Badanie GfK: Polscy konsumenci częściej odrzucają plastik i mocniej stawiają na recykling

Aż 31% polskich nabywców przestało kupować produkty ze względu na ich szkodliwy wpływ na środowisko. Z roku na rok, jako konsumenci, podejmujemy także znacznie więcej działań mających na celu ograniczenie zużycia plastikowych odpadów. Takie dane płyną z najnowszego raportu GfK „Who Cares? Who Does?” przedstawiającego postawy i zachowania polskich shopperów wobec marek i producentów w kontekście ochrony środowiska.

Wydłużająca się pandemia niemal z dnia na dzień wywróciła hierarchię priorytetów wśród polskich konsumentów, a kluczowym trendem stały się bezpieczne, szybkie i komfortowe zakupy. Zgodnie z logiką, pozostałe postawy, takie jak choćby troska o środowisko, powinny zejść na dalszy plan. – Stało się jednak wręcz przeciwnie. Wyniki naszego badania jasno pokazują, że pomimo strachu przed zarażeniem i wszechobecnego kontaktu z plastikiem, choćby w postaci jednorazowych rękawiczek, jako konsumenci pozostaliśmy wierni przekonaniom i wyborom, które kształtowaliśmy przez minione lata. Okazuje się nawet, że ostatnie miesiące wzmocniły w polskich nabywcach postawy pro-środowiskowe – mówi Szymon Mordasiewicz, dyrektor komercyjny Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Eko-aktywnych przybywa. Liczba sceptyków spada

Z raportu „Who Cares? Who Does?” wynika, że odsetek polskich konsumentów, którzy podejmują konkretne działania związane z redukcją plastikowych odpadów, w ciągu roku wzrósł z 18% do 21%. Równocześnie, z 41% do 35% zmalała liczba nabywców, których można uznać za grupę lekceważącą problem. Według danych GfK to właśnie nadmiar plastikowych odpadów pozostaje dla nas głównym problemem środowiskowym, którego obawiamy się najbardziej. Na kolejnych miejscach znalazły się m.in. zmiana klimatu, zanieczyszczenie powietrza czy marnotrawstwo żywności. Z raportu GfK wynika również, że aż 48% kupujących w Polsce czuje się osobiście dotknięta problemami środowiskowymi, a 31% przestało kupować określone produkty lub kategorie produktów ze względu na ich szkodliwy wpływ na środowisko lub społeczeństwo.

Pojedyncze decyzje robią wielką różnicę

W porównaniu z ubiegłym rokiem więcej polskich shopperów deklaruje częste podejmowanie działań mających na celu ograniczenie zużycia plastikowych odpadów. Aż 55% używa opakowań uzupełniających, o ile te są dostępne, a 54% stara się unikać plastiku podczas kupowania owoców i warzyw. Ponadto 83% kupujących używa również własnej torby na zakupy, a 77% rezygnuje z zakupu plastikowych sztućców i talerzy na przyjęcie lub grilla. Największa zmiana w naszych postawach dotyczyła jednak biodegradowalnych patyczków higienicznych, których kupno zadeklarowało 34% kupujących, względem 23% przed rokiem.

Recykling na dobrej drodze

W swoim najnowszym raporcie GfK sprawdziło także jakie jest podejście polskich kupujących do recyklingu. 92% nabywców zadeklarowało, że zawsze lub często segreguje plastikowe opakowania, a 88% zaznaczyło, że regularnie poddaje recyklingowi szklane odpady. Ponad 80% wskazań odnotowały także papier i kartony. – Polscy konsumenci mocno wierzą w segregację odpadów, choć w tym aspekcie aż 46% badanych podkreśliło potrzebę otrzymywania dokładniejszych instrukcji i bardziej precyzyjnych wskazówek dotyczących tego, w jaki sposób z nimi postępować. Podstawa leży więc w edukacji i konsekwentnym uświadamianiu nabywców co należy zrobić z danym opakowaniem – tłumaczy Szymon Mordasiewicz.

Producenci głównymi sprawcami „plastikowego problemu”

Polscy konsumenci wskazali również na segment rynku, wobec którego kierują najwięcej postulatów związanych z redukcją i zarządzaniem plastikowymi odpadami. Są to producenci. Obecnie aż 47% nabywców uważa, że to właśnie producenci powinni w największym stopniu przyczynić się do rozwiązania „plastikowego problemu” i zapobiec jego rozprzestrzenianiu. W drugiej kolejności oczekiwania kierowane są do rządu (29% wskazań), który w ocenie kupujących, powinien przyspieszyć prace nad wprowadzaniem rozwiązań prawnych, wymuszających sprawniejsze gospodarowanie produkcją i odpadami. Co piąty konsument jako najważniejsze ogniwo w walce w plastikiem wskazał samego siebie, a tylko 4% oczekuje takich działań od detalistów.

Wydaje się oczywiste, że w tej sytuacji przedsiębiorstwa powinny zorientować swoje działania na konkretne rozwiązania, które będą dostrzeżone przez konsumentów. Tymczasem dziś tylko 15% wszystkich polskich nabywców było w stanie wskazać choć jedną markę producenta żywności, napoju lub kosmetyków, która w ich oczach robi dużo na rzecz środowiska. W tej kwestii tylko nieco lepiej poradzili sobie detaliści, gdzie odsetek pozytywnych wskazań wyniósł 18%. Warto przy tym zauważyć, że segment rynku wobec którego jedynie 4% konsumentów kieruje konkretne oczekiwania na rzecz środowiska przoduje dziś w uznaniu i rozpoznaniu podejmowanych działań – podsumowuje Szymon Mordasiewicz.

Wyczerpało się paliwo do umocnienia USD. Trend boczny na rynku złotego

Jak tylko wyhamował rajd rentowności obligacji skarbowych USA, zakończyła się passa umocnienia dolara. Nie obyło się bez pomocy przedstawicieli Fed, który ostudzili oczekiwania na przyspieszone ograniczanie QE. Spekulacje odnośnie kierunku polityki monetarnej krążą wokół Rady Polityki Pieniężnej, która dziś podejmuje decyzję.

Wracając do USA, Fed i dolara, wczoraj dobitnie zostało potwierdzone, co aktualnie steruje amerykańską walutą. Rentowności 10-letnich obligacji skarbowych podeszły do 1,1855 proc. – najwyżej od roku, ale jak tylko rajd został przerwany, wyczerpało się paliwo do umocnienia USD. Pretekstem do zwrotu stały się komentarze przedstawicieli FOMC, którzy zabrali się za tonowanie oczekiwań związanych z wcześniejszym startem procesu ograniczania skupu obligacji. Mester, Rosengren i Bullard wspólnie przyznali, że nie ma sensu rozmawiać o normalizacji polityki, kiedy szaleje pandemia. Nawet jeśli gospodarka odbije zgodnie z prognozami, to i tak będzie to za mało, by dyskutować o zmianie polityki. Potwierdza się to, o czym pisałem od kilku dni – Fed pozostanie w trybie akomodacyjnym niezależnie do tego, jak będzie wyglądać przyszła polityka fiskalna i na ile stanowi ona zagrożenie wyższej inflacji. USD powinien być dzięki temu słabszy, ale też nie można wykluczyć, że w kolejnych tygodniach spekulacje o zmianie nastawienia będą się przewijać przez rynek. Nawet być może i dziś pojawi się pretekst do świeżych rozważań wraz z odczytem grudniowej inflacji CPI z USA. Odczyt powyżej oczekiwań, szczególnie w inflacji bazowej (prog. 1,6 proc. r/r), będzie argumentem za tym, by wierzyć w szybszą zmianę zdania Fed. W mojej opinii niepotrzebnie.

Na dalszym planie inwestorzy monitorują rozwój wypadków w Waszyngtonie i starania Demokratów o impeachment prezydenta Trumpa w związku z oskarżeniami, że w przemówieniu skierowanym do swoich zwolenników podżegał do insurekcji. Izba Reprezentantów ma dziś głosować w tej sprawie i według źródeł oprócz Demokratów jest przynajmniej trzech członków Partii Republikańskiej gotowych głosować za wnioskiem. Podobno są szanse, że lider Republikanów w Senacie McConnell poprze procedurę impeachmentu, jednak tutaj tkwi haczyk. Rozpoczęcie procedury impeachmentu będzie oznaczać wciągnięcie Senatu w wielotygodniowy proces i szereg przesłuchań świadków, blokując jego prace w innych kwestiach, np. w sprawie wartego „biliony” pakietu fiskalnego, jaki szykuje prezydent-elekt Biden. W tym kontekście przychylność McConnella jawi się jako sprytny zabieg podkładający kłody pod nogi administracji. Jakkolwiek sam impeachment Trumpa nie znaczy dla rynków prawie nic, tak odroczenie ekspansji fiskalnej będzie wymagać rewaluacji założeń dla oczekiwanego rajdu ryzykownych aktywów. Na razie nic nie jest przesądzone, wszak Republikanom może zależeć, by ich partia nie przeszła do historii jako ta, która wprowadziła do Białego Domu prezydenta dwukrotnie oskarżanym w procedurze impeachmentu.

Na krajowym podwórku spokój. EUR/PLN dryfuje przy 4,52 po części przez niezdecydowane wahania na rynkach zewnętrznych, po części w związku z wyczekiwaniem na nowe sygnały z banku centralnego. Oczekujemy utrzymania stóp procentowych bez zmian (referencyjna: 0,1 proc.), ale na rynku pojawiły się głosy, że obniżka może być narzędziem na rzecz zatrzymania aprecjacji złotego. Wprawdzie w ujawnionym w ostatnich dniach wywiadzie prezes Glapiński warunkuje wniosek o obniżkę od marcowej projekcji makroekonomicznej, szybkość odreagowania grudniowego osłabienia złotego może podsycać niezadowolenie NBP. W efekcie uczestnicy rynku nie mogą całkowicie wykluczyć interwencji – walutowej, werbalnej lub monetarnej – i stąd bierze się przejście rynku złotego w trend boczny. Niepewność może się przeciągnąć do końca tygodnia w związku z zapowiedzianą na piątek konferencją online prezesa Glapińskiego. Z drugiej strony, ponieważ prezes Glapiński będzie tylko odpowiadał na wcześniej przesłane pytania, taka forma „konferencji” sugeruje omijanie trudnych pytań i ograniczenie odpowiedzi do z góry nadane go przekazu. Jeśli rynek od razu przyjmie taką interpretację, test 4,50 może nastąpić jeszcze w tym tygodniu. Uważam, że kontynuacja umocnienia złotego jest tylko kwestią czasu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Grunty – Ile za metr za grunt inwestycyjny w Polsce? | RAPORT AXI IMMO

Wysoki popyt w połączeniu z dużą aktywnością deweloperską na rynku magazynowym skutkował w ostatnich latach wysokim zapotrzebowaniem na grunty inwestycyjne. Ceny transakcyjne działek pod zabudowę magazynowo-produkcyjną wykazywały tendencję wzrostową w najlepszych pod względem logistycznym lokalizacjach. W ostatnim roku pomimo pandemii COVID-19 popyt na grunty w sektorze utrzymał się na wysokim, stabilnym poziomie. Dostępność terenów inwestycyjnych typu „greenfield” jest coraz niższa, czego efektem jest wzrost zainteresowania inwestorów działkami typu „brownfield”. Firma AXI IMMO przygotowała szczegółową analizę cen na rynku gruntów inwestycyjnych pod zabudową magazynowo-produkcyjną, którą  prezentuje w raporcie „GRUNTY INWESTYCYJNE POD PROJEKTY MAGAZYNOWO-PRODUKCYJNE W POLSCE”.

Przez ostatnie 2 lata popyt na najlepsze grunty inwestycyjne rozkładał się równomiernie w okolicach głównych ośrodków miejskich w Polsce. Największą popularnością cieszyła się tzw. magazynowa wielka piątka tj. region Warszawy, Wrocław, region Górnego Śląska, Polska Centralna oraz Poznań dodatkowo w tym gronie znalazły się Trójmiasto i Kraków. Nowymi lokalizacjami okazały się tereny w woj. lubuskim i zachodniopomorskim oraz cały region Polski Wschodniej oferujące dużą liczbę dostępnej kadry pracowniczej i jeszcze nie tak zabudowane przemysłowo działki. Niemniej w kolejce czekają kolejne lokalizacje, które pojawią się wraz z konsekwentnie realizowaną od kilku lat rozbudową infrastruktury drogowej w Polsce.

W większości hubów logistyczno-produkcyjnych, takich jak np. Bielany Wrocławskie, Stryków, Warszawa, Komorniki czy Kraków Rybitwy dostępność atrakcyjnych terenów inwestycyjnych jest wysoce ograniczona. Inwestorzy przeszukują okolice kolejnych węzłów drogowych, gdzie dostępność działek przemysłowych jest z reguły większa. Duże znaczenie w tym zakresie ma rozbudowująca się sieć dróg szybkiego ruchu, która otwierają nowe, atrakcyjne lokalizacje. Najnowszymi przykładami są takie ośrodki jak Stary Konik czy Mińsk Mazowiecki, które zyskały na  uruchomieniu autostrady A2 na wschód od Warszawy, a z kolei pojawienie się Częstochowy na magazynowej mapie Polski to skutek wydłużenia autostrady A1 – wyjaśnia Tomasz Oborski, Dyrektor Działu Gruntów, AXI IMMO.

Wraz z rozwojem sektora e-commerce i tzw. logistyki ostatniej mili na znaczeniu zyskują tereny w obszarze największych miast, jednak przez wzgląd na dość ograniczoną podaż działek oraz ich dużo wyższą cenę, inwestorzy są zmuszeni do kupowania ostatnich wolnych parceli lub decydują się na tereny typu „brownfield”. Trend dotyczący działek miejskich jest szczególnie widoczny w ostatnich dwóch latach w Warszawie, na Górnym Śląsku i Wrocławiu.

Pod względem kosztów to nadal stolica wyprzedza pozostałe rynki. Średnia cena działki na terenie miasta oscyluje w granicach 450-650 zł/mkw., a im dalej od jej granic stawki maleją do 250-350 zł/mkw. w II strefie Warszawy tj. Pruszkowie, Nadarzynie, a nawet do 100 zł/mkw. w III strefie Warszawy np. w Błoniu, Sochaczewie czy Teresinie. Na drugim miejscu pod względem stawek znajduje się Kraków z wywoławczymi cenami 400-450 zł za mkw. gruntu inwestycyjnego, a na trzecim Wrocław 180-300 zł/mkw. przy czym górna granica skali to tereny tuż przy autostradzie. Na pozostałych rynkach koszty za najlepsze grunty wahają się od 100 do 200 zł/mkw. przy czym cena jest wpadkową dotychczasowego zainteresowania i przygotowania techniczno-prawnego danej lokalizacji tj. np. jak wygląda dojazd do działki i czy znajdują się na niej przyłącza mediów, a także tym czy teren posiada miejscowy plan zagospodarowania.

Nie możemy zapominać również o roli samorządów. Zdarza się, że na terenach mniejszych gmin proces uzyskania pozwolenia na budowę może być dużo szybszy niż w dużych ośrodkach miejskich, gdzie o działki ubiegają się inwestorzy z różnych segmentów rynku nieruchomości komercyjnych i mieszkaniowych – dodaje Tomasz Oborski.

Grunty w Europie

W kontekście Europy, polskie główne rynki charakteryzują się niższymi cenami gruntów, a także  prostszymi procedurami administracyjnymi związanymi z budową nieruchomości komercyjnych, w tym logistycznych i magazynowych. W zakresie cen najbliższą konkurencją zdają się być wyłącznie Południowe Morawy w Czechach i wschodnia część Słowacji, które oferują stawki za tereny inwestycyjne w cenie podobnej jak okolice Poznania (130-200 zł/mkw.). Niemniej Polska ma w ofercie wiele gruntów na mniejszych rynkach jak np. w Stargardzie Szczecińskim, Mszczonowie, Piotrkowie Trybunalskim czy Tarnowie i Częstochowie, które są nadal dużo bardziej atrakcyjne cenowo. Najdroższa Polska lokalizacja gruntowa tj. Warszawa-Miasto jest nadal 5,5 razy tańsza niż aglomeracja londyńska i 2,7 razy tańsza niż Monachium. Z kolei uzyskanie decyzji środowiskowej, decyzji o przyłączach i pozwolenia na budowę, zajmuje przeciętnie w Polsce 12-18 miesięcy, w Europie Zachodniej potrzeba często 24 miesięcy i więcej

Dla większości rynków europejskich, ceny gruntów odzwierciedlają poziom czynszów, siłę popytu, jak również zależą od struktury podaży. Nie możemy zapominać o pewnego rodzaju barierach wejścia jak np. nieco trudniejszy i bardziej złożony proces planistyczny, trudności w przekonaniu lokalnych władz do inwestycji magazynowych czy choćby ukształtowanie terenu. Dodatkowo należy wziąć pod uwagę takie kwestie jak percepcja ryzyka danego kraju pod kątem stabilności gospodarczej i politycznej. Wszystko to kształtuje stawkę, za jaką wycenia się grunty – wyjaśnia Renata Osiecka, Partner Zarządzająca, AXI IMMO.

Grunty – zmiany administracyjne w czasie pandemii

Pandemia COVID-19 znacząco wpłynęła na aktywność deweloperów, która przejawia się mniejszą niż dotychczas liczbą projektów budowanych spekulacyjnie. Na koniec 2019 r. 50% powierzchni znajdującej się w fazie budowy nie miała zabezpieczonego najemcy, a nieco ponad rok później współczynnik ten oscyluje w granicach 26% i ciągle spada. W ciągu ostatnich 12 miesięcy diametralnie zmieniła się polityka banków, które z dotychczas chętnie finansujących i otwartych do kolejnych inwestycji dziś wymagają minimum 50% zabezpieczenia projektu. Niemniej w obliczu pandemii i większej ostrożności ze strony deweloperów, popyt na najlepsze grunty inwestycyjne utrzymuje się na stabilnym, wysokim poziomie.

W wyniku pandemii COVID-19 możemy mówić o kluczowych zmianach, które wpływają na sektor gruntów inwestycyjnych. Po pierwsze dość odczuwalne jest wydłużenie procesów decyzyjnych i jeszcze dokładniejsze przeprowadzanie analiz technicznych i komercyjnych nieruchomości przed ostatecznym zakupem terenu inwestycyjnego. Po drugie wydłużeniu uległy procedury administracyjne związane z uzyskaniem decyzji środowiskowych i pozwoleń na budowę. Jest to efekt ustawy covidowej, gdzie organy decyzyjne zostały zwolnione z oznaczonych terminów na odpowiedź wnioskodawcy  – wyjaśnia Tomasz Oborski.

Mamy pierwszy polski projekt w konkursie IPCEI. Elemental Strategic Metals z umową na 332 mln zł dofinansowania z NCBR

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Elemental Strategic Metals Sp. z o.o. podpisały umowę o dofinansowanie ze środków Funduszy Europejskich. Projekt finansowany z Programu Inteligentny Rozwój dotyczy technologii bezpiecznego, przyjaznego środowisku i efektywnego finansowo transportu, przechowywania i recyklingu baterii litowo-jonowych oraz zużytych katalizatorów samochodowych. To najwyższe w historii dofinansowanie projektu przyznane przez NCBR.

Podpisanie umowy o dofinansowanie nastąpiło w wyniku pozytywnej oceny projektu firmy w konkursie Szybka Ścieżka IPCEI (Important Projects of Common European Interest), który dotyczył projektów stanowiących przedmiot wspólnego europejskiego zainteresowania. Są to projekty ocenione wstępnie przez Komisję Europejską, jako pozytywnie oddziałujące na rynek wewnętrzny całej Unii Europejskiej, wpisujące się we wspólne europejskie cele.

– Realizacja projektu firmy Elemental Strategic Metals niesie za sobą szereg korzyści – między innymi wzrost kompetencji pracowników w regionie dotkniętym skutkami transformacji i odejścia od przemysłu opartego na węglu poprzez wiedzę, know-how, nowe miejsca pracy i możliwości biznesowe związane z innowacyjną branżą, przyczyniając się do zmniejszenia zależności lokalnych społeczności od gospodarki opartej na węglu – wyjaśnia Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – To również umożliwienie ograniczenia działalności związanej z górnictwem i oparcie gospodarki o nowoczesne, inteligentne dziedziny i energetykę odnawialną.

Realizacja projektu „Opracowanie i pierwsze wdrożenie przemysłowego innowacyjnych technologii recyklingu baterii litowo-jonowych i katalizatorów z odzyskiem metali o strategicznym znaczeniu” potrwa trzy lata. Spółka Elemental Strategic Metals rozwijać będzie w nowoutworzonym i wyposażonym Dziale Badań i Rozwoju innowacyjne procesy recyklingu odpadów zawierających metale istotne dla elektromobilności (przeznaczone do ponownego wykorzystania do produkcji baterii Li-Ion, katalizatorów, narzędzi, ale także wykorzystywane jako metale inwestycyjne), a następnie wybuduje pierwszy tego rodzaju zakład, dokonując pilotażowego wdrożenia przemysłowego opracowanych technologii.

– Znaczącym efektem naszej pracy będzie poprawa innowacyjności gospodarki, redukcja jej zależności od surowców importowanych z regionów niestabilnych, a także poprawa ich dostępności dla przemysłu i badań naukowych nad efektywnością energetyczną, magazynowaniem energii, czy energetyką odnawialną. Rozwój tych dziedzin stymuluje opłacalność zbiórki i gospodarowania odpadami, zmniejszając obciążenie środowiska naturalnego, ale również wpływa na zwiększenie atrakcyjności i dostępności technologii związanych z produkcją energii ze źródeł odnawialnych i jej magazynowaniem, co z kolei ma istotny wpływ na redukcję poziomu emisji gazów cieplarnianych – tłumaczy Michał Zygmunt, prezes Elemental Strategic Metals. – Po wykonaniu wszystkich prac będziemy w stanie poddać odzyskowi 10.000 ton odpadów baterii litowo-jonowych i katalizatorów rocznie.

Recykling baterii i katalizatorów

Projekt obejmuje fazę badań przemysłowych i eksperymentalnych prac rozwojowych oraz fazę pierwszego wdrożenia przemysłowego – inwestycyjną. W pierwszej fazie prowadzone będą badania związane z opracowaniem i rozwojem technologii recyklingu baterii Li-Ion oraz katalizatorów, a także testy technologii w skali laboratoryjnej. W kolejnym etapie wybudowana zostanie instalacja pilotażowa, w której prowadzone będą dalsze badania w celu walidacji i optymalizacji procesów technologicznych w skali zbliżonej do skali produkcji przemysłowej.

Oprócz zaawansowanego laboratorium badawczo-rozwojowego, projekt wpłynie pozytywnie na wzmocnienie całej sieci zbiórki i recyklingu odpadów. Będzie to miało istotne przełożenie na rynek baterii, w szczególności mam tu na myśli synergię z europejskimi przedsiębiorcami, którzy będą potrzebowali odpowiednich zdolności recyklingu dla generowanych odpadów i z licznymi podmiotami z rynku zbiórki i transportu odpadów – komentuje prezes Elemental Strategic Metals.

W ramach realizacji projektu Elemental Strategic Metals planuje nawiązanie współpracy z uczelniami i instytutami naukowymi na wielu płaszczyznach, m.in. w drodze wspólnych badań, praktyk studenckich, stażów doktoranckich. Dodatkowo, firma przeprowadzi szkolenia dla MŚP, dzięki którym podnoszona będzie nie tylko ich konkurencyjność i poziom kultury technicznej i innowacyjności, ale również stan BHP oraz poszanowania środowiska naturalnego. W ten sposób spółka planuje stworzyć sieć powiązań z uczestnikami bezpośrednimi i pośrednimi, w tym instytucjami naukowymi.

– W ramach projektu planujemy również utworzenie co najmniej 100 miejsc pracy bezpośrednio w instalacji, jaka będzie realizowana w ramach pierwszego przemysłowego wdrożenia opracowanych technologii. Dodatkowo ok. 300-400 miejsc pracy zostanie utworzonych pośrednio w związku z realizacją projektu w przedsiębiorstwach kooperujących dodaje prezes Michał Zygmunt. – Planujemy również rozpowszechnianie wyników prowadzonych przez nas prac B+R m.in. poprzez ich prezentacje na konferencjach branżowych, publikacje naukowe, współpracę z innymi firmami i instytucjami, biorącymi udział w programie IPCEI.

Konkurs Szybka Ścieżka IPCEI (8/1.1.1/2020) zrealizowany został ze środków Funduszy Europejskich w ramach poddziałania 1.1.1 Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój „Badania przemysłowe i prace rozwojowe realizowane przez przedsiębiorstwa”.

Prof. Zdzisław Krasnodębski: Brexit zmienia sytuację geopolityczną w Europie

Wielką Brytanię będzie łączył z Unią Europejską układ, który umożliwia swobodny przepływ dóbr. Pozostanie powiązana gospodarczo z krajami UE innymi więzami w kwestii bezpieczeństwa. Ale wyjście Wielki Brytanii zmieni także sytuację geopolityczną w Europie – powiedział PAP europoseł PiS prof. Zdzisław Krasnodębski.

PAP: Od 1 stycznia Wielka Brytania na dobre rozstała się z Unią Europejską, jednak pod koniec 2020 r. stronom udało się zawrzeć umowę handlową. Podpisując dokument, premier Zjednoczonego Królestwa Boris Johnson podkreślał, że traktat nie jest końcem, ale „nowym początkiem wspaniałej relacji” między Wielką Brytanią a UE. Według pana to koniec starej Unii?

Prof. Zdzisław Krasnodębski: Oczywiście, w jakimś sensie tak. Po raz pierwszy jedno z państw – w dodatku tak znaczących, o silnej gospodarce – opuściło UE. Na pewno będzie to miało konsekwencje dla samej Unii. Wiemy, że Wielka Brytania odgrywała istotną rolę w zapewnieniu równowagi w polityce unijnej, np. osłabiając tendencje etatystyczne i broniąc wolnego rynku. Wiązało się to z jej tradycjami, kulturą polityczną, ale też interesami ekonomicznymi. Dlatego jej odejście wpłynie na to, co będzie się działo w Unii. Należy przy tym zastrzec, że to porozumienie na razie obowiązuje prowizorycznie. Musi się na nie jeszcze zgodzić Parlament Europejski.

Wynegocjowany traktat jest ogromnym sukcesem premiera Johnsona, którego media często krytykowały, określały mianem osoby niepoważnej. Tymczasem on nie tylko doprowadził Brexit do końca, ale też zawarł porozumienie bardzo korzystne dla Wielkiej Brytanii. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej będzie łączył z UE układ, który umożliwia swobodny przepływ dóbr bez żadnych kwot, taryf. Pozostanie też powiązane gospodarczo z krajami unijnymi innymi więzami w kwestii polityki bezpieczeństwa. Ale sytuacja geopolityczna w Europie zmieni się zasadniczo – Wielka Brytania jest znacznie większym krajem niż państwa, które do tej pory pozostawały poza Unią, jak choćby Szwajcaria, Norwegia i Islandia. Trudno już będzie utożsamiać Unię z Europą.

PAP: A więc Johnson postąpił słusznie, nie starając się wydłużyć okresu przejściowego i procesu negocjacji z UE?

Z.K.: Pamiętamy fazę negocjacji poświęconą bardzo istotnej kwestii, a mianowicie statusowi Irlandii Północnej. Wydawało się wtedy, że na niej zakończą się wszystkie negocjacje, a jednak udało się tę kwestię rozwiązać. Moim zdaniem z punktu widzenia brytyjskiego – pomijając stanowisko tzw. twardych brexitowców – Wielka Brytania wynegocjowała bardzo dobrą umowę. Oczywiście, ona jest również z korzyścią dla UE, więc nie było sensu przedłużać negocjacji. Natomiast brak czasu na ratyfikację to kolejny dowód na to, że reguły w UE są naginane w zależności od potrzeb. Nam bardzo często zarzuca się naruszanie w Polsce zasad praworządności. Mnie się wydaje, że jest to po prostu kwestia interpretacji zapisów i że pewne różnice są dopuszczalne. Tymczasem przekonujemy się, że w UE niektóre reguły traktuje się zupełnie dowolnie.

Zmieni się kwestia przepływu osób, bo już nie będzie swobodny. Był to jednak jeden z postulatów brytyjskich, a przypominam, że na samym początku UE stała na stanowisku, że obowiązują te trzy wolności. Wielka Brytania odzyskała także możliwość zawierania układów handlowych na własną rękę, w pewnym sensie utrzymując dostęp do rynku europejskiego. Tym samym odzyskała znaczną część suwerenności, oddaną kiedyś Brukseli.

PAP: Nie wszyscy są zadowoleni z Brexitu. W Zjednoczonym Królestwie widać silne tendencje separatystyczne. Premier Szkocji i liderka Szkockiej Partii Narodowej Nicola Sturgeon postuluje referendum niepodległościowe i twierdzi, że Szkocja wkrótce wróci do UE. To miałoby realne znaczenie dla porządku europejskiego?

Z.K.: Przede wszystkim miałoby konsekwencje dla Anglii i Zjednoczonego Królestwa. Być może byłoby też zachętą dla innych separatyzmów, które nie są tak dobrze traktowane przez UE. Warto przypomnieć w tym miejscu przemilczany, ale bardzo trudny problem Katalonii. Carles Puigdemont, który jako premier Katalonii dążył do odłączenia jej od Hiszpanii, jest teraz eurodeputowanym. Jako europoseł ciągle wypowiada się na ten temat, a inny europoseł siedzi w hiszpańskim więzieniu. Takich separatyzmów jest w Europie więcej, dotyczą choćby Korsyki czy Sardynii. Stanowisko szkockie pokazuje, że niestety integracja europejska ma też konsekwencje niekoniecznie pozytywne dla państw narodowych i ustalonego porządku politycznego. A mianowicie wzmacnia tendencje separatystyczne. Miejmy nadzieję, że jeśli Brexit nie spowoduje głębszych perturbacji ekonomiczno-społecznych w Wielkiej Brytanii, to dążenia szkockie do oddzielenia się od Zjednoczonego Królestwa nie będą tak silne. Sądzę, że trudniej byłoby Szkocji wyjść ze Zjednoczonego Królestwa niż Zjednoczonemu Królestwu z UE.

PAP: Zatrzymajmy się na chwilę przy brexitowej umowie handlowej. Co ona zmienia dla Polaków jako obywateli UE?

Z.K.: Sądzę, że ta umowa jest korzystna również dla Polski, choć oczywiście Brexit spowoduje pewne utrudnienia, na przykład to, że jeżeli będzie się przybywało do Wielkiej Brytanii na dłuższy okres, potrzebne będą wizy. Już do tej pory Zjednoczone Królestwo miało wyjątkowy status, bo na granicy odbywała się kontrola dokumentów. Ale teraz będzie państwem trzecim, a więc przywileje związane z obywatelstwem unijnym już nie będą tam obowiązywały. Ta zmiana jest kluczowa nie tylko dla osób do tej pory swobodnie krążących między Wielką Brytanią a Polską, ale też dla Zjednoczonego Królestwa, które chce kontrolować przepływ osób i – jak każde suwerenne państwo – swoje granice. Inna ważna kwestia to wycofanie się Wielkiej Brytanii z programu wymiany studenckiej Erasmus+. Państwo pozostało jednak w programie naukowym Horyzont Europa. Studiowanie w Wielkiej Brytanii nie będzie dla Polaków możliwe w takim zakresie jak do tej pory. Przypomnę jednak brytyjska opinia publiczna postulowała, by zacieśnić współpracę w tym zakresie z krajami Commonwealth – w Indiach i gdzie indziej znajdą dostateczną ilość utalentowanej młodzieży.

PAP: Na ile zmieni się życie Polaków mieszkających w Zjednoczonym Królestwie?

Z.K.: Wielka Brytania wprowadziła dla takich osób możliwość rejestracji w systemie osiedleńczym, by zapewnić im prawa po Brexicie. Z tego, co wiem, zarejestrowało się ok. 700 tys. osób. Sądzę, że dla nich niewiele się zmieni, pomijając może atmosferę społeczną związaną z Brexitem. Wiem też, że spora część Polaków mieszkających z Wielkiej Brytanii zdecydowała się wrócić do kraju. Każdy musi podejmować decyzje zgodnie z tym, co uważa za stosowne. Jeżeli zaś chodzi o osoby, które dopiero planują wyjechać do pracy do Wielkiej Brytanii, będą one musiały podlegać wszystkim regulacjom brytyjskim, a więc zgodnie z aktualnym prawem starać się o pozwolenie na pracę. Oznacza to, że sytuacja, która miała miejsce po wstąpieniu Polski do UE – tj. masowe wyjazdy Polaków do Wielkiej Brytanii – już nie będzie miała miejsca.

PAP: Jak Brexit zmieni współpracę z Polską na różnych polach?

Z.K.: Tu właśnie widzę dużą szansę dla Polski. Niezwykle ciekawym pytaniem jest, jaką politykę przyjmie Zjednoczone Królestwo w stosunku do UE, czy będzie rozwijało ściślejszą współpracę z niektórymi państwami. Zawsze mówiliśmy, że Wielka Brytania jest naszym partnerem strategicznym. Chciałbym, żeby ta umowa przyczyniła się do rozwoju handlu między nią a Polską. Uważam, że jest bardzo duża szansa, żebyśmy stali się większym niż dotąd partnerem gospodarczym Wielkiej Brytanii. Oczywiście, również Zjednoczone Królestwo będzie musiało brać pod uwagę wymogi europejskie dotyczące produktów, jakie są wypuszczane na rynek.

Zmieni się sprawa wymiany usług, ale ten obszar UE również nie jest rynkiem całkowicie otwartym. Jeszcze nie wszystkie dokumenty zostały opublikowane, ale na pewno będą przedmiotem wnikliwej analizy specjalistów. Natomiast generalnie wymiana będzie swobodna, co być może umożliwi Wielkiej Brytanii rozwijanie w ramach ogólnej umowy z UE bardziej intensywnej wymiany handlowej z niektórymi partnerami. Mam nadzieję, że Brytyjczycy będąc poza UE, będą wspierać te kraje unijne, które mają podobne jak oni poglądy nt. współpracy międzynarodowej, wymiany handlowej, wspólnego rynku itd. Wydaje mi się, że obecna sytuacja umożliwi Brytyjczykom swobodę wyboru partnerów handlowych i politycznych w UE.

PAP: Przewodniczący Parlamentu Europejskiego David Sassoli zapowiedział, że teraz eurodeputowani przeanalizują treść umowy i na początku tego roku wydadzą decyzję w tej sprawie. Które kwestie zawarte w dokumencie mogą wymagać doprecyzowania?

Z.K.: Domyślam się, że nie wszyscy są z tej umowy zadowoleni. Przede wszystkim nie są z niej zadowoleni ci, którzy posługiwali się sloganowym powiedzeniem, że „będąc poza UE, Wielka Brytania nie może znaleźć się w lepszej sytuacji niż wtedy, gdy była jej członkiem”. Wydaje mi się, że ci politycy – którzy mówili o „cherry-picking”, wyjadaniu najlepszych kąsków – czyli krytycy procesu Brexitu chcący ukarać Wielką Brytanię za tę śmiałą decyzję polityczną mogą być rozczarowani. Niewykluczone, że pojawią się zastrzeżenia dotyczące poszczególnych zapisów tej umowy. Nie przypuszczam jednak, by zmiany okazały się tak fundamentalne, że mogłyby doprowadzić do tego, że PE nie będzie chciał ratyfikować tej umowy.

PAP: Sassoli podkreślał też, że PE będzie podmiotem odpowiedzialnym za tworzenie nowych więzi z Wielką Brytanią.

Z.K.: Nie spodziewam się niczego konstruktywnego od PE w tym składzie, w jakim jest od 2019 r. Niestety, PE stał się instytucją zdominowaną przez bardzo ideologiczne siły. Oczekuję teraz raczej dyskusji wokół tego traktatu i frustracji niektórych radykalnych posłów, niestety dominujących w wielu grupach politycznych. Tak jak w kwestii wieloletnich ram finansowych – gdzie PE w pewnych aspektach odegrał pozytywną rolę, a w innych nie, bo opóźnił całą procedurę – również tu obawiam się, że ta rola nie będzie specjalnie konstruktywna. Mam nadzieję, że będę się mylił. Więcej będziemy wiedzieli już po ocenie tego układu, który został zawarty pod koniec roku. Uważam, że ostatecznie on zostanie zaaprobowany i ratyfikowany. A co będzie dalej, trudno powiedzieć.

PAP: A zatem jak w pańskiej ocenie powinno przebiegać budowanie nowych relacji?

Z.K.: Z mojego punktu widzenia kluczowe jest, jak Zjednoczone Królestwo będzie rozwijało relacje z poszczególnymi krajami członkowskimi UE i jak będzie reagowało na niektóre tendencje. Dotychczas Wielka Brytania bardzo się starała, żeby na kontynencie europejskim panowała równowaga checks and balances. Bardzo interesuje mnie, czy wykorzystując swoją rolę w NATO, Wielka Brytania będzie angażowała się w procesy na kontynencie w taki sposób, by zapobiegać nierównowadze politycznej i gospodarczej, niestabilności. Zwłaszcza że oczekujemy przemian politycznych w różnych krajach. Odbędą się wkrótce wybory w Holandii i w Niemczech. Ważne, żeby UE nie stała się scentralizowanym superpaństwem, w którym niektóre kraje będą musiały pożegnać się ze swoją suwerennością, bo zostanie ona ograniczona do tego stopnia, że stracą de facto status podmiotów polityki. Inne interesujące pytania brzmią, jak teraz odnajdzie się Wielka Brytania w porządku globalnym i czy uda jej się zawrzeć dobry układ ze Stanami Zjednoczonymi.

PAP: Kto zapłaci wyższą cenę za Brexit?

Z.K.: Nie wiem, czy ktokolwiek będzie płacił wyższą cenę, bo nie oceniam Brexitu jako czegoś negatywnego. Gdy Donald Trump zostawał prezydentem USA., prognozowano, że nastąpi katastrofa gospodarcza i nic takiego się nie wydarzyło, dopiero pandemia doprowadziła do porażki Trumpa. Teraz także nie będzie żadnej katastrofy. Brytyjczycy skutecznie osiągnęli swój cel. Natomiast jeśli chodzi o UE, to z punktu widzenia osób dążących do jej centralizacji odszedł kraj, który im w tym przeszkadzał, hamował zbyt radykalne procesy integracyjne. Być może oni upatrują w tym odejściu szansę wzmacniania swojej dominacji w Unii.

Natomiast kto może na Brexicie stracić? Te państwa i siły polityczne, które ciągle myślą o Europie jako konfederacji, wspólnocie państw członkowskich i te, które – mam tu na myśli także Polskę – chcą pełnić w ramach wspólnoty rolę podmiotową, a nie podporządkowaną dwóm największym państwom UE.  Ale wszystko zależy od rozwoju sytuacji. Stanowi ona także szansę, ale może być źródłem zagrożenia, zwłaszcza dla takich krajów jak Polska, średniej wielkości, które nie są bardzo silne gospodarczo, ale chciałyby odgrywać w UE znaczącą rolę. Gdyby tendencje centralistyczne zaczęły przeważać, ta rola może zostać ograniczona. Niestety te tendencje się wzmacniają. Tzw. mechanizm praworządności nie służy niczemu innemu tylko ograniczeniu naszej podmiotowości politycznej. To, co będzie się działo w Europie zależy także od tego, jak aktywna będzie w tym względzie polityka brytyjska. Brytyjczycy powtarzali: „opuszczamy Unię, ale nie Europę”. Zobaczymy, czy tak rzeczywiście będzie, czy ich zainteresowania nie przeniosą się na zupełnie inne obszary geograficzne, a sprawy europejskie nie będą miały dla nich drugorzędnego już tylko znaczenia.

Rozmawiała Daria Porycka (PAP)

dap/ kic/

Źródło informacji: EuroPAP News

Upadłość biznesu a rozdzielność majątkowa

Małżeńska rozdzielność majątkowa (intercyza) wciąż społecznie kojarzy się nam źle. Jednak popularność tego narzędzia prawnego jest coraz większa. Małżeństwa coraz częściej sięgają po intercyzę, aby m.in. zabezpieczyć wspólny majątek. Chodzi o ryzyko upadłości biznesu prowadzonego przez jednego z małżonków i poważne konsekwencje prawne, które temu towarzyszą.

W 2010 roku polscy notariusze przygotowali 43 tysiące umów o rozdzielności majątkowej. W 2015 roku – 53 tysiące, a w 2019 – 64 tysiące. Skąd bierze się tak szybko rosnąca popularność intercyzy? – Wynika to z między innymi zapisów Prawa Upadłościowego, które zakłada, że majątek wspólny małżonków powstały w czasie prowadzenia przedsiębiorstwa, pochodzi w całości z dochodów osiągniętych przez to przedsiębiorstwo. A co za tym idzie, wchodzi do masy upadłości małżonka ogłaszającego upadłość.wyjaśnia Przemysław Furmanek, ekspert serwisu Upadanie.pl.

I w ten sposób drugi małżonek może stać się wierzycielem z roszczeniem, które zgłosi w postępowaniu upadłościowym. Musi oczywiście udowodnić przed sądem, że część majątku pochodzi wyłącznie z pracy jego rąk. – Prowadzi to wszystko do absurdalnych okoliczności. W sytuacji upadłości mikroprzedsiębiorcy, którego małżonek zarabia kilkukrotnie więcej, sąd będzie domniemywał, że wspólnie wybudowany dom, w dużej części ze środków małżonka, powstał ze środków mikroprzedsiębiorcy. ostrzega Przemysław Furmanek, ekspert serwisu Upadanie.pl.

A co dzieje się w sytuacji upadłości ogłoszonej wobec małżeństwa posiadającego rozdzielność majątkową? Istotną rolę gra w tym przypadku termin ustanowienia rozdzielności. Aby ogłoszenie upadłości chroniło majątek małżonka przedsiębiorcy przed włączeniem do masy upadłościowej, rozdzielność majątkowa powinna być ustanowiona przez sąd minimum na rok przed dniem złożenia wniosku o upadłość.  Jeśli ustanowienie jest krótsze niż rok, sąd nie uzna jego właściwości ochronnej. Uzna jednak tę właściwość w przypadku, gdy pozew o ustanowienie rozdzielności majątkowej został złożony co najmniej na dwa lata przed dniem złożenia wniosku o upadłość. Minimum 2 lata przed złożeniem wniosku upadłościowego, powinna mieć umowa majątkowa małżeńska (zawarta u notariusza), aby była ważna dla sądu.

Wchodzimy w bardzo trudny okres dla firm. Tych dużych, a przede wszystkim małych. Restrukturyzacja biznesu w Polsce nabiera rozpędu, ale nie wszystkim uda się stanąć na nogi po pandemii i spowolnieniu gospodarki. Uważam więc, że popularność rozdzielności majątkowej będzie rosła. W sytuacji, jaką mamy, dobrze, że chociaż jeden z małżonków ma szasnę na stabilną egzystencję.mówi Szymon Mojzesowicz z firmy doradczej Lege Advisors.

Tydzień do końca prezydentury Trumpa. Demokraci chcą postawić ustępującego prezydenta w stan oskarżenia

W poniedziałek przedstawiciele Partii Demokratycznej formalnie przedstawili wniosek dotyczący impeachmentu Donalda Trumpa, z którego wynika, że prezydent jest niezdolny do dalszego sprawowania władzy. Politycy oskarżają go o podżeganie swoich zwolenników do ataku na Kapitol. – Prezydent Trump dokonał bardzo niepokojących rzeczy pod koniec swojej kadencji i wciąż wydaje się niebezpieczny – mówi amerykański adwokat Roman Rewald. Donald Trump podkreślił jednak, że jest to polowanie na czarownice, i zapowiedział, że nie będzie utrudniać przekazania władzy Joe Bidenowi. Na inauguracji – wyjątkowej ze względów bezpieczeństwa – nie zamierza się pojawić.

– W USA 6 stycznia doszło de facto do próby zamachu stanu. Im więcej słuchamy wiadomości o tym, co się w tym dniu zdarzyło w Waszyngtonie, tym bardziej są one przerażające. To, co na początku wydawało się wtargnięciem turystów do Kapitolu, okazuje się naprawdę dobrze zorganizowaną akcją, w której byli ludzie gotowi do dokonania czynów niesłychanych, takich jak porwania, być może też zabójstwo członków parlamentu – mówi agencji Newseria Biznes Roman Rewald, amerykański adwokat, prezes Centrum Mediacji Konfederacji Lewiatan.

W ubiegłym tygodniu, kiedy wygraną Joe Bidena zatwierdzał amerykański Kongres, grupa częściowo uzbrojonych zwolenników Donalda Trumpa wdarła się na Kapitol. Kongresmenów ewakuowano, ale w wyniku zamieszek i starć z policją i służbami zginęło pięć osób – policjant i czworo demonstrujących. W efekcie amerykański resort obrony zmobilizował Gwardię Narodową, a w stolicy USA wprowadzono stan wyjątkowy, który ma potrwać do 21 stycznia, czyli dnia po zaprzysiężeniu 46. prezydenta USA.

Gros ekspertów i polityków winą za szturm na Kapitol i podżeganie do przemocy obarcza ustępującego prezydenta. Wcześniej wielokrotnie twierdził on, że wybory zostały sfałszowane, choć nie przedstawił na to żadnych dowodów. Trump publicznie wzywał swoich zwolenników do walki o demokrację, a na początku stycznia „Washington Post” ujawnił nagranie, na którym próbuje wpłynąć na rezultat wyborów i naciska na sekretarza stanu Georgia, aby ten „znalazł” mu głosy potrzebne do zwycięstwa. Tuż przed posiedzeniem Kongresu, które miało zatwierdzić wygraną Joe Bidena, wezwał natomiast wiceprezydenta Mike’a Pence’a do zakwestionowania głosowania elektorów.

Postawę i działania Trumpa skrytykowali byli prezydenci USA, w tym Barack Obama i Bill Clinton. Także przedstawiciele m.in. NATO, ONZ i UE oraz większość światowych przywódców wyraziła zaniepokojenie wydarzeniami na Kapitolu i wezwała do pokojowego przekazania władzy.

 Amerykańska demokracja obroniła się świetnie, jak w wielu innych kryzysach. Uczestnicy tego zamachu ponoszą i będą ponosić tego poważne konsekwencje. Wciąż trwa dochodzenie, co się naprawdę zdarzyło, jaka była konspiracja i jaki był udział sił policyjnych w tym zamachu – podkreśla Roman Rewald.

Amerykańskie media informują, że kolejne osoby są stawiane w stan oskarżenia, a na dodatek tracą pracę. Po ubiegłotygodniowych wydarzeniach doszło też do fali rezygnacji urzędników Białego Domu na znak protestu. Ze stanowisk zrezygnowali m.in. sekretarz transportu, sekretarz edukacji, główny doradca prezydenta ds. Rosji, a także szefowa personelu Melanii Trump.

Pokłosiem ubiegłotygodniowych wydarzeń jest też zablokowanie kont Donalda Trumpa w większości serwisów społecznościowych. Twitter, Facebook i Instagram zdecydowały się na ich całkowite albo czasowe zawieszenie m.in. w reakcji na treści, które prezydent zamieszczał w sieci w dniu ataku na Kapitol. „New York Times” poinformował z kolei, że Deutsche Bank, który był do tej pory głównym źródłem finansowania biznesowego imperium Trumpa, zdecydował się zakończyć z nim współpracę.

– Wszystkie restrykcje, które dotykają Trumpa w tej chwili, to jest nic w porównaniu z tym, co może mu się przytrafić, kiedy zakończy się śledztwo, ponieważ konspiracja jest objęta tzw. Sedition Act. To jest bardzo stary amerykański akt prawny, który przewiduje 20-letnie więzienie za udział w buncie i tego typu działaniach – wyjaśnia adwokat.

Choć do końca kadencji Donalda Trumpa pozostało zaledwie parę dni, to nasilają się naciski o jak najszybsze usunięcie go z urzędu. Przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi w liście do kongresmenów stwierdziła, że prezydent stwarza realne zagrożenie dla Konstytucji i demokracji. Do ustąpienia Trumpa wzywa nawet część polityków Partii Republikańskiej.

– Prezydent Trump dokonał bardzo niepokojących rzeczy pod koniec swojej kadencji. Wciąż wydaje się niebezpieczny przez to, że ciągle ma ogromną siłę i dostęp do kodów nuklearnych – podkreśla Roman Rewald.

W poniedziałek przedstawiciele Partii Republikańskiej formalnie przedstawili wniosek dotyczący impeachmentu Donalda Trumpa, z którego wynika, że prezydent jest niezdolny do dalszego sprawowania władzy. Trump został oskarżony o podżeganie do powstania, a według nieoficjalnych doniesień głosowanie nad postawieniem prezydenta w stan oskarżenia ma odbyć się w tę środę.

– Będzie to jedyny prezydent w Stanach Zjednoczonych, który był impeachowany dwa razy – mówi ekspert. – Natomiast samo usunięcie go z urzędu może nie dojść do skutku przed 20 stycznia – chyba że Trump dokona czegoś radykalnego, ale wówczas chyba nawet wiceprezydent Mike Pence zechce go usunąć. Na razie jest odcięty od świata, nie ma dostępu do Twittera ani do swoich mediów społecznościowych, nic nie mówi. Wydaje się, że nie może już zrobić zbyt wiele złego, aczkolwiek wyobraźnia Trumpa jest nie do przewidzenia. 

Donald Trump oficjalnie oświadczył już, że nie zamierza utrudniać przekazania władzy swojemu następcy, ale nie pojawi się na jego inauguracji. Tym samym będzie pierwszym od czasów amerykańskiej wojny domowej prezydentem USA, który nie będzie uczestniczył w zaprzysiężeniu swojego następcy.

W poniedziałek po raz pierwszy od ataku na Kapitol Trump rozmawiał z dziennikarzami przed wylotem do Alamo w Teksasie, gdzie będzie oglądać mur na granicy z Meksykiem (jego budowa była jedną ze sztandarowych obietnic jego kampanii wyborczej). Starania o usunięcie go z urzędu Trump nazwał kontynuacją największego polowania na czarownice w historii polityki. Oświadczył też, że próby doprowadzenia do impeachmentu wobec niego powodują złość, a on nie chce przemocy.

– Jak podaje FBI, różne ośrodki popierające Trumpa zamierzają organizować kolejne wydarzenia 17, 18 i 19 stycznia i nie tylko w Waszyngtonie, ale we wszystkich stolicach stanowych – mówi Roman Rewald. – Jest ogromna obawa o to, że podczas zaprzysiężenia mogą zdarzyć się jakieś zamachy, w związku z czym obstawa wojskowa i policyjna będzie większa niż zwykle.

Amerykańska stacja ABC News poinformowała w poniedziałek, że FBI ostrzegło już przed zbrojnymi protestami w Waszyngtonie, które mogą się odbywać w dniu zaprzysiężenia Joe Bidena. Również lider demokratów w Senacie Chuck Schumer przestrzegał, że przed przyszłotygodniową inauguracją nowej prezydentury wciąż wysokie pozostaje zagrożenie ze strony grup ekstremistycznych.

Start-upy odporne na kryzys podczas pandemii. Tylko jedna trzecia z nich odczuwa negatywne skutki COVID-19

Co czwarty start-up deklaruje, że pandemia koronawirusa nie wpłynęła na jego sposób funkcjonowania i realizację planów przyjętych przed COVID-19. Prawie co trzeci ankietowany podmiot wskazuje, że zachował płynność finansową i utrzymał klientów, podobny odsetek notuje większe przychody niż rok temu – wynika z badania „Polskie start-upy 2020” Fundacji Startup Poland. O stosunkowo dobrej kondycji start-upów w czasie pandemii świadczy także fakt, że część z nich nie odnotowała spadku przychodów, który uprawniał do skorzystania z tarczy finansowej.

– Około jedna trzecia start-upów oceniła, że pandemia miała negatywny wpływ na ich działalność. Podobny odsetek uważa, że nie miała wpływu, i tyle samo uznało, że wpływ pandemii na ich działalność był pozytywny. Szczególnie start-upy, które zajmują się cyberbezpieczeństwem, w okresie pandemii umocniły swoją pozycję i planują dalszy rozwój – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Snażyk, prezes zarządu Fundacji Startup Poland.

Badanie „Polskie start-upy 2020” pokazało, że sektor nowoczesnych, cyfrowych rozwiązań, które często są istotą działalności start-upów, znajduje się w stosunkowo niezłej sytuacji w porównaniu z wieloma innymi branżami. Według raportu McKinsey & Company „Digital challenger in the next normal. Central and Eastern Europe on a path to digitally-led growth” od stycznia do maja 2020 roku rozwój polskiej gospodarki cyfrowej gwałtownie przyspieszył i osiągnął tempo 18,4 proc. To 2,5-krotnie szybciej niż w latach 2017–2019. Pandemia skłoniła ok. 3,6 mln osób do skorzystania po raz pierwszy z różnego typu usług cyfrowych.

– Dla wielu start-upów czas pandemii okazał się szansą, szczególnie dla firm działających w obszarze e-commerce, branży spożywczej, edukacyjnej lub związanej z obsługą oprogramowania do pracy zdalnej – wymienia Tomasz Snażyk.

Przedstawiciele start-upów zapytani, czy odczuwają jakiekolwiek pozytywne skutki pandemii, wymieniają ich nawet kilka. Do najczęściej powtarzających się należą pozyskanie nowych odbiorców dla ich usług i produktów (56 proc.) oraz zauważalny wzrost sprzedaży (48 proc.).

Wśród segmentów rynku radzących sobie gorzej w pandemii można wskazać na start-upy oferujące usługi z zakresu HRtech (64 proc. negatywnych ocen) i blockchain/DLT (66 proc., z czego połowa bardzo negatywnych). Trudności przeżywają również takie sektory jak: foodtech (55 proc., w tym 33 proc. to oceny bardzo negatywne), transport (43 proc.) oraz turystyka (40 proc.).

Dwie trzecie badanych start-upów nie skorzystało z państwowej pomocy w ramach tarcz antykryzysowych. Większość z nich było w na tyle dobrej sytuacji, że nie kwalifikowały się do tego wsparcia, inne nie spełniały wymogów formalnych, związanych np. z liczbą pracowników czy okresem działalności.

– To była pewna przeszkoda do tego, żeby skorzystać z dobrodziejstw tarczy. W innych krajach rządy przewidziały różne zapomogowe działania w stosunku do start-upów – podkreśla prezes zarządu Fundacji Startup Poland.

Podmioty, które z pomocy skorzystały, sięgały najczęściej po pożyczki na bieżącą działalność (73 proc.) i zwolnienia ze składek ZUS (52 proc.). 60 proc. start-upów przyznaje, że oczekiwałoby zwiększenia pomocy ze strony państwa. Chodzi m.in. o pomoc w pozyskaniu dodatkowego finansowania (62 proc.), zachęty podatkowe (54 proc.) czy zwiększenie liczby rządowych programów akceleracyjnych (50 proc.) lub uproszczenia podatkowe (46 proc.).

– Dostęp do finansowania w trakcie pandemii zasadniczo się nie zmienił, oprócz przestoju, który wystąpił na jej początku – pod koniec lutego i na początku marca. Był on związany z tym, że fundusze inwestycyjne musiały się same nauczyć, na nowo określić, jak działają, w jaki sposób funkcjonują w ramach pandemii. Później te środki były dostępne – wyjaśnia Tomasz Snażyk.

Z danych PFR Ventures wynika, że od początku roku do końca trzeciego  kwartału polskie innowacyjne spółki zostały wsparte przez fundusze venture capital kwotą 1,12 mld zł, niewiele mniejszą niż w całym poprzednim roku.

Jak podkreśla ekspert, pandemia będzie miała długofalowy wpływ na rynek. Perspektywicznymi obszarami innowacyjnej działalności pozostaną m.in. praca zdalna, organizacja wydarzeń online, e-commerce, które pozostaną z nami na dłużej, nawet po ustaniu pandemii.

Raportowanie umów o dzieło daje ZUS-owi większe możliwości ich kontroli i kwestionowania. Zakład może też naliczyć zaległe składki

Od stycznia przedsiębiorcy muszą raportować do ZUS-u wszystkie nowe umowy o dzieło. Rejestr pozwoli dokładniej oszacować liczbę takich umów na polskim rynku pracy i umożliwi ZUS-owi większą kontrolę nad tą formą wykonywania pracy. W razie stwierdzenia nieprawidłowości zakład może dokonać reklasyfikacji umowy i naliczyć zaległe składki. Jak szacuje GUS, w 2019 roku na podstawie umowy-zlecenia lub o dzieło pracowało ok. 1,2 mln osób i w porównaniu z 2018 rokiem ich liczba zmniejszyła się o ok. 8 proc.

Przy okazji wdrażania tarcz antykryzysowych uchwalono przepisy, które nakładają na przedsiębiorców obowiązek rejestrowania w ZUS umów o dzieło od stycznia 2021 roku.

 Obowiązek rejestracji umów o dzieło dotyczy tylko umów zawartych od 1 stycznia 2021 roku. Oznacza to, że płatnicy składek powinni zgłaszać tylko nowo zawarte umowy. Zgłoszenia należy dokonać w terminie siedmiu dni od dnia zawarcia umowy – mówi agencji Newseria Biznes Bartosz Tomanek, adwokat SSW Pragmatic Solutions. – Wyjątek stanowią umowy zawierane z własnymi pracownikami czy osobami, które wykonują dzieło na rzecz własnego pracodawcy, ale umowa została zawarta z innym podmiotem, np. podwykonawcą pracodawcy. Choć nie wynika to wprost z ustawy, zwolnionym z obowiązku rejestracji ZUS są także umowy zawarte z osobami prowadzącymi jednoosobową działalność gospodarczą, jeżeli wykonują te umowy w ramach świadczenia usług.

Umowy o dzieło należy wykazać w specjalnym formularzu ZUS RUD (zgłoszenie umowy o dzieło) i przekazać w ciągu siedmiu dni od zawarcia umowy, pod karą grzywny (do 5 tys. zł), osobiście w urzędzie lub elektronicznie przez PUE ZUS. W formularzu trzeba wskazać dane zamawiającego dzieło i osoby, która je wykona.

– Do formularza nie trzeba dołączać kopii umowy o dzieło ani także wskazywać wysokości wynagrodzenia wypłacanej z tego tytułu – zaznacza Bartosz Tomanek.

Jak wskazuje ZUS, rejestr pozwoli dokładniej oszacować liczbę zawieranych w Polsce umów o dzieło, a zgromadzone w nim informacje będą wykorzystywane do celów statystyczno-analitycznych. GUS szacuje liczbę osób, z którymi została zawarta umowa-zlecenia lub umowa o dzieło, a które nie były nigdzie zatrudnione na podstawie stosunku pracy w 2019 roku, na ok. 1,2 mln.

Nowe przepisy dają jednak przede wszystkim ZUS-owi większe możliwości kontroli, czy dana umowa faktycznie spełnia warunki umowy o dzieło. W przypadku stwierdzonych nieprawidłowości urząd może zaklasyfikować ją jako zlecenie.

– Zakład uzna wówczas, że na potrzeby ubezpieczeń społecznych przychód z tej umowy powinien być traktowany jako przychód z umowy-zlecenia albo umowy o pracę. To spowoduje, że trzeba będzie zapłacić zaległe składki do ZUS. Trzeba pamiętać, że okres przedawnienia wynosi pięć lat, a zatem ZUS będzie mógł także kwestionować umowy zawarte w przeszłości – ocenia adwokat.

Co istotne, kontrole ZUS nie będą dotyczyć tylko umów o dzieło zawartych po 1 stycznia 2021 roku, pod lupę mogą trafić także umowy zawierane wcześniej. Kontroli mogą spodziewać się zwłaszcza ci płatnicy, którzy w ostatnim czasie rezygnowali z umów o dzieło i przechodzili na umowę-zlecenie.

 Jeżeli ZUS skontroluje wcześniejsze umowy o dzieło, porówna zakres obowiązków i sposób wykonywania tych umów i dostrzeże, że teraz nic się nie zmieniło, ale jest inny rodzaj umowy, to wysoce prawdopodobne, że zdecyduje się oskładkować poprzednie umowy o dzieło. Dlatego zalecam dużą ostrożność w zakresie przechodzenia drastycznie na umowy-zlecenia i przeprowadzenie wewnętrznych postępowań, aby wyjaśnić, czy do tej pory umowy o dzieło były stosowane właściwie, i zastanowić się, co zrobić dalej – radzi Bartosz Tomanek.

Obecnie składki płacone są z każdej umowy o pracę oraz z części umów-zleceń. Pojawiały się już pomysły, by także z umów o dzieło były odprowadzane składki, na razie jednak żadnych regulacji w tym zakresie jeszcze nie ma.

– W mojej ocenie warto byłoby jednak, aby rząd jednoznacznie określił się w tym zakresie. Z jednej strony umożliwia korzystanie z nieoskładkowanej umowy o dzieło, a z drugiej strony wyposaża ZUS w kolejny argument, aby te umowy kontrolować na większą skalę, kwestionować i naliczać zaległe składki w przypadku reklasyfikacji – podkreśla adwokat SSW Pragmatic Solutions.

Jego zdaniem trudno o jednoznaczną ocenę nowego obowiązku pracodawców.

– Z jednej strony mamy do czynienia z walką z nadużywaniem umów o dzieło tam, gdzie nie powinny być zawierane i gdzie wykorzystywana jest słabsza pozycja osób wykonujących dzieło. Ale z drugiej strony jest to dodatkowy obowiązek administracyjny, ciążący na pracodawcach, szczególnie w tym trudnym COVID-owym czasie – mówi Bartosz Tomanek.

dr Michał Sutkowski: Jesteśmy w trudnym momencie pandemii. Musimy wytrzymać jeszcze kilka miesięcy

Rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych dr Michał Sutkowski podkreśla, że Polska jest w tej chwili w trudnym momencie pandemii i społeczeństwo musi utrzymać reżim sanitarny jeszcze przez kilka miesięcy, aż akcja masowych szczepień nabierze tempa. Wskaźniki zakażeń i rozwój sytuacji epidemiologicznej w kolejnych tygodniach będą też w dużej mierze uzależnione od powrotu uczniów do szkół. Według oficjalnych danych Ministerstwa Zdrowia od początku pandemii w Polsce na COVID-19 zachorowało ponad 1,39 mln osób, a prawie 31,3 tys. chorych zmarło.

– Mamy dość dużą liczbę zakażeń, która wyraźnie pokazuje, że niestety epidemiologicznie źle przepracowaliśmy święta. Jesteśmy mistrzami kamuflażu, bo nawet byliśmy chwaleni za to, jak się w tym okresie zachowywaliśmy. Ale po wynikach widać, że wirus trochę przyspieszył i ten okres świąteczno-noworoczny może nam wyjść bokiem. Zobaczymy, jakie będą najbliższe wskaźniki dotyczące liczby zakażeń i zgonów – mówi dr Michał Sutkowski, prezes Warszawskich Lekarzy Rodzinnych, rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. – W tej chwili jesteśmy w niezwykle ważnym momencie pandemii. Musimy wytrzymać jeszcze kilka miesięcy, bo rozpoczęty w niezłym tempie proces szczepień w Polsce daje szansę na to, że tych zakażeń będzie coraz mniej.

W Polsce liczba aktywnych zakażeń COVID-19 przekracza w tej chwili 226 tys., z czego blisko 17 tys. chorych przebywa w szpitalach. Prawie 169,6 tys. osób jest z kolei objętych kwarantanną. Szef resortu zdrowia Adam Niedzielski we wtorkowym wywiadzie dla Radia Plus ocenił, że pandemia w Polsce jest w tej chwili w fazie stabilizacji, a wzrost zachorowań, który miał miejsce po świętach Bożego Narodzenia i Nowym Roku, nie oznaczał startu nowej fali zakażeń. Jeszcze w miniony weekend – pierwszy po Nowym Roku – liczba nowych przypadków COVID-19 była znacznie wyższa i oscylowała wokół 9–10 tys., podczas gdy w poniedziałek i wtorek było to ok. 5–6 tys.

– Myślę, że gwałtownego wzrostu zachorowań w najbliższych tygodniach nie będzie, chyba że dramatycznie źle zachowywaliśmy się w okresie noworocznym, do święta Trzech Króli. Gdyby na dodatek pojawiła się u nas grypa, to też byłby niebezpieczny okres. Ale mam wrażenie, że lockdown na tyle zmniejszył zakaźność społeczną grypy, że będziemy mieli mniej jej przypadków. Natomiast to jest względny powód do radości, bo niestety od dwóch miesięcy mamy płaskowyż zachorowań, z którego nie możemy wyjść. Dlatego – choć nie będzie gwałtownej trzeciej fali – to nie oznacza, że końcówka drugiej będzie mniej niebezpieczna – zaznacza dr Michał Sutkowski.

Jak ocenia, rozwój sytuacji epidemiologicznej w Polsce będzie w dużej mierze uzależniony od tego, kiedy uczniowie wrócą do szkół. Zgodnie z decyzją rządu w poniedziałek, 18 stycznia do nauczania stacjonarnego w szkołach (w reżimie sanitarnym) wrócą najpierw dzieci z klas I–III szkół podstawowych. W tym tygodniu rozpoczęły się masowe, dobrowolne testy nauczycieli tych klas w kierunku zakażenia SARS-CoV-2. Z ostatnich danych resortu edukacji wynika, że zgłosiło się do nich ok. 165 tys. osób w całym kraju. Zgodnie z opracowanym przez rząd Narodowym Programem Szczepień (NPS) nauczyciele będą mogli się zaszczepić w I etapie, do którego zapisy ruszają od 15 stycznia.

Jak poinformował we wtorek resort zdrowia, do tej pory w Polsce na COVID-19 zaszczepiono już ponad 257,8 tys. osób. Do Polski dostarczono zaś w sumie nieco ponad 1,051 mln dawek szczepionki (z których blisko 457 tys. trafiło do punktów szczepień, a pozostałe zostały zabezpieczone na drugą dawkę dla osób już zaszczepionych). Rzecznik Kolegium Lekarzy Rodzinnych podkreśla, że w tej chwili Polska jest w kluczowej fazie pandemii, a społeczeństwo musi utrzymać reżim sanitarny jeszcze przez kilka miesięcy, do czasu rozwoju akcji masowych szczepień. Pozytywną informacją jest ta, że nowo odkryte mutacje koronawirusa nie powinny mieć wpływu na ten proces.

 Nowe mutacje nie mają dużego wpływu na to, co wiemy o koronawirusie. W brytyjskiej mutacji genom wirusa został zmieniony w 24 miejscach, to nie jest dużo. To nie oznacza, że szczepionka nie działa. Oczywiście potrzebne są badania, bo dopiero zaczęliśmy szczepić, ale wszystko wskazuje na to, że dzięki tej szczepionce będziemy odporni również na te nowe odmiany i mutacje koronawirusa – mówi dr Michał Sutkowski.