Raport ABB: Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce

Technologie spod znaku „smart building” będą zyskiwać na znaczeniu w przestrzeni biurowej, a właściciele nieruchomości komercyjnych są optymistami jeśli chodzi o przyszłość rynku – wynika z pogłębionych wywiadów z brokerami i przedstawicielami największych inwestorów w branży.

Badanie jakościowe na zlecenie ABB przeprowadziła firma PMR. Szczegółowo przepytano wiodących brokerów nieruchomości komercyjnych oraz menedżerów wyższego szczebla z firm, które odpowiadają za 80 proc. inwestycji w branży*. Z analizy wywiadów wynika, że ostatnie półtora roku nie zatrzymało rozwijającego się rynku, a pandemia tylko przyspieszyła zmiany, które już wcześniej pojawiły się na horyzoncie. Zmiany te obejmują w szczególności obszar technologii. Badanie pokazuje, że możemy spodziewać się coraz większego nacisku ze strony inwestorów na rozwiązania typu proptech.

– Już teraz widoczna jest zmiana w świadomości inwestorów oraz najemców. Dostrzegli oni, jak ważne są rozwiązania cyfrowe, gdzie nowoczesne technologie to nie tylko bezpieczeństwo, higiena pracy czy komfort, ale także realne oszczędności na etapie samej budowy i przede wszystkim późniejszej eksploatacji – komentuje Tomasz Zieliński, odpowiedzialny za rynek budownictwa i infrastruktury w ABB w Polsce.

Technologia, w dużej mierze ta cyfrowa, stanie się istotnym elementem wpływającym na atrakcyjność inwestycji. Ta „atrakcyjność” ma oczywiście związek z komfortem i bezpieczeństwem użytkowników, którzy – na co zwracają uwagę eksperci – w większości przypadków nadal będą pracować w biurach.

Nowe oczekiwania

Koronawirus przyspieszył tempo ekspansji trendu pracy zdalnej, ale także ujawnił jego ograniczenia. Biuro pozostanie istotne dla organizacji i jej pracowników, jednak zmieni się jego formuła i standard. Wygodna lokalizacja, przyjazny układ, ale i „podążająca” za użytkownikiem technologia mają zachęcić pracownika do przychodzenia do biura. „Najemcy nie rezygnują z dotychczasowych biur, (…) właściwie nie spotkaliśmy się z takim najemcą, który uznałby, że biuro jest mu teraz całkowicie niepotrzebne” – powiedział jeden z respondentów.

Na podstawie analizy przeprowadzonych wywiadów udało się wskazać najważniejsze i najbardziej prawdopodobne trendy, jakie ukształtują rynek nieruchomości komercyjnych w ciągu najbliższych lat (co ciekawe, zdaniem badanych najbliższe lata przyniosą wzrost zapotrzebowania na powierzchnie biurowe). Na pewno zmieni się stosunek umów krótkoterminowych do tych zawieranych na długi okres. Przedstawiciele czołowych inwestorów zapowiadają też pojawienie się nowego typu powierzchni biurowych – mowa o tzw. biurach filialnych. Takie satelitarne przestrzenie przeznaczone będą dla tych pracowników, którzy mieszkają z dala do biura centralnego.

Jak dowiadujemy się z badania, rynek przestrzeni komercyjnych nie zmniejszy się, a ulegnie pewnemu przewartościowaniu. Z jednej strony firmy nie będą potrzebować tak dużej powierzchni najmu brutto, jak przed pandemią. Jedną z głównych przyczyn jest oczywiście odsetek pracowników przechodzących na pracę zdalną na stałe lub w modelu hybrydowym. Z drugiej jednak strony w trosce o komfort zatrudnionych zwiększy się przestrzeń przeznaczona na jednego pracownika. Niektórzy spodziewają powrotu części firm do układu gabinetowego w biurze.

Inną zmianą ma być bardziej efektywne wykorzystanie przestrzeni biurowej. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się aplikacje umożliwiające zarezerwowanie biurka w systemie hot-desk lub sali konferencyjnej, a także zamówienie posiłku czy rezerwację miejsca parkingowego. Pandemia doprowadziła do tego, że inaczej patrzymy na kwestie bezpieczeństwa, elastyczności czy komfortu pracy w biurze.

Celem jest stworzenie takiej przestrzeni, która sprawi, że jej użytkownicy będą chcieli wrócić do biur. Równie ważne jest to, by była ona bezpieczna, a jednocześnie na tyle atrakcyjna, żeby pokazywała, że (…) tutaj macie coś, czego w domu nie da się stworzyć” – powiedział jeden z inwestorów.

Smart office

A jak wygląda sytuacja tu i teraz? Okazuje się, że jest o wiele lepiej, niż przewidywali sceptycy. Z pogłębionych wywiadów wynika, że mimo presji cenowej oraz preferowania przez najemców kontraktów krótkoterminowych, inwestorzy i brokerzy oceniają kondycję branży jako stabilną i z dobrymi perspektywami na przyszłość.

Większość respondentów kładzie duży nacisk na nowoczesne rozwiązania technologiczne, widzi w nich ogromny potencjał i szansę na przyszłość. Najbardziej pożądane są rozwiązania, które spowodują zmniejszenie kosztów eksploatacyjnych budynku i będą energooszczędne, np. systemy zarządzania energią i mediami, dzięki którym właściciel może wdrożyć elastyczny model opłat. Coraz więcej firm chce być „eko”, więc inwestor musi brać pod uwagę kwestie gospodarowania wodą, energią elektryczną czy ciepłem. Jak powiedział jeden z badanych, „ekologiczne rozwiązania i biura wpisujące się w filozofię zrównoważonego rozwoju to zdecydowanie przyszłość i numer 1 na liście priorytetów wszystkich interesariuszy rynku przestrzeni biurowych”.

Dzięki wykorzystaniu nowoczesnych technologii cyfrowych, na przykład połączonych z chmurą systemów do zarządzania energią w budynku, możemy monitorować i optymalizować system elektryczny. Cyfryzacja spod znaku „smart building” pozwala również na analizę zapotrzebowania na media i regulowanie ich wykorzystania. To prosty sposób na wygenerowanie oszczędności i redukcję zużycia cennych zasobów – dodaje Radosław Dudzik z ABB w Polsce.

Badani wskazali również czynniki, które w ich ocenie decydują o wyborze danej oferty przez klienta. Wciąż liczy się lokalizacja, cena i dostęp do miejsc parkingowych, ale teraz również inteligentne zarządzanie budynkiem, szeroko pojęte rozwiązania ekologiczne, a także te pomagające utrzymać dystans społeczny i zaostrzone standardy BHP (np. czujniki). Nikt nie zapomina również o stacjach do ładowania samochodów elektrycznych. Istotne więc stają się kwestie związane z polityką zrównoważonego rozwoju, jaką realizuje potencjalny najemca.

Branży spożywczej doskwierają rosnące koszty

Rośnie odsetek firm spożywczych, w których opłacalność produkcji i przychody są wyższe niż rok temu lub porównywalne. Niestety, jednocześnie prawie 80% przedsiębiorstw wskazuje, że ma wyższe koszty. Według Dariusza Chołosta z Food Research Institute to właśnie one będą decydować o sytuacji i nastrojach producentów żywności w kolejnych miesiącach.

Z analizy sześciu minionych edycji Indeksu FRI opracowywanego przez Food Reserach Institute wynika, że z kwartału na kwartał menedżerowie firm spożywczych są w coraz lepszych nastrojach. Większość parametrów dotyczących opłacalności produkcji i sytuacji finansowej, analizowanych w ramach badania indeksowego, pokazuje poprawę sytuacji w branży.

Na ten moment w prawie 50% firm wielkość produkcji jest wyższa a w 36% firm porównywalna niż 12 miesięcy temu. W lutym tego roku wyniki były na poziomie odpowiednio 46% i 34%. Obecnie w 15% przedsiębiorstw produkcja jest mniejsza niż rok temu (w lutym było to 22%). Rośnie również odsetek firm, które mają w stosunku do poprzedniego roku wyższe lub porównywalne przychody. 40% ma przychody wyższe (vs. 36% w lutym) a 42% – porównywalne (vs. 43% w lutym).

Sytuacja się ustabilizowała, menedżerowie są skupieni na przyszłości. Jeśli pamięć o pandemii pozostała w firmach, to raczej tylko w formie planów rozwojowych, uwzględniających postpandemiczne oczekiwania konsumentów – mówi Dariusz Chołost, general manager w Food Research Institute.przychody z działalności przetwórczej

Znów na wysokich obrotach

Fakt przejściowego szoku pandemii i bardzo szybkiego powrotu do normalnego, dynamicznego trybu działania branży spożywczej, potwierdza Wiktor Kowalski, szef działu marketingu Dan Cake. – Kategoria piekarniczo-cukiernicza od początku należała do tych, z którymi pandemia obeszła się łagodnie. Po chwilowym zachwianiu sytuacji między marcem a czerwcem 2020 r., nastąpiła zdecydowana poprawa – mówi Wiktor Kowalski.

Jak potwierdza Wiktor Kowalski, pandemia zmieniła oczekiwania konsumentów w segmencie pieczywa cukierniczego. Dotyczy to przede wszystkim kategorii ciast pakowanych i produktów deserowych. – Oczekiwania idą w kierunku krótkich składów, rzemieślniczego charakteru i wyglądu oraz mniejszych gramatur. Mamy ambitne plany, aby rozwijać ofertę w tej grupie asortymentowej i podtrzymujemy założenie wzrostu przychodów Dan Cake w tym roku. Według nas sytuacja po pandemii będzie wymagać od producentów żywności bardziej intensywnej pracy nad innowacjami – mówi Wiktor Kowalski.

Koszty – to będzie języczek u wagi

Dariusz Chołost z Food Research Institute zwraca uwagę, że wśród pozytywnych informacji z ostatniego Indeksu FRI można znaleźć i niepokojące dane. Dotyczą one kosztów, które są wyższe niż rok temu aż w 79% firm. Na wzrost presji kosztowej w branży spożywczej zwraca również uwagę Grzegorz Rykaczewski, analityk sektora rolno-spożywczego Santander Bank Polska. Przedsiębiorstwa muszą radzić sobie nie tylko ze wzrostem kosztów pracy, ale w ostatnich miesiącach również ze wzrostem cen surowców rolnych oraz cen opakowań – mówi Grzegorz Rykaczewski. Wiktor Kowalski z Dan Cake też uważa, że w kolejnych miesiącach optymalizacja kosztów będzie jednym z priorytetów w branży.

Jednak Dariusz Chołost z Food Research Institute prognozuje, że branża spożywcza da sobie radę z presją kosztową w kolejnych miesiącach i spodziewa się, że kolejny odczyt Indeksu FRI będzie wyższy niż ten majowy (61,5 pkt.) i wróci do poziomów sprzed pandemii. Ekspert pozytywnie interpretuje zmieniające się odsetki dla konkretnych odpowiedzi pokazujących skalę wzrostu kosztów. Spadła liczba firm, w których koszty wzrosły „bardzo znacznie” (16% vs. 22% w lutym br.) lub „znacznie” (33% vs. 48% w lutym 2021 r.). Dziś respondenci  wskazują raczej, że koszty były „nieco wyższe” lub „zbliżone”.przychody z działalności przetwórczej 3 przychody z działalności przetwórczej 2

Biura typu flex biznesem o wartości 13 miliardów dolarów do 2025 roku. Operatorzy koncentrują się na usługach

COVID-19 całkowicie przedefiniował znaczenie biura, a firmy mają dużo do myślenia, jeśli chodzi o znalezienie odpowiedniej lokalizacji dla swoich pracowników. Firmy coraz częściej zwracają się w stronę elastycznych biur. Według raportu Coworking Space Global Market Report 2021: COVID-19 Growth and Change to 2030 oczekuje się, że globalny rynek tego typu powierzchni biurowych wzrośnie z 7,97 mld USD w 2020 r. do 8,14 mld USD w 2021 r. Przy rocznym tempie wzrostu 2,1%, może osiągnąć nawet 13,03 mld USD do 2025 r.

W tak niepewnym otoczeniu makroekonomicznym zobowiązanie się do wynajęcia określonej powierzchni biurowej na konkretny czas jest znacznie mniej atrakcyjnym wyborem, niż miało to miejsce przed pandemią. Tempo i zakres ożywienia gospodarczego po COVID-19 jest trudny do przewidzenia, podobnie jak wielkość zatrudnienia firm może zmienić się w nadchodzących latach i miesiącach.

Nawet w przypadku firm o relatywnie dużej stabilności, można powiedzieć o znacznym przewartościowaniu priorytetów. Zmianom uległy bowiem nie tylko sposób zarządzania zespołami, częstotliwość wizyt pracowników w siedzibie firmy, ale także, a może przede wszystkim ich preferencje i oczekiwania co do biur. Ogromny wpływ miał na to wszechobecny lockdown. Praca w biurze każdego dnia nie jest już atrakcyjnym wyborem, podobnie jak brak elastyczności godzin pracy. Większość osób woli mieć kilka dostępnych opcji nie tylko w zakresie możliwości wyboru pracy z biura lub w trybie home office. Między innymi dlatego firmy coraz częściej decydują się na nawet kilka lokalizacji w jednym mieście.

Wszystkie te trendy skłaniają firmy do podejmowania bardziej elastycznych decyzji lokalizacyjnych. W przeciwieństwie do umów długoterminowego najmu, zaadaptowanie wielu lokalizacji elastycznych biur daje firmom możliwość łatwego wprowadzania zmian. To również świetna alternatywa dla pracowników, którzy w zależności od miejsca zamieszkania lub preferencji, mogą wybrać, z którego biura chcą pracować danego dnia.

– Głęboko wierzę, że wynajem biura jako taki zostanie zastąpiony umowami serwisowymi i członkowskimi, a zarządzanie stanowiskami pracy i dodatkowymi usługami będzie w pełni obsługiwane przez dedykowane aplikacje. Dzięki już dostępnym rozwiązaniom cyfrowym użytkownicy mają łatwy dostęp do wszystkich usług biurowych, takich jak rezerwacja miejsca do pracy, sali konferencyjnej czy usług dodatkowych, w tym wsparcia IT. Mając 10-letnie doświadczenie w 5 krajach, zespół New Work wspierany przez rozwiązania cyfrowe dostarczanymi przez workcloud24 jest dobrze przygotowany na stojące przed nami wyzwania” – mówi Hubert Abt, CEO New Work i workcloud24.

Wynajem biur typu flex jest dużo szybszy niż tradycyjny. Najemcy mogą wprowadzić od razu, nie muszą czekać na wykończenie czy wyposażenie, ponieważ tego typu powierzchnie są zazwyczaj w pełni umeblowane i gotowe do użytku. Inaczej niż w przypadku tradycyjnych biur, koszt wynajmu zazwyczaj zawiera także m.in. korzystanie z powiązanych usług i wyposażenia, takich jak biurka, krzesła, łącze internetowe, dostęp do sprzętu biurowego, różnego oprogramowania oraz usługi recepcyjne. Wszystkie koszty eksploatacyjne zazwyczaj pokrywa również operator przestrzeni.

Biuro typu flex, gotowe do wprowadzenia od zaraz, oznacza również brak wydatków związanych z inwestycją. Nie ma ukrytych kosztów, co więcej w trakcie trwania umowy można zwiększyć lub zmniejszyć liczbę stanowisk pracy, jeśli zajdzie taka potrzeba. Możliwość dopasowania powierzchni do aktualnych potrzeb firmy to duże ułatwienie i komfort dla firm. Mówiąc o komforcie nie należy zapominać, że decydując się na takie biuro otrzymujemy również wsparcie recepcyjne.

– Przy wyborze biura typu flex niezwykle istotnym elementem jest obsługa klienta. Jesteśmy dumni, z tego, że prawie 95% naszych najemców jest zadowolonych z naszych usług i poleciłoby nas swoim znajomym. Za tymi liczbami stoi nasz zespół, który z niezwykłym zaangażowaniem codziennie dba o to by nasi klienci mogli skupić się na rozwijaniu swoich biznesów – podsumowuje Monika Pawelczak, HR Manager New Work.

Wzrośnie konkurencja o najlepsze biura w Europie

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, najemcy poszukujący biur o wysokim standardzie w Europie będą musieli liczyć się z silną konkurencją o najlepsze powierzchnie pomimo najwyższego od pięciu lat poziomu aktywności deweloperskiej.

Z raportu firmy Savills pt. „European Office Development” wynika, że tegoroczna podaż nowej powierzchni biurowej w Europie będzie o 26% wyższa niż w 2020 roku. Niemniej jednak średnie wskaźniki pustostanów w wielu miastach europejskich, między innymi w Berlinie, Sztokholmie, Amsterdamie i Paryżu, nie przekroczą poziomu 6%, co przełoży się na wzrost konkurencji na rynkach najmu.

W tym roku nowa podaż na 24 rynkach europejskich wyniesie 5,2 mln m kw. Podobną ilość powierzchni biurowej (5,1 mln m kw.) zaplanowano do oddania na 2022 rok. Jest to najwyższy poziom nowej podaży od połowy dekady. Około 50% tej powierzchni już zostało zabezpieczone umowami przednajmu.

Najbardziej dotkliwy brak powierzchni biurowej w atrakcyjnych lokalizacjach wystąpi w Berlinie, gdzie stopa pustostanów w tym roku osiągnie wartość 2,3%. Podaż biur w innych miastach Niemiec również będzie bardzo ograniczona. Problemy z dostępnością występują także w Sztokholmie (5%), Lizbonie (7,2%), londyńskiej dzielnicy West End (7,3%) oraz w Barcelonie (8,5%).

„Zapewnienie wysokiej jakości przestrzeni do pracy ma i nadal będzie miało priorytetowe znaczenie dla najemców” – zauważa Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań rynków europejskich w Savills.

Z prognoz przedstawionych w raporcie „European Office Development” wynika, że wzrost podaży na rynku wtórnym może przyczynić się do wzrostu średniego wskaźnika pustostanów w Europie. Niemniej jednak powierzchnia ta w znacznej części może nie spełniać oczekiwań najemców, zwłaszcza w zakresie ESG i nowych technologii.

Savills prognozuje, że z powodu ilości pustych biur średnia stopa pustostanów w Europie wzrośnie o 80 punktów bazowych do poziomu 7,5%. Warszawa będzie jednym z europejskich miast, w których w 2021 r. ze względu na wysoką nową podaż (wynoszącą w stolicy Polski blisko 350 000 m kw.), współczynnik pustostanów może osiągnąć jeden z najwyższych poziomów (11%). Inne rynki europejskie z najwyższymi wskaźnikami wolnej powierzchni to Bukareszt (11%) czy dzielnica biznesowa La Defense w Paryżu (13,5%). Niemniej jednak w kolejnych latach, m.in. z powodu pandemii Covid-19, która wymusiła na wielu deweloperach rewizję planowanych projektów, w Warszawie spodziewane jest wystąpienie luki podażowej.

„W Warszawie najemcy poszukujący powierzchni dostępnej w ciągu najbliższych 6-12 miesiącach, mają obecnie szeroki wybór, zarówno wśród powierzchni tradycyjnej, jak i elastycznej oraz w formie podnajmu. W latach 2022 i 2023 spodziewany wolumen nowej podaży nie przekroczy jednak łącznie 400 000 m kw., co wpłynie na sukcesywne wchłanianie się wolnej powierzchni i tym samym spowoduje spadek współczynnika pustostanów, czego spodziewamy się szczególnie w 2023 roku. Wraz z prognozowaną luką podażową, najemcy, zwłaszcza poszukujący dużych powierzchni, będą mieć bardziej ograniczony wybór” – mówi Agnieszka Giermakowska, starszy konsultant, dział badań i analiz, Savills.

Raport „European Office Development” odzwierciedla wnioski przedstawione w innej publikacji firmy Savills pt. „Impacts”, która ukazała się w ubiegłym miesiącu. Według raportu „Impacts” największym wyzwaniem dla firm w najbliższych pięciu latach będzie przejście na hybrydowy model pracy. Autorzy analizy zauważali wówczas, że biorąc pod uwagę ograniczoną dostępność biur w wielu lokalizacjach, warto wcześniej rozpocząć poszukiwania odpowiedniej powierzchni, która sprawdzi się w hybrydowym modelu pracy. Wraz ze stopniowym powrotem pracowników do biur firmy prawdopodobnie będą również przeprojektowywały powierzchnie biurowe pod kątem wymagań związanych z wellness i bezpieczeństwem.

Wyniki banków znacznie powyżej oczekiwań

Rozpoczął się sezon publikacji wyników spółek za drugi kwartał. W poprzednim tygodniu swoje wyniki przestawiło kilka dużych instytucji finansowych takich jak JP Morgan Chase, Black Rock, czy Wells Fargo. Pomimo świetnych wyników banki są znacznie tańsze od innych branż. Wyniki spółek będziemy poznawać przez kolejne tygodnie.

W USA trwa sezon publikacji wyników spółek za drugi kwartał. To ważny moment dla rynku kapitałowego, pozwala bowiem ocenić kondycję poszczególnych branż i spółek oraz perspektywy na najbliższe miesiące. Wyższe zyski podnoszą też wartość poszczególnych spółek, co daje przestrzeń do dalszych wzrostów na giełdzie. A przewidywania co do wyników są bardzo dobre, znacznie lepsze niż jeszcze na początku drugiego kwartału. W poprzednim kwartale 85,3 proc., czyli 426 spółek z indeksu S&P500 miało lepsze wyniki od przewidywanych rezultatów. Teraz może być jeszcze lepiej. Przychody spółek w USA mogą wzrosnąć o 20 proc. r/r, a EPS (Earnings per share – zysk na jedną akcję) o 72 proc. Jeszcze większy wzrost może nastąpić w Europie. Największy wzrost zysków będzie udziałem spółek cyklicznych (takich jak dostawcy energii, handel czy banki), które są beneficjentami odradzania się gospodarek. Oczywiście nie możemy zapominać o efekcie „niskiej bazy”, wynikającym ze słabszych wyników w 2020 roku, który to powoduje, że wzrosty w wielu wypadkach są spektakularne.

W poprzednim tygodniu swoje wyniki przedstawiło 8 proc. amerykańskich firm. Sezon publikacji wyników rozpoczęły firmy finansowe, których wyniki okazały się lepsze od oczekiwań, jednak ceny akcji tych spółek nadal pozostają niedowartościowane wobec reszty rynku (C/Z niższa o 43 proc. wobec całego rynku). We wtorek wyniki przestawił największy amerykański bank – JP Morgan Chase. Jego przychody wyniosły 31,4 mld dolarów, wobec spodziewanych 29,9 mld dolarów. EPS wynosi natomiast 3,78 dolara, czyli o 18 proc. powyżej oczekiwań. Dobre wyniki banku to efekt uwolnienia rezerw na złe kredyty o wartości 3 mld dolarów, wraz z poprawą stanu gospodarki poprawiła się jakość portfela kredytowego.

Świetne wyniki przedstawił także bank inwestycyjny Goldman Sachs. Jego EPS wyniósł 15,02 dolara wobec oczekiwanych przez analityków 10,24 dolara. Tak znaczące przebicie oczekiwań rynkowych, to efekt wzrostu wartości aktywów oraz zysków z rynku IPO. Cena akcji banku od początku roku wzrosła o ponad 40 proc. Goldman poinformował także o planowanym podniesieniu wypłacanej kwartalnej dywidendy o 60 proc., do 2 dolarów na akcję, co ma nastąpić od trzeciego kwartału br.

Podobnie dobre wyniki zanotował także Wells Fargo, którego EPS wyniósł 1,38 dolara, wobec prognozy 97 centów, co było także efektem uwalnianych rezerw. Inwestorzy bardzo chętnie lokowali swoje środki w funduszach zarządzanych przez BlackRock, dzięki czemu firma zarządza obecnie portfelem o wartości 9,49 bln. dolarów (rok temu było to 7,32 bln dolarów). Choć EPS wyniósł 10,03 dolara, wobec oczekiwanych 9,46, to cena akcji BlackRock spadła bowiem inwestorzy oczekiwali po firmie

jeszcze więcej, szczególnie że obecny wzrost aktywów w dużym stopniu dotyczy nisko marżowych funduszy ETF. Z wypowiedzi bankowych menedżerów, przy okazji publikacji wyników, wynika, że spodziewają się dobrych wyników w kolejnych kwartałach. Największym ryzykiem dla rynku pozostaje wariant delta koronawirusa i jego potencjalne skutki.

Ten tydzień to kontynuacja festiwalu publikacji wyników. Czekają nas publikacje wyników takich firm jak m.in. Netflix, Intel, Twitter i Snapchat.

Paweł Majtkowski, analityk eToro na polskim rynku

Wpływ pandemii na zwyczaje i sytuację finansową Polaków

Z danych GUS wynika, że w porównaniu z pierwszą połową ub.r. inflacja w pierwszym półroczu 2021 r. wyniosła 3,6 proc. Najbardziej wzrosły koszty transportu, utrzymania mieszkania i łączności czy edukacji. Znacząco zdrożała też oferta restauracji i hoteli oraz rekreacji i kultury. Ceny rosną, ale równolegle ponad 40 proc. Polaków, pod wpływem pandemii, chce ograniczać wydatki. Oszczędzamy głównie na przyjemnościach – książkach, kinie, usługach fryzjerskich czy jedzeniu na mieście. Tylko 3 proc. osób uświadomiło sobie w czasie pandemii, że trzeba korzystać z życia i mniej przejmować się pieniędzmi – wynika z badania dla Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Kryzys w wielu branżach, problemy na rynku pracy i niepewność co do przyszłości skłoniły Polaków do większej rezerwy w gospodarowaniu finansami. W badaniu zrealizowanym w czerwcu br. na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor niemal połowa dorosłych rodaków oznajmiła, że pandemia wpłynęła na ich podejście do domowego budżetu i przede wszystkim przekonała, że należy żyć skromniej.

Takie deklaracje nie powinny dziwić. Od marca 2020 roku przedsiębiorcy i konsumenci żyją w ciągłej niepewności. Pomimo tego, że obecnie prawie zapomnieliśmy o obostrzeniach to już za miesiąc, dwa możemy wrócić do zamknięcia poszczególnych branż. Polacy martwią się o przyszłość i obecnie aż 42 proc. badanych deklaruje, że stara się wydawać pieniądze w sposób bardziej przemyślany. Częściej taką postawę deklarują kobiety oraz osoby w wieku od 35. do 54. roku życia. Tylko 3 proc. osób chętniej sięga do portfela – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Wpływ pandemii na stosunek do wydatków
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Odsetek osób mniej trzymających się za kieszeń maleje wraz z wiekiem: od 9 proc. wśród osób poniżej 25. roku życia, po 1 proc. wśród osób powyżej 64. roku życia. Stosunku do wydatków nie zmieniło pod wpływem pandemii 40 proc. rodaków. Jedna czwarta z nich tłumaczy, że zawsze starali się ograniczać zakupy do tych najbardziej niezbędnych, a pozostali nie widzą potrzeby wprowadzania zmian.

Wpływ pandemii na stosunek do różnych wydatków
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Rodacy mówią o cięciu wydatków na poziomie ogólnym, ale również w stosunku do konkretnych towarów i usług. Jeśli będą konsekwentni, to rozluźnienie obostrzeń wynikających z pandemii wcale nie przywróci wpływów sprzed pandemii m.in. kinom, teatrom, organizatorom koncertów, wydawcom książek, ale także restauracjom czy klubom fitness. Plany cięcia wydatków dotyczą także odzieży i obuwia, krótkich wyjazdów czy usług fryzjerskich i kosmetycznych. Choć akurat w przypadku usług beauty co dziesiąty badany zaplanował wydawać więcej, ale i tak nie równoważy to odsetka osób odwołujących wizyty u fryzjera czy kosmetyczki. – Na 15 analizowanych kategorii wydatków, tylko w trzech badani przyznali, że teraz przeznaczają na nie więcej pieniędzy – mówi Sławomir Grzelczak.

Na przeszkodzie ambitnym planom może jednak stanąć inflacja, która trzeci miesiąc z kolei przekroczyła 4 proc. A jak wynika z najnowszych danych GUS, w I półroczu 2021 w porównaniu z pierwszą połową zeszłego roku wyniosła 3,6 proc. Pojedyncze usługi czy produkty odnotowały większe wzrosty. Paliwo zdrożało o prawie 13 proc., energia elektryczna o 10 proc., wywóz śmieci o 33 proc. Oferta kulturalna, która według badanych ma teraz pochłaniać mniej pieniędzy, zdrożała o niemal 12 proc., a skazywane na cięcia usługi fryzjerskie i kosmetyczne mają ceny wyższe o ponad 9 proc.

O 3,5 proc. w górę poszły też ceny usług i towarów związanych ze zdrowiem, z czego usługi lekarskie o ponad 7 proc., a stomatologiczne o jedną dziesiątą. Ale okazuje się, że po miesiącach pandemii zdrowie to jeden z trzech wyjątków, na który Polacy są gotowi wyjąć więcej z portfela. Bez wątpienia mogły na to wpłynąć zaniedbania z czasu, kiedy dostęp do opieki medycznej był ograniczony, ale też refleksja nad własną kondycją zdrowotną. Zdrowie to również odpowiednie żywienie, więc na zakupach spożywczych jesteśmy prędzej gotowi zapłacić więcej niż kiedyś. Badanie wskazuje, że nie zamierzamy też oszczędzać na swoich pupilach. Utrzymanie psów, kotów i innych domowych zwierząt w 11 proc. gospodarstw kosztuje dziś więcej niż przed Covid-19. Nic dziwnego, bo w wielu domach pojawiły się właśnie w czasie pandemii. Warto zwrócić uwagę, że niemal dwie trzecie respondentów przeznacza część domowego budżetu właśnie na zwierzaki. Zyskali na tym również weterynarze, którzy zmniejszyli swoje zaległości wobec dostawców i banków. Według danych z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy informacji kredytowych BIK, ich nieopłacone w terminie zobowiązania od marca 2020 r. do maja 2021 r. spadły o ponad 0,6 mln zł do 35,6 mln zł. Niestety producentom gotowej karmy dla zwierząt nie poszło już tak dobrze i ich zaległości wzrosły z 1,1 do 1,6 mln zł.

Pandemia skłoniła ludzi do refleksji na wiele tematów. Na liście przemyśleń znalazły się m.in. zdrowie, finanse i konsumpcjonizm – zahamowany, gdy niemal wszystko z dnia na dzień zostało zamknięte. Część osób z pewnością poczuła się z tym dobrze i widzi w innym podejściu m.in. szansę na poprawę swojej sytuacji materialnej. Z naszego badania wynika jednak również, że 14 proc. osób ma obecnie znacznie niższe dochody niż na początku zeszłego roku, a kolejne 14 proc. nieznacznie niższe. Odsetek tych, którym się poprawiło wynosi 18 proc. Taki stan rzeczy wraz z inflacją powodują, że 40 proc. respondentów mówi, że dziś stać jest ich na mniej niż przed pandemią. To także może leżeć u podstaw deklaracji 42 proc. Polaków, że będą wydawać pieniądze rozsądniej niż przed pandemią – podsumowuje Sławomir Grzelczak.

Wpływ pandemii na poziom dochodów
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

Uwzględniając aktualne dochody, oszczędności i poziom cen, 40 proc. Polaków deklaruje, że stać ich na mniej niż przed pandemią. Blisko połowa dorosłych Polaków (47 proc.) mówi, że ich zdolności nabywcze nie uległy zmianie, a 13 proc. dostrzega poprawę i wskazuje, że może sobie pozwolić na więcej.

Wpływ pandemii na sytuację finansową Polaków
Źródło: Badanie Quality Watch dla BIG InfoMonitor

To nie jest dobra wiadomość dla firm, których połowa przed wiosennym zniesieniem obostrzeń wciąż miała daleko do poziomu obrotów sprzed pandemii. Cała sytuacja i zmiana zachowań przekłada się na wzrost zaległości po stronie przedsiębiorstw i spadek po stronie konsumentów. Według danych BIG InfoMonitor oraz BIK od marca ub.r. do maja tego roku nieopłacone na czas zobowiązania firm podwyższyły się o ponad 1 mld zł do 34,2 mld zł. Liczba podmiotów z nieopłaconymi fakturami i kredytami podskoczyła o 8,6 tys. do 322,9 tys. W przypadku branż uwikłanych w lockdowny dane są jednak znacznie gorsze. Jednocześnie, w tym samym okresie liczba osób fizycznych z zaległościami zmalała o 92 tys. do 2,74 mln, a suma ich przeterminowanych długów obniżyła się o ponad 0,3 mld zł do 79,4 mld zł – dodaje Sławomir Grzelczak.

Badanie Quality Watch zrealizowane w dniach 18-21 czerwca metodą CAWI (komputerowo wspomagany wywiad internetowy) wśród Polaków w wieku 18+. Reprezentatywność ze względu na: wiek, płeć, wielkość miejsca zamieszkania. Próba n=1048.

Escola S.A. planuje pozyskać do 4 mln zł z emisji akcji

Escola, jedna z czołowych spółek tworzących aplikacje webowe i mobilne w Polsce, 27 lipca rozpocznie kampanię crowdinvestingową na platformie Crowdconnect.pl. Escola chce pozyskać finansowanie na akwizycje spółek z branży IT, rozwój posiadanych produktów własnych i stworzenia nowych produktów cyfrowych. Cel emisji to 4 mln zł. W 2022 roku Escola planuje debiut na NewConnect.

Spółkę od 4 lat rozwija dr Krzysztof Wojewodzic, obecny prezes zarządu i akcjonariusz większościowy, wspierany przez doświadczoną Radę Nadzorczą, m.in. prof. Witolda Orłowskiego, prof. Dariusza Jemielniaka, czy dr Macieja Madzińskiego.

  • Kampania crowdinvestingowa Escoli wystartuje 27 lipca 2021 r., spółka planuje pozyskać do 4 mln zł. Escola chce zadebiutować na NewConnect w 2022 r.
  • Pozyskany kapitał firma przeznaczy na akwizycje spółek z branży, rozwój, obecnych i nowych produktów. W planach akwizycji Escoli znajdują się firmy z branży Software House.
  • Escola w 2021 r. zajęła 6. miejsce w światowym rankingu najszybciej rosnących firm IT według Clutch. Spółka zanotowała średni wzrost przychodów o 180 proc. za lata 2019-2020.

– Kampania crowdinvestingowa i późniejszy debiut na NewConnect to jedne z naszych najważniejszych celów, o których informowaliśmy inwestorów. Pozyskane finansowanie posłuży nam na przyspieszenie rozwoju Escoli i da możliwość dołączenia do akcjonariatu naszej spółki nowym osobom i podmiotom. Po przeprowadzonej emisji chcemy jeszcze bardziej skupić się na venture buildingu, rozwijaniu obecnych i tworzeniu nowych produktów cyfrowych. Widzimy, że przejęcia, inwestycje w ludzi i technologię generują zadowalające wyniki – mówi dr Krzysztof Wojewodzic, prezes zarządu Escoli.

Escola pierwsze kroki na rynku kapitałowym postawiła jeszcze w maju 2017 r., właśnie wtedy spółka pozyskała 400 tys. zł z kampanii crowdinvestingowej. Dwa lata później firma przeprowadziła drugą rundę inwestycyjną na kwotę 521 tys. zł.

– W czasie pierwszej emisji crowdinvestingowej zapewnialiśmy inwestorów, że wejdziemy na giełdę, dążymy do debiutu na NewConnect w 2022 roku. Także większość celów emisyjnych będziemy starali się zrealizować do końca przyszłego roku – dodaje dr Krzysztof Wojewodzic.

Escola S.A. w 2021 r. zajęła 6. miejsce w światowym rankingu najszybciej rosnących firm IT według Clutch. Spółka zanotowała średni wzrost przychodów o 180 proc. za lata 2019-2020. Ranking Clutch zestawia 100 najszybciej rozwijających się firm IT i jest oparty na bezwzględnej stopie wzrostu przychodów w latach 2019-2020. W 2019 r. spółka zależna – Escola sp. z o.o. – otrzymała nagrodę Mobile Trends Awards 2019 za aplikację Orlen Mobile oraz w 2021 r. Mobile Trends Awards 2021 za aplikację dla Radio 357.

Niedobór talentów największy od 15 lat. Aż 81% polskich pracodawców ma trudności ze znalezieniem pracowników

8 na 10 pracodawców w Polsce twierdzi, że znalezienie pracowników z odpowiednimi kwalifikacjami jest dla nich wyzwaniem. W roku 2019 o tym problemie mówiło 70% organizacji, natomiast w 2018 odsetek ten wynosił 51%. Zgodnie z opublikowaną dziś analizą ManpowerGroup najtrudniejsi do pozyskania są obecnie kandydaci z obszaru logistyki, produkcji przemysłowej oraz IT. Na rynku brakuje także pracowników administracji i obsługi biura oraz osób zajmujących się obsługą klienta. W skali globalnej o niedoborze talentów mówi 69% organizacji, a Polska jest w pierwszej dziesiątce rynków, gdzie o nowe ręce do pracy jest najtrudniej.

Jak wynika z badania „Niedobór talentów”, opracowanego przez ManpowerGroup, największym wyzwaniem dla firm jest obsadzanie stanowisk pracownikami logistycznymi. Kolejną trudną do zrekrutowania grupą zawodową są pracownicy obszaru produkcji przemysłowej. W najnowszej analizie ManpowerGroup przedsiębiorcy zwracają również uwagę na niedobór pracowników IT oraz odpowiednio wykwalifikowanych pracowników administracji i obsługi biura, a także osób zajmujących się bezpośrednią obsługą klienta.

– Jesteśmy obecnie świadkami postępującej rewolucji technologicznej, znacząco przyspieszonej przez pandemię COVID-19. Rzeczywistość biznesowa firm zauważalnie zmieniła się w ciągu ostatnich dwóch lat. Nic dziwnego, że w wielu organizacjach pojawiło się zapotrzebowanie na nowe umiejętności, które pracownicy niekoniecznie zdążyli już nabyć. Rezultatem są odczuwalne braki wykwalifikowanych kandydatów na rynku pracy, które przecież jeszcze przed pojawieniem się globalnego zagrożenia zdrowotnego były niemałe. Wiele organizacji na czas pandemii zawiesiło swoje procesy rekrutacyjne, które z początkiem bieżącego roku, razem z luzowaniem obostrzeń, zostały przywrócone. Dotyczy to niemal wszystkich sektorów, które chcą nadrobić zaległości wynikające z lockdownu, do czego potrzebują nowych zasobów kadrowych. W wyniku tego na rynku znacznie wzrosło zapotrzebowanie na nowych pracowników, doprowadzając do masowych rekrutacji, jeszcze bardziej wzmacniając trudności w pozyskaniu pożądanych talentów. Firmy na całym świecie nie mogą zatrudnić wystarczającej liczby pracowników, by zaspokoić swoje potrzeby – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.

W porównaniu z poprzednią edycją badania, która była przeprowadzona w ostatnim kwartale 2019 roku, czyli tuż przed wybuchem pandemii Covid-19, największa zmiana dotyczy pracowników IT oraz bezpośredniej obsługi klienta, którzy wówczas znajdowali się poza listą profesji najtrudniejszych do pozyskania. W tegorocznej edycji raportu na liście zabrakło inżynierów i niewykwalifikowanych pracowników fizycznych.

Małe przedsiębiorstwa (zatrudniające od 10 do 49 osób) zgłaszają największe trudności w pozyskiwaniu kadry dysponującej pożądanymi kwalifikacjami. Niedobór talentów dotkliwie odczuwa aż 87% z nich. Problem zauważa również 86% dużych organizacji (ponad 250 osób). Niewiele łatwiej jest znaleźć pracowników średnim firmom (50 – 250 osób). Aż 81% z nich deklaruje, że pozyskanie odpowiednich specjalistów stanowi dla nich wyzwanie. Najmniejsze problemy zgłaszają mikroprzedsiębiorstwa (do 9 osób), choć także wśród nich odsetek organizacji mających trudności z zatrudnieniem wykwalifikowanych pracowników jest wysoki i wynosi 67%.

– Aby zapewnić sobie dostęp do wykwalifikowanej kadry, pracodawcy powinni promować w organizacji kulturę nieustannego uczenia się. Wsparcie personelu w konsekwentnym realizowaniu swojego planu rozwojowego to rozwiązanie korzystne dla firm w perspektywie długofalowej. Wiele przedsiębiorstw decyduje się na wdrożenie działań z obszaru reskillingu i upskillingu pracowników, by pozyskać pożądane umiejętności – dodaje Iwona Janas.

W ujęciu globalnym wyzwania związane z pozyskiwaniem odpowiednich pracowników zgłasza 69% firm. W Polsce odsetek przedsiębiorców odczuwających niedobór talentów jest więc wyższy niż ten notowany na świecie. Nie jesteśmy jednak rekordzistami regionu EMEA. Największe problemy związane z przyciągnięciem wykwalifikowanych pracowników mają firmy zlokalizowane we Francji (88%), Rumunii (86%) i Włoszech (85%). Silny niedobór talentów odczuwany jest również w Turcji, Szwajcarii, Belgii (wszystkie 83%) oraz Niemczech (82%). Polska plasuje się tuż za tymi krajami i zajmuje ósme miejsce w rankingu, co stanowi stosunkowo wysoką pozycję. Gdzie w takim razie najłatwiej znaleźć odpowiadające potrzebom pracodawców kadry? Mniejsze trudności w zakresie rekrutacji odpowiednich kandydatów zgłaszają organizacje w Republice Południowej Afryki (46%), Portugalii (60%), Chorwacji (61%) oraz Norwegii (62%).

O badaniu: Raport ManpowerGroup „Niedobór talentów” dla 2021 roku został opracowany w oparciu o wyniki badania ilościowego, przeprowadzonego metodą CAWI pomiędzy 7 a 27 kwietnia. W wywiadzie wzięli udział pracodawcy z 43 krajów i terytoriów. W Polsce grupa badanych liczyła 550 uczestników, reprezentujących 7 sektorów gospodarki – budownictwo, finanse/usługi dla biznesu, inne usługi, handel detaliczny i hurtowy, produkcję przemysłową, inne obszary produkcji oraz restauracje/hotele. Celem badania było uzyskanie informacji na temat wyzwań, z jakimi spotykają się firmy chcące pozyskać kandydatów z pożądanymi kompetencjami. Wnioski z badania zostały zaprezentowane w formie infografiki, dostępnej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

Deloitte: Pandemia wpłynęła na wzrost znaczenia działów marketingu

Nowe wyzwania, którym musiały w pandemii stawić czoła działy marketingu, sprawiły, że znacząco wzrósł poziom zaufania do nich. Z drugiej edycji badania liderów marketingu w Polsce „CMO Survey 2021” przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte Digital we współpracy z HRK oraz SKM SAR wynika również, że 72 proc. badanych marketerów uważa, że mają duży wpływ na biznesowy sukces przedsiębiorstwa. Tylko połowa badanych czuje natomiast, że organizacja to dostrzega. Co istotne, wyniki badania pokazują, że dużo bardziej docenieni przez firmę czują się marketerzy zaawansowani technologicznie – 59 proc. niż ci, którzy oceniają swój i swoich działów poziom zaawansowania technologicznego jako niski – 38 proc.

W badaniu wyróżnione zostały dwa modele, w ramach których funkcjonują działy marketingu, tj. Low Tech – respondenci, którzy ocenili poziom zaawansowania technologii w dziale jako niski i High Tech, czyli ankietowani, którzy postrzegają go jako zaawansowany. Istotny wniosek, jaki płynie z badania, jest taki, że organizacje napędzane technologią marketingową (MarTech) inaczej określają zadania stojące przed działami marketingu. Inaczej układa się też współpraca wewnątrz organizacji.

Oba modele mogą z sukcesem funkcjonować w firmie, inaczej definiując swoją rolę. To, który model jest lepszy dla danego przedsiębiorstwa zależy w dużym stopniu od wyzwań, z jakimi będzie się ono mierzyć. Niektóre organizacje łączą też oba modele i nadzór nad rozwojem technologii marketingowych przejmują działy pokrewne takie jak np. e-commerce czy CRM – mówi Jan Michalski, partner, lider Deloitte Digital w Europie Środkowej. W takich przypadkach firma dzieli kompetencje marketingowe pomiędzy różne obszary, tworząc z nich eksperckie centra kompetencyjne, które muszą nauczyć się ze sobą współpracować.

Po pierwsze marka

Zarządzanie marką wyłania się z badania Deloitte jako główne zadanie działu marketingu. Odpowiedziało tak aż 90 proc. zapytanych. To kompetencja, na której marketing buduje swoją ekspertyzę i której nie dzieli z innymi działami. Wart odnotowania jest jednak fakt, że tylko nieco ponad połowa marketerów czuje, że firma to docenia. Dużo lepiej wypada tu tworzenie komunikacji, za które docenionych czuje się 63 proc. badanych.

Na drugim miejscu (79 proc.) wśród głównych zadań marketingu znalazła się komunikacja w mediach tradycyjnych. Co ciekawe, komunikacja w mediach cyfrowych to zadanie, które działom marketingu przypisuje niespełna dwie trzecie badanych. Różnica pomiędzy tymi kanałami może sugerować, że nie wszystkie działy marketingu używają do komunikacji mediów cyfrowych.

Wzrost zaufania

Wg respondentów Deloitte pandemia przysłużyła się do wzrostu roli marketingu w firmach. Z takim stwierdzeniem zgadza się połowa ankietowanych.

Nowe wyzwania, którym marketerzy musieli stawić czoła w pandemii, pokazały wielu organizacjom, jak wartościowe są kompetencje marketingu w budowaniu relacji z klientami. Obecnie prawie trzy czwarte marketerów czuje, że ma duży wpływ na biznesowy sukces organizacji, przy czym prawie jedna trzecia ocenia ten wpływ bardzo wysoko. Jedynie 8 proc. uważa natomiast, że tak samo wpływ marketingu na sukces ocenia organizacja. Coraz większa digitalizacja relacji z klientami, zarówno wynikająca z pandemii, jak i zmian w ich przyzwyczajeniach, może wpływać na zmniejszanie się tej dysproporcji w dłuższym okresie – mówi Natalia Załęcka, lider doradztwa CMO, kierownik działu transformacji marketingowej, Deloitte. Wg ankietowanych główną przyczyną niedocenienia pracy działów marketingu jest brak wymiernych dowodów na wpływ marketingu na sukces przedsiębiorstwa (36 proc.). – Warto odnotować fakt, że dużo bardziej docenieni czują się marketerzy z grupy High Tech – 59 proc. niż z grupy Low Tech – 38 proc. Są również bardziej pewni swojego wpływu na sukces firmy – dodaje Natalia Załęcka.

Pandemia Covid-19 nie wpłynęła na tendencje w planowaniu wysokości budżetu marketingowego. 45 proc. zapytanych twierdzi, że ten wzrośnie. To wynik dokładnie taki sam, jak w badaniu przeprowadzonym przez Deloitte przed pandemią, w 2019 roku.

MarTech zyskuje na znaczeniu

Najbardziej poszukiwaną kompetencją w marketingu okazuje się doświadczenie w marketingowych platformach technologicznych – MarTech. Odpowiedziało tak 41 proc. badanych.

To dobry sygnał. Marketerzy zbyt mało cenią efektywność biznesową narzędzi cyfrowych, wyjątkowo łatwo oddając innym działom odpowiedzialność za ich wdrażanie. Robi to aż 53 proc. zapytanych, podczas gdy tylko 30 proc. czuje, że to zadanie należy również do marketingu – mówi Jan Michalski. Ekspert dodaje, że braki kadrowe i kompetencyjne są na drugim miejscu (56 proc.) za zbyt małym budżetem (62 proc.) wśród największych przeszkód we wdrażaniu narzędzi MarTech w firmie.

Z obserwacji ekspertów Deloitte wynika, że głównymi działami, do których delegowane są zadania wdrażania narzędzi MarTech są IT, CRM czy e-commerce.

Inwestycje w personalizację

Rozproszona jest w firmach także wiedza o klientach, a organizacje mają problem z efektywną integracją danych pochodzących z różnych źródeł i kanałów. Wg badanych to dział sprzedaży najlepiej potrafi odpowiedzieć na pytanie „Kto jest naszym klientem?”. Tymczasem jak zauważają eksperci Deloitte zdolność do precyzyjnej odpowiedzi na to pytanie, jest dziś jedną z ważniejszych przewag konkurencyjnych. Na jej podstawie można lepiej dostosować do klientów nie tylko ofertę, ale też komunikację, obsługę i całe doświadczenie.

Z badania wynika, że z obszarów do automatyzacji największym zainteresowaniem cieszyć się będą właśnie technologie pozwalające na profilowanie klientów (48 proc.), a więc narzędzia do lepszej personalizacji treści i ofert. Największe priorytety technologiczne do rozwinięcia w przyszłości to dla ankietowanych platformy do zarządzania ścieżkami klientów (41 proc.), personalizacji treści (36 proc.), CRM do analizy klientów i ich zachowań (36 proc.) oraz platformy do zarządzania kampaniami w czasie rzeczywistym (32 proc.).

Firmy stawiające w centrum swoich decyzji klienta potrzebują więcej wiedzy i działań marketingowych. To zaś oznacza, że marketerzy mają szansę odgrywać w biznesie coraz istotniejszą rolę, jeśli staną się liderami integracji tej wiedzy i ambasadorami klientów wewnątrz swoich organizacji. Narzędzia do profilowania i personalizacji bardzo mogą im to zadanie ułatwić. Rozumienie możliwości technologicznych i jednocześnie zdolność do empatyzowania z klientami mogą stać się unikalnym połączeniem kompetencji charakterystycznym dla marketerów – podsumowuje Natalia Załęcka.

O badaniu

Raport „CMO Survey 2021” powstał na podstawie drugiej edycji badania liderów marketingu w Polsce. Jest to część międzynarodowej inicjatywy Deloitte, której celem jest zbieranie i rozpowszechnianie opinii liderów marketingu. W badaniu wzięło udział 205 liderów marketingu, pochodzących w większości z dużych firm, których przychody za rok 2020 przekroczyły 50 mln zł. Partnerami badania jest HRK oraz SKM SAR.

Crowdway pomógł spółkom zebrać już rekordowe 70 mln zł w ramach emisji crowdfundingowych

Spółki prowadzące emisje akcji przy wsparciu Crowdway – wiodącej platformy crowdinvestingowej w Polsce – do połowy lipca 2021 roku pozyskały ponad 70 mln zł finansowania. Crowdway to pierwsza w Polsce platforma, przy której wsparciu emitenci pozyskali ponad 70 mln złotych.

Rynek crowdfundingu udziałowego w Polsce jest na wznoszącej fali. Każdy rok przynosi informacje o kolejnych rekordach, co świadczy o wzroście popularności tą formą inwestycji zarówno ze strony perspektywicznych biznesów, jak i inwestorów. Cieszymy się z rezultatów obranej przez Crowdway drogi jakościowego doboru emitentów współpracujących z naszą platformą. Wierzymy, że zmiany w prawie przysłużą się do dalszego rozwoju i popularyzacji tej metody finansowania przedsiębiorstw – powiedział Marcel Rowiński, Dyrektor operacyjny Crowdway.

Od momentu uruchomienia platforma Crowdway wspierała 37 emisji akcji. Zakończono 31 emisji, z czego 21 pełnym sukcesem, tj. zebraniem całej wnioskowanej kwoty. W tym czasie inwestorzy społecznościowi dokonali niemal 15 000 inwestycji na średnią kwotę 4 866 zł. Największa jednorazowa inwestycja wyniosła 700 000 zł, a druga w kolejności 500 000.

Ostatnio, w zaledwie 6 godzin, kwotę 2,4 mln zł zebrała spółka Alba Konopie, jedna z niewielu polskich firm kontrolujących proces produkcji swoich wyrobów od materiału siewnego, przez uprawę i ekstrakcję, aż do finalnego, certyfikowanego produktu. Do innych spółek konopnych promowanych przez Crowdway należą dwa inne rekordy polskiego crowdfundingu udziałowego. Kombinat Konopny zebrał 4,2 mln zł w niespełna 40, a CanPoland 4,4 mln zł w zaledwie 11 minut.

Crowdway wspiera emisje akcji spółek z różnych branż. Na platformie promowane były zakończone pełnym sukcesem projekty Janusza Palikota, w tym Tenczyńska Okovita SA, Alembik Polska SA czy Tenczynek Bezalkoholowe SA. Wśród emitentów znalazły się też Farmy Fotowoltaiki z branży OZE czy polska marka wegańskiej czekolady Las Vegan’s. Platforma wspierała także popularne browary, jak Browar za Miastem czy e-commerce jak Akardo, Pora na Pola czy Coffeedesk.

Do 2025 roku w Europie powstanie ok. 28 mln mkw. dodatkowej powierzchni logistycznej. Potrzebuje jej e-commerce

Warszawa – 20 lipca 2021 rok – Sprzedaż e-commerce w Europie w latach 2020-2025 wzrośnie o 298 mld dolarów. To wygeneruje zapotrzebowanie na dodatkowe ok. 28 mln mkw. powierzchni logistycznej – wynika z szacunków CBRE. Polska w europejskim wyścigu e-commerce wypada bardzo dobrze. Rośnie udział sprzedaży internetowej, która do 2025 roku obejmie nawet do 20% całkowitego wolumenu. Wyprzedzimy tym samym m.in. Szwecję, Francję czy Hiszpanię gdzie ten udział będzie mniejszy. Magazyny powstają w naszym kraju na potęgę. Obecnie w budowie znajduje się 2,5 mln mkw. 

W ciągu ostatnich pięciu lat całkowita sprzedaż e-commerce w Europie wzrosła o 150%, przy czym sprzedaż online urosła z 7% całego rynku w 2015 roku do 13% w 2020 roku.

Handel elektroniczny stale rósł na przestrzeni ostatnich lat, ale takiego przyspieszenia jak w pandemii nie mieliśmy nigdy wcześniej. Zmieniły się nawyki zakupowe, co pociągnęło za sobą silny wzrost aktywności e-commerce. Przełożyło się to w sposób naturalny na rekordowe wyniki nieruchomości logistycznych. Co więcej, tak długo, jak baza konsumentów będzie się powiększać, ten sektor będzie się rozwijał i notował kolejne świetne wyniki. Widzimy też silny trend związany z inwestowaniem w poprawę łańcucha dostaw i wdrażaniem nowoczesnych technologii, co dodatkowo napędza rozwój tego sektora – mówi Beata Hryniewska, szefowa Działu Powierzchni Magazynowych i Logistyki w CBRE.

Polska jednym z liderów rozwoju e-commerce

Rynek europejski jest stosunkowo spolaryzowany pod względem penetracji e-commerce. Są takie kraje jak Wielka Brytania czy Holandia, gdzie rozwój handlu elektronicznego jest bardzo dynamiczny. Natomiast takie rynki jak Portugalia, Włochy czy Hiszpania są mniej ugruntowane. Co różni te państwa? Eksperci CBRE wskazali czynniki, które determinują tempo wzrostu handlu elektronicznego. Do najważniejszych należą m.in. populacja zamieszkująca miasta, zatrudnienie w usługach, kompetencje cyfrowe społeczeństwa, popularność płatności zdalnych, dominujący gracz na rynku e-commerce czy infrastruktura transportowa. Na podstawie tych czynników oszacowano, jak w latach 2020-2025 wpłyną one na rozwój handlu elektronicznego w poszczególnych krajach.

Liderem w Europie pod względem rozwoju e-commerce będzie Wielka Brytania. W ciągu pięciu lat udział sprzedaży online w ogólnej sprzedaży wzrośnie z ok. 25% w 2020 roku do aż ok. 32% w 2025 roku. Na kolejnym miejscu znajduje się Holandia, gdzie aktualny 17% udział handlu elektronicznego wzrośnie do aż 26% w 2025 roku. Podium domykają nasi sąsiedzi Czesi, gdzie wzrost będzie nieco mniejszy, bo z ok. 15% do ok. 20% w 2025 roku. Tuż za pierwszą trójką znajdują się w zestawieniu Niemcy oraz Polska z podobnym wynikiem dotyczącym prognozy rozwoju sektora e-commerce. W obu tych krajach z poziomu ok. 15% udziału handlu elektronicznego we wszystkich transakcjach wzrośnie on do ok. 20%. To oznacza, że jedną piątą wolumenu handlowego stanowić będą transakcje dokonywane w internecie.

Polska jest jednym z liderów rozwoju e-commerce. Zostawiamy daleko w tyle takie kraje jak Hiszpania, Portugalia czy Włochy, gdzie udział handlu elektronicznego dopiero w 2025 roku zbliży się do tego, który my mamy już teraz. Jest to oczywiście pochodna czynników, które wymienili nasi eksperci. Polska jest jednym z najbardziej rozwiniętych krajów, jeżeli chodzi o płatności mobilne, które nasi rodacy pokochali. Mamy też rozwiniętą infrastrukturę, a położenie w centrum Europy działa tylko na naszą korzyść. Kompetencje cyfrowe Polaków i dostęp do sieci też są na wysokim poziomie, co powoduje, że sektor będzie mocno rósł. A wraz z nim powierzchnia logistyczna, której buduje się rekordowo dużo – mówi Beata Hryniewska.

PAIH oraz ABSL nawiązują strategiczne partnerstwo pod patronatem Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii

Polska Agencja Inwestycji i Handlu (PAIH) oraz Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL) podpisały porozumienie o strategicznej współpracy. Oba podmioty będą współpracować w celu pozyskiwania kolejnych inwestycji zagranicznych w obszarze nowoczesnych usług biznesowych pozwalających tworzyć nowe miejsca pracy oraz wspierać rozwój eksportu firm z sektora nowoczesnych usług biznesowych. Patronat nad tymi działaniami objęło Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii.

Na mocy strategicznej współpracy Polska Agencja Inwestycji i Handlu oraz Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych szczególny nacisk położą na promowanie Polski jako atrakcyjnej lokalizacji wśród potencjalnych inwestorów zagranicznych oraz firm, które już są obecne w polskiej gospodarce. Istotnymi obszarami współpracy będzie również promocja polskiego sektora nowoczesnych usług biznesowych oraz działania mające na celu pozyskiwanie inwestycji zagranicznych w Polsce wspierających rozwój innowacji.

Usługi biznesowe to największy sektor w portfelu projektów realizowanych przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu. Od lat wspieramy inwestorów zagranicznych, którzy chcą otwierać nowe lub powiększać obecnie działające centra usług. Pracujemy nad kolejnymi projektami i jestem przekonany, że ścisła współpraca z ABSL pozwoli nam jeszcze efektywniej wspierać eksport usług oraz pozyskiwać kolejne inwestycje – mówi Krzysztof Drynda, prezes zarządu Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu.

Z raportu ABSL „Sektor Nowoczesnych Usług Biznesowych w Polsce 2021” wynika, że w 2020 roku i w pierwszym kwartale 2021 roku w Polsce powstały 74 nowe centra usług. Największy udział w tworzeniu nowych centrów mieli w tym okresie inwestorzy amerykańscy (32,4 proc.), na drugim miejscu pod względem liczby nowych inwestycji znalazły się polskie firmy (17,6 proc.). Kolejne miejsca zajęli inwestorzy z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Danii, Holandii, Szwecji, Francji i Hiszpanii, którzy otworzyli więcej niż jedno centrum. Inwestorzy z kolejnych ośmiu krajów otworzyli po jednym centrum. W sumie inwestorzy pochodzili z 17 różnych państw. Na 1602 centra usług biznesowych, które obecnie działają w Polsce, 1078 to centra firm zagranicznych. W sektorze jest zatrudnionych ponad 355 000 osób. Zatrudnienie wzrosło rok do roku o 3,9%, podczas gdy zatrudnienie w całym sektorze przedsiębiorstw spadło o 2%. Sektor odpowiada obecnie za ponad 3,5% PKB Polski, a wartość eksportu usług kształtuje się na poziomie 22,9 mld USD (wzrost rok do roku o ponad 10%).

Sektor nowoczesnych usług dla biznesu jest jednym z tych, które – pomimo globalnej pandemii i niepewnej sytuacji makroekonomicznej na świecie – cały czas intensywnie się rozwijają. W Polsce, która należy do jednych z najatrakcyjniejszych miejsc do lokowania inwestycji i świadczenia usług biznesowych, również jest to widoczne. Potwierdzają to najnowsze dane z raportu przygotowanego przez ABSL. Wszelkie działania zwiększające konkurencyjność Polski na arenie międzynarodowej, to znakomita inwestycja w przyszłość polskiej gospodarki. Dlatego tym bardziej się cieszę, że ABSL podpisał właśnie umowę o strategicznym partnerstwie z PAIiH, a kierowany przeze mnie resort patronuje i wspiera tę inicjatywę – podkreśla Jarosław Gowin, wiceprezes Rady Ministrów, minister rozwoju, pracy i technologii.

Porozumienie zawarte z Polską Agencją Inwestycji i Handlu pozwoli ABSL jeszcze efektywniej wspierać eksport usług biznesowych oraz pozyskiwać kolejne projekty. Pracodawcy sektora tworzą w Polsce już ponad 355 000 miejsc pracy i w ciągu najbliższej dekady liczba ta może się podwoić. Do Polski coraz częściej przenoszone są też globalne role wspierające procesy podejmowania decyzji w największych światowych firmach. Musimy jak najefektywniej wykorzystać wszystkie nasze atuty na arenie międzynarodowej i temu ma służyć nasze partnerstwo. Warto też podkreślić, że przedstawiciele sektora odgrywają dużą rolę w pozyskiwaniu bądź rozszerzaniu inwestycji. W swoich firmach są ambasadorami Polski zabiegając o lokowanie inwestycji w naszym kraju. To niesamowicie cenne wsparcie w stosunku do działań realizowanych przez administrację – podkreśla Jacek Levernes, prezes honorowy ABSL.

Z analizy ABSL „Strategic Foresight in the Business Services Sector 2021”, wynika, że zatrudnienie w sektorze nowoczesnych usług biznesowych w ciągu dekady może się niemal podwoić i osiągnąć poziom 650 000 osób pracujących w sektorze w 2031 roku. Analiza pokazuje też jednoznacznie, że aby tworzyć rozwojowe i dobrze płatne miejsca pracy dzięki inwestycjom, należy w perspektywie długoterminowej zabezpieczyć dostępność pracowników o odpowiednich kompetencjach. Dostosowanie edukacji na jej różnych poziomach oraz rozwiązań systemowych poszerzających kompetencje pracowników do potrzeb innowacyjnego biznesu jest niezbędne do wzmocnienia konkurencyjności Polski na arenie międzynarodowej.

Przełomowe inwestycje w polskie startupy z sektora B2B – łącznie w 2020 roku pozyskały 105 mln euro

Codility, Cosmose oraz Infermedica to startupy, które w zeszłym roku otrzymały największe, rekordowe dofinansowanie, sięgające w sumie 47.3 mln euro, wynika z raportu Polish B2B Software Landscape 2021” opublikowanego przez Innovation Nest. Fundusz inwestycyjny przeanalizował 240 polskich firm technologicznych z sektora B2B, które łącznie od inwestorów w ubiegłym roku pozyskały ponad 105 mln euro. W raporcie prezentowane są także przychody polskich startupów, które w 2020 wygenerowały 0,05% PKB (210 mln euro).

Dofinansowanie na innowacje

Wg raportu „Polish B2B Software Landscape 2021” przygotowanego przez Innovation Nest, od 2008 roku startupy z sektora B2B pozyskały od inwestorów łącznie 646 mln euro. Co ciekawe, tylko w ubiegłym roku kwota dofinansowań wyniosła 105 mln euro, co stanowiło 16,25% wszystkich inwestycji pozyskanych przez startupy świadczące rozwiązania dla biznesu w ciągu ostatnich 13 lat. W 2020 roku najwięcej środków pozyskali: aplikacja edukująca początkujących programistów Codility (22 mln euro), Cosmose (15 mln euro) czyli narzędzie, które pomaga sprzedawcom ulepszać strategie marketingowe i sprzedażowe oraz startup Infermedica (10.3 mln euro), który do wstępnej diagnozy medycznej wykorzystuje machine learning. Najbardziej doinwestowanymi branżami zostały natomiast: HR (>23 mln euro), finanse – 12 mln euro oraz healthcare – 11 mln euro.Fot. 2 – FUNDING Fot.1 – ACTIVE FUNDS Fot.3 – Innovation Nest SaaS Landscape 2021 Fot.4 – REVENUE

–  Pomimo pandemii fundusze nie tylko nie przestały inwestować, ale znacznie zwiększyły poziom inwestycji – szczególnie w branżach, które COVID-19 dodatkowo zaktywizował, takich jak HR czy zdrowia. Także do naszego portfolio dołączyły nowe projekty np. związana z sektorem budownictwa firma AI clearning, która wykorzystuje AI i zaawansowaną analitykę GIS do automatyzacji raportowania postępów w budowie infrastruktury. Co więcej, polskie rozwiązania znajdują uznanie również za granicą. W 2020 byliśmy świadkami inwestycji funduszy pochodzących ze Stanów Zjednoczonych, UK czy Niemiec. To cieszy, ale również sprawia, że o dobry zespół z pomysłem nie walczymy już wyłącznie na jednym rynku – komentuje Marcin Szeląg, Partner w Innovation Nest.

Najwięcej inwestują w polskie pomysły Stany Zjednoczone – 15, Wielka Brytania – 10 i Niemcy – 5.

Innovation Nest przenalizowało również dane z tegorocznych rund finansowych, wyniki zawarte w raporcie wskazują, że platforma usługowa Booksy otrzymała w 2021 roku dofinansowanie w wysokości 70 mln euro.

Przychody startupów w 2020 roku

Według zeszłorocznego badania Kantar i Startup Poland[1], rynek polskich, innowacyjnych firm z sektora B2B coraz szybciej się rozwija. Pandemia tylko przyspieszyła proces cyfrowej transformacji, otwierając startupom zwinnie dostosowującym swoją ofertę do dynamicznej sytuacji gospodarczej, drogę do bezprecedensowego wzrostu i błyskawicznej możliwości rozwoju. Wg raportu „Polish B2B Software Landscape 2021” 240 startupów z sektora B2B w ubiegłym roku odnotowało łącznie 210 mln euro przychodów, co stanowi 0,05% wartości PKB. Większość z nich osiągnęła zysk od 100 tys. do 1 mln euro. W czołówce znalazły się: Livechat, GetResponse, docplanner, SALESmango, Shoper, z których każdy generuje ponad 10 mln euro przychodów rocznie. Pierwsze miejsce w raporcie zajął wrocławski startup – LiveChat, który w skali roku odnotował przychód w wysokości 30 mln euro.

W tegorocznym zestawieniu Innovation Nest znalazło się wiele polskich startupów, o których już teraz można powiedzieć, że osiągnęły sukces w skali globalnej, generując rocznie miliony przychodów.  Aż 44 z nich przekroczyły „magiczny” poziom 1 mln euro przychodu rocznie. Dostrzegam też zmiany w samych funduszach inwestycyjnych, które coraz chętniej na rozwój młodych firm technologicznych przeznaczają coraz większe środki. Jestem przekonany, że kolejne rekordy zostaną pobite bardzo szybko, a my już wkrótce usłyszymy o nowych projektach, które osiągają międzynarodowy sukces – dodaje Marcin Szeląg.

Według danych Innovation Nest, w 240 startupach pracuje łącznie ponad 7000 osób, a 5 firm, które osiągnęły przychody ponad 10 mln euro w 2020 roku, zatrudnia średnio 244 osoby.

[1] https://cyfrowa.rp.pl/biznes/54442-liczba-startupow-w-polsce-podwoila-sie-w-5-lat-najnowsze-dane

Startuje oferta publiczna akcji Render Cube. Spółka w ramach emisji serii C zamierza pozyskać do 3,9 mln zł

Render Cube S.A., autor hitu Medieval Dynasty, 20 lipca rozpoczął przyjmowanie zapisów na akcje w ramach I transzy emisji akcji serii C, skierowanej do większych inwestorów indywidualnych. Już 27 lipca rozpoczną się natomiast zapisy w transzy prezentowanej na platformie CrowdConnect.pl. Decyzja o przeprowadzeniu oferty do inwestorów detalicznych wynika z chęci zapewnienia odpowiedniego rozproszenia akcjonariuszy i płynności w kontekście planowanego debiutu akcji na rynku NewConnect.

Spółka, w ramach trybu oferty do 1 mln EUR, zamierza pozyskać 3,9 mln zł, które zostaną przeznaczone  na rozbudowę studia animacji i muzyki, zatrudnienie dodatkowych programistów z doświadczeniem w pracach nad grami wieloosobowymi oraz na utworzenie drugiego, równolegle pracującego zespołu, koncentrującego się na rozszerzeniach do gry Medieval Dynasty w formie DLC.

– Medieval Dynasty już zdążył osiągnąć bardzo duży sukces. Jako jedna z niewielu polskich produkcji dołączyła do usługi Microsoft Xbox Game Pass For PC, w dodatku jeszcze przed swoją oficjalną premierą, a gra w wersji early access rozeszła się dotąd w ponad 600 tys. egzemplarzy. Tak wysokie zainteresowanie tytułem ze strony graczy to efekt odważnej i atrakcyjnej w rozgrywce hybrydy gatunkowej, łączącej najlepsze elementy survivali, symulatorów, RPG i strategii oraz wysoka jakość produkcji, która od pierwszych dni obecności we wczesnym dostępie zbierała oceny na poziomie ponad 90%. Środki, które planujemy pozyskać w ramach emisji akcji serii C, posłużą przede wszystkim rozbudowie zespołu Spółki. Gra w tym roku zostanie wydana w pełnej wersji, a gracze otrzymają dopracowaną produkcję, którą rozwijamy z nimi systematycznie od września 2020 roku, regularnie dodając do niej nową zawartość – komentuje Damian Szymański, prezes zarządu Render Cube S.A.

Debiut Spółki na rynku NewConnect zaplanowany jest jeszcze w 2021 r. W ramach oferty publicznej akcji serii C firmą inwestycyjną świadczącą usługę oferowania akcji jest Dom Maklerski INC S.A. W zeszłym tygodniu z sukcesem zakończyła się oferta publiczna akcji Spółki, w ramach której Spółka emitowała akcje serii B, a akcjonariusze sprzedawali akcje serii A Spółki. Łącznie wartość oferty wyniosła blisko 13 mln zł, a oferta skierowana była do inwestorów, którzy obejmowali lub nabywali akcje za nie mniej niż 100 tys. EUR każdy.

W dniu 19 lipca br. Spółka udostępniła publicznie Dokument Ofertowy, z którego treścią można zapoznać się na platformie CrowdConnect.pl oraz na stronie Emitenta. W dniu dzisiejszym Render Cube rozpoczął przyjmowanie zapisów w I transzy oferty publicznej akcji, a 27 lipca br. akcje Spółki zostaną zaoferowane w II transzy, skierowanej do wszystkich inwestorów indywidualnych – szczegółowe warunki zostały zaprezentowane na platformie CrowdConnect.pl. Co warto podkreślić, cena emisyjna akcji serii C będzie taka sama jak w ofercie publicznej akcji serii A i B i wyniesie 150,00 zł. W obu transzach Spółka zamierza pozyskać sumarycznie do 3,9 mln zł.

– Widzimy na rynku dużo miejsca dla spółek, które mają na koncie pierwsze sukcesy i ambitne plany na dalszy rozwój, dlatego z optymizmem patrzymy na rozpoczynającą się ofertę publiczną akcji serii C Render Cube S.A. Flagowy tytuł studia został bardzo dobrze przyjęty przez graczy, Spółka liczy teraz na podobnie pozytywne przyjęcie ze strony inwestorów, którzy zaznajomią się z Dokumentem Ofertowym. Warto docenić zwłaszcza przejrzystą komunikację Spółki, która zdecydowała się na przedstawienie informacji co do których nie była zobligowana, takich jak szczegółowy podział przychodów z gry, kosztów produkcji, poziomu wishlisty czy przewidywanej daty premiery wersji konsolowej – komentuje Sebastian Huczek, wiceprezes zarządu Dom Maklerski INC S.A.

Medieval Dynasty to największa gra łódzkiego studia.  Zadebiutowała w formule wczesnego dostępu 17 września 2020 roku. Tytuł przez pierwszy tydzień sprzedaży znajdował się w TOP10 na globalnej platformie Steam, a zebrana dotąd ilość ocen wynosi ponad 17 tys., dając łączny rezultat na poziomie 92% pozytywnych komentarzy. W szczytowym momencie w tytuł na platformie Steam grało jednocześnie 18,7 tys. osób. Do tej pory gra sprzedała się w liczbie ponad 600 tys. egzemplarzy, a okresowe przeceny na platformie Steam nie przekroczyły ani razu poziomu 20%. 17 czerwca 2021 r. gra Medieval Dynasty została udostępniona w ramach usługi Microsoft Xbox Game Pass For PC. Ogłoszenie nastąpiło podczas wydarzenia Xbox Games Showcase, gdzie materiał wideo z gry został zaprezentowany na jednym nagraniu obok takich tytułów jak Among Us, Hades czy S.T.A.L.K.E.R.

W Medieval Dynasty gracz kieruje losami młodzieńca w okresie średniowiecza, jego zadaniem jest w pierwszej kolejności przetrwanie i wybudowanie schronienia, a następnie zapoczątkowanie własnej dynastii zdolnej rządzić przez pokolenia. Wraz z postępem rozgrywki początkowy budynek przeobraża się w małą wioskę, ta w osadę, a na końcu jesteśmy odpowiedzialni za rozwój całego miasteczka, który zamieszkują dziesiątki mieszkańców. Gra łączy w sobie najlepsze cechy z takich popularnych gatunków jak survivale, symulatory, RPG czy strategie.

W planach na 2021 rok jest premiera pełnej wersji gry Medieval Dynasty. Obecnie studio jest w trakcie implementacji rozwiązań z drugiej ogłoszonej oficjalnie roadmapy, obejmującej aktualizacje gry do III kwartału br. Gra jest dostępna w 17 wersjach językowych i można ją nabyć na około 10 różnych platformach sprzedażowych. Spółka planuje niedługo rozpocząć pracę nad edycją konsolową gry, a sam tytuł od początku produkcji był projektowany pod obsługę pada, co przyspieszy cały proces. W przygotowaniu jest już wersja na gogle VR w ramach umowy ze Spectral Games S.A., spółką zależną Incuvo S.A., studiem, które pracuje nad wersją VR gry Green Hell.

Render Cube S.A. w 2020 r. osiągnęła 7,5 mln przychodu, a zysk netto wyniósł blisko 6 mln zł. Największy wpływ na wyniki miała premiera gry Medieval Dynasty w formule wczesnego dostępu 17 września 2020 roku.

Delta tematem numer jeden

Negatywne nastroje na rynkach były widoczne na większości parkietów giełdowych na całym świecie. Pierwsza sesja azjatycka w tym tygodniu wyznaczyła kierunek innym ośrodkom handlu w poniedziałek. „Delta” tłumi optymizm gospodarczy. Na FX widoczne jest umocnienie walut zaliczanych do bezpiecznych – CHF oraz JPY. Pod duża presją znajdowały się natomiast waluty emerging markets oraz surowce. To był kolejny kiepski dzień dla złotego.

Podczas dzisiejszej sesji również sentyment rynkowy będzie dominującym czynnikiem wpływającym na notowania instrumentów finansowych. W kalendarzu dziś brak cenotwórczych odczytów makro. Większość danych to publikacje drugiego kalibru. Najważniejszym punktem tygodnia jest czwartkowe posiedzenie EBC, dlatego też raczej bez wpływu na rynek będzie mieć przemówienie Francois Villeroy-a z europejskiej instytucji.

W tym momencie trudno zaprognozować czy w ogóle i jeśli tak, to jak szybko nastroje na rynkach mogą się poprawić. Rozprzestrzenianie się nowej odmiany wirusa nie zatrzyma się nagle i dlatego z pewnością ten temat będzie nadal zajmować rynki. Pytanie tylko, czy inwestorzy uznają nową falę zakażeń za zagrożenie dla ożywienia gospodarczego, zwłaszcza w krajach, w których szczepienia ludności przebiegają prawidłowo. Anglia wyznacza kierunek i być może przez niektórych być traktowana jako wzór do naśladowania. Minie zapewne kilka tygodni kiedy otrzymamy odpowiedź, czy decyzja rządu nie była jednak zbyt pochopna.

Niemiecki indeks DAX odreagowuje wczorajszą mocną przecenę. Warto zwrócić uwagę, że kontrakt DE30 zahaczył o długoterminową linię trendu wzrostowego, poprowadzoną przez minima z marca oraz listopada 2020 roku (okolice 15 100 pkt.) Na ten moment techniczny poziom jest broniony. Pytanie czy po raz kolejny inwestorzy wykorzystają spadki jako okazję do odnowienia długich pozycji. Na uwagę zasługuje również fakt, że aktualna korekta jest bardzo zbliżona do przeceny kwietniowej oraz styczniowej. Mamy zatem pewnego rodzaju dużą powtarzalność. Dzisiejsza sesja dużo nam wyjaśni, czy widzimy budowanie się lokalnego dołka, czy jednak mamy do czynienia z chwilowym odreagowaniem.

W Australii opublikowano dziś „minutki” z posiedzenia RBA. Z nich wynika, że bank uważa elastyczność w zakresie cotygodniowych zakupów za istotną. Instytucja podkreśliła dużą niepewność związaną z dalszym ożywieniem gospodarczym. Na posiedzeniu 6 lipca instytucja australijska zakładała jeszcze, że blokady związane z COVID-19 będą krótkotrwałe i wówczas oceniała, że wpływ ich na gospodarkę będzie ograniczony. Obecnie ograniczenia są przedłużone a szybkie rozprzestrzenianie się wariantu delta wzmacnia niepewność. AUD dziś we wczesnych godzinach porannych uległ deprecjacji. Para AUD/USD znalazła się najniżej od 23 listopada 2020 roku. Dużą formacja RGR na parze walutowej jest realizowana.

PLN wczoraj kontynuował ruch osłabiający. Paliwem do wzrostów na EUR/PLN  były w głównej mierze spadki globalnych indeksów giełdowych. W tym momencie jest to czynnik dominujący, który kreuje siłę naszej waluty. Na dalszy plan schodzi gołębia polityka monetarna prowadzona przez pana Glapińskiego. Wspomniana para walutowa znajduje się blisko 4,60. Z technicznego punktu widzenia został przełamany istotny opór techniczny i w tym momencie kolejnym przystankiem jest poziom 4,62 czyli maksima z przełomu roku.

Łukasz Zembik, kierownik dep. Analiz w TMS Brokers

Rynek gier mobilnych większy niż PC i konsolowy razem wzięte

90,7 mld dolarów wart jest rynek gier na urządzenia mobilne. Według najnowszego raportu agencji Newzoo wartość rynku gier na konsole to 49,2 mld dol., a dla gier na komputery PC 35,9 mld dol. Sektor mobilny jako jedyny odnotował wzrost rok do roku i ma obecnie 52 proc. udziału w całym rynku gier. W czasie pandemii napędzały go zwłaszcza proste smartfonowe gry casual.

Kilka dekad trwały spory w środowisku graczy, czy lepiej gra się padem czy myszką, aż w końcu wszystkich pogodził smartfon. To po niego sięgnie dziś najwięcej osób na świecie szukających cyfrowej rozrywki. Kwietniowy raport agencji Newzoo szacuje, że choć cała branża gamingowa skurczyła się w minionym roku o 1,1 proc. (obecnie jest on wart 175,8 mld dolarów), to w tym samym czasie sam sektor gier mobilnych powiększył się o 4,4 proc.

Autorzy raportu wskazują, że odpowiedzialne za te zawirowania mogą być, wynikłe z pandemii, opóźnienia premier nowych gier na komputery i konsole. Trudności te nie dotyczyły w takim stopniu mniej liczebnych zespołów pracujących nad tytułami mobilnymi. W ostatnim roku to gry mobilne przyciągnęły więcej nowych graczy, co wpłynęło pozytywnie na przychody tego sektora.

Model freemium szybciej przyciąga graczy

Platforma Social Peta szacuje w swoich analizach, że w ubiegłym roku liczba osób grających w gry mobilne wzrosła aż o 12 proc. i przekroczyła 2,5 miliarda ludzi. Newzoo ocenia, że 38 proc. z nich jest skłonnych skorzystać z płatnych opcji w grach, zaś firma App Annie obliczyła, że podczas drugiego kwartału ubiegłego roku (pierwsza fala pandemii) wartość transakcji dokonanych w grach mobilnych wyniosła 19 mld dolarów.Rynek gier mobilnych większy niż PC i konsolowy razem wzięte

– Każda z platform potrzebuje czasu, by wypracować optymalny dla niej system monetyzacji. Pierwsze gry wideo robiono do salonów gier. Co kilka minut należało do automatu wrzucić monetę albo żeton. Domowe komputery i konsole pozwalały grać bez ograniczeń, więc gry musiały stać się dłuższe, bardziej rozbudowane, ale też droższe, bo kupowało się od razu cały produkt. Za początek gier mobilnych można uznać Snake’a na telefony Nokia z 1997 r., ale musiała upłynąć ponad dekada, nim sukces Angry Birds przekonał developerów, że na tych małych urządzeniach najlepiej sprawdzą się gry darmowe z reklamami oraz płatnościami dającymi graczom dodatkowe funkcje (model freemium). Gdy stało się jasne, że na grach mobilnych można dobrze zarobić cały sektor w kilka lat dogonił i przerósł konsole i gry pecetowe – wyjaśnia Łukasz Oktaba, założyciel i prezes studia gamingowego Chess & Checkers Games, wydającego planszowego gry mobilne.

Mobilne gry casual hitem czasu pandemii

Sama historia Chess & Checkers Games, a zwłaszcza Warcabów – pierwszej gry studia – może obok Angry Birds czy Pokemon Go! być przykładem na to, jak dynamika sektora mobilnego przyczyniła się do sukcesu całej produkcji. Grywalne i sukcesywnie ulepszane podbiły serce graczy na wszystkich kontynentach. Niedawno przekroczyły magiczną barierę 100 mln pobrań, co sytuuje je w 40 najpopularniejszych planszowych gier mobilnych na świecie.

Polskie Warcaby to mobilna gra planszowa, która ma wiele cech klasycznej gry casualowej. Większość z nich ma proste zasady rozgrywki i nie wymaga dużo czasu, by opanować mechanikę gry ani wielkiego zaangażowania ze strony gracza. Można w nie grać w kolejce do lekarza, w autobusie w drodze do pracy czy odpoczywając na plaży na wakacjach.

Według analiz App Annie to mobilne gry casual odpowiadają za ostatnie dynamiczne wzrosty w sektorze mobilnym. W ubiegłym roku ta grupa gier notowała aż 45 proc. skok liczby pobrań w porównaniu ze stanem sprzed roku i przyciągnęła do świata gamingowego 100 mln nowych graczy. Z kolei badania firmy Uswitch.com pokazują, że liczba wyszukiwań najpopularniejszych gier typu board games (adaptacje planszówek) jak Trivial Pursuit czy Monopoly wiosną 2020 r. wzrosły kilkukrotnie w porównaniu ze stanem sprzed pandemii.

– Siłą gier mobilnych jest to jak łatwo poddają się globalizacji i opanowują kolejne rynki. Nie ma tu rozbudowanej fabuły z dialogami bohaterów, do których trzeba nagrywać dubbing. Jeśli aplikacja ma dobrze przemyślany interfejs zasady można opanować w lot. Wypuszczona do sklepu Google Play w krótkim czasie może jednocześnie okazać się hitem w Japonii, USA czy Brazylii. Logiczne łamigłówki to coś znanego w każdej kulturze, więc w adaptacje klasycznych gier planszowych czy karcianych albo wariacje na ich temat łatwo się wciągnąć. Spodziewam się, że przyciągniemy do gamingu sporo osób, które z czasem staną się wziętymi graczami – prognozuje Łukasz Oktaba.

Rośnie rynek „zielonych” instrumentów na finansowanie proekologicznych nieruchomości

Od 2007 roku, kiedy Europejski Bank Inwestycyjny (EBI) wyemitował pierwszą na świecie obligację klimatyczną (CAB), zielone obligacje z narzędzia marketingowego wyewoluowały do jednego z najszybciej rozwijających się narzędzi inwestycyjnych. Ten trend jest widoczny także na rynku nieruchomości i można spodziewać się, że będzie się tylko umacniał.

Według raportu Climate Bond Initiative (CBI) na koniec 2020 r. rynek tzw. zrównoważonego długu osiągnął wartość 1,7 mld USD. Rok 2020 był rekordowy pod względem wartości wyemitowanych instrumentów, które osiągnęły 700 mld USD, czyli prawie dwa razy więcej niż rok wcześniej. Podczas gdy zielone obligacje (Green Bonds) nadal pozostają aktywem dominującym, bardzo szybko wzrasta popularność inwestycji w emisje obligacji przeznaczonych na cele społeczne (Social Bonds) oraz szeroko pojętego zrównoważonego rozwoju (Sustainability Bonds), osiągając wolumeny wyższe niż we wszystkich poprzednich latach łącznie. W rezultacie, w 2020 r. całkowita emisja była bardziej równomiernie rozłożona na Green, Social i Sustainability Bonds w porównaniu z poprzednimi okresami.

finansowanie proekologicznych nieruchomości
Tab: Green, social, and sustainability bond issuance doubled in 2020

W stronę „zielonych budynków”

Inwestycje w sektorze nieruchomości komercyjnych są motywowane z jednej strony przez rosnącą świadomość zagrożeń klimatycznych, z drugiej przez chęć ograniczania ryzyka inwestycyjnego i coraz większą uwagę kierowaną w stronę budynków innowacyjnych, dbających o środowisko naturalne i komfort pracowników. Nie bez znaczenia jest również rosnąca rola społecznej, środowiskowej i ekonomicznej odpowiedzialności (ESG) w firmach. ESG, rozumiane jako strategia biznesowa uwzględniająca w działalności operacyjnej organizacji aspekty środowiskowe i społeczne, ma coraz większy wpływ na decyzje dotyczące najmu powierzchni w budynkach, ponieważ przyczynia się do wzrostu konkurencyjności przedsiębiorstwa i kształtowania warunków dla zrównoważonego rozwoju.

– Od kilku lat obserwujemy na rynku zwiększony popyt na powierzchnie w budynkach certyfikowanych w standardach takich, jak BREEAM czy LEED. Wynika to m.in. ze zwiększonej dbałości firm o środowisko naturalne, a także o wellbeing pracowników. Odpowiedzialne podejście do biznesu zarówno ze strony najemców, jak i deweloperów nie jest dziś tylko zabiegiem wizerunkowym, a realną chęcią zrównoważonego rozwoju, co znajduje odzwierciedlenie w coraz większej liczbie certyfikacji w Polsce – mówi Mariusz Mroczek, Dyrektor w dziale Corporate Finance w Colliers.

Zgodnie z ostatnim raportem PSBE „Certyfikacja Zielonych Budynków w Liczbach 2021”, podobnie jak w 2019 roku, w 2020 liczba certyfikowanych budynków wzrosła o 30% (255 nowych certyfikacji). Posiadanie zielonych atestów może poskutkować zwiększeniem zainteresowania ze strony najemców i inwestorów.

W Polsce działania zgodne z kryteriami ESG podejmują inwestorzy obecni we wszystkich sektorach nieruchomości komercyjnych. Proces rozpoczął się głównie wśród inwestorów lokujących kapitał w budynki biurowe, ale obecnie równie mocno stawia na ten aspekt dynamicznie rozwijająca się logistyka.

„Zielone” finansowanie tylko dla najlepszych

Fundusze, które są właścicielami nieruchomości i do ich głównych zadań należy utrzymanie wartości tych nieruchomości, coraz częściej publikują tzw. raporty niefinansowe, by pokazać wpływ swoich budynków na środowisko. Ten trend jest widoczny przede wszystkim wśród dużych graczy, obracających znaczącymi aktywami. Na razie jest mniej widoczny wśród rodzimych inwestorów, ale wszystko wskazuje na to, że niedługo stanie się normą także w Polsce.

– Myślę, że w niedługim czasie zdecydowana większość firm będzie publikować raporty niefinansowe. To sprawi, że inwestorom znacznie łatwiej będzie porównywać inwestycje i ich wpływ na środowisko, co przełoży się na cenę rynkową nieruchomości. Na razie takich raportów na rynku nie ma jednak zbyt wiele. Jednym z naszych klientów jest fundusz nieruchomościowy, który zdecydował się na przygotowanie i publikację raportu środowiskowego. W swoim portfolio ma starsze budynki handlowe, które na ten moment nie wymagają modernizacji. Firma uznała jednak, że pokazanie ich potencjału w kontekście niefinansowym będzie dużym plusem, zarówno dla wynajmujących, jak i ewentualnych inwestorów – mówi Mariusz Mroczek.

Banki i instytucje finansujące także wdrażają swoje strategie ESG, adaptując je do działalności operacyjnej. W kwietniu 2021 43 banki z 23 krajów z aktywami powyżej 28,5 USD stały się członkami założycielami New Net-Zero Banking Alliance ONZ, zobowiązując się do dostosowania swoich portfeli kredytowych i inwestycyjnych do zerowej emisji netto CO2 do 2050 r. i wyznaczenia śródokresowych celów na 2030 r. Działania banków są szczególnie widoczne na rynku Green Bonds – działają na nim zarówno jako emitenci, jak i inwestorzy.

Spośród komercyjnych banków działających w branży nieruchomości wyróżnia się niemiecki Berlin Hyp. Bank już od kilku lat emituje zielone obligacje, a w kwietniu 2021 jako pierwsza instytucja finansowa na świecie wyemitował Sustainability-Linked Bond (SLB), o wartości 500 mln EUR. Jest to pierwszy instrument, który w sposób bezpośredni wiąże koszt pozyskanego długu z osiągnięciem przez emitenta celu w zakresie ESG, a konkretnie zmniejszenia śladu węglowego w portfelu kredytów o 40% do roku 2030 w stosunku do roku 2020.

– Od 2015, kiedy wyemitowaliśmy pierwszy Green Bond, wciąż jesteśmy największą instytucją komerycjną emitującą tego rodzaju obligacje. Zrównoważone instrumenty dłużne nieustająco cieszą się ogromnym zainteresowaniem nabywców. Jest to związane z wciąż rosnącą rolą zrównoważonej polityki wśród inwestorów instytucjonalnych, jak również z wymogami regulacyjnymi wprowadzanymi na poziomie Unii Europejskiej – mówi Justyna Kędzierska-Klukowska, Dyrektor Przedstawicielstwa Berlin Hyp w Warszawie.

Rosnące znaczenie modernizacji

Berlin Hyp jest bankiem hipotecznym, skoncentrowanym na finansowaniu nieruchomości komercyjnych. Jednym z celów strategii banku jest zwiększenie udziału budynków ekologicznych w portfelu kredytowym do jednej trzeciej do końca roku 2025. Dla takich projektów bank oferuje korzystniejsze poziomy marż, przy czym kryteria kwalifikujące budynki jako „green building” uwzględniają faktyczne poziomy zapotrzebowania energetycznego, a nie tylko sam fakt otrzymania certyfikacji.

Na tle krajów Europy Zachodniej, polski rynek nieruchomości jest bardzo młody i zdecydowana większość budynków, które zostały oddane do użytku w ostatnich latach, została wyposażona w nowoczesne i energooszczędne rozwiązania techniczne. Dlatego w Polsce modernizacja już istniejących przestrzeni nie jest tematem przewodnim. Niemniej jednak, inwestorzy muszą być gotowi na to, że zmieni się to w perspektywie kilku czy kilkunastu lat, kiedy zainteresowanie nimi, a więc i ich wartość zacznie spadać.

– Właściciele muszą zadbać o modernizację swoich budynków, ponieważ może się okazać, że budynki komercyjne niespełniające unijnych wymagań dotyczących np. energochłonności mogą znacząco stracić na wartości lub być zupełnie pomijane w procesie podejmowania decyzji inwestycyjnych przez kluczowych graczy na rynku – mówi Justyna Kędzierska-Klukowska.

Wymagania będą jedynie rosnąć. Przyjęty przez Unię Europejską plan działania na rzecz zrównoważonej gospodarki (tzw. Europejski Zielony Ład) ma pozwolić Unii stać się do 2050 r. obszarem neutralnym klimatycznie. To jeden z 6 priorytetów UE wpisanych w strategię na okres 2019-2024. Europejski Zielony Ład zawiera plan działań umożliwiających bardziej efektywne wykorzystanie zasobów dzięki przejściu na czystą gospodarkę o obiegu zamkniętym oraz przeciwdziałanie utracie różnorodności biologicznej i zmniejszenie poziomu zanieczyszczeń. Jednym z jego elementów jest zapewnienie większej efektywności energetycznej budynków. W efekcie zaostrzania norm unijnych inwestorzy będą musieli inwestować w istniejące budynki, by były konkurencyjne na rynku.

Zarówno eksperci Colliers, jak i Berlin Hyp, zwracają uwagę na to, że inwestowanie w zwiększanie efektywności energetycznej budynków ma sens.

– Przede wszystkim ma wpływ na redukcję kosztów operacyjnych. Najemcy zwracają na to uwagę, zwłaszcza w sytuacjach takich jak pandemia, gdzie koszty mają duże znaczenie. Może wydarzyć się tak, że stare budynki, które nie spełniają pewnego minimalnego wymogu rynkowego, pozostaną puste – mówi Mariusz Mroczek.

Drugim ważnym aspektem jest zrównoważone inwestowanie.

– Inwestorzy działający wyłącznie na rynku lokalnym nie zawsze dostrzegają potrzebę inwestowania w odpowiedzialność społeczną i środowiskową. Jednak wszyscy, którzy chcą wejść na arenę międzynarodową, muszą wziąć te aspekty pod uwagę, ponieważ będą z nich odpytywani – mówi Justyna Kędzierska-Klukowska i dodaje: – Wydaje się też, że coraz więcej graczy na rynku nieruchomości podejmuje działania na rzecz zrównoważonego rozwoju nie tylko z konieczności, ale z wewnętrznego przekonania o wadze tych aspektów. To naprawdę istotny postęp.

Gospodarka z nadziejami, ale firmy wciąż mają problemy

Otwarcie większości branż nie gwarantuje natychmiastowego powrotu do stabilności gospodarczej – taka myśl przyświeca kolejnemu wydaniu autorskiego raportu MGW Corporate Consulting Group. Niestety, pomimo zniesienia znacznej części obostrzeń sanitarnych, polskie biznesy wciąż mierzą się z ogromnym wyzwaniem w postaci utrzymania płynności finansowej. Jej brak z kolei przełożył się na kolejny rekord liczby otwartych postępowań restrukturyzacyjnych.

Problemy pomimo odbicia

Jak zaznacza Mariusz Grajda, Partner Zarządzający w MGW CCG oraz współautor raportu “Restrukturyzacja przedsiębiorstw w II kwartale 2021 roku. Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych.” sytuacja w II kwartale br. uwidacznia dwa podstawowe zjawiska, których skutkiem jest zarówno poprawa sytuacji epidemiologicznej, jak i wciąż niestabilna sytuacja branż najbardziej dotkniętych pandemią (m.in. hotelarstwa). Zdaniem analityków z MGW CCG, optymizm części przedsiębiorców wyrażony w rekordowym wskaźniku PMI rzędu 59,4 pkt w czerwcu br. może być potwierdzeniem pozytywnych trendów w najbliższej przyszłości. Z drugiej zaś strony, rynek restrukturyzacyjny odnotował bezprecedensowy wskaźnik otwartych postępowań na poziomie 460 w kwartale.

Co ciekawe, już we wcześniejszych opracowaniach analitycy z MGW CCG przewidywali rosnący odsetek otwieranych postępowań restrukturyzacyjnych. Już po III kwartale ub. r. zespół prognozował, iż w perspektywie półrocza nastąpi gwałtowny skok niewypłacalności krajowych przedsiębiorstw.

W poprzednim raporcie zespół MGW CCG przewidywał, iż w ciągu 3 miesięcy rynek odnotuje jeszcze większy skok liczby otwieranych postępowań. Dynamikę wzrostów analitycy obserwują od II kwartału ub. r., który w porównaniu z wynikami za II kwartał br. miał o 296,6 proc. mniej otwartych postępowań niż obecnie. Właśnie II kwartał br. jest już 4. z kolei, pod względem wzrostów otwieranych postępowań.

Nadzieje na wyhamowanie niewypłacalności

Z drugiej zaś strony analitycy z MGW CCG zaznaczają, iż dynamika przyrostów ulega systematycznemu zmniejszaniu. W II kwartale 2021 roku odnotowano wzrost liczby postępowań o 10,84 proc. w stosunku do I kwartału br., a dla porównania I kwartał odnotowywał wzrost w stosunku do IV kwartału 2020 roku o ponad 31 proc. Jak zaznaczają autorzy raportu, jeszcze innym czynnikiem wpływającym na wzrost postępowań mógł być kończący się pierwotny termin obowiązywania uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. Ten z kolei miał obowiązywać do 30 czerwca br., jednak ustawodawca  uchwalił nowelizację, która wydłużyła okres dostępności instrumentu do końca listopada 2021 roku.

– Struktura otwieranych postępowań wykazuje pełną dominację uproszczonego postępowania o zatwierdzenie układu. W IV kwartale ub. r. UPR stanowiły 77 proc. ogółu, w I kwartale br. 86 proc., a w II kwartale br. już blisko 92 proc. W naszej ocenie taka struktura budzi pewien niepokój. Z jednej strony obserwujemy zwiększającą się dominację tego instrumentu, lecz z drugiej notujemy niską efektywność UPR. Dłużnicy wybierają postępowanie uproszczone m.in. ze względu na możliwość szybkiej realizacji, ale najczęściej sięgają po nie podmioty, po prostu chcące zabezpieczyć ryzyko egzekucji. Niestety, często jednak nie towarzyszy temu głębsza koncepcja planu restrukturyzacyjnego, a co za tym idzie, działanie to można odczytywać w niektórych przypadkach wyłącznie jako krótkoterminową chęć obrony przed działaniami wierzycieli – komentuje Mariusz Grajda z MGW CCG.

Jakie sektory odpowiadają za największą część otwartych postępowań? Według wyliczeń MGW CCG w II kwartale br. po raz kolejny rolnictwo notowało największy przyrost niewypłacalności rzędu 44 proc. Drugą co do wielkości branżą ze znaczną liczbą postępowań są tzw. „Pozostałe usługi”, a więc przedsiębiorstwa działające w ramach PKD od 64 do 96. Co ważne jednak, z uwagi na szeroki zakres działalności struktura grupy jest mocno rozdrobniona, choć w przypadku liczby otwieranych postępowań na pierwszy plan wysuwają się firmy wyspecjalizowane w zarządzaniu nieruchomościami pod wynajem (około 13 proc. w zbiorze). Z kolei za 7 proc. postępowań w grupie odpowiadają firmy z PKD 71.12, a więc prowadzące działalność profesjonalną, naukową i techniczną. Jak wynika z analiz MGW CCG, są to najczęściej podmioty oferujące usługi projektowania inżynierskiego, bądź doradztwo związane z maszynami.

Krajowi przedsiębiorcy wchodzą w kolejną fazę walki z kryzysem pandemicznym, choć bez racjonalnej analizy własnych możliwości i szans, istnieje ryzyko potencjalnego załamania niektórych branż. Jak zaznaczają autorzy raportu, starcie z niewypłacalnością nadal trwa, a już kolejne miesiące zarysują trendy, które będą towarzyszyć gospodarce w dalszej perspektywie.

Raport „Restrukturyzacja przedsiębiorstw w II kwartale 2021 roku. Analiza i interpretacja postępowań restrukturyzacyjnych.” jest dostępny bezpłatnie pod adresem:

https://restrukturyzacja.mgwccg.pl/media/MGW-Raport-IIQ2021.pdf

Inflacja nadal wysoka

Ostatni tydzień minął pod znakiem danych o poziomie cen w USA oraz w Polsce. W Stanach Zjednoczonych inflacja CPI ukształtowała się na poziomie 5,4% r/r, co zaskoczyło analityków, którzy spodziewali się odczytu na poziomie 4,9%. Również środowy odczyt cen producentów (PPI) okazał się wyższy od oczekiwań i wyniósł 7,3% r/r. Prezes FED J. Powell w minionym tygodniu zeznając przed Komisją Senacką ponownie uspokajał, podkreślając przejściowy charakter wzrostu cen. Z kolei w Polsce w piątek poznaliśmy odczyt inflacji bazowej, która ukształtowała się na poziomie 3,5%, co było wynikiem niższym od oczekiwań analityków, którzy zakładali wzrost poziomu cen o 3,6% r/r. Niższy od oczekiwań odczyt wspiera narrację RPP o przejściowym charakterze obecnej wysokości inflacji.

W tym tygodniu w czwartek poznamy decyzje EBC dotyczącą poziomu stóp procentowych. Nie spodziewamy się żadnych zmian, zapewne europejscy bankierzy potwierdzą swoją gotowość do podtrzymywania ekspansywnej polityki monetarnej tak długo jak długo będzie to niezbędne. W piątek poznamy odczyty wskaźników PMI w strefie euro oraz w głównych europejskich gospodarkach. W Polsce w tym tygodniu zostaną opublikowane dane o sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej w czerwcu.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Akademia Dewelopera – dołącz do prestiżowego grona deweloperów!

Około 100 tysięcy złotych – tyle zarabia kompetentny deweloper na sprzedaży jednego mieszkania. Nic więc dziwnego, że branża przyciąga do siebie ambitnych ludzi, którzy chcą cieszyć się wolnością finansową. Jednak by skutecznie działać w nieruchomościach niezbędna jest odpowiednia dawka wiedzy. Teraz jest niepowtarzalna okazja, aby ją zdobyć – od października rusza bowiem Akademia Deweloperska, która kompleksowo przygotowuje do zawodu dewelopera!

Akademia Dewelopera jest największym tego typu projektem edukacyjnym w Polsce dotyczącym branży deweloperskiej. Jej pomysłodawcą jest Paweł Preisner – deweloper z 20-letnim doświadczeniem, z którego szkoleń skorzystało już setki zadowolonych absolwentów. Trwają obecnie zapisy do akademii w cenie promocyjnej, która obowiązuje do 14 sierpnia!

Akademia Deweloperska pod patronatem Forbes Polska

Tak duże przedsięwzięcie zyskało uznanie i aprobatę prestiżowego magazynu biznesowego Forbes Polska, który objął projekt swoim patronatem. Akademia Dewelopera będzie bowiem cyklicznym wydarzeniem złożonym z 9 dwudniowych zjazdów weekendowych organizowanych raz w miesiącu. Podczas każdego ze zjazdów omawiana będzie inna tematyka, którą przedstawi ekspert z danej dziedziny.

Dzięki temu Akademia Dewelopera przekazywać będzie najświeższe informacje w sposób możliwe najbardziej szeroki i kompleksowy. Poruszony zostanie cały przekrój zagadnień deweloperskich – od poszukiwania działki, przez finansowanie inwestycji, współpracę z architektami, organizację procesu budowlanego, po marketing, sprzedaż i reklamacje. Nie zabraknie kwestii prawnych oraz podatkowych. Uczestnicy otrzymają więc potężną dawkę wiedzy podaną w pigułce!

Kadra złożona z praktyków

Do Akademii Dewelopera zaproszeni zostali czołowi praktycy z branży nieruchomościowej. To ludzie z ogromnym doświadczeniem – zarówno biznesowym, jak i szkoleniowym. To świetni mówcy i prawdziwi eksperci w swojej dziedzinie, jak np. Piotr Cieszewski, który przez 10 lat był dyrektorem oddziałów w korporacji budowlanej Skanska. To gwarancja tego, że wykłady będą miały ogromną wartość, a wiedza będzie przekazywana w sposób ciekawy, przystępny i łatwy do przyswojenia.

Wśród zaproszonych prelegentów znajdują się również m.in. Maciej Łobos – Architekt IARP, założyciel i wspólnik w firmie MMW Architekci, Piotr Sakiewicz – założyciel Grupy POWER HOLDING, ekspert z zakresu finansowania nieruchomości, Adrian Hołub – współwłaściciel Polish Geodetic Group oraz Wojciech Woźniczka – profesjonalny negocjator, najlepszy trener sprzedaży w 2013r. w Polsce oraz autor bestsellera „Negocjuj”.

Zarówno tematyka, jak i zaproszeni goście sprawiają, że Akademia Deweloperska jest najbardziej merytoryczną inicjatywą na rynku. Jej ukończenie zapewni absolwentom umiejętności niezbędne do rozpoczęcia i realizacji własnych przedsięwzięć deweloperskich oraz dołączenia do prestiżowej grupy deweloperów! Więcej informacji dostępnych jest pod adresem – https://zostandeweloperem.pl/akademia-dewelopera/.

Gdzie będą polskie elektrownie jądrowe?

Projekt polskiej elektrowni jądrowej nie jest jeszcze skończony – nie wszystkie szczegóły na temat kształtu oraz modelu funkcjonowania i finansowania, a także lokalizacji przyszłych polskich elektrowni jądrowych, zostały ustalone. Według „Programu polskiej energetyki jądrowej” z 2020 r. w Polsce ma powstać od sześciu do dziewięciu reaktorów, a rozważane są dwie możliwości ich instalacji. Albo w dwóch lokalizacjach po trzy bloki jądrowe, albo w trzech lokalizacjach po dwa bloki. Jeżeli chodzi o potencjalne możliwości lokalizacyjne – to w pierwszej kolejności wymieniana jest północ Polski: Lubiatowo, Kopalino, Żarnowiec – są to miejsca, w których prawdopodobnie najszybciej będą mogły zostać zbudowane bloki jądrowe. Nie został jeszcze również wyłoniony partner tej inwestycji. Pośród trzech potencjalnych partnerów są koncerny z Korei Płd., Francji oraz ze Stanów Zjednoczonych.

– Z informacji rządowych, które cały czas do nas napływają, wiemy, że najbardziej zaawansowane rozmowy toczone są ze stroną amerykańską – powiedział serwisowi eNewsroom  Mariusz Marszałkowski, ekspert portalu BiznesAlert. – To Amerykanie mają przygotować projekt finansowania oraz projekt technologiczny związany z przyszłą polską elektrownią jądrową. Badanie oraz przygotowywanie raportu trwa od lutego i ma się zakończyć na początku przyszłego roku. Wtedy będzie wiadomo, jaką propozycję przygotowali Amerykanie. Należy pamiętać, że projekt polskiej elektrowni jądrowej nie opiera się jedynie na wyborze dostawcy technologii, ale również na kwestii funkcjonowania elektrowni przez kolejnych 40, 50, 60 czy nawet 100 lat. Poszukiwany jest partner, który będzie brał czynny udział zarówno w etapie konstrukcyjnym elektrowni, jak i potem w okresie operacyjnym. Z zapowiedzi rządowych wynika, że najbliżej tego założenia są Amerykanie – natomiast cały czas prowadzone są rozmowy z francuskimi i koreańskimi koncernami. Droga do wyboru dostawcy technologii oraz usług związanych z elektrownią jądrową nie jest jeszcze zamknięta – zauważa Marszałkowski.

Dobre sygnały z Polski

Ostatnie dane z kraju to bardzo dobry sygnał dla obywateli. Wzrost cen spowalnia, zarobki rosną znacznie szybciej od inflacji, średnio wszyscy mamy lepiej. Oczywiście „średnio”, jako miara, ma swoje błędy.

Inflacja bazowa również zwalnia

W piątek poznaliśmy odczyt inflacji oczyszczony o ceny żywności i energii. Wzrost wynosi 3,5%. Z jednej strony to wciąż wysoki poziom. Z drugiej strony to jednak 0,5% mniej niż miesiąc temu i 0,1% poniżej oczekiwań. Wynik ten sugeruje zatem, że o ile ceny rosną, to scenariusz eskalacji wzrostów jest mniej prawdopodobny niż jeszcze miesiąc temu. Tym samym mamy negatywny bodziec dla polskiej waluty. Wolniej rosnące ceny to odsuwanie perspektywy wzrostu stóp procentowych. To z kolei przekłada się na wycofywanie się inwestorów z inwestycji w złotówkę. To między innymi dlatego mamy obecnie tak słabą passę polskiej waluty, a obserwatorzy tylko czekają, aż euro przekroczy 4,60 zł.

Zamieszanie w USA

Piątkowe dane trzeba podzielić na dwa etapy. Dobry odczyt sprzedaży detalicznej o 14:30 i zimny prysznic związany z indeksem Uniwersytetu Michigan o 16:00. Sprzedaż detaliczna niespodziewanie wzrosła w czerwcu o 0,6%, podczas gdy analitycy spodziewali się spadku o 0,4%. Dało to impuls do kupowania dolarów. Półtorej godziny później indeks Uniwersytetu Michigan spowodował zmianę nastrojów. Wynik 80,8 pkt to znacznie mniej niż oczekiwane 86,5 pkt. W rezultacie dolar kończył dzień blisko poziomów otwarcia.

Rynek pracy w Polsce

Poznaliśmy dzisiaj przeciętne wynagrodzenia i wzrost zatrudnienia w Polsce. Średnia pensja w przedsiębiorstwach zatrudniających minimum 10 osób wzrosła o 9,8% w ciągu roku i wynosi 5802,42 zł brutto. Zatrudnienie w ciągu roku rośnie o 2,8%, aczkolwiek rok temu spadło o 3,3% zatem nie jesteśmy jeszcze na zero z covidem. Wynagrodzenia natomiast miały w zeszłym roku zaledwie spowolnienie wbrew obiegowej opinii o problemach na rynku pracy. Dane te były tylko nieznacznie lepsze od oczekiwań zatem nie można się dziwić, że rynki walutowe nie reagowały zbyt silnie.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia–pierwszy prawnie usankcjonowany polski związek metropolitalny

Górnośląsko-Zagłębiowska Metropolia (GZM) to pierwsza w Polsce, ustawowo powołana metropolia, która powstała w centrum województwa śląskiego. Jej obszar o łącznej powierzchni 2,5 tys. km kw. tworzą miasta i gminy Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Powołaniu Metropolii przyświecała idea współpracy oraz chęć zjednoczenia różnorodnych potencjałów
i wykorzystania ich do realizacji projektów i wizji niemożliwych do urzeczywistnienia dla pojedynczych miast czy gmin. Z powodu specyfiki tego obszaru, już od dawna istniała tu naturalna wspólnota mieszkańców, którzy funkcjonują jednocześnie (dom, praca, czas wolny) w kilku gminach i potrzebują zintegrowanego transportu oraz warunków do życia i rozwoju. Metropolia działa i z powodzeniem rozwija się od początku 2018 roku. Dziś Metropolia GZM liczy blisko 2,3 mln mieszkańców, a na jej terenie działa 240 tys. firm i przedsiębiorstw, wytwarzających ok. 8 proc. PKB naszego kraju.

Droga do powstania

Starania o powstanie metropolii w dzisiejszym kształcie miały miejsce jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku. Chęć współpracy między gminami i działania samorządowców zaowocowały projektem ustawy o związku metropolitalnym w województwie śląskim. Przełomowym okazał się kwiecień 2017 roku, kiedy to ustawa powołująca metropolię została podpisana w Katowicach przez Prezydenta RP. Jako dzień rozpoczęcia działalności Metropolii przyjmuje się 1 lipca 2017r. W 2018 roku Metropolia oficjalnie rozpoczęła realizację ustawowych zadań. Funkcję Przewodniczącego zarządu GZM od początku pełni Kazimierz Karolczak. Urząd Metropolitalny Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii ma swoją siedzibę w Katowicach. Metropolia GZM liczy sobie blisko 2,3 mln mieszkańców, na jej obszarze działa 240 tys. firm i przedsiębiorstw wytwarzających ok. 8 proc. PKB naszego kraju.

Strategia i jej realizacja

Dzięki wspólnemu działaniu gmin, składających się na Metropolię, realizowanie zadań wynikających z założonej strategii jest dużo efektywniejsze, tak pod względem organizacyjnym jak i finansowym. Stwarza również nowe możliwości. Strategia ma charakter dwuwymiarowy: wewnętrzny i zewnętrzny. Założeniem tego pierwszego jest przede wszystkim spójność przestrzenna, społeczna i gospodarcza oraz zapewnienie wysokiej jakości życia mieszkańców. W przypadku działań zewnętrznych, władze metropolii skupiają się na budowie wizerunku ośrodka metropolitalnego, rozpoznawalnego na arenie międzynarodowej, atrakcyjnego do mieszkania, studiowania, inwestowania i odwiedzania. Na lata 2018-2022 ustalony został Program działań strategicznych Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii. Założenia programu koncentrują się na 5 priorytetach rozwojowych zawartych w Programie Działań Strategicznych:

  1. kształtowanie ładu przestrzennego,  zrównoważona „zielona metropolia”,
  2. rozwój publicznego transportu zbiorowego i zrównoważona mobilność miejska oraz polityka rowerowa,
  3. rozwój społeczny i gospodarczy
  4. promocja związku metropolitalnego i jego obszaru,
  5. rozwój instytucjonalny.

Działania wdrażane na ich podstawie koncentrują się przede wszystkim na integracji potencjałów gmin i miast członkowskich, wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań na rzecz stopniowego wzmacniania funkcji metropolitalnych i poprawy jakości życia.

Połączone siły to większa skuteczność, szansa na szybki rozwój, a także potencjał do stania się atrakcyjnym partnerem inwestycyjnym.

Rebranding Work Service. Od 19 lipca usługi pod marką Gi Group

Work Service S.A. od 19 lipca br. będzie oferowała usługi w obszarze rekrutacji, zatrudnienia tymczasowego i stałego oraz outsourcingu pod marką międzynarodowej agencji zatrudnienia Gi Group. Rebranding jest kolejnym etapem konsolidacji usług w ramach Gi Group i wynika ze strategii biznesowej grupy.

Zmiana marki Work Service jest kolejnym ważnym krokiem w integracji usług w ramach Gi Group, która w sierpniu 2020 roku nabyła większościowy pakiet akcji Work Service S.A. Wynika ona ze strategii biznesowej Gi Group, która w skali globalnej pod tą właśnie marką oferuje usługi w obszarze rekrutacji, zatrudnienia tymczasowego i stałego oraz outsourcingu pracowników „blue collar”.

– Ponad 20 lat działalności Work Service zbudowało nasze duże doświadczenie, zaufanie firm i kandydatów. Nadal chcemy jak najskuteczniej odpowiadać na rosnące wymagania rynku, rozwijając kompleksowość usług – począwszy od rekrutacji, przez zatrudnienie stałe lub tymczasowe, pełną obsługę kadrowo-płacową, po wspieranie rozwoju kariery pracowników. Od 19 lipca br. będziemy działać pod marką Gi Group, jednej z najsilniejszych i najbardziej rozpoznawalnych w Europie i na świecie – komentuje Iwona Szmitkowska, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Efektem integracji usług Work Service S.A. i Gi Group sp. z o.o. pod jedną, globalną marką będzie pełne wykorzystanie ich synergii i komplementarności, a także najlepszych praktyk i rozwiązań. Zapewni możliwość podjęcia działań na większą skalę i większą skuteczność operacyjną, tym samym bardziej dynamiczny rozwój, zwiększenie liczby klientów oraz skuteczne budowanie pozycji lidera w obszarze rekrutacji, zatrudnienia tymczasowego i stałego oraz outsourcingu w Polsce. Istotnym elementem strategii będzie dalsze wdrażanie nowoczesnych rozwiązań, automatyzacji i digitalizacji procesów.

– Polska jest bardzo ważnym dla nas rynkiem, na którym chcemy się rozwijać. Inwestycja w Work Service S.A. i integracja usług pod jedną marką umacniają naszą pozycję konkurencyjną. Są też jasnym, pozytywnym komunikatem do rynku: jesteśmy dla Was obecni w Polsce we wszystkich obszarach, w których nas potrzebujecie: rekrutacji i zatrudnienia w zakresie pracy tymczasowej, stałej oraz outsourcingu pracowników „blue collar” jako Gi Group, rekrutacji profesjonalistów i menedżerów jako Grafton Recruitment oraz wyższej kadry zarządzającej przez Wyser – komentuje Paolo Caramello, szef Gi Group na Europę Centralną.

Proces rebrandingu Work Service

Spółka Work Service S.A. nadal będzie działała jako podmiot prawny, zachowując dotychczasową nazwę przedsiębiorstwa. Oferowanie przez Work Service S.A. usług pod marką GI Group nie wpłynie na bieżącą obsługę klientów i kandydatów. Nie wymaga z ich strony podejmowania jakichkolwiek działań w zakresie dotychczasowej współpracy.

Wartości marki Gi Group, takie jak zrównoważony rozwój, odpowiedzialność, współpraca, troska, ciągle uczenie się i innowacyjność są zbieżne z wartościami Work Service S.A. Nawiązują do wysokiej jakości usług, nowych technologii i trendów w obszarze HR.

Rozpoczynany 19 lipca br. proces rebrandingu Work Service na Gi Group obejmie różnorodne działania. W ciągu najbliższych tygodni zostanie wprowadzone nowe oznakowanie biur firmy w całej Polsce, logo Gi Group pojawi się na wszystkich materiałach marketingowych. Zmianę identyfikacji wizualnej będą wspierały silne działania marketingowe, planowana jest m.in. kampania wizerunkowa. Proces rebrandingu koordynuje zespół marketingu, kierowany przez Kamila Jankowskiego, dyrektora marketingu Gi Group w Polsce.

Microsoft, DHL i Amazon najczęściej wykorzystywani w działaniach cyberprzestępczych

Microsoft stał się ulubioną marką wśród hakerów. 45 proc. wszystkich prób wyłudzeń danych dokonywanych było z wykorzystaniem wizerunku cyfrowego giganta z Redmond. Cyberprzestępcy chętnie podszywają się również pod kurierów i sklepy internetowy, wykorzystując rosnące uzależnienie od zakupów online – ostrzegają eksperci Check Point Research.

Już trzeci kwartał z rzędu Microsoft jest najczęściej wykorzystywaną marką w kampaniach phishingowych, czyli działaniach mających za cel przejęcie danych logowania – wynika z raportu Brand Phishing Report stworzonego przez Check Point Research. W drugim kwartale roku aż 45% tego typu kampanii hakerskich wykorzystywało wizerunek firmy znanej głownie z systemu Windows i pakietu Office. Sytuację potwierdzają również komunikaty Microsoftu, który w ostatnich tygodniach ostrzegał m.in. przed rosyjską kampanią Nobelium, atakującą jej użytkowników.

Cyberprzestępcy nadal podszywają się pod zaufane marki, aby nakłonić ludzi do ujawnienia swoich danych osobowych. Przestępcy liczą na brak czujności i błąd ludzki zarówno podczas zakupów internetowych jak i odczytywania e-maili. Jak zawsze, zachęcamy użytkowników do zachowania ostrożności podczas ujawniania swoich danych oraz otwierania załączników czy linków z e-maili, które rzekomo pochodzą od firm takich jak Amazon, Microsoft czy DHL – dodaje Wojciech Głażewski, dyrektor Check Point Software w Polsce.

Popularność zakupów internetowych nieustannie rośnie o czym pamiętają również cyberprzestępcy. O ile w pierwszym kwartale 2021 r. wśród najczęściej „imitowanych” branż, zaraz za technologiczną, była bankowość i finanse, tak w okresie kwiecień-czerwiec na drugim miejscu podium umiejscowił się handel detaliczny prawdopodobnie za sprawą kampanii wyprzedażowej Amazon Prime Day. Zdaniem ekspertów Check Pointa cyberprzestępcy w ostatnich trzech miesiącach chętnie wykorzystywali również wizerunek DHL (26%) oraz właśnie Amazona (13%), który od tego roku oficjalnie dostępny jest również w Polsce.

– Cyberprzestępcy nieustannie ponawiają próby kradzieży danych osobowych i logowania, podszywając się pod wiodące marki. W okresie poprzedzającym Amazon Prime Day zarejestrowano ponad 2300 nowych domen nawiązujących do marki Amazon – powiedział Omer Dembinsky, kierownik grupy ds. badań danych w Check Point Software.

Najczęściej wykorzystywane marki w kampaniach phishingowych

  1. Microsoft (45%)
  2. DHL (26%)
  3. Amazon (11%)
  4. Bestbuy (4%)
  5. Google (3%)
  6. LinkedIn (3%)
  7. Dropbox (1%)
  8. Chase (1%)
  9. Apple (1%)
  10. Paypal (0.5%)

Microsoft, DHL i Amazon najczęściej wykorzystywani w działaniach cyberprzestępczych

Rozwój 5G a paradoks Jevonsa, czyli co wspólnego mają zużycie węgla i nowy standard telekomunikacyjny

Im bardziej wydajne są zasoby, tym więcej ich zużywamy – mówi zjawisko opisane półtora wieku temu przez angielskiego ekonomistę Williama S. Jevonsa. Paradoks ten pierwotnie odnosił się do wykorzystywania węgla w epoce maszyn parowych. Chociaż idee Jevonsa powstały w trakcie rewolucji przemysłowej, nadal są aktualne w dobie rewolucji cyfrowej. Obecnie można je odnieść także do efektywności energetycznej związanej z wdrożeniem sieci 5G.

Wbrew pozorom, troska o zrównoważone wykorzystanie surowców nie jest zjawiskiem spopularyzowanym w XX wieku. W książce „The Coal Question”, wydanej w 1865 r., Jevons zauważał, że innowacyjne rozwiązania stosowane w silnikach parowych mogą prowadzić do zwiększonego wykorzystania węgla. Wówczas jednak autora bardziej martwił fakt, że w Wielkiej Brytanii zabraknie tego surowca, niż ewentualne szkody środowiskowe, do jakich korzystanie z niego mogło się przyczynić.

Teoria Jevonsa przetrwała próbę czasu i obecnie można ją ująć w następujących słowach: im bardziej wydajny jest proces lub system, tym bardziej prawdopodobne jest, że będziemy z niego często korzystać, co spowoduje globalny wzrost poziomu jego użytkowania. Ta prawda dotyczy również współczesnych sieci 5G, w których osiągnięcie prawdziwego zrównoważonego rozwoju będzie wymagać kompleksowego podejścia ze strony operatorów, firm korzystających z nowego standardu i konsumentów.

Współczesny paradoks Jevonsa: efektywność energetyczna sieci 5G a jej zrównoważony rozwój

Wdrożenie sieci 5G uznawane jest za jedną z najważniejszych zmian w komunikacji cyfrowej, które dokonały się w czasie życia tylko jednego pokolenia. Równolegle z wprowadzeniem tej i wielu innych nowoczesnych technik trwa dyskusja na temat ich wpływu na środowisko i zrównoważonego rozwoju. Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska definiuje go jako „tworzenie i utrzymywanie warunków, w których ludzie i przyroda mogą istnieć w produktywnej harmonii, aby wspierać obecne i przyszłe pokolenia”.

Dobra wiadomość jest taka, że pod względem zużycia energii wymaganej do przesyłania danych standard 5G jest uznawany za bardziej oszczędny niż 3G lub 4G. Według nowych badań, przeprowadzonych przez STL Partners we współpracy z firmą Vertiv, sieci 5G mogą być nawet o 90% bardziej wydajne w przeliczeniu na jednostkę ruchu niż wcześniejsze.

Jednak, jak słusznie zaznaczył Jevons, wydajność to nie wszystko. W miarę wdrażania kolejnych sieci 5G wzrośnie ogólne zużycie energii w sieciach komórkowych. Nowe sieci będą co prawda bardziej wydajne niż sieci 4G, ale jednocześnie bardziej rozpowszechnione i będzie przepływać przez nie większa ilość danych. Według modeli opracowanych przez Vertiv, wdrożenie 5G spowoduje zwiększenie całkowitego poboru mocy w sieci do 2026 roku o 150-170 proc. Największy wzrost nastąpi w obiektach dużej skali i telekomunikacyjnych centrach danych.

Według analiz z raportu STL Partners i Vertiv pt. Dlaczego zarządzanie energią ma kluczowe znaczenie dla sukcesu 5G, wszyscy uczestnicy „łańcucha 5G” – od operatorów po konsumentów – muszą myśleć całościowo o zużyciu energii i zrównoważonym rozwoju. Sprowadza się to do dwóch kluczowych koncepcji.

  1. Należy upewnić się, że standard 5G został wdrożony w możliwie najbardziej wydajny sposób, z wykorzystaniem energii odnawialnej (dotyczy to nie tylko zasilania z wysoce energooszczędnych sieci, ale także zastosowania powiązanych urządzeń zasilających i chłodzących).
  2. Korzyści wynikające ze zrównoważonego rozwoju zapewniane przez 5G zostały szeroko wykorzystane w całym społeczeństwie i wdrożone w przedsiębiorstwach. Na przykład, zastąpiły wysokoemisyjne procesy analogowe.

W raporcie zidentyfikowano również kilka branż, w których można znacząco usprawnić dążenie do zrównoważonego rozwoju i osiągnąć lepszą produktywność dzięki usługom 5G. Przykładowo, przedsiębiorstwa produkcyjne mogą wykorzystać ten standard do zaawansowanej konserwacji prewencyjnej i automatyzacji procesów. Dzięki temu, według szacunków ekspertów STL Partners, do 2030 roku mogą osiągnąć korzyści w wysokości nawet 730 miliardów USD.

Wyzwania dla operatorów

Firmy telekomunikacyjne muszą zmierzyć się z jeszcze innym wyzwaniem. Mało prawdopodobne jest, że wystarczy wdrożyć sieci 5G w sposób zrównoważony i mieć nadzieję, że klienci będą postrzegać operatorów jako ekspertów w dziedzinie zarządzania energią. Według raportu STL Partners i Vertiv, zaledwie 37% ankietowanych uważa operatorów za wiarygodnych partnerów w zakresie redukcji emisji dwutlenku węgla, ale 56% stwierdziło, że w przyszłości firmy telekomunikacyjne mogą być takimi partnerami. Operatorzy telekomunikacyjni muszą dowieść, że również sami wykorzystują 5G do opracowywania nowych zrównoważonych procesów cyfrowych w ramach własnej infrastruktury. Aby być wiarygodnym, świadomym partnerem dla swoich klientów, operatorzy sami muszą dawać przykład.

Piotr Wójcik, Dyrektor Działu Sprzedaży ds. Klientów Kluczowych w Polsce i krajach bałtyckich, Vertiv

Ekspansja Toyoty i Panasonica na rynku baterii do samochodów elektrycznych

Japończycy walczą o pozycję lidera na rynku baterii. Lepsza produktywność we własnych fabrykach i niższe koszty produkcji baterii do samochodów elektrycznych i hybrydowych – to sposób Prime Planet Energy&Solutions, spółki joint-venture Toyoty i Panasonica, by odegrać poważną rolę na rynku zdominowanym przez firmy z Chin i Korei Południowej.

Prime Planet Energy&Solutions jest największym dostawcą baterii do samochodów hybrydowych, a jednocześnie dąży do zwiększenia udziału w rynku baterii do aut elektrycznych. Toyota i Panasonic podpisały umowę o założeniu tej spółki joint venture w styczniu 2019 roku, a działalność Prime Planet rozpoczęła w 2020 roku. Od tego czasu zajmuje się produkcją baterii pryzmatycznych, a także badaniami (R&D) nad bateriami nowej generacji oraz nową, obiecującą technologią akumulatorów ze stałym elektrolitem. W pierwszym roku fiskalnym działalności firma wyprodukowała 1,4 mln baterii do aut hybrydowych i elektrycznych. W dziedzinie akumulatorów trakcyjnych do aut hybrydowych ma już około 25 procent rynku i jest jego liderem. Inaczej sprawy się mają w kwestii baterii do aut elektrycznych, gdzie ponad połowa udziału w rynku należy do dwóch firm – chińskiego CATL and oraz koreańskiego LG Energy Solution.

Hiroaki Koda, prezes Prime Planet Energy&Solutions, zamierza jednak rzucić wyzwanie konkurentom. Jak? „10-krotne zwiększenie naszej produktywności to tylko jeden ze sposobów na nawiązanie walki z rywalami. Podejmujemy wiele środków takich jak zwiększenie możliwości samych baterii oraz rewizja naszych planów inwestycyjnych w fabrykach. Konkurencja na rynku jest bardzo zacięta, więc cały czas analizujemy nasze plany i wprowadzamy korekty” – mówił Koda w rozmowie z serwisem Bloomberg.

Prezes firmy należącej do Toyoty i Panasonica zapowiada otwarcie nowych linii produkcyjnych w Chinach i Japonii. Chce jednak przede wszystkim obniżyć koszty produkcji baterii o połowę, co sprawi, że będą bardziej konkurencyjne niż produkty rywali. 60 procent kosztów produkcji baterii do aut elektrycznych pochłaniają metale takie jak lit czy kobalt. Znalezienie sposobu na to, jak ograniczyć koszty jest o tyle istotne, że coraz większy popyt na auta elektryczne winduje ceny metali ziem rzadkich na niebotyczne poziomy.

Hiroaki Koda zamierza też powalczyć o redukcję pozostałych 40 procent kosztów, które związane są z badaniami, produkcją oraz inwestycjami w obiekty. Tam widzi największe pole do poprawy. „Możemy trzykrotnie poprawić naszą produktywność dzięki m.in. zwiększeniu cyfryzacji i wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Chcemy szybciej odpowiadać na potrzeby naszych klientów. Naszym ostatecznym celem jest 20-krotne zwiększenie produktywności. Korzystamy z atutów Toyoty i Panasonica, założycieli firmy Prime Planet, starając się połączyć siły nie tylko obu firm, ale całych grup” – dodał.

Lata doświadczeń z Toyota Production System

Koda jest zdeterminowany, by swoje założenia wprowadzić w życie. I to bardzo. „Japan Times” przypomina historię z 2019 roku, która najlepiej opisuje, jak bardzo zależy mu na tym, by plany realizować szybko i skutecznie.

Prezes Prime Planet Energy&Solutions i doświadczony manager Toyoty wybrał się wówczas na jeden dzień z Japonii do Chile do kopalni litu, by zgodnie z genchi genbutsu, jedną z zasad Toyota Production System, na miejscu przekonać się, jak funkcjonuje obiekt i wdrożyć rozwiązania, które usprawnią jego codzienną pracę. Poleciał z Tokio do Buenos Aires, następnie lokalnym, trzygodzinnym lotem udał się do Chile, a potem kolejnych kilka godzin spędził w aucie, które dowiozło go na wysokość 4000 m n.p.m., gdzie w okolicy słonych jezior wydobywany jest lit. Spędził tam jeden dzień, co i tak jest sporym wyczynem dla osób nie obytych z takimi wysokościami. Wizyta ta pomogła w znalezieniu około 100 sposobów na to, jak usprawnić funkcjonowanie obiektu, w czym nie przeszkodziły nawet gargantuiczne rozmiary kopalni, porównywalne z amerykańskimi metropoliami, ani to, że w nowym dla siebie miejscu spędził mniej czasu niż w podróży.

Koda jest skuteczny i dlatego Toyota i Panasonic powierzyły mu funkcję prezesa Prime Planet Energy&Solutions. Ma też ogromne doświadczenie. Wcześniej przez wiele lat odpowiadał w Toyocie za optymalizację procesów produkcji i zarządzanie cenami zakupów. Wiele jego technik, jak choćby genchi genbutsu, wywodzi się wprost z Toyota Production System, czyli filozofii, która koncentruje się na hiperefektywności na wszystkich etapach procesu. Koda ma jednak świadomość wyzwania, z jakim się mierzy.

„To bardzo konkurencyjne środowisko. Świat dąży do redukcji emisji CO2, a producenci przyspieszają elektryfikację aut. Bez względu na to, czy chodzi o hybrydy, czy w pełni elektryczne auta, chcemy zmieniać sposób, w jaki pracujemy, działać szybko, zwiększyć naszą produktywność i redukować koszty. Samochody elektryczne muszą osiągnąć pewien pułap cenowy, by były bardziej dostępne” – powtarza Koda.

Co trzeci młody pracownik odczuł zawodowe skutki pandemii

Jak wynika z badania ADP „People at Work 2021: A Global Workforce View” pandemia COVID-19 istotnie odbiła się na sytuacji zawodowej najmłodszych zatrudnionych. 28 proc. polskich pracowników w wieku 18-24 lata straciło pracę lub musiało skorzystać z bezpłatnego urlopu, a 22 proc. z nich obniżono pensję. Z kolei 56 proc. młodych Polaków obawia się, że w przyszłości trudno będzie im znaleźć zatrudnienie. 

Jednym ze skutków pandemii COVID-19 było przyspieszenie digitalizacji i wdrażania nowych procesów w firmach – w tym pracy zdalnej. Młodzi ludzie, dobrze odnajdujący się w nowych technologiach, łatwo przystosowali się do dynamicznych zmian, co często próbowali wykorzystać ich pracodawcy, zlecając im nowe zadania. W momencie zmiany, a także
w czasie braków kadrowych spowodowanych pandemią koronawirusa, na wielu najmłodszych pracowników zostały nałożone nowe obowiązki. Z raportu „People at Work 2021: A Global Workforce View” wynika, że aż 41 proc. pracowników młodego pokolenia w trakcie pandemii COVID-19 musiało wziąć na siebie dodatkowe zadania, a 21 proc. wyznaczono nową rolę w firmie. Niestety, zaledwie połowa polskich pracowników w przedziale 18-24 twierdzi, że została dobrze przygotowana do roli, którą objęli. Tylko w przypadku 32 proc. ankietowanych pracodawcy zapewnili dodatkowe szkolenia, podwyżkę wynagrodzenia otrzymało natomiast tylko 37 proc. z nich.

Zmieniająca się dynamicznie rzeczywistość na rynku pracy sprawiła, że przedsiębiorcy podejmowali równie szybko strategiczne decyzje dotyczące swojego biznesu. Wierząc w szybszą adaptację do zmian nie bali się przekazywać nowych zadań osobom młodym, dopiero rozpoczynającym swoją karierę. Pracownicy pokolenia Z chętnie przyjmowali dodatkowe obowiązki, co jednak – jak się okazuje – rzutowało na ich kondycję psychiczną. Co czwarty ankietowany przyznaje, że jednym z najważniejszych wyzwań, które napotkali
w trakcie pandemii był stres związany z pracą
– mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Młody powiew niezależności

Co istotne, pandemia COVID-19 nie przełożyła się na chęć pozostania pracowników w swoim dotychczasowym miejscu pracy. Z badania przeprowadzonego przez firmę ADP „People at Work 2021: A Global Workforce View” wynika, że zaledwie 9 proc. Polaków z tzw. pokolenia Z wyraża chęć pozostania w obecnej organizacji od 5 do 10 lat. Co trzeci ankietowany w tym przedziale wiekowym przyznaje, że nie wiąże ze swoim obecnym pracodawcą dłuższej przyszłości niż rok lub dwa lata. Podobne tendencje obserwowane są na świecie, gdzie jeden na czterech zatrudnionych w wieku 18-24 lata planuje przyszłość w obecnej firmie na maksymalnie kolejne dwa lata, 12 proc. natomiast ma zamiar pozostać w swojej organizacji od 5 do 10 lat.

Ciemne barwy przyszłości

Trwająca od ponad roku pandemia sprawiła, że wiele młodych osób – często – z dnia na dzień pozostało bez zatrudnienia. Według danych z raportu ADP, 6 proc. pracowników pokolenia Z otwarcie przyznaje, że straciło pracę, natomiast 16 proc., że zostało zmuszonych do wzięcia bezpłatnego urlopu, w wyniku czego ich sytuacja życiowa i zawodowa uległy pogorszeniu. Co ciekawe 5 proc. z nich zostało także zwolnionych czasowo, z możliwością późniejszej pracy u tego samego pracodawcy. Ponadto, ponad połowa ankietowanych (56 proc.) Polaków w wieku 18-24 w badaniu ADP wyraziła obawy, że ciężko będzie im znaleźć pracę po pandemii – jest to wynik o blisko 10 p.p. wyższy od średniej z 17 krajów (47 proc.). Nie są to jedyne obawy, które dotykają pracowników pokolenia Z. Co drugi młody Polak przyznaje, że w ciągu najbliższych 3 lat spodziewa się negatywnych skutków pandemii COVID-19 związanych z bezpieczeństwem finansowym.

Z danych Ministerstwa Pracy, Rozwoju i Technologii wynika, że stopa bezrobocia rejestrowanego w Polsce od początku tego roku utrzymuje się na poziomie 6,4-6,5 proc. Co więcej, Polska jako jeden z trzech krajów w Unii Europejskiej w 2020 roku odnotowała wzrost zatrudnienia. Nie oznacza to jednak, że sytuacja na rynku pracy dla młodych pracowników jest dobra. W ciągu ostatniego roku stopa tzw. bezrobocia młodych (osób do 25 r.ż.) wzrosła z 9,6 proc. do 14,8 proc. Oznacza to, że pokolenie Z, jest jednym z tych, które najbardziej odczuło zawodowe skutki pandemii i będzie odczuwać je przez najbliższe kilka lat – dodaje Barbachowska.

Luki kompetencyjnej nie przykryje pudrowanie noska. Potrzebna jest poważna operacja plastyczna

Cyfryzacja, która przyspieszyła przez pandemię, pokazuje nam jakich umiejętności wśród pracowników będą szukać pracodawcy. Obnażyła też dużą lukę kompetencyjną w przemyśle, która polskich przedsiębiorców już stawia pod ścianą, a inwestorów zagranicznych może zacząć odstraszać. Dodatkowo, ostatnie miesiące pokazały, że polska gospodarka błyskawicznie odbudowuje się po pandemii, a pracodawcy już narzekają na niedobór wykwalifikowanych kadr. Bez poważnej reformy szkolnictwa zawodowego i technicznego, Polska przegra wyścig w obszarze wysokorozwiniętego przemysłu.

Rynek polski do tej pory postrzegany był bardziej jako rynek taniej siły roboczej i tanich technologii niż wysokorozwiniętego przemysłu, który wymaga kompetencji. Zagraniczni inwestorzy lokowali u nas najczęściej produkcję, do której wystarczyło przyuczenie przy maszynie. Produkcję wykorzystującą zaawansowane technologie, wymagające zupełnie innych umiejętności i kompetencji od pracowników, lokowano na Zachodzie, np. w Niemczech, gdzie kształcenie zawodowe i techniczne było oczkiem w głowie każdej kolejnej ekipy rządzącej i przedsiębiorców. U nas przez wiele lat zostało całkowicie porzucone.

30 lat systemowych zaniedbań

Na początku lat 90. w Polsce zaczął się boom na kształcenie wyższe. Szkolnictwo zawodowe straciło na znaczeniu. Także za sprawą tego, że w Polsce zaczęto lokować tanie technologie wymagające obsługi prostych maszyn. Firmy, które wcześniej zaopatrywały szkoły zawodowe w maszyny i umożliwiały przeprowadzenie praktyk, przestały w nie inwestować, bo nie potrzebowały pracowników z kwalifikacjami. Potrzeby dostosowania programu edukacji w szkołach zawodowych nie widzieli też rządzący. I tak, kształcenie zawodowe i techniczne stało się nieadekwatne do obecnych potrzeb rynku. Pandemia, która przyspieszyła cyfryzację, pokazała, że świat zmierza w kierunku wysokocyfrowego przemysłu, na który nasz rynek dzisiaj kadrowo nie jest gotowy.

– „Teraz, kiedy przestaliśmy być rynkiem taniej siły roboczej i tanie procesy przestają mieć rację bytu, widać jak powiększa się luka kompetencyjna. Przed pandemią, to było pudrowanie noska, ale teraz potrzebna jest poważna operacja plastyczna. Bez modyfikacji systemu kształcenia trudno będzie w Polsce rozwijać przemysł wysokiej technologii. Sami przedsiębiorcy sobie z tym nie poradzą, a pracowników zwyczajnie nie stać na prywatne kursy podnoszące kwalifikacje zawodowe, które kosztują kilka tysięcy złotych.” – mówi Joanna Rutkowska, Dyrektor HR agencji zatrudnienia Trenkwalder Polska.

Potrzeba ciągłego kształcenia

Oprócz zmian systemowych w edukacji zawodowej, potrzebna jest większa elastyczność do zmiany zawodu, zmiana podejścia pracowników do swojego rozwoju związana z dążeniem do ciągłego kształcenia, zdobywaniem umiejętności w konkretnych obszarach. Widoczny boom na przekwalifikowanie się, który ma związek z przedłużającą się pandemią może nie wystarczyć. Ogólnoświatowy rozwój przemysłu wysokocyfrowego wymaga od pracowników umiejętności obsługi maszyn cyfrowych, umiejętności czytania rysunku technicznego. To często wymaga też znajomości języka angielskiego, na poziomie, który pozwoli porozumieć się z taką maszyną.

„Widzimy coraz większy popyt na umiejętności obsługi maszyn, ale nie fizycznej, a przy monitorach. Prowadzimy obecnie rekrutacje na operatorów i programistów CNC, automatyków, techników utrzymania ruchu dla inwestorów zagranicznych z obszaru przemysłu wysokorozwiniętego. Możemy takich inwestorów przyciągnąć do Polski więcej, ale potrzebujemy więcej wykwalifikowanych pracowników na naszym rynku.” – podkreśla Joanna Rutkowska

Zawody z perspektywą

Już od kilku lat obserwujemy, że wykształcenie wyższe (szczególnie to dające wiedzę ogólną) przestaje być już gwarantem kariery zawodowej i dobrych zarobków. W wielu przyszłościowych zawodach wcale nie musi być wymagane przez pracodawców. Na rynku pracy coraz bardziej liczą się konkretne umiejętności. Z jednej strony to kompetencje techniczne, znajomość mechaniki, elektroniki, mechatroniki, automatyki, rysunku technicznego i programowania maszyn, wymagane w zawodach takich, jak  operator i programista CNC, automatyk, technik utrzymania ruchu, ale też spawacz, czy operator wózka widłowego. Opłaca się zdobywać umiejętności w zawodach technicznych, bo widełki płacowe wynoszą od 4500 zł do nawet 7000 zł brutto.

Po drugiej stronie mamy umiejętności miękkie i zawody, w których komputer jeszcze nas tak szybko nie zastąpi. To zawody wymagające kontaktu z drugim człowiekiem, jak np. fryzjer, kosmetyczka, psycholog, lekarz, pielęgniarka, ratownik medyczny czy rehabilitant. Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na zawód rehabilitanta. Podobnie, jak na Zachodzie, także u nas społeczeństwo się starzeje. W 2020 roku, tzw. wskaźnik starości demograficznej wyniósł 18,6 proc. (w 1990 roku osoby w starszym wieku stanowiły 10 proc. ludności). Przyrost naturalny spadł do -122 tys., a grupa osób w wieku 65+ zwiększyła się o 173 tys. osoby do wielkości ponad 7,1 mln[1]. Poza tym, coraz więcej pracy wykonujemy siedząc – czy to przed monitorem laptopa, czy przed monitorem maszyny w fabryce. Popyt na rehabilitację, będzie więc wzrastał. Niestety, także w zawodach tzw. opiekuńczych, widać lukę kompetencyjną i braki kadrowe, spowodowane latami zaniedbań w rozwoju tych zawodów oraz ich promocji.

[1] Raport GUS: „Ludność. Stan i struktura oraz ruch naturalny w przekroju terytorialnym w 2020 r.”

JR HOLDING ASI S.A. zainwestuje w operatora serwisu dyktanda.pl 1,3 mln zł

EDU Games S.A. jest zarówno wyłącznym właścicielem jak i operatorem serwisu internetowego dyktanda.pl. Na koniec maja 2021 roku zarejestrowanych w nim było około 60 tys. użytkowników oraz zanotowano około 600 tys. unikalnych użytkowników (według Google Analytics). W przedsięwzięcie jest zaangażowany kapitałowo również były prezes warszawskiej Giełdy dr Ludwik Sobolewski, który pełni jednocześnie funkcję członka Rady Nadzorczej Edu Games.

– Pozyskanie solidnego partnera w postaci JR HOLDING jest dla Edu Games szansą na przyspieszenie rozwoju. Stanowi to dla nas także potwierdzenie dotychczas zbudowanej wartości biznesu i perspektyw modelu biznesowego spółki – powiedział dr Sobolewski.

EDU Games planuje dalszy rozwój w zakresie stworzenia i zaimplementowania szeregu nowych modułów, stanowiących uatrakcyjnienie serwisu i rozszerzenie jego funkcjonalności w zakresie stworzenia i zaimplementowania: modułu korepetycji online, dyktand ze słuchu, modułu analizy i powtórek błędów ortograficznych, modułu Q&A, modułu dziecko/rodzic, gry „Bitwa Ortograficzna” oraz platformy „Matematyka” jako serwisu matematycznego o równie rozbudowanych możliwościach dla użytkowników.

– Projekt dyktanda.pl rośnie dynamicznie i jednocześnie systematycznie, notując ciągłe wzrosty rzędu kilkadziesiąt procent miesiąc do miesiąca. Platforma cały czas rozwija się funkcjonalnie, po wakacjach chcemy oddać użytkownikom kolejne moduły pomagające w kreatywnej i zgrywalizowanej edukacji. Konsekwentnie budujemy markę Dyktanda.pl i docieramy do coraz większego grona odbiorców – już nie tylko do młodzieży szkolnej, ale również do dużej liczby osób dorosłych – komentuje Grzegorz Wach, Prezes Zarządu EDU Games S.A.

Spółka EDU Games zawarła z JR HOLDING umowę  inwestycyjną określającą warunki inwestycji JR HOLDING w 20% akcji spółki w zamian za kwotę ok. 1,3 mln zł.

– Ta inwestycja jest dla nas kolejnym etapem realizacji naszej strategii angażowania się w projekty z branży nowych technologii. EDU Games działa w rosnącej branży wsparcia edukacji, w której nowe technologie zyskują coraz większe znaczenie, szczególnie w związku z wyzwaniami jakie postawiła przed nami pandemia. Zamierzamy wesprzeć to przedsięwzięcie i dzięki temu wzmocnić naszą ekspozycję na sektory dla których obecna sytuacja jest szansą rozwojową – powiedział Artur Jedynak – wiceprezes Zarządu JR HOLDING ASI S.A.

Jak długo będzie z nami tryb risk-off?

Na rynkach finansowych zapanował tryb risk – off. Azjatyckie giełdy rozpoczynają tydzień od spadków. Negatywny sentyment przenosi się na Stary Kontynent. Mała liczba istotnych wydarzeń w kalendarzu makro na początku tygodnia powoduje, że uwaga inwestorów zostaje przekierowana ponownie na doniesienia o rozprzestrzenianiu się nowej odmiany „delta” Covid-19.

Dane dotyczące nowych zachorowań na koronawirusa zaczynają niepokojąco świecić się na czerwono. Raporty pokazujące nowe infekcje na 100 tys. mieszkańców w ostatnich 7 dniach znacząco się powiększyły. W przypadku Europy niebezpiecznie wygląda sytuacja w Holandii, gdzie z poziomu ok 30 nowych przypadków na koniec czerwca, aktualnie odnotowuje się ponad 300 nowych zakażeń. W Hiszpani oraz w Wielkiej Brytanii słupki również drastycznie wzrosły. O prawie 100 proc. zwiększyła się liczba nowych przypadków „delty” w USA (w porównaniu do końca ubiegłego miesiąca. Z kolei w Izraelu krzywa zachorowalności zaczęła dynamicznie wznosić się już w II połowie czerwca.

Na tym tle decyzja brytyjskiego ministra o zniesieniu wszelkich ograniczeń pandemicznych wygląda co najmniej dziwnie. Na „Wyspach” od dzisiaj brak ograniczeń w dystansie społecznym, otwarte zostają kluby, puby oraz restauracje. Koncerty mogą być organizowane. Zasłanianie ust i nosa nie jest już wymagane przez prawo, choć rząd nadal zaleca ostrożność i zachowanie dystansu.

Azjatyckie indeksy już pokazały duży sceptycyzm. Nikkei stracił 1,25 proc., Hang Seng ok, 1,8 proc. Kontrakty CFD na amerykański indeks Nasdaq rysuje dziś kolejną negatywną świeczkę na wykresie. Z kolei kontrakt na DAX potrzebował niecałych 3 dni na to, aby znaleźć się przy dolnej bandzie konsolidacji, w której to notowania znajdują się już od jakiegoś czasu. Wysoka wycena indeksów, położenie blisko ATH, niepewność w związku z wirusem „delta” – to wszystko skłania część inwestorów do wychodzenia z rynku. Na początku następuję redukcja długich pozycji, spadki mogą przyjąć większą dynamikę dopiero wówczas, gdy wzrośnie liczba „shortów” na rynku. Główne banki centralne (EBC, Fed) staraj się jak mogą wpłynąć pozytywnie na sentyment rynkowy. Prezes Powell nie powiedział nic nowego przed Komisją, cały czas podkreślając, że inflacja to zjawisko przejściowe. Prezes Lagarde ogłosiła natomiast zmianę strategii inflacyjnej (symetryczna), która pozwala inflacji wyjść powyżej 2 proc. na pewien czas. Oznacza to jedno: niskie stopy pozostaną z nami na dłużej. Dlatego też czwartkowe posiedzenie EBC nabiera większego kolorytu. Lagarde zapowiedziała w wywiadzie, że będzie to ważne spotkanie. Ma zostać ogłoszona zmiana w „forward guidance”. Program PEPP być może zostanie przekształcony w nowy format, co podsyciło spekulacje na temat dodatkowych zakupów obligacji przez instytucję europejską. W średnim terminie euro może być pod presją, wszystko zależy jak bardzo czwartkowa decyzja jest już zdyskontowana.

W piątek otrzymaliśmy kolejne dane na temat inflacji w Polsce. Wskaźnik wyliczony przez Eurostat (HICP) pokazał, że CPI spadł do 4,0 proc. r/r w czerwcu z 4,6 proc w maju. Szacunki były na poziomie 4,4 proc. r/r. Z kolei inflacja bazowa za czerwiec, opublikowana przez GUS wyniosła mniej niż oczekiwano (3,5 proc.) Zarówna lokalna jak i europejska wersja bazowego CPI pokazała wolniejsze tempo wzrostu cen na poziomie miesiąc do miesiąca. W rzeczywistości zmiana w ujęciu miesięcznym bazowego HICP spowolniła z 0,6 proc. m/m w kwietniu do 0,4 proc. m/m w maju oraz do 0,1 proc m/m w czerwcu. To pakiet dobrych informacji dla gołębiej większości zasiadającej w RPP, które wpisują się w tezę, że inflacja pozostaje pod kontrolą a podwyżki stóp byłyby błędem. Widać wyraźnie, że inflacja w Polsce „wystrzeliła” w górę w sposób skokowy z powodu jednorazowych podwyżek cen w sektorze usług w I połowie 2020. Aktualnie inflacja bazowa szybko słabnie w ujęciu r/r. Głównym punktem zainteresowania decydentów z pewnością powinno być przyspieszenie tempa wzrostu cen z miesiąca na miesiąc w najbliższej przyszłości.

EUR/PLN dziś o poranku ulega dalszej deprecjacji. Aktualnie kurs jest na poziomie 4,584, co oznacza, że zbliżamy się do szczytów kwietniowych. Spadająca inflacja, tryb risk-off oraz spór o praworządność z Komisją Europejską tworzą wciąż negatywne środowisko dla PLN.

Łukasz Zembik, Kierownik dep. analiz TMS Brokers

Nawet 20 000 zł miesięcznie. Na tych stanowiskach inżynierowie zarabiają najwięcej

Architekci systemów IT, programiści Java i .NET, ale także specjaliści produkcji, budownictwa oraz automatycy – to czołówka najlepiej zarabiających inżynierów w Polsce. Ich wynagrodzenia przeanalizowali eksperci Bergman Engineering, dodatkowo wskazując sektory, które w czasie pandemii dołączyły do tego grona.

Jeśli przyjrzeć się bliżej konkretnym stanowiskom przynoszącym najlepsze profity pracownikom z tytułami inżynierskimi, właściwie nie będzie tu żadnej niespodzianki. Prym wiedzie branża IT, a wraz z nią doświadczeni eksperci, którzy posiadając wyselekcjonowane umiejętności techniczne, znają także logikę biznesu, potrafią rozmawiać z klientami, negocjować, rozumieją ich potrzeby i je spełniają.

Tomasz Szpikowski – założyciel i Prezes Bergman Engineering
Tomasz Szpikowski – założyciel i Prezes Bergman Engineering

Przeanalizowaliśmy nasze bazy danych, zapytaliśmy klientów, którym zapewniamy wykwalifikowane kadry i możemy to potwierdzić. Najbardziej pożądana przez pracodawców jest znajomość nowych technologii. I właściwie nie ma różnicy w jakiej branży, bo bez nich żadna firma nie może się już dzisiaj obyć – mówi Tomasz Szpikowski, CEO Bergman Engineering.

Jak podkreśla ekspert, do wdrażania takich rozwiązań potrzebni są odpowiedni ludzie, których na rynku pracy nie ma zbyt wielu. W rezultacie są coraz lepiej wynagradzani, a w czołówce są przede wszystkim projektanci nowych systemów i architektury, którą następnie można wykorzystywać na wielu polach. W rezultacie ich wynagrodzenia systematycznie rosną.

Pensje inżynierów wzrosły bardziej niż innych pracownikówtabela

Słowa Tomasza Szpikowskiego potwierdzają dane z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń za 2020 rok przeprowadzonego przez Sedlak&Sedlak. Wzięło w nim udział niemal 17 tys. (16 904) osób z wykształceniem wyższym magisterskim inżynierskim. Okazuje się, że połowa magistrów inżynierów zarabiała od 4 839 zł do 10 000 zł brutto, natomiast 10% z nich powyżej 15 000 zł brutto.

Z badania wynika też, że mediana zarobków inżynierów magistrów osiągnęła pułap 6725 zł brutto, a to jest aż o 1625 zł brutto więcej niż krajowa mediana płac całkowitych (5100 zł brutto).

To oznacza, że w 2020 inżynierowie zarobili prawie 30% powyżej mediany krajowej. I myślę, że to dopiero początek wzrostów. Wystarczy spojrzeć na listę branż zaprezentowaną przez Sedlak&Sedlak. To bardzo rozwojowe i przyszłościowe sektory. Ich ekspansja dopiero przed nami – komentuje Szpikowski.

Analizując najwyższe kwoty w tabeli Sedlak&Sedlak dotyczącej konkretnych stanowisk, widzimy, że architekt-projektant systemów IT może liczyć na ponad 20 000 zł, a mediana w tym fachu to ponad 15 000 zł. Dobre pensje to jednak także bankowości (mediana – 10 000 zł brutto) i energetyka (mediana – 7000 zł brutto) oraz usługi dla biznesu (mediana – 6600 zł brutto) czy transport i logistyka (mediana – 6400 zł brutto).

Te branże rozkwitły w pandemiiWykres

Na tym oczywiście nie koniec. Analizując rynek pracy mamy bowiem do czynienia z zawodami, które od lat kojarzą się z bardzo stabilną pozycją, dużym popytem na takich specjalistów i świetnymi pensjami. Jest jednak także druga grupa, która do czołówki weszła w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, czyli w czasie pandemii.

Branże medyczna i farmaceutyczna, FMCG, e-commerce, usługi kurierskie i programistyczne oraz analityka biznesowa – wylicza Tomasz Szpikowski i precyzuje, że na pandemii zyskują przede wszystkim branże medyczne, związane z higieną, bezpieczeństwem sanitarnym oraz produkcją sprzętu laboratoryjnego i medycznego. Tu najbardziej poszukiwanymi specjalistami są technolodzy i inżynierowie B+R z obszaru chemii oraz farmakologii, inżynierowie związani z automatyzacją produkcji oraz specjaliści ds. nowych inwestycji.

Również szeroko rozumiana branża FMCG i opakowań zaliczyły wzrost sprzedaży. Chodzi o produkty szybkozbywalne (Fast-Moving Consumer Goods), takie jak kosmetyki i artykuły spożywcze. – To z kolei pociągnęło za sobą wzrost popytu na technologów i inżynierów B+R, specjalistów z obszarów logistyki i zarządzania magazynami, jak i inżynierów związanych z automatyzacją produkcji – mówi Tomasz Szpikowski.

W jakich zawodach warto się kształcić?

Kierunki,  w których warto się kształcić to zdecydowanie automatyka i robotyka, logistyka, inżynieria i zarządzanie produkcją. W związku z automatyzacją produkcji oraz rozwijaniem produktów elektronicznych i elektrycznych (pamiętajmy o rosnącej ilości inwestycji z obszaru elektromobility) warto postawić na kierunki kształcenia takie jak elektrotechnika czy elektronika.

Każda branża zawsze będzie potrzebowała inżynierów zajmujących się rozwojem produktu. Kierunki techniczne są bazą, natomiast nie wolno zapominać o drugiej stronie – kompetencjach miękkich, które są niezbędne przy tworzeniu nowych produktów, na stanowiskach z obszaru R&D. Oczywiście, podstawą jest techniczna znajomość produktu ale w przypadku stanowisk dotyczących badań i rozwoju, nieocenione są umiejętności takie jak kreatywność, poszukiwanie nowych rozwiązań, analityczne myślenie czy wychodzenie poza utarte ścieżki – podsumowuje Tomasz Szpikowski.

Bank Pekao S.A. wypłaci dywidendę za 2020 rok

Bank Pekao S.A. przeznaczy na dywidendę 842,5 mln zł, czyli 74,8 proc. zysku netto banku za 2020, co daje 3,21 złotego na jedną akcję. Taki podział ubiegłorocznego zysku to konsekwencja wcześniejszej warunkowej decyzji walnego zgromadzenia akcjonariuszy banku oraz indywidualnego zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego (KNF).

Bazując na współczynnikach kapitałowych oraz na treści sektorowego stanowiska KNF i indywidualnego zalecenia KNF, Bank Pekao spełnia kryteria do wypłaty nawet do 100 proc. dywidendy za 2020 r. Natomiast uchwała WZA przewidywała przeznaczenie na dywidendę do 74,8 proc. zysku netto za 2020 i taka część zysku zostanie podzielona między akcjonariuszy. Uchwała miała charakter warunkowy w kilku opcjach ze względu na konieczność oczekiwania na nowe wytyczne nadzorcze dotyczące wypłaty dywidendy.

Leszek Skiba, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.
Leszek Skiba, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.

Jesteśmy bankiem o wysokim wskaźniku dywidendowym. Wyjątkowo nie wypłaciliśmy dywidendy za 2019 rok ze względu na decyzję regulatora związaną z pandemią. Dziś, wracamy do dzielenia się zyskiem z akcjonariuszami. A nasza silna pozycja kapitałowa pozwoliła nam założyć w naszej strategii do 2024 roku wypłaty na poziomie 50-75 proc. zysku, w każdym roku jej obowiązywania. Przy tym oferujemy również inwestorom ekspozycję na dynamiczny wzrost biznesu – mówi Leszek Skiba, prezes Banku Pekao S.A.

Dzień dywidendy został ustalony na 10 września, a dzień wypłaty dywidendy na 29 września 2021 r. Kwota 283,9 mln zł trafi na kapitał rezerwowy.

Deloitte: Zdaniem trzech czwartych menedżerów firm ubezpieczeniowych pracownicy nie będą chcieli wrócić do biura

Natychmiastowe przejście na tryb zdalny zweryfikowało myślenie o warunkach pracy ubezpieczycieli. Z badania 2021 Insurance outlook, Accelerating recovery from the pandemic while pivoting to thrive zrealizowanego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że niemal 75 proc. menedżerów przewiduje, że pracownicy nie będą chcieli wrócić do pracy w biurze. Stąd poszukiwania optymalnego modelu, który może zrewolucjonizować zarządzanie kapitałem ludzkim w sektorze ubezpieczeniowym.   

Jednym z natychmiastowych skutków pandemii było upowszechnienie się modelu pracy zdalnej. Dotyczyło to również sektora ubezpieczeniowego, którego podejście do pracy w biurze do tej pory postrzegane było jako jedno z najbardziej konserwatywnych. Ubezpieczyciele często musieli przezwyciężać mnóstwo barier dotyczących, m.in. wymogów technologicznych, by wesprzeć model pracy zdalnej na skalę, którą wymogła pandemia. W wielu przypadkach zakres obowiązków wymagał zredefiniowania. Wystarczy wymienić chociażby dynamiczny rozwój ubezpieczeń sprzedawanych online lub zdalne zarządzanie systemem roszczeń.

Wyzwania pracy zdalnej

Jak wskazuje raport Deloitte, powrót pracowników do pracy w biurze jest przez branżę ubezpieczeniową bardzo pożądany. Jednak ze względu na niebezpieczeństwa związane z okresowymi wzrostami zachorowań na COVID-19 i wciąż trwającymi szczepieniami, pracownicy odczuwają lęk przed powrotem. Stąd prawie trzy czwarte menadżerów obawia się, że rozwój ich organizacji może zostać wstrzymany przez wątpliwości pracowników z tym związane.

W związku z tym, dobrze jest ustalić plan działania, który wesprze organizacje w skutecznym zarządzaniu zasobami ludzkimi podczas pracy zdalnej oraz ułatwi pracownikom funkcjonowanie i umożliwi rozwój.

Sektor ubezpieczeń powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, który model najbardziej pasuje do wizji firmy i co wniesie do organizacji w przyszłości. W oparciu o preferencje dotyczące miejsca pracy w raporcie Deloitte wyróżniono trzy modele.

Model tradycyjny opiera się na pracy w biurze. Wybór ten łączy się z koniecznością zaaranżowania przestrzeni w bezpieczny sposób – z uwzględnieniem odpowiedniego dystansu społecznego.

Koncepcja progresywna to tzw. model hybrydowy. Obejmuje połączenie trybu zdalnego z trybem stacjonarnym przy utrzymaniu produktywności i wzmacnianiu integracji pracowników. Wymaga wdrożenia nowych narzędzi technologicznych, które wesprą organizacje w efektywnym funkcjonowaniu.

Model trzeci został w raporcie Deloitte określony jako wizjonerski. Przypomina on koncepcję hybrydową, ale daje pracownikom całkowitą swobodę dotyczącą wyboru modelu pracy. W tym wariancie, należy zwrócić uwagę na budowę inkluzyjnej kultury organizacyjnej, umocnienie więzi w zespołach i ugruntowanie przywództwa.

Warto podkreślić, że przejście w nowy model pracy wymaga inwestycji w rozwiązania informatyczne wspierające komunikację i współpracę pomiędzy pracownikami. Widzimy także zainteresowanie ubezpieczycieli rozwiązaniami cyfrowymi, wspierającymi utrzymanie i poprawę zdrowia fizycznego i psychicznego – mówi Marcin Warszewski, dyrektor w zespole Deloitte Digital.

Integracja w cyfrowym środowisku pracy

Choć doświadczenia, które przyniosła pandemia przysłoniły inne trudności, raport Deloitte wskazuje, że nie można zapominać o innych kwestiach. I tak rozwiązanie problemu nierówności w zatrudnieniu zostało wskazane jako priorytet. Dwie trzecie ankietowanych twierdzi, że ich firma koncentruje się na zwiększaniu różnorodności na poziomie zatrudnienia, rozwoju i wśród kadry zarządzającej. Z badania wynika, że firmy europejskie są w tym procesie najbardziej zaawanasowane. Zmiany w tym obszarze deklaruje aż trzy czwarte respondentów, w rejonie Azji i Pacyfiku są to prawie dwie trzecie ankietowanych, w Ameryce Północnej – 61 proc.

Działania na rzecz rozwoju kadry są bardzo istotne i nie mogą zostać pominięte. Dzięki coraz doskonalszym narzędziom cyfrowym można przeprowadzać zarówno indywidualne, jak i grupowe szkolenia zdalne oraz dokonywać wymiany wiedzy pomiędzy wyższymi a niższymi stanowiskiem członkami zespołu. – Cyfrowe środowisko pracy narzuca sporo zmian w obszarze HR. Rekrutacja, zatrudnienie i onboarding nowego pracownika wymagają zastosowania procesów kontrolujących efektywność oraz dodatkowych systemów bezpieczeństwa. Organizacje powinny rozważyć restrukturyzację działów HR, zasady funkcjonowania odszkodowań pracowniczych, podróży i benefitów – mówi John Guziak, partner, lider ds. kapitału ludzkiego w Deloitte Polska.

O badaniu

Badanie Deloitte US Center for Financial Services zostało przeprowadzone w lipcu i sierpniu 2020 r. wśród 200 menadżerów z sektora ubezpieczeniowego zarządzających finansami, operacjami, szkoleniem pracowników i technologiami. Respondenci pochodzą z trzech regionów –  Ameryki Północnej (Stany Zjednoczone i Kanada), Europy (Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Szwajcaria) oraz Azji i Pacyfiku (Australia, Chiny, Specjalny Region Administracyjny Hongkong i Japonia).

Spór z paczkomatami w tle nabiera rozpędu. Gminy liczą nawet na 2 tys. zł podatku rocznie za jedno urządzenie

Samorządowcy coraz bardziej wnikliwie analizują, czy aby na pewno paczkomaty można opodatkować podatkiem od nieruchomości. Jednak opinie w tej kwestii są podzielone. Jedna z gmin uznała np. automat do przechowywania przesyłek za budowlę i liczyła na dodatkowe środki. Ale organ drugiej instancji zadecydował inaczej. Pojawiają się również stwierdzenia, że część samorządów intensywnie poszukuje dodatkowych źródeł dochodów. A kwota takiego podatku mogłaby wynieść nawet 2 tys. zł rocznie za urządzenie. Jednak według ekspertów, obecnie urzędnikom brakuje orzecznictwa sądowego w tej kwestii. Dlatego wstrzymują się od podejmowania odważniejszych decyzji, co nie oznacza, że siedzą z założonymi rękami.

W gminach są prowadzone szeroko zakrojone analizy zmierzające do właściwej kwalifikacji paczkomatów na gruncie prawa budowlanego oraz ustawy o podatkach i opłatach lokalnych. Według jednego ze stanowisk, automaty przechowujące przesyłki nie są budowlami, więc nie ma podstaw do opodatkowania ich dwuprocentowym podatkiem od nieruchomości. Ale pojawiają się też opinie zupełnie przeciwne. I nie wszędzie jest powściągliwe podejście do tematu.

– Aktualnie postępowania w tym zakresie prowadzone są przez dwie gminy. Obydwa są w toku, więc nie mamy jeszcze rozstrzygnięcia. Pierwsze postępowanie, jakie zostało w tym zakresie wszczęte przez jedną z gmin, która w wydanej przez siebie decyzji uznała paczkomat za budowlę, zakończono już prawomocnie ostateczną decyzją organu II instancji. Samorządowe kolegium odwoławcze przyznało, że paczkomat nie podlega opodatkowaniu podatkiem od nieruchomości, bo nie posiada cech obiektu budowlanego – mówi Wojciech Kądziołka, rzecznik prasowy InPost-u.

Jak informuje Łukasz Mierzejewski z Biura Prasowego Urzędu Miejskiego w Elblągu, organ podatkowy wezwał InPost do złożenia deklaracji dotyczącej podatku od nieruchomości za posiadane na terenie miasta obiekty budowlane, tj. paczkomaty. Z kolei Iwona Prószyńska, rzecznik prasowy Ministra Finansów, zaznacza, że organem podatkowym jest wójt, burmistrz, prezydent miasta, który w oparciu o przepisy prawa podejmuje decyzje dotyczące opodatkowania określonych obiektów. Resort nie jest uprawniony do rekomendacji w tym zakresie. I nie ma danych, ile gmin wprowadziło takie rozwiązanie.

– Niektóre samorządy, zwłaszcza w okresie pandemii i spadku wpływów z części podatku PIT i CIT, intensywnie poszukują źródeł dochodów. W wielu gminach przeprowadza się szczegółowe audyty dotyczące prawidłowości opodatkowania nieruchomości. Robi się przeglądy ulg i zwolnień oraz poszukuje obiektów, które dotąd nie figurowały w ewidencji danego urzędu, a których istnienie może się wiązać z możliwością pobierania podatku od nieruchomości – podkreśla Marek Niczyporuk, doradca podatkowy i radca prawny z Kancelarii Ars AEQUI.

Jak zaznacza Mierzejewski, organ podatkowy może zażądać złożenia wyjaśnień w sprawie przyczyn niezłożenia deklaracji dotyczącej podatku od nieruchomości. Ewentualnie ma prawo wezwać do jej złożenia. Niedopełnienie obowiązku może skutkować odpowiedzialnością karno-skarbową. Podatnik, który uchylając się od opodatkowania, nie ujawnia właściwemu organowi przedmiotu lub podstawy opodatkowania lub nie składa deklaracji, przez co naraża podatek na uszczuplenie, podlega karze grzywny.

– Do kancelarii prawnych zgłasza się coraz więcej klientów z problematyką podatku od nieruchomości. Pojawiają się sugestie organów podatkowych o konieczność zgłoszenia do opodatkowania wielu obiektów czy zmiany stawki opodatkowania. W tej sytuacji pozostają dwa wyjścia. Można zgodzić się i skorygować rozliczenia albo wejść w formalny spór z organem podatkowym – dodaje mec. Niczyporuk.

Z kolei Wojciech Kądziołka zaznacza, że wysokość rzekomego podatku zależy od wartości danej maszyny, która rożni się w zależności od jej wielkości, modelu, daty produkcji itp. Przeważnie wartość urządzenia to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Zatem kwota do zapłaty oscylowałaby w granicach od kilkuset do nawet dwóch tysięcy złotych za maszynę rocznie.

– Cały czas obserwujemy orzecznictwo sądów administracyjnych. Obecnie nie ma wystarczających podstaw prawnych, aby uznać, że paczkomaty podlegają opodatkowaniu podatkiem od nieruchomości jako budowle. Zapewne część samorządów, kierując się niepisaną zasadą fiskalizmu, będzie dążyć do takiego opodatkowania. Ale przecież organy władzy publicznej działają tylko na podstawie i w granicach prawa. Ponadto zgodnie z ustawą Ordynacja podatkowa, niedające się usunąć wątpliwości co do treści przepisów prawa podatkowego rozstrzyga się na korzyść podatnika – stwierdza Wojciech Lis, rzecznik prasowy Urzędu Miasta Tarnobrzeg.

Nieco inną narracją idą niektóre urzędy w kraju. Obecnie w Zielonej Górze paczkomaty nie są opodatkowywane. Natomiast opodatkowaniu dwuprocentową stawką jako budowle podlegają części budowlane lub fundamenty, na których posadowione są te automaty. Do tego grunt, na którym są ustawione, podlega opodatkowaniu stawkami jak od działalności gospodarczej. Z kolei urząd w Częstochowie traktuje paczkomaty jako urządzenia. Podatek od nieruchomości jest naliczany tylko od gruntu pod nimi. I on jest uwzględniany w decyzjach podatkowych dla podmiotów, na których stoją takie paczkomaty.

– Jesienią ub.r. wpisano paczkomaty, bankomaty i inne automaty do ustawy prawo budowlane, a do niej z kolei odwołuje się ustawa o podatkach i opłatach lokalnych. Skoro zatem paczkomat jest uwzględniony w prawie budowlanym, to może być budowlą, a od niej winien być naliczony podatek. Skłaniamy się zatem do tej koncepcji. Jednakże dopiero wyroki sądów administracyjnych w sposób jednoznaczny rozstrzygną sprawę – podkreśla Łukasz Oryszczak, rzecznik prasowy prezydenta Gliwic.

Natomiast, jak informuje Wiesław Ciepiela, rzecznik prasowy Urzędu Miasta Gorzów Wielkopolski, brakuje ugruntowanego orzecznictwa dotyczącego kwestii zasadności opodatkowania paczkomatów jako obiektów budowlanych. Jeśli takie się pojawi, zostaną podjęte czynności weryfikujące postępowanie urzędu co do kwestii opodatkowania ich podatkiem od nieruchomości.

– W aktualnym stanie prawnym uznanie paczkomatu za budowlę, wbrew dorobkowi prawomocnego orzecznictwa podatkowego oraz literalnemu brzmieniu ustawy o podatkach i opłatach lokalnych, wydaje się ryzykowne z perspektywy ewent. kosztów postępowania podatkowego i egzekucyjnego. Pozostaje nam poczekać na stanowisko sądów administracyjnych. Na opodatkowanie paczkomatów miasto ma przecież 5 lat – stwierdza Anna Kulbicka-Tondel, rzecznik prasowy prezydenta miasta Torunia.

W ciągu dekady liczba firm kurierskich w Polsce wzrosła o 170 proc. Co 5. Polak chce odbierać zamówienia z Internetu w sklepie stacjonarnym

Wraz z rosnącą popularnością zakupów internetowych rozwija się branża kurierska. W ciągu ostatniej dekady liczba zarejestrowanych w Polsce firm kurierskich zwiększyła się aż o 170 proc. Już 80 proc. Polaków z dostępem do Internetu robi tą drogą zakupy, z czego 11 proc. zaczęło to robić już w trakcie pandemii. Tylko dla 20 proc. badanych przez polską firmę ExpertSender ważna jest możliwość odebrania zamówienia w sklepie stacjonarnym.

Przez Internet kupuje już 80 proc. Polaków z dostępem do Internetu. Według raportu Zakupy online w Polsce 2020” opracowanego przez ExpertSender, polską firmę wspierającą marki w automatyzacji marketingu opartego na danych, 17 proc. respondentów kupuje online kilka razy w tygodniu, a 4 proc. robi to nawet codziennie. Najwięcej osób – 41 proc. – deklaruje, że zakupy przez Internet robi kilka razy w miesiącu. Jako czynnik zachęcający do finalizacji zakupów internetowych najwięcej osób – niemal 20 proc. – wskazało szybką i przewidywalną dostawę. Z kolei jej brak zniechęca 13,5 proc. respondentów.

Od 2010 r. liczba firm kurierskich w Polsce wzrosła o 170 proc.

Wraz z rosnącą popularnością zakupów online i rozwojem sklepów internetowych rośnie również branża kurierska. Jak wynika z danych wywiadowni gospodarczej Dun&Brandstreet, w ciągu ostatniej dekady liczba zarejestrowanych w rejestrze KRS firm kurierskich zwiększyła się o 170 proc. – z nieco ponad 2,5 tys. w 2010 r. do 6,9 tys. na koniec maja 2021 r. Tylko od 2017 r. nastąpił wzrost o blisko 2,5 tys. Dodatkowo ta akurat branża okazała się bardzo odporna na negatywny wpływ pandemii COVID-19. W 2020 r., bardzo złym okresie dla polskich przedsiębiorców, Polacy zawiesili działalność 341 firm kurierskich, czyli zaledwie ok. 5 proc. całkowitej ich liczby – mniej więcej tyle samo, co w 2019 r. W tym roku do końca maja zawieszono działalność 174 firm z tej branży.

Już tylko co 5. Polak chce odbierać zamówienia z Internetu stacjonarnie

Trudno się dziwić dobrej kondycji branży kurierskiej – według raportu firmy audytorsko-doradczej KPMG 71 proc. Polaków deklaruje, że w związku z pandemią zdecydowało się zastąpić zakupy inne niż spożywcze w sklepach tradycyjnych zakupami internetowymi. Aż 19 proc. twierdzi, że wszystkich zakupów innych niż spożywcze dokonuje już tylko przez Internet. Z kolei według raportu ExpertSender 11 proc. kupujących online zaczęło to robić już w trakcie pandemii. I chociaż dla 20 proc. respondentów nadal ważna jest możliwość odebrania zamówienia w sklepie stacjonarnym, to już dla 15 proc. istnienie stacjonarnego punktu e-sklepu nie ma żadnego znaczenia, a 64 proc. wprawdzie chciałoby mieć możliwość odwiedzenia sklepu „na żywo”, ale tylko po to, żeby obejrzeć towar przed zamówieniem go ze sklepu internetowego.

Sklepy stacjonarne ewoluują w kierunku showroomów, w których klienci oglądają, testują i przymierzają prezentowane towary, by potem zamówić je przez Internet z dostawą do domu – mówi Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender – Dostępne opcje szybkiej i wygodnej dostawy to jedna z najważniejszych rzeczy, na które zwracają uwagę kupujący w sklepach internetowych. W przyszłości być może firmy będą dostarczać towary konsumentom, zanim jeszcze ci zdążą je zamówić. To tzw. zero-click commerce, który już teraz jest możliwy. Dzięki analizie zachowań i historii zakupów klienta można przewidzieć, jakimi produktami będzie zainteresowany w przyszłości i uprzedzić jego potrzeby.

Dane cytowane w tekście pochodzą z badania Dun & Bradstreet. Analizie poddano dane z rejestru KRS.

Polska Wschodnia. Marcin Krupanek, JLL: Ten rynek właśnie się rozkręca

Wschodni region Polski wzbudza coraz większe zainteresowanie deweloperów i najemców. Rzeszów czy Lublin przyciągają zarówno firmy z branży logistycznej, jak i produkcyjnej. Wpływ na wzrost zainteresowania bez wątpienia ma rozwój e-commerce – mówi Marcin Krupanek, Consultant, JLL. 

– Skąd wśród inwestorów rosnące zainteresowanie Polską Wschodnią?

Marcin Krupanek, Consultant:  Zawdzięczamy to między innymi ogólnemu rozwojowi e-commerce. Jak podaje PwC, tylko w 2020 roku Polacy dokonali zakupów online na ponad 15 mld EUR, co oznacza wzrost o 31,4 proc. w stosunku do roku 2019. Dodatkowo, według prognoz PwC wartość polskiego rynku e-commerce, która wyniosła ok. 100 mld zł w 2020 roku, wzrośnie do 162 mld już w 2026 roku.

Nie powinno więc dziwić, że firmy szukają miejsc dla swoich biznesów na rozrastającym się rynku. Polska Wschodnia ma bardzo wiele do zaoferowania, dlatego też region ten coraz baczniej obserwują różne branże, które upatrują w nim korzyści dla swojej działalności.

O jakich korzyściach możemy mówić w kontekście Polski Wschodniej?

Region ten jest szczególnie interesujący dla firm planujących nowe inwestycje ze względu na najwyższe w Polsce oraz w całej Unii Europejskiej dopuszczalne progi regionalnej pomocy publicznej, które w przypadku dużych przedsiębiorstw sięgają nawet 50 proc. kosztów kwalifikowanych.

Dodatkowo katalog dostępnych instrumentów wsparcia jest bardzo atrakcyjny. Firmy lokujące swoją działalność lub zwiększające obecność w Polsce Wschodniej mogą bowiem liczyć na dwa typu instrumentów wsparcia: zwolnienie z podatku dochodowego CIT w Polskiej Strefie Inwestycyjnej oraz bezzwrotne granty z budżetu państwa z tytułu inwestycji, tworzenia nowych miejsc pracy oraz szkolenia pracowników. Co istotne progi wejścia w ramach obu programów wsparcia są znacząco niższe niż w innych częściach kraju.

Ponadto, wysokość oferowanych korzyści i horyzont czasowy w jakim można z nich skorzystać jest dłuższy niż w pozostałych województwach. I tak, zwolnienie z podatku dochodowego CIT można wykorzystać w okresie 15 lat (gdzie indziej to 10-12 lat). Wysokość grantu inwestycyjnego w PW może sięgać nawet 15 proc. kosztów kwalifikowanych, podczas gdy w pozostałej części kraju nie przekracza 5 proc.

Z dodatkowych czynników wymienić należy oczywiście infrastrukturę drogową, czyli autostradę A4 przebiegającą przez Polskę od granicy z Niemcami aż do granicy z Ukrainą czy drogę ekspresową S19, która docelowo pobiegnie z północy na południe przez niemal całą Polskę Wschodnią i połączy Białoruś ze Słowacją.

Polski odcinek trasy Via Carpatia jest kluczową inwestycją w tym regionie. Droga, poza naszym krajem, przebiega przez: Litwę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię i Grecję. Docelowo nowa droga połączy polskie i litewskie porty wzdłuż wybrzeża Bałtyku z terminalami na wybrzeżach Morza Czarnego, Egejskiego oraz Adriatyku.

Korzystne połączenia drogowe są niezwykle istotne i często determinują decyzje inwestorów, a także mają znaczny wpływ na wybór przez najemcę danej oferty. Niskie koszty transportu i możliwie sprawna komunikacja między punktami docelowymi są zawsze wysoko na liście priorytetów firm.

Ale infrastruktura to nie wszystko?

Zdecydowanie nie, Rzeszów na przykład posiada duże i prężnie działające zaplecze uniwersyteckie. Obserwujemy tam bardzo dużą chęć współpracy między firmami działającymi już na rzeszowskim rynku i absolwentami tamtejszych uczelni.

Myślę, że siła robocza to jeden z powodów, dla których wiele firm w tym regionie szuka lokalizacji dla swojego biznesu. Obok istotności wymienionych wcześniejszych czynników to właśnie skompletowanie zespołu i znalezienie pracowników stanowi w wielu regionach coraz większy problem. Polska Wschodnia w tej kwestii przemawia na plus dla pracodawców i daje możliwości, o jakie trudno w innych częściach kraju.

Co jeszcze sprawia, że Polska Wschodnia zyskuje na popularności na mapie magazynowej?

Aspektem, który może przyciągać inwestorów, a na który warto zwrócić uwagę w kontekście rynku wschodniego jest Dolina Lotnicza. Zlokalizowana jest w południowo-wschodniej Polsce, znanej z rozwiniętego przemysłu lotniczego oraz ośrodków szkolenia pilotów. Region cechuje duża koncentracja firm z branży lotniczej, ośrodków naukowo-badawczych oraz rozwinięte zaplecze edukacyjne i szkoleniowe.

Myślę, że połączenie wszystkich tych czynników sprawia, że regiony wschodnie mają szanse na ciągły rozwój i jednocześnie stają się niezwykle atrakcyjnymi punktami na magazynowej mapie Polski dla wielu biznesów poszukujących nowych, dogodnych lokalizacji.

Jak zatem wygląda baza magazynowa? 

W Rzeszowie na chwilę obecną obserwujemy niedobór powierzchni istniejącej. To, co już powstało jest w zasadzie w pełni wynajęte. Jednak powstają, jak również są planowane obiekty, które mogą być dostępne na przełomie 2021 i 2022 roku. Na przykład w sąsiedztwie Specjalnych Stref Ekonomicznych oraz tzw. Doliny Lotniczej powstają kolejne inwestycje m.in Panattoni czy LCUBE.

Jakie lokalizacje dodatkowo interesują inwestorów?

Popularną w tym regionie lokalizacją jest na przykład Dworzysko. Znajduje się niedaleko Rzeszowa, w bliskiej odległości od dwóch dużych węzłów komunikacyjnych: skrzyżowania drogi krajowej numer 94 i drogi ekspresowej S19. Mamy tam również w odległości około 10 km Port Lotniczy Rzeszów-Jasionka.

Nieco dalej od Rzeszowa, ale nadal świetnie usytuowane są też dwie inne lokalizacje. Pierwsza z nich to Sokołów Małopolski.  Jest on bardzo dobrze skomunikowany z autostradą A4 poprzez gotowy fragment S19. Dzięki temu do Krakowa można dojechać już w godzinę czterdzieści a do granicy z Ukrainą w godzinę. Już w przyszłym roku Sokołów będzie połączony drogą ekspresową z Lublinem, co pozwoli dojechać do Warszawy w 3 godziny.

Kolejną doskonałą lokalizacją jest Sędziszów Małopolski. Dojazd do Rzeszowa zajmuje stamtąd około 25 minut. Poprzez autostradę A4 miejscowość ta jest bardzo dobrze połączona zarówno z Krakowem, Górnym Śląskiem, jak i Ukrainą. Po zakończeniu budowy drogi ekspresowej S19 będzie dogodnie połączona także z Lublinem i Warszawą. W Sędziszowie już powstają pierwsze niewielkie obiekty przemysłowo-usługowe.

Moim zdaniem potencjał dla rynku magazynowego w Polsce Wschodniej jest bardzo duży. Możemy być pewni, że w niedługim czasie zasoby powierzchni magazynowej w tym regionie znacznie wzrosną, a najemcy szukający dobrze zlokalizowanego obiektu będą mieli w czym wybierać.

Otwarta bankowość w Polsce w 2021 roku

Ponad połowa Polaków w zamian za dodatkowe korzyści jest skłonna udostępnić innym podmiotom dane ze swojego rachunku bankowego. Prawie 30 proc. z nich przekonałaby lepsza cena, co 5. liczy na dodatkową usługę, szybszą obsługę lub oszczędność czasu podczas weryfikacji tożsamości. Takie wnioski płyną z badania na temat otwartej bankowości w Polsce zleconego przez spółkę Easy Check i Krajowy Rejestr Długów. Wszystko to jest możliwe dzięki obowiązującej dyrektywie PSD2, o której słyszała 1/3 badanych.

Zapytani o to, z jakich usług finansowych najczęściej korzystają, większość ankietowanych wskazała na zlecenia transakcji i przelew środków (61,5 proc.), ubezpieczenia (60 proc.) oraz pożyczki (24,5 proc.). Co 5. badany z myślą o przyszłości lokuje swoje środki kupując np. papiery wartościowe.

Pandemia jeszcze bardziej przyspieszyła postępujący proces cyfryzacji usług i przenoszenia ich do przestrzeni wirtualnej. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie spółki Easy Check i Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA, do usług finansowych, z których za pośrednictwem Internetu korzysta najwięcej Polaków, należą płatności online (79 proc.) oraz bankowość mobilna (74 proc.). Popularne są również ubezpieczenia online, wskazane przez 29 proc. badanych. To oznacza, że z większości najczęściej wybieranych przez siebie usług finansowych korzystamy w sieci. Wciąż nieco mniejszym zainteresowaniem cieszą się jeszcze pożyczki online (13,5 proc.).

O wyborze usługi decydują priorytety związane z wiekiem

Wpływ na decyzję przy wyborze firmy oferującej usługi finansowe mają przekonania związane z wiekiem. Porównując wyniki w poszczególnych grupach widać różnice między pokoleniami. Ogólnie najważniejsze dla Polaków przy wyborze firmy oferującej usługi finansowe są bezpieczeństwo usług (62 proc.) oraz ich cena (61 proc.). Do istotnych czynników należą także szybkość procesu (50 proc.), wcześniejsze pozytywne doświadczenia związane z daną firmą (47 proc.) oraz wygoda, oznaczająca minimum formalności i możliwość korzystania z usług całkowicie online (45 proc.).

Nieco inaczej sprawa wygląda wśród najmłodszych ankietowanych (18-24 lata). O ile, podobnie jak pozostali, dużą wagę przykładają do ceny i bezpieczeństwa, o tyle bardzo istotne są dla nich również pozytywne opinie na temat firmy (58 proc.) oraz rekomendacje ze strony znajomych i rodziny (50 proc.). Znacznie częściej niż w przypadku innych ankietowanych zwracają także uwagę na wygodę usług (54 proc.). Nie bez znaczenia jest także wizerunek firmy, który ma wpływ na decyzję w przypadku 42 proc. ankietowanych w wieku między 18 a 24 rokiem życia.

Rozwiązania spełniające oczekiwania konsumentów korzystających z usług finansowych już dziś są możliwe dzięki wdrożeniu dyrektywy PSD2. Oprócz wprowadzenia procedury silnego uwierzytelnienia, czyli podwójnej weryfikacji tożsamości klienta podczas m.in. logowania do konta i inicjowania przelewów. Dyrektywa wprowadziła również szereg zmian, które otwierają przed nimi nowe możliwości. Udostępniając informacje o swoim rachunku innym podmiotom, np. sklepom internetowym albo firmom pożyczkowym, konsumenci mogą liczyć na błyskawiczne decyzje bez konieczności odwiedzania siedziby firmy z plikiem dokumentów, oraz na spersonalizowaną ofertę dopasowaną do ich potrzeb i możliwości. Ponad połowa Polaków (53 proc.) oceniła możliwość korzystania z indywidualnie dopasowanych usług finansowych w instytucjach innych niż banki jako przydatną  –  mówi Zbigniew Hordecki, prezes Zarządu Easy Check.

Jak wynika z przeprowadzonego badania, o obowiązywaniu prawa dotyczącego otwartej bankowości (dyrektywa PSD2) słyszało 35,5 proc. Polaków. Najlepiej zorientowane w tym zakresie są osoby w wieku 25 – 34 lata (47 proc.).

Polacy pokażą swój rachunek w banku, ale nie za darmo

Wgląd w informacje o rachunku mogą mieć tylko podmioty posiadające odpowiedni wpis do rejestru Komisji Nadzoru Finansowego i tylko za zgodą i na życzenie właściciela rachunku. Takie dane mogą być wykorzystane przez firmy do tego, żeby na podstawie analizy zachowań płatniczych klienta, dopasować odpowiednio ofertę do jego potrzeb.

Na podstawie udostępnionych i odpowiednio uporządkowanych danych, sprzedający są w stanie dokonać rzetelnej oceny sytuacji klienta. To z kolei pozwoli im nie tylko dopasować ofertę finansowania do jego możliwości, ale przede wszystkim lepiej ocenić ryzyko i zadbać o swoje bezpieczeństwo finansowe czy nawet przyspieszyć decyzję o odroczeniu płatności. Sprzedający otrzymuje bardzo wiele informacji o kliencie m.in. jego charakterystykę i predyspozycje do kupowania. To zupełnie nowa forma weryfikacji wypłacalności konsumenta –  mówi Zbigniew Hordecki, prezes spółki Easy Check, partnera Krajowego Rejestru Długów.

Jak wynika z przeprowadzonego badania, ponad połowa Polaków (55 proc.) byłaby skłonna do przekazania danych ze swojego rachunku bankowego w zamian za określoną korzyść. Prawie 30 proc. badanych deklaruje, że do przekazania danych z rachunku bankowego innym podmiotom finansowym przekonałaby ich niższa cena produktu. Dla 23 proc. ważnym argumentem byłaby dodatkowa usługa do tej już zakupionej.

Blisko 20 proc. ankietowanych wskazało z kolei na uproszczenie procesu sprzedaży i weryfikacji tożsamości, która jest potrzebna np. podczas wnioskowania o pożyczkę online lub przy wyborze odroczonych płatności w trakcie zakupów w sieci. Listę najważniejszych korzyści, które mogłyby przekonać konsumentów do tego, żeby podzielić się z firmą historią transakcji swojego konta bankowego zamyka możliwość specjalnej oferty w postaci np. dodatkowego ubezpieczenia oraz prostsza i szybsza weryfikacja zdolności kredytowej. Wskazało to ok. 18 proc. respondentów.

Ogólnopolskie badanie „Otwarta bankowość w Polsce w 2021 roku” zostało przeprowadzone przez IMAS International na zlecenie spółki Easy Check i Krajowego Rejestru Długów w czerwcu 2021 r. na reprezentatywnej grupie 709 osób.

Przegląd wydarzeń tygodnia 19.07 – 23.07.2021

Wakacyjne warunki handlu przenikają przez rynki, co objawia się brakiem przekonania odnośnie dalszego kierunku i wyraźnym spadkiem płynności. Podczas gdy osłabły obawy o zagrożenie dla globalnego ożywienia ze strony nowych wariantów COVID-19, dyskusja przenosi się na inflację i perspektywy polityki monetarnej. Prezes Fed Powell dał w ostatnich dniach do zrozumienia, że nie zamierza spieszyć się z reakcją, ale jego pewność do przejściowego charakteru wzrostów cen słabnie. W kolejnych dniach pod lupą będą ocena sytuacji przez EBC oraz wskaźniki PMI.

Wydarzenia tygodnia: EBC, PMI z USA/Euro/Wlk. Brytanii, produkcja i sprzedaż z Polski, sprzedaż z Australii/Kanady

USA

W USA kalendarz zawiera przeważnie dane z rynku mieszkaniowego (wt, czw), które prawdopodobnie wskażą na osłabienie popytu, ale głównie z powodu niedostępności materiałów budowlanych lub braku pracowników, a po stronie sprzedaży nieruchomości problemem są wysokie ceny. Wstępne odczyty PMI (pt) potwierdzą podtrzymanie silnej aktywności gospodarczej, solidnej konsumpcji, ale też wyższych cen i kosztów. Nie powinno być tu nic zaskakującego, co by mogło wpłynąć na USD.

Strefa euro

W strefie euro główna uwaga będzie na posiedzeniu EBC (czw). W ubiegłym tygodniu prezes EBC Lagarde zaskoczyła zapowiedzią, że na lipcowe posiedzenie szykowane są zmiany w forward guidance w obliczu przyjęcia nowego celu inflacyjnego. Ponieważ cel stał się symetryczny i bank otwiera się na przejściowy wzrost inflacji powyżej celu, sugeruje to przyjęcie przez bank łagodniejszego podejścia i zasygnalizowania utrzymania luźnej polityki na dłużej. Słabość EUR w ostatnich dniach sprawia wrażenie, jakby rynek już ustawiał się pod gołębi wydźwięk, co jednak stwarza ryzyko „sprzedaży faktów” po posiedzeniu. Z danych najciekawiej zapowiadają się odczyty PMI (pt). Państwa bloku zniosły restrykcje covidowe w połowie lub pod koniec czerwca i efekt ulgi powinien znaleźć odbicie we wzrostach indeksów dla Niemiec, Francji i Włoch. Ryzyko pogorszenia dotyczy odczytów z Hiszpanii, biorąc pod uwagę tamtejszy wzrost liczby przypadków zachorowań.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii wskaźniki PMI (pt) mogą się obniżyć, choć wciąż wskazywać na silne tempo poprawy (względem poprzedniego miesiąca). Odroczenie decyzji o pełnym zniesieniu restrykcji na 19 lipca oznacza, że firmy ankietowane do odczytu flash były przepytywane przed zniesieniem obostrzeń, co może rzutować na ich poziom optymizmu. Funt w ostatnich dniach głównie reaguje na głosy z Banku Anglii odnośnie perspektyw polityki monetarnej. Nie widzimy szans na redukcję QE w sierpniu, a i temat podwyżki stóp procentowych jest aktualnie zamknięty, toteż siła funta z tego tytułu powinna być ograniczona.

Polska

W Polsce tydzień przynosi wysyp danych. Raport z rynku pracy (pn) wskaże na wzrost zatrudnienia sezonowego i wysoką dynamikę płac podbitą przez niską bazę. Silny popyt będzie wspierał wzrost sprzedaży detalicznej (śr), ale też uchroni produkcję przemysłową przed negatywnym oddziaływaniem zakłóceń w łańcuchach dostaw. Dane nie będą znaczyć wiele dla złotego, który cierpi z powodu pogorszenia sentymentu wobec walut regionu. Każdy kolejny dzień bez świeżej presji sprzedaży, to większa szansa na korektę podsycaną kapitulacją krótkich pozycji w złotym, ale do tego potrzeba silniejszego impulsu zewnętrznego.

Australia

Poza tym w Australii sprzedaż detaliczna (śr) raczej nie przyniesie pozytywnego odczytu, biorąc pod uwagę zarządzone lokalne lockdowny obejmujące 11 mln mieszkańców. Publikacja protokołu po lipcowym posiedzeniu RBA (wt) raczej nie przyciągnie dużej uwagi, gdyż w międzyczasie dwa wystąpienia publiczne szefa banku Lowe’a wyczerpały temat zmiany forward guidance.

Kanada

W Kanadzie sprzedaż detaliczna (pt) w maju może powoli odbijać, gdyż maj był okresem stopniowego otwierania gospodarki po wiosennej fali lockdownów. Dane mogą być zignorowane, gdyż po bardzo silnym wzroście zatrudnienia w czerwcu już wiadomo, że gospodarka szybko staje na nogi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

EBC przygotowany na wyższą inflację

W tym tygodniu najważniejszą rolę w kontekście wydarzeń makroekonomicznych odegrało przemówienie prezes Europejskiego Banku Centralnego, Christine Lagarde. Podczas konferencji prasowej zapowiedziała, że komisja EBC na następnym posiedzeniu podda rozważaniom dalszy kierunek polityki pieniężnej zgodnie z nowo obraną strategią. W ramach tej strategii bank będzie tolerował wyższą niż dotychczas inflację, która może nawet przekroczyć granicę dwóch procent. Oprócz nowego celu inflacyjnego EBC zdecydował się również na większy udział walki ze zmianami klimatycznymi w swojej polityce pieniężnej. Wiceprezes EBC Luis de Guindos dodał, że wstrzymanie bodźców fiskalnych musi być stopniowe, ponieważ gospodarki niektórych krajów strefy euro pozostają nadal bardzo niestabilne. Widać zatem wyraźnie, że mimo poprawiających się danych z europejskiej gospodarki oraz wyższej inflacji, EBC nie śpieszy się z zacieśnianiem polityki pieniężnej. To potwierdza, że planuje w dłuższej perspektywie utrzymać stopy procentowe na poziomie zerowym, a jedynym zacieśnieniem polityki pieniężnej, jakie możemy zaobserwować, jest ograniczenie lub zakończenie programu luzowania ilościowego.

Kluczowym wydarzeniem w przyszłym tygodniu będzie czwartkowe posiedzenie EBC. Zgodnie ze wstępnymi szacunkami ceny konsumpcyjne w Polsce wzrosły w czerwcu o 4,4% r/r, a więc mniej niż w maju, w którym ta zwyżka wynosiła 4,7%.

W tym tygodniu kurs eurodolara oscylował w granicach 1,17 – 1,18.  Złoty w stosunku do euro osłabił się do poziomu 4,59 PLN/EUR, co jest najniższą wartością od dwóch miesięcy, a w stosunku do dolara amerykańskiego uzyskał poziom 3,90 PLN/USD. Kurs złotego w parze z koroną czeską spadł nieco poniżej 0,18 PLN/CZK, co jest najniższą wartością od 2011 roku.

Roksana Cicha, analityczka instytucji płatniczej AKCENTA