Jakie benefity zatrzymają pracowników w firmie

Prywatna opieka medyczna, dodatkowe ubezpieczenie na życie, karta na siłownię – to wg polskich pracowników najbardziej atrakcyjne dodatki do pensji – wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzonego w II kwartale 2019 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page. Co jeszcze zwiększa atrakcyjność miejsca pracy i jakie aspekty mogą skutecznie przyciągnąć kandydatów do nowej firmy?

Rozwojowe i elastyczne środowisko pracy

Jak wynika z badania „Confidence Index”, przeprowadzonego w II kwartale 2019 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page, większość Polaków (63 proc.) jest zadowolona z ogólnych warunków zatrudnienia. Niemal połowa (46 proc.) jest usatysfakcjonowana wysokością swojej pensji, a 47 proc. dobrze ocenia także stabilność swojej pracy. Pozytywne nastroje wśród pracowników przekładają się na wzrost oczekiwań względem pracodawcy, a silna pozycja kandydatów na rynku pracy sprawia, że konkurowanie wysokością wynagrodzenia staje się coraz trudniejsze. Na znaczeniu zyskują zatem aspekty pozafinansowe. Do najważniejszych z nich należą m.in. dostęp do szkoleń, który jest istotny dla niemal 93 proc. respondentów, możliwość korzystania z elastycznych godzin pracy (73 proc.) oraz z pracy zdalnej (63 proc.).

Benefity na czasie

Z badania „Confidence Index” wynika, że spośród szerokiej gamy benefitów dla Polaków najważniejszy jest dostęp do prywatnej opieki zdrowotnej (89 proc.). Tylko niecałe 8 proc. respondentów przyznało, że czynnik ten nie ma znaczenia przy wyborze miejsca zatrudnienia. Niewiele mniej, bo 75 proc. ankietowanych chciałoby otrzymać od pracodawcy dodatkowe ubezpieczenie na życie. Aspekt ten jest szczególnie istotny zwłaszcza dla osób powyżej 50 r.ż. (76 proc.). Karta sportowa to atrakcyjny dodatek do pensji dla 49 proc. ankietowanych, przy czym wśród osób poniżej 30 r.ż. odsetek ten wynosi aż 66%, a pracownicy w wieku 50+ są zainteresowani nim trzy razy rzadziej.

Służbowe sprzęty

Wykonywanie pracy często wiąże się z eksploatacją różnych narzędzi czy sprzętów, które powinny zostać zapewnione przez pracodawcę. Z badania Michael Page wynika, że 7 na 10 ankietowanych liczy na to, że otrzyma służbowy laptop i telefon. Z kolei 53 proc. pracowników chciałoby mieć do dyspozycji również służbowy samochód. Firmowe auto jest szczególnie pożądane przez pracowników na stanowiskach menedżerskich (77 proc.) oraz wśród osób powyżej 50 r.ż (62 proc. wskazań w tej grupie wiekowej w porównaniu do 39 proc. wskazań wśród respondentów poniżej 30 r.ż.).

Piotr Dziedzic
Piotr Dziedzic

 – Oferowanie pracownikom benefitów pozapłacowych jest coraz częściej spotykane w polskich firmach, dlatego dla wielu kandydatów takie dodatki jak karty sportowe, czy pakiety medyczne są już standardem. Wobec tego, wielu pracodawców inwestuje w mniej popularne benefity, które jednak mogą bardziej zaskoczyć pracowników. Należą do nich np. dodatki do posiłków, zapewnianie przekąsek w biurze, czy obdarowywanie pracowników specjalnymi punktami wymienialnymi na bilety do kina czy do teatrów – komentuje Piotr Dziedzic, dyrektor w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

„Na koszt firmy”

Jak wynika z badania Michael Page, dodatek na lunch to atrakcyjny benefit dla 44 proc. respondentów, natomiast do darmowych przekąsek i owoców w biurze przekonanych jest mniej niż 28 proc. badanych. Większą aprobatą cieszą się za to: dostęp do programu oszczędnościowego (50 proc), karty podarunkowe (42 proc.) czy zniżki pracownicze (38 proc.).

– Polskim pracownikom zależy na utrzymaniu równowagi w życiu. Na ten aspekt zwraca uwagę niemal 92 proc. ankietowanych. Dlatego, na kandydatach duże wrażenie może zrobić zaoferowanie im dodatkowych dni urlopowych. Z naszego badania wynika, że jest to atrakcyjny bonus już dla co drugiego pracownika (51 proc.). Dodatkową motywacją do podjęcia pracy w danej firmie może być również możliwość zaoferowania pracownikom płatnego, dłuższego urlopu przeznaczonego na rozwój zawodowy i poszerzanie umiejętności, które w przyszłości mogą być przydatne także dla organizacji. W Polsce tego typu udogodnienia nie są jeszcze powszechnie stosowane, dlatego dla wielu firm może być to dodatkowy wyróżnik na rynku pracy – komentuje Piotr Dziedzic.

Czy chatbot zastąpi człowieka? Czy maszyna nas rozumie?

Jak wynika z danych Gartnera, do 2020 r. ponad 50% średnich i dużych przedsiębiorstw wdroży chatboty produktowe. Oznacza to, że użytkownicy Internetu będą coraz częściej wchodzić w interakcje z komputerem, a nie pracownikiem biura obsługi klienta, aby rozwiązać dany problem lub zadać pytanie. Ponadto analitycy przewidują, że w biznesie do 2022 r. 70% tzw. białych kołnierzyków, czyli pracowników niezajmujących się pracą fizyczną będzie na co dzień korzystało z platform służących do komunikacji. Zdaniem ekspertów SAS o tym czy chatboty zastąpią konsultantów zdecyduje nie tyle biznes, co klienci.

(21 sierpnia 2019 r.) – Chatboty to inaczej boty internetowe służące do prowadzenia konwersacji z wykorzystaniem języka naturalnego. Rozwiązania te są na tyle powszechne, że niemal każdy użytkownik sieci miał z nimi kontakt, np. odwiedzając stronę internetową, na której wyświetlił się komunikat: „Zadaj nam pytanie” lub „Jak możemy Ci pomóc?”. Najczęściej chatboty działają na różnego rodzaju czatach. Są one w stanie prowadzić konwersację w ramach komunikatorów internetowych, takich jak Messenger, Slack czy Whatsapp. Funkcję chatbota spełniają także wirtualni asystenci, tacy jak Siri czy Alexa, którzy są w stanie podać zarówno aktualną prognozę pogody dla danego miejsca, jak i sprawdzić czy w kalendarzu użytkownika wpisane są jakieś spotkania.

Z kolei w biznesie wirtualni asystenci pozwalają m.in. uzyskać dostęp do zestawień określonych danych na podstawie otrzymanych zapytań, opisywać duże zbiory korporacyjnych i publicznych informacji lub dzielić się wynikami analiz biznesowych z innymi użytkownikami. Mogą także sugerować jakie dodatkowe informacje warto uwzględnić na podstawie analizy wzorów danych i archiwalnych powiązanych zapytań. Użytkownik może wydawać komendy głosowe, np. „sprawdź, która kampania marketingowa wygenerowała najwięcej leadów w tym kwartale”. Chatboty to technologia, która sprawia, że ludzie mogą wykorzystywać potencjał analityki, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Co sprawia, że maszyna nas rozumie?

Chatboty są w stanie komunikować się z człowiekiem dzięki przetwarzaniu języka naturalnego. Technologie z tego zakresu stanowią dziedzinę sztucznej inteligencji, za ich sprawą maszyny są w stanie czytać, analizować i interpretować język ludzki. Pozwala im to zrozumieć zarówno jego strukturę, jak i znaczenie poszczególnych zdań, a także sformułować odpowiedź, która będzie korespondowała z postawionym pytaniem. Im więcej interakcji chatbota z użytkownikiem, tym więcej maszyna będzie rozumiała, a sama konwersacja będzie bardziej płynna i naturalna. Odpowiedzi na pytania klienta są formułowane na podstawie analizy podobnych zapytań z przeszłości.

Efektywny kontakt z klientem w trybie 24/7

Dzięki chatbotom firmy są w stanie udzielać natychmiastowych odpowiedzi na pytania w trybie 24/7. Korzyści biznesowe wynikające z wykorzystania chatbotów są przede wszystkim związane z możliwością redukcji zespołów, a co za tym idzie kosztów obsługi klienta. Jak wynika raportu „Barometr zawodów 2019” dla Warszawy, pracownicy telefonicznej i elektronicznej obsługi klienta są w grupie zawodów deficytowych.

Chatboty stanowią istotne wsparcie dla działów obsługi klienta, m.in. zawężając problem i sugerując rozwiązanie na podstawie archiwalnych zapisów kontaktów. Przykładowo lider branży telekomunikacyjnej w Szwajcarii, firma Swisscom otrzymuje 10 000 zapytań dziennie. Obsłużenie tak ogromnej liczby wiadomości zajmowało konsultantom bardzo dużo czasu. Dzięki platformie analitycznej SAS firma jest w stanie stworzyć bardziej kompletny profil klienta, na podstawie analizy historii kontaktów w mediach społecznościowych, transkrypcji rozmów prowadzonych za pośrednictwem call center oraz treści zapytań. Informacje te służą do tworzenia spersonalizowanych ofert. Co ciekawe, system automatycznie rozpoznaje i kategoryzuje określone sformułowania i jest w stanie stwierdzić czy dotyczą one tego samego rodzaju problemu.

Chatbot nie rozwiąże każdego problemu

Sami klienci nie podchodzą tak entuzjastycznie do kontaktów z chatbotami. Jak podaje raport „Klient w Świecie Cyfrowym” autorstwa PwC, wiele zależy od tego, jakiego rodzaju sprawę chce załatwić użytkownik. Rozwiązanie umowy, zwrot towaru czy pytania odnośnie faktury to przykłady kwestii, które klienci wolą załatwić korzystając z tradycyjnych kanałów komunikacji. 68% ankietowanych zwraca uwagę, że elektroniczne i tradycyjne kanały obsługi mają odmienne funkcje. Ich zdaniem, elektroniczne są skuteczniejsze podczas rozwiązywania mniej skomplikowanych problemów, natomiast te zawiłe klienci wolą zgłaszać przez kanały tradycyjne np. za pośrednictwem poczty e-mail.

Należy pamiętać, że o formie kontaktu z firmą decyduje sam klient. Biznes musi się dostosować do jego oczekiwań i oferować różne formy interakcji. Inwestycja w chatboty może przyczynić się do odciążenia działu obsługi klienta, ale nie sprawi, że biznes będzie mógł z niego zrezygnować podsumowuje Miłosz Trawczyński, Business Consulting Manager w SAS Polska.

Zasady PPK – co każdy pracodawca wiedzieć powinien?

Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych nakazuje, aby każda firma lub instytucja, która zatrudnia co najmniej jedną osobę podlegającą ubezpieczeniom emerytalnym i rentowym utworzyła PPK dla swoich pracowników. Pracodawcy mają coraz mniej czasu na dostosowanie do wymogów ustawy.

1 lipca 2019 roku ustawa zaczęła obowiązywać przedsiębiorstwa, które na dzień 31 grudnia 2018 roku zatrudniały min. 250 pracowników. Firmy te mają czas do 25 października 2019 roku na podpisanie z wybraną instytucją finansową umowy o zarządzanie PPK.

Pracodawcy zatrudniający mniej pracowników mają więcej czasu. Do 1 stycznia 2020 roku PPK muszą utworzyć firmy zatrudniające co najmniej 50 pracowników, a do 1 lipca 2020 roku czas mają podmioty zatrudniające od 20 osób. Pozostali pracodawcy powinni utworzyć PPK do 1 stycznia 2021 roku.

Istnieją jednak dwa wyjątki. Obowiązek tworzenia PPK nie obejmie przedsiębiorców zatrudniających mniej niż 10 osób, o ile wszyscy pracownicy złożą deklarację rezygnacji z uczestnictwa w PPK. Drugi wyjątek dotyczy przedsiębiorstw, które prowadzą pracownicze programy emerytalne (PPE) ze składką na poziomie min. 3,5% wynagrodzenia pracownika, a uczestnikami programu jest przynajmniej 25% zatrudnionych. Tego typu informacje są już powszechnie znane, ale taka wiedza nie wystarczy, aby we właściwy sposób spełnić wymogi ustawy.

– Największym zagrożeniem oraz problemem jest brak wiedzy uprawnionych osób na temat PPK. Zarówno pracodawcy, jak i pracownicy nie znają podstawowych założeń tej ustawy – mówi Krzysztof Stucke, trener w firmie Effect Group, autor szkolenia „Pracownicze Plany Kapitałowe – nowe obowiązki pracodawców”. – Dostępne informacje są lakoniczne, często nieprecyzyjne. Takie sytuacje wzbudzają nieufność, która bazuje również na błędnym łączeniu PPK z projektem OFE – podkreśla.

Pracownicy powinni uczestniczyć w wyborze PPK

Bardzo ważną kwestią jest sposób, w jaki pracodawca dokona wyboru instytucji finansowej zarządzającej PPK w danej firmie. Wybór powinien nastąpić przy udziale pracowników. Jeśli w zakładzie pracy działa zakładowa organizacja związkowa, pracodawca powinien w porozumieniu z tą organizacją dokonać wyboru instytucji zarządzającej. Jeśli w przedsiębiorstwie nie ma organizacji związkowej, konsultacje powinny zostać przeprowadzone z reprezentacją osób zatrudnionych.

– Wymóg wyboru instytucji zarządzającej PPK „w porozumieniu” z zakładową organizacją związkową lub reprezentacją osób zatrudnionych należy interpretować jako dążenie do ustalenia wspólnego stanowiska w tym zakresie – podkreśla Krzysztof Stucke. – Należy zwrócić uwagę, że w sytuacji, gdy w przedsiębiorstwie nie działa zakładowa organizacja związkowa, wyboru instytucji finansowej dokonuje się nie z reprezentacją pracowników, lecz reprezentacją osób zatrudnionych, z założenia obejmującą także m.in. zleceniobiorców, członków rad nadzorczych oraz osoby wykonujące pracę nakładczą – podkreśla.

Brak porozumienia nie stanowi jednak przeszkody do utworzenia PPK. Jeśli porozumienie z zakładową organizacją związkową lub reprezentacją osób zatrudnionych nie zostanie osiągnięte na 1 miesiąc przed terminem, w którym organizacja jest zobowiązana zawrzeć umowę o zarządzanie PPK, wówczas pracodawca samodzielnie dokonuje wyboru instytucji finansowej i zawiera z nią umowę.

Pomimo, że pracownicy powinni mieć wpływ na wybór instytucji zarządzającej, to jednak sama umowa o prowadzenie PPK na rzecz każdego pracownika jest zawierana przez pracodawcę bez udziału osoby zatrudnionej (nie składa ona podpisu na umowie). Otrzymuje ona natomiast od instytucji finansowej informację o warunkach uczestnictwa w PPK.

Co ważne, jeden pracodawca może w jednym czasie mieć podpisaną umowę tylko z jedną instytucją finansową obsługującą PPK.

Instytucję zarządzającą PPK można zmienić

Pracodawca podpisuje umowę z wybraną firmą zarządzającą, ale nie musi być to decyzja podjęta „na zawsze”. Podmiot zatrudniający może wypowiedzieć umowę o zarządzanie PPK na warunkach określonych w umowie. Ustawa nie reguluje okresów wypowiedzenia takiej umowy.

W sytuacji, w której dana organizacja podejmie decyzję o wypowiedzeniu umowy, przede wszystkim powinna dokonać wyboru innej instytucji zarządzającej PPK. W tym przypadku także powinno zostać osiągnięte porozumienie z reprezentacją osób zatrudnionych. Zmiana operatora PPK musi dokonać się w sposób płynny, oczywiście z uwzględnieniem określonego umową okresu wypowiedzenia.

Umowę o prowadzenie PPK należy zawrzeć w terminie maksymalnie 7 dni, licząc od dnia zawarcia nowej umowy o zarządzanie PPK.  Pracodawca zawiera z nową instytucją umowę o prowadzenie PPK w imieniu i na rzecz każdej osoby zatrudnionej, która miała zawartą umowę o prowadzenie PPK na dzień poprzedzający dzień zawarcia nowej umowy.

– Uczestnicy PPK muszą zostać powiadomieni, że podmiot zatrudniający złoży w ich imieniu wnioski o wypłaty transferowe środków zgromadzonych na ich rachunkach w PPK prowadzonych przez dotychczasową instytucję finansową do nowej instytucji finansowej – mówi trener Effect Group. – Informacji tej należy udzielić uczestnikom niezwłocznie, nie później niż w terminie 7 dni od dnia zawarcia nowej umowy o zarządzanie PPK. Uczestnik PPK będzie miał prawo w terminie 7 dni od dnia otrzymania takiej informacji poinformować pracodawcę w formie pisemnej o niewyrażeniu zgody na wypłatę transferową środków.

Jeśli uczestnik PPK poinformuje o tym, że nie wyraża zgody na wypłatę transferową, wówczas jego środki pozostaną na dotychczasowym rachunku PPK prowadzonym przez instytucję finansową, której wypowiedziano umowę. Do nowej instytucji będą natomiast trafiały nowe środki.

W odniesieniu do tych uczestników PPK, którzy nie poinformują pracodawcy o braku zgody, złoży on w imieniu każdej z tych osób wnioski o wypłaty transferowe środków. Wnioski będą składane już za pośrednictwem nowej instytucji finansowej.

Kary za niespełnienie wymogów ustawy o PPK

Warto mieć świadomość konsekwencji, jakie mogą być skutkiem zlekceważenia wymogów nałożonych przez ustawę. W przypadku pracodawców, którzy nie dochowają terminu przewidzianego w ustawie na zawarcie umowy o zarządzanie PPK, mogą oni zostać ukarani grzywną w wysokości do 1,5% funduszu wynagrodzeń u danego podmiotu zatrudniającego w roku obrotowym poprzedzającym popełnienie czynu zabronionego. Tego rodzaju karą jest zagrożony pracodawca, ale również osoba działająca w jego imieniu.

Pracodawca (albo osoba obowiązana do działania w imieniu podmiotu zatrudniającego) będzie zagrożony otrzymaniem grzywny od Państwowej Inspekcji Pracy w wysokości od 1.000 zł do 1.000.000 zł w sytuacji, gdy:

  1. nie dopełni obowiązku zawarcia w imieniu i na rzecz osoby zatrudnionej umowy o prowadzenie PPK w przewidzianym terminie,
  2. nie dopełni obowiązku dokonywania wpłat do PPK w przewidzianym przepisami terminie,
  3. nie zgłosi wymaganych ustawą danych lub zgłosi nieprawdziwe dane albo udzieli w tych sprawach nieprawdziwych wyjaśnień lub odmówi ich udzielenia,
  4. nie prowadzi dokumentacji związanej z obliczaniem wpłat do PPK.

W związku z tym, do tematu wdrożenia PPK warto podejść z dużą starannością. Aby przedsiębiorstwo poprawnie dostosowało się do wszystkich wymogów ustawy, wskazane jest objęcie odpowiednim szkoleniem wszystkich pracowników odpowiedzialnych za wdrażanie i obsługę PPK w firmie. Kolejna ważna sprawa, to konieczność przystosowania programów kadrowo-płacowych w taki sposób, aby uwzględniały one wszystkie finansowe kwestie związane z PPK.

Pamiętać warto także o tym, by temat planów kapitałowych był zrozumiały dla wszystkich pracowników, którzy zostaną objęci programem. Pracodawca powinien zadbać o przekazanie im rzetelnych informacji w tym zakresie, tak aby rozumieli wpływ PPK na wysokość ich przyszłej emerytury, zasady działania programu oraz konsekwencje ewentualnej rezygnacji z uczestnictwa w PPK.

Aby jednak odpowiednio informować pracowników, wcześniej właściwą wiedzę powinni zdobyć sami pracodawcy. Warto o nią zadbać już teraz, tym bardziej, że czasu pozostało niewiele.

Chwila spokoju dla złotego

Złotówka przestała tak gwałtownie tracić na wartości. Niestety prawdopodobnie nie jest to spowodowane odczytami z polskiej gospodarki, które pokazują bardzo dobrą (a nawet lepszą od oczekiwań) sytuację nad Wisłą, ale raczej ogólnymi nastrojami na światowych rynkach. Ponieważ w tej chwili są one bardzo zmienne, to w krótkiej perspektywie możemy spodziewać się wszystkiego.

Drogo, ale chociaż na moment stabilnie

Z dnia na dzień amplituda wahań na notowaniach złotówki w stosunku do głównych walut maleje. Co prawda nie należą one aktualnie do najtańszych, jednak widać chwilową stabilizację cen. Wygląda na to, że jeśli nie napłyną do nas kolejne negatywne wiadomości, to nie powinniśmy obserwować dalszego osłabienia złotówki. Dodatkowo w tym tygodniu otrzymamy sporą dawkę wiadomości z polskiej gospodarki. Już wczoraj zobaczyliśmy pozytywny odczyt z rynku pracy. Zatrudnienie rośnie rok do roku o 2,7%, a wynagrodzenie w ujęciu rocznym wzrosło o 7,4%, co jest wynikiem lepszym od oczekiwań. Z kolei dziś poznamy dynamikę w sektorze produkcji, a jutro opublikowana zostanie dynamika sprzedaży detalicznej oraz protokół z posiedzenia RPP. Tymczasem w środowe przedpołudnie euro wyceniane jest na 4,35 zł. Frank szwajcarski kosztuje niecałe 4,01 zł, a dolar amerykański 3,92 zł. Cena funta wynosi 4,76 zł.

Przed nami ciekawy dzień

Dzisiejsze popołudnie i wieczór zapowiadają się interesująco dla inwestorów. Najpierw ukaże się odczyt inflacji konsumenckiej w Kanadzie. Będzie to dobry moment na zwrócenie uwagi na pary walutowe związane z kanadyjskim dolarem. Jednak mimo wszystko więcej uwagi powinny przykuć późniejsze dane ze Stanów Zjednoczonych. Najpierw poznamy sytuację na rynku nieruchomości, z kolei o 20:00 przedstawiony zostanie protokół z posiedzenia FOMC. Jeżeli żaden polityk nie zaskoczy wpisem w mediach społecznościowych, to wieczorne wydarzenie może się okazać najważniejszym w tym tygodniu. Dzięki tzw. minutkom będzie można rozszyfrować nastroje członków Rezerwy Federalnej, dotyczące przyszłych ruchów polityki monetarnej za oceanem. Jest to o tyle ciekawy moment, że FED został już po raz kolejny podstawiony pod ścianą, a oczekiwania obniżki stóp procentowych są coraz większe. Z pewnością w godzinach wieczornych warto śledzić notowania dolara amerykańskiego.

Seria danych

Końcówka tygodnia również nie będzie należała do najnudniejszych. Już jutro, poza publikacjami z naszej gospodarki, czeka nas seria odczytów dotyczących indeksów PMI dla przemysłu i usług w strefie euro oraz w USA. Dodatkowo poznamy protokół z posiedzenia Europejskiego Banku Centralnego.

Mateusz Wielewicki, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Problemy z budową dróg

Pojawiają się coraz poważniejsze zagrożenia w kwestii realizacji kontraktów na budowę dróg i kolei w ramach projektów współfinansowanych z funduszy europejskich. Źródłem problemów jest gwałtowny wzrost cen materiałów budowlanych i urządzeń, a także kosztów pracy – jaki nastąpił po 2016 roku. Z tego powodu obecnie zrywane są umowy na realizację niektórych odcinków dróg krajowych i  autostrad. Federacja Przedsiębiorców Polskich przedstawiła raport w tej sprawie. Zidentyfikowano w nim 12 zagrożonych przedsięwzięć, jednak liczba to może niestety wzrosnąć. FPP podkreśla potrzebę waloryzacji kontraktów na realizację tych inwestycji.

– Wynagrodzenie wykonawców powinno zostać odpowiednio dostosowane, aby odzwierciedlało nowe realia gospodarcze, w jakich zawarte umowy są realizowane – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). –  W ten sposób uda się uniknąć zjawiska zrywania kontraktów na prace budowlane. Z analizy FPP wynika, że w przypadku konieczności wybrania wykonawcy zastępczego dochodzi do znacznego opóźnienia realizacji projektów. Wynosi ono około 20 miesięcy. Wzrasta także finalny koszt inwestycji – aż o 89 proc. Oferty składane przez nowych wykonawców opiewają na znacznie wyższe kwoty, niż te proponowane przed 2016 roku. Dla sektora finansów publicznych waloryzacja obecnych umów jest więc bardziej opłacalna, niż pośpieszne dokańczanie projektów, kiedy dojdzie do ich zerwania. Pojawia się także ryzyko związane z rozliczaniem środków po zakończeniu obecnej perspektywy finansowej Unii Europejskiej. Może dojść do utraty dofinansowania z Funduszu Spójności na budowę dróg w kwocie nawet 4,2 miliarda złotych. Waloryzacja zawartych już kontraktów jest więc korzystna także po to, aby uniknąć takiego scenariusza – zaznaczył Kozłowski.

Jak płatności kartą zmienią się po 14 września 2019? – kompendium Mastercard

14 września 2019 r. wchodzi w życie dyrektywa PSD2, która zmienia sposób, w jaki będziemy płacić za zakupy. Nowe przepisy mają na celu zwiększyć bezpieczeństwo finansów klientów w dobie postępującej cyfryzacji. W związku z tym, że pojawia się wiele pytań i wątpliwości, jak będą wyglądać płatności w sklepach fizycznych i online od drugiej połowy września, Mastercard przygotował praktyczny przewodnik, w którym odpowiadamy na najważniejsze pytania.

Zakupy w sklepach stacjonarnych

  • Czy to prawda, że będzie konieczne potwierdzanie PIN-em transakcji także tych nieprzekraczających kwoty 50 PLN?

Od 14 września[1] kodem PIN trzeba będzie autoryzować również niektóre transakcje na kwoty nieprzekraczające 50 PLN. Banki będą zobowiązane do stosowania tzw. silnego uwierzytelnienia klienta (ang. strong customer authentication, SCA) przy co szóstej transakcji (piąta może być bez SCA) lub jeśli skumulowana wartość transakcji bez silnego uwierzytelniania przekroczy 150 euro. Każda transakcja powyżej 50 PLN, która automatycznie wymaga kodu PIN spowoduje, że licznik transakcji (lub kwoty) będzie startował od początku.

  • Skąd bierze się ta zmiana? Dlaczego będę teraz płacić inaczej?

Zmiany są efektem nowych przepisów. Nieustający rozwój cyfrowości i pojawiające się nowe rozwiązania w zakresie płatności wymagają jednocześnie nowych zabezpieczeń. Zmiany w sposobie autentykacji płatności wynikają z dyrektywy PSD2, która wprowadza jednolity rynek płatności we wszystkich krajach Unii Europejskiej.

  • W jakich przypadkach/kiedy terminal poprosi mnie o autoryzację transakcji?

Zależy to od zastosowanego kryterium przez bank-wydawcę karty.

Pierwszym z nich jest autoryzacja kodem PIN co szóstej transakcji – o ile wcześniej nie zapłacimy za coś kwoty powyżej 50 PLN, co automatycznie wymaga kodu PIN i zeruje licznik.

Drugie kryterium dotyczy łącznej wartości kolejnych płatności kartą. Gdy przekroczy ona próg 150 euro, autoryzacja PIN-em będzie wymagana. 150 euro jest jednak kwotą maksymalną, a wydawcy kart, czyli przede wszystkim banki, mogą ustalić dla swoich kart próg poniżej 150 euro. Jeśli bank zastosuje to właśnie kryterium, to – jak wynika ze statystyk Mastercard – patrząc z perspektywy konsumenta niewiele się zmieni. Zanim bowiem drobne transakcje przekroczą limit 150 euro (ponad 600 PLN), klient statystycznie zrobi transakcję przekraczającą wartość 50 PLN, która i tak wymaga podania kodu PIN.

Każda transakcja z PIN „zeruje licznik” (zarówno w przypadku stosowanego kryterium liczby transakcji, jak i łącznej kwoty transakcji bez SCA).

  • Kto decyduje o tym, jakie kryterium wymogu autoryzacji (liczba transakcji lub ich suma) będzie zastosowane?

Decyduje o tym wydawca karty. O szczegóły warto więc zapytać w swoim banku/instytucji finansowej.

  • Czy transakcje zliczają się do szóstej w skali jednego dnia/tygodnia, czy też wszystkich transakcji?

Brane są pod uwagę wszystkie kolejne transakcje poniżej 50 PLN. Przykładowo, jeśli trzy takie transakcje wykonamy w poniedziałek, a dwie we wtorek, to pierwsza transakcja na niską kwotę w środę będzie wymagała autoryzacji kodem PIN. Jednocześnie ta transakcja „zeruje licznik”, podobnie jak każda przekraczająca kwotę 50 PLN, która automatycznie wymaga wpisania kodu PIN na terminalu.

  • Chciałbym autoryzować transakcje dokładnie tak samo, jak do tej pory (czyli tylko te przekraczające kwotę 50 PLN). Czy to możliwe?

Nie, nie będzie to możliwe. Nowe przepisy dotyczą wszystkich użytkowników kart płatniczych.

  • Czy nowe wymogi obowiązują także dla zbliżeniowych płatności mobilnych?

Tak, silne uwierzytelnienie obejmuje mobilne transakcje zbliżeniowe, gdy cyfrowy odpowiednik karty płatniczej jest zapisany w smartfonie, a płatność jest realizowana za pomocą aplikacji bankowej (standard HCE) lub tzw. portfela mobilnego, takiego jak np. Google Pay. Nawet jeśli dany portfel mobilny nie stosuje uwierzytelniania dla wszystkich transakcji (za pomocą kodu PIN, odcisku palca itp.), identyfikacja użytkownika przy płatności na kwotę poniżej 50 PLN może być konieczna.

  • Czy przy płatnościach Apple Pay, przy których każda transakcja jest autoryzowana biometrycznie, także będą obowiązywały wymogi z potwierdzaniem PIN-em co szóstej transakcji?

W przypadku Apple Pay wszystkie płatności są identyfikowane biometrycznie, więc dodatkowe uwierzytelnianie nie jest potrzebne.

  • Czy będą jakieś wyjątki od zastosowania tych wymogów?

Tak, wyjątkiem zostaną objęte transakcje w samoobsługowych biletomatach (np. w komunikacji miejskiej), parkomatach oraz samoobsługowych bramkach autostradowych.

  • Czy płacąc kartą za granicą będą obowiązywały te same wymogi, co w Polsce?

Przepisy dyrektywy PSD2 obowiązują tylko w państwach Europejskiego Obszaru Gospodarczego (UE oraz Norwegia, Liechtenstein i Islandia). Poza tym obszarem płatności zbliżeniowe będą działać tak, jak do tej pory.

  • Czy to oznacza, że płatności kartą w sklepie będą teraz bezpieczniejsze?

Już wcześniej płatności zbliżeniowe były bardzo bezpieczne. Warto wspomnieć, że oferują one wyraźnie wyższy poziom bezpieczeństwa niż te stykowe, a Polska od lat znajduje się na szczycie listy krajów europejskich o najniższej liczbie oszustw kartowych. Niezmiennie posiadacze kart są też chronieni przez rozwiązania technologiczne (np. szyfrowanie danych i standard EMV) oraz przez standardy branżowe i przepisy prawa (np. usługa chargeback, bądź ograniczenie odpowiedzialności posiadacza karty za nieuprawnione transakcje do kwoty 50 EUR w ciągu 24 godzin do zgłoszenia zaginięcia karty). Najnowsze zmiany dodatkowo podnoszą poziom bezpieczeństwa, sprawiając, że nawet gdy karta płatnicza znajdzie się w niepowołanych rękach, skutki w postaci ewentualnych strat finansowych będą mniej poważne.

  • Czy to oznacza, że płatności kartą w sklepie będą teraz bardziej czasochłonne?

W doświadczeniu użytkownika zmieni się to, że przy szóstej kolejnej transakcji poniżej kwoty 50 PLN będzie musiał wpisać kod PIN, co trwa maksymalnie kilka sekund. Nie jest to więc zbyt czasochłonne, a z drugiej strony gwarantuje większe poczucie bezpieczeństwa konsumenta. Warto pamiętać, że w 2020 r. limit transakcji bez PIN w Polsce powinien wzrosnąć do 100 PLN. To oznacza, że płatności wymagających podania czterocyfrowego kodu będzie mniej.

Zakupy w sklepach online

  • Jak będą wyglądały płatności kartą online po 14 września 2019 r.?

Zmiany nastąpią w zakresie autentykacji użytkownika – od tej pory będzie ona musiała być dwustopniowa, czyli obejmować dwa różne elementy opisane w przepisach.

  • Na czym polega tzw. silne uwierzytelnienie klienta?

Silne uwierzytelnienie klienta polega na weryfikacji co najmniej dwóch elementów należących do trzech kategorii: „wiedza” (co wie posiadacz karty, np. hasło zdefiniowane przez klienta), „posiadanie” (co ma posiadacz karty, np. telefon, na którym znajduje się aplikacja bankowa) i „cechy klienta” (element biometryczny, np. odcisk palca).

  • Kto decyduje o tym, które z tych trzech elementów będę musiał zastosować?

Będą o tym decydować banki-wydawcy kart. Oczekuje się, że rozwijane będą rozwiązania bazujące na bankowej aplikacji mobilnej i wybranej funkcji biometrycznej. O szczegóły warto zapytać w swoim banku.

  • Jak będzie wyglądać płatność krok po kroku? Czy zawsze tak samo?

W trakcie płatności online konsument będzie musiał wprowadzić dane swojej karty płatniczej i kliknąć przycisk „Zapłać”. W następnym kroku zrealizowane zostanie silne uwierzytelnienie, które może mieć następujący przebieg:

– Użytkownik otrzyma powiadomienie push z aplikacji bankowości mobilnej i będzie musiał wprowadzić swój osobisty kod mPIN lub użytkownik otrzyma powiadomienie push z aplikacji bankowości mobilnej i będzie musiał potwierdzić swoją tożsamość za pomocą odcisku palca lub innych danych biometrycznych.

– Jeśli kod mPIN, odcisk palca (bądź inne dane biometryczne) lub kod jednorazowy SMS zostanie zidentyfikowany pomyślnie, bank zatwierdzi płatność.

  • Mam już kartę z aktywnym rozwiązaniem SecureCode (3D Secure) i korzystam z haseł jednorazowych otrzymywanych w wiadomościach SMS. Czy coś się dla mnie zmieni?

Zgodnie z nowymi przepisami banki będą mogły oferować identyfikację przez swoją aplikację mobilną, za pomocą odcisku palca lub unikalnego kodu. Jeśli natomiast klient nie ma odpowiedniego urządzenia z aplikacją banku, w dalszym ciągu będzie musiał wprowadzać hasła otrzymywane w wiadomościach SMS, ale będzie też potrzebował dodatkowej metody uwierzytelnienia. Zostanie to określone przez wydawcę karty. O szczegóły warto więc zapytać w swoim banku.

  • Czy każda transakcja online będzie autoryzowana z wykorzystaniem dwóch elementów?

Z założenia tak, przy czym w kilku przypadkach jest możliwe zastosowanie wyjątków. Mogą one dotyczyć: niskich kwot transakcji (do 50 PLN), płatności cyklicznych (np. abonament za usługi cyfrowe, opłaty za rachunki), wybranych sklepów, którym konsumenci ufają, transakcji o niskim ryzyku oszustwa czy też bezpiecznych płatności korporacyjnych.

  • Kupuję po raz kolejny buty w moim ulubionym sklepie online. Co się dla mnie zmieni po 14 września?

W przypadku regularnych zakupów u konkretnego sprzedawcy wydawcy kart płatniczych mogą zastosować jeden z wyjątków zdefiniowanych w dyrektywie PSD2. Również sprzedawcy wspólnie ze swoim dostawcą płatności mogą w takich sytuacjach zasugerować bankowi wybrany wyjątek. Decyzja o zastosowaniu wyjątku należy do banku – wydawcy karty, ale informacja od sprzedawcy, że transakcja jest bezpieczna, znacząco zwiększa szansę odstąpienia banku od silnego uwierzytelnienia.

  • Dlaczego potrzebne jest dodatkowe uwierzytelnienie?

W dobie postępującej cyfryzacji bezpieczeństwo w sieci jest coraz ważniejszą kwestią i dlatego Unii Europejskiej zależy na zwiększeniu bezpieczeństwa płatności i pieniędzy konsumentów. Stąd też dodatkowy element uwierzytelnienia. Zgodnie z wynikami badania Mastercard[2] aż 76% polskich konsumentów uważa, że silna autoryzacja płatności online jest potrzebna, a 28% deklaruje, że dzięki temu będzie częściej robić zakupy w e-commerce.

  • Co jeśli nie mam przy sobie telefonu lub jego bateria się rozładowała?

W takim przypadku klient nie będzie w stanie przeprowadzić silnego uwierzytelniania, więc płatność online nie zostanie zrealizowana.

  • Czy teraz banki będą częściej proponować rozwiązania biometryczne?

Banki mają teraz ku temu większe możliwości. Biorąc pod uwagę ich wysoki poziom innowacyjności oraz fakt, że rozwiązania biometryczne są bezpieczniejsze i bardziej wygodne od haseł i kodów, których zdarza się zapominać, możemy się spodziewać popularyzacji tej formy uwierzytelniania w najbliższych latach. W efekcie, biometria pozwoli pogodzić bezpieczeństwo transakcji, którego wymagają przepisy, oraz wygodę i szybkość płatności, których oczekują klienci e-commerce.

  • Jak działają rozwiązania biometryczne? Czy są bezpieczne?

Rozwiązania biometryczne polegają na identyfikacji fizycznych, unikalnych cech użytkownika, takich jak odcisk palca, zdjęcie twarzy czy skan tęczówki oka. W niedawnym badaniu Mastercard konsumenci uznali, że odcisk palca jest bezpieczniejszą metodą potwierdzania płatności (75%) niż kody jednorazowe (66%), a już niemal połowa ankietowanych (47%) chciałaby w ten sposób uwierzytelniać płatności kartą.

  • Czy to oznacza, że płatności kartą w sieci będą teraz bezpieczniejsze?

Płatności kartą w internecie już wcześniej były bezpieczne, a korzystając z tej metody płatności konsumenci mogli korzystać m.in. z chargebacku (prawa do reklamacji w przypadku niepowołanej transakcji), czego nie zapewniają inne metody płatności internetowych. Dodatkowo, ci którzy korzystali z portfeli cyfrowych, takich jak Masterpass, mogli bezpiecznie zapisywać dane swoich kart. Od połowy września dodatkowy poziom bezpieczeństwa, związany z dwuelementową autentykacją, tylko zwiększy naszą ochronę przed oszukańczymi transakcjami.

  • Czy to oznacza, że płatności kartą w sieci będą teraz bardziej czasochłonne?

Dla części klientów nie zmieni się nic, ponieważ w wielu sklepach płatności są uwierzytelniane przez wydawcę karty np. za pomocą jednorazowego hasła otrzymywanego w wiadomości SMS lub w aplikacji bankowości mobilnej. W efekcie wdrożenia dyrektywy PSD2 wprowadzone zostaną dodatkowe opcje uwierzytelniania, które mogą przyspieszyć ten proces. Tak jest w przypadku uwierzytelnienia biometrycznego, które umożliwia konsumentom potwierdzenie tożsamości przez zwykłe dotknięcie palcem własnego telefonu.

[1] Na podstawie wytycznych Europejskiego Urzędu Nadzoru Bankowego, Komisja Nadzoru Finansowego może wprowadzić okres przejściowy dla uczestników rynku, w związku z czym opisane w dokumencie sytuacje mogą zacząć być wdrażane w niektórych przypadkach już po 14 września br.

[2] Badanie Mastercard „Bezpieczne e-zakupy”, czerwiec 2019 r.

Polska branża sportowa jest warta blisko 10 mld złotych

Wartość światowego rynku sportu wynosiła w 2018 roku prawie pół biliona dolarów, a w perspektywie 4 lat wzrośnie nawet o 1/4. Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego polski rynek sportu wygenerował w ubiegłym roku prawie 10 mld zł wartości dodanej, a związane z nim inwestycje budżetowe sięgają blisko 1,8 mld zł. Polacy wydają coraz więcej na sport i rekreację, ale ich aktywność ruchowa spada: tylko 28 proc. regularnie uprawia sport, a 56 proc. nie uprawia go w ogóle. Brak aktywności fizycznej mieszkańców Polski przynosi naszej gospodarce 7 mld zł strat rocznie.

Według The Business Research Company w 2018 roku globalna wartość rynku sportowego wynosiła 488,5 mld dolarów. Szacuje się, że w 2022 roku wzrośnie do ponad 614 mld dolarów. Największy udział rynkiem sportu jest Ameryka Północna, której udział w światowym rynku wynosi ponad 30 procent. W Polsce branża sportowa wygenerowała w 2018 roku 9,63 mld złotych wartości dodanej, utrzymując tym samym łącznie 109 tysięcy miejsc pracy i zapewniając 2,98 mld PLN wynagrodzeń. Każdy złoty wydany na sport nie tylko ma efekt mnożnikowy dla gospodarki, lecz także pozwala zredukować koszty m.in. w obszarze ochrony zdrowia – mówi Krzysztof Kutwa, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Polska branża sportowa jest warta blisko 10 mld złotychWydatki budżetowe na sport i rekreację wyniosły w Polsce w 2017 roku 1,77 mld euro – nieco poniżej średniej w UE-28, która w tym samym czasie wynosiła 1,83 mld euro. Wydajemy więcej niż Belgowie, Finowie czy Duńczycy, ale mniej od Francuzów, Niemców czy Włochów – mówi Mateusz Rafał, Ministerstwo Sportu i Turystyki. Polskie gospodarstwa domowe przeznaczają średnio 458 PLN, co oznacza, że wydatki na cele sportowe i rekreacyjne wzrosły na przestrzeni czterech lat o 40 złotych.

Polska branża sportowa stoi przed szeregiem wyzwań. Jak zwracają uwagę analitycy PIE, niezbędne są zmiany w systemie kształcenia, które pomogą w profesjonalizacji kompetencji kształtowanych w sporcie po zakończeniu edukacji wyższej, a także odpowiedzą na zapotrzebowanie w zakresie nowoczesnych technologii wprowadzanych do sportu. Potrzebne są także nowe zachęty finansowania klubów sportowych, które umożliwią im budowanie wizerunku.

Ponad połowa Polaków w ogóle nie uprawia sportu

Tylko co czwarty mieszkaniec Polski (28 proc.) regularnie uprawia sport, podczas gdy w krajach unijnych jest to ok. 40 proc. osób. 56 proc. Polaków w ogóle nie uprawia sportu, co oznacza, że od 2004 roku brak aktywności ruchowej w naszym kraju wzrósł o 10 pkt. proc. Polacy częściej (53 proc.) niż pozostali obywatele UE (39 proc.) uważają, że władze lokalne nie robią dostatecznie wiele, by zapewnić im możliwość aktywności fizycznej.

Polska branża sportowa jest warta blisko 10 mld złotych -2Koszty braku aktywności szacuje się na 7 mld złotych rocznie. Gdyby co druga osoba, która nie jest aktywna fizycznie, zaczęła regularnie uprawiać sport, przełożyłoby się to na co najmniej 11 tys. zawałów mniej, 2,2 tys. mniej zachorowań na nowotwór jelita grubego czy 1,5 tys. mniej przypadków raka piersi – mówi Krzysztof Kutwa. Koszty opieki zdrowotnej spadłyby w skali roku o 440 mln złotych, a koszt absencji pracowniczych zmalałby o 3 mld złotych.

Mimo spadającej liczby aktywnie uprawiających sport, w ostatnich latach można zaobserwować znaczny wzrost zainteresowania klubami fitness. Obecnie należy do nich w Europie ponad 62 mln osób (wzrost o 3,5 pkt. proc. r/r), z czego 3 mln stanowią mieszkańcy Polski (wzrost o 2,7 pkt. proc. r/r). Trend zwyżkowy przypisuje się po części pracodawcom, którzy oferują karnety sportowe swoim pracownikom. Należy jednak pamiętać, że przynależność do klubu nie oznacza, że zapisana do niego osoba regularnie korzysta z jego usług.

Sylwia Dunn z ID Logistics o największych wyzwaniach rynku dedykowanej logistyki kontraktowej

Sylwia Dunn, business development director, ID Logistics Polska
Sylwia Dunn, business development director, ID Logistics Polska

Co dziś jest największym wyzwaniem dla operatorów logistycznych specjalizujących się w dedykowanej logistyce kontraktowej? Komentarz Sylwii Dunn, business development director, ID Logistics Polska.

Rynek pracy

Operator logistyczny specjalizujący się w dedykowanych rozwiązaniach logistycznych, przede wszystkim musi być przygotowany na utrzymującą się od dłuższego czasu dużą rotację pracowników magazynowych, a w niektórych rejonach kraju nawet ich brak. Naszą odpowiedzią jest proaktywna polityka HR, ukierunkowana na pozyskanie i utrzymanie zasobów ludzkich. Obsługując wymagających klientów, jakimi z pewnością są sieci handlowe czy koncerny FMCG, wiemy jak ważne jest to, aby każda operacja logistyczna była wykonana starannie przez specjalistów, którzy dobrze znają specyfikę ich obsługi. Taką jakość można osiągnąć dążąc do maksymalizacji udziału w zatrudnieniu stałych i długoletnich pracowników, którzy oprócz dobrego wynagrodzenia i opieki socjalnej, będą mieć zagwarantowany odpowiedni komfort pracy. W obszarze poprawy ergonomii i warunków pracy często wykorzystujemy innowacyjne rozwiązania. Magazyny ID Logistics wyposażone są w np. wideo rejestratory procesu kompletacji produktów tzw. mobilaizery połączone z systemem „put to light”, antykolizyjne oświetlenia na skrzyżowaniach dróg wewnętrznych, mobilne foliarki, systemy składowania pustych palet czy przyjazne, szczególnie dla osób nie znających języka polskiego, systemy voice picking „TechSpeechPro”, umożliwiające komunikację w różnych językach. Jak wynika z naszych obserwacji, dbałość o komfort pracy zatrudnionych osób przez wdrażanie innowacyjnych rozwiązań bezpośrednio przekłada się na niższy procent rotacji kadry. To z kolei wpływa korzystnie nie tylko na koszty, ale przede wszystkim na zadowolenie klientów z jakości obsługi.  Teraz pracujemy nad nowymi możliwościami poprawy warunków pracy. Mimo trudnego rynku, to podejście pozwala nam utrzymać wysokie standardy zatrudnienia oraz opinię dobrego pracodawcy i rzetelnego operatora logistycznego na polskim rynku.

Kompleksowość obsługi

Kolejnym wyzwaniem jest przygotowanie dedykowanych rozwiązań dla klientów, które w inny niż dotychczas sposób odnoszą się do pojęcia ‘kompleksowość obsługi’. Mam tu na myśli głównie obsługę e-commerce. W 2018 oraz pierwszym kwartale tego roku praktycznie każdy nasz klient z branży retail i FMCG miał w planach wprowadzenie obsługi e-commerce dla swoich finalnych odbiorców. Od 2-3 lat, na rynkach Europy Zachodniej, we Francji, Hiszpanii, Portugalii, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy Polsce, obserwujemy też nowy trend, związany z rozwojem handlu elektronicznego i sieci sklepów tzw. convenience. Oprócz dużych, wyspecjalizowanych centrów dystrybucyjnych, klienci coraz częściej zainteresowani są uruchamianiem mniejszych, ale za to wielofunkcyjnych magazynów, gdzie składowane są różne artykuły, od suchych po mrożone. Zlokalizowane bliżej centrów miast zapewniają krótszy czas zaopatrzenia sklepów w cały asortyment. Zapewnienie wielokanałowej obsługi dostaw produktów staje więc warunkiem dominującym we wszystkich naszych nowych projektach. Spełnienie tych wymagań, w połączeniu z zaletami rozwiązań dedykowanych jak holistyczne zarządzanie procesami w magazynie, transparentność kosztów sprzyjająca prognozowaniu elementów pochodnych czy idealne położenie centrum dystrybucyjnego dostosowane do sieci dostaw, lokalizacji produkcyjnej i całego łańcucha dostaw klientów, znacznie wpływa na wzrost liczby pozyskiwanych kontraktów.

Innowacje

Coraz większym zainteresowaniem cieszą się projekty typu ‘in-house logistics’ w lokalizacjach magazynowych i przyprodukcyjnych klientów. Częściowo wynika to ze zmiany strategii klientów, także z coraz większych problemów z dostępnością pracowników czy chęcią oddania obsługi w ręce profesjonalistów. Przy ich realizacji często przejmujemy część lub cały zespół pracowników klienta, jednocześnie optymalizując procesy. To często generuje oszczędności w kosztach osobowych. Dzięki wdrażaniu innowacyjnych rozwiązań w ramach ‘in-house logistics’ i wypracowanym oszczędnościom wzrasta nasza konkurencyjność, co sprzyja długoletniej współpracy. Oczywiście przejęcie operacji może odbywać się też bez implementacji zmian procesowych. Wówczas istotne znaczenie ma dostosowanie procesów logistycznych do standardów i norm obowiązujących obecnie w magazynie klienta. Często korzystamy też z jego systemów informatycznych, na ściśle określonych zasadach.

Rozwój powierzchni magazynowych

Dalszemu rozwojowi logistyki kontraktowej w Polsce i Europie sprzyja, utrzymująca się od kilku lat, tendencja wzrostowa na rynku powierzchni magazynowych. Planując kolejne projekty jesteśmy w stanie zaproponować klientom optymalne lokalizacje dla rozwiązań dedykowanych, dzięki czemu utrzymujemy przewagę konkurencyjną. Dziś jest to jeden z kluczowych elementów wyboru partnera logistycznego. Z raportu z ostatniego kwartału 2018 roku Jones Lang LaSalle wynika, iż na rynku polskim obecnie jest w budowie 1 900 500 mkw. powierzchni magazynowych ogółem, z czego ponad 63,8 proc. czyli 1 213 000 mkw. stanowią powierzchnie już objęte umową tzw. przednajmu, pozostałe 36,2 proc. czyli 687 500 mkw. stanowią powierzchnie jeszcze niezakontraktowane. Na rynku mamy obecnie do czynienia z najniższym od dawna poziomem pustostanów. Zgodnie ze statystykami jest to około 5 proc. powierzchni, w porównaniu z 10 proc. w 2017 roku. Obecnie buduje się spekulacyjnie około 36 proc. powierzchni, a podaż pustostanów nadal spada, co oznacza ogromne zainteresowaniem wynajmem. Udział samych operatorów logistycznych w całym rynku nieruchomości magazynowych wynosi około 40 proc. (w 2018 roku wynajmowali oni łącznie 1 422 000 mkw. magazynów w Polsce), a tendencja jest wciąż wzrostowa. Najwyższe pozycje zajmuje centralna Polska i Mazowsze, okolice Poznania oraz Górny i Dolny Śląsk. Biorąc pod uwagę dostępność i zainteresowanie powierzchniami magazynowymi w Europie, ponad 52 proc. udziału w całkowitym rynku tzw. wynajmu netto należą do Niemiec, Holandii i Polski. Tuż za tą czołówką podążają w Europie takie kraje jak Hiszpania oraz Rosja.

TenderHut z najlepszym wynikiem finansowym w historii

Grupa Kapitałowa TenderHut podsumowała 2018 rok. Firma uzyskała największy przychód oraz zysk netto w swojej dotychczasowej historii. Rekordowe tempo wzrostu dostrzeżone zostało także przez analityków Deloitte oraz redakcję Financial Times.

W 2018 roku Grupa TenderHut wypracowała skonsolidowane przychody na poziomie 23,7 mln złotych, co stanowi wzrost o 47% w stosunku do poprzedniego roku. Spółka odnotowała także wzrost skonsolidowanego zysku netto, który wyniósł 1,77 mln złotych (zmiana: 72%). Natomiast na skonsolidowanym wyniku EBITDA firma uzyskała zmianę na poziomie 98% – wzrósł on do 2,47 mln złotych.

Robert Strzelecki, prezes spółki TenderHut S.A.
Robert Strzelecki, prezes spółki TenderHut S.A.

Początek ubiegłego roku dla całej grupy był trudnym okresem. Po tragicznej śmierci Waldemara Birka, dotychczasowego prezesa (zmarł 26 lutego 2018 roku), stery spółki objął Robert Strzelecki dotychczas pełniący funkcje COO. – Waldemar podłożył podwaliny dla naszych najważniejszych kontraktów i najbardziej dochodowych biznesów. Jego śmierć była dla nas dużym zaskoczeniem, ponieważ mimo swojego wieku był to człowiek pełen niekończącej się energii – wspomina Strzelecki, obecny prezes TenderHut. Mimo nieoczekiwanej zmiany spółka obronną ręką zakończyła szereg projektów, które w efekcie przyczyniły się do uzyskanych w 2018 roku wyników finansowych.

Od tego momentu grupa dokonała akwizycji 4 kolejnych firm IT (GSW Tech, Order of Code, Javeo Software, Olsoft) oraz otworzyła 3 oddziały developerskie w Polsce: Szczecin, Wrocław i Przemyśl. W efekcie realizacji strategii rozwoju powstała także 5 spółka wchodząca w skład grupy – ExtraHut, realizująca projekty z zakresu UX&Design. Zasoby firmy zostały także skupione na ekspansji zagranicznej. Firma otworzyła kolejne – 8. biuro poza Polską. Francuski oddział ma za zadanie powiększenie dotychczasowego portfolio klientów spółki. TenderHut w 2018 roku rozpoczęła także prace nad otwarciem biura na Dalekim Wschodzie. Zaawansowane rozmowy z 2018 roku doprowadziły w sierpniu 2019 roku do otwarcia pierwszego azjatyckiego oddziału firmy mieszczącego się w chińskim Guangzhou.

Osiągnięcia Grupy TenderHut zostały dostrzeżone przez ranking Deloitte Technology Fast 50 Central Europe, w którym spółka zajęła 1. miejsce wśród polskich firm i 7. w Europie, jako najszybciej rozwijająca się spółka technologiczna w regionie. TenderHut zajął 23. miejsce w rankingu FT 1000 Financial Times z pośród najdynamiczniej rozwijających się firm w Europie, a zarazem uplasował się na pierwszym miejscu spośród polskich spółek.

TenderHut nie zwalnia tempa – W tym roku pragniemy skupić się na optymalizacji portfela produktowego, a w szczególności na produktach Zonifero i Holo4Labs, zmianach organizacyjnych porządkujących naszą wewnętrzną strukturę, a także na konsekwentnej kontroli kosztów – podsumowuje Strzelecki.

We wrześniu ruszy nabór wniosków w programie „Mój Prąd”. Gospodarstwa domowe dostaną do 5 tys. zł na fotowoltaikę

We wrześniu ruszy nabór wniosków w programie „Mój Prąd”. Gospodarstwa domowe dostaną do 5 tys. zł na fotowoltaikę 1

Do 50 proc. wartości instalacji fotowoltaicznej, ale nie więcej niż 5 tys. zł – o dotację w takiej wysokości będą mogły ubiegać się gospodarstwa domowe w rządowym programie „Mój Prąd”. Według szacunków ma skorzystać z niego 200 tys. gospodarstw, a nabór wniosków ruszy we wrześniu. Jak ocenia ekspert, rządowa inicjatywa powinna zachęcić gospodarstwa domowe do inwestycji w fotowoltaikę, ale na zainteresowanie tą technologią – oprócz czynników ekonomicznych – wpływa przede wszystkim świadomość ekologiczna społeczeństwa.  A ta w Polsce wciąż jest niska.

Program „Mój Prąd” z pewnością korzystnie wpłynie na rozwój OZE, ale powstaje pytanie o skalę tego wpływu. W mojej ocenie może być on niewielki, bo borykamy się z niską świadomością i niskim poziomem zrozumienia dla konieczności transformacji energetycznej. W wymiarze stricte ekonomicznym – ze względu na konieczność zaangażowania własnego kapitału – wpływ programu raczej nie będzie znaczący. Jest to tylko jeden z wielu kroków na drodze do ekologicznej transformacji naszej energetyki – mówi agencji Newseria Biznes Jan Sakławski, radca prawny, wspólnik w Kancelarii Brysiewicz i Wspólnicy.

Rządowy program dofinansowania instalacji fotowoltaicznych „Mój Prąd” został oficjalnie ogłoszony przez premiera Morawieckiego w końcówce lipca. Jego autorami są resorty środowiska i energii. Jak podaje ten ostatni, nabór wniosków do programu ma ruszyć na początku września tego roku (będzie prowadzony przez NFOŚiGW).

„Mój Prąd” jest skierowany do gospodarstw domowych (osób fizycznych), które mogą uzyskać dotacje do 50 proc. wartości instalacji fotowoltaicznej, ale nie więcej niż 5 tys. zł. Wsparciem zostaną objęte instalacje o mocy zainstalowanej 2-10 kW. Całkowity budżet programu to 1 mld zł. Ta kwota ma wystarczyć na dofinansowania dla fotowoltaiki dla ok. 200 tys. gospodarstw domowych. W założeniu „Mój Prąd” ma zwiększyć produkcję energii z mikroźródeł fotowoltaicznch i pobudzić rynek OZE.

Ten program jest dedykowany konkretnej grupie, tzn. osobom fizycznym, które prowadzą gospodarstwo domowe. Nie jest to więc program, który w jakiś sposób odciąży te elementy naszego systemu energetycznego, które w największym stopniu wpływają na niedobory mocy. W drugiej kolejności warto wskazać, że wysokość dotacji, którą można uzyskać w programie „Mój Prąd”, jest dość ograniczona – mówi Jan Sakławski.

Jak ocenia, rządowa inicjatywa powinna zachęcić gospodarstwa domowe do inwestycji w fotowoltaikę, ale na zainteresowanie tą technologią – oprócz czynników ekonomicznych – wpływa przede wszystkim świadomość ekologiczna społeczeństwa.

– Borykamy się w tej chwili z niedoborem mocy w ramach energetyki rozproszonej, energetyki prosumenckiej, więc to jest z pewnością krok w dobrą stronę. Natomiast dopiero czas pokaże, czy będzie on kluczowym elementem determinującym wzrost zainteresowania tego rodzaju technologią – mówi Jan Sakławski

W tej chwili koszt instalacji, na którą można uzyskać dofinansowanie w ramach tego programu, waha się od 10 do 20 tys. zł. Więcej muszą wydać ci, którzy postawią na bardziej zaawansowane technologie.

Te 5 tys. zł dotacji jest znaczącym dodatkiem, ale nie wyłącza konieczności zaangażowania własnego kapitału. Siłą rzeczy, on zwróci się dopiero po jakimś czasie. Okres amortyzacji takiej inwestycji może być różny – zależy od tego, jak dużą moc zainstalujemy na dachu, jakiej jakości będą panele. Być może te 5 tys. zł będzie stanowiło jedynie 25 proc. kosztów kwalifikowanych całej inwestycji, a pozostałe 15 tys. będzie musiało się zwrócić w rachunkach. Taka kwota będzie się zwracać przez dłuższy czas. Jeżeli kupimy nieco tańszą instalację, to ona oczywiście może mieć mniejszą żywotność i jakość, ale z drugiej strony szybciej się zwróci. Wszystko rozbija się o zwykłą kalkulację inwestycyjną – mówi Jan Sakławski.

Z danych Ministerstwa Energii wynika, że w ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 173 MW. To ponad dwukrotnie więcej niż w 2017 roku. Według raportu Instytutu Energetyki Odnawialnej Polska już w tym roku ma szansę znaleźć się na 4. miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych (raport „Rynek Fotowoltaiki w Polsce 2019”). Dane przytaczane przez koalicję „Więcej niż energia” pokazują z kolei, że w Polsce co najmniej 4 mln budynków ma warunki techniczne do zainstalowania mikroinstalacji OZE.

Program „Mój Prąd” wspiera energetykę prosumencką. Do tego mamy także rozwiązania związane ze sprzedażą prądu przez prosumentów opisane w ustawie o odnawialnych źródłach energii, wsparcie dotacyjne z różnego rodzaju funduszy, pozwalające na wznoszenie inwestycji o nieco większej mocy, które mają zastępować energetykę konwencjonalną. Mamy też systemy wsparcia już na etapie operacyjnym, czyli system aukcyjny. Jest też wsparcie dla kogeneracji, czyli jednoczesnego wytwarzania ciepła i prądu w jednym procesie technologicznym. Tak więc dostępnych na rynku instrumentów, które mają wspierać rozwój energetyki rozproszonej, jest bardzo dużo. Jednak poziom produkcji takiej energii wciąż nie jest zadowalający – podkreśla Jan Sakławski.

Jak ocenia, w Polsce energetyka prosumencka jest nadal „raczkująca” i nie ma takiego społecznego zainteresowania tym tematem jak chociażby u naszych zachodnich sąsiadów. To m.in. jeden z powodów, dla których Polska będzie mieć problem z osiągnięciem celu wymaganego przez Unię Europejską, czyli 15-proc.o udziału OZE w miksie energetycznym do 2020 roku.

– Rozwój OZE jest w tej chwili przyhamowany przez bariery regulacyjne, jak tzw. ustawa antywiatrakowa i problemy z nowymi inwestycjami w elektrownie wiatrowe na lądzie. Z drugiej strony widzimy rosnącą świadomość polityczną i biznesową, że odejście od dużej, systemowej energetyki opartej na paliwach konwencjonalnych jest absolutną koniecznością. Stąd m.in. zaawansowane rozmowy o dedykowanych rozwiązaniach dla energetyki wiatrowej na morzu. W Niemczech i na przybrzeżnych terenach Danii funkcjonują farmy wiatrowe o łącznej mocy 1 GW. W Polsce też zmierzamy w tym kierunku i staramy się rozwijać tę technologię, natomiast wciąż jest jeszcze tutaj daleka droga przed nami – mówi Jan Sakławski.

Prosta spółka akcyjna wcale nie taka prosta. Nowa forma działalności ma pobudzić działalność innowacyjnych firm, ale na początku może stwarzać problemy

Prosta spółka akcyjna wcale nie taka prosta. Nowa forma działalności ma pobudzić działalność innowacyjnych firm, ale na początku może stwarzać problemy 2

W 2023 roku potencjał polskich start-upów sięgnie 2,2 mld zł wartości dodanej dla gospodarki, ponad 50 tys. miejsc pracy i 757 mln zł przychodów dla gospodarstw domowych – pokazują dane Deloitte przytaczane przez MPiT. Żeby ułatwić start-upom działalność i pozyskiwanie kapitału, resort stworzył prostą spółkę akcyjną, która zafunkcjonuje od marca 2020 roku. Nowa i elastyczna forma prowadzenia działalności ma być następcą obecnej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Prosta spółka akcyjna jest korzystnym rozwiązaniem. Pojawi się w polskim ekosystemie prawnym od 1 marca 2020 roku. Bardzo polecam obserwowanie reakcji tych wspólników, którzy już założyli prostą spółkę akcyjną, bo na samym początku może to powodować pewne problemy czy uciążliwości, i skonsultowanie się z prawnikiem. PSA – mimo że jest bardzo interesującym i ciekawym podmiotem – nie jest tak do końca prosta i zawiera szereg postanowień, które wymagają konsultacji i uwagi – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Jaraczewski, radca prawny, partner w Lawmore.

Prosta spółka akcyjna (PSA) została wprowadzona w nowelizacji Kodeksu spółek handlowych, którą prezydent podpisał na początku sierpnia. PSA jest rozwiązaniem, które resort przedsiębiorczości opracował wspólnie ze środowiskiem start-upowym (prace nad nim trwały od 2016 roku). W badaniu przeprowadzonym przez PARP aż 73 proc. z nich wskazało na potrzebę nowej formuły prawnej dla innowacyjnych firm.

PSA jest bytem pośrednim pomiędzy spółką z o. o., która jest dość prosta, ale jednocześnie mocno skostniała i niedopasowana do dzisiejszych realiów, a spółką akcyjną, która jest dość droga w utrzymaniu i bardzo skomplikowana – mówi Marcin Jaraczewski. – Idea polegała na tym, aby powstała spółka, która będzie wykorzystywana przez młodych przedsiębiorców, przede wszystkim przez start-upy, do rozpoczęcia działalności, zdobywania finansowania na rynku i swobodnego rozporządzania akcjami przez jej akcjonariuszy.

Radca prawny podkreśla też, że prostą spółkę akcyjną należy traktować jako bezpośrednią konkurencję dla spółki z ograniczoną odpowiedzialnością, a być może nawet następcę tej formy.

PSA wprowadza sporo korzystnych rozwiązań, na pewno będzie znakomita pod kątem prowadzenia akcji crowdfundingowych, zbierania kapitału z rynku i wprowadzania w takich spółkach akcjonariatów pracowniczych, czyli tzw. ESOP-ów. To są rozwiązania bardzo trudne do realizacji w przypadku spółki z o.o. – mówi Marcin Jaraczewski.

Resort liczy, że to rozwiązanie wspomoże rozwój polskich start-upów i zwiększy ich konkurencyjność, a przede wszystkim zatrzyma je w kraju. Zwłaszcza że – jak wynika z szacunków z Deloitte przytaczanych przez MPiT – w 2023 roku potencjał polskich start-upów sięgnie 2,2 mld zł wartości dodanej dla gospodarki, ponad 50 tys. miejsc pracy i 757 mln zł przychodów dla gospodarstw domowych.

Prosta spółka akcyjna ma ułatwić łączenie inwestorów i start-upów oraz pomóc tym drugim w zdobywaniu finansowania. To jest dla start-upów bardzo ważna rzecz – mieć elastyczną i nowoczesną formę prawną prowadzenia działalności, która umożliwia łatwe emitowanie akcji, łatwe obejmowanie ich przez akcjonariuszy i w efekcie łatwy dopływ pieniędzy do takiej spółki ze strony drobnych, detalicznych inwestorów czy większych podmiotów – mówi Marcin Jaraczewski.

Jak ocenia, wprowadzenie PSA jest dobrym rozwiązaniem także z perspektywy inwestorów, którym ułatwi obejmowanie akcji w takiej spółce i uprości cały proces inwestycyjny.

Być może dla małych, detalicznych inwestorów sam fakt niskiego kapitału akcyjnego i łatwości wypłacania środków z takiej spółki może być trochę odstraszający. Natomiast ci najważniejsi inwestorzy są w stanie na prostej spółce akcyjnej zyskać. W projekcie umożliwiono odroczone wpłacanie kapitału na pokrycie akcji do trzech lat od momentu, kiedy te akcje zostaną utworzone. To dla inwestorów, szczególnie zalążkowych, może okazać się korzystne, bo nie będą musieli wpłacać pieniędzy na pokrycie utworzonych akcji od razu, ale mogą np. uzależnić kolejne wpłaty od spełnienia określonych warunków – mówi Marcin Jaraczewski.

PSA powstała z myślą o start-upach, ale będzie dostępna dla każdej firmy, dla której tradycyjne ramy organizacyjne są zbyt sztywne i skomplikowane. Jej główne zalety to m.in. szybka rejestracja elektroniczna, brak barier wejścia (1 zł kapitału na start, dla porównania – w przypadku spółki z o.o. to 5 tys. zł), duża swoboda i elastyczność w określaniu rodzajów akcji i zasad działania spółki oraz brak skomplikowanych wymogów organizacyjnych (wystarczy 1-osobowy zarząd, nie ma obowiązku tworzenia rady nadzorczej).

Rekrutacja studentów i absolwentów wyzwaniem dla firm. Zmienia się proces poszukiwania i kryteria oceny młodych kandydatów

Rekrutacja studentów i absolwentów wyzwaniem dla firm. Zmienia się proces poszukiwania i kryteria oceny młodych kandydatów 3

Dla niemal 80 proc. menadżerów i HR-owców proces rekrutacyjny dwudziestoparo- i trzydziestolatków stanowi wyzwanie – wynika z badania Bigram. Znalezienie odpowiedniego pracownika wymaga od rekruterów zmiany sposobu działania i myślenia, także o obowiązkach pracowników. Zacząć należy od aktywnych poszukiwań tam, gdzie młodzi ludzie realizują swoje pomysły na życie.

Bigram przeprowadził w czerwcu badanie wśród 150 menadżerów z różnych firm i osób zajmujących się oceną kwalifikacji i przyjmowaniem do pracy. Okazało się, że 77 proc. z nich postrzega rekrutację młodych ludzi jako wyzwanie, a tylko dla 12 proc. nie jest ona problemem.

 Przede wszystkim młode talenty powinniśmy rekrutować tam, gdzie one występują, czyli na przykład docierać do nich poprzez social media – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sonia Zakrzewska, employer branding team manager w firmie doradztwa personalnego Bigram. – Powinniśmy bywać na targach pracy, targach kariery. Ważne jest, żeby firmy wychodziły do młodych ludzi, coraz dalej od biura i szukały ich na uniwersytetach, uczelniach. Warto organizować różnego rodzaju spotkania, standy, warsztaty na uczelniach, zapraszać studentów do siebie. Dzięki temu pokażemy również, że jesteśmy firmą otwartą.

Wchodzenie młodego pokolenia na rynek pracy powoduje, że zmieniają się sposoby rekrutacji, a także kryteria, jakimi kierują się firmy przy wyborze pracownika. Coraz częściej pracodawcy patrzą na zainteresowania kandydatów, ich aktywność pozauczelnianą, np. w kołach naukowych, stażach czy praktykach.

– To może być bardzo ważny sygnał, że taki człowiek ma inicjatywę, nie boi się wyzwań i być może będzie dobrym kandydatem do pracy. Nową metodą, która na pewno będzie się rozwijać, jest zapraszanie studentów do pracy, wspólnych projektów po to, żeby zbliżyć ich do biznesu, konkretnej branży. Dzięki temu możemy też obserwować ich podczas pracy, która pozwoli nam ocenić ich potencjał – podkreśla Sonia Zakrzewska.

Z badania Bigramu wynika, że większość pracodawców podejmuje dodatkowe działania. 22 proc. publikuje ogłoszenia na sprofilowanych portalach, a 16 proc. prowadzi profile rekrutacyjne w mediach społecznościowych. Niewiele mniej, bo 14 proc., współpracuje z organizacjami studenckimi, takimi jak Enactus, z którym współdziała Bigram, a także prowadzi zajęcia na uczelniach czy warsztaty podczas studenckich konferencji.

Rekruterzy coraz częściej zwracają uwagę również na osobowość kandydata. Już tylko mniej niż co czwarta osoba odpowiedzialna za rekrutację uważa, że wywiad telefoniczny i rozmowa w biurze wystarczą do wybrania odpowiedniej osoby do pracy. Dla 59 proc. to działania niewystarczające.

Aktywność i wysoko rozwinięte umiejętności personalne u młodych ludzi to cecha ważniejsza od wiedzy specjalistycznej dla 70 proc. pytanych menadżerów. Za trzy najbardziej pożądane zalety młodych ludzi uznano umiejętność pracy w zespole (23 proc.), wysoką energię i aktywność (18 proc.) oraz umiejętność szybkiego dostosowania się do zmieniających się warunków (17 proc.).

– Cechy, które się wyróżniają u młodych ludzi, to odwaga, gotowość do działania, inicjatywa, zorientowanie na cel – tłumaczy ekspertka Bigram. – Oni bardzo szybko chcą widzieć efekty swojej pracy, dzięki czemu szybko też działają i są zdeterminowani w działaniu. Są bardzo mobilni, elastyczni, świetnie funkcjonują w social mediach i szeroko pojętych nowych technologiach. Natomiast oczekują zaufania i faktycznego wpływu na to, co się dzieje w organizacji.

Dla młodych pracowników liczy się także elastyczność ze strony pracodawcy. Wolą mieć możliwość pracy zdalnej, poza biurem.

To wcale nie oznacza, że oni chcą unikać pracy, wręcz przeciwnie, ta praca jest czasem bardziej efektywna niż godziny spędzane w biurze – mówi Sonia Zakrzewska.

Nietoperze mają być lepiej chronione. W Polsce występuje 26 gatunków, ale ich populacja jest coraz mniejsza

Nietoperze mają być lepiej chronione. W Polsce występuje 26 gatunków, ale ich populacja jest coraz mniejsza 4

W Polsce występuje 26 gatunków nietoperzy. 16 z nich można spotkać na terenie Nadleśnictwa Jabłonna. Dofinansowanie z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej umożliwi nadleśnictwu monitoring latających ssaków występujących na tym terenie oraz aktywną ochronę. Więcej ma być miejsc rozrodu, noclegowisk i schronień w okresach migracji. Wszystko po to, by zwiększyć wciąż malejącą populację nietoperzy. Te zwierzęta są niezastąpione w gospodarce leśnej, ale i dla ludzi – w ciągu nocy jeden nietoperz zjada nawet kilka tysięcy komarów.

 Obszar Nadleśnictwa Jabłonna ma szereg walorów, które pozwalają mu być wyjątkowym w zakresie chiropterofauny, czyli nietoperzy. To obszar, na którym znajdują się zarówno tereny zurbanizowane, jak i lasy. Po drugie, na jego terenie znajduje się obszar Natura 2000 Forty Modlińskie, który został ustanowiony dla ochrony gatunków nietoperzy, które zimują w fortyfikacjach – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Bartłomiej Popczyk z Wydziału Nauk o Zwierzętach Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.

Obecnie w Polsce żyje 26 gatunków nietoperzy – wszystkie objęte są ścisłą ochroną. Dla 7 gatunków wyznaczane są obszary Natura 2000. Obejmują one kolonie i żerowiska takich gatunków, jak podkowiec mały, podkowiec duży, mopek, nocek łydkowłosy, nocek orzęsiony, nocek duży i nocek Bechsteina. Na terenie Nadleśnictwa Jabłonna mieszka aż 16 gatunków.

– To gatunki, które są cenne z uwagi na ich znaczenie w ramach sieci Natura 2000. Mówimy tutaj głównie o mopku albo nocku dużym, które są gatunkami szczególnie chronionymi przez Unię Europejską. W Fortach Modlińskich mamy duże zimowiska mopka, ale także mamy jedną z bardzo nielicznych kolonii rozrodczych nocka dużego, który występuje pod ziemią – wymienia Bartłomiej Popczyk.

Nadleśnictwo monitoruje kolonie nietoperzy. Rozwieszane są też dla nich specjalne schrony. Dzięki dofinansowaniu z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w ramach programu „Monitoring populacji oraz czynna ochrona nietoperzy na terenie Nadleśnictwa Jabłonna” nadleśnictwo planuje zwiększyć liczbę miejsc rozrodu, noclegowisk i schronień w okresach migracji.

– Będziemy wieszać budki i specjalne schrony dla nietoperzy w okresie jesiennym, które mają zwiększyć dostępność schronień w drzewostanach stosunkowo młodych, gdzie naturalnych schronień, czyli dziupli, jeszcze nie ma – zapowiada ekspert SGGW.

Obecnie trwa I etap prac – monitoring populacji nietoperzy poprzez prowadzenie odłowów, przede wszystkim na obszarze terenów Natura 2000. Dotychczas odłowiono 200 nietoperzy, każdy został szczegółowo opisany (gatunek, płeć, wiek) i zmierzony (kości przedramienia oraz masa ciała), a następnie wypuszczony na wolność.

 Metoda odłowu nietoperzy jest jednym z najskuteczniejszych narzędzi do określenia składu gatunkowego. One są do siebie na pierwszy rzut oka bardzo podobne, ale dla osób, które się nimi zajmują, każdy jest inny, każdy gatunek inaczej wygląda. W większości przypadków jesteśmy w stanie na podstawie cech morfologicznych bez większego problemu rozpoznać gatunek. Ale żeby to zrobić, musimy go mieć w ręku – tłumaczy Bartłomiej Popczyk.

Prowadzone działania w nadleśnictwie mają pomóc chronić populację nietoperzy, zwłaszcza że w Polsce jest ich coraz mniej, mimo że żyją pod ochroną. To m.in. efekt likwidowania ich letnich kryjówek czy stosowania dużej ilości pestycydów. Tymczasem nietoperze są bardzo pożyteczne dla całego leśnego ekosystemu. Pełnią też ważną funkcję z punktu widzenia człowieka – dorosły nietoperz zjada w ciągu nocy kilka tysięcy komarów.

 Większość ptaków jest nieaktywna nocą, a szkodniki leśne w dużej mierze to owady, które są aktywne w nocy. Im więcej nietoperzy w kompleksach leśnych, tym bardziej naturalny sposób eliminacji tych szkodników, np. motyli nocnych, których gąsienice są foliofagami, czyli zjadają liście – podkreśla Bartłomiej Popczyk. – To także chrząszcze, np. chrabąszcz majowy jest dość dużym problemem, szczególnie jego larwy, które zjadają korzenie roślin.

Mężczyźni częściej niż kobiety mają problem z agresją. Na terapiach przybywa jednak także pań

Mężczyźni częściej niż kobiety mają problem z agresją. Na terapiach przybywa jednak także pań 5

– Uczestnikami zajęć zastępowania agresji wbrew pozorom nie są tylko mężczyźni, panie stanowią ok. 30–40 proc. uczestników – mówi trenerka Marta Hendzel. Ich mniejsza liczba może wynikać z tego, że kobiety częściej chowają swoją złość, nie wyrażają jej agresją, a raczej krzykiem. Jednak treningi zastępowania agresji są wskazane nie tylko przy zbytniej impulsywności i nadaktywności, lecz także dla osób nieśmiałych, uległych i wycofanych w kontaktach z innymi. Psychologowie tłumaczą, że w skrajnych sytuacjach trzeba się nauczyć wypracowania kompetencji, dzięki którym będzie można zastąpić powyższe zachowania innymi, prospołecznymi. 

– W treningach zastępowania agresji z dorosłymi mam doświadczenia w dwóch światach. W więzieniach pracuję głównie z mężczyznami, więc jest to trochę specyficzne środowisko. Ci ludzie są kierowani na taki kurs dlatego, że zaświadczenie o jego odbyciu otwiera im drzwi do pracy czy przepustek. Natomiast moim drugim doświadczeniem są grupy komercyjne, do których ludzie zapisują się dobrowolnie, bo potrzebują jakiejś zmiany, z czymś sobie nie radzą i szukają rozwiązania. Motywacja w obu przypadkach jest zupełnie inna – mówi agencji informacyjnej Newseria Marta Hendzel, pedagożka, trenerka umiejętności miękkich z Pracowni z oknem na świat.

Trening zastępowania agresji jest nie tylko dla osób, które zachowują się agresywnie, lecz także dla tych, które wchodzą w rolę ofiary – nie potrafią być asertywne, są wycofane i zupełnie nie potrafią zadbać o swoje granice w relacjach z innymi. Może dlatego wśród uczestników jest coraz więcej kobiet.

W przypadku kobiet jest inna dynamika związana ze złością, bo one bardziej ją chowają, społecznie nie jest akceptowane, że kobiety się złoszczą i to okazują, więc one często w ogóle nie chcą nawet pomyśleć o sobie jako osobie agresywnej. Mężczyznom jest łatwiej wyrazić te emocje, walną pięścią w stół, trzasną drzwiami, natomiast u kobiet częściej jest krzyk – mówi Marta Hendzel.

Agresywne zachowania z reguły kojarzą się z mężczyznami. Ekspertka zaznacza, aby jednak nie ulegać stereotypom. Agresja wśród kobiet jest bardzo powszechna, przybiera natomiast inną formę.

Problem pojawia się wtedy, kiedy relacje zaczynają się sypać. Często to właśnie kobiety zaczynają szukać w internecie programów rozwijania takich umiejętności i radzenia sobie ze złością, i to one są takim przyczynkiem, żeby ci mężczyźni poszli na warsztaty – mówi Marta Hendzel.

Zaznacza, że aby poradzić sobie zarówno z zachowaniami agresywnymi, jak i tymi uległymi, przede wszystkim trzeba się nauczyć akceptowania złości. Jest to bowiem naturalna emocja, która jest konieczna do tego, abyśmy przetrwali.

– Kiedy pojawia się złość, obserwuj, co się dzieje z twoim ciałem. Ciało dużo szybciej nas informuje, że coś się dzieje złego wokół nas, niż umysł. My często w tym świecie przeintelektualizowujemy sobie różne rzeczy, ale ciało zawsze jest bez pudła, zawsze mówi prawdę. Więc jeśli czujemy walenie serca, skurcz w brzuchu, zamglone oczy, to jest dla nas informacja, że coś złego się dzieje i jesteśmy źli po prostu – mówi Marta Hendzel.

W każdej sytuacji należy umieć dać sobie czas na reakcję. Niewskazane jest podejmowanie decyzji w stanie złości. Krótka przerwa na złapanie oddechu może mieć kluczowe znaczenie.

Mamy prawo powiedzieć do drugiej osoby: Słuchaj, bardzo się zdenerwowałam, potrzebuję 5 minut przerwy, wyjdę na chwilę na balkon, za chwilę wrócę, to porozmawiamy. To jest absolutnie zachowanie prospołeczne, bo my informujemy tę osobę, w jakim jesteśmy stanie, ale dajemy sobie czas. W ten sposób możemy o siebie zadbać, żeby nie zrobić głupoty, której potem będziemy żałować. To zresztą widać w więzieniach, ci ludzie często siedzą dlatego, że kiedyś się nie zatrzymali – mówi Marta Hendzel.

Trenerka radzi też, aby przeanalizować intencję naszego działania czy naszego komunikatu.

Warto się zastanowić, po co to w ogóle robię czy mówię, czy chcę komuś wbić szpilkę, czy chcę tę relację podtrzymać, zbliżyć się do tej osoby. To jest w ogóle rada dla wszystkich, nie tylko w kontekście treningu zastępowania agresji. Jeśli masz świadomość intencji i twój komunikat jest spójny z tą intencją, to ta druga osoba będzie się z tobą dobrze czuła, nawet jeśli powiesz jej coś, co ci przeszkadza, zwrócisz na coś uwagę, ale nadal to będzie spójne i naturalne – mówi Marta Hendzel.

Piąta zasada polega na nabraniu do siebie dystansu. Jak zaznacza Hendzel, w wielu sytuacjach warto działać bez zbędnego napięcia. Trzeba też porzucić takie nastawienie, że w każdym aspekcie musimy być idealni, najlepsi i niezastąpieni.

Trzeba zaakceptować to, że nasze zachowania będą przeróżne i czasami one nie będą wcale idealne, ale to jest zupełnie naturalne, bo my się cały czas uczymy, rozwijamy. Mamy też różne stany, codziennie się budzimy w innym humorze, co innego dzieje się u nas w domu, co innego w pracy, więc potrzeba przy tym dużo luzu dla siebie i akceptacji, że to jest naturalne – mówi Marta Hendzel.

IV Kongres Next Generation już 17-18 października w Poznaniu

Sukcesorzy dorastający pod czujnym okiem rodziców chcą wprowadzać do przedsiębiorstw nowatorskie rozwiązania realizując własne pomysły. Dla firm rodzinnych sukcesja oznacza niemałe zmiany. Ten złożony proces wdrażania nowego pokolenia w zarządzanie przedsiębiorstwem rodzinnym wymaga czasu, wiedzy i kompetencji.

IV Kongres Next Generation już 17-18 października w PoznaniuWychodząc naprzeciw potrzebom rynku Instytut Biznesu Rodzinnego, 17- 18 października 2019 r. w Poznaniu organizuje 4. edycje największy w Polsce Kongresu adresowanego tylko do sukcesorów z przedsiębiorstw rodzinnych – Kongres Next Generation,  (www.nextg.pl).

To wyjątkowe dwa dni, które mają na celu budowanie kompetencji, wymianę doświadczeń, nawiązanie trwałych relacji biznesowych i inspirowanie młodych liderów. Nadchodzą zmiany w postaci Rewolucji nextGEN, na którą warto się odpowiednio przygotować czerpiąc wiedzę od sukcesorów, którzy przeszli już przez proces sukcesji. Podczas Kongresu masz okazję spotkać się z sukcesorami z całej Polski, wymienić doświadczenia i czerpać inspiracje.

Rejestracja na Kongres już otwarta! Dołącz do uczestników wydarzenia by usłyszeć głos sukcesorów m.in. takich jak: Patrycja Krzanowska (Grupa Nowy Styl), Michał Wojas (Wojas S.A.) czy Karolina Kubara (Kubara sp. z o.o.), Marcin Nowicki (CHEM-GLAS), Krystian Szczęsny (Zbych-Pol & Mobet Sp. z o.o.).

Finanse, prawo, komunikacja interpersonalna a może marketing? Program wydarzenia stworzono z myślą o potrzebach dzisiejszych sukcesorów, by dać im jak najwięcej możliwości wyboru obszarów szlifowania kompetencji.

Podczas wydarzenia omówimy takie tematy jak:

  • Twoja nowa GLOBALNA rzeczywistość
  • My Sukcesorzy – Rewolucja #nextGEN
  • #nextGen SPEED NETWORKING – innowacyjna integracja, którą możesz przenieść do rzeczywistości Twojej firmy
  • Gdy nagle musiałem przejąć odpowiedzialność za rodzinny biznes… Przemyślenia sukcesora
  • Akademia Sukcesora. NextGen w procesie mentoringu
  • Co zrobić, gdy w firmie rodzinnej jest pięcioro sukcesorów? Jak maksymalnie wykorzystać efekt synergii młodego pokolenia?
  • Oczekiwania zarządu firmy rodzinnej od młodego pokolenia.
  • RING DYSKUSYJNY: Czy jesteśmy gotowi na przyszłość i GLOBALNE wyzwania?
  • Kreatywne warsztaty – wspólnie poszukajmy innowacji
  • Rzeczywistość sukcesora XXI wieku – grywalizacja!

Podczas Kongresu Next Generation uczestnicy przejdą prawdziwą metamorfozę – agenda w dużej mierze opiera się na kreatywnych warsztatach, networkingu, grywalizacji, psychodramie… W 24 godziny (od 12.00 w czwartek do 12.00 w piątek) uczestnicy przejdą prawdziwą przemianę – a w piątek, w samo południe, wyjadą z Poznania bogatsi o wiedzę, inspiracje i nową wizję przyszłości – swojej i rodzinnego biznesu.

Pokolenie Next Generation nie boi się ryzyka, nowych rozwiązań i nowoczesnych technologii. Zdolni, kreatywni, wykształceni następcy są gotowi na biznesowe podróże, internacjonalizację, rozwój w świecie rzeczywistym i wirtualnym. Świat jest dla nich globalną wioską – komentuje dr Adrianna Lewandowska.

Jesteś sukcesorem? Przejąłeś zarządzanie firmą rodzinną lub dopiero przygotowujesz się do roli prezesa? Chcesz dowiedzieć się, jak przeżyć sukcesję i nie zwariować? Szukasz wsparcia w rozwijaniu swoich mocnych stron?

Dołącz! Zapisz się na
www.nextG.pl
IV Kongres Next Generation
17-18 października 2019
Poznań, Hotel Blow Up Hall 5050
Agenda i rejestracja:
www.nextG.pl

Polska branża venture capital rośnie w siłę. Fundusze inwestują setki milionów złotych w nowe start-upy, zwłaszcza z obszaru fintech i medycyny

Polska branża venture capital rośnie w siłę. Fundusze inwestują setki milionów złotych w nowe start-upy, zwłaszcza z obszaru fintech i medycyny 6

W dobie dynamicznego rozwoju innowacyjnych narzędzi technologicznych młodzi przedsiębiorcy coraz częściej rozpoczynają swoją karierę na rynku venture capital. Zachęcają ich do tego liczne organizacje, które wspierają rozwój start-upów i pomagają znaleźć środki na sfinansowanie inwestycji. Tylko w drugim kwartale 2019 roku wsparto inwestycje na łączną kwotę 444 mln zł. To dwukrotnie więcej niż w całym 2018 roku. Wśród start-upów najszybciej rozwijają się te z branży fintech i medycyny.

– W Polsce widzimy coraz więcej start-upów związanych przede wszystkim z obszarami fintech, czyli technologii finansowych, ale też coraz częściej technologii medycznych, biotechnologii. W Startup Poland widzimy, że najszybciej rosną te start-upy, które budują solidne zespoły. Menadżerowie start-upów muszą przykładać dużą wagę do budowania zespołu, w którym lojalność i długofalowe zaangażowanie pracowników oparte jest na udziale w zysku, który start-up w razie powodzenia dostarczy swoim pracownikom – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Julia Krysztofiak-Szopa ze Startup Poland.

Z badania European Start-up Survey przeprowadzonego przez Münster University of Applied Sciences oraz PwC wśród 540 start-upów działających w regionie EMEA wynika, że rodzimy rynek jest dla młodych przedsiębiorców równie atrakcyjny co konkurencyjne rynki. Warszawa została uznana przez 83 proc. ankietowanych za miasto, w którym łatwo prowadzić innowacyjny biznes, plasując się tym wynikiem nieznacznie poniżej średniej wynoszącej 85 proc.

W celu stymulowania rozwoju tej młodej i obiecującej branży powołano do życia wiele instytucji, które mają ułatwić początkującym przedsiębiorcom zaistnienie na rynku start-upowym. Fundacja Startup Poland jest jednym z największych think tanków technologicznych Europy Centralnej, który specjalizuje się we wspieraniu innowacyjnego biznesu. Pełni rolę pośrednika pomiędzy branżą start-upową a przedstawicielami rządu i Komisji Europejskiej, pomaga usuwać bariery prawne oraz tworzyć rozwiązania, które ułatwią młodym start-upom rozwój zarówno na rynku lokalnym, jak i globalnym.

– Start-up powinien z założenia rosnąć bardzo szybko, czyli trzy razy powinien wzrosnąć dwukrotnie, a potem dwa razy trzykrotnie, jeśli chodzi o swoją skalę działalności, o swoje przychody po to, aby być atrakcyjnym celem inwestycyjnym dla funduszy venture capital. Kiedy mówimy o hodowaniu jednorożców czy o tworzeniu ekosystemu silnych, bogatych spółek technologicznych, to wzrost musi następować bardzo szybko. Jeżeli w ciągu roku czy w ciągu 2 lat firma start-upowa nie rośnie i trend ewolucji jest taki wypłaszczony, to znaczy, że jednak nie był to optymalny pomysł – tłumaczy ekspertka.

Nie tylko start-upy z wielkich miast mają szansę na osiągnięcie sukcesu finansowego. O zrównoważony rozwój branży dbają także lokalne organizacje. Dobrym przykładem jest tu Białostocki Park Naukowo-Technologiczny, który w ramach projektu Hub of Talents 2 wesprze 34 najlepiej rokujące start-upy z Polski Wschodniej. Po pomyślnym zakończeniu procesu inkubacyjnego firmy mogą liczyć nawet na wsparcie finansowe rzędu miliona złotych, które pomoże im zaistnieć na rynku globalnym.

Potencjał start-upów dostrzegł także polski oddział operatora telefonicznego Orange, który powołał do życia program akceleracyjny Orange Fab. W ramach akceleratora młodzi przedsiębiorcy otrzymają wsparcie merytoryczne ze strony zarówno Orange, jak i podmiotów partnerskich. Firma udostępni im ponadto własną infrastrukturę oraz umożliwi korzystanie z takich platform, jak Live Objects czy Flexible Engine. Firma liczy na to, że program akceleracyjny pomoże dotrzeć do twórców innowacyjnych rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji, przetwarzania big data czy rozwiązań blockchainowych oraz fintechowych.

Funkcjonowanie start-upów może ułatwić także nowelizacja Kodeksu spółek handlowych wprowadzająca w ramach pakietu „100 zmian dla firm” Prostą Spółkę Akcyjną. Nowe prawo znacząco ułatwi funkcjonowanie start-upów na polskim rynku, gdyż nowy rodzaj spółki będzie można założyć w ciągu 24 godzin, jej kapitał początkowy będzie mógł wynosić zaledwie 1 zł, a do prowadzenia rejestru akcjonariuszy będzie można wykorzystać technologię blockchain. Uproszczono również m.in. procedury funkcjonujące w ramach takiej spółki, w tym procedurę likwidacyjną.

– Start-upy są magnesem dla najbardziej wykwalifikowanych ekspertów technologicznych. Redukują też koszty pewnych procesów, z którymi na co dzień mamy do czynienia. 15–20 lat temu każdy bank musiał mieć w każdej gminie oddział i tam fizycznie kogoś zatrudniać. Dzisiaj wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do robienia czynności bankowych z naszego telefonu. To właśnie dzięki innowacjom, dzięki tego typu projektom nasza wygoda życia jest coraz większa i też podmioty gospodarcze są w stanie zaoferować coraz większą liczbę usług swoim konsumentom i dzięki temu też coraz więcej zarabiać – wyjaśnia Julia Krysztofiak-Szopa.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku venture capital do 2022 będzie rosnąć w tempie 27,5 proc. w skali roku. Z danych Inovo Venture Partners wynika, że tylko w drugim kwartale tego roku fundusze VC wsparły inwestycje na łączną kwotę 444 mln zł. To więcej niż zainwestowano w całym 2017 i 2018 roku, w których łączna kwota transakcji wyniosła odpowiednio 397 i 213 mln zł.

Sztuczna inteligencja i VR pomagają ćwiczyć głos i przygotować się do wystąpień. Rozwiązanie opracowane przez Polaków w czasie rzeczywistym potrafi wyłapywać i wskazywać popełniane błędy

Sztuczna inteligencja i VR pomagają ćwiczyć głos i przygotować się do wystąpień. Rozwiązanie opracowane przez Polaków w czasie rzeczywistym potrafi wyłapywać i wskazywać popełniane błędy 7

Wiele osób marzy o tym, aby osiągnąć sukces w branży muzycznej. Udoskonalenie techniki wokalnej może doprowadzić na szczyt. Pomocne mogą być aplikacje do treningu emisji głosu, nie tylko dla tych, którzy chcą poprawić umiejętności wokalne. Inne, wykorzystujące sztuczną inteligencję i wirtualna rzeczywistość, pozwalają ćwiczyć przemowy przed dużym gronem odbiorców. Opracowana przez Polaków technologia wskaże nieprawidłowości oraz podpowie, co i jak poprawić. Z rozwiązania mogą skorzystać nie tylko wokaliści i mówcy, lecz także osoby z wadami wymowy.

–Vocaly jest opartym na sztucznej inteligencji asystentem do samodzielnego treningu prawidłowej emisji i rozwoju głosu. Pomaga wokalistom, także osobom, które pracują głosem zawodowo, np. aktorom czy nauczycielom, samodzielnie ćwiczyć w prawidłowy i zdrowy sposób. Nieprawidłowe ćwiczenie, po pierwsze, nie przynosi efektów, a po drugie, często kończy się chrypą, co długoterminowo może mieć katastrofalne skutki, np. polipy na strunach głosowych – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Karolina Borner, prezes Vocaly Pro.

Aplikacje oparte na sztucznej inteligencji i wirtualnej rzeczywistości pomagają w emisji głosu, pozwalają potrenować umiejętności wokalne, a przy okazji przezwyciężyć stres przed publicznymi występami. VirtualSpeech pomaga poprawić umiejętności mówienia, a realistyczne środowisko rzeczywistości wirtualnej sprawia, że można się poczuć, jakby stało się przed tłumem. W ten sposób można przećwiczyć swoje przemówienie z wirtualną publicznością. Podobnie działa symulator wystąpień publicznych. Dzięki wirtualnej rzeczywistości można poćwiczyć mowę i przemówienia będąc w wirtualnym centrum uwagi.

Voice Tutor to z kolei aplikacja zaprojektowana specjalnie dla tych, którzy chcą poprawić swoje umiejętności wokalne. Pro Metronome pomaga utrzymać tempo osobom, które mają problem z prawidłowym przepływem słów. Ummo zaś to osobisty trener mowy. Aplikacja nagrywa mowę i generuje zapis podkreślający dodatkowe słowa, których należy unikać następnym razem.

Opracowana przez Polaków technologia Vocaly nie tylko pozwala ćwiczyć głos, lecz także podpowiada, co należy poprawić.

– Inne aplikacje do nauki śpiewu pokazują jedynie, czy ktoś śpiewa czysto. My w Vocaly idziemy dalej i pytamy, dlaczego ktoś śpiewa nieczysto. Czyli oprócz tego, że pokazujemy użytkownikowi, czy osiąga dany dźwięk, to jeżeli sztuczna inteligencja wykryje nieprawidłowość w wykonywaniu ćwiczenia, pokazuje się korekta i użytkownik dostaje natychmiastowy feedback – tłumaczy Karolina Borner.

Z rozwiązania skorzystają nie tylko osoby, które pracują głosem. To także przydatna aplikacja dla tych, którzy mają problem z wystąpieniami publicznymi czy osób z problemami wymowy – sepleniące, niewymawiające poszczególnych głosek czy mające problem z prawidłowym akcentowaniem. Jak podkreśla Borner, aplikacja jest wciąż rozwijana, a skierowanie jej do pacjentów to kolejny krok.

– Przewidujemy, że produkt będzie gotowy w ciągu roku – zapowiada Karolina Borner.

Fixly – polski startup, który znajdzie dla Ciebie fachowca

Fixly - serwis do usługO tym, że znalezienie fachowca nie jest najłatwiejsze doskonale wiedzą osoby poszukujące ekipy do remontu, hydraulika czy stolarza wykonującego meble na wymiar. Z pomocą przychodzi technologia, a konkretnie Fixly.pl. Polski startup w sektorze usług łączy zlecających z fachowcami – prosto, szybko i wygodnie.

Fixly – serwis do usług

Trudności ze znalezieniem fachowców na rynku to złożony problem. Wyjazd wielu doświadczonych specjalistów za granicę czy brak następców w postaci absolwentów szkół zawodowych z wyuczonym fachem to tylko wierzchołek góry lodowej. W dodatku mijają czasy proszenia o pomoc w układaniu płytek lub montażu mebli wujka czy szwagra. Nad pozorne oszczędności coraz więcej osób ceni profesjonalizm, gwarantujący jakość wykonanej usługi. Jednocześnie brakuje czasu na przeglądanie setek ogłoszeń, a później dzwonienie do kolejnych fachowców.

Fixly jest odwróconym modelem biznesowym tradycyjnego serwisu ogłoszeniowego. To użytkownik informuje, że chce zlecić usługę, a wykonawca zgłasza się, jeśli jest zainteresowany jej realizacją. Dzięki temu zyskują obie strony – zlecający nie muszą wykonywać dziesiątków telefonów, oszczędzając tym samym czas na szukaniu, a fachowcy wybierają tylko te prace, które mogą i chcą wykonać.

Jesteśmy zabiegani w wykonywaniu codziennych obowiązków, dlatego coraz bardziej cenimy swój czas. Wtedy sprawdza się Fixly. Na Fixly nie musisz szukać fachowca – dajesz nam tylko znać, jaką usługę masz do wykonania. My informujemy wybranych wykonawców o Twoim zleceniu i łączymy Cię z tymi, którzy są naprawdę zainteresowani pracą dla Ciebie – wyjaśnia General Manager Fixly, Marcin Dakowski.

fixly-stronaglowna

Na Fixly do wyboru użytkowników jest 229 usług podzielonych na 12 kategorii, takich jak Budowa domu, Remont, Montaż i naprawa, Meble i zabudowa, Sprzątanie czy Usługi prawne i administracyjne. Za rozwojem Fixly stoi poznański zespół Grupy OLX, do której należą również marki OLX, Otodom i OTOMOTO.

Jak działa Fixly?

Pierwszy etap to wybór usługi, w której zostanie dodane zapytanie oraz wskazanie miejscowości, gdzie ma zostać wykonana. Następnie zlecający odpowiada na kilka pytań, które doprecyzowują treść zapytania, dzięki czemu fachowcom łatwiej jest oszacować zakres prac. Pytania zależą od specyfiki danej usługi, jednak zawsze jest wśród nich pytanie o preferowany termin. Jest również pytanie otwarte, w którym można podać dodatkowe szczegóły zlecenia i załączyć plik, np. zdjęcie pokoju do remontu lub wymarzonego mebla, który ma wykonać stolarz.

Tak przygotowane zapytanie trafia do wykonawców, którzy świadczą daną usługę. Fachowcy podejmują decyzję, czy są w stanie zrealizować zlecenie. Jeśli tak – kontaktują się ze zlecającym. Użytkownik otrzymuje do pięciu zgłoszeń od zainteresowanych fachowców. Ważne jest, że Fixly dostarcza natychmiast wszelkich potrzebnych informacji o wykonawcach, w tym opis działalności, galerię zdjęć, a przede wszystkim opinie i rekomendacje od wcześniejszych klientów, które dla wielu są kluczowe przy wyborze fachowca.

dodawaniezapytania

Serwis rozwijany wspólnie z użytkownikami

Kluczem do dobrego produktu w branży internetowej jest to, aby jak najlepiej odpowiadał na potrzeby użytkowników. Na rozwój Fixly duży wpływ mają osoby, które korzystają z serwisu – zarówno zlecający, jak i fachowcy.

Nasz zespół odbywa miesięcznie niemal 1000 rozmów telefonicznych z fachowcami, którzy szukają zleceń i realizują je dzięki Fixly. Rozmawiamy z nimi o funkcjonowaniu serwisu, o trudnościach, jakie napotykają i podpowiadamy, jak kontaktować się z klientami i zarządzać swoim profilem, żeby mieli więcej zleceń. Osoby poszukujące fachowca sprawdzają rekomendacje na profilach, dlatego też przypominamy wykonawcom o tym, jak ważne jest zdobywanie ocen – mówi Jacek Kaczmarek, Lider zespołu Obsługi Użytkownika Fixly – Zapisujemy informacje, które otrzymujemy od użytkowników, wyciągamy wnioski z rozmów i tworzymy na ich podstawie hipotezy, które pomagają rozwijać produkt – dodaje.

Perspektywa Fixly na rynku usług

Czy Fixly ma szansę zmienić sytuację na rynku usług budowlanych i remontowych? Trudno jeszcze prognozować, jednak jeśli spojrzeć na liczbę ocen, które otrzymują wykonawcy, to nastroje mogą być tylko optymistyczne. Obecnie jest łącznie ponad 35 tysięcy opinii na profilach fachowców na Fixly, a ich liczba z miesiąca na miesiąc rośnie.

Jednym z naszych atutów jest to, że stoi za nami Grupa OLX, która odpowiada za bardzo mocne na rynku marki w sektorze ogłoszeń, motoryzacji oraz nieruchomości. Od 2 lat intensywnie pracujemy nad Fixly, żeby dostarczać wartościowy produkt dla użytkownika w obszarze usług. Mamy agile’owe podejście do rozwoju produktu, dlatego ciągle go udoskonalamy, poprawiając istniejące i wprowadzając nowe funkcjonalności – ocenia Agnieszka Wojtaszek, odpowiedzialna za rozwój produktu w Fixly.

Obecnie na Fixly działa ponad 50 tysięcy fachowców, a miesięcznie serwis odwiedza niemal pół miliona użytkowników potrzebujących pomocy wykonawcy.

10 korzyści posiadania strony internetowej

Insurance broker or salesman making offer to couple in cafePewnie nie raz słyszałeś popularny już slogan “Nie ma Cię w Internecie – nie istniejesz”. Oczywiście nie każdy musi i chce być obecny w wirtualnej przestrzeni. Jeżeli jednak prowadzisz swój biznes, szybko okazuje się, że właściwie nie masz innego wyjścia – musisz być w Internecie, a Twoja firma powinna dobrze w nim funkcjonować, aby zaistnieć w jakiejkolwiek branży.

Postęp technologiczny jest nieunikniony. Praktycznie każdy ma już dostęp do Internetu i jeśli chcesz wyjść naprzeciw zmieniającej się rzeczywistości, powinieneś rozwijać swoją działalność także na tym polu. Strony internetowe są obowiązkowe dla przedsiębiorców i firm chcących zdobywać nowych klientów, rozszerzać swój zasięg i budować pozytywny wizerunek. Obecność w sieci to nie tylko dodatek do strategii marketingowej – to konieczność, aby nie dać się wyprzedzić konkurencji i móc czerpać korzyści z możliwości, jakie daje Internet.

Zastanawiasz się, czy strona internetowa jest Ci potrzebna? Myślisz, że nie pasuje do charakteru Twojej działalności? Zadaj sobie kilka podstawowych pytań – czy chcesz mieć więcej klientów? Czy chcesz działać na większą skalę? Prowadzić sprzedaż internetową? Czy chcesz budować pozytywny wizerunek swojej firmy i być zawsze dostępny dla klientów? Chcesz wiedzieć, czego szukają i sprawić, żeby trafili do Ciebie?

Zatem znasz już odpowiedź!

Wiemy, że budowanie wizerunku marki w Internecie nie jest proste, zwłaszcza gdy chcesz robić to sam. Nie martw się tym i zaufaj ekspertom z Premium Digital (https://www.premiumdigital.pl/)! Zapoznaj się z dziesięcioma najważniejszymi korzyściami, jakie według nas daje Tobie i Twojej firmie strona internetowa:

 

  • Widoczna wizytówka Twojej firmy

Jeżeli prowadzisz biznes z pewnością chcesz, aby dowiedziało się o nim jak najwięcej potencjalnych klientów. Strona internetowa pomaga w osiągnięciu tego celu – to Twój prywatny kawałek Internetu, wizytówka Twojej firmy dostępna dla wszystkich o każdej porze dnia i nocy. Dzięki niej będziesz widoczny, a ludzie odnajdą Twój biznes w kilka chwil, niezależnie od tego, gdzie są. Atrakcyjna wizualnie strona, która jest łatwo dostępna i  pozycjonuje się wysoko w wyszukiwarce Google sprawi, że Twoja marka stanie się zauważalna, a dzięki temu w krótkim czasie czeka Cię…

 

  • Większy zasięg i nowi klienci

Niezależnie od tego, czy działasz na rynku lokalnym, czy globalnym, zawsze warto umacniać na nich swoją pozycję i stopniowo zwiększać zasięg. Strona zdecydowanie ułatwia Ci zareklamowanie swojej firmy wśród nowych klientów. Dzięki niej nie masz żadnych ograniczeń geograficznych, możesz dotrzeć do szerszego grona odbiorców i działać na większą skalę. Jak wiadomo – większe pole działania oznacza więcej klientów. To ogromny krok w budowaniu Twojej firmy i w jej ekspansji. Sieć daje Ci nieograniczone możliwości rozwoju, z których warto korzystać!

 

  • Reklama, która jest skuteczna

Mało kto jeszcze szuka ogłoszeń w gazetach albo telewizji! W czasach, gdy dostęp do Internetu jest praktycznie nieograniczony i korzysta z niego prawie każdy, wszelkie informacje i pytania pojawiają się właśnie tutaj. Dlatego szczególnie warto zareklamować swój biznes w sieci – tworzy ona nieograniczone pole do działań marketingowych, a własna strona internetowa służy jako skuteczny element kampanii reklamowej. Tak, Twoja strona może być świetnym nośnikiem reklamy i przyczynić się do budowania widoczności Twojej marki w Internecie!

 

  • Twoja oferta i  informacje o firmie dostępne przez cały czas

Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że strona internetowa to najlepsze źródło informacji dla wszystkich zainteresowanych ludzi. Warto ją mieć – to prawie tak, jakby klienci przychodzili do Twojego biura, aby dowiedzieć się więcej, z tym, że dzięki stronie internetowej nie muszą się nigdzie ruszać. Aby wiedzieć, co oferuje Twoja firma, zobaczyć Twoje produkty albo realizacje i poznać godziny, w których można się z Tobą skontaktować, wystarczy po prostu odwiedzić stronę, która jest dostępna 24/7 🙂 Ludzie zdecydowanie docenią, że udostępniasz ważne informacje i dbasz o ich wygodę.

 

  • Nieograniczona sprzedaż internetowa

Twoja strona może być także Twoim najskuteczniejszym narzędziem do sprzedaży. Jeżeli sprzedajesz swój produkt przez Internet w zasadzie nie ma dla Ciebie granic, możesz działać globalnie. Twoja strona będzie idealnie działać jako sklep internetowy! Daje to Twojej marce ogromne możliwości – poszerza pole działania firmy i umożliwia jej ekspansję na nowe tereny. Klient ma całodobowy dostęp do Twojej oferty, a profesjonalna strona z wartościową treścią może go do tego zachęcić.

 

  • Wiarygodność i dobre wrażenie

Wyjdź naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów – daj się im poznać! Dzięki temu, że masz stronę i jesteś obecny w sieci, stajesz się także bardziej wiarygodny w ich oczach. Dodatkowo, profesjonalna strona internetowa kreuje pozytywny wizerunek Twojej firmy. Zazwyczaj mamy większe zaufanie do stron, które robią na nas lepsze wrażenie, są czytelne i przejrzyste. Budowanie dobrego wizerunku dzięki stronie jest zdecydowanie szybsze i bardziej skuteczne. Pamiętaj – pierwsze dobre wrażenie można zrobić tylko raz!

 

  • Lepsza komunikacja z klientem

Strona to dla Ciebie najlepszy sposób na nawiązanie kontaktu z klientem. Często jest to pierwszy kanał komunikacji, przez jaki się kontaktujecie i warto, aby był, wiarygodny, wygodny i działał sprawnie. To szczególnie ważne, bo dzięki stronie możesz stworzyć relację z klientem zanim jeszcze zaczniecie rozmawiać. Koniecznie zadbaj o formularz kontaktowy – to świetny sposób na ułatwienie i przyspieszenie kontaktu z Tobą. Jaką masz z tego korzyść? Klient zyskuje przekonanie, że jesteś dostępny, pomocny i można się do Ciebie zwrócić w każdej chwili. To zdecydowanie pozytywnie wpływa na odbiór Twojej marki i kreuje…

 

  • Profesjonalny wizerunek Twojej firmy

Jeżeli strona internetowa jest przejrzysta, a treści na niej są interesujące i pomocne, Twoja firma rysuje się w oczach potencjalnego klienta jako profesjonalna i kompetentna. To daje również wrażenie, że marka jest innowacyjna i podąża z duchem czasu. Na pozytywny odbiór wpływa także przedstawienie portfolio – zapoznanie odwiedzającego z Twoją działalnością, pokazanie dotychczasowych dokonań i realizacji. Dzięki stronie internetowej więcej osób może natknąć się na to, co oferujesz i poznać historię, którą chcesz przekazać 🙂

 

  • Wiesz, czego szukają Twoi klienci

W Internecie masz możliwość, aby monitorować działania Twoich klientów. Czego szukają, jakie frazy wpisują w wyszukiwarce Google, aby znaleźć Twoją firmę? Wszystkie te informacje są dla Ciebie dostępne! Możesz śledzić preferencje odwiedzających Twoją stronę i modyfikować ją tak, aby była bardziej dostosowana do ich zachowań. Dzięki stronie możesz analizować potrzeby na rynku i wychodzić naprzeciw oczekiwaniom swoich klientów – poznać ich i stworzyć swoją grupę docelową.

 

  • Korzyści większe niż koszty

Mamy nadzieję, że udało nam się przekonać Cię, jak wiele korzyści dla Twojej firmy przynosi strona internetowa. W dzisiejszych czasach to must have dla każdej firmy, która chce rozpocząć ekspansję na rynku! To także najbardziej opłacalne działanie marketingowe, jakie możesz podjąć. Stosunkowo niewielki nakład finansowy, z jakim wiąże się stworzenie strony, jest w stanie zapewnić Ci znaczny progres w rozwoju marki! Taka inwestycja z pewnością zwróci się Twojej firmie!

Mamy nadzieję, że rozwialiśmy wszelkie wątpliwości co do tego, czy warto zakładać stronę internetową. Jeżeli chcesz zdobyć nowych klientów, wzbudzać zaufanie i osiągnąć satysfakcjonujące zyski, masz jedno rozwiązanie – zacznij od strony, która będzie godnie reprezentować Twoją firmę. Pozwól, aby eksperci z Premium Digital stworzyli ją dla Ciebie!

Grupa Trei Real Estate zwiększyła wolumen inwestycyjny do 730 milionów euro w pierwszym półroczu 2019 r.

  1. Grupa Trei Real Estate podsumowuje I półrocze 2019 r. na wszystkich swoich sześciu międzynarodowych rynkach
  2. Wartość portfela nieruchomości pozostała na niezmiennym poziomie 1.1 miliarda euro
  3. Portfolio aktywów, którymi zarządzała spółka na koniec czerwca br. liczyło 383 nieruchomości, z czego 36% w Polsce (136 nieruchomości), a 32% w Niemczech (123 nieruchomości)
  4. W przygotowaniu i realizacji znajduje się 3 300 mieszkań, z czego najwięcej w Polsce (1 600 lokali)
  5. W II półroczu Trei planuje dynamiczny rozwój projektów mieszkaniowych w Polsce i USA

Trei Real Estate GmbH (Trei) jest międzynarodowym inwestorem, deweloperem oraz zarządcą nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych z Niemiec, który działa na sześciu rynkach globalnych, takich jak Niemcy, Polska, Czechy, Słowacja, Portugalia i USA. W pierwszej połowie 2019 r. firma zwiększyła wolumen projektów w budowie do 730 milionów euro, odnotowując wzrost o 45 milionów euro względem końca ubiegłego roku (grudzień 2018: 685 mln euro). W skali roku deweloper zwiększył inwestycje o 230 milionów euro (I półrocze 2018 r. Trei zakończył wynikiem 500 mln euro), co daje 46% wzrost rok do roku. W całkowitym wolumenie inwestycyjnym o wartości 730 mln euro, 600 mln euro przypada na mieszkania, a 130 mln euro na obiekty handlowe.

W sumie w fazie planowania i realizacji znajduje się obecnie 3 300 mieszkań zlokalizowanych na międzynarodowych rynkach – w Niemczech, Czechach, Polsce i Stanach Zjednoczonych. Najwięcej, bo aż 1 600 mieszkań Trei dostarczy w Polsce, 1 000 w Niemczech, 600 w Stanach Zjednoczonych i około 100 w Czechach. Lokale mieszkalne w Polsce i Czechach są przeznaczone na sprzedaż, a osiedla zlokalizowane w Niemczech mają pozostać w portfelu firmy jako własność długoterminowa. Z kolei projekty mieszkaniowe w USA mają być sprzedawane w formie umów pakietowych.

Po pierwszym półroczu 2019 r. łączna wartość portfela nieruchomości Trei pozostała na poziomie 1.1 mld euro. Portfolio aktywów, którymi zarządza spółka, liczyło 383 nieruchomości, z czego 36% znajduje się w Polsce (136 nieruchomości), a 32% w Niemczech (123 nieruchomości).

W pierwszym półroczu br. w ramach przyjętej strategii koncentrowaliśmy się przede wszystkim na rozwoju projektów mieszkaniowych. Na początku roku inwestycją mieszkaniową w Charlotte w Północnej Karolinie rozpoczęliśmy działalność deweloperską w Stanach Zjednoczonych. W tym samym czasie zadebiutowaliśmy na polskim rynku mieszkaniowym projektem we Wrocławiu, a kolejne realizacje planujemy w Łodzi, Poznaniu i Warszawie. – Pepijn Morshuis, CEO Trei Real Estate

Trei kontynuuje również działalność deweloperską w segmencie nieruchomości handlowych, rozwijając sieć parków handlowych pod wspólną marką Vendo Park. W międzynarodowym portfolio Trei znajduje się obecnie 36 Vendo Parków, 20 z nich zostało otwartych, a pozostałe są w fazie realizacji. „Zamierzamy osiągnąć pozycję lidera i zostać największym inwestorem parków handlowych w Europie Środkowo-Wschodniej, ze szczególnie silną obecnością w Polsce”, dodaje Pepijn Morshuis.

Jacek Wesołowski, Prezes Trei Real Estate Poland
Jacek Wesołowski, prezes Trei Real Estate Poland

W marcu z sukcesem otworzyliśmy park handlowy w Bytowie, a jeszcze w sierpniu mieszkańcy Pułtuska zrobią pierwsze zakupy w kolejnym naszym Vendo Parku. Aktualnie w budowie mamy obiekty w Łasku, Ostrołęce i Jaworze, rozpoczynamy także inwestycję w Kobyłce. Cały czas intensywnie szukamy działek pod kolejne parki handlowe, w pierwszej połowie roku kupiliśmy grunty w Kutnie, Kobyłce, Bolesławcu i Sierpcu, gdzie również planujemy projekty handlowe. Koncentrujemy się w Polsce na nieruchomościach handlowych, jednak mocno wchodzimy również w rynek mieszkaniowy. – Jacek Wesołowski, Dyrektor Zarządzający Trei Real Estate Poland

Łączna kwota transakcji grupy Trei do końca I półrocza 2019 r. wyniosła 75 mln euro, z czego 63 mln euro zostały przeznaczone na zakup nieruchomości, 12 mln euro to wynik sprzedaży nieruchomości. „Nasze transakcje związane z zakupem aktywów dotyczyły głównie działek przeznaczonych pod kolejne Vendo Parki oraz projekty mieszkaniowe w Polsce”, komentuje Pepijn Morshuis.
Wyznaczając strategię grupy na II połowę 2019 r., Morshuis dodaje:
Planujemy kolejne inwestycje w Stanach Zjednoczonych przy jednoczesnej kontynuacji projektów w Niemczech. Polska jest naszym głównym celem inwestycyjnym w segmencie mieszkaniowym. To właśnie tutaj mamy najwięcej mieszkań w fazie rozwoju. Ponadto rynek ten jest również najważniejszym krajem docelowym dla naszych projektów handlowych, budowanych pod marką Vendo Park. W porównaniu do rynku niemieckiego, w Polsce zauważyliśmy niedobór powierzchni handlowych w średnich oraz małych miastach i zamierzamy wypełnić tę lukę. – Pepijn Morshuis, CEO Trei Real Estate

Pracodawcy RP: Nowe Prawo Zamówień Publicznych trzeba uchwalić jak najszybciej

Sejmowa Komisja Nadzwyczajna ds. deregulacji zajmie się na dzisiejszym posiedzeniu projektem nowego Prawa zamówień publicznych. Zdaniem Pracodawców RP, należy je uchwalić jak najprędzej. Polska gospodarka ponosi bowiem coraz wyższe koszty obecnego stanu prawnego.

– Prawo zamówień publicznych wymaga zmian, i to szybko. Należy raz na zawsze wykorzenić urzędniczy zwyczaj wybierania najtańszych ofert – mówi dr Leszek Juchniewicz, główny ekonomista Pracodawców RP. – Liczy się efekt całościowy, czyli solidność i efektywność dostarczonego rozwiązania przez cały okres, przez jaki ma ono funkcjonować, a dopiero potem jego cena – podkreśla.

Przyjęte w projekcie założenia (jak np. odformalizowanie procedur dla zamówień poniżej progów unijnych, badanie kształtowania umów zgodnie z zasadą proporcjonalności) zasługują zdaniem Pracodawców RP na poparcie. To również próba wyjścia naprzeciw oczekiwaniom pracodawców, by relacje zamawiających z wykonawcami były bardziej partnerskie. Odpowiedzialność za realizowany projekt jest bowiem wspólna. Gdy tej wspólnej odpowiedzialności nie ma, dochodzi do tak groźnych kryzysów jak np. obecnie w sektorze budownictwa dróg i tras kolejowych. Brak waloryzacji trwających już kontraktów z powodu zaskakującego i poważnego wzrostu cen surowców może doprowadzić do upadku wielu firm budowlanych oraz niezrealizowania wielu ważnych projektów infrastrukturalnych. Ich ponowne uruchomienie będzie kosztować więcej niż dokończenie obecnych kontraktów.
W projekcie są też rozwiązania, które należy jeszcze poprawić. Obawy budzi chociażby obecność tzw. in-house , czyli ścieżki wyłączającej konkurencję i pozwalającej na zlecanie wykonywania zadań spółkom publicznym czy komunalnym. Według Pracodawców RP ścieżka ta powinna być maksymalnie ograniczona. Innym punktem wymagającym poprawek jest też kwestia zwiększenia roli i odpowiedzialności Urzędu Zamówień Publicznych za rozwój i wdrażanie na rynku dobrych praktyk, czyli wzorców właściwego postępowania.

Pracodawcy RP od lat zwracali uwagę na to, że konieczne jest uchwalenie nowego Prawa zamówień publicznych. Obecnie obowiązująca ustawa funkcjonuje od 2004 r. i była nowelizowana kilkadziesiąt razy, w tym kilkakrotnie były to istotne, głębokie nowelizacje. W swym aktualnym brzmieniu ustawa nie przystaje do realiów życia społeczno-gospodarczego i bywa niejasna dla posługujących się nią podmiotów.

– Praktyka jej stosowania została sprowadzona do tego, że zamawiający ma tylko prawa, a na wykonawcę przerzucono ryzyko i obowiązki. Dlatego potrzebna jest kompleksowa zmiana, która może dokonać się tylko poprzez przyjęcie zupełnie nowej ustawy a nie kolejną nowelizację – wyjaśnia dr Juchniewicz.

Raport – Rynek magazynowy w 1 połowie 2019 r.

Polska w budowie – sektor magazynowy z rekordową liczbą metrów kwadratowych w trakcie realizacji.

Sektor magazynowy ma za sobą kolejne udane półrocze. Wysoki, stabilny popyt na poziomie 1,8 mln mkw. był efektem wysokiej aktywności branży logistycznej. Po stronie podaży deweloperzy budują na potęgę nie bojąc się inwestować w projekty spekulacyjne. W ciągu 6 miesięcy br. oddanych do użytku zostało blisko 1 mln mkw., a kolejne 2,3 mln mkw. było w budowie na koniec czerwca br. to główne wnioski płynące z najnowszego raportu „Rynek magazynowy w I połowie 2019 r.” przygotowanego przez firmę doradczą AXI IMMO.

Popyt: Duże transakcje sektora logistycznego napędzają popyt

Od stycznia do końca czerwca 2019 roku wynajętych zostało ponad 1,8 mln mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, z czego 66% to nowe umowy najmu i ekspansje. Pomimo, iż jest to wynik o 18% niższy w porównaniu do I poł. 2018 r., oznak spowolnienia w sektorze na razie nie widać. Stabilny popyt to efekt nadal wysokiej konsumpcji wewnętrznej, w tym dalszych wzrostów związanych z obsługą kanału e-commerce.

Najlepsze rezultaty osiągnęło 5 głównych hubów magazynowo-produkcyjnych, które odpowiadały za 89% popytu w I poł. 2019 r. Najwięcej powierzchni wynajęto w regionie Warszawy – 550 tys. mkw. Wynik ten jest o 70% wyższy w porównaniu z analogicznym okresem w roku poprzednim. Jest on rezultatem kilku dużych inwestycji logistycznych oraz wzrostem liczby umów związanych z logistyką ostatniej mili na terenie miast. Na drugim miejscu znalazł się Dolny Śląsk, z wynikiem ponad 330 tys. mkw. wynajętej powierzchni magazynowej. Następnie Polska Centralna i Górny Śląsk z popytem na poziomie 300 tys. mkw.

Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO
Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO

Warto zwrócić uwagę na bardzo dobry wynik Dolnego Śląska, gdzie widoczna jest wysoka aktywność zarówno firm już obecnych w regionie, jak też nowych podmiotów. Ponad 90% wszystkich kontraktów to nowe umowy najmu. Dolny Śląsk ma wiele atutów, które sprzyjają rozwojowi sektora – położenie dogodne dla międzynarodowej dystrybucji, dostępność gruntów, silny przemysł i chłonny rynek konsumencki w postaci Wrocławia – wyjaśnia Anna Głowacz, Dyrektor Działu Industrial w AXI IMMO.

W ostatnim półroczu mogliśmy zaobserwować wysoką aktywność operatorów logistycznych, którzy pod obsługę dużych kontraktów wynajmowali najwięcej. Ich udział w strukturze popytu wyniósł 46%. Na drugim miejscu znalazły się sieci handlowe i produkcja z udziałem odpowiednio na poziomie 11,5 % i 11%.

Podaż: Wysoki ponad 50% udział projektów spekulacyjnych

Całkowita podaż nowoczesnej powierzchni magazynowej na koniec czerwca br. wyniosła ponad 16,8 mln mkw. Od początku roku oddanych do użytku zostało blisko 1 mln mkw. o 65% więcej w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym.

Najwięcej nowej powierzchni, ponad 220 tys. mkw. przybyło w Polsce Centralnej, następnie po ponad 125 tys. mkw. w Warszawie i na Dolnym Śląsku. Wśród nowych rynków wyróżniły się Polska Wschodnia i Szczecin, gdzie łącznie oddano do użytku ponad 235 tys. mkw.

Przedstawione w raporcie AXI IMMO z I kw. 2019 r. prognozy sprawdziły się, w efekcie wysokiej aktywności deweloperskiej całkowite zasoby powierzchni magazynowej w Polsce Centralnej przewyższyły podaż na Górnym Śląsku.

Zgodnie z przeprowadzoną analizą ekspertów AXI IMMO na koniec czerwca w budowie było 2,3 mln mkw. powierzchni magazynowej. Największym placem budowy pozostaje Górny Śląsk, gdzie deweloperzy w ramach 14 inwestycji realizują 587 tys. mkw., z czego 210 tys. mkw. w projekcie BTS dla Amazona w Gliwicach. Następne w kolejności są Polska Centralna (471 tys. mkw.) oraz region Warszawy i Górnego Śląska, gdzie w każdym z tych regionów powstaje ponad 420 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej.

Wysoka liczba inwestycji w budowie to też efekt inwestycji spekulacyjnych, których udział na koniec czerwca br. wyniósł ponad 50%. Jest to wzrost o 22% względem końca pierwszego kwartału br. W większości przypadków deweloperzy po podpisaniu pierwszej umowy typu pre-let rozpoczynają budowę uwzględniając wysoki udział komponentu spekulacyjnego – komentuje Anna Głowacz.

Wskaźnik pustostanów: Główne rynki z najwyższą dostępnością powierzchni gotowej od zaraz

Na koniec czerwca 2019 roku średni współczynnik powierzchni niewynajętej wyniósł 5,0%, co oznacza wzrost o 0,3 p. proc. w porównaniu do pustostanu na koniec marca br. Największe wzrosty wskaźników pustostanów w przeciągu drugiego kwartału br. widoczne były w Polsce Centralnej, gdzie na koniec czerwca br. dostępne od zaraz było 9,2% zasobów magazynowych regionu. Ponadto, dostępność powyżej 7% utrzymuje się również w Poznaniu (7,6%) i na Górnym Śląsku (7,5%).

Stawki czynszów bazowych nadal z tendencją wzrostową

Stawki czynszów w większości lokalizacji magazynowych w minionym półroczu wykazywały dalszą delikatną tendencję wzrostową, zwłaszcza w zakresie czynszów bazowych, zarówno na głównych rynkach, jak też w nowo otwieranych projektach. Średnie stawki za powierzchnie logistyczne kształtowały się w przedziale od 2,8 do 3,7 euro za mkw., natomiast w przypadku inwestycji miejskich sięgały nawet 5,4 euro za mkw. Nadal największe możliwości uzyskania atrakcyjnych stawek efektywnych występują w regionie Warszawy i Poznania.

 

Prognozy: Całkowite zasoby magazynowe powyżej 18 mln mkw. na koniec roku

W drugiej połowie roku rynek magazynowy pozostanie w dobrej kondycji. W rezultacie wysokiej liczby realizowanych inwestycji, całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej na koniec roku przekroczą 18 mln mkw.

 

Popyt powinien utrzymać się na stabilnym poziomie i na koniec 2019 r. osiągnąć poziom przynajmniej 3,5 mln wynajętych mkw. Trend związany z dostosowywaniem łańcuchów dostaw pod kanał e-commerce utrzyma się.

 

W zakresie dostępności powierzchni magazynowej możemy spodziewać się okresowego wzrostu poziomu pustostanów, ze względu na oddanie do użytku projektów spekulacyjnych oraz relokacji firm logistycznych, zwłaszcza w Polsce Centralnej i na Górnym Śląsku.

 

Do końca roku stawki czynszów pozostaną na stabilnym poziome zwłaszcza na głównych rynkach, gdzie utrzymuje się wysoka konkurencja pomiędzy deweloperami.

Sprzedaż samochodu po upływie 6 miesięcy od jego wykupu od leasingodawcy a skutki podatkowe

Sprzedaż składników majątkowych wykorzystywanych na potrzeby związane z działalnością gospodarczą stanowi przychód z tej działalności, nawet jeśli przed sprzedażą zostały z niej wycofane, ale do dnia ich zbycia nie upłynęło 6 lat (liczonych od pierwszego dnia miesiąca następnego po miesiącu, w którym miało miejsce wycofanie). Opodatkowaniu PIT nie będzie jednak podlegało zbycie takich składników, jeśli po wycofaniu ich z działalności gospodarczej nie będą do jej celów wykorzystywane (interpretacja podatkowa z 3 lipca 2019 r., sygn. 0115-KDIT2-3.4011.259.2019.1.JG).

„Przychodem z działalności gospodarczej są również przychody z odpłatnego zbycia składników majątku będących środkami trwałymi albo wartościami niematerialnymi i prawnymi, podlegającymi ujęciu w ewidencji środków trwałych oraz wartości niematerialnych prawnych, wykorzystywanych na potrzeby związane z działalnością gospodarczą lub przy prowadzeniu działów specjalnych produkcji rolnej…” (art. 14 ust. 2 pkt 1 lit. a, ustawy o PIT, Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350, ze zm.).

Zgodnie z art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. d) ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych zbycie ruchomości nie stanowi podlegającego opodatkowaniu PIT źródła przychodów, jeśli zostało dokonane po upływie pół roku, licząc od końca miesiąca, w którym nastąpiło nabycie.

Ust. 2 pkt 3 tego artykułu wskazuje jednak na wyłączenie stosowania przepisu ust. 1 pkt 8 lit. d) w odniesieniu do zbycia składników majątkowych przedsiębiorcy, nawet jeśli zostaną wycofane z działalności gospodarczej, ale między pierwszym dniem miesiąca następującego po miesiącu, w którym składniki majątku zostały wycofane z działalności i dniem ich odpłatnego zbycia, nie upłynęło 6 lat.

Wykorzystywanie auta po wykupie wyłącznie do celów prywatnych

W listopadzie 2016 r. prowadzący działalność gospodarczą przedsiębiorca zawarł umowę leasingu operacyjnego samochodu osobowego, który wykorzystuje na jej potrzeby. Comiesięczne raty leasingowe rozlicza w kosztach uzyskania przychodu. Przedsiębiorca chce dokonać wykupu auta po zakończeniu trwania okresu jego leasingowania, na co pozwala mu zawarta umowa.

Składając wniosek o wydanie interpretacji podatkowej, zadeklarował, że po wykupie nie będzie już wykorzystywał samochodu w prowadzonej działalności gospodarczej, a jedynie do celów prywatnych. Zadał organowi podatkowemu pytanie, czy dokonując zbycia tego pojazdu po upływie pół roku, licząc od końca miesiąca, w którym go wykupił od leasingodawcy, nie będzie zobowiązany w podatku dochodowym od osób fizycznych. We wniosku zaznaczył, że opłata za wykup nie zostanie ujęta w kosztach podatkowych prowadzonej działalności, odliczeniu nie ulegnie również naliczony podatek VAT.

Samochód niestanowiący składnika majątku firmy

W wydanej 3 lipca 2019 r. interpretacji indywidualnej Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej zgodził się ze stanowiskiem wnioskodawcy. Co prawda pouczył, że gdyby podatnik sprzedał auto przed upływem pół roku, licząc od końca miesiąca, w którym nastąpił jego wykup od leasingodawcy, to obowiązek podatkowy powstałby na podstawie art. 10 ust. 1 pkt 8 lit. d), ale w stanie faktycznym przedstawionym we wniosku to nie nastąpi.

„Mając na uwadze przedstawione we wniosku zdarzenie przyszłe oraz powyższe przepisy prawa podatkowego, stwierdzić należy, że jeżeli w istocie wykupiony po zakończeniu umowy leasingu operacyjnego samochód, o którym mowa we wniosku nie będzie stanowił składnika majątku firmy, wymienionego w art. 14 ust. 2 pkt 1 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, to przychód uzyskany ze sprzedaży tego samochodu nie będzie stanowił przychodu z działalności gospodarczej”.

6 miesięcy zamiast 6 lat

Leasing i amortyzacja samochodu w firmie to dwa istotne dla przedsiębiorców zagadnienia. Leasing pozwala na sfinansowanie wyposażenia działalności w niezbędny do jej prowadzenia samochód. Amortyzacja umożliwia zmniejszenie kosztów jego nabycia przez przedsiębiorstwo. Jednak podmiotem amortyzacji samochodu jako środka trwałego może być nie tylko będący osobą prawną przedsiębiorca. Co prawda prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą, a także wspólnicy spółki cywilnej, nie posiadając osobowości prawnej, nie mogą dokonać rejestracji auta na firmę, a co za tym idzie zamortyzować go. Ale i oni mogą ten problem obejść, rejestrując samochód nie na firmę, a na będącą jego właścicielem osobę fizyczną.

Jak widać na przykładzie powyższej sprawy, chcąc również skorzystać ze zwolnienia w podatku dochodowym przy sprzedaży firmowego samochodu, nie trzeba czekać aż 6 lat.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Wymiana handlowa i transport towarów między UE a UK całkowicie upadnie?

138 milionów funtów będzie kosztować kampania informacyjna, która ma pomóc między innymi przedsiębiorcom przygotować się na utrudnienia związane z tak zwanym twardym brexitem[1]. Daily Telegraph określił tę akcję jako największe tego typu działanie od czasów drugiej wojny światowej. Dodatkowo brytyjski rząd ma przeznaczyć jeszcze w tym roku budżetowym 4,2 miliarda funtów na zwiększenie liczby funkcjonariuszy straży granicznej i służby celnej, a także na wsparcie właścicieli firm, które mogą ucierpieć na bezumownym wyjściu z Unii Europejskiej. Jednak czy to wystarczy, by uniknąć chaosu legislacyjnego i ekonomicznej zapaści?

Brytyjczycy podjęli decyzję o wyjściu z Unii Europejskiej w referendum 23 czerwca 2016 roku. 29 maja 2017 roku Zjednoczone Królestwo notyfikowało Radzie UE swój zamiar wystąpienia ze struktur unijnych. Od ponad dwóch lat Wielka Brytania stara się wziąć rozwód z pozostałymi krajami Wspólnoty. Pierwotnie wyznaczona data została przekładana już trzy razy. Czy 31 października br. będzie terminem ostatecznym tak zwanego brexitu? Najnowszy raport Institute of Government podkreśla wyraźnie, że obecny szef rządu w Westminsterze nie musi pytać posłów o zgodę, jeśli podejmie decyzję, by nie było porozumienia z UE. Czy przedsiębiorcy są na to przygotowani? W lutym br. The Economist pisał, że 17,6 proc. niemieckich firm deklarowało dobre przygotowanie na wypadek brexitu, a 77 proc. wierzyło, że to ich nie dotyczy. The Local wskazywał zaś, że 32,7 proc. szwedzkich biznesmenów było gotowych na wyjście Wielkiej Brytanii z UE. 48 proc. z badanych nie zaczęło żadnych przygotowań na taki scenariusz. Natomiast francuska organizacja ME DEF w 2018 roku podawała, że 1/3 jej członków – przedstawicieli firm – wierzyło, że brexit po prostu się nie wydarzy.

Warto przyjrzeć się, jak sytuację oceniają polscy przedsiębiorcy? W badaniu Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) 70 proc. respondentów ocenia secesję Wielkiej Brytanii od Wspólnoty jako negatywną lub zdecydowanie negatywną. Blisko 30 proc. przedstawicieli sektora transportu drogowego przyznaje również, że planuje wycofać część taboru z krajów Zjednoczonego Królestwa, a 40 proc. aktywnie poszukuje zleceń w innych miejscach Europy – komentuje Bartosz Najman, wiceprezes Inelo i OCRK. – Dla polskiej branży transportowej brexit oznacza większe ryzyko na przykład spadku ilości zleceń czy rentowności kontraktów niż w przypadku innych sektorów gospodarki. Dla przedsiębiorców to szereg nowych i restrykcyjnych uregulowań prawnych w zakresie transportu, które z dnia na dzień mogą stać się znacznym ograniczeniem dla działań biznesowych. Tym bardziej, że według danych rynkowych polskie ciężarówki stanowią ponad 20 proc. w ogólnym obrocie przewiezionych towarów między Europą a Wielką Brytanią. Ponadto przewozy z lub do Anglii realizowane przez firmy transportowe z Polski to blisko milion kursów rocznie. Zmienią się na pewno warunki prowadzenia działalności na terenie Zjednoczonego Królestwa. Nie zmieni się jednak ilość i wartość transportowanych tam towarów – wyjaśnia Bartosz Najman.

On one is ready for no deal

Według analityków PwC wartość importowanych towarów przez Wielką Brytanię to 650 miliardów funtów. Z tego 53 proc. pochodzi z innych krajów UE. Wątpliwe jest, że, w przypadku brexitu, któraś z tych wartości radykalnie się zmniejszy[2]. Departament for Transport UK podaje, że aż 3,5 miliona dóbr zostało przewiezionych transportem samochodowym pomiędzy Zjednoczonym Królestwem a Europą w 2017 roku.

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Porozumienie handlowe bez barier było budowane między Wielką Brytanią a UE przez ostatnie 40 lat między innymi poprzez integrację zasad i procesów tworzenia wspólnego rynku. Obecnie przewidywania komentatorów OECD[3] są takie, że z uwagi na brak swobody przepływu towarów, skomplikowane regulacje i wymagania dotyczące zawierania kontraktów, nowe procedury administracyjne oraz inne opóźnienia mogą spowodować wzrost kosztów dóbr importowanych przewożonych na Wyspy na poziomie 2 do 24 proc. Wydaje się, że na brexicie nie skorzysta dosłownie nikt, a jego skutki będą odczuwalne dla gospodarek państw europejskich i samej Unii przez wiele lat – mówi Łukasz Włoch, ekspert główny OCRK.

IMF, World Economic Outlook podkreśla, że wyjście Wielkiej Brytanii z Europy wspólnotowej odciśnie się mocno na brytyjskim PKB. Szacuje się, że w pierwszym roku po secesji odnotuje ono spadek o 1,4 proc., w drugim roku o 0,8 proc. Analogicznie odczuje to PKB UE – w 2020 spadnie o 0,2 proc., a kolejnym o 0,1 proc. Mniej optymistycznie patrzą na sytuację analitycy PwC, którzy oceniają, że PKB „wyspiarzy” w 2020 roku powinno być o 3-3,5 proc. niższe, niż gdyby brexit w ogóle nie miał miejsca. UE do 2030 roku może stracić od 13,3 do 63 miliardów euro. Jak w tym scenariuszu prezentuje się Polska?

Bartosz Najman, Prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców
Bartosz Najman, prezes Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców

Skutki brexitu dla rodzimej gospodarki oceniane są negatywnie. Prognozowany jest spadek polskiego PKB o około 0,4 do 0,55 proc.[4] Branża transportowa jest jednym z sektorów najbardziej narażonych na wahania ekonomiczno-gospodarcze. Ci przedsiębiorcy, którzy budowali swój biznes na wymianie towarowej biegnącej przez kanał La Manche, odczuwają niepokój i niepewność o przyszłość swoich firm. Co więcej, wszelkie działania, zmierzające do przygotowania się na brexit, są wyłącznie tymczasowe. Rekomendujemy naszym partnerom wsparcie w interpretowaniu nowego prawa, przestrzegania regulacji i procedur administracyjnych, które będą obowiązywać w przeprowadzaniu transakcji z państwem trzecim, a także właściwego planowania czasu pracy kierowców. Warto podjąć działania w kierunku na przykład optymalizacji struktury wynagrodzenia pracowników, automatyzacji przy rejestrowaniu czasu pracy w różnych krajach czy też podejmowaniu negocjacji z dotychczasowymi kontrahentami w związku ze wzrostem kosztów wymuszonych przez zmiany w przepisach w poszczególnych krajach UE  – mówi Bartosz Najman, wiceprezes Inelo i OCRK.

Podsumowując

Intitute for Governemnt w raporcie Implementing Brexit wyraźnie przestrzega, że dotychczasowa wymiana handlowa i transport towarów między UE a UK całkowicie upadnie. Pomijając wszelkie wskaźniki, prognozy i analizy, brexit bez umowy z unijnym legislatorem już nie jest zjawiskiem, a procesem, który na siedem tygodni przed świętami Bożego Narodzenia i na cztery tygodnie przed tak zwanym black Friday przewróci do góry nogami dotychczasowy porządek w handlu na linii Wielka Brytania – kraje UE.

[1] Konfederacja Brytyjskiego Przemysłu, CBI, 2019.

[2] PwC, Kierunki 2019, Egoizm gospodarczy.

[3] Organisation for Economic Co-operation and Development.

[4] PwC, Kierunki 2019.

Dlaczego dostawcy usług w chmurze są niezastąpieni? Istnieją co najmniej cztery powody

Danny Allan, Wiceprezes ds. Strategii Produktowej w firmie Veeam
Danny Allan, Wiceprezes ds. Strategii Produktowej w firmie Veeam

Pojawienie się usług w chmurze oraz korzyści, które ze sobą wniosły, to niekwestionowany sukces w świecie biznesu w ciągu ostatniej dekady. Trudno dziś przeczytać jakąkolwiek publikację z branży IT, w której nie wspominano by o możliwościach rozwoju, innowacyjnych rozwiązaniach i nowych przypadkach użycia z wykorzystaniem chmury. Dla większości odbiorców określenie „chmura” oznacza obecnie środowisko Amazon Web Services, Microsoft Azure lub Google. To zrozumiałe, bo mówimy o  najbardziej rozpoznawalnych i skutecznych operatorach chmur publicznych na olbrzymią skalę, jednak nie należy się spodziewać, że trzy wspomniane korporacje całkowicie zdominują rynek. Istnieje na nim miejsce nie tylko dla operatorów chmury MCSP (ang. Managed Cloud Service Provider), ale mają oni z różnych powodów do odegrania niezwykle istotną rolę, a dla znacznej części odbiorców usług informatycznych ich oferta stanowi lepsze rozwiązanie.

Zarządzanie infrastrukturą chmury publicznej wiąże się z konkretnymi kompetencjami

Wiele przedsiębiorstw rozpoczyna projekty, przyjmując fałszywe założenie, że wystarczy przenieść istniejącą, lokalną infrastrukturę do chmury publicznej działającej na dużą skalę. Często wydaje się, że przedsięwzięcie ma właśnie taki charakter, a ogólna infrastruktura jest bardzo podobna, jednak wiele podstawowych elementów – takich jak warstwa sterowania, sieć i zabezpieczenia – różni się w takim stopniu, że wkrótce zachodzi potrzeba uwzględnienia nowych wymagań. Skorzystanie z usług dostawcy usług chmurowych może pomóc na dwa sposoby. Po pierwsze udostępniane środowisko może stanowić ścisłe odzwierciedlenie środowiska lokalnego, a druga opcja polega na pośredniczeniu przez oferowaną  usługę w dostępie do funkcji chmury publicznej i wprowadzeniu mechanizmów niezbędnych do integracji dwóch różnych środowisk. W sytuacji, w której czas oczekiwania na dostęp do produktów i usług jest kluczowym czynnikiem decydującym o przewadze nad konkurencją, należy zadbać, aby ten warunek został spełniony na odpowiednim poziomie. Bardzo prawdopodobne, że społeczność usług chmurowych przekształci się w brokerów  chmur publicznych o olbrzymiej skali, ułatwiając i zarządzając transformacją cyfrową oraz środowiskiem hybrydowym.

Chmura ekonomiczna, czyli zarządzana w efektywny sposób

„Chmura nie działa charytatywnie”, więc by mogła przyczynić się do wzrostu zysków, koszty jej funkcjonowania powinny być niższe niż uzyskiwane korzyści. Chmura publiczna może okazać się bardzo efektywna w przypadku elastycznych obciążeń o dużym stopniu zmienności dzięki ich umieszczeniu w zdalnej lokalizacji lub wykorzystaniu wstępnie skonfigurowanej usługi, ale dla obciążeń statycznych o przewidywalnych potrzebach infrastrukturalnych takie podejście może okazać się znacznie mniej opłacalne. Dostawcy chmur publicznych starają się uzyskać dominującą pozycję na rynku, a klienci wybierają, które obciążenia najlepiej sprawdzą się w środowisku chmury publicznej. Dostawcy MCSP oferują możliwość oddzielenia samego obciążenia od infrastruktury chmury przy jednoczesnym szczegółowym monitorowaniu kosztów oraz rozmieszczeniu danych i usług w taki sposób, aby zmaksymalizować zwrot z inwestycji klienta. To bardzo szczególna, konkretna wartość dodana, której większość klientów nie jest w stanie samodzielnie dostrzec i oszacować jej wielkości.

Wiele usług działających w modelu zdecentralizowanym udostępnia optymalne środowisko obsługi użytkowników końcowych

Działanie sieci jest istotne w przypadku każdej infrastruktury IT. Często okazuje się, że czynnikami ograniczającymi zakres oferowanych usług są przepustowość sieci i opóźnienia w komunikacji z użytkownikami. Zwiększenie przepustowości jest w pewnych sytuacjach możliwe, choć to kosztowne rozwiązanie, jednak pewnych ograniczeń fizycznych po prostu nie da się obejść. Wspomniane przeszkody mają ogromny wpływ na działanie usług. Efektem tego jest między innymi powstanie zupełnie nowych rozwiązań technologicznych, takich jak sieci dystrybucji zawartości (Content Distribution Networks, CDN). Gdyby okazało się możliwe wysyłanie danych z kilku scentralizowanych węzłów dystrybucyjnych na wielką skalę, nie byłoby potrzeby tworzenia takich sieci. Model oparty na sieciach CDN zdobył jednak sporą popularność i nadal jest powszechnie stosowany. Dzieje się tak, dlatego że działanie sieci jest bardzo istotne, a modele zdecentralizowane odznaczają się znakomitą efektywnością.

Wiele dużych chmur publicznych uwzględnia to zagadnienie i oferuje usługi, w których niewielka część przetwarzania odbywa się na brzegu sieci, to jest albo w centrum przetwarzania danych klienta, albo w lokalizacji należącej do regionalnego partnera. Takie podejście rzeczywiście stwarza okazję do poprawy jakości świadczonych usług, jednak model biznesowy chmury publicznej o dużej skali nie w pełni uwzględnia działanie sieci zdecentralizowanych, które wykorzystują efekt skali, co pozwala obniżyć ceny oferowanych produktów. To właśnie miejsce dla dostawców usług w chmurze, którzy mogą zaproponować infrastrukturę funkcjonującą w modelu zdecentralizowanym i luźno powiązaną z usługami centralnej chmury publicznej.

Klienci powinni skupić się na podstawowych obszarach działalności

Ostatnia kwestia to brak koncentracji na najważniejszych obszarach, występujący w przedsiębiorstwach, które próbują równocześnie zajmować się zbyt wieloma zagadnieniami. Dzięki współpracy z dostawcą usług w chmurze pojawia się możliwość realizacji umów dotyczących poziomu usług (SLA) w ramach infrastruktury informatycznej, a cenny czas pracowników wewnętrznych działów może zostać poświęcony na realizację najważniejszych zadań biznesowych. Szeroko rozpowszechniony jest model, w którym różne funkcje informatyczne, np. poczta elektroniczna i usługi komunikacyjne, są realizowane przez zaufanego partnera. Z biznesowego punktu widzenia wydaje się zasadne rozszerzenie tego modelu o usługi infrastrukturalne i związane z platformą. Partner MCSP jest w stanie świadczyć usługi, w których się specjalizuje, podobnie zresztą jak klienci, którzy mogą skupić się na swojej podstawowej działalności.

Widać wyraźnie, że dzięki wykorzystaniu środowisk przetwarzania danych w chmurze zachodzi transformacja całej branży IT. Byłoby jednak błędem sądzić, że w wyniku tej transformacji przedsiębiorstwa powinny brać pod uwagę jedynie ofertę największych dostawców chmur publicznych. Wybór zaufanego partnera MCSP, który rozumie zasady działania danej firmy, może okazać się lepszym rozwiązaniem w trakcie wdrażania zmian technologicznych.

Autor: Danny Allan, Wiceprezes ds. Strategii Produktowej w firmie Veeam

Efektywne budowanie kultury organizacyjnej

Coraz więcej przedsiębiorstw, niezależnie od ich wielkości czy branży, stara się eksponować swoją kulturę organizacyjną – zbiór wartości i zasad, z którymi chcą być kojarzone. Buduje to pozytywny wizerunek firmy i stanowi skuteczne narzędzie marketingowe. Jednak stworzenie kultury organizacyjnej wymaga znacznie więcej niż tylko sformułowania odpowiednich haseł. – To proces złożony, wieloetapowy, angażujący cały zespół, od kadry zarządzającej po pracowników operacyjnych – mówi Tomasz Bereźnicki, prezes DPC Polska.

Wiele osób kulturą organizacyjną nazywa siatkę pozytywnych skojarzeń z daną marką, decydującą o jej sukcesie i pozycji na rynku. Akcentowanie takich wartości jak: wysoki standard pracy, zespołowość czy proklienckość z pewnością wiąże konsumentów z deklarującą je firmą. To jednak tylko element szerszej całości. – Aspekt wizerunkowy jest pochodną zmian strukturalnych wdrażanych w organizacji, wymagających konsekwencji i zaangażowania pracowników wszystkich szczebli. Podstawowym celem jest usprawnienie procesów realizowanych w przedsiębiorstwie, identyfikacja i eliminacja marnotrawstwa oraz ciągłe doskonalenie – mówi Tomasz Bereźnicki. Wskazuje również na podejście wykorzystywane przez ekspertów DPC we wdrażaniu Strategii Lean w przedsiębiorstwach. Służy ono budowie trwałej i efektywnej kultury organizacyjnej.

Po pierwsze – refleksja strategiczna

Budowę kultury organizacyjnej należy rozpocząć od zdefiniowania wizji, misji oraz strategicznych celów i wartości przedsiębiorstwa. Na tym etapie kluczową rolę ogrywa kadra zarządzająca najwyższego szczebla – prezesi, CEO’s, członkowie rad nadzorczych. – Podczas pierwszego spotkania nasi eksperci zadają pozornie proste pytanie: – Jak wyobrażacie sobie rozwój firmy w perspektywie kolejnych lat? – mówi Piotr Rybotycki, Partner w DPC Polska. – Bardzo często spotykamy się ze skrajnie różnymi odpowiedziami. To naturalne, gdyż szefowie poszczególnych obszarów czy nawet wspólnicy koncentrują się na problemach i wyzwaniach najistotniejszych z ich własnego, subiektywnego punktu widzenia. Naszym zadaniem jest skłonienie do następującej refleksji: co leży w długofalowym interesie organizacji jako całości? – dodaje. Dopiero przewartościowanie myślenia kadry zarządzającej i wspólne zdefiniowanie podstawowych celów strategicznych organizacji pozwala na określenie odpowiednich wartości budujących tożsamość przedsiębiorstwa. – Porozumienie na szczeblu kierowniczym jest warunkiem koniecznym w procesie wdrażania Strategii Lean. To właśnie kadra zarządzająca przekazuje przyjętą strategię niższym szczeblom organizacji. Wymaga to opracowania spójnej i czytelnej wizji proponowanych zmian tak, aby każdy pracownik potrafił określić cele, które mają zostać osiągnięte – mówi Tomasz Bereźnicki.

Po drugie – pełne zaangażowanie

Drugi etap budowania kultury organizacyjnej dotyczy podstawowego szczebla każdej organizacji, czyli pracowników operacyjnych. –– Zasadnicze znaczenie ma tutaj właściwe komunikowanie celów, misji i wizji nakreślonych przez kadrę zarządzającą. Wszyscy pracownicy powinni zostać w pełni poinformowani o wdrażanych zmianach. Istotną rolę w tym zakresie mają czytelne wizualizacje w postaci plakatów, biuletynów czy wewnętrznego mailingu. Należy unikać generowania skomplikowanej dokumentacji strategicznej, stawiając na jak najprostsze formy komunikacji – mówi Piotr Rybotycki. Zrozumieniu celowości wdrażanych zmian i rozwianiu ewentualnych obaw z nimi związanych służą spotkania i rozmowy pracowników z bezpośrednimi przełożonymi. – W praktyce wygląda to następująco: prezes firmy komunikuje zmiany dyrektorom, oni – team leaderom, ci zaś – pracownikom operacyjnym. Dzięki temu informacja dociera bezpośrednio do każdej osoby w przedsiębiorstwie w formie umożliwiającej wyjaśnienie wszystkich kwestii czy wątpliwości – dodaje Partner w DPC Polska.

Budowaniu kultury organizacyjnej w ramach wdrażania Strategii Lean sprzyjają gry symulacyjne (Lean Games), przygotowywane dla pracowników operacyjnych. Zadaniem „grywalizacji” jest skłonienie zespołu do współdziałania, podejmowania się coraz bardziej ambitnych celów, kwestionowania status quo i szukania niekonwencjonalnych rozwiązań. – Cel jest prosty: uświadomienie pracownikom operacyjnym, że poprawa efektywności ich pracy zależy od przyjęcia nowej perspektywy – postrzegania danego przedsiębiorstwa jako całości, dążenia do optymalizacji nie tylko własnych działań, ale całego procesu. A to wymaga chęci ciągłego doskonalenia swoich umiejętności i odwagi wskazywania tych elementów funkcjonowania organizacji, które wymagają korekty – podkreśla Tomasz Bereźnicki.

Prezes DPC przyznaje, że Lean Games mają również za zadanie budowanie „ducha” zespołu. – Zazwyczaj rozpoczynamy pracę w przedsiębiorstwie posiadającym już pewien bagaż doświadczeń i siatkę relacji pomiędzy pracownikami. Nie zawsze atmosfera w zespole jest dobra, a warunkiem koniecznym do osiągnięcia celów strategicznych jest zgodne współdziałanie wszystkich działów firmy i ich pracowników. Dlatego też staramy się, aby podczas gry symulacyjnej następowała integracja całej grupy przy okazji realizowania ambitnych zadań. To buduje zaufanie i wiarę zespołu we własne możliwości – dodaje.

Po trzecie – rób to, co deklarujesz

Kultura organizacyjna wymaga wiarygodności – to znaczy konsekwentnego przestrzegania przyjętych zasad i wartości. Opiera się ono na pracy organicznej, etapowym osiąganiu wyznaczonych celów i standardów. W praktyce często trudne okazuje się zbudowanie np. kultury dyscypliny, gdzie konsekwentnie realizujemy ustalone założenia w zespole. – Pomocne okazują się podstawowe narzędzia leanowe, np. takie jak 5S, czyli metoda poprawiająca organizację miejsca pracy i wpływająca na bezpieczeństwo pracownika przy wykonywaniu określonych czynności – mówi Piotr Rybotycki. – Nieocenioną wartość ma również opracowanie i wdrożenie systemu zarządzania efektywnością. Jego celem jest mierzenie efektywności pracy w oparciu o stałe wskaźniki. Bez tego nie można określić ewentualnych odchyleń od przyjętych standardów i identyfikować problemów rzutujących na cały proces produkcyjny.

Ekspert DPC Polska przyznaje, że często spotyka się z obawami pracowników operacyjnych dotyczącymi systemu zarządzania efektywnością. Pojawiają się wątpliwości, czy stały monitoring ich pracy nie oznacza typowania członków załogi do zwolnienia. Piotr Rybotycki podkreśla, że to błędne wyobrażenie. – Nie mierzymy efektywności konkretnych osób, mierzymy procesy. Nie szukamy najlepszych i najgorszych pracowników, ale odchyleń od przyjętych standardów. Po ich zidentyfikowaniu rekomendujemy konkretne działania z korzyścią zarówno dla pracowników, jak i efektywności całego przedsiębiorstwa – przekonuje.

Kultura organizacyjna to synteza ambitnych celów strategicznych, ich skutecznego komunikowania oraz pracy zespołowej. Budowa indywidualnej, silnej kultury organizacji nie tylko umacniania pozytywny wizerunek firmy, ale również wpływa na efektywność, jakość i bezpieczeństwo pracy.

Otwarcie niemieckiego rynku pracy dla cudzoziemców – jakie konsekwencje czekają polski rynek pracy?

Specjaliści z Departamentu Analiz Ekonomicznych Narodowego Banku Polskiego (NBP) prognozują, że po otwarciu niemieckiego rynku pracy w 2020 r. liczba Ukraińców pracujących w Polsce może zmniejszyć się maksymalnie o 20-25 proc. w perspektywie najbliższych czterech lat. Według danych Urzędu do Spraw Cudzoziemców liczba obcokrajowców posiadających ważne zezwolenia na pobyt długoterminowy w Polsce w lipcu osiągnęła 400 tys. osób. Prawie połowę tej grupy stanowią obywatele Ukrainy. Większość cudzoziemców posiada zezwolenia na pobyt czasowy związany z pracą. Ekspert OTTO Work Force tłumaczy, jakie konsekwencje czekają polski rynek pracy w związku z otwarciem niemieckich granic dla pracowników spoza UE w 2020.

Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska
Tomasz Dudek, Dyrektor operacyjny w OTTO Work Force Polska

Niemcy zmagają się z niedoborem wykwalifikowanej siły roboczej. To dla niej w pierwszej kolejności zdecydowali się otworzyć rynek pracy. Otwarcie granic w 2020 roku na pracowników spoza UE, może spowodować odwrócenie trendu związanego ze wzrostem cudzoziemców pracujących w Polsce. Nastąpi odpływ wykwalifikowanej siły roboczej, posiadającej pożądane kompetencje, doświadczenie i znającej język niemiecki przynajmniej w stopniu komunikatywnym. Wyjazd pracowników wysoko wykwalifikowanych spowodowany jest zazwyczaj wyższym wynagrodzeniem za granicą oraz brakiem przywiązania do obecnego miejsca zatrudnienia i zamieszkania. Na tym nie koniec. Przewiduje się, że w drugiej kolejności wyjadą także osoby mniej wykwalifikowane, podekscytowane doniesieniami o liberalizacji niemieckiego rynku pracy. Wielu z nich trafi do szarej strefy – tłumaczy Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Konsekwencje wyjazdu cudzoziemców odczują głównie firmy, które zatrudniają pracowników z branży technicznej i budowlanej. Będzie to także duży problem dla całej polskiej gospodarki. Trudno by pod względem wynagrodzenia polscy pracodawcy mogli konkurować z niemieckimi. Wydaje się, że w obliczu przyszłego odpływu pracowników pomóc mogłaby liberalizacja przepisów w zakresie otrzymywania zezwoleń na pobyt i pracę. Znamy statystyki dotyczące osób przedłużających pobyt, nie wiemy jednak, ile osób już zrezygnowało z pracy w naszym kraju z powodu nieotrzymania dokumentów pobytowych, a ilu z nich nie doczekało do końca procesu legalizacji i wyjechało szukać pracy gdzie indziej. W ciągu następnych kilku lat, każda taka osoba może być na wagę złota dla przedsiębiorców i całego rynku pracy – komentuje Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Stabilizacja

Wczoraj rynki ustabilizowały się, znajdując wsparcie w strzępach informacji, w których, jeśli się bardzo chce, da się znaleźć pozytywną stronę. Wybiórczość w przyjmowaniu wiedzy pokazuje stan, w jakim znajdują się rynki – inwestorzy chcą punktu zaczepienia dla odbicia, jednocześnie obawiając się, że nie warto czekać na solidny powód.

W poniedziałek umiarkowany optymizm zapewniły dwie informacje z USA i Niemiec. Sekretarz Handlu USA Wilbur Ross poinformował, że USA przedłużają o 90 dni okres wyłączenia z zakazu prowadzenia działalności przez Huawei na terenie Stanów Zjednoczonych. Rynek zinterpretował to jako znak, że Waszyngton nie chce niepotrzebnie zaostrzać konfliktu z Pekinem. Jednak przeoczone (lub zignorowane) zostały inne postanowienia administracji, w tym rozszerzenie „czarnej listy” firm z ograniczenia w działalności w USA o 46 spółek zależnych Huawei. Ponadto 90-dniowy okres zakończy się w połowie listopada, czyli tuż przed momentem, kiedy USA szykuje pełne oclenie towarów importowanych z Chin, jeśli nie dojdzie do postępów w rozmowach handlowych. Z tego punktu widzenia sądzę, że przedłużenie pozwolenia dla Huawei ma bardziej dać czas amerykańskich kontrahentom na zakończenie współpracy z chińską firmą niż jest to powód do nadziei, że odroczenie może być w nieskończoność.

Druga informacją były niepotwierdzone spekulacje, że niemiecki rząd szykuje pakiet fiskalny w wysokości 50 mld EUR, który miałby być gotowy na wypadek wystąpienia głębszej recesji. Program miałby się opierać o wzmocnienie wydatków konsumpcyjnych, ale w sugerowanej formy ma dwie wady. Po pierwsze jest warunkowy i zostałby uruchomiony, jeśli sytuacja gospodarcza się pogorszy, czyli technicznie jeszcze nie może być brany pod dyskontowanie. Po drugie między sytuacją teraz, a ewentualnymi skutkami ekspansji fiskalnej gdzieś za kilka miesięcy, zostajemy z przewagą problemów nad rozwiązaniami dla gospodarki. Fakt, że EUR/USD jest dziś niżej potwierdza, że optymizm oparty na nadziejach o fiskalną pomoc niemieckiego państwa nie może być trwały.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Warszawa wciąż bije rekordy w podaży i popycie biur

Tempo zmian na warszawskim rynku biurowym jest niezwykle dynamiczne. Jak wynika z najnowszego raportu Colliers International pt. „Przewodnik po strefach biurowych”, przez ostatnie 2,5 roku do dyspozycji najemców przybyło tu ponad 0,5 mln mkw. powierzchni biurowej, a współczynnik pustostanów spadł z 14% do 8,5%.

W stolicy jest już 5,5 miliona mkw. biur, a rekordowo niskie wskaźniki powierzchni niewynajętych wskazują na wysoką aktywność najemców. Mimo dużej ilości powierzchni w budowie szacowanej na 15% istniejących zasobów, na rynku mamy do czynienia z luką podażową. W minionych 30 miesiącach w strefie centralnej Warszawy przybyło zaledwie
180 000 mkw. nowej powierzchni, a popyt w tym okresie przewyższył podaż ponad pięciokrotnie.

Olga Drela, starszy analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International
Olga Drela, starszy analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International

— Wśród trendów wartych odnotowania należy wspomnieć konsolidacje w sektorze finansowym, jak również rosnącą aktywność operatorów coworkingowych. Banki oraz firmy ubezpieczeniowe centralizują swoje siedziby przenosząc się do prestiżowych inwestycji w centrum stolicy – mBank do Mennica Legacy Tower, Getin Noble Bank do The Warsaw HUB C czy Warta do Warsaw Unit — mówi Olga Drela, starszy analityk w Dziale Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

W ciągu ostatnich 2,5 roku sektor biur serwisowanych i powierzchni coworkingowych w Warszawie rozwijał się wyjątkowo aktywnie. Transakcje zawarte przez operatorów powierzchni elastycznych przekroczyły 100 000 mkw. Większość z nich ulokowała swoje nowoczesne, designersko urządzone siedziby w Śródmieściu. Malejące wskaźniki pustostanów w centrum Warszawy i elastyczny model wynajmu powierzchni zapewniają rosnące zainteresowanie tego typu wynajmem przez najemców, również korporacyjnych.

Przewodnik po strefach biurowych w Warszawie

Obszarem największej koncentracji biur jest Centralny Obszar Biznesu, gdzie powstaje najwięcej wieżowców, w tym najwyższy biurowiec Unii Europejskiej – Varso Tower oraz kompleks biurowy SKYSAWA. Prestiżowa lokalizacja oraz bardzo dobrze rozwinięta komunikacja miejska rekompensują najwyższy poziom czynszów, które wynoszą ponad  20 euro za mkw. miesięcznie. To także obszar koncentracji biur coworkingowych i serwisowanych.

Zaraz po Śródmieściu, największą koncentracją przestrzeni biurowej cechuje się zachodnia część miasta – okolice Alei Jerozolimskich, ulicy Połczyńskiej oraz Żwirki i Wigury. Ponad 2/3 powierzchni zlokalizowanej przy tych arteriach, stanowią biurowce – przeważnie w formie parków biznesowych. Główne atuty wymienionych lokalizacji to bliskość Dworca Zachodniego, Lotniska Chopina i tras wylotowych z miasta.

Największą podażą przestrzeni biurowej może pochwalić się Mokotów – aż 1 450 400 mkw., z czego 77% skoncentrowane jest na Służewcu. Jest to okolica atrakcyjna ze względu na niższe czynsze (10,5-15 euro za mkw. miesięcznie) oraz korzystne propozycje dodatkowych rozwiązań finansowych dla najemców. Trwająca przebudowa ulicy Marynarskiej daje nadzieję na znaczną poprawę komunikacji, co obecnie jest słabym punktem Służewca.

Północ, podobnie jak południe stolicy, pełni funkcję głównie mieszkalną, za to Warszawa na wschód od Wisły stopniowo zmienia się w przestrzeń otwartą  i przyjazną dla biznesu. Powstają tam nowe centra rozwoju przedsiębiorczości, takie jak Google Campus, a rewitalizowane przestrzenie pofabryczne przyciągają nowych najemców. Wartość dodaną stanowi także dobra komunikacja ze Śródmieściem, głównie za sprawą drugiej linii metra. Praga staje się atrakcyjną lokalizacją biznesową, która ma duży potencjał rozwoju zabudowy biurowej.

Niemcy potrzebują wsparcia

Problemy gospodarcze naszego zachodniego sąsiada trwają zbyt długo i niemiecki rząd zdecydował się wreszcie na plan ratunkowy. Punktem kluczowym będzie wsparcie przemysłu motoryzacyjnego. Pierwszy w historii pakiet fiskalny w Niemczech z pewnością przyniesie korzyści także Polsce.

Za Odrą potrzebują wsparcia

Pozytywne informacje dla polskiej gospodarki napłynęły wczoraj z Berlina. Rząd naszego największego partnera handlowego zamierza stymulować swoją gospodarkę. Pakiet wart 50 mld euro ma uchronić ten kraj przed głębszym regresem. Ostatnie dane na temat PKB za II kwartał wykazały ujemną dynamikę. Co gorsza, prognozy przewidują kurczenie się gospodarki również w III kwartale (skąd już blisko do oficjalnego ogłoszenia recesji). Dlatego właśnie gabinet kanclerz Angeli Merkel nie chce czekać i zamierza podjąć działania już w najbliższym czasie. Byłoby to wydarzenie bez precedensu, gdyż największa lokomotywa gospodarcza Europy jeszcze nigdy w historii nie potrzebowała stymulacji fiskalnej. Dla Polski to bardzo dobre informacje, ponieważ słaba kondycja najważniejszego partnera nigdy nie przynosi nic dobrego. Plan ratunkowy wprowadzony za naszą zachodnią granicą powinien być lekarstwem, który przywróci Niemcy na ścieżkę wzrostu, a w ten sposób pomoże w utrzymaniu nad Wisłą tempa ponad 4% PKB.

Zmienność na złotówce ma się dobrze

Jeszcze wczoraj wydawało się, że panika na kwotowaniach złotego, a co za tym idzie solidne osłabienie krajowej waluty, są już za nami. PLN od początku tygodnia wraz z poprawą sentymentu szybko odrabiał straty, jednak od południa znów nastąpił zwrot sytuacji. Notowania powróciły niemal do środowych poziomów, gdy inwestorzy dość mocno wskazywali na niezrozumiałą panikę (mimo silnych fundamentów rodzimej gospodarki). Co może być przyczyną? Trudno jednoznacznie stwierdzić, gdyż na rynkach klimat inwestycyjny jest całkiem niezły i wydaje się, że złoty nie wykorzystuje tej sytuacji. Należy jednak nadmienić, że na innych rynkach wschodzących odpływ kapitału jest także duży. W tym tygodniu zmienność powinna zostać podtrzymana, ponieważ przed nami jeszcze protokoły z posiedzeń EBC i Fed oraz cały pakiet PMI, które wypadają coraz gorzej.

Karuzela nastrojów, czyli prezydent Donald Trump w pełnej krasie

Pozytywne wieści napłynęły też zza oceanu. Wydaje się, że przywódca USA postanowił (przynajmniej na chwilę) zawiesić broń w wojnie handlowej z Chinami i dzięki temu wszędzie udało się usłyszeć bardziej optymistyczny ton. Dzisiaj ma zostać podjęta decyzja o wydłużeniu tymczasowej licencji dla firmy Huawei na zakup amerykańskich części elektronicznych. Dodatkowo amerykański lider powiedział, że rozważy słowa Tima Cooka (jednego z szefów Apple’a) o nieefektywności wprowadzania taryf celnych, które odwrotnie od zamierzeń faworyzują konkurencję giganta z Cupertino, czyli np. Samsunga. Otwartym pytaniem pozostaje, czy Trump zmieni swoją retorykę i czyny w dłuższej perspektywie na bardziej łagodne w celu ocieplenia stosunków i porozumienia z Państwem Środka? Mogłoby mu to pomóc w walce o reelekcję, ale równie dobrze ostatnie działania mogą być tylko chwilową woltą, czego doświadczyliśmy już niejednokrotnie w przeszłości. W kontekście nastawienia Trumpa wiele może przynieść sympozjum w Jackson Hole. W trakcie tego wydarzenia głos zabierze szef Fed, a jak wiemy nie jest on zbytnio uwielbiany przez prezydenta USA. Powell już od początku tygodnia zarządził ciszę medialną, co oczywiście wywołało spekulacje, czy na wspomnianym spotkaniu nie padną może jakieś przełomowe słowa. Zapowiedź cyklu obniżek stóp w Stanach, a tym samym zmiana retoryki, z pewnością ucieszy lokatora Białego Domu. Najpoważniejszym problemem w całej tej sytuacji może być fakt, że wtedy wiarygodność Rezerwy Federalnej spadnie niemal do zera, a polityką monetarną największej gospodarki świata będzie rządził poprzez Twittera Donald J. Trump.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

5 hamulców, które powstrzymują firmy przed korzystaniem z ulgi B+R

Z badania Kantar* przeprowadzonego dla Ayming Polska wynika, że zaledwie 12 proc. zapytanych firm skorzystało w roku podatkowym 2018 z ulgi B+R. I to pomimo tego, że od ubiegłego roku można odpisać 100 proc. kosztów kwalifikowanych niezależnie od wielkości firmy i nawet 150 proc. wydatków w przypadku centrów badawczo-rozwojowych. Ulga na badania i rozwój to obecnie najbardziej przystępna forma finansowania innowacji i budowania przewagi konkurencyjnej przez firmy w Polsce. Można wskazać kilka głównych powodów, które powstrzymują przedsiębiorców przed korzystaniem z tej preferencji podatkowej. Firmy obawiają się m.in. kontroli skarbowej, nieprawidłowego sklasyfikowania kosztów oraz dużych nakładów pracy. Ale czy słusznie?

Pod koniec lipca Ministerstwo Finansów udostępniło dane odnośnie rozliczenia ulgi B+R za rok podatkowy 2018. Ze wstępnych wyliczeń wynika, że wysokość odliczonych kosztów kwalifikowanych związanych z działalnością badawczo-rozwojową (tylko podatnicy CIT) wyniosła 1,7 mld zł, co daje 0,3 mld zł oszczędności dla firm korzystających z ulgi B+R. W 2017 r. podatnicy CIT i PIT rozliczyli 584 mln zł kosztów kwalifikowanych, a w 2016 r. – 206 mln zł. Ministerstwo Finansów szacuje, że skutek finansowy ulgi B+R dla sektora finansów publicznych wyniesie w 2019 r. 0,5 mld zł.

Choć z roku na rok wysokość odliczanych kosztów kwalifikowanych rośnie, wciąż zbyt mało firm wykorzystuje potencjał tej zachęty podatkowej. Przedsiębiorcy, którzy dostrzegają jej zalety, coraz umiejętniej identyfikują u siebie działania badawczo-rozwojowe i sprawniej rozliczają koszty kwalifikowane. Z kolei te firmy, które nie korzystają z ulgi, tracą szansę na wygenerowanie znacznych oszczędności. A jest o co walczyć. Dla przykładu, przedsiębiorca, który w ramach prowadzonej działalności badawczo-rozwojowej ponosi rocznie 1,5 mln zł kosztów osobowych oraz 900 tys. zł pozostałych kosztów kwalifikowanych, przy stawce CIT 19 proc. może odzyskać niemal pół miliona zł (456 tys. zł).

Mimo że termin na złożenie deklaracji CIT-BR minął 1 kwietnia, podatnicy prowadzący działalność badawczo-rozwojową wciąż mogą złożyć korektę zeznania. Co powstrzymuje firmy przed skorzystaniem z ulgi B+R? Eksperci Ayming zidentyfikowali 5 głównych hamulców.

Nieznajomość definicji działalności badawczo-rozwojowej

Przedsiębiorstwa w Polsce nadal postrzegają działalność badawczo-rozwojową jako zaawansowane procesy, których efektem jest innowacyjność co najmniej na skalę kraju. To mylne przekonanie powstrzymuje je przed skorzystaniem z ulgi B+R. Ubiegłoroczny raport Ayming „Ulga B+R. Krok milowy w rozwoju innowacyjności przedsiębiorstw” wskazuje, że aż 45 proc. firm twierdzi, że nie prowadzi działalności badawczo-rozwojowej. Jest to wynik o tyle zaskakujący, że w badaniu wzięli udział przedstawiciele branż, w których działania B+R występują najczęściej w ramach regularnie prowadzonej aktywności.

– Zrozumienie, czym jest działalność badawczo- rozwojowa, ma kluczowe znaczenie w kontekście korzystania z ulgi. W definicji ustawowej czytamy, że jest to działalność twórcza obejmującą badania naukowe lub prace rozwojowe, podejmowana w sposób systematyczny w celu zwiększenia zasobów wiedzy oraz wykorzystania ich do tworzenia nowych zastosowań. Z doświadczenia Ayming wynika, że wśród wielu firm pokutuje przekonanie, że działalność badawczo-rozwojowa to wielkie wynalazki wymagające ogromnego nakładu pracy i dużych środków, które są prowadzone przez „naukowców w białych fartuchach”. Ten mit sprawia, że wielu przedsiębiorców traci szansę na uzyskanie oszczędności, z których można finansować kolejne działania – tłumaczy Wojciech Popardowski, Project Manager w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Brak wsparcia techników i inżynierów

Pierwszym krokiem do prawidłowego rozliczenia ulgi B+R jest zidentyfikowanie działań badawczo-rozwojowych w firmie. Najczęściej spotykanymi działaniami B+R są badania aplikacyjne i prace rozwojowe. Zaliczymy tu np. opracowanie nowej technologii wytwarzania produktów, wpływającej na obniżenie zużycia wody lub prądu, opracowanie nowych technik kontroli, przekładających się na zwiększenie wykrywalności wyrobów wadliwych w trakcie procesu produkcji czy integrację kilku procesów wytwarzania w jeden zautomatyzowany proces. Niejednokrotnie działalność badawczo-rozwojowa bywa w firmach rozproszona, dlatego przy identyfikowaniu działań B+R niezbędne jest zaangażowanie nie tylko zespołu finansowego i prawnego, ale też członków innych zespołów, np. jednostki B+R, pracowników produkcji, kontroli jakości czy działu IT.

– W części firm rozliczanie ulgi badawczo-rozwojowej opiera się wyłącznie na analizie dokumentacji podatkowej. Tymczasem do złożenia prawidłowego wniosku kluczowa jest współpraca na linii działy finansowe i zespoły techniczno-badawcze. Ma to znaczenie o tyle, że brak codziennej  wymiany informacji między tymi dwiema stronami może skutkować niepełnym rozliczeniem wszystkich kosztów działalności badawczo-rozwojowej. Do prawidłowego rozliczenia ulgi B+R równie istotne, jak posiadanie wiedzy podatkowej i bycie na bieżąco z ustawodawstwem, jest rozeznanie naukowo-techniczne i wsparcie ze strony np. inżynierów produkcji i kierowników ds. jakości – komentuje inżynier Paweł Perzyński, ekspert ds. Ulgi B+R w Ayming Polska.

Obawa przed kontrolami

Wiele przedsiębiorstw wzbrania się przed skorzystaniem z ulgi B+R, obawiając się, że urzędy skarbowe zakwestionują ich rozliczenia podatkowe. Warto pamiętać, że rozliczenie ulgi ma charakter deklaratywny, więc otrzymanie zapytania z urzędu skarbowego powinno być odbierane przez firmy jako coś naturalnego. Ewentualne czynności sprawdzające lub kontrola skarbowa są szansą na sprawdzenie poprawności rozliczeń i zebranej dokumentacji. Weryfikowana firma ma odpowiednio dużo czasu, aby wskazane nieprawidłowości na bieżąco korygować i tym samym uniknąć ustawowych kar oraz zaległości podatkowych.

Należy podkreślić, że organy podatkowe nie mają na celu zniechęcenia firm do korzystania z dostępnych preferencji podatkowych, a raczej chcą uwrażliwić przedsiębiorców na najczęściej występujące błędy w deklaracjach czy zbieranej dokumentacji. Takie podejście jest elementem rządowej polityki innowacyjności, która ma na celu zachęcenie przedsiębiorców do działalności badawczo-rozwojowej dzięki stworzeniu przyjaznego klimatu prawno-podatkowego.

 Problematyczna ewidencja kosztów

Z doświadczenia Ayming wynika, że wiele firm ma problem z prawidłowym wyodrębnieniem kosztów kwalifikowanych w ewidencji księgowej. Koszty osobowe stanowią zazwyczaj największą część wydatków związanych z działalnością badawczo-rozwojową i ich rozliczenie to kluczowe wyzwanie. Zgodnie z danymi Ministerstwa Finansów, w roku podatkowym 2018 kwota kosztów osobowych odliczonych przez płatników CIT wyniosła 73% wszystkich kosztów kwalifikowanych.

Ewidencja kosztów może sprawiać kłopot dlatego, że przepisy ustawy o podatku dochodowym i ustawy
o rachunkowości nie zawierają szczegółowych przepisów odnośnie sposobu prowadzenia ewidencji księgowej. W przypadku firm rozliczających ulgę B+R ważne jest to, aby zastosowana przez nie metoda umożliwiała zidentyfikowanie kosztów kwalifikowanych, dających prawo do skorzystania z ulgi. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości związanych z ulgą B+R, każdy podatnik ma możliwość wysłania prośby
o interpretacje podatkowe do Krajowej Informacji Skarbowej.

Brak czasu

Rozliczenie ulgi B+R z reguły należy do obowiązków działów finansowych, które przez cały rok zmagają się z dużą liczbą zadań. Przygotowanie prawidłowej dokumentacji działalności B+R, w tym prowadzenie dokumentacji kart projektów, może zabierać wiele czasu, o ile firma wcześniej nie przygotowała odpowiedniej ścieżki organizacyjnej. Korzystanie z ulgi B+R wymaga od przedsiębiorców metodycznego podejścia, które przełoży się na większą dojrzałość firmy pod kątem innowacyjności. Zaprojektowanie systemu ewidencji danych finansowych czy opracowanie spójnej dokumentacji działalności B+R to jednorazowe wyzwania, które raz wdrożone pozwolą na szybsze rozliczanie ulgi badawczo-rozwojowej w przyszłości.

*O badaniu: Badanie przeprowadzone metodą CATI przez Kantar Polska od 30 kwietnia do 30 maja 2019 r. wśród 105 firm zatrudniających powyżej 50 pracowników.

Czy można się ubezpieczyć od wojny handlowej?

  • Wojna handlowa z Chinami zaczyna dotykać również polskich przedsiębiorców.
  • Rynek ubezpieczeń wypracował rozwiązania, które zabezpieczają przedsiębiorstwa nie tylko przed skutkami awarii czy wypadków, ale też przed zmianami politycznymi za granicą.
  • Ubezpieczenie może być też sposobem na zwiększenie wiarygodności firmy wobec zagranicznego partnera biznesowego.

Konflikt gospodarczy z Chinami zatacza coraz szersze kręgi. Główną jego areną jest wojna handlowa z USA, jednak skutki rosnącego napięcia ekonomicznego zaczynają odczuwać również konsumenci i firmy w Europie. Pierwszym zdarzeniem, które miało wpływ na rynek europejski, było umieszczenie w maju firmy Huawei na czarnej liście firm, z którymi przedsiębiorcy z USA nie mogą prowadzić wymiany handlowej. Chińska marka jest jednym z czołowych dostawców telefonów komórkowych używanych przez Europejczyków. Choć sankcje te prawdopodobnie zostaną złagodzone, to ich użytkownicy nie mają jeszcze pewności, że nie stracą dostępu do usług i aplikacji dostarczanych przez amerykańskie koncerny. Cierpi na tym nie tylko chiński producent, ale również pośrednicy sprzedający jego produkty, w tym operatorzy komórkowi.

Pod koniec lipca powodów do niepokoju dostarczyło z kolei europejskim, w tym polskim, przedsiębiorcom wprowadzenie przez Chiny nowych ceł antydumpingowych na wyroby z żeliwa i stali. Ministerstwo Gospodarki Chin ogłosiło, że mają one niwelować efekt stosowania przez europejskie przedsiębiorstwa zaniżonych cen. Ucierpią na tym m.in. polskie huty, które eksportują swoje produkty do Chin.

Przedsiębiorca decydujący się na ekspansję na obce rynki lub współpracę z zagranicznymi podmiotami, oprócz „zwyczajnych” ryzyk biznesowych, musi brać również pod uwagę ewentualność zmian politycznych wpływających na relacje ekonomiczne, które mogą zajść na arenie międzynarodowej. Na szczęście branża ubezpieczeniowa wypracowała odpowiednie rozwiązania pozwalające zabezpieczyć się od tego typu zdarzeń. Oferują one nie tylko dodatkową ochronę bieżących transakcji i przebiegu współpracy, ale mogą także zapewnić wsparcie dla dużych inwestycji takich jak utworzenie zagranicznej filii czy też przejęcie lokalnej marki – zauważa Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

Zabezpieczenie własnego majątku

Podstawowym zadaniem ubezpieczeń jest ochrona firm przed negatywnymi skutkami finansowymi nieprzewidzianych zdarzeń. W przypadku działalności międzynarodowej może ona obejmować nie tylko wypadki, awarie czy inne zdarzenia o charakterze typowo biznesowym, ale też zabezpieczać przedsiębiorcę przed zmianami prawnymi czy zmieniającymi się uwarunkowaniami politycznymi, jak wojna handlowa. Jednym z ubezpieczeń zapewniających tego typu ochronę jest ubezpieczenie należności, które ma przeciwdziałać sytuacji, w której firma nie otrzyma płatności za swoje towary bądź usługi w wyniku niewypłacalności lub upadłości zagranicznego kontrahenta. W takiej sytuacji ubezpieczyciel wypłaci firmie odpowiednie odszkodowanie, które pozwoli utrzymać płynność finansową przedsiębiorcy, a przede wszystkim opłacić niezbędne podatki od towarów i usług.

Do zdarzeń o charakterze politycznym, skutkujących niewypłacalnością partnera biznesowego, zalicza się m.in. decyzje administracyjne uniemożliwiające wykonanie kontraktu lub wstrzymujące płatność. Ubezpieczenie zadziała również w przypadku, gdy w oparciu o lokalne przepisy, kontrahent zapłaci w walucie lokalnej, a nie tej wskazanej w kontrakcie, bez uwzględnienia zmian kursów walutowych – dodaje Łukasz Zoń.

Bieżące kontakty handlowe to jednak tylko część działalności prowadzonej przez polskie podmioty. Coraz częściej nasze firmy decydują się też na realizację różnego rodzaju inwestycji w obcych państwach: przeniesienie produkcji, kupienie zagranicznego przedsiębiorstwa, czy otwarcie filii. Również takie działania można zabezpieczyć odpowiednią polisą. Podobnie, jak ubezpieczenie należności, również ono przewiduje ochronę na wypadek zmian o charakterze politycznym. Zaliczają się do nich m.in. działania administracyjne uniemożliwiające realizację inwestycji czy opóźniające płatności z nią związane.

Wiarygodność wobec partnerów

Dostępne na polskim rynku ubezpieczenia służą jednak nie tylko ochronie majątku i finansów polskich przedsiębiorców przed nieprzewidzianymi zdarzeniami. Mogą one być również środkiem pozwalającym na rozwinięcie działalności poza granicami naszego kraju. Jednym z rozwiązań, z których mogą skorzystać polskie firmy, są gwarancje kontraktowe. Jak one działają?

Powszechnym zjawiskiem, zwłaszcza w przypadku nowych relacji biznesowych, jest ustalanie i przekazywanie pewnego zabezpieczenia finansowego transakcji, jeszcze przed podpisaniem umowy. Nie każdego przedsiębiorcę jednak stać na wniesienie wadium, zwłaszcza w obcej walucie. Z drugiej strony, nawet jeżeli firma ma wolne środki, to woli je przeznaczyć na rozwój, a nie zamrażać. W takich sytuacjach pomocą służą gwarancje ubezpieczeniowe. Na ich mocy ubezpieczyciel przejmuje od przedsiębiorcy obowiązek zapłacenia partnerowi za nienależytą realizację kontraktu – wskazuje Łukasz Zoń.

Takie wsparcie ubezpieczyciela zwiększa wiarygodność firmy. Co więcej, pozwala mu zaangażować się w większą liczbę kontraktów, niż w przypadku, gdyby musiał samodzielnie zabezpieczyć odpowiednie rezerwy finansowe na zapewnienie wadium.

Źródło: Stowarzyszenie Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych

Pierwszy szkolny dzwonek to ważny moment dla sklepów tradycyjnych i internetowych

W tym roku polska rodzina przeznaczy na wyprawkę szkolną średnio 1 718 zł. Ponad dwie trzecie tej sumy pochłoną ubrania, buty oraz przybory szkolne. Jak wynika z raportu „Wyprawka szkolna 2019” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, w poszukiwaniu odpowiednich książek, plecaków oraz zeszytów ponad połowa rodziców zajrzy do księgarni, hipermarketów, dyskontów oraz sieciówek odzieżowych. Jednak sklepy internetowe również nie będą poszkodowane. Ośmiu na dziesięciu badanych skorzysta z ich oferty, a 22 proc. kupi więcej online niż offline. W polskim handlu coraz większą wagę zyskuje omnichannel. Aż 65 proc. rodziców zanim uda się na zakupy, sprawdzi najpierw ofertę internetową, a 42 proc. zamówi artykuły szkolne w Internecie, by potem odebrać je w sklepie.

Dla 43 proc. ankietowanych zakupy szkolne to przyjemność. Przeciwnego zdania jest niemal jedna trzecia rodziców. Prawie połowa uważa, że jest to sposób na spędzanie czasu z rodziną. Takie podejście do zakupów ma sens o tyle, że w przeważającej większości przypadków wezmą w nich udział także dzieci i współmałżonkowie/partnerzy. Najmłodsi największy wpływ będą mieli na wybór artykułów szkolnych (87 proc.) oraz ubrań i dodatków (86 proc.). W przypadku komputerów odsetek ten spada do 31 proc. W odróżnieniu od podręczników czy zeszytów laptop czy komputer nie jest produktem, który pojawia się w domach przed każdym nowym rokiem szkolnym. Badanie Deloitte pokazuje, jak duże rozbieżności występują w Polsce, w zależności od miejsca zamieszkania. W tym roku zakup laptopa lub komputera planuje 27 proc. mieszkańców miast powyżej 500 tys. W przypadku wsi jest to tylko 11 proc. Podobnie sytuacja wygląda ze smartfonem, który dla dziecka ma w planach kupić jedna czwarta (26 proc.) rodziców z największych miast i tylko co dziesiąty rodzic mieszkający na wsi.

Szkolny omnichannel

Aby znaleźć odpowiednie artykuły szkolne i ubrania, odwiedzimy średnio cztery sklepy stacjonarne i trzy internetowe. W tych pierwszych spędzimy średnio 7,4 godzin, a w drugich 4,4 godzin. Jakie sklepy wybierzemy i czym będziemy się kierować? – Nasze badanie pokazuje, że wyprawka szkolna będzie kompletowana w różnych miejscach. W zależności od tego, jakiego asortymentu szukamy, decydujemy się na zakupy w sklepach stacjonarnych lub w Internecie. Większość pieniędzy wydamy w sklepach stacjonarnych, w szczególności tych przeznaczonych na artykuły szkolne, papiernicze i odzież. Ponad połowa respondentów zajrzy do tradycyjnych księgarni, hipermarketów, dyskontów i sieciówek odzieżowych. Online kupimy głównie urządzenia elektroniczne i pakiety danych.– mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte.

Połowa Polaków planujących wydatki w związku z powrotem do szkoły zamierza wydać na zakupy tyle samo co przed rokiem, a blisko 1/3 badanych szacuje, że wyda więcej. – Wydatki szkolne to istotny wydatek w budżecie domowym. Co trzeci badany zamierza wydać więcej niż przed rokiem, dzieje się tak głównie z powodu wzrostu cen oraz rosnących potrzeb uczniów – mówi Patrycja Venulet.

Wrzesień to nie koniec wydatków

Przygotowując się do zakupów szkolnych, 65 proc. respondentów najpierw sprawdzi ofertę internetową, a później uda się do sklepu stacjonarnego, co pokazuje, jak bardzo przenikają się oba światy. – Coraz istotniejszą rolę w dostarczaniu informacji o produkcie odgrywają narzędzia cyfrowe. Dzisiejszy konsument wyraźnie różni się od tego sprzed kilku lat. Teraz klient ma coraz mniejszą potrzebę, by pytać sprzedawców o radę czy opinię, bo ich rolę powoli przejmują fora internetowe i media społecznościowe – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider sektora ds. dóbr konsumenckich, Deloitte. Prawie trzy czwarte ankietowanych (71 proc.) odwiedzi różne sklepy, by wybrać najlepsze oferty, a 61 proc. wybierze marki, które najbardziej lubi.

– Dla rodziców kluczowym kryterium wyboru miejsca zakupów jest wygoda rozumiana w świecie offline jako dostępność szerokiego asortymentu w jednym miejscu i fizyczna bliskość sklepu, a online jako wybór sposobu płatności, miejsca odbioru i bezpłatnej dostawy. Cena jako kryterium pojawia się na drugim miejscu, co jest ciekawą informacją i może potwierdzać nasze wcześniejsze obserwacje, że w przypadku zakupów dla dzieci liczy się przede wszystkim jakość a nie tylko atrakcyjna cena.- mówi Jan Kisielewski, Dyrektor w Dziale Strategii Deloitte.

Zeszyty, długopisy i inne rzeczy, które przydadzą się dzieciom w szkolnych ławkach, a także ubrania i obuwie kupujemy przede wszystkim w sklepach stacjonarnych (odpowiednio 81 i 68 proc.). Podobnie z plecakami czy podręcznikami, choć w tych kategoriach nie widać już tak silnych preferencji. – Mimo że w sierpniu zostawimy w sklepach ponad 1700 zł, to nie będzie koniec naszych szkolnych wydatków. Siedmiu na dziesięciu rodziców dokupuje w ciągu roku szkolnego artykuły szkolne, a ponad połowa odzież i obuwie. Szkolne wybory zakupowe coraz częściej zapadają w asyście i pod wpływem opinii samych dzieci, uczniowie współdecydują najczęściej przy zakupach odzieży, artykułów szkolnych i drobnych gadżetów elektronicznych – mówi Jan Kisielewski. Dla 34 proc. badanych koszty poniesione przed rozpoczęciem roku szkolnego będą stanowiły od 26 do 50 proc. wszystkich wydatków związanych z edukacją w nadchodzącym roku szkolnym, a dla 27 proc. jedynie jedną czwartą, co pokazuje, że wielu rodziców ma poczucie, że wydatki związane ze szkołą nie kończą się wraz z pierwszym dzwonkiem.

W jaki sposób zapłacimy za zakupy szkolne? Najpopularniejszy sposób to karta płatnicza (73 proc.). Coraz częściej używane są też płatności elektroniczne. Już jedna czwarta ankietowanych zapowiada, że za zakupy zapłaci Blikiem czy z pomocą Apple Pay czy Google Wallet. W przypadku 57 proc. osób będzie to gotówka.

Waluty rynków wschodzących rozpoczęły tydzień wyprzedażą

W poniedziałek obserwowaliśmy wyraźne spadki na walutach tzw. emerging markets. Wyprzedaży przewodziła lira turecka, traciły również waluty BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA), jak i polski złoty. Trudno jednoznacznie wskazać powód, który uzasadniałaby ruchy o tak znacznej skali (w niektórych przypadkach dochodzącej do ok. 1,5% w parze z USD). Potwierdzają one jednak, że w ostatnim czasie zwiększyła się presja na aktywa ryzykowne. W tym kontekście warto wspomnieć, że implikowana zmienność na parach ze złotym w ostatnim czasie wyraźnie wzrosła z rekordowo niskich poziomów obserwowanych w lipcu, co sugeruje, że rynek zakłada, że w kolejnych tygodniach i miesiącach złoty może doświadczać większych wahań niż jeszcze kilka miesięcy temu.

Najbliższe dni przyniosą dość sporo istotnych danych makroekonomicznych z kraju, które pozwolą określić, jak polska gospodarka rozpoczęła trzeci kwartał. Dziś zaczęliśmy od lipcowych danych z rynku pracy, które okazały się całkiem dobre. Dynamika płac w sektorze przedsiębiorstw w ostatnim miesiącu pomiarów wyniosła 7,4% w ujęciu rocznym i była znacznie wyższa od poziomu 5,3% notowanego miesiąc wcześniej, nieco przewyższała również oczekiwania konsensusu. Dane pokazały jednak również niekorzystny, ale oczekiwany spadek dynamiki zatrudnienia do 2,7%. Mimo to, w ujęciu ogólnym dane cały czas potwierdzają dobrą sytuację polskiego rynku pracy, co powinno nadal wyraźnie wspierać wzrost gospodarczy w kraju.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,34-4,38. Para EUR/USD zakończyła wczorajszy dzień na minusie, co miało związek nie tyle ze słabością euro, co z siłą dolara amerykańskiego.

Ostatnie wieści ze strefy euro były mieszane. Z jednej strony, wczoraj rozczarowały dane makroekonomiczne, które pokazały rewizję w dół szacunku inflacji CPI w lipcu z poziomu 1,1% do 1%. Z drugiej natomiast w niedzielę inwestorów pozytywnie zaskoczyły słowa ministra finansów Niemiec, Olafa Scholza. Zasugerował on, że Niemcy są w stanie odpowiedzieć na spowolnienie w gospodarce poprzez wprowadzenie pakietu fiskalnego w wysokości 50 mld EUR (patrząc na dane za zeszły rok byłoby to ok. 1,5% PKB Niemiec).

Sugestia Scholza jest istotna, szczególnie uwzględniając to, jak bardzo konserwatywne (nastawione na redukcję relacji zadłużenia do PKB) podejście do finansów publicznych reprezentowały Niemcy w ostatnich latach. Skala stymulacji o której wspomina Scholz nie jest ogromna, jednak wydaje się być wystarczająco duża, żeby móc załagodzić skutki spowolnienia gospodarczego, które ostatnio dotyka kraj. W tym momencie kluczowe pytanie dotyczy tego, jakie sygnały musi jeszcze wysłać niemiecka gospodarka, żeby zmusić decydentów, aby przeszli od słów do czynów.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,75-4,78. Brytyjskiej walucie cały czas ciąży ryzyko tego, że 31 października może dojść do Brexitu bez porozumienia. Obawy o konsekwencje takiej sytuacji jeszcze wzrosły po tym, jak w weekend wyciekł rządowy raport, który sugeruje, że Wielką Brytanię w przypadku Brexitu bez umowy mogą czekać braki żywności, leków i paliwa.

W kontekście Brexitu warto wspomnieć również o ostatnich informacjach. Boris Johnson wysłał oficjalne pismo do przewodniczącego Rady Europejskiej, Donalda Tuska, w którym wniósł o usunięcie kontrowersyjnego zapisu dotyczącego tzw. backstopu z umowy o Brexicie i zastąpienie go przez alternatywne rozwiązanie, które pozwoli uniknąć „twardej granicy” między Irlandią i Irlandią Północną. Donald Tusk odniósł się do listu na Twitterze stwierdzając, że „[…] przeciwnicy backstopu, którzy nie proponują realistycznych alternatyw w rzeczywistości popierają przywrócenie granicy”, tym samym odrzucając sugestię Johnsona.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,91-3,94. Amerykańska waluta wczoraj zyskiwała, co można powiązać z informacjami o tym, że Biały Dom rozważa obniżki podatków w USA, które mogłyby wspierać amerykańską gospodarkę w kontekście jej potencjalnego głębszego spowolnienia, którego obawia się coraz większa część ekonomistów. Częściowo (w kontekście odnoszącym się do obniżki podatków od wynagrodzeń) informacje te niedługo później zdementował jednak jeden ze starszych oficjeli. Dolarowi amerykańskiemu wczoraj nie wadziła również wspomniana wyżej wyprzedaż walut rynków wschodzących.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Kiedy oddanie południowej obwodnicy Warszawy?

Południowa obwodnica Warszawy, czyli odcinek drogi ekspresowej S2 o długości 18,5 kilometra, został podzielony na trzy zadania – A, B i C. W zależności od odcinka, stopień ich zaawansowania jest różny – od 60 do 70 proc. Najwięcej prac zostało wykonanych w przypadku przedsięwzięcie B – realizowanego przez konsorcjum z liderem Gullermak. Wykonawcą odcinak A – którego najbardziej rozpoznawalnym punktem będzie najdłuższy tunel drogowy w Polsce – jest Astaldi. Zaawansowanie w tym przypadku wynosi ok. 67 proc. Zadanie C realizowane jest przez Warbud, który zakończył już ponad połowę inwestycji.

– W ramach zadania B budowy południowej obwodnicy Warszawy prace postępują najszybciej. Najważniejszym obiektem tego odcinka jest most nad Wisłą – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad. – Ostatnie wydarzenia związane z wysokim stanem wody na rzece mogły spowodować pewne opóźnienia w realizacji tej inwestycji. Generalny wykonawca nie wystosował jednak oficjalnego wystąpienia z wnioskiem w sprawie ewentualnego wydłużenia czasu na realizację przedsięwzięcia. Zgodnie z harmonogramem, południowa obwodnica Warszawy zostanie udostępniona kierowcom w trzecim kwartale 2020 roku. Ostatnie wydarzenia nie wpłynęły więc na finalny termin oddania inwestycji – wyjaśnił Piechowiak.

Szkodowość w ubezpieczeniach transakcyjnych

Od 2016 r. obserwujemy widoczny wzrost liczby roszczeń zgłaszanych z tytułu ubezpieczeń oświadczeń i zapewnień (Warranty & Indemnity) w regionie EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) – wynika z raportu Marsh Transactional Risk Insurance Claims Study. Od 2016 do 2018 roku liczba ta wzrosła aż o 293%, co spowodowane było wzrostem liczby polis W&I zawieranych przez sprzedającego i kupującego w zakresie ochrony transakcji.

Raport Transactional Risk Insurance Claims Study został opracowany przez Zespół Marsh JLT Specialty na podstawie szczegółowej analizy 175 przypadków zgłoszenia szkody, które miały miejsce w 24 krajach regionu EMEA na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat (2009-2019). Publikacja porównuje wzrost liczby zawieranych ubezpieczeń W&I oraz przypadków zgłaszania szkód w ostatnim dziesięcioleciu do ogólnej liczby polis zawieranych w tym okresie.

Warto podkreślić że, duże transakcje (o wartości przekraczającej 1 mld dolarów), począwszy od 2016 r. charakteryzują się większą szkodowością w stosunku do plasowanych polis. W przypadku 17% z nich zgłoszono roszczenie. Powód stanowi złożoność procesu oraz presja jego szybkiego zakończenia. W konsekwencji – przez ostatnie trzy lata suma wypłat odszkodowań na rzecz klientów firmy wzrosła do ok. 100 mln dolarów.

Badanie wykazało również, że ponad połowa przypadków roszczeń zgłoszonych w ciągu ostatnich dziecięciu lat dotyczyła kwestii podatkowych (31%) lub sprawozdań finansowych (23%). Widoczny wzrost notyfikacji szkód związanych ze złamaniem zapewnień z obszaru podatków nastąpił przede wszystkim w ciągu ostatnich 3 lat.

Raport zwraca ponadto uwagę na skrócenie okresu rozpatrywania szkód w latach 2012-2017. Jeszcze  w 2012 r. okres ten trwał przeważnie ponad 2 lata, w 2017 r. natomiast w większości przypadków proces od zgłoszenia szkody po wypłatę odszkodowania zmniejszył się do 6 miesięcy.

Małgorzata Splett – Dyrektor Działu FINPRO (ubezpieczenia finansowe i profesjonalne) oraz PEMA (fuzje i przejęcia) podsumowuje: „Rosnąca ilość szkód dla transakcji polskich wynika z ciągle rosnącej ilości zawieranych polis transakcyjnych oraz z coraz szerszego zakresu ochrony polisowej. Podobnie jak w przypadku danych z EMEA, większość szkód „polskich” dotyczy złamania zapewnień związanych ze sprawozdaniami finansowymi oraz ryzyk nieruchomościowych. Dodatkowo, ostatnio obserwowaliśmy szkody związane z kontraktami realizowanymi przez spółkę będącą przedmiotem transakcji oraz te związane z tzw. Compliance with laws, które zwykle dotyczyły spółek zależnych spółki matki będącej przedmiotem transakcji. Ten ostatni wspomniany zakres jest o tyle ciekawy, że nie spotykał się  z dużym apetytem ubezpieczycieli, a od kiedy ta tendencja się zmieniła, znacząco więcej pojawiło się szkód wynikających ze złamania tego rodzaju zapewnień z SPA. Polskie szkody dotyczą przede wszystkim większych pod względem EV (wartość przedsiębiorstwa) i limitu ochrony transakcji i charakteryzują się wysokim stopniem skomplikowania (Ich likwidacja trwa często powyżej 6miesiecy wskazanych jako średnia w raporcie)”.

Gospodarstwa domowe w USA podtrzymują dobre nastroje konsumpcyjne

Wtorkowe (13.08.2019) dane o inflacji CPI w USA za lipiec były niespodzianką. Nie dość, że cały wskaźnik zaskoczył w górę (oczekiwana 1,7% vs faktyczna 1,8%), to jeszcze dodatkowo przyspieszyła inflacja bazowa (2,2% vs oczekiwana 2,1%). Sprzedaż detaliczna w USA wzrosła w lipcu o 0,7% m/m po wzroście o 0,3% m/m w czerwcu. Szacunek ten okazał się wyraźnie wyższy od konsensusu rynkowego, który kształtował się na poziomie 0,3% m/m. Najwyższy od czterech miesięcy odczyt potwierdza, że pomimo słabnącej nieco aktywności gospodarczej w USA, gospodarstwa domowe podtrzymują dobre nastroje konsumpcyjne. Sprzyja temu obecna sytuacja na amerykańskim rynku pracy – stopa bezrobocia zbliżona do wieloletnich minimów i solidnie rosnące wynagrodzenia.

Z kolei w Polsce, według szacunku GUS, wzrost gospodarczy w drugim kwartale 2019 spowolnił do 4,4% r/r z 4,7% r/r w kwartale pierwszym. Pomimo spowolnienia, wzrost gospodarczy w Polsce pozostaje solidny i pozytywnie wyróżnia krajową gospodarkę na tle innych krajów Unii Europejskiej.

Trzeci tydzień z rzędu GPW w Warszawie notuje istotne osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,93%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 2,98%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień z niższymi stratami: sWIG80 straci na wartości 1,13%, a mWIG40 spadł nieco mocniej o 1,38%.

Nadchodzący tydzień będzie bogaty w dane makroekonomiczne z Polski. We wtorek (20.08.2019) poznamy dane o dynamice zatrudnienia oraz o średnim i przeciętnym wynagrodzeniu. W środę (21.08.2019) będą ujawnione dane o produkcji budowlano montażowej oraz produkcji przemysłowej w lipcu 2019. Z kolei w czwartek (22.08.2019) poznamy wskaźniki ufności konsumenckiej oraz dane o sprzedaży detalicznej. W piątek (23.08.2019) poznamy podaż pieniądza M3.

Interesujące dane będą również napływały ze Stanów Zjednoczonych. W środę (21.08.2019) zostanie upubliczniony protokół z posiedzenia FOMC. W czwartek (22.08.2019) poznamy indeks PMI dla przemysłu oraz indeks wskaźników wyprzedzających. Natomiast w piątek (23.08.2019) czeka na nas wystąpienie J. Powella na sympozjum w Jackson Hole.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Prowadzenie biznesu w Polsce wciąż skomplikowane. Pod względem uciążliwości procedur jesteśmy na 10. miejscu w Europie i 21. na świecie

Prowadzenie biznesu w Polsce wciąż skomplikowane. Pod względem uciążliwości procedur jesteśmy na 10. miejscu w Europie i 21. na świecie 8

Polska wciąż uważana jest przez przedsiębiorców za trudne miejsce do prowadzenia biznesu. Pod względem zawiłości procedur i kosztów zajmujemy 21. miejsce wśród 76 państw świata – wynika z raportu TMF Group. W Europie trafiliśmy na 10. pozycję w rankingu 30 państw. Trudniej prowadzić biznes jest m.in. w Niemczech, Grecji, we Francji czy na Słowacji, za to łatwiejsze życie przedsiębiorcy mają m.in. w Holandii, Danii, Rosji, Bułgarii czy na Węgrzech.

 Najważniejszymi elementami przy prowadzeniu biznesu są koszty prowadzenia działalności, a także przejrzyste i klarowne procedury, które wspierają rozwój biznesu, a przynajmniej mu nie przeszkadzają – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dagmara Witt-Kuczyńska, dyrektor operacyjna TMF Group. – Dla przedsiębiorców najważniejsze jest, aby móc się skupić na podstawowej działalności gospodarczej i operacyjnej swojego przedsiębiorstwa, a nie na konieczności wypełnienia bardzo skomplikowanych i żmudnych oraz czasochłonnych procedur.

Polska w Europie znalazła się na 10. miejscu pod względem trudności, co oznacza, że w 20 krajach Starego Kontynentu biznes prowadzi się znacznie łatwiej. To brytyjskie wyspy Jersey i Guernsey, ale też Dania, Holandia, Bułgaria czy Węgry. Z większymi formalnościami muszą się mierzyć natomiast biznesmeni w Grecji, na Słowacji, w Niemczech, Francji, na Ukrainie, w Portugalii i Hiszpanii.

W zestawieniu globalnym Global Business Complexity Index, w którym uwzględniono 76 krajów, Polsce też przypadło miejsce bliżej końca rankingu: 21. pod względem trudności i 56. wśród krajów najżyczliwszych biznesowi.

Dwa najważniejsze aspekty, które powodują, że w Polsce trudno jest prowadzić biznes, to przede wszystkim skomplikowane procedury, a także bardzo często zmieniające się środowisko legislacyjne – wyjaśnia Dagmara Witt-Kuczyńska. – Największym wyzwaniem dla firm, które chcą prowadzić działalność w Polsce, jest przede wszystkim formalizm urzędów. Niestety, wielokrotnie w urzędach należy przedstawić oryginał jakiegoś dokumentu bądź też osobiście stawić się w urzędzie. Natomiast w innych jurysdykcjach wystarczy przesłać ten dokument w formie skanu czy faksu, a rejestracja następuje przez portal internetowy.

Na świecie najprościej odnaleźć się w biznesowej rzeczywistości Kajmanów, Curaçao, wyspy Jersey i Tajlandii. Zaraz za nimi znalazły się Paragwaj i Izrael. Poza Szwajcarią, Holandią i Brytyjskimi Wyspami Dziewiczymi wysoko plasują się także Stany Zjednoczone, Australia i Nowa Zelandia. Wśród najbardziej wymagających rynków – poza Grecją – znalazły się także Indonezja, Brazylia i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Przykładem utrudnień już na starcie może być to, że wszystkie dokumenty korporacyjne firmy, która chce rozpocząć działalność w Polsce, muszą być wypełnione w języku polskim. Poza tym problemem jest także długi czas założenia firmy w przypadku podmiotów, których spółki-matki mają siedzibę poza Polską.

– Proces zakładania spółki dla inwestora zagranicznego jest istotny, natomiast nie jest to rzecz najważniejsza. Bierze się pod uwagę również wiele innych aspektów – podkreśla przedstawicielka TMF Group. – Obecnie na rynku polskim działa wiele podmiotów, które już oferują gotowe spółki, więc ten proces jest istotnie uproszczony. Można oczywiście również założyć spółkę przez internet, natomiast wiąże się to z wieloma uproszczeniami, m.in. tym, że trzeba zaakceptować wzorzec umowy spółki, nie można go dostosowywać do własnych wymagań. Jeśli chodzi o kraje, gdzie jest to prostszy proces, to są to m.in. Anglia i Czechy, a tak naprawdę każdy kraj ma swoje mocne i słabe strony w tym procesie.

Autorzy raportu brali pod uwagę różne aspekty prowadzenia działalności, nie tylko jej zainicjowanie, lecz także przepisy, regulacje i kary, księgowość i opodatkowanie oraz Kodeks pracy, w tym zasady dotyczące zatrudniania, zwalniania i wynagradzania pracowników.

– Inny przykład: w ostatnim czasie zmieniły się mocno przepisy dotyczące składania sprawozdań finansowych, które muszą być składane w formie elektronicznej, natomiast członkowie zarządu muszą mieć podpisy elektroniczne. To bardzo istotnie skomplikowało proces – mówi Dagmara Witt-Kuczyńska.

Sadownicy chcą wieloletnich umów z zakładami przetwórstwa i gwarancji ceny skupu owoców. Obecne często nie rekompensują nawet kosztów produkcji

Sadownicy chcą wieloletnich umów z zakładami przetwórstwa i gwarancji ceny skupu owoców. Obecne często nie rekompensują nawet kosztów produkcji 9

Producenci owoców, planując inwestycje, nie mają gwarancji, że ich działalność będzie rentowna. To przez dominującą pozycję zakładów przetwórczych, które narzucają ceny w skupie. Dlatego branża postuluje wprowadzenie wieloletnich umów kontraktacyjnych, które z góry określałyby ilość, jakość i cenę dostarczanego surowca. Prezes Związku Sadowników RP podkreśla, że to rozwiązanie byłoby korzystne nie tylko dla plantatorów, lecz także dla przemysłu przetwórczego i samych konsumentów, bo spowodowałoby stabilizację rynku i cen owoców.

– Produkujemy w sadach owoce deserowe, czyli te, które konsumenci kupują w sklepach w stanie świeżym, ale również owoce, które trafiają do przetwórstwa i z których wyrabiane są dżemy, soki i napoje. O ile w owocach deserowych sytuacja jest mniej skomplikowana, o tyle w przypadku owoców kierowanych do przetwórstwa jest dramat, ponieważ nie występują jakiekolwiek pozytywne relacje między odbiorcą naszych produktów, a więc zakładami przetwórczymi, a nami jako wytwórcami. Mamy pozycję taniego dostarczyciela surowca – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mirosław Maliszewski, prezes zarządu Związku Sadowników RP.

Jak podkreśla, sadownicy od lat podejmują próby ułożenia relacji z przemysłem przetwórczym, który ma wobec nich dominującą pozycję. Pierwszy problem stanowią niskie ceny skupu, które przeważnie nie rekompensują nawet kosztów produkcji i zbioru owoców. Drugim jest brak jakiejkolwiek informacji, co w praktyce oznacza, że sadownik dowiaduje się, za ile sprzeda zebrane owoce dopiero w momencie, kiedy zawiezie je do skupu.

– Patologia polega na tym, że zakładając sad czy plantację roślin jagodowych, które są inwestycjami wieloletnimi, sadownik nie ma żadnej gwarancji, a nawet bladego pojęcia, za ile będzie te owoce sprzedawał w momencie, kiedy one zaczną owocować, kiedy zacznie je zrywać. To nie do pomyślenia, że ogromne nakłady inwestycyjne, zarówno w sadownictwie, jak i w przetwórstwie, nie są powiązane partnerstwem. Jest zupełnie wolny rynek z dominacją silnych zakładów przetwórczych, co działa na niekorzyść sadowników – podkreśla Mirosław Maliszewski.

Rozwiązaniem, które branża postuluje już od kilku lat, jest wprowadzenie wieloletnich umów kontraktacyjnych. Ministerstwo Rolnictwa w ubiegły roku przedstawiło już projekt jednolitej umowy kontraktacji owoców, pośrednicząc w rozmowach nad szczegółami tego rozwiązania pomiędzy przedstawicielami plantatorów a przemysłu przetwórczego.

– W tych umowach mają się znaleźć co najmniej trzy parametry: ilość dostarczonego surowca, jego jakość – tak, aby zakłady przetwórcze miały gwarancję tego, co kupują, oraz cena, żeby jedni i drudzy mogli strategicznie planować. To pozwoli ułożyć relacje, zbilansować produkcję, wyeliminować wahania cenowe i produkcyjne w poszczególnych latach. Umowami kontraktacyjnymi objęlibyśmy taki wolumen produkcji, który gwarantowałby, że znajdzie miejsce na rynku – mówi Mirosław Maliszewski.

Jak ocenia, umowy kontraktacyjne będą korzyścią nie tylko dla sadowników (którzy zyskają gwarancję ceny owoców sprzedawanych do skupu) i zakładów przetwórczych (które zyskają gwarancję dostaw określonych ilości owoców po z góry znanej cenie), lecz także dla samych konsumentów, ponieważ to rozwiązanie przyczyni się do uporządkowania rynku i stabilizacji cen.

– Konsument nie będzie narażony na sytuację, w której w jednym roku kupuje owoce taniej, a w następnym jest skazany na import albo musi zapłacić bardzo wysokie ceny. To rozwiązanie gwarantuje, że będziemy produkowali w cyklach ciągłych, więc konsument co roku będzie miał do dyspozycji dobrej jakości i relatywnie tani surowiec – mówi Mirosław Maliszewski.

Prezes Związku Sadowników RP podkreśla też, że obecna sytuacja, w której przemysł przetwórczy ma pozycję dominującą i może narzucać ceny, jest katastrofą dla producentów owoców. Z drugiej strony jest bardzo korzystna z punktu widzenia zakładów przetwórczych, które na tym zarabiają i niechętnie patrzą na pomysł wieloletnich umów kontraktacyjnych.

 Na rynku nie może funkcjonować taka loteria. Zakłady przetwórcze z reguły i tak zarabiają – zarówno w sytuacji, kiedy owoce są drogie, jak i w sytuacji, kiedy ceny są niskie. Natomiast dla plantatorów jest to katastrofą. Nam zależy na stabilizacji, będziemy przekonywać środowisko przetwórców, że dla nich także jest to korzystne rozwiązanie – podkreśla Mirosław Maliszewski.

Sytuację rolników i sadowników ma poprawić planowana nowelizacja ustawy o przewadze kontraktowej. Zakłada, że Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi dwa razy do roku będzie ogłaszać ceny referencyjne na wybrane grupy owoców i warzyw. Skup produktów rolnych poniżej cen obwieszczanych przez resort będzie zakazany pod groźbą sankcji finansowych ze strony UOKiK. Przyczyni się to do wzmocnienia pozycji sadowników w relacji z dużymi zakładami przetwórczymi.

W Polsce przybywa wielbicieli zabytkowych aut. Mercedes w czołówce

W Polsce przybywa wielbicieli zabytkowych aut. Mercedes w czołówce 10

Motoryzacyjne klasyki mogą być nie tylko hobby, lecz także bardzo zyskowną lokatą kapitału. Wzrost wartości rynkowej takiego pojazdu idzie w parze z mniejszą wrażliwością takiej inwestycji na wahania koniunktury, przez co jest ona relatywnie bezpieczna. Zakup zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim to niemały wydatek, zaczynający się od 80–100 tys., ale mimo to w Polsce z roku na rok przybywa pasjonatów zabytkowych samochodów. Właściciele starych mercedesów spotkali się w ubiegły weekend na targach MotoClassic Wrocław.  

– Zabytkowe mercedesy mogą być dla kolekcjonerów zarówno pasją, jak i inwestycją. Są starsze, wyjątkowo rzadkie egzemplarze. Kupując je, kolekcjonerzy zwracają uwagę, aby z czasem zyskiwały na wartości. Są też osoby, które kupują i jeżdżą starymi mercedesami, bo bardzo to lubią i jest to część ich stylu życia. Interesują się technicznymi aspektami takich aut, śledzą rozwój motoryzacji na podstawie różnych udogodnień, które zostały wprowadzone, a Mercedes był niewątpliwie pionierem we wprowadzaniu rozmaitych nowości w konstrukcji samochodów. Ciekawie jest posiadać model, który jako pierwszy miał np. pasy bezpieczeństwa czy poduszki powietrzne – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Przebindowska, prezydent Klubu Zabytkowych Mercedesów Polska.

Jak podaje wyspecjalizowany w klasycznych i zabytkowych samochodach dom aukcyjny Ardor Auctions. ten rynek ma olbrzymi potencjał i cechuje się bardzo szybki rozwojem. Tylko między 2012 a 2013 rokiem liczba klasycznych samochodów w Polsce wzrosła o 30 proc. Wówczas było ich na polskim rynku ok. 1,3 tys. – szacuje się, że w tej chwili ta liczba może być czterokrotnie większa.

Z lipcowych danych Ministerstwa Cyfryzacji, które przeanalizowało 2 tys. najstarszych pojazdów zarejestrowanych w bazie CEPiK w ciągu ostatnich 10 lat, wynika, że największymi miłośnikami oldtimerów są mieszkańcy Warszawy, gdzie w ciągu minionej dekady zarejestrowano ich 138. W stolicy najmodniejsze okazały się maszyny wyprodukowane w 1951 roku – jest ich 11. Na kolejnych miejscach plasują się Wrocław (64), Poznań (51), Gdynia (42) i Kraków (38).

Oldtimery trafiają do Polski przeważnie ze Stanów Zjednoczonych (370), Ukrainy (151), Wielkiej Brytanii (139) i Francji (124). Natomiast z Niemiec na przestrzeni ostatniej dekady sprowadzono ich 120. Dwa najstarsze, zarejestrowane w Polsce auta pochodzą z 1902 i 1903 roku.

Pasjonaci zabytkowych mercedesów to osoby, które bardzo zwracają uwagę na jakość, zresztą zgodnie z hasłem marki: „The best or nothing”. To muszą być samochody jak najbardziej oryginalne, porządnie odrestaurowane. Członków naszego klubu charakteryzuje także silny, emocjonalny stosunek do tych samochodów, wielu nadaje im nazwy lub imiona. Każdy z nich powie, że jego samochód jest wyjątkowy – mówi Małgorzata Przebindowska.

Działający w Polsce Klub Zabytkowych Mercedesów, który zrzesza posiadaczy najstarszych i najbardziej oryginalnych modeli, liczy w tej chwili 153 członków. Wśród nich jest 17 kobiet, a w tym roku już po raz 4. odbędzie się dedykowany im zlot „She’s Mercedes”. Ci, którzy chcieliby dołączyć do klubu, muszą spełnić restrykcyjne wymagania i posiadać wyjątkowy model Mercedesa, a najlepiej całą kolekcję takich aut, ze starego rocznika, w pieczołowicie zachowanym stanie.

Zakup zabytkowego auta o charakterze kolekcjonerskim to niemały wydatek, zaczynający się od 80–100 tys. zł. Nieco tańsze są tzw. youngtimery, czyli samochody ok. 40-letnie. Natomiast górnego limitu cenowego w zasadzie nie ma – w ubiegłym roku na aukcji zabytkowy mercedes 300 SL roadster, pochodzący z 1963 roku, został sprzedany za rekordową kwotę 3,7 mln dol. W Polsce mercedesy są najpopularniejszą marką kolekcjonerską zabytkowych samochodów – zarówno oldtimerów, jak i youngtimerów.

Klub Zabytkowych Mercedesów to klub starszych aut. W statucie mamy zapisane, że mogą to być samochody do 1989 roku. Natomiast typowe auta zabytkowe w naszym klubie to roczniki od 1925 do 1960–1970 roku. Niestety, takie samochody nie są tanie – wydatek zaczyna się od kilku tysięcy euro, do tego dochodzi utrzymanie, serwisy, dbanie o to auto. Jeżeli ma być w ciągłym użytkowaniu, uczestniczyć w zlotach – cena użytkowania bardzo idzie w górę – mówi Jarogniew Ratajczak, wiceprezydent Klubu Zabytkowych Mercedesów Polska.

Jak podkreśla Ratajczak, zabytkowe klasyki to nie tylko hobby, lecz także bardzo zyskowna lokata kapitału. Wzrost wartości rynkowej takiego pojazdu idzie też w parze z mniejszą wrażliwością takiej inwestycji na wahania koniunktury, przez co jest ona relatywnie bezpieczna.

Klub Zabytkowych Mercedesów po raz pierwszy wziął udział w tegorocznej edycji wystawy MotoClassic Wrocław. Na imprezie prezentowanych było ok. 20 zabytkowych pojazdów z lat 1934–1970 oraz 11 roadsterów R 107 z całego 18-letniego okresu produkcji tej generacji 1971–1989.

– Na wystawie w Topaczu staraliśmy się zgromadzić reprezentatywny przegląd starszych modeli w naszym klubie. Są to na pewno samochody, których nie spotyka się nigdzie indziej. Szczególnie cenny jest roadster z 1936 roku, jeden z trzech takich na całym świecie. Mamy też bardzo rzadki model W15, jedyny w Polsce – mówi Małgorzata Przebindowska.

Obok najbardziej unikalnych, starych modeli marki Mercedes znajdujących się w rękach polskich kolekcjonerów na tegorocznej wystawie MotoClassic Wrocław prezentowane były też najnowsze modeli Mercedes-Benz, na czele z kultową Klasą G oraz najnowszym SUV-em EQC, czyli pierwszym w pełni elektrycznym modelem tej marki.