FPP: Tarcza prawna – potrzebne jest prawdziwie nowe otwarcie procesu legislacyjnego

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę, że konieczne jest podjęcie prac nad poprawą standardów stanowienia prawa. Często bowiem to nie rozwiązania prawodawcy, ale tryb ich przyjęcia budzi największe kontrowersje. Trzeba podkreślić, że nie będzie wystarczające przywrócenie nieco zapomnianych instytucji, które po części wskutek pandemii zostały uśpione – jak np. konsultacje publiczne „twarzą w twarz”. Potrzebne jest prawdziwie nowe otwarcie procesu legislacyjnego.

Ministerstwo Rozwoju, Rodziny i Technologii zapowiedziało podjęcie prac nad tzw. tarczą prawną. W ramach tej inicjatywy mają być wprowadzone rozwiązania uławiające prowadzenie działalności gospodarczej. Bez wątpienia nadal istnieje potencjał do upraszczania procedur, a przede wszystkim do cyfryzacji relacji przedsiębiorców z urzędami.

„Zapowiedziano na przykład, że przepisy powinny wchodzić w życie dwa razy do roku. Zdaniem FPP dotychczasowe porażki podobnych planów wynikają poniekąd właśnie ze zbyt ambitnych założeń. Dlatego proponujemy, aby przepisy wchodziły w życie co kwartał – ale za to bez wyjątków lub z bardzo ograniczonymi wyjątkami. Podobnie sensowne jest ustalenie systemu określania długości vacatio legis. Nie zawsze bowiem odsunięcie w czasie wejścia w życie drobnych zmian wymaga długiego okresu przygotowania. Natomiast podstawowy termin 14 dni dla ustaw jest zdecydowanie za krótki. Naturalnie – wielkie, systemowe zmiany powinny wchodzić w życie po znacznie dłuższym okresie vacatio legis. Obecnie w ogóle nie zwraca się uwagi na nowelizowanie tych samych ustaw w krótkim okresie czasu. To tylko potęguje chaos prawny” –
podkreśla Grzegorz Lang, radca prawny, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich i Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Federacja Przedsiębiorców Polskich zebrała swoje doświadczenia z udziału w procesie legislacyjnym w raporcie z grudnia 2018 r., w którym przedstawiła siedem rekomendacji na rzecz dobrego prawa. Rekomendacje odnoszą się do różnych aspektów stanowienia prawa – tak proceduralnych, jak i merytorycznych. Ich wspólnym mianownikiem jest wzajemny szacunek przygotowujących przepisy i ich adresatów, a także otwartość na wiedzę i doświadczenia innych. Rekomendacje dotyczą:

  • stabilności prawa – czyli możliwie rzadkich zmian
  • efektywności prawa – czyli ukierunkowania na efekt, bez uregulowań incydentalnych (często wprowadzanych pod pozorem tzw. doprecyzowywania przepisów)
  • stałego podnoszenia jakości prawa – czyli wyzbycia się „akcyjności” zmian na rzecz stałego, usystematyzowanego monitoringu
  • wzmocnienie analiz skutków regulacji, co wymaga odpolitycznienia ich przeprowadzania
  • weryfikacji założeń projektodawcy i korzystania z wiedzy eksperckiej
  • sprawności samego procesu legislacyjnego – przez zróżnicowanie złożoności procedur w zależności od ciężaru gatunkowego projektów
  • dostępności do prawa – przez dążenie do prostoty i zapewnienie przejrzystości publikacji prawa.

Najważniejsze, aby każda zmiana była wprowadzana możliwie szeroko i konsekwentnie. Dobre prawo powstaje w ciszy, z dala od blasku fleszy i licytacji politycznych. To jednak wymaga od decydentów wytrwałości i konsekwencja stosowania zasad poprawnej legislacji, pomimo częstych pokus pójścia na skróty.

Joe Biden ujawnił swój plan wyciągania gospodarki z kryzysu

Prezydent-elekt Biden chce wypełnić pokładane w nim nadzieje na wsparcie gospodarki, ale zaoferowane 1,9 bln USD w wydatkach może być trudne do zrealizowania. Oczekiwania rynkowe były wyższe, stąd dzisiejsza sprzedaż faktów. USD odbija, mimo że prezes Fed Powell uderzył w gołębie tony.

Joe Biden ujawnił swój plan wyciągania gospodarki z kryzysu. W kwocie 1,9 bln USD zawierają się czeki zapomogowe, zasiłki dla bezrobotnych, środki na zarządzanie walką z pandemią oraz pomoc dla władz stanowych i federalnych. Rozważana jest też podwyżka płacy minimalnej. Inicjatywa to głównie postulaty Demokratów, które były poruszane w ubiegłym roku, ale regularnie torpedowane przez Republikanów. Oznacza to, że są nikłe szanse, aby pakiet przeszedł przez Senat w zaprezentowanej formie, gdyż do przegłosowania oporu Republikanów będzie potrzeba 60 głosów (przy 50 w rękach Demokratów). W rezultacie bardzo możliwe, że końcowa wielkość pakietu, która udałoby się przepchnąć przez Kongres, może być mniejsza nawet o połowę. Uczestników rynku dosięga brutalna rzeczywistość polityczna – niebieska fala ma swoje ograniczenia w zasadach działania Kongresu. Budowane w ostatnich dniach oczekiwania były wygórowane. Do tego Biden przestrzegł, że każdy będzie musiał częściowo ponieść ciężar pakietu w podatkach (prędzej bardziej zamożni Amerykanie i firmy). W końcowym rozrachunku to zastrzyk fiskalny dla całej gospodarki będzie miał kluczowe znaczenie, na razie nie ma potencjału na dodatkowy optymizm. Sprzedaż faktów przed weekendem ma sens, zanim „przegryzie” się idea długofalowej ekspansji fiskalnej.

Dalej uważam, że w obecnych warunkach nie ma miejsca na umocnienie dolara i tylko świadomość wysokich wycen walut G10 względem USD w okresach zawahania przechyla szalę na rzecz redukcji pozycji. Wczoraj mieliśmy próbkę tego, w która stronę podążałby dolar, gdyby inwestorzy nie wdawali się w dywagacje na temat przedwczesnego zwrotu w polityce Fed. USD znalazł pretekst do umocnienia w wyższych rentownościach obligacji, które rosną na oczekiwaniach, że ekspansja fiskalna pchnie w górę inflację, a na co Fed zareaguje zacieśnianiem polityki. Osobiście wątpię w ten ostatni element łańcucha, a w czwartek znalazłem potwierdzenia w słowach prezesa Fed Powella. Stwierdził on, że Fed poczeka na trwałe przekroczenie celu inflacyjnego na poziomie 2 proc. i w najbliższym czasie nie będzie się przymierzał do podwyżki stóp procentowych ani ograniczenia skupu aktywów. Powell dodał, że podejście Fed będzie mniej ilościowe, a bardziej skupi się na jakościowym osądzie danych. Innymi słowy nie ma konkretnego poziomu inflacji, który da sygnał do podwyżki, a większe znaczenie będą miały inne wskaźniki, np. związane z rynkiem pracy. W moim odczuciu Powell robi wszystko, by przekonać rynki, że przyszła polityka Fed nie może być analizowana według starych wzorców, kiedy strach decydentów przed uciekającą inflacją skłaniał ich do przedwczesnej normalizacji. Ale ekspertów od Fed na rynku jest tyle samo, co ekspertów o skoków narciarskich w Polsce, więc przekonanie wszystkich do swojej racji nie będzie dla Powella łatwym zadaniem.

W USA mamy dziś wysyp kluczowych danych o aktywności gospodarczej, gdzie częściowo powinniśmy obserwować negatywny wpływ ekspansji pandemii COVID-19. Ryzyko dotyczy przede wszystkim sprzedaży detalicznej. Ograniczenie zgromadzeń powinno przyhamować sezonowe zakupy świąteczne, podczas gdy zamknięcie restauracji obniży sprzedaż żywności. Z drugiej strony wzrost cen paliw zwiększy ich udział w wolumenie zakupów. Dobry wynik powinna za to pokazać produkcja przemysłowa, gdyż aktywność tego sektora nie słabnie w odpowiedzi na ożywienie globalne oraz poprawę sytuacji w sektorze paliwowym wraz ze wzrostem cen ropy naftowej. Indeks NY Empire State prawdopodobnie wzrośnie na oczekiwaniach poprawy perspektyw gospodarczych wraz z uruchomieniem pakietów fiskalnych. Indeks nastrojów konsumentów pokaże jaka jest wypadkowa ekspansji koronawirusa i zapowiedzi wypłaty czeków w wysokości 2000 USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

PSPA o konferencji uzgodnieniowej ustawy o elektromobilności

Przedstawiciele Ministerstwa Klimatu i Środowiska, w ramach konferencji uzgodnieniowej projektu ustawy o zmianie ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oraz niektórych innych ustaw, odnieśli się do uwag zgłoszonych w procesie konsultacji publicznych i przedstawili kierunki zmian. – Uwzględniono wiele spośród uwag branży, ale pozostają obszary, w których proponowane zmiany pociągają za sobą negatywne konsekwencje dla rynku – uważa Polskie Stowarzyszenie Paliw Alternatywnych.

Organizatorzy konferencji, która odbyła się w dniach 12-13 stycznia br., poinformowali, że w ramach prac nad projektem i we współpracy z Ministerstwem Rozwoju, Pracy i Technologii, przygotowywane są przepisy wdrażające postanowienia Dyrektywy 2018/844 z dnia 30 maja 2018 r. zmieniającej dyrektywę 2010/31/UE w sprawie charakterystyki energetycznej budynków i dyrektywę 2012/27/UE w sprawie efektywności energetycznej. Dyrektywa przewiduje obowiązek wyposażania budynków nowych i poddawanych ważniejszym renowacjom we wstępną infrastrukturę kanałową, celem umożliwienia późniejszej instalacji punktów ładowania.

Dobrą informacją jest także utrzymanie pakietu przepisów ułatwiających instalację punktów ładowania w istniejących budynkach wielorodzinnych na wniosek mieszkańców – posiadaczy pojazdów elektrycznych. Całość propozycji w tym zakresie jest efektem prac prowadzonych w ramach „Białej Księgi Elektromobilności” PSPA.

– Zmiany były nieznaczne, a niektóre z nich pozytywnie nas zaskoczyły. Mowa o podwyższeniu mocy punktu ładowania, na którego instalację wystarcza zgoda w rozumieniu czynności zwykłego zarządu: z 7,4 kW do 11 kW. Ostateczny kształt projektowanej regulacji, w wersji zaprezentowanej przez Ministerstwo, otwiera furtkę do poprawy sytuacji mieszkańców budynków wielorodzinnych korzystających z samochodów elektrycznych. Brzmienie przepisów w nowej treści będziemy jeszcze weryfikować, kiedy zostaną upublicznione – mówi Joanna Makola, prawnik i kierownik projektu Biała Księga Elektromobilności PSPA.

Ministerstwo przychyliło się także do propozycji PSPA w zakresie wprowadzenia zmian w relacjach pomiędzy operatorem ogólnodostępnej stacji ładowania (OOSŁ) a dostawcą usługi ładowania (DUŁ). Model funkcjonowania rynku opisany w obowiązującej wersji ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych oznacza w praktyce brak możliwości świadczenia usług ładowania przez więcej niż jednego dostawcę usług ładowania na jednej stacji ładowania. Wynika to z szeregu przepisów, składających się na opis obowiązków podmiotów tworzących rynek ogólnodostępnej infrastruktury, w tym zwłaszcza, niewdrażalny w praktyce, mechanizm kupowania i rozliczania energii elektrycznej przez dostawców usług ładowania.

– Można spodziewać się zmian w propozycji obligatoryjnego zapewnienia dostępu do infrastruktury OOSŁ przez zewnętrznych DUŁ i w okresie przejściowym rynkowego uregulowania relacji OOSŁ-DUŁ w zakresie dostępu do infrastruktury. Elementem podlegającym zmianom w ustawie ma też być charakterystyka działalności i obowiązków DUŁ – mówi Jacek Błaszczyński z PSPA.

W opinii polskiej branży elektromobilności zdecydowanie negatywną informacją jest natomiast utrzymanie wysokich opłat za wpis do rejestru Ewidencji Infrastruktury Paliw Alternatywnych. Maksymalna wysokość opłaty, którą od pojedynczej stacji ładowania będzie musiał uiścić operator stacji ładowania to 25 zł miesięcznie. Dodatkowo opłatę ryczałtową w wysokości 250 zł miesięcznie mają zostać obciążeni dostawcy usługi ładowania. Konkretny wymiar opłaty doprecyzuje rozporządzenie wykonawcze. Fakt pojawienia się dodatkowej opłaty od początku prac nad projektem nowelizacji budził duże i zrozumiałe kontrowersje.

– Jest to nowa opłata nałożona na uczestników rynku i potencjalnie bardzo dotkliwa. Nie znajdujemy dla niej żadnego uzasadnienia. Skutek może być jeden – wyhamowanie tempa rozwoju rynku ogólnodostępnej infrastruktury. Biorąc pod uwagę ilość stacji ładowania w Polsce na koniec 2020 roku, Urząd Dozoru Technicznego, który już teraz pobiera również opłaty z tytułu odbiorów stacji ładowania, maksymalnie mógłby zostać zasilony kwotą powyżej 400 tys. złotych. Prognozy zawarte w Polish EV Outlook zakładają rozwój rynku do poziomu 48 tys. ogólnodostępnych punktów ładowania, co oznacza kwotę przekraczającą nawet 10 mln złotych. Wprowadzenie opłat negatywnie równoważy okoliczność przyjęcia E-Taryfy, o której przyjęcie branża długo zabiegała – dodaje Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzajacy PSPA.

Do zmian na korzyść należy zaliczyć wycofanie się resortu z takiej konstrukcji prawnej Stref Czystego Transportu (SCT), jaką przewidywał projekt w wersji z dnia 10 listopada 2020 r. Ministerstwo uwzględniło uwagi branży i zrezygnowało z proponowanego wcześniej, ustawowego prawa wjazdu do SCT pojazdów napędzanych LPG. Wycofano również projekt przepisu wiążącego prawo wjazdu do stref z określonymi normami EURO w określonych przedziałach czasowych. Według nowej propozycji, gminy o liczebności powyżej 100 tys. mieszkańców, w których odnotowano przekroczenia poziomu emisji tlenków azotu (NOx), będą miały prawny obowiązek ustanowienia SCT. Z projektu znika przepis dopuszczający wjazd dla pojazdów należących do przedsiębiorców oraz pojazdów użytkowanych w celu pomocy osobom potrzebującym wsparcia w sprawach życia codziennego, który, przy tak ogólnym określeniu, otwierał furtkę do nadużyć. Rada gminy zachowa jednak prawo do ustanawiania dodatkowych wyłączeń od ustawowego zakazu wjazdu.

– Na jednoznacznie negatywną ocenę zasługuje natomiast zapowiedź wycofania się z przepisów zwalniających pojazdy zero- i nieskoemisyjne o masie powyżej 3.5 t z e-myta oraz opłat za poruszanie się po autostradach – dodaje Joanna Makola.

Podczas dwudniowej konferencji uzgodnieniowej uczestnicy zgłosili uwagi doprecyzowujące w zakresie definicji ustawowych, w tym zwłaszcza w odniesieniu do wodoru i infrastruktury tankowania wodorem. Organizatorzy spotkania zapowiedzieli upublicznienie nowej wersji projektu ustawy zmieniającej z końcem stycznia br.

Nadciąga rok silnego złotego – prognoza kursu na 2021 r.

W minionym roku złoty stracił na wartości w relacji do większości głównych walut świata. Bardzo mocno przyłożył się do tego Narodowy Bank Polski, który pod koniec grudnia interwencjami na rynku walutowym podbił o ok. 4 proc. kursy dolara, franka czy euro. Zdaniem głównych instytucji walutowych świata, złoty z nawiązką odrobi straty, a wręcz ma być najsilniejszą walutą 2021 r.

W ostatnim roku kursy CHF/PLN i EUR/PLN podniosły się o mniej więcej 7 proc. Z kolei dolar amerykański jest o ok. 2 proc. tańszy niż przed rokiem. Szczególnie wyróżnia się natomiast korona szwedzka, która w relacji do złotego kosztuje obecnie ok. 12 proc. więcej niż w styczniu 2020 r. i jest zarazem najdroższa od 2017 r.Waluty, które podrożały Słabość dolara

Złoty ma wieść prym i odrabiać straty

Które waluty na początku 2021 r. są najbardziej pozytywnie postrzegane przez instytucje finansowe, i czy w tym gronie znajdziemy złotego? Główną miarą w tym zakresie jest mediana (wartość środkowa) prognoz walutowych zbieranych przez najważniejszą finansową agencję informacyjną świata – Bloomberg. Określa się ją mianem rynkowego konsensusu.

Okazuje się, że międzynarodowe banki inwestycyjne i inne instytucje finansowe wśród 20 najistotniejszych walut najbardziej pozytywnie postrzegają perspektywy złotego – mówi Bartosz Sawicki, analityk Cinkciarz.pl.

Z oczekiwań rynkowych wynika, że kurs EUR/PLN powinien spaść do 4,35, czyli pandemicznych minimów z lata ub.r. Jeszcze mocniej, gdyż o ok. 5 proc., może w tym roku potanieć dolar. Pozytywna dla polskiej waluty tendencja ma trwać również w kolejnym roku. Prognozy zakładają, że na koniec 2022 r. za euro płacić będziemy 4,30 zł, a za dolara mniej niż 3,40 zł.

Na umocnienie przyjdzie poczekać

Na spełnienie się optymistycznych prognoz możemy jednak poczekać, przede wszystkim za sprawą wspomnianych już działań Narodowego Banku Polskiego, który chciałby, żeby słabsza waluta pomagała gospodarce wychodzić z covidowego załamania.

Grudniowymi interwencjami NBP potwierdził swoją renomę najłagodniej usposobionych władz monetarnych w regionie. Wraz ze skrajnie niską atrakcyjnością odsetkową złotego stanowi to balast i czynnik neutralizujący pozytywne fundamenty – ocenia analityk Cinkciarz.pl.

Wspomniane fundamenty tworzą przede wszystkim relatywnie silna gospodarka i nadzwyczaj korzystna dla waluty sytuacja w bilansie płatniczym – obecnie notowana jest rekordowa nadwyżka na rachunku bieżącym obrotów z zagranicą.

W 2020 r. dynamika PKB wyniosła ok. -3 proc. r/r. Tymczasem w 2021 r. możemy oczekiwać ponad 4 proc. odbicia, a to już jest wzrost dynamiki PKB nieosiągalny dla większości najważniejszych gospodarek świata – zauważa analityk Cinkciarz.pl.

Tolerancja NBP dla silniejszego złotego będzie rosnąć wraz z wychodzeniem rodzimej i globalnej gospodarki z pandemicznego krachu pod wpływem masowych szczepień.

W związku z tym, w pierwszym kwartale kurs EUR/PLN być może jeszcze nie zdoła się oderwać od bariery 4,50 – prognozuje Bartosz Sawicki.

Dolar pozostanie słaby?

W ubiegłym roku, od dna rynkowego krachu wykrystalizowała się tendencja osłabienia amerykańskiego dolara do innych głównych walut. Rynki finansowe zostały zalane przez banki centralne walczące z pandemicznym kryzysem właściwie nieograniczoną płynnością finansową. Kapitał zaczął rozlewać się po rynkach finansowych w poszukiwaniu jak najwyższych stóp zwrotu.

W takim otoczeniu bazującego apetytu na ryzyko popyt na dolara, postrzeganego wciąż jako bezpieczną walutę i fundament światowego rynku finansowego, był bardzo słaby. W łagodzeniu polityki przodowała amerykańska Rezerwa Federalna, co pogłębiło tarapaty najważniejszej waluty.

Jakby tego było mało, atrakcyjność dolara podkopuje wyższa niż w innych gospodarkach rozwiniętych inflacja. Tolerancja dla jej utrzymywania się na podwyższonych pułapach została wręcz wpisana w założenia polityki Fed – komentuje analityk Cinkciarz.pl.

Wszyscy eksperci są dość zgodni, że w 2021 r. globalna gospodarka ostro przyspieszy, a kapitał powinien jeszcze szerszym strumieniem odpływać od dolara w kierunku innych walut. Taka ocena znajduje potwierdzenie także w prognozach walutowych: dolar w 2021 r. ma stracić względem euro, franka, jena czy walut skandynawskich. Ponownie bardzo silna ma być szwedzka korona. Należy jednocześnie podkreślić, że dynamika wyprzedaży dolara powinna być dużo słabsza niż w poprzednim roku.

Są jednak waluty gospodarek rozwiniętych, które przestaną korzystać na słabości dolara. Stabilny powinien być kurs funta, na którego umocnienie – pomimo uniknięcia bezumownego brexitu – może nie pozwolić skomplikowana sytuacja gospodarcza i perspektywy polityki pieniężnej Banku Anglii. Z kolei lekkie straty mają zaliczyć waluty Antypodów. Trzeba jednak pamiętać, że od pandemicznego dna kurs dolara australijskiego i nowozelandzkiego podniósł się aż o odpowiednio 40 i 30 proc.

Niejednoznaczne perspektywy walut rynków wschodzących

Podobnie jak w przypadku złotego, pozytywnie postrzegane są perspektywy innych walut naszego regionu, czyli znajdujących się w porównywalnym położeniu czeskiej korony oraz węgierskiego forinta. Również rubel, w tym przypadku za sprawą oczekiwanej kontynuacji wzrostów cen surowców energetycznych, ma się wyraźnie umacniać pomimo widma potencjalnych sankcji w erze prezydentury Joe Bidena.

Co ciekawe, najsłabsza w gronie najistotniejszych walut turecka lira, która pomimo odrabiania strat w czwartym kwartale, znów ma ostro tracić na wartości. Nierównowagi trapiące tę ważną gospodarkę wschodzącą i polityczne ingerencje w niezależność banku centralnego będą jeszcze długo odbijać się czkawką – szacuje analityk Cinkciarz.pl.

Fundusze liczą na okazje do inwestowania w branżach dotkniętych kryzysem. Ich aktywność rośnie, ale prawie połowa spodziewa się mniejszych budżetów na inwestycje

90 proc. funduszy aktywnych w Polsce, pomimo pandemii i kryzysu, dobrze ocenia swoją obecną sytuację. 66 proc. określą ją jako stabilną, a 24 proc. spodziewa się poprawy – wynika z badania „Barometr branży Private Equity i Venture Capital”. W 2021 rok wchodzą z ostrożnym optymizmem. – Inwestorzy oceniają, że ten rok będzie szansą na zakup spółek po dobrych cenach, które zostały skorygowane podczas pandemii, albo na sprzedaż firm, które nie zostały dotknięte kryzysem – informuje Piotr Dalak z JP Weber, współautor raportu.

– Sektor private equity i venture capital dobrze poradził sobie z kryzysem. Na przełomie roku fundusze oceniają swoją sytuację na dobrą lub bardzo dobrą. Jest to naturalne po spowolnieniu w roku 2020 – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Dalak, associate partner z JP Weber.

Jak wskazuje „Barometr branży Private Equity i Venture Capital”, przeprowadzony przez firmę doradczą JP Weber pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Inwestorów Kapitałowych, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej w kraju co piąty fundusz (21 proc.) ocenia, że 2020 rok zakończy ze zwrotem z inwestycji na plusie. Niemal połowa spodziewa się podobnego poziomu zwrotu z inwestycji co w 2019 roku, a co trzeci badany uważa, że zwrot będzie niższy niż rok wcześniej. Równocześnie jednak 44 proc. badanych funduszy spodziewa się zmniejszenia budżetów na nowe inwestycje.

Kiedy spojrzymy na aktywność funduszy, widać, że przez pierwsze trzy kwartały roku koncentrowały się one na swoich spółkach portfelowych. Dopiero ostatni kwartał pokazał wyraźne zaangażowanie w inwestycje, co było widać po liczbie rozpoczętych projektów due diligence – mówi associate partner z JP Weber. – Teraz fundusze przeszły w proces akwizycji lub też dezinwestycji, w zależności od etapu rozwoju ich spółek portfelowych. Widzimy, że ich aktywność rośnie, co jest naturalne, biorąc pod uwagę spowolnienie w pierwszej połowie 2020 roku.

Niemal połowa funduszy (46 proc.) wskazuje, że pandemia nie wpłynęła na ich decyzje inwestycyjne. Kolejne 28 proc. mówi, że dostrzega ten wpływ w niewielkim stopniu, a 25 proc. – że był on znaczący. Co piąty ankietowany fundusz spodziewa się, że wpływ pandemii na gospodarkę będzie długoterminowy.

Jak podkreśla ekspert JP Weber, fundusze postrzegają 2021 rok jako okres nowych szans, w którym będą dążyć do zakupu spółek po dobrych cenach, skorygowanych przez kryzys, albo do sprzedaży firm, które nie zostały dotknięte kryzysem i pozwolą osiągnąć wysokie zwroty z inwestycji.

Spodziewamy się, że liczba przeprowadzonych inwestycji w roku 2021 wzrośnie w porównaniu do roku 2020 – ocenia Piotr Dalak. – Jednym z głównych czynników, który może skłonić fundusze do zwiększenia swojej aktywności, są atrakcyjne wyceny, tzw. łapanie okazji. Fundusze patrzą na długoterminowe wzrosty ze swoich inwestycji, więc zakupienie spółki na tzw. dołku jest idealnym momentem do tego, żeby zrealizować swoją strategię i planowany zwrot z inwestycji.

Eksperci spodziewają się ożywienia nie tylko w branżach, które ucierpiały na skutek kryzysu, lecz także w tych, które wyszły z niego obronną ręką. Przykładem jest sektor IT, i to mimo wysokich wycen spółek.

Fundusze private equity są szczególnie skupione na IT, retail i e-commerce oraz healthcare. Jest to naturalne, gdy popatrzymy na to, co się działo w roku 2020. Z kolei w centrum zainteresowania venture capital są gaming, sztuczna inteligencja oraz rozwiązania PII [umożliwiające identyfikację – red.]. Spółki IT są oceniane jako przewartościowane, jakkolwiek cieszą się największym zainteresowaniem wśród planowanych inwestycji funduszy. Jest to ciekawe, biorąc pod uwagę to, że fundusze wolą kupić tanio i sprzedać drogo, co naszym zdaniem oznacza, iż potencjał rynku IT w okresie długoterminowym dla Polski jest bardzo duży – podkreśla ekspert JP Weber.

W ocenie badanych w wielu branżach wycena spółek jest dziś zawyżona. Fundusze PE wskazały przede wszystkim na sektory IT, retail i e-commerce oraz healthcare i pharma, natomiast fundusze VC wymieniły gaming, fintech oraz AI. Eksperci wskazują, że to może być przyczyna, dla której większość funduszy planuje transakcje ze spółkami działającymi w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, a tylko 1/3 – inwestycje w spółki z Polski. Pomimo wysokich wycen sektory IT, medycyna, nowe technologie, ale również produkcja czy automotive powinny odnotować wzmożoną liczbę transakcji w nadchodzących miesiącach.

Na Podhalu kryzys z branży turystycznej rozlewa się na inne branże. Część przedsiębiorców zamierza działać mimo obostrzeń

2020 rok był bardzo trudny dla przedsiębiorców turystycznych na Podhalu. Tatry mogło odwiedzić o 40 proc. turystów mniej niż przed rokiem, a największą bolączką jest zamknięcie turystyki w sezonie zimowym. Rządowe tarcze nie obejmą wszystkich poszkodowanych, co powoduje, że kryzys zaczyna się już rozlewać na inne branże. – Doszliśmy do takiego momentu, gdzie jest tylko frustracja, bunt i nieposłuszeństwo. Może się okazać, że faktycznie część biznesów otworzy się mimo obostrzeń – mówi Agata Wojtowicz, prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.

– Nastroje są coraz gorsze z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień. Coraz więcej przedsiębiorców jest już na skraju wytrzymałości. Wielu z nich doszło do ściany, do takiego momentu, gdzie pozostaje tylko bezradność, frustracja, bunt i niemalże nieposłuszeństwo, bo nie ma już chyba innego rozwiązania – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agata Wojtowicz.

Coraz głośniejsze w regionie, ale też w innych częściach polskich gór, stają się więc głosy sprzeciwu lokalnych przedsiębiorców i ich zapowiedzi, że bez względu na przedłużające się obostrzenia otworzą swoje biznesy od 18 stycznia. Protest w tej sprawie zorganizowali w ostatnich dniach m.in. mieszkańcy Krynicy-Zdroju czy Zakopanego, Karpacz zapowiedział lokalne referendum w sprawie zniesienia ograniczeń sanitarnych.

Pogorszenie się nastrojów to efekt przedłużenia do końca stycznia restrykcji, spośród których najbardziej dotkliwe są zamknięcie hoteli, restauracji, stoków narciarskich i innych górskich atrakcji turystycznych. Cały ten rok dał się przedsiębiorcom turystycznym na Podhalu we znaki. Izba szacuje, że liczba turystów w całym roku była o ok. 40 proc. niższa niż w 2019 roku, a miesiące letnie dały tylko chwilowy oddech właścicielom hoteli, pensjonatów czy restauracji. Problem w tym, że największe ograniczenia przypadły na szczyt sezonu zimowego i ferie szkolne.

– To nie jest już tylko kryzys branży turystycznej, w miejscowościach o charakterze turystycznym na Podhalu mówimy o kryzysie wszystkich branż. Większość z nich żyje i funkcjonuje dzięki przyjazdom turystów. Faktycznie może się okazać, że może nie wszystkie, ale część biznesów się otworzy mimo zakazów – ocenia, prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.

Na rządowe wsparcie może liczyć tylko część przedsiębiorców. Zgodnie z założeniami tarczy 6.0. przysługuje ona tylko wybranym branżom, najbardziej dotkniętym kryzysem. Wyznacznikiem są kody PKD prowadzonej działalności, a to powoduje szereg problemów. Przykładowo od 16 grudnia o dodatkowe świadczenie postojowe mogą wystąpić osoby prowadzące pozarolniczą działalność gospodarczą oznaczoną, według Polskiej Klasyfikacji Działalności, kodem 55.10.Z (hotele i podobne obiekty zakwaterowania). Podmioty, które świadczą usługi zakwaterowania oparte na PKD 55.20.Z (inne obiekty noclegowe turystyczne i miejsca krótkotrwałego zakwaterowania), PKD 55.30 (pola kempingowe i pola namiotowe) czy PKD 68.20 (wynajem i zarządzanie nieruchomościami udostępnianym na usługi zakwaterowania) zostali praktycznie pozostawieni sami sobie.

– W wykazie firm, które mogły starać się o pomoc z tarczy 6.0, nie zakwalifikowano tych, które zajmują się krótkoterminowym wynajmem, gdzie indziej niesklasyfikowanym. To pokoje gościnne, których pod Tatrami jest naprawdę bardzo dużo. Czyli de facto można powiedzieć, że od lata ci ludzie nie mają żadnej pomocy i w tej chwili także żadnych perspektyw otrzymania jej w najbliższym czasie – mówi Agata Wojtowicz.

Tarcza Finansowa PFR 2.0 ma wesprzeć finansowo część branż. Wiadomo, że na pomoc mogą liczyć przedsiębiorcy prowadzący działalność na podstawie   55.20.Z, czyli obiekty noclegowe turystyczne i miejsca krótkotrwałego zakwaterowania. Co jednak istotne, jest to wsparcie dla firm, które zatrudniają co najmniej jednego pracownika. Większość górali, którzy oferują pokoje na wynajem, prowadzi jednoosobową działalność. Z tej pomocy nie skorzystają także m.in. przewodnicy czy piloci.

– Jeżeli jeszcze w ocenie rządu nie jesteśmy gotowi na to, aby w jakikolwiek sposób uwolnić gospodarkę, to musi pomyśleć o pomocy, która trafi do wszystkich firm bez względu na to, czy zatrudniają pracowników, czy nie. Nie można ludzi zostawić bez jakichkolwiek środków do życia. Nam de facto już jesienią skończyły się środki, które mieliśmy wypracowane zimą zeszłego roku – wskazuje prezes TIG. – Ludzie mają kredyty, leasingi. To są rzeczy, które trzeba co miesiąc spłacać. Sytuacja zarówno małych, jak i dużych firm jest coraz gorsza.

Samo zwolnienie z opłacania składek na ubezpieczenia społeczne i świadczenie postojowe to tylko kropla w morzu potrzeb. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że wciąż nie wiadomo, kiedy rząd zdecyduje się na odmrożenie branży turystycznej. Górale już jesienią przedstawili swoje propozycje, wypracowane z epidemiologami, częściowego otwierania działalności turystycznej – hotelarskiej i gastronomicznej.

– Przyrasta grupa osób, które zachorowały, są ozdrowieńcami, osób, które mają przeciwciała. Za chwilę będzie kolejna grupa osób zaszczepionych i na pewno tę część osób moglibyśmy przyjmować. Jesteśmy gotowi sprostać wszelkim wymaganiom reżimowym. Otwarcie gospodarki, nawet w pewnych ramach i w węższym zakresie, da chociaż malusieńki impuls dla tej gospodarki – przekonuje  Agata Wojtowicz. – Jakiekolwiek, nawet niewielkie otwarcie i możliwość powrotu do pracy wydaje mi się najlepszym rozwiązaniem.

Jak podkreśla, problemem jest też brak dialogu z rządem, a wszystkie decyzje podejmowane są bez konsultacji. Przedłużanie obostrzeń bez wsparcia dla wszystkich przedsiębiorców może skończyć się ogromnym bezrobociem, a to może pociągnąć za sobą pogłębienie innych problemów społecznych.

– Oczekujemy od rządzących zwolnienia chociażby z płacenia ZUS-u, pomocy, która przynajmniej w jakimś stopniu ograniczy straty. De facto wszystkie środki pomocowe w tej chwili wiążą się z porównywaniem przychodów, a tak naprawdę każda działalność, nawet jednoosobowa, ma stałe koszty funkcjonowania. To źródło pomocy powinno być związane ze stratami, które ponosimy, z rekompensatą części tych strat. W przeciwnym razie oprócz niezadowolenia i buntu zaczną dochodzić coraz większe problemy społeczne – przestrzega prezes Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.

Dostawy szczepionek do państw UE ruszą pełną parą w II kwartale. Wtedy może pojawić się problem z wydolnością systemu szczepień

Komisja Europejska zakontraktowała do tej pory w sumie 2,3 mld dawek szczepionek na COVID-19 od sześciu firm farmaceutycznych. Jeżeli rozmowy z dwoma kolejnymi zakończą się podpisaniem umów, ta liczba jeszcze wzrośnie. – UE już w tej chwili ma dużo więcej dawek, niż sama potrzebuje – mówi dyrektor Przedstawicielstwa KE w Polsce, dr Marek Prawda. Dostawy mają ruszyć w pełni w II kwartale br., ale niektóre kraje się niecierpliwią i prowadzą z producentami indywidualne rozmowy dotyczące zakupu dodatkowych szczepionek. Jak podkreśla ekspert, te negocjacje nie mogą w żaden sposób ograniczać wywiązywania się z dostaw  w ramach unijnego programu.

Indywidualne negocjacje prowadziły m.in. Niemcy, które – według medialnych doniesień – miały rozmawiać z firmami BioNTech i Pfizer oraz CureVac w sprawie zakupu na własną rękę dodatkowych 50 mln szczepionek. Wzbudziło to duże kontrowersje na forum UE, ponieważ wcześniej wszystkie kraje zgodziły się, że nie będą samodzielnie negocjować z producentami, aby uniknąć rywalizacji o szczepionki.

 To, że prowadzone są rozmowy bilateralne, wynika z nerwowych reakcji w poszczególnych krajach. W Niemczech przetoczyła się debata typowa dla społeczeństwa bogatego, sytego i w związku z tym trochę niecierpliwego, że jak to możliwe, abyśmy w styczniu i lutym ciągle mieli do wykorzystania za mało szczepionek, skoro daliśmy na to najwięcej pieniędzy. Niemcy zapłaciły firmie BioNTech 375 mln euro, żeby mogła zwiększyć swoje zdolności wytwórcze. Rząd niemiecki jest oskarżany przez obywateli o nadmiar solidarności – mówi agencji Newseria Biznes dr Marek Prawda, dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce. – To jest typowe dla wszystkich nieracjonalnych debat w trudnych sytuacjach.

Komisja Europejska zaznacza, że wszystkie 27 państw UE zobowiązało się – wiążąco prawnie – wyłącznie do wspólnych negocjacji i zakupów szczepionek. Dwustronne, indywidualne umowy państw UE z producentami mogą być zrealizowane tylko po uprzednim wywiązaniu się z umów wynegocjowanych z Brukselą w ramach wspólnego mechanizmu zakupów.

– Rozmowy bilateralne, prowadzone przez niektóre kraje z producentami, nie mogą w żaden sposób ograniczać wywiązywania się z dostaw obiecanych w ramach unijnego programu – podkreśla ekspert. – Przyjdzie czas, że być może państwa członkowskie będą uzupełniały swoje dostawy, ale w tej chwili UE zakontraktowała ok. 2,3 mld szczepionek, które częściowo już są, a częściowo będą do nas spływać w kolejnych tygodniach i miesiącach. W związku z tym UE ma już w tej chwili dużo więcej dawek, niż sama potrzebuje. Zresztą wąskim gardłem nie są zamówienia, dlatego rozmowy bilateralne rządów z producentami nie są rozwiązaniem.

Jak podkreśla, większym problemem jest teraz konieczność zorganizowania całego procesu szczepień od strony logistycznej. Po zaaprobowaniu i dopuszczeniu kolejnych preparatów do użytku przez Europejską Agencję Leków trzeba będzie szybko rozprowadzić je po całej Europie i zorganizować punkty szczepień. Dlatego Komisja Europejska już w połowie października zleciła krajom członkowskim opracowanie krajowych strategii w tym zakresie.

– Za kilka czy kilkanaście tygodni tym wąskim gardłem będzie raczej to, czy będzie miał kto szczepić i to w bardzo szybkim tempie. Problem będzie leżał w wydolności systemów – mówi dyrektor Przedstawicielstwa KE w Polsce.

W tej chwili UE ma zakontraktowanych w sumie 2,3 mld dawek szczepionek od sześciu koncernów farmaceutycznych. Dostawy mają ruszyć w pełni w II kwartale br., co potwierdziła komisarz do spraw zdrowia Stella Kyriakides (po odbywającym się w tym tygodniu spotkaniu ministrów zdrowia 27 krajów UE).

– UE już latem zdecydowała się rozmawiać z tymi producentami, których oferty wydawały się najlepsze i najbardziej prawdopodobne. Ale nikt nie wiedział, który z oferentów będzie pierwszy, a kto będzie potrzebował więcej czasu. Dziś już wiemy, że wszystkie konie, na które postawiła UE, szybko biegną do mety, niektóre już dobiegły, a inne zrobią to w najbliższych tygodniach, jak np. AstraZeneca, której szczepionka 29 stycznia ma zostać warunkowo dopuszczona w UE – mówi dr Marek Prawda.

Jak podkreśla, wspólny unijny program zamówień to najbezpieczniejsze i najlepsze rozwiązanie, jakie UE mogła przyjąć. Co więcej, jest to pierwsze takie przedsięwzięcie w historii wspólnoty.

 Nigdy dotąd nie było tak, żebyśmy wspólnie uzgodnili portfolio towaru, który kupujemy, że będziemy w tej kwestii współpracować, wymieniać się informacjami i robić wszystko, żeby zwiększyć zdolności produkcyjne firm, a przede wszystkim, co trzeba podkreślić, żeby zapewnić równy i sprawiedliwy podział dla bogatych i biednych, małych i dużych. W wyniku tej decyzji o wspólnym zakupie wszyscy są w takiej samej sytuacji i nikt nie zostanie pozostawiony z tyłu – podkreśla dyrektor Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.

Pierwszą szczepionką na COVID-19 dopuszczoną do użytku w UE był preparat opracowany przez firmy Pfizer i BioNTech. 21 grudnia został zaaprobowany przez Komisję Europejską i trafił na rynek pod marką Comirnaty. Akcja szczepień w większości krajów UE ruszyła pod koniec grudnia. Początkowo KE zakontraktowała 300 mln dawek szczepionki Pfizera, ale w ubiegłym tygodniu poinformowała o wynegocjowaniu dodatkowych 300 mln, które będą dostarczane od II kwartału br.

Dopuszczony do użytku w UE został także preparat Moderny, zaaprobowany przez KE 6 stycznia. Unia ma zakontraktowane w sumie 160 mln dawek, które będą dostarczane w kolejnych miesiącach.

12 stycznia Europejska Agencja Leków otrzymała też wniosek o dopuszczenie do obrotu szczepionki firmy AstraZeneca (UE ma umowę na ponad 400 mln dawek). Zajmie się nim pod koniec stycznia, co oznacza, że dostawy ruszyłyby już w lutym. Wtedy planowane jest również dopuszczenie do użytku w UE czwartej szczepionki firmy Janssen Pharmaceutica, należącej do koncernu Johnson & Johnson, której dostawy ruszyłyby w kwietniu.

– UE zamówiła 400 mln dawek szczepionki Astra Zeneca i większa część z nich ma popłynąć do nas już w lutym. Jeżeli kolejny producent – CureVac, u którego zakupiliśmy 405 mln dawek – też będzie dostępny za kilkanaście tygodni, przy czym te szczepionki są już produkowane, nastąpi radykalne przyspieszenie. To znaczy, że od strony zamówień zrobiono wszystko, co można było zrobić – podkreśla Marek Prawda.

12 stycznia Komisja Europejska zakończyła także wstępne rozmowy z firmą Valneva dotyczące zakupu opracowanej przez nią szczepionki. Umowa ma objąć 30 mln dawek z opcją dokupienia dodatkowych 30 mln na późniejszym etapie.

Jurek Owsiak: 29. Finał WOŚP gotowy pod względem organizacyjnym i sanitarnym. Na zbiórkach i aukcjach internetowych uzbierano już ponad 10 mln zł

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy gotowa do 29. finału, nietypowego ze względu na pandemię i obowiązujące obostrzenia. Tegoroczna akcja charytatywna to już blisko 8 tys. puszek stacjonarnych, 12 tys. eSkarbonek, prawie 1,4 tys. sztabów oraz rzesza wolontariuszy. – Liczymy się z tym, że w czasie pandemii zebranych pieniędzy może być dużo mniej. Ale zbiórka już trwa i o dziwo jednego dnia potrafi przybyć na naszym koncie ponad milion złotych. W tych czasach to nieprawdopodobna suma – mówi Jurek Owsiak, pomysłodawca i prezes Fundacji WOŚP. Finał rozpocznie się w sobotę 30 stycznia wieczorem.

Pandemiczna rzeczywistość wiele zmieniła, dlatego działamy głównie online’owo, ale nie rezygnujemy z tradycyjnego finału. Wzorem ostatnich kilku lat na placu Defilad budujemy ogromne studio, centrum świata, gdzie zgromadzą się muzycy i goście oraz osoby pracujące przy finale. Ze względów pandemicznych nie będzie publiczności, ale w całej Polsce będą zorganizowane sztaby orkiestry. Gramy także w wielu państwach na wszystkich kontynentach, zdołaliśmy się połączyć nawet z naszą bazą polarników w Norwegii – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jurek Owsiak.

Jak wyjaśnia, organizacja tegorocznego finału przebiega pod znakiem restrykcji epidemiologicznych. Opiera się na przepisach sanitarnych, które weszły w życie pod koniec grudnia, a które zostały stworzone dla Telewizji Polskiej i organizowanego przez nią Sylwestra Marzeń z Dwójką.

Są one zupełnie wystarczające, aby zorganizować sztaby WOŚP i zachowując wszystkie restrykcje, przeprowadzić finał. Sanepid ocenił nasze przygotowania bardzo dobrze. Wszystkie osoby pracujące w warszawskim centrum będą miały każdego dnia wykonywane szybkie testy na COVID-19. Specjalne wejście uniemożliwi osobie z wynikiem pozytywnym kontakt z innymi, co wyeliminuje ryzyko zarażenia. Wszyscy wolontariusze otrzymali już maseczki, a sztaby dysponują płynami do dezynfekcji i zapewniają rękawiczki. Zgodnie ze wskazaniami lekarzy zalecamy, aby nie przylepiać serduszka, tylko podać je do ręki. W tym roku wydrukowaliśmy ich 35 mln – wymienia założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Początkowo finał był zaplanowany na 10 stycznia, został jednak przesunięty ze względu na ograniczenia, które wprowadzono od 28 grudnia do 17 stycznia. Rząd zdecydował się je wydłużyć do końca miesiąca, jednak nowy termin finału pozostał w mocy.

– Jesteśmy przygotowani do finału. Byliśmy gotowi już na 10 stycznia i już tylko odliczamy dni. Współpracujemy nadal z naszym operatorem telewizyjnym, czyli TVN, TTV, TVN24, ale także z portalami internetowymi. Będzie można nas zobaczyć o każdej porze dnia i nocy, ponieważ zaczynamy finał już w sobotę, 30 stycznia, o godzinie 21:00 i gramy całą noc poprzedzającą, od godziny 8:00 już będziemy wszyscy w studiu. Scenariusz transmisji jak zawsze będzie pisało życie – będziemy próbowali łączyć się ze sztabami i informować, co w trawie piszczy – zapowiada twórca WOŚP.

Każdy, kto chce wesprzeć orkiestrę, może to zrobić na wiele sposobów, także nie wychodząc z domu. Poza tradycyjną kwestą na ulicach zbiórka jeszcze prężniej niż rok temu działa w internecie. Od 15 grudnia powstało już prawie 12 tys. eSkarbonek, a kolejnych wciąż przybywa (w ubiegłym roku było ich 1,5 tys.). Na prawie 110 tys. aukcji na Allegro, które też rozpoczęły się wcześniej, zebrano już ponad 4,3 mln zł.

Ogółem na cele 29. Finału WOŚP zgromadzono do 14 stycznia ponad 10,4 mln zł. Twórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy przyznaje, że pandemia może wpłynąć na hojność Polaków i wynik zbiórki będzie skromniejszy niż w poprzednich latach. Ostatni finał przyniósł ponad 186 mln zł, a to suma, którą trudno będzie pobić.

 Ludzie tracą pracę, biznesy oraz zasoby finansowe, które były często zabezpieczeniem ciągłości biznesu. Te zasoby się skurczyły albo w ogóle skończyły. W związku z tym liczymy się z tym, że pieniędzy zebranych podczas finału może być dużo mniej. Ile ostatecznie znajdzie się na koncie WOŚP w dniu finału? Nawet nie próbujemy przewidywać. To dla nas może być dużym zaskoczeniem – dodaje Jurek Owsiak. – Mamy ogromny szacunek dla każdego grosika, który ludzie wrzucają do puszek.

Cel zbiórki podczas 29. Finału WOŚP to wsparcie dziecięcej laryngologii, otolaryngologii i diagnostyki głowy – taki sam jak 13 lat temu. Sprzęt medyczny, który został wtedy zakupiony, jest już zużyty i przestarzały, dlatego szpitale ponownie wymagają dofinansowania. Wsparcie otrzyma ponad 80 oddziałów w szpitalach w całej Polsce. Pieniądze trafią na zakup takich sprzętów jak zestawy endoskopów laryngologicznych, endoskopy giętkie, egzoskopy, lasery diodowe, koblatory do operacji migdałków, aparaty USG i RTG itp.

Na ten cel już teraz zbieramy pieniądze, ale fundacja prowadzi także ogólnonarodowe programy medyczne, w tym najbardziej znany – badania przesiewowe słuchu, a także program intensywnej terapii noworodka, wspomagania oddechu, czyli zakup respiratorów, które wykorzystują najnowocześniejsze technologie i nie są inwazyjne. Ponadto wspieramy wczesną diagnostykę onkologiczną czy chociażby reumatologię, którą dostosowaliśmy do światowego standardu, także leczenie dzieci chorych na reumatyzm – wymienia prezes Fundacji WOŚP. – Jeżeli jest potrzeba, to te pieniądze możemy przeznaczyć na cele ad hoc. Przykładowo w czasie pandemii ponad 70 mln zł wydaliśmy na zakup urządzeń medycznych i artykułów medycznych potrzebnych szpitalom.

W tym roku już po raz 15. odbędzie się także bieg „Policz się z cukrzycą”, z którego dochód będzie przeznaczony na zakup pomp insulinowych dla kobiet w ciąży chorujących na cukrzycę typu 1. Tym razem nie będzie to jednak bieg masowy, ale wirtualny, czyli uczestnicy, którzy zakupią pakiety, sami wyznaczą sobie trasę na dystansie 5 km i samodzielnie też ją pokonają. Zainteresowanie wirtualnym biegiem przerosło oczekiwania organizatorów – 10 tys. pakietów szybko się rozeszło, ale zapowiadane są kolejne (w zeszłym roku wystartowało 7 tys. biegaczy). Wśród uczestników są także biegacze z innych państw w Europie, Azji czy nawet Oceanii.

– Jesteśmy w blokach startowych. Nic nas nie zaskoczy. Tegoroczny 29. Finał WOŚP będzie trochę inny, ale jest w nas bardzo dużo energii do działania – podsumowuje Jurek Owsiak.

Można już skorzystać z testów wykrywających COVID-19 w zaledwie pięć minut. Dostępne są także superszybkie i skuteczne testy molekularne

Tylko w Polsce od początku pandemii koronawirusa przeprowadzono blisko 8 mln testów. Początkowo popularnością cieszyły się zwłaszcza testy PCR, które potwierdzają lub wykluczają chorobę COVID-19. Obecnie, podczas drugiej fali, częściej wykonywane są testy na przeciwciała, które pozwalają określić, czy dana osoba przeszła już chorobę. Na rynku pojawiają się kolejne, superszybkie testy, które wykrywają koronawirusa  w ciągu kilku minut, jednak mają mniejszą wiarygodność niż testy PCR. W Polsce można wykonać tzw. ultraekspresy, czyli test molekularny RT-PCR, który wyniki podaje do trzech godzin po badaniu.

– Kiedy zaczynała się pandemia, PCR-y były wiodącymi testami. Obecnie, kiedy pandemia jest już z nami jakiś czas, testy na przeciwciała zaczynają wychodzić na prowadzenie. Ludzie, którzy przechorowali i mieli objawy, a nie poszli z tym do lekarza, oraz ci, którzy nie mieli tych objawów, a chcą się sprawdzić, w tej chwili zaczynają wykonywać te testy na przeciwciała – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jakub Strzelczyk, prezes Zdrowegeny.pl.

Światowa Organizacja Zdrowia podkreśla, że testy wykrywające zakażenie SARS-CoV-2 są jednym z podstawowych narzędzi w walce z pandemią. Zgodnie z danymi resortu zdrowia w Polsce dotychczas wykonano blisko 8 mln testów, przy czym ok. 1,4 mln okazało się pozytywnych.

WHO ocenia, że skuteczne strategie testowania opierają się na różnych typach testów, które można stosować w różnych ustawieniach i sytuacjach. Testy molekularne zaczęły być wdrażane w ciągu miesiąca od zsekwencjonowania wirusa, mają głównie charakter laboratoryjny, wymagają odpowiedniej infrastruktury i przeszkolonego personelu. Taki rodzaj testów wykorzystuje odwrócenie transkryptazy (enzymu kopiującego informację DNA do RNA) w reakcji łańcuchowej polimerazy w czasie rzeczywistym (RT-PCR) oraz strategie hybrydyzacji kwasów nukleinowych do identyfikowania RNA wirusa.

– Skuteczność badań PCR jest w tej chwili w granicach 99,6 proc., czyli to są bardzo dokładne testy. Rzeczywiście pokazują stan bieżący, czyli to, czy ktoś ma, czy nie ma koronawirusa w swoim organizmie – podkreśla Jakub Strzelczyk.

Coraz popularniejsze stają się testy antygenowe, które wskazują, czy dana osoba przechodziła już COVID-19. To lokalna współpraca umożliwiła opracowanie i wdrożenie pierwszego Ag-RDT (z ang. antigen rapid diagnostic test) zatwierdzonego przez WHO w ciągu ośmiu miesięcy od pierwszej identyfikacji wirusa. Dla porównania opracowanie pierwszego RDT dla HIV zajęło prawie pięć lat. Kilka innych antygenów RDT dla COVID-19 jest obecnie testowanych.

– Testy na przeciwciała są wykonywane w dwóch klasach: IgG/IgM. To podstawowe klasy, gdzie badamy poziom przeciwciał we krwi i daje nam to obraz tego, czy ta choroba była świeża, jeżeli była w ogóle, czy też już jesteśmy po tej chorobie i te przeciwciała się utrzymują – tłumaczy ekspert.

Testy na przeciwciała są skuteczne niemal w 99 proc. Jak jednak przekonują specjaliści, możliwe są opóźnienia w wytwarzaniu przeciwciał sięgające nawet kilku tygodni po narażeniu danej osoby na kontakt z wirusem.

– Dzisiaj standardowy czas testu PCR jest w granicach do 24 godzin, a testów antygenowych – do 12 godzin. Obydwa testy są dopuszczone przez Ministerstwo Zdrowia i są wpisane jako testy rekomendowane do sprawdzenia zakażeń koronawirusem – zaznacza Jakub Strzelczyk.

Na rynku pojawiają się superszybkie testy, które obiecują wyniki w zaledwie kilka minut. Niedawno naukowcy opracowali elektrochemiczny czujnik stworzony z zastosowaniem papieru pokrytego grafenem, który wykrywa obecność wirusa w mniej niż pięć minut. Inne testy kasetkowe również pozwalają uzyskać wynik w kilka minut, jednak ich wiarygodność jest znacznie mniejsza niż testów PCR i antygenowych. W Polsce można wykonać np. badanie molekularne RT-PCR. Szybsze niż standardowe testy, a przy tym równie skuteczne.

– Mamy w swojej ofercie superszybkie testy, tzw. ultraekspresy. To test molekularny RT-PCR wykonywany na specjalnych aparatach, na specjalnych odczynnikach, i jego czas wynosi do trzech godzin roboczych, czyli rzeczywiście bardzo szybko – ocenia prezes Zdrowegeny.pl.

Pandemia opóźniła część projektów kosmicznych, choć nie zahamowała rozwoju branży. Rok 2021 ma przynieść kolejne istotne misje

Choć większość świata zwolniła w 2020 roku w związku z pandemią, przemysł kosmiczny ruszył do przodu. Para astronautów po raz pierwszy wystartowała na orbitę prywatnym statkiem kosmicznym, na Marsa ruszyły trzy oddzielne misje, a setki milionów kilometrów od Ziemi robot przechwycił największą próbkę asteroidy w historii. Jednocześnie wiele firm z sektora kosmicznego boryka się z problemami, zwłaszcza małe i średnie przedsiębiorstwa, które na ogół stanowią większość podmiotów komercyjnych. Tymczasem jakiekolwiek opóźnienia w dostarczaniu materiałów oznaczają albo ogromny wzrost kosztów, albo konieczność rezygnacji z misji.

Chociaż wydaje się, że wiele firm z sektora kosmicznego radzi sobie z obecnym kryzysem COVID-19, znaczna liczba boryka się z problemami. Dotyczy to zwłaszcza małych i średnich przedsiębiorstw, które stanowią większość podmiotów komercyjnych. Pojawiają się coraz większe obawy o średnio- i długoterminowe skutki kryzysu – nie tylko dla budżetów, ale też powodzenia misji.

– Początek 2021 roku, kiedy muszą być sfinalizowane dwa–trzy duże urządzenia dla dwóch poważnych misji, to może być problem i to nie tylko dla mojej instytucji, ale również dla przemysłu, z którym współpracujemy – mówi agencji Newseria Innowacje dr hab. Piotr Orleański, kierownik Laboratorium Satelitarnych Aplikacji Układów FPGA, Centrum Badań Kosmicznych PAN. – Jak na razie udawało nam się dotrzymać terminów z drobnymi opóźnieniami albo z drobnymi komplikacjami wynikającymi z izolacji części personelu ze względu na kwarantannę.

Ocenia się jednak, że branża kosmiczna w mniejszym stopniu niż inne odczuła skutki pandemii koronawirusa. W listopadzie wystartowała misja NASA SpaceX Crew-1 na Międzynarodową Stację Kosmiczną, po certyfikacji systemu przez program załogi komercyjnej NASA. Misja jest pierwszą z serii regularnych, rotacyjnych lotów z astronautami na orbitę. W październiku powiodła się amerykańska misja pobrania próbki asteroidy – NASA OSIRIS-REx pobrała próbkę z asteroidy Bennu, powrót zaplanowano na 2023 rok. Agencja poczyniła też znaczne postępy w kierunku pierwszego testu w locie bez załogi SLS i statku kosmicznego Orion. Za pomocą rakiety SLS możliwa ma być misja powrotu załogowego na Księżyc.

W 2020 roku wystartowały też trzy misje na Marsa, a wśród nich znalazł się duży łazik amerykański – Perseverance. Rok 2021 zapowiada się równie pracowicie, choć pandemia część projektów opóźnia.

– ESA dopuszcza pewne opóźnienia, bo oni też liczą się z tym, że pewnych rzeczy nie będzie można zrobić. Przy współpracy z NASA co tydzień musimy składać raporty z sytuacji COVID-owej w zespole. To pewien standard, który oni zbierają od wszystkich instytucji zaangażowanych w eksperyment i mają obowiązek się do tego jakoś odnieść. Już wiemy, że np. pewne przeglądy, które w projekcie zawsze następują, są przesuwane o kilka tygodni czy dwa miesiące ze względu na to, że nie wszystkie rzeczy można zrobić na czas – tłumaczy dr hab. Piotr Orleański.

Na 2021 rok zaplanowano kilka istotnych misji. Po wieloletnich opóźnieniach ma zostać wyniesiony Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, czyli następca Kosmicznego Teleskopu Hubble’a. Ma on pozwolić na zbadanie wczesnego Wszechświata i atmosfery odległych egzoplanet. W listopadzie ma ruszyć pierwsza misja księżycowej rakiety SLS i statku Orion. To najważniejszy test przed pierwszym od dawna lotem załogowym w okolice Księżyca.

Nie mniej istotna, zwłaszcza dla przyszłego bezpieczeństwa Ziemi, jest misja NASA DART. Statek ma uderzyć w księżyc planetoidy Didymos, na skutek czego jego prędkość ma zmienić się o ułamek milimetra na sekundę. Jeśli misja się powiedzie, w przyszłości będzie można zmieniać trajektorię planetoidy zagrażającej Ziemi.

Wciąż jednak nie wiadomo, czy wszystkie misje uda się zrealizować. Wszystko zależy od rozwoju pandemii.

– Musimy liczyć się z tym, że jakiekolwiek opóźnienia związane np. z pandemią będą w sposób automatyczny zamieniały się na olbrzymie dodatkowe koszty, które będzie trzeba ponieść, albo np. na rezygnację z misji, bo upływa termin wystrzelenia, a koniunkcja planet czy układ możliwości dolecenia do danego miejsca w kosmosie nam ucieka – mówi ekspert Centrum Badań Kosmicznych PAN.

Instytucje naukowe, choć liczą się z opóźnieniami, pracują w pełnym reżimie sanitarnym.

– Na razie jesteśmy w stanie większości terminów dotrzymywać i większości zagrożeń wynikających z pandemii w jakiś sposób przeciwdziałać. Clean room, w którym odbywa się większość operacji z urządzeniami lotnymi, które lecą w kosmos, jest bardzo dobrym przeciwdziałaniem przeciwko pandemii – wskazuje dr hab. Piotr Orleański.