Kary cielesne negatywnie wpływają na poczucie bezpieczeństwa dziecka. W Polsce stosuje je 26 proc. rodziców

Kary cielesne negatywnie wpływają na poczucie bezpieczeństwa dziecka. W Polsce stosuje je 26 proc. rodziców 1

Kary fizyczne na dzieciach są coraz mniej akceptowalne przez polskich rodziców. Wciąż jednak 26 proc. Polaków uważa klapsy za dobrą metodę wychowawczą. Zdaniem ekspertów tego rodzaju kary są jednak nieskuteczne, mają też negatywny wpływ na psychikę dziecka. Jak oceniają, tego typu działania zaburzają jego poczucie bezpieczeństwa i obniżają samoocenę.

Aby dziecko rozwijało się prawidłowo, konieczne jest zaspokajanie jego podstawowych potrzeb, zarówno fizycznych, takich jak potrzeba pożywienia, snu czy ruchu, jak i emocjonalnych, do których należy m.in. poczucie bezpieczeństwa, akceptacja samego siebie oraz bliskość ze strony rodziców. Przemoc wobec dziecka to działania zakłócające ten optymalny rozwój, przybierające różnoraką postać: przemocy fizycznej, zaniedbania, wykorzystywania seksualnego oraz przemocy emocjonalnej. Zdaniem ekspertów za krzywdzenie dziecka uznaje się niedawanie maluchowi tego, co jest dla niego ważne na danym etapie życia.

– Przemoc może się przejawiać w lekceważeniu różnych potrzeb dziecka, niedawaniu mu bliskości, poczucia bezpieczeństwa, tego, co warunkuje jego prawidłowy rozwój. Może polegać też na zaniedbaniu, czyli niedostrzeganiu różnych aspektów funkcjonowania małego dziecka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Urszula Kubicka-Kraszyńska z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę.

Bardzo często rodzice, od których dziecko jest całkowicie zależne, zwłaszcza w pierwszych miesiącach życia, krzywdzą swoje pociechy nieintencjonalnie. Wielu z nich kieruje się źle pojmowanym dobrem dziecka, nie mając świadomości, że ich zachowanie ma krzywdzący charakter. Zdaniem ekspertów może to być wynikiem przenoszenia wzorców z własnego dzieciństwa – sami zostali wychowani w ten sposób, teraz powielają zaś wzorce postępowania swoich rodziców.

– Może się zdarzyć, że rodzice stosują niekonstruktywne sposoby zajmowania się dzieckiem, ponieważ postępują dokładnie tak, jak postępowali ich rodzice czy stosują karcenie fizyczne, klapsy – mówi Urszula Kubicka-Kraszyńska.

W Polsce, zgodnie z obowiązującą od 1991 roku Konwencją o prawach dziecka, stosowanie kar cielesnych wobec osób nieletnich jest niezgodne z prawem. Także Kodeks rodzinny zakazuje tej formy karcenia dzieci. Jednak jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę, tylko 61 proc. dorosłych Polaków zdaje sobie sprawę z istnienia przepisów zakazujących bicia dzieci, a klapsy jako metodę wychowawczą stosuje 26 proc. rodziców. Eksperci fundacji podkreślają, że jest to metoda nieskuteczna, mająca długofalowo negatywny wpływ na całościowe funkcjonowanie dziecka i jego równowagę emocjonalną.

– Kary fizyczne nie uczą dziecka, jak należy postępować w danej sytuacji, raczej służą wyładowaniu napięcia, które ma dorosły, kiedy jest zniecierpliwiony czy wyprowadzony z równowagi. Stosowanie kar fizycznych bardzo negatywnie wpływa na poczucie bezpieczeństwa dziecka i jego relacje z opiekunem – mówi Urszula Kubicka-Kraszyńska.

Rodzice muszą mieć świadomość, że dzieci mają niedojrzały układ nerwowy, ich reakcje bywają więc nadmiernie emocjonalne. Szybko męczą się nadmiarem bodźców, nie mają też narzędzi do radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Histeria to często także próba przekazania rodzicom emocji, których dziecko nie jest w stanie lub nie chce wypowiedzieć. Warto pamiętać, że sytuacje trudne emocjonalnie dla osoby dorosłej w przypadku dziecka stają się jeszcze trudniejsze do udźwignięcia. Dla wyprowadzonego z równowagi rodzica często pierwszym odruchem jest jednak wymierzenie maluchowi klapsa.

– Dlatego też hasło jednej z naszych kampanii brzmi: „Potrafię się zatrzymać”. To zwrot adresowany do rodzica, aby na chwilę się zatrzymał i nie zareagował zbyt gwałtownie, tylko dał sobie moment na wzięcie oddechu, policzenie do 10 i spokojne wyjaśnienie z dzieckiem konfliktowej sytuacji – mówi Urszula Kubicka-Kraszyńska.

Dorośli powinni także uświadomić sobie, że to na nich spoczywa odpowiedzialność za wychowanie dziecka w bezpiecznych, także pod względem emocjonalnym, warunkach. Dotyczy to nie tylko rodziców, lecz także pracowników żłobka, przedszkola i szkoły.

Branża gastronomiczna eksperymentuje ze sztuczną inteligencją. Powstały także automaty do nalewania napojów i robo-kelnerzy

Branża gastronomiczna eksperymentuje ze sztuczną inteligencją. Powstały także automaty do nalewania napojów i robo-kelnerzy 2

Rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji zaczynają rewolucjonizować gastronomię. Powstają roboty użytkowe, które mogą przejąć część obowiązków kucharzy, kelnerów czy barmanów. Pierwsze automatyczne maszyny gastronomiczne wykorzystywane są do podawania potraw oraz przygotowywania i serwowania drinków. Jeden z takich automatów do nalewania napojów wymyślili Polacy. W przyszłości tego typu urządzenia mogą przejąć wszystkie zadania wykonywane dotychczas przez pracowników kuchni.

– BeerMa to mechatroniczne urządzenie do automatycznego nalewania zimnych napojów. Automatycznie pobiera kubki i je napełnia, a w międzyczasie wysyła informację do systemu bazodanowego, raportując wielkość, intensywność i warunki sprzedaży. Sama sprzedaż będzie odbywała się tradycyjnie, natomiast urządzenie przyspieszy proces obsługi,  w związku z czym kontrola pełnoletniości w przypadku sprzedaży artykułów zawierających alkohol będzie odbywała się zupełnie gdzie indziej – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dorota Hubka-Wójcik, członek zarządu firmy Be TECH.

Automatyczny nalewak Beermat został zaprojektowany w celu usprawnienia procesu serwowania napojów podczas średnich i dużych imprez masowych, na których kluczowe jest jak najszybsze zrealizowanie zamówienia. Zastosowanie takich automatycznych nalewaków pozwala skrócić czas wydania napoju aż o 60 proc., a przy okazji znacząco obniżyć koszty obsługi barmańskiej, gdyż jedna osoba jest w stanie obsłużyć do czterech nalewaków.

Projekt BarOn opolskiej firmy Weegree z kolei to humanoidalny robot-barman. To maszyna na wynajem, która z serwowania drinków zrobi małe widowisko. BarOn ma dwa elastyczne ramiona naszpikowane czujnikami, dzięki którym może przygotowywać napoje alkoholowe w taki sposób, w jaki zrobiłby to żywy barman, mieszając ze sobą poszczególne składniki na oczach klientów.

Do pełnej automatyzacji procesu wydawania drinków jest jednak daleka droga, na przeszkodzie stoją bowiem wymogi prawne pod postacią konieczności weryfikacji pełnoletniości zamawiającego. W przypadku BarOn nie ma z tym problemu, gdyż maszyna nie jest zaprojektowana z myślą o imprezach masowych, w którym udział bierze dużo anonimowych osób. Wdrożenie BeerMa wymaga zaś kontrolowania wieku na etapie zamawiania napojów alkoholowych.

– W tej chwili automat przeznaczony jest do napojów zimnych, również gazowanych. Natomiast jeżeli np. dystrybuowany byłby napój zawierający alkohol taki jak piwo, kontrola wieku odbywa się na etapie zapłaty. Czyli najczęściej osoba na dużych imprezach dostaje żeton bądź jakiś inny dowód zapłaty i w tym momencie powinna nastąpić weryfikacja wieku. W momencie wydawania napoju, jeżeli ktoś otrzymał żeton, uznajemy, że jest osobą pełnoletnią – wyjaśnia ekspertka.

Firma NVIDIA wierzy, że proces automatyzacji pracy w branży gastronomicznej będzie postępował. Próby stworzenia robotów-barmanów to dopiero początek rewolucyjnych zmian, jakie czekają ten segment gospodarki. Korporacja we współpracy z Ikeą oraz naukowcami z Uniwersytetu Waszyngtońskiego uruchomiła laboratorium robotyki, w którym będą testowane rozwiązania z zakresu automatyki kuchennej. Badania skupią się na opracowaniu maszyn, które w przyszłości będą w stanie wykonać za człowieka wszystkie prace kuchenne.

Zanim jednak do tego dojdzie, restauracje mogą się zapełnić robotami kelnerskimi. Maszyny takie spotkać można m.in. we włoskim barze Gran Caffè Rapallo. Choć zamówienia przyjmują w nim żywi kelnerzy, realizuje je robot Xiao Ai, który dostarcza zamówienia do stolika. Wyposażono go także w prostego asystenta głosowego, który udziela odpowiedzi na podstawowe pytania, a dzięki czujnikom zbliżeniowym potrafi rozpoznawać i omijać przeszkody na swojej drodze.

Po podobną technologię sięgnął południowokoreański oddział Pizzy Hut, który zaprojektował robota do dostarczania pizzy do klientów. Dilly Plate to prototypowa maszyna kelnerska o maksymalnym udźwigu rzędu 22 kilogramów, która była testowana w jednej z seulskich restauracji. Zaprojektowano ją, aby po części zautomatyzować obsługę kelnerską – dzięki dużemu udźwigowi może realizować kilka zamówień jednocześnie i odciążyć pracowników restauracji.

W związku z postępującą automatyzacją społeczeństwa i dynamicznym rozwojem branży sztucznej inteligencji, podobnych maszyn w najbliższym czasie może przybywać. Jest jeszcze zbyt wcześnie, aby roboty zastąpiły człowieka w obsłudze klientów barów i restauracji, ale branża jest żywo zainteresowana technologią tego typu.

– Katowicki spodek zamówił pięć maszyn, z czego trzy zostały już dostarczone. W Niemczech nasza maszyna będzie obsługiwała imprezy towarzyszące Bundeslidze. Mamy także podpisaną umowę przedstawicielstwa na rynek czeski. Na razie jednak to są działania polegające bardziej na testowaniu urządzenia w warunkach rzeczywistych. Z produkcją chcemy ruszyć w IV kw. tego roku – mówi Dorota Hubka-Wójcik.

Według firmy badawczej ResearchAndMarkets wartość globalnego rynku robotów autonomicznych do 2024 roku wzrośnie do blisko 12 mld dol. W najbliższych latach ma  się on rozwijać w tempie blisko 14 proc. w skali roku.

Stworzono implanty mogące leczyć urazy i schorzenia kręgosłupa. Do sprzedaży trafią w ciągu kilku lat

Stworzono implanty mogące leczyć urazy i schorzenia kręgosłupa. Do sprzedaży trafią w ciągu kilku lat 3

Nowe implanty kręgosłupowe, dopasowane do indywidualnych potrzeb każdego pacjenta, mogą stanowić rewolucję w leczeniu schorzeń kręgosłupa. Naukowcy opracowali już bioinżynieryjne krążki międzykręgowe wykonane z własnych komórek macierzystych. Zastrzyki komórkami macierzystymi w zniszczone dyski niwelują natomiast stan zapalny. Nowoczesne implanty, giętkie i dopasowujące się do ruchu kręgosłupa, to szansa na życie bez bólu dla milionów osób. Szacuje się, że ponad 80 proc. Polaków skarży się na ból pleców.

– W przypadku leczenia operacyjnego schorzeń kręgosłupa podstawową metodą jest stabilizacja kręgosłupa. To metoda sztywna, czyli unieruchamiamy kręgosłup w odcinku, który jest chorobowo zmieniony. Natomiast tendencja jest taka, żeby ta stabilizacja nie była sztywna, ponieważ kręgosłup rusza się. Bardziej naturalne są metody, które zapewniają ruchomość tego kręgosłupa, bo to pozwala pacjentom odczuwać mniejszy ból, mniejszą sztywność, a po zabiegach operacyjnych mogą szybciej wrócić do zdrowia – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Piotr Szydlik, prezes firmy Evispine.

Naukowcy od lat pracują nad skutecznym rozwiązaniem bólu pleców. Multidyscyplinarny zespół badawczy z University of Pennsylvania’s Perelman School of Medicine, School of Engineering and Applied Science oraz School of Veterinary Medicine opracował bioinżynieryjne krążki międzykręgowe wykonane z komórek macierzystych. Komórki macierzyste mają potencjał do transformacji w dowolne wyspecjalizowane komórki, tym samym tak wykonany materiał integruje się z tkankami. Jeszcze innym rozwiązaniem są zastrzyki z komórek macierzystych, które likwidują stan zapalny i pomagają odbudować zniszczone tkanki. Polscy lekarze pracują z kolei nad wszczepieniem ruchomych implantów, dostosowujących się do kręgosłupa.

– Nasz projekt dotyczący stabilizacji kręgosłupa, czyli nowych implantów kręgosłupowych, ma na celu stworzenie implantów, które moglibyśmy dostosować do konkretnego pacjenta, do jego schorzeń, do nasilenia bólu. My możemy tę stabilizację dostosować konkretnie do tego pacjenta – podkreśla Piotr Szydlik.

Nowe implanty to rozwiązanie skrojone na miarę każdego pacjenta. Dedykowane implanty dokładnie zastępują zniszczone kręgi i odbudowują kręgosłup. To przede wszystkim rozwiązanie dla pacjentów, którzy ze względu na olbrzymi ból spowodowany deformacją i uciskiem na nerwy mają trudności z poruszaniem się. Implanty kręgosłupowe pomogą też osobom starszym.

– To dotyczy przede wszystkim schorzeń kręgosłupa takiego typu jak zwyrodnienia, które szczególnie występują u starszych osób, a także w sytuacjach przeciążenia kręgosłupa, to szczególnie dotyczy osób młodych. I w takich sytuacjach u osób, które wymagają leczenia operacyjnego, możemy stosować te nowe implanty – zapowiada ekspert.

Niewykluczone, że w przyszłości sprawdzą się również w leczeniu osób z przerwanym i uszkodzonym rdzeniem kręgowym. Obecnie takie osoby skazane są najczęściej na wózek inwalidzki – w przyszłości dzięki nowoczesnym implantom mogłyby liczyć na całkowitą odbudowę rdzenia. Na razie nowoczesne implanty są jeszcze w fazie testów. Na rynek trafią najwcześniej za kilka lat.

– Za 4 lata przewidujemy opracowanie już gotowych implantów kręgosłupowych, które będziemy mogli produkować i sprzedawać na rynku krajowym i europejskim. Koszt to prawie 6 mln zł, natomiast jest to na tyle nowoczesne rozwiązanie, że jest warte inwestycji – ocenia Szydlik.

Obecnie, jak wynika z badań, na bóle kręgosłupa narzeka zdecydowana większość Polaków. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że oprócz bólu stawów to właśnie bóle pleców i kręgosłupa są najczęstszą przyczyną zwolnień lekarskich.

– Ból kręgosłupa jest to poważny problem, bo 80 proc. ludzi może doświadczyć tego bólu w ciągu swojego życia. I według raportów ból kręgosłupa jest pierwszą przyczyną niesprawności, a także nieobecności w pracy. Dlatego też ci pacjenci wymagają intensywnego leczenia, w tym m.in. leczenia operacyjnego – przekonuje Piotr Szydlik.

Rynek logistyczno-magazynowy w Polsce – 1. pół. 2019 r.

Czesi nie mogą się z nami mierzyć pod względem nowej powierzchni magazynowo-logistycznej, a nasze stabilne tempo wzrostu sprawia, że stanowimy dobrą alternatywę dla Niemiec – wskazują najnowsze analizy CBRE za I półrocze 2019 r. W tym okresie w Polsce przybyło ponad milion mkw. takiej przestrzeni, czyli ponad trzy razy więcej niż w Czechach i tylko 800 tys. mkw. mniej niż w Niemczech. Rosną magazyny, rośnie też potencjał – pod względem przyrostu nowej powierzchni w stosunku do obecnej nie mamy sobie równych w Europie.

Beata Hryniewska
Beata Hryniewska

Po pierwszym półroczu 2019 r. polski rynek magazynowy utrzymuje bardzo dobre tempo przyrostu nowej powierzchni, przy nieco wyższym poziomie pustostanów niż u naszych południowych i zachodnich sąsiadów. Dzięki temu oraz ze względu na zainteresowanie najmem wśród klientów, stanowimy łakomy kąsek dla inwestorów, zapełniając lukę na rynku sprawniej niż Czesi i Niemcy. W minionym półroczu wybiła się przede wszystkim Polska Centralna, która przebiła Górny Śląsk pod względem dostępnej podaży powierzchni magazynowej. Stało się tak dzięki oddaniu do użytku kolejnych etapów dużych projektów w województwie łódzkim – P3 Piotrków i Panattoni BTS Castorama. Najprawdopodobniej ta sytuacja nie utrzyma się jednak długo. Najwięcej buduje się znów na Górnym Śląsku – komentuje Beata Hryniewska, Szefowa Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki CBRE.

Niemcy na pierwszym miejscu, a potem długo nic

Niemcy pozostają liderem europejskiego rynku magazynowo-logistycznego. Z ilością niemal 77 mln mkw. przestrzeni żaden kraj nie może konkurować. Na drugim miejscu jest Francja, w której znajduje się 39 mln mkw. magazynów, a trzecia Wielka Brytania – tam dostępna powierzchnia to prawie 37 mln mkw.

Polska walczy o uwagę inwestorów przede wszystkim ze swoimi sąsiadami z Południa oraz Zachodu i coraz częściej tę walkę wygrywa. Dostępnej powierzchni mamy obecnie 16,7 mln, czyli niemal pięć razy mniej niż nieco większe Niemcy, ale buduje się u nas proporcjonalnie więcej – w I półroczu 2019 ilość wzrosła o 6,5%, a u zachodnich sąsiadów jedynie 2,4%. U Czechów powierzchni logistycznej jest o połowę mniej niż u nas (ok. 8 mln mkw.), a przybyło jej niecałe 4%. Dodatkowo w naszym kraju utrzymuje się nieco wyższy niż u wspomnianych sąsiadów poziom pustostanów – z braku dostępnych atrakcyjnych lokalizacji na Zachodzie i Południu inwestorzy chętniej patrzą na oferującą większy wybór Polskę.

W Polsce stabilny wzrost

Popyt odnotowany w naszym kraju w pierwszych dwóch kwartałach sięgnął niemalże 2 mln mkw., co jest nieznacznie niższym wynikiem niż w analogicznym okresie w ubiegłym roku, bez wpływu na ocenę naszego kraju. Poziom powierzchni w budowie pozostaje niezmiennie na bardzo wysokim poziomie w okolicach 2 mln mkw. Deweloperzy planują inwestycje w coraz bardziej niszowych lokalizacjach, więc nic nie wskazuje, by miało się to zmienić.

Największa umowa w pierwszej połowie roku to przedłużenie dla Jysk w Logistic City Piotrków Trybunalski (60 tys. mkw.). Natomiast największą nową umową w analizowanym okresie była powierzchnia w realizowanym obecnie obiekcie Panattoni Park Wrocław XI dla Pantos Logistics (59 tys. mkw.).

Czynsze pozostają na stabilnym poziomie, bazowe stawki utrzymują się w przedziale 2,50-3,90 EUR/mkw./m-c. Niskie czynsze w porównaniu do stawek występujących u naszych sąsiadów stanowią wielką zachętę dla najemców, który rozważają relokacje lub rozbudowę swojego biznesu.

Jak wskazują eksperci CBRE, nic nie wskazuje na to, by sytuacja na rynku magazynowym w Polsce miała się zmienić. Utrzymamy pozycję kraju atrakcyjnego zarówno dla najemców jak i inwestorów magazynowo-logistycznych, rozwijając swój potencjał.

Złoto przebija 1500 dolarów za uncję, bitcoin poszybował w górę

Na rynkach widać w tej chwili bardzo niepokojący obraz. Po pierwsze duże gospodarki, szczególnie europejskie, publikują coraz słabsze dane. Po drugie pieniądze uciekają do rynków alternatywnych (np. inwestycje w złoto). Nie bez znaczenia są też decyzje banków centralnych, obniżających koszt pieniądza, by amortyzować sytuację.

Słabe dane z Niemiec

Gospodarka naszych zachodnich sąsiadów nie pokazuje ostatnio dobrych wyników. Wcześniej w ramach danych makroekonomicznych pozytywnym zaskoczeniem był tam mniejszy spadek niż oczekiwano. Dzisiaj nawet to się nie udało. Produkcja przemysłowa spada nie jak oczekiwano o 3,1% w skali roku, ale aż 5,2%. Dane te nie pozostawiają złudzeń. Główna lokomotywa napędowa strefy euro ma poważne problemy i jest spore ryzyko, że szybko przeniesie je na sąsiednie kraje.

Nowa Zelandia tnie stopy

O tym, że na dzisiejszym posiedzeniu Królewskiego Banku Nowej Zelandii dojdzie do obniżek stóp mówiła większość analityków. Spodziewali się oni jednak obniżki o 0,25% a stopy obniżono o 0,5%. Tak silna obniżka stóp spowodowała nagłą wyprzedaż dolara australijskiego. Tuż po decyzji obserwowaliśmy ruch, który w szczytowym momencie osłabiał walutę tego kraju o przeszło 2%. Było to wynikiem dostosowywania pozycji inwestycyjnej do nowej rzeczywistości. Co ciekawe dane makroekonomiczne nie sugerują problemów Nowej Zelandii. Inflacja, bezrobocie czy wzrost gospodarczy są na solidnych poziomach.

Złoto przebija 1500 dolarów za uncję

Strach na rynkach światowych gwałtownie winduje ceny złota. W rezultacie od początku miesiąca podrożało ono o niemal 100 dolarów za uncję. Złoto kupowane jest nie tylko przez inwestorów, ale również banki centralne. Chiny właśnie ósmy miesiąc z rzędu potwierdziły zakup kolejnej transzy tego kruszcu. Warto przypomnieć, że od kilku lat Pekin raportuje zakupy na bieżąco, a nie skokowo. Raz na kilka lat podaje łączny zakup, zaskakując rynki. Dobrze radzą sobie również inne inwestycje alternatywne, nawet kryptowaluty. Od początku miesiąca bitcoin poszybował w górę o 15%.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Podatkowe zachęty dla innowatorów – ulga B+R i IP Box

W rozliczeniach podatkowych za 2019 r. przedsiębiorcy po raz pierwszy będą mogli skorzystać z obniżonej stawki podatku dochodowego w wysokości 5% od kwalifikowanych dochodów z kwalifikowanych praw własności intelektualnej.

– IP BOX to nowe rozwiązanie, które sprawia, że Polska dołącza do grona państw podatkowo przyjaznych innowatorom – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Leonarski, starszy prawnik, doradca podatkowy w Zięba&Partners. – W 2016 r. wprowadzono ulgę na B+R, a IP BOX, to druga strona tego rozwiązania.

Przedsiębiorca, który ponosił koszty związane z działalnością badawczo-rozwojową, może te koszty korzystanie rozliczać podatkowo, dzięki uldze na B+R. Kiedy te koszty zaczynają przynosić efekt w postaci przychodów, przedsiębiorca będzie mógł skorzystać z nowego rozwiązania, czyli IP BOX.

Obniżona stawka podatku dochodowego dotyczy zarówno PIT, jak i CIT.

Informatyków powinno ucieszyć, że IP BOX obejmuje prawa autorskie do programu komputerowego.

– Stosowanie nowych zasad może rodzić trudności dla podatników, jednak nagrodą za te niedogodności może być istotna oszczędność podatkowa – ocenia mec. P.Leonarski z kancelarii Zięba&Partners.

Podatkowa grupa kapitałowa – jeden podatnik, duże korzyści i duże ryzyko

Podatkowe grupy kapitałowe, choć niezbyt popularne w polskiej rzeczywistości gospodarczej, postrzegane są jako skuteczny sposób legalnego zmniejszenia zobowiązań podatkowych oraz ograniczenia obowiązków natury formalnej dla podmiotów wchodzących w skład takich grup. Funkcjonowanie w ramach grup wiąże się jednak z dużym ryzykiem, które sprawia, że rozwiązanie to nie zawsze bywa korzystne.

PGK to rozwiązanie dla nielicznych

Zgodnie z art. 1a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych podatkową grupę kapitałową mogą tworzyć co najmniej dwie spółki prawa handlowego mające osobowość prawną, czyli spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjne. Podmioty takie muszą mieć siedzibę na terytorium Polski oraz określony kapitał zakładowy – przeciętna jego wartość przypadająca na każdą ze spółek musi wynosić co najmniej 500 tys. zł. Dodatkowo spółki te muszą być powiązane kapitałowo – jedna z nich musi być spółką dominującą, posiadającą bezpośredni udział kapitałowy w kapitale zakładowym pozostałych spółek w wysokości co najmniej 75%. Spółki zależne nie mogą natomiast posiadać udziałów w kapitale zakładowym żadnego z pozostałych podmiotów wchodzących w skład grupy. Ustawa dla utworzenia grupy wymaga także niezalegania z podatkami przez spółki wchodzące w skład grupy oraz niekorzystania przez nie ze zwolnienia od podatku dochodowego w związku z uzyskanym zezwoleniem strefowym lub decyzją o wspieraniu nowych inwestycji.

Spełnianie tych kryteriów pozwala na utworzenie podatkowej grupy kapitałowej na określony czas – co najmniej 3 lata. Przed zawarciem stosownej umowy trzeba jednak dokładnie przeanalizować potencjalne korzyści i ryzyko związane z prowadzeniem działalności w tej formie.

Jeden podatnik, wiele korzyści

Zawiązanie podatkowej grupy kapitałowej sprawia, że wszystkie spółki wchodzące w jej skład stają się jednym podatnikiem podatku dochodowego od osób prawnych. To oznacza, że w czasie funkcjonowania grupy podmioty nie rozliczają się odrębnie w tym podatku, ale ich przychody i koszty są sumowane, a podatek jest określany dla całej grupy. To może przynieść znaczne korzyści, zwłaszcza gdy niektóre podmioty w ramach grupy generują stratę, a inne zysk.

Funkcjonowanie jako jeden podatnik sprawia także, że do rozliczeń między spółkami wewnątrz grupy nie znajdują zastosowania przepisy o cenach transferowych. Tym samym nie tylko nie powstaje obowiązek sporządzania dokumentacji dla dokonywanych transakcji, ale także nie ma ryzyka zakwestionowania przez organy podatkowe rynkowego charakteru tych transakcji. Działanie w ramach grupy w praktyce znosi także limity zaliczania do kosztów podatkowych odsetek od pożyczek udzielonych przez podmioty powiązane. Udzielanie finansowania przez podmioty działające w ramach grupy kapitałowej może być więc znacznie korzystniejsze niż poza nią.

Status PGK można utracić

Warunki pozwalające na utworzenie grupy, w tym wysokość kapitału zakładowego oraz zasady dotyczące powiązań, muszą być spełnione w czasie całego okresu trwania grupy. Dodatkowo ustawa wprowadza wymóg współpracy z podmiotami powiązanymi spoza grupy na rynkowych zasadach oraz wykazywania dochodowości na określonym poziomie – zgodnie z nim w każdym roku funkcjonowania grupy udział jej dochodów w przychodach musi wynosić co najmniej 2%. Ten wymóg może być najtrudniejszy do spełnienia, bo jest on uzależniony nie tylko od podmiotów wchodzących w skład grupy, ale także ogólnej sytuacji gospodarczej.

Tym samym spełnienie tych kryteriów nie zawsze jest proste. Za to konsekwencje ich niespełnienia mogą być bardzo dotkliwe.

Działanie w grupie może być ryzykowne

Podatkowa grupa kapitałowa to nie tylko korzyści, ale także duże ryzyko. W razie utraty statusu podatkowej grupy kapitałowej przed upływem czasu, na jaki została zawarta, spółki wchodzące w skład grupy muszą rozliczyć się z fiskusem osobno – także wstecznie.

Podatkowa grupa kapitałowa przestaje istnieć z chwilą naruszenia warunków jej działania, jednak skutki utraty tego statusu obejmują cały okres jej funkcjonowania. Oznacza to utratę wszystkich korzyści związanych z funkcjonowaniem w ramach grupy za cały okres jej istnienia.

W takim przypadku każda ze spółek ma trzy miesiące na rozliczenie podatku, tak jak gdyby podatkowa grupa kapitałowa nie istniała. Konieczność samodzielnego rozliczenia podatku (oraz zaliczek na podatek) wstecz oznacza, że każda z tych spółek powinna określić podatek dochodowy we właściwej wysokości, bazując na własnych wynikach finansowych. Podatki i zaliczki na podatek wpłacone za okresy, których takie rozliczenia dotyczą, zostają zaliczone proporcjonalnie do dochodów poszczególnych spółek. Zostają one przy tym zaliczone do właściwych okresów. Nie oznacza to jednak, że takie rozliczenia pozwolą na uniknięcie dopłat. Problemem może być przede wszystkim sytuacja, gdy wspólne rozliczenia obejmowały spółki, które samodzielnie osiągały zysk oraz wykazywały stratę. W takiej sytuacja strata i zysk tych spółek wzajemnie się kompensowały, a tym samym podatek dochodowy całej grupy był niższy niż gdyby dokonywane były odrębne rozliczenia. To sprawia, że spółki osiągające zysk po ustaniu grupy będą miały zaległości podatkowe i konieczne stanie się ich uregulowanie wraz z odsetkami. Dodatkowo problematyczne mogą okazać się zarówno nierynkowe zasady rozliczeń dokonywane przez podmioty wchodzące w skład grupy, jak i określenie kosztów ich wzajemnego finansowania.

Przed utworzeniem grupy konieczna jest dokładna analiza

Możliwe konsekwencje funkcjonowania w podatkowej grupie kapitałowej w razie utraty jej statusu mogą być bardzo bolesne. Nie oznacza to jednak, że takie rozwiązanie nie jest godne przemyślenia. Wspólne rozliczenia mogą przynieść liczne korzyści dla każdej ze spółek wchodzących w skład grupy – przede wszystkim ułatwienie wzajemnych rozliczeń oraz finalnie zapłatę niższego podatku dochodowego. Pewną wartością może być także zerwanie z fikcją polegającą na tym, że każdy z podmiotów powiązanych działa niezależnie, podczas gdy wszystkie z nich faktycznie realizują wspólne cele. To sprawia, że podatkowa grupa kapitałowa pozostaje opcją zawsze wartą do rozważenia. Jednak bez dokładnego przeanalizowania tego, czy projekt ma szansę się powieść, zakładanie takiej grupy może okazać się bardzo ryzykowne.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Zarządzanie inwestycjami pod koniec cyklu gospodarczego

Podczas gdy cykl gospodarczy w Stanach Zjednoczonych stopniowo dojrzewa, wielu zaczyna zadawać sobie pytanie o to, kiedy i w jaki sposób cykl się zakończy. Stephen Dover kierujący naszym zespołem ds. akcji uważa, że inwestorzy niewątpliwie powinni być odpowiednio przygotowani, ale jednocześnie nie dostrzega ryzyka recesji w najbliższej przyszłości.

Stephen H. Dover, Szef zespołu ds. akcji, CFA - Franklin Templeton Investments
Stephen H. Dover, Szef zespołu ds. akcji, CFA – Franklin Templeton Investments

Choć nie sądzimy, by długość ekspansji gospodarczej sama w sobie powinna niepokoić inwestorów, jedno z pytań, które w ostatnim czasie słyszymy najczęściej, brzmi: „Kiedy nastąpi kolejna recesja?”.

Nie próbujemy przewidzieć recesji ani momentu, w którym się rozpocznie, jednak nie mamy wątpliwości co do tego, że zbliżamy się do końca bardzo długiego cyklu gospodarczego. Fluktuacje cyklu gospodarczego przynoszą na zmianę okresy ekspansji i spowolnienia, a każdy z nich ma własną odmienną charakterystykę. Szczytowy punkt cyklu to czas maksymalnej wydajności gospodarki, której zwykle towarzyszą pewne dysproporcje wymagające korekty. Kolejny etap to spowolnienie, po którym następują rynkowe spadki lub recesja.

W przeszłości, gdy gospodarka Stanów Zjednoczonych była oparta na produkcji, recesja rozpoczynała się, gdy poziomy zapasów stawały się zbyt wysokie. Przez 20 ostatnich lat w miarę przesuwania się środka ciężkości amerykańskiej gospodarki w kierunku usług ta zależność przestała być aktualna. Nie sądzę zatem, byśmy mogli uznać recesję za nieuchronną tylko dlatego, że trwająca obecnie ekspansja jest dłuższa od podobnych okresów w przeszłości.

Faza ekspansji w bieżącym cyklu gospodarczym w Stanach Zjednoczonych rzeczywiście jest znacznie dłuższa niż miało to zwykle miejsce w przeszłości — od ostatniego poziomu odbicia zanotowanego w 2009 r. minęło już ponad 10 lat. Rekord w długości ekspansji ekonomicznej należy jednak do Australii, gdzie ten etap trwa już ponad 20 lat.

Obecnie nie wygląda na to, by recesja miała rozpocząć się w ciągu najbliższego roku czy dwóch lat, zatem spodziewamy się dalszej ekspansji w Stanach Zjednoczonych. Niemniej jednak inwestorzy z pewnością powinni, według nas, być przygotowani na zmianę fazy cyklu.Zarządzanie inwestycjami pod koniec cyklu gospodarczego

Pozycjonowanie portfela akcji pod kątem końcowych etapów cyklu gospodarczego

Rynki wschodzące zwykle z wyprzedzeniem sygnalizują początek recesji. W obawie przed spadkową fazą cyklu gospodarczego uczestnicy rynków zaczynają korygować swoje oczekiwania, co znajduje odbicie w niższych kursach akcji. Według naszych analiz od pierwszych spadków kursów akcji do początku recesji mija średnio osiem miesięcy.

Mogą jednak pojawiać się także fałszywe sygnały. Oczywiście spadki na rynkach akcji nie zawsze prowadzą do recesji; co istotne, recesja w 1980 r. nie była z kolei poprzedzona żadną znaczącą dekoniunkturą na rynku akcji.czym jest recesjarecesja

Wyróżniające się sektory

Nasze podejście do zarządzania inwestycjami pod koniec cyklu gospodarczego pod wieloma względami jest podobne do naszego standardowego podejścia inwestycyjnego. Niezmiennie koncentrujemy się na budowaniu portfeli, które będą mogły skorzystać na wieloletnim sekularnym wzroście lub innowacjach.

Przyjmujemy długoterminową perspektywę i na podstawie prowadzonych przez nas indywidualnych analiz typujemy spółki, które mają dominujące na rynku marki lub franczyzy, wysokiej jakości zarządy, solidne zwroty finansowe i historię zrównoważonych wyników.

W obecnych warunkach zarządzający naszymi portfelami inwestycyjnymi generalnie unikają mocno zadłużonych spółek, koncentrując się na spółkach, które generują solidne przepływy pieniężne.

Należy także zauważyć, że różne sektory zwykle reagują na recesję w różny sposób. Sektory dóbr konsumpcyjnych pierwszej potrzeby, ochrony zdrowia, energetyki, materiałów i usług komunalnych często w przeszłości radziły sobie lepiej niż szeroki rynek w okresach spadków, ponieważ zapotrzebowanie na ich ofertę jest względnie mało elastyczne. Przykładowo, w okresie recesji konsumenci mogą ograniczać wydatki w takich obszarach, jak rozrywka czy podróże, ale raczej nie oszczędzają na paście do zębów czy prądzie elektrycznym.recesja akcje

Globalna dywersyfikacja

Według większości przeprowadzonych analiz Stany Zjednoczone znajdują się obecnie na późniejszym etapie cyklu gospodarczego niż inne kraje, zatem uważnie obserwujemy możliwości w innych częściach świata pod kątem ewentualnej dywersyfikacji naszych portfeli.

Europejskie rynki zwykle radzą sobie dobrze pod koniec cyklu w związku z dużą ekspozycją na wrażliwe na zmiany inflacji i stóp procentowych sektory, takie jak surowce czy finanse, które osiągają lepsze wyniki w warunkach rosnących cen i stóp procentowych.

Zyski przedsiębiorstw europejskich są znacznie niższe w porównaniu z zyskami spółek ze Stanów Zjednoczonych, ale jednocześnie wyceny akcji spółek z Europy są zaniżone na tle danych historycznych, co oferuje potencjał do wzrostu zysków i wskaźników wyceny wraz z normalizacją polityki.

Akcje selekcjonowane według kryterium wartości często zyskują na atrakcyjności w okresie recesji

Zmienność na rynkach światowych oscyluje obecnie w okolicach normalnych poziomów, co postrzegamy jako źródło możliwości. Inwestorzy koncentrujący się na wartości poszukują niedoszacowanych akcji, a takich dysproporcji nie ma zbyt wiele w warunkach niskiej zmienności. Gdy jednak inwestorzy wycofują z rynku swoje pieniądze, zwykle robią to w sposób dość bezkrytyczny. Bezkrytyczne wyprzedaże często prowadzą do wypaczonej wyceny akcji w stosunku do ich fundamentów. Inwestorzy koncentrujący się na wartości poszukują okazji do wykorzystania takich cenowych dysproporcji, gdy zmienność rośnie.

Dlatego uważamy, że zarówno styl inwestycyjny oparty na wzroście, jak i styl oparty na wartości może być odpowiednio pozycjonowany pod kątem zakładanych przez nas ostrożnie optymistycznych scenariuszy. Nasze prognozy dla wzrostu zysków spółek są optymistyczne, podobnie jak prognozy dla światowego wzrostu gospodarczego w 2019 r.

Należy ponownie skupić się na selekcji akcji

Uważam, że w ciągu ostatnich kilku lat wielu inwestorów działających na rynkach akcji nieco przesadnie koncentrowało się na niewłaściwych sprawach.

Inwestorzy kupujący akcje zwykle oceniają interesujące ich spółki na podstawie zysków. Ostatnich dziesięć lat poluzowanej polityki pieniężnej banków centralnych sprawiło jednak, że wielu inwestorów zaczęło skupiać się w większym stopniu na czynnikach makroekonomicznych niż na szczegółowej analizie indywidualnej. Uważamy, że inwestorzy powinni ponownie zacząć przyglądać się różnicom pomiędzy akcjami poszczególnych spółek i nie koncentrować się nadmiernie na działaniach banków centralnych, w tym, w szczególności, Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych.

Wprawdzie nie dostrzegamy ryzyka recesji w najbliższej przyszłości, jednak nie oznacza to, że liczymy na niekończące się wzrosty kursów akcji. Zmienność i sporadyczne spadki lub korekty to nieodzowne elementy solidnej hossy. Ostatecznie i tak koncentrujemy się na spółkach, które generują strumienie zysków odpowiednio wysokiej jakości.

Negatywne skutki wojny handlowej

Departament Skarbu USA oficjalnie oskarżył Pekin o manipulowanie kursem juana po tym, jak po raz pierwszy od kryzysu finansowego w 2008 r. cena tej waluty spadła poniżej 7 juanów za dolara. Wojny handlowe znów eskalują.

Po spokojnym lipcu początek sierpnia przyniósł zawieruchę na rynkach finansowych spowodowaną odnowieniem wojen handlowych. Prezydent D.Trump zapowiedział wprowadzenie kolejnych ceł na produkty importowane z Chin. Natomiast Chińczycy nie mogą już odpowiedzieć w podobny sposób, dlatego władze tego kraju dały do zrozumienia, że może dojść do osłabienia kursu juana.

– Rynki finansowe zareagowały bardzo nerwowo, bo chodzi o całą mapę konkurencyjności globalnego handlu, która może się bardzo zmienić, gdyby Chiny zdecydowały się na osłabienie swej waluty – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Chiny jednak sugerują, że w ich interesie nie jest skokowa deprecjacja juana, być może będą chciały mieć słabszą walutę, ale dążąc do tego w kontrolowany sposób.

W najbliższych miesiącach może już nie dojść do pragmatycznych rozmów USA-Chiny, a to oznacza podkopywanie fundamentów w biznesie, prowadzi także do coraz bardziej prawdopodobnego dalszego osłabiania się globalnej gospodarki, co stanie się boleśnie odczuwalne dla coraz większej ilości krajów.

Wzrosła liczba biernych zawodowo

O kondycji rynku pracy nie świadczy sam wskaźnik bezrobocia. Dużo większą rolę odgrywają: współczynnik zatrudnienia i skala bierności zawodowej. Wyniki te nie są zadowalające, bo liczba niepracujących w wieku produkcyjnym znowu wzrosła – podaje GUS. Zdaniem Michała Młynarczyka program rządowy likwidacji podatku PIT dla osób do 26-go roku życia, jest dobrą odpowiedzią na problem aktywizacji zawodowej.

Choć w Polsce stopa bezrobocia plasuje się na rekordowo niskim poziomie – z mniejszymi wahaniami – i mogłoby się wydawać, że cieszymy się bardzo dobrą koniunkturą gospodarczą, nic bardziej mylnego. Faktyczne słabości ukryte są w bardzo wysokim wskaźniku bierności i coraz niższej aktywności zawodowej. W efekcie borykamy się z ogromnym deficytem kadrowym, a prognozy demograficzne również nie wróżą dobrze na przyszłość.

Michał Młynarczyk
Michał Młynarczyk, prezes devire

– Największe niedobory odnotowuje branża budowlana, produkcyjna, handel detaliczny oraz stale rozwijający się rynek IT. Jednocześnie, niemal połowa Polaków nie pracuje – zgodnie z najnowszymi danymi GUS w pierwszym kwartale 2019 r. było ich 13 mln 365 tys. na ponad 16 mln pracujących. W tym 5 mln to osoby w wieku produkcyjnym. To znaczy, że na 1000 osób pracujących przypada aż 862 niepracujących lub biernych zawodowo – podkreśla Michał Młynarczyk, dyrektor zarządzający firmy rekrutacyjnej i outsourcingowej Devire.

Dlaczego nie pracują?

Wśród ogółu biernych zawodowo zdecydowaną większość stanowią emeryci (54,6%) oraz osoby, które nadal się uczą i/lub uzupełniają kwalifikacje (16,4%). Wciąż jednak pozostaje liczna grupa osób w wieku produkcyjnym, które nie kwapią się do podjęcia pracy. Najczęściej dzieje się tak dlatego, że obciążają ich obowiązki rodzinne (31,9%) są dotknięci chorobą lub niepełnosprawnością (25%) albo po prostu są zniechęceni bezskutecznością poszukiwań pracy – jest to blisko 250 tys. osób biernych zawodowo. Ostatnią grupę stanowią poszukujący pracy, ale niegotowi do jej podjęcia .

– Co 3 osoba w wieku produkcyjnym nie podejmuje się pracy ze względu na obowiązki rodzinne. Większość z nich to kobiety. Przyczynę upatruję w programie 500+, który choć okazał się olbrzymim sukcesem, jako program socjalny, to niestety ma też skutek uboczny. Jest nim masowa dezaktywizacja zawodowa kobiet. Szczególnie w świetle planowanego rozszerzenia programu na pierwsze dziecko, matki w rodzinach wielodzietnych dostały silny bodziec do niepodejmowania działalności zawodowej i to one będą w przyszłości najszybciej rosnącą grupą nieaktywnych – dodaje Michał Młynarczyk.polacy bierni zawodowo

Tylko co trzeci, młody Polak jest aktywny na rynku pracy

 

Coraz większym problemem staje się także aktywność zawodowa Polaków. Wyniki z najnowszego badania BAEL (IQ2019) są alarmujące – liczba aktywnych uczestników rynku pracy zmniejszyła się zarówno w odniesieniu do IV kwartału 2018 r., jak i analogicznego okresu poprzedniego roku. Jednocześnie wzrosła grupa biernych zawodowo. W tym duży udział mają osoby młode, ponieważ tylko co trzeci młody Polak jest aktywny (34,2 proc. osób 15-24 lat), czyli pracował lub – mimo bezrobocia – aktywnie poszukiwał zatrudnienia i był gotowy do jego podjęcia[i].

Ciekawe dane na temat młodych przedstawił Eurostat, określając ich mianem NEET-ów (z ang. not in employment, education or training). Mają 20-34 lat, nie pracują i nie kształcą się. W całej UE jest aż 16,5 proc. NEET-ów, czyli około 15 milionów osób w wieku produkcyjnym. Polska plasuje się nieco poniżej średniej unijnej – 16,4 proc.[ii]. W prawdzie od 2013 roku odsetek NEET-ów w Polsce systematycznie spada, ale nadal jest to ogromny, niewykorzystany potencjał.neet w polsce

Zdaniem Michała Młynarczyka program rządowy ulga dla młodych, który ruszył od 1 sierpnia 2019 roku, polegający na likwidacji podatku PIT dla pracowników do 26-go roku życia, jest dobrą odpowiedzią na problem aktywizacji zawodowej. Obecnie klin podatkowy (różnica pomiędzy kosztem pracodawcy, a tym co faktycznie dostajemy na konto – około 35%) dotykał najbardziej właśnie ludzi młodych, wchodzących na rynek pracy oraz najgorzej zarabiających. W efekcie trafiali do szarej strefy lub zniechęceni rezygnowali z podjęcia działalności zawodowej. Należy zauważyć, że klin podatkowy w Polsce jest i tak stosunkowo niski na tle bardziej rozwiniętych gospodarek europejskich. Np. w Belgii wynosi on około 54%, a w Niemczech 48%. Jednak faktem jest, że od ponad dekady wskaźnik ten rósł, demotywując coraz większą część społeczeństwa do podjęcia aktywności zawodowej[i].

 

Szara strefa pochłania potencjalnych pracowników

 

Warto też zauważyć, że dodatkowym problemem pozostaje istniejąca w Polsce szara strefa w zatrudnieniu – szczególnie popularna w branży budowlanej, pomocy domowej i opiece nad dziećmi, czy też pracy w gospodarstwie. Popularyzacja portali internetowych takich jak OLX czy Allegro spowodowała pojawienie się grupy osób nieaktywnych zawodowo, które „dorabiają” poprzez mikro handel lub krótkoterminowy wynajem mieszkań. Co ciekawe, szara strefa zmniejszyła się znacznie w stosunku do ubiegłych lat. Jak podaje Instytut Analiz i Prognoz Gospodarczych (IAPG) w swoim najnowszym raporcie „Szara strefa 2019″ – udział szarej strefy w polskiej gospodarce wyniesie w tym roku 17,2 proc. (w 2015 r. było to 19,2 proc.). Nadal jednak szacuje się, że pracuje w niej ponad 800 tysięcy Polaków i wciąż rosnąca liczba obcokrajowów, przekraczająca już pół miliona osób[ii].

 

Co zrobić z milionami obywateli, którzy przebywają w domach?

 

Na rynku pracy można zaobserwować coraz większą tendencję do faworyzowania zawodów wymagających wysokich kwalifikacji. Dlatego tak ważne jest inwestowanie w kształcenie osób, które przez długi czas były poza rynkiem pracy lub których umiejętności mogą być nieaktualne.

 

Polityka zatrudnienia koncentruje się głównie na osobach bezrobotnych i do nich kierowanych jest większość działań. Biorąc pod uwagę fakt, że pracodawcy wciąż narzekają na brak rąk do pracy, warto zwrócić uwagę na dostępną, ale bierną pulę pracowników. Szczególnie w kontekście kobiet, które po urlopach macierzyńskich decydują się zostać w domu, przez co od lat przeważają w grupie nieaktywnych. Dzieje się tak, ponieważ młodzi rodzice nadal nie mają możliwości łatwego pogodzenia opieki z pracą – dodaje Michał Młynarczyk.

Perspektywa na przyszłość wygląda jeszcze gorzej, gdy spojrzymy na dane demograficzne. Według Eurostatu wskaźnik obciążenia demograficznego w Polsce zwiększa się rok do roku. Jeszcze w 2017 na jedną osobę w wieku powyżej 65 lat przypadały cztery osoby w wieku produkcyjnym (24,2 proc.[iii]), a już w 2018 roku wskaźnik ten wyniósł 25,3%, co daje tylko 3 osoby w wieku produkcyjnym na jednego emeryta[iv]. W praktyce oznacza to dalsze nasilanie się deficytu pracowników.

[i] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Kto-pracuje-w-szarej-strefie-7622284.html

[ii] Raport „Szara strefa 2019” Instytut Analiz i Prognoz Gospodarczych:

http://www.ipag.org.pl/Content/Uploaded/files/IPAG_Szara_Strefa_2019.pdf

[iii] Eurostat

https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=File:Population_age_structure_indicators,_1_January_2017_(%25).png

[iv] Eurostat

https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=File:Population_age_structure_indicators,_1_January_2018_(%25).png

[i] GUS, Informacja o rynku pracy IQ2019

[ii] Eurostat https://appsso.eurostat.ec.europa.eu/nui/submitViewTableAction.do

Zła wiadomość dla frankowiczów

Cena franka ponownie wraca w okolice 4 zł, a splot niekorzystnych okoliczności może posłać go jeszcze wyżej. Wszystkiemu winne są słaba gospodarka w Eurolandzie i obawy globalnych inwestorów. Jest jednak „światełko w tunelu”.

Posiadacze kredytów we frankach nie mają powodów do zadowolenia – frank notowany jest obecnie najwyżej od kwietnia 2017 r. i znajduje się blisko granicy 4 zł.

– Istnieje ryzyko, że poziom ten zostanie wkrótce pokonany, gdyż obecnie splata się ze sobą szereg niekorzystnych dla złotego, a korzystnych dla franka czynników – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. – Przede wszystkim, patrząc na wycenę franka do złotego, należy spojrzeć na notowania franka wobec euro. Obecnie notowania EUR/CHF znajdują się nad poziomem 1,08 stanowiącym dla tej pary wsparcie. Jego pokonanie może doprowadzić notowania na poziomy, na których frank znajdował się w pierwszym kwartale po sławnym zakończeniu interwencji przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) w 2014 r.

Trudna sytuacja gospodarcza w Unii Europejskiej oraz potrzeba luzowania polityki monetarnej w Strefie euro sprawiają, że na euro ciąży presja podażowa. Nie można wykluczyć, że euro i frank będą się zbliżały do parytetu, czyli jeden frank będzie kosztował jedno euro. – W takim scenariuszu, w związku z dodatnią korelacją euro i złotego, trzeba by się liczyć z wyceną franka na poziomie 4,25-4,30 – ocenia ekspert CMC Markets.

Nasilają się też obawy o eskalację wojny handlowej na linii Chiny – USA. Ostatnie decyzje Donalda Trumpa spowodowały panikę na rynkach. Inwestorzy szukają „bezpiecznych przystani” dla swojego kapitału, co winduje kurs franka, uznawanego za dobrą lokatę na czarną godzinę.

Ukojenie dla frankowiczów może przynieść szwajcarski bank centralny. Silny frank nie sprzyja bowiem gospodarce Helwetów, dlatego może dojść do otwartej interwencji na rynku walutowym, tak jak miało to miejsce w latach 2012-2015. – Dane na temat depozytów w szwajcarskich bankach sugerują, że już dochodzi do ograniczonej interwencji– wyjaśnia Maciej Leściorz.

Analityka zwiększa przejrzystość działań administracji publicznej

Administracja publiczna ma obowiązek udostępniania informacji dotyczących swojej działalności w postaci tzw. danych otwartych. Zwiększa to przejrzystość prowadzonych przez nią projektów, poszerza możliwości rozliczania z powierzonych zadań, a przede wszystkim stymuluje obywateli do aktywnego udziału w życiu publicznym. Zarządzanie tymi informacjami wymaga wsparcia narzędzi analitycznych, które sprawiają, że ze zgromadzonych zasobów mogą korzystać zarówno obywatele, jak i przedstawiciele innych wydziałów i resortów.

Watchdogi to fundacje i stowarzyszenia, które patrzą władzy na ręce, niezależnie od tego, jaka partia aktualnie ją sprawuje. Funkcję kontrolną mogą również pełnić sami obywatele, uważnie monitorując działania rządzących. W tym celu muszą jednak dysponować dostępem do aktualnych i kompletnych informacji – danych otwartych. Nie powinny one być objęte jakimkolwiek programem licencyjnym, gdyż może to powodować nadużycia polegające na ograniczeniu wglądu w informacje określonym osobom lub całym grupom.

Rozwój e-usług

Administracja publiczna na mocy dyrektywy 2013/37/UE Parlamentu Europejskiego oraz polskiej Ustawy z dnia 25 lutego 2016 r. o ponownym wykorzystaniu informacji sektora publicznego jest zobowiązana do dzielenia się danymi publicznymi. Otwarte publiczne dane są swojego rodzaju narzędziem kontroli obywateli wobec władzy, ale przede wszystkim pełnią rolę informacyjną. To dzięki nim przedsiębiorca wie, do którego urzędu powinien się udać, aby załatwić określoną sprawę, a podróżny jest w stanie sprawdzić jak najszybciej dostać się w dane miejsce korzystając z komunikacji miejskiej. Dane otwarte przyczyniają się do rozwoju e-usług, zasilanych danymi geograficznymi, transportowymi czy gospodarczymi. Przykładowo holenderski zarząd dróg i autostrad Rijkswaterstaat (RWS) udostępnia posiadane informacje, dzięki czemu firmy z sektora prywatnego są w stanie realizować projekty dotyczące m.in. konserwacji nawierzchni.

Jedna platforma dla otwartych danych

Idea podejścia do otwartych danych nie jest nowa i ma swoją długą historię. Istnieje dziś wiele narzędzi do obsługi procesu publikacji tego typu informacji. Nie wszystkie z nich umożliwiają gromadzenie i udostępnienie pełnego zakresu danych, co utrudnia ich wyszukiwanie. Przykładem kompleksowej platformy end-to-end pozwalającej administracji publicznej na zapewnienie przejrzystości prowadzonych działań i właściwe informowanie obywateli jest SAS for Open Data. Kompleksowy system zarządzania treścią (CMS) oparty o technologię open source umożliwia definiowanie struktury i treści całego portalu otwartych danych bez konieczności znajomości języka programowania. Rozwiązanie bazuje na danych wysokiej jakości, gdyż administracja publiczna otrzymuje dostęp m.in. do mechanizmów standaryzacji, deduplikacji czy korekty danych, dzięki którym błędne informacje nie są publikowane. Procedura wzbogacania danych analizuje wszelkie dane surowe, wykrywa ich strukturę i identyfikuje zawartość, aby automatycznie generować metadane zgodnie z międzynarodowymi standardami.

SAS for Open Data nie tylko zarządza zadaniami wymagającymi pracy manualnej, ale również automatycznie uruchamia działania i alerty, dzięki czemu cały proces odświeżania czy dodawania informacji może odbywać się bez udziału człowieka. Każda ze stron internetowego portalu otwartych danych jest efektywnie indeksowana w wyszukiwarkach internetowych (SEO. Z perspektywy obywatela, portal zapewnia bogate mechanizmy wyszukiwania, wizualizacji i automatycznego dostępu. Dodatkowe funkcjonalności precyzyjnego linkowania umożliwiają podzielenie się konkretnymi wyselekcjonowanymi informacjami z innymi użytkownikami.

Dane otwarte prawdziwie dostępne

Biorąc pod uwagę różny poziom umiejętności technologicznych użytkowników systemy obsługujące dane otwarte muszą umożliwiać łatwe ich porządkowanie, automatyczne przetwarzanie i wyszukiwanie.

Obywatel powinien móc samodzielnie korzystać z wizualnej eksploracji danych otwartych. Tylko wtedy będą one prawdziwie przydatne. W przeciwnym wypadku działy IT administracji publicznej będą musiały asystować użytkownikom i odpowiadać na ich zapytania co pochłania dużo czasu i jest niezwykle kosztowne. O wiele lepszym rozwiązaniem jest wdrożenie łatwej w obsłudze platformy, która będzie posiadała intuicyjny interface – mówi Łukasz Leszewski, Lider praktyki Data Management w SAS Polska. Ważny jest też komfort użytkownika, system musi odpowiednio szybko reagować na zapytania. Obecnie wydajne technologie przetwarzania w pamięci pozwalają na sprawne przeprowadzanie obliczeń analitycznych i wydobywanie informacji zawartych w danych, także na urządzeniach mobilnych – podsumowuje Łukasz Leszewski.

Banki centralne reagują na wzrost ryzyka

Środa charakteryzuje się pasmem niespodziewanych decyzji banków centralnych. Z czym są one związane i co oznaczają?

Pierwszy kurz po ostatniej eskalacji konfliktu handlowego na linii USA-Chiny opadł, co przełożyło się na pewne uspokojenie na globalnych rynkach akcji podczas ostatnich sesji. Owo uspokojenie nie było widoczne jednak na wszystkich rynkach. Wczoraj doświadczyliśmy pogłębienia spadku cen ropy naftowej – cena październikowych kontraktów futures na ropę Brent we wtorek znalazła się na poziomie niższym o 20% od kwietniowego szczytu, co oznacza, że surowiec wkroczył w tzw. rynek niedźwiedzia. Jest to szczególnie zła wiadomość dla krajów eksportujących ropę naftową.

W kontekście wydarzeń z ostatnich godzin warto wspomnieć o działaniach globalnych banków centralnych. Podczas dzisiejszego spotkania Bank Nowej Zelandii ściął stopy procentowe o 50 punktów bazowych, zaskakując rynek, który spodziewał się obniżki jedynie o 25 pb. Dziś inwestorów zaskoczyły również banki centralne Indii oraz Tajlandii. Pierwszy obniżył referencyjną stopę z poziomu 5,75% do 5,40% (oczekiwano cięcia stóp do poziomu 5,50%), mocniej obcinając też stopę reverse repo. Drugi z kolei niespodziewanie zdecydował się na cięcie stóp z poziomu 1,75% do 1,50%, obniżając je po raz pierwszy od 2015 roku. O ile decyzje banków centralnych tak odległych krajów mogą wydawać się nieznaczące, to jednak patrząc na nie zbiorczo można zauważyć, że ostatnia eskalacja wojny handlowej oraz związane z tym rosnące ryzyko głębszego spowolnienia globalnej gospodarki generuje znaczne obawy również wśród decydentów.

W tym kontekście kluczowym pytaniem, które zadają sobie inwestorzy jest to, jak na ostatnie rewelacje w handlu międzynarodowym zareagują najważniejsze banki centralne świata, czyli Fed i EBC. Rynki oczekują, że oba banki centralne będą prowadziły luźniejszą politykę monetarną. Rynkowa wycena wskazuje na to, że w obu przypadkach inwestorzy są praktycznie pewni, że stopy procentowe pójdą w dół już podczas następnego spotkania każdego z banków. Inwestorzy zastanawiają się jedynie, czy nie czekają nas cięcia głębsze niż standardowe (10 p.p. w przypadku EBC i 25 p.p. w przypadku Fedu).

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,31-4,32. Po wielu miesiącach rozczarowań wczoraj mocno na plus zaskoczyły dane o zamówieniach fabryk w Niemczech w czerwcu. Ich dynamika wyniosła 2,5% w porównaniu do poprzedniego miesiąca, tym samym była najwyższa od sierpnia 2018 roku. Radość z publikacji nie trwała jednak zbyt długo. Dziś rano mocno rozczarowały dane o produkcji przemysłowej w Niemczech w czerwcu, miesięczna dynamika wyniosła -1,5%. Konsensus Bloomberga wprawdzie zakładał spadek, jednak o dużo niższej skali (-0,5%). Patrząc na dane w ujęciu rocznym, produkcja przemysłowa w Niemczech w czerwcu radziła sobie najgorzej od blisko dekady. To już kolejne dane, po ostatnich odczytach PMI i danych o nastrojach, które wskazują na to, że niemiecki przemysł jest w opłakanym stanie.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,67-4,71. Brytyjska waluta radziła sobie wczoraj dość dobrze, kończąc dzień na lekkim plusie również w relacji do głównych walut. Skala wczorajszego umocnienia (czy raczej, próby odrobienia części strat) była jednak ograniczona. Trudno wyobrazić sobie większy ruch waluty na północ w momencie, kiedy nad rynkami wciąż wisi ryzyko potencjalnego Brexitu bez porozumienia.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,84-3,86. Dolar pozostawał również dość stabilny w parze z euro, kończąc dzień jedyne na lekkim plusie. Wczorajsze dane JOLT z USA okazały się nieznacznie lepsze od oczekiwań. W czerwcu liczba nowych ofert pracy okazała się nieco niższa od (zrewidowanego w górę) poziomu z poprzedniego miesiąca, jednak była wyższa niż oczekiwał konsensus Bloomberga. Poziomy, które notujemy w ostatnim czasie znajdują się w okolicy rekordowych w historii tych statystyk i wskazują na dobrą sytuację amerykańskiego rynku pracy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

18:00 – przemawia Charles Evans z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Jak zbudować markę pracodawcy?

7 sierpnia 2019 roku] Na dzisiejszym rynku pracy coraz częściej to firmy muszą konkurować ze sobą o najlepsze talenty. Silna pozycja kandydatów, w połączniu z rekordowo niskim bezrobociem, dużym zapotrzebowaniem na „ręce do pracy” oraz częstymi rotacjami dają się pracodawcom we znaki. Co więcej, prognozy gospodarcze nie wskazują na to, aby w najbliższej przyszłości sytuacja miała się zmienić. Jak zatem poprawić skuteczność prowadzonych rekrutacji i zwiększyć atrakcyjność firmy na rynku pracy? Komentuje Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page
Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page

W obecnych czasach przyciągnięcie do firmy nowej, utalentowanej osoby z potencjałem oraz zatrzymanie jej w organizacji staje się coraz trudniejsze. Badanie „Confidence Index” regularnie przeprowadzane przez firmę rekrutacyjną Michael Page pokazuje, że propozycja atrakcyjnego wynagrodzenia do zmiany miejsca zatrudnienia może skłonić coraz mniejszy odsetek respondentów. W I kwartale 2019 r. było to 43 proc. badanych, w II kwartale 2019 r. natomiast spadło do 39 proc. ankietowanych. Pracodawcy zauważyli, że metody rekrutacyjne, które stosowali do tej pory mogą już nie wystarczyć, aby zapewnić firmie konkurencyjność i stały napływ talentów. Jak zatem odpowiedzieć na potrzeby współczesnego rynku pracy i zbudować rozpoznawalną markę pracodawcy?

Pracodawca „pierwszego wyboru”

Wizerunek pracodawcy odgrywa coraz większą rolę w rekrutacji. Wynika to m.in. z tego, że coraz częściej pracownicy firmy mają duży wpływ na proces pozyskiwania talentów. Najlepiej wiedzą z jakimi osobami chcieliby pracować i jakie kompetencje są kluczowe na danym stanowisku. Dzięki temu mają większą szansę, aby stworzyć dobrze zgrany zespół, dopasowany również pod kątem osobowości.

Poszukiwanie kandydatów coraz częściej rozpoczyna się wewnątrz organizacji. Jedną z zalet takiego rozwiązania jest szybkość w dotarciu do potencjalnego kandydata oraz większa przejrzystość w komunikacji. Polecony pracownik zazwyczaj jest lepiej zaznajomiony ze specyfiką pracy w danej organizacji i na konkretnym stanowisku. Zna realny obraz firmy, co sprawia, że jego decyzja o związaniu się z nią jest bardziej świadoma – komentuje Agnieszka Marciniak, Senior Manager w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Employer Branding zaczyna się wewnątrz organizacji

Pracownicy firmy, aby mogli stać się jej wizytówką i byli skłonni chętnie polecać ją na zewnątrz, muszą przede wszystkim sami czuć się usatysfakcjonowani warunkami zatrudnienia. Wg badań Michael Page przeprowadzonych w II kwartale 2019 r., dla polskich pracowników kluczową rolę w miejscu pracy odgrywają takie aspekty jak: relacje ze współpracownikami i przełożonymi (97 proc.), dostęp do szkoleń (92 proc.), możliwość zachowania work-life balance (91 proc.). Na znaczeniu zyskuje zatem employee relations, czyli budowanie relacji między pracownikami, a pracodawcami. Wg badań „Życie w Pracy” przeprowadzonych w 2018 r. przez Michael Page czynnik ten jest istotny już niemal dla 95 proc. badanych. Co więcej, 6 na 10 respondentów przyznało również, że pozytywne relacje z przełożonym przekładają się na ich produktywność.

Organizacje, które chcą zbudować skuteczne kampanie employer brandingowe powinny najpierw poznać potrzeby pracowników i oczekiwania potencjalnych kandydatów. Regularne badanie nastrojów wewnątrz firmy pozwala lepiej dostosować ofertę rekrutacyjną oraz przewidzieć ewentualne odejścia z pracy. Dbanie o employer branding nie tylko podnosi satysfakcję osób już zatrudnionych, ale również poszerza pulę kandydatów potencjalnie zainteresowanych dołączeniem do organizacji. W dalszej perspektywie, zwiększa to również jej rozpoznawalność na rynku – mówi Agnieszka Marciniak.

„Miękkie” dopasowanie

Podstawą do zbudowania silnej marki pracodawcy jest stworzenie przyjaznego, stymulującego rozwój środowiska pracy. Za to w głównej mierze odpowiadają pracownicy firmy. W związku z tym, w procesie rekrutacyjnym coraz większą wagę przykłada się do tego, aby dopasować członków zespołu nie tylko pod kątem umiejętności technicznych, ale również osobowości. W badaniu przeprowadzonym przez LinkedIn w 2019 r. już 9 na 10 ankietowanych specjalistów przyznało, że kompetencje miękkie są istotnym czynnikiem wpływającym na skuteczność rekrutacji. Co więcej, kreatywność, umiejętność perswazji, współpraca, elastyczność i zarządzanie czasem to cechy, które wg ankietowanych są obecnie najbardziej pożądane na rynku pracy.

Ponadto w procesie rekrutacji doceniane są również osoby o wysoko rozwiniętych zdolnościach komunikacyjnych i organizacyjnych. Szczególnie poszukiwani są także kandydaci, którzy mają predyspozycje do szybkiego uczenia się i zdobywania wiedzy. Takie osoby – z dużym potencjałem – mogą wiele wnieść do rozwoju firmy i zespołu, a właśnie ten aspekt jest jednym z kluczowych czynników warunkujących sukces organizacji – podsumowuje Agnieszka Marciniak.

Już nie tylko Millenialsi grymaszą na rynku pracy. Wysoka rotacja pracowników hamuje rozwój polskich firm.

Aż 68 proc. polskich firm planuje rekrutować nowych pracowników w ciągu najbliższych sześciu miesięcy – wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska. Najbardziej poszukiwani są pracownicy fizyczni. Tak duża liczba rekrutacji to nie efekt wzrostu gospodarczego, ale przede wszystkim skutek wysokiej rotacji kadr. A ta, wbrew powszechnej opinii, nie dotyczy już tylko pracowników z pokolenia Y i Z oraz „białych kołnierzyków”.

Hossa na rynku pracy wciąż trwa. Jak pokazują dane zebrane na zlecenie Trenkwalder, tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy ponad 70 proc. firm w Polsce zwiększyło zatrudnienie średnio o 10 proc., a 30 proc. badanych przedsiębiorców zadeklarowało, że zatrudniło więcej niż 50 osób. Jednocześnie, według danych GUS, dynamika zatrudnienia netto w tym okresie spadła z 5,8 proc. do 2,8 proc.[1] Według ekspertów odpowiada za to wysoka rotacja pracowników, która jeszcze nasiliła się w ostatnim półroczu. Problem dotyczy przede wszystkim podmiotów z sektora MŚP. Sytuacja w dużych firmach jest bardziej ustabilizowana.

– „Statystyki wyraźnie pokazują, że pomimo wzrostu zatrudnienia, liczba nowoutworzonych miejsc pracy w pierwszym kwartale tego roku jest mniejsza niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Oznacza to, że w dużej mierze obsadzane są te same wakaty – jedni pracownicy odchodzą, a na ich miejsce przychodzą inni. Dla pracodawców to oczywiście sytuacja bardzo niekorzystna, bo zamiast inwestować czas i pieniądze w rozwój firmy, muszą uzupełniać braki kadrowe. Coraz bardziej widać, że brak siły roboczej staje się hamulcem rozwoju przedsiębiorstw.”mówi Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

ROŚNIE ZATRUDNIENIE, RĄK DO PRACY WCIĄŻ BRAKUJE

Jak wynika z raportu „Rynek pracy oczami pracodawców” przygotowanego przez Trenkwalder Polska, aż 69 proc. dużych, 65 proc. średnich i 68 proc. małych firm w Polsce zamierza rekrutować w najbliższym półroczu. Około 70 proc. firm, które w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyły wielkość zatrudnienia na poziomie od 6 do ponad 50 pracowników, planuje w najbliższym półroczu dodatkowe rekrutacje. Według Wojciecha Ratajczyka, jest to przejaw nie tyle optymistycznych planów dotyczących rozwoju biznesu, ile coraz większej świadomości problemów związanych z utrzymaniem poziomu zatrudnienia, który pozwalałby na efektywne funkcjonowanie przedsiębiorstwa.

– „Warto zauważyć, że coraz częściej kwestia rotacji nie dotyczy już tylko młodych pracowników, którzy dopiero wkraczają na ścieżkę kariery i poszukują najlepszego miejsca do realizowania swoich zawodowych ambicji. Rynek pracownika sprawił, że na zmianę pracy decydują się osoby z większym doświadczeniem, które dotychczas nie były skłonne do podjęcia ryzyka zmiany pracy. To trend, który będzie przybierał na sile. Dotyczy to wielu branż. Dlatego też pracodawcy powinni nie tylko dołożyć wszelkich starań, aby odpowiednio dostosować ofertę dla nowych pracowników i opracować skuteczne sposoby ich pozyskania, ale również aby zminimalizować ryzyko odejścia doświadczonych specjalistów.” – podkreśla Wojciech Ratajczyk – „ Wiąże się to z dodatkowymi nakładami czasu i środków, dlatego rynek coraz bardziej zmierza w kierunku połączenia potrzeb przedsiębiorstw w obszarze rekrutacji z wiedzą i doświadczeniem wyspecjalizowanych firm HR.” – dodaje Ratajczyk.

Aż 58% firm ankietowanych przez Trenkwalder Polska przedsiębiorców deklarowało, że w ciągu ostatniego roku więcej kandydatów odrzucało oferty pracy niż w latach poprzednich. 37% kandydatów odrzuciło oferty podając jako powód lepszą ofertę u innego pracodawcy. Dopiero na drugim miejscu (23%) było lepsze wynagrodzenie.

-„Jak pokazują wyniki naszego badania, najważniejszym czynnikiem niekoniecznie była tylko wysokość wynagrodzenia czy benefity, ale całokształt oferty pracy i jej atrakcyjność. To ważny sygnał dla pracodawców i wskazówka, żeby analizować powody odrzucenia ofert, a wnioski uwzględniać przy projektowaniu strategii personalnych i budowaniu wizerunku firmy.” – mówi Wojciech Ratajczyk

DOŚWIADCZONEGO PRACOWNIKA NIEŁATWO ZASTĄPIĆ NOWYM…

Zmiany, które zaszły w ciągu ostatnich lat na rodzimym rynku pracy pokazują niezbicie, że pracownika o wiele łatwiej jest stracić, niż zrekrutować. I wbrew pozorom problem z pozyskaniem kandydatów nie dotyczy już tylko stanowisk, które wymagają rzadkich i unikalnych kompetencji. Co prawda pracodawcy zapytani przez Trenkwalder Polska o to, na jakie stanowisko było im najtrudniej zrekrutować pracowników w ciągu ostatnich 12 miesięcy, na pierwszym miejscu wskazują programistów i specjalistów IT (23 proc. wskazań), ale tuż za nimi znajdują się „niebieskie kołnierzyki”: operatorzy maszyn (14 proc. wskazań), elektrycy i elektromechanicy (12 proc. wskazań) oraz pracownicy produkcji (9 proc.).

– „Trudności w rekrutacji nowych pracowników wynikają zazwyczaj z niedoboru specjalistów o wąskich kompetencjach i wysokich kwalifikacjach. Jednak niedobór wolnych rąk do pracy w Polsce i niedopasowanie pomiędzy potrzebami rynku pracy, a umiejętnościami kandydatów sprawiły, że również pozyskanie pracowników fizycznych sprawia firmom duże problemy.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w Trenkwalder Polska.

… TRUDNO ZASTĄPIĆ GO TEŻ MASZYNĄ!

Wynik badania zrealizowanego na zlecenie Trenkwalder Polska wyraźnie pokazuje, że pracodawcy najbardziej zmagają się z deficytem pracowników fizycznych. To właśnie „niebieskie kołnierzyki” otwierają listę kandydatów najbardziej pożądanych przez firmy (39 proc. wskazań). Dopiero kolejne miejsca zajmują inżynierowie (15 proc. wskazań), sprzedawcy (11 proc. wskazań) oraz specjaliści IT (10 proc.).

– „Tempo wzrostu automatyzacji w polskich przedsiębiorstwach jest zbyt małe, aby w wykonywaniu prostych prac fizycznych, ludzi można było szybko zastąpić maszynami. Jednocześnie niski poziom bezrobocia w Polsce nie daje złudzeń, że podaż pracowników fizycznych gotowych do podjęcia pracy mogłaby się w najbliższym czasie zwiększyć.”mówi Ewelina Glińska-Kołodziej.

DZIAŁANIA „NA WCZORAJ”

Wcześniejsze fale emigracji zarobkowej pracowników fizycznych, obecny kryzys demograficzny i wzrost osób biernych zawodowo czy wreszcie niedopasowanie szkolnictwa zawodowego do realnych potrzeb przedsiębiorców dały o sobie znać. Eksperci zgodnie stwierdzają, że w najbliższych latach na rodzimym rynku zabraknie około 3 – 4 mln pracowników, a do 2050 roku liczba ta może wzrosnąć nawet do 10 mln. Załatanie „dziur” na polskim rynku pracy to działania na lata, które wymagają systemowych rozwiązań.

Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR
Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder, Wiceprezes ds. pracy tymczasowej Polskiego Forum HR

-„Przedsiębiorcy potrzebują rozwiązań na już. Dlatego w krótkiej perspektywie trzeba natychmiast wprowadzić ułatwienia w zatrudnianiu i legalizacji pracowników z Ukrainy i z innych krajów. Kolejna rzecz, to dbałość o wizerunek pracodawcy we wszystkich jego aspektach – to co obiecuje, powinno być zgodne z tym, co pracownik zobaczy, kiedy zacznie pracę. Rozbieżność pomiędzy oczekiwaniami, a rzeczywistością, to częste powody rezygnacji z pracy. W długiej perspektywie musimy zredefiniować szkolnictwo branżowe. To działania „na wczoraj”. Nie stać nas na ich odwlekanie, bo na efekty będziemy musieli jeszcze długo poczekać.” – podsumowuje Wojciech Ratajczyk, CEO, Trenkwalder Polska oraz wiceprezes Polskiego Forum HR.

[1] Dane GUS, kwiecień 2019.

Faktoring w parze z windykacją

Już 88% przedsiębiorców ma problemy z wyegzekwowaniem należności od kontrahentów, a na płatności czekają średnio 114 dni. Zatory płatnicze tak mocno dają im się we znaki, że coraz częściej szukają kompleksowych rozwiązań. Według najnowszego badania NFG, ponad 63% przedsiębiorców byłoby skłonnych skorzystać z dodatkowych usług – obok faktoringu – wspierających płynność finansową. Na pierwszym miejscu wskazało windykację.

O zachowaniu przez firmę płynności finansowej mówimy wtedy, kiedy środki finansowe wpływające na bieżąco do przedsiębiorstwa są wystarczające na pokrycie jego wszystkich wydatków, w tym także jego zobowiązań finansowych. Utrata płynności jest więc pierwszą oznaką niewypłacalności przedsiębiorstwa, która w efekcie może prowadzić do jego upadłości.

Małe firmy najbardziej narażone

Ostatni raport Krajowego Rejestru Długów BIG SA i Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” donosi, że problemy z wyegzekwowaniem pieniędzy od kontrahentów ma już 88% firm. Najbardziej narażone na ryzyko braku zapłaty lub nieterminowej zapłaty ze strony kontrahentów są przedsiębiorstwa, które sprzedają towary i usługi z odroczonym terminem płatności. Dłużnicy, czyli odbiorcy tych usług, często odwlekają termin płatności, kredytując swoją działalność właśnie kosztem dostawców. W efekcie polskie firmy na pieniądze czekają średnio 3 miesiące i 24 dni. Analizując okres przeterminowania z perspektywy wielkości przedsiębiorstw, najdłużej na otrzymanie płatności czekają firmy małe: przeciętnie 4 miesiące i 15 dni.

Obserwujemy, że w relacjach asymetrycznych, w których firma z sektora MŚP świadczy jakąś usługę lub dostarcza towar większemu podmiotowi, duże firmy często wykorzystują dominującą pozycję względem swoich dostawców i nie respektują ustalonych terminów płatności. Przez to ci najmniejsi są najbardziej narażeni na zatory płatnicze i ryzyko bankructwa. Dlatego jako fintech faktoringowy od początku wspieramy te właśnie przedsiębiorstwa, oferując im jeden z najlepszych instrumentów służących poprawie płynności finansowej, czyli eFaktoring. Teraz także postanowiliśmy sprawdzić, czy przedsiębiorcy są świadomi zagrożeń, jakie niosą ze sobą zatory płatnicze, i czy widzą potrzebę korzystania jeszcze z innych dostępnych na rynku narzędzi wspierających płynność finansową – mówi Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu NFG.

Faktoring plus coś jeszcze

Jednym z najbardziej skutecznych narzędzi wspierających płynność finansową jest faktoring. W skrócie polega on na tym, że przedsiębiorca przekazuje firmie faktoringowej swoje faktury i wymienia je na gotówkę. Przekonuje się do niego coraz więcej firm. Według danych GUS, w 2018 roku z tej usługi skorzystało w Polsce 17 917 klientów – o 12,8% więcej niż w roku poprzednim. Ale w coraz większej liczbie firm narasta świadomość, że tylko kompleksowe, wielorakie, wzajemnie uzupełniające się działania przynoszą najlepsze efekty i dają największe poczucie bezpieczeństwa. W najnowszym badaniu „Percepcja faktoringu w MŚP” Instytut Keralla Research na zlecenie firmy faktoringowej NFG spytał polskich przedsiębiorców o to, z jakich usług wspierających płynność finansową, obok faktoringu, byliby skłonni skorzystać, by chronić i odzyskiwać swoje należności. Taką potrzebę korzystania z usług dodatkowych widzi większość respondentów.

Jak pokazuje nasze badanie, potrzeba przedsiębiorców aby zapewnić sobie kompleksową ochronę przed zatorami jest dość duża. Ponad 63% firm wybrałaby dodatkowe usługi w tym zakresie. Zdaniem przedsiębiorców, najlepszą formą ochrony i odzyskania pieniędzy jest windykacja należności. Na tę usługę zdecydowałoby się 42,1 procent badanych. Na drugim miejscu przedsiębiorcy wskazywali ubezpieczenie należności. Sprawdzanie i monitorowanie kontrahenta znalazło się na trzecim miejscu, a dopisywanie kontrahenta do rejestru dłużników to wybór co piątego przedsiębiorcy – wyjaśnia Dariusz Szkaradek.faktoring i windykacja

Windykacja, ubezpieczenie, sprawdzanie

Faktoring jest doskonałym narzędziem wspierającym płynność finansową, bo w przypadku wierzytelności niewymagalnych z odroczonym terminem płatności pozwala w szybki sposób zamienić faktury na gotówkę. Ale w przypadku starych należności, czyli wierzytelności wymagalnych, których firmy faktoringowe nie finansują, konieczna jest pomoc profesjonalistów. Dlatego 42,1% przedsiębiorców zgodnie przyznaje, że wybrałoby windykację jako dodatkową usługę.

Drugi wybór przedsiębiorców to ubezpieczenie należności. Tę usługę wskazało 39% badanych. Istotnie ma ona wiele korzyści: w przypadku braku uregulowania należności przez kontrahenta, ubezpieczyciel często przejmuje na siebie ciężar windykacji należności, a odszkodowanie z tytułu braku płatności minimalizuje w pewnym stopniu stratę przedsiębiorcy.

Na kolejnych dwóch miejscach znalazły się usługi oferowane przez biura informacji gospodarczej, czyli: sprawdzanie i monitorowanie kontrahenta (36,6%) oraz dopisywanie kontrahenta do rejestru dłużników (20,9%). Polskie BIG-i, jak na przykład Krajowy Rejestr Długów, pełnią dwie role: prewencyjną i windykacyjną. Raporty o kondycji finansowej firm pozyskane z BIG-ów pozwalają przedsiębiorcom weryfikować kontrahentów i tym samym uniknąć współpracy z niesolidnym płatnikiem. Z kolei umieszczenie w bazie danych KRD informacji o dłużniku skutecznie motywuje go do spłaty zobowiązań, dzięki czemu przedsiębiorca szybciej otrzymuje należne mu pieniądze. Niesolidny kontrahent jest bowiem widoczny dla innych uczestników rynku i napotyka na szereg utrudnień w prowadzeniu działalności gospodarczej. Obecność na liście dłużników staje się uciążliwa, dlatego robi wszystko, by jak najszybciej zniknąć z rejestru.

Charakterystyczne jest to, że większy odsetek przedsiębiorców myśli o ochronie swojej płynności finansowej, jak już ma problem z odzyskaniem pieniędzy, a nie wtedy kiedy zawiera umowę z kontrahentem. Co prawda różnica nie jest duża, bo 42% wskazuje na windykację jako na uzupełnienie faktoringu, a niecałe 37% na sprawdzenie w KRD, ale jest. To i tak olbrzymi postęp, bo jeszcze kilka lat temu sprawdzanie kontrahenta przed zawarciem z nim umowy było traktowane w małych firmach, jak nietakt – mówi Dariusz Szkaradek.

Jak pokazuje badanie NFG, wśród polskich przedsiębiorców istnieje świadomość zagrożenia zatorami płatniczymi i potrzeba dodatkowych usług wspierających płynność. Tylko od nich zależy, które instrumenty finansowe wybiorą.

Informacja o badaniu: Badanie ogólnopolskie „Percepcja faktoringu w MŚP” przeprowadzone przez Instytut Keralla Research na zlecenie firmy faktoringowej NFG, w II kwartale 2019 r., wśród mikro, małych i średnich firm, na próbie N=500. Technika: wywiady telefoniczne.

Czy ceny mieszkań są już najwyższe w historii rynku – deweloperzy odpowiadają

Czy ceny mieszkań doszły już do rekordowego poziomu ze szczytu ostatniej hossy sprzed ponad dekady? Czy możemy mówić o najwyższych cenach na rynku deweloperskim w jego historii? W jakich lokalizacjach mieszkania drożeją najszybciej? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Ceny w większości miast są wyższe niż w 2007/2008 roku, można mówić więc o rekordzie. Należy jednak pokreślić, że teraz znajdujemy się w zupełnie innych realiach rynkowych, dlatego nie można wprost porównywać obecnej sytuacji do tej sprzed ponad dekady. Wystarczy wspomnieć, iż w ostatnich latach, poza wzrostem cen mieszkań, wrosły też w kraju zarobki średnio o ponad 70 proc. i inflacja o ponad 20 proc. Tym samym, pomimo zrównania się cen mieszkań z poziomem z lat 2007/2008, zdolność nabywcza klientów jest dwukrotnie wyższa.

Ceny mieszkań najbardziej wzrosły w największych aglomeracjach w kraju, przy czym podwyżki były różne w poszczególnych miastach. Jeśli chodzi o wysokość stawek, niezmiennie wybija się Warszawa, niemniej mocno zyskał Gdańsk, który wcześniej plasował się za Krakowem i Wrocławiem, a dziś jest trzecim najdroższym miastem w kraju, po Sopocie i Warszawie.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Faktycznie w skali całego rynku ceny mieszkań dotarły nominalnie, bez uwzględnienia inflacji, do poziomu cen ze szczytu hossy sprzed dekady. Najbardziej dynamiczne zwyżki dotyczyły rynku warszawskiego, wrocławskiego i krakowskiego. Jeśli jednak otoczenie rynkowe nie zmieni się, należy spodziewać się raczej stabilizacji poziomu cen, z utrzymaniem lekkiego trendu wzrostowego.

Warto zaznaczyć, że odnotowany w ostatnich miesiącach trend wzrostowy, jeśli chodzi o ceny mieszkań, miał związek z ciążącymi na branży budowlanej rosnącymi kosztami inwestycji. Przede wszystkim podrożały materiały budowlane i wykonawstwo, ale także ceny gruntów. Mówimy tu o znacznym wzroście, rzędu kilkuset złotych na metrze kwadratowym. Jednak w przypadku naszej firmy nie miało to aż tak znacznego, jak u konkurencji, przełożenia na ceny mieszkań. To zasługa naszego unikatowego modelu biznesowego, minimalizującego udział pośredników i bazującego m.in. na własnym generalnym wykonawstwie. Dzięki temu, w znacznym stopniu kompensujemy rosnące koszty inwestycji i niezmiennie oferujemy mieszkania w atrakcyjnych cenach.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Z danych NBP wynika, iż we wszystkich miastach z wyjątkiem Wrocławia, w ostatnim kwartale 2018 roku odnotowano najwyższą dynamikę wzrostu cen od czwartego kwartału 2007 roku. Jednak warto podkreślić, że dzisiaj sytuacja na rynku mieszkaniowym jest zupełnie inna niż dekadę temu. Deweloperzy podnoszą ceny ze względu na wyższe koszty robocizny i materiałów. Jeśli sytuacja na rynku wykonawstwa ustabilizuje się, dynamika wzrostu cen mieszkań prawdopodobnie ulegnie osłabieniu. Nieprędko jednak to nastąpi. W pierwszym kwartale 2019 roku, według danych rynkowych lokale sprzedawane przez deweloperów w 6 największych miastach Polski były średnio o ponad 11 proc. droższe niż rok wcześniej. Najszybciej drożały mieszkania w Warszawie, w szczególności w dobrych lokalizacjach. Na koniec marca br. średnia cena 1 mkw. w Warszawie wynosiła ponad 10 tys. zł, a rok temu było to 8,8 tys. zł/mkw. Średnia liczona jest jednak z uwzględnieniem zarówno cen apartamentów w inwestycjach premium, jak i z cen mieszkań dla mniej zamożnego klienta. Największym zainteresowaniem cieszą się mieszkania o powierzchni do 55 mkw. i to właśnie takie lokale podrożały najbardziej.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development odpowiedzialny za sprzedaż i marketing

W przypadku miast, w których działamy, na pewno możemy mówić o rekordowo wysokich cenach mieszkań w Warszawie, Szczecinie, a nawet Poznaniu, gdzie dotychczas ceny rosły znacznie wolniej. Mieszkania wyraźnie podrożały, niezależnie od lokalizacji. Takie warszawskie dzielnice, jak Białołęka czy Ursus, które wcześniej kojarzone były z tańszymi ofertami, drożały równie szybko, jak lokalizacje bliżej centrum miasta.

Piotr Tarkowski, dyrektor ds. Sprzedaży Allcon Osiedla

Ceny mieszkań na rynku pierwotnym w większości polskich aglomeracji albo są na poziomie z ostatniej hossy, albo ten poziom przekroczyły. Ta sytuacja jest potwierdzeniem, że nieruchomości są długoterminowym instrumentem inwestycyjnym. Ceny nieruchomości co do zasady mają trend wzrostowy, pokazują to wykresy z rynków, których historia jest znacznie dłuższa niż nasza. Liderem wzrostów cenowych w ostatnim okresie jest Trójmiasto. To efekt synergii. Walory krajobrazowe, historia, turyści, ośrodek akademicki, międzynarodowy biznes kreują coraz większy popyt po stronie potrzeb mieszkaniowych oraz inwestycyjnych. To właśnie w Trójmieście bardzo szybko rozwija się rynek second home.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Średnie ceny nowych mieszkań w Warszawie i Trójmieście przekroczyły już poziom z lat 2007-2008. W Warszawie za lokale trzeba zapłacić przeciętnie 10 000 zł za mkw. wobec 9 200 zł/mkw. w 2008 roku. W Trójmieście mieszkania kosztują teraz średnio 8 900 zł/mkw. wobec 8 700zł/mkw. w 2007 roku.

O ile w poprzednim cyklu koniunktury wzrost cen był znacznie bardziej dynamiczny i nakręcany głównie zakupami spekulacyjnymi, w tym w znaczącej mierze przez inwestorów zagranicznych, o tyle w obecnym cyklu na szczególną uwagę zasługuje struktura popytu. Zakupy inwestycyjne obecnie również mają duży udział wśród dokonywanych transakcji, jednak największy procent stanowią zakupy na własne potrzeby oraz zakupy inwestycyjne drobnych inwestorów. W poprzednim okresie bardziej rozpowszechnione były zakupy pakietowe, kilkanaście lub kilkadziesiąt lokali nabywał jeden podmiot. A ewentualne wycofanie się takiego inwestora stanowi duże zagrożenie dla inwestycji, a w szerszym ujęciu także dla stabilności rynku. Niebagatelne znaczenie dla różnicy między obecnym a poprzednim cyklem koniunktury ma również struktura finansowania. Obecnie znacznie większy jest udział środków własnych. Nie ma też kredytów frankowych, które dzięki zaniżonemu oprocentowaniu powodowały, że osoby, które obecnie nie otrzymałby kredytu stać było na mieszkanie.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Na pewno ceny mieszkań w ostatnim czasie znacząco wzrosły, ale jest to zupełnie inna sytuacja niż ta sprzed ponad dekady. Aktualnie stawki idą w górę ze względu na wysokie koszty zakupu gruntów oraz wykonawstwa. Poza tym, marże deweloperów nie są wcale takie wysokie, jak mogłoby się wydawać. Najdroższe są oczywiście mieszkania w największych miastach w budynkach zlokalizowanych w ich centralnych częściach z dobrą komunikacją i bogatą infrastrukturą.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Sytuacja rynkowa jest dziś z pewnością zupełnie inna niż w 2007/2008 roku. Moim zdaniem samo porównanie wysokości cen nie jest tu najlepszym punktem odniesienia. Mieszkania nadal systematycznie drożeją, rynek rośnie jednak stopniowo i znajduje się we względnej równowadze, choć faktycznie od dłuższego czasu mamy do czynienia z przewagą popytu. Nie możemy jednak mówić o gwałtownych zmianach cen, ale raczej o stabilnych długofalowych wzrostach rynkowych.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

W topowych lokalizacjach w centralnych dzielnicach miast ceny nie tylko wyrównały, ale i przekroczyły te, które obowiązywały w czasie hossy. Zdecydowanie możemy mówić o rekordowych poziomach cen. Wraz ze wzrostem cen rosną oczekiwania nabywców. To zapotrzebowanie, na które odpowiadamy, proponując inwestycje wyróżniające się na przykład wyjątkowo estetyczną fasadą, czy starannie zaprojektowanymi układami mieszkań.

Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira

Ceny mieszkań wzrosły znacznie od momentu hossy z 2007/2008 roku, a nawet przekroczyły stawki z tamtego okresu. Trudno prognozować, czy nastąpi już stabilizacja cen mieszkań, czy to jeszcze nie koniec wzrostu. Jeśli chodzi o wpływ lokalizacji na cenę, mieszkania drożeją najszybciej w centrach miast, gdzie klienci kupują nieruchomości z myślą o zainwestowaniu środków, a także w wyjątkowych miejscach, jak na przykład w sąsiedztwie terenów zielonych, jak nasza inwestycja Srebrzyńska Park, która znajduje się tuż przy największym łódzkim parku.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

W wielu lokalizacjach ceny przekroczyły już poziom z ostatniej hossy, ale mamy też inne czasy. Stymulowanie gospodarki bardzo pomogło popytowi, zarówno stymulacja socjalna, jak i wyjątkowo atrakcyjny rynek fiskalny. Przeciętny Polak zarabia coraz więcej przy wyjątkowo niskim koszcie kredytu. Dzisiejszy wzrost również inaczej się rozwijał, był stabilniejszy i równoległy względem rynku. Nie zdążyliśmy zbudować sztucznej bańki, nie mniej jednak uważam, że wzrost cen nie będzie wyższy niż 5-10 proc.

Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord

Ceny większości produktów na rynku stale rosną ze względu na wzrost płac, inflację, czy wyższe koszty prowadzenia działalności. Najszybciej drożeją mieszkania w centrach miast i w zabudowie śródmiejskiej.

Autor: Dompress.pl

Założyłeś nową firmę i szukasz finansowania?

Aasa ceo.com.pl

Zewnętrzne finansowanie jest często jedynym sposobem na rozwój nowej firmy. Niestety, banki niechętnie pożyczają pieniądze przedsiębiorcom bez długiego stażu na rynku. Gdzie wtedy szukać finansowania? Rozwiązaniem może być pożyczka dla młodych firm.

Polacy należą bez wątpienia do jednych z najbardziej przedsiębiorczych narodów w Unii Europejskiej. U nas panuje wręcz moda na zakładanie własnego biznesu, a szczególnie w formie jednoosobowej działalności gospodarczej. Z rejestru REGON wynika, że takich firm jest już ponad 3 mln w naszym kraju, a co roku powstaje około 25 tys. nowych podmiotów gospodarczych.

Niestety, młodzi przedsiębiorcy muszą się borykać z wieloma problemami, a największym z nich jest kłopot ze znalezieniem zewnętrznego finansowania. To szczególnie trudne w początkowej fazie działalności firmy, gdy zarazem potrzeby inwestycyjne są często największe. Bez pieniędzy trudno rozwijać biznes.

Tymczasem przeważnie na początku działalności trzeba wyposażyć przedsiębiorstwo w odpowiednie narzędzia (w przypadku sektora przemysłowego mogą być bardzo kosztowne), pozyskać know-how, skorzystać z rad ekspertów, a w końcu także zatroszczyć się o utrzymanie płynności finansowej, zanim zdobędzie się odpowiednią liczbę klientów. Nie każdy może liczyć na różnego rodzaju dotacje czy środki z funduszy unijnych. Z danych Fundacji Kronenberga wynika, że jedynie co trzeci mikroprzedsiębiorca składa wniosek o wsparcie z UE, a pieniądze uzyskuje tylko jedna trzecia z nich.

Najczęściej młode firmy są skazane na finansowanie z własnych środków i tak próbuje działać 60% młodych przedsiębiorców. Co jednak z tymi, którzy nie mają własnych środków? Większość z nich próbuje zdobyć finansowanie w banku, ale nie zawsze z pozytywnym skutkiem.

Dlaczego banki nie chcą finansować nowych firm?

Bank wydaje się naturalnym źródłem zewnętrznego finansowania biznesu. W praktyce jednak nie jest wcale łatwo zaciągnąć kredyt na rozwój firmy, szczególnie nowej. W I kwartale 2019 roku, podobnie jak w poprzednich, banki ponownie zaostrzyły kryteria przyznawania kredytów dla przedsiębiorców. Dostępność finansowania w bankach jest coraz trudniejsza. W 2019 roku niemal 21% firm spotkało się z odmową kredytu ze strony banku, gdy 3 lata wcześniej było to jedynie 14% przedsiębiorców, jak wynika z raportu Instytutu Keralla.

Najczęściej banki odmawiają finansowania małym firmom, uważając je za obarczone dużym ryzykiem. W najgorszej sytuacji są branże, które zostały uznane przez sektor bankowy za najbardziej ryzykowne. Można tu wymienić przede wszystkim branżę budowlaną, usługową i produkcyjną. To właśnie przedsiębiorcy z tych sektorów mają najtrudniejszy dostęp do bankowego pieniądza.

Jeszcze gorzej jest z młodymi firmami. Banki, jeśli w ogóle mają ofertę dla przedsiębiorców, wymagają, aby firma działała najczęściej co najmniej 12 miesięcy na rynku. Gdzie zatem młody przedsiębiorca może szukać finansowania? Na szczęście sytuacja nie jest bez wyjścia.

Pożyczka dla młodych firm na rynku pozabankowym

 Z pomocą nowym firmom przychodzi sektor, który najczęściej nie kojarzy się ze wsparciem biznesu, ale z szybkimi pożyczkami. Chodzi o oczywiście o sektor pozabankowych pożyczek.

– Silna konkurencja na rynku pozabankowym wymusiła na firmach pożyczkowych poszukiwanie nowych grup klientów. Wybór padł na biznes. Obecnie coraz więcej firm pożyczkowych ma w swojej ofercie nie tylko pożyczkę biznesową, ale również taki produkt, jak pożyczka dla firm bez zaświadczeń – zauważa ekspert marki Aasa dla Biznesu.

– To szansa dla wszystkich przedsiębiorców, którzy dopiero rozpoczynają działalność na rynku. Takie pożyczki pozabankowe dla biznesu są często dostępne już od pierwszego dnia istnienia firmy, formalności są mocno ograniczone, nie trzeba przygotowywać skomplikowanych biznesplanów. W ten sposób można błyskawicznie pożyczyć kilkadziesiąt tysięcy złotych na dowolny cel związany z działalnością biznesową firmy. Pieniądze można przeznaczyć nawet na zapłacenie podatków czy składki ZUS. Należy również pamiętać, że taką pożyczkę można wliczyć w koszty uzyskania przychodu – podkreśla przedstawiciel Aasa dla Biznesu.

Gdzie jeszcze szukać finansowania?

Młoda firma może szukać finansowania także w innych źródłach niż wcześniej wspomniane. Coraz popularniejsze jest na przykład pozyskiwanie zewnętrznych inwestorów, szczególnie gdy firma działa w sektorze nowych technologii. Coraz więcej nowych firm finansują fundusze venture capital czy tzw. aniołowie biznesu. Te pierwsze nabywają udziały w przedsiębiorstwach na wczesnym etapie rozwoju, a po latach sprzedają te udziały z zyskiem. Natomiast aniołowie biznesu to prywatne osoby, które angażują swoje środki we wsparcie innowacyjnego biznesu, a do tego służą wsparciem merytorycznym.

Nawet najlepszy pomysł na biznes może zakończyć się porażką, jeśli nie uzyska odpowiedniego finansowania. Nowa firma musi zwykle przeznaczyć dużo środków na rozwój, dlatego tak ważne jest dla niej dostęp do pieniądza. Na szczęście na rynku finansowym są różne możliwości, z których może skorzystać młody przedsiębiorca.

Trendy w motoryzacji, które zrewolucjonizują naszą codzienność

Choć pierwsza połowa 2019 roku przyniosła rekordowy wzrost liczby zakupionych elektryków to nadal pojazdy w pełni elektryczne i hybrydy plug-in stanowiły niespełna 5 promili wśród całkowitej sprzedaży nowych aut osobowych w Polsce. Patrząc na suche dane nic nie wskazuje na to, że zbliżamy się do momentu przełomowego dla elektromobilności. Jednakże jak podkreślają eksperci Exact Systems, przemysł motoryzacyjny mocno postawił na rozwój technologii dla aut o napędach alternatywnych, więc elektrorewolucja jest jedynie kwestią czasu. Poniżej przedstawiamy wyselekcjonowane przez Exact Systems cztery top trendy, które pomogą przyśpieszyć ten proces.

NIŻSZE KOSZTY BATERII

Powód tak niskiego udziału elektryków w rynku nowych aut (na poziomie 0,48%) jest prozaiczny – zbyt wysoka cena w stosunku do przeciętnych zarobków. Kluczem do jej obniżenia jest wytwarzanie tańszych baterii. Inwestycje poczynione w rozwój technologii motoryzacyjnych skutkują wzrostem ich możliwości i osiągów przy jednoczesnym zmniejszeniu kosztów produkcji.

Jak podaje Bloomberg New Energy Finance (BNEF), koszt wytworzenia akumulatorów systematycznie spada. Jeszcze w 2015 roku stanowiły one 57% wartości elektroauta, a w 2025 będzie to zaledwie 20%[1]. Dzięki temu w ciągu kilku lat ceny dużych aut elektrycznych mają szansę zrównać się z cenami swoich tradycyjnych odpowiedników. A tym samym stać się dostępne dla znacznie szerszego gron odbiorców niż obecnie. Analitycy BNEF optymistycznie zakładają, że dojdzie do tego już w 2022 roku. I chociaż znaczącą rolę w tym procesie odegrają ceny surowców oraz skala popytu na nie, to upowszechnienie napędów elektrycznych staje się coraz bardziej prawdopodobne – zauważa Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems.

JEDNO AUTO NA CAŁE ŻYCIE?

Upowszechnienie się samochodów elektrycznych sprawi, że kupno auta może stać się jednym z najważniejszych wyborów w naszym życiu. Uproszczona konstrukcja elektryków, które składają się z pięciokrotnie mniejszej liczby części niż auta tradycyjne, przekłada się na znacznie niższe prawdopodobieństwo awarii podczas eksploatacji. Elon Musk twierdzi wręcz, że nadwozie i napęd Tesli 3 wytrzymają przebieg 1,6 mln kilometrów. Natomiast żywotność baterii przewidziana jest na 480-600 tys. kilometrów. Co oznacza, że typowy polski kierowca, który wg danych GUS pokonuje średnio 12,1 tys. km w ciągu roku[2], może jeździć nawet 50 lat bez konieczności wymiany ogniw bateryjnych. Zatem jak to możliwe, że firmie Muska opłaca się tworzyć niezawodne auta?

AUTO JAKO USŁUGA, A NIE PRODUKT

Sama sprzedaż długowiecznych aut elektrycznych byłaby dla producentów nieopłacalna w perspektywie kilkunastu lat. Jednakże możliwość rozszerzenia działalności fabryki motoryzacyjnej o usługi oparte na niezawodnych pojazdach, zupełnie zmienia postać rzeczy. Mogą one być używane m.in. jako: taksówki, usługi kurierskie i dostawcze, car sharing (wynajem na minuty) czy carpooling (wspólne przejazdy) – wszystkie tym bardziej dochodowe im większe mają obłożenie. Część z nich swój pełen komercyjny potencjał osiągnie dopiero za kilka lat, dzięki automatyzacji.

Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży
Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems S.A., odpowiedzialny za rozwój sprzedaży

Samochód przestaje być traktowany jedynie jako produkt, który należy posiadać, a zaczyna pełnić rolę usługi, z której korzystamy, gdy jest nam potrzebna. I chociaż tę elastyczność i brak stałych kosztów ceni coraz więcej osób to trudno sobie wyobrazić, że Polacy nagle przestaną kupować auta. Obie formy użytkowania – własnościowa i usługowa, będą ze sobą koegzystować. Ta druga będzie ewoluować wraz z rozwojem pojazdów samojezdnych. Sądzę, że pełna automatyzacja szybciej pojawi się w transporcie niż w autach osobowych, ponieważ firmy flotowe będą chciały wyróżnić się ekologicznym i nowoczesnym wizerunkiem. Z jednej strony doprowadzi to do ograniczenia popytu na zawodowych kierowców, lecz z drugiej przyczyni się do powstania zupełnie nowego ekosystemu – inteligentnych miast, nieznanych dotąd zawodów czy prawa dostosowanego do nadchodzących wyzwań – mówi Jacek Opala.

ELEKTROMOBILNOŚĆ NIE KOŃCZY SIĘ NA MOTORYZACJI

Coraz bardziej spektakularnym efektom innowacyjnego wyścigu zbrojeń w automotive uważnie przyglądają się przedstawiciele innych branż. Co za tym idzie, dostosowują oni doświadczenia zdobyte przez producentów motoryzacyjnych do swoich potrzeb. To wprowadza elektromobilność na kolejny poziom i przybliża nas do prawdziwej rewolucji – być może niedługo będziemy regularnie podróżować także elektrostatkami czy elektrosamolotami. Te drugie będą testowane już w tym roku m.in. przez magniX i Harbour Air.

[1] https://about.bnef.com/blog/bullard-electric-car-price-tag-shrinks-along-battery-cost/

[2] https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/srodowisko-energia/energia/zuzycie-energii-w-gospodarstwach-domowych-w-2015-r-,2,3.html

Mastercard przejmuje część biznesu Nets za 2,85 mld €

Mastercard zakupił części biznesu Nets, wiodącej europejskiej firmy z sektora PayTech. Zakupione przez Mastercard obszary biznesowe obejmują usługi rozliczeniowe, płatności natychmiastowe i e-fakturowanie w sektorze usług korporacyjnych. Kwota transakcji wyniosła 2,85 mld € (3,19 mld $).

Przejęcie części biznesu Nets wzmacnia możliwości Mastercard w zakresie przetwarzania płatności z konto na konto (ang. account to account, A2A). Płatności w czasie rzeczywistym, z których mogą korzystać banki, detaliści czy administracja publiczna, są dużym wyzwaniem biznesowym, na które Mastercard odpowiada, dodając do swojego portfolio nowe usługi. Firma już wcześniej przejęła takie spółki jak Vocalink, Transfast czy Transactis.

Przejęcie większości usług korporacyjnych Nets poszerza zakres technologii Mastercard Send and Transfast, które zapewniają płatności transgraniczne na konta bankowe, portfele mobilne i karty. Dzięki temu Mastercard będzie mógł kompleksowo oferować swoje usługi w zakresie przetwarzania płatności w modelu A2A w Europie kontynentalnej.

Sytuacja na rynku pracy w sektorze e-commerce

Mimo postępującej automatyzacji procesów logistycznych oraz rozwoju nowoczesnych systemów umożliwiających kompletację, sortowanie i wysyłkę towaru do odbiorcy końcowego, wiele procesów nadal wymagać będzie manualnej operacji, więc najemcy dokładają wszelkich starań, aby przyciągnąć i przede wszystkim zatrzymać w swoich lokalizacjach jak najwięcej pracowników. Eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield przewidują, że w związku z prężnym rozwojem rynku e-commerce zapotrzebowanie na pracowników w magazynach będzie nadal rosnąć. Odpowiedzialni są oni głównie za przepływy towarów w ramach procesów magazynowych, kompletowanie przesyłek, ale również bezpieczeństwo i nadzór nad całością procesu dostawy, ale przede wszystkim logistykę zwrotów. Z najnowszego raportu „Jak ugryźć e-commerce w magazynie” dowiadujemy się, jak wygląda sytuacja pracowników obsługujących rynek e-commerce na rynku magazynowym w Polsce.

E-commerce to jeden z najszybciej rozwijających się kanałów dystrybucji w Polsce. Zakupy internetowe stały się bardzo popularne wśród rodzimych konsumentów, którzy coraz chętniej wybierają odwiedziny w sklepach online oraz zakupy z wykorzystaniem aplikacji mobilnych. W związku z coraz większą presją na skracanie czasu dostawy przesyłek, firmy obsługujące ten dynamicznie rozwijający się sektor, muszą zadbać zarówno o dobór odpowiednio wyposażonych powierzchni magazynowych, jak i o wystarczające zasoby ludzkie, mające kluczowe znaczenie w procesie podnoszenia jakości świadczonych usług.

Procesy przyjęcia towaru, pakowania czy logistyka zwrotów w dużej mierze prowadzone są manualnie, a ponieważ to właśnie te czynniki pozwalają na uzyskanie przewagi konkurencyjnej na rynku, rosną wymagania względem firm transportujących oraz wykonujących usługi tzw. „fulfillment”. Personalizowanie przesyłek oraz zwracanie coraz większej wagi na estetykę wymagają pracy człowieka – zastąpienie jej nawet najszybszą maszyną jest niemożliwe.

Duże zapotrzebowanie na pracowników jest również szczególnie ważne w okresie przedświątecznym oraz w czasie najgorętszych okresów sprzedażowych, takich jak np. Black Friday czy Cyber Monday.

– Koszty pracy i dostępność wykwalifikowanych pracowników, stale ulepszana i rozwijana infrastruktura transportowa oraz magazynowa to czynniki, które w największym stopniu decydują o atrakcyjności naszego kraju jako miejsca do lokowania zakładów produkcyjnych i magazynów. Polska, pomimo istniejących problemów z dostępnością zasobów ludzkich, jest cały czas bardzo atrakcyjna w porównaniu do rynków zachodnich. Polski rynek pracy jest wciąż jednym z najbardziej atrakcyjnych w Europie, szczególnie jeśli godzinne koszty pracy w naszym kraju porównamy z Niemcami czy Danią, w których stawki te są odpowiednio trzy- i czterokrotnie wyższe. Z tego właśnie powodu, biznes e-commerce jest transferowany do Polski – powiedział Damian KołataAssociate w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Zdecydowana większość firm wynajmujących powierzchnie w parkach logistycznych i działająca w sektorze e-commerce zatrudnia powyżej 500 pracowników. Dodatkowo, według ankietowanych w najbliższych latach liczba ta będzie rosnąć. Aż 73% deweloperów oraz 100% operatorów logistycznych twierdzi, że w najbliższych latach liczba pracowników wzrośnie. Jedynie 27% deweloperów uważa, że liczba pracowników zmaleje.

W związku z dużą konkurencją w branży e-commerce pracodawcy dokładają szczególnych starań, aby zachęcić do pracy w magazynie. Wprowadzają liczne udogodnienia i zachęty. Wśród nich są m.in.: karta sportowa, prywatna opieka medyczna i fizjoterapeutyczna, ubezpieczenie, a także różnego rodzaju bony i podarunki, do których pracownik zyskuje prawo od pierwszego dnia na stanowisku. Bardzo ważna jest również odpowiednia organizacja pracy, a także regularne szkolenia. Najemcy zwracają także dużą uwagę na dostosowanie przestrzeni budynku do potrzeb pracowników, bardzo często tworząc atrakcyjne części wspólne oraz miejsca do odpoczynku. Dodatkowo, większość pracowników ma zapewniony darmowy dojazd i powrót z pracy do domu.

– Decyzja o wyborze lokalizacji dla magazynu do obsługi e-commerce ma charakter strategiczny i jest szczególnie wrażliwa na dwa czynniki: możliwość sprawnej dystrybucji, pozwalającej na maksymalne skrócenie czasu dostawy i dostępność zasobów ludzkich. Tym samym niezwykle istotne stają się idealna infrastruktura drogowa czy możliwość zapewnienia kadr, mogących sprostać wyzwaniom związanym z fluktuacją popytu i szczytami sprzedażowymi. Wybór lokalizacji jest swoistym kompromisem na rzecz tego drugiego aspektu i inwestycja zostaje zlokalizowana w rejonach o lepszej dostępności do siły roboczej jak np. Polski Zachodniej czy północno-wschodniej – powiedziała Joanna SinkiewiczPartner, Dyrektor w Dziale Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, Cushman & Wakefield.

Ponad 80% firm z sektora finansowego wykryło cyberatak w ostatnim roku

81% przedsiębiorstw z branży finansowej w ciągu ostatnich 12 miesięcy wykryło cyberatak, którego padły ofiarą, a 26% odkryło ich więcej niż 5 (w porównaniu z odpowiednio 68% i 16% w pozostałych sektorach).[1] Do niedawna za generowanie tych zagrożeń, ze względu na poziom ich skomplikowania, odpowiadały głównie podmioty powiązane z administracją państwową wrogich krajów. Jednak stosowane przez nie techniki stały się powszechnie dostępne i są już wykorzystywane także przez zorganizowane grupy cyberprzestępców. Kradzież pieniędzy jest przy tym tylko jedną z motywacji atakujących.Ataki_na_sektor_finansowy

Nie tylko pieniądze

Ataki na sektor finansowy, poza kradzieżą gotówki, mają na celu przede wszystkim przejęcie danych oraz naruszanie ich integralności i sabotaż, m.in. poprzez zakłócanie pracy systemów lub niszczenie informacji. Skradzione dane finansowe mogą zostać wykorzystane do szantażu lub innych rodzajów manipulacji i socjotechnik. Do najbardziej popularnych technik wykorzystywanych przez cyberprzestępców należą ransomware[2] i ataki typu distributed denial-of-service (DDoS)[3].

Z Korei w świat

Podobne ataki były dotąd prowadzone przez podmioty sponsorowane przez państwa reżimowe, często objęte sankcjami lub działaniami wojennymi. Celem kradzieży danych finansowych było monitorowanie działalności konkretnych osób czy dużych transakcji międzynarodowych. W ciągu ostatnich trzech lat z tego typu incydentami, zaobserwowanymi w ponad 30 krajach, powiązano Koreę Północną. Taktyki, techniki i procedury stosowane przez państwa upowszechniły się jednak także wśród „zwykłych” cyberprzestępców. Kradną oni dane uwierzytelniające banków, wysyłają fałszywe wnioski o przelewy, autoryzują nielegalne wypłaty z bankomatów.Priorytety_bezpieczeństwa

Wiedza przede wszystkim

Firmy z branży finansowej zazwyczaj dbają o aktualność swoich zabezpieczeń. Wśród priorytetów wskazują bezpieczeństwo chmury i aplikacji (24%), zapobieganie wyciekom i utracie danych (23%), ochronę przed złośliwym oprogramowaniem i ransomware (22%) czy zapobieganie lub minimalizowanie zagrożeń związanych ze szkodliwymi działaniami pracowników (21%). 90% firm z branży korzysta przy tym z usług doradczych w zakresie cyberbezpieczeństwa. Najczęściej obejmują one zwiększanie świadomości dot. zagrożeń wśród pracowników, ocenę podatności, strategie bezpieczeństwa, zarządzanie prywatnością (m.in. w kontekście RODO) oraz analizę zagrożeń, prowadzoną m.in. przez tzw. etycznych hakerów[4].

Zwiększenie budżetu na ochronę planuje 94% podmiotów z sektora finansowego. Jednak samo wydawanie pieniędzy na rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa nie rozwiąże problemu. Zdarza się, że firmy padają ofiarami ataków z powodu prostych naruszeń, mimo przeznaczania milionów na bezpieczeństwo. Podstawą skutecznej ochrony jest zrozumienie, dlaczego przestępcy atakują dany podmiot. Jest to kosztowne i czasochłonne, jednak pozwala oszacować ryzyko ataków i wdrożyć odpowiednie środki ochrony. Pomaga także w szybszym wykrywaniu zdarzeń i reagowaniu na nie – wskazuje starszy analityk F-Secure, George Michael.

[1] Badanie zrealizowane przez F-Secure w okresie październik-listopad 2018 wśród 3350 respondentów z 12 krajów.

[2] Ransomware – oprogramowanie szyfrujące dane i żądające okupu.

[3] Ang. distributed denial of service, rozproszona odmowa dostępu do usługi. Jedna z metod wykorzystywanych do blokowania serwisów internetowych, łączy lub systemów informatycznych poprzez wysyłanie do nich ogromnej ilości danych, jakiej nie są w stanie obsłużyć.

[4] Zespół przeprowadzający tzw. testy penetracyjne, czyli kontrolowane ataki, które mają na celu poprawienie poziomu zabezpieczeń w firmie lub instytucji.

Kiwi przeżywa hORRor. RBNZ się nie szczypie – cięcie stóp o 50 bps do najniższego poziomu w historii

Prezes Banku Rezerwy Nowej Zelandii Adrian Orr w jedną noc stał się ideałem dla szefa banku centralnego, gdyby zapytać prezydenta USA Donalda Trumpa. W zaskakującej decyzji RBNZ ściął główną stopę OCR o 50 pb do 1 proc., dwa razy mocniej niż zakładał rynek. Kiwi został posłany na trzyletnie minima, a reszcie rynku zostało przypomniane, dokąd zmierza globalna polityka pieniężna.

RBNZ uznał, że w obecnych warunkach perspektywy dla rynku pracy i inflacji rysują się w mniej przyjaznych barwach, w rezultacie konieczne jest większe wsparcie gospodarki. W tak ostrym zwrocie w nastawieniu nie przeszkodziły nawet opublikowane dzień wcześniej silne dane o zatrudnieniu w II kw. Dla banku ważniejsze stały się ryzyka zewnętrzne związane z handlem globalnym, który dotkliwe mogą się odbić na kondycji silnie uzależnionej od eksportu Nowej Zelandii. Choć w komunikacie nie nakreślono sztywnego forward guidance, na konferencji prezes Orr jasno zaznaczył, że w przyszłości nic nie jest wykluczone i zakładanie kolejnych obniżek jest „całkowicie rozsądne”. Nowe prognozy OCR nie pozostawiają wątpliwości i wyznaczają 0,91 proc. jako punkt dla końca 2020 r. Nic dziwnego więc, że NZD tąpnął o niemal 2 proc. w stosunku do USD i jest najniżej do trzech lat. Przy gołębim komentarzu prezesa Orra rynek nie zrezygnuje z oczekiwań na kolejne cięcie, nawet jeszcze w tym roku (pozostały posiedzenia we wrześniu i listopadzie). Teraz tylko cudowne zażegnanie konwiktu handlowego USA-Chiny mogłoby odmienić losy kiwi.

Dzisiejsza decyzja RBNZ niesie konsekwencje nie tylko dla NZD. Znajdujemy się w sytuacji, gdzie przez narastające ryzyko wojen handlowych banki centralne zostały pozbawione znormalizowania polityki monetarnej i z ograniczonym arsenałem przystępują do walki o ratowanie globalnego ożywienia. W rezultacie skromne asekuracyjne dostosowywanie polityki (a’la Fed) może być złym podejściem i lepiej zastosować terapię szokową. W przeciwnym wypadku inwestorzy mogą zawsze oceniać politykę luzowania drobnymi krokami jako rozczarowującą, przez co rynkowa przecena będzie ściągać gospodarkę w dół. W pierwszej reakcji decyzja RBNZ jest odczytywana jako zaproszenie dla RBA do dalszego luzowania, przez co AUD/USD jest najniżej do dekady. Dalej istotne będzie, jak zdecydują się zareagować Fed i EBC. Kierunek wydaje się jednak jeden, co wywiera presję na rentowności obligacji skarbowych, ale też ciągnie cenę złota w kierunku 1500 USD/oz.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

NIK: Państwo niegotowe na cudzoziemców

Administracja publiczna nie radzi sobie z obsługą lawinowo rosnącej liczby cudzoziemców przyjeżdżających do Polski. Czas legalizacji ich pobytu w ciągu czterech lat wydłużył się ponad trzykrotnie – z 64 do 206 dni. W skrajnym przypadku cudzoziemiec na wydanie decyzji czekał ponad trzy lata. Brakuje sprawnej, rzetelnej  i terminowej obsługi, co jest spowodowane m.in. problemami kadrowymi w urzędach i niewystarczającym finansowaniem ich działalności. Wciąż nie stworzono strategicznego dokumentu określającego politykę państwa w zakresie kształtowania migracji. To wszystko może spowodować, że zniecierpliwieni cudzoziemcy, którzy uzupełniają niedobory na naszym rynku pracy, wyjadą z Polski.

Od kilku lat lawinowo rośnie liczba obywateli innych państw, głównie ze Wschodu, rozpoczynających pracę w Polsce.

kierunki zarobkowe

Jednak oszacowanie liczby cudzoziemców przebywających w Polsce nie jest łatwe, gdyż instytucje opracowujące takie dane, m.in. Główny Urząd Statystyczny i Urząd do Spraw Cudzoziemców, w odmienny sposób je gromadzą i przedstawiają. Ponadto znaczna część migracji ma charakter cyrkulacyjny, a także występuje trudna do zmierzenia migracja nielegalna. Na początku 2019 r. ponad 372 tys. cudzoziemców posiadało ważne dokumenty potwierdzające prawo pobytu na terytorium RP.

W latach 2014-2018 cudzoziemcy złożyli łącznie blisko 732 tys. wniosków o legalizację ich pobytu w Polsce, w tym ponad 649 tys.  dotyczyło pobytu czasowego, a blisko 69 tys. pobytu stałego oraz blisko 14 tys. pobytu rezydenta długoterminowego UE. Rozstrzygnięcia wydano w 560 tys. przypadków – blisko 474 tys. cudzoziemców otrzymało decyzję pozytywną (84,5 proc.).

legalny pobyt

Przybywający coraz liczniej do Polski imigranci mogą być sposobem  na częściowe rozwiązanie niedoborów na rynku pracy. Bowiem niski przyrost naturalny, starzenie się społeczeństwa, a także znaczna liczba Polaków przebywających za granicą skutkują coraz większymi brakami siły roboczej. Specjaliści rynku pracy wskazują, że w 2030 r. pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem co piątego stanowiska pracy. Na 20 mln potrzebnych pracowników pracować będzie ok. 16 mln osób. Brakować będzie nie tylko pracowników wysoko wykwalifikowanych, lecz również tych o kwalifikacjach podstawowych. Już obecnie na polskim rynku brakuje według GUS 145 tys., a według statystyk Eurostatu nawet ok. 200 tys. pracowników. Z danych GUS wynika również, że w I kwartale 2019 r., pracodawcy najczęściej poszukiwali robotników przemysłowych i rzemieślników – blisko 37 tys. (26 proc.).

Do 2050 r., aby utrzymać obecny poziom zatrudnienia w polskiej gospodarce, musiałoby w niej pracować ok. 8 proc. cudzoziemców. Jednocześnie NIK zwraca uwagę, że w wyniku zmiany uwarunkowań międzynarodowych, np. otwarcia rynków pracy innych państw Europy Zachodniej dla obywateli ze Wschodu, napływ cudzoziemców do Polski może zostać wyhamowany.

Dlatego coraz większego znaczenia nabiera odpowiednia ich obsługa. Tymczasem zwiększone zainteresowanie legalizacją pobytu i pracy w Polsce, powoduje istotne wyzwania oraz problemy urzędów. Jak pokazała kontrola NIK, administracja publiczna w latach 2014-2018 nie była przygotowana pod względem proceduralnym i technicznym do sprawnej obsługi licznie napływających do Polski cudzoziemców.

W latach 2014-2018 do urzędów wojewódzkich w całej Polsce wpłynęło łącznie ponad 910 tys. wniosków o zezwolenie na pracę, z czego w 2014 r. było ich prawie 47 tys., a w 2018 r. już blisko 367 tys. W urzędach pracy zarejestrowano łącznie ponad 5,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi, przy czym ich liczba wzrosła czterokrotnie: z 387 tys. w 2014 r. do ponad 1,5 mln w 2018 r. Z uwagi na zmianę prawa, w 2018 r. do urzędów pracy wpływały także wnioski o zezwolenie na pracę sezonową – w łącznej liczbie ponad 235 tys., z których ponad 51 proc. rozpatrzono pozytywnie.rynek pracy cudzoziemców

Brak strategii i nieefektywny podział kompetencji

Brakowało dokumentów o strategicznym charakterze, kompleksowo określających politykę państwa w zakresie kształtowania migracji i koordynacji działań instytucji w tym zakresie, pomimo że Rada Ministrów określiła za niezbędne ich opracowania już w lutym 2017 r. Poprzednio obowiązujące dokumenty tej rangi (od lipca 2012 r. do października 2016 r.), zostały uznane za nieadekwatne do sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej Polski. Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji odpowiedzialny za sprawy cudzoziemców i koordynację działań związanych z polityką migracyjną państwa, działając opieszale nie opracował nowego dokumentu, który – jak sam Minister wskazał – określałby zakres koordynacji i spójności działań instytucji odpowiedzialnych za politykę migracyjną państwa oraz wskazywał kierunki jej kształtowania. Podjęto wprawdzie działania zmierzające do jego opracowania, jednak nie zakończyły się one powodzeniem.

Wypracowaniem aktualnej polityki migracyjnej państwa zajmowało się jednocześnie kilka zespołów. W MSWiA funkcjonował międzyresortowy Zespół do Spraw Migracji i wewnątrzresortowy Zespół do spraw przygotowania dokumentu „Polityka migracyjna Polski”, a w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju działał Zespół roboczy ds. społeczno-gospodarczych polityki migracyjnej. Taki podział kompetencji, w tym pomiędzy dwóch ministrów, jest działaniem nieefektywnym.  Powiązanie polityki migracyjnej z kwestiami społeczno-gospodarczymi powinno odbywać się w oparciu o funkcjonujący porządek prawny, w którym to Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji jest ustawowo odpowiedzialny za sprawy cudzoziemców i  koordynację polityki migracyjnej. Prace równolegle prowadzone w obu resortach krzyżowały się, co może skutkować sporami, trudnościami w skoordynowaniu działań oraz dublowaniem kompetencji, na co zwracało uwagę m.in. Rządowe Centrum Legislacji.

polityka migracyjna

Brak skutecznego nadzoru ze strony MSWiA

Nadzór Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji nad wojewodami w zakresie spraw związanych z cudzoziemcami był niewystarczający, bowiem m.in. nie ograniczył przypadków nieterminowości wydawanych rozstrzygnięć. Choć podejmowano działania mające na celu usprawnienie obsługi cudzoziemców, polegających głównie na zwiększaniu zatrudnienia – nie przyniosły one oczekiwanych rezultatów. Średni czas trwania prowadzonych postępowań dotyczących legalizacji pobytu w okresie objętym kontrolą wydłużył się ponad trzykrotnie – z 64 dni do 206 dni. Pomimo trwających od 2017 r. w MSWiA prac nad przygotowaniem polityki nadzorczej Ministra wobec podległych organów, nie wypracowano dotąd właściwego dokumentu.

Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji nie wypracował także sformalizowanej polityki nadzoru nad Szefem Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Pod koniec maja 2019 r. w MSWiA trwały jeszcze prace nad stosownym dokumentem, chociaż miały się one skończyć w IV kwartale 2018 r. Dopuszczono zatem do sytuacji dalszego  nadzoru nad Szefem tego Urzędu w sposób nieusystematyzowany i doraźny, oparty zasadniczo na przedstawianych przez ten organ sprawozdaniach.

Niebezpieczny brak formalnej wiedzy o opuszczeniu przez cudzoziemców terytorium RP

Brak odpowiedniego nadzoru uwidoczniony został także w innym ważnym aspekcie. W MSWiA nierzetelnie monitorowano proces wykonywania decyzji o zobowiązaniu cudzoziemców do powrotu. W latach 2016-2018 Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji wydał łącznie 12 takich decyzji. Przesłankami były obawy, że osoby te mogą prowadzić działalność terrorystyczną (10 decyzji) lub szpiegowską (dwie decyzje). Tymczasem w pięciu na sześć skontrolowanych spraw, nie dysponowano informacjami Straży Granicznej, czy cudzoziemcy faktycznie opuścili terytorium RP. Wiedzę o tym czerpano przede wszystkim z kontaktów roboczych pracowników MSWiA z pracownikami Straży Granicznej. Nie było to jednak odpowiednio udokumentowane. W wyniku kontroli NIK Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji poinformował o zmianie praktyki polegającej na roboczym informowaniu o wykonaniu decyzji, na rzecz udokumentowanego przekazywania informacji przez Straż Graniczną.

decyzje odmowne cudzoziemców

Brak wystarczających rozwiązań i analiz w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej

W Ministerstwie Rodziny Pracy i Polityki Społecznej nie opracowano dokumentu, dotyczącego dostępu cudzoziemców do rynku pracy z punktu widzenia potrzeb polskiej gospodarki.  Wprowadzone rozwiązania prawne,  ograniczały się do jednostkowych ułatwień, np. w przypadku niektórych zawodów zniesienia obowiązku przeprowadzenia przed zatrudnieniem cudzoziemca analizy, czy na to stanowisko nie ma chętnych do pracy Polaków. Brakowało spójnego systemu narzędzi oraz  mechanizmów, zachęcających i wspierających cudzoziemców o ustabilizowanej sytuacji zawodowej do trwałego osiedlania się w Polsce.

Opracowywane na lata 2015-2017 i 2018 rok Krajowe Plany Działań na Rzecz Zatrudnienia były przygotowane nierzetelnie, gdyż nie określały ilościowych wskaźników realizacji ujętych w nich zadań. Utrudniało to ocenę ich skuteczności, zwłaszcza w przypadku działań wieloletnich. Pochodzące z czerwca 2014 r. opracowanie o cudzoziemcach na rynku pracy nie było aktualizowane, choć opierało się na danych z 2012 r. i wcześniejszych, a więc z okresu, w którym rynek pracy miał inne problemy i wyzwania niż obecnie.

NIK zwraca uwagę na istotne znaczenie pracy cudzoziemców dla funkcjonowania polskiego sytemu ubezpieczeń społecznych. W latach 2014-2017 liczba cudzoziemców zgłoszonych do ubezpieczenia społecznego systematycznie rosła i na koniec każdego z tych lat wynosiła odpowiednio:  ponad 124 tys. osób, 184 tys. osób, 293 tys. osób i 440 tys. osób, natomiast według stanu na 30 września 2018 r. było ich już  ponad 569 tys. Warunkiem, by cudzoziemcy zasilali polski system ubezpieczeń społecznych jest m.in. zapewnienie pracodawcom możliwości legalnego ich zatrudnienia, do czego niezbędne jest zagwarantowanie wydajnego systemu wydawania zezwoleń na pracę cudzoziemca. Opóźnienia w tym zakresie mogą doprowadzić do powiększenia się liczby cudzoziemców pracujących w szarej strefie i jednoczesnego zmniejszenia wpływów z podatków do budżetu państwa. Podkreślenia wymaga, że Ministerstwo nie analizowało i nie projektowało przyszłych zobowiązań ZUS wobec ubezpieczonych cudzoziemców, pomimo takich możliwości. Może to w przyszłości utrudnić prowadzenie polityki migracyjnej państwa.

Niewłaściwa obsługa cudzoziemców w urzędach wojewódzkich

Kontrola 264 spraw dotyczących wydawania cudzoziemcom przez wojewodów zezwoleń pobytowych, na pracę, a także dokumentów podróży, wykazała nieprawidłowości w aż 187 spawach (blisko 71 proc. zbadanych spraw). Błędy dotyczyły wszystkich skontrolowanych urzędów wojewódzkich.

Nieprawidłowości dotyczyły w szczególności ustalania daty wszczęcia postępowania administracyjnego niezgodnie z prawem  (73 sprawy) oraz podejmowania pierwszej czynności w sprawie już z opóźnieniem, co powodowało ich przewlekłość (10 spraw). Opóźnienia sięgały do 345 dni. W 42 sprawach prowadzono postępowania z naruszeniem terminów przewidzianych w przepisach prawa. W skrajnym przypadku decyzja została wydana po 1 259 dniach od złożenia wniosku, tj. po ponad trzech latach. Dodatkowo w 15 sprawach organ pozostawał w bezczynności, pomimo dysponowania wystarczającym materiałem dowodowym, pozwalającym na jej zakończenie – bezczynność trwała od dwóch miesięcy do dwóch lat i ośmiu miesięcy.

Średni czas prowadzenia postępowań w urzędach wojewódzkich w sprawie legalizacji pobytu cudzoziemców na terytorium RP systematycznie wydłużał się. W 2018 r. wynosił od 116 dni (województwo lubelskie) do 328 dni (województwo dolnośląskie), choć co do zasady powinny się one zakończyć najpóźniej do 90 dni.

średni pobyt cudzoziemca

Niewłaściwa obsługa w urzędach wojewódzkich prowadzić może do istotnego zniechęcenia cudzoziemców, którzy potencjalnie podjęliby legalną i długotrwałą pracę. Konkurencyjność innych krajów, a także coraz większe możliwości podejmowania w nich pracy mogą prowadzić do odpływu cudzoziemców z polskiego rynku pracy.

Także w Urzędzie do Spraw Cudzoziemców zadania związane z ich obsługą  prowadzone były w sposób przewlekły. Wyznaczając nowe terminy określano je już wstępnie na okres od dwóch do ponad pięciu miesięcy.

Żaden ze skontrolowanych wojewodów nie skorzystał z możliwości przeprowadzenia kontroli legalności pobytu cudzoziemców na terytorium RP. Takich działań nie prowadził również Urząd do Spraw Cudzoziemców, pomimo prawnych możliwości w tym zakresie.

Nierówne traktowanie stron

W Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu przyjęte rozwiązania proceduralno-organizacyjne przy przyjmowaniu i rozpatrywaniu wniosków składanych przez cudzoziemców były sprzeczne z zasadą równego traktowania stron i stanowiły potencjalne pole do rozwoju mechanizmów korupcjogennych. W urzędzie tym umożliwiono, głównie tzw. klientom strategicznym, tj. cudzoziemcom wykonującym pracę na rzecz inwestorów zagranicznych, zlokalizowanych w specjalnych strefach ekonomicznych, złożenie wniosków poza systemem kolejkowym. W takim „trybie” przyjmowano średnio ok. 300 cudzoziemców miesięcznie, którzy wbrew uznanej w urzędzie zasadzie procedowania wniosków zgodnie z chronologią ich wpływu, mieli możliwość uzyskania wcześniejszego rozstrzygnięcia sprawy, w porównaniu do pozostałych klientów, którzy nie mogli skorzystać z tej uprzywilejowanej ścieżki. Także na etapie rozpatrywania wniosków stosowano rozwiązania, wskazujące na traktowanie w sposób uprzywilejowany wybranych grup cudzoziemców. Przeprowadzona w trakcie kontroli analiza 54 wniosków pobytowych, których rozstrzygnięcie zakończyło się wydaniem decyzji pozytywnej wykazała, że w 18 przypadkach (w tym 16 z lat 2017-2018) postępowania te zakończyły się w terminach znacznie krótszych niż średni ich czas prowadzenia w urzędzie. Rozstrzygnięcia te (w terminie do 30 dni) otrzymywali głównie cudzoziemcy poniżej 13. roku życia, zawodnicy lokalnych klubów sportowych oraz członek zarządu banku. Należy podkreślić, że działalność organów administracji publicznej powinna opierać się o zasadę przejrzystości i równego traktowania stron postępowania. Wskazane wyżej przykłady przeczą tym fundamentalnym zasadom, naruszając jednocześnie zaufanie obywateli do władz publicznych. Delegatura NIK we Wrocławiu przekazała wystąpienie pokontrolne z kontroli w Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu do Delegatury Centralnego Biura Antykorupcyjnego we Wrocławiu.

Braki kadrowe uniemożliwiają  terminowe prowadzenie spraw

Jedną z przyczyn niewłaściwej obsługi cudzoziemców w urzędach wojewódzkich i w Urzędzie do Spraw Cudzoziemców były niewystarczające i nieadekwatne do liczby i rodzaju załatwianych spraw zasoby kadrowe.

W 2018 r. do kontrolowanych urzędów wojewódzkich wpłynęło 278 tys. wniosków o legalizację pracy i ponad 180  tys. o legalizację pobytu, co stanowiło odpowiednio niemal siedmiokrotny i ponad trzykrotny wzrost w porównaniu do 2014 r. Tymczasem liczba zatrudnionych w tym okresie wzrosła tylko dwukrotnie z 438 do 875 osób. Pomimo wzrostu zatrudnienia, obciążenie pracowników liczbą przypadających spraw do załatwienia oraz duża ich rotacja (sięgająca nawet 80 proc.), skutkowały nieterminową i nierzetelną realizacją zadań. Duża rotacja pracowników powodowała przekazywanie rozpoczętych spraw innym, często niedoświadczonym osobom. We wszystkich kontrolowanych urzędach wojewódzkich wskazywano na potrzebę dodatkowego zatrudnienia pracowników. Wzmocnienie kadrowe urzędów pozostaje jedną z istotnych kwestii, która wpływa na sprawność prowadzenia postępowań dotyczących legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce.

Także zasoby kadrowe Urzędu do Spraw Cudzoziemców były nieadekwatne do liczby i rodzaju załatwianych spraw, gdyż odnotowywano znaczny odpływ pracowników tego Urzędu. W badanym okresie plan zatrudnienia oscylował pomiędzy 406 a 432 etatami, natomiast uszczuplenia w zasobach kadrowych, w odniesieniu do planu, wynosiły od 12 proc. do 20 proc. Średnia liczba spraw przypadających na jednego pracownika merytorycznego corocznie rosła i przekraczała możliwości ich obsługi. Reakcją na to było zawieranie dużej liczby umów cywilnoprawnych z pracownikami spoza Urzędu. NIK zwraca uwagę, że prowadzenie postępowań w sprawach cudzoziemców wymaga nie tylko znajomości przepisów merytorycznych, księgowości, ubezpieczeń społecznych, ale także kompetencji językowych. Dodatkowo identyfikacja nadużyć i prób obejścia przez cudzoziemców przepisów oraz aktualna sytuacja międzynarodowa – rosnące zagrożenie terroryzmem oraz nielegalną migracją -powodują, że pracownicy Urzędu ds. Cudzoziemców powinni rzetelnie przeprowadzać postępowania mające m.in. na celu stwierdzenie, czy wjazd i pobyt cudzoziemca na terytorium RP nie zagraża porządkowi publicznemu i bezpieczeństwu wewnętrznemu.

Jedynie zasoby kadrowe urzędów pracy do realizacji zadań związanych z obsługą cudzoziemców i pracodawców ich zatrudniających były na ogół wystarczające. Zatrudnienie w badanym okresie wzrosło ze 115 osób do 185 osób, przy ponad siedmiokrotnym wzroście liczby spraw związanych z rejestracją oświadczeń w sprawie wykonywania pracy przez cudzoziemców.

Kontrola NIK wykazała także istotne zróżnicowanie w obciążeniu urzędów wojewódzkich i urzędów pracy w różnych częściach kraju.

urzędy i cudzoziemcy

Za mało środków  na obsługę cudzoziemców

Przyznawane urzędom wojewódzkim środki finansowe były niewystarczające dla wzmocnienia kadrowego wydziałów zajmujących się obsługą cudzoziemców. W 2017 r. urzędy wojewódzkie zgłosiły zapotrzebowanie w wysokości blisko 18,5 mln zł na dodatkowe 255 etatów dla pracowników zajmujących się sprawami legalizacji zatrudnienia i pobytu cudzoziemców, a uzyskały środki  w wysokości blisko 14 mln zł na 218 etatów. Przyznane fundusze na dodatkowe etaty, przy ciągłym wzroście liczby składanych wniosków, nie przyczyniły się do skrócenia terminów załatwiania spraw.

Także zasoby finansowe Urzędu do Spraw Cudzoziemców w szczególności na zatrudnienie pracowników, były nieadekwatne do potrzeb związanych z obsługą cudzoziemców. Pomimo że plan wydatków Urzędu wzrastał corocznie, w kontrolowanym okresie od ponad 98 mln zł do ponad 114 mln zł, to dotyczyły one głównie wydatków na pomoc socjalną dla cudzoziemców, w tym utrzymanie dla nich ośrodków.

Mankamenty w obsłudze klienta, który jest cudzoziemcem

W żadnym z kontrolowanych urzędów wojewódzkich nie opracowano w sposób formalny odrębnych procedur obsługi cudzoziemców i nie przygotowano polityki informacyjnej, w tym zasad komunikowania się z klientami będącymi obcokrajowcami.

Tylko w dwóch urzędach pracy (spośród ośmiu skontrolowanych) opracowano w sposób formalny zasady  obsługi klientów, w tym cudzoziemców i pracodawców ich zatrudniających oraz politykę informacyjną.

We wszystkich urzędach wojewódzkich funkcjonowały sale obsługi klientów, niemniej w trzech warunki lokalowe, aby przebiegało to sprawnie, były niewystarczające. Występowały ponadto pojedyncze przypadki nieprzystosowania poczekalni do liczby oczekujących na załatwienie sprawy, braku zapewnienia poufności przy składaniu wniosków, niewłaściwego działania systemu rezerwacji wizyt.

wydział do spraw cudzoziemców

Do listopada 2018 r. warunki obsługi cudzoziemców w Lubelskim Urzędzie Wojewódzkim nie zapewniały poufności obsługi cudzoziemców, bowiem w dwóch z czterech pokoi, w których przyjmowano i rejestrowano wnioski związane z legalizacją pobytu i załatwiano sprawy związane z kartą pobytu, stanowiska obsługi cudzoziemców umieszczone były obok siebie, a biurka nie posiadały ścianek je oddzielających.

Małopolskim Urzędzie Wojewódzkim w Krakowie warunki lokalowe, pomimo przeprowadzanych modernizacji, były niewystarczające, ze względu na ciągle wzrastającą liczbę obsługiwanych osób.

Dolnośląskim Urzędzie Wojewódzkim we Wrocławiu:

  • Ø system rezerwacji wizyt we Wrocławiu nie umożliwiał rezerwacji wizyty w okresie kolejnych 50 dni,
  • Ø poprzez przyjęte rozwiązania organizacyjne zdecydowana większość cudzoziemców (ok. 70 proc.) nie miała możliwości otrzymania, w chwili złożenia wniosku o legalizację pobytu, stempla w paszporcie sankcjonującego (czasowo, do dnia wydania decyzji) legalność ich pobytu na terytorium RP,
  • Ø od II kwartału 2018 r. do bezpośredniej obsługi cudzoziemców kierowano pracowników merytorycznych, co stało w sprzeczności z przyjętym rozwiązaniem organizacyjnym, polegającym na wydzieleniu strefy zamkniętej dla cudzoziemców, w której kontakt z inspektorem prowadzącym sprawę nie jest możliwy, m.in. z uwagi na potencjalne ryzyko wystąpienia mechanizmów korupcjogennych,
  • Ø sala obsługi klienta na drugim piętrze nie była wyposażona w dostateczną liczbę stolików do wypełniania dokumentów, nie była także klimatyzowana, podczas gdy dzienna liczba obsłużonych cudzoziemców wynosiła ok. 500,
  • Ø obowiązujący system internetowej rezerwacji wizyty nie umożliwiał jej dokonania w języku innym, niż polski, mimo że posiadał opcję wyboru wersji językowej (angielskiej lub rosyjskiej). Cudzoziemcom utrudniono tym samym dostęp do możliwości osobistego złożenia wniosku pobytowego, czy uzyskania informacji w sprawie, bo do tego wymagana jest rezerwacja terminu.

Skargi, opieszałość, bezczynność i ich skutki finansowe

Niesprawność działania organów administracji publicznej przekładała się na składane przez cudzoziemców skargi.  We wszystkich skontrolowanych urzędach wojewódzkich odnotowano ich ponad 1 tys. Najwięcej, aż 579 skarg wpłynęło do Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego. NIK zauważa, że liczba skarg z roku na rok rośnie. W 2014 r. było ich 63, a w 2018 r. (do 30 września) już 620. Skargi najczęściej dotyczyły nienależytego wykonywania obowiązków przez pracowników, braku możliwości rejestracji wizyty w urzędzie, niedoręczenia decyzji rozstrzygającej sprawę, braku możliwości kontaktu i uzyskania informacji w toczącej się sprawie czy też opieszałości i przewlekłego ich prowadzenia.

Ponadto, z uwagi na bezczynność wojewodów bądź przewlekłe prowadzenie postępowań dotyczących wydawania zezwoleń na pobyt czasowy i pracę, cudzoziemcy korzystali także z możliwości składania skarg do wojewódzkich sądów administracyjnych. W latach 2014 (maj) – 2018 (listopad)  wydały one łącznie 115 wyroków, w których stwierdzono bezczynność lub przewlekłość postępowań i w związku z tym wojewodowie (Skarb Państwa) będą musieli łącznie zapłacić ponad 211 tys. zł. Istotny wzrost liczby wyroków zaobserwowano w 2018 r., bowiem do listopada tego roku wydano ich łącznie 101, w związku z czym Skarb Państwa będzie zobowiązany zapłacić ponad 196 tys. zł. Jednocześnie w sądach znajdowały się 183 skargi cudzoziemców, w których nie zapadł jeszcze wyrok. Największą liczbę 72 wyroków w latach 2017-2018 zasądził Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu. Według stanu na IV kwartał 2018 r. w sądzie tym 128 spraw oczekiwało jeszcze na rozstrzygnięcie.

skargi cudzoziemców

Wnioski

Do Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji skierowano 7 wniosków.

W ramach koordynacji działań związanych z polityką migracyjną państwa, organizacją struktur i urzędów administracji publicznej oraz procedur administracyjnych, Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji winien m.in.:

  1. Sfinalizować prace mające na celu opracowanie dokumentu o charakterze strategicznym, określającego zakres koordynacji i działań instytucji odpowiedzialnych za politykę migracyjną oraz wskazującego kierunki kształtowania tej polityki.
  2. Określić i wdrożyć rozwiązania, w tym prawne i nadzorcze, mające na celu usprawnienie prowadzenia postępowań legalizujących pobyt i pracę cudzoziemców na terytorium RP, a także skrócenie czasu oczekiwania na załatwienie spraw tej kategorii.
  3. Przeanalizować przyczyny fluktuacji kadr, jak i wpływ warunków pracy oferowanych przez urzędy wojewódzkie, na skuteczność realizacji zadań w zakresie obsługi cudzoziemców przez wojewodów.

Do Ministra Rodziny Pracy i Polityki Społecznej skierowano 5 wniosków.

W ramach prowadzonej polityki rynku pracy i zatrudnienia, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej winien m.in.:

  1. Wypracować mechanizmy uzupełniania szczególnie dotkliwych niedoborów pracowników, w tym w branżach o popycie na wysokie kwalifikacje, celem dłuższego lub trwałego związania cudzoziemców z polskim rynkiem pracy.
  2. Monitorować proces dopuszczania cudzoziemców do polskiego rynku pracy, także pod kątem analizowania i projektowania przyszłych zobowiązań ZUS wobec ubezpieczonych cudzoziemców.
  3. Określić i wdrożyć rozwiązania, w tym prawne, mające na celu usprawnienie legalizacji pracy cudzoziemców na terytorium RP i skrócenie czasu oczekiwania na załatwienie spraw tej kategorii.

Do Szefa Urzędu do Spraw Cudzoziemców skierowano 2 wnioski.

Szef Urzędu do Spraw Cudzoziemców jako centralny organ administracji rządowej w sprawach m.in. wjazdu cudzoziemców na terytorium RP, pobytu na nim i wyjazdu z niego, winien:

  1. Zintensyfikować działania mające na celu uzyskanie od Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji realnego wzmocnienia kadrowego, pozwalającego na rzetelną i terminową realizację ustawowych zadań, o których mowa w art. 22 ustawy o cudzoziemcach.
  2. Wprowadzić usprawnienia mające na celu terminowe zamieszczanie i aktualizację wpisów w wykazie cudzoziemców, których pobyt na terytorium RP jest niepożądany, w szczególności z uwagi na ich charakter związany z zapewnieniem bezpieczeństwa publicznego.

Do wojewodów skierowano 4 wnioski.

W związku z wykonywaniem zadań dotyczących legalizacji pobytu i zatrudnienia cudzoziemców na terytorium RP, wojewodowie winni m.in.:

  1. Kontynuować działania zmierzające do poprawy sytuacji kadrowej wydziałów do spraw cudzoziemców, w tym ukierunkowane na ograniczanie fluktuacji pracowników.
  2. Podejmować skuteczne działania zmierzające do terminowego załatwiania spraw dotyczących wydawanych cudzoziemcom zezwoleń na pobyt i na pracę, w tym poprzez wdrożenie skutecznych narzędzi nadzoru nad terminowością realizowanych zadań, celem ograniczenia liczby ponagleń i skarg na bezczynność lub przewlekłe prowadzenie postępowań.

Ocena ryzyka krajów. Słabe punkty światowej gospodarki

Coface prowadzi oceny ryzyka krajów dla ponad 160 państw. Dotyczą one sektora przedsiębiorstw – ocenianych jest więc wiele aspektów związanych z prowadzeniem działalności firm w danych miejscach na świecie. Należą do nich otoczenie makroekonomiczne, ale także biznesowe czy ryzyko niewypłacalności przedsiębiorstw.

W ramach ostatniej rewizji ocen zdecydowano o podwyższeniu ryzyka w dość istotnych – z punktu widzenia polskiego eksportu – gospodarkach: niemieckiej, czeskiej, słowackiej i austriackiej. Bezpośrednio zagraża im słabnąca koniunktura w Strefie Euro. W dużej mierze są one uzależnione od eksportu. Wpływa na nie zatem globalne spowolnienie gospodarcze oraz rosnący protekcjonizm i zawirowania w handlu światowym. Te czynniki przyczynią się do pogorszenia strony makroekonomicznej, jak również sytuacji płynnościowej przedsiębiorstw.

– W ocenie Coface duże znaczenie ma pogorszenie sytuacji w sektorze motoryzacyjnym, spowodowane niższym popytem na samochody w Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface – Przyczyną jest także konieczność dostosowywania się do nowych norm emisji spalin. Powoduje to widoczną już, niższą rejestrację nowych pojazdów. Należy pamiętać, że Czechy, Austria, Niemcy czy Słowacja są bardzo powiązane z branżą motoryzacyjną. Obecna sytuacja na tym rynku była jedną z przyczyn podwyższenia poziomu ryzyka tych krajów. Ocena Polski pozostaje tymczasem na stabilnym poziomie A3, chociaż istnieje wiele rodzimych firm aktywnych w sektorze motoryzacyjnym. Dla nich rosnące ryzyko na rynkach zewnętrznych – zwłaszcza w Europie Zachodniej – jest istotne. Patrząc ogólnie na sektor przedsiębiorstw w Polsce, widać dosyć stabilny popyt wewnętrzny. To czynnik rekompensujący sytuację za granicą. W drugiej połowie roku oczekiwane jest zwiększenie obrotów firm na skutek wprowadzenia tzw. pakietu fiskalnego. Chociaż ich sytuacja płynnościowa nie będzie idealna – nie ulegnie takiemu pogorszeniu, jak w przypadku gospodarek dużo bardziej zależnych od sytuacji na rynkach zagranicznych – zapowiada Sielewicz.

Wojna handlowa – konsekwencje dla firm i gospodarki

Napięcia handlowe między Chinami a Stanami Zjednoczonymi przyczynią się, wraz z niższym popytem krajowym, do spowolnienia gospodarki USA, gdzie wzrost gospodarczy szacuje się na 2,5% w roku bieżącym i zaledwie 1,3% w roku 2020, w porównaniu do 2,9% w roku 2018. W przypadku Chin, wojna handlowa doprowadziła w szczególności do 10-procentowego spadku eksportu do Stanów Zjednoczonych w ciągu pierwszych czterech miesięcy roku.

Ogólnie rzecz biorąc niepewność co do wyników negocjacji między rządami Chin i USA oraz atmosfera napięcia wynikająca z tej wojny handlowej wciąż rzutuje na poziom zaufania przedsiębiorstw. W roku ubiegłym wartości wskaźników zaufania przedsiębiorstw spadły w wielu krajach na całym świecie, zwłaszcza w sektorach produkcyjnych.

Dotyczy to Niemiec, gdzie w czerwcu odnotowano najniższy od pięciu lat poziom wskaźników zaufania przedsiębiorstw, takich jak IFO. Roczna stopa produkcji przemysłowej wykazuje tendencję spadkową. Na rok bieżący Coface przewiduje wzrost gospodarczy na poziomie 0,8% w porównaniu do 1,5% w roku ubiegłym.

Coface obniża ocenę ryzyka kraju dla Niemiec z A1 do A2. Obniżono również oceny trzech gospodarek zależnych od gospodarki niemieckiej. Stało się tak w przypadku Czech i Słowacji (w obu przypadkach obniżenie z A2 do A3), a także Austrii (obniżenie z A1 do A2). Ryzyko biznesowe wzrasta również w Islandii (obniżenie do A3).

Bardziej pozytywnym akcentem jest fakt, że spółki w Uzbekistanie (wzrost z C do B) i Kirgistanie (wzrost z D do C) odnoszą korzyści z utrzymującej się względnej otwartości politycznej i gospodarczej.Oceny ryzyka krajów prowadzone przez Coface

Zmiany klimatyczne wymuszą przejście na czyste technologie. Rezygnacja z węgla raczej nie będzie możliwa bez atomu

Zmiany klimatyczne wymuszą przejście na czyste technologie. Rezygnacja z węgla raczej nie będzie możliwa bez atomu 4

Mimo sprzeciwu Polski na czerwcowym szczycie i zablokowania neutralności klimatycznej UE do 2050 roku, w długiej perspektywie polska gospodarka nie ma innej drogi, jak przestawienie się na czyste technologie w produkcji energii – ocenia ekspert Uniwersytetu Wrocławskiego dr Mieczysław Sobik. Jak podkreśla, jednym z najbardziej perspektywicznych segmentów jest dziś fotowoltaika i energetyka nuklearna.

– Energia słoneczna to wielka perspektywa na przyszłość. Technologie cały czas się poprawiają, więc ta ogromna ilość energii, którą Ziemia otrzymuje ze słońca, może być przetworzona na energię elektryczną, czyli najbardziej praktyczną dla nas formę energii – mówi agencji Newseria Biznes dr Mieczysław Sobik z Zakładu Klimatologii i Ochrony Atmosfery Uniwersytetu Wrocławskiego. – Trzeba też zwrócić uwagę na coś, co w dużej skali daje wielkie efekty, czyli energooszczędność, np. ocieplanie domów, żeby spalać mniej nośników energii i zapewnić sobie komfort termiczny.

Z danych Ministerstwa Energii wynika, że w ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych o łącznej mocy 173 MW. To ponaddwukrotnie więcej niż w 2017 roku.

– Polska gospodarka węglem stoi. Samego węgla jest coraz mniej, zużywamy w tej chwili 1/3 tego, co jeszcze w latach 70.–80. ubiegłego stulecia. Ten trend trzeba pielęgnować, należy dalej ograniczać zużycie węgla, wprowadzać OZE. W dłuższej perspektywie prawdopodobnie nie będziemy mogli zrezygnować z wprowadzenia energetyki nuklearnej, o ile chcemy zrezygnować węgla – mówi dr Mieczysław Sobik.

Z „Krajowego Planu na Rzecz Energii i Klimatu na lata 2021–2030”, którego autorem jest Ministerstwo Energii, wynika, że w 2030 roku polska gospodarka ma jeszcze w 60 proc. opierać się na węglu, a udział OZE w miksie energetycznym ma do tego czasu sięgnąć 21 proc.

Aktualne cele klimatyczne UE zakładają, że do 2030 roku emisja gazów cieplarnianych zostanie zredukowana minimum o 40 proc. w stosunku do poziomu z 1990 roku (do tego czasu ma też zostać osiągnięty 27-proc. udział OZE z miksie energetycznym UE). W ostatnich miesiącach trwały jednak prace nad doprecyzowaniem bardziej ambitnych celów. Komisja Europejska opublikowała w listopadzie ubiegłego roku długoterminową strategię przestawienia europejskiej gospodarki na neutralność klimatyczną do 2050 roku (oznacza to sytuację, w której gospodarka emituje tyle samo dwutlenku węgla, ile pochłania, np. dzięki sadzeniu nowych drzew).

Deklaracja zobowiązująca UE do osiągnięcia neutralności klimatycznej została jednak zablokowana na szczycie UE w drugiej połowie czerwca przez Polskę, Węgry, Czechy i Estonię. Polska delegacja na czele z premierem Mateuszem Morawieckim chciała najpierw doprecyzować kwestię wsparcia finansowego dla państw uzależnionych od węgla, dla których transformacja energetyczna wiąże się z gigantycznymi kosztami. W Polsce blisko 80 proc. całkowitej produkcji energii wciąż opiera się na węglu, ale – jak podkreśla dr Mieczysław Sobik – w długiej perspektywie polska gospodarka nie ma innej drogi, jak przestawienie się na czyste technologie.

To kwestia nie tylko ocieplenia klimatu, lecz także jakości powietrza, którym oddychamy. Wszyscy żyjemy problemem smogu, zwłaszcza w większych miastach, i trzeba go mocno ograniczyć. Musimy oddychać czystym powietrzem, a przy okazji będziemy emitować mniej gazów cieplarnianych, które same w sobie nie mają istotnych skutków zdrowotnych, natomiast pogarszają funkcjonowanie naszego klimatu poprzez wyzwalanie dodatkowej energii w systemie ziemia – atmosfera, co skutkuje wzrostem temperatury w wieloleciu – mówi dr Mieczysław Sobik.

Polityka klimatyczna nastawiona na ograniczanie emisji gazów cieplarnianych ma szczególne znaczenie w kontekście ostatniego raportu Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). Podkreśla on, że do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, a do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. (w porównaniu z poziomem z 2010 roku), żeby zapobiec katastrofie klimatycznej na niespotykaną skalę. Jej konsekwencją będzie m.in. 150 tys. zgonów rocznie z powodu upałów w samej Europie, setki miliony zgonów spowodowanych zanieczyszczeniem powietrza, rozprzestrzenianie się chorób tropikalnych, a także ograniczony dostęp do wody pitnej i problemy z produkcją żywności.

– Rolnictwo będzie się zmieniać i pójdziemy w kierunku upraw bardziej ciepłolubnych. Nie wiadomo, jak będzie z opadami atmosferycznymi – jeżeli będą wystarczające, możemy wprowadzać takie gatunki, które potrzebują tej wody więcej. Jeśli nie, będziemy musieli wprowadzać uprawy z obszarów półsuchych, np. proso zamiast pszenicy. Być może dojdzie do rozwoju uprawy soi, uprawy winorośli – mówi dr Mieczysław Sobik.

Ekspert podkreśla również, że wpływ na ograniczanie zmian klimatycznych mają sami konsumenci. Nawet drobne wybory konsumenckie, jak rezygnacja z samochodu czy spędzenie urlopu w kraju, w dużej skali wpływają na ograniczanie śladu węglowego.

Ogólną zasadą, która powinna nam przyświecać, jest „myśl globalnie, działaj lokalnie”. Im bardziej działamy lokalnie, tym lepiej, bo w większym stopniu ograniczamy emisję węgla – mówi dr Mieczysław Sobik.

Składki na pracownicze plany kapitałowe to nie tylko koszt dla firm. Mogą w ten sposób przyciągnąć i zatrzymać pracowników

Składki na pracownicze plany kapitałowe to nie tylko koszt dla firm. Mogą w ten sposób przyciągnąć i zatrzymać pracowników 5

Dzięki pracowniczym planom kapitałowym wypłacana w przyszłości emerytura może wynieść nie 25–30 proc. ostatniej pensji, tylko ok. połowy. Rząd zakłada, że do programu przystąpi 75 proc. uprawnionych, czyli ok. 8,5 mln Polaków. Zdaniem ekspertów sukcesem będzie już pułap 50 proc., bo zaufanie do państwa w kwestii oszczędności emerytalnych naruszyła sprawa otwartych funduszy emerytalnych. – Im szybciej problem przyszłości OFE zostanie rozstrzygnięty, tym będzie to korzystniejsze dla PPK – podkreśla Tomasz Prusek, prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

– Po pierwszych tygodniach funkcjonowania PPK mamy nadal wielką debatę dotyczącą zaufania obywateli do państwa i systemu emerytalnego. To, co wydarzyło się z otwartymi funduszami emerytalnymi, wiele osób uważa za złamanie pewnej umowy społecznej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Prusek, prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

Z początkiem 2020 roku otwarte fundusze emerytalne mają zniknąć z rynku, a zgromadzone w nich pieniądze mają trafić w całości do ZUS (wówczas będzie można uniknąć 15-proc. potrącenia ze zgromadzonych środków), lub na indywidualne konta emerytalne (IKE). Oznacza to całkowity demontaż instytucji, które miały pomóc Polakom oszczędzać na emeryturę.

Taki sam cel mają pracownicze plany kapitałowe. Eksperci podkreślają, że przystąpienie do programu to gwarancja zwiększenie stopy zastąpienia, czyli relacji pierwszej emerytury do ostatniej pensji. Dołączenie do PPK jest dla pracowników dobrowolne. To, ile osób zdecyduje się oszczędzać w tym systemie, w dużej mierze zależy od zbudowania zaufania, nadszarpniętego przez zmiany w OFE.

 Mówi się, że skala zainteresowania może być w granicach 50 proc. i to jest uznawane za sukces. Niemniej niektórzy optymiści twierdzą wręcz, że będzie to 70–80 proc. Marzeniem byłoby, gdybyśmy mieli taki poziom jak w Wielkiej Brytanii, gdzie podobny program gromadzi ponad 90 proc. uprawnionych. Pracownicy do PPK po prostu muszą się przekonać – tłumaczy Tomasz Prusek.

Łącznie do programu PPK może dołączyć ok. 13 mln Polaków. Przy optymistycznych prognozach skorzysta z niego 8,5 mln osób. Polski Fundusz Rozwoju oblicza, że satysfakcjonującym poziomem będzie już 50 proc., czyli nieco ponad 6 mln.

– Wiele osób liczy na to, że ten wskaźnik zainteresowania PPK będzie w kolejnych latach rósł. Na rynkach dojrzałych kapitałowo, gdzie podobne programy są prowadzone i jest wysokie zaufanie do państwa, takie programy z biegiem czasu zyskują sobie uznanie wśród pracowników – zaznacza prezes Fundacji Przyjazny Kraj.

Od lipca 2019 roku do PPK musiały dołączyć firmy zatrudniające co najmniej 250 pracowników. Co pół roku będą dołączać kolejne grupy – od stycznia 2020 roku podmioty zatrudniające co najmniej 50 osób, a od lipca 2020 roku – zatrudniające co najmniej 20 osób. Pozostałe firmy, w tym te z sektora publicznego, do PPK dołączą w styczniu 2021 roku.

 Dla firm jest to z jednej strony obowiązek i koszt, ponieważ muszą dołożyć swoją część do pieniędzy wpłacanych do PPK z pensji pracownika i dopłaty państwa – przypomina Tomasz Prusek. – Z drugiej strony spotkałem się z przykładami firm, które uważają wręcz, że PPK jest dla nich szansą. Zachęcając wysokimi wpłatami na PPK, będą mogli zatrzymać pracowników. W sytuacji, kiedy pracowników po prostu na rynku brakuje, PPK jest dobrą szansą na to, aby ustabilizować zatrudnienie w wielu firmach.

Zgodnie z założeniami pracownicy będą co miesiąc odkładać w PPK 2–4 proc. swoich zarobków, najmniej zarabiający – 0,5 proc. Pracodawca dołoży 1,5–4 proc. pensji. Dodatkowo każdy dostanie z budżetu państwa 250 zł na powitanie i co roku 240 zł.

Regaty w Gdyni to nie tylko promocja sportu, lecz także ochrony środowiska. Mają zwiększyć świadomość zanieczyszczenia plastikiem Bałtyku

Regaty w Gdyni to nie tylko promocja sportu, lecz także ochrony środowiska. Mają zwiększyć świadomość zanieczyszczenia plastikiem Bałtyku 6

Ponad 1,6 tys. zawodników i 11 imprez – zakończone właśnie 20. regaty Volvo Gdynia Sailing Days to największe żeglarskie wydarzenie w regionie Morza Bałtyckiego. Najważniejszymi regatami całej imprezy były mistrzostwa świata w klasie 29er, widowiskowe i przyciągające tłumy kibiców. Regaty mają jednak nie tylko sportowy wymiar. To także promocja ekologicznych postaw i zwiększenie świadomości na temat zanieczyszczenia Bałtyku plastikiem.

Kolejne wielkie wyzwanie i piękny festiwal za nami. W tym roku mieliśmy ponad 1,6 tys. uczestników we wszystkich 11 imprezach rozgrywanych w ramach festiwalu Volvo Gdynia Sailing Days. To nieco mniejsza liczba niż w ubiegłym roku, ale wówczas mieliśmy mistrzostwa świata klas, które swoją liczebnością przyćmiły wiele i te liczby trudno będzie powtórzyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Chamera, prezes Polskiego Związku Żeglarskiego.

Niedawno zakończyły się jubileuszowe 20. regaty Volvo Gdynia Sailing Days. Organizatorzy spodziewali się 1,5 tys. zawodników, więc wynik okazał się jeszcze lepszy. Do Gdyni tłumnie przybyli też miłośnicy żeglarstwa. Tych zaś w Polsce jest coraz więcej. Z raportu „Polski rynek żeglarski” wynika, że blisko 5 mln Polaków brało kiedykolwiek udział w rejsie, a łącznie żeglarzy w naszym kraju jest ok. 4,3 mln.

Volvo Gdynia Sailing Days to największe regaty w Polsce, drugie w ogóle w całym rejonie Morza Bałtyckiego i bardzo prestiżowe. Nawet jeżeli mamy imprezy podobnej wielkości, to w Gdyni mamy mistrzostwa Polski i Europy, a także wyścigi klas olimpijskich. Wszystkich klas jest 19 i wszystkie one są bardzo spektakularne. Dodatkowo możemy żeglarzy oglądać niemalże z brzegu – tłumaczy Stanisław Dojs, PR Manager Volvo Car Poland.

Jak podkreślają organizatorzy, tegoroczne regaty to całe spektrum żeglarstwa. Odbyły się m.in. mistrzostwa Europy w olimpijskich klasach 49er, 49er FX i Nacra 17, a także mistrzostwa świata juniorów do lat 21 w klasie Laser. Dodatkowo najmłodsi mieli okazję przejść przyspieszony kurs żeglarstwa. Najwięcej zawodników, bo ok. 350, przyciągnęły mistrzostwa świata w klasie 29er.

To tzw. skiffy, czyli szybkie łódki, dość wywrotne, z dużą powierzchnią ożaglowania, bardzo atrakcyjnie wyglądające na wodzie, wodowane z plaży, więc przyciągające uwagę turystów i kibiców ze względu na swoje kolorowe żagle. Poza tym duża impreza w klasie Optimist, Kinder+Sport Puchar Trenerów –wymienia Tomasz Chamera.

Regaty to przede wszystkim wizytówka Gdyni, która zyskała tytuł żeglarskiej stolicy Polski.

– Te korzyści również można oceniać w wielu aspektach. Część z nich ma wymiar czysto finansowy, liczony przede wszystkim wpływami do budżetów podmiotów, które realizują działalność gospodarczą w zakresie noclegów, gastronomii i wielu innych. Trudniejsze do policzenia, ale niemniej istotne są wartości promocyjne – przekonuje Katarzyna Gruszecka-Spychała, wiceprezydent Gdyni ds. gospodarki.

Volvo ósmy rok było sponsorem tytularnym wydarzenia. Marka z żeglarstwem związana jest od lat. Od 2001 roku firma sponsorowała Volvo Ocean Race. Jak podkreślają jej przedstawiciele, impreza rozgrywana w Polsce oprócz wymiaru czysto sportowego ma też promować ideę oczyszczania wód z plastiku.

– Będziemy chcieli rozwijać Volvo Gdynia Sailing Days w kierunku ekologicznym. Będziemy chcieli się zaangażować w oczyszczanie Bałtyku i zwiększanie świadomość na temat zanieczyszczenia naszego morza – zapowiada Mariusz Nycz, dyrektor marketingu Volvo Car Poland.

W regatach Volvo Ocean Race w latach 2017–2018 koncern reprezentowała drużyna Turn the Tide on Plastic. Jacht pobierał próbki z oceanu i mórz, aby zidentyfikować problem zanieczyszczenia wód plastikiem.

W ślad za tym poszedł wielki program, w ramach którego usunęliśmy wszystkie jednorazowe plastikowe sztućce, kubeczki, inne przedmioty, nawet baloniki, z naszych biur na świecie. Dodatkowo ograniczyliśmy emisję dwutlenku węgla podczas produkcji, wymienialiśmy technologię lakierni, budowaliśmy panele tak, aby nie zużywały prądu, aby emisja dwutlenku węgla była jak najmniejsza – wymienia Stanisław Dojs.

Spotkania to codzienność większości polskich menadżerów. Według nich są zbyt czasochłonne i nieefektywne

Spotkania to codzienność większości polskich menadżerów. Według nich są zbyt czasochłonne i nieefektywne 7

74 proc. menadżerów codziennie ma spotkania w małej grupie osób, a 60 proc. przynajmniej raz w tygodniu odbywa zebrania w większym zespole – wynika z badania firmy szkoleniowej 4Results. Zdaniem badanych spotkań jest zbyt dużo i nie są one efektywne, nie kończą się żadnymi budującymi wnioskami. Dodatkowo wielu z nich podkreśla brak zaangażowania uczestników objawiający się m.in. tym, że korzystają w czasie spotkania z telefonów i laptopów.

Badanie „Spotkania: efektywnie spędzony czas czy stracone godziny?” przeprowadzone wśród blisko 500 menadżerów wskazuje, że 90 proc. z nich ma przynajmniej raz w tygodniu takie spotkania w małej grupie, a 5 na 10 – w większej grupie osób. Do tego dochodzą telekonferencje, które przynajmniej raz na tydzień odbywa połowa menadżerów.

– Menadżerowie nie oceniają spotkań zbyt wysoko pod kątem efektywności. Mają poczucie, że tych spotkań jest za dużo, zajmują im one bardzo dużo czasu, kiedy mogłyby się odbyć spotkania innego typu. Dużo czasu poświęcamy na spotkania operacyjne, kiedy trzeba w zbyt dużym gronie omówić różne rzeczy. Z kolei brakuje nam czasu na spotkania strategiczne, budujące zespół, albo jeden na jeden, które są kluczowe dla menadżerów – mówi agencji Newseria Biznes Sławomir Błaszczak, partner zarządzający, 4Results.

Zarządzający najczęściej biorą udział w tzw. operatywkach, czyli krótkich spotkaniach dotyczących bieżącej pracy. Blisko połowa menadżerów spotyka się ze swoim szefem na rozmowę rzadziej niż raz w tygodniu, a 14 proc. – w ogóle. Ponad połowa badanych przyznaje, że uczestniczy w spotkaniach strategicznych rzadziej niż raz na tydzień. Autorzy raportu sugerują, że uporządkowanie siatki spotkań, wprowadzenie ich cykliczności ułatwia zarządzanie i monitorowanie realizacji celów.

Przed spotkaniem wszyscy jego uczestnicy muszą znać cel i charakter spotkania. Dyskusja powinna być rzeczowa i konstruktywna, a jej uczestnicy aktywni

Niekoniecznie wiemy, po co się spotykamy. Po prostu są jakieś tematy do omówienia, więc potrzebne jest spotkanie. Ono powinno się kończyć konkretnym produktem: decyzją, ustaleniami, uzgodnieniami – mówi Sławomir Błaszczak.

Menadżerowie podkreślają, że łatwiej o taki przebieg spotkania w mniejszym gronie, gdy uczestnicy są właściwie dobrani. Zbyt szeroka grupa rozprasza i wprowadza zbędne wątki poboczne.

Kluczem do sukcesu jest też świadomość roli prowadzącego spotkanie. Lider spotkania powinien być przygotowany, wiedzieć, jak zebranie poprowadzić, umieć słuchać i skłaniać pracowników do dyskusji.

Badani wskazują na to, że od tego, jak oni są przygotowani, jakie mają kompetencje związane z prowadzeniem tego typu spotkań, zależy efektywność spotkania. Jeśli angażują uczestników, potrafią ich dobrze słuchać, mają dobrze przygotowaną strukturę, jasno pracują z celami, to te umiejętności znacząco wpływają na podniesienie efektywności spotkań – mówi partner zarządzający 4Results.

W ocenie menadżerów stratą czasu są telekonferencje. Częste problemy techniczne, niska jakość lub przerwy w połączeniu, a także brak bezpośredniego kontaktu sprawiają, że uczestnicy tzw. calli są rozproszeni, zajmując się jednocześnie kilkoma sprawami. Jeśli nie ma możliwości bezpośredniego spotkania, lepszy rozwiązaniem wydaje się wideokonferencja, która bardziej angażuje uczestników.

– Telekonferencja stwarza możliwość ucieczki i zajmowania się innymi tematami, a tylko pozornego uczestniczenia w spotkaniu. To wpływa na obniżenie efektywności tego typu spotkań. Dlatego zalecamy włączanie kamery, nawet jeśli to by miały być krótsze spotkania, ale będą bardziej skuteczne. Wcześniej powinny być określone materiały, z którymi należy się zapoznać, oraz jasno określony cel wideokonferencji – mówi Sławomir Błaszczak.

Mimo to 60 proc. badanych w ogóle nie bierze udziału w wideokonferencjach.

Brak zaangażowania i koncentracji uczestników to coś, co najbardziej przeszkadza menadżerom – wskazuje na to co trzeci badany. Co czwarty narzeka na to, że współpracownicy ignorują cel spotkania poprzez korzystanie z telefonów i komputerów w jego trakcie.

Coraz chętniej płacimy za usługi w modelu abonamentowym. Młodzi konsumenci przyspieszą rozwój subskrypcji

Coraz chętniej płacimy za usługi w modelu abonamentowym. Młodzi konsumenci przyspieszą rozwój subskrypcji 8

Polacy mają średnio po blisko cztery zobowiązania subskrypcyjne. Najczęściej w abonamencie kupujemy usługi telekomunikacyjne i telewizyjne, opłacamy rachunki za usługi domowe czy dostęp do platform VoD – wynika z raportu „Subskrypcje PL”. Rzadziej subskrybujemy usługi cyfrowe, niewiele osób korzysta jeszcze z abonamentów na produkty spożywcze czy platformy edukacyjne. Znaczenie ekonomii subskrypcji będzie rosnąć. Milenialsi i pokolenie Z przyspieszą rewolucję w handlu.

 Rynek usług abonamentowych w Polsce kwitnie. Ponad 90 proc. dorosłych konsumentów deklaruje, że ma co najmniej jedno zobowiązanie subskrypcyjne – mówi agencji Newseria Biznes Olgierd Borówka, marketing & PR manager w firmie Straal.

Z raportu „Subskrypcje PL”, opublikowanego przez Fundację Digital Poland i firmę Straal we współpracy z Visa, TVN Player, UPC oraz MCI Capital, wynika, że przeciętny polski konsument ma średnio 3,9 zobowiązań subskrypcyjnych. W modelu abonamentowym kupujemy przede wszystkim usługi telekomunikacyjne i telewizyjne (75 proc.), opłacamy rachunki za usługi dla domu (69 proc.), składki na ubezpieczenia (48 proc.) oraz dostęp do platform VoD (42 proc.).

 Drugą grupą są usługi, które na potrzeby raportu określiliśmy mianem usług rozwijających się. To usługi nowe, stosunkowo kosztowne, ale zyskujące w bardzo szybkim stopniu na popularności. W tej grupie przeważają usługi cyfrowe, takie jak oprogramowanie komputerowe, aplikacje mobilne czy bardzo popularne teraz dostępy do platform muzycznych – wymienia Olgierd Borówka.

Subskrypcje na produkty spożywcze (np. dieta pudełkowa), usługi transportowe czy platformy edukacyjne, bardzo popularne na Zachodzie, w Polsce stanowią niewielki odsetek. Zdaniem eksperta ich czas jednak nadejdzie, podobnie jak usług cyfrowych, z których – oprócz VoD – wciąż stosunkowo rzadko korzystamy w modelu abonamentowym.

 Polacy przekonują się coraz bardziej np. do streamingu muzyki, który jest podobny do znanego im VoD, tyle że zamiast treści filmowych uzyskują dostęp do bibliotek muzycznych. Widzimy też, że rośnie stale popularność takich usług, jak dostawy żywności czy pudełka subskrypcyjne. W Stanach Zjednoczonych rosną one w bardzo szybkim tempie i są jednym z najszybciej rozwijających się segmentów gospodarki subskrypcyjnej w ogóle – mówi ekspert firmy Straal.

Z usług subskrypcyjnych najczęściej korzystają osoby w wieku 25–34 lat. Deklarują posiadanie zobowiązań subskrypcyjnych na poziomie powyżej średniej w 8 z 16 kategorii – przede wszystkim te zaklasyfikowane jako rozwijające się i wschodzące: usługi VoD (48 proc. przy 42 proc. ogółem), aplikacje i gry mobilne (27 do 18 proc.), gry online na komputer lub konsolę (20 do 15 proc.) czy subskrypcje spożywcze (9 do 7 proc.). Osoby należące do tej grupy wiekowej będą z czasem konsumować jeszcze więcej i będą bardziej odważnie eksperymentować z nowymi usługami, dlatego w najbliższych latach może nas czekać boom subskrypcyjny.

 Osoby, które mają między 25 a 34 lata, będą korzystały nadal chętnie z tego typu usług, natomiast osoby młode, które dopiero wchodzą na rynek pracy, które dopiero będą zakładały własne gospodarstwa domowe, będą mogły sobie pozwolić na więcej usług subskrypcyjnych – tłumaczy Borówka.

Wraz z rozwojem usług abonamentowych zmieni się też model płatności. Obecnie wciąż jeszcze dominuje ten przystosowany do pojedynczych transakcji, czyli przelewy online (67 proc.) i szybkie przelewy typu pay-by-link (45 proc.). Karty zapisywane w systemie oraz portfele elektroniczne (e-wallety), które są najbardziej naturalnymi sposobami płatności za abonamenty, wybiera dziś stosunkowo niewiele osób. Ma to się jednak zmienić w nadchodzących latach.

 Przewidujemy, że płatności subskrypcyjne będą podążały za najmłodszymi użytkownikami. W kategorii wiekowej 18–24 obserwujemy zdecydowanie największy entuzjazm związany z nowoczesnymi metodami płatności: czy to kart zapisywanych w celu automatycznego obciążania, czy też płatności mobilnych takich jak BLIK czy PeoPay – ocenia Olgierd Borówka.

Branża e-commerce sięga po innowacje, by poprawić interakcję z klientem. Najnowsze technologie mają zwiększyć sprzedaż produktów i usług

Branża e-commerce sięga po innowacje, by poprawić interakcję z klientem. Najnowsze technologie mają zwiększyć sprzedaż produktów i usług 9

Sztuczna inteligencja, programy personalizujące i technologie ułatwiające kontakt z klientem. W branży e-commerce coraz częściej inwestuje się w narzędzia, które automatyzują nawiązanie kontaktu z klientem i umożliwiają nawiązanie z nim osobistej relacji za pośrednictwem wszystkich kanałów sprzedażowych. Powstają zintegrowane narzędzia do zarządzania sklepami internetowymi oraz nowatorskie systemy komunikacji.

– 80 proc. osób deklaruje zakupy u sprzedawcy, który jako pierwszy wejdzie z nim w interakcję. Zostawienie swoich danych osobowych po to, by sprzedawca do nas później oddzwonił, tak naprawdę nie jest interakcją ani narracją sprzedażową. Powoduje tylko to, że trafiamy na listy remarketingowe konkurencji. Kiedy zostawimy nasz adres e-mail na Facebooku firmie, w której zainteresowani byliśmy kupnem samochodu, następnego dnia nasza ściana facebookowa zamieni się w multibrandowy salon samochodowy. Rynkowa potrzeba dosyć jasno pokazuje, że moment, w którym klient gotowy jest kupić, to jest moment, w którym sprzedawca powinien być gotowy sprzedać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Cezary Ziemiński, prezes zarządu Onevid.io.

Oprogramowanie Onevid.io zaprojektowano z myślą o uwspółcześnieniu internetowych narzędzi sprzedażowych i umożliwieniu nawiązania kontaktu ze sprzedawcą klientowi, kiedy ten kierowany potrzebą zakupową chce uzyskać więcej informacji o ofercie. Platforma stanowi przestrzeń do wymiany informacji audiowizualnych, umożliwia przeprowadzenie wideorozmowy we wszystkich kluczowych kanałach sprzedażowych – od postów facebookowych, przez strony firmowe, na przestrzeni detalicznej skończywszy. Jest to uwspółcześniona forma videochatu eksperckiego, która pozwala stanąć z klientem twarzą w twarz, niezależnie od tego, z jakiego miejsca podejmuje on interakcję ze sprzedawcą.

O zwiększenie szans na konwersję sprzedażową walczy także platforma Moneteasy, oferująca kompleksowe rozwiązania dla branży e-commerce. Oddaje ona w ręce przedsiębiorców rozwiązania, które ułatwiają dotarcie do klienta na dowolnym etapie sprzedaży. Przedsiębiorcy mogą optymalizować przekaz reklamowy i za pośrednictwem jednego narzędzia kierować go zarówno do osób przeglądających porównywarki cenowe, jak i czytających opisy i recenzje produktów na najpopularniejszych witrynach informacyjnych.

Z kolei firma Edrone postawiła na system automatyzujący proces profilowania klientów, dzięki któremu sprzedawca szybciej i skuteczniej zrozumie potrzeby swoich docelowych odbiorców. Platformę wyposażono w algorytmy, które dzielą klientów sklepu na kategorie ze względu na sposób ich interakcji ze sklepem: wartość koszyka zakupowego, preferowane kategorie produktowe czy aktywność w internecie. Na tej podstawie tworzą jego profil osobowy, który pozwala przeprowadzić spersonalizowaną komunikację o wyższej skuteczności sprzedażowej.

– 80 proc. osób, które kliknęły w sieci „kup teraz”, porzuca koszyk zakupowy. Powody, z których to się dzieje, nie są bardzo zróżnicowane. W 40 proc. związane są z brakiem możliwości zobaczenia detali produktu bądź z brakiem możliwości porównania go. Kolejnymi rzeczami, które powodują opuszczenia koszyka, są oczywiście względy bezpieczeństwa oraz dość zagmatwany proces wypowiedzenia przez klienta w internecie własnych potrzeb. Podpowiedzieć, jakiego sprzętu potrzebujemy, może nam wyłącznie sprzedawca. Dziś 47 proc. klientów oczekuje asysty żywego człowieka w procesie zakupowym – twierdzi ekspert.

Ciekawym przykładem wykorzystania inteligentnych systemów e-commerce są inteligentne chatboty. Znajdziemy je m.in. na Facebooku, gdzie pełnią rolę narzędzia do nawiązania pierwszego kontaktu z klientem. Można zaprogramować je tak, aby automatycznie odezwały się do osoby, która odwiedzi fanpage firmy, i podsunęły jej najczęściej zadawane pytania. Dzięki temu można zachęcić klienta do rozpoczęcia rozmowy sprzedażowej bez angażowania do niej pracownika.

Na popularności zyskują także systemy wykorzystujące technologię uczenia maszynowego. Na szeroką skalę stosuje je m.in. firma deepsense.ai, która wykorzystuje sztuczną inteligencję na każdym etapie optymalizowania sprzedaży. Algorytmy przewidują, jakie produkty pasują do profilu osobowego klienta, określają jego preferencje na podstawie koszyka zakupowego, są w stanie oszacować jego wartość w długiej perspektywie czasowej, a na podstawie analizy big data przewidzieć, jakie produkty będą się najlepiej sprzedawać w całym sklepie. Dzięki temu przedsiębiorcy mogą zoptymalizować proces dostaw i wielkość zapasów magazynowych. Wszystkie te zadania wykonywane są w pełni automatycznie.

– Algorytmy sztucznej inteligencji kompletnie zrewolucjonizują sposób, w jaki kupujemy. Nawet przy udziale żywego człowieka taki algorytm będzie w stanie podpowiedzieć mi, w jaki sposób powinienem się zachować, by zwiększyć szanse na sprzedaż. Jest w stanie wyczytać z twarzy klienta, analizując jego emocje, gdzie chce pojechać na wakacje czy jakiej klasy samochód chce kupić. Zastosowanie tego typu technologii przy półce sklepowej, gdzie klient rozgląda się i szuka pomocy, umożliwia już po kilku sekundach oglądania produktu włączenie do narracji sprzedawcy, co zwiększy nam szansę na sprzedaż o 80 proc., jeśli podejmiemy tę narrację sprzedażową jako pierwsi – twierdzi Cezary Ziemiński.

Według firmy badawczej Meticulous Research wartość globalnego rynku e-commerce do 2025 roku wzrośnie do ponad 24 bln dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie przeszło 11 proc. w skali roku.

Opracowane przez Polaków urządzenie sprawdzi pracę mózgu. Pomoże w koncentracji i zbada przygotowanie do zawodu

Opracowane przez Polaków urządzenie sprawdzi pracę mózgu. Pomoże w koncentracji i zbada przygotowanie do zawodu 10

Mózg zawiera prawie 100 miliardów neuronów i 100 tys. miliardów połączeń. Choć teoretycznie o pracy ludzkiego mózgu wiemy coraz więcej, wciąż kryje on więcej tajemnic niż kosmos. Pomóc go poznać może wirtualna rzeczywistość. Technologia bliskiej podczerwieni sprawdza, które części mózgu aktywują się przy określonych czynnościach i bada sposób, w jaki działają określone struktury płata czołowego. W przyszłości pomoże ona nawet przewidzieć zachowanie.

– Stworzyliśmy urządzenie bazujące na jednej z trzech najpopularniejszych technologii. W naszym przypadku jest to technologia bliskiej podczerwieni, w ramach której badamy, w jaki sposób pewne struktury mózgu się aktywizują, przede wszystkim w obszarze płata czołowego. Możemy przyjąć założenie, że im więcej krwi jest w danym obszarze mózgu, tym ta struktura mózgu jest bardziej aktywna – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wojciech Broniatowski, dyrektor ds. operacyjnych w projekcie BioVR.

Ludzki mózg ma przed naukowcami wiele tajemnic. Paradoksalnie więcej wiemy o kosmosie, niż o niektórych aspektach pamięci czy procesów poznawczych. Pomocne mogą się jednak okazać nowe technologie. Dzięki wirtualnej rzeczywistości można już stopniowo wyleczyć fobie i uzależnienia. Sztuczna inteligencja na podstawie nawet niewielkich zmian potrafi rozpoznać choroby. Zmiana aktywności mózgu, częstsze korzystanie z określonych  obszarów może świadczyć o chorobach neurologicznych.

Obecnie mózg bada się za pomocą technologii EEG (elektroencefalografii), wykorzystując w tym celu elektrody. Trwają już prace nad takim obrazowaniem  mózgu, które dokładnie sprawdzi, jaki obszar mózgu aktywuje się przy danej czynności. W przyszłości mogłoby to pomóc przewidzieć ludzkie zachowanie.

– BioVR to nazwa projektu, w którym stworzyliśmy urządzenie diagnostyczne, nie urządzenie medyczne, które zakłada się na głowę. Dzięki diodom emitującym światło podczerwone możemy badać sposób, w jaki działają określone struktury płata czołowego – wskazuje Wojciech Broniatowski.

Dzięki podczerwieni można zwizualizować przepływ krwi w mózgu. Przez czaszkę przepuszcza się wiązki światła w bliskiej podczerwieni, odbijane w zależności od stopnia natlenienia krwi. Tam, gdzie krew jest mocno związana z tlenem, absorbowane są inne częstotliwości fal świetlnych, niż tam, gdzie tlen został już oddany do tkanek. W ten sposób dzięki analizie odbitego światła można wskazać czynne regiony w mózgu – tam, gdzie większa aktywność neuronów, tam większe zapotrzebowanie na tlen.

– Widzimy zastosowanie tych danych np. w zawodach opierających się o funkcje uwagowe, czyli np. kontroler ruchu lotniczego czy osoby, które muszą wychwycić konkretne zachowania, jak np. ochroniarz. Naukowcy dzięki naszemu urządzeniu mogą badać pacjentów w warunkach mobilnych, nie tylko laboratoryjnych. Mogą badać pacjenta np. podczas jazdy samochodem czy podczas biegania. Planujemy wykorzystać urządzenie także w rozrywce czy w gamingu, żeby zwiększać immersję, czyli zanurzenie gracza w rozgrywce w wirtualnej rzeczywistości – zapowiada ekspert.

Niedrogi, stereoskopowy wyświetlacz montowany na głowie wyświetla różne obrazy dla każdego oka, aby uzyskać trójwymiarową percepcję. Może temu towarzyszyć  system śledzenia głowy wykorzystujący kamerę na podczerwień czy urządzenie do śledzenia ręki. Urządzenie emituje przed oczami pacjenta, czy użytkownika odpowiednie obrazy, a diody monitorują aktywność określonych regionów mózgu czy szybkość reakcji na nagłe wydarzenia. Urządzenie może też służyć do trenowania mózgu i poprawiania jego zdolności do skupienia się na jednej, określonej czynności.

Przewagą BioVR jest przede wszystkim niewielki rozmiar. Dzięki temu może służyć do diagnostyki i aktywności mózgu podczas codziennych, rutynowych czynności. Według założeń BioVR ma być dostępne na rynku za ok. 20 tys. dol. Dotychczas za rozwiązania tego typu trzeba było zapłacić kilkukrotnie więcej.

– Wykorzystanie tego urządzenia widzimy także np. w obszarze służb mundurowych czy zawodów bazujących na uwadze, jak np. kontroler ruchu lotniczego. Dodatkowo możemy też badać kandydatów i porównywać, kto ma lepsze predyspozycje do takiego zawodu – przekonuje Wojciech Broniatowski.

Czy mieszkanie zabezpieczy nas przed niską emeryturą?

Polska wypada źle w prognozach dotyczących przyszłości systemu emerytalnego. Zastanawiamy się, czy mieszkania (na własne potrzeby lub kupione inwestycyjnie) mogą pomoc naszym rodakom na starość.

Wiele wskazuje na to, że przyzwyczailiśmy się już do złych prognoz emerytalnych. Takie projekcje robią na naszych rodakach raczej niewielkie wrażenie. Wynika to z faktu, że dotyczą one dość dalekiej przyszłości. Trzeba jednak przyznać, że pewna część Polaków świadomie i racjonalnie planuje swoją przyszłość po zakończeniu pracy. Te osoby często zastanawiają się, czy mieszkanie może być dobrą formą zabezpieczenia emerytalnego. Postanowiliśmy odpowiedzieć na to pytanie. Jest ono ciekawe, ponieważ coraz więcej osób wybiera zakup lokalu jako alternatywę dla oszczędzania w banku.

Prognoza Komisji Europejskiej nie wróży dobrze emerytom …

We wstępie artykułu pojawiła się wzmianka o prognozach emerytalnych. Warto rozwinąć ten temat, bo stosunkowo niedawno została opublikowana kolejna ciekawa prognoza. Mowa o projekcji opracowanej przez Komisję Europejską w ramach raportu „The 2018 Ageing Report”. Ta prognoza KE potwierdza bardzo złe perspektywy polskiego systemu emerytalnego. Jeszcze w 2016 r. zapewniał on całkiem wysoki poziom stopy zastąpienia brutto (61,4%). Chodzi o relację pomiędzy wysokością nowych emerytur i poziomem ostatniego wynagrodzenia brutto osób przechodzących na emeryturę w danym roku. Prognozy Komisji Europejskiej wskazują, że w 2030 r. taka stopa zastąpienia obliczona dla Polski wyniesie tylko 41,4%. Projekcja na 2050 r. jest jeszcze gorsza. „Sugeruje ona, że w połowie stulecia przeciętny polski emeryt (po zakończeniu pracy) otrzyma świadczenie o wysokości 24,0% ostatniego wynagrodzenia brutto” – ostrzega Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wysoki udział mieszkań własnościowych w Polsce jest atutem

W świetle prognoz Komisji Europejskiej, Polska do 2050 r. będzie cechowała się największym spadkiem stopy zastąpienia emerytur w całej UE. Równocześnie nasz kraj w skali Unii Europejskiej wyróżnia się wysokim udziałem osób zasiedlających własne lokum. Warto zadać sobie pytanie, czy taka sytuacja może nieco złagodzić złe perspektywy emerytalne.

W polskich warunkach własność mieszkania prawdopodobnie będzie sporym atutem dla emeryta. Wynika to z faktu, że najem wolnorynkowy w Polsce cechuje się niestabilnością. Co więcej, koszty takiego najmu są stosunkowo wysokie względem czynszu za typowe własnościowe „M”. „Oczywiście zakładamy, że obecni kredytobiorcy mieszkaniowi przed przejściem na emeryturę całkowicie spłacą swoje kredytowe długi. Takie założenie jest całkiem realistyczne nawet po uwzględnieniu długiego okresu spłaty wielu kredytów mieszkaniowych” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Rozwój „odwróconej hipoteki” wydaje się tylko kwestią czasu

Leszek Markiewicz podkreśla również, że emeryt posiadający swoje własne lokum, może je np. zamienić na mniejsze „M” po śmierci współmałżonka. Taka zamiana pozwala na uzupełnienie swojej emerytury lub zdobycie środków potrzebnych do prywatnego leczenia.

Można oczekiwać, że w przyszłości polscy emeryci znacznie częściej będą korzystać z innego rozwiązania, które obecnie wciąż nie jest szczególnie popularne. Mowa o tak zwanej rencie dożywotniej oferowanej przez specjalne fundusze hipoteczne. Na polskim rynku wciąż nie funkcjonuje bardziej bezpieczna opcja, która miała pomóc samotnym seniorom. Mowa o odwróconym kredycie hipotecznym. Polskie banki nie kwapią się do oferowania „odwróconej hipoteki”. Można jednak oczekiwać, że aktualna sytuacja ulegnie zmianie w perspektywie np. dziesięciu lat.

Przyszły emeryt powinien zwracać uwagę na lokalizację „M”

Bardziej zamożni pracownicy lub przedsiębiorcy mogą się skupić na budowaniu majątku nieruchomego, który będzie większy niż tylko lokum wykorzystywane na własne potrzeby. Przykładem inwestycji z myślą o zabezpieczeniu emerytalnym mogą być np. mieszkania na wynajem lub działki położone w atrakcyjnych miejscach. „Takie nieruchomości niekoniecznie trzeba posiadać aż do końca swojej kariery zawodowej. Lepiej potraktować je jako przejściową lokatę kapitału i źródło zysku z dzierżawy lub wynajmu” – radzi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zdaniem Leszka Markiewicza, niezależnie od roli nieruchomości w kontekście zabezpieczenia emerytalnego oraz planowanego czasu jej posiadania, inwestor powinien zwracać uwagę na lokalizację. Żyjemy bowiem w czasie wyraźnych zmian demograficznych oraz migracyjnych. Wspomniane zmiany wiążą się m.in. z rozwojem ludnościowym największych metropolii oraz ich okolic kosztem pozostałych części kraju. Właśnie dlatego w ramach zabezpieczenia emerytalnego warto wybierać nieruchomości posiadające perspektywiczną lokalizację. Inwestycja w inne nieruchomości niestety może zakończyć się sporym rozczarowaniem i trudnościami z korzystną odsprzedażą.

Bardzo dobrą formą zabezpieczenia emerytalnego są np. atrakcyjne nieruchomości znajdujące się na terenie aglomeracji warszawskiej. „Ta część Polski ze względu na swoją atrakcyjność dla młodych pracowników, powinna być odporna na zmiany demograficzne. Potwierdzają to prognozy GUS – u zakładające powolny wzrost liczby ludności Warszawy aż do 2050 roku” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Autor: Leszek Markiewicz, NieruchomosciSzybko.pl

Samodzielna kontrola stanu trzeźwości pracownika, a przepisy prawa

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) popiera interwencję Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców w zakresie kontroli trzeźwości pracowników. Takie uprawnienie pracodawcy jest niezbędne dla zapewnienia bezpieczeństwa pracy. Ponadto to pracodawca odpowiada przed kontrahentem za prawidłowe wykonanie zleconych prac – w branżach o podwyższonym stopniu bezpieczeństwa, jak ochrona czy transport badanie trzeźwości jest elementem niezbędnym z punktu widzenia odpowiedzialności na gruncie prawa cywilnego i karnego.

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców wystąpił do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej o wydanie objaśnienia prawnego dotyczącego uprawnienia pracodawcy do samodzielnej kontroli stanu trzeźwości pracownika.

Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich
Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich

Badanie stanu trzeźwości pracowników, kiedy zachodzi uzasadnione podejrzenie w tej sprawie, okazuje się dużym problemem polskich pracodawców. Muszą sprawdzać, czy rzeczywiście mogą dopuścić pracownika do wykonywania obowiązków. Należy mieć wtedy na uwadze to, czy w danej sytuacji stan zatrudnionego nie zagraża jego życiu i zdrowiu. Dotyczy to także bezpieczeństwa innych współpracowników. Uzgodnienie regulacji, które rozwiązałyby ten problem, byłoby korzystne dla obu stron. Przede wszystkim wspólną korzyść dla pracodawcy i pracownika dałoby zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków w miejscu pracy To ważne także dla innych zatrudnionych, a nawet klientów – czyli osób z zewnątrz. Nietrzeźwość pracownika przy wykonywaniu obowiązków może mieć negatywne konsekwencje, a nawet tragiczne skutki – kiedy dojdzie do wypadku. Kontrola powinna być możliwa w uzasadnionych przypadkach, kiedy okoliczności na to wskazują. Najwyższym, zgodnym z prawem celem, jest wtedy zapewnienie bezpieczeństwa w miejscu pracy. Badanie trzeźwości przez pracodawcę uznać należy za działanie prewencyjne. Kiedy badanie to potwierdzi przypuszczenia i okaże się, że pracownik przystępuje do pracy nietrzeźwy – w dalszej kolejności powinien zostać przekazany organom policji do badania ostatecznie potwierdzającego jego stan” – wskazuje Grażyna Spytek-Bandurska, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich i Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców
Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców

„W opinii Biura Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców przetwarzanie danych dotyczących stanu trzeźwości pracownika możliwe jest w celu dochowania obowiązków ciążących na pracodawcy, w tym np. zapewnienia bezpieczeństwa zatrudnionym – powiedział Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. – Wystąpiliśmy o wydanie objaśnienia prawnego w związku z zaniepokojeniem, jakie wywołał komunikat UODO wśród przedsiębiorców i brakiem pewności co do interpretacji i stosowania prawa.”

Wniosek o objaśnienie prawne, zawarty w piśmie z dnia 29 lipca, dotyczy prawidłowego rozumienia i stosowania art. 17 ustawy z dnia 26 października 1982 r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Biuro Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców wnioskuje o wskazanie, czy pracodawca jest uprawniony do samodzielnej kontroli stanu trzeźwości pracownika lub wyrywkowej kontroli tego stanu np. z użyciem alkomatu bez udziału właściwego organu. W piśmie zawarty jest również wniosek o objaśnienie prawne dotyczące art. 221b ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. – Kodeks pracy poprzez wskazanie, czy dane dotyczące stanu trzeźwości pracownika są danymi osobowymi o stanie zdrowia, a zatem, czy ich przekazanie możliwe jest wyłącznie z inicjatywy pracownika.

Wniosek o objaśnienie prawne jest efektem komunikatu Urzędu Ochrony Danych Osobowych z dnia 27 czerwca 2019 r., w którym Urząd stwierdził, że badanie trzeźwości może być zainicjowane wyłącznie przez pracownika, a sama informacja o stanie trzeźwości jest informacją o stanie zdrowia oraz że nie ma podstawy prawnej, która umożliwiłaby pracodawcom samodzielną kontrolę pracowników alkomatem. W takim wypadku zgoda pracownika jest niezbędna do przekazania i przetwarzania takich danych. Taka interpretacja przepisów wyklucza w zasadzie wyrywkowe lub prewencyjne badanie pracowników, które było do tej pory powszechną praktyką, szczególnie w zakładach pracy o podwyższonym stopniu bezpieczeństwa, oraz znajdowała potwierdzenie w orzeczeniach sądowych.

Czekają nas znaczne podwyżki cen mięsa

Od ubiegłego roku średnie ceny promocyjne wieprzowiny zwiększyły się o blisko 3%. Podobnie jest z cielęciną. Zanotowano podwyżki na poziomie niespełna 7%. Inaczej jest w przypadku wołowiny. Przeciętny koszt jej zakupu w promocji obniżył się o nieco ponad 1%. Sieci handlowe bardzo ostrożnie podnoszą wartości cenowe w gazetkach. Stowarzyszenie Rzeźników i Wędliniarzy RP twierdzi, że oferowanie dużych obniżek, pomimo wyraźnych wzrostów na giełdzie, wiąże się z poważnymi stratami dla producentów. I dlatego zapowiada walkę z dumpingiem w obronie interesów przetwórców. A to może doprowadzić do znacznych podwyżek w sklepach.  

Ceny wieprzowiny w górę

Średnie ceny promocyjne wzrosły we wszystkich badanych formatach, najbardziej w sieciach typu convenience – o 11,16%, potem w dyskontach – o 8,71%, a następnie – w supermarketach – o 7,65%. Mniej widoczne różnice odnotowano w hipermarketach – na poziomie 5,56%, a także w cash&carry – 2,39%. Dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA, stwierdza, że na ww. podwyżki miał wpływ m.in. wirus ASF, tzw. afrykański pomór świń. Większe zapotrzebowanie na produkty w całej Europie sprawiło, że zdrożały. Dodatkowo Polacy przodują w konsumpcji wieprzowiny na tle innych krajów UE, a rodzime wyroby dobrze się sprzedają za granicą. Braki były więc u nas szczególnie odczuwalne.

– W ostatnich latach sieci typu convenience i dyskonty najmocniej zwiększyły sprzedaż mięsa. Przy największym obrocie i dużej dynamice wzrostu cen wieprzowiny oba formaty musiały zareagować podwyżkami, aby utrzymać swoich dostawców i nie skazać ich na olbrzymie straty. Z kolei supermarkety sprzedają coraz mniej tego typu produktów. Chcąc utrzymać klientów, zapewne poświęciły nawet część marży. Towar najmniej zdrożał w cash&carry, bo te sieci mogły posiłkować się importem tańszych artykułów zagranicznych – mówi Witold Choiński, Prezes Zarządu Związku Polskiego Mięsa.

Ceny maksymalne spadły w cash&carry o 24,23%, w hipermarketach – o 10,36%, a w supermarketach – o 3,85%. Dr Jurowczyk podkreśla, że to są efekty strategii promocyjnych ww. formatów. Zaniżając górne wartości, przyciągają klientów do sklepów. Wieprzowina jest najpopularniejszym rodzajem mięsa wśród Polaków. Jej koszt wpływa więc na wybór miejsca zakupu. Niemniej wzrosty odnotowały dyskonty – o 12,28%, a także convenience – o 4,17%. Ekspert wskazuje, że sieci handlowe, operujące na niskich marżach, nie były w stanie obniżyć cen maksymalnych na przestrzeni roku.

– Nasza analiza wykazała, że ceny minimalne są stabilne. W supermarketach i w sieciach convenience w ogóle się nie zmieniły w ciągu roku. Dyskonty i cash&carry odnotowały lekkie spadki – 2,01% i 0,48%. W hipermarketach nastąpił niewielki wzrost – 0,26%. Zachowawczość graczy rynkowych może wynikać z tego, że polski konsument preferuje wieprzowinę. Jej udział w ogóle spożywanego mięsa przewyższa 50%. Sklepy nie potrzebują więc manipulować cenami minimalnymi, aby zachęcać klientów do zakupów – wnioskuje Julita Pryzmont, Business Development and Communication Director w Hiper-Com Poland.

Patrząc na cały rynek, widać, że maksymalne i średnie ceny promocyjne poszły w górę – odpowiednio o 6,40% i 2,69%. Zdaniem eksperta z Instytutu Badawczego ABR SESTA, wyniki świadczą o tym, że wieprzowina ogólnie zdrożała. Natomiast obniżka cen minimalnych o 3,91% jest sygnałem, że sieci handlowe mogły oferować taniej najpopularniejsze mięso. Odbyło się to jednak kosztem własnej marży albo ze stratą producentów.

– Utrzymywanie się niskich cen w sklepach wielkopowierzchniowych, mimo wyraźnych wzrostów na giełdzie wynikało z podpisanych przez zakłady mięsne długoterminowych, często wielomiesięcznych, umów. Wytwórcy zobowiązywali się dostarczać mięso, m.in. wieprzowinę, w określonej, niskiej cenie. Wysokie kary za niezapewnienie produktów sklepom powodowały, że producenci sprzedawali je, ponosząc straty. Jest to zjawisko dumpingu, z którym walczymy i będziemy to robić dalej, aż przestaniemy być wykorzystywani – zaznacza Janusz Rodziewicz, Prezes Zarządu Głównego Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP.

Droga cielęcina

Z badania wynika, że średnie ceny promocyjne cielęciny poszły w górę we wszystkich formatach, a najbardziej w dyskontach – o 32,73%. Najmniejszą różnicę odnotowano w supermarketach – 5,04%. Dr Jurowczyk twierdzi, że wzrosty z jednej strony generuje rosnący import cieląt, a z drugiej – malejąca produkcja tego rodzaju żywności. Jest to jedno z najdroższych i najzdrowszych mięs, z dużą zawartością białek i aminokwasów. W dyskontach dodatkowe znaczenie ma paczkowanie wszystkich produktów mięsnych, a to oczywiście zwiększa koszty.

– Cielęcina jest produktem niszowym i drogim. Trafia do bardzo niewielkiej, ale wyselekcjonowanej grupy odbiorców. Są to raczej zamożni i świadomi konsumenci. Przy małym wolumenie sprzedaży i wysokiej cenie, klient zainteresowany właśnie tym artykułem i tak jest w stanie zapłacić więcej w zamian za określoną wartość odżywczą i smak mięsa – zauważa Prezes Witold Choiński.

Maksymalna cena ww. asortymentu spadła zarówno w supermarketach, jak i w sieciach convenience o 11,11%. Według eksperta z Instytutu Badawczego ABR SESTA, może to świadczyć o tym, że oba formaty chcą przyciągnąć klienta, który w większym stopniu zwraca uwagę na jakość spożywanego mięsa i jest skłonny wydać więcej pieniędzy. Inne strategie przyjęły dyskonty – wzrost o 25,14%, a także hipermarkety – podwyżka o 20,72%. Konsumenci zaopatrujący się w tych sklepach najwyraźniej są mniej zainteresowani zakupem cielęciny.

– Z kolei ceny minimalne wszędzie się zwiększyły. W niektórych formatach różnice są bardzo duże. W hipermarketach podwyżka wyniosła aż 50,33%, w cash&carry – 35,09%, w supermarketach – 17,02%, a w convenience – 16,67%. Dwa ostatnie kanały sprzedaży nie mają aż tak wielu klientów, jak większe od nich sklepy. Dlatego nie mogą pozwolić sobie na duże wzrosty najmniejszych wartości cenowych – uważa Michał Majszczyk, Data Analyst Manager w Hiper-Com Poland.

W przypadku cielęciny wzrosły zarówno ceny średnie, maksymalne, jak i minimalne – odpowiednio o 6,78%, 2,44% i 9,69%. Jak komentuje dr Jurowczyk, sieci handlowe nie były w stanie całkowicie powstrzymać podwyżek. Konsumenci zapamiętują koszt zakupu produktu, który jest dla nich ważny, miedzy innymi ze względu na jego jakość. I dotyczy to również majętnych osób. Najmniejszy wzrost ceny maksymalnej świadczy o tym, że sklepom bardzo zależy na zamożnych i świadomych klientach.

Ceny wołowiny

– Jak wynika z zebranych danych, średnia cena promocyjna wołowiny spadła o 14,54% w dyskontach i o 4,52% w hipermarketach. Produkt nieznacznie zdrożał w cash&carry – o 3,89%, w supermarketach – o 3,12% i sieciach convenience – o 0,42%. Afera z udziałem tego rodzaju mięsa powoli odchodzi w zapomnienie. Poskutkowała jednak mocnym spadkiem cen w skupach w lutym br. Obecnie wracają one już do starego poziomu, ale dzieje się to znacznie wolniej niż przewidywano. Dlatego w badanym okresie sieci handlowe nie mogły pozwolić sobie na istotne podwyżki – tłumaczy Julita Pryzmont.

W opinii eksperta z Instytutu Badawczego ABR SESTA, sieci, które odnotowały spadki, bardziej akcentują wołowinę w strategiach promocyjnych. Jest ona niezmiennie w czołówce produktów prezentowanych w gazetach. To trzeci co do wielkości spożycia gatunek mięsa w Polsce, zaraz po wieprzowinie i drobiu. Dyskonty mogły wykorzystać nadszarpnięte zaufanie konsumentów do tego produktu w negocjacjach z dostawcami i dzięki temu zaoferować atrakcyjniejsze ceny.

– W ostatnich miesiącach wołowina notowała najwyższy spadek cen rynkowych od kilku lat. Wpływ na to miały doniesienia o suszy i o możliwościach wystąpienia braków w paszach. Do tego doszły informacje o brexicie i o wolnym handlu z krajami Mercosur. To wszystko doprowadziło do wyprzedaży żywca przez europejskich rolników i podniosło podaż surowca w Europie. Dodatkowo Polska utraciła jeden z najważniejszych rynków eksportu – Turcję, co spowodowało olbrzymie spadki cen produktu – wyjaśnia Prezes Zarządu Związku Polskiego Mięsa.

Do tego dr Paweł Jurowczyk dodaje, że maksymalna cena promocyjna wzrosła tylko w convenience i to bardzo nieznacznie – o 5,09%. W hipermarketach i w supermarketach nie zmieniła się. Spadek nastąpił w dyskontach – o 12,46%, a także w cash&carry – o 3,70%. Sklepy convenience mogą pozwolić sobie na wzrost największych wartości cenowych w gazetkach, bowiem nie są postrzegane przez klientów jako główne miejsca zakupu wołowiny.

– Wystąpiły spadki minimalnych cen promocyjnych w trzech kanałach sprzedaży, tj. w hipermarketach – o 29,43%, w supermarketach – o 11,12%, a także w convenience – o 3,51%. W dyskontach mięso wołowe nie zdrożało i nie potaniało. Wzrost był widoczny jedynie w cash&carry – o 7,40%. – analizuje Michał Majszczyk.

Analizując ogólne wyniki, można zauważyć, że spadły tylko średnie i minimalne ceny promocyjne – odpowiednio o 1,27% i 2,86%. Wartości maksymalne poszły w górę zaledwie o 0,38%. Jak objaśnia dr Paweł Jurowczyk, świadczy to o tym, że promocje były korzystniejsze dla klientów w pierwszej połowie tego roku niż zeszłego.

Dane pochodzą z raportu opracowanego przez międzynarodową firmę Hiper-Com Poland we współpracy z Instytutem Badawczym ABR SESTA. Zespół przeanalizował ceny promocyjne wieprzowiny, cielęciny i wołowiny, podawane we wszystkich dostępnych na rynku gazetkach dyskontów, hipermarketów, supermarketów, sieci convenience oraz cash&carry. Porównano wyniki z pierwszego półrocza 2018 i 2019 roku.

Lipiec 2019 na rynku obligacyjnym

W lipcu na krajowym rynku obligacji korporacyjnych kluczowe znaczenie miało wejście w życie nowych zasad, regulujących jego działanie, w tym głównie obowiązek rejestracji wszystkich emisji papierów dłużnych firm w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych oraz korzystania z usług agenta emisji w przypadku ofert niepublicznych. Część emitentów starała się pozyskać finansowanie jeszcze przed I lipca, część zaś czeka na pierwsze obserwacje i doświadczenia dotyczące działania w nowej rzeczywistości. [e dwa czynniki, w połączeniu z pełnią sezonu wakacyjnego spowodowały, że ruch na rynku pierwotnym był w lipcu niezbyt duży. Podobnie zresztą było w przypadku aktywności inwestorów na Catalyst. Ścieżkę nowych regulacji przetestowało jednak w lipcu kilka spółek, między innymi PKO Bank Hipoteczny, Ghelamco, a także Tryboń PPI i Kalisto, deweloperzy mniej znani, choć już wcześniej obecni na rynku papierów dłużnych.

Zbigniew Kowalczyk, Agiofunds TFI
Zbigniew Kowalczyk, Agiofunds TFI

Po wakacjach rynek pierwotny obligacji firm powinien się mocniej ożywić. Znani emitenci, tacy jak choćby Kruk, zapowiadają już kolejne oferty, a procedura rejestracyjna w KDPW nie powinna odstraszać także nowych i mniejszych emitentów. Firmy powinny chętniej sięgać po finansowanie rynkowe, poprzez emisję obligacji, tym bardziej że z cyklicznych badań NBP wynika, że banki zaczynają zaostrzać politykę kredytową i to nie tyko wobec małych i średnich, ale także w przypadku dużych firm, co ma związek ze spodziewanym spowolnieniem tempa wzrostu gospodarczego oraz już widocznym pogorszeniem się warunków działania przedsiębiorstw. Z kolei zainteresowanie obligacjami korporacyjnymi ze strony inwestorów powinny stymulować nowe regulacje, zwiększające przejrzystość rynku, a także szybko rosnąca inflacja, skłaniająca do poszukiwania wyższych stóp zwrotu, przy rozsądnym poziomie ryzyka.

Dużo się działo zarówno na światowym, jak i na krajowym rynku obligacji skarbowych, głównie w związku z działaniami i zapowiedziami głównych banków centralnych. Europejski Bank Centralny zapowiedział, że już w najbliższym czasie, a więc prawdopodobnie we wrześniu, przystąpi do znaczącego poluzowania swojej polityki pieniężnej. W grę wchodzić ma zarówno obniżenie stopy procentowej, jak również możliwy powrót do programu skupu aktywów. Te zapowiedzi, w połączeniu z rosnącymi obawami o kondycję globalnej gospodarki, spowodowały dalszy spadek rentowności obligacji wielu krajów strefy euro do poziomu zdecydowanie ujemnego. Rentowność szwajcarskich obligacji dziesięcioletnich sięgała prawie minus 0,85 proc., a niemieckich niemal minus O,5 proc. Z kolei oczekiwanie na posiedzenie Fed, a następnie decyzja o obniżeniu stóp procentowych w USA, prowadziło do spadku rentowności obligacji amerykańskich do poniżej 2 proc., a także wzmagało spadkową tendencję rentowności papierów dłużnych większości pozostałych państw. W pewnym momencie doszło nawet do dość nietypowej sytuacji, w której rentowność dziesięcioletnich obligacji Grecji i Polski była niższa niż analogicznych papierów amerykańskich. Ta anomalia dość szybko została skorygowana i w ostatnich dniach lipca rentowność naszych dziesięciolatek poszła w górę z około 2 proc. do 2,2 proc.

Zbigniew Kowalczyk, Agiofunds TFI

Lipiec 2019 na rynkach akcji

Lipiec przyniósł lekkie pogorszenie się nastrojów na większości światowych parkietów. Spadkowa korekta nie ominęła także warszawskiej giełdy. Z tej tendencji wyłamały się indeksy na Wall Street oraz nasz segment najmniejszych spółek.

Jakub Bentke
Jakub Bentke zarządzający portfelami w AgioFunds TFI S.A.

W lipcu można było dostrzec wyraźną zbieżność między nastrojami na poszczególnych giełdach a stanem i perspektywami odpowiadających im gospodarek oraz powszechny wzrost obaw dotyczących globalnej koniunktury. Jednocześnie obawy te zaczęły lekko przeważać nad nadziejami związanymi z deklaracjami głównych banków centralnych, które zapowiedziały poluzowanie swojej polityki w celu złagodzenia spowolnienia tempa wzrostu globalnej gospodarki. Wyraźne kłopoty strefy euro, a w szczególności Niemiec, miały swoje odzwierciedlenie w sięgającym w lipcu spadku indeksu giełdy we Frankfurcie o 1,7 proc. Z kolei bardzo solidne wciąż dane makroekonomiczne dla Stanów Zjednoczonych, podtrzymywały dobrą passę na Wall Street, gdzie indeksy ustanawiały kolejne historyczne rekordy przez niemal cały miesiąc. Mimo spadków z ostatnich dni, S&PS00 kończył lipiec zwyżką o 1,3 proc. Do pogorszenia się nastrojów na rynkach finansowych pod koniec miesiąca, przyczyniły się nieco rozczarowujące efekty posiedzeń zarówno EBC, jak i Fed, a raczej zbyt wygórowane oczekiwania inwestorów wobec ich działań. EBC nie obniżył stóp procentowych, choć zapowiedział rychłe rozpoczęcie stymulowania monetarnego. Fed z kolei stopy obniżył, ale nie dość stanowczo odniósł się do kontynuacji tego typu kroków, wzbudzając niepewność na rynkach finansowych. Takie połączenie doprowadziło do umocnienia się dolara, co niekorzystnie wpłynęło na sytuację na rynkach wschodzących. MSCI Emerging Markets zniżkował w lipcu o 2,7 proc.

Na tym tle warszawski parkiet prezentował się całkiem dobrze. WIG20 zniżkował w lipcu o 2,2 proc., co można uznać za korektę trwającej od połowy maja do pierwszych dni lipca fali wzrostowej, w wyniku której indeks największych spółek zyskał prawie 9 proc. Wskaźnik szerokiego rynku poszedł w lipcu w dół jedynie o 0,9 proc., a wynik lepszy od WIG20 zawdzięcza głównie dobrej postawie mniejszych spółek. Lepszą koniunkturę w tym segmencie rynku potwierdza sięgający 1,2 proc. wzrost indeksu sWIG80, który po mającej miejsce w kwietniu i maju spadkowej korekcie, wraca do średnioterminowej tendencji wzrostowej, rozpoczętej jeszcze pod koniec ubiegłego roku. Potwierdzeniem jej siły byłby powrót do poziomu lokalnego szczytu z początku kwietnia, do czego potrzeba zwyżki o zaledwie 3 proc. Nieco słabsze nastroje panowały w lipcu w segmencie średnich firm. mWIG40 zniżkował o ponad 3 proc. Od czterech miesięcy indeks znajduje się w fazie płaskiej korekty, oscylując wokół poziomu 4000 punktów. W perspektywie kilku tygodni można spodziewać się zakończenia tej konsolidacji, a prawdopodobnym scenariuszem jest kontynuacja długoterminowego ruchu w górę. Impulsem do tego mogłaby być poprawa wyników finansowych średnich firm. Drugi kwartał nie przyniósł w tej kwestii pozytywnego przełomu, a najmocniej zawiodły pod tym względem PKP Cargo i Forte. Indeks w dół pociągnęły także mocno przeceniane walory banków Millennium i Getin Noble, a także przedstawiciele energetyki, czyli Enea i Energa. Najlepiej w lipcu w gronie średniaków radzili sobie deweloperzy oraz reprezentanci nowych technologii.

Patrząc z perspektywy rynku jako całości, nadal widoczna była słabość branży surowcowej, finansowej i energetyki, a więc tych segmentów, które mają istotny wpływ na kondycję WIG20. Każdy z tych sektorów ma swoje problemy, ale biorąc pod uwagę skalę przeceny tych indeksów, wydaje się, że ostały one już z nawiązką zdyskontowane i można w nieodległej przyszłości spodziewać się przynajmniej średnioterminowego wzrostowego odreagowania.

Z makroekonomicznego punktu widzenia, mimo przewagi pesymistycznych prognoz, sytuacja na świecie jest zróżnicowana. Z jednej strony mamy do czynienia z bardzo słabymi danymi z gospodarki strefy euro i Niemiec, z drugiej zaś z ciągle mocno się trzymającą koniunkturą w Stanach Zjednoczonych. Taki układ sił sprzyja sile dolara, choć zarówno EBC, jak i Fed, deklarują łagodzenie polityki pieniężnej, a mocny dolar niekorzystnie wpływa na postrzeganie przez inwestorów rynków wschodzących. Jednocześnie, co ciekawe, o prawdopodobieństwie wystąpienia recesji znaczenie częściej wspomina się w odniesieniu do gospodarki amerykańskiej, niż europejskiej. Polska gospodarka, mimo pierwszych sygnałów spowolnienia tempa wzrostu, wciąż radzi sobie bardzo dobrze. Wszystko wskazuje na to, że globalne spowolnienie nam nie zaszkodzi i pod względem dynamiki PKB, podobnie jak w poprzednim cyklu, Polska będzie się wyróżniała bardzo korzystnie. Na razie globalny kapitał zdaje się tego nie dostrzegać, ale ten punkt widzenia może ulec zmianie, co powinno pomóc zarówno naszej walucie, jak i rynkowi akcji. Miesiąc na rynku obligacyjnym.

Jakub Bentke, Agiofunds TFI

Firmy transportowe hamują, są w najgorszej sytuacji od prawie 5 lat. W lepszych nastrojach budownictwo i produkcja

W III kwartale br. nastroje przedsiębiorców w poszczególnych branżach są zróżnicowane. Podczas gdy w poprzednim kwartale we wszystkich branżach odnotowano wzrost, tym razem nastąpił on jedynie w przypadku budownictwa i produkcji. Ich subindeksy są też wyższe niż główny odczyt „Barometru EFL” (52,2 pkt.) i wynoszą odpowiednio 57,3 pkt. oraz 56,6 pkt. W przypadku pozostałych czterech branż nastroje są mniej optymistyczne. Odczyt dla HoReCa wyniósł 55 pkt. (-8 pkt.), dla usług 49,5 pkt. (-4,9 pkt.), a dla handlu 48,9 pkt. (-2,9 pkt.). Najtrudniej swoją sytuację oceniają jednak firmy transportowe – odczyt na poziomie 47,3 pkt. jest najniższym od początku realizacji pomiaru (od stycznia 2015).

Różnicą między poprzednim pomiarem a obecnym jest także to, że wówczas wartość subindeksu dla każdej branży była wyższa niż 50 pkt.

Radosław Woźniak Wiceprezes Zarządu
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL

 Branżowy obraz, jaki wyłania się z naszego Barometru w III kwartale, bardziej niż w ostatnich pomiarach przedstawia zróżnicowane nastroje w badanych segmentach gospodarki. Możemy je podzielić na dwie grupy. W pierwszej, w której znajdują się budownictwo, HoReCa i produkcja, próg ograniczonego rozwoju (OR) został wyraźnie przekroczony. To bardzo dobra wiadomość, w szczególności w przypadku produkcji przemysłowej, która jak wynika z ostatnich danych GUS, wyhamowała dosyć mocno w czerwcu. Drugą grupę, w której nie udało się osiągnąć poziomu 50 pkt., tworzą handel, transport i usługi. Tutaj martwią nas przede wszystkim firmy transportowe, które coraz mocniej zaciągają hamulec – zwraca uwagę Radosław Woźniak, wiceprezes EFL.

Transport hamuje z inwestycjami

Firmy transportowe oceniły swoją sytuacją najsłabiej wśród wszystkich badanych branż. Ich subindeks wyniósł tylko 47,3 pkt., czyli o 6,5 pkt. mniej niż w poprzednim kwartale. Jest to nie tylko najsłabszy wynik dla transportu w historii pomiaru (czyli od stycznia 2015 roku), ale również najniższy, biorąc pod uwagę wszystkie badane branże. Do takiegorezultatu przyczyniły się przede wszystkim prognozy dotyczące inwestycji. Tylko 8 proc. firm transportowych liczy na ich wzrost (w II kwartale br. 22 proc.) – najniższy wynik wśród wszystkich 6 branż, podczas gdy ich spadku spodziewa się aż 28 proc. przedsiębiorców. Mniej niż w poprzednim pomiarze jest również sprzedażowych optymistów – niecałe 29 proc., podczas gdy w drugim kwartale było ich prawie 38 proc.

Utrzymuje się popyt na usługi budowlane

W III kwartale br. subindeks dla branży budowlanej wyniósł 57 pkt., prawie tyle samo, co kwartał wcześniej (57,3 pkt.). Jest to najwyższy odczyt branżowy w tym kwartale, jednak pozostaje daleko od rekordowego wyniku z IV kwartału 2017 roku (66,7 pkt.). Na dobry wynik, podobnie jak w II kwartale, wpływ miał głównie sprzedażowy optymizm wśród firm budowlanych. Ponad 41 proc. spodziewa się wzrostu obrotów. Co więcej, przewaga optymistów nad pesymistami, którzy obawiają się wyhamowania sprzedaży, wynosi aż 36,3%. Firmy budowlane mają większy niż w poprzednim pomiarze apetyt na inwestycje. Ich wzrost planuje blisko 28 proc. zapytanych, w II kwartale wskaźnik ten wyniósł ponad 17 proc.

Firmy produkcyjne będą inwestować więcej

Istotny wzrost optymizmu obserwujemy w branży produkcyjnej (o 5,5 pkt). Wartość subindeksu Barometru EFL dla produkcji w III kwartale br. wyniosła 56,6 pkt., podczas gdy kwartał wcześniej 51,1 pkt. Podobnie jednak jak w przypadku budownictwa, wynik należy do jednych z niższych w historii pomiaru i daleko mu do rekordowego odczytu z II kwartału 2017 roku (69 pkt.). Nieco bardziej optymistyczna ocena koniunktury w produkcji to pochodna przede wszystkim pozytywnych prognoz w zakresie inwestycji. Niemal 36 proc. zarządzających małym lub średnim biznesem produkcyjnym planuje więcej inwestować. Kwartał wcześniej taką deklarację złożył tylko co dziesiąty zapytany. W porównaniu do II kwartału spadł nieco odsetek osób liczących na wzrost zamówień – z 40 proc. do 36 proc.

Firmy handlowe zaczynają szukać „dna”

W III kwartale br. subindeks „Barometru EFL” dla handlu wyniósł 48,9 pkt. Jest to wynik słabszy niż w poprzednim kwartale (-2,9 pkt.). Jest to także jeden z najniższych odczytów dla branży – niższy był tylko w I kwartale br. (48,2 pkt.). Zaważyły na nim słabsze niż kwartał wcześniej prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Po pierwsze, tylko 18 proc. firm handlowych spodziewa się więcej inwestować. Po drugie, przedstawiciele branży handlowej sygnalizują spadek zamówień. Więcej spodziewa się sprzedawać  tylko 29 proc. firm, co oznacza spadek o  ponad 4 p.p. w porównaniu do II kwartału tego roku.

HoReCa zdaje sobie sprawę z końca sezonu

W III kwartale br. subindeks „Barometru EFL” dla HoReCa wyniósł 55 pkt. i był aż o 8 pkt. niższy niż w II kwartale br. Na odczyt wpłynęły głównie słabsze prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Po pierwsze, 23 proc. hoteli, restauracji i firm cateringowych spodziewa się więcej inwestować Odsetek inwestycyjnych optymistów jest więc o 5 p.p. niższy niż kwartał wcześniej. Co więcej, po rekordowym odsetku optymistów sprzedażowych w II kwartale, w tym pomiarze nie jest już tak kolorowo. Na wzrost zamówień liczy 43 proc. respondentów (o 17 p.p. mniej). Biorąc jednak pod uwagę wszystkie branże, ten wynik jest najwyższym uzyskanym w tym kwartale w obszarze sprzedaży.

Firmy usługowe w stagnacji

Subindeks Barometru EFL dla usług wyniósł 49,5 pkt. i był o 4,9 pkt. niższy niż kwartał wcześniej. Jest to także jeden z najsłabszych wyników w historii pomiaru. Podobnie jak w większości badanych branż, na odczyt wpłynęły gorsze prognozy dotyczące inwestycji i sprzedaży. Więcej inwestować planuje tylko 11 proc. firm usługowych, podczas gdy kwartał wcześniej 33 proc. Więcej zamówień oczekuje natomiast blisko 29 proc. respondentów – w II kwartale odsetek ten był nieco wyższy i wyniósł 31 proc.

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro-, małe i średnie firmy z terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro-, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w czerwcu 2019 roku.

Odszkodowanie za błąd w podatkach kontrahenta?

W dynamicznie zmieniającym się otoczeniu podatkowym w ramach prowadzonej działalności gospodarczej nietrudno o popełnienie błędu. Coraz większa liczba nowych regulacji wymusza nie tylko posiadanie aktualnej wiedzy, lecz także odpowiednie zarządzanie procesami w przedsiębiorstwie oraz kontakt z ekspertami. W dzisiejszych czasach bardzo ważna jest także współpraca pomiędzy podmiotami zaangażowanymi w transakcję (sprzedawcą i nabywcą, w niektórych przypadkach pośrednikami), oparta nie tylko na zaufaniu, ale także na weryfikacji i kontroli, gdyż nieprawidłowość występująca po jednej stronie transakcji może mieć wpływ na rozliczenia podatkowe drugiej strony. Naprawienie i rozliczenie błędów jednej strony może nastąpić w formie ugodowej tj. poprzez zaakceptowanie podejścia i rozliczenia podatkowego transakcji zaproponowanego przez jedną ze stron. Jeżeli jednak to nie nastąpi, w wielu przypadkach z pomocą nie przyjdzie podatnikowi prawo administracyjne czy podatkowe, ale prawo cywilne i regulacje dotyczące odszkodowania. W konsekwencji podatnicy zaczęli zastanawiać się, czy w związku z nieprawidłowościami w podatkach kontrahenta mogą dochodzić od niego odszkodowania na zasadach prawa cywilnego?

Z czego wynika problem?

Jednym ze sztandarowych przykładów, gdzie może powstać nieprawidłowość w rozliczeniu podatku, jest mechanizm odwrotnego obciążenia, w ramach którego co do zasady podatek powinien rozliczyć nabywca. Co jednak w sytuacji, jeżeli nabywca otrzyma fakturę z wykazanym podatkiem VAT i ją zapłaci, a następnie w wyniku kontroli takie rozliczenie transakcji zostanie zakwestionowane? Wtedy nabywca będzie zobowiązany do zapłaty VAT należnego wraz z odsetkami, który to podatek odprowadził już do budżetu sprzedawca.

Przykładem takiej sytuacji jest stan faktyczny zaistniały w sprawie zawisłej przed Sądem Rejonowym w Białymstoku, sygn. akt VIII GC 605/18 (wyrok z dnia 20 grudnia 2018 r.). Sprawa dotyczyła franczyzobiorcy, który nabywał hurtowo sprzęt elektroniczny, a następnie odsprzedawał go klientom detalicznym. W związku z wejściem w życie w dniu 1 lipca 2015 r. tzw. mechanizmu odwrotnego obciążenia podatkiem VAT na niektóre towary (wymienione w załączniku do ustawy VAT) strony sporu zawarły porozumienie o traktowaniu dostaw towarów jako jednolitej gospodarczo transakcji, przez co zastosowanie znajdowało odwrotne obciążenie. Sprzedawca, chcąc sprzedawać towary poza tym mechanizmem, próbował „manewrować” definicją jednolitej gospodarczo transakcji. Nie spotkało się to z aprobatą nabywcy, który w konsekwencji nie podpisał aneksów do porozumień. Pomimo tego sprzedawca wystawiał faktury poza odwrotnym obciążeniem, traktując każdą dostawę jako odrębną transakcję, nieprzekraczającą kwoty progu tj. 20 tys. zł.

Nabywca, mając wątpliwości co do prawidłowości fakturowania, wystąpił do Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej o wydanie interpretacji indywidualnej na pytanie, czy przysługiwało mu prawo do pomniejszenia podatku należnego o podatek naliczony, wynikający z faktur dokumentujących nabycie przez niego towarów wymienionych w pozycji 28, 28a-28c załącznika nr 11 do ustawy o podatku od towarów i usług. W interpretacji indywidualnej z 26 lipca 2017 r. (k.18-23, sygn. 0115- (…)-3. (…).177.2017.2.AP) wskazano, że charakter transakcji dokonywanych między stronami pozostającymi w regularnych kontaktach handlowych skutkuje uznaniem tych transakcji za transakcje jednolite gospodarczo w rozumieniu przepisów ustawy, co oznacza obowiązek zastosowania mechanizmu odwrotnego obciążenia niezależnie od wartości nabywanych towarów, która w przewidywanym przez strony horyzoncie czasowym przekracza kwotę 20 tys. zł. W związku ze stanowiskiem fiskusa nabywca dokonał stosowanych korekt deklaracji VAT, wykazując VAT należny do zapłaty do urzędu, a następnie chciał odzyskać środki wcześniej zapłacone na drodze administracyjnej. Jednak w tej sytuacji postępowanie podatkowe nie wchodziło w grę.

Co orzekł sąd?

Sprawa trafiła do sądu cywilnego, wydział gospodarczy. W ocenie Sądu nabywca wykazał wszystkie przesłanki odpowiedzialności odszkodowawczej, tj.:

  • szkodę i jej wysokość,
  • zdarzenie wywołujące szkodę, będące zachowaniem sprzedawcy,
  • związek przyczynowy pomiędzy dwoma wyżej wymienionymi punktami.

Sąd, powołując się na skalę działalności sprzedawcy oraz wiedzę co do tego, że to nabywca winien naliczyć podatek w ramach odwrotnego obciążenia, uznał, że działania sprzedawcy charakteryzowały się rażącym niedbalstwem, jeśli nie umyślnym bezprawiem. To natomiast doprowadziło do szkody po stronie nabywcy. Kwestia wysokości szkody była bezsporna, gdyż wynikała z dokumentów. Istnieje także bezpośredni związek przyczynowy pomiędzy zachowaniem pozwanego a szkodą, której doznał powód, stosując się do przepisów podatkowych i korygując błędne deklaracje podatkowe oparte na niewłaściwie wystawionych fakturach pozwanego. W efekcie w oparciu o art. 415 k.c. Sąd orzekł, że rażące naruszenie prawa podatkowego poprzez niezastosowanie mechanizmu odwrotnego obciążenia przez wystawcę faktury (sprzedającego) skutkowało szkodą po stronie kontrahenta, co uprawnia tego ostatniego do odszkodowania na gruncie prawa cywilnego.

Podsumowanie

Z analizy powyżej opisanej sprawy wynika kilka wniosków. Po pierwsze podatnicy będący sprzedawcami hurtowymi powinni na początkowym etapie dystrybucji towaru przeanalizować skutki podatkowe także po stronie nabywców. Jest to dobra praktyka rynkowa, która ułatwia współpracę i zapobiega powstawaniu sporów w przyszłości. Tematyka ta dotyczy nie tylko kwestii odwrotnego obciążenia, ale także odpowiedzialności solidarnej, pakietu przewozowego czy „split paymentu”. Dlatego podatnicy (sprzedawcy) często zlecają także przygotowanie opinii co do skutków podatkowych występujących po drugiej stronie transakcji. Jeżeli nabywców jest stosunkowo niewielu, kolejnym rozwiązaniem, na jakie mogą zdecydować się sprzedawcy, jest wystąpienie ze wspólnymi wnioskami o wydanie interpretacji podatkowych, które potwierdzałyby prawidłowość rozliczenia transakcji. Takie wnioski dają ochronę dla dwóch stron transakcji oraz rozwiązują wątpliwości co do prawidłowości rozliczenia podatkowego. Z kolei nabywcy w przypadku nietypowych rozwiązań budzących wątpliwości mogą zawsze wystąpić do doradcy o wydanie opinii, na podstawie której będą mogli dyskutować sporne kwestie ze sprzedawcą. Niezależnie od powyższego, szczególnie w branżach narażonych na podwyższone ryzyko kontroli – budownictwo, motoryzacja, obrót niektórymi towarami (paliwo, złom, elektronika), nieruchomości, e-usługi, produkcja i obrót metalami i produktami metalowymi, branże transportowe i logistyczne oraz branże usług finansowych i ubezpieczeniowych – warto skorzystać z pomocy doświadczonych doradców podatkowych.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyberatak? Najlepiej przez asystentkę prezesa

Tylko przez ostatnie 3 lata globalna wartość strat poniesionych przez zaatakowane metodą BEC przedsiębiorstwa wzrosła o 136% i osiągnęła poziom 12,5 miliarda dolarów. Business Email Compromise i należący do tej grupy CEO Fraud, czyli oszustwo “na prezesa”, to jedne z ulubionych i najskuteczniejszych metod wykorzystywanych przez cyberprzestępców.

Straty poniesione przez firmy na całym świecie, które padły ofiarą BEC – Business Email Compromise, przekroczyły wartość 12,5 miliarda dolarów, alarmują analitycy amerykańskiej agencji bezpieczeństwa FBI. W rzeczywiści liczba ta może być znacznie wyższa, ponieważ analizie poddano wyłącznie 78,617 firm, które zgłosiły incydenty do odpowiednich organów. Nie wiadomo jak wielu przedsiębiorców zataiło ten fakt, chroniąc się przed możliwymi konsekwencjami i stratami wizerunkowymi. Szczególnie, że zgodnie z danymi FBI, zgłaszający odzyskali jedynie 4% utraconych kwot.

Panu w garniturze się nie odmawia

Jak wygląda schemat ataku metodą CEO Fraud? Rzecz zaczyna się od uzyskania dostępu do e-maila prezesa, z którego wysyłane są zlecenia przelewów. Drugim krokiem jest kradzież wrażliwych danych firmowych, dzięki którym takie oszustwo można uwiarygodnić, np. poprzez posłużenie się danymi faktycznych dostawców lub powołanie się na zaległe faktury. Przeprowadzenie ataku socjotechnicznego umożliwiającego zdobycie takich informacji jest prostsze niż się wydaje, o czym kilka dni temu przekonał się Tomasz Szpikowski, CEO TestArmy Group S.A.:

– Właśnie jechałem na spotkanie z zarządem dużego koncernu motoryzacyjnego w ich wrocławskiej siedzibie. Po drodze, rzecz trywialna, rozładował mi się telefon. W samochodzie miałem kabel USB, ale bez adaptera pozwalającego na podłączenie do gniazda zapalniczki. “Ford niestety ładuje słabo, ciekawe co by na to powiedział Lee Iacocca”, pomyślałem… Dojechałem na miejsce, wszedłem do głównego holu, gdzie zostałem przywitany przez asystentkę prezesa. Kiedy zapytała, czy może w czymś pomóc, odpowiedziałem, że owszem, rozładował mi się telefon, a przy sobie mam wyłącznie kabel USB. Asystentka wzięła telefon i nie mając adaptera, podpięła go do swojego służbowego laptopa w sekretariacie zarządu.

Co by się stało, gdyby dyrektor okazał się cyberprzestępcą?

Gest asystentki był miły i uczynny, ale gdyby Tomasz Szpikowski był cyberprzestępcą, a telefon byłby skonfigurowany tak, aby natychmiast po podłączeniu zainfekować urządzenie oprogramowaniem dającym do niego zdalny dostęp, mógłby zrobić wszystko. Skopiować wszystkie e-maile wymieniane między centralą firmy a innymi placówkami i klientami. Zaszyfrować dokumenty, pobrać dane biznesowe, faktury, informacje o pracownikach. Znałby wewnętrzne procedury, politykę wynagrodzeń, budżety czy strategię rozwoju firmy. Nie trzeba dodawać, na jakie straty firma by się naraziła, gdyby takie dane znalazły się w niewłaściwych rękach.

Pamiętajmy, że człowiek jest najsłabszym ogniwem systemu bezpieczeństwa, choć najczęściej nie z własnej winy. To zarząd firmy jest odpowiedzialny za wprowadzanie procedur walki z atakami socjotechnicznymi i odpowiednie przeszkolenie pracowników. Jeśli tego nie zrobi, biznes będzie stale narażony, a menadżerowie i dyrektorzy, którzy trzymają klucze do wirtualnie przechowywanych wrażliwych danych, będą łatwym celem dla cyberprzestępców – tłumaczy Tomasz Szpikowski.

Ekspert podkreśla, że praktycznie każdy gadżet może otwierać drzwi do strategicznych danych elektronicznych, tak samo smartfon, pendrive, transmiter do klawiatury, adapter do rzutnika, jak i inne podłączane do komputerów akcesoria. Przeprowadzone przez TestArmy CyberForces testy pokazały, że luki w systemach bezpieczeństwa ma aż 5 na 10 popularnych urządzeń IoT.

Jak cyberprzestępcy wykorzystują CEO Fraud?

Gdy cyberprzestępca zyska dostęp do e-maila dyrektora, ma pełne spektrum możliwości.

  • Gdy włamanie dotyczy firmy współpracującej z zagranicznym dostawcą, może wykorzystać długą relację biznes-dostawca. Mając dostęp do historii przelewów, wysyłać e-mailem prośby o zmianę rachunku, na który kierowane są pieniądze. Ponieważ adres e-mail będzie się zgadzać, odbiorca nie będzie podejrzewać, że cała sytuacja jest oszustwem.
  • Gdy włamanie dotyczy firmy zlecającej duże ilości przelewów, podstawiony “dyrektor” może zlecić własnym pracownikom czy instytucji finansowej obsługującej firmę przesłanie środków na podany numer konta.
  • Gdy włamanie dotyczy firmy współpracującej z zewnętrznym doradcą podatkowym lub adwokatem, przestępca może wysłać prośbę o wypełnienie papierów podatkowych, do których ma dostęp, albo o przekazanie szczegółowych i poufnych danych pracowników.

Ciekawe – najdroższy rozwód w historii zaczął się od zhackowanego telefonu

A dotyczył najbogatszego człowieka na świecie – Jeffa Bezosa, CEO Amazona. Przyczyną rozwodu był romans Bezosa z Lauren Sanchez, który nagłośniono dzięki wyciekowi ich prywatnej korespondencji. Osobisty ochroniarz Bezosa, zajmujący się jego cyberbezpieczeństwem, opisał całą sytuację w dzienniku The Daily Beast. Przyznał, że choć brak na to twardych dowodów, wszystko wskazuje na to, że za wyciekiem stoi rząd Arabii Saudyjskiej, który zhackował telefon Bezosa i ujawnił zdobyte dane American Media Inc. i gazecie National Enquirer. Bezos, którego majątek wyceniany był na prawie 160 miliardów dolarów, w wyniku rozwodu oddał byłej żonie 36 miliardów dolarów.

Takie sytuacje uświadamiają, że cyberbezpieczeństwo to sektor dotyczący nie tylko sfery zawodowej. Coraz częściej dyrektorzy firm, osoby wysoko postawione, majętne decydują się na rozszerzenie ochrony z firmy także na własną rodzinę, chcąc zabezpieczyć swoich bliskich, inteligentne domy, w których mieszkają i inteligentne urządzenia, z których korzystają na co dzień – podsumowuje Tomasz Szpikowski.

W cyfrowym świecie nikt nie jest bezpieczny, a członkowie zarządów firm wyjątkowo boleśnie przekonują się o tym, jak wyciek wrażliwych informacji może narazić ich na olbrzymie straty. Problem jest szczególnie istotny, ponieważ zgodnie z raportem Verizon DBIR 2019, osoby posiadające przywileje wykonawcze i dostęp do wielu zastrzeżonych, często krytycznych rejonów infrastruktury informatycznej są obecnie 12 razy bardziej narażeni na atak socjotechniczny niż jeszcze rok temu.

Źródło: TestArmy CyberForces