Zaangażowanie finansowe biznesu w akcje humanitarne rośnie. Zmienia się świadomość prezesów i właścicieli firm

Zaangażowanie finansowe biznesu w akcje humanitarne rośnie. Zmienia się świadomość prezesów i właścicieli firm 1

Transparentność i wspólne wartości – to dwa kluczowe warunki, które muszą być spełnione przy współpracy biznesu z organizacjami pożytku publicznego. Najpopularniejszą formą wsparcia dla takich instytucji jest sponsoring albo darowizna, a firmy przekazują je chętniej niż jeszcze 10 lat temu, kiedy ich budżety zostały nadszarpnięte kryzysem finansowym. – Osiągamy duży poziom zaangażowania finansowego biznesu, zmienia się świadomość prezesów i właścicieli firm – mówi Karina Diłanian-Pinkowicz z Polskiej Akcji Humanitarnej.

Biznes jest związany z PAH od dłuższego czasu. Nasze pierwsze konwoje nie byłyby możliwe bez zaangażowania biznesu, takich firm jak LOT czy DHL, które sponsorowały tego typu wyjazdy. Dzisiaj, oprócz wsparcia technologicznego, nasze działania można w największym stopniu wesprzeć poprzez przekazanie darowizny finansowej albo na zasadzie sponsoringu, ponieważ nie wysyłamy już konwojów – to zupełnie nieadekwatne do dzisiejszych standardów niesienia pomocy humanitarnej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karina Diłanian-Pinkowicz, kierownik ds. współpracy z darczyńcami Polskiej Akcji Humanitarnej

PAH zajmuje się niesieniem pomocy ofiarom konfliktów zbrojnych i katastrof naturalnych oraz osobom dotkniętym skrajnym ubóstwem. Organizacja, która istnieje od 1992 roku, do tej pory pomogła blisko 10 mln ludzi w 44 krajach świata. W Polsce prowadzi akcję dożywiania dzieci (Pajacyk), natomiast globalnie prowadzi stałe misje w Syrii, Sudanie Południowym, Somalii, Iraku i na wschodniej Ukrainie oraz reaguje na bieżące kryzysy.

Kierowniczka ds. współpracy z darczyńcami PAH ocenia, że podejście biznesu do przekazywania środków na cele charytatywne znacząco zmieniło się na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia.

– Wtedy mieliśmy do czynienia z kryzysem, który w znaczącym stopniu uszczuplił budżety firm na tego typu działania. Dziś odbijamy się od dna – żaden partner nas wówczas nie opuścił, ale widzieliśmy, że pieniądze są mniejsze niż przekazywane wcześniej. Dzisiaj osiągamy dość duży poziom zaangażowania finansowego biznesu – mówi Karina Diłanian-Pinkowicz. – Zmienia się świadomość prezesów i właścicieli firm, którzy widzą, że nasze pole odpowiedzialności nie leży tylko w Polsce, lecz także za granicą. Wiele firm przychodzi do nas i chce sponsorować działania w Sudanie czy w Somalii, bo czują, że świat się trochę skurczył.

PAH koncentruje się na lokalnych działaniach w miejscach, gdzie dochodzi do konfliktów czy katastrof. Stąd najbardziej pożądaną i najwygodniejszą dla firm formą pomocy jest wsparcie finansowe dla organizacji.

– Widzimy, że to jest najbardziej popularna forma pomocy, co z naszej strony wiąże się też z zapewnieniem pełnej transparentności – mamy świadomość tego, że firma nie może pojechać do Sudanu czy Somalii, żeby sprawdzić, w jaki sposób studnia czy latryna zostały wybudowane z ich pieniędzy. Po naszej stronie leży więc zapewnienie pełnej transparentności i sprawozdawczości dla firmy – mówi Karina Diłanian-Pinkowicz.

Jedną z misji prowadzonych przez PAH jest ta w Sudanie Południowym, rozpoczęta w 2006 roku. Od tego momentu organizacja wybudowała w kraju ogarniętym wojną i głodem ponad 700 studni, z których każda zapewnia wodę pitną dla 0,5–1 tys. osób.

– Wiercenie studni jest naszym kluczowym zadaniem. W ubiegłym roku udało nam się pozyskać sponsora, który zdecydował się wesprzeć nas poprzez zakup maszyny wiertniczej. Poprzednia nie była wydolna i nie mogliśmy dalej wiercić. W planach mamy wywiercenie kilku studni w porze suchej, więc będzie ona w użytku w ciągu najbliższych kilku tygodni – mówi Karina Diłanian-Pinkowicz. – Zamierzamy się koncentrować w Sudanie w obszarze wodno-sanitarnym, więc będziemy wiercić studnie, budować kioski wodne i latryny. Będziemy też dalej realizować projekt, który jest odpowiedzią na ubiegłoroczny kryzys głodu w Sudanie.

Jak podkreśla Karina Diłanian-Pinkowicz, aby zachęcić biznes do zaangażowania, trzeba spełniać dwa podstawowe warunki. Pierwszym z nich jest transparentność.

– Żaden biznes nie zaryzykuje swojego wizerunku dla organizacji, która w nieprzejrzysty sposób prezentuje swoje wyniki finansowe. Widzimy, że firmy zwracają na to uwagę – gdy przychodzą do nas na pierwsze rozmowy, są już po lekturze naszego raportu rocznego – podkreśla Karina Diłanian-Pinkowicz.

Drugim warunkiem są wspólne wartości organizacji pozarządowej i biznesu.

– Mamy swoje wartości i bardzo trudno przychodzi uwiarygodnienie współpracy, gdy organizacja mówi jedno, a współpracuje z firmą o innych poglądach. W naszym przypadku trudno byłoby np. wejść we współpracę z firmą z sektora zbrojeniowego, kiedy realizujemy działania pomocowe w miejscach konfliktów zbrojnych – podkreśla Karina Diłanian-Pinkowicz.

W Polsce działa przeszło osiem tysięcy organizacji pożytku publicznego. Według badań TNS Polska z 2015 roku Polska Akcja Humanitarna znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepiej rozpoznawalnych (kojarzy ją 10 proc. Polaków), obok m.in. Caritas, WOŚP, Polskiego Czerwonego Krzyża, Szlachetnej Paczki, fundacji założonych przez Polsat i TVN oraz UNICEF-u. Założycielkę PAH Janinę Ochojską kojarzy natomiast 63 proc. Polaków.

Ponad 50 proc. polskich konsumentów wybiera płatności bezgotówkowe. Zbliżeniowo płacimy trzykrotnie częściej niż nasi europejscy sąsiedzi

Ponad 50 proc. polskich konsumentów wybiera płatności bezgotówkowe. Zbliżeniowo płacimy trzykrotnie częściej niż nasi europejscy sąsiedzi 2

Polacy polubili płatności bezgotówkowe – preferuje je ponad 50 proc. konsumentów, głównie ze względu na wygodę i oszczędność czasu. W obiegu znajduje się blisko 38 mln kart płatniczych. Zyskują przede wszystkim płatności zbliżeniowe – w ten sposób płacimy trzykrotnie częściej niż nasi europejscy sąsiedzi. Wciąż jednak nie wszędzie można zapłacić kartą – terminali brakuje zwłaszcza w małych i średnich punktach usługowo-sprzedażowych.

– Wzrost płatności bezgotówkowych w Polsce jest dostrzegalnym trendem. Doskonale obrazuje go wzrost udziału takich transakcji w stosunku do gotówki w całej liczbie transakcji detalicznych. Jeszcze 10 lat temu ten stosunek wynosił 2 proc., a obecnie przekracza 20 proc. Polscy konsumenci korzystają z transakcji zbliżeniowych trzykrotnie częściej niż ich europejscy sąsiedzi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maja Feliksiak, specjalista ds. PR i marketingu Tpay.

Z badania przeprowadzonego przez eService w ramach kampanii „Warto bezgotówkowo” wynika, że już ponad połowa Polaków (56 proc.) preferuje bezgotówkowe metody płatności. Jak wynika ze statystyk Związku Banków Polskich, obecnie w obrocie znajduje się około 38 mln kart płatniczych. 85 proc. Polaków deklaruje, że ich karta ma funkcję zbliżeniową, podczas gdy w Europie ten odsetek wynosi średnio 43 proc. 8 na 10 transakcji dokonywanych za ich pośrednictwem to transakcje zbliżeniowe (badanie Kantar TNS na zlecenie MasterCard).

– Wzrost popularności transakcji bezgotówkowych jest niewątpliwie wynikiem światowego trendu, dynamiki zmian, krótko mówiąc – postępu technologicznego. Wynika to również z faktu, że polski konsument jest coraz bardziej świadomy. Oczekuje, że jego pieniądze będą bezpieczne, a bank i operatorzy płatności zagwarantują mu, że jego środki trafią we właściwe miejsce, we właściwym czasie, a on otrzyma usługę bądź towar, który zamówił i którego oczekuje. Dla konsumenta liczy się również możliwość kontroli nad swoimi finansami, wgląd do historii transakcji wpłat i wypłat – mówi Maja Feliksiak.

Badanie Kantar TNS przeprowadzone na zlecenie MasterCard wskazuje, że dwie trzecie konsumentów ma zaufanie do kart płatniczych. 42 proc. badanych ma ich w swoim portfelu co najmniej dwie.

Dużym plusem płatności bezgotówkowych jest oszczędność czasu i komfort polegający na tym, że konsument nie musi mieć przy sobie gotówki, a transakcja przebiega szybko i sprawnie. Coraz częściej klienci doceniają też możliwość skorzystania z dodatkowych rabatów, ofert czy zwrotów części transakcji, które oferują wystawcy kart.

– Z badań przeprowadzonych na zlecenie MasterCard wynika, że 18 proc. respondentów chciałoby użyć swojej karty przy płatnościach w swoim bliskim otoczeniu, natomiast nie mogą tego zrobić ze względu na brak dostępnych terminali. Brakuje ich głównie w małych i średnich punktach usługowych i sprzedażowych, takich jak warsztaty samochodowe, salony fryzjerskie, rynki czy bazarki, a także w komunikacji miejskiej – mówi Maja Feliksiak.

Polacy w badaniach podkreślają, że chętnie zastąpiliby tradycyjne metody płatności innymi udogodnieniami, jak zastąpienie PIN-u technologią biometryczną czy płatnościami za pomocy wearables (np. elementami garderoby czy akcesoriami). O otwartości na nowinki technologiczne może świadczyć fakt, że jedną z wiodących metod płatności staje się BLIK, czyli system płatności mobilnych.

Eksport polskiej żywności rośnie w tempie dwucyfrowym. Mógłby przyspieszyć dzięki dodatkowym działaniom promocyjnym

Eksport polskiej żywności rośnie w tempie dwucyfrowym. Mógłby przyspieszyć dzięki dodatkowym działaniom promocyjnym 3

Promocja polskiej żywności na nowych rynkach i wsparcie dla eksportu to największe wyzwania, jakie czekają rolnictwo w 2018 roku – ocenia dyrektor generalny Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa. Eksport polskiej żywności rośnie w tempie dwucyfrowym. Wynik mógłby być jeszcze lepszy, gdyby działania promocyjne były prowadzone w bardziej zintegrowany sposób. Problemami, z jakimi boryka się branża, są też choroba afrykańskiego pomoru świń i anomalie pogodowe. W ubiegłym roku straty szacowało się w miliardach złotych.

Rok 2017 był bardzo udany dla polskich eksporterów żywności. Wyeksportowaliśmy żywność za 25,7 mld euro. To ok. 13 proc. wartości polskiego eksportu. Cały czas prowadzimy działania wspierające, bo żywność jest produktem konkurencyjnym. Chcielibyśmy docierać na większy obszar geograficzny. Uczestniczymy aktywnie w różnego rodzaju imprezach targowych, gdzie promowana jest żywność z różnych krajów świata. Obserwujemy duże zainteresowanie tym, co oferujemy. Przyczyniamy się w ten sposób do zwiększenia eksportu – ​mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Strobel, dyrektor generalny Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa.

Dane resortu rozwoju za 11 miesięcy 2017 roku wskazują na 13-proc. wzrost eksportu polskiej żywności. KOWR podaje, że tylko po pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku dodatnie saldo wymiany wzrosło o 16 proc. Choć większość towarów rolno-spożywczych kierowanych jest na rynek Unii Europejskiej (ponad 80 proc.), to prowadzona polityka promocji pozwoliła na dostęp do 30 nowych rynków zbytu oraz zintensyfikowanie wymiany towarowej z krajami pozaeuropejskimi, np. Senegalem, Ghaną, Kenią, Nigerią czy Malezją.

Wyniki mogłyby być jeszcze lepsze, gdyby nie choroba afrykańskiego pomoru świń. W Polsce odnotowano już ponad 1,1 tys. przypadków choroby u dzików, a z powodu ASF dla producentów zamknięta jest większość dużych rynków azjatyckich.

– Obecnie ASF nie sprzyja eksportowi polskiej wieprzowiny, ale bardzo dobre wyniki osiągamy w eksporcie wołowiny, która jest ceniona w świecie. Już 80 proc. produkcji polskiej wołowiny trafia właśnie na eksport –​ podkreśla Witold Strobel.

Wyzwaniem dla całej branży jest zintegrowanie systemów jakości. Strategia promocji żywności, która ma zwiększyć rozpoznawalności marki polskich produktów i pozytywny wizerunek polskiej żywności, zakłada promocję produktów hasłem „Polska smakuje”. Na portalu „Polska smakuje” mogą prezentować swoje produkty ci wytwórcy, którzy produkują żywność w systemie jakości, np. QMP czy QAFP, żywność ekologiczną, produkty znajdujące się w rejestrze Chroniona Nazwa Pochodzenia, Chronione Oznaczenie Geograficzne czy Gwarantowana Tradycyjna Specjalność lub na ministerialnej liście produktów tradycyjnych, mające oznaczenia Poznaj Dobrą Żywność, Produkt Polski, Produkt Górski.

Obserwujemy bardzo dużo znaków i systemów jakości, które często są nieczytelne dla konsumenta. KOWR promuje polską żywność w Polsce pod hasłem „Polska smakuje”, natomiast na rynkach zachodnich „Poland tastes good”. Trzeba uczciwie powiedzieć, że choć mamy dobrze opracowaną strategię promocji polskiej żywności w świecie, że mamy rozpoznane rynki perspektywiczne, którymi są m.in. Daleki Wschód, Półwysep Arabski, również Kanada, Meksyk czy Afryka Północna, są to działania, które wymagają systematyczności i długotrwałej perspektywy –​ ocenia dyrektor generalny KOWR. – Wsparcie dla eksportu powinno być bardziej zintegrowane, a obecnie są prowadzone przez różne podmioty. Gdyby je zintegrować, zapewne wyniki byłyby lepsze.

Jak podkreśla ekspert, 2017 rok był dla rolników trudny, choć w niektórych sektorach sytuacja była zdecydowanie lepsza. Ceny mleka w Polsce są najwyższe od 3 lat. W grudniu stawka za 100 litrów mleka wynosiła nieco ponad 152 zł i była o 12 proc. wyższa niż rok wcześniej. Z drugiej strony rolnicy borykają się z szeregiem problemów. Anomalie pogodowe oraz trudne warunki atmosferyczne w 2017 roku spowodowały straty liczone w miliardach złotych. Najbardziej ucierpiały uprawy sadownicze, dużo strat stwierdzono też w zbożach.

– Polskim rolnikom na pewno można życzyć stabilizacji pogodowej, ale również stabilizacji cenowej, bo jeśli mamy do czynienia z taką stabilizacją, to łatwiej jest zaplanować produkcję w dłuższym okresie i postawić na jakąś specjalizację – tłumaczy Witold Strobel.

W Polsce trwają prace nad opracowaniem nasion i sadzonek takich roślin, które byłyby lepiej przystosowane do polskich warunków glebowych i klimatycznych. Marka Polskie Nasiona ma być odpowiedzią na szeroką gamę nasion odmian roślin rolniczych i ogrodniczych oferowanych przez koncerny zagraniczne, których cena i jakość nie zawsze odpowiadają oczekiwaniom polskich rolników.

– Cały czas tworzone są nowe, lepsze odmiany roślin. Chcielibyśmy raczej, aby były to odmiany pozbawione GMO, bo trudno określić, jak GMO będzie wpływać w dłuższej perspektywie na konsumentów. W naszych spółkach prowadzone są prace nad lepszymi, dostosowanymi do naszego klimatu odmianami roślin, one są wdrażane, trafiają do produkcji, można powiedzieć, że postęp biologiczny cały czas się dokonuje – podkreśla Witold Strobel.

Polscy studenci zaprojektowali system nawigacji GPS wewnątrz budynków. Bezpłatna aplikacja z cyfrowymi mapami wnętrz pomoże zwłaszcza niewidomym

Polscy studenci zaprojektowali system nawigacji GPS wewnątrz budynków. Bezpłatna aplikacja z cyfrowymi mapami wnętrz pomoże zwłaszcza niewidomym 4

System GPS to nawigacja satelitarna znana głównie z możliwości wyznaczania trasy przejazdu samochodem. Może być jednak wykorzystywana również do nawigacji wewnątrz budynków. Aplikacja wewnątrzbudynkowego GPS opracowana przez polskich studentów może być wykorzystywana między innymi w centrach handlowych i logistycznych. Najbardziej zainteresowaną grupą odbiorców są jednak studenci i uczelnie. Może być ona pomocna zwłaszcza dla osób niedowidzących i niewidomych.

– Projekt wewnątrzbudynkowego GPS polega na dostarczeniu użytkownikom technologii, która pozwoli im budować aplikacje dla przestrzeni wewnątrzbudynkowych prowadzących użytkowników do ich punktów docelowych, do lepszego odnalezienia się w przestrzeni, a także do kontekstowej komunikacji na podstawie ich lokalizacji – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Grzegorz Koblański, prezes firmy Indoorway.

Aplikacja powstała podczas współorganizowanego przez Indoorway hackathonu Campus App Challenge. Zespół studentów Politechniki Warszawskiej i Uniwersytetu Jagiellońskiego zaprojektował prototyp zaawansowanego, wewnątrzbudynkowego GPS-u, który dzięki asystentowi głosowemu oraz intuicyjnemu sterowaniu poprowadzi osoby niewidome po wielopiętrowych gmachach uczelni.

– Cyfrowa mapa jest osadzona w aplikacji mobilnej. Użytkownik na tej mapie widzi swoją lokalizację i jest dokładnie prowadzony do punktu docelowego. Możemy wyobrazić sobie scenariusz, że telefon jest w kieszeni, a osoba niewidoma dostaje poprzez słuchawkę informacje z konkretnymi kierunkami, w których powinna się poruszać – przekonuje Grzegorz Koblański.

Jednym z podstawowych problemów związanych z nawigacją GPS wewnątrz budynków był dotychczas fakt, że urządzenia nie analizowały informacji o tym, na jakiej wysokości znajduje się odbiornik. Powodowało to utrudnienie w rozpoznaniu piętra, na którym znajdował się nawigowany obiekt. Dzięki wykorzystaniu różnego rodzaju czujników, w jakie wyposażony jest smartfon, takich jak żyroskop, akcelerometr, magnetometr i beacon (emiter sygnału Bluetooth), aplikacja pozwala precyzyjnie określić pozycję posiadacza smartfona.

Aplikacja dostarczana przez Indoorway będzie bezpłatna dla użytkowników końcowych. Jej wdrożenie planowane jest na początek roku akademickiego 2018/2019.

– Na ten moment stworzona została aplikacja dla studentów. W pierwszej fali chcemy jej zasięgiem objąć uczelnie działające w systemie USOS. To ponad pięćdziesiąt szkół wyższych w Polsce. W kolejnej fazie wyjdziemy również poza granice Polski – zapowiada Grzegorz Koblański.

W dwudziestoczterogodzinnym hackathonie Campus App Challenge wzięło udział czternaście drużyn. Każda z nich pracowała nad prototypem aplikacji wykorzystującej system mikrolokalizacji i będącej zarazem odpowiedzią na potrzeby zgłaszane przez studentów. Podczas hackatonu uczestnicy m.in. zdigitalizowali Wydział Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej.

Projekt BRILLANT umożliwi edukację Polaków w zakresie energetyki jądrowej. NCBJ: energia jądrowa to dla nas jedyna racjonalna technologicznie opcja

Projekt BRILLANT umożliwi edukację Polaków w zakresie energetyki jądrowej. NCBJ: energia jądrowa to dla nas jedyna racjonalna technologicznie opcja 5

Unia Europejska wezwała kraje bałtyckie, w tym Polskę, do opracowania do czerwca 2018 roku projektu połączenia sieci energetycznych z infrastrukturą europejską. Litwa, Łotwa i Estonia miałyby się połączyć z Zachodem za pośrednictwem polskich linii energetycznych. To rozwiązanie ma zapewnić większe bezpieczeństwo energetyczne tych krajów i uniezależnienie się od Rosji. Prowadzony projekt BRILLIANT to także okazja do edukacji polskich naukowców w zakresie energetyki jądrowej. Według przedstawiciela Narodowego Centrum Badań Jądrowych jest to jedyna racjonalna technologicznie opcja dostarczania energii.

Według zaleceń UE do czerwca 2018 roku ma powstać projekt przyłączenia sieci energetycznych krajów nadbałtyckich do infrastruktury europejskiej. Projekt Baltic Region Initiative for Long Lasting Innovative Nuclear Technologies (BRILLIANT) ma na celu nie tylko zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego krajów bałtyckich, lecz także dywersyfikację źródeł energii, redukcję emisji gazów cieplarnianych i walkę ze zmianami klimatycznymi.

– Projekt BRILLIANT wziął się z tego, że kraje bałtyckie chcą się połączyć energetycznie z Europą. Jak dotąd są zsynchronizowane z Rosją, więc muszą na nowo przeorganizować swoją sieć energetyczną. Projekt polega na przeanalizowaniu struktury sieci i opracowaniu rozwiązań, które ułatwią podłączenie krajów bałtyckich do wspólnej sieci europejskiej​.– mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje prof. dr hab. Jacek Jagielski, dyrektor Departamentu Fizyki Materiałów Narodowego Centrum Badań Jądrowych.

Aktualnie przygotowywane są analizy, które pozwolą zorganizować sieć w taki sposób, aby zapewnić w przyszłości niezawodność systemu oraz bezpieczeństwo energetyczne. Według szacunków łączne koszty przyłączenia Litwy, Łotwy i Estonii do europejskich sieci energetycznych wyniosą około 1 mld euro. 75 proc. tej kwoty będzie mogło zostać sfinansowane ze środków funduszu „Connecting Europe Facilities”.

W projekcie resynchronizacji sieci energetycznych krajów bałtyckich bierze udział Narodowe Centrum Badań Jądrowych. To szansa na naukę i edukację polskich naukowców w zakresie energetyki jądrowej.

– Możemy kształcić ludzi, którzy będą pracowali przy budowie i eksploatacji polskiej elektrowni atomowej. To jest krytyczny problem, który musimy jak najszybciej zacząć rozwiązywać, bo na to potrzeba więcej czasu niż się wydaje. Każde szkolenie, każde doświadczenie jest dla nas bardzo cenne, a nasi młodzi pracownicy mogą jeździć dzięki temu projektowi do Szwecji, obejrzeć, jak wygląda reaktor, jak wygląda przetwarzanie wypalonego paliwa i jego składowanie, jakie są rozwiązania ​– tłumaczy prof. Jacek Jagielski.

Jak wynika z danych Ministerstwa Energii, na świecie pracuje obecnie 448 bloków jądrowych w 30 krajach. W budowie jest kolejnych 57 bloków, a ponad 160 jest planowanych. Produkcja energii elektrycznej w elektrowniach atomowych stanowi ok. 11,5 proc. całkowitej produkcji elektryczności na świecie. Według deklaracji rządu polska elektrownia jądrowa ma powstać do 2031 roku.

– Generalnie energetyka jądrowa jest w tej chwili jedyną wiarygodną technologią, która umożliwia w skali świata produkowanie energii bez emisji dwutlenku węgla. Pod tym względem im więcej energii atomowej, tym lepiej. Nie ma w tej chwili innej, racjonalnej technologicznie opcji niż energia jądrowa, musimy w to pójść ​– twierdzi przedstawiciel NCBJ.

Rynek pracownika w 2018 roku. Jak firma może na nim przetrwać?

Na koniec 2017 roku stopa bezrobocia w Polsce wyniosła zaledwie 6,6 proc. Eksperci prognozują,
że w bieżącym roku spadnie poniżej 6 proc. Oznacza to dalszy rozwój rynku dobrego dla pracownika i nowe wyzwania dla pracodawców. W jaki sposób firmy mogą sprostać zmianom, dokonującym się na rynku pracy?

Rok 2017 był rekordowy pod względem niskiej wartości stopy bezrobocia. W listopadzie ubiegłego roku stopa bezrobocia zatrzymała się na 6,5 proc. i była najniższa od 25 lat. Ponadto, jak podaje Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej odnotowano spadek liczby bezrobotnych o 18,9 proc. względem roku 2016. Jednocześnie mieliśmy do czynienia ze wzrostem przeciętnego wynagrodzenia o 7,4 proc. To rezultat m.in. dynamicznego ożywienia gospodarczego w kraju oraz wzrostu PKB.

Przyrost planowanych inwestycji, w tym z wykorzystaniem budżetów Unii Europejskiej, a co za tym idzie pojawienie się nowych miejsc pracy, wskazuje na to, że rynek pracownika w 2018 r. nadal będzie się miał bardzo bobrze. Eksperci prognozują dalszy spadek poziomu bezrobocia w 2018 r. Szacuje się, że wyniesie poniżej 6 proc. – mówi Grzegorz Lewandowski, Prezes Sales Group, dostawcy usług outsourcingu sił sprzedaży.

Zmiany na polskim rynku pracy i coraz większa trudność w poszukiwaniu właściwego pracownika generuje dla przedsiębiorców nowe wyzwania.  Silna presja płacowa, trudność  w pozyskaniu odpowiedniego kandydata oraz zatrzymanie go w szeregach pracowników, to problemy, z którymi już teraz mają do czynienia pracodawcy. Jakie rozwiązania warto wdrożyć w firmie, żeby przetrwać na dynamicznym rynku pracownika?

Optymalizacja procesu rekrutacji

W dobie rynku pracownika w walce o kandydata bardzo istotnym czynnikiem, niekiedy przesądzającym o rekrutacyjnym sukcesie, jest czas. Osoba poszukująca pracy, mając do wyboru inne oferty, nie będzie czekała zbyt długo z decyzją. Dlatego należy zoptymalizować czas dostarczania informacji zwrotnej kandydatowi i skrócić go do kilku dni. Aby to zrobić, warto zainwestować w narzędzia IT, które usprawnią procesy kadrowe.

Nowe technologie będą coraz częściej grały pierwsze skrzypce w rekrutacyjnym wyścigu. Przewiduje się szersze wykorzystanie aplikacji, ale też portali wspomagających poszukiwanie kandydatów w 2018 roku. Wirtualne rozmowy i e-rekrutacja przez Skype, kontakt przez SMS, czy media społecznościowe stają się coraz powszechniejsze.

Kreatywne sposoby na milenialsów

Szczególnie dużym wyzwaniem dla firm jest obecnie pozyskanie młodego pracownika z licznego już na rynku pracy pokolenia milenialsów, czyli osób urodzonych między 1894 a 1997 rokiem. Dlatego firmy, aby przyciągnąć młode talenty, szukają nowych rozwiązań. Niektóre z nich są oparte np. na formule grywalizacji. Przykłady jej wykorzystania znajdziemy na polskim rynku.

Jedna z globalnych firm doradczych zamiast zapraszać kandydatów na formalne rozmowy, stworzyła fabularny projekt rekrutacyjny, w którym kandydaci przeprowadzali audyt fikcyjnej firmy. Inna organizacja, aby uprościć proces rekrutacyjny dla sieci sprzedaży oddała w ręce kandydatów test kompetencyjny w postaci gry, której fabuła została osadzona w realiach codziennej pracy. Jeszcze inna firma wykorzystała w rekrutacji niestandardowe narzędzie, jakim jest Escape Room, czyli  gra, w której uczestnicy przenoszą się do tematycznie przygotowanego pokoju zagadek, z którego muszą się wydostać. Dało to możliwość obserwowania kandydata w działaniu, a jemu samemu zabawę. Menedżer miał możliwość podjęcia decyzji, czy zaprosić daną osobę zespołu, bazując na tym, jak poradziła sobie z zadaniami, współpracą w grupie i pod presją czasu.

Co jednak w sytuacji, kiedy firma nie jest w stanie samodzielnie realizować swoich potrzeb rekrutacyjnych?

Sprawdzeni partnerzy

W obliczu trudnej sytuacji na rynku pracy, część firm w celu zapewnienia odpowiedniego poziomu zasobów ludzkich, sięga po wsparcie firm zewnętrznych. Taką możliwość daje m.in. outsourcing, czyli model współpracy, w której firma wydziela ze struktury przedsiębiorstwa niektóre funkcje i przekazuje je do wykonania innym podmiotom.

Coraz częściej przedsiębiorstwa mają do czynienia z sytuacją, gdzie na publikowane przez nich ogłoszenia rekrutacyjne nie ma wystarczającej liczby odpowiedzi, a wsparcie kadrowe jest potrzebne od zaraz. Wówczas może pomóc zewnętrzna firma, która ma wypracowane metody pozyskiwania pracowników i wiedzę na temat tego, jak pracowników zatrzymać w firmie, m.in. za pomocą programów szkoleniowych, coachingowych, czy systemów motywacyjnych i premiowych. Taki model współpracy sprawdza się szczególnie w środowisku dużych firm – mówi Paweł Wrzos, dyrektor ds. Rozwoju Biznesu w Sales Group.

Na rynku obserwuje się współpracę firm z outsourcerami zarówno w zakresie wsparcia w procesie rekrutacyjnym, ale też bezpośredniego zapewnienia pracowników, np. sił sprzedaży. W drugim przypadku firma nie musi przechodzić przez procesy rekrutacyjno-kadrowe. Istnieje wówczas również możliwość zaangażowania pracowników w danym momencie tylko w części. Daje to firmom przede wszystkim dużą elastyczność w działaniu i szansę na szybką reakcję na potrzeby kadrowe, a także optymalizację czasu oraz kosztów.

Aaazjatę zatrudnię

Sytuację na polskim rynku pracy w ostatnich latach ratowali pracownicy z Ukrainy. Źródło to zostało już mocno wyeksploatowane i powoli zaczyna wysychać. Masowa ukraińska migracja zmieniła kierunek i, tak jak niegdyś wybierała Polskę, tak teraz kieruje się do krajów Europy Zachodniej, traktując nasz kraj tylko jako państwo tranzytowe.

Rozpędzona machina rozwoju polskiej gospodarki hamowana jest przez trywialny problem – braki kadrowe. Te zaś spowodowane są starzejącym się społeczeństwem, niskim poziomem bezrobocia, zmniejszonym wiekiem emerytalnym oraz migracją zarobkową młodej siły roboczej.

Według badania „Plany Pracodawców” realizowanego przez TNS co czwarty ankietowany przedsiębiorca w ciągu najbliższych sześciu miesięcy planuje stworzyć nowe miejsca pracy. Plany rekrutacyjne zgłosiły głównie firmy z branży budowlanej (45%), przemysłowej (44%) oraz handlu i napraw (40%), przy czym ich celem jest zminimalizowanie braków kadrowych. Niemal połowa przedsiębiorstw zasygnalizowała trudności ze znalezieniem osób o wymaganych umiejętnościach i kwalifikacjach. Jak wskazują analizy ekspertów Business Centre Club, aby plany mogły się ziścić, potrzeba nawet 200 tys. dodatkowych pracowników rocznie.

Rozwiązanie dla tej sytuacji podsuwają polskie firmy, które już zatrudniły obcokrajowców. Konkretniej – obcokrajowców z Azji. Kierunek ten może początkowo nieco dziwić oraz budzić obawy. Nie znamy bowiem zbyt dobrze tamtej kultury, boimy się bariery językowej, nieznanego. Jednakże, jak wskazują ankietowani, nie ma się czego obawiać: „Różnice kulturowe nie są nie do przejścia”, podsumowała kadrowa w jednej z firm produkcyjnych. Jako rady dla pracodawców podaje: „ [Należy] wyczulić pozostałych (pracowników z Polski – przyp. red.) na różnice kulturowe i pilnować tolerancji”. Z drugiej strony podkreśla, że warto zdyscyplinować również nowozatrudnione osoby z Azji: „Muszą mieć dokładnie powiedziane, jaka jest norma, ile mają zrobić i trzeba to egzekwować”.

Różnice kulturowe pomiędzy Europą a Azją przejawiają się w mniej lub bardziej codziennych czynnościach. „Trzeba tak stopniowo, powolutku wytłumaczyć różne kwestie. Potrzebny lider, który wie, jak to zrobić taktownie”, podpowiada kierownik produkcji z łódzkiej firmy zatrudniającej Hindusów. Ponownie została podkreślona potrzeba osoby, która sprawowałaby nadzór i była bezpośrednim przełożonym pracowników z Azji. Wynika to z kultury tamtych krajów, gdzie w zakładach pracy stanowiska są mocno zhierarchizowane.

„Druga kwestia to kwestia noży rytualnych, które nie są nożami w naszym rozumieniu. To są ich takie modlitewne talizmany. Im to trzeba jakoś taktownie wyjaśnić, bo oni nie chcą się z tym rozstawać, to jakiś taki amulet, który ma dla nich ogromne znaczenie. Odebranie im go i wytłumaczenie, że oni nie mogą z nim wejść na produkcję, wymaga taktu”, kontynuował kierownik.

Inny wątek porusza przełożony magazynu z Kędzierzyna-Koźla: „To jest zupełnie inna religia niż ta, której się boimy. Z chłopakami było na początku ciężko, bo mieli problem, że mieli kobietę-szefa, ale później już otwierali jej drzwi do samochodu. Nie jest to ten odłam religijny, z którym gdzieś tam są problemy”. Wiodącą religią w Bangladeszu czy Uzbekistanie jest islam. Wyznanie to w ciągu ostatnich kilku lat nabrało pejoratywnego znaczenia – społeczeństwo nie zważa na kraj pochodzenia wyznawców islamu i nie widzi różnicy między pojęciami muzułmanin (osoba wierząca, studiująca Koran, religijna) a islamista (osoba walcząca w imię Koranu, fanatyk). W krajach, z których obywatele chętnie szukają pracy poza granicami swojego państwa, wpływ imama (przywódcy religijnego, który może narzucać ekstremistyczną interpretację Koranu) jest mniejszy, stąd łatwiej im przystosować się do zachodniej rzeczywistości. Nie mają też fundamentalistycznych zamiarów, więc nie są w żaden sposób powiązani z islamskimi bojówkami typu ISIS.

Pracowników z Azji charakteryzuje sumienność oraz chęć do pracy w zespole. Ważne dla nich jest poczucie bezpieczeństwa, dlatego też wybierają oni prace, w których mogą działać w mniejszej lub większej grupie rodaków. Warto zatrudnić obcokrajowców, którzy mają doświadczenie w pracy w naszym kraju, ponieważ szybko podłapują polskie zwroty i błyskawicznie uczą się języka.

Liczby mogą potwierdzić popularność tematu zatrudniania obcokrajowców. Jak wskazuje Miłosz Myszka, redaktor naczelny raportu „Rockwell View: Pozyskiwanie Zagranicznego Pracownika 2018”, tylko w pierwszej połowie 2017 roku w Polsce zostało zatrudnionych dwa razy więcej Azjatów niż w całym 2016 roku.

Nieruchomość zamiast lokaty? Tak, ale lokal wybierz z głową

Polacy inwestują w mieszkania na wynajem częściej i więcej niż kiedykolwiek. Oszczędności lokują na rynku nieruchomości, gdyż na najmie mogą zarobić od 4,5 % do 6,5 % netto rocznie. Nie każde lokum da się jednak dobrze wynająć.

Kilkanaście miliardów złotych Polacy wycofali z lokat w bankach od początku 2017 roku. Z niedawno publikowanych danych Narodowego Banku Polskiego wynika bowiem, że średnio na lokacie w banku można zarobić zaledwie 1,5 % (brutto) w skali roku. – Tylko w kwietniu 2017 r. wycofano z lokat około czterech miliardów złotych. To najwięcej od czterech lat. Inwestorzy szukają alternatyw, które mogą przynieść większe odsetki niż skromne 1,5-2 % na bankowym depozycie. Jedną z opcji jest rynek nieruchomości – wynika z danych Home Brokera i Domiporta.pl.

Ile można zarobić

Analitycy tych firm wyliczyli, że przeciętna rentowność inwestycji w mieszkanie na wynajem wynosi 5,28 % netto rocznie. Dla Warszawy jest to 5,64 % (rentowność ta uwzględnia 10,5-miesięczny okres wynajmu lokalu oraz czynsz dla administracji płacony przez właściciela – w wysokości 4-7 zł za mkw. miesięcznie, a także podatek ryczałtowy od przychodów z wynajmu w wysokości 8,5 %).

Eksperci podkreślają jednak, że powodzenie inwestycji w nieruchomość na wynajem zależy od wielu czynników. Ważne są cena, stałe wydatki na lokal oraz koszt wyposażenia. Należy także zwrócić uwagę na inne zalety nieruchomości, które spowodują, że nietrudno będzie znaleźć najemcę, a lokal w czasie użytkowania będzie zyskiwał na wartości, tak by jego sprzedaż w przyszłości była dodatkowym zarobkiem.

Atrakcyjność otoczenia

Jak zatem ocenić potencjał inwestycyjny nieruchomości? Czym musi się wyróżniać projekt?

Dobra lokalizacja, z miejską komunikacją pod ręką, to podstawa z punktu widzenia najemców. Przykładem jest warszawskie osiedle Holm House, powstające w centrum Mokotowa. Budynek cieszy się dużym powodzeniem inwestorów. W około siedem miesięcy od rozpoczęcia budowy sprzedano tam 60 % mieszkań. Zaletą inwestycji jest jej położenie.

Holm House rośnie na obrzeżach centrum biznesowego Mokotowa. Dlatego to pracownicy zagłębia biurowego mogą być potencjalnymi najemcami. – Część osób pracujących na Mokotowie nie stać na kupno mieszkania, ale na wynajem mogą sobie pozwolić. Tym bardziej, że dzięki lokalizacji osiedla unikną kłopotów z dojazdem do biura. Z punktu widzenia inwestora kolejnym plusem jest fakt, że mieszkania są sprzedawane wraz z prawem własności gruntu, co oznacza brak dodatkowych opłat za użytkowanie wieczyste – opowiada Karolina Guzik, menadżer sprzedaży Skanska Residential Development Poland.

Wzrost wartości

Z analiz firmy Reas wynika, że średni poziom czynszów w Warszawie, sąsiedztwie Holm House (w istniejących już projektach mieszkaniowych, w blokach wybudowanych po 2005 r.) wynosi dziś 59,83 zł za mkw. Dla inwestorów istotne jest jednak nie tylko to, za ile wynajmą lokum, ale także z jakiego powodu nieruchomość zyska na wartości. Kupując mieszkanie pod inwestycję warto więc zwrócić uwagę na certyfikacje, według których ona powstaje. Ważne są także nowoczesne rozwiązania architektoniczne czy technologiczne, jak pozbawianie budynku barier architektonicznych oraz systemy typu smart home.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia

W przyszłym tygodniu dane mogą być istotne dla podtrzymania trendów na ryzykownych aktywach. Potwierdzenie globalnego przyspieszenia inflacji w danych ze Szwecji, strefy euro i Kanady będzie mieć negatywny wydźwięk, o ile indeksy PMI z Europy i USA zasygnalizują hamowanie. Uwagę przyciągną też zapiski z ostatnich posiedzeń FOMC i EBC.

Przyszły tydzień: PMI, minutki FOMC/EBC, ZEW, Ifo, rynek pracy z Wlk. Bryt., CPI ze Szwecji/Kanady

Przyszły tydzień otwiera się z opóźnieniem w związku z obchodami Dnia Prezydenta w poniedziałek. Na polu danych z USA nie pojawi się nic, co mogłoby mieć wymierny wpływ na USD. Wstępne odczyty PMI (śr) dalej traktowane są jako drugorzędne za ISM, a wnioski o zasiłek (czw) już nie przyciągają tyle uwagi. W protokole z posiedzenia FOMC (śr) powinniśmy zobaczyć rozwinięcie umiarkowanie jastrzębiego komunikatu. Ocena perspektyw inflacji i nastawienia do tempa podwyżek będą ważnym punktem wyjścia dla nowego prezesa, choć nie można zapominać, że dokument nie przedstawi poglądów FOMC na ostatnie zawirowania na rynkach oraz silny odczyt CPI za styczeń. W tym kontekście minutki mogą zostać zignorowane przez rynek.

W strefie euro najciekawsze będą pierwsze szacunki PMI (śr). Większe ryzyko jest w pojawieniu się spadków, gdyż może to podkopać zaufanie inwestorów do słuszności założeń rajdu na rynku akcji i wśród aktywów ryzykownych. Finalny szacunek CPI (pt) będzie mieć znacznie tylko jeśli będzie odbiegał od wstępnych danych. Niemiecki indeks ZEW (wt), który odzwierciedla nastroje wśród inwestorów, może zaliczyć spadek pod wpływem ostatnich zawirowań. Ważniejszy indeks Ifo (czw) prawdopodobnie wskaże na utrzymanie pozytywnych trendów w gospodarce. Nie oczekujemy, aby protokół z posiedzenia EBC miał przynieść rewelacje, gdyż po zamieszaniu wywołanym zapiskami z grudniowego posiedzenia Rada Prezesów raczej nauczyła się, by kontrolować przekaz.

Funt więcej swojej siły bierze ze słabości dolara niż czynników lokalnych. Podczas gdy informacje dotyczące Brexitu stanowią wszechobecne ryzyko, na razie funt pozostaje na nie względnie uodporniony. Poprawiła się za to wrażliwość na zaskoczenia w danych makro, stąd raport z rynku pracy (śr) może być istotnym katalizatorem dla zmienności. Oznaki przyspieszenia dynamiki płac wzmocnią oczekiwania na wcześniejszą podwyżkę stóp procentowych BoE.

W Szwecji sezonowe obniżki cen odzieży, obuwia i kosztów podróży będą ściągać inflację o 0,7 proc. m/m, choć dynamika roczna powinna utrzymać się na 1,7 proc., co byłoby zgodne z prognozami Riksbanku. Wyższy odczyt będzie jastrzębim sygnałem, choć po ostatnim posiedzeniu widać, że gołębie dominują w banku. Mimo to dobre dane mogą dać SEK argumenty dla budowy siły w średnim terminie.

W Polsce styczniowy odczyt produkcji przemysłowej (wt) powinien wypaść dobrze z uwagi na łagodny przebieg zimy (8,5 proc. r/r). Sprzedaż detaliczna w ujęciu miesięcznym odczuje odreagowanie świątecznego szału zakupów (-21,2 proc.), ale dynamika roczna (6,9 proc.) powinna potwierdzić silną postawę konsumpcji na starcie nowego roku. Uspokojenie nastrojów rynkowych pozwala złotemu obronić poziomy, jednakże po rynku nie widać zapału do pchnięcia EUR/PLN wyraźnie niżej.

Publikacje z Japonii tradycyjnie przejdą bez echa. Jen pozostaje jednym z czołowych beneficjentów wyprzedaży dolara przy porzuceniu wszelkich korelacji z rynkiem akcji i długu. Po weekendzie pewna forma korekty wydaje się stosowna, szczególnie, że wzmagają się głosy niepokoju o siłę jena ze strony japońskich władz, co może skłaniać do realizacji zysków. Nie zmienia to jednak faktu, że USD/JPY jest w trendzie spadkowym.
W Australii protokół z posiedzenia RBA (wt) raczej nie doda wiele do wydźwięku komunikatu. Z Nowej Zelandii dostaniemy kwartalne wyniki sprzedaży detalicznej (czw) z oczekiwaniami zbudowanymi dla dobrego wyniku (1,3 proc.). To może jednak być wysoko postawiona poprzeczka dla wykupionego NZD i o ile nie będziemy świadkami dalszego pogromu USD, wrażliwość na korektę po słabszych danych będzie większa.

Przyszły tydzień w Kanadzie przynosi sprzedaż detaliczną (czw) i CPI (pt). Sprzedaż ma za sobą trzy miesiące wzrostów razem o 2 proc., więc ryzyko jest po stronie korekty. Inflacja w ujęciu ogólnym i w miarach bazowych krąży blisko, choć poniżej celu 2 proc. Zaskoczenie w górę będzie miało większy wydźwięk, gdyż dołoży się do oczekiwań na kolejna podwyżkę stóp procentowych. Marzec jest raczej przegranym terminem, ale wycena na kwiecień na ok.72 proc. daje pole do manewru. Do czasu danych CAD pozostanie pod wpływem generalnego sentymentu względem USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ministerstwo Sprawiedliwości proponuje ułatwienia w procedurze cywilnej

Planowanie rozprawy, zmiany w elektronicznym postępowaniu upominawczym, postępowaniu nakazowym, zabezpieczającym i w zakresie opłat sądowych – to tylko niektóre zmiany, jakie przewiduje rządowy Kodeks postępowania cywilnego oraz niektórych innych ustaw.

Zgodnie z rządowym projektem zmian w Kodeksie postępowania cywilnego oraz niektórych innych ustawach rozprawy będą planowane i mają być prowadzone tylko w razie potrzeby. Jeżeli dojdzie do rozprawy, to rozstrzygnięcie sprawy ma nastąpić po jednej lub kilku rozprawach, bez długich przerw. Projekt przewiduje postępowanie przygotowawcze przed rozprawą oraz ustalanie harmonogramu postępowania w pierwszej instancji. Strony sporu będą włączone w planowanie czynności sądu.

Projekt reguluje postępowania pojednawcze, które będą miały charakter niejawny i nieformalny. Sędzia ma pełnić na nich rolę rozjemcy.

Postępowanie przygotowawcze ma trwać 2 miesiące. Strony będą miały obowiązek się na nie stawić. W razie niestawiennictwa stron postępowanie zostanie umorzone. Strony na posiedzeniu pojednawczym będą musiały wskazać fakty i dowody pod rygorem ich pominięcia w dalszym postępowaniu.

Strony i sędzia będą musieli podpisać plan rozprawy. W razie nieobecności stron plan będzie doręczony, a doręczenie będzie miało skutek taki jak zatwierdzenie.

Wobec strony, która celowo i w sposób nieuzasadniony przewleka sprawę, sąd będzie mógł zastosować następujące środki: nałożyć na nią grzywnę, obciążyć całością lub częścią kosztów procesu, obciążyć kosztami spowodowanymi zwiększonym nakładem pracy strony przeciwnej lub podwyższyć stopę odsetek należnych od zasądzonego świadczenia.

Bezzasadne wniesienie pozwu będzie wiązało się z opłatą 100 zł.

Projekt nakłada na strony obowiązek wykazania faktów, które chcą udowodnić danym dowodem. Dotyczyć to będzie każdego dowodu przedstawionego przez stronę.

Projekt upraszcza procedurę dopuszczania dowodów. Sąd nie będzie musiał wydawać odrębnego postanowienia dla każdego kolejnego dowodu.

Sąd będzie mógł posiłkować się dowodami z opinii biegłego wydanej w innej sprawie niż ta, w której wydaje orzeczenie.

W Kodeksie postępowania cywilnego ma znaleźć się wymóg, aby uzasadnienia orzeczeń były zwięzłe.

Projekt przewiduje minimalną opłatę sądową w wysokości 100 zł.

W myśl projektu w sprawach o prawa majątkowe pobierana będzie opłata stała od pozwu – przy wartości przedmiotu sporu, a od apelacji przy wartości przedmiotu zaskarżenia:

1) do 500 złotych – 100 złotych;
2) ponad 500 złotych do 1 000 złotych – 150 złotych;
3) ponad 1 000 złotych do 2 000 złotych – 200 złotych;
4) ponad 2 000 złotych do 4 000 złotych – 300 złotych;
5) ponad 4 000 złotych do 6 000 złotych – 400 złotych;
6) ponad 6 000 złotych do 8 000 złotych – 500 złotych;
7) ponad 8 000 złotych do 10 000 złotych – 600 złotych;
8) ponad 10 000 złotych do 12 500 złotych – 700 złotych;
9) ponad 12 500 złotych do 15 000 złotych – 800 złotych;
10) ponad 15 000 złotych do 18 000 złotych – 900 złotych;
11) ponad 18 000 złotych do 20 000 złotych – 1 000 złotych.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.