Aplikacje mobilne a ochrona danych osobowych – czy popularny Snapchat chroni nasze informacje?

Nie ulega wątpliwości, że większość z nas korzysta ze smartphonów i ściąga na nie wiele aplikacji. Niestety często nie zdajemy sobie sprawy, jakie niebezpieczeństwa niesie za sobą ta z pozoru błaha czynność. Za pośrednictwem Snapchata czy Instastory dzielimy się z inni użytkownikami sieci ważnymi dla nas informacjami oraz zdjęciami. A dodatkowo, nawet nie zwracając na to uwagi, automatycznie wyrażamy zgodę na dostęp do zawartości naszego telefonu. Sklepy z aplikacjami mobilnymi pękają w szwach. Każdy może w nich znaleźć coś dla siebie. Za korzystanie z ich dobrodziejstw płacimy naszymi danymi osobowymi.

W dobie wszechobecnych mediów społecznościowych i urządzeń z kategorii Internetu rzeczy zachowanie prywatności w sieci to prawdziwe wyzwanie. Można się śmiało pokusić o stwierdzenie, że nasze dane osobowe są walutą w wirtualnym świecie – mówi Damian Gąska, ODO 24.

Aplikacje a bezpieczeństwo informacji

Niestety internetowe komunikatory nie chronią prywatności użytkowników w wystarczający sposób. Naszej wirtualnej aktywności nieustannie zagrażają cyberprzestępcy, którzy tylko czekają na nasz błąd. Na niebezpieczeństwa narażone są przede wszystkim osoby młode, które za pomocą aplikacji takich jak Snapchat dzielą się z innymi ogromnymi ilościami danych.

Ogólne rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO) przyjęte przez Parlament Europejski wprowadza obowiązek wyrażenia zgody przez rodziców na przetwarzanie danych osób poniżej 16 roku życia. Wiemy już, że Polski ustawodawca najprawdopodobniej zdecyduje się obniżyć ten próg do 13 roku życia – wskazuje Damian Gąska, ODO 24. Facebook, Snapchat, Instagram, Twitter czy inne portale społecznościowe zobowiązane są do wdrożenia odpowiednich procedur weryfikowania wieku swoich użytkowników. Co więcej RODO przewiduje bardzo duże kary finansowe za naruszenia jego postanowień. Powinni mieć to na uwadze zarówno twórcy aplikacji mobilnych jak i podmioty wprowadzające je na komercyjny rynek – dodaje.

Według raportu Amnesty International z 2016 roku Snapchat prowadzi restrykcyjną politykę prywatności, jednak w praktyce nie zapewnia użytkownikom pełnej ochrony. Nie wykorzystuje on m.in. szyfrowania na całej drodze udostępniania danych i nie informuje w przejrzysty sposób użytkowników o zagrożeniach dla ich praw, ani stosowanych zabezpieczeniach.

Jak się zabezpieczyć?

Nie powinniśmy być obojętni na przedstawiane nam checkboxy i regulaminy. Mając świadomość przysługujących nam praw, jesteśmy w stanie skutecznie reagować na wszelkie naruszenia prywatności, w tym także nielegalnego przetwarzania danych osobowych – podsumowuje Damian Gąska, ODO 24.  Ważne jest również zachowanie zdrowego rozsądku. Przed zaakceptowaniem kolejnego regulaminu warto zapoznać się  z jego treścią. Ponadto warto wdrożyć kilka wskazówek:

  • Czytaj polityki prywatności. Najważniejsze jest zapoznanie się z ich zawartością oraz wszelkimi udostępnianymi komunikatami, z których dowiedzieć się można, do jakich danych będzie miała dostęp konkretna aplikacja i do jakich celów będzie je wykorzystywać.
  • Sprawdzaj, jakie dane geolokalizacyjne są przesyłane przez używane przez Ciebie urządzenie. Dzięki czemu będziesz mieć pewność, że nie jesteś szpiegowany;
  • Upewnij się jakie dane osobowe udostępniasz. Zastanów się, czy odruchowo nie wyraziłeś zgody na to, by dany program miał uprawnieninia np. do SMSów, zdjęć, filmów, poczty, czy kontaktów;
  • Stosuj wbudowane oprogramowania. Umożliwiają one oddzielenie danych prywatnych od służbowych lub innych informacji.
  • Szanuj wizerunek innych. Przyjrzyj się co widać na przesyłanych fotografiach czy wideo. Przez nieuwagę możesz np. udostępnić ważną informację na temat innej osoby.
  • Chroń swoje dane do logowania oraz pamiętaj o tym, aby co jakiś czas zmieniać hasła. Jest to niezbędna czynność, ponieważ tak naprawdę każde, nawet to najsilniejsze hasło posiadając odpowiednią ilość czasu można złamać.
  • Aktualizuj system. Dzięki czemu zawsze będziesz mieć pewność, że Twoje urządzenie jest chronione.

Jeden z tych dni

Rynek w dalszym ciągu próbuje znaleźć punkt równowagi po skoku zmienności na początku tygodnia i jednym z tych dni, kiedy panika bierze górę. Wall Street zaliczyło kolejną sesję ze spadkami o 4 proc. i ciągnie za sobą rynek azjatycki. Na rynku walutowym jest nieco spokojniej, choć strach w końcu dosięgnął rynki wschodzące.

Pogrom na rynku akcji ponownie zaczyna się w tym samym miejscu – indeks zmienności VIX skoczył w czwartek ponad 30 pkt., co stało się katalizatorem dla kolejnej wyprzedaży akcji. Na rynku FX mamy mieszankę porzucania wygranych styczniowego handlu z ucieczką do bezpiecznych przystani. Dobrze mają się USD, JPY i CHF, a pod presją są waluty ryzykowne (w G10: AUD, NZD, SEK, NOK). Wczoraj odporność wyczerpała się wśród inwestorów na rynkach wschodzących, którzy na początku tygodnia cierpliwie przeczekali zawirowania. To potwierdza nasze oczekiwania, że po ostatnich wydarzeniach okres dostosowawczy będzie dłuższy niż dwie sesje i na rynku jest jeszcze sporo pozycji do redukcji wszędzie tam, gdzie pozycjonowanie jest skrajne na tle historycznych norm.

Dziś rano zaczynamy lekkim odreagowaniem, ale miejmy na uwadze, że czwartkowy start Europy wyglądał podobnie, a wiemy jak to się skończyło. Do tego mamy koniec tygodnia, co zwykle zachęca do zamykania pozycji. USD/JPY wraca pod 109 i trwa tu ciekawa walka między wpływem rosnących rentowności obligacji USA (2,84 proc. na dziesięciolatkach) a dołującym rynkiem akcji (Nikkei225 spadł w nocy o 2,25 proc.). Przed głębszym spadkiem broni się jeszcze EUR/USD, ale zagrożeniem dalej pozostaje kapitulacja posiadaczy długich pozycji. Jesteśmy mniej niż w połowie korekty wzrostów od początku roku i może naiwnym byłoby zakładać idealnym powrót pod 1,20, to kontynuacja perturbacji rynkowych będzie dla kursu jak kotwica.

Ciekawym przypadkiem jest funt, który pozytywnie zareagował na jastrzębie wzmianki w przekazie Banku Anglii (stopy procentowe mogą być podniesione wcześniej i szybciej), ale gdy tylko rynki weszły w tryb risk-off, GBP/USD momentalnie oddał całe wzrosty. Trzymam się zdania, że wpływ sygnałów z banku centralnego nie jest obecnie pierwszorzędny dla funta, a większe ryzyka kryją się w rozpoczynających się negocjacjach Brexitu. Każdy kolejny mini-rajd GBP powinien być szybko wygaszany.

EUR/PLN książkowo zareagował na szok rynkowy i skoczył do 4,19. Fundamenty mogą odejść na moment na bok, a osłabienie będzie się brać z ograniczania pozycji przez inwestorów. Dalej nie wykluczamy, że atak na 4,20 może być w grze z mocniejszymi wahaniami na USD/PLN i CHF/PLN.

Dziś w kalendarzu wyróżniają się dane z Wielkiej Brytanii i Kanady. W Wielkiej Brytanii produkcja przemysłowa za grudzień będzie obciążona okresowym wyłączeniem rurociągu na M. Północnym. W Kanadzie konsensus dla zmiany zatrudnienia wynosi 10 tys. nowych miejsc pracy i jest tak nisko tylko dlatego, że odczyty z poprzednich miesięcy były wyjątkowo wysokie i przyszedł czas na odreagowanie. To jednocześnie ustawia dość nisko poprzeczkę dla pozytywnych zaskoczeń.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

USA biją w złotego, frank najdroższy od 3 miesięcy

Przedłużająca się silna wyprzedaż akcji na Wall Street, przy jednocześnie rosnących rentownościach amerykańskich obligacji, rykoszetem uderza w złotego. Euro i dolar są najdroższe od miesiąca, a szwajcarski frank od 3 miesięcy. Sytuacja w USA może wywołać ucieczkę kapitałów z rynków wschodzących, jeszcze bardziej pogrążając złotego.

Piątkowy poranek przynosi umocnienie złotego, po tym jak wczoraj po godzinie 16:00 gwałtownie on się osłabił do głównych walut. W efekcie tej czwartkowej wyprzedaży szwajcarski frank podrożał aż o 5 gr i był najdroższy od 3 miesięcy, podczas gdy euro i dolar podrożały po 2 gr. Dziś o godzinie 08:45 kurs EUR/PLN kształtował się na poziomie 4,1825 zł, USD/PLN 3,4070 zł, a CHF/PLN 3,6330 zł

Źródłem wczorajszej przeceny złotego, która dotknęła też inne waluty regionu (m.in. węgierskiego forinta), była kontynuacja gwałtownej wyprzedaży akcji na Wall Street (DJIA -4,15 proc.; S&P500 -3,75 proc.; Nasdaq Composite -3,9 proc.), połączona z rosnącymi rentownościami tamtejszych obligacji. W odróżnieniu jednak od poprzednich dni, gdy akcje i obligacje również taniały, a rynek walutowy nie reagował, teraz można mówić o pewnym przełomie. Inwestorzy zaczynają sobie uświadamiać, że to co dzieje się na światowych giełdach to nie jest krótka przerwa w trendzie wzrostowym. Zaczynają zdawać sobie sprawę, że sytuacja jest poważna, a spadki na giełdach w połączeniu z rosnącymi rentownościami długu, mogą zacząć drenować kapitały z rynków wschodzących, tym samym przeceniając ich waluty. Dlatego też rośnie ryzyko kontynuacji wyprzedaży złotego.

Sytuacja na rynkach globalnych to obecnie największe zagrożenie dla złotego. Jednak nie jedyne. Nie można też zapominać, że przeciwko niemu przemawia również gołębia polityka prowadzona przez Radę Polityki Pieniężnej. Ostatnie przesunięcie się rynkowego konsensusu ws. pierwszej od lat podwyżki stóp procentowych w Polsce na I kwartał 2019 roku z dotychczas zakładanego ostatniego kwartału br., w sytuacji kiedy rynek jednocześnie obawia się przyspieszenia inflacji w USA i być może nawet czterech podwyżek stóp przez Fed w tym roku, a Bank Anglii sugeruje wcześniejsze podwyżki na Wyspach, stanowią mocne sygnały przemawiające przeciwko złotemu.

Na niekorzyść polskiej waluty przemawia ponadto sytuacja na wykresach polskich par. Od styczniowych dołków, gdy kumulowała siła złotego, kurs EUR/PLN wzrósł o 5 gr, USD/PLN o 10 gr, a CHF/PLN o ponad 11 gr. W przypadku euro i szwajcarskiego franka skutkowało to odpowiednio pokonaniem 4-miesięcznej i 14-miesięcznej linii trendu spadkowego. Tym samym pojawiły się pierwsze od miesięcy sygnały zapowiadające nie tylko koniec umocnienia złotego, ale również mogące zwiastować jego osłabienie. Układ sił na wykresie EUR/PLN obecnie wskazuje na możliwość zwyżki w kierunku 4,23 zł. Frank może podrożeć do 3,70 zł, a w skrajnym przypadku nawet do 3,78-3,79 zł. Celem dla USD/PLN, która to para dopiero wykonuje ruch w kierunku wielomiesięcznej linii trendu spadkowego, są okolice 3,49-3,50 zł. Przy czym w przypadku dolara, z uwagi na mniej korzystny dla amerykańskiej waluty układ sił na wykresie, osiągnięcie tego celu jest najmniej pewnym scenariuszem.

Wykres dzienny EUR/PLN

EURPLN+Daily

Wykres dzienny CHF/PLN

CHFPLN+Daily

Złoty, który rozpoczął piątkowego notowania od odreagowania wczorajszej przeceny, w kolejnych godzinach, z uwagi na obserwowany na świecie wzrost awersji do ryzyka, powinien ponownie znaleźć się pod presją sprzedających. Będzie ona tym większa, im gorsze będą nastroje na rynkach bazowych i niższe będą notowania EUR/USD.

Komentarz przygotował: Marcin Kiepas, niezależny analityk

Przygotuj się na przyszłe dane makroekonomiczne 09.02.2018

Po emocjonujący tygodniu pora odpocząć. Pierwsza ważniejsza publikacja danych makroekonomicznych dotrze do nas dopiero we wtorek z Australii, poznamy koniunkturę w australijskim przemyśle według NAB. Kilka godzin później poznamy brytyjską inflację CPI r/r, konsensus rynkowy zakłada odczyt na poziomie 3 procent. W środę zostanie opublikowany szereg danych makroekonomicznych z Australii, Japonii, Niemiec, Strefy Euro oraz Stanów Zjednoczonych, jest na co czekać. Po burzliwej środzie zostaną opublikowane dane z australijskiego rynku pracy. Z kolei w ostatni dzień sesji czeka na nas publikacja z amerykańskiej gospodarki, poznamy nastrój konsumentów.

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makro dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Stany Zjednoczone – inflacja

Od ostatniego kryzysu banki centralne zalały rynek finansowy płynnością. Bankierzy chcieli zobaczyć stabilna inflację, przeważnie w okolicy 2 albo 2.5 procenta. Gdyby cel został wcześniej zrealizowany, to stopy procentowe dawno zostały podniesione. Dlatego na dzień dzisiejszy publikowany CPI jest jednym z ważniejszych wskaźników makroekonomicznych.

Ostatnie podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych doprowadziły stabilizacji wskaźnika inflacji CPI. Najnowszy odczyt za październik zostanie podany 14 lutego o godzinie 14:30. Konsensus ekonomistów spodziewa się inflacji na poziomie 2.1 proc.

Wzrost inflacji powinien pozytywnie wpłynąć na notowania dolara amerykańskiego, ponieważ wzrost cen wspiera podwyżkę stóp procentowych oraz dalszego zacieśniania monetarnego. Z kolei niższa inflacja nie będzie wsparciem dla obecnej polityki monetarnej Rezerwy Federalnej.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Stanach ZjednoczonychŹródło: Bloomberg

Kolejna podwyżka stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych zbliża się coraz szybciej. Rynek oczekuje z 90 procentowym prawdopodobieństwem, że koszt pieniądza zostanie podwyższony już 21 marca. Czy giełda ma się czego obawiać? Jak najbardziej, ponieważ wzrost krótkoterminowych stóp procentowych rzuca negatywne światło na dywidendę wypłacane przez spółki giełdowe. Pomimo negatywnego wydźwięku kolejnej podwyżki rynek giełdowy prawdopodobnie będzie kontynuował obecny trend, natomiast prawdziwym zagrożeniem będzie dopiero obniżka stóp procentowych. Dlaczego?

krach i stopy procentowe

Źródło: Bloomberg

Wzrost stóp procentowych świadczy o mocnej gospodarce, co przekłada się na wzrost inflacji oraz stóp procentowych (spowolnienie rozpędzonej gospodarki). Z kolei obniżka stóp procentowych świadczy o nadchodzących problemach. Na zamieszczonej grafice przedstawiono stopy procentowe ustalane przez Rezerwę Federalną na tle indeksu S&P 500. Jak widać obniżka kosztu pieniądza była potwierdzeniem słabej gospodarki USA, co wiązało się mocniejszą wyprzedażą indeksów.

DAX 30 – instrument do obserwacji

Ostatnia wyprzedaż na globalnej giełdzie sprowadziła notowania niemieckiego indeksu w rejon mocnego wsparcia. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wzrostem indeksu DAX jest kurs walutowy EURUSD, który w najbliższych tygodniach prawdopodobnie znajdzie się w korekcie.

Notowania DAX30, interwał tygodniowy

Notowania DAX30, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Bazowym scenariuszem pozostanie korekta na euro, co wesprze notowania niemieckiego indeksu. Po ostatniej wyprzedaży rynek został oczyszczony, dlatego indeks po raz kolejny może przetestować historyczne maksima.

Drugim scenariuszem, mniej prawdopodobnym będzie spadek indeksu w okolicę ostatniego minima oraz ponowne przetestowanie siły kupujących.

Dział Analiz Admiral Markets

Komisja Nadzoru Finansowego wesprze polski fintech. Trwa nabór zgłoszeń do programu Innovation Hub

Komisja Nadzoru Finansowego wesprze polski fintech. Trwa nabór zgłoszeń do programu Innovation Hub 1

Polski rynek fintech jest wyceniany na około 860 mln euro, co czyni go największym w Europie Środkowo-Wschodniej. Jedną z głównych barier rozwojowych dla tej branży w Polsce jest niepewność dotycząca osadzenia nowoczesnych rozwiązań w obowiązujących przepisach prawa. Komisja Nadzoru Finansowego prowadzi program Innovation Hub, dzięki któremu przedsiębiorcy będą mogli rozwiać wątpliwości prawne towarzyszące ich działalności.

– Dedykowani pracownicy urzędu mają udzielać wsparcia w zakresie osadzenia tych nowoczesnych rozwiązań w obowiązujących przepisach prawa i regulacjach nadzorczych. Jedną z kluczowych barier w rozwoju innowacyjnych rozwiązań jest brak pewności prawnej. Nowoczesne rozwiązania nie zawsze w sposób jednoznaczny i precyzyjny wpisują się w obowiązujące przepisy prawa czy obowiązujące regulacje nadzorcze. Budzi to wątpliwości i potrzebę pomocy, której oczekują te podmioty – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Piwowarski z Urzędu KNF.

KNF ogłasza program Innovation Hub, który ma na celu wspomaganie podmiotów działających w branży fintech. Jest on skierowany do podmiotów planujących rozpoczęcie działalności w ramach części rynku finansowego objętej nadzorem KNF (m.in. start-upy), które mają innowacyjny produkt lub usługę finansową opartą na nowoczesnych technologiach informatycznych, oraz do tych, które już są nadzorowane przez KNF, ale planują wdrożyć innowacyjny produkt lub usługę opartą na IT.

– Innowacyjne rozwiązania są istotnym elementem tworzącym przewagę konkurencyjną. Jeżeli ktoś jest innowacyjny, ma dużą szansę być konkurencyjnym na rynku, w związku z czym wydaje się, że wszystkie podmioty, zarówno mniejsze, jak i większe, powinny wpisać innowacyjność w swoją strategię działania, bo tym w przyszłości będą budowali przewagę konkurencyjną – mówi przedstawiciel KNF.

Program Innovation Hub został uruchomiony na początku stycznia 2018 roku i nie ma określonego czasu trwania. Zgłoszenia do udziału można dokonać poprzez wypełnienie formularza dostępnego na stronie internetowej KNF. Jest ono później poddawane ocenie na podstawie ustalonych kryteriów.

– Pierwsze kryterium to innowacyjny charakter produktu czy usługi finansowej opartej na nowoczesnych technologiach. Drugi to dokonanie wstępnej analizy. Składa się na nią rozpoznanie przepisów prawa i regulacji oraz wykazanie, czy takie rozwiązanie w ogóle podlega pod nadzór finansowy czy też nie. Trzeci element to wskazanie obszarów, w których wsparcie byłoby najbardziej wskazane i pożądane ­– wymienia Tomasz Piwowarski.

FinTech – połączenie sektora finansów z nowymi technologiami – jest jedną z najszybciej rozwijających się branż technologicznych na świecie. Z danych opublikowanych przez firmę doradczą Deloitte wynika, że do 2020 roku wzrost inwestycji w firmy należące do tego sektora może sięgać nawet 55 proc. średniorocznie. Jak dowiadujemy się z raportu „FinTech w Polsce. Bariery i szanse rozwoju”, jednym z głównych czynników spowalniających rozwój innowacji finansowych jest niewielkie zainteresowanie Komisji Nadzoru Finansowego innowacyjnymi rozwiązaniami i nowymi podmiotami na rynku.

Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Deloitte rynek fintech w Europie Środkowo-Wschodniej jest wart ponad 2 mld euro. Niemal 40 proc. tej kwoty przypada na Polskę, co czyni nas największym graczem w naszej części kontynentu. Globalny rynek inwestycji w fintech szacowany jest na ponad 15 mld euro. Jednym z liderów branży jest Wielka Brytania, notująca roczną wartość przychodów na poziomie 26 mld euro.

Wirtualna rzeczywistość odtworzy warunki panujące na lotnisku. W Polsce powstaje symulator do szkolenia personelu lotniska

Wirtualna rzeczywistość odtworzy warunki panujące na lotnisku. W Polsce powstaje symulator do szkolenia personelu lotniska 2

Polacy pracują nad rozwiązaniem wykorzystującym wirtualną rzeczywistość, które pozwoli przeszkolić osoby pracujące na płycie lotniska. Jako pierwszy powstaje patent dla marshallerów, czyli osób odpowiedzialnych za prawidłowe zatrzymanie samolotu. Wirtualne środowisko pozwala w realistyczny sposób odtworzyć warunki panujące na płycie portu lotniczego oraz określa poprawność wykonania przez personel gestów wykorzystywanych podczas ich codziennej pracy. Nowe rozwiązanie ma wiele możliwości personalizacji i co ważne – w znaczący sposób umożliwia obniżenie kosztów tego typu szkoleń.

– Po założeniu gogli zabieramy osobę szkoloną na płytę lotniska, dokładnie w to miejsce, w którym rzeczywiście później będzie wykonywała swoją pracę. Kładziemy duży nacisk na to, żeby w momencie, gdy mamy do czynienia z lotniskiem w Balicach, były rzeczywiście odwzorowane naturalne warunki panujące w tym miejscu – malowanie pasa startowego, linie, uwarunkowania geograficzne, wzgórza, specyficzne obiekty. To wszystko jest bardzo ważne przy realistycznym szkoleniu – mówi w rozmowie z agencją informacyjna Newseria Innowacje Michał Litworowski, prezes Nano Games i  pomysłodawca marki Simpro.

Pomysłodawcy mogli przetestować swoje założenia w ramach projektu Krakowskiego Parku Technologicznego ScaleUp, którego partnerem było lotnisko Balice. Obecnie rozwiązanie znajduje się na etapie prototypu. Jak przekonują twórcy, aktualnie skoncentrowali się na konkretnej grupie odbiorców, chociaż technologia umożliwia znacznie szerszy zakres możliwości szkoleniowych.

– To Kraków Airport, widząc potencjał w technologii, zaprosił nas do rozmowy i w porozumieniu z nimi wypracowaliśmy grupę, która jest najlepiej dostosowana do pierwszego etapu projektu. To personel, który najbardziej potrzebuje tych szkoleń, bo w praktyce ponosi dużą odpowiedzialność w codziennym funkcjonowaniu lotnisk, szczególnie tych, które są obciążone ruchem. Co chwila jest tam lądowanie i start, co 10 minut podjeżdża nowy samolot i walczy się o każde 10 cm pasa, więc zatrzymanie tego pojazdu przez marshallerów w prawidłowy sposób jest krytyczne – przekonuje Michał Litworowski.

Dzięki dotychczasowym pracom udało się osiągnąć podstawową funkcjonalność systemu. Docelowo produkt ma obejmować cały proces szkolenia, obejmujący m.in. pełny zakres znaków czy statków powietrznych. Jedną z zalet rozwiązania jest możliwość wizualizacji warunków, które w rzeczywistości byłyby bardzo trudne lub kosztowne do osiągnięcia. Ponadto system umożliwia symulację zdarzeń takich jak wybuch czy pożar.

– Na przykładzie Krakowa widzimy, że realistyczne szkolenie wymagałoby po prostu zabezpieczenia pasa lotniczego i przygotowania samolotu, np. Boeinga 747. Gdybyśmy chcieli kupić taki samolot i podstawić go do celów szkoleniowych, to trzeba byłoby dysponować budżetami na poziomie wielu milionów złotych. W tym przypadku możemy tanio i efektywnie oddać warunki geograficzne i wymiarowe, które są w rzeczywistości – zauważa przedstawiciel firmy Nano Games.

Twórcy projektu nie chcą ograniczać się jedynie do szkolenia pracowników portów lotniczych. Rozmawiają już z partnerami z Polski i Europy, a na horyzoncie ich zainteresowania są m.in. tzw. operatorzy infrastruktury krytycznej, odpowiadający za zapewnienie bezpieczeństwa i ciągłości funkcjonowania np. dworców.

Firma ABI Research prognozuje, że w tym roku wartość rynku szkoleń z wykorzystaniem wirtualnej rzeczywistości osiągnie wartość 216 mln dol., a do 2022 roku wzrośnie do poziomu 6,3 mld dol.

Opracowano terapię bezoperacyjnego leczenia nowotworów opartą na technologii jądrowej. Trwają pracę nad wprowadzeniem jej do szpitali

Opracowano terapię bezoperacyjnego leczenia nowotworów opartą na technologii jądrowej. Trwają pracę nad wprowadzeniem jej do szpitali 3

Terapia borowo-neutronowa pozwala niszczyć komórki nowotworowe przy minimalnym uszkodzeniu zdrowych. Podany pacjentowi nieradioaktywny izotop boru kumuluje się w komórkach nowotworowych, nieznacznie osadzając się w komórkach zdrowych. Po napromieniowaniu strumieniem neutronowym powstała energia niszczy komórki nowotworowe. Metoda pozwala znacznie wydłużyć życie choremu. Jeszcze do niedawna do przeprowadzenia terapii były niezbędne badawcze reaktory jądrowe. Dzięki generatorom neutronowym leczenie będzie możliwe także w szpitalach.

– Terapia borowo-neutronowa (BNCT – przyp.red.) polega na podaniu pacjentowi preparatu, który zawiera atomy boru, a następnie poddaniu pacjenta promieniowaniu neutronowemu. W wyniku reakcji pomiędzy neutronami a atomami boru następuje rozbicie atomów boru na cząsteczki alfa i atomy litu, które niszczą swoje najbliższe otoczenie, uszkadzając komórkę nowotworową. Przy założeniu, że atomy boru nie znajdowały się w komórkach zdrowych, te są oszczędzane w procesie terapeutycznym – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr inż. Michał Gryziński, dyrektor Departamentu Eksploatacji Obiektów Jądrowych Narodowego Centrum Badań Jądrowych.

Wprowadzenie do organizmu stosunkowo bezpiecznej ilości boru pozwala skutecznie leczyć niektóre rodzaje nowotworów. Sprawdzi się zwłaszcza tam, gdzie zawodzi zazwyczaj stosowana radio- i chemioterapia lub gdy nie ma możliwości operacyjnego usunięcia nowotworu, np. przy wielopostaciowych glejakach, guzach mózgu, głowy i szyi. Promieniowanie neutronowe reaguje bardzo intensywnie z atomami boru, stąd niszczone w terapii są tylko te komórki, do których został dostarczony związek.

Terapia BNCT pozwala znacznie wydłużyć życie, w zależności od choroby nawet o kilka lat. Literatura zna też przypadek pozaustrojowego napromieniowania wątroby pozwoliło pacjentowi przeżyć jeszcze kilka lat. Jak przy każdego rodzaju leczeniu, istnieją także skutki uboczne terapii borowo-neutronowej. Przy podawaniu preparatu, może on trafiać także do części komórek zdrowych i podczas napromieniowywania uszkadzać także je. To ryzyko jest jednak stopniowo minimalizowane.

– Technologia biomolekularna na tyle poszła naprzód od momentu pojawienia się tej terapii, że w tej chwili jest możliwe uzyskiwanie preparatów borowych i doprowadzanie ich w wyjątkowo selektywny sposób za pomocą technik biochemicznych, wewnątrzustrojowych, do komórek nowotworowych – przekonuje przedstawiciel NCBJ.

Dotychczas taka terapia mogła być stosowana wyłącznie w reaktorach jądrowych, bo tylko tam można było wytworzyć neutrony o odpowiedniej energii i gęstości strumienia. Taka metoda jest droga i stosunkowo mało dostępna. Powoli się to jednak zmienia. Trwają prace nad wybudowaniem generatora, który dostarczy niezbędną do terapii wiązkę neutronów i będzie mógł być zainstalowany w szpitalu onkologicznym.

– Mamy do czynienia z dużą liczbą przeprowadzonych procedur terapeutycznych w Finlandii i w Japonii. Otwierają się dwa nowe centra terapii borowo-neutronowej w Japonii, właśnie głównie z myślą o dwóch prototypach generatorów neutronowych produkowanych przez koncern Sumitomo Mitsubishi – mówi dr inż. Michał Gryziński

Prace badawczo-rozwojowe w zakresie terapii BNCT trwają w Polsce. W Narodowym Centrum Badań Jądrowych powstanie stanowisko badawcze tej metody metodą przy reaktorze jądrowym MARIA w Świerku. Naukowcy NCBJ chcą uruchomić specjalistyczne laboratorium wykorzystujące do badań wiązkę neutronów epitermicznych. Dzięki temu w Polsce będzie możliwe nie tylko szkolenie specjalistów terapii BNCT, lecz także prowadzenie badań radiobiologicznych oraz badań nad optymalizacją wiązki neutronów epitermicznych, nad związkami boru czy szukanie optymalnych form planowania terapii.

– Mamy tu wszystko, dzięki czemu możemy rozwijać tę terapię, natomiast jeżeli taka terapia kiedykolwiek będzie w Polsce prowadzona, to w szpitalu onkologicznym i nie z wykorzystaniem reaktora jądrowego, tylko z wykorzystaniem odpowiedniego generatora neutronów – tłumaczy ekspert.

Budowa mieszkań coraz droższa. Deweloperzy będą próbować przerzucić koszty na klientów

Budowa mieszkań coraz droższa. Deweloperzy będą próbować przerzucić koszty na klientów 4

Na rynku mieszkaniowym hossa trwa już piąty rok z rzędu. Niskie stopy procentowe napędzają popyt, na wysokim poziomie utrzymuje się też podaż. Na dostępność nowych inwestycji mogą jednak wpłynąć rosnące ceny gruntów – nawet o kilkadziesiąt procent. Ten czynnik, w połączeniu z coraz większym brakiem siły roboczej w budownictwie, przekłada się też na wzrost kosztów realizacji inwestycji mieszkaniowych. Niewykluczone, że deweloperzy spróbują w części przerzucić je na nabywców. 

– Obserwujemy wzrost cen transakcyjnych mieszkań. W Warszawie ten wzrost jest najmniejszy i wynosi około 2 proc. rok do roku. Dynamicznie rosną natomiast ceny w dużych miastach – w Gdańsku i Krakowie jest to już ok. 8 proc. Z kolei we Wrocławiu wzrost cen transakcyjnych sięga około 4,5 proc. –mówi agencji Newseria Biznes Mateusz Mucha, menadżer w Domu Maklerskim Navigator SA.

Ubiegły rok był okresem bardzo dobrej koniunktury na rynku mieszkaniowym. Na wysokim poziomie utrzymywała się podaż, a popyt na mieszkania wzrósł o 20 proc. W podsumowaniu przygotowanym przez agencję Metrohouse i RynekPierwotny.pl eksperci zauważają, że ten trend trwa już od czterech lat, a w 2018 roku może paść kolejny sprzedażowy rekord.

Z końcem ubiegłego roku zaczęły rosnąć też ceny. Ponadprzeciętne wzrosty odnotowały rynki w Gdańsku, Krakowie i Łodzi. Najmniej było to odczuwalne w Warszawie, gdzie stawki podlegały tylko niewielkim wahaniom. Z raportu Amron – SARFiN za III kwartał 2017 roku wynika, że w tym okresie średnia cena transakcyjna za 1 mkw. wzrosła raptem o 1,8 proc. (83 zł). W Warszawie coraz gorzej wygląda jednak podaż mieszkań, za co w dużej mierze odpowiadają rosnące ceny gruntów.

Duża aktywność w zakresie sprzedaży mieszkań powoduje, że mamy efekty w postaci rosnących cen gruntów dla deweloperów. W Warszawie wzrosły nawet o 80 proc., w innych miastach o około 40–50 proc. Wiąże się to również z brakiem rąk do pracy. Generalni wykonawcy podnoszą ceny, bo jest presja płacowa ze strony pracowników, więc rosną koszty wykonania mieszkań po stronie dewelopera, co w naszej ocenie przełoży się na dalszy wzrost cen mieszkań dla przeciętnego Kowalskiego – mówi Mateusz Mucha.

Deweloperzy mają kłopoty z pozyskaniem pracowników, bo na polskim rynku panuje historycznie niskie bezrobocie (6,6 proc. na koniec grudnia według GUS). Budownictwo jest w czołówce branż, które mają największe problemy ze znalezieniem rąk do pracy.

Ekspert Domu Maklerskiego Navigator prognozuje, że w 2018 roku deweloperzy będą chcieli przerzucić część wyższych kosztów realizacji inwestycji na nabywców. Rekordowo niskie stopy procentowe w dalszym ciągu będą jednak napędzać duży popyt na mieszkania.

– Patrzymy na rynek z umiarkowanym optymizmem. Niski poziom stóp procentowych będzie dalej mocno wspierać popyt. Wiele osób nadal zamiast trzymać środki na lokacie, przeznacza je na zakup mieszkań na wynajem, które dają obecnie wyższy zwrot niż lokata. Sądzimy, że ten trend utrzyma się w 2018 roku, ponieważ RPP skłania się raczej ku utrzymaniu poziomu stóp procentowych na obecnym poziomie. Dużo zależy od tego, na ile deweloperzy będą w stanie uzupełniać ofertę mieszkań, jak szybko będą w stanie procedować nowe wnioski o pozwolenia na budowę – mówi Mateusz Mucha.

Z danych Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że w 2016 roku 51 proc. inwestujących Polaków wybrało nieruchomości jako formę lokowania kapitału.

Prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Adam Glapiński konsekwentnie zapowiadał w ostatnich tygodniach, że stopy procentowe najprawdopodobniej nie wzrosną w 2018, a być może również i w 2019 roku. To dobra wiadomość dla kredytobiorców, którzy mogą liczyć na atrakcyjne warunki kredytowe przy zakupie mieszkania.

W 2018 roku na rynek mieszkaniowy duży wpływ będzie mieć również wygaszenie programu Mieszkanie dla Młodych, który cieszył się rekordowo dużą popularnością (ostatnia, styczniowa pula dopłat w wysokości 380 mln zł została rozdysponowana w ciągu dwóch dni). Agencja Metrohouse jednak prognozuje, że nie będzie on jeszcze zbyt duży, bo współfinansowane dzięki dopłatom z MdM mieszkania będą nadal oddawane do użytku. Prawdziwy obraz tempa sprzedaży pokażą nowe inwestycje, a rynkowej zadyszki należy wypatrywać nie wcześniej niż w I–II kwartale 2019 roku.

W ciągu 2 lat rynek handlu w internecie urośnie do 60 mld zł. Elektroniczne portfele i smartfony zastąpią tradycyjne karty

W ciągu 2 lat rynek handlu w internecie urośnie do 60 mld zł. Elektroniczne portfele i smartfony zastąpią tradycyjne karty 5

2018 rok przyniesie dalszy wzrost rynku e-handlu, nawet o 30 proc. Jego wartość może wzrosnąć do blisko 60 mld zł do 2020 roku – szacują eksperci Tpay.com. Za tak dużą dynamiką pójdzie także wzrost liczby transakcji bezgotówkowych, które – zgodnie z oczekiwaniami klientów – mają być szybkie, wygodne, ale przede wszystkim bezpieczne. Tradycyjny plastik zostanie zastąpiony przez elektroniczne portfele i płatności mobilne.

– Rynek e-commerce każdego roku wykazuje wzrosty. W skali światowej jest na poziomie 20 proc., a optymistyczne prognozy dla Polski mówią o wzroście w skali roku nawet o 30 proc. Rynek e-commerce wart jest obecnie około 40 mld zł. Perspektywa najbliższych dwóch lat jest taka, że wartość wzrośnie do blisko 60 mld zł – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maja Feliksiak z Tpay.com, firmy świadczącej usługi płatnicze.

Popularność tego kanału sprzedaży wynika przede wszystkim z jego dużej efektywności. Mimo dużej konkurencji i stosunkowo niskich marż e-sprzedawcy wykazują zysk finansowy. Z kolei dla klientów handel w internecie to przede wszystkim oszczędność czasu i pieniędzy oraz wygoda. Ten kanał może zyskiwać jeszcze bardziej w związku z wprowadzanym ograniczeniem handlu w niedziele.

Eksperci zauważają, że w związku z intensyfikacją zakupów online i handlu mobilnego płatności elektroniczne rozwijają się niezwykle dynamicznie.

– Rozwój płatności bezgotówkowych, czy to online, czy mobilnych, wymusza na operatorach płatności zapewnienie wysokich standardów bezpieczeństwa. Większość z nich gwarantuje bezpieczeństwo przez wielopoziomowe systemy zabezpieczeń, a po stronie banków i ich aplikacji mobilnych są to autoryzacje, czy to z użyciem odcisku kciuka, czy poprzez podanie kodu PIN – podkreśla Maja Feliksiak.

Wzmacnianiu bezpieczeństwa transakcji pomóc ma unijna dyrektywa PSD2, która weszła w życie w styczniu tego roku. Przewiduje ona między innymi silne uwierzytelnienie płatności w internecie (uwierzytelnienie za pomocą dwóch metod, np kod SMS i rozpoznanie biometryczne, takie jak faceID lub odcisk palca).

Z drugiej strony dyrektywa wprowadzi też tzw. third party providers, czyli instytucje finansowe, które będą pośredniczyć w przekazywaniu środków drogą elektroniczną. Do tej pory inicjowanie transakcji płatniczej było możliwe tylko na linii płatnik – bank. To może skutkować pojawieniem się nowych ciekawych rozwiązań na rynku finansowym. Ostatnie lata pokazały, że Polacy są otwarci na takie nowinki.

– Zmiany w zakresie kart płatniczych idą w tym kierunku, by zastąpić tradycyjny plastik portfelem elektronicznym. Takie rozwiązania przygotowały już m.in. Visa i Mastercard – mówi Maja Feliksiak.

Drugim ważnym trendem są płatności mobilne. Jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się systemów płatności jest BLIK. To sześciocyfrowy kod generowany przez aplikację mobilną banku klienta, który jest podawany przy realizacji transakcji.

Transakcje BLIK-iem zyskują na popularności. Przez pierwsze trzy kwartały 2017 roku transakcji BLIK-iem było 21 mln, z czego 13 mln to transakcje zrealizowane przez internet. Tylko w IV kwartale BLIK osiągnął rekord – 8 mln transakcji, z czego 5,2 to również transakcje przez internet – wyjaśnia ekspertka Tpay.com

Maja Feliksiak zaznacza, że 2018 rok będzie czasem dalszego rozwoju rynku e-commerce i wzrostu liczby transakcji bezgotówkowych, od których klienci oczekują, że będą szybkie, wygodne i przede wszystkim bezpieczne.

L. Sobolewski: Spadki na giełdach nie muszą oznaczać końca hossy. Może to być chwilowe zjawisko

L. Sobolewski: Spadki na giełdach nie muszą oznaczać końca hossy. Może to być chwilowe zjawisko 6

Początek lutego przyniósł gwałtowną przecenę na światowych rynkach akcji. Kilkuprocentowe spadki na amerykańskich parkietach w czasie jednej sesji zaniepokoiły rynki i spowodowały wyprzedaż akcji na całym świecie. Spadki dotknęły również giełdę w Polsce. Jednak dobre dane z gospodarki powinny zachęcić inwestorów do kupowania notowanych na parkiecie spółek.

Mówi się, że to jest bardzo długo trwająca hossa, ale w czasie tej długiej hossy mieliśmy też apogeum kryzysu greckiego, kiedy to Grecja zaprzestała obsługiwania swoich zobowiązań na początku lipca 2015 roku, potem mieliśmy mocne przyhamowanie wzrostu gospodarczego w Chinach, co spowodowało kilkuprocentowe spadki indeksów na Wall Street, na giełdach azjatyckich, również w naszym regionie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ludwik Sobolewski były prezes GPW w Warszawie, były prezes giełdy w Bukareszcie. – Wszystkie rynki z tego wyszły. Okazało się to potknięciem na drodze do dobrego obrotu. Musimy chwilę zaczekać, gospodarka komunikuje, że wszystko jest dobrze, a nawet świetnie, więc może jest to chwilowe zjawisko.

Gwałtowna przecena na światowych rynkach akcji rozpoczęła się w piątek, 2 lutego, ale naprawdę mocne spadki na Wall Street nastąpiły po weekendzie. W ciągu jednej sesji amerykański indeks Dow Jones stracił 4,1 proc., a S&P 500 – 4,6 proc. Oba indeksy wytraciły całe zyski z początku 2018 roku. Analitycy tłumaczą to wzrostem zainteresowania tanimi obligacjami amerykańskimi, których rentowności poszły w górę – inwestorzy mieli przerzucić część kapitału na tę bezpieczną formę inwestycji. W ślad za amerykańskimi indeksami w dół poszły giełdy azjatyckie i europejskie, w tym także Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie. Kolejne dwa dni przyniosły jednak częściowe odbicie.

Kursy mogą spadać albo iść do góry, po prostu tak jest, było i będzie. Ważne jest to, żeby firmy dobrze przechodziły przez te trudniejsze sytuacje – wtedy można wiele dobrego zrobić dla siebie, dla akcjonariuszy, dobudować fundamenty, przyciągnąć nawet więcej kapitału niż w czasie wysokiej hossy, kiedy wszyscy inwestują we wszystko – przekonuje Ludwik Sobolewski. – Zgodnie z tym, co mówią Japończycy, kryzys jest szansą na dobre efekty. Jeśli potrafimy to zrobić, łatwiej możemy pokazać, że jesteśmy lepsi niż konkurencja.

Były prezes GPW przypomina także, że to właśnie w czasie kryzysu finansowego sprzed dekady giełda warszawska wyprzedziła wiedeńską pod względem kapitalizacji spółek i obrotów. Nawet na koniec kiepskiego dla notowań 2016 roku krajowe spółki na GPW miały wartość 131 mld euro, natomiast te notowane w Wiedniu – 95,2 mld euro. Obroty akcjami wyniosły 43,7 mld euro w Warszawie i 28 mld euro w stolicy Austrii. Wciąż czyni to z warszawskiego parkietu lidera w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, choć od zachodnioeuropejskich giełd dzieli go przepaść.

Ludwik Sobolewski był prezesem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie w latach 2006–2013. Następnie przez cztery lata, do listopada 2017 roku, szefował parkietowi w Bukareszcie. Był drugim pod względem długości prezesury szefem GPW, po Wiesławie Rozłuckim, który pełnił tę funkcję przez 15 lat. W czasie czteroletniej bukareszteńskiej kadencji Sobolewskiego przez fotel prezesa GPW przewinęło się pięć osób, w tym jedna pełniąca obowiązki prezesa. Od ubiegłego roku na czele giełdy stoi Marek Dietl.

Zarówno ze względu na mój dotychczasowy życiorys, jak i nowy rozdział, który otwieram, zależy mi na tym, żeby giełda warszawska dobrze się rozwijała, bo to będzie pozytywnie rzutować na firmy, które tworzą klaster rynku kapitałowego – mówi były prezes GPW. – Chodzi nie tylko o giełdę, sprawne rozliczenia transakcji i domy maklerskie, banki inwestycyjne, których właściwie nigdy nie mieliśmy, lecz także żeby byli też analitycy, prawnicy rynku kapitałowego i dziennikarze finansowi. Byłoby dobrze, gdyby politycy czasami wsparli to poważne przedsięwzięcie. Gdy mamy klaster, to jest najlepsza prognoza dla przyszłość rynku.

Po złożeniu rezygnacji ze stanowiska prezesa giełdy w Bukareszcie Ludwik Sobolewski założył agencję relacji inwestorskich Cornerstone Communications, która rozpoczyna działalność na polskim rynku. Ma doradzać spółkom publicznym i niepublicznym w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Z wykształcenia prawnik, jest też partnerem zarządzającym Kancelarii Sobolewski Kielska Dąbrowska Grabowska, która ma pomagać firmom w rozwoju i nawiązywaniu kontaktów na zagranicznych rynkach w regionie.