Tylko niewielka grupa Głuchych jest aktywna zawodowo. To nie tylko kwestia bariery komunikacyjnej, lecz także obaw pracodawców

Tylko niewielka grupa Głuchych jest aktywna zawodowo. To nie tylko kwestia bariery komunikacyjnej, lecz także obaw pracodawców 1

Nawet 80 proc. Głuchych i słabosłyszących w Polsce nie ma pracy. Z jednej strony to problemy komunikacyjne sprawiają, że trudno im uczestniczyć w rekrutacjach. Z drugiej strony wciąż widoczny jest lęk pracodawców przed zatrudnianiem osób z niepełnosprawnościami. Pomóc może program Dostępność Plus, który ma likwidować wszelkie bariery. Docelowo może doprowadzić do integracji całego społeczeństwa, bez względu na czasowe lub trwałe niepełnosprawności.

– W Polsce blisko 80 proc. osób, które są niesłyszące bądź słabosłyszące, jest dotkniętych bezrobociem. To ponad 170 tysięcy osób, które nie mają stałej pracy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Potakowski, prezes agencji Praca Bez Barier.

Szacuje się, że liczba Głuchych w Polsce sięga około 500 tys., a 900 tys. Polaków ma poważny uszczerbek słuchu. Z danych PFRON wynika, że w Polsce pracuje zaledwie 28 proc. ogółu osób niepełnosprawnych. Unijna średnia sięga natomiast 40 proc.

– Jest to dla nich trudne, ponieważ bariera komunikacyjna uniemożliwia im samodzielne, efektywne uczestnictwo w procesach rekrutacji. Do tego dochodzi jeszcze bariera po stronie pracodawców, którzy boją się zatrudniać osoby niepełnosprawne – mówi Paweł Potakowski. – Jako agencja Praca Bez Barier odnajdujemy firmy, które są gotowe do tego, żeby otworzyć się na pracowników z niepełnosprawnościami, i skutecznie docieramy do Głuchych, których łączymy z firmami. Najlepsze jest faktyczne działanie, którego celem jest trwała aktywizacja i zachęcenie tych osób do podjęcia pracy. 

Jak podkreśla, pierwszym warunkiem są zmiany w rekrutacji – osoby z problemami ze słuchem nie rozmawiają przez telefon. Dlatego kontakt telefoniczny w pracy mogą zastąpić e-maile i SMS-y, można korzystać też z tłumacza języka migowego online. Można też przypominać pracodawcom, że zatrudnienie osób z niepełnosprawnościami może się po prostu opłacać. Dostępne są m.in. dofinansowanie do wynagrodzenia i przystosowania miejsca pracy czy zmniejszenie składki do PFRON-u.

 Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych ma swoje projekty, których celem jest znalezienie pracy osobom z niepełnosprawnością. Można też szukać różnego rodzaju działań prowadzonych przez urzędy pracy – wymienia prezes agencji Praca Bez Barier.

Za granicą osoby z problemami słuchu pracują w największych korporacjach, np. jako inżynierowie Boeinga czy mechanicy w firmach BMW i Mercedes. W Polsce wciąż jeszcze pokutuje przekonanie, że zatrudnienie osób z niepełnosprawnościami wiąże się z trudnościami. Pomóc to zmienić ma program Dostępność Plus, który ma likwidować bariery dla takich osób, a architektura, administracja publiczna, cyfryzacja, edukacja czy służba zdrowia mają brać pod uwagę ich potrzeby.

– Program Dostępność Plus dla Głuchych i dla wszystkich osób z niepełnosprawnościami przede wszystkim zmienia kwestie świadomości i zrozumienia problemów, które dotyczą tej grupy społeczeństwa. To kluczowa misja realizowana przez ten program. Dzięki temu dużo więcej osób zaczyna faktycznie otwarcie rozmawiać. Nam, agencji, która zajmuje się aktywizacją zawodową osób z niepełnosprawnościami, jest dużo łatwiej rozmawiać z firmami, które już są przynajmniej częściowo uświadomione bądź zainteresowane zatrudnieniem tych osób – ocenia Paweł Potakowski.

Rośnie liczba przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci przez internet. Rodzice nie potrafią chronić swoich dzieci

Rośnie liczba przypadków wykorzystywania seksualnego dzieci przez internet. Rodzice nie potrafią chronić swoich dzieci 2

7 proc. polskich nastolatków doświadczyło wykorzystywania seksualnego w dzieciństwie. Znaczna ich część padła ofiarą pedofilów działających za pośrednictwem internetu. Jak podkreślają eksperci, dzieci można chronić przed takimi zjawiskami na różne sposoby, głównie poprzez umiejętną edukację seksualną, którą można zacząć już u trzyletniego dziecka. Blisko połowa rodziców unika jednak rozmów ze swoimi pociechami na tematy związane z cielesnością i seksualnością, a większość tych, którzy je przeprowadzają, podkreśla, że jest to trudne zadanie.

Światowa Organizacja Zdrowia definiuje wykorzystywanie seksualne dzieci jako włączanie najmłodszych w aktywność seksualną, której nie jest ono w stanie w pełni zrozumieć i udzielić na nią świadomej zgody, na którą nie jest dojrzałe rozwojowo i nie może się zgodzić w ważny prawnie sposób, i/lub która jest niezgodna z normami prawnymi lub obyczajowymi danego społeczeństwa. Przemoc seksualna może przybierać różne formy, są to zarówno sytuacje, w których dochodzi do kontaktu fizycznego sprawcy i ofiary, jak i pozbawione takiego kontaktu, np. podglądanie dziecka w kąpieli i w czasie czynności fizjologicznych, werbalne formy molestowania i nakłanianie do kontaktu z treściami pornograficznymi. Próby oszacowania skali tego zjawiska są utrudnione, ze względu na fakt, że znaczna część przypadków nie jest zgłaszana.

– Wiemy z najnowszej diagnozy przemocy wobec dzieci w Polsce, że 7 proc. nastolatków deklarowało, że doświadczyło niechcianych kontaktów seksualnych w dzieciństwie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Monika Sajkowska, prezeska Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

Z raportu Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że od 2000 roku w Polsce zwiększała się liczba dzieci, które doświadczyły wykorzystywania seksualnego. Po dekadzie skala zjawiska zaczęła maleć, jak pokazują dane Komendy Głównej Policji, w 2011 roku stwierdzono ponad 1,5 tys. przestępstw obcowania seksualnego z osobą poniżej 15. roku życia, pięć lat później natomiast nieco ponad 1,1 tys. Rośnie natomiast liczba dzieci nakłanianych do kontaktu z pornografią, nagabywanych werbalnie oraz namawianych do kontaktów seksualnych w internecie.

– Coraz więcej dzieci deklaruje, że miało kontakt z niechcianym eksponowaniem im intymnych części ciała drugiej osoby. To jest ekshibicjonizm, który może zdarzyć się w realnych relacjach, ale bardzo często zdarza się też dlatego, że dziecko jest zmuszane do oglądania takich wizerunków w internecie – mówi dr Monika Sajkowska.

Wykorzystywanie seksualne to rodzaj przemocy, który dość trudno zdiagnozować, zwłaszcza że dzieci rzadko przyznają, że padły jego ofiarą. Istnieją oczywiste dowody popełnienia przestępstwa, takie jak uszkodzenia genitaliów dziecka czy ciąża nieletniej dziewczynki, w większości przypadków brak jednak bezpośrednich symptomów. Uwagę rodziców i opiekunów powinny zwrócić takie objawy, jak nadmierna erotyzacja dziecka, lęki nocne, obniżenie nastroju, wtórne moczenie nocne, zachowania regresywne, np. ponowne ssanie kciuka, zaburzenia łaknienia, bóle brzucha, obawa przed kontaktem z innymi ludźmi.

Zadaniem osób dorosłych jest też odpowiednia edukacja seksualna, która da dziecku narzędzia do obrony przed przemocą.

– Możemy przekazać dzieciom podstawowe zasady: że mogą powiedzieć „nie”, jeśli ktoś chce włączyć je w niechciany kontakt, że mogą przyjść z tymi trudnymi doświadczeniami czy jakimikolwiek niepokojami do rodzica i opiekuna, że intymne części ciała są chronione i nikt nie ma prawa ich dotykać, że nikt nie ma prawa wikłać dziecka w złe tajemnice – wymienia dr Monika Sajkowska.

Z badań prowadzonych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że blisko połowa rodziców dzieci w wieku 5–12 lat nie podjęła żadnych działań chroniących je przed wykorzystywaniem seksualnym. Dorośli nie zdecydowali się przede wszystkim na rozmowę, która pomogłaby dziecku rozpoznać zagrożenie i sprzeciwić się niechcianym działaniom. Eksperci podkreślają, że dziecko nie ma kompetencji umożliwiających mu prawidłową ocenę intencji agresora, ponadto ufa dorosłym.

– Nigdy nie możemy ulec złudnemu przekonaniu, że dziecko jest bezpieczne, musimy je chronić i nadzorować, ale musimy też je edukować, żeby potrafiło samo rozpoznać niepokojące sytuacje i było przekonane, że my czekamy na sygnały o tym. To nie jest tak, jak często myślą rodzice, że jak będzie się coś działo złego, to dziecko na pewno mi o tym powie – mówi dr Monika Sajkowska.

Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę prowadzi kampanię GADKI dla rodziców, dla których tego rodzaju rozmowy bywają bardzo trudne. W jej ramach uczy, jak w naturalny sposób rozmawiać nawet z małymi dziećmi na tematy związane z cielesnością i seksualnością, daje też gotowe wskazówki dla dziecka, jak może uniknąć niebezpieczeństwa i radzić sobie w sytuacji zagrożenia.

– Rodzice obawiają się, że nie potrafią o tym rozmawiać, że ten problem jest bardzo drażliwy, a dzieci są za małe, żeby usłyszeć o tym problemie. Jednak te podstawowe zasady, że dziecko ma moc sprawczą, może powiedzieć „nie”, że zły dotyk jest w określony sposób definiowany, to możemy powiedzieć nawet bardzo małemu dziecku – mówi dr Monika Sajkowska.

Nowe technologie przejmują rolę opiekunów osób starszych. Monitorują ich stan zdrowia i alarmują o niebezpiecznych sytuacjach

Nowe technologie przejmują rolę opiekunów osób starszych. Monitorują ich stan zdrowia i alarmują o niebezpiecznych sytuacjach 3

Popularyzacja rozwiązań z zakresu internetu rzeczy pozwala wdrażać innowacyjne platformy oraz urządzenia do opieki nad starszymi osobami. Powstają wyspecjalizowane elektroniczne nianie, gadżety do noszenia informujące bliskich o nagłych wypadkach, a nawet kompleksowe platformy monitoringu, dzięki którym osoby starsze mogą bezpiecznie funkcjonować w środowisku domowym bez konieczności zatrudniania opiekuna na pełen etat.

– Prawie 84 proc. wypadków osób starszych zdarza się w domu. System 4older ma zapewnić osobom starszym zdalną opiekę. Obecnie często przenosimy się do innych miast, a nasi rodzice pozostają w miejscu swojego zamieszkania. To ważne, żeby ten kontakt między dzieckiem a rodzicem był stały. Nasz system zainstalowany u rodziców, babci czy dziadka pozwala na to, aby uzyskiwać informacje w momencie, kiedy coś krytycznego się zadzieje. System poinformuje np. o upadku – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Wojtczak, członek zarządu Solverica.

Wraz ze starzeniem się społeczeństwa coraz więcej osób w podeszłym wieku będzie wymagać stałej opieki ze strony najbliższych. Aby sprostać temu wyzwaniu, firmy technologiczne inwestują w platformy oraz urządzenia do automatyzacji procesu opieki. W ten sposób rodzi się właśnie nowa gałąź branży zwana Internetem Medycznych Rzeczy (IoMT). W jej ramach powstają inteligentne czujniki, systemy monitoringu oraz gadżety do noszenia.

System 4older jest przykładem kompleksowej platformy łączącej opiekunów z podopiecznymi. Składa się on z pakietu inteligentnych czujników rozmieszczanych we wszystkich pokojach osoby objętej monitoringiem oraz aplikacji mobilnej instalowanej na telefonie opiekuna. 4older analizuje i przesyła dane telemetryczne w czasie rzeczywistym, przyspieszając tym samym czas reakcji na potencjalnie niebezpieczne wydarzenia.

– Kiedy zbije się szklanka lub ktoś upadnie, nasze sensory są w stanie zarejestrować i zidentyfikować takie zagrożenie. System zapyta się w celu potwierdzenia bądź zaprzeczenia czy coś się stało, czy ta osoba pod naszą opieką potrzebuje naszej pomocy. Jeżeli potrzebuje pomocy, system automatycznie przekazuje informacje poprzez chmurę do naszego telefonu. To od nas zależy, jak skonfigurujemy dalsze powiadamianie: czy mamy zadzwonić do sąsiada, mamy, brata czy po straż i policję, bo sprawa jest zagrażająca życiu – tłumaczy ekspert.

O krok dalej poszli projektanci systemu Stay Smart Care, którzy połączyli funkcję platformy zdrowotnej i monitoringowej. Integralną częścią systemu jest medyczne call center działające 24 godziny na dobę, które może udzielać porad zdrowotnych, a w kryzysowej sytuacji błyskawicznie wezwać pomoc do osoby starszej. Stay Smart Care współpracuje także z asystentem głosowym, który ułatwia niepełnosprawnym klientom obsługę systemu i pozwala uzyskiwać informacje na temat aktualnego stanu zdrowia osoby monitorowanej.

W opiece nad osobami starszymi pomóc mogą także platformy telemedyczne pokroju Push Doctor, dzięki którym schorowani pacjenci mogą odbywać wizyty lekarskie bez wychodzenia z domu. Ta wirtualna brytyjska przychodnia pozwala się połączyć z lekarzem za pośrednictwem aplikacji komputerowej lub mobilnej, aby uzyskać poradę lekarską bądź otrzymać receptę.

Jednym z najambitniejszych projektów branży IoMT jest platforma opracowana przez chińską firmę Lanchuang Network Technology Corp. Łączy ona kilka usług w jednym miejscu: pozwala korzystać z narzędzi telemedycznych, systemu monitoringu osób starszych, asystenta głosowego, a nawet zamawiać pomoc domową czy dostawy żywności.

Rynek ten dynamicznie rozwija się także w sektorze gadżetów do noszenia. Dobrym przykładem jest tu Apple Watch Series 4, inteligentny zegarek wyposażony w pulsometr oraz czujnik upadku, który może automatycznie wezwać służby medyczne, jeśli użytkownik zemdleje. Apple rozbudowuje także funkcje telemedyczne urządzenia i pracuje nad tym, aby sprzęt mógł wysyłać do lekarzy dane biometryczne w ramach usługi Apple Care.

– Chcielibyśmy, aby seniorzy mieli ten system za złotówkę. Jako opiekunowie powinniśmy zapewnić finansowanie w innym miejscu tego rozwiązania. I na tym opiera się nasz model biznesowy. Zgłaszamy się nie bezpośrednio do osób, które będą użytkownikami tego systemu, ale do takich firm jak telekomy, ubezpieczalnie, placówki medyczne, domy seniora. Obecnie stosowane w domach seniora systemy wymagają uzupełnienia, a nasz system doskonale wpisuje się w takie uzupełnienie – twierdzi Marcin Wojtczak.

Według Coherent Market Insights globalna wartość branży usług geriatrycznych do 2026 roku będzie się rozwijać w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie niemal 8 proc.

Lody coraz bardziej innowacyjne. Polacy opracowują ekologiczną metodę produkcji lodów mniej kalorycznych, a przy tym odpowiednich dla wegan i alergików

Lody coraz bardziej innowacyjne. Polacy opracowują ekologiczną metodę produkcji lodów mniej kalorycznych, a przy tym odpowiednich dla wegan i alergików 4

Producenci lodów stawiają na innowacje. Na rynku można już znaleźć lody, które nie topią się i nie ściekają, niektóre świecą w ciemności, a jeszcze inne – zmieniają kolor w miarę topnienia lub lizania. Polacy stawiają jednak na lody ekologiczne, które są odpowiednie także dla wegan. Polski start-up opracowuje metodę produkcji ekologicznych lodów, w których zamiast białka zwierzęcego znajdzie się izolat białka roślinnego, które może się przyczynić m.in. do obniżania cholesterolu.

– IceUp to rozwiązanie do produkcji lodów rzemieślniczych. Unikalną cechą tych lodów będzie to, że będą to lody bez białek mleka, bez laktozy, czyli pozbawione surowców pochodzenia zwierzęcego, całkowicie roślinne. Będą one odpowiednie dla wegan, dla osób z nietolerancją laktozy i alergików z alergią na białko mleka – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Aneta Radłowska-Działo, członek zarządu PowerICE.

Lody to już od dawna nie tylko desery, które różnią się tylko formą podania. Producentów ogranicza już wyłącznie fantazja. Stworzyli więc wersje lodów, które nie topią się, nie ściekają, a niektóre nawet świecą w ciemności – powstały z syntetycznej wersji bioluminescencyjnego białka z meduz. Aktywowane wapniem białka reagują, gdy są poruszone – czyli świecą, gdy lody są lizane. Jedna porcja kosztuje kilkaset dolarów. Na rynku można też znaleźć lody, które zmieniają kolor w miarę topnienia lub po oblizaniu. Lody Xamaleon mają błękitny kolor, w ciągu kilkunastu sekund są już ciemnoróżowe, a po polizaniu nabierają różnych odcieni różowego.

To jednak tylko przykłady innowacyjnych metod produkcji lodów. Polski start-up PowerICE chce stworzyć lody przyjazne alergikom i weganom, które przy okazji będą mniej kaloryczne.

– Zamiast białka zwierzęcego w skład naszych lodów będzie wchodziło białko roślinne i ono będzie pełniło odtwórczą funkcję. Białko roślinne poza tym jest bardzo zdrowe. Powoduje obniżenie poziomu cholesterolu, pełni także funkcje metaboliczne. Lody przemysłowe i lody rzemieślnicze często bazują na dodatkach do żywności. Lody rzemieślnicze, które wydaje się, że produkowane są na bazie naturalnych składników, produkowane są często z koncentratów. Nasze pozbawione są dodatków do żywności – przekonuje Aneta Radłowska-Działo.

Zazwyczaj lody rzemieślnicze to synonim zdrowego deseru. Ich skład jednak zwykle pozostawia sporo do życzenia. IceUp ma być gwarancją nie tylko lodów dla wegan czy osób stosujących całkowicie bezmleczną dietę, lecz dla wszystkich, którzy zwracają uwagę na to, co spożywają.

Na rynku można już kupić lody wegańskie oparte na soi czy oleju kokosowym, przeważnie jednak zawierają one dodatkowe składniki. IceUp stawia na naturalne składniki, a przy tym produkcja tych lodów ma niewielki wpływ na środowisko.

– Stosujemy izolat białkowy, który niesie ze sobą bardzo dobre właściwości funkcjonalne. W organizmie pełni funkcję regulujące. Jest coraz więcej badań, które pokazują, że białko roślinne obniża nam poziom cholesterolu. Z drugiej strony dla środowiska, dla klimatu, białko roślinne jest dużo bardziej cenne i mniej obciążające, bo do jego wyprodukowania nie potrzeba dużo energii – twierdzi przedstawicielka start-upu.

Jak podkreśla ekspertka, popyt na lody wegańskie jest duży. Z różnych względów produktów zwierzęcego pochodzenia nie spożywa ok. 7 proc. społeczeństwa. Dlatego w USA można już kupić całkowicie bezmleczne lody, które z powodzeniem zastąpią pełnowartościowy posiłek – zawierają więcej błonnika niż cztery miski płatków owsianych, więcej białka niż trzy jajka i więcej żelaza niż stek. Sukces niskokalorycznej, niskosłodzonej i wysokobiałkowej mrożonej przekąski firmy Halo Top sprawił zaś, że lody mogą być traktowane nie tylko jako puste kalorie. W Wielkiej Brytanii można więc kupić lody zawierające ok. 5 mld probiotyków.

– Mamy też problem z alergiami, nietolerancjami. Już 20 proc. populacji europejskiej jest na dietach bezmlecznych. Dlatego taki produkt jest potrzebny, a popyt na tego typu produkty rośnie – ocenia Aneta Radłowska-Działo.

Analityczno-informacyjne aspekty wywiadu gospodarczego

Podstawą osiągania sukcesów w biznesie jest umiejętność planowania i konsekwentnej realizacji zadań biznesowych. Jest to tym trudniejsze, im szybciej rozwija się przedsiębiorstwo. Natomiast podstawowym celem działania każdej struktury handlowej w gospodarce rynkowej jest dążenie do maksymalizacji zysków. Na drodze do osiągnięcia tego celu istnieje jednak obawa poniesienia strat. Można zatem powiedzieć, że ryzyko jest nieodłącznym elementem decyzji zarządczych na dowolnym poziomie procesu gospodarczego.

Korzystając z istniejących definicji, ryzyko można określić, jako wartość, która charakteryzuje straty spowodowane błędnymi decyzjami w zakresie zarządzania, podjętymi w wyniku błędnej oceny sytuacji ekonomicznej, politycznej i społecznej, w jakiej przyszło działać danej firmie. Z kolei z optymalną decyzją zarządczą mamy do czynienia wówczas, gdy w wyniku właściwej, poprawnie przeprowadzonej analizy obecnej sytuacji prawidłowo sprognozowano trendy rozwojowe na rynku.

Można wydzielić cztery główne kategorie ryzyka: ekonomiczne, polityczne, naturalne i strategiczne. Ryzyko strategiczne to tzw. niepewność systemowa, czyli skumulowany wynik dynamiki czynników politycznych, ekonomicznych i społecznych. W celu skutecznego działania, tj. efektywnej adaptacji do systemowej niepewności, firma musi stale modyfikować zarówno swoją strategię, jak i taktykę rozwoju, co jest możliwe tylko przy prowadzeniu aktywnej pracy polegającej na gromadzeniu i analizowaniu informacji o otaczającym ją środowisku gospodarczym.

Zadaniem struktur wywiadowczych i kontrwywiadowczych w sferze gospodarczej jest wyprzedzające wyjawienie źródeł zewnętrznych i wewnętrznych zagrożeń bezpieczeństwa, które minimalizują niepewność strategicznego ryzyka. Komórka wywiadu gospodarczego w przedsiębiorstwie pełni podwójną rolę: dba o jego bezpieczeństwo, a także rozwiązuje jego problemy marketingowe, ponieważ na podstawie otrzymywanych z tej komórki informacji wypracowywana jest polityka gospodarcza firmy. Takie działania powinny zapewniać kierownictwu podmiotu gospodarczego informacje o prawdziwych intencjach potencjalnych i faktycznych partnerów, mocnych i słabych stronach konkurencji, pozwalać wpływać na pozycję osób uczestniczących w procesach negocjacyjnych, sygnalizować możliwość wystąpienia sytuacji kryzysowych, monitorować wdrażanie i przebieg realizacji przez partnerów uprzednio osiągniętych porozumień, identyfikować nieautoryzowane kanały wycieku informacji niejawnych o przedsiębiorstwie przez jego partnerów, klientów i konkurentów.

Kwestia uznania zasadności stosowania działań wywiadowczych i kontrwywiadowczych w gospodarce w zasadzie nie podlega już dzisiaj dyskusji. Żadna strategia, żadna polityka przemysłowa i handlowa, a w konsekwencji inwestycje kapitałowe, badania naukowe, zmiany strukturalne itd. nie są już możliwe bez dogłębnej analizy sił rządzących współczesnym światem polityki, ekonomii, technologii itp. Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, staje się jasne, że informacja będzie czynnikiem determinującym budowanie przewagi w nasilającej się walce konkurencyjnej. Specjaliści uważają, że w najbliższej przyszłości jednostki wywiadu gospodarczego i kontrwywiadu biznesowego staną się integralną częścią struktur zarządzania przedsiębiorstw.

Analiza informacji we współczesnym przedsiębiorstwie

Z reguły system bezpieczeństwa przedsiębiorstwa obejmuje nie tylko aspekty operacyjne wywiadu i kontrwywiadu gospodarczego, ale także aspekty analityczno-informacyjne, które wymagają stosowania zaawansowanych systemów informatycznych. Systemów, dzięki którym możliwe jest rozpracowanie złożonych związków logicznych pomiędzy podmiotami gospodarczymi i ogromnymi niekiedy ilościami informacji dotyczących tych podmiotów. Systemy te charakteryzują się złożoną strukturą techniczną przeznaczoną dla gromadzenia, transmisji i obróbki informacji. Wyposażone są w specjalistyczne oprogramowanie służące do rozwiązywania skomplikowanych problemów analitycznych w złożonych modelach logicznych różnych baz danych.

To właśnie informatyczne narzędzia analityczne, takie jak np. Business Intelligence (BI)[1] mają obecnie coraz większy wpływ na efektywne wspomaganie procesów decyzyjnych. Obejmują one narzędzia i aplikacje do analizowania, monitorowania, modelowania, prezentowania oraz raportowania danych wspierające podejmowanie decyzji. W tym celu do analiz wykorzystuje się dane pochodzące z wywiadu gospodarczego, w tym m.in.: hurtownie danych, analizy operacyjne, dane z otwartych źródeł informacji, ale również inne dane, dotyczące np. własnej sytuacji rynkowej przedsiębiorstwa, takie jak systemy analityczne np. CRM (ang. Customer Relationship Management), pogłębione analizy finansowe, wskaźniki wydajności itp. Stosowanie narzędzi BI pozwala m.in. na lepsze poznanie preferencji klientów i analizowanie wyników sprzedaży w celu eliminowania mniej dochodowych produktów i działań. Przydatne mogą okazać się nawet najprostsze rozwiązania umożliwiające szacowanie ryzyka operacyjnego czy też ograniczanie ewentualnych zagrożeń, wynikających z problemów firm współpracujących w obrębie wspólnego łańcucha dostaw.

W coraz bardziej złożonych warunkach gospodarczych wysoko cenione są systemy informatyczne zwiększające przychody oraz optymalizujące koszty przedsiębiorstwa. Wprowadzane są systemy planowania zasobów przedsiębiorstwa klasy ERP[2], zarówno do obsługi klienta, jak i w obszarze zaplecza (back-office), niemającego bezpośredniego przełożenia na procesy sprzedaży towarów i usług. Dobrze skonfigurowany system ERP może być źródłem oszczędności dla dowolnej organizacji, a dodatkowo pozwala szybciej i w bardziej elastyczny sposób podejmować decyzje. Ponadto rozwój zaawansowanych systemów ERP wpływa pobudzająco na informatyczne narzędzia analityczne – BI wykorzystywane w ramach wywiadu gospodarczego. Rozwiązania te już przekładają się na efektywne wspomaganie procesów decyzyjnych.

Specjalistyczne kadry dla wywiadu gospodarczego

Główną przeszkodą, obok nieświadomości i niefrasobliwości przedsiębiorców, stojącą na drodze do masowego wprowadzania technologii wywiadowczych i kontrwywiadowczych w polskiej gospodarce jest niedobór kadr dobrze orientujących się w rozpracowywaniu pod względem informacyjnym polskich i międzynarodowych sfer gospodarczych, posługujących się biegle technikami i metodami pracy analityczno-informacyjnej, a także zdolnych do tego, aby kontynuować rozwój metodologii pracy wywiadu gospodarczego.

Polskie szkoły wyższe zaledwie w niewielkim stopniu zajmują się szkoleniem specjalistów o tym profilu. I o ile na kilku polskich uczelniach można znaleźć kierunki kształcenia związane z operacyjnymi aspektami wywiadu gospodarczego, o tyle już aspekty analityczno-informacyjne tego wywiadu w zasadzie nigdzie nie są wykładane[3]. Tymczasem w krajach zachodnich zapotrzebowanie na rozmaitych specjalistów wywiadu gospodarczego dramatycznie wzrosło. Wzrosły również potrzeby w zakresie szkolenia kadr w specjalnościach, które mogą zabezpieczyć pod względem informacyjnym podejmowanie przez zarządy firm optymalnych decyzji w warunkach niepewności związanej z różnymi rodzajami ryzyka biznesowego.

Za granicą już od dłuższego czasu przywiązuje się duże znaczenie do kwestii właściwego przygotowania kadr dla wywiadu gospodarczego. W Republice Federalnej Niemiec już od 1973 r. na bazie Izby Handlowo-Przemysłowej przygotowywane są wysoko wykwalifikowane kadry w zakresie ochrony przemysłu i bezpieczeństwa ekonomicznego. Kursy prowadzone przez Izbę kończą się egzaminem kwalifikacyjnym, a osoby, które go zdały, mają możliwość zajmowania stanowisk w niepublicznym systemie bezpieczeństwa.

W Stanach Zjednoczonych w przygotowanie kadr dla wywiadu gospodarczego aktywnie angażują się Massachusetts Institute of Technology i stowarzyszenie SCIP (ang. Society of Competitive Intelligence Professionals). Należy zauważyć, że amerykańscy biznesmeni od dawna rozumieją i doceniają znaczenie technologii wywiadowczych i kontrwywiadowczych w biznesie i ich głównej funkcji, jaką jest dostarczenie najwyższemu kierownictwu podmiotu gospodarczego aktualnych, wiarygodnych i kompletnych informacji, ukierunkowanych na podejmowanie optymalnych decyzji zarządczych. W zachodniej literaturze naukowej ta funkcja zarządzania jest określana mianem „wywiadu biznesowego” lub „wywiadu konkurencyjnego”. Przekonanie Amerykanów o potrzebie stosowania ww. praktyk w przedsiębiorstwach wyraża się m.in. coraz częstszym wprowadzaniem do zarządów amerykańskich firm stanowiska dyrektora ds. wywiadu gospodarczego.

Jak już wskazano wcześniej, systemy bezpieczeństwa przedsiębiorstwa realizują zadania operacyjnego gromadzenia informacji, współdziałając jednocześnie poprzez sieci IT z systemami informatycznymi, rejestrującymi różnorodne zdarzenia z otoczenia biznesowego tego przedsiębiorstwa. Oznacza to aktywne współdziałanie człowieka z komputerem w zakresie realizacji określonych procedur, przyjmowania określonych modeli przy podejmowaniu decyzji, w tym m.in. z dziedziny gier symulacyjnych, modeli logicznych itp.

Rozwiązanie tych problemów wymaga zaangażowania szerokiego grona specjalistów, a w tym oprócz personelu operacyjnego oraz analityków informacji i specjalistów ds. bezpieczeństwa informacji, również takich specjalistów, jak: analitycy systemowi, specjaliści w dziedzinie technologii komputerowej, systemów łączności, transmisji danych i programowania. Naturalnie zapotrzebowanie na tych specjalistów będzie rosło wraz z rozwojem gospodarki rynkowej, a co za tym idzie, wraz ze wzrostem poziomu konkurencji.

Strategia przygotowania specjalistów wywiadu gospodarczego powinna powstać w oparciu o aktualną, realną sytuację kadrową wynikającą ze stanu nasycenia przedsiębiorstw tymi specjalistami, która w przypadku naszego kraju wymaga:

  • po pierwsze zorganizowania sieci kursów przekwalifikujących i podwyższających kwalifikacje dla specjalistów z dziedzin pokrewnych,
  • po drugie rozpoczęcia fundamentalnego, systematycznego szkolenia wysoko wykwalifikowanych młodych profesjonalistów w ramach szkolnictwa wyższego,
  • po trzecie podjęcia prac naukowo-badawczych i przygotowania młodych pracowników naukowych (np. w ramach realizowanych prac doktorskich) w dziedzinie bezpieczeństwa gospodarczego (wywiad i kontrwywiad gospodarczy) na bazie uniwersytetów i innych uczelni wyższych.

W celu szkolenia na odpowiednim poziomie wykwalifikowanych specjalistów wywiadu gospodarczego w ww. profilach konieczne jest wprowadzenie zmian w już istniejących programach kształcenia specjalistów ds. wywiadu gospodarczego. Jako obowiązkowe powinny zostać wprowadzone przedmioty związane z wiedzą systemowo-techniczną w zakresie BI, techniki komputerowej, systemów IT, tworzenia programów komputerowych. Specjaliści ci, oprócz dysponowania umiejętnościami prowadzenia operacyjnych zadań wywiadowczych i kontrwywiadowczych, powinni dysponować wiedzą z zakresu: metod i rodzajów pracy analityczno-informacyjnej; modelowania procesów związanych z oceną ryzyka; metod, sposobów i środków systemowej ochrony informacji; sposobów prowadzenia ataków informacyjnych i obrony przed nimi.

Współczesne organizacje gospodarcze, które decydują się na odważne działania konkurencyjne, muszą dysponować narzędziami informatycznymi umożliwiającymi prowadzenie szczegółowych analiz informacji, pochodzących z rynku, w tym m.in. z wywiadu gospodarczego. Jest oczywiste, że w miarę dalszego rozwoju i wzrostu znaczenia wywiadu gospodarczego, a także technologii informatycznych i analitycznych, lista ta będzie musiała zostać udoskonalona i rozszerzona, wraz z odpowiednią zmianą wymagań stawianych specjalistom wymienionych branż.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, płk rez. dr inż. Krzysztof Surdyk

Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

[3] W kilku polskich prywatnych szkołach wyższych organizowane są z różnym powodzeniem studia podyplomowe, kierunki (specjalności) studiów lub kursy wywiadu gospodarczego, w których nacisk położony jest jednak głównie na problematykę operacyjną i detektywistyczną. I tak na przykład: w Akademii Leona Koźmińskiego: w 2014 r. podjęto próbę zorganizowania studiów podyplomowych „Strategiczny wywiad biznesowy”, w Wyższej Szkole Bezpieczeństwa – Filia w Gliwicach i w Wyższej Szkole Biznesu i Nauk o Zdrowiu w Łodzi uruchomiono specjalności: „Detektywistyka i wywiad gospodarczy”, a w Prywatnej Wyższej Szkole Nauk Społecznych Komputerowych i Medycznych w Warszawie podjęto próbę zorganizowania kursów specjalistycznych: „Wywiad gospodarczy w zarządzaniu współczesnym przedsiębiorstwem”.

Rewitalizacja historycznych terenów przemysłowych przynosi miastom najciekawsze miejscówki

W realizacji najbardziej spektakularnych, wielofunkcyjnych inwestycji, opartych na rewitalizacji dawnych obiektów przemysłowych, wybija się dziś przede wszystkim Łódź i Warszawa. Z dużym, miastotwórczym projektem rewitalizacyjnym startuje też Gdańsk.

Mateusz Strzelecki – Partner w Walter Herz
Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz

– Inwestycje związane z rewitalizacją dawnych fabryk, elektrowni, browarów, czy stoczni, które dzięki przebudowie oferują nowe, komplementarne funkcje to dziś wyraźny trend urbanistyczny, który najbardziej widoczny jest w największych miastach w kraju – zauważa Mateusz Strzelecki, Partner i Head of Regional Markets w Walter Herz. – Zaniedbane tereny poprzemysłowe z historycznymi zabudowaniami, szczególnie te położone w centrach aglomeracji, przekształcane są zwykle zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju. Część tego typu przedsięwzięć, nie tylko przynosi atrakcyjne obiekty komercyjne i poprawia jakość przestrzeni publicznej, ale również zmienia użyteczność całych kwartałów miejskich – przyznaje ekspert.

Mateusz Strzelecki zwraca uwagę, że projekty rewitalizacyjne poza swoją miastotwórczością, niosą także wartość dodaną w postaci autentyczności, którą czerpią z tożsamości miejsca, historii i niepowtarzalnego charakteru dawnych zabudowań. – Dzięki temu, takie inwestycje są ciekawsze od nowych obiektów i stają się jednymi z najatrakcyjniejszych i najbardziej reprezentacyjnych miejsc w miastach. Różnorodność funkcji i ciekawe zagospodarowanie nowych placów, alejek i pasaży sprawia, że wpisują się w miejski koloryt, nie tylko jako atrakcyjne centra, ale są także tętniącymi życiem, lokalnymi miejscami spotkań i wizytówkami dzielnic – dodaje Strzelecki.

– Za takimi głośnymi realizacjami, jak warszawski Koneser, czy łódzka OFF Piotrkowska, które stały się już gorącymi punktami na mapie turystycznej, idą kolejne. Stara Praga od lat czekała na projekt, który swoją siłą oddziaływania, efektywnie przyczyniłaby się do zmiany jej wizerunku. Koneser, który z sukcesem połączył urok wiekowej architektury z nowoczesnym designem, przyciąga dziś tłumy, dzięki organizowanych na jego terenie licznym wydarzeniom kulturalnym. I tak dzielnica, do której wcześniej budziła rezerwę, postrzegana jest dziś jako atrakcyjna i przyjazna – tłumaczy Mateusz Strzelecki.

Łódź w procesie rewitalizacji

Program rewitalizacji prowadzony w Łodzi to największe tego rodzaju przedsięwzięcie w Polsce. W ramach restrukturyzacji obszarowej restaurowane są kamienice i zabudowania dawnych obiektów fabrycznych oraz infrastruktura miejska. Miasto inwestuje olbrzymie środki w przestrzeń publiczną, pozyskując na ten cel wysokie fundusze unijne. Władze Łodzi sukcesywnie rozwijają jednocześnie współpracę z inwestorami. W mieście prowadzą projekty największe firmy deweloperskie w kraju.

Niedawno ze swoją inwestycją wystartowało Echo Investment. Fuzja, realizowana na terenie dawnej fabryki Karola Scheiblera przy ulicy Tymienieckiego w Łodzi, ma być otwartą, atrakcyjną częścią miasta, gdzie dawna, ceglana zabudowa połączy się z nowoczesną. Złoży się na to 20 budynków o różnorodnych funkcjach, wśród których 14 to zaadoptowane zabudowania historyczne. W sercu kompleksu usytuowany będzie nowy plac miejski  i secesyjna elektrociepłownia, która po rewitalizacji przeznaczona zostanie na cele kulturalne, edukacyjne lub gastronomiczne. Projekt zakłada budowę czterech budynków z ponad 600 mieszkaniami. Przyniesie ponadto 40 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, a historyczne zabudowania pomieszczą 15 tys. mkw. przestrzeni przeznaczonej na usługi, sklepy i restauracje.

Multifunkcyjny Księży Młyn

Wcześniej na terenie Księżego Młyna inwestowała firma Opal Property Developments, która przekształciła w lofty U Scheiblera ponad 200 metrowy budynek dawnej przędzalni, gdzie znalazło się 421 mieszkań. W odrestaurowanej fabryce Ludwika Grohmana mieszczą się dziś nowoczesne biura. W zmodernizowanych budynkach magazynowych działa zaś Art Inkubator. Miasto odnowiło też usytuowaną obok przędzalni, neorenesansową willę Herbsta, a w odrestaurowanym budynku dawnej szkoły przy fabryce Scheiblera w 2020 roku nową siedzibę znajdzie Akademickie Centrum Designu ASP.

W historycznej remizie strażackiej, zrewitalizowanej przez firmę St. Paul’s Developments, funkcjonują dziś nowoczesne biura. Wysokiej klasy powierzchnie biurowe mieści też Textorial Park, nowy obiekt biurowy, który powstał w pobliżu tego zabytkowego budynku. Aktualnie deweloper przygotowuje realizację nowego projektu, którego budowa ma rozpocząć się jeszcze w tym roku. Textorial Park II obejmuje renowację i nadbudowę dwóch zabytkowych magazynów bawełny dawnego kompleksu Scheiblera i budowę nowoczesnego biurowca, w których do wynajęcia będzie łącznie 26 tys. mkw. powierzchni. Firma zapowiada również stworzenie ponad 9 tys. mkw. ogólnodostępnej przestrzeni wypoczynkowej z kawiarniami, centrum fitness&SPA, a nawet przedszkole i bibliotekę.

Monopolis na ostatnim wirażu  

W tym roku mają natomiast zakończyć się prace nad rewitalizacją zabudowań dawnego Monopolu Wódczanego z 1902 roku, trzeciego co do wielkości łódzkiego zespołu fabrycznego, po zakładach Karola Scheiblera i Izraela Poznańskiego. Wielofunkcyjny kompleks Monopolis, położony w centrum miasta, dostarczy 23,4 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, mieszczącej się w zabytkowym gmachu rozlewni i dwóch nowych budynkach. Zaoferuje także rozwiniętą ofertę gastronomiczną, kulturalną oraz usługową na powierzchni 5 tys. mkw. W dawnym laboratorium wódek smakowych powstanie bistro, a w magazynie spirytusu – teatr. Ważną częścią kompleksu stanie się muzeum poświęcone historii Polmosu i technologii wytwarzania wódki. Monopolis mieścił będzie blisko 100 metrowy pasaż z licznymi restauracjami i kawiarniami, zlokalizowany jest w centralnym punkcie obiektu.

Przy ulicy Zielonej w Łodzi rozpoczyna się również rewitalizacja kamienicy Aurbachów. W połowie 2021 roku w kamienicy mają zostać oddane nowoczesne biura i punkty usługowo-handlowe na parterze w budynku. Neobarokowa kamienica, składająca się z budynku frontowego i dwóch oficyn przyniesie po rewitalizacji ponad 1,4 tys. mkw. powierzchni najmu.

Projekty rewitalizacyjne na warszawskiej Woli

W Warszawie kilka ostatnich lat to z kolei czas dużych przemian przestrzennych związanych z przekształceniem obszarów postindustrialnych przede wszystkim na Woli i Pradze Północ. Na Woli pomiędzy ulicą Żelazną, Łucką i Prostą proces rewitalizacji przechodzą dziś zabudowania dawnego Towarzystwa Akcyjnego Fabryk Metalowych Norblin, Bracia Buch i T. Werner. Zachowało się tam dziewięć XIX-wiecznych obiektów, które po renowacji pełnić będą funkcje handlowo-usługowe. Firma Capital Park, która jest inwestorem projektu planuje także budowę nowych biurowców. Na terenie obiektu otwarte zostanie też kino, teatr oraz muzeum dawnej fabryki Norblina z 50 odrestaurowanymi maszynami i kolekcją platerów.

Pomiędzy budynkami, na obszarze 2 hektarów powstanie sieć pasaży, wewnętrznych uliczek i skwerów, wypełnionych zielenią, które tworzyć będą mini dzielnicę. ArtN dostarczy 66 tys. mkw. powierzchni użytkowej, w tym 40 tys. mkw. powierzchni biurowej i 26 tys. mkw. przestrzeni poświeconej funkcji handlowej, usługowej, rozrywkowej, kulturalnej i gastronomicznej. Na terenie kompleksu, który być otwarty na koniec 2020 roku, funkcjonował będzie BioBazar, kluby, restauracje oraz foodhall z ponad 20 konceptami gastronomicznymi. Przewidziany został też czteropoziomowy parking podziemny.

Browary Warszawskie i Bohema

Niedaleko, fabryki Norblina, w kwartale ulic Grzybowska, Wronia, Krochmalna i Chłodna usytuowany jest dawny Browar Haberbusch i Schiele, a później Browary Warszawskie. Na tym terenie Echo Investment realizuje zespół mieszkaniowo-biurowy. W skład inwestycji wchodzą dwa nowe budynki Biura przy Willi i Biura przy Warzelni, w których znajdzie się łącznie 46 tys. mkw. powierzchni oraz budynki mieszkalne. Inwestor przywrócił już świetność XIX-wiecznej willi przy ulicy Grzybowskiej, w której mieszkali niegdyś współwłaściciele firmy, Feliks i Kazimierz Schiele. Budynek dawnej warzelni i 170 letnie, zabytkowe piwnice mają po rewitalizacji przyjąć zaś funkcje gastronomiczno-rozrywkowe. W Browarach Warszawskich powstanie też nowa ulica Haberbuscha i Schielego oraz pięć placów miejskich. Obiekt zaoferuje bogatą ofertę gastronomiczną, a w centralnym punkcie – Rynku Warzelni otwarta zostanie XIX-wieczna warzelnia. Zakończenie realizacji inwestycji planowane jest w 2020 roku.

Z kolei na warszawskiej Pradze przy ulicy Szwedzkiej, niedaleko słynnego już Konesera, dzięki któremu dzielnica znacznie zyskała na popularności wśród mieszkańców miasta i turystów, rusza restrukturyzacja dawnej fabryki Pollena-Uroda. Na terenie zakładów, które przed wojną należały do rodziny Schichtów, firma Okam Capital wznosi zespół mieszkaniowo-komercyjny o nazwie Bohema. Projekt obejmuje budowę nowych budynków i rewitalizację zabytkowych zabudowań. W centralnym punktem nowego, otwartego placu miejskiego, na którym odbywać się będą wydarzenia artystyczne, znajdzie się 83 metrowy komin górujący niegdyś nad zakładem Polleny. Rewitalizacja historycznych budynków Kotłowni, Glicerynowni i Warzelni, w których znajdzie się około 6,5 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni komercyjnej, już się rozpoczęła, a jej zakończenie przewidziane jest w pierwszym kwartale 2021 roku. Bohema, usytuowana na 4,3 hektarowym terenie, zaoferuje mieszkania, lokale handlowo-usługowe i biurowe oraz przestrzeń co-workingową.

White Star Real – Estate Elektrownia Powiśle Warszawa, woj. mazowieckie
White Star Real – Estate Elektrownia Powiśle Warszawa, woj. mazowieckie

Elektrownia znów rozbłyśnie na Powiślu

Niedługo życie wróci również m.in. do opuszczonego budynku PZO przy ulicy Grochowskiej 316/320. Na terenie przedwojennych zakładów optycznych firmy Cain International i White Star Real Estate planują budowę 121 mieszkań i odrestaurowanie ponad 12 tys. mkw. powierzchni z przeznaczeniem na cele biurowo-usługowe w dawnym obiekcie fabrycznym. Realizacja inwestycji ma się zakończyć w 2021 roku.

White Star Real Estate wraz z Tristan Capital Partners na warszawskim Powiślu prowadzi też projekt związany z rewitalizacją dawnej Elektrowni Warszawskiej z 1904 roku. Multifunkcyjna Elektrownia Powiśle w trzech nowych budynkach biurowych zaoferuje 22 tys. mkw. powierzchni najmu, a ponadto 90 luksusowych, loftowych apartamentów na wynajem i butikowy hotel ze 150 pokojami. Na terenie obiektu, który ma zostać oddany jesienią bieżącego roku, dostępna będzie też część handlowo-restauracyjna o powierzchni 18 tys. mkw. z prawie 40 różnorodnymi konceptami gastronomicznymi oraz nowe place miejskie usytuowane pomiędzy odrestaurowanymi i nowymi budynkami.

Rewitalizacja Stoczni Cesarskiej na starcie

Niezwykle interesująco zapowiada się również projekt związany z rewitalizacją obszaru Nowego Miasta i Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Restrukturyzacją mają zostać objęte 73 hektarowe tereny postoczniowe nad Motławą, położone w bliskim sąsiedztwie Starego Miasta, które stanowią dziś własność prywatnych inwestorów. W planach jest wykorzystanie dawnych hal stoczniowych oraz budowa nowych obiektów hotelowych, biurowych i mieszkalnych. Rewitalizacja tego obszaru ma dać Gdańskowi nową, reprezentacyjną dzielnicę, gdzie poza budynkami mieszkalnymi i komercyjnymi mieścić się będą liczne restauracje, sklepy, placówki usługowe, a także parki i skwery dla mieszkańców.

Rewitalizacja zabudowań Stoczni Cesarskiej, która jest wyjątkowym miejscem na mapie miasta, właśnie ruszyła. Belgijska spółka Stocznia Cesarska Development otrzymała niedawno pozwolenie na budowę, umożliwiające rozpoczęcie remontu budynku Dyrekcji. Renowacja zabytkowego obiektu z 1878 roku ma zakończyć się w lipcu 2020 roku. W odnowionej Dyrekcji będzie 4 tys. mkw. powierzchni biurowej, a także sale konferencyjne, strefy relaksu, kawiarnia, przestrzeń eventowa. Pierwszy etap realizacji projektu obejmie również adaptację Remizy i budowę pierwszych czterech budynków mieszkalnych na Placu Dyrekcyjnym oraz nowej przestrzeni publicznej. Na terenie Młodego Miasta wielu deweloperów przygotowuje aktualnie do budowy swoje projekty komercyjne i mieszkaniowe.

Poznań, Kalisz i Radom z klimatycznymi miejscówkami

Nową dzielnicę z różnymi funkcjami ma mieć też Poznań. Nowy kwartał miejski powstanie na terenie wygaszonej elektrociepłowni w zakolach Warty. Część terenu, na którym planowana jest Mała Wenecja należy do Veolii, a część do miasta, które poszukuje inwestorów dla tego przedsięwzięcia. W tym celu opracowano koncepcję zabudowy obszaru Elektrociepłowni Garbary na Ostrowie Tumskim.

Ciekawą, zakończoną niedawno rewitalizacją może pochwalić się natomiast Kalisz, gdzie na   terenie dawnej Fabryki Fortepianów i Pianin Calisia otwarty został wielofunkcyjny kompleks biznesowy Calisia One. W najstarszej, zabytkowej części historycznych zabudowań oddana została nowoczesna powierzchnia biurowa. Stanął w niej również fortepian wyprodukowany w 1939 roku. W kompleksie funkcjonuje hotel Hampton by Hilton Kalisz i otwarty został zrewitalizowany dziedziniec z knajpkami, restauracjami i konceptami kulinarnymi.

Na swoje kolejne wcielenie czekają też zabudowania Fabryki Broni Łucznik w Radomiu. Agencja Rozwoju Przemysłu w drodze przetargu wyłoni wykonawcę dokumentacji projektowej rewitalizacji, przebudowy i nadbudowy wraz ze zmianą sposobu użytkowania kompleksu budynków fabrycznych przy ulicy Przemysłowej. W dawnych zabudowaniach ma powstać nowoczesna powierzchnia biurowa, przede wszystkim dla branży nowoczesnych usług dla biznesu. Przewidziane zostały tam też sale na konferencje, szkolenia, działalność dydaktyczna i kulturalno-oświatową.

Małe sklepy znikają przez zakaz handlu? Eksperci i GUS mają spore wątpliwości

GUS zwraca uwagę na to, że w mediach krążą błędne interpretacje dot. małych, niezrzeszonych sklepów, które upadły wskutek zakazu handlu w niedziele. Liczba placówek działających w 2018 roku zostanie podana dopiero w IV kwartale br. w publikacji „Rynek wewnętrzny”. Z kolei instytuty badawcze dysponują niepełnymi statystkami. Zdaniem niektórych ekspertów, od 15 lat małoformatowy handel niezależny traci na znaczeniu, dlatego analizowanie go nie ma większego uzasadnienia biznesowego. Natomiast PIH obserwuje, jak radzi sobie ten sektor po wprowadzeniu zakazu, ale z konkretnym podsumowaniem czeka do końca 2020 roku. Obecnie dostrzega, że w najgorszej sytuacji są sklepy o powierzchni powyżej 100 m2.

Problem z danymi?

Jak informuje Ewa Bolesławska, Naczelnik Wydziału Współpracy z Mediami Głównego Urzędu Statystycznego, w przestrzeni publicznej pojawiają się czasem błędne interpretacje dotyczące tego, jak wiele małych sklepów zamknięto na skutek wprowadzenia zakazu handlu. Dane w rejestrze REGON, na jakie niektórzy się powołują, informują m.in. o liczbie podmiotów prowadzących działalność gospodarczą związaną z handlem. Należy jednak pamiętać o tym, że mogą one posiadać np. jedną lub kilka placówek. W bazie są też zarejestrowane podmioty niehandlowe, które również mogą posiadać sklepy.

– Nieumiejętne interpretowanie danych statystycznych i szerzenie błędnych informacji przede wszystkim zniekształca stan faktyczny i obraz całego handlu jako ważnej gałęzi gospodarki. Z oczywistych względów najbardziej mogą na tym ucierpieć przedsiębiorcy związani z tym rynkiem. Decyzje biznesowe oparte o wycinkowe liczby obarczone są wysokim ryzykiem – ostrzega dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Informacje na temat liczby sklepów funkcjonujących na rynku są pozyskiwane za pomocą sprawozdawczości podmiotów gospodarczych po zakończeniu roku referencyjnego, a następnie – opracowywane. Odbywa się to zgodnie z Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 19 grudnia 2017 r. w sprawie programu badań statystyki publicznej na 2018 rok. W oparciu o analizę pozyskanych formularzy sprawozdawczych powstaje publikacja „Rynek wewnętrzny”, która będzie dostępna dopiero w IV kwartale br. Po porównaniu ze sobą danych uzyskanych na koniec 2018 i 2017 roku wówczas będzie można określić, ile sklepów faktycznie ubyło na rynku.

– Wszystkie podmioty gospodarcze mają obowiązek wypełniania formularzy sprawozdawczych i przekazywania pełnych oraz wyczerpujących informacji. Jedynie mikroprzedsiębiorstwa w pierwszym roku swojej działalności są zwolnione z obowiązku sprawozdawczego, o ile nie wynika on z umów i zobowiązań międzynarodowych lub przepisów prawa Unii Europejskiej – precyzuje Ewa Bolesławska.

Ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA dostrzega, że wyłączenie niektórych mikroprzedsiębiorstw z badania może mieć wpływ na ostateczny wynik analizy. Wnioskowanie na podstawie niepełnych danych prowadzi zwykle do mylnych konkluzji. Zmniejsza się bowiem poziom ufności, z jakim możemy być pewni otrzymanych statystyk oraz zwiększa się błąd maksymalny, czyli różnica pomiędzy uzyskanym wynikiem a wartością rzeczywistą. Dodatkowo pojawia się kwestia błędu systematycznego, wynikająca z zastosowanej metody pomiaru, która może mieć jeszcze większy wpływ na rozbieżności.

– Rozwiązaniem może być tzw. cenzus sklepów. W dużym skrócie polega to na tym, że audytorzy sprawdzają każdą ulicę w miastach, miasteczkach i na obszarach wiejskich pod kątem ich obecności. Mają precyzyjnie wyznaczone trasy, które pokrywają cały analizowany obszar. Każda placówka handlowa jest dokładnie audytowana. Jak łatwo sobie wyobrazić, taki spis jest czasochłonny i bardzo kosztowny. Dodatkowo przy obecnej dynamice rynku dane się dezaktualizują – podkreśla Sebastian Starzyński, prezes zarządu platformy TakeTask.

Z kolei Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny w Polskiej Izbie Handlu, zauważa, że oprócz GUS-u statystyki prowadzi aż kilka instytutów badawczych na rynku. Jednak każdy z nich przyjmuje inną metodologię, szczególnie w zakresie definiowania danej kategorii sklepów. Jest to do pewnego stopnia zrozumiałe, ponieważ mamy do czynienia z mnogością formatów, pomiędzy którymi często brakuje wyraźnej granicy. W efekcie bardzo trudno jest porównywać ze sobą dane z różnych źródeł.

– Instytuty badawcze są w posiadaniu bardzo dokładnych i aktualnych danych, ale niestety niepełnych. Dysponują informacjami dotyczącymi m.in. tego, kiedy i gdzie został otwarty lub zamknięty sklep, jaką ma powierzchnię i otoczenie. Jednak są to przede wszystkim placówki należące do średnich i największych sieci. Od 15 lat małoformatowy handel niezrzeszony traci na znaczeniu. Właściciele coraz częściej decydują się na franczyzę. Monitorowanie liczby niesieciowych punktów sprzedaży nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Jest to ciekawa statystyka, ale rynek nie zgłasza na nią zapotrzebowania – uważa dr Jurowczyk.

Wpływ zakazu handlu

Według Sebastiana Starzyńskiego, nie znając dokładnej liczby sklepów działających na rynku, trudno jest właściwie ocenić, jak wiele małoformatowych placówek upadło w związku z wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele. Zjawisko zamykania niezależnych i małych punktów sprzedaży obserwujemy od wielu lat, zatem należałoby corocznie mierzyć cenzusem wszystkie z nich i porównać tempo spadku lub wzrostu w 2018 roku. Przy braku precyzyjnych danych bardzo łatwo jest o manipulację. Formułowanie wniosków będzie możliwe po zgromadzeniu niezbędnych informacji, które będzie można analizować w perspektywie kilku miesięcy lub paru lat.

– Monitorowanie skutków zakazu jest o tyle trudne, że każdy rok jest inny z punktu widzenia legislacji. Najpierw ograniczono handel w dwie niedziele w miesiącu, a potem – w trzy. W przyszłym roku sklepy będą nieczynne co tydzień. To komplikuje ocenę, bo nie można porównać wyników sprzedażowych przy takich różnicach. Pełną wiedzę będziemy mieli dopiero na koniec 2020 roku, po 12 miesiącach funkcjonowania pełnego obostrzenia – zwraca uwagę ekspert z Polskiej Izby Handlu.

Natomiast prezes Starzyński przypomina, że wprowadzenie zakazu handlu miało m.in. na celu rozwój polskiego niezależnego handlu. Jednak patrząc na to, jak działa rynek, już teraz można stwierdzić, że nie do końca to się udało. Duże sieci handlowe znalazły sposób na zrekompensowanie strat wynikających z wolnych niedziel. Zachęcają klientów do większych zakupów w inne dni tygodnia. W opinii eksperta z platformy TakeTask, największym zwycięzcą są stacje benzynowe. Na zmianie prawa zyskała też m.in. gastronomia. Jednak z całą pewnością nie można tego powiedzieć o sklepach małoformatowych.

– Z obserwacji Izby wynika, że sklepy mające do ok. 100 m2 powierzchni, które mogą być otwarte w niehandlowe niedziele i korzystają z tego przywileju, na ogół dobrze sobie radzą. Oczywiście ww. wielkość lokalu to umowna granica. Chodzi o to, żeby właściciel mógł samodzielnie pracować. Większych punktów sprzedaży nie jest w stanie kontrolować jedna osoba, która musi obsługiwać klientów, donosić towar z zaplecza i jeszcze uważać na ewentualne kradzieże. Takie podmioty najbardziej tracą na zakazie. Dlatego sprzedaż w piątki i w soboty stała się dla nich obszarem zaciekłej, choć nierównej walki konkurencyjnej z dyskontami, mocno inwestującymi w reklamę – zaznacza Maciej Ptaszyński.

Dr Jurowczyk przewiduje, że z każdym kolejnym zakazem bądź zaostrzeniem prawa walka konkurencyjna sklepów niezrzeszonych z sieciami handlowymi będzie niestety jeszcze trudniejsza. Już teraz pojedynczym placówkom i podmiotom posiadającym do kilku punktów sprzedaży niełatwo jest konkurować, chociażby ze względu na brak budżetów na prowadzenie jakichkolwiek akcji marketingowych.

– Niemniej przewagą sklepów niezrzeszonych jest to, że lepiej rozumieją rynek lokalny. Dobrze znają potrzeby i oczekiwania swoich klientów, szybciej reagują na zmiany i skuteczniej budują pozytywne relacje z konsumentami. Często cieszą się większym zaufaniem niż międzynarodowe sieci handlowe. Dlatego nie znikną z rynku, ale ich znaczenie będzie stale topnieć – zapewnia Sebastian Starzyński.

W ocenie eksperta z Polskiej Izby Handlu, nigdy nie jest tak, żeby wyłącznie jeden czynnik powodował zamknięcie sklepu. Może na to wpłynąć lokalizacja, obecna w danym rejonie konkurencja, sposób zarządzania placówką, w tym polityka asortymentowa i cenowa, a także wzrost kosztów stałych, np. rosnące wynagrodzenia. Dopiero po analizie indywidualnych uwarunkowań, warto wziąć pod uwagę to, na ile zmiany legislacyjne mogły przyczynić się do upadku biznesu. Należy też dodać, że część dobrze prosperujących niezrzeszonych placówek znika z rynku z powodu braku sukcesji. Młode pokolenie nie zawsze chce przejmować je po rodzicach. Brakuje też odpowiednich przepisów w tym zakresie, ale to jeszcze ma szansę się zmienić.

Carsharing na doby

Statystyczny samochód przez 95% czasu stoi nieużywany, a w ruchu uczestniczy przez ok. godzinę dziennie. Carsharing to trend, który może to zmienić. Istotą ekonomii współdzielenia (ang. sharing economy) jest możliwość używania jednego przedmiotu przez wiele osób. Dzięki temu jedno auto dłużej znajduje się w ruchu, co jest zarówno ekonomiczne, jak i ekologiczne. 

W Polsce o carsharingu mówi się zazwyczaj w kontekście wynajmu aut na minuty. Samochód udostępniany w takiej formule można wypożyczyć od razu „z ulicy”, tam, gdzie pojazd pozostawi poprzedni użytkownik. Z auta skorzystać może każdy, kto posiada prawo jazdy, ściągnie na telefon aplikację, po czym poda w niej dane swojej karty płatniczej. Tyle wystarczy, by móc wsiąść do dowolnego auta danej firmy carsharingowej i poruszać się po mieście, płacąc za przejechany dystans oraz za czas używania pojazdu.

Tego typu carsharing ma jednak nie tylko zalety, ale i wady. Użytkownik może wybierać co najwyżej spośród kilku modeli pojazdów, a podróże zwykle ograniczają się do ściśle wyznaczonej strefy. W dodatku, aby klienci mieli wygodny dostęp do aut, samochody na wynajem zajmują publiczne parkingi – zarówno w centrach miast, jak i na osiedlach w odległych dzielnicach. Zmniejszają w ten sposób liczbę miejsc do parkowania dostępnych dla kierowców aut prywatnych.

Carsharing minutowy posiada jednak alternatywę w postaci carsharingu na doby. Tego typu oferty znajdziemy zarówno u niektórych operatorów carsharingu minutowego, jak i – przede wszystkim – w firmach wyspecjalizowanych w wynajmie krótkoterminowym (na dni) oraz średnioterminowym (na miesiące).

– Wypożyczalnie samochodów działają w Polsce od ponad 20 lat, więc auta dostępne na doby nie są niczym nowym. Nowością jest jednak metamorfoza, jaką przechodzi wynajem, szczególnie krótkoterminowy. Cały proces wynajmu ulega uproszczeniu, rozliczenia stają się przejrzyste, a w efekcie wynajem na doby coraz bardziej wpisuje się w ekonomię współdzielenia. W dodatku tego typu carsharing pozwala uniknąć wielu wad wynajmu minutowego – mówi Ireneusz Tymiński, prezes ogólnopolskiej wypożyczalni samochodów Emotis.

Czy to w ogóle carsharing?

Zacznijmy od tego, czy wynajem krótkoterminowy można w ogóle uznać za rodzaj carsharingu. Zgodnie z Wikipedią „carsharing to system wspólnego użytkowania samochodów osobowych. Samochody udostępniane są za opłatą użytkownikom przez operatorów floty pojazdów (…)”. Kluczowe jest więc to, aby z jednego auta mogło korzystać wiele osób, zwiększając tym samym stopień wykorzystania dostępnych samochodów.

Zgadza się też opis mówiący, że „carsharing to model biznesowy wypożyczalni samochodów, gdzie możliwe jest wypożyczanie samochodu na krótki czas, często z godziny na godzinę. Jest on atrakcyjny dla klientów, którzy tylko sporadycznie korzystają z pojazdu, a także dla tych, którzy chcieliby okazjonalnie mieć dostęp do samochodu innego typu. Podstawą carsharingu jest uzyskanie korzyści prywatnego samochodu, bez kosztów i obowiązków wynikających z jego posiadania.”

Wśród innych cech przypisywanych carsharingowi znajdziemy m.in. łatwy dostęp do samochodów, elastyczny czas wynajmu, czy ubezpieczenie w cenie wynajmu. Warto jednak zaznaczyć, że szczegółowe rozwiązania mogą znacznie się różnić w zależności od zasad ustalonych przez konkretną firmę, co nie zmienia faktu, że mamy do czynienia właśnie z carsharingiem.

Co wyróżnia carsharing dobowy?

Carsharing dobowy dobrze sprawdzi się wtedy, gdy klient potrzebuje auta na więcej niż 2-3 godziny, w tym również wówczas, gdy chciałby wyjechać poza miasto, czy nawet za granicę.

Ponieważ samochody dostępne są na parkingu wypożyczalni, nie blokują one publicznych parkingów. W przypadku firmy Emotis, klient może odebrać auto w jednym z 14 oddziałów w całej Polsce. Ale to nie jedyna możliwość. W każdym z tych miast, Klient może poprosić także o dostarczenie auta pod wskazany adres.

Dużą zaletą jest dostęp do aut rozmaitych segmentów (od małych, przez suv-y, po vany i limuzyny klasy premium), w różnych wariantach nadwozia (w tym kombi), z manualną lub automatyczną skrzynią biegów, wielu marek, w dodatku bez wyraźnego „obrandowania” nazwą wypożyczalni. Większa dyskrecja przydaje się chociażby podczas wypożyczeń dla celów biznesowych, gdy np. właściciel lub pracownik danej firmy wyjeżdża takim autem na spotkanie z klientem.

– W przeciwieństwie do carsharingu minutowego, przy wynajmie dobowym pracownik wypożyczalni jest dostępny zarówno przy wydaniu auta, jak i przy jego odbiorze. Z jednej strony można to uznać za pewną niedogodność, ale z drugiej, klient zyskuje pewność, że nie zostanie obciążony za szkody spowodowane przez wcześniejszego użytkownika – mówi Ireneusz Tymiński.

Ponieważ w przypadku wynajmu dobowego auto wybranej klasy jest rezerwowane (telefonicznie lub przez internet), nie ma obawy, że w chwili, gdy nadejdzie czas wyjazdu, klient pozostanie bez samochodu. Zamówione i potwierdzone auto na pewno będzie dostępne, a rezerwacji można dokonać zarówno z dnia na dzień, jak i z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Samochody udostępniane w ramach carsharingu (zarówno minutowego, jak i dobowego), to w większości auta nowe lub prawie nowe. Jednak w przypadku samochodów z wypożyczalni, inaczej wygląda kwestia opieki nad pojazdami. Nie stoją one przy ulicy i nie są używane przez wielu kierowców w ciągu jednej doby – dzięki temu mogą być myte i poddawane pielęgnacji przed wydaniem każdemu kolejnemu klientowi.

– W Polsce jest wiele wypożyczalni samochodów, ale dla odróżnienia tradycyjnego wynajmu od carsharingu kluczowe jest uwzględnienie filozofii danej firmy, procedur czy wykorzystywanej technologii. W naszym przypadku działamy tak, aby dostarczać mobilność i wspierać nowy styl życia. Dlatego skupiamy się na przejrzystych cennikach i zasadach oraz maksymalnym uproszczeniu wynajmu, zgodnie z zasadami carsharingu – mówi Ireneusz Tymiński.

Czy carsharing dobowy ma jakieś wady?

Jeśli szukamy elementów, które na niekorzyść odróżniają carsharing dobowy od minutowego, to takie również odnajdziemy. Najbardziej wyraźną różnicą jest brak możliwości skorzystania z samochodu natychmiast, tu i teraz, gdy pojawi się doraźna potrzeba. Obecnie aplikacje internetowe w carsharingu dobowym nie są jeszcze wykorzystywane w szerokim zakresie – aby zamówić auto, trzeba skontaktować się z wypożyczalnią (choćby przez Messenger).

Ponieważ carsharing dobowy zazwyczaj jest wykorzystywany do podróży pomiędzy miastami lub nawet za granicę, to koszt postoju w strefach płatnego parkowania pozostaje po stronie kierowcy. Do klienta należy również tankowanie auta na własny koszt (choć istnieje opcja zwrotu samochodu z pustym bakiem). Są to jednak kwestie wynikające głównie z innego sposobu użytkowania aut w ramach wynajmu dobowego.

Carsharing minutowy wygrywa, kiedy potrzebujemy jakiegokolwiek auta w mieście, np. na godzinę lub dwie. Natomiast w sytuacji, kiedy chcemy wypożyczyć pojazd na dłużej lub wyjechać nim poza miasto, a do tego zależy nam na możliwości wybrania auta konkretnej klasy czy wielkości, znacznie lepiej (i taniej) sprawdzi się carsharing dobowy.

W bezpośrednim zestawieniu trudno mówić o zwycięzcy i przegranym – obydwie formy carsharingu doskonale się uzupełniają i dopiero gdy uwzględnimy je razem, uzyskamy szerszą wizję tego, jak może wyglądać ekonomia współdzielenia oraz mobilność w niedalekiej przyszłości. Jest całkiem prawdopodobne, że już wkrótce nie będziemy potrzebowali tak wielu samochodów prywatnych, ponieważ codzienne potrzeby mieszkańców miast w zakresie mobilności w bardzo dużym stopniu zaspokoi właśnie carsharing.

Ponad połowa Polaków woli być kierowcą niż pasażerem

– Polacy wolą prowadzić auto niż podróżować na miejscu pasażera – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie marki wynajmu samochodów Avis. 51% ankietowanych z naszego kraju stwierdziło, że w trakcie wyjazdu lubi zasiąść za kierownicą.

Wyniki ankiety z Polski to część rezultatów większego badania, przeprowadzonego przez agencję Sapio w 14 europejskich krajach*.

Miejsce za kierownicą najpopularniejsze

Fotel kierowcy okazał się najbardziej popularny wśród ankietowanych. – Prowadzenie samochodu to dla wielu Polaków przyjemność sama w sobie. Ważna jest również elastyczność, możliwość doboru auta, jakiego potrzebują w danej chwili. Inny pojazd sprawdzi się np. podczas przejażdżki po mieście, a jeszcze inny w trakcie weekendowego wypadu za miasto – stwierdził Martin Gruber, dyrektor zarządzający Avis Budget Group w Europie Środkowej.

Na drugim miejscu znalazł się przedni fotel pasażera. Jako swoje ulubione miejsce w aucie wskazało je 38% ankietowanych. Nic dziwnego. W końcu to najlepsze miejsce w samochodzie, aby podziwiać widoki za oknem, wybierać muzykę, umilającą jazdę i rozmawiać z kierowcą. Jeszcze łatwiej cieszyć się krajobrazami, podróżując wyższym autem np. typu SUV.

Pozostała część ankietowanych, czyli 11% stwierdziła, że najbardziej lubi podróżować na tylnej kanapie samochodu.

Najchętniej podróżujemy z drugą połówką

Oprócz wyboru miejsca i roli w samochodzie, ankietowanych spytano również o najlepszego towarzysza podróży samochodem. Dla większości, bo aż 59% badanych jest nim druga połówka – partner, mąż, żona, dziewczyna albo chłopak.

*Badanie przeprowadzone przez agencję Sapio na próbie 14 tysięcy osób (w tym 1000 w Polsce) m.in. w takich krajach jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja czy Hiszpania.

JBTS nowym dystrybutorem Xiaomi w Polsce

Xiaomi, międzynarodowa firma technologiczna, rozpoczęła współpracę z JBTS. Polska spółka odpowiedzialna będzie za dystrybucję urządzeń ekosystemowych producenta. Jest to trzeci oficjalny dystrybutor Xiaomi w Polsce.

Działalność JBTS dla Xiaomi obejmie sprzedaż wyselekcjnowoanych produktów ekosystemowych oraz rozwój nowych kanałów sprzedaży. Ponadto firma będzie prowadziła autoryzwaną sprzedaż online w sklepie xiaomi365.pl i w strefie klienta na Allegro.

Xiaomi dynamicznie rozwija swoje kanały sprzedaży zarówno w segmencie stacjonarnym jak i online. W Polsce mamy już osiem autoryzowanych salonów Mi Store, sklepy online oraz szeroką sieć partnerów handlowych. JBTS jest już trzecim dystrybutorem urządzeń Xiaomi w Polsce. Jego działania będą skoncentrowane na ekosystemie Xiaomi, który ze względu na znakomity stosunek jakości do ceny, staje się coraz bardziej popularny w naszym kraju. Wierzę, że współpraca z JBTS przyczyni się do jeszcze większej rozpoznawalności marki Xiaomi w Polsce – mówi Marcin Szczepankowski, GTM, Xiaomi Technology Polska.

Aktualnie na chińskim rynku dostępnych jest ponad 2000 świetnych produktów ekosystemu Xiaomi dedykowanych każdej dziedzinie życia – od oczyszczaczy powietrza po pojazdy segway, w tym pełna gama nowoczesnego inteligentnego sprzętu gospodarstwa domowego oraz elektronicznych akcesoriów i gadżetów. Bardzo cieszymy się, że możemy pracować z marką Xiaomi w Polsce. Naszym celem jest stałe powiększanie jej portfolio na naszym rynku – mówi Jakub Tomasiczek, Dyrektor Generalny JBTS.

JBTS
Jakub Tomasiczek, Dyrektor Generalny JBTS – Bartłomiej Sawczyn

Oferta produktów marki Xiaomi dostępnych na polskim rynku sukcesywnie się powiększa. Obecnie, oprócz telefonów, klienci mogą kupić ponad 100 urządzeń ekosystemowych m.in. elektryczne hulajnogi, nineboty, smartwatche czy inteligentne czujniki. Za dystrybucję wszystkich produktów Xiaomi w Polsce odpowiadają: Grupa Roseville (Also HOLDING) oraz Ingram Micro. Urządzenia sygnowane logo Mi dostępne są we wszystkich większych sieciach handlowych i platformach internetowych.

W Polsce jest osiem autoryzowanych Mi Store: po dwa w Warszawie (Centrum Handlowe Arkadia oraz Galeria Młociny) i Krakowie (Centrum Handlowe Serenada oraz Galeria Krakowska) oraz po jednym we Wrocławiu (Pasaż Grunwaldzki), w Poznaniu (Centrum Posnania), Katowicach (Galeria Katowicka) i Gdyni (Centrum Riviera).  W najbliższych miesiącach planowane jest otwarcie kolejnych punktów.

Rozwiązywanie problemów jako kompetencja najlepszych liderów

Tym, co charakteryzuje efektywność menedżera, jest m.in. zdolność do pokonywania trudności pojawiających się na drodze do pożądanego celu. Umiejętność tę można wypracować i rozwijać, stosując pięć aktywności.

Wg amerykańskich coachów Josepha Folkmana i Jacka Zengera, autorów książki „Speed: How Leaders Accelerate Successful Execution”, efektywność w biznesie stanowi wypadkową 16 kompetencji. Jedną z najważniejszych jest zdolność do rozwiązywania problemów. Wyróżnia ona najlepszych liderów na każdym szczeblu organizacji.

Inteligencja nie przesądza o skuteczności lidera

Twierdzą oni, że w radzeniu sobie z trudnościami pojawiającymi się na drodze do pożądanego celu kluczowa nie jest wcale inteligencja. Ważniejszą rolę odgrywają gruntowna wiedza w danej dziedzinie i doświadczenie. Przy czym nie muszą to być własne przeżycia. Istotne jest to by, w trudnych sytuacjach wiedzieć i potrafić dotrzeć do ekspertów, badaczy tematu i skorzystać z ich autopsji.

Co jeszcze decyduje o tym, czy będziemy w stanie uporać się z przeciwnościami w biznesie?

Kolejne kluczowe czynniki to:

  • aktywność rozumiana jako chęć podejmowania wyzwań, szukania rozwiązań,
  • holistyczne spojrzenie, a nie skupianie się na pojedynczych zagadnieniach,
  • zaangażowanie,
  • wytrwałość.

Zdaniem Folkmana i Zengera, w kontekście radzenia sobie z problemami, ważna jest również zdolność do współpracy, budowania dobrych relacji ze współpracownikami.

Skąd wiadomo, że to właśnie te cechy są najważniejsze? Amerykanie wskazali je na podstawie prowadzonych w latach 90. obserwacji wyróżniających się naukowców z Bell Laboratories. To ośrodek badawczo-wdrożeniowy firmy Alcatel-Lucent (obecnie część Nokii), w którym opracowano m.in. system operacyjny Unix, języki programowania C i C++ oraz wynaleziono np. ogniwo fotowoltaiczne, tranzystor czy fotokomórkę. Bell Labs to matecznik noblistów (do 2018 r. miało 15 wyróżnionych tą nagrodą).

Wskazane przez Folkmana i Zengera cechy decydujące o zdolności przezwyciężania kłopotów można nabyć, wypracować i rozwijać. Co równie ważne, da się to robić w każdym wieku. W jaki sposób? Psycholodzy i eksperci zarządzania wskazują na pięć aktywności.

Poddawaj się trudnym sytuacjom

Trzeba pokonać w sobie strach przed porażką, złą oceną i znaleźć energię do stawiania czoła problemom. Doświadczenie nabywa się poprzez konfrontację z czymś dla siebie nowym. Im więcej podobnych trudności, tym więcej wiedzy i okazji do przećwiczenia wyrobionych nawyków reagowania.

W tym kontekście warto przytoczyć zasadę 10 000 godzin. Tyle czasu trzeba poświęcić na ćwiczenia, by w pełni rozwinąć swój talent w konkretnym zagadnieniu.

Myśl dwutorowo

Ludzie dobrzy w jakimś fachu korzystają z dwóch sposobów myślenia: szybkiego i wolnego. Pierwsze przydaje się do szukania oznak, objawów problemów, drugie – ich analizowania i znajdowania rozwiązań. Oba rodzaje myślenia wpływają na trafność podejmowanych decyzji.

Walcz ze schematycznymi rozwiązaniami

Większość z nas w kłopotliwych sytuacjach sięga po najprostsze środki. Dzięki temu oszczędza czas czy energię (patrz wyżej). Jednak taki sposób postępowania nie sprawdza się w nietypowych okolicznościach. By umieć sobie z nimi radzić, warto myśleć nieszablonowo, wbrew schematom. Innowacje biorą się z tego, że ktoś podejmie trud walki z bezwładnością myślenia.

Nawiązuj interdyscyplinarne relacje zawodowe

Współczesne problemy mają złożony charakter, gdyż dotyczą wielu dyscyplin. Ich rozwiązanie wymaga wiedzy i doświadczenia ekspertów z różnych obszarów. Dzięki współpracy, budowaniu kontaktów zawodowych zyskuje się różne punkty widzenia tego samego zagadnienia, a to przekłada się na lepsze (bardziej optymalne) pomysły.

Postaraj się o pozytywne nastawienie

Elementarnymi warunkami podejmowania wyzwań są chęci, cierpliwość i wytrwałość. Im więcej stresu, gniewu, strachu, tym gorsza kreatywność. Negatywne emocje mogą zaburzać perspektywę i hamować ciekawość w szukaniu dobrych rozwiązań.

Autor: Kinga Hanna Stachowiak

Optymizm powróci na GPW?

Ostatnie tygodnie nie są dobre dla inwestorów z GPW. Gdy na Wall Street bito kolejne rekordy, nasza giełda reagowała umiarkowanie, ale gdy na świecie zaczynają się spadki, to w Warszawie są one szczególnie wysokie.

– Spadek notowań indeksu WIG 20 już w pobliże 2 tys. pkt. oznacza, że w ciągu kilku ostatnich lat indeks ten drepcze w miejscu – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Przyczyny związane są nie tylko z obawami inwestorów o światową koniunkturę gospodarczą, ale też dodatkowo ze składem spółek tworzących WIG 20. Niskie stopy procentowe i podatek bankowy nie pomagają notowaniom banków, a branża energetyczna, zdominowana przez Skarb Państwa jako akcjonariusza, też mocno reprezentowana w indeksie, nie radzi sobie dobrze.

Teraz nadzieją dla GPW pozostaje wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych.

Polacy wciąż chcą kupować mieszkania na kredyt

Popyt na kredyty wciąż jest bardzo wysoki, a do tego dynamicznie rośnie wartość przeciętnego wnioskowanego kredytu, co jest najszybszym wskaźnikiem, który może sugerować, że ceny mieszkań wciąż rosną.

Nie potwierdzają się obawy, że rynek mieszkaniowy jest przegrzany, a popyt będzie spadał, wraz z nim ceny. W II kw. br. Polacy zaciągnęli kredyty na rekordową kwotę ponad 16 mld zł.

Kolejny kwartał też zaczął się ostro, jak wynika z danych BIK. W lipcu 2019 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało 41,4 tys. klientów w porównaniu do 36,13 tys. rok wcześniej, to wzrost o 14,6%. W czerwcu br. takich klientów było 35,24 tys., czyli o 15% mniej niż w lipcu. Ponadto średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w lipcu 2019 r. wyniosła 277,75 tys. zł. i była o 9,4% wyższa niż rok wcześniej.

– Co jest szczególnie ciekawe, to zwalnia dynamika wzrostu wielkości przeciętnie udzielanego kredytu, jego kwota nie rośnie już w tempie kilkunastu procent rocznie, ale wzrost jest nadal duży, bo 9-10-procentowy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments. – To daje nadzieję, że mieszkania w Polsce powoli przestają tak dynamicznie drożeć. Ta dynamika będzie już jednocyfrowa.

Globalne trendy, które zmieniają rynek pracy i… przestrzenie biurowe

Ciągła ewolucja to znak dzisiejszych czasów. W niezwykle szybkim tempie następują zmiany w gospodarce, technologii, a nawet społeczeństwie. Obszarem, który zmienia się równie dynamicznie jest rynek pracy, a wraz z nim przestrzenie biurowe. Ich projektowanie, w obliczu coraz to nowych potrzeb i oczekiwań pracowników, bywa niemałym wyzwaniem. Na jakie zmiany szczególnie należy zwrócić uwagę? Eksperci Forbis Group postanowili przyjrzeć się najważniejszym trendom.

Zmienia się rynek pracy, a wraz z nim preferencje i warunki stawiane firmom przez potencjalnych pracowników. Organizacje, które chcą iść z duchem czasu, stale się rozwijać i walczyć o najlepszych specjalistów, powinny implementować te zmiany do swoich biur. Przestrzeń przeznaczona do wykonywania obowiązków służbowych to jeden z ważniejszych czynników, branych pod uwagę przez kandydatów podczas procesu rekrutacji. Transformacja jest nieunikniona – co więcej… ona już się dzieje. Jakie zmiany rynkowe i społeczne mają największy wpływ na nowoczesne przestrzenie biurowe? Firma Technolopis1 wyróżniła pięć najważniejszych globalnych trendów.

Technologia jutra

Jednym z najważniejszych czynników wpływających na pracę jest technologia. Daje ona ludziom nie tylko nowe możliwości, ale także wysoką mobilność. Narzędzia technologiczne mogą zostać zsynchronizowane, tworząc platformy dostępne dla pracowników na odległość. Dzięki nim, coraz częściej mamy możliwość pracować zarówno z biura, jak i z każdego miejsca na świecie. Mobilność daje dzisiejszym pracownikom i pracodawcom multum nowych możliwości, a także zmienia biurową rzeczywistość. Przestrzenie są coraz bardziej elastyczne i zróżnicowane. Łączą w sobie, bowiem, stałe stanowiska pracy ze strefami tzw. „hot desk’ów”, przeznaczonych dla tych członków zespołu, którzy nie muszą spędzać w biurze standardowych ośmiu godzin – mówi Mateusz Laskowski, członek zarządu Forbis Group.

Innowacje przede wszystkim

Firma, która stale się rozwija ma znacznie większe szanse na sukces. Rynek w zawrotnym tempie wymusza na organizacjach ciągłe wprowadzanie innowacji, które stanowią o ich konkurencyjności. W kwestii przestrzeni biurowych nieocenione są zatem takie powierzchnie, które ewoluują wraz z ciągłymi modernizacjami wprowadzanymi do organizacji. Mistrzami i prekursorami „zwinności” w biurze są oczywiście firmy z branży IT. To na ich potrzeby powstały pierwsze „Agile Workplace”, czyli przestrzenie modularne, wyposażone w zróżnicowane strefy, tworzące multifunkcyjne biurowe systemy. To miejsce reagujące na szybko wprowadzane zmiany – mówi ekspert Forbis Group.

Talent pożądany

Bitwa o talent to coraz częstsze zjawisko na rynku pracy. Poszukujący kandydatów do swojej firmy, muszą podejmować coraz odważniejsze kroki by zgromadzić u siebie najzdolniejszych pracowników. Co ważne, liczy się nie tylko doświadczenie zawodowe, ale także umiejętność rozwiązywania problemów, słuchania, analizy danych, budowania relacji, mobilności i wielu form współpracy. Jedną z form przyciągania talentów do firmy jest atrakcyjna, funkcjonalna i sprzyjająca rozwojowi przestrzeń do pracy w której… chce się pracować. W ten sposób powstał między innymi Human-Centered Design, czyli sposób projektowania biur, w którym w centrum jest człowiek i jego potrzeby. Projektując biuro, które pracownicy mają pokochać, należy pamiętać, że to, co dla jednego jest wizją idealnego miejsca pracy, dla kogoś innego może okazać się „korporacyjnym koszmarem”. Walcząc o pracownika, niektóre firmy zaczęły prześcigać się w oryginalnych (choć już coraz mniej) rozwiązaniach, takich jak kolorowe strefy relaksu, hamaki, miejsca do pracy w przeróżnych pozycjach, zapominając niekiedy o tym, co najważniejsze – funkcjonalności – komentuje Mateusz Laskowski.

Zrównoważony rozwój

Definicja głosi, że zrównoważony rozwój to taki, który „odpowiada obecnym potrzebom ludzi bez ograniczania przyszłym pokoleniom możliwości do zaspokojenia swoich potrzeb”2. To zjawisko przybiera formę inteligentnego biznesu. Coraz powszechniejsze jest zrozumienie, że to właśnie przedsiębiorstwa (i duże i małe) mają ogromny wpływ na środowisko. Warto pomyśleć o tym już na etapie projektowania przestrzeni biurowej. Rozwiązań jest wiele – od działań i funkcjonalności, mających na celu zmniejszenie zużycia energii, do implementowania polityki „zero waste”. Zero waste w biurze to zapobieganie marnowaniu się wszelkich zasobów, także zdrowia pracowników, a zaczyna się od małych nawyków. Dobrze zaprojektowane biuro pozwala je kształtować – mówi ekspert Forbis Group.

Rozproszenie pracy

Faktem jest, że organizacje stają się coraz bardziej rozproszone pod względem przestrzennym i organizacyjnym. Częstsze są koneksje i twórcze interakcje pomiędzy różnymi zespołami i działami. Warto myśleć o tym jak umożliwić pracownikom funkcjonalną i sprawną pracę. To kolejny powód, dla którego w projektowaniu współczesnych biur coraz częściej na pierwszym miejscu stawia się elastyczność przestrzeni.

Eksperci Forbis Group podkreślają, że przestrzeń biurowa nie jest tylko miejscem pracy. Może ona stać się jej wizytówką i jednym z najefektywniejszych narzędzi employer brandingowych. By to osiągnąć, najlepiej zaufać specjalistom, którzy tworzą przestrzenie na miarę czasów.

1 The Technopolis Manifesto – The Workspace Earthquake
2 http://www.unic.un.org.pl/strony-2011-2015/zrownowazony-rozwoj-i-cele-zrownowazonego-rozwoju/2860

Nowy system, stare problemy. Coraz większe długi szpitali

Sieć szpitali, która miała ułatwić pacjentom dostęp do świadczeń zdrowotnych, a dyrektorom zarządzanie placówkami nie poprawiła ani sytuacji chorych, ani finansów większości badanych szpitali – wynika z kontroli NIK.

System podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej działa od 1 października 2017 r. Ministerstwo Zdrowia zapowiadało, że dzięki niemu zmieni się podejście do pacjentów – szpitale zapewnią im kompleksowe świadczenia zdrowotne, obejmujące nie jak wcześniej poszczególne procedury, ale cały skoordynowany cykl leczenia. Jednak już na starcie w sieci znalazły się także takie placówki, które w przypadku części swoich pacjentów nie były w stanie realizować kompleksowych świadczeń ambulatoryjnych. Kontrola NIK pokazała także, że wbrew zapowiedziom włączenie do sieci nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej nie doprowadziło do zmniejszenia kolejek w szpitalnych oddziałach ratunkowych i w izbach przyjęć.

Jednym z głównych celów utworzenia sieci szpitali było poprawienie ich sytuacji finansowej; nowy system miał umożliwić elastyczniejsze gospodarowanie pieniędzmi, a w efekcie stopniowe wychodzenie z długów. Tymczasem proces zadłużania się badanych placówek, które już wcześniej miały problemy w większości przypadków jeszcze przyspieszył, pogorszyła się także sytuacja tych szpitali, którym w przeszłości wiodło się lepiej. Powodem było to, że choć w badanym okresie rosła wartość zawartych przez szpitale umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej, a co za tym idzie rosły ich przychody z działalności leczniczej, to znacznie szybciej przybywało niezależnych od tych placówek kosztów, na które złożyły się m.in. ustawowe wzrosty wynagrodzeń lekarzy i pielęgniarek.

W pierwszych 3 kwartałach 2018 r. przychody kontrolowanych szpitali były wyższe niż w analogicznym okresie 2017 r. o prawie 13%, ale  koszty o ponad 17%, tymczasem NFZ kompleksowo podniósł wysokość świadczeń w całym badanym okresie tylko raz, w 2017 roku – o 4%.Sieć nie wyciągnęła szpitali z długów

Rosnąca różnica w poziomie uzyskiwanych przychodów i ponoszonych kosztów skutkowała wzrostem zobowiązań szpitali i niekorzystnymi wynikami finansowymi. W sumie spośród 29 badanych przez NIK placówek, na koniec września 2018 r. 23 (79,3%) odnotowały ujemny wynik finansowy, a w porównaniu z wrześniem 2017 r. pogorszyła się sytuacja ekonomiczna 22 szpitali.Nowy system, stare problemy – szpitali i pacjentów

Łączna kwota zobowiązań wzrosła najbardziej w szpitalach zakwalifikowanych do I stopnia zabezpieczenia, tj. o 36,5% w stosunku do roku poprzedniego (dla szpitali II stopnia był to wzrost o 11,5%, zaś III stopnia o 4,6%). Największe straty miały na koncie 2 placówki z II poziomu zabezpieczenia:  Szpital Miejski Nr 4 w Gliwicach Sp. z o.o. (ok.18,5 mln zł strat) i Szpital Czerniakowski Sp. z o.o. w  Warszawie (ok. 17 mln zł strat), a także placówka zakwalifikowana do pierwszego poziomu – Szpital w Piekarskim Centrum Medycznym Sp. z o.o.  (ok. 13,5 mln zł strat).

Problemy z ryczałtem

NIK sprawdziła jak system podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej funkcjonował od początku swojego istnienia do końca września 2018 roku, a także jak wyglądała sytuacja w placówkach tuż przed jego uruchomieniem (od stycznia 2015 r. do października 2017 r.). Kontrola objęła 29 placówek w 6 województwach – lubuskim, dolnośląskim, mazowieckim, podlaskim, pomorskim i śląskim.

Zdaniem Izby, tworząc sieć nie brano pod uwagę ani społecznych potrzeb, ani możliwości diagnostycznych i terapeutycznych konkretnego szpitala. Nie uwzględniono jego znaczenia w zapewnieniu bezpieczeństwa zdrowotnego w regionie – nie kierowano się sytuacją demograficzną i epidemiologiczną na obszarze funkcjonowania placówki, ani stopniem dostosowania jej infrastruktury do obowiązujących przepisów. Nie miała też znaczenia jakość, liczba i wartość udzielanych przez szpital świadczeń, czy stopień wykorzystania łóżek na poszczególnych oddziałach, a to m.in. przekładało się na nieuzasadnione i nadmierne koszty.

Wraz z utworzeniem sieci szpitali, istotnie zmienił się sposób finansowania tych placówek – teraz jest oparty przede wszystkim na ryczałcie wypłacanym przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Placówki zakwalifikowane do sieci mają zagwarantowane umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia na kolejne cztery lata, a wysokość ryczałtu jest uzależniona m.in. od rodzaju i liczby świadczeń udzielonych przez konkretną placówkę w poprzednim okresie rozliczeniowym.

Jak ustaliła NIK w IV kwartale 2017 r. kontrolowane szpitale dostały ryczałt w wysokości niemal 269 mln zł, a zrealizowały świadczenia o wartości blisko 276  mln zł,

I półroczu 2018 r. ryczałt wyniósł ponad 551 mln zł, a wartość zrealizowanych świadczeń nieco ponad 572 mln zł

III kwartale 2018 r. ryczałt wyniósł niemal 279 mln zł ( to jest ½ wartości ryczałtu, wyliczona dla szpitali na II półrocze 2018 r., według stanu na dzień przeprowadzania kontroli), a szpitale zrealizowały świadczenia warte nieco ponad 272 mln zł.nik o szpitalach

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia wysokość ryczałtu jest korygowana dla tych szpitali, które zrealizowały świadczenia poniżej 98% jego wartości – wtedy jest on zmniejszany, może być zwiększony gdy ta wartość przekroczy 100%. NFZ nie płaci jednak za świadczenia ponadlimitowe, nie gwarantują one także podwyższenia ryczałtu w przyszłości. Żeby szpital, który zrealizował świadczenia powyżej ryczałtu mógł dostać więcej pieniędzy z NFZ, inny z tego samego województwa musiałby ich wykonać mniej. Ryczałt może się natomiast zmienić po zastosowaniu współczynnika korygującego związanego z jakością procesu udzielania świadczeń opieki zdrowotnej. Wzrośnie jeśli szpital zdobędzie np. certyfikat akredytacyjny wydany przez Ministra Zdrowia, czy zwiększy liczbę udzielanych świadczeń ambulatoryjnej opieki specjalistycznej.

Trzeba jednak dodać, że funkcjonowanie placówek nie opiera się wyłącznie na ryczałcie. W 2018 roku stanowił on średnio 53,2% wartości umów zawartych przez kontrolowane szpitale, ale w poszczególnych placówkach przyjmował wartości od ok. 29% (Wielospecjalistyczny Szpital Samodzielny Publicznym Zespole Opieki Zdrowotnej w Zgorzelcu) do nieco ponad 99% (Lubuskie Centrum Ortopedii im. Dr Lecha Wierusza sp. z o.o. w Świebodzinie). Na ogólną wartość kontraktu z NFZ składa się również wyodrębnione finansowanie niektórych świadczeń i ewentualne środki z innych umów (poza siecią szpitali), jeżeli są one przez daną placówkę realizowane.

Wraz z utworzeniem sieci, szpitale które weszły w jej skład mogą elastyczniej dysponować otrzymanymi z NFZ pieniędzmi, przenosić środki z tych oddziałów, na których placówka udziela mniej świadczeń, do tych, które są oblegane, ale i w tym zakresie jak ustaliła NIK nie nastąpiły istotne zmiany. Jak wynika z kontroli, działania władz szpitali były związane przede wszystkim z potrzebą ograniczenia strat finansowych, pojawiającymi się problemami kadrowymi, a także staraniami dotyczącymi rozszerzenia zakresu udzielanych świadczeń.

Powszechna kompleksowość świadczeń tylko na papierze

Jednym z najważniejszych celów utworzenia sieci szpitali było poprawienie dostępu pacjentów do świadczeń specjalistycznych – chodziło o to, by chory był leczony kompleksowo i w skoordynowany sposób. To placówka, do której został skierowany miała mu zapewnić nie tylko świadczenia szpitalne, ale także po zabiegach czy badaniach – leczenie ambulatoryjne i  rehabilitacyjne. Udzielanie takich świadczeń miało być podyktowane przede wszystkim potrzebami zdrowotnymi tych osób, a nie stanem finansów szpitala.

Do sieci weszły jednak także takie placówki, które choć miały wymagane oddziały, to pacjentom niektórych z nich nie były w stanie zapewnić leczenia ambulatoryjnego. Tak było w przypadku 6 z 29 kontrolowanych szpitali, a jednym z powodów mógł być brak zapisu w ustawie, który wskazywałby na konieczność uruchomienia przez nie nowych poradni.

Do szczegółowych badań kontrolerzy wytypowali 80 pacjentów każdej z 29 kontrolowanych placówek (z dwóch oddziałów), wypisanych w listopadzie 2017 r. i w kwietniu 2018 r. Z zebranych danych wynika, że zalecane im świadczenia pohospitalizacyjne otrzymało prawie 70% chorych, ale mniej niż połowa uzyskała porady ambulatoryjne lub miała wyznaczony ich termin.pacjenci kontrola nik

Kontrola NIK pokazała, że spora część pacjentów nie otrzymała zaleconych przy wypisie świadczeń. W przypadku tych poszpitalnych, głównie dlatego, że pacjenci nie zgłaszali się na dalsze leczenie w placówkach, w których byli wcześniej hospitalizowani, natomiast w przypadku porad ambulatoryjnych i świadczeń rehabilitacyjnych przyczyną był również brak w strukturze szpitala komórki organizacyjnej, w której można było kontynuować leczenie.

Świadczenia pohospitalizacyjne  

Zalecono 1009 osobom, nie zgłosiło się 309

Wizyta w poradni ambulatoryjnej

Zalecono 881osobom, nie zgłosiło się 485, albo w szpitalu nie było odpowiedniej poradni

Ćwiczenia i zabiegi rehabilitacyjne

Zalecono 210 osobom, nie zgłosiło się 94 lub w placówce nie było odpowiedniego zakresu hospitalizacji.

Szpitale nie mają informacji dotyczących powodów jakimi kierowali się pacjenci, którzy nie skorzystali z zaleconych świadczeń. Mogli zarówno wybrać innego świadczeniodawcę, do czego mają prawo, zaniechać dalszego leczenia, albo ich miejsce zamieszkania było zbyt odległe od placówki, do której mieli się ponownie zgłosić.

Przykładem może być Samodzielny Publiczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Hajnówce. Spośród 40 losowo wybranych pacjentów oddziału chirurgii urazowo-ortopedycznej aż połowa nie zgłosiła się na kontynuowanie leczenia. Z tych 40 tylko 8 osób było mieszkańcami powiatu hajnowskiego, 17 innych powiatów, a 15 innych województw.

Przed wprowadzeniem sieci szpitali pojawiły się obawy, że wraz z jej utworzeniem  drastycznie wzrośnie liczba osób, którym placówki w obawie o koszty będą odmawiały przyjęcia. Kontrola NIK wykazała jednak, że po uruchomieniu podstawowego systemu zabezpieczenia zdrowotnego nie wystąpiły znaczące zmiany  w tej kwestii. W marcu 2018 r., w porównaniu do września 2017 r., liczba odmów ogółem wzrosła o ok. 9%, a następnie we wrześniu 2018 r. spadła o ponad 1%. W tym samym okresie liczba odmów związana z brakiem miejsc (w tym przypadku pacjenci byli przewożeni do innych szpitali) najpierw wzrosła o ok. 30%, a następnie spadła o ok. 6%.

Nadmiar niewykorzystanych łóżek

Wbrew założeniom, po uruchomieniu podstawowego szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej żadna z kontrolowanych placówek zakwalifikowanych do sieci nie wprowadziła istotnych zmian w swoich strukturach wewnętrznych.  Jedynie w ośmiu (27,6% badanych) zmienił się zakres świadczeń szpitalnych lub ambulatoryjnych. Powodem było rezygnowanie z ich udzielania np. w związku z brakiem lekarzy, ale także wygaśnięcie umowy z NFZ czy zawarcie nowej.

Zdaniem dyrektorów kontrolowanych placówek zmiany organizacyjne nie były konieczne, inna jest jednak opinia kontrolerów NIK. Chodzi np. o niski stopień wykorzystania szpitalnych łóżek. Przyjmuje się, że pożądany wskaźnik to około 80%, wyniki kontroli wskazują natomiast, że w badanym okresie ponad połowa badanych oddziałów miała ten wskaźnik na poziomie poniżej 60%.wykorzystanie łóżek szpitalnych

Najgorzej sytuacja przedstawiała się w szpitalach zakwalifikowanych do I poziomu zabezpieczenia. Najwięcej niewykorzystanych łóżek było na oddziałach ginekologiczno-położniczych, neonatologicznych, pediatrycznych i okulistycznych.

Nawet po uwzględnieniu konieczności utrzymania odpowiedniej rezerwy wolnych łóżek na wypadek sytuacji nadzwyczajnych i biorąc pod uwagę specyfikę wybranych specjalności (np. wynikającą z sezonowości zachorowań), wartość wskaźnika dotyczącego wykorzystania łóżek, w ocenie NIK była zbyt niska i przekładała się na większe koszty funkcjonowania podmiotów leczniczych. Zdaniem Izby sytuację można było poprawić przesuwając łóżka z tych oddziałów, w których występował ich nadmiar do tych, które miały niewystarczająco rozwinięte zaplecze infrastrukturalne, a także przekwalifikowania części z nich na łóżka o charakterze długoterminowym.

Elektryczna auto-rewolucja wspomagana przez druk 3D

W 2018 r. na całym świecie wyprodukowano około 95,6 miliona aut. Coraz więcej z nich to samochody energooszczędne i przyjazne dla środowiska, których rekordową liczbę na światowy rynek w drugim kwartale 2019 roku dostarczyła amerykańska Tesla. W ich tworzeniu pomagają często nowe technologie, w tym stosowany choćby w polskich fabrykach Opla druk 3D. Pozwala produkować odpowiednio lekkie i wytrzymałe części, stanowiące podstawę między innymi aut elektrycznych. Wkład w tak rozumiany rozwój motoryzacji mają też polscy studenci. Z elementów wydrukowanych w 3D składa się również najnowszy, elektryczny bolid AGH Racing – RTE 2.0 „LEM”, zaprezentowany światu 11 lipca 2019 roku.

Nie ma już chyba dziś producenta samochodów, który nie posiadałby w swojej ofercie elektryka lub nie planował go w najbliższej przyszłości wprowadzić. To sprawia, że i na polskich drogach coraz więcej jest tego typu aut. Jak podaje firma Exact Systems, w pierwszym kwartale 2019 roku zarejestrowano w Polsce 620 samochodów elektrycznych, czyli aż o 79,7 procenta więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wpływ na to może mieć między innymi polski plan rozwoju sektora elektromobilności uwzględniony w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Zakłada ona, że do 2025 r. w naszym kraju ma być już 1 mln pojazdów elektrycznych. Czy tak się stanie? Polskie firmy już podejmują odpowiednie kroki w tym kierunku. Spółka ElectroMobility Poland kilka tygodni temu zapowiedziała, że na przełomie 2022 i 2023 roku Polska rozpocznie masową produkcję samochodów elektrycznych.

Auta elektryczne (prawie) z drukarki 3D

Tak czy inaczej, wolumen sprzedaży aut elektrycznych w Polsce pozwala nam zająć dopiero czternaste miejsce w Unii Europejskiej. Rośnie jednak polski wkład w rozwój tej gałęzi motoryzacji. Rodzime firmy coraz częściej wprowadzają na rynek nowinki technologiczne wspierające produkcję elektryków, między innymi rozwiązania z zakresu druku 3D. Co ciekawe, technologia wytwarzania addytywnego nie służy już w światowej motoryzacji tylko do prototypowania i produkcji części, ale również do budowy prawie całych samochodów. Prawie, ponieważ druk 3D został zastosowany w nich w naprawdę dużej skali. Mowa tu o drukowaniu m.in. karoserii w samochodzie Urbee, wydruku z włókna węglowego karoserii czy deski rozdzielczej w aucie Strati czy całego podwozia w modelu Blade.

– Druk 3D ma wielką moc i pozwala osiągać efekty, które byłyby niemożliwe przy użyciu tradycyjnych metod produkcji. Wytwarzane w technologii FDM komponenty samochodowe są lżejsze, a to wpływa na zmniejszenie masy pojazdu, poprawę osiągów i mniejsze zużycie energii – mówi Mateusz Sidorowicz, dyrektor marketingu, 3DGence.

Technologię addytywną przy produkcji elektryków poważnie traktują również Chiny, które w ubiegłym roku wyprodukowały ponad połowę sprzedanych na całym świecie samochodów elektrycznych. W planach mają budowę fabryki (firmy We Solutions oraz Shanghai Alliance Investment), która w skali roku będzie produkować 10 tysięcy aut elektrycznych z drukowanymi nadwoziami. W 2019 zrealizowany ma również zostać projekt LSEV, który zakłada, że do sprzedaży trafi pierwszy miejski samochód elektryczny w większość wydrukowany w 3D z użyciem trzech rodzajów tworzyw: wzbogaconego nylonu, poliaktydu (polikwasu mlekowego) i tworzywa gumopodobnego.

Studenci polskich uczelni technicznych na start

Mimo iż nadal mało Polaków kupuje auta elektryczne – ich sprzedaż stanowi zaledwie niecałe 0,45 procenta całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych w kraju – wielu z nich interesuje się rozwojem tego rynku. Firmy wiedzą, że na popularyzację elektryków wpłynąć mogą (oprócz oczywistych dla wszystkich państwowych dotacji) zmiany technologiczne. To one doprowadzą do tego, że zasięg aut elektrycznych oraz ich cena zaczną być akceptowalne przez dzisiejszych użytkowników samochodów spalinowych.
Nad rozwiązaniami, które są w stanie zmienić proces produkcji aut elektrycznych, pracują intensywnie studenci polskich uczelni technicznych. Młodzi specjaliści zrzeszeni w organizacji AGH Racing, prężnie działającej od lat przy Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, 11 lipca 2019 roku zaprezentowali swój elektryczny bolid RTE 2.0 „LEM”. W budowie tego nowoczesnego pojazdu wspierała ich profesjonalna drukarka 3D firmy 3DGence.

– Do konstrukcji bolidu zastosowano najnowsze rozwiązania techniczne dostępne na rynku, w tym druk 3D, m.in. obudowa na pakiety baterii akumulatora została wydrukowana z niepalnego materiału na urządzeniu 3DGence INDUSTRY F340. Dodatkowo wykorzystanie tej drukarki 3D umożliwiło nam stworzenie też innych niezbędnych części i modeli, w tym m.in. form na elementy aerodynamiczne, dzięki czemu mogliśmy samodzielnie wykonać potrzebne komponenty do bolidu – mówi Gaweł Bartosik, Project Manager, AGH Racing.
Bolid elektryczny AGH Racing – RTE 2.0 „LEM” jest szóstą maszyną zaprojektowaną przez zespół AGH, ale drugą z napędem elektrycznym. W porównaniu z ubiegłoroczną konstrukcją układ elektroniczny wzbogacił się także o czujniki temperatury opon i tarcz hamulcowych. Na drukarce 3D wydrukowano również prototyp zwrotnicy koła bolidu spalinowego.

– Prototyp nowego modelu zwrotnicy zaprezentowaliśmy sędziom na międzynarodowych zawodach FSAE Michigan. Wykorzystanie 3DGence INDUSTRY F340 umożliwiło nam przetestowanie autorskiej konstrukcji bardzo niskim kosztem i w przeciągu zaledwie dwóch dni – tłumaczy Konrad Pajdzik, Marketing Team Leader, AGH Racing.

Zwrotnica została wydrukowana z materiału modelowego ABS i rozpuszczalnego materiału podporowego ESM-10. Wydruk 3D pomógł zweryfikować założenia projektu i uniknąć kosztownych poprawek w innej technologii (druk SLS to koszt nawet 20 000€).

Dwa kółka, trzy wymiary

Druk 3D wspiera rozwój nie tylko rynku samochodów elektrycznych. Dużo w tym zakresie dzieje się w branży motocyklowej. W tym roku w Polsce powstał pierwszy model motocykla z drukarki 3D, który na ulice ma trafić już niebawem. Intensywnie nad motocyklami elektrycznymi pracują też studenci ze Studenckiego Koła Naukowego POLSL Racing Politechniki Śląskiej. W trakcie projektowania motocykla elektrycznego do konkurencji w zawodach Wrocław SmartMoto Challenge postawili nie tylko na aspekty techniczne pojazdu, ale i na jego wygląd. Stworzyli nowoczesną koncepcję wizualną, która spełnia wymagania współczesnego designu. I wybrali technologię druku 3D do zrealizowania tego projektu.
Elektromobilność to przyszłość motoryzacji. Podobnie jak technologia druku 3D. Połączenie w produkcji nowoczesnych, ekologicznych i tańszych w eksploatacji samochodów tych dwóch trendów wydaje się naturalną koleją rzeczy, która sprawi, że szybciej, niż nam się dziś wydaje, przesiądziemy się z aut spalinowych do elektrycznych.

Revolut ułatwi zarządzanie służbowymi wydatkami

  • Właściciele firm będą mogli łatwo zaakceptować albo odrzucić wydatki służbowe pracownika
  • Pracownicy dostaną automatyczne powiadomienia o potrzebie uzupełnienia brakujących informacji
  • Integracja z Xero uzupełniona została o synchronizację danych o wydatkach służbowych, co ułatwi proces rozliczeń
  • W aplikacji Revolut for Business pojawiła się możliwość dodawania paragonów i informacji o wydatkach

Revolut for Business, z którego korzysta 150 tysięcy firm w Europie, oddał w ręce przedsiębiorców nowe narzędzie do zarządzania wydatkami. Fintech chce pomóc szybko rosnącym firmom uwolnić się od niedogodności związanych z kontrolą i rozliczaniem służbowych wydatków. Intuicyjna funkcja ma za zadanie w jednym miejscu zebrać wszystkie informacje i nie dopuścić do tego, by wydatek ze służbowej karty pozostał nierozliczony.

Właściciele firm będą mogli łatwo zaakceptować albo odrzucić wydatki poszczególnych członków zespołu i nie poświęcać na to zbyt wiele czasu. Tradycyjnie, jest to obszar prowadzenia działalności, w którym zdarzają się błędy, trudny do kontrolowania, rozpraszający uwagę i zmuszający do manualnego porównywania danych z kilku narzędzi i źródeł.

Nowa funkcja Expense Management do zarządzania służbowymi wydatkami dostępna będzie dla freelancerów i firm korzystających z płatnych planów Revolut for Business. To kolejny krok aby pomóc przedsiębiorcom wejść na ścieżkę szybkiego wzrostu oraz oszczędzić czas i pieniądze, dzięki radykalnie lepszym usługom finansowym dla firm.

Właściciele będą mogli monitorować wydatki pracowników w czasie rzeczywistym, akceptować je albo odrzucać, synchronizować dane z aplikacją księgową Xero i automatyzować rozliczenia. Kategorie tworzone w Xero, będą widoczne w aplikacji do zarządzania wydatkami Revolut for Business, tak by dane na obu platformach były stale aktualne i zintegrowane.

Właściciele małych i średnich firm zasługują na technologię, która pozwoli im zwiększyć kontrolę nad finansami. Nie muszą już przechowywać informacji w odosobnionych zbiorach danych. Teraz mogą mieć te same dane o wydatkach służbowych widoczne jednocześnie w aplikacji Revolut i w zapisach księgowych w Xero. Dni, w których musieliśmy kolekcjonować papierowe paragony za służbowy lunch i kawę przechodzą do przeszłości” – powiedział Edward Berks, Business Platform Director w Xero.

Firmy, które nie korzystają z Xero, mogą utworzyć swoje własne kategorie w narzędziu Expense Management do zarządzania służbowymi wydatkami i łatwo eksportować informacje o wydatkach do pliku CSV.

Proces został też radykalnie uproszczony z punktu widzenia członków zespołu. Jedyne co muszą zrobić, to wykonać zdjęcie paragonu telefonem, zapisać w aplikacji, a następnie utworzyć nazwę kategorii i dodać krótki opis. Otrzymają także przypomnienia o nierozliczonych lub nieopisanych wydatkach.

Chcemy pomóc właścicielom firm i członkom zespołów skupić się na tym co istotne w ich biznesie i uwolnić się od prac administracyjnych. Uczyniliśmy proces dodawania, akceptowania i monitorowania wydatków służbowych tak prostym, jak to tylko możliwe, by żaden służbowy wydatek nie zawieruszył się nierozliczony“ – powiedział Domenico De Fano, Senior Product Owner w Revolut for Business.

Revolut for Business uruchomił niedawno darmowe konta dla freelancerów oraz firm, a także wprowadził zmiany w cenniku i zakresie usług, tak by oferta dla firm była bardziej elastyczna pod kątem bieżących potrzeb firmy. Nowe narzędzie do zarządzania wydatkami służbowymi dostępne jest we wszystkich płatnych planach.

Fintech ma w planach dalszy rozwój produktów i usług w ramach swojej oferty dla firm, w tym kompleksowej usługi akceptacji i rozliczeń płatności. Firmy mogą testować darmowe konto w Revolut aplikując wcześniej przez stronę: www.revolut.com/business.

Obsługa klienta w instytucjach: skarbówka wygrywa z ZUS

Blisko połowa mikroprzedsiębiorców dobrze ocenia standardy obsługi urzędników skarbówki. Słabiej pod tym względem wypada ZUS, w przypadku którego dobre zdanie ma 38% – wynika z Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy inFakt.

Ocena skarbówki rośnie wraz ze stażem prowadzenia biznesu

Przedsiębiorcy oceniali obsługę w swoim Urzędzie Skarbowym raczej dobrze i zdecydowanie dobrze – łącznie 46%. Złą opinię na ten temat miało 18% ankietowanych, a pozostali ocenili ją „ani dobrze, ani źle”.

Warto przy tym zauważyć, że ocena ankietowanych przedsiębiorców rośnie wraz ze stażem prowadzenia działalności gospodarczej. Najmniej skłonni do pochwał byli bowiem przedsiębiorcy, którzy prowadzą swój biznes krócej niż rok (37%). Natomiast spośród tych, którzy funkcjonują na rynku powyżej 2 lat, aż połowa pozytywnie oceniła obsługę klienta w swoich urzędach skarbowych.

Ocena ZUS nieco niższa

W przypadku ZUS ocena przedsiębiorców jest nieco niższa. 38% ankietowanych przez inFakt wskazało, że standardy obsługi w placówkach zakładu ocenia raczej dobrze lub zdecydowanie dobrze. Natomiast 19% odpowiedziało, że raczej źle lub zdecydowanie źle. Największa grupa, stanowiąca 43% badanych, postrzega je neutralnie – „ani dobrze, ani źle”.

Widać, że US i ZUS starają się o profesjonalną obsługę przedsiębiorców. Jednak obsługa klientów i wymiar „ludzki” urzędu to jedna strona medalu. Druga jest taka, że aż 76% ankietowanych przedsiębiorców oczekuje niższych składek ZUS, a 68% niższych podatków. Były to dwa najczęściej wskazywane przez badanych ułatwienia w prowadzeniu biznesu, jakich oczekują ze strony państwa – podkreśla Joanna Swatowska-Rybak, kierownik Badania Polskiej Mikroprzedsiębiorczości w firmie inFakt.

Analizując wyniki dla ZUS, warto też pamiętać, że instytucja została w ostatnim czasie wyróżniana m.in. za standardy dotyczące obsługi klientów. W konkursie Międzynarodowego Stowarzyszenia Zabezpieczenia Społecznego ISSA Good Practice Award wyróżniony został program „Po pierwsze klient”. Natomiast Polska Agencja Przedsiębiorczości wyróżniła ZUS za wprowadzanie innowacji w zakresie elektronicznego kontaktu z klientem.

O badaniu

Badanie Polskiej Mikroprzedsiębiorczości na reprezentatywnej grupie 1097 mikrofirm (osoby prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą oraz spółki zatrudniające do 9 osób) przeprowadziła w marcu 2019 roku metodą CAWI agencja ARC Rynek i Opinia na zlecenie firmy inFakt.

Ból głowy bankierów centralnych

Obserwujemy kontynuację odbicia na kwotowaniach polskiej złotówki. Inwestorzy wierzą, że działania stymulujące gospodarkę, które zaproponują Fed i EBC, przyniosą pozytywny skutek. Jednymi z najistotniejszych wydarzeń w nadchodzącym tygodniu będą publikacje minutek z posiedzeń banków centralnych strefy euro i Stanów Zjednoczonych. W czwartek rozpocznie się sympozjum w Jackson Hole i  z tego powodu rynki liczą na świeże informacje w sprawie podejścia do polityki pieniężnej.

Niezrozumiała panika na złotym

Ostatni tydzień stał pod znakiem sporej zmienności na krajowej walucie. Najpierw była mocna wyprzedaż, która poskutkowała testem poziomu 4,40 na EUR/PLN. Wysoko poszybował też CHF/PLN, docierając nawet do poziomu 4,04. Jednak od piątku obserwujemy odreagowanie i złotówka zyskuje. Dzisiaj widzimy kontynuację tego trendu i w efekcie jesteśmy już o ponad 7 groszy niżej w relacji do wspólnej waluty. Trzeba przyznać, że taka słabość złotego nie była podyktowana żadnymi realnymi przesłankami, gdyż polska gospodarka rozwija się nadspodziewanie dobrze (w tempie ponad 4%) i jest ewenementem na skalę europejską. Dla porównania najważniejsze (z ekonomicznego punktu widzenia) państwo strefy euro, czyli Niemcy, w II kwartale zanotowało spadek PKB. Krajowa waluta trafiła na splot niekorzystnych zdarzeń na świecie. Z jednej strony odwrócenie krzywych rentowności obligacji w USA i Wielkiej Brytanii jest kolejnym zwiastunem nadchodzącego kryzysu (a przynajmniej mocnego spowolnienia), z drugiej dzień wolny w naszym kraju i tzw. długi weekend, który spowodował niższą płynność.

Ujemne rentowności długu

Sytuacja na dłużnych papierach na świecie sięga granic absurdu. Na naszym kontynencie ujemną rentowność obligacji notujemy już nie tylko w Niemczech czy Szwajcarii, ale także w Holandii, a nawet (i tu zaskoczenie) w Hiszpanii i Włoszech. Przypomnieć należy, że kraje te były bliskie bankructwa. W efekcie “inwestując” pieniądze nawet na 20 lat, otrzymamy mniej, niż wynosi początkowy wkład. Sytuacja ta unaocznia, jakie poglądy obecnie dominują na rynkach, a mianowicie jest to wiara w sporą porcję “dodruku pieniądza” przez banki centralne. Problemem może być jedna, istotna wada takich zabiegów. Wcześniej Fed takim działaniem potrafił wszystkich zaskoczyć, więc efekt był szybki i zauważalny. Jednak późniejsza podobna akcja, przeprowadzona przez EBC, nie przyniosła tak wyraźnych skutków. Dlatego, skoro wszyscy tego oczekują, to może być zwyczajnie za późno na osiągnięcie przez regulatorów zamierzonych celów.

Coroczne spotkanie bankierów ważniejsze niż zwykle

Stąd jeszcze większej rangi nabiera sympozjum bankierów centralnych w amerykańskim Jackson Hole. Trzeba przyznać, że radzić jest nad czym, bo decydenci monetarni znaleźli się w trudnym położeniu. Oczekiwania rynkowe rosną bardzo szybko i nawet obniżka stóp nie przynosi już efektu. Wystarczy spojrzeć na ostatnią decyzję Fed, która obniżyła stopy o 25 pkt bazowych i tak małą obniżką rozczarowała inwestorów. Sympozjum jest znane przede wszystkim z tego, że właśnie w tym miejscu ówczesny szef Fed Ben Bernanke ogłosił program QE2 w USA (jedna z akcji skupu obligacji przez Rezerwę Federalną).

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Wstrzymanie wykonania podatkowej decyzji ostatecznej

Wstrzymanie wykonania decyzji ostatecznej to często stosowana instytucja na gruncie Ordynacji podatkowej. Jednak wielu podatników w dalszym ciągu nie docenia jej mocy. Na czym polega i jak należy ją poprawnie stosować?

Kiedy instytucja wstrzymania wykonania decyzji znajduje zastosowanie?

W konfliktach z fiskusem niejednokrotnie dochodzi do sytuacji, w której organ odwoławczy nie podziela stanowiska strony i utrzymuje w mocy decyzję organu pierwszej instancji. Podatnik nie daje za wygraną i składa skargę do sądu administracyjnego. Decyzja jest jednak ostateczna, a zatem podlega wykonaniu. Jeżeli w grę wchodzą wysokie kwoty, ich zapłata może zaważyć o istnieniu danej firmy na rynku. Podatnik ma jednak możliwość złożenia wniosku o wstrzymanie wykonania decyzji.

Kiedy decyzja staje się ostateczna?

Zgodnie z art. 128 Ordynacji podatkowej decyzje, od których nie służy odwołanie w postępowaniu podatkowym, są ostateczne. Uchylenie lub zmiana tych decyzji, stwierdzenie ich nieważności lub wznowienie postępowania mogą nastąpić tylko w przypadkach przewidzianych w niniejszej ustawie oraz w ustawach podatkowych. Decyzja ostateczna podlega wykonaniu, chyba że nie wstrzymano jej wykonania. Zgodnie natomiast z przepisami Ordynacji podatkowej organ podatkowy pierwszej instancji wstrzymuje wykonanie decyzji ostatecznej w razie wniesienia skargi do sądu administracyjnego do momentu uprawomocnienia się orzeczenia sądu administracyjnego. Może to zrobić na dwa sposoby. Po pierwsze na wniosek podatnika, po przyjęciu zabezpieczenia wykonania zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości zabezpieczenia i na czas jego trwania. Po drugie natomiast z urzędu, po prawomocnym wpisie hipoteki przymusowej lub wpisie zastawu skarbowego korzystającego z pierwszeństwa zaspokojenia, które zabezpieczają wykonanie zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości odpowiadającej wartości przedmiotu hipoteki przymusowej lub zastawu skarbowego.

Jak poprawnie złożyć wniosek o wstrzymanie wykonania decyzji?

Organ podatkowy wstrzymuje wykonanie decyzji ostatecznej na wniosek podatnika po przyjęciu zabezpieczenia wykonania zobowiązania wynikającego z decyzji wraz z odsetkami za zwłokę do wysokości zabezpieczenia i na czas jego trwania. Zabezpieczenie może mieć formę: gwarancji bankowej lub ubezpieczeniowej, poręczenia banku, weksla z poręczeniem wekslowym banku, czeku potwierdzonego przez krajowy bank wystawcy czeku, zastawu rejestrowego na prawach z papierów wartościowych emitowanych przez Skarb Państwa lub Narodowy Bank Polski – według ich wartości nominalnej, uznania kwoty na rachunku depozytowym organu podatkowego, pisemnego, nieodwołalnego upoważnienia organu podatkowego, potwierdzonego przez bank lub spółdzielczą kasę oszczędnościowo-kredytową, do wyłącznego dysponowania środkami pieniężnymi, zgromadzonymi na rachunku lokaty terminowej. Oczywiście strona może dowolnie wybrać formę zabezpieczenia. W przypadku przyjęcia zabezpieczenia związanego z wykonaniem decyzji podatkowej strona może też wystąpić o przedłużenie terminu przyjętego zabezpieczenia. Organ, przyjmując zabezpieczenie, wydaje natomiast postanowienie, na które przysługuje zażalenie.

Jakie są uprawnienia podatnika?

W kontekście wstrzymania wykonania decyzji ostatecznej warto również wspomnieć o pewnym uprawnieniu podatnika. Zgodnie z art. 239g Ordynacji podatkowej ma on bowiem możliwość dobrowolnego wykonania decyzji, pomimo tego, że organ podatkowy wydał już postanowienie w przedmiocie wstrzymania wykonania. Trzeba bowiem podkreślić, że wstrzymanie wykonania dokonywane jest w interesie strony. Jeżeli w międzyczasie podatnik uzna, że chce wykonać zobowiązanie zawarte w decyzji podatkowej, ma do tego pełne prawo. Wstrzymanie wykonania ma charakter jednostronny w tym znaczeniu, że strona posiada uprawnienie do dobrowolnego wykonania decyzji, ale za to organ podatkowy nie może doprowadzić do jej przymusowego wykonania.

Wstrzymanie wykonania decyzji a przepisy p.p.s.a.

W kontekście wstrzymania wykonania decyzji warto też wskazać przepisy ustawy – Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. Zgodnie z art. 61 tego aktu samo wniesienie skargi nie wstrzymuje wykonania aktu lub czynności. W razie wniesienia skargi na decyzję lub postanowienie organ, który wydał dane orzeczenie, może jednak wstrzymać z urzędu lub na wniosek skarżącego ich wykonanie w całości lub w części, chyba że zachodzą przesłanki, od których w postępowaniu administracyjnym uzależnione jest nadanie decyzji lub postanowieniu rygoru natychmiastowej wykonalności albo gdy ustawa szczególna wyłącza wstrzymanie ich wykonania. Sąd po przekazaniu mu skargi może też na wniosek skarżącego wydać postanowienie o wstrzymaniu wykonania w całości lub w części aktu, jeżeli zachodzi niebezpieczeństwo wyrządzenia znacznej szkody lub spowodowania trudnych do odwrócenia skutków, z wyjątkiem przepisów prawa miejscowego, które weszły w życie, chyba że ustawa szczególna wyłącza wstrzymanie ich wykonania. Co również istotne, ewentualna odmowa wstrzymania wykonania aktu przez organ nie pozbawia skarżącego prawa do złożenia wniosku do sądu. Wstrzymanie wykonania aktu traci moc z dniem wydania przez sąd orzeczenia uwzględniającego skargę albo uprawomocnienia się orzeczenia oddalającego skargę.

Wstrzymanie wykonania decyzji ostatecznej

Porównując przepisy Ordynacji podatkowej oraz Prawa o postępowaniu przed sądami administracyjnymi, należy podkreślić, że wstrzymanie wykonalności jest osiągalne nawet dla podmiotu, który z uwagi na trudną sytuację finansową nie ma możliwości dokonania zabezpieczenia. W takiej sytuacji może bowiem zwrócić się ze stosownym wnioskiem bezpośrednio do sądu, już po złożeniu skargi na decyzję podatkową.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kto jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo firmowej chmury?

Cyberatak na firmę prawie zawsze zaczyna się (a często też kończy…) dochodzeniem, kto zawinił powstałej sytuacji. Gdy ofiarą padną systemy w infrastrukturze chmurowej, niemal automatycznie za winnego uznany zostaje dostawca usługi, kontrakt jest przerywany, a zaatakowana aplikacja przenoszona z powrotem do lokalnej infrastruktury przedsiębiorstwa. Tymczasem sytuacja nie jest tak oczywista i prosta.

W najbardziej czytelnym scenariuszu, gdy na przykład zostanie wykryta luka w zabezpieczeniach platformy wirtualizacyjnej lub chmurowej, kwestia odpowiedzialności jest w miarę oczywista. Tylko połowa respondentów, który wzięli udział w ankiecie przeprowadzonej niedawno przez agencję IHS Markit na zlecenie Fortinet, była w stanie konkretnie wskazać winowajcę w przypadku problemów. Ale równie wysoki odsetek respondentów błędnie pociągnął swojego dostawcę usług chmurowych do odpowiedzialności za zagrożenia (takie jak zaawansowane uporczywe ataki APT) obecne w wyższych warstwach, będących w gestii zarządzania przez ich użytkownika.

Generalnie ochrona powinna być zapewniana w dwóch obszarach – w podstawowej infrastrukturze chmury (zabezpieczanej przez dostawcę usługi) oraz w warstwie, na którą składa się oprogramowanie, dane i aplikacje działające z wykorzystaniem tej infrastruktury (odpowiedzialność konsumentów za ochronę). Podziały te nie zawsze są jednak tak precyzyjne, zwłaszcza gdy wkraczamy w obszary dotyczące platformy i funkcjonalności dostępnej jako usługa (PaaS i FaaS). Dobrą zasadą jest przeprowadzenie konsultacji z osobami posiadającymi wiedzę dotyczącą najlepszych praktyk związanych z wykorzystywanymi usługami w chmurze. I raczej należy też oczekiwać, że ich dostawca zapewni tylko izolowane środowisko pracy.

Z chmury do chmury

Kolejnym wyzwaniem jest to, że oprogramowanie, jego funkcje, protokoły i reguły bezpieczeństwa działają w różny sposób na różnych platformach chmur publicznych, prywatnych czy w infrastrukturze fizycznej przedsiębiorstwa. Przenoszenie aplikacji lub usługi z jednego środowiska do drugiego może być proste, ale problem pojawia się przy zapewnieniu im bezpieczeństwa. Wiele rozwiązań ochronnych wymaga znacznej ilości zasobów IT w celu ich ponownego wdrożenia oraz weryfikacji poprawności pracy, szczególnie gdy aplikacje i ich dane systematycznie przepływają między różnymi środowiskami.

Rozwiązanie tego problemu stanowi wyzwanie i jest czasochłonne. Działania należy zacząć od wyboru jednego dostawcy rozwiązań ochronnych działających we wszystkich rodzajach środowiskchmurze publicznej i prywatnej, a także infrastrukturze lokalnej – mówi Robert Dąbrowski, szef zespołu inżynierów Fortinet w Polsce. – Muszą też poprawnie funkcjonować w chmurach publicznych od różnych dostawców, aby nie ograniczać klienta, zaś zapewnić mu elastyczność wyboru środowiska IT, w którym chce pracować oraz efektywność migracji aplikacji i danych.

Większa różnorodność to więcej problemów

Migracja firmowych środowisk IT do chmury przez długi czas przebiegała w miarę bezproblemowo, ale dziś widać już, że jej charakter się zmienia. Transfer danych odbywa się dwukierunkowo. Taki stan utrzyma się dość długo, dopóki przedsiębiorstwa nie wypracują najlepszej kombinacji połączenia zasobów chmur publicznych, prywatnych i znajdujących się w lokalnej infrastrukturze do obsługi biznesowych aplikacji i usług. Natomiast nawet gdy to się wydarzy, dalej będzie istniała konieczność zapewnienia możliwości bezpiecznego przesyłania danych pomiędzy różnymi środowiskami.

W czasach, gdy zagrożenia wobec firmowych danych czyhają na każdym kroku, nie można pozwolić sobie na to, aby rozwiązania ochronne były wdrażane wyłącznie w reakcji na zaistniały problem. Ewentualne poniesione straty mogą okazać się zbyt dotkliwe, zdecydowanie większe niż koszt wdrożenia profesjonalnych narzędzi zabezpieczających. Ale nie można też dopuścić do sytuacji, w której w infrastrukturze firmy będzie funkcjonowało zbyt wiele rozwiązań ochronnych. Takie podejście nieuchronnie prowadzi do problemów związanych z utrzymaniem poprawnej konfiguracji środowiska, zapewnieniem aktualizacji poszczególnych systemów, jak też spójnym egzekwowaniu reguł polityki bezpieczeństwa w całej firmie.

Należy przyjąć zintegrowaną strategię ochronną, obejmującą zarówno kwestie organizacyjne (metodyka), operacyjne (narzędzia zabezpieczające) oraz edukacyjne (szkolenia dla personelu uświadamiające charakter działań cyberprzestępców). Tylko w ten sposób możliwe jest zagwarantowanie niezakłóconego funkcjonowania środowiska wielochmurowego, w którym aplikacje i dane swobodnie przesyłane są między centrami danych, w zależności od potrzeb biznesowych przedsiębiorstwa.

2018 – rok pod znakiem rekordów w esporcie. I co dalej?

Miniony rok to na rynku esportu dynamiczne zmiany i rozwój. Powstawały nowe stowarzyszenia i systemy ligowe, do gry – zwłaszcza jako sponsorzy czy partnerzy handlowi – wchodzili nowi gracze. Także za sprawą licznych globalnych fuzji i przejęć europejski rynek esportu osiągnął rekordowy poziom. Autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Let’s Play! The European esports market” obliczyli, że od 2016 roku rocznie rynek esportu rośnie średnio o 24 proc. Widownia rozgrywek esportowych urosła w tym czasie o 19 milionów. Aby ten trend się utrzymał nowo utworzone ligi muszą odnieść sukces, a już istniejące turnieje dotrzeć do nowych odbiorców.

Deloitte przeprowadził ankietę latem br. wśród 6 400 osób w wieku od 14 do 75 lat. To mieszkańcy Austrii, Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Irlandii oraz Polski. Badanie wykazało, że 52 proc. z nich zetknęło się już z „esportem”. Kolejne 28 proc. natomiast słyszało to określenie, ale nie wie dokładnie, co ono oznacza. Tylko około 20 proc. uczestników badania w ogóle nie zna terminu „esport”. Co istotne, około 41 proc. uczestników badania oglądało już rozgrywki online lub na żywo, a 13 proc. robi to regularnie.

Z niszy do głównego nurtu

Wzrost w 2018 roku do przychodów rzędu 240 milionów euro rocznie był w szczególności napędzany przez stale powiększającą się widownię. Za nią przyszły coraz wyższe przychody ze sponsoringu i reklamy. W minionym roku europejska widownia esportu liczyła około 86 mln osób. Jest to wzrost o 28 proc. w stosunku roku 2016 r.

Przewidujemy, że to tempo utrzyma się przez następne dwa lata. Prognozujemy, że w 2020 roku liczba fanów, którzy będą oglądać transmisję z tego typu rozgrywek urośnie do około 105 milionów. Za nimi przyjdą kolejni sponsorzy i jeszcze więcej pieniędzy, bo logo wyświetlone podczas rozgrywek esportowych w Internecie czy telewizji to coraz pewniejszy sposób na dotarcie do młodszych pokoleń. – mówi Przemysław Zawadzki, Partner Associate, Lider Sports Business Group, Deloitte.

Ekspert dodaje, że jeszcze bardziej kusząca dla sponsorów jest liczba około 380 milionów fanów na całym świecie, która będzie przyciągać kolejnych reklamodawców. Według ostatnich badań Deloitte do 2020 r. reklama i sponsoring będą stanowić aż 60 proc. całkowitych przychodów esportu.

Szacujemy, że przychody z praw medialnych na europejskim rynku esportu liczone od 2016 roku wzrosną o około 500 proc. do 2020 roku. Coraz większa liczba wydarzeń na żywo wpłynie też pozytywnie na wzrost przychodów m.in. z tytułu sprzedaży biletów. Bazując na kluczowych źródłach przychodów, czyli sponsoringu, reklamie i prawach medialnych, europejski rynek esportu ma potencjał, by w ciągu najbliższych pięciu lat osiągnąć wolumen 670 milionów – mówi Paweł Jakóbik, Ekspert Sports Business Group, Deloitte.

Niezmiennie od lat największym europejskim i jednym z największych światowych rynków esportu są Niemcy. Szacowana wielkość rynku w tym kraju w 2018 r. wynosiła 70 milionów euro, co stanowi 29 proc. całego rynku europejskiego. Według szacunków Deloitte do 2023 r. rynek niemiecki może osiągnąć wartość 180 milionów euro, czyli rok do roku będzie rósł o 21 procent.

Liczby płynące z rynku esportu muszą robić wrażenie na wszystkich obserwatorach. Nie ulega wątpliwości, że zjawisko esportu dynamicznie zyskuje na popularności, co jest determinowane m.in. przez trudno osiągalne grupy odbiorców, deklarowane zasięgi czy swoją innowacyjność. Jednocześnie zgodnie z wynikami badania uważam, że rynkowi jeszcze brakuje do fazy dojrzałości i w kolejnych latach czeka go w dalszym ciągu dynamiczny wzrost i postępująca profesjonalizacja. Jednym z głównych wyzwań uczestników rynku będzie transparentne i zrównoważone zarządzanie oraz edukacja
– mówi Grzegorz Łagowski, Menedżer ds. esportu, Lagardere Sports.

Przepis na sukces

Wśród respondentów badania 15% Polaków zadeklarowało że regularnie ogląda rozgrywki w Internecie, co daje nam trzecie miejsce w Unii Europejskiej za Włochami i Hiszpanami (po 23 proc.). Nieco gorzej wypadają Austria i Szwajcaria z odpowiednio 6 i 7 proc. publicznością. Na wzrost popularności esportu nad Wisłą na pewno wpłynęło m.in. otwarcie w październiku 2018 roku przez Telewizję Polsat kanału Polsat Games z nowoczesnym zapleczem studyjnym, za sprawą którego kibice mogą obserwować różne ligi i wydarzenia zarówno w telewizji, jak i w Internecie.

Po tym jak w 2018 roku amerykańska firma Riot Games ogłosiła wprowadzenie w Europie ligi franczyzowej z Mistrzostwami Europy (znanymi jako LEC) dla „League of Legends”, jednego z najpopularniejszych tytułów w esporcie na świecie, dziś w ramach tego modelu licencji konkuruje dziesięć organizacji, w tym takie marki jak SKGaming i Fnatic. Za pierwsze pięć lat każda organizacja płaci do nawet 10 milionów euro za miejsce w zawodach. Wprowadzenie lig franczyzowych do Europy przynosi znacznie więcej korzyści, jednak model ten może mieć trudności ze zdobyciem większego poparcia, ponieważ sprzeciwia się popularnemu europejskiemu modelowi „otwartej” ligi z jego tradycyjnym systemem awansów i spadków.

Za wzrostem liczby odbiorców i systemów franczyzowych podążają firmy medialne i platformy internetowe, które zabezpieczają prawa do produkcji i transmisji rozgrywek. Zauważalna jest tendencja do odchodzenia od tradycyjnej telewizji w kierunku transmisji strumieniowej na żywo i ofert wideo na żądanie, napędzanych chęcią fanów do decydowania, kiedy i co chcą oglądać. W ankiecie Deloitte 40 proc. zapytanych odpowiedziało, że oglądali już esport na platformach strumieniowych, podczas gdy tylko 27 proc. oglądało rozgrywki w telewizji, a jedynie 10 proc. widziało na żywo duże imprezy esportowe – mówi Przemysław Zawadzki.

Sport (nie)tradycyjny

W rynek esportu coraz bardziej angażują się tradycyjne kluby i ligi sportowe, które starają się pozycjonować własne drużyny w tytułach takich jak Counter-Strike, FIFA, League of Legends czy Rocket League. Często to dobrze znane marki o ogromnej rzeszy kibiców, których zaangażowanie w esport mogłoby przyspieszyć rozwój rynku europejskiego i światowego. Znane marki znacznie też zwiększają świadomość esportu, dzięki czemu ten może zbliżać się do głównego nurtu.

W rozgrywki esportowe coraz bardziej angażują się jednak nie tylko kluby piłkarskie. Coraz przychylniej patrzą na rynek organizacje sportowe z takich dyscyplin jak koszykówka, football amerykański czy baseball. Najnowsze badanie przeprowadzone w USA pokazało, że 52 proc. fanów esportu kibicowało również drużynom NFL, podczas gdy kolejne 39 proc. to fani NBA i Major League Baseball.

Niektóre kluby angażują się tylko w tytuły korespondujące z ich dyscypliną, jak na przykład piłkarska AS Roma i Manchester United. Ale są kluby, które rywalizują też w zupełnie różnych grach. FC Schalke 04, klub z niemieckiej Bundesligi, ma np. drużynę League of Legends, a Paris Saint-Germain, jedna z francuskich potęg, z sukcesami uczestniczyła w turnieju mistrzostw świata Dota 2 „The International 2018”
– mówi Paweł Jakóbik.

Tradycyjne ligi i związki sportowe wciąż zwiększają swoją interakcję z esportem. Na przykład niemiecki związek piłkarski i FIFA współpracują z EA Sports nad wprowadzeniem odpowiednio Wirtualnej Bundesligi w Niemczech i Interaktywnego Pucharu Świata FIFA. W Polsce największym projektem łączącym esport i sport tradycyjny jest turniej Ekstraklasa Games organizowany przez Ekstraklasę piłkarską przy współpracy m.in. z wydawcą gry FIFA EA Sports. Według oficjalnych danych Ekstraklasa odnotowała ponad 17 tys. rejestracji do pierwszej edycji projektu, którego kontynuację i rozwój już zapowiedziano na nadchodzące miesiące. Jest to odzwierciedleniem rozwoju sytuacji w innych częściach świata, w których organizacje sportowe coraz chętniej wdrażają projekty esportowe.

Miniony rok był rekordowy na rynku esportu pod jeszcze jednym względem – doszło w sumie do 68 fuzji i przejęć, a wolumen inwestycji wyniósł około 3,9 miliarda euro. Dla porównania, w 2017 r. przeprowadzono tylko 34 transakcje, co oznacza, że liczba globalnych inwestycji w esport się podwoiła.

Studencie, pracuj! Nowe badanie ELA – pracodawcy chcą absolwentów z doświadczeniem

Coraz więcej studentów podejmuje pracę podczas studiów, a pracodawcy coraz bardziej to doceniają. Na to wskazuje badanie Ekonomicznych Losów Absolwentów, przeprowadzone po raz kolejny przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Badanie porównuje dane z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych i informacje o studentach – zbierane przez szkoły wyższe i ministerstwo. Chociaż media przy każdej edycji ELA skupiają się na najwyżej zarabiających absolwentach i analizują, które kierunki opłacają się studentom najbardziej – analitycy z Polskiego Instytutu Ekonomicznego dostrzegają w wynikach inne ciekawe zależności. W tym roku jedną z nich jest znaczny wzrost odsetka studentów pracujących na etacie lub prowadzących własną działalność gospodarczą podczas studiów. Okazuje się, że takim absolwentom łatwiej jest po otrzymaniu dyplomu znaleźć dobrze płatną pracę.

– W 2014 roku, gdy poznaliśmy wyniki pierwszego badania, pracujących studentów było około 38%. Dzisiejsze wyniki, bazujące na danych z roku 2017 pokazują, że takie osoby stanowią już 54% wszystkich studentów. Doświadczenie pracy przed uzyskaniem dyplomu pomaga studentom w uzyskaniu dobrze płatnej pracy zaraz po zakończeniu studiów. Widzimy, że pracodawcy poszukują coraz częściej ludzi, którzy poza wykształceniem mają także konkretne doświadczenie – powiedział serwisowi eNewsroom Paweł Śliwowski, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Wyniki badania stawiają nowe wyzwania przed pracodawcami i szkołami wyższymi. Pracodawcy muszą się dostosować do nowych oczekiwań i do nowego typu pracownika, który jest pracownikiem młodym i jednocześnie studiującym. Szkoły natomiast muszą do nowej sytuacji dostosować organizację toku studiów. Kiedy student nie tylko studiuje, a przygotowanie pracy magisterskiej nie jest jego głównym zadaniem, inne obowiązki stają się równie ważne i czasochłonne. Tok zajęć oraz ich elastyczność i tematyka będą musiały się zmienić – zapowiada Śliwowski.

Baltic Pipe zgodnie z planem w 2022 roku. Pierwsza umowa z amerykańską firmą już podpisana

Baltic Pipe zgodnie z planem w 2022 roku. Pierwsza umowa z amerykańską firmą już podpisana 5

Projekt Baltic Pipe jest realizowany zgodnie z harmonogramem, a termin 2022 roku zostanie dotrzymany – poinformował pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski. Gaz-System zawarł już pierwszy, wart ponad 0,5 mld zł kontrakt inwestorki w ramach tego projektu. Umowa z amerykańską firmą Solar Turbines jest jednocześnie jednym z największych w Polsce kontraktów w sektorze gazu. Jak podkreśla Naimski, współpraca polsko-amerykańska w sektorze energetycznym się zacieśnia, a stanowiska USA, m.in. w sprawie gazociągu North Stream 2, są zbieżne z polskimi.

Umowa na dostawę kompresorów do tłoczni z amerykańską firmą Solar Turbines to pierwsze dostawy inwestorskie realizowane w ramach Baltic Pipe. Ta inwestycja jest realizowana zgodnie z harmonogramem i zakończy się w 2022 roku. Umowa ze znaną amerykańską firmą to znak, że inwestor, czyli Gaz-System, jest w stanie zapewnić jak najlepszą realizację tego projektu – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Naimski, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, pełnomocnik rządu ds. strategicznej infrastruktury energetycznej, odpowiedzialny za Baltic Pipe.

Gazociąg Baltic Pipe został uznany przez Komisję Europejską za projekt o znaczeniu wspólnotowym, jedną ze strategicznych inwestycji energetycznych UE i objęty wsparciem finansowym, którego łączna kwota przekracza 266 mln euro. Budowa Baltic Pipe – inwestycji strategicznej dla polskiego bezpieczeństwa energetycznego – ma się zakończyć w 2022 roku. Gazociąg na dnie Morza Północnego połączy norweskie złoża gazu ziemnego z systemem przesyłowym w Danii, skąd surowiec będzie trafiać na polski rynek i do odbiorców w sąsiednich krajach. Cały projekt obejmuje szereg inwestycji. W Polsce będą to budowa tłoczni gazu w Gustorzynie i rozbudowa dwóch innych – w Goleniowie i Odolanowie – oraz budowa gazociągów: relacji Goleniów–Lwówek i drugiego, łączącego gazociąg Baltic Pipe z polskim systemem przesyłowym.

W ubiegłym tygodniu inwestor Gaz-System podpisał wart 550 mln zł kontrakt na dostawę i 10-letni serwis agregatów sprężarkowych do trzech tłoczni gazu ziemnego (Goleniów, Gustorzyn, Odolanów) w ramach Baltic Pipe. Zamówienie zostanie zrealizowane w ciągu 18–20 miesięcy. Umowa została zawarta z amerykańską firmą Solar Turbines i jest pierwszą umową inwestorską w ramach realizacji projektu Baltic Pipe i jednocześnie jednym z największych w Polsce kontraktów w sektorze gazu.

– Fakt, że Amerykanie inwestują w Polsce, w tym przypadku dostarczają swoje elementy do tego projektu, świadczy o tym, że współpraca polsko-amerykańska rozwija się dobrze. To jest dialog strategiczny w energetyce. Z jednej strony jest sekretarz energii, Rick Perry, po polskiej stronie jestem ja. Rozmawiamy o współpracy w sektorze gazowym, ale niedługo będziemy się spotykali z Rickiem Perrym w Warszawie też w sprawie cyberbezpieczeństwa, nowych technologiach przerobu węgla i współpracy w technologiach nuklearnych – mówi Piotr Naimski.

Jak podkreśla, polski rząd współpracuje z amerykańską administracją również w kwestii spornego projektu gazociągu North Stream 2, który wzmocni pozycję Rosji jako dystrybutora gazu w Europie i szkodzi polskim interesom. Przeciwne jego realizacji są też Stany Zjednoczone, które dążą do osłabienia rosyjskiego monopolu energetycznego w UE. Amerykanie rozważają objęcie go sankcjami – komisja spraw zagranicznych Senatu USA przegłosowała niedawno projekt ustawy, która umożliwia nałożenie ich na firmy zaangażowane w realizację NS2, ale musi on jeszcze zyskać poparcie Senatu i Izby Reprezentantów oraz podpis prezydenta Donalda Trumpa. Większość komentatorów jest zdania, że prezydent USA ogłosi sankcje wobec NS2 podczas wrześniowej wizyty w Polsce z okazji obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

North Stream 2 to rosyjsko-niemiecka inwestycja, która jest wbrew polskim interesom, ale uważamy, że również wbrew interesom solidarności europejskiej. Podobnie uważają politycy amerykańskiego rządu i prezydent Trump. W związku z tym amerykańskie działania, które zmierzają do zaniechania tej inwestycji, są w polskim interesie i tutaj rzeczywiście współpracujemy, wymieniamy informacje – mówi Piotr Naimski.

Stany Zjednoczone są również ważnym partnerem Polski w zakresie dostaw skroplonego gazu ziemnego i jednym z kierunków dywersyfikacji polskiego bezpieczeństwa energetycznego. Tylko w ostatnich trzech miesiącach ubiegłego roku PGNiG zawarła w sumie cztery umowy na dostawy tego surowca.

– Kontrakty podpisywane przez PGNiG z amerykańskimi producentami są od 20 do 30 proc. bardziej korzystne w stosunku do tego, co PGNiG musi płacić Gazpromowi – podkreśla Naimski. – Stany Zjednoczone są jednym z najbardziej wiarygodnych producentów i dostawców surowca. Dywersyfikujemy kierunki i producentów, co niewątpliwie zwiększa bezpieczeństwo Polski. Chcemy mieć dostawy z bezpiecznych, stabilnych źródeł, Stany Zjednoczone niewątpliwie takim są.

Nowa matryca VAT ułatwi życie przedsiębiorcom, ale ceny niektórych towarów mogą wzrosnąć

0

Nowa matryca VAT ułatwi życie przedsiębiorcom, ale ceny niektórych towarów mogą wzrosnąć 6

W kwietniu 2020 roku ma wejść w życie nowa matryca stawek VAT. Celem zmian jest uporządkowanie obecnej sytuacji, która powoduje wśród przedsiębiorców kłopoty interpretacyjne. Nowym i korzystnym dla nich rozwiązaniem ma być tzw. wiążąca informacja stawkowa, która ma zapewnić podatnikom większą ochronę na wypadek kontroli organów podatkowych. Będzie można się ubiegać o nią wcześniej, już w listopadzie br. Jednocześnie konsumenci muszą być przygotowani na to, że w przypadku niektórych towarów i usług stawki VAT zostaną podwyższone, co może się wiązać ze wzrostem cen.

Nowa, uproszczona matryca odejdzie od klasyfikacji szczegółowej na rzecz bardziej ogólnej i połączy wiele kategorii towarów, które do tej pory funkcjonowały w różnych podgrupach.

Celem nowej matrycy jest likwidacja absurdu polegającego na tym, że bardzo podobne produkty są opodatkowane różnymi stawkami. Konsumenci i przedsiębiorcy muszą być przygotowani na to, że w niektórych przypadkach stawki przez nich stosowane zostaną zmienione. Przykładem mogą być wyroby piekarnicze i ciastkarskie, które do tej pory były opodatkowane wszystkimi możliwymi stawkami, a teraz będą opodatkowane jednolitą stawką 5 proc. Ta będzie się stosować także do wszystkich owoców, bo obecnie mamy w tym zakresie rozbieżności. Wzrośnie stawka VAT-u na owoce morza, niektóre przyprawy czy lód stosowany w celach spożywczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Agnieszka Bieńkowska, doradca podatkowy, partner w Gekko Taxens Doradztwo Podatkowe.

Nowe przepisy zakładają, że stosowana do tej pory Polska Klasyfikacja Wyrobów i Usług (PKWiU) z 2008 roku przestanie być wykorzystywana do identyfikowania towarów i usług na potrzeby określenia stawki podatku VAT. Ten dokument sprawiał dotąd wiele trudności zarówno przedsiębiorcom, jak i organom podatkowym.

Było wiele sporów na temat prawidłowości jego stosowania. Przykładem może być spór dotyczący paluszków z makiem, według niektórych były to wyroby piekarnicze, według innych – wyroby ciastkarskie. Ta drobna różnica skutkowała różnicą w stawce VAT na ten produkt. Celem wprowadzenia nowej matrycy jest uporządkowanie tych kwestii, usunięcie absurdów i zapewnienie większej pewności stosowania przepisów w tym zakresie – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Dodatkowo PKWiU jako klasyfikacja statystyczna nie mogła być interpretowana przez organy skarbowe, tylko przez urzędy statystyczne. Z kolei ich opinie nie miały mocy wiążącej.

Podatnik, chcąc się dowiedzieć, jaką stawkę VAT ma stosować, otrzymywał opinię urzędu statystycznego, a później w trakcie kontroli urząd skarbowy ubiegał się o własną opinię, która mówiła zupełnie coś innego. W efekcie sprawy trafiały do sądu – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Stosowaną dotychczas PKWiU zastąpią dwa inne dokumenty: unijna Nomenklatura Scalona (CN) w zakresie towarów, natomiast w zakresie usług – Polska Klasyfikacja Wyrobów i Usług z 2015 roku.

Nomenklatura Scalona to klasyfikacja stosowana w całej Unii Europejskiej, również przez polskie organy skarbowe w zakresie importu towarów. Jest to precyzyjna klasyfikacja, w odniesieniu do której znacznie więcej wiemy, jak klasyfikowane są poszczególne towary, mamy znacznie więcej dostępnych materiałów, daje więc większą pewność. Co do zasady zmianę w tym zakresie należy uznać za pożądaną, na pewno ucieszy ona przedsiębiorców – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Jak podkreśla, nowym i korzystnym z punktu widzenia przedsiębiorców rozwiązaniem będzie też wprowadzenie tzw. wiążącej informacji stawkowej (WIS), decyzji urzędowej, która w razie wątpliwości określi prawidłową stawkę VAT dla danego towaru bądź usługi. Na jej podstawie przedsiębiorca będzie mógł podjąć decyzję dotyczącą stosowania stawki VAT. WIS ma zapewnić podatnikom większa ochronę na wypadek kontroli organów podatkowych.

Jest to instytucja podobna do wiążących indywidualnych interpretacji przepisów prawa podatkowego. Jeśli mamy wątpliwość, możemy się ubiegać do stosownego organu o interpretację, żeby nam powiedział, co zrobić. Jeżeli się do tego zastosujemy, będziemy mieć pewność, że nie zostanie to przez nikogo podważone – mówi Agnieszka Bieńkowska.

Kolejną zaletą jest fakt, że WIS będzie niejako szła za towarem, tzn. będą mogły się nią posługiwać zarówno te podmioty, do których została adresowana, jak i wszyscy inni, którzy sprzedają dany produkt.

– W sytuacji, kiedy wiążącą informację stawkową pozyska producent, to wszyscy, którzy handlują towarami tego producenta, będą mieli pewność, że niższa stawka również z punktu widzenia ich rozliczeń podatkowych nie zostanie zakwestionowana. To także jest bardzo dobre i pożądane rozwiązanie – ocenia Agnieszka Bieńkowska.

Mimo że nowa matryca VAT zacznie obowiązywać w kwietniu przyszłego roku, o wiążącą informację stawkową będzie można się ubiegać już wcześniej. Zgodnie z harmonogramem przedsiębiorcy mają mieć taką możliwość już od 1 listopada br. Projekt ustawy o nowej matrycy VAT czeka na podpis prezydenta.

Katowice z roku na rok tracą mieszkańców. Miasto chce zahamować ten trend poprzez ulgi i zniżki dla zameldowanych

Katowice z roku na rok tracą mieszkańców. Miasto chce zahamować ten trend poprzez ulgi i zniżki dla zameldowanych 7

Tylko w ubiegłym roku stolica aglomeracji śląskiej skurczyła się o 3,2 tys. mieszkańców. Ich liczba ostatni raz przekroczyła 300 tys. ponad siedem lat temu, od tego czasu katowiczan systematycznie ubywa. Przyczyną nie jest już emigracja zarobkowa, lecz rosnące ceny nieruchomości i powroty emerytów w rodzinne strony. Odwrócenie tego trendu to jeden z priorytetów władz miasta, które chcą to robić poprzez inwestycje w infrastrukturę kulturalno-sportową, bazę dydaktyczną i przyciąganie inwestorów. 

– W Katowicach ubywa mieszkańców. Jeszcze 10 lat temu mieliśmy przekroczoną liczbę 300 tys. mieszkańców, ale ona niestety się zmniejsza. Staramy się ten trend hamować i – mimo dużych migracji – ubytki są mniejsze. Jednak prognozy nadal pokazują pogłębiający się spadek liczby mieszkańców – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Waldemar Bojarun, wiceprezydent Katowic.

Na koniec ubiegłego roku stolicę aglomeracji śląskiej zamieszkiwało już 278,7 tys. mieszkańców, a na przestrzeni roku ich liczba skurczyła się o 3,2 tys. osób. Dla porównania dekadę wcześniej, bo w 2008 roku, Katowice miały blisko 311 tys. mieszkańców. Jak podkreśla wiceprezydent miasta, przyczyną odpływu mieszkańców nie jest już – podobnie jak jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu – emigracja zarobkowa do krajów Europy Zachodniej. Ten odpływ został zahamowany, a nawet coraz więcej osób wraca do Polski.

– Musimy się zmierzyć z wyzwaniem, które jest charakterystyczne dla Katowic i miast Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i które odróżnia nas od reszty Polski. Jest to fakt, że pokolenie, które dzisiaj przechodzi na emeryturę, często wraca w swoje rodzinne strony. 30–40 lat temu przyjechali na Śląsk za pracą, dzisiaj kończą karierę zawodową i wracają. To dla nich świetne rozwiązanie, bo wracają z emeryturami wypracowanymi tutaj, w przemyśle ciężkim, remontują swój rodzinny dom po rodzicach czy dziadkach. Tutaj, w ich mieszkaniu, pozostają ich dzieci i przez to liczba mieszkańców nagle się nam zmienia – mówi Waldemar Bojarun.

Kolejny powód, który przyczynia się do odpływu mieszkańców z Katowic, to rosnące ceny nieruchomości i gruntów w mieście. Ci, którzy planują budowę domu, szukają działek budowlanych przede wszystkim w gminach okalających Katowice, gdzie grunty są tańsze.

– Ci, którzy decydują się na wyprowadzkę z Katowic, bo w sąsiedniej gminie kupują nieruchomość kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy złotych taniej, często nie biorą pod uwagę tego, że dojazdy do pracy, dowożenie dzieci do szkoły i korzystanie z atutów, jakimi dysponują Katowice, przez co najmniej kilkanaście lat wyniosą ich znacznie drożej – mówi Waldemar Bojarun.

Wiceprezydent Katowic podkreśla, że na spadek statystyki wpływa też polityka meldunkowa państwa. Jest duża grupa – zwłaszcza ludzi młodych – którzy przyjeżdżają do Katowic i przez dłuższy czas tu mieszkają, ale nie figurują w statystykach ze względu na brak obowiązku meldunku.

– Jestem przekonany, że gdyby wszyscy mieszkańcy miasta, którzy są tu na pobyt stały czy nawet czasowy, zameldowali się, to nasza liczba mieszkańców z powrotem wróciłaby przynajmniej do 300 tys. – mówi Waldemar Bojarun.

Odpływ mieszkańców Katowic to jeden z priorytetów władz miasta, które starają się zahamować ten trend m.in. poprzez podnoszenie komfortu życia. Stąd np. inwestycje w infrastrukturę kulturalno-sportową, baseny miejskie czy atrakcje kulturalne. Najnowszy pomysł na poprawę demografii, który wejdzie w życie od przyszłego roku, to Karta Mieszkańca, która będzie zapewniać szereg ulg i korzyści dla zameldowanych mieszkańców Katowic, jak np. tańsze bilety na basen czy zniżki za parkowanie.

– Kolejny element to budowa pozytywnego wizerunku miasta i pozyskiwanie inwestorów, co skutecznie udaje nam się w ostatnich latach. Marki takie jak IBM, Rockwell Automation czy Mentor Graphics to są firmy pierwszoplanowe, które przyciągają do Katowic kolejne. Szeroko rozumiana branża informatyczna to jeden z najszybciej rozwijających się sektorów, stąd zaangażowanie miasta w przyciąganie inwestorów, budowanie stabilnych i dobrze płatnych miejsc pracy – mówi Waldemar Bojarun.

Katowice stawiają przede wszystkich na młodych, starając się przyciągnąć ich rozbudowaną bazą dydaktyczną i ofertą uczelni wyższych, a później zatrzymać atrakcyjnymi ofertami pracy.

– Stąd też wsparcie dla uczelni wyższych, rozbudowa bazy dydaktycznej. Jesteśmy coraz bardziej znani jako dobry ośrodek akademicki. Za tym idą preferencje w zakresie znalezienia dobrego miejsca pracy po zakończeniu edukacji czy mieszkania w Katowicach. Stąd zaangażowanie miasta w projekt Mieszkanie+. Dodatkowo angażujemy się w szereg projektów, których efektem ma być pokazanie atrakcyjności miasta, chociażby w organizację Intel Extreme Masters. To przyciąga młodych ludzi jak magnes i efektywność tych działań jest już widoczna, powolutku ten negatywny trend zatrzymujemy – mówi Waldemar Bojarun.

Osoby kupujące w sieci to przeważnie zadowoleni klienci. Doceniają głównie szeroki wybór produktów i szybkie płatności

Osoby kupujące w sieci to przeważnie zadowoleni klienci. Doceniają głównie szeroki wybór produktów i szybkie płatności 8

W skali od 0 do 10 średni poziom satysfakcji klienta kupującego w internecie wynosi 7,8 – wynika z raportu Mobile Institute „Customer Happiness Index”. Kluczowym elementem, który buduje to zadowolenie, a często też warunkuje zakup, jest system płatności. Brak odpowiedniej dla klienta formy płatności może zdecydować o porzuceniu koszyka. Kupujący coraz chętniej dzielą się z innymi swoimi doświadczeniami z zakupów, a opinie innych internautów są często przy wyborze produktu ważniejsze niż samodzielnie wyszukane informacje.

– Polscy konsumenci są dość zadowoleni ze swoich zakupów, To być może jest dziwne, bo mówi się o nas, że jesteśmy dość marudni, ale wbrew pozorom nie jest tak źle. Średni poziom zadowolenia wynosi prawie 8 w skali od 0 do 10 – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Czuchaj-Łagód, dyrektor zarządzająca Mobile Institute. – Zbadaliśmy dziewięć czynników, m.in. asortyment w sklepie, wygląd sklepu stacjonarnego, to jak profesjonalna jest obsługa, czy są promocje, jak są obsługiwane reklamacje. Dla sklepów internetowych także asortyment, obsługę, intuicyjność.

Raport Mobile Institute „Customer Happiness Index” o poziomie satysfakcji z zakupów wskazuje, że najlepiej oceniamy apteki, przede wszystkim ze względu na jakość produktów i profesjonalizm obsługi. Najgorzej wypadły sklepy spożywcze, zwłaszcza reklamacje i możliwość zostawienia oceny. Konsumenci oceniali też, w jakim stopniu są skłonni polecić zakupy produktów danej marki. Średnia skłonność do polecenia, czyli NPS (Net Promoter Score), wyniosła 30 punktów. W przypadku najlepszej kategorii, czyli aptek, to 52, a w przypadku sklepów spożywczych i budowlanych – 17.

Inne badanie Mobile Institute wskazuje, że blisko 90 proc. konsumentów chce, aby marka liczyła się z ich zdaniem. Jednocześnie opinie po zakupie regularnie pozostawia 36 proc., a 44 proc. z nich liczy na to, że będą mogli podzielić się doświadczeniem od razu w miejscu zakupowym.

– W social mediach opinie są mało pozytywne, ale jeśli monitorujemy poziom satysfakcji w poszczególnych sklepach, to te opinie są raczej dobre. Jeśli konsumenci mają jakieś uwagi, to generalnie są to uwagi dość konstruktywne – zaznacza ekspertka. – Nie pasuje im np. rozkład produktów na półkach, rozstawienie półek sklepowych, oświetlenie czy braki w asortymencie.

Opinie innych klientów są przez Polaków wskazywane jako ważniejszy element procesu zakupowego niż poszukiwanie informacji i porównywanie cech produktu na własną rękę.

Sklepy internetowe są oceniane nieco lepiej niż stacjonarne, zwłaszcza w kontekście szerokiego asortymentu, dostępu do unikalnych, specjalistycznych produktów, wygody zakupu i dogodnych warunków zwrotu. Eksperci przewidują, że sklepy w centrach handlowych przeistoczą się w tzw. showroomy, na wzór chociażby IKEA w warszawskim Blue City, gdzie wystawiony asortyment będzie niewielki w stosunku do dostępnego w internecie, ale za to sklep będzie pełen technologicznych rozwiązań umożliwiających wygodny zakup online przetestowanych offline produktów.

– Polacy oceniają bardzo dobrze asortyment w sklepach, ale gorzej intuicyjność stron. Z kolei dosyć słabym punktem sklepów stacjonarnych w niektórych kategoriach jest wygląd i rozłożenie półek, które uniemożliwia wygodne zakupy – podkreśla dyrektor Mobile Institute.

Intuicyjność sklepu internetowego najlepiej była oceniana w kategoriach multimedia i apteki. Z kolei kategorie najpopularniejsze zakupowo w e-commerce, czyli ubrania, produkty dla dzieci czy RTV/AGD, nie uzyskały tutaj najwyższych ocen.

– Polacy podkreślają, że czasami trudno jest im znaleźć produkty w sklepach internetowych. Narzekają na brak porównywarek. Chcielibyśmy wybrać konkretne trzy produkty i je porównać, żeby dodać do koszyka najlepszy. To, co nam przeszkadza, to także ukryte ceny, czyli np. mamy cenę produktu, ale jak klikamy, dodajemy do koszyka, to nagle się okazuje, że musimy dopłacić jeszcze za dostawę – tłumaczy Katarzyna Czuchaj-Łagód.

Kluczowym elementem budującym satysfakcję zakupową online, a często warunkującym zakup, jest forma płatności. Najczęstszym powodem porzucenia koszyka jest właśnie niezadowolenie klienta z oferowanych mu metod płatności.

– Hitem jest BLIK, który w zakupach elektronicznych już jest na drugim miejscu po szybkich przelewach. Polacy lubią po prostu wygodnie i szybko płacić. Im mniej kliknięć, mniej wpisywania kodów, tym lepiej. Przyzwyczailiśmy się już do płatności mobilnych i kilkanaście procent konsumentów, którzy mają urządzenia mobilne, płaci zbliżeniowo – podkreśla Katarzyna Czuchaj-Łagód.

W sklepach stacjonarnych istotny jest za to profesjonalizm obsługi, promocje czy rozłożenie produktów na półkach.

Polacy jedzą lody na potęgę. W upalne dni najchętniej sięgają po lody na patyku

Polacy jedzą lody na potęgę. W upalne dni najchętniej sięgają po lody na patyku 9

Rośnie sprzedaż lodów. Polacy sięgają po nie nie tylko dla ochłody, lecz także na poprawę humoru. Choć na rynku pojawia się coraz więcej oryginalnych smaków, pozostajemy wierni tym tradycyjnym – śmietankowym, czekoladowym i owocowym. Najchętniej sięgamy po lody gałkowe lub familijne, w dużych opakowaniach, ale w upalne dni rośnie sprzedaż lodów na patyku. Coraz większą uwagę zwracamy na skład i opakowanie.

– Rok 2018 był rekordowy pod względem sprzedaży i konsumpcji lodów w Polsce. Firma PPL Koral w sezonie sprzedała prawie 60 mln litrów lodów, a w tym roku czerwiec był rekordowym miesiącem w 40-letniej historii firmy. Trzeba pamiętać o tym, że Polacy lody jedzą impulsowo. Jak pogoda za oknem jest bardzo dobra, słońce świeci, sięgamy po lody dla ochłody, dobrego smaku, który pamiętamy jeszcze z dzieciństwa, czy dla poprawy nastroju – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Olga Walentynowicz z PPL Koral.

Polacy jedzą coraz więcej lodów, ale do czołówki, jak np. Nowa Zelandia z 25 litrami lodów, USA z 20 czy Szwecją ze spożyciem ponad 10 litrów na osobę, sporo nam brakuje.

– Na konsumpcję lodów składa się bardzo wiele czynników, m.in. zamożność społeczeństwa, kwestie społeczne, na przykład to, czy wychodzimy często do restauracji, czy jemy na mieście, a także dostępność lodów w sklepach. Prognozy są bardzo pozytywne, a sprzedaż cały czas ma rosnąć – ocenia Olga Walentynowicz.

Z danych PPL Koral wynika, że w sprzedaży królują tradycyjne smaki, które pamiętamy z dzieciństwa. Najpopularniejszy jest smak śmietankowy (39 proc.), czekoladowy i owocowy (odpowiednio 25 i 23 proc.). Na eksperymenty decydujemy się raczej rzadko. Ubiegłoroczne badanie wskazało, że zaledwie 13 proc. konsumentów sięga po nietypowe smaki.

– Polacy nie przepadają za takimi nowościami jak lody o smaku szpinaku. Bardziej idziemy w te tradycyjne smaki, ale takie, które do tej pory nie pojawiały się w lodach. W tym roku hitem są lody makowe w białej czekoladzie z marcepanem. To są smaki, które znamy, natomiast są zaskoczeniem, jeżeli podamy je w formie lodów – wskazuje Walentynowicz.

Najchętniej sięgamy po lody gałkowe (30 proc.), a jeśli wybieramy te w opakowaniu, to najczęściej są to lody familijne, w dużym pudełku (29 proc.). Znacznie rzadziej wybieramy lody na patyku i w rożku, choć dużo zależy od pogody.

– Deklaracje w badaniach nad ulubioną formą lodów to jedno, natomiast jeżeli pogoda jest bardzo dobra, nadchodzą upały, to Polacy zdecydowanie sięgają po lody impulsowe. Lody na patyku są wtedy na pierwszym miejscu, bo przynoszą natychmiastową ochłodę – komentuje Walentynowicz.

Choć przy wyborze lodów najczęściej kierujemy się ceną (41 proc.), to coraz większą wagę przywiązujemy do składu i zawartości naturalnych składników, a także formy podania (odpowiednio 38 i 36 proc.). Marka produktu liczy się przede wszystkim dla osób powyżej 50 lat.

– Konsumenci są coraz bardziej wymagający i coraz bardziej świadomi. Zwracają coraz większą uwagę na skład produktów i producenta. Dlatego producenci muszą się coraz bardziej starać i zwracać uwagę na wszystko – od składu po opakowania i sposób sprzedaży. Z naszego doświadczenia wynika, że Polacy zwracają również dużą uwagę na opakowanie lodów. My staramy się zawsze zaskakiwać, były lody w słoiku, a w tym roku są lody w opakowaniu z hologramem – wymienia Olga Walentynowicz.

Wyszukanie jednego hasła w Google pochłania tyle samo dwutlenku węgla, co zagotowanie wody w czajniku. Internet przyczynia się do globalnego ocieplenia bardziej niż przemysł lotniczy

Wyszukanie jednego hasła w Google pochłania tyle samo dwutlenku węgla, co zagotowanie wody w czajniku. Internet przyczynia się do globalnego ocieplenia bardziej niż przemysł lotniczy 10

Transmisja i oglądanie filmów online generuje 300 mln ton dwutlenku węgla rocznie. Wysyłanie dziesiątek wiadomości e-mail dziennie, szybkie dzwonienie na WhatsApp, przesyłanie zdjęć do chmury, oglądanie krótkiego klipu na YouTube to tylko część codziennego cyfrowego życia. Niewiele osób zdaje sobie jednak sprawę z tego, że odbija się to na całym środowisku. O ile np. udział lotnictwa w globalnej emisji dwutlenku węgla szacuje się na około 2,5 proc., o tyle globalny transfer danych i niezbędna infrastruktura – już 4 proc. Przenosząc dane do chmury można nie tylko znacznie zaoszczędzić – blisko 40 proc., lecz przede wszystkim pomóc środowisku.

– Internet przyczynia się do globalnego ocieplenia, bo generuje bardzo dużo dwutlenku węgla, ponad 2 proc. całości jest generowanych właśnie przez internet. Chyba nawet do końca sobie nie zdajemy sprawy z tego, jak dużo energii pochłania korzystanie z internetu na co dzień. Proste działanie w przeglądarce generuje nam 7 gramów dwutlenku węgla, a wysłanie e-maila z załącznikiem do 50 gramów – wylicza w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Marcin Zmaczyński, dyrektor marketingu w firmie Aruba Cloud na Europę Środkowo-Wschodnią.

Zgodnie z najnowszymi badaniami przeprowadzonymi przez paryski think tank The Shift Project technologie cyfrowe przewyższyły nawet przemysł lotniczy pod względem emisji dwutlenku węgla. Podczas gdy udział lotnictwa w globalnej emisji dwutlenku węgla szacuje się na około 2,5 proc., to niemal 4 proc. emisji dwutlenku węgla generuje globalny transfer danych i niezbędna infrastruktura. W 2025 roku może to być już 8 proc.

Wysyłanie s-maili, szybkie dzwonienie na WhatsApp, oglądanie klipu na YouTube to tylko część codziennego cyfrowego życia niemal każdego człowieka. Ruch internetowy na całym świecie może się jednak w ogromnym stopniu przyczyniać do zmian klimatu.

– Wyszukiwanie jednego hasła w Google generuje nam tyle śladowego dwutlenku węgla, ile np. zagotowanie wody w dzbanku elektrycznym. To może małe sumy, ale kiedy pomnożymy to przez liczbę użytkowników internetu, czyli około 2,5 mld, to tworzą nam się gigantyczne sumy. Ma to konkretny wpływ na środowisko naturalne – ocenia Marcin Zmaczyński.

Zwłaszcza przesyłanie filmów online wymaga dużej liczby danych. W 2018 roku ruch wideo online był odpowiedzialny za ponad 300 mln ton dwutlenku węgla, to mniej więcej tyle, ile w ciągu roku produkuje Hiszpania. Im wyższa rozdzielczość filmu, tym więcej wymaganych danych. Według The Shift Project dziesięć godzin filmu w wysokiej rozdzielczości pochłania więcej bajtów niż wszystkie anglojęzyczne artykuły w Wikipedii razem wzięte. Przejście na filmy w coraz wyższej rozdzielczości (np. 8K), przyczyni się do dalszego zwiększenia emisji.

– Najwięcej dwutlenku węgla generuje tzw. streaming wideo. Z roku na rok jakość plików, które oglądamy, staje się coraz lepsza. Oglądamy je już często w 4K albo Ultra HD. To są potężne ilości danych, które są konwertowane, i ta tendencja będzie rosła, bo coraz więcej konsumujemy obrazów w postaci filmów wideo niż czytanego internetu – przypomina ekspert.

Transmisja i oglądanie filmów online generuje 300 mln ton dwutlenku węgla rocznie. Usługi wideo na żądanie, takie jak Netflix, stanowią jedną trzecią tej kwoty, a filmy pornograficzne oglądane online – kolejną jedną trzecią. Oznacza to, że oglądanie filmów pornograficznych generuje tyle dwutlenku węgla rocznie, ile emitują takie kraje jak Belgia, Bangladesz czy Nigeria.

Jak podkreśla ekspert, z internetu warto korzystać z głową. Nie oznacza to całkowitej rezygnacji z dobrodziejstw cyfrowego świata, ale racjonalne podejście do infrastruktury, np. można odinstalować aplikacje, które służą do zabijania czasu, a niekoniecznie są do czegokolwiek potrzebne. Wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na dane, coraz więcej będziemy też płacić za prąd. To ważne zwłaszcza dla przedsiębiorstw, przede wszystkim w kontekście uwolnienia cen prądu.

– Według badań Pike Research, przy przenoszeniu swojej infrastruktury do chmury obliczeniowej można uzyskać oszczędności do 38 proc. – zaznacza Zmaczyński.

Korzystanie z chmury może też być bardzo ekologiczne, ważne przy tym jest to, jak pozyskiwana jest energia w centrach danych.

– Warto wybierać takie centra danych, które są maksymalnie zoptymalizowane pod kątem wykorzystania energii i ciepła, które generuje energia. Takie centra danych pozwalają zmniejszyć koszty energii, chmura bierze prąd z centrów danych, które są budowane najczęściej od samego projektu w sposób zoptymalizowany pod kątem oszczędności energii – zaznacza przedstawiciel Aruba Cloud.

Eurostat podaje, że w Unii Europejskiej z usług chmurowych korzysta ponad 26 proc. przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 osób. W Polsce zaledwie 11,5 proc. Dla porównania np. w Finlandii – 65 proc.

Powstają innowacyjne systemy lokalizacyjne. Ułatwią odnalezienie samochodu nawet w podziemiach, pozwolą też śledzić bagaż

Powstają innowacyjne systemy lokalizacyjne. Ułatwią odnalezienie samochodu nawet w podziemiach, pozwolą też śledzić bagaż 11

Systemy nawigacji satelitarnej upowszechniły się za sprawą urządzeń mobilnych i coraz częściej wykorzystuje się je do odnajdywania skradzionych aut bądź zagubionych zwierząt. Niestety mają też swoje wady, wśród których najpoważniejszą jest duże zapotrzebowanie na energię eklektyczną. Mobilne lokalizatory GPS rozładowują się w błyskawicznym tempie, co może uniemożliwić ustalenie miejsca pobytu zguby. Z tego powodu prowadzi się prace nad alternatywnymi systemami lokalizacji, które wyeliminują wady GPS-ów. 

– GPS sam w sobie jest precyzyjny, ale gdy zgubimy jakiś przedmiot, często wystarczy informacja, w jakim on jest mieście lub przy której ulicy, by spróbować go odnaleźć bez wskazywania dokładnej kropki na mapie. W zamian możemy uzyskać dłuższy czas pracy baterii, na poziomie tygodni, nawet miesięcy. Wierzymy, że ten czas życia baterii, prostota użytkowania są istotniejsze niż dokładne zlokalizowanie punktu na mapie – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Patryk Szymczak, dyrektor techniczny GoFind.

Prace nad wdrożeniem alternatywnych systemów lokalizacyjnych prowadzą m.in firmy z branży lotniczej, poszukujące skutecznych systemów śledzenia bagaży. Przedstawiciele China Eastern Airlines oraz China Southern Airlines planują wdrożyć system elektronicznego monitorowania przesyłek. Będzie działał w oparciu o specjalne tagi przyczepiane do bagażu, które na każdym etapie podróży mają być skanowane, a informacja o ich położeniu przekazywana do aplikacji mobilnej. Dzięki temu podróżni będą wiedzieli, gdzie znajduje się ich walizka i czy nie zaginęła w drodze na lotnisko docelowe.

Polska firma Indoorway postanowiła z kolei rozwiązać problem braku sygnału GPS w budynkach i zaprojektowała system, który pozwala lokalizować przedmioty i obiekty wewnątrz budynków przy wykorzystaniu transmisji ultraszerokopasmowej (UWB). Technologia ta pozwala z dużą dokładnością ustalić położenie obiektów we wnętrzach, do działania wymaga jednak zainstalowania specjalnych bramek. Z tego powodu najlepiej sprawdza się w systemach lokalizacji tworzonych na potrzeby przemysłowe.

Choć powyższe systemy rozwiązują część problemów typowych dla lokalizacji GPS, działają wyłącznie w ograniczonym obrębie. Inżynierowie GoFind postanowili opracować uniwersalny system lokalizacyjny, który będzie jednocześnie energooszczędny i na tyle wszechstronny, aby mógł być wykorzystywany zarówno na świeżym powietrzu, jak i we wnętrzach.

– GoFind działa na zasadzie triangulacji między stacjami bazowymi, na bazie rozwiązania sigfox. To rozwiązanie podobne do sieci 3G, tylko służy do internetu rzeczy. Możemy przesłać transmisję danych, ale także lokalizować proste, niewielkie urządzenia elektroniczne. Przy czym nie otrzymujemy sygnału GPS z satelitów, tylko z okolicznych stacji bazowych, które działają na niższych częstotliwościach i przez to sygnał jest przesyłany przez ściany, sufity, beton, a nawet kilka pięter czy parking podziemny – tłumaczy ekspert.

Lokalizator GoFind powstał głównie z myślą o klientach biznesowych, a nie indywidualnych. Start-up planuje sprzedawać swoje rozwiązanie firmom, które umieszczałyby urządzenia w swoich produktach. Moduł GoFind mógłby być montowany w rowerach, ubraniach czy bagażach lotniczych, gdzie sprawdziłby się w roli niewidocznego systemu lokalizacyjnego.

– Cel jest taki, żeby nasz lokalizator był częścią gotowego wyrobu, który ktoś już produkuje, ma poukładaną sprzedaż, marketing. My dostarczamy kawałek komponentu elektronicznego. Konsument kupuje bagaż ze sklepu i ten bagaż już ma zaszytą tę magiczną funkcję. Może wyciągnąć telefon z kieszeni, zsynchronizować się z tagiem i od tego momentu śledzić swój bagaż – wyjaśnia Patryk Szymczak.

Według firmy badawczej Market Research Report wartość globalnego rynku urządzeń GPS do 2023 roku wzrośnie do przeszło 2,5 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie niemal 12 proc. w skali roku.

STS z najwyższym zyskiem wśród największych polskich bukmacherów

Ministerstwo Finansów opublikowało na swojej stronie internetowej dane z zeznań podatkowych firm za rok 2018. Wśród nich znaleźć możemy informacje o legalnych bukmacherach, ale tylko tych, których przychód przekroczył w 2018 roku 50 mln EUR. Okazuje się, że takich firm było 4 – STS, Fortuna, Totolotek i Forbet.

Na liście przedstawionej przez Ministerstwo Finansów znalazło się czterech polskich bukmacherów. Według widniejących w raporcie danych największe przychody w poprzednim roku zanotował bukmacher Start-Typ-Sport (STS), rok zakończył z zyskiem nieco ponad 164 milionów złotych (164,440,433 zł). Spółka z siedzibą w Katowicach odnotowała przychód w wysokości niemal dwóch i pół miliarda złotych (2,415,552,088 zł), ponosząc nieco ponad dwa miliardy dwieście milionów złotych kosztów (2,251,111,655 zł).

Na drugim miejscu spośród legalnych bukmacherów znalazł się jeden z najstarszych bukmacherów w Polsce – Fortuna. Sponsor warszawskiej Legii może pochwalić się ubiegłorocznym zyskiem na poziomie 78 milionów złotych (78,461,547 zł). Łączny przychód bukmachera wyniósł ponad miliard siedemset milionów złotych (1,734,393,393 zł), zaś koszty przekroczyły miliard sześćset milionów złotych (1,655,931,846 zł). Warto odnotować, że STS oraz Fortuna to jedyni w tym zestawieniu bukmacherzy, którzy mogą poszczycić się zyskami za ubiegły rok.

Trzeci na liście przychodów jest Totolotek, który w 2018 roku zanotował największą stratę w stawce czterech największych legalnych bukmacherów w Polsce. Ubytek budżetu firmy wyniósł nieco ponad 11 milionów złotych (11,770,775 zł). Przychód wyniósł natomiast ponad 382 miliony złotych (382,232,390 zł), przy kosztach ok. 394 milionów złotych (394,003,164 zł). Spółka Totolotek S.A. przeszła jednak w tym roku w ręce niemieckiego inwestora, więc być może jej sytuacja ulegnie wkrótce poprawie.

Czwartym i zarazem ostatnim polskim bukmacherem, który znalazł się w tym zestawieniu jest forBET. Spółka z Warszawy podobnie jak Totolotek zanotowała stratę, choć niższą od Totolotka, bo przekraczającą nieco 2 miliony złotych (2,113,174 zł). ForBET osiągnął przychód w wysokości 237 milionów złotych (237,900,057 zł), ponosząc 240 milionów złotych (240,013,231 zł) kosztów.

W opublikowanym dokumencie nie znalazł się żaden inny bukmacher, a przypomnijmy że legalnych bukmacherów jest już w Polsce kilkunastu. Głównym warunkiem, aby Ministerstwo uwzględniło firmę w swoim raporcie, był przychód w wysokości min. 50 mln EUR. Cały raport przygotowany przez Ministerstwo Finansów do zobaczenia tutaj: https://www.gov.pl/web/finanse/dane-za-rok-2018.

Złoty odrabia straty po ostrej wyprzedaży

Kurs EUR/PLN dziś odrabia straty. Co jednak stało za ostatnimi silnymi wzrostami na tej parze?

Ostatnie kilka dni przyniosły wyraźny wzrost zmienności na parach z polskim złotym. Silna wyprzedaż złotego została zapoczątkowana w środę i była kontynuowana również przez większość następnego dnia – para EUR/PLN w konsekwencji znalazła się wczoraj tuż poniżej poziomu 4,40, rosnąc do najwyższego poziomu od lipca 2018 roku.

Tak silna wyprzedaż polskiej waluty była splotem kilku czynników. Trudno jednak stwierdzić, żeby miała jakiekolwiek powiązanie z sytuacją w kraju. Ostatnie dane makroekonomiczne z Polski wprawdzie pokazały, że w II kwartale mieliśmy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym, było jednak ono dość łagodne – wzrost PKB cały czas pozostaje wysoki i powinien hamować jedynie umiarkowanie.

Pierwszym z powodów silnej presji na złotego był negatywny sentyment do ryzyka, który jeszcze wzmocniło odwrócenie krzywych rentowności w USA i Wielkiej Brytanii w kluczowym fragmencie (rentowności papierów 2-letnich przekroczyły poziomy notowane przez 10-letnie), co inwestorzy odebrali jako sygnał mogący zwiastować recesję.

Ów negatywny sentyment i postrzegany przez inwestorów wzrost ryzyka głębszego spowolnienia gospodarczego, czy nawet wspomnianej recesji w kluczowych globalnych gospodarkach, nie pozostał bez wpływu na oczekiwania cięć stóp procentowych w Polsce. Niedawno zostały one jeszcze wzmocnione przez słowa prezesa NBP, który w wypowiedzi w sierpniowym wydaniu miesięcznika „Bank”, zasugerował, że w przypadku istotnego pogorszenia koniunktury w Polsce można byłoby myśleć o luzowaniu polityki monetarnej przez NBP. I tak implikowane prawdopodobieństwo obniżki stóp procentowych za rok (oparte na stawkach FRA 12×15 na PLN) pokazało, że rynek w ostatnich dniach zaczął wyceniać spadek stóp procentowych o ponad 25 pb. w horyzoncie rocznym. Jeszcze na początku miesiąca rynek stawiał, że za rok stopy będą zaledwie o 3 pb. niższe niż obecnie (czyli, że w praktyce RPP nie będzie obcinać stóp procentowych).

Trzecim powodem mógł być wzrost presji spekulacyjnej. W czwartek wyprzedaży polskiego złotego sprzyjał dzień wolny w Polsce i związana z tym niższa aktywność krajowych inwestorów na rynku.

Obecnie kurs EUR/PLN „normalizuje się”. W momencie pisania para znajduje się w okolicy poziomu 4,34, który istotnie nie odbiega od poziomów notowanych w ostatnich dniach.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,37-4,40. Kurs EUR/USD zakończył wczorajszy dzień na minusie, co było konsekwencją wyprzedaży wspólnej europejskiej waluty. Euro wczoraj nie sprzyjała m.in. retoryka jednego z członków Europejskiego Banku Centralnego. Olli Rehn zasiadający w Radzie Prezesów EBC w wywiadzie dla „The Wall Street Journal” odnosząc się do oczekiwanego przez rynki luzowania polityki monetarnej ze strony banku centralnego stwierdził, że „to ważne, abyśmy opracowali istotny i skuteczny pakiet”, co można było odczytać jako sugestię zdecydowanych działań podczas spotkania EBC we wrześniu.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,7%, wahając się w widełkach 4,73-4,76. Funt brytyjski wczoraj radził sobie dobrze, zyskując również w relacji do głównych walut. Walucie pomogły m.in. dane z gospodarki – lipcowy odczyt dynamiki sprzedaży detalicznej okazał się wyższy od oczekiwań. Utrzymaniu dość wysokiego poziomu konsumpcji sprzyja wzrost dynamiki płac, która w ostatnim okresie pomiarów wzrosła do najwyższego poziomu od 11 lat.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,92-3,95. Wczorajszy dzień przyniósł zatrzęsienie danych z USA. Były one dość mieszane, jednak rynek zdawał się skupić na imponującym odczycie sprzedaży detalicznej. Dynamika sprzedaży detalicznej w lipcu wyniosła 0,7% i była ponad dwukrotnie wyższa od oczekiwań konsensusu, jak i poziomu odnotowanego miesiąc wcześniej, co dobrze wróży wzrostowi gospodarczemu w początkach III kwartału.

W kontekście informacji istotnych dla USD warto jednak wymienić niezbyt pozytywną wiadomość z Chin. Państwo Środka zadeklarowało wczoraj, że odpowie na złamanie „zawieszenia ognia” przez USA (plan nałożenia nowych ceł na chińskie produkty o wartości 300 mld USD). Do pewnego stopnia uspokajającą wieścią w tej kwestii może być informacja ze strony Chin o tym, że komunikacja między państwami jednak nadal trwa.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:00 – bazowa inflacja CPI w Polsce w lipcu
  • 14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w USA w lipcu
  • 16:00 – indeks nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan w sierpniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

PKB w Polsce ponad 4%

Nastąpiło spore osłabienie złotego, kurs w relacji do większości głównych walut dochodzi do ważnych poziomów technicznych. Powodami tego stanu są przede wszystkim spodziewane działania EBC, podejście RPP i … dzień wolny w naszym kraju. Dzisiaj sytuacja nieco się stabilizuje i obserwujemy delikatne odreagowanie oraz cofnięcie od wspomnianych oporów, ale presja na waluty rynków wschodzących pozostaje ogromna. Niemniej sytuacja gospodarcza Polski jest na tyle dobra, że aż taka wyprzedaż waluty jest nieracjonalna. 

Fala wyprzedaży złotego

Wczorajszy dzień przyniósł istotną falę wyprzedaży krajowej waluty. Czy można być jednak zaskoczonym? Nie do końca, gdyż w przeszłości, kiedy w naszym kraju był dzień wolny (tak jak to miało miejsce wczoraj), a inne ośrodki finansowe, jak Londyn czy Nowy Jork działały, dochodziło do skokowego osłabienia złotego. Szczególnie, że już początek tygodnia, biorąc pod uwagę napiętą sytuację rynkową, zwiastował ciężkie dni dla złotówki. W efekcie testowaliśmy 4,40 na EUR/PLN, najmocniej jednak tracił polski orzeł do dolara, gdzie notowaliśmy już nawet 3,95. Rynki, poza otoczeniem zewnętrznym, obawiają się sytuacji wewnątrz naszego kraju. Chodzi o możliwość poluzowania ilościowego przez RPP naszej krajowej polityki pieniężnej. Do tego dochodzi kwestia kredytów frankowych i ewentualne problemy banków w Polsce. Trzeba jednak dodać, że powodów do tak panicznej wyprzedaży złotego nie ma, sytuacja gospodarcza jest naprawdę dobra.

Jakie działanie podejmie EBC?

Biorąc pod uwagę sytuację na szerokim rynku, wczorajszy dzień przyniósł istotne osłabienie euro w stosunku do dolara. Było to również przyczyną osłabienia złotówki. Kurs EUR/USD zszedł poniżej 1,11. Kolejne wypowiedzi członków EBC wskazują na możliwe bardzo mocne poluzowanie polityki pieniężnej na kolejnym posiedzeniu już we wrześniu. Chodzi o to, że decydenci z banku centralnego strefy euro nie wierzą już w efekt tylko obniżenia stóp procentowych, czy uruchomienia znów QE. I jest to dość ciekawe podejście, ale całkiem zrozumiałe. Zaskakująco dobry efekt przynoszą nowe rozwiązania, a te, które znamy są już w większości wcześniej wkalkulowane przez inwestorów. A działać trzeba, za przykład można przytoczyć wczorajszy odczyt PKB z Niemiec, który wyniósł 0 za II kwartał. Co oznacza, że główna lokomotywa strefy euro stoi w miejscu.

Napięcia na rynkach odbijają się na danych

Na rynkach widać ogromne napięcie. Stąd nie ma się co dziwić, że pierwszym wyborem inwestorów pozostają bezpieczne przystanie, jak frank szwajcarski, czy jen japoński. Świat boi się gwałtownego spowolnienia i trzeba przyznać, że patrząc na krzywe rentowności obligacji, choćby w USA, czy w Wielkiej Brytanii, jest się o co martwić. Nie pomagają już nawet lepsze informacje w wojnie handlowej USA-Chiny, a więc odroczenie ceł przez Trumpa, który zaciekle walczy o reelekcję. Fatalnie wypadają dane ze strefy euro i wydaje się, że bez uruchomienia “drukarek” przez Mario Draghiego na koniec kadencji się nie obędzie. Nie wspominając już o wciąż niestabilnej sytuacji Włoch, możliwego powrotu byłego prezydenta Argentyny, który doprowadził kraj niemal do bankructwa, a także paraliżu Hongkongu i niewykluczonej interwencji, nawet zbrojnej, Chin.

Krzysztof Pawlak, analityk walutowy Internetowykantor.pl

Błąd w systemie e-biletów British Airways pozwala na wgląd w osobiste dane

Przez lukę w systemie e-biletów brytyjskich linii lotniczych dane klientów mogły być dostępne dla niepowołanych osób. Xopero Software, producent rozwiązań do backupu danych, w obliczu coraz liczniejszych wpadek przewoźników, upomina o skuteczniejszą ochronę danych pasażerów.

Okazuje się, że maile o odprawie online wysyłane przez British Airways do pasażerów zawierają nieszyfrowane linki. Kierują one do automatycznego logowania do konta, w którym znajdują się szczegóły lotu i informacje personalne.

Przez brak szyfrowania adres ten jest bardzo łatwy do przechwycenia. Korzystając z tej samej sieci Wi-Fi – na przykład tej darmowej, dostępnej na lotnisku – możliwe jest przejęcie owego linku. A dzięki automatycznemu logowaniu, można swobodnie przeglądać wszelkie dane, które podała potencjalna ofiara.

Wśród informacji “do wglądu” znalazły się adresy e-mail, numery telefonu, imiona i nazwiska, dane konta w serwisie British Airways oraz szczegółu lotu, takie jak numer rezerwacji czy miejsca.

Problem odkryli badacze z firmy Wandera. Natychmiast powiadomili brytyjskiego przewoźnika. Prace nad usunięciem błędu nie powinny potrwać długo, jako że British Airways jest w ciągłym kontakcie ze specjalistami. Jak twierdzi przedstawiciel koncernu, nawet po zalogowaniu do konta nie ma możliwości dostępu do żadnych danych paszportowych czy informacji o płatności z wykorzystaniem tego sposobu.

Szacuje się, że przez ostatnie sześć miesięcy ok. 2,5 miliona użytkowników skorzystało z wrażliwych linków. Nie ma jednak dowodów na jakiekolwiek wykorzystanie błędu do nielegalnych celów.

– Chociaż nie znaleziono żadnych dowodów, nie można bagatelizować takich spraw. – mówi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży Xopero Software – Taka marka jak British Airways powinna nie tylko korzystać z szyfrowanych linków, ale również wdrożyć mechanizmy dwupoziomowego uwierzytelniania podczas logowania do kont i odprawy online. Zwłaszcza, że to nie pierwsza tego typu wpadka przewoźnika.

British Airways ma na swoim koncie już kilka przypadków luk w systemach bezpieczeństwa. W październiku 2018 roku przewoźnik poinformował o wycieku danych niemal 400 tysięcy transakcji płatniczych. Później liczba ta zwiększyła się do ponad 0,5 miliona. W lipcu tego roku koncern został ukarany grzywną opiewającą na 230 milionów dolarów.

W lutym wykryto podobne błędy na stronach ośmiu innych przewoźników – Air France, Vueling, Southwest, KLM, Jetstar, Air Europa, Thomas Cook oraz Transavia.

Złoty w stosunku do euro najniżej od ponad roku

Złoty w mijającym krótszym roboczym tygodniu zanotował straty i to w stosunku do dwóch głównych walut. W czwartek jego kurs w relacji do euro wynosił nieco poniżej 4,40 PLN/EUR. To najniższy poziom zanotowany od lipca ubiegłego roku. Na parze walutowej z dolarem amerykańskim złoty tak słaby nie był od kwietnia 2017 r. Złotówka była również w tym tygodniu najsłabszą walutą regionu Europy Środkowej, a jej straty były głównie spowodowane negatywnymi nastrojami na rynkach finansowych.

Osłabienie złotego, na pierwszy rzut oka, może się wydawać nieco paradoksalne, ponieważ dane z polskiej gospodarki są w dalszym ciągu bardzo pozytywne. Wzrost inflacji konsumenckiej został w lipcu potwierdzony na poziomie 2,9% r/r i jest to najszybszy miesięczny wzrost od października 2012 r. W ostatnich latach z pewnością w Polsce nie często obserwowaliśmy inflację przekraczającą cel inflacyjny NBP, tj. ponad 2,5%. Wzrost polskiej gospodarki w 2. kwartale (+0,8% k/k i 4,1% r/r po korekcie sezonowej i kalendarzowej), choć pozostał nieco w tyle za prognozami rynkowymi, to Polska ponownie znalazła się gronie najszybciej rozwijających się krajów UE. Jednak jeśli sytuacja gospodarcza w Niemczech nie poprawi się w najbliższej przyszłości, to spowolnienie polskiej gospodarki w najbliższych kwartałach wydaje się być nieuniknione. Nawet silna konsumpcja polskich gospodarstw w tym wypadku nie uratuje sytuacji.

Komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY

Ten magiczny dzień w roku

Nie ma to jak trafić z krajowym świętem w najgorsze załamanie rynkowe od co najmniej trzech lat. Złoty osłabił się do niemal 4,40 za euro, ale szybki odwrót sugeruje, że inwestorzy widzą w tym poziomie psychologiczny sufit. Tymczasem na rynkach zewnętrznych trwa dyskusja o arsenale posiadanym przez banki centralne i czy jest on wystarczający?

Nie jest dużym zaskoczeniem, że krajowe święta w Polsce nie są przychylne dla złotego, szczególnie gdy nastroje na rynkach zewnętrzy są złe. Polscy inwestorzy odpowiadają za płynność, a zatem i stabilność kursu, więc ich brak jest zaproszeniem do spekulacyjnego osłabienia waluty. Niedaleko trzeba szukać, gdyż dokładnie rok temu złoty osłabił się o 5 gr ponad 4,34 za euro, kiedy w tle rynki żyły kryzysem finansowym w Turcji. Dwa dni później EUR/PLN był na 4,29 i po całej eskapadzie nie było śladu. To tylko dowodzi, że w takich przypadkach słabość złotego ma podłoże płynnościowe, a nie fundamentalne. Jakkolwiek polska gospodarka będzie doświadczona przez globalne spowolnienie, jak na razie jedyne, co pokazuje, to względną odporność na chociażby fatalną postawę Niemiec. W efekcie tak silne osłabienie waluty jest brutalnym wykorzystywaniem okazji spekulacyjnej niż wyrazem racjonalnej oceny tła makroekonomicznego i nie jest do utrzymania w dłuższym horyzoncie. Wczoraj szarpany handel przy 4,40 ostatecznie zakończył się odejściem niżej, co może sugerować, że w okrągłym poziomie inwestorzy widzą psychologiczną granicę. Albo dla stadnego myślenia innych inwestorów i nasilenia transakcji pod zawrotkę, albo jako poziom skłaniający NBP do stabilizacji wahań kursu (tj. dostarczenia płynności dla wygładzenia wahań, a nie walki z osłabieniem). Ostre spadki EUR/PLN na początku piątkowych notowań w Europie potwierdzają tezę, że wczorajsze poziomy były anomalią. Czy to oznacza, że 4,40 już się nie pojawi? Niestety, przy niepewności wokół licznych czynników politycznych czynników niczego nie można stwierdzić z pewnością. A mijający rok pokazuje, że wszystko jest możliwe.

Wojny handlowe są na ustach wszystkich, a ostatnie dni przyniosły eskalację obaw, co zaburzenia w handlu mogą oznaczać dla globalnej gospodarki (nic dobrego) i jak w takim razie powinny zareagować banki centralne? Czwartek przyniósł dwa interesujące sygnały z Fed i EBC. Szef oddziału Fed w St. Louis James Bullard, zapytany o szanse na obniżkę stóp procentowych o 50 pb we wrześniu, odpowiedział, że nie chce z góry przesądzać o wyniku posiedzenia. Choć to stwierdzenie samo w sobie wygląda dla naturalny unik bankiera centralnego, to trzeba pamiętać, że Bullard na podobne pytanie przed lipcowym posiedzeniem FOMC odpowiedział, że „nie sądzi, aby sytuacja wymagała tak agresywnego ruchu”. Może to być wskazówka, że Fed jest gotowy reagować stanowczo na obecną sytuację. Rynek stopy procentowej dyskontuje 35 pb cięcia we września, więc jeśli kolejne słowa decydentów z Fed potwierdziły otwartość do głębokiego luzowania, USD znajdzie się pod presją.

Ale EUR/USD jest niżej (pod 1,11), gdyż wczoraj większe znaczenie miały słowa członka Rady Prezesów EBC Olliego Rehna. W wywiadzie dla WSJ Rehn zapowiedział „znaczący i wymierny” pakiet luzowania monetarnego, który bank przedstawi po wrześniowym posiedzeniu. Takie działanie jest konieczne w związku ze słabą postawą gospodarki, a zdaniem członka EBC „lepiej jest przeszacować z pakietem niż nie doszacować”. EBC chce udowodnić, że ma amunicję dla ratowania gospodarki, a przez osłabienie EUR rynek pokazał, że nie zamierza powątpiewać w chęci banku centralnego. Mimo to spadek EUR/USD o ok. 0,5 proc. pokazuje, że albo rynek w dużym stopniu jest przygotowany na nowy pakiet EBC, albo nie do końca wierzy w jego skuteczność. Wielokrotnie już pisaliśmy, że zarówno obniżanie stóp procentowych, jak i wznowiony program QE będzie się wiązać z różnorakimi ograniczeniami osłabiającymi jego efektywność. Reakcja szokowa może zepchnąć EUR/USD jeszcze niżej, ale w dłuższym horyzoncie trzeba patrzeć na obie strony kursu. Zbyt silny USD do EUR będzie potęgował niezadowolenie prezydenta Trumpa z nasilającą się krytyką Fed, ale też innymi działaniami Białego Domu na rzecz osłabienia dolara. Dalej powątpiewam w trwałość zjazdu EUR/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

10-proc. wzrost wniosków o przyznanie statusu uchodźcy w UE

Wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w krajach UE+ złożyło 337,2 tys. cudzoziemców – wynika z danych Europejskiego Urzędu Wsparcia w dziedzinie Azylu za I półrocze. Jest to o 10 proc. więcej w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Najwięcej osób ubiegających się o ochronę pochodziło z Syrii, Afganistanu i Wenezueli.

Tegoroczny wzrost liczby cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową w Europie jest zmianą w stosunku do trendu spadkowego odnotowanego w 2018 r. Wówczas wnioski złożyło prawie 634,7 tys. osób, czyli o ok. 10 proc. mniej niż w 2017 r. Liczba zarejestrowanych w tym roku spraw jest jednak niższa względem lat 2015-2016.

W I półroczu głównymi krajami pochodzenia wnioskodawców były Syria, Afganistan oraz Wenezuela. Największe wzrosty odnotowano wśród cudzoziemców z krajów Ameryki Południowej. Ponad 25 proc. spraw dotyczyło obywateli państw zwolnionych z obowiązku wizowego. Liczba wniosków składanych po raz kolejny w tym samym państwie członkowskim pozostała na poziomie ok. 10 proc.

Do końca czerwca kraje UE+ wydały w pierwszej instancji 277,7 tys. decyzji ws. ochrony międzynarodowej, w tym 95,3 tys. pozytywnych. W 70 proc. rozstrzygnięć przyznano status uchodźcy, a w 30 proc. ochronę uzupełniającą. Najczęściej ochronę międzynarodową otrzymywali obywatele Syrii i Jemenu (po 86 proc.) oraz Erytrei (80 proc.).

Istotnym wskaźnikiem obrazującym obciążenie urzędów migracyjnych państw członkowskich w zakresie prowadzenia spraw uchodźczych są dane dotyczące trwających postępowań. Według stanu na koniec czerwca, ok. 439 tys. spraw było w trakcie rozpatrywania na etapie pierwszej instancji.

W krajach dotkniętych największą presją migracyjną organizowana jest pomoc koordynowana przez Europejski Urząd Wsparcia w dziedzinie Azylu. Od 2016 r. eksperci Urzędu do Spraw Cudzoziemców odbyli ponad 100 zagranicznych misji wsparcia. Polscy specjaliści wyjeżdżali do Grecji, Włoch oraz na Cypr, gdzie pomagali tamtejszym służbom migracyjnym w prowadzeniu spraw uchodźczych.

W I połowie br. wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce złożyło natomiast 1,8 tys. cudzoziemców – o ok. 12 proc. mniej w porównaniu do analogicznego okresu 2018 r.

Dane dot. UE+ obejmują 28 państw członkowskich oraz Norwegię i Szwajcarię.

Od 2020 roku większa pomoc dla kredytobiorców. W praktyce może jednak pogłębić problemy finansowe

Od 2020 roku większa pomoc dla kredytobiorców. W praktyce może jednak pogłębić problemy finansowe 12

– Nowelizacja ustawy frankowej to tylko powierzchowna zmiana – ocenia ekonomista Sławomir Horbaczewski. Nowe przepisy, które wejdą w życie z początkiem 2020 roku, wydłużają okres i wartość pomocy udzielanej kredytobiorcom, którzy borykają się z trudnościami w ich spłacie. W praktyce mogą jednak pogłębić ich problemy, kiedy – po okresie przejściowym – otrzymaną pomoc finansową trzeba będzie zwrócić. Ekonomista ocenia, że problem kredytów walutowych z czasem rozwiąże się sam, bo ich spłacalność jest bardzo dobra, a kredytobiorcy sami dochodzą do porozumienia z bankami w przypadku problemów.

– Te zmiany, przewidziane w znowelizowanej ustawie, idą w kierunku poprawy już obowiązujących ułatwień dla kredytobiorców. Nie jest to zmiana o charakterze jakościowym, czyli nie są to całkiem nowe rozwiązania, które umożliwiają zastosowanie nowych instrumentów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes ekonomista Sławomir Horbaczewski. – Polska gospodarka się rozwija, ludziom żyje się dostatniej, mamy większe zasoby, ale wciąż pojawiają się określonego rodzaju problemy w spłacie kredytów – wszystkich, nie tylko walutowych, w związku z czym należy umożliwić większej liczbie osób skorzystanie z takiej pomocy.

W połowie lipca prezydent podpisał nowelizację ustawy o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy (ustawa frankowa). Zakłada ona rozszerzenie pomocy udzielanej z Funduszu Wsparcia tym posiadaczom kredytów (zarówno walutowych, jak i złotowych), którzy z obiektywnych i nieprzewidzianych przyczyn znaleźli się w trudnej sytuacji i mają problemy ze spłatą rat. W stosunku do pierwotnej ustawy z 2015 roku nowelizacja wydłuża okres pomocy (z 18 do 36 miesięcy) i zwiększa jej wartość (z 1,5 do 2 tys. zł miesięcznie). Wprowadza również możliwość częściowego umorzenia w przypadku terminowego zwrotu części rat z tytułu udzielonego wsparcia. Nowe przepisy mają zacząć obowiązywać z początkiem 2020 roku.

– To zmiana dotychczas obowiązujących przepisów w zakresie pomocy dla osób, które mają problemy ze spłatą kredytów wynikające np. z utraty pracy, trudniejszej sytuacji gospodarczej, obniżenia wynagrodzenia, rozwodu czy zmiany sytuacji życiowej niemożliwej do przewidzenia w momencie zaciągania kredytu – mówi Sławomir Horbaczewski.

Jak podkreśla, jednym z zarzutów w stosunku do nowelizacji ustawy frankowej jest to, że może ona w praktyce pogłębić problemy osób borykających się z trudnościami w spłacie kredytów.

– Jeżeli te osoby skorzystają z ułatwień, to w okresie przejściowym będzie im łatwiej spłacać raty kredytów, ale kiedy minie ten czas i trzeba będzie zwrócić pomoc, wówczas znowu zacznie się problem. On będzie się pogłębiać i wrócimy do punktu wyjścia. Dlatego byłbym ostrożny, jeżeli chodzi o stosowanie tej ustawy – mówi Sławomir Horbaczewski. – Zresztą ustawa o pomocy dla osób mających kłopoty w spłacie kredytów obowiązuje już od kilku lat i do tej pory te rozwiązania są rzadko stosowane. Niewiele osób jest nią zainteresowanych, banki też nie, bo jest to rozwiązanie tymczasowe i nie zmienia sytuacji, a tylko ułatwia przeżycie pewnego okresu.

Problemy kredytów walutowych są w większości na bieżąco rozwiązywane przez samych kredytobiorców, którzy nadpłacają te kredyty albo dogadują się z bankami.

– Problemy kredytów walutowych są również rozwiązywane przez banki. Banki postrzegają to jako kłopot, ponieważ muszą tworzyć większe rezerwy, kredyty walutowe bardziej obciążają banki w sensie sumy bilansowej, różnego rodzaju wskaźników kapitałowych. W związku z tym banki są otwarte, nie zamykają się na rozmowy z kredytobiorcami i próbują wspólnie z nimi szukać jakichś rozwiązań – mówi Sławomir Horbaczewski.

Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, na koniec czerwca br. kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich spłacało blisko 800 tys. Polaków. Wartość ich zadłużenia z tego tytułu wynosi prawie 103 mld zł, ale łączna suma zobowiązań frankowiczów – włącznie m.in. z kredytami konsumpcyjnymi czy zadłużeniem na kartach kredytowych – przekracza 131 mld zł. Obecnie prawie co piąty czynny kredyt mieszkaniowy jest nominowany we frankach.

Zarówno liczba, jak i wartość zobowiązań hipotecznych obsługiwanych we frankach stale się zmniejsza. W 2011 roku rekordowe zadłużenie z tego tytułu (w przeliczeniu na złote) wynosiło 162,03 mld zł. Trzy lata temu kredytobiorcy spłacali 520,81 tys. kredytów frankowych, na koniec czerwca br. było ich już 458,8 tys. Kredyty frankowe charakteryzują się dobrą spłacalnością. Odsetek zobowiązań opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni wynosi 1,2 proc. (vs 1,4 proc. w przypadku kredytów złotowych).

– Moim zdaniem problem kredytów walutowych rozwiąże się sam, bo one są spłacane, a kredytobiorcy dogadują się z bankami. Różnego rodzaju rozwiązania ustawowe w Polsce nie wchodzą w grę. Dobrze, że te, które zostały przyjęte, dotyczą wszystkich kredytobiorców, zarówno walutowych, jak i złotowych. Czas leczy rany i w Polsce problem kredytów frankowych stał się znacznie mniejszy. To oznacza, że jednak kredyty walutowe w większości przypadków brały osoby, które są lepiej przygotowane do zrozumienia ryzyka finansowego, lepiej sytuowane, mające większe zasoby własne – mówi Sławomir Horbaczewski.

Wyhamowały inwestycje w gospodarstwach rolnych. Z powodu suszy i słabego wykorzystania środków unijnych spada sprzedaż maszyn rolniczych

Wyhamowały inwestycje w gospodarstwach rolnych. Z powodu suszy i słabego wykorzystania środków unijnych spada sprzedaż maszyn rolniczych 13

Sprzedaż ciągników i przyczep rolniczych spada. I półrocze 2019 roku jest pod tym względem najsłabsze od lat. W sumie zarejestrowano nieco ponad 3,9 tys. nowych ciągników i blisko 2,4 tys. nowych przyczep. Rolnicy są mniej skłonni do inwestycji, a każdy zakup jest bardziej przemyślany. – To wynik problemów z suszą, chorobami zwierząt i sytuacji z dotacjami rolniczymi – tłumaczy Michał Spaczyński z Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

W latach 2016–2018 indeks zadowolenia menadżerów z branży maszyn i urządzeń rolniczych wzrastał, a więc to zadowolenie z perspektywy rynku się poprawiało. Natomiast na przestrzeni ostatniego roku obserwujemy, że te nastroje się pogarszają. To szczególnie wynik ubiegłorocznej suszy, która bardzo mocno dotknęła polskich rolników. Przewidywania związane z zatrzymaniem inwestycji w gospodarstwach rolnych rzeczywiście mocno napawały pesymizmem menadżerów, którzy zajmują się sprzedażą maszyn rolniczych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Spaczyński, wiceprezes zarządu, dyrektor zarządzający Polskiej Izby Gospodarczej Maszyn i Urządzeń Rolniczych.

Kwietniowy raport PIGMiUR wskazuje, że rośnie odsetek przedsiębiorców, którzy negatywnie oceniają sytuację na rynku maszyn rolniczych – ok. 42 proc. spodziewa się pogorszenia koniunktury (jeszcze w październiku 2018 roku było to ok. 23 proc.), spada natomiast odsetek optymistów. Ponad 36 proc. wskazuje, że sprzedaż w ich firmie będzie poniżej poziomu sprzed roku (20 proc. w październiku 2018 roku).

– Od 2012 roku, ze sprzedażą ciągników rolniczych na poziomie ponad 19 tys., sukcesywnie z roku na rok ta liczba spada. Ubiegły rok kształtował się na poziomie około 9 tys. sztuk i myślimy, że to będzie poziom, który również w tym roku zostanie prawdopodobnie osiągnięty. Aczkolwiek pierwsze miesiące niestety nie napawają zbyt dużym optymizmem – ocenia Michał Spaczyński.

I półrocze 2019 roku było pod tym względem jednym z najsłabszych od lat – w sumie zarejestrowano 3 943 nowych ciągników, o 46 mniej niż w I półroczu 2018 roku oraz o 343 mniej niż w 2017 roku. Kryzys przechodzi też rynek ciągników używanych.

– Podobnie jest z przyczepami. Lata 2012–2013 były bardzo dobre, natomiast później ta sprzedaż sukcesywnie malała do poziomu około 4–5 tys. Wydaje nam się, że rynek będzie wyglądał podobnie w tym roku – prognozuje dyrektor zarządzający PIGMiUR.

Również w tym segmencie pierwsza połowa 2019 roku zamknęła się mniejszą liczbą rejestracji niż w 2018 roku. Zarejestrowano 2 393 nowych przyczep, przy 2 467 rok wcześniej. Oznacza to niewielki, 3-proc., spadek. Także rynek wtórny notuje nieco słabsze wyniki.

Spadek inwestycji to pochodna kilku istotnych kwestii. Poza trudną sytuacja pogodową, która wpływa na dochody rolników i ich skłonność do inwestowania, gospodarstwa rolne zmagają się także z problemem chorób zwierząt, m.in. ASF. Na to nakłada się sytuacja z dotacjami rolniczymi. W połowie roku wykorzystanie środków unijnych było na poziomie 17 proc. w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Poza tym w Polsce mamy ponad 1,2 mln gospodarstw rolnych, które korzystają z dopłat unijnych, a jedynie około 1/4 z nich to są gospodarstwa produkcyjne, a więc takie, które są skłonne do inwestowania oraz mają możliwości, żeby kupować maszyny rolnicze. Te 300 tys. gospodarstw na bardzo nasycony rynek dystrybucji maszyn rolniczych to stosunkowo niewiele – przypomina dyrektor zarządzający PIGMiUR. – Te czynniki powodują, że perspektywy rozwoju dla tego rynku w okresie najbliższych paru lat nie są zbyt optymistyczne.

Dla polskich producentów maszyn rolniczych wyzwaniem jest także obecność w Polsce największych światowych konkurentów, co powoduje, że rynek jest mocno nasycony. Dlatego coraz częściej szukają oni szans za granicą. Tylko w 2017 roku wartość polskiego eksportu maszyn i urządzeń rolniczych wyniosła blisko 1,2 mld euro (ponad 18 proc. wzrost). Pod względem sprzedaży Polska należy do europejskiej czołówki.

Jak popatrzymy na udział w przychodach poszczególnych firm produkujących w Polsce maszyny rolnicze, to coraz większy odsetek zyskuje sprzedaż do innych krajów europejskich. Rolnicy nie tylko w Europie, lecz także w innych częściach świata coraz bardziej doceniają jakość produkowanych w Polsce maszyn rolniczych przy stosunkowo niskiej cenie. Perspektywa rozwoju dla firm produkujących w Polsce jest bardzo dobra – przekonuje Michał Spaczyński.

Blisko 150 największych firm technologicznych zapłaci w UE 3 proc. podatek cyfrowy. To może oznaczać nie tylko koniec rajów podatkowych, lecz także wyższe ceny usług i produktów

Blisko 150 największych firm technologicznych zapłaci w UE 3 proc. podatek cyfrowy. To może oznaczać nie tylko koniec rajów podatkowych, lecz także wyższe ceny usług i produktów 14

Giganci technologiczni, który działają w oparciu o cyfrowe modele biznesowe, monopolizują rynek. Prowadzą działalność, która wyklucza skutecznie pojawianie się innowacyjnych rozwiązań – podkreśla Katarzyna Królak-Wyszyńska, prezes Innovatika. Tylko w 2018 roku aż 60 firm z listy Fortune 500 nie płaciło podatków w USA. Raje podatkowe istnieją także w Unii Europejskiej, to m.in. Cypr czy Malta. Także przepisy w Belgii i Irlandii sprzyjają międzynarodowym firmom w unikaniu płacenia podatków. Wprowadzenie podatku cyfrowego dla m.in. Google’a, Apple’a, Facebooka i Amazona ma zmienić tę sytuację.

– Giganci technologiczni wykupują swoich konkurentów i starają się wszystko mieć pod kontrolą, a to powoduje spore ryzyka. Taki monopolista ma więcej niż tylko siłę rynkową i biznesową, ma siłę równoważną z siłą rządu państwa – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Katarzyna Królak-Wyszyńska, prezes Innovatika.

W Stanach Zjednoczonych w 2018 roku co najmniej 60 firm z listy Fortune 500 zgłosiło, że od dochodów uzyskanych w USA nie zapłaciło nawet dolara (analiza opublikowana przez Institute on Taxation and Economic Policy, think tank z siedzibą w Waszyngtonie). Należą do nich m.in. gigant technologiczny Amazon, serwis streamingowy Netflix czy naftowy Chevron Corp., producent farmaceutyczny Eli Lilly & Co. oraz producent sprzętu rolniczego i handlowego Deere & Co. Firmy, w tym giganci technologiczni jak Amazon czy Netflix, powinny zapłacić 16,4 mld dol. podatku. Zamiast tego otrzymały ulgę podatkową (ponad 4 mld dol.).

– Regulacje podatkowe dotyczą granic geograficznych, natomiast działania biznesów cyfrowych wymykają się poza te granice. Dlatego jeżeli giganci technologiczni, jak Google, Amazon, Facebook, Netflix, Spotify czy Apple, są zarejestrowani w kraju, który jest rajem podatkowym, albo w kraju, gdzie jest im wygodnie prowadzić jakąś działalność, i tam mają swoją główną siedzibę, płacą podatki według stawek, które obowiązują w tych właśnie krajach. Natomiast większość ich przychodów generowana jest dzięki działaniom na zupełnie innych terytoriach – tłumaczy Katarzyna Królak-Wyszyńska.

Raje podatkowe to nie tylko egzotyczne kraje, istnieją także w Unii Europejskiej. Komisja Europejska i OECD określa np. Cypr, Maltę, a od niedawna także Belgię czy Irlandię, jako kraje, które pomagają największym firmom w unikaniu płacenia podatków. Tylko w 2016 roku Komisja Europejska nakazała Belgii odzyskać 700 mln euro od przedsiębiorstw, które skorzystały z ulg, m.in. BASF, Cellio czy obecny Proximus, a Luksemburgowi –  250 mln euro od Amazona. Wprowadzenie 3 proc. podatku cyfrowego dla największych firm technologicznych miałoby raczej symboliczne działanie, ale byłoby pierwszym krokiem do uporządkowania sytuacji.

– Wielkie firmy technologiczne niespecjalnie odczują ciężar tego podatku. Po pierwsze, jego wysokość jest dosyć symboliczna – 3 proc., po drugie, w standardzie każdego biznesu jest przerzucać wszelkie koszty na swoich klientów. W przypadku bigtechów to jesteśmy my, konsumenci, więc jeżeli już ktoś poczuje ciężar, to prawdopodobnie my będziemy płacić trochę więcej za usługi – ocenia ekspertka.

Zgodnie z zapowiedziami KE 150 największych firm internetowych (głównie amerykańskich) o globalnych przychodach wyższych niż 750 mln euro i europejskich wyższych niż 50 mln euro miałyby zapłacić w całej UE 3-proc. podatek od przychodów ze sprzedaży przestrzeni reklamowej w sieci, sprzedaży danych wygenerowanych dzięki informacjom o użytkownikach i od przychodów internetowych pośredników. Wprowadzenie unijnej daniny jednak znacznie się wydłuża. Wiadomo już, że na decyzję KE nie czekały Francja, Hiszpania, Włochy, Wielka Brytania, Austria i Czechy. Własny podatek cyfrowy chce też wprowadzić Polska, która jeszcze czeka na unijną zgodę.

– Ponieważ dyrektywa unijna nie została przyjęta, to poszczególne kraje mogą myśleć o wprowadzeniu pewnych działań czy podatków na swoim terytorium lokalnie. To zrobiła już Francja i zamierza zrobić Polska. Ministerstwo Finansów pracuje nad podatkiem cyfrowym, który ma mieć konstrukcję podobną do tej zaproponowanej przez Komisję Europejską. Plany są takie, żeby od początku 2020 roku obowiązywał 3-proc. podatek – przypomina Katarzyna Królak-Wyszyńska.