym, czyli przy bardzo niskiej temperaturze. Wielu przedsiębiorców ma problem z określeniem prawidłowej liczby osób pracujących w takich warunkach, co ma związek z niejasnymi przepisami i brakiem ustalenia dopuszczalnej normy. Zawyżanie liczby osób pracujących w warunkach zagrożenia skutkuje wyższymi zobowiązaniami odprowadzanymi do ZUS.

Problemy z ZUS branży spożywczej potwierdzają dane publikowane przez tę instytucję…. „W pierwszym półroczu 2019 r. Zakład Ubezpieczeń Społecznych zgodził się na rozłożenie należności z tytułu składek na raty dla blisko 2 mld zł zadłużenia, a około 5 mld zł jest w trakcie spłaty. Najczęściej korzystają z tego rozwiązania podmioty prowadzące działalność w zakresie handlu hurtowego i detalicznego, naprawy pojazdów samochodowych, przetwórstwa przemysłowego oraz budownictwa” – czytamy z komunikacie ZUS.

Zagraniczne struktury solą w oku fiskusa

Dla uznania spółki za zagraniczną spółkę kontrolowaną (ang. Controlled Foreign Company – CFC) należy wykazać, dlaczego dochody zagranicznej spółki z tytułu udziału w spółkach niemających osobowości prawnej mieszczą się w kategorii przychodów pasywnych. A w związku z tym należy jednocześnie wyjaśnić, dlaczego dla oceny przychodów zagranicznej spółki, jako podlegających opodatkowaniu CFC, decydujące znaczenie ma kwalifikacja przychodu na poziomie spółek osobowych, w której spółka ma udział w zyskach, a nie na poziomie samej spółki – orzekł Naczelny Sąd Administracyjny, uchylając wyrok wojewódzkiego sądu administracyjnego, oddalający skargę polskiego rezydenta podatkowego na interpretację Ministra Finansów, uznającą cypryjską spółkę, w której posiada 100% udziałów, za zagraniczną spółkę kontrolowaną (wyrok NSA z 9 lipca 2019 r., sygn. akt II FSK 2522/17).

Obciążoną 19% podatkiem dochodowym zagraniczną spółką kontrolowaną jest spółka mająca siedzibę lub zarząd lub rejestrację lub położenie na terytorium stosującym konkurencyjną, zwaną szkodliwą, politykę podatkową. Ale i bez tego zagraniczna spółka zostanie uznana za CFC, jeśli mający miejsce zamieszkania w Polsce podatnik, posiada w niej określoną procentowo w ustawie o podatku dochodowym od osób fizycznych liczbę udziałów i uprawnień kontrolnych, oraz określoną procentową wielkość dochodów z udziału w zyskach osób prawnych, np. z dywidend. Trzeci z wymogów uznania za CFC zostanie spełniony, gdy faktycznie zapłacony podatek dochodowy przez tę jednostkę jest niższy niż różnica między podatkiem należnym w Polsce, a faktycznie przez nią zapłaconym w państwie jej siedziby, zarządu, zarejestrowania lub położenia.

Spółka na Cyprze wolna od podatków

Będący polskim rezydentem podatkowym przedsiębiorca, posiadający 100% udziałów w cypryjskiej spółce LLC (odpowiednik polskiej spółki z o.o.), zwrócił się w 2015 r. do organu podatkowego z wnioskiem o wydanie interpretacji. Spółka prowadziła działalność holdingową i inwestycyjną. Nabywała i zbywała udziały innych spółek, w tym osobowych, nieposiadających osobowości prawnej i niemających na terytorium RP siedziby lub zarządu.

Przedsiębiorca zapytał, czy spółka ta zostanie uznana za zagraniczną spółkę kontrolowaną w świetle art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej: u.p.d.o.f.), w przypadku uzyskania przez nią w roku podatkowym co najmniej 50% przychodów z tytułu udziału w spółkach osobowych. Jeśli tak, to czy podstawę obliczenia podatku wnioskodawcy stanowić będzie dochód tej spółki uzyskany w tym roku podatkowym, pomniejszony o kwotę dywidendy wypłaconej mu przez spółkę.

Było to na tyle istotne dla przedsiębiorcy, że przychody uzyskiwane przez cypryjską spółkę z udziałów w spółkach osobowych, są zwolnione na Cyprze z opodatkowania. To samo dotyczy przychodów z tytułu udziału w zyskach osób prawnych, w tym dywidend oraz zysków cypryjskiej spółki ze sprzedaży udziałów w spółkach. Same spółki osobowe, mające siedziby m.in. w Wielkiej Brytanii i na wyspie Jersey, nie są w swoich jurysdykcjach traktowane jako osoby prawne i również nie podlegają podatkowi dochodowemu od całości dochodów, bez względu na miejsce ich osiągania.

Sprytny przedsiębiorca

Zadane fiskusowi pytania były na tyle dla niego kłopotliwe, że zapędzały w ślepą uliczkę, z której jedynym wyjściem było przyznanie, że przychody polskiego udziałowca osiągane za pośrednictwem cypryjskiej spółki, nie będą podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym w Polsce. Zgodnie bowiem z brzmieniem przepisów o CFC, obowiązującym w 2015 r. (Dz.U. 2012, poz. 361), jednym z warunków koniecznych uznania zagranicznej spółki za kontrolowaną, było osiągnięcie przez nią co najmniej 50% przychodów (dziś jest to 33%) w roku podatkowym m.in. z: dywidend i innych przychodów z udziału w zyskach osób prawnych. A jak wskazał przedsiębiorca we wniosku o interpretację, należąca do niego cypryjska spółka osiągała co najmniej 50% przychodów z tytułu udziału, ale w spółkach osobowych.

Z drugiej strony, jeśli fiskus, mimo to, uznałby spółkę za kontrolowaną, to i tak, zgodnie z informacją przedsiębiorcy, całość wypracowanego przez nią dochodu będzie mu wypłacana w drodze dywidendy, do czego jest uprawniony, jako że posiada w niej 100% udziałów. A zgodnie z obowiązującą wówczas treścią przepisu art. 30f ust. 5: „Podstawą obliczenia podatku (…) jest dochód zagranicznej spółki kontrolowanej (…) po odliczeniu dywidendy otrzymanej przez podatnika od zagranicznej spółki kontrolowanej…” (Dz.U. 2012, poz. 361).

Bo ustawa o CIT nie zawiera odrębnej kategorii przychodu ze spółki niebędącej osobą prawną

W wydanej 23 listopada 2015 r. interpretacji indywidulanej, Minister Finansów całkowicie nie zgodził się z przedsiębiorcą. Stwierdził, że cypryjska spółka kapitałowa zostanie uznana za zagraniczną spółkę kontrolowaną z uwagi na miejsce jej siedziby i posiadany udział własnościowy wnioskodawcy. Bez znaczenia jest również, że spółka czerpie, wymagane przez ustawę do uznania za CFC, minimum 50% przychody z udziału w zyskach w spółkach osobowych niebędących osobami prawnymi.

„Ustawa CIT nie zawiera odrębnej kategorii przychodu/dochodu jaką jest zysk w spółce niebędącej osobą prawną. Dlatego też dochody z takich spółek osobowych (transparentnych), które niewątpliwie stanowią przysporzenie spółki Cypryjskiej powinny być uznane w jej dochodach w sposób określony w art. 5 ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych. Przyjęcie, że dochody ze spółek osobowych są zawsze przychodami innymi niż określone w art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b prowadziłoby do wypaczenia istoty przepisów CFC. Umożliwiałoby podatnikom reklasyfikację przychodu „pasywnego” na przychód „aktywny” tylko poprzez włączenie w strukturę grupy spółek osobowych (…) O stosowaniu przepisu art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b nie decyduje klasyfikacja danego przysporzenia do określonego źródła przychodów na gruncie PIT, czy CIT, lecz charakter danego przysporzenia (odsetki, wierzytelność, dywidenda itp.)” (sygn. IPPB2/4511-807/15-8/MK).

Wobec powyższego Minister Finansów uznał, że drugie z zadanych przez przedsiębiorcę pytań okazuje się bezprzedmiotowe. Rozpoznający skargę właściciela cypryjskiej spółki Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, w wyroku z 22 marca 2017 r. w pełni podzielił stanowisko organu (sygn. akt III SA/Wa 926/16).

Dlaczego spółka osobowa niemająca osobowości prawnej została uznana za osobę prawną?

Przedsiębiorca wniósł skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który uznał ją za uzasadnioną. W wyroku z 9 lipca 2019 r. wskazał, że WSA powinien był wyjaśnić prawidłową wykładnię przepisów art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) u.p.d.o.f. i dlaczego uprawnione jest twierdzenie, że dochody cypryjskiej spółki z tytułu udziału w spółkach niemających osobowości prawnej mogą zostać uznane za przychody pasywne.

„Sąd, kontrolując legalność zaskarżonej interpretacji, powinien przekonać stronę skarżącą o trafności, lub braku trafności poglądu, że dla oceny przychodu spółki cypryjskiej decydujące znaczenie dla zastosowania przepisów art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) ustawy podatkowej ma kwalifikacja przychodu na poziomie spółek osobowych a nie, jak chce tego strona skarżąca, jego kwalifikacja ma znaczenie dopiero na poziomie spółki (…) Sąd nie wyjaśnia dlaczego błędne jest stanowisko strony skarżącej, iż dla spełnienia przesłanek, o których stanowi art. 30f ust. 3 pkt 3 lit. b) u.p.d.o.f., istotne znaczenie ma forma organizacyjna podmiotu, od którego spółka cypryjska uzyskuje przeważającą część własnych przychodów” (sygn. akt II FSK 2522/17).

Zagraniczne struktury solą w oku fiskusa

To, że korzystanie przez polskich przedsiębiorców z zagranicznych struktur organizacyjnych jest solą w oku fiskusa nie jest żadną tajemnicą. W sposób całkowicie zgodny z prawem unikają oni bowiem nadmiernych obciążeń podatkowych swoich firm, których beneficjentem byłby oczywiście fiskus. Pomimo systematycznego zaostrzania przepisów dotyczących zagranicznych spółek kontrolowanych, tworzenie struktur holdingowych i korzystanie z przyjaznych jurysdykcji jest wciąż dozwolone, m.in. z cypryjskiej, oferującej przedsiębiorcom bardzo przyjazny system podatkowy.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wyniki finansowe Grupy Danfoss za I połowę 2019 r.

Danfoss kontynuuje zakrojone na szeroką skalę inwestycje w innowacje, jak również dokonał zakupu nowej technologii w obszarze elektryfikacji. W pierwszej połowie 2019 roku sprzedaż Grupy wzrosła o 4%, mimo że drugi kwartał charakteryzował się spowolnieniem w kilku sektorach rynku.

W pierwszej połowie 2019 roku sprzedaż Grupy wyniosła 3,2 miliarda euro – o 125 milionów euro więcej niż w tym samym okresie w zeszłym roku. Wzrost napędzany był przez popyt na rozwiązania z zakresu efektywności energetycznej oraz niskiej emisji zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej. W tym samym czasie, Chiny doświadczyły spowolnienia gospodarczego, które pod koniec drugiego kwartału dotarło również do Europy i Ameryki Północnej. Przychód firmy (EBIT) wyniósł 351 milionów euro, co oznacza, że osiągnął poziom zbliżony do tego za pierwsze półrocze 2018 roku, jeśli weźmiemy pod uwagę zysk z zeszłorocznej sprzedaży Thermii – części biznesu obejmującej pompy ciepła. Marża EBIT wyniosła 11,1%.

Kim Fausing – prezydent i CEO Grupy Danfoss
Kim Fausing – prezydent i CEO Grupy Danfoss

„Osiągnęliśmy solidny wynik pomimo coraz trudniejszej sytuacji na rynku”, powiedział Kim Fausing – prezydent i CEO Grupy Danfoss. „Dostarczamy szeroką gamę technologii i rozwiązań odgrywających kluczową rolę w procesie zmagań z problemem zmian klimatycznych. Rozwiązania dotyczące efektywności energetycznej oraz niskiej emisji zajmują teraz wysoką pozycję na liście naszych priorytetów w zakresie zielonych przemian. Jednakże na wielu rynkach na świecie pojawiła się niepewność spowodowana konfliktem gospodarczym między Stanami Zjednoczonymi i Chinami, jak również innymi zawirowaniami geopolitycznymi. Jesteśmy więc przygotowani na sytuację, w której gospodarka światowa zacznie odnotowywać mały poziom wzrostu, a nawet spadek, szczególnie w najbardziej cyklicznych gałęziach przemysłu.”

W pierwszych 6 miesiącach 2019 roku, Grupa Danfoss koncentrowała się głównie na rozwoju i umacnianiu czterech głównych obszarów swojej działalności. Najbardziej widocznym tego przejawem jest zainwestowanie 140 milionów euro w działania badawczo-rozwojowe związane z nowymi produktami – to 11-procentowy wzrost w porównaniu do zeszłego roku. „Będziemy kontynuowali inwestycje mające na celu długofalowe wzmocnienie naszej pozycji oraz zapewnienie nam wzrostu w przyszłości”, wyjaśnił Kim Fausing. „To główny punkt naszej strategii oraz sposób na utrzymanie przewodnictwa, jak również pozostanie najbardziej atrakcyjnym partnerem technologicznym dla naszych klientów.

W lipcu Danfoss sfinalizował zakup amerykańskiej firmy UQM Technologies, Inc. – wiodącego dostawcy systemów napędowych dla elektrycznych pojazdów komercyjnych oraz pozadrogowych. Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu, Danfoss zdecydował się przeprowadzić duże inwestycje w tym obszarze i dzięki tym działaniom dzisiaj może cieszyć się pozycją światowego lidera w zakresie rozwiązań elektrycznych dla pojazdów lądowych oraz jednostek pływających.

„Świat wkroczył w fazę transformacji cyfrowej i elektrycznej ukierunkowanej na poszanowanie środowiska naturalnego, która diametralnie zmieni nasze systemy energetyczne oraz sposób, w jaki korzystamy z energii. Obszary te doświadczają aktualnie bardzo dynamicznych zmian. Dlatego też, chcąc utrzymać naszą wiodącą pozycję na rynku, inwestujemy w innowacje oraz zakup nowych technologii”, dodał Kim Fausing.

Kluczowe liczby z pierwszej połowy 2019 roku:

  • Sprzedaż wzrosła o 4% i wyniosła 3,166 miliarda euro (pierwsza połowa 2018 roku: 3,041 miliarda), co oznacza 2-procentowy wzrost w walucie lokalnej.
  • Zysk operacyjny (EBIT) wyniósł 351 miliona euro (pierwsza połowa 2018 roku: 370 mln). Marża EBIT wyniosła 11,1% (pierwsza połowa 2018 roku: 12,2%).
  • Zysk netto w pierwszej połowie roku wyniósł 242 milionów euro (pierwsza połowa 2018 roku: 253 mln).
  • Wydatki na innowacje wzrosły o 11% by osiągnąć poziom 140 milionów euro (pierwsza połowa 2018 roku: 126 mln), co równa się 4,4% sprzedaży (pierwsza połowa 2018 roku: 4,1%).

Potwierdzona prognoza na 2019 rok

Prognoza na rok 2019, opublikowana w Rocznym Raporcie za 2018, potwierdziła się: Danfoss powiększy lub utrzyma swój udział w rynku, zwiększy poziom zyskowności mierzony marżą porównywalną do tej z roku 2018, jak również będzie kontynuować inwestycje w cyfryzację oraz elektryfikację.

Zwiększył się niestety poziom ryzyka związany prognozą za rok 2019 ze względu na aktualną sytuację geopolityczną. W szczególności dotyczy to konfliktu gospodarczego pomiędzy USA i Chinami, jak również innych konfliktów, które wprowadziły pewien poziom niepewności wpływający negatywnie na wzrost w cyklicznych gałęziach przemysłu.

Walka z deficytem w Europie, optymizm w USA

Niemcy kosztem wzrostu PKB stabilizują sytuację swojego budżetu. O ile dane z gospodarki mogą wywoływać spore obawy, o tyle zmniejszony deficyt daje naszym sąsiadom szansę na spokojne przejście przez ewentualny kryzys.

Na zachodzie nadwyżka budżetowa

Z jednej strony dane napływające zza Odry są niepokojące. Wielu analityków wskazuje wręcz na nadchodzącą recesję. Z drugiej strony Niemcy pokazali właśnie 2,7% nadwyżki budżetowej. Ostatni raz deficyt w tym kraju był obserwowany w 2011 roku. W rezultacie udało się zbić zadłużenie względem PKB z 81,8% do 60,9%. Brzmi to jak olbrzymi sukces. Problem w tym, że w dalszym ciągu nie osiągnęli pułapu (zapisanego w traktacie z Maastricht), który pozwala danemu państwu przyjąć euro. Warto także pamiętać, że nie wszystkie kraje w ostatnich latach równie sprawnie ograniczały zadłużenie. Może to okazać się dużym problemem w kontekście potencjalnego kryzysu. O ile Niemcy będą w stanie zrekompensować spadek wpływów dodatkowym zadłużeniem, o tyle będzie to o wiele trudniejsze w przypadku innych istotnych gospodarek strefy euro jak Włochy czy Francja.

Brak deficytu w Polsce?

Rząd zapowiedział, że na rok 2020 planowany jest zerowy deficyt budżetowy. Byłaby to całkowita nowość i olbrzymie wydarzenie na polskim podwórku (taka sytuacja nie miała miejsca od początku przemian ustrojowych). Jakie posunięcia mają nas doprowadzić do takie wyniku? Ma się to udać m.in. dzięki dalszemu uszczelnieniu systemu podatkowego, podwyżce składki ZUS dla przedsiębiorców oraz opodatkowaniu transferów z OFE. W obliczu kolejnych obietnic wyborczych, które są przez obecną ekipę rządzącą realizowane z dużą skutecznością, jest to bardzo ambitny plan. Długofalowo byłby on oczywiście korzystny dla Polski, która w ten sposób uniknęłaby bardzo popularnej obecnie w Europie pułapki zadłużenia. Jednak druga strona medalu może wyglądać w ten sposób, że w celu sfinansowania zobowiązań, najprawdopodobniej trzeba by było zmniejszyć inwestycje, które już w tej chwili są na dość niskich poziomach.

Optymizm w USA

W Europie indeksy koniunktury nie zachwycają, ale w USA Conference Board wciąż pokazuje wysokie wskazania. Wczoraj osiągnął 135,1 pkt. Jest to co prawda wynik o 0,6 pkt poniżej ostatniego odczytu, ale równocześnie o 5,1 pkt powyżej oczekiwań. Wskaźniki takie są ważne dla rynków, ponieważ strach klientów bardzo szybko przekłada się na twarde wskaźniki. Jeżeli konsumpcja zwolni, to błyskawicznie odbije się to negatywnie zarówno na produkcji przemysłowej, jak i wzroście PKB, czego doświadczamy już w niektórych krajach Europy Zachodniej. Dobre dane po raz kolejny pozwoliły umocnić się dolarowi i odrobić część piątkowych strat względem euro.

W kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Pięć najważniejszych wynalazków elektronicznych ubiegłego pięćdziesięciolecia

Inteligentne czujniki, wydajne diody LED i drukarki 3D – w ciągu ostatniego pięćdziesięciolecia rynek dystrybucji podzespołów elektronicznych i komputerowych uległ poważnym przemianom. Niektóre wynalazki z minionych dekad wytrzymały próbę czasu i są wciąż niezastąpione zarówno w domach, jak i w przemyśle.

Ulf Timmermann, reichelt elektronik
Ulf Timmermann, reichelt elektronik
  1. Akumulator

Baterie pastylkowe są stosowane w urządzeniach o niskim zużyciu energii, takich jak zegarki, pagery, aparaty słuchowe, kalkulatory, a nawet płyty główne. Mimo wynalezienia akumulatora wymienne baterie są nadal ważnym źródłem energii zarówno do zastosowań prywatnych, jak i profesjonalnych.

Co ciekawe, pierwszy akumulator powstał na początku XIX w. i był zdecydowanie większy od współczesnych urządzeń tego typu. Tzw. ogniwo Volty, wynalazek Alessandro Volty, zawierało płatki miedziane i cynkowe oraz arkusze tektury i skóry nasączone elektrolitem dla zapewnienia przewodnictwa prądu.

Akumulator, niegdyś niewytłumaczalny fenomen, jest obecnie nieodzownym źródłem energii i prawdopodobnie jednym z najważniejszych wynalazków we współczesnej historii.

  1. Lutownica

Lutownica pozwala łączyć ze sobą podzespoły, dzięki czemu jest nie tylko niezastąpionym narzędziem domowych majsterkowiczów, ale także znajduje szereg zastosowań w przemyśle i produkcji. Urządzenia te różnią się wielkością w zależności od zastosowania.

Obecnie w użyciu są głównie lutownice elektryczne. Zdarzają się jednak lutownice zasilane gazem lub węglem. Ten wariant lutownicy był stosowany już przez starożytnych Egipcjan i Trojan. Choć w tamtych czasach do spajania używano złota i srebra, ok. 4 tysięcy lat temu to cyna stała się preferowanym spoiwem.

W roku 1921 r. niemiecki wynalazca zaprezentował pierwszą lutownicę elektryczną, która weszła do masowej produkcji. Na przestrzeni ostatnich 90 lat wynalazek ten jest wciąż doskonalony i można go obecnie znaleźć w niemal każdej szafce narzędziowej oraz przy stanowiskach do łączenia podzespołów elektronicznych.

  1. Płytka drukowana

Opracowanie procesu lutowania wpłynęło na inną innowację dla przemysłu elektronicznego, a mianowicie na płytkę drukowaną. Ta przeznaczona do montażu podzespołów elektronicznych płytka powstała pod koniec lat 30. ubiegłego wieku. Przed jej wynalezieniem podzespoły były montowane w sposób niechlujny i nieustandaryzowany. Z uwagi na ręczne metody prowadzenia połączeń elektrycznych płytka drukowana mogła przetrwać w swojej pierwotnej formie do lat 50. XX wieku. Od tamtego czasu obserwujemy stały trend ukierunkowany na miniaturyzację płytek drukowanych, dzięki czemu są one obecnie stosowane nie tylko w komputerach i telewizorach, ale także w niemal każdym urządzeniu elektronicznym.

W mniej skomplikowanych rozwiązaniach płytki drukowane są zazwyczaj początkiem projektów. Za przykład takiego zastosowania może posłużyć platforma komputerowa Raspberry Pi wyposażona w pojedynczą płytkę drukowaną. Dzięki dalszym pracom rozwojowym obejmującym zwiększenie mocy obliczeniowej i powiększenie pamięci RAM, komputer Raspberry Pi oraz rozwiązania konkurencyjne, takie jak Banana Pi lub płytki Ordoid i Arduino, coraz częściej znajdują zastosowanie w przemyśle.

  1. Oscyloskop cyfrowy

Oscyloskop to niezastąpione narzędzie każdego elektrotechnika. Urządzenia te znajdują jednak zastosowanie także w technologii medycznej i technologii telewizyjnej.

Z uwagi na coraz większą liczbę funkcji, szybsze działanie i pojemniejszą pamięć oscyloskopy cyfrowe w znacznym stopniu wyparły z rynku swoją wersję analogową. Co więcej, oscyloskopy analogowe bazujące na technologii lampowej mają swoje wady w postaci m.in. większej podatności na błędy i wyższego poboru energii.

Choć technologię oscyloskopową opracowano na początku XX wieku, pierwszy oscyloskop cyfrowy został wyprodukowany w latach 80. przez nowojorską firmę LeCroy.

Współczesne oscyloskopy cyfrowe oferują różne zestawy funkcji i są dostępne w szerokim przedziale cenowym w zależności od zastosowania. Proste oscyloskopy cyfrowe mogą uzupełnić funkcjonalność istniejącego multimetru, z kolei bardziej zaawansowane urządzenia są wyposażone w ekran dotykowy i rejestrator danych, a ponadto obsługują wiele kanałów.

  1. Drukarka 3D

W ostatnich latach branża produkcyjna może w coraz większym stopniu korzystać z dobrodziejstw nieustannie doskonalonej technologii druku 3D. Możliwość precyzyjnego i efektywnego drukowania złożonych prototypów pozwala wyeliminować kilka skomplikowanych procesów produkcyjnych. Drukarki 3D są używane w tak odmiennych branżach, jak medycyna, catering i projekty prywatne.

Stereolitografię, czyli proces addytywnej produkcji elementów, w którym warstwy materiału są nanoszone w trójwymiarze, opracowano w 1981 r. i zastosowano w praktyce w 1983 r. Produkowany element znajdował się w cieczy i zanurzał się w niej stopniowo w miarę zwiększania wagi. Pierwsza drukarka 3D została wprowadzona na rynek w 1988 r i bazowała ona na metodzie spiekania laserowego.

Od tamtego czasu technologia druku 3D rozwija się i jest doskonalona, dzięki czemu drukarki 3D są dostępne w różnych konfiguracjach i wielkościach. Stale powiększa się także gama filamentów. Współczesna technologia umożliwia drukowanie m.in. ekologicznego plastiku i czekolady.

Co czeka nas w przyszłości?

Trudno jest przewidzieć, jak będzie wyglądać rynek dystrybucji podzespołów elektronicznych i komputerowych za 10, 25 lub 50 lat oraz które technologie będą istotne dla branży elektronicznej w dłuższej perspektywie.

Badacze z pewnością poświęcą kilka kolejnych lat na projekty związane z pojazdami autonomicznymi. Produkcja pojazdów tego typu z pewnością zwiększy zapotrzebowanie na różnego rodzaju czujniki i półprzewodniki. Co więcej, do zapewniania odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa pojazdów autonomicznych konieczne jest zastosowanie wydajnych diod LED.

Rozwój przemysłu 4.0 i budowanie sieci urządzeń wymaga rozwiązań bezprzewodowych, ekranów i systemów wbudowanych. Z tego względu należy oczekiwać szeregu innowacji także w tym obszarze. Przyszłość pokaże, które z nich przetrwają kolejną próbę czasu.

Sprzedaż kredytów w Polsce w lipcu 2019 r.

W lipcu 2019 r., w porównaniu do lipca 2018 r., w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę we wszystkich grupach produktowych. Najwyższe wzrosty odnotowały karty kredytowe (+27,0%) oraz kredyty mieszkaniowe (+26,0%). Dodatnia dynamika dotyczyła również limitów kredytowych (+16,8%) i kredytów konsumpcyjnych ( +15,0%). W ujęciu liczbowym, w stosunku do lipca 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży kart kredytowych (+34,3%), udzielono więcej kredytów mieszkaniowych (+15,8%) oraz kredytów konsumpcyjnych (+6,1%). Ujemna dynamika wystąpiła jedynie w przypadku limitów kredytowych (-5,5%). W lipcu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów konsumpcyjnych na kwotę 8,224 mld zł, a mieszkaniowych na kwotę 6,185 mld zł. W porównaniu do czerwca 2019 r. wartość udzielonych kredytów mieszkaniowych wzrosła o (+15,2%), zaś kredytów konsumpcyjnych o (+11,8%).

W okresie styczeń – lipiec 2019 r. banki udzieliły o (+1,2%) więcej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku, w ujęciu wartościowym sprzedaż natomiast wzrosła o (+13,2%). W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadek liczby udzielonych kredytów w okresie styczeń – lipiec 2019 do analogicznego okresu 2018 r. wyniósł (-0,9%), w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+7,9%). Wysoką dodatnią dynamikę zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty kredytowe: odpowiednio (+22,9%) oraz (+24,1%).

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W lipcu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie 670,4 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 8,22 mld zł. Stanowi to wzrost o 6,1% w ujęciu liczbowym i wzrost o 15,0% w ujęciu wartościowym w porównaniu do lipca 2018 r. W porównaniu do czerwca 2019 r. liczba udzielonych kredytów wzrosła o 12,8% a wartość o 11,8%.

– W okresie styczeń – lipiec 2019 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. W przypadku kredytów konsumpcyjnych do 3,5 tys. zł dynamika była ujemna. I co ciekawe, najwyższa ujemna dynamika wystąpiła w kredytach konsumpcyjnych do 1 tys. zł na poziomie (-15,3%). Natomiast najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł na poziomie 9,9% w ujęciu liczbowym i 10,6% w wartościowym.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

Obecnie, tj. w okresie styczeń – lipiec 2019 r. 35% udzielanych przez banki i SKOK-i kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe w przedziale 7 – 20 tys. zł oraz wysokokwotowe powyżej 20 tys. zł. W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,5% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Dzięki wydłużaniu okresu kredytowania, przy niskim, stabilnym poziomie stóp procentowych i rosnących dochodach gospodarstw domowych banki mogą udzielać kredytów na wyższe kwoty. Dotyczy to głównie kredytów gotówkowych. Dynamika kredytów gotówkowych wysokokwotowych powyżej 30 tys. zł, udzielonych w okresie styczeń – lipiec 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku, zarówno w ujęciu liczbowym jak i wartościowym wynosi ok. 11,0%. Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w lipcu 2019 r. wyniosła 12 266 zł i była wyższa już o 8,5% od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w lipcu zeszłego roku. Dla kredytów gotówkowych średnia wartość udzielonego kredytu to 18 220 zł – wzrost o 4%. Średnia wartość kredytu ratalnego to 4317 zł i jest ona wyższa niż rok temu o 12,2%. Kredyty ratalne udzielone w lipcu 2019 r. stanowią ok 43% udzielonych w tym okresie kredytów konsumpcyjnych oraz 15% wartości udzielonych kredytów konsumpcyjnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Poziom ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych jest przez BIK co miesiąc monitorowany w oparciu o „Indeks jakości”, który pełni funkcję systemu wczesnego ostrzegania. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają właśnie miesięczne odczyty „Indeksu jakości” portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący, tj. lipcowy odczyt wynosi 5,67%. W porównaniu do lipca 2018 r. wartość indeksu poprawiła się o 0,14. Nadal uważam, że podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi, w szczególności gotówkowymi, determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych. 61,4% sprzedaży kredytów gotówkowych w okresie styczeń – lipiec 2019 r. stanowią kredyty powyżej 30 tys. zł, których banki w siedmiu miesiącach 2019 r. udzieliły na kwotę 27,6 mld zł. – dodaje prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe

W lipcu 2019 r. banki udzieliły łącznie 22,5 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 6,18 mld zł. Stanowi to wzrost o 26,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2018 r. W ujęciu liczbowym, w lipcu 2019 r. w porównaniu do lipca 2018 r., banki udzieliły prawie o 16% więcej kredytów mieszkaniowych.

– W lipcu br. na rynku kredytów mieszkaniowych odnotowaliśmy dodatnie dynamiki zarówno wartości udzielonych kredytów, jak i ich liczby w porównaniu z lipcem zeszłego roku. Dodatnia dynamika wartościowa wynika głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – lipiec 2019 już ponad 68% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego, nadal obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą jedynie kredytów powyżej 250 tys. zł., w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – lipiec 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono o 37,4% więcej a w wartościowym o 38,15%. 51% tych kredytów w okresie styczeń – lipiec 2019 r. zaciągnęły osoby w wieku 25 – 34 lata. Osoby te zaciągnęły również prawie połowę wszystkich kredytów mieszkaniowych. Tak więc lipiec potwierdza, że hossa na rynku kredytów wysokokwotowych trwa. Natomiast spadki obejmują kredyty poniżej 250 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o 25,3% mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o 19,7% niż w analogicznym okresie 2018 r.

W styczniu 2019 r. prognozowaliśmy wzrost wartości udzielonych kredytów mieszkaniowych na poziomie 5-8%. W rzeczywistości dynamika siedmiu pierwszych miesięcy 2019 r. do analogicznego okresu 2018 r. wyniosła 13,2%. Kluczowe pytanie odnosi się więc do trendów na drugie półrocze 2019 r. Przy prognozowaniu trzeba uwzględnić zarówno ogólną sytuację na rynku mieszkaniowym, jak i na rynku kredytowym. Co do rynku mieszkaniowego, po stronie podażowej mamy już sygnały od deweloperów dotyczące ograniczania liczby oferowanych do sprzedaży mieszkań, głównie ze względu na problemy z gruntami. Popyt na nieruchomości natomiast pozostaje stabilny, a nawet rosnący (cele inwestycyjne pod wynajem i pojawiający się nabywcy spekulacyjni). Co w konsekwencji wpływa na wzrost cen nieruchomości. Możliwość finansowania coraz droższych nieruchomości może być realizowana przy wykorzystaniu kredytu mieszkaniowego, dzięki rosnącym dochodom gospodarstw domowych przy rekordowo niskich stopach procentowych. Ograniczeniem może być natomiast fakt konieczności posiadania wkładu własnego, co w mojej opinii jest jednym z powodów dlaczego koszt najmu przewyższa ratę kredytową a także polityka kredytowa banków. Trzeba pamiętać, że rynek praktycznie należy do pięciu banków. Zaostrzenie polityki kredytowej jednego z nich może wpłynąć na dostępność kredytu jako formy finansowania nieruchomości. Reasumując, co do liczby udzielanych kredytów myślę, że będzie niska kilku procentowa dodatnia dynamika. Co do wartości to w całym 2019 r. może być to dynamika dwucyfrowa, ale raczej kilka punktów procentowych poniżej zeszłorocznej 20% dynamiki. Uważam, że wartość 60 mld zł zostanie osiągnięta. Chyba, że na rynku zajdą niespodziewane negatywne zdarzenia – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu jakości portfela kredytów mieszkaniowych w lipcu 2019 r. wyniósł 0,79%, co potwierdza wieloletnią już stałą obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. Ponadto klienci, którym udzielono kredyty w pierwszym półroczu 2019 r. posiadali wyższy odczyt oceny punktowej niż kredytobiorcy z pierwszego półrocza 2018 r. Średnia wartość scoru kredytowego osoby zaciągającej kredyt mieszkaniowy w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wynosiła 76 punktów przy 75 punktach w okresie pierwszego półrocza 2018 r.

Kredyty mieszkaniowe charakteryzują się najniższą szkodowością wśród wszystkich typów produktów kredytowych. W ostatnich 12 miesiącach (lipiec 2019 r. do lipca 2018 r.) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o (- 0,03).

– Obecnie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby wpłynąć na wzrost poziomu szkodowości kredytów mieszkaniowych, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego. Kredyty frankowe pomimo niekorzystnego wzrostu kurs CHF do PLN dalej powinny być dobrze spłacane. Jak pokazują dane historyczne, silne umocnienie franka do złotówki nie wywołało skokowego wzrostu szkodowości portfela kredytów frankowych – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W lipcu 2019 r. banki wydały 107,6 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 622 mln zł. Stanowi to wzrost o 34,3% w ujęciu liczbowym i o 27,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2018 r.

– W lipcu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach obserwujemy wysokie wartości sprzedaży kart kredytowych, wartość przyznanych limitów była o 27% wyższa iż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie styczeń – lipiec 2019 r. w porównaniu do pierwszych siedmiu miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio 52,0% oraz 47,3% oraz 2 do 3,5 tys. zł – 34,0% oraz 32,0%. Należy jednak podkreślić, że dodatnie dynamiki w ujęciu liczbowym i wartościowym dotyczyły wszystkich przedziałów kwotowych. Potwierdziłaby się więc teza, że na rynek kart kredytowych weszły osoby o niższych dochodach, a ponadto część banków proponuje również kartę kredytową jako alternatywę dla kredytu ratalnego, szczególnie przy zakupach w kanale e-commerce – mówi prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W lipcu 2019 r. banki przyznały łącznie 59,7 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 299 mln zł. Stanowi to spadek o 5,5% w ujęciu liczbowym i wzrost o 16,8% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do lipca 2018 r.

– W przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych: nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla trzech przedziałów środkowych tj. 0,5 – 1 tys. zł, 1-2 tys. zł oraz 2-4 tys. zł. Odpowiednio: 1,1% i 7,8% oraz 3,7% liczbowo. W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką – 12,7% charakteryzował się jedynie przedział limitów średnio kwotowych (4 – 7 tys. zł) – zauważa prof. Rogowski z BIK.