Strona sklepu internetowego. Jakich błędów unikać?

Asortyment sklepu internetowego wbrew pozorom nie jest najważniejszym czynnikiem wpływającym na sukces biznesu. Właściciele sklepów e-commerce często nie zdają sobie sprawy z tego, jak istotne jest pozycjonowanie strony, przejrzysta nawigacja, page speed i wiele innych czynników, na które zwracają uwagę klienci podczas robienia zakupów online. Aby systematycznie zwiększać zyski swojego sklepu internetowego, staraj się unikać podstawowych błędów, o których piszemy w dzisiejszym wpisie.

Przestarzały wygląd strony

Nie ocenia się książki po okładce, a jednak… Twoja strona internetowa to Twoja wizytówka. Zwłaszcza jeżeli chodzi o branżę e-commerce. Masz zaledwie kilka sekund, by zrobić dobre wrażenie na użytkowniku, który odwiedza stronę Twojego sklepu internetowego. Musisz wyróżnić się na tle konkurencji, a przynajmniej jej dorównać, by nie stracić potencjalnego klienta. Dlatego w pierwszej kolejności zadbaj o to, aby Twoja strona wyglądała estetycznie. Modny design, nieodbiegający od aktualnych trendów, systematyczne zmieniany, który nie odstraszy użytkowników i sprawi, że przeglądanie Twojej witryny będzie dla nich łatwe i przyjemne.

Font, kolor, przejrzystość, treść

Rozmiar czcionki i czytelny font sprawią, że użytkownik może zainteresować się treścią na stronie. To dopiero pierwszy krok do tego, by zatrzymać go na dłużej interesującym i unikatowym contentem. Na stronie sklepu internetowego treść powinna być dopasowana do oczekiwań potencjalnego klienta, dlatego niezbędne jest zdefiniowanie własnej grupy docelowej. Dobry tekst pomoże Ci wypozycjonować stronę w wyszukiwarce, zaciekawić użytkownika, a nawet przekonać go do zakupu produktów.

Długie ładowanie strony

Perfekcyjny page speed to podstawowy warunek sukcesu w branży e-commerce. Robiąc zakupy online, nikt z użytkowników nie ma czasu ani cierpliwości na to, aby czekać na załadowanie się strony więcej niż kilka sekund. Długie ładowanie się witryny zdecydowanie obniża konwersję. Jak można z tym walczyć? Strony sklepów internetowych zazwyczaj zapełnione są grafikami. Serwis może być obciążony przez zbyt duże, źle zoptymalizowane obrazy. Do sprawnie działającej strony potrzeba również dobrych webmasterów, którzy wyeliminują błędy techniczne często odpowiedzialne za długie ładowanie się strony.

Skomplikowana nawigacja

UX, bardzo modne obecnie pojęcie w branży internetowej, dobrze opisuje zasady, jakimi powinni kierować się twórcy stron internetowych. Oczywiście chodzi o stawianie użytkownika i jego doświadczenia na pierwszym miejscu. Między innymi oznacza to, że intuicyjna nawigacja po serwisie to klucz do sukcesu i wysokiej konwersji. Jeżeli użytkownik przeglądający stronę Twojego sklepu internetowego musi zastanawiać się, gdzie kliknąć, żeby przejść do koszyka, czy formularza zapłaty, to więcej niż pewne, że zrezygnuje z zakupu.

Złej jakości zdjęcia

Sprzedając produkty w internecie, musisz zadbać o ich prezentację. Nie możesz oczekiwać, że użytkownik kupi drogą torebkę, jeżeli nie zobaczy jej dokładnego zdjęcia. Klient musi mieć pewność, co kupuje. Szczegółowe zdjęcia wysokiej jakości i opis produktu to już podstawowe standardy sklepów internetowych. Sprzedając ubrania i akcesoria modowe, warto zadbać również o zdjęcia modeli prezentujących wybrane produkty, wtedy użytkownikom łatwiej jest zdecydować o zakupie.

Nieaktualne dane

Twój sklep internetowy musi posiadać aktualne informacje o oferowanych produktach. Jeżeli danego modelu zostało tylko kilka sztuk – poinformuj o tym. Jeżeli masz braki na stanie, to dodaj taką informację na karcie produktowej. Dobrym rozwiązaniem w przypadku braku danego produktu w sklepie jest umożliwienie użytkownikom zapisania się do listy mailingowej, aby dostali wiadomość, gdy wybrany produkt pojawi się na stanie.

Jak w przypadku każdej strony internetowej, nie możesz sobie pozwolić na żadne błędy techniczne. One zawsze odstraszą każdego użytkownika, pozbawiając Cię szansy sprzedania produktów w Twoim sklepie internetowym. Zatem wyeliminuj powyższe błędy, a Twoje szanse na konwersję wzrosną!

L. Sobolewski: polskie firmy nie boją się inwestowania. Problemem jest niedostateczna podaż kapitału na zaawansowane projekty

L. Sobolewski: polskie firmy nie boją się inwestowania. Problemem jest niedostateczna podaż kapitału na zaawansowane projekty 1

Polska gospodarka przoduje w Europie pod względem tempa rozwoju. Z dynamiką PKB na poziomie 5,1 proc. w IV kwartale jest drugą najszybciej rozwijającą się na Starym Kontynencie. To przyciąga inwestorów zagranicznych. Z drugiej strony czynnikiem odstraszającym mogą być niekorzystnie wpływające na wizerunek kraju informacje społeczno-polityczne oraz niedostatek kapitału, który powoduje, że źródeł finansowania na zaawansowane projekty trzeba szukać za granicą.

Niewątpliwie czynnikiem rzutującym negatywnie na ocenę pozycji gospodarczej jest to, że z Polski wychodzą często informacje na temat kontrowersyjnych sytuacji polityczno-społecznych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ludwik Sobolewski, były prezes GPW w Warszawie, były prezes giełdy w Bukareszcie.

– Z drugiej strony negatywny efekt jest temperowany przez to, że niemalże w każdym kraju europejskim dzieje się coś, co nie daje pełnego poczucia bezpieczeństwa inwestorom. Mamy Węgry Orbana, Turcję Erdogana. Hiszpania ma swoje problemy z Katalonią, a Wielka Brytania ma brexit.

Polska gospodarka rozwija się w imponującym tempie. Za IV kwartał Główny Urząd Statystyczny wyliczył 5,1 proc., za cały 2017 rok – 4,6 proc. To najlepszy wynik od 2011 roku, a kwartalnie – od połowy 2008 roku. Jednak ekonomiści zwracają uwagę na wstrzemięźliwość prywatnych firm w nakładach inwestycyjnych, bo choć inwestycje wreszcie ruszyły, to głównie te z pieniędzy publicznych, samorządowe, wspierane funduszami unijnymi.

– Dla inwestorów ważne jest PKB i jego struktura, bo są kraje, gdzie imponujący wzrost jest zbudowany głównie na konsumpcji. To nie jest optymalne, więc bardzo ważne jest, żeby w Polsce rosły inwestycje. Dzięki temu zostaniemy uznani za kraj stabilniejszy – podkreśla Ludwik Sobolewski.

W 2017 roku nakłady brutto na środki trwałe, czyli inwestycje wzrosły o 5,4 proc., podczas gdy rok wcześniej odnotowano spadek o 7,9 proc. Popyt krajowy wzrósł o 4,7 proc. wobec wzrostu w 2016 roku o 2,2 proc. Problemem w 2016 roku, gdy wzrost gospodarczy wyniósł jedynie 2,9 proc. wobec założonych w ustawie budżetowej 3,8 proc., był niedostatek inwestycji ze strony przedsiębiorców, obawiających się szybko wprowadzanego nowego prawa, a tym samym niestabilności warunków prowadzenia działalności gospodarczej.

– Rozmawiam z firmami różnej wielkości, również małymi, gdzie teoretycznie jest obawa przed podjęciem ryzyka polegającego na zainwestowaniu pieniędzy w nowy projekt czy modernizację i w których często posiadanie gotówki jest problemem. Okazuje się, że wielu jest takich, którzy decydują się biznes rozwijać właśnie poprzez inwestycje. Nie wydaje mi się, żeby w Polsce były z tym problemy poważniejsze niż na innych rynkach – przekonuje Ludwik Sobolewski.

Według byłego prezesa GPW problemem Polski i całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej jest brak wizerunku kraju innowacyjnego, co przyciągnęłoby pieniądze inwestorów z zagranicy.

– Dobrze by było, gdyby w Polsce czy innych krajach regionu powstały przełomowe innowacje, bo to by podniosłoby od razu miejsce regionu w hierarchii inwestorów. Wtedy więcej kapitału zagranicznego przypływałoby do powstających tutaj projektów ­– mówi Ludwik Sobolewski.

W 2016 roku wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce ukształtowała się na poziomie 54,9 mld zł, o 2,6 mld zł mniej niż w 2015 roku. Jednak zdaniem ekspertów to i tak dobry wynik, drugi najlepszy w historii.

Według Sobolewskiego poważną bolączką jest brak rodzimego kapitału na inwestycje.

– Spotykam się często z takimi przedsiębiorcami, którzy mówią: uruchomiliśmy nasz biznes tutaj, zrobiliśmy jedną, dwie rundy finansowania, to z reguły dotyczy obszarów do tej pory mniej eksplorowanych biznesowo, ale żeby zdobyć więcej pieniędzy, musimy rozmawiać z inwestorami poza granicami, bo w Polsce już takich pieniędzy i na taką koncepcję nie ma – wskazuje były prezes giełdy w Warszawie. – Ten problem został bardzo pogłębiony poprzez marginalizację roli OFE w finansowaniu podmiotów gospodarczych w Polsce.

Ograniczenie handlu w niedziele może zmniejszyć obroty sklepów. Ich właściciele będą renegocjować umowy najmu lokali

Ograniczenie handlu w niedziele może zmniejszyć obroty sklepów. Ich właściciele będą renegocjować umowy najmu lokali 2

11 i 18 marca to pierwsze niedziele, w które konsumenci nie będą mogli zrobić zakupów. W tym roku sklepy zamknięte będą jeszcze przez 21 niedziel. Może to oznaczać spadek obrotów w sklepach, co z kolei może się przełożyć na próby renegocjowania umów najmu lokali i stawek czynszów. Umożliwią im to przepisy Kodeksu cywilnego ws. nadzwyczajnej zmiany stosunków. Chyba że konsumenci zmienią swoje przyzwyczajenia i niedzielne zakupy przełożą na inne dni tygodnia, tak by zmiana ta nie była odczuwalna przez handlowców.

 Ustawa w bardzo istotny sposób wpłynie na wszystkich najemców powierzchni handlowych, czyli tych, którzy prowadzą działalność handlową w sklepach. Jest to oczywiste dlatego, że jeżeli handel jest ograniczony, a niedziela jest bardzo istotnym dniem w tym wypadku, to na pewno spadną im obroty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jacek Kosiński, partner zarządzający w Kancelarii Jacek Kosiński Adwokaci i Radcowie Prawni, specjalizującej się w prawie nieruchomości.

Ustawodawca założył, że handlowcy będą starali się zrekompensować sobie straty wynikające z zakazu handlu w niedziele w pozostałe dni tygodnia, głównie w piątki i soboty, niemniej sytuację będzie można ocenić dopiero po wejściu ustawy w życie.

– Jeżeli okaże się, że ta zmiana przepisów bardzo ograniczy handel i będzie bardzo istotna, to można rozważać zastosowanie artykułu 357 § 1 Kodeksu cywilnego, który wprowadza tzw. nadzwyczajną zmianę stosunków (łac. rebus sic stantibus) – mówi adwokat.

Wszystko zależeć będzie od zapisów w poszczególnych umowach. W gorszej sytuacji są ci najemcy, którzy w umowach nie mają zapisu o powiązaniu płaconego czynszu z wysokością osiąganego obrotu.

Część standardów dotyczy zwykłego, zryczałtowanego czynszu, który jest płatny niezależnie od obrotu osiąganego w danym lokalu handlowym, natomiast zdecydowana większość galerii handlowych ma czynsz powiązany z obrotem. Jeżeli jest to stały czynsz, to w takim wypadku najemcy będą bezpośrednio stratni, bo będą musieli płacić takie same stawki, a ich obroty w sposób ewidentny zmaleją – mówi Jacek Kosiński.

W przypadku czynszów niepowiązanych z obrotem właściciele sklepów mogą starać się renegocjować podpisane umowy i płacone stawki.

Samo wejście w życie ustawy nie wpływa automatycznie na sytuację prawną najemców, dlatego że umowy są wykonywane w różnych realiach prawnych, społecznych. Wszyscy muszą się z tym godzić i kalkulować to w swoich biznesplanach – mówi Jacek Kosiński. – Jeżeli zmiany te będą bardzo istotne, czyli rzeczywiście handlowcy będą tracić, to w takim wypadku będą musieli rozważyć swoje sytuacje: czy jest to nadzwyczajna zmiana stosunków, czy też nie.

Nadzwyczajna zmiana stosunków to nieprzewidziana przy zawieraniu umowy sytuacja, która sprawia, że spełnienie zapisów umowy wiąże się z nadmiernymi trudnościami albo grozi jednej ze stron rażącą stratą. Jeśli na wprowadzonym ograniczeniu sklepy będą mocno tracić, sąd może określić zobowiązania na nowo lub rozwiązać umowę. Nie jest jednoznacznie rozstrzygnięte, czy zmiana przepisów prawnych może zostać uznana przez sąd za nadzwyczajną zmianę stosunków, ale taki wyrok zapadł w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie, który uznał za taką modyfikację ustawy o podatku VAT.

Jak podkreśla Jacek Kosiński, żeby uchronić sklepy przed stratami, ustawodawca przewidział w nowych przepisach okres przejściowy. W pierwszym roku obowiązywania, czyli do końca 2018 roku, zakaz handlu będzie dotyczyć dwóch niedziel w miesiącu. Od przyszłego roku tylko jedna niedziela w miesiącu będzie handlowa, natomiast w 2020 roku we wszystkie niedziele sklepy będą zamknięte.

Może zaistnieć taka sytuacja, że handlowcy i konsumenci zdążą się przyzwyczaić do nowej sytuacji i te zmiany nie będą takie drastyczne i uda się je zaadaptować. Natomiast nawet jeżeli byłaby to drastyczna zmiana, to co do zasady ustawodawca w takim wypadku nie przewiduje szczególnych rozwiązań systemowych, to jest bardziej po stronie najemców i wynajmujących – podkreśla ekspert.

Pojawiają się nowe leki dla chorych na nawrotowego szpiczaka. Większość z nich nie jest dostępna dla polskich pacjentów

Pojawiają się nowe leki dla chorych na nawrotowego szpiczaka. Większość z nich nie jest dostępna dla polskich pacjentów 3

Szpiczak plazmocytowy może być chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną, nawet w przypadku postaci nawrotowej i opornej na leczenie. Polscy pacjenci mają jednak ograniczony dostęp do nowoczesnych leków, zwiększających czas wolny od progresji choroby oraz wydłużających życie. Brakuje również terapii podtrzymujących w przypadku chorych po przeszczepie komórek macierzystych.

Szpiczak plazmocytowy to złośliwy nowotwór układu krwiotwórczego, powstały z komórek plazmatycznych szpiku kostnego. W organizmie osób chorych nowe komórki tego typu namnażają się w sposób nieprawidłowy, zaburzając jednocześnie rozrost zdrowych krwinek i płytek krwi oraz upośledzając działanie układu odpornościowego. Jest to choroba rzadka, dotykająca głównie osoby po 65 roku życia, na którą obecnie cierpi ok. 10 tys. Polaków. Szpiczak plazmocytowy jest chorobą nieuleczalną, ale dzięki odpowiedniemu leczeniu może się stać schorzeniem przewlekłym. Z tego względu niezwykle ważna jest wczesna diagnostyka, utrudniona przez bezobjawowy przebieg pierwszej fazy choroby.

– Na początku choroba przebiega bezobjawowo albo ma takie objawy jak zwyczajne osłabienie, nawracające zakażenia, które nie są specjalnie typowe i nie kierują tej diagnostyki od razu na szpiczaka. Mogą być też odchylenia w badaniach laboratoryjnych, np. zwiększona wartość OB, ale to nie jest badanie, które rutynowo jest wykonywane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Iwona Hus z Samodzielnej Pracowni Transplantologii Klinicznej Uniwersytetu Medycznego w Lublinie.

Na bardzo wczesnym etapie rozwoju, przy tzw. szpiczaku tlącym, leczenie najczęściej nie jest wdrażane natychmiast po diagnozie. Pacjent podlega aktywnemu monitorowaniu obejmującemu regularne wykonywanie odpowiednich badań. W przypadku pogorszenia się wyników, czyli aktywacji nowotworu, który zaczyna namnażać niewłaściwe komórki plazmatyczne, i pojawienia się bólów kostnych, anemii, problemów z nerkami oraz wysokiego stężenie białka w moczu (tzw. białkomocz) chory zostaje poddany leczeniu.

Obecnie standardem w walce ze szpiczakiem plazmocytowym jest poddanie pacjenta chemioterapii mającej doprowadzić do remisji choroby, tak aby można było wykonać przeszczep komórek macierzystych (auto- lub allogeniczny). W przypadku nawrotu choroby podaje się lek immunomodulujący (talidomid) lub inhibitory proteasomów (bortezomib), przy kolejnym nawrocie pacjent w ramach programu lekowego otrzymuje lenalidomid. Na tym możliwości leczenia pacjentów w Polsce jeżeli chodzi o dostęp do leków się kończy. W ciągu ostatnich paru lat na świecie pojawiło się kilka nowych cząsteczek, które skutecznie hamują rozwój choroby i podnoszą jakość życia pacjentów, niestety żadna z nich nie jest w Polsce refundowana.

– Jest to choroba, która ma tendencję do nawrotów, czyli zwykle możemy się spodziewać, że pacjent będzie wymagał nie tylko jednej linii, ale kilku, czasami kilkunastu. Jeśli chodzi o leczenie pierwszej linii w Polsce, można powiedzieć, że ono nie odbiega od standardów europejskich. Pacjenci mają dostęp do podstawowych leków, takich jak inhibitory proteasomów – bortezomib – czy leki immunomodulujące – talidomid i lenalidomid – mówi prof. Tomasz Wróbel z Kliniki Hematologii Nowotworów Krwi i Transplantacji Szpiku Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

Znacznie gorzej przedstawia się sytuacja chorych z nawrotowym lub opornym na leczenie szpiczakiem plazmocytowym. Na świecie standardem leczenia w takich przypadkach są schematy oparte na kombinacji trzech leków dobieranych spośród sześciu nowo zarejestrowanych cząsteczek. Nowoczesne terapie są w stanie przedłużyć życie chorych nawet o kilka lat, a ze względu na zmniejszoną toksyczność nie wpływają negatywnie na jakość życia pacjentów. Część z nich podawana jest doustnie, tak jak pomalidomid czy iksazomib, co zmniejsza konieczność hospitalizacji i ułatwia pacjentowi codzienne funkcjonowanie. W Polsce jednak żadna z cząsteczek nie jest stosowana w leczeniu przez brak finansowania ze środków publicznych i jedynie mała liczba osób może z nich skorzystać w ramach badań klinicznych.

– W ostatnich latach mamy wysyp nowych leków w terapii szpiczaka plazmocytowego. Mamy nowe inhibitory proteasomów, takie jak karfilzomib czy iksazomib. Mamy nowy lek immunomodulujący pomalidomid, nowe przeciwciała monoklonalne, które dotychczas nie były stosowane w terapii szpiczaka, takie jak daratumumab czy elotuzumab – mówi prof. Tomasz Wróbel – Nie powiem, że wszystkie powinny być dostępne bez ograniczeń, ale na pewno w jakimś zakresie dla wybranych grup chorych właściwie każdy z tych leków powinien być refundowany. 

– Otrzymałem lek pomalidomid w ramach programu charytatywnego prowadzonego przez producenta i dzięki temu żyję już trzy lata. Był to program tylko dla określonej liczby pacjentów w formie darowizny przekazywanej przez firmę, nie jest to program organizowany przez Ministerstwo Zdrowia. Ten lek bardzo dużo mi pomógł, dał mi szansę na dalsze życie, funkcjonuję prawie normalnie, chodzę do pracy, mam swoje życie rodzinne, realizuję jeszcze inne rzeczy – dodaje Paweł Kaliszek, chory na szpiczaka.

W trudnej sytuacji znajdują się pacjenci po przeszczepie komórek macierzystych. Liczne badania pokazują, że zastosowanie u tych pacjentów doustnego lenalidomidu wydłuża zarówno czas wolny od progresji choroby, jak i czas całkowitego przeżycia. W Polsce lek ten refundowany jest jednak jedynie w przypadkach szpiczaka nawrotowego lub opornego na leczenie, w leczeniu podtrzymującym dla pacjentów po przeszczepie pozostaje poza zasięgiem.

– W Polsce nie możemy stosować leczenia podtrzymującego zgodnego ze standardami europejskimi. Lekiem, który ma najwięcej udokumentowanych badań w terapii podtrzymującej, jest lenalidomid, który w naszym kraju w tym wskazaniu nie jest refundowany – mówi prof. Tomasz Wróbel.

Wiele dużych przedsiębiorstw nie przeprowadziło obowiązkowego audytu energetycznego. Grożą im wysokie kary

Wiele dużych przedsiębiorstw nie przeprowadziło obowiązkowego audytu energetycznego. Grożą im wysokie kary 4

Nieco ponad 3,5 tys. firm przeprowadziło obowiązkowy audyt energetyczny – wynika z danych URE. Według unijnych przepisów zobowiązane do tego są te przedsiębiorstwa, w których w jednym z dwóch ostatnich lat obrotowych zatrudnionych było ponad 250 pracowników, a roczny dochód netto przekroczył 50 mln euro. Według szacunków ekspertów audyt powinno przeprowadzić od 3 do 5 tys. firm. Przedsiębiorstwa poinformowały, że potencjalne średnioroczne oszczędności energii finalnej wynoszą ponad 970 tys. toe/rok.

– ​Około 3,5 tys. przedsiębiorstw przeprowadziło audyt. Ile przedsiębiorstw jest naprawdę zobowiązanych, trudno powiedzieć, szacowało się, że będzie to między 3 a 5 tys. firm. Zgodnie z wynikami audytu ponad 900 tys. ton oleju ekwiwalentnego można zaoszczędzić w audytowanych przedsiębiorstwach, czyli takie oszczędności zostały faktycznie zidentyfikowane – ​podkreśla w rozmowie z Newseria Biznes Sebastian Gurgacz, zastępca dyrektora Działu Efektywności Energetycznej Krajowej Agencji Poszanowania Energii.

Audyt energetyczny przedsiębiorstwa dotyczy jego całej gospodarki energetycznej i obejmuje minimum 90 proc. zużycia wszystkich nośników energii. Jego celem jest natomiast określenie potencjalnych oszczędności energii.

Dokładna inwentaryzacja maszyn i urządzeń pokazuje, gdzie technologia jest przestarzała i należy ją wymienić. Audyt energetyczny przedsiębiorstwa może się przyczynić do aktualizacji polityki energetycznej przedsiębiorstwa, a przez to rozważenie budowy własnego źródła ciepła czy energii elektrycznej, zainwestowania w kogenerację czy zmianę taryf zakupu energii elektrycznej i ciepła ​– dodaje Sebastian Gurgacz.

Firmy, które uwzględnią rekomendacje wynikające z audytu energetycznego, mogą uzyskać znaczne oszczędności w zużyciu mediów oraz nośników energii, a tym samym obniżyć koszty operacyjne firmy, zwiększyć wydajności linii technologicznych, ochrony środowiska (redukcja emisji dwutlenku węgla), zastąpić przestarzałe technologie nowymi, bardziej energooszczędnymi.

– ​Spółki są chętne do wdrażania rekomendacji zasugerowanych w audycie. Oferujemy program długofalowej współpracy w obszarze poprawy efektywności energetycznej. Są również na rynku dostępne programy wsparcia, takie jak białe certyfikaty czy wznowione Działanie 1.2, czyli promowanie efektywności energetycznej i OZE w przedsiębiorstwach w ramach programu operacyjnego Infrastruktura i Środowisko –​ dodaje przedstawiciel KAPE.

Zobowiązane do przeprowadzenia audytu energetycznego są te przedsiębiorstwa, w których w jednym z dwóch ostatnich lat obrotowych zatrudnionych było ponad 250 pracowników, roczny dochód netto przekroczył 50 milionów euro, a suma aktywów bilansów na koniec jednego z dwóch okresów rozliczeniowych przewyższała 43 miliony euro.

Jednocześnie Gurgacz przypomina, że niewykonanie audytu w terminie, tj. do 1 października 2017 roku, może skutkować karą w wysokości do 5 proc. rocznego przychodu firmy. Wspomniana kara nakładana jest decyzją prezesa URE, ale istnieje możliwość odstąpienia od niej, jeśli firma podjęła kroki zmierzające do przeprowadzenia audytu. Audyt energetyczny należy wykonać ponownie 4 lata po zakończeniu pierwszej kontroli.

– Zgodnie z ustawą o efektywności energetycznej z dnia 20 maja 2016 roku obowiązkowy audyt musi zostać przeprowadzony w trzech obszarach: w budynkach, transporcie oraz instalacjach przemysłowych i technologicznych ​– mówi Sebastian Gurgacz.

Ustawa o efektywności energetycznej jest wynikiem wdrożenia unijnej dyrektywy, która zobowiązuje duże przedsiębiorstwa do przeprowadzenia audytu energetycznego. Regulacje unijne mają na celu zwiększenie świadomości krajów członkowskich w obszarze ochrony środowiska oraz efektywności energetycznej w firmach, jak również pomagają w realizacji założeń unijnej polityki energetycznej do 2020 roku.

Organizacje pomocy humanitarnej coraz częściej wykorzystują nowe technologie. Drony, płatności za pomocą telefonów czy przetwarzanie w chmurze stają się standardem

Organizacje pomocy humanitarnej coraz częściej wykorzystują nowe technologie. Drony, płatności za pomocą telefonów czy przetwarzanie w chmurze stają się standardem 5

W swojej pracy organizacje niosące pomoc humanitarną mocno opierają się na nowych technologiach. Do niesienia pomocy wykorzystywane są między innymi drony. Polska Akcja Humanitarna korzysta natomiast z bezpiecznych baz danych, kart ID, a także systemów elektronicznych płatności i różnego rodzaju aplikacji mobilnych. Dostęp do wszystkich narzędzi jest możliwy z każdego miejsca na świecie dzięki wykorzystaniu chmury.

– Nowe technologie wykorzystujemy przede wszystkim w obszarze logistyki, komunikacji i szeroko rozumianego bezpieczeństwa. Dzisiaj nie jest niczym nowym wykorzystywanie dronów w niesieniu pomocy humanitarno-rozwojowej, np. UNICEF w Malawi transportuje dronami próbki krwi do swoich laboratoriów, dzięki czemu z kilkunastu do kilku dni skrócił się okres oczekiwania na wyniki badań krwi dzieci, które mają podejrzenie zakażenia wirusem HIV – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Karina Diłanian-Pinkowicz, kierownik ds. współpracy z darczyńcami Polskiej Akcji Humanitarnej.

Drony mogą również być wykorzystywane w obszarach klęsk żywiołowych. W 2013 roku podczas tajfunu na Filipinach, drony były wykorzystywane do mapowania szkód i przekazywania informacji w czasie rzeczywistym. Najnowsze zdobycze technologii mają również gwarantować pełną organizację danych oraz bezpieczeństwo. To szczególnie ważne przy różnego rodzaju akcjach pomocy humanitarnej, gdzie wartość pomocy pieniężnej i materialnej sięga milionów złotych. Coraz częściej pomoc niesiona jest również z wykorzystaniem nowych technologii.

– W Somalii przekazujemy ludziom pieniądze za pomocą telefonów komórkowych. To sposób dobrze funkcjonujący na tym rynku. W Sudanie Południowym korzystamy natomiast z systemów transferów pieniężnych. Taka pomoc jest postrzegana jako bardziej efektywna i chroniąca godność osób, do których docieramy – zaznacza przedstawicielka organizacji.

92 proc. organizacji pozarządowych ma stronę internetową, a 38 proc. z nich regularnie publikuje treści na swojej witrynie lub blogu – wynika z raportu „2018 Global NGO Technology Report”. O ile obecność w internecie można uznać wśród nich za powszechną, o tyle z tego samego raportu dowiadujemy się, że większość organizacji wykazuje pilną potrzebę modernizacji technologii informatycznej, by zwiększyć bezpieczeństwo danych. Wiele z nich zarządza danymi kontaktowymi i informacjami o transakcjach poprzez arkusze Excel i przestarzałe systemy CRM. Polska Akcja Humanitarna należy do najbardziej zaawansowanych technologicznie fundacji na świecie.

– Wykorzystujemy wszelkie aplikacje, które umożliwiają dotarcie do beneficjenta i uporządkowanie danych. Korzystamy na przykład z systemu COBO, który pozwala zbierać dane i analizować je w znacznie szybszym tempie. Wykorzystujemy ponadto aplikacje dashboardowe, porządkujące te dane. W samym procesie niesienia pomocy korzystamy z kart ID, które pomagają scentralizować bazę wszystkich potrzebujących na danym terenie – wymienia Karina Diłanian-Pinkowicz.

Dla organizacji, która ma rozproszoną na całym świecie bazę punktów pomocy, istotna jest synchronizacja danych i informacji. Polska Akcja Humanitarna rozwiązała ten problem poprzez przeniesienie swoich urządzeń do chmury.

– Dzięki temu mamy zdalny dostęp do wszystkich potrzebnych dokumentów i programów. To niezwykle ważne w działalności organizacji tak rozproszonej jak nasza, bo oprócz siedziby w Warszawie mamy dwa biura regionalne i pięć misji zagranicznych położonych w najmniej bezpiecznych regionach świata. Chmura gwarantuje nam bezpieczeństwo przesyłanych treści – zapewnia ekspertka PAH.

Polska Akcja Humanitarna działa w tej chwili na terenie Polski, Iraku, Sudanu Południowego, Somalii, Syrii oraz Ukrainy. W 2016 roku pomogła ponad milionowi osób na całym świecie.

Rekordowa liczba interwencji ratowników na stokach w Beskidach. Brawura i prędkość co roku doprowadzają do kilku tysięcy wypadków

Rekordowa liczba interwencji ratowników na stokach w Beskidach. Brawura i prędkość co roku doprowadzają do kilku tysięcy wypadków 6

Tłok na stokach, brawura i przecenianie swoich umiejętności – to najczęstsze przyczyny wypadków na górskich stokach. Każdego roku GOPR odnotowuje kilka tysięcy takich incydentów. Poziom wiedzy dotyczącej bezpieczeństwa na stoku jest zbyt niski, a większość narciarzy nie wie nawet, czym jest obowiązkowy dekalog FIS. Przypominają o nim Zimowe Miasteczka Milki, w których GOPR-owcy szkolą narciarzy z zasad bezpieczeństwa na stoku.

 Przyczyn interwencji na stoku jest wiele. Piękna zima przyciąga ludzi w góry, ale pojemność stoków jest trochę za mała w stosunku do możliwości wyciągowych. Przykładowo, zdolność przewozowa Szczyrkowskiego Ośrodka Narciarskiego to 8 tys. narciarzy na godzinę, którzy nie mieszczą się na trasach. Jest duże zagęszczenie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Edmund Górny, instruktor Instytutu Ratownictwa Górskiego, ekspert Grupy Beskidzkiej GOPR.

Prawie jedna trzecia Polaków potrafi jeździć na nartach, a w Polsce jest w sumie około 4 mln aktywnych narciarzy – wynika z badania, które w ubiegłym roku IBRIS przeprowadził na zlecenie Polskich Kolei Linowych. Większość jeździ systematycznie, dla sporej grupy zimowe wypady na narty stały się już zimową tradycją. Ze względu na bliską lokalizację i konkurencyjne ceny Polacy na ferie wybierają najczęściej krajowe stoki – ponad połowa zadeklarowała, że w sezonie zamierza jeździć na nartach w kraju.

Na duże obłożenie ośrodków narciarskich nakłada się brawura i przecenianie swoich umiejętności, co – jak wynika z badania PKL – jest najczęstszą przyczyną wypadków na stokach.

– Prowadzimy statystyki, w których każdy wypadek jest dokładnie opisany. Z tego wychodzą nam odpowiednie diagramy, które pokazują, co jest przyczyną wypadków. Są nimi brawura, brak umiejętności i odpowiedniego przygotowania – potwierdza Edmund Górny.

Do najczęstszych grzechów polskich narciarzy zalicza się także nadmierna prędkość, nieadekwatna do umiejętności, niedostosowanie się do obowiązujących na stoku przepisów czy jazda w niesprawnym sprzęcie.

 Z narciarzami jest podobnie jak z kierowcami – im słabszy kierowca, tym szybciej chce jeździć. Ci słabsi próbują prostować, jeździć „na krechę”, co często kończy się zderzeniem. To są bardzo poważne wypadki, ponieważ prędkości się sumują i dochodzi do poważnych urazów – mówi Edmund Górny.

Ekspert Grupy Beskidzkiej GOPR zauważa, że kolejny powszechny błąd narciarzy to brak odpowiedniej rozgrzewki przed zjazdem, która pozwala rozgrzać mięśnie i uniknąć kontuzji.

W Alpach praktycznie 100 proc. narciarzy, wjeżdżając na górę, robi rozgrzewkę. To trwa 5 minut, a rozgrzewamy wtedy wszystkie mięśnie – to bardzo pomaga, bo jesteśmy wychłodzeni. Niestety, u nas jest to trochę passé: nie wypada się rozgrzewać, wyjeżdżamy na górę i rura na dół – mówi Edmund Górny.

GOPR prowadzi akcje edukacyjne, wykłady oraz zajęcia dla dzieci i młodzieży propagujące wiedzę o tym, jak zachować się na stoku. Pomagają też dodatkowe atrakcje i imprezy edukacyjne, które przyciągają narciarzy. Od stycznia przez całe ferie zimowe w najpopularniejszych kurortach narciarskich turyści mogą odwiedzać Zimowe Miasteczka Milki. W miasteczkach ratownicy GOPR organizują zabawy i szkolenia dotyczące bezpieczeństwa, a dzieci i dorośli mogą skorzystać z szeregu atrakcji, na przykład wypożyczyć kamerę sportową Go Pro Hero, by uwiecznić swoje zjazdy, odpocząć w barach i strefach relaksu albo skorzystać z porad instruktorów narciarstwa. Zimowe Miasteczka Milki gościły już m.in. w Zieleńcu, Jaworzynie Krynickiej, Szczyrku i w Istebnej na Złotym Groniu. W nadchodzący weekend 24–25.02 będzie można je odwiedzić w Białce Tatrzańskiej.

– Rozsądek i chłodna głowa – to trzeba zabrać w góry. Trzeba wiedzieć, kiedy odpocząć, przerywamy wtedy, kiedy jesteśmy lekko zmęczeni. Nigdy w takiej sytuacji nie zjeżdżajmy „jeszcze ostatni raz”, dlatego że jest bilet wykupiony na cały dzień. Można odpocząć i zregenerować siły, napić się herbaty, to pomaga – przestrzega Edmund Górny.

W ubiegłorocznym sezonie 2016/2017 na stokach zabezpieczanych przez GOPR doszło do blisko 3,9 tys. akcji, w których ratownicy udzielili pomocy narciarzom, z czego blisko dwie trzecie stanowiły poważniejsze interwencje.

 Statystycznie, prowadzimy około 1,5 tys. akcji rocznie. Zakładamy, że w tym roku ta liczba zostanie przekroczona. Już teraz w całych Beskidach – na terenie działania naszej grupy – mamy odnotowanych 1250 wypadków. Epicentrum tej wypadkowości jest Szczyrkowski Ośrodek Narciarski, na który przypada 25 proc. zdarzeń – mówi ekspert Grupy Beskidzkiej GOPR.

Ratownicy górscy przypominają, że do zimowego wypadu na narty trzeba się z wyprzedzeniem przygotować – zadbać zarówno o sprzęt, jak i kondycję fizyczną oraz zapoznać się z zasadami bezpieczeństwa.

– Przewrotne jest to, że urządzenia wyciągowe – takie jak krzesła i gondole – wywiozą każdego. Kiedyś weryfikacja, selekcja naturalna, występowała już na orczykach. Ktoś, kto nie stał na nartach, przewracał się od razu. Natomiast kolejką wjeżdża nawet początkujący, zwykle na nartach z wypożyczalni i pyta, gdzie jest czarna trasa, bo trzeba zrobić selfie – mówi Edmund Górny.

Dekalog FIS – czyli Dekalog Reguł Międzynarodowej Federacji Narciarskiej – to zbiór wytycznych dla narciarzy i snowboardzistów, który wskazuje na co zwrócić uwagę i o czym pamiętać, żeby być bezpiecznym. Obowiązuje na stokach całego świata i w teorii powinien znać go każdy narciarz, ale w praktyce poziom tej znajomości jest słaby.

– Kiedy mówię komuś o dekalogu narciarza, on zwykle robi wielkie oczy, bo nie wie, co to jest. Nikt mu tego nie przekazał. Ludzie, którzy przeszli przez szkoły narciarskie, mają tę wiedzę. Natomiast samouki niekoniecznie – mówi Górny.

Jak podkreśla, najważniejszy jest wybór trasy i dostosowanie prędkości do umiejętności. Przez cały czas obecności na stoku musimy też pamiętać o tym, że jest na nim wielu innych, również początkujących narciarzy i snowboardzistów.

 Przed ruszaniem zawsze patrzymy do góry i sprawdzamy, czy ktoś nie jedzie. Podobnie jak z samochodem – patrzymy w lusterko i dopiero wtedy ruszamy. Zatrzymujemy się zawsze na boku trasy, nie na środku. Zmorą są dla nas snowboardziści, którzy siadają stadem na środku trasy, bo jest taka moda. Z tymi zasadami powinni się zapoznać wszyscy narciarze – podkreśla Edmund Górny.

Powstaje fundusz dla polskich innowacji w medycynie. Trwają prace nad nową technologią leczenia arytmii serca

Powstaje fundusz dla polskich innowacji w medycynie. Trwają prace nad nową technologią leczenia arytmii serca 7

Przyszłość medycyny to nieustanny rozwój. Polscy naukowcy uruchomili fundusz, który ma pozwolić na stworzenie w naszym kraju od podstaw innowacji medycznych na skalę światową, które nie tylko świetnie sprawdzą się w leczeniu pacjentów, lecz także będą wyznacznikami dla zagranicznych lekarzy. W planach jest opracowanie nowych, coraz mniej inwazyjnych metod m.in. dla kardiochirurgii. Aktualnie trwają prace nad tzw. krioaplikatorem, który pomoże w leczeniu arytmii serca.

– Krioaplikator to technologia precyzyjnego zamrażania obszarów serca, które zamierzamy poddać eliminacji, aby nie były źródłem arytmii. Jest to technologia mało inwazyjnych, torakochirurgicznych (dotyczących klatki piersiowej – przyp. red.) zabiegów kardiochirurgicznych ​– mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. Sebastian Stec, kardiolog z polskiej firmy Medinice.

Metoda leczenia z wykorzystaniem krioaplikatora jest zabiegiem mało inwazyjnym. Polega na wprowadzeniu do okolicy serca aplikatora przez mały otwór w ciele, dzięki czemu nie naraża pacjenta na otwarcie klatki piersiowej poprzez przecięcie mostka. Krioaplikator może trafić na rynek w 2021 roku.

– To technologia, która zakłada zmrażanie tkanki szkodliwej dla rytmu serca do -160 stopni. Na świecie ta metoda jest stosowana do temperatury rzędu -90 stopni. Krioaplikator, jak zakładamy, pozwoli taniej i szybciej wykonywać procedury medyczne, jak również skuteczniej i wygodniej dla operatora ​– podkreśla prof. Sebastian Stec.

Innowacyjna medycyna w zakresie kardiologii i kardiochirurgii w Polsce może nabrać tempa. Polscy naukowcy maja ambicję przygotowywać technologiczne rozwiązania, które będą wdrażane na całym świecie. W tym celu organizowany jest fundusz MediAlfa, który ma zapewnić polskim wynalazcom medycznym warunki i środowisko do utworzenia start-upu, rejestrowania patentów i wprowadzania innowacji na rynek. Naukowcy będą mogli liczyć także na konsultacje z inżynierami czy ekspertami biznesowymi, a także z innymi wynalazcami. Projekt może wziąć pod opiekę nawet trzydzieści nowych pomysłów.

– Do takiego programu zapraszamy wynalazców z dziedziny medycyny, w szczególności z zakresu kardiologii i kardiochirurgii, gdzie mamy największe kompetencje. Skupiamy się na technologiach i urządzeniach, które związane są z telemedycyną, narzędziami chirurgicznymi, urządzeniami medycznymi czy też diagnostyką – informuje prof. Sebastian Stec.

Według brytyjskiej firmy badawczej Evaluate światowy rynek technologii medycznych rozwija się o około 6 proc. rocznie, a w 2022 roku jego wartość przekroczy 62 mld dolarów, czyli ponad 220 mld złotych. Z prognoz analityków Markets and Markets wynika, że globalny rynek urządzeń do kardiochirurgii ma osiągnąć wartość 1,6 mld dolarów do 2022 roku, przy średniorocznym wzroście na poziomie 7 proc. W 2017 roku największy udział w tym rynku osiągnęła Ameryka Północna, jednak eksperci przewidują, że największe tempo wzrostu w najbliższych latach wykaże rynek azjatycki. Szansę na duży rozwój widzą także polscy naukowcy.

– Ciągle w Polsce innowacja zbyt często oznacza wprowadzenie jakiejś technologii z Zachodu. My tworzymy technologie od zera, które są nam potrzebne w lepszym leczeniu pacjentów. Chcemy zabezpieczać intelektualną własność prawami patentowymi, tworzyć, prototypować i wdrażać projekty z inżynierami, żeby je zastosować do leczenia pacjentów, a następnie eksportować myśl technologiczną na Zachód – mówi prof. Sebastian Stec.

Ile zarabiają i pracują polscy freelancerzy? – wyniki badań z 2018r.

Niezależność, autonomia i wolność to główne przyczyny dla tysięcy Polaków, którzy zdecydowali się na pracę w charakterze wolnych strzelców. Najlepsi, działający w ramach elektronicznych usług dla biznesu, zarabiają zdecydowanie ponad 10 tysięcy netto miesięcznie. Ile godzin dziennie pracują, jak często jeżdżą na urlopy, jakie branże najczęściej obsługują i za jakie pieniądze?

Możliwość bycia kapitanem sterem i okrętem, czyli kształtowania rzeczywistości według własnej wizji i potrzeb, jest atrakcyjna dla coraz większej rzeszy rodaków. W Polsce liczba freelancerów rośnie z roku na rok. Aktualnie takich, którzy utrzymują się tylko i wyłącznie z bycia wolnym strzelcem jest około 100 tysięcy.

Zarobki polskich freelancerów, świadczących elektroniczne usługi dla biznesu – wykonujących prace związane przede wszystkim z tworzeniem contentu, programowaniem i grafiką – zależą od kilku czynników, takich jak branża, referencje, doświadczenie czy ilość czasu poświęconego na wykonywaną pracę. – Inną kwotę zarobi dorywczo grafik, a inną pełnoetatowy wolny strzelec programista. W porównaniu z badaniem przeprowadzonym w 2016 roku, w bieżącym roku wyraźnie poprawiła się sytuacja osób zarabiających miesięcznie w przedziale 3-5 tys. zł netto. Dwa lata temu taki dochód deklarowało 9,5% respondentów, w tym roku już 13,1%  – mówi Przemysław Głośny, prezes platformy Useme.eu.

Aktualnie najwięcej osób, bo blisko 2/3 badanych zarabia do 2 tys. zł miesięcznie netto, a 14,5 proc. freelancerów pomiędzy 2 a 3 tys. zł. Co piąty (21,2 proc.) respondent otrzymuje na rękę ponad 3 tys. zł miesięcznie, w tym blisko co dziesiąty (8,1 proc.) zarabia ponad 5 tys. zł miesięcznie netto. Wśród nich jest coraz więcej osób, których zarobki przekraczają ponad 10 tys. zł w ciągu miesiąca.

Zapracowani jak freelancerzy

Myli się ten, który uważa, że praca jako freelancer jest lekka, łatwa, przyjemna i nieabsorbująca. Tylko osoby pracujące dorywczo (40,7%) pracują do 4h dziennie. Znaczna większość badanych (59,3%) poświęca pracy od 4 do 10 i więcej godzin w ciągu dnia. Tym niemniej, dla zdecydowanej większości (94,9%) godziny pracy są elastyczne. Tylko 5,1% ankietowanych odpowiedziało, że pracuje zawsze w określonych godzinach.

Na urlop by się szło

Aż 42% badanych wolnych strzelców zadeklarowało, że są w stanie wyjechać na dwutygodniowy urlop. 23,7% jednak przyznaje, że udaje im się zorganizować co najwyżej weekendowe wypady lub nigdzie nie wyjeżdżają. Pozostali respondenci zadeklarowali, że wyjeżdżają na tydzień lub krócej.

Badanie zostało przeprowadzone w styczniu 2018 roku metodą CAWI i wzięło w nim udział 1002 freelancerów. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia, pochodzące z dużych miast (40,4%). W grupie badanych nieznacznie przeważają mężczyźni (56,7%).

Przemysł w kosmosie to kwestia czasu. Wyścig już się rozpoczął

Produkty z oznaczeniem „Made in Space” mogą trafić na rynek w ciągu zaledwie dekady. Przemysł w przestrzeni kosmicznej opuścił sferę marzeń i na naszych oczach staje się rzeczywistością. Stany Zjednoczone podjęły już kroki prawne, mające na celu legalizację obrotu minerałami wydobywanymi z przelatujących w pobliżu asteroid. Pozyskiwanie materiałów produkcyjnych z kosmosu jest częścią wizji, w której Ziemia staje się przestrzenią mieszkalną i handlową, a większość przemysłu odbywa się w stanie nieważkości.

„To mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości” – powiedział Neil Armstrong stawiając pierwszy krok na Księżycu 20 lipca 1969 roku. Od lądowania Amerykanów na Księżycu minęło prawie 50 lat i zdaje się, że w tym czasie ludzkość nie poczyniła kolejnych, równie istotnych kroków w podoju kosmosu. Nie oznacza to wcale, że przez połowę stulecia nic się w tej materii nie działo. Do najważniejszych wydarzeń w rozwoju przemysłu kosmicznego można zaliczyć udane lądowanie rakiety wielokrotnego użytku Falcon 9 stworzonej przez Space X. Pojazdy tego typu to nadzieja na tańsze, częstsze i dostępne na szeroką skalę loty w przestworza. Szerokim echem odbił się również udany start rakiety Falcon Heavy, która nie tylko wyniosła w kosmos Teslę Roadster, lecz przede wszystkim udowodniła, że Space X potrafi wynieść na orbitę ciężki ładunek i zrobić to taniej niż konkurencja. Firma Elona Muska postawiła przed sobą ambitny cel: stworzenie kolonii na Marsie, co wiąże się z opracowaniem nowych technologii i zgromadzeniem funduszy, które umożliwią to przedsięwzięcie. Już dziś Space X współpracuje z NASA realizując zlecenia amerykańskiej agencji kosmicznej, co stanowi dla firmy spore źródło dochodu. Podobnych kontraktów, związanych z kursami na międzynarodową stację kosmiczną czy wynoszeniem satelitów na orbitę ma być coraz więcej.

Przemysł nie z tej Ziemi

Podczas gdy świat koncentruje swoją uwagę na czerwonej planecie i jej kolonizacji, przemysł kosmiczny równolegle rozwija się w innym, mniej odległym kierunku. Dopiero po głośnym komentarzu twórcy i prezesa zarządu firmy Amazon alternatywna koncepcja doczekała się odpowiedniego rozgłosu. Jeff Bezos, podczas kalifornijskiej konferencji Code, poruszył wiele zagadnień wiązanych z działalnością największego sklepu internetowego świata, jednak nic nie przykuło uwagi dziennikarzy tak, jak jego wypowiedź poświęcona kosmicznej ekspansji.  – Dostęp do energii jest ograniczony. W ciągu kilkuset lat będziemy zmuszeni pokryć całą powierzchnię Ziemi panelami słonecznymi.  Co należy zrobić w takiej sytuacji? Myślę, że trzeba będzie przenieść w przestrzeń kosmiczną cały ciężki przemysł pozostawiając Ziemię przestrzenią mieszkalną i strefą lekkiego przemysłu – stwierdził Bezos pozostawiając słuchaczy w osłupieniu.

Zdaniem założyciela firmy Amazon pozyskiwanie energii słonecznej w kosmosie jest dużo prostsze niż na Ziemi, ponieważ światło słoneczne dostępne jest bez zakłóceń 24 godz. na dobę. Przeniesienie przemysłu ciężkiego w okolice ziemskiej orbity oznacza, że zanieczyszczenia powstające w procesach produkcyjnych przestaną wpływać na atmosferę naszej planety, a największym wyzwaniem stanie się transport gotowych produktów z kosmicznych fabryk na jej powierzchnię.

By sen Jeffa Bezosa stał się rzeczywistością potrzeba nie tylko nowej klasy pojazdów kosmicznych, lecz również maszyn i robotów, które poradzą sobie w stanie nieważkości.  – Rozwiązania, które obecnie rewolucjonizują przemysł, takie jak np. Internet rzeczy czy technologie kognitywne, mają szanse sprawdzić się w przestrzeni kosmicznej, jednak by produkcja w stanie nieważkości ruszyła pełną parą, będziemy potrzebowali innowacyjnych maszyn, przystosowanych do pozaziemskich warunków. Jestem natomiast bardzo ostrożny, co do przenoszenia w kosmos najbardziej szkodliwych dla środowiska gałęzi przemysłu. Zbyt wielkie wrażenie zrobiła na mniej literatura i filmy SF, które przewidywały bunty kolonii pozaziemskich z powodu fatalnych warunków życia – zwraca uwagę Piotr Rojek z DSR, firmy specjalizującej się w nowoczesnych rozwiązaniach IT dla przemysłu. Spytany czy prowadzona przez niego spółka planuje rozszerzyć działalność o technologie kosmiczne odpowiada, że na razie – podobnie, jak konkurencja – skupia się ona na udoskonalaniu technologiach naziemnych.

Pionierzy są już aktywni

Chociaż idea przemysłu pozaziemskiego dla wielu wciąż może się wydawać tematem rodem z dzieł Science Fiction, to firmy na całym świecie zupełnie na poważnie zaczynają podchodzić do planów przemysłowej ekspansji w obszarze kosmicznym.  Za pierwszy, lecz wciąż niewielki kroki w stronę kosmicznego przemysłu można uznać projekty firmy Made in Space, która przy pomocy towarowej kapsuły SpaceX Dragon dostarczyła na międzynarodową stację kosmiczną maszynę do produkcji światłowodu. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kalifornijski startup uruchomi w kosmosie pierwszą w historii produkcję dóbr, którymi z czystym sumieniem będzie można obracać na Ziemi. – Wierzymy, że jesteśmy blisko czegoś na prawdę niesamowitego. Po raz pierwszy przestrzeń kosmiczna wykorzystana zostanie do celów przemysłowych – powiedział Andrew Rush, CEO w Made In Space. Podobnego zdania jest Lynn Harper z należącego do NASA Centrum Badawczego imienia Josepha Amesa, który na jednej z konferencji prasowych stwierdził, że możliwości uruchomienia przemysłu w kosmosie jeszcze nigdy nie były tak szerokie. – Produkcja na dużą skalę mogłaby zostać przetestowana i udoskonalona na ISS (ang. International Space Station), a następnie wdrożona na wielu komercyjnych nośnikach, które pojawią się w przyszłości – zauważył Harper.

Fabryki w kosmosie mogłyby czerpać korzyści z takich warunków, jak mikrograwitacja i próżnia. Ta druga, w przypadku produkcji wysokiej jakości światłowodu odgrywa istotną rolę. – W materiałach tej klasy grawitacja powoduje mikrokrystalizację, która pozbawia ich korzystnych właściwości – powiedział Justin Kugler, New Nusiness Development Manager w Made In Space. Wysokiej jakości światłowód „ZBLAN” kosztuje nawet 2 miliony dolarów za kilogram. Taka cena sprawia, że wytwarzanie go w przestworzach opłaca się nawet przy współczesnych środkach kosmicznego transportu.

Już w 1973 r. dyrektor General Electric zeznał przed kongresem Stanów Zjednoczonych, że jego firma zidentyfikowała sfery przemysłu kosmicznego, które do roku 1980 mogły stworzyć rynek wart ponad 2 miliardy dolarów. Tak się jednak nie stało, a przyczynę porażki Lynn Harper dopatruje w rzadkich i drogich lotach wahadłowców. Jego zdaniem międzynarodowa stacja kosmiczna zmieniła sytuację na lepszą, a ciągła obecność załogi sprzyja testowaniu rozwiązań, które w przyszłości mogą zrewolucjonizować przemysł. Z kolei, komercyjne, handlowe pojazdy towarowe zapewniają częstszy i tańszy dostęp do umieszczonej na orbicie bazy niż mogły zaoferować przestarzałe wahadłowce. To kolejny czynnik przemawiający za tezą, według której dla kosmicznego przemysłu rozpoczyna się właśnie nowy, chwalebny rozdział.

Dr Grzegorz Brona, prezes polskiej spółki Creotech Instruments S.A., lidera krajowego sektora kosmicznego, którego produkty trafiły już na orbitę Marsa, zwraca jednak uwagę na to, że powszechne wyobrażenia o gospodarczym użytkowaniu kosmicznych zasobów przeważnie obarczone jest błędem. Jest on zakorzeniony w braku wiedzy, gdzie dzisiaj w tego typu przedsięwzięciach pojawią się największe wydatki.

– Obecnie koszt wyniesienia na bliską orbitę Ziemi jednego kilograma ładunku to nawet kilkanaście tysięcy dolarów. Koszt potencjalnego bezpiecznego sprowadzenia czegoś z kosmosu na Ziemie wcale nie jest niższy. W przewidywalnej przyszłości trudno więc liczyć na to, że wytwarzanie czegokolwiek w przestrzeni kosmicznej na dużą skalę i sprowadzanie tego na Ziemie, może być opłacalne. Żeby tak się stało potrzebny nam prawdziwy technologiczny przełom, który te potworne koszty znacznie obniży. Nie oznacza to jednak, że przemysł pozaziemski nie ma już dziś racji bytu. Wręcz przeciwnie! – przekonuje Brona.

Zdaniem eksperta pozyskiwanie surowców w przestrzeni kosmicznej jest jak najbardziej uzasadnione, jeśli na poważnie myślimy o podboju kosmosu. – Budowa stałych baz na Księżycu lub Marsie może okazać się finansowo nie do udźwignięcia dla nawet najpotężniejszego państwa, jeśli mamy zamiar transportować tam z Ziemi wszystkie materiały konieczne do budowy. W bardziej realnym scenariuszu przetransportujemy tam to, co konieczne, żeby na miejscu pozyskiwać surowce potrzebne do budowy i funkcjonowania takich placówek. Te lokalne materiały będą na miejscu przetwarzane i wykorzystywane do budowy i zasilania baz – dodaje Brona.

Surowce niczyje

Professor Brian Cox w swoich wizjach wybiega jeszcze dalej przekonując, że receptą na rozwiązanie kryzysu energetycznego nie są energooszczędne technologie czy budowanie nowych elektrowni. Jeden z czołowych autorytetów w dziedzinie astrofizyki z Uniwersytetu w Manchesterze uważa, że odpowiedzi na ziemskie problemy należy szukać w kosmosie, a dokładnie w pasie asteroid. Jego zdaniem znajduje się tam tak duże złoża metalu, że można pokryć nimi całą Ziemię i jednocześnie zbudować wieżowiec o 8 tys. kondygnacji.  – Byliśmy już na asteroidach. Istnieją firmy, w szczególności w USA i w Luxemburgu, które chcą prowadzić na nich prace wydobywcze. Jesteśmy o krok od transformacji naszej cywilizacji, z egzystującej na powierzchni pojedynczej planety, w cywilizację multiplanetarną – stwierdził Cox.

Jedną z takich firm jest kalifornijska Deep Space Industries, która za misję obrała sobie wspieranie przemysłu kosmicznego bogatymi zasobami znajdującymi się we wszechświecie. – Początkowym celem są prace wydobywcze na asteroidach, które przelatują w sąsiedztwie naszej planety. Wiele bogatych w wodę bliskich Ziemi asteroid (NEA) jest łatwo dostępnych, ponieważ podróżują wokół słońce na orbitach zbliżonych do orbity Ziemi. Posiadają niewielką masę, a co za tym idzie słabą grawitację, co ułatwi wydobywanie surowców – czytamy na oficjalnej stronie firmy. Dowiemy się z niej również, że rynek kosmiczny wart jest obecnie ponad 330 miliardów dolarów, a od roku 2000 tylko w 8 wybranych startupów z branży zainwestowano 13.3 miliarda dolarów.

Prawo zahamuje rozwój?

Firmy, takie jak Deep Space Industries, poza problemami natury technologicznej, muszą zmierzyć się z prawem, niedostosowanym do ich przyszłej – miejmy nadzieję –  działalności. Plany krzyżuje im międzynarodowy traktat o przestrzeni kosmicznej z 1967 r., którego stroną jest 107 państw, w tym również Polska. Poza takimi ustaleniami, jak zakaz umieszczania broni nuklearnej bądź innej broni masowego rażenia na orbicie okołoziemskiej lub gdziekolwiek indziej w przestrzeni kosmicznej, akt prawny reguluje również stosunek własności tamtejszych obiektów. Zarówno Księżyc, jak i pozostałe ciała niebieskie, nie mogą stać się własnością żadnego państwa, bez znaczenia, ile narodowych flag zostanie umieszczonych na ich powierzchni.

Pod koniec swojej drugiej kadencji w białym domu Barack Obama złożył podpis pod ustawą, która pozwala prywatnym podmiotom na posiadanie, transport, wykorzystanie i sprzedaż pozaziemskich zasobów. Problem polega na tym, że wprowadzenie nowego prawa w życie narusza traktat o przestrzeni kosmicznej. – Prywatne przedsiębiorstwa pozyskiwałyby licencję na wydobycia w sądzie krajowym. Wydawane w ten sposób suwerenne wyroki naruszają traktat. Nie wiemy, jak się to skończy, dopóki sprawa nie otrze się o sąd – zauważą Dr Chris Newman z Uniwersytetu w Sunderland.

Z kolei Michael Listner, amerykański prawnik i założyciel Space Law and Policy Solutions uważa, że uchwalona przez 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych ustawa stoi w sprzeczności z międzynarodowym traktatem, którego złamanie może nieść znaczące konsekwencje stawiając relacje z innymi państwami na ostrzu noża. – Chiny i Rosja będą chciały kawałek tego tortu. Gdy w grę wchodzi konflikt prawny, sprawy zaczynają być ryzykowne. Może to doprowadzić do konfliktu politycznego – ostrzega Listner.

Nie tylko Stany Zjednoczone podjęły kroki w kierunku legalizacji handlu materiałami pozaziemskimi. Étienne Schneider, wicepremier Luksemburga zapowiedział, że reprezentowane przez niego państwo zamierza nie tylko rozpocząć pracę nad prawem umożliwiającym firmom wydobywanie surowców z asteroid, lecz również planuje inwestycje w tego typu podmioty. Zdaje się, że to jedyny europejski kraj, który na poważnie myśli o rozwój tej gałęzi przemysłu. Z pytaniem o to, jak wygląda sytuacja prawna nad Wisłą zwróciliśmy się do Polskiej Agencji Kosmicznej. – Problematyka związana z górnictwem kosmicznym jest jednym z obszarów wymagających regulacji, obok takich kwestii, jak rejestracja obiektów kosmicznych, odpowiedzialność za szkody wyrządzone przez te obiekty czy bezpieczeństwo przeprowadzanych misji kosmicznych. Ze względu na to, iż obecnie polskie podmioty nie są jeszcze w stanie samodzielnie projektować i realizować misji kosmicznych, a zwłaszcza misji wydobywczych, utworzenie regulacji związanych z górnictwem kosmicznym nie jest uznawane za kluczowe. Niemniej jednak, legislacja w tym zakresie w dalszej perspektywie czasowej będzie konieczna – odpowiedzi udzielił Adam Węgłowski, Starszy specjalista w Departamencie Strategii i Współpracy Międzynarodowej Polskiej Agencji Kosmicznej.

Nie oznacza to jednak, że Polacy nie zamierzają wziąć udziały w wyścigu o kosmiczne bogactwa. W ubiegłym roku polskie firmy wyspecjalizowane w robotyce kosmicznej, obserwacjach planetoid i integracji systemów kosmicznych podpisały umowę konsorcjum EX-PL, którego celem jest realizacja szeregu projektów z obszaru górnictwa kosmicznego. Umowa jest odpowiedzią na luksemburską inicjatywę wsparcia rozwoju tej perspektywicznej branży.

– Perspektywa pierwszych misji wydobywczych to 20-40 lat. W tym czasie musi powstać szereg technologii i rozwiązań, które takie misje umożliwią. Konsorcjum ma zamiar pracować właśnie nad takimi rozwiązaniami. Pierwszy, bardzo istotny projekt, jest obecnie na etapie dopracowywania szczegółów i zostanie wkrótce ogłoszony przez konsorcjum – mówi dr Grzegorz Brona z Creotech Instruments S.A.

W skład konsorcjum EX-PL weszły firmy specjalizujące się w robotyce kosmicznej, obserwacjach planetoid i integracji systemów kosmicznych: ABM Space, Cilium Engineering, Creotech Instruments S.A. i Sybilla Technologies. Działaniom konsorcjum towarzyszy także współpraca z grupą obserwatorów i partnerów, w tym PIAP oraz młodymi zespołami tworzącymi przyszłe rozwiązania dla kosmicznego górnictwa.

Idea przeniesienia przemysłu w przestrzeń kosmiczną brzmi intrygująco i z pewnością w przyszłości, pewnie nie my, lecz nasi potomkowie, doczekają się jej realizacji. Na razie jednak większość argumentów przemawia na niekorzyść takiego rozwiązania. – Myśląc o przemyśle w stanie nieważkości musimy, wśród wielu innych czynników, wziąć pod uwagę logistykę takiego przedsięwzięcia. Koszty transportu gotowych produktów na powierzchnię są obecnie nie do przeskoczenia. Nawet jeśli będą to wyłącznie metale szlachetne. Należy się również zastanowić, Ile będzie kosztować rekrutacja, szkolenie i utrzymanie pracowników. Istotny jest również aspekt ciągłości produkcji. Już teraz wiadomo, że produkcja dla motoryzacji ulokowana poza UE ma znaczące większe ryzyko opóźnienia dostaw z powodu kontroli celnych. Jakie kontrole będą przy transporcie z innej planety? – sprowadza na Ziemię Piotr Rojek z DSR SA, odsuwając futurystyczne wizje produkcji, prowadzonej na szeroką skalę w przestrzeni kosmicznej, o co najmniej 100 lat.