Rozwój technologii ułatwia życie niepełnosprawnym. Roboty asystujące pomogą w codziennych czynnościach, a bioniczna proteza pozwoli odzyskać czucie

Rozwój technologii ułatwia życie niepełnosprawnym. Roboty asystujące pomogą w codziennych czynnościach, a bioniczna proteza pozwoli odzyskać czucie 1

Najnowsze technologie mają wiele do zaoferowania osobom niepełnosprawnym. Inteligentne domy pozwalają na kontrolowanie niemal wszystkich urządzeń za pomocą smartfona. Specjalne roboty asystujące mogą wspomóc niepełnosprawnych i chorych w codziennych czynnościach. W lubelskiej klinice neurologii testowany jest robot-asystent, który przypomni o wzięciu leku czy pomoże w gotowaniu. Jednym z największych osiągnięć jest projekt bionicznej ręki, która dzięki zabiegowi ponownego unerwienia kończyn, pozwoli zastąpić amputowaną rękę.

– Kiedyś innowacją był wózek inwalidzki. Dzisiaj mamy inteligentne domy, gdzie każdym elementem możemy sterować za pomocą zwykłego smartfona, a ludzie niepełnosprawni stają się coraz bardziej niezależni od innych osób – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Innowacje Katarzyna Bylińska z firmy ParrotOne, twórcy aplikacji i klawiatury dla osób niewidomych.

Lubelski robot powstał w ramach projektu RAMCIP i skierowany jest m.in. do osób z zaburzeniami pamięci, np. chorobą Alzheimera. Ma wspomóc chorych w samodzielnym funkcjonowaniu. Z jego funkcjonalnością w fazie testowej mogą zapoznać się pacjenci Kliniki Neurologii SPSK4 w Lublinie. Urządzenie pomoże sięgnąć po przedmiot, zakręci wodę i gaz czy przypomni o wzięciu leków i wskaże konkretne z nich.

– Roboty asystujące to ciekawy temat. Jeżeli pomyślimy o robocie humanoidalnym, który nie tylko będzie wyglądał jak człowiek, ale również poruszał się jak człowiek, będzie w stanie przewidzieć pewne rzeczy, będzie w stanie odczytać z mimiki twarzy, z temperatury ciała, w jakim stanie znajduje się niepełnosprawny – byłoby to świetne ułatwienie opieki nad osobami niepełnosprawnymi – twierdzi ekspertka.

Niezwykle ważnym osiągnięciem w dziedzinie poprawiania komfortu życia osobom niepełnosprawnym, a w tym przypadku osobom po amputacji kończyn, są bioniczne protezy. Działają one na podstawie interfejsu TMR (celowana reinerwacja mięśniowa) pośredniczącego pomiędzy technologią a człowiekiem. W ten sposób uszkodzone, np. w wyniku ataku rekina, kończyny zostają ponownie ukrwione i połączone z bioniczną protezą. Pacjent może korzystać z protezy w taki sam sposób, jakby była to jego ręka, czy noga. Obecnie naukowcy pracują nad czuciowymi funkcjami takich sztucznych kończyn.

– Nie wierzę w to, że jakakolwiek technologia będzie w stanie całkowicie wyeliminować pewną niepełnosprawność. Mamy protezy, ale nigdy nie staną się one prawdziwą ręką. Mam natomiast nadzieję, że postęp medycyny pozwoli na to, żeby osobom niepełnosprawnym przywrócić pełnosprawność – mówi ekspertka.

Firma ParrotOne prowadzi prace nad rozwiązaniami i aplikacjami, które ułatwią niepełnosprawnym codzienne życie, np. usprawnią ich komunikację ze światem. To aplikacja ParrotOne, będąca komunikatorem i inteligentną klawiaturą dotykową, dostosowaną do ograniczeń manualnych seniorów, niepełnosprawnych ruchowo i dzieci.

Jak wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego w Polsce żyje ok. 4,7 mln osób niepełnosprawnych. To 12,2 proc. obywateli naszego kraju.

Rośnie liczba innowacyjnych rozwiązań dla miast. Inteligentne latarnie naładują elektryczne auta i zwiększą zasięg 5G w miastach

Rośnie liczba innowacyjnych rozwiązań dla miast. Inteligentne latarnie naładują elektryczne auta i zwiększą zasięg 5G w miastach 2

Już w kilkunastu miastach na świecie, również w Polsce, działają oświetleniowe kolumny wielofunkcyjne Shuffle. Inteligentne latarnie umożliwią miastom rozszerzenie zasięgu 4G, a w przyszłości także 5G. Pozwolą także naładować samochód elektryczny czy zainstalować monitoring miejski. Metropolie i duże miasta coraz częściej szukają nowoczesnych rozwiązań. W skali globalnej wartość rynku inteligentnych miast do 2020 roku będzie wynosić około 1,5 bln dolarów.

– Kolumny wielofunkcyjne pozwalają na łączenie wielu funkcjonalności w jednym urządzeniu. Shuffle łączy w sobie funkcjonalności związane nie tylko z oświetleniem, ale dodatkowo z funkcjonalnościami typowo użyteczności publicznej, jak monitoring, nagłośnienie, hot-spoty, czy ładowanie samochodów – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Radosław Szalek, dyrektor ds. marketingu w Schreder Polska.

Na świecie rośnie liczba inteligentnych urządzeń i aplikacji. W takim kierunku podążają też największe metropolie. Według szacunków ONZ do 2050 roku dwie trzecie światowej populacji będzie zamieszkiwać małe i duże miasta. Zarówno obecnie, jak i w nadchodzących dekadach, miasta będą musiały się zmierzyć nie tylko z dynamicznym przyrostem liczby mieszkańców, lecz także z licznymi problemami. Coraz większa liczba mieszkańców sprawia, że przyszłością mogą okazać się urządzenia spełniające wiele funkcji.

– Kolumna Shuffle składana jest z wielu elementów. Działa na zasadzie klocków Lego, gdzie mamy podstawę słupa i do wyboru całą gamę modułów z różnymi funkcjonalnościami, które możemy konfigurować według własnych potrzeb. Mamy moduły ze wspomnianymi kamerami, nagłośnieniem, ładowarkami, oświetleniowe czy też nowość na rynku, moduł który pozwala na komunikację telefoniczną w zasięgu sieci 4G i 5G – wymienia Radosław Szałek.

Firma Schreder wspólnie z Huawei zaprezentowała Shuffle Site, urządzenie które pozwoli miastom zwiększyć zasięg 4G, a jednocześnie w przyszłości – także w technologii 5G, sieci komórkowej nowej generacji. W porównaniu do LTE stworzy wręcz rewolucyjne możliwości, oferując szybsze łącza komunikacji i większą przepustowość sieci. Większość ekspertów jest zgodna, że upowszechnienie 5G będzie początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej i umożliwi rozwój internetu rzeczy, czy rozwiązań smart city na masową skalę. Jednocześnie, zasięg sieci 5G będzie mocno ograniczony i będzie wymagał większej liczby punktów dostępowych. Takimi punktami mogą być inteligentne latarnie Shuffle.

Wielofunkcyjne systemy oświetleniowe są już obecne w kilkunastu miastach na świecie. Także w Polsce zostały zainstalowane m.in. w Warszawie, Krakowie, Zielonej Górze czy Wrocławiu. Moduły Shuffle Site z technologią 5G będą wdrażane w najbliższym czasie, także w Polsce.

– Skorzystają na tym przede wszystkim użytkownicy, ale także inwestorzy czy zarządcy dróg, którzy będą mogli w jednym urządzeniu połączyć wiele funkcjonalności, bez konieczności stawiania dodatkowych odbiorników do transmisji sieci 5G. Funkcjonalność sieci 5G to nowy projekt. Jest on w fazie wdrożeniowej, są na razie instalacje jedynie pilotażowe, natomiast prawdopodobnie w najbliższych miesiącach zostanie to wdrożone i pewnie także pierwsze instalacje pojawią się u nas w kraju – zapowiada ekspert.

Miasta, które dzięki innowacjom odpowiadają na potrzeby społeczne i ekonomiczne mieszkańców oraz realizują koncepcję zrównoważonego rozwoju, określa się mianem „inteligentnych”. Nowe technologie sprawiają nie tylko, że miasta stają się bardziej przyjazne i wygodne dla mieszkańców, lecz także przekładają się na obniżenie kosztów utrzymania i zwiększenie wydajności infrastruktury miejskiej.

Z raportu „Inteligentny Rozwój Miast” firmy Integrated Solutions, zajmującej się wdrażaniem inteligentnych rozwiązań dla samorządów, wynika że w skali globalnej wartość rynku inteligentnych miast do 2020 roku będzie wynosić już ok. 1,5 bln dolarów.

– Rozwiązania i technologie z pewnością będą podążały w kierunku smart city. Latarnia już nie tylko oświetla, ale staje się pewnego rodzaju nośnikiem danych. Samo oświetlenie staje się coraz bardziej inteligentne poprzez wprowadzanie systemów nadążnych, systemów dostosowania oświetlenia do panujących warunków, pozwala na obniżenie kosztów i zapewnienie komfortu mieszkańcom – ocenia Radosław Szałek.

NRPiP postuluje zwiększenie stawki żywieniowej w szpitalach

Stawki żywieniowe dla pacjentów w szpitalach – które ustalają kierownicy poszczególnych podmiotów leczniczych – wynoszą w większości placówek w Polsce 5 zł dziennie. To zbyt niska kwota dla osób wymagających wzmocnienia organizmu w chorobie czy po zabiegach. Niepokojące jest także, że rosną ceny energii, paliwa i żywności – a stawka żywieniowa jest cały czas na tym samym poziomie. Żywienie pacjenta jest bardzo istotną częścią procesu terapeutycznego. Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych dostaje sygnały od przedstawicieli zawodu, że chorzy w szpitalach są bardzo często niedożywieni.

 Tak niska stawka żywieniowa znacznie odbiega nawet od kosztów wyżywienia osób przebywających w więzieniach  powiedziała serwisowi eNewsroom Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych –  NRPiP zgłasza poważny problem i postuluje zwrócenie na niego uwagi przez Ministerstwo Zdrowia. Żywienie jest jednym z elementów terapii – źle odżywiony pacjent jest bardziej narażony na zakażenia czy odleżyny. To ważny i niezbędny element terapii, którego nie można pomijać – a przede wszystkim integralna część procesu leczniczego. Misja i obowiązki personelu medycznego – który bez wątpienia powinien być właściwie wynagradzany – powinny iść w parze z dbałością o bezpieczeństwo i jakość opieki nad pacjentem. Takie postulaty prezentujemy od wielu lat – systematycznie apelując do Ministra Zdrowia. Dlatego postulujemy zwiększenie stawek przeznaczonych na żywienie pacjentów, a także rozszerzenie pomocy dla osób leżących – które przy zbyt małej liczbie personelu pielęgniarskiego i pomocniczego często nie spożywają w ogóle podawanego im jedzenia. Posiłki zostają podane, a następnie niezjedzone przez chorego wracają do kuchni. Te zagadnienia powinny być uregulowane ogólnie przyjętymi standardami przez Ministerstwo Zdrowia lub przez procedury dotyczące jakości leczenia pacjentów w szpitalu – podsumowała Małas.

Branżę equity crowdfundingu czeka poważna zmiana. W kilka lat rynek może zanotować ogromny wzrost

Według ekspertów, podniesienie obecnego limitu kwoty oferty publicznej papierów wartościowych bez prospektu emisyjnego ze 100 tys. do 1 mln euro, wywoła wysyp sprzedaży akcji na nienadzorowanym rynku. Dzięki temu, rodzimy equity crowdfunding wzrośnie w tym roku z 20 do 50-80 mln, a w 2019 roku – do min. 100 mln zł. W kolejnych latach może dojść nawet do miliarda złotych. Dodatkowo, UKNF rozważa przyjęcie wyższej granicy – 5 mln euro. Gdyby do tego doszło, byłoby to pozytywną niespodzianką dla rynku. Wówczas Polacy mogliby zostać startupowym hubem Europy Środkowo-Wschodniej. Zmiany umożliwi Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady UE 2017/1129 z dnia 14 czerwca 2017 roku, które wejdzie w życie już 21 lipca br.

Duże zmiany

Dotychczas Komisja Nadzoru Finansowego nieugięcie trzymała się limitu 100 tys. euro rocznie na wprowadzanie do obiegu papierów wartościowych w drodze emisji publicznej. Wynika to z obecnie obowiązującej Ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych. Jest ona naszą formą implementacji Dyrektywy 2003/71/WE Parlamentu Europejskiego i Rady UE z dnia 4 listopada 2003 roku. Od połowy tego roku KNF nie będzie już nadzorował żadnej tego typu kampanii w kwocie nieprzekraczającej równowartości 1 miliona euro. zięki nowemu unijnemu prawu, ww. limit zwiększy się aż 10-krotnie.

– To będzie miało szczególne znaczenie dla polskich startupów, które zdobywają środki w kampaniach equity crowdfunding, finansowanych w tradycyjnym pieniądzu, czyli w złotym lub w euro. Będzie to tak samo ważne dla korzystających z tzw. Initial Coin/Token Offering, a więc pozyskujących fundusze w cyfrowalutach. W obu przypadkach równowartość ponad 4 mln zł zebranego publicznie kapitału na start i potem w każdym kolejnym roku pozwoli z większości projektów uczynić poważne i dochodowe biznesy – zapowiada Mariusz Sperczyński, szef inicjatywy bitSecurities.io.

Z kolei UKNF wskazuje, że mniejsi, polscy przedsiębiorcy nie mieli dotychczas ograniczonego dostępu do pozyskiwania kapitału w sposób publiczny. Przepisy umożliwiają zdobywanie środków w formie akcji, w ramach wyjątku od sporządzenia prospektu, do kwoty 2,5 mln euro. KNF dodaje również, że liczba spółek zainteresowanych uproszczonym finansowaniem wzrosła z 28 w 2016 roku do 35 w 2017 roku. Mają one także prawo ubiegać się o dopuszczenie do obrotu na NewConnect.

– Rozporządzenie nie dotyczy tylko debiutów typu NewConnect. Chodzi o znacznie wyższy, niż 100 tys. euro, limit ofert bez nadzoru, który wprowadzono już w niektórych państwach członkowskich. Dla przykładu, holenderski ustawodawca podniósł go w niektórych przypadkach do 5 milionów euro. Natomiast, zgodnie z nowym prawem unijnym, kampanie publiczne realizowane do miliona euro będą bez nadzoru. W kwotach od 1 do 8 mln euro państwa członkowskie będą mogły same zadecydować o regulacji ofert publicznych papierów wartościowych, odbywających się raz w roku – zaznacza Sperczyński.

Niemniej KNF stwierdza, że kwota oferty publicznej papierów wartościowych powinna być większa, niż 1 mln euro. Może to być nawet 5 mln euro, biorąc pod uwagę wielkość polskiego rynku i przeciętną wartość tego typu ofert. Jednak, zgodnie z rozporządzeniem unijnym, inwestorowi zawsze należy zapewnić dostęp do danych, umożliwiających podjęcie przemyślanej decyzji. Nawet w przypadku ofert do 1 mln euro kraje członkowskie mogą nakładać obowiązki informacyjne, niestanowiące niepotrzebnego obciążenia dla spółek.

– Będzie dużym zaskoczeniem, jeśli polski regulator pozwoli korzystać z limitu do 5 milionów euro w ramach NewConnect. Natomiast, liczę na to, że dla trybu bez nadzoru do miliona euro nie zostaną nałożone procedury dokumentu informacyjnego, zatwierdzanego przez jakąkolwiek instytucję. Byłoby to zdecydowanym odejściem od intencji nowego rozporządzenia. UE szczególnie zwraca uwagę na potrzebę obniżenia kosztów pozyskiwania środków przez firmy – dodaje ekspert z bitSecurities.io.

Tymczasem Piotr Biernacki, wiceprezes zarządu Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, ma nadzieję, że polski regulator wykorzysta górną granicę 8 mln euro, określoną przepisami unijnymi. Wówczas będzie można przeprowadzać oferty publiczne o wartości do ok. 33 mln zł, na podstawie dokumentu informacyjnego. Przygotowanie go jest prostsze, niż pełnego prospektu. To przełożyłoby się na niższe koszty pozyskania kapitału. Inwestorzy skorzystaliby na tym, że spółki częściej i łatwiej proponowałyby im objęcie nowych akcji lub obligacji.

Szansa dla Polski?

– Projekty poniżej 1 miliona euro otrzymają również możliwość transgraniczności na terenie UE poprzez zdjęcie nadzoru w jakimkolwiek kraju członkowskim. Może to oznaczać, że np. emisje papierów wartościowych, realizowane w tym trybie przez podmiot zlokalizowany w Polsce, będą mogły swobodnie korzystać z finansowania zagranicznych inwestorów. Dotychczas limit wynosił 100 tys. euro i niestety do niego należało wliczać też dodatkowe wartości dystrybucji, redystrybucji, czy obrotu wtórnego poza granicami kraju macierzystego. Wraz z nowym rozporządzeniem wartość emisji jest jednoznacznie interpretowana jako pierwotny wkład – zwraca uwagę Mariusz Sperczyński.

Jak przewiduje Arkadiusz Regiec, ekspert rynku crowdfundingowego, limit w wysokości 5 mln euro dałby naszym inwestorom szansę na zakup zagranicznych projektów, głównie z Europy Środkowo-Wschodniej. Wówczas Polska mogłaby stać się swego rodzaju hubem startupowym Międzymorza. Zyskałoby na tym też 20 tys. rodzimych informatyków. Zdaniem szefa platformy Beesfund, z odpowiednim kapitałem mają oni potencjał do tego, żeby zmienić swoje projekty w globalne biznesy. Traktując emisję papierów wartościowych jako dopełnienie funduszy Venture Capital i środków z Polskiego Funduszu Rozwoju, mogą osiągnąć naprawdę wiele.

– Sądzę, że Polska ma szansę na to, aby stać się atrakcyjnym miejscem do rozwoju startupów z Europy Środkowo-Wschodniej, ale nie nastąpi to wyłącznie dzięki zmianom w przepisach dotyczących pozyskiwania kapitału. Trzeba pamiętać o tym, że rozporządzenie prospektowe dotyczy wszystkich krajów członkowskich, więc inni w naszym regionie mogą stworzyć podobne do polskich regulacje – podkreśla Piotr Biernacki.

Szef inicjatywy bitSecurities.io. uważa, że kluczowe będzie zapewnienie Polsce statusu państwa przyjmującego emisję papierów wartościowych do 1 miliona euro bez rozbudowanych obowiązków informacyjnych. Ekspert proponuje, aby nasz regulator wdrożył wersję oddającą wolnemu rynkowi sprawy w tym trybie. To pomoże w lokalizacji na terenie kraju szeregu inicjatyw, pochodzących także spoza wspólnoty i korzystających np. z equity crowdfundingu w pierwszej fazie działalności. Potencjał jest szczególnie wysoki w mikrobiznesach elektronicznych, które mogłyby do nas trafić i tu się rozwijać, na bazie przepisów UE. Oczywiście należy podejrzewać, że Estonia czy Słowacja też dadzą im taką możliwość. Z kolei Litwa już nas wyprzedza w wyścigu o pozycję lokalnego lidera w zakresie fintech. Sprytne wykorzystanie rozporządzenia pozwoliłoby nam odwrócić ten trend.

– Do prowadzenia biznesu w wybranym kraju, zwłaszcza na wczesnych etapach rozwoju firmy, potrzeba wielu zachęt, których obecnie brakuje w Polsce. Przede wszystkim przedsiębiorcy oczekują stabilnego prawa i pewności, że otoczenie regulacyjne nie pogorszy się dla nich. Przydałyby się nam też np. zmiany przepisów, które spowodują realne zmniejszenie kosztów funkcjonowania MŚP. Oczywiście wiele rodzimych podmiotów zyska na wprowadzeniu rozporządzenia unijnego, ale to kropla w morzu tutejszych potrzeb – tłumaczy Piotr Biernacki.

Wysyp ofert

Ekspert z platformy Beesfund zauważa, że już teraz wiele podmiotów przygotowuje się do emisji papierów wartościowych, według nowego prawa. Biorąc pod uwagę, że na opracowanie kampanii potrzeba kilku miesięcy, na jesieni należy spodziewać się eksplozji ofert. Regiec prognozuje, że przy limicie 1 mln euro do końca roku wartość rodzimego equity crowdfundingu wzrośnie z obecnych 20 do 50-80 mln zł, a w 2019 roku – do minimum 100 mln zł. W ciągu kilku lat ten segment w Polsce osiągnie poziom nawet 1 mld zł obrotu. Im wyższy okaże się limit, tym mniejsza stanie się luka kapitałowa, a na tym zyska cała gospodarka. Equity crowdfunding, który na świecie istnieje od ok. 5-6 lat, a u nas dopiero zaczyna być odkrywany, za 10 lat będzie już typowym źródłem finansowania w naszym kraju.

– Wiele podmiotów na rynku potrzebuje dostępu do różnych rodzajów finansowania. Są to przede wszystkim innowacyjne startupy, które starają się pozyskać kapitał poza systemem bankowym. Jednakże nowe unijne przepisy otworzą szerokie możliwości, także dla bardziej dojrzałych przedsiębiorstw, np. w zakresie jednolitych w UE prospektów emisyjnych. W przypadku ofert do miliona euro faktycznie trzeba oczekiwać dużego wysypu emisji akcji na prywatnym, nienadzorowanym rynku – przewiduje Sperczyński.

W opinii Arkadiusza Regieca, podniesienie limitu, nie tylko na sprzedaż akcji, ale i obligacji, spowoduje, że wiele spółek już działających ze sprawdzonym modelem biznesowym sięgnie po tę szansę. Mogą to być rodzinne firmy, powstałe nawet w latach 90. ubiegłego wieku. Ekspert spodziewa się, że wkrótce wiele skrywanych dotąd projektów ujrzy światło dzienne, dzięki możliwości sfinansowania ich. Ponadto, żadnym zaskoczeniem nie będzie aktywność startupów. Według raportu Startup Poland, aż 11% tego typu podmiotów deklaruje, że będzie szukało finansowania właśnie w crowdfundingu. Dla porównania, w 2016 roku było to zaledwie 3%.

– Moim zdaniem, rozporządzenie unijne nie zwiększy znacząco ilości ofert emisyjnych zarówno na rynku regulowanym, jak i nieregulowanym. Teoria hierarchii źródeł finansowania wskazuje, że jeżeli przedsiębiorstwa potrzebują kapitału, to w pierwszej kolejności dążą do zatrzymania w firmie jak największej części wypracowanego zysku. Jeśli to nie wystarcza, sięgają po kredyty. Dopiero, gdy dochodzą do kresu możliwości finansowania długiem, szukają kapitału w drodze emisji akcji czy udziałów. To się sprawdza szczególnie w polskich warunkach, gdzie panuje bardzo zachowawcze podejście do finansowania działalności i rozwoju – ocenia dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Jak podsumowuje Mariusz Sperczyński, w tradycyjnym modelu oddanie części firmy akcjonariuszom publicznym jest uważane za ostateczność. Jednak w tzw. nowej ekonomii, opartej na mechanizmie społecznościowym, startup walczy o jak największą liczbę udziałowców. Chodzi o szybką adaptację nowego biznesu w środowisku, do którego jest kierowany. Aktywność zwolenników w social mediach zwiększa szansę na pełen rozwój projektu. Jednak twórca przedsięwzięcia wciąż zachowuje nad nim kontrolę. Mechanizm sprawdził się już w Wielkiej Brytanii, w USA oraz na transgranicznym rynku, czyli w świecie tzw. Initial Coin Offering. Rozporządzenie unijne pozwoli istotnie zwiększyć udział społecznościowy akcjonariuszy w budowie nowego biznesu. Najbliższe dwa lata pokażą, czy polski rynek dołączy do nowego trendu, czy pozostanie w cieniu innych gospodarek.

Profil ryzyka polskiego inwestora: ultrakonserwatywny

Tylko 4 proc. Polaków skusiłoby się na inwestycję w fundusze, gdyby zysk miał wynieść 10 proc. Reszta boi się stracić oszczędności i woli trzymać je w banku. Tymczasem istnieje mnóstwo sposobów jak zadbać o bezpieczeństwo naszych zasobów i przy tym zarobić, korzystając z możliwości rynku kapitałowego.

Rosyjskie przysłowie „Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana” wśród polskich  inwestorów jest zupełnie niepopularne. Co więcej, jak wynika z najnowszej edycji raportu BGŻOptima „Polak Oszczędny”, jesteśmy bardzo konserwatywni, jeśli chodzi o profil ryzyka inwestycyjnego.

Badanie potwierdziło, że gros respondentów trzyma pieniądze w bankach, gdzie oferty sprzyjają lokowaniu w produkty o krótkim terminie zapadalności. „Trzyma” jest właściwym określeniem, ponieważ z wypowiedzi badanych wynika, że jest im dość obojętne, czy to jest lokata czy zwykły rachunek oszczędnościowy.

Zysk ma wtórne znaczenie wobec poczucia bezpieczeństwa, które jest dla Polaków priorytetem. Jest ono rozumiane bardzo wąsko, jako ochrona przed utratą posiadanego kapitału, nawet za cenę utraty potencjalnych zysków. Aż 68 proc. badanych mówi, że trzymanie pieniędzy w banku jest nieopłacalne. Mimo to pieniądze szerokim strumieniem płyną do banków, bo większość Polaków z założenia odrzuca wszelkie instrumenty związane z jakimkolwiek ryzykiem. Jak pokazało badanie BGŻOptima, ok. 7 proc. badanych nie jest w ogóle zainteresowanych produktami inwestycyjnymi i nic nie jest w stanie przekonać ich do przeznaczenia na nie części oszczędności.

Lepszy wróbel w garści

Awersja do ryzyka jest podobna w każdej grupie dochodowej. W sumie aż 81 proc. badanych przedkłada bezpieczeństwo nad zysk. Obawa przed poniesieniem straty jest tak silna, że tylko 4 proc. respondentów zadeklarowało gotowość wejścia w inwestycję bez gwarancji kapitału, gdyby potencjalny zysk wyniósł 10 proc.

Wśród najbezpieczniejszych instrumentów finansowych badani wymienili produkty depozytowe oraz obligacje skarbowe. Równocześnie bardzo nisko w hierarchii bezpieczeństwa umieścili np. zakup jednostek funduszy obligacji, zrównoważonego rozwoju lub uczestnictwo w Pracowniczych Programach Emerytalnych, które z założenia nie są obarczone najwyższym poziomem ryzyka.

Strach ma wielkie oczy

Uważniejsza lektura badań wskazuje, że niechęć do ryzyka dyktowana jest tylko w części obawami przed poniesieniem straty, a w znacznym stopniu wynika też z niewiedzy. Trudno o inne stwierdzenie jeśli wśród stosunkowo bezpiecznych inwestycji ankietowani wymieniają lokowanie kapitału w złoto i biżuterię, antyki, dzieła sztuki i oczywiście – nieruchomości, kupowane z zamiarem odsprzedaży oraz na wynajem. Te ostatnie uważane są za inwestycje pewniejsze niż obligacje rządowe.

Tymczasem dane historyczne pokazują, że lęk przed rynkiem kapitałowym to strach, który ma wielkie oczy, a to niesprzyja podejmowaniu racjonalnych decyzji. Z analizy BGŻOptima wynika, że w minionych pięciu latach na lokacie można było zarobić 14,8 proc., podczas gdy najlepsze fundusze (akcji polskich), zarobiły ponad 30 proc., a WIG poszedł w górę o 44 proc. Interesujące są również wyniki aktywów, przyjmowanych powszechnie za najlepszy sposób na inwestycje. W tym samym czasie wynajem nieruchomości w największych polskich miastach przyniósł zysk na poziomie od 2,36% do 12,35%. Natomiast złoto straciło na wartości aż 25 proc.

Ignorując instrumenty rynku kapitałowego pozbawiamy się tym samym możliwości efektywnego pomnażania oszczędności. Awersja do ryzyka jest zrozumiałą postawą, niemniej istnieje szereg rozwiązań pozwalających ograniczyć ryzyko inwestycyjne, lokując pieniądze w różne instrumenty.

Czego nie wiemy

Odpowiedzi respondentów wskazują, że ich wiedza na temat możliwości inwestycyjnych jest niepełna, a czasem odwołuje się do stereotypowych wyobrażeń o najlepszych sposobach pomnażania kapitału.

Tymczasem oferta produktów oszczędnościowych i inwestycyjnych jest bogata i obejmuje zarówno instrumenty bardzo bezpieczne, jak i bardziej ryzykowne. Inwestorzy z dużą awersją do ryzyka, zainteresowani przede wszystkim ochroną kapitału, powinni zapoznać się z zasadami działania lokat strukturyzowanych i lokat z funduszem. Niskim poziomem ryzyka charakteryzują się też wybrane fundusze. Wrzucanie ich wszystkich do jednego worka i opatrywanie etykietą instrumentów wysokiego ryzyka, nie oddaje prawdy o złożoności tego rynku. Mamy bowiem tutaj rozwiązania odpowiednie dla inwestorów o małej tolerancji na ryzyko, a więc fundusze obligacji i fundusze rynku pieniężnego, bardzo płynne, umożliwiające łatwe wyjście z inwestycji. Dalej są fundusze średniego ryzyka, jak obligacji korporacyjnych. Potem dopiero fundusze akcji, przy których potrzebne są już nieco silniejsze nerwy i przede wszystkim dłuższa perspektywa inwestycyjna.

Szkoda tracić szansę

Żelazną zasadą każdego inwestora jest dywersyfikacja portfela w celu zwiększenia szans na zysk, ale też by skuteczniej chronić się na wypadek niepowodzenia, wybór którejś z inwestycji. Trzymanie pieniędzy na koncie bankowym daje poczucie bezpieczeństwa, jednak spokojny sen można zapewnić sobie równie skutecznie poprzez odpowiedni dobór produktów finansowych.

Nie trzeba wszystkich pieniędzy wpłacać do jednego funduszu, można je podzielić między kilka, zachowując większość środków na lokacie bankowej. Od kilku lat oprocentowanie depozytów systematycznie maleje. Szkoda przegapić szansę na dodatkowy zarobek. Niewiele ryzykując można uzyskać interesujący zwrot z kapitału.

***
Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

Preferencje kulinarne Polaków i Koreańczyków dzieli przepaść. Wymiana handlowa rośnie, ale jej poziom jest niewielki

Preferencje kulinarne Polaków i Koreańczyków dzieli przepaść. Wymiana handlowa rośnie, ale jej poziom jest niewielki 3

Polscy sportowcy walczą o medale w Korei Południowej, a krajowe firmy – o tamtejszych konsumentów. W ciągu 11 miesięcy 2017 roku wartość eksportu produktów rolno-spożywczych wzrosła o blisko 50 proc., jednak na tle innych rynków wymiana handlowa jest jednak stosunkowo niewielka. Przyczyną mogą być różne gusta kulinarne – oceniają analitycy BGŻ BNP Paribas. Polacy jedzą prawie dwa razy więcej mleka i przetworów mlecznych, za to dwukrotnie mniej warzyw niż Koreańczycy.

 Wymiana handlowa między Polską a Republiką Korei jest śladowa, chociaż w 2017 roku odnotowaliśmy bardzo duży wzrost eksportu i importu. Eksport wzrósł prawie o 50 proc., natomiast wynosi tylko około 50 milionów euro, czyli 1 proc. całego naszego eksportu poza rynki unijne. Znaczenie Korei w naszym eksporcie jest jednak niewielkie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marta Skrzypczyk, dyrektor ds. rynków rolnych w BGŻ BNP Paribas.

Po pierwszych 11 miesiącach 2017 roku wartość eksportu rolno-spożywczego z Polski do Korei wyniosła 53,1 mln euro, co oznacza ponad 53-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Sprzedajemy przede wszystkim skrobię (10,4 mln euro), suszone owoce (7,3 mln euro), sery i twarogi (6 mln euro). Blisko 3 mln euro wyniosła sprzedaż piwa.

– W Korei także konsumuje się piwo, ale znacznie mniej niż w Polsce. W naszym kraju to prawie 100 litrów rocznie na mieszkańca, w Korei zaś ok. 40 litrów rocznie – wskazuje Marta Skrzypczyk.

Jeszcze szybciej od eksportu rósł import, bo o 71 proc. Łączna wartość sięgnęła jednak zaledwie 12 mln euro. Polacy kupują głównie napoje bezalkoholowe (6 mln euro) oraz esencje i koncentraty z kawy, herbaty lub maté (4,6 mln euro).

– To, że wymiana handlowa jest niewielka, wynika z tego, że dieta Polaków i Koreańczyków bardzo mocno się różni. Jest to zgodne z naszym stereotypowym wyobrażeniem o tym, co się je w Azji i Europie. Dieta przeciętnego Polaka składa się z produktów zbożowych, nabiału i mięsa, natomiast Koreańczyka – z warzyw, ryżu i owoców morza – mówi Skrzypczyk.

Przeciętny Koreańczyk spożywa rocznie 206 kg warzyw, podczas gdy Polak niemal dwukrotnie mniej (108 kg). W przypadku owoców różnica wynosi zaledwie 10 proc na korzyść gospodarza Zimowych Igrzysk Olimpijskich (67 do 60 kg rocznie). Polacy konsumują za to zdecydowanie więcej mleka i produktów mleczarskich. W Korei to 29 kg na mieszkańca, czyli o 86 proc. mniej niż w naszym kraju. Polacy nie wyobrażają sobie życia bez produktów zbożowych, głównie pszenicy. Średnio rocznie spożywają 109 kg zbóż, przy nieco ponad 50 kg w Korei. Koreańczycy wybierają ryż, w Polsce zaś jemy go w znikomych ilościach (odpowiednio 85 kg i 1 kg).

– Koreańczycy i Polacy jedzą mięso. My jemy znacznie więcej wieprzowiny. Koreańczycy z kolei znacznie więcej wołowiny, około 15 kg roczni. U nas to około 2 kg rocznie – wymienia ekspertka BGŻ BNP Paribas.

Polacy najczęściej wybierają wieprzowinę (46 kg przy 33 kg w Korei) i drób (27 do 16 kg). Stosunkowo niska popularność wołowiny w naszym kraju może wynikać z jej wysokiej ceny. W Korei, gdzie społeczeństwo jest znacznie bogatsze, czerwone mięso je się zdecydowanie częściej, podobnie jak ryby i owoce morza (53 kg, czyli niemal 5-krotnie więcej niż w Polsce).

– Według danych Banku Światowego PKB per capita w 2016 roku wynosiło w Korei 27,5 tys. dolarów, natomiast w Polsce jest o ponad połowę niższe. Możliwości zakupów Koreańczyków są więc dużo większe – przekonuje Marta Skrzypczyk.

Co piąty Polak cierpi na szumy uszne. To dolegliwość często bagatelizowana przez pacjentów

Co piąty Polak cierpi na szumy uszne. To dolegliwość często bagatelizowana przez pacjentów 4

Około 20 proc. dorosłych Polaków cierpi na szumy uszne, a dla 5 proc. ta dolegliwość jest poważnym problemem. Trwające powyżej pięciu minut i częściej niż dwa razy w tygodniu szumy uszne występują także u 6 proc. dzieci – podaje Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu. Długotrwałe, nasilone dzwonienie, dudnienie, pisk, gwizdanie albo szumienie w uszach może być symptomem poważniejszej choroby i każdorazowo wymaga dokładniejszej diagnostyki. Eksperci przypominają o niej w zakończonym właśnie Tygodniu Świadomości Szumów Usznych.

Szumy uszne to dźwięki, które słyszy się w jednym lub w obu uszach, w głowie, a czasem poza głową. Mogą one brzmieć różnie, to nie musi być konkretnie szum. Może to być pisk, gwizd lub dzwonienie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. med. Danuta Raj-Koziak, otolaryngolog, audiolog i foniatra, kierownik Zakładu Szumów Usznych w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu.

Szacuje się, że szumów usznych doświadcza 20 proc. dorosłych Polaków, przy czym dla około 5 proc. ta dolegliwość stanowi już znaczący problem. Z badań przeprowadzonych przez Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu wynika, że szumy uszne występują także u 6 proc. dzieci. Dla około 1,5 proc. dzieci jest to problem, który im istotnie dokucza.

Nie każdy rodzaj szumu jest istotny klinicznie. Chwilowe dzwonienie w uszach, które trwa kilka sekund, nie ma znaczenia klinicznego i nie należy się go obawiać. Szumy istotne klinicznie to takie, które trwają co najmniej 5 minut i pojawiają się częściej niż dwa razy w tygodniu. Taka dolegliwość wymaga diagnostyki – mówi dr n. med. Danuta Raj-Koziak.

Przyczyny szumów usznych mogą być bardzo różne i powstawać na każdym poziomie drogi słuchowej. Nie istnieje uniwersalna terapia, która byłaby skuteczna w każdym takim przypadku. Pacjenci, którzy doświadczają nasilonych szumów, gwizdów, dzwonienia czy szelestów w uszach, wymagają ukierunkowanych badań.

– To nie jest tak, że my od razu wiemy, gdzie znajduje się problem. Musimy podjąć diagnostykę, przebadać cały układ słuchowy i znaleźć miejsce powstawania szumów usznych. Najczęściej znajduje się ono w układzie słuchowym. Na podstawie przeprowadzonej diagnostyki, która poparta jest badaniami audiologicznymi, stawiamy diagnozę i proponujemy dalsze postępowanie w zależności od stwierdzonego schorzenia – mówi dr n. med. Danuta Raj-Koziak.

Przykładowo, szumy uszne mogą być objawem otosklerozy – to choroba charakteryzująca się postępującym niedosłuchem, której towarzyszą szumy uszne, a skutecznym leczeniem w jej przypadku jest operacja. Może to być również symptom choroby Meniere’a, której – obok postępującego niedosłuchu – towarzyszą zawroty głowy. Szumy uszne mogą również towarzyszyć pacjentom, którzy mają nadciśnienie, zmiany miażdżycowe, chorobę niedokrwienną serca, cukrzycę albo zaburzenia hormonalne.

– Pacjent potrafi dokładnie określić, w jakich sytuacjach szumy najbardziej mu dokuczają. Z reguły pojawiają się wieczorem, przed zaśnięciem, kiedy robi się cicho i nagle pacjent zaczyna te szumy bardzo wyraźnie słyszeć. Jeżeli zaburzają zasypianie, powodują problem z koncentracją, uniemożliwiają czy utrudniają pracę albo wypoczynek, jest to już problem, który ma niekorzystny wpływ na pacjenta. My, diagnozując pacjenta, używamy kwestionariuszy, przy pomocy których jesteśmy w stanie ocenić stopień dokuczliwości szumów usznych i na tej podstawie kwalifikujemy do odpowiedniego leczenia – mówi dr n. med. Danuta Raj-Koziak.

Instytut Fizjologii i Patologii Słuchu był pierwszą jednostką W Polsce, który stworzył pacjentom z szumami usznymi instytucjonalne warunki do ich diagnostyki i terapii zarówno w ramach porad ambulatoryjnych jaki i diagnostyki szpitalnej.

– Nasze społeczeństwo się starzeje, a liczba pacjentów z szumami usznymi znacząco wzrasta. Obserwujemy to w poradni. Świadomość tego problemu też jest coraz większa, a my walnie się do tego przyczyniliśmy. Wciąż jednak jest wiele do zrobienia. Temu służą takie akcje jak Tydzień Świadomości Szumów Usznych, którego celem jest przekazywanie informacji na temat problemu, zachęcanie do podjęcia diagnostyki i ewentualnie rozwiązania tej dolegliwości – mówi kierownik Zakładu Szumów Usznych w Instytucie Fizjologii i Patologii Słuchu.

Branża hotelarska zmaga się z niedoborem pracowników. Konieczne inwestycje w automatyzację

Branża hotelarska zmaga się z niedoborem pracowników. Konieczne inwestycje w automatyzację 5

Duża konkurencja ze strony apartamentów i obiektów na krótkoterminowy wynajem oraz rosnące koszty pracy powodują, że hotele muszą szukać sposobów na podniesienie rentowności i przyciągnięcie gości. To jest jednak trudne ze względu na brak dostępnych pracowników. Dlatego branża coraz częściej zmienia politykę kadrową i inwestuje w szkolenia, by utrzymać personel. Odpowiedzią na ten problem są również inwestycje w automatyzację.

Bezrobocie na poziomie 6,9 proc., emigracja zarobkowa i obniżony wiek emerytalny to czynniki, które wpłynęły na mniejszą liczbę pracowników na polskim rynku. Dla branży hotelowej oznacza to trudności ze znalezieniem chętnych do pracy. W krótkim okresie rozwiązaniem było zatrudnianie cudzoziemców.

– Bardzo szybko i to źródło się wysyciło, wobec czego hotele, by zadbać o jakość usług, muszą starać się o to, by pracownicy ich nie opuszczali i by zachować ich lojalność. To nie jest łatwe, bo większość hoteli nie jest hotelami sieciowymi i stworzenie ścieżki rozwoju nie jest takie proste – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Marcin Dragan, dyrektor zarządzający firmy Profitroom.

Duża rotacja pracowników powoduje wzrost kosztów pracy. To obok coraz mniejszej dostępności kadr kolejne wyzwanie dla działów HR hoteli i sieci hotelowych. Kluczowe będzie zatrzymanie pracowników doświadczonych i taki system szkoleń i motywacji, który zachęci do pracy w branży ludzi młodych. To o tyle trudne, że przedstawiciele pokolenia Y mają inne wymagania niż starsi pracownicy. Zdecydowanie większą wagę przywiązują do równowagi między pracą a życiem prywatnym.

– Będzie to wymagało od hoteli zrewidowania swojej polityki kadrowej, zbudowania ścieżek karier, zapewnienia odpowiednich szkoleń, żeby pracownicy chcieli pozostać w danym hotelu, żeby nie musiał on cały czas pozyskiwać nowych i ciągle ich szkolić. Wówczas są to niewspółmiernie większe koszty – mówi Marcin Dragan.

Rywalizacja o pracowników będzie rosła równolegle ze wzrostem liczby obiektów. W okresie 2017–2019 tylko na gdańskim rynku pojawi się ok. 1, 5 tys. nowych pokoi hotelowych, co oznacza wzrost o 50 proc. Z kolei w Warszawie w perspektywie najbliższych lat baza pokoi hotelowych ma wzrosnąć o 35–40 proc. Branża będzie musiała się zmierzyć z rosnącą presją na podwyżki płac, rosnącymi kosztami, a co za tym idzie – spadkiem rentowności obiektów.

– Spadają średnie ceny, tzw. ADR. Jesteśmy już prawdopodobnie na szczycie cyklu koniunkturalnego. Pomimo tego, że popyt rośnie, to także bardzo mocno wzrosła podaż obiektów i apartamentów na krótki najem. Efekt jest taki, że hotele muszą podnieść wskaźniki obłożenia, żeby zrealizować dany przychód, co z kolei przy problemach kadrowych będzie pewnym wyzwaniem – wyjaśnia Marcin Dragan.

Z tym wyzwaniem hotele starają sobie radzić również poprzez automatyzację niektórych prac. Wiele hoteli już dziś korzysta z automatycznych systemów rezerwacji.

– Wszystkie prace, które są żmudne, nieefektywne, kosztochłonne, ale też nieprzyjemne dla pracownika, powinny być zautomatyzowane. Automatyzację obserwujemy szczególnie w obszarze sprzedaży i marketingu – podkreśla Marcin Dragan.

Przykładem mogą być zautomatyzowane platformy marketingowe. Reklamy oparte na automatyzacji zajmują dziś 93 proc. przestrzeni reklamowej wydawców, w tym Google. Według ZenithOptimedia w mijającym roku wykorzystanie reklam programatycznych wzrosło o 31 proc., podczas gdy wykorzystanie reklam w mediach społecznościowych i reklam wideo odpowiednio o 25 i 20 proc. Branża hotelarska korzysta z rozwiązań, które sprawdzają się w przypadku e-commerce.

W 2018 roku hotele powinny też przyjrzeć się swojej ofercie pod kątem zmieniających się potrzeb i gustów klientów. Trendem, który wkracza na rynek usług hotelowych jest slow travel. Goście nie chcą już brać udziału w objazdówkach, przenosząc się z miejsca na miejsce. Wybierają pobyty dłuższe związane z poznawaniem ludzi i kultury danego miejsca. Do lamusa odchodzi model turystyczny typu 3 x S (ang. sea, sun, sand), popularność zyskuje zaś formuła 3 x W (wolno, wnikliwie, wyjątkowo).

– Goście oczekują doświadczeń, nowych wrażeń, nie samego bed & breakfast, lecz szczególnej oferty związanej z eksploracją miejsca, z doświadczaniem go i lokalnych tradycji. To świetna szansa dla obiektów nieoczywistych turystycznie, które mogą zaoferować nietypowy zakres usług – mówi Marcin Dragan.

Większe hotele i sieci powinny szukać pomysłów na unikalne oferty dostosowane do potrzeb gości, biorąc pod uwagę oczekiwania różnych grup, np. smakoszy, amatorów domków na drzewach czy glampingu (glamour + camping). Coraz ważniejszym trendem są też wyjazdy dla rodzin wielopokoleniowych, tak zwane 3G. Dlatego hotele muszą postawić na atrakcje dla gości z różnych grup wiekowych.

– Często widzimy sytuacje, że rezerwacje składane są przez rodziców dzieci, którzy jadą na rodzinny wyjazd z dziadkami – dodaje Marcin Dragan.

Większe zainteresowanie najmem napędza rynek nieruchomości. Rośnie znaczenie lokali wynajmowanych na krótki czas

Większe zainteresowanie najmem napędza rynek nieruchomości. Rośnie znaczenie lokali wynajmowanych na krótki czas 6

Ponad połowa Polaków, którzy inwestują, decyduje się na nieruchomości. Rok 2018 może być pod tym względem rekordowy. Do takich inwestycji przekonuje ich coraz większe zainteresowanie najmem zarówno krótko-, jak i długoterminowym. Na ten ostatni wpływa rosnąca liczba pracowników i studentów z zagranicy. Na rynek najmu trafi też część klientów, którzy nie zdążyli na dopłaty z MdM. Choć rośnie popyt, problemem może wkrótce stać się podaż. Na rynku coraz mniej jest dostępnych gruntów pod budowę kolejnych inwestycji, dodatkowo koszty prac wykończeniowych rosną, a spada dostępność ekip.

 Rynek najmu jest rozgrzany. Zarówno jeśli chodzi o inwestycje w mieszkania – spodziewamy się, że to będzie kolejny rok intensywnych inwestycji w mieszkania ze strony inwestorów indywidualnych, ale pewnie też zaczną się trochę bardziej aktywizować inwestorzy instytucjonalni – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Kaźmierczak, partner zarządzający Grupą Mzuri.

Dane Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami w 2016 roku już 51 proc. inwestujących Polaków wybrało nieruchomości jako formę lokowania kapitału.

– Polacy bardzo chętnie inwestują w mieszkania pod wynajem, bo jest to względnie bezpieczna alternatywa dla lokat bankowych, gdzie oprocentowanie jest 3-4-krotnie niższe – tłumaczy Artur Kaźmierczak.

W 2017 roku do użytku oddano 178,2 tys. mieszkań, o ponad 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Duża część z nich trafiła na najem. W tym roku zainteresowanie taką formą inwestycji będzie rosnąć, zwłaszcza w segmencie najmu krótkoterminowego.

– Staje się on bardzo modny. Wiele osób się nad nim zastanawia, bo przynosi dużo większe przychody, choć wiąże się z dużo większymi kosztami. Rozwój tego segmentu rynku może być bardzo ciekawy – prognozuje Kaźmierczak.

Przy wyborze mieszkania pod najem krótkookresowy inwestor powinien brać pod uwagę lokalizację, wielkość i standard nieruchomości, warto też sprawdzić konkurencję w okolicy. Zyski z takiego najmu mogą jednać znacznie przekraczać te z najmu długoterminowego, dlatego operatorzy najmu krótkoterminowego, zwłaszcza ci oferujący np. czynsz gwarantowany, mogą cieszyć się zainteresowaniem.

Zdaniem eksperta także sytuacja na rynku najmu długoterminowego będzie coraz lepsza. Duży wpływ na to ma coraz większa liczba cudzoziemców. Jak podaje Grupa Mzuri, stanowią oni nawet 10 proc. na rynku najmu. Rośnie też grupa zagranicznych studentów, którzy wybierają polskie uczelnie – według GUS tylko w roku akademickim 2015/2016 było ich ok. 60 tys. Rynek najmu może też napędzać zakończony program Mieszkanie dla Młodych – rządowe dopłaty służyły często za wymagany wkład własny, dzięki czemu na kredyt hipoteczny mogło sobie pozwolić więcej osób. Na popularność najmu wpływają też inne oczekiwania społeczeństwa.

– Coraz więcej osób mieszka w wynajętych mieszkaniach i albo chcą, albo muszą to robić. Chcą, bo np. planują przenieść do innego miasta, może do innego kraju. Może ze względu na to, że nie chcą wiązać się kredytem, słyszeli dużo o frankowiczach, o tym, że kredyt to kotwica u szyi. Z drugiej strony jest duża grupa, która może chciałaby mieć własne mieszkanie, ale wymogi, które KNF narzuca bankom odnośnie wkładu własnego, skutecznie na wiele lat wykluczają takie osoby z możliwości kupna mieszkania na kredyt, nie mówiąc już o zakupie za gotówkę – podkreśla Kaźmierczak.

Z kolei do inwestycji w nieruchomości mogą przyciągnąć spadająca liczba pustostanów (na podstawie zarządzanych nieruchomości Mzuri ocenia ich odsetek na 4,8 proc. w 2017 roku przy 6,1 proc. rok wcześniej) i rosnące ceny najmu.

– W ciągu ostatnich 12 miesięcy najmocniej wzrosły czynsze najmu w Łodzi – o 6,1 proc. Na drugim miejscu spośród dużych miast była Warszawa (niecałe 5 proc.). Mamy też takie miasta jak Poznań, gdzie czynsze najmu nieznacznie, ale jednak spadły. Natomiast patrząc na całość rynku, widzimy, że stawki rosną – ocenia ekspert.

Jak wskazuje Kaźmierczak, mimo rosnącego popytu, niewiadomą jest sytuacja na rynku deweloperskim.

– Ograniczona jest podaż gruntów, co staje się dużym problemem. Rosną dość istotnie koszty wykonawstwa i dostępność firm wykonawczych. Deweloperzy mają więc przed sobą trudny rok, w którym będą podejmować trudne decyzje. Nie mają za bardzo na czym budować, chyba że ktoś ma bank ziemi, ale ciężko jest ten bank odnawiać, a z drugiej strony ceny wykonawstwa rosną tak szybko, że powoduje to dużą niepewność na rynku – mówi partner zarządzający Grupą Mzuri.

Koszty prac budowlano-montażowych w budynkach mieszkalnych wzrosły w ciągu roku o 1,3 proc., najszybciej montaż osprzętu instalacyjnego (o 4,3 proc.), instalacje (w zależności od typu od 1,2 do 2,3 proc.), czy tynkowanie (1,2–2,8 proc.). Wyższe są też ceny materiałów budowlanych.

– Inwestorzy mogą się natknąć na taką barierę w dostępności fachowców. Jest ich coraz mniej, a przynajmniej ich liczba nie rośnie jak rośnie liczba remontów. Przekłada się to na rosnące ceny i wydłużające się terminy, a wręcz może się zdarzyć, że ekipa porzuci remont, żeby się pracować gdzie indziej, gdzie uzyskają lepszą cenę – prognozuje Artur Kaźmierczak.

OFE do likwidacji jeszcze w tej kadencji Sejmu. Polacy będą mieć większy wpływ na inwestowanie odkładanych pieniędzy

OFE do likwidacji jeszcze w tej kadencji Sejmu. Polacy będą mieć większy wpływ na inwestowanie odkładanych pieniędzy 7

W 2019 roku ma nastąpić ostateczna reforma OFE, czyli ich likwidacja. Zamiast nich zostaną wprowadzone pracownicze plany emerytalne, a trzy czwarte środków zgromadzonych w OFE trafi na prywatne konta oszczędzających. Zdaniem ekspertów będzie to oznaczać konieczność założenia rachunku w rodzaju IKZE i możliwość wyboru strategii inwestycyjnej. To z kolei powinno przyczynić się do większej świadomości Polaków odnośnie gromadzenia pieniędzy na jesień życia.

Po ostatnich zapowiedziach premiera Mateusza Morawieckiego widzimy, że czeka nas kolejny demontaż OFE. Na dziś są to spekulacje, w którą stronę będzie zmierzał rynek, natomiast reforma emerytalna będzie dotyczyła przekazania środków uzbieranych na naszych rachunkach OFE inwestorom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Stanek, prezes zarządu firmy inwestycyjnej Q Value. – Wszystko wskazuje na to, że każdy z nas będzie musiał otworzyć indywidualne konto zabezpieczenia emerytalnego bądź jego nowy wariant. Na te rachunki zostaną przekazane środki zgromadzone w OFE, którymi będziemy mogli dysponować w większym stopniu.

Pomysł likwidacji OFE został przedstawiony przez Mateusza Morawieckiego już półtora roku temu w ramach Programu Budowy Kapitału. Zgodnie z nim 75 proc. środków zgromadzonych w OFE miałoby zostać sprywatyzowanych i trafić na konta w funduszach inwestycyjnych, natomiast jedna czwarta zasiliłaby Fundusz Rezerwy Demograficznej. Do tej pory jednak żadne zmiany nie nastąpiły i dopiero ostatnio premier zapowiedział, że projekt wszedł w fazę konsultacji i zostanie wcielony w życie w 2019 roku, jeszcze przed kolejnymi wyborami parlamentarnymi.

Należy przygotowywać się do tych zmian emerytalnych już dzisiaj. Statystyki pokazują, że dostępne dziś narzędzia, czyli IKE i IKZE nie są chętnie wybierane przez inwestorów. Ciągle pokutuje brak świadomości w zakresie oszczędzania na emeryturę – ocenia Michał Stanek. – Niewielu z nas posiada te instrumenty, ja jestem posiadaczem obu. Jako świadomy inwestor staram się wybierać te produkty, które po pierwsze dają mi odpisy podatkowe, po drugie dają możliwość oszczędzania na emeryturę, a po trzecie to są te instrumenty, na które zostaną przekazane środki z OFE.

Z ostatnich dostępnych danych komisji Nadzoru Finansowego wynika, że w połowie 2017 roku konta IKE posiadało niespełna 932,5 tys. Polaków. Zgromadzono na nich łącznie niecałe 7,5 mld zł. Jeszcze mniejsza liczba przyszłych emerytów zdecydowała się na założenie IKZE, choć daje ono możliwość odliczenia od podatku. Na koniec czerwca 2017 roku kont tych było w Polsce nieco ponad 664 tys. Zebrane na nich pieniądze nie sięgały nawet 1,3 mld zł.

Dodatkowo rząd zaproponował utworzenie pracowniczych planów kapitałowych, które miałyby być tworzone przez wszystkich pracodawców dla wszystkich pracowników. Pracodawca miałby odprowadzać na nie składkę w wysokości co najmniej 2 proc. wynagrodzenia pracownika, a pracownik – 1,5 proc. Zdaniem Michała Stanka to dobry pomysł.

Pracownicze plany kapitałowe będą dobrym uzupełnieniem nowej reformy emerytalnej. Spowodują, że większa liczba inwestorów pojawi na rynku, ponieważ obowiązkowość planów spowoduje, że będziemy większe środki oszczędzać na emeryturę – mówi prezes Q Value. – Przymusowość oszczędzania spowoduje, że procent zastąpienia (wobec pensji) na emeryturze będzie większy. Z punktu widzenia rynku kapitałowego będzie to też istotne, ponieważ nowe środki będą napływały na rynek, będzie możliwość inwestowania ich w coraz szerzej dostępne aktywa, zarówno na rynku krajowym, jak i na rynkach zagranicznych.

Z danych Analiz Online wynika, że na koniec stycznia aktywa otwartych funduszy emerytalnych wyniosły 184,2 mld zł. To o 2,6 proc. więcej niż na koniec 2017 roku. W ciągu trzech lat fundusze przyniosły od 21,6 proc. do 32,5 proc. zysku, a w ciągu 10 lat – od 66,1 proc. do 84,9 proc. zysku. Członkami OFE jest obecnie ok. 16 mln Polaków, przy czym tylko 16 proc. z nich odprowadza składki na bieżąco. Składki pozostałych trafiają na subkonto w ZUS.

– Zapowiadana reforma spowoduje, że nasza polityka inwestycyjna będzie składała się z szerszej palety produktów – przewiduje Michał Stanek. – Nie będziemy ograniczeni do jednego OFE, będziemy mogli wybrać rozwiązania bardziej dopasowane do naszych oczekiwań, wieku i naszej tolerancji na ryzyko. Pojawią się na większą skalę produkty cyklu życia, czyli instrumenty, w których w miarę naszego coraz starszego wieku skład portfela będzie coraz mniej podatny na potencjalne spadki na rynku. Tym samym żeby w momencie przejścia na emeryturę nie było szoku dość istotnej zmiany zgromadzonych przez nas środków.