Zbyt szybkie wprowadzanie składek ZUS w umowach zleceniach może zaowocować negatywnym wpływem na rynek pracy

Na skutki przyspieszenia reformy narażone są przede wszystkim osoby zatrudnione w sektorze: „administrowanie i działalność wspierająca” – wynika z ekspertyzy Warszawskiego Instytutu Studiów Ekonomicznych (WISE Institute) przygotowanej na zlecenie Konfederacji Lewiatan.
Każdy z 4 scenariuszy – określający konsekwencje przyszłego oskładkowania umów zleceń – pokazuje również, że 12-miesięczny okres vacatio legis w znacznym stopniu łagodzi niepożądane następstwa zmian, które zostały uwzględnione w nowej ustawie. Co istotne, korzyści te dotyczą wszystkich uczestników rynku: zarówno pracowników, jak i pracodawców oraz budżetu państwa.Planowane przez polski rząd zmiany dotyczące funkcjonowania umów zleceń i umów o dzieło mają za cel poprawę sytuacji pracowników. Pracodawcy – z uwagi na istotne oszczędności – coraz częściej decydują się bowiem na korzystanie z umów zleceń, co w naturalny sposób wpływa na niższy zakres bezpieczeństwa zatrudnionych. Mimo społecznie słusznych postulatów, lekarstwa na podstawowy problem – dostosowania przedsiębiorstw i pracujących w nich osób do nowych warunków rynkowych – dotychczas nie przedstawiono.
Odpowiedzią na brak pogłębionej analizy są wyniki ekspertyzy przeprowadzonej przez WISE. Według badań warszawskiego Instytutu zapewnienie przedsiębiorcom minimum 12-miesięcznego vacatio legis w znaczącym stopniu wpłynie na złagodzenie skutków potencjalnego ozusowania umów zleceń obowiązkową składką ZUS. Potwierdzają to 4 symulacje scenariuszy, prezentujących reakcje uczestników rynku pracy na zmiany w ustawie:Scenariusz nr 1. Przedsiębiorcy dążą do równowagi makroekonomicznej: redukują udział umów o pracę na korzyść oskładkowanych umów zleceń:
• Pracodawcy decydują się na całkowite odejście od umów o pracę na korzyść oskładkowanych umów zleceń.
• Zadaniem przedsiębiorcy jest zbilansowanie kontraktów, czyli zachowanie dotychczasowego poziomu rentowności firmy.
• W przypadku 3-miesięcznego vacatio legis, przejście z umowy o pracę na oskładkowaną umowę zlecenie będzie dotyczyło 56% etatowych pracowników.
• Wydłużenie okresu przejściowego do 12 miesięcy pozwala pracodawcom na odpowiednie dostosowanie, które skutkuje wyraźnie mniejszą migracją na poziomie 26% i 30 punktów procentowych mniej w porównaniu do 3-miesięcznego vacatio legis.

Scenariusz nr 2. Przedsiębiorcy dążą do równowagi mikroekonomicznej: redukują część pracowników:
• Przedsiębiorcy redukują kadry do momentu, w którym pracownik zarabia na swoje wynagrodzenie i jest rentowny. W ten sposób firmy będą redukowały zatrudnienie o około 8%. Decyzja ta jest także równoznaczna ze zmniejszeniem skali wykonywanej pracy lub obniżeniu jej jakości.
• Wprowadzenie 3-miesięcznego vacatio legis pozwala na zbilansowanie kontraktu po zmniejszeniu liczby pracujących na umowę zlecenie o 7%.
• 12-miesięczny okres przejściowy przyczyni się do konieczności ograniczenia kadr jedynie o 3%.

Scenariusz nr 3. Przedsiębiorcy stosują wariant mieszany: redukują część pracowników oraz przenoszą część pracowników z umowy o pracę na rzecz oskładkowanej umowy zlecenia:
• Przedsiębiorca dywersyfiikuje ryzyko, które powstanie po wprowadzeniu oskładkowania umów zleceń.
• W tym wypadku zachowanie rentowności przy 3-miesięcznym vacatio legis wiązać się będzie z koniecznością transferu z umów o pracę na umowy zlecenia 8% personelu przy jednoczesnej redukcji pracujących na umowy zlecenia o 6%.
• Jeśli okres przejściowy będzie wynosił 12 miesięcy, bilansowanie kontraktu zapewni konwersja do umów zleceń 9% zatrudnionych oraz redukcja pracujących na umowy zlecenie jedynie o 2%.

Scenariusz nr 4. Przedsiębiorcy wchodzą w szarą strefę: część pracowników otrzymuje wynagrodzenie netto bez umowy:
• Zdecydowanie najbardziej niepożądany scenariusz, bo wiąże się z łamaniem prawa przez pracodawców.
• Biorąc pod uwagę możliwość jego zaistnienia, zwraca uwagę fakt, że aby kontrakt mógł się zbilansować także po oskładkowaniu umów zlecenia, migracja do szarej strefy dotknie około 30% zleceniobiorców w przypadku 3-miesięcznego vacatio legis.
• Wydłużenie okresu do 12 miesięcy pozwoli z kolei ograniczyć przepływ zleceniobiorców do szarej strefy o ponad połowę (50%).

Opisane wyżej scenariusze – mimo tego, że przedstawiają różne strategie przedsiębiorstw dążących do optymalizacji swoich działań w zmienionych warunkach biznesowych – potwierdzają pozytywny wpływ wydłużonego vacatio legis na wszystkich uczestników rynku pracy. Warto bowiem zwrócić uwagę, że prócz czynników fundamentalnych, do jakich należą: poziom zatrudnienia i skala działalności, odpowiednio długi okres przejściowy gwarantuje także bezpieczeństwo wpływów do budżetu państwa, gdyż zapobiega drastycznemu wzrostowi przepływu pracowników do szarej strefy.

Konfederacja Lewiatan

Firmy lepiej oceniają przyszłość niż obecny rok

W 2014 r. przedsiębiorstwa mikro, małe i średnie są ostrożne w swoich decyzjach dotyczących zatrudniania, wynagradzania i inwestycji. Natomiast bardziej optymistycznie spoglądają na 2015 rok – wynika z badania „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.”, przygotowanego przez Konfederację Lewiatan.
Polska gospodarka rosła 1. połowie 2014 r. w tempie 2-krotnie szybszym niż w 2013 r. bazując na spożyciu indywidualnym, inwestycjach (głównie przedsiębiorstw) oraz eksporcie netto. Prawie 50 proc. PKB wytworzyły mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa. One też zatrudniają ok. 60 proc. osób zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw (a pracuje w nich 70 proc. pracujących w sektorze przedsiębiorstw). Inwestycje w ok. 50 proc. realizowane są właśnie przez MMŚP. Tylko w eksporcie uczestniczą w relatywnie mniejszym stopniu. Dlatego bardzo ważne jest, szczególnie w kontekście narastającego kryzysu rosyjskiego, jak MMŚP oceniają koniunkturę gospodarczą i jakie mają plany jeszcze na ten rok i na 2015 r. – czy prognozują wzrost przychodów, czy będą zatrudniać i podnosić wynagrodzenia, jakie mają plany inwestycyjne, czy wzrośnie ich zainteresowanie rynkami zewnętrznymi? Jak widzą możliwości wzrostu eksportu? Czy będą wdrażać innowacje produktowe, kupować nowe technologie? I czy będą panują w większym stopniu korzystać z kredytów? Od ich decyzji w tych obszarach zależeć będzie bowiem stan naszej gospodarki, to czy uda się utrzymać wzrost gospodarczy w 2014 r. na poziomie ponad 3 proc., a w 2015 r. przyspieszyć do blisko 4 proc.Ostrożne oceny 2014 roku
Wyniki badania „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.” wskazują, że w 2014 r. przedsiębiorstwa mikro, małe i średnie są w swoich decyzjach dotyczących zatrudniania, wynagradzania, inwestycji ostrożne. Badanie było przeprowadzone w okresie 06 maja-18 lipca br., czyli w czasie, gdy firmy mogły już odczuwać pierwsze gospodarcze konsekwencje pogarszania się sytuacji politycznej między Rosją a Ukrainą, ale przede wszystkim mogły już oceniać potencjalny rozwój sytuacji i dostosowywać do tych ocen swoje plany na rok bieżący. Tym bardziej, że od dawna wiedzą, że Rosja wykorzystywała, wykorzystuje i zapewne będzie wykorzystywała „broń” handlową dla realizacji swoich politycznych celów. Z punktu widzenia firm z sektora MMŚP sytuacja gospodarcza obarczona jest zatem znacznie większymi ryzykami niż jeszcze w końcu ubiegłego roku, co firmy włączają do swoich bieżących kalkulacji biznesowych.W efekcie ciągle dużo, bo ponad 20 proc. MMŚP, obawia się spadku przychodów w 2014 r. (w stosunku do 2013 r.), ale o poprawie sytuacji jest przekonane ponad 36 proc. firm. Jednak widać wyraźną różnicę między firmami średnimi a mikro- i małymi. Firmy średnie (zatrudnienie 50-249) nie widzą w tak szarych barwach możliwości zwiększania przychodów, jak firmy małe, a szczególnie mikro. A to przecież wśród nich jest najwięcej eksporterów, bo blisko 50 proc., z których 2/3 prognozuje w 2014 r. wzrost sprzedaży na eksport.
Silne różnice występują także między poszczególnymi sektorami gospodarki – obaw nie widać wśród firm z sektora informacja i komunikacja, a także wśród firm z sektora opieka zdrowotna i pomoc społeczna. Badania MMŚP z poprzednich lat wskazują, że rozwój mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z sektora informacja i komunikacja jest w relatywnie niewielkim stopniu zależny od koniunktury gospodarczej, co dobrze rokuje tak tym przedsiębiorstwo, jak i polskiej gospodarce, bowiem ten sektor jest jednym z nowocześniejszych. Natomiast dobre oceny sytuacji w 2014 r. firm z sektora opieka zdrowotna wskazują na zmiany w strukturze demograficznej polskiego społeczeństwa, a także na większe zainteresowanie zdrowiem i większą o niego dbałość, co byłoby trudne do uzyskania, gdyby dochody polskich gospodarstw domowych nie rosły.

Niewielki wzrost zatrudnienia

Ostrożność i wstrzemięźliwość MMŚP dotycząca sytuacji gospodarczej i możliwości rozwojowych firm w 2014 r. w największym stopniu dotyczy skłonności do zatrudniania. Mniej firm niż w 2013 r. deklaruje wzrost zatrudnienia, ale jednocześnie mniej firm rozważa zwolnienia pracowników. Widać wyraźne oczekiwanie na rozwój sytuacji geopolitycznej. Szczególnie mikroprzedsiębiorstwa są ostrożne w decyzjach związanych z zatrudnieniem. Małe i średnie firmy widzą przestrzeń do wzrostu zatrudnienia w 2014 r., ale jest ona niewielka. Zatem sytuacja na rynku pracy będzie się w br. poprawiała, ale w niewielkim stopniu i zapewne głównie dzięki firmom dużym.

Tę ostrożność widać także patrząc na MMŚP przez sektory gospodarki. Poza przemysłem i opieką zdrowotną, gdzie nieco więcej firm niż w innych sektorach (ponad 16 proc.) zwiększyło w 2014 r. zatrudnienie lub planuje jeszcze jego wzrost, w pozostałych sekcja gospodarki plany dotyczące wzrostu zatrudnienia są niewielkie, a w sektorze obsługa nieruchomości będziemy dalej obserwować spadki.

Dużo lepiej wyglądają plany dotyczące wynagrodzeń. Widać wyraźnie, że firmy – już nie tylko ze względu na prawo pracy, ale także na niepewność wynikającą z sytuacji geopolitycznej – wolą podnosić wynagrodzenia, zatrudniać w godzinach nadliczbowych, niż zwiększać zatrudnienie. Zdecydowanie więcej bowiem firm planuje wzrost wynagrodzeń niż wzrost zatrudnienia. Aczkolwiek w większości sektorów gospodarki skłonność do wzrostu wynagrodzeń jest mniejsza niż w 2013 r.

Niestety ostrożność dotknie także w 2014 r. inwestycji, których wzrost deklaruje mniej firm niż w 2013 r. Jednak i w tym przypadku można liczyć na firmy z sektora informacja i komunikacja oraz firmy oferujące usługi opieki zdrowotnej.

Jednak te firmy, które planują inwestycje, myślą o wprowadzaniu na rynek nowych produktów i usług, a także o zakupie nowych technologii.

Jednocześnie w 2014 r. nie zwiększy się skłonność MMŚP do korzystania z kredytów bankowych – tylko 6 proc. firm zwiększyła lub planuje jeszcze zwiększyć swoje zadłużenie w bankach. Ale także ok. 6 proc. firm zmniejszyło lub zmniejszy jeszcze w br. swoje zadłużenie w bankach. Potwierdza to obawy MMŚP dotyczące rozwoju sytuacji geopolitycznej – firmy nie chcą zwiększać zadłużenia w bankach obawiając się, czy będą w stanie je spłacić, jeśli sprawy zewnętrzne potoczą się niekorzystnie.

Lepsze perspektywy w przyszłym roku

Prognozy MMŚP na 2015 r. są znacznie bardziej optymistyczne, co nie oznacza, że wszystkie firmy widzą swoje możliwości rozwojowe w jasnych barwach. Ten optymizm wyrażany przez MMŚP wynika zapewne z dotychczasowych doświadczeń we współpracy gospodarczej z Rosją – nakładane w latach poprzednich embarga nie trwały długo i nie dotyczyły bardzo dużych grup produktów. Jednak tym razem może być inaczej, czego jak widać MMSP nie biorą pod uwagę. Poza mikroprzedsiębiorstwami, wśród których prawie 15 proc. prognozuje spadki przychodów. (wśród średnich firm jest to niespełna 4 proc.). Rok 2015 ma być kolejnym dobrym rokiem dla firm z sektora informacja i komunikacja, ale do tych firm dołączą przedsiębiorstwa z sektora działalność profesjonalna, naukowa i techniczna, a także firmy przemysłowe.

W tym kontekście ciekawie wyglądają prognozy MMŚP dotyczące zatrudnienia – bowiem tu ciągle widać wstrzemięźliwość w deklaracjach zwiększania liczby pracowników. Sytuacja ma być lepsza niż w 2014 r., ale nie odpowiadająca prognozom dotyczącym wzrostu przychodów, wynagrodzeń, czy inwestycji. We wszystkich sektorach gospodarki zatrudnieni powinno nieznacznie wzrosnąć – w największym stopniu w … informacji i komunikacji, ale także w przemyśle. Najsłabsza będzie sytuacja w sektorze rolno-spożywczym. MMŚP oceniają, że sytuacja geopolityczna poprawi się, ale jednocześnie nie deklarują większej skłonności do zatrudniania. Pokazuje to jak duże znaczenie mają dla firm z sektora MMŚP regulacje prawne dotyczące rynku pracy.

MMŚP prognozując wyraźny wzrost możliwości rozwojowych w 2015 r. (przychody) jednocześnie zakładają wzrosty wynagrodzeń – dwa razy więcej firm planuje w 2015 r. podnieść wynagrodzenia niż zwiększyć zatrudnienie. Plany takie mają wszystkie firmy, niezależnie od wielkości. Wynagrodzenia mają rosnąć we wszystkich sektorach gospodarki, ale najbardziej „otwarte” na ich wzrost są firmy z sektora informacja i komunikacja, a także firmy przemysłowe oraz prowadzące działalność profesjonalną, naukową i techniczną. Pokazuje to, gdzie mogą być wąskie gardła na rynku pracy, gdzie popyt na pracowników może przewyższać ich podaż.

Plany inwestycyjne MMŚP na 2015 r. są większe niż w 2014 r., ale i do inwestycji firmy podchodzą ostrożnie. Na pewno można (jak zwykle) liczyć na firmy z sektora informacja i komunikacja, a także – ale w nieco mniejszym stopniu niż w 2013 i 2014 r. – na firmy świadczące usługi opieki zdrowotnej.

Wyniki badania „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.” wskazują, że MMŚP starają się uwzględniać w swoich bieżących planach biznesowych możliwy rozwój sytuacji, stąd ich ostrożność w zatrudnianiu, inwestycjach, a także ocenie możliwości wzrostu przychodów w 2014 r. Jednocześnie jednak te, które zakładają, że osiągną wzrost – planują inwestycje, i co ważne – inwestycje w innowacje produktowe i zakup nowych technologii, co dobrze rokuje na przyszłość.

Natomiast ich oceny dotyczące możliwości rozwoju w 2015 r. pokazują, że będą w stanie „zapanować” nad ryzykami, które ograniczają ich biznesy dzisiaj, co dobrze rokuje wzrostowi naszej gospodarki w przyszłym roku.
*/ Dane wykorzystane do opracowania tej informacji prasowej pochodzą z badania przygotowanego przez Konfederację Lewiatan w ramach projektu „Monitoring kondycji sektora MMŚP w 2014 r.”. Wywiady realizowało CBOS. Badanie zostało przeprowadzone w okresie 06 maja – 18 lipca 2014 r. na losowej próbie 1100 mikro, małych i średnich przedsiębiorstw. To już 12. edycja badania sektora mikro, małych i średnich przedsiębiorstw realizowana przez Konfederację Lewiatan.

Prezentacja dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek

Konfederacja Lewiatan

 

W lipcu br. produkcja przemysłowa była o 2,3 proc. wyższa niż rok wcześniej – podał GUS.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Trzeci kwartał zaczął się w przemyśle dobrze, nie ziściły się obawy przedsiębiorstw, że przyjdzie głębsze załamanie.

Mimo wyraźnych sygnałów płynących z ostatniego odczytu wskaźnika PMI oraz z badania koniunktury gospodarczej GUS, wskazujących na spadek zamówień tak krajowych, jak i zagranicznych, produkcja sprzedana przemysłu w lipcu wzrosła silniej niż w czerwcu i to przy znacznie wyższej bazie (lipiec 2013 -106,3, czerwiec 2013 – 103,0). Dobrze ma się przetwórstwo przemysłowe. Co prawda, jego 3,3 proc. wzrost nie jest na miarę naszych potrzeb i oczekiwań, ale i tak jest dwukrotnie wyższy niż w czerwcu i też osiągnięty przy wyższej bazie.

Ciągle natomiast słabnie górnictwo – w lipcu spadek był silniejszy niż w czerwcu. Niezbyt dobrze radzi sobie również energetyka.

Nadal zbyt dużo działów przemysłu odnotowuje spadek produkcji (10). Szczególnie niepokoi sytuacja w działach „pozostały sprzęt transportowy” (-13,3 proc.), „chemikalia i produkcja chemiczna” oraz „artykuły spożywcze” (-2,3 proc.). W przypadku artykułów spożywczych możemy się spodziewać pogorszenia koniunktury w kolejnych miesiącach w związku z rosyjskim embargiem na wiele naszych towarów rolno-spożywczych.

Cieszy natomiast, że wśród 24 działów rosnących znajdują się przede wszystkim te związane z eksportem, m.in. producenci mebli, pojazdów samochodowych, maszyn i urządzeń, urządzeń elektrycznych. Widać, że nasze firmy mają ciągle silną pozycję na rynkach zagranicznych, co pozwala prognozować utrzymanie w trzecim kwartale 6-7 proc. dynamiki eksportu, nawet mimo zawirowań na rynku rosyjskim.

Kłopoty przeżywa budownictwo. Po niezłej wiośnie, w lipcu odnotowaliśmy niewielki 1,1 proc. wzrost przy bardzo niskiej bazie w lipcu 2013 roku (94,8). Co prawda , w stosunku do ubiegłego roku wzrosła wartość produkcji firm prowadzących budowę obiektów inżynierii lądowej i wodnej, a także realizujących roboty specjalistyczne, jednak w porównaniu z czerwcem spadek był znaczący, co dziwi, bo dla tych firm wakacje to najlepszy okres. Możliwe, że to efekt przesuwania fakturowania kolejnych etapów budów na późniejsze miesiące. A na pewno to efekt nie uruchomienia jeszcze pieniędzy unijnych, bowiem negocjacje z KE dotyczące Programów Operacyjnych ciągle trwają.

Konfederacja Lewiatan

Innowacyjne firmy zatrudniają znacznie chętniej niż inne

Nowe miejsca pracy częściej tworzą mniejsze firmy (do 500 pracowników), ponieważ przejmują one część zadań od dużych koncernów. Analitycy ADP Polska szacują, że wzrost zatrudnienia w sektorze tzw. nowoczesnej gospodarki w ciągu roku może sięgnąć 5 proc. W ślad za tym wzrostem powinno podążać również zapotrzebowanie na nowych pracowników w innych sektorach.

Jak wynika z ostatniego raportu ADP Polska, dostawcy rozwiązań do zarządzania kapitałem ludzkim, motorem wzrostu zatrudnienia w Polsce są firmy tzw. nowoczesnej gospodarki. Pod tym pojęciem firma rozumie przedsiębiorstwa innowacyjne, stosujące zaawansowane technologie i elastyczne organizacyjnie, które są liderami w swoich branżach. W drugim kwartale br. przyjęły one do pracy o 3,72 proc. więcej osób niż w tym samym okresie ub.r. Podobne wyniki notowane są w sektorze produkcyjnym i usługowym. W skali półrocza wzrost był jeszcze większy i wyniósł 4,06 proc.

– Traktujemy nowoczesną gospodarkę jako awangardę rynku. To firmy, które wyznaczają trendy pozostałym przedsiębiorstwom i notują lepsze wyniki finansowe. Podobnie dzieje się w innych krajach – komentuje Dariusz Terlecki, dyrektor sprzedaży i marketingu ADP Polska.

Przedsiębiorstwa tzw. nowoczesnej gospodarki, jak wyjaśnia dyrektor z ADP Polska, są bardziej innowacyjne i otwarte na nowe pomysły. W efekcie łatwiej dostosowują się do trudniejszych sytuacji. Z szybszym wzrostem zatrudnienia związane są rosnące nakłady inwestycyjne.

– W przypadku firm tzw. nowoczesnej gospodarki przedsięwzięcia takie są bardziej przemyślane – uważa Terlecki. – To są pieniądze wydawane nie tylko na nowe technologie, lecz także na rozwiązania organizacyjne, takie jak outsourcing. Firmy nowoczesne starają się specjalizować w swojej aktywności i skupiać na tym, co daje im przewagę na rynku oraz najszybszy wzrost przychodów i zysków. Natomiast wszystkie inne, poboczne obowiązki starają się oddać profesjonalistom, czyli firmą zajmującym się outsourcingiem.

Przedsiębiorstwa usługowe zaczynają podążać śladem produkcyjnych, małe biorą przykład z większych, a wzrost zatrudnienia zaczyna dotyczyć również firm z tzw. tradycyjnej gospodarki.

– To system naczyń połączonych – tłumaczy Dariusz Terlecki. – Zlecenia przepływają pomiędzy firmami większymi i mniejszymi z różnych sektorów, gałęzi i branż. Takiego zbliżenia należało oczekiwać.

Szybciej jednak, jak wynika z danych ADP Polska, rośnie zapotrzebowanie na pracę ze strony mniejszych, zatrudniających do 500 osób, przedsiębiorstw.

– Duże firmy często amortyzują wzrost liczby zleceń eksportem zadań do wykonawców i podwykonawców, również firm zewnętrznych, które outsourcują od nich poszczególne aktywności – wyjaśnia Dariusz Terlecki. – Dlatego wzrost zleceń w dużych firmach rozkłada się na zdania, które są zlecane własnym pracownikom, załodze i firmom zewnętrznym. Większy przyrost zatrudnienia w mniejszych przedsiębiorstwach wynika często z tego, że wykonują one zlecenia większych podmiotów.

Terlecki wskazuje, że okres od stycznia do czerwca br. to pierwsze od dwóch lat kwartały, podczas których Główny Urząd Statystyczny odnotował wzrost zatrudnienia w gospodarce. Na razie był on minimalny (wzrost o 0,7 proc. w II kw. i 0,5 proc. w I półroczu), ale w średniej perspektywie dwóch, trzech lat, zdaniem rozmówcy Newseria Biznes, będzie jednak postępować. W całym roku ADP Polska spodziewa się tam przyrostu etatów o ok. 5 proc.

– W kolejnych kwartałach zatrudnienie w całej gospodarce będzie wzrastać, bo tendencja jest stabilna – mówi Terlecki. – Potwierdzają to inne wskaźniki ekonomiczne. Gdy dwa lata temu wskazywaliśmy, że cała gospodarki jednak się odbije i podąży śladem sektora nowoczesnego, wielu nam nie ufało. Obecnie patrzą na wskaźniki GUS z niedowierzaniem. Minęło bowiem kilka miesięcy i rzeczywiście mamy do czynienia z taką sytuacją.

Według specjalisty ADP Polska wzrost zatrudnienia w tradycyjnej gospodarce będzie jednak powolny.

– W III kwartale nie nastąpi przełom – twierdzi Dariusz Terlecki. – W ciągu dwóch, trzech latach wzrost zatrudnienia będzie przypominał raczej maraton niż sprint. Nie ma bowiem takich zjawisk w gospodarce, których skutkiem mógłby być lawinowy przyrost zleceń i zapotrzebowania na pracę.

Zapaść w żegludze śródlądowej. To najsłabiej wykorzystywana gałąź transportu

Inicjatywy samorządów, takie jak przekop przez Mierzeję Wiślaną lub port przeładunkowy w Solcu Kujawskim, mogą wzmocnić pozycję żeglugi śródlądowej w Polsce. Obecnie to najsłabiej wykorzystywana gałąź transportu w kraju. Jest jednak szansa na jej ożywienie, bo ekologiczny transport rzekami i kanałami wspiera Unia Europejska. W Polsce brakuje jednak zarówno infrastruktury, jak i floty.

‒ Żegluga śródlądowa w Polsce przeżywa ciągle okres stagnacji. Owszem, są pewne symptomy ożywienia, ale na tle Unii Europejskiej polska żegluga wygląda bardzo słabo – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR. ‒ Paradoksalnie tę potrzebę bardziej doceniają samorządy, zwłaszcza wojewódzkie, które tworzą różnego rodzaju inicjatywy, występują z projektami ożywienia żeglugi w różnych miejscach. W Strategii Rozwoju Transportu są zapisane określone wskazówki, ale niewiele w tym zakresie się robi.

Kowalski podkreśla, że o ile dzięki unijnym środkom w ciągu ostatnich lat dokonano wielu inwestycji w innych gałęziach transportu, a kolejne modernizacje są zaplanowane w wieloletnich strategiach, żegluga śródlądowa była do tej pory pomijana. Jej udział w przewozach ładunków zmalał według GUS-u z 0,8 proc. w 2001 r. do 0,3 proc. w 2013 r. Choć w ub.r. odnotowano wzrost masy przewiezionych ładunków o ok. 10 proc., to równocześnie o prawie 6 proc. zmalała praca przewozowa.

Dla porównania w 2011 r. w Holandii żegluga śródlądowa stanowiła prawie 37 proc. całego transportu lądowego, a w Niemczech ponad 11 proc. Unijna średnia wyniosła ponad 6 proc.

‒ Jest to o tyle zaskakujące, że dysponujemy odpowiednią siecią rzek. Mamy szlak wzdłuż Odry, na niektórych odcinkach Wisła jest żeglowna. Są kanały, w dużej mierze jednak zaniedbane. Przede wszystkim brak nakładów ze strony państwa na infrastrukturę, która by tę żeglugę umożliwiała, jest przyczyną tego załamania – podkreśla Kowalski.

W Polsce jest 3655 kilometrów śródlądowych dróg wodnych. Jak wynika z danych GUS-u, w latach 60. było ich 4756 kilometrów, czyli o ponad 30 proc. więcej. Do tego tylko niecałe 6 proc. (214 kilometrów) spełnia obecnie wymogi dróg międzynarodowych. Reszta to drogi o znaczeniu regionalnym, którymi pływać mogą tylko niewielkie jednostki.

W Polsce brakuje też nowoczesnej floty. Spośród 209 zarejestrowanych pchaczy i holowników do barek ok. 75 proc. ma ponad 34 lata, a nie ma ani jednej jednostki, która ma mniej niż 13 lat.

Kowalski zauważa, że zmienić tę sytuację mogą inicjatywy samorządów, jak przekop przez Mierzeję Wiślaną wraz z rewitalizacją portu w Elblągu lub stworzenie portu przeładunkowego w Solcu Kujawskim, który odciążyłby trójmiejskie porty morskie. Do tego na Polskę presję wywierać będzie Unia, bo transport wodny jest jednym z najtańszych i najbardziej ekologicznych.

‒ W polityce transportowej UE żegluga jest stawiana na równi z koleją jako bezpieczna i ekologiczna forma transportu, dlatego jest silny nacisk na to, by ją rozwijać – mówi Kowalski. ‒ Może się okazać, że główne szlaki lądowe, przynajmniej na wybranych odcinkach, będą przeżywały okres przeciążenia. To rodzi też określone konsekwencje dla bezpieczeństwa ruchu.

Dodaje, że Polska powinna wykorzystać korzystny układ głównych rzek, łączących duże miasta z portami morskimi. Tradycyjnie żegluga śródlądowa była wykorzystywana przede wszystkim do transportu węgla i rud (w 2013 r. te kategorie towarów stanowiły łącznie ponad 62 proc. udziału w masie ładunków w żegludze śródlądowej), jak jednak Kowalski podkreśla, szansą jest również transport kontenerowy.

‒ Być może jest to nawet bardziej przyszłościowa forma przewozów, czyli połączenie przewozów żeglugą śródlądową z żeglugą morską albo transportem kolejowym i drogowym. W takiej konfiguracji na wybranych odcinkach żegluga może być realną alternatywą, obniżającą koszty transportu i koszty zewnętrzne w postaci negatywnego oddziaływania na środowisko – przekonuje Kowalski.

Dodaje, że nie można zapominać o przewozie osób. W Bydgoszczy tramwaje wodne stały się jednym z elementów miejskiego systemu komunikacji zbiorowej. To właśnie tabor pasażerski według GUS-u jest najnowocześniejszy w Polsce – ponad 20 proc. spośród 102 zarejestrowanych jednostek ma mniej niż 13 lat. W 2013 r. żegluga śródlądowa przewiozła nieco ponad milion pasażerów.

Rodzinne firmy mogą zyskiwać przewagę dzięki wysokiej specjalizacji

Dzięki wyspecjalizowaniu się w danej dziedzinie rodzinne przedsiębiorstwa mogą zyskiwać przewagę nad dużymi koncernami. Wprawdzie w Polsce biznesy pozostające w rękach jednej rodziny od wielu pokoleń nie są powszechne, ale – jak podkreślają przedstawiciele takich firm – od transformacji ustrojowej stopniowo rosną w siłę.

W Polsce według różnych szacunków funkcjonuje 1,8-2 mln małych i średnich przedsiębiorstw. Wypracowują one większość PKB i stanowią podstawę gospodarki. Dużą część tego stanowią firmy rodzinne. Jak wynika z danych Inicjatywy Firmy Rodzinne, w UE 60 proc. przedsiębiorstw to właśnie firmy rodzinne, a spośród 250 największych spółek na paryskiej giełdzie ponad połowa startowała jako rodzinny biznes.

– Firmy rodzinne w naszym kraju dopiero się rozwijają, ale mają przed sobą wielką perspektywę – mówi Elżbieta Grycan, współwłaścicielka rodzinnej firmy Grycan. – W Brazylii są firmy, które prowadzą działalność od 80 pokoleń. Polacy zaczęli budować takie przedsiębiorstwa w zasadzie dopiero po transformacji ustrojowej. Nie możemy się więc pochwalić takimi firmami, jakie funkcjonują w Brazylii. W Polsce najdalej drugie lub trzecie pokolenie prowadzi firmę, uruchomioną tuż przed drugą wojną światową.

Polska gospodarka jest jednak atrakcyjna dla rodzinnych biznesów. Takie firmy najczęściej prowadzą działalność w ściśle określonej specjalizacji i wiążą z nią swoją przyszłość. I to może być ich przewagą na rynku. W tym segmencie przedsiębiorstw rzadko zdarzają się sytuacje całkowitej zmiany branży. Znacznie częściej firmy opanowują swoje rzemiosło do perfekcji.

– Na przykład Ferrero Rocher jest firmą rodzinną, a jej obroty sięgają miliardów euro – mówi Elżbieta Grycan. – Takie firmy mogą konkurować wysoką specjalizacją i ciągłym zgłębianiem danej dziedziny. Na spotkaniach z przedstawicielami firm rodzinnych słucham opowieści ludzi, którzy zaczynali od niewielkiego biznesu 25 lat temu, a teraz prowadzą duże firmy. Na pewnym etapie okazywało się, że ci ludzie znają się na tym, co robią, i dobrze wiedzą, jak to robić.

Jak podkreśla, równie ważne jak specjalizacja jest także odpowiednie podejście do prowadzonego biznesu. A to w firmach rodzinnych jest nieco inne niż w innych przedsiębiorstwach.

– Firma rodzinna myśli o rozwoju, nie satysfakcjonuje się tylko tym, co w danym momencie przynosi zysk, ale dokonuje pewnych inwestycji na przyszłość, myśląc o dzieciach czy wnukach, którym chce później przekazać firmę – uważa Elżbieta Grycan.

Pod obecną marką (Grycan – Lody od pokoleń) firma funkcjonuje od 10 lat. Posiada blisko 130 lodziarni w kraju i współpracuje z partnerami w krajach europejskich i azjatyckich.

W tym roku ze spółki zarządzającej Lotniskiem Chopina odejdzie 800 osób

Przemysław Przybylski
Około 250 mln złotych będzie kosztowało Przedsiębiorstwo Państwowe „Porty Lotnicze” odejście z pracy ok. 800 osób. Dzięki restrukturyzacji zatrudnienia w ciągu niespełna trzech lat spółka wyjdzie na prostą i zacznie na siebie zarabiać. Ponieważ część osób korzystających z programu dobrowolnych odejść trzeba zastąpić, całkowite zatrudnienie w spółce zarządzającej warszawskim Lotniskiem Chopina zmniejszy się o ok. 500 osób.

‒ Porty lotnicze są w procesie głębokiej restrukturyzacji. Do końca czerwca w ramach programu dobrowolnych odejść z pracy odeszło ok. 500 osób i w tej chwili zatrudnienie zmniejszyło się do poziomu 1700 osób – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Przemysław Przybylski, rzecznik prasowy PPL. ‒ Łącznie z przedsiębiorstwa odejdzie ok. 800 osób, 300 osób jeszcze do końca tego roku. Na część stanowisk opuszczonych przez osoby korzystające z programu dobrowolnych odejść musieliśmy jednak ogłosić nabory.

Przybylski podkreśla, że dotyczy to stanowisk, na których brak obsady zakłócałby funkcjonowanie lotniska, m.in. dotyczy to Służby Ochrony Lotniska. Na początku czerwca lotnisko ogłosiło nabór 230 pracowników do tej służby. Łącznie do pracy spółka przyjmie ok. 300 nowych pracowników, przez co zatrudnienie netto zmniejszy się w porównaniu ze stanem sprzed rozpoczęcia restrukturyzacji o ok. 500 osób. Po zakończeniu zmian w PPL ma być ok. 1700 pracowników.

Odejście 800 osób będzie kosztować spółkę 250 mln zł. Wynika to m.in. z kosztów odpraw zapisanych w rozwiązanym 10 marca zakładowym układzie zbiorowym pracy. Według niego pracownicy odchodzący z PPL mogli liczyć na równowartość nawet 3-letniej pensji po zaledwie 10 latach spędzonych w spółce.

‒ Szacujemy, że koszt restrukturyzacji zatrudnienia zwróci nam się w przeciągu niespełna trzech lat, czyli o podobną kwotę zmniejszy się fundusz wynagrodzeń w przedsiębiorstwie. To znaczy, że w przeciągu trzech lat wyjdziemy na prostą i przedsiębiorstwo będzie mogło znów na siebie zarabiać – prognozuje Przybylski.

Dodaje, że nie ma już groźby strajku pracowników. Negocjowany jest nowy zakładowy układ zbiorowy pracy. Termin zakończenia tych negocjacji to koniec września i Przybylski ocenia, że uda się go dotrzymać.

Poza restrukturyzacją zatrudnienia trwa także opracowywanie nowej strategii PPL oraz poprawa wydajności i efektywności kosztowej przedsiębiorstwa.

Zmiany w spółce zarządzającej Lotniskiem Chopina i posiadającej udziały w niemal wszystkich polskich portach regionalnych były niezbędne, bo w 2013 r. PPL mógł stracić nawet 50 mln zł. Do tego 800 z 2,2 tys. pracowników spółki było zatrudnionych w administracji, a zgodnie z informacjami podawanymi przez „Rzeczpospolitą”, aż 50 proc. kosztów PPL stanowił fundusz pracy. Zadanie poprawy wyników spółki dostał dyrektor naczelny PPL Michał Kaczmarzyk, który w lutym br. zastąpił na tym stanowisku Michała Marca.

DM mBanku: Sprzedaż samochodów w Europie będzie dalej rosnąć. Akcje Boryszewa są już jednak za drogie

CEO Magazyn Polska

Boryszew korzysta na wzroście sprzedaży samochodów w Niemczech i pozostałych krajach strefy euro. Spółka pracuje również nad poprawą marż i rozważa inwestycje na zagranicznych rynkach wraz z niemieckimi koncernami. Analitycy DM mBanku prognozują znaczącą poprawę wyników, począwszy od II kwartału 2014 r., ale ich zdaniem potencjału do dalszego wzrostu cen akcji już nie ma.

Od momentu scalenia akcji 2 kwietnia br. kurs akcji Boryszewa wzrósł o niemal 25 proc.

Spółka Boryszew bardzo dobrze zachowywała się na warszawskim parkiecie od początku roku. Było to efektem bardzo dobrych nastrojów wokół branży automotive. Sprzedaż nowych aut na Starym Kontynencie odnotowywała pozytywne dynamiki od początku roku zarówno na peryferiach, czyli w Hiszpanii i Portugalii, jak i w gospodarce niemieckiej, która najwięcej tych aut konsumuje. Akcje Boryszewa korzystały zarówno na bardzo dobrym otoczeniu sprzedażowym dla nowych aut, jak i na rosnących wynikach finansowych spółki – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jakub Szkopek, analityk Domu Maklerskiego mBanku.

Analityk DM mBanku prognozuje, że sprzedaż samochodów w Europie będzie rosła także w drugiej połowie 2014 r. Po jednorazowym spadku w czerwcu w następnym miesiącu zanotowano pozytywną dynamikę sprzedaży na Starym Kontynencie. W rezultacie wyniki finansowe Boryszewa mają być znacząco lepsze, począwszy od drugiego kwartału br.

Z uwagi na niską bazę wyników w roku poprzednim, ponieważ Boryszew dopiero co restrukturyzuje swoje aktywa produkcyjne, zakładamy, że dynamika będzie dosyć wysoka. Natomiast z uwagi na to, że dzisiejsza wycena również jest stosunkowo wysoka w porównaniu z wynikami, stajemy się coraz bardziej pesymistyczni, jeśli chodzi o potencjał wzrostu akcji spółki – twierdzi Szkopek.

Jego zdaniem aktualna wycena Boryszewa jest wysoka w porównaniu z zagranicznymi spółkami z tej samej branży. Bieżący wskaźnik cena/zysk przekracza 100, z kolei wskaźnik cena/wartość księgowa jest wyższy od 2.

Akcje Boryszewa wyceniane są dzisiaj z dwucyfrową premią w stosunku zarówno do poddostawców europejskich, jak i amerykańskich na rynkach alternatywnych, co również może przemawiać za tym, że potencjał spółki ulega wyczerpaniu. W przypadku wyceny Boryszewa trzeba też uwzględnić dosyć wysokie zadłużenie, które dzisiaj sięga czterokrotności wartości EBITDA generowanej przez grupę za ostatnie cztery kwartały. Zestawiając to z tym, że spółka się rozwija i dużo wydaje na rozwój, można przypuszczać, że w przyszłości zadłużenie może być problematyczne – uważa Jakub Szkopek.

Szczególnie dobry pod względem wyników dla Boryszewa ma być 2015 r. Obok dalszego wzrostu sprzedaży nowych pojazdów oraz części samochodowych, spółka powinna poprawić marże dzięki restrukturyzacji aktywów produkcyjnych, które nabywała od 2010 r. Dla długoterminowych perspektyw Boryszewa kluczowy będzie rozwój współpracy z partnerami na niemieckim rynku, zwłaszcza z Volkswagenem, do którego trafia około 70 proc. produkcji Grupy.

W ostatnim czasie obserwujemy zainteresowanie ze strony Volkswagena czy innych koncernów niemieckich, by produkować w miejscach, które są strategiczne z punktu widzenia tych koncernów. W Rosji Boryszew w kooperacji z Volkswagenem stawiał swoją fabrykę, niewykluczone, że taka współpraca będzie miała miejsce także na innych kontynentach – mówi analityk DM mBanku.

Coca-Cola zapowiada kolejne inwestycje w Polsce. Pracuje także nad nowymi produktami

0

CEO Magazyn Polska

Po zakończeniu rozbudowy zakładu produkcyjnego w Radzyminie Coca-Cola zapowiada kolejne projekty w Polsce. To dowód na to, że z polskim rynkiem koncern wiąże duże nadzieje. Przedstawiciele firmy zapowiadają również inwestycje w rozwój produktów ze swojego portfolio, bo – jak podkreślają – Polacy lubią nowości.

Jak zapewnia Coca-Cola, polski rynek jest ważny dla koncernu. Świadczą o tym prowadzone i planowane inwestycje. W maju firma zakończyła trzyletnie przedsięwzięcie w Radzyminie, swoim największym w Polsce zakładzie produkcyjnym. Inwestycja kosztowała ok. 170 mln zł. Rozbudowany został zakład, centrum logistyczne oraz zautomatyzowano magazyn.

To bardzo duże przedsięwzięcie, dzięki któremu nasze moce produkcyjne wzrosną o około 63 proc. – podkreśla Iwona Jacaszek, dyrektor ds. korporacyjnych spółki Coca-Cola HBC w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes.

Dużą wagę koncern przywiązuje do inwestycji w swoje marki i rozwój produktów. Zdaniem Jacaszek Polacy są otwarci na nowości. To stwarza możliwości modyfikacji istniejących produktów. Przykładowo na rynek wprowadzono Sprite, jeden z najpopularniejszych napojów gazowanych, z dodatkiem naturalnego słodzika, stewii. Dzięki temu kaloryczność napoju spadła o ok. jedną trzecią. Ale zdaniem Iwony Jacaszek konsumenci oczekują także zupełnych nowości.

To pole do popisu dla producentów napojów funkcjonalnych, do których dodawane są witaminy, owocowych zawierających nie tylko owoce, lecz także zioła, oraz produktów na bazie herbaty. Możliwości jest sporo. Niemal wszyscy producenci idą w tym kierunku – wskazuje Iwona Jacaszek.

Coca-Cola jest liderem polskiego rynku napojów bezalkoholowych. Ze swoim sztandarowym produktem króluje na półce napojów gazowanych. Zajmuje także wysoką pozycję na rynku herbat.

W naszym portfolio znajdują się produkty ze wszystkich kategorii. Będziemy więc proponować sporo nowości – zapewnia dyrektor ds. korporacyjnych Coca-Cola HBC.

Jej zdaniem producenci i dystrybutorzy napojów muszą zwracać uwagę nie tylko na zmieniające się przyzwyczajenia klientów w kwestii smaków i rodzajów wybieranych napojów, lecz także w kwestii miejsca robienia zakupów. Od kilku lat zamiast do hipermarketów konsumenci coraz częściej kierują się w stronę dyskontów. Zakupy chcą robić również w usytuowanych blisko miejsca zamieszkania sklepach typu convenience. Trend ten zauważyli na przykład właściciele dużych sieci, takich jak Carrefour czy Tesco, którzy w ostatnich miesiącach rozwijają sklepy mniejsze, na przykład Carrefour Express. Szybko rośnie także kanał sprzedaży poprzez stacje benzynowe. Charakterystycznym trendem rynkowym – zdaniem Iwony Jacaszek – jest rozwój sieci sklepów specjalistycznych, czyli oferujących takie produkty, jak dania regionalne czy żywność ekologiczną.

Dyrektor w Coca-Cola HBC podkreśla, że koncern dba również o inne potrzeby konsumentów. W tym celu inwestuje w komunikację marketingową zarówno całej firmy, jak i poszczególnych marek ze swojego portfolio.

Zaczęliśmy właśnie kampanię „Czujesz to? Powiedz to piosenką” – informuje Jacaszek. – To ciąg dalszy kampanii „Connect” z zeszłego roku, podczas której na produktach umieściliśmy imiona, dając konsumentom możliwość indywidualizacji. To coś unikatowego na polskim rynku, co obrazuje, jak bardzo dbamy o konsumentów. Sprowadziliśmy także do Polski Puchar FIFA. Kibice mogli przyjść, zobaczyć i zrobić zdjęcia.

Polska ma szanse stać się liderem usług biznesowych na świecie

CEO Magazyn Polska

Coraz lepiej wykształceni absolwenci wchodzący na rynek pracy, współpraca przedsiębiorstw z uczelniami, kompetentna i etyczna kadra oraz wypracowana przez ostatnie dziesięć lat renoma, to dlatego coraz więcej korporacji poszukuje w Polsce firm do obsługi procesów biznesowych. Jak wynika z danych Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych, w ciągu ostatnich pięciu lat ponad połowa nowych miejsc pracy nad Wisłą powstała dzięki tej branży.

Zarówno w centrach outsourcingu procesów biznesowych (BPO), jak i w centrach usług wspólnych (SSC) dynamicznie rośnie zatrudnienie. W ubiegłym roku działające na terenie Polski centra dawały pracę ponad 100 tys. osób. W ciągu ostatnich pięciu lat, jak wskazują eksperci skupiającego firmy tej branży Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych w Polsce (Association of Business Service Leaders in Poland, w skrócie ABSL), ponad połowa nowych miejsc pracy nad Wisłą powstała dzięki centom usług i obsługi biznesu.

Jak tłumaczy Jolanta Jaworska, wiceprezes zarządu ABSL, Polska wybierana jest przez międzynarodowe korporacje, ponieważ to największy kraj Europy Środkowo-Wschodniej, z ogromnym potencjałem na rynku pracy i dobrymi prognozami gospodarczymi.

W polskich centrach usług pracuje dużo młodych ludzi z coraz lepszym wykształceniem wyjaśnia Jolanta Jaworska.  Myślę, że na wybór Polski wpływ ma również kreatywność pracowników, ich etyczna postawa i już ugruntowana renoma.

Pierwsze centra usług wspólnych i centra outsourcingowe zaczęły pojawiać się w Polsce ponad 10 lat temu. Na początku zajmowały się one głównie obsługą najprostszych procesów.

Sprawdziły się, więc nad Wisłą zaczęli zamawiać usługi najwięksi zachodni gracze. Miejscowe przedsiębiorstwa także przekonały się, że nie wszystkie procesy muszą wykonywać samodzielnie. Obecnie kolejne, wielkie firmy światowe przyglądają się polskiemu rynkowi mówi Jaworska.  Również oferta polskiego rządu, jeżeli chodzi o wsparcie finansowe dla rozwoju tego sektora, korzystnie wpływa na potencjał firm działających w tej branży.

Popyt na krajowe centra usług biznesowych rośnie gwałtownie. Według ubiegłorocznego rankingu fDi Markets dziennika „Financial Times” Polska zajmuje trzecie miejsce na świecie w branży, ustępując jedynie tradycyjnym liderom, Indiom i Malezji.

Po boomie w Indiach, gdzie setki tysięcy osób pracują w tym sektorze, Polska ma szansę przejąć najbardziej wyrafinowane usługi, na przykład finansowe uważa wiceprezes ABSL.Również dlatego, że leży w Europie i łatwiej stąd obsługiwać inne rynki UE. Ważnym atutem są także kompetencje personelu: niektóre centra oferują obsługę w 25-30 językach obcych. Pozwala to wykonywać prace na najwyższym, światowym poziomie.

Region Europy Środkowo-Wschodniej, w którym wiodącą rolę odgrywa nasz kraj (ponad 40 proc. etatów), zajął natomiast pierwsze miejsce pod względem liczby zajmujących się rozwojem i utrzymaniem aplikacji placówek ADM (Application Development and Maintenance) oraz trzecie, po Ameryce Północnej i Europie Zachodniej, w zakresie świadczonych na rzecz dużych korporacji zleceń informatycznych. Polska jest także największym dostawcą usług inżynieryjnych oraz bazującej na wiedzy obsługi prac badawczo-rozwojowych.

 Kraje Europy Zachodniej co prawda bardzo chętnie widziałyby u siebie tego typu miejsca pracy, dobrze wynagradzane, dla osób młodych, z wyższym wykształceniem mówi Jaworska.  Chociaż oferta Polski pod tym względem może nie jest najlepsza, to jednak jeżeli poskłada się różne elementy, wypada w miarę korzystnie.

Jak podkreśla, ważnym atutem jest coraz bliższa współpraca nauki i biznesu, dzięki czemu uczelnie dostosowują swoje programy do potrzeb rynku pracy.

Przez to polscy absolwenci, którzy wkraczają na rynek pracy, mają coraz lepsze kwalifikacje. To wszystko są elementy, które powodują, że Polska pod względem potencjału w dalszym ciągu powinna być mocnym graczem w Europie Centralnej, a we Wschodniej zdecydowanym liderem wskazuje Jaworska.

Polacy coraz częściej uprawiają sport. Najbardziej aktywni są mieszkańcy dużych miast

CEO Magazyn Polska

Ponad 40 proc. Polaków regularnie uprawia sport. Cztery lata temu deklarował to co czwarty dorosły. Choć daleko nam jeszcze do Skandynawów (ok. 66-70 proc.), to widać, że Polacy ćwiczą coraz chętniej. Najbardziej aktywni są mieszkańcy większych aglomeracji, przede wszystkim ze względu na duży wybór obiektów sportowych i proponowanych zajęć. Najczęściej chodzą na siłownię, fitness i basen.

Ostatni raport Eurobarometru Komisji Europejskiej pokazuje, że 41 proc. Polaków ćwiczy przynajmniej raz w tygodniu. To plasuje nas w środku stawki w Europie. Liderami są kraje skandynawskie – w Szwecji 70 proc., w Danii 68 proc., a w Finlandii 66 proc. społeczeństwa ćwiczy regularnie – mówi agencji Newseria Bartłomiej Niedbał z Benefit Systems, który opublikował raport „Jak ćwiczą Polacy”.

Aktywny tryb życia staje się coraz bardziej popularny. W 2010 roku regularne uprawianie sportu (co najmniej raz w tygodniu) deklarowało 25 proc. Polaków. Duży wpływ mają na to organizowane masowe imprezy sportowe. Na rynku pojawia się też coraz więcej ofert klubów fitness, siłowni, basenów, kursów tańca czy sztuk walki itp. Widać to również po rosnącej liczbie użytkowników kart MultiSport, uprawniających do korzystania z ofert większości obiektów sportowych. W październiku ubiegłego roku korzystało z nich 441 tys. osób, rok wcześniej – 379 tys.

Z naszych analiz i obserwacji wynika, że ta tendencja się utrzymuje. Podobnego wzrostu spodziewamy się w kolejnych okresach – ocenia Niedbał.

Najbardziej aktywni są mieszkańcy województwa mazowieckiego (30 proc. wszystkich wizyt w obiektach sportowych), dolnośląskiego (15 proc.) i małopolskiego (13 proc.). W największych miastach mają siedziby firmy i korporacje, które coraz częściej oferują pracownikom takie pozapłacowe bonusy, jak karnety, więcej jest też obiektów sportowych.

Upodobania Polaków do rodzaju uprawianego sportu od kilku lat się nie zmieniają.

Najbardziej popularne wśród użytkowników kart są trzy dyscypliny. Zajęcia fitness wybiera 41 proc. użytkowników, basen – 22 proc., a siłownię – około 20 proc. użytkowników – mówi Niedbał.

Wciąż niewiele osób decyduje się na taniec, squash czy sztuki walki – po ok. 3 proc.

Sport uprawiamy najczęściej na początku tygodnia. Im dalszy dzień tygodnia, tym mniejsza aktywność.

W poniedziałki i wtorki ćwiczy około 17 proc. użytkowników karty MultiSport. Najpopularniejsze godziny to niezmiennie między 17 a 21, czyli po pracy – podkreśla Bartłomiej Niedbał.

Firmy zamiast leasingu coraz częściej decydują się na długoterminowy wynajem aut

Polscy przedsiębiorcy zamiast kupować samochody coraz częściej decydują się na wynajem długoterminowy. Z danych Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) wynika, że w II kwartale ten sposób finansowania floty wzrósł o 12,8 proc. rok do roku.

Z raportu Instytutu Keralla Research przeprowadzonego na zlecenie Carefleet wynika, że ponad 77 proc. mikro-, małych i średnich przedsiębiorców zna usługę wynajmu długoterminowego samochodów. W 2009 roku wiedziała o niej nieco ponad połowa firm.

Analizy PZWLP, organizacji, która skupia 16 największych graczy wśród firm zajmujących się wynajmem i leasingiem pojazdów, wskazują, że pierwsza połowa roku była dla branży bardzo udana. Wynajem długoterminowy aut w Polsce rozwijał się w tempie ponad 5-proc. (w I połowie ub.r. było to 3,3 proc.). W samym II kwartale wzrost wyniósł ponad 12 proc. rok do roku. Okres od kwietnia do czerwca był dla firm z tej branży udany również pod względem liczby nowych aut zakupionych w salonach.

Według danych prezentowanych przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów około 30 proc. zarejestrowanych nowych samochodów osobowych jeździ w formule wynajmu długoterminowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu, którego członkiem jest PZWLP.

16 należących do PZWLP firm kupiło w II kwartale łącznie prawie 14 tys. aut (z danych instytutu SAMAR za II kwartał wynika, że łączna liczba nowych pojazdów w firmach to 48 tys., uwzględniając wszystkie rodzaje podmiotów i sposoby finansowania).

Po pierwszej połowie roku flota finansowana i zarządzana przez firmy członkowskie Związku to blisko 120 tys. samochodów osobowych i dostawczych (choć te ostatnie mają niewielki udział w rynku).

Gros rynku to jest leasing operacyjny, w którym amortyzacji dokonuje finansujący, czyli firma leasingowa, a przedsiębiorca zalicza w całości do kosztów uzyskania przychodu ratę kapitałową i odsetkową. Natomiast w przypadku drugiego segmentu rynku, bazującego na rozliczeniach w ramach ustawy o rachunkowości, sytuacja jest odwrotna: mamy do czynienia z leasingiem finansowym jako tym, który dominuje, a w dużo mniejszym stopniu z leasingiem operacyjnym, czyli tam, gdzie finansujący przejmuje na sobie ryzyko zagospodarowania przedmiotu leasingu po zakończeniu umowy – wyjaśnia Sugajski.

Trzy czwarte tej grupy 120 tys. aut stanowią pojazdy użytkowane w ramach leasingu operacyjnego z pełną obsługą (administracyjną i serwisową) – to najbardziej popularna wśród przedsiębiorców usługa, również w Europie. W II kwartale tempo wzrostu tej metody leasingowania aut wyniosło ponad 9 proc.

Rynek wynajmu długoterminowego ma duży potencjał rozwoju. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Carefleet wynika, że na razie tylko co trzeci przedsiębiorca woli korzystać z pojazdu niż być jego właścicielem. Ponad 60 proc. wciąż uznaje, że lepiej mieć go na własność.

PZPM: od stycznia do końca lipca zarejstrowano o 28 proc. więcej nowych autobusów rdr

W ciągu siedmiu miesięcy 2014 r. polscy przewoźnicy zarejestrowali 863 nowe autobusy, niemal wszystkie o DMC powyżej 3,5 t. To wynik lepszy niż przed rokiem, co przede wszystkim jest efektem zwiększonych zakupów autobusów turystycznych oraz minibusów  wynika z analizy Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego i firmy badawczej JMK, przygotowanej na podstawie danych z Centralnej Ewidencji Pojazdów.

Od stycznia do lipca polskie firmy zajmujące się przewozem osób, zarejestrowały o 187 pojazdów więcej niż w tym samym czasie w ubiegłym roku. To oznacza wzrost liczby nowo zarejestrowanych autobusów o 27,7 proc. Odnotowany wzrost to przede wszystkim efekt rekordowych wyników z lipca, kiedy polscy przewoźnicy zarejestrowali o 112 pojazdów więcej niż przed rokiem (wzrost o 170 proc.) oraz z kwietnia i maja, gdy zarejestrowano, odpowiednio o 68 i  62  autobusy więcej niż rok wcześniej (wzrost, odpowiednio o  64 i 98 proc.). Słabszy był natomiast czerwiec, kiedy zakupiono tylko 88 autobusów wobec 148 szt. rok wcześniej (spadek o 40,5 proc.).

Te wyniki to z jednej strony efekt realizacji miejskiego kontraktu w Krakowie na zakup 59 nowych, ekologicznych pojazdów, zaś z drugiej – rosnącego popytu na minibusy oraz autobusy turystyczne. W kategorii minibusów możemy zaobserwować w tym roku zwiększoną liczbę rejestracji m.in. dzięki dofinansowaniu pojazdów tej klasy przez PFRON, zaś w grupie autobusów turystycznych – sezonowe inwestycje w nowy tabor przed tegorocznymi wakacjami. Także pojazdy  międzymiastowe zdecydowanie poprawiły swoje wyniki – przede wszystkim dzięki zarejestrowaniu w tej kategorii najnowszych autokarów brytyjskiej marki Plaxton.

Po siedmiu miesiącach 2014 r. autobusowym liderem w Polsce jest cały czas Mercedes-Benz. W tym okresie krajowi przewoźnicy zarejestrowali 393 pojazdy koncernu, co przełożyło się na jego udział w rynku na poziomie 45 proc. Ten rezultat Mercedes-Benz zawdzięcza przede wszystkim kategorii MINI, gdzie w tym roku zarejestrowano już 268 szt. pojazdów tej marki (o 108 szt. więcej niż przed rokiem).  Ponadto Mercedes-Benz sprzedał na polskim rynku jeszcze 125 autobusów o DMC powyżej 8 t (w ramach spółki EvoBus Polska). Wiceliderem polskiego rynku autobusów została firma Solaris Bus & Coach ze sprzedażą w tym roku  87 pojazdów. Po siedmiu miesiącach 2014 r. udział rynkowy polskiego producenta wyniósł 10 proc. Trzecią pozycję w rankingu zajmuje Solbus (52 sprzedane autobusy) z udziałem w rynku na poziomie 6 proc.

W segmencie autobusów używanych w ciągu 7 miesięcy roku zarejestrowano 2028 pojazdów, o 127 sztuk więcej niż rok wcześniej. Większość z nich pochodzi z lat 2000–2004 (35 proc.). Co czwarty używany autobus wyprodukowano między 2005 a 2009 rokiem, a co czwarty – w drugiej połowie lat 90.

Niewielkie wzrosty głównych indeksów po płaskiej sesji

WIG30 zyskał w środę 0,24 proc., a WIG20 – o 0,13 proc. Obroty na indeksach największych spółek poniżej 700 mln zł.

W środę indeksy warszawskiej giełdy oscylowały blisko wtorkowych zamknięć. Ostatecznie największe spółki zanotowały niewielki wzrost: WIG20 zyskał 0,13 proc., a WIG30 – 0,24 proc. Obroty były niskie, wyniosły odpowiednio 655 i 688 mln zł.

Zyskało łącznie 20 spółek z WIG30, przy czym kurs Cyfrowego Polsatu, Orange i Enei wzrósł o ponad 2 proc. Największą stratę znów odnotowały akcje JSW. W ciągu miesiąca spółka straciła już 22 proc.

Na plusie zamknęły się ostatecznie także pozostałe indeksy, choć wzrosty były symboliczne. Obroty na całym parkiecie wyniosły 750 mln zł.

 

Polnord ma warunkową umowę sprzedaży działki za 20,5 mln zł

0

Polnord podpisał warunkową umowę sprzedaży działki przy ulicy Pereca w Warszawie. Działka ma powierzchnię 2 tys. mkw., wartość umowy netto to 20,5 mln zł.

To, czy umowa dojdzie do skutku, powinno wyjaśnić się do końca września. Jej realizacja zależy od tego, czy prezydent Warszawy skorzysta z prawa pierwokupu nieruchomości, na co ma 30 dni, czy też zadeklaruje wcześniej niewykonanie tego prawa. Umowa zostanie zawarta w ciągu 7 dni od upłynięcia terminu skorzystania z prawa pierwokupu lub wydania stosownego oświadczenia przez władze miasta.

GUS: Produkcja w lipcu wzrosła o 2,3 proc. rdr, ceny produkcji sprzedanej spadły o 1,8 proc.

Produkcja przemysłowa w lipcu wzrosła rok do roku minimalnie mocniej niż oczekiwali analitycy – o 2,3 proc. wobec 2,2 proc. przewidywanych w prognozach. W czerwcu wzrost był słabszy i wyniósł 1,7 proc.

Ceny produkcji sprzedanej przemysłu spadły rok do roku o 2 proc., podczas gdy ekonomiści spodziewali się spadku na poziomie 1,8 proc. Dane za czerwiec zostały zrewidowane w dół: deflacja cen producentów wyniosła 1,8 proc., a nie 1,7 proc., jak podano przed miesiącem.

Wyraźnie zwolniła produkcja budowlano-montażowa, która jeszcze w czerwcu rozwijała się w tempie 8 proc. rok do roku, natomiast w lipcu była wyższa od ubiegłorocznej już tylko o 1,1 proc.

Ceny w tym sektorze spadały jednak wolniej, bo były niższe od tych z lipca ub.r. o 1,2 proc. wobec spadku o 1,3 proc. w czerwcu.

Qumak zbuduje bankowi PKO BP Ośrodek Przetwarzania Danych za 55,5 mln złotych

Firma Qumak, dostawca rozwiązań IT, podpisała z PKO Bankiem Polskim umowę na dostarczenie urządzeń, instalacji, rozwiązań i wykonanie prac związanych z budową Ośrodka Przetwarzania Danych. Umowa warta jest 55,54 mln złotych.

Qumak będzie generalnym wykonawcą robót budowlanych przy inwestycji budowy Ośrodka Przetwarzania Danych, zajmie się również serwisem gwarancyjnym inwestycji. Firma dostarczy bankowi instalację i urządzenia, zajmie się także zagospodarowaniem terenu lokalizacji Ośrodka o koordynacją prac podwykonawców.

Wartość umowy przekracza 55 i pół miliona złotych. Osobno płatne będą przeglądy serwisowe oraz konserwacja urządzeń i infrastruktury oraz koszty materiałów eksploatacyjnych wymienionych lub dostarczonych w trakcie przeglądów.

Prace przewidziane przedmiotem umowy mają zostać wykonane w terminie 15 miesięcy od dnia wejścia umowy w życie.

Od 2021 roku na terenie Unii Europejskiej mają być wznoszone wyłącznie budynki niskoenergetyczne, zasilane choćby częściowo ze źródeł odnawialnych

Trendy związane z domami energooszczędnymi, pasywnymi, zeroenergetycznymi czy dodatnimi w ostatnich latach znacznie zyskują na znaczeniu. Od 2021 roku na terenie Unii Europejskiej mają być wznoszone wyłącznie budynki niskoenergetyczne, zasilane choćby częściowo ze źródeł odnawialnych. Ale dynamiczny wzrost zainteresowania budownictwem energooszczędnym w coraz większym stopniu jest wynikiem nie tyle unijnych zobowiązań, co świadomego wyboru inwestorów, właścicieli i zarządców różnego rodzaju obiektów.

 Na przestrzeni ostatnich 10 lat stale rosną ceny paliw, co regularnie podnosi koszty ogrzewania nieruchomości. W efekcie, opłaty z tego tytułu pochłaniają coraz większą część domowego budżetu. Dlatego coraz więcej osób decyduje się na budowę lub zakup domów w standardzie energooszczędnym. Takie posunięcie pozwala na uzyskanie wysokiego komfortu cieplnego przy niskim zużyciu energii w zakresie ogrzewania budynku, podgrzania ciepłej wody użytkowej i elektryczności, a co za tym idzie – przy niskich kosztach eksploatacji nieruchomości. Obniżenie zapotrzebowania na energię cieplną osiąga się m.in. poprzez wykonanie odpowiedniej izolacji cieplnej, montaż energooszczędnej stolarki, unikanie mostków termicznych i zachowanie szczelności budynku. Bardzo ważne jest również wykorzystanie odnawialnych źródeł energii i stosowanie urządzeń, zapewniających jej oszczędność, np. instalacji wentylacji mechanicznej z odzyskiem ciepła.

„Wbrew powszechnym przekonaniom, budownictwo energooszczędne wcale nie musi być drogie. – mówi Małgorzata Bartkowski z firmy REECO Poland, będącej organizatorem Międzynarodowych Targów Energii Odnawialnej i Efektywności Energetycznej RENEXPO® Poland. „Przeciętny koszt wybudowania obiektu niskoenergetycznego jest średnio 8-10 proc. wyższy w porównaniu do zwykłego budynku. To niewiele w obliczu korzyści, jakie niesie za sobą tego typu inwestycja. Budynek pasywny to synonim najwyższego komfortu cieplnego i niskiego zapotrzebowania na energię cieplną – maksimum 15 kWh/m2/rok, czyli mniej niż 1,5 litra oleju opałowego lub 1,5 m3 gazu ziemnego na m2 na rok. Oznacza to, że ogrzewanie takiego budynku o powierzchni mieszkalnej 150 m2 kosztuje rocznie mniej niż 300 zł.Co więcej, osoby fizyczne, które zdecydują się wybudować bądź zakupić od dewelopera dom jednorodzinny lub mieszkanie o niskim zużyciu energii, mogą sięgnąć po dofinansowanie ze środków publicznych. Od 2013 roku Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej realizuje ogólnopolski program dopłat do kredytów zaciągniętych na budowę lub zakup budynków mieszkalnych w standardzie niskoenergetycznym i pasywnym. W przypadku domów jednorodzinnych wysokość dofinansowania może sięgnąć nawet 50 tys. zł brutto, natomiast w przypadku lokali mieszkalnych w budynku wielorodzinnym dotacja może wynieść nawet 16 tys. zł brutto. Głównym założeniem programu jest ograniczenie emisji dwutlenku węgla do atmosfery, oszczędność energii, a także przygotowanie inwestorów do obowiązku budowy domów energooszczędnych, które w przyszłości mają być standardem. Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/31/UE z dnia 19 maja 2010 r. w sprawie charakterystyki energetycznej budynków zobowiązuje państwa członkowskie do tego, aby wszystkie budynki wybudowane po 31 grudnia 2020 r. były obiektami o niemal zerowym zużyciu energii. Dotyczy to również obiektów użyteczności publicznej, które będą musiały spełnić ten wymóg już od 2019 r.– dodaje Małgorzata Bartkowski.

 

Praca na wysokości – przepisy prawa, ustawy, rozporządzenia

Odpowiednio dobrane narzędzia i stabilne konstrukcje, przeszkolenie pracowników oraz regularna kontrola użytkowanych rusztowań czy też drabin gwarantują bezpieczeństwo pracy na wysokościach. Obowiązki te, zgodnie z przepisami prawa krajowego, spoczywają na pracodawcy. Producenci konstrukcji ułatwiających wszelkie prace na wysokościach oferują swoim klientom wsparcie w zakresie szkoleń, seminariów oraz profesjonalnych kontroli narzędzi. Specjaliści z firmy KRAUSE wyjaśniają, dlaczego nadrzędnym celem pracodawcy powinna być dbałość o bezpieczeństwo pracowników w najtrudniejszych warunkach pracy.

Szczegółowe regulacje dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy na wysokości zawierają rozporządzenia Ministra Gospodarki z 26. września 1997 roku oraz z 30. września 2003 roku, a także rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12. kwietnia 2002 roku. Zgodnie z tymi zapisami czynności wykonywane na powierzchni znajdującej się na wysokości co najmniej 1,0 m nad poziomem podłogi lub ziemi są pracą na wysokości. Oznacza to, że na powierzchniach wzniesionych powyżej tej wysokości, na których znajdują się pracownicy, powinny być zamontowane środki ochrony zbiorowej – balustrady o wysokości 110 cm i krawężnik o wysokości 15 cm, a pracodawca powinien zadbać także o elementy ochrony indywidualnej tj. kaski, odzież i obuwie ochronne. Wszystko po to, aby odpowiednio zabezpieczyć tę przestrzeń i stworzyć komfortowe warunki pracy.

Rozporządzenie Ministra Gospodarki z 30 września 2003 r. wskazuje, że obowiązkiem pracodawcy jest dobrać i udostępnić pracownikom na terenie zakładu pracy właściwe do wykonywania pracy lub odpowiednio przystosowane do jej wykonywania narzędzia. Co więcej, zapis ten podkreśla, że należy dokonać wyboru najbardziej odpowiednich środków umożliwiających bezpieczny dostęp do miejsc tymczasowej pracy na wysokości, stosownie do różnicy wysokości i częstotliwości jej pokonywania. Warto przede wszystkim zauważyć, że prace wykonywane na wysokości dłużej niż 30 minut wymagają użycia pomostu z platformą, a nie drabiny. Równie ważne jest to, że pracodawca powinien zapewnić pracownikom dostęp do informacji, w tym pisemnych instrukcji dotyczących użytkowania konstrukcji. Pracodawca zobowiązany jest również do organizacji szkoleń z zakresu bezpiecznego użytkowania drabin i rusztowań. Z kolei osoby dokonujące napraw, modernizacji, konserwacji lub obsługujące maszyny muszą odbyć specjalistyczne przeszkolenie w tym zakresie. Nie mniej ważne są regularne kontrole użytkowanego sprzętu oraz dokonywanie napraw uszkodzonych elementów. Raporty sporządzane z tego typu działań są dowodem dochowania należytej staranności podczas organizowania miejsca pracy na wysokości. W przypadku ewentualnego wypadku szczegółowa dokumentacja wykluczy niesprawność narzędzi jako przyczynę zdarzenia.

Istotną kwestią jest również zapewnienie stabilności rusztowań i odpowiedniej ich wytrzymałości na przewidywane obciążenia. Rozporządzenie Ministra Gospodarki z 26 września 1997 r. w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy obliguje pracodawcę do korzystania z narzędzi oraz konstrukcji specjalnych, które posiadają odpowiednie normy i certyfikaty, dopuszczające je do prac prowadzonych na budowie, w hali magazynowej czy zakładzie produkcyjnym. Aktualnie obowiązujące przepisy prawa tj. rozporządzenia wydawane przez odpowiednie ministerstwa i urzędy, określają warunki pracy na wysokości. W jasny sposób precyzują one, jak powinna wyglądać przestrzeń przygotowana dla pracownika oraz jakie normy powinny spełniać konstrukcje przystosowane do pracy na wysokości powyżej 1 m nad powierzchnią ziemi lub podłogi. Stosowane w zakładach pracy drabiny muszą spełniać polskie normy PN-EN 131, z kolei rusztowania EN 1004. Przede wszystkim należy pamiętać, że do pomieszczeń i stanowisk pracy położonych na różnych poziomach powinny prowadzić bezpieczne dojścia stałymi schodami lub pochylniami, a nawierzchnie schodów, pomostów i pochylni nie powinny być śliskie. Przy pracach wykonywanych na rusztowaniach zamontowanych na wysokości 2m powyżej poziomu podłogi lub terenu zewnętrznego pracodawca musi zapewnić bezpieczeństwo przy komunikacji pionowej i dojście do stanowiska pracy. Warto podkreślić, że przed rozpoczęciem użytkowania rusztowania musi być dokonany odbiór techniczny całej konstrukcji. Pracodawca ma obowiązek zapewnić odpowiedni do rodzaju wykonywanych prac sprzęt chroniący przed upadkiem z wysokości taki jak: szelki bezpieczeństwa z linką bezpieczeństwa przymocowaną do stałych elementów konstrukcji, szelki bezpieczeństwa z pasem biodrowym (do prac w podparciu — na słupach, masztach itp.), jak również hełmy ochronne przeznaczone do prac na wysokości.

Równie istotne jest rozporządzenie Ministra Infrastruktury z 12. kwietnia 2002 roku w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie. Prace związane z okresową obsługą maszyn oraz przeglądem i utrzymaniem stanu technicznego budynku wymagają odpowiedniego zaprojektowania dojść i przejść do urządzeń. Podstawową cechą materiałów, z którego wykonane są korytarze, pomosty, podesty, jak również galerie i schody, jest niepalność. Co więcej, dojścia i przejścia powinny mieć wysokość w świetle, co najmniej 1,9 m i mogą być usytuowane nad stanowiskiem pracy na wysokości 2,5 m, licząc od poziomu podłogi tego stanowiska. Podłogi ażurowe nie mogą mieć otworów większych niż 1700 mm2 i wymiarów umożliwiających przejście przez nie kuli o średnicy większej niż 36 mm. Nie bez znaczenia jest szerokość drabin lub klamer, która powinna wynosić co najmniej 0,5 m, a odstępy między szczeblami nie mogą być większe niż 0,3 m. Poczynając od wysokości 3 m nad poziomem podłogi, drabiny lub klamry powinny być zaopatrzone w elementy zabezpieczające przed upadkiem, takie jak obręcze ochronne z pionowymi podporami zabezpieczającymi.

Średniej wielkości miasto w Polsce produkuje od 100 do 180 tysięcy ton odpadów komunalnych rocznie

Niestety nie każdy ośrodek miejski może pozwolić sobie na inwestycję w skuteczną utylizację śmieci. Większość dysponuje jedynie sortowniami oraz wysypiskami i składowiskami odpadów. Dlaczego zatem niezbędna jest budowa instalacji do termicznej utylizacji odpadów komunalnych? Najważniejsze argumenty przedstawia dr inż. Henryk Karcz – Prezes Zarządu West Real Estate SA, która realizuje przedsięwzięcia w obszarze gospodarki odpadami.

Plastikowe i szklane opakowania, papier, odzież, gruz budowlany oraz substancje organiczne to odpady, które produkuje każdy z nas. Brak skutecznego systemu segregacji i utylizacji tych surowców powoduje, że problem śmieci narasta i w przyszłości może okazać się, że obecnie przepełnione wysypiska śmieci nie będą w stanie przyjmować takiej ilości produkowanych odpadów. „Na przestrzeni ostatnich lat powstało kilkadziesiąt sortowni śmieci, w których selekcjonowany jest plastik, szkło, papier i substancje organiczne. Rozwarstwienie to nie przekłada się na zmniejszenie wolumenu odpadów, a jedynie odsuwa problem ich utylizacji w czasie. Zazwyczaj dzieje się tak, że posegregowane surowce trafiają na składowiska a jedynie niewielka ich część trafia do powtórnego odzysku. Aby zapobiec budowie nieefektywnych składowisk należy inwestować w spalarnie termiczne dla odpadów komunalnych. Tego rodzaju instalacje mogłyby w pierwszej kolejności zutylizować zalegające na wysypiskach surowce, a następnie przetwarzać bieżące odpady. Dzięki temu w miejscu obecnych składowisk mogłyby być magazynowane popiół oraz substancje uboczne procesu spalania.” – wyjaśnia dr inż. Henryk Karcz, Prezes Zarządu West Real Estate S.A.

Krajowe oraz międzynarodowe ustawodawstwo obliguje władze samorządowe do odbierania oraz utylizacji odpadów komunalnych. Mieszkańcy niemal od roku są zobowiązani do segregowania śmieci. Warto jednak zaznaczyć, że za nowymi regulacjami nie ruszyły inwestycje w obszarze gospodarki odpadami. „Aktualnie w Polsce funkcjonuje jedna spalarnia, która prowadzi termiczną utylizację odpadów komunalnych. Jak na tak duży kraj oraz ilość produkowanych śmieci to stanowczo za mało. Co prawda w planach jest zbudowanie instalacji w Białymstoku, Koninie, Szczecinie, Poznaniu oraz Krakowie to wciąż jest to za mało, aby efektywnie rozprawić się z wzrastającą falą surowców, których nie można przetworzyć w inny sposób. Szacuję, że na terenie Polski wybudowanie 70-ciu, może 80-ciu tego rodzaju zakładów przyniosłoby żądany efekt. Obawiam się jednak, że dopóki samorządowcy będą mogli unikać inwestycji związanych z budową spalarni śmieci, nie powstaną kolejne tego typu obiekty. Przyczyn takiej sytuacji należy przede wszystkim upatrywać w ekonomii i finansowaniu tego rodzaju przedsięwzięcia. Występuje bowiem wiele obostrzeń dla inwestorów i wykonawców spalarni. Co więcej, koszt całej inwestycji to wciąż kwota nieosiągalna dla wielu samorządów i bez wsparcia ze strony centralnego budżetu bądź celowych środków unijnych nie będą w stanie samodzielnie sfinansować takiego przedsięwzięcia. Ważne jednak jest, aby już teraz prowadzić szeroką akcję edukacyjną – budować świadomość i wiedzę społeczeństwa na temat konieczności powstawania termicznych spalarni śmieci. Warto jednoznacznie zaznaczyć, że termiczne spalanie nie ma alternatywy w zakresie efektywnej utylizacji odpadów komunalnych.” – konkluduje dr inż. Henryk Karcz – Prezes Zarządu West Real Estate SA.

W dobie dbałości o środowisko odchodzi się od długotrwałego składowania śmieci na rzecz skutecznego spalania. Termiczna utylizacja jest bowiem najbardziej efektywną metodą, która stosowana jest niemal na całym świecie. Jak pokazują wyniki badań oraz przeprowadzonych przez West Real Estate SA analiz, system ten mógłby się również sprawdzić w Polsce. Brakuje jednak instalacji, które będą skutecznie likwidować odpady zgromadzone na wysypiskach śmieci i przetwarzać je na surowce wtórne. Spółka West Real Estate SA prowadzi rozmowy z samorządami z Dolnego Śląska na temat budowy spalarni, która uchroni mieszkańców i środowisko przed zalewem śmieci.

Biogazownie to korzyści dla rolnictwa, środowiska i odbiorców energii elektrycznej oraz cieplnej

Doskonale wiedzą o tym Niemcy, którzy już od ponad dekady inwestują w tego typu instalacje. Polska, jako trzeci co do wielkości obszar rolniczy w Unii Europejskiej, dysponuje wręcz doskonałą bazą surowcową dla produkcji biogazu. I choć paliwo to odgrywa coraz większą rolę w naszym systemie energetycznym, branża ta wciąż napotyka wiele trudności, które skutecznie spowalniają jej rozwój.

 Produkcja biogazu rolniczego pozwala przede wszystkim zmniejszyć emisję metanu i innych gazów cieplarnianych, pochodzących z rozkładu odchodów zwierzęcych.Dla produkcji spożywczej i przemysłowej to także ważny sposób zagospodarowania odpadów. Rozwój branży biogazowej to nie tylko spełnienie priorytetów polityki energetycznej i rolnej, ale również nowe miejsca pracy i wzrost przychodów z tytułu podatków lokalnych. Sama biogazownia nie wymaga wprawdzie zatrudniania licznego personelu, ale proces produkcji roślin energetycznych może być długofalowym źródłem dochodu dla wielu gospodarstw rolnych. Ponadto, biogaz może być wykorzystywany do wytwarzania prądu, jak i ciepła. Co więcej, takie instalacje produkują energię w sposób ciągły, niezależnie od tego czy świeci słońce, czy wieje wiatr. Biogaz ma różnorodne możliwości zastosowania, a ponadto daje się magazynować. Pod tym względem ma wyraźną przewagę nad innymi źródłami energii odnawialnej.

Niemcy bardzo szybko dostrzegli potencjał drzemiący w energetyce biogazowej. Jako jedni z pierwszych zrozumieli, że jest to kierunek, który najlepiej realizuje postulaty bezpieczeństwa energetycznego kraju. „Obecnie 80% działających na świecie biogazowni – w tym dwie największe o mocy 20 MW każda – funkcjonuje w Niemczech. W większości są to instalacje o wysokim stopniu zaawansowania technologicznego. Co więcej, nasi zachodni sąsiedzi wcale nie zamierzają zwalniać tempa i nadal utrzymują się w czołówce krajów, w których buduje się najwięcej nowych instalacji.” – mówi Małgorzata Bartkowski z firmy REECO Poland, będącej organizatorem Międzynarodowych Targów Energii Odnawialnej i Efektywności Energetycznej RENEXPO® Poland. „Powszechność energetyki biogazowej u naszych zachodnich sąsiadów jest wielkim sukcesem, zawdzięczanym przede wszystkim regulacjom prawnym przyjaznym energetyce odnawialnej, które w Niemczech funkcjonują już od 2000 r. Model oparty na niemieckich taryfach gwarantowanych (EEG) dla producentów energii z OZE – w mniej lub bardziej zmienionych formach – funkcjonuje już w kilkudziesięciu krajach świata. Biogazownie rolnicze stanowią tam naturalny element krajobrazu terenów uprawnych, a farmerzy tworzą specjalne spółdzielnie, które nie tylko inwestują w budowę biogazowni, ale czerpią wymierne korzyści ze sprzedaży biogazu i nie mają problemów z utylizacją odpadów organicznych ze swoich gospodarstw.Polska, mimo sprzyjających warunków naturalnych oraz dużego zainteresowania potencjalnych inwestorów, wciąż daleka jest od wykorzystania swojego pełnego potencjału, pozostając w tyle za rynkami zagranicznymi.” dodaje Małgorzata Bartkowski.

Na tle Europy dynamika polskiego rynku kolektorów słonecznych wypada znakomicie

Choć Słońce to tylko jedna z miliardów gwiazd na niebie, to dla ludzkości jest najważniejsza, bo położona w najbliższej odległości od naszej planety. Wysyłane przez nią promieniowanie stanowi główne źródło energii wszystkich istot żyjących na ziemskim globie. Ilość energii, jaka dociera ze Słońca do powierzchni Ziemi może 10 000 razy pokryć obecne zapotrzebowanie naszej populacji w tym zakresie. W obliczu wyczerpujących się złóż kopalnych, energia słoneczna i metody jej zamiany na inne formy energii nabierają coraz większego znaczenia.

Najpopularniejszym i najtańszym sposobem przetwarzania energii solarnej są kolektory słoneczne, wykorzystywane najczęściej w rolnictwie i w budynkach jednorodzinnych. Takie systemy fotowoltaiczne to wydajna metoda pozwalająca w ekologiczny i ekonomiczny sposób ogrzewać domy i podgrzewać wodę do celów gospodarczych. Poprawnie zaprojektowana i wykonana instalacja solarna działająca w polskich warunkach klimatycznych pozwala pozyskać w ciągu roku przeciętnie 300-600 kWh energii z 1 m2 powierzchni roboczej kolektora.  W obliczu rosnących cen za energię elektryczną, dużą popularność zyskuje fotowoltaika, a Polska staje się czołowym rynkiem europejskim dla rozwoju instalacji kolektorów słonecznych. Polacy coraz częściej decydują się na zakup i montaż tego typu instalacji solarnych, które w dłuższej perspektywie pozwolą generować oszczędności. Powierzchnia zainstalowanych w Polsce kolektorów słonecznych na przestrzeni lat 2000-2010 znacząco wzrosła z 21 000 m2 do 655 800 m2. Przy takim tempie wzrostu, polski rynek solarnej energii termicznej ma szanse stać się do 2020 roku trzecim co do wielkości rynkiem w Europie.

„Na tle Europy dynamika polskiego rynku kolektorów słonecznych wypada znakomicie i wiele wskazuje na to, że trend ten zostanie utrzymany w najbliższych latach. Według Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO) w 2012 roku w Polsce sprzedano kolektory o łącznej powierzchni 302 tys. m2, o 19% więcej niż rok wcześniej. Większą sprzedaż zanotowały tylko Niemcy.” – mówi Małgorzata Bartkowski z firmy REECO Poland, będącej organizatorem Międzynarodowych Targów Energii Odnawialnej i  Efektywności Energetycznej RENEXPO® Poland. „Dynamika rozwoju termalnej energetyki słonecznej w Polsce to przede wszystkim zasługa ogólnopolskiego programu 45% dopłat do spłaty kredytu na zakup i montaż kolektorów słonecznych, realizowanego od 2010 roku przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Instytut Energetyki Odnawialnej szacuje, że w 2012 roku udział kolektorów zakupionych z wykorzystaniem dotacji z NFOŚiGW w całkowitej sprzedaży solarów wyniósł prawie 50%.Po takie wsparcie ze środków publicznych mogą sięgnąć gospodarstwa domowe, spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe, a także jednostki samorządu terytorialnego oraz ich związki.Wystarczy złożyć wniosek o udzielenie kredytu z dotacją w banku współpracującym z NFOŚiGW, jego obsługa pomoże załatwić wszystkie formalności. Warunki przyznawania kredytu są określone przez każdy bank nieco inaczej, ale w każdym z nich warunki przyznawania dotacji są takie same. Programy dopłat organizowane są także przez lokalne samorządy – warto o nie pytać w urzędach miast i gmin, bo często bywa, że są atrakcyjniejsze niż program krajowy.” – dodaje.

Polska fotowoltaika u progu zmian

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że fotowoltaika będzie podstawowym źródłem energii elektrycznej na świecie po roku 2050. Polska powinna mieć swój udział w tym rynku. Jego rozwój powinien być stały i stabilny przy optymalnych kosztach. Dla rozwoju branży fotowoltaicznej konieczne są wysokiej jakości usługi, w których swój udział powinni mieć wszyscy uczestnicy rynku, poczynając od producenta sprzętu poprzez wiedzę projektanta i kończąc na wiedzy instalatora, jak również inwestora i końcowego użytkownika. Dlatego energia słoneczna to jeden z głównych tematów 4. Międzynarodowych Targów Energii Odnawialnej i Efektywności Energetycznej RENEXPO Poland, które odbędą się w dniach 23-25 września 2014 r. w Warszawskim Centrum EXPO XXI. Producenci, inwestorzy, społeczności lokalne, samorządy, projektanci, instalatorzy, wszyscy zainteresowani pozyskiwaniem energii ze słońca będą mieli okazję zapoznać się z aktualnymi trendami i nowinkami branży solarnej. Wstęp na targi będzie bezpłatny dla wszystkich zwiedzających, którzy dokonają uprzedniej rejestracji na stronie: http://www.renexpo-warsaw.com/404.html?&L.

Polski Bus wprowadza cztery nowe połączenia, inwestuje w tabor

Polski Bus poinformował o uruchomieniu czterech nowych połączeń i zwiększeniu częstotliwości kursowania na trzech trasach. Wprowadzi też 20 nowych autokarów, zakupionych za 35 mln zł.

5 września ruszy nowe połączenie przewoźnika z Wrocławia do Szczecina przez Poznań i Gorzów Wielkopolski. Pozostałe nowe trasy: z Warszawy do Wilna, ze Szczecina do Berlina i z Krakowa do Wrocławia przez Opole zaczną być obsługiwane od 1 października.

Także od października Polski Bus zapowiada także zwiększenie częstotliwości przejazdów między Wrocławiem i Krakowem, Krakowem a Rzeszowem i Warszawą i Białymstokiem.

Firma poinformowała także o wprowadzeniu do swojej liczącej 132 autokary floty 20 nowych autobusów. Inwestycja w nie zamknęła się kwotą 35 mln złotych.

Waluty Europy Środkowej znajdują się od końca lipca pod rosnącą presją ze względu na rosnące napięcie pomiędzy Rosją i Ukrainą

Rosja rozmieściła na granicy z Ukrainą zmasowane oddziały wojskowe, a w odwecie za europejskie sankcje wprowadziła zakaz importu żywności z Polski i innych krajów UE, co może wpłynąć na spowolnienie gospodarcze w regionie.

Polski złoty osiągnął na początku sierpnia 5 miesięczne minimum do euro na poziomie 4.2230, 11 miesięczne minimum do dolara na poziomie 3.1590, 5 miesięczne minimum do franka szwajcarskiego na poziomie 3.4820 oraz 2 letnie minimum do funta brytyjskiego na poziomie 5.3150. Pomimo iż ostatnio spadki zostały zahamowane, to można spodziewać się w ciągu najbliższych miesięcy dalszego osłabienia złotego ze względu na kombinację rosnącego ryzyka zaostrzenia konfliktu pomiędzy Rosją a Ukrainą i ryzyka dalszego cięcia stóp procentowych w Polsce. W lipcu mieliśmy po raz pierwszy w Polsce deflację w ujęciu rocznym rośnie również ryzyko rewizji planowanego wzrostu PKB w tym roku. Do tego dochodzą oczekiwania co do szybszego niż się dotychczas spodziewano zacieśnienia polityki pieniężnej w USA, co może wywrzeć dodatkową presję na wycenę złotego oraz innych walut rynków wschodzących.

Czeska korona osiągnęła na początku sierpnia najniższy poziom do euro od września 2009 roku naruszając poziom 28 koron za euro. Do tego korona osiągnęła 2 letnie minimum do dolara na poziomie 21.00, 3-letnie minimum do franka szwajcarskiego na poziomie 23.05 oraz 6 letnie minimum do funta brytyjskiego na poziomie 35.35. Czeska korona zaczęła tracić na wartości po dość spokojnym okresie, który nastąpił po ostrym tąpnięciu waluty w listopadzie zeszłego roku w wyniku interwencyjnej sprzedaży koron przez bank centralny Czech, w celu ochrony przed deflacją. Rosyjski zakaz importu żywności może doprowadzić do nadpodaży w Europie i jeszcze bardziej zwiększyć zagrożenie deflacyjne. W rezultacie bank centralny Czech może chcieć dalszego osłabienia korony.

Węgierski forint osiągnął na początku sierpnia najniższy poziom do euro od stycznia 2012 roku, za 1 euro trzeba było płacić aż 317 forintów. Forint osiągnął też 2 letnie minimum do dolara na poziomie 238, 2.5 letnie minimum do franka szwajcarskiego na poziomie 261 oraz aż 8 letnie minimum do funta brytyjskiego na poziomie 400. Węgierski bank centralny zakończył 2 letni cykl obniżek stóp procentowych, w zeszłym miesiącu obniżając stopy do poziomu 2,1%. Pomimo tego oprócz ryzyk związanych z ostrzejszymi sankcjami na import towarów ze strony Rosji na forincie może dalej ciążyć zła kondycja finansowa węgierskich banków. Na jesieni planowana jest w parlamencie węgierskim uchwała ustawy zmuszająca banki do rozliczenia refundacji od dotychczasowych pożyczek dla kredytobiorców, co może kosztować sektor bankowy aż 900 miliardów forintów (2.25 mld euro). Kolejny plan rządu to konwersja kredytów walutowych na kredyty nominowane w krajowej walucie, co może wywrzeć dodatkową presję na forinta oraz duże straty dla banków.

Andrzej Kiedrowicz, Poland Branch Director, Easy Forex Trading Ltd.

Solaris rozbuduje zakład produkcyjny w Bolechowie za 11 mln euro

Solaris BolechowoProducent autobusów, firma Solaris rozpocznie jeszcze w sierpniu rozbudowę zakładu produkcyjnego w Bolechowie pod Poznaniem. Zainwestuje 11 mln euro. Celem jest zwiększenie produkcji z obecnych 1300 pojazdów rocznie.

Projekt, którego realizacja rozpocznie się jeszcze w sierpniu, zakłada rozbudowę hali produkcyjnej o 7,5 tys. mkw. i innych pomieszczeń zakładu o kolejne 5 tys. mkw.

Dzięki inwestycji zwiększymy nasze moce produkcyjne i efektywność – powiedział Dariusz Michalak, wiceprezes Solaris Bus & Coach. – Nowa hala produkcyjna będzie wykorzystywana do produkcji nowego Solaris Urbino, który swą premierę będzie miał na tegorocznych targach IAA Commercial Vehicles w Hanowerze [targi odbędą się w dniach 25 września – 2 października – red.]. Obecnie produkujemy 1300 autobusów rocznie i liczba ta zwiększy się w kolejnych latach.

Warta 11 mln euro inwestycja ma zastać zakończona do połowy 2015 roku.

BGK udzielił start-upom pożyczek na 3,5 mld zł w ramach inicjatywy JEREMIE

CEO Magazyn Polska

Już 20 tys. mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw skorzystało z programu JEREMIE, który pozwala uzyskać kredyt, pożyczkę lub poręczenie na preferencyjnych warunkach. Do końca lipca firmy z 6 województw uzyskały pomoc w wysokości ponad 3,5 mld zł. Inicjatywa – podobnie jak dotacje – pozwala wypełnić lukę na rynku kredytowym, ale w ramach tej pomocy środki są wykorzystywane bardziej efektywne, ponieważ firmy muszą je zwrócić.

– Tylko średnie firmy nie mają problemu z finansowaniem działalności za pomocą kredytów w bankach. Największe trudności z uzyskaniem kredytu mają mikrofirmy, które stanowią 85 proc. wszystkich podmiotów, 13-14 proc. to małe i tylko 1-1,5 proc. to firmy średnie – wylicza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jarosław Kała, dyrektor Departamentu Instrumentów Inżynierii Finansowej Bank Gospodarstwa Krajowego SA.

Program JEREMIE może być też ułatwieniem dla firm, które mogłyby uzyskać finansowanie na rynku, ale na bardzo niekorzystnych warunkach, co de facto uniemożliwia realizację projektów inwestycyjnych. BGK zdaje sobie jednak sprawę, że część firm mających dostęp do rynku kredytowego może starać się uzyskać tańszy kredyt w ramach tej inicjatywy jedynie w celu ograniczenia kosztów.

Nie powinien być to oczywiście jedyny motor do zaciągania pożyczek. Wydaje się, że środki publiczne powinny służyć tym, którzy nie mogą uzyskać wsparcia finansowego w innym miejscu. Jak jednak wiadomo, cena ma znaczenie, a w ramach JEREMIE można otrzymać pożyczkę oprocentowaną praktycznie od zera do wartości około 3,5 proc., na rynku jest to już około 7-8 proc. – twierdzi Kała.

Fakt, że pomoc w ramach inicjatywy JEREMIE obejmuje instrumenty zwrotne, takie jak pożyczki czy poręczenia, zwiększa jej efektywność jako interwencji publicznej. Świadomość, że uzyskane środki będą musiały być zwrócone – w przeciwieństwie do np. pieniędzy z dotacji – sprawia, że przedsiębiorcy racjonalne przygotowują projekty.

Troska o właściwe wydatkowanie pieniędzy wydaje się być większa. Niewiele jest sytuacji, w których przedsiębiorcy z różnych powodów nie spłacają tych pożyczek czy poręczeń. Pokazuje to, jak dużo zmieniło się w podejściu firm do biznesu – uważa dyrektor w BGK.

Program JEREMIE jest skierowany głównie do start-upów, firm bez historii kredytowej oraz bez aktywów mogących służyć jako zabezpieczenie kredytów lub pożyczek. Przedsiębiorca chcący skorzystać z tej formy pomocy nie może zatrudniać więcej niż 250 osób oraz mieć wyższego rocznego obrotu niż 50 mln euro i sumy bilansowej wyższej niż 43 mln euro. Ponadto potencjalny beneficjent musi mieć siedzibę lub prowadzić działalność gospodarczą w województwach dolnośląskim, łódzkim, mazowieckim, pomorskim, wielkopolskim lub zachodniopomorskim.

Do 24 lipca 2014 r. w 6 województwach podpisano umowy na pożyczki, kredyty lub poręczenia o łącznej wartości 3,515 mld zł. Liderem jest województwo wielkopolskie, gdzie trafiło nieco ponad 1,5 mld zł, z kolei firmy z Mazowsza uzyskały na razie jedynie 67,5 mln zł.

Najbardziej aktywne jest województwo wielkopolskie, niewiele wolniej wdraża projekty województwo zachodniopomorskie. Najpóźniej wystartowało województwo mazowieckie, bo w 2012 roku, ale biorąc pod uwagę to, jak szybko przedsiębiorcy zaczęli korzystać z tego projektu, wydaje się, że będzie się on cieszył tu równie dużym zainteresowaniem – ocenia Jarosław Kała.

Menedżerowie Libetu mogą wykupić 30-proc., największy pakiet akcji spółki. Sama spółka chce przejmować zakłady z branży

0

UOKiK zgodził się na wykup przez trzech menedżerów spółki Libet największego, 30-proc. pakietu akcji spółki. Prezes spółki zapowiada akwizycje na rynku, które mają zacząć się jeszcze w tym roku.

Prezes spółki Thomas Lehmann, członek zarządu Ireneusz Gronostaj i członek rady nadzorczej Jerzy Gabrielczyk mogą przejąć kontrolę nad największym pakietem akcji spółki (30,06 proc.), który dotychczas należał do funduszu private equity Innova Capital.

O planowanej transakcji spółka poinformowała w drugiej połowie kwietnia 2014 r.

 Zgoda Urzędu przesądza o tym, że będziemy związani ze spółką w dłuższej perspektywie, dysponując największym pakietem akcji. Doskonale znamy zarówno branżę, jak i sam Libet. Jesteśmy przekonani o jego potencjale i chcemy konsekwentnie realizować przyjętą przez nas strategię – mówi Thomas Lehmann, prezes zarządu Libet S.A.

Libet jest producentem kostki brukowej, koncentruje się na segmencie premium.

Z danych spółki wynika, że w 2013 r. zwiększyła ona przychody o 5 proc. – do 220,0 mln zł i poprawiła wyniki na wszystkich poziomach rachunku wyników. Zysk EBIT wyniósł 15,6 mln zł, co oznacza wzrost o 85,6 proc. rdr, EBITDA sięgnęła 38,6 mln zł wobec 28,7 mln zł rok wcześniej, a zysk netto zamknął się na poziomie 6,1 mln zł – o 77,6 proc. wyższym niż w 2012 r.

Zarząd zapowiada również program inwestycyjny, zakładający przejęcia zakładów kostki brukowej oraz kopalń żwiru, stanowiącego jeden z podstawowych surowców wykorzystywanych w produkcji. Jak mówi prezes, do pierwszych przejęć może dojść jeszcze w tym roku.

GPW zawiesiła obrót akcjami ukraińskiej Sadovaya Group i 12 spółek z NewConnect. Połowa z nich może zostać wykluczona z obrotu w listopadzie

Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie zawiesiła obrót akcjami Sadovaya Group z rynku głównego GPW i 12 spółek z rynku alternatywnego.

Powodem zawieszenia jest nieprzekazanie w terminie raportów finansowych. W przypadku Sadovai chodzi o raport roczny za rok obrotowy 2013, w przypadku spółek z NewConnect o raporty na rok 2013 i II kwartał 2014.

Sześć spółek z NC zostało zawieszonych; obrót ich akcjami zostanie przywrócony po sesji następującej po dniu przekazania zaległych raportów. Chodzi o Global Trade, Good Idea, Inno-Gene, Kampę, SPC Group i KCSP.

Sześć kolejnych spółek zostało zwieszonych i zagrożonych jest wykluczeniem z obrotu, które nastąpi 19 listopada w przypadku nieprzekazania raportów do 14 listopada. Dotyczy to Air Market, Astro, Digate, East Pictures, GeoInventu i Synkretu.

Według ARC Rynek i Opinia w ciągu ostatnich lat liczba osób trenujących bieganie wzrosła ponad trzykrotnie i na początku 2013 roku ten sport uprawiało 36 proc. Polaków

Polacy zwariowali na punkcie biegania. Przekłada się to na wzrost liczby imprez biegowych – dane portalu maratonypolskie.pl wskazują na to, że w 2014 roku w Polsce odbędzie się prawie 2 i pół tysiąca  biegów m.in. ulicznych, górskich i przełajowych. Na popularności biegania korzystają firmy zajmujące się masową wysyłką SMS-ów. Począwszy od 2012 roku, przy okazji imprez biegowych wysłano ponad 1 mln krótkich wiadomości tekstowych.

Infobip, dostawca usług masowej wysyłki SMS-ów zebrał wyniki zawodów opublikowane na stronach internetowych dwunastu największych firm w Polsce zajmujących się pomiarem czasu na imprezach sportowych. Z analiz danych wynika, że w ciągu ostatnich 2 i pół roku do zawodników biorących udział w imprezach biegowych wysłano ponad 840 tysięcy SMS-ów z wynikami. Liczbę wysłanych wiadomości należy jeszcze powiększyć o komunikaty organizacyjne rozsyłane do uczestników przez biura zawodów oraz krótkie wiadomości tekstowe z wynikami, które dotarły na numery telefonów wskazane przez zawodników.

Eksperci Infobip szacują, że począwszy od 2012 roku łączny ruch SMS-ów związanych z obsługą imprez biegowych przekroczył 1 milion wysłanych wiadomości.

„SMS-y cechują się niezwykłą uniwersalnością, niezawodnością oraz szybkością. W przypadku SMS-ów z wynikami biegów czas dostarczenia wiadomości ma kluczowe znaczenie, bo w końcu każdy uczestników zawodów czeka na informację ze swoim wynikiem. Później w łatwy sposób może podzielić się takim SMS-em z rodziną i znajomymi np. chwaląc się nowym rekordem życiowym. Moim zdaniem rynek SMS-ów w sporcie będzie w dalszym ciągu dynamicznie się rozwijał i będą pojawiały się nowe usługi w tym obszarze. Na przykład podczas długich biegów, takich jak półmaratony czy maratony, można wykorzystać wiadomości tekstowe do powiadamiania kibiców, o punkcie trasy, w którym aktualnie znajduje się wybrany przez nich biegacz. Takie informacje przekazywane w czasie rzeczywistym ułatwiłyby śledzenie biegu rodzinie i znajomym zawodników. Zresztą nie tylko bieganie napędza ruch SMS-owy w sporcie. Coraz więcej klubów sportowych wykorzystuje wiadomości tekstowe jako narzędzie do komunikowania się z kibicami np. przekazując im tą drogą najnowsze informacje z życia drużyny.”– powiedział Marcin Papiński,Dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip.

Szacunkowe liczby wysłanych SMS-ów zostały ustalone przy założeniu, że każdy uczestnik analizowanych imprez biegowych otrzymał krótką wiadomość tekstową ze swoim wynikiem. Dane pokazują coroczny wzrost liczby wysyłanych SMS-ów. Tylko do lipca tego roku, rozesłano więcej wiadomości tekstowych niż w całym 2012 roku.

„Mieliśmy niedawno sytuację, w której organizator zmuszony był do nagłej zmiany miejsca zawodów. Komunikat SMS  o takiej sytuacji dotarł do wszystkich zawodników w tym samym momencie. Dzięki temu udało się uniknąć zamieszania i wszyscy uczestnicy stawili się w nowym miejscu zawodów. Poza przekazywaniem informacji o wynikach, powiadomienia SMS wykorzystywane są także do potwierdzenia wpłat za udział w imprezie, o możliwości odebrania pakietu startowego. Zastosowanie SMS-ów w obszarze sportu jest bardzo szerokie. Każdą informację, którą organizator chce przekazać uczestnikom jesteśmy w stanie przesłać SMS-em.” – powiedział Arkadiusz Popławski z firmy ChipTiming.pl

Z kalendarza zamieszczonego na portalu maratonypolskie.pl wynika, że w ciągu ostatnich 4 lat liczba imprez biegowych wyraźnie wrosła. W 2013 roku odbyło się o prawie 1000 więcej biegów, niż 2 i 3 lata wcześniej.  Liczba imprez w 2014 jest niższa, niż w roku ubiegłym, ale możliwe, że w drugiej połowie roku kalendarz zostanie uzupełniony o nowe biegi.

Infobip zweryfikował wyniki zawodów opublikowane na stronach internetowych dwunastu największych firm zajmujących się pomiarem czasu. Największymi graczami na tym rynku są Datasport oraz STS – Timing.

 

 

 

 

M. Kurtek (Bank Pocztowy): W lipcu produkcja przemysłowa urosła o 2 proc. Poprawa koniunktury możliwa najwcześniej w IV kwartale

CEO Magazyn Polska

Polski przemysł dotkliwie odczuwa konsekwencje konfliktu o wschodnią Ukrainę, co pokazuje wyprzedzający wskaźnik koniunktury PMI. Lipcowy odczyt poniżej 50 pkt. zwiększa prawdopodobieństwo, że będzie to kolejny miesiąc – po czerwcu – kiedy produkcja przemysłowa była blisko stagnacji. Ekonomiści spodziewają się, że w lipcu zwiększy się ona o 2-2,2 proc. w ujęciu rocznym.

– Wzrost produkcji przemysłowej prawdopodobnie wyhamuje w drugiej połowie roku, więc te relatywnie wysokie dynamiki, które były obserwowane pomiędzy styczniem a majem, prawdopodobnie nam się obniżą, czyli będą w okolicach 2 proc. Dopiero pod koniec roku, być może w IV kwartale, to tempo trochę przyspieszy – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.

Ekonomiści prognozują wzrost produkcji przemysłowej w lipcu o 2,2 proc. w ujęciu rocznym oraz spadek cen produkcji sprzedanej przemysłu o 1,8 proc. rok do roku. W czerwcu produkcja przemysłowa urosła o 1,7 proc. w ujęciu rocznym, znacznie poniżej prognoz ekonomistów, które były na poziomie 4 proc. Jeszcze w maju dynamika produkcji przemysłowej sięgała 4,4 proc. rok do roku, a w kwietniu – 5,4 proc. rok do roku.

Lipcowa dynamika produkcji przemysłowej może być jednak niższa od prognozowanej oraz od czerwcowej, ponieważ wyprzedzający wskaźnik PMI dla przemysłu wyniósł w tym miesiącu 49,4 pkt. Był to piąty miesiąc z rzędu, kiedy wskaźnik nastrojów menedżerów logistyki zanotował spadek, ale po raz pierwszy od roku był poniżej 50 pkt.

To oznacza, że kondycja sektora przemysłowego w Polsce uległa znacznemu pogorszeniu i ten sektor właśnie zaczął nam się kurczyć. To nie jest dobra wiadomość dla polskiej gospodarki i z punktu widzenia statystyk, jakie będziemy otrzymywali w kolejnych miesiącach. Wskaźnik PMI jest takim wskaźnikiem wyprzedzającym – wskazuje główna ekonomistka Banku Pocztowego.

Według Moniki Kurtek pogorszenie koniunktury w polskim przemyśle to efekt wzajemnych sankcji, jakie nałożyły na siebie Rosja i państwa zachodnie. Jak na razie embargo dotyka bezpośrednio tylko sektora rolno-spożywczego, niepewność związana z możliwością nałożenia kolejnych sankcji jednak już teraz pogarsza nastroje innych gałęziach gospodarki.

Na bazie wskaźnika PMI możemy oceniać, że główna przyczyną spowolnienia i pogorszenia kondycji w sektorze przemysłowym w tej chwili jest właśnie eksport. Niestety, sytuacja na Ukrainie, konflikt między Rosją a państwami Zachodu, sankcje, które były nakładane wcześniej przez państwa zachodnie na Rosję, oraz odwet Rosji powodują, że mniej naszych produktów jest eksportowanych – uważa Kurtek.

Prognozowany spadek wskaźnika cen produkcji sprzedanej przemysłu może także sygnalizować pogorszenie koniunktury w Polsce, choć częściowo spadek może wynikać ze zmian cen towarów i surowców na światowych rynkach.

Jeżeli chodzi o ceny producentów, to tutaj duże znaczenie dla nich ma to, co się dzieje z cenami metali i paliw na świecie. A te dość mocno się wahają, w zależności od tego, jakie dane pokazuje gospodarka chińska, a także czy nasila się, czy łagodnieje konflikt na Bliskim Wschodzie lub w innych krajach, które dostarczają ropę na świecie – twierdzi Monika Kurtek.

Zatrudnienie rośnie, ale delikatnie

Przeciętne wynagrodzenie w firmach było w lipcu o 3,5 proc. wyższe niż rok wcześniej. Zatrudnienie zwiększyło się w ciągu roku o 0,8 proc. – podał GUS.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji LewiatanPoziom zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw wyniósł 5531,1 tys. osób i nieznacznie wzrósł w stosunku do czerwca. Przybyło nieco ponad 5 tys. pracujących, czyli zaledwie 0,1 proc.. Warto jednak zauważyć, że wzrost zatrudnienia m/m nastąpił dopiero drugi miesiąc z rzędu. W stosunku do 2013 roku wzrost zatrudnienia wyniósł 0,8 proc., a więc nieco więcej niż w poprzednich miesiącach. Liczba zatrudnionych była wyższa niż w lipcu 2013 r. o ponad 42 tys., jednak wielkość tego przyrostu wynika w efektu bazy. Poziom zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw był w lipcu zeszłego roku wyjątkowo niski. Obecny jest tylko nieznacznie (ok. 2-3 tys.) większy niż w lipcu 2012 r. i 2011 r.

Przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w lipcu wyniosło 3964,91 zł. Wzrosło ono o 0,6 proc. w stosunku do poprzedniego miesiąca i o 3,5 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Tempo jego wzrostu jest wyraźnie wolniejsze niż w czerwcu, kiedy wyniosło 1,7 proc. Biorąc po uwagę brak presji inflacyjnej (w lipcu pierwszy raz mieliśmy do czynienia z deflacją), można mówić o realnym wzroście dochodów pracowników sektora przemysłowego.

Niemniej jednak informacje napływające z gospodarki, w tym zwłaszcza możliwe dalsze obniżanie się poziomu eksportu w związku z pogarszającymi się stosunkami handlowymi z Rosją, mogą wpłynąć negatywnie na sytuację na rynku pracy. Wskaźnik menedżerów logistyki PMI polskiego sektora przemysłowego spadł w lipcu o 0,9 pkt m/m i wyniósł 49,4 pkt. Za główną przyczynę tego spadku uznaje się malejącą liczbę zamówień wynikającą głównie ze zmniejszającego się poziomu eksportu (już trzeci miesiąc z rzędu). Chociaż subwskaźnik PMI odnoszący się do zatrudnienia był pozytywnym punktem a tempo tworzenia nowych miejsc pracy wzrosło, to jednak można mieć obawy, że przedsiębiorcy w warunkach niepewności wstrzymają się z decyzjami o powiększaniu zatrudnienia.

Konfederacja Lewiatan

 

Przez rosyjskie sankcje gospodarka Niemiec będzie rosła wolniej niż przewidywano

Niemiecka motoryzacja, przemysł maszynowy i rolnictwo ucierpią najmocniej na skutek rosyjskiego embarga na produkty w Unii. Już w II kwartale niemiecka gospodarka urosła tylko o 1,2 proc. rok do roku, niemal dwukrotnie wolniej niż w pierwszym.

Poważnie zachwiane zostały relacje gospodarcze. Musimy poczekać, by zobaczyć na ile inne państwa, jak Turcja czy Brazylia, będą wchodziły na rynki rosyjskie i jakie to będzie miało konsekwencje – powiedział agencji Newseria Cornelius Ochmann, dyrektor, członek zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. – Jest to sytuacja bardzo skomplikowana, takiego zamieszania nie mieliśmy od dobrych kilku lat i wszyscy w związku z tym czekają.

Eksperci oceniają, że to właśnie takie kraje, jak Brazylia czy Turcja, najbardziej skorzystają na rosyjskich sankcjach nałożonych na produkty z państw UE i USA. Znacząco zwiększy się popyt w Rosji na importowaną z tych państw żywność.

Konsekwencji embarga obawiają się natomiast Niemcy. Ekonomiści szacują, że ze względu na zmniejszony eksport na Wschód tempo wzrostu gospodarczego w tym kraju zwolni.

Już wyniki za II kwartał rozczarowały. PKB naszego zachodniego sąsiada spadł o 0,2 proc. w ujęciu kwartalnym (po uwzględnieniu czynników sezonowych), podczas gdy w I kwartale był to wzrost o 0,7 proc. W ujęciu rocznym PKB wzrósł o 1,2 proc. (w I kwartale – 2,3 proc.).

Zdaniem członka zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej na gorsze od prognozowanych wyniki największy wpływ będą miały gałęzie gospodarki, które do tej pory odznaczały się wysokim poziomem eksportu do Europy Wschodniej.

To przede wszystkim przemysł samochodowy, maszynowy oraz dobra konsumpcyjne – mówi Ochmann. – W związku z decyzją Kremla nakładającą embargo musimy się liczyć z tym, że również eksport produktów rolniczych z Niemiec do Europy Wschodniej będzie malał.

Jak wskazuje, skutki zmniejszenia eksportu dotkną także branże transportową i logistyczną.

Polska jednym z najszybciej rosnących rynków smartfonów w Europie. Asbis spodziewa się podwojenia sprzedaży w 2014 r.

CEO Magazyn Polska

Asbis Group przenosi swoją działalność z Ukrainy i Rosji do Europy Środkowej oraz Zachodniej. Dzięki temu spółka nie zmienia prognoz zysku netto, który ma wynieść w tym roku 4-5 mln dolarów, choć w pierwszym półroczu miała niemal 5 mln dolarów straty. Jednym z liderów wzrostu ma być Polska, gdzie w II kwartale sprzedaż urosła o 229 proc. w ujęciu rocznym.

Chcemy dalej rozwijać się zarówno w Europie Zachodniej i Środkowej, jak i w Zatoce Perskiej, by skompensować negatywny efekt z rynków byłego ZSRR. Jeśli chodzi o produkty poza naszymi markami, skupiamy się głównie na smartfonach i tabletach, zwłaszcza smartfonach, które są rosnące. iPhone jest zwycięzcą, dlatego rozmawiamy z nimi, by zajmować się dystrybucją na kolejnych rynkach. Jak dotąd mamy wyłączność na IT biznes, dostaliśmy iPhony i staramy się rozszerzyć te kontrakty na inne rynki – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Marios Christou, dyrektor finansowy Asbis Group.

Spółka podtrzymuje wcześniejsze prognozy, zgodnie z którymi ma wypracować w tym roku zysk netto na poziomie 4-5 mln dolarów. Wynika to stąd, że Asbis spodziewa się dynamicznej poprawy wyników od III kwartału, w pierwszej połowie roku zanotował stratę netto na poziomie 4,83 mln dolarów.

Coraz większe ryzyko otwartej wojny między Rosją a Ukrainą sprawia, że dystrybutor sprzętu i akcesoriów komputerowych spodziewa się dalszego spadku sprzedaży na tych rynkach. Z drugiej jednak strony rosnące ryzyko polityczne sprawia, że konkurencja słabnie. Christou podkreśla jednocześnie, że Asbis będzie dokładnie szacował korzyści z ewentualnych nowych kontraktów w Rosji lub na Ukrainie.

Widzimy, że z powodu turbulencji wielu naszych konkurentów również ma kłopoty na rynkach krajów byłego ZSRR, dlatego oczekujemy nowych kontraktów. Wiele firm przychodzi do nas, byśmy sprzedawali tam ich produkty. Ale jesteśmy bardzo ostrożni w wyborze partnerów, przykładowo przestaliśmy dystrybuować w Rosji takie marki, jak: Lenovo, Dell, Toshiba, bo nie zarabialiśmy na nich –mówi dyrektor finansowy Asbis Group.

Spośród rynków, na których działa Asbis, w drugiej połowie roku najszybciej będzie rosła sprzedaż w Polsce, na Słowacji, w Czechach oraz Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Portugalii i krajach Beneluksu. W 2014 r. sprzedaż w Polsce ma się podwoić, po tym jak Asbis zanotował wzrost w II kwartale o 229 proc. rok do roku, a w całym I półroczu – o 200 proc. w ujęciu rocznym. Spółka spodziewa się kontynuacji wzrostu sprzedaży w segmencie smartfonów, z kolei rynek tabletów ma się ustabilizować.

Przy tych turbulencjach na rynkach nie spodziewamy się dużych nakładów inwestycyjnych, to będzie średnia wielkość, ok. 2 mln, czyli tyle, ile mamy co roku, nic specjalnego. Dotyczy to wszystkich regionów i segmentów działalności – uważa Marios Christou.

Dystrybutor urządzeń multimedialnych pracuje także nad obniżeniem średniego kosztu sprzedaży. Według Alberta Rokickiego z Longterm.pl, problemem spółki jest niska rentowność aktywów i kapitału własnego. ROE (rentowność kapitału własnego) wyniósł 5,74 proc. (przy średniej dla sektora 7,01 proc.), z kolei wskaźnik ROA (stopa zwrotu z aktywów) wyniósł 1,27 proc. (średnia dla sektora 3,4 proc.).

Już do końca drugiego kwartału udało nam się poprawić finansowanie łańcucha dostaw, rozmawiamy z bankami o redukcji średniego ważonego kosztu długu. Nie mogę tego powiedzieć o Rosji, bo ostatnio miały tam miejsce podwyżki bazowych stóp procentowych, więc oczekujemy jakiegoś wzrostu w finansowaniu w Rosji. W innych regionach, np. Polsce, negocjujemy jednak poprawę i w niektórych już to się udało – twierdzi Christou.

Travelplanet zwiększa przychody i zmniejsza stratę w I półroczu

0

Travelplanet, pośrednik w sprzedaży wycieczek i usług turystycznych, zwiększył w I półroczu skonsolidowane przychody ze sprzedaży do 11,6 mln zł wobec 9 mln zł rok temu. Spółce udało się również o 76 proc. zmniejszyć stratę netto.

Travelplanet wciąż nie zarabia, ale strata, jaką pośrednik poniósł w I półroczu 2014 wyniosła 778 tys. zł i stanowi niespełna jedną czwartą straty z I połowy ubiegłego roku. 

Zysk brutto Travelplanet wzrósł w tym okresie niemal dwukrotnie do ponad 4 mln zł z 2,23 mln zł rok temu.

Przychody zwiększyły się do 11,6 mln zł z 9 mln zł w I półroczu 2013.

Grupa Żywiec zmniejsza zysk o 60 proc. w I półroczu

0

Grupa Żywiec miała w I półroczu 27,8 mln zł zysku netto przypadającego na akcjonariuszy jednostki dominującej. Rok temu spółka zarobiła na czysto niemal 74 mln złotych.

Oznacza to spadek zysku netto o 60 proc. O ponad połowę niższy był zysk operacyjny, który wyniósł 55,5 mln złotych wobec 116,8 mln złotych rok temu. Spadły też przychody do 1,54 mld zł z 1,69 mld zł przed rokiem.

Zatrudnienie w grupie w ciągu roku spadło o ponad 600 osób. Zarząd w sprawozdaniu do wyników przyznaje, że sprzedaż piwa ilościowo spadła w pierwszym półroczu do 5,1 mln hektolitrów z 5,3 mln hektolitrów rok temu. Jednocześnie sprzedaż piwa na całym rynku wzrosła o 0,7 proc., co oznacza, że Grupa traci ilościowe udziały w rynku.

Zarząd podkreśla jednak, że mimo wzrostu sprzedaży w branży, spadła wartość sprzedanego piwa – o 0,5 proc.

Rządowy projekt zmian w janosikowym niesatysfakcjonujący dla Mazowsza

Adam Struzik Marszałek województwa mazowieckiego
Rząd skierował do Sejmu przyjęty wczoraj projekt zmian w janosikowym. Wprowadza on m.in. próg ograniczający wysokość wpłat z bogatych województw do 35 proc. ich dochodów podatkowych. Zdaniem Adama Struzika, marszałka Mazowsza, nie pozwoli to zrównoważyć wynikającego z janosikowego niedoboru w kasie województwa. Ocenia propozycje jako niesatysfakcjonujące. Uważa też, że nie znoszą one zakwestionowanych przez Trybunał Konstytucyjny zapisów.

Przygotowana przez Ministerstwo Finansów nowela wprowadza w ustawie próg ograniczający wysokość wpłat do 35 proc. dochodów podatkowych. Zmienić się mają również zasady ustalania wysokości opłat. Zgodnie z rządowym projektem byłyby do nich zobowiązane województwa, których wskaźnik dochodów podatkowych (PIT i CIT) na mieszkańca byłby wyższy niż 125 proc. wskaźnika dla wszystkich (obecnie jest to 110 proc.). Do tego zmniejszyłaby się kwota „kary” za każdą uzyskaną, ponadnormatywną złotówkę (z 80 do 60 groszy).

Redukcji uległby również drugi, bardziej dotkliwy próg. Dzisiaj po przekroczeniu 170 proc. średniej krajowej województwo musi oddać aż 95 gr z każdej złotówki. Po wprowadzeniu zaproponowanych przez resort finansów zmian próg zostałby zmniejszony do 150 proc., a opłata za jego przekroczenie wyniosłaby 85 gr.

Adam Struzik, marszałek województwa mazowieckiego, twierdzi, że rządowa nowela nie spełnia oczekiwań i jest niesatysfakcjonująca. Nie zmieni bowiem katastrofalnej sytuacji finansowej Mazowsza.

– Projekt zakłada niewystarczającą redukcję wpłaty – podkreśla marszałek województwa mazowieckiego w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Mówimy o kwocie około 115 mln zł, a dane chociażby za rok 2013 i 2014 pokazują, że nasz niedobór w tym zakresie wynosi około 220–250 mln zł. Nie spodziewam się, by województwo mazowieckie nagle uzyskało więcej dochodów. Uważam więc, że korekta, którą proponuje rząd, jest zdecydowanie za mała.

Struzik krytykuje maksymalny, wyznaczony przez ministerstwo próg ograniczający wysokość wpłat do 35 proc. dochodów podatkowych.

– Wszystkie obliczenia pokazują, że nie może to być więcej niż 25 proc. dochodów własnych – twierdzi marszałek.

Jak podkreśla, w projekcie rządowym utrzymana pozostała niekorzystna dla samorządów i niekonstytucyjna zasada, zgodnie z którą wysokość wpłat jest ustalana na podstawie dochodów sprzed dwóch lat.

– Uważamy, że to powinno być obliczane na podstawie bieżących dochodów z korektą w roku następnym – mówi Struzik. – Proponujemy także, aby wpłata nie była wydatkiem bieżącym, tylko stanowiła pomniejszenie dochodów. Natomiast projekt rządowy uparcie trzyma się tego, że to jest wydatek bieżący.

Gdy TK zakwestionował obecne metody naliczania janosikowego, województwo mazowieckie zapowiedziało, że będzie walczyło o odzyskanie kwot, które zostały naliczone według przepisów uznanych za niekonstytucyjne. Województwo wciąż ma problem ze spłatą należności.

– W ubiegłym roku kwota zobowiązań wyniosła ponad 150 mln zł – mówi Adam Struzik. – Po tym, jak poborca skarbowy zabrał nam ponad 90 mln, pozostało około 60 mln zł. Ciągle są problemy z bieżącą obsługą. Płacimy wtedy, kiedy mamy pieniądze, i w takiej wysokości, jaka nam pozostaje po opłaceniu wszystkich faktur i realizacji naszych zadań ustawowych. Wygląda na to, że deficyt w obrębie roku będzie wynosił około 250 mln zł. Aby go pokryć, wystąpiliśmy o pożyczkę do budżetu państwa.

Od tej pożyczki, jak informuje marszałek, w ciągu 25 lat województwo zapłaci ponad 110 mln zł odsetek.

– Oczywiście będziemy dochodzili zwrotu także tych pieniędzy – informuje Adam Struzik. – Doktryna prawa jest różnie interpretowana. Jedni mówią, że przepisy niekonstytucyjne można podważyć od razu, inni, że dopiero po wyroku TK, a jeszcze inni, że dopiero po okresie obowiązywania, mimo niekonstytucyjności. Ale będziemy korzystali z wszystkich możliwych dróg prawnych, bo w Konstytucji jest zapisana ochrona sądowa samorządu województwa.

Władze Mazowsze odwołują się od wszystkich decyzji administracyjnych ministra finansów ws. nakazu zapłaty zaległości, skarżą je również do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Pierwsza rozprawa, jak informuje Struzik, ma się odbyć w połowie września.

– Jeżeli WSA odniesie się do niekonstytucyjności również tego prawa, to otworzy nam to drogę do dochodzenia zwrotu utraconych kwot. To jest jedna droga. Oczywiście możemy wykorzystać drogę cywilną, ale dopiero po upływie 18 miesięcy od dnia wyroku, czyli de facto we wrześniu 2015 roku – mówi Adam Struzik.

UFG: System nadzoru nad obowiązkiem ubezpieczania gospodarstw rolnych mało skuteczny

Mówi:	Hubert Stoklas Funkcja:	wiceprezes zarządu Firma:	Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny
Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny alarmuje, że ma ograniczone możliwości weryfikacji tego, czy osoby posiadające gospodarstwo rolne mają polisę odpowiedzialności cywilnej i ubezpieczenie nieruchomości wchodzących w skład gospodarstwa. Zawarcie takich polis jest obowiązkowe. UFG musi polegać w tym zakresie na informacjach wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, którzy funkcje swoje sprawują dzięki wyborcom. Niechętnie więc ich nadzorują.

W momencie zakupu samochodu, maszyny czy innego pojazdu rolnicy, podobnie jak inni użytkownicy, mają obowiązek zawarcia umowy ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej (OC). To jednak nie jedyna, obowiązkowa polisa, jaką powinni mieć. Jeżeli powierzchnia ich gospodarstwa rolnego przekracza 1 hektar spoczywa na nich także obowiązek zarówno ubezpieczenia OC z tytułu posiadania gospodarstwa rolnego, jak i zawarcia polisy dotyczącej wchodzących w skład gospodarstwa budynków (o ile takie się na nim znajdują).

– Poza standardowym ubezpieczeniem OC samochodów i maszyn są to dwa inne, obowiązkowe ubezpieczenia, które powinien zawrzeć każdy rolnik posiadający gospodarstwo o powierzchni większej niż 1 hektar – przypomina Hubert Stoklas, wiceprezes zarządu Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego zajmującego się wypłatą odszkodowań w imieniu nieubezpieczonych sprawców wypadków.

Nad przestrzeganiem obowiązku posiadania standardowego, komunikacyjnego OC czuwa szereg instytucji. Kierowcę może w każdej chwili skontrolować policja, uprawnienia nadzorcze w tym zakresie ma także Ubezpieczeniowy Fundusz Gwarancyjny, który na bazie administrowanego ośrodka informacji sam może dokonywać kontroli. Natomiast nadzór nad posiadaniem przez rolników obowiązkowej polisy z tytułu gospodarstwa rolnego i ubezpieczenia zabudowań jest znacznie trudniejszy.

– Możemy w tym zakresie opierać się wyłącznie na zawiadomieniach pochodzących od innych organów kontrolnych, jakim w tym przypadku jest wójt, burmistrz, prezydent miasta czy starosta – informuje Hubert Stoklas. – W wielu wypadkach w sposób niedostateczny wywiązują się oni z tego zadania. Reprezentują bowiem urzędy, które są wybierane w wyborach. Muszą więc de facto kontrolować swoich wyborców.

Na niedobory w zakresie nadzoru nad tego rodzaju ubezpieczeniem wskazuje liczba wpływających do UFG zawiadomień o podejrzeniu, że posiadacz gospodarstwa rolnego nie zawarł obowiązkowej umowy ubezpieczeniowej. Jak wynika z ostatniego Powszechnego Spisu Rolnego przeprowadzonego przez Główny Urząd Statystyczny, w Polsce jest 1 mln 583 tysiące gospodarstw rolnych, których powierzchnia przekracza hektar (średnia wielkość gospodarstwa wynosi 9,5 ha). Do UFG trafia natomiast co roku zaledwie 1-1,3 tys. zawiadomień o podejrzeniu niewywiązania się przez rolnika z obowiązku ubezpieczeniowego.

– Oznacza to, że albo prawie wszyscy rolnicy posiadają konieczne polisy, co jest mało prawdopodobne, albo obecny system nadzoru pozostawia jeszcze wiele do życzenia – podsumowuje wiceprezes zarządu UFG.

Z powodu rosyjskich sankcji PKB Niemiec może być 0,5 proc. niższy

Cornelius Ochmann, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej
Z powodu malejącego eksportu do państw Europy Wschodniej niemiecka gospodarka będzie w tym roku rozwijać się wolniej niż prognozowano. Ekonomiści mówią o PKB niższym o 0,2-0,5 proc. Ucierpią przede wszystkim przemysł samochodowy, maszynowy i rolnictwo. Wiele zależy też od aktywności państw nieobjętych rosyjskim embargiem.

– Poważnie zachwiane zostały relacje gospodarcze. Musimy poczekać, by zobaczyć na ile inne państwa, jak Turcja czy Brazylia, będą wchodziły na rynki rosyjskie i jakie to będzie miało konsekwencje – mówi agencji Newseria Biznes Cornelius Ochmann, dyrektor, członek zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. – Jest to sytuacja bardzo skomplikowana, takiego zamieszania nie mieliśmy od dobrych kilku lat i wszyscy w związku z tym czekają.

Eksperci oceniają, że to właśnie takie kraje, jak Brazylia czy Turcja, najbardziej skorzystają na rosyjskich sankcjach nałożonych na produkty z państw UE i USA. Znacząco zwiększy się popyt w Rosji na importowaną z tych państw żywność.

Konsekwencji embarga obawiają się Niemcy. Ekonomiści szacują, że ze względu na zmniejszony eksport na Wschód tempo wzrostu gospodarczego w tym kraju zwolni.

– Nie możemy jeszcze dokładnie powiedzieć, o ile mniejszy będzie PKB. Mamy ekspertów, którzy twierdzą, że to będzie 0,5 proc., inni twierdzą, że 0,2 proc. Musimy poczekać jeszcze na szacunki różnych instytucji, ale na pewno będzie on niższy, niż oczekiwano jeszcze na początku tego roku – mówi Ochmann.

Już wyniki za II kwartał rozczarowały. PKB naszego zachodniego sąsiada spadł o 0,2 proc. w ujęciu kwartalnym (po uwzględnieniu czynników sezonowych), podczas gdy w I kwartale był to wzrost o 0,7 proc. W ujęciu rocznym PKB wzrósł o 1,2 proc. (w I kwartale – 2,3 proc.).

Zdaniem członka zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej na gorsze od prognozowanych wyniki największy wpływ będą miały gałęzie gospodarki, które do tej pory odznaczały się wysokim poziomem eksportu do Europy Wschodniej, przede wszystkim na rynek rosyjski, ukraiński, do Kazachstanu oraz Azji Centralnej.

– To przede wszystkim przemysł samochodowy, maszynowy oraz dobra konsumpcyjne – mówi Ochmann. – W związku z decyzją Kremla nakładającą embargo musimy się liczyć z tym, że również eksport produktów rolniczych z Niemiec do Europy Wschodniej będzie malał.

Jak wskazuje, skutki zmniejszenia eksportu dotkną także branże transportową i logistyczną.

Polska kolej nadrabia zaległości w dziedzinie nowoczesnych systemów zwiększających poziom bezpieczeństwa

1652453781_CH2M_kolej_projekty

Polska kolej nadrabia zaległości w dziedzinie nowoczesnych systemów zwiększających poziom bezpieczeństwa. Ten obszar, a nie tylko modernizacja samych torów, wymaga pilnych inwestycji. Brakuje m.in. europejskiego systemu zarządzania ruchem ERTMS, który poprawi bezpieczeństwo, szybkość przejazdu oraz ułatwi prowadzenie przewozów międzynarodowych. Wśród celów inwestycyjnych jest też rozbudowa portów morskich oraz poprawa dostępu kolejowego do nich.

‒ W infrastrukturze IT na kolei są szczególne zapóźnienia. Jeżeli odniesiemy je do innych kolei europejskich, to mamy dużo do nadrobienia – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Celiński, dyrektor działu transportu w CH2M HILL Polska. ‒ W tej chwili inwestycje głównie polegają na poprawie stanu infrastruktury, ale też na inwestowaniu w nowoczesne systemy sterowania ruchem kolejowym, takie jak Europejski System Zarządzania Ruchem Kolejowym (ERTMS) i Europejski System Sterowania Pociągiem (ETCS).

Celiński podkreśla, że dla kolejowego ruchu pasażerskiego w Polsce najważniejsze jest skrócenie czasu przejazdu, a dla przewoźników towarowych – zwiększenie dopuszczalnego nacisku na oś, regularność połączeń, a także zwiększenie średniej prędkości. Jednak poza modernizacją samych torów, niezwykle ważne są też systemy, które usprawniają ruch i poprawiają jego bezpieczeństwo.

CH2M HILL jest partnerem PKP przy pilotażowym wdrożeniu systemu ERTMS poziomu drugiego na 84-kilometrowym odcinku od Legnicy do granicy z Niemcami. Umowa na projekt warty ponad 140 mln zł została podpisana w 2012 r. Po instalacji ERTMS-2 w odpowiednio wyposażonych lokomotywach maszyniści otrzymają informacje o dopuszczalnej prędkości i zajętości torów. Dzięki temu, że system jest europejski, jego rozpowszechnienie ułatwi prowadzenie połączeń międzynarodowych, bo maszyniści nie będą już musieli zdawać egzaminu ze znajomości sygnalizacji w innych krajach.

‒ Systemy te będą wdrażane na Centralnej Magistrali Kolejowej, na linii Warszawa – Gdynia i sukcesywnie wprowadzane na innych liniach. Myślę, że to będzie z dużym pożytkiem dla pasażerów, dlatego że błędy maszynisty będą natychmiast eliminowane przez automatyczne systemy prowadzenia pociągu – zapowiada Celiński.

System ERTMS-2 wraz z wchodzącymi w jego skład systemami ETCS (przekazuje maszyniście informacje z urządzeń na torach m.in. o zezwoleniu na jazdę) oraz GSM-R (dwukierunkowa metoda transmisji danych) ma być zainstalowany do końca 2015r. m.in. na odcinku z Legnicy do Opola oraz Warszawa-Łódź Widzew.

CH2M HILL pracuje także nad poprawą infrastruktury związanej z polskimi portami. Spółka jest inżynierem kontraktu w projekcie przy budowie drugiego nabrzeża w terminalu kontenerowym DCT Gdańsk. Wartość tej inwestycji to 250 mln euro. Celiński dodaje, że CH2M HILL realizuje również projekty poprawy dostępu kolejowego do portów w Szczecinie i Świnoujściu, jest także projektantem przy przebudowie połączenia kolejowego do gdańskiego Portu Północnego.

 

Polski rynek pracy atrakcyjny dla cudzoziemców

Mówi: Iwona Cichowicz Funkcja:	doradca zawodowy Firma:	Centrum Pomocy Cudzoziemcom
Zdecydowana większość zezwoleń na pracę cudzoziemców w Polsce wciąż dotyczy robotników wykwalifikowanych i pracowników przy pracach prostych. Pracę w Polsce podejmują jednak również wysoko wyspecjalizowani eksperci, doradcy, informatycy i nauczyciele. Ponad połowa wniosków o pozwolenie na pobyt czasowy jest uzasadniona chęcią podjęcia pracy zarobkowej.

Z danych resortu pracy wynika, że w ubiegłym roku liczba wydanych zezwoleń na pracę wyniosła 39 078 i było nieznacznie mniejsza niż w 2012 roku (39 144) i 2011 roku (40 808). Nieznacznie zmniejszyło się również zapotrzebowanie polskich firm na pracowników z zagranicy (jeśli chodzi o krótkoterminowe zatrudnienie). W 2013 roku w Powiatowych Urzędach Pracy zarejestrowano ponad 235 tys. oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcowi. Przed rokiem było ich ponad 243 tys. (dotyczy to obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy).

– W Polsce pracuje bardzo dużo osób zza wschodniej granicy, przede wszystkim z Ukrainy, Białorusi i Rosji, ale są też osoby z krajów arabskich, Afryki czy nawet Ameryki – mówi agencji Newseria Biznes Iwona Cichowicz, doradca zawodowy z Centrum Pomocy Cudzoziemcom.

Ukraińcy otrzymali ponad połowę zezwoleń na pracę (ok. 20 tys.), inne liczne narodowości to: Wietnamczycy, Chińczycy, Hindusi, Białorusini i Rosjanie.

Nowe prawo imigracyjne, które weszło w życie w maju br., m.in. wydłuża z 2 do 3 lat zezwolenie na pobyt tymczasowy i wprowadza jedno zezwolenie na pobyt i pracę w Polsce. Mimo pewnych zmian na lepsze, wciąż jest dużo barier, które utrudniają lub nawet uniemożliwiają cudzoziemcom znalezienie pracy. Chodzi m.in. o problemy językowe, komunikacyjne i kulturowe. Nieznajomość języka polskiego nie pozwala na sprawną komunikację z pracodawcą, a ci bardzo niechętnie decydują się na zatrudnienie takich osób.

Są jednak branże, gdzie znajomość języka nie jest wymagana. Przedsiębiorcy coraz chętniej zatrudniają cudzoziemców w sektorze rolnym i budowlanym, na wysokim poziomie utrzymuje się też liczba pracujących w serwisach sprzątających, przy opiece dzieci lub osób starszych czy zatrudnionych na zapleczu restauracji. Tu nawet całkowita nieznajomość języka polskiego nie stanowi bariery.

Spośród blisko 40 tys. zezwoleń na pracę w ubiegłym roku ponad 10 tys. dotyczyło robotników wykwalifikowanych, a ponad 5,7 tys. – pracowników przy pracach prostych. Dużo osób, zwłaszcza z niskimi kwalifikacjami, pracuje na umowach cywilnoprawnych na krótki okres bądź na umowę zastępstwo. Tacy pracownicy rzadko mogą liczyć na przedłużenie umowy.

Problemem jest również nieznajomość polskiego rynku pracy.

– Osób chętnych do pracy, które starają się dotrzeć do pracodawców, jest bardzo dużo. Są jednak osoby, które nie potrafią się jeszcze odnaleźć na rynku, nie znają jego realiów i jest im bardzo trudno się zaadaptować – ocenia Cichowicz. – Nie wiedzą, w jaki sposób poszukiwać pracy, jak kontaktować się z pracodawcami, nie potrafią tworzyć dokumentów aplikacyjnych, czasem brak też im motywacji.

Zdaniem Cichowicz powodzenie na polskim rynku pracy zależy przede wszystkim od kwalifikacji obcokrajowców. Osoby z odpowiednimi uprawnieniami i doświadczeniem nie powinny mieć problemów ze znalezieniem pracy.

– Duża część osób bezpośrednio po przyjeździe do Polski znajduje pracę w zawodzie. Są to inżynierowie, informatycy, sprzedawcy, handlowcy bądź osoby z doświadczeniem w sektorze bankowym, księgowości oraz nauczyciele języków. Takim osobom jest również łatwiej ze względu na to, że pracują w międzynarodowych firmach, więc mogą rozwijać się zawodowo także tutaj – tłumaczy Cichowicz.

W ubiegłym roku 3 tys. osób uzyskało zezwolenie na pracę jako kadra pracownicza, doradcy i eksperci (z czego funkcje w zarządach osób prawnych – 567 zezwoleń, 333 zezwolenia dotyczyły pracy w informatyce, 214 – w zawodach medycznych, a 203 – w zawodach nauczycielskich).

Zdaniem Cichowicz często też język ojczysty jest dużym atutem. Cudzoziemcy mogą znaleźć oferty w dużych międzynarodowych firmach, m.in. w call center czy centrach usług wspólnych przy obsłudze klienta obcojęzycznego. Tu zwykle nie jest wymagana znajomość języka polskiego.