Najlepsze praktyki nie mogą odchodzić wraz z ludźmi

Zarządzanie wiedzą w firmach, w tym m.in. gromadzenie tzw. wiedzy cichej, zakorzenionej w doświadczeniach i indywidualnym podejściu pracowników, nigdy nie należało do łatwych zadań. Czas pandemii i nagłe przejście wielu przedsiębiorstw na pracę zdalną dodatkowo utrudniły ten proces, ograniczając chociażby możliwość zespołowego uczenia się zgodnie z podejściem „learning by doing”. Tymczasem to właśnie przepływ wiedzy w organizacji i jej kodyfikacja stanowi istotny zasób służący do obrony lub rozwoju pozycji rynkowej przedsiębiorstwa.

W najlepszej sytuacji znalazły się te firmy, które jeszcze przed wybuchem pandemii zdigitalizowały swoje procesy wdrażając odpowiednie rozwiązania, nie tylko automatyzujące i dokumentujące poszczególne procesy biznesowe, ale też gromadzące informacje o najlepszych praktykach i procedurach działania w konkretnych sytuacjach. Dzięki temu, niezależnie od tego czy organizacje stawały przed wyzwaniem pracy w zespołach rozproszonych czy redukcji zatrudnienia na skalę dotąd niespotykaną, nie musiało to oznaczać przerwania płynności działania firmy, ograniczenia jej wydajności, czy obniżenia poziomu satysfakcji klientów. Innym biznesom pozostało wyciągnąć wniosek, że digitalizacji procesów nie można dłużej odkładać.

– Systemy informatyczne budowane tak, by wspierać obiegi dokumentów i zadań za pomocą komponentów workflow, dbają o to, by właściwe czynności realizowane były przez właściwe osoby, we właściwym czasie. Pilnują przebiegu procesów i pokazują jak na tacy, ile spraw danego typu jest obecnie procesowanych, na czyim biurku utknęły i co musi się wydarzyć, by popchnąć ich realizację do przodu. Dzięki temu, pracownicy nie muszą znać procesu na wylot – wystarczy, że skupiają się na swoich zadaniach, które w dodatku są w tego typu rozwiązaniach mocno automatyzowane – mówi Łukasz Wróbel, wiceprezes i Chief Business Development Officer w firmie WEBCON, będącej wiodącym na polskim rynku dostawcą platformy do digitalizacji i zarządzania procesami biznesowymi.  Warto przy tym zauważyć, że przeniesienie wiedzy o przebiegu procesów biznesowych do systemów IT nie tylko ułatwia poradzenie sobie z sytuacją cięć kadrowych, ale stwarza też solidne fundamenty pod onboarding nowych pracowników.

Już pod koniec 2019 roku analitycy Gartnera podkreślali, że firmy zbyt mocno optymalizujące się pod warunki „tu i teraz” nie będą w stanie elastycznie podejść do wyzwań prowadzenia biznesu w czasach ciągłej zmiany. 2020 rok udowodnił jak bardzo istotny jest rozwój firmy w duchu, jaki Deloitte nazywa adaptable organisation.

– Firmy, które dzięki mądrej strategii cyfryzacji umiały szybko wdrażać w życie nowe produkty, pomysły biznesowe czy sposoby działania, były znacznie lepiej przygotowane na wynikającą z pandemii konieczność przeprofilowania swojej działalności. W zdecydowanie lepszej sytuacji były organizacje, w których IT dobrze współpracuje z biznesem, w tym z działami HR i Culture People, odpowiadając szybko na ich potrzeby. Krótki czas od zgłoszenia potrzeby czy pomysłu do wdrożenia warunkuje skuteczną reakcję na nową rzeczywistość. Jest jednak niemożliwy, jeśli firma nie posiada odpowiedniego zaplecza narzędziowego – wskazuje Łukasz Wróbel.

Planując digitalizację zarządzania wiedzą, warto przenieść do elastycznych systemów IT nie tylko procesy biznesowe i rozwiązania, ale także dane na temat zasad funkcjonowania firmy i panujących w niej procedur. Ostatni rok pokazał, że możliwość wprowadzania szybkich usprawnień i modyfikacji w zakresie przepływu procesów, gromadzeniu danych i ich analizy może stanowić o jakości podejmowanych decyzji na wszystkich poziomach organizacji, a w efekcie często decydować o być albo nie być biznesu.

– Musimy sobie zadać pytanie, jak szybko jesteśmy w stanie uruchomić projekt informatyczny oraz jak szybko potrafimy wprowadzić zmiany w używanym na co dzień oprogramowaniu. Jeśli czas ten liczymy w miesiącach i tygodniach to znaczy, że nasza organizacja nie jest przygotowana na dzisiejsze realia prowadzenia biznesu – dodaje Łukasz Wróbel.

Dlaczego pracownicy zmieniają pracę? Sprawdź na https://poradydlafirm.pracuj.pl/dlaczego-pracownicy-odchodza-z-pracy/

Doręczenia elektroniczne w sądach powszechnych dopiero za 8 lat

1 lipca br., czyli po ponad 1 roku od początku pandemii, zaczną obowiązywać przepisy zobowiązujące sądy powszechne do doręczeń elektronicznych, ale dopiero od 1 października 2029 r. Ta forma komunikacji w sądach powszechnych zacznie więc obowiązywać za 8 lat. Niezwykle szybko do nowej rzeczywistości przystosowały się za to sądy polubowne i mają efekty – w 2020 roku o ponad 36 proc. wzrosła liczba spraw, które trafiły do polskich sądów arbitrażowych, aż 80 proc. wszystkich sporów przeprowadzono online.

Pandemia i wynikające z niej obostrzenia pokazały korzyści, jakie płyną z postępowań arbitrażowych. Bo sądy polubowne niezwykle szybko przystosowały się do nowej rzeczywistości, prowadząc korespondencję elektroniczną oraz e-postępowania, w efekcie skracając czas potrzebny na wydanie wyroku. Średni czas rozstrzygania spraw w postępowaniu arbitrażowym w 2020 r. wyniósł 101 dni – dane te obejmują zarówno spory skomplikowane, jak i te prostsze, których rozstrzygnięcie potrafi zająć do 20 dni. W skomplikowanych sporach gospodarczych okres oczekiwania może być nieco dłuższy – np. arbitrzy największego w kraju sądu arbitrażowego, czyli SA KIG w ub. r. średnio potrzebowali na wydanie wyroku 154 dni. Dla porównania w warszawskich sądach, przed pandemią, rozstrzygnięcie takiego sporu w dwóch instancjach zajmowało 6 lat. – W okresie pandemii w naszym sądzie znacząco skrócił się czas rozstrzygania sporów. Wprowadzenie trybu online i generalnie współpracy zdalnej pozwala łatwiej działać na odległość i współpracować z klientami z innych regionów, co – nawet w czasach, gdy nie zmagaliśmy się z pandemią – było utrudnione – komentuje Agnieszka Durlik, dyrektor generalna Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie.

Jak podaje Polskie Stowarzyszenie Sądownictwa Polubownego, w Polsce działa kilka stałych sądów polubownych. Najstarszym i największym z nich jest Sąd Arbitrażowy przy Krajowej Izbie Gospodarczej w Warszawie. W ub. roku do SA KIG wpłynęło niemal 170 spraw. Drugim największym sądem polubownym w Polsce jest Sąd Arbitrażowy przy Konfederacji Lewiatan. Rozpoznaje on ok. 50 spraw rocznie. W sumie w latach 2019-2020 odbyło się w Polsce ponad 510 postępowań arbitrażowych. Łączna wartość przedmiotu sporu wszystkich tych spraw wyniosła ponad 1,6 mld zł. Nieznana jest liczba arbitraży ad hoc, czyli arbitraży, które nie są administrowane przez żadną instytucję i pozostają w pełni poufne – a te postępowania są dosyć popularne.

Polscy przedsiębiorcy korzystają również z usług zagranicznych sądów polubownych, w szczególności Sądu Arbitrażowego przy Międzynarodowej Izbie Handlowej w Paryżu (ICC), Instytutu Arbitrażowego przy Sztokholmskiej Izbie Handlowej (SCC) oraz Wiedeńskiego Centrum Międzynarodowego Arbitrażu (VIAC).

Sądy polubowne już przed koronawirusem miały możliwość prowadzenia wideorozpraw. Np. wspomniany już SA KIG ma taką możliwość od 2015 r. Realne zainteresowanie tą formą rozstrzygania sporów pojawiło się jednak dopiero po wybuchu pandemii. W czasie lockdawnu znacznie łatwiej przecież było zorganizować posiedzenie sądu online, niż stacjonarne. Zwłaszcza, gdy strony sporu miały swoje siedziby w różnych częściach kraju, a nawet świata.

– W arbitrażu międzynarodowym rozprawy online są dziś standardem. W czasie pandemii wszystkie duże instytucje arbitrażowe, jak np. ICC w Paryżu, promują właśnie taki sposób prowadzenia postępowań. Jeśli chodzi o Polskę, nasz sąd jest na tym polu prekursorem. W okresie pandemii włożyliśmy wiele pracy w to, by działać nieprzerwanie i ułatwić klientom przeniesienie się do wirtualnej rzeczywistości. Inwestujemy w narzędzia, które czynią postępowania arbitrażowe jeszcze bardziej wygodnymi, szybkimi i – co w aktualnej sytuacji szczególnie istotne – bezpiecznymi; narzędzia, dla których kolejne ograniczenia dotyczące przemieszczania się pomiędzy poszczególnymi krajami nie stanowią bariery – mówi Agnieszka Durlik.

Północna Izba Gospodarcza i Uniwersytet Szczeciński podpisały umowę o współpracy

Możliwość odbywania praktyk przez studentów w firmach zrzeszonych w Północnej Izbie Gospodarczej, opracowywanie strategii gospodarczych, a także aktywny udział w kształtowaniu dydaktyki Uczelni w oparciu o opinie przedsiębiorców i bieżące zapotrzebowanie na szczecińskim i zachodniopomorskim rynku pracy – wspólne plany Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie są bardzo ambitne. Uczelnia oraz samorząd gospodarczy we wtorek podpisały porozumienie o współpracy. – Sformalizowaliśmy naszą współpracę oficjalnie, ale współdziałaliśmy już wcześniej. Uniwersytet Szczeciński to największa regionalna uczelnia, posiadająca ogromny potencjał intelektualny, który w połączeniu z kreatywnością i planami naszych przedsiębiorców może przyczyniać się do dynamicznego rozwoju gospodarczego naszego miasta. Szczecin potrzebuje studentów, nasi przedsiębiorcy potrzebują dobrych pracowników i chcą im płacić wysokie wynagrodzenia. Musimy współdziałać, by wszystkie ze stron były zadowolone i zainteresowane współpracą – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Współpraca Uniwersytetu Szczecińskiego i Izby. Plany i oczekiwania

Porozumienie o współpracy obejmować będzie m.in. współpracę dydaktyczną czy przygotowanie programu praktyk i staży w firmach zrzeszonych w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie. Jak mówi Rektor US prof. dr hab. Waldemar Tarczyński to cenne porozumienie, bo otwiera przed studentami szansę poznania firm, które aktywnie rekrutują w naszym mieście i budują swoje zespoły w oparciu o absolwentów szczecińskich uczelni: – Styk uczelni i gospodarki jest kluczowy, jesteśmy po to żeby służyć, a ta służba to nie tylko kształcenie przyszłych kadr i pracowników, ale i współpraca z przedsiębiorcami. Północna Izba Gospodarcza jest silnym ogniwem, mamy nadzieję, że nasi studenci nie tylko będą mogli poznawać firmy zrzeszone w Izbie, ale dowiedzą się jak rozpocząć działalność gospodarczą, jak zakładać swoje firmy i je rozwijać – mówi Rektor Tarczyński.

Współpraca będzie obejmować kierunki specjalistyczne, ale i te o charakterze ogólnym: – Mamy Wydział Ekonomii, Finansów i Zarządzania, gdzie styk z firmami jest bardzo duży. Na tych kierunkach trudno jest działać bez przedsiębiorców. To obszary, które są istotne dla firm i ich współpracowników – dodaje Rektor US.

„Absolwenci mogą liczyć na miejsca pracy, które zapewnią im rozwój i dobre wynagrodzenie”

Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk ma nadzieję, że studenci Uniwersytetu Szczecińskiego będą chcieli lepiej poznawać firmy ze Szczecina i regionu. Taka współpraca może poskutkować tym, że zdecydują oni na pozostanie i rozwijanie kariery w naszym mieście. – Współpraca z uczelniami jest ważna dla naszych przedsiębiorców, oni mają przygotowanych wiele doskonałych ofert pracy. Firmy się rozwijają, ale potrzebują do tego młodych, ambitnych i kreatywnych pracowników. Absolwenci mogą liczyć na miejsca pracy, które zapewnią im rozwój i dobre wynagrodzenie. Dobre miejsce pracy to nie tylko Poznań, Wrocław czy Warszawa. Chcemy uświadamiać studentów, że mamy doskonałych przedsiębiorców, którzy bardzo na nich czekają – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Mam nadzieję, że aktualne władze Uniwersytetu Szczecińskiego zauważają ogromne pole do współdziałania między Uczelnią, a naszym samorządem gospodarczym. Duża otwartość prof. Waldemara Tarczyńskiego zwiastuje chęć współpracy i zupełnie nowe otwarcie w relacjach Uniwersytetu Szczecińskiego z przedsiębiorcami. Musimy dopasować dydaktykę kształcenia do potrzeb rynku pracy, to stawiamy sobie za główne zadanie – dodaje Jarosław Tarczyński, Wiceprezes Izby, a jednocześnie członek Rady Uczelni Uniwersytetu Szczecińskiego.

Wysokość czynszu jednym z głównych czynników wyboru najmowanego mieszkania. Ile są w stanie zapłacić Polacy?

80% wszystkich najmujących i poszukujących mieszkania na najem chce zamknąć się w kwocie 2000 złotych miesięcznie na mieszkanie – wynika z ankiety przeprowadzonej przez SW Research na zlecenie Cushman & Wakefield na reprezentatywnej próbie mieszkańców największych polskich miast. Ponad połowa jest w stanie przeznaczyć na najmowane mieszkanie maksymalnie do 1500 PLN miesięcznie.

Wysokość czynszu

80% wszystkich najmujących obecnie mieszkanie lub poszukujących mieszkania do najęcia, chce zamknąć się w kwocie 2000 złotych miesięcznie. Ponad połowa jest w stanie przeznaczyć na najmowane mieszkanie maksymalnie do 1500 PLN miesięcznie.

Natomiast zasobność portfela ankietowanych pokazuje, że największy procentowo udział respondentów z dochodem netto do 3000 PLN i od 3000 do 5000 PLN przypada na obecnych i potencjalnych najemców.

Wysokość czynszu 2

A jakie umowy są przez najemców najbardziej pożądane? Niemal połowa pytanych wskazała, że najchętniej widzianą umowa najmu byłaby umowa na czas nieokreślony z jednomiesięcznym okresem wypowiedzenia. Dla 14% najemców długość trwania umowy nie ma znaczenia.

Wysokość czynszu 3

Kwestionariusz badawczy został przygotowany na podstawie zagadnień dostarczonych przez ekspertów rynku mieszkaniowego Cushman & Wakefield, a badanie zostało przeprowadzone metodą wywiadów on-line (CAWI – Computer-Assisted Web Interview) wśród użytkowników panelu on-line SW Panel w dniach 19.03-24.03.2021 i 09.04-20.04. Analizą objęto grupę 3078 Polaków powyżej 18 roku życia, z sześciu miast (Warszawa, Kraków, Poznań, Łódź, Trójmiasto, Wrocław). Szczegółowe pytania zadano 1031 ankietowanym, którzy wynajmują albo planują wynająć mieszkanie, próba ma strukturę demograficzną zgodną z taką, jaka jest wśród wynajmujących w wielkich miastach.

30 czerwca Asteroid Day (Dzień Planetoid)

W 2016 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ ustanowiło 30 czerwca Dniem Planetoid (Asteroid Day), aby popularyzować problem zagrożenia ze strony asteroid i wysiłki wielu agencji na całym świecie, w tym Polskiej Agencji Kosmicznej, zmierzające do ochrony przed takimi wydarzeniami.

Asteroid Day to ogólnoświatowa kampania informacyjna, mająca na celu integrowanie środowisk zajmujących się sektorem kosmicznym, w celu dzielenia się wiedzą na temat planetoid oraz ochrony przed możliwymi zderzeniami. Dzień został zaproponowany już w 2014 przez grupę naukowców, astronautów, artystów i inżynierów, wśród których byli m.in. Stephen Hawking i gitarzysta Queen Brian May (skądinąd doktor astrofizyki i miłośnik kosmicznej stereofotografii), jako wydarzenie wypadające w rocznicę katastrofy tunguskiej i ją upamiętniające.

30 czerwca 1908 roku asteroida o rozmiarach około 40-60 metrów wleciała w atmosferę i  wybuchła nad rzeką Podkamienna Tunguska (środkowa Syberia, Rosja) z energią równoważną 5-10 megatonom trotylu, niszcząc przy tym ponad 2000 km kw. tajgi. Gdyby podobne wydarzenie miało miejsce współcześnie na terenach zaludnionych, spowodowałoby miliony ofiar.30 czerwca Asteroid Day (Dzień Planetoid)

Mapa detekcji wejść w atmosferę bolidów wykrytych przez amerykańskie sensory wraz z informacją o energii zdarzenia. Na mapie energią wyróżnia się zdarzenie z 15 lutego 2013 roku z Czelabińska.

NASA szacuje, że zagrażających nam obiektów (tzw. Near Earth Objects, NEO) o rozmiarach 40 metrów i  większych jest około 500 tysięcy. Wiele z nich byłoby bardzo trudno wykryć wcześniej niż kilka dni przed zderzeniem lub bliskim przejściem w okolicy Ziemi.

Ostatnim, współcześnie zarejestrowanym przykładem takiego zagrożenia był 17-metrowy bolid, który wybuchł nad Czelabińskiem w Rosji 15 lutego 2013 roku. Energię tego zdarzenia szacuje się na 440 kiloton trotylu. Fala uderzeniowa zniszczyła szyby kilku tysięcy budynków. W wyniku zdarzenia rany odniosło ponad tysiąc osób, głównie z powodu szkła pochodzącego z rozbitych okien.

Obiekty o rozmiarach 140 metrów i większych są w stanie poczynić katastrofalne w skutkach zniszczenia, które dotknęłyby obszarów równych powierzchnią całym krajom. Do tej pory udało się oszacować około 1/3 NEO o takich rozmiarach.

Na świecie podejmowane są wysiłki, by wykrywać, katalogować i charakteryzować NEO. W pracach biorą udział wiodące agencje kosmiczne i naukowcy z całego świata. Celem tych działań nie jest wyłącznie naukowa ciekawość ale także gromadzenie informacji niezbędnych do zapewnienia bezpieczeństwa. Ochrona przed NEO jest częścią szerszego zagadnienia – śledzenia i wykrywania sztucznych obiektów w przestrzeni okołoziemskiej (Space Surveillance and Tracking-SST), który jest jednym z kierunków działań  Polskiej Agencji Kosmicznej, określonych w Polskiej Strategii Kosmicznej. .

Poradzili sobie z pandemią. Co teraz czeka producentów sprzętu AGD?

Polscy producenci urządzeń i komponentów AGD nie dali się pandemii COVID-19. Po początkowym załamaniu w pierwszej połowie 2020 roku, szybkie odbicie pozwoliło zakończyć rok na poziomie o 10% wyższym niż przed epidemią. Mimo dobrych perspektyw, przed branżą stoją także wyzwania – m.in. zwiększający się nacisk na ekologiczną produkcję, ciągle rozwijająca się technologia, a także rozwój nowych funkcji i podążanie w kierunku produktów, które są coraz bardziej smart.

Z raportu „Producenci i dostawcy AGD w obliczu nowych trendów i wyzwań”, który na zlecenie Santander Bank Polska przygotowała SpotData, wynika, że jednym z najważniejszych trendów w nadchodzących latach będzie bycie bardziej eko. Taka postawa jest wymuszana nie tylko wprowadzanymi przepisami, ale także wymaganiami klientów czy zleceniodawców. Trend „eko” jest bardzo szerokim zagadnieniem, obejmującym wstępny etap projektowania sprzętu czy podzespołów, samego procesu produkcji, transportu czy pakowania produktu końcowego. Postępujące zmiany na tych wszystkich etapach często wymagają inwestycji i przemodelowania obecnych procesów.

Choć w ramach całego łańcucha dostaw firmy z branży AGD już podejmują szereg ekologicznych działań, to jednak w najbliższych latach będą się musiały jeszcze bardziej ”zazielenić”. Są dwa powody tej zmiany. Po pierwsze, klasa średnia krajów rozwiniętych jest coraz bardziej wrażliwa na odpowiedzialność środowiskową produktów i producentów. Po drugie, w życie wchodzą regulacje, którym firmy muszą się podporządkować. Najważniejsze wyzwania z punktu widzenia wytwórców AGD to regulacje dotyczące odpadów, wymogów materiałowych, recyklingu i śladu węglowego – mówi Kamil Mikołajczyk, dyrektor ds. sektora produkcji przemysłowej Santander Bank Polska.

Bezpośrednimi skutkami tych zmian będzie modyfikacja procesów projektowania sprzętu, tak by wykorzystywać więcej surowców i produktów pochodzących z ekologicznych materiałów, które później będą nadawały się do recyklingu. Zmieniane będą też procesy produkcyjne, tak aby w ich trakcie zużywać mniej wody i energii. Coraz częściej wykorzystywane będą odnawialne źródła energii, co pozwoli zmniejszyć koszty funkcjonowania. Zarówno producenci sprzętu AGD, jak i podzespołów, będą musieli też przywiązywać dużą uwagę do opakowań, tak aby nadawały się one do recyklingu i pochodziły z materiałów recyklingowalnych.

Pandemia przyspieszyła popyt na cyfrową kontrolę produkcji

Producenci AGD w Polsce inwestują bardzo dużo, zarówno w relacji do przychodów czy zysków, jak i w przeliczeniu na pracownika. Z około 10 tysiącami EUR inwestycji na pracownika jesteśmy w europejskiej czołówce – wyprzedzamy Niemcy, Hiszpanię czy Włochy, a nieznacznie ustępujemy Austrii.Co teraz czeka producentów sprzętu AGD

Polski sektor AGD czeka kolejna fala robotyzacji i automatyzacji, które zoptymalizują proces produkcyjny. Będzie to reakcja na braki pracowników i rosnące płace. Mimo, że przeciętne wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bardzo dynamicznie rosną, to firmy borykają się z brakiem wykwalifikowanych pracowników. – mówi Ignacy Morawski, dyrektor SpotData.

Polskie firmy dalej będą rozwijać zautomatyzowane linie produkcyjne, jednak wśród producentów podzespołów nawet większego znaczenia niż automatyzacja, nabierze digitalizacja i wykorzystanie danych. Wiele firm uważa, że okres pandemii zwiększył zapotrzebowanie na dane. Będą one wykorzystywane m.in. do szacowania w czasie rzeczywistym zapotrzebowania na surowce potrzebne do produkcji czy do eliminowania usterek na liniach produkcyjnych.

Nadchodzi era smart

Już obecnie software, czyli oprogramowanie urządzeń, zaczyna odgrywać coraz większe znaczenie niż hardware’u. Najlepiej jest to widoczne w branży rozrywki, ale wkrótce będzie to także widoczne w branży AGD. Dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji, Big Data oraz internetu rzeczy produkty AGD stają się coraz bardziej smart. Za pomocą aplikacji w telefonie można pobierać najnowsze aktualizacje swoich smart produktów, można nimi sterować i łączyć w sieć, tak aby powstała cała infrastruktura smart home.

Co teraz czeka producentów sprzętu AGD 2

W niedalekiej przyszłości będą promowane wszelkiego rodzaju usługi w chmurze: Infrastructure as a Service (IaaS), Platform as a Service (PaaS) i Software as a Service (SaaS) jako odpowiedź na trendy związany z digitalizacją sprzętu AGD. W przyszłości będzie rosło znaczenie i siła dostawców podzespołów elektronicznych oraz aplikacji i usług w chmurze do obsługi smart sprzętu i całego domu.

Kapitał wraca do USA, dolar się umacnia

Po słabszych danych ze Starego Kontynentu inwestorzy przenoszą swoje środki za ocean. Dzisiaj ważne dane na temat nowo utworzonych miejsc pracy w USA.

Dolar znów się umacnia

Rynki czekają już na dzisiejsze dane w sprawie nowoutworzonych miejsc pracy w USA. Inwestorzy najwyraźniej są dobrej myśli, bo już wczoraj wykorzystali trochę słabsze dane z Europy, by przenosić kapitał na drugą stronę oceanu. Umocnienie dolara względem euro o ćwierć centa nie jest czymś niecodziennym. To, co jest ważne w tej historii to fakt, że kapitał, by przepłynąć na drugą stronę oceanu, musiał stąd zniknąć. Znikał z większości rynków naszego regionu. Wczoraj słabszy dzień zanotował nie tylko złoty, ale również czeska korona i forint. Spadki względem dolara były oczywiście proporcjonalnie silniejsze niż względem euro.

Niemcy wygrywają z inflacją

Niemiecka gospodarka z inflacją radzi sobie lepiej niż piłkarze na Euro. Wczorajsze dane pokazują spadek z 2,5% do poziomu 2,3%. Należy pamiętać, że to i tak jeden z najwyższych odczytów w tym kraju od niemal dekady. Z drugiej strony jest to wynik spokojnie mieszczący się w celu inflacyjnym. Jest to również bardzo dobra wiadomość dla decydentów polityki monetarnej strefy euro. Brak presji ze strony głównej lokomotywy Unii na podwyżki stóp procentowych pozwala zachować dalej obecny status quo.

Problemy Hiszpanii

Wczorajsze dane wyglądać mogły na potencjalnie bardzo dobre. Zobaczyliśmy 19,6% wzrostu sprzedaży detalicznej. Problem w tym, że w zeszłym roku był to spadek o 19%. Wartości tych się jednak nie dodaje, a kolejno mnoży, co powoduje, że w dwa lata mieliśmy efektywnie łączny spadek o 3%. Oznacza to, że kraj ten w dalszym ciągu nie wyszedł jeszcze na zero po covidzie. Potwierdza to zresztą wiele dodatkowych czynników, jak przeszło 15% bezrobocie, które spada bardzo powoli, czy kurczący się produkt krajowy brutto. To wszystko dzieje się przy inflacji przekraczającej średnią unijną. Kraje z południa kontynentu są powodem, przez który EBC ma związane ręce w kwestii polityki monetarnej.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych należy zwrócić uwagę na:

11:00 – Polska – wstępny odczyt inflacji,

14:15 – USA – raport na temat zatrudnienia ADP.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Fundacja Virtuosa sfinalizowała pierwszy projekt wart ponad milion złotych

Czerwiec był intensywnym miesiącem dla Fundacji Virtuosa, który upłynął pod znakiem III edycji koncertu „Wielcy Artyści Małym Pacjentom” oraz otwarcia pierwszego z projektów Fundacji – Pracowni Kardiologicznej Symulacji Medycznej w Instytucie „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka” (IPCZD) w Warszawie, wartej blisko 1,1 mln złotych. Dzięki wsparciu partnerów ze świata biznesu projekt udało się zrealizować w ciągu zaledwie 4 miesięcy od zainicjowania działalności Fundacji.

Wielcy Artyści Małym Pacjentom

Rozpoczęty 2 lata temu cykl charytatywnych koncertów z udziałem największych światowych gwiazd opery, występujących w formie pro bono, ma na celu zbiórkę funduszy na kompleksową modernizację IPCZD. Czerwcowy koncert, zorganizowany przez Fundację Virtuosa w Ufficio Primo, swoim występem uświetnił znany i uwielbiany przez publiczność na całym świecie kontratenor Jakub Józef Orliński. Całkowity dochód z biletów, czyli prawie 150 000 zł zostanie przeznaczony na początkowe prace przy kompleksowej modernizacji, po 40 latach, Izby Przyjęć oraz Holu Rejestracji 30 poradni specjalistycznych w Instytucie. Wartość całego przedsięwzięcia to ok. 2,5 mln złotych.

Potrzeby dzieci na pierwszym miejscu

Kompleksowa modernizacja obejmie blisko 1100 mkw. powierzchni, która zostanie podzielona i dostosowana pod potrzeby konkretnych grup małych pacjentów, w tym noworodków, dzieci w wieku przedszkolnym i nastolatków. Własną przestrzeń znajdą również dzieci z porażeniem mózgowym i dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, które będą miały do dyspozycji wysokiej klasy ścianę sensoryczną. Jednym z etapów projektu jest odpowiednie przystosowanie i wyposażenie w najnowocześniejsze sprzęty części Izby Przyjęć przeznaczonej dla dzieci obłożnie chorych oraz przywożonych do Instytutu karetką bądź helikopterem.

– To będzie pierwsza Izba Przyjęć w Polsce, która w tak dużym stopniu pochyli się nad tematem pierwszego zderzenia dziecka ze szpitalem. Poza nowoczesnym sprzętem i funkcjonalnym rozkładem oraz wyposażeniem pomieszczeń ogromną rolę w tym projekcie odgrywa kolor i jego wpływ na samopoczucie małych pacjentów. Badania potwierdzają, że na dzieci najbardziej kojąco działają barwy ziemi, czyli beże, jasne brązy i zielenie, dlatego też użyjemy ich przy renowacji Izby Przyjęć i Holu Rejestracji Instytutu. Chcemy zrobić wszystko, żeby ułatwić dzieciom ten trudny moment zetknięcia ze szpitalem, poprzez m.in. skrócenie ścieżki pacjenta, a także przemodelowanie samego procesu rejestracji, który nie będzie już się odbywał w pomieszczeniach wspólnych, w których trudno o poczucie prywatności, a także zachowanie bezpieczeństwa epidemiologicznego – mówi Patrycja Piekutowska, prezes Fundacji Virtuosa i ambasador Instytutu „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka”.

Prace nad I etapem modernizacji, który obejmie około 400 mkw. – m.in. cały hol główny rejestracji, rozpoczną się już w drugiej połowie lipca i mają zostać ukończone na początku września.

Pierwszy projekt już zrealizowany

Modernizacja Izby Przyjęć oraz Holu Rejestracji w IPCZD nie będzie pierwszym projektem Fundacji Virtuosa. W czerwcu działalność rozpoczęła pierwsza w Polsce Pracownia Symulacji Kardiologicznej w Instytucie „Pomnik- Centrum Zdrowia Dziecka”, która pozwoli zapewnić profesjonalne warunki do szkolenia kadry lekarskiej, biorącej udział w interwencyjnych zabiegach medycznych (czyli bez otwierania klatki piersiowej) wymagających najwyższej precyzji.

Na nową pracownię składa się m.in. sala dydaktyczna z najwyższej klasy sprzętem multimedialnym służącym do pokazywania na żywo zabiegów wprost z pracowni sercowo-naczyniowej, sala komputerowa, a także pracownia druku 3D, która umożliwia drukowanie modeli serc konkretnych dzieci i dopasowanie pod nie odpowiednich narzędzi.

Ogromny wkład w realizację projektu miała Fundacja Globalworth, która przeznaczyła 123 tys. euro na sfinansowanie najważniejszych sprzętów symulacyjnych w Pracowni.

– Każdego roku około 4000 dzieci rodzi się w Polsce z wrodzoną wadą serca. Dlatego postanowiliśmy wesprzeć ten niezwykły projekt, który przyczyni się do ratowania i polepszania jakości życia dzieci z wadą serca. Cieszymy się, że nasze działania mają realny wpływ na poprawę rzeczywistości małych pacjentów – mówi Georgiana Iliescu, dyrektor zarządzająca Fundacji Globalworth.

Potrzeby pacjentów oraz stały postęp stawiają przed lekarzami coraz wyższe wymagania – centrum szkoleniowe umożliwi specjalistom efektywniejsze leczenie dzieci, jak również zapewni nowe standardy edukacji studentom uczelni medycznych w Polsce. Pozwoli to na zwiększenie liczby przeszkolonych lekarzy różnych specjalności i studentów z kilku do kilkudziesięciu rocznie. Pracownia będzie pełnić też rolę miejsca, w którym kadra medyczna będzie przygotowywać się do rozmów z rodzicami pacjentów.

– Symulacja jako metoda edukacyjna skraca czas nabywania umiejętności medycznych. Dostępne symulatory pozwalają na dokładne odtworzenie warunków naturalnych, przez co wielokrotne wykonywanie stałych elementów na przykład kardiologicznych zabiegów interwencyjnych, staje się bardziej rutynowe. Ostatecznie zwiększa to precyzję, więc poprawia jakość leczenia dzieci – mówi Grażyna Brzezińska-Rajszys, dr hab. med. prof. Instytutu.

Realizacja projektu nie byłaby możliwa bez wsparcia drugiego z głównych sponsorów – firmy Hillwood A Perot Company oraz partnerów: MediaMarkt, Simedu, Mabau, nora by Interface, CAL, CONTRACT, Sopro, SYSTEXX by Virtulan i Fundacji Serce Dziecka.

– Wraz z otwarciem Pracowni Symulacji Kardiologicznej spełniło się jedno z moich największych marzeń, które kiełkowało we mnie od momentu, kiedy 12 lat temu czekałam pod małym gabinetem na wynik zabiegu kardiologii interwencyjnej mojego dwudniowego wtedy synka. Nie śniło mi się wtedy, że pewnego dnia zostanę prezesem Fundacji, która pomoże mi takie marzenia realizować i poznam ludzi, z którymi będzie to możliwe, takich jak wybitna kardiolog, profesor Grażyna Brzezińska – Rajszys, Monika Rajska-Wolińska ze wspierającej nasze działania firmy Colliers czy członkowie zarządu Fundacji Globalworth. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do realizacji tego spektakularnego przedsięwzięcia – mówi Patrycja Piekutowska.

Zadbany wygląd, dobry gust, pewność siebie – atrybuty konsumenta kupującego modę w sieci

Tworząc kampanię marketingową skierowaną do osób kupujących odzież online warto wiedzieć, do kogo tak właściwie mówimy. Wyniki najnowszego badania Grupy Domodi opracowanego we współpracy z WP.PL dostarczają ciekawych insightów dotyczących tej grupy docelowej. Tym razem swoją uwagę skierowaliśmy na opinie użytkowników w kwestii ich wyglądu, samooceny, emocji towarzyszącym zakupom w sieci.

Zrealizowane badania wykazały, że osoby kupujące modę online raczej nie starają się wyróżniać z tłumu, wręcz nie chcą, aby uważano, że zbytnio starają się pod względem ubioru, czy wyglądu. Zadeklarowało tak niemal 50% ankietowanych. Co zaskakujące, w obliczu wciąż jednak silnego zjawiska fast fashion, podążającego za najnowszymi trendami modowymi, badani preferują jednak wygodę niż bycie “na czasie” (67%). Nie oznacza to jednak, że nie lubią wyglądać dobrze, wręcz przeciwnie – dbają o siebie (60%), uważają się za osoby z dobrym gustem (54%), a 43% z nich jest zdania, że zwraca większą uwagę na strój niż inni.

Zadbany wygląd, dobry gust, pewność siebie – atrybuty konsumenta online

To, że osoby kupujące modę w sieci zwracają uwagę na swój wygląd i ubiór wydaje się czymś oczywistym. Natomiast zdecydowanie dominują w tym aspekcie osoby młodsze. Prawie połowa z nich uważa, że przywiązuje większą wagę do ubioru niż inni. Jednocześnie osoby do 24 roku życia wykazują niższą pewność siebie w porównaniu do bardziej dojrzałych wiekiem osób kupujących modę online. Młodym bardziej zależy na zdaniu otoczenia, z wiekiem ta tendencja spada i opinia innych ludzi nie ma już takiego znaczenia. Jest to ważne jedynie dla ⅓ badanych po 24 roku życia.  Nie zmienia to faktu, że bez względu na wiek, osoby robiące zakupy odzieżowe w sieci mają się za jednostki wykazujące się dobrym gustem (54% ankietowanych). Z kolei czynnik płci wpływa już na wyniki badania. Pokazuje, że  kobiety w 59% doceniają swój gust, natomiast mężczyźni niemal w tylu samu procentach (56%)  nie są przekonani co do swojego poczucia stylu czy gustu.

Zakupy dla siebie, nie dla innych

Kupowanie ubrań sprawia przyjemność ponad 55% konsumentów robiących zakupy modowe w internecie. Panie wiodą prym w tym aspekcie, ponieważ taki stosunek do zakupów odzieżowych deklaruje aż 64% z nich, podczas gdy u mężczyzn jest to tylko 37%.  Również kobiety czerpią większą przyjemność z samego faktu dbania o siebie (64% vs 46%), którego jednym z elementów jest właśnie ubiór. Nie oznacza to jednak, że badani kupują ciuchy, aby zwracać na siebie uwagę i udowadniać, jak dobry mają gust, czy jak dobrze znają się na modzie. Wręcz przeciwnie. Ankietowani nie chcą, aby myślano, że zbytnio starają się w kwestii modnego wyglądu, nie przepadają za wyróżnianiem się z tłumu. Oczywiście wiek ma tutaj również znaczący wpływ na postawy badanych, zdecydowanie wolą błyszczeć mężczyźni do 39 roku życia i kobiety do 24 roku życia, najmniej kobiety w wieku 60+.

Wygoda ponad trendy

“Pandemia odcisnęła piętno na rynku fashion, ale także, jak wynika z badań,  na stosunku konsumenta do mody. Trendy nie są już tak bardzo istotne dla ankietowanych, tylko 34% z nich lubi być na bieżąco z najnowszą modą, 25% ma do tego ambiwalentny stosunek, a aż 40% nie zwraca na ten aspekt w ogóle uwagi. Osoby kupujące modę online stawiają obecnie na wygodę, młody wygląd, stąd stale rosnąca popularność comfy clothes, czy odzieży sportowej.” – podsumowuje wyniki badań Agata Kostrzewa-Mazurek, Marketing & Communication Expert, Grupa Domodi.

Z badań wynika także, że ponad 44% ankietowanych regularnie uprawia sport, aż 73%  z nich uważa, że prawdziwe piękno pochodzi z wnętrza człowieka. Nie marnują więc czasu na podążanie za trendami. Co ciekawe najbardziej ulegają trendom są osoby po sześćdziesiątce (47%), a wśród nich przede wszystkim panowie (57%).

Wraz z wiekiem zmieniamy podejście do mody, trendów, samoakceptacji związanej z własnym wyglądem. Równolegle z przybywającymi latami rośnie nasza pewności siebie, natomiast potrzeba polegania na opiniach innych traci na wartości. Podobny proces odbywa się na szerszą skalę w branży mody, przesuwając punkt ciężkości od fast fashion w kierunku slow, czego źródłem jest właśnie zmieniająca się świadomość konsumencka, dbałość o siebie, ale i o innych.

Pandemia mocno przystopowała chęć i potrzebę nadążania za modowymi trendami, zwolnił przez nią cały świat, zwolniła moda, zwolniliśmy i zatrzymaliśmy się na chwilę

refleksji i my, konsumenci. Czy wszystko rozpędzi się na nowo? Być może, ale to jeszcze chwilę potrwa. Dlatego warto rozważyć korektę swoich strategii komunikacji do klienta w oparciu o zaprezentowane w raporcie insighty.

Raport opracowano na podstawie wyników badań przeprowadzonych za pomocą narzędzia SoftReport Explorer. Próba badawcza (Target Group Index Kantar MillwardBrown): osoby kupujące odzież, buty i dodatki online w wieku 15-75 lat.

Cena akcji Shoper w IPO została ustalona na 47 zł

Oferta publiczna akcji Shoper cieszyła się wysokim zainteresowaniem inwestorów. Cena sprzedaży jednej akcji w ofercie została ustalona na poziomie ceny maksymalnej, czyli 47,00 zł. Wartość oferty wyniesie 363 mln zł, z czego 91,9 proc. akcji zostanie nabytych przez inwestorów instytucjonalnych, a pozostałe 8,1 proc. przez inwestorów indywidualnych.

– Oferta Shoper spotkała się z wysokim zainteresowaniem ze strony inwestorów. W trakcie spotkań roadshow otrzymaliśmy od inwestorów instytucjonalnych wiele pozytywnych opinii w kontekście naszego modelu biznesowego opartego na rozwiązaniach SaaS oraz pay-as-you-grow, który pozwala nam rosnąć wraz z użytkownikami naszej platformy. Potencjał do dalszego skalowania biznesu został oceniony pozytywnie, a przed nami wymagająca praca, aby zrealizować obraną strategię i w dalszym ciągu dynamicznie zwiększać wyniki rok do roku. Cieszy nas również zainteresowanie ze strony inwestorów indywidualnych, którzy zyskują dostęp do kolejnego ciekawego podmiotu z ekspozycją na branżę e-commerce – komentuje Marcin Kuśmierz, prezes zarządu Shoper.

Shoper to lider na polskim rynku dostawców oprogramowania dla e-commerce w modelu SaaS – z danych Spółki wynika, że posiada około 45% udział w rynku pod kątem liczby obsługiwanych klientów, a wliczając sklepy sprzedawane na zasadzie private label, udział ten wzrasta do około 57%. Umożliwia przedsiębiorcom wygodne, szybkie i łatwe założenie własnego sklepu internetowego oraz prowadzenie sprzedaży w kanale online. Na kompleksową ofertę Spółki składa się udostępniana w formie abonamentu platforma Shoper, pozwalająca na elastyczne dopasowanie do potrzeb danego klienta oraz szereg usług sprzedawanych w modelu pay-as-you-grow (PAYG), skorelowanych bezpośrednio z liczbą zamówień lub wielkością obrotów (GMV) generowanych przez sklepy na platformie.

Przedmiotem oferty jest 7.731.628 akcji spółki, które reprezentują 27,11 proc. kapitału zakładowego oraz 27,50 proc. głosów na Walnym Zgromadzeniu (razem z opcją stabilizacyjną ok. 9% liczby akcji w ofercie). Oferującymi akcje są obecni akcjonariusze spółki, tj. fundusz private equity V4C POLAND PLUS FUND S.C.A. SICAV FIAR, Modhaus sp. z o.o., KFF Sarl, Krzysztof Krawczyk oraz Rafał Krawczyk. Akcjonariusze sprzedający oraz Spółka zobowiązali się do nie sprzedawania lub nie emitowania akcji spółki przez okres 360 dni po ofercie. Menadżerami oferty są mBank S.A., Biuro Maklerskie PKO BP oraz WOOD & Company Financial Services, a.s.

Poza ustaleniem ceny za akcję, dokonano również podziału liczby akcji pomiędzy inwestorów indywidualnych, którym ostatecznie zaoferowano 623 512 walorów, stanowiących ok. 8 proc. oferowanych akcji, a inwestorów instytucjonalnych, do których trafi pozostałe 7 108 116 akcji. Data przydziału jest ustalona na 5 lipca.

– Shoper działa na dynamicznie rozwijającym się rynku, a my rośniemy jeszcze szybciej od niego, posiadając bardzo dobre perspektywy na najbliższe lata. Mamy plan osiągnąć nasze ambitne cele w postaci wzrostu bazy użytkowników platformy Shoper do 50 tys. sklepów internetowych w 2026 roku oraz zwiększenia do 80% udziału przychodów skorelowanych ze skalą działalności sklepów w modelu pay-as-you-grow. Pracując nad realizacją tych założeń chcemy przestrzegać najlepszych praktyk spółek giełdowych i zyskać zaufanie w oczach inwestorów – dodaje Marcin Kuśmierz.

Z rozwiązań oferowanych przez Shoper na koniec I kwartału 2021 r. korzystało ponad 21 tys. sklepów, w tym około 17 tys. klientów bezpośrednich, którzy w ciągu 12 miesięcy zakończonych 31 marca 2021 r. wygenerowali niemal 4,5 mld zł GMV1). Pozostałe ok. 4 tys. sklepów zostało sprzedanych w formule Private Label przez partnerów Spółki. Z usług Shoper korzystają m.in.: Wawel, Kanał Sportowy, Pat&Rub, Kruger&Matz, Agencja Mienia Wojskowego.

W I kwartale 2021 r. Shoper wypracował ok. 15,8 mln zł przychodów, co oznacza wzrost o 71 proc. r/r. Zysk z działalności operacyjnej wzrósł o 69 proc. do ok. 5,5 mln zł, a zysk netto o 92 proc. do ok. 4,5 mln zł.

W maju 12 tys. Ukraińców dostało zezwolenie na pobyt czasowy w Polsce. To o 40% więcej niż rok wcześniej

W maju br. o prawie 40% wzrosła liczba zezwoleń na pobyt czasowy, wydanych Ukraińcom, w porównaniu z analogicznym okresem ub.r. Jak wynika z danych UdSC, jeszcze większe wzrosty dotyczą zgód na pobyt rezydenta długoterminowego WE/UE i zezwoleń na pobyt stały. Tu różnice wyniosły odpowiednio ponad 90% i blisko 55%. Najwięcej pozytywnych decyzji w ww. sprawach podjął wojewoda mazowiecki.

Z danych przekazanych przez Urząd do Spraw Cudzoziemców wynika, że w maju br. zezwolenie na pobyt czasowy uzyskało 12 100 obywateli Ukrainy. To o 3 454 więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy takich przypadków było 8 646.

– Statystyki te odzwierciedlają długoterminowe trendy, a nie tylko chwilowe zawirowanie spowodowane pandemią. Po prostu polskie społeczeństwo bardzo się starzeje. Mamy niskie bezrobocie, ale też duży udział osób biernych zawodowo. Natomiast przeszło rok temu, zarówno przedsiębiorcy, jak i Ukraińcy, czuli się niepewnie. Ponadto wydłużono możliwość pracy w Polsce bez konieczności załatwiania kolejnych formalności – komentuje Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Jak zaznacza Tomasz Cytrynowicz, dyrektor Biura Szefa UdSC, liczba zezwoleń na pobyt wzrasta systematycznie od 2015 r. Dominują te związane z pracą. Podaż i popyt na nią nie słabną. Obywatele Ukrainy korzystają również z uproszczonego dostępu do naszego rynku pracy. Według Jeremiego Mordasewicza, Ukraińcy przyjeżdżający do naszego kraju są bardzo elastyczni. Wykonują obowiązki zawodowe w danej miejscowości, a później – w innej. Ponadto często wybierają zajęcia poniżej swoich kwalifikacji. I zajmują stanowiska, które nie cieszą się zainteresowaniem wśród Polaków.

– Wielu Ukraińców przed epidemią przyjeżdżało tylko na kilka miesięcy, a następnie wracało do domu, żeby wyrobić kolejną wizę lub zaczekać na odnowienie ruchu bezwizowego. Ograniczenia w przekraczaniu granic spowodowały, że wielu z nich zdecydowało się na legalizację pobytu w Polsce bez wyjazdu na Ukrainę. Robili to poprzez złożenie wniosku o udzielenie zezwolenia na pobyt czasowy – podkreśla Michał Wysłocki, ekspert BCC oraz dyrektor Działu Prawa Imigracyjnego w Kancelarii Sadkowski i Wspólnicy.

W maju br. najwięcej zezwoleń na pobyt czasowy dla Ukraińców wydał wojewoda mazowiecki – 1 975. Dalej widzimy przedstawicieli administracji z woj.  dolnośląskiego – 1 475 , wielkopolskiego – 1 440, małopolskiego – 1 391 i śląskiego – 975. Natomiast na drugim końcu zestawienia znajdują się woj. świętokrzyskie –121, podlaskie –156, opolskie – 244, warmińsko-mazurskie – 247 i podkarpackie – 320.

– Od kilku lat ranking ilości wydawanych zezwoleń na pobyt czasowy w Polsce wygląda podobnie. Na czele są te województwa, w których cudzoziemcom najłatwiej o pracę, a tym samym – o podstawę legalizacji pobytu. Zdarza się, że w niektórych częściach Polski udaje się uzyskiwać zezwolenia na pobyt czasowy szybciej niż w innych. Cudzoziemcy zatem są gotowi nawet zmienić miejsce zamieszkania, żeby wniosek złożyć do wojewody działającego sprawniej – dodaje ekspert BCC.

Natomiast 487 zezwoleń na pobyt czasowy dla obywateli Ukrainy wydał Szef Urzędu ds. Cudzoziemców. On jest instancją odwoławczą od decyzji wojewodów, o czym informuje Tomasz Cytrynowicz. W przypadku, gdy istnieją wszystkie przesłanki może on udzielić takiego zezwolenia. A im więcej odwołań, tym więcej decyzji.

– W wielu przypadkach udałoby się uniknąć angażowania organu odwoławczego. Bardzo często negatywne decyzje w I instancji wynikają z faktu nieuzupełnienia lub nieprawidłowego złożenia dokumentacji. Dopiero po negatywnej decyzji cudzoziemiec uzupełnia, w toku postępowania odwoławczego, materiał dowodowy. Dzięki temu Szef UdSC może finalnie udzielić zezwolenia. Widać też, że urzędy wojewódzkie coraz lepiej informują o tym, jakie dokumenty i w jakiej formie muszą być złożone – mówi Michał Wysłocki.

Rok do roku widoczne są też wzrosty w przypadku liczby zezwoleń na pobyt rezydenta długoterminowego WE/UE (maj 2021 rok – 253, maj 2020 rok – 133). Ostatnio najwięcej decyzji w tej kwestii wydał wojewoda mazowiecki – 76. Dalej w zestawieniu są jego odpowiednicy z woj. małopolskiego – 66, dolnośląskiego – 31, łódzkiego oraz wielkopolskiego – po 15. Natomiast Szef UdSC wydał jedno takie zezwolenie.

– Z roku na rok przybywa cudzoziemców, którzy spełniają przesłanki udzielenia im zezwoleń pobytowych wydawanych na czas nieoznaczony, czyli na pobyt stały lub rezydenta długoterminowego UE. By się o nie ubiegać, należy przebywać nieprzerwanie na terytorium RP przez określony czas liczony w latach. Przesłanką dodatkową może być też małżeństwo z obywatelem RP – opisuje ekspert z BCC.

Wzrosła również liczba wydanych zezwoleń na pobyt stały. W maju tego roku było ich 498, a w analogicznym okresie 2020 roku – 322. I w tym przypadku najwięcej zezwoleń wydał wojewoda mazowiecki – 123. Kolejne miejsca należą do jego odpowiedników z woj. małopolskiego – 72, lubelskiego – 48, łódzkiego – 44 i zachodniopomorskiego – 36. Z kolei Szef UdSC wydał 2 takie zgody.

– Mazowsze i Małopolska mają potencjał gospodarczy, dlatego przyciągają obcokrajowców. Ukraińcy wybierają tereny położone blisko granicy, a także te, na których już mieszkają ich rodacy. W tym zestawieniu pojawia się też województwo zachodniopomorskie, co może mieć związek z jego profilem. Tam jest sporo gospodarstw rolnych, a ponadto łatwiej z tego obszaru poszukiwać pracy w Niemczech. Polacy wyjeżdżają, a na ich miejsce przybywają pracownicy z Ukrainy – podsumowuje doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Multidłużnik to nie multimilioner

22,3 mld zł – tyle wynosi łączne zadłużenie konsumentów-multidłużników, czyli osób wpisanych do Krajowego Rejestru Długów, które mają co najmniej 3 wierzycieli. W ciągu zaledwie trzech lat ich nieuregulowane zobowiązania zwiększyły się o 1,2 mld zł. Rekordzista zalega z płatnościami wobec… 151 wierzycieli, a jego dług wynosi 11,6 mln zł.

Niespłacone zobowiązania wszystkich Polaków wpisanych do KRD wynoszą obecnie 47,8 mld zł. Ma je 2,4 mln osób. Wśród nich są też multidłużnicy, tj. konsumenci, którzy zalegają co najmniej 3 wierzycielom. W KRD figuruje prawie 590 tys. takich osób. Ich łączny dług to 22,3 mld zł. Grono ich wierzycieli jest liczne, bo razem to 6 165 firm.

– Zaległości multidłużników stanowią niemal połowę całego zadłużenia konsumentów, co pokazuje skalę problemu. Multidłużnik to często osoba, która wpadła w pętlę finansową. Zazwyczaj powodem narastającego zadłużenia jest zbyt duża liczba aktywnych zobowiązań oraz finansowanie każdej potrzeby pożyczonymi pieniędzmi. Zaciąganie kredytów czy kupowanie na raty nie jest niczym złym, pod warunkiem, że panujemy nad spłatą zobowiązań i świadomie planujemy wydatki. Warto też posiadać oszczędności, które bardzo przydają się w momencie nagłej utraty pracy bądź konieczności poniesienia dodatkowych nakładów finansowych – wyjaśnia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Multidłużnik kontra zwykły dłużnik

Patrząc przez pryzmat wieku, najmocniej obciążone są osoby pomiędzy 36. a 45. rokiem życia, mające do oddania aż 7,8 mld zł. Problem najmocniej dotyczy miejscowości powyżej 300 tys. mieszkańców, gdzie zaległości urosły do 4,7 mld zł, ale niewiele mniej wynoszą one w miejscowościach poniżej 5 tys. mieszkańców, gdzie multidłużnicy mają do oddania 4,6 mld zł.

Najwięcej multidłużników mieszka na Śląsku – 99,5 tys. osób. Mają łącznie 3,6 mld zł. Niewiele mniej mają do oddania na Mazowszu – tam uzbierała się kwota 3 mld zł. Na trzecim miejscu są Dolnoślązacy z sumą 2,1 mld zł.

Rekord należy do mężczyzny z Warszawy, który ma 925 zobowiązań wobec 151 wierzycieli. Powinien im oddać łącznie 11,6 mln zł. Jest w grupie wiekowej 46-55 lat. Dla porównania jeszcze trzy lata temu dłużnik-rekordzista miał 75 wierzycieli, był im winien łącznie 3,7 mln zł.

Według badania „Zadłużenie Polaków”, przeprowadzonego przez IMAS International na zlecenie KRD w listopadzie 2020 r. z okazji przypadającego wtedy Dnia bez Długów, aż 30 proc. Polaków mających zaległości finansowe przyznaje, że nie radzi sobie z ich spłatą, a 61,5 proc. czuje się nimi przytłoczonych. Chcąc je spłacić, zazwyczaj proszą o pomoc finansową rodzinę.

Z doświadczenia firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso wynika, że multidłużnicy w ostatnim czasie tłumaczą swoje zaległości sytuacją pandemiczną w kraju i związaną z tym utratą pracy bądź dodatkowego źródła dochodu. Wskazują, że mają inne zobowiązania, które muszą spłacać. Trafiają do windykacji głównie za nieopłacone polisy ubezpieczeniowe i zaległości wobec operatorów komórkowych. Według danych Kaczmarski Inkasso 15 proc. dłużników ma co najmniej 2 sprawy przekazane do windykacji.

Z perspektywy negocjatora, który kontaktuje się z multidłużnikiem, najważniejszy jest dobry wywiad i właściwe rozpoznanie sytuacji materialnej. Na tej podstawie jest on w stanie przygotować realny plan spłaty zobowiązań, dostosowany do możliwości dłużnika. Pomoże to konsumentowi nie tylko uregulować zaległości, ale przede wszystkim wyjść na prostą. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że kilka zmian wprowadzonych w domowym budżecie i priorytetach wydatków jest w stanie przywrócić im równowagę finansową. Właśnie to wyjście z wielokrotnych długów i spłata zobowiązań jest głównym celem działania negocjatorów – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Spiętrzone alimenty i kredyty

Najgorzej sytuacja wyglądała w czerwcu ub. r., a więc w szczycie pandemii, kiedy dłużnicy posiadający co najmniej 3 wierzycieli mieli 22,9 mld zł zaległości, czyli o 600 mln zł więcej niż obecnie. W wyjściu na prostą nie pomagały redukcje zatrudnienia, trudności w znalezieniu nowych bądź dodatkowych źródeł dochodu oraz inflacja windująca koszty utrzymania. Widać to było w badaniu „Barometr oszczędności”, jakie KRD przeprowadziło w październiku 2020 r. – 38 proc. konsumentów mówiło wprost, że podczas epidemii koronawirusa ich położenie ekonomiczne się pogorszyło. Rodacy deklarowali, że starają się panować nad wydatkami – niemal 40 proc. osób kontrolowało je mocniej niż wcześniej. Jednak ponad połowa nie zmieniła swojego podejścia do wydawania pieniędzy – zarządzała nimi tak samo jak przed COVID-19.

Kluczowe jest właśnie to podejście do zarządzania budżetem. Wiele osób żyje w poczuciu, że nie mogą sobie odmawiać przyjemności, nawet jeśli przekracza to ich możliwości finansowe. Tymczasem nasze portfele mają swoją „wyporność”. Zadłużanie się bez refleksji, skąd później wziąć pieniądze na spłatę kredytu czy rat za kino domowe, w efekcie wpędza wiele osób w ślepą uliczkę nadmiernych zaległości – zauważa Adam Łącki.

Najnowsze dane KRD pokazują, że multidłużnicy najgorzej radzą sobie z płaceniem alimentów – to aż 6,3 mld zł nieuregulowanych zobowiązań. Muszą też oddać 1 mld zł bankom, 667 mln zł firmom pożyczkowym, a także 537 mln zł operatorom komórkowym oraz dostawcom telewizji i Internetu. Największe zaległości (9,8 mld zł) mają jednak wobec funduszy sekurytyzacyjnych, które odkupiły długi od pierwotnych wierzycieli.

W gronie multidłużników najwięcej jest tych, którzy mają 3 wierzycieli, czyli 288 tys. osób, następnie 4 wierzycieli – 152 tys. osób oraz 5 wierzycieli – 77 tys. osób. Potem te wartości maleją. Wraz z liczbą wierzycieli przypadających na jednego multidłużnika, zmniejsza się grono samych dłużników.

Nie szukajmy przyczyn na siłę

Emocji na rynkach w tym tygodniu jest zdecydowanie mniej niż na boiskach, mimo że nie brakuje prób podniesienia znaczenia niektórych czynników ryzyka. Dolar jest silniejszy, co wygląda na redukcję ryzyka na koniec miesiąca i kwartału, podczas gdy rynek obligacji i akcji zachowuje spokój.

Trudne są okresy, kiedy rynki są w fazie wyczekiwania na kluczowe informacje, a jednak traderzy, inwestorzy i komentarzowy rynkowi muszą przyjść do pracy i czymś się zająć. Często dochodzi do sytuacji, gdy w wiadomościach opisujących zmiany cen aktywów na siłę szuka się wytłumaczenia spadków i wzrostów. Tak, jakby śmiertelnym grzechem byłoby napisać, że fluktuacje są zwykłym szumem bez znaczenia. Wczoraj najpierw spadki indeksów w Azji, a potem na starcie handlu w USA umocnienie dolara były tłumaczone obawami o rozprzestrzenianie się wariantu Delta Covid-19. ale już dziś odbicie na giełdach w Azji jest przypisywane optymizmowi związanemu ze skutecznością szczepionek w walce z mutacją wirusa. Nie dajmy robić z siebie wariata. Czasami dwa zdarzenia (tutaj: informacje o zakażeniach, spadki na giełdach) mogą występować niezależnie od siebie. Poza tym, co to za euforia z tytuły skuteczności szczepionek, jeśli indeksy nie są w stanie wzrosnąć o więcej niż 0,5 proc.? Czasami najprostsze wytłumaczenia są najlepsze. Mamy koniec miesiąca i kwartału, co zwykle skłania do porządkowania portfeli i redukcji ryzyka. Wydarzaniem tygodnia jest piątkowy raport z rynku pracy USA, gdzie większa reakcja będzie w przypadku lepszych danych (większy wzrost zatrudnienia), gdyż to zwiększy prawdopodobieństwo wcześniejszego startu redukcji skupu aktywów przez Fed. Ale przecież nie odmówię nikomu własnej interpretacji zdarzeń. Mnie też nikt nie zabroni twierdzić, że wczoraj niemieccy piłkarze Bayernu Monachium odpadli z Euro w solidarności ze swoim klubowym kolegą Robertem Lewandowskim.

Czekamy na piątek i raport NFP, a dziś preludium do danym, będzie raport ADP, który informuje o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym na podstawie danych gromadzonych od klientów firmy księgowej Automatic Data Processing. Już dawno minęły czasy, kiedy ADP był dobrym prognostykiem przed NFP, co jednak nie powstrzymuje uczestników rynku od reagowania na raport prywatnej firmy. Prognozowany na dziś przyrost zatrudnienia na poziomie 600 tys. to relatywnie nisko zawieszona poprzeczka dla pozytywnych zaskoczeń, kiedy popyt na pracę w przyspieszającej gospodarce jest wysoki. Ale negatywnym ryzykiem jest niechęć bezrobotnych do powrotu do pracy, kiedy mają dostęp do hojnych zasiłków. Innymi słowy, duża niepewność dotyczy danych z rynku pracy.

Złoty osłabił się we wtorek, co również zrzucam na karb przetasowań na koniec miesiąca. Dziś EUR/PLN wraca do 4,51, a dodatkowym impulsem wspierającym złotego może być szacunek CPI. Oczekuję utrzymania silnych wzrostów w ujęciu miesięcznym (0,4 proc. m/m), ale efekty bazy pozwolą na lekki spadek dynamiki rocznej (do 4,6 proc. z 4,7 proc.). Wyższe odczyty będą podsycać spekulacje przed kolejnym posiedzeniem RPP, dając złotemu pretekst do umocnienia. Nie wierzę w zasadność takiej reakcji i dalej zakładam bierność Rady, ale przyjmę odmienną reakcję rynku FX.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Szał na domy i działki trwa, ale mieszkania wracają do łask

Dane Otodom podsumowujące drugi kwartał wskazują na tendencję wzrostową niemal we wszystkich kategoriach. W maju ruch w kategorii „domy” był wyższy o 42% r/r, co świadczy o ich nieprzerwanej popularności. Nie słabnie też zainteresowanie działkami, wyszukiwanymi o 80% częściej niż rok temu. Po poluzowaniu obostrzeń i powrocie do wielu aktywności z cienia budynków jednorodzinnych i działek wychodzą ostatnio mieszkania. W tej kategorii ruch był aż o 77% był wyższy niż przed rokiem.

Rynek nie zwalnia, mieszkania wracają

Urodzaj na rynku nieruchomości w drugim kwartale utrzymał się. Domy wciąż sprzedają się jak świeże bułeczki, co przekłada się na niższą podaż. O popularności kategorii świadczy majowy spadek liczby ofert dostępnych w serwisie o 18% r/r, a także wspomniany wzrost ruchu. Jeszcze większe wzrosty dotyczyły działek (80 %) przy 5-procentowym spadku liczby ofert.

Nowością jest wyraźne zwiększenie zainteresowania mieszkaniami na sprzedaż, które stopniowo wracają do łask. Mimo, że ich wybór jest o 7% większy niż przed rokiem, prawdopodobnie wkrótce zaczną one znikać. Wskazuje na to odnotowany w maju wzrost ruchu w kategorii o 77% r/r.

Wpływ na to bez wątpienia miał powrót do względnie normalnego życia. Nie bez wpływu na zainteresowanie nieruchomościami pozostają stosunkowo tanie kredyty oraz rekordowo niskie oprocentowanie lokat, które zachęcają do podjęcia decyzji o zakupie własnego lokum, choćby po to, by uchronić oszczędności przed inflacją. Zwłaszcza, że nieruchomości wciąż drożeją, a ich ceny wyprzedzają spadek wartości złotówki.

Rekordowe ceny mieszkań i domów

Średnia cena mieszkań w Polsce wyniosła w maju 8510 zł na rynku pierwotnym (wzrost o 13% r/r) i 8296 zł na wtórnym (+7% r/r). Majowe ceny domów także galopują: przeciętnie to już 4800 zł za mkw. na rynku pierwotnym (+13% r/r) i 4706 zł na rynku wtórnym (+14% r/r).

Szukamy droższych nieruchomości, ale nie większych

Tęsknotę za większą przestrzenią, wyraźną w statystykach Otodom, szybko zweryfikował rynek i galopujące ceny. W porównaniu z marcem ubiegłego roku na przełomie maja i czerwca nieco wzrosła liczba poszukujących mieszkań do 40 mkw. (z 32% na 33%) i nieco spadła grupa wyszukujących mieszkań większych niż 80 mkw. (z 8% na 7%). W pozostałych przedziałach zainteresowanie utrzymywało się na podobnym poziomie.
Również w przypadku domów zwiększyła się liczba wyszukiwań w najmniejszym przedziale, do 100 mkw. (z 57% do 59%), a poszukujących domów większych niż 225 mkw. jest 6%, o 1% mniej niż na początku pandemii.

Rynkowe wieści nie omijają poszukujących – widzimy więc zwiększoną liczbę wyszukań mieszkań w cenach do 500 000 zł (32% wobec 27% rok temu) kosztem mieszkań do 200 000 zł (z 17% na 12%) i najpopularniejszego jeszcze w marcu 2020 r. przedziału do 350 000 zł (z 35% na 26%). Wzrosło też zainteresowanie mieszkaniami droższymi niż 500 000 zł. Również w przypadku domów wyraźnie widać mniej wyszukań najtańszych nieruchomości, w cenie do 350 000 zł i zwiększanie się zainteresowania domami droższymi niż 500 000 zł.

Zagraniczne konto bezpiecznikiem płynności finansowej firmy

W połowie marca 2021 r., podczas konferencji prasowej, szefowa Krajowej Administracji Skarbowej ujawniła, że w ubiegłym 2020 r. KAS zablokowała z użyciem STIR o 38% więcej pieniędzy na kontach bankowych firm niż w całym 2019 r., i aż o 842% więcej niż w pierwszym roku funkcjonowania systemu. A w planach skarbówki jest blokowanie nie tylko rachunków firmowych, ale i prywatnych. Czy przedsiębiorcy mogą się w jakiś sposób uchronić przed nagłą utratą płynności finansowej i zdolności do pokrywania bieżących zobowiązań oraz kosztów prowadzonej działalności?

Blokada rachunku firmy do 3 dni z możliwością przedłużenia do 3 miesięcy

Działający od 2018 r. System Teleinformatyczny Izby Rozliczeniowej to stosowane przez Krajową Administrację Skarbową narzędzie do inwigilacji kont bankowych przedsiębiorców. Śledzenie to fiskus tłumaczy potrzebą wykrywania nieprawidłowości prowadzących do oszustw podatkowych. W przypadku ich stwierdzenia szef KAS ma prawo zablokować zgromadzone na rachunku firmy pieniądze na okres do 72 godzin. A jeśli uzna, że zachodzi uzasadniona obawa niewykonania zobowiązania podatkowego przekraczającego równowartość 10 000 euro, blokadę rachunku może przedłużyć do 3 miesięcy.

840-procentowy wzrost wartości dokonanych przez szefa KAS blokad

Blokady kont rozliczeniowych firm skarbówka może dokonywać od 30 kwietnia 2018 r. W pierwszym okresie funkcjonowania systemu blokad, do 31 grudnia 2018 r., skarbówka zamroziła w ten sposób na rachunkach 10,2 mln zł. W 2019 r. kwota zablokowanych środków wyniosła już 69,7 mln zł, a w całym poprzednim, 2020 r., było to już 96,15 mln zł. Oznacza to wzrost zablokowanej kwoty o 38% w porównaniu do poprzedniego i o 842% w porównaniu do pierwszego roku funkcjonowania przedmiotowego systemu blokad. Od 1 lipca 2019 r. KAS może również zajmować lokaty terminowe.

Organ może zająć konto, nie mając żadnych dowodów

Przedsiębiorcy funkcjonują obecnie w Polsce w świadomości, że z dnia na dzień, bez tzw. twardych dowodów, szef KAS może zablokować im zgromadzone na rachunku bankowym środki i doprowadzić do utraty płynności finansowej firmy, zdolności do bieżącego pokrycia zobowiązań wobec kontrahentów, wypłat wynagrodzeń, nie mówiąc już o konieczności wstrzymania inwestycji. Potwierdził to Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z 20 września 2018 r. (sygn. akt III SA/WA 2057/18), który przyznał, że skarbówka, zajmując firmowe konto, nie musi przeprowadzać żadnego postępowania dowodowego.

Fiskus najpierw zablokował, a potem zajął miliony zgromadzone na koncie spółki

W grudniu 2019 r. jeden z przedsiębiorców, powołując się na szczególnie uzasadnione okoliczności związane z prowadzeniem swojej działalności, zwrócił się do szefa KAS o zwolnienie poczynionych w listopadzie blokad rachunków. Ten, w związku z podejrzeniem ujęcia przez firmę tzw. pustych faktur w swoich rozliczeniach VAT, najpierw zablokował spółce konto na 72 godziny, a następnie przedłużył na czas oznaczony nie dłuższy niż 3 miesiące, blokadę ponad 2,8 mln zł.

Spółka wskazała, że jej wniosek o zwolnienie środków pieniężnych z zablokowanych rachunków bankowych determinuje potrzeba wywiązania się z ciążących na niej zobowiązań, w tym również publicznoprawnych, zapłaty wynagrodzeń. Jak zaznaczył przedsiębiorca, ustanowienie blokady uniemożliwiło mu prowadzenie działalności gospodarczej, co w praktyce może skutkować upadłością.

Oczywiście wniosek okazał się bezskuteczny, bowiem zanim szef KAS go rozpoznał w lutym 2020 r., kilka dni wcześniej naczelnik urzędu skarbowego zarządził zabezpieczenia zobowiązań podatkowych spółki na jej majątku i dokonał zajęcia firmowych kont spółki, które wcześniej zostały objęte ustanowioną przez szefa KAS blokadą.

O tym, czy zgromadzone na kontach spółki miliony złotych zostały słusznie zabezpieczone i zajęte przez skarbówkę, zadecyduje zapewne sąd. Niemniej, nawet gdy sąd stwierdzi, iż blokada nie była słuszna, nie zmieni to faktu, że w jednej chwili, z dnia na dzień, została pozbawiona dostępu do ponad 2,8 mln zł, i to na dłużej niż 3 miesiące (sprawa z 29 maja 2020 r., sygn. akt III SA/Wa 961/20, przed WSA w Warszawie).

Fiskus chce zajmować nie tylko konta firmowe, ale i prywatne przedsiębiorców

Rekordowa kwota zablokowanych ponad 96 mln zł w 2020 r. w połączeniu ze wszystkimi dokonanymi dotąd w ramach STIR blokadami (69,7 mln zł w 2019 r. oraz 10,2 mln zł w 2018 r.) to wciąż kropla w morzu zamiarów fiskusa. Zgodnie bowiem z zapowiedziami Ministerstwa Finansów KAS ma blokować ok. 4,6 tys. rachunków przedsiębiorców rocznie, co w skali 10 lat daje ponad 47 mld zł wpływów do budżetu państwa. A w planach fiskusa jest rozszerzenie systemu blokad na prywatne rachunki oszczędnościowe, oszczędnościowo-rozliczeniowe i rachunki lokat terminowych oraz wydłużenie okresu pierwszej blokady na okres do 96 godzin. Przesłanką uprawniającą do tego szefa KAS ma być podejrzenie wykorzystywania takich rachunków do wyłudzeń podatkowych.

Czy przedsiębiorcy mają jakąś szansę na zabezpieczenie płynności finansowej firmy?

Czy przedsiębiorcy z tym coraz szerszym, postępującym, bezceremonialnym dostępem fiskusa do ich kieszeni i majątku muszą się milcząco godzić? Te autorytarnie wprowadzane regulacje prawne, zezwalające na omawiane działania fiskusa, a zacierające granice możliwej ingerencji organów państwa we własność prywatną, są uchwalane i narzucane odgórnie, tak naprawdę bez pytania o zdanie i zgodę przedsiębiorców. Dość wspomnieć, że w planach ustawodawczych pojawiają się jeszcze takie pomysły, jak konfiskata prewencyjna, pozwalająca zajmować majątki firm bez udowodnienia im zawinionego udziału w przestępstwie czy konfiskata in rem, umożliwiająca organom ścigania dokonywanie zabezpieczeń na majątku podejrzanego już na etapie procesu.

Odpowiedzialny przedsiębiorca, właściciel firmy, pracodawca jest więc niemalże wywoływany do tablicy co do stopnia swojej odpowiedzialności. To on musi się bowiem w takiej rzeczywistości i okolicznościach odnaleźć, jeśli nie chce pewnego dnia stanąć przed koniecznością proszenia szefa KAS o zwolnienie blokady zajętych na rachunku środków, celem pokrycia bieżących zobowiązań swojego przedsiębiorstwa i tym samym ratowania samej firmy.

Odpowiedź na zadane powyżej pytanie jest prosta. Z pomocą przychodzi stara, utarta, zwyczajowa reguła, aby w celu ochrony przed ewentualną kradzieżą, wychodząc z domu, nie trzymać wszystkich pieniędzy w jednej kieszeni. To, że skarbówka stale dąży do poszerzania swoich uprawnień w zakresie dostępu do kont bankowych przedsiębiorców, nie oznacza, że może mieć dostęp do wszystkich ich pieniędzy. Dlatego odpowiedzialnym ruchem dążącego do zabezpieczenia majątku firmy przedsiębiorcy będzie lokowanie części gromadzonych środków poza jurysdykcją szefa KAS i jego uprawnień do blokowania kont.

Posiadanie zagranicznego rachunku bankowego, także w którymś z państw spoza Unii Europejskiej jest czymś normalnym i powszechnie stosowanym. Stąd, zgodnie z przywołaną regułą, nikt nie jest zmuszony do trzymania wszystkich oszczędności w jednym miejscu. Wręcz przeciwnie, odpowiedzialny właściciel majątku powinien go alokować w ramach dywersyfikacji do kilku miejsc, nie tylko dla ochrony przed zmieniającymi się przepisami, ale i z obawy przed zwykłym atakiem hakerskim. Dlaczego mowa tu o odpowiedzialności? Bo od takich prewencyjnych działań może zależeć płynność finansowa firmy, miejsca pracy zatrudnionych w niej pracowników, a nawet jej byt. W konsekwencji zależeć może od nich także bezpieczeństwo rodziny przedsiębiorcy i jego samego. I nie chodzi tu o konieczność przenoszenia całych oszczędności i wpływów na bezpieczne zagraniczne konto, a chociażby ich część. Tak, by w obliczu blokady konta, mogącej trwać nawet dłużej niż 3 miesiące, w tej kryzysowej sytuacji móc uruchomić środki zgromadzone na innym, niepodlegającym jurysdykcji polskiego fiskusa rachunku.

Takich przyjaznych ochronie majątku jurysdykcji jest wiele. Bezpieczne zagraniczne konta oferują np. położone w Europie: Ks. Liechtenstein, Luksemburg czy słynna na całym świecie z najwyższych standardów bankowości Szwajcaria, a spoza UE – np. Singapur. Nie jest to przecież bilet w jedną stronę, i zawsze, w każdej chwili, wszystkie rozmieszczone na zagranicznych kontach pieniądze można cofnąć na konto bankowe w Polsce.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Niemieckie służby bezpieczeństwa monitorują ruchy „antycovidowe”

Niemiecki Urząd Ochrony Konstytucji (BFV) rozpoczął monitorowanie grup związanych z propagowaniem teorii spiskowych dotyczących COVID-19, które „kwestionują legalność państwa”. Niemcy są kolebką jednego z najbardziej radykalnych ruchów sprzeciwiających się „zamykaniu gospodarki”, a publiczne wiece przeciwko restrykcjom epidemiologicznym odbywają się niemal co tydzień. Przyciągają one specyficzną mieszankę uczestników, w tym przeciwników szczepionek, zwolenników teorii spiskowych oraz skrajnie lewicowych i prawicowych partii.

W ostatnich miesiącach demonstracje przeciwko działaniom blokującym gospodarkę przybierały masowy i niekiedy brutalny charakter. Uczestniczyli w nich również członkowie największej niemieckiej skrajnie prawicowej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD), a także antysemickiego ruchu Reichsbürger i zwolennicy Selbstverwalter – niemieckiego odpowiednika ruchu amerykańskich suwerennych obywateli. Niektóre z tych grup skupiają się wokół nowego jądra antyrządowego, które określane jest jako ruch Querdenker.

Termin Querdenker oznacza „myślicieli alternatywnych” (nie podążających z głównym nurtem), zaś ruch reprezentuje nową kategorię antyrządowej aktywności. Jego sympatycy nie są zwolennikami skrajnie lewicowej, prawicowej ani motywowanej religijnie wojowniczości. Ponad 90% sympatyków Querdenkera to osoby w wieku ponad 30 lat, a średni wiek wynosi prawie 50 lat. Ponad 2/3 tych osób należy do klasy średniej, natomiast w równej proporcji głosują one na skrajnie lewicowe bądź skrajnie prawicowe partie. Według badań socjologicznych wśród wyznawców Querdenkera dominuje ksenofobia i negatywne nastawienie wobec muzułmanów.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski
Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Źródło: Portal intelNews.org z 29.04.2021 r.

MNK Partners uruchamia fundusz POLSKA by MNK SPF

MNK Partners, niezależna firma zarządzająca aktywami, specjalizująca się w ogólnoeuropejskich inwestycjach w nieruchomości o wysokim potencjale wartości, ogłasza uruchomienie funduszu POLSKA by MNK, specjalistycznego funduszu profesjonalnego (FPS), podlegającego prawu francuskiemu w formie FCP, którego celem jest inwestowanie głównie w aktywa nieruchomościowe Core+ w sektorze biurowym, logistycznym i handlowym w Polsce.

– Polska to jeden z najbardziej atrakcyjnych krajów w Europie z perspektywami wzrostu, które naszym zdaniem są trwałe i obiecujące. Polska ma uprzywilejowaną pozycję, biorąc pod uwagę jej położenie geograficzne, liczbę ludności oraz dynamizm i dywersyfikację gospodarki. Rozwój polskiego rynku nieruchomości sprzyja średnioterminowym strategiom buy-to-let, a to właśnie chce zaoferować fundusz Polska – wyjaśnia Mansour Khalifé, prezes i założyciel MNK Partners.

Cele i cechy charakterystyczne funduszu: połączenie zysku z potencjałem tworzenia wartości.

Dzięki oportunistycznej i zdywersyfikowanej strategii Fundusz Polska będzie dążył do zbudowania portfela aktywów o wartości 100 milionów euro poprzez inwestowanie w aktywa nieruchomościowe Core+ w Polsce.

– Fundusz będzie koncentrował się na rynku polskim, przede wszystkim na segmentach logistyki, biur i parków handlowych, które świetnie zdały egzamin podczas okresu pandemii i lockdownów. Możemy również inwestować w inne segmenty rynku oraz w krajach sąsiednich, jeśli znajdziemy tam atrakcyjne produkty – mówi Małgorzata Cieślak-Belgy, dyrektor inwestycyjny w MNK Partners.

Spółka zarządzająca zidentyfikowała już aktywa, które odpowiadają tej strategii. O swoich przejęciach poinformuje do trzeciego kwartału 2021 roku.

Prężny rynek i strategiczne położenie geograficzne

Polska jest obecnie jednym z najatrakcyjniejszych krajów w Europie, z perspektywami trwałego wysokiego wzrostu, pomimo kryzysu wywołanego przez Covid-19. Zajmuje uprzywilejowaną pozycję, biorąc pod uwagę jej strategiczne położenie geograficzne w sercu Europy, wielkość jej coraz bardziej wykwalifikowanej populacji (Warszawa, Kraków i Wrocław należą do miast europejskich, w których odsetek dorosłych z wyższym wykształceniem jest najwyższy) oraz dynamikę i dywersyfikację jej gospodarki (stopa bezrobocia na poziomie 3,8% w 2020 r.). Polska, która od 17 lat jest silnie zakotwiczona w UE, przyciąga również coraz więcej kapitału zagranicznego.

– Ten dynamizm znajduje odzwierciedlenie w sektorze nieruchomości poprzez rozwój nowoczesnych, wysokiej klasy biurowców, otwieranie centrów i parków handlowych w różnych miastach kraju, oraz rozwój bazy logistycznej w pobliżu szlaków komunikacyjnych powstałych w ostatnich latach. Jeśli dodamy do tych warunków wyższe niż w Europie Zachodniej stopy kapitalizacji przy zakupie, łatwo zrozumieć zainteresowanie inwestowaniem na polskim rynku nieruchomości – mówi Mansour Khalifé.

Lokalny zespół w sercu Europy

W ramach swojej globalnej strategii europejskiej, a w szczególności dla funduszu Polska by MNK, grupa MNK otworzyła biuro w Warszawie w 2020 roku, aby lepiej oddziaływać w Europie Środkowej, Wschodniej i Północnej. Lokalny zespół składający się z doświadczonych i cenionych pracowników, śledzi rynek i inwestycje w celu lepszego ugruntowania pozycji grupy w regionie i uprzywilejowanego dostępu do aktywów wysokiej jakości, a także do lokalnych graczy. Decyzje inwestycyjne i zarządzanie funduszami są prowadzone z Paryża.

Poza tą lokalną obecnością, MNK Partners posiada silną ekspertyzę na ogólnoeuropejskim rynku nieruchomości. Zespół ma na swoim koncie europejskie osiągnięcia, z ponad 5 miliardami euro zainwestowanymi w całej Europie (15 krajów) w ciągu ostatnich 15 lat.

– Od wielu lat działamy w Europie, co pozwala nam zrozumieć cykle zachodzące na europejskim rynku nieruchomości i korzystać z rozbudowanej sieci partnerów w każdym z europejskich krajów. Dzięki tej lokalizacji w sercu Europy Środkowej uważamy, że mamy uprzywilejowany dostęp do najlepszych możliwości inwestycyjnych w najlepszym interesie naszych inwestorów – wyjaśnia Miranda Khabiri, Dyrektor Zarządzający MNK Partners.

MI5 ostrzega przed szpiegostwem z profesjonalnych witryn internetowych

Brytyjski kontrwywiad MI5 rozpoczął kampanię edukacyjną pt. „Pomyśl, zanim klikniesz”, w której ostrzega urzędników, partnerów w przemyśle i środowisku akademickim przed przeciwnikami tworzącymi fałszywe konta internetowe celem pozyskania osób, które mają dostęp do tajnych informacji. Zagraniczni szpiedzy pod fałszywą tożsamością wabią wybrane cele na osobiste spotkania, podczas których przekupstwem lub szantażem chcą uzyskać informacje. W ciągu ostatnich pięciu lat ponad 10 tys. obywateli Wielkiej Brytanii znalazło się na celowniku agentów wrogich państw, które coraz częściej manipulują profesjonalnymi witrynami, aby pozyskać agentów i skraść tajemnice.

Kampania jest koordynowana przez Centrum Ochrony Infrastruktury Narodowej (CPNI) – ramię brytyjskiej agencji wywiadowczej MI5, które doradza rządowi i biznesowi w zakresie bezpieczeństwa ochronnego. Chociaż urzędnicy nie podają szczegółów, które kraje lub platformy społecznościowe budzą największe obawy, to wiadomo, że Chiny od dawna korzystają z LinkedIn dla celów szpiegowskich.
W trakcie kampanii służby będą wyczulać na oferty pracy, które wyglądają zbyt atrakcyjnie i zachęcać do zgłaszania pracodawcy podejrzanych rekrutacji. Według Kena McCalluma, dyrektora generalnego MI5, fałszywe profile na profesjonalnych witrynach są wykorzystywane na „skalę przemysłową”. Natężenie pracy zdalnej podczas pandemii koronawirusa sprawiło, że urzędnicy państwowi i inne osoby są bardziej narażone na ataki szpiegów w internecie.

Kampania została przetestowana w Wielkiej Brytanii trzy lata temu, ale dopiero teraz zdecydowano się na jej upublicznienie. Wszyscy brytyjscy partnerzy w ramach tzw. Five Eyes udostępniający dane wywiadowcze – Stany Zjednoczone, Kanada, Australia i Nowa Zelandia – podjęli kampanię „pomyśl, zanim klikniesz”, korzystając z materiałów z CPNI.

Paul Rockwell, szef działu bezpieczeństwa w LinkedIn, stwierdził, że jego pracownicy aktywnie poszukują oznak „działalności sponsorowanej przez państwo” i usuwają fałszywe konta, korzystając z informacji pochodzących z różnych źródeł, w tym agencji rządowych. Od stycznia do czerwca ubiegłego roku LinkedIn usunął około 33,7 mln fałszywych kont.

Źródło: Financial Times z 19.04.2021 r.

Kanadyjski wywiad odnotowuje szpiegostwo na poziomie z czasów zimnej wojny

Kanadyjska agencja wywiadowcza CSIS oceniła, że rok 2020 przyniósł najwyższy od zakończenia zimnej wojny poziom zagranicznego szpiegostwa ukierunkowanego na kanadyjskie cele. Jej dyrektor David Vigneault stwierdził, że należy to wiązać z płynnym i szybko ewoluującym środowiskiem bezpieczeństwa wywołanym przez COVID-19. Na działalność szpiegowską narażone były szczególnie kanadyjskie sektory biofarmaceutyczny i nauk przyrodniczych, które realizowały badania nad szczepionkami. Ponadto o wiele poważniejsze w ocenie dyrektora były takie zagrożenia jak brutalny ekstremizm, zagraniczna ingerencja czy złośliwa cyberprzestępczość. CSIS ujawnił, iż prowadził rozmowy ostrzegawcze przed szpiegostwem przynajmniej z 2000 kanadyjskimi interesariuszami.

Zagrożenie szpiegostwem związanym z pandemią zostało również wskazane w raporcie komisji parlamentarnej ds. bezpieczeństwa narodowego i wywiadu. David McGuinty, przewodniczący komisji, stwierdził, że pandemia zmusza niektóre państwa do wzmożenia działań szpiegowskich, ingerencji i ataków cybernetycznych przeciwko kanadyjskim celom, w tym firmom zaangażowanym w rozwój szczepionek.

Kanadyjski wywiad ocenił, iż jednym ze sposobów, w jaki zagraniczne służby gromadziły informacje polityczne, gospodarcze i wojskowe o Kanadzie, było wykorzystanie „nietradycyjnych zbieraczy”, takich jak naukowcy i podmioty prywatne. Ważną rolę odgrywał chiński Program Tysiąca Talentów, uruchomiony w 2008 r., który zachęcał chińskich naukowców za granicą do przenoszenia badań do macierzystego kraju. W konsekwencji duże zasoby kanadyjskiej wiedzy i własności intelektualnej płyną właśnie do Chin.

Autorzy: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski
Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Źródło: Agencja CBC z 12.04.2021 r.

Liczba niewypłacalnych firm rośnie, ale formalnych bankrutów jest coraz mniej

Pomoc państwa dla firm jest tak duża, że bardzo trudno przewidywać ile z nich jest potencjalnymi bankrutami. Liczba niewypłacalnych firm rośnie, ale formalnych bankrutów jest coraz mniej.

– Liczba upadłości obniżyła się w kryzysowym 2020 r., co wydaje się paradoksem, ale podobną tendencję obserwujemy w innych krajach – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Europie Środkowo-Wschodniej. – Przyczyniło się do tego bardzo duże wsparcie państwa udzielone przedsiębiorcom, a także wprowadzenie uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu.

Ten bardzo prosty sposób na przeprowadzenie restrukturyzacji wprowadzony został w czerwcu 2020 r. I nadal obowiązuje, a daje firmom cztery miesiące na zatwierdzenie układu, który nie wymaga rejestracji w sądach.

Natomiast łączna liczba niewypłacalnych przedsiębiorstw wzrosła w 2020 r. o 22 proc. Przy czym w statystykach tych rośnie udział uproszczonych postępowań o zatwierdzenie układu. W I kw. br. wynosił już 70 proc.

– Uproszczone postępowania o zatwierdzenie układu prawdopodobnie zostaną przedłużone do końca listopada br., a później mają być wpisane już na stałe do polskiego systemu prawnego – wyjaśniał G.Sielewicz, podczas zorganizowanej przez Coface po raz szesnasty konferencji Country Risk.

Nagłe przywrócenie kwarantanny dla pracowników z zagranicznych – problemem dla przedsiębiorców oraz migrantów

Pracodawcy, pracownicy zagraniczni oraz agencje miały kilka godzin na przygotowanie się do przywrócenia kwarantanny dla osób przyjeżdżających do Polski.

Informacja o nagłym przywróceniu obowiązku kwarantanny dla podróżnych spoza strefy Schengen stała się sporym kłopotem dla polskich przedsiębiorców, migrantów zarobkowych oraz agencji pracy, które codziennie sprowadzają do kraju od kilku do kilkunastu tysięcy pracowników zagranicznych.

Kwarantanna dla przyjeżdżających – zmiany od 24 czerwca

“W Polsce przybywa nowych mutacji koronawirusa w związku z tym od północy przywracamy 10-dniową kwarantannę dla osób przybywających spoza strefy Schengen” – poinformował popołudniem 23 czerwca wiceminister zdrowia Waldemar Kraska na konferencji prasowej. Dodał, że kwarantannie nie będą podlegały osoby w pełni zaszczepione. Odpowiednie rozporządzenie zostało opublikowane wieczorem tego samego dnia.

Decyzja ta zaskoczyła nie tylko podróżnych z krajów spoza UE, ale również polskich pracodawców oraz agencje pracy, ponieważ nowe restrykcje obejmują także pracowników ze Wschodu, w tym z Ukrainy, przybywających codziennie do Polski.

Zaskoczeni pracownicy ze Wschodu

Nagła zmiana zasad kwarantanny najbardziej uderza w stanowiących silny filar polskiego rynku pracy pracowników ze Wschodu, z których część zmierzała już do Polski, nie spodziewając się obowiązkowej dziesięciodniowej kwarantanny – poinformował Rafał Mróz, dyrektor operacyjny agencji EWL Group. Podkreślił, że tempo szczepień na Ukrainie jest znacznie wolniejsze niż w Polsce, a więc należy przyjąć, że niewielu pracowników przyjedzie do nas już zaszczepionych.

“Informację o decyzji rządu przyjęliśmy z zaskoczeniem. Wymusiła ona na nas szybką reakcję, gdyż musieliśmy w ciągu dosłownie kilku godzin organizować kwarantannę dla kilkuset pracowników, mających przybyć do nas w następnych dniach. Część z nich była już w drodze, więc to na nas spoczywał ciężar objaśnienia im, dlaczego kierujemy ich na kwarantannę, a nie na szybki test antygenowy. Pracownicy nie kryli oburzenia, a część z nich po prostu zrezygnowała z przyjazdu do Polski” – poinformował dyrektor operacyjny EWL.

Dodał, że dzięki błyskawicznej reakcji udało się znaleźć właściwie przystosowane kwatery dla pracowników tymczasowych oraz przygotować się do zabezpieczenia wszystkich niezbędnych potrzeb cudzoziemców, przybywających spoza strefy Schengen.

Polscy pracodawcy muszą poczekać na pracowników z zagranicy

Ponadto dyrektor sprzedaży EWL Michał Wierzchowski zwrócił uwagę na kłopoty, w których znaleźli się polscy pracodawcy oczekujący na pracowników ze Wschodu.

“Natychmiast poinformowaliśmy naszych klientów o tym, że pracownicy będą mogli podjąć zatrudnienie z dziesięciodniowym opóźnieniem. Spotkało się to z ich zrozumieniem, ale też wiemy, że wielu z naszych klientów ma teraz duże kłopoty. Ogłoszenie tak istotnych zmian dosłownie kilka godzin przed wprowadzeniem ich w życie spowodowało, że wiele firm zostało bez rąk do pracy w najważniejszym okresie ich sezonu produkcyjnego, gdzie ludzie są potrzebni “na teraz”, szczególnie w rolnictwie, sektorze spożywczym, logistyce czy HoReCa – wytłumaczył dyrektor sprzedaży EWL. – Klienci podkreślali, że zebrane ogórki czy truskawki nie poczekają dwóch tygodni na przetworzenie. Szczególny kłopot mają ci, którzy na kilka tygodni potrzebują setek pracowników sezonowych, których nie mogą pozyskać z rynku polskiego. Dziesięć dni opóźnienia to często milionowe straty”.

Zdaniem ekspertów EWL Group, polscy przedsiębiorcy rozumieją sens wprowadzenia dodatkowych restrykcji w Polsce oraz wagę bezpieczeństwa w obliczu ewentualnej kolejnej fali pandemii koronawirusa, tym niemniej tak istotne dla rynku pracy zmiany powinny być ogłoszone przynajmniej kilka dni wcześniej, aby można było się do nich przystosować.

Uproszczona restrukturyzacja zdała egzamin, ale polskie firmy pilnie potrzebują dodatkowego wsparcia

Nowe narzędzie, z którego mogą skorzystać zadłużone przedsiębiorstwa, znacząco przyspieszyło proces naprawy polskich firm w czasie pandemii. W opinii ekspertów firmy PMR Restrukturyzacje rządowy projekt wymaga jednak uzupełnienia o kolejne, bardzo potrzebne rozwiązania.

Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne zostało wprowadzone jako tymczasowe rozwiązanie w czerwcu 2020 roku, wraz z tarczą antykryzysową 4.0. Okazało się ono jednak na tyle efektywne, że rząd już po kilku miesiącach przystąpił do prac nad nowelizacją prawa restrukturyzacyjnego, z uwzględnieniem wprowadzenia uproszczonej restrukturyzacji na stałe. Dziś jest już pewne, że uproszczona restrukturyzacja, w znowelizowanej formie, zostanie z nami na dłużej – od pierwszego grudnia br. zastąpi ją nowe postępowanie o zatwierdzenie układu.

Z tego narzędzia skorzystało już w Polsce ponad 700 zadłużonych firm i dziś stanowi ono najczęściej wybieraną formę restrukturyzacji w naszym kraju. Trudno jednak się temu dziwić. Uproszczona restrukturyzacja znacząco przyspiesza proces naprawy przedsiębiorstwa, trwa maksymalnie cztery miesiące, a w dodatku toczy się praktycznie bez udziału sądu. Warta uwagi jest także jej duża skuteczność. Ze statystyk wynika, że zdecydowana większość spraw zakończyła się już układem z wierzycielami. W tym samym czasie wiele klasycznych postępowań nie zdążyłoby się nawet na dobre rozpocząćpodkreśla Małgorzata Anisimowicz, kwalifikowany doradca restrukturyzacyjny i prezes zarządu spółki PMR Restrukturyzacje.

Co jeszcze można zrobić dla przedsiębiorców? Możliwości jest kilka

Zdaniem eksperta zaproponowane już rozwiązania wymagają jednak rozszerzenia o kolejne ulgi i formy wsparcia dla pogrążonych w kryzysie przedsiębiorców. Jednym z nich mogłoby być wprowadzenie możliwości skorzystania ze środków Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych na pokrycie niezaspokojonych roszczeń ze strony pracowników.

Wiele zadłużonych firm ma obecnie duże problemy z wypłatą wynagrodzeń w terminie przewidzianym umową. Uproszczone postępowanie restrukturyzacyjne po jego otwarciu, powinno dać możliwość  wystąpienia z wnioskiem do FGŚP o udzielenie pożyczki na wypłatę niezaspokojonych roszczeń. Jest to forma pożyczki, więc przedsiębiorca będzie zobowiązany do jej zwrotu, ale uruchomienie takiej możliwości pozwoliłoby na realną ochronę miejsc pracytłumaczy Małgorzata Anisimowicz.

Kolejne rozwiązanie, nad którym powinien pochylić się ustawodawca to parytet głosów w procesie głosowania za układem, który powinien być tożsamy z parytetem w postępowaniach restrukturyzacyjnych, ogłaszanych przez sądy.

W uproszczonym postępowaniu restrukturyzacyjnym układ uznaje się za przyjęty jeżeli wypowie się za nim większość wierzycieli uprawnionych do głosowania, mających łącznie 2/3 sumy wierzytelności uprawniających do głosowania. Natomiast w przypadku postępowań ogłaszanych przez sądy układ zostaje przyjęty jeżeli wypowie się za nim większość głosujących wierzycieli, mających łącznie co najmniej 2/3 tej sumy. Ustawodawca w 2015 roku przyjął zasadę zmierzającą do zwiększenia  aktywności wierzycieli poprzez wskazanie, że wyniki głosowania odnoszą się do faktycznie oddanych głosów, a nie do uprawnienia do głosowania. Wyjątkiem było tylko postępowanie restrukturyzacyjne w drodze samodzielnego zbierania głosów, które stało się fundamentem powstania uproszczonego postępowania restrukturyzacyjnego. – Mając na uwadze, iż w toku procesu zbierania głosów pojawia się organ nadzorcy sądowego, parytet przeliczania głosów powinien zawsze odnosić się do wierzycieli, którzy faktycznie oddali głos, a nie do wierzycieli uprawnionych do głosowania, którzy nie wykazali żadnej aktywnościprzekonuje Małgorzata Anisimowicz.

Ostatnim elementem, na który wskazują eksperci PMR Restrukturyzacje pozostaje kwestia możliwości uchylenia zajęć egzekucyjnych, wszczętych jeszcze przed otwarciem postępowania. – Ustawa powinna dopuszczać taką możliwość, co z pewnością byłoby korzystne dla zadłużonych przedsiębiorców. W tym szczególnie trudnym okresie dla osób prowadzących biznes, każda forma wsparcia może być na wagę złota. W skali mikro takie rozwiązania umożliwią przedsiębiorcom szybki powrót na właściwe tory, a w skali makro pozwolą dźwignąć się całej gospodarce podsumowuje Małgorzata Anisimowicz.

Odbicie na rynku pracy. Pojawia się problem czwartej fali pandemii

Nawrót covidu w Azji na razie nie straszy europejskiego rynku pracy. Przedsiębiorcy patrzą optymistycznie na rozwój sytuacji i zwiększają zatrudnienie. Widać to wyraźnie w wielu państwach naszego regionu.

Lepsze dane z Węgier

Węgry często porównywane są z Polską. Podobnie jak my mają zresztą problem z inflacją. Wbrew podejściu Polski zdecydowano się jednak na podniesienie stóp procentowych. To, co jednak wyraźnie zwraca uwagę, to bardzo sprawne zduszenie poziomu bezrobocia. Ostatnie dane pokazują spadek w czerwcu względem maja aż o 0,2%. W rezultacie bezrobocie wynosi tam już zaledwie 4,1% i jest raptem pół procenta wyższe niż przed pandemią. Forint zachowuje się na rynku silniej od złotówki, ale po części można to tłumaczyć zwiększeniem poziomu stóp procentowych.

Covid wraca jak bumerang

Patrząc na to, co dzieje się na polskich ulicach, wiele osób mogło uwierzyć, że pandemia koronawirusa covid-19 odchodzi do historii. Jednak nic bardziej mylnego. Kolejne kraje zmagają się właśnie z nawrotem zakażeń. Problem teoretycznie jest głównie azjatycki, ale zauważa się go już także w Portugalii. Jest to istotny czynnik ryzyka, który znowu koryguje optymistyczne prognozy wzrostu. Odbicie tej prawidłowości widać np. w cenach ropy.

Również w Polsce bezrobocie będzie spadać?

W przypadku bezrobocia istnieje kilka wskaźników wyprzedzających. Jednym z nich jest wskaźnik rynku pracy wg BIEC. Parametr ten sugeruje, że możemy spodziewać się utrzymania trendu spadkowego w najbliższym czasie w Polsce. Jest to zdecydowanie dobra wiadomość. Bezrobocie w trakcie pandemii koronawirusa nie wzrosło wcale tak mocno, jak można się było tego spodziewać. W związku z tym, jeżeli tendencja pozytywna się utrzyma, możemy znów wrócić do wyznaczania rekordowych poziomów od początku transformacji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Branża eventowa nie odrobi strat, a na horyzoncie widać czwartą falę pandemii

W 2020 roku oraz w pierwszej połowie 2021 zgodnie z zaleceniami WHO praktycznie zakazano możliwości organizowania imprez masowych w Polsce. Od czerwca branża znów może otworzyć się na publiczność, jednak blisko 1,5 roku ograniczonej działalności spowodowało, że dla wielu przedsiębiorców straty będą nie do odrobienia i kolejny rok zakończą na minusie.

W marcu 2020 roku większość gałęzi gospodarki została zamrożona przez polski rząd w obawie przed rozwojem pandemii w Polsce i Europie. Praktycznie z dnia na dzień zakazano organizowania wydarzeń masowych, a większa część społeczeństwa w obawie przed zakażeniem unikała kontaktów z innymi. Od stycznia do września 2020 liczba firm eventowych, które musiały zawiesić działalność, wzrosła o blisko 20 proc w porównaniu do roku 2019.[1] Gdy w okresie wakacji zdecydowano się znieść część obostrzeń, a branży udało się złapać oddech, zaraz potem w kraju pojawiła się druga fala zachorowań. W październiku zakazano organizowania imprez z udziałem publiczności – regulacja utrzymała się w mocy aż do 4 czerwca 2021. Finalnie, statystyki GUS podają, że w minionym roku zorganizowano aż o 89,5 proc. mniej imprez artystyczno-rozrywkowych niż w 2019 roku.[2] Czy ponowne otwarcie dla branży eventowej oznacza pełną ulgę?

Branża ma 74 mln zł długu

O ile Polacy z łatwością mogli dostrzec problemy sektorów HoReCa lub transportu, ponieważ wiele lokali gastronomicznych zamykało się (dane mówią o 7-8 tys. przypadkach upadłości[3]), a środki komunikacji świeciły pustkami, o tyle problemy branży rozrywkowej były trudniejsze do dostrzeżenia. A jak przekonują eksperci, to właśnie ten sektor jest jednym z najbardziej dotkniętych przez liczne lockdowny. Potwierdzają to statystyki BIG InfoMonitor i BIK, według których zaległości finansowe branży eventowej wzrosły o 28 proc. w marcu 2021 w porównaniu z analogicznym okresem rok wcześniej.[4]

– Jeśli zsumujemy zaległości finansowe sektora eventowego, czyli artystów, organizatorów kongresów i targów oraz firm cateringowych, okazuje się, że w marcu br. posiadali oni aż 74 mln zł długu[5] – mówi Jan Enno Einfeld, Dyrektor Zarządzający Finiata Group. – Nie jest to kwota, którą uda się szybko odrobić, szczególnie gdy branża wciąż nie działa w pełni i ograniczają ją restrykcje sanitarno-epidemiologiczne. Dobiegają do nas głosy z rynku, według których obecnie obowiązujące wytyczne rządu sprawiły, że część imprez stała się nierentowna lub zbyt skomplikowana logistycznie.

W 2020 roku odnotowano duży procentowy udział firm z sektora eventowego w rządowych programach wsparcia. Mimo to otrzymane środki pozwoliły na pokrycie zaledwie 28 proc. strat. Nie dziwi więc fakt, że aż 38 proc. firm z branży rozważało zawieszenie lub zamknięcie działalności w 2021 roku.[6]

Problemy sektora imprez masowych odbijają się na stanie całej polskiej gospodarki. Przed pojawieniem się pandemii branża eventowa generowała 1,5 proc. PKB i zapewniała ok. 220 tys. miejsc pracy. Według statystyk GUS w Polsce organizowanych było średnio 7,2 tys. imprez masowych rocznie, a wartość tego sektora wynosiła blisko 3 mld zł. W 2020 r. większość imprez masowych stanowiły wydarzenia sportowe (75,8 proc. ogólnej liczby imprez masowych). W porównaniu z 2019 r. liczba imprez masowych zorganizowanych w obiektach zamkniętych spadła ponad 3-krotnie, a na terenie otwartym – ponad 8-krotnie.[7] Nic dziwnego, że przedsiębiorcy liczą, że nowe otwarcie dla ich branży oraz program szczepień pozwoli im przede wszystkim na uratowanie płynności finansowej oraz utrzymanie się na rynku. Na zyski większość z nich będzie musiała czekać do przyszłego roku.

Czy czwarta fala dobije branżę?

Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) ostrzega przed kolejną falą pandemii COVID-19, która miałaby pojawić się pod koniec lata. Wszystkiemu winny jest wariant Delta, który już teraz wstrzymał plany Izraela na otwarcie granic dla zagranicznych turystów, a tamtejszy rząd zastanawia się nad zwolnieniem tempa odmrażania gospodarki. Według danych GUS, ponad 95 proc.  uczestników imprez masowych w 2020 roku wzięło udział w imprezach odpłatnych. Obecnie branża artystyczno-rozrywkowa zaczyna zarabiać na sprzedaży biletów na wydarzenia zaplanowane na najbliższą jesień i wiosnę 2022. W przypadku ponownego zamrożenia sektora eventowego, część firm może nie udźwignąć kosztów zwracania środków klientom za zakupione wejściówki.

­– Niewątpliwie po tak długim okresie zamknięcia wielu sektorów nikt – ani konsumenci, ani przedsiębiorcy – nie chce ponownego lockdownu. Tym bardziej, że wiele firm nie dysponuje już środkami, które mógłby zabezpieczyć ich przed kolejnymi przerwami w działaniu – dodaje Jan Enno Einfeld.Minione 1,5 roku pokazało wielu firmom, jak ważne jest zachowanie płynności finansowej. Dla części branż lato będzie kluczowe nie tylko dla odrobienia strat, ale zachowania środków na ewentualny lockdown w trakcie jesieni.

[1] Dane Bisnode Polska, październik 2020 r.

[2] GUS, Imprezy masowe w 2020 r.

[3] Dane Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, wrzesień 2020 r.

[4] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, czerwiec 2021 r.

[5] Dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK, czerwiec 2021 r

[6] Badanie Rady Przemysłu Spotkań i Wydarzeń, marzec 2021 r.

[7] GUS, Imprezy masowe w 2020 r.

UOKiK bierze się za sprzedaż wyrobów medycznych na pokazach

Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów od lat tropi i nakłada kary za nieuczciwe praktyki handlowe dot. sprzedaży skierowanej m.in. do seniorów, zwłaszcza w odniesieniu do wyrobów medycznych. Mimo głośnych spraw i wysokich kar, takie nieuczciwe praktyki nadal trwają. Może to świadczyć o tym, że istniejące przepisy i nakładane na przedsiębiorców sankcje nie są wystarczająco skuteczne w odstraszaniu przed nieuczciwymi praktykami handlowymi. Dlatego Prezes UOKiK proponuje zaostrzenie przepisów m.in. proponując zakaz sprzedaży wyrobów medycznych poza lokalem przedsiębiorstwa i przyjmowania płatności przed upływem terminu na odstąpienie od umowy.
Prezes UOKiK zapowiedział, że wpisany już do kalendarza prac Rady Ministrów projekt systemowo wyeliminuje z rynku dużą część nieuczciwych praktyk, do których dochodzi podczas pokazów handlowych.

– Po wstępnej analizie informacji, nie mogę jednoznacznie dobrze ocenić tej propozycji – tzw. totalne zakazy nie są prawie nigdy remedium na nieuczciwe zachowania, a często stanowią zaproszenie do zwiększonej „kreatywności”, która ponownie może uderzyć w najsłabszych – tutaj konsumentów-seniorów. Jednocześnie należy jednak pamiętać o tym, aby tworząc regulacje uwzględnić również uczciwie działające firmy, tak aby nie straciły one na wprowadzonym zakazie. Zatem zaprojektowanie szczegółowych przepisów należy poddać szczególnej rozwadze – komentuje dr Joanna Uchańska, partner kancelarii Chałas i Wspólnicy.

Projekt zmian ustawy o prawach konsumenta oraz ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom handlowym natomiast w ustawie o ochronie konkurencji jest m.in. związany w szczególności z koniecznością implementacji dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2019/2161 z dnia 27 listopada 2019 r. zmieniającej dyrektywę Rady 93/13/EWG i dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady 98/6/WE, 2005/29/WE oraz 2011/83/UE w odniesieniu do lepszego egzekwowania i unowocześnienia unijnych przepisów dotyczących ochrony konsumenta, tzw. dyrektywą „Omnibus”.

Implementacja ta zakłada w szczególności:

  • zapewnienie większej przejrzystości konsumentom korzystającym z internetowych platform;
  • rozszerzenie ochrony konsumentów usług cyfrowych z uwzględnieniem „bezpłatnych” usług cyfrowych, tj. usług świadczonych bez uiszczania płatności pieniężnej,
  • usuwanie niektórych obowiązków informacyjnych ciążących na przedsiębiorcach,
  • doprecyzowanie regulacji odnoszących się do wprowadzających w błąd działań marketingowych w odniesieniu do produktów podwójnej jakości.

Te regulacje, których wymaga dyrektywa Omnibus, a które obecnie nie obowiązują w polskich przepisach, powinny zostać wprowadzone.

Dodatkowo na skutek prowadzonych przez siebie postępowań dotyczących nieuczciwych praktyk na rynku, jak wynika z analizowanych decyzji Prezesa UOKiK, dostrzegł następujące mankamenty:

  • ukrywanie handlowego celu pokazu zarówno na etapie zaproszenia na pokaz jak i podczas pokazu,
  • wprowadzanie konsumentów w błąd co do stanu ich zdrowia, celem wzbudzenia potrzeby zakupu pakietu medycznego, wyrobu medycznego lub urządzenia paramedycznego,
  • wprowadzanie w błąd konsumenta poprzez przypisywanie sprzedawanym produktom określonych certyfikatów lub wyróżnień, które albo nie istnieją albo nie zostały przyznane tym produktom,
  • wprowadzanie w błąd konsumenta poprzez powoływanie się na autorytety osób bądź instytucji,
  • celowe podawanie zawyżonej wartości produktów sprzedawanych na pokazach, która nie stanowi ich faktycznej ceny sprzedaży, czy też wskazywanie na nieistniejące rabaty, co sugeruje konsumentom istnienie szczególnej korzyści cenowej (tzw. technika „uciekającej okazji”),
  • nieuczciwe praktyki rynkowe na etapie wykonywania kontraktu, to w zdecydowanej większości działania, których celem lub skutkiem jest utrudnienie lub uniemożliwienie odstąpienia od umowy w ustawowym 14-dniowym terminie.

W celu przeciwdziałania powyższym zaproponowano m.in. wprowadzenie kilku zmian w ustawie o prawach konsumenta oraz w przepisach ustawy o wyrobach medycznych, które miałyby zmierzać do:

  • Zakazu świadczenia usług finansowych podczas pokazów Handlowych;
  • Zakazu przyjmowania płatności przed upływem terminu na odstąpienie od umowy zawartej poza lokalem.
  • Zagwarantowania prawa do odstąpienia od niektórych umów o świadczenie usług zdrowotnych zawieranych poza lokalem lub na odległość (zwłaszcza dla tzw. . abonamentów czy pakietów medycznych)
  • Zakazu sprzedaży wyrobów medycznych poza lokalem firmy.

Od kilku lat Prezes UOKiK nakłada kary za tzw. nieuczciwe pokazy handlowe. Firmy, które prowadzą swoją działalność w trybie zaproszenia na spotkania prozdrowotne będące w praktyce spotkaniami handlowymi, są w stanie uciec się do różnych nieuczciwych praktyk. Ich głównym celem jest zgromadzenie jak największej liczby osób na danym spotkaniu, zwłaszcza osób identyfikowanych jako podatnych na zachęty i przynęty reklamowe oraz marketingowe. Uważa się, że najlepiej, jeżeli większość z nich będą stanowić seniorzy, którzy jako grupa konsumentów mogą wykazywać się zazwyczaj mniejszą przezornością, tym bardziej jeżeli w grę wchodzi ich zdrowie, a inna osoba – w tym przypadku handlowiec – przejawia tymże stanem zdrowia zainteresowanie i troskę.

– Warto podkreślić, że niegodne z już obowiązującym prawem odnoszącym (ustawą z dnia 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym,) jest zaniechanie wprowadzające w błąd, gdy pomija się istotne informacje potrzebne przeciętnemu konsumentowi do podjęcia decyzji dotyczącej umowy, a mianowicie nieujawnienia handlowego celu praktyki, jeżeli nie wynika on jednoznacznie z okoliczności oraz powoduje lub może spowodować podjęcie przez przeciętnego konsumenta decyzji dotyczącej umowy, której inaczej by nie podjął, tj. np. stwarzanie przez firmę wrażenia, czy wprowadzanie w błąd, że jest ona wyspecjalizowanym podmiotem medycznym. Niedopuszczalne jest również kreowanie wizerunku prowadzenia infolinii medycznej, która w rzeczywistości służy innym celom, w szczególności zaproszeniu na spotkania handlowe, nie zaś spotkania prozdrowotne, jak jest to wskazywane w rozmowie z konsumentem. Niestety przedsiębiorstwa często uciekają się do stosowania tych metod. Dodatkowo, niedozwolone jest także oferowanie podczas spotkań produktów, które utożsamia się z wyrobami medycznymi, czyli produktami, które są w stanie leczyć choroby, zaburzenia lub wady rozwojowe, zgodnie z art. 7 pkt 17 ww. ustawy. Właśnie nierzadko podczas pokazów prowadzone są badania za pośrednictwem dedykowanego urządzenia prezentowanego jako rzekomy wyrób medyczny, które w rzeczywistości nim nie jest i nie można w związku z tym potwierdzić wiarygodności wyników otrzymanych z jego użyciem. Wykluczonym jest także powołanie się na wyłączenie od prawa odstąpienia w terminie 14 dni przy umowach zawieranych na odległość lub poza lokalem przedsiębiorstwa, podczas spotkania handlowego określonego, które w rzeczywistości nie dotyczy wyjątku określonego w ustawie o prawach konsumentach. Takie wyłącznie możliwe jest jedynie w ściśle określonych okolicznościach, tj. m.in. w sytuacji rzeczywistego świadczenia zdrowotnego przez faktycznych pracowników służby zdrowia, nie zaś stwarzania błędnego wrażenia, że mamy do czynienia ze świadczeniami zdrowotnymi, a przedstawiciele handlowi mają być rzekomymi pracownikami medycznymi. Po trzecie i szczególnie istotne, przy zaproszeniach kierowanych do konsumentów należy wyraźnie i jednoznacznie ujawniać faktyczny, handlowy cel spotkania, na które konsument jest zapraszany, już podczas pierwszego kontaktu telefonicznego. Spotkania, konferencje, szkolenia o tematyce promującej zdrowie i profilaktykę są niezwykle potrzebne i powinny gromadzić jak najszersze audytorium. Przynoszą korzyści, jeśli są organizowane przez firmy produkujące leki, wyroby medyczne czy suplementy diety. Niestety takie spotkania zaczynają się kojarzyć negatywnie, gdy są łączone z oszukańczymi pokazami paramedycznymi, zniechęca to do udziału w nich. Dlatego ważna jest transparentność – dodaje dr Uchańska.

Należy pamiętać, że podczas niektórych pokazów pokazuje się coś na wzór wyrobu medycznego, który faktycznie, zgodnie z prawem nim nie jest.

– Możemy sobie wyobrazić, że projekt zakazu sprzedaży wyrobów medycznych poza lokalem przedsiębiorstwa nie będzie wystarczający do ukrócenia praktyki sprzedaży imitacji wyrobów medycznych. W konsekwencji dalsze śledzenie nieuczciwych praktyk handlowych i nakładanie sankcji nadal będzie konieczne, zaś totalny zakaz sprzedaży wyrobów medycznych poza lokalem przedsiębiorstwa może mieć inne negatywne skutki, mając na względzie bogactwo kategorii jakim są wyroby medyczne. Należy oczekiwać na skonkretyzowanie propozycji tego zakazu, jednak informacja o pełnym zakazie zbudza moje wątpliwości, ponieważ może okazać się niefortunna z punktu widzenia innych, uczciwych przedsiębiorców – konkluduje dr Uchańska.

Kuehne+Nagel i IAG Cargo kończą realizację pierwszego bezemisyjnego projektu czarterowego

  • Seria 16 czarterowych lotów ze Stuttgartu do Atlanty
  • Zabezpieczenie 1,2 miliona litrów zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF) dzięki IAG Cargo
  • Wspieranie Klientów z branży automotive w redukcji emisji CO2

Kuehne+Nagel i IAG Cargo, należąca do grupy International Airlines Group, zrealizowali 16 neutralnych węglowo lotów czarterowych ze Stuttgartu do Atlanty po zabezpieczeniu pierwszych 1,2 miliona litrów zrównoważonego paliwa lotniczego (SAF). To pierwsza w historii współpraca, która miała na celu zrealizowanie serii lotów czarterowych z zerową emisją dwutlenku węgla. W tym projekcie wykorzystano samoloty przeznaczone przede wszystkim do transportu pasażerskiego, które tymczasowo przeznaczono do transportu ładunków.

Ostatni z lotów British Airways B787-900 opuścił Stuttgart 26 czerwca z ok. 45 tonami części samochodowych i innymi towarami przemysłowymi na pokładzie. Kuehne+Nagel rozpoczęło tę działalność czarterową w zeszłym roku i odtąd zrealizowało ponad 300 wylotów – wszystkie neutralne węglowo dzięki kompensacji emisji lub wykorzystaniu paliwa alternatywnego.

Ponieważ SAF nadal generuje pewne emisje CO2, całkowitą neutralność węglową osiągnięto poprzez zastąpienie każdego litra nafty w paliwie do silników odrzutowych 1,25 litra SAF. Inicjatywa ta podkreśla znaczenie wspólnych wysiłków na rzecz tworzenia zrównoważonych możliwości transportowych na lotniskach, pozwalających unikać generowania dalszych emisji dwutlenku węgla.

Odpowiadając na rosnące zapotrzebowanie Klientów na logistykę przyjazną środowisku, Kuehne+Nagel rozszerza portfolio zrównoważonych usług o innowacyjne i łatwe do dostosowania opcje wysyłki. Dotychczasowe całkowite zaangażowanie 12,7 mln litrów SAF pozwala Klientom Kuehne+Nagel czerpać korzyści z paliw alternatywnych, aby uniknąć generowania emisji CO2 z ich transportu lotniczego na całym świecie.

Yngve Ruud, Członek Zarządu Kuehne+Nagel, odpowiedzialny za logistykę lotniczą, skomentował: „Zmiany klimatyczne nadały priorytetowy charakter poszukiwaniom paliw odnawialnych, ponieważ są one obecnie najskuteczniejszym sposobem na dekarbonizację naszego przemysłu. Kuehne+Nagel zobowiązuje się do zwiększenia dostaw SAF w ramach programu Net Zero Carbon. Nasza współpraca z dostawcami ma tutaj kluczowe znaczenie, a zaufani partnerzy, tacy jak IAG Cargo, odgrywają ważną rolę w osiąganiu naszych celów poprzez wspieranie wdrażania zrównoważonych paliw, aby nasi Klienci mogli wysyłać swoje produkty w łatwy, przejrzysty i zrównoważony sposób”.

John Cheetham, Chief Commercial Officer w IAG Cargo, skomentował: „International Airlines Group to pierwsza europejska grupa lotnicza, która zobowiązała się do zasilania 10% realizowanych lotów zrównoważonym paliwem do 2030 roku. Te loty czarterowe są pierwszym krokiem IAG Cargo na tej drodze  – jestem niesamowicie dumny z naszego zaangażowania w zrównoważony rozwój, wspierający ograniczenie śladu węglowego. Nieustannie poszukujemy sposobów zmniejszenia naszego wpływu na środowisko i jednoczesnego ulepszenia oferty dla Klientów. Byliśmy zachwyceni, że mogliśmy wesprzeć Kuehne+Nagel w pozyskiwaniu SAF, aby zasilić ten przełomowy projekt”.

SAF jest obecnie najskuteczniejszym sposobem znacznego zmniejszenia emisyjności transportu. W przeciwieństwie do paliw kopalnych, które są wyczerpywalnymi zasobami i uwalniają dodatkowe emisje CO2, zrównoważone paliwo lotnicze jest produkowane z surowców odnawialnych.

Wpływ Covid-19 na branżę Software Houses w Polsce

SoDA już po raz trzeci przyjrzała się kondycji polskich Software House’ów w obliczu pandemii. W najnowszym raporcie “Wpływ COVID-19 na branżę Software House w Polsce” analizie zostały poddane m.in. obszary zarządzania, transformacji cyfrowej, marketingu i sprzedaży, rentowności oraz stanu zatrudnienia w firmach zrzeszonych i z poza organizacji w 2020 roku.

Dwa pierwsze raporty SoDA (lato i jesień 2020) pokazały, jak polscy dostawcy oprogramowania reagowali na zmiany i wyzwania związane z COVID-19. Klienci działający w branżach takich jak turystyka, transport pasażerski czy hotelarstwo najmocniej odczuli negatywne skutki pandemii. Jednocześnie koronawirus był też silnym impulsem dla rozwoju i digitalizacji innych segmentów gospodarki. Dynamicznie zmieniająca się sytuacja na rynku wymusiła rewizję planów i prognoz. Teraz zaś przyszedł czas na wyciągnięcie wniosków.

Wzrost i zyski nadal na wysokim poziomie

Mimo wstępnych obaw, w drugim kwartale 2020 roku firmy zadeklarowały, że zwiększyły przychody średnio o 20%, podczas gdy prognozowana rentowność wynosiła 15%. Dodatkowo, ponad jedna czwarta firm odnotowała silny wzrost przychodów – nawet o 30%, a niektóre przekroczyły pułap 100% wzrostu w stosunku do roku poprzedniego.

W Future Processing drugi kwartał 2020 roku okazał się bliski prognozom, a nawet nieznacznie je przekroczył pod kątem przychodów i zysku. Z kolei Q4 2020 roku zdecydowanie przewyższył nasze oczekiwania. Zaobserwowaliśmy spore ożywienie na rynku zwłaszcza w obszarach Data oraz Digital Transformation, co przełożyło się na nowe kontrakty oraz rozszerzanie współpracy z dotychczasowymi klientami. Zanotowaliśmy wzrost o 11% względem Q3 i jednocześnie zamknęliśmy rok osiągając 157 milionów złotych przychodu (9% powyżej prognoz)– komentuje Paweł Pustelnik, Managing Director w firmie Future Processing.

Marketing i sprzedaż w nowej odsłonie

Ankietowani kierownicy wyższego szczebla wskazali, że w ich organizacjach zaczęto także eksperymentować z nowymi formami marketingu, a budżet na te działania zwiększono średnio o 58%. Firmy coraz częściej próbowały aktywności online, takie jak podcasty czy webinary, jednak najskuteczniejszymi narzędziami pozostała strona internetowa, media społecznościowe i marketing szeptany. Dodatkowo, jedna czwarta firm podwyższyła prowizję od sprzedaży. 74% firm wspomina, że cyfrowy push jest równie skuteczny co tradycyjny, więc zamierzają go utrzymać.

Zespół rośnie w siłę

84% badanych przedsiębiorstw odczuło wzrost zapotrzebowania na oferowane przez ich usługi i produkty. Firmy deklarują, że zatrudniają więcej pracowników niż w 2019 roku, a główne potrzeby rekrutacyjne obejmują stanowiska programistyczne. Dodatkowo, średnia wysokość wynagrodzeń wzrosła o 10-20%

Domowe centrum zarządzania

Zdecydowana większość firm w 2020 roku przeszła na zdalny model pracy. Nie wpłynęło to jednak na obniżenie jej standardów i skuteczność zarządzania firmą. Aż 80% menedżerów spełniło oczekiwania swoich pracowników, a respondenci deklarują, że praca z domu korzystnie wpłynęła na ich samopoczucie i zdrowie psychiczne.

Z nadzieją w przyszłość

Aż 70% firm tworzących oprogramowanie ma bardzo dobre nastawienie do przyszłości. Jedna trzecia ankietowanych wspomniała, że skutki pandemii COVID-19 miały pozytywny wpływ na rozwój ich biznesu. Warto podkreślić, że wskaźnik ten wzrósł z 6% do 30% względem roku poprzedniego.

Ogólne nastroje w branży są pozytywne, jednak coraz większe problemy z pozyskaniem wykwalifikowanych pracowników rodzą obawy o przyszłość. Aby skutecznie radzić sobie ze zmianami, jakie pandemia przyniosła dla naszej branży, powinniśmy najpierw wyciągnąć wnioski z roku 2020. Wyniki raportu pokazują nie tylko, jak bardzo pandemia wpłynęła na nasze firmy i pracowników, ale wskazują też na wyłaniające się nowe możliwości rozwojowe. – komentuje Bartosz Majewski, Założyciel i Prezes SoDA.

Wzrost zapotrzebowania na usługi IT może być dla polskiej gospodarki wyjątkową okazją na wzrost gospodarczy i zbudowanie kolejnego silnego towaru eksportowego. Tej koniunkturze na rynku sprzyja elastyczny management w polskich Software Houses, światowa jakość oferowanych usług oraz wysoka kultura komunikacyjna i pracy. Za wzrostem zapotrzebowania na firmy idzie też wzrost zapotrzebowania na kompetentnych pracowników oraz na wszelkiego rodzaju wsparcie w formie doszkalania i wzmacniania edukacji informatycznej na wszystkich jej poziomach. To właśnie zaadresowanie tego problemu pokaże, czy za kilka lat będziemy mówić o sukcesie polskiej branży Software House.

Praca w firmie produkcyjnej: dlaczego warto?

Stabilność zatrudnienia, możliwości rozwoju i liczne benefity – to tylko część z korzyści, z którymi może wiązać się zatrudnienie w firmach produkcyjnych. To m.in. właśnie ze względu na nie wiele osób decyduje się na zgłoszenie w tych miejscach swojej kandydatury. Jeśli zastanawiasz się, czy to praca dla ciebie, sprawdź, dlaczego warto wziąć ją pod uwagę – nie tylko na początku swojej ścieżki zawodowej.

Szerokie możliwości rozwoju 

Wiele osób dopiero rozpoczynających swoją ścieżkę zawodową lub chcących zmienić jej kierunek ceni sobie to, że w firmach produkcyjnych często prowadzone są rekrutacje niewymagające wcześniejszego zatrudnienia na podobnym stanowisku czy certyfikatów potwierdzających posiadane umiejętności. Dlatego dobrze zawczasu dowiedzieć się, jakie możliwości rozwoju oferuje dane przedsiębiorstwo. Niektóre z nich proponują pakiet szkoleń podnoszących kwalifikacje zawodowe, które przygotowują do pełnienia obowiązków na danym stanowisku lub kursy zapewniające uprawnienia np. do pracy na wózkach widłowych. 

Choć od kandydata może nie być wymagane doświadczenie, ważne będą jednak chociażby jego zdolności manualne czy precyzja, a także otwartość na naukę. Warto, aby już od pierwszych dni potrafił czerpać z często wieloletniego doświadczenia nie tylko przełożonych, ale i kolegów „po fachu”. Spotkanie takich osób może być dla świeżo upieczonego pracownika również sygnałem wskazującym na to, że firma dba o swoją załogę, skoro niektórzy jej członkowie zdecydowali się na związanie z nią na dłużej. 

Więcej niż pensja

Aspekt finansowy i satysfakcjonująca praca to bardzo ważne, ale nie jedyne motywatory do pracy w danej organizacji. Miasto Stargard i zlokalizowana w nim fabryka opon Bridgestone to przykład na to, że zatrudnienie w firmie produkcyjnej poza pensją, premiami czy bonami świątecznymi może wiązać się również z dodatkowymi benefitami i udogodnieniami. Dbając o swoich pracowników na różnych płaszczyznach, przedsiębiorstwo zapewnia im także m.in. pakiet opieki medycznej oraz sportowy. A przy sporcie będąc – Bridgestone pomaga też swojej załodze w rozwoju pasji również poprzez dofinansowywanie udziału w zawodach sportowych, np. maratonach. W związku z profilem działalności tego przedsiębiorstwa, dla zatrudnionych przewidziane są również opony na preferencyjnych warunkach, a ponadto dofinansowanie dojazdów do pracy, nawet do 350 zł brutto miesięcznie. Jest to spore udogodnienie dla osób, które podjęły pracę w Stargardzie, jednak mieszkają poza tym miastem. 

Stabilność zatrudnienia 

Możliwości rozwoju oraz liczne benefity to nie wszystkie zalety zatrudnienia w fabrykach. Przy towarzyszącym nam już od dłuższego czasu poczuciu niepewności w związku z pandemią, wiele osób za dużą korzyść obecnie uznaje również stabilność zatrudnienia. Umowę o pracę w Stargardzie proponuje chociażby wspomniana już fabryka Bridgestone. Poczucie bezpieczeństwa może dodatkowo wzmocnić to, że przedsiębiorstwo zapewnia także ubezpieczenie na życie oraz pracowniczy program emerytalny. 

Praca w firmie produkcyjnej, choć wiąże się np. ze zmianowym trybem pracy, który może nie każdemu odpowiadać, daje sporo korzyści. Warto więc rozważyć ją zarówno, jeśli dopiero stawiasz swoje pierwsze kroki na rynku pracy, jak i wtedy, gdy np. myślisz o zmianie branży. 

Jak wykorzystać potencjał polskich uczelni do rozwoju własnego biznesu

Przedsiębiorca, który chce rozwijać  nowe produkty, usprawniać linie technologiczne lub wchodzić na nowe rynki,  może liczyć na wsparcie ponad 30 tys. naukowców z największych uczelni w kraju.

Dzieje się tak dzięki spółkom celowym, tworzonym przez uczelnie wyższe. Jednym z ich głównych zadań jest właśnie usprawnianie przepływu osiągnięć polskich naukowców do gospodarki. Realizujemy takie działania od lat, a od pewnego czasu ten proces bardzo przyspieszył. Wspieramy polskie przedsiębiorstwa w drodze do innowacyjności i lepszego wykorzystania nauki oraz technologii: poprzez implementowanie rozwiązań, które powstały na uczelniach lub które zostały opracowane specjalnie pod potrzeby firmy. Tworzą je zarówno naukowcy, jak i studenci. – mówi Tomasz Stypułkowski, prezes spółki celowej Politechniki Białostockiej, a jednocześnie wiceprzewodniczący Porozumienia Spółek Celowych, zrzeszającego niemal wszystkie aktywne spółki celowe uczelni i instytutów badawczych. Należące do PSC spółki zrealizowały blisko 2 tys. projektów badawczo-rozwojowych dla ponad 1300 firm i instytucji publicznych z całego kraju oraz utworzyły 185 spółek spin-off, które pozyskały 70 mln zł finansowania od inwestorów prywatnych.PSC w liczbach

Unikalne podejście

PSC tworzy unikalne rozwiązania dla biznesu, dopasowane do potrzeb zleceniodawcy. Spółki wykorzystują swoją kreatywność oraz inicjatywę i kompleksowo podchodzą do każdego z projektów, czerpiąc przy tym z know-how nie tylko swojej rodzimej uczelni, ale również z doświadczeń innych spółek celowych i ich macierzystych uczelni. Przykładem takiego działania jest realizowany teraz projekt „100 wywiadów” w Gdańsku i Krakowie. Przedstawiciele spółek celowych wszystkich największych uczelni z obu miast dzwonią wspólnie do kilkudziesięciu wybranych, średniej wielkości przedsiębiorstw z regionu, a następnie w formule warsztatu kreatywnego identyfikują ich potrzeby, po czym przedstawiają propozycje konkretnych działań. Wokół współpracy biznesu z nauką krąży wiele niepochlebnych mitów, więc dla firm jest zwykle zaskakujące, że sami jesteśmy proaktywni oraz wychodzimy z propozycjami projektów, które od razu w wartościowy sposób wykorzystują kompetencje naszych naukowców oraz studentów – mówi Krzysztof Oleksy ze spółki celowej Politechniki Krakowskiej, która jest zaangażowana w realizację projektu. Metodyka realizacji wywiadów opracowana została na bazie indywidualnych rozmów z 100 przedsiębiorstw Kujaw i Pomorza, zrealizowanych wspólnie przez Politechnikę Bydgoską i Spółkę Celową Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu w 2020 roku. W rezultacie badania zostało zidentyfikowanych 646 potencjalnych tematów rozwojowych do współpracy (średnio 6 na 1,5 h spotkanie). Dla firm wypracowanych zostało dotąd już ponad 50 szczegółowych propozycji działań, a ponad 20 projektów wystartowało.

Samochód dla policji i nowy wzór drzwi

Ze względu na bardzo zróżnicowane kompetencje zgromadzonych w Porozumieniu uczelni i instytutów, obszarów, w którym specjalizują się spółki jest bardzo wiele: czyli może się do nich zgłosić każda firma niezależnie od tego, w jakiej branży działa. Spółki celowe realizują projekty w bardzo różnych obszarach – od przemysłu samochodowego (np. tworzenie modeli biznesowych pojazdów przyszłości dla Volkswagen Poznań, czy prototypu pojazdu wielofunkcyjnego dla Policji) po stolarkę budowlaną (projektowanie nowej linii wzorniczej drzwi wejściowych przez zespoły studenckie z 2 uczelni). Zawsze jesteśmy otwarci na komentarze i uwagi klientów, natomiast sposób pracy nad naszymi projektami – zwłaszcza realizowanymi na konkretne zlecenie – jest tak ułożony, aby klient wiedział do czego i jak zmierzamy, na każdym etapie naszych prac – mówi Jakub Jasiczak, prezes spółki celowej Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu oraz Przewodniczący Porozumienia Spółek Celowych. Każdy projekt realizowany dla biznesu jest zarządzany przez dedykowaną do tego osobę o umiejętnościach menadżerskich, która koordynuje pracę zespołu naukowców oraz jest kluczowym kontaktem dla klienta.

A ile to kosztuje

Żeby rozpocząć współpracę z naukowcami nie trzeba mieć olbrzymich budżetów. To nie jest tak, że wiedza i doświadczenie polskich uczelni jest tylko dla największych firm – wręcz przeciwnie. Rozmawiamy o współpracy rozwojowej z globalnymi koncernami, ale też z mniejszymi firmami rodzinnymi. Nie ma dla nas za małych projektów. Jeśli temat jest ciekawym wyzwaniem i do rozwiązania problemu da się wykorzystać know-how naukowców, to projekt trwający tydzień, z budżetem w wysokości kilku tysięcy złotych, także jest dla spółek wartościowy – tłumaczy Jasiczak.  Co ważne, potencjalna współpraca rozpoczyna się zawsze od bezpłatnego warsztatu z kadrą menadżerską firmy, podczas którego wspólnie określane są obszary do wsparcia i problemy do rozwiązania. Z listy kilkunastu propozycji tematów zidentyfikowanych w trakcie warsztatów firma wybiera te, którymi chce się zająć w pierwszej kolejności – i naukowcy lub studenci (zależnie od wyzwania) przystępują do pracy.

Siła współpracy

Pracownicy spółek łączą kompetencje biznesowe ze zrozumieniem, jak funkcjonuje środowisko naukowe. Dzięki temu dokładnie wiedzą co potrafią naukowcy z rodzimych uczelni oraz instytutów, i jak ich doświadczenie może być użyteczne dla rozwiązania konkretnego wyzwania. Spółki celowe zgromadzone w Porozumieniu: chcą i potrafią współpracować między sobą, do tej pory zrealizowały wspólnie kilkadziesiąt projektów – podkreśla Oleksy.

Jak się skontaktować?

Wszystkie informacje dot. spółek celowych można znaleźć na stronie Porozumienia: psc.edu.pl, również mail oraz bezpośredni telefon do osoby, która odpowie na wszystkie pytania i zainicjuje kontakt z właściwą dla profilu firmy spółką celową i w dogodnej lokalizacji.

Stanowisko ZPP ws. pakietu zmian dla MŚP i dużych inwestorów Ministerstwa Finansów

Przedstawiony przez Ministerstwo Finansów tzw. pakiet zmian dla MŚP i dużych inwestorów (projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych oraz niektórych innych ustaw) zasadniczo spotyka się z aprobatą Związku Przedsiębiorców i Pracodawców – można go uznać za wyraz pozytywnej inicjatywy rządu względem środowiska biznesowego.

Głównym celem projektu ustawy jest wprowadzenie preferencji i uproszczeń w ramach czterech instrumentów: ulgi na IPO, ulgi konsolidacyjnej, pakietu ułatwień dla Podatkowej Grupy Kapitałowej, a także Estońskiego CIT-u 2.0.

Tzw. Ulga na IPO skierowana jest do przedsiębiorstw zainteresowanych pozyskaniem finansowania w ramach wejścia na giełdę. Emisja akcji na giełdzie papierów wartościowych wiąże się z niebagatelnymi kosztami – m.in. w zakresie przekształcenia organizacji lub zmiany jej struktury, opracowania oferty publicznej, czy działaniami marketingowymi. Dzięki nowej uldze, przedsiębiorstwa będą miały możliwość pomniejszenia podstawy opodatkowania o 150% wartości wydatków poniesionych bezpośrednio na pierwszą ofertę publiczną dotyczącą akcji.

Co ważne, projekt ustawy przewiduje wymóg, zgodnie z którym skorzystanie z ulgi będzie możliwe jedynie przez spółki, które zamierzają wyemitować dodatkowe akcje w ramach pierwszej oferty publicznej. Dzięki tej regulacji, wykluczone zostaje zaistnienie sytuacji, w której dotychczasowi akcjonariusze spieniężają swoje udziały poprzez wejście na giełdę, nie emitując przy tym nowych akcji. Co należy podkreślić – powyższy model emisji akcji nie stanowi dodatkowego impulsu rozwojowego dla firmy. Natomiast konieczność emisji dodatkowych akcji powoduje, iż nowe środki, pozyskane w ramach wejścia na giełdę zostają przeznaczone na dalszy rozwój lub akwizycję.

Wyżej wskazane rozwiązanie zostało przygotowane także z myślą o prywatnych inwestorach. Projekt ustawy zakłada, że każdy inwestor indywidualny, który kupi akcje spółki w ramach pierwszej oferty publicznej i zachowa je przez 3 lata, nie zapłaci podatku od zysków kapitałowych (popularnie zwanego „podatku Belki”) z tytułu ich sprzedaży.

Tym samym, ulga ma szansę zapewnić spółkom efektywną kosztowo formę pozyskania kapitału na dalszy rozwój i ekspansję; natomiast dla inwestorów indywidualnych zaprojektowany instrument stanowi dodatkową preferencję podatkową, wspierającą długoterminowe inwestowanie w ramach rynku kapitałowego, popularyzując tę formę lokowania oszczędności.

Z kolei ulga konsolidacyjna ma na celu wsparcie w efektywnym łączeniu firm. Zaprojektowana preferencja podatkowa pozwoli na dodatkowe odliczenie wydatków poniesionych bezpośrednio na nabycie udziałów w spółce kapitałowej (wydatki na obsługę prawną, wycenę, sporządzenie planów połączenia, audyt, podatki, itp.). Powyższe rozwiązanie podniesie bezpieczeństwo biznesowe firm przejmujących, gdyż z uwagi na dodatkowe preferencje – będą one w stanie przeznaczyć większe środki na dokonanie szczegółowego badania due diligence przejmowanego podmiotu, ograniczając dzięki temu ryzyko konsolidacji z firmą o niskim potencjale rozwoju.

Co równie korzystne, ulga konsolidacyjna będzie z założenia skierowana do ojczystych firm, które poprzez przejęcie innych podmiotów zdecydują się na uratowanie np. swojego kontrahenta, dostawcy lub innego podmiotu potrzebującego wsparcia. Przedstawione rozwiązanie ma szansę zwiększyć stabilność rynku pracy z uwagi na rzadsze zjawisko upadłości podmiotów. Wprowadzenie ulgi może również przyczynić się do budowy silnej pozycji polskich firm na rodzimym rynku, gdyż będą one chętniej podejmowały się przejęć innych przedsiębiorstw, dzięki czemu zwiększą swój potencjał rozwojowy i ekspansyjny.

Ponadto, projekt ustawy przewiduje liberalizację regulacji w zakresie tworzenia Podatkowych Grup Kapitałowych, m.in. poprzez obniżenie progu przeciętnej wysokości kapitału zakładowego spółek kapitałowych z 500 tys. zł. do 250 tys. zł. Redukcja wskazanego wymogu spowoduje rozpowszechnienie stosowania Podatkowych Grup Kapitałowych, których głównym atutem jest możliwość optymalizacji obciążeń w podatku dochodowym od osób prawnych, poprzez wspólne rozliczanie osiąganych dochodów i ponoszonych strat przez podmioty wchodzące w skład grupy. Co więcej, wprowadzenie możliwości połączenia, przekształcenia oraz podziału spółek, które tworzą PGK; a także zniesienie warunku rentowności, znacząco zwiększy atrakcyjność projektowanego rozwiązania.

Czwartym rozwiązaniem w ramach przedstawionego pakietu jest tzw. „Estoński CIT 2.0”, który przewiduje zmianę w dotychczasowych regulacjach dot. ryczałtu od dochodów spółek kapitałowych. Alternatywny model opodatkowania spółek kapitałowych, zwany potocznie „estońskim CIT-em” został wprowadzony do polskiego systemu podatkowego z początkiem 2021 roku. Istotą tego rozwiązania jest przesunięcie czasu poboru podatku dochodowego od osób prawnych do momentu wypłaty zysków z przedsiębiorstwa. Innymi słowy, dopóki zyski są zatrzymywane w spółce, celem przede wszystkim dalszych inwestycji i rozwoju firmy, spółka nie płaci podatku CIT.

W ramach przedstawionego przez Ministerstwo pakietu zmian dla MŚP i dużych inwestorów, zlikwidowane mają zostać trzy z sześciu warunków wejścia firm w ten sposób opodatkowania. Zgodnie z brzmieniem projektu ustawy, zniesiony zostanie wymagany do tej pory limit przychodów firmy na poziomie 100 mln zł., co umożliwi skorzystanie z „estońskiego CIT-u” także dużym przedsiębiorstwom.

Usunięty ma zostać również obowiązek ponoszenia określonych nakładów inwestycyjnych. Jest to istotna i pozytywna zmiana, ponieważ dotychczas obowiązujący warunek ponoszenia formalnie narzuconych nakładów inwestycyjnych generował dla przedsiębiorstw dodatkowe ryzyko biznesowe – przedsiębiorstwa w dobie dynamicznie zmieniających się warunków rynkowych nie zawsze są w stanie w pełni kontrolować realizację zakładanych planów inwestycyjnych. Brak spełnienia powyższego warunku powodowałby dla firm wcześniejsze od zakładanego wystąpienie obowiązku podatkowego, co istotnie negatywnie odbijałoby się na sytuacji finansowej firm.

Dodatkowo, uprawnione do skorzystania z estońskiego CIT-u będą już nie tylko spółki z ograniczoną odpowiedzialnością i spółki akcyjne, ale również kolejne rodzaje form prawnych: spółki komandytowe, spółki komandytowo-akcyjne oraz spółdzielnie, co zdaniem ZPP, może się pozytywnie przełożyć na skalę wykorzystania tego alternatywnego modelu opodatkowania.

Pozytywnie odnosząc się do przedstawionych propozycji, które wiążą się z obniżeniem kosztów funkcjonowania części przedsiębiorców w Polsce, zwracamy uwagę na rosnący poziom skomplikowania systemu podatkowego. Podnosimy tę kwestię właśnie w kontekście omawianego projektu ustawy, ponieważ system komplikowany jest nie tylko przez regulacje zasadniczo niesprzyjające podatnikom, lecz również przez kolejne ulgi, wyłączenia i osobne reżimy podatkowe – a więc przez instrumenty takie, jak proponowane w projekcie. Zachowując więc kierunkowo pozytywny stosunek do przedstawionych w projekcie rozwiązań, zachęcamy do pogłębionej dyskusji nad całością systemu, ukierunkowanej na jego skrajne uproszczenie.

Raport: liczba freelancerów z zarobkami powyżej 10 tys. zł netto wzrosła o ponad 65% r/r

Ponad połowa wolnych strzelców odnotowało wzrost zarobków w ciągu ostatnich 12 miesięcy i to pomimo pandemii, wynika z najnowszych badań Useme.com. Liczba freelancerów uzyskująca dochód miesięczny ponad 5 tysięcy zł wzrosła o ponad 45% w stosunku do roku 2020. Aktualnie blisko co piąty wolny strzelec zarabia co miesiąc taką właśnie kwotę na rękę, a jeszcze rok wcześniej było to 12%, a w 2019 zaledwie 8%.  

Byciem freelancerem, także w Polsce, oprócz tego że zaczęło być modne, to także stało się dochodowym zajęciem. Możliwość wyboru godzin i czasu pracy, miejsca wykonywania zleceń czy też stawek, za które się pracuje to niewątpliwe benefity pomagające podjąć decyzję na tak. Nie dziwi zatem fakt, że z roku na rok dziesiątki tysięcy profesjonalistów zaczynają swoją przygodę z freelancingiem. Takie wnioski płyną z badań przeprowadzonych w maju 2021 r. przez Useme.com, największą w Europie Centralnej platformę pracy zdalnej oraz narzędzie do jej rozliczania. Co warto podkreślić, to cykliczne badania realizowane przez portal co roku od pięciu lat.

Aktualnie w Polsce pracuje ponad 270 tysięcy wolnych strzelców zajmujących się głównie grafiką, programowaniem lub pisaniem tekstów. Co prawda, jeszcze brakuje pełnych danych GUS za 2020, ale według naszych analiz liczba freelancerów w ciągu ostatnich 12 miesięcy wzrosła o co najmniej 7% – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com. – Czynnikami wzrostu są postępująca cyfryzacja wszystkich aspektów naszego życia oraz pandemia, która proces ten przyśpieszyła. Covid-19 przyzwyczaił nas też do pracy zdalnej, a ta jest domeną freelancingu – dodaje Głośny z Useme.

Ile zarabiają wolni strzelcy?

Freelancing zarówno globalnie, jak i w Polsce, przestał kojarzyć się z nisko opłacanymi specjalistami oferującymi wątpliwej jakości usługi. Już od kilku lat do branży dołącza rzesza profesjonalistów, a zarobki najlepszych są na podobnym, a często nawet wyższym poziomie niż pracowników na etacie. Dynamiczne rosną także średnie zarobki dla całej grupy wolnych strzelców i to mimo, a może dzięki pandemii. Powyższe stwierdzenie dotyczy zarówno osób, które freelancing traktują jako jedyne źródło dochodu (27,1% badanych), główne źródło zarobków (21,3%), jak i tych którzy dorabiają do etatu (51,6%) lub innej formy głównego zajęcia.

Z najnowszych badań Useme.com wynika, że dla ponad połowy respondentów (52,4%) zarobki uzyskiwane z freelancingu zwiększyły się na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy. Dla 31,5% pozostały na tym samym poziomie, a jedynie dla 16,1% zmniejszyły się. Powyższe wyniki badań są potwierdzeniem tezy, że wolni strzelcy przede wszystkim zyskali na Covid-19, zarówno pod kątem wzrostu stawek godzinowych, jak i miesięcznych zarobków.

­- Liczba wolny strzelców, którzy zarabiają ponad 5 tysięcy zł netto miesięcznie wynosi 17,7% i wzrosła o ponad 45% w stosunku do 2020 roku. A jeszcze dwa lata temu tylko 8,53 % freelancerów zarabiało pięć lub więcej tysięcy złotych na miesiąc. – mówi Przemysław Głośny z Useme.com. – Co dwudziesty (5,3%) wolny strzelec zarabia powyżej 10 000 zł miesięcznie „na rękę” dzięki pracy zdalnej, podczas gdy w 2019 r. ten odsetek wynosił 3,2%, zatem w tej grupie wzrost wyniósł aż 65% rok do roku. – dodaje Głośny z Useme.

Zarobki w poszczególnych branżach freelancingu

Nie od dziś wiadomo, że najlepiej zarabiającą grupą wolnych strzelców są programiści i specjaliści od IT. Blisko co drugi (46%) z nich zarabia powyżej 5 tys. zł netto miesięcznie, z czego 26% to osoby które uzyskują miesięczny dochód na poziomie powyżej 10 tys. zł netto.  Ale nie trzeba być ekspertem IT, aby dobrze zarabiać we freelancingu. Drugą najlepiej zarabiającą grupą są wolni strzelcy pracujący jako doradcy lub konsultanci. Aż 18% z nich otrzymuje co miesiąc powyżej 10 tys. zł netto, a 35% pomiędzy 5 a 10 tys. zł netto miesięcznie. Także osoby specjalizujące się w tłumaczeniach, fotografii, wideo, animacjach, marketingu internetowym (SEO i SEM-ie) dobrze zarabiają. Powyżej 5 tysięcy złotych zarabia odpowiednio 17%, 16% i 16% respondentów.

Zarobki versus branże freelancingu

BRANŻA/ZAROBKI do 1000 zł 1001-2000 zł 2001-3000 zł 3001-5000 zł 5001-10 000 zł powyżej 10 000 zł
Programowanie, IT 30% 10% 6% 8% 20% 26%
Strony i sklepy internetowe 29% 23% 15% 17% 14% 2%
Grafika i programowanie 3D 35% 19% 15% 16% 12% 3%
Fotografia, wideo, animacja 30% 17% 17% 21% 10% 6%
Copywriting, social media 30% 25% 15% 17% 12% 2%
Tłumaczenia 29% 22% 12% 20% 13% 4%
SEO i SEM 26% 23% 8% 28% 13% 3%
Wirtualna asystentura (bazy danych, księgowość, szkolenia, rekrutacja itp.) 67% 9% 6% 15% 0% 3%
Działalność manualna – naprawy/rękodzieło itp. 54% 15% 23% 0% 8% 0%
Doradztwo/consulting 24% 12% 6% 6% 35% 18%
Architektura 27% 27% 9% 27% 9% 0%
Inna 26% 23% 16% 14% 10% 10%

Źródło: Useme.com, VI 2021

Ile zarabiają panie, a ile panowie pracujący jako wolni strzelcy?

Zarówno w tradycyjnej gospodarce, jak i tej online-owej, mężczyźni otrzymują wyższe wynagrodzenie niż kobiety. Także we freelancingu mamy do czynienia z pewnymi dysproporcjami w wynagrodzeniach, choć jak to można prześledzić na poniższym zestawieniu różnice w zarobkach powoli, acz systematycznie zacierają się. W 2021 roku panie, które zarabiają powyżej 5 tysięcy złotych netto stanowią grupę 12% badanych, panowie dwa razy większą, tj. 24% respondentów. Zarobki są praktycznie identyczne tylko na poziomie 3001 – 5000 zł netto (16% kobiet i 17% mężczyzn). Panie zarabiają więcej w pierwszych trzech najniższych przedziałach, tj. od 1000 zł do 3000 tysięcy zł netto.

Płeć/

zarobki

do 1000 zł 1001-2000 zł 2001-3000 zł 3001-5000 zł 5001-10 000 zł powyżej 10 000 zł
Kobieta 35% 23% 15% 16% 10% 2%
mężczyzna 28% 16% 12% 17% 15% 9%

Źródło: Useme.com, VI 2021

Przy porównaniu wynagrodzeń w 2021 z 2020 rokiem widać, że kobiety najbardziej zyskały (+ 3%) w grupie zarobków w przedziale 5 – 10 tysięcy złotych. Panowie zaś w grupach 5-10 tys. zł netto oraz powyżej 10 tys. zł, po 4% odpowiednio dla każdej z powyższych kohort.

Zmiana 2021 vs 2020 rok do 1000 zł 1001-2000 zł 2001-3000 zł 3001-5000 zł 5001-10 000 zł powyżej

10 000 zł

kobieta -9% 2% 2% 2% 3% 1%
mężczyzna -3% -4% -5% 2% 4% 4%

Źródło: Useme.com

Płeć versus branża

Najwięcej kobiet freelancerek, bo co piąta, pracuje w copywriting-u i social mediach.  Na drugim miejscu są graficzki i programistki 3D (10% badanych), a na 3. miejscu znalazły się tłumaczki (5%). Mężczyźni, pracujący jako wolni strzelcy, najliczniej reprezentowani są przez grafików i programistów (11%), profesjonalistów zajmujących się tworzeniem stron i sklepów www (8%) oraz specjalistów w zakresie programowania, IT (7%).

Branża / płeć  % wszystkich freelancerów – kobiety % wszystkich freelancerów – mężczyźni
Programowanie, IT 1% 7%
Strony i sklepy internetowe 2% 8%
Grafika i programowanie 3D 10% 11%
Fotografia, wideo, animacja 2% 8%
Copywriting, social media 20% 6%
Tłumaczenia 5% 2%
SEO i SEM 1% 2%
Wirtualna asystentura (bazy danych, księgowość, szkolenia, rekrutacja itp.) 3% 0%
Działalność manualna – naprawy/rękodzieło itp. 1% 0%
Doradztwo/consulting 1% 1%
Architektura 1% 1%
Inna 4% 3%

Źródło: Useme.com, VI 2021

Badanie zostało przeprowadzone przez Useme.com w maju 2021 roku metodą CAWI na reprezentatywnej próbie 1159 freelancerów. Badanie wolnych strzelców, jak i sam raport „Freelancing w Polsce” opracowywane są corocznie od 2014 roku. W tegorocznej edycji badania, wzięło udział 50,8% kobiet i 49,2% mężczyzn.

Ożywienie w sektorze restauracji i hoteli. W III kwartale powiększanie zespołów planuje 21% pracodawców

Aż 21% przedsiębiorców z sektora restauracji i hoteli deklaruje, że w III kwartale 2021 roku zamierza pozyskiwać nowych pracowników. W związku z tak optymistycznymi planami pracodawców firmy mogą spodziewać się dość intensywnej konkurencji o talenty w najbliższych trzech miesiącach. W ramach badania „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” organizacje podzieliły się również swoimi prognozami dotyczącymi redukcji etatów. Zwolnienia w okresie lipiec – wrzesień przewiduje tylko 2% przedsiębiorstw. Zdecydowana większość, 74%, zapowiada, że pozostawi liczbę zatrudnionych osób na niezmienionym poziomie, a 3% nie ma sprecyzowanych planów.

W III kwartale 2021 roku osoby poszukujące pracy w restauracjach i hotelach mogą liczyć na stosunkowo wysoką liczbę ofert. Zgodnie z ostatnim raportem „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” obliczona dla tego sektora prognoza netto zatrudnienia (różnica pomiędzy odsetkiem firm prognozujących wzrost a odsetkiem planującym spadek zatrudnienia) po korekcie sezonowej osiągnęła poziom +10% i jest najwyższa od czasu wybuchu pandemii COVID-19. W praktyce oznacza to, że pracodawcy w najbliższym kwartale będą skupiać się na pozyskiwaniu nowych pracowników, co zapowiada również znaczną rywalizację o kadry. Osoby zainteresowane karierą w sektorze HoReCa będą mogły liczyć na duży wybór spośród ofert zatrudnienia.
rekrutacja hotele

– Hotele i restauracje szczególnie dotkliwie odczuły konsekwencje pandemii COVID-19. W ubiegłym roku w wyniku wprowadzenia lockdownu drastycznie spadła liczba turystów, korzystających z bazy noclegowej, co wraz z zamknięciem restauracji spowodowało znaczący odpływ pracowników z tego sektora. Dynamiczne zmiany na rynku zauważalnie wpłynęły na plany pracodawców, którzy ograniczyli pozyskiwanie nowych pracowników i nie byli pewni, czy uda im się utrzymać obecną kadrę. Rozwiązywanie umów z szefami kuchni czy obsługą kelnerską było w 2020 roku częstym zjawiskiem. Trzeci kwartał 2021 roku to właściwie pierwsze tygodnie otwarcia branży gastronomicznej i hotelarskiej po ponad rocznym ograniczeniu lub wręcz zamknięciu działalności. Nic dziwnego, że wraz z odmrażaniem gospodarki w sektorze wzrosło zainteresowanie pozyskiwaniem nowych pracowników – tym bardziej że okres lipiec – wrzesień to sezon urlopowy, w którym przedsiębiorcy mogą spodziewać się dużego ruchu w biznesie – stwierdza Bogdan Grabczyk, ekspert rynku pracy w agencji rekrutacyjnej Manpower.

Odsetek pracodawców chcących rozbudowywać swoje zespoły wzrósł w ujęciu kwartalnym o 11 punktów procentowych, natomiast w porównaniu z wynikiem dla III kwartału ubiegłego roku jest wyższy aż o 18 punktów. Spadła natomiast liczba przedsiębiorców prognozujących redukcje etatów. Pomiędzy lipcem a wrześniem 2021 roku zwolnienia przewiduje tylko 2% firm – wskaźnik ten jest o 6 punktów procentowych niższy niż w okresie kwiecień – czerwiec i wskazuje na zdecydowanie bardziej optymistyczne nastroje pracodawców niż te rejestrowane w III kwartale 2020 roku, kiedy zwolnienia planowała co czwarta organizacja. Obecnie przedsiębiorcy zdecydowanie śmielej patrzą w przyszłość i bardziej precyzyjnie formułują swoje plany. Odsetek pracodawców, którzy nie potrafili określić, jak będzie kształtować się zatrudnienie w ich organizacji w ciągu najbliższych trzech miesięcy, spadł aż o 11 punktów procentowych w ujęciu kwartalnym.

– Po odbudowaniu tak zwanej obsady szkieletowej wzrost zatrudnienia w branży postępuje stosunkowo wolno – pomimo dużego zapotrzebowania na ręce do pracy i deklarowanej przez pracodawców chęci powiększania zespołów. Działania przedsiębiorców nadal są dość ostrożne ze względu na niepewność związaną z dalszym przebiegiem pandemii. Drugim czynnikiem, wpływającym na zatrudnienie w sektorze restauracji i hoteli, jest mała podaż wykwalifikowanych kandydatów – szczególnie dotyczy to kucharzy, barmanów i pracowników recepcji. Wielu z tych specjalistów w ciągu ostatnich miesięcy musiało przebranżowić się i poszukać pracy w innych sektorach gospodarki, ponieważ w obszarze HoReCa nie było dla nich ofert. Osoby, które dobrze poradziły sobie z nowymi wyzwaniami, niekoniecznie będą chciały wrócić do branży usług hotelarsko-gastronomicznych ze względu na ryzyko kolejnych ograniczeń, które mogą wystąpić na rynku w okresie jesiennym. Część pracowników prawdopodobnie polubiła też nowe obowiązki i nie planuje już powrotu do poprzedniego zajęcia – wyjaśnia Bogdan Grabczyk i dodaje, że jest przekonany, że wraz z rosnącą liczbą klientów branża restauracji i hoteli będzie się odbudowywała, a pracodawcy systematycznie będą powiększać swoje zespoły. – Warto zaznaczyć, że w obliczu niedoboru kandydatów stawki płacowe w tym sektorze prawdopodobnie również ulegną zmianie i pracownicy będą mogli liczyć na wyższe zarobki – podsumowuje ekspert.

Dane przedstawione w niniejszym materiale to część większej całości, zebranej i przeanalizowanej w ramach badania Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia. Pełny raport, zawierający informacje o globalnych perspektywach zatrudnienia w podziale na poszczególne sektory gospodarki, jest bezpłatny i dostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl, w zakładce Raporty rynku pracy.

„Paragony grozy” to incydentalne przypadki. Przedsiębiorcy są narażeni na hejt w bardzo trudnej sytuacji gospodarczej

– Ceny w kurortach nadmorskich i górskich w szczycie sezonu zawsze były wyższe niż w innych miejscowościach. Jesteśmy przeciwni sztucznemu windowaniu cen do góry i wykorzystywaniu sezonu do tego, by nadrabiać zaległości finansowe wynikające z lockdownu. Nie możemy się jednak zgodzić, by w Internecie i mediach niesprawiedliwie oceniać przedsiębiorców, którzy w ostatnich miesiącach zmuszeni byli do ponoszenia cen swoich produktów i usług. Brutalna prawda jest taka, że wszystko drożeje, a obecnie uwaga turystów, za którą bardzo często idzie hejt, skierowana jest w stronę przedsiębiorców. Nie ma na to naszej zgody – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Rosną ceny produktów, paliwa, a przede wszystkim koszty pracy, które w przypadku pracy sezonowej poszybowały jak szalone do góry”

Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk z dużym niesmakiem obserwuje wielotygodniową dyskusję na temat znaczącego wzrostu cen usług hotelowych oraz gastronomicznych w pasie nadmorskim. W ostatnim czasie zapanowała również moda na prezentowanie „paragonów grozy”, a internauci często prześcigają się w prezentowaniu, który lokal nad morzem jest droższy.

– Uważam, że pewne nieprawidłowości zachodzą po obu stronach. Uważam, że konsumenci powinni być traktowani z szacunkiem i uczciwie. Nie można przerzucać na nich kosztów wielomiesięcznego lockdownu. Nie ma naszej zgody na podwyżki rzędu 100% i windowanie cen, które nie ma swojego uzasadnienia ekonomicznego. Takie działanie przedsiębiorców może budzić oburzenie i doskonale to rozumiem – mówi Hanna Mojsiuk. – Z drugiej strony uważam, że przedsiębiorcy mają prawo do podwyżek. Powinny być one urealnione i odnosić się do bieżącej sytuacji gospodarczej. Rosną ceny produktów, paliwa, a przede wszystkim koszty pracy, które w przypadku pracy sezonowej poszybowały jak szalone do góry. Przedsiębiorca, gdyby utrzymał ceny sprzed sezonu czy dwóch po prostu byłby stratny. Uważam, że obie strony tego sporu powinny być dla siebie wyrozumiałe – mówi Hanna Mojsiuk, Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Zachodniopomorski pas nadmorski nigdy nie należał do najtańszych, ale zawsze mógł się chwalić wysoką jakością usług oraz nowoczesną bazą hotelową.

Przedsiębiorcy o sytuacji w gastronomii: wszystko drożeje, a marża pozostaje niezmienna

Przedsiębiorcy nad morzem starają się prowadzić swoją działalność tak sumiennie jak tylko potrafią. Oczywiście zdarzają się przypadki windowania cen i wykorzystywania obecności turystów nad morzem. Jak wyjaśnia ekspert Północnej Izby Gospodarczej ze Świnoujścia wielu przedsiębiorców w pasie nadmorskim działa cały rok, a nie tylko sezonowo. Takie hotele i tacy restauratorzy mają swoich stałych klientów i zależy im na tym, by wracali oni do nich i nieśli w świat dobrą opinie o restauracji.

– Mam kawiarnię. W moim lokalu kawa nie podrożała. Ceny zimnych napojów również stoją w miejscu. Przedsiębiorcy żyją z marży i ona utrzymuje się na podobnym poziomie od kilku lat. Rosną ceny wszystkiego dookoła: towarów, usług technicznych, paliwa, zatrudnienia pracowników, obsługi administracyjnej. Przedsiębiorcy zarabiają coraz mniej, bo koszty są dla niego wyższe przy stojącej w miejscu marży. Kolejna sprawa: nikt nie patrzy, że w wyniku koniunktury gospodarczej mocno wzrastają pensje pracowników, to powoduje inflacje i wzrosty cen. Przedsiębiorcy nie zarabiają więcej mimo wzrostów cen – mówi Piotr Kośmider, restaurator ze Świnoujścia.  – Oczywiście, że zdarzają się przedsiębiorcy nieuczciwi, ale ich jest mniej i nie polecamy wizyt u nich. Zdarza się jednak, że klienci np. nie czytają cen. Uznają, że cena za 100 gram to cena za cały posiłek. Bardzo często powoduje to dyskusje – dodaje ekspert Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

„Słowo „trochę” jest może nieprecyzyjne, ale pokazujące jaka powinna być akceptowalna skala podwyżek”

Jak więc powinno wyglądać wprowadzanie podwyżek, by było akceptowalne dla konsumentów? Jak mówi Katarzyna Michalska, doradca gospodarczy, nie jest to prosty temat, bo podwyżki zawsze wiążą się z nieprzyjemną reakcją konsumentów.

– Wszystko drożeje. Widzimy to niemal w każdym sektorze gospodarki. Oczekiwanie od przedsiębiorców, którzy prowadzą swoją działalność sezonowo, po ciężkim czasie pandemii, że nie podniosą cen, kiedy rosną ceny produktów, paliwa, ale i koszty pracy jest po prostu naiwne i nie na miejscu – mówi Katarzyna Michalska

Jakie podwyżki są więc akceptowalne? – Nie jestem w stanie wskazać konkretnej kwoty. Powinno to być uśrednienie wzrostu standardowych kosztów, z uwzględnieniem kosztów pracy oraz rezerwą finansową na kolejne miesiące, gdy nie daj Boże, możliwe są kolejne utrudnienia. Myślę, że klienci są świadomi cen i wiedzą, że przebywając w kurortach zapłacą za usługi trochę więcej. Słowo „trochę” jest może nieprecyzyjne, ale pokazujące jaka powinna być akceptowalna skala podwyżek – dodaje ekspertka.

3 tys. dofinansowania do fotowoltaiki w programie „Mój Prąd”. 1 lipca startuje kolejna edycja programu

Rynek fotowoltaiczny w Polsce. Warunki najnowszej edycji programu “Mój Prąd”

Fotowoltaika w Polsce rośnie w siłę i szczególnie w ostatnich latach cieszy się dużym zainteresowaniem. Według wiceministra Klimatu i Środowiska Piotra Dziadzio, prosumenci, czyli osoby zaangażowane w proces tworzenia energii i korzystające z wytworzonych zasobów, stanowią obecnie trzy czwarte zainstalowanej mocy w fotowoltaice – na polskim rynku obecnych jest już 600 tys. podmiotów, co oznacza, że ich liczba zwiększyła się aż o 1500 proc. w stosunku do roku 2015, w którym było ich zaledwie 4 tys. Zainstalowana moc fotowoltaiki na koniec kwietnia 2021 r. wyniosła łącznie 4,7 GW.

Wpływ na zwiększone zainteresowanie rozwiązaniami z zakresu fotowoltaiki miał w dużej mierze rządowy program „Mój Prąd”. Według najnowszych informacji, potwierdzonych przez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, trzecia, najnowsza edycja programu startuje już 1 lipca. Pomimo zapowiedzi, nie zostaną nim objęte magazyny energii oraz ładowarki EV – dofinansowana zostanie jedynie fotowoltaika. I zapowiadana kwota tego dofinansowania będzie mniejsza, niż w latach ubiegłych – wyniesie ona 3 tys. złotych, a łączna kwota przekazana na poczet programu to 534 mln złotych. Nabór wniosków potrwa od 1 lipca do 22 grudnia 2021 roku lub do wyczerpania przekazanej na ten cel kwoty. Z kolei jako okres kwalifikowalności poniesionych kosztów wyznaczono od 1 lutego 2020 r. do 31 grudnia 2023 r.

Wpływ poprzednich edycji na sprzedaż rozwiązań PV. Polski rynek PV w fazie dojrzałości

Jak twierdzi Michał Kitkowski, prezes gdańskiej firmy SunSol, zajmującej się projektowaniem i montażem instalacji fotowoltaicznych, zainteresowanie nową odsłoną programu – „Mój Prąd” 3.0 – jest duże, choć wielu inwestorów, w związku z planowaną zmianą ustawy dot. odnawialnych źródeł energii, zdecydowało się na inwestycję jeszcze przed uruchomieniem programu. Jego zdaniem poprzednia edycja programu była kamieniem milowym we wdrażaniu fotowoltaiki w skali mikro, w Polsce.

– Poprzednia edycja „Mojego Prądu”, podobnie jak pierwsza, była kołem zamachowym sprzedaży instalacji PV. Niemniej jednak po jej wygaśnięciu sprzedaż nadal utrzymywała się na wysokim poziomie, co pokazuje, że polska fotowoltaika stanęła samodzielnie na nogi i znajduje się obecnie w fazie dojrzałości. Obecnie oczekujemy na dotacje do magazynów energii, które dostępne są już na Zachodzie, a o których zresztą słyszymy z kół rządowych. Według najnowszych informacji mają pojawić się one wraz z nadejściem „Mojego Prądu” 4.0 – komentuje Michał Kitkowski. – W tym roku jednak, w związku z nowelizacją ustawy o OZE, wielu z inwestorów (klientów) podejmowało decyzję o zakupie paneli już teraz, przed uruchomieniem trzeciej edycji „Mojego Prądu”. Z programu dotychczas skorzystało około 80% naszych klientów indywidualnych.

Michał Kitkowski podkreśla, że jedną z opcji, którą można połączyć z programem “Mój Prąd”, by zmniejszyć koszt inwestycji, jest ulga termomodernizacyjna, która pojawiła się jeszcze przed ogłoszeniem samego programu dopłat i jest równie popularnym sposobem finansowania.

– Dzięki uldze termomodernizacyjnej, w przypadku kosztu instalacji wynoszącego 50 tys. zł, inwestorzy mogą odpisać od podatku nawet 15 tys. zł. Na rynku dostępne są również oferty preferencyjnych kredytów i pożyczek, które mogą być pomocne w realizacji przedsięwzięcia i osiągnięciu niezależności energetycznej, tak ważnej dla naszych klientów. Co istotne, dzięki instalacji o mocy 5kW, mogą oni zaoszczędzić nawet do 3 tys. zł rocznie – dodaje Michał Kitkowski.

Najnowsza nowelizacja ustawy o odnawialnych źródłach energii a zainteresowanie PV

Nowelizacja ustawy dot. odnawialnych źródeł energii (OZE), która może obowiązywać już od 1 stycznia 2022 roku (choć ostatnie doniesienia z rządu wskazują, że trochę później), i która zniesie m.in. rozliczenia na zasadzie tzw. opustów, jest kolejnym czynnikiem, który sprawił, że zwiększyło się zainteresowanie rozwiązaniami z zakresu PV. W kolejnym roku inwestorzy wygenerowaną energię będą mogli sprzedać po cenach rynkowych, a dodatkowe jej zasoby kupić na własne potrzeby za pełną cenę. Michał Kitkowski zwraca uwagę, iż w związku z tym warto podjąć decyzję o zakupie systemu PV jak najszybciej. Także dlatego, iż ze względu na zwiększony popyt, znacznie wydłużył się czas oczekiwania na realizację inwestycji.

– Po ogłoszeniu nowelizacji o OZE zauważamy zwiększone zainteresowanie naszymi usługami o jakieś 30-40 proc. Powracają do nas klienci, którzy do tej pory wahali się i odkładali decyzję o inwestycji w czasie – mówi Michał Kitkowski. – Obecnie czas zwrotu z inwestycji wynosi około 5-6 lat. Po wejściu w życie nowych przepisów, czas ten wydłuży się nawet do 7-8 lat, dlatego też jest to dobry moment na inwestycję w rozwiązania PV właśnie w tym roku. Decyzję też warto podjąć jak najszybciej choćby z tego względu na to, iż czas oczekiwania na realizację jest dłuższy i obecnie wynieść może nawet do miesiąca.

Nowy raport ujawnia brak standaryzacji w weryfikacji informacji dotyczących zrównoważonego rozwoju

Globalne praktyki dotyczące raportowania zrównoważonego rozwoju i atestacji ujawnianych informacji – w tym powszechność i poziom atestacji oraz standardy i rodzaj podmiotu weryfikującego informacje – różnią się istotnie w zależności od jurysdykcji – dowodzi nowy raport International Federation of Accountants (IFAC) oraz Association of International Certified Professional Accountants (AICPA & CIMA) The State of Play in Sustainability Assurance.

Przeprowadzone badanie jest przełomowym na skalę globalną porównaniem, które dostarcza kompleksowej, aktualnej wiedzy nt. stanu raportowania zrównoważonego rozwoju i związanej z nim atestacji. Co więcej, analiza opatrzona jest danymi obrazującymi, jak i gdzie raportowane są informacje dotyczące zrównoważonego rozwoju oraz jak odnosi się to do praktyk związanych z ich weryfikacją.

Jak wynika z badania:

  • 91 proc. analizowanych firm ujawnia pewien poziom informacji dot. zrównoważonego rozwoju;
  • 51 proc. firm, które ujawniają informacje dot. zrównoważonego rozwoju, zapewnia pewien poziom ich atestacji;
  • 63 proc. z tego typu usług atestacyjnych wykonały firmy audytorskie lub powiązane z audytem.

Załączona mapa obrazuje stan praktyk dotyczących raportowania i atestacji w zakresie ESG (ang. Environmental, Social, Governance) na świecie.

Ponieważ dążenie do stworzenia globalnych standardów i ram sprawozdawczości niefinansowej wciąż trwa, inwestorzy, organy regulacyjne i decydenci kierują swoją uwagę na ważną rolę, jaką w promowaniu wysokiej jakości sprawozdawczości pełni atestacja. Wraz z rosnącym znaczeniem informacji dotyczących zrównoważonego rozwoju, ich niska jakość stanowi coraz większe ryzyko dla ochrony inwestorów i stabilności finansowej.

Globalna społeczność musi rozważyć wiele złożonych kwestii – czy raportowanie informacji dotyczących zrównoważonego rozwoju powinno być wymagane? Jeśli tak, czy ich atestacja powinna być wymagana i przez jakiego typu podmioty powinna być wykonywana? Mając nową wiedzę, IFAC – wraz z naszymi organizacjami członkowskimi i innymi globalnymi interesariuszami – inicjuje dyskusję opartą na twardych danych, aby przyspieszyć tempo globalnej debaty i pomóc wytyczać drogę dla dobra interesu publicznego – powiedział Kevin Dancy, CEO, IFAC. – Będziemy kontynuować nasze zaangażowanie w tej przestrzeni w miarę zmian zachodzących w kwestiach raportowania i atestacji – dodał.

Firmy ujawniające informacje dotyczące zrównoważonego rozwoju, które podlegają atestacji, mają szansę wzbudzić większe zaufanie i wiarygodność w tej kwestii. Zaangażowanie profesjonalistów lub podmiotów uprawnionych do weryfikacji takich informacji* – jako ekspertów posiadających odpowiedni zestaw umiejętności zawodowych, kwalifikacji i doświadczenia oraz podlegających wymogom niezależności i standardom etycznym – może skutkować naprawdę wartościową sprawozdawczością i być dowodem przejrzystości – powiedziała Susan S. Coffey CPA, CGMA, CEO, Public Accounting, Association of International Certified Professional Accountants (AICPA & CIMA). – Aktualnie tylko około połowa firm uwzględnionych w naszym badaniu ujawnia informacje w zakresie ESG, które podlegają jakiejkolwiek atestacji – dodała.

Kierunek elektromobilność. Politechnika Warszawska i PSPA zacieśniają współpracę

Nowy kierunek studiów podyplomowych, unikatowy program stażowy, praktyki studenckie w czołowych firmach, a także wymiana wiedzy eksperckiej i wspólne projekty naukowe oraz badawcze w obszarze elektromobilności. Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej oraz Polskie Stowarzyszeniem Paliw Alternatywnych (PSPA) podpisały stosowne porozumienie.

Przedmiotem Porozumienia o stałej współpracy badawczo-rozwojowej i dydaktycznej jest m.in. partnerstwo merytoryczne w zakresie uruchomienia programu stażowego na kierunku Inżynieria Pojazdów Elektrycznych i Hybrydowych, począwszy od roku akademickiego 2021/2022. W ramach wsparcia studenci uzyskają możliwość odbywania praktyk w Centrum Kompetencyjnym PSPA oraz w firmach członkowskich organizacji. Ponadto, eksperci PSPA oraz praktycy rynku pojazdów elektrycznych będą uczestniczyli w zajęciach prowadzonych na kierunku, co pozwoli wzbogacić programu studiów o aktualne i przyszłościowe potrzeby sektora motoryzacyjnego.

PSPA i SiMR zbadają także możliwość utworzenia nowego kierunku studiów podyplomowych, dopasowanych do potrzeb pracodawców sektora elektromobilności.

– Podpisany dzisiaj dokument z jednej strony potwierdza nasze doskonałe relacje partnerskie, z drugiej zaś, odzwierciedla interdyscyplinarne podejście do zagadnienia elektromobilności przez władze jednej z największych i najlepszych wyższych uczelni technicznych w Europie Środkowo‐Wschodniej. PSPA od lat kreuje rynek nisko i zeroemisyjnego transportu w Polsce, torując drogę dla jego rozwoju we wszystkich możliwych obszarach, od inicjatyw legislacyjnych, po projekty szkoleniowe. Intensyfikujemy także naszą aktywność na płaszczyźnie naukowej. Dzięki porozumieniu z Wydziałem Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej jesteśmy w stanie znacznie lepiej wczuć się w oczekiwania studentów i potrzeby pracodawców z sektora e-mobility – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający PSPA.

– Podstawą efektywnej realizacji strategicznych projektów w polskim sektorze motoryzacyjnym jest integracja potencjału intelektualnego uczelni z know-how podmiotów branżowych. W ten sposób jesteśmy w stanie zdynamizować działania i zwiększyć innowacyjność oraz atrakcyjność w zakresie szkolenia przyszłej kadry inżynierskiej. Porozumienie o współpracy z PSPA nabiera szczególnej wagi i znaczenia, mając na względzie fakt, że elektromobilność stała się globalnym trendem w motoryzacji – mówi prof. dr hab. inż. Piotr Przybyłowicz, Dziekan Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej.

Porozumienie między PSPA oraz Wydziałem SiMR obejmuje również możliwość uruchomienia nowej specjalności na kierunku Inżynieria Pojazdów Elektrycznych i Hybrydowych (studia I i II stopnia) lub w ramach indywidualnego toku studiów, kreowania tematyki prac przejściowych i dyplomowych z uwzględnieniem wymagań dydaktycznych oraz potrzeb rynku, a także sprawowania przez reprezentantów PSPA roli konsultantów lub opiekunów przedmiotowych prac. Strony planują także przygotowanie sprofilowanych programów kształcenia i branżowego programu stypendialnego dla wyróżniających się studentów. Ponadto, partnerstwo ma być realizowane w obszarze programów i projektów rozwojowych oraz prac naukowych i badawczych o charakterze krajowym i europejskim. Dzięki porozumieniu możliwe będzie również organizowanie wspólnych seminariów, sympozjów, szkoleń i konferencji naukowo-technicznych oraz włączenie Wydziału w projekty pilotażowe realizowane przez PSPA z podmiotami branżowymi.

Porozumienie o stałej współpracy badawczo-rozwojowej i dydaktycznej podpisali prof. Piotr Przybyłowicz, Dziekan Wydziału Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej (PW SiMR) oraz Maciej Mazur, Prezes Zarządu i Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych (PSPA).

Zaległości alimentacyjne wynoszą już rekordowe 13 mld zł

Wakacje to wyczekiwany czas wśród dzieci. Jednak, ze względów finansowych, nie wszystkie będą mogły wyjechać na wymarzoną wycieczkę czy obóz. Jedną z przyczyn jest fakt, że wiele z nich nie otrzymuje należnych im alimentów. W Polsce z ich płaceniem zalega 300 tys. rodziców, którzy na koniec maja 2021 r. mieli do oddania z tego tytułu aż 13 mld zł. W ciągu roku dług ten powiększył się o ponad pół miliarda zł, mimo że w tym czasie liczba dłużników alimentacyjnych spadła o blisko 3 tys., podaje Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej. Większość alimenciarzy zalega z płatnościami nie tylko na dzieci. 60 proc. z nich to dłużnicy-recydywiści, którzy nie płacą także innych zobowiązań.

Dla wielu dzieci świadczenia z tytułu alimentów są bardzo ważnym wsparciem finansowym. Bez nich ciężko zaspokoić wszystkie potrzeby. Jedną z nich jest organizacja wakacyjnego wypoczynku. Choć w tym roku rodziny z dziećmi mogą skorzystać z Bonu Turystycznego, to kwota 500 zł z tego świadczenia nie wystarczy, aby sfinansować pobyt dziecka z rówieśnikami na koloniach czy obozie. Bez wsparcia drugiego rodzica nie zawsze uda się zebrać potrzebne dodatkowe środki. W takich momentach długi z alimentów są dla dzieci najdotkliwsze, zwraca uwagę Krajowy Rejestr Długów.

Większy dług, ale mniej dłużników

Krajowy Rejestr Długów jako biuro informacji gospodarczej od lat gromadzi dane o długach, w tym alimentacyjnych. Wraz z końcem maja br. kwota zgłoszona w tej kategorii przekroczyła 13 mld zł. To o ponad pół miliarda zł więcej niż rok wcześniej.

Średni dług jednego alimenciarza to ok. 43,7 tys. zł, ale to statystyczny dłużnik z Lubelszczyzny musi uregulować zobowiązanie powyżej tej średniej krajowej, bo prawie 48 tys. zł. Najwięcej dłużników alimentacyjnych mieszka w województwie śląskim (38,8 tys.).

Najgorzej jest z płatnościami na Mazowszu, gdzie kwota zaległych alimentów sięga 1,7 mld zł. Niewiele mniej do oddania mają dłużnicy z województwa śląskiego – 1,6 mld zł. Odpowiednio ponad 1,2 mld zł i 1 mld zł długu mają do spłacenia mieszkańcy Dolnego Śląska i regionu kujawsko-pomorskiego. Blisko przekroczenia miliardowego progu są też dłużnicy z Wielkopolski (952 mln zł).

Najmniejsze zaległości alimentacyjne mają natomiast mieszkańcy województw opolskiego (329 mln zł), lubuskiego (345 mln zł) oraz podlaskiego (362 mln zł).

Dłużnicy alimentacyjni notowani w KRD najczęściej mieszkają w mieście (77 proc.)., a 96 proc. z nich stanowią mężczyźni.

Od pewnego czasu lista dłużników alimentacyjnych się skraca. To dobry symptom, ale to wciąż za mało, aby poprawić sytuację najmłodszych. Tempo wykreślania alimenciarzy z KRD wynosi jedynie około 1 procent na rok. Nadal jednak nie udaje się przy tym zmniejszyć kwoty ich zaległości. Jednym z powodów tak dużego problemu ze ściągalnością świadczeń może być to, że ciągle jeszcze niepłacenie alimentów jest pobłażliwie traktowane lub społecznie akceptowane. Najczęściej taką postawę obserwujemy na północy i zachodzie Polski. Widać to też w średnich i dużych miastach, czyli tam, gdzie więzi sąsiedzkie są nieco słabsze. W mniejszych miejscowościach i na wsi ludzie lepiej się znają i bardziej przejmują się opinią innych. Dlatego na tych obszarach zadłużenie alimentacyjne występuje w mniejszej skali – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Największą grupę (prawie 68 proc.) niepłacących znaleźć można wśród osób w wieku 36-45 lat (102,6 tys.) oraz 46-55 lat (prawie 100 tys.). Ta druga grupa ma jednak wyższe średnie zadłużenie z tytułu nieopłaconych alimentów przypadające na jednego dłużnika – 50,6 tys. zł na osobę. Z kolei dłużnicy alimentacyjni w wieku 36-55 lat mają najwyższe łączne zadłużenie, wynoszące 3/4 zgłoszonych zaległości. Wśród osób poniżej 25 roku życia 1,6 tys. nie dopełniło swojego obowiązku wobec dzieci, a ich zadłużenie z tytułu alimentów sięga 17,6 mln zł.

Młodsi rodzice coraz częściej nie płacą

W lutym br. liczba dłużników alimentacyjnych spadła poniżej 300 tys., a obecnie wynosi już 299 303. Za zjawisko ubywania dłużników odpowiadają jednak głównie 3 najstarsze grupy wiekowe dłużników – od 46 lat w górę. Drastycznie przyrasta natomiast liczba młodych alimenciarzy, poniżej 25 roku życia. W ciągu roku przybyło ich o 40 proc. Szybko rosną też ich zaległości. W skali roku kwota ich długu notowanego w KRD wzrosła o 66 proc. I choć młodzi stanowią najmniejszą grupę wśród alimenciarzy, bo tylko 0,5 proc., to ich udział w łącznych zaległościach jest już znacznie wyższy i sięga 14 proc. całego zadłużenia alimentacyjnego.

Odmrożenie gospodarki i obserwowany w ostatnim czasie wzrost zapotrzebowania na pracowników mogą przynieść poprawę sytuacji finansowej dłużników. Pytanie tylko, czy dłużnicy będą podejmować pracę legalnie, czy raczej będą szukać zatrudnienia „na czarno”.

Przedsiębiorcy zatrudniający alimenciarzy powinni pamiętać, że pomaganie im w ukrywaniu dochodów jest karane grzywną. Taka przysługa może kosztować pracodawcę od 1,5 do nawet 45 tysięcy złotych – ostrzega Adam Łącki.

Nie tylko dzieci czekają na pieniądze

Spośród dłużników alimentacyjnych notowanych w Krajowym Rejestrze Długów ponad połowa (180 647) ma też inne długi. Ich łączna kwota opiewa na prawie 2,3 mld zł.

Jak wskazuje Jakub Kostecki, prezes firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso, gros tego zadłużenia, czyli blisko 2 mld zł, przypada na wtórnych wierzycieli, czyli fundusze sekurytyzacyjne i firmy windykacyjne, które odkupiły je od pierwotnych wierzycieli. Najczęściej są to niespłacane kredyty, pożyczki czy raty leasingowe. Milionowe zaległości alimenciarze mają także za telefony, Internet czy telewizję – 81,6 mln złotych, w bankach, firmach pożyczkowych i leasingowych – 67,6 mln zł oraz za jazdę na gapę komunikacją miejską i międzymiastową – 65,5 mln zł.

Wtórni wierzyciele kupują długi wtedy, gdy pierwotny wierzyciel, mimo wielu prób, nie był w stanie odzyskać należności od dłużnika. Fakt, że blisko 88 proc. zadłużenia alimenciarzy przypada właśnie na wtórnych wierzycieli, pokazuje, że są to ludzie, którzy co do zasady nie mają zwyczaju regulować swoich zobowiązań i to nie tylko wobec swoich dzieci – dodaje Jakub Kostecki, prezes Kaczmarski Inkasso.

Rynek biurowy w Polsce. Więcej umów – mniej powierzchni

W czerwcu 2021 na rynku biurowym odnotowano 526 nowych transakcji najmu. Dane wskazują, że rynek stale utrzymuje dotychczasowy trend wzrostu liczby umów. Wynajmuje się jednak mniej powierzchni.

REDD to największa baza danych o biurach w Polsce, w której zawarte są budynki klasy A, B i C. To pozwala analizować pełen obraz rynku biurowego w Polsce.

– Pod koniec drugiego kwartału 2021 rynek biurowy osiągnął interesujący wynik dotyczący liczby wynajętych biur. W czerwcu na rynku biurowym zarejestrowaliśmy w naszej bazie 526 nowych transakcji najmu. Dane wskazują, że rynek stale utrzymuje dotychczasowy trend wzrostu liczby umów. Dla porównania, w maju 2021 podpisanych zostało 495 umów najmu – mówi Piotr Smagała, Dyrektor Zarządzający REDD.

REDD1

Jak pokazują dane REDD spadła jednak łączna wynajęta powierzchnia biurowa. W czerwcu 2021 wyniosła ona – 118 tys. mkw. (w 526 transakcjach). W maju 2021 było to: 138 tys. mkw. w 495 transakcjach.REDD2

– Takie dane wskazują, że najemcy wynajmują mniejsze powierzchnie. Może to mieć związek z malejącym  zapotrzebowaniem na miejsce w biurach spowodowane wprowadzoną w wielu firmach pracą hybrydową – ocenia Piotr Smagała z REDD.

 

Badanie: Wykształcenie odrywa kluczową rolę w kwestii dalszej pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego

Prawie 40% rodaków zamierza pracować zawodowo po osiągnięciu wieku emerytalnego. Jednak niewiele mniejsza jest grupa, która nie ma takich planów. Natomiast niemal co trzeci badany jest niezdecydowany. Do tego widać, że wśród Polaków będących powyżej 60. roku życia przeważają osoby niezainteresowane dalszą aktywnością na rynku pracy. W pozostałych przedziałach wiekowych sytuacja jest wręcz odwrotna. Chęć kontynuowania kariery deklarują głównie osoby posiadające wykształcenie średnie lub wyższe, a także uzyskujące miesięczne dochody na poziomie 7000-8999 zł netto. [INFOGRAFIKA] Blisko 40% Polaków zamierza pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland, 37,7% Polaków zamierza pracować zawodowo po osiągnieciu wieku emerytalnego. 30,3% ankietowanych nie ma takich planów, a 32% nie zajmuje stanowiska w tej sprawie. Według prof. Pawła Wojciechowskiego, wiceprezydenta i głównego ekonomisty Pracodawców RP, nieco zaskakujący jest wysoki odsetek rodaków deklarujących chęć pracy. Dziwi to zwłaszcza w porównaniu z danymi, z których wynika, że mniej niż 10% osób kontynuuje aktywność zawodową przez ponad rok. Najczęściej wybieraną strategią jest jak najszybsze przejście na emeryturę, a na drugim miejscu – dorabianie na emeryturze.

– Sporo osób pewnie chciałoby jak najszybciej przejść na emeryturę. Ale często słysząc o bardzo niskich świadczeniach, zmieniają zdanie. Wiedzą, że rezygnacja z pracy może być dla nich bolesna. W związku z tym trochę boją się podjąć decyzję, dlatego czekają. I stąd jest ta niepewność w odpowiedziach – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Fot. serwis agencyjny MondayNews™
Prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Fot. serwis agencyjny MondayNews™

Jak zaznacza prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, może zwiększać się liczba  emerytów, którzy nadal chcą i mogą być aktywni zawodowo. Największym ograniczeniem dla osób starszych jest wysiłek fizyczny. Organizm po prostu odmawia posłuszeństwa. Na szczęście wskutek rozwoju nowych technologii przybywa stanowisk pracy, które nie wymagają wielkiego wysiłku fizycznego, co zwiększa możliwości zawodowej aktywizacji emerytów. Ważne jest zarazem, aby przepisy prawa temu sprzyjały. Stąd też w rządowym programie Polski Ład  pojawiają się zapowiedzi ulg podatkowych i innych zachęt dla emerytów podejmujących pracę.

– Do systemu emerytalnego wprowadzono silne demotywatory, takie jak 13. i 14. One zachęcają do szybkiego przechodzenia na emeryturę, ponieważ nikt nie chce stracić tych dodatkowych nieekwiwalentnych bonusów. Przyszli emeryci być może nie kalkulują precyzyjnie konsekwencji swoich decyzji. Wiedzą, że kontynuacja pracy o rok oznacza utratę 12 wypłat emerytur plus przynajmniej dodatkowo 13. A z obliczeń wykonanych wspólnie z dr. Tomaszem Lasockim wynika, że struktura korzyści z dodatkowego roku pracy daje o ok. 17% wyższe świadczenie – dodaje prof. Wojciechowski.

Uwzględniając wiek respondentów, tylko w grupie mających 60 lat i więcej przeważają osoby, które nie zamierzają pracować zawodowo po osiągnieciu wieku emerytalnego. Taką postawę deklaruje 59,3% badanych. Z kolei 25,4% wyraża chęć dalszej pracy, a 15,3% nie zajmuje stanowiska w tej sprawie. Natomiast patrząc na miesięczne dochody netto, dalszą aktywność zawodową planują przede wszystkim osoby uzyskujące 7000-8999 zł. 57,1% ankietowanych z tej grupy ma taki zamiar. Następne miejsce należy do rodaków z dochodami 5000-6999 zł – 52,9%.

– Osoby zarabiające lepiej zazwyczaj mają ciekawszą pracę, mniej wyczerpującą fizycznie. Są więc skłonne dłużej pracować i zwiększyć swoją emeryturę. Natomiast ludzie z najniższymi dochodami liczą na to, że uzyskają gwarantowaną emeryturę minimalną. A to oznacza, że zupełnie nie opłaca im się dłużej pracować, zwłaszcza jeśli praca nie daje im satysfakcji. Później ewentualnie mogą wyjść na ulice, żeby domagać się podwyższenia minimalnego świadczenia – stwierdza prof. Witold Orłowski.

Z badania również wychodzi, że wśród respondentów z wykształceniem podstawowym i zasadniczym zawodowym przeważają osoby, które nie zamierzają pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego. Natomiast odwrotnie jest w gronie badanych z wykształceniem średnim i wyższym.

– Osoby z niskim wykształceniem, zwłaszcza podstawowym, często wykonują prace, które są związane z wysiłkiem fizycznym. Przeważnie chcą jak najszybciej przejść na emeryturę. Ta grupa ma więcej ograniczeń w aktywizacji zawodowej. Natomiast w związku z rosnącą w Polsce liczbą osób z wyższym wykształceniem, można zakładać, że stopniowo zacznie przybywać seniorów zainteresowanych dalszą aktywnością zawodową. Dotyczy to zwłaszcza pracujących intelektualnie. Podejmowaniu przez emerytów decyzji o dalszej pracy mogą sprzyjać też rosnące możliwości i popularność pracy zdalnej, przynajmniej w niektórych przedsiębiorstwach, instytucjach czy branżach – dodaje prezes PTE.

Analizując miejsce zamieszkania respondentów, tylko w jednym przypadku widać więcej osób, które nie zamierzają pracować po osiągnięciu wieku emerytalnego. To dotyczy mieszkańców wsi i miejscowości liczących do 5 tys. mieszkańców. Deklaracje na „nie” stanowią 34,9% odpowiedzi, a na „tak” – 32,3%. Niezdecydowanych jest 32,8%.

– W mniejszych miejscowościach jest większy odsetek osób pracujących fizycznie, np. w rolnictwie czy budownictwie, a także w drobnych usługach niż w administracji czy szkolnictwie wyższym. Ponadto więcej osób zarabia na kontraktach nietypowych, co oznacza inne oskładkowanie w działalności gospodarczej rolniczej i pozarolniczej. Tam też jest nieco wyższe bezrobocie – dodaje główny ekonomista Pracodawców RP.

Z kolei analizując preferencje polityczne, można stwierdzić, że pracę po osiągnięciu wieku emerytalnego deklarują głównie wyborcy Koalicji Obywatelskiej – 42,5% oraz Lewicy – 41,6%. Na drugim końcu zestawienia mamy PSL-KP – 21%. Natomiast wynik ankietowanych, którzy nie wskazali żadnego z 7 wymienionych w badaniu ugrupowań, wynosi 44%.

Wyniki pochodzą z badania przeprowadzonego w dniach 18-20 czerwca br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland. Wzięło w nim udział 1145 dorosłych Polaków. Próba została dobrana pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Wejdź do nowej branży z Woman Update

Badania pokazują, że głównie kobiety (61%) pracują w sektorach, które najbardziej ucierpiały w wyniku wprowadzenia obostrzeń związanych z pandemią i w znacznie większym stopniu niż mężczyźni, odczuły zmniejszenie wynagrodzeń[1]. Dodatkowo zaledwie 19% kobiet jest zadowolonych ze swojej sytuacji zawodowej, 29% boi się zmiany pracy, a 23% wskazuje brak wiary w siebie jako główną przeszkodę stojącą na drodze do poprawy swojej sytuacji zawodowej[2]. Tegoroczna kampania Woman Update jest odpowiedzią na te wyzwania. Jej celem jest dodanie kobietom odwagi i pewności siebie do wyjścia poza dotychczasowe ramy, zachęcanie ich do zdobywania kompetencji cyfrowych oraz wejścia do IT – branży, która ma szansę zapewnić im lepszą i stabilniejszą przyszłość zawodową.

Woman Update 2021

Główną osią tegorocznej kampanii są inspirujące historie kobiet, które mimo różnych barier, m.in. wieku, niepełnosprawności czy humanistycznego wykształcenia, podjęły decyzję o wyjściu z dotychczasowych ram i zmianie branży.

Poprzez pokazanie ich historii chcemy przekonać inne kobiety, że takie rzeczy, jak wiek czy dotychczasowe doświadczenie, nie stoją na przeszkodzie w zmianie pracy i przebranżowieniu się, a często mogą stanowić atut w rozpoczęciu zupełnie nowej, bardziej satysfakcjonującej ścieżki zawodowej mówi Beata Jarosz i Joanna Pruszyńska-Witkowska, inicjatorki kampanii Woman Update i założycielki Future Collars.

Pandemia, a sytuacja kobiet na rynku pracy

Ostatni rok pogłębia trudności, których doświadczają kobiety na rynku pracy na całym świecie. Zgodnie z raportem World Economic Forum wyrównanie pozycji kobiet i mężczyzn zajmie o pokolenie dłużej, niż wynikało to z poprzednich wyliczeń ekspertów. Do osiągnięcia równości między kobietami i mężczyznami potrzeba ponad 130 lat[3]. Polska zajmuje w tym rankingu 75 miejsce wśród 156 państw.

Dodatkowo, według najnowszego badania ośrodka DELab Uniwersytetu Warszawskiego, dwie na pięć kobiet (41%) czuje się przeciążonych pandemią i wprowadzanymi obostrzeniami, zaś jedna na pięć (18%) boleśnie odczuła izolację społeczną. Pandemia oddziałuje również negatywnie na ich kondycję fizyczną: ponad jedna trzecia kobiet (35%) zauważa, że zbyt wiele godzin pracy przed komputerem powoduje problemy zdrowotne (częstsze bóle kręgosłupa, kłopoty ze wzrokiem)[4].

Co więcej, to kobiety w znacznie większej mierze niż mężczyźni są obciążone pracą wychowawczą i opiekuńczą, co negatywnie odbija się na ich kondycji psychofizycznej. Oprócz tego, dwie trzecie kobiet uważa, że kobiety i mężczyźni nie są równo traktowani przez pracodawców w Polsce (67%). Niemal dwie trzecie ankietowanych twierdzi, że kobiety nie mają równych mężczyznom szans rozwoju zawodowego (63%) ani możliwości awansu (64%)[5].

W Huawei od dawna wspieramy kobiety w dążeniu do rozwoju i osiągania sukcesów w branży nowych technologii. Celem inicjatyw, które podejmujemy, jest walka z wykluczeniem, wspieranie równego dostępu do edukacji i możliwości, jakie daje cyfrowy świat, a także inspirowanie kobiet do rozpoczynania kariery w sektorze ICT. Dziś kobiety stanowią jedynie 20-25% pracowników firm technologicznych. Oznacza to olbrzymi niewykorzystany potencjał kadrowy, wynikający wyłącznie ze stereotypów, jakie narosły wobec zawodów inżynieryjno-technicznych. Dlatego tak istotne jest organizowanie działań, które mogą utwierdzać kobiety w przekonaniu, że nowe technologie to jak najbardziej ich świat. Zależy nam, aby kobiety były nie tylko użytkowniczkami, ale też współtwórczyniami produktów i rozwiązań ICT mówi Ryszard Hordyński, Dyrektor ds. Strategii i Komunikacji, Huawei Polska.

Wejdź do nowej branży z Woman Update

Podczas tegorocznej edycji kampanii Woman Update będzie miała miejsce premiera drugiej części e-poradnika „Przejdź przemianę z Woman Update” autorstwa Magdaleny Nowackiej, jednej z ambasadorek kampanii, która po wielu latach pracy jako specjalistka ds. szkoleń i rozwoju, zmieniła zawód i obecnie spełnia się jako scrum masterka. Celem e-booka jest pomoc w odkryciu swoich mocnych stron oraz wykonaniu pierwszego kroku do zmiany życia na lepsze.

W ramach zaplanowanych wydarzeń odbędzie się cykl 7 spotkań online „Wyjdź poza ramy”, podczas których zaproszone ekspertki będą rozmawiać o tym, jak pokonać bariery w wejściu do IT i zmienić ścieżkę zawodową.

Podczas 7 spotkań swoje inspirujące historie opowiedzą ambasadorki tegoroczej edycji kampanii, które po wielu latach pracy w innej branży postanowiły spróbować swoich sił w IT. W kolejnych spotkaniach swoją wiedzą podzielą się rekruterki IT, które opowiedzą o tym, jak wykorzystać swoje dotychczasowe doświadczenie na nowej drodze zawodowej. Zaplanowano również warsztaty z podstaw programowania z jedną z ambasadorek kampanii – Sylwią Błach – programistką, pisarką i blogerką, uznaną przez Fundację Integracja za jedną ze 100 najbardziej wpływowych osób z niepełnosprawnością w Polsce. Nie zabraknie także spotkań z mentorką, coachem i trenerką biznesu – Małgorzatą Marczewską – na temat metod pomagających radzić sobie z lękiem związanym ze zmianą pracy oraz sposobów na budowanie pewności siebie.

Na stronie www.womanupdate.org wszyscy przez cały rok mogą korzystać z darmowych lekcji kompetencji przyszłości, słuchać inspirujących podcastów z liderkami IT oraz zrobić test kompetencji.

Rzeczy, które wczoraj były pewnego rodzaju innowacją, dziś są naszą codziennością. To zdanie obrazuje tempo towarzyszących nam zmian, a jest ono tak wysokie, że coraz trudniej nam przewidywać przyszłość. Nie oznacza to jednak, że nie możemy się przygotować na wyzwania, jakie ze sobą niesie, a najlepszym sposobem jest edukacja i rozwój nowych kompetencji. Zwłaszcza ostatni rok pokazał nam, jak bardzo potrzebujemy wiedzy. Walka z pandemią to triumf nauki, bo to właśnie dzięki niej i rozwojowi wiedzy świat mógł stawić czoło tej sytuacji. Dziś wygranymi są ci, którzy jeszcze przed pandemią nie bali się innowacji i nowości, którzy byli gotowi i otwarci na zmiany technologiczne. Dlatego zachęcam do odwagi i otwartości na nowe kompetencje – zwłaszcza te cyfrowe. One są podstawą naszej przyszłości – Ewa Małyszko, prezes zarządu PFR TFI.

[1] Instytut Analiz Rynku Pracy Sp. z o.o. na zlecenie Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości (grupa PFR), System Rad ds. Kompetencji (2020) Rynek pracy, edukacja, kompetencje Aktualne trendy i wyniki badań Grudzień 2020, s. 10. Dostęp: https://www.parp.gov.pl/storage/publications/pdf/Raport_rynek_pracy_grudzien_2020_ost.pdf

[2] Premiera pełnego raportu z badania przygotowanego przez ośrodek DELab UW nastąpi we wrześniu 2021 r.

[3] World Economic Forum (2021) Global Gender Gap Report 2021. Dostęp: https://www.weforum.org/reports/global-gender-gap-report-2021

[4] Premiera pełnego raportu z badania przygotowanego przez ośrodek DELab UW nastąpi we wrześniu 2021 r.

[5]  jw.