Fitch Polska: Stabilna sytuacja finansowa polskich samorządów. Wyjątkiem Mazowsze

CEO Magazyn Polska

Rząd przyjął projekt zmian w janosikowym, podnosząc próg, od którego województwa będą wpłacały pieniądze na rzecz uboższych regionów. Agencja ratingowa Fitch Polska spodziewa się poprawy sytuacji budżetowej polskich samorządów oraz kontynuacji ożywienia gospodarczego. Perspektywa ratingu zdecydowanej większości z nich jest stabilna, ponieważ nie ma problemu nadmiernego zadłużenia samorządów, jak np. w Hiszpanii czy we Włoszech. Negatywną perspektywę ma jedynie województwo mazowieckie, które jest obciążone wysokimi wpłatami na janosikowe. Nowy projekt powinien jednak ulżyć mazowieckiemu samorządowi.

Polskie regiony nie mogą się porównywać w żaden sposób do landów niemieckich, nie tylko ze względu na rating niemiecki, lecz także ze względu na otoczenie prawno-instytucjonalne, które tam działa w zupełnie inny sposób niż w Polsce. Jak spojrzymy jednak na przykład na ratingi niektórych regionów czy miast we Włoszech i w Hiszpanii, to w Polsce są one porównywalne, a często nawet lepsze – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Kowalski, prezes Fitch Polska.

Wśród polskich samorządów najwyższy rating mają Warszawa, Poznań i Katowice oraz województwa małopolskie i wielkopolskie. Agencja ratingowa Fitch Polska przyznała im ocenę A- w skali międzynarodowej, czyli taką samą, jak zadłużeniu polskiego państwa w walutach obcych. W skali krajowej Warszawa ma najwyższy możliwy rating, czyli AAA. Ewentualna podwyżka ratingów w skali międzynarodowej dla powyższych samorządów będzie możliwa jedynie wtedy, kiedy zostanie podniesiony rating dla Polski.

Pozostałe są w kategorii potrójne B w różnych permutacjach, czyli albo z plusem, albo bez plusa, albo z minusem i to jest zdecydowana większość ratingów. Warto podkreślić, że większość ratingów ma perspektywę stabilną, co oznacza, że raczej nie przewidujemy żadnych zmian w ich poziomie w przeciągu najbliższych 12-14 miesięcy – mówi Kowalski.

Na tym tyle negatywnie wyróżnia się sytuacja finansowa województwa mazowieckiego, które jest jedyną jednostką samorządu terytorialnego z negatywną perspektywą ratingu. Prezes Fitch Polska zwraca uwagę na to, że Mazowsze jest obciążone wysoki wpłatami z tytułu janosikowego, czyli części regionalnej subwencji ogólnej. W marcu 2014 r. Trybunał Konstytucyjny stwierdził niezgodność części przepisów regulujących wysokość wpłat, przepisy te przestaną obowiązywać jednak dopiero za rok. Wczoraj rząd przyjął projekt zmian w ustawie o finansowaniu jednostek samorządu terytorialnego. Zakłada on podniesienie progu nakładającego obowiązek łożenia na uboższe województwa ze 110 do 135 proc. średnich krajowych dochodów na mieszkańca. Wpłaty będą też niższe i nie będą mogły przekroczyć 35 proc. ogólnych dochodów podatkowych samorządu.

Sytuacja pod tym względem jest wyzwaniem dla zarządu Mazowsza, ale z drugiej strony trzeba podkreślić, że Mazowsze nie ma problemów z obsługą swojego zadłużenia, a więc to jest oczywiście pozytywne. W tej chwili kluczową sprawą jest, to jak zostanie rozwiązana kwestia janosikowego, czyli jak będzie wyglądała nowa formuła, którą rząd musi wprowadzić w ciągu najbliższych kilkunastu miesięcy zgodnie z wyrokiem Trybunału. I to będzie skutkowało dalszymi naszymi decyzjami wobec Mazowsza – twierdzi Piotr Kowalski.

Prezes Fitch Polska podkreśla również, że agencja będzie zwracać uwagę na realizację przez władze Mazowsza programu ostrożnościowego. Był on warunkiem otrzymania kredytu od budżetu państwa. W dłuższej perspektywie sytuacja finansowa danych samorządów – a zatem i perspektywy ratingu – będą zależne przede wszystkim od polityki fiskalnej prowadzonej przez miejscowe władze oraz tempa wzrostu PKB.

Zwracamy uwagę zwłaszcza na kwestie związane z poziomem i jakością zarządzania długiem oraz z poziomem wolnych środków. To pokazuje zarówno to, jak elastyczna od strony finansowej jest dana jednostka samorządowa, jak i to, jak wygląda zarządzanie jakościowe gminą jako organizmem. I to są rzeczy, na które najbardziej zwracamy uwagę – podsumowuje Kowalski.

Wczoraj agencja Fitch podała, że II kwartale br. wartość rynku obligacji komunalnych wzrosła o 14,6 proc. rok do roku i wyniosła 18,4 mld zł. W porównaniu z I kwartałem był to wzrost o 0,4 proc. Obligacje samorządów stanowią niespełna 14 proc. całego rynku obligacji nieskarbowych.

IKEA stawia na Polskę. W ciągu 20 lat chce zwiększyć obroty z 2 do 16 mld zł

0

CEO Magazyn Polska

Ośmiokrotny wzrost obrotów osiąganych przez sklepy w Polsce do 2034 roku – to strategiczne plany szwedzkiego koncernu IKEA. Firma szacuje, że w tym czasie polski rynek wzrośnie trzykrotnie.

Nasze plany rozwoju w Polsce są bardzo ambitne – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Katarzyna Balashov z IKEA Retail Poland. – W ciągu najbliższych 20 lat chcemy aż ośmiokrotnie zwiększyć obroty z obecnych 2 do 16 mld zł.

W drugiej połowie przyszłego roku szwedzka spółka planuje otworzyć sklep w Bydgoszczy. Na nowym sklepie w Bydgoszczy się nie skończy, bo posiadająca w Polsce osiem centrów handlowych IKEA zapowiada, że powstaną kolejne. Firma prowadzi m.in. rozbudowę już istniejących parków handlowych we Wrocławiu i Warszawie. Buduje centrum handlowe w Lublinie. Posiada też portfel działek pod ewentualne inwestycje. W ciągu ostatnich 5 lat spółki z korzeniami IKEA w Polsce zainwestowały w naszym kraju ponad 5 mld złotych.

Polska jest trzecim krajem po Chinach i Rosji pod względem dynamiki wzrostu sprzedaży – mówi Katarzyna Balashov. – To dla spółki bardzo ważny strategicznie rynek również pod względem produkcji, bo jest drugim po Chinach producentem produktów.

To m.in. dzięki zamówieniom szwedzkiego koncernu Polska jest dziś największym producentem mebli w Europie, a w skali światowej zajmuje czwartą pozycję.

Warunki do prowadzenia handlu w Polsce są bardzo dobre, szczególnie w naszej branży, bo zainteresowanie meblowaniem i wystrojem wnętrz rośnie – podkreśla przedstawicielka koncernu. – Według naszych prognoz polski rynek będzie wzrastał w najbliższych latach, w ciągu 20 lat nawet trzykrotnie. Staramy się, aby nasze sklepy były inspirujące – deklaruje Katarzyna Balashov. – Staramy się ułatwiać proces zakupowy naszym klientom poprzez oferowanie serwisów, które są bardzo istotne, szczególnie w przypadku takich zakupów jak meble kuchenne. Oferujemy nie tylko serwisy kompletowania, czyli zbierania poszczególnych elementów, dowozu, montażu, lecz także na wcześniejszym etapie projektowania i doradztwa.

Jak podkreśla, firma rośnie szybko głównie dzięki stałemu monitorowaniu potrzeb klientów – takie badania są prowadzone w każdym kraju.

Prowadzimy lokalne badania upodobań, marzeń, planów dotyczących wyposażenie wnętrz, ciągle ulepszamy nasze produkty. W Polsce dużo mamy małych mieszkań, poniżej 50 metrów kwadratowych i to jest segment rynku, na którym znamy się bardzo dobrze. Mamy ogromne doświadczenie w oferowaniu rozwiązań, które pozwalają w sposób ergonomiczny i funkcjonalny wykorzystać małą przestrzeń – podkreśla Balashov.

Grupa ROBYG chce w tym roku ustanowić rekord sprzedaży mieszkań

CEO Magazyn Polska

Grupa ROBYG liczy w tym roku na najlepszy wynik sprzedaży mieszkań w historii. Deweloper zamierza przekroczyć liczbę 2 tys. sprzedanych mieszkań, co byłoby rekordem nie tylko dla spółki, lecz także dla całego rynku. Popyt obecnie przewyższa podaż, przez co ceny mieszkań wzrosły w tym roku o ok. 5 proc. Mimo to wciąż są znacznie niższe niż przed kryzysem.

Chcielibyśmy przekroczyć liczbę 2 tys. zakontraktowanych lokali, oczywiście jeśli utrzymane zostaną obecne tendencje rynkowe. Byłby to rekord Polski, bo jeszcze żaden deweloper do tej pory nie sprzedał przez rok więcej niż 2 tys. mieszkań. My jesteśmy na dobrej drodze, żeby to osiągnąć – zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Zbigniew Okoński, prezes firmy ROBYG. ‒ Drugi kwartał był nieco słabszy niż pierwszy, ale pozwolił nam przekroczyć liczbę tysiąca mieszkań w pierwszym półroczu. Sądzimy, że jesienią znowu nastąpi pewne ożywienie i uda nam się sprzedać około tysiąca mieszkań w drugiej połowie roku.

Spółka prowadzi dużo nowych inwestycji. Grupa ROBYG uzyskała m.in. pozwolenie na budowę szóstego etapu osiedla Królewskiego na Wilanowie, gdzie powstanie 120 mieszkań. Kupiła także 85 tys. metrów kw. na Mokotowie. W tym miejscu może wybudować nawet 1000 mieszkań.

Okoński jednak podkreśla, że nie ma ryzyka przeinwestowania. Grupa ROBYG nawet 2-3 lata temu, gdy na rynku była nadpodaż mieszkań, nigdy nie miał więcej niż 10-12 proc. niesprzedanych mieszkań w już ukończonych budynkach. Prezes spółki zapewnia, że nawet gdy podaż będzie większa, ROBYG poradzi sobie bardzo dobrze. Na rynku teraz jest przewaga po stronie popytowej, co nieco winduje ceny.

Według nas w porównaniu z zeszłym rokiem ceny wzrosły o ok. 3-4 proc. w segmentach, które akurat realizujemy. W tym roku nie powinny już wiele więcej wzrosnąć, najwyżej 1-2 proc. Sądzę, że również w przyszłym roku sytuacja będzie stabilna. Klienci wiedzą, że warunki do zakupu mieszkań są dla nich korzystne. Ceny spadły w porównaniu z tymi sprzed kryzysu o 30-40 proc., dlatego uwierzyli, że warto kupować mieszkania – ocenia Okoński.

Dodaje, że Grupa ROBYG też nie chce doprowadzić do nadmiernego wzrostu cen. To mogłoby bowiem osłabić sprzedaż, a spółce zależy na utrzymaniu stałego poziomu działalności.

ROBYG SA od listopada 2010 r. jest spółką notowaną na głównym parkiecie GPW. Głównym udziałowcem spółki jest zarejestrowana w Luksemburgu spółka LBPOL William II S.A.R.L. (43,44 proc. akcji), 19,84 proc. udziałów należy do Nanette Real Estate Group N.V. W 2013 r. ROBYG SA miał przychody na poziomie 486 mln zł i zysk netto w wysokości 28,8 mln zł. W całym 2013 r. spółka zakontraktowała do sprzedaży 1731 mieszkań netto.

Komentarz indeksowy BossaFX 20 sierpnia 2014 r.

Komentarz indeksowy BossaFX 20 sierpnia 2014 r.
Analityk Techniczny- Michal Pietrzyca

Co piąty produkt ekologiczny nie spełnia wymagań. Przedsiębiorcy muszą liczyć się z karami

CEO Magazyn Polska

Przeprowadzona przez Inspekcję Handlową kontrola wykazała, że 22 proc. towarów ekologicznych nie spełnia określonych wymogów. Przedsiębiorcy, którzy wprowadzają na rynek taką podrabianą ekożywność, muszą liczyć się z karą od 1 tys. zł do nawet 10 proc. całkowitych przychodów. Wartość tego rynku szacowana jest w Polsce na ponad 700 mln zł.

W żywności ekologicznej co najmniej 95 proc. składników musi być wyprodukowane za pomocą naturalnych metod. Dlatego ważne jest, aby produkty oznaczone symbolem bio, faktycznie spełniały wszystkie wymagania.

Inspekcja Handlowa dokonuje rutynowych kontroli produkcji żywności ekologicznej. W czasie ostatniej stwierdzono około 20 proc. nieprawidłowości. Biorąc pod uwagę specyfikę rynku i zaufanie, jakie konsumenci chcieliby mieć do produktów ekologicznych, ten odsetek można uznać za dość wysoki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Dariusz Łomowski, zastępca dyrektora Departamentu Inspekcji Handlowej w Urzędzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jak wynika z raportu Inspekcji Handlowej, łącznie zakwestionowano 219 partii towaru. W 19 proc. przypadku chodziło o nieprawidłowe oznakowanie, natomiast ponad 15 proc. produktów było nieodpowiedniej jakości. Łomowski podkreśla, że na terenie Unii Europejskiej prawidłowe oznakowanie wszystkich ekologicznych produktów składa się z trzech elementów.

Elementem pierwszym jest wizerunek zielonego liścia złożonego z dwunastu gwiazdek. Drugi to podany numer jednostki certyfikującej, czyli podmiotu, który sprawdza, czy produkcja konkretnej żywności była faktycznie ekologiczna. Trzeci element to informacja o tym, czy towar pochodzi z Unii Europejskiej czy innego terenu – przypomina ekspert.

Warto dokładnie zwracać uwagę na kupowaną żywność. Przedrostek „eko-” nie zawsze gwarantuje to, że kupimy produkt ekologiczny. Należy też dokładnie czytać skład – nie może w nim być konserwantów, a 95 proc. użytych do produkcji składników powinno być organicznych. Konsument musi pamiętać, że często żywność ekologiczna wizualnie prezentuje się gorzej od zwykłej, najczęściej ma też znacznie krótszy termin spożycia.

Taka żywność jest też droższa, w zależności od produktu nawet trzykrotnie.

Jest to uzasadnione: z jednej strony wyższe są koszty produkcji takiej żywności, a z drugiej jest niski wolumen sprzedaży – mówi Łomowski.

Stwierdzenie, że żywność ekologiczna faktycznie taka nie jest, stanowi podstawę do reklamacji danego produktu.

Mamy na to trzy dni od otwarcia produktu, który był zapakowany, na przykład ekologicznego miodu czy dżemu, albo trzy dni od daty zakupu towaru, jeżeli jest on sprzedawany na wagę. Możemy zareklamować np. podrabianą ekologiczną marchewkę w ciągu trzech dni od zakupu, jeśli stwierdzimy, że nie ma ona z ekologią wiele wspólnego – mówi ekspert.

Inspekcja Handlowa po ostatniej kontroli nałożyła 16 mandatów za sprzedaż przeterminowanej żywności i osiem za sprzedaż produktów nieodpowiedniej jakości. W takim przypadku odpowiedzialność ciąży na producencie na każdym etapie dystrybucji.

– Zarówno na etapie producenta, hurtownika, jak i na etapie sprzedaży detalicznej. Każdy z tych przedsiębiorców, jeżeli wprowadza coś jako ekologiczne, a ekologicznym nie jest, naraża się na odpowiedzialność i karę pieniężną w wysokości minimalnej 1000 zł, a maksymalnej 10 proc. całości ubiegłorocznego przychodu przedsiębiorcy – podkreśla Dariusz Łomowski.

Choć według szacunków firmy Organic Farma Zdrowia rynek żywności ekologicznej w Polsce szybko się rozwija i wart jest ok. 700 mln zł, to do czołówki europejskiej sporo nam brakuje. Przeciętny Polak wydaje na produkty ekologiczne 4 euro, w Niemczech 20, a w Danii 40 razy więcej.

We wtorek bez zmian na WIG30

Wtorkowa sesja nie przyniosła zmian wartości indeksu WIG30. Indeks dwudziestu największych spółek stracił minimalnie 0,03 proc.

WIG30 zakończył notowania na poniedziałkowym poziomie. Najmocniej urosły akcje CCC, o 2,64 proc. Po przeciwnej stronie tabeli ponownie znalazło się JSW, które straciło 4,74 proc. Ogółem zyskało 17 spółek, a 11 straciło.

Relatywnie wysokie były obroty, które na spółkach obu indeksów grupujących największe firmy przekroczyły 1 mld złotych.

Kruk wkracza na niemiecki rynek

0

Windykacyjna firma Kruk rozpoczęła działalność w Niemczech. We wtorek spółka poinformowała o założeniu niemieckiej spółki Kruk Deutschland GmbH.

– Niemcy to duży rynek konsumencki z prawie 80 mln mieszkańców. Wartość bankowych kredytów konsumenckich jest czterokrotnie większa niż w Polsce i wynosi ponad 230 mld euro. Niemiecki rynek sprzedaży wierzytelności należy do największych w Europie. Atrakcyjność rynku niemieckiego potwierdza również obecność największych europejskich firm z branży zarządzania wierzytelnościami, z których część jest obecna też w Polsce czy Rumunii mówi w komunikacie Piotr Krupa, prezes zarządu KRUK. – W Niemczech chcemy konkurować z nimi naszą unikatową strategią prougodową. Przeprowadziliśmy badania i spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem uczestników tego rynku oraz osób zadłużonych. Budujemy naszą organizacje od podstaw, przenosząc najlepsze praktyki zebrane w ciągu 16 lat działalności i odpowiednio dopasowując je do lokalnych uwarunkowań prawnych i kulturowych. Kolejnym etapem będzie nabycie pierwszych portfeli wierzytelności na rynku niemieckim.

Do tej pory Kruk skupiał swoją działalność w regionie Europy Centralnej – w Polsce, Rumunii, Czechach oraz na Słowacji.

 

Cyfrowy wszechświat rośnie – IT coraz bliżej biznesu

Do 2020 r rozmiary cyfrowego wszechświata wzrosną dziesięciokrotnie — od 4,4 bilionów gigabajtów do 44 bilionów gigabajtów – wynika z 7. Badania Digital Universe,przeprowadzonego przez firmę IDC na zlecenie EMC Corporation. Rosnąca ilość danych to szansa na osiągnięcie przewagi konkurencyjnej dla wielu firm – pod warunkiem, że będą mogły szybko i sprawnie przetwarzać i analizować ogromne ilości informacji. Rynek analityki biznesowej rośnie.

Według IDC to „internet rzeczy” sprawia, że rozmiary cyfrowego wszechświata zwiększają się w tak ogromnym tempie. Według raportu liczba urządzeń lub przedmiotów, które można połączyć z Internetem, zbliża się do 200 mld, a 7 procent z nich (14 mld) już komunikuje się za pomocą sieci. Dane wygenerowane przez te urządzenia stanowią aktualnie 2 procent światowych zasobów. IDC przewiduje, że do 2020 r. liczba podłączonych do sieci urządzeń wzrośnie do 32 miliardów i będzie wytwarzać 10 procent światowych danych – z których część będzie stanowić tzw. dane użyteczne, które można przetwarzać i analizować.Rosnąca ilość zasobów stwarza ogromne możliwości dla firm, ale tylko od nich zależy czy przekują je w realne korzyści. Odpowiednie zarządzanie, przetwarzanie i szybka analiza istniejących zasobów to konieczność na dzisiejszym rynku. Nic dziwnego, że zapotrzebowanie na analitykę biznesową stale rośnie. – mówi Michał Guzek, członek zarządu Hicron

Analiza danych – przewagą konkurencyjną firm

Szybki dostęp do danych wspomagających procesy decyzyjne, odpowiednio wyselekcjonowanych i przetworzonych, uzyskanych z różnych źródeł – to podstawa konkurencyjności firm. Dlatego rynek analityki biznesowej „ma się świetnie”. Według analityków IDC w 2016 roku wartość rynku oprogramowania wspierającego raportowanie i analizy biznesowe ma sięgnąć niemal 51 mld USD. Do tego czasu dynamika rozwoju tego segmentu będzie utrzymywać się na poziomie około 10 proc. rocznie. Również z badań Instytutu Gartnera wynika, że narzędzia ułatwiające przetwarzanie i dostęp do informacji oraz podnoszenie efektywności procesów biznesowych znajdują się na szczycie priorytetów w planowanych inwestycjach IT.

W dużym uproszczeniu, systemy Business Intelligence służą firmom do opisywania danej sytuacji i szukania przyczyn jej zaistnienia. Np. firma widzi, że na danym projekcie straciła dużo pieniędzy. Za pomocą systemu BI sprawdza, co do tego doprowadziło. Big Data pozwala firmom zrobić niewyobrażalny krok naprzód, włączając do analizy tryliony danych. Magia dużych liczb pozwala im z bardzo dużym prawdopodobieństwem odpowiedzieć na pytanie, jak nie doprowadzić do zaistnienia podobnej sytuacji w przyszłości, a więc wracając do naszego przykładu – co uwzględnić i jakie działania podjąć, by kolejny projekt zakończył się sukcesem – mówi Michał Guzek.

Trend ten jest widoczny także w Polsce. Wraz ze wzrostem ilości danych wzrasta ilość zapytań na programy wspomagające ich przechowywanie, przetwarzanie i analizę. Chodzi o systemy typu Big Data, CRM, ERP, BI. Według Cisco Visual Networking Index Global Mobile Data Traffic Forecast 2012-2017 – aż 71 procent polskich respondentów planuje włączyć dane dostarczane z cyfrowych czujników, urządzeń pomiarowych, kamer wideo oraz innych inteligentnych urządzeń do swoich planów Big Data. Zarządzanie ogromnymi zbiorami danych będzie więc jedną z kluczowych kompetencji firm w ciągu najbliższych 3-5 lat.

Podczas rozmów z naszymi klientami widzimy coraz większe zainteresowanie kwestią przetwarzania informacji. Jednak ogrom danych w powiązaniu z nowymi potrzebami analitycznymi niesie ze sobą ryzyko przeciążeń systemowych. Producenci wychodzą firmom naprzeciw i proponują rozwiązania gwarantujące wysoką wydajność tego procesu. SAP oferuje nowoczesne środowisko SAP HANA, które umożliwia przetwarzanie danych w pamięci RAM a nie zwyczajowo na dyskach twardych, co daje niewyobrażalny skok jakościowy mierzony w setkach procent – mówi Michał Guzek. Zainteresowanie naszymi kompetencjami – np. doświadczeniem w zakresie SAP HANA, wynika m.in. z wielu oczywistych zalet rozwiązania, które oferuje znaczne skrócenie czasu potrzebnego na generowanie raportów, a także złożonych działań operacyjnych. Hicron posiada 16 osobowy zespół administracji SAP oraz doświadczenie potwierdzone certyfikacjami w SAP Polska w zakresie instalacji SAP HANA i świadczenia usług wsparcia, dlatego jest w stanie odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie rynku – dodaje.

Jednym z ciekawszych przykładów wykorzystania modeli analitycznych jest rozwiązanie Predictive Marketing for Aftersales i aplikacje DriveApp, zaprojektowane i stworzone dla branży automotive przez dział Enterprise Mobility w Hicron. Jest to prognostyczne narzędzie do zarządzania obsługą posprzedażną na rynku motoryzacyjnym. Pomaga dilerom i importerom zwiększać przychody z obsługi posprzedażnej dzięki analizie potrzeb i personalizacji oferty dla każdego klienta. Dla kierowców jest natomiast źródłem dodatkowej wiedzy o samochodzie i bezpośredniego kontaktu z dilerem.

Przedsiębiorstwa chętnie inwestują w rozwiązania analityczne, ponieważ dają one możliwość prognozowania, analizy, kontroli wyników lub planów produkcyjnych. To konieczność dla firm, które chcą liczyć się na rynku i utrzymać przewagę konkurencyjną.

J. Żuralski (Private Wealtch Consulting): Nie ma ryzyka, że akcje Lotosu o wartości 1 mld zł trafią do niepożądanych inwestorów z Rosji

CEO Magazyn Polska

Grupa Lotos planuje pozyskać z rynku 1 mld zł na zwiększenie dostępu do własnych surowców oraz rozwój sieci stacji benzynowych. Spółka potrzebuje kapitału, ponieważ z powodu dekoniunktury na rynku ropy naftowej ponosi straty, a prognozy na następne kwartały nie są optymistyczne. To główny problem dla zarządu i Skarbu Państwa, gdyż ryzyko objęcia nowej emisji przez inwestorów, którzy mogliby sabotować politykę energetyczną rządu, jest bardzo małe.

Lotos boryka się w tej chwili z bardzo dużymi problemami, jeżeli chodzi o dostęp do surowców i ma dosyć duże potrzeby, jeżeli chodzi o nowy kapitał. Stąd też nowa emisja akcji. Mówiąc o dostępie do surowców, mam na myśli węglowodory, które są między innymi w planach strategicznych naszego rządu, czyli dostęp do szeroko pojętych łupków, ale również wykorzystania w pełni złóż, które są na Morzu Bałtyckim, czy też projektów, które toczą się na Morzu Norweskim – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Jan Żuralski, prezes zarządu Private Wealth Consulting.

W przypadku powodzenia emisji spółka może osiągnąć inny cel w postaci ponad 10-proc. udziału w rynku detalicznym ropy – twierdzi Żuralski. Choć ostateczną decyzję o jej przeprowadzeniu zapadnie dopiero 8 września na WZA, to inwestorzy na GPW oceniają prawdopodobieństwo emisji jako wysokie, o czym świadczy spadek kursu po ogłoszeniu planu zarządu.

Nowa emisja ma trafić przede wszystkim do dotychczasowych akcjonariuszy, którzy otrzymają prawo poboru. Zdaniem Żuralskiego, to praktycznie eliminuje ryzyko związane z kupnem nowych akcji przez niepożądanych inwestorów z punktu widzenia Skarbu Państwa.

Jeżeli Skarb Państwa, jako główny akcjonariusz, sam nie będzie decydował się na objęcie prawa poboru, czyli nie będzie uczestniczył w nowej emisji, będzie mógł to prawo poboru sprzedać. Decyzje o tym, komu zostaną te prawa poboru sprzedane, będą podjęte rozmyślnie, z dużą rozwagą, z związku z czym nie spodziewam się, że akcje docelowo trafią na przykład do akcjonariuszy, którzy byliby zza wschodniej granicy i mogłoby to zaszkodzić naszym interesom państwowym – twierdzi prezes Private Wealth Consulting.

Duże potrzeby kapitałowe Lotosu to także efekt bieżącej koniunktury na rynku ropy oraz prognoz na następne kwartały. Rynek relatywnie spokojnie przyjął wyniki za II kwartał 2014 r., choć były one gorsze od oczekiwań. Grupa Lotos  odnotowała 122,52 mln zł skonsolidowanej straty netto przypisanej akcjonariuszom jednostki dominującej, podczas gdy rok wcześniej było 126,08 mln zł, a analitycy prognozowali zysk na poziomie 77 mln zł. Mniej korzystnie wypadł wynik na poziomie operacyjnym – spółka zanotowała stratę w wysokości 414,98 mln zł, a rynek spodziewał się zysku 135,4 mln zł. Wszystko przez odpis na norweskie złoże, którego prognozy nie uwzględniały.

Zdaniem Żuralskiego, odpis aktualizujący wartość złoża YME był kluczowym elementem, który wpłynął negatywnie na wyniki Lotosu i sprawił, że były one poniżej oczekiwań rynku. Grupa Lotos zaksięgowała w II kwartale 2014 r. kolejny odpis na norweskie złoże o wartości 545 mln zł, wobec czego zmniejszyła jego wycenę wraz z dotychczasowymi odpisami o 1,596 mld zł.

Większym zmartwieniem dla inwestorów mogą być niekorzystne dla spółki trendy makroekonomiczne. Ceny ropy naftowej są pod presją i od 20 czerwca spadły o ponad 10 proc.

Dodatkowo elementem negatywnym jest trudna sytuacja makroekonomiczna w Polsce: duża zmienność jeżeli chodzi o parę walutową dolar/złoty, jak i stygnące oczekiwania co do dalszego rozwoju polskiej gospodarki. W związku z tym następny kwartał będzie dużym wyzwaniem i są duże oczekiwania w kierunku zarządu, aby działał prężnie, szybko i żeby poradził sobie z tą trudną sytuacją – mówi Żuralski.

Janosikowe będzie mniej uciążliwe dla płatników. Rząd przyjął projekt zmian w ustawie

Rząd przyjął we wtorek projekt zmian w ustawie o finansach samorządów. Podniesiono progi dochodów, od których obowiązywać będzie danina, ustalono też maksymalny poziom wpłat.

„Wpłat będą dokonywały województwa, w których dochody na jednego mieszkańca będą wyższe od 125 proc. średnich dochodów (obecnie są wyższe od 110 proc.); obniżona zostanie także kwota przekazywanej nadwyżki; dzięki tym przepisom wpłaty w 2015 r. będą niższe o 195,6 mln zł” – napisano w komunikacie po posiedzeniu rządu.

Projekt zakłada także, że maksymalny poziom wpłat nie będzie mógł przekroczyć 35 proc. dochodów podatkowych samorządu.

Zmiany są wynikiem orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, który w marcu orzekł, że dotychczasowe przepisy są niezgodne z konstytucją, gdyż nie gwarantują samorządom zachowania odpowiedniej części środków na potrzeby własnego rozwoju i muszą zostać zmienione przed upływem półtora roku od orzeczenia.

Zmiany w podatkach niekorzystne dla przedsiębiorców

Firmy działające na terenie Polski nie będą mogły liczyć na korzystne rozwiązania podatkowe. Od 2015 roku Ministerstwo Finansów wprowadzi szereg zmian w prawie podatkowym.

Opodatkowanie zagranicznych spółek kontrolowanych – regulacja ta ma zwalczać nadużycia podatkowe, uważa Monika Ławnicka, doradca podatkowy Accreo.

Nowe przepisy wprowadzą klauzulę obejścia prawa. Urzędnicy będą sprawdzać, czy przeprowadzona w firmie restrukturyzacja nie miała na celu uniknięcia opodatkowania.

Ograniczenie zaliczania do kosztów podatkowych pożyczek od podmiotów powiązanych – to kolejna zmiana. „Jej efektem będą zwiększone wpływy do budżetu” – wyjaśnia Monika Ławnicka.

W propozycjach podatkowych nie chodzi o prostą zmianę stawki, ale o powiększenie bazy podstawy opodatkowania. „Skutek może być odwrotny od zamierzonego i zostanie ściągniętych mniej pieniędzy z podatków. Firmy mogą zrezygnować z części swoich zamiarów inwestycyjnych” – dodaje.

Podczas gdy w Europie wdraża się korzystne rozwiązania ułatwiające prowadzenie biznesu, w Polsce nadal brakuje pomysłu na przyciągnięcie inwestorów. Podwyższenie ciężaru podatkowego może tylko odstraszyć przedsiębiorców. Większość nowych przepisów wejdzie w życie 1 stycznia 2015 roku.

Polska oraz Turcja z największym potencjałem wzrostu rynku fitness w Europie

Popularność klubów fitness w Europie nieustannie rośnie, w sumie z ich usług skorzystało w 2013 roku 46 mln osób (zapisanych członków), a ich liczba w roku 2025 może wzrosnąć do 80 mln. Cały europejski rynek fitness jest warty obecnie ponad 25 mld euro. Jak wynika z raportu „European Health & Fitness Market“ przygotowanego przez organizację EuropeActive*  we współpracy z firmą doradczą Deloitte, Polska i Turcja są najszybciej rosnącymi rynkami fitness w Europie. Wzrost klientów (na zasadach stałego członkostwa) w obu krajach wyniósł w ciągu roku (2012 vs 2013) ponad 20 proc.

Prężny rozwój klubów sportowych ma miejsce dzięki wpływowi trzech czynników:

  • coraz powszechniejsza promocja zdrowia, ogólnoświatowy trend wzrostu popularności uprawiania sportu oraz wzrost świadomości troski o swoje zdrowie,
  • dywersyfikacja branży w krajach rozwiniętych,
  • rosnąca popularność fitness na mniej dojrzałych rynkach.

Pod koniec ubiegłego roku do ponad 46 tys. europejskich klubów fitness należało w sumie 46 mln ludzi. Według danych Komisji Europejskiej w 2013 roku 11 proc. mieszkańców krajów Unii Europejskiej było członkami klubów fitness, podczas gdy cztery lata wcześniej było to 9 proc.  W Polsce w 2013 r. 6 proc. społeczeństwa miało wykupione członkostwo w klubie, i jest to wzrost o 4 pp. wobec roku 2009” – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Audytu, Lider Sports Business Group Poland, Deloitte. Dla porównania w Szwecji było to 33 proc. w Czechach 12 proc., na Węgrzech 4 proc, a na Litwie 1 proc.

Wg prognoz Hermana Rutgersa, członka zarządu EuropeActive, w 2025 roku już nawet około 80 mln Europejczyków może korzystać z usług sieci fitness.
CEO Magazyn Polska

Źródło: Special Eurobarometer 412: Raport „Sport and physical activity”, Komisja Europejska.

Jak podkreśla raport Deloitte oraz EuropeActive najwyższy potencjał wzrostu usług fitness dotyczy Polski oraz Turcji. Przyrost nowych członków klubów wyniósł ponad 20 proc. (2012 vs 2013). Dodatkowo stopień penetracji tychże usług w obu krajach jest wciąż niski – w 2013 roku wyniósł zaledwie 6,4 proc. w Polsce i 2,2 proc. w Turcji. Średnia europejska dla analizowanych krajów to 8,5 proc.**

W Polsce na koniec 2013 roku działało około 2,4 tys. klubów fitness, dla porównania w dwukrotnie większych Niemczech blisko 8 tys. (7.940 ośrodków). O dużym potencjale wzrostu świadczą też nastroje samych właścicieli działających w Polsce klubów. Według 20 proc. z nich przychody z prowadzonej działalności wzrosną w tym roku powyżej 7,5 proc. Z kolei połowa respondentów spodziewa się, że wzrost ten wyniesie pomiędzy 2,5 a 7,5 proc. Obok Szwecji jest to najbardziej „optymistyczny” wynik wśród analizowanych krajów. Najbardziej pesymistyczni są z kolei właściciele klubów fitness z Hiszpanii.

CEO Magazyn Polska

Źródło: Ankieta Deloitte.

O tym, że cały europejski rynek ma jeszcze duży potencjał rozwoju najlepiej świadczy fakt, że w ubiegłym roku wzrost liczby osób zapisanych do klubów fitness odnotowano nawet na dwóch największych i najbardziej dojrzałych rynkach, tzn. w Wielkiej Brytanii i w Niemczech (odpowiednio o 4,5 proc. i 8,6 proc.).

Pod koniec 2013 roku dwadzieścia największych klubów, które działają na europejskim rynku posiadało 7,8 mln członków. Duża w tym zasługa rosnącej liczby tanich klubów, takich jak Basic-Fit, Fit For Free czy Pure Gym, które kuszą niską ceną. Jednym z bardziej znaczących graczy jest też niemiecka sieć McFIT, która jest już obecna także w Polsce. Jest ona absolutnym liderem w Europie pod względem posiadanej liczby członków. Na koniec ubiegłego roku było to 1,2 mln na terenie Europy, gdzie ma swoje filie. Dla porównania następna w kolejności sieciówka może się pochwalić jedynie 800 tys. osób. „Sukces takich sieci jak McFIT to przede wszystkim zasługa niskiej ceny i godzin otwarcia klubu przez całą dobę. Należy się spodziewać, że ich popularność, ale też konkurencja w segmencie tańszych usług fitness, w tym także w Polsce, będzie nadal rosła” – wyjaśnia Marcin Diakonowicz.

CEO Magazyn Polska
Źródło: Analiza Deloitte na podstawie informacji od firm.

Firmy z tego segmentu cieszą się zainteresowaniem inwestorów, czego dowodem jest nabycie 55 proc. udziałów w Basic-Fit przez Grupę 3i. W sumie od 2011 roku przeprowadzono około trzydziestu poważnych transakcji M&A dotyczących firm z sektora fitness.

Jednak to nie McFIT prowadzi w zestawieniach biorących pod uwagę wysokość przychodów osiąganych przez sieci fitness. Pod tym względem palma pierwszeństwa należy do Virgin Active (firma działająca w ramach Grupy Richard Branson’s Virgin), której roczne przychody wyniosły w 2013 roku 532 mln euro. Sieć posiada kluby w Wielkiej Brytanii, we Włoszech, w Hiszpanii oraz w Portugalii. Na drugiej pozycji uplasowała się sieć David Lloyd Leisure (przychody rzędu 398 mln euro), a tuż za nią Health & Fitness Nordic (388 mln euro).

CEO Magazyn Polska

Źródło: Analiza Deloitte na podstawie informacji od firm.

W 2013 roku dziesięć największych firm z branży fitness w Europie wypracowało przychody w wysokości 2,8 mld euro. Biorąc pod uwagę trend wzrostowy rynku fitness oraz pozytywne prognozy, można się spodziewać, że łączne przychody dziesięciu największych sieci klubów w tym roku wzrosną do około 3 mld euro.

* EuropeActive – organizacja wcześniej znana pod nazwą European Health & Fitness Association (EHFA).
**Kraje poddane analizie w „European Health & Fitness Market“: Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Wielka Brytania, Niemcy, Polska, Hiszpania, Włochy, Francja, Belgia, Turcja. Te główne rynki fitness stanowią 86 proc. całego rynku europejskiego.

Nowe Warunki Techniczne, jakie weszły w życie w styczniu tego roku, to nie koniec zmian regulacji dotyczących budynków

W promocji poprawy efektywności energetycznej polskich budynków pomóc ma nowelizacja rozporządzenia dot. sposobu obliczania i formy świadectwa. Co to oznacza dla inwestorów indywidualnych? Czy nowe świadectwa energetyczne będą prostsze do odczytania?

Wskazać odpowiedni wskaźnik

W dotychczasowych świadectwach energetycznych funkcjonowały takie pojęcia, jak energia końcowa, energia użytkowa oraz energia pierwotna, przy czym największy nacisk kładziono na to ostatnie. Co owe terminy oznaczają w praktyce? – Wskaźnik energii pierwotnej, dotąd najbardziej eksponowany, mówi o stopniu wykorzystania odnawialnych źródeł energii w bilansie energetycznym domu. Tymczasem prywatnemu inwestorowi niewiele to mówi, jeśli chodzi o twarde liczby na comiesięcznych rachunkach za energię. W obliczeniu kosztów energii i ciepła bardziej zasadne jest używanie wskaźnika energii końcowej, a w ocenie jakości energetycznej – wskaźnika energii użytkowej – uważa Piotr Pawlak, ekspert ROCKWOOL Polska. W jaki sposób można będzie zatem odczytać koszty eksploatacyjne danego obiektu? Wszystkie wymienione wskaźniki odnoszą się do zużycia energii na jeden metr kwadratowy powierzchni użytkowej budynku. Przydadzą się zatem podczas porównywania efektywności energetycznej budynków o różnej wielkości. By oszacować zużycie energii w konkretnym obiekcie, będzie trzeba pomnożyć wskaźnik energii końcowej przez powierzchnię użytkową danego budynku.

W tej metodologii jest metoda?

Zarówno obowiązująca do tej pory, jak i nowa metodologia określania charakterystyki energetycznej bazuje na sposobach obliczeniowych zgodnych z normą ISO 13790. Nowe świadectwa nadal będą przyjmowały wiele standardowych założeń, m.in. co do temperatury wewnętrznej czy średnich miesięcznych parametrów klimatycznych, opracowywanych na bazie dwudziesto- i trzydziestoletnich pomiarów. Obszar, w którym wprowadzono najwięcej zmian, to przede wszystkim sposób prezentacji danych. Od tej pory będziemy dokładnie wiedzieć, jaka część energii i ciepła w naszym domu jest zasilana energią z odnawialnych źródeł energii, takich jak słońce, woda i wiatr, a ile energii otrzymujemy z gazu, oleju czy węgla. Świadectwo przedstawia też, na jakim poziomie plasuje się emisja dwutlenku węgla w związku z eksploatacją danego budynku. – Na największy plus zaliczyć trzeba przedstawienie na pierwszej stronie świadectwa obliczonych ilości nośników energii – np. metrów sześciennych gazu ziemnego czy kilogramów węgla lub biomasy – potrzebnych do optymalnego ogrzania domu. Te informacje – choć oczywiście obliczone dla standardowych warunków klimatycznych i sposobu użytkowania domu – znacznie przybliżą kwestię energochłonności budynku – dodając do równania ceny paliw, po zużyciu ilości poszczególnych rodzajów nośników energii będziemy mogli w prosty sposób oszacować koszty eksploatacji w dłuższej perspektywie czasowej – tłumaczy Piotr Pawlak.

Problematyczna woda, kontrowersyjne chłodzenie

Nowa metodologia prawdopodobnie nie ustrzegnie się kontrowersji. Dyskusje dotyczące zasadności wzbudza m.in. nowy sposób obliczania energii potrzebnej do przygotowania ciepłej wody użytkowej. Od teraz dokonywać się go będzie w zależności od powierzchni budynku. I tak, przykładowy dom jednorodzinny o powierzchni użytkowej 200m2 będzie miał dwa razy większe zużycie ciepłej wody użytkowej od analogicznego budynku o powierzchni użytkowej 100m2, bez względu na ilość zamieszkujących w tych budynkach osób. Założenie to sprawdzić się może prawdopodobnie przy projektowaniu nowych budynków, kiedy to brakować jeszcze będzie informacji o liczbie ich użytkowników, ale z drugiej strony budując domy raczej wiemy, ile osób będzie go zamieszkiwać i taka informacja jest dostępna.

Nie mniejsze kontrowersje budzi fakt pozostawienia metody bilansów miesięcznych przy obliczaniu zapotrzebowania na energię do chłodzenia. – Jest to metoda z różnych względów myląca, obarczona znacznymi uproszczeniami i czasami mogąca prowadzić do błędnych wniosków – np. takich, że poprawa izolacyjności budynku przyczyni się do zwiększenia zapotrzebowania na chłodzenie w okresie letnim. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie – odpowiednio grube ocieplenie pozwala nie tylko zaoszczędzić na rachunkach w sezonie grzewczym, ale też zachować komfort termiczny w okresie upałów, gdyż izoluje w dwie strony, gdy na zewnątrz panuje temperatura zarówno niższa, jak i wyższa aniżeli wewnątrz. Mniejsze zapotrzebowanie na energię to korzyść dla każdego inwestora, dlatego zanim wykażemy w świadectwie wysoki udział procentowy odnawialnych źródeł energii, warto zadbać najpierw o niski wskaźnik energii użytkowej – radzi na koniec Piotr Pawlak.

Co zmiany w nowych świadectwach energetycznych oznaczają dla prywatnego inwestora? Z pewnością bardziej przejrzysty wgląd w to, ile może szacunkowo zapłacić za eksploatację domu. Choć metodologia obliczeń budzi miejscami zastrzeżenia, to jednego można być pewnym. Wysoka izolacyjność cieplna, efektywna wentylacja – to klucze do budownictwa przyszłości. Budownictwa, które będzie optymalne nie tylko pod względem ekonomicznym, ale i ekologicznym. Nowe świadectwa energetyczne na pewno ten fakt uwypuklą.

Średnie wynagrodzenie wzrosło w lipcu o 3,5 proc. Zatrudnienie zwiększyło się o 0,8 proc.

CEO Magazyn Polska

Średnie wynagrodzenie w firmach zbliżyło się do granicy 4 tys. zł brutto, wzrosło jednak minimalnie mniej niż spodziewali się ekonomiści. Zatrudnionych było w tym czasie o 5 tys. osób więcej niż w czerwcu.

W lipcu w przedsiębiorstwach pracowało 5 mln 531 tys. osób, o 5 tys. więcej niż w czerwcu. To najwyższa liczba zatrudnionych od czerwca 2012 roku. Oznacza to wzrost o 0,8 proc. w ujęciu rocznym i jest wynikiem zgodnym z oczekiwaniami rynku.

Średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach wzrosło rok do roku o 3,5 proc., minimalnie wolniej niż oczekiwana zmiana o 3,7 proc. W lipcu wynosiło średnio 3964,91 złotych brutto, o 21,90 zł więcej niż w czerwcu.

 

Polska Grupa Zbrojeniowa ma zgodę UOKiK-u na przejęcie ośmiu spółek

Polska Grupa Zbrojeniowa dostała zgodę UOKiK-u na przejęcie ośmiu spółek z branży obronnej. Koncentracja jest elementem realizacji narodowej strategii bezpieczeństwa.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów udzielił zgody na przejęcie przez Polską Grupę Zbrojeniową ośmiu spółek, zajmujących się projektowaniem, produkcją i serwisowaniem sprzętu wojskowego. Chodzi o spółki Mesko ze Skarżyska Kamiennej, PCO, Cenzin, Cenrex i PIT-Radwar z Warszawy, Zakłady Mechaniczne „Bumar-Łabędy” i Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Urządzeń Mechanicznych OBRUM z Gliwic oraz Stomil-Poznań z Poznania.

PGZ jest kontrolowana przez Skarb Państwa, ma  stać się podmiotem dominującym przyszłej grupy kapitałowej, do której należeć będą spółki sektora obronnego.

Utworzenie Polskiej Grupy Zbrojeniowej i skupienie wokół niej spółek z sektora obronnego wynika ze Strategii Rozwoju Systemu Bezpieczeństwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej. Zdaniem UOKiK akwizycja nie zagraża konkurencji na terytorium Polski, napisał UOKiK w komunikacie.

Polska Grupa Zbrojeniowa będzie spotykała się z silną pozycją rynkową zamawiającego oraz zagranicznych konkurentów. W tej sytuacji zamierzona koncentracja nie wpłynie na stan konkurencji na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej, ani też nie będzie miała negatywnych skutków dla konsumentów – wyjaśnia Adam Jasser, prezes UOKiK.

Obecna koncentracja stanowi trzeci etap konsolidacji polskiego przemysłu zbrojeniowego. Prezes UOKiK w kwietniu zgodził się na dwie transakcje:  przejęcia przez PGZ 11 spółek z grupy Wojskowych Przedsiębiorstw Remontowo-Produkcyjnych i Huty Stalowa Wola. Dał także zielone światło dla drugiego etapu konsolidacji polegającego na przejęciu przez PGZ Ośrodka Badawczo-Rozwojowego Centrum Techniki Morskiej w Gdyni oraz czterech przedsiębiorstw nadzorowanych przez Agencję Rozwoju Przemysłu.

Branża farmaceutyczna, biotechnologiczna i technologii medycznych po latach kryzysu może ponownie cieszyć się okresem ożywienia

Starzejące się społeczeństwo, rosnące wydatki na opiekę zdrowotną, a także rozwój rynków wschodzących sprzyjają wzrostowi przychodów w tym sektorze. Jednocześnie, jak wskazują autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „2014 Global life sciences outlook. Resilience and reinvention in a changing marketplace”, sektor life sciences aby sprostać konkurencji musi stawać się coraz bardziej innowacyjny i dostosować się do wprowadzanych w wielu krajach reform ochrony zdrowia. W Polsce, po ponad dwóch latach obowiązywania nowej ustawy refundacyjnej, firmy farmaceutyczne zmagają się przede wszystkim z presją dotyczącą obniżania cen swoich produktów.

Od lat branża farmaceutyczna uznawana jest za jedną z bardziej dochodowych, ale też wyjątkowo konkurencyjnych. W 2012 roku jej przychody na całym świecie wyniosły 959 mld dolarów (wzrost o 2,4 proc. rok do roku), a wiodącym motorem tego wzrostu była sprzedaż leków onkologicznych. Dla porównania w tym samym czasie przychody branży biotechnologicznej wyniosły 232,5 mld dolarów (wzrost o 9,6 proc.), a technologii medycznej 349 mld dolarów (wzrost o 2,6 proc.).

„Rozwój tego sektora napędza starzejące się społeczeństwo, rosnąca częstotliwość występowania chorób przewlekłych, a także przewidywany wzrost funduszy rządowych dedykowanych opiece zdrowotnej. Do roku 2017 szacowany wzrost wydatków rządowych wyniesie ok 5,3 proc. rocznie w skali globalnej. Duże możliwości wzrostu przychodów firm z sektora life sciences niesie za sobą szczególnie działalność na rynkach wschodzących, gdzie dynamika wzrostu gospodarczego dopiero się rozkręca” – tłumaczy Łukasz Sławatyniec, Managing Associate, Lider Zespołu Ochrony Zdrowia i Prawa Farmaceutycznego w Deloitte Legal.

Silny wzrost przychodów przewidywany jest w Chinach i Indiach, gdzie do 2016 roku sprzedaż farmaceutyków ma wzrosnąć ponad dwukrotnie. Równie dynamiczny rozwój spodziewany jest w Rosji i Brazylii.

Eksperci Deloitte przewidują, że Europa Zachodnia nadal będzie starała się ograniczać wydatki na opiekę zdrowotną, choć w praktyce może się to okazać trudne w realizacji, biorąc pod uwagę coraz poważniejszy problem starzejącego się społeczeństwa. Odsetek Europejczyków w wieku 65 lat i starszych wzrośnie z 16 proc. w roku 2000 do 24 proc. w 2030 roku.

W Polsce problem dostępności i cen leków pojawia się cyklicznie od wielu lat. Według danych przedstawianych przez Ministerstwo Zdrowia RP wydatki NFZ na refundację leków w pierwszym roku obowiązywania znowelizowanej ustawy refundacyjnej zmniejszyły się z 8,8 mld zł do 6,8 mld zł. Z drugiej strony, od wejścia w życie nowych przepisów w styczniu 2012 roku, ponad 900 leków zostało objętych systemem refundacji, w tym 39 z nich po raz pierwszy. „Obecny polski system refundacji zakłada wysoki poziom współpłacenia za leki przez pacjenta w przypadku leków, których cena przekracza ustalony poziom finansowany przez NFZ. W związku z tym, niektórzy z największych graczy na tym rynku muszą za każdym razem rozważać czy cena możliwa do zaoferowania w Polsce jest akceptowalna z globalnego punktu widzenia. Niemniej jednak, mimo gorszych wyników w pierwszym okresie obowiązywania ustawy refundacyjnej, wielkie firmy farmaceutyczne nadal przejawiają zainteresowanie inwestycjami na dużym polskim rynku i liczą na wzrost przychodów w przyszłości” – mówi Łukasz Sławatyniec.

Niskie ceny leków w Polsce skutkują intensyfikacją eksportu równoległego, który przekłada się na deficyt wybranych leków na polskim rynku.. Rząd obecnie pracuje nad projektem ustawy, która ma zapewnić skuteczny nadzór nad wywozem leków umieszczonych na tzw. czarnej liście. Bez takich zmian eksport równoległy będzie prawdopodobnie w najbliższej przyszłości wciąż wzrastał. Z drugiej jednak strony leki bez recepty (OTC) oraz suplementy są masowo kupowane przez Polaków i to pomimo ich stosunkowo wysokich cen. Należy się więc spodziewać, że ten rynek także będzie rósł w najbliższych latach.

Z raportu Deloitte wynika, że w tym roku sektor farmaceutyczny, biotechnologiczny oraz technologii medycznej będzie musiał zmierzyć się z czterema głównymi globalnymi trendami: podejmowane w wielu krajach reformy systemu ochrony zdrowia,
potrzeba innowacyjności, konieczność przestrzegania zaostrzających się regulacji i przepisów, proces konsolidacji i globalizacji światowych rynków.

Reformy ochrony zdrowia przeprowadzono w ostatnich latach m.in. w USA, Chinach, Brazylii, Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii. Firmy farmaceutyczne i biotechnologiczne zdają sobie sprawę, że zmiany wynikające z reformy systemu opieki zdrowotnej są niezmiernie ważne, ale jak wskazują autorzy raportu niektórzy nie wiedzą jak na nie reagować. Te organizacje, które są w stanie je zrozumieć i dostosować się do nowych wyzwań, mogą w najbliższych latach stać się liderami. Jak wynika z badania przeprowadzonego w 2013 roku przez Deloitte 58 proc. firm w ciągu najbliższych trzech lat pod wpływem reform służby zdrowia ma zamiar zmienić swój model sprzedaży.[1]

Branża farmaceutyczna zmaga się także z koniecznością ciągłej innowacyjności i inwestycji w badania i rozwój. To skłania ją do większej aktywności na rynku M&A, szczególnie wśród podmiotów, które mogą pochwalić się jakimiś innowacyjnymi rozwiązaniami. Ten trend jest widoczny również na rynku polskim, gdzie coraz więcej firm ubiega się o środki z funduszy na innowacyjne rozwiązania .

Rokrocznie rośnie sprzedaż leków generycznych, czyli zamienników leków innowacyjnych. Dziesięć lat temu stanowiły one jedynie 5,9 proc. globalnej sprzedaży leków na receptę, w 2018 roku będzie to już 10,3 proc. W 2012 roku w wyniku wygaśnięcia ochrony patentowej branża farmaceutyczna straciła 38 mld dolarów. W Polsce udział w sprzedaży leków generycznych sięga prawie 60 proc. i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Unii Europejskiej. Większość z nich produkują polskie firmy, niektóre z nich wprowadzają do obrotu tylko kilka leków i opierają swoją działalność przede wszystkim na konkurencji cenowej.

Zgodność z przepisami ma dla sektora farmaceutycznego i biotechnologicznego zasadnicze znaczenie, w szczególności na rynkach wschodzących, takich jak Azja Południowo-Wschodnia, Indie, Chiny czy Ameryka Łacińska. Ich nieprzestrzeganie może być kosztowne i narazić firmę nie tylko na straty finansowe, ale również utratę reputacji i sankcje karne.

„Duże firmy farmaceutyczne inwestują i rozszerzają swoją działalność na rynkach wschodzących w celu wyrównania strat ponoszonych na skutek wygaszania patentów i wolniejszego wzrostu wydatków w krajach rozwiniętych. Według naszych prognoz ich udział w globalnej sprzedaży leków spadnie w 2016 roku do 57 proc. Jeszcze trzy lata temu było to 66 proc. Jednocześnie udział rynków wschodzących w tej sprzedaży wzrośnie w ciągu następnych pięciu lat od 10 do nawet 30 proc.” – podsumowuje ekspert.

PKN Orlen zwiększy produkcję propylenu. Koncern zawarł umowę na licencję i projekt inwestycyjny

PKN Orlen podpisał umowę na licencję i projekt bazowy Instalacji Metatezy. Zapoczątkował tym samym inwestycję, która zwiększy produkcję propylenu o 550 tys. ton rocznie.

Dostawcą licencji i projektu została firma  Lummus Technology Inc. z grupy CB&I, specjalizującej się w infrastrukturze energetycznej. Umowa obejmuje także usługi doradztwa technicznego i inżynieryjnego.

 Instalacja Metatezy obecnie jest jednym z kluczowych projektów rozwojowych w obszarze petrochemii, zapowiadanym w niedawno zaprezentowanej strategii na lata 20142017. Zgodnie z jej założeniami chcemy rozwijać segment downstream przez dalszą integrację łańcucha wartości – powiedział Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen.

Instalacja Metatezy ma powstać na terenie Zakładu Produkcyjnego w Płocku, a jej zakładane roczne zdolności produkcyjne wyniosą 100 000 ton propylenu o jakości polimerowej. Prace budowlane mają się rozpocząć w 2016 roku, a uruchomienie produkcji planowane jest na koniec roku 2017.

W ciągu najbliższych czterech lat Grupa Orlen na realizację najważniejszych petrochemicznych projektów inwestycyjnych planuje przeznaczyć 1,6 mld zł.

Polacy współtwórcami systemu MODES

Z pomocą polskich naukowców międzynarodowa grupa fizyków wybudowała prototyp ruchomego modułowego systemu wykrywania materiałów radioaktywnych i jądrowych o specjalnym znaczeniu – MODES SNM. Badacze z NCBJ odpowiadali za badania nad innowacyjnym układem detektorów wykorzystujących sprężony gaz.

Projekt MODES SNM o wartości 3,3 mln euro (dofinansowany środkami Unii Europejskiej w wysokości 2,4 mln euro) dobiega końca. Prototyp innowacyjnego urządzenia służącego do wykrywania materiałów radioaktywnych i jądrowych o specjalnym znaczeniu (Special Nuclear Materials) został pomyślnie przetestowany w największych węzłach przeładunkowych. Specjalny samochód dostawczy, na którym zamontowano urządzenie, przejechał ponad 6000 km zatrzymując się m.in. w portach morskich w Rotterdamie i Dublinie, lotnisku Heathrow w Londynie czy na terenie centrów logistycznych Zurichu i Brukseli. Tam badacze wykonali serie testów w warunkach normalnej, rutynowej pracy. Otrzymane wyniki są zgodne z rezultatami wypracowanymi w laboratoriach i pozwalają na wprowadzenie systemu do prac m.in. na potrzeby służb granicznych i celnych.

„Wykrywanie specjalnych materiałów jądrowych, a więc tych zawierających wzbogacony uran czy pluton nie jest prostym zadaniem” – tłumaczy prof. dr hab. Marek Moszyński z Zakładu Fizyki Detektorów NCBJ – „w celu ich wykrycia niezbędna jest detekcja promieniowania neutronowego i gamma tak aby zwiększyć czułość urządzenia wobec naturalnego tła. Ma to szczególne znaczenie w przypadkach, kiedy takie materiały są ukryte pod osłonami w takich miejscach jak kontenery czy naczepy ciężarówek. Pomiar z wykorzystaniem systemu MODES SNM jest krótki i bardzo skuteczny, dlatego jesteśmy przekonani, że znajdzie on szerokie zastosowanie”.

W budowie systemu MODES SNM wykorzystano nowatorską technologię budowy detektorów w oparciu o wyspecjalizowane scyntylatory gazowe wysokiego ciśnienia (pracujących nawet przy 200 atmosferach). W porównaniu z dotychczasowymi rozwiązaniami wykorzystującymi kryształy scyntylacyjne są one dużo trwalsze i tańsze w eksploatacji.

„Prototyp urządzenia MODES SNM składa się z dziewięciu modułów detektorów” – mówi dr Łukasz Świderski, kierownik Zakładu Fizyki Detektorów NCBJ – „Pięć z nich zawiera po 2 cylindry wypełnione helem 4 i odpowiada za detekcję neutronów prędkich. W dwóch modułach znajdują się po dwa cylindry wypełnione helem 4, których wewnętrzne ścianki pokryte są litem 6, są więc dodatkowo czułe na neutrony spowolnione. 2 detektory promieniowania gamma wypełnione są ksenonem. Taki układ w połączeniu z innowacyjnym zespołem elektronicznym i dedykowanym układem analizy danych pozwala na bardzo dokładną identyfikację materiałów radioaktywnych”.

System MODES SNM może pracować kilka godzin bez konieczności posiadania zewnętrznego źródła zasilania. Końcowi użytkownicy cenią sobie również przyjazny panel użytkownika, który może być zsynchronizowany z aplikacjami na smartfony czy tablety. Wyświetlane i głosowe sygnały alarmowe informują o wykryciu zagrożenia, a po wykonaniu dłuższych pomiarów można również zidentyfikować źródło promieniowania jak i zastosowane osłony. Urządzenie spełnia ponadto warunki Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej dla przenośnych skanerów promieniowania.

Koordynatorem prac jest Uniwersytet w Padwie (Włochy). Grupa polskich naukowców brała udział przy badaniach nad innowacyjnym układem detektorów. Odpowiadała m.in. za sprawdzeniem czułości urządzeń, oszacowaniem czasu niezbędnego do wykrycia zadanej aktywności jak i zoptymalizowania parametrów pracy w celu zapewnienia możliwie wysokiego prawdopodobieństwa wykrywalności przy jednoczesnej redukcji liczby fałszywych alarmów. Oprócz naukowców z NCBJ nad projektem pracowali również badacze ze Szwajcarii i Wielkiej Brytanii oraz służby celne z Irlandii.

Projekt MODES SNM jest wyjściem naprzeciw potrzebom zapobiegania przemytowi materiałów radioaktywnych i jądrowych, co ma szczególne znaczenie wobec „otwarcia granic” i swobodnego przepływu ładunków w Unii Europejskiej. Tylko w roku 2012 władze celne Unii Europejskiej obsłużyły 139 mln zgłoszeń przywozowych (250 mln artykułów), 105 mln zgłoszeń wywozowych (224 mln artykułów) oraz 17 mln zgłoszeń tranzytowych. Szybkie i efektywne wykrywanie materiałów niebezpiecznych może uchronić przed zamachami terrorystycznymi.

Jakie mieszkania kupują warszawiacy

W nowych stołecznych inwestycjach deweloperzy wystawiają do sprzedaży więcej niedużych, kompaktowych dwójek i trójek niż kilka lat temu. Dzięki temu, pomimo lekkiego wzrostu stawek na warszawskim rynku nowych mieszkań, ceny całkowite lokali są niższe. W ten sposób firmy deweloperskie poszerzają grono odbiorców swoich mieszkań, którzy wciąż mają ograniczony dostęp do kredytów.

Sami nabywcy również nie są już dziś tak beztroscy jak kilka lat temu, kiedy zaciągali bez wahania wysokie zobowiązania we frankach na 100 metrowe i większe mieszkania. Istotne są dla nich także późniejsze koszty eksploatacji mieszkań.

Reas oblicza, że mieszkania w Warszawie wystawione są przez deweloperów średnio za ponad 7800 zł za metr. Analitycy tej firmy podają, że w ostatnich miesiącach przeciętne ceny ofertowe nieco wzrosły. Najniżej wycenione stołeczne mieszkania można znaleźć na Białołęce. Większe lokale w inwestycjach znajdujących się w odleglejszych częściach dzielnicy oferowane są nawet po 4400-4600 zł za mkw.

Biorąc pod uwagę segment mieszkań popularnych, największym powodzeniem wśród kupujących na stołecznym rynku deweloperskim cieszą się małe dwójki o powierzchni do 45 mkw. Kawalerki nie mają zbyt dużego wzięcia, szczególnie w tańszych dzielnicach miasta.  Kolejnym typem mieszkań chętnie wybieranym przez nabywców są mieszkania trzypokojowe o metrażu niewiele większym niż 50 mkw. Deweloperzy zwracają uwagę, że liczba klientów kupujących trójki rośnie.

Wojciech Stisz  z Barc Warszawa SA. przyznaje, że w realizowanej przez firmę inwestycji Tarasy Dionizosa, największą popularnością wśród klientów cieszą się małe dwójki o pow. do 40 mkw. – W drugim etapie naszego projektu zaprojektowane zostało więcej trzydziestokilkumetrowych mieszkań dwupokojowych, które zastąpiły mniej funkcjonalne kawalerki. Jednopokojowe mieszkania, których cena i metraż nie odbiegały zbyt wiele od dwójek nie cieszyły się tak dużym zainteresowaniem kupujących. Mieszkanie dwupokojowe przy ul. Winorośli można kupić za nieco ponad 210 tys. zł. – informuje Wojciech Stisz. Dodaje, że w segmencie mieszkań trzypokojowych klienci w pierwszej kolejności wybierają lokale o powierzchni do 58 mkw.

Prawie co drugie mieszkanie sprzedawane w stołecznych inwestycjach ma dwa pokoje. Co trzeci lokal wystawiony na sprzedaż w powstających w Warszawie osiedlach to mieszkanie trzypokojowe, podają analitycy portalu nieruchomości Dompress.pl.

W tym roku deweloperom sprzedaż idzie tak dobrze, jak w okresie boomu na rynku. Zdarzają się przypadki, że niska cena ofertowa wprowadzanej na warszawski rynek inwestycji przyciąga tyle osób, że po mieszkania ustawiają się kolejki.

Dobrze zlokalizowane mieszkania deweloperskie o niedużym metrażu w stosunku do liczby pokoi szybko znajdują nabywców, szczególnie, że są tańsze od mieszkań używanych. Dlatego kupujący godzą się na to, żeby zaczekać na ich odbiór do 20015 lub nawet do 2016 roku.

W minionych miesiącach deweloperzy nie mogli narzekać na brak klientów. Największe spółki w I półroczu br. wypracowały o ponad połowę lepsze wyniki sprzedaży niż rok temu. Firmy deweloperskie z giełdowego indeksu WIG poprawiły w tym czasie rezultat o prawie 40 proc. Zachęciło to inwestorów do budowy kolejnych osiedli. Jednak pomimo wprowadzenia na rynek warszawski rekordowo dużej ilości mieszkań w nowych projektach, stołeczna oferta zmalała.

Na tak duży popyt na mieszkania wpłynął kwietniowy wzrost limitów w programie Mieszkanie dla młodych. Wciąż jednak w Warszawie limity są znacznie niższe od średnich cen rynkowych. Oferta mieszkań w MdM jest więc dość ograniczona. Obecnie, jak szacują analitycy rynku zaledwie ok. 9 proc. mieszkań wystawionych w Warszawie do sprzedaży można kupić z dopłatą.

Przede wszystkim jednak kupujących do podjęcia decyzji zakupowych zdopingowały pozytywne sygnały płynące z gospodarki i wciąż relatywnie niskie ceny nieruchomości. Dlatego wiele osób zdecydowało się zainwestować w nieruchomości nie tylko dla zaspokojenia swoich potrzeb mieszkaniowych, ale i z myślą zarobku na wynajmie.

Zerowa inflacja: czy RPP obniży stopy procentowe?

Komentarz głównego ekonomisty BCC prof. Stanisława Gomułki

W lipcu według GUS-u średnie ceny konsumpcyjne były niższe o 0,2% od cen w lipcu rok temu. Technicznie oznacza to tzw. deflację. Głównym powodem takiego wyniku są duże spadki cen warzyw i owoców w ostatnich kilku miesiącach oraz brak presji płacowej i stabilny kursu złotego w ostatnich 12 miesiącach. Te dwa ostatnie czynniki utrzymują jednostkowe koszty produkcji na stabilnym poziomie. W dodatku mamy informacje o bardzo dobrych zbiorach zbóż nie tylko w Polsce, ale także w całej UE oraz w Ameryce Północnej. Te dobre zbiory mogą spowodować obniżkę cen żywności w okresie do następnego lata. Dla gospodarki niska czy zerowa inflacja jest dobrą wiadomością, bo podtrzymuje popyt i pozawala założyć, że niskie w tej chwili stopy procentowe będą nadal utrzymane.

Deflacja może być problemem dla gospodarki, jeśli dotyczy artykułów trwałych i jest na tyle znacząca, ze wzmacnia oczekiwania dalszych spadków ich cen. Bowiem w takiej sytuacji może mieć miejsce odłożenie w czasie zakupu tego rodzaju towarów, co osłabia globalny popyt. Natomiast spadek cen surowców i żywności raczej pomaga niż przeszkadza w nakręcaniu koniunktury.

Ostatnio spadły rentowności dwuletnich skarbowych papierów wartościowych do poziomu o około 25 punktów bazowych poniżej tzw. referencyjnej stopy NBP. Rynki finansowe sygnalizują w ten sposób oczekiwania inwestorów, że RPP obniży w najbliższych miesiącach tę referencyjną stopę, w tej chwili na poziomie 2,5% rocznie, do 2%. Ale taka obniżka może być uznana przez większość RPP za zbyt ryzykowną w sytuacji ponownego wzrostu napięcia między Rosją i resztą świata. Ten wzrost napięcia już osłabił złotego i obniżka podstawowej stopy NBP mogłaby osłabić go bardziej.

Gdyby jednak Rosja zaakceptowała przejęcie pełnej kontroli nad Donbasem przez Ukrainę, to efektem byłoby umocnienie złotego i wcześniejsze zakończenie wojny handlowej między Rosją i UE. W takich okolicznościach obniżenie stopy bazowej może być prawdopodobne.

Renesans marketingu i PR?

W II kwartale tego roku na Pracuj.pl było blisko 4,5 tys. ofert pracy na stanowiska związane z komunikacją i marketingiem; to wzrost o 14 proc. w porównaniu do analogicznego okresu w 2013 roku. Dynamicznie rośnie zapotrzebowanie na specjalistów od marketingu internetowego. O prawie 40% wzrosła również liczba ofert dla specjalistów ds. PR.

Specjalistom od marketingu pracę najłatwiej jest znaleźć w sektorze handlowym, w branży marketingowej i FMCG. Najwięcej ofert pracy dla specjalistów ds. PR opublikowały zaś branże z obszaru bankowości i finansów, handlu i sprzedaży oraz marketingu i reklamy. Ofert pracy przybywa ale są specjalizacje, które szczególnie zyskują na popularności i te, które zdają się tracić na znaczeniu.

Stale na wysokim poziomie – marketing handlowy i zarządzanie produktem

Z analizy ofert pracy wynika, że najbardziej poszukiwani są specjaliści od marketingu związanego ze wsparciem sprzedaży i rozwoju produktów. Jedna na trzy oferty dla marketingowców to oferty pracy z obszaru marketingu handlowego. Dwie kolejne najbardziej poszukiwane kategorie to specjaliści od kampanii marketingowych i zarządzania produktem.

Dynamicznie rośnie – rola PR, również komunikacji wewnętrznej

Ofert dla specjalistów ds. PR przybyło o 40 proc. Największy przyrost liczby ofert odnotowano w przypadku specjalistów od komunikacji wewnętrznej. W porównaniu do analogicznego okresu w 2013 roku było ich o 75 proc. więcej. „Wydaje się, że firmy zaczynają dostrzegać potrzebę dbania o przepływ informacji i swój wizerunek wewnątrz organizacji. Dzięki tym działaniom mogą się bowiem uchronić przed odpływem talentów i zmniejszyć rotację” – komentuje Elżbieta Flasińska, PR Manager Grupy Pracuj.

Wzrasta – rola e-marketingu, spada – znaczenie marketingu bezpośredniego

Duży, 40 proc., przyrost ofert odnotowano również w przypadku specjalistów zajmujących się marketingiem w Internecie. Widoczne jest zapotrzebowanie na specjalistów zajmujących się m.in. SEM i SEO, e-mail marketingiem czy mediami społecznościowymi. W stosunku do analogicznego okresu w 2013 spadło natomiast znacząco, bo o prawie 30 proc., zapotrzebowanie na specjalistów do marketingu bezpośredniego. Trend potwierdza również Katarzyna Szaroleta, HR Manager Cheil Poland – „Rośnie rola e-marketingu ale też spada znaczenie tradycyjnego marketingu. Coraz więcej zatrudniać będzie się osób rozumiejących wyzwania nowoczesnego marketingu. Wzrastająca rola nowych mediów (digital, social i mobile) zwiększa zapotrzebowanie na „interaktywne” kompetencje menedżerów. Z firmami rozstawać będą się jednak ludzie „starego porządku”, w szczególności Ci, którym trudno przychodzi poszerzanie kompetencji.”

Umiejętności analityczne w cenie

Analizując oferty pracy dla marketingowców, dostępne obecnie w serwisie Pracuj.pl, można zauważyć, że większość z nich przeznaczona jest dla osób, które mają wysokie zdolności analityczne oraz znają narzędzia wspomagające prowadzenie analiz. Osoby, które aplikują na stanowiska w działach marketingu, powinny wykazać się też praktyczną znajomością elementów marketingu zintegrowanego. Od marketingowców oczekuje się także, że będą znali dobrze język angielski. To jednak nie wszystkie wymagania, jak wskazuje Agnieszka Furtas, odpowiedzialna za rekrutacje w UPC Polska – „Z naszych doświadczeń wynika, że rekrutacje na stanowiska marketingowe są wyzwaniem, ponieważ oprócz umiejętności analitycznych oraz biegłej znajomości języka angielskiego, ze względu na częste międzynarodowe projekty, od kandydatów oczekujemy również kreatywności, innowacyjności, proaktywności oraz umiejętności pracy pod dużą presją czasu. To wysokie wymagania, które są jednak koniecznością na stanowiskach związanych z marketingiem.”

Ciągły spadek bezrobocia w Małopolsce

Na koniec czerwca 2014 r. stopa bezrobocia w województwie małopolskim wynosiła 10,4 proc., co oznacza czwarte najlepsze miejsce w Polsce. W tym samym czasie, w całym kraju wskaźnik utrzymywał się na poziomie 12,1 proc. Spadek bezrobocia w Małopolsce jest odnotowywany nieprzerwanie od lutego br. Napawa optymizmem fakt, że w porównaniu do poprzedniego roku, do urzędów pracy napłynęło mniej klientów. PUPy dysponowały większą liczbą ofert pracy, dzięki czemu więcej osób bezrobotnych znalazło zatrudnienie. Małopolskie Obserwatorium Rynku Pracy i Edukacji prognozuje, iż w najbliższym czasie, najbardziej poszukiwanymi pracownikami będą diagności samochodowi, szefowie kuchni, kierowcy ciężarówek oraz księgowi. Na poziomie powiatów, zawodów deficytowych jest więcej i są bardziej zróżnicowane – oceniają doradcy ds. zatrudnienia Ingeus.

 Małopolski rynek pracy w porównaniu do innych regionów Polski, wypada bardzo dobrze. Niższą stopę bezrobocia odnotowały tylko Wielkopolska, Mazowsze i Śląsk. Oczywiście, okres letni zawsze przynosi nowe miejsca zatrudnienia, dzięki pracom sezonowym. Jeśli chodzi o zapotrzebowanie na pracowników, to najwięcej pracodawców zgłasza się do nas w poszukiwaniu wykwalifikowanych techników, jak spawacze, operatorzy maszyn, czy inżynierowie oraz kierowcy  – mówi Katarzyna Halik, menedżer Centrum Pracy Ingeus w Nowym Sączu. – Zaobserwowaliśmy również, że branża gastronomiczna ma duże zapotrzebowanie kadrowe. Z tym, że nie jest to pomoc kuchenna, a raczej kucharz i szef kuchni – dodaje. Według prognozy małopolskiego Barometru Zawodów, zapotrzebowanie na pracowników w Nowym Sączu i okolicznych powiatach będzie również dotoczyć takich zawodów jak lekarz, kierownik budowy, psycholog, czy księgowy.

Małopolska to region dużej mobilności, jeśli chodzi o poszukiwanie pracy, co również wpływa na niskie wskaźniki bezrobocia. Dobrym przykładem jest wschodnia część województwa, np. powiaty tarnowski i gorlicki, w których odnotowane są znaczne spadki ludności. – Emigracja zarobkowa to w Tarnowie norma, podobnie jak cykliczne powroty – mówi Aneta Szajnowska, menedżer Centrum Pracy Ingeus w Tarnowie. Z naszych obserwacji wynika, że prognozy lokalne odnośnie zawodów deficytowych się sprawdzają. Oprócz prac technicznych, poszukiwani są księgowi, szefowie kuchni, opiekunowie, terapeuci, a także wychowawcy placówek oświatowo-opiekuńczych – dodaje.

Z kolei, na Zachodzie Małopolski, według prognoz na 2014 rok, najbardziej poszukiwani będą kierowcy, szefowie kuchni, operatorzy maszyn, zawody z branży budowlanej, mechanicy i logistycy. Barometr zawodów prognozuje zapotrzebowanie na prawie 30 profesji. Niższe stopy bezrobocia w województwie i powiatach to zasługa nie tylko pory roku, lecz również działań systemowych, które realizują Publiczne Służby Zatrudnienia.  – Od końca maja 2014 roku, dzięki reformie urzędów pracy, osoby bezrobotne mogą korzystać z nowych form aktywizacji, takich jak bony na staże i szkolenia, pożyczki i dotacje na rozpoczęcie działalności gospodarczej, jak również dodatkowe wsparcie dla osób, które aby podjąć pracę zmieniają miejsce zamieszkania. Nowym instrumentem PSZ jest jednocześnie zlecanie usług aktywizacji zawodowej podmiotom niepublicznym. W Małopolsce rozwiązanie to testowane jest już od listopada. Wojewódzki Urząd Pracy w Krakowie realizuje projekt pilotażowy „Express do zatrudnienia – innowacyjny model aktywizacji osób bezrobotnych” – mówi Michał Wilkosz, menedżer Centrum Pracy Ingeus w Oświęcimiu.

Betacom ma umowę z ZUS-em na 7,4 mln zł

0

Spółka Betacom poinformowała o podpisaniu umowy z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych na modernizację i rozbudowę platformy EWD. Dostanie za to 7,4 mln zł.

Betacom w ramach umowy dostarczy ZUS-owi urządzenia i licencję na oprogramowanie oraz wdroży system w ramach rozbudowy platformy EWD.
ZUS otrzyma sprzęt w ciągu 4 tygodni, a wdrożenie nastąpi w ciągu dwóch miesięcy, czyli do 18 października.
To kolejna umowa Betacomu z ZUS-em. W ciągu ostatniego roku spółka podpisała z nim kontrakty na 44,1 mln zł brutto.
(Newseria Inwestor)

 

Konkurencja na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych

W walce o klienta firmy ubezpieczeniowe wykorzystują już nie tylko argument ceny. Starają się zaoferować kierowcom coraz ciekawsze, bardziej zindywidualizowane rozwiązania, pozwalające ubezpieczyć się od bardzo konkretnych zdarzeń – bez konieczności płacenia za pakiet.

Na rynku ubezpieczeń intensywnej konkurencji cenowej zaczyna towarzyszyć konkurencja na innowacje. Czy warto poszukać wśród nowości jakiegoś rozwiązania dla siebie?

Najpierw obowiązek

OC, czyli obowiązkowe ubezpieczenie odpowiedzialności cywilnej to produkt obowiązkowy dla każdego posiadacza dwóch lub czterech kółek. Jego zasady określa Ustawa o ubezpieczeniach obowiązkowych, Ubezpieczeniowym Funduszu Gwarancyjnym i Polskim Biurze Ubezpieczycieli Komunikacyjnych z dnia 22 maja 2003 roku. Warto pamiętać, że nawet w przypadku, gdy nie korzystamy z danego pojazdu musi on mieć opłaconą składkę. Dotyczy to zatem również np. motocykla stojącego w garażu. OC kupuje się na rok, a w przypadku braku wypowiedzenia jest przez naszego dostawcę automatycznie odnawiane na kolejne 12 miesięcy.

OC realizowane jest u każdego dostawcy usługi w ten sam sposób – niewiele jest miejsca na elastyczność. Dlatego w przypadku tego ubezpieczenia przy wyborze nadal warto kierować się przede wszystkim ceną. Różnice mogą być znaczące, ponieważ zakłady ubezpieczeniowe biorą pod uwagę różne kryteria wyceniając wysokość składki. Jedni premiują rodziców, poszczególne grupy zawodowe, czy nawet kolor auta, a inni nie uwzględniają tych czynników. Warto też byśmy zwrócili uwagę na sposób likwidowania szkody. Droga do odzyskania pieniędzy z tytułu ubezpieczenia nie wszędzie jest tak samo prosta. Ciekawostką jest najnowsza oferta PZU. W przypadku kolizji z winy innego kierowcy to nasz, a nie jego ubezpieczyciel wypłaca nam odszkodowanie.

Bez obowiązku, więc frontem do klienta

Wykupienie Auto Casco, czyli AC jest w pełni dobrowolne, więc i zdecydowanie większy jest wachlarz opcji, jakie mamy do wyboru. W zależności od ubezpieczyciela dostępne są różne warianty chroniące nas przed konkretnymi nieprzewidzianymi zdarzeniami. AC choć jest zdecydowanie bardziej kosztowne niż ubezpieczenie obowiązkowe i jest wybierane przez kierowców, przede wszystkim dlatego, że upoważnia do ubiegania się o wypłatę odszkodowania nawet w sytuacji, gdy to my byliśmy sprawcą kolizji bądź wypadku. Dotyczy to również uszkodzeń auta, które nastąpiły np. w wyniku zderzenia ze zwierzęciem, działania żywiołów – powódź, pożar, gradobicie, czy trąba powietrzna oraz przy kradzieży. Pakiet ubezpieczenia AC jest zazwyczaj bardzo elastyczny dlatego warto skorzystać z pomocy doradcy (np. u pośrednika finansowego, jak Idea Expert), który podpowie jak wybrać najkorzystniejszy dla nas wariant.

Cena AC będzie korzystniejsza jeśli kupimy ją w pakiecie z ubezpieczeniem OC. Zanim jednak zdecydujemy się na wybór takiej oferty łączonej warto zapytać o nowości. Pojawiło się ich ostatnio sporo w ofertach wielu ubezpieczycieli. Coraz popularniejsze jest oferowanie możliwości ubezpieczenia w ramach AC tylko wybranych zdarzeń. Wartą rozważanie opcją jest np. ubezpieczenie szyb. Takie bardzo konkretne ubezpieczenie wybranej części samochodu ma tą zaletę, że kiedy jesteśmy posiadaczami pakietu OC, AC i Autoszyby uszkodzenie okien samochodu nie spowoduje utracenia wypracowanych wcześniej przez nas za bezszkodową jazdę zniżek. Niektórzy ubezpieczyciele pozwolą nam również ubezpieczyć np. tylko karoserię – opcję tą warto rozważyć jeśli korzysta się z samochodu głównie w mieście i często parkuje w niestrzeżonych miejscach.

Holowanie, pomoc medyczna, wynajęcie hotelu…

Jeszcze więcej opcji będziemy mieć do wyboru decydując się na Ubezpieczenie Assistance. Przed wybraniem konkretnej oferty warto dobrze się zastanowić, czego będziemy potrzebować i które opcje są dla nas najbardziej optymalne. Polisa Assistance może zadziałać w razie wypadku, awarii, kradzieży czy innych zdarzeń losowych, na przykład braku powietrza w oponie, rozładowania akumulatora, braku paliwa, zgubienia lub zatrzaśnięcia w aucie kluczy, itd. W ramach pakietu Assistance firmy ubezpieczeniowe umożliwiają nam holowanie naszego pojazdu z określonym limitem kilometrów, wynajem pojazdu zastępczego i zakwaterowanie w wyniku awarii, wypadku lub kradzieży, pomoc medyczną, a nawet wynajęcie tłumacza jeśli kłopoty mamy w trakcie podróży zagranicznej. Najwyższe pakiety Assistance umożliwiają nawet wynajęcie osobistego asystenta, który pomoże na przykład zarezerwować hotel, zorganizuje przewóz dzieci czy pomoc domową.

Pracuj nad maksymalizacją zniżek

Opcji wiele, pytanie czy można jakoś zoptymalizować koszty ubezpieczenia. Pierwszym i najważniejszym źródłem zniżek jest historia bezszkodowej jazdy. Większość kierowców orientuje się świetnie, że bezszkodowa jazda przez 5 do 7 lat, w zależności od firmy ubezpieczeniowej, umożliwia nam obniżenie kosztu ubezpieczenia nawet do 60 proc. Warto wiedzieć, że istnieje również możliwość przeniesienia zniżek, które otrzymaliśmy z tytułu OC na AC. Wówczas możemy liczyć na ok. 30-40 proc. mniejszy koszt ubezpieczenia.

Korzyści wynikające z bezszkodowej jazdy możemy uzyskiwać nawet, jeśli używamy samochodu służbowego. Doświadczony kierowca, który korzystał do tej pory z pojazdu służbowego, kupując nowy, prywatny samochód może skorzystać ze zniżki za bezwypadkową jazdę tak, jak gdyby kontynuował ubezpieczenie pojazdu prywatnego. Wystarczy, że przełożony lub inna osoba reprezentująca firmę wyda mu specjalne zaświadczenie, wskazujące, że był wyłącznym użytkownikiem pojazdu i nie miał stłuczek i kolizji. Na tej podstawie ubezpieczyciel przyzna nam zniżki z tytułu bezszkodowej jazdy.

Jeśli w gospodarstwie domowym jest dwóch kierowców można z wyprzedzeniem zadbać o niższe przyszłe koszty tego mniej doświadczonego. Dotyczy to jednak wyłącznie osób, żyjących w ramach jednego gospodarstwa domowego. Jeśli druga osoba, np. kierowca który jest świeżo po zdaniu egzaminu na prawo jazdy, zostanie wpisany do dowodu rejestracyjnego jako drugi właściciel pojazdu nasza bezszkodowa jazda będzie pracować na jego zniżki. Trzeba jednak pamiętać, że ten kij ma dwa końce – w przypadku gdy młody kierowca wyrządzi szkodę nie będziemy mogli skorzystać ze swoich wcześniej wypracowanych zniżek w kolejnym roku ubezpieczeniowym.

Podsumowując, pamiętajmy:

  • Przy wyborze OC powinniśmy kierować się ceną, ale też łatwością likwidacji szkody u danego ubezpieczyciela.
  • Można już ubezpieczyć konkretne części samochodu – np. szyby albo karoserię. W przypadku ubezpieczenia Autoszyba uszkodzenie pojazdu nie pozbawi nas wypracowanych zniżek.
  • Dopisując młodego kierowcę jako współwłaściciela pojazdu „przekazujemy” mu swoje zniżki. Jego ubezpieczenie w przyszłości może być więc tańsze. Jednak jeśli powoduje szkodę, zniżki stracimy również my.
  • Ubezpieczenie Assistance podobnie jak Auto Casco występuje w kilku wariantach, sprawdźmy  i przeanalizujmy wszystkie oferty. Warto poradzić się doradcy, który pomoże wybrać najlepszą opcję.

W zdobywaniu nowych rynków zbytu dla polskiego sektora rolno-spożywczego pomaga udział w krajowych i zagranicznych targach spożywczych

W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2014 roku Polska wyeksportowała żywność za 8,8 mld złotych. To aż o 800 mln zł więcej niż w zeszłym roku. Jednak kondycja branży rolno-spożywczej została mocno zachwiana po wprowadzeniu rosyjskiego embarga, najpierw na owoce i warzywa, a obecnie na wszystkie artykuły spożywcze z UE. Federacja Rosyjska to dla Polski rynek kluczowy, aczkolwiek bardzo ryzykowny, nieodporny na polityczne zawirowania.

W trudnej sytuacji są również hodowcy trzody chlewnej, którzy ze względu na wirus afrykańskiego pomoru świń (ASF) nie mogą wysyłać wieprzowiny i jej przetworów na wiele zagranicznych rynków.

Polska żywność stale poszukuje klientów na całym świecie, a działania te są zintensyfikowane w trakcie kryzysów takich jak obecnie. Szansą dla branży rolno-spożywczej jest dywersyfikacja i poszukiwanie nowych rynków zbytu. Widzą to nie tylko przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Agencji Rynku Rolnego, którzy od lat organizują dla producentów wyjazdy targowe i misje gospodarcze. Potrzebę międzynarodowej promocji zauważają także organizacje branżowe, które przy wsparciu unijnym i krajowym starają się pozyskać nowych partnerów biznesowych i zbudować świadomość zagranicznych konsumentów na temat polskiej żywności. I to wcale nie konsumentów z Europy. Duże zainteresowanie budzą bowiem rynki tak odległe, jak chiński, koreański, wietnamski czy afrykański.

Otwarcie nowych rynków to proces pracochłonny i długotrwały. Ale do wytrwałych świat należy. Przykładem jest niedawne zniesienie japońskiego embarga na polską wołowinę, które nastąpiło po wielu latach negocjacji.

Myśl globalnie, działaj lokalnie

W zdobywaniu nowych rynków zbytu dla polskiego sektora rolno-spożywczego pomaga udział w krajowych i zagranicznych targach spożywczych. Jedną z wystaw, którą z pewnością należy odwiedzić są Międzynarodowe Targi Żywności i Napojów WorldFood Warsaw. W ciągu trzech kwietniowych dni stolicę naszego kraju odwiedza szeroko rozumiana branża rolno-spożywcza z całego świata. To właśnie tu zawierane są nowe kontakty biznesowe, prezentowane są najnowocześniejsze technologie, omawiane możliwości rozwoju dla producentów i eksporterów żywności.

W pierwszej edycji udział wzięło 94 wystawców z 24 krajów świata i ponad 3 tysiące zwiedzających z 37 państw. Te liczby najlepiej oddają międzynarodowy charakter targów. Wystawcy jako największą zaletę podkreślali biznesowy charakter spotkań. Jak bowiem wskazują badania ponad połowa zwiedzających to właściciele i kadra zarządzająca firm.

„Wydarzenia takie jak targi WorldFood Warsaw to cenna inicjatywa, która z pewnością pozwoli polskim sadownikom nawiązać nowe relacje biznesowe na świecie. To również doskonała okazja do zaprezentowania danych dotyczących wielkości naszej produkcji, a także pokazania jak wiele walorów zdrowotnych mają polskie owoce, warzywa i soki” – powiedział Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP, partner targów.

Warto dodać, że patronem honorowym targów jest Agencja Rynku Rolnego, która promuje polską żywność i jej producentów na całym świecie.

„Udział takich instytucji, jak ARR czy Związek Sadowników RP oraz wielu polskich i zagranicznych firm, podkreśla zaufanie, jakim obdarzono I edycję tej międzynarodowej wystawy. Już dziś zapraszam Państwa na kolejną odsłonę WorldFood Warsaw. To w ciągu tych kilku kwietniowych dni cała branża spotyka się w Warszawie” – powiedziała Agnieszka Szpaderska, manager targów.

Inspekcja Handlowa -działalność w roku 2013

Sklepy, hurtownie, salony piękności, restauracje, stacje paliw i targowiska to tylko przykłady miejsc, gdzie Inspekcja Handlowa bada bezpieczeństwo i jakość towarów oraz rzetelność obsługi klientów. W ubiegłym roku przeprowadzono blisko 22 tys. kontroli, z czego ponad 3 tys. w wyniku zawiadomień konsumentów

W Polsce funkcjonuje 16 wojewódzkich inspektoratów Inspekcji Handlowej. Co roku sprawdzają jakość produktów oferowanych w handlu, a w przypadku części artykułów nieżywnościowych także czy są bezpieczne dla konsumentów. Ponadto Inspekcja Handlowa udziela porad konsumentom i prowadzi mediacje pomiędzy stronami umów konsumenckich. Przy inspektoratach działają także stałe polubowne sądy konsumenckie, w których można szybciej, łatwiej i taniej rozwiązać spór z przedsiębiorcą.

Kontrole w handlu i usługach

Blisko połowa spośród 21 760 ubiegłorocznych kontroli IH dotyczyła artykułów spożywczych (44,8 proc.) – m.in. kontrolowano jakość masła, ryb, czy jaj. Prawie jedna trzecia dotyczyła przestrzegania wymagań prawa odnoszących się do towarów i usług (32,2 proc.) – m.in. oznakowanie produktów cenami, usługi hotelarskie i promocje w dużych sieciach handlowych. Kontrolowano też paliwa (9,9 proc.), produkty z punktu widzenia ich ogólnego bezpieczeństwa (6,8 proc.) – np. meble, sprzęt sportowy, a także wyroby podlegające oznaczeniu symbolem CE (9,9 proc.) – np. zabawki, sprzęt elektryczny. Szczegółowe wyniki wszystkich kontroli dostępne są w wojewódzkich inspektoratach Inspekcji Handlowej.

Na co skarżą się konsumenci

W ubiegłym roku do IH wpłynęło 19 277 sygnałów od konsumentów o nieprawidłowościach w handlu i usługach. Informacje te były m.in. podstawą do przeprowadzenia 3 167 kontroli. Ponad dwie trzecie z nich (67,8 proc.) potwierdziło naruszenia przepisów.

Najwięcej skarg odnosiło się do handlu artykułami przemysłowymi (80,5 proc.) – przede wszystkim obuwia, odzieży i sprzętu AGD-RTV. Zgłaszano też nieprawidłowości dotyczące artykułów spożywczych (12,5 proc.) – głównie mięsa i wędlin, wyrobów mlecznych i alkoholi. Pozostałe skargi związane były z usługami (7 proc.) – najczęściej remontowo budowlanymi, gastronomicznymi i pralniczymi.

Mediacje i porady

W ubiegłym roku do IH wpłynęło 13 050 wniosków konsumentów o podjęcie mediacji w celu rozwiązania sporu z przedsiębiorcą. Odbywają się one w formie wizyty inspektora IH w siedzibie przedsiębiorcy, spotkania uczestników sporu w siedzibie Inspekcji lub drogą korespondencyjną. Blisko dwie trzecie mediacji prowadzonych przez IH w ubiegłym roku (66 proc.) zakończyło się pozytywnie dla konsumentów – strony zawarły porozumienie. W 2013 r. wpłynęło także 2 597 wniosków do stałych polubownych sądów konsumenckich, z czego w 54 proc. przypadków, w których doszło do rozstrzygnięcia wydano wyroki uznające roszczenia konsumentów.

Wojewódzkie Inspektoraty Inspekcji Handlowej udzielają także bezpłatnych porad. Konsumenci dowiadują się o swoich prawach (np. co powinno się zrobić gdy zakupiony towar jest wadliwy) oraz możliwościach polubownego rozwiązywania sporów. W 2013 r. IH udzieliła łącznie 139 005 porad  w tym 112 152 konsumentom i 26 853 przedsiębiorcom.

Ł. Zembik (Forex University): Tylko co czwarty inwestor zarabia na polskim rynku forex. W USA jest to 40 proc.

CEO Magazyn Polska

Rosnące napięcia geopolityczne, wycofywanie się banków centralnych z luźnej polityki monetarnej oraz rosnące ryzyko korekty na rynkach akcji – to wszystko będzie sprzyjać wzrostom transakcji na rynku walutowym. Polskim inwestorom często brakuje jednak dostatecznej wiedzy o tym rynku, dlatego zarabia zaledwie 20-25 proc. z grających na FX. Coraz więcej z nich zaczyna się jednak interesować egzotycznymi walutami.

Liczba aktywnych inwestorów na rynku walutowym nadal rośnie. Dążymy do tych statystyk, które są za oceanem, gdzie około 40 proc. inwestujących regularnie zarabia na rynku walutowym. Polski inwestor powinien przede wszystkim coraz więcej się kształcić, stawiać na edukację. Rynek walutowy jest rynkiem dynamicznym, do którego należy się odpowiednio przygotować, więc na początku stawiajmy na edukację, a dopiero potem wchodźmy z realnymi środkami. Traktujmy inwestowanie na rynku walutowym jako inwestowanie, a nie jako oderwanie od codziennej rzeczywistości lub jako dodatkowe doznania związane z adrenaliną – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Łukasz Zembik, specjalista Forex-University.

Według ostatnich badań NBP dotyczących rynku walutowego (forex) średnie dzienne obroty netto na krajowym rynku walutowym wyniosły w kwietniu 2013 r. 7,564 mld dolarów, co stanowi 4-proc. spadek w porównaniu z kwietniem 2010 r. Z tej kwoty 5,446 mld dolarów stanowiły transakcje z udziałem złotego. Dla porównania średni dzienny obrót na światowym rynku forex wyniósł w kwietniu 2013 r. blisko 5,3 bln dolarów – wynika z danych Banku Rozrachunków Międzynarodowych.

Najbardziej płynnym instrumentem na krajowym rynku walutowym były FX swapy, gdzie średni dzienny obrót w kwietniu 2013 r. sięgnął 4,581 mld dolarów. W przypadku rynku kasowego (spot) średni dzienny obrót wyniósł w tym okresie 2,342 mld dolarów, z czego 1,73 mld USD stanowiły transakcje w parach walutowych ze złotym.

Instytucje finansowe oraz banki centralne nie mają jednak danych na temat tego, ile osób aktywnie inwestuje na rynku forex, gdyż ta wielkość ulega silnym wahaniom. W okresie kryzysu zmienność i nerwowość na rynkach finansowych przyciągały inwestorów do rynku FX, gdzie równie łatwo można zarabiać na spadkach, jak i na wzrostach danego instrumentu. Według Zembika, około 20-25 proc. polskich uczestników rynku walutowego osiąga na nim zyski.

Najbardziej popularny jest rynek pary EUR/USD i to widzimy od dłuższego czasu, że zainteresowanie tą parą walutową jest nadal największe, chociaż widzimy, że ten trend się nieco zmienia. Wiemy, że w ostatnim czasie zmienność na parze EUR/USD jest stosunkowo niska, w związku z tym, że na rynkach akcyjnych istnieje hossa. Ta zmienność pojawi się wówczas, kiedy indeksy zaczną spadać – uważa specjalista Forex-University.

Normalizacja polityki monetarnej w największych gospodarkach świata (czyli np. wycofywanie programów skupu aktywów oraz podnoszenie stóp procentowych z okolic 0 proc.) powinny zwiększyć zmienność na rynku walutowym, a wraz z tym zaangażowanie inwestorów – twierdzi Zembik. Obecna ekstremalnie luźna polityka monetarna Fed oraz EBC powoduje, że coraz więcej graczy zaczyna interesować się egzotycznymi walutami.

Widzimy, że coraz więcej inwestorów zaczyna interesować się takimi walutami, jak dolar nowozelandzki, australijski czy kanadyjski, czyli waluty o podwyższonej zmienności, uznawane za waluty surowcowe. I oczywiście waluty egzotyczne, jak korona norweska czy szwedzka, również zaczynają zyskiwać na popularności – twierdzi Łukasz Zembik.

Rekordowe półrocze w kredytach konsumpcyjnych

BIK: Rekordowe półrocze w kredytach konsumpcyjnych

W I półroczu 2014 r. Polacy pożyczyli w bankach i SKOK- ach na cele konsumpcyjne więcej niż kiedykolwiek wcześniej – tak wynika z najnowszej analizy Biura Informacji Kredytowej. Zdaniem ekspertów BIK to nie koniec wzrostów na rynkach kredytów konsumpcyjnych.

Kryzys na światowych rynkach finansowych, który rozpoczął się w drugiej połowie 2008 r. zmusił również polskie banki do zaostrzenia kryteriów udzielania kredytów. Sytuacja ta spowodowała wówczas 26 proc. spadek wartości udzielanych kredytów – z około 37 mld zł w I półroczu 2007 i 2008 r., do 28,6 mld w tym samym okresie roku 2011. W ujęciu ilościowym spadki były jeszcze większe –  pomiędzy analizowanym okresem 2008 i 2013 r. wyniosły aż 39 proc. Równocześnie w tym samym czasie wzrosła wartość umów kredytowych, czego przyczyną było głównie przejmowanie dużej części segmentu kredytów konsumpcyjnych udzielanych na niskie kwoty, przez firmy pożyczkowe.

CEO Magazyn Polska

W 2013 r. trend na rynku kredytów konsumpcyjnych został odwrócony. Wynikało to częściowo z powrotu do banków kredytów związanych ze sprzedażą ratalną towarów i usług. W I półroczu 2014 r. banki i SKOK-i udzieliły kredytów gotówkowych i ratalnych na rekordową kwotę 37,7 mld zł. Jest to kwota nawet nieco wyższa, niż w szczytowych latach 2007 i 2008. –Prognozy Biura Informacji Kredytowej przewidują dalszy wzrost liczby oraz wartości udzielanych kredytów konsumpcyjnych w drugiej połowie bieżącego roku– mówi dr Andrzej Topiński, Główny Ekonomista Biura Informacji Kredytowej.

CEO Magazyn Polska

W okresie rozpędzania się akcji kredytowej w latach 2007- 2008 nadzór bankowy słusznie ostrzegał przed niebezpieczeństwem przegrzania  rynku. W kolejnych latach co ósmy zaciągnięty wówczas kredyt nie był obsługiwany terminowo. Jak przypomina dr Andrzej Topiński z BIK, ówczesne kryteria udzielania kredytów były zbyt liberalne. – Tymczasem nasze dane pokazują, że w zaciąganych później kredytach trudności ze spłatą występują w przypadku zaledwie co dwudziestego udzielanego kredytu – mówi. – Zarówno banki jak i kredytobiorcy postępują dziś znacznie bardziej ostrożnie, niż miało to miejsce w latach 2007 – 2008, co pozwala sądzić, że mimo postępującego ożywienia, tym razem unikniemy przegrzania rynku – dodaje.

Meritum Bank zwiększył zysk dziewięciokrotnie w pierwszym półroczu

0

Meritum Bank zwiększył zysk netto przeszło 9-krotnie w porównaniu z I półroczem ubiegłego roku. Wzrósł on do 27,7 mln zł.

Meritum Bank podał wyniki za I półrocze 2014 roku. Zysk netto wzrósł do 27,7 mln zł z niespełna 3 mln zł rok temu. Suma bilansowa na koniec czerwca wyniosła 3,15 mld zł wobec, 2,79 mld zł rok temu.

W połowie roku bank miał udzielonych kredytów na kwotę 2,49 mld zł, o niemal 400 mln złotych więcej niż przed rokiem. Zgromadzone depozyty wyniosły 2,72 mld złotych, o ponad 400 mln zł więcej niż rok wcześniej.

Wzrosły także koszty działalności banku do 58,9 mln zł z 52,5 mln zł rok wcześniej. Liczba placówek zwiększyła się w tym czasie do 187 ze 158 przed rokiem.

Ministerstwo Finansów uruchomiło Portal Podatkowy

To pierwszy etap wdrażanego nowego systemu teleinformatycznego administracji podatkowej, wspierającego podatników w prawidłowym wypełnianiu obowiązków podatkowych. Pod jednym adresemwww.portalpodatkowy.mf.gov.pl znajdą Państwo wszelkie niezbędne informacje dotyczące podatków. Portal docelowo będzie składał się z dwóch elementów: części ogólnodostępnej i dostępnej po zalogowaniu.

Od wczoraj (18.08.2014)  można korzystać z części ogólnodostępnej portalu, umożliwiającej składanie deklaracji podatkowych drogą elektroniczną, zawierającej informacje o zmianach w przepisach podatkowych i ich wykładnię, kalendarz z ważnymi terminami oraz kalkulatory. W tej części portalu umieszczone są także wszelkiego rodzaju formularze, zarówno te interaktywne do składania drogą elektroniczną, jak i tradycyjne do wydruku, a także instrukcje ich wypełniania – częścią portalu jest system e-Deklaracje (strona www.e-deklaracje.gov.pl). Tu podatnik może też poszukać danych kontaktowych jednostek administracji podatkowej i celnej. Portal oferuje także wyszukiwarki: organizacji pożytku publicznego, aktywność numerów VAT UE oraz interpretacji ogólnych i indywidualnych organów podatkowych.

Natomiast portal w części zalogowanej, który jest w tej chwili w przygotowaniu, będzie stanowił bezpośredni kanał komunikacji z organami podatkowymi, a konto podatnika umożliwi dostęp do własnych danych podatkowych. Rejestracja na portalu umożliwi nie tylko przesyłanie deklaracji z konta, ale także możliwość elektronicznego odbierania i składania pism z i do organów podatkowych, przeglądania złożonych deklaracji oraz statusu prowadzonych spraw.

Portal wchodzi w skład serwisu Ministerstwa Finansów www.finanse.mf.gov.pl.

Szacunkowe dane o wykonaniu budżetu państwa za okres styczeń – lipiec 2014 r.

W okresie styczeń – lipiec 2014 r. oszacowano:

dochody budżetu państwa na kwotę
162.586,1 mln zł,

wydatki budżetu państwa na kwotę
188.937,2 mln zł,

deficyt budżetu państwa na kwotę
26.351,1 mln zł.

Więcej informacji na temat szacunkowych danych znajduje się w dziale Działalność / Finanse publiczne / Budżet państwa / Wykonanie budżetu państwa / Szacunkowe wykonanie budżetu.

Komunikat ws. stanu środków walutowych oraz operacji związanych z zarządzaniem długiem zagranicznym Skarbu Państwa w lipcu 2014 r.

Ministerstwo Finansów uprzejmie informuje, że:

  1. W ramach obsługi zadłużenia zagranicznego Skarbu Państwa w lipcu 2014 r. dokonano następujących płatności w walutach obcych:
    • kapitał – równowartość 37,1 mln EUR (153,5 mln PLN),
    • odsetki – równowartość 267,8 mln EUR (1108,6 mln PLN).
  2. Stan środków walutowych w dyspozycji Ministra Finansów na koniec lipca 2014 r. wyniósł łącznie
    7 873,0 mln EUR (32 783,2 mln PLN).

Relpol zwiększa sprzedaż i zysk mimo mocniejszego złotego

0

Firma Relpol, producent przekaźników, w I półroczu zwiększyła przychody i zyski w porównaniu do I półrocza ubiegłego roku.

Zysk netto Relpolu wyniósł w I półroczu 2,88 mln złotych wobec 2,45 mln zł rok temu.

Zysk operacyjny sięgnął 3,86 mln złotych. Rok wcześniej spółka osiągnęła wynik 2,76 mln zł.

Przychody wyniosły 53,73 mln zł i były wyższe od ubiegłorocznych o 1,13 mln zł.

Relpol, producent przekaźników, eksportuje niemal 70 proc. produkcji. Dlatego na jego wyniki wpływ mają kursy walut, głównie euro do złotego. Jak podaje spółka, w pierwszym półroczu złoty był mocniejszy niż przed rokiem (średnio 4,18 zł za euro wobec 4,21 zł rok temu), a umocnienie złotego ma większy negatywny wpływ na wyniki sprzedaży niż pozytywny na spadek kosztów importowanych surowców. Mimo to firma zwiększyła przychody i zyski. Pomogły w tym niższe niż przed rokiem ceny wykorzystywanych w produkcji przekaźników surowców: miedzi, srebra, złoto.

Grupa Monnari zwiększa przychody, zysk wzrósł ponad dwukrotnie

0

Grupa Monnari Trade miała w I półroczu 2014 roku 12,5 mln zł zysku netto wobec 5,55 mln zł przed rokiem. Przychody wzrosły o 22 proc.

Skonsolidowany zysk netto odzieżowej grupy Monnari wyniósł w pierwszych sześciu miesiącach roku 12,5 mln zł, podczas gdy rok wcześniej spółka zarobiła 5,55 mln zł.

Przychody ze sprzedaży zamknęły się kwotą 76,65 mln zł i były o niemal 14 mln zł wyższe niż przed rokiem.

Zysk operacyjny został niemal potrojony i wzrósł do 9,72 mln zł z 3,56 mln zł rok temu.

PKP Cargo wyda 200 mln zł na nowe lokomotywy

PKP Cargo ogłosi niebawem przetarg na zakup 10 nowych lokomotyw. Chce przeznaczyć na ten cel prawie 200 mln zł.

W najbliższych tygodniach PKP Cargo ogłosi przetarg na zakup 10 lokomotyw wielosystemowych. Będą one obsługiwały przewozy do Niemiec, Czech, Austrii, Belgii, Holandii i Włoch, na Słowację i Węgry. Lokomotywy miałyby trafić do spółki w 2016 i 2017 roku. PKP Cargo szacuje, że przeznaczy na ich zakup do 200 mln zł.

Na razie spółka wykorzystuje 10 tego typu lokomotyw, z czego jedna jest jej własnością, a dziewięć jest dzierżawionych.

Powiększenie parku taborowego o kolejne lokomotywy wielosystemowe jest naturalną konsekwencją realizowania strategii PKP Cargo. Pozwoli nam to na wzmocnienie pozycji na rynkach ościennych. Nasze lokomotywy mogą jeździć już w ośmiu krajach, przez które przebiegają i krzyżują się główne szlaki transportowe Europy. To potencjał, który będziemy wykorzystywać – mówi cytowany w komunikacie Adam Purwin, prezes PKP Cargo.

Zakup nowych lokomotyw związany jest z planowanym poszerzeniem ekspansji zagranicznej PKP Cargo.

Jak podaje spółka, operacje za granicą stanowią coraz ważniejszy element jej działalności. W pierwszym kwartale 2014 roku przewozy tranzytowe oraz importowe i eksportowe stanowiły łącznie 53 proc. wszystkich przewozów zrealizowanych przez spółkę. Pod względem udziału w przychodach od zagranicznych klientów zewnętrznych prym wiodą firmy z Niemiec (31 proc.), Czech (18 proc.) i Słowacji (12 proc.).

Marże Radpolu na niektóre wyroby sięgają 47 proc. Popyt na te produkty będzie rósł

0

CEO Magazyn Polska

Radpol prognozuje dalszy wzrost sprzedaży i utrzymanie dwucyfrowych marż, ponieważ potrzeby inwestycyjne w energetyce i ciepłownictwie pozostają ogromne. To zabezpiecza spółkę przed okresowymi wahaniami koniunktury, dzięki czemu Radpol nie obawia się odpływu inwestorów na czele z OFE.

Spółka w ciągu ostatnich 6 lat zainwestowała 140 mln zł. Inwestycje te w dużej części były przeznaczone na rozwój mocy produkcyjnych, które pozwoliły zwiększyć ekspansję rynkową Radpolu. Grupa kapitałowa ma 5 zakładów i działa w bardzo interesujących branżach – w ciepłownictwie i energetyce. Są to branże, w których mówimy o bardzo dużych kwotach i bardzo dużych inwestycjach infrastrukturalnych – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Krzysztof Pióro, prezes zarządu Radpol.

Radpol w 2004 roku zanotował 18 mln zł przychodów, a niemal 9 lat później było to już 178 mln zł. Pierwsze półrocze 2014 r. to kontynuacja rosnącej skali działalności, ponieważ przychody rok do roku wzrosły o 52 proc. Według prezesa spółki mimo szybkiego wzrostu sprzedaży spółka działa na bezpiecznych rynkach. Świadczyć o tym może także wysokie zaangażowanie OFE, które stanowią 32 proc. akcjonariatu.

Uważam, że działamy w biznesach stabilnych, w których są duże pieniądze i w których będą one zawsze wydawane, bez względu na koniunkturę, bo tego wymaga energetyka i ciepłownictwo – uważa Krzysztof Pióro.

Zdaniem prezesa spółki niska korelacja przychodów Radpolu do bieżącej koniunktury zmniejsza ryzyko, że OFE będą wyprzedawać swoje akcje. Zakaz inwestowania w papiery dłużne rządu zmusza fundusze emerytalne do większej selekcji spółek w celu ograniczenie ryzyka. Z tego powodu część inwestorów niechętnie patrzy na spółki z dużym zaangażowaniem OFE.

Nasz akcjonariat jest bardzo stabilny. Nie widzimy zagrożeń, z jakimi mierzą się niektóre spółki, które być może mają zbyt duży udział kapitału OFE u siebie. Nie mam żadnych sygnałów, aby ta sytuacja z funduszami przekładała się na nasz akcjonariat – mówi prezes Radpolu.

Notowana w WIG250 spółka ogranicza ryzyko w swojej działalności poprzez rozwój sprzedaży na rynki eksportowe, a także szeroki portfel produktów.

Mamy unikalną fabrykę, jedyną w Polsce, która ma do dyspozycji akceleratory elektronowe do produkcji wyrobów termokurczliwych. Mamy fabryki do produkcji rur do przesyłu ciepła, wody, kanalizacji, gazu. Mamy fabrykę produkującą słupy strunobetonowe – najnowsza technologia budowy słupów do przesyłu energii i oświetleniowych. Produkujemy także izolatory porcelanowe – wymienia Pióro.

Obok ciepłownictwa strategicznym sektorem dla Radpolu jest energetyka zawodowa, gdzie spółka osiąga wysoką rentowność sprzedaży.

– W przypadku wyrobów termokurczliwych możemy się pochwalić marżami brutto na poziomie 47 proc., to bardzo dobre wyniki, trudne do osiągnięcia w wielu innych biznesach. Sprzedajemy również słupy, żerdzie z betonu strunowego z marżami 32-proc oraz izolatory z marżami powyżej 30 proc. – twierdzi Krzysztof Pióro.

KGHM wciąż liczy na koncesje poszukiwawcze w okolicy Głogowa

CEO Magazyn Polska

Minister środowiska ponownie rozpatrzy wnioski o koncesję na obszarach Bytom Odrzański i Kulów-Luboszyce. To jeden z wielu projektów dla miedziowego holdingu. Wśród tych strategicznych dla spółki jest też budowa Głogowa Głębokiego Przemysłowego, pełne uruchomienie produkcji w Sierra Gorda w Chile oraz budowa szybu w kanadyjskiej Victorii.

Priorytetem dla nas pozostaje uruchomienie naszego projektu sztandarowego, czyli Sierra Gorda, zgodnie z założeniami. Uruchomiliśmy już produkcję, pozostaje teraz osiągnięcie docelowych wielkości produkcyjnych, a więc ponad 110 tys. ton miedzi w koncentracie i 50 mln funtów molibdenu w przyszłym roku. Kluczowe są też projekty, które realizujemy w Polsce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Romanowski, wiceprezes zarządu KGHM Polska Miedź.

Produkcja w chilijskiej kopalni Sierra Gorda ruszyła 30 lipca. Oficjalne otwarcie nastąpi prawdopodobnie na początku października, a obecnie celem spółki jest osiągnięcie zakładanych w pierwszym etapie mocy produkcyjnych. Poza miedzią i molibdenem w Chile produkowane będzie też ponad 60 tys. uncji złota rocznie. W drugim etapie inwestycji, który jak powiedział agencji informacyjnej Newseria Herbert Wirth, prezes KGHM, ruszy najwcześniej w 2019 r.; planowane jest dalsze zwiększenie produkcji.

Realizowane są też projekty KGHM-u w Kanadzie. W Victorii, w prowincji Ontario, trwa już budowa szybu realizowana wspólnie z kanadyjską spółką. Produkcja ma ruszyć w 2019 r., a poza miedzią wydobywane będą także nikiel i platyna. Obecność metali szlachetnych znacznie poprawia rentowność wydobycia miedzi – podkreśla Romanowski. W kopalni Ajax w prowincji Kolumbia Brytyjska występuje z kolei dużo złota. Tam prace są mniej zaawansowane. KGHM wystąpił o decyzję o zmianie posadowienia zakładu przeróbczego, co ma pozwolić na optymalizację planu produkcyjnego.

KGHM nie zapomina też o rynku krajowym. Dużym wyzwaniem technologicznym i technicznym jest wydobycie miedzi z poziomu poniżej 1200 metrów pod powierzchnią, które trwa w Głogowie Głębokim Przemysłowym od kwietnia.

Modernizujemy również huty miedzi, zarówno w Głogowie, jak i w Legnicy, a więc cały ciąg produkcyjny jest objęty planem inwestycyjnym. Aby KGHM mógł funkcjonować przez następne kilkadziesiąt lat, istotne jest również to, by w regionie była prowadzona eksploracja i możliwość udokumentowania kolejnych złóż miedzi. Cieszymy się z tego, że już pewne koncesje w zakresie eksploatacji zostały nam przydzielone. Myślimy o uzyskaniu kolejnych koncesji na nowe złoża w regionie – zdradza Romanowski.

W ubiegłym roku KGHM uzyskał łącznie pięć koncesji na wydobywanie miedzi w rejonie Głogowa i Lubina oraz trzy koncesje poszukiwawcze w obszarach Głogów, Kazimierzów i oraz Retków-Ścinawa. W tym roku spółka uzyskała koncesję poszukiwawczą na obszar Konrad położony pomiędzy Legnicą a Zgorzelcem. Jednak głośno było przede wszystkim o koncesjach na obszarach Bytom Odrzański i Kulów-Luboszyce. Na początku roku koncesje na poszukiwanie miedzi w obszarach Bytom Odrzański oraz Kotla (fragment obszaru Kulów-Luboszyce) zdobyła kanadyjska firma Miedzi Copper. 30 lipca resort środowiska zapowiedział jednak, że ponownie rozpatrzy te wnioski koncesyjne.

Mamy też inne obszary, o których myślimy. Pójdziemy bardziej w kierunku północno-wschodnim: Retków-Ścinawa czy to, co już mamy w tej chwili w naszym portfelu, czyli Głogów Głęboki Przemysłowy. Mówimy tutaj o kolejnych milionach ton udokumentowanej miedzi, która będzie eksploatowana w kolejnych latach – dodaje Romanowski.

J. Steinhoff: polskie firmy potrzebują innowacji, nie restrukturyzacji

0

CEO Magazyn Polska

Wspieranie innowacyjności zamiast restrukturyzacji przedsiębiorstw – tego potrzebuje polska gospodarka, by być konkurencyjną na światowych rynkach – uważa Janusz Steinhoff, wicepremier i minister gospodarki. Taką zmianę w strategii zapowiedziała również Agencja Rozwoju Przemysłu pod kierownictwem nowej prezes Aleksandry Magaczewskiej. Pomimo wsparcia państwa finansowanie inwestycji w innowacje powinny wziąć jednak na siebie przede wszystkim firmy.

Powinniśmy przekonać małe i duże firmy, że muszą uczestniczyć w badaniach o utylitarnym charakterze, bo będzie to rzutowało na ich konkurencyjność. Państwo w ramach pomocy publicznej horyzontalnej może wspierać niektóre kierunki badań naukowych o utylitarnym charakterze, natomiast znaczącą część finansowania musi na siebie wziąć przedsiębiorca – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki.

Innowacyjność ma być jednym z priorytetów nowej prezes ARP. NWZ Agencji powołało 7 sierpnia na to stanowisko Aleksandrę Magaczewską, która wcześniej zajmowała stanowisko dyrektora Departamentu Restrukturyzacji i Pomocy Publicznej w Ministerstwie Skarbu Państwa. Ten cel wspiera także administracja rządowa – jak przypomina Steinhoff, o promowaniu innowacyjności mówili zarówno przedstawiciele MSP, jak i resortu gospodarki.

Były minister gospodarki podkreśla, że sukcesy polskich prywatnych firm na zagranicznych rynkach pokazują, jak wiele znaczy innowacyjność. Steinhoff wymienia m.in. Solarisa (producenta autobusów, tramwajów i trolejbusów eksportowanych do wielu krajów świata), Pesę (producenta tramwajów i pociągów, które jeżdżą m.in. w Niemczech, we Włoszech i na Węgrzech) oraz Fakro. Ta ostatnia spółka jest drugim na świecie producentem okien dachowych.

Tam, gdzie jest nowoczesny wyrób, gdzie jest nowoczesne wzornictwo wspierane bardzo wysoką jakością i solidnością dostaw, tam jest sukces w gospodarce – podkreśla Steinhoff. ‒ Wielkim wyzwaniem dla Polski nie jest już to, z czym mieliśmy do czynienia na początku lat 90., czyli olbrzymie procesy restrukturyzacyjne w hutnictwie, górnictwie i przemyśle zbrojeniowym. Wyzwaniem jest w tej chwili innowacyjność, czyli walka o konkurencyjność polskiej gospodarki.

Podkreśla, że Agencja Rozwoju Przemysłu to spółka o dużym doświadczeniu w transformacji polskiego przemysłu po zmianach ustrojowych. Powołana w 1990 r. jednoosobowa spółka Skarbu Państwa jednak musi się zmieniać, a prezentowane przez nową prezes priorytety są ‒ w ocenie Steinhoffa ‒odpowiednie.

Były wicepremier dodaje, że w Polsce innowacyjność nie była do tej pory skutecznie wspierana. Choć w PRL-u nakłady na badania naukowe były znaczne, ich efekty były nieadekwatne do przeznaczonych środków. Po transformacji funduszami na badania naukowe zarządzał utworzony na mocy ustawy z 1991 r. Komitet Badań Naukowych, który został w 2005 r. wcielony do ministerstwa nauki.

Teraz do dyspozycji agend rządowych są fundusze unijne. Odpowiednie agencje mogą z ich wykorzystaniem wspierać również transfer innowacyjnych rozwiązań z obszaru nauki do przemysłu i biznesu.

W Polsce wykorzystaliśmy proste przewagi konkurencyjne w postaci niskiej płacy. Innowacyjność powinna służyć wykorzystaniu potencjału intelektualnego i badawczego środowisk naukowo-badawczych, czyli instytutów, wyższych uczelni i innych. Musimy również udrożnić transfer nowoczesnych technologii do przemysłu ‒ podkreśla Steinhoff.

Nowe zabezpieczenie na wypadek upadłości biur podróży. Ustawą o Turystycznym Funduszu Gwarancyjnym dziś zajmuje się rząd

0

CEO Magazyn Polska

Nowa ustawa o Turystycznym Funduszu Gwarancyjnym ma zapewnić środki na pokrycie kosztów upadłości biur podróży – głównie powrotu turystów do kraju. Ma być dodatkowym zabezpieczeniem obok już istniejących gwarancji ubezpieczeniowych. System powinien też zabezpieczać turystów, którzy wyjechali za granicę bez pośrednictwa biura podróży i nie są obecnie w żaden sposób chronieni przed upadkiem któregokolwiek z usługodawców. 

Są to ewidentnie zmiany prokonsumenckie. Natomiast biorąc pod uwagę fakt, że Turystyczny Fundusz Gwarancyjny to obciążenia dla przedsiębiorców, naszym zdaniem ta ustawa powinna być przygotowana starannie i uwzględniać jeszcze pewne dodatkowe elementy, które się w niej do tej pory nie znalazły – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Rosset, sekretarz generalny Polskiej Izby Turystyki.

Ustawa o Turystycznym Funduszu Gwarancyjnym przewiduje powstanie rezerwy finansowej na wypadek upadku jakiegoś biura podróży. Ma to być dodatkowe zabezpieczenie, obok dotychczas obowiązujących ubezpieczeń. Według projektu składka będzie wynosić między 0 a 30 zł od osoby, przy czym przewiduje się, że w praktyce średnio będzie to ok. 12 zł. Zdaniem Tomasza Rosseta, nie są to jednak jedyne koszty, dochodzi do tego sama obsługa nowych obowiązków.

– Do funduszu trzeba będzie przygotowywać sprawozdania, trzeba będzie obrobić wszystkie dokumenty. To są albo dodatkowo zatrudnieni ludzie, albo dodatkowo płatne godziny dla osób zatrudnionych. Obciążenia dla przedsiębiorców niewątpliwie będą większe, zresztą one zostały wykazane w projekcie, który przygotowało Ministerstwo Sportu i Turystyki – mówi Rosset.

Nowy fundusz ma zabezpieczać koszty obsługi upadłości biura podróży na wypadek, gdyby podstawowe ubezpieczenie na to nie wystarczyło. Zmiany dotyczą jednak jedynie biur podróży – jak podkreśla sekretarz generalny POT – to nie wystarczy, by właściwie chronić wszystkich turystów.

Tego typu sytuacje mają miejsce chociażby przy zakupie pojedynczych elementów, kiedy nie mamy do czynienia z imprezą turystyczną, czyli jeżeli na przykład ktoś kupuje bilet lotniczy – mówi Rosset. – Jeżeli klient zapłaci niemałą kwotę za bilet lotniczy, a być może oddzielnie także za inne usługi, jak hotel czy ubezpieczenie, i znajdzie się poza granicami kraju, to nie będzie miał żadnego zabezpieczenia na wypadek upadku linii lotniczej czy innego z usługodawców. Tak samo jeżeli nie zdąży wyjechać, to nikt mu tych wydanych pieniędzy nie zwróci. Tego rodzaju działania nie są objęte zabezpieczeniem prawnym.

Dlatego – chociaż branża docenia zmiany, które na jej wnioski uwzględniono w projekcie – powinien on zostać jeszcze doprecyzowany w trakcie dalszych prac prowadzonych w ramach konsultacji społecznych, a potem w parlamencie – uważa Rosset. Proponowane przez rząd zmiany mogłyby być ewentualnie włączone do nowej ustawy o usługach turystycznych.