Kasetony dibondowe

Wybranie odpowiedniego nośnika, na którym umieszczona zostanie reklama, jest — zaraz po treści — bardzo ważnym elementem kampanii promocyjnej. To gwarancja, że przekaz trafi do odbiorców, będzie czytelny i trwały. Jednym z najlepiej sprawdzających się materiałów podkładowych jest dibond.

Co to jest dibond?

Coraz częściej podczas projektowania materiałów promocyjnych proponowane są tak zwane reklamy dibondowe. Co to jest dibond? To płyta kompozytowa, w której skład wchodzi kilka tworzyw. Najczęściej produkowana jest z warstw aluminium oddzielonych od siebie polietylenem. Uzyskana konstrukcja sprawia, że produkt ten jest bardzo wytrzymały i dobrze sprawdza się jako nośnik treści marketingowych.

Właściwości dibondu

Płyta dibondowa dzięki zastosowaniu kilku rodzajów materiałów ma dużą trwałość. Głównym trzonem konstrukcji jest solidne aluminium oraz łączący warstwy rdzeń polietylenowy. Każde dodatkowo wprowadzone tworzywo dodaje nowe właściwości, które sprawiają, że w efekcie produkt zyskuje na funkcjonalności.

Materiał typu dibond:

  • ma dużą odporność na warunki atmosferyczne, takie jak: wiatr, opady deszczu czy śniegu,
  • dobrze znosi, zarówno niskie, jak i wysokie temperatury oraz gwałtowne zmiany wartości,
  • łatwo poddaje się obróbce, między innymi: cięciu, wierceniu, frezowaniu, gięciu, czy zgrzewaniu,
  • jest bardzo wytrzymały oraz odporny na uszkodzenia mechaniczne, w tym zarysowania i pęknięcia,
  • nie blaknie, nawet w wyniku długotrwałego oddziaływania promieniowania UV,
  • nie rozwarstwia się i jest wodoodporny,
  • zachowuje długą żywotność,
  • sprawdzi się na różnych rodzajach i rozmiarach powierzchni,
  • jest lekki, co daje duże możliwości w kwestii montażu.

 

Rodzaje reklam z dibondu

Firma DRW Studio jako producent reklam dibondowych proponuje szereg rozwiązań, które sprawdzą się nie tylko w odniesieniu do różnych branż, ale też w kwestii montażu w dowolnych miejscach. Kasetony z dibondu są uniwersalnym nośnikiem reklamowym i mogą być stosowane na zewnątrz, jak i wewnątrz pomieszczeń. Dzięki możliwościom obróbki udaje się stworzyć wyróżniające się na tle konkurencji produkty marketingowe skierowane do różnych odbiorców.

Wśród dostępnych rodzai reklam z płyt kompozytowych są między innymi:

  • kasetony z dibondu jednostronne oraz dwustronne,
  • zabudowy dibondowe złożone z kilku elementów,
  • totemy wolnostojące,
  • tabliczki informacyjne,
  • pylony.

Oprócz wyboru konkretnego formatu reklamy klient decyduje również czy chce płytę kompozytową w wersji błyszczącej czy matowej. Zastosowanie różnych barw i rodzaju powierzchni pozwala na uzyskanie dowolnego efektu, np. eleganckiego szyldu.

Każdy element może być dodatkowo urozmaicony np. modułami LED czy efektem halo. To sprawia, że wyprodukowany model jest indywidualnie dopasowany do potrzeb klienta.

Zalety reklam dibondowych

Dzięki możliwości indywidualnego skonstruowania płyty dibondowej, czyli odpowiednim dopasowaniu formatu warstw aluminium i polietylenu, uzyskuje się nośnik reklamy dobrany do panujących warunków. Wykorzystana grubość komponentów decyduje o tym, czy podkład będzie sztywny, czy bardziej elastyczny.

Kasetony dibondowe wyróżniają się dużą estetycznością na tle innych produktów marketingowych. Łatwo utrzymać je w czystości, a przy tym są niezwykle odporne na czynniki zewnętrzne.

Istnieje kilka sposób nanoszenia treści i wzorów na dibond. Najefektywniejsze jest frezowanie, dzięki któremu bardzo precyzyjnie tworzone są różne kształty liter czy znaków. Treść umieszczona na panelu może być nie tylko różnokolorowa, ale też wypukła. Dodatkowo można zamontować oświetlenie, które przyciąga wzrok i zwraca uwagę na prezentową markę.

Wśród zalet reklam z dibondu warto dodać atrakcyjną cenę. Koszt wyprodukowania kasetonów uzależniony jest od wybranego wariantu, jego grubości czy sposobie naniesienia treści, ale zyskuje się cenną trwałość i długą żywotność produktu. Zainwestowanie środków w płytę dibondową to gwarancja uzyskania podkładu reklamowego, który będzie się estetycznie prezentował przez długi czas.

Podsumowanie

Popularność reklam dibondowych jest uzasadniona korzystnymi właściwościami produktu. Takie kampanie dobrze się prezentują, są solidne i dają ogromne możliwości w kwestiach projektowych. Firma specjalizująca się w branży reklamowej wie jak stworzyć produkt, który będzie dobrze reprezentował firmę i zwróci uwagę klientów.

Twisto pozyskało na rozwój 72 mln zł

  • ZIP, notowany na australijskiej giełdzie fintechowy unicorn dołączył do grona inwestorów Twisto, wśród których są już m.in. ING i Uniqa.
  • Nowym inwestorem Twisto jest również Elevator Ventures, fundusz wspierany przez Raiffeisen Bank International.
  • 72 mln zł pozyskane od inwestorów Twisto przeznaczy na rozwój płatności odroczonych w Europie Środkowej.

Twisto, wiodący fintech w Europie Środkowej, specjalizujący się w odrocznych płatnościach za zakupy w sklepach internetowych i stacjonarnych, pozyskał 72 mln zł (16 mln EUR) na rozwój działalności na dotychczasowych oraz nowych rynkach. Co równie ważne, skorzysta też z know-how jakie do spółki wniosą nowi inwestorzy. Są wśród nich ZIP, fintech z Australii, inwestor branżowy, który usługi płatności odroczonych oferuje na rynkach australijskim, nowozelandzkim, brytyjskim i amerykańskim. ZIP jest notowany na giełdzie w Sydney, gdzie w 2020 r. uzyskał status unicorna, czyli spółki o kapitalizacji przekraczającej 1 mld USD.

– Witamy na pokładzie nowych inwestorów. Mają duże doświadczenie w świadczeniu podobnych usług, więc ich know-how jest dla nas równie ważne, jak finansowanie. Cieszymy się, że swoje zaangażowanie finansowe zwiększyli także obecni inwestorzy, co jest wyrazem ich wiary w to co robimy – mówi Michal Smida, założyciel i CEO Twisto. – Naszym długoterminowym celem jest oferowanie inteligentnych rozwiązań finansowych na dużą skalę. Budujemy pozycję lidera płatności odroczonych w naszej części Europy, który w ciągu kilku lat będzie obsługiwał milion klientów miesięcznie. Cieszę się, że w tej roli widzą nas również inwestorzy – dodaje.

Inwestor branżowy

– Jesteśmy podekscytowani inwestycją w Twisto. które postrzegamy jako wschodzącego lidera płatności odroczonych w Europie Środkowej i Wschodniej. Twisto oferuje kompleksowy produkt i ma zwinny zespół zorientowany na klienta. Rozpoczęliśmy już bliską współpracę, aby podzielić się doświadczeniami i jeszcze przyspieszyć rozwój firmy – mówi Larry Diamond, współzałożyciel i CEO ZIP.

Finansowanie dla Twisto to pierwsza inwestycja australijskiego fintechu w Europie kontynentalnej i druga (po Wielkiej Brytanii) inwestycja w Europie. ZIP jest uważany za jednego ze światowych liderów płatności: „kup teraz, zapłać później”. Działa w tym samym segmencie rynku jak Twisto: oferuje płatności odroczone online (w sklepach internetowych) i offline (w sklepach stacjonarnych, dzięki aplikacji połączonej z kartą płatniczą). Z usług i produktów ZIP korzysta 5,3 mln klientów na czterech rynkach. Spółka zatrudnia 500 osób.

Elevator Ventures to z kolei wiodący fundusz fintech, wspierany przez austriacki Raiffeisen Bank International.

Jesteśmy pod wrażeniem rozwiązań do codziennych płatności i zarządzania finansami, które oferuje aplikacja Twisto. Dynamiczny rozwój w Europie Środkowej dowodzi, że Twisto odpowiada na realne potrzeby klientów w tym regionie. Wesprzemy Twisto w ambicjach wejścia na kolejne rynki w Europie kontynentalnejtwierdzi Maximilian Schausberger, dyrektor zarządzający Elevator Ventures.

W tej rundzie finansowania udział wzieli także obecni inwestorzy Twisto: Finch Capital, Velocity Capital, ING Bank i austriacka grupa ubezpieczeniowa UNIQA. 7 mln EUR stanowi finansowanie dłużne na rozwój portfela kredytowego od brytyjskiego Kreos Capital, a także od pierwszego czeskiego funduszu venture capital – Orbit Capital.

Wraz z otrzymanym finansowaniem Twisto zamknęło rundę inwestycyjną B. Łącznie w tej rundzie fintech otrzymał od inwestorów 21,28 mln EUR. Wyłącznym doradcą finansowym Twisto i jego udziałowców podczas transakcji było Royal Park Partners.

Płatności odroczone omnichannel

Twisto oferuje płatności odroczone omnichannel. Dzięki aplikacji połączonej z kartą Mastercad, zarejestrowany klient może przesunąć płatność w każdym sklepie (online i offline) do 45 dni za darmo. Osoby niezarejestrowane mogą przesuwać płatność o 21 dni w e-sklepach, które wdrożyły Twisto jako metodę płatności. Aplikacja Twisto umożliwia też podzielenie na 3 raty za 0 zł płatności za zakupy w popularnych sklepach internetowych. Dodatkowo Twisto oferuje swoim użytkownikom cashback do 10 proc. w ponad 850 sklepach internetowych, a także płatności mobilne Google Pay i Apple Pay. Z usług Twisto korzysta ponad 1,3 mln klientów w Polsce i w Czechach. Blisko 170 tys. osób to zarejestrowani użytkownicy aplikacji.

Bezpieczeństwo – słowo klucz do funkcjonowania organizacji w nowej rzeczywistości

Firmy boją się o swoją przyszłość! Pracownicy obawiają się utraty pracy! Ludzie boją się o swoje zdrowie i życie! Biznes o konsekwencjach pandemii – rośnie odsetek firm obawiających się o przyszłą koniunkturę! To zaledwie promil haseł, jakie już od miesięcy można znaleźć w różnych mediach i na ustach wielu, a które negatywnie, choć niestety niezwykle skutecznie, wpływają na poczucie bezpieczeństwa wśród organizacji i zatrudnionych. Bezpieczeństwo jest bowiem tym słowem, którym najbardziej zachwiały wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy, i które aktualnie nabiera nowego znaczenia, zarówno w wymiarze życia prywatnego, jak i zawodowego. Odmieniane jest przez wszystkie przypadki, wypowiadane we wszystkich językach i przez osoby na różnych szczeblach społecznej drabiny. I choć utożsamiane jest przed wszystkim z teraźniejszością, szczególnie w negatywnym aspekcie jego braku w wielu obszarach, to właśnie bezpieczeństwo staje się powoli znakiem przyszłości i elementem nowej rzeczywistości, do której zmierzamy obecnie wszyscy. Czy stanie się ono również kluczem do funkcjonowania jednostki, społeczeństwa jak i organizacji w przyszłości?

Wraz z pojawieniem się pandemii, kolejnymi obostrzeniami, zakazami, wytycznymi i ograniczeniami większość ludzi zaczęła obawiać się o swoje bezpieczeństwo. Obawa ta dotyczyła nie tylko aspektu zdrowotnego, ale także, a może przede wszystkim życia zawodowego i powiązanej z nim nieodłącznie kwestii sytuacji finansowej. Poza bowiem dbaniem o zdrowie i życie własne oraz najbliższych, najważniejsze jest zabezpieczenie podstawowych potrzeb egzystencjalnych. Nie jest to jednak możliwe bez zapewnienia odpowiednich środków, które najczęściej pochodzą z wynagrodzenia za wykonywaną pracę.

Z punktu widzenia funkcjonowania organizacji występujące obawy miały i mają nadal inne podłoże, choć w ostatecznym rozrachunku również sprowadzają się do bezpieczeństwa odczuwanego na poziomie jednostki. To bowiem ludzie, pracownicy firm i instytucji, ponownie okazali się największym zasobem organizacji oraz gwarancją jej przetrwania. Gwarancją skuteczną jednak tylko wtedy, gdy zapewni się odpowiedni poziom bezpieczeństwa jednostce. By jednak było to możliwe w obecnej sytuacji, oprócz bezpiecznych warunków pracy, pewności zatrudnienia oraz dochodów, konieczne jest również dostarczenie zatrudnionym niezbędnych, a często nieznanych lub niepotrzebnych dotychczas kompetencji. Dostosowanie się do aktualnych warunków wymaga bowiem nie tylko nowej wiedzy i umiejętności, ale także szybkiego zdobywania doświadczenia w różnych obszarach.

Bezpieczeństwo ukryte w kompetencjach

Reorganizacja pracy, błyskawiczna zmiana strategii funkcjonowania, konieczność zachowania płynności finansowej oraz działania przy ogromnej intensywności lub przymus całkowitego zaprzestania codziennej aktywności sprawiły, że większość firm i instytucji dostrzegła, iż największym ich zasobem i gwarancją ciągłości istnienia są ludzie. Proces zmiany i konieczność „wypełnienia” luk w wielu niepotrzebnych dotychczas, ale też często zaniedbywanych obszarach pokazały, że nieuniknione jest dostarczenie nowych kompetencji, bez których dalsze działanie może być wręcz niemożliwe. Kompetencje te, zarówno twarde jak i miękkie, są obecnie niezbędne niemal w każdym obszarze funkcjonowania, ale także na każdym szczeblu hierarchii. Od wiedzy z nowych obszarów, poprzez inne spojrzenie na zarządzanie sobą w czasie, kwestie zapewnienia nowej higieny pracy w warunkach „pozabiurowych”, zarządzanie zespołami projektowymi czy kreatywnością na odległość, aż po zdalną sprzedaż i obsługę klienta czy też odpowiedzenie na jego obecne, inne niż jeszcze jakiś czas temu, potrzeby. Deficyty w zakresie wiedzy i umiejętności w nowych obszarach widoczne są na wszystkich szczeblach hierarchii – zarówno u kadry zarządzającej, specjalistów, jak i szeregowych pracowników.

Ich sprawne zabezpieczenie, poprzez szybkie określenie, dostarczenie i wdrożenie w zawodowej codzienności poszczególnych zatrudnionych, może nie tylko zapewnić bezpieczeństwo i przetrwanie samej organizacji, ale przede wszystkim jej pracowników. Dostarczenie niezbędnej obecnie wiedzy oraz umiejętności przekłada się na wzrost kompetencji zatrudnionych, ich efektywne działanie lub konieczne skuteczne ich przekwalifikowanie. Dzięki temu mogą oni sprawnie świadczyć swoją pracę, zapewniając odpowiedni poziom oferowanych produktów czy usług oraz obsługi klientów, co przekłada się na ciągłość pracy i zatrudnienia, a tym samym poczucia bezpieczeństwa. Samej organizacji natomiast daje gwarancję dalszego funkcjonowania i utrzymania oferty na oczekiwanym przez rynek poziomie. Kompetencje są obecnie elementem, który może dostarczyć niezbędne poczucie bezpieczeństwa zarówno na poziomie jednostki jak i firmy lub instytucji, przynosząc obopólne korzyści.

Dowodem na dostrzeganie potrzeby stałego dostarczania nowych kompetencji i podnoszenia kwalifikacji kadry, szczególnie w okresie zmieniających się warunków, jest fakt, że większość dojrzałych organizacji nie zrezygnowała ze szkoleń, a nawet zintensyfikowała swoje działania w tym obszarze. Od początku pandemii, zainteresowanie podnoszeniem kwalifikacji kadr, szczególnie w zakresie umiejętności miękkich, ale w dotychczas nieznanych obszarach lub takich, do których w związku z pojawieniem się COVID-19, zmieniło się podejście lub też wykorzystywane narzędzia, cieszy się stale rosnącym zainteresowaniem. Firmy szkoleniowe i trenerzy, którzy dostosowali formę świadczonych przez siebie usług do wymogów współczesności i nowych realiów funkcjonowania biznesu nie mogą narzekać na brak pracy. Rynek usług rozwojowych, tak jak inne branże, jest obecnie w procesie niespotykanej dotychczas transformacji. Część podmiotów, szczególnie tych, które z różnych powodów nie mogły dostosować swojej oferty do aktualnych potrzeb może zniknąć z rynku. Pozostałe jednak już teraz mogą rozwijać zarówno nowe obszary szkoleniowe jak i wykorzystywane do przekazywania i wdrażania wiedzy narzędzia. Dostrzeżone bowiem znaczenie kompetencji i ich wpływu na stabilność funkcjonowania teraz i w przyszłości będzie dalej wdrażane w życie, stając się kluczem do zaspokojenia wielu potrzeb, w tym szczególnie tak teraz potrzebnego poczucia bezpieczeństwamówi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.

Najbliższe miesiące będą miejmy nadzieję ostatnim sprawdzianem nowej rzeczywistości. Jak dużo czasu będzie potrzebne by odbudować poczucie bezpieczeństwa utracone przez ludzi i firmy na tak wielu płaszczyznach? Tego obecnie nie wiem nikt. Możemy jednak wierzyć w to, że nowe umiejętności, wiedza, kompetencje i doświadczenia, które zdobyliśmy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy oraz które zostały dostarczone pracownikom przez świadome organizacje, pozwolą dostosować się do aktualnych warunków, przygotować na przyszłość i czerpać z przeszłości oraz stworzyć poczucie bezpieczeństwa na obecne czasy. Oby jednak tym razem doświadczenie nauczyło nas, że bezpieczne poruszanie się do przodu wymaga również „zabezpieczenia tyłów”.

Audyt efektywności energetycznej – co musisz o nim wiedzieć

Prowadzisz firmę? W takim razie z pewnością zdajesz sobie sprawę, jak istotne jest skuteczne zarządzanie energią w przedsiębiorstwie. To zadanie niełatwe, lecz przynoszące korzyści na licznych polach. Mniejsze straty energii to niższe rachunki za prąd i oszczędności, które można zainwestować w rozwój. Działania podejmowane w celu zmniejszenia zużycia energii wpływają także pozytywnie na środowisko naturalne. Skąd jednak pewność, że wybrana inwestycja rzeczywiście przełoży się na niższe zużycie? Odpowiedzi na to pytanie dostarczy audyt efektywności energetycznej.

Czym jest audyt efektywności energetycznej?

Już na wstępie warto podkreślić, że audyt efektywności energetycznej nie jest tożsamy z audytem energetycznym. Skupia się on bowiem na konkretnym przedsięwzięciu prowadzonym w ramach przedsiębiorstwa, a nie na całej gospodarce energetycznej organizacji. Jeśli zatem jako przedsiębiorca chcesz podjąć się wybranego działania, które ma przynieść zmniejszenie zużycia energii lub ograniczenie strat energii, warto abyś zdecydował się na przeprowadzenie właśnie audytu efektywności energetycznej.

Co prawda audyt ten nie jest obowiązkowy, lecz pozwala stwierdzić, czy podejmowane działanie ma w ogóle sens z punktu widzenia profilu energetycznego firmy i potencjalnych oszczędności. Korzyści, które ze sobą niesie, są zatem niezwykle istotne.

Przebieg audytu efektywności energetycznej

Audyt efektywności energetycznej to proces złożony, który składa się najczęściej z 4 etapów:

  1. Ustalenie zakresu i czasu przeprowadzanego audytu.
  2. Gromadzenie informacji dot. obecnego stanu technicznego instalacji i pracy urządzeń, a także rozpoznanie źródeł, które generują straty energetyczne. Audyt przeprowadzany jest przeważnie przez zewnętrznego audytora, a nawet zespół audytorów.
  3. Analiza zebranych danych i ich ewaluacja, a następnie przedstawienie propozycji przedsięwzięć mających na celu minimalizację rozpoznanych strat. Propozycje te muszą być realne do zrealizowania, dlatego analizowane są także rozwiązania techniczne posiadane przez firmę, a także jej finanse.
  4. Sporządzenie raportu z przeprowadzonego audytu. W audycie znaleźć muszą się także informacje o potencjalnej oszczędności energii, której uzyskanie będzie możliwe po przeprowadzeniu przedsięwzięcia.

Audyt energetyczny jest obowiązkowy

Audyt nieobowiązkowy – czy aby na pewno?

Prawo nie narzuca obowiązku przeprowadzania audytu efektywności energetycznej na przedsiębiorstwa, jak ma to miejsce w przypadku audytu energetycznego, który w dużych przedsiębiorstwach trzeba powtarzać co 4 lata. Niemniej istnieją sytuacje, w których przedsiębiorca ma obowiązek się na niego zdecydować. Dotyczy to dwóch przypadków. Pierwszy z nich odnosi się do chęci uzyskania dofinansowania na realizację przedsięwzięć mających na celu zmniejszenie zużycia lub strat energii, drugi zaś związany jest z uzyskaniem białych certyfikatów. O ile ta pierwsza sytuacja wydaje się w pełni zrozumiała, o tyle nie każdy może znać pojęcie białych certyfikatów.

Czym one są? Najprościej mówiąc, białe certyfikaty to świadectwa efektywności energetycznej, które można uzyskać za realizację przedsięwzięcia w zakresie oszczędności energii. Oszczędność ta musi wynieść minimum 116,3 MWh i wynikać z przeprowadzonego audytu efektywności energetycznej. Co więcej, białe certyfikaty stanowią towar obrotu giełdowego. Dzięki nim firma może zatem uzyskać dodatkowy dochód w wyniku osiągnięcia zysku z ich sprzedaży na Towarowej Giełdzie Energii podmiotom zobowiązanym do ich umarzania.

Audyt efektywności energetycznej – kiedy przeprowadzić?

Audyt efektywności energetycznej to świetne źródło informacji na temat aktualnego stanu wykorzystania energii przez firmę. Dzięki niemu zweryfikować można, czy planowane przedsięwzięcie rzeczywiście przełoży się na oszczędność energetyczną. Wydaje się zatem, że jego przeprowadzenie jest nie tylko wartością dodaną, a wręcz koniecznością przy podejmowaniu decyzji dotyczących zarządzania energią w przedsiębiorstwie.

Deloitte: W czasie noworocznych wyprzedaży cenę tylko co dziesiątego produktu w sklepach online obniżono więcej niż o 5 proc.

W czasie noworocznych wyprzedaży w dół poszły ceny dronów i laptopów, za to w górę ceny zabawek oraz drobnego AGD.

W tym roku noworoczne wyprzedaże mają specyficzny charakter, gdyż ze względu na pandemiczne obostrzenia można z nich skorzystać przede wszystkim w sklepach internetowych. Czy na początku 2021 roku klienci mogą liczyć na atrakcyjne okazje? Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ruch cenowy w największych sklepach online w pierwszej dekadzie stycznia 2021 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2020 roku, wyniósł 3,7 proc. Oznacza to, że znacznie więcej produktów podrożało niż potaniało. Przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo analiza ofert ponad 1000 sklepów z branży e-commerce pokazała, że wbrew komunikacji reklamowej, klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były znacząco przecenione.

Eksperci Deloitte i Dealavo w okresie pomiędzy 20 listopada 2020 (tydzień przed Black Friday) a 7 stycznia 2021 roku analizowali ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy Świąteczne 2020” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane na prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych obniżkach. – Polacy przyzwyczaili się już do poświątecznych wyprzedaży i bardzo chętnie z nich korzystają. W tym roku sytuacja jest o tyle specyficzna, że zaraz po świętach, na skutek obostrzeń, centra handlowe nie otworzyły się i wciąż pozostają zamknięte. E-commerce był więc na wygranej pozycji – mówi Anna Winnicka, Menadżer w dziale Konsultingu Deloitte.

Dzięki świątecznemu badaniu Deloitte znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Dlatego do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, akcesoria elektroniczne, czekolady, DIY, drony, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, perfumy, planszówki, smart speakers, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki. Łącznie przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad tysiąca sklepów online i przeanalizowano około 3,5 tys. cen.

Ceny w górę i trochę w dół

Jak wynika z analizy sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami, prowadzone kampanie marketingowe nie pokrywały się z rzeczywistymi obniżkami cen. Wręcz odwrotnie. – Ceny dwóch trzecich produktów w analizowanym okresie wzrosły. Średni wzrost wyniósł 8 proc., ale istotne jest to, że w przypadku 32 proc. z nich wzrost ten wyniósł powyżej 5 proc. Tylko jedna trzecia analizowanych produktów miała obniżone ceny, co pokazuje, że sprzedawcy większą wagę przywiązywali do marketingowych przekazów niż rzeczywistych obniżek – wyjaśnia Anna Winnicka. Średni spadek ceny wyniósł 5,3 proc., a 11 proc. produktów miało obniżki głębsze niż 5 proc. Kategorie, w których średnie ceny wzrosły to drobne AGD, konsole, zabawki i produkty z kategorii muzyka. Biorąc pod uwagę spadki i wzrosty, średni ruch cenowy pomiędzy 20 listopada a 7 stycznia wyniósł 3,7 proc., podczas gdy rok temu było 1,1 proc.

W ostatnim czasie detaliści selektywnie zwiększali ceny – zauważyliśmy to zarówno między Black Friday a świętami, między świętami a Nowym Rokiem, jak i na początku stycznia. Na początku 2021 roku podwyżki są niższe niż w ostatnim miesiącu 2020 r., za to obejmują większą pulę produktów (66 proc. vs. 52 proc. produktów), przez co średni wzrost cen wyniósł aż 8 proc. na początku stycznia w porównaniu do 6,2 proc. między Black Friday a Nowym Rokiem – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

W czasie listopadowego Black Friday konsumenci mieli do dyspozycji większą liczbę produktów objętych obniżkami (49 proc. produktów vs. 30 proc. w styczniu), jak również mniejszą liczbę tych, których cena wzrosła (41 proc. vs 66 proc. w styczniu). Co prawda, przy średnim ruchu cenowym, oscylującym wokół 0 proc. nie można mówić o jakichś atrakcyjnych okazjach, ale w styczniu przy ruchu na poziomie 3,7 proc. było to jeszcze mniej prawdopodobne.

Eksperci Deloitte przeanalizowali również około 3,5 tys. cen i porównywali ich ruch w okresie przed Black Friday i w czasie noworocznych wyprzedaży. Okazało się, że wzrost dotyczył 34 proc. z nich, a spadek 23 proc. Z kolei 43 proc. cen pozostało bez zmian.

Tańsze słodycze i laptopy, droższe zabawki oraz drobne AGD

W poprzednich latach opłacało się poczekać z zakupem sprzętu elektronicznego lub gier komputerowych do noworocznych wyprzedaży. Jak było w tym roku? Okazuje się, że tym razem prawidłowość ta dotyczyła jedynie dronów i laptopów, trzeba jednak zaznaczyć, że upusty były raczej symboliczne. Obniżki były także widoczne w kategorii słodycze.

Jeżeli chodzi o zabawki, to najwyższy wzrost cen obserwowaliśmy w okresie przedświątecznym, podczas gdy w styczniu podwyżki te – zwłaszcza w odniesieniu do zabawek edukacyjnych i kreatywnych – były spłycane do poziomu z początku grudnia – mówi Mateusz Mańkowski, Konsultant w zespole strategii Deloitte. Wyjątkiem od tej reguły były zabawki konstrukcyjne, wśród których ceny aż 92 proc. analizowanych produktów w czasie noworocznych wyprzedaży zostały podniesione. I tak zestaw Lego Friends Domek Na Drzewie Mii był droższy 7 stycznia niż 20 listopada średnio aż o 39 proc., a Lego 41367 Friends Skoki przez przeszkody Stephanie o 17 proc. Podobnie było także z muzyką, gdzie zanotowano wzrosty średnio o 25-30 proc. oraz produkty sportowe (nawet 43 proc.). Z kolei w kategorii drobnego AGD cena 77 proc. produktów w analizowanym okresie poszła w górę. I tak na przykład w przypadku trymera firmy Remington (NANO SERIES NE3850) – średnia cena wzrosła o 13 proc., identycznie jak cena robota odkurzającego Xiaomi Mijia Mi.

Eksperci Deloitte porównali tegoroczny okres wyprzedaży z okazji Black Friday i Nowego Roku z analogicznym okresem z przełomu 2019/2020 roku. W 2019 roku na tydzień przed Black Friday niemal 31 proc. produktów miało najniższą cenę. W 2020 roku, czyli podczas ostatniego BF było to 27 proc. W czasie samego Black Friday było to odpowiednio 42,2 i 28 proc. Podobnie było tuż przed świętami Bożego Narodzenia i w czasie noworocznych wyprzedaży. – Można więc powiedzieć, że rok temu klienci mieli większą szansę trafić na atrakcyjną ofertę niż dziś. Może się to wiązać ze zmniejszającą się dostępnością produktów bądź faktycznie mniejszą skalą obserwowanych obniżek cenowych w tym czasie – mówi Mateusz Mańkowski.

Komitet Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN przeciw fake newsom nt. COVID-19

Stanowisko Komitetu Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN w sprawie rozpowszechnianych nieprawdziwych informacji o szczepionkach przeciw COVID-19 oraz testach PCR wykrywających SARS-CoV-2 z dnia 4 stycznia 2021 roku.

W ostatnim czasie, głównie w mediach społecznościowych, ukazują się wypowiedzi pod postacią wywiadów, sygnowane przez osoby posiadające tytuł naukowy. Wypowiedzi te  wprowadzają dezinformację na temat wirusa SARS-CoV-2 i szczepionek przeciw COVID-19. Jednym z przykładów jest internetowy wywiad O szczepionce genetycznej Pfizera i testach PCR prof. Romana Zielińskiego udzielony Agnieszce Kisielewskiej. Takie wypowiedzi pozostają w sprzeczności z aktualnym stanem wiedzy w zakresie genetyki medycznej i diagnostyki laboratoryjnej.

Członkowie Komitetu Genetyki Człowieka i Patologii Molekularnej PAN, reprezentanci z wyboru krajowego środowiska genetyków medycznych i patologów, zaniepokojeni brakiem podstaw naukowych takich wypowiedzi i ich ewidentną szkodliwością społeczną, czują się w obowiązku ostrzec potencjalnych czytelników.

  1. Autorzy wypowiedzi nie są fachowcami w zakresie genetyki medycznej. Diagnostyka laboratoryjna i genetyka medyczna to odrębne dziedziny, w których autorzy wypowiedzi nie mają recenzowanego dorobku publikacyjnego. Świadczy o tym baza PubMed, prezentująca wszystkie istotne publikacje biomedyczne na świecie, gdzie autorzy wypowiedzi reprezentowani są w sposób ilościowo i jakościowo marginalny. Żadna z ich prac nie dotyczy genetyki człowieka, tylko np. mikroorganizmów lub małż z Jeziora Miedwie. Według miarodajnej bazy Scopus, również wskaźniki bibliometryczne tychże autorów są w rzeczywistości istotnie niższe od podawanych w tekście.
  2. Przedstawiane tezy konstruowane są w sposób niejasny, przy użyciu szczątkowej, nierzadko opacznej, wiedzy biologicznej. Nadmierne posługiwanie się naukowym żargonem u niezorientowanego odbiorcy ma wywołać wrażenie merytorycznej kompetencji.

Komitet z zasady nie dyskutuje problematyki nie popartej dowodami naukowymi. Jednak w tym przypadku, widząc jakie szkody pociąga za sobą zaistnienie przedmiotowych tez w  przestrzeni publicznej, uznano  za właściwe sprostowanie najbardziej rażących z nich:

  1. Próba dyskredytacji molekularnych testów na obecność SARS-CoV-2, opartych o technikę PCR lub ilościową RT-PCR jest błędna. Wyjaśniono to już w https://konkret24.tvn24.pl/zdrowie,110/wywiad-o-nieskutecznosci-testow-na-covid-19-wyjasniamy-manipulacyjne-tezy,1028628.html). Techniki te dają się doskonale wystandaryzować, szczególnie w ich odmianie ilościowej, używanej w identyfikacji wirusa SARS-CoV-2. Istotą techniki PCR jest specyficzne namnożenie niewielkiej liczby kopii ściśle określonego fragmentu materiału genetycznego, nawet w mieszaninie zawierającej przewagę innych sekwencji. Specyficzność prawidłowo zaprojektowanej reakcji, przy równoczesnym zastosowaniu odpowiednich kontroli, jest jedną z niekwestionowanych zalet techniki PCR, która od lat stanowi złoty standard w molekularnej diagnostyce genetycznej na całym świecie.
  2. Jest nieprawdą, że RNA podawany w szczepionce przeciw COVID-19 zostaje przepisany na DNA. Podawany w szczepionce konstrukt genetyczny (mRNA) nie ulega odwrotnej transkrypcji, nie wnika do jądra komórkowego, nie zostaje również wbudowany do genomu komórkowego. RNA stanowi tylko matrycę w procesie translacji zachodzącej w cytoplazmie, umożliwiając komórce gospodarza syntezę jednego konkretnego białka wirusowego (nie całego wirusa). Białko to tworzy kolec koronawirusa i przeciwko niemu uruchamiana jest odpowiedź immunologiczna organizmu. A o to właśnie w szczepionce chodzi. Dodatkowo, podany mRNA, ze względu na swoją znaczną niestabilność (stąd uciążliwa konieczność transportu w temp. -70 st C), po uruchomieniu procesu translacji ulega nieodwracalnemu rozpadowi.
  3. Szczepionki anty-COVID-19 oparte są na opracowywanym przez wiele lat modelu molekularnych szczepionek mRNA i poddawane były badaniom klinicznym zgodnie ze standardowymi procedurami. To, że nie rekomenduje się podawania ich ciężarnym, wynika z konieczności przeprowadzenia w dalszej kolejności dodatkowego, odrębnego cyklu badań, co jest elementem normalnej rutyny badań klinicznych leków.
  4. Rzekomo negatywny wpływ szczepionki na procesy rozrodcze powodowany ma być podobieństwem białka kolca i białka syncytyny. W wypowiedziach internetowych mylone są pojęcia homologii i reakcji krzyżowych. Białko kolca i syncytyna zawierają niewielkie fragmenty o pewnym podobieństwie sekwencji aminokwasów, jednak nie oznacza to że przeciwciała na to białko będą reagowały z syncytyną. Fragment jaki białko kolca (glikoproteina S) dzieli z syncytynami jest zbyt mały, aby wywołać immunologiczną reakcję krzyżową. Nie wykazano reaktywności krzyżowej swoistych przeciwciał antywirusowych z ludzka syncytyną obecną w plemnikach. Nie stwierdzono także wpływu infekcji SARS-CoV-2, a tym bardziej szczepienia przeciw COVID-19, na zdrowie reprodukcyjne kobiet.  Podsumowując, nie ma żadnych naukowo uzasadnionych przyczyn aby sądzić, że szczepionka może w jakikolwiek sposób zagrażać płodności kobiet lub mężczyzn czy  rozrodowi w ogólności.
  5. Powszechnym obyczajem w nauce jest poddawanie wszelkich wyników badań recenzji zewnętrznej, dokonywanej przez niezależnych specjalistów będących autorytetami z danej dziedziny. Tezy z omawianych wywiadów takiego procesu nigdy nie przeszły. Członkowie Komitetu, jako profesjonaliści, mogliby takiej recenzji dokonać, jednak najpierw tezy takie musiałyby zostać sformułowane w sposób właściwy dla prac naukowych, a nie funkcjonować jedynie w postaci bezkrytycznie publikowanych enuncjacji medialnych.

Przypominamy, że aktualną wiedzę naukową na temat pandemii można uzyskać na stronie  www.naukaprzeciwpandemii.pl

Członkowie Komitetu z całą mocą podkreślają, że jedyną naukowo umocowaną metodą kontrolowanego przerwania epidemii SARS-CoV-2 jest zaszczepienie się szczepionką przeciw COVID-19. 

Pod stanowiskiem podpisało się 34 członków Komitetu:

  1. dr hab. Michał WITT, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  2. dr hab. Ewa BARTNIK, Uniwersytet Warszawski
  3. dr hab. Krystyna CHRZANOWSKA, Instytut-Pomnik Centrum Zdrowia Dziecka, Warszawa
  4. dr hab. Cezary CYBULSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  5. dr hab. Tadeusz DĘBNIAK, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  6. Dr hab. Wojciech FENDLER, Uniwersytet Medyczny w Łodzi
  7. dr hab. Agata FILIP, Uniwersytet Medyczny w Lublinie
  8. Dr hab. Paweł GAWLIŃSKI, Instytut Matki i Dziecka, Warszawa
  9. Dr hab. Maciej GIEFING, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  10. dr hab. Olga HAUS, Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Bydgoszczy
  11. Dr hab. Dorota HOFFMAN-ZACHARSKA, Instytut Matki i Dziecka, Warszawa
  12. dr hab. Anna JAKUBOWSKA, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  13. dr hab. Danuta JANUSZKIEWICZ-LEWANDOWSKA, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
  14. dr hab. Barbara JARZĄB, czł. koresp. PAN, Centrum Onkologii – Instytut im. Marii Skłodowskiej-Curie, Gliwice
  15. dr hab. Krystian JAŻDŻEWSKI, Warszawski Uniwersytet Medyczny
  16. dr hab. Bogdan KAŁUŻEWSKI
  17. dr hab. Janusz KOCKI, Uniwersytet Medyczny w Lublinie
  18. dr hab. Małgorzata KRAJEWSKA-WALASEK
  19. dr hab. Maciej KURPISZ, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  20. dr hab. Grzegorz KURZAWSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  21. dr hab. Janusz LIMON, czł. rzecz. PAN, Gdański Uniwersytet Medyczny
  22. dr hab. Jan LUBIŃSKI, Pomorski Uniwersytet Medyczny, Szczecin
  23. dr hab. Andrzej MACKIEWICZ, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu
  24. dr hab. Jerzy Stanisław NOWAK
  25. dr hab. Andrzej PŁAWSKI, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  26. Dr hab. Natalia ROZWADOWSKA, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  27. dr hab. Maria M. SĄSIADEK, Uniwersytet Medyczny im. Piastów Śląskich we Wrocławiu
  28. dr hab. Janusz SIEDLECKI
  29. dr hab. Ryszard SŁOMSKI , Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań
  30. Dr hab. Marlena SZALATA, Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu
  31. dr hab. Maciej WIZNEROWICZ, Uniwersytet Medyczny w Poznaniu
  32. dr hab. Iwona WYBRAŃSKA, Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego
  33. dr hab. Jacek ZAREMBA – czł. rzecz. PAN, Instytut Psychiatrii i Neurologii, Warszawa
  34. dr hab. Ewa ZIĘTKIEWICZ, Instytut Genetyki Człowieka PAN, Poznań

Polacy coraz częściej decydują się na ubezpieczenia z opcją leczenia za granicą. Korzystają z tego także w przypadku lockdownu i zamknięcia granic

Coraz więcej Polaków deklaruje, że posiada polisę na życie – indywidualną bądź grupową. Jak wynika z badania Prudential Family Index 2020, tylko 19 proc. respondentów oświadcza, że nie ma żadnego ubezpieczenia zapewniającego pomoc w przypadku ciężkiego zachorowania i ochronę dla rodziny ubezpieczeniowego na wypadek jego śmierci. – Polacy coraz większą wagę przywiązują do tego, na jaki rodzaj wsparcia mogą liczyć w przypadku poważnych problemów ze zdrowiem – mówi Leszek Osiewacz z Unilink. Wśród wybieranych opcji coraz częściej jest możliwość konsultacji i leczenia za granicą.  

Ubezpieczenie na życie to wsparcie finansowe w przypadku śmierci ubezpieczonej osoby – wówczas świadczenie otrzymają wskazane przez nią osoby. Zakres ochrony można rozszerzyć o świadczenia m.in. po zdiagnozowaniu choroby onkologicznej, jeśli powoduje np. konieczność pobytu w szpitalu czy operację. W ramach dodatku do polisy można także liczyć na pomoc medyczną poza granicami kraju.

 Z roku na rok ubezpieczenia na leczenie za granicą cieszą się coraz większą popularnością. Za stosunkowo niedużą składkę klient zyskuje bardzo szeroką ochronę ubezpieczeniową. W przypadku produktu Best Doctors, który oferuje wiele towarzystw ubezpieczeniowych, ubezpieczyciel pokrywa świadczenie do 2 mln euro leczenia zagranicznego w przypadku poważnej choroby – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Osiewacz, dyrektor Departamentu Sprzedaży Ubezpieczeń Życiowych i Zdrowotnych w Unilink.

Z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń wynika, że na ubezpieczenia na życie Polacy wydali w I półroczu 2020 roku 10,1 mld zł, o nieco ponad 4 proc. mniej niż przed rokiem. Słabszy wynik to jednak efekt wiosennego lockdownu, a jesienią widoczne było już odbicie sprzedaży. Na przestrzeni lat widać wyraźną tendencję wzrostową. Badanie firmy Prudential wskazuje, że w 2017 roku indywidualne polisy życiowe posiadało 42 proc. badanych, podczas gdy w 2020 roku odsetek wzrósł do 56 proc. W przypadku polis grupowych odsetek wzrósł z 33 do 41 proc. w ciągu trzech lat. Jednocześnie o 14 pkt proc. spadła liczba osób deklarujących, że nie posiadają żadnego ubezpieczenia na życie.

Na skutek pandemii i pierwszego lockdownu wzrosło też zainteresowanie Polaków dodatkowymi ubezpieczeniami zdrowotnymi – dostęp do lekarzy stał się znacznie trudniejszy, a kolejki coraz dłuższe. Wiele wizyt zostało zastąpionych teleporadami. Dostęp do prywatnej opieki medycznej w I połowie ubiegłego roku posiadało – jak podaje PIU – ok. 3 mln Polaków,  czyli o 13 proc. więcej niż rok wcześniej. To pokazuje, że kwestie zdrowotne stały się w ostatnich miesiącach bardzo istotne.

– Dzisiaj COVID-19 pochłania bardzo dużą energię publicznej służby zdrowia, natomiast są inne schorzenia i choroby, dlatego ubezpieczenie leczenia za granicą zyskuje na popularności i widzimy to również u naszych agentów – wskazuje ekspert z firmy Unilink. – To produkt oparty bardzo często na dużych, prywatnych klinikach, które są wyjęte z systemu publicznej opieki zdrowotnej. Działa również w czasie COVID-u, nie mamy żadnych sygnałów, żeby miało być inaczej.

Wykupienie możliwości leczenia za granicą pozwala skonfrontować uzyskaną w Polsce diagnozę z oceną zagranicznych lekarzy. Jeśli leczenie okaże się konieczne, ubezpieczyciel zorganizuje cały proces w zagranicznej placówce. Pacjent może wybrać leczenie w jednym z trzech zaproponowanych miejsc.

W momencie, w którym jest potwierdzona diagnoza, czyli mamy poważne zachorowanie, klientowi są przedstawiane do wyboru trzy placówki, które specjalizują się w tego typu schorzeniach. Pokrywane są koszty przylotu, pobytu, operacji, zabiegu, do tego transport powrotny do kraju. Część tego typu rozwiązań pozwala jeszcze na rehabilitację w Polsce, ale co do zasady w całym procesie leczenia za granicą jesteśmy prowadzeni za rękę przez ubezpieczyciela – przekonuje Leszek Osiewacz.

Polisa działa w przypadku zdiagnozowania nowotworu złośliwego, nowotworu nieinwazyjnego lub raka in situ, w razie potrzeby przeprowadzenia zabiegu operacyjnego naczyń wieńcowych, wymiany zastawki, zabiegu neurochirurgicznego czy przeszczepu od żywego dawcy narządów lub szpiku kostnego.

Polskie firmy rozwijają eksport maseczek ochronnych. Walczą o rynek z niskiej jakości produktami sprowadzanymi z Chin

Od początku pandemii wiele polskich firm zmodyfikowało produkcję, dostosowując ją do nowych realiów. W tej chwili krajowe zakłady wytwarzają w sumie ok. 200 mln sztuk miesięcznie wysokiej klasy maseczek ochronnych i rozwijają eksport do krajów UE, ponieważ polski rynek stał się dla nich zbyt mały. Mimo że krajowi producenci są już w stanie zaspokoić zapotrzebowanie rodzimego rynku, w Polsce nadal powszechnie dostępne są maseczki importowane z Chin, spośród których wiele nie spełnia jednak norm bezpieczeństwa. Na rynku pojawiły się nawet firmy, które sprowadzają środki ochronne z Państwa Środka i przepakowują je w polskie opakowania, wprowadzając konsumentów w błąd.

– Krajowa produkcja maseczek urosła do tego stopnia, że przekroczyła ok. 200 mln sztuk miesięcznie, z czego tylko nasza firma produkuje 65 mln sztuk. Przed pandemią jeden główny zakład w Polsce produkował około 1 mln sztuk maseczek. To w zupełności zabezpieczało potrzeby szeroko pojętego segmentu ochrony zdrowia. Natomiast w marcu, kiedy rozpoczęła się pandemia, to było już stanowczo za mało. Wtedy pojawił się import, w międzyczasie powstała też m.in. nasza firma i kilku innych producentów – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Sawicki, dyrektor ds. kluczowych klientów TW Plast.

Jak wynika z danych GUS, w listopadzie ub.r. polskie firmy wyprodukowały 7,4 mln maseczek ochronnych stosowanych w medycynie i ponad 26,7 mln pozostałych maseczek. Ze statystyk wynika, że produkcja rośnie z miesiąca na miesiąc, bo jeszcze w październiku te liczby wynosiły odpowiednio 4,5 oraz 17,4 mln sztuk. Badanie GUS objęło jednak tylko podmioty gospodarcze uczestniczące w obowiązkowym, miesięcznym badaniu produkcji wyrobów przemysłowych, w których liczba pracujących wynosi 50 osób i więcej.

Koronawirus spowodował nagły wzrost zapotrzebowania na maseczki ochronne, które stały się wręcz towarem pierwszej potrzeby. Jak zauważa przedstawiciel TW Plast, w tej chwili jest ono mniejsze niż w pierwszym okresie pandemii, ale nadal jest wysokie.

– Dane z GUS-u dotyczące zapotrzebowania na maseczki ochronne też się zmieniają – na początku wskazywały, że jest to ok. 30 mln maseczek tygodniowo, w tej chwili to zapotrzebowanie spadło. Natomiast mamy w kraju prawie 40 mln obywateli. Biorąc pod uwagę, że najlepiej chronią maseczki jednorazowe, łatwo policzyć, że to zapotrzebowanie wynosi kilkaset milionów sztuk – mówi Krzysztof Sawicki.

Co istotne, krajowe zakłady już w tej chwili są w stanie zaspokoić zapotrzebowanie polskiego rynku. Ten stał się już zbyt mały, dlatego rodzime firmy rozwijają eksport i sprzedają maseczki do wielu innych krajów UE.

Ze względu na wolumen, który produkujemy, Polska stała się już zbyt małym rynkiem, dlatego w tej chwili polskie maseczki można spotkać też w kilkunastu krajach UE, a nawet w krajach Ameryki Południowej – mówi dyrektor w TW Plast. – Polski produkt cieszy się zaufaniem klientów w całej Europie. Dwa miesiące temu otworzyliśmy drugą fabrykę w Danii, która jest jednym z najbardziej wymagających rynków, jeśli chodzi o jakość produktów.

Jak wynika z danych Eurostatu, największym beneficjentem zamówień związanych ze sprzętem ochronnym wciąż pozostają jednak Chiny, gdzie trafiają zamówienia warte miliardy euro. Dzieje się tak, mimo że wiele chińskich wyrobów jest niskiej jakości i nie spełnia norm bezpieczeństwa.

W Polsce chińskie maseczki trafiły m.in. do Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, która już w maju poinformowała służby medyczne o ich wadliwości. Mimo to wiele firm nadal sprowadza chiński towar, a w mediach często pojawiają się informacje dotyczące maseczek z Chin, które nie spełniają odpowiednich norm. Najgłośniejszym przykładem było lądowanie na warszawskim Okęciu słynnego samolotu Antonov, który przywiózł z Państwa Środka środki ochronne i maseczki, które jak się okazało, nie spełniały norm FFP określających stopień filtrowania zanieczyszczeń.

 Od początku pandemii powstało wiele firm specjalizujących się w imporcie i dystrybucji produktów z Chin. Część przedsiębiorstw, szukając nowych możliwości przetrwania w tych trudnych czasach, zajęła się importem chińskich maseczek i dystrybuowaniem ich w Polsce i na inne kraje – mówi Krzysztof Sawicki. – W tej chwili nie jesteśmy w stanie oszacować, jak wiele maseczek pochodzi z importu, takie dane są nie do zweryfikowania. Czynnikiem, który to utrudnia, jest m.in. to, że kilku polskich producentów importowało maseczki z Chin, po czym przepakowywało je w polskie opakowania, sugerując klientom, że jest to wyrób krajowy i wprowadzając na rynek niepełnowartościowy produkt.

Nieco ponad miesiąc temu, w listopadzie, włoska Gwardia Finansowa w rejonie Neapolu skonfiskowała przyłbice i maseczki ochronne sprowadzone z Chin, które nie miały atestów sanitarnych. Problem z jakością chińskich wyrobów dotyczy nie tylko europejskiego i polskiego rynku – już we wrześniu raport opracowany przez amerykański Narodowy Instytut Bezpieczeństwa i Zdrowia w Pracy (NIOSH) pokazał, że prawie 70 proc. masek KN95 importowanych z Chin do USA nie spełniało minimalnych amerykańskich norm bezpieczeństwa.

– Większość produktów, które pochodzą z Chin, nie spełnia podstawowych parametrów użytkowych, a przede wszystkim nie spełnia europejskiej normy 14683 dotyczącej filtracji antybakteryjnej, która dla maseczki medycznej powinna wynosić 98 proc. i więcej zatrzymywania wirusów, bakterii i przepuszczalności Delta P powietrza. Te dwa parametry stanowią o tym, że maseczka jest produktem medycznym. Produkty sprowadzane z Chin są znacznie tańsze, co przy koszcie produkcji kluczowego materiału, czyli warstwy antybakteryjnej znajdującej się w maseczce, pozwala sądzić, że w ich konstrukcji nie zastosowano odpowiedniego zabezpieczenia – mówi ekspert.

Jak podkreśla, chińskie wyroby są tańsze, ale często zapewniają też o wiele gorszy poziom bezpieczeństwa przed zarażeniem wirusem SARS-CoV-2. To istotne o tyle, że często są stosowane przez osoby szczególnie narażone na zakażenie, korzysta z nich też personel medyczny. Dlatego wybierając i kupując maseczki ochronne, należy za każdym razem szukać na nich specjalnych atestów i oznaczeń, aby mieć pewność, że produkt spełnia normy i zapewnia właściwą ochronę.

– Konsumentowi trudno jest zweryfikować, czy produkt spełnia właściwe parametry medyczne. Na szczęście po kilku miesiącach pandemii świadomość konsumentów w tym zakresie wzrosła. Kluczowe jest sprawdzenie na opakowaniu, czy taki wyrób ma oznaczenie europejskiej normy medycznej EN 14683 i oznaczenie filtracji antybakteryjnej BFE – Bacterial Filtration Efficiency. Produkt medyczny powinien spełniać według normy parametry zatrzymywania bakterii powyżej 98 proc., co pozwala zabezpieczyć zarówno osobę, która nosi tę maseczkę, jak i inne osoby w jej otoczeniu – podkreśla Krzysztof Sawicki.

Prezes UOKiK: Weryfikujemy, czy CD Projekt był świadom braków gry Cyberpunk 2077 w momencie startu sprzedaży

UOKiK zwrócił się do CD Projektu o wyjaśnienia dotyczące problemów z grą Cyberpunk 2077. Chce sprawdzić, czy spółka nie wprowadziła graczy w błąd i w jakim stopniu realizuje reklamacje i zwroty środków dla niezadowolonych klientów. – Mamy świadomość trudności, z jakimi boryka się CD Projekt, i nie chcemy utrudniać mu prowadzenia działalności, ale są pewne wątpliwości, które wymagają zweryfikowania – mówi prezes urzędu Tomasz Chróstny.

– Nasze wystąpienie do CD Projekt ma ustalić, w jaki sposób przedsiębiorca realizuje rekompensaty i zwroty dla konsumentów. Drugą sprawą jest to, na ile ten przedsiębiorca, windując pewne oczekiwania, był świadom tego, że funkcjonalność gry odbiega od tych oczekiwań i od prezentowanych przez niego wcześniej informacji. Chcemy zweryfikować, czy nie wprowadził konsumentów w błąd co do funkcjonalności tego produktu, który zaoferował na rynku, a także w jakim stopniu uwzględnia reklamacje konsumentów, którzy są z niego niezadowoleni i na starszym sprzęcie często nie mogą korzystać z tej gry w takim stopniu, jak było to przewidziane – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Tomasz Chróstny, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Cyberpunk 2077 to najnowszy, długo wyczekiwany przez graczy tytuł CD Projektu, największego polskiego producenta gier. Jego premiera miała miejsce 10 grudnia. Rozczarowani gracze zgłaszają jednak trudności z rozgrywką na starszych konsolach Xbox One i PlayStation 4. Były one na tyle duże, że już kilka dni po premierze Sony zadecydowało o wycofaniu gry z PlayStation Store, a Microsoft wprowadził możliwość zwrotów tej produkcji w wersji na Xboxa One. CD Projekt przeprosił za liczne błędy w grze i zadeklarował zwrot pieniędzy wszystkim niezadowolonym klientom.

W tym tygodniu skargi od graczy niezadowolonych z Cyberpunka 2077 wpłynęły też do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. W efekcie UOKiK zwrócił się do CD Projektu o wyjaśnienia dotyczące problemów z grą i podjętych przez niego działań.

– Działamy w toku wystąpienia miękkiego. Mamy świadomość trudności, z jakimi boryka się przedsiębiorca, i nie chcemy utrudniać mu prowadzenia działalności. Natomiast są pewne wątpliwości, które wymagają zweryfikowania – mówi prezes UOKiK.

Co istotne, UOKiK nie prowadzi na razie oficjalnego postępowania wobec CD Projektu, a jedynie wystąpił z wnioskiem o wyjaśnienia. O dalszych krokach zadecyduje dopiero po ich otrzymaniu. Jeśli okaże się, że istnieją podstawy do postawienia spółce zarzutu naruszenia zbiorowych interesów konsumentów, wówczas postępowanie nabierze oficjalnego charakteru. W czarnym scenariuszu UOKiK może wymierzyć polskiemu producentowi gier karę pieniężną w wysokości maksymalnie 10 proc. przychodu firmy.

Mimo błędów Cyberpunk 2077 sprzedaje się bardzo dobrze. Po 10 dniach od premiery spółka poinformowała, że szacowana sprzedaż wyniosła ok. 13 mln egzemplarzy. Producent planuje wypuścić serię aktualizacji do gry, jak również łatki, które powinny wyeliminować problem z grywalnością na starszych konsolach.

 Jeżeli chodzi o producentów gry, to jest pierwsza sprawa, której tak mocno się przyglądamy. Niemniej jej zakres jest bardzo szeroki. Mówimy o grze, która nie tylko nie spełniła oczekiwań konsumentów, ale pod względem funkcjonalności daleko odbiega od tego, o czym konsumenci słyszeli od miesięcy, a nawet lat. Dlatego zweryfikowania wymaga to, w jakim stopniu przedsiębiorca był świadom braków tego produktu, który wypuścił na rynek, czy nie było pewnej celowości w jego zachowaniu – mówi Tomasz Chróstny.

Niewydolność serca najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce także w dobie COVID-19. Co roku na tę chorobę umiera 140 tys. osób

W Polsce na niewydolność serca cierpi 1,2 mln osób. Choroba rokuje gorzej niż zawał serca, rak prostaty czy jelita grubego. Ponad 40 proc. pacjentów nie przeżywa pięciu lat po diagnozie. Pandemia koronawirusa dodatkowo pogorszyła sytuację chorych. – Osoby z niewydolnością serca są bardziej narażone na powikłania i zgon – mówi Marta Domańska z Instytutu LB Medical. Dlatego środowiska lekarzy i pacjentów apelują do rządu o natychmiastowe działania, m.in. o refundację nowoczesnych terapii, które mogą wydłużyć życie chorym.

Niewydolność może pojawiać się po nadmiernym obciążeniu serca przez choroby układu krwionośnego, do których zalicza się m.in.: nadciśnienie tętnicze. Pierwsze symptomy niewydolności serca pozostają często niezauważone i wielu pacjentów dowiaduje się o chorobie, kiedy jest ona w zaawansowanym stadium. Niewydolność serca objawia się dusznością, na początku związaną z wysiłkiem, a później odczuwaną także w spoczynku, łatwym męczeniem się czy obrzękami. Według danych Ministerstwa Zdrowia problem ten dotyczy ok. 1,2 mln Polaków, którzy borykają się z tym schorzeniem w różnych stadiach zaawansowania.

– Niewydolność serca postępuje wolno i często trudno zwrócić uwagę na pierwsze symptomy. Objawia się ona zmęczeniem podczas biegania czy nawet chodzenia, a ludziom wydaje się, że jest to efekt braku treningów albo wynika z wieku i starości – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Marta Domańska. – Często więc trafiamy do lekarza już w bardzo zaawansowanym stadium tej choroby.

W ostatnich fazach niewydolności serca osoby, które cierpią na to schorzenie, mają problem z takimi prozaicznymi czynnościami jak przejście z pokoju do kuchni czy zrobienie sobie herbaty.

– Dlatego ciężko im walczyć o swoje prawa i dostęp do leczenia, bo po prostu nie mają na to siły – zauważa ekspertka Instytutu LB Medical.

Z raportu dotyczącego zachorowalności i leczenia niewydolności serca w Polsce, przygotowanego z inicjatywy organizacji pacjentów, wynika, że ta choroba jest epidemią współczesnych czasów. Według danych z 2018 roku co 10. zgon ma związek z niewydolnością serca, co daje jej pierwsze miejsce wśród bezpośrednich przyczyn wszystkich zgonów w Polsce. Co roku umiera na nią 140 tys. osób.

– Pandemia COVID-19 pogorszyła sytuację osób z niewydolnością serca, bo są one bardziej narażone na powikłania i zgon w wyniku zarażenia koronawirusem – mówi Marta Domańska.

Jak podkreśla, pokazują to także dane dotyczące wzrostu śmiertelności. W okresie od połowy września do listopada 2020 roku odnotowano o 16 tys. więcej zgonów niż w poprzednich latach ostatniej dekady. Z tego niecałe 3,6 tys. to ofiary COVID-19. Eksperci oceniają, że w pozostałej grupie – około 12,5 tys. zgonów – znaczną część stanowi właśnie niewydolność serca.

– Dlatego zmiany postulowane w liście otwartym do ministra zdrowia powinny zostać wprowadzone natychmiast. Główne rekomendacje to opieka koordynowana i dostęp do nowoczesnych terapii. Dzięki zastosowaniu tych dwóch filarów sytuacja osób z niewydolnością serca może się istotnie zmienić. Wszyscy mamy nadzieję, że COVID-19 minie, ale zostaniemy z problemem epidemii niewydolności serca – mówi ekspertka Instytutu LB Medical.

Wprowadzenie opieki koordynowanej to przede wszystkim przekierowanie strumienia pacjentów ze szpitali do lecznictwa ambulatoryjnego, dostęp do rehabilitacji kardiologicznej, dostęp do rozwiązań telemedycyny, opieka lekarska na każdym etapie leczenia. Dziś Polska jest liderem pod względem liczby hospitalizacji – w 2019 roku było ich ponad 300 tys. i kosztowały ok. 1,6 mld zł (z 1,7 mld zł ogólnych kosztów świadczeń zdrowotnych i 6,2 mld zł całkowitych kosztów związanych z niewydolnością serca).

– Rokowania pacjentów z niewydolnością serca są porównywalne do rokowania osób z nowotworami. Ponad 40 proc. osób nie przeżywa pięciu lat od diagnozy, więc jest to choroba, która zbiera największe żniwo zgonów wśród Polaków – podsumowuje Marta Domańska.