Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Przedsiębiorcy mają wiele możliwości finansowania samochodu firmowego, pośród których najpopularniejszy jest leasing. Rokrocznie przybywa jednak firm wynajmujących auto. Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców jest w ogóle opłacalny i jeżeli tak, to jakie niesie w sobie korzyści?

Wynajem długoterminowy samochodów przez firmy – statystyki

Wynajem długoterminowy lub inaczej Car Fleet Management (CFM) regularnie zyskuje na popularności. Od dawna z możliwości długoterminowego wynajmu korzystają duże firmy i międzynarodowe korporacje z siedzibą w Polsce. Obecnie do tej formy finansowania przekonują się właściciele firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP), a nawet jednoosobowe działalności gospodarcze.

Podaż wynajmu długoterminowego wśród przedsiębiorców rośnie, co potwierdzają statystyki. Dobrze oddaje to III kwartał ubiegłego roku, kiedy firmy kupiły blisko 100 tys. nowych samochodów. Przeszło co piąty (21%) został nabyty w formie wynajmu długoterminowego. W analogicznym okresie rok do roku oznaczało to aż blisko 37-procentowy wzrost zainteresowania tą formą finansowania. Przedsiębiorcy samochody wypożyczali w podmiotach zrzeszonych w Polskim Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) – 16 tys. aut, ale też w wypożyczalniach, np. warszawskiej wypożyczalni samochodów MobiCars, która świadczy też usługi wynajmu aut we Wrocławiu.

Mimo wszystko, choć wynajem długoterminowy auta na firmę w Polsce liczy sobie blisko 20 lat, to daleko nam pod tym względem do Europy Zachodniej. Tam finansowanie zakupu samochodu w tej formie pojawiło się jednak przeszło pół wieku temu. W niektórych krajach na Zachodzie wynajem długoterminowy to nawet 80% wszystkich pojazdów firmowych.

Wynajem długoterminowy a leasing

Wynajem długoterminowy samochodów przez firmy ma założenia podobne do leasingu. Właściwie jest to leasing operacyjny z pełną lub częściową obsługą samochodów. Przedsiębiorca wynajmujący auto płaci wynajmującemu go podmiotowi za jego użytkowanie na określonych w umowie zasadach, ale nie staje się jego właścicielem. Miesięczna opłata za usługę najmu długoterminowego auta obejmuje w sobie sam wynajem, ale i jego obsługę przez wyspecjalizowaną w tym firmę zewnętrzną. Jeżeli wynajmem długoterminowym dla przedsiębiorców zapewnia m.in. pełen serwis, ubezpieczenie, opony, likwidację szkód i inne usługi dodatkowe, jest znacznie atrakcyjniejszy niż leasing finansowy. Ten jest bowiem tylko sposobem na sfinansowanie auta. Wszystkie kwestie związane z eksploatacją spadają na barki przedsiębiorcy.

Co więcej, przedsiębiorca nie jest z wynajmującym podmiotem związany umową na czas określony i w każdej chwili może ją rozwiązać bez konieczności narażania się na wysokie kary. Dzieje się to jednak rzadko, tylko w przypadku sytuacji kryzysowej firmy. Miesięczne i stałe raty płatności pozwalają bowiem z dużym wyprzedzeniem zaplanować budżet i koszty generowane przez wynajem długoterminowy. Przy leasingu są one wyższe, a dodatkowo wszystkie kwestie związane z eksploatacją samochodu obciążają kieszeń przedsiębiorcy.

Czy wynajem długoterminowy dla przedsiębiorców się opłaca?

Bez wątpienia wynajem długoterminowy na firmę to atrakcyjny sposób finansowania samochodu flotowego. Przedsiębiorca nie musi martwić się o kwestie związane z eksploatacją. Problemem nie jest nawet awaria, kiedy firma otrzymuje pojazd zastępczy. Podobnie jak przy leasingu, przedsiębiorca ma również prawo do zaliczenia rat do kosztów uzyskania przychodu. Płatności mają tu formę comiesięcznych rat regulowanych umową. Dzięki temu przedsiębiorca nie traci środków, które wydałby na zakup samochodu za gotówkę, a jednocześnie nie obniża swojej zdolności kredytowej. Poza tym wynajem długoterminowy samochodów nie wymusza uiszczenia opłaty wstępnej, która występuje przy leasingu. Dlatego chcąc skorzystać z tej opcji, przedsiębiorca nie musi mieć wkładu własnego, co jest ważne np. dla jednoosobowych działalności gospodarczych czy startupów. Kolejną zaletą w aspekcie finansów firmy jest brak kosztów amortyzacji.

Oczywiście, wynajem długoterminowy samochodu przez przedsiębiorcę od leasingu różni fakt własności auta. Po ustaniu umowy samochód jest zwracany do MobiCars, innej wypożyczalni lub podmiotu zrzeszonego w PZWLP, podczas kiedy przy leasingu stanowi majątek firmy. Jednak utrata wartości auta, a najwięcej na wartości tracą samochody 3-letnie, zmusza do postawienia pytania, czy jest to decydujące. Zwłaszcza przy doliczeniu wcześniejszych kosztów związanych z eksploatacją.

Wynajem długoterminowy samochodów na firmę jest więc obecnie jedną z wielu, ale chyba najlepszą formą finansowania zakupu auta. Na pewno niczym nie ustępuje leasingowi finansowemu czy kredytowi bankowemu, a na wielu płaszczyznach ma nad nimi przewagę. Można być pewnym, że ta forma wynajmu będzie rosła w siłę, choć wątpliwe jest, aby w najbliższym czasie dorównała krajom Europy Zachodniej.

Wartość Giełdowego Indeksu Produkcji na koniec lipca wyniosła 857.61 punktów – 1.97 proc. niżej niż przed rozpoczęciem pierwszego miesiąca wakacji

Wartość Giełdowego Indeksu Produkcji (GIP60) na koniec lipca wyniosła 857.61 punktów –  1.97 proc. niżej niż przed rozpoczęciem pierwszego miesiąca wakacji. Nienajlepsza sytuacja na warszawskim parkiecie i coraz gorsze nastroje w przemyśle przekreśliły szanse na odbudowę wartości przez GIP60 i sprowadziły go na najniższy poziom od początku roku.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc lipiec. Więcej w poniższym komunikacie.

DR Maciej Zaręba z DSR – analityk i współtwórca GIP podaje: „W pierwszej połowie tego roku najlepszą inwestycją okazały się akcje spółek z indeksu SWIG80, którego wartość wzrosła w tym czasie o 11.8 proc., podczas gdy indeks WIG wzrósł o 4.3 proc., a WIG20 o 2.2 proc. Również druga połowa roku zaczęła się najkorzystniej właśnie dla małych spółek. W lipcu SWIG80 powiększył swoją wartość o kolejne 1.2%, i jako jedyny utrzymał się nad kreską. Indeks szerokiego rynku WIG stracił w lipcu 0.9 proc., a indeksy największych (WIG20) i średnich (MWIG40) spółek stopniały odpowiednio o 2.2 proc. i 3.2 proc.”

Mogłoby się wydawać, że jest to dobry czas dla spółek z GIP60, których znaczna część pochodzi z indeksu SWIG80, ale niestety jest zgoła inaczej i akcje polskich spółek produkcyjnych od dłuższego czasu są jednymi z najsłabszych na warszawskim parkiecie.

Większość branż pod kreską

Najsilniej nad spadkiem wartości GIP60 w lipcu pracowały spółki z branży meblarskiej, których akcje straciły na wartości średnio 7.01 proc. m/m, ale także producenci materiałów budowlanych (-6.92 proc.), spółki motoryzacyjne (-6.37 proc.) i spółki branży tworzyw sztucznych (-5.26 proc.). Pozytywnie na indeks oddziaływały w tym czasie akcje spółek farmaceutycznych (+11.06 proc. m/m), przede wszystkim dzięki imponującemu wzrostowi na akcjach spółki BIOTON S.A. na poziomie 38.16 proc. m/m, co dało jej tytuł zwycięzcy lipcowego rankingu GIP60. Drugie miejsce przypadło spółce LUBAWA S.A. (13.85 proc. m/m), natomiast na trzecim miejscu uplasowała się spółka BORYSZEW S.A. (11.75 proc. m/m).

BIOTON to znany polski producent leków, który nie  po raz pierwszy wyróżnia się na tle pozostałych spółek z Giełdowego Indeksu Produkcji. Tym razem na cenę akcji spółki niemały wpływ miały pozytywne rekomendacje analityków, którzy docenili dobre wyniki spółki, ale także potencjał związany z wprowadzeniem do portfela analogów insuliny i współpracę z firmą Yifan Pharmaceutical, zapewniającej pełne finansowania tego projektu. Spółka ma za sobą okres intensywnej reorganizacji i optymalizacji struktury całej grupy kapitałowej. Działania te pozwoliły jej ustabilizować sytuację finansową, co zostało docenione przez rynek.

LUBAWA S.A. to wieloletni polski producent technicznych tkanin powlekanych, namiotów, hełmów i kamizelek kuloodpornych oraz zapór przeciwpowodziowych, a nawet łodzi ratowniczych. W związku z tym odbiorcami produktów spółki są głównie służby mundurowe, ale bogate portfolio sprawia, że spółka znajduje odbiorców także w branży turystycznej. Informacja o nowych zamówieniach na kamizelki kuloodporne z KGP, oddziaływała silnie na cenę akcji spółki, od połowy czerwca niemal do końca lipca.

BORYSZEW jest jedną z największych grup przemysłowych w Polsce, specjalizującej się w produkcji komponentów do samochodów, ale także w przetwórstwie metali niezależnych i chemii przemysłowej. To największy polski producent w branży motoryzacyjnej i największa prywatna grupa kapitałowa w Polsce, która posiada 38 zakładów produkcyjnych i centrów R&D, zlokalizowanych na kilku kontynentach. Kolejny sygnał zwiastujący powiększenie się grupy to przejęcie spółki Impexmetal S.A., który stał się głównym kołem zamachowym wzrostu ceny akcji BORYSZEWA w lipcu.

Przemysł zwalnia tempo

Najwięcej polskich spółek produkcyjnych notowanych w ramach Giełdowego Indeksu Produkcji pochodzi z indeksu SWIG80, a jednak od początku kwietnia GIP60 systematycznie traci na wartości. Gdzie zatem należy poszukiwać źródeł słabości akcji polskich spółek produkcyjnych? Wskaźnik PMI® od drugiej połowy 2018 roku sygnalizuje spowolnienie w polskim sektorze przemysłowym, a od kwietnia konsekwentnie spada w dół, co skorelowało się z przeceną akcji polskich spółek produkcyjnych. Jednak to jeszcze nie wszystko, bo o ile do niedawna twarde dane nie podzielały negatywnego obrazu sytuacji w polskim przemyśle, o tyle w czerwcu sytuacja uległa zmianie i GUS zaanonsował spadek produkcji przemysłowej o 2.7 proc. r/r (-5.9 proc. m/m), co nie umknęło uwadze inwestorów.

Czerwcowy wynik produkcji przemysłowej po części mogą tłumaczyć efekt kalendarzowy (2 dni robocze mniej niż przed rokiem) oraz wyjątkowo niesprzyjająca pogoda (najcieplejszy czerwiec w historii badań temperatury w tej części świata). Ale nawet biorąc poprawkę na oba czynniki należy stwierdzić, że spowolnienie w przemyśle stało się faktem, a spowolnienie w Niemczech zaczęło wpływać na sektory eksportowe (m.in. branża motoryzacyjna i meblarska). Nie przesądza to jeszcze kierunku w jakim gospodarka podąży w pozostałej części roku, ale rosnąca niepewność na rynku globalnym, która objawiła się we wzroście wartości złota, franka szwajcarskiego i innych tzw. bezpiecznych przystani inwestorów na niepewne czasy, nie wróży najszczęśliwszego scenariusza dla akcji polskich spółek produkcyjnych – podsumowuje Maciej Zaręba.

Trwa nabór do drugiej edycji studiów podyplomowych FinTech

Kancelaria prawna PwC Legal jest partnerem merytorycznym studiów podyplomowych z zakresu fintech, organizowanych przez Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Obecnie trwa nabór do drugiej edycji. 

Studia skierowane są do osób, które posiadają dyplom wyższej uczelni i chcą poszerzyć swoją wiedzę dotyczącą nowoczesnych technologii oraz wpływu fintechów na sektor finansowy, a także do osób, które rozpoczynają własne projekty fintech.

Uczestnicy studiów będą mieli okazję posłuchać wykładów wykwalifikowanej kadry wykładowców – ekspertów i praktyków rynku finansowego, w której znajdą się m.in.: Wojciech Sobieraj (założyciel Alior Bank), Marcin Petrykowski (prezes S&P), Witold Jaworski (prezes zarządu YU!), Bartosz Berestecki (prezes PayU), Daniel Daszkiewicz (szef Innowacji i FinTech w Alior Bank), Norbert Redkie (założyciel TRUST), Aleksandra Bańkowska (radca prawny w kancelarii PwC Legal), Łukasz Łuczko (radca prawny w kancelarii PwC Legal), Marcin Olszak (BFG), Piotr Adamczyk (Alior Bank), Patrycja Chodnicka-Jaworska (UW), Mariusz Trojanowski (UW), Katarzyna Niewińska (UW).

Studia organizuje Wydział Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Partnerem merytorycznym inicjatywy jest kancelaria PwC Legal. Partnerami współpracującymi są: Alior Bank, S&P Global Ratings, Forum, FinAi, AsiaKredit, AsiaCollect, Trust i CredoLab.

SUV-y napędzają sprzedaż przemysłu oponiarskiego. Sprzedaż w tym segmencie opon wzrosła aż o 20%

Według danych Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO) i Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Opon i Gumy (ETRMA) w pierwszym półroczu 2019 roku producenci i importerzy opon w Polsce odnotowali znaczące wzrosty sprzedaży w segmencie opon do aut typu SUV – aż o 20%. Standardowo zwiększyła się popularność opon do motocykli – ich sprzedaż wzrosła o 12%. Wzrosła także sprzedaż opon do samochodów dostawczych – o 2%.

Giansimone Bertoli
Giansimone Bertoli (Pirelli Polska)

– Popularność SUVów jest coraz większa, a tym samym wolumen sprzedaży opon dedykowanych do tego typu aut – w II kwartale 2019 roku wzrósł on aż o 23%. Optymizmem napawa również wzrost w segmencie aut dostawczych w pierwszym półroczu 2019 roku – jest to odzwierciedleniem rozszerzania floty w firmach kurierskich i zapotrzebowania sektora MŚP. Pierwsza połowa 2019 roku była okresem stabilnej sprzedaży opon ciężarowych i autobusowych – zanotowane wyniki utrzymują się na podobnym poziomie, jak w analogicznym okresie 2018 roku. Dwucyfrowa dynamika sprzedaży w oponach motocyklowych, jaką obserwujemy już od kilku lat potwierdza, że Polacy nadal lubią jednoślady – mówi Giansimone Bertoli, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego
Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego

– Kolejne półrocze rosnącego udziału opon klasy premium w rynku świadczy o coraz większej świadomości kierowców. Prosta kalkulacja pokazuje, że – pomimo nieco wyższej ceny zakupu – opony te oferują lepsze osiągi, co poprawia bezpieczeństwo i zapewniają większą trwałość niż ogumienie klas średniej czy budżetowej. Opony to jedyny element łączący auto z drogą – jego jakość i stan techniczny ma ogromny wpływ na bezpieczeństwo. Używanie dobrej jakości opon zdecydowanie skraca drogę hamowania, pozwala zaoszczędzić na paliwie i niejednokrotnie może uratować ludzkie życie – dodaje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego.

– Rynek opon dobrze oddaje obraz ogólnej sytuacji ekonomicznej w Europie. Mniejsza sprzedaż opon do samochodów osobowych odzwierciedla poziom rejestracji nowych aut w Unii Europejskiej, który również spadł w tym pierwszym półroczu – wskazała Fazilet Cinaralp, sekretarz generalna ETRMA.

Frankowicze mają do spłaty 102,8 mld zł kredytów mieszkaniowych. Ich spłacalność jest lepsza niż kredytów złotowych

Frankowicze mają do spłaty 102,8 mld zł kredytów mieszkaniowych. Ich spłacalność jest lepsza niż kredytów złotowych 1

Na koniec czerwca blisko 800 tys. Polaków wciąż spłacało kredyty mieszkaniowe we frankach szwajcarskich. Tylko z tego tytułu mają do spłaty prawie 103 mld zł, ale całkowita wartość ich zadłużenia – łącznie z kredytami konsumpcyjnymi i kartami kredytowymi – przekracza 131 mld zł. Obecnie prawie co piąty czynny kredyt mieszkaniowy jest nominowany we frankach. Co istotne, jakość zobowiązań zaciągniętych we frankach szwajcarskich okazuje się być nawet lepsza od złotowych – tylko 1,1 proc. takich zobowiązań ma opóźnienia w spłacie przekraczające 90 dni, przy 1,44 w przypadku kredytów złotowych.

– Frankowicze mają do spłaty nie tylko kredyty mieszkaniowe we franku, lecz także inne zobowiązania kredytowe – kredyty mieszkaniowe w złotówce, kredyty ratalne, gotówkowe czy karty kredytowe. Łączna kwota zadłużenia frankowiczów na 30 czerwca br. wynosiła około 131 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Jak wynika z danych BIK, na koniec czerwca ok. 800 tys. osób spłacało w sumie 458,8 tys. kredytów denominowanych albo indeksowanych do franka szwajcarskiego. Tylko z tego tytułu mają do spłaty 102,8 mld zł, co oznacza, że w porównaniu z czerwcem zeszłego roku wartość kredytów frankowych spadła o 7,9 mld zł. W tym samym czasie liczba takich kredytów zmalała o 23,3 tys., a grono kredytobiorców zadłużonych we frankach zmniejszyło się o ok. 40 tys. osób.

– Większość frankowiczów spłaca tylko jeden kredyt frankowy, co oznacza, że były one zaciągane raczej w celu spełnienia marzeń o posiadaniu własnego mieszkania czy domu, a nie na cele inwestycyjne pod wynajem. Takich osób, które mają więcej niż trzy kredyty frankowe, jest ok. 0,4 proc. Można więc prawie jednoznacznie stwierdzić, że większość frankowiczów zaciągała kredyty frankowe po to, żeby zwiększyć swoją zdolność kredytową i dzięki temu kupować większe mieszkania w lepszych dzielnicach – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Statystyka pokazuje, że 95 proc. frankowiczów (758,5 tys. osób) spłaca tylko jeden kredyt mieszkaniowy w szwajcarskiej walucie. Niecałe 5 proc. (36,5 tys.) ma dwa takie zobowiązania i tylko 3,8 tys. osób w Polsce posiada trzy i lub więcej.

Liczba zobowiązań hipotecznych obsługiwanych we frankach stale się zmniejsza. Jeszcze w 2011 roku rekordowe zadłużenie z tego tytułu (w przeliczeniu na złote) wynosiło 162,03 mld zł. Trzy lata temu kredytobiorcy spłacali 520,81 tys. kredytów frankowych. Obecnie jest ich o 12 proc. mniej. Tylko w ciągu ostatniego roku ubyło kolejne 4,8 proc. kredytów.

– W perspektywie 8 lat, czyli od 2011 roku, wartość kredytów frankowych spadła o ok. 60 mld zł. Ten spadek jest związany nie tylko ze spłatami, lecz także ze zmianami w kursie franka szwajcarskiego. Co ciekawe, w tej chwili frankowicze mają co miesiąc do spłaty około 200 mln franków szwajcarskich – mówi prof. Waldemar Rogowski.

Obecnie prawie co piąty (18,6 proc.) spłacany kredyt mieszkaniowy jest nominowany we franku. Z kredytów frankowych pochodzi też prawie co czwarta złotówka (23,3 proc.) zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych (po przeliczeniu walut na złote po kursie na koniec czerwca).

– Frankowicze – podobnie zresztą jak kredytobiorcy w złotych – nie mają problemów ze spłatą kredytu. Takich kredytów frankowych, które są opóźnione w spłacie powyżej 90 dni, jest około 1,2 proc. W przypadku osób, które spłacają tylko jeden kredyt mieszkaniowy we franku szwajcarskim, szkodowość jest na poziomie 1,1 proc. Natomiast dla tych, którzy mają co najmniej trzy takie zobowiązania, wynosi już około 3,2 proc. Czyli przy kredytach mnogich szkodowość jest trzykrotnie wyższa niż przy pojedynczych – mówi prof. Waldemar Rogowski.

W przypadku kredytów mieszkaniowych w złotych odsetek opóźnionych w spłacie powyżej 90 dni wynosi 1,44 proc. Na dobrą spłacalność kredytów frankowych, oprócz wzrostu dochodów gospodarstw domowych, wpływają też ujemne stopy procentowe w Szwajcarii i aspekt kulturowy.

– W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem piramidy spłacalności. Kredyt mieszkaniowy jest w niej takim zobowiązaniem, które spłaca się do końca. Jeżeli pojawiają się jakieś kłopoty z dochodami czy ze zdrowiem, to w ostatniej kolejności opóźniamy właśnie spłatę tych kredytów. Najpierw nie spłacamy kart kredytowych, potem limitów kredytowych i konsumpcyjnych, ale mieszkaniowe są bronione do końca. Wynika to z faktu, że po pierwsze są w wysokiej kwocie, a po drugie – służą zaspokojeniu podstawowego celu, jakim jest posiadanie mieszkania – mówi główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Od początku czerwca utonęło już ponad 190 osób. Polacy nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa nad wodą

0

Od początku czerwca utonęło już ponad 190 osób. Polacy nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa nad wodą 2

Od początku czerwca utonęło już w Polsce ponad 190 osób, z kolei w całym ubiegłym roku – 545 – wynika z danych Policji. Główną przyczyną jest brawura, przecenianie swoich umiejętności, bagatelizowanie ostrzeżeń ratowników i alkohol. Polacy nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa nad wodą – podkreślają ratownicy. W celu popularyzacji bezpiecznych zachowań firma DHL Parcel wspólnie z WOPR i Policją przeprowadzili akcję „Bezpiecznie nad wodą”, ucząc plażowiczów, jak bezpiecznie korzystać z nadmorskich kąpielisk.

Polacy nie są odpowiednio przygotowani do spędzania czasu nad wodą, nie znają podstawowych zasad bezpieczeństwa, nie stosują się do naszych poleceń. Za nieszczęścia odpowiedzialna jest przede wszystkim brawura. Wiele osób, korzystając z plaży i otwartych akwenów, spożywa alkohol, co też jest jedną z głównych przyczyn utonięć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kubiak, ratownik WOPR. – Kiedy biegniemy do akcji po osobę pijaną, to jest to dla nas bardzo niebezpieczne. Ludzie są bardziej pobudzeni, czasem woda naleje im się do płuc, wtedy tragedia gotowa.

W tym sezonie utonęło już ok. 250 osób, tylko od 1 czerwca – 196. W całym ubiegłym roku w wyniku utonięcia zginęło 545 osób, przy czym za 126 przypadków odpowiedzialny był alkohol. Jak podkreśla, częstą przyczyną utonięć jest niestosowanie się do poleceń i zakazów ratowników. Winne jest też przecenianie swoich sił, alkohol i słabe umiejętności pływackie Polaków.

Polacy w dużej części kiepsko pływają, mówię tutaj zwłaszcza o osobach w wieku 40–50 lat. Wydaje im się, że potrafią pływać, aczkolwiek czasem sytuacje ich przerastają – mówi Jacek Kubiak. – Bardzo niebezpieczne są także prądy wsteczne, występujące razem z dużymi falami, kiedy rewa ulegnie przerwaniu. Ludzie wchodzą wtedy do wody, cieszą się z fal, nie zdając sobie sprawy z tego, że morze potrafi płatać figle – wciąga ich w głąb i nie są w stanie sami wrócić.

Wbrew pozorom do największej liczby utonięć nie dochodzi nad morzem, ale w rzekach i jeziorach, głównie w miejscach zabronionych albo niestrzeżonych. Policyjne statystyki pokazują, że w ubiegłym roku w rzekach utonęły aż 133 osoby, niewiele mniej, bo 124, w jeziorach.

 Nad morzem tonie najmniej osób, co wynika z faktu, że akweny morskie są najlepiej obstawione. Stale są obecni ratownicy, którzy pracują na wieżach, kontrolują akweny i mogą przystąpić do akcji od razu, kiedy coś się dzieje. Natomiast na rzekach czy jeziorach są tylko grupy interwencyjne, wzywane przez numer alarmowy, które docierają dopiero po pewnym czasie – mówi Jacek Kubiak.

W ubiegłym roku było 39 przypadków utonięć w morzu, za to morskie akweny są najcięższe pod względem stopnia trudności akcji ratowniczych.

Toną głównie mężczyźni powyżej 40. roku życia. Być może chcą zaimponować, wykazać się odwagą i niestety kończy się to tragedią. Kobiet wśród ofiar utonięć jest mniej – stanowią ok. 9 proc. – mówi Jacek Kubiak.

W celu popularyzacji bezpiecznych zachowań firma DHL Parcel wspólnie z ratownikami WOPR i Policją przeprowadzili akcję „Bezpiecznie nad wodą”, podczas której promowali najważniejsze zasady bezpiecznego pobytu na kąpieliskach.

DHL Parcel już czwarty rok z rzędu wspiera WOPR i w ramach tego partnerstwa prowadzone są różne działania edukacyjne wśród turystów. Jak podkreślają przedstawiciele firmy, każde działanie, które promuje bezpieczeństwo, jest dobre. Ważne, żeby wykorzystywać wszystkie możliwe kanały i formy dotarcia do ludzi, ponieważ grupa odbiorców jest bardzo zróżnicowana. Są to zarówno dzieci, młodzież jak i osoby starsze, a temat bezpieczeństwa dotyczy każdego tak samo. Jedną z form takich działań są właśnie eventy.

Wszelkie wydarzenia i aktywności promujące bezpieczeństwo są niezmiernie ważne. Takie eventy jak „Bezpiecznie nad wodą” bardzo angażują ludzi. Osoby, które biorą w nich udział, mogą wynieść szereg informacji dotyczących bezpieczeństwa. Być może część z nich spędzi dzięki temu swoje wakacje bardziej odpowiedzialnie – mówi Magdalena Bugajło, dyrektor ds. komunikacji i PR w DHL Parcel Polska. – Takie spotkania z udziałem ratowników i policji mocno przemawiają do wyobraźni. Ludzie uczą się pierwszej pomocy, słuchają o realnych zagrożeniach i tragediach, których można byłoby uniknąć, gdyby w porę zadziałała wyobraźnia.

Temat bezpieczeństwa nad wodą porusza także Policja, która od czerwca do września prowadzi akcję edukacyjną „Kręci mnie bezpieczeństwo nad wodą” i odwiedza z nią różne, wakacyjne eventy. Na zaproszenie DHL Parcel i WOPR funkcjonariusze Policji pojawili się również na spotkaniu „Bezpiecznie nad wodą”.

Bardzo ważne jest, ażeby instytucje takie jak Policja pojawiały się na plażach czy kąpieliskach i uświadamiały użytkownikom, jak należy się bezpiecznie zachować. Wspólnie z WOPR-em promujemy bezpieczne zachowania, a akcja skierowana jest do użytkowników bałtyckich plaż, do osób, które ten wypoczynek organizują, a także do instytucji, które są za bezpieczeństwo współodpowiedzialne – mówi nadkom. Arkadiusz Socha.

P. Kuczyński: Twarde stanowisko premiera UK nie musi oznaczać brexitu bez porozumienia. Czarny scenariusz będzie ze szkodą dla wszystkich eurogospodarek

P. Kuczyński: Twarde stanowisko premiera UK nie musi oznaczać brexitu bez porozumienia. Czarny scenariusz będzie ze szkodą dla wszystkich eurogospodarek 3

Wybór Borisa Johnsona na premiera Wielkiej Brytanii oznacza zaostrzenie retoryki rozmów o wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Nowy premier zapowiada renegocjowanie umowy, a unijni politycy kategorycznie je wykluczają. Zważywszy na okres urlopowy i bliski termin brexitu, zmiany wydają się nierealne. Zdaniem Piotra Kuczyńskiego najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada kosmetyczne poprawki, które pozwolą obu stronom zachować twarz.

– Nie wiadomo, czy będzie twardy brexit, bo jeszcze jest wiele rzeczy po drodze. Parlament brytyjski się nie zmienił, wyborów nie było, a on jest bardzo przeciwny twardemu brexitowi, więc niewykluczone, że to Boris Johnson za parę miesięcy pożegna się ze stanowiskiem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuczyński, analityk rynków finansowych. – Gdyby jednak doszło do brexitu bez umowy, to mielibyśmy małą, chwilową katastrofę, szczególnie dla gospodarki brytyjskiej. Unia Europejska, która jest w fatalnym stanie, bo dane makroekonomiczne są najgorsze od 6–7 lat, też by oberwała, a przy okazji Polska. Byłoby wyraźne spowolnienie wzrostu.

Boris Johnson, były burmistrz Londynu i poplecznik brexitu podczas kampanii przedreferendalnej w 2016 roku, został wybrany na premiera Wielkiej Brytanii głosami 92 tys., czyli około dwóch trzecich członków partii konserwatywnej. Od początku pełnienia swojej funkcji, czyli od 24 lipca, zapowiada, że 31 października 2019 roku jego kraj opuści Unię Europejską bez względu na to, czy uda się zawrzeć satysfakcjonującą obie strony umowę.

Nie ma możliwości, żeby do 31 października wynegocjować nowe warunki z wielu powodów. Unia Europejska nie powinna się na to zgodzić, bo następne w kolejce mogłyby być Włochy, a wtedy to byłby już koniec nie tylko strefy euro, lecz także całej Unii Europejskiej – tłumaczy Piotr Kuczyński. – Po drugie, ta umowa jest tak skomplikowana, że nowe warunki negocjować trzeba byłoby przez wiele miesięcy.

Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez zawierania nowej umowy handlowej może kosztować unijnych eksporterów 31 mld funtów (35 mld euro), a brytyjskich – 27 mld funtów (30,5 mld euro) – szacuje firma Oliver Wyman i Clifford Chance. Tymczasem gospodarka strefy euro spowalnia – w II kwartale 2019 roku wzrosła ona jedynie o 0,2 proc. wobec I kwartału, czyli o połowę wolniej niż w poprzednich trzech miesiącach. Rok do roku wzrost wyniósł 1,1 proc., a w całej Unii Europejskiej – 1,3 proc.

Bank Anglii obniżył prognozy wzrostu PKB dla Wielkiej Brytanii do 1,3 proc. w tym i przyszłym roku zamiast odpowiednio 1,5 i 1,6 proc. prognozowanych wcześniej. Nie wyklucza również recesji, a jej ryzyko ocenia na 33 proc. To wszystko dotyczy jednak miękkiego brexitu, czyli podpisania umowy. W przypadku jej braku sytuacja będzie znacznie gorsza, ale bank nie podjął się oszacowania skali tego pogorszenia ze względu na stopień skomplikowania wszystkich czynników oddziałujących na stan gospodarki.

Nikt nie wie, jak to się skończy. Boris Johnson potrafi bardzo szybko zmieniać zdanie. Wytarguje jakieś drobniusieńkie ustępstwa obok umowy i powie, że to są nowe warunki i wszyscy będą zachwyceni, że zaakceptowano coś, co pozwoli ocalić twarz jednej i drugiej stronie. To w tej chwili wydaje się być najbardziej prawdopodobne –  uważa Piotr Kuczyński. – Samo wyjście Wielkiej Brytanii nic nie oznacza, bo wszyscy już to zaakceptowaliśmy. Jest bardzo mało prawdopodobne, chociaż również niewykluczone, że będzie jeszcze jedno referendum.

Po wyborze Borisa Johnsona funt brytyjski osłabił się z 1,25 do 1,21–1,22 dolara amerykańskiego. To najniższy poziom od połowy lat 80. XX wieku. W wypadku twardego brexitu nastąpiłoby dalsze osłabienie brytyjskiej waluty. Spadła też wartość złotego, który jest już wart mniej niż 0,26 dolara, a to najniższy poziom od ponad dwóch lat.

Wyjście bez umowy oznacza, że rykoszetem oberwałaby także polska gospodarka. Złoty już w tej chwili cierpi z tego powodu, choć przede wszystkim dlatego, że dolar się umacnia na świecie, co pogrąża euro, a przy okazji ciągnie złotego. Ale twardy rozwód też by w złotego uderzył – przekonuje Piotr Kuczyński.

Do 100 tys. zł na zabezpieczenie gospodarstw rolnych przed suszą. We wrześniu ruszy nabór wniosków

Do 100 tys. zł na zabezpieczenie gospodarstw rolnych przed suszą. We wrześniu ruszy nabór wniosków 4

Jeszcze w tym roku rolnicy będą mogli się ubiegać w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa o pomoc finansową na inwestycje w tzw. małą retencję. Pieniądze te rolnicy mogą przeznaczyć m.in. na inwestycje chroniące gospodarstwa przed suszą, czyli budowę zbiorników wodnych albo zakup systemów nawadniających. Kwota dofinansowania może sięgnąć 100 tys. zł. Od jesieni znacznie wzrośnie też premia na rozpoczęcie działalności pozarolniczej. W październiku ruszy także nabór wniosków na działalność w ramach rolniczego handlu detalicznego.

– Przygotowujemy się do uruchomienia naboru na rolniczy handel detaliczny. To nowe działanie, które do tej pory nie funkcjonowało, i wynika z faktu, że chcemy wspierać najmniejszych przetwórców. Istotna zmiana i kolejne nowe działanie to nawodnienia w obszarze modernizacji gospodarstw rolnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Nowakowski, zastępca prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi uaktualniło harmonogram tegorocznych naborów wniosków w ramach Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020. Znalazły się w nim dwie nowości. Jeszcze w tym roku rolnicy będą mogli się ubiegać w ARiMR o pomoc finansową na inwestycje w tzw. małą retencję i rolniczy handel detaliczny.

Działania te mają wywołać pewien efekt. Po pierwsze, wsparcie najmniejszego przetwórstwa i sprzedaży bezpośrednio od rolnika do konsumenta. Jeżeli chodzi o obszar nawodnienia, to jest pewnego rodzaju reakcja na warunki atmosferyczne w kraju. Mamy obszary suszy, zarówno w ubiegłym roku, jak i w tym, dlatego też próbujemy znaleźć takie rozwiązania, które będą przeciwdziałać, ratować naszych rolników od ewentualnych skutków suszy – mówi Tomasz Nowakowski.

Pierwszy z nowych naborów wniosków zaplanowano na wrzesień. W ramach „Modernizacji gospodarstw rolnych” na inwestycje w nawadnianie rolnicy będą mogli otrzymać dotację w wysokości do 100 tys. zł. Pieniądze będzie można przeznaczyć na obiekty i urządzenia chroniące gospodarstwa przed suszą, w tym m.in. na budowę zbiorników wodnych, studni głębinowych, zakup systemów nawadniających i pomiarowych.

– Wrzesień to czas, kiedy uruchamiamy obszar nawodnień. W październiku przygotowujemy się do rolniczego handlu detalicznego. Obydwa te działania będą realizowane przez oddziały regionalne ARiMR. Tam tez będzie można składać wnioski o przyznanie pomocy. Informacje o konkretnych datach naborów będą dostępne na naszej stronie internetowej – mówi Tomasz Nowakowski.

Drugi nabór wniosków na „Przetwórstwo i marketing produktów rolnych” ma ruszyć w październiku. Będzie przeznaczony dla tych rolników, którzy już prowadzą lub chcą podjąć działalność w ramach rolniczego handlu detalicznego.

– W tym nowym działaniu upatruję dużej szansy. Chciałbym, żeby te regiony Polski, które mają wiele własnych, regionalnych produktów, mogły realizować swoją politykę i żeby mniejsi producenci, którzy mają dostęp do receptur produktów regionalnych, mogli sprzedawać je prosto ze swojego gospodarstwa do ostatecznego beneficjenta. Takich województw jest w Polsce dużo. Mowa tu np. o Małopolsce czy Podkarpaciu – mówi Tomasz Nowakowski.

Wsparcie, o jakie będą mogli się ubiegać rolnicy w ramach tego działania, sięgnie maksymalnie 100 tys. zł. Będzie można przeznaczyć je m.in. na budowę lub modernizację budynków wykorzystywanych do prowadzenia działalności przetwórczej, dostosowanie pomieszczeń do przechowywania produktów żywnościowych oraz służących przygotowaniu posiłków albo zakup potrzebnych do tego sprzętów.

Beneficjent składa do nas wniosek o przyznanie pomocy, który kończy się podpisaniem umowy. Potem następuje realizacja inwestycji, po której beneficjent składa wniosek o płatność, a my wypłacamy środki finansowe – tłumaczy Tomasz Nowakowski. – Zarówno w pierwszym, jak i drugim działaniu mówimy o kwocie do 100 tys. zł oraz 50-proc. refundacji kosztów kwalifikowanych. W przypadku inwestycji wartej 200 tys. zł możemy wypłacić maksymalnie połowę. 

Jak podkreśla, w przygotowaniu dokumentacji i wypełnianiu wniosków można skorzystać z pomocy doradców ARiMR. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości agencja może wysłać do beneficjenta kontrolę terenową, żeby sprawdzić realizację inwestycji.

– Ma to służyć temu, żeby zabezpieczyć beneficjenta przed ewentualnymi komplikacjami, np. ze strony audytów kontrolnych Unii Europejskiej. Chcemy dopilnować, aby ta inwestycja była właściwie opisana i zrealizowana, żeby nie było żadnych wątpliwości. Wtedy też mamy pewność, że żadne organy audytowe tego nie podważą i beneficjent nie będzie zagrożony koniecznością zwrotu środków finansowych – mówi Tomasz Nowakowski.

W tegorocznych harmonogramie PROW 2014–2020 wzrasta także premia na rozpoczęcie działalności pozarolniczej. W tym roku zamiast dotychczasowych 100 tys. zł będzie można uzyskać od 150 tys. do nawet 250 tys. zł, w zależności od liczby utworzonych miejsc pracy.

Premia na rozpoczęcie działalności pozarolniczej ma za zadanie dofinansować przejście z obszaru rolniczego na działalność pozarolniczą. Mówimy o pomocy dla gospodarstw, które ucierpiały wskutek afrykańskiego pomoru świń – mówi Tomasz Nowakowski.

Wnioski o wsparcie na rozpoczęcie działalności pozarolniczej można składać od 30 sierpnia do 28 września br. w oddziałach regionalnych ARiMR.

Obecny sezon może być rekordowy dla branży hotelowej. Konkurencja się zaostrza, a oczekiwania gości rosną

Obecny sezon może być rekordowy dla branży hotelowej. Konkurencja się zaostrza, a oczekiwania gości rosną 5

Obecny sezon może być równie udany, jak rekordowy dla branży hotelowej 2017 rok – ocenia na półmetku sezonu wakacyjnego Urszula Wiśniewska z Hilton Gdańsk. Jak podkreśla, kluczowym dla branży trendem jest personalizacja, a walkę o klienta wygrywa się dziś elastycznością i umiejętnością dostosowania oferty do jego rosnących oczekiwań. Dotyczy to zwłaszcza młodszych pokoleń i millenialsów, którzy dla branży w Europie Środkowo-Wschodniej są inspiracją do tworzenia nowych konceptów hotelowych.

Gdański Hilton w zasadzie już od początku czerwca notuje niemal 100-proc. obłożenie.

– W lipcu i w sierpniu mamy porównywalną liczbę gości. Z naszych statystyk wynika, że mniej więcej 33 proc. z nich stanowią Polacy. Z reguły największą popularnością cieszą się wyjazdy weekendowe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Wiśniewska, specjalistka ds. marketingu i PR Hilton Gdańsk.

W zależności od sezonu zmienia się też profil gości. Jesienią i zimą są to z reguły goście biznesowi, którzy przyjeżdżają na konferencje, natomiast latem dominują pobyty wypoczynkowe. W sezonie goście dużo chętniej korzystają także z dodatkowych usług, takich jak SPA i zabiegi upiększające.

– Goście hotelowi są dzisiaj bardziej świadomi. Podróżują po wielu hotelach, mają bardzo konkretne oczekiwania, do których musimy się dostosować. Być może wynika to też z faktu, że mamy erę Facebooka, Instagrama i innych mediów społecznościowych – mówi Urszula Wiśniewska.

Na zmieniające się oczekiwania gości hotelowych i nowe trendy konsumenckie zwraca również uwagę raport firmy doradczej Cushman & Wakefield i kancelarii CMS Legal dotyczący rynku inwestycji hotelowych w Europie Środkowo-Wschodniej. Eksperci zauważają, że na rynek wchodzą młode, podróżujące pokolenia, które dla branży hotelarskiej stanowią coraz ważniejszą grupę klientów. Operatorzy hoteli i inwestorzy muszą brać pod uwagę ich oczekiwania. To właśnie w odpowiedzi na nie powstają na środkowoeuropejskim rynku nowe koncepty hotelowe (hotele lifestyle’owe w przystępnej cenie, marki typu soft brand, nowa generacja hosteli oraz innowacyjne koncepty apartamentów serwisowanych).

Jednym z głównych oczekiwań gości jest dziś także personalizacja usług hotelowych pod kątem ich indywidualnych preferencji.

– Sieć Hilton ma w swoim portfolio 15 marek i każda z nich jest inna, przystosowana dla innego gościa. Zaczynając od Waldorf Astorii czy Conrada, które są przeznaczone dla osób oczekujących luksusów, poprzez sieć ekonomiczną Hampton by Hilton, a kończąc np. na Tru by Hilton, który jest konceptem skierowanym przede wszystkim do millenialsów, oczekujących bardzo oryginalnych przestrzeni i pomysłów – mówi Urszula Wiśniewska.

Jak podkreśla, oczekiwania gości w dużej mierze są też uzależnione od celu ich pobytu.

– Ludzie młodzi przyjeżdżają do nas głównie po to, żeby się pobawić. Oczekują głównie dobrze zaopatrzonego baru. Mamy gości biznesowych, którzy przyjeżdżają do pracy, więc oczekują spokojnej przestrzeni, w której mogą się skupić. Są też rodziny z dziećmi, które chcą wspólnie spędzić czas – mówi Urszula Wiśniewska.

Jak zauważają eksperci CMS Legal i Cushman & Wakefield, różnice pomiędzy tradycyjnymi klasami obiektów hotelowych zaczynają się jednak powoli zacierać, co jest efektem rosnących wymagań klientów. Dawniej duże, otwarte przestrzenie, bogata oferta gastronomiczna i najnowsze trendy architektoniczne były wyznacznikami przede wszystkim hoteli luksusowych. Obecnie można je znaleźć w całym spektrum obiektów. Powoli zacierają się także różnice między obiektami oferującymi pobyty krótko- i długoterminowe.

– Dostosowanie się do rosnących oczekiwań gości, którzy są bardzo świadomi, mają bardzo sprecyzowane oczekiwania i chcą być obsłużeni tu i teraz – to dziś największe wyzwanie na rynku hotelowym. Rywalizacja jest bardzo duża, a w tym momencie taką walkę o gości wygrywa się elastycznością i umiejętnością dostosowania oferty pod oczekiwania gości – mówi Urszula Wiśniewska.

Raport Walter Herz podsumowujący ubiegły rok pokazuje dobrą, wzrostową kondycję polskiego rynku hotelowego. W 2018 roku działało na nim 2,8 tys. obiektów, oferujących łącznie ok. 137 tys. pokoi, a liczba udzielonych noclegów wzrosła o 7 proc. W dużych miastach, takich jak Warszawa czy Gdańsk, oraz popularnych kurortach turystycznych powstaje wiele nowych inwestycji, przez co zaostrza się konkurencja. Jednym z najbardziej konkurencyjnych rynków jest stolica, która dysponuje również największą bazą noclegową (97 obiektów, 14,6 tys. pokoi). Tylko w tym roku powiększy się ona o kolejne 1,3 tys. miejsc noclegowych. Z kolei w Trójmieście baza hotelowa powiększy się o ok. 800 pokoi.

– Branża hotelowa w Polsce rozwija się bardzo dobrze. Widać to chociażby na postawie wyników naszej sieci. Hilton Gdańsk został otwarty w 2010 roku. Był wówczas drugim hotelem sieci Hilton w Polsce i pierwszym takim w Gdańsku. W tym momencie jest w Polsce 17 hoteli pod tą marką, a kolejnych 12 znajduje się w budowie, co pokazuje, że rynek rozwija się bardzo prężnie – mówi Urszula Wiśniewska.

Sztuczna inteligencja wyręczy programistów. Pomoże w pisaniu kodu i usprawni wycenę czasu na realizację projektów

Sztuczna inteligencja wyręczy programistów. Pomoże w pisaniu kodu i usprawni wycenę czasu na realizację projektów 6

Z dobrodziejstw sztucznej inteligencji korzystają nie tylko klienci końcowi, automatyzacja wkracza także do branży IT. Algorytmy SI są w stanie wesprzeć programistów na każdym etapie prac nad oprogramowaniem. Systemy automatyzujące przeanalizują złożoność projektów i zasugerują, ile potrzeba czasu, aby wdrożyć je w życie, a inteligentni asystenci pomogą napisać, zoptymalizować kod i wskazać w nim błędy uniemożliwiające prawidłowe działanie aplikacji. W ten sposób można nawet 10-krotnie skrócić proces wyceny projektów.

– Każda aplikacja składa się z powtarzalnych elementów, które znajdują się także w innych systemach i których zaprogramowanie w 80 proc. przypadków zajmuje tyle samo czasu. Wiedząc, jakiego typu aplikacji dotyczy zapytanie, wiemy, z jakich modułów i funkcjonalności się składa. Na tej podstawie jesteśmy w stanie dostarczyć gotową listę funkcjonalności razem z liczbą godzin potrzebną do ich zakodowania. Oczywiście wymaga to późniejszej pracy programisty czy osoby odpowiedzialnej za wycenę, ale według naszych szacunków pozwala skrócić proces wyceny nawet dziesięciokrotnie – mówi agencji Newseria Innowacje Michał Grubka, prezes zarządu Ai Estimo Software.

Oprogramowanie Apropo powstało z myślą o radykalnym skróceniu czasu wyceny projektów informatycznych. Z badań przeprowadzonych przy okazji pracy nad tym oprogramowaniem wyliczono, że wycena projektów w branży IT w sposób manualny pochłania zazwyczaj od 4 do 16 godzin. Zastosowanie algorytmów automatyzujących, które analizują potrzeby klienta i porównują jego projekt do innych realizacji, proces ten można skrócić nawet do kilkudziesięciu minut.

Sztuczna inteligencja może usprawnić także sam proces programistyczny. Oprogramowanie TabNine powstało z myślą o przyspieszeniu wprowadzania komend w najpopularniejszych językach programowania. Aplikacja działa podobnie do systemów autouzupełniania, podsuwając propozycje dokończenia linijki kodu już w trakcie jego wprowadzania. Sztuczną inteligencję wyszkolono do tego zadania za pośrednictwem przeszło 2 mln projektów upublicznionych na portalu GitHub. Pozwoliło to opracować system analityczny zdolny do interpretowania 22 najpopularniejszych języków programistycznych, w tym m.in. C, C++, JavaScript czy PHP.

Z kolei inżynierowie stojący za start-upem DeepCode postanowili wykorzystać potencjał narzędzi programistycznych wykorzystujących sztuczną inteligencję, aby usprawnić proces analizy kodu. Ich aplikacja w przeciwieństwie do tradycyjnych systemów raportujących błędy nie tylko analizuje składnię poleceń, lecz także jest w stanie zrozumieć, w jaki sposób powinno działać dane oprogramowanie. Dzięki temu jest w stanie wychwycić znacznie więcej nieścisłości i przyspieszyć proces rewizji kodu.

Potencjał rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji dostrzegło również Ministerstwo Cyfryzacji. Ministerialni eksperci opracowali Założenia do strategii AI w Polsce, które mają wyznaczyć kierunek rozwoju tej branży. Dokument wskazuje wyzwania, jakie stoją przed polskimi firmami zajmującymi się technologią AI, aby takie projekty jak Apropo miały szansę zaistnieć na arenie międzynarodowej.

– Innowacyjność tego narzędzia polega na tym, że nie ma jeszcze żadnego oprogramowania, które podchodziłoby do rozwiązania problemu wycen projektów w taki sposób, w jaki to robimy, i które rozwiązywałoby ten problem software house’om, czyli firmom programistycznym wykonującym oprogramowanie na zamówienie. Apropo aktualnie jest w fazie beta testów i jest testowany przez firmy programistyczne – mówi ekspert.

Według Allied Market Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji wzrośnie z 4 mld dol. w 2016 roku do 169,4 mld w 2025 roku, wykazując średnioroczne tempo wzrostu na poziomie 55,6 proc.

Nasze dane osobowe mogą się znajdować w posiadaniu setek firm. Dzięki specjalnej aplikacji można łatwo nimi zarządzać, a na udostępnieniu sporo zarobić

Nasze dane osobowe mogą się znajdować w posiadaniu setek firm. Dzięki specjalnej aplikacji można łatwo nimi zarządzać, a na udostępnieniu sporo zarobić 7

Dane osobowe to lukratywny biznes. Firmy specjalizujące się w handlowaniu danymi wiedzą o użytkownikach nierzadko więcej niż rodzina. Acxiom, Equifax lub CoreLogic to pośrednicy danych. Firmy, które zbierają dane osobowe, a następnie sprzedają je innym przedsiębiorstwom. Dzięki aplikacji opracowanej przez Polaków można łatwo sprawdzić, które firmy dysponują naszymi danymi i wybrać te, które nadal mogą mieć do nich prawa. Serwis umożliwia też zarabianie na swoich danych osobowych.

– Zwykły konsument, rejestrując się u nas w platformie i weryfikując swoją tożsamość, ma możliwość sprawdzenia jednym kliknięciem, gdzie znajdują się jego zgody marketingowe, gdzie są przetwarzane jego dane osobowe. Jesteśmy w stanie sprawdzić, od kiedy do kiedy są te zgody, jakie dokładnie informacje są przechowywane przez firmy czy administratorów danych. Po 30 dniach przekazujemy końcowy raport, żeby użytkownik mógł sam zarządzać swoimi danymi – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Pilch, prezes spółki BSafer.

Acxiom, Equifax lub CoreLogic to nie firmy z pierwszych stron gazet, ale o konsumentach wiedzą wszystko. To pośrednicy danych, czyli firmy, które zbierają dane osobowe, nadają im strukturę, a następnie sprzedają je innym firmom. Dzięki innowacjom w zakresie wydajności obliczeniowej i sztucznej inteligencji proceder kwitnie. Przy przychodach reklam internetowych liczonych w miliardach dolarów można łatwo policzyć, ile warte są gromadzone dane. Sam Facebook przekazuje dane milionów użytkowników.

Dzięki rozwiązaniu polskiej firmy można łatwo sprawdzić, jakie firmy mają nasze dane, i podjąć decyzję, które przedsiębiorstwa będą mogły wciąż z nich korzystać.

– Sporządzamy listę, w których firmach znajdują się dane klienta. Może on wówczas podjąć decyzję, czy zezwala tym spółkom na przechowywanie i przetwarzanie ich, czy chce usunąć zgody marketingowe. Jeżeli zgody zostaną usunięte, to system monitoringu daje dużo możliwości. Jeżeli firma ponownie zadzwoni już bez zgody, to automatycznie zgłaszamy ją do Urzędu Ochrony Danych Osobowych i staramy się o zadośćuczynienie – wskazuje Michał Pilch.

Dzięki wdrożeniu RODO poziom ochrony danych osobowych jest znacznie wyższy. Nie oznacza to jednak, że nasze dane nie krążą w sieci. Nigdy nie mamy też pewności, które firmy zyskują dostęp do informacji – to nie tylko telemarketerzy, lecz także firmy, które dzięki danym mogą np. wyłudzić kredyty. Dzięki rozwiązaniu BSafer można szybko sprawdzić, które firmy mają dostęp do informacji na nasz temat, zarządzać zgodami, ale też na nich zarabiać. Według wyliczeń BSafer – nawet 700 zł miesięcznie.

– Po otrzymaniu raportu można zarządzać tymi zgodami. System pozwala też monetyzować swoje zgody. Dajemy informacje na temat ofert handlowych, wtedy użytkownik zgadza się, żeby firma zadzwoniła. Ale jeżeli już nie chcą otrzymywać żadnych telefonów, to może usunąć tę zgodę. System monitorowania dokłada też przycisk w e-mailu, dzięki któremu, już przy tytule wiadomości pojawia się przycisk „usuń moją zgodę” lub „zgłoś nadużycie” – mówi prezes BSafer.

Z serwisu mogą skorzystać wszystkie osoby pełnoletnie, są też rozwiązania przeznaczone specjalnie dla seniorów i dzieci. W przypadku dzieci system monitorujący wychwytuje wszystkie niebezpieczne treści w e-mailach czy komunikatorach. Jeśli pojawią się treści pedofilskie, związane z pornografią, o sprawie zostaje poinformowany opiekun dziecka.

– Przy koncie dla seniora automatycznie pojawia się biała i czarna lista numerów telefonów lub komunikacji, która może naruszyć prawa tej starszej osoby, wyłudzić pieniądze albo wyłudzić podpisanie umowy na odległość. Dzieci i seniorzy nie będą mogli monetyzować swoich zgód. Ta opcja jest wyłączona ze względu na to, że ta grupa docelowa nie zawsze może podjąć świadomą decyzję – tłumaczy Michał Pilch.

Według firmy analitycznej OnAudience globalny rynek danych w 2019 r. osiągnie wartość 26 mld dol.

Ryzyko letniego blackoutu

Pamiętny blackout z 2015 roku spowodowany był wysokimi temperaturami. Gorące lato sprawiło, że w sierpniu drastycznie opadł poziom wód lądowych. A to właśnie głównie rzeki i zbiorniki wodne służą polskim elektrowniom węglowym do chłodzenia turbin i generatorów. Czasowe przerwanie dostawy energii elektrycznej dotknęło wówczas przede wszystkim przedsiębiorców, którzy są największymi odbiorcami prądu. Ówczesna premier Ewa Kopacz zwołała sztab kryzysowy ministerstwa gospodarki, a poziom wody w systemach chłodniczych był monitorowany i specjalnie zarządzany.  I chociaż indywidualni odbiorcy, szpitale i istotne instytucje na blackoucie nie ucierpiały – wizja odcięcia prądu powraca każdego lata, gdy temperatury zaczynają gwałtownie wzrastać. Eksperci twierdzą jednak, że w tym roku szanse na blackout są dużo mniejsze.

– Wygląda na to, że ten rok powinien być stabilny energetycznie – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Mają na to wpływ różne czynniki. Przede wszystkim stabilniejsza i większa sieć elektryczna, wyposażona w nowe połączenia transgraniczne. To może pozwolić nam na dostawy prądu zza granicy, gdy nasze elektrownie węglowe będą musiały ograniczyć pracę. Wzrosła także ilość zainstalowanej i osiągalnej mocy w Krajowym Systemie Elektroenergetycznym. Określa ona maksymalną ilość mocy, którą system może wytworzyć i dostarczyć do odbiorców energii. Dzięki temu blackout z 2015 roku nie powinien się powtórzyć – uspokaja Roszkowski.

Co trzeci Polak chce kupić kryptowaluty – badanie świadomości Polaków na temat kryptowalut

Kryptowaluty stają się coraz popularniejszym instrumentem finansowym na świecie. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez SW Research dla DARB Finance, już 61% Polaków deklaruje, że zna kryptowaluty a 32% zamierza zakupić je w najbliższej przyszłości. Jednak aż 74% respondentów nie wie do czego wykorzystywane są waluty cyfrowe.  

Polacy chcą inwestować, ale brakuje im wiedzy

Rosnąca popularność kryptowalut sprawiła, że już co trzeci Polak planuje w nie zainwestować. Prawie połowa respondentów zamierza kupić waluty cyfrowe ze względu na potencjalny zysk.  Jednocześnie 23% uważa, że to inwestycja i zabezpieczenie na przyszłość a 6% wierzy, że kryptowaluty mogą w przyszłości zastąpić tradycyjne waluty.

Mimo rosnącej popularności kryptowalut, 74% badanych nie wie do czego są one wykorzystywane. Polacy dość krytycznie oceniają poziom swojej wiedzy na temat kryptowalut. Tylko 5% wszystkich respondentów oceniło poziom swojej wiedzy jako wysoki lub bardzo wysoki, 29% wskazało umiarkowany a aż 67% niski lub bardzo niski. Nawet wśród osób, które już inwestują w kryptowaluty, aż 49% uważa, że ich wiedza jest umiarkowana (34% wskazało poziom wysoki lub bardzo wysoki a 20% niski lub bardzo niski).

 –  Brak odpowiedniej edukacji i wiedzy na temat walut cyfrowych jest jedną z największych barier utrudniających Polakom efektywne inwestowanie w kryptowaluty  –  komentuje wyniki badania Hubert Krawczyk, prezes DARB Finance, platformy fintech do zarządzania cyfrowymi walutami. – Z naszego badania wynika także, że tylko 23% osób wie, że kryptowaluty są akceptowalnym środkiem płatności. Oznacza to, że Polacy nie są świadomi wielu korzyści oraz możliwości, jakie oferują waluty cyfrowe. Jestem jednak przekonany, że edukacja oraz stosowanie tzw. języka korzyści przekona jeszcze więcej rodaków do walut cyfrowych – dodaje.

Jak inwestujemy?

Wśród wszystkich kryptowalut zdecydowanie najpopularniejszy wśród Polaków pozostaje Bitcoin – zna go aż 95% respondentów. Daleko w tyle pozostawił inne waluty cyfrowe, takie jak Litecoin (19%), Ethereum (17%), Dashcoin (14%) czy Ripple (9%). Wśród osób inwestujących w kryptowaluty  94% osób deklaruje posiadanie Bitcoina, 22% Ethereum, 15% Litecoina a 11% Ripple. Inne waluty cyfrowe nie przekraczają poziomu 10%.

Polacy preferują inwestowanie na polskich giełdach kryptowalut – aż 65% osób, które dotychczas inwestowały, robiło to właśnie na polskich platformach, przy czym 24% nie wie z jakiego kraju jest ich giełda.

–  Przed rozpoczęciem inwestycji na danej giełdzie warto potwierdzić także jej bezpieczeństwo i stabilność. Można to zrobić poprzez sprawdzenie licencji na jakich działa dana platforma  – podkreśla Hubert Krawczyk.

Skąd czerpiemy informacje na temat kryptowalut?

Internet jest zdecydowanie najpopularniejszym źródłem informacji na temat kryptowalut. 76% inwestujących wskazało go jako źródło wiadomości. 43% pozyskuje informacje od znajomych, 36% z otwartych grup w mediach społecznościowych a 19% z zamkniętych, płatnych grup. Tylko 13% wskazało prasę.

Badanie zostało zrealizowane przez agencję SW Research w dniach 11-19 lipca 2019 metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 1017 ankiet.

Rosnące koszty zabijają firmy transportowe

  • Według GUS sprzedaż usług w transporcie w maju wzrosła o 7,7 proc. w ujęciu rocznym.
  • Największy wzrost odnotowano w transporcie samochodowym – 12,5 proc.
  • Dobra koniunktura sprzyja branży, jednak przewoźnicy borykają się z coraz większymi zatorami płatniczymi, brakami kadrowymi, rosnącymi wymaganiami płacowymi oraz drożejącą ropą, na której opiera się transport w 94 proc[1].

Dane[2] mówią, że przeciętny okres obiegu należności w transporcie wzrósł z 59 dni w I kwartale 2018 roku do 92 dni w I kwartale br, z kolei średni udział należności przeterminowanych z 16,5 proc. do 46,1 proc. Przybyło aż czterokrotnie więcej trudnych długów (nieściągalnych, przedawnionych, gdy dłużnik ukrywa się), powodując największą, procentową zmianę liczby niewypłacalnych firm w branży transportowej. Po I półroczu było ich 29, podczas gdy w analogicznym okresie ubiegłego roku o 10 mniej[3]. To wzrost o 53 proc.

Z wyliczeń wynika, iż transport doświadcza najdłuższych opóźnień w należnościach od swoich kontrahentów – sięgają prawie 140 dni w porównaniu do średniej 60 dni dla wszystkich branż w Polsce.[4] Według danych liczba upadłości wzrosła w ciągu dwóch ostatnich lat o 177 proc.4 z kolei Centralny Ośrodek Informacji Gospodarczej obliczył, że w tym roku postępowaniem restrukturyzacyjnym objętych było 6,7 proc. firm a postępowaniem. upadłościowym 6,95 proc.[5] [6]

Wśród przyczyn problemów firm transportowych wymienia się ciągłą walkę o rynek kosztem dbania o wzrost rentowności oraz rosnące koszty pracy, energii i paliw. Według danych zebranych przez GUS przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze transportu lądowego w 2018 roku wzrosło o 4,2 proc., z kolei ropa podrożała o 31 proc., a koszty paliw w dużej mierze znalazły swoje odzwierciedlenie w wyższych stawkach przewozowych.[7]

Dobra koniunktura nie wystarcza

Popyt na usługi transportowe według prognoz EH[8] ma wciąż się utrzymywać. Pozytywny wpływ koniunktury widać także poprzez spadek syntetycznych wskaźników gospodarczych przygotowanych przez GUS oraz wzrost rejestracji samochodów ciężarowych. Dane Związku Przemysłu Motoryzacyjnego mówią o zwiększeniu się ich liczby o 8 proc.[9]

Firmy zajmujące się transportem międzynarodowy pozytywnie wypowiadają się na temat wstrzymania prac nad Pakietem Mobilności w czerwcu. Niestety projekt jest tylko zawieszony, a więc problem powróci – to jednak daje czas przedsiębiorcom na przygotowanie.

Największy wpływ na negatywną sytuację w branży ma niedobór pracowników oraz rosnące koszty wynagrodzenia. W badaniu GUS przewoźnicy obok nakładów na płace wymieniają braki w sile roboczej jako największą barierą w prowadzeniu firm – aktualne szacunki mówią o 100 tys. nieobsadzonych etatów. Dotychczas alternatywnym wyjściem, dla przewoźników, byli imigranci zza wschodniej granicy, jednak ich też zaczyna brakować. W badaniach już połowa firm przewozowych skarży się na braki kadrowe, rok temu było ich zaledwie 28 proc.9

Alexander Beresvford
Alexander Beresford, CMO Finiata.pl

O pogorszeniu się sytuacji przewoźników świadczy obniżenie się wskaźnika FIT (opartego m.in. na informacji o zadłużeniu firm transportowych, skali zatorów płatniczych w branży, przewidywanych upadłościach oraz planowanych inwestycjach), który ma teraz wartość 48,51. To prawie o 5 pkt. mniej niż w ubiegłym roku.[10] Jest to efekt zmagania się przewoźników z rosnącymi kosztami prowadzonej działalności oraz szybkiego wdrażania polityki eliminowania szarej strefy. Na niską wartość wskaźnika wpływ mają również prognozy firm transportowych, które dotyczą problemów z utrzymaniem płynności finansowej w nadchodzących miesiącach, dodaje Alexander Beresford.

Problematyczna przyszłość branży

Przedsiębiorcy są świadomi rosnącej liczby upadłości w branży – aż 38 proc. z nich twierdzi, że liczba upadłości już jest wyższa niż rok temu (w 2018 to samo zdanie miało tylko 18,3 proc. respondentów). Przewoźnicy mało optymistycznie oceniają przyszłość branży – aż 46,7 proc. przedsiębiorców jest zdania, że wycofujących się z rynku transportowego firm w całym 2019 roku będzie jeszcze więcej. Nieterminowi kontrahenci, coraz wyższe koszty prowadzenia firmy ograniczają ich płynność finansową, dlatego szukają lepszych, nowocześniejszych i mniej problematycznych rozwiązań. Poza rosnącymi kosztami, brakami w kadrze oraz zatorami płatniczymi firmy będą zmuszone do zwiększenia nakładów na ograniczenie emisji CO2 – zgodnie z wymogami unijnymi w transporcie emisja dwutlenku węgla ma spaść do 2025 roku o 20 proc. a do 2030 roku o 30 proc. w porównaniu do poziomu emisji z 2019 roku.

[1] State of the Art on Alternative Fuels Transport Systems in the European Union, July 2015

[2] Euler Hermes, Rozliczenia na rynku, analiza branż po I kwartale 2019 r.

[3] Euler Hermes, Niewypłacalności firm w Polsce po I połowie 2019 roku

[4] Raport Coface: Upadłości i restrukturyzacje firm w Polsce w I półroczu 2019 roku

[5] COIG, Postępowania restrukturyzacyjne w połowie 2019 r.

[6] COIG, Upadłości firm na koniec czerwca 2019 r.

[7] Santander Bank Polska, Konsolidacja w branży transportowej raczej nieunikniona, 23 maja 2019

[8] Euler Hermes, Rozliczenia na rynku, analiza branż po I kwartale 2019 r.

[9] Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego, Rejestracje – samochody ciężarowe, czerwiec 2019

[10] Keralla Research, Finanse, inwestycje, trendy branży transportowej w 2019 roku

Światełko w tunelu dla polskich przewoźników w sprawie pakietu mobilności

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mobilności to światełko w tunelu dla polskich przewoźników. Dlaczego? Daje nadzieję, że przynajmniej część przegłosowanych poprawek do obecnego kształtu nowych zasad, wedle których miałby funkcjonować transport drogowy w krajach Wspólnoty, będzie zmienione. KE wskazuje bowiem, że konieczna jest korekta dokumentu, który w Brukseli czeka na przegłosowanie przez członków Rady UE. Co dalej?

Termin pierwszego czytania w Radzie nie został jeszcze ustalony, ale pojawiają się głosy, że odbędzie się w tym roku. Tym bardziej, że prace nad przepisami trwają już ponad dwa lata, a średni czas do głosowania w Radzie UE od przedstawienia propozycji to znacznie mniej, bo 17 miesięcy. Pokazuje to, jak trudnym zagadnieniem jest rewizja przepisów, regulujących branże transportu drogowego. Jeśli propozycje PE zostałyby przyjęte bez poprawek – oznaczałoby to wejście niekorzystnych zapisów do porządku prawnego. Co więcej, zgodnie ze statystykami w 7. kadencji aż 85 proc. aktów uzgodniono w pierwszym czytaniu (415 z 488 złożonych). Z tego powodu głos KE jest niezwykle ważny – szczególnie w oczekiwaniu na głosowanie w Radzie UEkomentuje Mateusz Włoch, Grupa Inelo.

Co jeśli Rada UE posłucha zdania Komisji?

Rada UE ma dwa wyjścia: pierwsze – przyjąć tekst bez poprawek, drugie to zaproponowanie korekty do niektórych zapisów. W przypadku zatwierdzenia skrajnie niekorzystnych regulacji, które spowodują zepchnięcie na margines w szczególności małe i średnie rodzime firmy przewozowe, spełni się najczarniejszy scenariusz i będzie to, obok deficytu wykwalifikowanych kierowców zawodowych, jedno z najtrudniejszych wyzwań dla branży transportowej. – Natomiast wprowadzenie poprawek oznacza nowe rozdanie w Brukseli, ponieważ tekst trafi na drugie czytanie przez europarlamentarzystów, gdzie treść pakietu mobilności może być ponownie zmieniona lub nawet odrzucona w obecnym brzmieniu – dodaje Mateusz Włoch. Jaka jest opinia Komisji Europejskiej? Prezentujemy najważniejsze zagadnienia, do których członkowie KE odnieśli się w opublikowanym piśmie.

Zasady delegowania kierowców

Komisja zaakceptowała poprawki dotyczące zasady stosowania płacy minimalnej dla każdego rodzaju kabotażu oraz przewozów corss-trade. Poparła także wykorzystanie systemów IMI do wysyłania i aktualizacji deklaracji o delegowaniu przez podmioty gospodarcze oraz wymiany wszystkich innych istotnych dokumentów między właściwymi organami krajowymi w celu kontrolowania delegowania. Jednak wskazała, że należy się przyjrzeć zbyt dużemu rozbudowaniu tych systemów o dodatkowe dane (np. dotyczące zabezpieczenia społecznego, prawa właściwego dla umowy o pracę, prawa jazdy, tożsamości odbiorców, adresów załadunku i rozładunku), aby były zgodne z celem, jakim jest zmniejszenie obciążeń administracyjnych i uproszczenie kontroli – wyjaśnia ekspert Inelo. Ponadto Parlament Europejski proponuje, aby Komisja opracowała aplikację elektroniczną, która umożliwiłaby kontrolerom drogowym bezpośredni dostęp w czasie rzeczywistym do danych w ERRU (Europejski Rejestr Przedsiębiorstw Transportu Drogowego) i IMI. Takie rozwiązanie jest możliwe, jednak pojawiają się obawy co do wykonalności i zdolności państw członkowskich do inwestowania we wszystkie te rozwiązania techniczne w tak krótkim czasie jednocześnie.

Normy jazdy i odpoczynków

PE zatwierdził poprawkę o wykreślenie zmian dotyczących elastycznego odbioru odpoczynków tygodniowych. Komisja uważa, że wykreślenie tej zasady jest błędem. Może wpłynąć negatywnie na dostosowanie przepisów do potrzeb kierowców i ogólnie sektora TSL. Natomiast KE nie popiera wydłużenia dziennego czasu jazdy do 2 godzin, aby zjechać do bazy na odpoczynek tygodniowy. Argument? Mogłoby wpłynąć negatywnie na bezpieczeństwo na drodze. Proponuje za to poprawkę, w której wydłużenie będzie możliwe o jedną godzinę i pojawi się zapis o odstępstwie przy dojeździe również do domu kierowcy. Jednocześnie członkowie KE zaakceptowali wydłużenie kontroli drogowej z 28 na 56 dni.

Tachografy w busach

Mateusz Włoch podkreśla, że ta propozycja europarlamentarzystów spotkała się z poparciem przedstawicieli Komisji, co oznacza, że być może już niedługo obowiązek instalowania tachografów oraz egzekwowania norm jazd i odpoczynków będą zobligowani kierowcy pojazdów od 2,4 tony DMC. Jednak należy podkreślić, że wymagania te będą dotyczyły wyłącznie międzynarodowego transportu zarobkowego. KE wyraźnie podkreśla konieczność wyznaczenia odpowiedniego okresu przejściowego, by sektor transportu lekkiego miał możliwość optymalnie przygotować się do tych rewolucyjnych zmian.

Zasady dostępu do rynku

Walką z firmami „skrzynkami pocztowymi” to wprowadzenie szeregu wymagań. Firmy będą zobligowane miedzy innymi, aby samochody ciężarowe wykonywały co najmniej jedną operację załadunku lub rozładunku w państwach członkowskich siedziby przedsiębiorstwa. Ponadto muszą wykazać związek między wykonywanymi operacjami transportowymi a państwem członkowskim siedziby. To również konieczności, aby podmiot gospodarczy posiadał miejsca parkingowe na terenie przedsiębiorstwa i, aby firma była miejscem, z którego pracownicy zazwyczaj wykonują swoją pracę. Jest także zapis, by podmioty gospodarcze zatrudniały kierowców na mocy prawa właściwego dla umów o pracę w państwie członkowskim siedziby (Rzym I).

Według KE część z nich wymaga przeformułowania, gdyż może stanowić zagrożenie dla możliwości wykonywania np. przewozów croos-trade. – Ponadto PE chce wzmocnienia egzekwowania przepisów, w szczególności m.in.: rozszerzenie informacji dostępnych dla organów kontrolujących w krajowych elektronicznych rejestrach przewoźników na umowy o pracę kierowców międzynarodowych z ostatnich 6 miesięcy; przyznanie dostępu w czasie rzeczywistym do ERRU organom egzekwującym ze wszystkich państw członkowskich oraz wprowadzenia systemu wymiany informacji na rynku wewnętrznym (IMI) jako głównego narzędzia współpracy administracyjnej między państwami członkowskimimówi ekspert Inelo. – Jednak według KE niektóre propozycje idą zbyt daleko. Na przykład dostęp wszystkich organów egzekwujących do ERRU w czasie rzeczywistym oraz włączenie umów o pracę rodzi problemy związane z wykonalnością techniczną, kosztami rozwoju i prywatnością danych.

Co najważniejsze

Zastrzeżenia budzą także zasady, regulujące dostęp do międzynarodowego rynku przewozów drogowych, w tym kabotażu, na przykład wymóg wydawania licencji wspólnotowej wyłącznie przewoźnikom, wykonującym transport międzynarodowy pojazdami wyposażonymi w inteligentne tachografy; nieograniczona liczba przewozów kabotażowych w przyjmującym państwie członkowskim w ciągu 3 dni, czy też 60-godzinny okres na ochłodzenie, począwszy od powrotu ciężarówki do państwa członkowskiego siedziby.

Komisja nie ustosunkowała się do wszystkich poprawek przyjętych przez Europarlament. Jest to jednak ważny głos, który może spowodować wprowadzenie zmian przez Radę UE i skierowanie pakietu mobilności do drugiego czytania w PE. Wydłużenie procesu legislacyjnego daje nadzieję na dalszą merytoryczną pracę nad nowym prawem dla sektora transportu drogowego w Europiemówi Mateusz Włoch z Grupy Inelo.

Zmiany w Dyrektywie VAT przyjęte przez Komisję Europejską

Komisja Europejska przyjęła pakiet zmian do Dyrektywy VAT. Nowelizacja ta jest kluczowa zwłaszcza dla podatników dokonujących obrotu towarowego z innymi krajami Unii Europejskiej. W chwili obecnej przepisy są na etapie unijnym, ale Ministerstwo zapowiedziało, że w najbliższym czasie opublikuje projekt nowelizacji ustawy wdrażający unijne regulacje do krajowego porządku. Co do zasady zmiana Dyrektywy VAT zostanie wprowadzona, począwszy od planowanej daty (1 stycznia 2020 r.). Jaki będzie kształt polskich przepisów w tym zakresie, na razie nie wiadomo. Biorąc jednak pod uwagę praktykę polskiego fiskusa oraz zakres zmienianych regulacji, można przyjąć, że zakres polskich przepisów nie będzie się różnił w znacznym stopniu od przepisów unijnych. Dlatego podatnicy już teraz powinni przygotować się na wdrożenie zmian.

Zmiany w transakcjach łańcuchowych

Zmiany w zakresie transakcji trójstronnych mają być związane w głównej mierze z przypisaniem transportu wyłącznie do dostawy dokonanej do podmiotu pośredniczącego. W drodze odstępstwa transport ma zostać przypisany do dostawy dokonanej przez podmiot pośredniczący, gdy przekazał on swojemu dostawcy numer VAT nadany przez państwo członkowskie, z którego towary są wysyłane lub transportowane. W przypadku więc trzech podmiotów z różnych krajów unijnych przepisy wyjaśnią podatnikom, w jakim kraju powinni się zarejestrować na potrzeby VAT i rozliczyć podatek.

Wprowadzono także definicję podmiotu pośredniczącego, zgodnie z którą będzie to dostawca w łańcuchu inny niż pierwszy dostawca w łańcuchu, który wysyła lub transportuje towar samodzielnie albo za pośrednictwem osoby trzeciej działającej na jego rzecz.

Zasadniczo przepisy Dyrektywy dają państwom członkowskim dość dużą swobodę implementacyjną, jednak na chwilę obecną ich zastosowanie wydaje się nie być ułatwieniem w transakcjach, w których udział biorą więcej niż trzy podmioty. W dalszym ciągu konieczne będzie analizowanie warunków dostaw oraz orzecznictwa unijnych i krajowych sądów administracyjnych. Możemy więc mówić o ułatwieniu, ale nie dla wszystkich transakcji. To z kolei może rodzić kolejne wątpliwości.

Stawka 0% w przypadku WDT

Na podatników dokonujących wewnątrzwspólnotowych dostaw towarów zostaną nałożone dodatkowe obowiązki ewidencyjne. W szczególności przepisy dyrektywy przewidują, że jeżeli podatnik dokonujący WDT nie dopełni obowiązku składania informacji podsumowującej (VAT-UE), utraci on prawo do skorzystania z preferencyjnego traktowania WDT. Ponadto urzędy będą mogły kwestionować stawkę 0% w przypadku błędów np. w numerze VAT nabywcy. Zatem niezmiernie istotna będzie prawidłowa weryfikacja kontrahenta unijnego.

Dodatkowo rozporządzenie UE zaostrza obowiązki dokumentacyjne w związku z preferencyjną stawką. Sprzedawca będzie obowiązany posiadać dwa niesprzeczne ze sobą dokumenty potwierdzające wysyłkę. Jedna grupa to dokumenty przewozowe np. CMR, druga to dokumenty nieodnoszące się do wysyłki jak np. polisa ubezpieczeniowa, dokumenty bankowe, inne dokumenty urzędowe. Ponadto w niektórych sytuacjach sprzedawca będzie też musiał do 10 dnia miesiąca następującego po miesiącu, w którym nastąpiła dostawa, otrzymać od nabywcy oświadczenie, w którym ten potwierdzi, że towary zostały wywiezione.

Regulacje dotyczące WDT są dużo bardziej restrykcyjne niż obecnie obowiązujące. Liberalne podejście do dokumentacji potwierdzającej wywóz zostanie zastąpione ściśle określonymi regułami i zasadami. Ponadto podatnicy będą musieli odpowiednio ewidencjonować i raportować transakcje unijne. Nowe regulacje nie są jednak do końca zgodne z TSUE, który w wyroku z 28 marca 2019 r., Milan Vinš, C- 275/18 wskazał, że wystarczający jest sam faktyczny wywóz towarów, który może być co do zasady udowodniony w sposób dowolny, aby potwierdzić rzeczywisty wywóz.

Magazyn konsygnacyjny

Dotychczasowy brak zharmonizowania przepisów w zakresie składów konsygnacyjnych powoduje występowanie w różnych krajach odmiennych podejść do tego tematu. W konsekwencji każdorazowo należy ustalać, czy konieczna jest rejestracja za granicą, czy w danej jurysdykcji ma zastosowanie uproszczenie i ewentualnie na jakich warunkach. Zmiany wprowadzą ujednolicenie stosowanych rozwiązań – od 2020 r. w każdym kraju członkowskim będzie możliwość zastosowania uproszczenia dla tego typu transakcji, zbliżonego do mechanizmu obecnie funkcjonującego w Polsce. Innymi słowy, po spełnieniu określonych warunków będzie można rozpoznać dostawy dopiero w momencie pobrania towarów z magazynu konsygnacyjnego.

Co zrobić?

Choć brak w chwili obecnej regulacji krajowych, podatnicy powinni przygotować się do zmian, które mają zostać wprowadzone od 1 stycznia 2020 r. W pierwszej kolejności warto przejrzeć obecnie obowiązujące procesy, w szczególności w zakresie sposobu dokumentacji transakcji wewnątrzunijnych, sposobu ich ewidencjonowania oraz opodatkowania transakcji łańcuchowych. Pozwoli to ocenić czas niezbędny do wprowadzenia zmian oraz zbuduje świadomość istnienia tematu i konieczności podjęcia potencjalnych dalszych kroków do końca roku.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Aktywność deweloperów vs. popyt na nowe mieszkania

Krajowi deweloperzy nadal utrzymują wysoką aktywność inwestycyjną. Warto sprawdzić, jak aktywność inwestorów przez ostatnie lata wyglądała w stosunku do popytu na nowe mieszkania.

Firmy budujące nowe mieszkania teoretycznie powinny dostosowywać liczbę inwestycji do aktualnego i spodziewanego popytu. W praktyce takie zadanie okazuje się jednak trudne. Świadczą o tym zmiany szacunkowego czasu wyprzedaży oferty deweloperskiej. Ten wskaźnik informuje, jak długo przy obecnym poziomie popytu trwałaby wyprzedaż aktualnej oferty nowych mieszkań, gdyby inwestorzy zaprzestali budowy kolejnych „M”. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie danych GUS przeanalizowali zmiany wspomnianego wskaźnika przez ostatnich 10 lat.

Ciekawe informacje o średnim czasie wyprzedaży nowych mieszkań można znaleźć w najnowszym raporcie o stabilności systemu finansowego. Analiza przygotowana przez NBP przedstawia zmiany wspomnianego wskaźnika w ujęciu kwartalnym. Eksperci RynekPierwotny.pl obliczyli natomiast jego średnioroczną wartość. Taki przeciętny roczny czas wyprzedaży nowych mieszkań z sześciu największych rynków (Warszawa, Kraków, Łódź, Wrocław, Poznań, Trójmiasto) przedstawia się następująco:

  • 2008 r. – 5,1 kwartału
  • 2009 r. – 5,7 kwartału
  • 2010 r. – 5,3 kwartału
  • 2011 r. – 6,3 kwartału
  • 2012 r. – 7,3 kwartału
  • 2013 r. – 5,7 kwartału
  • 2014 r. – 4,3 kwartału
  • 2015 r. – 4,2 kwartału
  • 2016 r. – 3,5 kwartału
  • 2017 r. – 2,9 kwartału
  • 2018 r. – 2,7 kwartału

Powyższe informacje wskazują, że w 2018 r. średni czas wyprzedaży nowych mieszkań z największych rynków osiągnął rekordowo niski poziom. Warto jednak odnotować, że ten wskaźnik wzrósł w drugiej połowie minionego roku (z 2,6 kwartału do 3,1 kwartału). Z całą pewnością jest to sygnał dla deweloperów. Muszą oni przygotowywać się na długookresowe zmniejszenie poziomu sprzedaży. Nie będzie to bardzo bolesna zmiana, jeżeli inwestorzy mieszkaniowi odpowiednio dostosują do niej podaż oferowanych lokali (tak aby utrzymać wskaźnik czasu wyprzedaży na poziomie 4 – 5 kwartałów).

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dzięki CPK szybciej koleją z Torunia i Bydgoszczy do Warszawy. Koniec pierwszego etapu Regionalnych Konsultacji Strategicznych CPK

Tylko półtorej godziny zajmie podróż pociągiem z Torunia do Warszawy po realizacji Programu Kolejowego CPK. Z Bydgoszczy do stolicy dotrzemy w czasie nieco powyżej 2 godz. Spotkaniem w Kujawsko-Pomorskiem spółka zamknęła etap konsultacji Programu Kolejowego CPK w pięciu województwach. Na wrzesień zaplanowane są spotkania w kolejnych siedmiu

W spotkaniu z przedstawicielami spółki CPK w Toruniu uczestniczyli m.in. marszałek województwa kujawsko-pomorskiego Piotr Całbecki i wicewojewoda kujawsko-pomorski Józef Ramlau. W jego trakcie rządowy inwestor przedstawił poziom zaawansowania prac przygotowawczych do budowy linii kolejowych na terenie woj. kujawsko-pomorskiego, omawiając pierwszą koncepcję w ramach rozpoczętego procesu tzw. trasowania.

W ramach Programu CPK w województwie kujawsko-pomorskim planowana jest budowa 168 km nowych linii. Według założeń inwestora 92 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną regionu.

W województwie kujawsko-pomorskim powstaną linie nr 5 i 242 na trasie: CPK–Grudziądz–Warlubie, stanowiące fragment szprychy nr 1 Warszawa – CPK – Trójmiasto. Ponadto, w zachodniej części województwa będzie budowana linia nr 400 Nakło nad Notecią – Złotów – Okonek, która jest fragmentem odgałęzienia szprychy nr 1 w kierunku Koszalina i Kołobrzegu.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/godz. możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Bydgoszczy: do Warszawy 2 godz. 5 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 30 min.), do CPK 1 godz. 50 min., a do Kołobrzegu 2 godz. 10 min. (obecnie najkrótszy czas to 3 godz. 50 min.).

Z Torunia pasażerowie będą mogli dojechać do Warszawy w 1 godz. 30 min., do CPK w 1 godz. 15 min., a do Kołobrzegu w 2 godz. 45 min.

Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, wtorkowe spotkanie w Toruniu zakończyło pierwszy etap Regionalnych Konsultacji Strategicznych, czyli rozmów z reprezentantami organów administracji rządowej, samorządów województw i władz miast. – Dokładnie przeanalizujmy uwagi zgłoszone podczas spotkań. Weźmiemy je pod uwagę przy tworzeniu przebiegu nowych linii kolejowych w ramach Programu CPK – dodaje.

Konsultacje to dla nas istotne narzędzie planowania i gwarancja, że przebieg nowych linii kolejowych będzie jak najbardziej zgodny z oczekiwaniami wszystkich zainteresowanych podmiotów. Dlatego mamy zamiar je kontynuować w ramach II etapu konsultacji zaplanowanych w kolejnych województwach – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.

CPK obecnie planuje II etap Regionalnych Konsultacji Strategicznych, które odbędą się we wrześniu w kolejnych województwach: śląskim, małopolskim, świętokrzyskim, podkarpackim, lubelskim, warmińsko-mazurskim i podlaskim. Po ich zakończeniu spółka przeprowadzi dla każdej z linii analizę lokalizacyjną. Następnym etapem będą dodatkowe – zaproponowane przez CPK – lokalne konsultacje dotyczące konkretnych rozwiązań technicznych. Głos lokalnych społeczności zostanie także uwzględniony w trakcie wydawania decyzji środowiskowej, czyli dokumentu przesądzającego ostatecznie o przebiegu linii.

Od początku lipca spółka CPK zorganizowała – oprócz kujawsko-pomorskiego konsultacje jeszcze w stolicach czterech innych województw:

Poznań

W ramach Programu CPK w województwie wielkopolskim planowana jest budowa 196 km nowych linii. Według założeń inwestora prawie 2/3 mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną Wielkopolski.

W regionie powstanie, po pierwsze, linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – KaliszPoznań. To zadanie w ramach budowy Kolei Dużych Prędkości Warszawa – CPK – Łódź – Poznań / Wrocław, która od swojego kształtu jest nazywana „igrekiem”. Zakładana prędkość eksploatacyjna pociągów na tym odcinku to co najmniej 250 km/h. To fragment tzw. szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Po drugie, w Wielkopolsce będzie budowana linia nr 400 Nakło nad Notecią – Złotów – Okonek, która jest elementem szprychy nr 1 prowadzącej z CPK przez Płock, Toruń i Bydgoszcz w kierunku Koszalina.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h. możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Poznania: do Łodzi 1 godz. 5 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 20 min.), do CPK 1 godz. 40 min., a do Warszawy 1 godz. 55 min. (obecnie najkrótszy czas to 2 godz. 50 min.). Z Kalisza pasażerowie będą mogli dojechać do Łodzi w 35 min., do CPK w 1 godz. 10 min., a do Warszawy w 1 godz. 25 min.

Warszawa

W ramach Programu CPK w województwie mazowieckim planowana jest budowa 344 km nowych linii kolejowych. Priorytetowymi inwestycjami w regionie są dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Poznań oraz linia nr 5 CPK – Płock – Grudziądz (Gdańsk). To fragment tzw. szprychy nr 1 i szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Na północnym-wschodzie województwa powstanie także nowy odcinek linii nr 29 z Ostrołęki przez Łomżę do Giżycka.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Warszawy: do Łodzi – 50 min. (teraz najkrótszy czas to 1 godz. 21 min.), Gdańska – 2 godz. (dziś podróż pociągiem zajmuje minimum 3 godz.), a do Poznania – 1 godz. 55 min. (zamiast obecnych 3 godz.). W kolejnej fazie Programu planowana jest budowa odcinków CPK Warka i Radom – Ostrowiec Św., stanowiących fragmenty szprychy nr 6 z Warszawy i CPK na Podkarpacie oraz linii Warszawa Choszczówka – Kątne, upraszczającej przebieg szprychy nr 2 na Warmię. Dzięki inwestycjom 86 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości.

Łódź

W ramach Programu CPK w woj. łódzkim wybudowane zostanie 219 km nowych linii. W regionie powstaną dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Sieradz – Poznań oraz linia nr 87 Sieradz – Wieruszów, stanowiąca fragment trasy Warszawa – Wrocław, której budowę planowano już w latach 70. Znacząco poprawi się dostępność komunikacyjna regionu, ponieważ zgodnie z założeniami inwestora, 60 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości.

Budowa nowych linii pozwoli na włączenie Łodzi do ogólnopolskiej sieci szybkich połączeń kolejowych i znacząco skróci czas przejazdu, np. do Poznania dojedziemy w 1 godz. 5 min. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), do Warszawy – 50 min. (teraz najkrótszy czas to – 1 godz. 21 min.), Wrocławia w 1 godz. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), a do CPK w 35 min.

Wrocław

W województwie dolnośląskim w ramach Programu CPK powstanie 119 km nowych odcinków, składających się na linię dużych prędkości Warszawa – Wrocław – Wałbrzych – granica polsko-czeska (z połączeniem do Pragi). Zaprezentowana podczas konsultacji wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Wrocławia: do Wałbrzycha – 45 min. (obecnie najkrótszy czas to 60 min.), do Warszawy – 1 godz. 50 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 55 min.), do Pragi – 2 godz. 30 min. (zamiast obecnych 5 godz.).

Co więcej, dzięki inwestycjom CPK w tym regionie, aż 82 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną woj. dolnośląskiego.

Łącznie w ramach kolejowej części Programu CPK planowana jest budowa ponad 1600 km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy. Tzw. etap zero, który powinien być gotowy przed uzyskaniem przez Port Lotniczy Solidarność zdolności operacyjnej, zakłada wybudowanie 140 km nowych linii na trasie Warszawa – CPK – Łódź. Zakończenie pozostałych inwestycji kolejowych wpisuje się w horyzont czasowy do 2040 r.

Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK, składać się będzie z nowych odcinków sieci oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Na potrzeby budowy tego kolejowego systemu doszło do podziału zadań inwestycyjnych między spółki CPK i PKP Polskie Linie Kolejowe. 29 kwietnia br. Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.

Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.

Sektor finansowy na celowniku ransomware’u

Sektor usług finansowych jest uważnie monitorowany przez cyberprzestępców. Polują oni na informacje związane z dostępem do kart płatniczych, rachunków online czy bankomatów. Stale ewoluujące zagrożenia występują w wielu postaciach, na przykład różnych wariantów ransomware. Obrona przed nimi w tym sektorze jest utrudniona z uwagi na liczne wyzwania, takie jak konieczność łączenia nowych technologii z istniejącymi już systemami bankowymi czy wymóg zachowania zgodności z istniejącymi regulacjami.

Globalne działania cyberprzestępców

Osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo w instytucjach finansowych powinny mieć świadomość mechanizmów zagrożeń. Co ważne – także tych, które nie są już aktywne. Pozwala to lepiej zrozumieć cykl ewolucji ryzyka. Jest to bardzo istotne: analitycy z laboratorium FortiGuard firmy Fortinet wskazują, że kiedy jedno złośliwe narzędzie przestaje być aktywne, na jego miejsce przybywa kilka kolejnych.

Silence Group jest jedną z cyberprzestępczych grup, która szczególnie interesuje się instytucjami finansowymi w Rosji i Europie Wschodniej, chociaż jej infrastruktura została już rozszerzona o Australię, Kanadę, Francję, Irlandię, Hiszpanię, Szwecję i Stany Zjednoczone. Grupa ta systematycznie rozwija swoje narzędzia i sposoby ataków. W ostatnim czasie zastosowała np. taktykę „living off the land” – czyli „życia z pracy na roli”, która polega na wykorzystaniu zainstalowanych i publicznie dostępnych zasobów oraz narzędzi, takich jak np. PowerShell. – Pozwala to przyspieszyć poruszanie się po sieci, a jednocześnie zmniejszyć wykrywalność dzięki wykorzystaniu procesów zidentyfikowanych wcześniej jako legalne – tłumaczy Wojciech Ciesielski, menedżer Fortinet ds. sektora finansowego.

Stosując metodę tzw. spear phishingu (spersonalizowanego phishingu, czyli wyłudzania informacji od konkretnej, obranej za cel, osoby lub instytucji), Silence Group jest w stanie naruszyć bezpieczeństwo banków za pośrednictwem poczty elektronicznej. Przestępcy zbierają w ten sposób dane finansowe i następnie dokonują zdalnej wypłaty pieniędzy z bankomatów – tzw. jackpotting. Grupa ta przygotowała również własne, modularne narzędzia, dzięki którym można zaatakować różne konkretne obszary (serwery pośredniczące w transakcji, systemy monitorujące oraz sam moduł bankomatu).

Innym istotnym zagrożeniem dla instytucji finansowych było w ostatnim czasie złośliwe oprogramowanie Emotet. Odnotowano kilka nowych kampanii z jego udziałem, w których wykorzystane były moduły odpowiedzialne za kradzieży informacji, a także infekujące komputery użytkowników złośliwym kodem bankowych koni trojańskich i ransomware.

Zysk finansowy i… niejasne motywy

Jednym z trendów, który wyróżnia się w ostatnim czasie w cyberprzestępczych działaniach, jest odejście od ataków losowych na rzecz ataków ukierunkowanych, jak wspomniany spear phishing. Celowane wykorzystanie ransomware’u staje się podstawowym wyborem dla wielu hakerów, którzy chcą maksymalizować swoje zyski. Najlepszym przykładem tej metody ataku jest LockerGoga, wariant ransomware’u, który pojawił się na początku tego roku. Spowodował poważne zakłócenia w funkcjonowaniu kilku zakładów w Europie i Stanach Zjednoczonych, jednak zdaniem analityków bezpieczeństwa ostatecznym celem tych ataków nie było wymuszenie okupu. Nadal nie ma jasnego wytłumaczenia motywacji twórców tego narzędzia.

W przeciwieństwie do wspomnianego LockerGoga ścieżką klasycznych ataków ransomware podążyli autorzy oprogramowania Anatova, żądając od ofiar płatności w formie kryptowaluty Dash. – To narzędzie starannie dobiera ofiary, nie szyfrując niczego, co może mieć wpływ na przepustowość systemu, który zaraża. Ponadto unika komputerów, które już wydają się być zaatakowane przez złośliwe oprogramowanie lub funkcjonują jako honeypoty – wyjaśnia Wojciech Ciesielski.

Cyberprzestępcy stale modyfikują metody ataku, aby zwiększyć ich dokładność i zagwarantować osiągnięcie zamierzonych celów. W branży usług finansowych może to dotknąć  kont bankowych online, kart płatniczych, a nawet bankomatów. Eksperci Fortinet radzą instytucjom finansowym, aby broniąc się przed takimi zagrożeniami, stosowały rozwiązania z zakresu analizy zagrożeń. Dzięki temu łatwiej je zidentyfikować i zrozumieć efekt, jaki cyberatak może spowodować dla bezpieczeństwa i zaufania klientów.

Lublin-Warszawa – sukces najkrótszego połączenia lotniczego w Polsce. Już od jesieni dodatkowe poranne połączenie

Lublin-Warszawa to najkrótsza trasa lotnicza w Polsce. Lot trwa zaledwie 27 minut i zajmuje o 11 minut mniej niż przejazd między krańcowymi stacjami warszawskiego metra. W podróż z PLL LOT odprawia się już ponad 3 tysiące osób miesięcznie dlatego przewoźnik zdecydował się uruchomić dodatkowe poranne połączenie. Za dobre wyniki odpowiadają głównie pasażerowie, którzy wybierają loty łączone z Lublina przez Warszawę do państw europejskich.

Tylko 4 miesiące były potrzebne, aby Polskie Linie Lotnicze LOT zdecydowały się na rozszerzenie uruchomionej we wrześniu 2018 r. siatki połączeń między Warszawą a Lublinem. Kolejne pomyślne tygodnie funkcjonowania trasy doprowadziły do zapewnienia w marcu 2019 r. codziennych lotów, na wiele miesięcy przed pierwotnie planowanym terminem zwiększenia liczby połączeń. Teraz przewoźnik informuje o rozszerzeniu częstotliwości lotów. Od 27 października połączenie będzie obsługiwane 2 razy dziennie (dodatkowo 4 poranne loty w tygodniu). Na czym polega sukces najkrótszej trasy lotniczej w Polsce?Port Lotniczy Lublin

Dynamiczny rozwój połączenia

Od momentu uruchomienia połączenia lotniczego Lublin-Warszawa (jesienią 2018 r.) skorzystało z niego już blisko 23 tys. podróżnych. Według danych Portu Lotniczego Lublin, miesięczna liczba pasażerów w czerwcu w stosunku do września minionego roku podwoiła się (z 1521 do 3427). Sukcesywnie rośnie też stopień zapełnienia samolotów. Średnie wypełnienie miejsc na pokładzie w 2018 r. wyniosło 53%, a pierwsze półrocze 2019 r. przyniosło średnią na poziomie 64%, przy czym wskaźnik zapełnienia w czerwcu wyniósł już 73%. – Stale obserwujemy tendencję wzrostową liczby pasażerów na trasie Lublin-Warszawa. W kwietniu po raz pierwszy osiągnęliśmy pułap trzech tysięcy osób, a w czerwcu w porównaniu do marca zaobserwowaliśmy wzrost liczby podróżnych aż o 60%. Korzystnie na dynamikę rozwoju wpłynęło zwiększenie częstotliwości lotów z Lublina, a także poszerzanie sieci połączeń PLL LOT, których oferta przyciąga coraz więcej pasażerów z naszego regionu. – podkreśla Krzysztof Wójtowicz, Prezes Portu Lotniczego Lublin.Załącznik bez tytułu 00806

Warszawa – baza wypadowa dla dalszych podróży

Pasażerowie najkrótszej trasy lotniczej w Polsce chętnie udają się w zagraniczne podróże. Aż 70% startujących z Portu Lotniczego Lublin traktuje Warszawę jako punkt przesiadkowy do odleglejszych kierunków. Najczęściej przesiadają się w samoloty do Mediolanu, Frankfurtu, Gdańska, Monachium, Dusseldorfu, Amsterdamu i Brukseli. Wśród 20 najpopularniejszych destynacji nie brak również dalszych kierunków, takich jak Kanada (Toronto) czy Stany Zjednoczone (Chicago oraz Nowy Jork). – Połączenie między Lublinem a portem im. Fryderyka Chopina to nie tylko najkrótsza trasa lotnicza w Polsce, ale i najszybszy sposób na przedostanie się mieszkańców regionu do innych miast w Polsce i Europie – zaznacza Ireneusz Dylczyk, dyrektor handlowy Portu Lotniczego Lublin. – Warto zauważyć, że pomiędzy ośrodkami miejskimi zlokalizowanymi peryferyjnie na terytorium kraju samolot jest i długo jeszcze pozostanie najszybszym środkiem transportu, pomimo poprawiającej się infrastruktury transportowej na lądzie. Potwierdza to wysoka pozycja Gdańska, a nawet Wrocławia i Poznania, jako portów docelowych dla pasażerów z Lublina przesiadających się w Warszawie.   Załącznik bez tytułu 00809

Połączenie z potencjałem na przyszłość

Jak dodaje Ireneusz Dylczyk najkrótsza trasa lotnicza w Polsce wpisuje się w koncepcję budowy nowego centrum przesiadkowego kraju. – Wykreowany dzisiaj ruch w łatwy sposób będzie mógł być przeniesiony do Centralnego Portu Komunikacyjnego. Zwłaszcza, że budowa komponentu kolejowego, który miałby zasilać to lotnisko z województwa lubelskiego to perspektywa  2035 r.

Konsultacje branżowe nad pierwszą częścią Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji zakończone. Co to oznacza dla pracodawców?

Zakończyły się konsultacje rynkowe pierwszej części Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji. Dokument ma pomóc pracodawcom w stosowaniu regulacji prawnych dotyczących przetwarzania oraz ochrony danych osobowych. Głównym celem projektu jest zebranie i popularyzacja dobrych praktyk związanych ze stosowaniem w rekrutacji przepisów wynikających z RODO. Inicjatywa powstania Kodeksu spotkała się z aprobatą branżowych ekspertów, którzy chętnie zaangażowali się w opracowanie dokumentu.

Specjaliści biorący udział w konsultacjach pozytywnie zareagowali na podjętą inicjatywę stworzenia Kodeksu oraz jego brzmienie. Zgłosili jednakże potrzebę silniejszego doprecyzowania w dokumencie podstaw prawnych przetwarzania danych osobowych. Twórcy Kodeksu uwzględnili przedstawione sugestie w zaktualizowanej wersji dokumentu.

Efektem prac przeprowadzonych po konsultacjach było m.in. dodanie nowego podrozdziału z wyszczególnionymi podstawami prawnymi przetwarzania danych osobowych w rekrutacji. Jak wskazuje radca prawny Mirosław Gumularz, w praktyce chodzi o odpowiedź na pytania:

  • Czy do przetwarzania określonych kategorii danych (np. data urodzenia) potrzebna jest zgoda kandydata?
  • Czy możliwe jest przetwarzanie danych – i jeżeli tak to na jakich zasadach – które wykraczają poza zakres informacji wymienionych w Kodeksie pracy?
  • Czy i w jakim zakresie podanie danych jest dobrowolne?
  • W jakich przypadkach kandydat może sprzeciwić się wykorzystaniu określonych informacji?
  • W jakich przypadkach pozyskanie określonych kategorii danych może nastąpić wyłącznie z inicjatywy kandydata do pracy?

Zmiany w Kodeksie pracy uwzględnione

Warto podkreślić, że w zaktualizowanej wersji dokumentu eksperci odnieśli się do najnowszych zmian w Kodeksie pracy, wprowadzonych w maju 2019 r. W Kodeksie Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji uwzględniono więc m.in. jakie dane osobowe kandydata do pracy w zakresie niezbędnym do ich potwierdzenia może pozyskać pracodawca. Dokument precyzuje: kiedy, na jakiej podstawie i w jakim zakresie zatrudniający może zbierać dane szczególnie chronione, dotyczące np. stanu zdrowia pracownika. Zmiany dotyczą także możliwości gromadzenia danych osobowych uczestników procesu rekrutacyjnego lub pracowników, którzy wyrazili na to zgodę.

Mirosław Gumularz, specjalista ds. ochrony danych osobowych w eRecruiter
Mirosław Gumularz, specjalista ds. ochrony danych osobowych w eRecruiter

– Z punktu widzenia założeń Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji istotne jest uświadomienie pracodawcom, na czym polega różnica pomiędzy przesłanką zgody kandydata a tzw. uzasadnionym interesem pracodawcy – zaznacza r. pr. Mirosław Gumularz. – Nie jest wykluczone przetwarzanie danych w zakresie szerszym niż to wynika z przepisów Kodeksu pracy. Co więcej, nie zawsze w takim przypadku potrzebna jest zgoda kandydata. Możliwe jest odwołanie się do przesłanki uzasadnionego interesu pracodawcy. Warto podkreślić, że nie może to dotyczyć przetwarzania danych wrażliwych (np. o stanie zdrowia czy karalności). Potrzebna jest tutaj ocena, czy w konkretnym przypadku ten uzasadniony interes istnieje. Wymaga to m.in. przeprowadzenia testu równowagi pomiędzy interesem pracodawcy i kandydata.

Przystępne wyjaśnienie pojęć i ich doprecyzowanie

Głównym założeniem, którym kierowali się twórcy Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji, było przedstawienie niejasnych kwestii w sposób jak najbardziej zrozumiały. W aktualizacji dokumentu doprecyzowano m.in. informacje dotyczące okresów przechowywania oraz podstaw prawnych dla poszczególnych modeli rekrutacji.

Nie wszystkie zagadnienia, które pojawiły się na etapie konsultacji dokumentu, były możliwe do zaadresowania w pełni. Takim przykładem jest zakres danych, który gromadzą pracodawcy i który samodzielnie powinni dookreślić.

– Każdy pracodawca powinien samodzielnie przeanalizować, jakie dane zbiera, na jakiej podstawie prawnej oraz w jaki sposób chce je pozyskiwać – wyjaśnia Agnieszka Witaszek, Inspektor Ochrony Danych w Grupie Pracuj. – Rekruter powinien rozważyć, jaki zakres danych będzie niezbędny do przeprowadzenia rekrutacji, biorąc oczywiście pod uwagę przepisy Kodeksu pracy oraz zasady RODO (np. zasadę adekwatności i minimalizacji danych). Wiele zależy od ustalonego procesu rekrutacji (np. czy w procesie jest wykorzystywany jakiś system elektroniczny) czy stanowiska, na które kandydat aplikuje.

Ciąg dalszy prac nad Kodeksem Ochrony Danych w Rekrutacji

Aktualnie inicjatorzy Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji – przedstawiciele firm eRecruiter, Pracuj.pl oraz kancelarii GKK Gumularz Kozik Radcowie Prawni – rozpoczęli działania związane z kolejnym etapem prac nad dokumentem. Druga część Kodeksu będzie zawierać wskazówki dotyczące m.in. realizacji praw kandydatów związanych z przetwarzaniem ich danych czy weryfikacji dostawców narzędzi rekrutacyjnych, z których pracodawcy korzystają w procesach rekrutacji. Tytuł partnera merytorycznego otrzymała kancelaria Bird & Bird, która wesprze prace nad opracowaniem drugiej części dokumentu.

– Bardzo cieszymy się, że dołączyliśmy do inicjatywy współtworzenia Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji. Naszą intencją jest przełożenie wieloletniego doświadczenia w doradztwie dla branży rekrutacyjnej na praktyczne podejście i udzielenie przedsiębiorcom jasnych wskazówek w zakresie prowadzenia rekrutacji zgodnych z wymogami RODO, a także zaproponowanie rozwiązań chroniących prawa kandydatów – komentuje Izabela Kowalczuk-Pakuła, partner, szef praktyki prywatności i danych osobowych w kancelarii Bird & Bird.

Projekt jest wspierany także przez: Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia, Pracodawców RP oraz SABI Stowarzyszenie Inspektorów Ochrony Danych.

Dokument ze zaktualizowaną pierwszą częścią Kodeksu Ochrony Danych Osobowych w Rekrutacji można pobrać na stronie RODOwRekrutacji.pl. Znajduje się tam także więcej informacji na temat inicjatywy.

W Polsce się buduje, ale wciąż za mało – na tysiąc mieszkańców przypada u nas tylko 380 mieszkań

W Polsce w 2018 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wynosiła 1 935 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża wynosi ponad 12,9 tys. euro, a w Londynie – 11,2 tys. euro. Jak wynika z ósmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end?”, pomimo że w Polsce buduje się najwięcej spośród krajów Europy Środkowej, mieszkań wciąż brakuje. W ubiegłym roku do użytku oddano ich blisko 185 tys.Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w piętnastu krajach Unii Europejskiej oraz Norwegii. – Analizując sytuację od 2015 roku w 15 z 16 krajów ceny mieszkań rosły. Wyjątkiem były Włochy, gdzie ceny nieruchomości spadają od początku kryzysu finansowego. W ciągu ostatnich trzech lat średni wzrost cen mieszkań w Unii Europejskiej wynosi 5 proc. Jednym z czynników napędzających ten wzrost są rosnące ceny w regionie Europy Środkowej – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowej. – Oczywistym jest, że wzrost cen nieruchomości nie będzie trwał wiecznie. Wiele zależy od polityki Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli jednak obecny kurs zostanie utrzymany, ceny nieruchomości w Europie mogą sięgnąć poziomu sprzed kryzysu finansowego – dodaje.

Ceny mieszkań w Warszawie wciąż rosną

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Paryżem (12,9 tys. euro za m2) i Londynem (11,2 tys. euro), podobnie jak rok temu znalazło się Monachium z ceną 7,8 tys. euro za m2. Nie ma też zmian, jeżeli chodzi o miasta z najtańszymi mieszkaniami. Dwa pierwsze miejsca należą do węgierskiego Debreczyna (1,1 euro za m2) i Győr (1,2 euro za m2).

Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Zagrzebiu (1 720 euro za m2), Rydze (1 744 euro za m2), Budapeszcie (1 853 euro za m2) i w Warszawie (1 935 euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 3 162 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 607 euro za m2), Wrocławia (1 559 euro za m2) oraz Łodzi (1 237 euro za m2). Największy wzrost, bo aż o 30,3 proc. odnotowała czeska Ostrava i hiszpańska Barcelona (29,7 proc.). Z kolei na przeciwległym biegunie znalazło się Birmingham, gdzie ceny w ciągu roku spadły średnio o 13,4 proc.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Na wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża należy przeznaczyć 27,8 euro miesięcznie. Dwa kolejne miejsca zajmują Oslo i Trondheim (odpowiednio 25,3 i 21,3 euro za metr), ale w przypadku Norwegii brano pod uwagę jedynie wynajem domów. Warszawa z 14,6 euro za metr kwadratowy znalazła się na 13. miejscu spośród analizowanych miast. We Wrocławiu i Krakowie jest to 10,8 euro, a Łodzi 8,4 euro. Najmniejsze obciążenie dla kieszeni stanowi wynajęcie mieszkania w Debreczynie (6,4 euro).

Szybujące ceny mieszkań w Europie Środkowej

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech i w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Czechach (16,8 proc.) i na Węgrzech (13,7 proc.).

Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o 14,7 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta. – W 2018 roku w Polsce sprzedano nieco mniej mieszkań niż w 2017 roku, ale liczba 64,8 tys. jest porównywalna do tej z 2016 roku. Ceny nadal rosną, w tym przede wszystkim w dużych miastach. Biorąc pod uwagę rynek pierwotny, to największe wzrosty zanotowano w Gdańsku o 12,8 proc. oraz w Warszawie o 8 proc. Dobra koniunktura na rynku mieszkaniowym podtrzymywana jest przez niskie stopy procentowe. Sytuacji nie sprzyjają jednak wzrastające koszty działalności firm budowlanych oraz zmniejszająca się liczba gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach – mówi Dominik Stojek, Partner Associate w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Polska w budowie

W roku 2018 największymi zasobami mieszkaniowymi może pochwalić się Portugalia (579,8). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, w której wskaźnik ten wynosi 380,7 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Polacy dysponują liczbą 14,6 mln mieszkań.
– Zapotrzebowanie na własne lokum jest u nas nadal bardzo duże, ale ograniczony dostęp do kredytowania związany choćby z zakończeniem rządowego programu Mieszkanie dla Młodych, znajduje swoje odbicie w ogólnym spadku poziomu transakcji kupna o 11 proc. w ciągu roku. Największy, bo aż 16 procentowy, odnotowało Trójmiasto. – komentuje Marta Jurek, Menedżer w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wynosiła w 2018 roku 3,2 dla analizowanych w raporcie krajów. Miejscem, gdzie w 2018 oddano do użytku najwięcej jest podobnie jak w poprzedniej edycji raportu Francja (6,86 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano w Portugalii (1,2 mieszkań na tysiąc mieszkańców). W Polsce wynik ten wynosi 4,81, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 184,8 tys. nowych mieszkań. Jest to rekord dla regionu Europy Środkowej.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,8 (rok wcześniej 5,4). Daje nam to trzecie miejsce. W tej kategorii przoduje Francja (6,3 budowanych mieszkań na tysiąc mieszkańców), a najniższy wskaźnik zanotowała Łotwa (1,1).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Portugalczycy i Belgowie, których już po odpowiednio 3,8 i 4 latach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Czesi muszą swoją pensję brutto odkładać w całości przez ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do dochodu rozporządzalnego. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (20 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc., z tymże w przypadku Polski jest to poziom 33,8 proc. Najwyższe zadłużenie – blisko 200 proc. – zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

Mieszkańcy, których krajów mogą liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2018 roku byli to Portugalczycy, których kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polaków było to średnio 3,8 proc. Z najwyższym, bo w wysokości 4,5 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

„Sprzedam fakturę, kupię koszty” – kosztowne ryzyko

Zmniejsza się poziom społecznej akceptacji dla handlu kosztami. Tak wynika z analizy danych zebranych przez firmę SentiOne, która regularnie monitoruje media społecznościowe. Prawdopodobnie oferty dotyczące tzw. faktur kosztowych będą rzadziej kusić. Jednak nie oznacza to, że bezprawny proceder całkowicie zniknie. W Internecie oszuści wciąż bez problemu zamieszczają ogłoszenia, zapewniając przy tym niewykrywalność nadużycia i dopełnienie wszelkich formalności. Jednak Krajowa Administracja Skarbowa ostrzega przed udziałem w nielegalnym procederze. Surowe kary przewidziane są zarówno dla sprzedających, jak i kupujących. Narazić się można już za publikację samego ogłoszenia.

Nie dla handlu „kosztami”

Z raportu firmy monitorującej opinie internautów, wynika, że w okresie od 1 stycznia 2018 roku do 31 maja 2018 roku największa liczba wzmianek „czy sprzedaż kosztów jest legalna” pojawiła na przestrzeni 22-29 stycznia. Z kolei w pierwszych pięciu miesiącach bieżącego roku było ich szczególnie dużo w dniach 11-18 marca.

– Wzmożona aktywność występowała więc w okresie rozliczania VAT za grudzień, a zatem za okres świątecznego boomu zakupowego. Końcówka roku, zwłaszcza w handlu, generuje wzmożone zyski. Jest to też ostatni moment na poniesienie kosztów mogących obniżyć zobowiązania podatkowe za cały rok podatkowy. Z kolei mówiąc o 11-18 marca, można się powołać chociażby na dane dynamiki wzrostu sprzedaży detalicznej w Polce podawane przez GUS – analizuje Marek Niczyporuk, radca prawny i doradca podatkowy z Kancelarii Ars AEQUI.

Według SentiOne, w ciągu całego ubiegłego roku najwięcej wpisów dot. kupna kosztów pojawiło się w listopadzie. Z kolei w 2017 roku miało to miejsce w grudniu. Ponadto, w okresie od 1 stycznia do 31 maja 2018 roku wzmianki dot. sprzedaży kosztów miały przede wszystkim charakter neutralny (96,83%). Z kolei w pierwszych pięciu miesiącach br. były to już hasła negatywne (56,58%).

Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan
Jerzy Martini, doradca podatkowy, członek prezydium Rady Podatkowej PKPP Lewiatan

– Zmienia się poziom społecznej akceptacji dla oszustw podatkowych. Do niedawna osoba, która skutecznie uchylała się od zapłaty należnych podatków, była często odbierana pozytywnie, jako zaradna, która „nie daje się” znienawidzonemu fiskusowi. Dziś raczej przeważa negatywny odbiór wobec nielegalnych działań – podkreśla Jerzy Martini, doradca podatkowy.

SentiOne sprawdziła też najpopularniejsze źródła wzmianek dot. sprzedaży kosztów. W pierwszych pięciu miesiącach br. były to – Twitter (59,26%), portale (27,67%), fora intranetowe (8,71%) i Facebook (3,49%). Natomiast w analogicznym okresie ubiegłego roku w tym gronie znalazły się portale (44,65%), Twitter (42,36%), Facebook (6,38%) oraz fora (5,12%).

– W mojej ocenie, oszuści będą dalej handlować fakturami. Jednak zwykli przedsiębiorcy nie skuszą się na takie oferty, bo wzrasta świadomość ryzyka z tym związanego, w tym konsekwencji karnych, karnoskarbowych oraz podatkowych. Sądzę, że kupowanie faktur, rachunków czy paragonów będzie coraz mniej popularne – stwierdza dr Jacek Matarewicz, adwokat i doradca podatkowy, ekspert BCC.

Oszuści w sieci

Przedsiębiorca w Internecie może bez większego problemu natrafić na ogłoszenia typu „sprzedam koszty VAT”. Ostatnio oferty przychodzą nawet bezpośrednio na maila. Jak komentuje Ewa Szkodzińska, naczelnik wydziału komunikacji KAS, jest to ewidentna próba oszustwa. Faktury wystawiane są z użyciem prawdziwych danych faktycznie istniejących podmiotów, ale bez ich wiedzy. W takim przypadku dokument nie jest umieszczony przez „wystawcę” w ewidencji sprzedaży JPK_VAT. Próba wykorzystania takiej faktury jako kosztowej jest wychwytywana przy analizie danych z plików. Informacje o rozbieżnościach są przekazywane przez Departament Analiz Ministerstwa Finansów bezpośrednio do urzędów skarbowych.

– Oferowane faktury mają dokumentować poniesienie kosztów. Najczęściej są to usługi doradcze lub inne o niematerialnym charakterze. Rzadziej proponowana jest sprzedaż towarów, bowiem łatwiej jest udowodnić fikcyjność takiego obrotu. Ogłoszeniodawcy oczywiście obiecują rzekomą niewykrywalność nadużycia i dopełnienie po swojej stronie obowiązków związanych z wykazaniem takiej faktury w ewidencjach VAT, a także we wszelkich deklaracjach, a nawet w ramach JPK_VAT. Jednak oni wcale nie mają takich możliwości – mówi Marek Niczyporuk.

W KAS funkcjonuje Centrum Zwalczania Przestępczości Ekonomicznej w Środowisku Elektronicznym. Jest ono zlokalizowane w strukturze Opolskiego Urzędu Celno-Skarbowego. Ewa Szkodzińska zaznacza, że Cybercentrum realizuje zadania w zakresie zwalczania przestępczości ekonomicznej działającej w technologiach internetowych. Gromadzi, przetwarza, analizuje i ocenia zamieszczane w sieci informacje dotyczące handlu kosztami. Dokonane w tym przedmiocie ustalenia przekazuje do właściwych jednostek KAS.

– Mam wrażenie, że to jest tzw. monitoring wpadkowy. Oznacza to, że najczęściej dopiero po złożeniu donosu służby wkraczają do akcji. Jednych złapią, a innym się upiecze. Wydaje mi się również, że zasadniczo nie jest to zaplanowany proces działania i identyfikowania podmiotów, co wymagałoby zmiany. Podobnie jest w przypadku szarej strefy, w tym np. sprzedawania przedmiotów przez Internet na portalach aukcyjnych. To taki systemowy problem, z którym na pewno państwo musi się uporać – stwierdza dr Matarewicz.

Kosztowne ryzyko

Obrót nierzetelnymi fakturami jest karany po stronie sprzedającego i kupującego, o czym informuje naczelnik Szkodzińska. I dodaje, że proceder publikowania ogłoszeń jest oczywiście nielegalny. W zależności od okoliczności konkretnej sprawy, ogłoszeniodawca podlega odpowiedzialności za pomocnictwo do popełnienia przestępstwa skarbowego (art. 18 § 3 kk w zw. z art. 20 § 2 kks) lub za nawoływanie do jego popełnienia (art. 255 § 1 kk).

– Jak to bywa z przestępczością internetową, policja i sądy karne często nie są pomocne w procesie zidentyfikowania autora wypowiedzi. Niekiedy okazuje się, że właścicielem domeny jest np. spółka cypryjska, amerykańska lub firma zarejestrowana w raju podatkowym, a wykrycie sprawcy staje się niemożliwe. W efekcie proces ustalenia ID czy pozyskania danych podmiotu, który mógłby taki wpis internetowy usunąć, jest w praktyce bardzo utrudniony, wręcz niemożliwy. Stan ten także wymaga zmiany bowiem tzw. wolność słowa ma swoje granice – podkreśla ekspert z BCC.

Jak przekonuje Jerzy Martini, proceder wystawiania pustych faktur występuje prawdopodobnie tak długo, jak funkcjonowanie samego systemu VAT. W jego opinii, zwalczanie takiej działalności jest bardzo proste, jeśli oszust pozyskuje klientów za pomocą ogłoszeń lub innej działalności informacyjnej docierającej do szerszej grupy odbiorców. Wystarczyłoby dokonać zakupu kontrolowanego. Można byłoby poznać tożsamość sprzedawcy, choć nie zawsze musi być to takie oczywiste. Ponadto na podstawie analizy JPK można wytypować klientów, którzy uwzględnili w swojej ewidencji VAT faktury wystawione przez taką osobę.

– Oceniam, że skala problemu wciąż  jest istotna. Jednocześnie organy skarbowe dysponują już dosyć zaawansowanymi i coraz skuteczniejszymi narzędziami wykrywania tego rodzaju nadużyć. Proceder kupowania kosztów szczególnie dotyczy niewielkich firm. Duże podmioty coraz częściej wprowadzają u siebie restrykcyjne procedury kontroli biznesowej, mające na celu przeciwdziałanie tego rodzaju sytuacjom – podsumowuje ekspert z Kancelarii Ars AEQUI.

Regionalne rynki biurowe rosną szybciej niż Warszawa

Obserwowany w ostatnich latach dynamiczny rozwój sektora biurowego w Polsce nie dotyczy jedynie rynku warszawskiego. W ostatnim czasie w większości regionów kraju widoczna jest wysoka aktywność zarówno deweloperów, jak i najemców. Łączna powierzchnia biurowa zlokalizowana w ośmiu głównych miastach regionalnych już teraz jest porównywalna do rynku warszawskiego, a pod względem łącznego wolumenu nowo oddanej powierzchni i wielkości projektów w budowie regiony wyprzedzają już nawet rynek stołeczny.

Kraków i Poznań liderami wzrostu w I poł. 2019 roku

W I poł. 2019 r. na ośmiu głównych rynkach regionalnych oddano do użytku łącznie ponad 241 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Dla porównania, w tym samym czasie na rynku warszawskim dostarczono jedynie 80,5 tys. m kw. Najwięcej powierzchni oddano w Krakowie. Tamtejszy rynek powiększył się o ponad 90 tys. m kw., zlokalizowanych w dwunastu nowych obiektach. Do grona najszybciej rozwijających się miast dołączył również Poznań, gdzie w ciągu sześciu miesięcy dostarczono łącznie 77 tys. m kw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Dla porównania w całym 2018 r. oddano tam jedynie 21 tys. m kw. czyli niemal czterokrotnie mniej.

Największe nowe biurowce w regionach

Chcąc zobaczyć największy z oddanych w tym roku biurowców należy udać się do Łodzi, gdzie ukończono pierwszy etap projektu Brama Miasta. Obiekt ten, położony tuż obok nowego dworca kolejowego Łódź Fabryczna, przyczynia się do zmiany wizerunku okolicy i wpisuje się w strategię wykreowania Nowego Centrum Łodzi – Szymon Dołęga, Konsultant, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa, BNP Paribas Real Estate Poland

Drugim pod względem wielkości powierzchni biurowej obiektem oddanym w tym roku jest Nowy Rynek B. Jest to pierwszy z budynków kompleksu zlokalizowanego w ścisłym centrum Poznania, którego docelowa powierzchnia użytkowa ma przekraczać 100 tys. m kw. Również w Poznaniu przekazano najemcom pięć budynków inwestycji Business Garden Poznań o łączonej powierzchni 46 tys. m kw. Z kolei na rynku krakowskim w trakcie pierwszego półrocza ukończono aż dwanaście obiektów biurowych, z czego największymi były V.Offices, budynek B1 kompleksu Fabryczna Office Park oraz Mogilska Office. Należy pamiętać również o znacznych inwestycjach w pozostałych miastach – pierwszym etapie kompleksu City Forum we Wrocławiu oraz wybudowanym w ścisłym centrum Gdańska obiekcie Heweliusza 18.

Gdzie buduje się najwięcej?

Na ośmiu rynkach regionalnych w budowie znajduje się ponad 80 projektów, których dostarczenie na rynek przyniesie do końca 2021 r. około 875 000 m kw. nowej powierzchni biurowej. Oznacza to, że po raz kolejny miasta regionalne wyprzedzają Warszawę pod względem wolumenu budowanej powierzchni. Niemal połowa obecnie realizowanych przestrzeni biurowych zasili dwa rynki wiodące – Kraków i Wrocław. Przypada na nie odpowiednio 22% i 24% budowanej powierzchni. Trzecim regionem o najwyższym poziomie aktywności deweloperów jest Trójmiasto, gdzie na etapie budowy znajduje się obecnie ok. 184 tys. m kw.

Kim są najemcy?

Monika Wakulska
Monika Wakulska

Pomimo znaczącej ilości nowej powierzchni biurowej oddawanej każdego roku, średnia stopa pustostanów dla miast regionalnych utrzymuje się na stałym poziomie, nieprzekraczającym 10%. Oznacza to, że nie słabnie zainteresowanie najemców powierzchniami biurowymi poza Warszawą. Największą zaletą regionów jest wysoce wykwalifikowana kadra pracownicza oraz relatywnie niskie koszty pracy i najmu powierzchni biurowej, zwłaszcza w porównaniu do rynków Europy Zachodniej. Korzystają z tego firmy z branży tzw. usług dla biznesu, które generują znaczną część popytu na powierzchnie biurowe, zwłaszcza w Krakowie i Wrocławiu. Poza tym, coraz popularniejsze staje się lokowanie w regionach oddziałów warszawskich firm skupiających działalność, która nie musi być prowadzona ze stolicy – Monika Wakulska, Dział Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Kod pocztowy i data urodzenia wystarczą, aby zidentyfikować nas w sieci

Wykonywanie anonimowych działań w sieci nie daje nam gwarancji bezpieczeństwa. Eksperci są zgodni co do tego, że zebranych w różnych bazach zanonimizowanych danych nie da zabezpieczyć się przed ponownym przypisaniem ich do konkretnych osób. Specjaliści Xopero Software, producenta do zabezpieczenia i przywracania danych, ostrzegają, jakie zagrożenia niesie zbyt częste podawanie informacji w sieci.

A to głównie dlatego, że informacje pozostawione za nami w Internecie nie znikają. Większość jest mało istotna, jak informacje o zakupie nowych butów. Niestety, zdarza się też, że podajemy te bardziej osobiste – wyniki badań czy numery identyfikacji podatkowej.

Teoretycznie firmy zbierające te dane starają się je chronić. Najczęściej robią to poprzez anonimizację – pozbawienie danych oczywistych informacji osobowych, takich jak imię i nazwisko, adres czy numer telefonu. Dodatkowo usuwa się kolumny w arkuszach kalkulacyjnych, a do plików wprowadza się “szumy”. Jednakże, identyfikacja jest możliwa nawet na podstawie szczątkowych informacji o użytkowniku, takich jak miejsce zamieszkania i płeć. Przykładowo, używając jedynie kodu pocztowego, płci i daty urodzenia mamy aż 81% szans na poprawne wytypowanie konkretnej osoby. Mając do dyspozycji już 15 parametrów demograficznych, prawdopodobieństwo to wynosi aż 99,98%.

Skąd wzięły się te liczby? Odpowiedzi szukać należy na uniwersytecie w Leuven i Imperial College London. Tamtejsi badacze stworzyli narzędzie do identyfikacji anonimowych danych. Za pomocą zaledwie kilku zbiorów pozornie ogólnych informacji pozwolili maszynie uczyć się je rozróżniać. System wyodrębnia rzadziej powtarzające się powiązania i określa szansę prawidłowej identyfikacji.

W obecnej formie narzędzie ma w bazie danych 210 różnych zestawów z 5 źródeł, wliczając spis ludności Stanów Zjednoczonych. Kody pocztowe, którymi dysponuje program, obejmują USA, Anglię i Walię.

Kolejne pytanie nasuwa się samo – skąd nasze dane się tam wzięły? Najprostszą i zarazem prawidłową odpowiedzią jest ta, że “sami je podaliśmy”. Mało kto przy rejestracji na różne witryny czyta warunki przetwarzania danych – z reguły zaznaczamy jedynie wymagane pola godząc się na nie w ciemno. Co ostrożniejszy użytkownik znajdzie tam jednak zapis, głoszący że “serwis może odsprzedawać anonimowe dane podmiotom trzecim”. Informacje pozbawione personaliów, mogą więc krążyć po sieci – za naszą zgodą.

Bartosz Jurga – head of presales, Xopero Software S.A.
Bartosz Jurga, Head of Sales w Xopero Software

-Musimy uważać na to, jakie dane podajemy w sieci oraz każdorazowo i skrupulatnie sprawdzać kto i w jaki sposób je wykorzystuje. Anonimowość nie zapewnia bezpieczeństwa – twierdzi Bartosz Jurga, dyrektor sprzedaży w Xopero Software – Im więcej informacji są w stanie połączyć systemy, tym łatwiej będzie nas zidentyfikować i zagrozić naszemu bezpieczeństwu. Pamiętajmy, aby ograniczać podawanie ich w sieci. Nawet, jeżeli zdaje nam się, że to zaledwie szczątkowe informacje. Okazuje się, że połączenie tych z pozoru anonimowych danych w pełny obraz naszej osoby i całkowita identyfikacja jest prostsza niż kiedykolwiek.

Informacje zdobyte przez technologię łączenia danych mogą pozwolić na łatwą kradzież tożsamości, wymuszenia czy działania inwigilacyjne. Zwłaszcza, gdy  pozostawienie kilku ocen dla filmów na Netflixie daje niemal tę samą możliwość identyfikacji co numer polisy ubezpieczeniowej. O możliwościach tej metody przekonał się chociażby Donald Trump. To właśnie ona posłużyła dziennikarzom The New York Times do ujawnienia absurdalnych sum w zwrocie podatkowym obecnego prezydenta USA w pierwszej połowie lat `90.

Lubelska spółka Infinite Sp. z o.o. z nowym właścicielem.

Firma Infinite rozpoczęła swoją działalność w 2002 roku, świadcząc usługi w zakresie elektronicznej wymiany danych dla sektora B2B. Obecnie Spółka jest liderem rozwiązań Paperless w kraju oraz na wielu rynkach zagranicznych m.in. na Węgrzech, w Rumunii oraz w Zjednoczonych Emiratach Arabskich  obsługując ponad 3000 firm.

Od 7 sierpnia firma Infinite jest częścią polskiej Grupy DialCom24 Sp. z o.o., specjalizującej się w rozwoju i świadczeniu szerokiej gamy usług finansowych oraz płatniczych dla klientów biznesowych i indywidualnych. Zmiana właściciela to szansa na dalsze umacnianie pozycji Infinite jako eksperta i lidera w rozwiązaniach Paperless.

Od wielu lat Infinite dostarcza systemy IT realizując innowacyjne projekty dla najbardziej wymagających klientów z wielu branż m.in. telekomunikacyjnej, finansowej, FMCG, Spółka jest również Krajowym Brokerem Platformy Elektronicznego Fakturowania. Chcąc utrzymać duże tempo rozwoju poszukiwaliśmy inwestora, który będzie aktywnie wspierać Infinite w przyjętej strategii, cieszy mnie fakt, że nam się to udało. – mówi Jacek Dudzik, Prezes Zarządu Infinite.

Dotychczas firma Infinite była częścią Grupy Kapitałowej Emperia Holding należącej do Maxima Group. Pozyskanie inwestora z wieloletnim doświadczeniem również w branży technologicznej będzie miało wpływ dalszy rozwój rozwiązań Paperless, które są główną działalnością spółki. W dobie digitalizacji i automatyzacji procesów biznesowych rozwiązania te są dobrą propozycją dla firm, które widzą korzyści płynące z eliminowania dokumentów papierowych.

MLP Group zakończyło budowę parku w Lublinie

MLP Group zakończyło budowę parku w Lublinie

Park MLP Lublin osiągnął docelową wielkość. To efekt oddania do użytkowania ostatniej gotowej hali magazynowej. Centrum logistyczne liczące łącznie około 45 tys. m2 nowoczesnej powierzchni jest w pełni skomercjalizowane i wykorzystywane obecnie  przez najemców.

MLP Group zakończyło budowę parku logistycznego w Lublinie. Do użytkowania oddana została trzecia i ostatnia gotowa hala magazynowa. W efekcie centrum logistyczne osiągnęło docelową wielkość około 45 tys. m2. Obiekty są w całości skomercjalizowane i wykorzystywane obecnie przez trzech najemców. Budowa centrum logistycznego MLP Lublin rozpoczęła się w 2014 r. Pierwszym najemcą była firma ABM Greiffenberger Polska, specjalizująca się w produkcji silników i systemów napędowych. Wynajęła wówczas blisko 10 tys. m2, by po dwóch latach zwiększyć ją do ponad 16 tys. m2. Kolejnym podmiotem była sieć sklepów Stokrotka. Początkowo wynajęła około 6 tys. m2 powierzchni magazynowo-biurowej, również stopniowo zwiększając wynajmowaną powierzchnię aż do około 23,2 tys. m2. Trzecim najemcą została firma Turck będąca globalnym partnerem w dziedzinie rozwiązań dla automatyki przemysłowej, obejmując 6,5 tys. m2.

 „Sukces naszej pierwszej inwestycji w rejonie Lublina zachęca nas do rozbudowania oferty. Tym bardziej, że w tym rejonie spotykamy się cały czas z dużym zainteresowaniem potencjalnych najemców na nowoczesne powierzchnie magazynowe. Dlatego planujemy budowę kolejnego centrum logistycznego na tym obszarze. Zakładamy rozpoczęcie realizacji parku MLP Lublin II jeszcze w tym roku” – powiedziała Agnieszka Góźdź, Dyrektor Działu Sprzedaży w MLP Group S.A.

Park MLP Lublin funkcjonuje na działce o powierzchni 10 hektarów. Oferuje powierzchnie magazynowe oraz przeznaczone pod lekką produkcję. Łączna powierzchnia najmu wynosi ok. 45 tys. m2. MLP Lublin znajduje się w centrum Lublina przy drogach ekspresowych S12 i S17, które są częścią obwodnicy Lublina. Ważnym aspektem jest to, że MLP Lublin jest objęty Specjalną Strefą Ekonomiczną. Obok parku MLP Lublin znajduje się przystanek autobusowy, dzięki któremu pracownicy mają łatwy dostęp do środków transportu publicznego.

Wojny handlowe weszły na wyższy poziom

Po wczorajszym załamaniu czwartek na rynkach wygląda zupełnie inaczej. Wydarzeniem dnia jest pierwszy od lat fixing chińskiego juana powyżej 7,0, ale ponieważ rynkowe oczekiwania były bardziej ponure, netto nastroje inwestorów są lepsze. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi, taka jest rzeczywistość wakacyjnego handlu.

Czasami po prostu trzeba spojrzeć jaka jest aktualnie pora roku. Sierpień w świecie finansów jest uznawany jako główny miesiąc do planowania wakacji. Nie szukając daleko, w Polsce Rada Polityki Pieniężnej nie ma w tym miesiącu posiedzenia decyzyjnego. Z perspektywy rynków finansowych oznacza to czasowe ograniczenie liczby aktywnych uczestników i spadek płynności. Jeśli dodamy do tego lawinowy przyrost czynników ryzyka, tworzy nam się mieszanka do skokowych zmian cen.

Chyba tak trzeba traktować wczorajsze załamanie na starcie handlu w USA. Główne indeksy na Wall Street tąpnęły o 2 proc., szybko gasząc pozytywny do tego moment wydźwięk sesji w Europie. Rentowności 10-letnich obligacji USA znalazły się na 1,6 proc., a niemieckich Bundów na -0,6 proc. Złoto wyszło ponad 1500 USD/oz pierwszy raz od sześciu lat, a wyprzedaż ropy naftowej przekroczyła 6 proc. w skali dnia. Na rynku walutowym zyskiwał przede wszystkim JPY, a traciły waluty rynków wschodzących. Nie było żadnej bezpośredniej informacji stojącej za ruchem, a mimo to obserwowaliśmy efekt kuli śnieżnej kilku rynków zmieniających się w tym samym czasie. Niska płynność i pękające zlecenia stop loss potęgowały wyprzedaż. To jest największe ryzyko najbliższych tygodni. Niezależnie, czy dostaniemy impuls w postaci decyzji politycznych lub komentarzy najważniejszych ludzi na świecie, rynki mają potencjał do nagłego rozbujania zmienności.

I równie prosto może dojść do ocieplenia klimatu. Dziś takim „uspokajaczem” stał się fixing USD/CNY. Wprawdzie pierwszy raz od lat Ludowy Bank Chin wyznaczył fixing powyżej 7,0 (7,0036), ale rynek obawiał się, że presja na osłabienie juana będzie większa, więc niższy fixing uznano za wyraz determinacji chińskich władz do stabilizacji waluty. Uniknęliśmy kontynuacji chaosu, nawet jeśli w szerszym kontekście niewiele uległo zmianie. Wojny handlowe weszły na wyższy poziom, zagrożenia dla gospodarki globalnej są większe, banki centralne czują potrzebę ratowania ożywienia poprzez luzowanie monetarne. Wniosek jest taki, że nie wiadomo, co przyniesie jutro, albo przyszły tydzień. Na razie dla rynków liczy się tu i teraz i czwartek zdaje się być tym pogodniejszym dniem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sport zyska na wprowadzeniu technologii 5G

Technologia 5G oznacza zmiany, które wpłyną na weryfikację wyników sportowych  jak jak również sposób w jaki kibicujemy naszym ulubionym sportowcom. Korzyści będą zauważalne dla tysięcy fanów na stadionie i tych, którzy śledzą rywalizację sportową przez sieć. Technologia 5G jest już dostępna w Polsce, a jednym z pierwszych miejsc z ultraszybkim internetem, dzięki wsparciu Ericssona i Play, będzie stadion Legii Warszawa.

 Pierwszą wielką imprezą sportową transmitowaną na żywo przez telewizję były igrzyska olimpijskie w Berlinie 1936 r. Z kolei zmagania sportowców z Tokio 1964 r. śledziliśmy już dzięki łączności satelitarnej, a z Los Angeles 1984 r. za pomocą światłowodu. Z biegiem lat technologia szła naprzód i potęgowała sportowe emocje. Jednak przez cały ten czas, siedząc daleko od centrum akcji, kibice byli tylko pasywnymi widzami. Zmieni to technologia 5G, która z kanapy, a nawet ze stadionowego krzesła, zabierze nas w czasie rzeczywistym w sam środek boiska.

– Wyobraźmy sobie, że oglądamy finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej z perspektywy trenera, a gdy akcja przenosi się pod pole karne, widzimy ją oczami ruszającego do ataku napastnika. Dzięki okularom VR i czujnikom rozsianym po boisku możemy rozejrzeć się czy  nadbiega obrońca, sprawdzić kondycję dowolnie wybranego zawodnika, jego prędkość i statystyki. Informacja o spalonym lub nawet milimetrowym aucie jest natychmiast przekazywana do sędziego przez analizującą mecz sztuczną inteligencje. Takie rzeczy są możliwe dzięki technologii 5G i dalszemu rozwojowi internetu rzeczy– mówi Marcin Sugak, dyrektor ds. rozwoju w firmie Ericsson.

Wprowadzeniu 5G będzie towarzyszyć dalszy wzrost transferu danych. Według Ericsson Mobility Report w 2018 roku na świecie przez połączenia mobilne przesyłanych było miesięcznie średnio 28 egzabajtów (EB). Z roku na rok liczba ta niemal się podwaja. Szacuje się, że za pięć lat przesyłać będziemy co miesiąc już 131 EB.

Interaktywny stadion dla każdego

Technologia 5G to także udogodnienia dla kibiców. Niedziałająca sieć komórkowa na stadionie czy w hali sportowej może irytować. Wszystko dlatego, że tysiące ludzi w jednym miejscu chce się połączyć z jedną anteną. Ten problem zniknie po uruchomieniu sieci nowej generacji. – 5G na stadionach pozwoli wykorzystać możliwości nowych aplikacji i rozwiązań, które umożliwią kibicom np. oglądanie powtórek akcji w 360° lub śledzenie na żywo statystyk zawodników. Pracujemy nad tym, żeby tego typu rozwiązania były dostępne jak najszybciej, także dla kibiców w Polsce – tłumaczy Marcin Sugak z firmy Ericsson.

Sieć 5G na stadionie Legii

Ericsson w porozumieniu z operatorem sieci Play wprowadzi technologię 5G na stadion Legii Warszawa. – To element transformacji cyfrowej, która umożliwi rozwój naszych usług okołomeczowych. Dzięki tym zmianom niedługo będziemy w stanie w trakcie meczu dostarczyć naszym kibicom unikalny kontent i wdrożyć najnowocześniejsze rozwiązania z zakresu obsługi – mówi Dariusz Mioduski, prezes Legii WarszawaPo zakończeniu projektu Legia będzie dysponowała jednym z najnowocześniejszych stadionów w Europie. Pierwsze usługi cyfrowe oparte na standardzie 5G mają być dostępne na stadionie Legii
już jesienią 2019 roku.

Korzyści również dla sportowca

W profesjonalnym sporcie o sukcesie często decydują najdrobniejsze detale w przygotowaniu czy analizie danych. 5G może zoptymalizować profesjonalne treningi, a także zmienić podejście do taktyki stosowanej już „na żywo” na przykład podczas meczu. – Dzięki internetowi rzeczy, rozszerzonej rzeczywistości, sztucznej inteligencji i technologii 5G trenerzy będą mogli w dużo bardziej analityczny sposób decydować o taktyce gry, czy nawet przewidywać określony rozwój akcji po ustawieniu i ruchu zawodników przeciwnej drużyny. Możliwości są praktycznie nieograniczone, ale bądźmy spokojni – pomimo całego natłoku technologii, sport nie straci tego co kibice kochają najbardziej – emocji i pasji zawodnika – podsumowuje Marcin Sugak.

Polska u progu 5G

Sama technologia 5G jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G, a w Polsce pierwszym miastem z niej korzystającym będzie Łódź. W sytuacji, gdy plany wprowadzenia nowej technologii będą realizowane bez większych przeszkód, to sieć komercyjna 5G zacznie działać nad Wisłą około 2022 roku.

Od 2015 r. Ericsson zainstalował już ponad 3 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G, które czekają na zdalne uruchomienie. Spora część z tych stacji znajduje się w Polsce, a gotowa technologia nie została jeszcze wprowadzona ze względu na uwarunkowania prawne.

W pomyłce kasjera co trzeci Polak widzi szanse na łatwy zarobek

Moralność finansowa Polaków pozostawia wiele do życzenia. Widać to na przykładzie przyzwolenia na wykorzystanie błędu sprzedawcy, który wydał za dużą resztę. Jak wynika z badania „Moralność Finansowa Polaków”, wykonanego na zlecenie KPF, w partnerstwie z BIG InfoMonitor, takiej okazji do łatwego zarobku nie potępia blisko jedna trzecia badanych. Oznacza to, że na przestrzeni zaledwie kilku lat odsetek osób przymykających oko w takiej sytuacji wzrósł o ponad 12 p.p. Kto jest najbardziej podatny na takie zachowania? Statystycznie najczęściej będzie to młody mężczyzna z małej miejscowości.

Dla blisko jednej trzeciej Polaków odpowiedź na pytanie: czy można usprawiedliwić, gdy „ktoś nie zwraca uwagi kasjerowi, który pomylił się na własną niekorzyść?” brzmi „tak”. Oznacza to, że w oczach 32 proc. nie ma niczego złego w wykorzystaniu cudzej nieuwagi. Według ankietowanych w badaniu „Moralność finansowa Polaków” wykonanym na zlecenie Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce, we współpracy z Instytutem Filozofii i Socjologii PAN oraz w partnerstwie z BIG InfoMonitor, takie zachowanie można usprawiedliwić: zawsze – 3,6 proc., często – 7,8 proc., czasem – 20,6 proc.

Wśród osób usprawiedliwiających (czasem, często lub zawsze), gdy ktoś nie zwraca uwagi sprzedawcy, który pomylił się na własną niekorzyść blisko dwie trzecie (65,3 proc.) uważa, że na rynku trzeba ponosić skutki własnych błędów. Innymi słowy należy wykorzystać okazję, która zaistniała w trakcie wymiany rynkowej, ponieważ druga strona transakcji powinna cechować się profesjonalizmem i ponosić konsekwencje swoich błędów. Ponad 23 proc. tych osób wskazuje na korzyść, którą może przynieść takie zachowanie i nieco ponad 11 proc. deklaruje przyzwolenie na nie ze strony otoczenia.

Wprawdzie większość z nas (68 proc.) nie znajduje usprawiedliwienia dla wykorzystania pomyłki ekspedienta, nie oznacza to jednak, że mamy powody do zadowolenia. W porównaniu do wyników badania z 2016 roku (sprzed 3 lat), odsetek osób akceptujących „skorzystanie z okazji” wzrósł o 12,6 p.p. Najwięcej przybyło tych, którzy czasem zezwalają na wykorzystanie błędu kasjera – aż o 8,8 p.p. Również ci, którzy często dają na to przyzwolenie, są liczniejsi o 5 p.p.

W pomyłce kasjera co trzeci Polak widzi szanse na łatwy zarobek
Źródło: Badanie na zlecenie KPF, w partnerstwie z BIG InfoMonitor

Murapol planuje kolejną inwestycję w Gdańsku

Grupa Murapol zawarła przedwstępną umowę dotyczącą zakupu nieruchomości o powierzchni ok. 3,7 ha w gdańskiej dzielnicy Łostowice. Na zakontraktowanym terenie deweloper planuje realizację dziewięciu kameralnych budynków wielorodzinnych, w których powstanie ok. 300 mieszkań.

Zgodnie z wprowadzonym w styczniu br. standardem wszystkie budynki, które powstaną w ramach nowego gdańskiego projektu deweloperskiego, wyposażone zostaną w Home Management System, autorski system infrastruktury i instalacji umożliwiający zastosowanie w mieszkaniach rozwiązań smart home – Murapol Appartme, monitoringu części wspólnych oraz wideodomofonów. Lokale dostępne w inwestycji będą posiadały również pakiet antysmogowy. Planowany termin rozpoczęcia sprzedaży mieszkań to trzeci kwartał 2020 roku.

Nikodem Iskra
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.

– Z uwagą obserwujemy dynamiczny rozwój trójmiejskiego rynku nieruchomości mieszkaniowych, który stanowi atrakcyjną destynację zarówno do zamieszkania, jak i prowadzenia działalności biznesowej. To także chętnie odwiedzany turystycznie region, co stwarza duże perspektywy dla działalności deweloperskiej. Dostrzegamy ten potencjał, dlatego od 11 lat z sukcesem realizujemy kolejne projekty na terenie Gdańska, a od ponad 2 lat także Gdyni – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA. – Liczymy, że nowa gdańska inwestycja będzie cieszyła się równie dużym zainteresowaniem, co wcześniejsze nasze projekty w tym mieście – dodaje Nikodem Iskra.

Do tej pory deweloper oddał do dyspozycji mieszkańców Gdańska i Gdyni ponad tysiąc lokali mieszkalnych w wieloetapowych inwestycjach Orle Gniazdo i Osiedle Vivaldiego, w projekcie Murapol Nowa Morena oraz w premierowej gdyńskiej inwestycji Murapol Nadmorskie Tarasy. W stolicy województwa pomorskiego Murapol zrealizował także budynek biurowo-usługowy Nordika.

Dostrzegając potencjał stolicy województwa pomorskiego, spółka realizuje tu kolejny projekt – Murapol Nowa Jabłoniowa, powstający w południowej części miasta przy ul. Jabłoniowej. Zaprojektowano w nim 224 mieszkania, które powstają w 3 budynkach.

5 pytań o długi alimentacyjne – windykacja, kary, Rejestr Dłużników

Z danych Biura Informacji Gospodarczej ERIF wynika, że Polacy mają do spłaty długi alimentacyjne o wartości ponad 12 mld zł. Alimentów nie płaci ok. 315 tys. rodziców.[1] W 2017 roku zaostrzono przepisy Kodeksu karnego, co miało pomóc w odzyskiwaniu zaległych należności. Spowodowało to, że w 2019 roku z artykułu 209 k.k. wszczęto 90 tys. spraw przeciwko dłużnikom, podczas gdy rok wcześniej było ich tylko 10 tys.  Kiedy rodzic może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej w związku z uchylaniem się przed płaceniem alimentów? Czy firma windykacyjna może pomóc w odzyskaniu długu z tytułu alimentów? Podpowiadamy.

W ostatnich latach Rząd wprowadził szereg nowych przepisów, które mają na celu efektywniejsze i szybsze wywiązywanie się z obowiązku alimentacyjnego przez zobowiązanych. W styczniu tego roku organizatorzy robót publicznych zostali zobowiązani do zatrudniania, w pierwszej kolejności, dłużników alimentacyjnych. Podobnie jest z urzędami pracy, które mają za zadanie aktywizować osoby bezrobotne, zobowiązane do płacenia alimentów. Wkrótce pracodawcy, którzy chcieliby zatrudniać dłużników alimentacyjnych nielegalnie lub wypłacać im inne kwoty aniżeli wskazane w umowie, będą musieli liczyć się z jeszcze wyższymi karami pieniężnymi niż dotychczas. Z kolei w grudniu 2019 roku wejdą z życie zmiany, zgodnie z którymi komornik będzie szybciej i sprawniej pozyskiwał dane o dłużniku alimentacyjnym z ZUS. Dotychczas były one przekazywane drogą „papierową” co znacznie wydłużało proces. Po zmianach będą przekazywane drogą elektroniczną.

Andrzej Roter
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Jest wiele przyczyn, dla których dłużnicy alimentacyjni spóźniają się z regulowaniem zobowiązań lub nie regulują ich wcale. Wśród istotnych są zapewne wypadki losowe, takie jak choroba, a w jej konsekwencji – brak możliwości podjęcia pracy czy brak pozyskania jakiegokolwiek źródła utrzymania. Niestety, wśród powodów trzeba również wymienić zapominalstwo i niefrasobliwość. Oddzielną grupę stanowią zaś osoby, które świadomie unikają odpowiedzialności za zobowiązania finansowe względem swoich dzieci – podkreśla Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, która w imieniu profesjonalnych firm windykacyjnych prowadzi kampanię edukacyjną dotyczącą zarówno zadłużenia Polaków jak i samej windykacji. Jednym z celów kampanii jest również zmiana myślenia o zadłużeniu i nakłonienie do przyjmowania rzetelnych postaw wobec tych, którzy są naszymi wierzycielami. Dotyczy to również tych, wobec których mamy obowiązki alimentacyjne.

Jeśli mamy do czynienia z osobami, które nie dysponują środkami finansowymi na opłacenie alimentów, to podstawowym krokiem, który należy podjąć jest aktywizacja zawodowa, umożliwienie znalezienia pracy, zarobienia pieniędzy i rozpoczęcie regulowania należności. Praca na czarno, wynikająca z dążenia do tego, by wynagrodzenie uzyskiwać w całości lub choćby w części „pod stołem”, ukrywając dochody przed wierzycielem, nie jest dobrym rozwiązaniem, które pozwolić mogłoby na przywrócenie dłużnika do sytuacji pełnienia swoich społecznych ról w sposób normalny. Jeśli natomiast mówimy o osobach, które uchylają się od płacenia alimentów, to potrzebna jest szeroka kampania edukacyjna, zmieniająca myślenie tych osób względem wierzycieli, swoich bliskich i odpowiedzialności za swoje długi – mówi Andrzej Roter. – Bez zmian postaw, bez zmniejszenia skali nieodpowiedzialności i braku moralności w obszarze zadłużenia w naszym społeczeństwie na niewiele mogą zdać się zmiany w prawie, które na przestrzeni kilku ostatnich lat weszły w życie oraz te, które są dopiero planowane. – dodaje Roter. Przypominamy najważniejsze z nich.

[Poradnik]

Kiedy rodzic może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej w związku z uchylaniem się przed płaceniem alimentów?

W 2017 roku zmieniono treść art. 209 k.k. Po zmianach, do odpowiedzialności karnej można pociągnąć rodzica, który nie płacił alimentów na swoje dziecko przez trzy miesiące. Jeżeli wezwany przez prokuratora nie ureguluje zaległości w ciągu 30 dni od dnia pierwszego przesłuchania w charakterze podejrzanego, sąd może wymierzyć karę pozbawienia wolności np. w trybie dozoru elektronicznego. Wcześniejsze przepisy pozwalały na zastosowanie kary pozbawienia wolności tylko wtedy, gdy rodzic „uporczywie uchylał” się od płacenia świadczenia. Dzięki zmianom w Kodeksie karnym wzrosła nie tylko liczba spraw przeciwko dłużnikom alimentacyjnym, ale również wyroków. W 2018 roku liczba stwierdzonych przestępstw z artykułu 209 k.k. sięgała 39 tys., podczas gdy rok wcześniej tylko 5,1 tys.[2]

Jak wpisać do rejestru dłużników osobę, która nie płaci alimentów?

Osoba prywatna potrzebuje prawomocnego wyroku mówiącego o należnych świadczeniach alimentacyjnych „osoby trzeciej”, by zgłosić ją do rejestru dłużników. W większości przypadków warunkiem jest kwota zaległości, która – w przypadku konsumentów – musi przekraczać 200 zł oraz czas spóźniania się z zapłatą, który musi być dłuższy niż 30 dni. Gdy rodzic posiada jednak prawomocny wyrok sądu oraz klauzulę wykonalności – zgodnie z ustawą o udostępnianiu informacji gospodarczej i wymianie danych gospodarczych można wpisać dłużnika alimentacyjnego do rejestru bez wyżej wspomnianego progu kwotowego po 14 dniach od wysłania dłużnikowi ostrzeżenia o takim zamiarze. Warto przypomnieć, że z rejestrów dłużników (np. KRD, ERIF) korzystają nie tylko banki, ale również firmy pożyczkowe, telekomunikacyjne, czy leasingowe, zatem osoba, która widnieje w takim rejestrze może mieć trudności z zaciągnięciem nowych zobowiązań: wzięciem kredytu, pożyczki, zakupem telewizora na raty, podpisaniem umowy telekomunikacyjnej etc.

Czy dłużnik alimentacyjny, którego dane widnieją w rejestrze długów, może być z niego wykreślony, jeżeli ureguluje tylko część zobowiązań?

Prawo, zgodnie z ustawą o udostępnianiu informacji gospodarczej i wymianie danych gospodarczych, nakazuje BIG-om usuwanie dłużników alimentacyjnych z rejestrów długów – w określonych warunkach. Zgodnie ze wspomnianą ustawą usunięcie informacji gospodarczych (czyli danych dłużnika) nie jest powiązane z upływem terminu przedawnienia, lecz z upływem określonego czasu – od daty wymagalności, czy też sądowego stwierdzenia roszczenia. Rząd chce wprowadzić zmiany w tym zakresie. Zdaniem Państwa zobowiązania dłużników z tytułu świadczeń wypłacanych z funduszu alimentacyjnego, które powiększają się rocznie o prawie 1,5 mld zł powinny widnieć w rejestrach długów aż do momentu spłacenia przez dłużnika ostatniej złotówki.

Jakie zmiany szykuje rząd dla pracodawców zatrudniających dłużników alimentacyjnych?

Od grudnia 2020 roku mają obowiązywać nowe przepisy dotyczące pracodawców, którzy zatrudniają dłużników alimentacyjnych nielegalnie lub płacą im część wynagrodzenia poza umową. Pracodawcy stosujący takie praktyki mają być karani grzywnami większymi niż dotychczas, w wysokości od 1,5 tys. do 45 tys. zł.

Czy firma windykacyjna może pomóc w odzyskaniu alimentów?

Warto podkreślić, że rodzice, którzy nie mogą wyegzekwować alimentów dla swoich dzieci mogą ubiegać się o takowe z Funduszu Alimentacyjnego. Wnioski można składać w urzędzie gminy lub miasta, ośrodku pomocy społecznej albo specjalnie powołanej do tego celu jednostce organizacyjnej (np. centrum świadczeń). Wsparcie przysługuje osobom do 18 roku życia oraz tym, które nie ukończyły 25 lat, a pobierają naukę w szkole lub na uczelni wyższej. Jednym z najważniejszych kryteriów przyznania alimentów z Funduszu jest dochód przypadający na osobę w rodzinie, który powinien być nie wyższy niż 800 zł. Z danych Stowarzyszenia „Alimenty To Nie Prezenty” wynika, że zadłużenie wobec Funduszu wynosi 10,56 mld zł. Niestety, nie ma oficjalnych statystyk dotyczących tego, ile są winni rodzice dzieciom, które alimentów z Funduszu nie otrzymują.

Rodzice, którzy z różnych względów nie otrzymują świadczeń z Funduszu Alimentacyjnego, a mają problemy z odzyskaniem długów alimentacyjnych, mogą zlecić to zadanie profesjonalnym firmom windykacyjnym. Takie instytucje zajmują się tzw. windykacją polubowną, przypominają o spłacie, negocjują warunki spłaty zadłużenia, a w ostateczności kierują sprawę do sądu. Firmy windykacyjne mają dużą wiedzę, jak zarządzać wierzytelnościami, jak rozmawiać z dłużnikami, jakie przepisy prawne regulują te kwestie, słowem – w jaki sposób doprowadzić do spłaty długu.

Często uważa się, że z pomocy profesjonalnych firm windykacyjnych korzystają głównie firmy, które chcą negocjować zapłatę spóźniających się faktur. Nic bardziej mylnego. Z usług firm windykacyjnych może skorzystać również każdy rodzic, który nie może wyegzekwować danej należności od swojego byłego partnera czy małżonka. Prowizja od takiej usługi zwyczajowo pobierana „z dołu”, czyli jest to procent od już wyegzekwowanej kwoty, którą otrzymał wierzyciel alimentacyjny – przypomina Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

[1] https://biznes.newseria.pl/news/polacy-maja-blisko-12-mld,p1962546074

[2] Tamże

Pracownicy 50 plus. Jak będzie wyglądała nasza zawodowa przyszłość

W erze długowieczności i przy spadku liczby urodzeń rośnie udział osób starszych w populacji. Zgodnie z danymi GUS na polskim rynku pracy tylko 34 proc. osób między 50 a 64. r.ż. jest aktywnych zawodowo. Niezbędna jest zmiana nastawienia pracodawców do zatrudniania osób starszych. Szybki rozwój technologii i coraz dłuższy okres aktywności zawodowej wymuszają ciągłe doskonalenie się przez pracowników. W przyszłości cykle nauki, wyboru zawodu czy zdobywania nowych kompetencji będą występowały wielokrotnie w ciągu życia człowieka. Praca w erze długowieczności to jeden z trendów opisanych w 6. edycji raportu Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości pt. „Monitoring trendów krajowych i światowych”.

PARP jako instytucja wspierająca innowacyjność i przedsiębiorczość na bieżąco obserwuje trendy społeczno-gospodarcze. Wynikiem tych obserwacji są cykliczne opracowania takie jak „Monitoring trendów krajowych i światowych”. Raport opiera się na analizie ogólnodostępnych danych, najnowszej literatury oraz raportów publikowanych przez polskie i zagraniczne instytucje.

„Ważne jest systematyczne wyszukiwanie i analizowanie zjawisk technologicznych, społecznych, politycznych czy gospodarczych, które wpływają na rozwój innowacyjnych rozwiązań, wzrost przedsiębiorstw, a także poprawę jakości życia społeczeństw” – mówi Paulina Zadura, Dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w PARP.

Jednym z największych osiągnięć współczesnej nauki jest wydłużenie ludzkiego życia – średnia wieku na świecie wzrosła z niespełna 53 lat w 1960 r. do ponad 72 w 2017 r., i stale rośnie. Z drugiej strony długowieczność w połączeniu ze spadającą liczbą urodzeń powoduje wzrost udziału osób starszych w światowej populacji, szczególnie w krajach rozwiniętych.

Eurostat podaje, że w 2017 r. wskaźnik obciążenia demograficznego dla UE wyniósł 29,9 proc., a w Polsce wynosi 24,2 proc. Oznacza to, że na jedną osobę powyżej 65 lat przypadają odpowiednio 3,4 i 4,1 osoby w wieku produkcyjnym (15-64 lata). Prognozy demograficzne GUS wskazują, że – o ile nic się nie zmieni – w Polsce w 2050 r. udział osób w wieku produkcyjnym w populacji wyniesie 57 proc., w wieku powyżej 65. r.ż. – aż 32,7 proc., natomiast w wieku przedprodukcyjnym – niecałe 11 proc.

Z raportu PwC „Rosnąca luka na rynku pracy w Polsce. Jak ją zniwelować?” wynika, że w Polsce już w 2025 r. zabraknie ok. 1,5 mln pracowników i to pomimo poprawy wskaźnika zatrudnienia w ostatnim roku w większości grup wyodrębnionych ze względu na wiek oraz doraźnego wsparcia imigrantów.

Na polskim rynku pracy aktywnych zawodowo pozostaje 34 proc. osób między 50 a 64 r.ż. (dane GUS). Polska zajmuje dopiero 30. miejsce w rankingu PwC „Golden Age Index”, oceniającym poziom wykorzystania potencjału osób w wieku powyżej 55 lat. „Aby liczba pracujących w gospodarce nie malała, konieczna staje się aktywizacja zawodowa ludności. Zważywszy, że bezrobocie w Polsce jest jednym z najniższych w Europie, a wskaźnik zatrudnienia osób pomiędzy 25. a 50. r.ż. oscyluje wokół 80 proc., największe możliwości stwarzają młodsze (15+) i starsze roczniki (50+). Trzeba jednak pamiętać, że liczebność grupy wiekowej 15-24 systematycznie się zmniejsza. Natomiast w coraz liczniejszej grupie50 – 65 plus tkwi spory potencjał, w dużej mierze niewykorzystany” – wyjaśnia Paweł Chaber, ekspert PARP.

Potrzeba zmiany nastawienia pracodawców do zatrudniania osób starszych oraz uwzględnienie ich specyfiki w zarządzaniu zasobami ludzkimi. W firmie, w której mają pracować ludzie w różnym wieku konieczne jest wprowadzenie programów zarządzania pokoleniami (wiekiem), a w szerszym kontekście – zarządzania różnorodnością.

Jednym z elementów zarządzania wiekiem jest dbanie o równość wśród pracowników poprzez zapewnienie odpowiedniego stosunku do pracowników w każdym wieku.

Coraz popularniejszym rozwiązaniem będzie tworzenie zespołów złożonych z młodszych i starszych pracowników. Nie chodzi o przewrócenie dawnego układu mistrz-uczeń – choć celem, jak dawniej jest transfer wiedzy – ale wzajemne wsparcie w realizacji zadań. Wcześniej młodzi pracownicy zdobywali doświadczenie metodą prób i błędów ze wszystkimi tego konsekwencjami dla pracodawcy.

Z uwagi na starszych pracowników potrzebna będzie zmiana warunków i organizacji pracy. Wachlarz możliwości jest szeroki. Może to być np. dodatkowy urlop wypoczynkowy lub „wiekowy” (takie rozwiązania stosują m.in. urząd miasta Helsinki oraz fiński zakład przemysłowy Assa-Abloy), okresowa możliwość ograniczenia wymiaru czasu pracy, bezpłatne urlopy opiekuńcze i „dziadkowe” (stosuje je pewna brytyjska sieć handlowa) czy pomoc w opiece nad członkami rodzin (amerykańska agencja federalna National Institutes of Health oferuje opiekę w nagłych wypadkach dla rodziców pracowników).

Ewoluujący rynek pracy wymaga zwiększenia zaangażowania również po stronie pracownika. Szybki rozwój technologii i coraz dłuższy okres aktywności zawodowej wymusza proces ciągłego doskonalenia się.

Jak wynika z badań Międzynarodowego Instytutu Analiz i Systemów Stosowanych w Laxenburgu w Austrii jest to mechanizm zwrotny – długowieczność i poziom wykształcenia są skorelowane. Kształcenie ustawiczne już dziś jest przydatne w utrzymaniu się na rynku pracy, ale w nieodległej przyszłości stanie się koniecznością. Wiedza i umiejętności nabyte do 30 r.ż. przestają wystarczać na całe życie zawodowe. Ta sytuacja będzie wymagać od pracowników dodatkowego czasu i środków finansowych na uczenie się nowych rzeczy („re-learning”) i przekwalifikowanie („re-skilling”).

Obecnie w życiu człowieka występuje najczęściej jeden etap nauki, po którym całe życie zawodowe pracownik specjalizuje się w jednej dziedzinie. W przyszłości cykle nauki, wyboru zawodu czy zdobywania nowych kompetencji będą następowały po sobie wielokrotnie w ciągu naszego życia. Od ludzi będzie to wymagało tzw. transformacyjnych kompetencji (transformational skills), takich jak przewidywanie, elastyczność, tworzenie nowych więzi, zdobywanie nowej wiedzy/ przekwalifikowanie się.

Potrzeba ciągłego dostosowania się pomoże ludziom zachować cechy charakterystyczne dla okresu dojrzewania (neotenia), które zwiększają elastyczność i zdolności adaptacyjne. „Jeśli w przyszłości wiek przestanie determinować dany etap życia, częstsze będą przyjaźnie międzypokoleniowe, ponieważ ludzie z różnych grup wiekowych będą znajdować się na podobnym etapie. Taki układ pozwoli starszym osobom zachować dłużej młodość – podsumowuje Paweł Chaber.

Lexus z 10 proc. wzrostem sprzedaży

Lexus w pierwszych sześciu miesiącach 2019 roku (od stycznia do czerwca) sprzedał na całym świecie 360 045 samochodów. Marka osiągnęła 10 procentowy wzrost w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W globalnej sprzedaży Lexusa wzrósł też udział aut hybrydowych.

Dane z 2019 roku wskazują na ogromne zainteresowanie klientów nowym luksusowym sedanem ES oraz nowym kompaktowym crossoverem Lexusem UX. Zgodnie z oczekiwaniami urósł także rynek pojazdów luksusowych w Chinach.

O 34 procent wzrosła sprzedaż pojazdów z samoładującym się układem hybrydowym. W pierwszych sześciu miesiącach sprzedano 121 234 pojazdy, co stanowi aż 37% całej światowej sprzedaży. Lexus od lat przoduje w elektryfikacji segmentu premium. Do tej pory marka sprzedała już 1,5 mln samochodów z napędem hybrydowym.

“Jesteśmy zaszczyceni tym, że klienci na całym świecie wybierają nasze samochody. W tym roku do naszych salonów trafią też nowe modele Lexus RC F oraz RX. Cały czas staramy się wprowadzać nowinki technologiczne i innowacje do naszych samochodów, zachowując najwyższą dbałość o detale i wykonanie. Jako luksusowa marka dążymy do tego, by dostarczać niesamowite doświadczenia, które przekroczą oczekiwania klientów.” – mówi Yoshiro Sawa, prezes Lexus International.

Wzrosty w Europie, Polska wśród kluczowych rynków

Mimo nieznacznie malejącego rynku premium w Europie (-2 %.), Lexus w pierwszej połowie 2019 roku kontynuował stabilne tempo wzrostu. Sprzedaż na poziomie 40 450 sztuk w okresie od stycznia do czerwca to o 5 procent więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Znaczący wzrost odnotowano na kilku czołowych rynkach, takich jak Włochy (+51 %.), Niemcy (+33 %), Hiszpania (+19 %), Polska (+13 %), Francja (+12 %) i Wielka Brytania (+8 %).

Dwa zupełnie nowe modele – kompaktowy crossover UX oraz luksusowy sedan ES, znacząco przyczyniły się do wzrostu sprzedaży na Starym Kontynencie. Po zaledwie pięciu miesiącach od premiery sprzedano 8532 egzemplarze modelu UX, co potwierdza pozytywną reakcję rynku na pierwszego Lexusa w szybko rozwijającym się segmencie kompaktowych crossoverów.

Model ES może poszczycić się najwyższym wzrostem sprzedaży. Wprowadzony pod koniec 2018 roku model nowej generacji osiągnął pułap 3012 sztuk, co oznacza wzrost o 387 proc.

Dzięki 28 006 pojazdom z samoładującym się napędem hybrydowym, sprzedanym w Europie w pierwszej połowie 2019 roku (o 17 % więcej w stosunku do okresu styczeń-czerwiec 2018), Lexus jest wiodącym graczem w dziedzinie elektryfikacji samochodów. Samoładujące się hybrydy stanowią 95 proc. sprzedaży Lexusa w Europie Zachodniej i Centralnej.

Więcej Polaków otwartych na elastyczne formy pracy

Co trzeci kandydat w Polsce chciałby pracować w oparciu o elastyczny model pracy, dwa lata temu był to co piąty poszukujący pracy. Spośród alternatywnych form zatrudnienia kandydaci najchętniej wybraliby niepełny etat lub kontrakt. Największą motywacją do podjęcia elastycznych form pracy jest możliwość realizacji kilku zleceń i osiągnięcia work-life balance – potwierdza opublikowany dziś raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować?” na temat preferencji zawodowych kandydatów dotyczących modelu pracy.

ManpowerGroup zapytał 18 000 kandydatów na świecie, w tym 750 w Polsce, o to w jaki sposób chcą pracować, jaki tryb pracy preferują i co wpływa na ich wybory. Choć w Polsce największą popularnością nadal cieszy się pełen etat (preferowany przez 70% badanych), to systematycznie rośnie liczba osób optujących za elastycznym modelem pracy. Podczas gdy w 2017 roku było to 18% polskich kandydatów, dziś w ten sposób chciałoby pracować 29% osób poszukujących pracy.

– Forma zatrudnienia często determinuje wybór propozycji zawodowej obok takich czynników jak możliwości rozwoju, wysokość wynagrodzenia, oferowane benefity czy kultura organizacyjna – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor rekrutacji stałej w Manpower. – W przypadku stanowisk wysoko wyspecjalizowanych czy kierowniczych coraz częściej pojawia się pytanie o elastyczne formy zatrudnienia. Osoby pracujące na dobrze opłacanych stanowiskach, posiadające zaplecze finansowe, chętnie wybierają pracę w oparciu o umowę cywilnoprawną. Na dzisiejszym rynku pracy obserwujemy także zainteresowanie pracą projektową. Z kolei praca na niepełny etat jest chętnie wybierana przez osoby, które rozpoczynają swoją ścieżkę zawodową jeszcze w okresie studiów i potrzebują czasu na dokończenie nauki. Elastyczność jest także ceniona przez osoby posiadające małe dzieci, które dzięki skróconym godzinom pracy, mogą więcej czasu poświęcić rodzinie i sprawom prywatnym – dodaje Katarzyna Pączkowska.

Oferta firm niedopasowana do potrzeb kandydata

Raport ManpowerGroup pokazuje również, że choć więcej osób w Polsce wybrałoby alternatywny model pracy, to ich obecny pracodawca nie daje im takiej możliwości. Spośród 11% polskich kandydatów, którzy preferują umowę kontraktową lub pracę rozliczaną projektowo, tylko połowa ma możliwość być zatrudniona w ten sposób. Jak to wygląda w innych krajach europejskich? Największe różnice w niedopasowaniu ofert pracodawców do potrzeb kandydatów odnotowano w Czechach (7% zatrudnionych vs. 33% preferujących kontrakt lub pracę projektową), Hiszpanii (17% vs. 33%) i we Włoszech (11% vs. 20%), najmniejsze w Wielkiej Brytanii (8% vs. 9%).

Jak zaznacza Marek Wróbel, dyrektor ds. kluczowych klientów z ManpowerGroup, w ostatnich latach widoczna jest rosnąca świadomość zarówno klientów na polskim rynku, jak i kandydatów, którzy mając możliwość wyboru, gotowi są przyjąć ofertę pracy w oparciu o model elastyczny, ale w ciekawej firmie lub na interesującym i rozwojowym stanowisku. –Najczęściej są to ludzie młodzi, którzy wchodzą na rynek pracy i chcą spróbować swoich sił w kilku firmach, na różnych szczeblach kariery. Elastyczne modele pracy najczęściej oferowane są przez firmy zagraniczne, dla których standardem jest, żeby pewien odsetek pracujących zatrudniany był na projekty czasowe czy w niepełnym wymiarze czasu pracy. Oprócz branż, które najczęściej oferują takie rozwiązanie, czyli logistyki i produkcji, również centra usług wspólnych, na przykład finansowe czy IT, zgłaszają zapotrzebowanie na pracowników, z którymi nie planują długoletniej współpracy – dodaje Marek Wróbel.

Polska na tle innych rynków

Jak na innych rynkach europejskich wyglądają preferencje kandydatów dotyczące formy zatrudnienia? Spośród 10 przeanalizowanych krajów najwięcej osób deklarujących chęć pracy w ramach alternatywnych modeli pracy mieszka w Czechach (50% poszukujących pracy), w Hiszpanii (49%) i we Włoszech (43%). Najmniej we Francji (28%), Szwecji (30%) i Norwegii (33%). Średnia dla krajów europejskich to 38%, podczas gdy w ujęciu globalnym taki model zatrudnienia wybrałoby 45% kandydatów. W badaniu kandydaci zostali również zapytani o czynniki motywujące ich do podjęcia zatrudnienia w oparciu o elastyczny model pracy. Największym uznaniem wśród nich cieszy się możliwość realizacji jednocześnie innych zleceń. Wielu z nich w elastyczności widzi też szansę na pogodzenie życia rodzinnego z zawodowym.

Co mogą zrobić pracodawcy?

Wśród kandydatów na świecie odnotowuje się coraz większą chęć rezygnacji z zatrudnienia na pełen etat w zamian za elastyczny czas pracy, możliwość wyboru projektów oraz potrzebę osiągnięcia work-life balance. Pracodawcy chcący pozyskać pracowników na stanowiska pełnoetatowe mogą wdrożyć elementy elastyczności na wzór pracy w oparciu o umowę kontraktową lub pracę projektową, proponując elastyczne godziny pracy, pracę zdalną z zapewnieniem niezbędnych narzędzi czy rozliczanie za efekt. Firmy wychodząc naprzeciw oczekiwaniom kandydatów i pracowników, zwiększają również wymiar płatnego urlopu.

– Potrzeba zmian ze strony kandydatów będzie wymuszać z kolei zmianę w podejściu pracodawców do elastycznego zatrudnienia. Organizacje będą dostosowywać się do potrzeb potencjalnego pracownika i budować dla niego model współpracy, porzucając założenie, że umowa o pracę pozwoli zatrzymać pracownika na dłużej i zmniejszyć rotację. Ostatni rok, czyli czas największego od lat niedoboru talentów w Polsce, pokazał, że taka strategia w praktyce nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Po stronie firm jest zatem wypracowanie takich rozwiązań w zakresie zatrudnienia, aby pracownik chciał u nich pracować – podsumowuje Tomasz Walenczak, dyrektor marki Manpower.

O badaniu:

Raport ManpowerGroup „Jak chcemy pracować? Co pracodawcy powinni wiedzieć o preferencjach kandydatów dotyczących modelu pracy?” został opracowany na podstawie międzynarodowego badania przeprowadzonego na grupie 18 000 kandydatów w wieku produkcyjnym z 24 rynków. W badaniu wzięły udział osoby obecnie zatrudnione, poszukujące nowej pracy. Ankietowani reprezentowali cały przekrój wiekowy, dochodowy, rodzaju zatrudnienia, stopnia kariery oraz branży. Najliczniejszą grupę respondentów stanowili doświadczeni pracownicy na stanowiskach niekierowniczych (28%), następni byli studenci studiów I i II stopnia (20%), osoby na stanowiskach kierowniczych (18%), rozpoczynający karierę zawodową (16%), dyrektorzy wykonawczy (6%) i kadra kierownicza wyższego szczebla (4%).

W 2020 r. znacząco wzrosną składki ZUS. Przedsiębiorcy chcą reformy systemu

W ostatnim czasie pojawiła się informacja o wzroście składek na ubezpieczenie społeczne dla przedsiębiorców w 2020 roku. Wszystko wskazuje na to, że będzie on rekordowo wysoki – najwyższy od 2013 roku. Tym samym składki w ujęciu miesięczny miałyby wzrosnąć o niecałe 120 złotych dla każdej firmy, która nie korzysta z szczególnych preferencji. To duży wzrost obciążeń – spowoduje, że wysokość składek przekroczy 1400 złotych miesięcznie. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców w liście skierowanym do Premiera Mateusza Morawieckiego wskazuje, że system ten jest wadliwy i wymaga zmian. Federacja Przedsiębiorców Polskich popiera stanowisko Rzecznika MŚP w tym zakresie. Oprócz tego uważa, że niezbędne są zmiany w sposobie opłacania składek na ubezpieczenie społeczne.

– Obecny system z jednej strony nadmiernie obciąża przedsiębiorców osiągających niewielkie dochody – których możliwości finansowe są ograniczone. Z drugiej – nie stanowi problemu dla generujących duże zyski – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – FPP proponuje, aby dotychczasowe zasady zastąpić nowym systemem – w ramach którego wysokość płaconych świadczeń byłaby uzależniona od wysokości sprawozdawanego dochodu. Wówczas oznaczałoby to większą zależność pomiędzy wysokością składek, a faktycznymi możliwościami finansowymi firm – co nie ograniczałoby ich rozwoju. Ważnym elementem całościowej reformy powinna być także restytucja ubezpieczeń społecznych. Miałaby polegać na rozszerzeniu zakresu podlegania ubezpieczeniom społecznym z tytułu umów zleceń. Oprócz tego powinna gwarantować zapisanie składek na kontach ZUS osobom, które były zatrudniane na umowach zlecenie. To bardzo ważna inicjatywa i niezbędny element naprawy systemu ubezpieczeń społecznych – podkreślił Kozłowski.

Resort infrastruktury: Kolej ma być główną gałęzią transportu. Będzie to możliwe dzięki wielomiliardowym inwestycjom w trakcje i dworce

Resort infrastruktury: Kolej ma być główną gałęzią transportu. Będzie to możliwe dzięki wielomiliardowym inwestycjom w trakcje i dworce 8

Jak ocenia wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel, za kilka lat kolej ma być już główną gałęzią transportu zbiorowego, do czego przyczyni się szereg realizowanych inwestycji, m.in. modernizacja dworców kolejowych czy wart 70 mld zł Krajowy Program Kolejowy. Rozbudowę kolei zapewni również plan uruchomienia Centralnego Portu Komunikacyjnego. Aby inwestycje przebiegały bezproblemowo, resort infrastruktury wdraża rozwiązania, które ułatwiają wykonawcom realizowanie kontraktów.

Polska kolej się zmienia z dnia na dzień, konsekwentnie realizujemy programy modernizacyjne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes wiceminister infrastruktury Andrzej Bittel. – Chcemy stawiać na rozwój polskiej kolei, w przyszłości będzie to główna gałąź transportu zbiorowego.

Fundamentem zmian jest opiewający na ponad 70 mld zł Krajowy Program Kolejowy, w ramach którego zostanie zmodernizowanych ok. 9 tys. kilometrów torów kolejowych, a użytkownicy kolei odczują skrócenie czasów podróży. Poprawi się też przepustowość i bezpieczeństwo na przejazdach kolejowych oraz możliwości operowania przewoźników cargo. KPK obejmuje w sumie 220 zadań inwestycyjnych w horyzoncie do 2023 roku.

Na kolei dzieje się dziś bardzo dużo. Jesteśmy liderem w ramach pozyskiwania środków z instrumentu CEF „Łącząc Europę”. Do tego mamy program utrzymaniowy wart 23 mld zł, który służy temu, aby nową infrastrukturę utrzymywać w należytym stanie, ale też powoli odrabiać wieloletnie zaległości na polskiej kolei. Jeszcze kilka lat temu nie było na nią mody, teraz na szczęście ten trend się odwrócił – mówi Andrzej Bittel.

Według danych UTK w całym 2018 roku wszyscy przewoźnicy kolejowi obsłużyli w sumie 310,3 milionów pasażerów – o 6,7 mln więcej niż jeszcze rok wcześniej. Tendencja jest wzrostowa już od kilku lat, więc również sami przewoźnicy decydują się na kolejne inwestycje.

W trakcie realizacji dużego planu inwestycyjnego jest także PKP Intercity. Przewoźnik wyda w sumie 7 mld zł na nowe wagony, elektryczne zespoły trakcyjne i nowe lokomotywy. Tylko w ubiegłym roku spółka podpisała lub rozszerzyła umowy na zakup lub unowocześnianie taboru na ponad 2 mld zł i pozyskała 654 mln zł dofinansowania ze środków Unii Europejskiej. Z kolei pierwsze półrocze br. było dla PKP Intercity rekordowe pod względem liczby pasażerów –  z usług przewoźnika skorzystało 22,8 mln osób, czyli ponad 1,3 mln więcej niż w tym samym okresie ubiegłego roku.

– Intercity wyda 7 mld zł na nowy tabor, ażeby nie tylko klasa Pendolino czy części Dartów woziła naszych klientów. Z kolei PLK wyda w sumie 70 mld na modernizacje torów. W najbliższej perspektywie mamy Centralny Port Komunikacyjny, który spowoduje, że będziemy jeździli z prędkością do 250 km/h i wybudujemy – po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat – ok. 1,6 tys. km nowych linii kolejowych – mówi Krzysztof Mamiński, prezes PKP S.A.

Realizacja sztandarowej inwestycji infrastrukturalnej rządu zakłada również utworzenie węzłów przesiadkowych i przyczyni się do rozbudowy sieci połączeń kolejowych w całej Polsce. Prezes Grupy PKP podkreśla, że po tym okresie nie będzie już w Polsce żadnego miasta powyżej 10 tys. mieszkańców, które byłoby wykluczone z sieci kolejowej.

– Inwestycje to jest ciągły proces. Patrząc przez pryzmat Warszawy, mamy realizowaną modernizację linii do Radomia i Lublina. Modernizujemy linię w kierunku Białegostoku oraz Poznania – to jedne z najważniejszych inwestycji i ogromne przedsięwzięcia. Podobnie jak modernizacja węzła krakowskiego i w kierunku Katowic – wymienia wiceminister.

Jak podkreśla, ważnym elementem zmian na kolei jest też opiewający na 1,4 mld zł Program Inwestycji Dworcowych na lata 2016–2023, w ramach którego zostanie zmodernizowanych 188 dworców kolejowych w całym kraju. Te mają być energooszczędne, ekologiczne (wyposażone m.in. w panele fotowoltaiczne, przez pompy ciepła czy systemy odzyskiwania wody deszczowej do spłukiwania toalet) oraz lepiej odpowiadać potrzebom pasażerów i integrować różne środki transportu.

Program Inwestycji Dworcowych to blisko 200 dworców modernizowanych bądź budowanych na nowo z uwzględnieniem nowoczesnych technologii. To będą ekologiczne, wręcz samowystarczalne budynki – zapowiada Andrzej Bittel.

Jak podkreśla, modernizacja na kolei nie przebiega bez problemów, powodowanych m.in. niedoborami kadr na rynku pracy czy zawiłością postępowań przetargowych.

Wprowadziliśmy m.in. zaliczki na zakup materiałów, dzięki czemu nie mamy w tej chwili spiętrzenia w ramach transportu kruszywa na budowę. Klauzule są zmieniane tak, aby rozkładać ryzyko w sposób partnerski, a nie jednostronny, jak do tej pory. Podejmujemy działania związane z obniżaniem wadiów i gwarancji, które zaczęły być dla firm barierą w składaniu ofert i podpisywaniu kontraktów. Chodzi o to, że rynek finansowy traktuje inwestycje infrastrukturalne jako ryzykowną działalność i warunki finansowania są dla tego sektora odrobinę gorsze niż dla innych – mówi Andrzej Bittel. – Wszystkie te działania służą temu, aby móc na bieżąco rozwiązywać problemy i stworzyć jak najlepsze warunki do tego, żeby wspólnie z wykonawcami realizować przedsięwzięcia kolejowe.

Producenci wołowiny w trudnej sytuacji. Winny spadek spożycia na europejskim rynku i zawirowania w eksporcie

Producenci wołowiny w trudnej sytuacji. Winny spadek spożycia na europejskim rynku i zawirowania w eksporcie 9

Ceny żywca wołowego są niższe średnio o 15 proc. w stosunku do ubiegłego roku. To przede wszystkim efekt spadku spożycia wołowiny na europejskim rynku, na który trafia 80 proc. krajowego eksportu. Polskim producentom zagrażają również inne uwarunkowania międzynarodowe – zbliżający się brexit, umowa z krajami Mercosuru. Sytuację ponadto pogarsza zamknięcie tureckiego rynku z powodu nieprzyznania kontyngentów importowych. Branża szuka nowych rynków zbytu i liczy na to, że ceny niedługo powrócą do poziomu sprzed kilku miesięcy.

Sytuacja na rynku wołowiny jest dziś niewątpliwie trudna. Obserwujemy spadki cen sięgające 15 proc. i nie ma to związku z kryzysem wizerunkowym, który mieliśmy w styczniu, ale z trudną sytuacją na rynku europejskim. Jesteśmy jednym z największych eksporterów wołowiny w Europie, trafia tam 80 proc. naszej produkcji, dlatego kiedy spożycie wołowiny w Europie spada, my odczuwamy to najbardziej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Zarzecki, prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego.

Do trudnej obecnie sytuacji na krajowym rynku wołowiny i spadku cen przyczynia się też zamknięcie tureckiego rynku z powodu nieprzyznania kontyngentów importowych. W ubiegłym roku Turcja była trzecim największym odbiorcą polskiej wołowiny – trafiło tam 33 tys. ton mięsa, czyli ok. 8 proc. krajowej produkcji. Dużym zagrożeniem dla polskich producentów jest też zbliżający się brexit, który stawia pod znakiem zapytania eksport na tamtejszy rynek.

Wielka Brytania jest dla nas jednym z najważniejszych rynków – mówi Jacek Zarzecki. – W sytuacji, kiedy ponad 80 proc. naszej produkcji trafia na eksport, jakiekolwiek wahnięcia na międzynarodowym rynku powodują u nas spadek cen. Dodatkowo mamy umowę z Mercosurem, która powoduje pewne wątpliwości co do tego, w jakim kierunku należy produkować.

Umowa pomiędzy Unią Europejską a Mercosur (Wspólny Rynek Południa) ma stworzyć największa na świecie strefę wolnego handlu pomiędzy liczącym około 500 mln konsumentów europejskim rynkiem a państwami Ameryki Południowej zrzeszonymi w Mercosur (Brazylią, Argentyną, Paragwajem i Urugwajem). Te zyskają m.in. duże ułatwienia w eksporcie żywności na rynek UE. Polski rząd niemal od początku prac zgłasza zastrzeżenia do umowy, wskazując, że może ona zachwiać stabilnością europejskiego rynku, zwłaszcza gospodarstw rolnych.

Stanowisko polskiego rządu jest dość jasno sprecyzowane, jesteśmy przeciwni umowie z Mercosurem. Uważamy, że rolnictwo – nie tylko polskie, lecz także europejskie, a zwłaszcza sektor wołowiny – zostało przehandlowane za duży przemysł, koncerny farmaceutyczne i przemysł motoryzacyjny. My nie będziemy mieć z tej umowy żadnej korzyści, oznacza tylko straty dla kilkuset tysięcy gospodarstw rolnych w Polsce i kilku milionów gospodarstw w UE. Czuć pewien niesmak w sytuacji, kiedy odchodząca Komisja Europejska kolanem dopycha umowę z Mercosurem i zostawia to kukułcze jajo następnej kadencji. Dlatego jako sektor wołowiny w pełni popieramy działania polskiego rządu w tym zakresie – mówi prezes Polskiego Związku Hodowców i Producentów Bydła Mięsnego.

Jak podkreśla, ograniczony popyt i spadek cen na krajowym rynku oraz stagnacja na rynku europejskim zmuszają producentów wołowiny do poszukiwania nowych rynków zbytu. Branża liczy jednak na to, że sytuacja niedługo się ustabilizuje i ceny wrócą do poziomu sprzed kilku miesięcy.

– Widzimy już, że eksport jest niższy o kilkanaście procent w stosunku rok do roku. Przy takim spożyciu wołowiny w Polsce nie ma gdzie tego towaru wypchnąć – mówi Jacek Zarzecki. – Niełatwo będzie zastąpić polską wołowinę na rynku europejskim czy tureckim, który – mam nadzieję – niedługo ruszy. Ale musimy też znajdywać nowe rynki, gdzie będziemy mogli eksportować.

W Polsce spożycie wołowiny od trzech lat wzrasta. W 2015 roku wynosiło 1,2 kg rocznie na osobę, obecnie sięga już 3,4 kg. Za zmniejszony popyt odpowiada głównie spadek spożycia wołowiny w krajach europejskich, do czego przyczynia się m.in. moda na wegetarianizm.

W Polsce wzrost jest znaczący, z kolei na rynku europejskim i światowym obserwujemy taką tendencję, że konsumenci dążą do ograniczenia spożycia mięsa. Nie chcę dyskutować o tym, czy jest to mądry trend, ale trzeba podkreślić, że wołowina jest nośnikiem pełnego białka, naturalnym spalaczem tłuszczu, przeciwdziała nowotworom – uważa Jacek Zarzecki.

Jak podkreśla, polska wołowina konkuruje już nie tylko ceną – niższą o ok. 11 proc. od cen na rynku europejskim, lecz także wysoką jakością.

– Mówiąc, że nadmierne spożycie wołowiny jest niezdrowe, mamy na myśli wołowinę wysokoprzetworzoną. Polska wołowina jest hodowana w naturalnych warunkach, ekstensywnie, więc jest też bardzo dobrej jakości i dlatego jest tak chętnie kupowana w krajach Unii Europejskiej – mówi Jacek Zarzecki.

Zbyt duża centralizacja i finanse największymi problemami samorządów. Chcą one, aby rząd sam finansował swoje zadania

Zbyt duża centralizacja i finanse największymi problemami samorządów. Chcą one, aby rząd sam finansował swoje zadania 10

Decentralizacja powinna pójść szerzej i polegać nie tylko na przenoszeniu urzędów z Warszawy do mniejszych miast, ponieważ to niewiele pomoże – ocenia zastępca prezydenta Rudy Śląskiej Krzysztof Mejer. Jak podkreśla, największym problemem samorządów jest fakt, że są blokowane przez przepisy prawne i muszą współfinansować zadania rządowe z własnych budżetów. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby dokończenie reformy samorządowej z 1997 roku, tak aby zapewnić im większą możliwość samostanowienia i decydowania na szczeblu lokalnym – mówi Krzysztof Mejer.

– Największym problemem dla samorządów są dziś sprawy finansowe. Z każdym rokiem wydatki bieżące rosną szybciej od dochodów. Jest to spowodowane m.in. tym, że musimy w dużym stopniu finansować zadania rządowe z własnego budżetu. Cały nasz wysiłek skupia się na zwiększaniu dochodów, aby móc sprostać oczekiwaniom naszych mieszkańców i w pełni realizować potrzeby lokalnych wspólnot miejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Mejer, zastępca prezydenta Rudy Śląskiej.

Jak podkreśla, obecnie samorządy muszą z własnej kiesy dokładać pieniądze do realizacji zadań rządowych, chociażby np. do wypłat dla nauczycieli. W przypadku Rudy Śląskiej ta kwota przekracza 20 mln zł rocznie.

– Dla nas najważniejsze jest, aby rząd w 100 procentach finansował zadania rządowe, które realizuje samorząd – podkreśla Krzysztof Mejer.

Jak ocenia, samorządy potrzebują dziś również większej stabilizacji i spokoju w zakresie ustawodawstwa oraz bardziej efektywnej współpracy z rządem, który powinien się lepiej wsłuchiwać w ich potrzeby.

– Ciągła zmiana ustaw powoduje spory bałagan w podejmowaniu decyzji przez urzędy – mówi Krzysztof Mejer. – Dobrze byłoby też, gdyby rząd wsłuchiwał się w głosy samorządów. Negatywnym przykładem jest ustawa o utrzymaniu czystości i porządku, przy której rząd odrzucił wszystkie postulaty uzgodnione wcześniej wspólnie ze stroną samorządową. Takie postępowanie nie rokuje dobrze i nie świadczy dobrze o podejściu rządu do spraw samorządowych.

W połowie czerwca szefowa Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii Jadwiga Emilewicz oficjalnie zainaugurowała nowy, rządowy program Miasto Plus. Przy resorcie został powołany specjalny zespół złożony z polityków i ekspertów, który ma wypracować plan rozwojowy dla polskich miast – zarówno wojewódzkich, tracących swoje funkcje społeczno-gospodarcze, jak i mniejszych miasteczek i miejscowości. Jednym z elementów programu Miasto Plus ma być decentralizacja, czyli przeniesienie wybranych urzędów z Warszawy do regionów, co ma się przyczynić m.in. do pobudzenia lokalnej przedsiębiorczości i stworzenia nowych miejsc pracy.

– Sam pomysł jest ciekawy i wart rozpatrzenia, ale – jak zwykle w takich sytuacjach – diabeł tkwi w szczegółach. Bezrobocie to nie jest dziś najważniejszy problem polskich miast, w przypadku Rudy Śląskiej ono jest na poziomie raptem 3 proc. Warto byłoby kompleksowo podejść do samorządów i dokończyć reformę, która została zapoczątkowana w 1997 roku, bo wtedy został zakończony pierwszy etap rozwoju polskich samorządów. Niestety, nie doczekaliśmy się kolejnych działań w tym zakresie – mówi Krzysztof Mejer.

Obecnie, zgodnie z danymi MPiT, ze 107 urzędów państwowych tylko 14 jest zlokalizowanych poza Warszawą. Resort wyłonił 31 instytucji (m.in. URE, UKE, Centrum Projektów Polska Cyfrowa, Centralna Komisja), których przeniesienie poza stolicę pozwoliłoby m.in. zapewnić dopływ nowych kadr i obniżyć koszty ich funkcjonowania. Beneficjentami procesu deglomeracji mogą być 33 miasta, które ponad 20 lat temu utraciły status miast wojewódzkich.

Zastępca prezydenta Rudy Śląskiej ocenia, że samo przenoszenie urzędów do mniejszych miast i miasteczek nie przyniesie większych efektów, bo dla samorządów dużo ważniejsze są dziś kwestie związane z finansowaniem.

– Działania zmierzające do wsparcia polskich samorządów powinny pójść zupełnie w innym kierunku. Powinniśmy mieć więcej władzy, móc w większym zakresie decydować o naszych sprawach. Ta decentralizacja powinna pójść szerzej. Potrzebne są rozwiązania systemowe. Wszyscy oczekujemy takich rozwiązań, które spowodują, że ta reforma z 1997 roku będzie pełna i będziemy mogli w pełni stanowić o swoich sprawach. Dzisiaj niestety tak nie jest, jesteśmy blokowani wieloma ustawami, które ograniczają nasze możliwości działania – podkreśla zastępca prezydenta Rudy Śląskiej.

Branża nawozów pod naporem zagranicznej konkurencji. Polska importuje więcej, niż sprzedaje za granicę

Branża nawozów pod naporem zagranicznej konkurencji. Polska importuje więcej, niż sprzedaje za granicę 11

Konkurencja ze strony zagranicznych importerów oraz rosnące ceny energii i gazu, które odpowiadają za ok. 70 proc. całkowitych kosztów produkcji nawozów, to coraz większe problemy dla branży nawozowej na polskim rynku. Już w tej chwili Polska importuje więcej nawozów, niż sprzedaje na rynki eksportowe. Krajowi producenci rozwijają się za to w segmencie nawozów płynnych, biokomponentów i biododatków. Ten rynkowy trend uważnie śledzi również Zakłady Azotowe Chorzów – Grupa AZOTY Puławy, która nie wyklucza rozwoju w tym segmencie.

W tym roku produkcja nawozów sięgnęła już ponad 4 mln ton, podczas gdy jeszcze dekadę temu wynosiła niecałe 2 mln ton. Cały rynek nawozów w Polsce jest szacowany na około 6–7 mln ton rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sebastian Kostrubała, dyrektor handlowy Zakładów Azotowych Chorzów w Grupie Azoty Puławy.

Jak ocenia, głównym wyzwaniem dla branży są w tej chwili rosnące ceny surowców, zarówno gazu, jak i energii elektrycznej. To istotne o tyle, że stanowią one około 70 proc. całkowitych kosztów produkcji nawozów. Wzrost cen surowców przekłada się na podwyżki cen produktów, obserwowane na krajowym rynku od września ubiegłego roku.

Kolejnym wyzwaniem jest import nawozów do Polski przez konkurencję zagraniczną. W tym momencie prawie 1 mln ton nawozów jest importowanych na nasz rynek, głównie ze Wschodu. Obserwujemy również trend, jakim jest rozwój i import marek własnych dystrybutorów krajowych i zagranicznych. Wszystko to powoduje, że konkurencja na rynku nawozowym jest coraz większa. Dlatego mówimy o rosnącej podaży nawozów, nowych producentach czy liniach produkcyjnych, które otwierają się w Polsce – mówi Sebastian Kostrubała.

Na przestrzeni ostatniej dekady znacznie wzrósł eksport nawozów z Polski do krajów Unii Europejskiej, jednocześnie w tej chwili branża obserwuje znaczny wzrost importu. Bilans jest dla polskiego rynku jest ujemny i wynosi około 240 mln euro, co oznacza, że w tej chwili Polska importuje z zagranicy więcej nawozów, niż tam sprzedaje.

– Duży wpływ na eksport mają zarówno ceny surowców, obecność konkurentów na poszczególnych rynkach, jak i regulacje prawne, przepisy unijne. Koncentrujemy się na lokowaniu naszych nadwyżek na rynkach eksportowych, głównie w Niemczech, ale ciekawym rynkiem jest też dla nas Ukraina. Koncentrujemy swoją działalność na rynkach eksportowych również z uwagi na lepszą sytuację rolników – mówi Sebastian Kostrubała.

Zakłady Azotowe Chorzów koncentrują się głównie na produkcji saletry potasowej, azotanu, saletry wapniowej, azotanu wapnia oraz nawozów specjalistycznych.

– Skupiamy się również na rozwoju w innych segmentach, w których jesteśmy obecni, technicznym i spożywczym – mówi Sebastian Kostrubała. – Mamy bardzo dużą konkurencję, zarówno graczy międzynarodowych, jak ICL, Haifa czy Yara, jak i graczy lokalnych, typu Alventa. Bronimy swojej pozycji poprzez odpowiednie warunki handlowe, umowy dystrybucyjne, współpracę z dystrybutorami, pakiet odpowiednich materiałów marketingowych, lecz również poprzez rozwój portfolio produktowego i produkty specjalistyczne.

Duży wpływ na plany producentów nawozów ma także rozwój segmentu nawozów płynnych oraz zmiana technologii w kierunku stosowania biokomponentów i biododatków.

Polskie rolnictwo jest nadal bardzo rozdrobnione, średnia wielkość gospodarstwa rolnego w Polsce wynosi nieco ponad 10 ha. Stąd trend, aby uzyskiwać z hektara jak największe plony, co też wiąże się ze stosowaniem rolnictwa precyzyjnego, specjalnie dobranych nawozów specjalistycznych czy też dodatkowych narzędzi pozwalających na monitorowanie gleby i samej uprawy. Innym istotnym trendem jest trend bio i eko, pojawiają się nawozy z biokomponentami, nawozy ekologiczne. Przyglądamy się temu i nie wykluczamy, że również będziemy podążać w tym kierunku – mówi Sebastian Kostrubała.