Badanie: Inwestycja 1 EUR w ochronę zdrowia pracujących zwraca się w kwocie 2,2 EUR

Miejsce pracy jest uważane za jedno z najbardziej oczywistych środowisk do prowadzania programów zdrowotnych ze względu na dużą ilość czasu spędzanego w pracy oraz możliwość wdrożenia i rozwoju zintegrowanego podejścia do szeroko rozumianej profilaktyki. Niezwykle ważne jest, abym pracodawcy wiedzieli jakie mają możliwości oraz jakie korzyści mogą przynieść działania mające na celu utrzymanie i umacnianie zdrowia pracowników.

W wielu krajach, obok przykładania szczególnej wagi do działań profilaktycznych, podkreśla się również ich opłacalność. Wieloośrodkowe badanie przeprowadzone w krajach Europy, Ameryki Północnej i Australii wykazało, że inwestycja 1 EUR w ochronę zdrowia pracujących zwraca się w kwocie 2,2 EUR[i], a korzyści obejmują zwiększone bezpieczeństwo i lepszy stan zdrowia pracowników. Pracodawcy, inwestując w zintegrowany model ochrony zdrowia i zwiększenia produktywności, dążą do ograniczenia bezpośrednich wydatków związanych z problemami zdrowotnymi (koszty leczenia) oraz pośrednich – absencji chorobowej i prezenteizmu.

„Od wielu lat trwa spór pomiędzy pracodawcami, a Ministerstwem Finansów lub mówiąc szerzej budżetem, o to kto powinien ponosić koszty rozszerzonego podejścia do profilaktyki pracowników. Warto zauważyć, że zdrowie publiczne w zakresie zdrowia pracy nie ma innych możliwości, czy innych pomysłów jakie ma medycyna pracy, która jest absolutnym i niedocenianym liderem profilaktyki” – komentuje prof. dr hab. Andrzej Fal, Prezes Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego.

Choroby układu krążenia stanowią pierwszą, przed nowotworami złośliwymi, przyczynę zgonów zarówno w Polsce, jak i na świecie, a wysokie stężenie cholesterolu to najważniejszy modyfikowalny czynnik ryzyka tych chorób. Badania wstępne, okresowe lub kontrolne mają duży potencjał w kontekście ich wczesnego wykrywania.

„Lekarz medycyny pracy to jest ten lekarz, do którego pracownik przychodzi obowiązkowo. Nawet jeśli omija swój POZ, to do lekarza medycyny pracy przyjść musi. To niepowtarzalna okazja, aby tę możliwość wykorzystać” – podkreśla prof. dr hab. Jolanta Walusiak-Skorupa, Dyrektor Instytutu Medycyny Pracy im. Nofera w Łodzi i prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Pracy.

Jak podkreśla dr hab. Dominik Olejniczak z Zakładu Zdrowia Publicznego WUM i członek Komitetu Zdrowia Publicznego PAN, dzisiejsza ochrona zdrowia opiera się na wzajemnej współpracy, stąd powstała koalicja #WeźSięZbadaj propagująca badania cholesterolu i glukozy w zakresie badań medycyny pracy. Biorąc pod uwagę szereg dowodów naukowych oraz bieżącą sytuację badania cholesterolu przez Polaków podjęcie działań służących poprawie sytuacji pacjentów jest wskazane.

Patrząc na statystyki oraz epidemiologię Polacy najczęściej zapadają właśnie na choroby układu krążenia. „Dlatego postanowiliśmy połączyć siły skupiając się właśnie na tych chorobach, aby mówić o tym jak można prowadzić profilaktykę, na którą Polacy są dość oporni” – dodaje dr. hab. Anna Staniszewska z Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej WUM, Prezes Fundacji Obywatele Zdrowo Zaangażowani

Dodatkowo, w kontekście bieżących zmian warto zwrócić uwagę na zmianę Rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 12 listopada 2020 r. zmieniającą rozporządzenie w sprawie przeprowadzania badań lekarskich pracowników, zakresu profilaktycznej opieki zdrowotnej nad pracownikami oraz orzeczeń lekarskich wydawanych do celów przewidzianych w Kodeksie pracy.

„Ta aktualizacja powoduje, że lekarz medycyny pracy będzie miał możliwość przeprowadzenia pełnego badania i kompleksowej oceny pacjenta oraz skierowania go we właściwym kierunku” – mówi dr Paweł Wdówik, Konsultant Krajowy w dziedzinie medycyny pracy.

„Dodatkowo na lekarzu medycyny pracy spoczywa ogromna rola polegająca na indywidualnym podejściu do każdego pacjenta. To on musi przekazać informację zwrotną do pracodawcy w jaki sposób może on zadbać o swojego pracownika” – dodaje prof. dr hab. Marta Wiszniewska z Instytutu Medycyny Pacy im. Nofera w Łodzi, reprezentująca też Polskie Towarzystwo Medycyny Pracy

Eksperci #WeźSięZbadaj zwracają też uwagę na pielęgniarki służby medycyny pracy, które są grupą zawodową szczególnie istotną z punktu widzenia profilaktyki zdrowotnej w miejscu pracy.

„Wielu pracodawców traktuje medycynę pracy jako współpracę tylko z lekarzem orzekającym. Z kolei, współpraca ta powinna łączyć wszystkie strony zaangażowane, czyli pracowników, pracodawców, lekarzy i pielęgniarki służby medycyny pracy. Warto wykorzystać potencjał pielęgniarek służby medycyny pracy m.in. do stałego monitorowania miejsca medycyny pracy, szczególnie w zakładach produkcyjnych” – zwraca uwagę dr Piotr Karniej z Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego.

Co jest nieuniknione, opieka medyczna w całej Europie finansowana z większości środków publicznych będzie cierpiała na niedobór środków.

„Na tej sytuacji straci również Polska. Wiadomo, że każdy dolar wydany na profilaktykę pierwotną zwraca się po 10 latach 5 krotnie, po dwudziestu 10 krotnie. Jak mówimy o profilaktyce to mówimy zarówno o ratowaniu zdrowia i życia, ale o ekonomizacji efektu wydanego pieniądza.”  – podsumowuje prof. dr hab. Andrzej Fal.

[i] International Social Security Association. Calculating the international return on prevention for companies: costs and benefits of investments in occupational safety and health. [Internet] Geneva 2013 [cited 20.06.2020]. Available from: https://www.issa.int/ROP.

ZPP: Unijne cele klimatyczne osiągane kosztem wycinania lasów

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców alarmuje, że cele klimatyczne UE są osiągane kosztem wycinania lasów jednocześnie przynosząc niewiele pozytywnego wpływu na emisję gazów cieplarnianych. U źródła tych problemów znajdują się źle zaprojektowane regulacje oraz nadmierna koncentracja na „targetach”, zamiast na faktycznym wpływie polityki klimatycznej na środowisko. Biorąc pod uwagę koszty związane z implementacją Europejskiego Zielonego Ładu, jak również znaczenie osiągnięcia neutralności klimatycznej, wzywamy Komisję Europejską do ograniczenia wykorzystania bioenergii jako energii odnawialnej przy okazji nadchodzącej rewizji RED II.

Jutro (14 lipca) Komisja Europejska (“Komisja”) ma opublikować pakiet legislacyjny “Fit for 55” wdrażający Europejski Zielony Ład oraz ambitny cel ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o co najmniej 55 proc. do 2030 r. Pakiet będzie zawierał wiele długo oczekiwanych propozycji, w tym rewizję systemu handlu emisjami (“ETS”) oraz projekt węglowego mechanizmu dostosowawczego.

Pośród innych kontrowersyjnych propozycji znajduje się również rewizja Dyrektywy o Energii Odnawialnej (“RED”). Opublikowana po raz pierwszy w 2009 r. dyrektywa w sprawie odnawialnych źródeł energii zaklasyfikowała bioenergię (m.in. biodiesel i biomasę) jako przyjazną dla klimatu i zobowiązała państwa członkowskie do osiągnięcia 10-procentowego udziału energii odnawialnej w końcowym zużyciu energii w transporcie (RES-T) do 2020 r. W 2018 r. przyjęto rewizję RED (tzw. RED II), w której zlikwidowano pewne luki prawne oraz zwiększono cel RES-T do 14 proc. Oczekuje się, że obecna rewizja RED II zwiększy cel do 24 proc. RES-T, pokazując rosnące znaczenie bioenergii w miksie energetycznym UE.

Wykorzystanie bioenergii jest szczególnie istotne z punktu widzenia państw członkowskich, które są zobowiązane przez Komisję Europejską do osiągnięcia pewnych celów klimatycznych (jak powyżej wymieniony 14 proc. RES-T). Jednak w ostatnim czasie pojawia się rosnąca liczba dowodów, wskazujących na negatywne skutki uboczne zwiększonej zależności od bioenergii, wobec których pomysł wykreślenia biomasy oraz biodiesla z listy odnawialnych źródeł energii zyskuje coraz większe poparcie. W odpowiedzi na takie propozycje ministrowie z 10 państw członkowskich podpisali pismo, w którym wzywają Komisję do uznania wszystkich form bioenergii stałej, gazowej i płynnej za “długoterminowe zrównoważone źródła energii” ze względu na “kluczową rolę bioenergii w miksie energetycznym państw członkowskich w celu osiągnięcia celów UE w zakresie klimatu”.[1] List ten pokazuje, że presja na osiągnięcie administracyjnie wyznaczonych celów jest tak duża, że państwa członkowskie są skłonne pominąć negatywny wpływ bioenergii na klimat.[2] A argumentów przeciwko wykorzystaniu bioenergii wciąż przybywa. Poniżej wymieniamy dwa najważniejsze z nich.

Po pierwsze, spalanie biopaliw jest odpowiedzialne za więcej gazów cieplarnianych niż paliw kopalnych. Z jednej strony, paliwa kopalne, takie jak gaz i węgiel, mają większą gęstość energetyczną niż pelety drzewne czy biodiesel, stąd konieczne jest spalanie większej ilości paliwa na jednostkę energii. Z drugiej strony, istnieje problem pośredniej zmiany użytkowania gruntów (ang. indirect land-use change „ILUC”), czyli wycinania drzew (czynnika pochłaniającego dwutlenek węgla) w celu zasadzenia palmy i soi, potrzebnych do produkcji biopaliw, lub co gorsza wykorzystania drzew do wykorzystania jako pelet.[3]

Komisja przeprowadziła dwa badania, w których zbadano emisje biopaliw uwzględniając emisje związane ze zmianą użytkowania gruntów. Stwierdzono w nich, że po uwzględnieniu ILUC, wszystkie biodiesle na bazie oleju roślinnego charakteryzują się wyższym poziomem emisji niż paliwa kopalne. Co ciekawe, nowsze z tych dwóch badań wykazały, że olej palmowy i sojowy mają odpowiednio trzy i dwa razy więcej emisji niż tradycyjny diesiel.[4] Po uwzględnieniu ILUC, maluje się raczej ponury obraz konsekwencji wykorzystania biodiesla. Od 2011 r. zużyto 39 Mt biodiesla z palmy i soi, emitując 381 Mt CO2eq, czyli o 245 Mt więcej niż gdyby zużyto tą samą ilość tradycyjnego diesla. Jeśli nic się nie zmieni, w ciągu najbliższych 10 lat UE przy pomocy biodiesla wyemituje o 174 Mt CO2eq więcej niż gdyby wykorzystano konwencjonalny olej napędowy. Odpowiada to emisji 95 mln dodatkowych samochodów na drogach.

Po drugie, zrównoważone stosowanie biopaliw prowadzi do masowego i niezrównoważonego przekształcania gruntów. Badanie przeprowadzone przez Transport & Environment wykazało, że zapotrzebowanie UE na biodiesel z soi i oleju palmowego wymagało 4 milionów hektarów ziemi, podczas gdy zapotrzebowanie na sam olej palmowy wymagało przekształcenia 1,1 miliona hektarów dojrzałych gruntów w krajach Azji Południowo-Wschodniej w nowe plantacje palm. Według Euractiv, wylesiony obszar odpowiada powierzchni Holandii. Co gorsza, przekształcane lasy są siedliskiem orangutanów. T&E szacuje, że zwiększone zapotrzebowanie UE na biodiesiel z oleju palmowego odpowiada za zniszczenie 10 proc. pozostałych na świecie siedlisk orangutanów. Dalszy wzrost do 24 proc. udziału energii odnawialnej w transporcie może podwoić wylesiony obszar. Nie ulega wątpliwości, że taka strategia jest sprzeczna z unijną strategią ochrony różnorodności biologicznej.

Podsumowując, zwiększone wykorzystanie bioenergii w UE doprowadziło do licznych negatywnych konsekwencji dla środowiska: zwiększonej emisji gazów cieplarnianych, odpowiadającej emisji 95 milionów samochodów, wycięcia lasów odpowiadających powierzchni Holandii oraz zniszczenia 10 proc. pozostałych siedlisk orangutanów. Mimo to, UE w teorii realizuje swoje cele klimatyczne, ponieważ biopaliwa zostały sklasyfikowane jako “zielone”.

Biorąc pod uwagę ogromne koszty związane ze wdrożeniem Zielonego Ładu, jak również znaczenie ochrony klimatu, apelujemy do Komisji Europejskiej, aby wzięła pod uwagę szersze i rzeczywiste implikacje unijnej polityki klimatycznej, raczej niż skupiała się na swoich „targetach”. W naszej opinii, aby uniknąć dalszych negatywnych skutków dla środowiska, wykorzystanie bioenergii powinno być ograniczone w ramach nadchodzącej rewizji RED II.

[1] Wśród sygnatariuszy znalazły się kraje w dużym stopniu uzależnione od drewna w swoim miksie energetycznym, takie jak Szwecja, Finlandia i Estonia, ale także kraje Grupy Wyszehradzkiej, w tym Polska.

[2] To samo można zaobserwować na podstawie popytu na biopaliwa w czasie kryzysu Covid-19. Pomimo rekordowo niskiego zapotrzebowania na energię, wolumen biopaliw wykorzystywanych przez sektor transportowy UE nie zmniejszył się, a w niektórych krajach, takich jak Niemcy czy Włochy, nawet wzrósł. Można to najlepiej wytłumaczyć odwołując się do unijnych celów transportowych w ramach RED oraz dyrektywy w sprawie jakości paliw na rok 2020.

[3] Przepisy unijne oficjalnie zabraniają wycinania drzew w przetworzenia ich na pelet, a dopuszczają jedynie wykorzystanie resztek drewna na cele biomasy, natomiast działacze na rzecz ochrony środowiska twierdzą, że jest to standardowa praktyka.

[4] Kwestia ta została w pewnym stopniu rozwiązana przez RED II, który zaklasyfikował olej palmowy jako biopaliwo o wysokim ryzyku ILUC i wprowadził stopniowe wycofanie wykorzystania oleju palmowego do 2030 roku. Niemniej jednak problem nie został całkowicie rozwiązany, ponieważ nadal dozwolone są inne surowce roślinne, w tym soja i biomasa. Biorąc pod uwagę potencjalny wzrost do 24 procent RES-T, niezrównoważone użytkowanie gruntów, wylesianie i utrata bioróżnorodności są bardzo prawdopodobne.

Inflacja w USA znacznie powyżej oczekiwań

Inflacja w USA wzrosła znacznie powyżej oczekiwań w czerwcu i prawdopodobnie wzbudzi obawy dotyczące tego, jak długo taki poziom inflacji się utrzyma, jak i prawdopodobną reakcję Rezerwy Federalnej. Spowoduje to, że jeszcze większa uwaga zostanie skupiona na stanowisku prezesa Fed, Jeroma Powella, który będzie przemawiał w tym tygodniu w Kongresie.

Czerwcowa inflacja zasadnicza (ang.: headline inflation) wzrosła o 5,4 proc. rok do roku, powyżej wyniku z poprzedniego miesiąca i konsensusu oczekiwań, który wynosił 4,9 proc. Inflacja bazowa (ang.: core inflation) również wzrosła powyżej oczekiwań do 4,5 proc. rok do roku i +0,9 proc. miesiąc do miesiąca, ponad dwukrotnie przewyższając oczekiwany rezultat. Dla porównania inflacja zasadnicza wynosi obecnie odpowiednio 1,9 proc. i 2,1 proc rok do roku, odpowiednio w UE i Wielkiej Brytanii.

Może to odwrócić niedawny gwałtowny spadek zarówno oczekiwań inflacyjnych, jak i rentowności obligacji 10-letnich, ponieważ rynek oczekuje potencjalnej, wcześniejszej, niż oczekiwano reakcji ze strony Fed. Możemy również zauważyć ponowne zainteresowanie w bardziej cykliczne i bardziej wartościowe sektory, takie jak firmy z sektora finansowego i surowce, kosztem wysoko rozwiniętego sektora technologicznego.

Ben Laidler, strateg ds. rynków globalnych w eToro

Badanie IBM: 5G warunkiem rozwoju, ale wśród priorytetów również AI i chmura

Technologie Edge i 5G są warunkiem szybkiego rozwoju biznesu. Według najnowszego badania IBM – Institute for Business Value (IBV), 59% liderów branży komunikacyjnej uważa, że w obecnych warunkach musi wdrożyć technologie AI i automatyzacji, a 50% twierdzi, że ich firmy muszą stać się strategicznymi platformami chmurowymi, posiadającymi zróżnicowany ekosystem partnerski. Wyniki badania „Koniec usług komunikacyjnych, jakie znamy” opierają się na opinii 500 prezesów firm telekomunikacyjnych z 21 krajów, w tym z Polski.

Chociaż proces dostosowywania się do technologii Edge oraz 5G może być kosztowny, 91% liderów osiągających najlepsze wyniki w branży telco oczekuje lepszych perspektyw finansowych w ciągu najbliższych pięciu lat właśnie dzięki tym technologiom. Dla porównania, tak samo uważa tylko 54% drugiej grupy respondentów. W rezultacie wyścig o przekształcenie sieci telekomunikacyjnych w platformy oparte na oprogramowaniu nabiera tempa.

Automatyzacja sieci telekomunikacyjnych odgrywa ważną rolę w całym procesie, a 79% liderów firm osiągających najlepsze wyniki twierdzi, że powinna ona obejmować sposób działania i funkcjonowania infrastruktury. Ważne jest również, aby gracze telekomunikacyjni mieli bezpośredni dostęp do możliwości automatyzacji, a 61% uważa, że powinny one zostać rozszerzone na ekosystemy partnerskie.

Z kolei według ostatniego badania IBV CEO Study 2021, 71% prezesów firm telekomunikacyjnych szacuje, że cloud computing stanie się podstawową technologią do osiągania wyników biznesowych w ciągu najbliższych 2-3 lat, a 61% uważa tak samo w przypadku 5G. W tym kontekście 60% respondentów uważa za szczególnie ważne wzmocnienie bezpieczeństwa i poufności danych dla swoich klientów.

„W najbliższych latach technologie 5G i Edge na nowo zdefiniują standardy łączności. Rola operatorów telekomunikacyjnych w tym procesie wymaga jednak świeżego spojrzenia na budowę nowoczesnych platform usług biznesowych z wykorzystaniem strategii otwartej chmury hybrydowej” – mówi Jarosław Szymczuk, Dyrektor Generalny, IBM Polska i Kraje Bałtyckie. „W miarę jak rośnie popularność przetwarzania brzegowego, dzięki wykorzystaniu IBM Cloud Satellite do wdrażania i zarządzania klastrami Red Hat OpenShift w dowolnej lokalizacji, różne branże, w tym telekomunikacyjna, mogą w bezpieczny sposób budować i wdrażać usługi sieciowe. Ma to istotne znaczenie dla spełnienia kluczowych wymagań dotyczących prywatności danych, miejsca ich przetwarzania, a także minimalizowania czasów dostępu. Niezależnie czy mowa o wykorzystaniu rozszerzonej rzeczywistości (augmented reality) w przemyśle czy monitorowaniu nowoczesnej sieci energetycznej za pomocą czujników, wykorzystujących 5G, umożliwiamy operatorom kontrolę nad tym, gdzie i jak będą budować oraz wdrażać swoje rozwiązania oparte na kontenerach, dzięki udostępnianiu hybrydowych środowisk chmurowych” – dodaje.

„Popularyzacja modelu pracy zdalnej w pandemii spowodowała gwałtowny wzrost zapotrzebowania na infrastrukturę sieciową i łączność. Wspólnie z IBM śledzimy wiele projektów i wdrożeń pilotażowych, które wykorzystują innowacyjność platform Red Hat Open Source. Jedną z popularnych technologii jest Red Hat OpenShift, ponieważ jest to platforma kontenerowa klasy korporacyjnej, gotowa do obsługi branży telco, z pełnym wsparciem dla podstawowych funkcji 5G i nową architekturą Open RAN w chmurze. Ta nowa architektura pomaga zbudować platformę chmurową niezależną od dostawców w dużo efektywniejszym modelu kosztów utrzymania. Co ważne, daje to firmom telekomunikacyjnym silną pozycję negocjacyjną i pozwala uniknąć uzależnienia od dostawcy” – mówi Adam Wojtkowski, General Manager na region CEE, Red Hat.

Gorąco na rynkach metali szlachetnych

Kolejny kwartał na rynku metali szlachetnych był bardzo intensywny. Ostatnie miesiące przyniosły również powrót banków centralnych na rynek złota. Co ważne, do grona kupujących królewski metal dołączył także Narodowy Bank Polski. Pomimo słabszego czerwca br. dla cen złota wszystko wskazuje na to, że rosnąca niepewność związana z nowymi odmianami koronawirusa, inflacja i zwiększające się ryzyko zmienności na rynku akcji powinny sprzyjać popytowi na królewski kruszec. Mijający kwartał analizuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu w Tavex.

Ku złotu…

Największych zakupów dokonywały Banki Centralne z krajów rozwijających się – Tajlandii, Brazylii czy Turcji. Po wielu miesiącach do grona kupujących królewski metal dołączył także Narodowy Bank Polski.

W czerwcu br. Narodowy Bank Polski ­– zgodnie ze wcześniejszymi zapowiedziami – zwiększył rezerwy złota do 230,54 ton. To pierwszy zakup „króla metali” przez NBP od blisko dwóch lat. Dla przypomnienia warto wspomnieć, że Polska zwiększyła swoje rezerwy złota również w 2018 roku o 25,7 ton – wynika z danych Światowej Rady Złota. Aktualnie NBP ze swoimi rezerwami zajmuje 22. miejsce wśród banków centralnych na świecie.

Podobne decyzje podejmował Narodowy Bank Węgier, który w marcu br. poinformował o strategicznej decyzji zwiększającej aż trzykrotnie rezerwy złota. Wzrosły one z 31,5 ton do 94,5 ton, a za główną przyczynę takiego ruchu instytucja finansowa podaje kryzys związany z pandemią.

Złoto z dobrą perspektywą

Czerwiec zapowiadał się obiecująco – prawie cała pierwsza połowa miesiąca upłynęła pod znakiem skutecznej próby umocnienia się cen złota blisko poziomu 1800 USD/oz.

Sytuacja jednak zmieniła się po komunikacie FOMC. Rezerwa Federalna ogłosiła, że nie wyklucza wcześniejszego podejścia do zacieśniania warunków finansowych. Finalnie ceny królewskie kruszcu na koniec analizowanego miesiąca uplasowały się na poziomie około 1770 USD/oz.

Warto jednak zwrócić uwagę, że pomimo, iż czerwiec został zdominowany przez negatywną akcję cenową, eksperci pozostają zgodni, że ostatnie spadki nie zaważą na ogólnym, długoterminowym trendzie złota. Potwierdzają to dane sprzedażowe Grupy Tavex, która zanotowała ponad 50% wzrost sprzedaży analizując Q2 2021 oraz Q2 2020 (65.505 oz Q2 2021, 33.880 oz Q2 2020).

Sprzedaż Grupy Tavex kolejny kwartał przekroczyła 500 mln PLN, co świadczy o bardzo dużym zainteresowaniu inwestorów. W obszarze złota w ostatnich tygodniach obserwujemy rosnące opóźnienia z największych mennic, co łączymy z wprowadzaniem regulacji BASEL III, która gwałtownie zwiększa popyt na największe, 400-uncjowe sztabki. BASEL III jest trzecim wydaniem globalnych rekomendacji dla sektora bankowego opracowanych pod przewodnictwem bazylejskiego Banku Rozrachunków Międzynarodowych. Są to regulacje mające na celu poprawę bezpieczeństwa systemu bankowego – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu w Tavex. Warto jednak podkreślić, że dzięki naszym dużym stanom magazynowym inwestorzy bez zbędnego oczekiwania realizują zarówno mniejsze, jak i większe transakcje – dodaje.

Warto przypomnieć, że w I kwartale br. prawie co czwarta osoba uczestnicząca w badaniu firmy Tavex (przeprowadzonego przez firmę SW Research) deklarowała, że inwestuje zaoszczędzone pieniądze. W złoto inwestuje jeden na pięciu respondentów. Natomiast najpopularniejszą formą lokowania kapitału wśród tych osób wciąż pozostały lokaty (35%).

Oddaj opony w dobre ręce. Zyska na tym środowisko

Z roku na rok w Polsce powstaje coraz więcej odpadów komunalnych. Wiele z nich, w tym stare opony, często trafia do parków, lasów czy rzek. Aby przeciwdziałać zanieczyszczaniu środowiska, zużyte ogumienie należy oddawać do zakładów wulkanizacyjnych lub specjalnie przeznaczonych do tego celu punktów.

Według analizy „Ochrona Środowiska 2020”, przeprowadzonej przez Główny Urząd Statystyczny, w 2019 r. powstało w Polsce 12,8 mln ton odpadów komunalnych. Dla porównania, w 2018 r. było to 12,5 mln, a w 2015 r. – 10,9 mln. Trzy lata temu na jednego mieszkańca naszego kraju przypadało więc 325 kg śmieci, rok później – już 332 kg. Choć mogłoby się wydawać, że świadomość ekologiczna Polaków rośnie, wiele odpadów wciąż trafia w przypadkowe miejsca, zanieczyszczając środowisko. Tylko w 2019 r. zlikwidowano ponad 11 tys. dzikich wysypisk, z których wywieziono łącznie prawie 26 tys. ton śmieci. Pomimo to problem nie zniknął. Pod koniec tego samego roku zinwentaryzowano 1868 istniejących dzikich wysypisk o łącznej powierzchni prawie 2 km kw.

Gdzie oddać zużyte opony?

Jednym z odpadów, które często można znaleźć na nielegalnym składowisku, w śmietniku czy na łonie natury, są stare opony. Co powinniśmy z nimi zrobić, aby nie zanieczyszczać środowiska? Pierwsza opcja to oddanie ich do zakładu wulkanizacyjnego.

Nasi klienci, którzy decydują się usługę dostawy i montażu w serwisie partnerskim Oponeo, oznaczonym na naszej stronie internetowej zielonym listkiem, mogą zostawić w nim zużyte ogumienie bez ponoszenia opłat – mówi Marcin Demko, menadżer logistyki w Oponeo – W 2020 r. odebraliśmy w ten sposób 178 576 sztuk opon do samochodów osobowych i dostawczych oraz 516 do motocykli. W pierwszym półroczu tego roku były to odpowiednio 93 668 i 503 sztuki – dodaje Marcin Demko.

Alternatywą jest przekazanie starego ogumienia do gminnych PSZOK-ów (Punktów Selektywnej Zbiórki Odpadów). Należy jednak mieć na uwadze, że w takich miejscach często obowiązują limity ilościowe, np. do czterech lub ośmiu sztuk w ciągu roku od osoby.

Dobrym rozwiązaniem jest także udział w lokalnych zbiórkach odpadów. Przykładem może być akcja „Nie siej śmieci, posiej łąkę”, organizowana przez katowickie Miejskie Przedsiębiorstwo Gospodarki Komunalnej oraz tamtejszy magistrat. W ramach tego wydarzenia, każdy uczestnik, który oddał zużyte opony do punktu zbiórki odpadów, otrzymał w zamian nasiona łąk kwietnych i kompost.

Drugie życie opon

Opony zebrane w zakładach wulkanizacyjnych i punktach zbiórki odpadów mogą zostać wykorzystywane jako paliwo w procesie spalania i wytwarzania ciepła, lub poddane recyklingowi materiałowemu. W Polsce podmioty, które wprowadzają ogumienie na rynek, są zobowiązane do odzysku minimum 75% tonażu opon pojawiających się w obiegu rok wcześniej. 15% z tego musi zostać zrecyklingowane.

Opony zebrane w serwisach partnerskich Oponeo trafiają do recyklingu. Pozyskany z nich materiał ma wiele zastosowań. Z powodzeniem wykorzystywany jest m.in. przy budowie nawierzchni asfaltowych, a także w produkcji znaków drogowych i podkładów kolejowych. Ze zużytego ogumienia wykonuje się też wycieraczki samochodowe, komponenty do drukarek 3D oraz podeszwy do butów – wylicza Marcin Demko.

Stare opony można także zagospodarować na własny użytek, robiąc z nich meble takie, jak siedziska czy stoliki kawowe. Potrafią być również ciekawą alternatywą dla donic ogrodowych. Ze zużytego ogumienia można stworzyć kolorowe rabatki. Ciekawym pomysłem na urozmaicenie przestrzeni są koła powieszone na łańcuchach lub zamontowane na ścianie. W tym przypadku ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Oprogramowanie dla kancelarii prawnej – jak wybrać najlepsze?

Na rynku dostępne są różne programy do zarządzania kancelarią prawną. Warto wiedzieć, na jakie kwestie zwrócić uwagę, aby wybrać najlepszy z nich. Sprawdź, jak wybrać oprogramowanie dla kancelarii prawnej dostosowane do Twoich potrzeb! 

Aby usprawnić działanie kancelarii prawnej, warto skorzystać z odpowiedniego oprogramowania, przeznaczonego m.in. dla radców prawnych. Właściwie dobrany program pozwala na skuteczne zoptymalizowanie funkcjonowania kancelarii prawnych. Jeżeli zadajesz sobie pytanie, jak wybrać najlepszy program, zapoznaj się z poniższymi poradami.

Program do obsługi kancelarii prawnej – zalety

Wdrożenie oprogramowania do obsługi kancelarii prawnej ma wiele zalet. Jedną z nich jest usprawnienie obsługi klientów. Dobry program do obsługi kancelarii prawnej umożliwia stworzenie rozbudowanej karty kontaktu z klientem. Dzięki temu możesz mieć stały dostęp do wszystkich informacji na temat danego klienta oraz jego obsługi i nie musisz korzystać z dokumentów w formie papierowej. Dodatkowo możesz szybko zarejestrować nowych klientów oraz dołączyć wybrane dokumenty, które są związane z ich sprawami. Ciekawym rozwiązaniem oferowanym przez oprogramowanie jest rejestracja rozmów i spotkań, dzięki której możesz lepiej rozplanować pracę nad konkretną sprawą. Programy do zarządzania kancelarią umożliwiają także skanowanie dokumentów oraz automatyczne przypisywanie ich do danego kontrahenta. Dużym plusem wdrożenia oprogramowania jest również możliwość nadzorowania bieżącego stanu pracy kancelarii. Możesz przypisać konkretne zadania do poszczególnych pracowników kancelarii i na bieżąco weryfikować ich postępy.

Dostosuj oprogramowanie do swoich potrzeb

Warto pamiętać, że wybrane oprogramowanie dla kancelarii prawnej powinno być idealnie dostosowane do potrzeb Twojej firmy. Nie istnieje jeden program, który byłby najlepszy dla wszystkich kancelarii. Dlatego wyboru należy dokonać w zależności od procesów, które funkcjonują w danej firmie. Warto wybrać oprogramowanie, którego obsługa będzie prosta i intuicyjna. Zanim zdecydujesz się na wybór konkretnego programu, skorzystaj z bezpłatnego okresu próbnego, aby sprawdzić, czy odpowiada on Twoim potrzebom.

Oprogramowanie współpracujące z kancelarią prawną – na co zwrócić uwagę?

Przy wyborze oprogramowania dla Twojej kancelarii prawnej należy zwrócić uwagę na kilka podstawowych kwestii. Warto sprawdzić, czy firma, z której usług chcesz skorzystać, oferuje przejrzysty cennik usług. Zwróć też uwagę, czy wybrany dostawca umożliwia darmowy okres próbny, który umożliwi Ci bezpłatne przetestowanie programu.

Wybór odpowiedniego oprogramowania dla kancelarii prawnej nie jest łatwy. Na rynku jest dostępna szeroka oferta usług różnych dostawców. Na szczęście istnieje kilka podstawowych wskazówek, które pomogą Ci wybrać program idealnie dopasowany do potrzeb swojej kancelarii.

Opony – dlaczego trzeba je regularnie wymieniać?

Każdy posiadacz samochodu doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak ważne są odpowiednio dobrane i jakościowo dobre opony pasujące pod konkretne modele samochodów osobowych. Niestety często ciężko zdecydować się na zakup opon, szczególnie wtedy, gdy stare wyglądają jeszcze całkiem normalnie na pierwszy rzut oka. Dlaczego jednak warto regularnie inwestować w nowe opony, które będą pasować pod twój model pojazdu? Którzy z producentów opon są najlepsi? Gdzie kupować opony do swojego samochodu?

Opony letnie i zimowe – dlaczego trzeba wymieniać opony w ciągu roku?

Wiele osób zastanawia się nad tym, dlaczego opony powinny być wymieniane co kilka miesięcy? Dlaczego potrzeba osobnych opon na sezon letni, a innych na sezon zimowy? Prawda jest taka, że wszystko rozbija się o bezpieczeństwo na drodze. Opony zimowe mają lepszą przyczepność na drodze, która jest mokra, śliska i na której znajduje się śnieg bądź rozwodniona plucha, która jeszcze nie do końca się roztopiła. Zimowe opony są też lepiej przystosowane do niższych temperatur. Z kolei opony letnie lepiej sprawdzają się na rozgrzanej powierzchni i dobrze chronią auto przed kolizjami także na powierzchni mokrej – po burzy.

Jacy są czołowi producenci opon – którzy z nich są najlepsi?

Jak zatem wybrać opony do swojego samochodu? Którzy z producentów warci są zainteresowania? Oczywiście na rynku można znaleźć naprawdę wielu, różnorodnych producentów – zarówno tych bardziej, jak i mniej znanych. Ciekawe mogą okazać się opony produkcji Laufenn (https://noweopony.pl/opony/laufenn), które występują w wielu, różnych modelach. Duża część osób słyszała również o marce Goodride (https://noweopony.pl/opony/goodride), która na rynku funkcjonuje od wielu lat – kupisz od nich zarówno opony letnie, zimowe jak i całoroczne. Oprócz tego funkcjonują jeszcze takie marki, jak Pirelli, Goodyear czy Continetal, a także wiele, wiele innych.

Sklep z nowymi oponami – gdzie kupować opony do swojego samochodu?

Sklep internetowy z oponami najlepszych producentów, który można znaleźć pod tym adresem – https://noweopony.pl/opony/zimowe to bardzo dobre miejsce do szukania nowych opon do swojego samochodu. Można znaleźć tam wiele modeli, które będą świetnie pasowały pod konkretne samochody – znajdziesz więc coś dla twojego pojazdu. Warto więc kupować swoje ogumienie właśnie w internecie.

Pięć technologii napędzanych przez pandemię

Przez ostatnie półtora roku na świecie wprowadzono wiele nieoczekiwanych rozwiązań technologicznych, które mają pomóc nam w dostosowaniu się do nowej rzeczywistości. Czy te innowacje są wyłącznie produktem wymyślonym na czas pandemii, czy też pozostaną z nami na stałe? Specjaliści firmy Ericsson prezentują pięć trendów technologicznych, które nie znikną wraz z końcem lockdownu i będą nadal się rozwijać po upowszechnieniu technologii 5G.

Postępy w takich dziedzinach jak sztuczna inteligencja, e-commerce i Internet Rzeczy były już od kilku lat dobrze widoczne na radarze trendów technologicznych. Wiele osób nie spodziewało się jednak, że takie sektory jak edukacja i opieka zdrowotna, należące dotychczas do najbardziej konserwatywnych w przyjmowaniu nowych technologii, w wyniku pandemii staną się nagle motorami cyfryzacji.

– Edukacja zdalna czy telemedycyna w ciągu kilku miesięcy rozwinęły się  w sposób, który w rzeczywistości bez koronawirusa trwałby latami. Oczywiście, od dziesięcioleci rozumiemy znaczenie cyfrowej łączności. Jednak nigdy nie przewidzieliśmy, że niemal z dnia na dzień stanie się ona centralnym punktem codziennego życia – mówi Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Trend 1 – cyfrowe miejsca pracy

Do końca czerwca 2020 r. 42% osób czynnych zawodowo w USA pracowało w domu w pełnym wymiarze godzin[1]. Podczas gdy pracownicy i pracodawcy starali się znaleźć najlepsze sposoby na pracę zdalną, firmy oferujące oprogramowanie do współpracy online przeżywały rynkowy boom. W 2020 roku globalny rynek wideokonferencji osiągnął wartość 7,87 mld USD[2] – ponad dwukrotnie więcej niż w roku poprzednim. Perspektywy na kolejne lata są równie dobre, w czym będzie pomagać popularyzacja technologii 5G, oferującej bardzo wysoką jakość transmisji wideo z urządzeń mobilnych.

Pracodawcy również dostrzegają korzyści pracy zdalnej – na przykład niższe koszty wynajmu i utrzymania biura. Według raportu Ericsson Future of Enterprises, 60% przedstawicieli firm jest bardzo zadowolonych z możliwości ograniczenia powierzchni biurowej, a 43% jest głęboko przekonanych, że do 2030 r. w pełni zrezygnuje z posiadania przestrzeni biurowych. Pierwsze dane wskazują również, że pracownicy zdalni są nawet o 40% bardziej produktywni niż ich koledzy pracujący w biurze.

Trend 2 – nauka zdalna

W szczytowym okresie pandemii COVID ponad 1,6 miliarda dzieci ze 195 krajów[3] zostało odesłanych do domów, ponieważ zamknięto szkoły. Według OECD[4], 95% uczniów w Szwajcarii, Norwegii i Austrii posiada komputer do nauki, w porównaniu do zaledwie 34% w Indonezji. W USA praktycznie wszyscy piętnastolatkowie z uprzywilejowanych środowisk twierdzą, że posiadają komputer do nauki, podczas gdy prawie jedna czwarta uczniów z mniej uprzywilejowanych środowisk nie ma takiego dostępu. 

– Podejmując działania na rzecz wykorzystania nowych technologii do walki z wykluczeniem edukacyjnym, musimy mieć pewność, że z pozoru ciekawe inicjatywy nie wygenerują jeszcze większych dysproporcji w dostępie do nauczania. Jakość edukacji jest kluczem zarówno do Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, jak i Wskaźnika Rozwoju Społecznego (HDI), dlatego nie ma wątpliwości, że edukacja musi być dobrze finansowana i dostępna dla wszystkich – mówi Marcin Sugak.

Trend 3 – telemedycyna

Branża opieki zdrowotnej jest jedną z najbardziej opornych we wdrażaniu technologii informatycznych. Jednak pandemia COVID-19 pokazała ogromny potencjał drzemiący w narzędziach telemedycyny, które przysłużyły się minimalizowaniu rozprzestrzeniania się wirusa, pomagały w śledzeniu i analizie przypadków oraz diagnostyce.

Telemedycyna wprowadziła alternatywne formy kontaktu z lekarzem, poprzez wideokonferencje lub aplikacje na smartfony, co doceniły osoby starsze. Ostatnie badania przeprowadzone przez Ericsson ConsumerLab wykazały, że nowe technologie i Internet pomogły 90% seniorów w kontakcie ze służbą zdrowia podczas pandemii. Korzyści oferowane przez technologię nie ograniczają się tylko do usług medycznych, ale mogą być czynnikami, które poprawiają ogólną jakość życia poprzez mobilność, bezpieczeństwo i socjalizację.

Trend 4 – rozwój usług bezdotykowych

Technologia zbliżeniowa determinuje doświadczenia klientów post-covidowej rzeczywistości, począwszy od płatności bezdotykowych i zakupów typu „po prostu wyjdź”, aż po biometryczną odprawę w podróży i zakwaterowaniu.

Te bezpieczne i niezaprzeczalnie wygodne rozwiązania stały się możliwe dzięki bardziej zaawansowanym procesorom i układom pamięci, lepszym czujnikom obrazu, bardziej zaawansowanej sztucznej inteligencji i 5G. Rzeczywistość wirtualna i rozszerzona fundamentalnie zmieni nasze codzienne życie w takich dziedzinach jak edukacja, praca, interakcje społeczne, podróże czy nawet handel detaliczny. Zaczniemy dostrzegać realne połączenie tego, co fizyczne i cyfrowe – tłumaczy Marcin Sugak.

Trend 5 – treści generowane przez sztuczną inteligencję

Associated Press od lat wykorzystuje AI do relacjonowania rozgrywek Minor League Baseball, a w zeszłym roku Guardian poszedł o krok dalej, publikując felieton w całości napisany przez generator języka OpenAI GPT-3[5]. Generatory językowe są obecnie tak dobre, że nawet naukowcy mają problem ze znalezieniem różnicy, przyznając, że słynny test Turinga nie jest już wystarczający, aby odróżnić człowieka od maszyny[6]. Wystarczy spojrzeć na to, jak predykcyjny tekst na naszych urządzeniach już teraz sugeruje, co mamy napisać dalej. Jeśli autor przyszłości jest formą symbiozy człowieka z maszyną, bardzo trudno będzie go odróżnić od tekstu generowanego przez czystą SI.

[1] https://news.stanford.edu/2020/06/29/snapshot-new-working-home-economy/

[2] https://digitalintheround.com/video-conferencing-statistics/

[3] https://en.unesco.org/covid19/educationresponse

[4] https://www.oecd.org/coronavirus/en/data-insights/student-access-to-a-computer-at-home

[5] https://www.theguardian.com/commentisfree/2020/sep/08/robot-wrote-this-article-gpt-3

[6] https://pennstate.pure.elsevier.com/en/publications/a-reverse-turing-test-for-detecting-machine-made-texts

Polskie firmy chcą ruszać na podbój Ameryki Łacińskiej

  • Rynki Ameryki Łacińskiej są coraz bardziej atrakcyjne dla polskich firm, które aktywnie rozwijają relacje handlowe z Meksykiem, Brazylią, Argentyną ale również z Chile czy Kolumbią.
  • W pierwszy czterech miesiącach 2021 roku zaobserwowaliśmy dynamiczny, ponad kilkudziesięcioprocentowy wzrost eksportu i obrotów handlowych z Meksykiem, Chile i Argentyną.
  • Z danych Santander Bank Polska wynika, że w minionym roku najczęściej możliwości rozwoju za granicą poszukiwały polskie firmy z branży maszyn i urządzeń, środków ochrony osobistej, meblarskiej, kosmetycznej, środków czystości i produktów higienicznych.

Ameryka Łacińska to region z ponad 600 mln konsumentów w 20 krajach. Szybki przyrost demograficzny, rosnąca klasa średnia i roczny wzrost gospodarczy na poziomie ok. 2-3% to powody, dla których polskie firmy coraz częściej widzą region jako rynek zbytu dla swoich produktów i usług. – Wejście na rynki latynoamerykańskie może być doskonałym pomysłem dla polskich firm z wielu branż – na przykład przemysłu ciężkiego, farmaceutycznego czy spożywczego. Należy mieć jednak świadomość, że jest to często proces długotrwały i wymagający cierpliwości, a eksport może okazać się początkowo skomplikowany ze względu na złożone procedury, podkreśla Zuzanna Gołębiewska z Polsko Latynoamerykańskiej Rady Biznesu

W ostatnich latach obserwujemy duże zainteresowanie wśród naszych klientów krajami Ameryki Łacińskiej. Ze względu na wielkość wewnętrznych rynków, głównie Meksykiem, oraz Brazylią, ale również Chile, Kolumbią czy Argentyną. Aby ułatwić wejście na nowe rynki, wspólnie z naszymi partnerami, takimi jak Polsko-Latynoamerykańska Rada Biznesu, Pomorski Broker Eksportowy, czy Polsko-Portugalska Izba Handlowa, przygotowaliśmy serię webinariów poświęconych tym krajom. Biorąc pod uwagę wiodącą pozycje grupy Santander w Ameryce Łacińskiej, możemy zaproponować naszym klientom unikalne rozwiązania, takie jak pomoc w rejestracji działalności na tych rynkach, zdalne otwarcie rachunków firmowych, czy pomoc w pozyskiwaniu lokalnych partnerów – wyjaśnia Adam Styś, International Business Manager w Santander Bank Polska.

Polska obecnie eksportuje do krajów Ameryki Łacińskiej głównie wyroby przemysłu elektromaszynowego, chemicznego, wyroby metalurgiczne, artykuły rolno-spożywcze oraz wyroby przemysłu drzewno-papierniczego. Eksperci Polsko Latynoamerykańskiej Rady Biznesu widzą szanse dla polskich firm szczególnie w takich branżach jak: górnictwo, energetyka, rolno-spożywcza, transport, budownictwo, a także motoryzacja, lotnictwo, przemysł stoczniowy, zbrojeniowy, farmaceutyczny i handel elektroniczny.

Polskie firmy coraz śmielej spoglądają na Amerykę Łacińską

Na przestrzeni ostatnich miesięcy widać dynamiczny wzrost eksportu i obrotów handlowych między Polską a największymi krajami regionu takimi jak Meksyk, Chile, Argentyna, Peru czy Kolumbia. Rekordowy pod tym względem jest nasz handel z Meksykiem, w ciągu czterech miesięcy 2021 roku wartość eksportu do tego kraju wzrosła o 170% rdr i wyniosła już ponad 570 mln USD. Kilkudziesięcioprocentowe wzrosty polskiego eksportu zanotowano również w przypadku Peru (33% rdr), Chile i Argentyny (po 26% rdr) oraz Kolumbii (23% rdr)

Polskie firmy coraz śmielej spoglądają na Amerykę Łacińską
Źródło: Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii

W przypadku polsko-brazylijskiej wymiany handlowej jej poziom wynosi w ostatnich latach ok. 2 mld USD, a polski eksport jest zdominowany przez przemysł elektromaszynowy, pojazdy, nawozy, sektor chemiczny, farmaceutyczny i kauczuk. W Brazylii działa bezpośrednio ponad 15 polskich inwestorów, a w ostatnim czasie przybywa inwestycji w branży IT i e-commerce.

– Zalecam Polskim firmom gruntowne przygotowanie merytoryczne w zakresie barier pozataryfowych oraz podatków, natomiast inwestorzy powinni być świadomi specyfiki lokalnego prawa pracy, który jest nieelastyczne i chroniące pracowników – dodaje Wojciech Baczyński, Dyrektor Generalny Polsko-Portugalskiej Izby Gospodarczej,

Santander Bank Polska dysponuje danymi, które zbierane są w ramach portalu Santander Trade, który wspiera firmy planujące ekspansję międzynarodową. Wynika z nich, że rok 2020, ze względu m.in. na potrzebę poszerzania rynków zbytu oraz zerwanie łańcuchów dostaw, przyniósł intensyfikację poszukiwania partnerów biznesowych w Europie i na świecie. W minionym roku najczęściej możliwości rozwoju za granicą poszukiwały polskie firmy z branży maszyn i urządzeń, środków ochrony osobistej, meblarskiej, kosmetycznej, środków czystości i produktów higienicznych. Kraje Ameryki Łacińskiej są popularne w wyszukiwarce ofert portalu głównie jeśli chodzi o produkty kosmetyczne (pielęgnacyjne, kolorowe, manicure, do włosów), farmaceutyczne, przemysł spożywczy (produkty przetworzone, słodycze, alkohole), maszyny i urządzenia, części zamienne, branża chemiczna oraz IT.

W obecnych realiach ekspansja na rynki zagraniczne jest ogromną szansą dla polskich przedsiębiorców na to, aby zrealizować sprzedaż, której nie udało się osiągnąć na rodzimym rynku. Portal Santander Trade i klienci banków zrzeszonych w Trade Club Alliance pozwalają na znaczne skrócenie procesu poszukiwania i weryfikacji nowego kontrahenta handlowego, precyzyjnie dopasowując wiarygodnych partnerów zainteresowanych sprzedażą bądź zakupem konkretnego produktu. Bardzo często zapytania handlowe są także wysyłane bezpośrednio między zainteresowanymi bankami, których klienci poszukują importera lub eksportera – tutaj także widzimy znaczne ożywienie w zakresie zapytań w ramach Grupy Santander z Argentyny, Chile, Meksyku czy Brazylii – wyjaśnia Anna Wierzbicka, Menedżer Zespołu Handlu Zagranicznego w Santander Bank Polska.

Efektywność energetyczna i surowcowa motorem napędowym transformacji gospodarczej

Dalsze opieranie systemu energetycznego na paliwach kopalnych jest dla Polski i innych krajów Unii Europejskiej bardzo niekorzystne. Niezbędne jest budowanie nowego modelu, bazującego na rozproszonym rynku energii z energetyką odnawialną i magazynami energii na czele, które zapewnią bezpieczeństwo energetyczne kraju. Od tego wyzwania nie uciekną również firmy, dlatego, by temu sprostać celom konieczne jest podjęcie współpracy między ekspertami i biznesem. Climate Leadership to program realizowany przez Centrum UNEP/GRID-Warszawa, który ma na celu budowanie społeczności liderów realnej zmiany w biznesie na rzecz przeciwdziałania nieodwracalnym zmianom klimatycznym.

Społeczeństwo polskie oczekuje od państwa transformacji energetycznej, w coraz większym stopniu dostrzegając zagrożenia wynikające z niskiej jakości powietrza, rosnących kosztów energii, a także zmianie klimatu. Preferowany kierunek rozwoju w Polsce to nie węgiel czy energetyka jądrowa, a odnawialne źródła energii i efektywność energetyczna.[1] Niestety, rząd w dniu 02.02.2021 roku przyjął dokument „Polityka Energetyczna Polski do roku 2040”, w którym nadal istnieje wiara, że energetyka jądrowa przyczyni się do przeciwdziałania zmianie klimatu i dążeniu do neutralności klimatycznej. Nie ma to żadnego uzasadnienia w rzeczywistości i realnych możliwościach. Trzeba podkreślić, że budowa elektrowni atomowej generacji III+ już dzisiaj jest rozwiązaniem przestarzałym, a co dopiero za 15-20 lat, kiedy będziemy żyć w zupełnie innej rzeczywistości gospodarczej i technologicznej. Zakładając, że elektrownia będzie działać 60 lat, to do końca XXI w. zabetonujemy sobie możliwość stosowania innowacyjnych rozwiązań w energetyce, choć postęp w energetyce odnawialnej i poprawie efektywności energetycznej jest i będzie bardzo znaczący.

Dlaczego czas paliw kopalnianych musi dobiec końca?

Istotnym elementem dobrobytu od pokoleń była i nadal jest innowacyjna gospodarka. W przypadku Unii Europejskiej oznacza to m.in. zorientowanie polityki na odejście od paliw kopalnych, efektywne wykorzystanie energii i innych zasobów oraz ochronę kapitału naturalnego i usług środowiskowych, które zapewnią powstawanie innowacyjnych miejsc pracy i podnoszenie jakości życia. W oparciu o te założenia została przygotowana strategia Europejskiego Zielonego Ładu. Najważniejszym jej punktem jest osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2050 roku, rozumiane jako wyzerowanie emisji gazów cieplarnianych do atmosfery netto. Jednak niezależnie od kwestii ochrony klimatu, należy pamiętać, że import paliw kopalnianych to setki milionów euro wydanych dziennie, a potencjalne zaburzenia w dostawach wynikające z konfliktów geopolitycznych stanowią poważne ryzyko.

Czas paliw kopalnych musi dobiec w najbliższych dekadach końca. Nie możemy też w nieskończoność zwiększać wydobycia surowców pierwotnych. To ogromne wyzwania, wymagające inwestowania m. in. w poprawę efektywności energetycznej, odnawialne źródła energii, czy wdrażania zasad gospodarki o obiegu zamkniętym – od ekoprojektowania po recykling.” – tłumaczy Bartłomiej Kozek, ekspert programu Climate Leadership.

Bezemisyjna przyszłość

Dzisiejsze decyzje dotyczące wykorzystywanych źródeł energii, kładą podwaliny pod energetykę II połowy XXI w., która będzie kompletnie inna niż dotychczas preferowana w Polsce. Wg Bloomberg’a tanie, odnawialne źródła energii, elastyczny popyt na energię i zintegrowane z tym systemy jej magazynowania będą zmieniać europejski system energetyczny. Przestanie on opierać się na paliwach kopalnych i nuklearnych, a zacznie jedynie polegać na zmiennej energii odnawialnej, tzn. elektroenergetyce bezemisyjnej. Wytwarzanie prądu nie będzie już odbywać się poprzez spalanie węgla i gazu ziemnego, lecz w źródłach bezemisyjnych, takich jak np. wiatr, słońce czy biogaz/biometan. Odejście od spalania ropy, węgla i gazu ziemnego będzie mieć miejsce nie tylko w sektorze elektroenergetycznym, ale też w transporcie, budynkach, przemyśle czy rolnictwie. Wzrośnie rola zarządzania energią i jej magazynowania. W zależności od rodzaju energii, wymaganego czasu jej przechowywania oraz charakterystyki zapotrzebowania stosowane będą różne technologie. Krótkoterminowe magazynowanie prądu będzie odbywać się głównie z pomocą różnego rodzaju baterii, sezonowe z wykorzystaniem nośników chemicznych (technologie Power2Gas, w szczególności wodór z elektrolizy), ciepła (i chłodu) zaś w różnego rodzajach urządzeniach, od prostych zasobników wodnych po zaawansowane instalacje wykorzystujące przemiany fazowe. Do szybkiego odzysku energii, np. przy hamowaniu i rozpędzaniu pojazdów, będą wykorzystywane superkondensatory. Biometan (wraz z zielonym wodorem i innymi nośnikami chemicznymi) będzie pełnił w sieci rolę regulacyjną, stanowiąc dyspozycyjne źródło energii.

Efektywność energetyczna

Zgodnie z zasadą zawartą w Europejskim Zielonym Ładzie poprawa efektywności energetycznej powinna być punktem wyjścia – energy effciency first. Dopiero mając orientację, jaką są istotne szanse do oszczędzania energii i jej poszanowania w perspektywie 20 lat, można zastanawiać się nad koniecznością lub nie, budowania mocy energetycznych. Nowe budynki mogą i powinny być budowane w standardzie zeroenergetycznym. Już dziś można je budować w cenie praktycznie takiej samej, jak budynki konwencjonalne, a biorąc pod uwagę różnicę w rachunkach za energię opłacalność ekonomiczna jest bezdyskusyjna. Oczywiście większość budynków, które będą w 2050 roku, już istnieje, dlatego potrzebna jest ich głęboka termomodernizacja. Korzyści z niej to nie tylko spadek emisji CO2, ale też zanieczyszczeń powodujących smog, redukcja ubóstwa energetycznego czy poprawa jakości powietrza w domach. Elektromobilność jest przyszłością transportu. Zastąpienie każdego auta spalinowego elektrycznym nie jest jednak jedynym sposobem poprawy efektywności. Wśród działań na jej rzecz mamy miasta jak Kopenhaga z rowerami i transportem miejskim zamiast samochodów prywatnych (przy okazji pozbywając się korków, smogu samochodowego, hałasu, wypadków, zastępując parkingi parkami i poprawiając jakość przestrzeni miejskiej), dobrą kolej między miastami i transport zbiorowy oraz planowanie przestrzenne. Rosnące znaczenie będzie mieć także przechodzenie na gospodarkę obiegu zamkniętego, wysoce efektywną nie tylko pod kątem zużycia energii, lecz także wszelkich innych zasobów.

Globalni liderzy już dziś tworzą własne moce wytwórcze, instalując panele fotowoltaiczne czy stawiając farmy wiatrowe. Efektywniej gospodarują surowcami i energią, a także wspierają swoich dostawców w procesie zielonego zwrotu energetycznego.” – dodaje Bartłomiej Kozek.

[1] W badaniu firmy 4P Research Mix ze stycznia 2018 roku na reprezentatywnej próbie 1000 osób aż 95,4% badanych (odpowiedzi „tak” i „raczej tak”) opowiedziało się za rozwojem OZE i 95,3 % za efektywnością energetyczną, a tylko 35,2% za energetyką węglową czy 30,1% za atomową.

Avallon MBO III większy o 44 mln EUR. Fundusz pozyskał łącznie 137,1 mln EUR na transakcje z menedżerami

  • Avallon, świętujący właśnie swoje 20-lecie, dokonał finalnego podwyższenia poziomu funduszu Avallon MBO III. Powiększył się on do 137,1 mln EUR, tym samym łączny kapitał powierzony funduszowi w zarządzanie przekroczył już 1 mld zł.
  • W końcowym czerwcowym podwyższeniu, wynoszącym 44 mln EUR uczestniczyły  renomowane międzynarodowe instytucje finansowe, w tym m.in.: International Finance Corporation (IFC), European Investment Fund (EIF) oraz fundusze emerytalne z dwóch krajów europejskich.
  • Nowe inwestycje Avallonu wynosić będą nawet 15-20 mln EUR w przypadku każdej ze spółek. Fundusz koncentruje się na transakcjach wykupu (MBO) realizowanych we współpracy z menedżerami, konsolidacjach, ekspansji zagranicznej, a także wsparciu procesów sukcesji w firmach rodzinnych.

Po ostatniej transzy fundusz Avallon MBO III ostatecznie osiągnął poziom 137,1 mln EUR. To mocne zamknięcie obchodzonego właśnie 20-lecia istnienia łódzkiej spółki. – Zamykamy w ten sposób drugą dekadę naszego funkcjonowania na rynku, a równocześnie otwieramy kolejny rozdział naszej działalności. Realizujemy zgodnie z planem naszą strategię: po niedawnym wyjściu ze spółki ZABERD nie zatrzymujemy się. Pracujemy nad kolejnymi wyjściami z transakcji z ostatniego funduszu, równocześnie intensywnie procesujemy nowe projekty. Chcemy je realizować już w drugiej połowie tego roku. Doceniamy zaufanie inwestorów, dzięki temu przekroczyliśmy już poziom 1 mld złotych powierzonych nam w zarządzenie – komentuje Tomasz Stamirowski, partner zarządzający i współtwórca Avallon MBO.

Zagraniczny kapitał chce inwestować w Polsce

Inwestorami funduszu Avallon MBO III są renomowane, międzynarodowe instytucje, w tym również takie, które już wcześniej lokowały kapitał w funduszach Avallonu. Jednym z inwestorów jest International Finance Corporation (IFC), organizacja afiliowana przy Międzynarodowym Banku Odbudowy i Rozwoju oraz ściśle współpracująca z Bankiem Światowym – wniosła do funduszu 15 mln EUR. European Investment Fund (EIF) zainwestował środki pochodzące ze swojego programu European Guarantee Fund, powierzone mu bezpośrednio przez Komisję Europejską. Kolejną pulę środków dołożyły fundusze emerytalne z dwóch europejskich krajów będących członkami UE.

Cieszymy się, że nasze dotychczasowe osiągnięcia dowiodły skuteczności stosowanej przez nas strategii inwestycyjnej, co skłoniło dotychczasowych inwestorów do ponownego powierzenia nam swojego kapitału. Udało nam się również pozyskać zupełnie nowych partnerów, chętnych do zaangażowania na polskim rynku. To niezwykle istotne, szczególnie teraz, kiedy powoli wychodzimy z pandemii, aby polskie przedsiębiorstwa i zarządzający nimi menedżerowie mogli liczyć na wsparcie zarówno finansowe, jak i merytoryczne takiego partnera, jak my – mówi Tomasz Stamirowski.

Priorytet to inwestowanie z menedżerami

Zgodnie ze strategią Avallonu inwestycje funduszu będą ukierunkowane na transakcje realizowane wspólnie z menedżerami, w tym głównie transakcje wykupu akcji (MBO), procesy konsolidacyjne oraz wykupy spółek zagranicznych. Inną specjalizacją Avallonu jest wsparcie menedżerów w procesach sukcesji w firmach rodzinnych. Tym razem łódzki fundusz chętniej przyjrzy się spółkom funkcjonującym w obszarze IT oraz związanych z e-commerce

Przez te 20 lat naszej działalności braliśmy udział w ponad 100 transakcjach menedżerskich. Choć nie mamy jakichś jednoznacznych preferencji branżowych, to tym razem, oprócz tradycyjnych dla nas kierunków, jeśli chodzi o branże, takich jak FMCG, czy specjalistyczna produkcja, większy nacisk położymy na szeroko rozumiany sektor IT, mocno zyskujący w czasie pandemii – komentuje Tomasz Stamirowski.

Pierwsze półrocze 2021 r.: okres najlepszej koniunktury w historii wtórnego rynku nieruchomości?

Pośrednicy w obrocie nieruchomościami najpewniej zapomnieli już o pandemii COVID-19, która przed rokiem spędzała im sen z powiek. Obecnie największym ich zmartwieniem jest kurcząca się oferta mieszkań, domów i działek. Wiele wskazuje na to, że na rynku wtórnym pobity zostanie rekord liczby zawartych transakcji.

W branży nieruchomości pracuję od 2007 r. i widziałam naprawdę różne „zachowania i tendencje” na rynku, od hossy po bessę i krach. Natomiast to, co się dzieje w tym roku, przerosło moje najśmielsze wyobrażenia – mówi Anna Zielińska z firmy Expander. – Pamiętam, jak kilka lat temu sprzedawałam mieszkania w dzielnicy Stare Miasto w Krakowie. Na cenę 9-10 tys. zł za m kw. klienci zwykle reagowali śmiechem. Raz usłyszałam od klienta: „Toż to cena z kosmosu”. Dzisiaj taka cena jest już mało realna do uzyskania. Jak tylko pojawił się na rynku takie mieszkanie, najczęściej do generalnego remontu, to urządzane są licytacje. W maju osobiście taką przeprowadzałam – opowiada krakowska pośredniczka z Expandera.

Według niej, ceny rosną jak szalone i na obniżki raczej nie ma co liczyć.  – Deweloperzy informują nas pośredników o podwyżkach już nie z miesiąca na miesiąc, ale z dnia na dzień. Mimo to zainteresowanie klientów zakupem mieszkań nie spada – twierdzi Anna Zielińska.

Podobnie jest na warszawskim rynku wtórnym. – Mogę powiedzieć jedno: w Warszawie zainteresowanie klientów pozostało na stałym wysokim poziomie, a ceny nieruchomości stopniowo szły w górę – komentuje Jan Czajkowski, dyrektor zarządzający agencją Alfa Home Nieruchomości. Zdaniem tego pośrednika, w porównaniu z drugim półroczem 2020 r., wzrósł udział klientów kupujących mieszkania za gotówkę. – Potwierdza to naszą ubiegłoroczną opinię, że nieruchomości są najbezpieczniejszą formą lokaty kapitału. Obecnie, średnio co trzeci kupujący płaci za nieruchomość gotówką – mówi Jan Czajkowski.

Arkadiusz Perłowski z agencji Housefly Nieruchomości zwraca uwagę, że w pierwszym półroczu 2021 r. wzrosło zainteresowanie domami oraz działkami budowlanymi. – Ludzie zamknięci w mieszkaniach zapragnęli mieć choć kawałek własnej ziemi. Niestety, oferta domów i działek szybko się kurczy. Nic nie zapowiada, aby sytuacja miała się szybko zmienić – uważa Arkadiusz Perłowski.

Jego obserwacje są zgodne z majowym raporten serwisu Unirepo, który analizuje oferty w 38 portalach ogłoszeniowych. W maju na rynku pojawiło się 12,5 tys. unikalnych ofert domów oraz 34,4 tys. ofert działek. Przed rokiem w analogicznym okresie było ich odpowiednio: 14,9 tys. oraz 45 tys.

W drugim półroczu 2021 r. pośrednicy spodziewają się wiec dalszych podwyżek cen nieruchomości. – Niskie stopy procentowe sprawiły, że wiele osób decyduje się na zakup mieszkania. Nieruchomości stały się również idealnym miejscem do lokowania kapitału, szczególnie w sytuacji galopującej inflacji oraz niskiego oprocentowania lokat bankowych – mówi Arkadiusz Perłowski.

Wygląda więc na to, że już w tym roku może paść nowy rekord liczby zawieranych transakcji na rynku wtórnym. W 2019 r. pandemia Covid-19 wyhamowała wzrost rynku – transakcji było prawdopodobnie nieco mniej niż rok wcześniej, o czym świadczy spadek przedwstępnych umów sprzedaży, które zwykle poprzedzają zawarcie aktów notarialnych przeniesienia własności.Przedwstepne umowy sprzedaży

Wiele osób decyduje się na zakup mieszkania na rynku wtórnym najpewniej głównie ze względu na ich lokalizację oraz cenę. Na starszych osiedlach mieszkańcy mają w zasięgu ręki m.in. sklepy, punkty usługowe, a także przedszkole, szkołę, aptekę czy ośrodek zdrowia. Przestrzenie między budynkami są zwykle dużo większe i zadrzewione. Ponadto, oferta mieszkań z drugiej ręki jest większa i bardziej zróżnicowana cenowo niż u deweloperów. Te pierwsze kupują więc częściej mniej majętne osoby. Widać to w statystykach Narodowego Banku Polskiego (NBP) dotyczących średnich cen transakcyjnych.Srednie ofertowe ceny-pierwotny i wtórny

Z danych NBP wynika również, że w wielu największych miastach, średnie ceny ofertowe mieszkań na rynku wtórnym rosły szybciej niż na rynku pierwotnym. Np. w 2015 r., spośród największych aglomeracji, tylko w Warszawie i Krakowie oferowane do sprzedaży używane mieszkania były droższe od nowych (średnio). Obecnie podobnie jest w Gdańsku, Białymstoku, Lublinie i Rzeszowie. W tym ostatnim mieście mieszkania na rynku wtórnym podrożały od 2015 r. średnio o 46%, zaś na rynku pierwotnym – o 21%.Średnie ceny transakcyjne-pierwotny-wtórny

Autor: Marek Wielgo, ekspert portalu GetHome.pl                                                      

Złoty pozostaje słaby

Silna postawa Wall Street i odbicie walut surowcowych sugerują, że rynki zdrowieją po zeszłotygodniowych turbulencjach. Przy wszystkich obawach wokół wariantu Delta wirusa, nie dochodzi do gwałtownej zmiany oczekiwań, jak wirus wpłynie na tempo globalnego ożywienia. Ale odbicie przychodzi powoli i nierównomiernie, co widać chociażby po wciąż słabej postawie złotego. Przydałby się nowy impuls, którym mogą być dzisiejsze dane z USA.

Zmiany w ostatnich godzinach nie są duże, a w notowania wkradła się atmosfera wyczekiwania na nowy katalizator. Tym mogą być dane o inflacji z USA dziś po południu. Od tego, co stoi za wzrostami CPI, zależy, jakie kroki podejmie Rezerwa Federalna, a z tym muszą się liczyć wszyscy na rynkach. Konsensus sugeruje kolejny silny wzrost cen (prog. 0,5 proc. m/m) i utrzymanie rocznej dynamiki blisko 5 proc. Za część presji cenowej odpowiadają składniki powiązane z postpandemicznym odbiciem, czyli takie, których efekty nie utrzymają się w długim okresie. Są to np. ceny używanych samochodów, opłaty za hotele i podróże lotnicze. Ale są też elementy, np. opłaty za użytkowanie mieszkań, których szybki wzrost może być trwalszy i alarmujący dla banku centralnego. Niewykluczone, że dzisiejszy odczyt rozbudzi dyskusję o zagrożeniach wyższej inflacji i podsyci spekulacje o szybszym zacieśnianiu polityki przez Fed. Innymi słowy zabrałoby to tani pieniądz z rynku. Z drugiej strony, jeden odczyt nie ma w sobie aż tyle informacji, aby do razu determinować zmiany w polityce monetarnej. To proces, który ewoluuje na przestrzeni miesięcy, ale inwestorzy chcieliby znać komentarze Fed już teraz. Biorąc pod uwagę, że jutro i pojutrze prezes Powell będzie w Kongresie zdawać relację z realizowanej polityki, szczególnie intersujące będzie, jeśli Powell zostanie poproszony o komentarz do danych o inflacji. Ponieważ inwestorzy chcą nowego katalizatora (na pewno innego niż wariant Delta), słowa prezesa Fed mogą być potencjalnie ważnym impulsem dla USD i aktywów powiązanych. Dla przykładu w ostatnich dniach EUR/USD bez wątpienia zagubił kierunek i bardzo możliwe, że jaki by odczyt CPI nie był, inwestorzy będą chcieli zrobić z niego zdarzenie pobudzające zmienność.

Złoty pozostaje uparcie słaby, mimo że główna fala awersji do ryzyka na globalnym rynku zdaje się być już za nami. Nie pomagają wakacyjne warunki płynnościowe i generalne opóźnienie, z jakim aktywa rynków wschodzących reagują na odbudowę apetytu na ryzyko. Niektórzy obserwatorzy chcą iść na skróty w opisie sytuacji złotego i tłumaczą, że słabość to skutek podtrzymania gołębiego nastawienia RPP. Takie tłumaczenie uznaję za błąd. Po pierwsze nikt nie liczył na nagłą zmianę stanowiska RPP, a dokładnie prezesa A. Glapińskiego, więc nic, co prezes powiedział na piątkowej konferencji, nie mogło być zaskakujące dla uczestników rynku. Po drugie, mówimy o dziennych spadkach złotego o mniej niż ćwierć procenta. Jeśli podejście RPP jest tak szokujące, rewizja oczekiwań powinna być gwałtowna i znaczna. Jakkolwiek perspektywa ujemnych realnych stóp procentowych na dłużej jest negatywnym czynnikiem dla złotego, ale w takim kontekście, że blokuje EUR/PLN przed szybkim powrotem EUR/PLN pod 4,40, a nie jako argument dla dodatkowego osłabienia. Stąd dalej trzymam się zdania, że słabość złotego to wynik przejściowego wzrostu globalnej awersji do ryzyka. Wpływ ten nie powinien utrzymywać się długo, ale be zwątpienia przydałby się nowy impuls, który zainicjuje zwrot.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Zarobki w IT i najlepiej opłacani specjaliści – podsumowanie I połowy 2021 roku w branży

Wymuszony rozwój cyfryzacji i automatyzacji procesów zwiększył zapotrzebowanie na rozwiązania z zakresu cyberbezpieczeństwa. Według No Fluff Jobs, w I połowie 2021 roku to specjaliści z tego właśnie obszaru mogli liczyć na zarobki do 23 tys. zł netto + VAT w przypadku umowy B2B. Z kolei specjalistami w IT, którzy w tym okresie zyskali najwięcej byli Project Managerowie – dolne widełki ich wynagrodzenia, na umowie B2B, wzrosły aż o 33 proc. w stosunku do roku ubiegłego. Zwiększony popyt na usługi IT pokazała liczba aktywnych ofert dla pracowników tego sektora, która od stycznia do czerwca bieżącego roku była aż o 120 proc. większa niż w analogicznym okresie roku 2020. 

Najlepiej opłacani specjaliści IT w I połowie 2021

Trend na cyfryzację i automatyzację procesów, który znacznie przyspieszyła i rozwinęła epidemia koronawirusa, sprawił, że na znaczeniu zyskały jednocześnie kwestie związane z cyberbezpieczeństwem. Dlatego firmy masowo zwróciły się także w stronę rozwiązań chmurowych i migracji danych. Zjawiska te mają odzwierciedlenie w wynagrodzeniach oferowanych kandydatom z powiązanych z nimi dziedzin, a także w liczbie aktywnych ofert pracy do nich kierowanych.

Wśród najlepiej opłacanych specjalistów IT w I połowie 2021 roku, według No Fluff Jobs, pierwsze miejsce zajęli eksperci ds. Security (cyberbezpieczeństwa). W ich przypadku dolna mediana widełek wynagrodzenia wyniosła 18 900 zł netto (+VAT) a górna 23 000 zł netto (+VAT) na umowę B2B oraz 12 500-18 500 zł brutto na umowę o pracę. Tuż za nimi znalazła się kategoria Artificial Intelligence, czyli sztuczna inteligencja – 17 000-23 000 zł netto + VAT na B2B, 12 000-19 000 zł brutto na umowę o pracę oraz DevOps (16 800-22 000 zł netto + VAT na B2B, 12 600-18 000 zł brutto w przypadku umowy o pracę). W czołówce znaleźli się również specjaliści od Business Intelligence, Big Data, Mobile, Backend oraz Fullstack, których mediana górnych widełek wynagrodzeń na B2B przekroczyła 20 000 zł netto (+VAT).

Wydarzenia minionego roku sprawiły, że wiele firm zwróciło się w kierunku cyberbezpieczeństwa, a także migracji danych do chmury. Nie dziwi więc fakt, że eksperci ds. Security oraz specjaliści DevOps są tak pożądani i mogli liczyć na największe widełki wynagrodzenia w pierwszej połowie 2021 – mówi Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs. Branża IT szybko odrobiła pandemiczne straty i w pierwszej połowie 2021 roku odnotowaliśmy o ponad 120 proc. więcej aktywnych ofert względem tego samego okresu w 2020 roku. Obecnie (stan na pierwszy tydzień lipca) nasz licznik pokazuje aż 7200 aktywnych ofert pracy.

Project Managerowie zyskali najbardziej

Z danych No Fluff Jobs wynika, że w pierwszym półroczu 2021, w branży IT zyskali przede wszystkim specjaliści piastujący stanowisko Project Managera. Dolne widełki ich wynagrodzenia, w stosunku do roku ubiegłego, wzrosły o 33 proc. na umowę B2B i o 25 proc. na umowę o pracę. Na równie wysoki wzrost wynagrodzenia mogli liczyć UX Designerzy: dolne widełki wzrosły o 25 proc. na umowę B2B i 12,5 proc. na umowę o pracę, a dla specjalistów IT Support było to analogicznie 21 proc. i 25 proc.

Najbardziej poszukiwani specjaliści IT w I połowie 2021

W pierwszym półroczu 2021 roku najwięcej ofert pracy na portalu No Fluff Jobs opublikowano w kategorii Backend. Stanowiły one 30 proc. wszystkich ogłoszeń. Na drugim i trzecim miejscu znalazły się, prawie ex aequo, Fullstack i Frontend. Dużą popularnością cieszy się także Testing, który znalazł się tuż za podium. Kolejno w zestawieniu pojawiły się: DevOps, Mobile, Business Analyst.

PGE i Ørsted wybrały konsorcjum do badań geotechnicznych dna morskiego

PGE i Ørsted wybrały konsorcjum Geoquip Marine i MEWO S.A. do wykonania badań geotechnicznych dna morskiego. Rozpoczęte właśnie prace projektowe prowadzone są na rzecz Morskiej Farmy Wiatrowej Baltica, realizowanej w dwóch etapach – Baltica 2 i Baltica 3 o łącznej mocy do 2,5 GW. Rezultaty uzyskane w trakcie wstępnych badań i analiz posłużą do wyboru najbardziej optymalnych rozwiązań dla umiejscowienia turbin wiatrowych oraz stacji transformatorowych na morskim obszarze inwestycji.

Badania podłoża gruntowego dna morskiego to jeden z kluczowych elementów przygotowania do budowy instalacji offshore. W zakres prac wchodzi wykonanie głębokich odwiertów, badań wykonywanych w celu określenia kolejności i głębokości zalegania warstw geologicznych (tzw. sondowania CPT), płytkich odwiertów, a także przeprowadzenie badań laboratoryjnych na morzu i  lądzie.

Realizacja prac związanych z badaniami podłoża jest niezbędna do uzyskania finalnej decyzji inwestycyjnej i rozpoczęcia budowy morskich farm wiatrowych

Należy podkreślić, że wykonawca wybrany do przeprowadzenia badań to konsorcjum stworzone z polskiego przedsiębiorstwa MEWO S.A. oraz szwajcarskiej firmy Geoquip Marine. Wybór konsorcjum, w skład którego wchodzi polska firma jest potwierdzeniem celu, jaki stawia sobie Grupa PGE, aby polskie firmy odegrały istotną rolę w projekcie budowy morskich farm wiatrowych na Morzu Bałtyckim – powiedziała Monika Morawiecka, Prezes Zarządu PGE Baltica.

Bardzo cieszy nas tak silne partnerstwo nawiązane pomiędzy międzynarodowym kontrahentem a silnym lokalnym graczem. Tego typu doświadczenie z pewnością przyniesie korzyści naszym projektom. W przyszłości jesteśmy otwarci na podobne partnerstwa, by wspierać polskich dostawców i pokazać im, że morska energetyka wiatrowa to globalna branża, w ramach której mogą się rozwijać – dodał Søren Westergaard Jensen, Starszy Dyrektor ds. Projektów Rozwojowych, Ørsted.

Ørsted i należąca do PGE spółka PGE Baltica będą wspólnie rozwijać, budować i obsługiwać Morską Farmę Wiatrową Baltica, znacząco przyczyniając się do polskiej transformacji energetycznej i dostarczając czystą, niezawodną i przystępną cenowo energię przez 30 lat.

Morska Farma Wiatrowa Baltica w przyszłości zajmować będzie w przybliżeniu teren Warszawy. Na tak dużym terenie, podłoże gruntowe może być bardzo zróżnicowane. Dlatego też niezbędna jest czteroetapowa analiza. Pierwszy jej etap to rozpoznanie geofizyczne, które w przypadku tej inwestycji zostało już zrealizowane. Drugi, którego dotyczy właśnie podpisana umowa z konsorcjum Geoquip Marine oraz MEWO S.A., to wstępne badanie geotechniczne.

Dzięki pozyskaniu informacji na temat struktury geologicznej możliwe będzie wykonanie kolejnych analiz inżynieryjnych oraz projektów technicznych dla fundamentów, konstrukcji wsporczych turbin, stacji transformatorowych, a także kabli. Ponadto, interpretacja rezultatów będzie podstawą do sporządzenia dokumentacji geologiczno-inżynierskiej do projektu budowlanego. Kolejnymi dwoma etapami prac będą pogłębione analizy geotechniczne uzupełniające stworzony na ich podstawie model gruntu o informacje dotyczące precyzyjnej lokalizacji infrastruktury, które pozwolą na uszczegółowienie ich projektów technicznych.

Konsorcjum Geoquip Marine i MEWO jest jednym z pierwszych wykonawców wybranych przez partnerów joint venture – PGE i Ørsted, posiadających po 50% udziałów w Morskiej Farmie Wiatrowej Baltica. Jej realizacja wpisuje się zarówno w plany Ørsted, który do 2030 r. dąży do posiadania łącznie 30 GW mocy zainstalowanych w morskiej energetyce wiatrowej na całym świecie, jak również w strategię Grupy PGE, dążącej do posiadania w tej perspektywie 2,5 GW w polskiej strefie Morza Bałtyckiego.

Grupa Geoquip Marine posiada międzynarodowe doświadczenie w wykonywaniu morskich badań podłoża gruntowego. Świadczy usługi dla firm z sektora energetycznego, deweloperów infrastrukturalnych oraz organizacji rządowych i badawczych. W zakres jej kompetencji wchodzi również kompleksowa interpretacja danych pozyskanych w trakcie badań.

MEWO S.A. to firma działająca na europejskim rynku offshore i największa w Polsce niezależna firma świadcząca usługi w zakresie badań i pomiarów środowiskowych, geofizycznych oraz geotechnicznych. Jej oferta w tym zakresie obejmuje prowadzenie prac badawczych i rozwojowych oraz wynajem specjalistycznego sprzętu badawczo-pomiarowego. MEWO S.A. dostarcza usługi i rozwiązania dla morskich sektorów energetycznych na Morzu Bałtyckim, Morzu Śródziemnym i południowej części Morza Północnego w zakresie ropy i gazu, odnawialnych źródeł energii, telekomunikacji podmorskiej i badań morza.

Wykonanie wstępnych badań podłoża gruntowego to kolejny krok w realizacji etapu przygotowawczego do budowy morskiej farmy wiatrowej powstającej w dwóch fazach – Baltica 2 i Baltica 3. Uruchomienie tej największej inwestycji offshore w polskiej części Bałtyku, o łącznej mocy do 2,5 GW, planowane jest do 2030 roku.

Już na początku 2021 roku, zrealizowano istotne etapy projektu::

  • W styczniu 2021 zawarto umowę o przyłączenie do sieci przesyłowej dla Morskiej Farmy Wiatrowej Baltica 2.
  • W kwietniu 2021 Morska Farma Wiatrowa Baltica (Baltica 2 i Baltica 3) otrzymała prawo do kontraktu różnicowego.
  • W maju 2021 PGE i Ørsted sfinalizowały umowę joint venture dla wspólnych projektów offshore w Polsce.

Włoska piłka ma się lepiej niż gospodarka

Włochy po zaciętym meczu z Anglią wygrały EURO 2020. Czy siła futbolu jest odbiciem ekonomicznego sukcesu? Nie do końca. PKB Włoch w 2020 roku spadł o 8,9 proc., a kraj zmaga się z wysokim bezrobociem wynoszącym 10,5 proc. Do tego bez pracy jest co trzeci Włoch poniżej 25 roku życia.

Włochy przed turniejem zajmowały dopiero 7. miejsce w rankingu najlepszych drużyn FIFA, jednak okazały się najlepszą drużyną piłkarską w Europie. Pokazuje to, że podobnie jak w przypadku inwestowania, często wyniki z przeszłości (a na ich podstawie tworzony jest ranking FIFA) nie mówią wszystkiego o obecnej sytuacji. Przeciwnicy Włochów – Anglicy – zajmowali w rankingu 4. miejsce, ale finał przegrali w rzutach karnych. Wcześniej z turnieju odpadły natomiast dwie najlepsze drużyny z rankingu – Belgia i Francja. Polska także zagrała znacznie gorzej niż zajmowane przez naszą drużynę 21. pozycję z rankingu.

Anglia przegrała, choć ma bogatszą ligę piłkarską oraz wyższy PKB na głowę mieszkańca. Choć na boiskach grały oddzielnie Anglia, Szkocja i Walia w porównaniu parametrów ekonomicznych uwzględniliśmy Zjednoczone Królestwo. W Zjednoczonym Królestwie PKB na głowę mieszkańca wynosi 37.830 euro, we Włoszech o 27 proc. mniej – 27.780 euro, a w Polsce aż o 64 proc. mniej – 13.640 euro. Jednak rzeczywista różnica w poziomie życia między tymi krajami jest niższa, a wynika to głównie z różnic w cenach w poszczególnych rynkach. Eurostat publikuje wskaźnik rzeczywistej konsumpcji prywatnej AIC (Actual Individual Consumption), który lepiej obrazuje rzeczywiste zdolności nabywcze gospodarstw domowych zweryfikowane parytetem siły nabywczej. Dla UK wskaźnik ten wynosi 110 proc. średniej Wspólnoty, podczas gdy dla Włoch to 97 proc., a dla Polski 83 proc. (dane za 2020 r.).

Miniony rok był ciężki dla prawie wszystkich gospodarek, tak jak ciężki był dla obu drużyn wczorajszy finał. Włoska gospodarka skurczyła się o 8,9 proc., nieznacznie mniej niż brytyjska, która zmniejszyła się aż o 9,8 proc. Na tym tle Polska odznacza się zdecydowanie pozytywnie, bo nasze PKB zmniejszył się tylko o 2,7 proc. Prognozy na obecny rok znowu są zgodne z rankingiem FIFA, PKB Zjednoczonego Królestwa ma wzrosnąć o 6,8 proc., Włoch o 5 proc., a Polski o 4,8 proc. (prognozy Komisji Europejskiej i rządu Zjednoczonego Królestwa).

Włosi najmniejszy problem mają z inflacją, która wynosi u nich tylko 1,2 proc. (HICP, 05/2021). W UK Inflacja CPI w maju była wyższa niż we Włoszech, ale pozostaje na umiarkowanym poziomie – 2,1 proc. W Polsce natomiast inflacja HICP, wyliczana według jednolitej metodologii europejskiej, wyniosła w maju aż 4,8 proc. Odwrotnie sytuacja ma się z bezrobociem, które we Włoszech wynosi aż 10,5 proc. Dla porównania na Wyspach jest to 4,7 proc., a w Polsce tylko 3,8 proc. (według metodologii Eurostat). Największy problem Włosi mają z bezrobociem osób poniżej 25 lat, gdzie bez pracy pozostaje 31,7 proc. osób w tym wieku. W Zjednoczonym Królestwie pracy nie ma 10,6 proc. młodych, a w Polsce jest to 13,5 proc.

Jeśli spojrzymy na giełdy w Mediolanie i Londynie, to ta pierwsza od początku roku notuje lepsze wyniki. Najważniejszy włoski indeks FTSE MIB wzrósł bowiem do dziś o 10,83 proc. podczas gdy londyński FTSE100 o 8,99 proc. Jednak WIG20 pobił oba te indeksy, wzrastając aż o 13,5 proc. Szkoda, że to nie giełdy decydują o tym, kto wygrywa EURO, bo bylibyśmy wtedy na znacznie lepszej pozycji.

Gdyby brać pod uwagę tylko najważniejsze wskaźniki ekonomiczne, zwycięzcami finału powinni zostać Anglicy. A jednak mistrzami na boisku zostali Włosi, którzy najpierw wyrównali wynik, a później okazali się lepsi w konkursie rzutów karnych. Pokazali, że choć chwilowo mogą grać gorzej, to w długiej perspektywie potrafią trzymać się założonego schematu. Podobna zasada powinna nam przyświecać, gdy inwestujemy nasze pieniądze – ustal strategię i się jej trzymaj. Nie powinniśmy również zapominać o geograficznej dywersyfikacji – może rozpoczniesz, wybierając najlepsze spółki z Włoch, Wielkiej Brytanii i Polski?

Paweł Majtkowski, analityk rynków eToro

Braki kadrowe HoReCa uderzą rykoszetem w klienta?

Po kilkunastu miesiącach ograniczeń Polacy wracają do normalności. Planują wakacje w kraju i licznie zajmują stoliki w lokalach gastronomicznych. Niestety, świat HoReCa po covidzie nie przypomina tego sprzed pandemii. Braki kadrowe, z którymi walczą przedsiębiorcy z tego sektora – wpływają na obsługę gości hoteli czy restauracji i wydłużają czas oczekiwania na zamówienie. Problemów w branży HoReCa jest więcej, a wiele z nich odczują również klienci.

Reżim sanitarny, w którym funkcjonował nasz kraj przez ostatnie kilkanaście miesięcy sprawił, że wielu mieszkańców tęskniło za powrotem do normalności. 52 proc. naszych rodaków nie mogło się doczekać wyjazdów turystycznych, tyle samo ankietowanych chciało wrócić do restauracji, knajpek i pubów (Raport Powroty Polaków. Norstat na zlecenie Jakdojade. Luty-marzec 2021 r.). Oczekiwane zniesienie obostrzeń przyniosło ze sobą zmiany w sektorze HoReCa. Niestety wiele z nich dotyka nie tylko pracowników i pracodawców tego sektora, ale również ich klientów.

W oczekiwaniu na realizację zamówienia

Goście lokali gastronomicznych i hoteli spędzają w nich coraz więcej czasu. Rośnie także liczba środków wydawanych na usługi branży HoReCa. Jak wynika z danych z kart płatniczych klientów Banku Pekao – w długi czerwcowy weekend 2021 r. – ich nominalne wydatki w hotelach były na takim poziomie, jak w szczycie sezonu 2020 r. Podobny trend zaobserwowali ekonomiści PKO BP, według których wydatki klientów PKO BP płacących kartą w restauracjach osiągnęły rekordowy poziom. Ich średnia tygodniowa była znacznie wyższa niż w ubiegłoroczne wakacje. Mimo rosnącego popytu, wiele z obiektów nie jest przygotowanych na nagły skok zainteresowania ich usługami.

To co już widać w restauracjach i co odczuwają klienci to dłuższy okres oczekiwania na zamówienie oraz zdecydowanie gorsza jakość obsługi, na którą wypływa kilka elementów. Braki kadrowe oznaczają, że na jedną osobę przypada więcej obowiązków, np. stolików do obsługi. W porach tzw. tabaki – dużego ruchu – pracownicy skupiają się na prędkości obsługi i już niekoniecznie myślą o jej jakości – mówi Rafał Krzycki, Wydawca Horeca Business Club oraz Wiceprzewodniczący i Sekretarz Rady w Izbie Gospodarczej Gastronomii Polskiej. – Problemy z personelem powodują również zatrudnianie niemal każdego chętnego do pracy, nawet kogoś bez kwalifikacji. Takie osoby z automatu sprawiają, że serwis jest niskiej jakości. Aby to zmienić, nowe, niewykwalifikowane osoby musiałyby przejść szkolenie i popracować pod okiem doświadczonych pracowników, ale na to niestety potrzebny jest czas i pieniądze, których nadal w gastronomii brakuje – podkreśla ekspert.

Rozczarowujące powroty

Braki kadrowe w sektorze HoReCa z pewnością nie pomogą spełnić rosnących oczekiwań klientów, którzy coraz częściej komunikują swoje rozczarowanie. Tylko w 2020 r. – w okresie od 1 czerwca do 30 sierpnia ­– Europejskie Centrum Konsumenckie odnotowało o 65 proc. więcej zgłoszeń turystów na problemy z zakwaterowaniem niż w 2019 r. Co więcej, pracownicy „z łapanki” w hotelach czy lokalach gastronomicznych i nieprzeszkoleni przez przełożonego mogą wprowadzać klientów w błąd np. dotyczący składników zamawianej potrawy, a to może skutkować skargą złożoną przez konsumenta do UOKiK. Niewykwalifikowana kadra w hotelach to ryzyko prowadzące do zwiększenia liczby negatywnych opinii o danych obiektach, które obecnie – na portalach służący do rezerwacji zakwaterowania online – są krytykowane m.in. za niemiłą i niedoinformowaną obsługę na recepcji, czystość pokoi i jakość potraw serwowanych w hotelowej restauracji. By przeciwdziałać tego typu opiniom, przedsiębiorcy z branży HoReCa muszą zawalczyć o wykwalifikowanego pracownika, jednak ta walka może nie być łatwa.

Sektor HoReCa konkuruje o kandydatów nie tylko z innymi podmiotami z tej branży, ale też całym rynkiem, który również szuka pracowników i jest w stanie zapłacić im więcej oraz zapewnić lepsze warunki pracy np. umowę o pracę i benefity. Kluczowa jest także stabilizacja, a tej HoReCe jeszcze brakuje – mówi Cezary Maciołek, prezes Grupy Progres. – Kartą przetargową hoteli czy restauracji mogą być nie tylko dodatki do wynagrodzenia w postaci napiwków, ale też inne bonusy, które niestety np. w gastronomii nadal nie są standardem. Na początku tego roku, tylko 30 proc. osób zatrudnionych w sektorze gastro miało zniżki na produkty i usługi pracodawcy, 28 proc. deklarowało elastyczny czas pracy, a 13 proc. – benefit w postaci ubezpieczenia na życie lub NNWzaznacza.

Według Rafała Krzyckiego, w wielu krajach zawód kelnera nie jest traktowany jako przygoda dla młodych, ale pracuje w nim bardzo dużo starszych osób, które robią to przez całe życie. One, nawet w trakcie kryzysu, nie odejdą z dnia na dzień i się nie przekwalifikują. W Polsce m.in. zawód kelnera wymaga gruntownej odbudowy i działań PR. Po części zły wizerunek stworzyli pracownicy, ale także i pracodawcy, którzy niejednokrotnie traktują kelnerów w sposób zniechęcający ich do tego zawodu.

Klient poczeka i zapłaci więcej?

Restauratorzy mierzą się z brakami kadrowymi, ale nie tylko ten problem odczują ich klienci. Ceny usług gastronomicznych poszły w górę, a Internet zalewa fala zdjęć obrazujących „paragony grozy”. Co więcej, analiza płatności kartowych klientów Banku Millennium wskazuje na dynamiczne odbicie wydatków na usługi, które były dotychczas zamrożone. Nominalne wydatki w restauracjach na początku czerwca 2021 r. były wyższe niż przed wybuchem pandemii. Częściowo może to odzwierciedlać rosnące ceny.

Koszty w branży HoReCa zwiększają się z kilku powodów: deficytu personelu, dużych oczekiwań finansowych kandydatów i idący za tym wzrost wynagrodzeń. Powoduje je również wzrost cen produktów, galopująca inflacja, która wpływa na koszt dania w menu i może zmniejszyć wyniki sprzedaży, ale też wzrost wydatków operacyjnych. Przyczyną są także wchodzące – za chwilę w życie – wymogi związane ze stosowaniem opakowań ekologicznych, czy skok zainteresowania zamawianiem jedzenia na wynos i opłatami dla pośredników np. za dostarczenie zamówienia. Zmiany przyzwyczajeń części klientów potwierdzają też badania firmy doradczej Deloitte „Global State of Consumer Tracker”. Wynika z nich, że – w porównaniu do 2019 r. – liczba klientów, którzy częściej będą zamawiać jedzenie na wynos lub z dostawą zwiększyła się w Polsce o 10 proc.

Niespotykana skala przeszkód?

Kwestia pracowników w sektorze HoReCa to niemal wiecznie żywy temat. – Nie musimy daleko sięgać pamięcią, tuż przed pandemią, w boomie gospodarczym, rynek mocno się rozwijał i personel był dostępny. Problemy w branży HoReCa dotyczyły postaw pracowników tzn. ich niezbyt poważnego podejścia do wykonywanych obowiązków i przełożonego, braku wykwalifikowanych kandydatów czy rotacji, widocznej szczególnie na etatach w kuchni – mówi Rafał Krzycki. – Odnoszę wrażenie, że każdy przedsiębiorca w tym sektorze, niemal doktoryzuje się z rekrutacji i pewnie mógłby napisać ciekawą historię różnych przypadków. Ale chciałbym też zaznaczyć, że na rynku było i jest też bardzo dużo świetnych pracowników. Aby ich utrzymać, pracodawca zawsze musi grać uczciwie i dbać o swój zespół. Są takie miejsca, choć dziś i one potrafią mieć braki kadrowe, które odczuwają klienci – zauważa.

Cezary Maciołek dodaje, że obecna sytuacja w branży HoReCa jest precedensowa. Zdaniem eksperta, w dotychczasowej historii w żadnym z sektorów nie zdarzyły się aż takie problemy, z jakimi boryka się m.in. właśnie HoReCa. Oczywiście, były kryzysy finansowe i grupowe zwolnienia, które sprawiały, że do tej pory prężnie działający sektor nagle znalazł się w kryzysie i nie mógł się z niego podnieść – podobnie jak teraz HoReCa. Skala wyzwań, którym muszą sprostać obiekty noclegowe oraz gastronomiczne jest ogromna i mimo starań przedsiębiorców działających w tym obszarze, rykoszetem mogą one się nadal odbijać również na ich klientach.

Przemysł potrzebuje rąk do pracy. W III kwartale 2021 roku firmy chcą rozbudowywać swoje zespoły

Pomiędzy lipcem a wrześniem przedsiębiorcy z sektora produkcji przemysłowej planują aktywnie rozbudowywać swoje zespoły. Jak wynika z analizy ManpowerGroup, chęć pozyskania nowych talentów zgłasza co ósma firma – organizacje mogą więc spodziewać się na rynku dość intensywnej rywalizacji o kandydatów. Dla pracowników III kwartał bieżącego roku powinien być okresem dużej stabilizacji w obszarze zatrudnienia, ponieważ aż 83% przedsiębiorców zamierza utrzymać liczbę etatów na niezmienionym poziomie. Zwolnienia przewiduje zaledwie 1% firm, a niesprecyzowane plany ma 3%.

Nastroje rekrutacyjne przedsiębiorców działających w sektorze produkcji przemysłowej w III kwartale 2021 roku są dość optymistyczne. Wskazują na to dane zebrane w ramach raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”. Prognoza netto zatrudnienia* dla sektora produkcji przemysłowej osiągnęła poziom +13%. Stosunkowo wysoki wynik sugeruje, że chęć powiększania zespołów jest wśród pracodawców dosyć duża. W porównaniu z ubiegłym kwartałem zapotrzebowanie na ręce do pracy wzrosło – wskaźnik dla miesięcy kwiecień – czerwiec był bowiem o 2 punkty procentowe niższy od tego notowanego obecnie. Przedsiębiorcy są też zdecydowanie bardziej otwarci na pozyskiwanie nowych pracowników niż rok temu. W III kwartale 2020 roku prognoza netto zatrudnienia dla sektora produkcji przemysłowej wynosiła -7% i świadczyła o zamiarze znacznego redukowania etatów w wielu firmach.

– Pomimo trwającej pandemii COVID-19 sytuacja sektora produkcji przemysłowej jest dość dobra, co wpływa na stosunkowo dużą dynamikę rynku pracy w tym obszarze. Przed pracodawcami stoi jednak wiele wyzwań. Część organizacji przenosi swoje procesy operacyjne z różnych części globu właśnie do Polski, zwiększając tym samym popyt na pracowników. W zaistniałej sytuacji wśród firm wzmaga się rywalizacja o talenty i rośnie potrzeba opracowywania efektywnej strategii rekrutacyjnej, która pozwoli im przyciągnąć kandydatów. W związku z coraz wyższym niedoborem talentów pracodawcy muszą liczyć się też z tym, że po dużych inwestycjach związanych z dostosowywaniem fabryk do zaostrzonych rygorów i wymagań sanitarnych będą musieli sprostać rosnącej presji na wynagrodzenia – stwierdza Piotr Skierkowski, ekspert rynku pracy z ManpowerGroup.Przemysł potrzebuje rąk do pracy. W III kwartale 2021 roku firmy chcą rozbudowywać swoje zespoły

Rekrutację nowych pracowników w III kwartale 2021 roku planuje 13% firm. W poprzednich trzech miesiącach takie zamiary zgłaszało 16% organizacji – odsetek spadł więc nieznacznie w ujęciu kwartalnym, ale nadal utrzymuje się na stosunkowo wysokim poziomie. Wzrosła natomiast liczba pracodawców, którzy nie przewidują zmian personalnych w swojej firmie. Aż 83% przedsiębiorców deklaruje, że chce pozostawić zatrudnienie na niezmienionym poziomie w okresie lipiec – wrzesień. Wskaźnik ten jest o 7 punktów procentowych wyższy niż w ubiegłym kwartale. Pracownicy sektora produkcji przemysłowej mogą więc poczuć większą stabilność w obszarze zatrudnienia. Korzystne dla nich informacje dotyczą także redukcji etatów. Pomiędzy lipcem a wrześniem zwolnienia przewiduje tylko 1% firm. Wynik ten w ujęciu kwartalnym spadł o 2 punkty procentowe i prezentuje obecnie bardzo niski poziom.

– Sytuacja na rynku jest korzystna dla pracowników, jednak kandydaci, którzy chcą zdobyć ciekawą pracę z atrakcyjną ofertą finansową, muszą nastawić się na nieustanny rozwój i podnoszenie swoich kompetencji, by odpowiadać na potrzeby pracodawców. W wielu przypadkach konieczne może okazać się wręcz całkowite przekwalifikowanie, ponieważ wraz z postępującą rewolucją technologiczną zapotrzebowanie na umiejętności dynamicznie się zmienia. Obecnie w sektorze produkcji przemysłowej brakuje przede wszystkim doświadczonych pracowników produkcyjnych oraz specjalistów dysponujących umiejętnościami technicznymi. Trudne jest również przyciągnięcie ekspertów ds. IT, co w dobie rosnącej automatyzacji produkcji jest realnym problemem dla firm. Wyzwania związane z pozyskiwaniem wykwalifikowanych pracowników oznaczają potrzebę wyszkolenia lub przekwalifikowania kadry w celu zapewnienie organizacji wymaganych kompetencji – zauważa Piotr Skierkowski.

W III kwartale 2021 roku perspektywy zatrudnienia w sektorze produkcji przemysłowej są zdecydowanie bardziej optymistyczne niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Rok temu aż 15% przedsiębiorców przewidywało zwolnienia w okresie lipiec – wrzesień. Obecnie zamiar pożegnania się z pracownikami ma tylko 1% firm. Organizacje są również bardziej otwarte na rozbudowę swoich zespołów. Pozyskiwanie nowych talentów planuje 13% z nich, czyli o 5 punktów procentowych więcej niż w roku ubiegłym. Warto też zauważyć, że aktualnie tylko 3% pracodawców nie wie, jak będzie kształtować się zatrudnienie w ich firmie pomiędzy lipcem a wrześniem. W 2020 roku niepewność deklarowało aż 18% organizacji. Znaczące zmiany zaszły także w obszarze planów pozostawienia liczby etatów na niezmienionym poziomie. Obecnie taki zamiar zgłasza 83% organizacji – czyli o 24 punkty procentowe więcej niż rok temu.

* W niniejszym raporcie stosowane jest pojęcie „prognoza netto zatrudnienia”. Parametr ten stanowi różnicę procentową pomiędzy liczbą pracodawców przewidujących wzrost całkowitego zatrudnienia a liczbą pracodawców spodziewających się spadku całkowitego zatrudnienia w swoim oddziale w najbliższym kwartale. Uzyskany wynik to właśnie prognoza netto zatrudnienia. Wszystkie komentarze są oparte na danych uwzględniających korektę sezonową; w przeciwnym wypadku nieuwzględnienie korekty będzie wyraźnie zaznaczone.

Dane przedstawione w niniejszym materiale to część większej całości, zebranej i przeanalizowanej w ramach badania „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”. Pełny raport, zawierający informacje o globalnych perspektywach zatrudnienia w podziale na poszczególne sektory gospodarki, jest bezpłatny i dostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl, w zakładce Raporty rynku pracy.

Klabater: Nowa data premiery The Amazing American Circus

The Amazing American Circus, nadchodząca premiera Klabatera,  zadebiutuje 16 września na PC, PlayStation 4/5, Nintendo Switch, Xbox One, oraz Xbox Series X. Jeszcze przed premierą spółka zaprezentuje grę na nadchodzących targach Gamescom oraz PAX West. Klabater opublikował również nowe materiały filmowe – gameplay trailer i cut scenę otwierającą grę.

– W maju przeprowadziliśmy zamknięte beta testy naszej produkcji. Wzięli w nich udział przedstawiciele mediów oraz influencerzy, którzy wraz z ponad trzystoma backerami z Kickstartera oceniali rozgrywkę w The Amazing American Circus. Następnie w połowie maja, korzystając ze zorganizowanej wspólnie z serwisem STEAM aktywności “Klabater Publisher Sale” daliśmy możliwość zagrania w naszą grę blisko 1000 graczom z całego świata. Dzięki temu zebraliśmy bezcenny materiał pod postacią opinii i uwag odnośnie gry, który w większości został już wdrożony do finalnej produkcji – powiedział Michał Gembicki, Join-CEO w Klabaterze.

The Amazing American Circus zadebiutuje na PC i konsolach w cenie 19,99 USD/EUR w wersji podstawowej oraz 29,99 w Ringmaster’s Edition zawierającej m.in. country-folkowy soundtrack i zestaw dodatków cyfrowych, w tym książkę kucharską i lorebook wprowadzający w świat gry.

Produkcję można zamówić w przedsprzedaży w serwisach GOG.com oraz Humble Store.

–  Nieznaczne przesunięcie premiery z 12 sierpnia na 16 września pozwoli nam na dalszą poprawę grywalności, zgodnie z feedbackiem społeczności. Będziemy też mogli promocyjnie pokazać się z grą podczas targów Gamescom w Kolonii i PAX West w Seattle. Mam nadzieję, gracze przyjmą tę decyzję ze zrozumieniem i poczekają jeszcze te parę dodatkowych tygodni na The Amazing American Circus – Michał Gembicki, Join-CEO w Klabaterze.

Kończy się moda na studenckie życie

Architekt, lekarz, prawnik i naukowiec – to zdaniem rodziców tegorocznych maturzystów najlepsze zawody, wynika z ankiety YouGov. Na drugim końcu są górnik, telemarketer i… gwiazda social mediów.

W ubiegłym roku wzrosła w Polsce liczba studentów. Według GUS w roku akademickim 2020/2021 było o 0,9% pierwszoroczniaków więcej niż rok wcześniej. Jak będzie teraz, przekonamy się już niedługo. Za nami już wyniki matur, od 5 lipca wielu młodych ludzi stoi przed ważnym wyborem: jaki kierunek studiów ostatecznie wybrać. Bo jak się okazuje, powoli kończy się moda na studenckie życie. Porównując aktualne statystyki do danych sprzed 10 lat, zauważymy, że spada odsetek młodych Polaków z uniwersyteckimi ambicjami. W porównaniu z rokiem akademickim 2010/11 liczba studentów zmniejszyła się o 34,0%, a liczba absolwentów o 41,0%. Czy Polacy zrozumieli, że studia nie gwarantują pracy?

Szkoła wyższa powinna uczyć przede wszystkim studiowania i to w klasycznym rozumieniu, czyli gruntownego odkrywania i poszerzania wiedzy w dyscyplinie, która nas fascynuje. Tylko wtedy studia mają wartość  – tłumaczy Łukasz Malinowski, kierownik zespołu badawczego w Korporacyjnym Centrum Technologicznym ABB w Krakowie. – Mówię to jako osoba biorąca aktywny udział w zatrudnianiu – dziś, w procesie rekrutacji bierze się pod uwagę nie tylko wykształcenie, ale także doświadczenie. Coraz rzadziej patrzy się w indeks, ważniejsze są takie cechy jak chęć rozwoju czy próba zdobywania doświadczenia. Liczy się, co człowiek potrafi, a nie końcowy wynik obrony pracy dyplomowej.

Rosnąca konkurencja

Na przestrzeni ostatnich dekad doszło do liberalizacji w zakresie dostępu do edukacji. Posiadanie wyższego wykształcenia stało się niemal oczywiste, przez co wartość dyplomu się zdewaluowała. W Polsce wyższe wykształcenie ma 38% kobiet i 26% mężczyzn, wynika z raportu Urzędu Statystycznego Unii Europejskiej. Jeżeli chodzi o panie, to wynik lepszy niż wynosi europejska średnia, tj. 34%. – Aktualnie blisko 3 na 5 studentów to panie, wynika z raportu Fundacji Edukacyjnej Perspektywy. Co więcej, coraz częściej wybierają kierunki ścisłe, które jeszcze do niedawna zdawały się być zdominowane przez panów. Kobieta–inżynier to coraz częstszy widok, który już nikogo nie dziwi. Aktualnie już co trzeci indeks publicznych uczelni technicznych należy do studentki. – odnotowuje Łukasz Malinowski.

Rodzice chcą dla ciebie dobrze

Eksperci firmy analitycznej YouGov postanowili sprawdzić, jaki jest stosunek ludzi do danego zawodu. W tym celu ankieterzy zapytali ponad 1000 respondentów z Polski, czy byliby zadowoleni, gdyby ich dziecko wykonywało dany zawód. Pod uwagę wzięto aż 24 różne profesje.

Liczby przedstawione w raporcie to wynik netto, tzn. liczba osób, które byłyby zadowolone, gdyby ich dziecko wykonywało daną pracę, pomniejszona o liczbę osób, które byłyby niezadowolone, gdyby ją wykonywało.

Jak wykazały badania, w pierwszej piątce najbardziej szanowanych profesji znalazły się etaty: architekta (+71), prawnika, lekarza (oba +65), naukowca (+64) i grafika komputerowego (+61). Ku rozczarowaniu fanów mediów społecznościowych, zdaniem Polaków wśród najbardziej prestiżowych zawodów nie ma miejsca dla influencerów (-18), którzy w wyścigu o najbardziej prestiżowe profesje przegrali nie tylko z “zawodową elitą”, ale także z kierowcami ciężarówek (-11) czy pracownikami fabryki (-4). W zasadzie niżej niż gwiazdy Instagrama oceniono tylko pracowników call center (-23) i górników (-45).

Czy wobec tego powinniśmy porzucić marzenia i wybierać wyłącznie zawody i kierunki, które wydają się najlepiej rokować na przyszłość? Łukasz Malinowski uważa, że w żadnym wypadku: – Szerokość zainteresowań i ciekawość świata to czynniki wpływające na kreatywność, która jest obecnie bardzo pożądana wśród pracodawców. W centrach badawczych staramy się budować multidyscyplinarne zespoły, żeby ich członkowie mogli konfrontować wiedzę i doświadczenie z różnych dziedzin i w konsekwencji dochodzić do innowacyjnych pomysłów.

Otwarty umysł

Ekspert ABB zwraca uwagę na to, że Polscy absolwenci nie mają powodów do wstydu. Mimo że nasze uczelnie nie zajmują czołowych miejsc w międzynarodowych rankingach szkół wyższych, a najlepiej sklasyfikowany wg. Round University Ranking Uniwersytet Jagielloński, zajął 358. miejsce, to nasi naukowcy nie odstają od swojej konkurencji z zachodu.

Nie dać się zaszufladkować, starać się możliwie szeroko interesować światem i technologią – taki jest przepis na zawodowy sukces według Łukasza Malinowskiego. – Dobrze jest być ekspertem w konkretnej dziedzinie, ale powinniśmy mieć szeroką znajomość otaczających nas zjawisk, procesów i zagadnień. – dodaje ekspert.

Modern Commerce prezentuje warunki oferty publicznej

Modern Commerce, notowana na NewConnect grupa e-commerce związana z dobrami luksusowymi, przygotowuje się do przeprowadzenia oferty publicznej akcji. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na przejęcie właściciela marki Moliera2.com – IT Fashion Polska Group & Partners Sp. z o.o. Spółka opublikowała szczegółowe warunki oferty. 15 lipca rozpocznie się proces budowania księgi popytu wśród inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych. 

Modern Commerce wyemituje nie mniej niż 1 i nie więcej niż 148.131.000 akcji zwykłych na okaziciela serii O. Oferta skierowana jest wyłącznie do inwestorów kwalifikowanych lub do inwestorów, którzy obejmą  oferowane akcje o łącznej wartości równej co najmniej równowartości kwoty 100.000 EUR na inwestora dla każdej osobnej oferty.

– Środki z rozpoczynającej się właśnie publicznej emisji akcji przeznaczymy na przejecie właściciela Moliera2.com. Ten rozpoznawalny brand dołączy do ekosystemu kompatybilnych platform z obszaru dóbr luksusowych i marek premium – komentuje Maciej Tygielski, członek zarządu Modern Commerce.

Zgodnie z umową inwestycyjną, Modern Commerce przejmie 100 proc. udziałów spółki IT Fashion Polska Group & Partners Sp. z o.o., właściciela marki Moliera2.com za 100 mln zł. Równolegle zostaną przejęte pozostałe udziały należącej do Grupy spółki Mamissima z ekskluzywnymi produktami dla dzieci.

15 lipca rozpocznie się budowanie księgi popytu wśród inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych. Najpóźniej tego dnia, do godziny 8:00, zostanie podana do publicznej wiadomości cena maksymalna. Ostateczna liczba oraz cena akcji zostanie ustalona 28 lipca. W dniach 29 lipca – 3 sierpnia będą zawierane umowy objęcia akcji, a 4 sierpnia nastąpi przydział akcji oferowanych. Spółka planuje zapisanie praw do akcji na rachunkach maklerskich na około 11 sierpnia, natomiast pierwszy dzień notowań praw do akcji na NewConnect prawdopodobnie odbędzie się 18 sierpnia.

Zapisy na akcje można składać za pośrednictwem firm inwestycyjnych uczestniczących w procesie publicznej oferty, czyli Ipopema Securities oraz DM BOŚ. Memorandum Informacyjne oraz Warunki Oferty dostępne są na stronie internetowej Spółki:

https://moderncommercesa.com/wpmccom/oferta-publiczna/

Analitycy DM BOŚ, w raporcie analitycznym opublikowanym 8 lipca, wycenili całą grupę Modern Commerce, po przejęciu Moliera2.com, w przedziale 195 – 300 mln zł w wycenie metodą DCF FCFF oraz 130 – 296 mln zł w wycenie metodą porównawczą. Raport dostępny jest na stronie: https://bossa.pl/oferta/rynek-pierwotny/emisje/modern-commerce-sa

Grupa TenderHut chce pozyskać ponad 11 mln zł z oferty publicznej

TenderHut rozpoczyna ofertę publiczną akcji serii D1. Cena maksymalna jednej akcji została ustalona na 62 zł, co oznacza, iż TenderHut chce w sumie pozyskać ponad 11 mln zł wpływów z emisji. Środki z emisji zostaną w całości przeznaczone na dalszy rozwój oraz ekspansję w kraju i za granicą m.in. poprzez realizację kolejnych akwizycji, rozszerzenie oferty produktów i usług własnych, a także rozwój platformy venture buildingu, czyli ekosytemu startupowego.

W ramach prowadzonej publicznej oferty akcji inwestorzy będą mogli nabyć nie więcej niż 180 000 akcji nowej emisji serii D1, które po rejestracji podwyższenia w Krajowym Rejestrze Sądowym, będą stanowiły nie więcej niż 9,04%  w kapitale zakładowym TenderHut. Cena maksymalna za jedną sztukę akcji serii D1 została ustalona na poziomie 62 zł, a emisja zostanie przeprowadzana na zasadach oferty publicznej na podstawie Memorandum Informacyjnego sporządzonego zgodnie z treścią art. 37b Ustawy o Ofercie.

W wyniku emisji akcji serii D1 TenderHut chce uzyskać wpływy na poziomie ponad 11,16 mln zł brutto, a po uwzględnieniu kosztów przeprowadzenia emisji w wysokości ok. 10,81 mln zł. Środki finansowe, które zamierza pozyskać Spółka zostaną przeznaczone na: rozwój platformy venture buildingu, dalszą ekspansję zagraniczną, przeprowadzenie 4-5 akwizycji, jak również rozszerzenie oferty o kolejne własne innowacyjne produkty i usługi IT. W następnym etapie – do końca bieżącego roku – Spółka zamierza dokonać przeniesienia notowań swych akcji z rynku NewConnect na rynek regulowany (główny)  GPW.

Naszym celem strategicznym jest wzrost Grupy TenderHut zarówno na rynku polskim, jak i zagranicznym. Konsekwentnie realizujemy nasze plany osiągając kolejne kamienie milowe dotyczące ekspansji zagranicznej, rozwoju organicznego w Polce i na świecie, a także konsolidacji branży IT poprzez przeprowadzanie akwizycji o zasięgu krajowym i międzynarodowym. Emisja akcji umożliwi nam pozyskanie kapitału na dalszy rozwój m.in. środowiska inkubacyjno – akceleracyjnego, a także na przeprowadzenie kolejnych akwizycji. To dla nas również  ważny krok prowadzący do przeniesienia notowań akcji TenderHut z rynku NewConnect na rynek główny GPW. Na dużym parkiecie chcielibyśmy zadebiutować do końca 2021 roku. Wiemy, że są to plany ambitne, jednak w przypadku TenderHut –jak najbardziej realne – mówi Robert Strzelecki, założyciel i prezes TenderHut.

Firmą inwestycyjną świadczącą usługę oferowania akcji serii D w procesie oferty publicznej jest Dom Maklerski Navigator Spółka Akcyjna. Szczegółowe informacje o zasadach subskrypcji zostały zamieszczone w sporządzonym na potrzeby oferty Memorandum Informacyjnym zamieszonym na stronie internetowej TenderHut S.A.(www.tenderhut.com) oraz Domu Maklerskiego Navigator S.A. (www.dmnavigator.pl).

Harmonogram oferty zakłada rozpoczęcie przyjmowania zapisów na akcje po cenie maksymalnej wynoszącej 62 zł od dnia 13 do 21 lipca (do godz.20:00). Proces budowania Księgi Popytu na akcje zostanie przeprowadzony w dniach 15 – 22 lipca (do godz.15:30). W dniu 23 lipca do godz.12:00) Spółka planuje podać do publicznej wiadomości cenę emisyjną akcji oraz informację o ewentualnym podziale oferty na transze (w przypadku podziału oferty na transze zapisy w Transzy Dużych Inwestorów będą przyjmowane w dniach 23 -27 lipca do godz. 20:00). Przydział akcji planowany jest nie później niż w dniu 29 lipca.

– Innowacja jest i zawsze będzie naszym znakiem rozpoznawczym, dobrze wiemy, że to ona jest gwarancją naszego sukcesu. Wdrażamy innowacyjne rozwiązania nie tylko w kontekście systemów IT, ale również poprzez innowacyjne podejście do biznesu, niestandardową realizację usług, nietypowe podejście do bycia pracodawcą i nowoczesne zarządzanie firmą, ponieważ zależy nam na zachowaniu zdrowej relacji: pracownik-pracodawca-klient-inwestor. Doskonale wiemy, że naszym najcenniejszym kapitałem są nasi pracownicy, a tym co dodatkowo nas wyróżnia są nasze trwałe relacje z klientami. – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut SA.

Harmonogram Oferty Akcji serii D1:

12.07.2021 r. Publikacja Memorandum Informacyjnego na stronie TenderHut oraz Firmy Inwestycyjnej – Dom Maklerski Navigator
13.07 – 21.07.2021 r.(do godz.20:00) Przyjmowanie zapisów i wpłat po Cenie Maksymalnej
15 lipca – 22 lipca
(do godz. 15:30)
Budowa księgi popytu (book-building) wśród wybranych przez Firmę Inwestycyjną inwestorów
nie później niż 23 lipca
(do godz. 12:00)
Ustalenie Ceny Emisyjnej i ewentualny podział Oferty na transze (ustalenie liczby Akcji Serii D1 oferowanych w poszczególnych transzach)
23 lipca – 27 lipca (do godz. 20:00) Przyjmowanie zapisów i wpłat uzupełniających w przypadku braku podziału Oferty na Transze (lub zapisów i wpłat w Transzy Dużych Inwestorów w przypadku podziału Oferty na Transze)
Nie później niż 29.07.2021 r. Dzień przydziału Akcji

 

Struktura kapitału zakładowego TenderHut S.A. na chwilę obecną wygląda następująco: Thomas Birk i spadkobiercy Martina Birka posiadają 750 000 akcji dających 41,40 proc. w głosach na Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy; Robert Strzelecki – współzałożyciel i prezes Grupy TenderHut ma obecnie 742 012 akcji (40,96 proc. w głosach na WZA); Mateusz Andrzejewski obecnie posiada 110 000 (6,07 proc. w głosach na WZA); Thomas Birk – 11 288 akcji i 0,62 proc. głosów na WZA; spadkobiercy Martina Birka – 6 876 akcji i 0,38 proc. na WZA, pozostali akcjonariusze posiadają 191 201 akcji, które uprawniają do 10,56 proc. głosów na WZA;

TenderHut to technologiczna grupa kapitałowa, która prowadzi działalność w trzech liniach biznesowych: outsourcing, wdrażanie systemów laboratoryjnych oraz venture building. W obszarze outsourcingu spółka rozbudowuje i umacnia swoją pozycję poprzez spółki SoftwareHut (systemy IT), ExtraHut (UI/UX/design), ProtectHut (cyberbezpieczeństwo) oraz LegalHut (doradztwo prawne dla sektora IT). Sektor laboratoryjny reprezentowany jest przez spółki zależne Solution4Labs (wdrożenia LIMS) i Holo4Labs (Mixed Reality w laboratoriach). W sektorze venture building spółka rozwija startupy z sektora PropTech/WorkTech – Zonifero, MedTech – Holo4Med i HRTech – Grow Uperion. W 2021 roku Spółka zadebiutowała na New Connect.

Fiskus nie może odmówić zwrotu akcyzy przedsiębiorcy tylko dlatego, że ten przed sprzedażą samochodu dokonał jego czasowej rejestracji w Polsce

Firma handlująca autami w czerwcu 2019 r. kupiła samochody i zarejestrowała je czasowo w kraju, a miesiąc później wywiozła za granicę i sprzedała w ramach WDT. Przedsiębiorca zwrócił się do organu o zwrot zapłaconej akcyzy, powołując się na art. 107 ust. 1 ustawy o podatku akcyzowym. Jednak fiskus stwierdził, że właśnie w oparciu o ten przepis firmie zwrot się nie należy, bowiem dokonała rejestracji w kraju przed przeprowadzeniem WDT. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu stanął po stronie przedsiębiorcy, stwierdzając, że: „Brak jest podstaw do tego, aby a priori założyć, że czasowa rejestracja samochodu osobowego stanowi o jego konsumpcji na terytorium kraju” (wyrok WSA w Poznaniu z 7 kwietnia 2021 r., sygn. akt III SA/Po 546/20).

Przepis art. 107 ust. 1 ustawy o podatku akcyzowym stanowi: „Podmiot, który nabył prawo rozporządzania jak właściciel samochodem osobowym niezarejestrowanym wcześniej na terytorium kraju zgodnie z przepisami o ruchu drogowym, od którego akcyza została zapłacona na terytorium kraju, dokonujący dostawy wewnątrzwspólnotowej albo eksportu tego samochodu osobowego, lub jeżeli w jego imieniu ta dostawa albo eksport są realizowane, ma prawo do zwrotu akcyzy na wniosek złożony właściwemu naczelnikowi urzędu skarbowego w terminie roku od dnia dokonania dostawy wewnątrzwspólnotowej albo eksportu tego samochodu osobowego” (Dz.U. 2009, nr 3, poz. 11, ze zm.).

Przedsiębiorca wystąpił o zwrot akcyzy

W oparciu o ten właśnie przepis jedna z firm handlujących autami wystąpiła do naczelnika urzędu skarbowego o zwrot zapłaconej na terytorium kraju akcyzy od nabytych wewnątrzwspólnotowo samochodów osobowych, które następnie były przedmiotem wewnątrzwspólnotowej dostawy. Naczelnik odmówił zwrotu, wskazując, że auta zostały zarejestrowane na terytorium Polski przed ich wewnątrzwspólnotową dostawą. Dlaczego?

Czasowa rejestracja

Firma zakupiła samochody w czerwcu 2019 r. i jeszcze tego samego miesiąca zarejestrowała je czasowo na terytorium kraju w oparciu o art. 74 ust. 2 pkt 2b ustawy – Prawo o ruchu drogowym. W lipcu 2019 r. sprzedała pojazdy i wywiozła za granicę w ramach wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów. Zgodnie z przywołanym przepisem prawa drogowego na wniosek właściciela pojazdu dokonuje się czasowej jego rejestracji w celu umożliwienia przejazdu pojazdu z miejsca jego zakupu lub odbioru na terytorium Polski.

Dyrektor izby skarbowej, jako organ drugiej instancji, poparł stanowisko naczelnika urzędu skarbowego, wskazując, że ponieważ w dniu dokonywanej przez firmę dostawy WDT auta były już zarejestrowane w Polsce w rozumieniu art. 107 ust. 1 ustawy akcyzowej, to właśnie z uwagi na brzmienie tego przepisu przedsiębiorca nie będzie uprawniony do uzyskania zwrotu zapłaconej akcyzy.

Sąd po stronie przedsiębiorcy

Przedsiębiorca postanowił wnieść do sądu skargę na takie rozstrzygnięcie fiskusa. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Poznaniu orzekł, że organy skarbowe dokonały błędnej wykładni art. 107 ust. 1 ustawy akcyzowej. Wskazał też, że dyrektor izby skarbowej przyjął jedynie językową wykładnię tego przepisu, z której wynika, że wszelka wcześniejsza rejestracja samochodu wyklucza możliwość uzyskania zwrotu akcyzy. Natomiast powinno się ten przepis interpretować z uwzględnieniem istoty samego podatku akcyzowego, stosując wykładnię funkcjonalną.

WSA wskazał, że akcyza jest podatkiem nakładanym na konsumpcję oznaczonych towarów. W sytuacji, gdy pomimo zapłaty tego podatku nie doszło jednak do konsumpcji towaru na terytorium kraju, ustawodawca przewidział możliwość uzyskania jego zwrotu. Zatem warunek „niezarejestrowania” pojazdu zgodnie z przepisami prawa drogowego należy interpretować z zachowaniem zasady konsumpcyjności podatku akcyzowego oraz treści aktu rejestracji pojazdu określoną również tymi przepisami. Sąd, uchylając zaskarżoną decyzję organu podatkowego, orzekł, że wykładnia regulacji dotyczących zwrotu akcyzy od samochodów osobowych nie może skutkować obciążaniem tym podatkiem przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą sprzedaży tych pojazdów, którzy nie są przecież ich konsumentem końcowym.

Czasowa rejestracja (…) nie przesądza o otworzeniu prawnej nieograniczonej możliwości konsumpcji samochodu osobowego na terytorium kraju, co więcej jedna z przyczyn rejestracji czasowej (rejestracja w celu umożliwienia wywozu pojazdu za granicę) expressis verbis wskazuje, że konsumpcja pojazdu nastąpi poza granicami kraju, a czasowa rejestracja pojazdu jest tylko przejawem wyboru sposobu wywozu pojazdu. (…) czasowa rejestracja (…) nie stanowi sama przez się przeszkody do dokonania zwrotu podatku akcyzowego zapłaconego uprzednio na terytorium kraju (wyrok WSA w Poznaniu z 7 kwietnia 2021 r., sygn. akt III SA/Po 546/20).

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Niemal 19 mln zł od NCBiR dla SentiOne na rozwój konwersacyjnej sztucznej inteligencji

SentiOne, polska firma wspierająca marki w automatyzacji obsługi klienta, otrzyma niemal 19 mln zł dofinansowania od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na rozwój swojej technologii sztucznej inteligencji. To do tej pory najwyższa kwota przyznana przez NCBiR na rozwój konwersacyjnej sztucznej inteligencji. Środki te przysłużą się do rozwoju wszystkich produktów SentiOne, czyli monitoringu internetu opartego o AI oraz  chatbotów i voicebotów.

SentiOne, polska firma technologiczna zajmująca się monitoringiem Internetu i mediów społecznościowych oraz automatyzacją obsługi klienta z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, może się pochwalić kolejnym sukcesem – 18,8 mln zł dofinansowania od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju na rozwój zaawansowanej technologii rozumienia języka naturalnego w językach polskim, angielskim, niemieckim i hiszpańskim. To do tej pory najwyższa kwota przyznana przez NCBiR na rozwój konwersacyjnej sztucznej inteligencji. Ze swej strony SentiOne zainwestuje w projekt 5,2 mln zł, przeznaczając łącznie  24 mln zł na udoskonalenie swoich dotychczasowych produktów – monitoringu internetu opartego o AI oraz  chatbotów i voicebotów, a także zapewnienie firmie pozycji lidera na rynkach zagranicznych.

Sztuczna Inteligencja od SentiOne najlepsza na świecie w rozumieniu języka naturalnego

To już trzeci grant badawczo-rozwojowy dla SentiOne. Sukces poprzedniego projektu, który pozwolił nam rozwinąć technologię konwersacyjnej sztucznej inteligencji i podbić rynek botów, utwierdził nas w przekonaniu, że to słuszny kierunek rozwoju dla naszej spółki – mówi Kamil Bargiel, założyciel i CEO SentiOne Pandemia COVID-19 pokazała, że to właśnie umiejętne wykorzystanie nowoczesnych technologii pomogło firmom optymalizować swoje koszty, usprawnić wewnętrzne procesy i zwiększać sprzedaż. Pozyskanie prawie 19 mln zł na trzyletni projekt daje nam wystarczająco dużo czasu i zasobów, aby kontynuować rozwój najlepszej na świecie technologii rozumienia języka naturalnego. To właśnie dzięki naszym autorskim algorytmom jesteśmy w stanie skutecznie wspierać czołowe spółki z branży bankowości, ubezpieczeń, energetyki i telekomunikacji w transformacji cyfrowej.

SentiOne skutecznie stosuje algorytmy sztucznej inteligencji we wszystkich swoich produktach – monitoringu internetu, platformie do obsługi klientów, automatycznie podpowiadającej najlepsze rozwiązania ich problemów, oraz chatbotach i voicebotach, które rozumieją intencje rozmówcy ze skutecznością na poziomie 96 proc. – lepiej niż niejeden człowiek. Ze wsparcia botów SentiOne z powodzeniem korzystają działy obsługi klienta m.in. Alior Banku, BNP Paribas oraz Kruk S.A.

Polska spółka planuje podbój rynków zagranicznych

Środki z dotacji NCBiR posłużą więc do rozwoju wszystkich linii biznesowych SentiOne. Do tej pory zaawansowana analiza danych, opinii internautów i konwersacji z klientem była dostępna tylko w kanałach własnych. Od teraz modele AI będą także przyuczane do analizy wszystkich form komunikacji z klientem, jak: maile, ankiety, kwestionariusze czy zapisy rozmów. Dzięki temu powstanie autorska platforma Voice of The Customer, która pozwoli kompleksowo przeanalizować komunikację firmy z klientami. Dodatkowo flagowe funkcje, czyli Raporty AI oraz alerty kryzysowe, dostępne do tej pory tylko dla języka polskiego; zostaną uruchomione także w językach hiszpańskim, angielskim i niemieckim. Stworzenie wielojęzycznego modelu AI umożliwi SentiOne rozwój międzynarodowy na dużą skalę. Projekt obejmuje opracowanie jednego modelu wielojęzycznego do rozpoznawania intencji, klasyfikowania fraz oraz rozumienia motywacji klientów. Trwają już prace nad budową  nowego środowiska do tworzenia i przyuczania nowych modeli AI.

Stworzenie bota, który obsłuży klientów w wielu językach jednocześnie, pozwoli na poszerzenie naszej oferty za granicą, zaspokojenie potrzeb międzynarodowych zagranicznych organizacji oraz małych i średnich przedsiębiorstw – mówi Michał Brzezicki, założyciel i CTO SentiOne, Kierownik Badań i RozwojuDotacja od NCBiR to zasługa dwuletniej pracy naszego zespołu AI Research nad głębokim uczeniem (ang. deep learning) i automatyzacji ekstrakcji informacji wielojęzycznych z potocznych tekstów na potrzeby interfejsów konwersacyjnych i analizy doświadczeń klientów. W skrócie to technologia, która pozwoli nam stworzyć jeszcze lepszy system SentiOne Listen i Automate.

SentiOne ciągle rośnie. W 2020 r. zwiększył swoje przychody o 70 proc.

SentiOne został założony 10 lat temu w garażu przez trzech kolegów ze studiów. W zeszłym roku odnotował rekordowy zysk EBIDTA na poziomie 5 mln zł oraz przychód w wysokości 15 mln zł, co stanowi wzrost o 70 proc. w stosunku do 2019 r. Pod koniec 2020 r. pozyskał także strategiczne partnerstwo z europejskim inkubatorem EIT Digital, który łączy spółki technologiczne z klientami typu enterprise w Unii Europejskiej oraz Wielkiej Brytanii. W 2020 r. SentiOne otrzymał tytuł finalisty EIT Digital Challenge i znalazł się wśród 20 najlepszych spółek technologicznych w Europie. Firma ma biura w Polsce, Wielkiej Brytanii, Czechach, Niemczech, Holandii, Meksyku i na Węgrzech. Jej produkty zostały wdrożone u ponad 400 klientów na rynkach europejskich, a także w USA, Kanadzie, Meksyku, Kolumbii i Brazylii.

SONDAŻ: Polacy mocno przywiązani do złotego. Blisko co drugi badany nie chce u nas euro

Jak wynika z sondażu UCE RESEARCH i SYNO Poland, ponad połowa rodaków uważa, że Polska nie powinna przyjąć euro. Natomiast za wstąpieniem do Eurolandu opowiada się przeszło 2 razy mniej osób. Najwięcej zwolenników zmiany waluty jest w ośrodkach mających powyżej 500 tys. mieszkańców, a najmniej – w liczących 20-49 tys. ludności. Za wejściem do strefy euro postulują przede wszystkim osoby będące w wieku 60 lub więcej lat, a najbardziej przeciwni temu są 30-latkowie. Nieco ponad połowa euroentuzjastów uważa, że zmiana powinna nastąpić możliwie jak najszybciej.  [INFOGRAFIKA] Polacy nie ufają europejskie walucie. Blisko co drugi Polak nie chce wprowadzenia euro

25,2% badanych twierdzi, że Polska powinna przyjąć unijną walutę. Z kolei 53% jest przeciwnego zdania. Natomiast 17,4% nie ma opinii na ten temat, a dla 4,4% jest to obojętne. W tych wynikach wyraźnie widoczny jest efekt upolitycznienia debaty dot. euro i brak merytorycznego podejścia, co podkreśla prof. Dariusz Rosati, były minister spraw zagranicznych i członek Rady Polityki Pieniężnej. Ekspert stwierdza, że wysoki wzrost przeciwników wejścia do strefy euro to rezultat utrwalania stereotypów nt. wspólnej waluty. Wpływa na to przede wszystkim dominujący przekaz ze strony polityków partii rządzącej, który dodatkowo wzmacnia Prezes NBP.

– Liczba przeciwników będzie rosła, a zwolenników – malała. To wynika z rosnącej świadomości i edukacji. Jedna waluta w wielu państwach o różnym poziomie gospodarczym jest niewłaściwym rozwiązaniem. Ono zdegraduje naszą gospodarkę. Ponad rok temu jeden z niemieckich think thanków przygotował na zlecenie KE analizę dotyczącą bardzo negatywnego wpływu euro na rozwój gospodarczy. Wynika z niej, że PKB w państwach strefy euro mogło być większe o ponad 200 mld euro rocznie – komentuje prof. Zbigniew Krysiak z SGH, przewodniczący Rady Programowej Instytutu Myśli Schumana.

Z kolei prof. Rosati zwraca uwagę na ostatnie wyniki Badania Eurobarometru. Wskazują one, że poziom entuzjazmu dla wspólnej waluty w Polsce, obok Czech, należy do najniższych w całej UE. Paradoks polega na tym, że obydwa państwa, mimo że nie przyjęły jeszcze euro, są wobec niego najbardziej sceptyczne. Ekspert podkreśla, że poparcie dla wspólnej waluty w krajach strefy euro osiągnęło w tym roku rekordowo wysoki poziom. 80% obywateli państw członkowskich uważa, że euro jest dobre dla UE. Z kolei 70% twierdzi, że jest dobre dla ich krajów.

– Nie ma w Polsce od dłuższego czasu żadnej merytorycznej dyskusji na temat opłacalności wejścia do strefy euro. Nie ma także zaktualizowanych analiz kosztów i korzyści, które swego czasu prowadziły wyspecjalizowane departamenty w Ministerstwie Finansów i NBP, ale zostały zlikwidowane. Jest za to masowa propagandowa ofensywa, zniechęcająca zarówno do UE, jak i do wspólnej waluty – zaznacza Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Badanie pokazuje też szczegółowe trendy. Patrząc na przykład na miejsce zamieszkania, widzimy, że najwięcej zwolenników przyjęcia euro jest w miastach mających powyżej 500 tys. mieszkańców – 29,8%. Z kolei najmniej jest ich w miejscowościach liczących 20-49 tys. ludności – 21,3%.

– Struktura wyników ankiety według miejsca zamieszkania doskonale współgra z rozstrzygnięciami wyborów politycznych. Do mniejszych miejscowości dociera przekaz z mediów administrowanych przez rząd – stwierdza ekspert Polskiej Rady Biznesu.

Analizując wiek respondentów, najwięcej zwolenników euro jest wśród Polaków mających 60 i więcej lat – 34,4%. Z kolei przeciwnikami unijnej waluty są głównie osoby w wieku 30-39 lat – 60,5%. Jak podkreśla Janusz Jankowiak, wyniki według kryterium wieku tylko na pierwszy rzut oka są zaskakujące. U tej najliczniejszej grupy eurosceptyków, ludzi w wieku produkcyjnym, najsilniejsze są intuicyjne obawy związane z brakiem wiedzy na temat wpływu wspólnego pieniądza na ich wynagrodzenia i ceny.

– Polacy mający obecnie 30-39 lat to pokolenie wychowane po roku 1989. Swoją narrację opierają głównie na kryzysie zadłużenia publicznego w kilku państwach strefy euro w latach 2010-2012. W medialnym przekazie nazywany był, niesłusznie, kryzysem euro. Na fali tych wydarzeń – w tym zwłaszcza opisów dramatycznych scen w Grecji, Hiszpanii czy Portugalii – pojawiła się grupa eurosceptyków. Ona odwołuje się do emocji i posługuje demagogią – dodaje prof. Rosati.

Z kolei patrząc na preferencje wyborcze, to więcej zwolenników niż przeciwników wstąpienia do Eurolandu jest wśród wyborców Lewicy (tak – 43,5%, nie – 35,2%) i KO (tak – 40,3%, nie – 38,6%). Natomiast najmniejsze poparcie w tej kwestii deklarują wyborcy Konfederacji – 13,9% (nie – 79%) oraz Prawa i Sprawiedliwości – 15,1% (nie – 74,2%). Ponadto osoby, które opowiadają się za przyjęciem euro, wskazały również, kiedy to powinno nastąpić. 50,4% z nich uważa, że warto je wprowadzić najszybciej, jak to jest możliwe. Na kolejnych miejscach zestawienia widzimy takie odpowiedzi jak „nie szybciej niż w ciągu 2-3 lat” – 25%, a także „nie szybciej niż w ciągu 4-5 lat” – 12,9%.

– Wejście do euro spowodowałoby, że nigdy nie dogonimy Niemiec, a zarobki i kapitały Polaków będą już na zawsze dużo niższe niż Niemców. Uważam, że do euro Polska w ogóle nie powinna wchodzić, bo tracimy wtedy suwerenność w wymiarze kreowania polityki pieniężnej, a ta ma kluczowe znaczenie dla autonomii, sprawności i siły gospodarki narodowej. Dania całkowicie wykluczyła wspólną walutę i rozwija się znakomicie. Kraje, które mimo wszystko zdecydowały się przyjąć euro, bardzo dużo straciły i nadal będą tracić w stosunku do Niemiec. Zgodnie z nauką i praktyką ekonomii, powinny były to zrobić dopiero w sytuacji, gdy średnia płaca, PKB na głowę i pensja w stosunku do ceny metra kw. mieszkania będą stanowić ok. 85-90% wskaźników niemieckich – podkreśla prof. Krysiak.

Jak przekonuje były minister spraw zagranicznych, odpowiedź „najszybciej jak to możliwe” stanowi rezultat szerokiej wiedzy na temat korzyści płynących z wejścia do Eurolandu. Według eksperta, merytorycznym i logicznym błędem jest mówienie, że najpierw musimy się rozwinąć, aby przyjąć euro. Jest dokładnie odwrotnie – unijna waluta jest nam potrzebna, aby przyśpieszyć rozwój oraz szybciej dogonić bogate kraje.  Niestety część opinii publicznej ma odmienne zdanie.

– Noblista Robert Mundell podkreślał, że przy braku równych potencjałów gospodarczych dojdzie do destrukcji. Nasza gospodarka będzie tu niczym mały zbiornik, który zostanie podłączony do dużego i zalany. Nie możemy tej sprawy sprowadzać do licytacji, kto głośniej wypowie swoje argumenty – dodaje ekspert z Instytutu Myśli Schumana.

Według prof. Rosatiego, im szybciej wejdziemy do strefy euro, tym większe będą korzyści ze spadku stóp procentowych. Ponadto szybciej będziemy mogli mieć większy wpływ na kierunki polityki europejskiej. Rocznie Polki i Polacy tracą na odwlekaniu przyjęcia wspólnej waluty 30-40 mld zł.

Sondaż został przeprowadzony w drugiej połowie czerwca br. metodą wywiadów internetowych przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla money.pl wśród 1145 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Pakiet Mobilności podbije stawki i jeszcze bardziej utrudni funkcjonowanie polskim przewoźnikom na rynku międzynarodowym

Międzynarodowy transport drogowy jest polską branżą, która po 2004 roku odniosła największy sukces na unijnym rynku. Nasi przedsiębiorcy wykonują ponad 1/4 wszystkich transgranicznych przewozów w Europie, zajmując bezapelacyjne pierwsze miejsce wśród wszystkich europejskich przewoźników. Nasza pozycja lidera stała się solą w oku zachodnich polityków mających wpływ na kierunek unijnej polityki. Stąd próby ograniczenia naszej obecności na rynku poprzez inicjatywy legislacyjne o protekcjonistycznym charakterze. Taką inicjatywą wymierzoną w m.in. w polskich przewoźników jest przyjęty w 2020 roku Pakiet Mobilności, którego najdalej idące rozwiązania zaczną obowiązywać już od 2 lutego 2022 roku. I wszystko wskazuje na to, że ich konsekwencje mogą przerwać dotychczasową dobrą passę naszych przedsiębiorców.

„Nasze firmy obsługują zarówno rynek polski, jak i wykonują przewozy pomiędzy innymi krajami europejskimi oraz kabotaż – komentuje Maciej Wroński, prezes związku pracodawców Transport i Logistyka Polska (TLP) zrzeszonego w Konfederacji Lewiatan. – I to właśnie w te ostatnie usługi, stanowiące 37% naszej pracy przewozowej, wymierzone jest ostrze unijnych regulacji. Powodują one zwiększenie naszych kosztów pracy nawet o 100%, czego skutkiem będzie utrata konkurencyjności i związana z tym konieczność ograniczenia świadczenia usług przez polskich przewoźników. Jeżeli utracimy część tego rynku, to należy się liczyć z upadkiem kilku tysięcy firm transportowych oraz z likwidacją kilkudziesięciu tysięcy miejsc pracy dla kierowców i innych pracowników branży”.

Regulacje, o których wspomina Prezes TLP to przede wszystkim zmienione w 2018 roku przepisy dyrektywy o pracownikach delegowanych, które zgodnie z postanowieniami Pakietu Mobilności wdrożone zostaną w transporcie drogowym już za pół roku. Wprowadzą one rewolucję w sposobie rozliczania wynagrodzenia, które transportowy pracodawca powinien wypłacać kierowcy za pracę podczas wykonywania przewozów pomiędzy innymi niż Polska państwami (cross-trade) oraz podczas kabotażu. Dzisiaj przewoźnik zobowiązany jest do wypłaty wynagrodzenia minimalnego według stawek obowiązujących w tzw. państwie przyjmującym. Na dodatek może zaliczyć na poczet tego wynagrodzenia część diet i ryczałtów wypłacanych kierowcy jako rekompensatę zwiększonych kosztów utrzymania za granicą.

Natomiast zgodnie z nowymi przepisami od 2 lutego 2022 roku wypłata minimalnego wynagrodzenia będzie niewystarczająca. Kierowca podczas objętej delegowaniem pracy w państwie przyjmującym będzie musiał otrzymać wynagrodzenie w takiej samej wysokości w jakiej otrzymuje je miejscowy pracownik zatrudniony na analogicznym stanowisku pracy. Ponadto nie będzie już można zaliczać na poczet zagranicznej pensji wypłacanych na podstawie polskiego prawa diet i ryczałtów za nocleg. Oznacza to, że płace kierowcy trzeba będzie podwyższyć prawie dwukrotnie, pamiętając wciąż o wypłacie ryczałtu za nocleg i minimalnej diety. Na dodatek, znacząco zwiększy się obciążająca zarówno pracodawcę, jak i pracownika kwota składek na ubezpieczenia odprowadzana do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz kwota zaliczek na podatek dochodowy kierowcy.

„Nie wyobrażam sobie, abym przy obecnych stawkach rynkowych za wykonywane usługi mógł ponosić wszystkie koszty wynikające z nowych przepisów – mówi Piotr Rutkowski prezes Targor-Truck – dużej polskiej spółki transportowej z Ostrołęki. – Jeżeli podniosę wynagrodzenia do wymaganej wysokości i zapłacę znacznie wyższe składki na ubezpieczenie społeczne, to do każdego przewozu zamiast zarabiać będę musiał dopłacać. Aby tego uniknąć zmuszony będę wycofać się z części obsługiwanego dotychczas rynku i być może zredukować wielkość floty i zatrudnienie”.

Podobne opinie podziela prawie każdy przewoźnik wykonujący pracę przewozową w zachodniej Europie. Szczególnie zagrożone wydają się być małe rodzinne firmy, o niskiej zdolności finansowej. Dla nich każda drastyczna zmiana warunków wykonywania przewozów drogowych oznaczać może nie tylko konieczność likwidacji przedsiębiorstwa, ale także brak możliwości spłaty ciążących na nich zobowiązań finansowych – rat kredytów i leasingów, odroczonych płatności za zakupione paliwo etc. A to oznacza poważne kłopoty dla rynku finansowego, branży paliwowej, motoryzacyjnej i innych sektorów polskiej gospodarki. Straci też państwo. Warto wiedzieć, że według szacunków z 2018 roku dokonanych przez PWC i TLP w raporcie „Transport Przyszłości”, każde przejechane 100 km przez jeden zespół pojazdów o dmc 40 ton generuje wpływy budżetowe w wysokości 278 złotych.

Drastyczny wzrost kosztów pracy można zredukować poprzez zmiany regulacyjne w polskim prawie. O tym że są one możliwe i stosowane, świadczy przykład klasycznego delegowania pracowników, gdzie polska firma zatrudnia swoich polskich pracowników w państwie, w którym wykonuje usługi – np. realizuje kontrakt budowlany. Odpowiednie przepisy obniżają podstawę wymiaru składki na ubezpieczenia społeczne tak, że pomimo wypłacania dużo wyższych zagranicznych wynagrodzeń w praktyce składki nalicza się od kwoty stanowiącej równowartość średniego wynagrodzenia w polskiej gospodarce. Dziś wynosi ono 5.636,68 złotych. Podobne rozwiązania zastosowano w przepisach o podatku dochodowym dla osób fizycznych. Czyli da się i można.

„Doceniamy wcześniejsze zaangażowanie rządu i osobiście ministra infrastruktury pana Andrzeja Adamczyka w walkę o odrzucenie lub rozsądną modyfikację niekorzystnych przepisów Pakietu Mobilności. Niestety przegraliśmy. Pakiet został przyjęty. I dziś powinniśmy zminimalizować jego skutki poprzez korektę polskiego prawa. Inaczej cele nakreślone przez zachodnich polityków zostaną w pełni osiągnięte kosztem polskiej gospodarki narodowej, przewoźników i ich pracowników oraz budżetu państwa – komentuje Maciej Wroński. – Zaniechanie takich działań byłoby dla mnie nie tylko niezrozumiałe, ale i niewybaczalne. To tak, jak poddanie walki przez trenera pomimo dobrej formy zawodnika i szans na zwycięstwo. Czy Polskę na to stać i w czyim byłoby to ostatecznie interesie?” – pyta prezes TLP.

SpeedUp Group inwestuje w startup dostarczający maszyny do refillingu

  • Wg danych dostępnych na stronach Parlamentu Europejskiego w 2015 roku na świecie wyprodukowano 322 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych (dla porównania w 1950 r. było to 1,5 mln ton).
  • Zgodnie z raportem Rethink Plastic Alliance i Break Free From Plastic z października 2019 roku, ok. 40% wszystkich tworzyw sztucznych to opakowania, 22% to dobra konsumpcyjne i artykuły gospodarstwa domowego, a 20% budownictwo. Dalsze miejsca zajmują samochody (9%), sprzęt elektroniczny (6%)
    i rolnictwo (3%).
  • Jedynie 30% wszystkich wytworzonych odpadów z tworzyw sztucznych jest zbieranych w celu recyklingu, poziom różni się w zależności od kraju. Ponadto jedynie połowa odpadów z tworzyw sztucznych przetwarzana jest w Europie.
  • Pomysł na ograniczenie używania plastikowych opakowań mają twórcy startupu Swapp!. Ich stacje do refillingu (uzupełniania opakowań wielokrotnego użytku kosmetykami i chemią gospodarczą) mają duże szanse znacząco wpłynąć na ilość wytwarzanych przez nas opakowaniowych odpadów.

Plastikowe opakowania jednorazowego użytku to zmartwienie naszego pokolenia. Nie jesteśmy przy tym wrogami plastiku, nie zgadzamy się jednak na bezrefleksyjną konsumpcję, której wynikiem jest lawinowe zaśmiecanie środowiska. – mówi Szymon Barabasz, CEO Swapp!. Jedną z dróg ograniczających zużycie jednorazowych opakowań jest sprzedaż produktów w opakowaniach wielokrotnego użytku. To nasz cel. Tworzymy Swapp! w trójkę, ale jesteśmy tylko inicjatorami. Wierzymy, że Swappowcy staną się dużą grupą społeczną, a swappowanie jedną z naturalnych ścieżek zakupowych. – dodaje.

Mający trwać zaledwie miesiąc test urządzenia rozrósł się do rocznego programu pilotażowego, od razu w dwóch lokalizacjach. Spółka współpracuje w tym zakresie z marką kosmetyków naturalnych i chemii gospodarczej YOPE oraz siecią Carrefour Polska, w punktach której stanęły refillomaty. Cały czas uczymy się, zbieramy informacje od klientów
i ulepszamy produkt. Wspólnie z naukowcami i liderami branży pracujemy nad stworzeniem wersji 2.0 i optymalizacją kosztów środowiskowych naszego rozwiązania. –
mówi Szymon Barabasz.

Jak to działa?

Refillomat swoim wyglądem przypomina automaty do kawy czy te oferujące przekąski. Obecnie w jednym urządzeniu znajdują się cztery 5-litrowe pojemniki z czterema różnymi produktami (szampon, dwa rodzaje mydła, żel pod prysznic). Jeden pojemnik zbiorczy pozwala na uzupełnienie 10 opakowań o pojemności 500 ml. Napełnienie jednego opakowania zajmuje aktualnie około minuty, a cały proces zakupowy – wybór produktu, uzupełnienie i zamknięcie butelki oraz płatność – około 3 minut.. W trakcie 12 godzin pracy sklepu urządzenie może napełnić 240 opakowań 120-ma litrami płynu. W refillomacie 2.0 czas uzupełnienia opakowania i całego zakupu chcemy skrócić o połowę i tym samym dwukrotnie zwiększyć wydajność jednej maszyny. Da nam to prawie 250 litrów płynów dziennie. Biorąc pod uwagę, że standardowa butelka szamponu, mydła czy żelu pod prysznic ma pojemność 250ml, jednym urządzeniem będziemy w stanie wykluczyć z obiegu prawie 1000 opakowań dziennie. Kiedy zaczniemy tę liczbę mnożyć przez liczbę dni w roku czy docelową liczbę punktów – zaczynają to być naprawdę ogromne ilości niewytworzonych odpadów plastikowych. – komentuje Sargheve Sukumaran, CTO Swapp! i dodaje, że w udoskonalonym automacie znajdzie się więcej (8) większych (10 L +) pojemników, co pozwoli dodatkowo na ograniczenie częstotliwości wymiany pojemników zbiorczych i da możliwość większego wyboru dla konsumentów.

Góra śmieci, która nie powstała

Pierwsze dwa refillomaty działają w sklepie Carrefour Bio na warszawskim Bemowie i w Hipermarkecie Carrefour w CH Magnolia Park we Wrocławiu. Klienci mogą w nich uzupełnić dostarczane przez Swapp! półlitrowe opakowania wielokrotnego użytku kosmetykami YOPE – marki znanej ze swojej proekologicznej postawy. Wg szacunków spółki, tylko w trakcie programu pilotażowego z urządzenie wyeliminowało około półtora tysiąca plastikowych butelek.refillomaty w sklepie Carrefour

Jak wskazują twórcy Swapp!, przez rok działania refillomat może wydać nawet około 30 000 litrów płynu, czyli pojemności jednego kontenera transportowego. Jeśli założymy, że jedno opakowanie ma wysokość ok. 20 cm, a jeden refillomat zapobiegnie wytworzeniu ok. 60 000 takich opakowań rocznie to tak jakbyśmy powstrzymali stworzenie wieży
z plastikowych butelek po szamponach czy płynach o wysokości niemal 13 km – a to pięciokrotność wysokości Rysów.
– dodaje Sargheve Sukumaran

Zero waste –  od własnego kubka w kawiarki do szamponu w opakowaniu zwrotnym

To, by w kawiarni kupić kawę i “zapakować” ją do własnego kubka, było jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia. Tymczasem nawyki konsumenckie w tym obszarze zmieniły się bardzo szybko. Pozostają przed nami kwestie regulacji prawnych i interpelacji przepisów. –  Spółka działa na rodzącym się rynku, na którym nie ma jeszcze liderów i to był jeden z głównych powodów naszej inwestycji. Wierzymy, że trendy związane ze zmianami zachowań konsumentów w kierunku wyboru produktów i rozwiązań ekologicznych, będą długoterminowe. Sprzyjają temu też regulacje wprowadzane m.in. przez Unię Europejską, dotyczące redukcji plastiku. To z kolei odgórnie narzuca producentom poszukiwanie rozwiązań takich jak Swapp! –  mówi Tomasz Czapliński, partner zarządzający SpeedUp Group i dodaje, że technologia Swapp!, choć jeszcze na małą skalę, to już dziś rozwiązuje główny problem producentów, jakim są opakowania.

W 2018 roku rynek opakowań typu “zero waste” wyceniany był na $1,3 mld, a przewidywane średnioroczne tempo wzrostu (CAGR) w latach 2019– 2027 oszacowano na  8,7% . Wzrost wielkości i wartości tego rynku napędza rosnąca presja wywierana na międzynarodowe koncerny przez konsumentów i coraz częściej podnoszony w dyskusji publicznej problem klimatu. We wrześniu 2019 r. na nowojorskim szczycie ONZ 19 firm, w tym Unilever, Nestlé, Google i L’Oréal, utworzyło koalicję w celu ochrony klimatycznej. Rosnąca wśród “zwykłych Kowalskich” świadomość ekologiczna sprawia, że firmy opakowaniowe muszą posiadać precyzyjne strategie dostosowania opakowań do wymogów ochrony środowiska.

W kraju jedną z najważniejszych w tym obszarze inicjatyw jest powołany we wrześniu 2020 roku Polski Pakt Plastikowy, będący wspólną inicjatywą największych  firm handlowych, spożywczych oraz  innych instytucji (w tym m.in. Biedronki, Lidla, Carrefoura, Danone czy Nestle). Jej celem jest zmiana obecnego modelu wykorzystywania tworzyw sztucznych w opakowaniach w kierunku gospodarki obiegu zamkniętego.

Doświadczony zespół z eco– zacięciem

Nie bez znaczenia w podjęciu decyzji inwestycyjnej był zespół założycieli. Szymon Barabasz posiada wieloletnie doświadczenie w branży FMCG i bardzo dobrze, intuicyjnie wręcz, rozumie jak funkcjonują klienci. Sargheve od wielu lat działa w obszarze designu, szefował Samsung Global Design Studio na Azję Południowo-Zachodnią. Ponadto jeszcze przed inwestycją zrealizowaliśmy projekt PoP – w jego ramach zespół otrzymał od nas grant w wysokości 50 000 PLN, co pozwoliło zweryfikować założenia i nawiązać pierwszą współpracę z rozpoznawalnymi markami. –  dodaje Tomasz Czapliński ze SpeedUp Group. Jak zapowiada, to nie ostatnia tego rodzaju inwestycja w portfelu funduszu. SpeedUp Group cały czas aktywnie poszukuje spółek z Polski, będących na wczesnych etapach i tworzących produkty i rozwiązania technologiczne między innymi medtechowe, fintechowe, AI/IR, i to nie tylko związane z oprogramowaniem   także hardwarowe, czego przykładem jest właśnie Swapp!.

W planach spółki na najbliższe miesiące jest zebranie kolejnej rundy inwestycyjnej w kwocie do 3 mln EUR. Tymczasem środki pozyskane od SpeedUp Group zespół planuje przeznaczyć na wspomniane wdrożenie automatów w wersji 2.0, na poszerzenie kategorii produktowej o środki czystości, zwiększenie pojemności zbiorników, ale także stworzenie oprogramowania do obsługi refillomatów i procesu zakupowego (mobile/web app). Spółka pracuje nad wdrożeniem monitorowanych opakowań wielokrotnego użytku przy zastosowaniu technologii ograniczającej negatywny wpływ na środowisko i zmniejszającej ślad węglowy oraz zapewniającej pełen recykling po zakończeniu użytkowania. Planujemy także wdrożenie rozwiązania e-commerce – w zakresie sprzedaży produktów kosmetycznych i chemii gospodarczej
w opakowaniach wielokrotnego użytku, a co za tym idzie –  zwiększenie liczby klientów B2B oraz B2C
 komentuje Szymon Barabasz. Model biznesowy Swapp! zakłada, że spółka zarabiać będzie na dzierżawie refillomatu
i powierzchni reklamowej. Prowadzimy rozmowy z kolejnymi dużymi sieciami i koncernami FMCG. Technologie hardware’owe wymagają większych nakładów finansowych i czasowych, niż software i zupełnie inaczej pracuje się w tym obszarze nad produktem. Natomiast ukończenie prac nad refillomatem 2.0 otworzy nam zupełnie nowe możliwości
i pozwoli sfinalizować negocjacje z kolejnymi, dużymi klientami – 
dodaje Szymon Barabasz.

Przybywa upadłości konsumenckich, częściej zaczęli bankrutować mężczyźni

Po latach przewagi kobiet, w tym roku upadłość konsumencką zaczęło ogłaszać więcej mężczyzn. Nie zmienia się natomiast to, że bankrutujących z każdym rokiem przybywa. Po pierwszych pięciu miesiącach 2021 r. jest ich już ponad 7,4 tys. Bankructwa się nie planuje, ale w wielu przypadkach zapowiedzi nadchodzących problemów były widoczne już wcześniej. Z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK wynika, że większość tegorocznych bankrutów miało kłopoty już co najmniej pół roku przed ogłoszeniem upadłości. Bankom i innym wierzycielom tegoroczni bankruci winni są co najmniej 689 mln zł, z czego rekordzista – ponad 8 mln zł. Licząc od 2015 r., kiedy prawo umożliwiło upadłość konsumencką, długi upadłych  przekroczyły już 5,1 mld zł.

Przez pierwszych pięć miesięcy tego roku upadłość konsumencką ogłosiło już niemal tyle osób, co w całym 2019 r. To rezultat uproszczenia prawa, które zmieniło się 24 marca 2020 roku. Nowe regulacje umożliwiają ogłoszenie upadłości również osobom, które przyczyniły się do powstania swoich długów, a także dłużnikom prowadzącym jednoosobową działalność gospodarczą. Wcześniej było to niemożliwe. Efektem liberalizacji przepisów jest prawie 13 tys. upadłości w minionym roku, niemal dwa razy więcej niż rok wcześniej. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku padnie nowy rekord.

Przybywa upadłości konsumenckich, częściej zaczęli bankrutować mężczyźni
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

– Zwykle tak jak w przypadku różnego rodzaju trudnych sytuacji i tu finał jest wynikiem splotu wielu niesprzyjających okoliczności. Często w grę wchodzi rozwód, utrata pracy, kłopoty zdrowotne, ale w tle zdarza się też nadmierny optymizm co do możliwości spłaty zaciąganych zobowiązań. Wpływ na statystyki może też mieć pandemia, która w niektórych przypadkach przeważyła szalę w złą stronę i zamiast oddalić, przybliżyła upadłość – mówi Halina Kochalska, ekspert BIG InfoMonitor.

Bankrutem nikt nie staje się z dnia na dzień. Sięgający po upadłość zwykle mają sporo nieopłaconych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych. Wśród ogłaszających upadłość w tym roku, problemy z obsługą kredytów i innych zobowiązań miało trzech na czterech dłużników.

– Spośród 7,4 tys. bankrutujących ponad 5,6 tys. ma zaległości widoczne w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. W niemal 90 proc. przypadków problemy dłużników istniały już co najmniej pół roku przed ogłoszeniem upadłości. To pokazuje, że odpowiednia weryfikacja wiarygodności płatniczej mogłaby zapobiec pogłębianiu ich zadłużenia i stratom przyszłych wierzycieli – zauważa Halina Kochalska.

Łączna kwota do spłaty przez tegorocznych dłużników wynosi w bazach BIG InfoMonitor i BIK 689,2 mln zł. Przeciętnie na jedną osobę wypada więc niecałe 122,6 tys. zł. Rok temu było to 136,6 tys. zł, a dwa lata wcześniej 128,1 tys. zł. W pierwszym roku otwarcia się legislacji na upadłość konsumencką w Polsce (2015 r.) było to ponad 235 tys. zł. Najwyraźniej z czasem osoby z problemami zaczęły śmielej korzystać z przysługującego im prawa. Średnia zaległość to jednak uproszczenie, bo spory wpływ na kwotę mają z założenia wysokie kredyty mieszkaniowe, a te wśród ogłaszających upadłość licząc od 2015 r. ma stosunkowo niewielu, bo ok. 11 proc. bankrutujących osób. W tym roku jest to nawet poniżej 8 proc. Obecnie dłużnicy z samymi kredytami mieszkaniowymi mają średnio 448 tys. zł zaległości, a ogłaszający upadłość wyłącznie z kredytami konsumpcyjnymi niecałe 93 tys. zł. Często do tego dochodzą też różnego rodzaju nieopłacone zobowiązania widniejące w BIG InfoMonitor. Ich przeciętna wartość to ponad 20 tys. zł na osobę.

kredyty u ogłaszających upadłość 2
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

kredyty u ogłaszających upadłość

W pierwszej dziesiątce największych dłużników znajdują się osoby posiadające minimum niemal 2,4 mln zł zobowiązań widocznych w BIG InfoMonitor i BIK. Tegoroczny rekordzista ma niemal 8,4 mln zł długów, a na sumę składa się osiem zobowiązań. Rekordzista jest mężczyzną, ma 62 lata i pochodzi z Mazowsza. Kolejnym dłużnikiem jest 54-letnia kobieta z Warszawy, ze zobowiązaniami przekraczającymi 5,8 mln zł. Trzecia to również 54-latka, mieszkanka Krakowa. Jej dług przekracza 3,3 mln zł. Powyżej 3 mln zł ma także 59-letni dłużnik z woj. łódzkiego. W pierwszej dziesiątce uwagę zwraca wysoka reprezentacja Dolnego Śląska, skąd pochodzi czterech rekordzistów i nie są to małżeństwa. Po dwie osoby z niechlubnego zestawienia mieszkają na Mazowszu i w woj. łódzkim.wiek i płeć u ogłaszających upadłość

Na ostateczność, jaką jest upadłość, najczęściej decydują się osoby w wieku 36-45 lat – nie miała na to wpływu zmiana przepisów. Wśród ogłaszających bankructwo co najmniej co czwarta osoba jest w tym wieku. W statystykach obejmujących 2015 r. kolejne grupy wiekowe to osoby w wieku 46-55 i 56-65 lat. Jednak w tym roku widać zmianę. Częściej niż kiedyś pod ścianą stają już osoby w wieku 26-35 lat, od stycznia do maja zbankrutowało ich więcej niż np. dłużników w wieku 56-65 lat. Zmieniło się jeszcze jedno – przybyło mężczyzn i po raz pierwszy dominują w statystykach bankructw nad kobietami. Jest ich więcej w grupach wiekowych od 18. do 55. roku życia. Panie przeważają już tylko w starszych pokoleniach. Dotychczasowa przewaga kobiet była zaskakująca, bo wśród niesolidnych płatników obserwowanych w BIK oraz BIG InfoMonitor jest znacznie więcej panów. W pierwszej bazie to 55 proc., a w drugiej – aż 61 proc. Do tej pory było im jednak dalej do bankructwa niż kobietom. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy wynikało to ze skali problemów czy też z podejścia do samej wyjątkowo trudnej decyzji.wiek i płeć u ogłaszających upadłość 2

Od 2015 r. do końca maja tego roku upadłość ogłosiło ponad 46 tys. osób. Ich łączne długi widoczne w BIK i Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor przekroczyły 5,1 mld zł. Tylko w zeszłym roku doszło 1,36 mld zł, a zapowiada się, w tym roku będzie to kolejnych co najmniej 1,6 mld zł.

– Należy jednak pamiętać, że nie w każdym przypadku ogłoszenie upadłości oznacza pełne oddłużenie. Pewne jest natomiast, że dłużnik traci prawo do zarządzania swoim majątkiem, a nieruchomości i ruchomości idą na sprzedaż w celu zaspokojenia wierzycieli. Dlatego decyzja o bankructwie powinna być ostatecznością. Zawsze warto wcześniej próbować porozumieć się z wierzycielami – podkreśla Halina Kochalska.

Nadchodzą globalne podatki

Opublikowany przez Polski Instytut Ekonomiczny raport pt. „Global taxes in the post-COVID-19 era” ma pokazać, że wdrożenie trzech globalnych podatków o niewysokim poziomie może prowadzić do uzyskania ogromnych wpływów podatkowych – prawie 700 mld dolarów rocznie. Na trzy proponowane podatki składają się: minimalny CIT, podatek majątkowy oraz podatek klimatyczny.

Minimalny CIT na poziomie 15% jest obecnie negocjowany na forum międzynarodowym OECD i najprawdopodobniej już niedługo wejdzie w życie. Możliwe wpływy z tego tytułu PIE szacuje na ok. 127 mld dolarów rocznie, z czego Polska mogłaby uzyskać 800 mln dolarów. Podatkiem majątkowym zostałoby objętych 0,01% najbogatszych i majątków powyżej 10 mln dolarów. Wpływy z tego podatku są szacowane na ok. 290 mld dolarów. Podatek klimatyczny miałby zniechęcać kraje doprowadzające do największego zatrucia i niszczenia środowiska do kontynuowania tego typu praktyk. Ten podatek przyniósłby z kolei wpływy o wysokości ok. 280 mld dolarów – co łącznie z dwoma pozostałymi podatkami daje ok. 695 mld dolarów rocznie.

– Każdego roku można by było zatrudnić 55 mln dodatkowych pielęgniarek – co znacznie poprawiłoby jakość naszego życia oraz jakość usług publicznych, które są teraz zagrożone ze względu na uszczuplone w 2020 r. budżety państw – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Błoński, ekspert Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

–Pięć lat temu nikt w organizacji OECD nie przypuszczał, że możliwe jest wprowadzenie globalnych podatków. Tymczasem dwa tygodnie temu G7, czyli grupa siedmiu najważniejszych na świecie pod względem gospodarczym państw, wydała komunikat informujący o akceptacji minimalnego globalnego CIT-u. Wprowadzenie tego podatku zostanie poddane dyskusji na forum G20 oraz OECD. Oznacza to, że przez te ostatnie pięć lat została pokonana niesamowita droga. Globalny CIT ma zostać zaakceptowany w ciągu miesiąca – tyle wynosi mandat negocjacyjny. Globalne problemy podatkowe i środowiskowe są niemożliwe do rozwiązania na lokalnym forum, jedynie współpraca ogólnoświatowa może przynieść wymierne efekty – wyjaśnia Błoński.

Strach przed Deltą zatrząsł rynkiem obligacji

W tym tygodniu skupimy się na odczytach inflacji w USA i retoryce prezesa Fedu. Minione dni przyniosły przetasowania na rynkach finansowych, co szczególnie widoczne było na rynku obligacji. Istotne wahania walut emerging markets nie ominęły złotego, który w parze z euro powrócił obecnie w okolice minimów notowanych w drugiej połowie czerwca.

W minionym tygodniu waluty G10 nie doświadczyły dużej zmienności, jednak inne aktywa pokazały silne wahania. Korekta rentowności amerykańskich obligacji skarbowych nabrała tempa w związku ze świeżymi obawami dotyczącymi wpływu nowego wariantu koronawirusa na wzrost gospodarczy i osiągnęła szczyt w środę. Sytuacja wyglądała na zakupową panikę, która ustąpiła w dalszej części tygodnia. Zmienność ta nie miała zbyt dużego wpływu na inne rynki, jednak obawy związane z COVID-19 uderzyły szczególnie mocno w waluty Ameryki Łacińskiej.

Uważamy, że najważniejsze dane w tym tygodniu przyniesie wtorkowy raport dotyczący inflacji w USA w czerwcu. Oczekuje się, że inflacja CPI pozostanie w okolicach 5%, z kolei bazowa ma wzrosnąć do 4%. Poziom rentowności papierów skarbowych wyraźnie wskazuje, że te bardzo wysokie odczyty wkrótce powinny się obniżyć, nie jesteśmy jednak tego tacy pewni. Copółroczne przemówienia, tzw. zeznania, prezesa Jerome’a Powella przed Kongresem odbędą się 14 i 15.07, po opublikowaniu danych o inflacji. Powinny być one drugim najważniejszym wydarzeniem dla rynków.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł osłabienie złotego, które wiążemy przede wszystkim z czynnikami zewnętrznymi, szczególnie obawami dot. globalnego wzrostu gospodarczego. Równocześnie odbyło się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Stóp procentowych zgodnie z oczekiwaniami nie zmieniono i tego nie sugerowano. Wydźwięk komunikatu po spotkaniu był mieszany: znaleźć w nim można było zarówno informacje o dobrych danych z gospodarki, jak i o ryzyku związanym z mutacjami koronawirusa. Dzień po posiedzeniu RPP prezes Glapiński wspominał podczas konferencji prasowej o możliwości zmiany stóp, niemniej jego ton nie wskazywał, żeby decydenci spieszyli się z podjęciem takiego kroku.

Coraz bardziej przekonujemy się, że w kontekście działań RPP kluczowa będzie jesień: istotne jest to, czy kolejna fala pandemii wywoła na tyle duże zaburzenia, by zauważalnie wpłynąć na sytuację gospodarczą. Jeśli nie (co zakładamy) liczymy, że stopy mają największe szanse wzrosnąć w pierwszych miesiącach 2022 roku. Szczególnie, że najnowsze projekcje DAE NBP sugerują wyraźnie wyższą inflację i skalę ekspansji gospodarki w średnim terminie niż oczekiwano w marcu.

W tym tygodniu skupimy się głównie na wieściach z zewnątrz, poznamy jednak też dane o krajowej inflacji w czerwcu. Szczególnie istotne będą opublikowane w piątek 16.07 wyliczenia inflacji bazowej.

EUR

Rewizje wstępnych odczytów indeksów PMI w czerwcu w większości wsparły nasze optymistycznie spojrzenie na ożywienie europejskiej gospodarki. Innym istotnym wydarzeniem ze strefy euro był strategiczny przegląd polityki EBC – bank ogłosił zmianę celu inflacyjnego na symetryczne 2%. Nie wiadomo jednak jeszcze, co to oznacza w praktyce dla kształtowania polityki, ogłoszenie miało też mały wpływ na rynek.

Kalendarz dla strefy euro w tym tygodniu nie obfituje w istotne wydarzenia. Spodziewamy się więc, że handel euro będzie zależał od sytuacji w USA, szczególnie odczytu inflacji w czerwcu i zeznań prezesa Jerome’a Powella przed Kongresem.

USD

Gwałtowne ruchy na rynku amerykańskich papierów skarbowych zdominowały w zeszłym tygodniu nagłówki. Raczej nie konkurowały z nimi dane mające wpływ na rynek, było ich bowiem niewiele. Wzrost rentowności w drugiej połowie tygodnia sugeruje, że ruchy miały więcej wspólnego z kwestią zamykania pozycji i pokrywania strat przez inwestorów niż z fundamentalnym przemyśleniem perspektyw makroekonomicznych, m.in. w związku z obawami dotyczącymi Delty.

Oczy wszystkich są teraz zwrócone ku wtorkowemu raportowi o inflacji. Ekonomiści nie spodziewają się istotnego zmniejszenia presji inflacyjnej, która doprowadziła do najwyższego poziomu inflacji w USA od dziesięcioleci. Obserwujemy rosnącą rozbieżność między wysokimi odczytami inflacji i bardzo niskimi stopami procentowymi, które pozwalają krajom rozwiniętym niezwykle tanio finansować zadłużenie publiczne.

GBP

Wzrost PKB Wielkiej Brytanii w maju był stosunkowo niski, ale rynki nie przywiązały większej uwagi do tych wstecznych danych. Bardziej bieżącym tematem jest decyzja o utrzymaniu planu zniesienia obostrzeń 19.07 pomimo silnego wzrostu zakażeń, co dobrze wróży funtowi w nadchodzących miesiącach.

W tym tygodniu najistotniejszy będzie środowy raport o inflacji. Niespodzianka w górę mogłaby zwrócić uwagę rynku na możliwość wcześniejszego niż oczekiwano zacieśnienia polityki monetarnej, co byłoby korzystne dla funta.

CHF

Frank szwajcarski był w zeszłym tygodniu drugą, po jenie japońskim, najlepiej radzącą sobie walutą G10. Kurs EUR/CHF spadł do nieco ponad 1,08, co jest najniższym poziomem od lutego. Negatywny sentyment do ryzyka był korzystny dla walut safe haven, a bezpieczne aktywa oferujące niskie stopy zwrotu zostały dodatkowo wsparte przez ostry spadek rentowności amerykańskich papierów skarbowych.

Co ciekawe, dane Szwajcarskiego Banku Narodowego dotyczące depozytów na żądanie wskazują, iż ostatnia siła franka nie wywołała silnych interwencji. Może to ulec zmianie, jeśli okaże się, że ta siła nie jest tymczasowa. Nie uważamy jednak, aby było to szczególnie prawdopodobne. Niemniej spekulanci wydają się bardziej optymistyczni odnośnie do perspektyw franka i nadal utrzymują długie pozycje netto na tę walutę.

Kalendarz ekonomiczny dla Szwajcarii jest w tym tygodniu niemal pusty. Będziemy przyglądać się wieściom spoza kraju, które mogą wpływać na sentyment do ryzyka.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Pracodawcy i związkowcy nie wypracowali wspólnego stanowiska w sprawie założeń budżetu na 2022 roku

  • W Radzie Dialogu Społecznego zakończyły się konsultacje podstawowych wskaźników makroekonomicznych na 2022 roku.
  • W tym roku, także ze względu na zapowiadane rewolucyjne zmiany związane z Polskim Ładem, nie udało się dojść do porozumienia w sprawie założeń budżetu na 2022 rok czy wskaźników wzrostu wynagrodzeń w sferze budżetowej.

– Rozmowy miały bardzo formalny charakter – bez wiedzy o zmianach podatkowych i zapowiadanej rewolucji w ustalaniu składki na ubezpieczenie zdrowotne trudno odpowiedzialnie rozmawiać o płacach na 2022 rok – podkreśla prof. Jacek Męcina, przewodniczący Zespołu Problemowego ds. Budżetu, Wynagrodzeń i Świadczeń Socjalnych RDS.

– Wciąż trwający, równolegle do prac RDS, proces uzgodnień Krajowego Planu Odbudowy i Zwiększania Odporności, jak również przedłużające się prace nad projektami ustaw związanymi z Polskim Ładem utrudniają rozmowy partnerów społecznych. Projekty te powinny zostać przekazane partnerom społecznym do konsultacji wraz z założeniami projektu budżetu państwa na rok 2022, ponieważ mają wpływ na prognozy ekonomiczne i podstawowe wielkości makroekonomiczne, w tym na PKB i inflację. Bez tych kluczowych informacji rozmowy partnerów społecznych są bardzo trudne – dodaje prof. Jacek Męcina.

Pracodawcy i związkowcy nie wypracowali też wspólnego stanowiska w sprawie propozycji średniorocznych wskaźników wzrostu wynagrodzeń w państwowej sferze budżetowej w 2022 rok. Wskazali jednak na konieczność podwyższenia wynagrodzeń, aby ochronić jakość administracji publicznej. Związkowcy chcieli podwyżki na poziomie 12%, a pracodawcy proponowali do 5,1%. Partnerzy społeczni wspólnie z resortem finansów postanowili rozpocząć prace nad nowymi zasadami wynagradzania w państwowej sferze budżetowej.

Pracodawcy i związkowcy podjęli też dyskusję na temat minimalnego wynagrodzenia w 2022 roku. Rząd zaproponował, aby wynosiło ono 3 000 zł, co oznacza tylko niewielki wzrost względem minimalnej płacy wynikającej z uwzględnienia wskaźników ustawowych. Propozycja rządu została w zasadzie zaakceptowana przez pracodawców, jednak oczekiwania związków zawodowych były zdecydowanie wyższe – minimalne wynagrodzenie na poziomie 3 100 zł oraz dodatkowo kwota wolna od podatku. Wobec tak dużych rozbieżności strony nie wypracowały wspólnego stanowiska w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia i minimalnej stawki godzinowej w 2022 roku, co oznacza, że minimalną płacę określi rząd w rozporządzeniu do 15 września 2021 roku.

– Brak propozycji rozwiązań w ramach Polskiego Ładu powoduje, że negocjacje partnerów społecznych są trudne, aby nie powiedzieć, że bezprzedmiotowe – mówi prof. Jacek Męcina.

Medinice rozpoczyna współpracę z Medical Center Utrecht i dołącza kolejny projekt do swojego portfolio

Medinice podpisał Memorandum of Understanding, dzięki któremu zyska prawa do dwóch projektów kardiochirurgicznych należących do University Medical Center Utrecht.

Medinice S.A. – spółka notowana na głównym rynku GPW rozwijająca innowacyjne i małoinwazyjne technologie medyczne w obszarze kardiologii i kardiochirurgii – poinformowała o zawarciu Memorandum of Understanding z Holenderskim Partnerem, dzięki któremu Spółka uzyska prawa do projektów SpaceMaker oraz Suction Knife nad którymi Medinice chce pracować wspólnie ze światowej renomy ośrodkiem badawczym – University Medical Center Utrecht. Oba urządzenia to opatentowane globalnie technologie kardiochirurgiczne wspierające operacje chirurgiczne na sercu, stosowane w szczególności w zabiegach małoinwazyjnych. Obecnie projekty znajdują się w fazie projektowania.

Medinice zawarło Memorandum of Understanding dzięki któremu zyska prawa do urządzeń SpaceMaker oraz Suction Knife. Narzędzia te rozszerzą portfolio spółki o kolejne innowacyjne i małoinwazyjne technologie medyczne w obszarze kardiologii i kardiochirurgii. SpaceMaker – to wielofunkcyjne nadmuchiwane urządzenie, które poprawi dostęp do klatki piersiowej i ułatwi manewrowanie instrumentami endoskopowymi w zabiegach małoinwazyjnych. Natomiast Suction Knife to nóż do precyzyjnego nacinania tkanek w czasie minimalnym bez ryzyka uszkodzenia okolicznych tkanek.

Zgodnie z zawartym Memorandum of Understanding Medinice lub spółka przez niego kontrolowana mają nabyć prawa własności intelektualnej dotyczące urządzeń SpaceMaker oraz Suction Knife, danych i wyników prac badawczo – rozwojowych związanych z ww. projektami oraz patentów dot. przejmowanych projektów. Całkowita kwota do zapłaty, której będzie zobowiązany Medinice lub spółka przez niego kontrolowana w związku z nabyciem praw do obu urządzeń, wyniesie 283 399,89 EUR. Rolą Spółki, pod warunkiem dojścia transakcji do skutku, będzie doprowadzenie obu projektów do etapu komercjalizacji oraz monetyzacji narzędzi medycznych Suction Knife oraz SpaceMaker przy koordynowaniu procesu rozwoju obu urządzeń przez prof. Paula Gründemana, którego zaangażowanie jest kluczowym elementem rozwoju Projektów. Medinice planuje zawiązanie spółki kontrolowanej przez Emitenta (w której Emitent zamierza posiadać 85% udziałów), która nabędzie prawa do Projektów i w której udział kapitałowy będzie posiadał również prof. Paul Gründeman.

Poziom zaawansowania naszych kluczowych projektów tj. MiniMax, CoolCryo i PacePress oraz perspektywy ich komercjalizacji, pozwalają nam rozszerzyć portfolio o kolejne rozwiązania. Dzięki przeprowadzonej ostatnio emisji pozyskaliśmy środki na dalsze rozwijanie naszego katalogu projektów, dzięki temu sfinalizowaliśmy umowę na innowacyjną technologię zacisku do zamykania uszka lewego przedsionka (LAAO). Teraz nasze portfolio rozszerzamy o rozwiązania wspólne z Utrecht Medical Centre. Cieszymy się, że realizujemy kolejne założone cele, a o te projekty staraliśmy się od początku współpracy z prof. Paulem Gründemanem. Oba narzędzia, czyli SpaceMaker i Suction Knife, idealnie pasują do obszaru naszych zainteresowań, ponieważ zostało ono zaprojektowane, aby ułatwić i zwiększyć bezpieczeństwo w minimalnie inwazyjnych zabiegach kardiochirurgicznych poprzez umożliwienie precyzyjnego dostępu do miejsca interwencji chirurgicznej. Ponadto współpraca z Utrecht Medical Centre jeszcze bardziej wzmocni naszą rozpoznawalność w oczach międzynarodowej społeczności kardiochirurgicznej. Dodatkowo, możliwości zastosowania wynalazków wykraczają poza obszar chorób serca, a to automatycznie przekłada się na wyższy potencjał rynkowy – wyjaśnia Sanjeev Choudhary, Prezes Medinice.

Oba wynalazki to narzędzia wspierające operacje chirurgiczne, a więc mogą być stosowane w szeregu różnych interwencji na sercu z minimalnego dostępu tzw. „key hole”. Oba narzędzia, wchodzące w skład projektu SMI mogą mieć także szerokie zastosowanie w rozmaitych zabiegach laparoskopowych poza kardiochirurgią np. w ginekologii. Całkowita wartość europejskiego rynku urządzeń wykorzystywanych w chirurgii małoinwazyjnej wyniosła w 2020 r. 9,1 mld USD ze średniorocznym wzrostem wynoszącym 5,5%.

Niedawno Medinice poinformował o zakończeniu emisji akcji serii J, podczas wyemitowała 829 766 akcji (15,5 proc. w podwyższonym kapitale), dzięki czemu pozyskał blisko 25 mln zł brutto. Środki te pozwalają spółce na przyspieszenie prac badawczych przy projektach własnych oraz na rozwijanie nowych, innowacyjnych rozwiązań pojawiających się na rynku medycznym.

Deweloperzy mieszkaniowi biją kolejne rekordy sprzedaży

Sprzedaż mieszkań na pierwotnym rynku mieszkaniowym w drugim kwartale i pierwszym półroczu br., mierzona wynikami deweloperów giełdowych, okazała się rekordowa. Tym samym nie czekając na definitywne zakończenie pandemii, potwierdzili oni „pancerny” wręcz charakter obowiązującej już ósmy rok z rzędu rynkowej prosperity.  

Jak zauważają eksperci z portalu RynekPierwotny.pl wzrostowy charakter tegorocznych wyników sprzedaży deweloperów mieszkaniowych powiązanych z warszawską giełdą został zaanonsowany już nadspodziewanie dobrymi rezultatami pierwszego kwartału. Kwestią było jedynie pójście rynku za ciosem w kolejnych kwartałach. Jak się okazało nie było z tym najmniejszego problemu na etapie półrocza, a w efekcie zaprezentowana szesnastka giełdowych tuzów zakomunikowała w sumie kwartalną kontraktację rzędu 7,2 tys. lokali i sześciomiesięczną na niemal dwukrotnie wyższym poziomie. Są to w obu przypadkach wyniki najwyższe w historii dla tej stawki spółek.

Bardzo niska baza powoduje, że progres kwartalny rdr wyniósł ponad 70 proc., a półroczny blisko 40 proc., przy czym zdecydowana większość pojedynczych wzrostów ma dwu- i trzycyfrowy wymiar. Z kolei jedyne minusy widoczne przy wynikach Marvipolu, to efekt mocno okrojonej oferty dewelopera po transakcji pakietowej sprzedaży 700 lokali szwedzkiemu funduszowi.

Tym sposobem zanotowany kwartalny oraz półroczny skok kontraktacji w relacji rok do roku jest raczej mało wiarygodny i istotny z punktu widzenia perspektyw rozwoju koniunktury. Aby więc docenić wynik minionego kwartału należy spojrzeć nieco bardziej wstecz. I tak zestawienie ze statystykami z okresu bezpośrednio poprzedzającego wybuch pandemii, nie pozostawia już żadnych złudzeń co do trwałości i siły trwającej prosperity. Mamy nie tylko jej powrót do przedcovidowej kondycji, ale wręcz znaczące przyśpieszenie.

Pierwszy kwartał ub. roku oceniany był jako sprzedażowo bardzo dobry, zarówno w odniesieniu do deweloperów giełdowych jak i całego rynku, natomiast ostatni 2019 jako wręcz rewelacyjny. Tymczasem wyniki sprzedażowe branżowych tuzów giełdowych ostatniego kwartału biją je odpowiednio o ponad 26 i 9 proc. Poza tym także kwartał do kwartału mamy blisko 6 proc. progres.

Miniony kwartał uwiarygodnił więc w pełni wybitnie rozwojowy charakter sprzedażowego boomu na pierwotnym rynku mieszkaniowym z punktu widzenia wyników kontraktacji deweloperów giełdowych i bardzo trudno o jakiekolwiek argumenty poddające taką tezę w wątpliwość. Sęk w tym, że taki stan rzeczy potwierdza nie tylko świetną koniunkturę, ale ostrzega coraz mocniej przed jej przegrzaniem. Niepokoją galopujące wręcz trzeci miesiąc z rzędu ceny nowych mieszkań, coraz bardziej chwiejna równowaga popytowo-podażowa pomimo wysokiej aktywności inwestycyjnej deweloperów, jak też pierwsze symptomy owczego pędu do zakupów nowych mieszkań. Pozostaje nadzieja, że to tylko przysłowiowe „strachy na Lachy”, i że popyt już niebawem nieco odpuści w reakcji na szybujące ceny, a sytuacja się w miarę szybko ustabilizuje.Tab.1 – Wyniki deweloperów giełdowych

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

To koniec podatkowych rajów? Minister zapowiedział festiwal uszczelnień

Wszystkie filary “Polskiego Ładu” mogą kosztować budżet nawet kilkadziesiąt miliardów rocznie. Rząd Mateusza Morawieckiego przynajmniej część wydatków będzie chciał zrekompensować tzw. pakietem uszczelniającym. Resort Finansów jeszcze uważniej przyjrzy się wyprowadzaniu zysków do podatkowych rajów. 

Rząd Prawa i Sprawiedliwości rozpoczyna konsultacje programu “Polski Ład”. Sztandarowy projekt partii Jarosława Kaczyńskiego nie będzie jednak obojętny dla budżetu. Podniesienie kwoty wolnej od podatku, drugiego progu podatkowego czy choćby zmiany w służbie zdrowia będą kosztowały nawet ok. 70 miliardów rocznie – tak wynika z rządowych dokumentów. Nie wszystko uda się wyrównać choćby takimi zmianami jak nowy sposób pobierania składki zdrowotnej, czyli brakiem możliwości odpisu od podatku i opłacania składki ryczałtem w przypadku przedsiębiorców. Dlatego częścią “Polskiego Ładu” będzie też tzw. pakiet uszczelniający, który ma – według szacunków Ministerstwa Finansów – przynieść w 2022 roku sześć miliardów złotych, a w 2023 już dziewięć miliardów.

Każdy przedsiębiorca, pracodawca i podatnik, z niecierpliwością powinien wypatrywać propozycji, które mają na celu zebranie całkiem już pokaźnych kwot. Wielu z nas może mieć obawę – bazując na doświadczeniach z poprzednich lat – że nie będzie to uszczelnianie systemu, a tak naprawdę dokładanie kolejnych ukrytych podatków – mówi Maciej Oniszczuk z kancelarii Oniszczuk & Associates i dodaje: – Choć trzeba przyznać, że pierwsze sygnały wysyłane przez Ministerstwo Finansów są uspokajające i nie dają wielkich powodów do strachu, a wręcz przeciwnie mogą wyeliminować część działań w szarej strefie, czyli ograniczyć nieuczciwą konkurencję, z która musi borykać się wielu przedsiębiorców.

Trudniej zarobić na leasingu i płacić gotówka

Co znajdziemy w pakiecie uszczelniającym? Projekty ustaw – jak zapowiada Jan Sarnowski, wiceminister finansów – zostaną poddane konsultacjom od 14 lipca. Przedstawiciel resortu w wywiadzie dla “Gazety Prawnej” uchylił jednak rąbką tajemnicy.

Ministerstwo zamierza ograniczać szarą strefę na kilka sposobów. Pierwszym z nich jest  obniżenia dopuszczalnego limitu transakcji gotówkowych między przedsiębiorcami z aktualnych 15 tys. zł do 8 tys. zł.

Przedsiębiorcy będą musieli też (od 1 lipca 2022 roku) zaakceptować przynajmniej jedną formę płatności bezgotówkowej (za pośrednictwem terminala płatniczego, przelewu bądź płatności telefonem). Dotyczyć będzie to tych, których roczny przychód przekroczy 20 tys. zł.

Jeśli pakiet uszczelniający wejdzie w życie to zmienią się również zasady wyprowadzania z firmy aut poleasingowych. Obecne regulacje pozwalają, po spłacie rat leasingu, wykupić auto dla celów prywatnych. Dzięki temu już po kolejnych sześciu miesiącach można sprzedać taki pojazd bez opłacania podatku dochodowego. Gdyby auto zostało w majątku firmy, to taka sprzedaż możliwa jest dopiero po sześciu latach. Dlatego resort chce zmiany przepisów i zaliczenia przychodów ze sprzedaży poleasingowego auta, wykupionego do majątku osobistego, do przychodów z działalności gospodarczej.

Wyprowadzka do innego kraju? Nie tak szybko

Czy zatem przedsiębiorcy jeszcze bardziej tęsknym okiem nie będą spoglądać w kierunku Czech? Tam już dziś regulacje są znacznie bardziej liberalne. Można np. odpisać całkowity koszt zakupu pojazdów, kosztów paliwa i napraw, a także nie ma tak podatku akcyzowego.

W konsekwencji zakup pojazdów firmowych (szczególnie luksusowych) i ich rejestracja w Czechach jest znacznie bardziej opłacalna niż w Polsce: jeśli zatem wartość pojazdu to pół miliona zł, w Czechach jego cena wyniesie 350 tys. zł, czyli 150 tys. zł tytułem VAT i akcyzy mniej niż w Polsce.

Brzmi to atrakcyjnie, ale trzeba pamiętać o jednym. Wiele osób myśli na początku, że firmę w Czechach można prowadzić fikcyjnie, a rzeczywiście prowadzić działalność gospodarczą lokalnie – na terenie Polski. To się nie uda, bo polski urząd skarbowy na pewno będzie się takiej sytuacji przyglądał. Działalność taka może zostać uznana za sprzeczną z klauzulą o unikaniu opodatkowania, a także doprowadzić do opodatkowania całego dochodu z Czech w Polsce – podkreśla Maciej Oniszczuk.

Duża część pakietu ma odnosić się właśnie do zapobiegania przenoszenia zysków do rajów podatkowych za pośrednictwem spółek-wydmuszek. Resort finansów chce doprecyzować m.in. zapisy o “miejscu zarządu dla celów podatkowych” i wzorem innych europejskich rozwiązań doprowadzić do opodatkowania fikcyjnych spółek w Polsce. Dodatkowo, jeśli przedsiębiorca będzie stosował sztuczny transfer dochodów do spółek-wydmuszek i zmniejsza tym samym podstawę opodatkowania, to nastąpi neutralizacja takiej korzyści podatkowej i obowiązek opłacenia daniny.

– Pierwsze tak poważne ostrzeżenie zostało wysłane przez Ministerstwo Finansów już cztery lata temu. Urzędnicy zostali wtedy uczuleni, żeby bacznie zwracać uwagę na stosowanie schematów agresywnej optymalizacji podatkowej polegających na nadużywaniu podmiotów – głównie spółek kapitałowych – formalnie zarejestrowanych za granicą w sytuacji, gdy są one faktycznie polskimi podatnikami i są zarządzane z terytorium Polski – komentuje ekspert z kancelarii Oniszczuk & Associates. – Samo przeniesienie spółki np. na Cypr nie jest niczym wbrew prawu czy czymś niemoralnym. Trzeba jednak liczyć się z pełnymi konsekwencjami, choćby o konieczności stworzenia substancji firmy poza Polską. To samo dotyczy obniżenia podatków na drodze zdobycia obcej rezydentury podatkowej, a tym samym zrzeczenia się polskiej. Nie wystarczy jednak udowodnić, że nasze życie zawodowe przenieśliśmy poza Polskę. Również i centrum naszego życia prywatnego musi być zagranicą. Dopiero wtedy nasze działania nie będą kwestionowane przez fiskusa.

Wytransferować firmę poza Polskę będzie też trudniej, bo rząd zamierza zwiększyć liczbę zdarzeń objętych “exit tax”. Według Jana Sarnowskiego polskie przepisy wymagają uzupełnienia bo dotyczą tylko zwykłej wyprowadzki z Polski, a nie innych czynności o takim samym efekcie, np. połączenia polskiej firmy (oddziału) z zagranicznym koncernem lub wniesienia go aportem.

Czy fiskusa interesuje, ile samochodów jest w firmie?

W związku z tym, że przepisy nie zabraniają posiadania więcej niż jednego samochodu w ramach prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej, przedsiębiorcy decydują się na zakup kolejnego pojazdu do swojej działalności. Część z nich ma jednak pewne wątpliwości i dostrzega potencjalne ryzyko podatkowe związane z zakupem drugiego auta. Dlatego decyduje się wystąpić o potwierdzenie planowanego zakupu oraz jego skutków podatkowych w ramach interpretacji indywidualnej. Stanowisko fiskusa jest korzystne dla podatników, jednak zawiera pewne warunki…

Korzystne stanowisko fiskusa

Organy podatkowe przyznają, że przepisy ustaw podatkowych nie wprowadzają limitu samochodów wykorzystywanych na potrzeby prowadzonej działalności gospodarczej. Jedyny warunek to wykorzystywanie pojazdów do celów firmowych. Takie stanowisko wyraził Dyrektor KIS w interpretacji z dnia 24 czerwca 2020 r. nr 0115-KDIT3.4011.49.2020.3.AWO. Organ podatkowy potwierdził, że lekarka prowadząca jednoosobową działalność gospodarczą ma prawo do zaliczenia wydatków ponoszonych na drugi samochód w działalności do kosztów uzyskania przychodu. Jednocześnie organ zaznaczył, że to przedsiębiorca ustala, jaka liczba pojazdów jest mu niezbędna do prowadzonej działalności gospodarczej.

Do podobnych wniosków doszedł Dyrektor KIS w interpretacji z dnia 9 marca 2021 r. nr 0113-KDIPT2-1.4011.982.2020.2.MGR, który stwierdził, że jedyne ograniczenia zawarte w ustawie o PIT dotyczące samochodów to te warunkujące możliwość zaliczenia wydatku w koszty podatkowe. Także wcześniej fiskus przyjmował podobne, pozytywne dla podatników stanowisko – interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Katowicach z 7 stycznia 2015 r. nr IBPBI/1/415-1176/14/SK.

Pozytywne interpretacje podatkowe stanowią podstawę do postawienia tezy, że ukształtowała się jednolita linia interpretacyjna, zgodnie z którą organy podatkowe nie są zainteresowane liczbą posiadanych w ramach działalności gospodarczej samochodów. Teza ta ograniczona jest jednak pewnymi warunkami…

W czym leży problem?

Organy podatkowe w toku wydawania powyższych interpretacji podatkowych zabezpieczyły interes fiskusa poprzez przerzucenie obowiązku ustalenia związku przyczynowo-skutkowego wydatku z przychodami opodatkowanymi na podatnika. W konsekwencji wydane interpretacje, pomimo że wskazują kierunek, w jakim powinny podążać organy podatkowe, to jednak nie dają pełnej ochrony podatnikom. W szczególności w dalszym ciągu otwarta pozostaje możliwość kwestionowania związku przyczynowo-skutkowego, który jest jednym z podstawowych warunków zaliczenia wydatku do kosztów uzyskania przychodów. Podatnik musi więc umieć wykazać, w jakim stopniu wydatki związane z posiadaniem drugiego pojazdu w jednoosobowej działalności gospodarczej będą wpływały na przychody albo zabezpieczenie źródła przychodów. Związek ten może być bezpośredni albo pośredni, ale argumentację warto zebrać przed podjęciem decyzji o zakupie.

Ponadto organy podatkowe wskazały, że liczba samochodów powinna wynikać z charakteru prowadzonej przez podatnika działalności gospodarczej, w tym w szczególności jej rozmiaru czy sposobu wykonywania usług. Jest to drugie bardzo istotne ograniczenie w zakresie ochrony wynikającej z interpretacji podatkowej, ponieważ otwiera drogę do dyskusji z fiskusem odnośnie do charakteru prowadzonej działalności i zasadności posiadania dwóch lub więcej pojazdów. Odwołanie się do charakteru prowadzonej działalności pokazuje także, że fiskus daje podatnikowi jedynie „przynętę” w postaci pozytywnej interpretacji podatkowej, a i tak ostateczne słowo będzie należeć do organów kontrolujących.

Wykorzystanie do celów mieszanych a związek z działalnością

Dyrektor KIS w wydanych interpretacjach nie zmierzył się jednak z problematyką wykorzystania pojazdów do celów mieszanych, a ich związkiem z wykonywaniem działalności gospodarczej oraz charakterem prowadzonej działalności. Dla przykładu można wskazać lekarza prowadzącego jednoosobową działalność gospodarczą, który nabył dwa pojazdy i wykorzystuje je do użytku mieszanego, ponieważ na zmianę z partnerką jeździ raz jednym, raz drugim pojazdem. Wydaje się, że w przypadku użytku mieszanego, gdzie przedsiębiorca, ponosząc pewne konsekwencje podatkowe w postaci odliczenia tylko 50% VAT oraz ograniczenia możliwości zaliczenia do kosztów podatkowych, ma prawo do wykorzystania pojazdów do celów działalności gospodarczej oraz prywatnych, a organ nie ma prawa ingerować w stopień wykorzystania pojazdu do realizacji poszczególnych celów. Innymi słowy, w przypadku wykorzystywania pojazdów do celów mieszanych organ podatkowy nie powinien kwestionować zakupu drugiego pojazdu, jeżeli jest on, chociażby w minimalnym stopniu, wykorzystywany w ramach prowadzonej działalności gospodarczej.

Bardziej skomplikowana sytuacja występuje w przypadku wykorzystania obydwu pojazdów tylko do prowadzenia działalności gospodarczej po to, aby skorzystać z prawa do pełnego odliczenia VAT oraz kosztów uzyskania przychodów. W takich sytuacjach w przypadku zakupu drugiego pojazdu uzasadnienie związku przyczynowo-skutkowego wydaje się obligatoryjne. Dodatkowo należy prowadzić specjalną ewidencję, co znacząco utrudnia korzystanie z drugiego pojazdu.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

NBP bez wpływu na rynki

Wystąpienie publiczne zamiast konferencji prasowej. Tak najprościej można scharakteryzować piątkowy spektakl. Nie może zatem dziwić, że po wybraniu mało kontrowersyjnych pytań rynki nie reagowały zbyt mocno.

Konferencja Adama Glapińskiego

Konferencje prezesa NBP odbywają się ostatnio w Polsce dzień po ogłoszeniu decyzji Rady Polityki Pieniężnej. Chyba najważniejszym wątkiem było pytanie o wpływ Nowego Ładu na inflację. Prezes najpierw potwierdził, że się tego spodziewa. Chwilę po tym dodał, że NBP nie jest w stanie określić, czy będzie to wzrost, czy spadek. Przyznał on również, że nie znane są mu jeszcze szczegóły tego projektu, co może tłumaczyć tę mocno ostrożną odpowiedź. Po raz kolejny pojawił się fragment o przejściowości inflacji. Zostało to poszerzone nawet o zanegowanie możliwości pojawienia się spirali napędzanej przez wzrost płac i cen. Rynki traktowały całą konferencję trochę z przymrużeniem oka, bo pytania, na które odpowiadał prezes, zostały mu zadane wcześniej, z nich wybrano część i tylko na nie usłyszeliśmy odpowiedzi. W rezultacie złoty przyjął tę konferencję neutralnie.

Dobre dane z Kanady

W piątek poznaliśmy dane z kanadyjskiego rynku pracy. O ile bezrobocie pozostała zgodnie z oczekiwaniami na wysokim poziomie 7,8%, o tyle lepiej od oczekiwań wypadła zmiana zatrudnienia. Jest to element, który daje spore nadzieje na przyszłość, stąd najprawdopodobniej pozytywne reakcje inwestorów. W piątek dolar kanadyjski umacniał się od rana w oczekiwaniu na dobre dane, a po publikacji wzrost tylko przyspieszył.

Piątek korzystny dla funta

Pomimo słabszych danych od rana funt w piątek zyskał na wartości niemal 4 grosze. Wspomniane dane to gorsze od oczekiwań wyniki produkcji przemysłowej oraz miesięcznego PKB. W dalszej części dnia wysłuchaliśmy jednak wystąpienia pana Andrew Baileya, szefa Banku Anglii. Wystąpienie skupiało się jednak nie na polityce monetarnej, a na tym jak Wielka Brytania sobie radzi. Biorąc pod uwagę połączenie brexitu i pandemii można znaleźć wyjaśnienie słabszych odczytów. Inwestorzy najwyraźniej patrzą na to właśnie w ten sposób, skoro odkupywali w piątek funta.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Sklepy tradycyjne z dalszym wzrostem sprzedaży w czerwcu

Jak wynika z danych M/platform, czerwiec 2021 to drugi z kolei miesiąc, w którym obroty w handlu tradycyjnym w Polsce wzrosły w ujęciu rok do roku. Wzrost obrotów na poziomie 4,5% sterowany był przez wzrost liczby transakcji, a także nieco większy koszyk niż przed rokiem.

Podobnie jak w roku ubiegłym, wraz ze spadkiem liczby zachorowań, luzowaniem obostrzeń, a jednocześnie wzrostem temperatur wróciliśmy do częstszych odwiedzin w placówkach handlowych. W czerwcu 2021 odwiedzaliśmy średnio sklepy tradycyjne 327 razy w ciągu dnia, podczas gdy w analogicznym okresie rok wcześniej odwiedzaliśmy je średnio 317 razy, zaś jeszcze miesiąc temu 301 razy dziennie. Zwiększona o 3,3% częstotliwość naszych odwiedzin w czerwcu 2021 vs czerwiec 2020 była jednym z głównych czynników przyczyniających się do wzrostu obrotów w kanale handlu tradycyjnego.

Warto zaznaczyć także, iż częstszym zakupom w tym miesiącu towarzyszył również nieco większy koszyk, jeśli porównamy go do koszyka sprzed roku. O ile bowiem wartość średniego koszyka w sklepie tradycyjnym sukcesywnie malała od kwietnia br., o tyle porównując tę wartość do czerwca 2020, mogliśmy odnotować wzrost o 1,2%. W czerwcu w tym kanale sprzedaży wydaliśmy średnio 20,59 zł, co w dalszym ciągu dowodzi, iż mimo okresowych fluktuacji związanych z okresami poluzowanych obostrzeń, wakacji czy świąt, w sklepie spożywczym podczas jednej wizyty wydajemy więcej niż przed pandemią.

Kategoriami, które charakteryzowały się w kanale tradycyjnym największymi wzrostami względem czerwca 2020 były produkty świeże i na wagę, jak mięso, wędliny, owoce, warzywa czy nabiał, ale także wyroby tytoniowe, które zanotowały wzrost na poziomie 4,6%. W czerwcu 2021 wzrosła także wartość sprzedaży napojów bezalkoholowych (o 13,0%) oraz mrożonek, w tym lodów (o 10,5%), na co oczywisty wpływ miały wysokie temperatury. Napoje bezalkoholowe oraz mrożonki, czyli dwie najszybciej rosnące grupy kategorii w czerwcu 2021 roku, zdecydowanie częściej trafiły do naszych koszyków. Liczba koszyków zawierających mrożonki, w tym lody, była w ostatnim miesiącu o blisko 20% wyższa niż przed rokiem, zaś koszyków zawierających napoje bezalkoholowe wyższa o blisko 6%.

Pogoda okazała się także sprzymierzeńcem dla innej niezwykle istotnej w handlu tradycyjnym kategorii – kategorii piwa. Po raz pierwszy od kilku miesięcy odwrócił się bowiem spadkowy dotychczas trend dla tego popularnego w Polsce trunku, który w czerwcu br. odnotował wzrost o 0,8% w stosunku do analogicznego okresu sprzed roku – komentuje badanie Ewa Rybołowicz, Dyrektor ds. Analiz Rynkowych M/platform.

Analiza przygotowana na podstawie danych reprezentatywnej próby sklepów = 3808 sklepów wybranych spośród ponad 12 000 sklepów handlu tradycyjnego z M/platform.

Wartość inwestycji venture capital w Polsce w drugim kwartale 2021 roku wyniosła prawie 1 mld PLN

PFR Ventures i Inovo Venture Partners przygotowały kwartalny raport podsumowujący transakcje na polskim rynku venture capital (VC). Z danych wynika, że od kwietnia do lipca 2021 przeprowadzono 118 transakcji, w które zaangażowanych było 109 funduszy. Dostarczyły one do innowacyjnych polskich spółek rekordowe 936 mln PLN.

W drugim kwartale 2021 przez polski rynek VC, przepłynęło 936 mln PLN. To łączna wartość kapitału jaką polskie i zagraniczne fundusze zainwestowały w rodzime innowacyjne przedsiębiorstwa. Oznacza to także, że w pierwszym półroczu 2021 polskie startupy pozyskały od inwestorów 1,17 mld PLN – stanowi to ponad 55% wartości inwestycji w całym roku 2020.

Wartość inwestycji venture capital w Polsce w drugim kwartale 2021 roku wyniosła prawie 1 mld PLN

Wykres: liczba i wartość transakcji. Celowo w zestawieniu osobno prezentujemy megarundy (outliers), które zaburzają statystyczny obraz.

Największą inwestycją drugiego kwartału była megarunda Uncapped, w ramach której spółka pozyskała 301 mln PLN. Po jej odliczeniu, Q2 2021 jest rekordowym okresem – do pozostałych spółek wpłynęło w sumie 635 mln PLN. Poprzedni kwartalny rekord wartości transakcji bez uwzględnienia megarund odnotowano w Polsce w Q4 2020 – były to 423 mln PLN.

34% zainwestowanych w pierwszym kwartale środków to kapitał publiczno-prywatny, a udział międzynarodowych funduszy w transakcjach wyniósł aż 61%. Jednocześnie 87 z 117 transakcji bazowało na kapitale publiczno-prywatnym. 96 transakcji przeprowadziły polskie zespoły.

„W połowie 2020 rynek VC doszedł do pułapu z całego 2019. Zapowiada się, że trzeci kwartał będzie jeszcze silniejszy, co pozwoli na powalczenie o kolejny rekord i przebicie wartości transakcji na poziomie 2,1 mld PLN. Pierwsze sygnały o bardzo znaczących transakcjach pojawiły się już na początku lipca” – mówi Aleksander Mokrzycki, wiceprezes w PFR Ventures.

„Widać wyraźnie, że polskie spółki technologiczne pozyskują coraz więcej kapitału i dzieje się to coraz szybciej. Kolejne rundy zbierają w niecały rok, a rekordziści nawet w 4-8 miesięcy. Znakomitym przykładem jest Uncapped, który opisujemy w raporcie. W maju pozyskali 301 mln PLN, w zaledwie 8 miesięcy od ostatniej rundy” – mówi Tomasz Swieboda, partner w Inovo Venture Partners.

34 z 117 transakcji to inwestycje z udziałem funduszy PFR Ventures. W pierwszym kwartale zapewniły one 27% kapitału dla innowacyjnych przedsiębiorstw. Istotną rolę w segmencie zalążkowym odgrywają też fundusze Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, które dokonały 47 transakcji (7% udziału w wartości). Z kolei piętnaście największych rund finansowania przełożyło się na 71% wartości wszystkich rund finansowania w pierwszym kwartale.

Warta odnotowania jest także runda Ramp, której przewodził amerykańskie fundusze NfX i Galaxy Digital, a udział w niej wzięła także Mozilla i aniołowie biznesu. Wśród tych ostatnich znalazł się m.in. Piotr Pisarz, który nie tylko rozwija własną firmę (polsko-brytyjski Uncapped), ale też inwestuje w kolejne polskie spółki (jak np. Ramp). W ten sposób kapitał wraca do Polski i ekosystem się rozwija. W gronie wyjść z transakcji wyróżnia się sprzedaż Skyrise.Tech przez Black Pearls VC (ta jedna transakcja zwróciła cały fundusz) oraz odkupienie od Innovation Nest swoich akcji przez Survicate, co przyniosło zespołowi 11-krotny zwrot z inwestycji.

Bardzo dobre półrocze dla inwestorów na GPW

  • W pierwszym półroczu 2021 r. WIG wzrósł o 15,85% i osiągnął historyczne maksimum na poziomie 68 148,54 pkt
  • WIG20 osiągnął stopę zwrotu na poziomie 11,82%
  • Swoją wartość zwiększyły też niemal wszystkie indeksy sektorowe

Pierwsze półrocze 2021 r. okazało się bardzo dobre dla inwestorów na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW). W pierwszych sześciu miesiącach tego roku indeks warszawskiego parkietu – WIG –  wzrósł o 15,85% oraz osiągnął najwyższą wartość w historii na poziomie 68 148,54 pkt. Indeks WIG20 dotrzymywał kroku najważniejszym indeksom światowym osiągając stopę zwrotu na poziomie 11,82%.

– Każdy zadaje sobie teraz pytanie jakie będzie drugie półrocze na GPW? W mojej ocenie, wszystkie te czynniki, które wspierały wzrosty w minionych miesiącach, będą nadal działać na korzyść krajowego rynku akcyjnego. Wśród głównych czynników wpływających na dalszy wzrost będzie fakt, że polska gospodarka w szybkim tempie wydostaje się z kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa  – powiedział  Przemysław Gerschmann, Doradca Zarządu GPW, w cotygodniowym „Wideokomentarzu GPW” zamieszczonym na oficjalnym kanale Giełdy w mediach społecznościowych.

Co więcej, ultra niskie stopy procentowe, które mamy teraz w zasadzie na całym świecie oraz ultra-gołębie podejście bankierów centralnych nadal będzie zapewniało niski koszt pieniądza oraz stały dopływ kolejnych funduszy, które są obecne na wszystkich giełdach i rynkach na świecie. Ponadto, dobre dane płynące z polskiej i światowej gospodarki, czyli spadająca stopa bezrobocia i rosnące oczekiwania i nastroje konsumentów sprawiają, że możemy oczekiwać, że wyniki firm nadal będą się poprawiać. Należy jednak pamiętać, że kolejne zachorowania na koronawirusa mogą być pretekstem do przestoju w tym rajdzie jaki nasze i ościenne indeksy rozpoczęły na początku tego roku – dodał Doradca Zarządu GPW.

Od stycznia do czerwca br. wartość spółek z sektorów motoryzacyjnego i odzieżowego wzrosła o niemal połowę. Wysokie wzrosty zanotowały też sektor bankowy, farmaceutyczny a także sektory chemiczny i energetyczny. Jedyną gałęzią, która po wcześniejszych dużych wzrostach odnotowała korektę była brana producentów i wydawców gier – indeks WIG.GAMES spadł o 17,83%.

W pierwszym półroczu swoją wartość zwiększyły niemal wszystkie indeksy sektorowe:

  • WIG-motoryzacja +47,0%,
  • WIG-odzież +46,2%,
  • WIG-banki +37,4%,
  • WIG-leki +35,2%,
  • WIG-chemia +32,9%,
  • WIG-energia +32,0%,
  • WIG-media +28,6%,
  • WIG-paliwa +28,3%,
  • WIG-nieruchomości +26,3%,
  • WIG-spożywczy +19,7%
  • WIG-informatyka +16,7%,
  • WIG-budownictwo +15,0%,
  • WIG-górnictwo +5,59%,
  • WIG-telekomunikacja +1,06%.