TVP testuje nowe badania oglądalności. Nadawca będzie wykorzystywać internet rzeczy i specjalne opaski do analizy zachowań widzów

TVP testuje nowe badania oglądalności. Nadawca będzie wykorzystywać internet rzeczy i specjalne opaski do analizy zachowań widzów 1

Telewizja Polska pracuje nad udoskonaleniem własnego systemu pomiarów oglądalności. Publiczny nadawca korzysta w tej chwili z rozwiązania bazującego na danych z dekoderów Netii. Równolegle prowadzi pilotażowe testy nowego systemu telemetrycznego opartego o internet rzeczy i specjalne opaski dokładnie rejestrujące zachowania widzów przed telewizorami. 

– Telewizja Polska rozpoczęła pracę nad nowym pomiarem oglądalności kanałów telewizyjnych. Chcemy lepiej zarządzać ramówką na wszystkich naszych antenach i contentem reklamowym oraz dostosowywać go do potrzeb naszych klientów, czyli reklamodawców. Unikalna wartość tego, co robimy, jest taka, że dostajemy dane w trybie online. To oznacza, że możemy reżyserować programy z wykorzystaniem danych na żywo – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marcin Klepacki z biura strategii i projektów Telewizji Polskiej SA.

Informacji o tym, jaką oglądalnością cieszą się programy telewizyjne, dostarczają badania telemetryczne. Te są potrzebne, ponieważ na ich podstawie stacje mogą efektywnie konstytuować swoją ramówkę i ustalać cenniki dla reklamodawców.

W Polsce od 2011 roku jedynym podmiotem, który dokonuje takich pomiarów, jest Nielsen Audience Measurement (część globalnego koncernu Nielsen Company). Instytut bada oglądalność na podstawie reprezentatywnego panelu 2 tys. gospodarstw domowych (w których mieszka ponad 5 tys. osób), skonstruowanego na podstawie danych GUS oraz czynników takich jak region geograficzny, wielkość gospodarstwa, struktura demograficzna czy rodzaj odbieranego sygnału telewizyjnego. Z danych telemetrycznych Nielsena korzystają nie tylko stacje telewizyjne, lecz także reklamodawcy, agencje i domy mediowe.

Nasze badania oglądalności bazują na rzeczywistych zachowaniach widzów. Z kolei istniejące na rynku badanie jest deklaratywne, dlatego że – aby zarejestrować samo zdarzenie oglądania telewizji – użytkownik musi nacisnąć przycisk na pilocie, zalogować się. W naszym podejściu ta sytuacja nie występuje. Dekoder sam zbiera rzeczywiste dane o zachowaniach widzów przed telewizorem – mówi Marcin Klepacki.

Dane o oglądalności Nielsena pochodzą z telemetrów – urządzeń podłączonych do telewizora i dekodera, montowanych w gospodarstwach biorących udział w badaniu. Telemetr zapisuje czas włączenia i wyłączenia telewizora oraz identyfikator odbieranej stacji. Dodatkowo za pomocą specjalnego pilota widz każdorazowo informuje system o momencie, w którym zaczyna i kończy oglądać dany program.

TVP od kilku miesięcy kwestionuje wyniki oglądalności Nielsena, uważając je za zaniżone, i posługuje się alternatywnymi danymi o widowni na podstawie własnych badań oglądalności opartych na danych od klientów Netii.

– Tym, co wyróżnia badanie, jest liczba punktów pomiarowych. Pomiar bazuje na danych ze ścieżki zwrotnej dekoderów – my gromadzimy dzisiaj dane z około 200 tys. dekoderów rozlokowanych praktycznie po całej Polsce. Jest to około 40 proc. kodów pocztowych i prawie 60 proc. gmin. Oznacza to, że rozdzielczość geograficzna tych danych jest bardzo dobra – samych punktów pomiarowych jest sto razy więcej niż w obecnie obowiązującym na rynku badaniu – tłumaczy Marcin Klepacki.

Z usług Netii, z którą TVP współpracuje od kilku miesięcy, korzysta około 180 tys. gospodarstw domowych w 1,5 tys. gmin w całej Polsce. Łącznie klienci telekomu korzystają z ok. 200 tys. dekoderów.

Dziś integrujemy te dane, ale nie wyodrębniamy ich jako oddzielnego źródła. Prototyp, nad którym w tej chwili pracujemy, to wykorzystanie danych z odbiorników telewizji hybrydowej. Jest to telewizja, która dostarcza sygnał poprzez cyfrową telewizję naziemną, natomiast ścieżka zwrotna jest realizowana przez poprzez podłączenie telewizora do internetu – wyjaśnia Marcin Klepacki.

Przez rozpoczęciem własnych pomiarów TVP uwzględniła rozkład geograficzny oraz takie czynniki jak struktura gospodarstw domowych, rozkład wieku badanej populacji czy procentowy udział mężczyzn i kobiet. Wartości, którymi się posługuje, są zbieżne z danymi GUS, dlatego w ocenie TVP można wykorzystać je do modelowania oglądalności dla całej Polski.

Stosujemy też algorytmy z zakresu sztucznej inteligencji, które pozwalają nam – na podstawie rzeczywistych zachowań widzów – definiować, kim oni są. Nie jest to żadna inwigilacja, tylko typowe analizy na zupełnie anonimowych danych. Jesteśmy też w stanie podejść w trochę inny sposób do samej klasyfikacji widzów przed telewizorem. Uważamy, że tego typu analizy pozwolą w niedalekiej przyszłości dużo lepiej dostosowywać reklamę do preferencji widzów, a tym samym pozwolą reklamodawcom lepiej zarządzać ich pieniędzmi reklamowymi – mówi Marcin Klepacki.

Publiczny nadawca pracuje również nad rozwiązaniem, które w przyszłości ma umożliwić dokładniejszy pomiar zachowań indywidualnych widzów przed telewizorami. Wykorzystuje w tym celu rozwiązania internetu rzeczy (IoT) bazujące na specjalnie stworzonym systemie telemetrycznym. Obecnie trwają jego pilotażowe testy.

Chcemy wykorzystać coś podobnego do znanych na rynku opasek fitness. Wyposażony w taką opaskę użytkownik jest identyfikowany przez specjalny system radiowy, umieszczony przy odbiorniku telewizyjnym. Dodatkowe sensory identyfikują, czy faktycznie znajduje się on w tym pomieszczeniu, czy przypadkiem nie jest w innej części, poza zasięgiem telewizora. W tej chwili prowadzimy pilotaż tego rozwiązania i myślę, że będzie ono dobrym uzupełnieniem tego typu pomiarów – mówi Marcin Klepacki.

Zadłużenie Europejczyków wobec banków i telekomów daje zarobić polskim firmom. Grupa GetBack chce się rozwijać w Hiszpanii, Rumunii i Bułgarii

Zadłużenie Europejczyków wobec banków i telekomów daje zarobić polskim firmom. Grupa GetBack chce się rozwijać w Hiszpanii, Rumunii i Bułgarii 2

Polski rynek wierzytelności może być wart już ponad 32 mld zł i dynamicznie rośnie. Dlatego GetBack SA to na krajowym podwórku chce skoncentrować swój rozwój, ale jednocześnie zamierza zwiększać swoją obecność na zagranicznych rynkach. Perspektywiczne są szczególnie Rumunia, drugi największy rynek handlu wierzytelnościami w Europie Środkowo-Wschodniej, a także Hiszpania, gdzie podmiot z Grupy Kapitałowej GetBack nabył portfele wierzytelności o wartości nominalnej blisko miliarda euro.

Chcemy się skupić głównie na Polsce, bo mamy tutaj bardzo dużo transakcji, które dają nam dochodowość i będziemy to kontynuowali. Jednocześnie będziemy budowali naszą obecność na rynku hiszpańskim, pogłębiali Rumunię i uzupełniali to różnymi dodatkowymi transakcjami, takimi jak np. w Bułgarii –zapowiada w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Konrad Kąkolewski, prezes zarządu GetBack SA.

Grupa Kapitałowa GetBack, działająca na rynku wierzytelności, ma za sobą rekordowy rok pod względem operacyjnym. Na koniec 2017 roku łączna kwota kupionych portfeli wierzytelności w imieniu własnych i zewnętrznych funduszy sekurytyzacyjnych wyniosła blisko 2 mld zł, czyli o ponad 110 proc. więcej niż w 2016 roku. Kwota spłat z zarządzanych w imieniu obsługiwanych funduszy portfeli wyniosła 1,2 mld zł, co oznacza 70 proc. wzrost w skali roku. Na koniec 2017 roku nominalna wartość wierzytelności, którymi zarządza spółka, wyniosła 28,2 mld zł, przy 19,4 mld zł w 2016 roku.

Za dobre wyniki w dużej mierze odpowiada polski rynek wierzytelności, którego wartość mogła w 2017 roku przekroczyć 32 mld zł, przy 20 mld zł rok wcześniej. Grupa Kapitałowa GetBack zapowiada dalsze inwestycje na polskim rynku. Spółka chciałaby osiągnąć pozycję lidera na rynku polskim – jeśli się uda, to już w ciągu trzech najbliższych lat.

Zarząd zapowiada jednocześnie dalszą ekspansję zagraniczną. Tym bardziej że rynki, na których Grupa Kapitałowa GetBack jest już obecna, wyglądają obiecująco.

– Działalność w Hiszpanii rozwija się bardzo dobrze, lepiej niż oczekiwaliśmy.  W imieniu naszego funduszu nabyliśmy ponad 900 mln euro nominału, czyli istotną kwotę, która – mam nadzieję – przyniesie szybko dobre zwroty. Wierzę, że zawarte transakcje są bazą do tego, żebyśmy zwiększali naszą efektywność w zakresie dochodowości dla naszych inwestorów – wskazuje Konrad Kąkolewski.

GetBack SA we wrześniu ubiegłego roku rozpoczęła współpracę z dwoma czołowymi podmiotami na hiszpańskim rynku, które specjalizują się w zarządzaniu wierzytelnościami (Cobralia Servicios Integrales de Recuperación oraz Liberto Ventures). W połowie stycznia tego roku spółka poinformowała z kolei o nabyciu przez jej podmiot zależny od jednego z hiszpańskich banków portfela wierzytelności o łącznej wartości nominalnej 637 mln euro. W ostatnim tygodniu została podpisana kolejna umowa dotycząca nabycia wierzytelności o wartości 246 mln euro. Jak podkreśla prezes zarządu GetBack SA, spółka ma na ekspansję inny pomysł niż pozostałe firmy z branży.

 Nie tracimy czasu na wydawanie pieniędzy inwestorów, żeby zbudować jakiś fundament. Posługujemy się benchmarkami oraz uznanymi liderami tamtejszej branży – współpracujemy z dwoma czołowymi firmami na tym rynku. Wierzę, że powinniśmy w miarę szybko zacząć dostarczać dobre wyniki z tego rynku – przekonuje Konrad Kąkolewski.

GetBack SA zapowiada też zwiększenie obecności na rynku rumuńskim, na który Grupa Kapitałowa GetBack weszła w 2014 roku. Rumunia to drugi rynek handlu wierzytelnościami w Europie Środkowo-Wschodniej, a Grupa jest tam obecna przede wszystkim w sektorze telekomunikacyjnym.

– Jesteśmy zadowoleni z tej działalności, która jest podstawą do naszej dochodowości na tym rynku. Chcemy dzisiaj trochę przesunąć nacisk i zwiększyć wolumeny z rynku bankowego, w związku z czym poszukujemy finansowania – mówi prezes zarządu GetBack SA.

W styczniu spółka poinformowała o ustanowieniu na rynku rumuńskim programu emisji obligacji o wartości nominalnej do 100 mln lejów (RON).

Dochodowym rynkiem dla Grupy Kapitałowej GetBack może się okazać Bułgaria, na którym rozpoczęła współpracę z lokalnym serwisem specjalizującym się w zarządzaniu wierzytelnościami – Cycle Credit Bulgaria EOOD. Jednocześnie podmiot z Grupy wygrał przetarg na nabycie portfeli wierzytelności o łącznej wartości nominalnej około 50 mln zł.

– Na rynku bułgarskim widzimy bardzo dużo możliwości inwestycyjnych. Jest to mniejszy rynek, ale dochodzi na nim do wielu ciekawych transakcji, do których mamy dostęp poprzez nasze relacje bezpośrednie, również poprzez Związek Banków Bułgarii. Oceniamy, że ten rynek nie może konkurować wielkością z Hiszpanią czy Polską, nawet Rumunią, natomiast może być bardzo ciekawym dodatkiem – ocenia Konrad Kąkolewski. –  Idziemy tam, gdzie widzimy, że wewnętrzne stopy zwrotu mogą być ponadprzeciętne, a zwrot na kapitale odpowiednio wysoki.

Koniec 9-letniej hossy?

Początek lutego przyniósł ostre spadki na światowych giełdach. Zwłaszcza na Wall Street, ale także w Warszawie. Czy to koniec 9-letniej hossy i inwestorzy zaczynają wycofywać się z rynku akcji?

– Mocne styczniowe wzrosty został całkowicie wymazane – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Pojawiły się komentarze, że to już koniec 9-letniej hossy, rozpoczętej po globalnym kryzysie finansowym z 2008 r.

To co dobre już sie kończy? Niekoniecznie, bo jednak napływające dane gospodarcze są bardzo dobre, dotyczące zarówno Europy, USA i Azji.

– Ale inwestorzy wiedzą, że banki centralne zaczną podnosić stopy procentowe, czyli skończy się okres taniego pieniądza i nadchodzi okres redukowania zaangażowania w akcje.

Pozostają otwartą kwestią kiedy do się stanie? Za wcześnie, aby mówić, że to definitywny koniec rynku byka, ocenie ekspert z XTB.

Trzy najważniejsze zmiany podatkowe już obowiązujące

Z początkiem tego roku obowiązuje wiele zmian podatkowych, zarówno w podatkach dochodowych, jak i w pośrednich, czyli dotyczących VAT. Trzy zmiany są szczególnie ważne, ze względu na ich zasięg, a więc liczbę podatników, których zmiany te dotyczą.

Od 1 stycznia 2018 r. wszyscy podatnicy VAT, którzy składają deklaracje VAT-7 lub VAT-7K, prowadzą elektroniczną ewidencję VAT (rejestr sprzedaży i zakupów VAT) i przesyłają ją jako Jednolity Plik Kontrolny dla potrzeb VAT. Obowiązek złożenia pliku JPK_VAT za styczeń upływa 26 lutego 2018 r.

– Ta zmiana dotyczy także mikroprzedsiębiorców- mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Tomczykowski, partner zarządzający, Kancelaria Ożóg Tomczykowski.

Przez 30 dni może zostać zablokowanych rachunek bankowy przedsiębiorcy, ze względu na STIR. To system teleinformatyczny izby rozliczeniowej.

– Możliwość blokowania rachunków dotyczy przypadków podejrzenia, że przedsiębiorca bierze udział w wyłudzaniu podatków, a więc chodzi o słynne karuzele podatkowe – wyjaśnia P.Tomczykowski.

Trzecia ze zmian to split payment, czyli wprowadzenie płatności podzielonej.

– Zamiast otrzymywać płatności na jeden rachunek, jak dotychczas, przedsiębiorcy będą mogli wyodrębnić dwa rachunki. Jeden będzie nadal dotyczył działalności gospodarczej, ale wyodrębnione zostaną tylko wpłaty podatku VAT, które będą wpływać na drugi z rachunków przedsiębiorcy.

Wysoki popyt powoduje spadek stopy pustostanów w Warszawie

Stolicy w ostatnim kwartale 2017 roku przybyło 72 tys. m kw. nowych biur zlokalizowanych w 8 budynkach. Wynik z ostatnich trzech miesięcy pozwolił zamknąć ubiegły rok z nową podażą na poziomie ok. 280 tys. m kw. i wielkością rynku szacowaną na 5,37 mln m kw. – podkreślają autorzy raportu AAG Office Warsaw Q4 2017 z BNP Paribas Real Estate Poland.

Umiarkowana podaż

Po wysokim wzroście nowej podaży zanotowanym w stolicy w 2016 roku (ok. 410 tys. m kw.), w raportowanym okresie widoczny był spadek do poziomu zarejestrowanego w latach 2012 – 2015.

Na koniec ubiegłego roku wiodącą pod względem ilości powierzchni biurowej była strefa Centrum, której wielkość przekroczyła łącznie 2 mln m kw. powierzchni. Od kilku kwartałów znaczącą dynamikę rozwoju można zaobserwować w strefie Centrum – Zachód. Okolice Ronda Daszyńskiego, będące jednym z większych placów budowy w tej części Europy, przyciągają potencjałem lokalizacji, bliskością ścisłego centrum i bardzo dobrym dostępem do komunikacji publicznej, w tym do rozbudowywanej II linii metra.

Jesteśmy świadkami fundamentalnych zmian w centralnej strefie Warszawy i wykształcania się nowego, biznesowego regionu w stolicy. W sąsiedztwie Ronda Daszyńskiego w perspektywie   2–3 lat pojawią się nowe obiekty biurowe, w tym wysokościowce, które trwale zmienią panoramę Warszawy. Warto jednak podkreślić, że równolegle z rozwojem rynku biurowego, Wola przyciąga również liczne projekty mieszkaniowe, którym towarzyszą funkcje handlowe i usługowe zlokalizowane w parterach. W dzielnicy powstaje obecnie najwięcej mieszkań w mieście. Ten zaniedbany wcześniej rejon miasta, w odróżnieniu od Służewca, gdzie dominuje monokultura zabudowy biurowej, ma szansę na przeobrażenie w nowoczesny kwartał miejski skupiający różnorodne funkcje i tętniący życiem również po zakończeniu pracy biurowców – Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Biurowych, BNP Paribas Real Estate Poland

Raport opracowany przez BNP Paribas Real Estate Poland wskazuje, że największa część biurowej podaży w ubiegłym roku trafiła na Mokotów, drugą pod względem wielkości zasobów strefę. Odmienna sytuacja występuje we Wschodniej strefie, obejmującej prawobrzeżną część miasta, którą cechuje najmniejsza siła przyciągania nowych inwestycji biurowych.

Stabilny popyt

W ubiegłym roku wskaźnik najmu powierzchni biurowej netto (nowe transakcje, umowy przednajmu oraz powiększenia zajmowanych powierzchni) osiągnął poziom ok. 600 tys. m kw. i był nieznacznie niższy niż odnotowany w rekordowym, 2015 roku. Jednak w porównaniu r/r, wynik z 2017 był o ponad 30 proc. wyższy niż w roku 2016.

Autorzy raportu podkreślają spore zainteresowanie najemców projektami zlokalizowanymi w strefie Centrum i powstającymi na jej zachodnim obrzeżu. Interesującą lokalizacją staje się również Mokotów, który oferując szeroki wybór powierzchni biurowych, stwarza lepsze możliwości do negocjacji bardziej elastycznych komercyjnych warunków najmu.

Wysoki poziom ubiegłorocznego popytu miał bezpośrednie przełożenie na spadek wskaźnika powierzchni niewynajętej, który zmniejszył się z ok. 15 proc. na początku roku, do około 12 proc. na koniec IV kwartału.

Patrząc jedynie przez pryzmat wskaźnika pustostanów można odnieść wrażenie, że stołeczny rynek daje duże pole manewru w znalezieniu odpowiedniego biura. W praktyce jednak, wynajęcie powierzchni powyżej 5 000 m kw. o odpowiednim standardzie, a takich najczęściej poszukują duże firmy myśląc o rozwoju albo relokacji do Warszawy, zaczyna stanowić duże wyzwanie – Patrycja Dzikowska, Dyrektor Działu Analiz Rynkowych i Doradztwa na Europę Środkowo-Wschodnią, BNP Paribas Real Estate Poland

Autorzy raportu zwracają uwagę, że ubiegłoroczną strukturę popytu zdominowały nowe kontrakty.

Czynsze bez zmian

Pod koniec ubiegłego roku miesięczne stawki wywoławcze czynszów w najlepszych obiektach w strefie Centrum wahały się pomiędzy 20 EUR a 22 EUR za m kw. Z raportu wynika, że poprawa wskaźnika wynajętej powierzchni przekłada się bezpośrednio na pozycję negocjacyjną wynajmujących. Analitycy BNP Paribas Real Estate Poland przewidują, że w perspektywie krótkookresowej stołeczny rynek będzie świadkiem powrotu rynkowej równowagi na linii najemca – wynajmujący, a także optymalizacji pakietu zachęt dla najemców w postaci wakacji czynszowych albo dopłat do wyposażania powierzchni.

Centrum urośnie

W perspektywie trzech najbliższych lat największy rozwój sektora biurowego odnotowany zostanie w stołecznej strefie Centrum, w której powstanie ponad 75 proc., (czyli około 600 tys. m kw.) z około 780 tys. m kw. powierzchni będących obecnie w fazie budowy. Co istotne, deweloperzy upodobali sobie szczególnie okolice Ronda Daszyńskiego, gdzie na placach budowy znajduje się ponad 250 tys. m kw. nowoczesnych biur, a kolejne projekty są na różnych etapach przygotowania.

Chiński import 36% w górę. Spadki ropy

Dobre dane z Niemiec nie uratowały euro przed kolejnymi spadkami. Chińczycy pokazali jeden z tych odczytów makroekonomicznych, w które ciężko uwierzyć. Rosnące zapasy ropy obniżają jej cenę.

Dane z Niemiec

Poznaliśmy wzrost niemieckiego eksportu za 2017 rok. Wzrósł on o 6,3%. Import z kolei rósł nawet szybciej bo o 8,3%. Oznacza to, że nadwyżka handlowa uległa w zeszłym roku skurczeniu. Dane te spowodowały krótkotrwałe umocnienie się euro. Po chwili jednak powróciliśmy do spadków. Dlaczego europejska waluta traci? Inwestorzy reagują na informację o kolacji CDU/CSU z SPD. Dotychczas oczywistym było, że finansami kierować będą zwycięzcy wyborów. Tak się jednak nie stało i teka ministra finansów trafiła w ręce SPD. Podział stanowisk ogólnie uważany jest za korzystny dla socjaldemokratów, którzy zwyczajowo cieszą się mniejszą sympatią inwestorów.

Dobre dane z Chin

Odczyty gospodarcze z państwa środka zawsze budziły spore wątpliwości.  Wzrost eksportu o 11,1% jest imponujący, ale biorąc pod uwagę oczekiwania na 9,6% nie jest wcale tak odległy od oczekiwań. Zdziwienie budzi natomiast import. Oczekiwania były co prawda wyższe bo 9,8%. Realizacja natomiast to aż 36,9%. Mowa o imporcie w dolarach, w juanach jest to w dalszym ciągu ponad 30%. Analitycy wskazują, że to efekt słabszego grudnia, wzrostu popytu na drożejącą ropę i przesunięcia świąt noworocznych wedle tamtejszego kalendarza. W mediach analitycy zwracają uwagę, że rząd zapowiada próbę walki z umacniającym się juanem.

Spadki na rynku ropy

Wczoraj czarne złoto straciło na wartości około 2 dolarów na baryłce. Powodem były większe od oczekiwań zapasów. Co prawda zapasy samej ropy nie były aż tak duże, ale znacznie powyżej oczekiwań znajduje się w magazynach zarówno benzyny jak i destylatów. To te informacje spowodowały ruch w dół. Wraz z ropą w dół poszedł również rosyjski rubel.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 13:00 – Wielka Brytania – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Onboarding w nowoczesnym wydaniu – co robić, żeby dobrze wprowadzić nowego pracownika?

Jak wesprzeć nową osobę w zespole, by zarówno firma, jak i nowy pracownik mieli okazję poznać swoje potrzeby i ułatwić cały proces pojawienia się nowego członka zespołu w organizacji? Tematowi onboardingu przyglądamy się razem z Robertem Strzeleckim, wiceprezesem technologicznej firmy TenderHut i pomysłodawcą biurowej aplikacji Zonifero.

„On board” oznacza z angielskiego „na pokład” i właśnie w związku z wejściem nowej osoby na firmowy pokład słowo „onboarding” zostało zaadaptowane do branży HR. W nomenklaturze działów zarządzania zasobami ludzkimi onboarding to bowiem hasło oznaczające proces wprowadzania nowego pracownika do firmy. Wdrożenie w arkana przedsiębiorstwa nie jest sprawą prostą zarówno dla HR-owca, jak i dla nowej osoby. Okres próbny trwa ok. 3 miesięcy i na ogół tyle czasu nie wystarcza, aby nowy pracownik dokładnie poznał firmę, swoich współpracowników oraz obowiązki, które ma wykonywać zawodowo. Pracodawca wiele wymaga od nowej osoby, ale czy firma równie wiele daje z siebie, aby na lata zatrzymać w swoich szeregach świeżo nabytego specjalistę?

Pierwsze wrażenie jest najważniejsze

Rezygnacja z pracy w okresie próbnym to zmora firm, szczególnie w obecnie panującej sytuacji, gdzie mamy do czynienia z  rynkiem pracownika, a nie pracodawcy. Badania nie napawają optymizmem: w ciągu pierwszych 45 dni w nowej pracy rezygnuje z niej 22% pracowników, a z kolei w ciągu początkowych 4 miesięcy, czyli zwykle zaraz po okresie próbnym, pracę zostawia aż 50% osób.[i] Wielu pracodawców wciąż błędnie sądzi, że pracownik zatrudniony na okres próbny jest już osobą „pozyskaną” i nie wymaga już szczególnego zainteresowania. Tymczasem dobre przyjęcie w pierwszych dniach jest kluczowym czynnikiem w decyzji nowej osoby, czy będzie chciała kontynuować pracę dla danej firmy. – Pierwsze wrażenie jest kluczowe, a potem musi być tylko lepiej – mówi Robert Strzelecki. – Nie wystarczy już podarowanie nowo przyjętej osobie zestawu gadżetów firmowych, czy przedstawienie jej po kolei wszystkim pracownikom – z tym możemy spotkać się w każdej firmie, a sęk w tym, żeby wyróżnić się jako przedsiębiorstwo już pierwszego dnia i dać nowej osobie odczuć, że trafiła do nowoczesnej firmy zorientowanej na pracownika – dodaje Strzelecki.

Różne metody wdrażania pracownika

Standardem jest wdrażanie nowej osoby w obowiązki i zaznajamianie jej ze specyfiką firmy poprzez przydzielenie opiekuna. Takim przewodnikiem najczęściej zostaje bezpośredni przełożony lub osoba pracująca już jakiś czas na tym samym stanowisku. – Kuluarowe rozmowy są oczywiście bardzo ważne, ale moim zdaniem to nadal nie pokazuje firmy w pełnej krasie. Poza tym, przewodnik nie jest na czas „opieki” zwalniany ze swoich obowiązków zawodowych, może więc nie mieć wystarczająco dużo czasu, żeby pomóc w zaklimatyzowaniu się nowej osobie i w rezultacie problem gładkiego wejścia w firmowy nurt nadal pozostaje nierozwiązany – mówi Robert Strzelecki. – Zapomina się także o tak podstawowej czynności, jaką jest zapoznanie nowej osoby z przełożonym. Nie chodzi o familiarny uścisk dłoni, ale o pokazanie pracownikowi, że w strukturach firmy jest osobą ważną i przełożonemu nie żal czasu na zapoznanie się. Takie drobne gesty na początku tworzą dobry grunt pod późniejszą współpracę – dodaje Strzelecki, który w ciągu zaledwie kilku lat działalności TenderHut powitał w firmie 200 nowych pracowników. Kwestie personalne, które pracownik musi wypracować w nowej firmie, to jednak tylko jedna strona medalu. Problemem dobrze przeprowadzonego onboardingu może być… poczucie zagubienia w nowej przestrzeni. – Brzmi to dość zabawnie, ale w rzeczywistości stanowi zupełnie realne zagadnienie. Pracownik, który gubi się w dużej firmie jest sfrustrowany i przede wszystkim mniej wydajny, bo traci czas na szukanie odpowiednich miejsc i osób. Ten problem znam z podwórka własnej firmy i rozwiązaliśmy go za pomocą tego, na czym znamy się najlepiej, czyli nowych technologii – dodaje wiceprezes TenderHut.

Młodzi idą za techniką

Projektując efektywny onboarding nie sposób nie brać pod uwagę charakterystyki pokolenia, które dziś wchodzi na rynek pracy. – Czy to pokolenie Y czy jeszcze młodsze pokolenie Z – młodych ludzi, bez względu na branżę, w której pracują łączy jedno – są zorientowani na nowe technologie. Wszelkie narzędzia mobilne stanowią dla nich naturalne środowisko i to jest właśnie ten trend, na który w procesie onboardingu trzeba teraz zwracać szczególną uwagę – zauważa Robert Strzelecki. Ważne jest to, dzięki czemu pracownik będzie miał poczucie, że pracuje w elitarnym i nowoczesnym miejscu. Robert Strzelecki, m.in. z myślą o nowych pracownikach i ich wdrażaniu wpadł na pomysł aplikacji mobilnej, która spełnia rolę firmowego organizera i przenosi życie biurowe do smartfonowej aplikacji. – Dzięki Zonifero problem błądzenia nowych osób po firmie został praktycznie wyeliminowany, bo wszystkie informacje potrzebne do natychmiastowego odnalezienia się w nowym budynku i – co ważniejsze – w gronie nowych osób pracownicy mają teraz w swoich smartfonach. Aplikacja pokazuje im szczegółową mapę biura, mówi, jak trafić do najważniejszych miejsc typu, kuchnia, kadry, pokój relaksu, wskazuje gdzie kto pracuje i jak mają na imię nowi współpracownicy. Dzięki niej nowe osoby mają też od razu dostęp do danych kontaktowych poszczególnych osób z firmy i z poziomu aplikacji mogą do nich dzwonić lub pisać. Na WIKI pracownik znajdzie wszystkie informacje dotyczące biurowej organizacji miejsca pracy. Użytkownik może ponadto zwołać spotkanie, zarezerwować salę i dać o nim znać wybranym pracownikom – to wszystko za pomocą kilku kliknięć w aplikacji, bez zbędnych maili i telefonów – opowiada Strzelecki. – Nie ukrywam także, że Zonifero to temat, który wykorzystujemy już na etapie własnych rekrutacji mówiąc o naszej kulturze organizacyjnej. Młodzi ludzie bardzo entuzjastycznie reagują na takie nowinki i są pod wrażeniem tego, że firma, która oferuje im pracę jest nowoczesna i zdigitalizowana. Takie, wydawałoby się, banalne rzeczy, jak na przykład podpisywanie listy obecności przez jedno kliknięcie w aplikację na smartfonie naprawdę ma dla nich znaczenie i jest postrzegane dużo lepiej niż papierowa lista na sekretariacie. Myślę, że nowe technologie to właśnie kierunek, w którym firmy teraz powinny podążać, zarówno pod względem rekrutacji, jak i późniejszego onboardingu.

 – W czasach, gdy to pracownik wybiera sobie firmę, w której chce pracować, a nie odwrotnie, po prostu nie warto rezygnować, czy skracać czasu onboardingu. Nowa rekrutacja z pewnością będzie trwała dłużej, więc nie należy ryzykować – żartuje Robert Strzelecki.

[i] www.biznes-firma.pl/czym-jest-onboarding/29221

E-walutowe fakty i mity. Cała prawda o kantorach internetowych

Ukryte opłaty, różna wysokość prowizji, brak kontroli i zabezpieczenia transakcji. To podstawowe zarzuty, jakie stawia się kantorom działającym w sieci. Czy wymieniając walutę w Internecie, narażamy się na utratę pieniędzy? Postanowiliśmy zmierzyć się z podstawowymi mitami na temat e-kantorów.

Mit klient nie posiada żadnego zabezpieczenia

Coraz więcej kantorów prowadzonych jest przez spółki posiadające licencję krajowej instytucji płatniczej. Posiada ją również spółka Currency One, która jest operatorem dwóch serwisów do wymiany walut online – Internetowykantor.pl i Walutomat. Zdobycie takiej licencji nie jest proste – aby uzyskać miano instytucji płatniczej, dana firma musi być monitorowana przez Komisję Nadzoru Finansowego. Oznacza to przejście przez skomplikowane procedury i kontrole, m.in. weryfikację stabilności finansowej, dające pewność, że instytucja spełnia rygorystyczne standardy bezpieczeństwa i jest godna zaufania, a więc można jej bez obaw powierzyć swoje środki. Uzyskać taką licencję nie jest łatwo i jeśli e-kantor już ją posiada, nie chce ryzykować jej utraty.

Instytucji kontrolujących kantory internetowe jest więcej. Wspomnieć można chociażby Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych czy Generalnego Inspektora Informacji Finansowej, czy UOKIK. Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo systemów informatycznych, warto pamiętać, że kantory internetowe to nowe podmioty. Technologie wykorzystywane w ich tworzeniu to nie relikty XX wieku, tylko najnowsza wiedza wnoszona do spółek przez wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Co więcej, Internetowykantor.pl, jak i Walutomat, działają w pełnej zgodzie z przepisami prawnymi obowiązującymi w całej Unii Europejskiej.

Wybierając serwis do wymiany walut online, warto pomyśleć o kwestiach zabezpieczenia transakcji. Internetowykantor.pl i Walutomat stosują wewnętrzną politykę bezpieczeństwa, wzmocnioną odpowiednią strukturą organizacyjną. W serwisach należących do Currency One bezpieczeństwo danych Użytkowników zapewniają eksperci z Działu Compliance oraz Działu Bezpieczeństwa i Zarządzania Ryzykiem, którzy dbają o dostosowanie działalności e-kantorów do obowiązujących wymogów prawnych i regularnie wykonują zewnętrzne testy bezpieczeństwa serwisów.

Mit różne kursy walut, różnej wielkości prowizje, dodatkowe opłaty

Zarzut ten dotyczy tak naprawdę transparentności polityki cenowej. Nie jest on stawiany wyłącznie branży kantorów internetowych. Pojawia się wszędzie tam, gdzie usługa jest chociaż odrobinę bardziej skomplikowana. Uczciwe i transparentne e-kantory, takie jak Internetowykantor.pl i Walutomat, nie naliczają żadnych ukrytych opłat. Podczas zawierania transakcji większość z nich wręcz zachęca do skorzystania z opcji „sprawdź, jak wyliczony został kurs”, bądź odsyłają do stron „sprawdź, ile to kosztuje”.

Z czego zatem może wynikać obawa, że w ostatecznym rozliczeniu pojawią się koszty,
o których nie było wcześniej żadnej informacji? Z tego, że wbrew pozorom jest to usługa złożona. Nie jest to po prostu wymiana walut. Jest to wpłata, wymiana i wypłata. Jeśli przelew jest wysłany z banku, w którym serwis posiada rachunek w danej walucie,w większości przypadków użytkownik nie powinien ponieść żadnych kosztów. Wysłanie przelewu zewnętrznego (międzybankowego), zwłaszcza walutowego, może wiązać się jednak z opłatami. Jego koszt liczony jest według Tabeli Opłat i Prowizji banku, z którego dokonywany jest przelew, i to właśnie tam powinniśmy sprawdzić, ile zapłacimy wysyłając przelew do kantoru internetowego.

Gdy mamy już pieniądze w Panelu Klienta, sama wymiana jest bardzo transparentna, wygodna i szybka. Co więcej, większość kantorów internetowych, oprócz możliwości akceptacji aktualnego kursu, umożliwia ustawienie zlecenia oczekującego na interesujący nas poziom ceny danej waluty.

Ostatnim elementem transakcji jest wypłata środków. Zazwyczaj wypłata do banku, w którym serwis posiada konto jest darmowa. Z kolei, jeżeli e-kantor nie posiada rachunku w danym banku, koszt wypłaty będzie nieunikniony. Bywa, że dla wygody użytkownika jest on już zawarty w kursie wymiany. Bywa też, że jest to kwota potrącana z wysokości wypłaty. Warto natomiast zwrócić uwagę, że opłata ta jest jasno komunikowana jeszcze przed zatwierdzeniem transakcji wymiany, by uniknąć nieporozumień.

Mit potrzeba posiadania dwóch kont: złotowego i walutowego

Żeby skorzystać z usług kantoru internetowego, nie potrzeba posiadać dwóch rachunków bankowych. Wiele e-kantorów, w tym Internetowykantor.pl, realizując usługę płatniczą, umożliwia transfer wymienionych środków prosto do odbiorcy. Dzięki temu nie tylko nie musimy otwierać kont w walutach wszystkich krajów, gdzie potencjalnie możemy chcieć prowadzić biznes, czy jechać na wakacje, ale też unikniemy wysokich marż, jakie banki naliczają za przelewy zagraniczne. Jak to działa? Po prostu wpłacamy złotówki do Internetowykantor.pl, wymieniamy na potrzebną walutę i bezpośrednio z serwisu wysyłamy je do odbiorcy. Tak samo, jak robimy to w banku, tylko taniej.

Autor: Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat

FinAi otrzymał 7,3 mln zł dofinansowania na projekt stworzenia modelu ryzyka kredytowego

Łukasz Dziekan, CTO FinAi
Łukasz Dziekan, CTO FinAi

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju przyznało FinAi 7,3 mln zł dofinansowania w ramach programu Inteligentny Rozwój. Pozyskane środki firma planuje przeznaczyć na realizację projektu budowy modelu estymacji ryzyka kredytowego klienta detalicznego z wykorzystaniem alternatywnych źródeł danych oraz najnowszych badań i narzędzi z zakresu teorii grafów. Partnerami inicjatywy zostały Wydział Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej oraz jeden z wiodących banków detalicznych w Polsce.

Projekt realizowany przez FinAi wychodzi naprzeciw oczekiwaniom banków, które poszukują nowych, skutecznych metod analizy i ograniczania ryzyka kredytowego w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu biznesowym.

Na świecie z powodzeniem funkcjonują już tego typu rozwiązania, oferowane przez Lenddo, czy ZestFinance. Są one jednak mniej zaawansowane od naszego projektu, z punktu widzenia zastosowanych metod analizy danych i głównego pomysłu matematycznego. Na rynku europejskim wciąż brakuje gracza, który oferowałby bankom i klientom nową jakość w obszarze oceny ryzyka kredytowego – mówi Łukasz Dziekan, CTO FinAi. I dodaje: Stoimy przed niepowtarzalną szansą, aby polski fintech odegrał znaczącą rolę w eksporcie polskiej myśli naukowej i technologicznej na skalę europejską, w kontekście kluczowego dla sektora bankowego procesu.

Wdrożenie nowego modelu szacowania ryzyka kredytowego umożliwi bankom, a także innym instytucjom finansowym, dotarcie z produktami kredytowymi do nowych segmentów populacji, jednocześnie poprawiając efektywność istniejących już narzędzi i procesów. Dzięki jego wykorzystaniu wzrośnie również liczba osób, które zostaną ocenione przez polski system bankowy jako wiarygodne z punktu widzenia ryzyka kredytowego, co w dalszej perspektywie może mieć wpływ na poprawę wskaźnika wykluczenia finansowego wśród Polaków. Będzie to dotyczyło w szczególności ludzi młodych, będących na początku kariery zawodowej. w przypadku których bankom brakuje obecnie rozwiązań umożliwiających ocenę ich wiarygodności kredytowej, szczególnie w kanałach cyfrowych.

Prace badawcze związane z analizą zaawansowanej teorii grafów będą realizowane przez FinAi w kooperacji z Wydziałem Matematyki i Nauk Informacyjnych Politechniki Warszawskiej. Pracami zespołu naukowców Politechniki Warszawskiej pokieruje prof. dr hab. Jarosław Grytczuk. Ze strony FinAi projekt będą realizować eksperci posiadający wieloletnie doświadczenie w zakresie budowania modeli ryzyka dla sektora bankowego. Zespoły będą prowadziły ścisłą współpracę tak, aby najnowsze osiągnięcia nauki oraz prace na nowych reprezentacjach danych o kliencie, przełożyć na realne rozwiązanie biznesowe.

W celu zbudowania skutecznego, a zarazem użytecznego biznesowo modelu estymacji ryzyka kredytowego, FinAi nawiązał również partnerstwo z jednym z największych banków detalicznych na polskim rynku.

Zaangażowanie znaczących partnerów świadczy o skali projektu prowadzonego przez polski fintech. Całkowity koszt jego realizacji wyniesie 9,5 mln zł, z czego 7,3 mln będzie pochodziło z dofinansowania z funduszy europejskich.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju jest agencją wykonawczą Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Powołane zostało latem 2007 roku jako jednostka realizująca zadania z zakresu polityki naukowej, naukowo-technicznej i innowacyjnej państwa. W momencie powstania było pierwszą jednostką tego typu, stworzoną jako platforma skutecznego dialogu między środowiskiem nauki i biznesu.

Toyota inwestuje w aplikację taksówkową Japan Taxi

Toyota szuka sposobów na umocnienie swojej pozycji w nowych, przyszłościowych branżach, dlatego angażuje się w nowoczesne usługi transportowe, oparte na technologii łączenia samochodów w chmurze. W tym miesiącu firma zainwestuje 7,5 miliarda jenów (68,6 miliona dolarów) w Japan Taxi, aplikację taksówkową na telefony i tablety działającą w całej Japonii.

Toyota i Japan Taxi będą współpracowały w kwestiach terminali taksówkowych połączonych w chmurze oraz zbierania i przetwarzania danych z samochodów. Akio Toyoda, prezydent Toyoty, ma duże ambicje w związku z zaangażowaniem koncernu w nowe, przyszłościowe formy transportu, które wykraczają poza tradycyjnie rozumianą motoryzację. Jego zdaniem technologie chmury i Big Data w szybkim tempie przeobrażą branżę transportową, tworząc nowe możliwości rozwoju. Toyoda jest przekonany, że taka okazja zdarza się raz na stulecie – już niedługo motoryzacja będzie zdominowana przez elektryfikację napędów, autonomiczne prowadzenie i usługi oparte na połączeniu w chmurze. Prezydent Toyoty zamierza przekształcić jednego z największych producentów samochodów na świecie o 80-letniej tradycji w globalnego dostawcę usług mobilności.

W ubiegłym roku Toyota rozpoczęła program testowy urządzenia do zbierania danych z samochodów – w ramach pilotażu zostało ono zamontowane w 500 tokijskich taksówkach. Zbieranie danych na temat trasy i funkcjonowania samochodu podczas jazdy oraz rejestracja wideo w czasie rzeczywistym pozwoli opracować dynamiczne mapy, potrzebne m.in. do funkcjonowania autonomicznych samochodów. Toyota planuje wprowadzić na rynek system zautomatyzowanej jazdy po autostradzie o nazwie Highway Teammate w 2020 roku, a w ciągu kilku następnych lat w ofercie firmy pojawi się Urban Teammate – system autonomicznej jazdy po mieście.

W 2011 roku firma Japan Taxi wprowadziła aplikację na smartfony i tablety do zamawiania usług taksówkarskich, obejmującą całą Japonię. Do dziś została ona pobrana przez 4 miliony użytkowników, którzy mogą korzystać z 60 000 taksówek. Obecnie co czwarta taksówka działająca w Japonii jest objęta tym serwisem. Firma należy do Ichiro Kawanabe, prezesa japońskiej federacji taksówkarskiej oraz właściciela Nihon Kotsu Co. – największej firmy taksówkarskiej w kraju. Nihon Kotsu wprowadza do użytku nowy hybrydowy model Toyota JPN Taxi, samochód przystosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych, który z wyglądu przypomina londyński black cab. Pojazd zadebiutował w październiku 2017 roku i do końca roku uzyskał sprzedaż 1 500 egzemplarzy.