Union Investment TFI zmienia nazwę na Generali Investments TFI

Generali Investments TFI S.A. zostało dziś wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego jako nowa nazwa Union Investment TFI S.A.

Zmiana ta jest konsekwencją transakcji zawartej 18 czerwca 2019 pomiędzy Grupą Generali a Union Asset Management Holding AG.

Zmiana nazwy nie wymaga od Klientów żadnych dodatkowych działań. Wszystkie umowy pozostają w mocy.

Numery rachunków bankowych do wpłat, dane dostępowe do serwisów transakcyjnych i innych narzędzi online oraz hasła do systemu transakcyjnego pozostają bez zmian. Nie zmienia się również siedziba Towarzystwa, numery telefonów oraz osoby do kontaktu.

Zmienia się natomiast nazwa rejestrowa Towarzystwa na Generali Investments TFI S.A., logo, nazwy funduszy inwestycyjnych oraz innych produktów w ofercie TFI, niektóre nazwy oraz wygląd serwisów transakcyjnych, informacyjnych i aplikacji mobilnej. Domena internetowa union-investment.pl zmieni się na generali-investments.pl. Adresy mailowe będą miały kształt [email protected].

Zmiany będą przeprowadzane sukcesywnie i zakończą się w grudniu 2019.

Michał Krupiński dla chińskiej agencji Xinhua: Chiny to źródło inspiracji i możliwości dla polskich firm

Banki muszą podążać za postępującymi zmianami, a kluczem do sukcesu są transformacja cyfrowa oraz inwestycje w nowe technologie – tłumaczy Michał Krupiński w wywiadzie dla chińskiej agencji informacyjnej Xinhua. Zdaniem Prezesa Banku Pekao, polskie firmy powinny współdziałać z Chinami. Państwo Środka to inspiracja dla polskich przedsiębiorców, którzy muszą w jak największym stopniu wykorzystać możliwości płynące ze współpracy z Chinami.

Michał Krupiński
Michał Krupiński

Mówiąc o trendach w światowej gospodarce i bankowości, Michał Krupiński podkreślił, że banki muszą przejść proces transformacji, aby przetrwać zachodzące w globalnej gospodarce zmiany. Jednym z głównych filarów zmiany Pekao jest transformacja cyfrowa. Krupiński przyznał, że bank inwestuje przede wszystkim w pracowników z sektora IT, ponieważ bankowość coraz częściej „odbywa się” za pośrednictwem kanałów elektronicznych, zwłaszcza smartfonów. Bankowi Pekao udało się podwoić liczbę klientów korzystających z nagradzanej aplikacji PeoPay do ok. 1,5 mln.

Bankowość elektroniczna w telefonie to już teraźniejszość. Przyszłość to używanie „selfie” do płacenia za wodę – powiedział Michał Krupiński, nawiązując do filmu dokumentalnego na temat dokonywania płatności w chińskim mieście Zhengzhou. Jego zdaniem, chińskie firmy technologiczne są obecnie światowymi liderami płatności zbliżeniowych i źródłem inspiracji dla polskich banków, pragnących być liderami innowacji.

Bank Pekao dostrzega, jak ważna jest rola rynku chińskiego dla usług handlu zagranicznego, zwłaszcza w odniesieniu do obsługi akredytyw. Jeżeli chodzi o akredytywy importowe otwarte przez Pekao, rynek chiński jest pod tym względem numerem jeden. – Chiny to wciąż niezbadany dla polskich firm rynek. Mamy znaczącą nierównowagę handlową, a możliwości są tam olbrzymie – powiedział Krupiński.

Za przykład podał m.in. możliwości rozwoju eksportu polskich produktów rolnych, którym się intensywnie przygląda.

Polska jest bardzo zależna od gospodarki Niemiec, która z kolei zależy od gospodarki Chin. Musimy zmienić modele wymiany handlowej i współpracować bardziej bezpośrednio, zamiast poprzez Niemcy – zauważył.

Krupiński dodał, że w Polsce istnieją także duże możliwości inwestycyjne dla Chin.

Nasi klienci z branży logistycznej mówią, że można obecnie zaobserwować znaczącą zmianę – transport przenoszony jest z morza na ląd. Chciałbym, żeby Polska i inne kraje regionu CEE brały udział w tej zmianie, ponieważ centra logistyczne powinny być zlokalizowane u nas, a nie w Europie Zachodniej – powiedział Krupiński, dodając, że dzięki swojemu położeniu i dostępności wykwalifikowanych pracowników, Polska stała się już ważnym centrum infrastrukturalnym i logistycznym.

W Polsce jedną z największych przeszkód pozostaje niewystarczająca liczba pracowników – przewiduje się, że do 2030 r. w naszym kraju będzie brakowało 4 mln pracowników. Na razie lukę tę wypełniają Ukraińcy, a Pekao jest wiodącym bankiem wśród Ukraińców mieszkających w Polsce. Jednak w dłuższej perspektywie Polska musi zwiększyć liczbę osób aktywnych na rynku pracy, aktywując więcej młodzieży i osób starszych lub przyjmując bardziej przychylną politykę imigracyjną.

Tak czy inaczej, zdaniem Michała Krupińskiego, polskie firmy muszą zwrócić się mocniej w kierunku bardziej kapitałochłonnych modeli i inwestować w nowoczesne technologie. Krupiński podkreślił, że proces ten już zachodzi i że polskie firmy z sektora opakowań, przetwórstwa spożywczego, a także niektóre przedsiębiorstwa produkcyjne są liderami implementacji nowoczesnych technologii w Europie. Z kolei Bank Pekao rozwinął ostatnio sektor leasingu. Niestety postęp następuje wolniej w sektorze MŚP, a transformacja cyfrowa organów rządowych mogłaby dostarczyć potrzebnych bodźców w tym zakresie.

Prezes Banku Pekao utrzymuje, że polskie przedsiębiorstwa także muszą przejść transformację cyfrową i przywołuje badanie, z którego wynika, że gdyby rodzima gospodarka była zdigitalizowana w stopniu porównywalnym do skandynawskich, wówczas i tak szybki już wzrost gospodarczy Polski zyskałby dodatkowe 1,5 proc. Obecnie nasz kraj może pochwalić się jednym z najwyższych wskaźników wzrostu w UE – jest na poziomie ok. 5 proc. PKB.

Możemy wyciągnąć liczne wnioski z rozwoju gospodarki cyfrowej Chin. Jeśli jest tam już możliwe płacenie za wodę za pomocą „selfie”, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że będzie to centrum światowego rynku – podsumował Michał Krupiński.

Czy były pracownik odpowie za naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa na gruncie nowych przepisów?

Ustawą z dnia 5 czerwca 2018 r., która weszła w życie trzy miesiące później, polski ustawodawca zmienił przepisy ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji w zakresie tajemnicy przedsiębiorstwa. Zmiana wprowadzona do ustawy na skutek implementacji Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/943 z dnia 8 czerwca 2016 r. w sprawie ochrony niejawnego know-how i niejawnych informacji handlowych (tajemnic przedsiębiorstwa) przed ich bezprawnym pozyskiwaniem, wykorzystywaniem i ujawnianiem.

Elżbieta Delert-Wiącek
Elżbieta Delert-Wiącek, Kancelaria Sadkowski i Wspólnicy

Jakkolwiek zmiany przepisów dotyczących tajemnicy przedsiębiorstwa były konieczne należy się zastanowić, czy sposób dokonania tej zmiany, jaki został wybrany przez ustawodawcę był prawidłowy.

Dyrektywa 2016/943 zakłada ochronę tajemnic przedsiębiorstwa przed jej bezprawnym pozyskaniem „przez osobę trzecią” i nie rozróżnia, kto może być taką osobą trzecią. Może to wiec być każdy – inny przedsiębiorca, klient, kontrahent, pracownik, współpracownik, zleceniobiorca, czy też osoba, z którą dysponenta tajemnicy nie łączą żadne stosunki prawne (np. były kontrahent, były pracownik).

Przepisy dotyczące ochrony tajemnicy przedsiębiorstwa w polskim porządku prawnym znalazły się w ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, co nie pozostaje bez znaczenia przy ustalaniu kręgu osób odpowiedzialnych za naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa. Wskazać bowiem należy, że dla zastosowania ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji rozstrzygające znaczenie ma okoliczność faktycznaprowadzenie działalności gospodarczej i związane z nią uczestniczenie w obrocie gospodarczym. Dlatego też należy zwrócić uwagę na fakt, że ustawa ma zastosowanie w stosunkach pomiędzy przedsiębiorcami. Taką interpretację możliwości stosowania ustawy potwierdza także orzecznictwo, jak choćby wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z 15 lutego 2012 r., zgodnie z którym „celem tej ustawy, ogólnie mówiąc, jest zapewnienie prawidłowości funkcjonowania i działania podmiotów gospodarczych w warunkach wolnej konkurencji i dostępu do rynku na wolnych prawach poprzez wyeliminowanie wszelkich zachowań sprzecznych z prawem lub dobrymi obyczajami, zagrażających interesowi innego przedsiębiorcy bądź ów interes naruszających” (wyr. SA w Katowicach z 15.2.2012 r., V ACa 5/12, OSA 2012, Nr 11, poz. 30). Należy więc zaznaczyć, iż ustawa w żaden sposób nie reguluje stosunków z pracownikami, czy też byłymi pracownikami przedsiębiorców i na tym tle powstaje trudność w zastosowaniu nowych przepisów o ochronie tajemnic przedsiębiorstwa do czynów nieuczciwych byłych pracowników.

W przypadku pracowników, przedsiębiorcy mogą się nie obawiać – choć ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji nie znajdzie w tych stosunkach zastosowania, pracownicy są zobowiązani do dbałości o dobro zakładu pracy, ochrony jego mienia oraz zachowania w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę (art. 100 § 2 pkt 4 Kodeksu Pracy). Co prawda tajemnica pracodawcy i tajemnica przedsiębiorstwa nie są tym samym, jednak w wielu przypadkach zakresy tych tajemnic się przenikają. W przypadku więc gdyby pracownik naruszył tajemnicę przedsiębiorstwa, która była jednocześnie tajemnicą pracodawcy, ten może wystąpić względem pracownika z odpowiednimi roszczeniami. Niemniej jednak, przepisy Kodeksu Pracy obowiązują jedynie tak długo, jak długo pomiędzy stronami trwa stosunek pracy. W przypadku rozwiązania stosunku pracy, pracodawca nie będzie mógł dochodzić odpowiedzialności za naruszenie.

W przypadku byłego pracownika przedsiębiorca – na gruncie obecnie obowiązujących przepisów – będzie miał utrudnione zadanie, jeśli będzie chciał dochodzić roszczeń związanych z naruszeniem tajemnicy przedsiębiorstwa.

Art. 11 ust 2 ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, w brzmieniu obowiązującym do  4 września 2018 r., wskazywał że „Przepis ust. 1 (a więc określający na czym polega czyn nieuczciwej konkurencji w postaci naruszenia tajemnicy przedsiębiorstwa) stosuje się również do osoby, która świadczyła pracę na podstawie stosunku pracy lub innego stosunku prawnego – przez okres trzech lat od jego ustania, chyba że umowa stanowi inaczej albo ustał stan tajemnicy”. W związku z tym, były pracownik przez kolejne 3 lata po ustaniu stosunku pracy był zobowiązany do ochrony tajemnic byłego pracodawcy tak, jakby nadal był pracownikiem.

Po wprowadzeniu przez ustawodawcę zmian, art. 11 ust. 2 we wskazanej powyżej treści nie ma już w ustawie. I o ile można przyjąć, że założeniem ustawodawcy była zmiana tego ustępu ustawy z uwagi na fakt, iż zgodnie z Dyrektywą 2016/943 odpowiedzialność za naruszenie tajemnic przedsiębiorstwa nie powinna być ograniczona w czasie, zdaje się, że wprowadzając te zmiany do ustawy nie zwrócono uwagi na to, że obowiązuje ona wyłącznie w stosunkach pomiędzy przedsiębiorcami i – chcąc rozszerzyć ochronę tajemnic przedsiębiorstwa – znacznie ją zawężono.

Jedynie wiec w przypadkach, w których były pracownik założy własną działalność gospodarczą (niezależnie od jej formy) i narusza tajemnice przedsiębiorstwa byłego pracodawcy, ten będzie mógł dochodzić roszczeń względem byłego pracownika. Jeżeli jednak nieuczciwy były pracownik nie podejmie działalności gospodarczej, tylko znajdzie inne zatrudnienie, były pracodawca nie będzie mógł pociągnąć go do odpowiedzialności.

Jeszcze przed wejściem w życie ustawy w nowym brzmieniu w prasie pojawiały artykuły na temat tego, jakoby, pomimo zmian w ustawie o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, byłych pracowników w dalszym ciągu obowiązywał co najmniej 3-letni okres obowiązku zachowania w poufności tajemnicy przedsiębiorstwa byłego pracodawcy. Niestety powyższa teza nie została w żaden sposób uzasadniona, dlatego nie można prześledzić argumentacji stojącej za nią.

Można by się było zgodzić z powyższym stwierdzeniem, jednak jedynie w stosunku do byłych pracowników, którzy w umowach o pracę mieli zawartą klauzulę o zobowiązaniu do zachowania poufności po ustaniu stosunku pracy. Należy jednak pamiętać, że będzie to jedynie zobowiązanie umowne, a nie ustawowe.

Sposób implementacji Dyrektywy 2016/943 budzi więc poważne wątpliwości w zakresie spełnienia celu tej Dyrektywy, którym było jak najszersze zabezpieczenie przedsiębiorców przed naruszeniem tajemnicy ich przedsiębiorstwa przez osoby trzecie. W związku z tym, że jak dotychczas nie zostały wydane orzeczenia sądów polskich, które dotyczyłyby stanów faktycznych zaistniałych po 4 września 2018 r., należy jedynie domniemywać, iż w braku krajowych uregulowań w tym zakresie zarówno przedsiębiorcy dochodzący swoich praw, jak i sądy rozpatrujące tego typu sprawy będą zmuszone odwoływać się do przepisów dyrektyw i porozumień międzynarodowych. Wydaje się, że jedną z bezpośrednich podstaw prawnych takiej odpowiedzialności może być art. 39 ust. 2 Porozumienia w sprawie handlowych aspektów praw własności intelektualnej (TRIPS), zgodnie z którym: „Osoby fizyczne i prawne będą miały możliwość zapobiegania temu, aby informacje pozostające w sposób zgodny z prawem pod ich kontrolą nie zostały ujawnione, nabyte lub użyte bez ich zgody przez innych, w sposób sprzeczny z uczciwymi praktykami handlowymi, tak długo, jak takie informacje: (a) są poufne w tym sensie, że jako całość lub w szczególnym zestawie i zespole ich elementów nie są ogólnie znane lub łatwo dostępne dla osób z kręgów, które normalnie zajmują się tym rodzajem informacji; (b) mają wartość handlową dlatego, że są poufne; i (c) poddane zostały przez osobę, pod której legalną kontrolą informacje te pozostają rozsądnym, w danych okolicznościach, działaniom dla utrzymania ich poufności”, w związku z art. 415 KC. W w takim przypadku należy jednak pamiętać, że konieczne będzie wykazanie przesłanki winy sprawcy. Takie rozwiązanie będzie zgodne z Dyrektywą 2016/943.

Dlatego też, zasadnym jest, aby przedsiębiorcy wprowadzili wzory umów, które będą zobowiązywały pracowników do zachowania poufności także po ustaniu stosunku pracy. Wzory te mogły by być podobne do umów o zakazie konkurencji po ustaniu stosunku pracy, a dzięki temu przedsiębiorca i pracownik mogliby w sposób dowolny kształtować czas trwania obowiązku ochrony tajemnic przedsiębiorstwa i określić ewentualne sankcje za jego naruszenie. Brak określenia tych sankcji bezpośrednio w umowie spowoduje, że takiego byłego pracownika będzie można pociągnąć do odpowiedzialności jedynie z tytułu niewykonania/nienależytego wykonania umowy na podstawie art. 471 i nast. KC.

Brak restytucji w ubezpieczeniach społecznych to wyższe koszty pomocy społecznej

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) wskazują, że w przypadku braku zmian w funkcjonowaniu systemu ubezpieczeń społecznych, w perspektywie najbliższych 6 lat wydatki na podstawowe świadczenia pomocy społecznej adresowane do osób starszych mogą wzrosnąć o ponad 145% (2,6 mld zł) w porównaniu do stanu obecnego, w związku

W latach 2017-2019 wydatki na emerytury mają wzrosnąć o 19,8%. Nawet jeżeli dzięki dobrej sytuacji na rynku pracy ponownie uda się osiągnąć niższy deficyt w stosunku do planowanego, wyraźnie widoczne staje się, że polski system emerytalny znajduje się pod narastającą presją niekorzystnych tendencji demograficznych, a rezerwy krótkoterminowej poprawy sytuacji w postaci marginalizacji OFE zostały już wyczerpane.

Jedynym sposobem na zatrzymanie tych tendencji o potencjalnie katastrofalnych skutkach jest restytucja ubezpieczeń społecznych i zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które dotychczas świadczyły pracę na podstawie nieoskładkowanych umów zleceń, gdzie okresy zatrudnienia w tej formie praktyce nie przekładały się na nabycie uprawnień do najniższego gwarantowanego świadczenia.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

„Dokonane w 2014 r. przeniesienie części aktywów OFE będzie implikowało w przyszłości wyższe wydatki na emerytury ze względu na przyjęcie na siebie przez państwo znacznie większej roli w zabezpieczeniu emerytalnym, lecz na krótką metę doprowadziło do znacznego zasilenia FUS dodatkowymi wpływami. Ponadto na stosunkowo korzystną ostatnio sytuację FUS wpłynęło ożywienie na polskim rynku pracy i towarzyszący mu wzrost wynagrodzeń i zatrudnienia, a także pojawienie się grupy blisko 0,6 mln cudzoziemców płacących składki na ubezpieczenia społeczne. W celu podtrzymania stabilnej kondycji finansowej FUS potrzebne są działania porządkujące system ubezpieczeń społecznych” – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Zgodnie z planem finansowym FUS na rok 2018, dotacja z budżetu państwa miała wynieść 46,6 mld zł. Później ZUS zaktualizował planowane wykonanie, obniżając tę sumę do 38,6 mld zł. Ostatecznie dane o wykonaniu budżetu państwa w ubiegłym roku pokazują, że dotacja ta wyniosła 35,8 mld zł. Plan na 2019 r. zakłada jednak deficyt na poziomie aż 49,4 mln – jest to spowodowane przede wszystkim obniżką wieku emerytalnego. 

Na przestrzeni ostatnich 10 lat deficyt FUS utrzymywał się na względnie stabilnym poziomie, oscylując wokół 40 mld zł rocznie. Towarzyszył temu bardzo wyraźny wzrost wydolności Funduszu, czyli stopnia pokrycia jego wydatków wpływami ze składek – z 57% w 2010 r. do 80% w 2017 r. Wynikało to z systematycznego ogranicza roli OFE, w efekcie zmian legislacyjnych wprowadzonych w życie w 2011 r. i 2014 r. Na ich skutek znacząco zwiększył się udział obowiązkowej składki emerytalnej trafiającej bezpośrednio do FUS.

Ewolucja, a nie rewolucja – zmiana roli działów marketingu w erze transformacji cyfrowej

Nieustannie rozwijające się technologie oraz rosnące i zmieniające się preferencje konsumentów sprawiają, że biznes funkcjonuje dziś w „erze klienta”. Wpływa to na zmianę roli działów i dyrektorów marketingu. Jak wynika z polskiego badania „CMO Survey” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, dla 77 proc. szefów marketingu firm w Polsce priorytetem jest pozycjonowanie i strategia marki. Z kolei w znacznie mniejszym zakresie skupiają się oni na analityce danych i pogłębianiu wiedzy o klientach. Jako przyczynę takiego stanu rzeczy ponad połowa badanych wskazuje brak procesów lub odpowiednich narzędzi. Z kolei co ósmy ekspert marketingu nie posiada wiedzy na temat analityki danych. Na pozycję marketingu w firmie wpływa też nieustanna rywalizacja z działami sprzedaży.

Badanie CMO Survey 2019 przeprowadzone przez Deloitte Polska z udziałem 339 ekspertów marketingu pracujących w Polsce jest pierwszą tego typu inicjatywą Deloitte w Europie Środkowej. Ankieta została zrealizowana w okresie od 13 lutego do 31 marca 2019 roku.

W jaki sposób polscy eksperci ds. marketingu tworzą wartość dla swoich organizacji? Łatwo to wywnioskować, odnosząc się do działań, które po pozycjonowaniu i strategii marki zajęły następne w kolejności miejsca na liście priorytetów marketerów. Komunikacja i tworzenie treści — za pośrednictwem mediów cyfrowych, mediów społecznościowych, mediów tradycyjnych — to kolejne pozycje w rankingu. Jedynie 49 proc. CMO wymieniło analitykę marketingową jako ważny element swojej pracy, a jeszcze mniej, bo tylko 34 proc. – badania marketingowe.  – Ta zaskakująca obserwacja potwierdza, że przy kształtowaniu pozycji marki polscy liderzy polegają raczej na strategii opartej na treści (content strategy) niż na wykorzystaniu danych na temat oczekiwań klientów pozyskanych za pomocą analiz i badań marketingowych – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider sektora dóbr konsumenckich, Deloitte.

Tylko co dziesiąty badany zajmuje się zarówno pozycjonowaniem marki, jak i badaniami marketingowymi oraz analityką. Tymczasem są to obszary kluczowe do należytego zrozumienia klientów, rynku i konkurencji. Aż 56 proc. ankietowanych wskazało jako przyczynę nie wykorzystywania analityki Big Data w działaniach marketingowych brak odpowiednich procesów lub narzędzi, 41 proc. ograniczoną dostępność wykwalifikowanych pracowników. Z kolei 23 proc.podkreślało , że analityka oparta o Big Data nie ma dla nich znaczenia w procesie decyzyjnym, a 13 proc. respondentów przyznało, że nie posiada wiedzy na temat analityki danych typu Big Data.

Mimo wielu wyzwań stojących przed liderami marketingu, perspektywy na przyszłość są optymistyczne. 45 proc. respondentów spodziewa się zwiększenia budżetu marketingowego w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, a 40 proc. oczekuje, że budżet ten się nie zmieni. Świadczy to o wzmocnieniu pozycji marketingu jako ważnej sfery działalności sprzyjającej rozwojowi całej firmy.

Optymizm ten dotyczy również wyników finansowych firm. Prawie 50 proc. ankietowanych ocenia perspektywy finansowe swojej firmy bardziej optymistycznie niż pół roku temu, a 30 proc. nie spodziewa się istotnych zmian w tym zakresie. Mimo tego liderzy marketingu przyjmują raczej konserwatywne stanowisko odnośnie gospodarki: przewidują średni wzrost PKB na poziomie 3 proc. w 2019 r., co nie pokrywa się z bardziej optymistycznymi prognozami międzynarodowych instytutów, takich jak Bank Światowy (4 proc.) czy Eurostat (4,2 proc.).

Dużym wyzwaniem dla polskich CMOs jest rekrutacja pracowników. Liderzy marketingu twierdzą, że znalezienie odpowiednich specjalistów to jedno z największych wyzwań. Aż 84 proc. ankietowanych wskazało, że ma braki kadrowe.

Automatyzacja musi poczekać

Najwyższy priorytet budżetowy w opinii CMO będą miały komunikacja w mediach cyfrowych i tradycyjnych oraz wsparcie sprzedaży (reklamy, materiały informacyjne, POS). Z kolei na przeciwległym biegunie znalazły się badania rynku, szkolenia oraz doradztwo strategiczne i biznesowe.

CMO odpowiadali również na pytanie w jakich obszarach korzystają z usług zewnętrznych. Przede wszystkim jest to przygotowanie materiałów informacyjnych, badania marketingowe oraz obsługa mediów społecznościowych i innych kanałów komunikacji.

Z kolei najbardziej zautomatyzowane obszary działalności polskich działów marketingu to monitoring wizerunku marki (49 proc.), optymalizacja strony internetowej (46 proc.) oraz zarządzanie komunikacją w mediach społecznościowych (34 proc.) 44 proc. badanych spodziewa się, że w przyszłości automatyzacji ulegnie analiza rynku, podczas gdy obecnie dzieje się to w 22 proc. przypadków. Jedna trzecia prognozuje, że zautomatyzowane zostaną zarządzanie sprzedażą i produkcją.

Marketing kontra sprzedaż

Aż 60 proc. respondentów nie jest w stanie właściwie ocenić, jak wydatki marketingowe wpływają na rozwój działalności firmy. – Efekty działań marketingu są często kwestionowane, ale obecnie firmy nie robią wiele, żeby je obiektywnie monitorować. – mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w Dziale Brand Strategy Deloitte. – 75% ankietowanych wskazało wolumen i wartość sprzedaży jako kluczowe kryteria oceny wyników zarówno działu sprzedaży jak i marketingu – takie ustawienie KPI w firmie skutkuje ryzykiem konfliktu między tymi dwoma działami. Co drugi respondent przyznaje, że dział marketingu w jego organizacji ma problemy ze współpracą z działem sprzedaży – fakt ten może przekładać się na mniej efektywne wykorzystanie potencjału marketingowego w polskich firmach – dodaje.

Co trzeci CMO wskazywał na brak zaufania odnośnie zysków generowanych przez poszczególne działy, a jedna piąta przyznała, że nie ma porozumienia między sprzedażą i marketingiem. Kluczowe dla zrozumienia nieporozumień pomiędzy sprzedażą i marketingiem oraz zarządem są KPI przez pryzmat, których oceniane są oba zespoły. Ograniczone możliwości pomiaru wpływu marketingu na rozwój firmy znajdują również odzwierciedlenie w wyborze wskaźników KPI, które marketerzy wykorzystują oceniając pracę swoich działów. Z badania wynika, że żaden ze wskazanych zestawów KPI nie został uznany za jeden kluczowy wyznacznik jakości pracy działu marketingu.  Biorąc pod uwagę, jak bardzo różne odpowiedzi zostały uzyskane odnośnie wskaźników KPI oraz powszechnie występujący nacisk na kryteria związane ze sprzedażą, można przypuszczać, iż polscy liderzy marketingu podejmują w tym zakresie znaczne ryzyko, że rzeczywisty sukces ich działu pozostanie niezauważony. W konsekwencji dwóch na pięciu liderów ds. marketingu uważa, że musi się tłumaczyć i bronić swojego stanowiska przed zarządem firmy. Jedna trzecia twierdzi z kolei, że poczucie to nasiliło się w ciągu zeszłego roku. Świadczy to o dodatkowych obowiązkach w zakresie stymulowania rozwoju marki, które od niedawna ciążą na działach marketingu.

Nie w pełni wykorzystywane social media

Większość respondentów wymienia budowanie świadomości marki (82 proc.), pozyskiwanie nowych klientów (72 proc.) oraz budowanie wizerunku nowych produktów i usług (68 proc.) jako główne cele, do osiągnięcia których używają mediów społecznościowych. Takie wykorzystanie jest typowe dla kanałów ATL. Mniejsze firmy przeznaczają większą część budżetu marketingowego (24 proc.) na media społecznościowe niż firmy średnie (17 proc.) czy duże (15 proc.) Może to wynikać z konieczności poszukiwania tańszych kanałów, aby pozostać konkurencyjnym. – Wynik ten wskazuje, że kluczowe zalety mediów społecznościowych dające im przewagę nad radiem czy telewizją, takie jak możliwość uzyskania całościowych danych o kliencie, szczegółowa analiza wpływu inicjatyw marketingowych, dwustronna komunikacja i łatwa personalizacja treści, nie są w pełni wykorzystywane – mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w Dziale Brand Strategy Deloitte.

– Badanie Deloitte pokazało, że czeka nas istotna zmiana w zakresie kompetencji oraz roli CMO. Musi być wszechstronna, bardziej technologiczna i analityczna niż dotychczas. Ważne przy tym jest, by dyrektor marketingu nie stracił kreatywności i umiejętności komunikacji. W firmach brakuje roli reprezentującej właściwie klienta. Rola CMO mogłaby ewoluować w tym kierunku i stać się swoistym centrum klientocentryczności. Przejście do takiego modelu biznesowego będzie wymagało czasu, ale jest konieczne dla dalszego rozwoju firm w dobie transformacji cyfrowej – podsumowuje Michał Pieprzny.

Bez wieści, bez progresu

Rynki są w stanie zawieszenia, gdyż inwestorzy mocno skoncentrowali uwagę na jednym wydarzeniu w tym tygodnia, podczas gdy reszta informacji umyka bokiem. Minutki FOMC zostały zignorowane jako nieaktualne, a wskazówek dla kierunku inwestorzy będą się doszukiwać w jutrzejszym przemówieniu szefa Fed Powella. W międzyczasie nie widać postępów na polu wojen handlowych i brexitu.

Co było do przewidzenia, protokół z lipcowego posiedzenia FOMC nie wpłynął na rynki. Jego podstawową wadą jest timing – dyskusja przedstawiciele Fed miała miejsce na dzień przed tym, jak prezydent Trump zapowiedział rozszerzenie ceł na chińskie towary i doprowadził do eskalacji sporu handlowego, która stała się katalizatorem ostatniego pogorszenia nastrojów i wybuchu recesyjnych obaw. Mimo to minutki udzielają informacji, m.in. dlaczego na konferencji po posiedzeniu prezes Powell tak nieudolnie meandrował między otwartością banku do luzowania a podkreślaniem, że lipcowa decyzja (cięcie o 25 pb) była jedynie „dostosowaniem w środku cyklu”. W lipcu obok zwolenników głębszego cięcia o 50 pb (dwóch członków) było „kilku” opowiadających się za utrzymaniem stóp procentowych bez zmian. By zadowolić wszystkich, Powella musiał przedstawić rozumowanie wszystkich. Wówczas wypadło to dziwacznie, dziś jednak nie ma to znaczenia, gdyż warunki gospodarcze uległy zmianie. Co jednak ciekawe, powody, które w lipcu wskazano za wystarczającą do zdecydowania o obniżce, to oznaki osłabienia dynamiki aktywności gospodarczej, negatywne ryzyka dla perspektyw wzrostu oraz słaba presja cenowa i niskie oczekiwania inflacyjne. Od tego czasu dostaliśmy właściwie dowody na zaostrzenie tylko jednego – ryzyka dla wzrostu z tytułu konfliktu handlowego z USA. Inflacja i płace wypadły mocniej, skok zaliczyła sprzedaż detaliczna. Stąd przynajmniej na papierze opór niektórych członków FOMC przed zaakceptowaniem głębokiego cięcia następnym razem we wrześniu nie musi zniknąć. Ale jak już napisałem wcześniej, wtedy a teraz to dwie różne rzeczywistości. Inwestorzy z wnioskami czekają na piątkowe słowa Powella na rozpoczęcie sympozjum bankierów centralnych w Jackson Hole.

Poza tym nie poruszamy się do przodu w żadnym z kluczowych tematów. W Waszyngtonie i Pekinie nikomu nie spieszy się do zawarcia porozumienia. Według prasowych doniesień Chiny przygotowują plan awaryjny na wypadek braku umowy handlowej z USA i nałożenia ceł na wszystkie produkty i dla Pekinu żadnym straszakiem są spekulacje, że Biały Dom może powiązać rozmowy z sytuacją w Hong Kongu. W międzyczasie LBCh wyznacza coraz wyższy fixing dla juana, a USD/CNY jest handlowany najwyżej do 2008 r. Na rynkach aktualnie może być spokojnie, ale ryzyka nie znikają i mogą wyskoczyć na powierzchnię w każdej chwili.

Podobnie można ocenić postępy rozmów UE z Wielką Brytanią. Konferencja prasowa po spotkaniu premiera Wielkiej Brytanii Johnsona z kanclerz Niemiec Merkel potwierdziła wnioski, które opisałem we wczorajszym komentarzu porannym. UE nie zamyka się na znalezienie alternatywnego rozwiązania dla irlandzkiego backstopu, o ile jednak Wielka Brytania przedstawi lepszy mechanizm. Bez tego impas trwa i stabilizacja GBP na wyższych poziomach nie może być trwała.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Gamingowa spółka Starward Inudstries planuje debiut na New Connect

Starward Industries z dużą redukcją uplasował prywatną emisję akcji serii G, przeprowadzoną przez Dom Maklerski Navigator. Spółka pozyskała w tej rundzie 2,7 mln zł. Gra oparta na twórczości Stanisława Lema powstająca w krakowskim studiu zdobyła już finansowanie na poziomie 6,15 mln zł. W najbliższych tygodniach Starward Inudstries przedstawi szczegóły związane z planowanym wejściem na New Connect.

Już od prawie roku zespół Starward Industries tworzy debiutancki i zarazem kluczowy dla spółki produkt, grę fabularną na licencji jednej z powieści Stanisława Lema. Jest to pierwsza w historii adaptacja twórczości tego autora w formie gry wideo.

W sierpniu do zespołu Starwarda dołączył jeden z najbardziej doświadczonych pisarzy w polskiej branży produkcji gier, Michał Gałek. Ostatnie 6 lat pracował przy projektach studia CD Projekt RED: Wiedźmin 3, Wiedźmin 3: Krew i wino oraz Cyberpunk 2077. W latach 2013-2015 kierował kreatywnie projektem Wiedźmin 3: Krew i wino i był bliskim współpracownikiem pomysłodawcy studia Starward Industries, Marka Markuszewskiego.

“Zbudowaliśmy zespół na wysokim poziomie kompetencyjnym i kreatywnym, oparty o starannie wyselekcjonowaną grupę doświadczonych twórców. Dołączenie Michała gwarantuje nam dostarczenie w grze fabuły na poziomie światowej czołówki. Jest to dla nas bardzo ważne, gdyż wynika z poczucia wielkiej odpowiedzialności za dostarczenie graczom na całym świecie rozgrywki opartej o wybitny materiał źródłowy. Dzieło kultowego pisarza, wizjonera, wyjątkowego umysłu to trudny i ambitny materiał, w którego przełożeniu do gry nie możemy sobie pozwolić na kompromisy. – podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.

Wzmocniły się też władze spółki. W lipcu do rady nadzorczej dołączył Przemysław Marmul. Jest to osoba legitymująca się 17-letnim doświadczeniem jako Business Development Director oraz Chief Publishing Officer w firmie Techland, która wprowadziła na światowe rynki takie hity jak m.in. Dead Island, Call of Juarez, czy Dying Light.

“W ciągu pierwszego roku działania spółki zabezpieczyliśmy niemal całość budżetu produkcyjnego. To spory sukces, choć przed nami jeszcze ogrom wyzwań. Właśnie dlatego merytorycznie poszerzamy biznesowe zaplecze spółki. Cieszę się, że w sferze promocyjnej oraz wydawniczej będziemy mogli liczyć na potężne doświadczenie Przemka Marmula- mówi Kamil Klinowski, przewodniczący rady nadzorczej spółki.

Transformacje w sektorze finansowym – jak zadbać o bezpieczeństwo danych?

Liczba aktywnych użytkowników bankowości mobilnej cały czas rośnie – w grudniu 2018 r. wynosiła 17,2 mln użytkowników, natomiast w pierwszym kwartale 2019 już 17,49 mln[1]. Coraz więcej osób nie potrzebuje tradycyjnego kontaktu z bankiem w placówce, stawiając na kanały mobilne. Co to oznacza dla banków? Nowe technologie, ułatwiające dostęp do usług bankowych wraz z trwającą konsolidacją w tym sektorze, sprawiają, że ilość placówek bankowych stale maleje. Iron Mountain, jako globalny lider w zarządzaniu informacją, aktywnie wspiera sektor finansowy w czasie transformacji. Jak można zapewnić bezpieczeństwo danych klientów w trakcie zmian?

Zmiany, jakie następują w branży finansowej, wymagają precyzyjnego działania, które pozwoli nie tylko na bezpieczne przeniesienie informacji (zarówno dokumentacji papierowej, jak i zasobów zdigitalizowanych), ale także na ich analizę, zniszczenie w razie potrzeby oraz modyfikację systemów IT – tak aby wszystkie dane były bezpieczne, a nowy podmiot miał do nich swobodny dostęp. O tym jakie działania w tym zakresie może outsourcować sektor bankowy, opowiada Michał Giza, Account Management Department Manager w Iron Mountain Polska.

Bezpieczne przeniesienie dokumentacji

Często w ramach likwidacji czy przeniesienia danego oddziału bankowego następuje czas na porządkowanie i weryfikację dokumentów. Konieczne jest sprawdzenie, czy posiadane dokumenty należy dalej archiwizować, czy w bezpieczny sposób zniszczyć, tak aby być zgodnym z RODO. Kolejnym krokiem jest przeniesienie dokumentacji (do centrali, innego oddziału lub do archiwum) w sposób kontrolowany i bezpieczny. Nie wolno także zapominać o tym, że bank w tym czasie musi nadal działać i mieć dostęp do wszystkich potrzebnych dokumentów. We wszystkich tych działania, bank nie pozostaje sam.

„Jako lider w branży zarządzania informacją aktywnie wspieramy sektor finansowy w czasie fuzji, przejęć, a także optymalizacji sieci oddziałów bankowych. Naszymi klientami jest ponad 90% wszystkich działających w Polsce banków, w tym także te o zasięgu międzynarodowym. Pozwala to na ciągłe udoskonalanie naszych procedur oraz na wypracowanie rozwiązań, które możemy zaimplementować w praktycznie każdej sytuacji. Warto pamiętać, jak ważna w tym przypadku jest optymalizacja czasowa i ekonomiczna dla naszych klientów – praca w oddziale nie może być zaburzona. Z tego powodu, nasze działania odbywają się poza godzinami pracy jednostki, np. w weekendy, wieczorami. Branża bankowa jest również zobowiązana do posiadania planów ciągłości działania, w które się wprost wpisujemy. Nie jest możliwe zamknięcie oddziału bez wcześniejszej relokacji dokumentacji, przy czym, bank musi mieć zapewniony dostęp do danych wykorzystywanych w swoich procesach biznesowych, co dzięki naszym rozwiązaniom, jest możliwe” – komentuje Michał Giza, Account Management Department Manager w Iron Mountain Polska.

Warto również przypomnieć sytuację, kiedy w ramach ratowania sektora bankowego, nastąpiło przejęcie SKOK przez kluczowe banki w Polsce. Jest to szczególnie istotne z punktu widzenia logistycznego – zamknięcie oddziału w ramach jednego banku jest wyzwaniem, jednak bank wie, z jakiego rodzaju pracą należy się mierzyć i jakiego rodzaju dane posiada. Trudniej jest w sytuacji, kiedy przejmowana jest placówka innego banku. Kluczowa w takich przypadkach jest precyzyjna weryfikacja, walidacja i rejestracja danych, aby zasilić nimi systemy przejmującej jednostki.

Usprawnienie infrastruktury IT

Kolejnym ważnym aspektem jest eliminacja nadmiarowych systemów IT. Mowa o całym przekroju systemów – produktowych, wspierających pracę w oddziałach, jak i tych back-office. Istotna w takim momencie jest bezpieczna migracja danych, czy stworzenie jednego modelu zarządzania informacją dla połączonych banków.

„Wspieramy banki w tworzeniu modelu zarządzania informacją dla już połączonych instytucji. Najczęściej rekomendujemy zaimplementowanie jednego centralnego repozytorium danych, zarówno papierowych, jak i elektronicznych. Zapewnia to agregowanie informacji w jednym miejscu. Warto pamiętać, że domeną instytucji, które funkcjonowały przez wiele lat, jest mnogość procesów wynikających z częstych fuzji, przejęć czy działań własnych. Dużym wyzwaniem jest więc, aby te procesy ujednolicić. Jedną z dobrych praktyk jest stosowanie tzw. podejścia „golden record”, które pozwala unikać wielokrotnego przechowywania tej samej informacji. Wspieramy klientów w deduplikacji danych, tworząc ostateczną wersję obrazu dokumentu, który nie podlega dalszym modyfikacjom.  Pozwala to wprowadzić znaczne oszczędności oraz przyśpieszyć czas dostępu do danych” – mówi Michał Giza.

Niezwykle istotna jest więc optymalizacja i tworzenie nowych procesów związanych z zarządzaniem informacją dla połączonych instytucji. Warto pamiętać, że nie zawsze jest tak, że większa instytucja,  ma bardziej optymalne procesy. Banki decydują się na wybór tych lepszych i wdrożenie ich w swoich strukturach. W takich sytuacjach niezwykle istotny jest również odpowiedni consulting, który przeanalizuje i porówna wszystkie możliwości, proponując najlepsze rozwiązanie.

Iron Mountain, jako wieloletni partner BNP Paribas, ma znaczący udział w działaniach realizowanych w Banku w związku z fuzją operacyjną  pomiędzy Raiffeisen Bank Polska S.A. i BNP Paribas Bank Polska S.A.” – Kazimierz Łabno, Wiceprezes Zarządu Banku, Obszar Operacji i Wsparcia Biznesu

Różne scenariusze działania

Należy pamiętać, że nie ma dwóch takich samych procesów. Dlatego tak ważne jest odpowiednie podejście do zagadnienia, aby fuzje i przejęcia w branży finansowej były przeprowadzone sprawnie, a co najważniejsze, w 100% bezpiecznie i zgodnie z przepisami prawa.

„Kluczem do sukcesu jest bogate doświadczenie. Należy pamiętać, że tutaj nigdy nie ma przewidzianego scenariusza. Realizacja wielu takich projektów, nie tylko w Polsce, pozwala nam na korzystanie z niezwykle bogatej bazy możliwych rozwiązań i dostosowanie ich do każdej instytucji” – dodaje Michał Giza.

[1] Dane z raportu Związku Banków Polskich opublikowanego przez Netbank

Unia chce ujednolicić przepisy dotyczące dopuszczalnego limitu alkoholu we krwi kierowców

Co czwarty śmiertelny wypadek drogowy na drogach Unii Europejskiej ma związek z alkoholem. Komisja Europejska chce zaostrzyć i ujednolicić przepisy dotyczące dopuszczalnego limitu alkoholu we krwi kierowców. Polakom ten pomysł… się podoba – donosi dziennik „Puls Biznesu”.

Wybierając się samochodem do innego unijnego kraju, powinniśmy pamiętać, że choć kontrole graniczne w Unii Europejskiej (UE) praktycznie zniknęły, to przepisy drogowe — również te regulujące problem trzeźwości za kierownicą — mogą znacząco różnić się od naszych. Taki stan rzeczy polscy kierowcy postrzegają jako kłopotliwy. W badaniu przeprowadzonym w maju 2019 r. przez AlcoSense Laboratories aż 72,8 proc. respondentów uznało, że dopuszczalne limity zawartości alkoholu we krwi kierowców powinny być ujednolicone w całej Unii Europejskiej. Jednakowy limit obowiązujący we wszystkich krajach skutkowałby nie tylko lepszą orientacją w przepisach — gdyby zdecydowano się na ich generalne obniżenie, poprawiłoby się również bezpieczeństwo na drogach.

— Różnice w przepisach wynikają m.in. z odmiennej kultury spożywania alkoholu w poszczególnych państwach, ale wpływ alkoholu na ludzki organizm jest jednak taki sam, niezależnie od kraju, z którego pochodzimy. Nowe badania wskazują, że nawet mała ilość alkoholu prowadzi do złudnego poczucia pewności siebie, co może doprowadzić do kosztownego błędu na drodze. W Estonii i Łotwie obniżenie limitu z 0,5 do 0,2 promila przyniosło wymierne zmniejszenie liczby śmiertelnych wypadków drogowych z udziałem alkoholu – w Estonii w latach 2006-16 o 89 proc. W parze z przepisami powinno jednak iść także ich skuteczne egzekwowanie i stałe budowanie odpowiedzialności wśród kierowców — mówi Hunter Abbott, ekspert bezpieczeństwa ruchu drogowego z firmy AlcoSense Laboratories.

Jak obecnie wygląda sytuacja w Europie? „Puls Biznesu” informuje, że Polska z dolnym limitem wynoszącym 0,2 promila lokuje się w grupie państw średnio rygorystycznych — identyczny limit obowiązuje np. w Szwecji. Kraje zachodnioeuropejskie i śródziemnomorskie najczęściej stosują limit 0,5 promila. W tej grupie są m.in. Niemcy, Francja, Włochy i Hiszpania. Do 0,5 promila alkoholu we krwi może mieć również kierowca podróżujący przez popularną wśród polskich turystów Chorwację. Wybierając się na Bałkany, należy również pamiętać o tym, że zwykle przejeżdżamy przez Czechy lub Węgry. W obu tych krajach nie ma żadnej tolerancji dla jazdy pod jego wpływem. Sytuację dodatkowo komplikują odrębne i surowsze przepisy dotyczące kierowców początkujących, zawodowych lub motocyklistów. Przykładem jest Chorwacja, gdzie policja może ukarać kierowcę z niewielkim stażem za jakikolwiek ślad alkoholu we krwi. Nic więc dziwnego, że czujemy się skołowani i chętnie widzielibyśmy identyczne regulacje we wszystkich krajach unijnych.

Komisja Europejska w swoim planie działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego wspomina o wzmocnieniu zaleceń dotyczących m.in. wprowadzenia w krajach członkowskich bardziej rygorystycznych limitów dla zawodowych i początkujących kierowców.

— Podróżowanie samochodem po drogach Unii Europejskiej bez wcześniejszego zapoznania się z obowiązującymi przepisami w krajach tranzytowych i kraju docelowym może wpędzić kierowcę w poważne kłopoty. W jednym kraju auto musi być wyposażone w kamizelki, w innym nie. W jednym nagrywanie kamerkami jest OK, a gdzie indziej już samo posiadanie kamery na szybie stanowi problem. W jednym kraju nie ma przyzwolenia na jakiekolwiek stężenie alkoholu w wydychanym powietrzu, a w drugim dopuszczalne jest nawet 0,5 promila. Unifikacja przepisów ułatwi kierowcom podróżnikom życie. Moim zdaniem takim ujednoliconym limitem mogłoby być 0,2 przy zachowaniu zasady, że spowodowanie kolizji lub wypadku przez kierowcę, który jest pod wpływem alkoholu w dopuszczonym prawnie limicie, stanowiłoby okoliczność dodatkowo obciążającą — mówi „Pulsowi Biznesu” Sylwester Pawłowski, prezes Safetylogic i autor projektu „Świadomy kierowca”.

Autor – Marcin Bołtryk/”Puls Biznesu”

Pracodawca na przeczytanie CV poświęca średnio mniej niż 30 sek.

W ponad połowie mikrofirm i małych przedsiębiorstw przejrzenie życiorysu kandydata do pracy zajmuje średnio do pół minuty. Z badania przeprowadzonego przez brytyjską spółkę UCE GROUP LTD. wynika, że 21% pracodawców robi to nie dłużej niż przez minutę. Z kolei 23% menedżerów czyta jedno CV przez minimum dwie minuty. Najmniej wskazań otrzymała odpowiedź „powyżej 5 minut”, a wybrało ją zaledwie 2% ankietowanych. Znawcy tematu nie są zaskoczeni wynikami i wskazują przyczyny takiego stanu rzeczy. Jednocześnie przekonują, że takie podejście do rekrutacji może oznaczać straty dla samych firm i aplikujących osób.

Maksymalnie do pół minuty – tyle czasu na przeczytanie nowego CV kandydata poświęca 56% respondentów. Krzysztof Zych z międzynarodowej firmy doradczej UCE GROUP LTD. przekonuje, że wynik raczej nie powinien być zaskoczeniem. Po pierwsze, tej wielkości przedsiębiorcy są bardzo zajęci i ich czas jest mocno ograniczony. Po drugie, tego typu dokumenty są z reguły tworzone szablonowo. Doświadczony menedżer potrafi błyskawicznie ocenić, czy dany kandydat zasługuje na więcej uwagi. Jednak zdaniem eksperta, to trochę mija się celem, bo nawet dobry specjalista może sporo rzeczy przeoczyć.

– Nie jestem zaskoczony tymi wynikami. Specyfiką mikrofirm i małych przedsiębiorstw jest sposób zatrudniania pracowników. Sposób ten w dużej mierze polega na wykorzystaniu kapitału społecznego, czyli mówiąc potocznie na „znajomościach”. Kiedy używam takich terminów, to one w polskiej rzeczywistości źle się kojarzą. Chciałbym jednak, żebyśmy traktowali to zjawisko po prostu jako fakt. Ono wcale nie musi negatywnie wpływać na efektywność przedsiębiorstw. Często są to przecież rodzinne firmy. Pracodawca sporo wie o kandydacie, bo ma dobre rozeznanie w środowisku lokalnym, stąd CV w dużym stopniu jest pewną formalnością – komentuje dr hab. Tomasz Ochinowski, kierownik Zakładu Socjologii Organizacji i Historii Biznesu na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Z kolei Dominika Kaczmarek, Senior Consultant z Hays Poland, przekonuje, że pół minuty pozwala na oddzielenie potencjalnych pracowników od aplikujących, którzy nie spełniają podstawowych wymogów formalnych. W tym czasie można sprawdzić, czy w CV kandydata znajdują się kluczowe informacje, których akurat szuka rekruter. Do tej kategorii zalicza się długość doświadczenia zawodowego, poprzednio zajmowane stanowiska oraz znajomość języków obcych, programów komputerowych lub technologii. Jednak w pół minuty nie ma możliwości zdobycia szczegółowych informacji na temat człowieka i zyskania całkowitej pewności, że jest to właściwa osoba na dane stanowisko. Do tego niezbędna jest rozmowa.

– Niestety, przy szybkim czytaniu literówka bywa bardziej zapamiętana niż kompetencje. Podejrzewam, że przedstawiciele firmy czytający CV po prostu kierują się pierwszym wrażeniem. Zachowują się jak ludzie przy wyborze książki czy filmu na podstawie plakatu bądź trailera. Jako psycholog powiem, że takie podejście może mieć daleko idące konsekwencje, przede wszystkim utraconej szansy dla przedsiębiorstwa. Równocześnie jednak pracodawcy zdają sobie sprawę z tego, że pisanie CV to pewien rodzaj twórczości i sposób sprzedawania siebie – dodaje dr Ochinowski.

Z badania UCE GROUP LTD. wynika, że 21% ankietowanych mikrofirm i małych przedsiębiorstw przeznacza na czytanie CV nie więcej niż minutę. Z kolei 23% respondentów poświęca na to minimum 2 minuty. Przy tym w 2-3 minuty robi to 11%, w 3-4 minuty – 7%, w 4-5 minut – 3%, natomiast powyżej 5 minut – tylko 2%.

– Na obecnym rynku pracy jest nieco więcej czasu na przyjrzenie się CV niż było jeszcze dekadę temu. Po prostu na jedno stanowisko jest znacznie mniej chętnych. Z pomocą menedżerom i rekruterom przychodzą nowoczesne technologie. Ułatwiają one odnalezienie w dokumentach najbardziej istotnych informacji z punktu widzenia obsadzanego stanowiska. A coraz częściej tradycyjne życiorysy zastępują profile w portalach społecznościowych – podkreśla Anna Wertenstein-Żuławska, Senior Talent Acquisition and Development Specialist w Randstad Polska.

Jak zaznacza Dominika Kaczmarek, rekruter może bardzo szybko wyselekcjonować potencjalnych kandydatów do rozmów. Jednak przed spotkaniem czy wywiadem telefonicznym powinien się odpowiednio przygotować i szczegółowo przeanalizować CV kandydata, a tego nie da się zrobić w minutę. Niezbędne jest m.in. zapoznanie się z zadeklarowanymi kompetencjami czy ze znaczeniem wszystkich skrótów i nazw podanych w aplikacji. To powinien być dialog, a nie odpytywanie kandydata.

– Jeżeli chce się poważnie potraktować kandydatów, a także własne przedsiębiorstwo, należałoby poświęcić na czytanie CV zdecydowanie więcej czasu. Z mojego doświadczenia korporacyjnego wynika, że trzeba przeznaczyć średnio od 4 do 6 minut, aby dobrze poznać profil osoby ubiegającej się o pracę. I to jest absolutne minimum – stwierdza ekspert UCE GROUP LTD.

Jednak kandydaci powinni pamiętać o tym, że ich CV może być przeglądane w zawrotnym tempie. Anna Wertenstein-Żuławska radzi, aby w dokumentach aplikacyjnych posługiwać się językiem konkretu, pokazywać kluczowe kompetencje i to, jak je praktycznie wykorzystywaliśmy w swojej pracy. Według eksperta, warto konsultować życiorys z innymi osobami. Można pokazać je znajomym i poprosić, by spojrzeli na nie krytycznie albo poradzić się specjalisty, np. doradcy zawodowego.

– W przyszłości główną rolę w ocenie kandydatów będzie odgrywała sztuczna inteligencja, bo tylko w taki sposób można ten proces mocno uprościć. Jednak wyczucie rekrutera powinno odgrywać wiodącą rolę. AI może wyłowić niezbędne dane i je posegregować, ale i tak człowiek podejmuje ostateczną decyzję. Jeśli oddamy władzę maszynom, to często może być tak, że dany kandydat, mimo świetnych referencji i doświadczenia, zostanie zwyczajnie pominięty. Automat go zaszufladkuje według wcześniej stworzonego algorytmu, co może być ze szkodą dla samej firmy, jak i dla kandydata – podsumowuje Krzysztof Zych.

Brytyjska spółka UCE GROUP LTD. z oddziałem w Polsce wykonała badanie na terenie 10 dużych miast, tj. Gdańska, Szczecina, Bydgoszczy, Białegostoku, Poznania, Warszawy, Łodzi, Wrocławia, Katowic i Krakowa oraz ich najbliższych okolic, w tym 11 średnich i mniejszych miast. Ankieta telefoniczna była prowadzona w okresie od 1 do 26 lipca br. Łącznie zrealizowano 1004 wywiadów. W badaniu wzięło udział 43% kobiet i 57% mężczyzn. Odpowiedzi udzielili menedżerowie wyższego szczebla, w tym właściciele firm, od 30. do 50. roku życia. Analizie poddano mikrofirmy (do 10 pracowników) i małe przedsiębiorstwa (do 50 osób).

Zastawiają chodniki, utrudniają przejazd – parkingowe problemy wspólnot mieszkaniowych

Zbyt duże auta, np. 3,5-tonowe ciężarówki, parkujące na osiedlach często zastawiają chodniki lub utrudniają przejazd innym pojazdom. W przypadku dróg wewnętrznych członkowie wspólnot i spółdzielni są bezsilni. Służby porządkowe nie mogą tam interweniować. Problem rozwiązuje strefa ruchu umożliwiająca podjęcie działań. Kierowcy ewidentnie zaburzający lokalny ruch mogą zostać ukarani mandatami. Jednak w praktyce często to się nie dzieje, bo strażnicy miejscy nie widzą w tym problemu lub zwyczajnie obawiają się, że ewentualnie przed sądem nie obronią swoich argumentów, bo przepisy są niejednoznaczne. Dlatego doradzają, żeby wprowadzić dodatkowe oznaczenia, na które będą mogli skutecznej reagować. A jeśli to możliwe, proszą o wyznaczenie osobnych miejsc dla ponadgabarytowych pojazdów, np. dla dostawców i właścicieli takich samochodów.

Parkingowe problemy

Na parkingach osiedlowych należących do wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych często parkują duże pojazdy, jak busy pasażerskie czy samochody dostawcze. Zwykle nie mieszczą się w obrysie miejsc parkingowych i zasłaniają część chodnika lub wystają na jezdnię. Z tego powodu utrudniają życie mieszkańcom. Złe parkowanie to szerszy problem. Według starszego inspektora Sławomira Smyka, rzecznika Straży Miejskiej m.st. Warszawy, zgłoszenia takiego procederu wpływają codziennie co dwie minuty.

– Na osiedlach możliwość reakcji na takie zdarzenia jest ograniczona i zależy od sytuacji prawnej i faktycznej zarówno kierowców takich aut, jak i właścicieli nieruchomości. W większości przypadków zależy ona od oznakowania terenu oraz od tonażu pojazdu. Gdy obszar wspólnoty jest ogrodzony, a wjazd ogranicza szlaban, problem nie jest drastyczny. Można w pewnym stopniu oddziaływać na możliwość parkowania i poruszania się pojazdów nie należących do mieszkańców – komentuje Agnieszka Stec-Bielak, radca prawny z Kancelarii Proradcy Stec-Bielak&Czubacka Pędzisz.

Kolejnym problemem jest wystawanie samochodu poza obrys miejsca parkingowego. Jednak, zdaniem Sławomira Smyka, taki pojazd, nie zawsze jest zaparkowany niezgodnie z prawem o ruchu drogowym. Może dojść do tamowania lub utrudnienia ruchu, niemniej jest to tzw. wykroczenie skutkowe. Gdyby strażnicy podejmowaliby taką interwencje, wskazane jest, aby na miejscu była osoba, której został zatamowany lub utrudniony ruch. Nie dotyczy to jednak dróg wewnętrznych. Na nich działanie ww. aktu prawa dotyczy tylko zakresu obowiązywania znaków i sygnałów drogowych lub konieczności uniknięcia zagrożenia bezpieczeństwa osób.

– Długotrwałe zastawienie chodnika i drogi można zgłosić do odpowiedniej jednostki Straży Miejskiej. To, czy interwencja zostanie podjęta, zależy od wprowadzonej na osiedlu organizacji ruchu, poprawności zamontowania oznakowania pionowego i poziomego z założeniami projektu organizacji ruchu, a także unormowania jego funkcjonowania poprzez złożenie dokumentów w odpowiednim urzędzie – informuje Paweł Nowicki, partner ds. rozwoju i zarządca nieruchomości w spółce Acresta.

Z kolei mecenas Stec-Bielak wskazuje, że na osiedlowych drogach wewnętrznych mogą obowiązywać takie same zasady parkowania i poruszania się, jak np. w strefie zamieszkania – m.in. na podstawie przepisów ustawy o ruchu drogowym. Warunkiem jest postawienie na nich, obok znaku „droga wewnętrzna”, również symbolu „strefa ruchu”. W przeciwnym wypadku Straż Miejska nie podejmie działań na terenie prywatnym.

– Bez odpowiedniego oznakowania nie ma szans na taką interwencję. Ewentualne gromadzenie dokumentacji fotograficznej przez mieszkańców raczej też nie przyniesie korzyści. Można ją oczywiście później przedstawić w sądzie, ale w tym przypadku nie wierzę w skuteczny wyrok. Sądy nie zajmują się wykroczeniami. Te należą do Straży Miejskiej oraz Policji. Jednym z rozwiązań problemu jest wprowadzenie na osiedlu ruchu jednokierunkowego przy jednoczesnym montażu słupków wzdłuż chodników – komentuje Paweł Nowicki.

Rozwiązaniem problemu mogłoby być postawienie znaków zakazu zatrzymania lub postoju pojazdów powyżej 2,5 lub 3,5 tony. Wówczas kierowcy mieliby obowiązek respektować taki znak, a w razie pozostawienia auta w takim miejscu liczyć się z mandatem (według taryfikatora w wysokości 100 złotych) i punktami karnymi. Jednak Sławomir Smyk podkreśla, że rozwiązaniem często stosowanym przez zarządców, jest utworzenie w takim miejscu „strefy ruchu”, ponieważ wtedy Ustawa prawo o ruchu drogowym, działa w pełnym zakresie.

– W strefie zamieszkania obowiązują specjalne przepisy dotyczące parkowania pojazdów. Ten najważniejszy mówi, iż pozostawienie pojazdu na postoju jest możliwe tylko w miejscach wyznaczonych. I to zarządcy terenu decydują o wprowadzeniu odpowiedniego oznakowania. Oczywiście możemy im w tym pomóc i wesprzeć fachową opinią – informuje Marek Anioł, rzecznik prasowy krakowskiej Straży Miejskiej.

Kłopoty poza strefą ruchu

Jeśli jednak brakuje oznaczenia strefy ruchu, drogi i parkingi osiedlowe pozostają drogami wewnętrznymi. W takiej sytuacji nie obowiązują przepisy ustawy prawo o ruchu drogowym. Mieszkańcy są w takiej sytuacji bezsilni, ponieważ ani Straż Miejska, ani Policja nie mogą interweniować. Nie pomogą nawet wewnętrzne regulacje – naruszenie wprowadzonych w nich zasad nie powoduje żadnych sankcji. Wspólnota nie ma prawa nakładania kar pieniężnych na „niesfornych” mieszkańców czy zakładania blokad na koła pojazdów na własnym terenie.

– Gdy zastawienie drogi czy chodnika trwa krótko, interwencja służb porządkowych jest niemal niewykonalna. Jeśli to możliwe, warto wyznaczyć na terenie osiedla miejsce, w którym czasowo mogą się zatrzymać większe pojazdy. Dobrym sposobem jest dogadanie się z właścicielami zakładów usługowych, do których realizowane są dostawy. Służą temu odpowiednie porozumienia między użytkownikami lokali a wspólnotą. Ewentualnie można wprowadzić odpowiednie zapisy do regulaminu porządku domowego – przekonuje Paweł Nowicki.

Mecenas Stec-Bielak dodaje, że wspólnoty mieszkaniowe nie mają prawa wprowadzania w drodze regulacji wewnętrznych zakazu parkowania pojazdów o określonej masie całkowitej czy ograniczania ich postoju i wjazdu na teren wspólnoty w stosunku do swoich członków. Takie działania naruszają art. 24 ustawy o własności lokali oraz art. 64 Konstytucji. W gorszej sytuacji są najmniejsze, często jednobudynkowe spółdzielnie mieszkaniowe, gdzie ogrodzenie takiego terenu jest rzadkością. Zwykle jednak są one oznakowane tak, by umożliwić interwencję właściwych służb.

– Ustalenie zasad realizacji dostaw do lokali z konkretnymi użytkownikami jest skuteczniejsze niż ogólnie obowiązujące zapisy w regulaminie. Nie eliminuje to problemu, ale wprowadza ład i porządek, a także pozwala zapanować nad chaosem. Jeśli na osiedlu jest ochrona, to jednym z jej obowiązków powinno być pilnowanie ruchu takich pojazdów. Ich działania można także wesprzeć poprzez montaż słupków czy blokad parkingowych, otwieranych na czas rozładunku, np. mebli do mieszkań – uważa zarządca nieruchomości z Acresty.

Jednocześnie należy zauważyć, że nie jest jednoznaczne, czy kierowca samochodu o znacznie większych gabarytach niż przeciętna osobówka narusza przepisy powszechnie obowiązujące, parkując na miejscu dla aut osobowych. Mecenas Agnieszka Stec-Bielak podkreśla, że zakazane jest np. parkowanie na chodniku aut o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej 2,5 tony, choć do ich prowadzenia wystarcza prawo jazdy kategorii B.

– Parkingi osiedlowe nie należą do katalogu dróg publicznych, w związku z tym są zaliczone do kategorii dróg wewnętrznych. W takiej sytuacji zakres obowiązywania prawa o ruchu drogowym jest dość mocno ograniczony. Ale jeśli organizacja ruchu, wyrażona znakami drogowymi, dotyczy także zasad parkowania, funkcjonariusze mają obowiązek reagowania na nieprawidłowości w tym zakresie – podsumowuje Sławomir Smyk z warszawskiej Straży Miejskiej.

Nagły wzrost kursu franka szwajcarskiego zagraża polskiej gospodarce

Pierwszy raz od 2017 roku frank szwajcarski tak szybko i gwałtownie się umacnia. Jeszcze w lipcu jego wartość wynosiła 3,86 złotego, a w ciągu kilku dni wzrosła do 3,91 zł. Taki dziesięciogroszowy wzrost to dla międzynarodowej giełdy bardzo dużo. Przyczyn umocnienia Franka szukać należy w chwiejnej gospodarce europejskiej, która mierzy się z wizją „twardego” Brexitu i konfliktem w relacji USA-Chiny. Frank szwajcarski od zawsze był i wciąż pozostaje „bezpieczną przystanią” dla inwestorów. W niepewnych czasach inwestycji we franku przybywa, gdyż uważany jest za solidną i pewną walutę. Wzrost zainteresowania frankiem umacnia jego wartość. To niestety nie wróży dobrze polskiej gospodarce.

– Jest to kłopot dla kredytobiorców, którzy są zadłużeni we franku. Przede wszystkim wzrosną ich raty, ale jednocześnie spadnie zdolność tych gospodarstw domowych do zakupu innych towarów i dóbr. Niestety, nie jest to więc kłopot tylko osób zadłużonych we franku, ale także całej gospodarki – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista KIG.  – Mimo wzrostu wyceny franka, nie jest on na szczęście bardzo drogi. Wzrost wynosił kilka procent, a wartość franka nie przekroczyła 4 złotych. Ale jeżeli okaże się, że ta tendencja wzrostu waluty szwajcarskiej utrzymuje się – jeżeli niepokój na rynkach światowych wciąż będzie dosyć duży – mogą się z tym łączyć poważne problemy dla kredytobiorców i dla polskiej gospodarki – ostrzega Soroczyński.

2 mln zł na wsparcie lokalnych społeczności. Najlepsze pomysły w małych miejscowościach mogą liczyć na granty od 4 do 15 tys. zł

2 mln zł na wsparcie lokalnych społeczności. Najlepsze pomysły w małych miejscowościach mogą liczyć na granty od 4 do 15 tys. zł 1

Fundacja należąca do PKN Orlen przeznaczy w tym roku w sumie 2 mln zł na dofinansowanie projektów, które służą lokalnym społecznościom. W programie grantowym „Moje miejsce na Ziemi” swoje pomysły na takie inicjatywy mogą zgłaszać biblioteki, szkoły, organizacje pozarządowe, fundacje i stowarzyszenia czy nawet jednostki ochotniczej straży pożarnej. Mogą one wnioskować o wsparcie w wysokości od 4 do 15 tys. zł. Jak podkreśla prezes fundacji, dla wielu samorządów i organizacji to szansa, aby po raz pierwszy aplikować o takie finansowanie.

– O wsparcie w programie „Moje miejsce na Ziemi” mogą się starać wszystkie organizacje i instytucje, które mają osobowość prawną. Mogą to być organizacje pozarządowe, fundacje i stowarzyszenia, szkoły, instytucje samorządowe, jak centra kultury, biblioteki czy gminne centra informacji. Równie dobrze mogą to być także jednostki ochotniczej straży pożarnej czy koła gospodyń wiejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Katarzyna Różycka, prezes Fundacji Orlen – Dar Serca.

Program grantowy „Moje miejsce na Ziemi” dofinansowuje działania i projekty służące lokalnym społecznościom. Wnioski do tegorocznej edycji programu grantowego dla społeczności lokalnych „Moje Miejsce na Ziemi” można składać do 9 września br. Zgłaszane projekty muszą dotyczyć jednego z tematów: ekologia, sport, promocja zdrowego trybu życia, przeciwdziałanie wykluczeniu, bezpieczeństwo czy zachowania dziedzictwa historycznego oraz rozwoju edukacji, kultury i sztuki.

– W poprzedniej edycji wsparliśmy projekty z całej Polski, a zakres tematyczny był bardzo szeroki. Te projekty mogły dotyczyć ekologii, rewitalizacji miejsc pamięci, zajęć dla mam z małymi dziećmi czy dla seniorów. Wspieraliśmy takie inicjatywy, jak np. stworzenie mobilnej biblioteki i zupełnie nowych miejsc służących lokalnym społecznościom. Były to także m.in. zajęcia z robotyki dla dzieci z małych miejscowości, które nie mają możliwości wzięcia udziału w tego typu zajęciach w szkole – wymienia Katarzyna Różycka.

Pierwsza edycja cieszyła się bardzo dużym zainteresowaniem. W ciągu dwóch tygodni, które były przewidziane na składanie wniosków, do fundacji wpłynęło 1 tys. zgłoszeń z całej Polski. Sukces ubiegłorocznej edycji sprawił, że i w tym roku Fundacja Orlen – razem z fundatorem grantów, czyli PKN Orlen – zadecydowała o kontynuacji programu.

Co ważne, były to wnioski z najmniejszych miejscowości i od organizacji, które robiły to po raz pierwszy, nie bały się spróbować swoich sił w naszym programie – mówi Katarzyna Różycka. – Laureaci pierwszej edycji to osoby, które naprawdę chciały zmieniać coś w swoim najbliższym otoczeniu, opowiadały nam o swoich pomysłach, problemach, o tym, jak bardzo cieszą się, że ktoś zauważył ich mniejsze miejscowości i chciał wesprzeć ich działania.

Każdy, kto chce złożyć wniosek, może do nas zadzwonić albo napisać e-maila. Skonsultujemy projekt i pomożemy złożyć wniosek. Aby to maksymalnie ułatwić, stworzyliśmy specjalną strefę „Moje miejsce na Ziemi”, która zawita do 50 miejscowości w całej Polsce. To strefa dla lokalnych mieszkańców, w której można odpocząć, kreatywnie spędzić czas z dzieckiem, ale przede wszystkim porozmawiać z naszym ekspertem na temat swojego pomysłu na projekt. Listę odwiedzanych miejscowości publikujemy na naszym Facebooku – dodaje Magdalena Przygońska-Kęska, koordynator programu „Moje miejsce na Ziemi”.

Całkowity budżet programu wynosi 2 mln zł. Organizacje pozarządowe i jednostki samorządu mogą się ubiegać o granty w różnej wysokości od 4 do 15 tys. zł.

– Zachęcamy szczególnie do składania wniosków na te najmniejsze granty, w wysokości 4 oraz 7,5 tys. zł. Ich jest najwięcej, a szanse na zdobycie takiego grantu są dużo większe – mówi Magdalena Przygońska-Kęska.

Chcemy też zwrócić uwagę, że szansę na otrzymanie wsparcia mają również pomysły osób indywidualnych. Jedyne, co muszą zrobić, to zainteresować jakąś organizację swoim pomysłem. Takie przypadki były już w pierwszej edycji i do tego zachęcamy – dodaje Katarzyna Różycka.

Aby zgłosić projekt, który będzie służył lokalnej społeczności i ubiegać się o grant na jego realizację, należy wejść na stronę orlendarserca.pl, gdzie znajduje się regulamin programu, przykładowy wniosek i odpowiedzi na najczęściej zadawane pytania. Organizatorzy uruchomili też specjalny numer infolinii (+48 665 560 237), pod którym można uzyskać wszystkie informacje dotyczące programu.

– Program  „Moje miejsce na Ziemi” dostrzega potrzeby tych najmniejszych miejscowości. Dla wielu organizacji to szansa, żeby po raz pierwszy starać się o tego typu wsparcie finansowe, nauczyć się składać tego typu wnioski. Zasady wnioskowania i rozliczenia są na tyle proste, że każdy może spróbować swoich sił – mówi prezes Fundacji Orlen – Dar Serca.

Ministerstwo sportu chce inwestować w aktywność fizyczną Polaków. Jej brak przekłada się na realne straty dla gospodarki

0

Ministerstwo sportu chce inwestować w aktywność fizyczną Polaków. Jej brak przekłada się na realne straty dla gospodarki 2

Spada aktywność fizyczna Polaków. Regularnie sport uprawia co czwarta osoba, ponad połowa w ogóle nie ćwiczy. Brak aktywności fizycznej generuje blisko 7 mld zł strat rocznie – wynika z danych przytaczanych przez Polski Instytut Ekonomiczny. Są to głównie koszty opieki zdrowotnej i absencji pracowniczych. Ministerstwo sportu chce zachęcać Polaków do sportu przez różnego rodzaju programu. Konieczne jest także wsparcie władz lokalnych i szersza promocja sportu wśród społeczeństwa.

– Wartość całego polskiego rynku sportu szacuje się na ok. 10 mld zł, a udział w PKB na ok. 2 proc. Miejmy nadzieję, że będzie on coraz większy, ponieważ sport jest istotny społecznie. Wpływa pozytywnie na nasze zdrowie i poczucie wspólnotowości – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Rafał z Ministerstwa Sportu i Turystyki.

Raport „Polski rynek sportu” Polskiego Instytutu Ekonomicznego wylicza, że rodzima branża sportowa generuje ok. 9,6 mld zł rocznie. Taka kwota umożliwiłaby sfinansowanie każdemu mieszkańcowi Polski dwóch biletów na mecze eliminacyjne Mistrzostw Europy. Ta kwota mogłaby być znacznie większa, gdyby nie mała aktywność fizyczna Polaków. 28 proc. przyznaje, że regularnie uprawia sport, a ponad połowa (56 proc.) nie uprawia go w ogóle.

– Straty, które wynikają z nieuprawiania sportu, szacuje się na około 7 mld zł, z czego 85 proc. to są koszty absencji – zaznacza Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Wraz z wiekiem spada aktywność fizyczna Polaków. Polscy emeryci uprawiają sport dwukrotnie rzadziej, niż wynosi średnia w Unii. Biorąc pod uwagę to, że społeczeństwo będzie się starzeć, możemy się spodziewać jeszcze wyższych niż te obecne około 7 mld zł strat gospodarczych.

Gdyby co druga osoba, która nie jest aktywna fizycznie, zaczęła regularnie uprawiać sport, przełożyłoby się to na co najmniej 11 tys. zawałów mniej, 2,2 tys. mniej zachorowań na nowotwór jelita grubego czy 1,5 tys. mniej przypadków raka piersi. Koszty opieki zdrowotnej spadłyby w skali roku o 440 mln zł, a koszt absencji pracowniczych – o 3 mld zł.

 Jesteśmy coraz aktywniejsi, ale wiele nam brakuje do europejskiej czołówki. Zajmujemy 7. miejsce w UE, ale od końca. W związku z tym należy podejmować wszelkie działania, żeby ten poziom rósł – zauważa Mateusz Rafał. – Ministerstwo Sportu i Turystyki stale stara się to robić, w szczególności przez rozwój infrastruktury sportowej, upowszechnianie sportu wśród dzieci i młodzieży. Wprowadzamy wiele nowych programów, np. rządowy program „SKAUT”, który będzie wychwytywał najmłodsze talenty wśród najmłodszych.

Ta inicjatywa zakłada organizację systemu ogólnopolskiej sieci skautów – trenerów, instruktorów, nauczycieli wychowania fizycznego – wyszukujących uzdolnione dzieci i młodzież poprzez m.in. przeprowadzanie badań poziomu sprawności fizycznej. Docelowo program ma objąć rocznie 1,5 mln uczniów klas IV–VIII ze wszystkich szkół podstawowych w Polsce.

Polacy, choć są zadowoleni z dostępności infrastruktury i oferty klubów, oceniają, że władze lokalne nie robią dostatecznie wiele, by zapewnić możliwość bycia aktywnym.

 Rozwój sportu w kolejnych latach w bardzo dużej mierze jest uzależniony od polityk krajowych. Nasze samorządy powiatowe wydają rocznie około 90 mld zł, w budżetach województw to jest średnio ok. 125 mln zł w skali roku – oblicza Krzysztof Kutwa.

W 2017 roku wydatki budżetowe na sport i rekreację wyniosły blisko 7,6 mld euro, co odpowiada 0,4 proc. PKB Polski. W porównaniu z pozostałymi krajami UE-28 jesteśmy relatywnie wysoko – na 8. pozycji, zarówno pod względem wartości nominalnej, jak i ekwiwalentu PKB. Wydajemy m.in więcej niż Belgowie, Finowie czy Duńczycy, ale mniej niż Francuzi, Niemcy czy Włosi.

– Branża sportu na pewno nie jest tą branżą, która generuje największe efekty w naszej rodzimej gospodarce. Przy czym biorąc pod uwagę dynamiczny rozwój e-sportu i technologii blockchain, który można zastosować w różnego rodzaju zakładach sportowych, to wydaje się, że ten wpływ może być coraz większy – ocenia analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Rosnący wpływ nowych technologii na branżę sportową wymaga zmian w sposobie kształcenia i nowe zachęty finansowania klubów sportowych. To zaś może się przełożyć na przyszłe sukcesy turniejowe reprezentacji. Kraje bogatsze, wydatkując więcej na zawodników, zwiększają swoje szanse na zwycięstwo.

 Sukcesy sportowe przekładają się na gospodarkę. Możemy to zaobserwować chociażby na przykładzie Hiszpanii. Jej wygrana na Mundialu w 2010 roku wpłynęła na wzrost gospodarczy – zauważa Mateusz Rafał.

Blisko dekadę temu korzyść dla gospodarki zwycięzcy mundialu szacowano na 0,25–0,5 proc. PKB. Z kolei zwycięstwo Francji w ubiegłorocznym mundialu organizowanym w Rosji wpłynęło na wzrost PKB o 1,9 proc.

Mercedes z rekordową sprzedażą kultowego modelu. Z salonów zniknęła cała dostępna w tym roku na rynek polski pula Klasy G

Mercedes z rekordową sprzedażą kultowego modelu. Z salonów zniknęła cała dostępna w tym roku na rynek polski pula Klasy G 3

Mercedes Klasy G jest już kultowym samochodem, a popyt na niego nie maleje. W 2017 roku sprzedano w Polsce 130 samochodów, rok później – 350, a w tym roku jest to już 400 sztuk, czyli cała dostępna pula na rynek polski. Z okazji 40. urodzin Gelendy do sprzedaży trafiają trzy specjalne edycje „Stronger Than Time” – Mercedes-Benz G 400 d, Mercedes-Benz G 500 oraz Mercedes-AMG G 63. Klienci mogą wybierać spośród miliona opcji. Miłośnicy klasy G w Polsce spotkali się w dniach 15-18 sierpnia w Srebrnej Górze na Dolnym Śląsku.

– W 2018 roku sprzedaliśmy 350 sztuk Klasy G w Polsce. W tym roku sprzedaliśmy już wszystkie samochody, jakie są w ogóle dostępne na rynek polski, na chwilę obecną jest to 400 sztuk. Czas oczekiwania na nowy samochód wynosi ponad rok czasu, więc nie narzekamy na brak zainteresowania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Gos z Mercedes-Benz Polska.

Produkcja Mercedesa Klasy G ruszyła w austriackim Grazu 40 lat temu. Samochód szybko stał się ikoną off-roadu. Od 20 lat pojazd funkcjonuje również jako model AMG, z dodatkowym ładunkiem osiągów. To najdłużej produkowana seria modelowa w historii osobowych Mercedesów. O jej fenomenie może świadczyć to, że 80 proc. wyprodukowanych egzemplarzy nadal jest eksploatowane.

– Fenomenem Klasy G jest jej niepowtarzalna bryła, lecz także kultowa historia, możliwości terenowe. To kawał porządnej niemieckiej stali i komfort w jeździe w terenie. Dla mnie jako dla użytkownika jest to nieocenione – przekonuje Rafał Śnieżek, organizator zlotu polskich miłośników Mercedesa Klasy G.

– Nikt nie musi już udowadniać ideału tego samochodu. Rzesza klientów, którzy nie bez kozery wybierali ten samochód przez tyle lat i nadal go wybierają, świadczy o tym, że jest to ikona off-road – dodaje Grzegorz Gos. – Auto jest gotowe po wyjeździe z fabryki do tego, żeby pokonywać ciężkie, trudne przeszkody terenowe oraz ułatwia podróżowanie w trudnych, ekstremalnych warunkach. Moja największa trasa to przejechanie całej Rosji do Alaski samochodem, wyjeżdżając z Warszawy, dojeżdżając do Morza Ochockiego i z powrotem. Z dziećmi i bliskimi zwiedziłem już praktycznie cały świat.

Z okazji okrągłych urodzin Klasy G do sprzedaży trafią trzy specjalne edycje „Stronger Than Time” – Mercedes-Benz G 400 d, Mercedes-Benz G 500 oraz Mercedes-AMG G 63. Pierwszy z nich to najmocniejszy wariant 6-cylindrowego silnika wysokoprężnego OM 656. Wariant z wzmocnionym dieslem (330 KM) dostępny jest tylko w ramach tej specjalnej edycji. Jak podkreślają eksperci, w kolejnych generacjach Klasy G zmieniają się tylko szczegóły.

 W tym samochodzie główną zaletą jest mechanika, rozwiązania techniczne, które w zasadzie od 40 lat się nie zmieniają. Są na tyle uniwersalne i na tyle przemyślane technologicznie, że do dziś są praktycznie niezmiennie wykorzystywane – mówi Rafał Śnieżek.

Nowy program indywidualizacji G manufaktur sprawia, że teoretycznie pojazdy mogłyby być produkowane przez kilka dziesięcioleci, a żaden z nich nie byłby taki sam. Łącznie dla aut seryjnych i G manufaktur dostępnych jest ok. miliona opcji.

– Od strony wizualnej nadal konstrukcja jest bardzo podobna. W środku ten samochód zmienił się nie do poznania, więc w kontekście kolorystyki i wyposażenia jest zupełnie innym autem – mówi Grzegorz Gos.

Przykładowo, w przypadku siedzeń dostępne są 64 różne kombinacje tapicerki i typów foteli, przy projektowaniu nadwozia można wybierać spośród 34 lakierów. Przy wyborze kolorów skóry na kierownicy, tablicy rozdzielczej i siedzeniach, czy odcieni przeszyć i pasów bezpieczeństwa, oferta jest niemal nieograniczona.

 Dobrego konia się nie zmienia. Samochód oczywiście ewoluuje, żeby dopasowywał się do XXI wieku, ale tak, aby klienci mogli z tego samochodu korzystać na co dzień, a auto zachowało aspekty stricte off-roadowe – zaznacza Grzegorz Gos.

Z okazji okrągłych urodzin 15-18 sierpnia polscy miłośnicy Klasy G spotkali się na terenie Dolnego Śląska w Srebrnej Górze. Na zlot, według szacunków organizatorów, przyjechało ok. 50–70 samochodów, zarówno klasycznej Gelendy, jak i najnowszej generacji modelu.

– Klasa G ma bardzo dużą rzeszę fanów, pomijając samych użytkowników. Obecnie mamy około 5–6 tys. cywilnych użytkowników G Klasy w Polsce. Spotykamy się na zlotach od około 15 lat, mniej więcej co roku – wylicza Rafał Śnieżek. – G Klasa łączy ludzi. Na zlot przyjechali użytkownicy i fani z całej Polski: Ełku, Koszalina, Gdańska, Krakowa, Rzeszowa, Łodzi, Poznania, Warszawy, a także z Austrii, Niemiec, Słowacji. Ten samochód łączy ludzi z różnych środowisk, o różnych przekonaniach, pasjach i sposobach na życie.

Jak przekonuje organizator zlotów, samochód jest kultowy, łączy ludzi, a przy tym spełnia najbardziej rygorystyczne wymagania.

 Jeżeli ktoś zaczął przygodę z Klasą G to prędzej czy później do niej wróci, nawet jeśli z nią na chwilę wziął rozwód. Ma ona w sobie to coś, co nie pozwala przejść obojętnie, zostawić tego samochodu. Każdy użytkownik przekonuje się do możliwości terenowych auta – podkreśla Śnieżek.

Polacy rzadko konsultują się z prawnikami. Ponad 80 proc. korzysta z ich pomocy dopiero, gdy sprawa trafia do sądu

Polacy rzadko konsultują się z prawnikami. Ponad 80 proc. korzysta z ich pomocy dopiero, gdy sprawa trafia do sądu 4

Dla zdecydowanej większości Polaków adwokat to ostatnia deska ratunku. Blisko 90 proc. na co dzień nie widzi potrzeby, by korzystać z ich pomocy, a 81 proc. konsultuje się z nimi dopiero, gdy dostają pozew sądowy. Tymczasem pomoc prawna może się przydać niemal w każdej sytuacji. Adwokat potrafi przewidzieć długoterminowe konsekwencje podejmowanych decyzji – podkreśla Anisa Gnacikowska, zastępca sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej.

 Polacy najczęściej korzystają z pomocy prawnej adwokata lub innego prawnika w sytuacjach, w których już muszą, w których jest już problem prawny i muszą go rozwiązać. Zwykle adwokat kojarzy im się z salą sądową – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes adwokat Anisa Gnacikowska, zastępczyni sekretarza Naczelnej Rady Adwokackiej.

Z badań przeprowadzonych przez Kantar Public na zlecenie Naczelnej Rady Adwokackiej wynika, że 87 proc. Polaków nie widzi potrzeby konsultowania swoich decyzji z adwokatem. 81 proc. osób robi to wówczas, gdy np. otrzymuje pozew sądowy. Ubiegłoroczne badanie SW Research „Problemy prawne Polaków” na zlecenie D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej wskazuje, że w ciągu ostatnich kilku lat nieco ponad 20 proc. osób miało problem natury prawnej.

 Pomoc prawna może się przydać właściwie w każdej sytuacji, w której mamy podjąć ważną decyzję dla naszego życia. Po takiej konsultacji wiemy o wszystkich okolicznościach, które są istotne. Prawnik może nam wskazać nie tylko nasze obowiązki i przysługujące nam prawa, lecz także pewne długoterminowe konsekwencje podejmowanych dzisiaj decyzji – tłumaczy Anisa Gnacikowska.

Z adwokatem można skonsultować takie kwestie, jak podpisanie pierwszej umowy z pracodawcą, wynajem czy kupno mieszkania, umowa pożyczki czy kredytu. W rzeczywistości robi tak niewiele osób, tymczasem można w ten sposób znacznie ułatwić sobie życie.

Nie wystarczy tylko poszukać na stronach internetowych informacji o danej umowie, dlatego że czasem drobny szczegół, który wydaje się nieistotny, może rodzić określone konsekwencje prawne i zmieniać diametralnie sytuację prawną u poszukującego pomocy – mówi Anisa Gnacikowska.

Badanie D.A.S. wskazuje, że najczęstszym problemem, z jakim borykają się Polacy, są te związane z urzędami lub instytucjami. Często wskazywaną kategorią były kwestie związane z samochodem lub transportem oraz sprawy dotyczące pracy i zatrudnienia.

– Kiedy np. rozpada się związek małżeński, strony są zaskoczone, że choć tylko jedno z nich pracowało, muszą się podzielić majątkiem po połowie. Gdyby przed zawarciem małżeństwa zgłosili się do prawnika, mogliby uzyskać informację o tym, jak można modyfikować majątkowy ustrój małżeński – wskazuje zastępczyni sekretarza NRA. – W mojej 15-letniej praktyce miałam trzech klientów, którzy to skonsultowali przed ślubem, z czego dwóch było cudzoziemcami.

Jednemu na pięciu Polaków w ciągu ostatnich 5 lat zdarzyła się sytuacja, w której zrezygnowali z dochodzenia swoich roszczeń, choć mogli to zrobić. Tu także przydatna jest pomoc prawnika. Wiele osób wskazuje jednak, że przed skorzystaniem z tego typu usług powstrzymują ich koszty, brak zaufania do efektu współpracy i konieczność samodzielnego szukania i weryfikowania jakości usług prawnych.

– Zasięgnięcie pomocy prawnej przed podjęciem decyzji pozwala ograniczyć ryzyko związane z błędną decyzją i stres wywołany komplikacjami, a często także pieniądze. Im wcześniej zjawimy się u adwokata, tym więcej możemy zaoszczędzić na kosztach ewentualnego postępowania sądowego, egzekucji komorniczej, a w sytuacjach ekstremalnych możemy uratować majątek – przekonuje ekspertka.

Zwiększenie świadomości prawnej Polaków oraz zachęcenie ich do korzystania z porad adwokatów to cel kampanii „Adwokat w każdym przypadku” organizowanej przez Naczelną Radę Adwokacką.

– W czasie kampanii chcemy pokazać Polakom, że ważnym jest, aby podejmowali ważne decyzje, mając pełną informację dotyczącą ich praw i obowiązków. Wtedy ta decyzja jest słuszna i mogą dzięki temu uniknąć ewentualnych problemów – podsumowuje Anisa Gnacikowska.

Praca tylko dla cierpliwych mediatorów. Zawód organizatora ślubnego zyskuje na popularności

0

Praca tylko dla cierpliwych mediatorów. Zawód organizatora ślubnego zyskuje na popularności 5

Dobry wedding planner musi być mediatorem i jednocześnie w pewnym stopniu psychologiem, który będzie godzić skłóconych przyszłych małżonków oraz mieć dużą cierpliwość i umiejętności organizacyjno-logistyczne. Eksperci zauważają, że musi także być przygotowany na pracę przez cały rok, 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu. Młode pary, które chcą uniknąć niepotrzebnych nerwów, rozczarowań oraz zbędnych kosztów powinny zaufać rekomendowanemu konsultantowi ślubnemu, bowiem jego doświadczenie, fachowość i znajomość branży są gwarancją udanego wesela.

Przygotowania do ślubu najczęściej bywają długie, bardzo stresujące, a co więcej – mogą wiązać się z wieloma konfliktami i różnicami zdań pomiędzy przyszłymi małżonkami lub ich rodzicami. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze zderzenie marzeń z bolesną finansową rzeczywistością. Kompromis natomiast jest możliwy do osiągnięcia w dużej mierze dzięki wedding plannerowi.

Zawód konsultanta ślubnego czy wedding plannera rozwija się w Polsce bardzo prężnie. Równolegle z dynamicznym rozwojem branży ślubnej z roku na rok zauważamy napływ nowych firm, nowych wedding plannerów, którzy wprowadzają nową jakość i świeże podejście do ślubów. Na pewno jest to korzystne dla całej branży, że każdego roku mamy nowe firmy i możemy się nawzajem inspirować – mówi agencji informacyjnej Newseria Ewa Wardęga-Sawicka, rzecznik prasowy Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych.

Osobom, które chcą zostać wedding plannerami, Polskie Stowarzyszenie Konsultantów Ślubnych zaleca ukończenie specjalnych szkoleń. Dzięki takim warsztatom i fachowym poradom ekspertów można zdobyć potężną dawkę niezbędnej wiedzy i umiejętności, a przez to solidnie przygotować się do wykonywania zawodu organizatora ślubów i wesel.

Lista cech, które powinien posiadać dobry konsultant ślubny, jest bardzo długa. Przede wszystkim są to umiejętności logistyczne i organizacyjne, czyli umiejętność spięcia kilkudziesięciu albo nawet kilkuset drobnych elementów w jeden, który będzie tworzył idealną całość. Dobry wedding planner powinien cechować się dużym spokojem, cierpliwością, choć czasami nie jest to łatwe. Powinien też umieć, a przynajmniej próbować, rozwiązywać sytuacje konfliktowe, które zdarzają się bardzo często – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Jak podkreśla, nie chodzi tutaj o sytuacje konfliktowe pomiędzy parą młodą a usługodawcami, bo te są raczej rzadkością.

Myślę tutaj o konfliktach na linii panna młoda – pan młody czy też para młoda – rodzice. Wbrew pozorom te „konflikty” i różne punkty widzenia wychodzą na wierzch w momencie, kiedy para zaczyna organizować swój ślub. To, co wcześniej wydawało się oczywiste dla obu stron, okazuje się, że takie oczywiste nie jest i trzeba pogodzić interesy kilku podmiotów. Dlatego te zdolności negocjacyjne i mediatorskie bardzo się przydają – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Praca wedding plannera jest pracą 24/h, przez 7 dni w tygodniu, bowiem dla klientów trzeba być dostępnym non stop.

Urlopy w branży ślubnej są wtedy, kiedy wszyscy inni pracują, czyli jest to późna jesień, zima i wczesna wiosna. Wtedy, kiedy cała Polska ma wakacje i urlopy, my jesteśmy w szczycie sezonu i bardzo ciężko pracujemy – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Aby znaleźć dobrego konsultanta ślubnego, warto zdać się na doświadczone firmy. Można w tym celu skorzystać ze strony Polskiego Stowarzyszenia Konsultantów Ślubnych, która skupia najlepsze firmy weddingowe z całego kraju. Po dokonaniu pierwszej selekcji należy osobiście spotkać się z wybranymi firmami, przedstawić swoje oczekiwania i znaleźć wspólny punkt widzenia.

– Między parą młodą a wedding plannerem musi być dobra relacja i nić porozumienia, ponieważ niejednokrotnie praca trwa rok czy 1,5. Niemożliwe jest więc, abyśmy się nie lubili. To jest klucz do sukcesu. Musimy się lubić, musimy sobie ufać i musimy mieć pewność, że nadajemy na tych samych falach, podobają nam się te same rzeczy, a konsultant ślubny rozumie w locie, o co nam chodzi – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

Wedding plannerzy, którzy dopiero zaczynają karierę w branży muszą uzbroić się w cierpliwość, bo klientów nie zdobywa się z dnia na dzień. Kluczową rolę odgrywa tutaj przede wszystkim osobowość, fachowe podejściem do tematu, pasja i zaangażowanie, lecz także doświadczenie.

– Najlepsze agencje ślubne, które są na rynku od lat, proponujące najwyższą jakość usług, pobierają wynagrodzenie w wysokości od 9,5 do 15–16 tys. zł. Oczywiście jest to zależne od regionów. Przestrzegam pary młode, aby nie nabierały się na niską cenę, ponieważ najczęściej wiąże się to z brakiem doświadczenia – mówi Ewa Wardęga-Sawicka.

W Polsce powstaje symulator uczenia autonomicznych samochodów. Sztuczna inteligencja wyszkoli pojazdy, jak mają się zachować na drodze

W Polsce powstaje symulator uczenia autonomicznych samochodów. Sztuczna inteligencja wyszkoli pojazdy, jak mają się zachować na drodze 6

Wysoki poziom bezpieczeństwa, jaki zapewniają inteligentne auta, nie jest wyłącznie zasługą programistów odpowiedzialnych za stworzenie systemów rozpoznawania i analizy obrazu. Równie istotną rolę w procesie tworzenia oprogramowania dla pojazdów tego typu pełnią algorytmy uczenia maszynowego. Naukowcy tworzą specjalne programy, za pośrednictwem których uczą samochody poruszania się, zanim w ogóle wyjadą na drogi. Jeden z symulatorów do uczenia autonomicznych samochodów powstaje w Polsce.

– Robimy symulator jazdy do nauki dla samochodów autonomicznych, w którym nie uczymy człowieka jeździć samochodem – uczymy autonomiczne samochody. Szkolenie samochodów autonomicznych jest kosztowne, trwa bardzo długo i przede wszystkim może być niebezpieczne dla innych uczestników ruchu drogowego. Dlatego nasz pomysł jest taki, żeby część tego procesu przenieść do świata wirtualnego. To znaczy jest to taki program, wewnątrz którego inny program uczy się po prostu jazdy samochodem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Rzepka, prezes zarządu Intelicar.

Jednym z największych graczy na rynku sztucznej inteligencji jest Google. Korporacja przez lata zdobywała doświadczenie w dziedzinie uczenia maszynowego, doskonaląc swoje algorytmy wyszukujące, a teraz za pośrednictwem spółki-córki DeepMind chce wejść na rynek motoryzacyjny. Inżynierowie DeepMind zaangażowali się w prace nad oprogramowaniem, które usprawni funkcjonowanie autonomicznych pojazdów od Waymo. Zespoły programistów z obu firm opracowały nowe narzędzia szkoleniowe wykorzystujące algorytmy uczenia maszynowego. Oprogramowanie uruchamiane jest na kilku symulatorach, a następnie każda wersja przechodzi niezależny proces szkolenia oraz testów. Kiedy te zakończą się, wdraża się najlepsze poprawki i ujednolica oprogramowanie. Następnie cały proces powtarza się wielokrotnie, aby otrzymać algorytm popełniający statystycznie najmniej błędów.

– Standardowo samochód autonomiczny pobiera informacje o świecie za pomocą sensora, w komputerze pokładowym generuje decyzję i aplikuje ją w systemie sterowania. Podmieniamy zewnętrzny świat, sensory i sterowanie na ich wirtualne odpowiedniki. W ten sposób oprogramowanie jest dokładnie takie samo, jak w samochodzie, a potem może być wgrane do docelowego samochodu. Nauka nie ma ograniczeń czasowych. Samochód musi się dostosowywać do nowych przepisów, nowego kraju, nowych zwyczajów kierowców. Kiedy zdarza się jakiś wypadek, którego nikt wcześniej nie przewidział, trzeba po raz kolejny przetrenować to samo zdarzenie w tysiącach wariantów – tłumaczy ekspert.

Z nieco innej strony do procesu szkolenia podeszli naukowcy z MIT Media Lab. Badacze od kilku lat prowadzą masowy internetowy eksperyment Moral Machine. W tym teście jednokrotnego wyboru każdy chętny może partycypować w procesie doskonalenia samochodowej sztucznej inteligencji. W ramach Moral Machine uczestnikom prezentuje się kilka problemów moralnych, z którymi mogą się w przyszłości zmagać systemy autonomiczne. Badacze mają za zadanie wskazać, których uczestników ruchu drogowego powinno uśmiercić inteligentne auto, gdyby tuż przed przejściem dla pieszych doszło do awarii hamulców. Projekt ma na celu stworzenie cyfrowego odpowiednika ludzkiej moralności dla pojazdów autonomicznych.

Inżynierowie z Intelicar postanowili z kolei usprawnić sam proces tworzenia narzędzi do nauczania sztucznej inteligencji. Firma opracowała algorytm częściowo automatyzujący tworzenie systemów uczenia maszynowego na potrzeby rynku motoryzacyjnego. Dzięki niemu firma może dostarczać symulatory wyspecjalizowane do pracy w ściśle określonych warunkach.

– Mamy technologię, dzięki której możemy bardzo szybko odwzorowywać realne miasta w wirtualnym świecie na podstawie danych geograficznych, zapełniać je ruchem drogowym. Dzięki temu klient nie musi ręcznie, żmudnie przygotowywać scenariuszy tych symulacji i to prowadzi do jeszcze większego przyspieszenia procesu – zauważa Adam Rzepka.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku uczenia maszynowego w 2016 roku przekroczyła miliard dolarów. Przewiduje się, że do 2022 roku wzrośnie ona do 8,8 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 44 proc.

Dane osobowe to waluta w internecie. Na sprzedaży informacji o nas samych możemy zarobić 700 zł miesięcznie

Dane osobowe to waluta w internecie. Na sprzedaży informacji o nas samych możemy zarobić 700 zł miesięcznie 7

Dane są bardzo cenną walutą w internecie. Jak cenną – pokazały ostatnie lata. Facebook i Cambridge Analytica nie są jedynymi firmami, które naruszyły zaufanie konsumentów. Witryna Emma’s Diary dla młodych rodziców dane osobowe sprzedawała Partii Pracy. Firmy na sprzedaży danych zarabiają krocie, tymczasem my – jako źródło danych – nie dostajemy ani grosza. Tymczasem za podstawowe dane – imię, nazwisko i numer telefonu możemy zarobić nawet 120 zł. Dzięki polskiej aplikacji można nie tylko sprawdzić, jakie firmy posiadają nasze dane, lecz także na sprzedaży informacji na nasz temat także zarobić, nawet 700 zł miesięcznie.

– Dane już od dawna są walutą w internecie. Giganci tacy jak Facebook czy Google bazują tylko na tych informacjach, które my im sami dostarczamy za darmo i nie dostajemy ani grosza. Z jednej strony to dobrze, bo mamy usługi prezentowane i dopasowane przez te spółki, ale z drugiej strony oddajemy swoją prywatność całkowicie za darmo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Pilch, prezes start-upu BSafer.

W 2009 roku ówczesna europejska komisarz Meglena Kuneva stwierdziła, że dane osobowe to nowa ropa. Dziś już wiadomo, że nie było w tym żadnej przesady. Cambridge Analytica miała zapłacić od 75 centów do 5 dol. za dane osobowe na nasz temat. Facebook i Cambridge Analytica nie są jedynymi firmami, które naruszyły zaufanie konsumentów. Kilka lat temu głośno było o witrynie Emma’s Diary przeznaczonej dla młodych rodziców. Gdy użytkownicy zarejestrowali się, wyrazili również zgodę na wykorzystanie ich danych do przekazywania opinii reklamowych. Dane zostały w rzeczywistości sprzedane Partii Pracy, która wykorzystała je do profilowania mam przed wyborami w 2017 roku. Witryna została ukarana grzywną w wysokości 140 tys. funtów za sprzedaż danych osobowych ponad miliona osób.

Na rynku pojawiają się jednak aplikacje, które pozwalają samemu zdecydować, komu chcemy sprzedać dane na nasz temat, a przy okazji przy tym zarobić.

– Na naszych danych osobowych możemy zarobić naprawdę dużo pieniędzy. Dla firm medycznych nasze dane są warte około 120 zł wyłącznie za imię, nazwisko i numer telefonu. Oczywiście, im więcej mamy informacji na temat tego konsumenta, tym drożej te dane możemy sprzedać – wskazuje Michał Pilch. – Ubezpieczalnie płacą do 40 zł za zwykły kontakt, tylko po to, żeby zadzwonić do konsumenta. W naszym programie dajemy do 60 proc. stawki rynkowej – dodaje.

Już w 2000 roku, cztery lata przed uruchomieniem Facebooka i siedem lat przed pierwszym iPhone’em, Brytyjczyk Chris Downs sprzedał wszystkie swoje dane osobowe w serwisie eBay za 150 funtów brytyjskich. W 2014 roku holenderski uczeń Shawn Buckles powtórzył to za 350 euro. Opracowana przez Polaków aplikacja pozwala na świadomą sprzedaż swoich danych osobowych – sami decydujemy komu i co chcemy przekazać.

– Obliczyliśmy, że zarobić na danych można ok. 700 zł miesięcznie. Nasz system ma parę marginesów zabezpieczających. Nie możemy się zapisać na tysiące ofert od razu, tylko miesięcznie możemy sobie wybrać około 10 ofert. Staramy się nie tylko dostarczać informacje na temat ofert handlowych samych w sobie, lecz także dać możliwość brania udziału w badaniach rynkowych i badaniach danego produktu – wskazuje prezes BSafer.

W części krajów Europy można skorzystać z portalu, który umożliwia sprzedaż danych za kryptowaluty. Polska aplikacja nie tylko jednak pozwala na sprzedaż danych, ale w ciągu 30 dni jest w stanie wygenerować raport, w którym wskazuje, jakie firmy są w posiadaniu informacji na nasz temat.

– Konsument może podjąć decyzję, czy nadal zezwala tym spółkom na przechowywanie i przetwarzanie, albo usuwa te zgody. Jeżeli wówczas firma ponownie zadzwoni już bez zgody, to automatycznie zgłaszamy przypadek do Urzędu Ochrony Danych Osobowych i staramy się o zadośćuczynienie od administratora – tłumaczy Michał Pilch.

Według firmy analitycznej OnAudience globalny rynek danych w 2019 r. osiągnie wartość 26 mld dol.

Droga do ograniczenia marntrawienia żywności

Podpisana właśnie ustawa o przeciwdziałaniu marnotrawienia żywności regulująca kwestie wyrzucania w Polsce ok. 9 mln ton żywności rocznie, pozwoli na uratownie ok. 100 tys. ton żywności w dużych skelpach. Jednak marnowanie żywności to również problem społeczny – głód, ubóstwo oraz środowiskowy – zwłaszcza w kontekście pogłębiających się zmian klimatu – sama hodowla zwierząt odpowiada za ok. 18% antropogenicznych emisji gazów cieplarnianych, a produkcja żywności to również olbrzymia ilość zużywanej wody.

Najnowszy raport specjalny IPCC porusza kwestie pustynnienia, degradacji gleb, zrównoważonego gospodarowania gruntami, bezpieczeństwa żywnościowego i przepływu gazów cieplarnianych w ekosystemach lądowych. Pokazuje potrzebę większej dbałości o gleby, ale też mocno podkreśla wpływ zmian klimatycznych na jakość i dostępność żywności.

Dobrą wiadomością płynącą z raportu jest to, że wysiłki mające na celu ograniczenie zmian klimatu mogą jednocześnie poprawiać stan gleb i dostęp do żywności, przyczyniając się do likwidacji problemu głodu na świecie. Zmiana klimatu już teraz bowiem wpływa m.in. na ogólną dostępność pożywienia, dostęp do żywności dla poszczególnych osób (ceny i fizyczną dostępność pożywienia, możliwość jego zakupu), wykorzystanie (wartość odżywczą produktów, sposoby ich użycia) oraz na stabilność zaopatrzenia w żywność.

Jak mówi Priyadarshi Shukla, współprzewodniczący grupy roboczej IPCC, zajmującej się ograniczaniem zmian klimatu: W przyszłości zmiana klimatu będzie w coraz większym stopniu odbijać się negatywnie na bezpieczeństwie żywnościowym, poprzez spadek plonów (głównie w tropikach), wzrost cen, zmniejszoną jakość odżywczą produktów i przerwy w łańcuchu dostaw.

Dzisiaj, podczas gdy jedna trzecia żywności produkowanej do spożycia przez ludzi jest albo tracona, albo marnotrawiona, co dziewiąta osoba codziennie kładzie się spać głodna. Marnotrawienie żywności ma również duży wpływ na środowisko: żywność, która jest pozyskiwana, ale ostatecznie zmarnowana, zużywa około jednej czwartej całej wody wykorzystywanej przez rolnictwo i odpowiada za około osiem procent globalnej emisji gazów cieplarnianych. Ograniczenie strat żywności jednocześnie zmniejszyłoby emisje gazów cieplarnianych i poprawiło bezpieczeństwo żywnościowe.

Marnotrawienie żywności to pojęcie odnoszące się do zachowań konsumenckich – to wyrzucanie zepsutej żywności lub po prostu skutek zbyt dużych zakupów. Strata żywności to nieefektywny łańcuch dostaw, spowodowany głównie słabą lub przerywaną infrastrukturą łańcucha chłodniczego, brakiem technologii, niewystarczającymi umiejętnościami, wiedzą i możliwościami zarządzania podmiotami łańcucha dostaw oraz brakiem dostępu do rynków. Niezależnie od tego, z jakiego powodu dochodzi do strat żywności i marnotrawstwa, w świecie, w którym co dziewiąta osoba jest niedożywiona, fakt, że ponad miliard ton żywności nigdy nie jest spożywany, jest nie do przyjęcia zarówno z punktu widzenia społecznego, jak i etyki.

Istnieje ogromny potencjał poprawy łańcuchów dostaw żywności na wszystkich etapach produkcji, dystrybucji i przechowywania. Droga do globalnego bezpieczeństwa żywnościowego i zminimalizowania marnotrawienia żywności jest możliwa dzięki wykorzystaniu już dostępnych energooszczędnych rozwiązań i ulepszeniu ich o nowe technologie.

Pierwszym krokiem w kierunku zmniejszenia marnotrastwa żywności jest optymalizacja wydajności rolnictwa. Sprzęt rolniczy powinien być odpowiednio wyposażony, aby zoptymalizować zbiory w gospodarstwach. Rolnictwo precyzyjne łączy czujniki, roboty, GPS, narzędzia do mapowania i oprogramowanie do analizy danych. Rolnicy otrzymują informacje zwrotne w czasie rzeczywistym, a następnie dostarczają wodę, pestycydy lub nawozy w skalibrowanych dawkach tylko do obszarów, które ich potrzebują. Technologia ta może również pomóc rolnikom w podjęciu decyzji, kiedy sadzić i zbierać plony.

Kolejnym krokiem jest dbałość o bezpieczeństwo żywności w drodze do konsumenta. Od pola do stołu – utrzymanie ciągłości bezpieczeństwa żywności, świeżość i higiena muszą być zapewnione za pomocą niezawodnych oraz efektywnych i energooszczędnych systemów łańcucha chłodniczego. Od przetworów mlecznych i produktów rybołówstwa po warzywa i owoce, wyroby piekarnicze łańcuchy chłodnicze i przechowywanie są niezbędne dla wydajnej dystrybucji żywności i minimalizacji strat żywności. Skuteczny łańcuch chłodniczy wymaga również cyfrowego systemu śledzenia i identyfikowalności, który umożliwia operatorom łańcucha chłodniczego monitorowanie temperatury produktów przez cały czas. Śledzenie temperatury produktów w czasie rzeczywistym zapewnia utrzymanie właściwej temperatury i wilgotności produktów, optymalizując bezpieczeństwo żywności.

Jakie strony internetowe zamawiają przedsiębiorcy, co jest dla nich ważne?

Firmy coraz częściej zlecają specjalistom kompleksowe wykonanie dedykowanej strony internetowej. Powinna ona pozwalać właścicielowi na edytowanie treści i posiadać formularz kontaktowy. Widoczna jest też świadomość wzrostu ruchu mobilnego w internecie – 57% poszukujących wykonawcy strony www interesuje się wersją na urządzenia mobilne  – wynika z analizy serwisu Oferteo.pl.

Całkiem nowe strony

Rodzaj usługiJak wynika z badań przeprowadzonych przez Oferteo.pl, największy polski serwis łączący poszukujących usług z ich dostawcami, w ciągu ostatniego roku klienci zlecali wykonawcom przede wszystkim stworzenie od podstaw nowej strony internetowej. Taki charakter miało aż 77% wszystkich zleceń. Jedynie 17% dotyczyło przebudowy istniejącej już witryny. Jest to bardzo wyraźna zmiana w stosunku do poprzedniego roku, kiedy to praca nad istniejącą już stroną była częściej poszukiwaną usługą.

– Wyniki badania wskazują, że w ciągu ostatniego roku specjaliści zajmowali się przede wszystkim tworzeniem całkiem nowych stron www dla klientów, którzy do tej pory nie posiadali własnej witryny lub uznali, że lepiej będzie stworzyć nową stronę niż przebudować dotychczasową komentuje Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Widać, że zleceniodawcy są coraz bardziej świadomi tego, jak ważne jest posiadanie firmowej strony internetowej oraz jakie funkcje powinna ona spełniać. Większość z nich wymaga, aby witrynę można było przeglądać za pomocą urządzeń mobilnych, które obecnie generują większy ruch w sieci niż komputery.

Strona ma być dostosowana do urządzeń mobilnych

Funkcjonalność stronyWśród najważniejszych dla zleceniodawców funkcji, jakie powinna posiadać strona, były wymieniane: możliwość samodzielnej edycji wskazywana przez 72% badanych oraz formularz kontaktowy, którego życzyło sobie 63% z nich. Możliwość przeglądania strony na urządzeniach mobilnych jako wymóg zaznaczyło 57% wszystkich badanych, ale wśród klientów zlecających budowę całkiem nowej witryny odsetek ten wynosił 65%. Widać więc, że większość klientów jest świadoma tego, jak wielu internautów korzysta dziś ze smartfonów i tabletów i stara się dostosować do ich wymagań. Badania pokazują, że jest to bardzo słuszny ruch, gdyż urządzenia mobilne odpowiadają już za 51% całego ruchu w sieci[1].

Z analizy Oferteo.pl wynika również, że dla właścicieli stron ważne jest także, żeby były one responsywne (36%), czyli dostosowywały się do rozmiaru okna, a także aby dawały użytkownikom możliwość rejestracji (31%).

Nie ma czasu do stracenia

Termin realizacjiKlienci nie chcą zwlekać z tworzeniem własnych stron www. Większość (56%) liczy na jak najszybszą realizację takiego zlecenia, a 19% jest w stanie poczekać miesiąc. Tylko 8% może pozwolić sobie na trzy miesiące oczekiwań lub dłużej.

Taki pośpiech nie jest zaskakujący, ponieważ strona internetowa jest dziś niemal niezbędnym narzędziem dla osób prowadzących działalność. Umożliwia ona potencjalnym klientom nie tylko odnalezienie firmy, ale także szybkie nawiązanie z nią bezpośredniego kontaktu – mówi Karol Grygiel.

Metodologia badań

Przedstawione dane pochodzą z analizy ponad 700 zapytań ofertowych zamieszczonych w serwisie Oferteo.pl od sierpnia 2018 roku do końca lipca 2019 roku przez podmioty zlecające wykonanie bądź przebudowę strony www.

[1] https://interaktywnie.com/biznes/artykuly/biznes/mobile-zaczyna-dominowac-nad-desktopem-trend-potwierdzaja-dane-globalne-259198?fbclid=IwAR11vA_e_uDAd6iYLCn4OjZwNJ-i2MN0zulCszK8_GviAapyumZ5jyBOiLc

Dlaczego nabywcy nowych mieszkań rezygnują z zakupu – deweloperzy odpowiadają

Jakie są przyczyny rezygnacji z zakupu mieszkań na rynku deweloperskim? Z jakich powodów nabywcy odchodzą od kupna zarezerwowanych lokali? Jak często się to zdarza? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Zdecydowanie, najczęstszym podwodem odstąpienia od zakupu mieszkania jest brak zdolności nabywczej klientów, która weryfikowana jest na etapie rezerwacji. Procent rezygnacji zależy od inwestycji. Najniższy w inwestycjach, w których dominują zakupy za gotówkę, a lokale nabywane są głównie w celach inwestycyjnych. Większy odsetek rezygnacji notowany jest w projektach, gdzie zakup odbywa się przy wsparciu kredytowym.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Powody, dla których klienci rezygnują z zakupu zarezerwowanego mieszkania bywają różne. Część osób jest zmuszona do zaniechania kupna lokalu z uwagi na trudności związane z pozyskaniem finansowania. Motywem takich decyzji bywają również względy osobiste, w tym zmiany potrzeb kupujących. Rezygnacje z kupna zarezerwowanego lokalu nie są jednak częstymi przypadkami.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Klienci na ogół nie rezygnują z podpisanej umowy rezerwacyjnej na mieszkanie. Zdarza się, ale niezwykle rzadko, że klient zmienia decyzję, bo uzależniał kupno nowego mieszkania od sprzedaży posiadanego, a transakcji sprzedaży nie udało mu się przeprowadzić. Kupujący rezygnują też z powodu zmiany planów życiowych lub inwestycyjnych. Sporadycznie zdarzają się również rezygnacje z przyczyn finansowych. Klienci korzystają z naszego bezpłatnego doradztwa kredytowego. Doradca wybiera najlepiej dopasowaną do możliwości kupującego ofertę kredytu i realizuje wszelkie formalności, dzięki czemu zapewnia nabywcy pozytywną decyzję banku.

Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży Ronson Development

Główną przyczyną wycofania rezerwacji jest brak finansowania ze strony banku. Klienci poszukujący mieszkania zazwyczaj wstępnie sprawdzają swoją zdolność kredytową, natomiast dopiero po podpisaniu umowy z deweloperem jest ona weryfikowana przez bank i czasem okazuje się niższa niż wstępnie zakładana.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Rezygnacja z zakupu mieszkania to sytuacja, która zdarza się rzadko, a jeśli do niej dochodzi, przyczyną zazwyczaj jest odmowa przyznania kredytowania. Dla zapewnienia maksymalnego komfortu zakupu naszym klientom, posiłkującym się kredytem hipotecznym, gwarantujemy możliwość odstąpienia od umowy deweloperskiej w przypadku braku pozytywnej oceny banku.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Klienci bardzo rzadko wycofują się z zakupu zarezerwowanego mieszkania. Jedynym czynnikiem wymuszającym czasem takie zachowanie są problemy z uzyskaniem kredytu na zakup lokalu. Dotyczy to 5-10 procent klientów, którzy dokonali rezerwacji.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Rezygnacje, z którymi mamy do czynienia w naszych inwestycjach są głównie spowodowane brakiem zdolności kredytowej oraz przyczynami życiowymi i osobistymi. Stanowią zaledwie kilka procent wszystkich rezerwacji.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Najczęstszą przyczyną takiej sytuacji jest brak możliwości uzyskania kredytu przez klientów. Jednak nie zdarza się to zbyt często, ponieważ na etapie zainteresowania naszą ofertę zapewniamy nabywcom fachową pomoc eksperta finansowego, który bada zdolność kredytową i z reguły jest w stanie zdobyć finansowanie.

Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira

Rezygnacje z rezerwacji mieszkań zdążają się rzadko. Jeśli klienci decydują się na podpisanie umowy rezerwacji są najczęściej już po kilku rozmowach dotyczących inwestycji, dobrze ją znają i ich decyzje są wiążące. Najczęstszym powodem rezygnacji z zakupu jest brak uzyskanego kredytu na mieszkanie.

Weronika Chylarecka, specjalista ds. marketingu w Blockpol Developer

Myślę, że co najmniej jedna trzecia klientów odchodzi od zakupu z powodu zmiany decyzji odnośnie lokalizacji, zbyt wysokiej ceny lub braku zdolności kredytowej.

Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord

Najczęstszą przyczyną rezygnacji z zakupu mieszkania są zmiany planów życiowych oraz trudności ze sprzedażą nieruchomości na rynku wtórnym.

Marta Drozd-Piekarska, pełnomocnik zarządu Allcon Osiedla

Dzięki dostępowi do informacji klienci bardzo świadomie podchodzą do zakupu. Pierwszą, szeroką analizę dostępnych ofert przeprowadzają na stronach internetowych deweloperów, a następnie kontaktują się z tymi firmami, których propozycje spełniają ich oczekiwania. Przychodząc na spotkanie są dobrze przygotowani i często uzupełniają jedynie wiedzę o szczegóły dotyczące umowy, kosztów administrowania, czy kondycji finansowej firmy. Klienci dokonujący rezerwacji często są już związani z daną inwestycją i zwykle decydują się na zawarcie transakcji.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Klienci rezygnują z zakupu sporadycznie. Są to jednostkowe przypadki na przykład w sytuacji, gdy bank odmówi finansowania lub klient musi zmienić plany z przyczyn losowych.

Autor: Dompress.pl

Od 2020 r. będą zmiany w VAT od dostaw towarów. Na dobre i na złe

1 stycznia 2020 r. wejdą w życie kolejne zmiany w podatku VAT. Tym razem są spowodowane zmianami prawa europejskiego. Dotyczą tzw. transakcji wewnątrzwspólnotowych.

System opodatkowania tych transakcji, obowiązujący od 1993 r. jest tymczasowy i cały czas jest trudny w obsłudze dla przedsiębiorstw, podatny na wyłudzenia i oszustwa.

Na razie UE proponuje cztery doraźne rozwiązania:

  • harmonizację przepisów dotyczących magazynowania towarów (magazyny konsygnacyjne),
  • uproszczenie transakcji łańcuchowych, podmiot pośredniczący organizujący transport będzie mógł zdecydować, która z transakcji jest wewnątrzwspólnotowa,
  • zmiany w zakresie znaczenia informacji podsumowujących przekazywanych organom podatkowym,
  • uproszczenia w wymaganej dokumentacji transakcji wewnątrzwspólnotowych.

– Wprowadzane rozwiązania są korzystne dla części przedsiębiorstw, ale też rodzą nowe ryzyka podatkowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Leonarski, starszy prawnik i doradca podatkowy w kancelarii Zięba i Partnerzy.

Strach wśród inwestorów podbija cenę złota. Jak daleka droga do historycznego rekordu?

Złoto konsoliduje się po dwóch tygodniach wzrostów. Możliwe są niewielkie spadki cen. Jednak narastający strach wśród inwestorów powinien długoterminowo windować cenę tego metalu szlachetnego.

Przełom lipca i sierpnia przyniósł bardzo duże wzrosty cen ze względu na cięcie stóp procentowych przez Fed. W ciągu miesiąca były to wzrosty o 10 proc. I złoto osiągnęło cenę ponad 1 500 USD za uncję.

– Te poziomy nie były notowane od 2012 r., dlatego można się spodziewać jakiejś korekty – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Czego powinni się spodziewać inwestorzy długoterminowi? Ze względu na prawdopodobne kolejne obniżki stóp procentowych w USA i dodatkowe drukowanie pieniędzy nie tylko przez bank centralny Stanów Zjednoczonych, złoto powinno zyskiwać.

– Strach wśród inwestorów może się przełożyć na kupowanie złota – komentuje M.Stajniak.

Do historycznego rekordu, gdy przed dziewięciu laty złoto kosztowało ponad 1 800 USD za uncję, droga wydaje się daleka, ale ceny mogą się zbliżać do rekordowego poziomu.

Nowe zapisy dla prosumentów, które pojawiły się w nowelizacji ustawy o OZE

Przedsiębiorstwa obniżą swoje rachunki za prąd dzięki temu, że staną się producentami energii elektrycznej czyli prosumentami. Co najmniej kilkaset firm ma już gotowe do realizacji projekty, najczęściej są to instalacje fotowoltaiczne.

W nowelizacji ustawy o OZE pojawia się rozszerzona definicja „prosumenta energii odnawialnej”. Będzie to odbiorca końcowy, wytwarzający energię elektryczną z OZE na własne potrzeby w mikroinstalacji, który może tą energię magazynować lub sprzedawać, albo sprzedawcy zobowiązanemu, albo innemu sprzedawcy. Warunkiem jest, by dla odbiorcy nie będącego gospodarstwem domowym, sprzedaż energii z własnej mikroinstalacji nie była przedmiotem przeważającej działalności gospodarczej w myśl ustawy o statystyce publicznej. Wytwarzanie energii przez prosumenta nie będącego przedsiębiorcą nie będzie działalnością gospodarczą.

– Na takie rozwiązania czekało bardzo wiele firm, a kilkaset ma już gotowe projekty do realizacji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Magdalena Skłodowska, ekspert WysokieNapiecie.pl.

Ustawa precyzuje, że ceny zakupu energii (z aukcji czy FiT) są cenami netto – bez VAT. Wprowadza też bardziej precyzyjne definicje biogazu rolniczego (nie może on powstawać z substratów z jakichkolwiek oczyszczalni ścieków, w tym zakładowych. Hydroenergia będzie całą „energię mechaniczną wód”, a nie tylko energią „spadku śródlądowych wód powierzchniowych”.

W ostatniej chwili do projektu wprowadzono też poprawkę zgłoszoną przez Ministerstwo Rolnictwa. Dotyczy ona możliwości tworzenia na obszarach gmin wiejskich i wiejsko-miejskich spółdzielni energetycznych, mających prawo do rozliczania się na zasadach prosumenckich, w systemie opustów.

Wprowadzono modyfikuje dotyczące tzw. ustawy odległościowej. Zgodnie z jej zapisami pozwolenia na budowę nowych turbin wiatrowych, wydane przed jej wejściem w życie zachowują ważność do 16 lipca 2021 r. Nowy termin to 5 lat od wejścia w życie projektowanej nowelizacji, czyli połowa roku 2024 r.

Ważność umów przyłączeniowych ma zostać przedłużona. Podstawą do jej wypowiedzenia będzie niedostarczenie energii do sieci po raz pierwszy do 31 maja 2021 r.

Projekt daje też URE podstawę i pieniądze do zorganizowania aukcji w 2019 r. Urząd będzie mógł liczyć maksymalnie na 0,5 mln zł w tym roku na Internetową Platformę Aukcyjną.

– Minusem ustawy jest to, że rządowi nie udało się ujednolicić stawki VAT na panele fotowoltaiczne, co może prowadzić do tego, że przedsiębiorcy będą płacić wyższy podatek – komentuje M.Skłodowska.

Silniejsze uwierzytelnienie dla transakcji bezgotówkowych

Nie przy wszystkich transakcjach konieczne będzie stosowanie silnego uwierzytelniania. Do wyjątków należą płatności zbliżeniowe, opłaty za przejazd w biletomatach, na autostradzie i parkingach.

14 września wchodzi w życie Rozporządzenie Delegowane Komisji Europejskiej w zakresie regulacyjnych standardów technicznych (tzw. RTS) dotyczące między innymi silnego uwierzytelnienia klienta. Główną przesłanką wdrażanych rozwiązań jest zwiększenie bezpieczeństwa korzystania z usług płatniczych oferowanych drogą elektroniczną i tym samym ograniczenie możliwości wystąpienia oszustw związanych z tymi usługami.

Rozporządzenie wprowadza konieczność stosowania procedur silnego uwierzytelnienia czyli minimum dwuelementowego potwierdzania tożsamości klientów. Opiera się ono na zastosowaniu co najmniej dwóch elementów należących do 3 kategorii:

  • Kategoria „wiedza” – to kod (np. PIN), hasło lub inny element, który jest i powinien być znany tylko klientowi – posiadaczowi danego instrumentu płatniczego lub bankowości internetowej,
  • Kategoria „posiadanie” – to element, który dany użytkownik ma w posiadaniu (np. karta plastikowa, telefon z kartą SIM) i który może zostać użyty w trakcie dokonywania płatności lub korzystania z bankowości internetowej,
  • Kategoria „cecha klienta” – to specyficzna dla danego klienta cecha, którą tylko on dysponuje i która go jednoznacznie wyróżnia. Dobrym przykładem jest biometria w postaci np. odcisku palca, tęczówki oka czy układu żył.

Stosowanie procedur silnego uwierzytelnienia będzie przy dokonywaniu płatności w terminalach płatniczych (POS), płatnościach za zakupy w internecie (e-commerce, m-commerce) oraz logowaniu i korzystaniu z bankowości internetowej czy mobilnej.

– Nie oznacza to jednak, że przy dokonywaniu każdej transakcji konieczne będzie stosowanie silnego uwierzytelniania. Rozporządzenie określa wyjątki, w których dostawcy usług płatniczych, w tym wydawcy kart nie muszą stosować silnego uwierzytelnienia klienta w zakresie płatności – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich. – Pierwszy wyjątek dotyczący płatności zbliżeniowych, który funkcjonuje już w Polsce od wielu lat i daje możliwość płacenia w terminalach z funkcją zbliżeniową do 50 PLN (limit w Polsce). Rozporządzenie określa ten górny limit na poziomie 50 EUR) bez konieczności podawania kodu PIN. Kolejny wyjątek to tzw. liczniki transakcji, które mogą być albo ilościowe albo wartościowe. Licznik ilościowy pilnuje warunku określającego, że po przekroczeniu 5, następujących po sobie transakcji zbliżeniowych (bez względu na kwotę) musi nastąpić silne uwierzytelnienie klienta. Licznik wartościowy z kolei określa że po przekroczeniu określonej przez wydawcę instrumentu płatniczego kwoty następujących po sobie transakcji zbliżeniowych musi nastąpić silne uwierzytelnienie klienta. Chociaż Rozporządzenie określa kwotę takiego limitu na 150 EUR to wydawca danego instrumentu może określić ten limit na niższym poziomie. Polscy wydawcy (banki) skorzystają z tej możliwości i będą ustawiać go niżej.

W przypadku dokonywania elektronicznych płatności za zakupy w internecie (m-commerce, e-commerce kwota pojedynczej transakcji nie może przekroczyć 30 EUR, licznik wartościowy łącznych kwot transakcji nie może przekroczyć 100 EUR a licznik ilościowy liczby następujących po sobie transakcji jest analogiczny jak w płatnościach zbliżeniowych i wynosi 5. W tym obszarze wyjątkiem od powyższych reguł jest możliwość ujęcia danego sprzedawcy na liście tzw. zaufanych klientów co pozwala na zastosowanie nieco innych (wyższych) limitów określonych szczegółowo w Rozporządzeniu.

Istotnym wyłączeniem spod rygorów silnego uwierzytelnienia jest dokonywanie transakcji w terminalach samoobsługowych służących do regulowania opłat za transport np. biletomaty czy autostrady lub postój. Często w takich urządzeniach nie ma możliwości użycia kodu PIN stąd niemożliwe lub bardzo utrudnione byłoby zrealizowanie silnego uwierzytelnienia.

– Główna przesłanka wprowadzenia silnego uwierzytelniania to bezpieczeństwo dokonywania elektronicznych transakcji płatniczych – wyjaśnia ekspert. – Warto uważnie przeczytać korespondencję jaka została wysłana od dostawców usług płatniczych (banków) bo w niej można odnaleźć między innymi jaki rodzaj i wysokość limitów dany dostawca będzie stosował od 14 września, po przekroczeniu których wymagane będzie silne uwierzytelnienie.

Srebro kusi inwestorów. Notowania i ceny pozostaną w trendzie wzrostowym

Polska pod względem produkcji srebra zajmuje siódme miejsce na świecie, a jego ceny są najwyższe od lutego 2017 r. Przekroczyły 17 USD za uncję. W ciągu roku wzrosły o ponad 14 proc.

Szczególnie dynamiczne wzrosty przyniosły miesiące wakacyjne. Wyższa cena metalu oznacza większy zarobek dla jego największych producentów. Eksperci porównują, że dzięki KGHM jesteśmy na rynku srebra tak silnym potentatem, jak Arabia Saudyjska na rynku ropy naftowej.

– Ceny metali szlachetnych rosną w ostatnich tygodniach bardzo konsekwentnie, to dlatego, że wobec obaw o spowolnienie gospodarcze nasila się presja na banki centralne, aby obniżały stopy procentowe, pomimo tego, że są one w okolicach historycznych minimów – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Niskie stopy procentowe zwykle sprzyjają cenom metali szlachetnych, takich jak złoto i srebro, ponieważ inwestorzy są zniechęceni do bardzo nisko oprocentowanych lokat. Przykładem szczególnym jest obecnie Szwajcaria, gdzie trzeba dopłacać bankom za przechowywanie pieniędzy.

Perspektywy dla złota czy srebra wydają się dobre, bo nadzieje na ożywienie gospodarcze, które spowodowałaby wzrost cen innych aktywów, takich jak akcje, są mało realne.

– Ceny srebra powinny pozostać w trendzie wzrostowym – komentuje ekspert.

NFZ, Medicover i LUX MED szukają start-upów do współpracy przy wprowadzaniu cyfrowych rozwiązań

NFZ oraz Medicover i LUX MED przygotowały wyzwania na Digital Health Hackathon. Konkurs odbędzie się w Trójmieście w dniach 18-19 września 2019 r. w ramach Forum e-Zdrowia. Udział w Hackathonie to realna szansa dla małych firm na współpracę z kluczowymi instytucjami obszaru zdrowia w Polsce.

Digital Health Hackathon to konkurs dla mikro, małych i średnich firm, w tym start-upów gotowych do podejmowania wyzwań z obszaru e-zdrowia. Do udziału w Hackathonie zaproszone są przedsiębiorstwa, które chcą nawiązać współpracę w obszarze cyfrowej transformacji w opiece zdrowotnej z podmiotami formułującymi wyzwania.

Wyzwania przygotowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia, Medicover i LUX MED dotyczą analityki danych z obszaru ochrony zdrowia, a także informatycznych rozwiązań, które będą wsparciem dla lekarza podczas wizyty pacjenta w gabinecie. Nagroda w przypadku każdego z wyzwań wynosi 10 000 PLN.

Zespoły konkursowe będą miały dwa dni na opracowanie swoich rozwiązań, które oceni jury złożone z ekspertów, przedstawicieli instytucji  formułujących wyzwania oraz organizatorów
Forum e-Zdrowia. Ogłoszenie wyników i wręczenie nagród nastąpi 20 września 2019, podczas drugiego dnia konferencji w Sopocie.

Więcej szczegółów na www.forumezdrowia.pl/2019/hackathon

Budownictwo mieszkaniowe – komentarz Jarosława Jędrzyńskiego do danych GUS

Najnowsze statystyki GUS, będące podsumowaniem wyników budownictwa mieszkaniowego w okresie od stycznia do lipca bieżącego roku, wskazują na bardzo pracowite tegoroczne wakacje inwestorów z rynku pierwotnego. Letnie odbicie wolumenów nowych budów i pozwoleń na ich rozpoczęcie to zjawisko o tyle rzadkie co ciekawe, choć nie najłatwiejsze w obecnych czasach pod względem interpretacji.

Po zaledwie kosmetycznym osłabieniu statystyk inwestycyjnych w tegorocznym czerwcu, już miesiąc później inwestorzy mieszkaniowi powrócili do intensywnej pracy, efektem której jest odwrócenie trendów danych w kierunku wartości bliskich maksymalnym dla okresów miesięcznych. Tym samym, jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl, zarówno miesiąc do miesiąca jak i rok do roku rynek pierwotny notuje wyraźny progres aktywności inwestycyjnej, mierzony wolumenem mieszkań rozpoczętych i nowych pozwoleń na budowę.

Najbardziej spektakularnym dowodem trwania inwestycyjnej prosperity w pierwotnym segmencie mieszkaniówki, jest ewolucja statystyk mieszkań rozpoczętych. Tym razem wynik za 7 miesięcy br. osiągnął poziom 137,3 tys. lokali, co oznacza poprawę rok do roku o 3,6 proc. Z kolei wypracowany wspólnie przez wszystkie formy budownictwa rezultat lipcowy na poziomie blisko 22 tys. lokali, ponownie jest jednym z zaledwie kilku najlepszych historycznie wyników miesięcznych.

Co warte podkreślenia, takie dane i wynikający z nich progres to zasługa przede wszystkim deweloperów, którzy w okresie siedmiu miesięcy br. ruszyli z budową prawie 79 tys. lokali, co oznacza wzrost rok do roku o prawie 4 proc. oraz wolumen o bez mała połowę większy od osiągniętego w tym samym okresie przez inwestorów indywidualnych.

Tradycyjnie od dłuższego czasu bardzo mocnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddawanych do użytkowania. Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl ogółem w okresie styczeń – lipiec br. oddano ponad 110 tys. mieszkań, czyli o niemal 11 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Z kolei sami deweloperzy oddali w tym czasie ponad 68 tys. lokali, co jest wynikiem lepszym rok do roku aż o 16 proc. Statystyki mieszkań ukończonych, będąc wypadkową mieszkań rozpoczętych w przeszłości, są najbardziej przewidywalną kategorią danych mieszkaniowych GUS. W związku z tym systematyczna dynamika wzrostów nie powinna tu dziwić ani obecnie, ani w przewidywalnej przyszłości.

Zdecydowanie mniej przewidywalne, za to dużo bardziej przydatne w prognozowaniu przyszłych trendów rynku mieszkaniowego, są dane dotyczące nowych pozwoleń na budowę lub zgłoszeń z projektem budowlanym. Tych inwestorzy wspólnie zgromadzili od początku roku już prawie 154 tys., czyli o półtora proc.  więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku. Sami deweloperzy od stycznia do lipca br. uzyskali 93 tys. pozwoleń, czyli prawie tyle samo co w analogicznym okresie ub. roku. Uwagę jednak zwraca sam wynik lipcowy, który przekroczył 14 tys. jednostek, czyli wolumen zbliżony do rekordowych osiągnięć miesięcznych deweloperów w tej kategorii danych .

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są naturalnym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez inwestorów, głównie tych budujących na sprzedaż lub wynajem. Lipcowy wynik, wyższy o ponad 30 proc. rdr,  mówi sam za siebie o mocno utrwalonym na dziś dzień optymizmie inwestycyjnym deweloperów mieszkaniowych.

Lektura najnowszej informacji GUS, komunikującej bieżące statystyki pierwotnego rynku mieszkaniowego, ponownie rysuje obraz inwestycyjnej prosperity na obrotach zbliżonych do maksymalnych. Jest ona na obecnym etapie cyklu koniunkturalnego praktycznie wyłączną zasługą inwestorów budujących na sprzedaż i ich wciąż bardzo wysokich oczekiwań utrzymania w przewidywalnej perspektywie zdecydowanie ponadprzeciętnych parametrów popytu na nowe mieszkania.

Z każdym miesiącem i kolejnym kwartałem taka polityka inwestycyjna deweloperów może wydawać się coraz bardziej ryzykowna, przede wszystkim z uwagi na nieodwracalność rynkowej cykliczności. Tymczasem jednak wg portalu RynekPierwotny.pl wciąż na rynek docierają sygnały niesłabnącego popytu na rynku mieszkaniowym. Jak bowiem ostatnio zakomunikował Związek Banków Polskich, w II kwartale br. odnotowano silny wzrost wolumenu umów kredytów mieszkaniowych oraz ich wartości w odniesieniu do kwartału pierwszego. Z całą pewnością nie jest to prognostyk hamowania koniunktury przynajmniej w średniej perspektywie.

Nieuchronnie zbliża się koniec lata i schyłkowy, jesienny okres roku. Jest to tradycyjnie najlepszy czas dla deweloperów pod względem liczby sprzedawanych mieszkań. Tym samym statystyki sprzedażowe za trzeci a następnie ostatni kwartał 2019 roku będą bardzo wiarygodnym czynnikiem oceny zasadności optymizmu przedsiębiorców, którzy wciąż utrzymują statystyki swoich osiągnięć inwestycyjnych na rekordowych poziomach.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Biurokracja, zastane kody i przestarzałe systemy stoją na drodze modernizacji pracy IT

Największe bolączki działów IT w automatyzacji prac stanowi przerost formalności, przejęte po dawnych zespołach kody oraz anachroniczne systemy. Eksperci DevOps, Ops oraz innych dziedzin IT, wskazali je w ankiecie przeprowadzonej przez F5 Networks, jako główne przeszkody w skutecznym wdrażaniu metodologii DevOps w organizacjach.[1]

Najwięcej trudności nowe metodologie IT spotykają tam, gdzie konieczne są biurokratyczne zmiany – w systemach, obsłudze procesów manualnych itp. Twierdzi tak aż 40% ankietowanych. 25% z nich poważnym problemem określa stare kody, zaś 21% identyfikuje przeszkody w niezgodności środowisk produkcyjnych. Jedynie dla 14% ekspertów IT wyzwanie stanowi monitoring wydajności aplikacji.

„DevOps odgrywa znacznie większą rolę niż kiedykolwiek wcześniej” – powiedział Rodrigo Albuquerque, DevOps Solution Developer w F5 Networks. „Dzieje się tak, ponieważ łączenie funkcji deweloperskich i operacyjnych zwiększa efektywność dostarczania aplikacji. Metodologia DevOps steruje też wydajnością poprzez optymalizację procesów, usuwanie silosów, korzystanie z narzędzi automatyzacji, standaryzacji platform – tworzy silną kulturę współpracy. Ponieważ w wielu organizacjach jest to nowe podejście – nie dziwi fakt, że niedostosowana biurokracja czy starsze systemy stanowią tak duży problem”.

Zgodnie z raportem F5 na podstawie niedawnej ankiety przeprowadzonej wśród praktyków NetOps i DevOps[2] ponad trzy czwarte pracowników tych działów zauważa, że nadawanie priorytetów zadaniom wynika z wyższych celów – dobrych dla całej organizacji, a nie tylko poszczególnych zespołów. Widzą w tym wspólną płaszczyznę i możliwość zacieśniania współpracy. Obie te grupy uznały, że są odpowiednio dostosowane do wymaganego tempa dostarczania aplikacji oraz usług. Znaczna większość z nich, tj. 70% DevOps i 74%NetOps jest zadowolonych z częstotliwości wdrożeń. Twierdzą również, że rola automatyzacji  w procesie produkcyjnym aplikacji jest wysoka – 4,0 (w skali do 5) wg. DevOps oraz 3,5 w przypadku NetOps. Wszyscy ankietowani mają zaś większe zaufanie do niezawodności, wydajności i bezpieczeństwa aplikacji, gdy pipeline produkcyjny jest w ponad 50% zautomatyzowany.

„Żeby omawiana metodologia była skuteczna należy ją prawidłowo wdrożyć. Trzy etapy obejmują automatyzację: istniejącego środowiska, migracji do chmury, a następnie usług natywnych.” – dodał Albuquerque.

Zdolność F5 do wspierania i wpływania na społeczność DevOps została znacznie zwiększona dzięki niedawnemu przejęciu NGINX, lidera branży infrastruktury aplikacji open source dla deweloperów i zespołów DevOps.[3]

Wspólne portfolio F5 I NGINX pozwala wszystkim firmom budować zintegrowane mikrousługi dla aplikacji sieciowych w rozproszonej architekturze. Po raz pierwszy na rynku funkcjonują razem technologie obejmujące całą ścieżkę dostarczania aplikacji – od kodu przez usługi transportowe – zapewniając jednocześnie, że ruch i punkty końcowe są w pełni monitorowane, zgodne i bezpieczne.

[1] 510 odpowiedzi zebranych wśród 170 uczestników DevOps Amsterdam 2019 – określonych jako eksperci DevOps, Ops oraz innych działów IT

[2] https://www.f5.com/company/news/features/f5-devops-and-netops-survey-report-automation-is-key-to-bridging-the-digital-divide

[3] Ankieta The Web Server Survey wymienia obecnie NGINX jako najczęściej używany serwer WWW na świecie.

3-miliardowy wkład Coca-Cola w polską gospodarkę

Coca-Cola opublikowała dane dotyczące wpływu społeczno-ekonomicznego w Polsce
w raporcie zrównoważonego rozwoju za 2018 rok. Przedstawiają one wyniki systemu firm Coca-Cola w Polsce oraz kierunki dalszego rozwoju portfolio i biznesu. Pokazują także efekty prowadzonych przez firmy programów, które pomagają w rozwiązaniu problemów środowiskowych i społecznych.

  • 1 mld zł wyniosą inwestycje Coca-Cola w Polsce między 2012 a 2020 r. To tyle, ile potrzeba, by kupić ok. 500 autobusów elektrycznych.
  • Łączny wkład Coca-Cola w polską gospodarkę, wraz z podatkami, to 2,95 mld zł rocznie. Za tę kwotę można wybudować ponad 300 hal sportowych.
  • 1 miejsce pracy w Coca-Cola wspiera 7 miejsc pracy w innych sektorach gospodarki (łącznie to 16 550 miejsc pracy). Tyle osób pracuje w około
    110 średnich przedsiębiorstwach.
  • W ramach podejmowanych inicjatyw, skierowanych do młodych i społecznych Coca-Cola w Polsce wsparła aktywizację 557 tys. kobiet i młodych osób.
    To więcej niż mieszkańców ma Poznań – piąte co do wielkości miasto
    w Polsce.
  • 63% opakowań Coca-Cola, które trafiły do konsumentów w 2018 roku, zostało zebranych i poddanych recyklingowi.

Wkład firm Coca-Cola w polskie PKB od lat systematycznie się zwiększa. W 2018 r. wyniósł on 2,95 mld zł, czyli o 35 mln więcej niż w 2016 r. Kwota ta stanowi 0,14% PKB Polski. Ponad 40% z niej, czyli 1,325 mld zł, stanowią podatki, które Coca-Cola rocznie odprowadza do budżetu państwa. Ich suma wystarczyłaby, żeby zakupić aż ok. 500 nowoczesnych i ekologicznych autobusów elektrycznych.

Polska to dla nas ważny rynek i nieustannie rozwijamy na nim swoją obecność. Aktualnie aż 92% produktów Coca-Cola sprzedawanych w Polsce jest produkowanych
w tutejszych fabrykach, a 74 grosze z każdej złotówki wydanej na produkty Coca-Cola zostaje w kraju
– mówi Jaak Mikkel, dyrektor generalny Coca-Cola Hellenic Bottling Company na Polskę i Kraje Bałtyckie. – W naszych zakładach produkcyjnych nieustannie wprowadzamy innowacyjne rozwiązania, które mają na celu ograniczenie emisji CO2
i zużycia wody oraz energii elektrycznej w procesie produkcji. Robimy to, ponieważ chcemy prowadzić nasz biznes nie w sposób łatwy, lecz zrównoważony i właściwy

– dodaje Mikkel.

Dzięki podjętym przez Coca-Cola działaniom, np. wymianie lodówek
na energooszczędne, roczne zapotrzebowanie na energię spadło o ponad 16 mln KWH.
Z kolei, modernizacja linii produkcyjnej w Radzyminie pozwoliła zaoszczędzić 86 400 m3 wody rocznie.

W 2018 r. 1 miejsce pracy w Coca-Cola wsparło 7 miejsc pracy w innych sektorach gospodarki, co przekładając na skalę działania firmy, pozwoliło wygenerować łącznie
aż 16 550 miejsc pracy. Za pomocą swoich programów dedykowanych dwóm grupom stanowiącym największe rezerwy na rynku pracy, Coca-Cola pomogła w aktywizacji zawodowej ponad 557 tys. kobiet i młodych ludzi z Polski. To więcej niż liczba mieszkańców Poznania, piątego co do wielkości miasta w Polsce.

Ambicją Coca-Cola jest także „Świat bez Odpadów”. Koncern deklaruje, że do 2030 r. będzie zbierać i przekazywać do recyklingu tyle opakowań, ile trafia od niego
do konsumentów.

Stoyan Ivanov, Dyrektor generalny Coca-Cola Poland Services
Stoyan Ivanov, Dyrektor generalny Coca-Cola Poland Services

Tylko w ubiegłym roku zebrano i poddano recyklingowi aż 63% opakowań, które trafiły od nas do konsumentów. Nieustannie pracujemy nad tym, by zwiększyć ten odsetek
– mówi Stoyan Ivanov, Dyrektor generalny Coca-Cola Poland Services.
O tym, jak istotnym rynkiem jest dla nas Polska, świadczy również fakt, że to tu uruchomiliśmy globalną kampanię społeczną #WCIĄŻZMIENIAMY. W jej ramach mówimy o tym, jak Coca-Cola odpowiada na wyzwania społeczne i środowiskowe,
z jakimi mierzy się współczesny świat
– dodaje Ivanov.

Obecnie na polskim rynku Coca-Cola oferuje produkty 13 znanych marek na każdą okazję. Ważnym krokiem dla rozszerzenia portfolio Coca-Cola było w 2018 r. nabycie przez The Coca-Cola Company sieci kawiarni Costa Coffee. W tym roku na polski rynek trafiły też pierwsze kawy gotowe do spożycia pod marką Costa. Decyzja ta jest spójna
z wizją Coca-Cola, by jako lider rynku napojów bezalkoholowych oferować produkty
na każdą okazję i porę dnia.

Poszerzanie portfolio jest odpowiedzą na zmieniające się potrzeby konsumentów, którzy oczekują nie tylko szerokiego wyboru napojów w opakowaniach różnej wielkości, ale również wariantów o niskiej lub zerowej kaloryczności. W ramach podjętego europejskiego zobowiązania redukcji zawartości cukru do 2020 r., koncern obniży kaloryczność swojego portfolio o 10% w stosunku do 2015 r. Coca-Cola nieustannie realizuje też politykę transparentności wobec konsumenta. W tym roku na opakowaniach produktów firmy pojawił się nowy, intuicyjny system oznaczeń wartości odżywczej, który za pomocą kolorów określa zawartość kluczowych dla zdrowia składników odżywczych.

5 powodów, dla których powinieneś zainteresować się gamifikacją

Transformacja cyfrowa to termin, który w ostatnim czasie jest odmieniany przez wszystkie przypadki. Oczywiście nie bez powodu, szczególnie w czasach, gdy „termin ważności” kompetencji, które zdobywamy, skrócił się do około 3 lat. Wprowadzanie nowych technologii do organizacji to dziś konieczność dla firm, które chcą rozwijać swój biznes i liczyć się na rynku.

Jednym z narzędzi cyfrowej transformacji, które może wnieść do firmy wiele dobrego, jest platforma gamifikacyjna. O grywalizacji powiedziano już wiele – opiera się ona na wykorzystaniu mechanizmów znanych z gier do zmiany zachowań ludzi w określonych sytuacjach lub by skłonić ich do pewnych aktywności. Nie każdy zdaje sobie jednak sprawę z potencjału gamifikacji – za pomocą narzędzia, jakim jest dobrze przygotowana platforma grywalizacyjna, firma może osiągnąć szereg korzyści. Poniżej znajdziesz 5 powodów, dla których Twoja organizacja powinna zainteresować się gamifikacją.Gamifikacja_Westhill_Consulting

  1. Wpływ na employer branding

Grywalizacja to bez wątpienia narzędzie, jakim posługują się firmy chcące określać siebie mianem innowacyjnych. Jeśli potencjalny kandydat wejdzie na stronę karierową i znajdzie tam platformę gamifikacyjną dotyczącą np. wiedzy o firmie lub branży, z jaką ta jest związana, to wówczas zobaczy, że w tym miejscu wprowadzane są nowoczesne rozwiązania, a firma dba o jego pozytywne doświadczenia. Z pewnością przełoży się to na wizerunek organizacji w jego oczach.

  1. Usprawnienie procesu onboardingu

Pojawienie się na firmowym pokładzie nowego pracownika wiąże się z obowiązkiem wdrożenia go w nowe zadania, z przedstawieniem mu kultury organizacyjnej. Jednocześnie jest to zarówno transfer nowej wiedzy produktowej i procesowej. Platforma gamifikacyjna to idealne narzędzie, jakim można się wówczas posłużyć.

„Na każde tysiąc złotych wydane na rekrutację przypada… 10 złotych wydane na efektywny onboarding” – ocenia Arkadiusz Siechowicz Partner Zarządzający firmy szkoleniowo-doradczej Westhill Consulting i Prezes spółki informatycznej Gamehill. „A nawet może i ta druga wartość jest przeszacowana. Gamifikacja ma trzy główne korzyści dla uporządkowanego procesu onboardingu. Po pierwsze jest procesem liniowym, podobnie jak struktura gier. Dzięki temu porządkuje w etapy i misje »nieskończoną« wiedzę do zdobycia. Po drugie gamifikacja powoduje retencję wiedzy w firmie, dzięki temu najlepsze praktyki nie odchodzą z pracownikami, ale są sprawnie przekazywane nowym. Po trzecie – fun factor, czyli gamifikacja energetycznie angażuje dzięki fabule i błyskawicznemu feedbackowi” – wylicza Arkadiusz Siechowicz.

  1. Zbudowanie nawyków ciągłego pozyskiwania wiedzy wśród pracowników

Twoja firma ma wiele produktów czy usług, które pracownicy powinni znać od podszewki? Nauka z „suchych”, papierowych poradników czy slajdów prezentacji nie dla każdego brzmi zachęcająco. Dlatego również i w tym przypadku możesz wesprzeć się gamifikacją. Wówczas treści edukacyjne „opakujesz” w atrakcyjną dla pracowników formę. Należy pamiętać o odpowiednim podziale całego materiału, aby pracownik mógł etap po etapie (jak w grze) zdobywać wiedzę na temat produktów czy usług organizacji. Ponadto dobrze jest też wprowadzić inne elementy znane z gier, jak np. pasek postępu czy punkty za osiągnięte „levele”.

  1. Budowanie zaangażowania

Edukacja pracowników to jedno, ale budowanie ich zaangażowania, to kolejne wyzwanie, w realizacji którego można wesprzeć się grywalizacją. Jeśli pracownik wie, że w dane dni – np. w „inspiracyjne piątki” czeka na niego na platformie jakieś zadanie do wykonania, to po pewnym czasie aktywność „wejdzie mu w krew”. Gdy te zadania będą opracowane w atrakcyjny sposób, to jest duża szansa, że będzie wręcz wyczekiwał na to, by móc zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem.

  1. Zarządzanie talentami i ich rozwój

Obecnie, kiedy w wielu branżach mamy do czynienia z rynkiem pracownika, pracodawcy prześcigają się w wymyślaniu sposobów na to, aby zbudować lojalność swoich ludzi względem organizacji. Tutaj również świetnym rozwiązaniem może okazać się zastosowanie grywalizacji.

„High potentials to grupa pracowników, którzy decydują o tym, JAK twoja firma będzie wyglądać za 2 lata, a nawet CZY będzie w ogóle istnieć. Platforma gamifikacyjna może być elementem łączącym działania skierowane do tej najcenniejszej grupy w firmie” –  twierdzi Krzysztof Filarski, Partner Zarządzający Westhill Consulting i Członek Zarządu Gamehill. „Podobne rozwiązanie zastosowałem w firmach z branży retail: fabularna grywalizacja online łączyła wiedzę ze szkoleń, proces coachingów i mentoringów, a nawet wspierała zespoły w wewnątrzorganizacyjnych projektach doskonalących” – wyjaśnia Krzysztof Filarski.

Jak pokazują powyższe przykłady, gamifikacja może mieć wiele zastosowań i ułatwić firmie wejście w erę cyfrowej transformacji. Skrojona na miarę i właściwie wdrożona platforma grywalizacyjna może okazać się wielką szansą na rozwój samej organizacji, jak i jej pracowników.

Fiskus nie chciał wydać zaświadczenia, by tym samym nie potwierdzić, że zobowiązanie podatkowe uległo przedawnieniu

Organy podatkowe dwóch instancji odmówiły podatniczce wydania zaświadczenia o upływie terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Stwierdziły, że nawet jeśli upływ terminu nastąpił, to nie mają one prawa do merytorycznego rozstrzygania o tym w tego typu postępowaniu. Mogą to zrobić dopiero w postępowaniu ustalającym zobowiązanie podatkowe, które nigdy nie nastąpiło, a które uruchomiła podatniczka swoim wnioskiem o stwierdzenie przedawnienia. Dla podatniczki miało to oznaczać, że bieg terminu przedawnienia dopiero z tą chwilą się rozpocznie. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Rzeszowie, uchylając 4 lipca 2019 r. postanowienia organów, orzekł: „…organ II instancji z jednej strony uznaje, że niedopuszczalnym było rozważanie, jako merytorycznej, kwestii przedawnienia prawa do ustalenia zobowiązań podatkowych, z drugiej zaś przyznaje, że organ I instancji miał do tego prawo” (wyrok WSA w Rzeszowie, sygn. akt I SA/Rz 333/19).

Upływ 5-letniego terminu od nabycia spadku

W 2013 r. córka nabyła spadek po zmarłych rodzicach. W styczniu 2019 r. wystąpiła do naczelnika urzędu skarbowego o wydanie zaświadczenia stwierdzającego, że w związku z nabytym spadkiem nie jest zobowiązana w podatku od spadków i darowizn, z uwagi na upływ 5-letniego terminu przedawnienia tego zobowiązania. Wcześniej nie dokonała zgłoszenia nabycia spadku ani nie złożyła zeznania podatkowego, w którym nabycie to zostałoby ujawnione.

Termin mógł upłynąć, ale nie przedawniło się uprawnienie organu

Naczelnik urzędu skarbowego odmówił wydania wnioskowanego zaświadczenia. Na wstępie wskazał, że w ramach postępowania o wydanie zaświadczenia nie jest uprawniony do wydawania merytorycznych rozstrzygnięć co do praw podatnika. Poinformował jednak, że podatniczka nie może korzystać ze zwolnień w opodatkowaniu dla nabytego w drodze spadku majątku na podstawie art. 4a ustawy o podatku od spadków i darowizn (dalej: u.s.d.), albowiem w określonym w tym przepisie terminie nie dokonała zgłoszenia nabycia. Z kolei zgodnie z art. 6 ust. 4 u.s.d. zd. 2: „W przypadku gdy nabycie nie zostało zgłoszone do opodatkowania, obowiązek podatkowy powstaje z chwilą powołania się przez podatnika przed organem podatkowym na fakt nabycia” (Dz.U. 1983 nr 45 poz. 207, ze zm.).

W związku z powyższym NUS stwierdził, że w przedmiotowej sprawie chwilą powołania się podatniczki na fakt nabycia spadku był właśnie złożony przez nią w styczniu 2019 r. wniosek o wydanie zaświadczenia stwierdzającego brak zobowiązania w podatku od spadku i darowizn. Tym samym nie przedawniło się uprawnienie organu do wydania decyzji ustalającej zobowiązanie podatkowe.

Organ nie wyda zaświadczenia, bo nie ma wiedzy, by przedawnienie nastąpiło

Dyrektor Izby Administracji Skarbowej, po rozpoznaniu zażalenia podatniczki, utrzymał w mocy postanowienie NUS. Pouczył, że postępowanie o wydanie zaświadczenia ma charakter uproszczony, a samo zaświadczenie nie rozstrzyga o istnieniu obowiązku, a jedynie potwierdza to, co jest wiadome organowi. Stąd przedmiotem takiego postępowania nie może być podejmowanie ocen prawnych. „…żądania skarżącej sformułowane w jej wnioskach nie mogą zostać uwzględnione, albowiem z żadnych ewidencji organu, rejestrów lub innego rodzaju danych nie wynika, iż podatek od spadków i darowizn został rozliczony, albo że nastąpiło przedawnienie tego prawa” (I SA/Rz 333/19). Dodatkowo DIAS wskazał, że organ pierwszej instancji był uprawniony do dokonania oceny, że złożony przez podatniczkę wniosek stanowił „powołanie się przed organem na fakt nabycia”. Niemniej nie w jego gestii leży rozpatrywanie słuszności zarzutów podniesionych przez podatniczkę w tym zakresie, bowiem zarzuty te będą mogły zostać rozpatrzone dopiero w postępowaniu podatkowym dotyczącym nabycia spadku. WSA w Rzeszowie, przychylając się do skargi podatniczki, orzekł, że z przepisów art. 306a i 306b Ordynacji podatkowej jasno i jednoznacznie wynika, że organ, udzielając odpowiedzi na żądanie wydania zaświadczenia przez podatnika, zobowiązany jest ustosunkować się do niego, opierając się o posiadane i dostępne dla siebie dane. Przy czym chodzi tutaj nie tylko o stan faktyczny, ale także prawny. A w niniejszej sprawie organ dysponował danymi na temat daty śmierci spadkodawców i uprawomocnienia się postanowienia o nabyciu spadku.

Sąd, wydając wyrok uchylający postanowienia organów pierwszej i drugiej instancji, wskazał na wyraźną hipokryzję fiskusa: „Dyrektor Izby Administracji Skarbowej (…) stwierdził, że z dostępnych mu informacji w żaden sposób nie wynika fakt przedawnienia prawa do wydania decyzji ustalających. Dodał również, że organ I instancji miał prawo do przyjęcia, że złożenie wniosków o wydanie zaświadczeń, jest powołaniem się przed organem na nabycie spadków. Jednocześnie organ odwoławczy, w konkluzji swoich rozważań kategorycznie stwierdził, że w ramach prowadzonych postępowań, brak było podstaw do rozpatrzenia merytorycznych zarzutów (…) Stanowisko takie jest niewątpliwie wewnętrznie sprzeczne, jako że organ II instancji z jednej strony uznaje, że niedopuszczalnym było rozważanie, jako merytorycznej, kwestii przedawnienia prawa do ustalenia zobowiązań podatkowych, z drugiej zaś przyznaje, że organ I instancji miał do tego prawo” (I SA/Rz 333/19).

Jeśli fiskus się z Tobą nie zgadza, nie znaczy, że ma rację

Sprawa potwierdza jedno – każdy podatnik, który uzyskał niekorzystną dla siebie decyzję, postanowienie, interpretację organu podatkowego jednej czy obu instancji nie musi godzić się z podjętym w tym akcie rozstrzygnięciem. Jak bowiem widać, organy chwytają się wszelkich możliwych sposobów na efektywny pobór podatku, bez względu na to, czy mają do tego podstawy prawne, czy nie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Branża cyfrowa przedstawiła rekomendacje do krajowej strategii cyberbezpieczeństwa

Związek Cyfrowa Polska przesłał do Ministerstwa Cyfryzacji stanowisko do projektu Strategii Cyberbezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2019-2024. Zwraca w niej uwagę m.in. na potrzebę doprecyzowania modelu współpracy na linii administracja publiczna – sektor prywatny oraz kwestie związane z edukacją na temat cyfryzacji i idących za nią cyberzagrożeń.

Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski

Jak zaznacza prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik w piśmie do ministra Marka Zagórskiego, zapewnienie cyberbezpieczeństwa to wspólne wyzwanie dla państwa oraz sektora prywatnego. Związek Cyfrowa Polska chętnie włączał się w przeszłości w projekty realizowane przez Ministerstwo Cyfryzacji i deklaruje dalszą współpracę m.in. przy realizacji Strategii. „W naszej ocenie zapewnienie cyberbezpieczeństwa będzie efektywne jedynie przy szerokiej współpracy ekspertów z doświadczonych firm działających w tym obszarze” – napisano w piśmie.

Zdaniem Związku należy doprecyzować projekt Strategii w zakresie modelu współpracy z samorządami, podmiotami prywatnymi oraz organizacjami pozarządowymi m.in. „w doborze, wdrażaniu i utrzymaniu środków technicznych zwiększających cyberbezpieczeństwo, w tym korzystania z nowoczesnych i bezpiecznych modeli przetwarzania w chmurach obliczeniowych, tworzenia bezpiecznych aplikacji oraz korzystania z bezpiecznych systemów mobilnych”.

Związek zwraca też uwagę na potrzebę doprecyzowania kwestii finansowania celów zawartych w Strategii. „Cyberbezpieczeństwo powinno być zarówno dla administracji publicznej, jak również dla przedsiębiorców i wszystkich obywateli kwestią nadrzędną, dlatego należy zainwestować wszelkie, możliwe środki z budżetu państwa, które są niezbędne do osiągnięcia tego celu” – czytamy w opinii Związku. Prezes Kanownik zaznacza, że trudno bowiem założyć – jak jest w Strategii – że przyjęte rozwiązania nie spowodują̨ dodatkowych skutków finansowych dla sektora finansów publicznych. Prezes Związku przypomina, że kilka miesięcy temu Komisja Europejska w nowym programie wspierającym cyfryzację w krajach Unii na lata 2021-2027 założyła, że na ochronę gospodarki cyfrowej, społeczeństwa i demokracji w UE poprzez budowanie cyberobrony i unijnego sektora cyberbezpieczeństwa oraz finansowanie najnowocześniejszych urządzeń i infrastruktury cyberbezpieczeństw trzeba będzie przeznaczyć 2 mld euro. Z całą pewnością są to koszty, które warto ponieść. Bo inwestycje w cyfryzację i cyberbezpieczeństwo są niezbędne do dalszego rozwoju innowacji i nowoczesnej gospodarki konkurencyjnej dla Europy i Świata” – argumentuje prezes Związku.

Kolejną kwestią, na którą zwraca uwagę Cyfrowa Polska jest edukacja na temat cyberzagrożeń – zarówno konsumentów, jak i urzędników administracji publicznej. Związek rekomenduje wprowadzenie specjalnych programów edukacyjnych, które zwiększałyby wiedzę konsumentów o cyberzagrożeniach wynikających ze stosowania urządzeń elektronicznych oraz wskazywały na praktyczne rozwiązania chroniące urządzenia przed cyberatakami. Powinny też powstać specjalne wytyczne stosowane przez administrację państwową przy przetargach i zamówieniach publicznych na sprzęt elektroniczny, które dotyczyłyby właśnie cyberbezpieczeństwa. Wymogiem powinno stać się̨ także to, że administracja publiczna wykorzystuje tylko sprzęt elektroniczny posiadający specjalny krajowy certyfikat bezpieczeństwa, który powinien zostać wprowadzony przez polski rząd.

5 powodów, dla których firewall jest nadal podstawą systemów cyberbezpieczeństwa

Analitycy Gartnera przewidują, że wartość rynku zapór sieciowych (ang. firewall) wzrośnie z 12,5 mld USD w 2018 r. do 16,2 mld USD w 2023 r. Oznacza to, że będzie to jeden z największych rynków produktów związanych z cyberbezpieczeństwem. Specjaliści Cisco podkreślają, że zapora sieciowa jest niezbędnym elementem systemu bezpieczeństwa sieci korporacyjnych, a nowa generacja firewalli pozwala biznesowi zapewnić wyższy poziom ochrony.

Zapory sieciowe nowej generacji to obecnie wszechstronne rozwiązania, które pozwalają zapewnić bezpieczeństwo na wielu poziomach. Są wyposażone w zintegrowane źródła danych o najnowszych zagrożeniach, zapobiegają włamaniom, gwarantują zaawansowaną ochronę przed złośliwym oprogramowaniem, filtrowanie adresów URL i posiadają funkcje weryfikacji tożsamości użytkownika. Przykładem firewalli nowej generacji są urządzenia i oprogramowanie z serii Cisco Firepower. Dzięki bogatej telemetrii sieciowej, dają one najpełniejszy wgląd w informacje o sieci i pozwalają wykrywać nawet subtelne zagrożenia.

Biznes nie może tracić czasu na obsługę systemów cyberbezpieczeństwa

Jak wynika z raportu Cisco „CISO Benchmark Study 2019”, priorytetem specjalistów ds. bezpieczeństwa jest konsolidacja informacji pochodzących od rozwiązań różnych dostawców.

„Firmy nie powinny tracić czasu na obsługę systemów bezpieczeństwa. Jeżeli w danej organizacji funkcjonuje kilka niezależnych produktów, zwykle oznacza to, że musi je obsługiwać kilku specjalistów, co w realiach, gdy biznes musi zmagać się z niedoborem talentów IT stanowi duży problem. Ponadto, jeśli produkty pochodzą od różnych dostawców, nie mogą one komunikować się między sobą ani automatycznie przekazywać sobie informacji o potencjalnych zagrożeniach” – mówi Mateusz Flak, menedżer ds. sprzedaży rozwiązań cyberbezpieczeństwa w Cisco Polska. „Zapory sieciowe nowej generacji to odpowiedź na te wyzwania. Stanowią zintegrowany system bezpieczeństwa, dzięki czemu specjaliści na stanowiskach CISO (ang. Chief Information Security Officer) nie muszą żonglować wieloma różnymi narzędziami”.

Specjaliści Cisco wskazują 5 powodów, dla których firewall jest nadal podstawą systemów cyberbezpieczeństwa:

  1. Gotowość na realny cyberatak – ochrona zapobiegawcza to za mało. Zapora sieciowa powinna stanowić źródło najnowszych informacji o zagrożeniach i posiadać funkcje dodatkowe, takie jak wykrywanie adresów URL czy zaawansowane wykrywanie złośliwego oprogramowania, na wypadek, gdyby pokonało ono pierwszą linię obrony.
  2. Kompleksowy wgląd w sieć – zapora sieciowa nowej generacji prezentuje całościowy obraz wszystkich działań, niezależnie od tego, czy dotyczą one użytkowników, hostów, sieci, aktywnych aplikacji, stron internetowych czy platform do przesyłania plików.
  3. Elastyczne opcje zarządzania i wdrażania – konfigurowalna zapora sieciowa nowej generacji może być zainstalowana w ramach infrastruktury w siedzibie organizacji lub w chmurze. Dodatkowo obsługuje szeroki zakres prędkości przepustowości, a także pozwala na scentralizowane zarządzanie wszystkimi urządzeniami lub poszczególnymi rozwiązaniami.
  4. Krótki czas wykrywania zagrożeń – średni czas wykrywania zagrożeń wynosi obecnie od 100 do 200 dni. To zdecydowanie za długo. Zapora nowej generacji powinna wykrywać potencjalne zagrożenia w ciągu kilku sekund. Dodatkowo rozwiązanie samo nadaje priorytety wygenerowanym alertom, aby można było podjąć szybkie i precyzyjne działania.
  5. Element zintegrowanej architektury bezpieczeństwa – nowoczesna zapora sieciowa powinna komunikować się i współdziałać z resztą architektury bezpieczeństwa, zapewniając możliwość integracji z innymi narzędziami tego samego dostawcy. Zapory sieciowe nowej generacji dają możliwość automatycznego udostępniania informacji o zagrożeniach, danych o zdarzeniach i ich kontekście.

Dobre nie jest dobre, złe nie jest złe

Podczas gdy szeroki rynek wyczekuje wystąpienia prezesa Fed Powella na sympozjum w Jackson Hole pod koniec tygodnia, europejskie rynki doświadczyły chwilowego przerywnika w postaci doniesień ze sfery polityki. Interesujące jest to, że pozytywna informacja ws. brexitu wcale taka nie jest, a i negatywna z Włoch nie do końca powinna być powodem do zmartwień.

Wczoraj funt wzmocnił się po słowach kanclerz Niemiec Angeli Merkel, zdaniem której nie ma potrzeb ponownego otwarcia umowy brexitu, by znaleźć praktyczne rozwiązanie w spornych kwestiach. Merkel nawiązywała do irlandzkiego backstopu (rozwiązań na granicy między Irlandią a Irlandią Północną, by uniknąć stawiania faktycznych granic), który premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson nazwał we wtorek niedemokratycznym i apelował o „alternatywne ustalenia”. Słowa Merkel zostały odebrane jako cień nadziei, że UE może przemyśleć swoje twarde stanowisko w sprawie backstopu i pójdzie na kompromis z Wielką Brytanią. Osobiście nie szedłbym tak daleko z wnioskami. Prawdą jest, że UE nigdy nie zamknęła drogi dla przedstawienia lepszego wyjścia z sytuacji granicznej niż backstop; problem w tym, że jak dotąd strona brytyjska nie zaproponowała innego rozwiązania. Wczoraj nie zrobił tego też i Johnson. Stąd Merkel mogła tylko przypomnieć coś, co wiadomo od zawsze. Ponadto taktycznym błędem byłoby rozważanie przez UE kompromisu teraz, kiedy czekamy na ostatni zryw zwolenników porozumienia w brytyjskim parlamencie, którzy na początku września planują zablokować dążenia Johnsona do „no-deal brexit”. W konsekwencji nie sądzę, aby wczoraj cokolwiek się zmieniło w rozkładzie szans wystąpienia bezumownego brexitu, a umocnienie funta jest błędną reakcją, która powinna być wygaszana.

Rezygnacja premiera Włoch Giuseppe Conte na pierwszy rzut oka wygląda na kłopot nie tylko dla Włoch, ale i dla całej strefy euro (i samego EUR), ale rzeczywistość może być mniej ponura. We Włoszech rozwiązanie rządu nie oznacza do razu rozpisania nowych wyborów, za to teraz prezydent Mattarella ma dwa tygodnie na rozmowy z przedstawicielami wszystkich partii i poszukiwanie alternatywnego rządu. I podobno już Ruch Pięciu Gwiazd Conte prowadzi rozmowy z Partią Demokratyczną, z którą dzieli cele gospodarcze. Choć taki rząd nie będzie miał większości w obu izbach parlamentu, będzie możliwe przygotowanie projektu budżetu na przyszły rok w terminie (nowe wybory by na to nie pozwoliły), zatem uniknięty zostanie nowy konflikt z UE. Sprawą otwartą pozostaje, na ile nowy budżet (a przede wszystkim deficyt) wzbudzi protest Brukseli, ale jakiś plan budżetu jest lepszy niż żaden i na razie sytuacja we włoskiej polityce bynajmniej nie jest powodem do zmartwień dla inwestorów na rynku EUR.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Strona nie działa na urządzeniach mobilnych? To w Google raczej się już nie pojawi…

Uruchamiasz nową stronę lub sklep internetowy? Upewnij się, że zawarte tam treści wyświetlają się prawidłowo na urządzeniach mobilnych, bo to właśnie wersja mobilna witryny jest od lipca br. automatycznie indeksowana przez wyszukiwarkę Google. Jeśli pojawią się tam błędy, strona nie tylko nie ma co liczyć na wysokie miejsce w wynikach wyszukiwania, ale może nawet w ogóle nie pojawić się w Google – ostrzega firma hostingowa Linuxpl.com.

Indeksowanie stron przez Google w oparciu o „Mobile First Index” działa wprawdzie już od marca 2018 roku, ale do tej pory bot Google’a najpierw określał, czy dla witryny korzystniejsze będzie zaindeksowanie jej wersji desktopowej, czy też mobilnej. Od lipca br. dla wszystkich nowych witryn bot z automatu indeksuje wyłącznie wersję mobilną przyjmując, że każda nowa strona w internecie musi ją mieć.

Czy muszę zrobić nową stronę?

„Zmiana dotyczy wyłącznie witryn, na które bot Google’a natyka się po raz pierwszy, czyli np. wszystkich udostępnianych pod nowymi domenami. Dlatego tak ważne jest tworzenie stron i sklepów internetowych w wersjach responsywnych, czyli takich, które działają równie dobrze zarówno na laptopach i komputerach stacjonarnych, jak i na smartfonach” – mówi Artur Pajkert z Linuxpl.com.

Według przedstawiciela Linuxpl zmiana wprowadzona przez Google wynika z faktu, że prawie wszystkie nowe strony internetowe są już obecnie przystosowane do działania na urządzeniach mobilnych. Stworzenie takiej strony ułatwia szereg popularnych narzędzi, jak np. system WordPress czy Joomla.

„Nie potrzebujesz nowej strony www, jeśli obecna prawidłowo wczytuje się na urządzeniach mobilnych. Google wciąż będzie też wysyłać ostrzeżenia – przez Google Search Console – dla webmasterów, których strony nie wczytują się prawidłowo w urządzeniu mobilnym” – wyjaśnia Artur Pajkert.

Co to jest responsywność strony?

Responsywność to zdolność strony www do dopasowania się do urządzenia, na którym jest wyświetlana. Dotyczy to zachowania czytelności, odpowiedniego układu bloków, czcionek, przycisków itp. To, co jest w pełni czytelne na komputerze stacjonarnym, powinno się też wyświetlić np. w telefonie. Wyzwanie polega na tym, że proporcje i wielkość ekranu w różnych urządzeniach są różne.

Dlatego – mówiąc w uproszczeniu – strona powinna „rozplanować” wszystkie elementy, tak jak będzie to najlepsze dla użytkownika. Np. na ekranie komputera trzy produkty mogą być pokazane obok siebie, ale w telefonie powinny być już pokazane jeden pod drugim.

„Witrynę przy pomocy np. WordPressa można stworzyć w ciągu kilku godzin i to bez specjalistycznej wiedzy. Większość nowych motywów zapewnia dziś responsywność od razu. Do łatwego uruchomienia strony i zapewnienia sprawnego działania wystarczy z kolei wybrać odpowiedni pakiet od firmy hostingowej. Przykładowo my oferujemy tego typu pakiety w wersji  dedykowanej właśnie dla witryn opartych o WordPress’a czy sklepów działających na PrestaShop. Potrafią one przyśpieszyć ich działanie nawet kilkunastokrotnie w porównaniu do standardowej oferty” – mówi Artur Pajkert.

Zdaniem przedstawiciela Linuxpl, zmiana w sposobie indeksowania nowych stron przez Google to naturalna konsekwencja wcześniejszej polityki tej firmy, której celem jest zachęcenie właścicieli stron do tworzenia wersji mobilnych.

Mobile first – nie ma odwrotu

Obecnie już około połowa wszystkich istniejących witryn została zaindeksowana w oparciu o mechanizm „mobile first”. Pozostałe witryny mają jeszcze najwyżej kilka lat na stworzenie poprawnych wersji mobilnych. Potem „Mobile First Index” zostanie zastosowany dla wszystkich witryn. Strony, które nie zdążą się dostosować, albo w ogóle znikną z wyników wyszukiwania Google, albo ich pozycja tam będzie systematycznie obniżana – przewiduje Linuxpl.

Według danych firmy Hootsuite, obecnie z internetu na urządzeniach mobilnych korzysta już 5,112 miliardów użytkowników na świecie. Łączna liczba wszystkich użytkowników internetu to 7,677 miliardów. Z kolei w Polsce w styczniu br. było 30,07 miliona użytkowników internetu, a na jednego mieszkańca Polski przypadało 1,33 karty SIM! Z mediów społecznościowych na urządzeniach mobilnych korzystało 16 milionów Polaków.

Tylko 4 na 10 pracowników firm finansowych dostrzega działania na rzecz równouprawnienia

Aż 61% pracowników w branży finansowej twierdzi, że ich firma nie prowadzi widocznych działań wyrównujących szanse kobiet i mężczyzn, a 26% mówi wprost, że takich regulacji nie ma – wynika z raportu „Kobiety w finansach” powstałego we współpracy Antal, CFA Society Poland oraz partnera strategicznego – Banku BPH. Tymczasem polityka równościowa przekłada się na realne wskaźniki biznesowe – mniejszą rotację pracowników, szybsze powroty z urlopów macierzyńskich, lepszy wizerunek firmy i większe szanse na rekrutacje najlepszych specjalistów.

– Różnorodność korzystnie wpływa na kondycję przedsiębiorstw, pomaga zwiększyć efektywność i poprawiać wyniki – dzięki korzystaniu z szerokiej palety doświadczeń i wiedzy pracowników, wynikających między innymi z różnic płci, doświadczeń życiowych czy zawodowych. Badania pokazują też, że przedsiębiorstwa kierowane co najmniej w 50% przez kobiety są lepiej postrzegane w obszarze strategii, komunikacji i misji – co w dobie walki o najlepszych pracowników buduje ich przewagę. Na przykładzie naszego banku, gdzie połowa składu zarządu oraz połowa stanowisk menedżerskich jest obsadzona przez kobiety widzimy to bardzo wyraźnie – mówi Małgorzata Romaniuk, Wiceprezes Zarządu Banku BPH.

Znoszenie barier to wciąż wyzwanie

Zdaniem 94% kobiet i mężczyzn pracujących w branży finansowej, respondentów pytanych w ramach drugiej edycji raportu „Kobiety w finansach” firm Antal, CFA Society Poland oraz Banku BPH, w sektorze wciąż występują bariery mające wpływ na przebieg kariery kobiet. Aż 6 na 10 osób twierdzi, że nie dostrzega działań swojej firmy, które mogą te bariery znosić, 29% nie wie, czy cokolwiek dzieje się w tym obszarze w ich instytucji, a 26% przyznaje, że takich procesów nie ma.

Artur Skiba, prezes agencji Antal
Artur Skiba, prezes agencji Antal

– Realizacja działań z zakresu polityki równościowej to obecnie wyzwanie biznesowe, a nie HR-owe. Skuteczne inicjatywy przekładają się nie tylko na prestiż organizacji, ale także na zyski finansowe. Wzrost zaangażowania pracowników to zmniejszone wskaźniki rotacji i absencji pracowniczej, niższe koszty rekrutacji, sprawniej działający system rekomendacji pracowniczej i wiele innych. By skutecznie wdrażać politykę równościową, trzeba najpierw poznać najważniejsze postawy dotyczące pełnienia funkcji zawodowych przez kobiety i mężczyzn oraz determinujące ich karierę. Następnie należy  podejmować działania, które pozwolą wydobyć maksimum ich potencjału i będą odpowiadać na ich oczekiwaniamówi Artur Skiba, prezes Antal.

Kobiety chcą konkretów

Wyższe dochody, strategiczne stanowiska i elastyczny czas pracy – to aspekty, które według raportu „Kobiety w finansach” znacznie ułatwiają kobietom rozwijanie kariery. Rosnące zarobki to przede wszystkim możliwość zatrudnienia opiekunki dla dziecka, opłacenia dobrego przedszkola lub żłobka – wskazało na to aż 85% respondentów. Większa reprezentacja kobiet na strategicznych stanowiskach w biznesie może być ważnym czynnikiem dla skutecznego wypracowania i wdrażania rozwiązań ułatwiających karierę – na ten czynnik wskazało 83% zapytanych osób. Tyle samo badanych za kluczowy uznało elastyczny czas pracy, możliwość pracy zdalnej, czyli efektywnego łączenia życia zawodowego z np. opieką nad dzieckiem.

Działania na rzecz równych szans kariery kobiet i mężczyzn w finansach– Świadomość społeczna kluczowych zadań wykonywanych przez specjalistki i menedżerki na rynku finansowym rośnie zbyt wolno. By to zmienić trzeba pokazywać korzyści ze wspierania różnorodności  na faktycznych przykładach i danych, tworzyć wspólne przestrzenie, w których kobiety mogą wymieniać się doświadczeniami oraz wspierać siebie nawzajem w rozwijaniu kompetencji – mówi Monika Grabek, Executive Director CFA Society Poland.

Popularne aplikacje na celowniku cyberprzestępców

Analitycy z laboratorium FortiGuard firmy Fortinet odkryli w ostatnim czasie niebezpieczne luki w programie Adobe Photoshop oraz trojana zaszytego w plikach Microsoft Word.

Podatności w Photoshopie

Analitycy Fortinet w maju tego roku zgłosili firmie Adobe wykrycie wielu tzw. luk dnia zerowego (czyli takich, o których nie wiedział producent oprogramowania i które mogą być wykorzystane do przeprowadzenia ataku) w programie Photoshop CC 2019. We wtorek 13 sierpnia Adobe opublikował odpowiednie łatki zabezpieczające, które miały wyeliminować te problemy. Luki mają różne przyczyny źródłowe, ale wszystkie są związane z wtyczkami Photoshopa. Ze względu na ich krytyczne znaczenie zdecydowanie zalecane jest, aby użytkownicy jak najszybciej zastosowali ostatnio wydane poprawki Adobe.

Cyberprzestępcy mogą wykorzystywać wykryte luki w niezałatanym oprogramowaniu do zdalnych ataków, w trakcie których byliby w stanie uzyskać dostęp do przesyłanych informacji, plików oraz wykonania dowolnego kodu w aplikacji za pomocą spreparowanych plików graficznych U3D.

Trojan ukryty w plikach Word

Analitycy z FortiGuard przechwycili również wiele dokumentów Word, w których ukryta była nowa wersja trojana Ursnif. – Jest to zagrożenie, które aktywnie się rozprzestrzenia. Z tego powodu zachęcamy, aby użytkownicy prywatni i biznesowi byli wobec niego szczególnie czujni – apeluje Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce.

Trojan Ursnif jest znany od lat, także pod nazwami Dreambot, Gozi oraz ISFB. Służy cyberprzestępcom do wykradania informacji z zainfekowanych urządzeń.

W nowej kampanii zainfekowane dokumenty Worda zawierają złośliwy kod VBA. Nazwy plików dokumentów są w formacie: „info_[date].doc”. Kiedy użytkownik otwiera dokument Word, wyświetla się mu komunikat ostrzegawczy, mający na celu ochronę przed złośliwymi makrami (kod VBA).  Jednakże zawartość dokumentu manipuluje ofiarę w celu kliknięcia przycisku „Włącz zawartość”. Po wykonaniu tej operacji, złośliwy kod VBA jest uruchamiany, ponieważ znajduje się w module automatycznego otwierania dokumentu.

Specjaliści Fortinet przypominają, że należy zachować wzmożoną czujność wobec załączników przesyłanych drogą mailową – w szczególności plików ZIP, EXE oraz dokumentów pakietu Office (Word, Excel czy PowerPoint). Jeżeli nadawca wiadomości nie jest nam znany, lepiej w ogóle ich nie otwierać Trzeba również pamiętać, żeby nie zezwalać na włączanie makr w dokumentach Office – to jedna z podstawowych zasad zachowania higieny cyberbezpieczeństwa, zarówno w odniesieniu do użytkowników prywatnych, jak i biznesowych.

Udział inwestorów w obrotach instrumentami finansowymi na GPW – pierwsze półrocze 2019 r.

  • W pierwszej połowie 2019 r. inwestorzy indywidualni wygenerowali 13 proc. (+1 p.p. rdr) obrotów na Głównym Rynku (GR) akcji GPW. Inwestorzy zagraniczni odpowiadali za 59 proc. obrotów (+3 p.p. rdr), a instytucjonalni za 28 proc. (-4 p.p. rdr)
  • Na rynku NewConnect główną rolę niezmiennie odgrywają inwestorzy indywidualni, których udział w obrotach wyniósł 84 proc. w pierwszym półroczu 2019 r., więcej o 4 p.p. rdr. Udział inwestorów instytucjonalnych spadł do 13 proc. (o 3 p.p. rdr), a inwestorów zagranicznych o 1 p.p. do 3 proc.
  • Na rynku kontraktów terminowych w pierwszej połowie 2019 r. wiodącą rolę wciąż mają krajowi inwestorzy indywidualni z udziałem 50 proc. w obrotach (+3 p.p. rdr). O 7 p.p. spadł udział inwestorów instytucjonalnych (30 proc.), zaś udział inwestorów zagranicznych wzrósł do poziomu 20 proc. (+4 p.p. rdr)

Główny Rynek GPW

Na Głównym Rynku akcji GPW największy udział w obrotach w I półroczu 2019 r. mieli inwestorzy zagraniczni. Wygenerowali oni 59 proc. obrotów akcjami, o 3 p.p. wobec tego samego okresu przed rokiem. Udział krajowych inwestorów instytucjonalnych wyniósł 28 proc., o 4 p.p. mniej niż tym okresie przed rokiem, ale wzrósł udział inwestorów indywidualnych, którzy wygenerowali 13 proc. obrotów, o 1 p.p. rdr i o 1 p.p. półrocze do półrocza w pierwszej połowie 2019 r.

W I półroczu 2019 r. wśród krajowych instytucji w czołówce, pierwszy raz od czterech lat, uplasowały się podmioty świadczące usługi animatorów (udział na poziomie 33 proc.), a tuż za nimi znalazły się TFI z wynikiem 31 proc. Podium w pierwszej połowie 2019 r. zamykają Członkowie Giełdy z 14 proc. udziałem w obrotach.

Tabela 1. Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcji (w proc.)

Struktura inwestorów na Głównym Rynku akcjiŹródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

NewConnect

Na rynku NewConnect to inwestorzy indywidualni odgrywają największą rolę, a ich udział systematycznie rośnie. W pierwszej połowie tego roku odpowiadali za 84 proc. obrotów, więcej o 4 p.p. rdr. Inwestorzy zagraniczni w tym samym czasie wygenerowali 3 proc. obrotów, o 1 p.p. mniej rdr. Instytucje odpowiadały za 13 proc. obrotów – o 3 p.p. mniej niż w tym okresie przed rokiem i o 1 p.p. więcej niż w drugim półroczu 2018 r. Pierwsze półrocze zdecydowanie należało do TFI, które osiągnęły 51 proc. udziału w obrocie. Animatorzy wygenerowali 17 proc., a firmy 12 proc.

Tabela 2. Struktura inwestorów na rynku NewConnect (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku NewConnectŹródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

Rynek Instrumentów Pochodnych

W pierwszej połowie 2019 r. krajowi inwestorzy indywidualni odegrali dominującą rolę także na rynku derywatów, gdzie ich udział w wolumenie obrotów kontraktami terminowymi kształtował się na poziomie 50 proc. (+3 p.p. rdr), a opcjami 40 proc. (-5 p.p. rdr). Udział inwestorów zagranicznych wzrósł o 4 p.p. na kontraktach (20 proc.) i o 1 p.p. na opcjach (26 proc.). Udział w obrotach kontraktami terminowymi inwestorów instytucjonalnych spadł w pierwszym półroczu tego roku do 30 proc. (o 7 p.p.), ale na rynku opcji zwiększył się do 34 proc. (o 4 p.p. rdr). Zarówno na rynku kontraktów terminowych, jak i opcji dominującą rolę odgrywali animatorzy w pierwszym półroczu 2019 r., którzy wygenerowali odpowiednio: 53 proc. i 51 proc.

Tabela 3. Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowych (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku kontraktów terminowychŹródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

Tabela 4. Struktura inwestorów na rynku opcji (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku opcjiŹródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe

Catalyst

Udział krajowych inwestorów indywidualnych w obrocie obligacjami na rynku Catalyst wzrósł do 40 proc. (o 2 p.p. rdr) w pierwszej połowie 2019 r. Udział inwestorów instytucjonalnych spadł o 3 p.p. rdr do 59 proc., natomiast zagranicznych wzrósł do 1 proc. Przeważającą rolę odgrywają na nim animatorzy z udziałem na poziomie 43 proc.

Tabela 5. Struktura inwestorów na rynku obligacji (w proc.)

Struktura inwestorów na rynku obligacjiŹródło: Ankieta GPW w firmach inwestycyjnych, dane szacunkowe