Ponad 80 proc. menadżerów z firm rozwiniętych cyfrowo uważa, że innowacje są siłą napędową ich organizacji

Firmy rozwinięte cyfrowo wprowadzają zdecydowanie więcej innowacji niż pozostali uczestnicy rynku, a wdrażane rozwiązania są o wiele bardziej zaawansowane niż w przypadku organizacji będących na wcześniejszym etapie cyfryzacji. Z badania Accelerating Digital Innovation Inside and Out” przeprowadzonego przez MIT Sloan Management Review i firmę doradczą Deloitte wynika, że dyrektorzy i menedżerowie aż 3/4 przedsiębiorstw dojrzałych cyfrowo uważają, że ich organizacje zapewniają wystarczające zasoby na rozwój innowacyjności firmy, podczas gdy podobnie myślą dyrektorzy jedynie z 15 proc. przedsiębiorstw dopiero zaczynających przygodę z transformacją cyfrową.

Po raz ósmy MIT Sloan Management Review i Deloitte przeprowadziły globalne badanie na temat wpływu technologii cyfrowej na biznes i zarządzanie. Tegoroczna edycja obejmuje opinie ponad 4 800 menedżerów, kadry kierowniczej i analityków z całego świata.

Aby zmierzyć dojrzałość cyfrową badanych przedsiębiorstw respondenci oceniali je w skali od 1 do 10. Autorzy badania wyłonili ostatecznie trzy grupy dojrzałości cyfrowej: wczesne, czyli dotyczące firm, które dopiero zaczynają transformację (1-3), rozwijające się, czyli będące w trakcie procesu transformacji (4-6) oraz takie, w których proces cyfryzacji można określić jako dojrzały (7-10).

Siła napędowa

Jedynie 10 proc. menedżerów z firm na wczesnym etapie transformacji cyfrowej uważa, że w innowacjach tkwi siła ich organizacji. Co ciekawe takiego zdania jest 36 proc. liderów z przedsiębiorstw rozwijających się cyfrowo i aż 81 proc. respondentów z przedsiębiorstw na zaawansowanym etapie transformacji. To jeden z kluczowych wniosków z badania Deloitte.

Różnice widać także w tym, ile poszczególne przedsiębiorstwa wydają na innowacje. Aż 74 proc. dyrektorów i menedżerów z firm dojrzałych cyfrowo deklaruje, że ich organizacje przeznaczają na innowacje wystarczające środki, podobnego zdania jest jedynie 39 proc. dyrektorów z firm rozwijających się i tylko 15 proc. liderów z firm na początkowym etapie transformacji.

Cyfrowo dojrzałe firmy inwestują w bardziej zaawansowane innowacje niż firmy będące w trakcie procesu transformacji, czy dopiero ją rozpoczynające. Można powiedzieć, że kultywują kulturę innowacji. Dojrzałe cyfrowo organizacje dają również swoim pracownikom czas na eksperymentowanie, by sami przekonali się, jakie zmiany będą najlepsze dla ich firmy. Pracownicy przedsiębiorstw najbardziej nastawionych na cyfrowy rozwój mogą na to poświęcić nawet ponad 10 proc. swojego czasu. Te firmy zrozumiały, że ciągłe doskonalenie jest konieczne, by pozostać w czołówce – mówi Jan Michalski, Partner, Lider Deloitte Digital CE.

Współpraca wewnątrz i na zewnątrz

Badanie Deloitte pokazuje, że przedsiębiorstwa dojrzałe cyfrowo ponad dwukrotnie częściej współpracują przy wprowadzaniu innowacji z zewnętrznymi organizacjami, niż te najmniej pod tym względem rozwinięte (odpowiednio 80 i 33 proc.). To interesujący wynik, tym bardziej, że prawie 80 proc. respondentów we wszystkich grupach dojrzałości cyfrowej uważa partnerstwa za kluczowe dla ich wysiłków innowacyjnych.

Firmy na wysokim poziomie cyfryzacji mają inne podejście do swoich partnerstw niż organizacje mniej rozwinięte technologicznie. Zewnętrzna współpraca pomaga im we wspieraniu innowacji na różnych etapach ich implementacji. Rozbudowane ekosystemy, czyli grupy firm współpracujących dla wspólnego celu, których te przedsiębiorstwa są częścią, odpowiadają zarówno celom krótko-, jak i długoterminowym – mówi Agnieszka Zielińska, Partner w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Zdecydowana większość, bo aż 83 proc. firm dojrzałych cyfrowo twierdzi, że aby rozwijać innowacje, tworzy w swoich strukturach zespoły interdyscyplinarne. Taką strategię ma 71 proc. firm, które są
w trakcie procesu transformacji cyfrowej i 55 proc. tych na wczesnym jej etapie. W tej pierwszej grupie firm zespoły interdyscyplinarne mają największą autonomię w zakresie osiągania celów (odpowiednio 69, 53 i 38 proc.), częściej są oceniane, jako grupa (54 proc. w porównaniu z 33 proc. i 20 proc.), a ich praca jest bardziej wspierana przez kierownictwo wyższego szczebla niż w firmach mniej rozwiniętych cyfrowo.

W dojrzałych cyfrowo firmach także luźno powiązane relacje, systemy i procesy wspierają rozwój innowacyjności. Dzięki większej autonomii zarówno całe zespoły, jak i poszczególne jednostki mogą swobodnie reagować na zmiany na rynku. Interakcje firm rozwiniętych cyfrowo z partnerami zewnętrznymi są bardziej regulowane relacjami nieformalnymi, niż umowami – dodaje Agnieszka Zielińska.

Etyka narzędziem do kontrolowania swobody

Autonomia pracowników i zespołów ma wiele zalet, do których należy m.in. ich większa zwinność. Wadą jednak jest utrata kontroli nad nimi. Firmy, które dają pracownikom swobodę w eksperymentowaniu ryzykują większym prawdopodobieństwem popełnienia przez nich błędów.

Z tego powodu konieczne jest pielęgnowanie kultury uczciwości. Firmy dojrzałe cyfrowo częściej przyjmują strategie wspierające standardy etyczne swoich organizacji. Tegoroczne badanie wykazało, że 76 proc. z nich wprowadziło takie zasady, w porównaniu z 62 proc. firm rozwijających się i 43 proc. firm na wczesnym etapie rozwoju cyfrowego.

Powszechnym błędem popełnianym przez menedżerów jest założenie, że dotychczasowe strategie ich firm są odpowiednie i wystarczające. Niemal każda firma, która wyszła poza początkowy etap transformacji cyfrowej posiada spisane wskazówki, w których przynajmniej zarysowane są oczekiwania dotyczące postaw i zachowań. Spójność z wartościami oraz działania zgodne z przyjętymi zasadami etyki powinny być nadrzędne, wbudowane w kulturę organizacyjną, wspierając codzienne działania operacyjne, np. pracę nad rozwojem produktu czy usługi– mówi Jan Michalski.

Respondenci w badaniu Deloitte wspominają o wielu problemach społecznych i etycznych związanych z innowacjami cyfrowymi. Ich największe obawy dotyczą prywatności, cyberbezpieczeństwa i nieetycznego wykorzystania danych.

Europa cyfryzuje się szybciej

Liderzy firm z Europy częściej oceniają swoje organizacje jako przedsiębiorstwa rozwijające się cyfrowo niż wynosi średnia na całym świecie (47 proc. do 45 proc.). Prawie połowa respondentów pracujących w Europie uważa, że innowacje napędzają przedsiębiorstwo, w którym pracują, a nieco mniej, bo 41 proc. deklaruje, że ich organizacje zapewniają wystarczające środki na innowacje.

Według 76 proc. liderów firm z Europy kluczowe znaczenie dla innowacji cyfrowych mają zewnętrzne partnerstwa, jednak blisko 2/3 z nich (63 proc.) uważa, że ich przedsiębiorstwa angażują się w partnerstwa z innymi organizacjami ze względu na dostęp do nowych źródeł danych, a nie z uwagi na ułatwianie implementacji cyfrowych rozwiązań.

Innowacje cyfrowe znacząco zwiększyły w przedsiębiorstwach w Europie obawy związane
z prywatnością – deklaruje tak 72 proc. respondentów z tego kontynentu. Tylko jedna trzecia zgadza się natomiast, że ich liderzy poświęcają wystarczająco dużo czasu na zastanawianie się nad wpływem zmian technologicznych w ich organizacji na społeczeństwo. – To pokazuje, że w Europie nacisk na budowanie i wdrażanie standardów etycznych w tematach cyfrowych nie jest wystarczający. Tymczasem kwestie etyki stają się coraz bardziej istotne, ponieważ firmy coraz częściej ponoszą odpowiedzialność nie tylko za działania swoje i swoich pracowników, ale także za działania tych, z którymi prowadzą interesy, w całym łańcuchu wartości– podsumowuje Rafał Rudzki, Dyrektor, Sustainability Consulting Central Europe, Deloitte.

W lipcu nowe przetargi na zerwane kontrakty GDDKiA

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad była zmuszona odstąpić od kilku kontraktów z dotychczasowymi wykonawcami inwestycji drogowych. Każdą z tych umów należy jednak traktować indywidualnie. W niektórych przypadkach inwestycje były na ukończeniu. W innych poziom zaawansowania prac wynosił ok. 20-30 proc. W kilku przedsięwzięcia roboty budowlane nie zostały nawet rozpoczęte. W związku ze znikomym postępem ze strony wykonawcy, odstąpienie nastąpiło już na etapie pomiędzy projektowaniem a rozpoczęciem budowy. Przetargi na wszystkie porzucone inwestycje zostaną ogłoszone najpóźniej na przełomie lipca i sierpnia.

– Uciążliwe jest zrezygnowanie z kontraktu, który znajdował się w ciągu innych umów, realizowanych zgodnie z harmonogramem – powiedział serwisowi eNewsroom Szymon Piechowiak, Dyrektor Biura Generalnego w Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.– Przykładem jest autostrada A1 w województwie śląskim. Dwa z trzech odcinków są tam realizowane zgodnie z założonymi terminami. Ich odbiór planowany jest jeszcze w tym roku. Trzeci kontrakt został jednak zerwany, możliwe jest więc opóźnienie udostępnienia zakończonej inwestycji kierowcom. Podobna sytuacja może mieć miejsce w województwie kujawsko-pomorskim na drodze S5. Tam odstąpiono od umów na trzy z pięciu odcinków. W ich przypadku brak zaangażowania ze strony wykonawców wymagał zerwania współpracy i niezwłocznego znalezienia nowej firmy. Przetargi na wszystkie porzucone inwestycje zostaną ogłoszone najpóźniej na przełomie lipca i sierpnia. GDDKiA chce zacząć realizować je jak najszybciej, aby odstępstwa od pierwotnych harmonogramów było jak najmniejsze. Zaangażowanie w tym zakresie jest w tym aspekcie bardzo duże, z wykorzystaniem wszystkich możliwych działań w ramach prawa zamówień publicznych – podkreślił Piechowiak.

Prawie 100 tys. zł na rozpoczęcie działalności gospodarczej z programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”. W puli na ten rok jest aż 110 mln zł

Prawie 100 tys. zł na rozpoczęcie działalności gospodarczej z programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”. W puli na ten rok jest aż 110 mln zł 1

Założenie działalności gospodarczej, utworzenie miejsca pracy, czy bezpłatne usługi szkoleń i doradztwa – to przedsięwzięcia, które można sfinansować dzięki pożyczce z programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”. W tym roku na ten cel udostępnione będzie nawet 110 mln zł.  Program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie” jest  finansowany ze środków Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, a zarządza nimi Bank Gospodarstwa Krajowego.

Do Instytucji finansujących w całym kraju trafiła już nowa pula środków na pożyczki z programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie”. O nisko oprocentowane pożyczki na założenie własnej działalności gospodarczej mogą ubiegać się studenci, absolwenci, bezrobotni w tym osoby powracające z zagranicy oraz opiekunowie osób niepełnosprawnych. Z programu mogą skorzystać także m.in. żłobki i kluby dziecięce oraz podmioty świadczące usługi rehabilitacyjne dla dzieci niepełnosprawnych.

Dzięki nisko oprocentowanej pożyczce z programu „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie” można również sfinansować utworzenie i wyposażenie miejsca pracy. Pożyczkobiorcy mogą również skorzystać z bezpłatnych usług szkoleń i doradztwa.

– Na utworzenie własnej działalności gospodarczej oferujemy pożyczki do wysokości blisko 99 tys. zł z okresem spłaty 7 lat i preferencyjnym oprocentowaniem w wysokości 0,18 albo 0,44 proc. Przy czym to niższe oprocentowanie jest dostępne dla podmiotów, które świadczą usługi związane z rehabilitacją czy opieką nad małymi dziećmi w postaci żłobków lub klubów dziecięcych – podkreśla Magdalena Typa. – Przedsiębiorstwa, które chciałyby zatrudnić osobę bezrobotną, mogą skorzystać z pożyczki do kwoty 29 tys. zł z okresem spłaty do 3 lat. To, co wyróżnia te dwie formy finansowania, to brak wkładu własnego i możliwość uzyskania finansowania do 100 proc. kosztów kwalifikujących się do objęcia tym finansowaniem.

Do tej pory do ponad 4,2 tys. nowych przedsiębiorców trafiło w sumie blisko 280 mln zł. Z programu mogą skorzystać też firmy, które chcą utworzyć nowe stanowisko pracy dla osoby bezrobotnej, absolwenta bądź opiekuna osoby niepełnosprawnej. Dotychczas z takiej możliwości skorzystało 112 przedsiębiorstw, do których trafiło łącznie 2,7 mln zł.

– Program „Pierwszy biznes – Wsparcie w starcie” sprawdza się bardzo dobrze i dlatego go kontynuujemy.– Wspiera on osoby, które pozostają bez pracy. Jest skierowany do grup, które tego wsparcia najbardziej potrzebują, czyli m.in. młodych, osób powracających do kraju czy opiekunów osób niepełnosprawnych, które nie pracują. – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Stanisław Szwed, sekretarz stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. – W sytuacjach kryzysowych istnieje też możliwość umorzenia pożyczki, ale w tym celu zostać spełnione określone warunki – dodaje Stanisław Szwed.

Jak podkreśla, największym do tej pory zainteresowaniem cieszą się pożyczki pozyskiwane przez osoby, które chcą utworzyć miejsce pracy dla samych siebie i założyć własną działalność gospodarczą. Do tej pory program przyczynił się już do utworzenia ponad 4 tys. mikrofirm.

– Na cały program przeznaczono ponad 500 mln zł. Z tej kwoty do zagospodarowania w tym roku jest 110 mln zł i znakomita większość została już udostępniona naszym partnerom, czyli podmiotom, z którymi współpracujemy i które oferują pożyczki na preferencyjnych warunkach – dodaje Magdalena Typa.

Aby ubiegać się o wsparcie, należy zwrócić się do instytucji współpracujących z Bankiem Gospodarstwa Krajowego, które pośredniczą w udzielaniu pożyczek. Są to Lubelska Fundacja Rozwoju, Fundacja Agencja Rozwoju Regionalnego w Starachowicach, Fundusz Regionu Wałbrzyskiego oraz Fundacja Rozwoju Śląska. Natomiast BGK prowadzi w tej chwili postępowanie przetargowe na wybór kolejnych pośredników, co oznacza, że w ciągu kolejnych 2–3 miesięcy poszerzy się katalog instytucji oferujących wsparcie na preferencyjnych warunkach. Więcej informacji: wsparciewstarcie.bgk.pl

Zaostrza się konkurencja na rynku hotelowym. Duże podmioty łączą siły, żeby umacniać się na rynkach regionalnych

Zaostrza się konkurencja na rynku hotelowym. Duże podmioty łączą siły, żeby umacniać się na rynkach regionalnych 2

Polski rynek hotelowy jest w fazie boomu. Tylko w ubiegłym roku liczba noclegów zwiększyła się o 7 proc. W dużych miastach, takich jak Warszawa czy Gdańsk, oraz popularnych kurortach turystycznych powstaje wiele nowych inwestycji, przez co zaostrza się konkurencja. Dla umocnienia swojej pozycji spółka Zdrojowa Invest & Hotels weszła w strategiczne partnerstwo z globalnym gigantem Radisson Hotel Group. W ramach zawartej umowy, jeszcze w tym roku Zdrojowa otworzy pod marką Radisson 4-gwiazdowy hotel w Szklarskiej Porębie. Kolejny zostanie oddany latem 2020 roku w Kołobrzegu.

– Polski rynek jest w boomie nieruchomościowym, turystycznym i hotelarskim. Jednak to, czy jest na nim miejsce na nowe hotele, zależy od lokalizacji. W niektórych segmentach i lokalizacjach miejsce wciąż jest, inne destynacje są już bardzo konkurencyjne i tworzenie nowych obiektów powoduje stagnację obłożenia i lekkie spadki cen. Z taką sytuacją mamy teraz do czynienia m.in. w Warszawie czy Gdańsku. To wydawałyby się świetne lokalizacje na hotele, ale w średniookresowej perspektywie są to bardzo konkurencyjne rynki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Wróblewski, współzałożyciel Zdrojowa Invest & Hotels.

Jak zauważa, Warszawa i Gdańsk to jednocześnie lokalizacje, w których powstaje najwięcej inwestycji hotelowych. Konkurencja zaostrza się też w popularnych kurortach, takich jak Kołobrzeg czy Zakopane. Z kolei rynek w Krakowie, gdzie również buduje się w tej chwili wiele hoteli, jest wciąż na tyle duży i chłonny, że bez problemu absorbuje nowych gości.

– Klienci jeżdżą po Polsce i po świecie, coraz więcej widzą, mają coraz większe wymagania. Basen czy SPA to już standard. Dlatego ciągle inwestujemy w nasze hotele. W Świnoujściu zdecydowaliśmy się na realizację aquaparku, dzięki czemu mamy dłuższy sezon, nawet gdy nie ma pogody. To jednak nie znaczy, że przyszłość mają tylko hotele 5-gwiazdkowe z najbardziej rozbudowaną infrastrukturą. W wielu lokalizacjach jest też miejsce na obiekty niższej kategorii – mówi Jan Wróblewski.

Jak wynika z raportu Walter Herz podsumowującego ubiegły rok, polski rynek hotelowy wciąż jest w fazie wzrostowej. W 2018 roku działało na nim 2,8 tys. obiektów hotelowych, oferujących łącznie ok. 137 tys. pokoi, a liczba udzielonych noclegów wzrosła o 7 proc. Największą ofertą dysponuje Warszawa (97 obiektów, 14,6 tys. pokoi), gdzie w tym roku przybędzie kolejne 1,3 tys. miejsc noclegowych. W Trójmieście baza zwiększy się o ok. 800 pokoi, natomiast w Krakowie – na drugim pod względem wielości rynku hotelowym w Polsce – przybędzie ich w tym roku ok. 400.

– Obserwujemy na rynku ogromną zmianę w zakresie oczekiwań klientów. Szukają oni ofert z dopasowanymi dla siebie produktami. Dlatego widzimy ogromne możliwości rozwoju w segmencie hoteli o podwyższonym standardzie oraz w segmencie hoteli luksusowych w takich miejscach jak Warszawa –mówi Valerie Schuermans, wiceprezes ds. rozwoju biznesu w Radisson Hotel Group. – Właśnie z tego powodu przekształciliśmy hotel Radisson Blu w Radisson Collection. Zdecydowaliśmy, że dalszy wzrost jest możliwy z marką Radisson, która jest marką hoteli o podwyższonym standardzie.

Jak podkreśla, Radisson Hotel Group ma zamiar w ciągu najbliższych 5 lat wprowadzić i ugruntować na polskim rynku nowe marki, m.in. Radisson Collection, która ma potencjał zwłaszcza w miastach takich jak Kraków, oraz Radisson Red, dla której grupa upatruje szans rozwoju m.in. w Gdańsku.

Radisson Hotel Group – jedna z największych na świecie grup hotelowych mająca w portfolio osiem marek i ponad 1,4 tys. hoteli na całym świecie – podpisała umowę o współpracy ze spółką Zdrojowa Invest & Hotels. Ta jest skoncentrowana głównie na rozwoju w polskich kurortach i dysponuje 12 hotelami o charakterze premium w górach i nad morzem. Spółka Zdrojowa stworzyła też na polskim rynku system condohoteli i jest w tej chwili liderem tego segmentu.

Umowa, którą zawarły oba podmioty, dotyczy realizacji hoteli Radisson w polskich kurortach. Jeszcze w tym roku Zdrojowa otworzy pod tą marką 4-gwiazdowy hotel w Szklarskiej Porębie. Drugi zostanie oddany do użytku latem 2020 roku w Kołobrzegu.

– Hotel w Szklarskiej Porębie będzie pierwszym i jedynym obiektem międzynarodowej sieci w tym kurorcie. Obok Zakopanego jest to jeden z najważniejszych górskich kurortów, dlatego uważamy to za doskonały pomysł, żeby zapewnić sobie bardzo dobre wyniki, a gościom – wysoką jakość usług hotelowych – mówi Jan Wróblewski.

Hotel Radisson w Szklarskiej Porębie będzie gotowy jeszcze przed tegorocznym sezonem zimowym – obecnie trwają w nim prace wykończeniowe. Obiekt będzie dysponować aquaparkiem, całorocznym jacuzzi zewnętrznym, strefą saun i łaźni, SPA & Wellness, a także restauracją i kawiarnią. Także w Kołobrzegu nowo powstający Radisson – dysponujący 209 pokojami – będzie pierwszym i jedynym obiektem tej dużej, międzynarodowej sieci.

– Jesteśmy zadowoleni z dotychczasowej współpracy i stwierdziliśmy, że na tym bardzo konkurencyjnym rynku kołobrzeskim będziemy współpracowali z siecią Radisson, żeby umocnić tu swoją pozycję – mówi Jan Wróblewski. – Mimo że mamy własne hotele, które są wypromowane na rynku i mają bardzo dobre wyniki, współpraca z duża siecią daje nam większą rozpoznawalność, wsparcie, standardy, programy lojalnościowe z milionami członków. To powoduje, że jesteśmy bardziej atrakcyjni dla gości i umacniamy swoją pozycję. Nie jest jednak tak, że międzynarodowa marka to gwarancja sukcesu. Wszystko zależy od lokalizacji, specyfiki mikrorynku i od tego, czy operator hotelu jest w stanie zapewnić wysoką jakość, którą docenią klienci.

Radisson Hotel Group współpracuje ze Zdrojową już od kilku lat. Pierwszym wspólnym projektem  był 5-gwiazdkowy Radisson Blu Resort Świnoujście, który działa na rynku od 2017 roku. Obiekt funkcjonuje na zasadzie franczyzy i jest zarządzany przez Zdrojową. Współzałożyciel spółki podkreśla jednak, że strategiczne partnerstwo z Radissonem nie oznacza rezygnacji z własnej marki.

– Będziemy mieć teraz trzy hotele sieci Radisson w ramach Zdrojowej. To oznacza, że będziemy największym partnerem Radissona w Polsce. Nie oznacza to jednak, że nowe hotele nie będą powstawały pod naszym szyldem lub we współpracy z innymi markami. Przykładowo w Świnoujściu budujemy teraz hotel Hilton, który zostanie otwarty w ostatnim kwartale tego roku. Będzie to również hotel resortowy, pierwszy Hilton tego typu nad Bałtykiem – mówi Jan Wróblewski.

Banki spółdzielcze SGB od sierpnia udostępnią płatności mobilne. Chcą w ten sposób przyciągnąć młodych klientów

Banki spółdzielcze SGB od sierpnia udostępnią płatności mobilne. Chcą w ten sposób przyciągnąć młodych klientów 3

Tylko w I kwartale 2019 roku użytkownicy BLIK-a wykonali prawie 40 mln transakcji, to o 300 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. 39 proc. konsumentów za pomocą mobilnych płatności opłaca codzienne zakupy, a w aplikacjach typu Google Pay czy Apple Pay Polacy zarejestrowali już ponad 2 mln kart. Popularność płatności mobilnych rośnie skokowo, dlatego z początkiem sierpnia do swojej oferty włączy je też SGB-Bank SA, zrzeszający 196 banków spółdzielczych. To oznacza, że mobilne formy płatności pojawią się w wielu miejscach, gdzie dotychczas były niedostępne, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. 

– Rynek płatności mobilnych w Polsce jest najszybciej rozwijającym się segmentem, który rośnie o kilkadziesiąt procent rok do roku. Polska jest jednym z liderów płatności mobilnych, wręcz narzuca tempo rozwoju w Europie, a nawet na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Skiba, prezes zarządu SGB-Banku SA.

Polacy pokochali płatności bezgotówkowe i mobilne głównie dlatego, że są szybkie i wygodne. Nie trzeba nosić ze sobą portfela ani nawet karty płatniczej, wystarczy smartfon z zainstalowaną aplikacją. Z danych pozyskanych przez Cashless wynika, że liczba kart zarejestrowanych w systemach płatności mobilnych przekracza już 2,1 mln, z czego ponad 200 tys. dodano tylko w ostatnim kwartale br. W rzeczywistości ta liczba może być jednak dużo wyższa, bo dane nie obejmują kilku dużych polskich banków.

Według badań NBP 66 proc. Polaków uważa, że płatności smartfonem i kartą są wygodniejsze i prostsze niż gotówką. Stąd szybko rośnie liczba konsumentów, którzy dokonują zakupów za pomocą urządzeń mobilnych. 17 proc. Polaków kupuje za pomocą smartfona przynajmniej raz w tygodniu, a 39 proc. konsumentów opłaca codzienne zakupy, używając urządzeń mobilnych.

– Dzisiaj klient oczekuje, że w każdym z banków będzie mieć możliwość korzystania z płatności mobilnych. Polacy chcą, żeby karta płatnicza banku mogła zostać podpięta do cyfrowych portfeli. To jest już rynkowy standard i wymóg rzeszy klientów, niezależnie od wieku – mówi Mirosław Skiba.

Wzrost segmentu płatności mobilnych potwierdza też skokowo rosnąca popularność systemu BLIK. Tylko w pierwszym kwartale tego roku użytkownicy BLIK-a wykonali blisko 40 mln transakcji, o blisko 300 proc. więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej (14 mln). Dla porównania w pierwszym roku działania systemu dokonano raptem 2 mln transakcji. Rosnąca popularność tego standardu płatności wynika głównie z popularyzacji aplikacji mobilnych banków. Według danych ZBP na koniec IV kwartału ubiegłego roku 8,7 mln klientów aktywnie, regularnie korzystało z aplikacji swojego banku (na 11,2 mln zarejestrowanych użytkowników bankowości mobilnej ogółem), co oznacza ponad 10-proc. wzrost w ujęciu kwartalnym.

Polacy najchętniej płacą mobilnie w e-commerce (3 na 4 transakcje BLIK-iem są dokonywane w tym kanale), ale rośnie też popularność innych segmentów. W ciągu ostatnich 2 lat wartość biletów komunikacji miejskiej kupowanych przez aplikacje mobilne w 10 największych polskich miastach wzrosła prawie trzykrotnie (z 8,2 mln zł w I kwartale 2017 roku do blisko 24,3 mln zł na koniec 2018 roku). Tylko w Warszawie wzrost na przestrzeni ostatniego roku wyniósł 77 proc.

– Mamy duże zaufanie do cyfrowych rozwiązań w płatnościach i szybko uczymy się z nich korzystać. Polska jest rynkiem, na którym klienci korzystają z nich szeroko. Prawie 4 mln klientów deklaruje, że korzysta wyłącznie z bankowości mobilnej, a prawie 11 mln robi to okazjonalnie. Te liczby potwierdzają, że Polacy rzeczywiście chcą bankowości mobilnej, chcą płacić mobilnie – podkreśla Mirosław Skiba.

Na rozwój płatności mobilnych stawia też SGB-Bank SA, który z początkiem sierpnia wdroży standard BLIK oraz płatności Google Pay, natomiast w kolejnych miesiącach zostaną dodane aplikacje Apple Pay i Garmin Pay. Ponieważ SGB-Bank SA zrzesza 196 banków spółdzielczych, obejmujących zasięgiem mniej więcej połowę Polski, wdrożenie mobilnych form płatności oznacza, że te pojawią się w wielu miejscach, gdzie dotychczas były niedostępne. Dotyczy to zwłaszcza mniejszych miejscowości, gdzie nie mają swoich oddziałów duże banki.

– Wdrożenie płatności mobilnych do oferty banków spółdzielczych oznacza możliwość wygodnego płacenia smartfonem dla 1,5 mln naszych klientów, którzy w tej chwili korzystają z setek tysięcy tradycyjnych kart – podkreśla Mirosław Skiba. – Od 1 sierpnia zaoferujemy płatności telefonem i BLIK-iem, za chwilę dołączą też zegarki, opaski i wszelkiego rodzaju gadżety, które wprowadzą naszych klientów do świata cyfrowych technologii. To również podniesie naszą atrakcyjność – jako banków spółdzielczych – w oczach młodych klientów, którzy poszukują nowych doświadczeń w bankowości.

Personalizowane endoprotezy stawu biodrowego rewolucjonizują ortopedię. Zmniejszają ryzyko powikłań i ponownych operacji

Personalizowane endoprotezy stawu biodrowego rewolucjonizują ortopedię. Zmniejszają ryzyko powikłań i ponownych operacji 4

Coraz powszechniejsza w medycynie personalizacja wkracza również do ortopedii. Lekarze nie muszą się już ograniczać do endoprotez biodra produkowanych fabrycznie, mają bowiem do dyspozycji idealnie dostosowane do budowy anatomicznej pacjenta implanty wykonywane na miarę, tzw. custome made.  Ich zastosowanie zmniejsza ryzyko powikłań, przyspiesza rehabilitację, a nawet umożliwia powrót do określonej aktywności sportowej.

Endoprotezoplastyka biodra to zabieg polegający na chirurgicznym usunięciu zniszczonego stawu i zastąpieniu go implantem wykonanym na podobieństwo naturalnego. Jest to standardowy zabieg, stosowany w leczeniu zmian zwyrodnieniowych. W Polsce wykonuje się wszczepienie endoprotez biodra u blisko 50 tys. pacjentów rocznie. Dzięki takiej operacji zwiększa się sprawność ruchową i eliminuje ból, a tym samym znacznie poprawia komfort życia pacjenta. Wiele zależy jednak od rodzaju użytego implantu. Standardem jest stosowanie protez wyprodukowanych fabrycznie, których kształt opracowany jest w taki sposób, aby pasowały do jak największej liczby pacjentów.

– W obserwacjach 15-letnich okazuje się, że 4–5 proc. tych implantów się obluzowuje. Przyczyną obluzowań jest to, że one jednak nie do końca dopasowują się do kształtu kości udowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Jacek Laskowski, specjalista ortopedii z Carolina Medical Center, który w lipcu przeprowadził operację wszczepienia implantu custom made.

Ze względu na znaczące deformacje kości ok. 15% pacjentów kwalifikowanych do wymiany stawu biodrowego wymaga użycia niestandardowego implantu. W ich przypadku klasyczna proteza nie tylko nie spełni swojego zadania, lecz także może prowadzić do poważnych powikłań. Wskazaniem dla tej grupy chorych są innowacyjne implanty, których wielkość i kształt są idealnie dostosowane do budowy anatomicznej indywidualnego pacjenta, czyli szyte na miarę. Przygotowanie takiego implantu biodra to wspólna praca lekarzy ortopedów i doświadczonych inżynierów.

– Tomografia komputerowa pacjenta pozwala wykonać trójwymiarowy obraz stawu biodrowego. Następnie do pracy przystępują inżynierowie, którzy w specjalnym programie opracowują komputerowy obraz stawu, czyli Hip Plan. Na jego podstawie dobierany jest anatomiczny implant lub jeśli to konieczne produkowana jest od początku indywidualna endoproteza – mówi dr Jacek Laskowski.

Tomografia komputerowa pozwala wykonać trójwymiarowy obraz stawu biodrowego pacjenta, na podstawie którego wykonywany jest komputerowy obraz endoprotezy. Kolejny krok to przygotowanie modelu implantu za pomocą drukarki 3D, a po jego zatwierdzeniu przez lekarzy wyprodukowanie docelowej protezy. Zastosowanie spersonalizowanej endoprotezy zmniejsza ryzyko powikłań, m.in. obluzowania. Jest szansą na podjęcie aktywności ruchowej, zawodowej, a nawet sportowej.

– Dzięki zastosowaniu spersonalizowanej endoprotezy spada ryzyko zwichnięcia stawu biodrowego oraz zmniejsza się szybkość jego zużywania. Proces rehabilitacji jest troszkę przyspieszony, praktycznie po okresie wczesnej rehabilitacji, wynoszącym od 4 do 6 tygodni, pacjent zaczyna wracać do aktywności dnia codziennego – mówi Jakub Molasy, fizjoterapeuta w Carolina Medical Center.

Pacjenci po operacji wszczepienia spersonalizowanych implantów wymagają takiej samej rehabilitacji jak osoby z protezą fabryczną. Dobrze jest zacząć rehabilitację przed operacją wszczepienia każdej endoprotezy biodra. Pacjent musi m.in. opanować umiejętność poruszania się o kulach. Po zabiegu chory zazwyczaj odczuwa stres związany z obciążaniem operowanej nogi, a nabyte przed operacją umiejętności zmniejszają poczucie niepewności i lęku. Fizjoterapeucie pozwala to natomiast skoncentrować się na zwiększeniu siły mięśniowej oraz nauce ćwiczeń, jakie pacjent musi wykonywać po zabiegu.

– Ryzyko zwichnięcia stawu jest większe, jeżeli pacjent nie przechodzi rehabilitacji, bo nie wie, jakich ruchów ma unikać. Drugi taki moment, to kiedy pacjent zaczyna już chodzić i wpada na pomysł, że wróci do sportu, a jego mięśnie i cały aparat ruchu nie są na to gotowe. Wtedy również zwiększa ryzyko już nie tylko samego zwichnięcia stawu, lecz także przyspiesza proces jego zużywania  – mówi Jakub Molasy.

Zdaniem ekspertów personalizacja implantów to przyszłość ortopedii. W ostatnim czasie protezy custom made stają się coraz bardziej dostępne. Ceny implantów szytych na miarę spadają i według przewidywań ekspertów wkrótce mogą tylko nieznacznie przewyższać cenę protez wykonywanych fabrycznie. Implant personalizowany zawsze będzie lepiej dopasowany do budowy anatomicznej pacjenta od implantu standardowego. Zyskują na tym wszyscy pacjenci, a w szczególności pacjenci z deformacjami kości, ok. 15 proc. pacjentów kwalifikowanych do wymiany stawu biodrowego wymaga użycia niestandardowej endoprotezy. W ich przypadku klasyczna proteza nie tylko nie spełni swojego zadania, lecz także może prowadzić do poważnych powikłań. Wskazaniem dla tej grupy chorych są innowacyjne implanty, których wielkość i kształt są idealnie dostosowane do budowy anatomicznej, czyli szyte na miarę.

– Każdy pacjent na tym skorzysta, bez względu na wiek i sposób życia, ponieważ zawsze implant spersonalizowany będzie lepszy od standardowego. To jest korzyść dla wszystkich pacjentów, a dla niektórych, tych z dużymi deformacjami kości, to jest tak naprawdę jedyne, skuteczne rozwiązanie  – mówi dr Jacek Laskowski.

Komunikacja już wkrótce będzie przebiegać nie tylko pomiędzy samochodami, lecz także z infrastrukturą drogową. W rozwój tej technologii zaangażowani są Polacy

Komunikacja już wkrótce będzie przebiegać nie tylko pomiędzy samochodami, lecz także z infrastrukturą drogową. W rozwój tej technologii zaangażowani są Polacy 5

W dobie coraz powszechniejszego internetu rzeczy samochody staną się punktem wymiany informacji drogowej. Komunikować się będą nie tylko między sobą, lecz także z infrastrukturą drogową. Znacznie ułatwi to wdrażanie autonomicznego transportu, a także zwiększy bezpieczeństwo podróży poprzez błyskawiczne informowanie o zagrożeniach na drodze. Zmieni się także sposób komunikacji pojazdu z kierowcą. Dużą rolę w technologicznym wyścigu motoryzacyjnym odgrywają Polacy.

– Zajmujemy się opracowywaniem najnowszych technologii, jeżeli chodzi o rynek automotive, w tym technologii w obszarach V2X. To możliwość podłączenia samochodu do wszystkiego, co możemy sobie wyobrazić. Do infrastruktury inteligentnego miasta, połączenia z innymi pojazdami celem identyfikacji potencjalnych kolizji, połączenia np. z pieszymi czy też zbierania różnego rodzaju informacji z otoczenia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Rybka, dyrektor Automotive w GlobalLogic Polska.

V2X (ang. automotive vehicle-to-everything) jest jedną z technologii, które w najbliższych latach rozwijać się będą najbardziej dynamicznie. Sprawi ona, że samochody staną się urządzeniami internetu rzeczy. Australijska firma Cohda oddała właśnie do testów w komunikacji swój najnowszy system sprzętowy Cellular V2X Cohda Wireless. Opracowany przez firmę moduł jest dostarczany ze złączem pozwalającym na rozszerzenie do technologii 5G. Urządzenie pozwala na wsparcie komunikacji i stanowi podstawę do budowy aplikacji dla rozwiązań łączących samochody między sobą, z infrastrukturą, a także z pieszymi. Do 2021 roku ponad milion samochodów ma korzystać z tej technologii.

– V2X skupia w sobie wszystko, od najniższych warstw oprogramowania, gdzie zaczynamy zbierać informacje z sensorów, po systemy HMI, dzięki którym użytkownik ma możliwość interakcji z samochodem. Oprócz tego mamy bardzo szerokie obszary connectivity, gdzie samochód ma możliwość łączenia się z inteligentnym miastem, z systemami świateł i z innymi samochodami. Można wykrywać kolizje, a na podstawie kontaktu z infrastrukturą też to, jak wygląda infrastruktura. Można wiedzieć o zakrętach czy problemach na drodze. Samochód jest w stanie takie wydarzenie rozpoznać wcześniej i odpowiednio zareagować – twierdzi ekspert.

Polska jest jednym z pionierów projektowania najnowszych technologii motoryzacyjnych. Urzędnicy z rzeszowskiego ratusza planują tego typu łączność wykorzystać testowo w autonomicznych autobusach miejskich. Zgodnie z planem autobusy będą się początkowo przemieszczały jedną trasą. Ich rola nie ograniczy się jednak tylko do bezzałogowego rozwożenia pasażerów między przystankami. Będą podczas przejazdów zbierały również informacje o natężeniu ruchu, utrudnieniach czy zdarzeniach takich jak wypadki, a następnie przesyłały je do systemu zarządzania ruchem. To pozwoli na przesyłanie odpowiednich sygnałów do infrastruktury drogowej i innych, również tych autonomicznych, uczestników ruchu. Projekt będzie realizowany z wykorzystaniem infrastruktury dostępowej, takiej jak latarnie czy słupy energetyczne.

Działająca we Wrocławiu firma GlobalLogic prowadzi z kolei prace nad rozwiązaniami dla samochodów autonomicznych, systemów rozpoznawania twarzy czy systemów informacyjnych opartych na rozszerzonej rzeczywistości.

– Zajmujemy się m.in. analizowaniem twarzy. Na podstawie analizy gałek ocznych jesteśmy w stanie nie tylko zidentyfikować użytkownika, lecz także określić jego stan – czy jest zmęczony, czy ma jakiś problem zdrowotny – i w tym momencie zaalarmować odpowiednie służby. Trendem są też inteligentne miasta. Dbamy o rozmieszczanie czujników w mieście, żeby ułatwić życie mieszkańcom. Dbamy o to, żeby były parkingi, które mówią nam, czy są miejsca, czy też o inteligentne oświetlenie w celu oszczędności energii – mówi Łukasz Rybka.

Według Grand View Research rynek rozwiązań V2X będzie się rozwijać w najbliższych latach w tempie ponad 25 proc. w skali roku, by w 2025 r. osiągnąć wartość blisko 27 mld dol. Szansę dla siebie na tym rynku dostrzegają także Polacy, zwłaszcza w obrębie projektowania oprogramowania do samochodów przyszłości.

– W kwestii opracowywania technologii motoryzacyjnych Polska wypada dość mocno. Mamy rozwinięty rynek, jeżeli chodzi o produkcję samochodów, podzespołów samochodowych, i również bardzo rozwinięty rynek, jeżeli chodzi o rozwój oprogramowania – twierdzi Łukasz Rybka.

Balony wypełnione helem pozwolą na znacznie tańsze podróże kosmiczne. Mogą zastąpić też satelity, a także wynieść na niską orbitę rakiety

Balony wypełnione helem pozwolą na znacznie tańsze podróże kosmiczne. Mogą zastąpić też satelity, a także wynieść na niską orbitę rakiety 6

Olbrzymie balony mogą już naśladować satelity. Okrążają Ziemię i w ten sposób gromadzą potrzebne dane, m.in. do obserwacji środowiska czy obserwacji ruchów wojsk. Firmy pracują już nad wykorzystaniem stratosferycznych balonów do przenoszenia i wystrzelenia rakiet na orbitę. Samo rozwiązanie jest nie tylko ekologiczne, lecz także pozwala znacznie ograniczyć koszty. Balony mogą też zrewolucjonizować turystykę Kosmosu.

– Korzystamy z balonów wysokościowych, aby unosić się na wysokości 99 proc. wysokości atmosfery, osiągając poziom od 20 do 40 kilometrów, trzykrotnie wyższy niż samoloty komercyjne. Oferujemy tę usługę firmom z branży kosmicznej, które chcą testować nowe produkty i sprzęt, zanim zamontują je na satelitach lub innych urządzeniach. Firmy te prowadzą testy w stratosferze, ponieważ uzyskiwane przez nas warunki i wysokości są bardzo zbliżone do tych w Kosmosie – mówi agencji Newseria Innowacje Izan Peris z Zero 2 Infinity.

Użycie balonów stratosferycznych zapewnia opłacalny dostęp do przestrzeni kosmicznej. W porównaniu z satelitami umieszczonymi w rakietach instrumenty przenoszone balonem docierają do przestrzeni kosmicznej za ułamek kosztów. Balony stratosferyczne mogą być uruchamiane z dowolnego miejsca. Unoszą się w bliskiej przestrzeni – to region ziemskiej atmosfery, który obejmuje stratosferę, mezosferę i niższą termosferę – przez ok. 40 dni w przypadku balonu o zerowym ciśnieniu i ponad 100 dni przy balonie ciśnieniowym.

Balony były też testowane do obserwacji Ziemi i zbierania potrzebnych danych. Wykorzystując kosmiczne wiatry, mogą się poruszać kilkadziesiąt kilometrów nad Ziemią. Dodatkowo w stratosferze można łatwo sprawdzić przydatność opracowywanych czujników i sprzętu, bo warunki są zbliżone do tych panujących w Kosmosie.

– Firmy testują głównie wyposażenie związane z czujnikami, czyli kamery optyczne lub na podczerwień albo termiczne, różnego rodzaju czujniki lub urządzenia telekomunikacyjne, anteny, filtry lub innego rodzaju podsystemy, ale również elementy pełnych podsystemów satelitów, takie jak źródła zasilania, moduły łączności – wymienia Izan Peris.

Zapotrzebowanie na tego typu usługi jest coraz większe. Internet rzeczy, najnowsze usługi telekomunikacyjne, czy nowoczesne systemy nawigacji, są uzależnione od wyniesienia w przestrzeń urządzeń do obserwacji. Naukowcy oceniają, że balony mogą wystrzeliwać satelity z większą elastycznością przy znacznie mniejszych kosztach. Do tego znacznie częściej, niż przy użyciu jakiegokolwiek innego środka.

Balony mogą też całkowicie odmienić oblicze turystyki w kosmosie. Choć nie wyniosą ludzi tak wysoko jak rakiety, to z wysokości ok. 40 km, ze stratosfery, można obserwować krzywiznę Ziemi i zjawiska atmosferyczne.

– Pracujemy nad kapsułą ciśnieniową przeznaczoną do transportu do czterech osób jednocześnie przez maksymalnie 5 godzin. Z kapsuły widać ciemne niebo i krzywiznę planety, a widoczność przy dobrych warunkach sięga 5 kilometrów – zapewnia ekspert.

Balony mogą też być bardzo ekologiczne. Twórcy zapewniają, że dopiero po osiągnięciu nawet ok. 90 proc. wysokości, zostaje odpalony zapłon. Tym samym przez większą część czasu balon jest praktycznie bezemisyjny.

–  Projekt jest w dużej mierze zależny od finansowania, ponieważ musimy spełnić szereg wymogów regulacyjnych. Z technologicznego punktu widzenia projekt może zostać ukończony ok. 18–24 miesięcy od rozwiązania kwestii finansowania – zapowiada Izan Peris.

Według Analytical Research Cognizance rynek kosmicznej turystyki do 2023 r. może być wart już blisko 1,3 mld dol. W najbliższy latach rozwijać się będzie w tempie przeszło 17 proc. średniorocznie.

Edukację seksualną warto zacząć już u dwuletniego dziecka. W Polsce dla rodziców to wciąż temat tabu

Edukację seksualną warto zacząć już u dwuletniego dziecka. W Polsce dla rodziców to wciąż temat tabu 7

Dziecięca seksualność dla większości rodziców pozostaje tematem tabu. To od nich jednak w dużej mierze zależy, jak dziecko ukształtuje swoją tożsamość seksualną i jak będzie się postrzegać w przyszłości. Rozmowy na temat seksualności warto rozpocząć już z dwuletnim dzieckiem, pokazując mu, że jest to naturalna sfera życia człowieka.

Rodzice małych dzieci zwracają uwagę na ich rozwój w sferze intelektualnej i motorycznej, najczęściej pomijają natomiast sferę seksualną. Dziecko jest jednak istotą seksualną, a jego rozwój w tym zakresie zaczyna się już na etapie życia płodowego. W czasie dorastania dzieci przechodzą kolejne fazy rozwoju psychoseksualnego, budując swoją tożsamość w tym zakresie – wczesne doświadczenia są niezwykle ważne, kształtują bowiem całą późniejszą postawę człowieka wobec sfery życia związanej z seksualnością. Istotna jest więc rola rodziców, których zadaniem jest objaśnianie dziecku poszczególnych kwestii związanych z życiem seksualnym bez wstydu i skrępowania.

 Rodzice powinni być przy tym prawdziwi, otwarci na pytania, nieuciekający. Chodzi o to, by dziecko nie stwierdziło, że na ten temat warto porozmawiać z rówieśnikami, ponieważ oni przekażą wiedzę zupełnie nieadekwatną do tego, co powinno zostać przekazane – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Katarzyna Nosek-Komorowska, menadżer kierunku psychologia w Wyższej Szkoły Bankowej w Gdańsku.

Kształtowanie seksualności dziecka należy zacząć od najmłodszych lat. Już dwuletni maluch jest w stanie komunikować się na tyle, by zrozumieć rozmowę o różnicach anatomicznych między płciami a uczuciach czy między kobietą a mężczyzną. Rodzice często uważają seksualność za temat krępujący i starają się odsunąć w czasie rozmowę na ten temat, ważne jednak, by to oni wyszli z inicjatywą, nie czekając, aż dziecko samo zwróci się do nich z pytaniami. Dzięki temu maluch od początku będzie traktował seksualność jako naturalną sferę życia.

– W polskiej kulturze temat seksualności jest postrzegany jako temat tabu, coś, o czym nie wolno rozmawiać. Warto wskazywać, że to są ważne elementy naszego rozwoju tak samo jak nauka komunikacji czy chodzenia. Jest to normalny etap, dziecko powinno zdobyć wiedzę na jego temat od rodziców – mówi dr Katarzyna Nosek-Komorowska.

Postawa dorosłych wobec seksualności determinuje to, w jaki sposób dziecko będzie postrzegało siebie jako istotę seksualną. Rozmawiając na tematy związane z seksualnością, należy odnosić się więc do konkretów, przy czym im starsze dziecko, tym więcej szczegółów powinno poznawać. Rodzice niepewni swoich kompetencji mogą sięgnąć po poradniki na temat rozwoju seksualności dzieci lub skorzystać z pomocy ekspertów: psychologów, pedagogów szkolnych lub seksuologów.

 Lepiej nie mówić: chodź teraz, porozmawiamy na trudny i ważny temat. Tylko często bajka, reklama czy sytuacja w domu, np. podczas wieczornej toalety, jest spontaniczną okazją, by przejść do rozmowy na temat seksualności. Trzeba mówić konkretnie, nie koloryzować, używać prawdziwych stwierdzeń – mówi dr Katarzyna Nosek-Komorowska.

Czerpiąc z przykładu rodziców i uzyskując od nich konkretną wiedzę, dziecko kształtuje swoją tożsamość i uczy się ról płciowych. Polska kultura wciąż stawia na tradycyjny podział ról w społeczeństwie: dziewczynki wychowywane są na miłe, sympatyczne i grzeczne kobiety, chłopcom wpaja się stereotypowe ideały męskości. Zadaniem rodziców jest przekazanie dzieciom wiedzy, że kultura się zmienia, a role płciowe coraz bardziej się przenikają. Ostre różnice, obowiązujące jeszcze kilkanaście lat temu, coraz bardziej się rozmywają. W rozmowach z dziećmi dorośli nie powinni pomijać kwestii uczuć i sprowadzać kwestii seksualności jedynie do aktu seksualnego.

– Chodzi o to, żeby wykształcić świadomego człowieka, który będzie w stanie przytulić się do kogoś, na kim mu zależy, będzie w stanie powiedzieć, że coś mu nie pasuje, czyli będzie asertywny, będzie w stanie powiedzieć, że kogoś kocha, że chce stworzyć z nim związek – mówi dr Katarzyna Nosek-Komorowska.

Otwarte traktowanie tematu seksualności przez rodziców zwiększa także bezpieczeństwo dzieci. Rodzice powinni zwracać uwagę na kwestie przekraczania dziecięcej intymności i uczulać pociechy na wszelkie niewłaściwe zachowania ze strony dorosłych. Rozmowy pomogą im również wychwycić niepokojące sygnały, świadczące o tym, że ich dziecko mogło paść ofiarą przemocy na tle seksualnym. Takim sygnałem może być nieadekwatne do wieku słownictwo, którego maluch nie mógł poznać w grupie rówieśników, lub nagłe, zaskakujące skrywanie ciała. Rodzice powinni również zwracać uwagę na to, jak dziecko reaguje na płeć przeciwną oraz osoby dorosłe.

– Czyli nagle wujek, który był lubiany, jest traktowany przez dziecko jak zupełnie obcy człowiek. Jednak tu warto zachować rozsądek, bo rozwojowo często pojawia się wstyd przed osobami obcymi. To nie musi wynikać z negatywnych doświadczeń seksualnych – mówi dr Katarzyna Nosek-Komorowska.

Producenci jabłek powinni przygotować się na niekorzystne skutki zmian klimatu

Najnowsze dane wykazują, iż średnia temperatura powietrza na powierzchni Ziemi wzrośnie w XXI wieku od 1,8°C do 4,0°C dzięki rosnącej koncentracji gazów cieplarnianych w atmosferze.[1] Globalne ocieplenie ma znaczący wpływ na plony głównych upraw żywności, które prawdopodobnie zaczną spadać o 2% na dekadę.[2] Szybkie zmiany klimatyczne i bardziej ekstremalne warunki pogodowe będą mieć wpływ również na produkcję owoców w Polsce. Eksperci, z inicjatywy Stowarzyszenia Unia Owocowa, radzą jak się do nich przygotować.

Fenolodzy badający zależność pomiędzy zmianami czynników klimatycznych,
a periodycznymi zjawiskami w przyrodzie ożywionej, takimi jak kiełkowanie, kwitnienie, owocowanie, zrzucanie liści u roślin oraz ich zapadanie w sen zimowy deklarują, iż klimat
i pogoda wpływają na wszystkie elementy produkcji roślinnej – obejmujące obszary upraw, intensywność uprawy i rozmiar plonów. Także zmiany klimatu spowodują pewne opóźnienie w procesie produkcji jabłek i zbiorach owoców. W dodatku przeobrażenia klimatyczne wpływają na obfitość i różnorodność zapylaczy, zagrażając niezbędnej usłudze zapylania roślin przez owady.

Cieplejsze, wilgotniejsze powietrze od jesieni do wiosny może zwiększyć ryzyko grzybowych chorób wśród gatunków drzew z rodzaju jabłoni. Parch jest najpospolitszą i najgroźniejszą chorobą tych drzew. Powoduje znaczne obniżenie plonowania i zmniejszanie jego wartości oraz znaczne ich osłabienie. Na przykład porażone owoce odmian zimowych jabłoni gorzej się przechowują lub też nie nadają się do przechowywania. Ponadto prognozowane przez klimatologów, wilgotne wiosny oraz zimy bez mrozu mogą powodować wzrost występowania pleśni na drzewach owocowych. Ciepłe, wilgotne warunki sprzyjają również rozwojowi zarazy ogniowej, czyli najgroźniejszej bakteryjnej chorobie jabłoni.

Ocieplenie klimatu sprzyja również pojawianiu się nowych gatunków szkodników żerujących na uprawach, które dotychczas występowały w strefach klimatu podzwrotnikowego
i zwrotnikowego, tak jak to ma miejsce np. z kleszczami afrykańskimi, które zaobserwowano już w Polsce.

Badania wykazały również, że cieplejsze temperatury oznaczają ewolucję w smaku i fakturze jabłek.[3] Przeobrażenia klimatyczne powodują zmniejszenie kwasowości, jędrności i wodorozcieńczalności owoców, przy jednoczesnym wzroście stężenia cukru. Zbyt wysoka temperatura, zwłaszcza jesienią w trakcie dojrzewania drzew w nocy spowoduje, że jabłka będą zbyt słodkie. Choć w przypadku niektórych odmian, ta przemiana mogłaby się stać walorem, jednak jest on zdecydowanie mniej istotny w porównaniu z wymienionymi niebezpieczeństwami, jakie niesie ze sobą globalne ocieplenie.

Niektóre skutki zmian klimatu, takie jak niedobory wody spowodowane anomaliami
w strukturze opadów i parowania, będą odczuwalne szeroko we wszystkich gałęziach rolnictwa. W przypadku systemów produkcji jabłek te zmiany obejmą wpływ wyższych temperatur na kwitnienie, plony i jakość owoców. Niskie opady śniegu w zimie już teraz niosą niedobory wody dla roślin w sezonie letnim. W przypadku Polski największym zagrożeniem jest brak wystarczających zasobów słodkiej wody do nawadniania, co propagowane jest na szeroką skalę, np. w Hiszpanii, gdzie masowo nawadnia się uprawy rolne.

Według ekspertów zmiany klimatu mają istotny wpływ na uprawę owoców i warzyw na całym świecie. Najwięksi producenci jabłek prognozują gwałtowne rewolucje
w sadownictwie, np. cieplejsze zimy w Wielkiej Brytanii nie zapewnią odpowiednio chłodu, którego potrzebują niektóre rośliny, aby produkować kwiaty i owoce. Dlatego, aby uzyskać przyzwoite plony, sadownictwo może przenieść się na północ wyspy. Z kolei w USA zmiany temperatury, nadmierna ilość emisji dwutlenku węgla (CO2) oraz częstotliwość
i intensywność ekstremalnej pogody mogą mieć znaczący wpływ na plony. Wyższe temperatury sprawią, że wiele upraw będzie rosło szybciej, ale wyższe temperatury mogą również zmniejszyć plony powodując dosłowne spalanie owoców.

Arkadiusz Gaik – Prezes Stowarzyszenia Unia Owocowa
Arkadiusz Gaik – Prezes Stowarzyszenia Unia Owocowa

„Poprzez zmiany klimatyczne, których jesteśmy świadkami, zmieniają się warunki dla produkcji owoców i warzyw w Polsce, w Europie i na całym świecie. Tematami priorytetowymi na całym świecie są wyzwania, jakie czekają  cały rynek rolno-spożywczy, a także sposoby, jak najlepszego dostosowania do nich produkcji. Nie uciekniemy przed tymi zmianami klimatycznymi. Musimy wspólnie z innymi podmiotami w całej branży przygotować plan działań, korzystać z dostępnych środków, zasobów, aby zapewnić produkcję na zyskownym poziomie, jednocześnie dbając o środowisko.” – podkreśla Arkadiusz Gaik – Prezes Stowarzyszenia Unia Owocowa.

 Temat zmian klimatu na plantacje jabłek i gruszek na całym świecie został podjęty już kilka lat temu przez WAPA, Światowe Stowarzyszenie Jabłek i Gruszek. Fakt ten podkreśla wielorakie skutki, jakie zmiany klimatu mogą mieć dla produkcji oraz handlu jabłkami
i gruszkami na całym świecie, m.in. wpływ na fazę spoczynku drzewa, na plony, na ochronę sadów przed klimatycznymi zamarznięciami, na zapewnienie wysokiej jakości plonów lub nawet na dalszy wzrost produkcji ekologicznej. Chociaż nie wszyscy producenci odczują te skutki, ale wszyscy będą dotknięci nimi na pewnym poziomie.

Arkadiusz Gaik, Prezes Zarządu Stowarzyszenia 'Unia Owocowa”, skomentował: „Na poziomie europejskim wiele działań i zobowiązań będzie wymaganych od plantatorów w celu złagodzenia wpływu ich działań na zmiany klimatu. Nie należy jednak lekceważyć narzędzi finansowych dostępnych w WPR, w szczególności w odniesieniu do owoców i warzyw m.in. w ramach programu operacyjnego organizacji producentów. Pomoc finansowa mogłaby zostać przyznana plantatorom w celu podjęcia niezbędnych kroków, by przygotować się do tych nowych wyzwań. Sady mogą wymagać lepszej ochrony przed ciężkimi gradami, silną suszą, silnymi wiatrami lub późnymi przymrozkami. Można również inwestować w inne nowe środki, takie jak oszczędność energii, oszczędność zużycia wody lub zapobieganie rozprzestrzenianiu się nowych szkodników i chorób lub dostosowywanie odmian do zmieniających się warunków klimatycznych”.

Eksperci apelują: Sadownicy mogą przygotować się na zmiany klimatyczne, stosując serię prostych zasad dotyczących pielęgnowania sadów”. – Maciej Majewski z FreshMazovia.

  1. Mokre i wietrzne zimy

Wykonywanie nawożenia organicznego lub prowadzenie uprawy roślin na nawozy zielone znacznie poprawia poziom substancji organicznej w glebie, która może zmagazynować dużą ilość wody (1% substancji organicznej więcej na 1 ha gleby może zatrzymać 150000 litrów wody). Dodatkowo jest to budowa kompleksu sorpcyjnego, który magazynuje składniki mineralne, a następnie powoli uwalnia, zapobiegając ich wymyciu.

  1. Cieplejsze i bardziej suche lata

Zwiększony poziom substancji organicznej w glebie pozwala zabsorbować wodę nawet
z intensywnych opadów, zapobiegając jej spływowi i utracie.

Stosowanie siatek przeciw gradowych nie tylko pozwala na ochronę produkowanych drzewek i owoców, ale jest także w stanie ograniczyć utratę wody poprzez transpirację, czyli czynne parowanie wody z nadziemnych części roślin. Stosowanie nawodnienia w godzinach wieczornych lub porannych także ogranicza straty wody poprzez transpirację w upalne dni.

  1. Ograniczenie emisji gazów cieplarnianych

Branża sadownicza jest w stanie również ograniczyć emisje gazów cieplarnianych poprzez stosowanie odnawialnych źródeł energii: panele fotowoltaiczne i wykorzystanie drewna
z sadu. Zgodnie z przyjętym projektem zmiany ustawy o OZE rolnik ryczałtowy może mieć status prosumenta. W przypadku zainstalowania paneli fotowoltaicznych i licznika dwukierunkowego jego rozliczenie z zakładem energetycznym będzie odbywać się dwa razy w roku, a nadwyżkę prądu wyprodukowaną latem zużyje jesienią na schłodzenie owoców, dzięki czemu zadba o środowisko, ograniczy koszty. Zorganizowani rolnicy są w stanie zaopatrzyć lokalne ciepłownie w drewno opałowe, warunek to stałość dostaw, czyli karczowania sadu.

[1] IPCC (Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu)

[2] http://news.nationalgeographic.com/news/2014/04/140406-climate-change-ipcc-report-foods-chipotle-guacamole/

3 http://www.fruitnet.com/asiafruit/article/159381/climate-change-affecting-apple-crunch

Liczba osób pobierających emerytury z ZUS niższe od minimalnej wzrosła do 4,9%

Federacja Przedsiębiorców Polskich szacowała, że, w 2019 r. liczba osób otrzymujących świadczenie niższe od minimalnego osiągnie poziom 280,1 tys. Prognozy FPP były bardzo trafne – według nowych danych ZUS po waloryzacji wartości emerytur w marcu 2019 r. liczba osób pobierających emerytury niższe od minimalnych wzrosła do 279,9 tys. W konsekwencji odsetek osób otrzymujących emerytury poniżej minimum wzrósł z 4,2% w 2018 r. do 4,9% w 2019 r. FPP szacuje, że, w 2020 r. liczba emerytów otrzymujących świadczenie niższe od minimalnego osiągnie poziom ok. 324 tys.

Federacja postuluje o pilne wdrożenie restytucji w systemie ubezpieczeń społecznych i zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które dotychczas świadczyły pracę na podstawie nieoskładkowanych umów zleceń. Ponadto FPP proponuje zlikwidowanie szkodliwego art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.

FPP przedstawiła prognozę wzrostu liczby osób otrzymujących emerytury niższe od minimalnej (tj. „sub-minimalne”) w latach 2019-2030 w publikacji „Konsekwencje nieobejmowania wykonywania umowy zlecenie obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym” z lutego br. Według tej prognozy problem emerytur „sub-minimalnych” w 2025 r. będzie dotyczył już 0,5 mln emerytów, a w 2030 r. liczba pozbawionych prawa do najniższego świadczenia może sięgać 650 tysięcy osób.

Liczba osób otrzymujących emeryturę „sub-minimalną” zaczęła przewyższać liczbę świadczeniobiorców otrzymujących emeryturę minimalną już ok. 2014 r. Duży wzrost liczby osób otrzymujących świadczenie niższe niż minimalne jest bezpośrednim dowodem na to, że dla licznej grupy ubezpieczonych wykazanie stażu ubezpieczeniowego wymaganego do nabycia prawa do najniższej emerytury jest niemożliwe. Natomiast jedną z głównych przyczyn posiadania niewystarczającego stażu jest niepodleganie ubezpieczeniom emerytalnorentowym w okresie aktywności zawodowej w pełnym zakresie.

Bardzo istotny wzrost liczby osób otrzymujących emerytury poniżej minimalnego poziomu nastąpił w 2017 r. – zwiększył się on wówczas do ok. 208,9 tys. osób z ok. 112,1 tys. osób w poprzednim okresie. Miało to związek ze znaczącą podwyżką emerytury minimalnej, jaka nastąpiła w marcu 2017 r. Najniższe świadczenie wzrosło wówczas z 882,56 zł do 1000,00 zł brutto miesięcznie.

Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich
„Prognozujemy, że w 2020 r. 5,5% emerytów ogółem będzie otrzymywać emeryturę „subminimalną”. Jedynym sposobem na zatrzymanie tych tendencji o potencjalnie katastrofalnych skutkach w wymiarze społecznym jest zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które dotychczas świadczyły pracę na podstawie nieoskładkowanych umów zleceń, gdzie okresy zatrudnienia w tej formie praktyce nie przekładały się na nabycie uprawnień do najniższego gwarantowanego świadczenia. Pokazuje to konieczność implementacji proponowanej restytucji w systemie ubezpieczeń społecznych – po uporządkowaniu i wyjaśnieniu przeszłych stanów faktycznych należy wprowadzić zmiany legislacyjne gwarantujące, że każda forma aktywności zawodowej będzie stanowić tytuł do ubezpieczenia społecznego, z którym wiążą się konkretne przyszłe uprawnienia do zabezpieczenia emerytalnego” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wzrost liczby osób pozbawionych prawa do emerytury na najniższym gwarantowanym poziomie stanowi poważny problem społeczny. O ile w 2011 r. takich osób było ok. 24 tys., wg danych ZUS o w marcu 2014 r. ich liczba sięgnęła ok. 92,5 tys. W marcu 2018 r. liczba osób pozbawionych prawa do najniższego świadczenia emerytalnego osiągnęła poziom ok. 234 tys. Prowadzi to do konkluzji, że w okresie 7 lat skala występowania tego bardzo niepokojącego zjawiska wzrosła nawet 10-krotnie.

Grupa Go Sport otrzymała wiążącą ofertę i rozpoczęła wyłączne negocjacje ze Sportmasterem. Dotyczą one sprzedaży polskiej spółki Go Sport

Grupa Go Sport informuje, że ​​podjęła wyłączne negocjacje ze Sportmasterem w sprawie sprzedaży swojej spółki zależnej GO Sport Poland.

Przedsiębiorstwo GO Sport Polska obecne na polskim rynku od 1999 r. aktualnie posiada 33 sklepy stacjonarne. Celem tej zmiany jest ponowne skoncentrowanie zintegrowanych działań Grupy GO Sport na rynku francuskim. Wpływy zostaną przeznaczone na dalsze przekształcenia GO Sport, które rozpoczęły się już na początku tego roku.

Ostateczne decyzje podlegają konsultacjom z przedstawicielami pracowników oraz wymagają uzyskania zgody właściwych organów antymonopolowych.

Nowe startupy w Samsung Inkubator Rzeszów

Do Samsung Inkubator w Rzeszowie dołączyło 5 nowych startupów, które będą realizować projekty z zakresu zróżnicowanych tematów: od robotyki, przez lotnictwo, po zdrowie i odpowiedzialną konsumpcję. Wszystkie przedsięwzięcia wyróżniają się innowacyjnością pomysłów oraz dużym stopniem zaawansowania prac. Podkarpacka przestrzeń już od momentu otwarcia cieszyła się znacznym zainteresowaniem młodych przedsiębiorców.

Według danych raportu Startup Poland z 2018 roku, Rzeszów trafił do czołówki zestawienia pod względem liczby osób należących do środowiska startupowego Do sukcesu stolicy Podkarpacia przyczyniło się otwarcie Samsung Inkubator w kwietniu 2017 roku we współpracy z Politechniką Rzeszowską i Doliną Lotniczą. Popularność programu stale rośnie. Do grona 12 rozwijających tam swoje pomysły startupów, dołączyło właśnie kilka nowych projektów.

Matrix Dynamix

Matrix Dynamix to start-up pochodzący z Krakowa, rozwijający rewolucyjne urządzenie, które wprowadzi innowacyjność w skali globalnej na rynku kontrolerów. New Generation Controller to projekt stabilizatora w kształcie rękawicy, który umożliwi uzyskanie idealnej ergonomii uchwytu, a tym samym – na pionierskie wykorzystanie smartfona jako kontrolera. Do tego dedykowana aplikacja mobilna NGC dostarczy unikalny interfejs. NGC wspiera nie tylko działania w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, ale także związane z grami i innymi nowymi technologiami, takimi jak roboty czy drony.

3D Motion Controls

Wsparcie Samsung Inkubator dostanie także startup 3D Motion Controls. Przedsiębiorcy z Warszawy będą pracować nad urządzeniem ubieralnym, które pozwoli inżynierom i projektantom przenosić ruchy dłoni bezpośrednio na trójwymiarowe obiekty w oprogramowaniu CAD/CAM, zarówno w pracy z modelami, jak i w prezentacji wyników. Innymi słowy 3D Motion Controller umożliwi pracę z urządzeniami VR bez okularów i kamer.

WiredLine

W ramach programu Samsung Inkubator Rzeszów swoje pomysły będzie realizować także start-up WiredLine. Grupa młodych przedsiębiorców z okolic Rzeszowa, pracuje nad projektem linii produkcyjnej spełniającym standardy przemysłu 4.0. Sercem projektu jest autorski system operacyjny WiredOS. Produkt umożliwia w pełni zrobotyzowane wytwarzanie elementów na podstawie projektów CAD lub wcześniej przygotowanego prototypu urządzenia. Rozwiązanie umożliwia produkcję niskoseryjną z zachowaniem zalet produkcji masowej.

Osnova

Coraz więcej startupów, zgłasza do Inkubatora swojego pomysły nie tylko pod kątem rozwiązań z obszaru Internetu Rzeczy, lecz także poprawy jakości życia i zrównoważonego rozwoju. Przykładem takiego startupu jest Osnova, który realizuje już platformę modową, skupiającą niezależne marki oraz projektantów z Polski. Dzięki wsparciu Inkubatora Samsung, młodzi innowatorzy planują teraz wdrożyć do platformy modowej rozwiązanie AR. Wirtualny Doradca pozwoli użytkownikom na otrzymywanie sparametryzowanej oferty przygotowanej specjalnie przez projektanta na podstawie danych udostępnionych przez użytkownika. Dzięki wdrożeniu wirtualnej przymierzalni użytkownicy już na etapie wyszukiwania produktu będą mogli go wirtualnie przymierzyć i zweryfikować przy pomocy istniejącej funkcji Wirtualnego Doradcy i dzięki temu podjąć świadomą decyzję w ramach zrównoważonych zakupów.

LifeHeart

Rozwiązanie z zakresu poprawy jakości życia będzie realizować także startup LifeHeart. To projekt inteligentnej opaski ratunkowej, której głównym zadaniem ma być monitoring podstawowych parametrów życiowych pacjenta znajdującego się na izbie przyjęć w placówce medycznej. Opaska będzie bieżąco monitorować tętno (puls) krwi. Projekt powstaje przy współpracy z liderem usług ochrony zdrowia.

Program Samsung Inkubator to część strategii firmy, której celem jest wsparcie młodych przedsiębiorców w ramach sieci inkubatorów w Polsce Wschodniej – w Rzeszowie, Lublinie i Białymstoku. W trakcie prac nad prototypem, każdy startup może liczyć na wsparcie ekspertów z działu R&D firmy Samsung. Do dyspozycji startupów jest również przestrzeń wyposażona w najlepszej jakości sprzęty, które mają ułatwić im pracę i realizowanie pomysłów. Najlepsze projekty mogą liczyć na wsparcie finansowe od firmy Samsung przy zachowaniu pełni praw do swoich koncepcji. Partnerami Samsung Inkubator w Rzeszowie są: Politechnika Rzeszowska, Dolina Lotnicza oraz HugeTech.

Dzień, na który czekali wszyscy inwestorzy rynku walutowego

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa FOMC na wieczornym posiedzeniu odwróci tendencje na rynku i zamiast podwyżek stóp procentowych, wrócimy do ruchu obniżkowego.  Powinniśmy się dziś spodziewać zwiększonej zmienności na rynkach.

Czekając na decyzję

Rynki czekają na decyzję Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Już dzisiaj o 20:00 poznamy nową wartość stóp procentowych w USA. Pół godziny później odbędzie się konferencja prasowa. Jakiego komunikatu możemy się spodziewać? Analitycy są niemal zgodni, że na tym posiedzeniu dojdzie do obniżki o 0,25%. Obecnie większość obserwatorów zastanawia się, czy w tym roku zobaczymy jeszcze dwa, czy może nawet trzy cięcia stóp (wliczając dzisiejsze). Rynki walutowe są w miarę spokojne, ale od początku tygodnia euro zyskuje względem dolara.

Bez recesji we Włoszech

Dzisiaj o 12:00 poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB we Włoszech. Analitycy spodziewali się spadku zarówno kwartalnego, jak i rocznego, odpowiednio o 0,1% i 0,2%. Jednak w obydwu przypadkach wartość wyniosła okrągłe 0. Część obserwatorów traktuje te dane z przymrużeniem oka, jako delikatnie podkręcone. Niemniej jest to dobra wiadomość dla włoskiego rządu, który może mówić, że na Półwyspie Apenińskim nie ma recesji. Od strony technicznej recesja ma miejsce dopiero wtedy, gdy drugi kwartał z rzędu obserwujemy spadek PKB. Oznacza to (w przypadku negatywnego scenariusza), że jeśli dane nie będą się poprawiać, to  przynajmniej oficjalny regres opóźnił się o 3 miesiące.

Euro otarło się o 4,30

We wtorek kurs euro niemal dotarł do poziomu 4,30 zł. Jednak tuż przed osiągnięciem tej granicy pojawiło się na rynku wielu sprzedających, którzy uznali, że to dobry moment na realizację zysków. Z tego powodu dzisiaj jesteśmy już niemal grosz niżej. Frank zatrzymał się na poziomie 3,89 zł, nie docierając do bolesnej dla kredytobiorców bariery 3,90 zł. Biorąc pod uwagę dzisiejsze posiedzenie FOMC, jutro możemy obudzić się w nowej rzeczywistości.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Inflacja w Polsce najwyższa od blisko siedmiu lat

W lipcu niespodziewanie podbiła dynamika cen. Konsensus spodziewał się dużo niższego wyniku.

Zgodnie z „szybkim szacunkiem” GUS, inflacja CPI w lipcu podbiła do 2,9% w ujęciu rocznym w porównaniu z poziomem 2,6% odnotowanym miesiąc temu. Tym samym znalazła się na najwyższym poziomie od października 2012 roku. Jest to bardzo znaczący i nieoczekiwany wzrost. Konsensus Bloomberga wskazywał na to, że inflacja CPI powinna pozostać na poziomie z poprzedniego miesiąca.

Nie znamy jeszcze zbyt wielu szczegółów dotyczących publikacji – te poznamy w okolicy połowy sierpnia. Już teraz jednak wiemy, że na podbicie inflacji miał wpływ wysoki wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych (6,8% r/r), które w 2019 roku stanowiły blisko 25% koszyka inflacyjnego GUS. Wygląda również na to, iż w ostatnim okresie pomiarów wyraźnie wzrosła również inflacja bazowa.

Rynek na dane zareagował dość spokojnie. Wprawdzie obserwujemy umocnienie złotego, które można byłoby częściowo powiązać z publikacją, jednak nie jest to zachowanie istotnie odbiegające od zachowania walut regionu (wyraźniejszego umocnienia doświadcza dziś forint węgierski). Co tyczy się rynkowych wycen prawdopodobieństwa zmian stóp procentowych w Polsce – rynek w nieco mniejszym stopniu zaczął wyceniać obniżki stóp procentowych (do których częściowo skłaniał się wcześniej). Jest to jednak zmiana dość niewielka, dochodząca do kilku punktów bazowych w horyzoncie rocznym.

Jak na wzrost cen zareaguje Rada Polityki Pieniężnej? Najpewniej będzie podkreślać symetryczność celu inflacyjnego i zwracać uwagę na zagrożenia zewnętrzne. Grono jastrzębi może jednak sugerować, że w niedługim czasie zasadne byłoby podniesienie stóp procentowych.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wspólna europejska waluta zakończyła dzień na plusie również w parze z dolarem amerykańskim. Ostatnie godziny przyniosły prawdziwe zatrzęsienie danych ze strefy euro i kluczowych europejskich gospodarek, jednak warto wyróżnić szczególnie dwie publikacje: o inflacji oraz wzroście gospodarczym.

Co tyczy się tej pierwszej, zgodnie z oczekiwaniami, inflacja CPI w strefie euro w lipcu odnotowała spadek w porównaniu do odczytu z poprzedniego miesiąca i znalazła się na poziomie 1,1% w ujęciu rocznym, najniższym od lutego 2018 roku. Zawiodła z kolei inflacja bazowa, która odnotowała głębszy spadek od oczekiwanego, schodząc z poziomu 1,1% r/r notowanego w czerwcu do 0,9% w lipcu. Wzrost gospodarczy z kolei zaskoczył lekko in plus. Gospodarki strefy euro w drugim kwartale rosły o 1,1% w ujęciu rocznym wobec poziomu 1,2% notowanego w poprzednim kwartale (oczekiwano wzrostu o 1%). W ujęciu kwartał do kwartału wzrost wyniósł jednak oczekiwane 0,2%, czyli połowę tego, co kwartał wcześniej.

Dzisiejsze dane, mimo, iż bardzo nie odbiegały od oczekiwań, zdają się jednak potwierdzać potrzebę zwiększenia stymulacji ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Większa część rynku jest przekonana, że EBC zrealizuje ten cel poprzez obcięcie stóp procentowych już podczas następnego spotkania banku centralnego zaplanowanego na wrzesień. Nie można wykluczyć jednak również dodatkowych działań.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,67-4,70. Brytyjska waluta traciła również w relacji do głównych walut. Funt kontynuował wyprzedaż z ostatnich dni, cały czas będąc poddanym presji w związku z niepokojem dotyczącym tego, czy Wielkiej Brytanii uda się uniknąć Brexitu bez umowy. Skala wyprzedaży jednak wyhamowała, kurs GBP/PLN obecnie zdaje się stabilizować na niższych poziomach.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,85-3,86. Wczorajsze dane o bazowej inflacji PCE w USA rozczarowały. W czerwcu indeks wprawdzie wzrósł z poziomu 1,5% r/r notowanego w maju do 1,6% r/r, jednak był to poziom niższy od oczekiwanego przez konsensus. W dół również zrewidowano odczyt z poprzedniego miesiąca. Gorsze dane o inflacji zdają się wspierać potrzebę działań ze strony FOMC.

Dziś właśnie na tym skupią się inwestorzy. Zgodnie z oczekiwaniami rynku stopy procentowe mają zostać obniżone o co najmniej 25 punktów bazowych. Od samej decyzji (która jest oczekiwana), istotniejsza będzie komunikacja ze strony banku centralnego względem perspektyw działań w przyszłości. Z tego względu warto będzie obserwować szczególnie konferencję po spotkaniu FOMC podczas której przemawiać będzie prezes Fed, Jerome Powell.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:15 – zmiana zatrudnienia pozarolniczego ADP w USA w lipcu
  • 15:45 – indeks Chicago PMI w USA w lipcu
  • 20:00 – decyzja o poziomie stóp procentowych FOMC
  • 20:30 – przemawia prezes FOMC, Jerome Powell

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Pracownicze plany kapitałowe – najważniejsze założenia

ppkPracownicze plany kapitałowe to dobrowolny i prywatny system, który ma wesprzeć osoby pracujące w długoterminowym gromadzeniu oszczędności na emeryturę. Jego głównym celem jest stworzenie zabezpieczenia finansowego Polaków, niezależnego od obowiązującego obecnie systemu emerytalnego. Zgodnie z ustawą program wszedł w życiu już w styczniu tego roku, jednak póki co objął tylko nielicznych.

Komu dokładnie jest dedykowany? Przyglądamy się bliżej najważniejszym założeniom PPK.

PPK – kogo obejmie program?

Pracownicze Plany Kapitałowe mają obejmować ponad 11 milionów pracowników. Nie zaliczają się jednak do nich przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność. Zmienia się to z dniem zatrudnienia przynajmniej jednego pracownika, nadal jednak to wyłącznie zatrudniony pracownik, a nie przedsiębiorca podlega PPK. Program dedykowany jest do osób w wieku 19-55 lat, uwzględnia przy tym wpłaty zarówno po stronie budżetu państwa, pracodawcy jak i pracownika.

Wysokość składek na PPK

Podstawowa wpłata do PPK ma wynosić 1,5% wynagrodzenia stanowiącego podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe od pracodawcy, a także 2% od tej samej kwoty od uczestnika programu, czyli pracownika. Co ważne, pracownicy, których miesięczne wynagrodzenie będzie równe bądź niższe niż 120% minimalnego wynagrodzenia na konkretny rok, mogą dokonać niższej wpłaty podstawowej, lecz nie mniejszej niż 0,5%. Ponadto, pracodawca może zadeklarować dokonywanie wyższej wpłaty, o dodatkowe 2,5%, w sumie przeznaczyłby każdemu pracownikowi nawet do 4%. Wyższej wpłaty dokonywać może również sam pracownik: z obowiązkowych 2% może podnieść wpłatę do 4%. Miesięczna wpłata na konto PPK mieścić się będzie zatem w przedziale od 3,5 do 8% wynagrodzenia.

Wsparcie dla uczestników PPK oferuje również państwo. Przyjmuje ono postać jednorazowej wpłaty powitalnej w wysokości 250 zł i corocznej dopłaty w wysokości 240 zł dla każdego uczestnika PPK. Na uwadze należy mieć fakt, że od wpłaty pracodawcy pracownik musi zapłacić podatek. Środki w PPK gromadzone będą na tej samej zasadzie co lokaty bankowe.

Czy PPK będzie obowiązkowe?

Pracodawca będzie miał obowiązek dokonywania wpłat do pracowniczych planów kapitałowych, w innym razie grozi mu grzywna, której wysokość mieści się w przedziale od 1000 do 1 mln. złotych. Pieczę nad dopełnieniem tej czynności sprawować będzie Państwowa Inspekcja Pracy. Dla pracowników udział w PPK przyjmuje charakter dobrowolny, co oznacza, że w każdej chwili mogą oni zrezygnować z dokonywania wpłat do programu (początkowo zakwalifikowani zostają do niego automatycznie). W tym celu należy złożyć pisemną deklarację u pracodawcy. Konieczność ta zachodzi co 4 lata, w innym przypadku pracownik po 4 latach ponownie zostanie przypisany do programu. Jednocześnie każdy uczestnik PPK, który zdecydował się zrezygnować z udziału w programie, może ponownie do niego przystąpić w dowolnym momencie.

W przypadku zmiany pracodawcy, po upływie 3 miesięcy, pracownik zostaje automatycznie przypisany do PPK, które oferuje nowy pracodawca. Nie ma jednocześnie obowiązku dokonywania transferu zgromadzonych dotychczas środków. W praktyce oznacza to, że może posiadać dwa (lub więcej) kont PPK, przy czym nowe wpłaty będzie otrzymać wyłącznie na jedno z nich (najnowsze).

Kolejność tworzenia PPK

Kolejność dołączenia firm do PPK uzależniona jest od wielkości bądź rodzaju pracodawcy. Od 1 lipca do PPK obowiązek mają przystąpić pracodawcy, którzy zatrudniają powyżej 250 pracowników. Jak wygląda ta kwestia w przypadku pozostałych pracodawców? Pracodawcy zatrudniając od 50 do 249 osób muszą dołączyć do programu z dniem 1 stycznia 2020. Osoby, które zatrudniają od 20 do 49 osób objęte PPK zostaną 1 lipca 2020, a wszyscy pozostali 1 stycznia 2021 roku.

Wypłata zgromadzonych środków

Pieniądze, które zostaną zgromadzone przez uczestników PPK stanowią ich własność prywatną i zostaną im wypłacone po osiągnięciu 60. roku życia. Ten sam wiek obejmuje zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Po śmierci uczestnika PPK zgromadzone w PPK środki podlegają wypłacie transferowej do PPK (bądź innego programu, np. IKE lub PPE) osoby uprawnionej. Istnieje także możliwość ich wypłaty w formie pieniężnej. Jeżeli uczestnik nie wskazał osoby uprawnionej do zebranych przez niego środków, podlegają one dziedziczeniu na zasadach ogólnych.

SAVILLS: najlepsza pierwsza połowa w historii rynku magazynowego w Polsce

W pierwszej połowie roku w Polsce przybyło blisko 1,1 mln m kw. nowej powierzchni magazynowo-przemysłowej, co było najwyższym wynikiem odnotowanym w ciągu pierwszych sześciu miesięcy w historii tego sektora rynku nieruchomości, podała firma doradcza Savills.

Jak wynika z raportu „Market in Minutes – Rynek magazynowy w Polsce” opracowanym przez Savills, dzięki rekordowej nowej podaży odnotowanej w pierwszych sześciu miesiącach roku, na koniec czerwca Polska dysponowała 16,8 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej. Doszło również do przetasowania wśród regionów dysponujących największymi zasobami. Pozycję lidera utrzymała Warszawa (4,1 mln m kw.), ale na drugie miejsce wskoczyła Polska Centralna (2,73 mln m kw.), która wyprzedziła Górny Śląsk (2,66 mln m kw.), dzięki 246 500 m kw. oddanym do użytku w tym regionie w pierwszej połowie roku. Na koniec czerwca w budowie pozostawało 2,2 mln m kw. nowej powierzchni, z czego 210 000 m kw. przypada na obiekt typu BTS budowany w Gliwicach przez Panattoni Europe.

Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills (2)
Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills

„W pierwszej połowie 2019 roku Polska Centralna odnotowała znaczący wzrost podaży, co przysparza jej statusu drugiego najważniejszego regionu logistycznego w Polsce, po rynku Warszawy i okolic. W stolicy oraz we Wrocławiu zaobserwowaliśmy z kolei bardzo wysoki popyt. Silnym trendem pozostaje logistyka miejska. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku wynajęto 31 000 m kw. w tego typu obiektach, a na koniec czerwca w budowie pozostawało ponad 52 000 m kw. nowej powierzchni dedykowanej logistyce miejskiej” – mówi Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills.

Zgodnie z danymi Savills w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku w Polsce wynajęto 1,8 mln m kw., co oznacza spadek rok do roku o 16%. Ogromny, blisko 50% wzrost popytu w stosunku do analogicznego okresu w 2018 r. odnotowano w Warszawie, gdzie w pierwszej połowie 2019 r. wynajęto najwięcej powierzchni (blisko 580 000 m kw.). W tym czasie największe umowy najmu w Polsce podpisały firmy Jysk (Logistic City Piotrków Trybunalski), Pantos Logistics (Panattoni Park Wrocław XI) i PepsiCo (P3 Mszczonów), z których każda opiewała na ok. 60 000 m kw.

Stopa pustostanów odnotowała lekki spadek w stosunku do pierwszego kwartału (0,4 pkt. proc.) i na koniec czerwca 2019 r. utrzymała niski poziom 5,1%. O wolną powierzchnię magazynowo-przemysłową najłatwiej na Górnym Śląsku (7,6%) oraz w Poznaniu (7,5%). Czynsze bazowe utrzymują się na poziomie od 2,7 euro do 4,2 euro za m kw. na miesiąc w przypadku wielkopowierzchniowych obiektów, sięgając 5,35 euro za m kw. na miesiąc w mniejszych modułach zlokalizowanych na terenie Warszawy.

„Rynek magazynowy w Polsce utrzymuje dynamiczne tempo wzrostu. W ślad za rekordową nową podażą w pierwszych sześciu miesiącach, cały 2019 rok ma szansę zamknąć się najwyższym wynikiem w historii, wzbogacając nasz rynek o 2,5 miliona m kw. nowej powierzchni magazynowo-przemysłowej” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.

Aktywność cyberprzestępców rośnie od początku roku

Aktywność cyberprzestępców rośnie od początku roku, ale w czerwcu osiągnęła najwyższy poziom – alarmują specjaliści Check Point.  Polska nadal plasuje się wśród państw o niższym wskaźniku zagrożenia, lecz nadal daleko jej do najbezpieczniejszych sieci jak w Finlandii, Norwegii czy Czechach – jak mówi Wojciech Głażewski, Country Manager Check Point Software Technologies.

W najnowszym rankingu bezpieczeństwa sieciowego Polska zajmuje 13 miejsce w Europie – 6 miejsc wyżej niż w maju, przy jednoczesnym nieznacznym wzroście tzw. indeksu zagrożeń (38,3). Czołowe pozycje w Europie ponownie uzyskały Finlandia oraz Norwegia (30,9). Na przeciwległym biegunie znalazła się Czarnogóra (83,8) i Macedonia (95,3). To obecnie najbardziej atakowane kraje w na naszym kontynencie.

W Polsce najczęściej wykorzystywanym przez hakerów wirusem jest Cryptoloot, który w naszym kraju infekował blisko 9,5% przedsiębiorstw. Drugie miejsce zajmuje NanoCore (7,48%), będący trojanem zdalnego dostępu. Trzecie miejsce (5,12%) zajął Trojan Emotet, którego aktywność została czasowo wstrzymana.

Interesującym jest fakt, że najwięcej ataków na naszą sieć było przeprowadzanych z chińskiego IP, a większość z nich przeprowadzana była pod koniec tygodnia – w piątki. Tymczasem Czechów najczęściej atakują hakerzy z USA.

Wśród złośliwego oprogramowania światowym numerem jeden jest XMRig, cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary. Drugie miejsce zajmuje Jsecoin – cryptominer JavaScript, który może być osadzony na stronach internetowych czy uruchomić koparkę bezpośrednio w przeglądarce. Podium zamyka Cryptoloot – cryptominer wykorzystujący moc procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejące zasoby do wytworzenia nowej waluty. Dodaje transakcje do tzw. Blockchainu, wprowadzając nową walutę.

Ciekawym spostrzeżeniem analityków Check Point jest fakt, iż w czerwcu nastąpiło wstrzymanie aktywności jednego z najważniejszych zagrożeń w ostatnich miesiącach, czyli Emoteta – zaawansowanego, samonapędzającego się i modułowego trojana, który po raz pierwszy zwrócił uwagę badaczy bezpieczeństwa sieciowego w 2014 r, kiedy to uznawany był za trojana bankowego. W 2018 r. jego zastosowanie ewoluowało. Zaczął być używany głównie jako botnet, który w ostatnim czasie notowany był w pierwszej piątce najczęściej wykorzystywanego szkodliwego oprogramowania.

Rynek pożyczkowy – czerwiec 2019 r.

Jak wynika z najnowszego podsumowania BIK, w czerwcu 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły finansowania na kwotę 603 mln zł, udzielając 237,9 tys. pożyczek. Obecne odczyty w porównaniu do czerwca 2018 r. wskazują, że w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą o (-3,5%), natomiast w ujęciu liczbowym odnotowały wzrost o (+2,8%). Średnia wartość pożyczki pozabankowej udzielonej w czerwcu br. wyniosła 2 534,8 zł i była niższa o (-6,1%) od średniej wartości udzielonej pożyczki w czerwcu 2018 r.

Z obserwacji sprzedaży pożyczek pozabankowych w perspektywie sześciu pierwszych miesięcy 2019 r. wynika, że udzielono ich o (-0,2%) mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W ujęciu wartościowym spadek w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wyniósł (-0,1%). Łącznie w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły 1 374,1 tys. pożyczek na łączną kwotę 3,558 mld zł.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– W pierwszym półroczu 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły finansowania na wartości zbliżone do pierwszego półrocza 2018 r. – podsumowuje prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej. – Uwagę zwracają pożyczki w przedziałach kwotowych do 1 tys. zł (6,4%) oraz powyżej 5 tys. zł (1,8%), które w pierwszym półroczu br. odnotowały dodatnią dynamikę. Finansowanie do 1 tys. zł stanowiło prawie 40% liczby udzielonych w pierwszym półroczu pożyczek. Pożyczki powyżej 5 tys. zł miały 41% udział w łącznej kwocie udzielonych pożyczek, ale w ujęciu liczbowym tylko 11% – uzupełnia główny analityk BIK.

W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 9% udział w sprzedaży. Dodatnia dynamika liczby udzielanych pożyczek w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. dotyczyła jedynie pożyczek niskokwotowych (< 1 tys. zł) i wynosiła (+6,4%) oraz wysokokwotowych (> 5 tys. zł), w przypadku których wyniosła ona (+1,8%).

Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym w okresie sześciu pierwszych miesięcy 2019 w porównaniu do analogicznego okresu z poprzedniego roku odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego 1,0 do 1,5 tys. zł (-8,1%).

Jak wynika z danych Fundacji Rozwoju Rynków Finansowych, niska dynamika sprzedaży pożyczek pozabankowych, okresowo nawet ujemna, utrzymuje się niezmiennie od ponad 12 miesięcy.

– Na niską dynamikę sprzedaży na rynku pozabankowym ma wpływ szereg czynników, m.in. dostęp instytucji pożyczkowych do finansowania, w szczególności w obliczu problemów spowodowanych kryzysem na rynku obligacji korporacyjnych oraz niepewności regulacyjnej, skutkującej trudnościami w uzyskaniu finansowania w innych kanałach – wyjaśnia Agnieszka Wachnicka, Prezes Zarządu Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. – Nie bez znaczenia dla dynamiki sprzedaży pozostaje również zwiększenie skali transferów socjalnych, skutkujące obniżeniem popytu na pożyczki. Ujemna roczna dynamika sprzedaży w czerwcu odzwierciedla niepewność związaną z toczącymi się pracami nad ustawą warunkującą przyszłość rynku pożyczek pozabankowych – wyjaśnia.

Jeśli Content is a King to Big Data is a Queen

Już 98% ankietowanych marketerów jest przekonanych o wysokiej efektywności content marketingu, a zaledwie 2% twierdzi, że jest on przeceniany – podaje GoodFirms w raporcie “How Businesses Use Content Marketing”. Czy wobec tego można poprawić coś, co teoretycznie już jest doskonałe? Okazuje się, że tak! Wystarczy wesprzeć to technologią ze świata martech – Big Data i analityką – bo przecież każdy król, potrzebuje swojej królowej.

Serwis Demand Metric podaje, że content marketing kosztuje aż 62% mniej niż tradycyjny display marketing, a jednocześnie generuje 3 razy więcej leadów sprzedażowych. Nic dziwnego, że ta forma promocji tak szybko zyskuje na popularności. Okazuje się, że sprzężone z analityką Big Data, może przynieść jeszcze lepsze efekty.

Content marketing pod lupą

Czy wobec tego content marketing jest Świętym Gralem świata marketingu? Specjaliści z GoodFirms postanowili wprost zapytać marketerów z całego świata, jakie jest ich zdanie o tej formie promowania. Wyniki są więcej niż zadowalające – 98% ankietowanych twierdzi, że to wysoce efektywna forma promowania, a zaledwie 2% uważa, że nie spełnia ona ich oczekiwań.

Jak twierdzą specjaliści z GoodFirms, marketing treści nie powinien być traktowany jako ekstra element strategii marketingowej przedsiębiorstwa, a firmy muszą pamiętać, że dziś jest to fundament skutecznej kampanii. Jednak ręczne zarządzanie tak dużą i różnorodną ilością narzędzi jest trudne. Stąd wzrost zainteresowania platformami DMP, które mają wesprzeć marketerów w tym zadaniu. Marcin Filipowicz, wiceprezes agencji Audience Network, specjalizującej się w data consultingu, wyjaśnia – „Dzięki platformie DMP, marketingowcy mogą skutecznie zarządzać i integrować funkcjonowanie działów i przede wszystkim strategii w firmie. Przechowywanie i organizacja danych w segmentach zapewnia im elastyczność w użyciu i możliwość wykorzystania w dowolny sposób.

Marketing treści dobry na … Wszystko?!

Mówiąc o marketingu treści, najczęściej można spotkać się ze stwierdzeniem, że ma on budować zaangażowanie i lojalność klientów wobec marki i skutecznie sterować ruchem w jej serwisie. Jednak “content” ma wiele innych zastosowań. Ankietowani wymieniają jeszcze: poprawę SEO w wyszukiwarce (24,6%), wzrost wskaźnika konwersji (22,8%), zwiększenie ruchu w wybranych kanałach (20,2%), budowanie świadomości marki (18,6%) i przekazywanie wiedzy o nowych produktach lub usługach (13,8%)

Nie chodzi tylko o to, żeby ludzie rozpoznawali twoje logo. Odbiorca musi rozpoznawać markę i wartości, które reprezentuje. Świadomość marki jest tak ważna, ponieważ konsumenci znacznie częściej kupują od marek, które szanują i którym ufają. Kiedy ludzie są świadomi Twojej marki, zabezpieczają również Twoją pozycję w branży. Content marketing to idealne narzędzie do prowadzenia takiej komunikacji.” – mówi Grzegorz Kosiński, prezes Audience Network.

Największe wyzwanie marketerów

Kiedyś w Opolu Jerzy Stuhr zaśpiewał, że „Śpiewać każdy może”, parafrazując słowa tej piosenki, możemy powiedzieć, że pisać każdy może. Jednak w przeciwieństwie do tekstu Jonasza Kofty — w tym wypadku akurat jest ważne, jak co komu wychodzi. Samo tworzenie treści jest proste, ale już projektowanie wartościowych i angażujących przekazów – to prawdziwe wyzwanie. “Lekkie pióro” to za mało by dotrzeć do odbiorcy.

W badaniu GoodFirms blisko 40% ankietowanych przyznaje się, że największym problemem jest dla nich stworzenie angażującego contentu. Następnie na liście znajdują się: “tworzenie strategii content marketingu” z wynikiem 28,5% oraz “pomiar ROI” (13,5%), “wybór miejsca ekspozycji / sposobu dystrybucji” (10,3%) i “podział budżetu” (4,8%).

Kampanie wspomagane technologią

Istnieje filozofia, mówiąca o tym, że dobry produkt sprzeda się sam i nie potrzebuje reklamy. Czy tak samo jest z content marketingiem? Czy wartościowe treści wystarczą, by zyskać uwagę odbiorcy?

  • Nie jest to do końca prawdą. Gdy nie wiemy kogo, gdzie i kiedy szukamy – to jak rzucanie do kosza z zamkniętymi oczami. Nasz odbiorca, zaraz po zalogowaniu do sieci, jest atakowany ogromną liczbą komunikatów. Dlatego tak istotna jest spersonalizowana forma przekazu, która angażuje uwagę osób rzeczywiście zainteresowanych naszym contentem. Nie serwujemy wszystkim tego samego, taka strategia nie ma dziś racji bytu.” – ostrzega Marcin Filipowicz z Audience Network, a następnie dodaje: – “Dlatego rośnie popularność platform DMP, które pomagają w płynnym łączeniu danych, raportowaniu w kanałach i kampaniach oraz odkrywaniu właściwych informacji w czasie rzeczywistym. Dzięki analizie Big Data marketingowcy mogą podejmować mądrzejsze decyzje.” – twierdzi ekspert.

Content Marketing Institute donosi, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy wydatki na tworzenie treści wzrosły o 56%. Jednocześnie zaobserwowano, że firmy wydają jeszcze więcej na technologie wspierające content marketing, średnio o 1/3 w porównaniu z poprzednim raportem. Biznes stanął przed okazją – każda firma może stać się redakcją i tworzyć treści, które budują więź pomiędzy przedsiębiorstwem a konsumentem.

Dawno minęły czasy, kiedy decyzje marketingowe były podejmowane pod wpływem intuicji i doświadczenia poszczególnych osób. Dziś, dzięki wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi, wspierających specjalistów od promowania, wszystko jest w naszym zasięgu, nawet gdy nie posiadamy odpowiednio wykształconych kompetencji.

Funt coraz tańszy. Dlaczego kurs funta spada?

Słabnie brytyjski funt wobec amerykańskiego dolara, ale też złotego. Tracą na tym Polacy, którzy pracują w Anglii, a swe zarobki wysyłają do rodzin w kraju.

– Brytyjski funt znalazł się pod ostrzałem, gdy nowy premier Wielkiej Brytanii zdecydował się na utworzenie komitetu, który ma przygotować ten kraj do twardego brexitu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.

Za funta trzeba już płacić tylko 4,68 zł, gdy przed tygodniem 4,76 zł. Funt znalazł się blisko poziomu 1,21 za dolara.

W tym tygodniu bank centralny Anglii wypowie się na temat swojej polityki monetarnej. Jednak prawdopodobnie nie wpłynie to na kurs funta.

– Należy się spodziewać, że funt nadal będzie pod presją sprzedaży – ocenia M.Stajniak.

ZPL: Rynek leasingu na podobnym poziomie jak przed rokiem

  • Portfel aktywnych umów leasingowych rozwija się (+15% r/r), jednak dynamika nowych kontraktów leasingowych wyhamowała w I połowie tego roku.
  • Zmiany prawne w zakresie podatku dochodowego od pojazdów osobowych mogły mieć wpływ na taki obraz rynku.
  • Badania pokazują, że ponad połowa (58%) badanych przedstawicieli małych firm uważa, że za 10 lat leasing będzie przynosił korzyści podatkowe.

W pierwszej połowie 2019 r. roku dynamicznie rozwijał się aktywny portfel branży leasingowej. Wartość aktualnie trwających kontraktów wynosi 157,1 mld zł, czyli jest o 15% wyższa niż przed rokiem (dane na koniec czerwca 2019r.). Jednak wartości nowych umów podpisanych od stycznia do końca czerwca br. zanotowała niewielki spadek (-0,6%) r/r, przy łączonym finansowaniu nowych kontraktów na poziomie 38,7 mld zł.

Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu
Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu

„Wyniki branży leasingowej w I półroczu pozostawały pod istotnym wpływem zmian prawnych w zakresie podatku dochodowego od pojazdów osobowych. Wprowadzone, pod koniec ubiegłego roku zmiany, nie stanowiły co prawda czynnika decydującego, ale znacznie przyspieszyły decyzje przedsiębiorców o zakupie aut jeszcze w 2018 roku. W efekcie przesunęło to znaczną część tegorocznego popytu inwestycyjnego na końcówkę 2018r. Poprawiające się w kolejnych miesiącach wyniki pozwalają sądzić, że branża leasingowa, 2019r. zamknie dodatnim wynikiem, choć nie tak spektakularnym, jak w ostatnich latach”– powiedział Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.

Branża leasingowa w ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku sfinansowała pojazdy lekkie o wartości 16,5 mld zł, co stanowiło wynik o -6,8 proc. niższy przed rokiem (wówczas zawarto kontrakty na pojazdy o łącznej wartości 17,8 mld zł). Ta kategoria rynku obejmuje zarówno pojazdy osobowe, które zanotowały -9,6% spadek, jak też pojazdy do 3,5 t. (+8,5% wzrost wartości finansowania r/r). Samochody osobowe i dostawcze do 3,5 t. mają wysoki, bo 42,8 proc. udział w rynku leasingu.

Pozostałe segmenty rynku leasingu osiągnęły dodatnie wyniki.

ZPL_1półrocze_2019_strukturaW I połowie roku klienci firm leasingowych przy pomocy leasingu i pożyczki inwestycyjnej sfinansowali środki transportu ciężkiego o wartości 10,8 mld, przy +4,4% dynamice finansowania (r/r). Do tej grupy zaliczane są takie aktywa jak ciągniki siodłowe (ich finansowanie wzrosło o +13,5% r/r), pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 tony (+6,4% r/r), naczepy/przyczepy (+1,4% r/r), autobusy (-30,3%), samoloty, statki i środki transportu kolejowego (-12,6%) czy pozostałe pojazdy (+16,2%).

Zarówno środki transportu ciężkiego jaki i kolejny segment rynku tj. maszyny i urządzenia utrzymują zbliżone, ok 28 proc. udziały w rynku leasingu. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku, przedsiębiorcy przy pomocy leasingodawców sfinansowali swoje inwestycje w maszyny i urządzenia o łącznej wartości 10,7 mld zł, co skutkowało +3,7 proc. wzrostem r/r. W tym segmencie dodatnie dynamiki były obserwowane w zakresie finasowania maszyn budowalnych (+6,6% r/r), IT (+8,3% r/r), maszyn do produkcji tworzyw sztucznych (+5% r/r) czy innych maszyn (+25,8% r/r), natomiast w strefie spadków pozostawało finasowanie maszyn rolniczych (-12,3% r/r), maszyn poligraficznych (-16,4% r/r) czy sprzętu medycznego (-21,4% r/r). Istotny, +34 proc. wzrost r/r, osiągnęło finansowanie nieruchomości, przy wartości nowych kontraktów na poziomie 371 mln zł. Znaczący udział w tym wyniku miały kontrakty dotyczące finansowania obiektów handlowych i usługowych, obiektów biurowych i innych nieruchomości. ZPL_1 półrocze_2019_Aktywa

Analizy makroekonomiczne

Analizy ekonomiczne przygotowane przez ZPL pokazują, że poziom finansowania pojazdów lekkich jest uwarunkowany wielkością popytu konsumenckiego.

Marcin Nieplowicz
Marcin Nieplowicz

„Na wydatki konsumentów pozytywnie wpływa dobra sytuacja na rynku pracy oraz rekordowo wysokie nastroje konsumentów. Dzięki temu popyt krajowy jest wciąż mocny, ale istotne zagrożenia mogą przynieść zmiany demograficzne. To spadek liczby osób w wieku produkcyjnym w Polsce będzie determinował możliwe tempo rozwoju rynku leasingu w kolejnych latach” – twierdzi Marcin Nieplowicz, dyrektor ds. statystyki i monitorowania rynku Związku Polskiego Leasingu.

Inne czynniki wpływają na obraz segmentu transportu ciężkiego. Jego poziom finansowania jest uwarunkowany koniunkturą gospodarczą w strefie euro, a tu głównym czynnikiem determinującym obecną sytuację są wojny handlowe na linii USA – Chiny. Są one coraz bardziej widoczne w wynikach światowego handlu (ujemna dynamika r/r), co negatywnie przekłada się na nastroje wśród firm w Niemczech – największej gospodarki strefy euro, bardzo mocno opartej o eksport. Jednak spowolnienie w strefie euro, jak na razie, nie wychodzi poza obszar przemysłu. Tak długo, jak utrzyma się relatywnie wysoki popyt wewnętrzny, tak długo strefa euro nie znajdzie się w recesji. Cały czas silne pozostają pozostałe obszary gospodarki europejskiej, tj. usługi i budownictwo.

„Na przekór Eurolandowi, dynamicznie rośnie eksport naszych towarów. Dalszy rozwój finansowania transportu ciężkiego będzie jednak przebiegał w cieniu protekcjonistycznej polityki krajów UE, groźby nieuporządkowanego brexitu oraz spowolnienia gospodarczego w strefie euro” – twierdzi Marcin Nieplowicz.  

Należy dodać, że wynik finansowania maszyn i urządzeń jest skorelowany z koniunkturą w sektorze przemysłowym. Polski przemysł, jak na razie, pozostaje „kuloodporny”, pomimo recesji w niemieckim przetwórstwie.

„Obserwujemy historycznie wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych: średnio 85,1% w I półroczu 2019. Zaskakująco wysoki wynik w inwestycjach w I kwartale 2019 został osiągnięty w dużej mierze za sprawą czynników jednorazowych: mocnych inwestycji infrastrukturalnych (+samorządowych), nakładów w energetyce, szczytu w absorpcji środków unijnych. W kontrze do tego pozostają niska wartość rozpoczętych inwestycji firm i dosyć pesymistyczne plany przedsiębiorstw w tym zakresie, co raczej nie gwarantuje kontynuacji boomu z I kwartału. Prognozujemy, że w tym roku inwestycje wzrosną o 7,6%. Wyniki produkcji przemysłowej i budowlanki, jak również rekordowo wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w firmach, pozwalają oczekiwać, że sektor finansowania maszyn pozostanie głównym motorem wzrostu całego rynku leasingu w 2019 r.” – powiedział Marcin Nieplowicz.

ZPL_1półrocze_2019_wplyw leasinguWpływ leasingu na gospodarkę i opinie MŚP

Rozwój polskich przedsiębiorstw leasingowych jest powiązany ze wzrostem i dojrzewaniem polskiej gospodarki. Wzrost wartości nowych umów leasingowych (wliczając pożyczki) w danym kwartale o 1% prowadzi do wzrostu nakładów inwestycyjnych na środki trwałe ogółem o 0,17% i przyrostu kwartalnego PKB o 0,19%. Te i inne wnioski płyną z raportu „25 lat leasingu w Polsce” przygotowanego przez PwC we współpracy ze Związkiem Polskiego Leasingu m.in. na bazie wyników pracy ekonomistów z SGH. Pełny raport można pobrać ze strony internetowej polskiej organizacji leasingowej www.leasing.org.pl.

O tym, że firmy korzystające z leasingu są zadowolone z tej formy finansowania (92%) i deklarują zamiar ponownego skorzystania (42%) – można przeczytać w wynikach badań zrealizowanych przez CBM INDICATOR, wśród małych firm[1] w II kw. tego roku.

„Przedsiębiorcy wybierając leasingodawcę kierują się ofertą cenową (81% – zsumowane odpowiedzi „miało duży” i „bardzo duży wpływ”), szybkością podejmowania decyzji (76%), otwartością na negocjacje (71%) oraz jakością obsługi klienta (68%). W opinii małych przedsiębiorców leasing jest elastyczniejszą i tańszą dla firm formą finansowania niż kredyt. Według przedstawicieli małych firm leasing jest też bardziej bezpieczny i przyjazny niż kredyt” – powiedział Wojciech Terlikowski z CBM Indicator, koordynator projektu badawczego.

Przedstawiciele małych firm optymistycznie patrzą na rynek leasingu za 10 lat. Ponad połowa badanych uważa, że leasing będzie przynosił korzyści podatkowe (58%), firma leasingowa zaoferuje samochód i rozbudowany pakiet usług dodatkowych (57%) oraz umożliwi nabycie samochodu na własność (57%)[2]. Te i inne wyniki sugerują, że przedsiębiorcy przyzwyczaili się do modelu funkcjonującego na rynku i przez to trudniej im sobie wyobrazić, że zawieranie umowy leasingowej za 10 lat może odbywać się za pośrednictwem telefonu/ aplikacji (takiego zdania jest 39% badanych, 35% raczej nie zgadza się z tym stwierdzeniem, a 26% nie ma zdania). Większa grupa badanych nie zgadza się też z tezą mówiącą, że posiadanie samochodu przestanie mieć znaczenie (47%), a 36% uważa, że tak właśnie będzie. Co ciekawe 46% badanych nie będzie korzystało wyłącznie z samochodu na zasadzie „car sharingu”, podczas gdy 33% w taki sposób wyobraża sobie przyszły model mobilności (22% badanych nie ma wyrobionego zdania na ten temat). Badani nie są dzisiaj przekonani także do tzw. pakietów mobilności, które umożliwią im przemieszczanie się za pomocą różnych i skorelowanych metod: samochodu, taksówki, komunikacji publicznej. 43% nie uważa, że za 10 lat wykupi taki abonament, 32 % jest o tym przekonana, podczas gdy ¼ nie ma zdania na ten temat. Wydaje się, że wiedza na temat wymienionych modeli mobilności nie jest dzisiaj wystarczająco szeroka i powszechna.

Wyniki badania koniunktury branży leasingowej

Ostatni pomiar koniunktury pokazuje, że ankietowane firmy leasingowe oczekują nieznacznego wzrostu zatrudnienia, ale też pogorszenia jakości portfela w III kwartale 2019r. Jednocześnie firmy spodziewają się wyraźnego przyspieszenia aktywności sprzedażowej w tym okresie. Badane firmy spodziewają wyższego poziomu finansowania dla wszystkich badanych grup środków trwałych, a wyraźne wzrosty finansowania oczekiwane są w zakresie finansowania pojazdów lekkich oraz segmentu maszyn i IT.

Trochę słabsze, ale wciąż wyraźnie pozytywne perspektywy rysują się dla finansowania środków transportu ciężkiego. Dodatnią dynamikę wzrostu w III kw. br. powinien uzyskać również sektor finansowania nieruchomości. 

Prognoza na 2019 r.

Prognoza wyników branży leasingowej pokazuje istotne wyhamowanie po 6 latach intensywnego rozwoju rynku. Dynamika branży leasingowej w 2019 r. na poziomie 2,4% będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego w Polsce. W 2019 r. branża leasingowa możne udzielić łącznego finansowania o wartości przekraczającej 84,6 mld zł.

Struktura wzrostu gospodarczego, wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych, wyniki produkcji przemysłowej i budowlanki oraz wysokie wykorzystanie funduszy unijnych powodują, że finansowanie maszyn pozostanie głównym motorem rozwoju całej branży leasingowej. Pojazdy ciężarowe pozostaną istotnym aktywem finansowanym przez firmy leasingowe z uwagi na wciąż rosnący wolumen przewozów. Pogarsza się jednak otoczenie polityczno-prawne dla sektora transportu drogowego, a wzrost gospodarczy strefy euro pozostanie niski.

[1] CBM INDICATOR, „Małe firmy o usługach finansowych 2019r.”, termin realizacji badania: II kw. 2019r.

[2] Tamże.

Raport Capgemini: nie będzie cyberbezpieczeństwa bez sztucznej inteligencji

Jeden na pięciu menedżerów doświadczył naruszenia cyfrowego bezpieczeństwa w 2018 r., z czego 20% kosztowało organizację ponad 50 mln USD. Jak wskazuje najnowszy raport Capgemini, firmy zwiększają tempo inwestycji w systemy sztucznej inteligencji, aby bronić się przed kolejną generacją cyberataków. Dwie trzecie (69%) organizacji przyznaje, że nie będzie w stanie reagować na krytyczne zagrożenia bez AI. Wraz z rozwojem m.in. technologii chmurowych, IoT czy 5G rośnie liczba urządzeń, sieci i interfejsów użytkownika końcowego, co wywołuje pilną potrzebę rozwoju systemów ochrony i szybkiego reagowania.

W badaniu „Redefinicja cyberbezpieczeństwa ze sztuczną inteligencją: nowa granica w cyfrowym bezpieczeństwie” wzięło udział 850 starszych menedżerów IT w 10 krajach i siedmiu sektorach biznesowych. Specjaliści Capgemini przeprowadzili również pogłębione wywiady z ekspertami z branży, naukowcami i startupami działającymi o obszarze cyberbezpieczeństwa.

– Sztuczna inteligencja już teraz jest szeroko stosowana do wykrywania cyfrowych zagrożeń. Unikalne możliwości tej technologii pozwalają organizacjom na ciągłą ewolucję parametrów wykrywania, przy wykorzystaniu analizy behawioralnej do identyfikacji anomalii. AI znajduje również zastosowanie w przewidywaniu zagrożeń, skanując ogromne ilości różnych typów danych. Na stosunkowo wczesnym etapie znajduje się z kolei rzeczywiste reagowanie na cyberzagrożenia przy pomocy AI – mówi Beniamin Poznański, Head of Projects & Consulting Eastern Europe w Capgemini

Jak podkreślają specjaliści, dzięki sztucznej inteligencji można przejść od wykrywania, manualnej reakcji i działań naprawczych do zautomatyzowanych działań naprawczych, które organizacje mogą w pełni wdrożyć w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat.

Włączenie sztucznej inteligencji w zapewnienie cyfrowego bezpieczeństwa to dzisiaj konieczność

Ponad połowa (56%) menedżerów twierdzi, że ich analitycy ds. cyberbezpieczeństwa są przytłoczeni ogromną liczbą punktów, które muszą monitorować aby wykryć zagrożenia i zapobiec włamaniom. Ponadto rodzaj cyberataków, które wymagają natychmiastowej interwencji lub długiego czasu działania analityków cybernetycznych, znacznie się zwiększył, w tym:

  • cyberataki obejmujące aplikacje, dla których efektywności kluczowy jest czas (42% menedżerów twierdzi, że ich liczba wzrosła średnio o 16%). Są to ataki szczególnie niebezpieczne – w jednym z przypadków haker mógł uzyskać dostęp do aplikacji GPS Tracker 27 000 pojazdów. To dało mu możliwość wyłączenia silników tych pojazdów, nawet gdy były w ruchu;
  • zautomatyzowane ataki z maszynową prędkością mutujące w tempie, którego nie można zneutralizować za pomocą tradycyjnych systemów odpowiedzi (43% zgłosiło wzrost, średnio o 15%).

W obliczu nowych form cyberataków zdecydowana większość firm (69%) uważa, że nie będzie w stanie zareagować na nie bez użycia sztucznej inteligencji, podczas gdy 61% twierdzi, że potrzebuje sztucznej inteligencji do identyfikacji krytycznych zagrożeń. Jeden na pięciu menedżerów doświadczył naruszenia bezpieczeństwa cybernetycznego w 2018 r., z czego 20% kosztowało organizację ponad 50 mln USD.

Efekt skali przy użyciu AI jest nie do przecenienia. PetSmart, zlokalizowany w USA wyspecjalizowany sprzedawca w branży detalicznej, był w stanie zaoszczędzić około 12 milionów dolarów, wykorzystując sztuczną inteligencję do wykrywania oszustw. Firma wdrożyła technologię AI/ML, która agreguje miliony transakcji i ich wyniki. Technologia określa zasadność każdej transakcji, porównując ją ze wszystkimi innymi. Ponieważ zidentyfikowano fałszywe zamówienia, zostały one anulowane, co pozwoliło zaoszczędzić pieniądze i uniknąć szkód wizerunkowych.

Organizacje przyspieszają inwestycje w AI w obszarze cyfrowego bezpieczeństwa
Zdecydowana większość menedżerów zgadza się, że sztuczna inteligencja ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości cyberbezpieczeństwa.

  • 64% stwierdziło, że AI obniża koszty wykrywania naruszeń i reagowania na nie – średnio o 12%;
  • 74% wskazuje, że umożliwia szybszy czas reakcji: skraca czas wykrywania zagrożeń, naprawy szkód i wdrażania poprawek o 12%;
  • 69% stwierdziło również, że sztuczna inteligencja wykrywa naruszenia z większą dokładnością, a 60% mówi, że AI zwiększa skuteczność i wydajność analityków cyberbezpieczeństwa, skracając czas spędzany na analizowaniu fałszywych alarmów.

W związku z tym prawie połowa respondentów (48%) stwierdziła, że budżety na sztuczną inteligencję w cyberbezpieczeństwie wzrosną w 2020 r. o prawie jedną trzecią (29%). 73% organizacji już jest w fazie testowej. Tylko jedna na pięć firm używała sztucznej inteligencji w obszarze cyfrowego bezpieczeństwa przed 2019 r., ale przewiduje się gwałtowny wzrost adopcji tego typu rozwiązań: prawie dwie na trzy organizacje (63%) planują wdrożenie sztucznej inteligencji do 2020 r. aby wzmocnić swoje zabezpieczenia.

Bariery we wdrażaniu sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie na dużą skalę

69% menedżerów przyznało, że największym utrudnieniem we wdrażaniu rozwiązań AI jest brak zrozumienia sposobu ich skalowania w fazie proof of concept.

Ponadto połowa badanych organizacji wskazała na wyzwania związane z integracją z obecną infrastrukturą, systemami danych i aplikacjami. Chociaż większość respondentów twierdzi, że wie co chce osiągnąć z AI w cyberbezpieczeństwie, tylko połowa (54%) zidentyfikowała zestawy danych wymagane do wdrożenia operacyjnego jej algorytmów.
– Jest kilka kroków, które należy podjąć, aby w pełni wykorzystać możliwości sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie – mówi Beniamin Poznański, Head of Projects & Consulting Eastern Europe w Capgemini – Po pierwsze, należy zidentyfikować źródła danych i tworzyć platformy danych, na których AI może operować. Należy też wyselekcjonować przypadki użycia o największym potencjale – czyli takie, która są stosunkowo łatwe i szybkie do wdrożenia, a dają najwięcej korzyści. Kluczowa jest również kooperacja z innymi specjalistami z branży, żeby dobrze poznać bieżące zagrożenia i skutecznie poprawiać logikę algorytmów AI, a wreszcie obranie odpowiedniej metodologii wdrażania, orkiestracji, automatyzacji i odpowiedzi, szkolenie analityków oraz zarządzanie AI – podsumowuje.

Nieściągalne długi a rozliczenia podatku dochodowego i VAT

W stosunkach gospodarczych może zdarzyć się sytuacja, w której kontrahent nie zapłaci faktury, a wyegzekwowanie od niego tego zobowiązania będzie w zasadzie niemożliwe. Zarówno na gruncie ustawy o PIT, jak i ustawy o CIT istnieje możliwość zaliczenia takich wyłącznie teoretycznych przychodów do kosztów uzyskania przychodu. Z kolei na gruncie ustawy o VAT możliwe jest skorzystanie z ulgi. Takie zabiegi wymagają jednak spełnienia ustawowych przesłanek. Jak zrobić to poprawnie?

Nieściągalność świadczenia a podatek PIT i CIT

Będąc wierzycielem, można wliczyć niezapłacone faktury do kosztów uzyskania przychodu. Dokonanie tej czynności uzależnione jest jednak od uprawdopodobnienia nieściągalności świadczenia. W tym celu należy skorzystać z jednego z trzech dostępnych rozwiązań. Po pierwsze możliwe jest uzyskanie postanowienia o nieściągalności, wydawanego przez komornika, uznanego, jako odpowiadające stanowi faktycznemu. Po drugie można zwrócić się do sądu powszechnego o wydanie któregoś z trzech rozstrzygnięć: oddalenia wniosku o ogłoszenie upadłości obejmującej likwidację majątku, gdy majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania; umorzenia postępowania upadłościowego obejmującego likwidację majątku, gdy majątek dłużnika nie wystarcza na pokrycie kosztów; ukończenia postępowania upadłościowego. Po trzecie natomiast wierzyciel może spisać stosowny protokół, w którym zostanie stwierdzone, że przewidywane koszty procesowe oraz egzekucyjne związane z dochodzeniem wierzytelności byłyby równe albo wyższe od ściąganej kwoty.

Dłużnik nie musi składać korekty

W odniesieniu do ustaw podatkowych nie istnieje obecnie konieczność dokonywania korekty kosztów z tytułu niezapłaconych w terminie faktur przez dłużnika. Taki obowiązek istniał w polskim systemie prawnym do 2016 r. Wtedy ustawodawca uzasadniał to dążeniem do likwidacji zatorów płatniczych i poprawy sytuacji finansowej przedsiębiorców. Wprowadzone rozwiązanie jednak się nie sprawdziło, dlatego postanowiono o jego uchyleniu.

Nieściągalność świadczenia a VAT

Z kolei na gruncie ustawy o podatku VAT przewidziano możliwość skorzystania z ulgi na tzw. złe długi. Udogodnienie to dotyczy transakcji, których dokonano z udziałem przedsiębiorców będących czynnymi podatnikami podatku VAT oraz mających swoją siedzibę na terytorium Polski. Wyłączeni zostali zatem „nieVAT-owcy” oraz podmioty zagraniczne. Oczywiście w kontekście ustawy o VAT konieczne jest również uprawdopodobnienie nieściągalności należności. Zabieg ten jest jednak w tym przypadku dużo prostszy, ponieważ wystarczy wykazać, że należność nie została uregulowana lub zbyta w jakiejkolwiek formie w terminie 90 dni od dnia upływu terminu jej płatności, wskazanego na fakturze lub w zawartej umowie. Dzięki uprawdopodobnieniu nieściągalności wierzytelności można dokonać korekty należnego podatku (naliczonego w wystawionej fakturze VAT). Nie ma przy tym potrzeby informowania dłużnika o dokonanej czynności.

Ulga za złe długi – dodatkowe przesłanki

Ustawa o VAT przewiduje kilka dodatkowych przesłanek umożliwiających skorzystanie z korekty. Po pierwsze dostawa towarów lub świadczenie usług musiało być realizowane na rzecz podatnika, który został zarejestrowany jako czynny podatnik VAT, niebędący w trakcie postępowania upadłościowego lub restrukturyzacyjnego, a także w trakcie likwidacji. Po drugie natomiast na dzień poprzedzający złożenie deklaracji podatkowej ze stosowną korektą, zarówno dłużnik, jak i wierzyciel byli czynnymi podatnikami VAT, a dłużnik nie był w trakcie postępowania upadłościowego, restrukturyzacyjnego albo w trakcie likwidacji. Po trzecie od daty wystawienia faktury VAT nie powinno minąć więcej niż dwa lata, licząc od końca roku, w którym ją wystawiono. Przymierzając się do skorzystania z ulgi, warto zatem pilnować tego terminu lub zrobić to niezwłocznie, gdy tylko takie rozwiązanie stanie się możliwe na gruncie przepisów prawa podatkowego.

Korekta deklaracji VAT a reakcja dłużnika

Korekta deklaracji VAT przez wierzyciela z uwagi na niezapłaconą fakturę i uznanie wierzytelności za nieściągalną rodzi określony obowiązek także po stronie dłużnika. Powinien on również złożyć stosowną korektę poprzez obniżenie odliczonej kwoty podatku. Obowiązują go przy tym dokładnie takie same terminy jak w przypadku wierzyciela. Oznacza to, że należy tego dokonać w rozliczeniu za okres, w którym upłynął 90-dniowy termin od dnia wymagalności roszczenia. Przy czym sytuacja nie zmienia się w sytuacji, gdy należność nie została zapłacona jedynie w części. W takim przypadku korekta powinna obejmować podatek naliczony z tej właśnie niezapłaconej części należności.

Nieściągalność wierzytelności – przepisy korzystne dla wierzycieli

Mechanizmy dostępne w ustawach o podatku PIT i CIT, a także w ustawie o VAT pozwalają na pewnego rodzaju zabezpieczenie wierzyciela przed niepłacącym dłużnikiem. Fakt nieuregulowania należności wynikającej z wystawionej faktury VAT, dzięki ustawowym rozwiązaniom, nie powoduje negatywnych konsekwencji podatkowych po stronie wierzyciela. Ma to szczególnie duże znaczenie przy transakcjach obejmujących bardzo wysokie kwoty, gdzie podatki PIT, CIT i VAT mogłyby negatywnie oddziaływać na płynność finansową przedsiębiorstwa wierzyciela.

Autor:radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rynek pracownika, rynek Ukraińców

Sytuacja na rynku pracy w Polsce sukcesywnie się poprawia, stopniowo spada bezrobocie, obecnie jest to niewiele ponad 5%, dynamicznie wzrastają również płace oraz świadczenia socjalne. Taka sytuacja sprawia, że pracodawcy mają problem ze znalezieniem pracowników i coraz częściej zatrudniają osoby ze Wschodu.

Karolina Serwańska z agencji Polski HR
Karolina Serwańska z agencji Polski HR

Od dłuższego czasu mówi się, że na rynku pracy to pracownicy dyktują warunki. Określenie „rynek pracownika” pojawiało się do tej pory w kontekście specjalistów, osób o określonych, rzadkich kompetencjach i specyficznej wiedzy. Byli to głównie informatycy, programiści czy inżynierowie. Mogą oni nie tylko wybierać z dostępnych ofert te, które są dla nich najatrakcyjniejsze. W ostatnim czasie zauważalny jest również deficyt pracowników fizycznych, budowlańców i osób do pomocy w gospodarstwach.

Coraz więcej Ukraińców w polskich firmach

Coraz większa grupa przedsiębiorców podnosi problem braków kadrowych. W wielu firmach to pracownicy ze Wschodu, głównie z Ukrainy, stanowią zasadniczą część załogi. Według danych za II połowę 2018 roku, już 21% firm w Polsce zatrudnia Ukraińców. Spodziewam się, że tendencja w kolejnych latach będzie wzrostowa. Warto też podkreślić, że pracodawcy są zadowoleni z pracy naszych sąsiadów. 66% z nich, oczekuje, że wydłużony zostanie czas, w jakim będą mogli oni pracować w naszym kraju, obecnie formalnie mogą pracować do 6 miesięcy.

Dla Ukraińców coraz atrakcyjniejszy staje się niemiecki rynek pracy. Według raportu „Ukraińcy na polskim rynku pracy” w ciąg najbliższych 3 lat na Zachód planuje wyjechać 900 tys. Ukraińców. Na wyjazd decydują się głównie osoby znające język i dobrze wykształcone. Niemcy potrzebują pracowników wykwalifikowanych, znających języki. To nie zmieni się nawet po 2020 roku, kiedy Niemcy planują zrezygnować z tzw. testu rynku pracy i znajomości języka. Chociaż niemiecka gospodarka potrzebuje około 1,5 miliona pracowników, największe szanse mają specjaliści z doświadczeniem i kwalifikacjami uznawane przez niemieckie prawo.

Przeszkodą w zatrzymaniu ukraińskich pracowników w Polsce są przepisy i utrudnienia administracyjne. Jeżeli chcemy nie tylko zatrzymać pracujących już u nas Ukraińców, ale też zachęcić do przyjazdu nowych, powinniśmy w znacznym stopniu wspomóc i ułatwić legalizacje pobytu, a także wspomóc proces aklimatyzacji.

Wynajem długoterminowy aut po I półroczu 2019 – branża utrzymuje wysokie dwucyfrowe tempo wzrostu 11,7% r/r

Opublikowane przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) dane po pierwszym półroczu potwierdzają, że wprowadzone od 2019 roku zmiany przepisów podatkowych od aut służbowych nie mają niekorzystnego wpływu na rozwój wynajmu długoterminowego aut w Polsce. Rynek wynajmu długoterminowego samochodów w naszym kraju utrzymuje dotychczasową dużą dynamikę rozwoju i na koniec czerwca osiągnął dwucyfrowy wzrost 11,7% r/r, a więc zbliżony do wartości odnotowywanych w poprzednich latach. Branża wynajmu długoterminowego zakupiła w pierwszym półroczu 2019 r. o 3,6% więcej nowych aut osobowych, niż rok wcześniej i wyróżniała się pod tym względem na polskim rynku. Całkowita sprzedaż nowych samochodów do firm pozostawała bowiem w pierwszych sześciu miesiącach bieżącego roku na poziomie niemalże identycznym, co w porównywalnym okresie rok temu. Z kolei, w przypadku konkurencyjnych form finansowania aut służbowych łącznie, czyli zakupu, kredytu i leasingu finansowego sprzedaż była nawet nieznacznie niższa. Branża Rent a Car odnotowała na koniec pierwszego półrocza bieżącego roku wzrost o 7,8% r/r.

Podobnie jak po pierwszym kwartale roku, dane na koniec czerwca 2019 r. również wskazują na wyhamowanie tempa wzrostu sprzedaży nowych aut w polskich salonach, które było do tej pory napędzane niemalże całkowicie przez zakupy dokonywane przez firmy. Bardzo wysoki poziom sprzedaży ustanowiony w rekordowym pod tym względem zeszłym roku, pozostawał w pierwszych miesiącach 2019 roku trudny do pokonania. Za obroty w salonach nadal w zdecydowanej większości, bo aż 68,5% przypadków, odpowiadały firmy. Ich udział w sprzedaży nowych aut osobowych, choć bardzo wysoki, to jednak nieznacznie, o 0,9%, zmniejszył się w pierwszym półroczu 2019
w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Firmy nabyły blisko 191 tys. nowych samochodów osobowych, podczas gdy klienci indywidualni odpowiadali za sprzedaż ponad 87 tys. aut.Sprzedaz nowych aut w Polsce – I polrocze 2019

Stagnacja na rynku, ale w wynajmie długoterminowym nadal jest nabywanych więcej aut niż rok wcześniej

W pierwszych 6 miesiącach roku firmy zakupiły niemalże tą samą ilość nowych aut osobowych (wzrost wyniósł jedynie 0,6%), co w tym samym okresie rok wcześniej, co oznacza, że w tym obszarze rynku nastała stagnacja. Należy jednak zaznaczyć, że poziom, na którym zatrzymała się sprzedaż nowych samochodów do firm, jest bardzo wysoki.

Analizując jednak bardziej szczegółowo dane w zakresie zakupu nowych samochodów przez firmy, a więc w podziale na różne formy finansowania pojazdów dostępne na polskim rynku, zauważalne są już jednak wyraźne różnice w popularności poszczególnych rozwiązań. Stagnacja widoczna w całkowitej sprzedaży samochodów osobowych do firm nie dotyczyła bowiem wynajmu długoterminowego, w przypadku którego odnotowany został wzrost. W pierwszym półroczu branża wynajmu długoterminowego zakupiła łącznie 40,4 tys. nowych aut osobowych, czyli o 3,6% więcej niż w porównywalnym okresie rok temu. Jeśli zaś chodzi o nowe samochody osobowe nabywane poprzez zakup ze środków własnych, w kredycie i z wykorzystaniem klasycznego leasingu finansowego łącznie, to w pierwszym półroczu 2019 r. zakupiono niemalże identyczną liczbę aut ( – 0,13%) w porównaniu z analogicznym czasem rok wcześniej.Wzrost sprzedazy – wynajem dlugoterminowy vs reszta rynku

Zmiana przepisów podatkowych bez negatywnego wpływu na wynajem długoterminowy – rynek rozwija się nadal w wysokim dwucyfrowym tempie

Wynajem długoterminowy samochodów rozwija się również nadal w wysokim, dwucyfrowym tempie, porównywalnym do tego, jakie występowało w poprzednich latach, pod względem najważniejszego dla określania dynamiki wzrostu branży wskaźnika, a więc łącznej liczby aut znajdujących się na rynku w usłudze Full Serwis Leasing (leasing operacyjny z pełną obsługą pojazdów). Na koniec czerwca 2019 r. branża mogła poszczycić się pod tym względem dynamiką wzrostu na poziomie 11,7% r/r.Wzrost wynajmu dlugoterminowego 2014 – 2019

Grzegorz Szymanski – Prezes Zarzadu PZWLP
Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska

Dane po pierwszym półroczu pozwalają już na rzetelną ocenę sytuacji na rynku. Wyniki opublikowane przez PZWLP po drugim kwartale potwierdzają, że obawy związane ze zmianą przepisów podatkowych od aut służbowych w 2019 roku, nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości w przypadku wynajmu długoterminowego – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Regional Manager of Central Europe w Arval. – Branża wynajmu długoterminowego w Polsce utrzymuje nadal wysokie, dwucyfrowe tempo wzrostu w 2019 roku. Biorąc pod uwagę, że porównujemy się do tzw. wysokiej bazy, czyli rekordowo dobrych wyników odnotowanych w ubiegłym roku, obecne tempo wzrostu wynajmu długoterminowego napawa optymizmem i potwierdza, że ta forma finansowania cieszy się dużą popularnością w Polsce. Wynika to przede wszystkim z faktu, że rynek wynajmu długoterminowego w naszym kraju wciąż się rozwija i ma duży potencjał w porównaniu z nasyconymi już rynkami Zachodniej Europy. Jego główną siłą napędową jest od niedawna sektor małych i średnich firm. Zainteresowanie mniejszych przedsiębiorców tą formą finansowania samochodów jest coraz większe, a jednocześnie ich udział w portfolio wszystkich klientów jest nadal stosunkowo niewielki. Potencjał rozwoju naszej branży, tkwiący w sektorze MŚP jest w związku z tym nadal bardzo duży i jesteśmy pewni, że będzie on jeszcze przez kilka lat napędzał wzrost rynku wynajmu długoterminowego w Polsce.  

Dobre rezultaty osiągnięte przez branżę wynajmu długoterminowego aut mają także odzwierciedlenie w udziale branży w sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm w Polsce, który w pierwszym półroczu 2019 r. urósł o 0,6% w porównaniu do pierwszego półrocza roku ubiegłego.Udzial wynajmu w sprzedazy nowych aut – I polrocze 2019

Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska
Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska

Wynajem długoterminowy aut to w Polsce usługa wciąż relatywnie młoda, istnieje ponad 20 lat. Dla porównania, na niektórych rynkach zachodnioeuropejskich funkcjonuje już od lat 60. ubiegłego wieku – mówi Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska. – Mimo to, rozwój tego rynku w naszym kraju jest bardzo szybki, obecnie już więcej niż co piąte nowe auto osobowe jest nabywane przez przedsiębiorców w ten sposób. Przeszliśmy już długą drogę, od usługi wręcz niszowej o marginalnym znaczeniu, do chętnie wykorzystywanej formy finansowania samochodów służbowych nie tylko przez duże firmy, ale coraz częściej także przez małych i średnich przedsiębiorców. Co więcej, wynajem długoterminowy odgrywa obecnie znaczącą rolę dla całej branży motoryzacyjnej w kraju. Rynek ten jest jednak nadal bardzo daleki od nasycenia i najbliższe lata z pewnością przyniosą kolejną dużą transformację – udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut do firm będzie bez wątpienia istotnie większy niż jest obecnie. Dalszemu szybkiemu rozwojowi sprzyjać będzie nie tylko rosnące zainteresowanie tą formą finansowania samochodów ze strony sektora MŚP, ale również dynamicznie zmieniająca się na naszych oczach rzeczywistość oraz mentalność i potrzeby przedsiębiorców. Zmiana podejścia do aut służbowych z posiadania, na używanie, dokonuje się obecnie bardzo szybko. Wynajem długoterminowy doskonale wpisuje się w te trendy.  

Na koniec czerwca 2019 r., w liczącej prawie 157,5 tys. aut* flocie w wynajmie długoterminowym firm PZWLP, zdecydowanie dominowała usługa Full Serwis Leasingu (FSL), która była wykorzystywana w przypadku 93,5% samochodów. Leasing z Serwisem (LS), będący uproszczoną wersją Full Serwis Leasingu (gwarantuje mniejszy zakres obsługi aut) stanowił 6,5% samochodów znajdujących się na koniec pierwszego półrocza 2019 r. w wynajmie długoterminowym. Wśród najpopularniejszych aut wynajmowanych długoterminowo znalazły się Skoda Octavia, Volkswagen Passat i Ford Focus.

Diesle już nie dominują we flotach w wynajmie długoterminowym

Dane PZWLP na koniec czerwca 2019 r., podobnie jak już od kilkunastu ostatnich miesięcy, po raz kolejny potwierdzają słabnące zainteresowanie ze strony firm i przedsiębiorców samochodami z silnikami wysokoprężnymi. Diesli w wynajmie długoterminowym nadal ubywa i pojazdy wyposażone w takie napędy tracą swoją dominującą do niedawna pozycję we flotach. Na koniec pierwszego półrocza auta tego typu stanowiły 60,6%, a ich udział zmniejszył się w ciągu roku o 2,9%. Na znaczeniu zyskują natomiast coraz bardziej samochody napędzane benzynowymi jednostkami, które na koniec pierwszego półrocza reprezentowały już 37% wszystkich aut w wynajmie długoterminowym, o 1,8% więcej niż rok wcześniej. Rośnie także i to w relatywnie szybkim tempie udział aut wyposażonych w ekologiczne napędy, a więc hybrydowe i elektryczne. Na koniec czerwca 2019 r. pojazdy tego typu stanowiły 2,4% łącznego parku aut w wynajmie długoterminowym, co oznacza wzrost ich udziału o 1,1% r/r. W większości były to auta hybrydowe (3064 samochody wobec 2270 rok temu). Aut napędzanych zeroemisyjnymi silnikami elektrycznymi było 495 i w ich przypadku w ciągu roku odnotowany został bardzo duży wzrost (z 28 pojazdów), jednakże został on wygenerowany w znakomitej większości za sprawą jednego kontraktu na dostawę samochodów na potrzeby usług car sharingu w stolicy. Napedy w wynajmie dlugoterminowym – I polrocze 2019

Średnia emisja dwutlenku węgla w przypadku kupowanych przez firmy PZWLP w drugim kwartale 2019 r. na potrzeby wynajmu długoterminowego nowych samochodów osobowych była na poziomie niemalże identycznym jak rok wcześniej (nieznaczny wzrost o 0,5% i 0,6 g/km). Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 141,7 g/km i w związku z tym była nieznacznie wyższa – o 1,6% i 2,3 g/km – w stosunku do stanu sprzed roku.Srednia emisja CO2 – nowe auta w wynajmie dlugoterminowym w II kw. 19

Branża Rent a Car urosła o 7,8% r/r

Reprezentowana w PZWLP przez 8 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała na koniec pierwszego półrocza 2019 r. wzrost na poziomie 7,8% r/r. Na koniec czerwca łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła ponad 20,5 tys. aut (20.695).

* – bez floty firmy Athlon Car Lease

** – bez floty firmy Avis Budget / Jupol – Car

LIM kupuje inwestycję Panattoni w Grodzisku Mazowieckim

LaSalle Investment Management Inc. („LIM”) sfinalizował zakup projektu magazynowego Panattoni Warsaw West VI w Grodzisku Mazowieckim. Zespół ekspertów inwestycyjnych z JLL doradzał LIM w tej transakcji.

Transakcja zakupu Panattoni Warsaw West VI potwierdza, że w cenie są nowoczesne projekty magazynowe zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie dużych aglomeracji. Taka lokalizacja pozwala na kierowanie oferty do szerokiej grupy najemców – zarówno firm nastawionych na dystrybucję towarów do innych miast lub krajów, jak i dostawców np. z branży e-commerce, celujących w magazyny podmiejskie i realizację zamówień nawet tego samego dnia. Takie możliwości zapewnia inwestycja Panattoni w Grodzisku Mazowieckim. – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Panattoni Warsaw West VI to obiekt magazynowy o powierzchni blisko 44 000 mkw., która została już w pełni wynajęta. Centrum logistyczne Panattoni jest optymalnie dopasowane do wymogów magazynowych klientów z różnych branż, a jego dużym atutem jest lokalizacja w sąsiedztwie węzła „Grodzisk Mazowiecki”, autostrady A2 oraz przy planowanej obwodnicy Grodziska Mazowieckiego. Takie położenie umożliwia dystrybucję towarów w samej stolicy, całej aglomeracji, jak i poza nią.

Leasing klimatyzatorów w prywatnych mieszkaniach i domach pod lupą fiskusa

Skarbówka może zakwestionować koszty firmowe wynikające z leasingu klimatyzatora. Jednak przedsiębiorca ma prawo korzystać z urządzenia, które przyczynia się do poprawy warunków pracy. Montażu nie trzeba dokonywać w miejscu, gdzie przebywają pracownicy lub klienci. Niższa temperatura może być potrzebna np. w magazynie. Z reguły klimatyzator jest zaliczany do środków trwałych, wyjątek stanowi leasing operacyjny. Rodzaj urządzenia nie zmienia zasad księgowania. Istnieje możliwość odliczenia VAT-u w pełnej wysokości, ale trzeba uważać m.in. przy płatnościach na rzecz podmiotów zagranicznych.

Klima pod lupą

Leasing klimatyzatora może stanowić koszt firmowy i obniżyć kwotę podatku dochodowego. Jednak urząd skarbowy ma prawo zakwestionować zachowanie podatnika. Jak podkreśla Barbara Konofalska-Tomczyk, z biura rachunkowego Tax Care, to przedsiębiorca odpowiada za udowodnienie związku między poniesionym wydatkiem a prowadzoną przez niego działalnością. W przypadku kontroli należy więc racjonalnie wytłumaczyć, że klimatyzacja jest niezbędna, aby wykonywać zlecenia na rzecz klientów.

– W mojej ocenie tak długo jak klimatyzacja służy potrzebom działalności gospodarczej, nie ma znaczenia miejsce montażu w firmie. Wykorzystywanie takiego urządzenia ma w założeniu przyczyniać się do poprawy warunków pracy. Klimatyzacja może być wykorzystywana nie tylko w miejscu, gdzie przebywają pracownicy lub klienci. Również w pomieszczeniach będących środowiskiem pracy różnych maszyn i urządzeń, a także w magazynach – komentuje Emilia Wolnowska, doradca podatkowy z międzynarodowej firmy audytorsko-doradczej BDO.

Z kolei Barbara Konofalska-Tomczyk wskazuje na interpretację indywidualną z 26 kwietnia 2019 roku. W tym przypadku skarbówka pozytywnie rozpatrzyła przypadek dotyczący klubu fitness. Przedsiębiorca chciał zamontować klimatyzatory w salach do ćwiczeń. Wytłumaczył, że klimatyzacja miała przekonać nowych klientów do wyboru właśnie jego klubu, a nie konkurencji, ze względu na bardzo dobry system wentylacji potrzebny podczas treningów sportowych.

– Urzędnicy raczej nie kwestionują wydatków na leasing klimatyzatora, należy jednak pamiętać o ich odpowiednim udokumentowaniu. Niebezpieczeństwo pojawia się natomiast w sytuacji, gdy siedzibą działalności jest mieszkanie, czy dom podatnika. Wówczas organ podatkowy może zakwestionować wydatek uznając go za poniesiony dla celów osobistych – mówi Konrad Dura, doradca podatkowy z Kancelarii Prawno-Podatkowej Mariański Group.

Ekspert z biura rachunkowego Tax Care nie spotkała się z przypadkiem, aby podczas fali upałów fiskus kwestionował kupowane i montowane w firmach klimatyzatory. One przecież umożliwiają przedsiębiorcom pracę latem. W opinii Emilii Wolnowskiej, sytuacja wydaje się dość jasna, gdy klimatyzator wykorzystywany jest wyłącznie w pomieszczeniu wydzielonym do prowadzenia działalności. Jeżeli jednak urządzenie służy w sposób zamierzony tylko do celów prywatnych, to podatnik naraża się na poważne konsekwencje.

– Organ może zakwestionować ujęcie w kosztach uzyskania przychodów danej raty, ewentualnie – w przypadku leasingu finansowego – odpisy amortyzacyjne oraz odsetki leasingowe. Ponadto, urzędnicy mogą podważyć prawo do odliczenia VAT-u wynikające z faktur. W konsekwencji powstanie zaległość, którą podatnik powinien zwrócić do urzędu. Dodatkowo, w przypadku zadłużenia organ będzie uprawniony do naliczenia odsetek, wynoszących 8% w skali roku. Nie można również wykluczyć grzywny wymierzonej na podstawie kodeksu karnego skarbowego – wylicza ekspert z Mariański Group.

Czas na rozliczenie

Jak zaznacza Emilia Wolnowska, przedsiębiorcy z reguły zakładają, że tego typu inwestycja ma służyć dłużej niż rok. Zatem, co do zasady, klimatyzator, który stanowi odrębne urządzenie, będzie zaliczany do środków trwałych firmy. Wyjątkiem pozostaje leasing operacyjny. W tym przypadku, w przeciwieństwie do leasingu finansowego, przedmiot nie jest zaliczany do składników majątkowych leasingobiorcy. Natomiast Barbara Konofalska-Tomczyk podkreśla, że przedsiębiorca rozlicza amortyzację danego urządzenia jedynie w modelu leasingu finansowego. Ekspert z Tax Care dodaje, że na razie nie spotkał się jeszcze z klientem, który korzystałby w swojej firmie z klimatyzacji rozliczanej na podstawie leasingu finansowego.

– W przypadku leasingu operacyjnego przedmiot wykazywany jest jako składnik aktywów finansującego. Leasingobiorca do kosztów uzyskania przychodów zaliczy opłaty ustalone w umowie ponoszone w podstawowym okresie umowy z tytułu używania przedmiotu leasingu, tj. opłatę wstępną, opłaty manipulacyjne, prowizje oraz raty leasingowe. Tak też zrobi z kosztami użytkowania leasingowanej rzeczy, np. jej konserwacja, czy naprawy. Kosztem uzyskania przychodu będzie również cena określona w umowie, po której leasingobiorca ma prawo nabyć np. klimatyzator po zakończeniu podstawowego okresu leasingu. Jeżeli jednak cena wykupu klimatyzatora będzie większa niż 10 000 zł, podatnik powinien wprowadzić go do środków trwałych i rozpocząć amortyzację – dodaje Konrad Dura.

Od rodzaju umowy zależy rozliczenie VAT-u, co podkreśla Emilia Wolnowska. I zaznacza, że leasing finansowy kwalifikowany jest jako dostawa towarów, natomiast operacyjny traktowany – jako świadczenie usług. To z kolei determinować będzie moment powstania prawa do odliczenia podatku od towaru i usług. Żeby odliczyć ten podatek w pełnej wysokości, klimatyzator musi być wykorzystywany wyłącznie dla potrzeb prowadzenia działalności gospodarczej.

– Przedsiębiorca ma prawo do odliczenia całego VAT-u z wystawionej przez leasingodawcę faktury na zasadach ogólnych. Będzie mógł to zrobić w miesiącu wystawienia przez leasingodawcę dokumentu lub rozliczyć to w następnym okresie. Załóżmy, że leasingodawca wystawił fakturę w czerwcu i wtedy trafiła ona do przedsiębiorcy. Ten ma prawo odliczyć z niej VAT w deklaracji za czerwiec lub w 2 kolejnych okresach tzn. za lipiec lub sierpień – tłumaczy Barbara Konofalska-Tomczyk.

Zdarza się, że płatności są dokonywane w wyniku zawartej umowy leasingu na rzecz podmiotów zagranicznych. Ekspert z BDO radzi, aby w takiej sytuacji pamiętać o przepisach dotyczących opodatkowania u źródła. Mając na uwadze szeroką definicję urządzenia przemysłowego stosowaną przez organy podatkowe, opłaty wynikające z leasingu operacyjnego, mogą zostać zakwalifikowane jako należności licencyjne. To z kolei może oznaczać dla przedsiębiorcy obowiązek poboru podatku u źródła oraz inne ciążące na nim obowiązki płatnika.

– Rodzaj klimatyzatora nie zmienia zasad księgowania leasingu. Generalnie kosztami prowadzenia działalności obniżającymi kwotę podatku dochodowego są wszelkie udokumentowane, racjonalnie i gospodarczo uzasadnione wydatki związane z działalnością. Również te, których nie znajdziemy w art. 23 ustawy o PIT – dodaje manager Zespołu Księgowego z Tax Care.

Ustawodawca nie wprowadził limitowania kosztów związanych z leasingiem klimatyzatora. Wyjątkiem jest tylko klimatyzacja instalowana w aucie. Jeśli ona zwiększa wartość początkową pojazdu, to zastosowanie mogą znaleźć limity dotyczące samochodów osobowych. Ponadto, instalacja klimatyzacyjna przyłączona do budynku w sposób trwały może również podwyższać jego wartość początkową, podobnie jak instalacja grzewcza.

– Jak przy każdym wydatku firmowym, który pozwala zaoszczędzić na podatku dochodowym, przedsiębiorca powinien indywidualnie ocenić, czy w razie kontroli będzie potrafił racjonalnie wytłumaczyć taki wydatek. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę pojawiające się w ostatnich latach fale upałów, to trudno nie zgodzić się z tym, że klimatyzacja jest konieczna. Zapewnia przecież komfort pracy przedsiębiorcy, zarówno fizycznej jak i umysłowej – podsumowuje Barbara Konofalska-Tomczyk.

Nauka i biznes

Współpraca biznesu z nauką może przynieść ogromne korzyści obu stronom. Pomocą w nawiązywaniu takich efektywnych kontaktów zajmuje się innowacyjna platforma rekrutacyjna. Nie tylko pomaga studentom w praktycznej i efektywnej nauce, ale również łączy ich z potencjalnymi pracodawcami już w czasie studiów. To również narzędzie dla firm, pozwalające kształcić przyszłe kadry dokładnie według własnych potrzeb biznesowych.

Według ostatnich danych rządowej platformy ELA, monitorującej losy studentów polskich uczelni, rocznie studia techniczne pierwszego i drugiego stopnia kończy blisko 200 tys. osób, na ponad 3 tys. kierunkach. W dodatku z roku na rok ich liczba rośnie. Obecnie to najbardziej poszukiwani absolwenci w polskich przedsiębiorstwach. Są oni tym bardziej cenni dla pracodawców, jeśli zdobywanie doświadczenia zawodowego rozpoczęli już w trakcie studiów. Przedsiębiorcom zależy na tym, aby ich wiedza i umiejętności były adekwatne do potrzeb ich firm. Jednak aby to było możliwe konieczna jest ścisła współpraca między nauką i biznesem. Często zdarza się, że każda ze stron narzeka na brak zrozumienia swoich potrzeb i specyfiki po drugiej stronie. Sposób na osiągnięcie wzajemnych korzyści z wzajemnej współpracy biznesu z nauką znaleźli twórcy innowacyjnej platformy Universality, która działa od początku ubiegłego roku.

Przedsiębiorstwo poszukuje rozwiązania swojego problemu technologicznego, wykładowca akademicki otrzymuje zbiór praktycznych zadań, a student uczy się na realnych przykładach i buduje własne CV – tak właśnie działa ta jedyna w Polsce wirtualna platforma. Pomaga ona także połączyć studentów z potencjalnymi pracodawcami już w czasie studiów, umożliwiając przedsiębiorcom znalezienie dokładnie tak wykształconych pracowników, jakich potrzebują do swoich projektów. To wirtualny asystent kariery studenta, pracy wykładowcy i rekrutacji firm. Aplikacja jest w pełni bezpłatna dla studentów i wykładowców.

Jerzy Czepiel, autor pomysłu i pracownik akademicki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w swojej pracy zauważył szereg potrzeb, z jakimi zmagają się polskie uczelnie kształcące przyszłych absolwentów kierunków IT. Wynikają one m.in. z tego, że program na studiach podlega znacznie wolniejszym zmianom niż potrzeby rynku, co często powoduje rozmijanie się umiejętności młodych pracowników z oczekiwaniami firm. Tymczasem podążanie z duchem czasu i przygotowanie ciekawych zajęć z przedmiotów technologicznych wymaga dużego zaangażowania wykładowców, pochłania bardzo dużo czasu i często odbywa się kosztem pracy naukowej. Głównym zarzutem wymienianym przez studentów bywa także niepraktyczność zajęć. Stąd właśnie wziął się pomysł na ułatwienie współpracy wszystkim stronom.

– Współpracujemy głównie z uczelniami politechnicznymi oraz tymi, które oferują informatyczne kierunki studiów – mówi Jerzy Czepiel. – Takich uczelni jest obecnie kilkanaście, ale spodziewamy się, że od nowego roku akademickiego ich liczba się podwoi. Również nasza baza użytkowników rośnie bardzo dynamicznie. W ciągu niespełna roku przybyło nam ponad 2 tysiące studentów, którzy aktywnie korzystają z zadań dostępnych na platformie. Natomiast klientami Universality są głównie firmy informatyczne, które potrzebują wielu programistów i często szukają kandydatów do pracy właśnie wśród studentów.

Atuty współpracy dostrzegają również innowacyjne firmy z branży space.

– Szybko zauważyliśmy duży potencjał drzemiący w platformie Universality, nie tylko jako narzędzia do selekcji i rekrutacji przyszłych pracowników, ale również jako kanału komunikacji z najbardziej utalentowanymi studentami wydziałów informatycznych i matematycznych, którzy w sektorze space są na wagę złota – mówi Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space, spółki z branży kosmicznej będącej jednym z pierwszych Partnerów projektu – Uznaliśmy, że nasza współpraca może przyczynić się nie tylko do przyciągnięcia najbardziej błyskotliwych umysłów, ale także zaakcentować różne nietypowe wyzwania w tworzeniu nowych rozwiązań dla branży kosmicznej.

Według Agencji Rozwoju Przemysłu rynek firm kosmicznych w Polsce tworzy około 300 podmiotów, w których pracuje już prawie 3 tys. osób. Dla porównania branża ta w całej Unii Europejskiej zatrudnia już 230 tys. osób. Wszystko wskazuje na to, że polskie firmy z tego sektora w najbliższych latach będą potrzebowały doskonale wyszkolonych kadr.

Według przedstawicieli branży space osoby, które myślą o rozwoju związanym z sektorem kosmicznym powinny zainteresować się takimi dziedzinami jak: IT/ITC, oprogramowanie kosmiczne i naziemne, optyka, optoelektronika, technologie materiałowe i kompozyty, układy elektroniczne, systemy zasilania, korekcji orbity, mechanika precyzyjna, elementy robotyczne. To w tych dziedzinach rozwijający się polski sektor kosmiczny w najbliższych latach będzie potrzebował specjalistów.

Universality to projekt, który powstał dzięki wsparciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu e-Pionier.

Przedsiębiorstwa gospodarujące odpadami toną w długach

Przestały płonąć hałdy śmieci, ale przybywa przedsiębiorstw gospodarujących odpadami, które wzniecają pożar w finansach swoich dostawców. Przez rok zaległości branży wzrosły o dwie trzecie do 237 mln zł. Faktur i rat kredytów nie płaci w terminie co dziewiąta firma, czyli prawie dwa razy więcej niż w całej gospodarce – wynika z danych BIG InfoMonitor oraz BIK. Ale z moralnością płatniczą śmieciowej branży i tak jest lepiej niż z podejściem Polaków do ekologii. Jak wynika z badania dla BIG InfoMonitor jeden na pięciu rodaków nie widzi problemu w niesegregowaniu śmieci, a jeden na trzech w zakupie starych aut, trujących środowisko.

Przyrastająca w zawrotnym tempie ilość śmieci i coraz większa świadomość ich negatywnego wpływu na środowisko powodują, że rośnie znaczenie firm zajmujących się gospodarowaniem odpadami zarówno dla gospodarki, jak i dla środowiska i społeczeństwa.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

– Tym bardziej niepokojące jest, że dynamika wzrostu zaległości tej branży wobec banków i kontrahentów w minionym roku była ponad czterokrotnie wyższa niż w całej gospodarce. Przeterminowane długi przedsiębiorstw zbierających odpady, składujących, usuwających, przetwarzających i odzyskujących surowce wtórne wzrosły o 70 proc. do 237 mln zł. Głównie jest to efekt pogłębiania się problemów firm, które już wcześniej miały przeterminowane zobowiązania, bo sam udział niesolidnych firm w branży rośnie wolniej niż wśród ogółu przdsiębiorstw. Przez rok odsetek nierzetelnych podniósł się z 10,7 proc. do 11,4 proc. – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Niewykluczone, że stało się to dzięki poprawie kondycji finansowej branży. Gdy przed rokiem na 1,2 tys., przeanalizowanych przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska śmieciowych firm, w złej i słabej kondycji finansowej było niemal 60 proc., teraz to większość ma się dobrze.

Firmy śmieciowe częściej nie płacą
Źródło: Bisnode Polska

Najgorzej płacą firmy rekultywacyjne, ale największą zaległość zgromadził recykling

Relacje z branżą śmieciową niejedną firmę kosztowały jednak dużo nerwów, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. Przedsiębiorstwa związane ze zbieraniem, przetwarzaniem, unieszkodliwianiem odpadów i odzyskiem surowców częściej niż ogół firm w całej gospodarce, zawodzą partnerów biznesowych i banki, przekraczając ustalone terminy płatności. Kłopoty sprawia dostawcom i bankom 11,4 proc. (działających, zawieszonych oraz zamkniętych) firm, podczas gdy wśród wszystkich firm jest to 6,3 proc. Wartość przeterminowanych długów firm „śmieciowych” przekracza obecnie 237 mln zł. Na jednego dłużnika przypadają dwie zaległości, ta wobec partnerów biznesowych wynosi średnio 15,2 tys. zł, a wobec banków 309,6 tys. zł. Suma zaległości całej branży, w ciągu roku wzrosła o ponad 70 proc., zmieniła się też struktura długu. Tym razem największą sumę płatności przeterminowanych o co najmniej 30 dni na min. 500 zł zgromadziły firmy odzyskujące surowce z materiałów segregowanych, czyli odpowiedzialne za recykling – prawie 86 mln zł. Przed rokiem niechlubnym liderem zaległości były firmy specjalizujące się w zbieraniu odpadów, miały na koncie 62,2 mln zł, tym razem mają 80,8 mln zł przeterminowanych zobowiązań (łącznie firmy zbierające odpady niebezpieczne i pozostałe). Trzecia grupa przedsiębiorstw, pod względem sumy zaległości, obrabia i usuwa odpady inne niż niebezpieczne – przez rok zwiększyła długi z ponad 28 mln zł do 44,7 mln zł.

Największy udział niesolidnych płatników, prawie 15 proc., ma rekultywacja, czyli przedsiębiorstwa zajmujące się m.in. odkażaniem gleby, wód gruntowych i powierzchniowych, usuwaniem azbestu, oleju. 12 miesięcy wcześniej najczęściej nie płaciły przedsiębiorstwa przetwarzające i unieszkodliwiające odpady niebezpieczne. Odsetek niesolidnych płatników wynosił tu ok. 13 proc. teraz spadł do 12,2 proc.

Przedsiębiorstwa gospodarujące odpadami toną w długach
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

– Zmiany zachodzące w sumie zaległości oraz w rozpowszechnieniu problemu opóźnionych płatności wśród firm z poszczególnych obszarów gospodarowania odpadami pokazują, że sytuacja na rynku jest dynamiczna. Firma, która dziś jest pewnym płatnikiem za kilka miesiecy niestety może już mieć kłopoty, które przekaże swoim dostawcom – dodaje prezes BIG InfoMonitor.

Polak i jego 312 kg śmieci rocznie

Minął rok od tego, gdy w Polsce fala pożarów ogarnęła wysypiska śmieci. Jak podejrzewano, mogło to być sposobem na ich utylizację. Eksperci szacują bowiem, że udział szarej strefy w gospodarce odpadami może sięgać nawet 50 proc. Dymiące w różnych zakątkach kraju hałdy odpadów skłoniły rząd do prac nad zaostrzeniem, wcześniej zliberalizowanego prawa. M.in. na wysypiskach konieczny ma być monitoring. Ale nowych regulacji jest więcej, okres magazynowania niebezpiecznych odpadów skróci się do roku, pojawią się kary za nieprzestrzeganie przepisów. Każda nowa firma zajmująca się odpadami będzie musiała otrzymać od lokalnych władz pozytywną opinię dotyczącą swojej działalności

Rocznie powstaje w Polsce 12 mln ton odpadów komunalnych. Z roku na roku napływa też coraz więcej odpadów z zagranicy, w 2018 r. było to ponad 430 tys. ton (według nowych regulacji, import odpadów do unieszkodliwiania oraz komunalnych nawet do odzysku zostanie zakazany).

Statystycznie na osobę wypada już 312 kg śmieci. Przez rok kosz każdego Polaka powiększył się o 9 kg. Z danych GUS wynika, że z odebranych odpadów komunalnych 56,6 proc. udało się przeznaczyć do odzysku. Około 7 proc. skierowano do kompostowania lub fermentacji. Z 22,8 proc. odpadów uzyskano energię. A do recyklingu trafiła nieco ponad jedna czwarta odpadów (26,7 proc.). To mało. Zgodnie z dyrektywą unijną ujętą w projekcie ustawy o zmianie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz niektórych innych ustaw, w przyszłym roku recykling powinien objąć połowę śmieci komunalnych. W 2025 r. już 55 proc., by stopniowo dojść do 65 proc. w 2035 r.

W woj. zachodniopomorskim, lubuskim i podlaskim dla ok. 30 proc. mieszkańców segregacja śmieci nie ma znaczenia

Cele stawiane przez UE nie będą łatwe do osiągnięcia. Brakuje infrastruktury, która mogłaby upowszechnić i mobilizować do recyklingu, jak choćby, ogólnie dostępnych za zachodnią granicą, maszyn do odpłatnego odbioru plastikowych butelek. W Polsce zaczynają się one dopiero pojawiać. Pierwszy butelkomat stanął w Krakowie, są też już w stolicy. Nie najlepiej jest również z wolą i zapałem konsumentów. Mimo ogromnej popularności informacji o konieczności dbania o środowisko, co piąty Polak nie uważa, wyrzucania wszystkich opakowań i odpadków do jednego kosza, za coś złego, wynika z badania Quality Watch przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor. Co może wydać się zaskakujące, przyzwolenie na takie działanie jest tym większe im młodszy respondent. W grupie wiekowej 18-24 lata braku sortowania odpadów nie potępia aż 28 proc. badanych, podczas gdy po 55 roku życia już tylko 14 proc. Jeśli chodzi o adres osób najbardziej obojętnych na segregację, to przodują mieszkańcy woj. zachodniopomorskiego, lubuskiego i podlaskiego, gdzie nie ma to znaczenia dla ok. 30 proc. badanych.

Gospodarowanie odpadami
Źródło: Quality Watch na zlecenie BIG InfoMonitor

W serii pytań o postawy ankietowanych wobec różnych nagannych działań te związane z ekologią nie wypadają dobrze. Po tym, jak co piąty badany uważa, że nie ma konieczności sortowania śmieci, jeszcze więcej, bo co trzeci nie ma nic przeciwko zakupom starych, zanieczyszczających środowisko samochodów.

Do segregacji śmieci mogą jednak przekonać wyższe ceny za odbiór odpadów zmieszanych. Według ustawy ma to być od dwu do czterokrotności maksymalnej stawki opłaty za gospodarowanie odpadami. A co jeśli właściciel nieruchomości, wbrew wcześniejszym deklaracjom, nie dopełni obowiązku selektywnego zbierania odpadów? Będą one przyjęte jako zmieszane, a o złamaniu zasad zostanie poinformowany właściciel nieruchomości, powiadomiony zostanie także wójt, burmistrz lub prezydent miasta. Na tej podstawie można będzie wszcząć postępowanie o podwyższeniu opłaty.

Pierwsze cięcie stóp procentowych

W lipcu ostatnie słowo będzie należeć do Fed. Na przestrzeni miesiąca trzon dyskusji ewoluował od rozważań o skali pierwszego cięcia (25 czy 50 pb) do podziału na obóz zwolenników jednorazowego dostosowania przeciwko tym, którzy chcą większych działań. Szczególnie prezydent Trump dawał jasno do zrozumienia, że jest orędownikiem tej ostatniej opcji. Rynek jednak najwyraźniej liczy na niedobór gołębich sygnałów, biorąc pod uwagę, że dolar jest blisko dwumiesięcznych szczytów.

Obniżka stóp procentowych o 25 pb dziś wieczorem jest powszechnie oczekiwana. Rynek stopy procentowej dyskontuje redukcję o 29 pb, co sugeruje, że część uczestników jest otwarta na głębszy ruch. Jakkolwiek obniżka o 50 pb nie jest technicznie do wykluczenia, przeciw takiemu scenariuszowi przemawiają cztery powody. Po pierwsze szef oddziału Fed w St. Louis James Bullard, jeden z bardziej gołębich członków FOMC i zwolennik cięcia stóp już na czerwcowym posiedzeniu, przyznał, że obniżka o 50 pb byłaby „przesadą”. Po drugie, kiedy słowa szefa nowojorskiego Fed Johna Williamsa zostały odebrane jako głos za obniżką o 50 pb, w bezprecedensowym ruchu rzecznik oddziału Rezerwy Federalnej pospieszył ze sprostowaniem, jakoby słowa Williamsa były tylko wyrazem jego indywidualnej opinii. Po trzecie w gronie decydentów wciąż są jastrzębio nastawieni członkowie, którzy woleliby wstrzymać decyzję o luzowaniu polityki, będąc gotowym odmówić podpisania komunikatu pod decyzją o cięciu o 50 pb. Rozłam w łonie Fed byłby szkodliwy dla reputacji banku. Wreszcie po czwarte, decydując się na obniżkę o 50 pb, Fed może wzbudzić przeświadczenie, że wie więcej o złym stanie gospodarki niż rynek, co finalnie może odnieść przeciwny od zamierzonego skutek.

Przy silnym konsensusie wokół tego, co Fed zrobi w lipcu, odnośnie strategii na kolejne miesiące zdania są podzielone. Prezydent USA Donald Trump chciałby ekspansji monetarnej na szeroką skalę, by Fed dorównał EBC, czy LBCh i zwalczył siłę USD wobec EUR czy CNY. Ale pojawiają się głosy, że sytuacja w gospodarce USA uległa ostatnio poprawie i nie ma powodu ciąć więcej, niż tylko raz. W takim tonie wypowiadał się chociażby były szef oddziału Fed w Nowym Jorku Bill Dudley. Biorąc jednak pod uwagę, że rynek stopy procentowej wycenia 100 pb obniżek na przestrzeni 12 miesięcy, Fed jest pod presją by przynajmniej zasygnalizować, że otwiera drogę dla kolejnych kroków w kierunku luźniejszej polityki.

Obawiamy się, że rynek USD mógł przereagować z odjęciem z wyceny wcześniejszej i inwestorzy mogą być zaskoczeni tym, jak prezes Powell na konferencji będzie chciał zasygnalizować otwartość Fed do startu cyklu obniżek. Sporo będzie zależeć od tego, czy Fed będzie chciał istotnie zaakcentować szanse na cięcie już na kolejnym posiedzeniu we wrześniu, gdyż to automatycznie wzbudzi oczekiwania, że tworzy się miejsce dla trzech obniżek do końca 2019 r. (z ostatnią w grudniu). Byłoby to silne zaskoczenie dla rynku dolara, jednak taki scenariusz wydaje nam się mało realny, biorąc pod uwagę, że Fed preferuje nie wstrząsać rynkami. Oczekiwalibyśmy mniej jasnego przekazu pozostawiającego opcjonalność dla kolejnego ruchu między wrześniem a październikiem. To powinno wystarczyć, by osłabić dolara o ok. 0,5-1 proc. w relacji do euro i złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Już 2 sierpnia przypada Międzynarodowy Dzień Piwa i Piwowara

Rynek piwowarski w Polsce pozytywnie wpływa na rozwój lokalnych gospodarek i to nie tylko w wymiarze gospodarczym, ale także społecznym. Dzięki zakupom u polskich producentów i dostawców, branża generuje w ciągu roku około 19 mld zł wartości dodanej. Piwowarzy są także istotni na rynku pracy. Według szacunków ekspertów firmy doradczej Deloitte bezpośrednie zatrudnienie w browarach wynosi ponad 9 tys. osób. Do tego trzeba doliczyć ponad 150 tys. miejsc pracy w branżach powiązanych z browarnictwem. Już 2 sierpnia przypada Międzynarodowy Dzień Piwa i Piwowara.

Popularność piwa w Polsce rośnie z każdym rokiem. W tej chwili nad Wisłą spożywa się rocznie około 97 litrów na osobę, co daje nam czwarte miejsce w Europie. Polska z ponad trzystoma działającymi browarami pozostaje w czołówce producentów piwa w Unii Europejskiej. Dla porównania, w całej Unii funkcjonuje około 9500 browarów, a każdego tygodnia otwiera się około 20 mikro browarów (dane za The Brewers of Europe).

Piwna Rewolucja 2018

Według obliczeń Głównego Urzędu Statystycznego w 2018 roku zostało wyprodukowanych 40,93 miliona hektolitrów piwa, o 2,6 proc. więcej niż w 2017 roku. Rośnie także sprzedaż. Jak wynika z danych firmy badawczej Nielsen, w ubiegłym roku jej wartość wyniosła 16,8 mld zł, tj. o 7,7 proc. więcej rok do roku. Różnicę widać także w ilości sprzedanego trunku, w ubiegłym roku ze sklepowych półek zniknęło o 4,1 proc. więcej litrów niż 12 miesięcy wcześniej. Miniony rok przyniósł także ciekawą obserwację dotyczącą zmieniających się upodobań Polaków. Segment piw niskoalkoholowych i bezalkoholowych dotknęła prawdziwa rewolucja, a sprzedaż w ujęciu wartościowym wzrosła o prawie 80 proc.

Mocna gałąź gospodarki

Branża piwowarska w Polsce ma ogromny wpływ na otoczenie gospodarcze. Z ostatniej analizy Deloitte[1] na zlecenie ZPPP Browary Polskie wynika, że w 2017 roku piwowarzy wydali na materiały i usługi 6,5 mld zł, z czego 5,8 mld zł zostało u polskich producentów.

To pokazuje, że 90 proc. pieniędzy wydanych na zakup, w tym m.in. opakowań, usług profesjonalnych i marketingowych, surowców z branży rolniczej i przetwórstwa spożywczego zostało nad Wisłą. W sumie branża wygenerowała w analizowanym przez nas roku 19,4 mld zł wartości dodanej. Dla zobrazowania – można za to wybudować około 500 km autostrad – mówi Rafał Rudzki, Starszy Menedżer, Sustainability Consulting Central Europe, Deloitte.

Tylko w samych browarach zatrudnionych jest ok. 9,3 tys. osób, jeśli jednak dodać do tego miejsca pracy w branżach powiązanych z browarnictwem, przede wszystkim w handlu, rolnictwie i przetwórstwie spożywczym oraz sektorach hotelowym i gastronomicznym całkowita liczba miejsc pracy związanych z piwem sięga 157,5 tys. Jak obliczyli eksperci Deloitte na każde miejsce pracy w browarze przypada niemal 16 stanowisk pracy w gospodarce, a łączny wpływ branży na dochody Polaków to 5,6 mld zł.

Branża jest także istotnym źródłem wpływów do budżetu państwa z tytułu podatków i opłat. Rocznie to ponad 11 mld zł.

Tylko do kas samorządów trafiło w 2017 roku ok. 440 mln zł. Ta suma umożliwia na przykład zakup 5 tys. autobusów z napędem elektrycznym. Dokładnie tyle podlega wymianie w całym kraju w ciągu 5 lat. Trzeba pamiętać też o działaniach edukacyjnych, wydatkach największych producentów piwa na kulturę, sport i inne działania z obszaru zaangażowania społecznego.Trzy największe grupy piwowarskie przeznaczyły w jednym roku na te cele prawie 40 mln zł – mówi Rafał Rudzki.

Wartość inwestycji w branży na przestrzeni dwudziestu dwóch lat wyniosła ok. 13 mld zł. 80 proc. tej kwoty to wydatki związane z zakupem nowych maszyn i urządzeń, 20 proc. to nakłady na modernizację lub budowę budynków i lokali. Trzy największe grupy piwowarskie w Polsce przeznaczyły na inwestycje około 233 mln zł w 2017 roku.

Naprzeciw oczekiwaniom konsumentów

Jak wynika z raportu „Health & Wellness Progress Report” (edycja 2018 i 2019), przygotowanego przez Deloitte i globalną organizacja promująca działania prozdrowotne – the Consumer Goods Forum (CGF), w którym wzięli udział także przedstawiciele branży piwowarskiej aż 79 proc. firm deklaruje, że od 81 proc. do nawet 100 proc. ich produktów spożywczych i napojów zawiera na opakowaniach kluczowe informacje o składnikach. Jednocześnie bardzo wyraźnie rysują się nowe preferencje konsumenckie, które ewoluują od tradycyjnych dotyczących ceny, walorów smakowych oraz dostępności, w kierunku tych związanych z różnorodnością wyboru (w tym związanych ze zdrowszymi wyborami), przejrzystością w działaniu, bezpieczeństwem i jakością produktu, wpływem społecznym, dbałością o dobrostan naturalny oraz całościowym doświadczeniem konsumenta.

[1] Analiza dotyczyła roku 2017. Pełne dane znajdują się w raporcie Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego „Browary Polskie”

Uwolnienie gruntów rolnych zwiększy podaż ziemi pod mieszkania i uspokoi ceny

Czy nowela ustawy, która uwalnia obrót gruntami rolnymi o powierzchni do 1 ha pozwoli zwiększyć dostępność ziemi pod nowe osiedla? Czy tej wielkości parcele umożliwią realizację inwestycji mieszkaniowych? Czy zmiana przepisów będzie miała wpływ na ceny? W jakich lokalizacjach? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl         

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Poprzez wprowadzony do polskiego porządku prawnego w 2016 roku szereg unormowań doszło do wstrzymania obrotu ziemią rolną, co negatywnie przełożyło się na budownictwo. Nowelizacja ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego może odblokować liczne grunty w obrębie największych polskich miast, które zostały zewidencjonowane jako rolne. Dzięki nowelizacji dostęp do takich działek dla inwestorów będzie łatwiejszy, co pozwoli na ich zagospodarowanie, w tym także budowę nowych osiedli mieszkaniowych. Warto zaznaczyć, że w dużych aglomeracjach działki rolne stanowią znaczną część terenu. W Warszawie to około 30 proc. obszaru miasta, a w Krakowie blisko 50 proc.

Czynnikiem znacząco ograniczającym podaż był obserwowany w minionych latach niezwykle dynamiczny wzrost cen gruntów budowlanych, pozwalających na realizację osiedli mieszkaniowych. Prowadzimy racjonalną politykę zakupu gruntów pod inwestycje. Decydujemy się tylko na atrakcyjne oferty, a jednak znacząco rozbudowaliśmy bank ziemi. Najbardziej preferowane działki pod inwestycje mieszkaniowe to takie, które objęte są miejscowym planem zagospodarowania i pozwalają na budowę projektów wieloetapowych.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Wierzymy, że zmiana dotycząca gruntów w miastach jest dla deweloperów korzystna i  jest to krok, który ułatwi poszerzenie oferty. Pamiętajmy jednak, że wiele tych działek ma powierzchnię ponad 1 ha, więc dopiero za jakiś czas będzie można ocenić, czy wprowadzona zmiana istotnie wpłynie na rynek. Ponadto należy wspomnieć, że ziemię rolną trzeba odrolnić, zmienić przeznaczenie gruntu rolnego na budowlany, a to zależy od klasy gruntu i nie w każdym przypadku będzie możliwe.

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development odpowiedzialny za sprzedaż i Marketing

Dla deweloperów zmiana ustawy nie będzie miała dużego znaczenia. W 20-letniej historii naszej spółki raz lub dwa zdarzyła się sytuacja, gdy w naszym banku ziemi pojawiły się grunty rolne. Zazwyczaj wraz z rozwojem i poszerzaniem się miast, następuje przekwalifikowanie działek rolnych na budowlane. Deweloperzy decydują się na zakup gruntów rolnych głównie wtedy, gdy miasto nie nadąża za tym procesem. Jeśli chodzi o wielkość działek, najczęściej kupowane przez nas grunty mają od 1 do 5 tys. mkw. i w całej branży rzadko zdarzają się zakupy gruntów większych niż 1 ha.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Powierzchnia jednego hektara, szczególnie w obszarze pozwalającym na zabudowę wielorodzinną   jest  wystarczająca, nawet dla przeprowadzenia większego  projektu, w tym etapowanego. Uwolnienie tych gruntów może mieć więc pozytywny wpływ na rynek działek inwestycyjnych, choć deweloperzy, którzy zainwestowali uprzednio w grunty rolne przed nowelizacją znajdowali rozwiązania, aby swoje inwestycje przeprowadzić i bez zmiany przepisów prawa. Jeśli chodzi o aktualne ceny na runku, od dłuższego czasu widzimy rosnące oczekiwania właścicieli gruntów. Ceny ofertowe coraz rzadziej odzwierciedlają jednak potencjał inwestycyjny działek, trudno jest więc nabyć dobry grunt w rozsądnej cenie. Najbardziej rozchwytywane są oczywiście parcele w dobrych lokalizacjach na przykład blisko infrastruktury społecznej i technicznej, tj. w centrum miasta, czy blisko centrów dzielnic oraz  takie działki, które mają uregulowaną sytuację prawną i planistyczną.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Nowela ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego zwiększy podaż gruntów i może uspokoić wzrost cen, aczkolwiek musimy zdawać sobie sprawę, że nieruchomości pod zabudowę jest coraz mniej, a deweloperzy poszukują gruntów coraz dalej od centrum miasta. To, czy 1 ha to wystarczająca powierzchnia gruntu pod budownictwo wielorodzinne zależy od charakteru działalności dewelopera. Nasza firma preferuje większe, kilku etapowe projekty, dlatego poszukujemy gruntów o powierzchni powyżej 1 ha.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Każda możliwość zwiększenia dostępności gruntów pod budownictwo będzie zadowalająca dla deweloperów.  W związku z ograniczonymi zasobami działek rozważane są do zakupu, zarówno mniejsze, jak i większe powierzchnie. Poszukujemy przede wszystkim gruntów w dobrych lokalizacjach na terenie Warszawy, więc ceny takich działek są z reguły wyższe, a parcele trudno dostępne.

Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord

Nowela ustawy może wpłynąć na podaż gruntów. Wielkość działki zależy od lokalizacji. Dobry architekt potrafi odpowiednio zagospodarować, zarówno dużą, jak i małą działkę.  Ceny gruntów dosyć szybko rosną, stąd coraz trudniej jest pozyskać grunt w dobrej inwestycyjnej cenie. Najtrudniej o grunt w zabudowie śródmiejskiej.

Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira

Wydaje się, że ceny działek pod zabudowę nadal będą rosły, ale nieco wolniej. Jednym z powodów może być właśnie uwolnienie 1ha ziemi, a co za tym idzie zwiększenie ilości działek pod zabudowę. O tak duże nieruchomości trudno jest jednak w lokalizacjach w centrach miast. Znajdują się głównie na ich obrzeżach. W związku z tym, inwestycje położone centralnie będą związane z ponownym wykorzystywaniem gruntów lub budynków przemysłowych. Ponowne zagospodarowanie działek może zwiększyć koszty ich zabudowy na przykład z uwagi na niezbędne wyburzenia lub readaptację istniejących budynków. Jednak to nie wielkość działki decyduje o jej atrakcyjności, ale jej lokalizacja. Nasza inwestycja Srebrzyńska Park zlokalizowana jest na działce mniejszej niż 1 hektar, ale tuż przy największym łódzkim parku Zdrowie i blisko centrum, co sprawia przyciąga kupujących.

Autor: Dompress.pl

Spółka spin-off Uniwersytetu Warszawskiego wybuduje jedną z największych w Europie pasywną oczyszczalnię ścieków

Uniwersytecka spółka RDLS w konsorcjum z czeską firmą Dekonta wybuduje jedną z pierwszych w Polsce hybrydową hydrofitową oczyszczalnię wody i ścieków. Konsorcjum wygrało przetarg o wartości 3,7 mln zł na realizację projektu w miejscowości Białka w gminie Dębowa Kłoda w woj. lubelskim. Termin realizacji to połowa 2020 r. Czy przyjazne ludziom bakterie rozwiążą problem gospodarki ściekowej na terenach wiejskich?

Według danych GUS w Polsce zaledwie 40% ludności wiejskiej korzysta z systemów kanalizacyjnych odprowadzających ścieki do oczyszczalni. W pozostałych przypadkach ścieki są odbierane przez tabor asenizacyjny. Teoretycznie wszystkie zebrane w ten sposób nieczystości powinny trafić do oczyszczalni ścieków. Niestety, jak pokazują dane z oczyszczalni, duża ich część trafia do gruntu. Przyczyną tej sytuacji są odbiorcy ścieków wylewający je na pola i w lasach oraz właściciele szamb, którzy minimalizują koszty odbioru poprzez budowę tzw. półprzepuszczalnych szamb.

Sytuację tę mogą zmienić szczelne, pasywne systemy oczyszczania wód i ścieków, naśladujące naturalne procesy zachodzące na terenach bagiennych. Jedna z pierwszych oczyszczalni tego typu w Polsce powstanie na Lubelszczyźnie, a jej wykonawcą jest konsorcjum, w którego skład wchodzi RDLS – działająca przy Uniwersytecie Warszawskim spółka spin-off.

„To wyjątkowy, innowacyjny projekt, realizowany na dużą skalę. Będzie to jedna z największych tego typu oczyszczalni w Europie. Zajmie teren około 1 hektara i obsłuży blisko 1800 mieszkańców – stąd relatywnie wysokie koszty jej wybudowania. Oczywiście koszty projektów o mniejszej skali są niższe” – mówi Łukasz Rodek ze spółki RDLS (Research & Development for Life Sciences), która specjalizuje się we wdrażaniu najnowszych osiągnięć naukowych z zakresu bioremediacji i biodegradacji.

SCHEMAT DZIAŁANIA PASYWNEGO SYSTEMU OCZYSZCZANIA WÓD I ŚCIEKÓWSCHEMAT DZIAŁANIA PASYWNEGO SYSTEMU OCZYSZCZANIA WÓD I ŚCIEKÓW

Pasywne oczyszczalnie wykorzystujące złoża gruntowe imitują warunki hydrauliczne i siedliskowe naturalnych ekosystemów bagiennych. Wszędzie tam gdzie występuje gleba w stanie nasycenia wodą, nieustannie zachodzą procesy biologicznego oczyszczania. Ich motorem są różnorodne mikroorganizmy zasiedlające rozwinięty system korzeni i kłączy roślin wodnych i wodolubnych.

„Pasywne systemy oczyszczania wód i ścieków doskonale radzą sobie z różnymi rodzajami ścieków, zarówno przemysłowymi, jak i odpadowymi. Charakteryzują się wysoką efektywnością w usuwaniu zanieczyszczeń organicznych, a także będących pozostałością nawożenia związkami azotu i jednocześnie redukują do minimum powstawanie osadów ściekowych. Ich zaletą są bardzo niskie koszty eksploatacji. Obsługa jest niezwykle prosta. Wymagany jest jedynie okresowy nadzór” – tłumaczy dr hab. Łukasz Drewniak, prof. ucz.

Ścieki do oczyszczalni doprowadzane są za pośrednictwem systemu kanalizacyjnego. Przy stosunkowo zwartej zabudowie oraz, jeśli uda się zapewnić spływ grawitacyjny, bez konieczności tworzenia przepompowni, koszty budowy i eksploatacji są relatywnie niskie.

Ekologiczna i efektywna alternatywa

Dotychczas gospodarka ściekowa na terenach o rozproszonej zabudowie opierała się na trzech podstawowych rozwiązaniach: kanalizacji odprowadzającej ścieki grawitacyjnie lub podciśnieniowo do lokalnej oczyszczalni, przydomowych oczyszczalniach ścieków lub zbiornikach bezodpływowych. Pierwsze rozwiązanie (system kanalizacyjny) sprawdza się wyłącznie w stosunkowo dużych ośrodkach. Istniejące już oczyszczalnie mają ograniczone możliwości przyjmowania ścieków, a wiele miejscowości jest znacznie oddalona od istniejącej sieci kanalizacyjnej. Stosunkowo niewielka gęstość zabudowy na terenach wiejskich przekłada się na wysokie koszty budowy sieci kanalizacyjnej. Ze względu na różnice w poziomie terenu zachodzi konieczność budowy przepompowni, co generuje wysokie koszty operacyjne związane m.in. ze zużyciem energii elektrycznej potrzebnej do pompowania ścieków. Dlatego wiele gospodarstw domowych korzysta z dwóch pozostałych rozwiązań – jednak ich efektywność, w tym szczelność lokalnych zbiorników na ścieki, budzi poważne zastrzeżenia ekspertów. Ścieki często przenikają do gleby i wód gruntowych. Wątpliwości dotyczą także regularności i poprawności serwisu przydomowych oczyszczalni ścieków. Jeśli się ich nie wykonuje, trudno mówić o efektywnym oczyszczaniu.

„Właśnie dlatego pasywne oczyszczalnie to idealne rozwiązanie dla miejscowości oddalonych od istniejącej sieci kanalizacyjnej. Warunkiem opłacalności budowy pasywnego systemu jest przekroczenie pewnego poziomu zwartości zabudowy. Tego typu oczyszczalnie sprawdzają się już w przypadku małych miejscowości liczących od 100 do 150 mieszkańców. Przy tym, w miarę wzrostu zaludnienia, system można łatwo rozbudować o kolejne filtry i zbiorniki. Rozwiązania te mogą się również świetnie sprawdzić np. w przypadku hoteli” – mówi Łukasz Rodek.

Ekologiczny, przełomowy projekt

Spółka RDLS, występując w konsorcjum z czeską firmą Dekonta, wygrała przetarg o wartość 3,7 mln zł na budowę pasywnej oczyszczalni w miejscowości Białka gmina Dębowa Kłoda w województwie lubelskim. Integralnym elementem projektu będzie system kanalizacyjny, który będzie doprowadzał ścieki z poszczególnych gospodarstw do oczyszczalni. Projekt jest realizowany przy wykorzystaniu środków UE oraz polskiego programu wspierającego gospodarkę ściekową.

RDLS dostarczy know-how oraz preparaty mikrobiologiczne, które umożliwią uruchomienie i stabilizację procesów oczyszczania oraz zagwarantują, że będą one realizowane efektywnie. „Oczyszczanie pasywne nie jest procesem technicznym czy mechanicznym. Idea jest prosta, ale wymaga wiedzy, doświadczenia i precyzji. Jeśli coś nie działa, nie wystarczy dodać więcej odczynników chemicznych czy zwiększyć poziom natlenienia. Błędy popełnione na początku mogą sprawić, że systemu nie da się uruchomić. Niemniej jeśli wszystko zostanie wykonane poprawnie, wytworzy się homeostaza, oczyszczalnia będzie działała samodzielnie, bez ingerencji człowieka” – mówi dr hab. Łukasz Drewniak, prof. ucz.

„Oczyszczalnia rozwiąże problemy mieszkańców Białki związane ze ściekami i czystością wody. Dodatkowo hybrydowa hydrofitowa technologia zapewni naturalny wygląd, który wkomponuje się w krajobraz, a przy tym zwróci oczyszczoną wodę do lokalnego ekosystemu – ma to szczególne znaczenie w przypadku zagrożenia suszą. Warto podkreślić relatywnie niskie koszty inwestycyjne – w porównaniu do klasycznych oczyszczalni biologicznych i mechanicznych, a także szczelną konstrukcję oczyszczalni, budowaną według projektu i pod nadzorem, która zapewnia ciągłość pracy systemu przez cały rok, również zimą. Wprawdzie aby metody biologiczne zadziałały wymagają więcej czasu, jednak w ostatecznym rozrachunku są bardziej trwałe i tańsze niż np. metody chemiczne” – mówi Grażyna Lamczyk, Wójt Gminy Dębowa Kłoda.

Wiele tego typu oczyszczalni pasywnych, choć na mniejszą skalę, działa na terenie Czech – jest to zatem dobrze sprawdzona technologia. Doświadczenia firmy Dekonta oraz użytkowników oczyszczalni dowodzą, że procesy oczyszczania są efektywne, ekonomiczne a zarazem przyjazne dla środowiska i przyjemne dla oka. Nie ma także obaw związanych z nieprzyjemnymi zapachami. Każdy może się o tym przekonać odwiedzając oczyszczalnie na terenie Czech lub – już za rok– system, który zacznie działać w Gminie Dębowa Kłoda.

Działające systemy pasywne: Mirošovice (Czechy)Działające systemy pasywne Mirošovice Czechy

Brloh (Czechy)BRLOH (CZECHY)

Kostelec nad Ohří (Czechy)KOSTELEC NAD OHŘÍ (CZECHY)

NewConnect otrzymał status SME Growth Market

  • NewConnect otrzymał status rynku SME Growth Market (ASO MŚP)
  • Emitenci notowani na SME Growth Market skorzystają ze złagodzonych obowiązków informacyjnych wynikających z rozporządzenia MAR
  • Emitentów z SME Growth Market obowiązują również ułatwienia w procesie sporządzania prospektu
  • W ramach inicjatywy Capital Market Union Komisja Europejska pracuje nad dalszymi ułatwieniami dla spółek notowanych na SME Growth Markets

Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na wpisanie do rejestru rynków małych i średnich firm (SME Growth Market/ ASO MŚP) alternatywnego systemu obrotu GPW – rynku NewConnect. Zgodnie z przepisami krajowymi implementującymi dyrektywę MIFID II o status rynku małych i średnich przedsiębiorstw mogą ubiegać się rynki prowadzone w formule alternatywnego systemu obrotu (MTF), które spełniają kryteria określone w art. 78g ustawy o obrocie instrumentami finansowymi. Obecnie status SME Growth Market mają 4 europejskie rynki.

GPW, jako organizator alternatywnego systemu obrotu NewConnect, nieustannie dąży do podniesienia atrakcyjności i przejrzystości w tym segmencie rynku. Dzięki otrzymaniu przez ASO GPW statusu SME Growth Market emitenci obecni na tym rynku będą mogli skorzystać z ułatwień w wypełnianiu niektórych obowiązków, jakie nakładają na nich przepisy tzw. Rozporządzenia MAR i tzw. Rozporządzenia prospektowego. Obecnie Komisja Europejska kładzie szczególny nacisk na kwestie związane z ułatwieniem dostępu do kapitału dla małych i średnich firm. Najważniejszym celem jest zapewnienie małym i średnim przedsiębiorstwom nowych źródeł finansowania poprzez rynki kapitałowe oraz zredukowanie kosztów pozyskania kapitału. Biorąc pod uwagę inicjatywę Komisji prowadzoną w ramach Capital Markets Union oraz trwające w ramach tej inicjatywy prace oczekujemy, że w przyszłości pojawią się dalsze ułatwienia dla emitentów notowanych na ASO – powiedział Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.

Status SME Growth Market wprowadza pewne ułatwienia dla emitentów, dotyczące przede wszystkim obowiązków wynikających z Rozporządzenia MAR (w zakresie zasad prowadzenia listy dostępu do informacji poufnej i sposobu publikacji informacji poufnych), a także obowiązków prospektowych. Obecnie w Komisji Europejskiej trwają prace nad uproszczeniem procedury przejścia z ASO na rynek regulowany.

Art. 33 Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/65/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie rynków instrumentów finansowych oraz zmieniająca dyrektywę 2002/92/WE i dyrektywę 2011/61/UE (tzw. MiFID II) wprowadził nową kategorię rynku prowadzonego w formule alternatywnego systemu obrotu – rynek małych i średnich przedsiębiorstw (SME Growth Market, w ustawie o obrocie instrumentami finansowymi jako ASO MŚP). Implementacja właściwych postanowień dyrektywy do prawa krajowego nastąpiła w nowelizacji ustawy z dnia 29 czerwca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi („ustawa o obrocie”), która weszła w życie 21 kwietnia 2018 r.

Dzięki CPK szybciej koleją z Łodzi i Wrocławia do Warszawy. Trwają regionalne konsultacje strategiczne

Budowa linii dużych prędkości w woj. mazowieckim, dolnośląskim i łódzkim pozwoli na znaczące skrócenie czasów podróży, np. z Łodzi do stolicy kraju dojedziemy w 50 min, a z Wrocławia do Łodzi w 1 godz. Dotychczas w Polsce nie budowano jeszcze linii o prędkości eksploatacyjnej 250 km/h. Regionalne konsultacje ich przebiegu odbyły się już w Poznaniu, Warszawie, Łodzi i Wrocławiu.

W spotkaniach z przedstawicielami spółki CPK uczestniczyli reprezentanci organów administracji rządowej, samorządów województw i władz miast. Konsultacje w Warszawie odbyły się 24 lipca, a w Łodzi i Wrocławiu – 29 i 30 lipca. W ich trakcie rządowy inwestor przedstawił poziom zaawansowania prac przygotowawczych do budowy linii kolejowych na terenie województw mazowieckiego, łódzkiego i dolnośląskiego, omawiając ich pierwszą koncepcję w ramach rozpoczętego procesu tzw. trasowania. Na początku lipca podobne rozmowy miały miejsce w stolicy Wielkopolski.

Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, planowane są kolejne spotkania w ramach kolejowych konsultacji inwestycyjnych CPK z przedstawicielami samorządów.

Zamierzamy konsultować przebieg planowanych linii kolejowych, omawiać potrzeby transportowe mieszkańców i lokalne uwarunkowania środowiskowe. Regionalne konsultacje strategiczne, w które włączamy przedstawicieli samorządów, będą kontynuowane, a ich celem jest ustalenie optymalnego przebiegu linii – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.

Warszawa

W ramach Programu CPK województwie mazowieckim planowana jest budowa 344 km nowych linii kolejowych. Dzięki temu 86 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną Mazowsza.

Priorytetowymi inwestycjami w regionie są dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Poznań oraz linia nr 5 CPK – Płock – Grudziądz (Gdańsk). To fragment tzw. szprychy nr 1 i szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Na północnym-wschodzie województwa powstanie także nowy odcinek linii nr 29 z Ostrołęki przez Łomżę do Giżycka.

Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Warszawy: do Łodzi – 50 min. (teraz najkrótszy czas to 1 godz. 21 min.), Gdańska – 2 godz. (dziś podróż pociągiem zajmuje minimum 3 godz.), a do Poznania – 1 godz. 55 min. (zamiast obecnych 3 godz.). W kolejnej fazie Programu planowana jest budowa odcinków CPK – Warka i Radom – Ostrowiec Św., stanowiących fragmenty szprychy nr 6 z Warszawy i CPK na Podkarpacie oraz linii Warszawa Choszczówka – Kątne, upraszczającej przebieg szprychy nr 2 na Warmię.

Łódź

W ramach Programu CPK w woj. łódzkim wybudowanych zostanie 219 km nowych linii. W regionie powstaną dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Sieradz – Poznań oraz linia nr 87 Sieradz – Wieruszów, stanowiąca fragment trasy Warszawa – Wrocław, której budowę planowano już w latach 70. Znacząco poprawi się dostępność komunikacyjna regionu, ponieważ zgodnie z założeniami inwestora, 60 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości.

Budowa nowych linii pozwoli na włączenie Łodzi do ogólnopolskiej sieci szybkich połączeń kolejowych i znacząco skróci czas przejazdu, np. do Poznania dojedziemy w 1 godz. 5 min. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), do Warszawy – 50 min. (teraz najkrótszy czas to – 1 godz. 21 min.), Wrocławia w 1 godz. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), a do CPK w 35 min.

Wrocław

W województwie dolnośląskim w ramach Programu CPK powstanie 119 km nowych odcinków, składających się na linię dużych prędkości Warszawa – Wrocław – Wałbrzych – granica polsko-czeska (z połączeniem do Pragi). Zaprezentowana podczas konsultacji wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Wrocławia: do Wałbrzycha – 45 min. (obecnie najkrótszy czas to 60 min.), do Warszawy – 1 godz. 50 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 55 min.), do Pragi – 2 godz. 30 min. (zamiast obecnych 5 godz.).

Co więcej, dzięki inwestycjom CPK w tym regionie, aż 82 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną woj. dolnośląskiego.

CPK planuje regionalne spotkania strategiczne w kolejnych województwach. Po ich zakończeniu przeprowadzi analizę lokalizacyjną, w ramach której zostanie przedstawiony przebieg linii kolejowych. Następnym etapem będą dodatkowe – zaproponowane przez CPK – lokalne konsultacje społeczne dotyczące konkretnych rozwiązań technicznych. Co ważne, głos lokalnych społeczności zostanie także uwzględniony w trakcie wydawania decyzji środowiskowej, czyli dokumentu przesądzającego o przebiegu linii.

Łącznie w ramach kolejowej części Programu CPK planowana jest budowa ponad 1600 km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy. Tzw. etap zero, który powinien być gotowy przed uzyskaniem przez Port Lotniczy Solidarność zdolności operacyjnej, zakłada wybudowane zostanie 140 km nowych linii na trasie Warszawa – CPK – Łódź. Zakończenie pozostałych inwestycji kolejowych wpisuje się w horyzont czasowy do 2040 r.

Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK, składać się będzie z nowych odcinków sieci oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Na potrzeby budowy tego kolejowego systemu doszło do podziału zadań inwestycyjnych między spółki CPK i PKP Polskie Linie Kolejowe. 29 kwietnia br. Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.

Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.

Ultimate Games S.A. dołączyła do grona spółek GPW

Ultimate Games S.A., specjalizująca się w popularnych symulatorach wędkarstwa, oficjalnie dołączyła do grona spółek publicznych na GPW. Na otwarciu kurs akcji wzrósł wobec ceny odniesienia o 2,16 proc. i wyniósł 23,70 zł. To szósty debiut na głównym parkiecie w 2019 r. i 461. spółka notowana na GPW.

Do obrotu na rynku regulowanym trafiły wszystkie akcje spółki, będące dotychczas przedmiotem obrotu na NewConnect, gdzie Ultimate Games był notowany od czerwca 2018 roku. Właścicielem blisko 46 proc. akcji spółki jest Playway S.A, również uczestnik Głównego Rynku.

Zarząd Spółki wykazuje wzrosty w wynikach finansowych. Porównując 2018 rok        z rokiem 2017, Ultimate Games udało się osiągnąć 500 proc. wzrostu zysku netto. Według wstępnych szacunków, w I połowie 2019 roku Spółka zarobiła 1,85 mln zł netto przy przychodach rzędu 3,38 mln zł, czyli właściwie już tyle, ile w całym 2018 roku. Giełdowa kapitalizacja zbliża się do 120 mln zł.

Warto zauważyć, że nadal jesteśmy we wczesnej fazie rozwoju, ale spółka przynosi już istotne zyski. Na tę chwilę kluczowe są premiery gier, które już zapowiedzieliśmy. W samym 2019 roku jest to kilkadziesiąt tytułów. Mam nadzieję, że drugie półrocze, jak i rok 2020 będą pod tym względem rekordowe. Mając tak duże portfolio wydawnicze jesteśmy w stanie regularnie zwiększać swoje przychody – ocenia Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.

Ultimate Games prowadzi działalność na rynku gier wideo, specjalizując się              w produkcji i dystrybucji gier na komputery stacjonarne, konsole oraz urządzenia mobilne. W 2016 r. spółka pozyskała znaczącego inwestora – PlayWay – wiodącego producenta i wydawcę gier komputerowych, notowanego na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Absurdalne polskie prawodawstwo sprzyja odważnym w rozwijaniu firm, ale poza Polską

Już od 1 sierpnia młodzi Polacy, którzy nie ukończyli 26. roku życia, nie będą zobowiązani do płacenia podatku dochodowego od osób fizycznych. Można by się jednak zastanowić, czy ta ulga dla młodych nie odbije się wkrótce czkawką przedsiębiorcom, którzy fakt ich zatrudniania być może będą musieli raportować Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej. Kolejny absurd puka do drzwi polskich firm.

Przyjęta przez Sejm ustawa wprowadzającą zerowy PIT dla osób do 26. roku życia z pewnością poprawi sytuację finansową ludzi dopiero co rozpoczynających pracę. Czy jednak brak obowiązku pobrania przez przedsiębiorcę zaliczki na podatek od osób poniżej 26. roku życia może zostać uznany za schemat podatkowy? Zdania tu są podzielone, ale sprawy nie można bagatelizować, ponieważ przepisy o raportowaniu schematów podatkowych (MDR – Mandatory Disclosure Rules) są tak niejasne, że ze strony organów skarbowych można się spodziewać wszelkich „ciekawych” interpretacji. Z opublikowanych niedawno wyjaśnień Ministerstwa Finansów dotyczących schematów podatkowych wynika, że za taki schemat mogą zostać uznane przeróżne aktywności. Schematem takim może być m.in. przejście z umowy o pracę na samozatrudnienie, skorzystanie z ulgi badawczo – rozwojowej czy też zaliczenie transgranicznych płatności pomiędzy podmiotami powiązanymi do kosztów uzyskania przychodów.

Niejasna wykładania wielkim hamulcowym polskiego biznesu

Artykuł 86j ordynacji podatkowej nakłada obowiązek przekazywania informacji o dokonaniu jakichkolwiek czynności elementu schematu podatkowego lub uzyskanej korzyści (tzw. MDR-3) na korzystających. Czytając literalnie ten przepis należy wskazać, że dotyczy on wszystkich korzystających, a nie kwalifikowanych korzystających, czy też korzystających, którzy dokonują czynności w zakresie schematów podatkowych podlegających zgłoszeniu do Szefa KAS. Biorąc to pod uwagę nie można wykluczyć, że raportowaniu może również podlegać zatrudnianie młodych. Zwłaszcza, że zgodnie z obowiązującymi przepisami, schemat podatkowy nie zawsze musi być powiązany z osiągnięciem korzyści podatkowej. Ustawodawca mówi bowiem o głównej korzyści tylko w pierwszym punkcie definicji MDR, a dalej mówi on jeszcze o innych cechach rozpoznawczych (ogólnej, szczególnej lub innej szczególnej), które są tak szerokie, że ich interpretacja może doprowadzić do uznania każdej transakcji za schemat podatkowy.

Polski ustawodawca nakłada tym samym kolejne biurokratyczne obowiązki na przedsiębiorców, którzy i tak poświęcają na rozliczenia podatkowe ponad 300 dni rocznie. Kolejny raz powtarza się schemat, w którym państwo polskie zjada swój własny ogon, a ustawodawca doprowadza do biurokratycznych absurdów. Nawet dobra intencja i słuszne działanie rządu (a zerowy PIT dla młodych z pewnością takim działaniem jest) może się obrócić przeciwko przedsiębiorcom, czyli tym, którzy generują miejsca pracy (w tym dla młodych) i pchają gospodarkę do przodu. Przy zwiększających się z roku na rok obowiązkach przedsiębiorców w zakresie biurokracji nie dziwi fakt, że coraz chętniej spoglądają oni na Wielką Brytanię i Irlandię, gdzie biznes prowadzi się po prostu znacznie łatwiej.

Polski biznes ucieka przed biurokracją

Co ciekawe, pośpieszne przygotowane i wdrożone w Polsce przepisy dotyczące MDR napisane skrajnie niezrozumiałym językiem, nakładają nadmierne obowiązki na podmioty, również w przypadku gdy nie posiadają miejsca zamieszkania, siedziby ani zarządu na terytorium kraju. Nie tylko eksperci Admiral Tax wskazują, że jest absolutnie niewykonalnym i niemożliwym ściganie zagranicznych podmiotów, które co do zasady nie będą raportować schematów podatkowych w Polsce. Nie dziwi więc, przedsiębiorcy broniąc się przed biurokracją chronią swoje interesy przez całkowite zaniechanie działalności w Polsce i przeniesienie jej zagranicę.

MDR, niejasności związane z testem przedsiębiorcy, a także planowane zniesienie limitu 30-krotności składek ZUS znacząco wpłynęły na wzrost zainteresowania spółkami zagranicznymi. Szczególnie dużo zapytań pochodzi od wysokiej klasy specjalistów, konsultantów i managerów, którzy dotychczas rozliczali się z polskim fiskusem na podstawie podatku liniowego z jednoosobowej działalności gospodarczej. Widać, że to ta grupa najlepiej odczytuje intencje polskiego fiskusa i przenosi się za granicę “zanim będzie za późno”.

Jeśli do wszystkich powyższych biurokratycznych utrudnień dodamy największą w historii podwyżkę ZUS dla przedsiębiorców zaplanowaną na 2020 rok, białą listę podatników VAT, która wejdzie w życie już we wrześniu i niepewność, jaką  już na co dzień odczuwają przedsiębiorcy w związku z kolejnymi planowanymi “ułatwieniami” ze strony polskiego rządu, jedyne wahanie prowadzących biznes brzmi: Anglia czy Irlandia? Im bardziej absurdalna sytuacja spotyka polski biznes ze strony rządzących, tym większa liczba przedsiębiorców zauważa szansę dla swojego biznesu poza Polską.

 

Wielka Brytania: minimum formalności i biurokracji

Przedsiębiorcy, którzy kiedykolwiek prowadzili firmę w Polsce, a później przenieśli się do Wielkiej Brytanii chóralnie deklarują, że do Polski nie powrócą. 16 lipca na brytyjskich stronach rządowych opublikowana została informacja, że w przeciągu ostatniego roku zanotowano wyraźny wzrost (ponad 8,5%) inkorporacji nowych spółek limited. 672,890 nowych firm to najlepszy wynik od 2009 roku i niemały w tym udział mieli właśnie polscy przedsiębiorcy.

Rejestracja firmy w Anglii cechuje się prostotą i nie wymaga fizycznej obecności w brytyjskim urzędzie – cały proces możemy przeprowadzić online. Brytyjski system prawno-podatkowy cechuje się niską biurokracją, prowadzenie firmy wymaga minimum formalności. Kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii wynosi aż 12 500 funtów (około 60 tys. złotych), co oznacza iż, wynagrodzenie dyrektora spółki oraz jej pracowników do tej kwoty jest zwolnione z podatku. Dodatkowo udziałowiec spółki nie płaci żadnego podatku od dywidend do wysokości 2000 funtów (około 10 tys złotych) w ciągu roku. To pozwala wypłacić ponad 67 tys. złotych w ciągu roku bez konieczności zapłaty ani pensa podatku.  Wysokość składki na ubezpieczenie (NI – National Insurance) dyrektora spółki limited jest zależna od wysokości osiąganego wynagrodzenia za pracę na rzecz spółki. Przy miesięcznych dochodach do wysokości 702 funtów (około 3400 złotych) dyrektor spółki nie płaci żadnych składek na ubezpieczenie. Podatek dochodowy spółek (CIT) w Wielkiej Brytanii wynosi 19-proc. Należny podatek należy zapłacić dopiero 9 miesięcy po upływie roku podatkowego.

 

Irlandia: bez podatku nawet przez 3 lata

Irlandia od lat zajmuje czołowe pozycję w rankingach tworzenia najlepszych warunków dla biznesu. Tu swoje europejskie siedziby ulokowali giganci – Facebook, Google, Amazon.

Irlandia może się pochwalić jedną z najwyższych kwot wolnych od podatku w Europie i rozbudowanym systemem ulg. Wynagrodzenia dyrektora spółki limited oraz jej pracowników do wysokości tej kwoty jest zwolnione z jakiegokolwiek opodatkowania. Stawka podatku CIT w Irlandii wynosi 12,5% i jest tym samym jedną z najniższych stawek podatku od dochodów spółek w Europie. Poza tym przedsiębiorcy rozpoczynający działalność w niektórych branżach nie muszą odprowadzać podatku CIT przez pierwsze 3 lata, jeśli jego przychody nie przekraczają w tym czasie 1 mln euro. Zaletą rejestracji spółki w Irlandii jest niewielka kwota wymaganego kapitału zakładowego. Minimalny kapitał zakładowy spółki wynosi 250 euro i jest on deklarowany (nie ma konieczności wnoszenia kapitału do spółki w momencie rejestracji firmy).

Agnieszka Moryc, Dyrektor Zarządzająca Admiral Tax (www.admiral.tax)

Gaz z USA tańszy od rosyjskiego o 20-30%?

Dostawy amerykańskiego gazu skroplonego wypychające Gazprom z Polski, to zły sen koncernu z Petersburga, który może się spełnić już za niespełna trzy lata.

– Przewodniczący PiS skierował list z okazji zawinięcia do Polski pierwszej długoterminowej dostawy LNG z USA i stwierdził w tym liście, że gaz skroplony ze Stanów Zjednoczonych może być o 20 proc., a nawet 30 proc. tańszy od kontraktu jamalskiego czyli umowy na dostawy gazu z Rosji pomiędzy PGNiG a Gazpromem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl. – Kontrakt jamalski to najdroższa oferta na rynku polskim w chwili obecnej, a jest tak ponieważ ta umowa jest indeksowana do ceny ropy naftowej i ma dość drogą formułę, co powoduje, że jest to ropa droższa niż na europejskiej giełdzie. Natomiast kontrakt z USA jest porównywalny cenowo właśnie z cenami na giełdzie europejskiej.

Przełom wynikający z podpisania umowy PGNiG-Cheniere polega na tym, że dostawy będą realizowane z klauzulą Delivery Ex-Ship (DES) w ilości:

  • w latach 2019-2022: ok. 0,73 mld m3 gazu po regazyfikacji łącznie w całym okresie;
  • w latach 2023-2042: ok. 39 mld m3 gazu po regazyfikacji łącznie w całym okresie, tj. ok. 1,95 mld m3 gazu po regazyfikacji rocznie.

Dlaczego od 2023 roku wolumen skoczy ponad dwudziestokrotnie w górę? Bo właśnie z końcem 2022 roku kończy się kontrakt jamalski.

Przełomowość kontraktu polega zaś na tym, że – przynajmniej według innych deklaracji władz polskich – jest on konkurencyjny do oferty na giełdach europejskich.

– Oznacza to, że może być konkurencyjny do oferty rosyjskiego Gazpromu po 2022 roku, jeśli ten będzie walczył o udziały na polskim rynku po utracie kontraktu jamalskiego – wyjaśnia W.Jakóbik. – Natomiast wszelkie wyliczenia dodające do ceny koszty dostaw można wyrzucić do kosza, bo klauzula DES przenosi ten koszt na dostawcę.

Dlaczego tak tanio? Cheniere potrzebowała umowy z PGNiG do uzasadnienia rozbudowy terminali LNG w Sabine Pass i Corpus Christi. Długi termin i duży wolumen dostaw do Polski dodatkowo uzasadnia rabat.

Koniec drogiego gazu od Rosji? Import z USA może zmusić Gazprom do obniżenia ceny

Według danych PGNiG z roku 2018, aż 75% gazu importowanego do Polski pochodziło z Rosji. Z rosyjskim importerem – Gazpromem – mamy podpisany długoterminowy kontrakt importowy, który wygasa w 2022 roku. Do dzisiaj więc – od pierwszych lat po transformacji – Rosja pozostaje głównym dostarczycielem gazu, a także ropy, na polski rynek. To jednak może się zmienić. Dzięki większemu wydobyciu gazu przez Stany Zjednoczone, kraj ten dołączył do liczących się globalnie importerów. Polska zamierza więc importować z USA więcej gazu – co nie tylko opłaci się nam pod względem politycznym, lecz także ekonomicznym. Duża zależność od Rosji pod względem importu surowców jest bowiem strategicznym zagrożeniem dla naszego państwa – a ceny, które Gazprom wynegocjował z Polską, pozostają bardzo wysokie.

– Zbyt duża zależność od importu z Rosji stworzyła ryzyko polityczne dla kraju, a także zmniejszyła możliwość wynegocjowania z Rosją niskiej ceny na importowany gaz i ropę naftową. To nie jest dobra sytuacja, zarówno z ekonomicznego jak i strategicznego punktu widzenia – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Koszt produkcji gazu w USA maleje i oferowane przez nie ceny są konkurencyjne – nie tylko w stosunku do Rosji, ale w skali światowej. Nie jest wykluczone, że pod presją konkurencyjnych dostaw gazu ze Stanów Zjednoczonych, Gazprom zaproponuje nam w najbliższych latach niższą cenę gazu. Porównywalną do tej ceny, jaką ma w relacjach z Niemcami i Austrią – które kupują od Rosji gaz po niższych stawkach niż Polska – zaznacza Gomułka.