CFO z „kryzysowym” doświadczeniem poszukiwany. Jak liderzy finansowi poradzili sobie z wyzwaniami w pandemii

58% dyrektorów przyznało, że w wyniku pandemii COVID-19 wdrożyli lub przyspieszyli projekty technologiczne w swoich firmach. 38% małych przedsiębiorstw zdywersyfikowało działalność biznesową, aby sprostać wyzwaniom cyfrowej rzeczywistości – pokazują wyniki ankiet PageGroup. Spadek produktywności, radykalne zmiany w modelach biznesowych i organizacji pracy, trudności w rozwoju organizacji i dynamiczna transformacja cyfrowa to tylko niektóre z wyzwań, przed którymi stoją dzisiaj dyrektorzy finansowi (CFO). Paweł Wierzbicki, szef firmy rekrutacyjnej Page Executive Polska, przedstawia transformacyjną rolę dyrektora finansowego oraz prezentuje najważniejsze wyzwania, z którymi liderzy mierzyli się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy.

CFO wobec wyzwań pandemii

Z analizy wyników ankiet przeprowadzonych przez PageGroup wynika, że ponad połowa (54%) dyrektorów wskazała zmniejszenie produktywności wśród pracowników jako największe wyzwanie ostatnich kilkunastu miesięcy. Ponadto, 45% liderów napotkało trudności w rozwijaniu nowych możliwości biznesowych, a 29% z nich przyznało, że firma osiągnęła gorsze wyniki w związku z mniej efektywnym zarządzaniem relacjami z klientem. Dla części przedsiębiorstw, w szczególności średnich (24%) problematyczną kwestią okazało się również wdrożenie modelu pracy zdalnej.

Aby odnieść sukces w niespotykanych okolicznościach, CFO musi przejąć rolę lidera biznesowego, charakteryzować się umiejętnością adaptacji i szybkiej reakcji na kryzys, oraz znajomością najnowszej technologii. W obecnych czasach istotną cechą lidera finansowego jest posiadanie rozwiniętej inteligencji emocjonalnej i umiejętności zarządzania zespołem – również zdalnie. W 2021 roku obserwujemy kontynuację dynamicznej ewolucji CFO, który coraz częściej przejmuje kompetencje dyrektora generalnego (CEO) – mówi Paweł Wierzbicki, Senior Partner & Head of Page Executive Polska.

CFO jako lider finansowy musiał przewodzić w zarządzaniu kryzysowym i wprowadzać strategiczne zmiany, niezbędne do sprawnego funkcjonowania organizacji oraz zapewniające długoterminową rentowność firmy. 58% liderów wskazało wdrożenie pracy zdalnej jako najważniejsze działanie, jakie podjęli w czasie pandemii. Prawie połowa z nich (45%) zainicjowała zwiększenie inwestycji w IT i nowe rozwiązania technologiczne. Kolejnym istotnym działaniem była dywersyfikacja modelu biznesowego, polegająca na wprowadzeniu nowego produktu lub usługi, czy zmiany sposobu komunikacji z klientem.

Firmy, które wiedziały, że zarządzanie ryzykiem jest istotnym elementem zarządzania organizacją lepiej poradziły sobie z kryzysową sytuacją wywołaną przez pandemię. Liderzy, którzy skutecznie prognozują przyszłość, mają szansę lepiej przygotować na nią firmę, a dynamiczne zmiany wykorzystać, jako szansę na intensywny wzrost i rozwój. Obecnie jedną z najcenniejszych cech lidera finansowego jest również zachowanie trzeźwości umysłu w sytuacjach kryzysowych. Dyrektorzy finansowi, którzy podejmują radykalne decyzje, np. na temat zwolnień pracowników i cięć budżetowych, bez przyjrzenia się długiej perspektywie rozwoju firmy, nie osiągają satysfakcjonujących wyników – mówi Paweł Wierzbicki z Page Executive.

Kompetencje w czasie kryzysu

W celu odpowiedniego zarządzania kryzysowego CFO musi posiadać umiejętności twarde, takie jak zdolności analityczne oraz znajomość narzędzi do dynamicznego modelowania ryzyka i optymalizacji portfela. Jednak badania Accenture pokazują, że w ciągu ostatnich dwóch lat tylko 43% dyrektorów finansowych stosowało zaawansowane modelowanie finansowe w celu identyfikacji potencjalnego ryzyka i szansy rozwoju.  Osoba na stanowisku CFO powinna umieć tworzyć skuteczne strategie odporne na kryzys i inicjować całkowicie nowe rozwiązania, które mogą być odpowiedzią na niespotykane warunki. Wprowadzanie radykalnych zmian wymaga także kompetencji miękkich, przede wszystkim empatii i inteligencji emocjonalnej.

Obecnie rośnie zapotrzebowanie na liderów finansowych z udokumentowanymi wynikami wyprowadzenia firmy z kryzysu. W związku ze zwiększonym wkładem dyrektorów finansowych we współpracę z kierownictwem w obszarze przeciwdziałania skutkom pandemii, wzrasta także zaangażowanie zarządu w poszukiwanie kandydata na stanowisko CFO. Zarządy opowiadają się również za zatrudnieniem osób z udowodnionym doświadczeniem w obszarze opracowywania zasad ochrony pracowników i interesów akcjonariuszy. W wyniku trwającego kryzysu zdrowotnego obserwujemy także większe zapotrzebowanie na dyrektorów finansowych z wypracowanymi umiejętnościami komunikacji i współpracy.

– W tym momencie na rynku pracy poszukiwany jest lider, który dowodził firmą w czasie pandemii. Kandydaci, którzy mogą udokumentować swoje zdolności adaptacji – np. przeprowadzenia zmiany modelu biznesowego przez uruchomienie e-handlu lub zaprojektowanie nowych wskaźników w celu dokładniejszego śledzenia popytu – będą cieszyli się dużym zainteresowaniem rekruterów – mówi Paweł Wierzbicki z firmy Page Executive, która specjalizuje się w rekrutacjach na najwyższe stanowiska.

CFO w obliczu nowych, cyfrowych wyzwań

Według wyników ankiety przeprowadzonej przez PageGroup, transformacja cyfrowa odbywa się w różnym tempie w różnych organizacjach i jest ściśle powiązana z wielkością przedsiębiorstwa. Jeszcze rok temu, technologie i innowacje były priorytetem dla 58% dużych i 44% średnich przedsiębiorstw, a zaledwie 6% małych firm podążało w tym kierunku. Pandemia znacznie przyspieszyła proces cyfryzacji biznesu oraz rozwój gospodarki cyfrowej. Obowiązkiem lidera finansowego jest korzystanie z technologii w celu wyznaczania przyszłego kierunku działalności firmy. Badania Deloitte pokazują, że 60% CFO planuje zwiększenie inwestycji w automatyzację, oprogramowanie, dane i sieci informatyczne. Z kolei według obliczeń Gartnera wydatki na IT na całym świecie wzrosną w tym roku o 6,2% do 3,92 biliona dolarów, ponieważ dyrektorzy finansowi przyspieszają swoje plany dotyczące cyfrowej transformacji o co najmniej pięć lat. Wielu CFO dokonało znaczących inwestycji w technologie, inni z trudem nadążają za coraz nowymi wymogami cyfrowej rzeczywistości.

Ostatnie czasy były sprawdzianem dla infrastruktury teleinformatycznej firmy. Pandemia jeszcze bardziej uwypukliła braki kompetencji technologicznych niektórych CFO, bez których dyrektor finansowy nie może utrzymać ciągłości biznesu i zapewnić firmie stabilizacji w wirtualnej rzeczywistości. Obecnie nadawanie agendy zmian wymaga znajomości technologii. Przewagę zdobyły firmy, na czele których stali liderzy, którzy potrafili przewidzieć zagrożenia, przygotować organizacje do nowych, cyfrowych wyzwań – w wielu przypadkach byli to dyrektorzy finansowi – mówi Paweł Wierzbicki z firmy Page Executive.

KHNP przygotowuje się do udziału w polskim programie energetyki jądrowej

KHNP jest jednym z liderów spośród dostawców technologii, ubiegających się o udział w polskim projekcie budowy elektrowni jądrowych. Spółka, która niedawno wyraziła zamiar wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, znajduje się w ścisłej czołówce światowych firm realizujących budowę nowych bloków jądrowych, rywalizujących w dążeniu do rozwiązania problemu zmian klimatycznych.

Globalne ocieplenie stało się już faktem i jest wyzwaniem, z którym pilnie musimy się zmierzyć. Kluczem do jego rozwiązania jest dekarbonizacja. W tym względzie energia jądrowa stanowi najbardziej wydajne źródło energii, ponieważ bez niej większość państw nie jest w stanie osiągnąć zerowej emisyjności netto. Ponadto energia odnawialna nie jest w stanie zapewniać zasilania podstawowego ze względu na ograniczenia techniczne, wymaga zatem wsparcia niezawodnymi i stabilnymi źródłami energii.

Zalicza się do nich energetyka jądrowa, która gwarantuje nie tylko niezawodne dostawy energii, ale także prężny wzrost gospodarczy. Sektor energetyki jądrowej na całym świecie ciągle się rozwija, a kraje, które już odniosły sukces we wprowadzeniu u siebie energii jądrowej, osiągnęły nowy etap rozwoju przemysłowego i gospodarczego.

KHNP dostarczy Polsce swoją najnowocześniejszą technologię

KHNP uważnie obserwuje „Program polskiej energetyki jądrowej”, traktując go jako jeden ze swoich najwyższych priorytetów. Flagowy model firmy – zaawansowany Reaktor Generacji III+, jest optymalizowany i ulepszany pod kątem wymagań państw importujących tę technologię. KHNP planuje zaproponowanie Polsce modelu APR1400 o znacząco podwyższonym poziomie bezpieczeństwa, spełniając w ten sposób wymagania IAEA i WENRA.

Dzięki wdrażaniu nowych technologii rozwijanych w oparciu o pięćdziesięcioletnie doświadczenie w obszarze projektowania, budowy, eksploatacji i utrzymania reaktorów jądrowych, firma KHNP znacząco zwiększyła między innymi bezpieczeństwo, ekonomiczność oraz łatwość eksploatacji i utrzymania APR1400. Model ten zaopatrzono w liczne nowe rozwiązania z obszarów cyberbezpieczeństwa, ochrony przed kolizjami ze statkami powietrznymi, a także dodatkowe zabezpieczenia wprowadzone po wypadku w Fukushimie oraz zapobiegające zagrożeniom sejsmicznym.

Pomyślna eksploatacja elektrowni referencyjnych

Reaktory APR1400 sprawdziły się doskonale zarówno w Republice Korei, jak i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich (ZEA). Blok 3 elektrowni Shin-Kori w Korei Południowej pomyślnie przeszedł jeden bezproblemowy cykl eksploatacji (ang. One Cycle Trouble-Free – OCTF), nawet pomimo tego, że był pierwszym egzemplarzem danego typu (ang. First of a Kind – FOAK). Po osiągnięciu tego celu, w kolejnych latach zgodnie z planem rozpoczęto budowę trzech dodatkowych bloków, z których jeden obecnie pracuje, natomiast uzyskanie pozwoleń na użytkowanie pozostałych spodziewane jest w niedalekiej przyszłości. W ZEA model APR1400 został wybrany w jawnym i transparentnym przetargu ze względu na jego wyjątkowe parametry w zakresie bezpieczeństwa, wydajności, budowy, dostaw wyposażenia, technologii i konkurencyjności cenowej. Wiarygodność oferowanej technologii została potwierdzona przy pierwszym eksporcie reaktora w elektrowni jądrowej w Barakah ZEA, opartej na czterech blokach APR1400. Jej blok nr 1 niedawno rozpoczął działalność komercyjną, zapewniając energię elektryczną dla całego kraju. Tym samym, zarówno projekty krajowe, jak i zagraniczne potwierdzają bezpieczeństwo i niezawodność technologii APR1400.

Niezależność technologiczna

W historii budowy i rozwoju technologii elektrowni jądrowych przez Koreę Południową można wyróżnić cztery główne etapy. W pierwszym – Etapie Wprowadzającym (lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku), rozpoczęto budowę bloku nr 1 pierwszej elektrowni jądrowej Kori w ramach kontraktu „pod klucz”. Następny był Etap Akumulacji Technologii (lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku), podczas którego przyjęto model dzielonego kontraktu EPC, sprzyjającego uczestniczeniu w projektach budowlanych EJ przez lokalne przedsiębiorstwa na podstawie wiedzy i technologii nabytych od dostawców zagranicznych. Na Etapie Samowystarczalności Technologicznej (lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku), Korea Południowa pomyślnie zaprojektowała swój własny reaktor – model Optimized Power Reactor 1000 (OPR1000). Od Etapu Zaawansowania Technologicznego (lata dwutysięczne), KHNP rozwija i buduje APR1400 z założeniem dalszego rozwijania tej technologii. Obecnie firma wciąż nie ustaje w wysiłkach na rzecz rozwijania swojej technologii, tak by zapewniała bezpieczeństwo na najwyższym światowym poziomie.

Co więcej, dzięki wprowadzeniu planów badań i rozwoju przemysłu jądrowego (ang. Nu-Tech Roadmap), KHNP osiągnęło niezależność technologiczną w zakresie trzech krytycznych elementów, które w przeszłości były dostarczane przez USA, takich jak pompa chłodziwa reaktora, system oprzyrządowania i sterowania oraz zasady projektowania. W efekcie KHNP dysponuje zaawansowanym reaktorem produkowanym z wykorzystaniem rodzimych technologii, nie podlegając żadnych wpływom technologicznym lub politycznym ani ograniczeniom przy eksporcie na rynki zagraniczne.

Naszą wyróżniającą się technologię opracowaliśmy dzięki naszym wyjątkowym możliwościom technicznym i Korea Południowa nie podlega żadnym ograniczeniom eksportowym w zakresie technologii jądrowej – powiedział Sang Don Kim, wiceprezes w dziale rozwoju biznesu w KHNP.

Korea Południowa zaproponuje Polsce budowę reaktorów jądrowych

W kwietniu tego roku odbyło się spotkanie przedstawicieli Republiki Korei i Polski na szczeblu wiceministrów, podczas którego omawiano zagadnienia takie jak strategia wodorowa i obustronna współpraca jądrowa. W trakcie spotkania Korea Południowa publicznie ogłosiła swój zamiar złożenia oferty budowy reaktora jądrowego w Polsce. Ponadto, obydwa kraje ustaliły, że zacieśnią współpracę, by omawiać różne tematy związane z energetyką, w tym jądrową.

Dotychczas trzy kraje, Korea Południowa, USA i Francja wyraziły zamiar złożenia ofert w przetargu na budowę elektrowni jądrowej w Polsce. Wybór Korei Południowej w ramach uczciwego i przejrzystego procesu z pewnością zaowocowałby wzrostem synergii w wysoce technologicznych gałęziach przemysłu. Ponadto stanowiłby także znaczącą reakcję w odpowiedzi na zachodzące zmiany klimatyczne.

Grupa ROBYG – rekordowa sprzedaż w H1 2021

W pierwszym półroczu 2021 roku Grupa ROBYG zawarła ponad 2300 umów rezerwacyjnych netto oraz podpisała około 2100 umów deweloperskich i przedwstępnych w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. Spółka przekazała ok. 1100 lokali. To rekordowy wynik, potwierdzający pozycję Grupy ROBYG w czołówce deweloperów mieszkaniowych w Polsce. ROBYG planuje w 2021 podpisać ponad 4000 umów rezerwacyjnych oraz przekazać 3000 lokali.

Spółka ma jeden z największych banków ziemi w Polsce, obecnie posiada w ofercie 1500 lokali i cały czas wprowadza nowe inwestycje oraz kolejne etapy osiedli. W 2021 roku ROBYG uruchomił już 14 nowych projektów i zamierza także rozpocząć sprzedaż w Poznaniu. Tylko 3% oferty to lokale gotowe – co potwierdza dużą popularność mieszkań budowanych przez ROBYG. Większość mieszkań jest wyposażona w standardzie w system Smart House firmy Keemple.

Grupa ROBYG zainwestowała w pierwszym półroczu 2021 roku ponad 365 mln zł w rozbudowę banku ziemi w Warszawie, Gdańsku i Gdyni. Łącznie daje to potencjał budowlany na około 190 tys. powierzchni użytkowej. Zakupy te uzupełniły grunty zakupione w 2020 roku za ponad 375 mln zł w Warszawie, Gdańsku, Gdyni i Wrocławiu (ponad 330 tys. powierzchni użytkowej). Łączne zasoby gruntów zapewniają Grupie ROBYG potencjał sprzedażowy około 22.000 lokali. Spółka planuje przeznaczyć na zakup gruntów łącznie ponad 600 mln zł i realizuje program skokowego wzrostu biznesu. Spółka regularnie akumuluje wypracowany zysk, który za lata 2019-2020 wyniósł około 400 mln zł. Ponadto otrzymała dodatkowy kapitał w wysokości 100 mln zł od akcjonariusza – Bricks Acquisition Limited z Grupy Goldman Sachs. ROBYG ma doskonałą pozycję gotówkową, sięgającą 400 mln zł.

Dodatkowo w I półroczu 2021 roku ROBYG z sukcesem zakończył emisję obligacji o wartości 150 mln zł. Przydzielono wszystkie 150 tys. obligacji serii PD o wartości nominalnej 1 tys. zł każda.

„Pierwsze półrocze 2021 roku był dla Grupy ROBYG bardzo udane – zarówno pod względem sprzedaży, jak i dalszego rozwoju. Zanotowaliśmy rekordową kontraktację – poziom umów rezerwacyjnych mamy najwyższy na rynku. Obecnie mamy w ofercie blisko 1500 lokali w 3 miastach i systematycznie rozbudowujemy możliwości sprzedażowe. Zainteresowanie klientów jest bardzo duże – ze względu na atrakcyjność naszych inwestycji. W tym roku uruchomiliśmy 14 nowych projektów i wprowadziliśmy do oferty 1100 lokali w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu, przygotowujemy się także do rozpoczęcia sprzedaży w Poznaniu. Ale nasze plany są bardzo ambitne – dlatego intensywnie zwiększamy bank ziemi. Podwyższyliśmy prognozy sprzedaży na ten rok i jestem przekonany, że są to bardzo realne założenia. Planujemy skokowe zwiększenie działalności i cały czas szukamy nowych gruntów. Sytuacja na rynku nieruchomości mieszkaniowych w Polsce jest bardzo obiecująca – zakładamy stały wzrost popytu przez kilka najbliższych lat. Jesteśmy naprawdę dobrze zabezpieczeni – obecnie ROBYG ma zasoby gruntów dające potencjał sprzedażowy nawet na 22.000 lokali. Na inwestycje i potencjalne akwizycje do końca 2021 roku chcemy przeznaczyć ponad 600 mln zł. Jesteśmy zdeterminowani, by skokowo zwiększać skalę naszej działalności, a ten rok będzie dla ROBYG bardzo ważny pod tym względem. Jesteśmy także otwarci na zakup całych podmiotów wraz z nieruchomościami, wydzielonych części przedsiębiorstw czy rozległych terenów poprzemysłowych – ponieważ mamy rozbudowane doświadczenie w rewitalizacji gruntów i przywracaniu dużych fragmentów dzielnic w miastach. To pokazuje, że my nie myślimy o kilku najbliższych latach – ale o kilkunastu. To wartość dla naszych klientów i obligatariuszy” – powiedział Eyal Keltsh, wiceprezes zarządu ROBYG SA.

ROBYG przykłada szczególną wagę do idei ESG, na którą składa się ekologia, społeczne zaangażowanie i ład korporacyjny. Już dzisiaj wiele ze stosowanych przez ROBYG rozwiązań w budownictwie oraz podejmowane inicjatywy społeczne i pracownicze wskazują na zaangażowanie firmy w filozofię zrównoważonego rozwoju. Dlatego ROBYG zawarł z jedną z wiodących firm na świecie – JLL – umowę o współpracy w zakresie opracowania kompleksowej strategii ESG. Współpraca obejmie wyznaczenie strategicznych kierunków zrównoważonej działalności, a także usystematyzowanie dotychczasowych działań. Jest to element działań na rzecz społeczeństwa oraz  środowiska realizowanych wspólnie z Goldman Sachs – właścicielem ROBYG. Współpraca z JLL ma zapewnić dalszy rozwój w tym obszarze.

Grupa ROBYG ponownie podwyższyła standard mieszkań w swoich inwestycjach i wprowadza nowatorskie, ekologiczne farby elewacyjne, pochłaniające zanieczyszczenia. Wyjątkowa jakość ROBYG obejmuje ponadstandardową wysokość mieszkań, balkony, loggie lub tarasy w każdym mieszkaniu, drewniane okna, dźwiękoszczelność, wideofony, instalacje światłowodowe, a także lobby z portierem i oświetlenie LED części wspólnych zasilane przez panele fotowoltaiczne. Ponadto na każdym osiedlu ROBYG projektuje obszerne tereny zielone, ogrody deszczowe, place zabaw, siłownie, stacje rowerowe, monitoring wizyjny HD i ładowarki samochodów elektrycznych. Przygotowane są specjalne tereny spacerowe, a także budki dla ptaków i domki dla owadów. Większość mieszkań jest wyposażona w standardzie w system Smart House firmy Keemple.

W tym roku ROBYG wprowadził na swoich osiedlach ładowarki do samochodów elektrycznych – infrastruktura przyłączy będzie dostępna w garażach w większości budynków. Ponadto wybrane inwestycje będą posiadały miejsca zewnętrzne do ładowania – ogólnodostępne dla mieszkańców.

W 2020 roku Grupa ROBYG zanotowała przychody ze sprzedaży przekraczające 1,11 mld zł, zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 211 mln zł – czyli o 18,6% więcej niż w 2019 roku, a EBIT 269 mln zł – wzrost o 12,4% rok do roku. W 2020 roku Grupa ROBYG podpisała 2738 umów deweloperskich i przedwstępnych[1] oraz 2156 umów rezerwacyjnych netto w Warszawie, Gdańsku i Wrocławiu. Spółka przekazała 2715 lokali.

[1] Z uwzględnieniem sprzedaży Wrocławskiego Przedsiębiorstwa Budowlanego (WPB)

Zegary atomowe Leonardo dla europejskiego systemu Galileo

  • Komisja Europejska i Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) powierzyły koncernowi Leonardo budowę wodorowych zegarów atomowych, najdokładniejszych zegarów na świecie do eksploatacji na orbicie, również dla systemu Galileo drugiej generacji
  • Pasywny Maser Wodorowy (PHM) firmy Leonardo jest sercem technologicznym europejskiego systemu nawigacji: dokładność zegarów w przestrzeni kosmicznej jest niezbędna dla dokładnego określenia położenia na ziemi
  • Leonardo jest kluczowym partnerem Galileo, europejskiego programu, który ma zasadnicze znaczenie dla rozwoju technologii takich jak inteligentna mobilność, drony i Internet Rzeczy, przynosząc korzyści codziennemu życiu ludzi i konkurencyjności Europy

Komisja Europejska i Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) wybrały zegary atomowe firmy Leonardo dla systemu nawigacji satelitarnej UE Galileo drugiej generacji, opracowanego przez ESA i przemysł europejski. Spółka podpisała z ESA umowę na bezpośrednie dostawy PHM (Pasywnego Masera Wodorowego) dla nowych 12 satelitów.

PHM firmy Leonardo jest najdokładniejszym zegarem atomowym, jaki kiedykolwiek powstał dla zastosowań kosmicznych: co trzy miliony lat występuje błąd rzędu zaledwie jednej sekundy, co przyczynia się w istotny sposób do uzyskania przez system Galileo najwyższej dokładności lokalizacji na ziemi wynoszącej około 30 cm. Po opracowaniu ponad 70 zegarów dla pierwszej generacji systemu Galileo, Leonardo zapewni dwa Masery dla każdego nowego satelity. Pierwsze dwanaście jednostek zostanie dostarczonych w 2023 r.

Spółka udostępni również swoje umiejętności dla zapewnienia obsługi na orbicie: wysoko wykwalifikowany zespół będzie w stanie zapewnić pomoc i doradztwo Agencji UE ds. Programu Kosmicznego (EUSPA), zarządcy ds. eksploatacji Galileo, w zakresie analizy działania instrumentów, a tym samym usprawnić usługi wsparcia klienta dla partnerów europejskich.

„Dziękujemy Komisji Europejskiej i Europejskiej Agencji Kosmicznej za ponowne zaufanie okazane naszej firmie, ponieważ wybrały nas również dla obsługi drugiej generacji tak podstawowego programu dla Europy. Jesteśmy dumni z tego sukcesu i nieustannie pracujemy nad opracowaniem coraz bardziej zwartych, dokładnych i wydajnych zegarów do nawigacji satelitarnej na naszej planecie, a pewnego dnia także na Księżycu lub na Marsie”, stwierdził Giovanni Fuggetta, szef Obszaru Business Space w Dywizji Elektronicznej Leonardo.

W celu budowy nowych zegarów atomowych, produkowanych w zakładzie w Nerviano w Mediolanie, Leonardo zwiększy moce produkcyjne obszaru przeznaczone dla ich rozwoju tj. poszerzy przestrzeń o dwa obszary ekranowane, dwie zewnętrzne termo-próżnie, obszar do przechowywania zegarów na ziemi oraz jeden przeznaczony do testowania i integracji płyt elektronicznych, aby zagwarantować produkcję dwóch zegarów co sześć tygodni. Opiera się ona na podejściu lean manufacturing, a zatem na minimalizacji odpadów na rzecz efektywności i zrównoważonego charakteru produkcji. Jest to zgodne z planem strategicznym „Be Tomorrow – Leonardo 2030”, którego jednym z celów jest rozwój przemysłu 4.0, który jest gotowy stawić czoła wyzwaniom przyszłości, również poprzez cyfryzację systemów i wykorzystanie sztucznej inteligencji.

Dolar wciąż mocny, złoty w odwrocie

Słabsze dane ze Starego Kontynentu pozwalają zyskiwać na wartości dolarowi. Przepływ środków na drugą stronę oceanu powoduje jednak, że ucieka kapitał również z Polski, co negatywnie odbija się na złotówce.

Dane z USA mniej złe

Wczoraj dolar zyskiwał od rana na wartości po słabszych danych z Niemiec. Dane te były na tyle złe, że pociągnęły w dół całą strefę euro. Wieczorem mieliśmy publikacje danych z amerykańskich indeksów koniunktury. Były one nieznacznie, ale jednak słabsze od oczekiwań. Z drugiej strony pokazują one w dalszym ciągu bardzo wysoki poziom optymizmu. W rezultacie inwestorzy wciąż wierzyli w dolara, niemniej tempo umacniania się amerykańskiej waluty spowolniło. Nie przeszkodziło to jej jednak wczoraj ustanowić najwyższego poziomu względem euro od trzech miesięcy.

Niemcy znów zawodzą

Podobnie jak wczoraj dzisiaj również od rana poznaliśmy dane z Niemiec. Tym razem nie były to zamówienia w przemyśle, ale produkcja przemysłowa. Jest ona niższa od oczekiwań o 5% w ujęciu miesięcznym. Znając jednak wczorajsze dane na temat zamówień w przemyśle, nie może dziwić, że produkcja spadła o podobną wartość co zamówienia. Nie powinna też dziwić dość spokojna reakcja rynków, które już wczoraj uwzględniły również zmianę oczekiwań względem dzisiejszego odczytu. W rezultacie pomimo słabego odczytu ważnego wskaźnika, jakim jest produkcja przemysłowa, rynki zachowują się wyjątkowo spokojnie.

Złoty w odwrocie

Polska waluta straciła wczoraj na wartości niemal dwa grosze względem euro i trzy względem dolara. Powodem była ucieczka kapitału za ocean. Jest to częsta tendencja na rynkach walutowych, gdzie jeżeli traci główna waluta danego regionu (a w przypadku Polski jest to euro), to tracą również waluty najmocniej od niej uzależnione. Tę właśnie sytuację mieliśmy wczoraj. Jest to również zła informacja dla importerów, gdyż dalsze umocnienia dolara mogą tylko pogłębiać ten stan.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Konsumpcja w czasie pandemii – wydatki o 40% niższe od planowanych

W wyniku kryzysu pandemicznego całkowite wydatki Polaków były o 40% niższe niż spodziewane, a co trzeci rodak w dalszym ciągu obawia się o stabilność swoich dochodów. Niepokój budzi także postępujący wzrost cen towarów i usług.

Wybuch pandemii koronawirusa w zauważalny sposób wpłynął na zachowania konsumentów i zmiany w kompozycji koszyków zakupowych.  Pomimo widocznej poprawy warunków gospodarczych w kwietniu 2021 r. obawę o stabilność dochodów w kolejnych miesiącach wyrażało 34% Polaków – to wzrost o 4% w stosunku do badania przeprowadzonego we wrześniu 2020 r. (FRRF „Finanse Polaków w czasie COVID-19”). Dlatego eksperci rankomat.pl przenalizowali, jaki wpływ na konsumpcję w naszym kraju miała pandemia.

Pierwsza fala pandemii przyniosła załamanie w wydatkach

Zgodnie z raportem Państwowego Instytutu Ekonomicznego „Konsumpcja w pandemii”, przygotowanego we współpracy z Mastercard, wiosną 2020 r. wydatki całkowite Polaków były o 40% niższe niż spodziewane i ponad 30% niższe niż w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Jesienna fala pandemii i towarzyszące jej obostrzenia miały już widocznie mniejszy wpływ na skłonność rodaków do konsumpcji. Spowolnienie w tym okresie wyniosło około 15-20% w stosunku do spodziewanych wartości. Można domniemywać, że kolejne ograniczenia w handlu i usługach  będą coraz słabiej ograniczać konsumpcję przy założeniu postępującego odbicia gospodarczego.Indeks wolumenu sprzedaży w 2019 i 2020 roku

Mniejsze wydatki na rozrywkę – branża spożywcza odporna na kryzys

Mieszanka kryzysu gospodarczego i niepewności związanej z dalszym rozwojem sytuacji epidemicznej przełożyła się na większe zainteresowanie konsumentów towarami i usługami pierwszej potrzeby. Jednocześnie ograniczone zostały wydatki na kulturę, podróże czy odzież. Zgodnie z badaniami PIE i PFR z sierpnia 2020 r. 80% konsumentów rzadziej uczestniczyło w wydarzeniach kulturalnych. Kolejno 68% badanych ograniczyło wyjścia do pubów i restauracji, a 58% do supermarketów i galerii handlowych.

Stosunek Polaków do wydawania pieniędzy w czasach pandemii analizować można śledząc zmiany przeciętnych miesięcznych wydatków na poszczególne kategorie produktów i usług. I tak największe spadki udziału w wydatkach ogółem, między rokiem 2019 a 2020, odnotowały „restauracje i hotele” (-1,1%), „transport” (-0,9%) oraz „rekreacja i kultura” (-0,9%), co jest naturalnym zjawiskiem mając na uwadzę charakterystykę wprowadzanych obostrzeń.Zmiana struktury przeciętnych miesięcznych wydatków na 1 osobę

Najwyższy wzrost udziału w wydatkach ogółem w ujęciu rok do roku odnotowała kategoria „żywność i napoje bezalkoholowe” (2,6%), „użytkowanie mieszkania i nośniki energii” (0,8%) i „łączność” (0,5%). Większe zainteresowanie tymi obszarami spowodowana była głównie koniecznością pozostawania w domach oraz całkowitym zamknięciem wybranych sektorów gospodarki.

Największe zmiany w przeciętnych wydatkach na jedną osobę widoczne są w ujęciu II kw. 2019 r. do II kw. 2020 r. W takim zestawieniu kategoria „żywność i napoje alkoholowe” zwiększyła swój udział w wydatkach ogółem o 4,2%, a „użytkowanie mieszkania i nośniki energii” o 2,2%. Największy spadek odnotowały „restauracje i hotele” (-2,2%), „transport” (-1,3%) i „odzież i obuwie” (-1,3%).

Pandemia a sprzedaż przez internet – raczkujące zmiany

Polityka obostrzeń i zmniejszenie mobilności konsumentów naturalnie przełożyły się na wzrost zainteresowania sprzedażą internetową. Zgodnie z danymi GUS udział kanału e-commerce w całej sprzedaży detalicznej, zmieniał się w rytm wprowadzanych ograniczeń. I tak w kwietniu 2020 r. pierwsza fala wyniosła udział sprzedaży internetowej na poziom 11,9% w stosunku do 5,6% w styczniu tego roku.

Kolejny szczyt sprzedaży e-commerce przypadł na jesienną kumulację zachorowań wyznaczając poziom 11,4% w listopadzie 2020 r. W lutym bieżącego roku udział sprzedaży online w sprzedaży detalicznej wynosił 8,6%.Udział sprzedaży przez internet w całej sprzedaży detalicznej w Polsce

Największy udział sprzedaży internetowej dotyczył zakupów mebli, elektroniki i sprzętu RTV/AGD – od stycznia do kwietnia 2020 r. wolumen sprzedaży wzrósł trzykrotnie. Kolejną wyróżniającą się kategorią jest „odzież i obuwie” – w kwietniu 2020 r. 61,3% transakcji dotyczących tego asortymentu realizowanych było przez internet. Udział sprzedaży przez internet

PwC w raporcie „Nowy obraz polskiego konsumenta” szacuje, że jedynie 11% Polaków kupuje artykuły spożywcze online. Zakupy z dostawą do domu są domeną ankietowanych żyjących miastach powyżej 500.000 mieszkańców.

O potencjalnej zmianie nawyków konsumentów może świadczyć fakt, że 90% ankietowanych przyznaje, że po złagodzeniu reżimów sanitarnych nadal będzie kupować żywność w kanale online – na świecie takie stanowisko utrzymuje 86% badanych.

Scenariusz spadku cen w pandemii niezrealizowany

Obostrzenia towarzyszące każdej fali zachorowań miały spowodować odczuwalny spadek inflacji. W Polsce ten scenariusz nie został jednak zrealizowany. Inflacja CPI, raportowana przez GUS, w kwietniu bieżącego roku wzrosła do 4,3% w ujęciu r/r.

Oceniając wskaźnik cen towarów i usług przez pryzmat zharmonizowanego indeksu cen konsumpcyjnych (HICP), szacowanego każdego miesiąca przez Eurostat, w kwietniu 2021 r. Polska cechowała się dynamiką cen na poziomie 5,1% (r/r). Wyprzedziły nas tylko Węgry ze wskaźnikiem o 0,1% wyższym. W tym czasie średnia dla całej Unii Europejskiej kształtowała się na poziomie 2%.InflacjaCPI_HICP

Wskaźnik cen towarów i usług w wybranych kategoriach

Korzystając z danych GUS sprawdziliśmy, jak kształtował się wskaźnik cen towarów i usług od wybuchu pandemii w marcu 2020 r. do kwietnia 2021 roku. W celu zachowania czytelności wykresu wybraliśmy kategorie podlegające największym zmianom oraz najbardziej dotknięte polityką obostrzeń.Wskaźnik cen towarów

Największą zmianą dynamiki cechował się transport. W marcu 2020 r. inflacja CPI w tej kategorii wynosiła -1,4%. Majowy dołek to wyraźny spadek do -12,8%. Odczyt za kwiecień bieżącego roku może obrazować już zmiany zmierzające do realizacji scenariusza dynamicznego odbicia w gospodarce – inflacja CPI dla transportu wzrosła do poziomu 16,2%. Daje to amplitudę, liczoną od marcowego dołka do kwietniowego szczytu, sięgającą 29%.

W analizowanym okresie nastąpił zauważalny wzrost cen w kategorii „łączność” – z 2,4% w marcu 2020 r. do 7,6% w kwietniu bieżącego roku. Wzrastały też ceny „rekreacji i kultury” (z 2,5% do 5,4%). Co ciekawe w tym samym czasie nastąpił wyraźny spadek dynamiki cen żywności i napojów bezalkoholowych – z 8% do 1,2%.

Wiosna 2020 r. przyniosła 40% spadek całkowitych wydatków konsumentów w stosunku do wartości spodziewanych. Na znaczeniu zyskały produkty pierwszej potrzeby kosztem wydatków na kulturę i rozrywkę. Sprzedaż w kanale e-commerce zwiększała się w rytm kolejnych fal zachorowań, jednak nie utrzymywała się na podwyższonym poziomie w okresach luzowania obostrzeń. Na ten moment trudno jest więc mówić o rewolucji w obszarze sprzedaży internetowej – komentuje Bartłomiej Borucki, ekspert rankomat.pl.

Badanie SAS: Zarządzanie ryzykiem głównym wyzwaniem branży finansowej po pandemii

Banki mierzą się obecnie ze spadkiem zyskowności, na który, poza zmianami zachowań konsumentów, wpłynęły m.in. niskie stopy procentowe. Z drugiej strony konieczne są inwestycje w nowe technologie, które pozwalają uporać się ze skutkami kryzysu wywołanego przez COVID-19. Jednym z najważniejszych obszarów, który wymaga szybkiego rozwoju, jest zarządzanie ryzykiem. Organizacje potrzebują skutecznych narzędzi, aby móc podejmować właściwe decyzje biznesowe w niepewnych czasach.

Jak wynika z badania SAS i Longitude „Od kryzysu do szansy: Redefinicja zarządzania ryzykiem”, automatyzacja procesów z zakresu zarządzania ryzykiem wciąż nie jest powszechna w branży finansowej. Tylko 10 proc. banków dokonało tego w pełni. To sprawia, że zdecydowanej większości trudniej jest przewidywać trendy i podejmować dobre decyzje biznesowe. Organizacje z branży finansowej zdają sobie z tego sprawę, gdyż 54 proc. respondentów planuje unowocześnić zarządzanie ryzykiem w najbliższych dwóch latach. Ponadto 52 proc. uczestników badania przyznało, że COVID-19 przyspieszył te inicjatywy. Pandemia była silniejszym bodźcem do zmian niż wymogi regulacyjne. Wśród priorytetów inwestycyjnych organizacji finansowych znajdują się wdrożenia chmury (67 proc. odpowiedzi) i rozwiązań analitycznych (59 proc.).

Decydenci w bankach rozumieją, że muszą wdrażać nowoczesne narzędzia cyfrowe, jeżeli chcą przetrwać na obecnym konkurencyjnym i niepewnym rynku. Zarządzanie ryzykiem stało się ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Automatyzacja i cyfryzacja procesów z tego obszaru nie tylko przyczyni się do poprawy wyników biznesowych, ale również pozwoli spełnić wymogi regulacyjne i przygotować organizację na przyszłe wyzwania – mówi Troy Haines, wiceprezes i szef działu Risk Research and Quantitative Solutions w SAS.

Liderzy zarządzania ryzykiem

Analizując wyniki badania, eksperci SAS wyróżnili 20 proc. organizacji („Liderów”), które prezentują najdojrzalsze podejście do zarządzania ryzykiem. Przedstawiciele firm najbardziej zaawansowanych pod względem implementacji narzędzi z zakresu zarządzania ryzykiem, takich jak modelowanie w trybie as-a-service czy zintegrowane zestawienia bilansów, wskazali na konkretne korzyści wynikające z wdrożeń.

Automatyczne modelowanie ryzyka – 73 proc. „Liderów” wskazało, że procesy modelowania ryzyka w ich organizacji dają im przewagę konkurencyjną (tylko 47 proc. ogółu respondentów udzieliło takiej odpowiedzi).

Bardziej precyzyjne prognozy biznesowe – 37 proc. „Liderów” określiło dokładność przygotowywanych bilansów oraz zestawień zysków i strat jako „bardzo wysoką” (w porównaniu do 14 proc. ogółu respondentów).

Możliwość przewidywania bilansów w przyszłości – 44 proc. „Liderów” (w porównaniu z 19 proc. reszty respondentów) jest w stanie przewidywać bilanse trzy lata w przód lub więcej.

Większa integracja zarządzania ryzykiem i planowania – 78 proc. „Liderów”, którzy wzięli udział w badaniu SAS, wskazało, że ich bank dokonał już integracji testów odporności z procesami planowania biznesowego (w porównaniu z 45 proc. reszty respondentów).

Eksperci SAS opracowali 5 wskazówek dla organizacji z sektora finansowego, które pomogą im w przyspieszeniu cyfrowej transformacji zarządzania ryzykiem:

1.       Standaryzacja i unowocześnienie cyklu życia modelowania ryzyka.

2.       Inwestycje w infrastrukturę chmurową i narzędzia z zakresu automatyzacji.

3.       Koncentracja na szybkich efektach, zamiast transformacji na dużą skalę.

4.       Integracja zarządzania ryzykiem z planowaniem biznesowym.

5.       Pozyskiwanie talentów i rozwój pracowników.

Zmiany klimatu zmartwieniem bankowców

Zarządzający ryzykiem w bankach skupiają się obecnie na ryzyku kredytowym i cyberbezpieczeństwie – wynika z badania EY i IIF. Na liście kluczowych ryzyk najbardziej wzrosło znaczenie zmian klimatycznych. To przejaw ogromnej zmiany w sektorze bankowym, na który coraz większy wpływ mają czynniki pozafinansowe. Elastyczność w działaniu pozwalająca zapewnić stabilność i wykorzystywanie szans biznesowych pojawiających się przy okazji zmian będą kluczem do osiągniecia sukcesu przez banki w najbliższych latach.

Ryzyko kredytowe znalazło się na czele listy bieżących ryzyk wskazywanych przez bankowych dyrektorów do spraw ryzyka (CROs) – 98% z nich uważa, że będzie to kluczowe zagadnienie przyciągające ich uwagę w ciągu najbliższych 12 miesięcy, gdy światowa gospodarka wraca na ścieżkę wzrostu po pandemii, wynika z 11 badania zarządzania ryzykiem „Odporna bankowość: wykorzystywanie możliwości i długoterminowe zarządzanie ryzykiem”, które EY przygotował wraz z Instytutem Finansów Międzynarodowych (Institute of International Finance – IIF).

Ryzyko kredytowe wyprzedziło kwestie cyberbezpieczeństwa, wskazywanego teraz jako priorytet przez 80% respondentów, które wcześniej było zagadnieniem numerem jeden dla działów ryzyka.

– Pandemia koronawirusa i wprowadzane w odpowiedzi na nią kolejne lockdowny miały znaczący wpływ na stabilność operacyjną i kondycję finansową firm, co sprawiło, że w centrum uwagi bankowców znalazła się wiarygodność kredytowa ich klientów. Ryzyko kredytowe wzrosło na tyle, że przyćmiło w oczach bankowców kwestie cyberbezpieczeństwa, również będące ważną kwestią w czasach powszechnej pracy zdalnej i nasilających się ataków hakerskich na prominentne instytucje i globalne korporacje – mówi Janusz Miszczak, Partner EY, Lider Działu Zarządzania Ryzykiem Finansowym i Analityki.

Jednak najbardziej zauważalną zmianą w najnowszej edycji badania jest wzrost znaczenia kwestii klimatycznych dla banków. Prawie połowa (49%) zarządzających ryzykiem uważa, że zmiany klimatyczne to główne ryzyko wymagające ich szczególnej uwagi w ciągu najbliższych 12 miesięcy. W 2019 r. uważało tak jedynie 17% badanych.

– Świat, który wyłania się po pandemii, jest silnie naznaczony obawami o efekty zmian klimatycznych, które mogą być bardziej trwałym czynnikiem ryzyka dla gospodarek niż skutki pandemii koronawirusa. Obawy te mocno nasiliły się w ostatnich kwartałach w środowisku bankowym, które coraz wyraźniej widzi, że najbardziej dotkliwe w skutkach źródła ryzyka nie pochodzą obecnie ze sfery wyłącznie finansowej, ale obejmują coraz szersze spektrum czynników pozafinansowych – troska o kwestie ESG, cyberbezpieczeństwo czy odporność operacyjna są tego dobrym przykładem – mówi Janusz Miszczak.
Zmiany klimatu zmartwieniem bankowców

Klimat głównym długoterminowym zagrożeniem

Więcej niż dziewięć z dziesięciu (91%) uczestniczących w badaniu CRO uważa, że zmiany klimatu to główne ryzyko sektora na przestrzeni najbliższych pięciu lat. Zmiany klimatyczne znalazły się na czele listy długoterminowych ryzyk dla banków po raz pierwszy w historii badania, które rozpoczęło się ponad dekadę temu. Dla porównania, w 2019 r. twierdziło tak jedynie 52% badanych dyrektorów do spraw ryzyka.

Na drugim miejscu długoterminowych czynników ryzyka znalazło się ryzyko związane z tempem i skalą odbicia gospodarczego na świecie, które za istotne uznało 83% badanych.

– Ryzyko kredytowe to najbliższy i najbardziej namacalny czynnik ryzyka; w dłuższej perspektywie niepokój bankowców wywołuje ryzyko przedłużającego się niekorzystnego otoczenia makroekonomicznego, szczególnie możliwość pojawienia się kolejnych mutacji wirusa Covid-19 przy wyczerpujących się środkach z pakietów pomocowych. Im dłużej będzie trwała presja ograniczająca aktywność gospodarczą poszczególnych krajów i sektorów lub pojawiać się będą przeszkody dla ożywienia, tym bardziej zwiększy się ryzyko kredytowe – mówi Janusz Miszczak.

Większość pozostałych obaw z listy 10 największych czynników ryzyka w ciągu najbliższych pięciu lat wytypowanych przez CRO jest powiązana z technologią i danymi – od tempa i skali digitalizacji, poprzez zmiany w bankowości, które będą pokłosiem wprowadzania nowych technologii po kwestie dotyczące zarządzania danymi i wykorzystywania ich w zawansowanej analityce.

Zmiany klimatu zmartwieniem bankowców 2

Wskaźniki rentowności ROE na przyzwoitym poziomie, choć nie wszędzie

Poprawa sytuacji gospodarczej w ostatnich latach spowodowała też poprawę sytuacji w bankach. Średni prognozowany zwrot z kapitału własnego ROE (return on equity) na przestrzeni najbliższych trzech lat na poziome 11% jest co prawda niższy niż 15% prognozowane po kryzysie finansowym z 2008-2009 r. i banki nie liczą już na ROE powyżej 20%; równocześnie prognozowane ROE w bankach nie spada poniżej 5%. To spore osiągnięcie w post-pandemicznym świecie. Widać też oczekiwania, że wraz z poprawą sytuacji gospodarczej nastąpi poprawa rentowności sektora bankowego. Na tle światowym najtrudniejsza sytuacja jest w bankach europejskich, w których większość banków spodziewa się ROE w ciągu najbliższych trzech lat na poziomie 5-10%.

– Krajowe banki niestety nie są tu pozytywnym wyjątkiem, pomimo wysokiej efektywności operacyjnej i innowacyjności. Obciążenia publiczno-prawne w połączeniu z niskimi stopami procentowymi nie pozwalają osiągać atrakcyjnego zwrotu na kapitale – mówi Janusz Miszczak.
Zmiany klimatu zmartwieniem bankowców 3

Pandemia przestawiła priorytety

Pandemia koronawirusa i spowolnienie gospodarcze, które było jej konsekwencją, pokazały, że zmiany w bankowości na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat polegające na wzmocnieniu kapitałów i zwiększeniu płynności, zdały egzamin – banki przeszły przez kryzys obronną ręką i mogły zaangażować się w pomoc dla lokalnych społeczności. Pandemia uwydatniła i przyspieszyła również procesy, które toczą się w bankowości – i w gospodarce – na przestrzeni ostatnich lat. Przez lata liczyło się głównie zapewnienie stabilności finansowej i operacyjnej. Dziś bankowcy muszą mierzyć się z dużo szerszym spektrum czynników ryzyka. Z naszego badania wynika, że w ostatnich kilkunastu miesiącach zwiększył się nacisk na zapewnienie dobrostanu pracowników i odporności operacyjnej, wzmocnienie transformacji cyfrowej i zarządzanie ryzykiem oszustw.

Zmiany klimatu zmartwieniem bankowców 4

– Okres wychodzenia z pandemii koronawirusa przynosi dla banków nowe możliwości biznesowe. Obszar zrównoważonych finansów to znacząca, być może unikalna w skali pokolenia, okazja do wzrostu dla banków i innych instytucji finansowych. Transformacja technologiczna umożliwia poprawę doświadczenia klienta i hiper-personalizację oferty, poprawę efektywności działania i zwiększenie tak cenionej przez dzisiejszych pracowników elastyczności w wykonywaniu pracy. Nie chodzi tylko o to, czy banki poradzą sobie z nowymi rodzajami ryzyka. Kluczem do sukcesu w najbliższych latach jest zapewnienie elastyczności, dzięki której bank pozostanie stabilny a jednocześnie nie przeoczy okazji biznesowych, które pojawiają się w zmieniającym się otoczeniu – mówi Janusz Miszczak.

W badaniu EY i Instytutu Finansów Międzynarodowych wzięli udział zarządzający ryzykiem z 88 banków z 33 krajów z całego świata. Badanie prowadzone było w okresie od listopada 2020 r. do stycznia 2021 r.

Wiemy ile tracą polskie firmy na zwolnieniach lekarskich swoich pracowników

Ostatnie 1,5 roku było bardzo trudnym czasem dla wszystkich, także dla przedsiębiorców. Musieli się oni zmagać nie tylko ze skutkami pandemii jakimi było m.in. kilkukrotne wygaszanie gospodarki, ale także ze zwolnieniami chorobowymi wśród swoich pracowników. Eksperci polskiej firmy doradczej Conperio, która wykonuje ponad 30 000 kontroli zwolnień chorobowych rocznie, postanowili prześwietlić dokładnie, ile przedsiębiorcy tracą na nieobecnościach podwładnych w zakładach pracy. Dane te okazują się być alarmujące dla właścicieli firm. Z szacunków Conperio, wynika bowiem iż zakład produkcyjny zatrudniający 500 osób, przy absencji chorobowej pracowników na poziomie 10% traci miesięcznie łącznie aż 450 000 zł!

Tyle tracą firmy

ZUS podał, że w 2020 roku osobom ubezpieczonym wystawiono 22,7 mln zaświadczeń lekarskich na 266,6 mln dni absencji. Jak wynika z analizy Conperio za 2020 rok, aż 32% z 30 000 skontrolowanych przez firmę „L4” było wykorzystywane w sposób niewłaściwy. Teraz eksperci postanowili przyjrzeć się temu, ile na absencji swoich pracowników tracą przedsiębiorcy. I tak z szacunków firmy doradczej, wynika iż zakład produkcyjny zatrudniający 500 osób, przy absencji chorobowej pracowników na poziomie 10% traci miesięcznie łącznie 450 000 zł! 150 000 zł to strata pracodawcy kosztem wynagrodzenia pracowników przebywających na „L4”, 300 000 zł to zaś strata w ramach tego, co mogliby oni wyprodukować w tym czasie (*przyjęte wynagrodzenie pracownika: 3000 tys. zł brutto pensji).

– W ostatnim roku, coraz częściej mieliśmy do czynienia z dwucyfrowym poziomem absencji w zakładach produkcyjnych zatrudniających powyżej 300 pracowników, co wskazuje na tzw. „absencję patologiczną”. Firmy walczą o kilkuprocentowe wzrosty wydajności na produkcji, tymczasem warto sobie uzmysłowić, że nieobecność pracownika to 100% spadek tejże wydajności. Zazwyczaj firmy zmuszone są wtedy uruchomić nadgodziny lub dać pracę tymczasową, co generuje dodatkowe, wysokie koszty. Szefowie często przekładają nadmiar pracy na pozostałych pracowników, co z kolei wpływa na zbyt wysokie obciążenie fizyczne i niskie morale złogi. Firmy w takich sytuacjach niejednokrotnie dotrudniają także dodatkową, niepotrzebną liczbę ludzi do wykonania tej samej pracy. Dlatego tak ważne, by zadbać o prawidłowy poziom absencji w firmiekomentuje Mikołaj Zając, prezes Conperio, ekspert rynku pracy.

Kontrola przynosi efekty

Jednym ze skutecznych sposobów radzenia sobie z wysoką absencją chorobową w zakładzie pracy są bez wątpienia kontrole pracowników przebywających na „L4”. Jak podaje Conperio, zmniejszenie poziomu absencji wśród wspomnianej wcześniej załogi tylko o 1%, może pozwolić przedsiębiorstwu zatrudniającemu 500 osób, na zaoszczędzenie 45 000 zł miesięcznie.

 

– Szefowie zakładów produkcyjnych powinni zadać sobie pytanie, czy stać ich na absencję chorobową lub jak długo jeszcze będzie ich na nią stać? Jeżeli we wspomnianym wcześniej zakładzie produkcyjnym absencja obniżyła się o 5 pracowników, to pracodawca nie jest zmuszony rekrutować kolejnych 5 osób, nie traci produkcji oraz wynagrodzenia. Następuje tzw. wzrost efektywności kosztowej w skali całego roku. Z naszego wieloletniego doświadczenia wynika, że poziom absencji pracowników przebywających na L4, w firmach, które zdecydowały się na kontrolę może zmniejszyć się od kilku do nawet 70%. Działania kontrolne powodują, skrócenie średniego czasu trwania zwolnień chorobowych i przywrócenie naturalnego poziomu absencji. To z kolei błyskawicznie potrafi przełożyć się na bieżącą kondycję przedsiębiorstw – dodaje Mikołaj Zając.

Jak można zniechęcić do niezasadnej absencji?

Eksperci wśród najpopularniejszych rozwiązań zniechęcających pracowników do nadużywania absencji chorobowej wymieniają także premie frekwencyjne czy bonusy za wysoką frekwencję jak np. upominki rzeczowe. W niektórych przedsiębiorstwach wstępem do poprawy sytuacji absencyjnej są też tak zwane rozmowy korygujące, dzięki którym szef dowiaduje się, co w organizacji zakładu działa nieprawidłowo i jest przyczyną wysokiej absencji wśród załogi. Jednak jak podkreślają eksperci Conperio, nawet najlepsze systemy premiowe nie są w stanie zastąpić m.in. braku perspektyw rozwoju pracownika w czasie.

Pracodawcy powinni starać się położyć zdecydowanie większy nacisk na „płacenie” pracownikom w kompetencjach, na dawanie im większej możliwości rozwoju umiejętności. Firmy, by skutecznie zapobiegać absencjom powinny stworzyć macierze kompetencji pracowników, tak by nie byli oni anonimowi, dostrzegali swój rozwój w danej firmie, w określonym przedziale czasu podsumowuje Mikołaj Zając.

Intel jak wzorzec. Zbudował w pełni inteligentną fabrykę

Czwarta rewolucja przemysłowa to już nie futurystyczna wizja, której elementy są wprowadzane jako ciekawostka. Intel od podstaw stworzył w pełni inteligentną fabrykę we Włoszech. Wszystkie procesy są tam optymalizowane i kontrolowane przez nowoczesne technologie. Od służbowego grafiku, poprzez kontrolę produkcji, do… sprawdzenia czy kurz nazbyt nie osadza się na maszynach.

Przemysł 4.0, łączy nowoczesne technologie, w tym 5G, Sztuczną Inteligencję, Internet Rzeczy, technologię AR/VR czy przetwarzanie w chmurze. Wszystko po to, żeby doprowadzić do cyfrowej transformacji w produkcji i pomóc ludziom w wykonywaniu czynności nudnych i powtarzalnych, a także zwiększyć bezpieczeństwo wielu procesów.

Badania przeprowadzone przez Fortune Business Insights prognozują, że do 2027 r. rynek inteligentnej produkcji osiągnie około 506 miliardów dolarów, co stanowi łączną roczną stopę wzrostu na poziomie 12,2%.

Co się zmienia w praktyce? Doskonale pokazał nam to czas pandemii. Dzięki rozwiązaniom Przemysłu 4.0 wiele linii produkcyjnych nie musiało zostać zatrzymanych mimo obostrzeń czy problemów zdrowotnych pracowników. Szkolenia np. przeprowadzano dzięki technologii VR – bez fizycznej obecności w firmie. Łańcuchy dostaw też już są coraz częściej oparte na sztucznej inteligencji co zmniejsza bezpośredni udział w nich człowieka. Nie możemy też zapominać o stojących przed firmami wyzwaniach klimatycznych. To dzięki rozwiązaniom opartym m.in. na inteligentnych licznikach możemy optymalizować zużycie energii elektrycznej lub czas poboru mocy – opisuje Zbigniew Czajkowski, Dyrektor Handlowy ds. Energetyki z NMG S.A.

Werona zakocha się w inteligentnej fabryce?

Obecnie większość fabryk jest już przebudowywana lub w przyszłości będzie pod kątem zwiększenia cyfryzacji i automatyzacji. I tak np. Intel – globalny gigant wytwarzający układy scalone czy procesory – wraz z holdingiem Exor poszli jednak o krok dalej. Wspólnie zbudowali od podstaw inteligentną fabrykę, która ma zademonstrować wszystkie korzyści jakie może przynieść czwarta rewolucja przemysłowa. M.in. w Weronie Intel będzie mógł autonomiczne prowadzić harmonogram zarządzania zasobami ludzkimi, a co za tym idzie reagować w czasie rzeczywistym na kluczowe braki personelu i szybko znaleźć niezbędne zastępstwo.

Znowu trzeba wrócić do wyzwań, które postawiła przed firmami pandemia. Te, które miały wdrożone inteligentne systemy zarządzania zasobami ludzkimi bardzo dobrze funkcjonowały w czasie największych obostrzeń.  Dzięki nowoczesnym aplikacjom pracodawca mógł tak skonstruować grafik, żeby pracownicy mogli m.in. pracować hybrydowo na zmiany, nie musieli – krótko po sobie – przebywać w tej samej szatni, na raz przebywać na przerwie obiadowej czy tłoczyć się przed budynkiem. Rozpisanie poszczególnych czynności dla każdego pracownika w firmie ręcznie ołówkiem dla sporej organizacji byłoby niemożliwe. I tu właśnie z pomocą przychodzą narzędzia IT, które dzięki pandemii zostały mocno rozpowszechnione – podkreśla Czajkowski.

Dron perfekcyjnym panem fabryki

Fabryka Intela jest całkowicie zautomatyzowana. – nie może dojść w niej do żadnych błędów w postaci braku odpowiednich komponentów używanych w produkcji. Wszystko począwszy od dokumentacji, aż po kontrolę terminowości dostaw odbywa się automatycznie. Każde zamówienie i wykonana praca aktualizowana jest na bieżąco.

Dzięki współpracy z włoską firmą telekomunikacyjną i amerykańskim specjalistą ds. łączności mobilnej JMA Wireless, fabryka ma zapewnioną prywatną technologię sieci 5G, która będzie działać w pasmach poniżej 6 GHz i 26 GHz. Ta inteligentna fabryka obejmie też laboratorium 5G zaprojektowane w celu testowania, w jaki sposób producenci będą mogli budować prywatne sieci i integrować je z istniejącymi systemami. Laboratorium ponadto zbada zdolność 5G do poprawy komunikacji między personelem, ale także sprawdzi komunikację pomiędzy maszynami.

Co więcej w fabryce Intela specjalny dron wykorzystujący technologie wizualne sprawdzi czy… pozostałe maszyny nie są nadmiernie zakurzone, zadrapane lub czy nie mają defektów, które mogą spowodować zatrzymanie produkcji. Technologia sama też zakwalifikuje wady – jeszcze przed wysłaniem odpowiedniej informacji personelowi technicznemu. Przyśpieszy to proces konserwacji, wydłuży czas pracy maszyn i zapobiegnie trwałym stratom.

Nowa demonstracyjna inteligentna fabryka jest doskonałym przykładem tego, jak całościowe wdrożenie rozwiązań IT może pomóc obniżyć koszty konserwacji, zwiększyć produktywność i wykorzystać nowe możliwości biznesowe – komentuje Zbigniew Czajkowski.

Intel nie będzie chronił prywatności swojego przedsięwzięcia za wszelką cenę. Część inteligentnej fabryki oraz laboratorium 5G będzie otwarte dla przedstawicieli innych firm, aby mogli zobaczyć, jak mogą przejść w kierunku cyfryzacji Przemysłu 4.0.​

Raport Santander Bank Polska: Dystrybutorzy części samochodowych liczą na kolejny rok wzrostu sprzedaży

  • Rezygnacja z zakupu nowych aut na rzecz naprawy już posiadanych oraz duża baza starych pojazdów w Polsce przełożyły się na 5% wzrost przychodów dystrybutorów części samochodowych w 2020 roku.
  • Wysoki popyt na części oraz optymalizacja kosztów pozwoliły podwyższyć rentowność dystrybutorów w 2020 roku. Ograniczona podaż nowych pojazdów może zapewnić dalszy wzrost popytu na części w 2021 roku.
  • 82% dystrybutorów części w Polsce przewiduje wzrost przychodów w 2021 roku, a ponad połowa jest zdania, że nastąpi to dzięki wzrostowi sprzedaży krajowej.

Jak wskazują miesięczne dane za 2020 rok o przychodach dystrybutorów notowanych na warszawskiej giełdzie, polski rynek dystrybucji części odczuł skutki pandemii COVID-19. Mimo to, rok zakończył się dla sektora wzrostem przychodów o 5%. Paliwem napędzającym wzrost w branży był popyt na rynku krajowym, spowodowany dużym i starym parkiem samochodowym oraz rezygnacją z zakupu nowych aut. Obserwowaliśmy wyraźne zjawisko substytucji – zakup nowego samochodu był odkładany w czasie, co wiązało się z koniecznością naprawy bądź wymiany części w posiadanym aucie. Swoją cegiełkę dołożył także import – pandemia nie zmieniła trendu obserwowanego od lat, czyli znacznej przewagi importu używanych aut osobowych nad sprzedażą nowych pojazdów.

– Mimo spadku popytu wywołanego pandemią, w 2020 roku polski park samochodowy powiększył się o 428 tysięcy nowych samochodów osobowych oraz 772 tysiące używanych aut osobowych z importu. Co istotne, pogłębia się zjawisko starzenia się parku samochodowego – średni wiek auta osobowego w Polsce to już 14,1 lat, podczas gdy średnia unijna wynosi 11,5 lat. Odłożenie w czasie zakupu nowych aut oraz starzejące się samochody to najważniejsze czynniki, które wpłynęły na rosnące przychody dystrybutorów części w 2020 roku. W bieżącym roku może dojść kolejny istotny czynnik – wyższe ceny części na skutek wysokiego popytu, problemów z ich dostępnością oraz rosnących cen surowców i transportu – wyjaśnia Martyna Dziubak, dyrektor ds. sektora motoryzacyjnego w Santander Bank Polska.sytuacja dystrybutorów części samochodowych sytuacja dystrybutorów części samochodowych w europie

Wielkość popytu na części samochodowe zależy przede wszystkim od wielkości i struktury parku samochodowego. Z ostatnich dostępnych zaktualizowanych danych wynika, że na przełomie 2019 i 2020 roku po polskich drogach jeździło ponad 18 mln samochodów osobowych oraz prawie 3 mln samochodów dostawczych i ciężarowych. W strukturze krajowego parku, oprócz wieku pojazdów, coraz większego znaczenia nabiera segment marek. Obserwowana przez ostatnie lata wyraźnie wyższa dynamika rejestracji nowych samochodów marek premium wobec popularnych daje w dłuższej perspektywie czasowej potencjał do sprzedawania droższych części.

Pandemia sprzyjała dystrybutorom, choć spadały obroty warsztatów

Analizując dane historyczne widać zależność pomiędzy spadkiem sprzedaży pojazdów a wzrostem przychodów z napraw i serwisu pojazdów. Jednak ubiegły rok był pod tym względem wyjątkowy. Podczas gdy wolumen rejestracji aut osobowych wyraźnie spadł, zmalały również przychody warsztatów, i to aż o 19%.

Częściowo takie dane mogą wynikać z rozwoju szarej strefy, na co wskazało 62 proc. badanych przez MotoFocus.pl warsztatów. Ponadto konsumenci, szukając oszczędności, mogli częściej korzystać z mniejszych, nieautoryzowanych i nie należących do sieci warsztatów, co oznaczało niższe stawki, ale też mikrofirmy nie są zaliczane do statystyk tego sektora. Dodatkowo mniejsza mobilność oznaczała mniej napraw powypadkowych, zatem niższe obroty blacharń i lakierni, które mniej wpływają na dynamikę sprzedaży części. Przedstawiciele warsztatów wskazywali też na skłonność do ograniczania przez kierowców zakresu napraw, nawet jeśli pojazd ich wymagał, a także preferowanie napraw z użyciem tańszych części.

W 2021 roku branża wrzuci 6-ty bieg?

Choć niepewność co do dalszego przebiegu pandemii i jej skutków dla gospodarstw domowych jest wciąż dosyć duża, to wydaje się, że największym ograniczeniem dla sprzedaży nowych aut w 2021 roku nie będzie słaby popyt, ale niska dostępność nowych aut w wyniku problemów z dostawami podzespołów elektronicznych niezbędnych do ich produkcji. Dlatego analitycy Santander Bank Polska prognozują, że efekt substytucji, który obserwowaliśmy w 2020 roku, może się utrzymywać także w roku obecnym.

Problemy z podażą nowych aut mogą trwać nawet do 2022 r., a nasza mobilność w tym roku nie jest już tak ograniczona, jak w roku 2020. Wszelkie odłożone lub ograniczone wcześniej naprawy pojazdów, zarówno po stronie gospodarstw domowych, jak i firm, z czasem będą musiały być wykonane. Dodatkowo popytowi będą sprzyjały dobre nastroje i wyniki przemysłu czy handlu. Warto zwrócić też uwagę, że branża transportu drogowego towarów, przy dużym popycie na swoje usługi, ma obecnie problemy z nabywaniem nowych pojazdów z uwagi na ograniczoną ich podaż. To sugeruje, że konieczna będzie naprawa taboru, który w normalnych warunkach byłby zastąpiony nowym przez firmy transportowe – uważa Radosław Pelc, analityk sektorowy Santander Bank Polska.

Te prognozy potwierdzają badania ankietowe wykonane przez MotoFocus.pl. W I kwartale 2021 r aż 76% badanych dystrybutorów wskazało na wzrost przychodów w relacji do IV kwartału 2020 roku. Z kolei w okresie styczeń-maj 2021 giełdowi dystrybutorzy uzyskali znacznie wyższe przychody wobec analogicznego okresu nie tylko 2020 roku, ale też roku 2019. Natomiast w kwietniowym badaniu aż 82% dystrybutorów zakładało, że w 2021 roku sprzedaż wzrośnie, w tym 52% uważa, że będzie to możliwe dzięki wzrostowi sprzedaży krajowej, a 31% za sprawą wzrostu eksportu.sytuacja dystrybutorów części samochodowych prognoza

Ważnym czynnikiem wpływającym na popyt na części jest także dalszy wzrost bazy aut używanych. W ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2021 roku import używanych aut do Polski wzrósł o 28,5% rok do roku.

Jaki urlop – taka praca? Jak Polacy planują urlopy w pracy

Rozkręcający się na dobre sezon urlopowy to bezcenny okres odpoczynku od zawodowych obowiązków. 2 na 3 Polaków badanych przez Pracuj.pl przyznaje, że udany urlop jest dla nich kluczowy, by zachować zadowolenie z pracy. Jednak czy przygotowanie do urlopów sprawia nam trudności? Jakie podejście mają do nich przełożeni? I czy jesteśmy w stanie zrezygnować z części dni wolnych, jeśli przynosi to korzyści? O tym piszemy w najnowszym materiale.

Najważniejsze informacje:

Według 2/3 Polaków udany urlop wspiera… zadowolenie z pracy.
8 na 10 nie ma problemów z otrzymaniem dni wolnych od szefa.
6 na 10 nie ma w pracy procedury przekazywania zadań na czas urlopu.
Połowa zrezygnowałby z części urlopu w zamian za podwyżkę lub awans.

W oczekiwaniu na wolne

Według dostępnych badań rynkowych w tym roku najwięcej z Polaków spędzi urlop najprawdopodobniej na wakacjach w kraju, druga największa grupa – we własnym domu, a najmniejsza część – za granicą. Wyraźne osłabienie pandemii COVID-19 zachęca do podróżowania, ale przez wiele miesięcy utrudniała ona planowanie z wyprzedzeniem wakacyjnych podróży. 44% respondentów Pracuj.pl przyznaje, że w związku z pandemią planowało na początku roku skromniejszy urlop letni, niż w minionych latach.

Niezależnie jednak od tego, jak spędzimy wolne dni – niewątpliwie mają one niebagatelny wpływ na nasz zawodowy dobrostan. W najnowszym badaniu Pracuj.pl zespół portalu przygląda się podejściu Polaków do dni wolnych, sposobom przygotowania do przerwy w pracy oraz temu, jaki stosunek do wakacyjnego odpoczynku mają ich przełożeni.jak Polacy planują urlopy w pracy

Jaki urlop – taka praca?

Jak wykazuje badanie Pracuj.pl, blisko 2/3 Polaków (64%) uważa, że dobry urlop jest kluczowy, by utrzymać zadowolenie z pracy – tylko co dziesiąty nie zgadza się z tą opinią. Co więcej, ponad połowa respondentów przyznaje, że w hierarchii ważności dużo wyżej stawia urlopy letnie niż wolne dni w okresie zimowym – odwrotną opinię ma zaledwie 16%.

Według badań fińskiego Uniwersytetu Tempere idealny wakacyjny urlop powinien trwać minimum osiem dni. To okres, po którym średnio udaje się nam zrzucić z siebie zawodowy stres i realnie wypocząć. Co ciekawe, według badaczy w kolejnych dniach poczucie relaksu zaczyna maleć, by wyraźnie zmaleć po 11 dniu wolnego. Oczywiście wielu pracowników nie zgodziłoby się z tym stwierdzeniem, a pomysłów na idealny urlop jest tak wiele, jak typów charakterów wśród pracowników. Pewne jest jednak, że odpoczynek dopasowany do naszych potrzeb pomaga dużo lepiej radzić sobie z napięciami zawodowymi.

Kilka czy kilkanaście dni poza miejscem zatrudnienia pozwala nabrać dystansu do zawodowych problemów. Jednocześnie ogromną sztuką jest zdolność do „odcięcia się” na ten czas od pracy, szczególnie dla osób bardzo zaangażowanych w obowiązki. Warto pamiętać, że te dni są istotne z punktu widzenia zdrowia psychicznego, a w większości wypadków nie ma ludzi niezastąpionych. Lepiej pomożemy firmie wracając z urlopu zrelaksowani, niż gdy będziemy podczas niego nerwowo sprawdzać skrzynkę mailową czy służbowy telefon -– przekonuje Agata Grzejda, ekspertka ds. komunikacji wewnętrznej w Grupie Pracuj.

Przełożeni rzadko robią trudności

Badanie Pracuj.pl pozwala zweryfikować także przekonanie o niechęci szefów wobec wakacyjnej nieobecności pracowników. Tylko nieco ponad co piąty badany Polak (21,5%) uważa, że jego przełożony/a podchodzi nieprzychylnie do brania urlopów, jeszcze mniej (18%) – że szef z niechęcią odnosi się do brania pojedynczych dni wolnych przez członków zespołu. W praktyce więc trudności w ustawianiu urlopów czy odpoczynku podczas wakacji dotyczą stosunkowo małego wycinka pracujących Polaków.jak Polacy planują urlopy w pracy 2 jak Polacy planują urlopy w pracy 3

Obowiązki dobrze przekazane

Zdolność pełnego skupienia się na urlopie nie oznacza braku zainteresowania tym, jak nasi współpracownicy poradzą sobie z zadaniami pod naszą nieobecność. Dobre przygotowanie sytuacji na swoją nieobecność oszczędza nerwów zarówno nam, jak i kolegom i koleżankom z pracy.jak Polacy planują urlopy w pracy 4

Według badań Pracuj.pl blisko 2/3 Polaków stara się przed wyjazdem na urlop zostawić współpracownikom wszystkie ważne informacje dotyczące wykonywanej pracy. Teoretycznie powinny im w tym pomagać firmowe standardy. Jednak według deklaracji badanych tylko nieco ponad 4 na 10 z nich ma w swoim miejscu pracy określone procedury, pomagające sprawnie przekazać innym obowiązki na czas urlopu.

Dobra organizacja informacji i zadań dla osób zastępujących nas podczas urlopu to jeden z kluczowych czynników decydujących o tym, jaką sytuację zastaniemy po powrocie, a także o tym czy narazimy się na kontakty ze strony współpracowników podczas wolnych dni. Dlatego, choć bywa to kłopotliwe w natłoku przedurlopowych zadań, warto zostawiać współpracownikom listy zadań, informacje o bieżącej sytuacji, kontakty do kluczowych partnerów i wyjaśnienie innych istotnych kwestii. Jak pokazały badania, w wielu firmach nie istnieją na to określone procedury. Wówczas bardzo wiele zależy od zdolności organizacyjnych samego pracownika – mówi Agata Grzejda.

Podwyżka zamiast urlopu? Czemu nie…

Badania Pracuj.pl pokazują, że choć urlopy są bardzo istotne dla pracowników – nie zawsze muszą stanowić priorytet. Badacze zapytali respondentów o to, czy byliby skłonni zrezygnować z części swoich dni urlopowych, jeśli wiązałoby się to z podwyżką lub awansem. Twierdząco na to pytanie odpowiedziała aż połowa respondentów. Wśród badanych takie rozwiązanie wyraźnie częściej były zdecydowane osoby do 25 roku życia (70%) niż mające powyżej 44 lat (43%).jak Polacy planują urlopy w pracy 5

Te wyniki to kolejna wskazówka wynikająca z licznych badań Pracuj.pl, w tym serii „Polacy w środowisku pracy”. Powtarzającymi się w nich motywacjami do zmiany pracy, wymienianymi na szczycie listy potrzeb, są chęć uzyskania wyższych zarobków oraz trudności w uzyskaniu awansu.

Wakacyjne integracje mile widziane

W miesiącach letnich w kontekście budowy dobrych relacji przełożonych z pracownikami dużo dyskutuje się o różnych formach integracji. Sprzyja temu stopniowe znoszenie wielu obostrzeń związanych z COVID-19 w ostatnich miesiącach – pracodawcy powinni zwracać szczególną uwagę na ten aspekt zarządzania zespołem.

Tego typu inicjatywy to obok urlopów jedna z lepszych form dbania o dobrostan pracowników w okresie lekkiego rozluźnienia biznesowych grafików. Dowiodły tego publikowane w minionym roku wyniki badania Pracuj.pl „Zawodowy styl życia”. Badani wówczas respondenci jako skuteczne formy zacieśniania relacji między pracownikami wymieniali przede wszystkim spotkania integracyjne (67% wskazań) i wyjazdy integracyjne (59%).jak Polacy planują urlopy w pracy 6

Zasłużony odpoczynek

Jak pokazują badania OECD, średni tygodniowy czas pracy w Polsce wynosi 39,7 godzin – to 11. najwyższy wynik wśród badanych państw. Dla porównania, średni tydzień pracy Holendra to 29,4 godzin, a Niemca – 34,3. Dane wskazują, że należymy do najbardziej zapracowanych nacji na świecie.

Tym większą rolę odgrywają w tym kontekście dobrze zaplanowane urlopy, pozwalające odpocząć od codziennych obowiązków. Według danych Pracuj.pl Polacy dostrzegają wagę tych wolnych dni. Najbliższe tygodnie to czas ważnej przerwy po wielomiesięcznych wyzwaniach na rynku pracy, także tych związanych z pandemią koronawirusa. Czas wyciągać parawany, leżaki, górskie buty i okulary przeciwsłoneczne. W końcu, jak podkreśla co trzeci Polak – robota nie zając, nie ucieknie!

O BADANIU

Badanie „Polacy w środowisku pracy” zostało zrealizowane przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie portalu Pracuj.pl metodą CAWI (profesjonalnego formularza internetowego). Pomiar został przeprowadzony na próbie 1022 osób, reprezentatywnej dla populacji osób czynnych zawodowo w wieku 18-65 pod względem płci, wieku, poziomu wykształcenia i wielkości miejscowości. Celem projektu było poznanie opinii czynnych zawodowo Polaków na temat rynku pracy, kariery, sposobów poszukiwania pracy i zawodowego stylu życia.

Deloitte: Pandemia dała firmom impuls do inwestycji w programy zarządzania ryzykiem zewnętrznych kontrahentów

Z raportu przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte „Gaining ground. A digital path to third-party oversight” wynika, że 49 proc. firm chce zainwestować w rozwój procesów zarządzania ryzykiem stron trzecich, a 34 proc. w technologię wspierającą ten obszar. Ponad 60 proc. organizacji chciałoby również skorzystać z zewnętrznego wsparcia dla co najmniej jednego aspektu zarządzania ryzykiem stron trzecich. Bez względu na poziom dojrzałości w tym zakresie, firmy powinny być przygotowane na to, że działania z zakresu ryzyka muszą uwzględniać analizę informacji w czasie rzeczywistym i wdrażanie nowych technologii.

Eksperci Deloitte sprawdzili, w jaki sposób pandemia COVID-19 wpłynęła na relacje firm z zewnętrznymi partnerami. Na podstawie analizy, zostały wyróżnione cztery kluczowe obserwacje.

 Organizacje przeceniły poziom swojego przygotowania do kryzysu jaki przyniosła pandemia. Dłuższa niż oczekiwano faza reakcji spowolniła zdolność do regeneracji i dalszego rozwoju. Prawie połowa badanych firm nadal odpowiada na kryzys i stara się zapewnić ciągłość funkcjonowania. 29 proc. organizacji jest w fazie odbudowy, a 26 proc.w fazie wzrostu. Na etapie reakcji pozostaje 53 proc. firm działających w sektorze energetycznym i przemyśle, 49 proc. przedstawicieli ochrony zdrowia i 47 proc. organizacji z branży dóbr konsumenckich – mówi Mariusz Ustyjańczuk, partner zarządzający, lider usług Risk Advisory, Deloitte.

Ponadto przy zarządzaniu relacjami z podmiotami zewnętrznymi należy zwrócić szczególną uwagę na analizę ryzyka (tzw. „risk intelligence”). Kolejną obserwacją jest wzrost znaczenia zagrożeń cyfrowych związanych z przejściem na zdalne systemy pracy. Ostatnia obserwacja dotyczy presji na ograniczanie budżetów. Tym samym organizacje często decydują się na outsourcing poszczególnych aktywności, nawet wtedy, gdy wiedzą, że wiąże się to z utratą kontroli czy pojawieniem się ewentualnych błędów w poszczególnych procesach.

Ryzykowna współpraca

Od czasu wybuchu pandemii, ponad połowa badanych organizacji (51 proc.) doświadczyła co najmniej jednego ryzyka związanego ze stroną trzecią. Prawie połowa z tych sytuacji miała mały wpływ na funkcjonowanie firmy (46 proc.), 31 proc. umiarkowany, a 13 proc. wysoki.

Ryzyka najczęściej były związane ze zdrowiem i bezpieczeństwem (56 proc.), cyberbezpieczeństwem (53 proc.) i ciągłością biznesu (50 proc.). Zdaniem respondentów, najbardziej poszkodowani przez pandemię partnerzy zewnętrzni to zagraniczni dostawcy towarów (27 proc.), dystrybutorzy, detaliści i przedstawiciele handlowi (26 proc.) oraz dostawcy krajowi (22 proc.).

Kryzys bodźcem do działania

Eksperci Deloitte podkreślają, że pandemia uświadomiła organizacjom, jak duże znaczenie ma zarządzanie ryzykiem stron trzecich (TPRM). W porównaniu do poprzedniej edycji badania z 45 do 49 proc. wzrósł odsetek organizacji, które chcą zaadresować wszystkie elementy TPRM i je rozwijać. 26 proc. firm już poczyniło takie kroki (wzrost o 4 p.p.). Zdaniem respondentów, najważniejsze w rozwoju zarządzania ryzykiem stron trzecich jest zbieranie informacji w czasie rzeczywistym, tworzenie metryk ryzyka i raportów (53 proc.), odpowiednie dostosowywanie procesów biznesowych (53 proc.) oraz dobieranie odpowiednich narzędzi i technologii (51 proc.).

Pandemia spowodowała, że organizacje chętniej wdrażają inteligentne systemy zarządzania ryzykiem. W ciągu najbliższego roku to właśnie inwestycje w TPRM będą kluczowe dla prawie połowy respondentów. 41 proc. badanych chce zwiększyć nakłady na poprawę zarządzania informacjami, a nieco ponad jedna trzecia zamierza zainwestować w technologie. Pomimo chęci rozwijania się w obszarze TPRM, organizacje nadal potrzebują pomocy w tym zakresie. 64 proc. badanych chciałoby skorzystać z zewnętrznego wsparcia dotyczącego co najmniej jednego aspektu zarządzania ryzykiem stron trzecich.

Cyfrowe wyzwania

Tegoroczne badanie pokazało, że w związku z dużym tempem innowacji i zmian spowodowanych pandemią, firmy stają przed nowymi wyzwaniami. Zapytaliśmy respondentów, jakie priorytety widzą w ramach TPRM. Z uwagi na digitalizację procesów, 71 proc. badanych wskazało na ryzyko cyfrowe. 41 proc. organizacji uznało za ważną odporność finansową stron trzecich w czasie rzeczywistym, a 40 proc. zagadnienia związane z różnorodnością. Co ciekawe, dla połowy respondentów prowadzenie odpowiedzialnego biznesu jest ważniejsze niż w roku ubiegłym – mówi Bartosz Zając, partner associate w zespole Extended Enterprise, Deloitte.

Badanych zapytano również o konkretne obawy związane z cyfrowym ryzykiem w ekosystemie stron trzecich. Ponad połowa z nich wskazała na niezdolność do sformułowania szans i zagrożeń w czasie rzeczywistym i zdalnie. Natomiast 47 proc. z nich obawia się, że przestarzała infrastruktura partnerów utrudni wdrożenie cyfrowych modeli pracy, a 44 proc., że strony trzecie nie przystosują się do nowych sposobów funkcjonowania i integracji cyfrowej.

Finansowe ograniczenia

Połowa badanych napotyka wysoki lub bardzo wysoki poziom presji na minimalizowanie kosztów za pomocą dalszego outsourcingu aktywności biznesowych. Te organizacje powinny więc wdrożyć dodatkowe metody zarządzania ryzykiem i środki zapewniające odporność. Jedynie 14 proc. respondentów nie odczuwa konieczności redukcji kosztów.

W krótkiej perspektywie czasu firmy mają do wyboru kilka opcji związanych z outsourcingiem. Po pierwsze, mogą nadal wspomagać się zewnętrznymi dostawcami usług, ale z uwzględnieniem ryzyk z tego wynikających. Druga możliwość to rozwój procesów wewnętrznych tak, aby całościowo lub częściowo przywrócić do organizacji wcześniej wyodrębnione aktywności. Firmy mogą również zbudować wewnętrzne zasoby tak, aby tylko krytyczne i wymagające stałej kontroli działania pozostawały w ramach firmy. Ostatnia z opcji to stałe monitorowanie trendów i dopasowywanie do nich działań z zakresu outsourcingu – mówi Mariusz Ustyjańczuk.

Priorytetowe zarządzanie ryzykiem

Eksperci Deloitte wyróżnili również prognozy dotyczące zakresu zarządzania ryzykiem stron trzecich. Po pierwsze, kluczową kwestią dla organizacji będzie zwiększanie odporności i elastyczności poprzez innowacyjność. Po drugie, narzędzia i technologie wykorzystywane w TPRM będą niezbędne do rozwoju tego obszaru. W tym przypadku organizacje często korzystają z doświadczonych doradców, żeby sprawnie przejść proces cyfrowej transformacji. Trzeci trend wskazuje na wzmożone inwestycje w analizę ryzyka, co doprowadzi do zintegrowania platform TPRM, które będą dostarczać informacje w czasie rzeczywistym.

Z raportu wynika również, że inicjatywy związane z cyfrową transformacją będą skuteczne tylko wtedy, gdy organizacja zda sobie sprawę, jakie ryzyka cyfrowe mogą wyniknąć ze współpracy ze stronami trzecimi. W związku z tym konieczne jest wypracowanie zintegrowanego podejścia do takich zagrożeń. Wśród prognoz znalazła się także bliższa współpraca z partnerami tak, aby zaadresować zagadnienia ESG (środowisko, społeczeństwo, ład korporacyjny). Ostatni trend to dalszy outsourcing aktywności biznesowych, ale z naciskiem na zarządzanie ryzykiem wynikającym z takiej decyzji.

O raporcie

W szóstej edycji badania „Third-party risk management global survey”, przeprowadzonej na przełomie grudnia 2020 r. i stycznia 2021 r., wzięło udział prawie 1,2 tys. osób z różnych organizacji, z ponad 30 państw. Najwięcej respondentów stanowiły osoby odpowiedzialne za zarządzanie ryzykiem stron trzecich. W badaniu wzięli również udział członkowie zarządu i wyższa kadra menadżerska. Respondenci reprezentowali następujące branże: dobra konsumenckie, energetyka i przemysł, usługi finansowe, ochrona zdrowia, sektor publiczny oraz technologie, media i telekomunikacja.

Raport do pobrania znajduje się tutaj.

Jak ułożyć menu do restauracji?

Pracując nad powstaniem menu należy zwrócić uwagę na metody przygotowania dań, na ich faktury, składy a nawet na kształt czy rozmiar dań i wiele innych aspektów. Zacznijmy wiec od początku. Pokażemy Wam na przykładzie naszej współpracy z lokalem Crispy Chicken Point jak powstaje karta menu. Na początku opowiemy o samym tworzeniu menu. W drugiej części przeczytacie między innymi o tym, jak menu zostało przyjęte przez gości oraz o tym, jak analizować sprzedaż dań ale…

Zacznijmy od początku. Co to jest karta menu?

Jak podają definicje menu jest to jadłospis, karta dań będące arkuszem papieru, lub tablicą, na których umieszczono listę dań dostępnych w danym lokalu gastronomicznym. Oprócz nazw dań menu może zawierać też szczegółową listę składników serwowanych potraw (np. jakie warzywa są w danym daniu, jaka została użyta marynata do kurczaka czy przyprawa do frytek, z czego składa się sos itp.) oraz ich ceny.

Menu w restauracji to coś więcej niż tylko forma pokazania gościom lokalu, jakie dania masz w swojej ofercie. Menu powinno być jednym z elementów wrażeń kulinarnych, które wyróżniają Twoją restauracje od innych, wpływa na decyzję zakupowe klientów oraz zwiększa zyski ze sprzedaży.

obraz_2

Menu dla lokalu z kurczakiem – przykład

Wydawać by się mogło, że każdy wie, jak powinno wyglądać menu w lokalu. Nie jest to jednak takie oczywiste, ponieważ diabeł tkwi w szczegółach, a dobrze dopasowane menu powie gościom więcej o Twojej restauracji niż mogłoby się wydawać. Dlatego zadbaj o każdy detal tak jak zrobił to właściciel Crispy Chicken Point, który skorzystał z pomocy doświadczonego w branży gastronomicznej producenta marynaty do kurczaka oraz marynaty do ryby, który poza produktami oferuje swoim Klientom pełne wsparcie merytoryczne od momentu otwarcia lokalu (od szkoleń, pomocy przy ułożeniu menu aż po bogatą ofertę materiałów marketingowych).

Jak sugeruje ich dostawca „Dostosuj potrawy do stylu restauracji. Zastanów się kto będzie gościem Twojego lokalu: młodzi ludzie czy częściej rodziny z dziećmi? Jakie dania będą wybierały te osoby?”. Dalej zaznacza, że to kluczowe pytania przy budowaniu menu „Pamiętaj, że lokal powinien tworzyć spójną całość”.

Crispy Chicken Point to restauracja specjalizująca się w daniach bazujących na kurczaku. Dlatego też na wstępie założyliśmy, że tematem przewodnim menu będą burgery i tortille z kurczakiem, kubełki czy boxy ale to nie wystarczy. Dostawca marynaty do ryby z której korzysta Crispy Chicken Point zwraca tu uwagę by znów wrócić do tego kto będzie odwiedzał nasz lokal i tak rodzi się potrzeba wprowadzenia do menu dań lżejszych tj. sałatki czy wytrawne gofry oraz dań dla dzieci.

Sprawdzeni dostawcy – dostępność produktów

Układając menu nie zapominaj, że będziesz musiał na bieżąco dostarczać do lokalu niezbędne surowce. W przypadku przykładowej restauracji najważniejsze będzie świeże mięso, najwyższej jakości warzywa oraz stałe dostawy tej samej marynaty do kurczaka. By zachować jakość i powtarzalność dań dostawcy powinni być stali i rzetelni. Jeżeli się uda, lokalni. Np. jeżeli w Twoim mieście lub okolicy siedzibę ma renomowany producent marynaty do kurczaka, czy lokalny dostawca warzyw warto sprawdzić ich ofertę i poznać produkty.

chrupiący kurczak

Próba generalna – test dań

Gdy mamy już listę dań, które chcielibyśmy mieć w menu, przechodzimy do najsmaczniejszego etapu przygotowywania karty. Gotowania oraz testowania. Dostawca marynaty do kurczaka Crispy Chicken Point wskazuje im, żeby „każde z wybranych dań przygotować w kilku wersjach, z różnymi dodatkami koniecznie analizując przy tym koszt przygotowania dania (stworzyć tzw. food cost)”.

Wypisz wszystkie składniki dania i dokładnie je odmierz a następnie spisz ceny i oblicz koszt przygotowania potrawy. To da ci obraz czy danie jest opłacalne w przygotowaniu oraz nakreśli ramy ceny w jakiej powinno być ono serwowane.

Dostawca dalej mówi „Kiedy zamkniesz już listę dań pogrupuj je i zastanów się w jakiej formie chcesz prezentować menu swoim klientom. Możesz użyć różnych form graficznych, ale pamiętaj, że proste i czytelne rozwiązania są najlepsze w odbiorze”.  Warto się kierować tymi wytycznymi. Weź również pod uwagę kilka podstawowych zasad przy budowaniu karty menu:

  • umieścić nazwę i logo restauracji na okładce karty,
  • użyj czytelnych czcionek (font i rozmiar),
  • umieścić godziny oraz dni otwarcia restauracji,
  • zachowaj poprawność stylistyczną i ortograficzną,
  • podaj cenę każdego dania, warto również zamieścić minimalną gramaturę,
  • pamiętaj by w karcie zamieścić informacje o alergenach obecnych w serwowanych daniach.

Uwaga! Jeżeli Twój lokal znajduje się w miejscowości przygranicznej bądź turystycznej rozważ przygotowanie menu wraz z tłumaczeniem na języki obce.

Sondaż: W czasie pandemii tylko 4 na 10 wnioskujących o podwyżkę pracowników osiągnęło cel

W ostatnim roku niemal 3 na 4 ankietowanych nie zainicjowało rozmowy z pracodawcą o podwyżce. Natomiast na dyskusje o lepszych warunkach płacowych zdecydowały się głównie osoby w wieku 30-39 lat, z miesięcznymi dochodami rzędu 5000-6999 zł netto. Na 10 pracowników, którzy zrobili ten krok, prawie 4 uzyskało podwyżkę. Z kolei przeszło 82% respondentów przyznaje, że w tym okresie ich szefowie sami nie wyszli z propozycją podniesienia wynagrodzenia.

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego w drugiej połowie czerwca br. przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na próbie ponad 1100 dorosłych Polaków, w ciągu ostatnich 12 miesięcy 73,2% badanych nie podjęło z własnej inicjatywy rozmowy ze swoim pracodawcą o podwyżce. Z kolei tylko 21,4% zdecydowało się porozmawiać o lepszych warunkach finansowych.

– Trudno powiedzieć, na ile pandemia ma wpływ na ww. wyniki. W wybranych branżach, które były do tej pory objęte głębokim lockdownem, istnieje teraz raczej problem braku rąk do pracy niż niewystarczającej przestrzeni do rozmowy o podwyżkach wynagrodzeń. Ponadto płace w Polsce rosną mimo pandemii. Pracodawcy sami chętnie podnoszą pensje, bo o wykwalifikowanego pracownika jest coraz trudniej – komentuje Jakub Bińkowski, członek zarządu i dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Patrząc na wiek respondentów, o podwyżki starały się głównie osoby mające 30-39 lat – 34,6%. Natomiast na drugim końcu zestawieniu widzimy ankietowanych w wieku 60 i więcej lat – 5,3%.

– Trzydziestolatkowie to pracownicy, którzy wciąż zdobywają doświadczenie zawodowe i szybko nabywają nowe kompetencje. Ponadto nie osiągnęli jeszcze szczytowego poziomu swoich zarobków, dlatego decydują się na rozmowy o podwyżkach. Natomiast osoby po 60-tce są zazwyczaj blisko zakończenia pracy. Ich płace też mogą się zmieniać, ale efekty takiego cyklu kariery nie są już widoczne. Samo doświadczenie zawodowe nie jest premiowane podwyżkami – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Uwzględniając miesięczne dochody netto badanych, o podwyżki starały się przede wszystkim osoby uzyskujące 5000-6999 zł – 34,1%. Na kolejnym miejscu znaleźli się respondenci, którzy wskazali kwotę 7000-8999 zł – 33,9%.

– Ten rozkład sugeruje, że rozmowy o podwyżkach inicjowały z reguły osoby zarabiające nieco powyżej przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce. Być może wpływ na to ma pewne poczucie komfortu ekonomicznego i bezpieczeństwa na rynku pracy. Pracownicy lepiej wykwalifikowani w większości sektorów raczej nie mają problemu ze znalezieniem nowego miejsca zatrudnienia – zaznacza ekspert Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Osoby, które zainicjowały rozmowy o lepszych warunkach płacowych, podzieliły się też wiedzą o ich efektach. I tak 37,6% ankietowanych udało się załatwić podwyżkę. Natomiast 31,4% respondentów przyznaje, że w trakcie dyskusji nic nie ustalono. Z kolei w 21,2% przypadków szefostwo prosiło o odłożenie rozmowy na lepsze czasy.

– Widać zatem, że pracownicy niezbyt często inicjowali tego typu rozmowy. A jak już decydowali się na ten krok, to tylko część z nich uzyskała wyższe wynagrodzenia. Wiadomo, że pewne firmy dobrze radziły sobie w pandemii, bo wzrósł popyt na ich usługi. To oczywiście stwarzało dobre warunki do tego, żeby porozmawiać na temat podniesienia płac. Ci pracodawcy najczęściej nie sprzeciwiali się podwyżkom, zgadzali się na propozycje pracowników – zaznacza główny ekonomista FPP.

Jak stwierdza Jakub Bińkowski, wysoki odsetek rozmów o podwyżce zakończył się sukcesem zatrudnionych. Świadczy to o tym, że sytuacja na rynku pracy jest dla pracowników generalnie korzystna. Mamy bardzo niską stopę bezrobocia, spowodowaną m.in. malejącą liczbą osób w wieku produkcyjnym, co w dłuższej perspektywie oznacza spory problem demograficzny. Do tego dochodzą dynamicznie rosnące wynagrodzenia i warunki sprzyjające raczej rywalizacji o pracownika, szczególnie w niektórych sektorach.

– Tu jednak mówimy o ostatnich dwunastu miesiącach, a więc o czasie naznaczonym pandemią i dużą niepewnością. W takich warunkach pracownicy są nastawieni przede wszystkim na utrzymanie zatrudnienia. Natomiast sytuacja się poprawia. Ostatnie 2 miesiące to znoszenie obostrzeń i ożywienie gospodarki. Kolejny rok będzie wyglądał już inaczej. Firmy wchodzą w okres odrabiania strat, w wielu z nich skutki pandemii są już mniej odczuwalne – dodaje Łukasz Kozłowski.

Do tego 82,5% Polaków przyznaje, że ich szefostwo z własnej inicjatywy nie podjęło w ostatnim roku rozmowy o podwyżce. Z kolei 12,1% badanych doświadczyło takiej sytuacji, a 5,4% ankietowanych nie pamięta tego.

– Widać więc, że pracownicy i szefowie inicjowali temat podwyżek z różną częstotliwością. Podejrzewam, że w przypadku pracodawców były to głównie podmioty z branż, które nie odczuły zbyt mocno wpływu pandemii. Podnoszenie poziomu wynagrodzeń, wciąż na warunkach pandemicznych, mogło być po prostu warunkiem utrzymania personelu w firmie i zapewnienia odpowiedniego poziomu satysfakcji – podsumowuje główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

MIK: Sektor usług dogonił rozpędzony przemysł

Miesięczny Indeks Koniunktury wzrósł w lipcu o 4,2 pkt. do poziomu 107,0 pkt i osiągnął najlepszy wynik w 2021 r. Oznacza to poprawę koniunktury względem poprzedniego miesiąca oraz wskazuje na przewagę pozytywnych nastrojów przedsiębiorców nad negatywnymi. To drugi, od początku roku odczyt MIK powyżej poziom neutralnego. O wyższym wyniku MIK w siódmym odczycie w największym stopniu zadecydowała pozytywna zmiana w mocach produkcyjnych przedsiębiorstw (+8,9 pkt.), w zatrudnieniu (+5 pkt.), inwestycjach (+6,7 pkt.) oraz wyraźna poprawa koniunktury w usługach (+16,8 pkt.) – wynika z lipcowego notowania wskaźnika przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny we współpracy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego.

W lipcowym odczycie wszystkie komponenty MIK – poza inwestycjami – osiągnęły poziom powyżej odczytu neutralnego. Najwyższe wartości wskaźnika dotyczyły płynności finansowej (122,3), zatrudnienia (119,9), liczby nowych zamówień (110,1), wynagrodzeń (109,7), a także mocy produkcyjnych (109,1). Ten ostatni komponent wzrósł aż o 8,9 pkt. m/m. Jedynym komponentem pozostającym poniżej odczytu neutralnego – zarówno
w tym miesiącu, jak i w poprzednich – były inwestycje. Wartość wskaźnika dla inwestycji sukcesywnie wzrasta od maja, w odczycie lipcowym osiągnęła poziom 73,5 pkt., o 6,7 pkt więcej niż w czerwcu i aż o 24,4 pkt więcej niż w maju.

Miesięczny Indeks Koniunktury w lipcu

W lipcowym odczycie wszystkie komponenty MIK – poza inwestycjami – osiągnęły poziom powyżej odczytu neutralnego. Najwyższe wartości wskaźnika dotyczyły płynności finansowej (122,3), zatrudnienia (119,9), liczby nowych zamówień (110,1), wynagrodzeń (109,7), a także mocy produkcyjnych (109,1). Ten ostatni komponent wzrósł aż o 8,9 pkt. m/m. Jedynym komponentem pozostającym poniżej odczytu neutralnego – zarówno
w tym miesiącu, jak i w poprzednich – były inwestycje. Wartość wskaźnika dla inwestycji sukcesywnie wzrasta od maja, w odczycie lipcowym osiągnęła poziom 73,5 pkt., o 6,7 pkt więcej niż w czerwcu i aż o 24,4 pkt więcej niż w maju.

Większa sprzedaż i zamówienia zaowocowały wzrostem płynności finansowej przedsiębiorstw. Po wymuszonej w wielu firmach redukcji skali działalności, część podmiotów została zaskoczona wzrostem popytu i nie posiadała wystarczających mocy produkcyjnych do jego zaspokojenia. Wiąże się to z ciągle niską aktywnością inwestycyjną firm – MIK inwestycyjny od początku pomiarów pozostaje znacznie poniżej neutralnego. Jednakże ostatnie ożywienie w gospodarce zaowocowało również wzrostem inwestycji, co rodzi nadzieję na lepsze dostosowanie mocy produkcyjnych do rosnącego popytu. A ten popyt skutkował też w czerwcu zwiększonym zapotrzebowaniem na pracowników. MIK w obszarze zatrudnienia od początku pomiarów stale wzrastał i w tym miesiącu osiągnął rekordowe wartości. Jednocześnie wzrost zatrudnienia nie wiąże się z podwyżkami – według deklaracji firm wynagrodzenia pozostaną raczej na niezmienionym poziomie. – mówi Anna Szymańska, analityczka z zespołu foresightu gospodarczego Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Hossa w usługach

Od dwóch miesięcy przedstawiciele wszystkich badanych branż oceniają koniunkturę
w przeważającej mierze pozytywnie. Ale szczególny wzrost indeksu do poziomu 118,9 pkt. odnotowały w ostatnim pomiarze w firmy usługowe (+16,8 pkt. m/m), dla których obecnie poziom MIK jest najwyższy i zbliżony  do poziomu MIK w firmach produkcyjnych (118,1 pkt.). Wzrost wskaźnika odnotowały również firmy budowalne (+2,6 pkt.) oraz sektora TSL (+1,2 pkt.), natomiast spadek firmy handlowe (-2,4 pkt.).Miesięczny Indeks Koniunktury w lipcu 2021

Zatrudnienie, moce produkcyjne i inwestycje – czynniki poprawy koniunktury

W lipcowym badaniu pięciokrotnie więcej firm deklarowało zwiększenie niż zmniejszenie liczby pracowników. Zwiększenie zatrudnienia deklaruje 35 proc. dużych firm (wzrost o 9 pkt. proc. m/m)), 27 proc. średnich (wzrost o 7 pkt. m/m), a istotnie mniej małych firm (18 proc. wobec 12 proc. w czerwcu). Nie zmienił się w porównaniu
z wynikami poprzedniego badania, udział mikrofirm deklarujących zwiększenie zatrudnienia (14 proc.). Chęć zwiększenia liczby pracowników wskazują przede wszystkim firmy budowlane (28 proc.) i usługowe (26 proc.). Z kolei 17 proc. firm produkcyjnych
i  tylko 10 proc. firm handlowych planuje zwiększyć zatrudnienie, co może wynikać
z procesów automatyzacji i restrukturyzacji przedsiębiorstw.

Rośnie stopniowo udział przedsiębiorstw deklarujących poniesienie wydatków inwestycyjnych (39 proc. w maju, 43 proc. w czerwcu i 46 proc. w lipcu). W odczycie  lipcowym wyższe wydatki inwestycyjne niż w poprzednich trzech miesiącach, poniosło 22 proc., a niższe 5 proc. przedsiębiorstw.  Wydatki na inwestycje najczęściej deklarują duże firmy, których odsetek silnie wzrósł w porównaniu z badaniem czerwcowym (+ 13 pkt. proc.). Inwestowała też ponad połowa (54 proc.) firm produkcyjnych (+9 pkt. proc m/m)
i 49 proc. z sektora budownictwa (+7 pkt. proc. m/m). Poniesienie wydatków na inwestycje najrzadziej deklarują małe firmy (40 proc.) oraz firmy handlowe (38 proc.).

Firmy najczęściej wskazują na wystarczające moce produkcyjne (75 proc.), przy posiadanym portfelu zamówień i przewidywanych na najbliższy miesiąc zmianach popytu. W porównaniu z wynikami czerwcowego badania zwiększył się udział firm oceniających moce produkcyjne za zbyt małe (wzrost z 14 proc. do 16 proc.). Co piąta firma budowlana (15 proc. w badaniu czerwcowym) i 21 proc. firm innych usług (14 proc. w czerwcu) deklaruje posiadanie zbyt małych mocy produkcyjnych. Także w produkcji wzrósł (o 5 pkt. proc.) udział firm deklarujących zbyt małe moce produkcyjne, natomiast w handlu deklaracje takie sygnalizuje co dziesiąta firma (8 proc. w czerwcu).

1 na 10 firm ma duże trudności w dostępie do finansowania

W lipcu 2021 r. większość firm (69 proc.) nie zgłaszała zmiany utrudnień w dostępie do zewnętrznych źródeł finansowania w ostatnich trzech miesiącach. Na łatwiejszy dostęp wskazało 6 proc. firm. Natomiast na trudniejszy dostęp wskazywało 21 proc. badanych,
w tym na zdecydowanie trudniejszy 11 proc. badanych przedsiębiorstw. Szczególnie wysokim udziałem dostrzegających wzrost utrudnień wyróżniały się mikrofirmy (28 proc.) oraz małe przedsiębiorstwa (25 proc.). Na wzrost utrudnień najczęściej skarżył się co czwarty przedsiębiorca produkcyjny oraz z branży TSL i tylko 6 proc.  przedsiębiorstw handlowych.

Lipcowy wzrost wskaźnika MIK jest w pierwszej kolejności wynikiem dalszej odbudowy kondycji sektora usługowego po luzowaniu restrykcji epidemicznych. Ta gałąź gospodarki ma relatywnie najwięcej strat do odrobienia z okresu lockdownu. Wciąż dobrze prezentują się wyniki dla przemysłu i budownictwa, dla których utrzymany został trend poprawy koniunktury, choć w samym lipcu poprawa jest w znacznym stopniu pochodną czynników sezonowych. Oceny skali inwestycji są skorelowane z wielkością przedsiębiorstwa. Duże firmy wyraźnie zwiększyły nakłady na środki trwałe, natomiast w pozostałych grupach ożywienie w tym obszarze jest zdecydowanie słabsze. Z danymi o aktywności inwestycyjnej korespondują te dotyczące struktury finansowania, duże podmioty odznaczają się także wyższym popytem na kredyt. Natomiast w pozostałych grupach zainteresowanie finansowaniem zewnętrznym nie uległo istotnym zmianom. Towarzyszą temu relatywnie stabilne oceny dostępu do finansowania. Nie jawią się one jako bariery wzrostu inwestycji w grupie mniejszych podmiotów. W tym względzie może oddziaływać utrzymująca się wciąż niepewność dotycząca przebiegu pandemii COVID na jesieni bieżącego roku – podsumowuje Piotr Dmitrowski z departamentu badań i analiz Banku Gospodarstwa Krajowego.

***

Nota metodologiczna

Miesięczny Indeks Koniunktury (MIK) jest narzędziem badającym nastroje gospodarcze przedsiębiorstw w Polsce opracowanym przez Polski Instytut Ekonomiczny oraz Bank Gospodarstwa Krajowego. MIK powstaje co miesiąc na podstawie pomiarów dokonanych w siedmiu kluczowych obszarach działalności przedsiębiorstw: wartość sprzedaży, nowe zamówienia, zatrudnienie, wynagrodzenia, moce produkcyjne, wydatki inwestycyjne, sytuacja finansowa. Poziomy liczbowe MIK obliczamy na podstawie wyników badań ankietowych przeprowadzanych na reprezentatywnej próbie 500 przedsiębiorstw w czterech kategoriach wielkościowych i pięciu branżowych. Poziomy MIK przyjmują wartości z przedziału <0;200>, a punkt odniesienia wskaźnika stanowi odczyt 100, który jest poziomem neutralnym.

Byleby wróciła zmienność

Potrzeba, by ruszyć mocniej rynkami w którymkolwiek kierunku w końcu została zaspokojona, a emocje znalazły ujście w awersji do ryzyka pod pretekstem słabszych danych makro. Jednak zarówno w Europie (ZEW) jak i USA (ISM) mówimy o tym, że dane na moment przestały być super dobre, a są tylko bardzo dobre. Nie jest to powód, by rozkręcać szerszą panikę. W poszukiwaniu jakiegokolwiek impulsu dla dalszego kierunku, inwestorzy będą wyczekiwać protokołu z czerwcowego posiedzenia FOMC.

Wtorek kontrolę nad rynkami finansowymi przejęła awersja do ryzyka, która zepchnęła indeksy niżej, umocniła USD, posłała kapitał w kierunku obligacji skarbowych, a zabrała go od surowców i innych aktywów uważanych za ryzykowne. W tle nie cichną obawy o wpływ wariantu Delta aCOVID-19 na globalną gospodarkę. Mimo że są dowody wysokiej odporności na szczep wśród zaszczepionych, skuteczność szczepionek nie jest tak wysoka jak w przypadku innych typów wirusa. Przykre, że z tej części informacji stara się robić chwytliwe hasła medialne, zamiast skupić na ważniejszych faktach, jakimi jest niski odsetek konieczności hospitalizacji wśród zakażonych. Innym pretekstem do psucia nastrojów na rynkach są „potknięcia” we wskaźnikach koniunktury – niższe odczyty niemieckiego ZEW czy ISM z USA podsycają obawy, że globalne ożywienie osiąga swój szczyt. Wypychanie na pierwszy plan statystyk zakażonych wariantem Delta tylko napędza obawy o wzrost PKB na świecie. Z drugiej strony nierealnym jest, aby tempo ekspansji gospodarczej w nieskończoność pozostawało rekordowo wysokie i kiedyś musi nastać normalizacja, której nie powinno się demonizować. Nie zapominajmy, że PMI i ISM to wskaźniki porównujące sytuację względem poprzedniego miesiąca. Póki nie zobaczymy odczytów poniżej 50, dane dalej będą sugerować, że sektor się rozwija. Wczoraj ISM dla usług spadł „tylko” do 60,1.

Dziś kolejnego powodu, by uchronić rynki przed wakacyjnym marazmem, inwestorzy będą szukać w protokole z czerwcowego posiedzenia FOMC. W minutkach analizowane będzie, jak silne są jastrzębie głosy w komitecie. Interesujący jest pogląd na inflację i na ile członkowie Komitetu chcą przeciwdziałać ryzyku podwyższonych cen. Z drugiej strony czerwcowy raport NFP nie zaoferował pola manewru po stronie oceny szybkości poprawy sytuacji na rynku pracy i nie zmienił zbytnio oczekiwań co do terminu startu redukcji skupu aktywów. Stąd jakikolwiek apetyt na normalizację polityki mogli mieć jeszcze w połowie czerwca jastrzębi członkowie FOMC, w połączeniu z dziś dostępnymi danymi gospodarczymi znaczenie zapisów z posiedzenia mogło się zdeprecjonować.

Wtorkowy skok awersji do ryzyka na rynkach globalnych zatrzymał wcześniejszą aprecjację złotego. Mimo to EUR/PLN utrzymuje dotychczasowy zakres wahań i kurs pozostaje zakotwiczony przy 4,50. Nie sądzimy, aby w najbliższych dniach miałoby to ulec zmianie. Lokalnie rynek wyczekuje decyzji RPP (czwartek) i konferencji prezesa NBP (piątek).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Raport IDC i Liferay: 73% firm stawia na technologie zorientowane na klienta

Pomimo negatywnego wpływu pandemii Covid-19 na światową gospodarkę, rynek ubezpieczeń pozostał jednym z największych inwestorów w technologie optymalizacji procesów biznesowych. IDC szacuje, że wydatki na rozwiązania IT w tym sektorze będą rosły 6% w skali roku (CAGR1), w 2024 roku osiągając wartość 135 mld USD. Według raportu IDC i Liferay, w porównaniu z 2020 rokiem, aż 73% firm z branży usług finansowych planuje utrzymać lub zwiększyć wydatki na rozwiązania IT dedykowane obsłudze klienta.

Technologie, które będą napędzać ten wzrost, związane są z optymalizacją usług i zorientowaniem na klienta (customer centricity). Wśród wydatków na IT, w sektorze ubezpieczeń największy udział w rynku (37%) do 2024 roku osiągną rozwiązania ukierunkowane na doświadczenia klientów związane z korzystaniem z usług (customer experience), które wzrosną o 17,5% rok do roku (CAGR) i osiągając wartość 50 mld USD.

Inwestycje w ekosystemach IT pod kątem obsługi klienta planowane są na takich polach jak: systemy sztucznej inteligencji (wzrost o 22,2% do 2024 roku, CAGR), Internet Rzeczy (12,5%), usługi w chmurze (12,2%), Big Data i analityka (11,3%), social media (10,8%) i bezpieczeństwo operacyjne (10,7%).

Klient wymaga spersonalizowanych rozwiązań

Zaangażowanie klienta i sprawna obsługa to priorytety ubezpieczycieli na najbliższe lata. Zapewnienie swoim klientom spersonalizowanych rozwiązań i tym samym łatwości korzystania z usług jest koniecznością dla każdej firmy ubezpieczeniowej. Dla 60% z nich utrzymanie aktualnych klientów i pozyskiwanie nowych to absolutny priorytet.

Dzisiejszy rynek usług ubezpieczeniowych jest tak nasycony, że utrzymanie klienta stało się wyzwaniem. Aktualnie może on wybierać z ogromnej liczby ofert. Dlatego jednym z kluczowych czynników mających wpływ na jego zadowolenie i lojalność jest stworzenie rozwiązań, które ułatwią przejście całego procesu w prosty i szybki sposób niezależnie od lokalizacji. Mowa tu zarówno o samym procesie zakupu jak i wsparciu posprzedażowym. Sama sprzedaż usługi jest sukcesem, ale dopiero utrzymanie klienta daje pewność, że zaoferowane rozwiązania spełniły swoje zadanie, a proces cyfryzacji usług w organizacji zmierza we właściwym kierunku – komentuje wyniki raportu Zsolt Balogh, Dyrektor Zarządzający Liferay na Europę Środkową (CEE) i Prezydent Liferay DevSecOps.

Wraz z rozwojem technologii ewoluuje wiedza i oczekiwania konsumentów. Ich cyfrowe potrzeby i preferencje wymagają od firm poszukiwania nowych sposobów interakcji. Dzisiejsi klienci cenią niezależność i samoobsługę, wszędzie tam, gdzie jest to możliwe. Preferują zindywidualizowane rozwiązania zamiast klasycznej obsługi. Z raportu IDC wynika, że 55% firm ubezpieczeniowych posiada lub planuje stworzenie specjalnej, dedykowanej platformy obsługi, a 60% zamierza wdrożyć spersonalizowaną komunikację dla swoich klientów. Wynika to z faktu, że dla ubezpieczycieli kluczowe jest nawiązanie relacji z każdą osobą i dostosowanie komunikatów marketingowych do jej specyficznych potrzeb.

W stronę B2me

Rosnące wymagania technologiczne wobec przedstawicieli sektora ubezpieczeń wynikają z nowych, cyfrowych potrzeb klientów, którzy poszukują możliwości zakupu polis, ale też ich późniejszej obsługi w dowolnym czasie i miejscu. Większe zaawansowanie i zrozumienie procesów zakupowych odbiorców doprowadzi do ewolucji organizacji z B2C lub B2B do B2me.

To niezwykle ważne, aby to klient a nie produkt był w centrum zainteresowania firmy. Podmioty, które to rozumieją i połączą to z inwestycjami w dalszą digitalizację i personalizację swoich usług, odniosą największy sukces. Nie istnieje jeden skuteczny kanał dotarcia, ponieważ klienci mają swoje przyzwyczajenia. Kluczowe jest wyjście naprzeciw tym oczekiwaniom, umożliwienie korzystania z usług z dowolnego nośnika czy platformy. Rynek ubezpieczeń to specyficzna branża, gdzie czynnik zaufania jest priorytetem. Dlatego tak ważne w tym obszarze rynku jest podejście nastawione na klienta – podkreśla Zsolt Balogh.   

Współcześnie technologie i procesy wdrażane przez firmy są tak ściśle powiązane z ich klientami i rynkami, że granica pomiędzy wewnętrznymi aspektami przedsiębiorstwa a jego zewnętrznym ekosystemem zaciera się.

Trendy te zmieniają cały model biznesowy firm ubezpieczeniowych, które dzięki zaawanasowanej analizie danych w czasie rzeczywistym, mogą wybierać rozwiązania i tworzyć usługi o większej wartości dodanej. To ważne, szczególnie w postcovidowej rynkowej rzeczywistości, by tworzyć zintegrowane platformy dla wszystkich interesariuszy ekosystemu ubezpieczeniowego – klientów, pracowników, dystrybutorów, partnerów, agentów czy brokerów.

Pełna wersja raportu do pobrania w pdf:

https://www.liferay.com/web/l/how-to-accelerate-customer-experience-transformation-in-insurance

1 CAGR (Compound Annual Growth Rate) – skumulowany roczny wskaźnik wzrostu

Jak przedsiębiorcy w Polsce postrzegają usługi faktoringowe

Blisko czterech na dziesięciu prowadzących działalność gospodarczą w Polsce (38 proc.) dobrze ocenia faktoring, jako sposób na poprawę płynności finansowej. Rok temu było ich nieznacznie więcej (43 proc.). Pogorszenie oceny usług faktoringowych to jeden z negatywnych skutków kryzysu wywołanego pandemią koronawirusa. Wskaźnik nastawienia do faktoringu wśród obecnych i potencjalnych klientów wynosi 32,1 proc. czyli niemal tyle samo, co przed rokiem.

PZF przeprowadził czwartą falę badania postrzegania usług faktoringowych wśród polskich przedsiębiorców. Sondaż kolejny raz zrealizowała firma ARC Rynek i Opinia. Analizie poddane zostały zarówno deklaracje dotyczące warunków prowadzenia biznesu, jak i nastawienie do rozwiązań finansowych mających wpływ na rozwój firm. Celem badania jest poznanie opinii i oczekiwań dotyczących sytuacji, w jakiej funkcjonuje przedsiębiorczość w Polsce oraz świadczenie usług faktoringowych na tym tle. Badanie realizowane jest regularnie od 2018 roku. Dzięki cykliczności zapewniona została porównywalność wyników.

– Jako dostawcy usługi mającej na celu rozwiązywanie konkretnych problemów, z jakimi borykają się przedsiębiorcy, musimy w pierwszej kolejności rozpoznawać, na jakie bariery natrafia polski menedżer w codziennym prowadzeniu interesów. Dlatego zaczynamy badanie od diagnozy najbardziej dotkliwych barier w prowadzeniu biznesu – mówi Konrad Klimek, przewodniczący komitetu wykonawczego PZF.

W ostatnim roku przedsiębiorcy najczęściej narzekali na utrudnienia związane z pandemią: konieczność wstrzymania działalności, utrudnienia w kontaktach czy absencja personelu. Problemy te występowały już w poprzednim roku, ale nie postrzegano ich jako najbardziej dotkliwych. Za najbardziej dokuczliwe uważano wówczas spadki czy brak zamówień. Kolejnym problemem, jaki pojawił się ostatnim roku był brak wykwalifikowanego personelu.

Z barierami finansowymi, skutkującymi problemami z płynnością, zetknęła się blisko połowa pytanych w sondażu przedsiębiorców. Prawie 3/4 ankietowanych wspomina okres sprzed pandemii, jako wolny od tego typu trudności. Z kolei 1/3 zetknęła się z zatorami płatniczymi (rok temu było ich więcej: 4 na 10). Również brak płatności w terminie był mniej dokuczliwy w tym roku niż w poprzednim. Może to mieć związek z korzystanie z różnego rodzaju tarcz i pomocy państwa,

Jak co roku przedsiębiorcy i menedżerowie pytani byli o gotowość do zapłaty za wcześniejsze otrzymanie gotówki. Gdy w ubiegłym roku badano ten aspekt, pandemia była w swojej początkowej fazie. Rodziła już szereg obaw, ale nieznane były szersze szczegóły ewentualnych działań pomocowych ze strony państwa.

– Dlatego gotowość do zapłaty za szybkie otrzymanie płatności za dostarczone towary czy usługi, mogła być wyższa. Gdy w wielu branżach ruszył strumień pomocy finansowej, gotowość ta natychmiast spadła, co widzimy w tegorocznych wynikach – zauważa Konrad Klimek.

Przedsiębiorcy proszeni o ocenę faktoringu, jako sposobu na poprawę płynności finansowej, rzadziej niż przed rokiem wystawiali dobre oceny. Blisko czterech na dziesięciu z nich (38 proc.) dobrze oceniło tę usługę. Rok temu było ich o 5 punktów procentowych więcej (43 proc.). Z drugiej strony w takim samym stopniu zmalał odsetek krytyków. W poprzednim badaniu na jednego krytyka przypadało siedmiu zadowolonych z faktoringu. W tym roku na jednego krytyka przypada aż 13 usatysfakcjonowanych usługą. To zdecydowanie pozytywny sygnał.

Silny wpływ skutków pandemii dostrzec można, gdy przejrzy się czynniki wpływającym na wybór firmy faktoringowej. Cena usługi jak dotąd we wszystkich edycjach badania zawsze miała znaczenie decydujące. Podobnie jest w tym roku, ale liczba wskazań tego elementu znacznie spadła. Zjawisko to dotknęło pozostałe czynniki, choć w mniejszym stopniu.

– Może to oznaczać, że w okresie, gdy widmo utraty płynności zagląda zarządzającym w oczy, są oni bardziej skłonni zaakceptować pewien koszt lub zgodzić się na pewne niedogodności, jeśli mają uzyskać pomoc w postaci usługi oddalającej takie ryzyko ,czy w konsekwencji doprowadzić do utraty biznesu. Gdy mogli oni liczyć na pomoc państwa, skłonność ta maleje – tłumaczy Konrad Klimek.

Na potrzeby PZF skonstruowany specjalny wskaźnik postrzegania faktoringu wśród przedsiębiorców. To jeden z celów badania. Stanowi on swego rodzaju „soczewkę”, „pryzmat”, przez który można patrzeć na zmiany w percepcji usług wśród klientów. Na jego podstawie rynek może też wyciągać wnioski na przyszłość. Wskaźnik został opracowany na podstawie kluczowych pytań zawartych w badaniu: tego jak przedsiębiorcy oceniają swoją wiedzę nt. faktoringu, deklaracji dotyczących korzystania z naszych usług i polecania ich innym, a także oceny usług faktoringowych jako narzędzia poprawy płynności finansowej. Uzyskany w ten sposób wskaźnik pozwala śledzić, jak przedsiębiorcy w Polsce zmieniają swoje nastawienie do usług faktoringowych.

Obserwując wyniki wszystkich czterech dotychczasowych fal badania widać, że po początkowym silnym wzroście pomiędzy pierwszą a drugą falą badania, wskaźnik ustabilizował się na poziomie 1/3. Fakt, że w ostatnich dwóch latach minimalnie się obniżył nie powinien być dla nas żadnym powodem do niepokoju, bo okres ten był zdominowany przez skutki pandemii, lockdownu i wszelkiego typu uciążliwości związanych z zamrażaniem rynków: takich jak utrata możliwości prowadzenia działalności, spadki dochodów czy wprost: widmo bankructw.

– Powrót naszego biznesu na właściwe tory będzie jeszcze wymagał pracy. Szczególną rolę odegra edukacja osób prowadzących działalność gospodarczą i propagowanie idei rozważnego zarządzania płynnością. Nasze programy będziemy kierować zarówno aktywnych dziś przedsiębiorców i menedżerów, jak i przyszłych kadr biznesu. Kierunek ten jasno wynika z prowadzonych przez nas badań – podsumowuje Konrad Klimek.

Develia sprzedała 1062 lokale w pierwszej połowie 2021 r.

Develia sprzedała 1062 lokale w ciągu pierwszych 6 miesięcy 2021 r. na podstawie umów deweloperskich i przedwstępnych wobec 423 w analogicznym okresie ubiegłego roku, co oznacza wzrost o 151%. Spółka przekazała 757 lokali wobec 482 lokali w pierwszej połowie 2020 r., czyli o 57% więcej.

Według stanu na 30 czerwca br. Develia miała zawarte 172 umowy rezerwacyjne, które w najbliższym okresie, po podjęciu decyzji przez klientów, mogą przekształcić się w umowy deweloperskie.

W II kwartale 2021 r. spółka sprzedała 482 lokale. Najwięcej mieszkań znalazło nabywców w inwestycjach: Centralna Park, Słoneczne Miasteczko i Grzegórzecka 77 w Krakowie oraz Osiedle Latarników w Gdańsku. W okresie kwiecień-czerwiec br. Develia przekazała 364 lokale, w tym głównie na osiedlu Nowa Racławicka we Wrocławiu, Rokokowa w Warszawie i Bastion Wałowa w Gdańsku.

Popyt na mieszkania utrzymuje się na stabilnym, wysokim poziomie, a za nami kolejny udany kwartał. Skupiamy się na uzupełnieniu oferty i w ciągu ostatnich 3 miesięcy poszerzyliśmy ją o blisko 470 lokali. Obserwujemy duże zainteresowanie klientów projektami wieloetapowymi, dlatego w II kwartale wprowadziliśmy do sprzedaży następne etapy inwestycji w Gdańsku i Krakowie. W naszej gdańskiej ofercie pojawił się także nowy projekt – Szmaragdowy Park. W tym kwartale uzupełnimy ofertę o kolejne inwestycje – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii.

W II kwartale br. Develia wprowadziła do sprzedaży: I etap projektu Szmaragdowy Park (175 lokali) i III etap osiedla Przy Alejach (48 lokali) w Gdańsku oraz XIII etap Słonecznego Miasteczka (108 lokali) i III etap inwestycji Przy Mogilskiej (136 lokali) w Krakowie.

80 proc. inwestycji w kapitał ludzki w UE pochodzi z sektora publicznego

Tylko 20 proc. wszystkich inwestycji publicznych w krajach UE stanowią wydatki na infrastrukturę. Pozostałe 80 proc. można zaklasyfikować jako inwestycje w kapitał ludzki, czyli wydatki na zdrowie i edukację obywateli. Dla porównania, wśród inwestycji prywatnych tylko 12 proc. to strumień kierowany na rozwój kapitału ludzkiego. Roczne stopy zwrotu z inwestycji państwa w edukację i zdrowie obywateli potrafią przekraczać 10 proc. Okres wychodzenia z kryzysu to zatem dobry czas na zwiększenie wolumenu inwestycji publicznych i poszerzenie jej definicji – przekonują autorzy raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Czy państwo może być dobrym inwestorem?”.

Raport PIE dostarcza odpowiedzi na pytania, czy państwo może inwestować w sposób produktywny oraz w jakim obszarze powinny być skoncentrowane inwestycje publiczne. Przedstawia ewolucję myślenia o polityce fiskalnej, na której kształt wpłynęły wnioski
z błędów popełnionych podczas wychodzenia z kryzysu finansowego 2007-2009 i kryzys pandemiczny oraz przedstawia koncepcję włączenia inwestycji publicznych
w kapitał ludzki do oficjalnej definicji inwestycji publicznych, a także konsekwencje takiej korekty.

Restrykcyjna polityka nie powinna być stosowana w trakcie wychodzenia z kryzysów. Według szacunków Komisji Europejskiej, odsetki od zaciągniętego przez poszczególne państwa długu publicznego wyniosą w 2022 r. 1,2 proc. w relacji do PKB i będą o 0,3 punktu procentowego niższe niż przed kryzysem pandemicznym, pomimo znaczącego wzrostu długów publicznych w poszczególnych krajach. To dobry czas na planowanie inwestycji publicznych, przede wszystkim w kapitał ludzki, gdyż to stymuluje wzrost, przekładając się na wyższe PKB, płace oraz wpływy podatkowe w przyszłości. Proponujemy poszerzenie definicji inwestycji publicznych. W nowym ujęciu zawierałaby ona nie tylko tradycyjnie rozumiane inwestycje w kapitał fizyczny – np. budynki i drogi, ale także te
w kapitał ludzki, czyli edukację i zdrowie obywateli
– mówi Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Stare dogmaty już nie obowiązują – pora to wykorzystać

Ekspansywna polityka fiskalna będzie możliwa tak długo, jak długo stopy procentowe pozostaną na obecnym, niskim poziomie. Próby oszacowania naturalnej stopy procentowej, czyli takiej która stabilizuje gospodarkę, pokazały że jej wysokość w skali globalnej systematycznie spada. Co szczególnie istotne, nie jest to chwilowy trend związany z pandemią albo będący skutkiem kryzysu finansowego sprzed dekady, a raczej zjawisko o charakterze stałym – naturalna stopa procentowa w rozwiniętych gospodarkach spadła między 1998 a 2016 r. z 2,5 proc. do 0,5 proc.

Trwały spadek stóp procentowych stwarza okazję do uruchomienia nowych i poprawy jakości istniejących inwestycji publicznych. Badania naukowe pokazują, że w długim okresie do najbardziej produktywnych inwestycji państwa należą wydatki związane
z rozwojem dzieci i młodzieży, a więc inwestycje w żłobki, przedszkola oraz edukację publiczną. Trzeba odnotować, że o ile w przypadku dzieci pochodzących z zamożniejszych rodzin korzyści z edukacji przedszkolnej nie zawsze przewyższają jej koszty, to
w przypadku dzieci z rodzin mniej zamożnych te korzyści mierzone są dwucyfrowymi stopami zwrotu.

Kolejnym obszarem, w którym inwestycje publiczne okazują się być ponadprzeciętnie efektywne, jest ochrona zdrowia. Wynika to z faktu, iż wydatki na ochronę zdrowia przyczyniają się do zwiększenia produktywności pracowników, zmniejszenia liczby zwolnień lekarskich oraz wydłużenia okresu wykonywania pracy zawodowej przez obywateli. Z kolei odpowiednio sfinansowana opieka profilaktyczna zmniejsza koszty leczenia w przyszłości, czego przykładem mogą być obowiązkowe szczepienia czy programy przeciwdziałające otyłości wśród uczniów.

Warto zauważyć, że cięcia wydatków publicznych są często błędnie postrzegane jako forma restrykcyjnej, ale koniecznej polityki budżetowej. Tymczasem, w długiej perspektywie taka polityka może prowadzić do znaczącego zwiększenia społecznych
i ekonomicznych kosztów, znacznie przewyższających potencjalne oszczędności.

Im mniej inwestycji w kapitał ludzki, tym gorsze perspektywy rozwojowe

Brak uwzględnienia inwestycji w kapitał ludzki w większości statystyk skutkuje błędnym obrazem sektora publicznego jako nieefektywnego i hamującego rozwój społeczno-gospodarczy. O ile jednak większość inwestycji w kapitał fizyczny (maszyny, budynki, infrastrukturę) pochodzi z sektora prywatnego, to w przypadku inwestycji w kapitał ludzki, zdecydowaną ich większość stanowią wydatki sektora publicznego. W krajach UE, inwestycje w kapitał fizyczny stanowią 20,5 proc. w relacji do PKB, z czego aż 86 proc. pochodzi z sektora prywatnego. Z kolei jeżeli chodzi o inwestycje w kapitał ludzki, to wynoszą one 11,2 proc. PKB, z czego aż 80 proc. pochodzi z sektora publicznego.

75 proc. inwestycji publicznych w krajach UE jest skierowanych na rozwój kapitału ludzkiego. Proporcje tych wydatków różnią się jednak między krajami, mieszcząc się
w przedziale od 50 do 90 proc. Tak duża rozbieżność wynika głównie z różnic między krajami Europy Środkowo-Wschodniej i Południowej a pozostałymi państwami członkowskimi. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej oraz Południowej inwestują bowiem w kapitał ludzki średnio 6,4 proc. PKB, podczas gdy pozostałe państwa członkowskie aż 8,7 proc. PKB. Skutkiem może być osłabienie długofalowego potencjału rozwojowego tych państw. Warto zaznaczyć, że ograniczenie inwestycji publicznych
w krajach Europy Południowej było konsekwencją realizacji paradygmatu restrykcyjnej polityki gospodarczej prowadzonej po kryzysie finansowym z końca pierwszej dekady XXI w.inwestycje w kapitał ludzki

Columbus rezygnuje z przejęcia Archetonu

Columbus zdecydował się odstąpić od umowy ze spółką Archeton, działającą na rynku gotowych projektów domów. Nadal jednak planuje inwestować w ten obszar.

W połowie marca br. Zarząd Columbus Energy S.A. podpisał porozumienie, na podstawie którego Spółka planowała przejąć biznes gotowych projektów domów od Archeton Sp. z o.o. W ramach potencjalnej współpracy przewidywano stworzenie spółki joint venture, w ramach której Archeton zobowiązał się wnieść aktywa związane z bieżącą działalnością, a Columbus miał finansować projekty i prowadzić prace związane z rozwojem oraz promocją biznesu. Po przeprowadzeniu analizy due diligence, Zarząd Columbus zdecydował się odstąpić od podpisania umowy.

– W wyniku analizy due diligence okazało się, że inwestycja w spółkę Archeton jest obarczona sporym ryzykiem biznesowym. Nasza decyzja jest wynikiem wielomiesięcznego procesu weryfikacji działalności Archetonu. To świetna marka i porządni ludzie, jednak nowoczesny biznes, jaki tworzymy w Columbusie ma wyjątkowe oczekiwania, które nie każdy może spełnić. Po analizie całego rynku gotowych projektów domów oraz due diligence Archeton zdecydowaliśmy, że sami zrobimy ten biznes od podstaw – gdzie DNA Columbusa będzie na pierwszym miejscu – wyjaśnia Dawid Zieliński, Prezes Columbus Energy S.A.

Shoper sukces IPO – komentarz eksperta

W ofercie publicznej spółki Shoper inwestorzy indywidualni złożyli ok. 2,7 tys. zapisów na ok. 8,3 mln akcji w wyniku czego średnia stopa redukcji wyniosła ok. 92,5%. Spółka sprzedała wszystkie oferowane akcje przy maksymalnej cenie. Wartość całej oferty wyniosła ok. 363 mln zł. Wkrótce debiut spółki na GPW.

To ważne wydarzenie dla polskiego e-handlu. Poniżej komentuje je ekspert Unity Group

Oferta publiczna Shopera – popyt w transzy inwestorów indywidualnych przekroczył podaż

Duże zainteresowanie akcjami Shopera nie dziwi – firmy rozwijające usługi dla środowiska e‑commerce rosną na fali coraz większej popularności zakupów internetowych, a udział w ofercie publicznej takiej platformy pozwala uczestniczyć w tym wzroście. Wiele firm wchodząc w e-commerce adaptuje innowację na zasadzie naśladowcy i to właśnie dla nich model SaaS jest wymarzonym rozwiązaniem. Obserwując ostatnie półtora roku, wiemy, że pewna jest tylko zmiana, dlatego spółki doskonalące rozwiązania chmurowe coraz odważniej inwestują w swoje technologie, zbierając równolegle dodatkowe środki konieczne do dalszych postępów nad platformami. Wybierają jednak różne modele finansowania. Shoper zdecydował się na ofertę publiczną, ONE B2B pozyskał kilka milionów złotych od inwestorów prywatnych, a CStore zbiera środki w modelu crowdfunding. 

Nie ulega wątpliwości, że spółki działające w szeroko pojętym e-commerce zbroją się. Na przykład kapitał własny spółki ONE Company (właściciela platformy ONE) to aktualnie ponad 6 mln zł (gromadzone poprzez wpłaty od inwestorów od roku 2018 roku), a po uwzględnieniu obecnie realizowanej transzy inwestycyjnej na 3,7 mln zł, wyniesie na koniec roku już 10 mln zł. Środki te prawie w całości są przeznaczone na rozwój platformy. W sukces firmy uwierzyło już kilka podmiotów – inwestorzy to 6 firm, których połączyła wiara w sukces rozwiązania All in ONE czyli sprzedaży klasycznej połączonej z eCommerce B2B (gotowymi i funkcjonalnymi rozwiązaniami możliwymi do wdrożenia od zaraz) oraz eCommerce B2C (jako generator leadów dla platformy B2B, sposób na ściąganie ruchu na produkty). Dzięki finansowaniu powstał zupełnie nowy rodzaj systemu SaaS – OmniChannelPlatform (OCP), z którego korzysta m.in.  euroterm24.pl czy węgierska https://daniella.hu/. Unity Group podjęła decyzję o tej inwestycji, wierząc że rynek sprzedaży B2B będzie się masowo transformował i będzie potrzebował szybko wdrażanego i kompletnego rozwiązania całościowej sprzedaży – mówi Grzegorz Rudno-Rudziński, Managing Partner w Unity Group.

Dzień wolny na rynkach

Dzień Niepodległości w USA spowodował, że poniedziałek nie był pasjonującym dniem na rynku. Wielu inwestorów czekało na dane z indeksów koniunktury w USA oraz powrót tamtejszych inwestorów.

Spokój na rynku

Poniedziałek był dniem wolnym w USA. Tego dnia obchodzono dzień wolny z powodu przypadającego dzień wcześniej Dnia Niepodległości. Brak inwestorów zza oceanu spowodował, że na rynkach walutowych nie działo się zbyt wiele. Dobitnie było to widać na głównej parze walutowej, gdzie zmienność była najniższa od 15 lutego. Dodatkowym powodem oprócz dnia wolnego był jeszcze niemal pusty kalendarz danych makroekonomicznych.

Złotówka znów zyskuje

Polska waluta po raz kolejny udowadnia, że nic jej tak nie sprzyja, jak chwila uspokojenia na rynkach. Ostatnie dni pozwoliły dalej się złotówce umacniać i dzisiaj oglądamy próbę zejścia poniżej poziomu 4,50 zł za jedno euro. Dolar kosztuje około 3,80 zł, frank stabilizuje się na 4,11 zł, funt z kolei kosztuje 5,26 zł.

Zamówienia w Niemczech

Po bardzo spokojnym dniu dzisiaj pierwszy ważny odczyt zobaczyliśmy już o godzinie 8:00 rano. Zamówienia z niemieckiego przemysłu wbrew oczekiwaniom nie rosną. W ujęciu miesięcznym mamy spadek o 3,7% wobec oczekiwanego wzrostu o 1,3%. Dane roczne są mniej istotne, gdyż odwołują się do momentu najsilniejszego lockdownu i pokazują wartości ponad 50%. Po tych danych rynki pomimo tego, że od rano euro wyraźnie zyskiwało, szybko doszły do wniosku, że to czas na wyprzedaż. W ciągu kilku godzin dolar odrobił pół centa względem euro, zbliżając się bardzo blisko trzymiesięcznych maksimów względem europejskiej waluty.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na indeksy koniunktury w USA publikowane o godzinie 15:45 i 16:00.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wyniki kolejnego badania Ekonomicznych Losów Absolwentów polskich uczelni

  • 5 lipca Ministerstwo Edukacji i Nauki (MEiN) ogłosiło wyniki matur. Dzisiaj natomiast – na zlecenie MEiN – Ośrodek Przetwarzania Informacji – Państwowy Instytut Badawczy (OPI PIB) uruchomił kolejną edycję ogólnopolskiego systemu monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA). Nowe dane potwierdzają, że opłaca się studiować.
  • Niezależnie od daty ukończenia studiów, zarobki absolwentów w kolejnych latach po dyplomie rosną – i, co więcej – ich wzrost jest szybszy, niż średni wzrost płac w ich miejscach zamieszkania.
  • Dane opublikowane w 6. edycji systemu ELA pokazują również, że niestety pandemia COVID-19 utrudniła absolwentom wejście na rynek pracy. Skutki te odczuli przede wszystkim absolwenci studiów I stopnia z 2019 r. Borykali się oni z większym ryzykiem bezrobocia, a także zarabiali relatywnie mniej niż ich starsi koledzy. Na szczęście sytuacja ta już wraca do normy.
  • Z najnowszych danych systemu ELA po raz kolejny także bardzo wyraźnie widać, że absolwenci studiów informatycznych najlepiej sobie radzą na rynku pracy. Mają najwyższe zarobki i niskie ryzyko bezrobocia. Dane systemu ELA pokazują jednak, że są różnice pomiędzy absolwentami tego kierunku. Studia na uczelniach technicznych dają większą szansę na wyższe wynagrodzenie niż studia, które nie kończą się uzyskaniem tytułu magistra inżyniera.

Cieszę się, że dane z najnowszej edycji systemu ELA potwierdzają to, co już od dawna wiemy. Po prostu opłaca się studiować! Mam nadzieję, że tegoroczni maturzyści, którzy wczoraj poznali wyniki swoich egzaminów dojrzałości, doskonale zdają sobie z tego sprawę. Wybierając kierunek studiów, przede wszystkim należy kierować się własnymi zainteresowaniami. Pasja i zaangażowanie zawsze ułatwiają naukę, a później również wykonywanie swoich obowiązków służbowych – mówi Przemysław Czarnek, Minister Edukacji i Nauki. – Jeżeli ktoś jeszcze nie wie, jaki kierunek studiów lub uczelnię wybrać, pomóc może mu system ELA. Maturzyści, i nie tylko, szybko znajdą tutaj informacje, na jakie zarobki mogą liczyć po ukończeniu określonych studiów. Dowiedzą się, jak szybko znajdą pracę po określonym kierunku oraz uzyskają informację, jaki procent absolwentów danej uczelni dostaje od razu umowę o pracę. Dane te są wiarygodne i z pewnością pomogą podjąć maturzystom właściwą decyzję – dodaje szef MEiN.

ELA – jeden z najlepszych systemów w UE

Ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA) bada aktywność zawodową absolwentów przez pięć lat od ukończenia przez nich studiów. W ubiegłym roku po raz pierwszy można było objąć monitoringiem pełnych pięć lat po dyplomie – dotyczyło to absolwentów z rocznika 2014. W tym roku do tego grona dołączyli również absolwenci z rocznika 2015. Oznacza to, że po raz pierwszy mamy możliwość porównania sytuacji absolwentów z różnych roczników przez cały pięcioletni okres objęty monitoringiem.

Co roku dodajemy do ELA nowe funkcje. Nasz system uważany jest za jeden z najlepszych w Unii Europejskiej. Do tej pory ogólnopolski system monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych opisywał kariery zawodowe osobno dla poszczególnych roczników absolwentów. Od najnowszej, szóstej edycji ELA, eksperci Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB) wprowadzili rozwiązania, które umożliwiają także łatwe i szybkie porównywanie sytuacji absolwentów z różnych roczników, na tych samych etapach kariery zawodowej. Nowa funkcja dostępna jest dla wszystkich od 6 lipca 2021 r. – mówi dr inż. Jarosław Protasiewicz, dyrektor Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB). Nowe rozwiązania umożliwią poznanie trendów w funkcjonowaniu kolejnych roczników absolwentów na rynku pracy, w tym np. ustalenie zmiany ich sytuacji zaraz po ukończeniu studiów – w momencie „wejścia” na rynek pracy. Pozwala ona także na zilustrowanie pozycji „przeciętnego” absolwenta na rynku pracy – dodaje dyrektor OPI PIB.

Zarobki absolwentów rosną

Dane systemu ELA pokazują, że niezależnie od roku ukończenia studiów, zarobki absolwentów w kolejnych latach po dyplomie rosną i, co więcej, ich wzrost jest szybszy niż wzrost płac w ich miejscach zamieszkania.

Dla każdego roku po ukończeniu studiów można mówić o charakterystycznych wartościach Względnego Wskaźnika Zarobków w tym okresie, bardzo podobnych dla różnych roczników absolwentów. Przykładowo, przeciętny absolwent jednolitych studiów magisterskich w pierwszym roku po dyplomie zarabia między 0,6 a 0,65 lokalnych średnich zarobków, zaś w drugim roku – między 0,7 a 0,8 średniej lokalnej, aby w piątym roku osiągnąć wartość 1,06 średnich zarobków w swoim miejscu zamieszkania. Nieznaczna tendencja wzrostowa Względnego Wskaźnika Zarobków dla kolejnych roczników da się częściowo wyjaśnić poprzez rosnący udział absolwentów zdobywających doświadczenie na rynku pracy jeszcze przed ukończeniem studiów. Zgodnie z wcześniejszymi analizami dostępnymi w ramach systemu ELA, osoby posiadające takie doświadczenie osiągają wyższe zarobki niż pozostali – mówi dr hab. Mikołaj Jasiński, ekspert Ośrodka Przetwarzania Informacji – Państwowego Instytutu Badawczego (OPI PIB).

Wzrosło ryzyko bezrobocia absolwentów w okresie pandemii COVID-19

Przestój zatrudnienia, a także zamknięcie części branż będące rezultatem wprowadzanych ograniczeń skutkowały trudniejszymi warunkami wejścia na rynek pracy. Absolwenci studiów I i II stopnia z 2019 r. cechowali się większym ryzykiem bezrobocia niż ich starsi koledzy. Zauważono, że Względny Wskaźnik Bezrobocia zaczyna rosnąć od maja 2020 r. i pozostaje wyższy od obserwowanego dla starszych roczników w analogicznym okresie (w kolejnych miesiącach roku kalendarzowego po roku zdobycia tytułu zawodowego). Odmiennie kształtuje się natomiast sytuacja absolwentów studiów jednolitych. O ile w lipcu i sierpniu 2020 r. ryzyko bezrobocia nieznacznie wzrosło, to w listopadzie i grudniu ubiegłego roku – było niższe niż w przypadku wcześniejszych roczników w analogicznych okresach. Wynika to z odmiennej sytuacji lekarzy, którzy po uzyskaniu dyplomu zostali skierowani do pracy przy zwalczaniu epidemii na podstawie decyzji wojewodów lub Ministra Zdrowia. Takie skierowanie mogły dostać również osoby, które nie zdały egzaminu zawodowego i były uznawane za lekarzy odbywających staż podyplomowy na podstawie tymczasowego prawa do wykonywania zawodu.

Różne losy ekonomiczne absolwentów widoczne są także w kształtowaniu Względnych Wskaźników Zarobków. W ciągu pierwszych kilku miesięcy 2020 r. absolwenci z 2019 r. osiągali zarobki zbliżone do osób, które ukończyły studia w poprzednich latach. Jednak po wybuchu pandemii ich relatywne zarobki zaczęły maleć. Ten spadek jest najwyższy dla absolwentów studiów pierwszego stopnia. W najmniejszym zakresie zmiany zarobków odnotowali absolwenci jednolitych studiów magisterskich, w tym przede wszystkim lekarze. Można to przypisać specjalnym warunkom zatrudnienia medyków, w tym otrzymywaniu przez nich dodatku covidowego.

Informatycy wciąż zarabiają najlepiej

W każdej edycji ELA bardzo wyraźnie widać, że absolwenci studiów informatycznych najlepiej sobie radzą na rynku pracy. Mają najwyższe zarobki i niskie ryzyko bezrobocia. Dane systemu ELA pokazują jednak, że są różnice pomiędzy absolwentami tego kierunku, zarówno jeżeli popatrzymy na osiągane zarobki, jak i uwzględniając ryzyko bezrobocia. Średnie zarobki absolwentów informatyki po uzyskaniu dyplomów są wyższe wśród osób mających doświadczenie na rynku pracy, a także wśród tych, którzy ukończyli studia w dziedzinie nauk technicznych. W przypadku kolejnych roczników absolwentów nominalne zarobki rosną, ale w porównaniu do średniego wynagrodzenia widać bardzo stabilną sytuację. Przykładowo, absolwent informatyki z doświadczeniem zawodowym zarabia przeciętnie około 1,5-krotności przeciętnego wynagrodzenia w swoim miejscu zamieszkania, a wskaźnik ten jest jeszcze nieco wyższy dla informatyków z tytułem magistra inżyniera.

Już jesienią w ELA całkiem nowe dane

System ELA bardzo dynamicznie się rozwija. Już jesienią tego roku każdy będzie mógł sprawdzić, jakie są zawodowe i naukowe losy doktorantów i osób z tytułem doktora. Będzie to zupełnie nowa funkcja. Każdy będzie mógł uzyskać dane, z których m.in. wynika, że najczęściej wyboru ścieżki naukowej dokonują absolwenci kierunków ścisłych i przyrodniczych, a najrzadziej – absolwenci kierunków z dziedziny nauk społecznych. Już teraz możemy zdradzić, że w ciągu ostatnich 5 lat, kierunki, po których najczęściej absolwenci mają aspiracje naukowe to: fizyka, biologia molekularna, inżynieria nanostruktur, zastosowanie fizyki w biologii i medycynie, fizyka techniczna, filozofia, a także prawo kanoniczne.

Nokia dołączyła do Związku Cyfrowa Polska

Nokia Solutions and Networks – czołowy dostawca infrastruktury i usług dla operatorów komórkowych – została członkiem Związku Cyfrowa Polska. – Liczymy, że zwłaszcza w perspektywie budowy sieci 5G będziemy wspólnie realizować wiele interesujących inicjatyw – mówi prezes Cyfrowej Polski Michał Kanownik.

Jak podkreśla, Nokia wzbogaci Związek swoim doświadczeniem m.in. w takich tematach, jak tworzenie infrastruktury sieci piątej generacji czy aplikacji oraz  Internetu Rzeczy. – Nokia to globalny dostawca z dużym doświadczeniem, dlatego cieszę się, że zasili ona nasze szeregi – dodaje Michał Kanownik.

­– Rynek ICT należy do najbardziej dynamicznie rozwijających się i jestem przekonany, że nasza współpraca przełoży się na realizację istotnych projektów nie tylko dla tego sektora, ale także całej gospodarki. Polski oddział to jedno z największych centrów R&D Nokii na świecie, skupiający się przede wszystkim na istotnych dla rozwoju kraju technologii takich jak 5G i Internet Rzeczy (IoT)  – mówi Piotr Kaczmarek, Prezes Zarządu Nokia w Polsce.

Nokia to globalny lider, oferujący technologie łączące miliardy ludzi i urządzeń na całym świecie. Firma, wspierana innowacjami opracowywanymi przez ośrodki badawczo-rozwojowe m.in. we Wrocławiu, Krakowie oraz Bydgoszczy, jest wiodącym dostawcą rozwiązań, które są fundamentem współczesnego, połączonego świata. W Polsce Nokia zatrudnia ponad 6500 specjalistów.

Od 2011 roku liczba osób bez minimalnej emerytury wzrosła 15-krotnie

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wskazuje, że z najnowszych danych ZUS na temat struktury wysokości emerytur po waloryzacji przeprowadzonej w marcu 2021 r. wynika, że aż 365 tys. osób pobierało świadczenie emerytalne w kwocie niższej niż obowiązująca emerytura minimalna (1250,88 zł brutto). Osoby te stanowią 6,1% ogółu emerytów w Polsce. Dla porównania, w marcu 2020 r. emeryturę poniżej minimum otrzymywało 333 tys. osób, co oznacza wzrost w ciągu roku o 32 tys. Natomiast jeszcze 10 lat temu problem emerytur niższych minimalne dotyczył zaledwie 24 tys. osób. Od roku 2011 liczba emerytów pozbawionych ustawowo zagwarantowanej kwoty świadczenia zwiększyła się aż 15-krotnie. W stosunku do roku 2015 jest to wzrost ponad 3-krotny.

Emerytury poniżej minimum otrzymują osoby, które nie wypracowały wystarczającego kapitału, a jednocześnie ich staż składkowy jest krótszy niż 20 lat w przypadku kobiet, lub 25 lat w przypadku mężczyzn. W takiej sytuacji znajdują się osoby, które przez większość swojego życia były bierne zawodowo lub pracowały w szarej strefie – ale problem nie ogranicza się tylko do tych dwóch grup.

Zapowiedzi przedstawione w ramach Polskiego Ładu zakładają realizację jednego z rozwiązań proponowanych przez FPP, czyli objęcia umów zleceniem takimi samymi zasadami podlegania ubezpieczeniu społecznemu, jak w przypadku umów o pracę. Taka zmiana przyczyniłaby się do wyrównania warunków konkurencyjnych na rynku oraz zwiększyłaby pewność prawa dla przedsiębiorców. Oczekujemy szybkiego skierowania projektu tych przepisów do konsultacji społecznych, aby zachowany został odpowiedni okres vacatio legis niezbędny do sprawnego wdrożenia ustawy zarówno po stronie ZUS, jak i przedsiębiorców.

„Wzrost liczby osób pozbawionych prawa do minimalnej emerytury jest również pokłosiem nadużywania nieoskładkowanych umów zlecenia. Przez wiele lat ten trend był napędzany przez system zamówień publicznych – w ramach którego zamawiający oczekiwali maksymalnego obniżenia ceny za nabywane usługi, wymuszając oszczędności także na składkach na ubezpieczenia społeczne zatrudnianych przez wykonawcę osób. Stąd właśnie wzięła się popularność stosowania zbiegów tytułów do ubezpieczenia, za sprawą których możliwe było płacenie składek tylko od pierwszej umowy. Do 2016 r. nie obowiązywał nawet jakikolwiek dolny pułap wartości pierwszej umowy, która zwalniałaby z opłacania składek od kolejnych umów” – podkreśla Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, wiceprezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej CALPE.

Federacja Przedsiębiorców Polskich od wielu lat wskazywała na potrzebę systemowej reformy ubezpieczeń społecznych, przedstawiając konkretne propozycje legislacyjne w tym zakresie. Ich celem jest uporządkowanie kwestii zbiegów tytułów, dzięki czemu można byłoby zapobiec dalszemu narastaniu problemu rosnącej liczby emerytów wykluczonych z prawa do gwarantowanego świadczenia. FPP w 2018 r. zawarło również porozumienie w tej sprawie z NSZZ Solidarność – na mocy którego obie organizacje zabiegają o uporządkowanie systemu na przyszłość oraz restytucję adresowaną do ubezpieczonych i pracodawców, która naprawiałaby skutki szkód dotychczas wyrządzonych przez wadliwe przepisy.

Studia z elektromobilności

Współpraca przy kierunku studiów Elektromobilność, w tym udział ekspertów Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych w zajęciach, a także prowadzenie wspólnych programów, projektów, prac naukowych, badawczych, rozwojowych i wdrożeniowych, zakłada porozumienie o współpracy podpisane przez Wydział Elektryczny Politechniki Wrocławskiej i PSPA.

W związku z uruchomieniem na Wydziale Elektrycznym Politechniki Wrocławskiej nowego kierunku studiów – Elektromobilnść, Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych (PSPA) potwierdziło gotowość współpracy i patronatu nad nowym kierunkiem. Uzgodniono m.in. udział ekspertów PSPA i praktyków rynku pojazdów elektrycznych w prowadzonych zajęciach we wcześniej uzgodnionym zakresie i charakterze, a także umożliwienie objęcia branżowym programem stypendialnym wyróżniających się studentów, a także podejmowanie działań związanych z pozyskiwaniem przez PSPA absolwentów na staże i stałe zatrudnienie.

Porozumienie zakłada także prowadzenie i realizowanie wspólnych programów, projektów, prac naukowych, badawczych, rozwojowych i wdrożeniowych o charakterze europejskim i krajowym, w tym działania w zakresie wspólnego pozyskiwania środków finansowych na realizację tych przedsięwzięć.

Elektryfikacja sektora transportu niesie ze sobą możliwość wzrostu innowacyjności gospodarki i podniesienie kompetencji polskich przedsiębiorstw. Wykorzystanie tej historycznej szansy wymaga udziału wszechstronnie wykształconych specjalistów. Optymalne przygotowanie kadr, które będę kreowały polski rynek zeroemisyjnego transportu to naczelny cel porozumienia, które PSPA zawarło Politechniką Wrocławską. Ścisła współpraca branży ze światem nauki to klucz do rozwoju sektora mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

Uruchomienie nowego kierunku studiów Elektromobilność na Wydziale Elektrycznym Politechniki Wrocławskiej to odpowiedź na zapotrzebowanie rozwijającego się rynku pracy w obszarze technologii napędów i pojazdów elektrycznych, a także wyraźne wskazanie kandydatów na studia, którzy chcieliby się kształcić w tej tematyce. Wydział posiada wysoko specjalizowaną kadrę oraz odpowiednio wyposażone laboratoria, które umożliwiają zaoferowanie i prowadzenie takich studiów od 1 października 2021 r. Pomocą w prowadzeniu studiów oraz organizacji praktyk zawodowych dla studentów jest szeroka współpraca Wydziału z firmami działającymi w obszarze elektromobilności  – mówi prof. Waldemar Rebizant, Dziekan Wydziału Elektrycznego.

W porozumieniu zawarto także włączenie Uczelni w projekty badawcze i pilotażowe realizowane przez PSPA z podmiotami rynkowymi, w tym umożliwienie pracownikom Wydziału oraz studentom dostępu do danych, analiz i raportów będących w posiadaniu organizacji i jej firm członkowskich. Ponadto zagwarantowano udział w szkoleniach, kursach specjalistycznych i innych programach edukacyjnych pracownikom Uczelni, a także organizowanie wspólnych seminariów, sympozjów, szkoleń i konferencji naukowo-technicznych oraz wykładów autorskich. Strony będą także wspólnie zdobywać środki finansowe na realizację przedsięwzięć naukowych i tworzenie wspólnych zespołów badawczych podczas aplikowania o projekty innowacyjne, skutkujące transferem wspólnych rozwiązań do gospodarki.

Umowę o współpracy podpisali 17 czerwca 2021 r. we Wrocławiu – prof. dr hab. inż. Waldemar Rebizant, Dziekan Wydziału Elektrycznego oraz Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA).

Jastrzębie sygnały z Antypodów napędzają rajd walut ryzykownych

Dolar dalej oddaje wcześniejsze wzrosty, które ostatecznie nie znalazły potwierdzenia w raporcie z rynku pracy. Dyskusja o tym, co i kiedy zrobi Fed, została odłożona na chwile na bok, ale temat zacieśniania monetarnego nie jest na wyłączność banku centralnego USA. Jastrzębie sygnały docierają z Antypodów, co napędza rajd walut ryzykownych.

Dolar amerykański jest dziś najsłabszą walutą w G10, za to na drugim końcu rankingu brylują dolar nowozelandzki i dolar australijski. W pierwszym przypadku przypomniane zostało, jak poważnie traktowane są opinie lokalnych banków centralnych odnośnie przyszłej polityki pieniężnej. Ostatnie badanie nowozelandzkiego Instytutu Badań Ekonomicznych wykazało, że przedsiębiorstwa są bardziej pewne perspektyw gospodarczych. Zdaniem lokalnego banku wskaźniki inflacji i popytu w ankiecie są tak silne, że RBNZ nie może sobie pozwolić na dłuższe czekanie z wygaszaniem bodźców stymulacyjnych. Ponieważ zagrożenie pandemią systematycznie maleje, rozkręca się spekulacja w temacie pierwszej podwyżki stóp procentowych RBNZ. Już teraz rynek daje 80 proc. na ruch o 25 pb w listopadzie. Miesiąc temu szanse były szacowane na poniżej 15 proc. To tylko potwierdza nasze wcześniejsze wnioski, że czerwcowy jastrzębi zwrot Fed otworzył nowy rozdział dla trendów na rynku walutowym. Teraz oprócz dotychczasowego risk-on opartego o rozwój strategii reflacyjnej dodatkowym czynnikiem różnicującym waluty będzie przyszłość polityki monetarnej. W G10 daje to dodatkowe paliwo do umocnienia NZD oraz NOK, gdzie Norges Bank może w tym roku dokonać nawet dwóch podwyżek, pierwszej już we wrześniu.

Dolar australijski jest dziś drugą najsilniejszą walutą G10, choć wpływ lokalnych wydarzeń jest tutaj bardziej skomplikowany. RBA zgodnie z oczekiwaniami utrzymał stopę kasową na 0,1 proc., ale dokonał zmian w programie skupu aktywów. Przed posiedzeniem spekulowano, czy bank utrzyma dotychczasowy cel dla rentowności oparty o obligacje zapadające w kwietniu 2024 r. czy zroluje je na serię zapadającą w listopadzie 2024 r., co technicznie oznaczałoby deklarację utrzymania niskich stóp procentowych na dłużej. Bank utrzymał dotychczasowy cel, a dodatkowo zmniejszył o jedną piątą do 4 bln AUD tygodniowy limit zakupów obligacji. Z jednej strony bank daje sygnał, że nie zamierza podnosić stóp procentowych do 2024 r., ale postępujące ożywienie gospodarcze uzasadnia odchodzenie od luzowania ilościowego. Razem można uznać, że dzisiejsza decyzja RBA nie zmienia wiele w układzie sił dla AUD (termin podwyżki jest wciąż odległy), a wzrost waluty bierze się z raczej z wzmocnienia hasła „redukcja tempa skupu aktywów” z szumem informacyjnym wokół NZD. Stąd przestrzegałbym przed nieostrożnym gonieniem wzrostów AUD/USD, gdyż paliwo może się szybko wyczerpać.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Koszty firm transportowych wzrosną o 35 proc.

W związku z zapisami unijnego pakietu mobilności, które wejdą w życie 2 lutego 2022 roku, Ministerstwo Infrastruktury zamierza znowelizować polskie przepisy dotyczące zasad delegowania w transporcie międzynarodowym i wynagrodzenia dla kierowców. Jeśli resort wprowadzi zapowiadane zmiany, koszt utrzymania truckera wzrośnie średnio o około 35 procent. – Prace nad przepisami to z jednej strony dobra wiadomość, bo bez nowelizacji ustawy o czasie pracy kierowcy, jak wynika z naszej symulacji, firmy transportowe czekałby wzrost wydatków przeciętnie o 60 procent. Tyle że koszty większe o ponad jedną trzecią, to bardzo dużo dla rodzimych przewoźników. Są też inne propozycje zmian polskich przepisów, które minimalizowałyby efekt pakietu mobilności – podkreśla Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, Grupa INELO.

Nowe przepisy unijne zakładają, że kierowca polskiego przewoźnika wykonujący międzynarodowy transport drogowy ma zarabiać co najmniej tyle samo, co kierowca w danym kraju, w którym wykonuje pracę. W określonych rodzajach przewozów, jeśli np. wiezie towar w Niemczech, ma dostać taką samą stawkę jak pracownik niemieckiej firmy transportowej. Dla polskich przewoźników takie zmiany spowodują ogromny wzrost kosztów. Eksperci Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców z Grupy INELO przeprowadzili w tym celu symulację. Wynika z niej, że bez zmian w polskim prawodawstwie koszt pracodawcy wzrośnie średnio o 60 procent, a w zależności od rodzaju wykonywanego transportu i obowiązującej dokumentacji pracowniczej nawet się podwoi.

Podróż służbowa opodatkowana

– Jedną z najważniejszych zmian dla polskich przewoźników wynikających z pakietu mobilności będzie brak możliwości zaliczenia należności z tytułu podróży służbowych (delegacji) składających się z diety i ryczałtu noclegowego na poczet wynagrodzenia za pracę za granicą. A to obecnie stanowi od 50 do nawet 75 proc. miesięcznej wypłaty netto kierowcy – podkreśla Kamil Wolański. – To oznacza, że po 2 lutego 2022 roku przewoźnicy będą musieli wypłacać kierowcom diety i ryczałty za nocleg, których nie będzie można zaliczyć do zagranicznego wynagrodzenia. Kolejnym wydatkiem będzie dodatek wyrównawczy, czyli różnica między płacą polską a należną zagraniczną.

Wzrost kosztów może być większy lub mniejszy, bo skala jego wielkości zależy od rodzaju wykonywanego transportu. Z przepisów pakietu mobilności w kontekście delegowania wyłączone są bowiem przewozy tranzytowe i przewozy bilateralne (z i do Polski). Nowym przepisom będą zaś podlegać przewozy cross–trade, czyli z jednego do drugiego państwa Unii Europejskiej, a także kabotażowe, czyli na terenie jednego kraju wspólnoty.

Branża transportowa domagała się reakcji rządu i zmian w polski przepisach, by wzrost kosztów nie był tak drastyczny. Pojawiły się trzy propozycje, które pozwoliłyby je zmniejszyć. Ministerstwo Infrastruktury zajęło się tą sprawą i zapowiada zmiany. To dla polskich przewoźników dobra wiadomość.

Zmiany w ustawie o czasie pracy kierowców zwiększą koszty przewoźników o 35 procent

Druga wiadomość jest gorsza – resort planuje nowelizację przepisów, która jest najmniej korzystna z trzech wysuwanych propozycji. Ministerstwo chce uchylić w ustawie z 16 kwietnia 2004 r. o czasie pracy kierowców art. 2 pkt 7 zawierający definicję podróży służbowej i art. 21a określający należności przysługujące kierowcy będącemu w podróży służbowej. Jeśli takie zmiany wejdą w życie, całe wynagrodzenie kierowcy będzie opodatkowane i obciążone składkami na ubezpieczenie społeczne. W tym scenariuszu kierowca nie będzie pracownikiem przebywającym w podróży służbowej. Wzrost kosztów pracodawcy nadal jednak będzie duży, bo o około 35 procent.

– Obecnie kierowcy, którzy pracują w transporcie międzynarodowym zarabiają średnio około 7 tys. zł netto. Zwykle na taką wypłatę składa się wynagrodzenie podstawowe np. 3500 zł brutto, czyli 2800 zł netto plus nieopodatkowane ryczałty i diety, które dopełniają pensję do wspomnianych 7 tys. zł. Wtedy koszt pracodawcy to prawie 9 tys. zł. Jeśli wejdą w życie przepisy zapowiadane przez ministerstwo, mocno podwyższą te wydatki – mówi Łukasz Włoch, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców, Grupa INELO. – Kierowca nadal będzie chciał zarabiać 7 tys. złotych. Pracodawca będzie musiał odprowadzić składki od całej tej kwoty, a nie jak do tej pory tylko od 2,8 tys. zł. To będzie oznaczało, że całkowity koszt brutto wzrośnie do prawie 12 tys. zł, czyli o około 35 procent. To oczywiście mniejszy wzrost niż gdyby nie było żadnych zmian w polskich przepisach, ale wciąż duży. Inne scenariusze są bardziej korzystne dla przewoźników.

Taka zmiana przepisów będzie oznaczała również zmianę dla kierowców. W przypadku urlopu dostanie pełną stawkę, całe 7 tys. zł, a teraz może liczyć tylko podstawę (bez dodatku za ryczałty i diety, bo nie pracuje). Także zasiłek chorobowy będzie miał obliczany od 7 tys. zł, a nie od dużo niższej kwoty (2,8 tys. zł).

Scenariusze bardziej korzystne

W symulacji eksperci INELO wzięli pod uwagę jeszcze dwie propozycje dla branży transportowej. Jedna zakłada, że kierowca będzie pracownikiem delegowanym w ramach świadczenia usług. W takim przypadku tylko część pensji (co najmniej w wysokości prognozowanego średniego wynagrodzenia w 2021 roku – około 5,5 tys. zł brutto), w zależności od czasu spędzonego za granicą, jest opodatkowana i odprowadzona do ZUS. Reszta jest zwolniona z części podatku i ZUS. Wtedy przy zarobkach 7 tys. zł „na rękę”, całkowity koszt pracodawcy wyniósłby około 10 tys. zł brutto, czyli średnio wzrósłby o 16 procent.

Najkorzystniejszą, ale zdecydowanie najbardziej skomplikowaną w rozliczaniu czasu pracy jest opcja „łączona”. Przy takich założeniach kierowca w transporcie kabotażowym i międzynarodowym (cross trade) byłby pracownikiem delegowanym i wtedy podlegałby przepisom pakietu mobilności. A kiedy wykonywałby przewozy tranzytowe lub bilateralne byłby traktowany jak w podróży służbowej obecnie, czyli z wypłatą nieopodatkowanych ryczałtów i diet. To najbardziej korzystne rozwiązanie dla pracodawców. Średnio koszt wzrósłby o 10 procent.

Indeks GIP60: Europejscy producenci w doskonałych nastrojach

Nastroje panujące wśród właścicieli europejskich firm produkcyjnych dawno nie były tak dobre jak w tym roku. Na fali euforii zyskują również polscy producenci, większości których portfele zamówień pękają w szwach, ale zyskują również ich akcjonariusze dzięki dalszym wzrostom wartości rynkowej polskich wytwórców. Potwierdza to Giełdowy Indeks Produkcji, który wzrósł w czerwcu do 1105,74 pkt, co dało 3,74% wzrost w czerwcu i 25,32% od początku 2021 roku.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc czerwiec. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP z DSR S.A. pisze: „Po doskonałym maju, kiedy 2 na 3 spółki z GIP60 zwiększyły swoją wartość rynkową, w czerwcu rosła jedynie co trzecia spółka, przy czym zaobserwowane wzrosty były silniejsze od spadków, co pozwoliło Giełdowemu Indeksowi Produkcji zwiększyć wartość z 1065.92 do 1105.74. Tym samym GIP60 dołożył do wyniku br. 3,74%, podbijając do 25,32% stopę zwrotu w pierwszym półroczy i do 18,9% w drugim kwartale”.

Niepozorna stopa zwrotu w ubiegłym miesiącu wypada korzystniej po odniesieniu do sytuacji panującej w tym czasie na warszawskiej GPW. Indeks szerokiego rynku WIG spadł w czerwcu o 0,33% (należy jednak dodać, że w trakcie miesiąca WIG zdążył ustanowić nowy historyczny rekord, kończąc sesję w dniu 24 czerwca na poziomie 67 745 pkt.), SWIG80 skorygował swoją wartość o 0,23%, MWIG40 w dół o 1,63%, WIG20 o 0,67%, a indeks WIG-POLAND zanotował spadek o 0,45%.

Oprócz spadku dynamiki wzrostów i licznych, choć stosunkowo niewielkich korekt kursu akcji, czerwiec przyniósł również korektę w strukturze trendów kształtujących się wśród spółek GIP60. O ile do tej pory 2021 rok nie był zbyt łaskawy dla spółek farmaceutycznych, to w czerwcu właśnie przedstawiciele tej branży okazali się jednymi z najlepszych inwestycji w polskie spółki produkcyjne z medianą miesięcznych stóp zwrotu w wysokości 4,3%. Natomiast dotychczasowi liderzy wzrostów, czyli projektanci (projektanci, producenci i dystrybutorzy odzieży) zaliczyli pierwszy w tym roku solidny zjazd, z medianą miesięcznych stóp zwrotu równą minus 3,4%, gorsi okazali się jedynie wytwórcy z branży motoryzacyjnej, dla których mediana wyniosła minus 4,4%. W pozostałych branżach mediana stóp zwrotu kształtowała się w okolicach zera.

Słodkie zwycięstwo Otmuchowa

Zmiany właścicielskie u producenta wyrobów cukierniczych ZPC Otmuchów S.A. nie przeszkodziły, a może nawet pomogły spółce wypracować wzrost wartości rynkowej o 23,57% oraz wygrać czerwcową klasyfikację Giełdowego Indeksu Produkcji. Grupa posiada swoje zakłady produkcyjne w trzech miastach województwa opolskiego: Otmuchowie, Brzegu i Nysie. Są to znane w regionie fabryki, które mogą pochwalić się kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w branży. W portfolio produktów grupy znajdują się m.in. takie marki jak Bingo, Crunchers, Odra czy Mr. Froots.

Drugi stopień podium, po raz drugi z rzędu, dla gdańskiej LPP za miesięczny wzrost wartości rynkowej o 14,91%. Po dobrych wynikach za pierwszy kwartał analitycy spodziewają się dalszej poprawy dzięki oczekiwanemu wzrostowi popytu po poluzowaniu obostrzeń pandemicznych. Jednak to nie wszystko. Dobra sytuacja LPP to zasługa również wzrostu udziału kanałów e-commerce w sprzedaży ogółem, dzięki czemu spółka zmniejsza swoją ekspozycję na ryzyko spadku przychodów w wyniku kolejnych obostrzeń sanitarnych. To samo tyczy się innych spółek z branży, które zainwestowały w internetowe kanały sprzedaży.

Trzecie miejsce dla farmaceutycznej spółki Mabion, która nie dalej jak miesiąc wcześniej była jedną z najsłabszych spółek GIP60 notując spadek wartości rynkowej o jedną piątą. Tym razem nastroje inwestorów podążyły w przeciwnym kierunku i cena akcji spółki wzrosła w czerwcu o 14,05%. Zmiany w zarządzie spółki z połowy maja napędzały wzrost ceny akcji spółki, ale paliwa wystarczyło jedynie do połowy czerwca, kiedy kurs po raz kolejny obrał przeciwny kierunek i zaczął spadać. Wysoka zmienność ceny akcji przedsięwzięcia pod nazwą Mabion, może wynikać z ciągłej niepewności, co do szans na pomyślną realizację ambitnych planów spółki. Lek MabionCD20 jest głównym projektem spółki, jednak ciągle znajduje się w fazie testów, dlatego uwaga inwestorów skupia się w ostatnich miesiącach na podpisanej w marcu umowie z firmą Novavax na transfer technologii i produkcję szczepionki przeciw COVID-19. Od początku powstania do dziś spółka nie osiągnęła jeszcze przychodów.

Doskonałe nastroje w Europie

Jak wynika z badań ankietowych, najlepsze nastroje panują obecnie wśród wytwórców europejskich. Pod względem wysokości wskaźnika PMI® kraje ze starego kontynentu zajmują pierwsze 12 miejsc na świecie, a w globalnym TOP20 znajduje się obecnie aż 15 krajów z Europy. Najwyżej Holandia z wynikiem 68,8 (poprzednio 69,4), Austria z 67 (66,4) i Szwajcaria z 66,7 (69,9). Mediana odczytów w Europie wyniosła 62,2 (62.3 miesiąc wcześniej), czyli znacznie wyżej niż w Afryce (50.75), Azji (51.4), obu Amerykach (56,45), czy w Australii (60,9). Wyniki poniżej granicznej wartości 50 punktów zaobserwowano głównie wśród krajów azjatyckich tj. w Tajlandii (49,5), Indiach (48,1), Libanie (47,9), Wietnamie (44,1), Sri Lance (42,1), Birmie (41,5) i Malezji (39,9). Mediana odczytów dla wszystkich krajów wzrosła z 53,7 w maju do 56,08 w czerwcu.

Jak na tym tle przedstawiają się nastroje menedżerów logistyki (to właśnie ta grupa uczestniczy w badaniu) w Polsce? Ulegają poprawie od 12 miesięcy, a więc od feralnej pierwszej fali koronawirusa, windując wskaźnik PMI® do poziomu 59,4, czyli najwyższego wyniku w historii (sięgającej niestety tylko 1998 roku). Optymizm ten, mimo że obiektywnie wysoki, plasuje nas na 16. miejscu na świecie i dopiero 13. w Europie! Jego źródła to przede wszystkim rekordowy wzrost nowych zamówień, które znalazły odzwierciedlenie we wzroście produkcji, zatrudnienia i aktywności zakupowej. Zapewne byłby on jeszcze wyższy, gdyby nie bezprecedensowy wzrost zaległości produkcyjnych i opóźnień w dostawach środków produkcji do polskich zakładów.

Doświadczenia spółki DSR S.A. z ostatnich miesięcy wskazują, że kluczem do sukcesu jest obecnie dobre zarządzanie spółką (szczególnie zapasami) oraz umiejętne wykorzystywanie nowoczesnych narzędzi IT, które wspomagają radzenie sobie nawet z największymi problemami na poziomie operacyjnym poprzez np. automatyzację, ale również przyspieszają czas przetwarzania danych w informacje, co jest niezwykle istotne na poziomie zarządzania strategicznego.

Inwestycje kluczem do sukcesu

Inwestycje sektora prywatnego już w pierwszym kwartale 2021 r. wróciły do poziomu sprzed pandemii. Silnie rośnie eksport, który – jak prognozuje Krajowa Izba Gospodarcza (KIG) – wzrośnie w 2021 roku o 13,9%, co w połączeniu z rosnącym popytem krajowym powinno wzmocnić wzrost gospodarczy, ale niestety również inflację cen wyrobów gotowych polskich zakładów. Podtrzymujemy opinię, że jednym z mocniejszych silników przyspieszającego wzrostu gospodarczego jest sektor produkcyjny, który z jednej strony stosunkowo niewiele stracił na obostrzeniach, a z drugiej strony sporo zyskał na skróceniu globalnego łańcucha dostaw.

Oczywiście ryzyko związane z wystąpieniem kolejnych obostrzeń ciągle ciąży akcjom polskich spółek, ale dla producentów jest ono mniejsze niż w przypadku spółek usługowych. Rośnie natomiast ryzyko wzrostu stóp procentowych, które może doprowadzić do znacznej korekty cen akcji na całym świecie. Jeśli obawy części ekonomistów związane z rosnącą inflacją potwierdzą się, banki centralne nie będą miały wyjścia i podwyżka stóp procentowych stanie się nieunikniona – prognozuje dr Maciej Zaręba.

Część krajów, głównie z gospodarek wschodzących, jest już po pierwszych podwyżkach stóp, ale prezes NBP dystansuje się od tej grupy. Nic nie zapowiada, żeby w najbliższym czasie coś drastycznie ograniczyło popyt na towary dlatego wytwórcy, którzy w tych trudnych warunkach potrafią zwiększać swoje moce produkcyjne powinni sprawić swoim akcjonariuszom wiele satysfakcji.

36 mln zł dla MCI ze sprzedaży data center w Rosji

W wyniku sprzedaży przez Linx Telecommunications Holding z siedzibą w Amsterdamie (Linx) spółki Svyaz, operatora data center w Moskwie i St. Petersburgu, MCI.EuroVentures otrzyma dywidendę w wysokości ok. 36 mln złotych.

Linx to jeden z międzynarodowych dostawców rozwiązań z zakresu usług transmisji danych i operator data center. Od 2006 roku, udziałowcem tej firmy w ok. 21 proc. był ATM SA, który został z kolei w październiku 2020 roku sprzedany przez MCI.EuroVentures i Mezzanine Management platformie Global Compute Infrastructure LP, wspieranej przez Goldman Sachs Merchant Banking Division.

Teraz Linx sprzedał swoją spółkę zależną w Rosji posiadającą data center w Moskwie i St. Petersburgu, które są ostatnimi częściami operacyjnymi całego biznesu. W związku z tym Linx wypłaci swoim udziałowcom dywidendę w wysokości ponad 50 mln EUR. Część przypadająca na MCI.EuroVentures to 36 mln złotych. Ponad połowa tej kwoty została już wypłacona, a pozostała część zostanie wypłacona w ciągu kilku najbliższych lat.

Odzyskanie zapłaty ważniejsze niż utrzymanie nierzetelnego kontrahenta

Firmy korzystające z windykacji polubownej są postrzegane jako wiarygodne i odpowiedzialnie podchodzące do zapłaty za swoją pracę – wynika z najnowszego badania „Relacje między kontrahentami po zleceniu windykacji” Kaczmarski Inkasso. Wskazało tak 73 proc. małych i średnich przedsiębiorstw. Co więcej, aż 33 proc. zaobserwowało, że w efekcie takiego działania zwiększyła się liczba faktur, które partnerzy biznesowi zaczęli opłacać w terminie. Przekazanie spraw do windykacji wciąż jednak budzi obawy przedsiębiorców.

MŚP mają opory przed dochodzeniem należności za sprzedane towary lub usługi. Zwlekają ze skierowaniem faktur do windykacji, aby nie popsuć kontaktów z kontrahentami. Tymczasem każda przeterminowana faktura zmniejsza płynność finansową przedsiębiorstwa. Badanie przeprowadzone przez Instytut Mands na zlecenie firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso na przełomie maja i czerwca 2021 r. pokazuje, że małe i średnie firmy w ciągu ostatnich 2 lat przekazały do profesjonalnej windykacji średnio 96 faktur. 55 proc. ankietowanych skierowało nie więcej niż 20 takich dokumentów. Najmniej była to 1 faktura, a najwięcej aż 3200.

Chcieliby, ale się boją

Największa grupa przedsiębiorców, tj. 44 proc., prowadziła działania windykacyjne za pośrednictwem profesjonalnych firm maksymalnie wobec 5 proc. kontrahentów. Jednak średnio – wobec 50 partnerów.Odzyskanie zapłaty ważniejsze niż utrzymanie nierzetelnego kontrahenta

To ujawnia skalę problemu. Małe i średnie przedsiębiorstwa odczuwają barierę mentalną i boją się dochodzić zapłaty za pracę, którą przecież wykonały. Niepotrzebnie. Jak pokazuje nasze badanie, w przypadku blisko czterdziestu procent firm, które skierowały sprawy do windykacji i nadal współpracowały z tymi kontrahentami, relacje biznesowe pozostały bez zmian. A w przypadku co piątej wręcz się poprawiły. Widać więc, że konsekwencja w działaniu nie osłabia pozycji przedsiębiorstwa, ani nie utrudnia kontaktów biznesowych. A odzyskane pieniądze można wówczas przeznaczyć na pokrycie bieżących zobowiązań finansowych lub na rozwój firmy – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

39 proc. firm, które zdecydowały się na windykację polubowną, prowadzoną przez zewnętrznych negocjatorów, nie doświadczyło negatywnych reakcji ze strony partnerów biznesowych. 19 proc. przyznało, że stosunki nawet się polepszyły. Dochodzenie zapłaty za sprzedane towary czy zrealizowane usługi świadczy bowiem o racjonalnym podejściu do zarządzania finansami firmy. Aż w 76 proc. przypadków przedsiębiorcom biorącym udział w badaniu, dzięki współpracy z firmą windykacyjną, udało się odzyskać od kontrahentów zaległe należności.

86 proc. firm woli windykować niż podtrzymywać relacje z niesolidnym partnerem

Zanim jednak MŚP skierują faktury do windykacji, podejmują działania na własną rękę. 3/4 wysyła wezwania do zapłaty, a połowa samodzielnie negocjuje zwrot należności. Zaledwie 16 proc. MŚP decyduje się od razu na zaangażowanie firmy windykacyjnej.  86 proc. uważa, że odzyskanie pieniędzy jest ważniejsze niż utrzymanie współpracy z nierzetelnym kontrahentem.

Ci przedsiębiorcy, którzy zdecydowali się na skorzystanie z windykacji polubownej prowadzonej przez zewnętrzną firmą, wskazują na skuteczność takich działań i niską cenę. Aspekty te wymieniają jako najważniejsze, oceniając swoje doświadczenia z firmami windykacyjnymi. Na trzecim miejscu wskazują ich wieloletnią praktykę , a następnie profesjonalizm metod odzyskiwania należności. Ale jest też liczna, 55-procentowa, grupa, która uważa, że windykację należy stosować tylko w przypadku relacji biznesowych, które zostały już spisane na straty. Niestety wtedy może być już za późno na dochodzenie zapłaty od nierzetelnych kontrahentów. Pamiętajmy, że im szybciej faktury trafią do windykacji, tym większa szansa na szybkie odzyskanie należności – podkreśla Jakub Kostecki.86 proc firm woli windykować niż podtrzymywać relacje z niesolidnym partnerem

KoronaBilans zysków i strat

Według badania „KoronaBilans MŚP” Krajowego Rejestru Długów obecnie 60 proc. firm skarży się, że ich kontrahenci nie płacą w terminie. Dodatkowo 44 proc. wskazuje, że odbiorcy w ostatnich trzech miesiącach w ogóle nie uregulowali należności za otrzymane towary czy wykonane usługi. Średni czas opóźnienia wynosi najczęściej do miesiąca. Firmy muszą czekać, aż partner otrzyma pieniądze od swoich odbiorców i dopiero wtedy zrobi przelew (41 proc. wskazań). Inne powody opóźnień lub braku płatności od kontrahentów to trudna sytuacja firmy w pandemii (36 proc.), spadek sprzedaży i zleceń (28 proc.) oraz inne priorytety, jak np. pensje dla pracowników (8 proc.)

Decydując się zatem na windykację polubowną przedsiębiorcy zyskują stabilność i zmniejszają liczbę przeterminowanych płatności. W trakcie procesu windykacji otrzymują wgląd w kondycję i stan finansów dłużnika, aby móc odpowiednio zareagować, a przede wszystkim oszczędzają czas i niepotrzebne emocje, które pochłania samodzielne odzyskiwanie należności. Profesjonalni negocjatorzy mają dobrą orientację w poszczególnych branżach gospodarki i operują technikami, dzięki którym nie tylko potrafią szybko odzyskać należności, ale tak poprowadzić rozmowy, że nie zaburzy to kontaktów pomiędzy wierzycielem a dłużnikiem.

Badanie „Relacje między kontrahentami po zleceniu windykacji” zostało przeprowadzone przez Instytut Mands na zlecenie firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso na przełomie maja i czerwca 2021 r. na reprezentatywnej grupie 300 małych i średnich firm, które w ostatnich 2 latach korzystały z zewnętrznej windykacji.

Znani ekonomiści: Teraz jest dobry czas na wejście Polski do strefy euro. Brakuje tylko woli politycznej

Eksperci przekonują, że w przestrzeni publicznej potrzebna jest debata dotycząca przystąpienia Polski do Eurolandu. I podkreślają, że w ostatnich kilku latach przygotowania do wprowadzenia euro w naszym kraju zostały zaniechane. Teraz analiza powinna obejmować kwestie związane z Funduszem Odbudowy i spłatą zadłużenia. Jednak, według ekonomistów, przyjęcie euro nad Wisłą nie nastąpi szybko. Należy spełnić kryteria fiskalne, żeby do tego doszło. To z kolei wymaga czasu, a ponadto oznacza tymczasowe koszty ekonomiczne oraz polityczne. Znawcy tematu wskazują również plusy i minusy zamiany waluty w naszym kraju.  

Czas na debatę

Polska, wstępując do UE w 2004 roku, zobowiązała się wprowadzić euro. Ale nie został określony dokładny termin, co podkreśla prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów. Jak zaznacza ekspert, większość partii będących w sejmie podtrzymuje to stanowisko, również PiS. Przeciwna jest Konfederacja. Z kolei dr Andrzej Olechowski, były minister finansów i spraw zagranicznych, twierdzi, że należy powrócić do dyskusji w tej kwestii. Wynika to przede wszystkim z naszego zobowiązania traktatowego. Byłoby to też korzystne dla naszej gospodarki.

– Ostatnie 5 lat to okres zupełnego zaprzestania przygotowań Polski do przyjęcia wspólnej waluty. Właściwie zostały zlikwidowane wszystkie instytucje, które zajmowały się tym w Ministerstwie Finansów, w kancelarii premiera i NBP. Poprzednio istniały kontakty ze stroną unijną ws. euro. Teraz nie ma żadnego ruchu. To wielka polityka zaniechania, którą uważam za niekorzystną dla Polaków – komentuje prof. Danuta Hübner, posłanka do Parlamentu Europejskiego, była Komisarz UE ds. polityki regionalnej.

Natomiast prof. Witold Modzelewski, były wiceminister finansów, zaznacza, że dyskusja jest konieczna, niezależnie od poglądów ws. wspólnej waluty. UE ewoluuje i mamy Fundusz Odbudowy. Państwa członkowskie będą spłacać zadłużenie. To jest tak wyjątkowe i bezprecedensowe wydarzenie, że wszystkie nasze zamierzenia dot. euro powinny być analizowane właśnie pod tym kątem. A analizy, przynajmniej w sposób publiczny, nie zostały dokonane. Już mówi się, że spłata zadłużenia będzie miała określone konsekwencje dla państw strefy euro, a inne dla krajów spoza niej. Jednak, zdaniem eksperta, większość argumentów przemawia za nieprzystępowaniem do Eurolandu.

– Niektóre kraje uniknęły bankructwa w kryzysie finansowym, ale też przeszły w miarę dobrze przez dotychczasowy etap pandemii, tylko dlatego że należą do strefy euro. Świat nie będzie wolny od sytuacji kryzysowych spowodowanych różnymi czynnikami, tj. polityczno-gospodarczymi i przyrodniczymi. W dobrze pojętym interesie Polski leży przystąpienie na rozsądnych warunkach, w sposób roztropny, do strefy euro – mówi Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Jak stwierdza Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wiceminister finansów, duży kraj europejski, taki jak Polska, nie powinien rezygnować z własnej waluty. Złoty nie przeszkadza naszej gospodarce w systematycznym nadrabianiu dystansu w stosunku do bogatszych krajów Europy Zachodniej. Natomiast wejście do strefy euro stwarza ryzyko wpadnięcia w pułapkę długotrwałej utraty konkurencyjności. To może sprawić, że ten proces doganiania zostanie zatrzymany i Polska na wiele lat utknie daleko poza gospodarczą czołówką.

Optymalny termin

– Bułgaria i Chorwacja, które weszły do Unii Europejskiej odpowiednio w 2007 i 2013 roku, stały się w ub.r. częścią mechanizmu kursu walutowego ERM II. Wymagany w nim jest minimum dwuletni okres uczestnictwa. Zostały także członkami Unii Bankowej. Te państwa już mają wpływ na politykę Europejskiego Banku Centralnego. Z 10 krajów, które przystąpiły do UE w 2004 roku, poza strefą euro pozostały tylko Polska, Czechy i Węgry. Nie wiem, dlaczego innym się przyjęcie euro opłaca, a nam ponoć nie. Nikt nikogo przecież nie zmusza do wejścia dzisiaj albo jutro – podkreśla prof. Hübner.

Rodzi się również pytanie, kiedy byłby dla Polski optymalny czas na przyjęcie euro. Według dr. Olechowskiego, nastąpi to, gdy kurs złotego będzie na stosownym poziomie, takim mniej więcej jak obecnie. Z kolei prof. Modzelewski stwierdza, że to odległa przyszłość. I w istocie takiej prognozy teraz w sposób w pełni uprawniony nie sposób sformułować.

– Od kilku lat, po pewnym okresie powściągliwości, profesjonaliści z różnych sfer, w tym z bankowości, dają wyraźniejsze światło zielone na przymierzanie się do wejścia do strefy euro. Ale tutaj gotowe muszą być dwie strony, nie tylko Polska. Trzeba więc kilku solidnych lat przygotowania. Jedynie jakaś sytuacja kryzysowa mogłaby przyspieszać taki proces. Przy wykorzystaniu ogromnych środków, jakie będziemy mieli do dyspozycji w ramach zielonego ładu, Krajowego Planu Odbudowy i polityki spójności, powinniśmy znaleźć taki okres w historii UE i strefy euro, który byłby optymalny – dodaje prezes ZBP.

Jak zaznacza prof. Gomułka, trzeba spełnić kryterium fiskalne, żeby wejść do Eurolandu. To oznacza dług publiczny poniżej 60% PKB oraz deficyt sektora finansów publicznych poniżej 3%. I to jest liczone według metodologii unijnej. Zdaniem eksperta z BCC, osiągnięcie tego jest mało prawdopodobne w najbliższych latach. Ponadto w tej chwili mamy stosunkowo wysoką inflację. Ona musiałaby być utrzymywana na poziomie około 2% lub niższym, a nie tak jak obecnie w okolicy 5%.

Za, a nawet przeciw

– Przyjęcie euro oznaczałoby tzw. wyrównanie boiska dla naszych eksporterów. Mieliby takie same warunki finansowe, jak ich konkurenci w strefie euro. To byłaby też ochrona producentów i konsumentów przed gwałtownymi i dużymi wahaniami kursu złotego. Zabezpieczyłoby to również gospodarkę przed woluntarystycznymi decyzjami fiskalnymi rządu – wylicza dr Andrzej Olechowski.

Natomiast Stefan Kawalec zaznacza, że nawet kraj o dobrze zarządzanej gospodarce może w pewnym momencie doznać osłabienia konkurencyjności międzynarodowej. W państwie mającym elastyczny kurs następuje wówczas osłabienie waluty, co poprawia międzynarodową konkurencyjność płac i przy zdrowej polityce makroekonomicznej gospodarka może rosnąć. Natomiast w kraju pozbawionym własnej waluty, osłabienie konkurencyjności wymusza głęboką redukcję popytu wewnętrznego, co powoduje spadek PKB i wzrost bezrobocia. Recesja w takim przypadku staje się problemem strukturalnym i może trwać wiele lat. Ekspert podkreśla też, że tzw. syndrom długotrwałej utraty konkurencyjności dotknął 9 z 19 państw Eurolandu. W tej grupie znalazła się m.in. Finlandia – mająca wysoką wydajność pracy i bardzo zdrową politykę fiskalną.

– Pandemia dała kolejne argumenty przemawiające za tym, że warto być w obszarze stabilnej waluty, gdzie mamy niewielką inflację i mniejsze koszty obsługi długu narodowego ze względu na niskie stopy procentowe. Dzięki temu można np. uwalniać w budżecie pieniądze na inwestycje publiczne czy obciąć podatki. W ten sposób poszerza się przestrzeń do manewru w gospodarce, której teraz nie mamy – przekonuje prof. Hübner.

Jak zaznacza prof. Modzelewski, zwolennicy przystąpienia do Eurolandu wyliczają argumenty bieżące, funkcjonalne, takie jak koszty transakcyjne czy różnice kursowe. I te zalety są oczywiście aktualne. Natomiast zawsze jest tu kontrargument, tzn. nauczyliśmy się żyć z odrębną walutą i te koszty nie są przeszkodą dla naszej gospodarki. Zdobyliśmy umiejętność zachowań w tej sytuacji. A wstąpienie do strefy euro to decyzja historyczna.

– Na pewno przyjęcie wspólnej waluty to kwestia wiarygodności. Ponadto, dziś kilkadziesiąt procent, o wiele więcej niż 50%, naszej współpracy gospodarczej przypada na partnerów ze strefy euro. Teraz Polska, podobnie jak cała Unia, traci w dużej mierze rynek brytyjski. Na to miejsce intensywnie wchodzą Chiny. Do tej nowej sytuacji oraz zmian zachodzących w całej światowej gospodarce musimy się solidnie przygotować współpracując z naszymi partnerami gospodarczymi – dodaje prezes Pietraszkiewicz.

Jak stwierdza prof. Gomułka, w długofalowym interesie Polski leży jej wejście do Eurolandu, zwłaszcza jeśli chcemy odgrywać większą rolę w UE. Na krótką metę minusem byłaby konieczność zacieśnienia polityki fiskalnej, żeby spełniać kryteria. To oznaczałoby tymczasowe koszty ekonomiczne i polityczne. A o nich dzisiaj nie mówi żadna z czołowych partii politycznych. Ekspert z BCC dodaje również, że przyjęcie euro wymagałoby zgody konstytucyjnej w sejmie, tj. 2/3 głosów (307 posłów). Natomiast  nie ma pewności, czy ona pojawi się w najbliższych latach z uwagi na niejasne stanowisko obecnej partii rządzącej. To ugrupowanie jest niechętne wczesnemu przystąpieniu do strefy euro. Nie mówi nie, ale raczej sugeruje, że im później to się stanie, tym lepiej.

Cavatina Holding z nowym szefem leasingu

Sebastian Suchodolski pokieruje leasingiem największego polskiego dewelopera biurowego. Cavatina Holding w przygotowaniu i realizacji ma obecnie projekty o powierzchni 350 tys. mkw., a jej celem strategicznym do końca 2025 r. jest osiągnięcie portfela 1 mln mkw. powierzchni najmu brutto. Deweloper w trakcie pandemii, od początku 2020 r. do marca 2021 r. podpisał umowy najmu na ponad 70 tys. mkw. powierzchni.

Sebastian Suchodolski jest managerem z ponad 10-letnim doświadczeniem w branży nieruchomości komercyjnych. Wcześniej między innymi stał na czele zespołu leasingowego Globalworth Poland, był też leasing managerem Griffin Real Estate. W Cavatina Holding pokieruje zespołem ds. leasingu odpowiedzialnym za pozyskanie i współpracę z najemcami w Warszawie, Krakowie, Katowicach, Wrocławiu, Łodzi, Gdańsku i Bielsku-Białej.

W ciągu zaledwie kilku lat wypracowaliśmy silną pozycję zwłaszcza w prężnie rozwijających się miastach regionalnych. Naszym strategicznym celem jest dojście na koniec 2025 r. do 1 mln mkw. powierzchni najmu brutto w portfelu. Dobrze wpisujemy się z projektami w lokalne potrzeby i uwarunkowania, o czym świadczą dotychczasowe wyniki najmu. Aktualnie w budowie lub przygotowaniu mamy ponad 350 tys. mkw. biur – to świetne wyzwanie dla zespołu leasingu i Sebastiana jako wiodącego managera. – mówi Daniel Draga, Wiceprezes zarządu Cavatina Holding

Ogromnie się cieszę, że dołączyłem do zespołu Cavatina Holding w tak ważnym dla grupy momencie, kiedy przed leasingiem stoi dodatkowo zadanie działania na wyjątkowo dynamicznym i pełnym nowych wyzwań rynku. Cavatina jest obecnie najszybciej rozwijającą się firmą na polskim rynku biurowym, zwłaszcza w miastach regionalnych. Jej projekty mocno się wyróżniają, odważnie reagują na zmiany i kreują nowe oblicze polskich miast. Praca w tak dynamicznym środowisku to możliwość, z której musiałem skorzystać. – mówi Sebastian Suchodolski, Head of Leasing, Cavatina Holding

Cavatina Holding udowadnia, że jej inwestycje cieszą się uznaniem wśród najemców. Od początku 2020 r. do końca pierwszego kwartału 2021 r., Cavatina pozyskała najemców na ponad 70 tys. mkw. GLA nowoczesnej powierzchni biurowej. Wciąż trwają rozmowy z kolejnymi podmiotami. Deweloper oprócz stolicy, aktywnie działa w miastach regionalnych o dużym potencjale rozwoju, w których do mocno aktywnych i rosnących zaliczane są m.in. sektor IT i usług. W przeciągu ostatnich kilkunastu miesięcy Cavatina stała się partnerem dla firm z branż: medycznej, energetycznej, sprzedażowej, technologicznej, konsultingowej. Do grona najemców w Global Office Park w Katowicach, Tischnera Office w Krakowie, Palio Office Park w Gdańsku czy Carbon Tower we Wrocławiu dołączyły takie marki, jak ING Tech Poland, Sabre, Medicover, Tyréns, dr Eryk, Prostep AG, ACN czy Selsey.

Skończyła się era Jeffa Bezosa w Amazon. Kto będzie nowym władcą e-handlu?

Za stery giganta handlu, logistyki czy rozwiązań chmurowy siada Andy Jassy – “cień Bezosa”. Nowy szef Amazona odpowiedzialny był za najbardziej zyskowny dział – Amazon Web Services. Jassy łączy pasję do rywalizacji, z fotograficzną pamięcią, ale też empatią w sprawach społecznych. Jego zadaniem jest kontynuacja strategii biznesowych firmy, ale też uspokojenie palących kwestii pracowniczych.   

Jeff Bezos przekazał w poniedziałek 5 lipca stery swojej – zbudowanej w garażu – firmy w nowe ręce. Choć decyzja zapadła na początku roku, to odejście Bezosa po blisko trzech dekadach na pewno rozpala całą branżę e-commerce, ale też światową gospodarkę. Przecież Amazon to gigant wart 1,75 biliona dolarów, który od księgarni internetowej przeszedł ewolucję w giganta handlu detalicznego, logistyki i rozwiązań dla internetu. Następcą Bezosa będzie Andy Jassy, który w firmie jest od 1997 roku, a do teraz kierował strukturami Amazon Web Services.

Zmiana nie jest nagła i choć długo nie był znany dokładny dzień, to trudno mówić o niespodziance. Za odejściem Bezosa nie stoją bowiem żadne nieprzewidziane okoliczności, które mogłyby wstrząsnąć rynkiem czy też osłabić zaufanie do marki.  Bezos nie odchodzi też zupełnie. Przecież nadal będzie miał ogromny wpływ na Amazon, ponieważ będzie największym indywidualnym udziałowcem firmy. Nie ma wątpliwości, że nadal będzie się mocno angażował w firmę, ale już nie na codziennej pracy, a bardziej na aspektach tworzenia rozwojowych idei – przekonuje Sascha Stockem, CEO Nethansy. Sopocka firma wspiera europejskie firmy w rozpoczęciu i prowadzeniu sprzedaży za pośrednictwem Amazon oraz rozwija własne oprogramowanie, które do zwiększenia sprzedaży wykorzystuje sztuczną inteligencję – system Clipperon.

W czerwcu Bezos był właścicielem 51,2 miliona akcji Amazonu (ok. 10%), znacznie więcej niż kolejny największy udziałowiec Vanguard Group (6,5%).

Stockem dodaje, że nie należy spodziewać się gruntownych zmian w strategii Amazona. – Andy Jassy przez lata pracował u boku odchodzącego szefa. Bezos był najpierw jego mentorem, by później stać się jego jednym z najbliższych współpracowników. Odejście może być jednak sygnałem, że pewne zmiany nastąpią. Może być to gest w kierunku opinii publicznej, bo sam Bezos nie miał ostatnio najlepszej prasy – komentuje CEO Nethansy.

Odejście Bezosa z funkcji dyrektora generalnego następuje w momencie, gdy pandemia stworzyła ogromny popyt na usługi Amazona. Prowadząc do skoków zysków i zatrudnienia. Jednak gwałtowny wzrost firmy tylko zwrócił uwagę organów regulacyjnych, z których niektórzy uważają, że stał się zbyt duży. Podobnie działo się np. w przypadku Microsoft Odsunięcie się na bok może również pomóc chronić Bezosa przed dalszą krytyką ze strony związków pracowniczych. Bezos – jako prezes zarządu – zobowiązał się zająć sprawą warunków pracy w magazynach firmy, ale na zapewnieniach się skończyło.

Kim jest Andy Jassy? Członek “rodziny” Bezosa

Andy Jassy, dołączył do Amazona w 1997 roku, a pięć lat później założył Amazon Web Services, który dziś głównie zajmuje się usługami w chmurze – czyli działem, który jest obecnie najważniejszy w portfolio firmy. Wartość rozwiązań AWS szacowana jest na ok. 50 miliardów dolarów i w tej konkurencji odstawia nawet Google.

Już po paru latach od wstąpienia w szeregi Amazona Jassy zyskał ogromne zaufanie Bezosa. Objął nieformalne stanowisko “cienia Bezosa”, a jego zadaniem było szkolenie obiecujących młodych dyrektorów. Co najważniejsze Jassy był też długoletnim członkiem grupy “S-team”. To szczyt marzeń dla każdego menedżera pracującego w Amazon. W jego skład wchodzi siedemnastu zaufanych ludzi, którzy jako jedyni w firmie mogli wytykać błędy szefowi. Ba, byli specjalnie przygotowani, aby szukać niedoskonałości i luk. Sam Bezos traktował tę grupę jak swoją rodzinę.

Andy Jassy ma 53 lata i ukończył Harvard Business School. Amazon – co rzadko się dziś zdarza, a tym bardziej na rynku amerykańskim – jest jego pierwszą i jedyną pracą po studiach.

Jak zaskarbił sobie sympatię Bezosa mimo niewielkich talentów technicznych? W rozmowie z magazynem Fortune ówczesny dyrektor ds. informacji w Amazon przekonywał, że Jassy miał ogromną pasję do rywalizacji i fotograficzną pamięć, która imponowała szefowi. Tak jak i odwaga oraz kreatywność. Do nowych rozwiązań w sprawie AWS przekonał Bezosa wysyłając mu krótką notatkę. Dziś ten segment Amazona odpowiada za 60% zysków operacyjnych.

Natomiast amerykański Business Insider przypomina, że Jassy jest zaangażowany w wiele spraw politycznych i społecznych. Potępiał zabójstwa czarnoskórych Amerykanów (dotował powstanie Amazon Black Employee Network – czyli programu edukacyjnego dla wykluczonych), antyimigracyjną politykę Donalda Trumpa czy wspierał osoby LGBTQ,a także jest za budową tanich mieszkań.

W piwnicy swojego domu w Seattle Jassy zbudował własny bar sportowy, aby oglądać mecze New York Mets, Giants i Rangers. W 2018 roku został mniejszościowym właścicielem NHL Seattle Kraken.

Co dalej z Bezosem? Leci w kosmos

Jeff Bezos na pewno nie bierze sobie wolnego i to mimo majątku szacowanego na 200 miliardów dolarów. Odchodząc z głównego fotela w Amazon chce więcej czasu poświęcić na inne przedsięwzięcia. Jest właścicielem Washington Post, a sama zmiana motto gazety – na „Demokracja umiera w mroku” – wiele mówi o zamierzeniach byłego już szefa Amazonu.

Bezos szykuje się też do lotu w kosmos. Start rakiety dzięki “New Shepard” wyprodukowanej przez firmę Blue Origin (należącej do Amerykanina) zaplanowany jest na 20 lipca. Założyciel Amazona chce też poświęcić się filantropii.

Ceny w Polsce rosną w tempie 4,4%

W środę poznaliśmy dane o inflacji w Polsce, w ciągu roku poziom cen wzrósł o 4,4%. Odczyt uplasował się poniżej prognoz analityków, którzy zakładali wzrost cen na poziomie 4,6%. Niższy odczyt wpisał się w narrację RPP o przejściowym charakterze inflacji i zaowocował dynamicznym wzrostem cen obligacji skarbowych. Z kolei w piątek poznaliśmy dane o z amerykańskiego rynku pracy. Liczba nowy etatów wzrosła o 850 tys., analitycy spodziewali się 700 tys. nowych miejsc pracy.

W tym tygodniu inwestorzy poznają zapiski z posiedzeń FOMC oraz EBC, a także decyzję RPP w sprawie poziomu stóp procentowych w Polsce. Nie spodziewamy się tutaj żadnych zmian. W piątek już tradycyjnie odbędzie się konferencja prasowa Prezesa Glapińskiego.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Spokój na szerokim rynku, złoty czeka na RPP

W kontekście zachowania szerokiej klasy aktywów ryzykownych ubiegły tydzień nie wyróżniał się istotnymi zmianami. Amerykańskie akcje osiągnęły jednak kolejny szczyty.

Rentowności dłużnych papierów skarbowych spadły, dolar zaś nietypowo radził sobie całkiem nieźle w tym środowisku. Zyskał w relacji do niemal wszystkich istotnych walut. Zwrot w następstwie mocnego raportu non-farm payrolls (NFP) w piątek nie było wystarczająco silny, żeby zmienić sytuację w tym zakresie.

W ubiegłym tygodniu interesujące było też zachowanie cen surowców, które dobiły do kolejnego pięcioletniego maksimum po niedawnej płytkiej korekcie. To dobry sygnał dla walut rynków wschodzących.

Ten tydzień nie obfituje w istotne publikacje z dużych stref gospodarczych. Dzień Niepodległości USA skróci i ograniczy handel na całym świecie, więc nie spodziewamy się żadnych większych niespodzianek ani zmienności na rynku. Uwaga inwestorów powinna ponownie skupić się na drugorzędowych danych ekonomicznych, takich jak produkcja przemysłowa w krajach strefy euro i potencjalnie też na kwestii postępu szczepień w krajach rozwijających się, które do tej pory pozostawały w tyle.

PLN

Złoty zakończył ubiegły tydzień blisko poziomu, na którym go rozpoczął. Przez większość czasu poruszał się w granicach 4,50–4,53. Waluta reagowała przede wszystkim na informacje zewnętrzne.

Obecnie może się to zmienić za sprawą czwartkowych wieści z Narodowego Banku Polskiego. Nie spodziewamy się, że ten tydzień przyniesie zmianę stóp procentowych, nie jest to też oczekiwane przez rynek. Posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej 8 lipca będzie jednak istotne, poznamy bowiem zarys nowych projekcji Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP, które mogą wpłynąć na retorykę decydentów w kontekście stóp procentowych.

EUR

Dane ekonomiczne z krajów strefy euro nadal są mocne, ale inflacja w czerwcu nieznacznie spadła po majowym odbiciu: z 2% do 1,9%, a inflacja bazowa z 1% do 0,9%. Niejednorodne znoszenie restrykcji w różnych krajach oznacza, że stłumiony popyt nie został tutaj jeszcze uwolniony w takim stopniu jak w USA. Uważamy, że w ciągu kilku tygodni euro prawdopodobnie odrobi te straty, które były spowodowane niedawnymi obawami związanymi z wariantem Delta. W tym tygodniu nie poznamy wielu danych makroekonomicznych ze strefy euro.

USD

Wydźwięk czerwcowych danych z raportu NFP można określić jako mieszany do pozytywnego. Badanie przedsiębiorstw pokazało, że wzrost zatrudnienia netto wyniósł 850 tys., co jest wartością wyższą, niż oczekiwał rynek. Równoległe badanie gospodarstw domowych było jednak mniej optymistyczne – pokazało wzrost bezrobocia i brak oznak zmniejszania się wąskich gardeł w dostępności pracy. Po publikacji raportu w piątek dolar utracił część wcześniejszych zysków, ale w tym przypadku trudno jednoznacznie odczytać rozumowanie rynku.

Głównym wydarzeniem tygodnia będzie publikacja minutek z czerwcowego posiedzenia Fedu, które powinny rzucić więcej światła na stopień jastrzębiego zwrotu Rezerwy Federalnej sugerowanego przez ostatnią komunikację banku.

GBP

W zeszłym tygodniu nie było zbyt wielu istotnych wieści z Wielkiej Brytanii z wyjątkiem kolejnego dwucyfrowego wzrostu cen domów. Wpływ na niego ma połączenie spowodowanego koronawirusem zwiększenia się popytu na mieszkania poza ośrodkami miejskimi i ekstremalnie stymulacyjnej polityki pieniężnej.

W piątek poznamy dane o PKB w maju, które będą świeżym odczytem obrazującym wpływ ponownego otwarcia gospodarki na sektor usług. Uważamy, że obawy dotyczące wariantu Delta są przesadzone, ponieważ ma on mały wpływ na śmiertelność i ogólnie bardziej wrażliwą starszą populację, która jest już zaszczepiona. Dlatego widzimy przestrzeń, by funt nadrobił straty z ostatnich tygodni.

CHF

Frank szwajcarski był w zeszłym tygodniu jedną z najlepiej radzących sobie walut G10 – wraz z innymi walutami safe haven i dolarem kanadyjskim.

Zeszłotygodniowe krajowe dane ekonomiczne w dużej mierze zaskoczyły in minus. Zamiast wzrosnąć, inflacja utrzymała się na poziomie 0,6% jak w maju. Zarówno indeks wskaźników wyprzedzających KOF, jak i PMI dla przemysłu zauważalnie spadły w czerwcu, co sugeruje, że optymizm dotyczący ożywienia gospodarki Szwajcarii mógł być nieco przesadzony. Dane te nie miały jednak istotnego wpływu na franka, którego zachowanie niezmiennie zależy przede wszystkim od wieści ze świata.

W tym tygodniu nie będzie wielu nowych publikacji ze Szwajcarii, dlatego skupimy się przede wszystkim na cotygodniowych danych o pozycjonowaniu spekulantów, wartości depozytów na żądanie i informacjach spoza kraju.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Wartość oferty Shoper wyniosła 363 mln zł. Redukcja zapisów detalicznych na poziomie 92,5 proc.

Shoper S.A., właściciel najpopularniejszej w Polsce platformy e-commerce do prowadzenia sklepu internetowego, dokonał przydziału akcji oferowanych w publicznej ofercie akcji. Cena emisyjna została ustalona na poziomie ceny maksymalnej czyli 47,00 zł, co oznacza, że wartość całej oferty wyniosła 363 mln zł. Oferta Shoper cieszyła się bardzo wysokim zainteresowaniem, skutkiem czego jest redukcja zapisów od inwestorów indywidualnych na poziomie 92,5 proc. Shoper planuje debiut na GPW w ciągu kilku dni.

Oferta Shoper objęła 7.731.628 akcji spółki, które reprezentują 27,11 proc. kapitału zakładowego oraz 27,50 proc. głosów na Walnym Zgromadzeniu (razem z opcją stabilizacyjną ok. 9% liczby akcji w ofercie). Oferującymi akcje są obecni akcjonariusze spółki, tj. fundusz private equity V4C POLAND PLUS FUND S.C.A. SICAV FIAR, Modhaus sp. z o.o., KFF Sarl, Krzysztof Krawczyk oraz Rafał Krawczyk. Akcjonariusze sprzedający oraz Spółka zobowiązali się do nie sprzedawania lub nie emitowania akcji spółki przez okres 360 dni po ofercie.

Zgodnie z dokonanym przydziałem inwestorzy indywidualni obejmą 623.512 akcji, stanowiących ok. 8,1% oferowanych akcji, a do inwestorów instytucjonalnych trafi pozostałe 7.108.116 akcji, stanowiących ok. 91,9% oferowanych akcji.

– Dziękuję wszystkim inwestorom, którzy zapoznali się z działalnością naszej firmy i wzięli udział w ofercie. Wierzę, że skuteczna realizacja naszej strategii i dalszy rozwój Shoper na tle rosnącej branży e-commerce w Polsce oraz na świecie, wynagrodzą poświęcony czas i okazane nam zaufanie. Jesteśmy bardzo zadowoleni z przeprowadzonego IPO i zainteresowania, jakie wzbudziło ono pośród inwestorów indywidualnych i instytucjonalnych, co odzwierciedla wysoki poziom redukcji – komentuje Marcin Kuśmierz, prezes zarządu Shoper.

Inwestorzy indywidualni złożyli łącznie ok. 2,7 tys. zapisów na ok. 8,3 mln akcji, w wyniku czego średnia stopa redukcji wyniosła ok. 92,5 proc. Wartość całej oferty wyniosła ok. 363 mln zł.

– Cieszę się z licznego grona inwestorów indywidualnych, którzy zapisali się na akcje Shoper. Widzą oni wysoki potencjał branży e-commerce, a my jesteśmy dumni, że będziemy kolejnym reprezentantem tego dynamicznie rosnącego segmentu na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Przed nami intensywny okres i ambitne cele do zrealizowania, natomiast jesteśmy do tego zadania przygotowani – dodaje Marcin Kuśmierz.

Debiut Shoper na GPW planowany jest w ciągu kilku dni.

Potencjalne kierunki rozwoju krakowskiego rynku magazynowego

Północ, południe, wschód, a może jednak zachód, który z tych kierunków wydaje się najkorzystniejszy dla rozwoju rynku nieruchomości magazynowych w Krakowie? Obecnie Kraków jest jednym z mniejszych rynków logistycznych w Polsce, który charakteryzuje się niską dostępnością terenów inwestycyjnych ze względu na ukształtowanie powierzchni i rozdrobnioną strukturę właścicielską. Z tego względu to rynek z relatywnie wysokimi stawkami czynszów i ograniczoną dostępnością. Dodatkowo przez lata wewnętrzny popyt był głównie generowany przez rozwój lokalnych producentów i dystrybutorów. Pomimo wyzwań związanych z dostępnością gruntów, w ostatnich pięciu latach, jego całkowite zasoby powiększyły się o niemal 245%. Przełomowy dla rynku krakowskiego rynku może okazać się 2021 r., który będzie rekordowy w ciągu ostatnich 4 lat pod względem dostarczonej powierzchni.

Analizując lokalizacyjnie Kraków możemy podzielić na kilka stref magazynowych. Największe zagęszczenie obiektów logistycznych znajduje się na wschód od granic miasta – w Kokotowie oraz na południowy zachód od miasta w gminie Skawina. Ważną lokalizacją przemysłową są również okolice lotniska w tym m.in. Modlniczka Kolebką krakowskiego rynku magazynowego są natomiast Rybitwy ze starszymi obiektami B -klasowymi i SBU w granicach miasta. Nową perspektywiczną lokalizacją logistyczno-produkcyjną, dzięki ukończeniu wschodniej obwodnicy miasta na odcinku S7, staje się Nowa Huta.

Skawina zlokalizowana na południowy zachód od centrum Krakowa, posiada długie tradycje przemysłowe. Podrynek ten został zdominowany operatorów logistycznych i dystrybutorów. Natomiast położona na północny zachód od Krakowa Modlniczka charakteryzuje się obiektami w formule BTO i BTS. Poza rejonem Krakowa w województwie małopolskim potencjał magazynowo-przemysłowy drzemie, także w takich lokalizacjach jak Bochnia, Brzesko i Tarnów.

Niemniej według najnowszej analizy rynku nieruchomości magazynowych przygotowanych przez firmę AXI IMMO w raporcie „Polski Rynek Magazynowy w I kwartale 2021 r.” dowiadujemy się, że Kraków to dziewiąty co do wielkości rynek magazynowy w Polsce oferujący ponad 560 000 mkw. powierzchni. Oddanie do użytku trzech inwestycji o powierzchni 62 000 mkw. w całym 2020 r. sklasyfikowało go niemal na końcu wśród analizowanych regionów logistycznych w Polsce. Sytuacji tej nie poprawiły wyniki nowej podaży w pierwszym kwartale 2021 r., gdyż w analizowanym okresie nie oddano żadnej nowej inwestycji. Barierą, która od lat skutecznie ogranicza budowę nowych obiektów o charakterze przemysłowo-logistycznym jest ograniczona liczba gruntów w mieście i jego okolicach. Dodatkowo rozwój rynku jest do pewnego stopnia hamowany przez bliskość Górnego Śląska oddalonego zaledwie 100 km na zachód, czyli drugiego największego rynku logistycznego w Polsce.

Pomimo wyzwań impas z brakiem powierzchni magazynowej w ostatnich pięciu latach został przerwany i na krakowskim rynku obserwowaliśmy dynamiczną podaż. Deweloperzy tj. 7R, GLP czy Panattoni wspierani przez lokalnych inwestorów jak BIK czy Witek oddali do użytkowania ok. 412 000 mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, która pozwoliła na wzrost całkowitych zasobów magazynowych Krakowa o 260%. Punktem zwrotnym dla lokalnego rynku była końcówka 2018 r. i pierwsze półrocze 2019 r., kiedy oddano do użytku park logistyczny 7R Park Kraków w Kokotowie o powierzchni 180 000 mkw. Inwestycja położona ok. 15 km. od centrum Krakowa wskazała niejako potencjalny wschodni kierunek dalszego rozwoju tkanki magazynowej na tym rynku. Dodatkowo strefy Kokotowa i Targowiska stanowią doskonałą alternatywę dla starszych magazynów np. na Rybitwach, m.in. przez niższe w porównaniu do magazynów miejskich czynsze.

Na zakończenie 2020 r. na krakowskim rynku magazynowym znajdowało się 53 000 mkw. powierzchni w budowie, które stanowiły ok. 9,5% jego całkowitych zasobów. Sytuacja ta poprawiła się na koniec I kw. 2021 r., w trakcie realizacji było dodatkowe 96 000 mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej. Duże znaczenie dla rozwoju lokalnego rynku ma planowane ukończenie inwestycji infrastrukturalnych jak np. północnej części obwodnicy Krakowa, które potencjalnie otworzy również północ miasta na kolejne, nowe projekty magazynowe. Wśród największych obecnie realizowanych inwestycji znajdują się kolejny etap parku logistycznego 7R Park Kraków-Kokotów o wielkości 33 000 mkw. oraz dwa centra dystrybucyjne Panattoni tj. Panattoni Kraków East II Targowisko, 18 600 mkw. i Panattoni Kraków West Skawina, 17 600 mkw. Dołączenie wymienionych obiektów zwiększy całkowite zasoby Krakowa o 13%, co przy wysokim poziomie absorpcji może zachęcić kolejnych deweloperów do startu nowych inwestycji. Według naszych szacunków w grudniu 2021 r. lokalny rynek magazynowy powinien przekroczyć 700 000 mkw. nowoczesnej powierzchni wliczając w to planowane projekty.

Całkowity wolumen transakcji najmu powierzchni magazynowej w Krakowie w 2020 r. wyniósł 137 000 mkw. (+82% r/r). Wśród trzech największych transakcji zanotowanych na rynku znalazły się dwie transakcje z IV kw. 2020 r. czyli nowa umowa z poufnym najemcą na 13 000 mkw. w 7R Park Kraków (Kokotów) oraz najem 9 200 mkw.  przez operatora logistycznego firmę Kenig Spedition od Panattoni Kraków East II Targowisko. Podium domyka transakcja firmy Inpost, która zajęła 9 100 mkw. w Panattoni City Logistics Kraków I. Natomiast na zakończenie I kw. 2021 całkowity popyt wyniósł jedynie 15 000 mkw. Wynik ten jednak nie powinien dziwić, ponieważ niska aktywność najemców spowodowana jest ograniczoną w ostatnich miesiącach podażą, która na w koniec marca 2021 r. spowodowała spadek stopy pustostanów do poziomu 3%. Co ciekawe, wartość ta jest najniższym wynikiem od prawie 5 lat. Obecnie na krakowskim rynku dostępne od ręki pozostaje ok. 16 000 mkw. powierzchni, przy czym średnia krajowa to 6.4%. Stabilna sytuacja pozwala na utrzymanie stawek bazowych w większości lokalizacji w granicach 3,40 – 3,60 EUR/mkw. Specyfika krakowskiego rynku polega na obsługiwaniu przede wszystkim lokalnych przedsiębiorstw głównie z sektorów logistyki, e-commerce, produkcji, sieci handlowych i szeroko rozumianego sektora budowlanego/DIY. Niemniej największy udział w popycie w 2020 r. wygenerowały firmy logistyczne (70%), a zaraz z nimi uplasowały się firmy z sektora e-commerce oraz firmy produkcyjne.

Na lokalnym rynku znajduje się również grupa klientów zainteresowanych obiektami magazynowymi na południe od Krakowa np. w okolicach Nowego Sącza lub Nowego Targu. Jednak w tych lokalizacjach, zaczynając od Myślenic największą trudnością jest ukształtowanie terenu i koszty związane z odpowiednim przygotowaniem gruntu pod inwestycję. Oczywiście niewykluczone, że w przyszłości powstanie w tych okolicach nowa tkanka obiektów przemysłowo-logistycznych, jednak w przeważającej większości jako inwestycje prywatne. Średniej wielkości lub duże huby dystrybucyjne obarczone zostałyby bardzo wysokim czynszem, co nie zachęca zarówno deweloperów, jak i najemców do podjęcia kroków w kierunku budowy hal magazynowych na południe od Krakowa.

Kraków co jakiś czas przyciąga również uwagę zagranicznych inwestorów poszukujących dobrej jakości aktywów magazynowych. W ostatnim roku odnotowano dwie transakcje w sektorze logistycznym. Pierwszą była sprzedaż wybudowanego przez firmy 7R i Hillwood budynku typu built-to-suit w ramach centrum logistycznego 7R Park Kraków (41 000 mkw.) do funduszu zarządzanego przez GLL Real Estate Partners. Druga transakcja dotyczyła parku logistycznego zlokalizowanego w podkrakowskiej Modlniczce. Nabywcą, wycofującej swoje aktywa z regionu Europy Środkowo-Wschodniej firmy Goodman Group, została spółka GLP Group. W ramach zakupu portfela nieruchomości nowy właściciel nabył prawa m.in. do parku logistycznego Goodman Kraków Airport Logistics Centre (115 500 mkw.). Finalizacja transakcji odbyła się w III kw. 2020 roku, po orzeczeniu przez organy regulacyjne. Na uwadze należy również mieć fakt, że w popularnym ostatnio modelu finansowania nowych obiektów magazynowych tzw. modelu forward funding inwestorzy zainteresowani rozwojem w województwie małopolskim mogą skorzystać z oferty 26 Stref Aktywności Gospodarczej, a także Specjalnej Strefy Ekonomicznej – Krakowskiego Parku Technologicznego.

Autor: Marta Nowik, Konsultant w dziale powierzchni magazynowych i logistycznych, AXI IMMO